background image

Janet Dailey

TĘCZA PO BURZY

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Gęste  listowie  osłaniających  ulicę  drzew  połyskiwało  w  słońcu  soczystą  zielenią.  Równie  pięknie 

prezentowały się starannie przystrzyżone żywopłoty i trawniki przed domami, które zdradzały zamożność 

właścicieli.  Jednak  nie  wszyscy  mieszkańcy  eleganckiej  dzielnicy  Denver  w  stanie  Kolorado  mogli  się 

nie martwić stanem swego konta bankowego.

Lainie MacLeod wyglądała przez okno, nerwowo zaciskając dłonie na ramionach. Od razu zauważyła 

ogromny  żony  mlecz  na  samym  środku  trawnika.  Westchnęła.  Przydałoby  się,  żeby  choć  dwa  razy  w 

tygodniu  przychodził  ogrodnik.  Wiedziała  jednak,  że  nie  ma  na  to  szans,  i  że  to  kolejna  z  rzeczy,  z 

którymi musi się uporać sama.

Właściwie jaki miało sens udawanie, że żyje się na takim samym poziomie, jak inni? Sąsiedzi musieli 

przecież  wreszcie  zauważyć,  że  właścicielki  tego  domu  systematycznie  pozbywają  się  co  cenniejszych 

rzeczy,  choć  Lainie  starała  się  to  robić  możliwie  dyskretnie.  Duma  nie  pozwalała  jej  się  przyznać,  że 

znalazła się w nie lada opałach.

Na  podjeździe  zatrzymał  się  mały  sportowy  kabriolet.  Siedząca  w  środku  szatynka  poprawiła  włosy, 

zanim wysiadła i energicznie pomaszerowała do drzwi wejściowych. Lainie pospieszyła otworzyć, zanim 

tamta zdąży zadzwonić. Z obawą spojrzała na prowadzące na piętro schody i na widoczne drzwi sypialni. 

Mama przecież dopiero co zasnęła. Lepiej nie myśleć, co by się stało, gdyby się obudziła.

Lainie  wiedziała,  że  musiałaby  się  w  nieskończoność  tłumaczyć  z  obecności  Ann  Driscoll.  Pani 

Simmons  nie  aprobowała  tej  przyjaźni,  twierdząc,  że  Ann  nie  jest  odpowiednim  towarzystwem  dla  jej 

córki. Nie przekonywał jej ani charakter dziewczyny, ani zamożność jej rodziny. Po prostu nikt nie był 

wystarczająco dobry, żeby spoufalać się z jej córką.

Mimo wszelkich przeszkód, ta przyjaźń kwitła. Ann nie zawiodła nigdy, stanowiła niezawodne oparcie 

podczas  każdego  kryzysu.  Dlatego  Lainie  powitała  ją  w  progu  z  niekłamaną  radością.  Jednakże  jej 

zaniepokojony wzrok co chwila powracał ku drzwiom pokoju matki. Nie uszło to uwagi Ann.

Przeszły do znajdującej się na tyłach domu kuchni. Nowo przybyła nie spuszczała uważnego wzroku z 

przyjaciółki.  Ostatnie  miesiące  coraz  bardziej  zaczynały  dawać  o  sobie  znać.  Ciemne  kręgi  pod 

orzechowymi  oczami  Lainie  zdradzały  prawdę  o  licznych  źle  przespanych  nocach.  Biała  bluzeczka  z 

dekoltem  pozwalała  dostrzec  niezwykłą  kruchość  ramion  i  wystające  obojczyki.  Kraciasta  spódniczka 

była ewidentnie za szeroka, co wskazywało na duży ubytek wagi. Nic dziwnego, że Lainie wyglądała na 

wykończoną i kompletnie pozbawioną energii.

Jej ciemne włosy, niegdyś tak piękne i lśniące, straciły teraz swój blask. Widać było, że nie miała już 

czasu i siły, by o nie dbać. Spinała je więc na karku ciężką klamrą, ale nie było jej w tym uczesaniu do 

twarzy. Uwydatniało ono dodatkowo i tak już wyraźne kości policzkowe.

Ann patrzyła na to z ciężkim sercem, wiedziała jednak, że wszelkie jej uwagi na ten temat zostaną zbyte 

machnięciem ręki. Od jakiegoś czasu Lainie lekceważyła swoje własne potrzeby.

-  Dziękuję  -  powiedziała,  biorąc  od  przyjaciółki  szklaneczkę  ponczu.  -  Jak  się  czuje  mama?  Czy  był 

rano lekarz?

Lainie spochmurniała, lecz starała się, by jej głos zabrzmiał lekko.

- Tak. Był zadowolony z jej stanu, ale to dodatkowo mamę zirytowało. - Z westchnieniem usiadła przy 

stole.  -  Zaczęła  mu  wyliczać  wszystkie  dolegliwości.  Biedny  Henderson.  Jest  pewien,  że  mama 

background image

ukradkiem czyta medyczne książki taty i tam wynajduje nowe choroby, żeby dostarczyć mu zajęcia.

- Wspomniałaś mu o tym, że wychodzisz dziś wieczorem?

Nieco niepewnie popatrzyła w szczere oczy Ann.

-  Tak.  Powiedział,  że  skoro  wynajęłam  dyplomowaną  pielęgniarkę,  to  on  nie  widzi  żadnych 

przeciwwskazań. - Nerwowo stukała długimi palcami o brzeg swojej szklanki. - Ale ja widzę, że mama 

źle się czuje przy obcych. Myślę, że mogłybyśmy się umówić na jakiś inny dzień - zaproponowała.

- O, nie, kochana! Wszystko jest ustalone już od miesiąca. Teraz, kiedy Adam kupił bilety, nie możesz 

się tak po prostu wycofać - przekonywała z werwą Ann.

Lainie  wolała  nie  patrzeć  przyjaciółce  w  oczy.  Oparła  łokieć  na  stole  i  machinalnie  zaczęła  pocierać 

czoło dłonią.

- Owszem, nadal chcę iść na ten koncert, ale niepokoję się o mamę.

- A może dla odmiany zaczęłabyś się martwić o siebie? - spytała Ann. - Największy błąd, jaki zrobiłaś 

w życiu, to był powrót do Denver. Skoro mama zachorowała, to trzeba było zapewnić jej profesjonalną 

opiekę, a nie brać wszystko na swoje barki. Siedzisz tu już od siedmiu miesięcy. Ile razy wychodziłaś? 

Nie mówię o wizytach w aptece i kupowaniu jedzenia.

- Och, nie wiem. Kilka razy - odparła niechętnie Lainie.

- Nie wiesz? To ja ci powiem. Trzy! Raz wyciągnęłam cię na obiad, raz na łażenie po sklepach i raz do 

kina.  Opamiętaj  się,  kobieto!  -  Ann  pochyliła  się  nad  stołem  i  spojrzała  na  przyjaciółkę  proszącym 

wzrokiem. - Jak tak dalej pójdzie, to się wykończysz.

- Przesadzasz.

- Wcale nie, popatrz lepiej w lustro. I zrozum, że nikt nie jest nie do zdarcia. Tak samo, jak nikt nie jest 

niezastąpiony. Ktoś inny zaopiekuje się mamą równie dobrze jak ty.

Lainie zaczęła się wreszcie uśmiechać.

- Chciałabym myśleć równie trzeźwo i rozsądnie jak ty. Może wtedy przestałabym mieć ciągłe wyrzuty 

sumienia.

- Czy ty nie widzisz, że twoja mama wywołuje je w tobie umyślnie? Znowu cię kontroluje, tak samo jak 

kiedyś. Te trzy lata spędzone w Colorado Springs uświadomiły jej, że musi zmienić taktykę, jeśli znowu 

chce cię do siebie przywiązać. Dlatego zaczęła stosować emocjonalny i moralny szantaż.

-  Ależ,  Ann,  przecież  wiesz,  że  to  był  tylko  nieszczęśliwy  splot  okoliczności.  Nie  miałam  wyjścia. 

Wkrótce po śmierci taty mama została prawie bez środków do życia. Owszem, w dużym stopniu sama 

jest  sobie  winna,  powinna  była  zawczasu  zadbać  o  ubezpieczenie.  Ale  to  nie  znaczy,  że  miałam  ją 

zostawić na pastwę losu! Kto miał się nią zająć, jak nie jedyna córka?

- A na jak długo wystarczą twoje pieniądze? - spytała cicho przyjaciółka.

Lainie nie potrafiła się przemóc i wyznać, że jej oszczędności skończyły się przed miesiącem. Miały co 

jeść  i  gdzie  mieszkać  wyłącznie  dzięki  małej  rencie  po  tacie  i  przychodzącym  co  miesiąc  czekom, 

wysyłanym przez adwokata Rada.

Ann postanowiła nie naciskać, choć jej niepokój nie zmniejszył się ani na jotę.

-  Dobrze,  to  nie  moja  sprawa.  -  Znów  pochyliła  się  ku  Lainie,  a  na  jej  twarzy  malowała  się 

determinacja.  -  Ale  na  dzisiejszy  koncert  pójdziesz,  choćbym  miała  cię  zaciągnąć  siłą.  Nie  wiadomo, 

kiedy znów będziesz miała szansę posłuchać Voighta na żywo!

background image

Opór Lainie zaczął słabnąć. Curt Voight był wspaniałym pianistą, uwielbiała go. Rzeczywiście, byłoby 

głupotą  stracić  taką  okazję.  W  dodatku  już  od  kilku  lat  nie  uczestniczyła  w  takich  wydarzeniach  jak 

koncerty, opery, wystawy. Od czasu, gdy Rad... Gwałtownie potrząsnęła głową, by odegnać nie chciane 

wspomnienia.

- Pójdę - zdecydowała wreszcie, zaś Ann zadała sobie pytanie, skąd ten nagły ból w oczach przyjaciółki.

-  Błagam,  nie  zostawiaj  mnie.  -  Pani  Simmons  kurczowo  zacisnęła  palce  na  dłoni  córki,  gdy  ta 

przysiadła na brzegu łóżka.

Lainie  doskonale  wiedziała,  że  tak  będzie.  Dlatego  wcześniej  nic  nie  mówiła  o  tym,  że  wychodzi  na 

koncert. Musiała postawić matkę przed faktem dokonanym.

-  Będziesz  miała  fachową  opiekę  -  powiedziała  uspokajająco  Lainie  i  wskazała  na  stojącą  obok 

pielęgniarkę. - Pani Forsythe zadba o wszystko.

Twarz matki przybrała płaczliwy wyraz, zaś jej broda zaczęła drżeć.

- A jeśli coś mi się stanie? Jeśli umrę? Chcę, żebyś była wtedy przy mnie - upierała się.

- Nic się pani nie stanie - wtrąciła spokojnym głosem pani Forsythe. - A sądząc po wigorze, jaki pani 

wykazuje, z pewnością pani nie umrze dzisiejszego wieczoru.

Pani  Simmons  natychmiast  zmieniła  taktykę  i  bezwładnie  opadła  na  poduszki.  Wyglądała  jak  osoba, 

która lada moment wyda ostatnie tchnienie.

-  Pani  Forsythe  wie,  jak  się  ze  mną  skontaktować  w  razie  potrzeby.  Zresztą,  nie  zabawię  długo.  Po 

koncercie od razu wrócę do domu.

- Nie będziesz się nigdzie włóczyć z tą okropną dziewczyną?

- Nie, mamo.

Chora  powoli  zamknęła  oczy,  jakby  pokazując  córce,  na  jak  wielkie  zdobywa  się  poświęcenie, 

pozwalając  jej  iść  się  zabawić,  podczas  gdy  ona  będzie  tu  umierać  w  samotności.  Lainie  natychmiast 

zaczęły dręczyć wyrzuty sumienia. Naraz poczuła lekkie dotknięcie na ramieniu.

- Proszę ją teraz zostawić ze mną - usłyszała szept pielęgniarki.

Skinęła głową i cicho wymknęła się z pokoju, choć wiedziała, że mama tylko udaje sen. Chciała w ten 

sposób zmusić córkę, by ta jeszcze przed samym wyjściem zajrzała na moment. Stworzyłoby to jeszcze 

jedną okazję, by spróbować wymusić na niej zmianę decyzji.

Lainie  czuła  się  winna  wobec  mamy,  ale  nie  zamierzała  zrezygnować  z  koncertu.  Była  to  przecież 

pierwsza rzecz, na jaką się cieszyła od pięciu lat. Jednak teraz zaczynała wątpić, czy będzie się w stanie 

cieszyć  tym  wieczorem.  Świadomość,  że  mama  czuje  się  opuszczona,  ba,  wręcz  zdradzona,  pewnie 

zatruje Lainie tych kilka godzin.

Z goryczą pokiwała głową. I do czego to doszło? Miała dwadzieścia sześć lat, a już zdążyła przegrać 

swoje  życie.  Kiedyś  była  duszą  towarzystwa,  dosłownie  ją  rozchwytywano,  w  wielbicielach  mogła 

przebierać do woli, przyjaciół miała na kopy. A teraz? Teraz żyła jak pustelnik. Cały jej świat zamknął 

się w tych czterech ścianach, które schwytały jak w pułapkę dwie skazane na siebie kobiety.

Ale to nie konieczność opiekowania się chorą matką wpędzała Lainie w czarną melancholię. To nie z 

tego powodu miała wrażenie, że niebo nad jej głową jest zasnute ciemnymi, ciężkimi chmurami, że jest 

jej duszno jak przed burzą.  Właściwa  przyczyna leżała zupełnie  gdzie indziej.  Otóż  Lainie wiedziała  z 

background image

całą pewnością, że już nigdy w życiu nie zazna szczęścia, jakie daje miłość.

Kiedyś winiła za to matkę. Teraz jednak wiedziała, że sama się do tego przyczyniła. Po prostu była zbyt 

młoda i niedoświadczona, dlatego nadal słuchała rad matki. I to był jej błąd.

Pogrążona w  myślach weszła  do  sypialni  i  machinalnie  zaczęła rozczesywać włosy. Zapatrzyła  się  w 

swoje odbicie w lustrze. Przypomniał jej się ten dzień sprzed dziewięciu lat, kiedy to mama postanowiła 

zająć się jej wyglądem.

Pani  Simmons,  wciąż  nosząca  ślady  wielkiej  urody,  zmierzyła  siedemnastoletnią  córkę  chłodnym, 

szacującym spojrzeniem.

- Szkoda, że nie wyglądasz tak, jak ja za młodu - zauważyła. - Ale popracujemy nad tym. Pamiętaj, że 

dzięki  urodzie  można  wiele  zyskać  na  tym  świecie.  Dlatego  musisz  nauczyć  się  ją  wykorzystywać  do 

osiągania swoich celów.

I  tak  się  zaczęło.  Zgodnie  z  instrukcjami  Lainie  zapuściła  włosy,  umiejętnym  makijażem  podkreślała 

migdałowy kształt oczu, pociągała błyszczącą szminką pełne, kuszące usta, nosiła eleganckie, lecz proste 

ubrania, które nie odwracały uwagi od jej pięknej twarzy.

Nic więc dziwnego, że na widok jej nagle rozkwitłej urody wszyscy znajomi oszaleli. Znajome z całą 

pewnością  nie...  Jedna  Ann  patrzyła  na  nią  z  pozbawionym  zazdrości  zachwytem,  nie  traktując  jej  jak 

potencjalnej rywalki.

Z czułością dotknęła oprawionej w ramki fotografii, która stała na komódce. Kochana Ann. Była jedną z 

dwóch osób, którym jej dobro leżało na sercu i które kochały ją taką, jaka była naprawdę. Drugą osobą, 

kochającą ją bez zastrzeżeń, był ojciec. Wspaniały chirurg, który zginął przed dwoma laty w katastrofie 

lotniczej. Lainie wciąż widziała jego uśmiechnięte oczy o szczerym spojrzeniu. Tak bardzo chciał, żeby 

była zwyczajnie, po ludzku szczęśliwa. I tak bardzo bolał wraz z córką, gdy Rad, którego tak cenił... Nie, 

dosyć tego!

Pragnęła  uciec  przed  wspomnieniami,  lecz  one  powracały  uparcie.  Wystarczyło  choćby,  żeby  się 

zastanowiła,  co  ma  na  siebie  włożyć.  Gdy  otworzyła  szafę,  zdała  sobie  sprawę,  że  wszystko  będzie 

wisiało  na  niej  jak  na  kołku.  Tylko  jedna  rzecz  mogła  ją  uratować  w  tej  sytuacji.  Drżącymi  dłońmi 

wyciągnęła wepchniętą  w najciemniejszy  kąt sukienkę z czarnej  koronki. Rad tak bardzo ją lubił...  Już 

miała wcisnąć ją z powrotem, gdy zmitygowała się nagle. Dlaczego wiecznie pozwala przeszłości rządzić 

teraźniejszością?

A  jednak  trudno  było  jej  się  pozbierać.  Wystarczyło,  by  weszła  z  Ann  i  jej  mężem  do  wielkiej  sali 

koncertowej,  a  natrętne  wspomnienia  znów  zaczęły  cisnąć  jej  się  do  głowy.  Na  szczęście  wirtuozeria 

Voighta wkrótce oderwała myśli Lainie od smutnych tematów.

Podczas  przerwy  Ann  zauważyła  z  radością,  iż  jej  przyjaciółka  pod  wpływem  ukochanej  muzyki 

wyraźnie się zmieniła. Jej oczy znowu nabrały blasku, a na pełnych ustach rozkwitł dawno nie widziany 

uśmiech. Dlatego  też,  gdy wyszły do holu  i  wmieszały się  w tłum, Ann nie miała wyrzutów  sumienia, 

gdy przeprosiła Lainie i poszła zadzwonić do swojej czteroletniej córeczki.

- Kogo moje oczy widzą? - zawołał nagle z radosnym zdumieniem przystojny blondyn i chwycił Lainie 

za rękę.

- Lee! - ucieszyła się. - Prawie zapomniałam, jak wyglądasz.

background image

-  Jesteś  jeszcze  piękniejsza,  niż  cię  zapamiętałem.  -  Jego  niebieskie  oczy  wpatrywały  się  w  nią  z 

niekłamanym zachwytem. Wciąż trzymał jej dłoń. - Gdzie się podziewałaś przez tyle czasu? Doszły mnie 

słuchy, że przebywałaś w Colorado Springs, zgadza się?

- Tak, ale od jakiegoś czasu znów jestem w Denver. - Z uśmiechem patrzyła na jego życzliwą twarz o 

zdecydowanych rysach. Ciekawe, ilu jeszcze dawnych przyjaciół znajdowało się tu teraz?

- Zmieniłaś się. Wyczuwam w tobie opanowanie i spokój, nie znam cię takiej. Co się stało z naszą małą 

rozbawioną Lainie?

- Po prostu wydoroślała. Przynajmniej mam taką nadzieję. - Delikatnie cofnęła dłoń z jego uścisku. - Co 

u znajomych? Podobno Mary wyszła za mąż?

- Niektórzy nigdy nie dorośleją - zauważył filozoficznym tonem. - Tak, wzięła ślub, ale nie zmieniła się 

ani trochę...

Słuchała  go  z  lekkim  roztargnieniem.  Jej  uwaga  skupiła  się  teraz  na  nim  samym.  Lee  właściwie  nie 

zmienił się przez tych kilka lat. Atrakcyjny i nieodparcie czarujący, emanował wewnętrznym spokojem i 

siłą, które dawały poczucie bezpieczeństwa. Lainie zawsze czuła się dobrze w jego towarzystwie.

Nagle skinął na kogoś, kto znajdował się gdzieś za jej plecami.

-  O!  Jest  moja  siostra...  Carrie  niedawno  zastanawiała  się,  co  u  ciebie.  Ucieszy  się  na  twój  widok  -

wyjaśnił z uśmiechem Lee i chciał powiedzieć coś jeszcze, gdy nagle słowa zamarły mu na wargach.

Zaciekawiona Lainie odwróciła się akurat w momencie, gdy usłyszała rozradowany głos Carrie:

- Lee, zobacz, kogo spotkaliśmy!

Lainie  nie  zdawała  sobie  sprawy  z  tego,  że  rodzeństwo  oraz  partner  Carrie  wymienili  między  sobą 

zaniepokojone  spojrzenia.  Cała  jej  uwaga  skupiła  się  na  wysokim  ciemnowłosym  mężczyźnie,  który 

przypatrywał jej się arogancko. Krew odpłynęła jej z twarzy. Och, gdyby tylko mogła zniknąć, rozpłynąć 

się w powietrzu, zapaść się pod ziemię!

Wszyscy milczeli jak zaklęci, jedynie ciemnowłosy mężczyzna nie stracił rezonu.

- Czas nie był dla ciebie zbytnio łaskawy - wycedził, przypatrując się podkrążonym oczom Lainie i jej 

śmiertelnie bladej twarzy. - To musi być bardzo przykre stracić całą urodę w tak młodym wieku.

Gniew natychmiast zabarwił jej policzki na czerwono.

-  Za  to  ty  nie  zmieniłeś  się  ani  trochę.  Wciąż  jesteś  takim  samym  cynicznym  łajdakiem,  Rad!  -

odparowała.

W  jego  ciemnych oczach  pojawił się złowrogi błysk, lecz  Lainie postanowiła  nie dać się zastraszyć i 

wyzywającym wzrokiem wpatrywała się w tak dawno nie widzianą twarz. Trudno byłoby zachwycić się 

jego  twardymi  rysami,  które  wyglądały  jak  wykute  w  kamieniu  i  zdradzały  niezłomną  wolę.  Przez  to 

jednak, iż były tak szalenie męskie, czyniły go niezwykle atrakcyjnym.

- Milutka, jak zwykle - zauważył obojętnym tonem, co ją dodatkowo uraziło. Nie dał jej jednak okazji 

do odcięcia się. - Co ty tu robisz? - spytał.

Wyprostowała się i dumnie uniosła głowę.

- Cóż, nie zdawałam sobie sprawy z tego, że Voight daje koncert wyłącznie dla ciebie.

Zauważyła z satysfakcją, że w jego oczach pojawił się gniew, choć jego twarz ani na chwilę nie straciła 

wyrazu obraźliwej obojętności.

- Wiesz doskonale, że nie to miałem na myśli. - W niskim głosie pobrzmiewała groźba.

background image

- Przecież moi rodzice... To znaczy, moja mama - poprawiła się Lainie - mieszka w Denver. Czyżbyś 

już o tym zapomniał?

-  Tak...  Słyszałem  o  śmierci  twojego  ojca  -  oznajmił  bez  śladu  współczucia  i  skrzywił  się  nieco 

cynicznie. - Mój ojciec też już nie żyje.

-  Och!  Nie  wiedziałam.  Tak  mi  przykro,  naprawdę  -  powiedziała  impulsywnie,  gdyż  bardzo  lubiła 

swego teścia. Jednak już po chwili pożałowała, że w ogóle się odezwała.

- Czyż to nie ironia losu, że obydwaj umarli, nie doczekawszy się w końcu wnuków, których tak bardzo 

pragnęli?  -  Patrzył  na  nią  pogardliwie.  -  Tak  bardzo  się  starałaś,  żeby  ich  marzenie  się  nie  spełniło.

Dopięłaś swego.

Miała wrażenie, jakby jakaś stalowa dłoń zacisnęła się na jej sercu. Poczuła ból.

- Nie pojmuję, jak można być aż tak okrutnym. - Jej głos drżał..

-  Co  w  tym okrutnego,  że  chciałem  mieć  dziecko,  podczas  gdy ty ani  myślałaś przestać  się  bawić?  -

szydził bezlitośnie.

Lainie  odwróciła  się  do  niego  plecami.  Wiedziała,  że  dłużej  już  tego  nie  zniesie.  Carrie  Walters 

natychmiast podeszła do Lainie i lekko dotknęła jej ramienia.

- Nie wiedziałam, że to ty rozmawiasz z Lee - szepnęła przepraszającym tonem.

Lainie skinęła głową i uśmiechnęła się z niejakim trudem, gdyż wciąż czuła na sobie wzrok Rada.

- Nie ma sprawy. Ale teraz was przeproszę. Moi przyjaciele czekają na mnie.

-  Mam  nadzieję,  że  twoja  mama  czuje  się  już  lepiej?  -  spytała  ze  szczerym  współczuciem  Carrie.  -

Słyszałam, że jest chora.

- Tak, czuje się już całkiem nieźle, dziękuję. - Podniosła wzrok na wpatrującego się w nią jasnowłosego 

mężczyznę. - Miło było cię znów spotkać, Lee.

Zanim jednak zdążyła się ze wszystkimi pożegnać i odejść, Rad chwycił ją brutalnie za ramię i odwrócił 

ku sobie.

-  To  dlatego  wróciłaś  do  Denver?  Mówiono  mi,  że  twój  ojciec  utopił  masę  forsy  w  kiepskich 

inwestycjach. Pewnie nie zostawił po sobie złamanego grosza, co? Nie miałyście pieniędzy na leczenie, 

więc przyjechałaś mnie doić?

Tego było już nadto. Lainie, nie zastanawiając się ani przez moment, spoliczkowała go z całej siły.

- Prędzej zacznę się sprzedawać na ulicy, niż cię o cokolwiek poproszę! - syknęła,

Z furią szarpnął ją za ramię i  Lainie przestraszyła się. Co prawda, nie pierwszy raz widziała, jak Rad 

wpada we wściekłość, wciąż jednak budziło to w niej lęk.

- MacLeod! - Lee złapał Rada za rękę. - MacLeod, puść ją! - zażądał stanowczo.

Rad zdał sobie sprawę z tego, gdzie się znajdują i opanował się jakoś. Zaciśnięte szczęki nie rozluźniły 

się  co  prawda,  jednak  jego  oczy  ponownie  przybrały  wyraz  całkowitej  obojętności.  Puścił  Lainie, 

poprawił krawat, po czym zmierzył wszystkich wyzywającym spojrzeniem i oddalił się bez słowa.

Lainie  zauważyła  pełne  współczucia  spojrzenia  postronnych  osób,  które  w  milczeniu  przyglądały  się 

zajściu.  Łzy  napłynęły  jej  do  oczu.  Zakryła  usta  dłonią  i  uciekła  do  toalety.  Na  szczęście  nikt  nie 

próbował jej pocieszać ani o nic wypytywać, gdyż właśnie skończyła się przerwa i wszyscy wrócili na 

salę. Mogła płakać bez przeszkód i bez świadków.

background image

W  takim  stanie  znalazła  ją  Ann,  która  udała  się  na  poszukiwania,  zaniepokojona  przedłużającą  się 

nieobecnością przyjaciółki. Przytomnie nie zadawała niepotrzebnych pytań, tylko bez słowa przytuliła do 

siebie wstrząsaną spazmatycznym łkaniem Lainie. Po jakimś czasie łzy przestały płynąć.

- Rad jest tutaj. - Lainie odzyskała wreszcie głos i podniosła na Ann czerwone, zapuchnięte oczy. - Pod-

czas  przerwy...  Och,  Boże  jedyny...  Powiedzieliśmy  sobie  takie  rzeczy...  Wracam  do  domu.  -

Konwulsyjnie zaciskała dłonie na ramionach przyjaciółki.

Było  jej  wstyd,  że  reaguje  tak  emocjonalnie.  Z  ogromnym  wysiłkiem  starała  się  jakoś  opanować. 

Drżącymi dłońmi otarła łzy.

- Wezmę taksówkę.

- Chyba żartujesz. Zaraz powiem Adamowi, żeby poszedł po samochód i czekał na nas przed wyjściem.

- Ale koncert...

- E, tam, mocno przereklamowany - skwitowała Ann i już jej nie było.

Musiała chyba wyjaśnić mężowi sytuację, gdyż nawet nie chciał słuchać przeprosin Lainie, gdy wsiadła 

do  samochodu.  Uśmiechnęła  się  więc  tylko  do  tego  przemiłego  blondyna  o  kręconych  włosach  i 

pogodnym spojrzeniu niebieskich oczu.

- Nie wiem, czym zasłużyłam na takich przyjaciół jak wy.

- Może tym, że poślubiłaś takiego człowieka jak Rad. - Wzrok Adama spoważniał. - Musi przecież być 

jakaś równowaga.

- Myślałam, że pięć lat separacji zrobi swoje. - Na twarzy Lainie malował się ból. - Okazuje się jednak, 

że nawet nie potrafimy się przywitać jak normalni ludzie. Od razu skaczemy sobie do oczu.

- Domyślam się, że Sondra obserwowała tę scenę z dziką satysfakcją - zauważyła z westchnieniem Ann.

Lainie natychmiast ujrzała oczyma wyobraźni rudowłosą sekretarkę Rada.

- Jak to? Była tam?

- Zauważyłam ją, gdy szłam zatelefonować. - Ponury głos przyjaciółki zdradzał, że żałuje, iż niechcący 

zdradziła fakt, o którym Lainie najwyraźniej nie miała pojęcia. - Od razu domyśliłam się, że Rad musi 

być w pobliżu. Miałam tylko nadzieję, że w tym tłumie nie wpadniecie na siebie.

- Nawet mi go trochę żal - roześmiała się z lekką goryczą Lainie. - Ale nie zasłużył na kogoś lepszego 

niż Sondra.

W samochodzie zapanowało ciężkie milczenie. A miał to być taki miły wieczór...

Panującą  dookoła  ciemność  rozświetlało  agresywne  pulsowanie  neonowych  reklam,  a  cały  świat 

wydawał  się  obcy  i  straszliwie  obojętny.  Jednak  ciemności,  jaka  ogarnęła  duszę  Lainie,  nie  rozjaśniał 

nawet najmniejszy błysk światła. Rozpacz i ból panowały w niej niepodzielnie.

Wreszcie zatrzymali się przed domem Lainie.

-  Może  chcesz,  żeby  Ann  została  z  tobą  na  noc?  -  zaproponował  Adam  z  właściwą  mu 

bezinteresownością i życzliwością.

- Kochani jesteście,  ale chyba jednak wolę zostać  sama. -  Lainie nie  mogła znaleźć słów, by wyrazić 

swą  wdzięczność.  Tym  bardziej  że  zaofiarowali  się  podwieźć  panią  Forsythe  do  domu.  Pożegnała  się 

więc i pobiegła na górę, by nie musieli zbyt długo czekać.

background image

Środek nasenny spowodował, że pani Simmons nawet się nie obudziła, gdy córka wślizgnęła się do jej 

pokoju i zajęła miejsce w fotelu. Nie było potrzeby, żeby Lainie czuwała przy matce przez całą noc, ale 

wiedziała, że i tak nie zaśnie. Wolała więc siedzieć tutaj, niż przewracać się w nieskończoność na łóżku 

w swojej pustej sypialni.  Odchyliła głowę na oparcie i  pozwoliła odżyć  wspomnieniom, przed  którymi 

tak długo się broniła.

Spotkała  Rada  przed  sześcioma  laty  u  znajomej.  Wracali  właśnie  całą  paczką  z  teatru  i  w  korytarzu 

wpadli  na  mężczyznę,  którego  wzrok  natychmiast  spoczął  na  roześmianej  Lainie  w  długiej  wirującej 

sukni.  W  jego  spojrzeniu  było  coś  takiego,  że  Lainie  od  razu  wypytała  Andreę,  w  której  domu  to  się 

działo, kto zacz. Okazało się, że to znajomy rodziców, współwłaściciel prężnie działającej firmy. Udało 

się przekonać Andreę, że powinna zaprosić gościa, by przyłączył się do nich.

O dziwo, przyjął zaproszenie, choć widać było, że nie pasuje do ich grupy. Był inny, bardziej dojrzały, 

pewny siebie, ale w dobrym znaczeniu tego słowa. Chłopcy, z którymi Lainie do tej pory się umawiała, 

nagle wydali jej się strasznymi smarkaczami. Jak w ogóle mogła zwracać na nich uwagę?

Jak  z  kolei  miała  zwrócić  na  siebie  jego  uwagę?  Wszystkie  jej  próby  flirtowania  z  nim  kwitował 

kpiącym uśmiechem, jakby proponowała mu jakąś dziecinną grę. Wreszcie przejął sprawy w swoje ręce.

- Nie ma sensu udawać - powiedział z brutalną szczerością. - Chcę być z tobą, a ty chcesz być ze mną. 

Mogę cię odwieźć do domu?

Wahała się tylko przez moment.

A  potem  nastał  tydzień  randek  i  nie  kończących  się  rozmów  telefonicznych.  Pierwszy  pocałunek 

udowodnił  Lainie,  jak  bardzo  się  myliła,  uważając  się  za  osobę  całkiem  w  tej  materii  doświadczoną. 

Wystarczyło, że Rad wziął ją w ramiona, a poczuła, jak płonie w niej ogień. Była gotowa zapomnieć o 

wszystkim, wzgardzić zasadami, jakie do tej pory wyznawała i pozwolić zrobić ze sobą wszystko. On zaś 

nigdy nie tracił kontroli nad sobą i w pełni panował nad każdą sytuacją.

Przez  następny  miesiąc  żyła  w  poczuciu  ciągłego  rozdarcia.  Gdy  zostawała  sama,  czyniła  sobie 

wyrzuty, że tak otwarcie okazuje mu swoją miłość. Że nie ukrywa, iż jest dla niego gotowa na wszystko. 

Wiedziała, że to błąd. Wystarczyło jednak, by go zobaczyła, a już bez pamięci rzucała mu się w ramiona.

A  potem  nastąpiła  ta  noc,  gdy  jej  się  oświadczył.  Siedzieli  w  samochodzie  zaparkowanym  przed  jej 

domem. Rad właśnie zdecydowanym gestem odsunął Lainie od siebie. Spojrzała na niego prosząco. Jak 

zwykle  wyglądał  na  zupełnie  niewzruszonego,  jedynie  na  jego  szyi  pulsowała  mała  żyłka.  Lainie 

uwielbiała  tę  pulsującą  żyłkę,  gdyż  nic  innego  nie  zdradzało,  że  Rad  pragnie  jej  równie  silnie  jak  ona 

jego.

- Jedno z dwojga: albo zostaniesz moją żoną, albo moją kochanką. Innego wyjścia nie ma. - Jego oczy 

lśniły  w  ciemności.  -  Jeśli  o  mnie  chodzi,  wolałbym  cię  widzieć  raczej  w  charakterze  matki  naszych 

dzieci niż w roli mojej utrzymanki.

Nawet nie zwróciła uwagi na to, że nie wyznał jej miłości. Była tak oszołomiona tym nieoczekiwanym 

szczęściem,  że  umknęło  to  jej  uwagi.  Teraz,  gdy wspominała  tę  chwilę,  zdawała  sobie  sprawę,  iż  Rad 

przyjął jej wybuch entuzjazmu z kpiną i rozbawieniem.

Przypomniała  też  sobie  reakcję  rodziców.  Tacie  wystarczyło  jedno  spojrzenie  w  błyszczące  radością 

oczy córki, by zaaprobować jej decyzję. Z kolei mama, choć nie protestowała otwarcie, wyraziła szereg 

wątpliwości.

background image

- Ależ,  kochanie, dopiero  co obchodziłaś  zaledwie  dwudzieste  urodziny.  Rad  MacLeod jest od  ciebie 

starszy o jedenaście lat. Ma od ciebie wiele więcej doświadczenia.

- I cóż z tego, mamo? - roześmiała się Lainie.

- To człowiek z ambicjami. Doskonale wie, czego chce, potrafi manipulować innymi, by osiągać własne 

cele. Przywykł do wydawania rozkazów i do tego, że ludzie są mu posłuszni. Zauważ, że ty też tańczysz, 

jak on ci zagra. Zgadzasz się na wszystko. Kto to widział, żeby urządzać ślub raptem dwa tygodnie po 

zaręczynach? Tak się nie robi.

- Zrozum, wcale mi nie zależy na tłumach ludzi i wystawnym przyjęciu. Jedyne, czego pragnę, to jego...

