background image

 
 
 
 

MIECZYSŁAW LEPECKI 

 
 
 
 

NIKNĄCY ŚWIAT 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 
 

 

 
 

PAŃSTWOWE WYDAWNICTWO „ISKRY” WARSZAWA 1968 

 

GOÍAS, KRAJ Z PRZESZŁOŚCI 

 
 
Świat sprzed czterystu lat był tak od współczesnego nam świata 

odmienny,  ówcześni  ludzie  tak  różni  od  współczesnych,  że  trudno 
uwierzyć,  aby  do  naszych  czasów  zachowały  się  zakątki,  w  których 
nic  albo  prawie  nic  przez  cztery  wieki  się  nie  zmieniło.  A  jednak 
zachowa-ły  się...  Gdyby  Francisco  de  Orellana,  który  w  1541  roku 
odkrył  Amazonkę  i  jako  pierwszy  z  Europejczyków  przepłynął  ją 
nieomal  od  źródeł  do  ujścia,  znalazł  się  teraz  na  wodach  Rio  das 
Mortes lub górnego Xingú, nie zobaczyłby na brzegach tych rzek nic 
innego, jak to, co widział podówczas w Amazonii, a więc: nieprzebyte 
lasy, rzadko porozrzucane pośród nich wioski i żółtobrązowych ludzi, 
wygrażających obcym łukami i dzidami. 

Ten  kraj,  zakonserwowany  w  swej  dawności  jak  mucha  w 

bursztynie,  to  centralno-zachodnia  (Centro-Oeste)  część  Brazylii,  na 
którą  składają  się  dwa  wielkie,  sześć  razy  wię-ksze  od  Polski  stany: 
Goías  i  Mato  Grosso  (1  885  tysięcy  kilometrów  kwadratowych). 
Pokry-wają  je  wiecznie  zielone  stepy  i  lasy,  po  których,  jak  po 
własnym  królestwie,  krążą  rozmaite  dzikie  zwierzęta,  od  małych 
zajączków-kutii  począwszy,  a  na  słoniopodobnych  tapirach  i 
przypominających tygrysy jaguarach skończywszy. 

Te niewiarogodnie rozległe ziemie są zaludnione sto razy rzadziej 

aniżeli  kraje  środko-wej  Europy.  Całą  ich  ludność  (1736  tysięcy) 
można  by  bez  trudu  zmieścić  w  jednym  wię-kszym  mieście 
europejskim,  na  przykład  w  Budapeszcie.  Dorzecze  średniego  biegu 
płyną-cych  równolegle  do  siebie  rzek  Tocantinsu  i  Araguai,  a  więc 
cała  północ  stanu  Goías,  o  której  mowa  w  książce,  to  dotychczas 
obszar  dziewiczy,  na  którym  biały  człowiek  nie  zdążył  je-szcze 

background image

położyć swej ręki. Zamieszkują go Metysi, czyli mieszańcy indiańsko-
portugalscy,  oraz  potomkowie  Portugalczyków,  którzy  drogą 
przypadku  zachowali  czystość  rasy  białej.  Jest  to  ludność  zacofana, 
pogrążona  w  ciemnocie,  obserwująca  obyczaje  zagubione  gdzie 
indziej  już  co  najmniej  przed  wiekiem.  Jej  tryb  życia  po  dziś  dzień 
mało  odbiega  od  trybu  życia  pier-wszych  zdobywców  tego  kraju. 
Podobnie  jak  tamci  ongiś,  tak  ona  obecnie  zmaga  się  z  suro-wą  i 
nieujarzmioną  przyrodą,  będącą  dla  niej,  jak  kiedyś  dla  ich  ojców  i 
dziadów  —  wrogiem,  ale  też  żywicielką  i  ostoją.  Polowanie, 
rybołówstwo, a nade wszystko zbieractwo płodów pu-szczy takich jak 
kauczuk,  orzechy  z  Pará,  miód  dzikich  pszczół,  owoce  palm 
dostarczających tłuszczu roślinnego, no i wreszcie wypłukiwanie złota 
aluwialnego stanowi jej główne zaję-cie.  

Goiańczycy,  to  ludzie  przywykli  do  szerokich,  pustych 

przestrzeni,  do  swobody  i  nie-skrępowania  żadnymi  ramami, 
wynikłymi z przyjętych na siebie obowiązków. Rubaszni w obejściu, 
niezależni, cenią nade wszystko honor i  wolność osobistą. Brutalni i 
bezwzględni,  gdy  chodzi  o  realizację  zamierzeń,  są  w  życiu 
codziennym  czuli  na  cudzą  niedolę  i  chętni  do  czynnego  okazania 
współczucia.  Nie  sposób  pisać  o  nich  jak  o  sielankowych  ludziach 
natury, wygrywających tęskne melodie na fujarkach i kochających się 
w  delikatnych  pasterkach.  Nie  chcąc  zniekształcać  rzeczywistości, 
trzeba  wkładać  im  w  usta  grube  odezwania  i  pokazywać  obyczaje 
dalekie od książkowych wizji. 

Zetknięcie  się  tych  prostodusznych,  ale  zapalczywych  i  łatwo 

obrażających  się  mie-szkańców  wnętrza  Brazylii  z  cywilizacją, 
reprezentowaną  wśród  nich  głównie  przez  rozgra-biających  „ziemie 
niczyje”  spekulantów  lub  przez  drapieżnych  fazenderów-dziedziców 
— staje się często przyczyną dramatycznych spięć. 

Opisywany  przeze  mnie  Goías,  to  Goías  na  niewiele  lat  przed 

zbudowaniem  w  jego  południowej  części  nowej  stolicy  państwa, 
miasta  Brasilii.  Świat,  który  tam  istniał  podów-czas,  istnieje 
wprawdzie i nadal, ale z wolna niknie. Cywilizacja zapuściła już weń 
swe ostre zęby i coraz głębiej przenika do Centralnej Brazylii, do tego 
największego  rezerwuaru  pustych  ziem,  którymi  na  kuli  ziemskiej 
ludzkość jeszcze dysponuje.  
 

ZIEMIE „NICZYJE” 

background image

 
 

Już  trzeci  dzień  przebywałem  w  Anapolis  i  nikt  nie  umiał  mi 

poradzić,  jak  by  to  można  było  najłatwiej  dostać  się  w  okolice 
średniego  biegu  rzeki  Tocantins.  Nie  takie  jednak  trudno-ści 
przemagałem cierpliwością. Pokonałem i tę. 

Tak więc pewnego dnia czerwcowego, w czasie najpiękniejszej i 

najprzyjemniejszej  pory  roku  w  Centralnej  Brazylii,  wyruszyłem  na 
przełaj  przez  cerrados  *  ku  odległemu  o  tysiąc  kilometrów  celowi 
moich  zamierzeń.  Towarzyszyło  mi  dwóch  wesołych  i  dobrodu-
sznych  Brazylijczyków.  Starszy  z  nich,  nazwiskiem  Generoso  da 
Rocha, był szczupłym trzy-dziestolatkiem o smagłej cerze i o rysach 
twarzy, z których nawet najbieglejszy etnograf nie odgadłby, do jakiej 
rasy  należy.  Nie  był  białym,  gdyż  przeczyły  temu  kędzierzawe  jak 
kudły  barana  czarne  włosy;  nie  był  Murzynem,  bo  nos  miał  wąski  i 
garbaty;  nie  był  też  Indianinem, bo brak  mu  było  wystających kości 
policzkowych.  Ze  wszystkich  tych  trzech  ras  coś  miał  i  czegoś  nie 
miał. 

Młodszy,  dwudziestokilkuletni  Francisco  de  Azevede,  nie  był 

taką  zagadką  jak  pier-wszy.  Czarna  skóra,  rozklepany  na pół  twarzy 
nos i wypukłe wargi nie pozwalały wątpić, że był to Murzyn. 

Obaj  byli  garimpeirami,  czyli  poszukiwaczami  złota  i  drogich 

kamieni.  Udawali  się  teraz  nad  pewien  dopływ  rzeki  Tocantins,  w 
którym,  słyszeli,  łatwiej  wypłukać  diament  aniżeli  gdzie  indziej 
znaleźć żabę. 

Jechaliśmy  oczywiście  konno,  w  siodłach  o  wysokich  łękach, 

trzymając  nogi  w  ogro-mnych  mosiężnych  strzemionach,  podobnych 
do  pantofli.  Każdy  z  nas  miał  po  jednym  jucznym  mule, 
obładowanym  zapasową  odzieżą  i  prowiantem.  Brazylijczycy 
troszczyli  się  o  swoje  zwierzęta  sami,  moimi  zajmował  się  młody 
chłopak, którego wziąłem ze sobą z Belo Horizonte. 