-  I  on  doskonale  zdaje  sobie  z  tego  sprawę  -  mruknęła  ponuro  pani  Simmons.  -  Zobaczysz,  że 

wykorzysta to przeciw tobie. Będzie ci dyktował, z kim masz się spotykać i gdzie macie bywać. Założę 

się, że postara się o to, żebyś jak najszybciej zaszła w ciążę.

- Co w tym złego? Oboje bardzo chcemy mieć dzieci. - Lainie zarumieniła się leciutko, jednak nie ze 

względu na myśl o potomstwie, tylko o tym, co poprzedza przyjście na świat dzieci. Nareszcie będzie się 

kochać z Radem...

-  Widzę,  że  nie  trafiają  do  ciebie  żadne  rozsądne  argumenty.  Jesteś  tak  zaślepiona  emocjami,  że  nie 

dostrzegasz prostego faktu, iż ten mężczyzna wybrał cię tylko po to, by dodać sobie splendoru.

- Jak możesz tak mówić, mamo? - zawołała ze zgrozą Lainie. - Kocha mnie i pragnie mnie poślubić. To 

już prędzej ja powinnam się chlubić takim narzeczonym. Jest przystojny i bogaty, to świetna partia.

-  Mówisz,  że  cię  kocha  -  powtórzyła  sceptycznie matka,  a  po  plecach  Lainie  przebiegł  nieprzyjemny 

dreszcz.  -  Skoro  tak...  Ale  wspomnisz  jeszcze  moje  słowa.  Zobaczysz,  będzie  próbował  zagarnąć  cię 

tylko dla siebie. Będzie chciał, żebyś przestała prowadzić życie towarzyskie, do jakiego przywykłaś. Nie 

daj się więc odseparować od swoich przyjaciół. A z urodzeniem mu dzieci wstrzymaj się do czasu, gdy 

będziesz naprawdę pewna, że poślubiłaś właściwego człowieka.

Choć  Lainie  starała  się  zapomnieć  o  przestrogach  matki,  powracały  do  niej  natrętnie.  Zaczynała  się 

łapać  na  tym,  że  podejrzliwie  słucha  słów  Rada  i  analizuje  jego  wypowiedzi,  dopatrując  się  w  nich 

ukrytych podtekstów.

Potem  jednak  nadszedł  upragniony  ślub,  a  po  nim  nastąpiły  czarowne  dwa  tygodnie  spędzone  w 

przytulnej chacie w górach i Lainie w ramionach Rada zapomniała o wszystkim. Gdy wrócili do Denver i 

zamieszkali razem, zaczęła się czuć trochę samotna. Jej mąż spędzał długie godziny w swojej firmie, ona 

zaś  wyczekiwała  w  domu  na  jego  powrót.  Na  szczęście  wieczorami  wynagradzał  jej  to  wszystko  z 

nawiązką.

Całymi dniami nie miała jednak nic do roboty, gdyż Rad zatrudnił gosposię, sprzątaczkę i ogrodnika, by 

oszczędzić  Lainie  pracy.  Zaczęła  więc  znów  spotykać  się  z  dawnymi  znajomymi,  chodzić  z  nimi  po 

zakupy, grać w tenisa. Wyglądało na to, że Rad nie ma nic przeciw temu.

Coś zaczęło się między nimi psuć, gdy Lainie poznała piękną sekretarkę swego męża. Myśl o tym, że 

rudowłosa Sondra spędza więcej czasu z Radem niż ona, stała się nie do zniesienia. Doprowadziło to do 

pierwszych nieporozumień.

Dopiero  po  latach  Lainie  pojęła,  że  pierwsze  rysy  na  wydawałoby  się  niewzruszonym  gmachu  ich 

miłości powstały z jej winy. Była jeszcze niedoświadczona, reagowała zbyt emocjonalnie. Domagała się, 

by Rad mniej pracował, a więcej czasu spędzał z nią, by chodził z nią po zakupy, zabierał ją do teatru. On 

background image

jednak przyjmował to z pobłażliwym rozbawieniem i proponował żonie, by wreszcie wydoroślała.

Cztery miesiące po ślubie nastał czas ich pierwszej rozłąki. Rad udawał się w podróż służbową. Lainie 

oczywiście pojechała z nim na lotnisko, gdzie znienacka spotkała Sondrę.

- Tu są bilety. Nasz bagaż już przeszedł kontrolę - oznajmiła sekretarka, a jej oczy zalśniły triumfalnie, 

gdy zmierzyła swą rywalkę pełnym wyższości spojrzeniem.

- To ona z tobą jedzie? - wybuchnęła Lainie.

Reakcja męża zaskoczyła ją kompletnie. Chwycił ją za ramię i zaciągnął do kąta, gdzie mogli porozma-

wiać  bez  obawy,  że  ktoś  ich  usłyszy.  Na  jego  twarzy  malowała  się  taka  wściekłość,  że  Lainie  aż  się 

skuliła wewnętrznie.

-  Nie  będę  tolerować  takich  dziecinnych  zachowań.  Możesz  być  zazdrosna  prywatnie,  ale  nie 

publicznie! - stwierdził zimno.

- Nie ufam jej.

- Chcesz powiedzieć, że to mnie nie ufasz.

-  Być  może.  -  Jej  broda  zadrżała  podejrzanie.  Jednak  chwilę  później  Lainie  dumnie  uniosła  głowę.  -

Jestem  pewna,  że  Sondra  zadba  o  to,  by  uprzyjemnić  ci  tę  podróż.  Nie  bez  powodu  tak  często 

podkreślałeś jej... kompetencje. Teraz zaczynam rozumieć, dlaczego.

Odwróciła się i odeszła, licząc na to, że Rad pobiegnie za nią. Srodze się jednak zawiodła. Nic takiego 

nie  nastąpiło.  Urażona  duma  kazała  jej  więc  jeszcze  tej  samej  nocy  przenieść  jego  rzeczy  z  ich 

małżeńskiej sypialni do pokoju gościnnego.

To był błąd. Błąd, którego nigdy by nie popełniła, gdyby lepiej znała swego męża. Rad zmienił się nie 

do  poznania,  gdy  wrócił  i  spostrzegł,  co  zrobiła.  Stał  się  chłodny  i  nieprzystępny.  Nawet  szczere 

przeprosiny żony nic nie pomogły.

Była  tak  zmartwiona  tą  sytuacją,  iż  coraz  częściej  szukała  pociechy  i  zapomnienia  wśród  dawnych 

przyjaciół. Dochodziło do tego, że to Rad wracał pierwszy do domu. Lainie nie przestała jednak bywać w 

towarzystwie, pomna na przestrogi matki.

Zima przyniosła ochłodzenie nie tylko na zewnątrz. Wydawało się, iż temperatura panująca w ich domu 

jest wręcz niższa niż ta poza nim. Wrogość i ciągłe skakanie sobie do oczu przerodziły się w całkowitą 

obojętność. A potem nadszedł ten wieczór...

Byli zaproszeni na wyjątkowo ważne przyjęcie, urządzane przez jednego z przyjaciół Lainie. Rad wrócił 

z pracy niemalże w ostatniej chwili.

- Zapomniałeś, że dziś wieczorem wychodzimy? - zaatakowała go już przy wejściu.

- Co za słodkie powitanie - zadrwił nieprzyjemnym tonem Rad, po czym udał się do barku i nalał sobie 

drinka.

- Mamy tam być za dziesięć minut.

Jego beznamiętne spojrzenie zirytowało ją jeszcze bardziej.

- Zadzwoń i powiedz, że nie przyjdziemy. - Odwrócił się do niej tyłem.

- Co takiego? Nie mogę tego zrobić!

-  Miałem  naprawdę  ciężki  dzień.  To  cholerne  przyjęcie  nie  jest  aż  takie  ważne.  Dziury  w  niebie  nie 

będzie, jak się tam nie pokażemy.

- Jasne, ponieważ to moi przyjaciele tam będą, dla ciebie nie jest to ważne - odcięła się.

background image

-  Twoje  ciągłe  czepianie  się  naprawdę  zaczyna  działać  mi  na  nerwy  -  ostrzegł.  Lainie  zauważyła 

zaciśnięte szczęki Rada i pobladła nieco. - Nigdzie dzisiaj nie idę i koniec dyskusji.

- Jak sobie chcesz. Ja wychodzę.

Już miała wyjść, gdy dobiegł ją jego zimny głos:

- Zastanowiłbym się nad tym, gdybym był na twoim miejscu.

Odwróciła się do niego z furią.

- Czy to groźba? - aż kipiała ze złości.

- Myślę, że najwyższy czas, żebyś wreszcie wybrała między mężem a znajomymi.

- Uważasz, że to sposób na uratowanie naszego małżeństwa? - zaatakowała Lainie, która nagle z przera-

źliwą jasnością pojęła sens ostrzeżeń matki. Przynajmniej tak jej się w owym momencie wydawało. - A 

może  po  prostu  chcesz,  żebym  znów  z  tobą  sypiała  i  zaszła  w  ciążę?  Dzieci  znacznie  skuteczniej 

uwiązałyby mnie w domu, prawda?

- Powinnaś była jednak zostać moją kochanką, a nie żoną.

Głos  Rada  był  do  tego  stopnia  wyprany  z  wszelkich  uczuć,  iż  Lainie  nie  mogła  już  mieć  żadnych 

wątpliwości.  Cokolwiek  kiedyś  do  niej  czuł,  już  się  wypaliło.  Wstrząśnięta,  złamana  bólem,  wyszła  z 

pokoju. Byle tylko dalej od niego.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

Następnego popołudnia przyjechała Ann. Niepokój, który dręczył ją od poprzedniego wieczora, wzrósł 

jeszcze, gdy zobaczyła podkrążone oczy przyjaciółki.

- Powinnaś jednak była się zgodzić, żebym została z tobą - upomniała ją łagodnie.

- I tak przegadałybyśmy całą noc, więc na jedno by wyszło - uśmiechnęła się blado Lainie.

- Wcale nie na jedno. Przecież widzę, że na nowo przeżywałaś cały ten koszmar. - Przyglądała jej się 

uważnie. - Wciąż nie potrafisz o nim zapomnieć, prawda?

- Tak bardzo go kiedyś kochałam. Trudno nie pamiętać o szczęściu, które się utraciło.

- Ale teraz już go nie kochasz?

- Nie - szepnęła cichutko Lainie, a w jej oczach mignęło coś na kształt niepewności.

- Czy nigdy nie rozważaliście możliwości, żeby spróbować jeszcze raz? Przecież Rad uparł się, że nie 

da ci rozwodu.

-  Tak  sobie  czasem  myślę,  że  może  wciąż  bylibyśmy  razem,  gdyby  nie  moje  zaślepienie. 

Nienawidziłam jego pracy, jego znajomych, wszystkiego, co mi go odbierało. Gdybym była dojrzalsza, 

zrozumiałabym,  że  należy  to  znosić  ze  spokojem,  gdyż  w  przeciwnym  razie  nasz  związek  się  rozleci. 

Przecież  był  oparty  na  tak  kruchych  podstawach,  że  mogło  go zburzyć  cokolwiek.  Ale  wtedy  tego  nie 

rozumiałam.

- Na kruchych podstawach? O czym ty w ogóle mówisz? - zdumiała się Ann.

Lainie spuściła wzrok i wpatrywała się teraz w swoje kurczowo splecione dłonie.

- On mnie nigdy nie kochał - szepnęła z bólem. Do tej pory jeszcze ani razu to wyznanie nie przeszło jej 

przez gardło. Podniosła na przyjaciółkę zaszklone łzami oczy. - Sam mi to powiedział. Po prostu uważał, 

że jestem atrakcyjna i świetnie się prezentuję w towarzystwie, stanowię więc dobry materiał na żonę dla 

takiego mężczyzny jak on. Nic ponadto.

- Ze wszystkich najbardziej wyrachowanych... - wybuchnęła Ann, po czym nagle coś ją zastanowiło i 

przerwała. - W takim razie, czemu nie chciał się z tobą rozwieść, skoro mu w ogóle na tobie nie zależało?

- O ile dobrze pamiętam, to stwierdził, że zapłacił wysoką cenę za poślubienie mnie, nie zamierza więc 

ponosić  kosztów  po  raz  drugi,  tym  razem,  żeby  się  mnie  pozbyć.  -  Starała  się,  by  jej  głos  brzmiał 

możliwie obojętnie, jednak wspomnienia były zbyt bolesne, by potrafiła zapanować nad jego drżeniem. -

Zrobiłam  mu  wtedy  awanturę.  Krzyczałam,  że  nie  chcę  jego  pieniędzy.  Że  jedyne,  czego  pragnę,  to 

uwolnić się od niego. Że będę go ciągać po sądach, jeśli nie zgodzi się po dobroci... - Odwróciła głowę, 

gdy przypomniała sobie, jak bardzo ją Rad upokorzył. Z bólem zagryzła wargi.

Ann w milczeniu patrzyła na przyjaciółkę, wzrokiem dodając jej odwagi.

-  Wezwał  wtedy  jednego  ze  swoich  pracowników.  Gdy  ten  człowiek  przyszedł,  Rad  spytał  go,  czy 

miewał ze mną... bliższe stosunki, kiedy już byłam zamężna. Och, wciąż słyszę ten potwornie zimny ton 

jego głosu... Ten mężczyzna odpowiedział, że owszem, kilka razy.

Zaskoczona Ann aż zachłysnęła się z wrażenia.

- Rad roześmiał się,  kazał mu wyjść, po czym oznajmił, że w razie rozprawy wystawi takich właśnie 

świadków  i  wszyscy  stwierdzą,  że  z  nimi  sypiałam.  Chyba  że  przestanę  domagać  się  rozwodu.  Nie 

miałam wyjścia, musiałam się zgodzić.

background image

-  Dlaczego  nigdy  mi  o  tym  nie  mówiłaś?  Dopiero  teraz  zaczynam  w  pełni  rozumieć  twoją  sytuację. 

Kiedy się  rozstaliście, byłam  zdumiona przemianą,  jaka  w tobie  zaszła.  Straciłaś całą pewność siebie  i 

chęć do życia. Bałam się, że skończy to się załamaniem nerwowym.

- Mało brakowało. Gdyby nie tata, to nie wiem, co by się ze mną stało - przyznała Lainie. - Któregoś 

wieczora  przyszedł  do  mojego  pokoju  i  zastał  mnie  pogrążoną  w  absolutnej  rozpaczy.  Przytulił  mnie, 

jakbym wciąż była jego maleńką córeczką i pozwolił mi się wypłakać. A potem powiedział coś, czego 

nigdy  nie  zapomnę:  „Tęczę  można  zobaczyć  dopiero  po  burzy.  Dlatego  najpierw  trzeba  przeczekać 

burzę”.  To  dlatego  wyjechałam  z  Denver  i  próbowałam  zacząć  wszystko  od  nowa.  Starałam  się 

przeczekać burzę. Do  wczoraj  myślałam, że  już  się uspokoiła.  Wystarczyło, żebym ujrzała Rada,  a już 

byłam jak w oku cyklonu...

Naraz  rozległ  się  dźwięk  dzwonka,  któremu  towarzyszyło  nawoływanie  z  sąsiedniego  pokoju.  Lainie 

natychmiast zerwała się na równe nogi.

- Myślałam, że twoja mama śpi - szepnęła Ann.

- Bo tak było. - Gestem pokazała przyjaciółce, żeby została na miejscu, a sama pośpieszyła do drzwi.

W elegancko urządzonej sypialni dominował pastelowy odcień różu. Na tapetach róże rozchylały swoje 

pąki,  w  tej  samej  różowej  tonacji  były  utrzymane  suto  marszczone  zasłony.  Przy  oknie  stała  piękna 

toaletka z marmurowym blatem, na którym pełno było figurek z drezdeńskiej porcelany i kryształowych 

cacek. Na łożu z baldachimem leżała pani Simmons, która nie przestawała wzywać córki.

- O co chodzi, mamo? - Lainie pogłaskała szczupłą bladą dłoń, która bezsilnie spoczywała na kołdrze.

-  Słyszałam,  że  z  kimś  rozmawiasz.  Wydawało  mi  się,  że  padło  imię  Rada.  Chyba  się  z  nim  nie 

widujesz?

- Ależ nie, skądże - zapewniła pośpiesznie. - Spotkałam go przypadkiem na wczorajszym koncercie, to 

wszystko.

- Mam nadzieję, że nie powiedziałaś mu o naszych kłopotach. Nie wspomniałaś, jak nisko upadłyśmy, 

prawda? - spytała błagalnie. - Nie zniosłabym, gdyby wiedział o naszej ciężkiej sytuacji.

- O nic go nie prosiłam, mamo - odparła zgodnie z prawdą Lainie, poruszona proszącym tonem matki.

-  To  dobrze -  westchnęła  z  ulgą  pani  Simmons  i  powolutku  wysunęła  dłoń  spod  ręki córki,  po  czym 

ponownie bezsilnie opuściła ją na kołdrę. - Teraz mogę odpocząć.

Oznaczało to, że rozmowa skończona i że Lainie ma się oddalić. Dawno już przywykła do królewskiego 

zachowania matki i potrafiła je bezbłędnie interpretować. Nie umiała jednak odgadnąć, na ile jej słabość 

jest udawana, a na ile autentyczna. Lainie nie miała wątpliwości co do tego, że matka trochę przesadzała, 

nie zmieniało to wszakże faktu, że naprawdę była chora. Bardzo poważnie chora.

Dwa dni później wreszcie znalazła czas, by wziąć się za robienie porządków w ogródku przed domem. 

Mama spała twardo po zażyciu środków nasennych, Lainie mogła więc bez przeszkód zająć się pracą na 

powietrzu. Sprawiło jej to prawdziwą przyjemność.

Lato miało się już ku końcowi. Był spokojny, pogodny dzień, słońce przygrzewało nie za mocno, ale i 

tak po czole Lainie spływały krople potu, mimo iż miała na sobie tylko cienką bawełnianą bluzeczkę i 

kremowe  spodnie.  Usuwanie  uporczywych  chwastów  było  dość  uciążliwe,  jednak  miało  tę  zaletę,  że 

odrywało myśli od spotkania z Radem i od trudności finansowych. W gruncie rzeczy okazało się bardziej 

background image

relaksujące od siedzenia w domu i zamartwiania się.

Lainie  usłyszała  zbliżające  się  kroki.  Odwróciła  się  nieco  i  osłoniła  oczy  dłonią,  by  przyjrzeć  się 

nadchodzącemu.

- Lee! Co za miła niespodzianka. - Podniosła się z klęczek, pośpiesznie ściągnęła bawełniane rękawice, 

by serdecznie uścisnąć jego dłoń.

-  Gdzie  można  wynająć  taką  piękną  ogrodniczkę?  Byłbym  bardzo  zainteresowany.  -  Jego  niebieskie 

oczy zalśniły na widok uśmiechniętej Lainie.

Zarumieniła się pod jego bacznym spojrzeniem.

-  Proszę,  wejdź.  Ja  tymczasem  szybko  się  przebiorę...  Przepraszam,  ale  nie  spodziewałam  się  dzisiaj 

gości.

-  Wyglądasz  cudownie  -  powiedział  z  absolutnym  przekonaniem,  wziął  Lainie  pod  rękę  i  udał  się  w 

stronę domu. - Nie mogłem przestać o tobie myśleć, więc postanowiłem zobaczyć się z tobą.

-  Pochlebca!  -  droczyła  się  Lainie,  z  przyjemnością  spoglądając  na  jego  sympatyczną  twarz  i  gęste 

płowe włosy.

- To nie było żadne pochlebstwo - odparł tak poważnym tonem, że nagle straciła rezon. - Nie potrafię o 

tobie zapomnieć już od kilku lat. Straciłem cię, gdyż zbyt długo zwlekałem z wyznaniem moich uczuć. 

Tym razem nie pozwolę, by mnie ktokolwiek uprzedził.

Aż się zatrzymała z wrażenia.

- Ależ ty nawet nie dajesz mi czasu do namysłu!

- Rad MacLeod też ci go nie dał - zauważył cicho, a Lainie pobladła. - I wyszłaś za niego.

-  Teraz  już  nie  jestem  taka  impulsywna  jak  niegdyś.  Drugi  raz  nie  popełnię  tego  samego  błędu.  -

Stanowczo cofnęła rękę.

- Bardzo mnie to cieszy - odpowiedział spokojnie. Pomyślała, że ten jego spokój udziela się również jej 

i  działa  jak  kojący  balsam  na  jej  zbolałą  duszę.  -  Ponieważ  chcę,  żebyś  była  zupełnie  pewna  tego,  że 

chcesz mnie poślubić.

- Lee, nie tak szybko! - Potrząsnęła głową, zaskoczona i zdezorientowana. - Nie widzieliśmy się przez 

pięć lat. Nawet nie wiemy, jacy teraz jesteśmy.

- W takim razie proponuję ponownie się zaprzyjaźnić. Zjesz ze mną kolację?

- Moja mama jest ciężko chora, praktycznie nie wstaje z łóżka. Nie mogę zostawić jej samej. W ogóle 

nie ma mowy o tym, żebym biegała na randki.

- W takim razie ja będę przybiegał tutaj, co ty na to? Jak widzisz, niełatwo mnie zniechęcić.

- Lee, nie wiem, co powiedzieć. - Bezradnie rozłożyła ręce. - Jestem kompletnie zbita z tropu. Zawsze 

uważałam cię za wspaniałego przyjaciela, a ty nagle próbujesz ustawić nasze stosunki na zupełnie innej 

płaszczyźnie.

- Czy w takim razie mogę wpadać na kolacje jako twój dawny przyjaciel?

- Przyjaciele są zawsze mile widziani w tym domu - odparła.

- A czy dostają coś chłodnego do picia w taki dzień jak dzisiejszy? - spytał żartobliwym tonem.

Od  tej  chwili  zachowywał  się  tak,  jakby  nic  się  nie  stało.  Siedział  w  kuchni,  prowadził  lekką 

konwersację  i  był  równie  miły  jak  zwykle.  Jednak  Lainie  miała  kompletny  mętlik  w  głowie.  Gdy  Lee 

wyszedł, spróbowała uporządkować myśli.

background image

Już raz się zawiodła na małżeństwie, nie zamierzała po raz drugi popełniać tego samego błędu. Lee był 

jednak  ze  wszech  miar  atrakcyjnym  mężczyzną.  Ale  przecież  w  świetle  prawa  wciąż  była  żoną  Rada, 

więc i tak nie mogła podjąć żadnej wiążącej decyzji.

Z drugiej wszakże strony czuła się bardzo osamotniona, choć nie chciała się do tego przyznawać nawet 

sama  przed  sobą.  Sporadyczne  wizyty  Ann  nie  wystarczały  jej  w  najmniejszym  stopniu.  Byłoby  miło, 

gdyby  Lee  czasem  wpadał.  To  porządny  i  godny  zaufania  mężczyzna,  z  pewnością  nie  będzie 

nietaktownie naciskał, żeby ich przyjaźń przerodziła się w coś więcej.

Gdy następnego popołudnia zadzwoniła Ann, Lainie wspomniała pokrótce o wizycie Lee i o tym, że ma 

on wpaść w piątek na kolację. Nie spytała przyjaciółki o opinię, jednakże ciekawa była jej reakcji.

- Bardzo dobrze - zaaprobowała Ann. - Właśnie takiego faceta ci trzeba. On jest jak opoka, można na 

nim polegać w każdej sytuacji. Jest solidny, odpowiedzialny i wiadomo, czego się po nim spodziewać.

- Nie wiem, czy byłby zachwycony tym opisem. Zabrzmiało to tak, jakby był strasznym nudziarzem. A 

to przecież bardzo atrakcyjny mężczyzna.

- Nie przeczę. Ale ważniejsze jest to, że potrafi dać poczucie bezpieczeństwa, a ono bardzo ci się teraz 

przyda - powiedziała Ann z jakąś dziwną, ponurą determinacją.

Lainie zdumiała się.

- Nie rozumiem. Dlaczego to mówisz?

-  Właściwie  nie  wiem.  Po  prostu  mam  takie  przeczucie.  Dobra,  nieistotne.  Dzwonię  po  to,  żeby 

wyciągnąć cię jutro z domu. Pójdziemy do jakiejś knajpki, zjemy, pogadamy. Moja mama wspomniała 

dzisiaj, że chętnie spotkałaby się z twoją. Czemu więc tego nie wykorzystać?

- Byłoby mi bardzo miło...

-  Żadnych  „ale”!  Moja  mama  pracowała  kiedyś,  dawno  temu,  jako  pielęgniarka.  Będzie  więc  umiała 

zaopiekować  się  chorą.  W  dodatku  tak  się  zagadają  o  dawnych  czasach,  że  twoja  mama  nawet  nie 

zauważy, że ciebie nie ma.

- Hm, właściwie powinnam iść do apteki po jedno lekarstwo - przyznała z lekkim wahaniem Lainie.

- No widzisz, zawsze znajdzie się pretekst! - ucieszyła się Ann. - Wpadniemy do was jutro około wpół 

do dwunastej. Pasuje?

Jak było do przewidzenia, Ann zabrała przyjaciółkę do jednej z najelegantszych restauracji w Denver. 

Sala była rzęsiście oświetlona, co dodatkowo podkreślało każdy detal wykwintnego wystroju. Wyściełane 

złocistym aksamitem  krzesła otaczały nakryte śnieżnobiałymi obrusami stoliki.  Słychać  było  stłumione 

rozmowy gości, brzęk kryształowych kieliszków oraz delikatny dźwięk srebrnych sztućców.

- Jak myślisz, czy wciąż jeszcze omawiają dolegliwości twojej mamy, czy przeszły już do wspominania 

twoich chorób? - spytała Ann, gdy kelner przyjął ich zamówienie.

Uśmiechnęła  się  przy  tym  do  przyjaciółki,  która,  ku  jej  zadowoleniu,  wyglądała  znacznie  lepiej  niż 

poprzedniego  dnia.  Lainie  miała  na  sobie  elegancką  bluzkę  w  kolorze  kości  słoniowej  oraz  oliwkowy 

kostium, którego barwa uwydatniała zielonkawe refleksy w jej orzechowych oczach.

- Myślę, że zdążyły przedyskutować co najwyżej połowę symptomów, jakie występują u mojej mamy. -

W jej głosie brzmiało lekkie rozbawienie.

Ann przyglądała jej się z zainteresowaniem.

background image

- Żarty żartami, ale trzeba porozmawiać poważnie. Powiedz mi teraz więcej o tej wizycie Lee.

Zdała więc szczegółową relację z wczorajszych odwiedzin Lee. Wywołało to pełne humoru komentarze 

przyjaciółki, która przyklasnęła zamiarom Lee i z miejsca przyjęła rolę swatki. Namawiała jednak na ten 

związek tak dowcipnie, że Lainie nie mogła się powstrzymać od śmiechu. Ann była cudowna. Jej pogoda 

ducha była tak zaraźliwa, że nie sposób było nie zapomnieć o wszystkich zmartwieniach.

Na  miłej  pogawędce  czas  mijał  szybko  i  ani  się  spostrzegły,  a  już  podano  im  kawę  po  skończonym 

posiłku. Jednak nie śpieszyły się z wychodzeniem, tylko plotkowały dalej. Ann właśnie wygłosiła kolejną 

dowcipną  uwagę  o  zaletach  Lee  jako  przyszłego  kochanka  i  Lainie  znów  zaczęła  pokładać  się  ze 

śmiechu.

-  Przez  ciebie  zachowuję  się  jak  nastolatka  -  wykrztusiła  z  trudem.  -  Chichoczę  jak  głupia  i  to  tylko 

dlatego, że jakiś chłopak za mną lata.

-  Zdrowa  reakcja  -  skwitowała  Ann,  po  czym  nagle  wyraz  jej  twarzy  zmienił  się  jak  za  dotknięciem 

czarodziejskiej różdżki. - Cholera jasna! A ten już nie miał gdzie przyjść, tylko właśnie tutaj?

Lainie zerknęła przez ramię, by zobaczyć, kto tak bardzo naraził się przyjaciółce. Śmiech zamarł jej na 

ustach, gdy spojrzała wprost w ciemne oczy Rada. Było w nich coś dziwnego, wydawało się, że błysnęła 

w nich radość. Jednak cynicznie skrzywione wargi świadczyły o czymś zupełnie przeciwnym.

Dopiero po chwili zauważyła, że nie jest sam. Jedną z towarzyszących mu osób była oczywiście jego 

atrakcyjna sekretarka, która nawet nie starała się ukrywać swej niechęci.

- Pani MacLeod! - zawołała z lekkim przekąsem Sondra. - Co za niespodzianka! Nie sądziłam, że tak 

szybko znowu panią zobaczę.

Lainie  jak  zahipnotyzowana  śledziła  wzrokiem  gest  Rada,  który  lekko  dotknął  ramienia  rudowłosej. 

Wciąż nosił ślubną obrączkę. Pamiętała każdy szczegół jej misternego wzoru, sama mu ją dała. A on tą 

samą dłonią dotykał tej... tej...

- Zaprowadź Boba i Harry’ego do stolika. Zaraz przyjdę - powiedział.

Gdy  Sondra  wraz  z  mężczyznami  odeszła,  ponownie  popatrzył  na  Lainie.  Poczuła,  jak  pod  jego 

spojrzeniem robi jej się dziwnie ciepło.

- Chcesz mi o czymś powiedzieć? - spytała z wymuszonym spokojem, bawiąc się przy tym kieliszkiem, 

by dać zajęcie dłoniom i ukryć ich drżenie.

- Sądziłem, że  to  ty  masz ochotę  ze  mną porozmawiać  - odparował  kpiąco. - Najpierw nie widzę  cię 

przez pięć lat, po czym nagle spotykam cię już drugi raz w ciągu tygodnia. To daje do myślenia.

- To oznacza tylko, że wystarczy nam tych spotkań na następnych pięć lat - odgryzła się Lainie.

-  Chyba  nawet  i  pięćdziesiąt  lat  by  nie  starczyło,  żeby  utemperować  twoją  zjadliwość  -  skwitował  z 

gryzącą ironią.

- Słuchaj, powiedziałam ci już, że nic od ciebie nie chcę - syknęła. - Czemu więc nie zostawisz mnie 

wreszcie w spokoju?

Czuła się potwornie. Pragnęła pozbyć się go jak najszybciej, gdyż nie wiedziała, jak długo jeszcze uda 

jej się zachowywać pozorny spokój. Obawiała się, że lada moment wybuchnie. A za nic w świecie nie 

chciała, by Rad zorientował się, jak gwałtowne uczucia nią targają na jego widok. Nie mogła patrzeć na 

jego  włosy,  by  nie  przypomnieć  sobie  ich  cudownej  miękkości.  Jeden  rzut  oka  na  jego  garnitur 

przywoływał wspomnienia skrytego pod nim opalonego ciała...

background image

Ann z niecierpliwością skinęła na kelnera.

- Rachunek proszę.

- Chyba nie uciekacie z racji mojej skromnej osoby? - zadrwił Rad. - Byłoby mi niewymownie przykro, 

gdybym wam zepsuł obiad.

-  Wcale by ci nie było  przykro - ucięła  zimno  Ann i  z jawną wrogością  popatrzyła Radowi  prosto  w 

oczy.

- I tak już zbierałam się do wyjścia. Mama na mnie czeka - wtrąciła pośpiesznie Lainie. Wiedziała, że 

przyjaciółka nie będzie przebierać w słowach, gdy jej cierpliwość się wyczerpie. Dlatego wolała nie dać 

jej sposobności do tego. Chciała uniknąć nieprzyjemnej scysji w miejscu publicznym.

- Twoja matka musi się czuć całkiem nieźle, skoro jej tak pełna poświęcenia córeczka ma czas włóczyć 

się po knajpach i zostawiać ją samą - zauważył złośliwie Rad.

Lainie chwyciła głęboki oddech, by się uspokoić i nie odpowiedzieć mu tak, jak na to zasługiwał.

- Owszem, czuje się już znacznie lepiej.

W tym momencie Ann nie wytrzymała.

-  Lainie, dość już  tych  kłamstw! - Cisnęła  serwetkę  na stół  i  wstała.  -  Pani  Simmons jest  śmiertelnie 

chora, a ty śmiesz robić sobie z tego kpiny? Trzeba być ostatnim łajdakiem, żeby nie docenić postawy 

Lainie.  Zostawiła  wszystko,  rzuciła  pracę  i  wróciła  do  Denver,  żeby  towarzyszyć  matce  w  ostatnich 

miesiącach jej  życia. Dlatego  zabraniam  ci traktować ją  w ten sposób!  Ma dość  kłopotów z płaceniem 

rachunków za wizyty doktorów,  za lekarstwa i  za  utrzymanie domu.  A do  tego wszystkiego  jeszcze ty 

znów zatruwasz jej życie!

Rad posłał Lainie ironiczne spojrzenie.

-  Jakim  cudem  udało  ci  się  wzbudzić w  kimś  takim  jak  Ann  tak  godną  podziwu  lojalność  względem 

takiej osoby jak ty? - zadrwił, najwyraźniej zupełnie nie wzruszony wybuchem Ann.

- Jasne! Przecież ty nigdy nie potrafiłeś być lojalny względem mnie, gdy byliśmy razem - rzekła zimno.

-  Jeśli  nie  dochowałem  ci  wierności,  a  nie  wiesz,  czy  tak  właśnie  było,  to  mogło  mną  powodować 

wyłącznie  pragnienie  znalezienia  zrozumienia  u  innej  kobiety,  skoro  własna  żona  nie  chciała  mnie 

zrozumieć  -  wytknął  jej.  -  Czyżbyś  zamierzała  się  upierać  przy  tym,  że  powodem  rozpadu  naszego 

związku była moja domniemana niewierność? - Kpiąco uniósł jedną brew. - Miałaś pięć lat na to, żeby 

wymyślić coś oryginalniejszego.

-  Pięć  lat,  sześć  miesięcy  i  czternaście  dni  -  skorygowała  machinalnie,  po  czym  natychmiast  tego 

pożałowała, gdyż Rad wybuchnął gromkim śmiechem.

- Widzę, że prowadzisz ścisły rachunek dni od momentu naszego rozstania.

- Ludziom dość łatwo przychodzi pamiętanie dat, od kiedy udało im się uwolnić spod władzy tyrana. -

Natychmiastowa riposta Lainie spowodowała, że Rad z gniewem zacisnął zęby.

-  Cieszy  mnie,  że  przynajmniej  choć  w  ten  jeden  sposób  udało  mi  się  ciebie  zadowolić  -  wycedził. 

Zimno  skinął  głową  Ann,  po  czym  ponownie  spojrzał  na  Lainie.  -  Nie  będę  cię  dłużej  zatrzymywał. 

Widzę, że aż płoniesz z niecierpliwości, żeby wyjść.

Odwrócił się i odszedł. Patrzyła za nim z ulgą, a zarazem z niewysłowionym żalem. Nienawidziła tych 

ich awantur. Zawsze potem czuła się okropnie. Zawsze też odczuwała nieodpartą potrzebę, by w takich 

sytuacjach zarzucić mu ręce na szyję i przekonywać go żarliwymi pocałunkami, że powinni się pogodzić. 

background image

Teraz też miała ochotę pobiec za nim, by znów znaleźć się w jego objęciach i jeszcze raz zaznać słodyczy 

jego pieszczot. Ale na to było już za późno, o wiele za późno. Podniosła się więc z rezygnacją i stanęła 

obok przyjaciółki.

- No i zepsuł nam cały obiad - westchnęła Ann. - Obawiam się, że nie będziesz chciała więcej ze mną 

wychodzić, skoro ciągle się na niego natykamy.

- Przecież to nie twoja wina, że się tak pechowo złożyło. - Lainie starała się ukryć swój prawdziwy stan 

ducha. - Zresztą, zbyt długo już starałam się go unikać. Jestem tym zmęczona. Nie będę więcej uciekać 

przed nim.

- Czy ty wciąż go kochasz? - W ściszonym głosie Ann brzmiało współczucie.

Lainie już miała zaprzeczyć, ale kiedy spojrzała w oczy przyjaciółki, zmieniła zdanie.

- Nie wiem. Nic już nie wiem.

Ann popatrzyła w ślad za Radem.

- Tak, trudno zapomnieć o kimś takim - powiedziała w zamyśleniu.

Lainie w duchu przyznała jej rację. I nie wiadomo który już raz zapragnęła, by w końcu udało jej się 

jednak zapomnieć i o tym człowieku, i o tym, co do niego kiedyś czuła.

Następnego dnia Lainie zrobiła generalne porządki. Próbowała wmówić samej sobie, że to ze względu 

na wieczorną wizytę Lee. Starannie odsuwała od siebie myśl, iż tak naprawdę tylko szuka pretekstu do 

zajęcia się czymś, co pozwoli jej przestać myśleć o Radzie.

Mama  była  tego  dnia  wyjątkowo  niespokojna.  Co  i  raz  dzwoniła  na  Lainie,  która  musiała  niemal  co 

chwila odkładać swoją robotę i biec na górę. W rezultacie koło trzeciej po południu nawet parter nie był 

jeszcze  wysprzątany,  nie  mówiąc  już  o  piętrze.  Lainie  ponuro  popatrzyła  na  zegarek.  Będzie  miała 

szczęście, jeśli zdąży wziąć prysznic i przebrać się przed przyjściem Lee.

Ponownie rozległ się dzwonek, pobiegła więc na górę. Dopiero w połowie schodów uprzytomniła sobie, 

że to telefon. Westchnęła z irytacją i popędziła z powrotem.

-  Chciałbym  rozmawiać  z  panią  MacLeod  -  odezwał  się  w  słuchawce  męski  głos,  który  Lainie  na 

próżno starała się dopasować do jakiejś znanej jej osoby.

- Przy telefonie.

- Mówi Greg Thomas, adwokat pani męża.

Oniemiała.  Czyżby  Rad  w  końcu  zmienił  zdanie  i  zażądał  rozwodu?  Sama  się  przecież  kiedyś  tego 

domagała, ale nagle ta myśl wydała jej się koszmarna.

- Pan MacLeod życzy sobie wprowadzić pewne zmiany i chce, żebym je z panią omówił.

- Jakie zmiany? - Głos z trudem wydobył się z jej ściśniętego gardła.

- Chodzi o kwestie finansowe. Co miesiąc otrzymuje pani od męża pewną kwotę...

Zrobiło  jej  się  słabo.  Nie sądziła,  że  rozgniewała  Rada  do  tego stopnia,  iż  zdecydował  się  zaprzestać 

przysyłania jej czeków. Miał do tego pełne prawo, żadne przepisy nie zobowiązywały go do pomagania 

żonie,  która  go  opuściła.  Lainie  jednak  nie  uważała  go  za  swego  dobroczyńcę,  gdyż  suma,  na  jaką 

opiewały czeki, była dość skromna. Przypominało to upokarzającą jałmużnę, jednak w połączeniu z rentą 

mamy umożliwiało im przeżycie kolejnego miesiąca.

background image

- Pan wybaczy, ale na razie nie mogę się z panem spotkać w tej sprawie. - Z nikłym rezultatem starała 

się zapanować nad drżeniem głosu. - Moja matka jest chora i nie mogę jej zostawić samej.

-  Wiem,  pan  MacLeod  wyjaśnił  mi  sytuację.  Domyślam  się,  że  właśnie  z  tego  powodu  postanowił 

wspomóc panie finansowo - odrzekł nieco protekcjonalnym tonem.

- Wspomóc? - powtórzyła ze zdziwieniem.

- Tak, pani mąż zdaje sobie sprawę z tego, że pani warunki życiowe znacznie się pogorszyły od czasu 

państwa  separacji.  Pan  MacLeod  rozumie  to  i  postara  się  temu  zaradzić.  Uważam,  że  to  bardzo 

wspaniałomyślny gest z jego strony.

Następnie prawnik wymienił sumę tak znacznie przewyższającą dotychczasową, że Lainie na moment 

aż  zaniemówiła  z  wrażenia.  Wszystkiego  mogła  się  spodziewać,  ale  nie  tego!  Z  niedowierzaniem 

potrząsnęła głową.

- Ale czemu miałby to robić?

- Już pani wyjaśniłem - powtórzył takim tonem, jakby tłumaczył dziecku. - Dowiedział się o chorobie 

pani  matki  i  zdaje  sobie  sprawę  z  tego,  że  koszty  leczenia  wpędziły  panią  w  kłopoty  finansowe.  Nie 

przypominam sobie, żeby wspominał o jakichś innych okolicznościach, które mogłyby motywować jego 

decyzję.  Proszę  nie  zapominać,  że  nikt  nie  zmusza  pana  MacLeoda  do  uprawiania  działalności 

charytatywnej,  mój  klient  okazał  daleko  idącą  wspaniałomyślność  z  własnej  woli.  A  teraz  proszę 

powiedzieć, kiedy może pani przyjść do mojego biura i podpisać dokumenty.

„Działalność charytatywna”? Te słowa boleśnie uraziły jej dumę.

- Pan wybaczy, ale nie zamierzam przyjść.

- Przecież im prędzej się spotkamy, tym szybciej dostanie pani pieniądze. Chyba pani na tym zależy?

-  Sumę,  jaką  otrzymywałam  dotychczas,  uważam  za  w  pełni  wystarczającą.  Nie  przypominam  sobie, 

żebym  prosiła  o  więcej  -  ucięła  zimno.  -  Nie  obchodzą  mnie  nagłe  wyrzuty  sumienia  mego  męża, 

zwłaszcza że przejawiają się w tak arogancki sposób.

- Ależ, pani MacLeod! - wykrzyknął potępiająco Greg Thomas.

-  Przez  pięć  lat  obywałam  się  bez  jego  litości  czy  też  charytatywnych  gestów,  jak  był  to  pan  łaskaw 

określić. A jeśli moja trudna sytuacja sprawia mu dyskomfort psychiczny, to może się po prostu ze mną 

rozwieść  i  uwolnić  się  od  poczucia  odpowiedzialności  -  wygłosiła  sarkastycznym  tonem.  -  Niech  pan 

będzie tak uprzejmy i przekaże tę odpowiedź panu MacLeodowi.

Stanowczym gestem odłożyła słuchawkę, mając wrażenie, że w ten sposób podpisała na siebie wyrok. 

Bóg jeden wiedział, jak rozpaczliwie potrzebowała tych pieniędzy.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

- Kto dzwonił dziś po południu? - spytała pani Simmons, gdy Lainie przyniosła jej obiad do pokoju.

- Po południu? - powtórzyła, by zyskać na czasie, a potem lekceważąco wzruszyła ramionami. - Och, 

jakiś akwizytor namawiał nas na subskrypcję nowego pisma.

- Na pewno? - Matka przyglądała jej się badawczo. - A może ktoś dopomina się o spłatę rachunków, a 

ty to przede mną ukrywasz?

-  Ależ  skądże  -  uśmiechnęła  się  szeroko,  by  pokazać,  że  nie  ma  powodu  do  zmartwienia.  -  Może 

rzeczywiście  chwilowo  nasza  sytuacja  materialna  nie  jest  najlepsza,  ale  nie  przesadzajmy.  Nasi 

wierzyciele nie wydzwaniają i nie domagają się pieniędzy, zapewniam cię.

- Nie rozumiem, jak możesz mówić o tym tak lekko. - Matka nerwowo skubała brzeg kołdry długimi 

chudymi palcami.

-  A  ja  nie  rozumiem,  czemu  ty  tak  dramatyzujesz.  -  Starała  się,  by  jej  głos  zabrzmiał  żartobliwie. 

Doświadczenie nauczyło ją, że to jedyny sposób na uniknięcie nie kończących się lamentów mamy, która 

biadała nad tym, że standard ich życia znacznie się obniżył.

Lainie oczywiście nie była zachwycona faktem, iż ich status się pogorszył, jednak nie zamierzała z tego 

powodu  rozpaczać.  Ona  sama  mogłaby bez  problemu  żyć  na  niższym poziomie,  ale  chodziło  o  mamę. 

Nie  wiadomo  było,  ile  czasu  jej  jeszcze  zostało.  Nie  było  mowy  o  tym,  by  zaproponować  jej 

przeniesienie  się  do  mniejszego  domu.  Chciała  zapewnić  jej  jak  najlepsze  warunki.  Przynajmniej  tyle 

mogła dla niej zrobić.

Pomogła mamie usiąść i wsunęła jej dodatkową poduszkę pod plecy. Następnie położyła serwetkę na jej 

kolanach i postawiła na niej tacę.

-  Nie  przejmuj  się  rachunkami,  tylko  jedz.  Przygotowałam  ci  bulion,  jest  bardzo  pożywny, i  sałatkę. 

Mówię ci, palce lizać.

- Nie mam ochoty na jedzenie. Fatalnie się dziś czuję - mruknęła pani Simmons z rozdrażnieniem.

- Chociaż trochę - namawiała Lainie. - Pójdę wziąć prysznic i przebrać się, a potem zajrzę sprawdzić, 

jak sobie poradziłaś.

- Czy ktoś ma do nas przyjść?

- Lee Walters wpadnie na chwilę dziś wieczorem.

- Syn Damiana Waltersa?

- Tak.

- Już  go sobie przypominam.  Blondyn z niebieskimi oczami, prawda?  Zawsze wiedziałam, że  mu  się 

podobasz. - Na jej wymizerowanej twarzy pojawił się smutny uśmiech. - Ale nigdy go nie zachęcałam, 

żeby  częściej  do  nas  przychodził,  bo  i  po  co?  Jego  ojciec  ma  takie  dziwaczne  poglądy.  Jest  wręcz 

nieprzyzwoicie  bogaty,  a  swoim  dzieciom  każe  samodzielnie  zarabiać  na  życie,  żeby  doceniły  wartość 

pracy! Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby zapisał cały swój majątek na pomoc biednym, zamiast dać go 

prawowitym spadkobiercom!

Ciężko opadła  na poduszki, jakby ten wybuch  świętego  oburzenia pozbawił  ją sił.  Po chwili ciągnęła 

dalej:

-  Dlatego  nie  chciałam,  żebyś  się  zadawała  z  młodym  Waltersem.  Jednak,  zważywszy  naszą  obecną 

pozycję w towarzystwie, nie ma to już większego znaczenia. Jestem właściwie wdzięczna temu chłopcu, 

background image

że przychodzi z wizytą. Oznacza to, że jeszcze tak całkiem nie znalazłyśmy się na marginesie.

-  Cieszę  się,  że  nie  jesteś  przeciwna  jego  odwiedzinom.  -  Uścisnęła  dłoń  matki.  -  Przepraszam,  ale 

muszę się pośpieszyć. Zrobisz mi przyjemność i zjesz obiad, zanim się trochę ogarnę?

- Zjem.

Lainie z uśmiechem posłała mamie całusa i pośpieszyła do swojej sypialni. Dlaczego każda rozmowa 

musi  w  jakimś  stopniu  dotyczyć  pieniędzy,  pomyślała  gniewnie.  A  może  niepotrzebnie  się  irytowała?

Może to przez ten telefon była tak wytrącona z równowagi? Miała przecież świadomość, że gdyby nie jej 

zraniona duma, ich kłopoty finansowe zniknęłyby w jednej chwili. Wystarczyłoby jedno jej słowo...

Weszła  do  łazienki,  rozebrała  się,  upięła  luźno  włosy  na  czubku  głowy  i  wzięła  prysznic.  Ledwie 

skończyła, owinęła się ręcznikiem i sięgnęła po słoik z kremem, kiedy odezwał się dzwonek u drzwi. Z 

niepokojem  zerknęła  na  leżący  z  boku  zegarek.  Kto  to  może  być?  Lee  miał  przyjść  później. 

Niewykluczone jednak, że coś go skłoniło do zmiany planów.

W  nerwowym  pośpiechu  narzuciła  na  siebie  zieloną  podomkę,  której  soczysta  barwa  uwydatniała 

niezwykłą przejrzystość jej cery. Uniosła ręce, by rozpuścić włosy, gdy dzwonek odezwał się ponownie -

tym razem gwałtowniej. Jej gość najwyraźniej się niecierpliwił.

Pośpieszyła  więc  na  dół,  żałując,  iż  nie  dał  jej  jeszcze  choćby  kwadransa.  Wtedy  zdążyłaby  się 

wyszykować na jego przyjście. Trudno, poprosi go, żeby chwilę poczekał, przecież zrozumie. Otworzyła 

drzwi i... i słowa zamarły jej w gardle.

Na progu stał Rad.

-  Nie  widzę  powodu,  dla  którego  moja wizyta  miałaby cię  zaskoczyć  - wycedził i  wszedł  do  środka, 

obrzucając przy tym Lainie nieprzyjaznym spojrzeniem. - Thomas przekazał mi twoje słowa...

Nerwowo  zasłoniła  dłonią  dość  mocno  wycięty  dekolt.  Odczuwała  potrzebę  ukrycia  się  przed 

badawczym  wzrokiem  Rada.  Miała  wrażenie,  jakby  była  naga,  wiedziała,  że  szlafrok  przywiera  do 

wilgotnej skóry i wydatnie uwypukla jej kształty. Odwróciła się, jakby chciała uciec, wzięła się jednak w 

garść.

-  Skoro  twój  adwokat  poinformował  cię  o  wszystkim,  to  doprawdy  nie  rozumiem,  co  tutaj  robisz  -

powiedziała nieco ściszonym głosem, gdyż nie chciała obudzić matki. Była to ostatnia rzecz, jakiej teraz 

pragnęła.  Z  obawą  zerknęła  w  stronę  sypialni  na  piętrze.  -  Wydaje  mi  się,  że  postawiłam  sprawę 

dostatecznie jasno. Nie mamy sobie już nic do powiedzenia.

- I tu się mylisz - warknął.

Widać było, że ledwo się hamuje i że wystarczy byle drobiazg, żeby Rad wybuchnął. Lainie patrzyła na 

niego  z  niepokojem.  Jak  zwykle  w  porównaniu  z  nim  czuła  się  szalenie  bezbronna,  a  co  gorsza, 

niedojrzała  i  niedoświadczona.  Wiedziała,  że  właściwie  nie  ma  sensu  się  z  nim  spierać,  gdyż  i  tak 

znajduje się na z góry przegranej pozycji.

- W takim razie powiedz, co masz do powiedzenia i idź sobie - zgodziła się z rezygnacją. Jej zdławiony 

głos zdradzał, że nie jest tak opanowana, na jaką próbuje wyglądać.

- Czy będziemy rozmawiać tutaj? - Kpiąco uniósł brwi. - A nie lepiej w salonie? Chcesz, żeby było nas 

słychać na górze?

-  Nie,  nie  w  salonie  -  zaprotestowała  pośpiesznie.  -  Nie  zdążyłam  posprzątać...  -  skłamała  na 

poczekaniu.

background image

Jednak Rad ani myślał przejmować się jej obiekcjami. Minął ją i wszedł do pokoju. Lainie z ciężkim 

sercem  stanęła  w  drzwiach.  Na  pierwszy  rzut  oka  urządzony  meblami  z  epoki  wiktoriańskiej  salon 

wyglądał  elegancko  i  luksusowo.  Jednak  uważny  obserwator  mógł  bez  trudu  spostrzec  jaśniejsze 

prostokąty na ścianach - ślady po zdjętych obrazach.

-  O  ile  dobrze  pamiętam,  to  wisiało  tu  parę  dzieł  impresjonistów  -  rzucił  niby  mimochodem,  Lainie 

wiedziała jednak, że nie jest to luźna uwaga.

- Wiszą teraz gdzie indziej.

- A gdzie się podziała ta cenna rzeźba z gzymsu nad kominkiem?

- Och, jak długo  można patrzeć na to  samo? - Nonszalancko wzruszyła  ramionami. - Stoi w pudle w 

jakimś schowku.

-  Rozumiem -  skrzywił  się  ironicznie.  -  A  ta  waza,  z  której twoja  matka  była taka  dumna?  Ta,  którą 

dostała od twego ojca? Czy słusznie się domyślam, że właśnie się stłukła?

- Dokładnie tak.

- Ciekawe, ile jeszcze wartościowych rzeczy wisi albo stoi gdzie indziej, lub też się stłukło - powiedział 

z nie skrywaną ironią, przypatrując się jej wnikliwie. - Zgaduję, że najpierw sprzedałyście biżuterię?

Lainie oblała się rumieńcem. Skrzyżowała ramiona  i  odwróciła się bokiem, by choć częściowo ukryć 

twarz.

- Tak - syknęła ze źle maskowaną furią.

- Czy wiesz, ile dokładnie wynoszą twoje długi? Czy w pełni zdajesz sobie sprawę z tego, jak fatalna 

jest wasza sytuacja?

Pragnęła  zbyć  go  czymkolwiek,  lecz  nie  pozwolił  jej  na  to.  Bezlitośnie  wyrecytował  długą  listę 

wierzycieli.  Nie  pominął  nikogo,  nie  przeoczył  żadnej  sumy.  Piękne  oczy  Lainie  zaiskrzyły  się,  nie  z 

gniewu wszakże, lecz od łez.

-  Grzebanie  się  w  tym  sprawiło  ci  ogromną  przyjemność,  prawda?  -  Mimo  upokorzenia  zapłonęła 

gniewem. - Czy poczułeś się lepiej, dowiadując się, że tak zbiedniałyśmy?

- Do diabła ciężkiego! Próbuję ci pomóc! - On również podniósł głos.

- Taak? - spytała urągliwie. - Łaskawie dając nam jałmużnę i upokarzając nas jeszcze bardziej?

Jego twarz przybrała zdesperowany wyraz.

-  A  co  mam  robić?  Stać  z  boku  i  przypatrywać  się,  jak  bankrutujecie?  Mam  spokojnie  czekać,  aż 

komornik  wyrzuci  was  na  ulicę?  Mam  traktować  was  jak  obcych  ludzi,  których  los  zupełnie  mnie  nie 

wzrusza?

-  Och,  co  za  szlachetność!  -  zadrwiła.  -  Rozumiem,  że  rola  filantropa  bardzo  ci  przypadła  do  gustu! 

Pławisz się we własnej wspaniałomyślności! Ciekawe, czego oczekujesz w zamian?

- Niczego - warknął przez zaciśnięte zęby. - Potrzebujesz pieniędzy, a ja to rozumiem i chcę ci je dać. 

To proste.

Lainie kurczowo zacisnęła dłonie w pięści.

- O, nie, Rad, z tobą nic nie jest proste. Owszem, potrzebuję pieniędzy, ale od ciebie nie wezmę  nic. 

Słyszysz? Nic!

-  Mam  dopuścić  do  tego,  że  poniżysz  się  i  będziesz  żyć  na  łasce  obcych,  którzy  będą  chcieli  cię 

wyeksmitować za nie spłacone długi? Że spalisz się ze wstydu przed przyjaciółmi i znajomymi?

background image

- Ach, to o to ci chodzi - zaatakowała. - Obawiasz się, że wszyscy wezmą cię na języki i oskarżą o to, że 

mi nie pomogłeś? Nie obawiaj się, wspomnę im o twojej zadziwiającej hojności.

- Niech cię szlag! - Skoczył ku niej, chwycił ją za ramiona i potrząsnął mocno. Łzy, powstrzymywane 

dotąd  z  największym  trudem,  spłynęły  jej  wreszcie  po  policzkach.  -  A  co  mnie  obchodzi,  co  ludzie 

mówią?  Nie  dbam  o  nich.  Chodzi  mi  tylko  o  ciebie.  Niepokoję  się  twoją  sytuacją,  czy  ty  tego  nie 

widzisz?

Lainie poczuła, jak włosy opadają jej na  ramiona  ciężką  kaskadą.  Widocznie  niedbale  zapięta  klamra 

wysunęła się z nich, gdy Rad zaczął ją szarpać. Znieruchomiał, lecz nie puścił jej. Patrzył w milczeniu na 

płynące  nieprzerwaną  strugą  łzy.  Poczuła  się  nieswojo.  Chciała,  żeby  przestał  się  jej  tak  przyglądać, 

otworzyła więc usta, by mu to powiedzieć, ale nie potrafiła wydobyć z siebie ani słowa.

Wzrok Rada powędrował ku jej rozchylonym wargom.

- Przedtem nie miałaś takich oporów. Przyjęłaś moje nazwisko, przyjęłaś mnie do swego łóżka. Czemu 

więc nie chcesz przyjąć moich pieniędzy?

- Proszę cię, zostaw mnie - szepnęła prosząco.

Nagle  zauważyła,  że  przecinająca  jego  czoło  pionowa  zmarszczka  znika.  W  następnej  chwili  bez 

ostrzeżenia mocno przyciągnął Lainie do siebie. Gdy próbowała się wyrwać, tylko się roześmiał.

- Ty też mnie pragniesz - powiedział z butą w głosie. - Widzę to w twoich oczach. Jest tak, jak dawniej. 

Kłócimy się równie namiętnie, jak pragniemy się kochać.

- Nie! - zaprotestowała, jednak nie zabrzmiało to  szczególnie przekonująco,  gdyż  myślała już tylko o 

jego pieszczotach.

Rad nie zawiódł jej. Jego pocałunki były tak gorące, że w pewnym momencie nie miała już sił, by się 

dalej opierać i odpowiedziała mu z równym żarem. Wtedy odsunął ją nieco od siebie. Jeden rzut oka na 

malującą  się  na  jego  twarzy  satysfakcję  sprawił,  że  Lainie  ze  wstydem  spuściła  głowę.  Czemu,  och, 

czemu nie potrafiła mu się oprzeć? Upokorzył ją i teraz triumfuje.

- Nie miałaś nikogo przez tych pięć lat, prawda? - spytał, choć znał już odpowiedź.

Uniosła dumnie głowę, ale żadna cięta riposta nie przyszła jej na myśl. Nie potrafiła też skłamać. Na 

szczęście uratował ją dobiegający z piętra dźwięk dzwonka. Rad nie zatrzymywał jej, gdy wymknęła się z 

jego ramion i wybiegła na korytarz. Usłyszała, że podąża za nią i obejrzała się z niepokojem. Zatrzymał 

się jednak przy schodach. Pośpieszyła więc na górę i weszła do sypialni, zostawiając za sobą uchylone 

drzwi.

- Życzysz sobie czegoś, mamo?

- Czy ten chłopiec od Waltersów już przyszedł? Może zajrzałby na górę trochę ze mną porozmawiać? 

Lainie, ty przecież nie jesteś ubrana! - wykrzyknęła nagle ze zgrozą pani Simmons.

- Właśnie miałam to zrobić. - Starała się ukryć drżenie rąk, gdy zabierała tacę z pustymi talerzami. - Lee 

jeszcze nie przyszedł, ale gdy się pojawi, postaram się go przyprowadzić tu na chwilę.

Szybko zawróciła ku drzwiom, żeby nie przedłużać rozmowy.

- W takim razie, kto dzwonił do drzwi?

Zatrzymała się na progu. Widziała stąd Rada, który nonszalancko palił papierosa i niewątpliwie chłonął 

każde słowo.

- Akwizytor - rzuciła bez namysłu. - Wyjątkowo nachalny, nie mogę się go pozbyć.

background image

- Och, powiedz mu, że nic od niego nie chcesz i wyrzuć go.

- Tak właśnie zrobię - obiecała i wyszła.

Powoli  zeszła  na  dół,  starannie  unikając  przenikliwego  wzroku  męża.  Wyminęła  Rada  i  udała  się  do 

kuchni. Podążył za nią jak cień, Lainie jednak zignorowała go. Włożyła naczynia do zlewu i zaczęła je 

myć,  zachowując  się  ostentacyjnie  głośno.  Miała  ogromną  ochotę  rozbić  jakiś  talerz  na  głowie  Rada, 

który niedbale oparł się o pobliską szafkę.

- Czyli Lee Walters wciąż się koło ciebie kręci, co? - zagadnął zjadliwie.

Gwałtownie uniosła głowę. Jego beznamiętne spojrzenie, utkwione w jej oczach, przywiodło jej nagle 

na myśl zwiniętego w kłębek grzechotnika, który może w każdej chwili zaatakować.

- Wcale się nie „kręci” koło mnie - sprostowała urażonym tonem. - Spotykam się z nim pierwszy raz od 

wielu lat. Zresztą, to nie twój interes.

- Mój. Wciąż jesteś moją żoną.

Zostawiła zmywanie i odwróciła się do niego rozgniewana.

- Może najwyższy czas wreszcie to  zmienić? - syknęła. - Nie przyszło  ci do głowy, że już mam tego 

dosyć? Że chcę się od ciebie uwolnić? A skoro zamierzasz mnie oskarżyć o romans, to proszę uprzejmie! 

Sama ci dostarczę dowodów!

Nagle przeszył ją zimny dreszcz. Rad wyprostował się powoli i podszedł do niej. W jego oczach lśniła 

wściekłość. Zatrzymał się tuż przed nią, mogła więc z bliska zobaczyć, jak kurczowo zaciska szczęki i 

nadludzkim wprost wysiłkiem opanowuje wzbierający w nim gniew.

-  Nie  próbuj  mnie  straszyć.  Jeśli  ktoś  źle  wyjdzie  na  twoich  groźbach,  to  na  pewno  nie  ja  -  ostrzegł 

zimno.

Wiedziała,  że  on  nie  żartuje.  Znała  go  aż  nadto  dobrze.  Nie  miała  najmniejszych  wątpliwości,  że 

zrobiłby wszystko, by pożałowała swego czynu, gdyby spróbowała go zdradzić. W tej nierównej walce 

nie miała żadnych szans. Nagle poczuła się straszliwie zmęczona.

- Dlaczego po prostu nie zostawisz mnie w spokoju? - spytała z trudem. Nawet mówienie wymagało od 

niej  ogromnego  wysiłku.  -  Powiedzieliśmy  sobie  już  wszystko,  co  było  do  powiedzenia.  Odrzuciłam 

twoją ofertę. Może źle robię, ale straciłam już tak wiele, że został mi jedynie honor. Pozwól mi ocalić 

chociaż to.

-  Jak  sobie  życzysz  -  skrzywił  się  cynicznie.  -  Ale  nie  wiem,  czy  opłacisz  nim  rachunki  za  leczenie 

matki,  albo  was  nim  wyżywisz,  i  nie  myśl  sobie,  że  masz  otwartą  furtkę  i  możesz  w  każdej  chwili 

zmienić  zdanie  i  skorzystać  z  mojej  pomocy.  Nie,  to  nie.  A  jeśli  kiedykolwiek  zdecyduję  się  ponowić 

moją propozycję, to możesz być pewna, że na mniej łaskawych dla ciebie warunkach.

Zmierzył ją chłodnym spojrzeniem.

- Nie musisz mnie odprowadzać do drzwi. Sam potrafię znaleźć wyjście...

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

Lainie  zaniosła  naczynie  do  fondue  do  salonu,  skąd  natychmiast  rozszedł  się  smakowity  zapach. 

Czekały tam już nakrycia, chrupiące bułki, jak również długie widelczyki służące do nabijania kawałków 

chleba  oraz  mięsa  i  moczenia  ich  w  gęstym  ciepłym  sosie.  Wróciła  do  kuchni,  wyjęła  z  nagrzanego 

piekarnika  pokrajaną  w  plastry  szynkę  i  przełożyła  ją  na  ogrzany  półmisek.  Teraz  już  mogła  zdjąć 

fartuch,  który  do  tej  pory  chronił  jedwabny  kremowy  kombinezon  przewiązany  kolorową  apaszką,  co 

podkreślało smukłość jej talii.

Właśnie  miała zanieść przyrumienione mięso do salonu,  gdy ktoś zadzwonił do drzwi. Tym razem to 

musi  być  Lee,  pomyślała,  by  dodać  sobie  animuszu.  Nie  zniosłaby  kolejnej  wizyty  Rada.  Otwierała  z 

duszą na ramieniu. Na szczęście ujrzała przed sobą życzliwie uśmiechniętą twarz przystojnego blondyna, 

a nie drwiący uśmieszek pewnego siebie bruneta, o którym tak bardzo pragnęła zapomnieć.

- Myślałem, że to ja jestem od dawania prezentów - zażartował Lee, z lubością wdychając unoszący się 

z półmiska zapach..

- Przygotowałam fondue - wyjaśniła. - Właśnie miałam zanieść na stół, kiedy zadzwoniłeś.

- Myślisz, że czerwone wino będzie do tego pasować? - Wyciągnął zza pleców pękatą butelkę.

- Czerwone wino pasuje w zasadzie do wszystkiego. Zanieś je, proszę, do salonu, a ja tymczasem pójdę 

po kieliszki. - Uśmiechnęła się szeroko i bezceremonialnie wręczyła mu półmisek. - To też weź.

Lee  nie  widział  w  tym  nic  niestosownego,  bez  wahania  pozwolił  się  obarczyć  i  pomaszerował  do 

pokoju. Lainie udała się do kuchni, dziwnie rozluźniona tą krótką wymianą zdań. Czuła, że obecność Lee 

dobrze  jej  robi.  Jej  rozdygotane  nerwy  wyraźnie  się  uspokoiły.  Nie  oznaczało  to  jednak,  że  potrafiła 

zapomnieć o wizycie Rada.

Sięgnęła  po  kieliszki,  wciąż  rozpamiętując  swoje  zachowanie  w  czasie  wizyty  Rada.  Nie  sądziła,  że 

wciąż  tak  mocno  na  niego  reaguje.  Przerażało  ją  to,  nie  zamierzała  jednak  wgłębiać  się  w  przyczyny 

swojej uległości. Starannie unikała dopuszczenia do siebie myśli, że być może wciąż go kocha. Właśnie 

dlatego była tak zadowolona z obecności Lee, który stanowił coś w rodzaju odtrutki na jej zmartwienia.

Gdy weszła do salonu, właśnie kosztował kawałek szynki, zanurzony uprzednio w aromatycznym sosie. 

Na widok Lainie przybrał tak czarującą minę złapanego na gorącym uczynku chłopca, że rozbroił ją tym 

natychmiast. Nagle poczuła się znów młoda i cudownie beztroska.

- No, i przyłapałaś mnie właśnie na gorącym uczynku! - Sięgnął po butelkę i korkociąg.

- Traktuję to jak komplement. Widać, że doceniasz moje zdolności kulinarne - roześmiała się.

- O, i to jak! - zgodził się i napełnił kieliszki. Podał jej jeden, po czym wzniósł toast: - Za wiele takich 

pysznych kolacji i za wiele wieczorów spędzonych z tobą.

Nieco  zmieszana  Lainie  umknęła wzrokiem  i  z lekkim  wahaniem uniosła  kieliszek do  ust.  Wcale  nie 

była pewna, czy pragnie tego samego, co Lee. On jednak musiał to wyczuć, gdyż natychmiast porzucił 

poważny ton i zaczął żartować, ponownie wprowadzając beztroską atmosferę. Kiedy zaspokoili głód, Lee 

sięgnął do kieszeni i wyjął srebrną papierośnicę, którą podsunął Lainie.

- Dziękuję, nie palę.

Spojrzał  znacząco  na  stojący  nie  opodal  podręczny  stolik.  Na  marmurowym  blacie  stała  kryształowa 

popielniczka,  a  w  niej  znajdowały  się  dwa  niedopałki.  Lainie  odruchowo  powiodła  wzrokiem  za  jego 

spojrzeniem i lekko zbladła. Lee natychmiast zauważył jej reakcję.

background image

- Przez chwilę myślałem, że może zaczęłaś palić - powiedział, a wyraz jego oczu wskazywał wyraźnie, 

że nie trzeba mu wyjaśniać, kto tu przed nim był.

Nerwowo poprawiła włosy, choć wcale nie było takiej potrzeby. Musiała mieć chwilę do namysłu. Nie 

będzie przecież ukrywać wizyty Rada, to nie miało sensu. Ale z drugiej strony, po co ma o wszystkim 

rozpowiadać? Wahała się przez moment. Chyba najlepiej będzie niczego nie zatajać, ale potraktować to 

dość obojętnie.

- Nie, to Rad - rzuciła z pozorną obojętnością, udając, iż jest bardzo zajęta sprzątaniem ze stołu. - Wpadł 

dziś na chwilę.

Gdyby  Lee  nie  był  świadkiem  tamtej  sceny  na  koncercie,  być  może  dałby  się  zwieść  jej  lekkiemu 

tonowi.  On  jednak  wiedział.  Pochylił  się  więc  nieco  do  przodu  i  ze  współczuciem  uścisnął  jej  dłoń. 

Widać  było,  iż  z  trudem  próbuje  znaleźć  jakieś  słowa  pociechy.  Lainie  uśmiechnęła  się  więc 

uspokajająco, by pokazać mu, że wszystko w porządku. Zrozumieli się bez słów.

- Nasza pogawędka aż się prosi o zmianę tematu - zauważył w zamyśleniu Lee. - Myślę, że nie byłoby 

w  najlepszym  guście  krytykowanie  człowieka,  którego  kiedyś  poślubiłaś.  Dlatego  przemilczę  to.  Wolę 

pomóc ci przy zmywaniu.

- Ależ nie ma takiej potrzeby. Zamierzałam wstawić to wszystko do zlewu i zająć się tym jutro rano.

- Przyznaję, że nie jest to zbyt romantyczny sposób spędzania wieczoru - przyznał i wstał z kanapy. -

Ale  przecież  możemy  zmywać  i  jednocześnie  słuchać  jakiejś  dobrej  muzyki.  Połączymy  przyjemne  z 

pożytecznym, co ty na to?

Zawahała się przez moment, po czym poddała się z uśmiechem.

- Dobrze, wybierz jakąś płytę, ja tymczasem zajrzę na chwilę do mamy.

Reszta jego wizyty upłynęła w nadzwyczaj przyjemnej atmosferze. Lee zabawiał ją rozmową, co i raz 

powodując, że Lainie wybuchała perlistym śmiechem. Unikał poważnych lub nieprzyjemnych tematów, 

nie miał też nic przeciw temu, że co jakiś czas szła na górę, by sprawdzić, czy pani Simmons czegoś nie 

potrzebuje. Traktował to tak naturalnie, że Lainie nie miała żadnych wyrzutów sumienia, iż musi czasami 

zaniedbywać  swego  gościa.  Taktownie  też  nie  wypytywał  o  stan  zdrowia  chorej  i  w  ogóle  okazał  się 

absolutnie wspaniały. Doszło do tego, że Lainie poczuła rozczarowanie, gdy postanowił pożegnać się już 

i wyjść. Dlatego też spontanicznie pocałowała go na dobranoc i wcale nie śpieszyła się z wysunięciem się 

z jego objęć.  Pocałowała  go jednak z czystej  wdzięczności. A czy wdzięczność może przerodzić się w 

miłość? Tego nie wiedziała.

Dni stawały się coraz krótsze. Słońce świeciło już dość blado, zrobiło się chłodniej. Od Gór Skalistych 

wiał zimny wiatr. Lato skończyło się na dobre.

Soczysta zieleń drzew ustępowała miejsca szkarłatnej czerwieni, złocistej żółci i ognistym oranżom. Z 

czasem te barwy zaczęły jednak blaknąć, stopniowo przechodząc w odcienie rdzawe i brunatne.