—  Po  co  panu  ten  gówniarz?  —  zapytywali  mnie  kolejno  obaj 

towarzysze. 

Ale  ja  byłem  z  niego  zadowolony.  Dzięki  niemu  nie 

potrzebowałem kłopotać się o siodłanie i rozsiodływanie wierzchowca 
ani o gotowanie jedzenia. Chłopak był chętny do wszystkiego i swoje 
obowiązki  traktował  jak  zabawę.  Miał  na  imię  Raimundo,  ale  ja 
nazywa-łem  go,  zgodnie  zresztą  z  jego  przynależnością  rasową, 

background image

Mulatinho (Mulacik). 

Jazda  przez  galeriowy  pusty  step  w  piękne  dni  pory  suchej 

sprawiała mi wiele przyje-mności. Już po pierwszych stu kilometrach 
opadły  ze  mnie  wszystkie  troski.  Chwilami  zapominałem  nawet  o 
celu, do którego zdążałem, o tym strumieniu, którego plan troskliwie 
ukrywałem  w  woreczku  pod  koszulą.  Ten  cel:  pola  akwamarynowe, 
budził wątpliwości moich towarzyszy. 

—  Senhor  —  mówił  Generoso  —  jedź  pan  z  nami.  Prawdziwa 

fortuna to diamenty, a nie akwamaryny. 

—  Za  jeden  popękany  diamencik  —  dodawał  Chico,  jak 

zdrobniale  nazywano  Francisca  —  mieszkałem  w  São  Paulo  z  moją 
moreną trzy miesiące. Sim, senhor! Trzy miesiące... 

Nie  zaprzeczałem  wyższości  diamentów  nad  kamieniami 

półszlachetnymi,  ale  postano-wiłem  nie  dać  się  uwieść  namowom  i 
wytrwać przy swoim planie. Na razie droga do Toca-ntinsu wypadała 
nam i tak wspólnie. 

Na  trzeci  dzień  po  opuszczeniu  Anapolis  postanowiliśmy  dać 

wytchnąć koniom i mułom. Zatrzymaliśmy się w małej miejscowości, 
gdzie na jednej z chat o ścianach z dylów oblepionych  gliną  widniała  
duża  deska z mozolnie nagryzmolonym niebieską lubryką napi- 
 

*  CERRADOS  lub  CAMPO  CERRADO  (brazylianizm)  —  step 

porosły  kępami  drzew,  a  wzdłuż  przecinających  go  rzek  i  strumieni 
lasami.  
sem: „Bar pod df”. 

Gospodarz  zajazdu  —  rosły,  śniady  Metys  —  widząc 

nadjeżdżających  kilku  nieznajo-mych  mężczyzn,  zdjął  wiszący  na 
ścianie obok szyldu pas z rewolwerem i spokojnie zapiął go sobie na 
biodrach.  Czynność  tę  wykonał  automatycznie,  jakby  nakładał  z 
grzeczności  wobec  obcych  marynarkę,  a  nie  przypasywał  nabitego 
colta. 

Odpoczynek zaczęliśmy od napicia się wina z soku palmowego. 

Był to orzeźwiający, szczypiący nieco w język, doskonały napój. Od 
razu poczułem się rześki i usposobiony do pogawędki. 

—  Czemu  to  pan  tak  dziwnie  nazwał  swój  bar?  —  zapytałem 

gospodarza. — Pod df, to niby pod czym? 

— Jak to pod czym? Przecież nasz arraial i wszystkie ziemie nad 

rzeką Cuengą leżą w przyszłym  dystrykcie federalnym, więc użyłem 

background image

tego skrótu. Może tu właśnie będzie stolica. 

—  Też  dopiero  —  roześmiał  się  Generoso.  —  Tu,  w  tej  pustce, 

stolica! 

Gospodarz poczuł się urażony tym powątpiewaniem. 
—  Nie  znacie  widocznie  konstytucji  prezydenta  Eurica  Dutry. 

Możecie  w  niej  przeczy-tać,  że  rząd  ma  obowiązek  przenieść  się  do 
Goíasu. 

— Wiemy, wiemy — przyświadczyłem — ale teraz o tym jakoś 

cicho. 

—  U  nas  głośno.  Wciąż  ktoś przyjeżdża  kupować  ziemię.  Płacą 

gotówką. 

— Komu płacą — zdziwiłem się — przecież tu ziemia niczyja. 
—  Niczyja?  —  Gospodarz  spojrzał  na  mnie  triumfalnie.  — 

Podzielili  ją  już  między  siebie  co  do  ostatniego  hektara.  Nawet  mój 
bar  stoi  teraz  na  cudzej  ziemi.  Jak  nie  wierzycie,  to  popatrzcie  na  tę 
mapę — powiedział, wskazując na metrowej wielkości plan, przypięty 
pluskiewkami do ściany. 

—  Czemu  mamy  nie  wierzyć,  wierzymy.  No  i  co,  sprzedają  tę 

ziemię? 

—  Właśnie,  dzielą  na  małe  kawałki,  po  pięćset,  po  tysiąc 

hektarów i sprzedają. Może pan też chce kupić? — spojrzał na mnie 
bystro. — Ja w tym pośredniczę. 

— Nie, nie chcę. Jestem tu tylko przejazdem do Peixe. 
— O, to daleka droga. Będzie więcej niż sto pięćdziesiąt legw *. 

Tam też mógłbym sprzedać panu ziemię. 

— Żarty. Tam przecież ziemia naprawdę nic niewarta. 
Gospodarz wzruszył ramionami. 
— Nie moja sprawa. Kupują i tam. 
— Ale któż to, u diabła, zagarnął tę ziemię? 
—  Jak  to  kto?  No,  ci  z  Goíanii,  pupilki  stanowego  rządu. 

Przyjeżdżają  z  papierami,  pytają,  gdzie  to  takie  a  takie  rzeki  leżą,  a 
potem mówią:  od  tej  do  tej  to  moje.  Był  tu  w  zeszłym  tygodniu  taki 
jeden i powiada: ,,Od Arroio Feio do Rio Bonito — wszystko moje”. 
No,  to  ja  na  to:  „Jakżeż  to  może  być,  tam  przecież  mieszka  ze 
dwudziestu kabokli. Sadzą kawę”. „Muszą się wynieść — mówi ten z 
Goíanii — a jak się nie wyniosą, to ich moi kapandzy ** przepędzą”. I 
aż się zaczerwienił ze złości. „Ty — powiada do mnie — cicho siedź, 
jeśli chcesz dalej na ruchu w handlu ziemią zarabiać”. 

background image

Właściciel  baru  „Pod  Dystryktem  Federalnym”  nie  troszczył  się 

zbytnio o gości. Na moje zapytanie, czy ma jakie miejsce do spania, 
wskazał na dużą szopę. 

— Tam się umieśćcie. Słupki są mocne, w sam raz do hamaków. 

Fiżon ze słoniną moja kobieta wam poda. 

Roztasowałem  rzeczy,  umyłem  się  w  strumieniu  i  zmieniwszy 

bieliznę,  położyłem  się  wygodnie  w  hamaku.  Słupki  rzeczywiście 
były  mocne;  kołysałem  się  i  rozmyślałem  o  rozmo-wie  z 
gospodarzem.  Teraz  przypomniały  mi  się  liczne  ogłoszenia  w  prasie, 
w których rozma-ite firmy  i  osoby  prywatne  ofiarowywały  majątki  
ziemskie  w  Mato  Grosso  i  Goíasie po  
 

  * LEGWA (LEGUA) — mila brazylijska, około 5 km. 
** KAPANGA, jagunço — zbir, zbrojny sługa. 

bardzo  niskich  cenach.  Wiele  razy  była  mowa  o  dolarze,  a  nawet 
połowie dolara za hektar. 

Do  niedawna  nikt  ziemi  w  Goíasie  nie  cenił.  Było  jej  pod 

dostatkiem.  Kto  chciał,  wycinał  las,  budował  chatę  i  gospodarował. 
Na  stepach  hodowano  bydło,  nie  pytając  nikogo,  do  kogo  należy 
trawa,  którą  krowy  skubały.  Zdarzało  się,  że  nawet  w  dużych 
arraialach nikt nie miał tytułu własności na zajmowane tereny, chociaż 
gospodarowano  na  nich  niekiedy  już  od  paru  pokoleń.  Teoretycznie 
stanowiły  one  własność  stanu,  który  mógł  je  nadawać  czy  też 
sprzedawać według uznania jego władz. Dawniej nikt się nie kwapił, 
aby  je  rejestrować,  a  szczególnie  nie  czynili  tego  prości  wieśniacy, 
kabokle,  dla  których  formalności  związane  z  uprawnieniem  stanu 
posiadania  były  czymś  niezrozumiałym,  niepotrzebnym.  Ale 
tymczasem  nawoływania  do  zwiększenia  stosunkowo  szczupłego 
obszaru objętego dotychczas cywiliza-cją stały się powszechne. Drogą 
wiodącą  do  tego  celu  miało  być  zagospodarowanie  zacofane-go,  na 
pół pustego wnętrza kraju. To szumne hasło spowodowało, że tysiące 
spekulantów rzuciło się jak szarańcza na tereny, które do owego czasu 
nie  przedstawiały  żadnej  wartości,  a  które  w  przewidywaniu  ich 
zagospodarowania  przez  rząd  i  ewentualnie  przez  kapitał  zagrani-
czny,  zaczęły  się  gwałtownie  waloryzować.  Amatorzy  szybkiego 
zbogacenia  się  wyłudzali  lub  nabywali  od  władz  stanowych  za 
śmiesznie  niskie  ceny  wielkie  obszary  w  odległych  stronach,  a 
następnie  „oczyszczali”  je,  siłą  przepędzając  zasiedziałych  niekiedy 

background image

od pokoleń mieszkańców. 

Przypomniało mi się to wszystko, ale tylko tak, jak coś dalekiego, 

nieważnego.  Moje  zainteresowania  nie  miały  nic  wspólnego  ze 
spekulacją  ziemią,  toteż  byłbym  rychło  o  opo-wiadaniu  właściciela 
baru „Pod df” zapomniał, gdyby nie nadjechali nowi goście. Było ich 
trzech: miastowy fircyk, przebrany za amerykańskiego kowboja, jakiś 
osobnik  nieokreślonej  rasy,  ubrany  —  jakby  dla  kontrastu  z 
pierwszym — po miejsku, a wreszcie trzeci — gapio-waty kaboklo — 
zapewne służący poprzednich. 

Przybysze weszli hałaśliwie do szopy, siodła rzucili w kąt. 
—  Jeść  mi  się  chce  —  odezwał  się  fircyk.  —  A  może  i  pan 

pójdzie coś przekąsić? — zwrócił się do mnie. 

Bar  —  wielka  izba  z  czterema  długimi  stołami  —  był  prawie 

pusty.  Siedliśmy  na  ławie,  a  fircyk  głośno  zaczął  dopominać  się  o 
jedzenie. 

— Zaraz, zaraz... — uspokajał go gospodarz. 
Fircyk nie mógł usiedzieć na miejscu. Kręcił się między stołami, 

przekomarzał  się  z  uwiązaną  na  drążku  papugą,  kopnął  psa,  aż 
wreszcie jego uwagę zajął wielki plan okoli-cznych terenów, wiszący 
na  ścianie.  Przez  dłuższą  chwilę  wodził  po  nim  palcem,  wreszcie 
krzyknął: 

— A to łajdaki! 
Gospodarz zwrócił głowę ku niemu. 
— Hę? — mruknął pytająco. 
— To jest oszukańczy plan! — Fircyk uderzył pięścią w płachtę 

papieru. 

Gospodarz  spokojnie  zdjął  z  kołka  odłożony  niedawno  pas  z 

rewolwerem i zapiął go sobie ponownie na brzuchu, po czym hamując 
się powiedział dobitnie: 

— To jest  d o b r y  plan. 
— Nieprawda! Ziemia między Rio Claro i Rio Verde jest moja. 
— Skąd pana? — oburzył się gospodarz. — Należy do coronela 

Beniamina  z  Goiânii.  Zresztą  sprzedałem  ją  już  w  jego  imieniu 
pewnemu kupcowi z Belo Horizonte. Chce pan wiedzieć komu? Zaraz 
poszukam w papierach. 

— Nie potrzeba — odpowiedział fircyk — to moja ziemia i ja ją 

też sprzedałem. 

— Tę między Rio Claro i Rio Verde? 

background image

— Oczywiście. 
Tymczasem  w  barze  zgromadziło  się  już  wielu  mężczyzn. 

Popijali  kaszasę,  nalewaną  im  skwapliwie  przez  czarną  barmankę, 
tęgą  dziewczynę  o  grubych  wargach  i  skręconych  włosach.  Byli  to 
okoliczni  kabokle,  którzy  lubili  pod  wieczór  w  barze  pogwarzyć,  a 
teraz  pilnie  przysłuchiwali  się  rozmowie  fircyka  z  gospodarzem. 
Jeden  z  nich,  wysoki  chudy  Mulat,  ubrany  w  brudną  koszulę, 
bawełniane spodnie i w buty z cholewami, ułożonymi w harmo-nijkę 
do  pół  łydki,  zdradzał  szczególne  zainteresowanie  rozmową.  Gdy 
fircyk  powiedział:  „Oczywiście!”,  kaboklo  podniósł  się  ze  swego 
miejsca i zbliżył się do niego. 

—  To  wasza  wielmożność  —  zapytał  grzecznie  —  jest  tym 

skurwysynem,  co  to  sprze-daje  naszą  ziemię?  Tym    d  r  u  g  i  m  
skurwysynem, bo tego pierwszego to już dobrze znamy. 

Fircyk zerwał się na równe nogi. 
— Waszą ziemię! — wrzasnął. Jakoś mniej obeszła go obelga niż 

odsądzenie od prawa własności. — Ja wam pokażę waszą ziemię! To 
moja ziemia, zapłaciłem za nią w Goiânii, komu należy. 

— Gówno mnie to obchodzi, komu wasza  wielmożność zapłacił 

—  spokojnie  stwierdził  kaboklo,  mieszając  bez  sensu  grube  słowa  z 
grzeczną tytulaturą. — Mieszkamy tu już od niepamiętnych czasów, a 
ziemię odziedziczyliśmy po Indianach i nikomu jej nie oddamy. 

Fircyk spojrzał na niego posępnie. 
— Zobaczymy, czy nie oddacie... — Chciał jeszcze coś dodać, ale 

się  pohamował  i  tylko  wyrzucił  z  siebie  ze  złością:  —  Mówicie, 
jakbyście  nie  pamiętali,  co  to  się  takim  zuchom  przytrafiło,  gdy 
oczyszczano tereny pod stolicę stanu. 

Kabokle  zmarkotnieli.  Dobrze  pamiętali  zamieszki  wywołane  z 

tej  samej  przyczyny  przed  niewielu  laty.  Niektórych  długo 
przetrzymano  w  turmach  na  pustych  wysepkach  atlan-tyckich,  toteż 
teraz spoglądali po sobie niepewnie. Chętnie daliby fircykowi łupnia, 
ale bali się. Nie byli na tyle pijani, by zapomnieć o  ostrożności. Ten, 
który zaczął cały spór, odezwał się teraz pojednawczo: 

—  Niech  wasza  wielmożność  idzie  do  szopy.  Powiemy 

gospodarzowi, aby posłał tam panu jedzenie. Tutaj, jak się nasi popiją, 
to mogą pana skaleczyć. 

Fircyk był wściekły, ale rozsądek wziął w nim górę. 
Poszedł  do  szopy.  Następnego  dnia rano  już  go  nie  było.  Skoro 

background image

świt  wyruszył  obejrzeć tereny nad rzeką Cuengą  — swój najnowszy 
łup. 

Ani  ja,  ani  moi  towarzysze  podróży  nie  mieliśmy  powodów  do 

pośpiechu.  „Peixe  nie  kutija,  nie  ucieknie”  —  mówiliśmy  sobie  i 
leniwie przeciągaliśmy się w hamakach. Najbar-dziej zainteresowany 
w  przedłużeniu  odpoczynku  był  Generoso,  gdyż  poprzedniego 
wieczoru  gorąco  zaprzyjaźnił  się  z  barmanką  i  teraz  żal  mu  było  ją 
opuszczać.  „Niech  pan  przyzna  —  wychwalał  czarnuszkę  —  takie 
kłęby jak u niej niełatwo znaleźć. Ja lubię, żeby kobieta miała tego i 
owego suto”. 

Pod  wieczór  pojawił  się  niespodziewanie  fircyk,  który,  jak  się 

dowiedziałem, nazywał się Amadeo de Araujo, ze swoim sekretarzem, 
ale  bez  gapiowatego  kabokla.  Zgubił  gdzieś  piękny  kowbojski 
kapelusz  i  różne  przybory,  które  poprzednio  majtały  mu  się  przy 
siodle. Był jakiś skonsternowany i niepewny siebie. 