Ludzie zaczęli przygotowywać się do zimy. Skwapliwie magazynowano pod wiatami stosy porąbanych 

polan, które miały płonąć na kominkach przez długie mroźne miesiące. Wyjmowano ze schowków ciepłą, 

grubą  odzież,  sprawdzano  stan  narciarskiego  sprzętu.  Dzieci  czekały  już  niecierpliwie  na  święto 

Haloween i rozgorączkowane wymyślały kostiumy wiedźm, duchów i upiorów. Zima była już za pasem.

background image

Nastrój  pełnego  podniecenia  oczekiwania  nie  udzielił  się  Lainie.  Zbliżająca  się  pora  nie  mogła  jej 

przynieść nic  dobrego.  Stan  matki  pogorszył się  znacznie,  postępowało  to  jednak tak  wolno,  że  nie  od 

razu zdała sobie z tego sprawę. Dopiero teraz spostrzegła, że wizyty lekarza stopniowo stały się częstsze i 

że podawane coraz to inne leki nie przynoszą już spodziewanych rezultatów.

Jej  niepokój  rósł.  Rosło  również  ich  zadłużenie.  Miesięczne  przychody  w  niewielkim  już  stopniu 

zaspokajały  ich  potrzeby.  Koszty  leczenia  zwiększały  się  w  zastraszającym  tempie.  Myśli  Lainie 

nieustannie  powracały  do  oferty  Rada,  lecz  duma  wciąż  nie  pozwalała  skorzystać  z  tego  wyjścia,  tym 

bardziej że musiałaby sama zgłosić się do męża, nie odezwał się bowiem od tamtego czasu. Tłumaczyła 

sobie, że to świetnie i że powinna być z tego zadowolona. Ale nie była.

Odgłos  kroków  na  schodach  przerwał  jej  ponure  rozmyślania.  Gdy  wyszła  z  kuchni,  w  korytarzu 

zamajaczyła  przed  nią  potężna  postać  doktora  Hendersona,  który  właśnie  wracał  od  pani  Simmons. 

Uśmiechnął się niewesoło i ojcowskim gestem położył dłoń na ramieniu Lainie.

- Zrób mi kawy, dziecinko, dobrze? - odezwał się tubalnym głosem.

Wróciła więc do kuchni i podeszła do ekspresu, a lekarz usiadł na krześle za stołem. Znali się od wielu 

lat, Henderson był przyjacielem rodziny jeszcze wtedy, gdy żył ojciec. Lainie od razu więc wyczuła, że ta 

kawa była tylko pretekstem. Miał jej coś do powiedzenia i to coś poważnego.

Postawiła na blacie dwie  filiżanki z parującym napojem. Patrzyła w milczeniu, jak lekarz wsypuje do 

swojej kilka łyżeczek cukru.

- Mmm, dobra. Mocna i słodka - mruknął po spróbowaniu i z uznaniem pokiwał głową. - Zupełnie jak 

ty, moja mała Lainie. No tak, ale ty już nie jesteś przecież mała. Jak ten czas leci... Moja babka, Niemka, 

mawiała często: „Za szybko się starzejemy, a za wolno mądrzejemy” - westchnął.

Przez chwilę panowało milczenie.

- Twojej matce znacznie się pogorszyło przez ostatnich kilka miesięcy. Macie przed sobą dwa wyjścia. 

Oba jednak wymagają hospitalizacji, a co najmniej całodobowej opieki wykwalifikowanej pielęgniarki, 

gdyby matka wolała zostać w domu.

Poczuła, jak przenika ją lodowate zimno i bezwiednie zacisnęła dłonie na ciepłej filiżance.

- Dwa wyjścia? Jakie?

- Jesteś córką lekarza, nie zamierzam więc owijać w bawełnę. Sama widzisz, co się dzieje.  Wiesz, że 

matka jest śmiertelnie chora i że wszystko jest jedynie  kwestią czasu. Nie będę kłamać. - Popatrzył jej 

prosto  w  oczy.  -  Tego  czasu  zostało  już  bardzo  niewiele.  Ale  -  dodał  szybko  -  ale  istnieje  szansa,  że 

gdybyśmy zabrali ją do szpitala i zaaplikowali jej nowe lekarstwo, być może przedłużylibyśmy jej życie 

jeszcze o kilka miesięcy, w dodatku zmniejszyli ból, jaki odczuwa. Nie ma jednak pewności, że nam się 

uda.

- A drugie wyjście?

Henderson był brutalnie szczery.

-  Zostawić  wszystko  tak,  jak  jest.  Ostateczny  rezultat  będzie  taki  sam,  ona  i  tak  umrze.  Z  tym,  że 

prawdopodobnie szybciej.

Lainie pochyliła głowę. Teoretycznie istniały dwa wyjścia, praktycznie nie miała wyboru.

-  Nie  chcę,  by  mama  cierpiała.  Jeśli  istnieje  możliwość,  że  zmniejszycie  jej  ból,  to  zabierzcie  ją  do 

szpitala. Nie mam pojęcia, skąd wezmę na to pieniądze, ale zdobędę je!

background image

Położył swe duże silne ręce na kruchych dłoniach Lainie.

-  Niedobrze,  że  musisz  się  borykać  z  tym  problemem  zupełnie  sama  -  westchnął  i  ze  współczuciem 

uścisnął  jej  ręce,  zanim  wstał  od  stołu.  -  Obiecuję  załatwić  wszystko  jak  najszybciej.  Twoja  matka 

zostanie przyjęta do szpitala już pojutrze.

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

Na szpitalnym korytarzu panował ożywiony ruch. Wokół kręciły się pielęgniarki, salowe, jak również 

sanitariusze  i  pracownicy  techniczni,  pod  których  pieczą  znajdowały  się  różnorodne  urządzenia  i 

aparatura medyczna.

Lainie, w eleganckim zielono-złotym kostiumie, udawała pewną siebie zamożną kobietę, jaką wcale nie 

była. Dręczyły ją wątpliwości, lecz wolała się z tym nie zdradzać. Szła więc zdecydowanym krokiem, a 

obok wieziono na wózku jej matkę, pogrążoną w czymś w rodzaju letargu.

Czy słusznie zrobiła, przywożąc ją tutaj? Każdy przecież woli leżeć w domu niż w szpitalu. A jeśli to 

wpędzi ją w depresję i jeszcze tylko pogorszy jej stan? Ze starannie maskowanym niepokojem zerknęła w 

bok.  Gdy  spojrzała  na  bladą  twarz  o  zapadniętych  policzkach,  pomyślała,  że  chyba  jednak  podjęła 

właściwą decyzję. Zresztą klamka już zapadła.

Sanitariusz otworzył drzwi  do jednej z sal, a drugi  pchnął wózek z panią  Simmons do środka. Lainie 

rozejrzała się nieco nerwowo dookoła. W pokoju znajdowały się dwie kobiety. Jedna spała, jej sąsiadka 

zaś uśmiechnęła się przyjaźnie do wchodzących.

Gdy  przenoszono  chorą  na  wolne  łóżko,  ocknęła  się  i  powiodła  po  obecnych  nieco  nieprzytomnym 

wzrokiem. Nagle w jednej chwili doszła do siebie.

- To nie jest mój pokój - powiedziała z naciskiem, choć jej głos był tak słaby, że aż drżał wyraźnie. -

Pomyliliście się.

- Przykro mi, proszę pani, ale otrzymaliśmy polecenie, żeby przywieźć panią tutaj.

- Nie, to z pewnością jakaś pomyłka - upierała się wzburzona pani Simmons. - Lainie, zrób coś z tym.

- Już dobrze, mamo. - Pochyliła się i uspokajająco położyła rękę na dłoni matki, która nerwowo szarpała 

brzeg okrywającej ją kołdry.

- Przecież wiesz, że zawsze mam oddzielny pokój - zaprotestowała płaczliwie.

- Możemy postawić parawany - zasugerował łagodnym tonem jeden z sanitariuszy.

Lainie uśmiechnęła się do niego z wdzięcznością.

- Dziękuję bardzo.

Dookoła  łóżka  ustawiono  więc  beżowe  przesłony,  co  jednak  w  niewielkim  stopniu  wpłynęło  na 

zmniejszenie  irytacji  chorej.  Młodszy  sanitariusz  posłał  Lainie  pocieszające  spojrzenie,  po  czym  obaj 

wyszli.

Wiedziała, że konieczność dzielenia sali z innymi pacjentkami wyprowadzi mamę z równowagi, ale nie 

było wyjścia. Administracja szpitala stanowczo odrzuciła jej prośbę o umieszczenie chorej w separatce. 

Wciąż  bowiem  jeszcze  nie  została  do  końca  rozliczona  pożyczka,  jakiej  im  udzielono  na  poprzednie 

leczenie.  Co  prawda  Lainie  co  miesiąc  spłacała  kolejne  raty,  ale  to  wciąż  jeszcze  nie  pokryło  całości 

poniesionych przez szpital kosztów.

Miała nadzieję, że uda jej się jakoś przekonać matkę, by pogodziła się z obecnością innych pacjentek, 

jednak wyglądało na to, że nie ma na co liczyć. Pani Simmons co chwila zerkała nerwowo na parawan, za 

którym znajdowały się chore.

- Nie życzę sobie, żeby na mnie patrzyły - wyszeptała nerwowo.

- Ależ, mamo, nikt cię nie widzi - uspokajała Lainie.

background image

-  Są  tam  i  to  wystarczy.  To  kompletnie  obcy  ludzie,  nic  o  nich  nie  wiem.  -  Chwyciła  dłoń  córki  i 

kurczowo zacisnęła na niej palce. - Zrób z tym coś!

Zanim  zdążyła  odpowiedzieć,  ktoś  odsunął  nieco  jeden  z  parawanów.  Przy  łóżku  pojawiła  się 

pielęgniarka  w  śnieżnobiałym  fartuchu  i  wykrochmalonym  czepku.  Nabyte  w  ciągu  długoletniego 

obcowania  z  pacjentami  doświadczenie  podpowiedziało  jej,  że  coś  jest  nie  tak.  Uśmiechnęła  się  więc 

przyjaźnie do chorej.

- Dzień dobry. Nazywam się Harris. - Jej głos brzmiał życzliwie i uspokajająco. - Widzę, że ma już pani 

u nas zaciszne schronienie.

- To jakaś pomyłka - żaliła się płaczliwym głosem pani Simmons. - Miałam otrzymać oddzielny pokój.

Zaskoczona  pielęgniarka  zerknęła  na  Lainie,  która  niemal  niedostrzegalnie  potrząsnęła  przecząco 

głową.

- Chwileczkę, zaraz zobaczymy. - Pielęgniarka sięgnęła po wiszącą na poręczy łóżka kartę choroby. -

Jest pani pod opieką doktora Hendersona... Myślę, że to z nim powinna pani przedyskutować tę sprawę. 

Niedługo rozpocznie się obchód, wtedy mu pani wszystko powie. Jestem pewna, że lekarz podejmie taką 

decyzję, jaka będzie dla pani najlepsza.

Wydawało się, że to nieco złagodziło wzburzenie starszej pani.

- Człowiek nawet nie wie, z kim musi dzielić pokój - mruknęła już spokojniej.

Pielęgniarka  wyprostowała  się  sztywno,  a  Lainie  poczuła,  jak  na  jej  policzki  wypływa  gorący 

rumieniec.

- Z ludźmi, którzy również są chorzy i potrzebują opieki - odparła nieco ostro siostra Harris. - A teraz 

proszę mi wybaczyć, mam inne obowiązki.

- Chciałabym, żeby Lawrence już przyszedł - westchnęła po jej wyjściu pani Simmons, mając na myśli 

doktora Hendersona.

Zjawił się po jakimś kwadransie, w towarzystwie wysokiego, mocno łysiejącego człowieka, który został 

przedstawiony jako doktor Gordon, jeden z najlepszych specjalistów w swej dziedzinie. Zaledwie zaczęli 

badać  chorą  i  zadawać  jej  pytania,  gdy  ta  powróciła  do  kwestii,  która  najbardziej  ją  interesowała. 

Henderson  próbował  zbagatelizować  sprawę,  co  jednak  tylko  dodatkowo  wzmogło  rozdrażnienie  pani 

Simmons. Skinął więc na Lainie, by wyszła z nim na korytarz.

Wyjaśniła mu stanowisko szpitala i lekarz z ubolewaniem pokiwał głową. Chwilę później dołączył do 

nich doktor Gordon, który właśnie zakończył badanie.

- W czym problem? - spytał. - Czyżby nie było już wolnych jedynek?

- Są. Ale nasza pacjentka  chyba nie  powinna o tym  wiedzieć  - odparł  Henderson i  pokrótce wyjaśnił 

koledze całą sprawę.

Specjalista wysłuchał w skupieniu, po czym zwrócił się do Lainie:

-  Przykro  mi,  że  znalazła  się  pani  w  trudnej  sytuacji.  Tym  niemniej  musi  pani  coś  na  to  poradzić. 

Obawiam się, że jeśli pacjentka będzie nadal w stanie takiego pobudzenia nerwowego, to żadne leki nie 

poskutkują. Wszystkie nasze wysiłki pójdą na mamę.

background image

Minęło  południe,  potem  popołudnie,  wreszcie  nastał  wieczór.  Zapewnienia  doktora  Hendersona,  że 

szpital  aktualnie  nie  dysponuje  pojedynczymi  pokojami,  nie  poskutkowały  i  chora  stawała  się  coraz 

bardziej nerwowa. Musiano jej wreszcie podać środki uspokajające.

Lainie  przez  cały  czas  rozpaczliwie  szukała  jakiegoś  wyjścia  z  sytuacji.  Pieniądze  załatwiłyby 

wszystko. Tylko skąd je wziąć? W domu zostało jeszcze kilka wartościowych przedmiotów, ale to było 

stanowczo za mało. Och, gdyby przyjęła wtedy propozycję Rada... Nie, nie wolno jej o tym myśleć. To 

była oferta nie do przyjęcia.

Siedziała w holu, a na jej kolanach leżał zamknięty kolorowy magazyn, do którego nawet nie zajrzała. 

Była tak pogrążona w  myślach, że nawet nie zauważyła przyjścia Ann, Adama i  Lee. Aż podskoczyła, 

gdy przyjaciółka położyła jej dłoń na ramieniu.

- Jak się czuje mama? - Ann usiadła obok na kanapie.

Lee musnął wargami policzek Lainie, ale prawie nie zwróciła na to uwagi.

- Nie najlepiej. Teraz śpi, ale tylko dlatego, że dali jej środki uspokajające.

- W takim razie dobrze, że wpadliśmy. Ktoś musi cię wyrwać z tego melancholijnego nastroju.

- Czy sytuacja jest naprawdę aż tak poważna? - Lee przyglądał jej się z głęboką troską.

- Mama nie potrafi się pogodzić z tym, że musi leżeć we wspólnej sali. To dla niej nieznośna sytuacja, 

która przerasta jej odporność psychiczną. Lekarze obawiają się, że jeśli nadal będzie się tak denerwować, 

to  z  całego leczenia  nici.  -  Roześmiała  się,  ale  w  jej  śmiechu  nie  było  nawet  śladu  wesołości.  -  Może 

znacie drogę do najbliższego Sezamu? Och, Sezamie, otwórz się!

Przyjaciele  wymienili  między  sobą  ponure  spojrzenia,  a  Lainie  natychmiast  zaczęła  czynić  sobie 

wyrzuty, iż nie powinna obarczać ich swoimi zmartwieniami.

-  Wiecie  co?  -  zaproponowała  ze  sztucznym  ożywieniem. -  Może  zamiast  spuszczać nosy  na  kwintę, 

lepiej zejdźmy na dół na kawę?

- Znakomity pomysł - przytaknął Lee i podał jej ramię.

Następną godzinę spędzili w małej kawiarence, starając się wieść lekką i niezobowiązującą rozmowę, 

jednak  wszyscy  wyczuwali  fałsz  tej  sytuacji.  Coraz  częściej  zapadała  niezręczna  cisza,  kiedy  Lainie 

zapominała się i  ponownie  gryzła  się  kwestią zdobycia pieniędzy.  W  którymś z takich  momentów  Lee 

sięgnął  dyskretnie  pod  stołem  i  położył  rękę  na  chłodnej  dłoni  Lainie.  Przyniosło  jej  to  pewną  ulgę. 

Przynajmniej nie była zupełnie sama.

- Adam, jesteś przecież prawnikiem, wykombinuj coś! - zażądała nagle Ann. - Może mogłaby sprzedać 

dom? - Posłała przyjaciółce przepraszające spojrzenie. - Nie gniewaj się, ale tak mi przyszło do głowy... 

To wielki dom, jego utrzymanie musi dużo kosztować. Ale uzyskałabyś za niego niezłą cenę, jest ładny, 

położony w dobrej dzielnicy. Jednak ty pewnie uznasz, że to zły pomysł... - zakończyła niepewnie.

Lainie zawahała się. Właściwie, czemu nie?

- Nie, dlaczego? - odparła z pewnym ociąganiem. - Już to kiedyś mamie proponowałam. Nie zgodziła 

się  wtedy,  ale  w  obecnej  sytuacji...  -  zamilkła.  Nie  była  w  stanie  głośno  dokończyć  swej  myśli  i 

powiedzieć, że być może mama i tak już nigdy nie wróci do swego domu. - Adam, czy dałoby się to jakoś 

załatwić?

- Teoretycznie, tak - odparł z namysłem. - Rozumiem, że dom stanowi własność pani Simmons?

Lainie skinęła głową.

background image

- W takim razie albo musisz uzyskać od niej upoważnienie, albo otrzymać zaświadczenie lekarskie, że 

stan matki uniemożliwia  jej zajmowanie się swoimi  sprawami.  W tym przypadku sąd  zezwoliłby  ci na 

działanie w jej imieniu.

- Czyli jest wyjście! - Niebieskie oczy Ann zalśniły, kiedy z ożywieniem zwróciła się do Lee. - Co za 

szczęście,  że  mamy  w  naszym  gronie  nie  tylko  prawnika,  ale  również  pośrednika  w  handlu 

nieruchomościami! Jak szybko mógłbyś sprzedać ten dom?

Entuzjazm  przyjaciółki  okazał  się  zaraźliwy.  Lainie  miała  wrażenie,  jakby  wiszące  nad  jej  głową 

ciemne chmury zaczęły się przerzedzać. Ona także spojrzała na Lee z nadzieją w oczach. Jednak Adam 

ostudził jej entuzjazm mówiąc:

- Nie tak prędko, moje miłe. Uzyskanie odpowiednich zaświadczeń trochę potrwa.

Ann bez słowa posłała mu pełne niechęci spojrzenie.

- Oczywiście, nie mówię o kilku miesiącach - zastrzegł się szybko. - Z całą jednak pewnością potrwa to 

parę dni.

Lainie w rozterce zagryzła wargi. Wiedziała, że musi przenieść matkę do osobnego pokoju tak szybko, 

jak to tylko możliwe. Odruchowo spojrzała na Lee, szukając u niego jakiejś pociechy. Może on powie jej 

coś podnoszącego na duchu?

- Bardzo bym chciał móc cię zapewnić, że da się sprzedać dom już jutro. - W jego oczach widniała po-

waga i  współczucie. -  Ale  nie  będę  cię  łudził.  Obecnie podaż  jest  większa  od  popytu,  znacznie  więcej 

ludzi pragnie się pozbyć domów, niż je kupować.

-  To  znaczy,  że  nie  dałbyś  rady  go  sprzedać?  -  zawołała  z  rozczarowaniem  Ann,  zła  na  siebie,  że 

niepotrzebnie wzbudziła w przyjaciółce nadzieję.

- Dałbym radę. Ale z pewnością nie w najbliższym czasie.

Chmury  nad  jej  głową  wydawały  się  czarniejsze  niż  kiedykolwiek.  Jednak  Lainie  nie  odrywała 

błagalnego wzroku od zasmuconej twarzy Lee. Wciąż szukała w nim oparcia.

- Zrozum, nie mogę cię okłamywać, to byłoby okrutne i nieuczciwe. Kupiec może znaleźć się równie 

dobrze za tydzień, jak za kilka miesięcy. Tego się po prostu nie da przewidzieć.

- Czyli nic z tego - podsumował ponuro Adam, ostatecznie grzebiąc rozbudzone nadzieje Lainie.

-  Nie  mów  tak!  -  Ann  niecierpliwie  złapała  męża  za  rękaw.  -  Ja  nie  zamierzam  się  poddawać! 

Moglibyśmy  na  przykład  namówić  rodziców,  żeby  kupili  ten  dom,  traktując  to  po  prostu  jako 

tymczasową, lokatę kapitału.

-  Nie  ma  mowy  -  zaprotestowała  stanowczo  Lainie.  -  Nie  zamierzam  wystawiać  przyjaciół  na  takie 

ryzyko. Muszę znaleźć jakiś inny sposób zdobycia pieniędzy.

- Wiesz przecież, że nie ma innego sposobu - nalegała Ann. - Zresztą, o jakim ryzyku mówisz?

- A jeśli nikt go potem nie kupi i twoi rodzice będą mieli kłopoty z odzyskaniem swoich pieniędzy? Nie 

mogę się na to zgodzić.

Mimo nalegań Ann  Lainie pozostała nieugięta.  Wreszcie postanowiła zakończyć niewesołe spotkanie, 

sięgnęła  po  torebkę  i  wstała,  dziękując  przyjaciołom  za  przybycie.  Nie  mieli  wyboru,  podnieśli  się 

również.

-  Och,  nie  patrz na  mnie  takim  wzrokiem,  jakby  mnie  prowadzono  na  szafot  -  zażartowała,  gdy Ann 

przyglądała jej się z zatroskaną miną.

background image

- Co w takim razie zamierzasz zrobić? - powtórzyła już chyba setny raz jej przyjaciółka.

Lainie odwróciła wzrok. Pewna myśl zaczęła się krystalizować w jej umyśle, jednak wolała się z nią nie 

zdradzać. Sama jeszcze nie była pewna, co w końcu postanowi. Już raz duma nie pozwoliła jej skorzystać 

z tego wyjścia. Czy jednak teraz powinna sobie pozwalać na unoszenie się honorem? Tylko ona mogła 

udzielić odpowiedzi na to pytanie. Nikt nie mógł jej w tym wyręczyć. Dlatego przemilczała to.

-  Na  razie  zajrzę  do  mamy,  żeby sprawdzić,  czy  wszystko  w  porządku.  -  Z  uczuciem  uścisnęła  dłoń 

przyjaciółki. - Bardzo wam dziękuję za to, że staraliście się mi pomóc.

- Mówisz to tak, jakbyśmy się nie wiem jak poświęcali. A przecież, jeśli ktoś jest dla ciebie naprawdę 

ważny, to cieszysz się, kiedy możesz coś dla niego zrobić.

- Oho, zaczynają się sentymentalne gadki. W takim razie ja się zmywam - oznajmił Adam.

Ann wzniosła oczy ku niebu.

-  Ach,  ci  mężczyźni!  -  westchnęła  z  komiczną  rozpaczą.  -  Wybacz,  Lainie,  ale  chyba  rzeczywiście 

muszę zabrać go do domu.

Gdy tamci dwoje pożegnali się i poszli, Lee delikatnie objął Lainie, która na chwilę z ulgą oparła głowę 

na jego ramieniu. Zapragnęła znów poczuć na ustach czuły dotyk jego warg, lecz wiedziała, że on nigdy 

nie zdobyłby się na taki gest w publicznym miejscu. Wyprostowała się więc z lekkim ociąganiem.

- Chcesz, żebym cię odwiózł do domu?

- Dziękuję, przyjechałam samochodem.

- A może poszedłbym z tobą na górę?

- Nie będę cię fatygować, nie wiem, jak długo to potrwa.

Wyszli z kawiarenki znajdującej się na parterze szpitala i Lee odprowadził Lainie do windy. Gdy weszła 

do środka, wyciągnął rękę i pieszczotliwie przesunął dłonią po jej włosach i policzku.

- Gdybyś mnie potrzebowała... - powiedział cicho.

Z uśmiechem skinęła głową. Lee cofnął rękę, a drzwi windy zamknęły się, zasłaniając jego spokojną, 

poważną twarz.

Parawany  wciąż  otaczały  łóżko,  na  którym  leżała  pogrążona  w  niespokojnym  śnie  pani  Simmons. 

Lainie stała bez ruchu przez długi czas, przypatrując się chorej matce, której ongiś piękną twarz znaczyło 

teraz cierpienie. Wyglądało na to, że nie opuszcza jej teraz nawet we śnie...

Potem zajrzała jeszcze do pokoju pielęgniarek, by upewnić się, czy mają jej telefon. Następnie zeszła na 

dół, udała się na parking i pojechała do domu, właściwie w ogóle nie zastanawiając się nad tym, co robi. 

Wszystkie  te  czynności  wykonywała  najzupełniej  mechanicznie,  gdyż  myślami  wciąż  przebywała  przy 

matce.

Kiedy przekręciła  klucz w zamku, wiedziała, że  musi spełnić prośbę mamy. Po prostu musi i  koniec. 

Weszła  do  środka  i  udała  się  do  pokoju,  gdzie  znajdował  się  telefon.  Nie  spuszczając  z  niego  ani  na 

chwilę  oczu,  zdjęła  płaszcz,  rzuciła  go  na  skórzaną  kanapę,  gdzie  już  uprzednio  odłożyła  torebkę,  po 

czym usiadła przy biurku.

Jutro, zrobisz to jutro, przekonywała sama siebie. Teraz, zrób to teraz, nalegała z poczucia obowiązku. 

Powoli  wyciągnęła  rękę  po  słuchawkę,  by  nagle  chwycić  ją  kurczowo  i  z  nerwowym  pośpiechem 

wykręcić  numer  do  biura  Rada.  Ręce  jej  się  trzęsły,  serce  tłukło  się  w  piersi  jak  oszalałe,  była  bliska 

background image

ciśnięcia telefonem o ścianę, tym bardziej że w słuchawce odezwał się głos Sondry...

Lainie nie mogła pojąć, skąd miała dość siły i tupetu, by zażądać rozmowy z Radem.

- A kto mówi, jeśli wolno wiedzieć? - spytała sekretarka z lekkim przekąsem.

- Pani wybaczy, ale to sprawa prywatna - odparła zimno.

Wyczuła  wahanie  sekretarki.  Widocznie  jednak  w  głosie  Lainie  brzmiało  coś  takiego,  co  kazało 

zastosować się do jej polecenia.

- Zobaczę, czy pan MacLeod jest wolny.

Na chwilę zapadła cisza. Wydawało się, że trwa to całe wieki i Lainie ponownie była bliska odłożenia 

słuchawki.

-  MacLeod,  słucham  -  odezwał  się  męski  głos,  a  Lainie  poczuła  dziwny  ucisk  w  gardle.  -  Halo?  -

powtórzył, gdy nie usłyszał żadnej odpowiedzi.

Nie potrafiła wydusić z siebie ani słowa. Wreszcie z największym trudem zdołała wyszeptać:

- Tu Lainie.

Tym razem to on zamilkł. Przez moment obawiała się, że przerwał połączenie.

- Tak? - odparł wreszcie bezosobowym tonem.

- Chciałabym... Chciałabym z tobą porozmawiać.

Znowu cisza.

- Za pół godziny będę wolny. Przyślę po ciebie samochód.

- Nie! - wyrwało jej się odruchowo. Nagle przestraszyła się spotkania z nim. Potrzebowała czasu, by się 

wewnętrznie do tego przygotować. - To znaczy... To nie jest aż takie pilne. Możemy to załatwić jutro.

- Za pół godziny - powtórzył twardo i rozłączył się.

Lainie próbowała się do niego ponownie dodzwonić przez następne dziesięć minut, ale numer był wciąż 

zajęty. Intuicja podpowiedziała jej w końcu, że  Rad celowo tak odłożył  słuchawkę, by nie  mogła się z 

nim skontaktować i odwołać spotkania. Znał ją aż za dobrze. Wiedział, że będzie próbowała wycofać się 

z gry nawet po zrobieniu pierwszego ruchu.

Wyobraziła sobie, jak musiał być zadowolony, gdy usłyszał jej głos. Pewnie myśli, że będzie się przed 

nim płaszczyć i błagać, żeby ponowił swoją ofertę. Otóż nic bardziej błędnego! Nie da mu tej satysfakcji! 

Jeszcze  nie  do  końca  wyzbyła  się  swej  dumy.  Krytycznym  spojrzeniem  obrzuciła  swoje  ubranie.  Ten 

kostium był świetny, ale nie nadawał się do tego, by zapewnić jej mocną pozycję podczas konfrontacji z 

Radem.

Wiedziała,  że  ma  szalenie  mało  czasu,  pomknęła  więc  na  górę  jak  strzała.  Po  drodze  zdążyła 

zdecydować, co  na  siebie  włoży.  Porwała  z  garderoby suknię  z  dzianiny  o  złotawym połysku.  Miękko 

spływała  po  jej  ciele  i  dobrze  maskowała  zbytnią  chudość  Lainie.  Do  tego  świetnie  będzie  pasować 

sztuczne lamparcie futro z czarnym kołnierzem i czarnym oblamowaniem. Tak, kobieco i z klasą...

Przebrała się błyskawicznie i w rekordowym tempie poprawiła makijaż. Upiąć włosy, czy zostawić tak, 

jak  teraz?  Usłyszała  dzwonek  u  drzwi,  problem  więc  sam  się  rozwiązał.  Zresztą,  z  rozpuszczonymi 

włosami wyglądała chyba jednak lepiej. Narzuciła na ramiona futerko i zbiegła na dół. Myślała, że ujrzy 

Rada, kiedy jednak otworzyła drzwi, okazało się, że na progu stoi nieznajomy mężczyzna w niebieskim 

uniformie.

- Pani MacLeod?

background image

Gdy skinęła głową, pokazał jej dokument stwierdzający, że jego właściciel nazywa się Ralph Mason i 

pracuje dla firmy MacLeod Incorporated. Następnie kierowca usunął się na bok i zapraszającym gestem 

wskazał  luksusową  czarną  limuzynę.  Lainie  podziękowała  skinieniem  głowy,  gdy  otworzył  jej  drzwi  i 

wsiadła do środka.

Właściwie  dlaczego  jechała  do  Rada?  Przecież  zapowiedział,  że  jego  oferta  nie  będzie  ważna  w 

nieskończoność, że proponuje raz, a jak nie, to nie. Dlatego wolałaby porozmawiać z nim przez telefon. 

On jednak zmusił ją do spotkania w cztery oczy. Bez wątpienia czerpał jakąś przewrotną przyjemność z 

dręczenia  jej.  Miała  przejechać  przez  pół  miasta,  denerwując  się  coraz  bardziej,  tylko  po  to,  żeby 

usłyszeć, że on i tak nie zamierza jej pomóc.

Nagle przypomniało jej się jeszcze jedno jego ostrzeżenie. Gdyby jednak zmieniła zdanie, to warunki 

miałyby tym razem okazać się dla niej gorsze. Co to mogło oznaczać? Zażąda spisania umowy? Będzie 

chciał czegoś w zastaw? Mogła mu zaoferować dom, nic innego już jej nie pozostało.

Samochód skręcił dość gwałtownie i Lainie wróciła do rzeczywistości.

- Dokąd jedziemy? - Wyjrzała przez okno, ale nie rozpoznała okolicy. - To przecież nie jest droga do 

domu.

-  Do  domu?  -  Kierowca  ze  zdziwieniem  zerknął  we  wsteczne  lusterko.  -  Pan  MacLeod  ma  przecież 

apartament w wieżowcu, a nie dom.

Zaskoczył  ją  tym.  Nie  miała  pojęcia,  że  Rad  opuścił  ich  dom  na  przedmieściach  Denver,  pięknie 

położony u podnóża Gór Skalistych.

- Ach, tak - zarumieniła się, zawstydzona. - Od dawna tam mieszka?

-  Co  najmniej  od  czasu,  kiedy  zacząłem  dla  niego  pracować,  czyli  od  trzech  lat.  -  Na  ustach  szofera 

zaigrał lekki połuśmieszek. Wydawał się być rozbawiony faktem, że nawet nie wiedziała, gdzie mieszka 

jej mąż.

Była zła, że Rad nie raczył jej poinformować o przeprowadzce. Przez niego wyszła na idiotkę.

Parę minut później zatrzymali się przed eleganckim wieżowcem.  Kierowca wysiadł i  otworzył Lainie 

drzwi.  Wciąż  wyglądał  na  nieźle  ubawionego,  co  dodatkowo  wyprowadziło  ją  z  równowagi.  Wskazał 

główne wejście.

- Tędy, proszę. Winda na prawo, ostatnie piętro.

Sztywno skinęła głową. Kierowca dotknął palcami daszka czapki, wsiadł do limuzyny i odjechał. Lainie 

z ciężkim sercem podeszła do szklanych drzwi, pchnęła je i weszła do środka. Przed windą zawahała się. 

Wciąż jeszcze mogła wrócić do domu. Ale przecież nie po to tu przyjechała. Zdecydowanie wsiadła do 

windy,  której  drzwi  zamknęły  się  za  nią  bezszelestnie.  Z  determinacją  nacisnęła  przycisk  i  zauważyła 

przy tym, że drżą jej ręce.

Gdy  wyszła  na  wyłożony  drewnem  hol,  ujrzała  na  wprost  siebie  ozdobne  podwójne  drzwi  z  drzewa 

orzechowego.  Zmusiła  się  do  tego,  by  podejść  do  nich  i  nacisnąć  dzwonek.  Jeśli  i  tu  natknie  się  na 

Sondrę,  to  w  ogóle  nie  dojdzie  do  żadnej  rozmowy,  pomyślała  buntowniczo.  Odwróci  się  na  pięcie  i 

wyjdzie. Rad nie może jej w nieskończoność upokarzać.

Drzwi  otworzyły  się  niemal  natychmiast.  I  znów  nie  ujrzała  przed  sobą  męża,  tylko  kolejnego 

nieznajomego, tym razem w ciemnym garniturze. Przedstawiła się, a on wpuścił ją do środka. No, Rad 

przynajmniej nie zamierza trzymać mnie na korytarzu, skomentowała w duchu.

background image

Usłyszała  za  sobą  odgłos  zamykanych drzwi  i  szczęknięcie  zamka. Odniosła  wrażenie,  że  odcięto  jej 

drogę ucieczki i że znalazła się w pułapce. Posłała mężczyźnie zaniepokojone spojrzenie.

-  Zawsze  zamykamy  -  wyjaśnił.  -  W  przeciwnym  razie  każdy  mógłby  wjechać  na  górę  i  wejść  do 

apartamentu pana MacLeoda.

Było  to  dość  oczywiste,  sama  powinna  była  na  to  wpaść,  ale  rosnące  zdenerwowanie  skutecznie 

utrudniało jej logiczne myślenie. Mężczyzna poprosił, aby szła za nim i zaprowadził ją do przestronnego 

salonu.

- Proszę się rozgościć. Pan MacLeod zaraz przyjdzie.

Czyli jednak Rad każe jej na siebie czekać. Dobrze, niech i tak będzie. Z westchnieniem weszła dalej i 

rozejrzała się dookoła, bowiem ciekawość chwilowo wzięła górę nad rozdrażnieniem i niepokojem.

Pokój  został  urządzony  w  różnych  odcieniach  bieli,  czerni  i  szarości.  Puszysty  biały  dywan  zaścielał 

podłogę, a na nim stały przepastne kanapy i fotele pokryte szarym aksamitem. Szary był również granit, z 

którego zbudowano ogromny kominek na przeciwległej ścianie. Podręczne stoliki, wspierające sufit belki 

oraz  postumenty  pod  współczesne  metalowe  rzeźby  wykonano  z  zabejcowanego  na  czarno  drewna. 

Ukryte między belkami liczne źródła światła dodawały wnętrzu splendoru i elegancji. Było ono z jednej 

strony  męskie i  surowe,  a  z  drugiej  wyrafinowane  i  zapraszające do  korzystania  z  przyjemności  życia. 

Różnych przyjemności...

Lainie nagle  poczuła  dziwne  mrowienie  na  plecach.  Chociaż  nie  dobiegł  jej  żaden odgłos,  wiedziona 

nieomylnym instynktem odgadła, że do pokoju wszedł Rad. Zebrała się więc w sobie, przybrała wyniosłą 

minę i odwróciła się, gotowa zmierzyć go pełnym wyższości spojrzeniem. Ale zaledwie jeden rzut oka w 

jego stronę wystarczył, by niemal rzucić ją na kolana.

Rad stał w wejściu i wyglądał tak atrakcyjnie, że aż sprawiało jej to ból. Dość obcisłe czarne spodnie 

podkreślały smukłość jego bioder, a mocno zbluzowana jedwabna czerwona koszula uwydatniała urodę 

południowca. Doprawdy, trudno byłoby mu się oprzeć...

Poczuła, jak krew odpływa jej z policzków. Odwróciła się więc z powrotem do kominka, by ukryć nagłą 

bladość  i  swą  reakcję  na  niego.  Było  gorzej,  niż  przypuszczała.  Musiała  wziąć  się  w  garść  albo  jak 

najszybciej opuścić to miejsce.

Bardziej wyczuła, niż usłyszała, że Rad się poruszył. Na szczęście nie skierował się w jej stronę, miała 

więc  chwilę,  by  dojść  do  siebie.  Dobiegł  ją  odgłos  otwieranych  drzwiczek,  brzęk  szkła,  bulgotanie 

przelewanego  napoju,  wreszcie  grzechot  kostek  lodu.  Potem  zapadła  cisza.  Bezwiednie  zastygła  w 

napięciu.  Gdzie  on  jest?  Przez  ten  gruby  dywan  zupełnie  nie  słychać  kroków.  Na  szczęście  po  chwili 

ponownie rozległo się grzechotanie lodu, niemal tuż za jej plecami. Nastawiła się więc wewnętrznie na 

to, że zobaczy Rada z bliska i z determinacją odwróciła się do niego.

-  Wydaje  mi  się,  że  coś  mocniejszego  dobrze  ci  zrobi.  -  Podał  jej  szklaneczkę  z  przezroczystym 

napojem, ozdobionym fantazyjną spiralą z cytrynowej skórki.

Lainie z wahaniem wzięła od niego drinka, starannie przy tym uważając, żeby nie dotknąć dłoni Rada. 

W jego oczach błysnęło rozbawienie, gdy zauważył ten dziecinny manewr. Odsunęła się więc nieco i piła 

bez  pośpiechu,  by  zyskać  na  czasie.  Czuła  zresztą,  że  ta  wódka  z  lodem  rzeczywiście  zaczyna  jej 

pomagać. Przyznała z niechęcią, że miał dobry pomysł.

- No i?

background image

- Ładnie tu - rzuciła, choć doskonale wiedziała, że nie takiej odpowiedzi oczekiwał. Wciąż jednak nie 

czuła  się  na  siłach,  by  zdradzić  mu  prawdziwy  powód  swej  wizyty.  Co  gorsza,  podejrzewała,  że  on 

doskonale zdawał sobie z tego sprawę.

- Cieszę się, że ci się podoba - roześmiał się.

Lainie zaczęła nerwowo krążyć po pokoju, podczas gdy Rad rozparty wygodnie na sofie przyglądał jej 

się  badawczo.  Czuła  się  coraz  bardziej  nieswojo,  w  dodatku  zaczęło  jej  się  robić  gorąco.  Dyskretnie 

rozpięła górne guziki futerka.

- Panie Dickerson! - zawołał Rad. Niemal natychmiast w wejściu pojawił się mężczyzna, który wpuścił 

Lainie do apartamentu. - Proszę wziąć okrycie pani MacLeod.

Czy on musi zawsze wszystko zauważyć? Lainie uśmiechnęła się z przymusem i zdjęła futerko, ale od 

razu tego pożałowała.  Po  pierwsze, nie  mogła już  teraz wyjść w dowolnym  dla siebie  momencie, a po 

drugie, pozbawiona wierzchniego okrycia, czuła się jak naga pod taksującym spojrzeniem Rada.

-  Na  dzisiaj  to  już  wszystko,  Dickerson.  Dobranoc  -  powiedział  Rad  i  mężczyzna  opuścił  pokój,

skinąwszy uprzednio głową.

Lainie popatrzyła na męża z niepokojem. Czemu go odprawił, skoro ona jeszcze nie wyszła? Przecież 

będzie potrzebowała, by ktoś przyniósł jej z powrotem futerko i wypuścił ją.

Rad bezbłędnie zinterpretował jej pełne obaw spojrzenie.

- Chyba nie chcesz, żeby jakieś postronne osoby były świadkami naszej rozmowy? - odpowiedział na jej 

nieme pytanie.

Zapadła cisza. Lainie nie wiedziała, co ze sobą począć, wreszcie z ociąganiem zajęła miejsce naprzeciw 

Rada. Nie mogła już tego dłużej odwlekać, ale nie miała pojęcia, od czego zacząć. Nerwowo obracała w 

dłoniach szklaneczkę z resztką alkoholu.

-  Dziś  rano  zawiozłam  mamę  do  szpitala  -  odezwała  się  w  końcu.  -  Istnieje  szansa,  że  jej  stan  się 

polepszy po zastosowaniu pewnych nowych metod leczenia. Znalazła się pod opieką specjalisty.

Przerwała i podniosła wzrok na twarz Rada, jednak nie potrafiła z niej niczego wyczytać. Wyglądał na 

zupełnie  obojętnego,  co  wstrząsnęło  nią  do  głębi.  Każdy  normalny  człowiek  okazałby  choć  cień 

współczucia. Ale oczywiście nie on!

Odstawiła szklankę na stolik z takim impetem, że reszta alkoholu wylała się na blat.

- Czy nie wystarcza ci, że tu przyszłam? - krzyknęła, tracąc panowanie nad sobą. - Przecież wiesz, po co 

tu jestem!

Wystudiowanym  gestem  uniósł  brwi  w  ironicznym  zdumieniu.  Rozdrażniona  Lainie  poderwała  się  z 

furią.  Przez  chwilę  nie  wiedziała,  co  zrobić,  dokąd  pójść,  wreszcie  podeszła  do  kominka  i  zaczęła  się 

wpatrywać w jego ciemną gardziel, pełną zimnego popiołu. Uraza i upokorzenie walczyły w jej duszy z 

głosem rozsądku, który nakazywał domagać się pomocy Rada.

- Chcesz się dowiedzieć, czy nadal podtrzymuję moją ofertę - odezwał się, stając przy niej.

- Nie myśl, że chcę twoich pieniędzy! - wybuchnęła.

- Ale twoja matka ich potrzebuje - zauważył impertynencko. - Zgadza się?

- Jesteś skończonym draniem!

- Hm, uważasz, że to właściwy sposób zwracania się do kogoś, od kogo chce się wyciągnąć forsę?

- A co? Mam może czołgać się u twoich stóp albo całować cię po rękach? - parsknęła z furią.

background image

- To mogłoby być całkiem ciekawe - odparł spokojnie, zupełnie nie poruszony jej atakiem.

- Niedoczekanie twoje! - Gniewnie odwróciła się do niego plecami. - Jedyne, czego od ciebie chcę, to 

usłyszeć „tak” lub „nie”.

- Za to ja od ciebie chcę znacznie więcej - mruknął cicho.

Zabrzmiało  to  tak  dziwnie,  że  odruchowo  odwróciła  głowę  i  zerknęła  na  niego  przez  ramię.  W  jego 

oczach  pojawił  się  błysk,  którego  znaczenia  nie  potrafiła  rozszyfrować.  Rad  wyciągnął  rękę  i  owinął 

sobie wokół palca pojedyncze pasmo ciemnych i ciężkich włosów Lainie.

- Jeśli... jeśli chodzi ci o jakieś zabezpieczenie - odezwała się drżącym głosem - to możesz wziąć dom 

pod zastaw.

Roześmiał się gardłowo.

- To za mało, żeby pokryć twoje długi, stanowczo za mało. Pomogę ci...

Znacząco  zawiesił  głos.  Lainie  spojrzała  na  niego  z  nadzieją  w  oczach.  Nie  potrafiła  jednak  znieść 

intensywności spojrzenia Rada, spuściła więc wzrok.  Patrzyła teraz na jego rozpiętą pod szyją koszulę, 

która  rozchylając  się,  ukazywała  zarys  muskularnego  torsu.  Zapragnęła  wsunąć  dłonie  pod  jedwabny 

materiał i jak dawniej poczuć ciepły dotyk skóry Rada. Już sama myśl o tym wystarczyła, by zakręciło jej 

się w głowie.

- Więc czego chcesz w zamian? - spytała niepewnym głosem.

- Tego, co i tak należy do mnie. Tego, za co zapłaciłem wystarczająco wysoką cenę. Jestem głupcem, że 

jestem gotów płacić za to ponownie - mówił zimno.

Gdy zerknęła na niego ze zdumieniem, zauważyła, że nie patrzy na nią, tylko przygląda się trzymanym 

w dłoni jej włosom. Poczuł na sobie pytający wzrok i spojrzał jej prosto w oczy.

- Chcę ciebie, Lainie.

Cofnęła się gwałtownie.

- To nonsens!

-  Wciąż  jesteś  moją  żoną  -  zauważył.  -  Nie  żądam  więc  niczego  niezwykłego,  chcę  tylko,  żebyś 

zachowywała się zgodnie z istniejącym stanem rzeczy. Po prostu podejmiesz na nowo swoje obowiązki.

Pomyślała, że powinna z miejsca odrzucić tę propozycję. Czemu więc się waha? Czemu się zastanawia? 

Czemu nie mówi, że nigdy nie przystanie na takie warunki?

- A jeśli się zgodzę? - Czy to możliwe, że wypowiedziała te słowa i głos jej nawet nie zadrżał?

-  Spłacę  wasze  długi  oraz  pokryję  wszelkie  koszty  leczenia  twojej  matki  -  odparł,  przyglądając  się 

uważnie Lainie, która staczała wewnętrzną walkę.

Chwileczkę... Co miały oznaczać owe obowiązki żony? Rad nie potrzebował przecież, by mu gotowała, 

sprzątała dom czy też prasowała koszule. Pozostawało więc tylko jedno. Łzy napłynęły jej do oczu. Nie 

sądziła, że może być aż tak okrutny i że potraktuje ją tak pogardliwie.

- Nie! - zaprotestowała zdławionym głosem.

- Nie próbuj mi wmawiać, że nie masz na mnie ochoty. - Chwycił ją i przyciągnął do siebie. Obronnym 

gestem oparła dłonie o jego tors. - Drżysz w moich ramionach jak przerażona kotka, ale założę się, że już 

za chwilę będziesz mruczeć z rozkoszy.

Zrozumiała, że miał rację, ale to odkrycie czyniło ją jeszcze bardziej bezbronną.

- Sondra już ci się znudziła? - zaatakowała rozpaczliwie, licząc na to, że trafi w jego czuły punkt.

background image

Ale Rad chyba spodziewał się takiego pytania. W jego oczach ujrzała nie skrywaną ironię.

- Bynajmniej. Jestem z niej zadowolony pod każdym względem.

-  W  takim  razie,  po  co  ci  jeszcze  ja?  -  jęknęła,  czując  wcale  nie  stępione  przez  czas  ostrze  dawnej 

zazdrości.

Jeden z mięśni na policzku Rada zadrżał mimowolnie.

- To chyba oczywiste? Nadal mi się podobasz.

Lainie utkwiła błagalny wzrok w jego twarzy.

- Naprawdę tak bardzo mnie nienawidzisz, że chcesz mnie aż tak poniżyć?

- Poniżyć? To chyba znacznie lepsze wyjście, niż sprzedawanie się na ulicy, nie sądzisz? - zadrwił.

Zawstydzona, próbowała się odsunąć, lecz on nie zamierzał jej puścić.

- Wiesz, że nie mówiłam tego serio.

- Wiem. Tak samo jak wiem, że tak naprawdę chcesz znowu być moją żoną.

- Nie! - wyszeptała ze zgrozą, która wzięła się stąd, że... że Rad miał rację!

Przygarnął ją mocno do siebie. Lainie poczuła przemożną pokusę, by wtulić twarz w jego szyję i poddać 

się sile, która popychała ich ku sobie. Z rozpaczą zamknęła oczy, by nie patrzeć na Rada i dzięki temu 

zwalczyć  pragnienie.  Przez  chwilę  przyglądał  się  jej  twarzy,  na  której  widniał  przestrach,  po  czym 

wypuścił ją z objęć. Cofnął się o krok i zapalił papierosa.

-  Już  wiesz,  jaka  jest  moja  propozycja.  To,  czy  ją  przyjmiesz,  czy  też  nie,  zależy  tylko  od  ciebie.  -

Odwrócił się i sięgnąwszy po pustą szklankę, udał się do barku.

Śledziła go wzrokiem. Miała równie wielką ochotę go zamordować, jak pobiec za nim i utonąć w jego 

ramionach.  Jak  ma  teraz  wybrnąć  z  tej  sytuacji?  Och,  czemu  nie  przyjęła  jego  pomocy  za  pierwszym 

razem?  Teraz  jej  potrzeba  była  większa  od  jej  dumy.  Najgorsze  było  jednak  to,  że  wiązało  się  to  z 

potrzebą, jaką odczuwała Lainie, a nie jej matka...

Potrzebowała go. Pragnęła. Kochała. Czy w ogóle kiedykolwiek przestała go kochać? Zaczynała już w 

to wątpić.

- Na jak długo? - wyrwało jej się.

Posłał jej cyniczne spojrzenie, nalał sobie drinka i oparł się leniwie o barek. Zmarszczył przy tym brwi, 

zastanawiając  się  nad  odpowiedzią,  na  którą  czekała  z  drżeniem.  Liczyła  na  to,  że  będzie  chciał 

zatrzymać ją przy sobie na zawsze i że jej to wyzna. Nieuleczalna idiotka.

- Sądzę, że do momentu, kiedy się tobą znudzę.

Zabolało, ale starała się tego po sobie nie pokazać.

- A ile to potrwa? - spytała z goryczą. - Dzień, miesiąc, rok?

- Żądasz, żebym wyznaczył konkretną datę? To może dzień pogrzebu twojej matki będzie najbardziej 

odpowiedni? - zadrwił. - Za jednym zamachem uwolnisz się od dwojga tyranów.

- Jesteś podły!

- Ja? Przed chwilą mogłem sobie bez trudu wziąć, co moje. Miękniesz pod moim dotknięciem jak wosk. 

Wystarczyłoby  kilka  czułych  słówek,  trochę  pieszczot  i  już  zgodziłabyś  się  na  wszystko.  Ale  nie 

uwiodłem  cię,  bo  nie  chcę  takimi  sposobami  wpływać  na  twoją  decyzję.  Czy  postępuję  z  tobą 

nieuczciwie? - Umilkł i przez chwilę patrzyli sobie w oczy. - To jak będzie? Zostajesz czy mam wezwać 

taksówkę?

background image

Nie mogła odmówić słuszności jego rozumowaniu. Gdyby zaczęli się kochać, bez namysłu przystałaby 

na  wszelkie  warunki.  Ale  ta  decyzja  zostałaby  podyktowana  emocjami.  Rad  dobrze  zrobił,  że  dał  jej 

możliwość spokojnego zastanowienia się. Dzięki temu doszła do wniosku, że naprawdę chce być znowu z 

nim. Ale zachowywał się przy tym zupełnie bezdusznie, co sprawiło, że wciąż się wahała.

Odwróciła się nieco, by ukryć twarz.

- Proponujesz mi upokarzający kontrakt. Właściwie mam ci się sprzedać - powiedziała z trudem.

- Tak czy nie? - Nieoczekiwanie usłyszała jego głos tuż za swoimi plecami.

- Tak! - jęknęła z udręką, przerażona perspektywą tego, co ją czeka.

Lekko położył dłoń na jej ramieniu i odwrócił ją do siebie. Spuściła wzrok. Nie była w stanie patrzeć 

mu prosto w twarz, na której niechybnie malował się triumf i poczucie zwycięstwa. On jednak ujął ją pod 

brodę  i  zmusił,  by  spojrzała  na  niego.  Ku  swemu  niebotycznemu  zdumieniu,  ujrzała  w  jego  oczach 

niezwykły spokój i... czyżby czułość?

- Nie ma w tym dla ciebie nic poniżającego - powiedział cicho. - Jesteś jedyną kobietą, jaką pragnąłem 

mieć za żonę, a to oznacza ogromny szacunek z mojej strony.

Wziął  ją  w  ramiona,  a  jego  palce  pieszczotliwie  rozgarnęły  jej  ciemne  włosy.  Lainie  wolałaby,  żeby 

mówił o innym uczuciu niż szacunek, ale musiała się zadowolić tym, co usłyszała. Dobre przynajmniej i 

to...

Tulił  ją  do  siebie  tak  długo,  aż  poczuła,  jak  przenika  ją  cudowne  ciepło  emanujące  z  jego  ciała. 

Rozluźniła się nieco. Wtedy on, jakby wyczuwając jej przyzwolenie, zaczął delikatnie błądzić wargami 

po jej zamkniętych oczach i ustach. Gdy wziął ją na ręce, nie wzbraniała się, co więcej, splotła palce na 

jego szyi i pozwoliła się zanieść do sypialni.

Ramieniem zgasił światło i na chwilę zatrzymał się przy łóżku. Pożałowała, że nie widzi wyrazu jego 

twarzy. Następnie powoli złożył Lainie na pościeli.

I zdało jej się, że wyszeptał jej imię, zanim się nad nią pochylił.

Satynowa pościel była tak miła w dotyku, że Lainie z lubością wtuliła się mocniej w poduszkę. Dawno 

odwykła  od  takich  luksusów.  Nagle  poczuła  zapach  męskiej  wody  kolońskiej  i  gwałtownie  zamrugała 

powiekami.  W  jednej  chwili  rozbudziła  się  i  przypomniała  sobie  wszystko.  Jej  spojrzenie  natychmiast 

powędrowało w bok.

Na sąsiedniej poduszce wciąż widniało wgłębienie, potwierdzające, że to nie sen, że Rad naprawdę tu 

spał, choć jego samego nie było już w pokoju. Lainie przeciągnęła się z uśmiechem i rozejrzała dookoła. 

Rozejrzała się po sypialni. Wspomnienie minionej nocy napełniło ją rozkoszą.

I znów biel, tym razem połączona z błękitem. Również jej prywatne niebo wydawało się teraz błękitne, 

pozbawione owych ciężkich czarnych chmur, które wisiały nad jej głową od tak dawna. Poczuła, że znów 

chce  jej  się  żyć.  Okazało  się,  że  wystarczy  odrobina  miłości,  a  wszystko  przedstawia  się  w  zupełnie

nowym świetle.

Stojący na komodzie zegar wskazywał wpół do dziewiątej. Ciekawe, co porabia Rad? Miała nadzieję, że 

nie, udał się do pracy. Tak bardzo pragnęła mieć go przy sobie, by móc jak najszybciej zacząć pracować 

nad  utrwalaniem  ich  związku.  Ostatnia  noc  przekonała  ją,  że  nie  jest  Radowi  tak  do  końca  obojętna. 

Uznała więc, iż istnieje szansa, by uratować ich małżeństwo. Może tym razem uda jej się postępować tak, 

background image

że Rad ją wreszcie pokocha...

Rozległo się pukanie do drzwi.

- Proszę! - zawołała z ożywieniem, przekonana, że za chwilę ujrzy męża.

Jednak do pokoju weszła czterdziestoparoletnia kobieta z zastawioną tacą.

-  Pan  MacLeod  kazał  przynieść  pani  śniadanie  -  powiedziała  wyjątkowo  chłodno,  sznurując  usta.  -

Chociaż podawanie posiłków do łóżka nie należy do moich obowiązków.

- Ja też nie jestem zwolenniczką jadania w łóżku. - Lainie starała się udobruchać gospodynię. - Ale to 

miło ze strony Rada, prawda? Czy mogłaby pani postawić tacę na stoliku pod oknem?

Gospodyni  żachnęła  się  lekko,  ale  wykonała  polecenie.  Najwyraźniej  nie  była  przyzwyczajona  do 

obsługiwania obcych kobiet. Zwłaszcza że Lainie pojawiła się zupełnie nie wiadomo skąd, a w dodatku 

podobno była samą panią MacLeod, Lainie wiedziała, że musi postępować z wyczuciem, o ile nie chce 

popaść w konflikt z gospodynią Rada.

- Przepraszam, nie wiem, jak się pani nazywa - powiedziała, zanim tamta zdążyła opuścić pokój.

- Dudley.

Lainie uśmiechnęła się do niej życzliwie.

- Miło mi panią poznać, pani Dudley. Czy mój... Czy Rad wyszedł do pracy?

-  Nie.  Panna  Sondra  Gilbert  przyszła  parę  minut  przed  ósmą.  Omawiają  jakieś  sprawy  -  wyjaśniła 

gospodyni i wyszła.

Lainie wstała, sięgnęła po leżący na pobliskim krześle błękitny szlafrok, który musiał należeć do Rada, 

sądząc po wielkości. Podwinęła przydługie rękawy i podeszła do stolika. Zignorowała pieczywo i jajka na 

bekonie, nalała sobie kawy i machinalnie podniosła filiżankę do ust.

No tak. Ledwo zdążyła ponownie zostać jego żoną, a natychmiast wróciły stare kłopoty. Jednak to niebo 

nad jej głową nie było tak zupełnie bezchmurne. Myślała, że przez te pięć lat separacji wiele się nauczyła, 

że okaże się teraz bardziej wyrozumiałą żoną i że wszystko się w końcu ułoży. A jeśli nie? A jeśli Rad 

wkrótce się nią znudzi, tak jak zapowiedział?

- Dzień dobry. Pani Dudley powiedziała mi, że już nie śpisz.

Zerknęła na niego kątem oka. Gdyby wszedł tu parę minut temu, bez wahania pobiegłaby uściskać go 

na powitanie. Teraz jednak obawiała się odrzucenia. Została więc na miejscu, choć jej serce wyrywało się 

do niego.

- Dzień dobry - mruknęła.

Spojrzał na nią pytająco, wydawał się być zaskoczony jej chłodem.

Odchyliła nieco zasłonę i wyjrzała za okno. Wolała, by mąż nie mógł wyczytać z jej oczu, jak bardzo 

jest zagubiona.

Podszedł i stanął po przeciwnej stronie stolika.

- Jedzenie ci wystygnie.

- Nie jestem głodna - odparła sztywno.

Nie, to naprawdę prowadziło donikąd. Rozmawiali jak nieznajomi, a nie jak ludzie, którzy spędzili noc 

w miłosnym uniesieniu. Lainie z determinacją puściła zasłonę, która wróciła na miejsce i odgrodziła ich 

od zewnętrznego świata.

- Dlaczego chciałeś, żebym wróciła? - Musiała poznać odpowiedź na dręczące ją pytanie.

background image

- A jak myślisz? - Jego głos zabrzmiał ostro.

Zapatrzyła się niewiążącym wzrokiem w trzymaną w dłoni filiżankę.

- Nie wiem. Może chciałeś się zemścić na tej dziewczynie, którą niegdyś poślubiłeś, a która nie okazała 

się wystarczająco dojrzała? Ale przecież wciąż mnie pragniesz. - Głos zaczął jej się łamać, z wysiłkiem 

nakazała sobie spokój. - Ja też nie potrafię przejść obok ciebie obojętnie...

Niepotrzebnie odwróciła  się  i  spojrzała na  niego.  Jego twarz,  zimna  i  nieruchoma, wyglądała  niczym 

wykuta z kamienia.

- Jasne - syknął. - A jakiż mógłby być lepszy sposób odegrania się, niż upokorzenie cię przez spłacanie 

twoich długów w zamian za możliwość kochania się z tobą?

- I to jest ten powód?

Patrzyła na niego błagalnie. Tak bardzo pragnęła, by temu zaprzeczył.

- Widzisz, jaka z ciebie mądra dziewczynka, jak sprytnie to sobie wydedukowałaś? - natrząsał się bezli-

tośnie.  -  No,  bo  cóż  innego  mogłoby  mną  powodować?  Rozpaczliwa  miłość,  która  kazałaby  mi  zrobić 

wszystko, żeby cię tylko odzyskać?

- Ale ty mnie nigdy nie kochałeś! - wyrwało jej się.

- Jasne. Nigdy cię nie kochałem - zgodził się tak zimno, że aż przebiegł ją lodowaty dreszcz. - Skoro w 

takim razie mamy już z głowy wstępne nieprzyjemności, to proponuję zająć się interesami.

- Interesami?

- Dałem dziś rano Sondrze listę waszych wierzycieli, każąc ich natychmiast spłacić. Oto ona. - Wręczył 

jej kartkę papieru. - Sprawdź, czy nikogo nie brakuje.

Odruchowo wzięła listę, a na jej twarzy malowało się zaskoczenie.

- Najpierw zajrzy oczywiście do szpitala. Poleciłem jej, by się upewniła, czy twoja matka ma oddzielny 

pokój.

Lecz ona wciąż  myślała o tym, co przedtem od  niego usłyszała.  I po co domagała się odpowiedzi  na 

swoje pytanie? Czy nie lepiej byłoby się łudzić, że jednak coś do niej czuje?

Wzrok Rada ześlizgnął się nieco niżej i spoczął na wycięciu szlafroka, gdzie rysowały się piersi Lainie.

- Trzeba też pojechać do waszego domu i wziąć twoje rzeczy. Musisz mieć się w co ubrać.

A  ona  przez  chwilę  myślała,  że  Rad  tak  jej  się  przygląda,  gdyż  wydaje  mu  się  pociągająca...  O, 

nieśmiertelna naiwności zakochanej kobiety!

- Skoro nie chcesz jeść, to proponuję, żebyś się ubrała. Będziemy mogli wyjść i wszystko załatwić.

- Nie idziesz do pracy? - zdziwiła się.

- Akurat dzisiaj bez problemu mogę sobie na to pozwolić.

- Ale dlaczego chcesz mi towarzyszyć? - nalegała.

Rad przystanął w drzwiach.

- Powiedzmy, że wolę być pewien, że dotrzymasz umowy i przeprowadzisz się tutaj.

- Już ci to wczoraj powiedziałam i dotrzymam słowa. - Dumnie uniosła głowę.

-  Czasami  ludzie  zmieniają  zdanie.  O  ile  dobrze  pamiętam,  to  już  kiedyś  coś  mi  obiecałaś.  To 

mianowicie, że mnie nie opuścisz aż do śmierci.

- Przyrzekłeś to samo. Ślubowałeś mi również miłość i wierność. - Lainie natychmiast odparowała atak, 

ale tylko ona wiedziała, ile ją to kosztowało.

background image

- To ty mnie porzuciłaś, a nie ja ciebie. To była wyłącznie twoja decyzja. - To powiedziawszy wyszedł, 

głośno trzaskając drzwiami.

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Gdyby tylko mogła rzucić się na łóżko i wypłakać cały swój żal! Może by jej choć trochę ulżyło. Nie 

mogła trafić do Rada, przebić się przez pancerz cynizmu i chłodu. Co gorsza, zaczynała tracić nadzieję, 

że kiedykolwiek jej się to uda. Jak mogła aż tak zakochać się w kimś, kto wiecznie nią pomiatał?

I gdzie ta tęcza, tato? - żałośnie odezwało się w niej dziecko. - Kiedy w końcu ta burza przetoczy się 

nad moją głową?

Wiedziała  jednak,  że  musi  wziąć  się  w  garść.  Przetarła  twarz  ręcznikiem  zmoczonym  zimną  wodą, 

pociągnęła usta szminką, gdyż był to jedyny kosmetyk, jaki miała w torebce, następnie wzburzyła dłońmi 

nieco  przyklapnięte  włosy,  tworząc  na  głowie  nonszalancką  fryzurę  -  coś  w  rodzaju  artystycznego 

nieładu.

Hm, całkiem nieźle, stwierdziła z satysfakcją. To dodało jej sił. Weszła do salonu, mając na sobie swoją 

złocistą  sukienkę.  Rada  nie  było.  Niech  sobie  tylko  nie  myśli,  że  będzie  go  szukać  po  całym 

apartamencie, albo, co gorsza, czekać jak pies na swego pana. Stanowczym krokiem udała się w stronę 

drzwi. Tak, jak przewidziała, natychmiast pojawił się kamerdyner.

- Dickerson, o ile dobrze pamiętam? - spytała tonem kobiety, która wie, jakie przysługują jej prawa. A 

zdeterminowana  Lainie  nie  wahała  się  w  obecnej  sytuacji  wykorzystywać  pozycji  pani  tego  domu.  -

Proszę przynieść moje okrycie i powiadomić pana MacLeoda, że jestem gotowa do wyjścia.

Wrócił po chwili z jej lamparcim futerkiem.

- Pan MacLeod już idzie - zapewnił.

Rzeczywiście,  pojawił  się  niemal  natychmiast  po  tym,  jak  Dickerson  pomógł  jej  się  ubrać.  Rad 

szarmancko otworzył przed nią drzwi, a na jego ustach błąkał się lekki uśmieszek. Lainie jednak, chłodna 

i wyniosła, traktowała go niemal jak powietrze. Odezwała się dopiero wtedy, gdy wsiedli do samochodu. 

Tym razem był to biały mercedes.

- Chciałabym najpierw zobaczyć się z mamą.

- Jak sobie życzysz - odparł takim tonem, jakby zupełnie nie robiło mu różnicy, dokąd się udadzą.

- Mam tu do załatwienia kilka spraw w administracji - poinformował ją, gdy przybyli na miejsce. - Nie 

czekaj,  idź  do  matki.  Tylko  zapytaj  najpierw  o  numer  pokoju.  Wcale  bym  się  nie  zdziwił,  gdyby  już 

znajdowała się gdzie indziej niż wczoraj.

Okazało się, że miał rację. Mamę przeniesiono na inne piętro do pojedynczego pokoju. Zmiana jej stanu 

była  zauważalna  gołym  okiem!  Nie  pozostało  w  niej  prawie  śladu  wczorajszej  nerwowości,  powitała 

córkę uśmiechem i wyglądała na niemal zadowoloną z życia.

Lainie nie miała serca psuć jej dobrego nastroju, starannie więc przemilczała fakt, że wróciła do męża. 

Dlatego  skróciła  rozmowę  do  minimum,  by  Rad  nie  zdążył  wejść  na  górę  i  pojawić  się  w  pokoju. 

Wyjaśniła,  że  ma w domu  masę rzeczy do zrobienia, jeśli  nie chce, żeby wszystko zarosło  brudem, co 

matka przyjęła ze zrozumieniem i nie domagała się, by Lainie przedłużyła wizytę.

Szła korytarzem pogrążona w myślach, nic więc dziwnego, że nie zauważyła dwojga ludzi stojących w 

drzwiach dyżurki pielęgniarek i minęła ich obojętnie. Nie usłyszała też, że wołają za nią. Oprzytomniała 

dopiero wówczas, gdy ktoś ją złapał za ramię i odwrócił ku sobie.

- Na Boga, Lainie, gdzie ty byłaś?! - Lee Walters gorączkowo omiótł jej sylwetkę badawczym spojrze-

background image

niem, jakby sprawdzał, czy aby na pewno nic jej się nie stało. - Umierałem z niepokoju!

Jego  jasne  włosy  były  potargane,  zdawało  się,  że  musiał  je  we  wzburzeniu  mierzwić  rękami,  i  to 

wielokrotnie.  Lainie  przyglądała  mu  się  z  lekkim  zdziwieniem.  Zawsze  spokojny  Lee  wyglądał  na 

kompletnie  wytrąconego  z  równowagi.  Pod  wpływem  jej  zdumionego  spojrzenia  opanował  się  nieco, 

przypomniał  sobie,  iż  znajdują  się  w  miejscu  publicznym,  zaciągnął  ją  więc  do  świetlicy,  gdzie  mogli 

choć trochę skryć się przed spojrzeniami postronnych osób. Dopiero teraz Lainie spostrzegła, że była z 

nim także Ann. Na twarzy przyjaciółki również widniał wyraźny niepokój.

- Co się właściwie dzieje? Co wy tutaj obydwoje robicie? - zdumiała się.

- Szukamy cię! - niemal warknęła wciąż jeszcze zdenerwowana Ann.

- Ale dlaczego?

- Zadzwoniłem do ciebie wczoraj wieczorem, żeby sprawdzić, czy bez przeszkód wróciłaś do domu -

zaczął  tłumaczyć  Lee.  -  Ale  nikt  nie  odbierał.  Początkowo  się  nie  przejąłem,  miałaś  przecież  zostać  u 

mamy. Zadzwoniłem ponownie i znowu nic. Skontaktowałem się ze szpitalem, powiedzieli, że już dawno 

wyszłaś.

- Naszego numeru nie miał, a nie znalazł go w spisie, bo jest zastrzeżony - wtrąciła Ann.

- Pomyślałem, że może pojechałaś do niej, bo nie chciałaś zostać sama na noc - dopowiedział.

-  Dlatego  pojawił  się  dziś  u  nas  z  samego  rana.  Przyznaję,  że  zdenerwowaliśmy  się  nie  na  żarty,  na 

szczęście Adam to przytomny człowiek. Od razu zadzwonił na policję, dowiedzieliśmy się przynajmniej 

tyle,  że  nie  padłaś  ofiarą  jakiegoś  wypadku.  Przyjechaliśmy  więc  tutaj,  bo  nie  było  innego  punktu 

zaczepienia.

Lainie poczuła straszliwe wyrzuty sumienia.

- Nie macie pojęcia, jak mi przykro, że was na to naraziłam - powiedziała przepraszająco.

Pogodną twarz Ann okrasił ciepły uśmiech.

- To nie ma znaczenia, najważniejsze, że jesteś cała i zdrowa. I że mama dostała osobny pokój. Właśnie,

jakim cudem udało ci się to załatwić?

Lee z kolei zainteresował się zupełnie inną kwestią.

- Gdzie byłaś przez całą noc?

Skonsternowana,  przenosiła  wzrok  z  jednego  na  drugie.  Oto  stawiano  jej  pytania  i  domagano  się 

udzielenia  odpowiedzi,  a  ona  nie  znajdowała  w  sobie  dość  siły,  by  wyznać  prawdę.  Sytuacja  stała  się 

niezręczna.  Wpatrywali  się  w  nią  wyczekująco,  Lee  wciąż  trzymał  ją  za  ramię.  Cofnęła  się  nieco,  by 

uwolnić rękę. Nie zatrzymywał jej.

- Gdzie byłaś, Lainie? - powtórzył znacznie bardziej ponurym tonem.

Poczuła, że krew zaczyna napływać jej do twarzy. Przenikliwe spojrzenie Lee zdradzało, że natychmiast 

spostrzegł te rumieńce.

- Kiedy... Kiedy wróciłam wczoraj do domu... - zaczęła z ociąganiem. - To... To zadzwoniłam do Rada.

Wyraz  ich  twarzy  zmienił  się  diametralnie,  patrzyli  teraz  na  nią  z  najwyższym  zdumieniem.  U  Lee 

doszła do tego również wściekłość, gdy w pełni do niego dotarło znaczenie jej słów. Gwałtownie postąpił 

krok w jej kierunku, po czym zatrzymał się.

-  Pomyślałam,  że  mógłby  mi  pomóc.  Po  prostu  już  nie  wiedziałam,  do  kogo  jeszcze  mogłabym  się 

zwrócić  -  tłumaczyła,  starając  się  ich  przygotować  na  kolejne  rewelacje.  Nie  ulegało  bowiem 

background image

wątpliwości, że Lee będzie drążył temat i nie spocznie, dopóki nie pozna całej prawdy.

- Ech, ten MacLeod! - żachnął się. - Skąd w ogóle ci przyszło do głowy, żeby się z nim kontaktować?

- Już raz mi zaoferował pomoc, ale wtedy duma nie pozwoliła mi jej przyjąć. Obecna sytuacja kazała mi 

zapomnieć o dumie.