— Halo! —przywitał mnie, schodząc przed barem z konia. 
— Halo! — odpowiedziałem. — Cóż to taki prędki powrót? Był 

pan nad Cuengą? 

— Nie! — uciął krótko, po czym  wyciągnął  lusterko i starannie 

oglądał  sobie  głowę.  Przez  dłuższą  chwilę  milczał,  ale  po  wypiciu 
sporego  garnuszka  palmowego  wina,  przyniesio-nego  przez 
barmankę, dawna swada mu wróciła. 

—  Ci  ludzie  znad  Rio  Claro  i  Rio  Verde  to  prawdziwi 

bolchevistas

— Ci, co to pan sprzedał ich ziemię? 
— Ich? Nie ich, ale swoją ziemię sprzedałem. 
— No, dobrze, dobrze. Ale czemu to oni tacy bolchevistas? 
— Napadli na mnie. 
— Ooo! Dali panu w skórę? 
— Do tego nie doszło, ale strzelali do mnie, bezwstydnicy. 
Kilka  śladów  na  głowie  i  twarzy  fircyka  świadczyło,  że  jednak 

oprócz  rewolwerów  musiały  tam  pójść  w  ruch  również  harapy 
kabokli. 

Porażka  Amadea  najwięcej  uradowała  właściciela  baru. 

Wprawdzie  on  sam  był  narzę-dziem  podobnego  spekulanta,  ale  na 
swoim  spekulancie  zarabiał,  a  ten  z  São  Paulo  bruździł  mu  tylko  i 
przeszkadzał. 

W arraialu Cuenga pozostałem jeszcze kilka dni, a więc miałem 

background image

okazję  poznać  bodaj  wszystkich  jego  mieszkańców.  Byli  to  Metysi, 
potomkowie  kilku  zabłąkanych  tu  przed  wie-kiem  białych, 
pożenionych 

miejscowymi 

Indiankami. 

Odporniejsi 

od 

czerwonoskórych  czystej  krwi  na  zawleczoną  z  Europy  influenzę  i 
ospę, przetrwali i rozmnożyli się. Zajmowali się rolnictwem i hodowlą 
bydła.  Uprawiali  maniok  i  kukurydzę,  a  przy  domu  sadzili  banany, 
kawę i drzewa melonowe. Każdy z nich miał stadko bydła, pasącego 
się w stepie bez dozoru, chałupę z drągów oblepionych gliną, a w niej 
żonę  i  mnóstwo  dzieci.  Życie  płynęło  im  spokojnie,  leniwie.  Bez 
urozmaiceń, ale też bez trosk i kłopotów. Raz na rok, albo i na dwa, 
objuczali  muły  uzbieranymi  płodami:  mąką  maniokową,  kukurydzą 
lub  wódką  palmową  i  gnając  przed  sobą  stadko  rzeźnych  wołów 
wyruszali  do  Anapolis,  gdzie  wymieniali  to  wszy-stko  na  tanie 
tkaniny  bawełniane,  na  różne  przedmioty  metalowe,  a  przede 
wszystkim  na  lekarstwa.  W  mieście  nikt  się  nimi  nie  interesował, 
nawet  urząd  skarbowy.  Nikt  nie  pytał,  czyja  to  ziemia,  na  której 
mieszkają, i czy mają na nią tytuły  własności.  Oczywiście nie mieli. 
Dopóki  ziemi  w  tych  stronach  rząd  nikomu  nie  nadawał  ani  nie 
sprzedawał,  nie  miało  to  żadnego  znaczenia.  Ale  teraz  poczuli  się 
zagrożeni.  Już  przed  rokiem  zjawił  się  tu  adwokat,  niejaki  doutor 
Carlos  z  Goiânii  i  w  barze  „Pod  df”  odczytał  im  dekret,  z  którego 
wynikało,  że  ich  arraial  leży  na  terenach  devolutas,  czyli  niczyich, 
przyznanych  właśnie  przez  gubernatora  stanu  spółce  z  ograniczoną 
odpowiedzialnością pod nazwą „Raj”. 

—  Ja  —  powiedział  doutor  Carlos  po  odczytaniu  dekretu  — 

jestem prezesem „Raju”. 

Kabokle  przyjęli  przemowę  w  milczeniu.  Jakoś  nie  mogli  sobie 

skojarzyć treści dekretu ze swoim losem. Najstarszy wiekiem z nich, 
brodaty Miguel Campos, po dłuższym namyśle rzucił pytanie: 

— To wasza wielmożność będzie naszym sąsiadem? 
Teraz nie zrozumiał doutor Carlos. 
— Jak to sąsiadem? 
— No, bo my przecież mieszkamy w arraialu. 
—  Tak,  mieszkacie,  ale  będziecie  musieli  go  opuścić.  Na  tym 

planie  —  rzekł,  wyciąga-jąc  z  torby  zwiniętą  w  rurę  mapę  — 
zaprzysiężony geometra zaznaczył, że cała wasza okolica należy teraz 
do mnie. 

Kabokle wracali do domów, śmiejąc się z miastowego cudaka. 

background image

— Czyż ten łysy kozioł nie widzi, że my tu  uprawiamy ziemię? 

— dziwili się.  

Zdarzyło się to przed półtora rokiem. Później zaszło coś, po czym 

nie  było  już  im  do  śmiechu.  Oto  do  odległego  o  kilkanaście 
kilometrów innego arraialu wpadł doutor Carlos na czele dwudziestu 
konnych  kapangów  i  jadąc  od  chaty  do  chaty,  wrzeszczał:  „Juczyć 
muły  rzeczami  i  wynocha!"”  Zaskoczeni  i  sterroryzowani  kabokle 
opuszczali  pośpiesznie  swoje  domostwa,  które  już  w  chwilę  później 
kapandzy  oblewali naftą i  podpalali. Ci przynajmniej unieśli ze sobą 
życie. Gorzej przytrafiło się samotnemu hodowcy, mieszkającemu w 
głuchym  stepie.  Ten  oparł  się  Carlosowi  i  wraz  z  synami  próbował 
odeprzeć  napad.  Po  krótkiej  walce  zginął  od  kuli,  a  zwycięscy 
rozbójnicy wrzucili ciało do płonącego domu. 

Na  wiadomość  o  tym  zajściu  mieszkańcy  Cuengi  zebrali  się  u 

Miguela Camposa na naradę. Wciąż jeszcze nie mogli uwierzyć, aby 
ktoś z upoważnienia władz mógł dopuścić się takiego bezprawia. 

—  Przecież  to  nasza  ziemia  —  przekonywali  się  nawzajem.  — 

Nie ma między nami ani jednego, który by urodził się gdzie indziej, a 
nie tu. 

—  Pojedziemy  do  Goiânii,  do  stolicy  stanu,  na  skargę  — 

zadecydowali. — Tam znajdziemy sprawiedliwość. 

Sprawiedliwość!  Opowiadali  mi  długo  i  rozwlekle,  z 

najdrobniejszymi  szczegółami,  jak  to  o  nią  walczyli,  jak  ich  w 
dalekim  mieście  przyjęto  i  co  osiągnęli.  Powtarzali  te  same  fakty 
wielokrotnie,  poprawiali  się  wzajemnie,  przeczyli  sobie,  potakiwali. 
Wydało mi się słuszniej-sze przytoczyć tę żałosną spowiedź w formie 
skondensowanej, nie mieszając do niej swojej osoby. 

Taka mniej więcej była jej treść: 
Do  miasta  ruszyli  konno,  z  wyładowanymi  żywnością  jukami. 

Step przyjaźnie dudnił pod kopytami ich wierzchowców. 

Na trzeci dzień przenocowali nad strumieniem w pobliżu stolicy, 

a rankiem udali się do pałacu gubernatora. 

Administracja brazylijska w odległych stanach nie nabrała jeszcze 

biurokratycznych fochów. Kabokle nie mieli trudności w dostaniu się 
przed  oblicze  dygnitarza.  Tylko  woźny  kręcił  nosem  na  ich 
zabrudzone buty. 

—  Wytrzyjcie  sobie  dobrze  nogi,  bo  mi  zaświnicie  podłogi  — 

powiedział  i  bez  dalszych  ceregieli  wprowadził  ich  do  dużej  sali. 

background image

Kabokle stanęli rzędem i cierpliwie czekali. Po pół godzinie zawołano 
ich do gabinetu przyjęć. 

Zza  dużego  biurka  podniósł  się  wysoki,  tęgi  pan,  o  szerokiej 

twarzy, na której świecił się mały,  czerwony nos, a pod nim czerniły 
się krótko przystrzyżone wąsy. 