- Ponieważ twoja mama znajduje się w pojedynczym pokoju, rozumiem, że twoje przewidywania były 

słuszne i że Rad rzeczywiście pomógł - wtrąciła rozsądnie Ann, która szybciej ochłonęła z szoku.

- Owszem.

- No, dobrze, zadzwoniłaś do Rada, trudno. Ale czemu nie było cię w domu? - indagował Lee.

Lainie wzięła się w garść. Mydlenie oczu niczego nie załatwi. I tak prędzej czy później sytuacja stanie 

się zupełnie jasna.

- Ponieważ musiałam pojechać do niego, żeby wszystko omówić osobiście.

Wzburzony Lee chwycił ją mocno za ramiona.

- Co takiego?

- Hej! Czy ty się aby nie zapominasz? - Ann złapała go za rękę i to go otrzeźwiło.

Puścił Lainie i nerwowo zmierzwił dłonią włosy.

-  Mogłaś  przynajmniej  wstrzymać  się  z  tym  do  rana  -  rzucił  z  urazą.  -  Naprawdę  musiałaś  do  niego 

jeździć w środku nocy?

- To był zaledwie wczesny wieczór - sprostowała.

- Gdzie się w takim razie podziewałaś aż do rana? Jak długo tam zostałaś, mów!

Lainie poczuła, że ma dość. A jakie on miał do niej prawo, żeby mógł prowadzić takie przesłuchanie?

- Nie twoja sprawa! - ucięła ostro.

W tym momencie ktoś zaklaskał z aprobatą i cała trójka ze zdumieniem odwróciła się w stronę wejścia. 

W drzwiach świetlicy stał Rad i przyglądał im się z wyraźnym rozbawieniem.

- Bardzo byłem ciekaw, Lainie, kiedy wreszcie nie wytrzymasz - roześmiał się i dołączył do nich.

- Co ty tutaj robisz?! - niemal krzyknął Lee.

Rad  uniósł  brwi,  dając  w  ten  sposób  do  zrozumienia,  że  zachowanie  spokojnego  zazwyczaj  Lee 

zadziwia go.

- Chciałeś wiedzieć, gdzie Lainie podziewała się tak długo. Otóż opuściła mój apartament o dziewiątej 

rano.

Rozjuszony Lee odwrócił się do niej.

- Czy to prawda?

Bez słowa przytaknęła głową.

Zaczął  nerwowo  krążyć  po  pomieszczeniu,  przypominając  rozwścieczonego  lwa  w  klatce.  Nigdy  nie 

widzieli go w takim stanie.

- Gdybyś tylko powiedziała, jak bardzo potrzebujesz... Gdybym tylko wiedział... - Zatrzymał się nagle, 

jak rażony gromem. - I pomyśleć, że chciałem cię poślubić!

- Zważywszy fakt, że Lainie już ma męża, byłoby to cokolwiek trudne - wtrącił uprzejmie Rad.

Lee posłał mu mordercze spojrzenie, po czym spojrzał zimno na Lainie.

- A ja zawsze myślałem, że jesteś taka szlachetna i pełna cnót! Dobre sobie - zadrwił z goryczą. - Ty 

wcale nie żartowałaś wtedy na koncercie, kiedy mówiłaś o sprzedawaniu się!

background image

- Jeśli chcesz opuścić ten pokój o własnych siłach, masz natychmiast przeprosić moją żonę - warknął 

Rad z taką wściekłością, że cała trójka spojrzała na niego z niekłamanym zdumieniem.

Lee nie dał się zastraszyć.

- Owszem, przeproszę, ale nie dlatego, że ty sobie tego życzysz - powiedział twardo, po czym jego głos 

złagodniał,  gdy  zwrócił  się  do  Lainie.  -  Wybacz  mi  te  nie  przemyślane  słowa.  Ale  zrozum,  że 

wypowiedział  je  mężczyzna,  który  właśnie  stracił  jedyną  kobietę,  na  jakiej  mu  kiedykolwiek  zależało. 

Dlatego chciałem cię zranić.

W mgnieniu oka pojęła, przez co musiał teraz przechodzić.

- Nie żywię do ciebie urazy - odparła łagodnie.

-  To  dobrze.  Bo  w  razie,  gdybyś  mnie  potrzebowała...  -  posłał  Radowi  wyzywające  spojrzenie  -

...zawsze możesz na mnie liczyć. - Odwrócił się na pięcie i wyszedł.

Ann  zawahała  się  nieco.  Przeniosła  zaskoczone  spojrzenie  z  rozgniewanego  Rada  na  spiętą  twarz 

przyjaciółki.  Lainie chciała  się uśmiechnąć, by pokazać,  że  wszystko w  porządku, ale  nie zrobiła  tego. 

Bała się, że wyszedłby z tego płaczliwy grymas i że nie powstrzymałaby się od łez.

- Ja chyba też już pójdę - powiedziała niepewnie Ann. - Jakby co, to zadzwoń.

- Zadzwonię.

Zostali  sami  i  zapadło  pełne  skrępowania  milczenie.  Rad  sięgnął  do  kieszeni,  wyjął  papierośnicę  i 

wyciągnął ją w stronę Lainie. Właściwie nie paliła, ale w tym momencie była tak roztrzęsiona, że z ulgą 

wzięła  papierosa.  Rad  podał  jej  ogień.  Zaciągnęła  się  i  nerwowym  gestem  poprawiła  włosy.  Wciąż 

starannie omijała go wzrokiem.

Rad pierwszy przerwał niezręczną ciszę.

- Jak się czuje twoja matka?

- Lepiej.

- Jak zareagowała na wiadomość, że wróciłaś do mnie?

- Nie powiedziałam jej.

- A kiedy zamierzasz ją poinformować o tym fakcie? - spytał nieco zgryźliwie.

- Już niedługo - westchnęła i spojrzała na niego z ukosa.

Z rozdrażnieniem zgasił papierosa w popielniczce.

- To jak? Idziemy?

Kiedy jakiś  czas później  zatrzymali się przed domem jej  matki,  Lainie była  zadowolona, że  wreszcie 

może  wysiąść  z  samochodu.  Przez  całą  drogę  nie  zamienili  ani  słowa,  co  zaczęło  doprowadzać  ją  do 

rozpaczy. Czuła się osaczona, schwytana w pułapkę i bezgranicznie nieszczęśliwa. Tak bardzo pragnęła, 

by  Rad  zjechał  na  pobocze,  zgasił  silnik,  wziął  ją  w  ramiona  i  przytulił  do  siebie.  Żeby  jakoś  na  nią 

zareagował,  żeby  pokazał,  że  mu  choć  trochę  zależy...  Ale  on  nie  zwracał  na  nią  najmniejszej  uwagi. 

Równie dobrze mógłby znajdować się w tym mercedesie zupełnie sam.

Gdy stanęła przed drzwiami i wyjęła klucz z torebki, Rad zabrał go bezceremonialnie, włożył do zamka, 

przekręcił i pierwszy wszedł do domu, nonszalancko rzucając płaszcz na balustradę schodów. Wiedział, 

że Lainie musi pójść za nim i posłusznie zamknąć drzwi za jaśnie panem. Poczuła się jak pociągana za 

sznurki marionetka. Ze ściśniętym sercem popatrzyła na odwróconego do niej plecami mężczyznę. Że też 

background image

naprawdę nie miałam się w kim zakochać, strofowała samą siebie nie wiadomo który już raz.

Nieoczekiwanie odwrócił się do niej.

- Długo to potrwa?

- Nie, nie długo. - Pośpiesznie weszła na schody. Chciała jak najszybciej zejść mu z oczu.

- To dobrze. Ja tymczasem zadzwonię.

Przede wszystkim  musiała  się przebrać.  Wybrała żakiet ze spodniami  w  odcieniu zgaszonego oranżu. 

Sięgnęła  też  po  rudobrązową  apaszkę  i  przewiązała  nią  włosy,  by  nie  spadały  jej  na  twarz  i  nie 

przeszkadzały. Wytuszowała jeszcze rzęsy oraz musnęła różem policzki i dopiero wtedy wyjęła walizki z 

szafy.  Była  nawet  zadowolona,  że  dzięki  temu  może  oderwać  się  od  ponurych  rozważań.  Skupiła  się 

wyłącznie na składaniu i pakowaniu swoich rzeczy.

W drzwiach sypialni pojawił się Rad. Stał tam przez chwilę, a potem wszedł do środka, nic jednak nie 

mówiąc. Spojrzała na niego z ukosa, bezskutecznie próbując odgadnąć powód jego przyjścia. Wyglądał 

na zniecierpliwionego, kręcił się bez celu po pokoju, co jakiś czas wyglądał przez okno. Atmosfera znów 

zaczęła robić się napięta.

- Nie musisz zabierać wszystkiego. - Przystanął przed toaletką i przyglądał się leżącym na niej drobiaz-

gom. -  Masz już otwarte  na twoje nazwisko rachunki  w najlepszych sklepach  w Denver.  Możesz mieć 

tyle rzeczy, ile zechcesz.

- Wystarczy mi to, co mam - mruknęła niechętnie.

-  Pozwolisz,  że  ja  będę  o  tym  decydował  -  zaproponował  niebezpiecznie  cichym  głosem.  Lainie 

zadrżała mimowolnie. - Przed laty udowodniłaś mi swoim zachowaniem, że podejrzewasz mnie o to, iż 

zamierzam zamknąć cię w domu i nigdzie nie wypuszczać. Nie mam pojęcia, skąd taki idiotyczny pomysł 

przyszedł  ci  do  głowy.  Zapewniam  cię  jednak,  że  byłaś  w  wielkim  błędzie.  Chcę,  żebyś wiedziała,  że 

czeka cię teraz bardzo urozmaicone życie towarzyskie. Jako moja żona będziesz brać udział w różnych 

spotkaniach i przyjęciach. Masz więc odpowiednio wyglądać, jasne?

- Nie ma obawy, nie przyniosę ci wstydu. - Nie potrafiła ukryć urazy i goryczy.

Rad nagle znalazł się tuż przy niej.

- W takim razie zaczniesz od noszenia tego. - Chwycił ją za rękę i błyskawicznym ruchem wsunął jej na 

palec obrączkę.

Lainie  spojrzała  na  toaletkę,  obok  której  Rad  stał  przed  chwilą.  Na  blacie  leżała  otwarta  szkatułka  z 

biżuterią.

- Dziwię się, że to jej nie sprzedałaś w pierwszej kolejności - zauważył kąśliwie.

- Tylko dlatego, że zamierzałam ci ją odesłać.

- Proszę, jaka przewidująca dziewczynka. Zaoszczędziłaś mi kłopotu kupowania ci nowej.

-  Czy  my  naprawdę  nie  możemy  wreszcie  przestać  się  kłócić?  -  Lainie  gwałtownie  odsunęła  się  od 

niego i demonstracyjnie z głośnym trzaskiem zamknęła pełne walizki.

- Czy to już wszystko? - warknął.

- Prawie. Jeszcze tylko...

-  Później  przyślę  kogoś,  żeby  zabrał  to,  co  będziesz  chciała  -  uciął  ostro.  -  A  teraz  idziemy. 

Zarezerwowałem dla nas stolik na pierwszą. Musimy już się zbierać.

background image

Zabrał  ją  do  eleganckiej  restauracji,  w  której  jeszcze  nie  była.  Powściągliwy,  nieco  nawet  surowy 

wystrój  zdradzał,  że  została  zaprojektowana  z  myślą  o  biznesmenach,  spotykających  się  tu  głównie  w 

interesach.  Wnętrze  zostało  wyłożone  ciemnym  drewnem  i  ożywione  jedynie  kępami  palm  i  różnych 

pnączy, które nieco osłaniały poszczególne stoliki, stwarzając warunki do dyskretnych rozmów.

Rad  złożył  zamówienie,  po  czym  dopiero  po  odejściu  kelnera  spytał  Lainie,  czy  dokonał  słusznego 

wyboru! Było to pytanie czysto retoryczne, ponieważ doskonale orientował się w jej upodobaniach. Nie 

zmieniało  to  jednak  faktu,  że  poczuła  się  urażona.  Przyniesione  potrawy  okazały  się  wyśmienite,  ale 

każdy  kęs  rósł  jej  w  ustach.  Panująca  między  nimi  cisza  z  każdą  chwilą  była  coraz  trudniejsza  do 

wytrzymania.  Odczuła  ulgę,  gdy  skończyli  i  Rad  zamówił  kawę.  Oznaczało  to,  że  na  szczęście  już 

niedługo wyjdą.

-  Wygląda  na  to,  że  w  ciągu  ostatnich  miesięcy  dość  często  spotykałaś  się  z  Lee  Waltersem  -  rzucił 

nagle.

Lainie  podniosła  gwałtownie  głowę,  zaskoczona  nie  tylko  tym,  że  się  nagle  odezwał,  ale  również 

pobrzmiewającą w jego głosie niebezpieczną nutą.

- Owszem - powiedziała tylko.

- Wiedziałaś, co do ciebie czuje?

- Tak - niemal warknęła. Zaczynała się domyślać, do czego zmierza to przesłuchanie.

- A co ty do niego czujesz?

- Czy to ma jakieś znaczenie? - spytała gorzko.

Twarz  Rada  przybrała posępny  wyraz,  Lainie już  miała  go zapewnić,  że  traktowała  Lee  jedynie  jako 

przyjaciela.  Naraz  przypomniała  sobie,  jak  bardzo  Rad  był  pewny  siebie  ostatniego  wieczora,  jak  się 

chełpił,  że  wystarczyłaby  chwila  pieszczot,  a  zgodziłaby  się  na  wszystko...  Postanowiła się  zemścić za 

tamto upokorzenie.

-  Było  mi  z  nim  bardzo  dobrze. Coraz  lepiej,  prawdę  mówiąc.  -  Ciekawe,  jakim  cudem  udało  jej  się 

patrzeć mu przy tym prosto w twarz bez mrugnięcia okiem? - Jeszcze trochę, a przerodziłoby się to w mi-

łość. - Na jej pełnych ustach pojawił się smutny uśmiech. - Spokojną miłość, na której można się oprzeć i 

która nigdy nie zawiedzie. Przy Lee czułam się bezpiecznie. Chronił mnie, pomagał mi, zawsze mogłam 

na niego liczyć.

Dziwny błysk w oczach  Rada przypomniał jej, że to właśnie Lee ją dziś zaatakował i że to  ktoś inny 

stanął w jej obronie. Pożałowała, że tak niezręcznie dobrała słowa.

- Masz powody, by przy mnie nie czuć się bezpiecznie? - kpił z niej otwarcie.

- Przy tobie czuję się tak, jakbym nieustannie balansowała na skraju przepaści. Może potrafisz bronić 

mnie przed innymi, ale nie obronisz mnie przed samym sobą!

- Ostatniej nocy... - Przypatrywał jej się w taki sposób, jakby rozbierał ją wzrokiem. Lainie zarumieniła 

się. - Ostatniej nocy wyglądało na to, że wcale nie pragniesz ochrony przede mną.

Tego było  już  nadto.  Wstała  gwałtownie, chwyciła  torebkę  oraz  skórzany  płaszcz  i  szybkim  krokiem 

wyszła z restauracji. Wiedziała, że Rad będzie musiał zapłacić rachunek, prawdopodobnie nie zdąży więc 

jej  dopaść.  Musiała  się  od  niego  uwolnić  choć  na  trochę.  Nienawidziła  go.  Nienawidziła  go  za  to,  że 

wiedział, jak bardzo go pragnie. Nienawidziła siebie za to, że zdradziła się przed nim.

background image

Gdy  znalazła  się  na  zewnątrz,  rozejrzała  się  gorączkowo.  No  tak,  ani  jednej  taksówki.  Bez  namysłu 

ruszyła w stronę przystanku, do którego właśnie podjeżdżał autobus, kiedy ktoś ją chwycił za ramię. Rad 

odwrócił  ją  do  siebie  i  gniewnym  gestem  wskazał  parking,  gdzie  zostawili  samochód.  Miała  ochotę 

krzyczeć, wyrwać się z jego uścisku i uciec, ale wiedziała, że szarpanie się z nim nic nie da. Poddała się 

więc i apatycznie podążyła we wskazanym kierunku.

Gdy wsiedli do samochodu, Rad przez chwilę siedział bez ruchu i obserwował Lainie, która z uporem 

wpatrywała  się  w  jakiś  punkt  przed  sobą  w  oczekiwaniu  na  awanturę,  jaka  niechybnie  za  moment 

wybuchnie. Wreszcie Rad dotknął dłonią jej brody i odwrócił jej twarz ku sobie. Lainie szarpnęła się do 

tyłu, po czym nieoczekiwanie dla samej siebie znalazła się w jego ramionach.

- Rozumiem, że mówiłaś szczerze - odezwał się cichym głosem. Gdy odsunęła się od niego, jego oczy 

natychmiast przybrały obojętny wyraz. - Ale chcesz niemożliwego. Zapomnij o Lee Waltersie. Po prostu 

jak najszybciej zapomnij.

- Dlaczego znowu wszedłeś w moje życie? - jęknęła. Nie udało jej się opanować drżenia głosu.

- To ty do mnie przyszłaś i poprosiłaś o pomoc.

- Mogłeś po prostu dać mi pieniądze i pozwolić mi odejść.

- Mogłem - przytaknął spokojnie, zarazem przeszywając ją badawczym spojrzeniem. - I pewnie bym tak 

zrobił, gdyby...

Zamilkł.

- Gdyby? - podchwyciła.

Ujął jej dłoń, wsunął pod swój płaszcz i położył na swojej szerokiej piersi. Nie mogła nie zauważyć, jak 

mocno i szybko bije jego serce.

-  Gdybym  ciągle  tak  na  ciebie  nie  reagował.  Tym  razem  jednak  będę  ostrożniejszy.  Nie  pozwolę 

zamienić ci mojego życia w piekło.

Wyrwała  się,  a  on  nawet  nie  próbował  jej  powstrzymać.  Przekręcił  kluczyk  w  stacyjce  i  ruszyli. 

Wydawało,  się,  że  powiedział  to,  co  miał  do  powiedzenia  i  uznał  sprawę  za  zakończoną.  Lainie  była 

zszokowana, zmieszana i zawiedziona. Chodziło mu więc tylko o seks, o to, że wciąż go podniecała. Nic 

więcej  go  nie  obchodziło,  nie  postrzegał  jej  jako  człowieka,  lekceważył  jej  uczucia.  Wyrachowany  i 

bezwzględny, sięgał po to, na co miał ochotę, o resztę dbając tyle, co o zeszłoroczny śnieg.

A ona wciąż go kochała...

Tego  ranka  liczyła  na  to,  że  być  może  fizyczna  fascynacja  stanie  się  podstawą  do  odbudowania  ich 

małżeństwa. Wierzyła, że istnieje szansa, że z czasem połączy ich coś więcej. Niestety, wyglądało na to, 

że jemu na tym zupełnie nie zależy. Odwróciła twarz i wyjrzała przez okno. Gdy znajdowali się już nie 

opodal jego mieszkania, przypomniało jej się, jak jechała tą samą trasą poprzedniego dnia i nurtowało ją 

pewne pytanie.

- Dlaczego już nie mieszkasz w naszym domu?

- Był za duży dla jednej osoby. Sprzedałem go jakiś rok po twoim odejściu.

- Sprzedałeś go?!

- Myślałaś, że zatrzymam go z powodu jakiegoś sentymentu? - parsknął cynicznie. - Przyznam, że nie 

łączyłem z nim zbyt wielu przyjemnych wspomnień.

background image

W duchu przyznała mu rację. Prawdziwego szczęścia zaznali jedynie w małym drewnianym domku w 

górach, dokąd wyjechali zaraz po ślubie. Miłość musiała odebrać jej rozum, gdyż wtedy uważała swego 

męża  za  cudownego  i  czułego  kochanka.  Tamten  Rad  w  niczym  nie  przypominał  tego  zgorzkniałego 

mężczyzny obok niej.

Chwilę później zatrzymali się przed znajomym wieżowcem. Rad wystawił walizki na chodnik. Lainie 

czekała na niego przy szklanych drzwiach, ale on zawrócił do samochodu.

-  Mam  jeszcze  parę  rzeczy  do  załatwienia  -  rzucił  przez  ramię.  -  Wrócę  wieczorem  na  obiad.  A  po 

bagaże ześlij Dickersona.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Popołudnie  wydawało  się  ciągnąć  w  nieskończoność,  zwłaszcza  że  Lainie  nie  miała  zbyt  wiele  do 

roboty.  Rozpakowała  się,  zadzwoniła  do  szpitala,  żeby  podać  swój  nowy  numer  telefonu  i  adres,  ale 

okazało się, że Rad zadbał i  o to.  Porozmawiała  więc chwilę z mamą, jednak znów  nie zdobyła  się na 

odwagę,  by  wyznać,  że  wróciła  do  męża.  Wreszcie  wzięła  długą,  ciepłą  kąpiel,  a  potem  zaczęła  się 

przygotowywać do kolacji.

Wybrała prostą złoto-czarną spódnicę sięgającą do kostek, oraz czarną bluzkę, którą ożywił blask złotej 

biżuterii.  Blisko  godzinę  spędziła  przed  lustrem,  wypróbowując  różne  warianty  fryzury.  Nic  jej  nie 

odpowiadało, wszystko dlatego, iż była coraz bardziej rozdrażniona. Obawiała się ponownego spotkania 

z Radem, nie spodziewała się bowiem niczego dobrego.

Wreszcie upięła włosy w kok i  przeszła do salonu. Na podręcznym stoliku leżało  wieczorne wydanie 

gazety, widać było, że  Dickerson nie zapomina o niczym. Ale nawet i to  ją zaczęło irytować.  Sięgnęła 

jednak po gazetę i zaczęła ją z roztargnieniem przeglądać.

Niemal  w  tym  samym  momencie  pojawił  się  Dickerson  i  zaproponował  szklaneczkę  sherry,  na  co 

przystała z ochotą, gdyż czuła się coraz bardziej spięta. Poinformował też, że obiad zostanie podany, gdy 

tylko wróci pan MacLeod, po czym wycofał się dyskretnie.

Rad zjawił się zaledwie kilka minut później i po chwili wszedł do salonu. Puls Lainie przyśpieszył w 

jednej  chwili,  starannie  jednak  symulowała  kompletny  brak  zainteresowania,  ani  na  moment  nie 

przerywając przeglądania gazety, choć na dobrą sprawę nie bardzo wiedziała, co czyta.

- Rozgościłaś się już tutaj? Odpowiada ci? - spytał.

- Tak, dziękuję. A jak twoje sprawy? - odparła machinalnie.

- Całkiem nieźle, o ile w ogóle cię to interesuje.

- A czy ciebie naprawdę obchodziło, czy mi tu dobrze? - odgryzła się natychmiast.

- Owszem. W odróżnieniu od ciebie, potrafię pomyśleć o kimś innym, a nie tylko o sobie. Zależy mi na 

tym, żeby nam obojgu było tutaj miło.

-  Czyżby?  To  czemu  mam  dziwne  wrażenie,  że  wolałbyś  spędzić  ten  wieczór  samotnie  i  nie  być 

skazanym na moje towarzystwo? Może więc nie zawracaj sobie mną głowy?

Wcale  nie  chciała  zachowywać  się  tak  złośliwie,  ale  była  to  reakcja  obronna.  Lainie  wolała  być 

nieprzyjemna,  niż  okazywać  mu  swe  prawdziwe  uczucia.  Nie  miała  wątpliwości,  że  napełniłoby  go to 

satysfakcją i że na każdym kroku wykorzystywałby swoją przewagę. Nie mogła na to pozwolić.

- To ja będę decydował o tym, kiedy chcę być sam, a nie ty.

- Prawda, jak to wygodnie być mężczyzną i bez przeszkód wybierać sobie towarzystwo?

- Owszem, wygodnie - odpowiedział spokojnie Rad, który oczywiście zrozumiał aluzję, ale postanowił 

ją zignorować. - Nasz obiad jest już gotowy, jak sądzę. Idziesz?

Stanął w drzwiach, wyraźnie dając do zrozumienia, że jeśli do niego nie dołączy, to bez wahania pójdzie 

sam.  Wstała więc  z ociąganiem i  ostentacyjnie  wolno podeszła do niego, mimo że patrzył  na nią z nie 

skrywanym zniecierpliwieniem.

- Nie widzę powodu, dla którego mielibyśmy psuć  sobie posiłek kłótniami  - wycedził,  gdy weszli  do 

jadalni. - Proponuję więc w ogóle nie rozmawiać i w ten sposób zaoszczędzić sobie przykrości.

- Wreszcie się w czymś zgadzamy - odparła równie zjadliwie.

background image

Jednak  to  nie  był  dobry  pomysł,  gdyż  panujące  między  nimi  milczenie  powoli  stawało  się  nie  do 

wytrzymania. Przynajmniej dla Lainie. Bez przekonania dziobała widelcem po talerzu, jakoś w ogóle nie 

odczuwając głodu. Co się z nią działo? Skoro pragnie zdobyć uczucie ukochanego mężczyzny, powinna 

być  czarująca,  zabawiać  go  miłą  rozmową,  roztaczać  nieodparty  urok...  Zamiast  tego  już  od  pierwszej 

chwili zachowywała się jak ostatnia jędza. Nic więc dziwnego, że znów skoczyli sobie do oczu.

Co teraz? Zastanowiła się przez moment. Albo dalej będą tak milczeć, jak już ustalili, albo ona zacznie 

niezobowiązującą rozmowę i postara się jakoś załagodzić sytuację. W pierwszym wypadku narażała się 

na to, że odtąd wszystkie ich posiłki będą przebiegać w zupełnej ciszy, w drugim zaś ryzykowała tym, że 

usłyszy od Rada jakiś złośliwy przytyk na temat tak szybkiej zmiany zdania. Wybrała to drugie.

- Chciałabym zajrzeć jutro do szpitala - odezwała się nagle. - Dobrze byłoby porozmawiać z doktorem 

Hendersonem, żeby mieć wiadomości z pierwszej ręki. Posiedziałabym też trochę z mamą.

Uniósł  brwi,  zdziwiony  tym,  że  przerwała  milczenie.  Z  pewnością  nie  omieszka  uczynić  jakiejś 

uszczypliwej uwagi.

-  Będzie  ci  potrzebny  samochód.  Kluczyki  od  mercedesa  znajdziesz  na  stoliku  w  holu  -  powiedział 

tylko.

- Ale to przecież twój wóz?

- Oczywiście - uśmiechnął się z lekkim rozbawieniem. - Jakże inaczej mógłbym ci go dać?

- Chodziło mi o to, że przecież musisz jakoś dojeżdżać do pracy.

- Mam jeszcze drugi. Miło mi, że się o mnie zatroszczyłaś.

Popatrzył  na  nią  jakoś  tak  miękko,  że  na  moment  aż  przestała  oddychać.  Na  jej  wargach  zaczął  się 

błąkać nieśmiały uśmiech.

-  Ponieważ  ty  też  potrzebujesz  mieć  jakiś  środek  transportu,  mercedes  jest  więc  do  twojej  wyłącznej 

dyspozycji - ciągnął. - Rozumiem, że pewnie będziesz się często widywała z Ann.

- Nie masz nic przeciw temu? - wyrwało jej się, ale natychmiast pożałowała tego, gdyż Rad w jednej 

chwili przestał się uśmiechać.

- Nie jesteś moim więźniem - przypomniał dobitnie, po czym dodał: - Ale byłbym ci wdzięczny, gdybyś 

mnie uprzedzała o swoich wyjściach. Nie dlatego, że chcę cię kontrolować, ale po to, by nie kolidowało 

to z moimi planami zabrania cię dokądś. - Jego oczy znów ciepło zalśniły.

-  Oczywiście  -  zgodziła  się  szybko,  zadowolona,  że  nie  rozgniewała  go  swoim  nieprzemyślanym 

pytaniem.

Znienacka poczuła  wilczy  apetyt.  Jak  mogła przedtem  nie  zauważyć, że  jedzenie jest  pyszne,  że  mus 

czekoladowy  wprost  rozpływa  się  w  ustach  i  że  jest  to  bardzo  udana  kolacja?  Lainie  poczuła,  że  w 

atmosferze ciepła i zrozumienia zaczyna znowu rozkwitać.

Po obiedzie wrócili do salonu. Usiadła wygodnie  na kanapie, podczas gdy Rad zaprogramował wieżę

stereo tak, by zagrała po kolei kilka wybranych płyt kompaktowych. Rozległa się nastrojowa muzyka i 

spojrzeli na siebie z lekkim uśmiechem. Zapowiadał się długi, miły wieczór...

Nagle w drzwiach zjawił się Dickerson.

-  O  co  chodzi?  -  spytał  ostro  Rad  z  wyraźnym  niezadowoleniem,  co  z  kolei  sprawiło  przyjemność 

Lainie. Nie było wątpliwości, że on też uległ magii tych chwil i że chciał być z nią tylko sam.

- Przyszła panna Gilbert. Ma dla pana jakieś dokumenty.

background image

- O tej porze? - zawołała Lainie.

Rad zmarszczył brwi, więc umilkła.

- To nie potrwa długo - oznajmił i wyszedł.

Odprowadziła  go wzrokiem.  Sondra  z  pewnością  postara  się,  by  nie  potrwało  to  krótko,  pomyślała  z 

urazą.

Minęła  dziewiąta,  potem  dziesiąta,  a  Rad  nie  wracał.  Wreszcie  Lainie,  powodowana 

niewytłumaczalnym impulsem, podniosła się nagle  i  wyszła na  korytarz. W  pełni  zdała sobie sprawę z 

tego,  co  robi,  gdy  usłyszała  głosy  dobiegające  zza  zamkniętych  drzwi.  Przystanęła  odruchowo,  choć 

zrobiło jej się strasznie wstyd, że podsłuchuje.

- ...najwyżej kilka miesięcy, nie więcej - dobiegi ją głos Rada.

- To strasznie długo - odpowiedziała Sondra.

- Nie podoba ci się to?

- Oczywiście, że nie. A co myślałeś?

Nie odpowiedział. Cisza za drzwiami zaczęła się niepokojąco przedłużać. Potem Lainie znów usłyszała 

Rada,  ale  tym  razem  mówił  tak  cicho,  że  nie  mogła  rozróżnić  słów.  Położyła  dłoń  na  klamce  i  nagle 

oprzytomniała.  Wejdzie  i  znajdzie  własnego  męża  w  czułym  uścisku  z  sekretarką.  Nie,  takiego 

upokorzenia by nie zniosła.

Odwróciła  się  i  oddaliła  szybkim  krokiem.  Tym  razem  była  zadowolona  z  wyściełających  podłogi 

dywanów,  gdyż  poruszała  się  bezszelestnie  i  nikt  jej  nie  przyłapał  na  podsłuchiwaniu.  Gdy  weszła  do 

sypialni,  z  bólem  w  oczach  spojrzała  na  łóżko.  Prędzej  czy  później  Rad  znów  będzie  chciał  się  z  nią 

kochać. Ale czy ona będzie w stanie to znieść, skoro wie, że na jego powrót czeka inna kobieta?

Przebierała się do snu zupełnie mechanicznie, jej myśli wciąż krążyły wokół tego, co właśnie usłyszała. 

Na  długą  nocną  koszulę  narzuciła  zielony  szlafrok,  sięgnęła  po  szczotkę,  przysiadła  na  brzegu  łóżka  i 

zaczęła niezwykle skrupulatnie rozczesywać swoje długie włosy. Monotonne ruchy przynosiły jej ulgę, 

gdyż uspokajały ją nieco. Wreszcie popadła w całkowitą apatię.

Gdy jakiś czas później do pokoju wszedł Rad, była w stanie przyjąć go z całkowitą obojętnością, choć 

jeszcze kilkanaście minut wcześniej nie potrafiłaby się na to  zdobyć. Ale  w tym momencie nic już nie 

miało znaczenia.

- Przepraszam. Nie sądziłem, że zajmie mi to tyle czasu.

Ostatni  raz przejechała  szczotką  po  włosach  i  wstała,  by odłożyć  ją  na  toaletkę.  W  żaden  sposób  nie 

zareagowała na jego słowa, co oczywiście zwróciło jego uwagę. Stanął jej na drodze, gdy chciała wrócić 

do łóżka.

- O co chodzi?

- O nic. - Jej twarz była pozbawiona wszelkiego wyrazu, ponieważ Lainie już nic nie czuła. Zupełnie 

nic. I tak było najlepiej. Teraz nie można było jej skrzywdzić.

- Posłuchaj, wynikły pewne trudności, musieliśmy je przedyskutować.

- Nie musisz się przede mną tłumaczyć.

- Odnoszę zupełnie inne wrażenie - zauważył ironicznie.

background image

- Przecież w naszej umowie nie było mowy o dochowywaniu wierności, więc czym się przejmujesz? -

Minęła go i podeszła do łóżka.

Odłożyła szlafrok na krzesło i wsunęła się pod kołdrę, nieświadoma furii, jaką w nim rozbudziła. Gdyby 

nie  jej  przytępione  odczucia,  jego  zachowanie  dałoby  jej  do  myślenia  i  nakazałoby  ostrożność.  Rad 

krzątał  się  po  pokoju  i  łazience,  gniewnie  trzaskając  drzwiami  i  szufladami,  a  Lainie  słuchała  tego  z 

satysfakcją, zamiast zacząć się obawiać.

- Dobranoc, Rad - rzuciła obojętnie, gdy po jakimś czasie w sypialni zgasło światło.

- Dobranoc? Ja ci dam dobranoc!

W jednej chwili leżała już bez żadnego okrycia. Ze strachem uniosła ręce, by odepchnąć pochylającego 

się nad nią nagiego mężczyznę, ale przycisnął ją do materaca swym ciężarem. Chciała krzyczeć, lecz on 

zmiażdżył jej wargi brutalnym pocałunkiem.

Usiadła i rozejrzała się na pół przytomnie, próbując zidentyfikować dźwięk, który ją obudził. Po chwili 

dotarło do niej, że to nie dźwięk ją obudził, ale nagła cisza. Ktoś zakręcił prysznic w łazience i tym kimś 

musiał być Rad. Pośpiesznie sięgnęła po szlafrok, by okryć swą nagość, a jej spojrzenie padło przy tym 

na mocno posiniaczone ramię.

Przypomniała  sobie,  jak  ostatniej  nocy  walczyła  z  Radem.  Zapamiętale  okładała  go  pięściami  i 

próbowała zrzucić go z siebie. Nie chciała go. Ale on był bezlitosny i w końcu musiała ulec jego brutalnej 

namiętności. Co gorsza, odpowiedziała na nią chętnie i to z całej siły...

Jej  nocna  koszula  leżała  na  podłodze  przy  łóżku  -  zupełnie  podarta.  Sięgnęła  po  nią  drżącą  ręką. 

Przypomniał jej się natarczywy szept, jaki słyszała podczas tej szalonej nocy: „Kochaj mnie, kochaj”. Ale 

przecież  Rad  nie  musiał  jej  tego  nakazywać,  i  tak  go  kochała,  i  to  bardziej,  niż  mogła  znieść. 

Rozpaczliwym  gestem  przycisnęła  poszarpany  materiał  do  ust,  a  po  jej  policzkach  zaczęły  spływać 

gorące łzy.

- Wybacz, nie chciałem cię obudzić.

Stał w drzwiach do łazienki, prawie nagi, jedynie z ręcznikiem na biodrach. Odwróciła szybko głowę, 

nie zauważyła więc wyrazu jego oczu, gdy spostrzegł jej zapłakaną twarz.

-  Nie  obudziłeś,  sama  się  obudziłam,  to  ten  prysznic,  zresztą  i  tak  jest  już  późno  -  chaotycznie 

wyrzucała z siebie urwane zdania. Niezgrabnie wytarła dłonią mokre policzki. - Teraz ja pójdę się umyć.