—  Witajcie,  kochani  wyborcy  —  rzekł  i  wyszczerzył  niby  to  w 

uśmiechu dwa rzędy zbyt pięknych, jak na prawdziwe, zębów. 

—  Que  Deus  seja  louvado!  Niech  będzie  pochwalony  — 

powiedział Miguel Campos. 

—  Que  seja,  que  seja!  Niech  będzie,  niech  będzie!  —  odrzekł 

pośpiesznie  gubernator, jakby  opędzał  się  od  muchy.  —  Wy  pewno, 
kochani wyborcy, w sprawie wyborów, co? 

— Nie, wasza ekscelencjo. 
— A to już wiem, chcecie, aby zbudować wam drogę. Tak? 
— Nie, wasza ekscelencjo, my w sprawie ziemi. 
Gubernator  poruszył  się  niespokojnie,  nos  poczerwieniał  mu 

jeszcze bardziej. 

— Jakiej ziemi, co za ziemi? A na kogo wy głosujecie? Na PSD 

czy UDN? 

— My, wasza ekscelencjo, wcale nie głosujemy. 
Gubernator nasrożył się. 
—  To  wbrew  prawu  nie  głosować.  Ale  czego  wy  właściwie 

chcecie? 

Miguel Campos począł wykładać rzecz. Szło mu to ciężko, spocił 

się, ale jakoś dobrnął do końca. 

—  Zaraz  —  powiedział  gubernator  —  zaraz  zobaczę  dekrety  o 

ziemi. 

Grzebał  przez  dłuższą  chwilę  w  szufladach  wyciągnął  w  końcu 

grubą teczkę i przejrzał ją dokładnie. 

— Tereny nad rzeką Cuengą? 
— Tak, tak — przyświadczył skwapliwie Campos, uradowany, że 

sprawa zaczyna wchodzić na jakieś wyraźniejsze tory. 

—  Mmm...  mmm...  mmm...  —  mruczał  dygnitarz,  czytając 

urzędowy  tekst,  po  czym  podniósł  głowę  i  zaczął  przyglądać  się 
kaboklom, jakby dopiero teraz ich zauważył. 

— To ciekawe — powiedział wreszcie. 
— Co ciekawe, wasza ekscelencjo? — zapytał Campos. 
Gubernator  nie  odpowiedział,  tylko  potarł  ręką  czoło  i  zamyślił 

background image

się. Kabokle stali grze-cznie, w milczeniu, i czekali na to, co będzie 
dalej. Tymczasem dygnitarz podniósł słuchawkę telefonu i powiedział 
do niej: „José, chodź tu do mnie”. 

Po chwili wszedł wysoki, chudy młodzieniec, o cerze chorego na 

wątrobę, skłonił się i rzucił spod oka spojrzenie na kabokli. 

— José — rzekł dygnitarz — ci ludzie — machnął ręką w stronę 

kabokli — twierdzą, że mieszkają na terenach Cuenga. 

— W arraialu Cuenga — poprawił Campos. 
— W arraialu Cuenga — powtórzył dygnitarz. 
— Niemożliwe — mruknął chudy młodzieniec. 
— Jak to niemożliwe? — zdziwił się Miguel Campos. 
— Niemożliwe — powtórzył chudy. 
— Co też wasza wielmożność mówi. Dlaczego niemożliwe? 
— Bo arraial Cuenga nie istnieje, a nad rzeką nikt nie mieszka. 
— No, właśnie  — zabrał znowu głos gubernator  — od razu tak 

myślałem. 

— Ależ wasza ekscelencjo... 
—  Nie  przerywaj!  —  rozzłościł  się  dygnitarz.  —  Tam  są  terras 

devolutas,  ziemie  niczyje,  przez  nikogo  nie  zamieszkane.  Tu,  w  tych 
aktach, jest to wyraźnie napisane. 

— No tak, ale my przecież mieszkamy tam od urodzenia. 
— Cicho! Nie mieszkacie, tam was nie ma. 
— Przysięgam na wszystkich świętych: jesteśmy! 
—  Już  powiedziałem  —  głos  gubernatora  zabrzmiał  surowo  — 

tam was nie ma! 

Kabokle spoglądali po sobie w oszołomieniu. 
— Więc jak to będzie? — zabrał znowu głos Campos. — Doutor 

Carlos może każdego dnia przyjechać i wygnać nas. 

Dygnitarz  uniósł  ręce  w  górę,  jakby  wzywał  Pana  Boga  na 

świadka. 

— Co to za gadanie! — krzyknął. — Was tam nie ma, więc jak 

Carlos może was wypę-dzać? 

—  Jak  to  nie  ma?  —  brodatemu  Miguelowi  Camposowi  aż  łzy 

napłynęły do oczu. — Jesteśmy tam z żonami, dziećmi i bydłem. 

—  Kłamstwo!  —  gubernator  zgubił  już  przymilny  uśmiech,  nos 

pobłyskiwał  mu  gro-źnie.  —  Kłamstwo!  —  powtórzył.  —  Tam  was 
nie ma, tam są terras devolutas. Wynoście się zaraz z miasta, bo was 
każę zamknąć w więzieniu za przeciwstawianie się władzy. 

background image

Woźny, który stał przy drzwiach, jakby tylko czekał tych słów. 
—  No,  jazda  stąd!  —  zaczął  popychać  kabokli  w  kierunku 

wyjścia. 

Kabokle,  oniemiali  ze  zdumienia,  potulnie  wychodzili  jeden  za 

drugim. Tylko Zezinho, dziarski młody mężczyzna, który w ubiegłym 
miesiącu zabił nożem jaguara, zapałał chęcią natychmiastowej zemsty. 
Idąc przez wielką salę, o której czystość tak dbał woźny, wyciągnął w 
bok nogę zaopatrzoną w ostrogę i poorał nią posadzkę w esy-floresy. 

Poszli  na  duży  skwer,  usiedli  na  trawie.  Drzewa  zasadzone 

niedawno nie dawały cienia, było gorąco. Ale im było gorąco nie od 
słońca. Gdy nic tu, w stolicy, nie osiągną, Carlos wydrze im ziemię, a 
ich samych przepędzi. Co tu teraz zrobić? Trzeba się kogoś poradzić. 
Ale kogo? Zamyślili się. Nikt im nie przychodził na myśl. Adwokaci 
to  przecież  oszuści.  Zresztą,  który  z  nich  chciałby  wystąpić  przeciw 
władzy?  Słyszeli  wprawdzie  o  jednym,  że  zawsze  gotów  poprzeć 
biedaków, ale jakżeż tu iść do przyjaciela diabła, do komunisty... Nie, 
lepiej stracić ziemię aniżeli duszę. 

— Chodźmy do biskupa — podpowiedział Zezinho. — Może on 

nas poprze. 

Myśl  spodobała  się  wszystkim.  Biskup  to  nie  byle  kto.  Sam 

prezydent całuje go w rękę. Gdyby tylko chciał im pomóc, gubernator 
ani by pisnął. 

— No, to chodźmy — zadecydował Miguel Campos. 
Pałac  biskupa  nie  był  taki  okazały  jak  gubernatora,  ale  też 

kosztował  niemało  pieniędzy.  Hierarcha,  podobnie  jak  jego  cywilny 
kolega,  również  nie  przejął  się  jeszcze  ceremoniałem.  Nie  upłynął 
nawet  kwadrans,  a  przybysze  z  Cuengi  znaleźli  się  już  przed  jego 
obliczem. 

Biskup był starym, wyschłym na wiór człowieczkiem. Siedział na 

fotelu  z  wysokim  oparciem,  obitym  czerwonym  pluszem;  lewą  ręką 
ujmował  zawieszony  na  łańcuchu  krzyż,  a  prawą,  ozdobioną 
pierścieniem  z  dużym  ametystem,  trzymał  wyciągniętą  na  bocznym 
opar-ciu. 

Kabokle wiedzieli, jak mają jego ekscelencję powitać. Powiedział 

im  to  już  w  przed-pokoju  dyżurny  ksiądz.  Podchodzili  więc  kolejno 
do  fotela,  schylali  się  do  ręki,  całowali  pier-ścień  z  ametystem  i 
mówili: Que Deus seja louvado

Gdy  już  ostatni  kaboklo  cmoknął  pierścień,  jego  ekscelencja 

background image

cofnął rękę, poprawił krzyż na piersiach i cichym głosem zapytał: 

—  Moi  mili  diecezjanie,  z  czym  Pan  Bóg  was  do  mnie 

sprowadził? 

Sprawę przedstawił teraz Zezinho, gdyż Miguel Campos nie czuł 

się już na siłach. Opowiedział najpierw o arraialu, potem o Carlosie, a 
wreszcie o wizycie u gubernatora. Gdy doszedł do tego, że gubernator 
oświadczył im, że ich w Cuendze nie ma, biskup przymknął powieki, 
głowę uniósł ku niebu i zamyślił się głęboko. 

— Modli się  — szepnął chudy ksiądz  w sutannie z fioletowymi 

wypustkami, spowie-dnik i nieodłączny towarzysz jego ekscelencji. 

Gdy sędziwy starzec otworzył wreszcie oczy, kabokle spojrzeli w 

nie niby w przezna-czenie. 

—  Moi  mili  diecezjanie...  —  zaczął  biskup,  po  czym,  jakby 

zabrakło mu tchu, przerwał. 

Przybyszom z Cuengi aż zaschło w gardle z  przejęcia. Co też to 

namiestnik Chrystusa na cały stan Goías powie, jak to im pomoże... 

W  wielkiej  sali  audiencjonalnej  panowała  głęboka  cisza, 

zakłócana  tylko  furkotem  koli-bra,  który  wpadł  przez  otwarte  do 
ogrodu drzwi i teraz miotał się, tłukąc dziobem w szyby. 

— Moi mili diecezjanie... — powtórzył biskup głosem starczym, 

drżącym.  —  Zaiste,  wielkie  jest  wasze  nieszczęście,  ale  i  grzech 
niemały. 

Kabokle spojrzeli po sobie bezradnie. 
— Grzech? — zapytał Campos. 
— Grzech chciwości jest straszny — zamruczał wyschły na wiór 

starzec. 

— My nie chciwi, wasza ekscelencjo, my niczego od nikogo nie 

chcemy.  Pragniemy  tylko,  by  nie  odbierano  nam  ziemi,  którą 
uprawiamy. 

Biskup jakby nie dosłyszał. 
— Miejcie ufność w Panu — objawił głosem wychodzącym mu z 

piersi jak spod ziemi. 

Zezinho poruszył się niespokojnie. 
—  Więc  jak  to  będzie,  wasza  ekscelencjo?  —  zapytał.  — 

Przemówi wasza ekscelencja za nami, gdzie należy? 

Biskup podniósł rękę z pierścieniem. 
— Powiedziałam: miejcie ufność w Panu. 
— Ale... 

background image

Ręka znowu się uniosła. 
— On was pocieszy. 
Jego  ekscelencja  zamknął  oczy  stanowczym  ruchem  powiek, 

jakby zamykał drzwi do swego sumienia. 

— Odejdźcie — powiedział spowiednik. 
Kabokle  powrócili  na  skwer  zmartwieni  i  ze  spuszczonymi 

głowami.  Usiedli  na  trawie,  pozdejmowali  buty  i  chłodzili 
nieprzywykłe do obuwia nogi w wiaterku, wiejącym od otacza-jącego 
miasto stepu. 

— No i co teraz? — zapytał Miguel Campos. 
Nikt na to pytanie nie potrafił odpowiedzieć. Co teraz? Wracać i 

czekać  na  pociechę  boską?  A  jak  zamiast  niej  nadejdzie  Carlos  ze 
zbirami? Co wtedy? 

Niespodziewanie  zabrał  głos  zięć  Camposa,  starszy  już  chłop, 

znany z tego, że lubił popić i przygrywać na gitarze. Miał wprawdzie 
jakieś  imię  i  nazwisko,  ale  wszyscy  nazywali  go  Tonto,  czyli  jakby 
pomylonym. 

— Gówno! — powiedział ten Tonto. 
— Że co? — zapytał zdziwiony Zezinho. 
— Nic. Nic z tego całego naszego przyjazdu do miasta. 
Jednak Miguel Campos nie stracił jeszcze nadziei. 
— Przecież jego ekscelencja... — zaczął. 
Tonto podniósł rękę na wzór, jak to czynił biskup. 
— Gówno! — powtórzył dobitnie jeszcze raz.  

 

 

Ostatnio  o  doktorze  Carlosie  było  w  Cuendze  głucho.  Może 

chciał  uśpić  czujność  kabo-kli,  może  tymczasem  oczyszczał  inne 
tereny, dość, że nikt o nim nic nie słyszał. Zjawiali się natomiast jacyś 
ludzie, którzy  wypytywali, gdzie leżą jego ziemie i czy są urodzajne. 
Cieka-wość  przyjezdnych  nie  pozwalała  zapomnieć  mieszkańcom 
arraialu  o  wiszącym  nad  nimi  niebezpieczeństwie,  niepokoiła  ich  i 
napełniała troską.  
 
 
 
 

background image

PODRÓŻ MODO ANTIQUO 

 
 

Z  Cuengi  do  Planaltiny  mógłbym  pojechać  samochodem,  ale 

musiałbym  w  tym  celu  cofnąć  się  do  stacji  kolejowej  Ipameri,  skąd 
prowadzi  droga  kołowa  właśnie  przez  Planaltinę  i  Formosę  do  São 
João  da  Aliança.  Nie  miałem  na  to  ochoty  zarówno  ze  względu  na 
znaczny koszt podróży samochodowej, jak i dlatego, że decydując się 
na nią musiałbym pozbyć się koni i muła. Oczywiście straciłbym też 
towarzystwo Generosa i Chica. Wolałem więc prze-być cały przyszły 
dystrykt federalny wierzchem aniżeli narazić się na te niedogodności, 
tym bardziej że czas nie odgrywał dla mnie żadnej roli. Niech sobie to 
wszystko potrwa miesiąc czy dwa dłużej... Niech sobie. Wyruszyłem 
więc w dalszą drogę konno. 

Rozległy  płaskowyż,  wyniesiony  na  przeszło  tysiąc  metrów  nad 

poziom  morza  —  przy-szły  dystrykt  federalny  —  pokrywały 
cerrados, czyli stepy, porosłe kępami powykrzywia-nych karłowatych 
drzewek.  Hulały  po  nich  jękliwie  zawodzące  wiatry,  wzniecając 
chmury czerwonego pyłu i zaciemniając nimi  horyzont. Przecinające 
je strumienie, ocienione z reguły wstęgami lasów, urozmaicały jednak 
krajobraz  i  nadawały  mu  miły  dla  oka  wygląd.  Wypasa-ły  się  tam 
nieprzeliczone  stada  bydła  rogatego,  które  na  widok  jeźdźców, 
przywodzących  im  na  pamięć  uzbrojonych  w  lassa  wakeirów, 
pierzchały w popłochu. Tysiące kopyt dudniło głucho, płosząc z kolei 
sarny, kutije i ptactwo. 

Jechałem wraz ze swoją, jak to się w Brazylii mówi — komitywą 

dość  wolno,  gdyż  z  braku  dróg  trzeba  było  posuwać  się  od  sitia  do 
sitia,  od  jednego  arraialu  do  drugiego,  wypytu-jąc  o  kierunek. 
Czasami  gubiliśmy  się  zupełnie  w  stepie  i  wówczas  z  obawy 
zabłąkania jeszcze bardziej zwalnialiśmy tempo. 

Pewnego  razu,  gdy  zapasy  żywności  jakoś  nam  się  wyczerpały, 

Chico  oświadczył,  że  zajmie  się  polowaniem.  Wyciągnął  z  juków 
karabinek  Winchestera  i  jechał  na  przedzie,  pilnie  rozglądając  się  na 
wszystkie strony. Po paru godzinach tego  wypatrywania krzyknął, że 
do-strzegł  veado  (sarnę)  i  pocwałował  w  step.  Po  chwili  strzelił  raz  i 
drugi i  zaczął  nas  przyzy-wać.  Podjechawszy  doń  bliżej  zobaczyłem 
ku swemu zażenowaniu, że dorzyna tersadem *  sporą jałówkę. 
 

background image

* TERSADO (TERÇADO) — półmetrowej długości szeroki nóż, 

używany do wycinania krzaków, przecinania lian etc. Kabokle noszą 
go w pochwie zawieszonej u pasa jak szablę. Na południu nazywają to 
narzędzie facao. 

— Chico, cóż to u diabła, zabiłeś czyjąś jałówkę? 
— Ależ skąd jałówkę — roześmiał się wesoło — to veado! 
Zawtórował mu w wesołości Generoso. 
— Veado, meu senhor, veado! 
Nawet Mulatinho wykrzyknął: — Que lindo veado! Co za piękna 

sarna! 

— Udajecie głupich — powiedziałem. 
—  Nie,  nie  udajemy,  tylko  przecież  nie  moglibyśmy  zabić 

czyjegoś zwierzęcia. Co innego pomyłka.  