Liczyła  na  to,  że  go  wyminie  i  zniknie  w  łazience,  ale  nie  pozwolił  na  to.  Chwycił  ją  za  rękę,  ale 

niefortunnie trafił akurat na posiniaczone miejsce i Lainie odruchowo krzyknęła z bólu. Rad natychmiast 

obnażył  jej  ramię  i  przyjrzał  mu  się  w  milczeniu.  Wciąż  odwracała  od  niego  głowę,  nie  chciała,  by 

spojrzał jej w oczy i dostrzegł w nich rozpaczliwe błaganie o miłość.

Puścił ją, wydarł z jej kurczowo zaciśniętych palców podarty materiał i gniewnie cisnął sponiewieraną 

koszulę na łóżko.

- Nie chciałem tego - powiedział dziwnym głosem.

Nie chciał się z nią kochać? Nagle ogarnęło ją nieznośne zimno. Szczelnie otuliła się szlafrokiem.

- Nic już nie mów - szepnęła błagalnie.

Uniósł  dłonią  jej  brodę,  ale  nawet  wtedy  nie  spojrzała  na  niego.  Jej  wilgotne  rzęsy  pozostały 

opuszczone.

background image

-  Wczoraj  w  restauracji  zarzuciłaś  mi,  że  nie  potrafię  cię  obronić  przed  samym  sobą.  Potrafię.  -

Odwrócił się od niej raptownie. - To się już nigdy więcej nie powtórzy. Przyrzekam.

- Rad, proszę... - jęknęła z bólem.

Nie,  wszystko,  tylko  nie  to!  Skoro  nie  mogła  zdobyć  jego  miłości,  skoro  musiała  się  pogodzić  z 

tymczasowością swej sytuacji i z istnieniem rywalki, to niech przynajmniej nie odbiera jej tych krótkich 

chwil szczęścia, jakiego zaznaje w jego ramionach. Przecież tylko w takich momentach myślał wyłącznie 

o niej! Jedynie to jej zostało.

Lecz on błędnie zinterpretował jej prośbę.

- Nie myśl sobie, że pozwalam ci odejść. Reszta naszego układu pozostaje nie zmieniona.

- Ale dlaczego? - wyrwało jej się.

W odpowiedzi usłyszała niewyobrażalnie gorzki śmiech.

- Bo mnie to bawi.

Słysząc to, uciekła do łazienki i zamknęła za sobą drzwi. Teraz już mogła płakać bez przeszkód.

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

- Czekałam na ciebie, kochanie. - Matka pocałowała ją lekko, gdy Lainie pochyliła się nad jej łóżkiem. -

Szkoda, że minęłaś się z Lawrence’em, wyszedł dosłownie przed chwilą.

- Nie minęłam się z nim. Spotkaliśmy się na korytarzu i porozmawialiśmy trochę - uśmiechnęła się. -

Wyglądasz dziś znacznie lepiej, mamo.

- Wyobraź sobie, że spałam dzisiaj całą noc. Nic mnie nie bolało - oznajmiła radośnie pani Simmons. -

Dawno nie czułam się tak wypoczęta.

- Naprawdę wyglądasz dziś lepiej - powtórzyła niezręcznie.

- Już to mówiłaś - roześmiała się matka swoim dawnym, dźwięcznym i perlistym śmiechem.

- Ponieważ tak się cieszę tą poprawą, że aż nie wiem, co powiedzieć - wytłumaczyła pośpiesznie.

-  Twoja  wczorajsza  wizyta  wywołała  tu  niezłe  poruszenie  -  rzuciła  pozornie  bez  związku  matka,  a 

Lainie spochmurniała natychmiast. No tak, zaraz się zacznie. - Słyszałam, jak pielęgniarki z przejęciem 

plotkowały o niesamowicie przystojnym blondynie, który odchodził od zmysłów, próbując cię znaleźć.

- Domyślam się, że chodziło o Lee Waltersa - mruknęła Lainie, ale nie podjęła tematu i nie powiedziała 

całej reszty. Wciąż nie miała odwagi.

- Wszystkie siostry oddziałowe były aż zielone z zazdrości - zachichotała pani Simmons. - Zwłaszcza 

gdy zobaczyły, że zostawiłaś blondyna dla „obłędnie”, jak to określiły, atrakcyjnego bruneta.

Lainie wiedziała, że nie pozostało jej nic innego, jak tylko wyznać prawdę. Chwyciła głęboki oddech i...

- Zauważyłam, że znów nosisz obrączkę - ciągnęła matka. - To oznacza, że tym mężczyzną musiał być 

Rad.

Wypuściła powietrze niemal z jękiem.

- Tak, mamo.

- Chyba spotkałaś go kilkakrotnie w ciągu ostatnich paru miesięcy?

- Tak, mamo - powtórzyła.

-  Właśnie.  Domyślałam  się,  że  się  czymś  gryziesz,  ale  byłam  zbyt  skupiona  na  sobie,  żeby  zwracać 

uwagę  na  innych  -  uśmiechnęła  się  samymi  ustami.  -  Ale  to  przecież  nic  nowego.  Przez  całe  życie 

zajmowałam się wyłącznie sobą.

Lainie spodziewała się,  że usłyszy protesty,  groźby, była nawet  przygotowana na tę ewentualność, że 

matka posunie się do szantażu. Ale nigdy by nie przypuszczała, że zostanie to przyjęte z takim spokojem!

- Czy to znaczy, że nie masz nic przeciw temu, że wróciłam do niego? - spytała zdumiona.

- Nie - westchnęła chora. - Chyba nawet jestem z tego zadowolona.

- Ale przecież nigdy go nie lubiłaś!

-  Trudno,  żeby  apodyktyczna  teściowa  kochała  zięcia,  który  w  niczym  nie  przypomina  potulnego 

baranka.  -  Oparła  się  wygodniej  o  poduszkę  i  popatrzyła  w  sufit.  -  Kiedy  się  pobraliście,  byłaś  taka 

szczęśliwa... Promieniałaś radością, myślałaś tylko o nim. Nagle poczułam się porzucona, zdradzona, czy 

ja wiem, jak to określić? Nienawidziłam Rada za to, że zabrał mi ciebie. Pamiętam, jak twój ojciec brał 

mnie za rękę i powtarzał: „Spójrz na to z innej strony. Przedtem mieliśmy jedno dziecko, a teraz mamy 

już  dwoje”.  Zapewniał  mnie  też,  że  niedługo  doczekamy  się  wnuków.  -  Spojrzała  na  córkę 

przepraszającym  wzrokiem.  -  Ilekroć  poruszał  przy  was  ten  temat,  patrzyłaś  z  niepokojem  na  Rada. 

Wiedziałam, że to ja przekonałam cię, że powinnaś jeszcze poczekać.

background image

Lainie pochyliła głowę i taktownie przemilczała, ile zła wyrządziły rady matki.

- Potem go opuściłaś, a ja cieszyłam się, że będę cię miała znów przy sobie. Ale ty uciekłaś do Colorado 

Springs.  Wtedy zaczęłam się zastanawiać, dlaczego nie wróciłaś do mnie. Czyżbyś miała do mnie żal? 

Może właśnie moje ostrzeżenia stały się przyczyną rozpadu waszego małżeństwa?

- Cóż, miały w tym pewien udział. Przestałam ufać Radowi. Ale z czasem uporałabym się z tym i nie 

byłoby problemu. Prawdziwy powód leżał zupełnie gdzie indziej - odparła szczerze, lecz nie zdradziła, że 

wszystkiemu  było  winne  odkrycie,  iż  Rad  jej  nie  kochał.  Nie  była  w  stanie  powiedzieć  tego  głośno. 

Zamrugała powiekami, by powstrzymać napływające do oczu łzy. - Och, mamo, czemu wcześniej tak nie 

rozmawiałyśmy?

- Bo nigdy nie byłam dobrą matką. Nadal nią nie jestem... Lainie - spytała nagle z niepokojem - ale nie 

wróciłaś do niego dlatego, że potrzebowałyśmy pieniędzy? Kochasz go, prawda?

- Bardzo  go kocham - odparła zdławionym  z bólu  głosem i  poczuła, jak  pęka w niej jakaś tama.  Nie 

protestowała, gdy matka przytuliła ją do siebie, by Lainie mogła się wypłakać.

Na chodniku leżał topniejący śnieg. Białe płatki wirowały powoli w powietrzu, a zasnute ołowianymi 

chmurami niebo zwiastowało kolejne opady. Mroźny podmuch wiatru spowodował, że Lainie szczelniej 

otuliła się swoją białą kurtką z kapturem.

Właściwie  nie wiedziała, czy ma się cieszyć, czy martwić.  Lekarze byli zaskoczeni tempem, w jakim 

poprawiał  się  stan  zdrowia  pacjentki.  Przypuszczali,  iż  nowe  lekarstwo  rzeczywiście  na  jakiś  czas 

zatrzymało  postęp  choroby,  Lainie  widziała  jednak,  że  główna  przyczyna  leżała  gdzie  indziej.  Mama 

przez te wszystkie lata czuła się winna, że spowodowała rozpad jej małżeństwa. Teraz zaś promieniała 

radością,  ponieważ  wszystko  się  jakoś  ułożyło,  jej  córka  wreszcie  znalazła  szczęście.  Lainie  zaciskała 

więc  zęby  i  w  szpitalu  starała  się  stwarzać  wrażenie,  że  życie  u  boku  ukochanego  mężczyzny  jest 

nieprzerwanym pasmem rozkoszy. W istocie było zupełnie inaczej.

Rad dotrzymał słowa. Więcej już jej nie niepokoił. Co więcej, polecił pani Dudley przenieść wszystkie 

jego rzeczy z sypialni do pokoju gościnnego, co bynajmniej nie poprawiło i tak już napiętych stosunków 

między panią domu a gospodynią.

Nadal  jadali  razem  późne  obiady,  podczas  których  nieodmiennie  toczyła  się  uprzejma  i 

niezobowiązująca konwersacja, która nie zbliżała ich do siebie ani trochę. Sondra nie wpadała już więcej 

z wieczornymi wizytami, co jednak nie zmieniało niczego. Między Lainie a Radem panowała obojętność 

i chłodna uprzejmość.

Większość czasu spędzali oddzielnie, razem bywali jedynie na różnych przyjęciach, gdzie Rad załatwiał 

interesy.  Tego  dnia  również  wychodzili  wieczorem  i  dlatego  Lainie  znajdowała  się  teraz  w  centrum 

handlowym. Wczoraj kupiła sukienkę, którą zamierzała dziś włożyć, ale zażyczyła sobie kilku drobnych 

przeróbek. Właśnie szła ją odebrać.

Pośród licznych odgłosów wielkomiejskiego gwaru usłyszała znajomy głos. Rozejrzała się i ujrzała Lee 

Waltersa, który właśnie żegnał się z jakimś mężczyzną. Miała ochotę pójść dalej, jakby nigdy nic, i w ten 

sposób uniknąć niezręcznego spotkania, ale już było za późno. Zauważył ją.

Podszedł do niej powoli. Wymruczeli niewyraźnie jakieś słowa powitania, po czym Lee ujął jej dłoń i 

zaciągnął  ją  pod  arkady  dużego  domu  towarowego,  gdzie  byli  choć  trochę  osłonięci  przed  wiatrem. 

background image

Chciwym wzrokiem wpatrywał się w piękną twarz Lainie.

-  Tęskniłem  za  tobą  -  powiedział  wprost.  -  Tysiące  razy  sięgałem  po  słuchawkę,  po  czym 

przypominałem sobie, że przecież nie mam do ciebie żadnego prawa.

-  Pewnie  i  tak  byś  mnie  nie  zastał.  Z  reguły przesiaduję  u  mamy  w  szpitalu,  muszę  też  towarzyszyć 

Radowi na różnych przyjęciach.

Patrzyła na jego czarujący uśmiech, na osiadające na jego jasnych włosach płatki śniegu, na patrzące z 

uczuciem niebieskie oczy i pomyślała, jak łatwo było się poddać jego miłości, która nie żądała niczego w 

zamian. Mało brakowało...

- Czy jesteś z nim szczęśliwa?

- Nigdy nie jest tak, że człowiek czuje się szczęśliwy przez cały czas. Ale owszem, generalnie jestem 

zadowolona - odparła szczerze. Przecież wciąż była z Radem, była jego żoną, dobre i to, skoro nie mogła 

liczyć na więcej. - A ty? Co u ciebie?

- W porządku. Co teraz robisz? Mógłbym cię zaprosić na kawę?

Odsunęła rękaw kurtki i spojrzała na zegarek.

-  Obawiam  się,  że  nie  mam  czasu.  Muszę  odebrać  sukienkę,  wracać  do  domu  i  przygotować  się  na 

kolejne przyjęcie, tym razem u Fredericksonów.

- U Fredericksonów? - Jego twarz rozpromieniła się, a oczy rozbłysły. - Ja też zostałem zaproszony. W 

takim razie zobaczymy się dziś wieczorem.

Uradowany tą myślą, pochylił się i pocałował Lainie w policzek. Gdy odszedł, odwróciła się, by wejść 

do domu towarowego i nagle ujrzała przed sobą parę jarzących się zielonych oczu, które patrzyły na nią 

ze  złośliwym  triumfem.  Sondra  najwyraźniej  była  świadkiem  spotkania  z  Lee,  musiała  też  wszystko 

słyszeć,  gdyż  stała  nie  opodal.  Już  otwierała  usta,  by  coś  powiedzieć,  lecz  Lainie  wyminęła  ją 

pośpiesznie, znikając we wnętrzu.

Ostrożnie, by nie naruszyć  fryzury ani  makijażu,  włożyła przez  głowę nową  sukienkę.  Soczysty, lecz 

nie jaskrawy odcień oranżu podkreślał miedziane refleksy w jej ciemnych włosach. Sukienka była uszyta 

z wyrafinowaną prostotą, z przodu wydawała się nawet skromna, wystarczyło się jednak obrócić i ukazać 

odważny dekolt na plecach, by kreacja od razu stała się nad wyraz seksowna.

Lainie sięgnęła rękami do tyłu, by zapiąć suwak. Niestety, już po chwili zahaczył o materiał i nie chciał 

ruszyć  dalej.  Szarpanie  go  tylko  pogorszyło  sprawę  i  wkrótce  zaklinował  się  na  amen.  Westchnęła  z 

irytacją, wyszła z łazienki i zawołała gospodynię.

- Jest zajęta - dobiegł ją ostry głos.

Spojrzała w kierunku Rada, nie kryjąc zaskoczenia.

- Nie wiedziałam, że już wróciłeś. Jest jeszcze wcześnie.

- Do czego ci potrzebna pani Dudley?

- Zaciął mi się suwak.

- Myślę, że suwaki w sukniach żon, to specjalność mężów - powiedział jakimś dziwnie dwuznacznym 

tonem i podszedł do niej.

Dotyk jego palców  na  jej  nagich plecach wydawał  się parzyć.  Lainie zrobiło  się  gorąco i  ogarnęło  ją 

przemożne pragnienie, by Rad objął ją i przyciągnął do siebie. Kiedy jednak uwolnił materiał z suwaka, 

background image

zapiął sukienkę i odsunął się od żony.

- Pięknie wyglądasz. To nowy zakup?

- Tak - odparła zadowolona, że usłyszała od niego komplement. Już tak dawno się to nie zdarzyło...

- Czy właśnie w tej kreacji zamierzałaś wystąpić dziś u Fredericksonów?

Zdziwiła się. Skąd ten nacisk na słowo „zamierzałaś”? O co mu chodzi?

- Tak.

- Czy kupiłaś ją specjalnie na to przyjęcie?

Nie  miała  pojęcia,  czy  to  przesłuchanie,  czy  tylko  zdawkowe  pytania.  Głos  Rada  brzmiał  dość 

bezosobowo, co przemawiało raczej za tym drugim.

- Kupiłam ją, ponieważ nie mam żadnej naprawdę eleganckiej wieczorowej sukni. Uważasz, że nie jest 

odpowiednia na taką okazję? - zaniepokoiła się.

- Jest bardzo odpowiednia. Szkoda tylko, że Walters nie będzie cię mógł w niej zobaczyć. - Jego oczy 

zalśniły złowrogo, choć cały czas starał się zachowywać pozory obojętności.

Nagle poczuła gniew. Zaczynała się domyślać, ku czemu to zmierza i co Rad chce zasugerować.

- Czy to znaczy, że nie idziemy na przyjęcie?

- Rozczarowana? - zadrwił. - No tak, przecież to pokrzyżuje twoje plany dotyczące randki z Lee.

-  Nie  wiem,  co  ci  Sondra  nakłamała,  ale  prawda  jest  taka,  że  spotkałam  go  przypadkiem  na  ulicy. 

Podczas rozmowy okazało się, że jesteśmy zaproszeni na to samo przyjęcie. To wszystko.

- Cóż, nasze plany się zmieniły.

- Jak to miło, że raczyłeś mnie zawczasu powiadomić - wytknęła mu ironicznie.

-  Nie  miałem  okazji,  przez  cały  dzień  nie  było  cię  w  domu  -  odparł  nieprzyjemnym  tonem.  -

Zdecydowałem rano, że spędzimy weekend w Vail.

- Jedziemy na narty? - zdziwiła się.

- To też. Ponadto mam tam coś do załatwienia. Wyjeżdżamy jutro z samego rana.

Lainie  czuła,  że  wszystko  się  w  niej  gotuje.  Nie  znosiła,  gdy  mówił  do  niej  takim  tonem  i  jej 

rozkazywał.

- To jednak nie wyjaśnia, dlaczego mamy nie iść dziś na przyjęcie.

-  Przecież  będziesz  potrzebowała  trochę  czasu,  żeby  się  spakować,  prawda?  Ponadto  pomyślałem,  że 

skoro nas przez parę dni nie będzie, to pewnie będziesz chciała skontaktować się jeszcze dzisiaj z matką.

A  ona  przez  chwilę  łudziła  się  nadzieją,  że  jest  zazdrosny  o  Lee.  Poczuła  rozczarowanie.  Zazdrość 

świadczyłaby  o  tym,  że  Radowi  choć  do  pewnego  stopnia  na  niej  zależy.  Niestety,  każdym  słowem 

okazywał, jak dalece jest mu obojętna.

- Skoro jedziesz w interesach, to czemu chcesz mnie zabrać ze sobą? - spytała jeszcze, gdyż kołatała się 

w niej resztka nadziei.

- Myślałem, że może odmiana dobrze ci zrobi. Ale nie musisz jechać, jeśli nie masz ochoty. Mnie jest 

wszystko jedno.

W  tym  momencie  powinna  była  się  poddać,  ale  wiadomo,  że  nadzieja  umiera  ostatnia.  Podjęła  więc 

jeszcze jedną próbę.

- Gdzie się zatrzymamy?

- Czemu pytasz?

background image

- Zastanawiałam się... Bo może... - Jej oczy przybrały błagalny wyraz. - Czy przypadkiem nie w małej 

drewnianej chatce niedaleko Vail?

- W jakiej chatce?

Lainie  umilkła.  W  tej  sytuacji  nie  było  już  nic  więcej  do  powiedzenia.  Ze  znużeniem  wzruszyła 

ramionami i poszła do sypialni, by zdjąć swoją piękną wieczorową suknię.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Śnieg  przestał  padać  o  poranku.  Wszystko  było  pokryte  nieskalaną  bielą,  która  lśniła  oślepiająco  w 

promieniach słońca. Tu i ówdzie dmuchnięcie wiatru podrywało do góry garść srebrzystego pyłu, który 

przez chwilę wirował w mroźnym powietrzu, po czym z cichym szelestem opadał w dół. Okryte szronem 

gałęzie drzew przypominały staroświecką koronkę o misternym wzorze. Zielone świerki uginały się pod 

puszystymi białymi czapami.

Tablica  z  nazwą  miejscowości  ledwo  wystawała  z  ogromnej  zaspy,  a  oblepiający  ją  śnieg  niemal 

uniemożliwiał odcyfrowanie liter, które układały się w słowa: Loveland Pass. Biały mercedes zjechał na 

boczny pas, by wyminąć pług śnieżny, z daleka już widoczny dzięki pulsującym żółtym światłom.

Wydawało  się,  że  panująca  w  samochodzie  temperatura  jest  równie  niska  jak  na  zewnątrz.  Między 

Lainie  a  Radem  panowało  lodowate  milczenie.  Liczyła  co  prawda  na  to,  że  piękno  tego  poranka 

pozytywnie  wpłynie  na  nastrój  męża,  ale  jej  pragnienie  nie  spełniło  się.  Gdy  wyjechali  z  Denver, 

próbowała nawiązać rozmowę, lecz krótkie i niechętne odpowiedzi Rada wskazywały na to, że żałuje, iż 

w ogóle ją ze sobą zabrał.

Nie odrywając oczu od drogi, podał jej paczkę papierosów.

- Przypal mi, proszę.

Zawahała  się  przez  moment,  wyjęła  jednego  papierosa  i  włożyła  do  ust.  Było  w  tym  coś  szalenie 

intymnego,  coś  przypominającego  skradziony  pocałunek.  Gdy  oddała  Radowi  żarzący  się  papieros, 

zastanowiła się, czy poczuł na nim ciepło jej warg. Ale nie potrafiła nic wyczytać z jego obojętnej twarzy.

- Jutro jestem umówiony z jednym z moich pracowników. Zaproponowałem, że spędzisz ten czas z jego 

żoną, chętnie się zgodzili. Chyba że wolisz obyć się bez towarzystwa? - Zerknął na nią przelotnie.

- Nie - westchnęła z rezygnacją, jednak nie mogła się powstrzymać przed dodaniem cierpkiej uwagi: -

Ciekawe, w jaki sposób zamierzasz pozbyć się mnie dzisiaj?

Posłał jej gniewne spojrzenie.

-  Chciałem  zabrać  cię  na  narty.  Miałem  nadzieję,  że  gdy  się  zmęczysz,  będziesz  nieco  milsza.  Nie 

będziesz miała siły się stawiać.

- Ciekawe, na co liczysz w związku z tym? - spytała ostro.

Ze znużeniem odgarnął włosy z czoła.

- Chyba nie oczekujesz, że będę odgrywał rolę czułego kochanka i starał się ciebie uwieść? To chyba 

byłaby pewna przesada, nie sądzisz?

Czy on naprawdę na każdym kroku musiał jej uświadamiać, jak dalece o nią nie dba? Nie było takiej 

potrzeby, ona nie zapominała o tym ani na chwilę! Broda zaczęła jej podejrzanie drżeć.

- Och, myślałam, że w czasie podróży służbowych przychodzi ci to w sposób naturalny, że wcale nie 

musisz się zbytnio wysilać. Powinieneś  mieć w tym  doświadczenie,  wziąwszy pod uwagę twoje liczne 

wyjazdy z Sondrą...

- Czy ty nigdy nie przestaniesz?!

Odchylił  się  mocniej  do  tyłu  i  zaciągnął  się  głęboko,  jakby  potrzebował  chwili  relaksu.  Lainie 

zauważyła ze zdziwieniem, że był bardzo spięty i wyraźnie zmęczony.

-  Wiem,  że  jesteś  zła,  bo  odciągnąłem  cię  od  twojego  cacanego  Waltersa,  ale  skoro  już  tu  jesteśmy 

razem, to mogłabyś przynajmniej udawać, że sprawia ci to jakąś przyjemność. Przynajmniej na kilka dni 

background image

zapomnijmy o przeszłości, przyszłości i o różnych innych sprawach.

Poczuła na sobie jego natarczywy wzrok, ale nie spojrzała mu w oczy. Uporczywie wpatrywała się w 

rozciągającą się przed nimi biel.

- To co? Umowa stoi?

Przytaknęła ledwo słyszalnym głosem.

Apartament Rada w Górach Skalistych nie wyglądał aż tak olśniewająco jak ten w Denver, ale i tak nie 

można  mu  było  odmówić  elegancji  i  luksusu.  Składał  się  z  sypialni,  pokoju  gościnnego,  niewielkiej 

kuchni i przytulnego salonu wyłożonego dębową boazerią. W tym ostatnim królował ceglany kominek, 

otoczony  z  trzech  stron  przepastnymi  kanapami  i  fotelami,  utrzymanymi  w  ciepłej,  czerwono-żółtej 

tonacji. Kontrastowało to z prostokątami ostrej bieli, gdyż okna wychodziły wprost na ośnieżone stoki.

Rad  zaniósł  swoje  bagaże  do  mniejszego  pokoju,  zaś  Lainie  ulokował  w  sypialni.  Impulsywnie 

zaoferowała, że rozpakuje jego rzeczy, ale odmówił. Zaproponował natomiast, by wyjęła swoje, przebrała 

się i za jakąś godzinę była gotowa do wyjścia na narty. Ponieważ powiedział to spokojnie, a nie wydał jej 

rozkazu, jak to miał w zwyczaju, bez słowa protestu pośpieszyła do swego pokoju.

Trzy kwadranse później weszła do salonu w złocistym kombinezonie w brązowe pasy. Jednak Rad zu-

pełnie  nie  docenił  tego,  że  była  gotowa wcześniej,  skinął  tylko  głową i  z  niecierpliwością już  otwierał 

drzwi. Najwyraźniej chciał jak najszybciej znaleźć się na powietrzu.

Lainie  liczyła  na  to,  że  w  trakcie  tego  wyjazdu  Rad  się  odpręży  i  że  wreszcie  zniknie  to  poczucie 

obcości,  jakie  panowało  między  nimi  od  tamtej  pamiętnej  nocy.  Nic  jednak  nie  wskazywało  na  to,  by 

cokolwiek miało się zmienić na lepsze.

Gdy  jechali  na  górę  wyciągiem,  zdała  sobie  sprawę  z  tego,  że  przez  cały  czas  podświadomie  żywiła 

nadzieję, iż wyjazd w miejsce, gdzie spędzili niezapomniane chwile, spowoduje powtórzenie miodowego 

miesiąca. Otaczały ich wszak te same szczyty, to samo niebo, ta sama przyroda, która była świadkiem ich 

szczęścia. Wszystko to samo. Tylko ludzie już inni.

Ogarnęła ją zupełna apatia. Wkrótce jednak Lainie musiała się otrząsnąć z uczucia zniechęcenia, gdyż 

góry mają swoje prawa. Gdy stanęła na szczycie, przestała się nad sobą roztkliwiać. Założyła gogle, a ich 

żółtawy kolor sprawił, że wszystko wydawało jej się weselsze. Poczuła dreszcz podniecenia. Dawno nie 

jeździła, ciekawe, jak jej pójdzie. Śmignęła w dół.

Wiatr  zaświstał  jej  w  uszach.  Fantastycznie!  Odzwyczajone  od  wysiłku  mięśnie  co  prawda  trochę 

protestowały,  ale  radość  z  jazdy  przyćmiła  wszystko.  Naraz  kątem  oka  dostrzegła  sylwetkę  Rada  w 

czarno-białym  kombinezonie.  Stał  już  u  podnóża  stoku  i  obserwował  ją.  Pojechała  wprost  na  niego  i 

niemal w ostatniej chwili wykonała efektowny zwrot, wzbijając tuman śniegu.

Zatrzymała się i podciągnęła gogle na czubek głowy. Była podekscytowana, jej oczy lśniły, policzki i 

czubek nosa zaróżowiły się wyraźnie. Zapomniała o wszystkich smutkach, a jej usta same rozciągnęły się 

w szerokim uśmiechu. Rad również tryskał energią i radością.

- Chcesz zrobić sobie przerwę przed następną turą? - spytał.

-  Odpocznę  na  wyciągu  -  sapnęła,  zastanawiając  się,  skąd  ten  nagły  brak  oddechu.  Zadyszała  się 

podczas zjazdu, czy też tak ją oszołomił jego pełen ciepła uśmiech?

background image

Tym razem zjeżdżali wolniej. Rad nie popędził znowu jak strzała do przodu, tylko dostosował tempo do 

tempa Lainie. W połowie stoku dał znak, by się zatrzymała, następnie wziął ją za rękę i razem weszli na 

niewielkie wzniesienie. Roztaczał się stąd piękny widok na obie strony doliny, w której się znajdowali. 

Po ich prawej ręce bezdrzewne zbocze opadało w dół szeroką nartostradą, poznaczoną meandrami śladów 

nart, po lewej  zaś  rozciągała się pokryta  dziewiczą  bielą  puszcza.  Na  dnie doliny  wił  się strumień,  raz 

kryjąc się pod śniegową pokrywą, a kiedy indziej wypływając na powierzchnię.

- Góry to najpiękniejszy kościół świata - powiedziała z uczuciem Lainie, po czym nagle zawstydziła się

swego pełnego zachwytu wyznania. Niepewnie zerknęła na Rada. Wykpi ją?

Ale on też z oczarowaniem wpatrywał się w bajkową scenerię, jaka widniała przed ich oczyma.

- Majestatyczne i wzniosłe... Tak, masz absolutną rację - uśmiechnął się do niej. - Jedziemy dalej?

Wrócili  na  stok  i  bez  pośpiechu  zaczęli  zjeżdżać  na  dół  łagodnymi  trawersami.  Lainie  czuła  się 

cudownie  beztroska,  gdyż  nagle  okazało  się,  że  jednak  jest  możliwa  między  nimi  jakaś  komunikacją. 

Czyli nie wszystko jeszcze stracone! W jej sercu znów nieśmiało zaświtała nadzieja.

Na  moment  odwróciła  głowę  w  stronę  Rada,  by  spytać,  czy  zrobią  trzecią  turę,  gdy  nagle 

niespodziewanie  trafiła  na  muldę.  Wyrzuciło  ją  do  góry,  po  czym  spadła  na  stok  i  ciężko  klapnęła  na 

siedzenie.  Przez  moment  rozglądała  się  dookoła,  mrugając  ze  zdziwieniem  oczyma,  gdyż  nie  bardzo 

pojmowała, co się z nią stało. Rad już klęczał przy niej i z trudem powstrzymywał śmiech.

- Nic ci nie jest?

Lainie doceniła to, że nie śmiał się z jej upadku, który musiał wyglądać dość zabawnie.

- Kto by pomyślał, że śnieg może być taki twardy. - Oparła się na łokciu, a drugą ręką rozmasowywała 

obolałe miejsce.

- Co bardziej ucierpiało na tym upadku, twoja duma czy pewna część ciała?

- Pierwsza jest urażona, a druga potłuczona - mruknęła uśmiechając się.

Rad ujął ją pod pachy i pomógł jej wstać. Podniosła się niezgrabnie i ustawiła narty równolegle.

- Pojedziemy sobie powolutku, korzystając z tego, że nie uszkodziłaś sobie zbytnio tego i owego.

Tym razem Lainie nie odbierała jego wypowiedzi jako kpin. Określiłaby je raczej mianem przyjaznych 

żartów, gdyż ton głosu Rada był miły i ciepły. I patrzył na nią jakoś tak inaczej... Kiedy znaleźli się już 

na dole, spojrzał na nią pytająco.

- Chyba muszę trochę odpocząć - powiedziała.

- Nie masz nic przeciw temu, że wykonam jeszcze jedną rundkę?

- Oczywiście, że nie. Poczekam na ciebie w tym małym barku. Kubek gorącego kakao dobrze mi zrobi.

- To ja się odmeldowuję.

Zasalutował jeszcze z uśmiechem, zanim udał się w stronę wyciągu. Może i dobrze. Będzie miała czas, 

by trochę ochłonąć. Była tak podekscytowana zmianą na lepsze w ich wzajemnych stosunkach, że lada 

moment  mogła  zacząć  okazywać  mu  więcej  uczucia,  niż  zamierzała.  Musiała  zachować  rozsądek  i 

pilnować  się,  by  nie  ulec  urokowi  Rada.  Już  niemal  zapomniała,  jak  bardzo  potrafił  być  czarujący  i 

uwodzicielski. Wystarczyła mała próbka, a znowu kręciło jej się w głowie...

Godzinę  później  ujrzała  jego  barczystą  sylwetkę,  gdy  torował  sobie  drogę  w  jej  stronę  poprzez  tłum 

narciarzy. Serce Lainie natychmiast zaczęło wyprawiać przedziwne rzeczy. W dodatku pochlebiało jej, że 

liczne  kobiety  śledziły  Rada  pełnym  uznania  wzrokiem.  Gdy  więc  podszedł  do  niej,  ujął  pod  ramię  i 

background image

wyprowadził na zewnątrz, poczuła się bardzo dumna. On również pysznił się jak paw, pewnie świetnie 

mu poszło na stoku i stąd ta mina zwycięzcy.

Nawet nie pytała, dokąd ją zabiera. Mogła iść choćby na koniec świata, proszę bardzo. Byleby z nim.

Dopiero gdy weszli do jakiegoś wnętrza, które oślepionej słońcem Lainie wydało się zupełnie ciemne, 

podniosła na Rada pytające spojrzenie.

- Nie uważasz, że coraz lepiej nam idzie? - uśmiechnął się do niej wesoło. - Myślę, że teraz czas na ma-

łego drinka.

W jego słowach nie było już nawet cienia kpiny czy sarkazmu. Uszczęśliwiona tym odkryciem Lainie 

pozwoliła się zaprowadzić do stolika. Ostrożnie usiadła na krześle.

- Jak się czujesz? - spytał, obserwując ją.

- Całkiem nieźle. - Poprawiła się tak, by nie siedzieć na najbardziej obolałym miejscu.

Rad  zamówił  dla  nich  grzany  rum.  Nie  bardzo  mogli  rozmawiać,  gdyż  w  kawiarence,  wypełnionej 

kolorowym tłumem narciarzy, panował głośny zgiełk. Było tu przytulnie i ciepło, jednak z uwagi na hałas 

wyszli, gdy tylko się napili. Poczuli głód i poszli poszukać jakiejś dobrej restauracji.

Powoli  zapadał  zmierzch.  Ostatnie  promienie  zachodzącego  słońca  barwiły  szczyty  gór  złotem  i 

purpurą. Gdy Lainie i Rad zjedli obiad i wyszli na zewnątrz, na granatowym niebie świeciły już gwiazdy. 

Pomiędzy nimi widniał blady sierp księżyca.

- Zmęczona? - spytał Rad, ponieważ Lainie westchnęła głęboko, gdy zatrzymali się przed domem.

- Zadowolona. - Posłała mu pełen słodyczy uśmiech.

No,  prawie  zupełnie  zadowolona,  skorygowała  w  myślach.  Na  zakończenie  tego  pięknego  dnia 

przydałoby się, żeby Rad wziął ją wreszcie w ramiona...

Kiedy  weszli  do  apartamentu,  Lainie  przestraszyła  się,  że  atmosfera  stanie  się  bardziej  napięta. 

Zaistniała  sytuacja  stwarzała  bowiem  rozliczne  możliwości,  właściwie  nie  wiadomo  było,  jak  się 

zachować.

- Czy tu jest kawa? - spytała może cokolwiek zbyt nerwowo.

- Powinna być w kuchni.

- Zrobię cały dzbanek. Może w tym czasie rozpaliłbyś w kominku?

Rad zgodził się bez oporów i bez żadnych uwag, co ją zaskoczyło i ucieszyło. Ten wyjazd rzeczywiście 

dobrze im obojgu robił.

Jakiś  czas  później  siedzieli  w  zgodnym  milczeniu  na  kanapie,  delektując  się  kawą  i  wpatrując  się  w 

tańczące płomienie. Ponieważ Rad nie zapalił światła, w salonie panował nastrojowy półmrok.

Lainie z trudem oderwała wzrok od hipnotyzującej gry ognia.

- Powiedz mi coś o tych ludziach, z którymi się jutro spotykamy - zaproponowała.

- O Hansonach? - Rad nie odwracał wzroku od kominka. - Chodziliśmy ze Steve’em do szkoły średniej, 

byłem świadkiem na jego ślubie, potem zaczął pracować dla firmy mojego ojca. Teraz pracuje dla mnie.