Po kilku godzinach znaleźliśmy się na pokrytym niewysoką trawą 

równym stepie, przy-pominającym pola zasiane owsem czy też żytem. 
Pośród tych niby-pól ukazała się nam Plana-ltina. Z daleka wyglądała 
jak  kępa  drzew.  Nie  było  to  miasto  w  całym  tego  słowa  znaczeniu, 
lecz  raczej  zgrupowanie  ogrodów  z  małymi  domkami  z  gliny  o 
ścianach  pobielonych  wa-pnem.  Jej  plan  zaprojektowano  na  wyrost. 
Ulice  przecinające  się  pod  kątem  prostym  miały  szerokość  nie 
mniejszą  od  centralnych  awenid  w  São  Paulo  czy  Rio  de  Janeiro,  a 
place — na razie zarośnięte trawą  — obszarem mogły konkurować z 
placami  każdego  wielkiego  miasta.  Na  jednym  z  nich  stał  jedyny  w 
mieście murowany budynek — prefektura. Chociaż wodę czerpano w 
Planaltinie  ze  studni  w  podwórzach  za  domami,  a  asenizacją 
zajmowało  się  słoń-ce  i  deszcze,  to  jednak  elektryczne  latarnie  stały 
na  jej  ulicach  gęsto  i,  między  nami  mówiąc,  paliły  się  przez  całe 
dwadzieścia  cztery  godziny  na  dobę.  Prąd  czerpany  z  pobliskiej 
elektro-wni  zasilanej  darmową  siłą  wodospadu  prawie  nic  nie 
kosztował. 

Do  miasteczka  wjechaliśmy  szeroką,  zakurzoną  ulicą  i 

zatrzymaliśmy się przed hotelem — skromnym domkiem z dziurami 
w ścianach zamiast okien. Jak wszędzie w Goíasie, w hotelu nie było 
łóżek. Goście sypiali na wożonych ze sobą  hamakach, zawieszanych 
na  gęsto  powkręcanych  w  słupki  hakach.  Jedzenia  natomiast  nie 
brakowało.  Szczególnie  mięsa.  Wie-lka  ilość  bydła  i  trudności 
transportu  sprawiały,  że  hodowcom  w  niektórych  okresach  lepiej 
opłaciło  się  wywieźć  same  skóry,  a  mięso  wyrzucić,  aniżeli  pędzić 

background image

stado setki kilometrów do najbliższej stacji kolejowej. Toteż  ludność 
miejscowa, popsuta tą obfitością, była wybrednym konsumentem. Na 
zwykłą  polędwicę  czy  jakąś  pierwszą  zrazową  kręciła  nosem, 
przekładając nad nie wymyślne, delikatne kąski. Nic też dziwnego, że 
gdy zjawiłem się przy stole, właściciel zajazdu, oceniając moją osobę 
po ładnym rzędzie końskim i dobrej broni, usłużnie oświadczył: 

— Mam dla pana doskonały przysmak. 
— Świetnie, dawaj go, jestem wygłodniały jak cachorro do mato 

po deszczu. Ale co to za przysmak? 

Właściciel  zwlekał  chwilę  dla  większego  efektu,  po  czym 

tryumfalnie obwieścił: 

— Bycze przyrodzenie! 
Piłem właśnie sok z pomarańczy. Zakrztusiłem się. 
—  Człowieku,  nie  myślisz  chyba  na  serio,  że  zjadłbym  coś 

podobnego. 

—  Dlaczego?  Bycze  przyrodzenie,  uduszone  w  wieprzowym 

tłuszczu z cebulą i świe-żym pieprzem, to delicje. 

— Dobrze, dobrze, ale dla mnie zrób bifa z polędwicy. Może być 

dobrze wysmażony. 

Z  Planaltiny  prowadzi  droga  gruntowa  na  południe  do  linii 

kolejowej, łączącej stan São Paulo z Goíasem, oraz na północ  — do 
miasteczka São João da Aliança. W tym ostatnim droga kończy się, a 
rozpoczynają się rozległe pustkowia, które nigdy jeszcze nie widziały 
samochodu.  Na  krótko  przed  drugą  wojną  światową  wybudowano 
tam,  wzdłuż  niespławnej  części  Tocantinsu,  kilka  prymitywnych 
lotnisk  i  ustanowiono  linię  pasażerską,  obsługiwaną  trzyosobowymi 
awionetkami. Wojna i związany z nią brak benzyny sprawiły, że o tej 
wątłej nitce komunikacyjnej zapomniano. Przywrócono ją dopiero po 
wielu latach i oddano do dyspozycji poczty. Miejscowością najbliższą 
od  Planaltiny,  a  położoną  w  interesującym  mnie  kierunku,  była 
odległa o czterdzieści dwa kilometry Formosa. W jej pobliżu znajdują 
się źródła trzech rzek, z których Rio Bandeirinha należy do zlewiska 
Amazonki,  Vendinha  —  do  Rio  de  la  Platy,  a  Santa  Rita  —  do  São 
Francisco.  

W  Formosie  zatrzymaliśmy  się  w  podobnym  zajeździe  jak  w 

Planaltinie,  spędzając  noc  w  towarzystwie  kilkunastu  kabokli, 
skarżących się bez końca na różnych doutores, którzy i tu oczyszczali 
terras  devolutas  z  zasiedziałych  na  nich  od  wielu  pokoleń  posseiros

background image

Niektórzy  mówili,  że  pojadą  do  Goiânii  na  skargę.  Moja  komitywa, 
słysząc te utyskiwania i odgrażania się, przytaczała im dzieje delegacji 
kabokli z Cuengi do gubernatora i do biskupa. 

Strapieni  posseiros patrzyli  na nas,  ludzi  przybyłych  z  odległego 

cywilizowanego świa-ta, z jakąś nieokreśloną nadzieją. 

— Poradźcie, wasze wielmożności, co robić — powtarzali raz po 

raz. 

—  Odbierajcie  nowe  ziemie  Indianom  —  wyskoczył  z 

nieodpowiedzialną propozycją Chico, ale zaraz  zawstydził się swych 
słów i dodał: — przepędzajcie spekulantów. 

— Ba, ba — mówili kabokle. 
Nikt  właściwie  nie  umiał  w  Formosie  określić,  jaka  odległość 

dzieli  tę  miejscowość  od  São  João  da  Aliança.  Jedni  mówili: 
sześćdziesiąt legw, inni przysięgali, że nie więcej jak czterdzieści. W 
każdym  razie  na  przebycie  jej  potrzeba  było  pięciu  do  sześciu  dni 
konnej podróży. Skusiło mnie licho, by skorzystać z okazji i pojechać 
ciężarówką,  wyładowaną  skrzynkami  z  gwoździami.  Wierzchowca  i 
rzeczy powierzyłem opiece Mulatinha, który miał połączyć się ze mną 
później. 

Na  razie  wszystko  szło  składnie.  Przypuszczałem  w  swej 

naiwności, że na miejsce przy-będziemy tego samego dnia wieczorem. 
Dałoby  mi  to  kilka  dni  przewagi  nad  jadącymi  konno  moimi 
towarzyszami  i  pozwoliło  na  niezły  wypoczynek.  Nic  z  tych  moich 
zamysłów się nie spełniło. Już w dwie godziny później, po przebyciu 
około  sześćdziesięciu  kilometrów,  samo-chód  zatrzymał  się  przed 
nieoczekiwaną  przeszkodą:  zawalonym  drewnianym  mostem  na 
niewielkiej,  ale  głębokiej  rzece.  Szofer  orzekł,  że  z  pewnością  ktoś 
przepędzał tędy  liczne sta-do bydła, no i słupki nie  wytrzymały. Nie 
widząc  innej  rady,  postanowił  wrócić  do  Formosy,  a  mnie  zalecił 
poczekać przy ruinie mostu na resztę komitywy. 

— Nie mogą pana ominąć — powiedział — bo tu nie ma żadnej 

innej drogi. 

Jednego tylko nie przewidział: zupełnego braku poczucia czasu u 

moich towarzyszy.  Wyjechali z  Formosy dopiero po dowiedzeniu się 
od szofera, że siedzę samotnie na stepie i czekam zmiłowania bożego. 