- Nie przypominam sobie, żebyś kiedykolwiek o nim wspominał.

- Gdy mieszkaliśmy razem, Steve siedział akurat w naszej filii w Luizjanie. - Po raz pierwszy w jego 

głosie nie słychać było goryczy, gdy wspominał tamten okres. - Tam urodziło się ich trzecie dziecko.

- To ile ich mają?

background image

-  Czworo.  Trzy  dziewczynki  i  chłopiec.  Mały  jest  moim  chrześniakiem.  -  Spojrzał  na  Lainie  i 

uśmiechnął się. - Sean to żywe srebro. Kiedy miał dwa latka, po każdej zabawie z nim miałem ślady jego 

zębów. Gdy miał trzy, wychodziłem posiniaczony, bo jeździł na mnie i kopał mnie piętami. Linda, żona 

Steve’a,  mówi,  że  mały  jest  teraz  na  etapie  zabawy  w  Indian.  To  oznacza,  że  tym  razem  zostanę 

oskalpowany.

Lainie roześmiała się i popatrzyła na męża z zachwytem. Nie znała go od tej strony.

-  Czy  wiesz,  że  po  raz  pierwszy  od  tych  kilku  tygodni,  gdy  jesteś  ze  mną,  słyszę  twój  śmiech?  -

Wpatrywał się w nią tak intensywnie, że na moment aż przestała oddychać z wrażenia.

Zmieszała się nieco i nie wiedziała, co na to odpowiedzieć, lecz Rad nie czekał na odpowiedź. Podniósł 

się, wyciągnął do niej rękę i pomógł jej wstać. Lainie nie cofnęła potem dłoni i stali tak, patrząc na siebie.

- Robi się już późno - zauważył. - Pewnie jesteś zmęczona, musisz odpocząć. Idź spać.

- Rad... - szepnęła z niewysłowioną tęsknotą.

Przysunęła  się  bliżej,  lecz  on  puścił  jej  rękę  i  ze  smutnym  uśmiechem  odmownie  potrząsnął  głową. 

Następnie pochylił się i pieszczotliwie musnął wargami pełne usta Lainie.

- Idź spać. Jeszcze tym razem...

Posłuchała go, a jej serce napełniło się radością. To znaczy, że innym razem... Och, Rad!

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Steve Hanson był mniej więcej tego samego wzrostu, co Rad, ale potężniej zbudowany. Proste włosy w 

kolorze  pszenicy  opadały  mu  na  czoło,  silnie  kontrastując  ze  spaloną  na  brąz  skórą.  Linda,  popielata 

blondynka o falujących włosach, była znacznie niższa od męża.

Rad  przedstawił  ich  Lainie,  po  czym  cała  czwórka  usiadła  razem  w  salonie,  żeby  panie  miały 

możliwość zapoznać się ze sobą, zanim zostaną same. Był to bardzo dobry pomysł, gdyż dzięki obecności 

swoich mężów były rozluźnione i już po kilkunastu minutach czuły się w swoim towarzystwie całkiem 

swobodnie.  Dopiero  wtedy  Rad  i  Steve  podnieśli  się  i  oznajmili,  że  można  się  ich  spodziewać  po 

południu.

Dwie starsze córki  państwa  Hansonów  poszły na  narty, młodsza przebywała  u przyjaciół  rodziny  i  w 

domu został tylko czteroletni Sean, który rzeczywiście ani przez chwilę nie potrafił spokojnie usiedzieć 

na miejscu. Przez całe przedpołudnie biegał między domem a ogrodem, gdzie lepił bałwana. Nieustannie 

domagał się, żeby mama wychodziła na zewnątrz i patrzyła, jak mu idzie.

Mały  był  śliczny.  Miał  jasne  włoski  i  rozkosznie  zaróżowione  od  mrozu  policzki,  jednak  ta  anielska 

uroda  była  zwodnicza.  Łobuzerskie  błyski  w  jego  oczach  ujawniały,  że  bynajmniej  nie  miało  się  do 

czynienia ze słodkim cherubinkiem.

Linda  zabawiała  Lainie  niezliczonymi  anegdotami  o  psotach  Seana,  spędziły  więc  miłe,  aczkolwiek 

dość męczące przedpołudnie. Po lekkim posiłku matka namówiła synka na małą drzemkę, mogły więc z 

Lainie wreszcie spokojnie  usiąść i  napić się  kawy.  Panująca w domu  cisza nastrajała do poważniejszej 

rozmowy.

- Opowiedz mi o sobie i o Radzie - zaproponowała pani domu.

Lainie  poczuła  się  nieco  zaambarasowana.  Nie  znała  przecież  tej  kobiety,  cóż  więc  miała  jej 

powiedzieć? Raczyć ją wyssanymi z palca bajeczkami o szczęśliwym małżeństwie? Prawdy wyznać nie 

mogła, a kłamać nie chciała.

- Właściwie nie ma o czym mówić - wykręciła się.

- Jak długo się znacie? - dociekała Linda, bynajmniej nie zniechęcona.

- Od sześciu lat.

- Musiałaś więc znać jego żonę! - zawołała poruszona. - Byliśmy wtedy ze Steve’em w Luizjanie, nie 

spotkaliśmy jej nigdy.

Lainie  osłupiała.  Nagle  skojarzyła,  że  Rad  przedstawił  ją  wyłącznie  z  imienia,  nie  powiedział,  że  są 

małżeństwem.

- Owszem, znam ją - przyznała, unikając spojrzenia w szczere oczy Lindy.

- Mam wrażenie, że musiała być strasznie rozkapryszona. W dodatku Rad wybrał nie najlepszy czas na 

ożenek.

- To znaczy?

- Jego ojciec prowadził firmę razem ze wspólnikiem. Wtedy postanowił zostać wyłącznym właścicielem 

i  właśnie  finalizował transakcję  wykupienia  udziałów  tamtego  człowieka.  Oznaczało to  dla  niego  i  dla 

jego  syna  masę  roboty  w  najbliższym  czasie.  Dlatego  Rad  tak  nalegał  na  szybki  ślub.  -  Linda  w 

zamyśleniu pokiwała głową. - Trochę mi szkoda tej dziewczyny. Najpierw Rad spędzał z nią każdą wolną 

chwilę i robił wszystko, by zgodziła się wyjść za niego, a po ślubie natychmiast rzucił się w wir pracy, 

background image

gdyż miał sporo do nadrobienia. Nic dziwnego, że jego żonie trudno było się z tym pogodzić.

-  Tak,  z  całą  pewnością  nie  było  jej  łatwo  -  zgodziła  się  wytrącona  z  równowagi  Lainie.  Gdyby 

przedtem wiedziała, czemu Rad przesiaduje w firmie całymi dniami...

- Kiedy się rozeszli, zmienił się bardzo. Stał się zgorzkniały i cyniczny. Ale widzę, że przy tobie jest 

inny, odżył wyraźnie. Do tej pory ożywiał się tylko przy dzieciach, uwielbia je. Szaleją za sobą z Seanem.

Linda  najwyraźniej  całkiem  dobrze  orientowała  się  w  sytuacji.  Lainie  nie  potrafiła  więc  oprzeć  się 

pokusie spytania o coś, co dręczyło ją od lat.

- A jego sekretarka?

- Sondra? - Roześmiała się Linda i zerknęła na swoją rozmówczynię. - Zazdrosna? Zapewniam cię, że 

nie  masz  najmniejszych  powodów.  Gdyby  była  dla  niego  kimś  więcej  niż  sekretarką,  z  pewnością 

napomknąłby o tym Steve’owi, znają się jak łyse konie i opowiadają sobie prawie o wszystkim. A gdyby 

Steve wiedział, to i ja też. Co nie oznacza, że nie próbowała zarzucić na niego swojej sieci.

Lainie  pomyślała  właśnie,  że  gdyby  Hansonowie  nie  mieszkali  przed  pięcioma  laty  w  Luizjanie  i  że 

gdyby znała Linde wcześniej, to wszystko pewnie dałoby się naprawić. Ba, właściwie nie trzeba by było 

niczego naprawiać...

- Myślisz... - zaczęła zdławionym głosem. - Myślisz, że Rad kochał swoją żonę?

- Nigdy nie chciał o tym mówić, wyraźnie sprawiało mu to ból. Ale nie wyobrażam sobie, by poszedł do 

ołtarza z  kobietą, która  niewiele  by dla  niego  znaczyła.  Bardzo  sobie  cenił  swoją  niezależność. Ale  na 

twoim  miejscu nie  przejmowałabym się  tym. -  Uśmiechnęła się,  by  dodać  Lainie  otuchy.  -  Ona  ci  nie 

zagraża. Było, minęło. Rad nie popełniłby dwa  razy tego samego błędu i z pewnością nie zechce mieć 

nigdy więcej nic wspólnego z tą kobietą.

Ale zechciał! Lainie coraz mniej z tego wszystkiego rozumiała. Natrętnie nasuwało się przypuszczenie, 

że  zszedł  się  z  nią  ponownie  wyłącznie  dla  zemsty,  gdyż  to  tłumaczyłoby  wszystko.  Czując  mętlik  w 

głowie, sprowadziła rozmowę na inny temat.

Sean obudził się dopiero koło trzeciej, wypił szklankę mleka, zjadł kilka herbatników i już chciał biec, 

by dokończyć lepienie  swego bałwana. Ponieważ  Linda  przygotowywała  obiad,  Lainie  zaproponowała, 

że to ona ubierze małego.

Sean, jak to dziecko, nie bawił się w podchody, tylko stawiał sprawę wprost.

- Ile masz dzieci? - spytał, gdy owijała mu szyję szalikiem.

- Ani jednego - odparła z uśmiechem. - Ale mam nadzieję, że któregoś dnia będę miała.

- Ile chcesz mieć? - niestrudzenie dopytywał się malec.

- Myślę, że trójkę.

- Sami chłopcy - zażądał stanowczo Sean.

- A co sądzisz o dwóch chłopcach i jednej dziewczynce? - zaproponowała.

Za plecami usłyszała stłumiony chichot Lindy.

- Dobra, może być - zgodził się z lekkim ociąganiem, po czym spojrzał gdzieś za nią, a jego twarzyczka 

rozpromieniła się. - Wujek Rad! - wykrzyknął i wyrwał się z rąk Lainie.

Zaskoczona,  odwróciła  się  błyskawicznie.  Rad  stał  w  drzwiach  i  przypatrywał  jej  się  wzrokiem,  w 

którym widniało coś więcej niż tylko rozbawienie. Pod jego spojrzeniem zarumieniła się po same uszy. 

background image

Na szczęście Sean domagał się, żeby wujek się nim zajął, skorzystała więc z okazji i umknęła do kuchni, 

gdzie  natychmiast  zaofiarowała  się  z  pomocą  przy  robieniu  obiadu.  Linda  wręczyła  jej  nóż  i  torbę 

marchwi. Lainie zawzięcie strugała warzywa, gdy nagle poczuła na ramionach dłonie Rada.

- Tęskniłaś za mną? - usłyszała przy uchu jego szept.

W  tym  momencie  do  kuchni  wpadł  Sean  z  wiadomością,  że  jest  telefon  do  wujka  Rada,  i  to 

zamiejscowy,  i  że  wujek  natychmiast  musi  z  nim  iść,  bo  ktoś  na  wujka  czeka  i  bardzo  pilnie  chce  z 

wujkiem rozmawiać.

Westchnął z żalem, uścisnął Lainie i poszedł do salonu. Zanim wrócił, zdążyły z Linda ułożyć dania na 

półmiskach i były gotowe do podania obiadu. Gdy Rad ponownie pojawił się w kuchni, odwróciła się do 

niego z niepewnym uśmiechem, lecz mars na jego twarzy nie wróżył niczego dobrego.

- Przykro mi, ale musimy przełożyć ten obiad na kiedy indziej. Natychmiast wracamy do Denver.

- Co się stało? - spytała Linda, uprzedzając tym samym pytanie Lainie.

Rad popatrzył na żonę.

- Dzwonili ze szpitala, stan zdrowia twojej matki nagle się pogorszył. Mamy przyjechać jak najszybciej.

Lainie zbladła jak ściana, lecz Rad już był przy niej i opiekuńczo otoczył ją ramieniem. Jak w transie 

skinęła  głową,  przyjmując  wyrazy  współczucia  od  Hansonów,  ale  nie  była  w  stanie  odpowiedzieć. 

Zresztą,  nawet  nie  miała  czasu.  Rad  chwycił  ich  ubrania  i  bez  chwili  zwłoki  zaprowadził  ją  do 

samochodu. Wrócili do apartamentu, spakowali się w mgnieniu oka i wyruszyli w drogę.

Podróż do Denver była dla niej koszmarem. Starała się być dzielna i nie wpadać w histerię, ale gdyby 

nie uspokajające spojrzenia Rada, mogłaby nie wytrwać w swoim postanowieniu. Och, jak to cudownie, 

że miała go teraz przy sobie. I jak dobrze, że pomyślał o tym, by zostawić w szpitalu wszystkie numery 

telefonów,  pod  którymi  mieli  się  znajdować  podczas  wyjazdu.  Gdy  wyskoczyła  z  samochodu,  ze 

zdumieniem spostrzegła biegnącą ku niej znajomą postać.

-  Po  otrzymaniu  wiadomości  zadzwoniłem  do  Ann  -  wyjaśnił  cicho  Rad.  -  Pomyślałem,  że  w  takiej 

chwili będziesz potrzebowała jej obecności.

Tak  więc  to  Ann  towarzyszyła  jej,  gdy  weszła  do  pokoju  matki.  Rad  tymczasem  poszukał  lekarza. 

Lainie stanęła przy łóżku i popatrzyła na leżącą na nim drobną sylwetkę. Kiedyś byłaby przekonana, że 

matka celowo wmawiałaby sobie i otoczeniu jak najgorszy stan zdrowia, byleby tylko ściągnąć córkę do 

siebie. Jednak przez ostatni miesiąc zbliżyły się do siebie jak nigdy przedtem. Ich zażyłość i wzajemne 

zrozumienie stało się tak wielkie, że Lainie nie miała najmniejszych wątpliwości, że mama nie zrobiłaby 

jej czegoś takiego.

- Kiedy na ciebie czekałam, pielęgniarka powiedziała mi, że chyba są oznaki poprawy - szepnęła Ann.

Lainie skinęła głową. Och, oby to była prawda!

- Jak długo jest nieprzytomna? - spytała równie cicho.

- Ona właściwie nie jest nieprzytomna - wyjaśniła przyjaciółka. - To bardziej przypomina letarg.

Jakby  na  potwierdzenie  tych  słów,  pani  Simmons  powoli  uniosła  powieki.  Lainie  natychmiast 

przysiadła  na  brzegu  łóżka  i  ujęła  wychudzoną  dłoń  matki.  Chora  powiodła  dookoła  błędnym 

spojrzeniem, które w końcu spoczęło na jej twarzy.

- Lainie?

- Tak, mamo, jestem przy tobie. Wszystko będzie dobrze, zobaczysz.

background image

- Przecież powiedziałam im, żeby cię nie wzywali - mówiła z trudem chora. - Chciałam, żebyś spędziła 

ten czas z Radem.

- Ćśś, nic nie mów. Odpoczywaj i wracaj szybko do zdrowia.

- Dobrze. - Pani Simmons posłusznie zamknęła oczy, ale po chwili otworzyła je ponownie. - Ponieważ 

nie zamierzam jeszcze umierać, nie życzę sobie, żebyś się o mnie martwiła.

- Nie będę.

Na ustach chorej pojawił się cień uśmiechu. Zamknęła oczy i zapadła w sen. Lainie poczuła na ramieniu 

dotyk dłoni. Odwróciła się do Ann.

- Właściwie to mama mnie pocieszała, a nie ja ją - szepnęła w zamyśleniu.

- Skoro jest już lepiej, to chodźmy może do świetlicy? Myślę, że filiżanka kawy dobrze by ci zrobiła. 

Poproszę pielęgniarki, na pewno nie odmówią. Zresztą, lada moment wróci Rad i powie nam, co mówił 

lekarz.

Skinęła  głową  i  pozwoliła  przyjaciółce  wyprowadzić  się  z  pokoju.  Gdy  znalazły  się  na  korytarzu, 

wpadły na Lee Waltersa.

- W końcu jednak zadzwoniłem do ciebie, ale gospodyni poinformowała mnie, że szukali cię ze szpitala 

i że twoja matka źle się czuje. - Patrzył na nią ze współczuciem. - Przyjechałem ci powiedzieć, że gdybyś 

czegoś potrzebowała, to jestem do twojej dyspozycji.

- To bardzo miło z twojej strony - powiedziała szczerze Lainie, ale nagle zrozumiała, że wolałaby, żeby 

Lee nie przyjeżdżał. - Na szczęście mama czuje się już lepiej.

- Cieszę się.

Zamierzał dodać coś jeszcze, lecz przerwała mu:

- Wybacz, ale czeka na nas mój mąż, ma nam przekazać opinię lekarza.

Lee  wyraźnie  zesztywniał,  po  czym  bez  słowa  odsunął  się  na  bok,  by  je  przepuścić.  Ann  posłała 

przyjaciółce zdziwione spojrzenie. Lainie zdała sobie sprawę z tego, że zachowała się niezbyt uprzejmie, 

ale naprawdę spieszno jej było zobaczyć Rada. Nie tylko ze względu na to, co powiedział mu lekarz.

Już  z  daleka  zauważyła  jego  sylwetkę.  Stał  w  drzwiach  dyżurki  pielęgniarek  i  rozmawiał  z  kimś. 

Odwrócił  głowę  na  odgłos  zbliżających  się  kroków,  a  rysy  jego  twarzy  stwardniały.  Lainie  szukała  w 

jego  oczach  poprzedniego  ciepła  i  wsparcia,  ale  na  próżno.  Nawet  nie  kryła  zawodu.  Znowu  miała 

wrażenie, jakby odgrodził się od niej niewidzialną ścianą, której nie potrafiła sforsować.

Bezosobowym  tonem  poinformował  ją,  iż  rzeczywiście  matka  powinna  z  tego  wyjść  i  że  lekarze  są 

dobrej myśli. Następnie  oznajmił, że  musi zadzwonić  w parę miejsc. Lainie  prosząco położyła dłoń  na 

jego  ramieniu  i  chciała  zaproponować,  by  został  z  nią  choć  przez  chwilę,  lecz  słowa  zamarły  jej  na 

ustach.  Rad  popatrzył  na  dotykającą  go  rękę  z  taką  odrazą,  że  Lainie  natychmiast  cofnęła  się  i  sama 

poszła do świetlicy, gdzie już czekała na nią Ann.

Przez  jakiś  czas  siedziały  w  milczeniu  nad  filiżankami  z  kawą,  gdyż  przyjaciółka  taktownie 

powstrzymywała  się  od  pytań.  Gdy  jednak  Lainie  trwała  w  bezruchu  i  wpatrywała  się  przed  siebie 

niewidzącym wzrokiem, Ann w końcu zdecydowała się. Wyjęła z jej dłoni pustą już filiżankę i usiadła 

obok.

- Co się dzieje?

background image

Lainie  pokręciła  głową,  gdyż  nie  zamierzała  udzielać  odpowiedzi  na  to  pytanie.  Jednak  Ann  była 

nieustępliwa.

- Przecież wiesz, że i tak w końcu wszystko z ciebie wyciągnę. Nie lepiej więc, żebyś powiedziała mi 

od razu?

- Widziałaś, jak on na mnie spojrzał? - spytała drżącym głosem, a do jej oczu napłynęły łzy. - Choćbym 

nie wiem jak się starała, to nic z tego nie będzie.

- Że też musiałaś go spotkać na tym koncercie...

-  Przeznaczenie.  -  Lainie  bezradnie  wpatrywała  się  w  swoje  kurczowo  zaciśnięte  dłonie.  -  Miłość 

przychodzi, kiedy chce i do kogo chce.

W niebieskich oczach Ann widniało współczucie i zrozumienie.

- Czy on wie, że go kochasz? Powiedziałaś mu?

- Nie. Wtedy byłoby jeszcze gorzej.

Nagle od strony drzwi dobiegł ją jakiś cichy odgłos, odruchowo więc uniosła głowę i spojrzała wprost 

w  twarz  Rada.  Wpatrywał  się  w  nią  z  taką  pogardą,  że  aż  zmartwiała.  Teraz  już  wiedział.  Słyszał  ich 

rozmowę  i  stąd  jego  reakcja.  Skuliła  się  wewnętrznie  w  oczekiwaniu  na  drwiny.  Przecież  stało  się 

zupełnie jasne, że przez swoje uczucie jest wobec niego zupełnie bezbronna i że on może zrobić z nią, co 

zechce. A Rad z pewnością nie omieszka tego wykorzystać, przecież pragnął się na niej zemścić.

- Muszę z tobą zamienić parę słów - rzucił tak nieprzyjemnym tonem, że Lainie poczuła, jak ogarnia ją 

przenikliwy ziąb.

Ann podniosła się i wyszła bez słowa. Rad nadal stał w drzwiach i nie odrywał ponurego spojrzenia od 

twarzy  żony.  Na  co  czekał?  Napawał  się  poczuciem  triumfu  i  dlatego  odwlekał  moment  ostatecznego 

upokorzenia  jej?  Czy  naprawdę  musiał  ją  aż  tak  dręczyć?  Lainie  myślała,  że  już  dłużej  tego  nie 

wytrzyma. On jednak wreszcie przestał się w nią wpatrywać i sięgnął do kieszeni po papierosy.

Jego  ruchy  znamionowały  tłumiony  gniew,  co  ją  zaskoczyło.  W  dodatku  wyglądało  na  to,  że  jest 

wściekły  na  samego  siebie.  Nic  z  tego  nie  rozumiała.  Gdy  w  końcu  wszedł  do  środka,  zauważyła 

malującą się na jego twarzy rozterkę. Dziwne. Rad, którego znała, zawsze wiedział, czego chce i nigdy 

się nie wahał.

- Naszą umowę uważam za spełnioną - warknął nagle. - Oczywiście nadal będę pokrywał koszty pobytu 

twojej  matki  w  szpitalu,  dopóki...  Dopóki  będzie  to  konieczne.  Ale  ty  nie  musisz  już  dłużej  ze  mną 

zostawać. Jesteś wolna.

-  Wolna?  -  powtórzyła  ze  smutkiem.  Wiedziała,  że  to  niemożliwe.  Kochała  go,  a  miłości  nie  można 

rozkazać, by odeszła.

- Tak. Zgadzam się na rozwód. - Skrzywił się na widok jej zdumienia. - Przecież czekałaś na to całe 

pięć lat, prawda? - spytał sarkastycznie. - No, to wreszcie dopięłaś swego. Byłbym ci wdzięczny, gdybyś 

wróciła do nazwiska Simmons. Nie życzę sobie, by po świecie kręciła się jakaś była pani MacLeod.

Poczuła przeszywający ból. Zamknęła oczy. Nawet to... Nawet nie chciał pamiętać tych kilku pięknych 

chwil, które przeżyli razem. Nie sądziła, że nienawidził jej aż do tego stopnia. Zaczęło ją dławić w gardle.

- Każę odesłać ci twoje rzeczy - dodał, kiedy Lainie nie odzywała się. Jego głos stracił nieco na ostrości.

- Wolałabym sama się tym zająć.

background image

Nie  wiedziała,  jakim  cudem  udało  jej  się  cokolwiek  powiedzieć  przez  boleśnie  ściśnięte  gardło.  Rad 

popatrzył na nią pytająco. Domyślała się, że wykpiłby ją, gdyby podała mu prawdziwy powód. Otóż nie 

zamierzała zabierać tych ubrań, które kupiła w ciągu ostatniego miesiąca za jego pieniądze. Po prostu nie 

mogła ich wziąć. Ale on by tego nie zrozumiał. Dlatego zdecydowała się na pierwsze kłamstwo, jakie jej 

przyszło do głowy.

- Nie wiem, gdzie się zatrzymam.

Przypatrywał jej się w milczeniu przez dłuższą chwilę. Wreszcie odwrócił się i pełnym znużenia gestem 

przejechał ręką po włosach.

- Mój adwokat skontaktuje się z tobą.

Te  straszne  słowa  zabrzmiały  jak  ostateczny  wyrok.  Rad  wstał  i  skierował  się  ku  drzwiom.  Lainie 

wiedziała,  że  to  koniec,  że  już  więcej  go  nie  zobaczy.  Nagle  poczuła  w  ustach  smak  krwi.  Nie  miała 

pojęcia,  że  aż  tak  mocno  zagryzała  wargi,  żeby  się  nie  rozpłakać.  Och,  nie,  nie,  jeszcze  choć  tylko 

chwilę! Nie wiedząc, co robi, zawołała go z rozpaczą. Odwrócił się powoli. Lainie przemogła ogarniającą 

ją niemoc i podniosła się.

- Chciałam ci podziękować - powiedziała słabym głosem.

-  Za  co?  Za  rozwód?  -  zadrwił  i  omiótł  ją  pogardliwym  spojrzeniem.  - Nie  musisz  dziękować,  cała 

przyjemność po mojej stronie. Nareszcie znikniesz z mojego życia!

Zachwiała się, jakby wymierzył jej cios.

- Nie, nie za to. - Nadludzkim wysiłkiem opanowała się jakoś i znalazła siłę, by mówić dalej. - Za to, że 

mnie tu dziś przywiozłeś. Za twoją pomoc.

Zaciągnął się głęboko. Lainie zauważyła, że choć starał się nie dać tego po sobie poznać, jej słowa coś 

w nim poruszyły.

-  Żałuję,  że  powiedziałem  kiedyś,  że  pozwolę  ci  odejść,  kiedy  ona  umrze.  Przepraszam.  - W  jego 

patrzących  zimno  oczach  pojawiło  się  coś  na  kształt  współczucia.  -  Naprawdę  cieszę  się,  że  jej  się 

polepszyło.

Skinęła głową.

- Wiem. Nie użyłbyś mojej matki jako narzędzia swojej zemsty.

Na jego ustach pojawił się pełen goryczy uśmiech.

- Czymże jest ludzka zemsta w porównaniu z cierpieniami, jakie potrafi zadać los?

Pochyliła  głowę,  by  ukryć  łzy.  Tak,  miał  rację.  Los  skazał  ją  na  nie  odwzajemnioną  miłość.  Jakież 

udręki, wymyślone przez człowieka, mogły się temu równać?

Gdy ponownie podniosła wzrok, Rada już nie było.

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY

Dopiero  po  dwóch  dniach  Lainie  znalazła  w  sobie  dość  siły,  by  udać  się  do  apartamentu  po  swoje 

rzeczy. Przez ten czas niczego jej nie brakowało, gdyż Rad zostawił jej walizkę, którą miała w Vail. Na 

szczęście nie istniała więc konieczność natychmiastowego powrotu do jego mieszkania.

Spędziła  ten  czas  u  Ann  i  Adama,  gdyż  przyjaciółka  usilnie  nalegała  i  nie  chciała  przyjąć  do 

wiadomości  odmowy.  Lainie  była  tak  przygnębiona,  że  nie  opierała  się  zbyt  długo  i  z  prawdziwą 

wdzięcznością przyjęła propozycję.

Czyli jednak rozwód. Nie mogła w to uwierzyć. Nie potrafiła sobie z tym poradzić. Kiedy rozstawali się 

przed pięcioma  laty, nie  miała pojęcia,  jak  bardzo  go kocha. Zresztą, wtedy Rad  stanowczo wykluczył 

możliwość  wzięcia  rozwodu.  Za  to  teraz  już  nie  mógł  się  doczekać  chwili,  gdy  wreszcie  się  od  niej 

uwolni raz na zawsze... Jego zemsta dokonała się. Rozkochał ją w sobie i teraz mógł już ją porzucić.

Drżącą dłonią włożyła klucz do zamka. Wtedy w szpitalu była zbyt odrętwiała, żeby o tym pomyśleć i 

oddać  klucze.  Jak  to  dobrze,  że  tego  nie  zrobiła.  Mogła  teraz  przyjść  do  apartamentu  w  dowolnym 

momencie. Godzinę wcześniej zadzwoniła, by upewnić się, że Rada nie ma w domu. Poinformowała też 

panią Dudley, że przyjedzie zabrać swoje rzeczy. Gospodyni z wyraźną niechęcią spytała, czy ma jej w 

czymś pomóc, lecz Lainie odmówiła. Teraz jednak ogarnęła ją dziwna słabość i wcale nie była pewna, 

czy poradzi sobie sama.

Weszła do salonu, spojrzała na wystygły kominek, w którym leżał jedynie popiół i przypomniała sobie 

swoją  pierwszą  wizytę.  Nagle  poczuła,  że  nienawidzi  tego  miejsca.  To  tutaj  uświadomiła  sobie  z  całą 

ostrością, jak bardzo kocha męża. Męża... Już niedługo.

Zacisnęła zęby, żeby się nie rozszlochać i spojrzała na trzymaną w dłoni kopertę. Pomyślała, że musi 

działać szybko, zanim się rozmyśli. Wsunęła do niej klucz. Zadźwięczał, gdy uderzył o obrączkę, która 

znajdowała  się  w  środku.  Była  tam  jeszcze  krótka  notatka.  Lainie  pisała  ją  wciąż  od  nowa,  gdyż  za 

każdym razem wydawało jej się, że przelała w nią zbyt wiele emocji. Po wielu próbach wreszcie udało jej 

się ułożyć dwa zdania, wyprane z wszelkich uczuć.

Oddają klucz i obrączką. Więcej już nie będą ich potrzebować.

Lainie

Gdyby  wiedział,  ile  zawarła  w  tym  niewypowiedzianego  bólu  i  miłości...  Dobrze,  że  nie  będzie 

wiedział. Pobudziłoby go to tylko do śmiechu. Zdecydowanie zakleiła kopertę i postawiła ją na gzymsie 

kominka. Przez chwilę patrzyła na wypisane na niej imię Rada, po czym otarła łzy i uciekła do sypialni. 

Im szybciej się z tym upora, tym prędzej wyjdzie.

Nie miała pojęcia, ile czasu zajęło jej spakowanie się. Nie patrzyła na zegar, za to dość często jej wzrok 

wędrował  w  stronę  łóżka,  gdzie  spędziła  w  ramionach  Rada  dwie  niezapomniane  noce.  Wreszcie 

skończyła pakowanie i wbrew samej sobie stała przez długi czas w milczeniu, po raz ostatni patrząc na 

pokój.  Czy  Rad  będzie  mógł  tu  wejść  i  nie  przypomnieć  sobie  o  niej?  Tu  przecież  spała,  w  tej  szafie 

wisiały jej rzeczy, na komódce leżały należące do niej drobiazgi...

Te myśli sprawiały jej nieznośny ból,  z ponurą determinacją chwyciła więc dwie walizki i  wyszła do 

salonu. Puszyste dywany tłumiły jej kroki.

background image

Nagle  przystanęła.  Odwrócony  tyłem  Rad  siedział  na  sofie,  konwulsyjnie  zaciskając  palce  na  kartce 

papieru, która zawierała oschłą notatkę od Lainie. Zgarbiony, wpatrywał się przez chwilę w trzymaną w 

drugiej dłoni obrączkę, po czym zerwał się na równe nogi i z niewypowiedzianą furią cisnął ją precz od 

siebie. W tym momencie spostrzegł, że nie jest sam.

Lainie z absolutnym niedowierzaniem patrzyła na jego wykrzywioną bólem twarz, po której... po której 

spływały łzy! Walizki wymknęły się z jej zmartwiałych palców i ciężko upadły na podłogę.

-  Co  tu,  do  cholery,  robisz?!  -  krzyknął  z  wściekłością,  ale  zdał  sobie  sprawę,  że  nie  uda  mu  się 

gniewem zamaskować rozpaczy. Bezsilnie opadł z powrotem na kanapę i odwrócił wzrok. - Zresztą, teraz 

to już nie ma znaczenia.

W jego głosie zabrzmiało takie rozgoryczenie i żal, że Lainie poczuła, iż serce jej się kraje.

- Wydało się, trudno. Ale może zasłużyłaś sobie na tę satysfakcję, bo przecież nieźle się odegrałem za 

to, co mi zrobiłaś - zaśmiał się z pogardą, lecz śmiał się z samego siebie. - I pomyśleć, że przez tych pięć 

lat  całkiem  nieźle  mi  szło  udawanie,  że  cię  nie  kocham!  Byłem  gotów  zrobić  wszystko,  byleby  tylko 

ukryć swoje uczucia do ciebie i nie dostarczyć ci broni do dalszego dręczenia mnie.

Lainie, wciąż niezdolna do wyduszenia z siebie choćby słowa, wpatrywała się w niego z osłupieniem. 

Jak to? Przecież to na odwrót!

Rad podniósł na nią błagalny wzrok.

-  Wiem,  że  to  bez  sensu,  ale  szaleję  za  tobą.  Nie  potrafiłem  się  ciebie  wyrzec...  Wybacz  mi,  że  cię 

zaszantażowałem i zmusiłem, żebyś znów była moją żoną. Nie widziałem innego wyjścia... - Jego głos 

przeszedł w chrapliwy szept.

- Rad! - zawołała zmienionym głosem.

Zrozumiał to opacznie i w jednej chwili przeszedł do ataku.

- Tylko się nade mną nie lituj!  - zażądał gniewnie i  podniósł się gwałtownie. - Nie życzę sobie tego, 

jasne?

- Och, nie, to nie to. - Podbiegła szybko do niego, lecz odwrócił się do niej plecami. Lekko dotknęła 

jego ramienia.

- Zostaw mnie! - żachnął się. - Idź do swojego Waltersa. Pewnie już się nie może doczekać ciebie i tych 

dwóch chłopców i dziewczynki!

-  Kochany - szepnęła  i  poczuła, jak  Rad zesztywniał na dźwięk  tego  słowa.  -  Lee wcale na  mnie nie 

czeka. A już z pewnością nie na moje dzieci. Tylko ty możesz być ich ojcem... Tylko ty...

Odwrócił  się  nagle  i  zatopił  wzrok  w  orzechowych  oczach  Lainie.  Wyczytał  w  nich  coś  takiego,  że 

kurczowo chwycił ją za  ramiona. Na jego twarzy  rozpacz walczyła  z niepewnością, niedowierzaniem  i 

budzącą się nadzieją.

- Kocham cię. Rad. Zawsze cię kochałam.

Nadal wpatrywał się w nią z bolesnym napięciem. Stopniowo jego spojrzenie łagodniało, a na ustach 

pojawił się uśmiech.

- Czy to prawda? - wyszeptał z bezbrzeżną ulgą. - Ty naprawdę mnie kochasz? - Odrzucił głowę do tyłu 

i roześmiał się z całego serca. - Kiedy przypadkiem podsłuchałem cię w szpitalu, byłem przekonany, że 

mówiłaś  o  Lee!  Przecież  dopiero  co  widziałem  was  razem  na  korytarzu,  zaś  Ann  wspomniała  o  tym 

waszym spotkaniu podczas koncertu.

background image

Porwał ją w objęcia i przytulił do siebie tak mocno, że niemal nie mogła oddychać. Ale jakoś wcale jej 

to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie, pragnęła tego.

Nagle zadrżał i Lainie odgadła, że musieli w tej chwili pomyśleć o tym samym.

- Ależ byliśmy niemądrzy, najmilsza - wyszeptał. - Mało brakowało, a oboje zmarnowalibyśmy sobie 

życie.

- Na szczęście nie udało nam się. - Uniosła dłonie do jego twarzy i ze wzruszeniem dotknęła wilgotnych 

śladów na jego policzkach. - I mamy przed sobą całą resztę życia...

Rad  pocałował  ją  delikatnie,  z  ogromną  czułością.  I  choć  oczy  Lainie  pozostawały  zamknięte,  miała 

nieodparte wrażenie, że burzowe chmury rozpierzchły się, a niebo i ziemię spiął kolorowy łuk tęczy.