Wzdłuż  strumienia,  jak  przy  wszystkich  tutejszych  większych  i 

mniejszych rzekach, ciągnął  się pas lasu. Szukało w nim schronienia 
przed  upałem  mnóstwo  zwierząt  i  ptactwa.  Gdy  tylko  hałas 

background image

odjeżdżającej  ciężarówki  ucichł,  cały  las  zagadał.  Najhałaśliwiej 
zachowywa-ły się papugi. Przekrzykiwały się, jakby chciały coś sobie 
opowiedzieć. Seriemy — wielkie ptaki, biegające chyżo jak strusie — 
podnosiły  wrzask  ze  wszystkich  stron  i  wcale  tego  nie  przewidując 
płoszyły swój potencjalny łup: żararaki, koralówki i grzechotniki. 

Chociaż okolica była pozornie pusta i nie zamieszkana, to jednak 

już  po  dwóch  godzi-nach  usłyszałem  daleki  tętent  końskich  kopyt  i 
dostrzegłem  na  przeciwległej  stronie  rzeki  jeźdźca.  Był  to  jakiś 
niepozorny  człeczyna,  który  zatrzymał  się  nad  zepsutym  mostem, 
przy-glądał mu się przez dłuższą chwilę, po czym wparł wierzchowca 
w rzeczny nurt i skierował się ku drugiemu brzegowi. Dostrzegł mnie 
dopiero w tym momencie, gdy koń po przymuso-wej kąpieli otrząsał j 
się z wody. 

— Bom dia! — powiedział grzecznie. 
Zauważywszy,  że  jestem  sam,  bez  żadnych  rzeczy,  a  przede 

wszystkim bez  konia  —  zdumiał  się.  Taki biały  człowiek,  jak  ja, nie 
był  tu  zwykłym  zjawiskiem.  Gdy  tylko  wyjaśni-łem  mu  moją 
sytuację, zdjął z konia siodło i bez słowa zaczął roztasowywać się na 
dobre. 

— Nie może wasza wielmożność — rzekł — siedzieć tu samotnie 

i bez jedzenia. Zostanę z panem. 

Zawsze wzruszała mnie bezinteresowna życzliwość brazylijskich 

kabokli.  Wiele  razy  jej  doświadczyłem.  Ci  wyrośli  w  prymitywnych 
warunkach  prości  ludzie  mieli  w  wysokim  stopniu  rozwinięte 
poczucie ludzkiej solidarności. Przyzwyczajeni do walki z pierwotną 
przy-rodą,  przejawiali  tę  życzliwość  szczególnie  chętnie  wobec  jej 
wrogości. Jakżeż można pozo-stawić człowieka samotnie w lesie? To 
tak,  jakby  w  mieście  kogoś  popchnąć  i  nie  powiedzieć  machinalnie: 
przepraszam. 

Kaboklo  przedstawił  mi  się  jako  João  Simsim,  co  po  polsku 

znaczy:  Jan  Taktak.  Zdziwiony  tym  nazwiskiem,  mimo  woli 
roześmiałem  się,  a  bojąc  się,  że  sprawiłem  mu  tą  niewczesną 
wesołością  przykrość,  powiedziałem:  —  W  świecie  nie  brak  nawet 
dużo dzi-wniejszych nazwisk. 

A na to João Simsim: 
—  To  wcale  nie  nazwisko.  Tak mnie  nazwali  sąsiedzi. Gdybym 

powiedział João da Silva, nikt by nie wiedział, o kogo chodzi. U nas 
wszyscy mają przezwiska. 

background image

Nic  w  tym  dziwnego,  gdyż  w  Brazylii  nazwisko  odgrywa 

drugorzędną  rolę.  Ważniejsze  jest  imię.  Wszystkie  spisy  urzędowe, 
prywatne,  a  nawet  bankowe  są  układane  w  kolejności  literowej 
według  imion.  Stąd  też  rodzice  wybierają  dzieciom  imiona  bardzo 
wymyślne, często indiańskie, a nawet zmyślone. Jest też w zwyczaju 
nadawanie  jako  imion  —  nazwisk  sła-wnych  ludzi.  Takie  „imiona” 
jak Washington, Lincoln, Franklin, Chopin są pospolite. Wielu jednak 
ludziom odpowiadają wyłącznie imiona świętych, a wśród nich kilku 
najbardziej popularnych i tu dopiero zaczyna się kłopot. Aby łatwiej 
rozróżniać  tych  niezliczonych  Janów,  Miguelów,  Sebastianów  etc., 
konieczne  są  przezwiska,  a  raczej  znane  i  u  nas  w  nie-których 
okolicach — imioniska. 

João Simsim należał do kategorii ludzi rozmownych. Podniecony 

uwagą, z jaką słucha-łem jego opowiadań, rozgadał się na dobre. 

— Polowania u nas w Goíasie — mówił — ho! ho! Kapiwarów tu 

więcej  niż  gdzie  indziej  mrówek,  strusie  biegają  jak  kury,  a  wydr  i 
ariranii w każdym strumieniu — zatrzęsie-nie. 

— A sarny? — wtrąciłem. 
—  Sarnami  się  nie  interesujemy,  gdyż  każdy  woli  tu  mięso  z 

młodego wołu lub cielaka aniżeli z kozła czy łani. Co innego mięso z 
paki, kutii, tateta... 

Przerwałem mu to wyliczanie pytaniem, czy sam dużo poluje. 
— Ja? — zdziwił się — Ja nie poluję wcale. 
— Dlaczego, seu Simsim? 
— Naboje drogie. 
Naboje drogie, mięso wołowe tanie — oto prawdziwy wielki los 

na loterii życia, jaki wygrały w Goíasie dzikie zwierzęta. 

Minęło  południe,  w  brzuchu  zaburczało  mi  z  głodu.  Usłyszał  to 

kaboklo i zaraz zaczął przeglądać swoje paktasze. 

— Mam tu — powiedział — farofę, wystarczy na dwóch. Zjemy, 

co? 

Nie  protestowałem,  tym  bardziej  że  farofa  —  małe  kawałki 

smażonego  mięsa  grubo  obsypane  kaszą  maniokową  —  wyglądała 
smakowicie. 

I  tak  na  pojadaniu  farofy,  piciu  kawy  i  pogawędce  z  João 

Simsimem upłynęło mi kilka godzin jak z bicza trząsł. Jeszcze przed 
zachodem słońca zjawiła się moja komitywa i razem spędziliśmy noc 
w wygodnych hamakach. 

background image

Następnego  dnia  wczesnym  rankiem  przeprawiliśmy  się  w  bród 

przez rzekę i pojechali-śmy dalej w kierunku São João da Aliança. 

João  Simsim  jeszcze  długo  patrzył  w  ślad  za  nami,  wreszcie 

kolnął  konia  ostrogą,  przy-piętą  do  bosej  nogi,  i  ruszył  do  jakiegoś 
celu, ku któremu, jak mi się wydawało, wcale się nie śpieszył. 

Droga była kiepska, a do tego usiana spryciarzami, którzy czyhali 

na przejezdnych przy mostkach i żądali opłat. Niektórzy twierdzili, że 
są  poborcami  z  ramienia  władz  municypa-lnych,  inni,  że  mają 
obowiązek  poprawiania  tych  dróg  i  mostów,  a  więc  należy  im  się 
wyna-grodzenie, a jeszcze inni niczym się nie tłumaczyli, tylko kładli 
rękę na rewolwerze i mówili: 

— Pedagio dziesięć kruzeirów. 
Na  szczęście  nie  byli  zbyt  wymagający  i  zadowalali  się  byle 

jakim datkiem.  

W  rzeczywistości sprawa przedstawiała się tak, że poszczególne 

odcinki  tej  prymity-wnej  drogi  budowali  okoliczni  fazenderzy  w 
zamian  za  prawo  ściągania  opłat  od  przejeżdża-jących  samochodów. 
Rozciągnięcie tego podatku na jezdnych było już bezprawnym  doda-
tkiem,  ale  w  Goíasie  lepiej  nie  dopominać  się  o  prawo.  Co  do  nas, 
ułożyliśmy sobie taki program: gdy dopominających się o opłatę było 
kilku  —  płaciliśmy  bez  słowa,  gdy  natomiast  było  nie  więcej  niż 
dwóch  —  wówczas  wysuwał  się  ku  niemu  Chico  i  w  sposób 
wieloznaczny  trzaskał bykowcem  po  cholewie.  Poborcy  tracili  wtedy 
pewność  siebie  i  pośpiesznie  zape-wniali:  muito  bem,  muito  bem, 
passagem é livre

Już  w  Planaltinie  ostrzegano  nas,  że  w  tutejszych  arraialach 

panuje  plaga  barbeirów,  czyli  owadów,  których  ukąszenie  powoduje 
trudną do wyleczenia chorobę Chagasa. Ponie-waż barbeiry gnieżdżą 
się najchętniej w chatach o ścianach lepionych z gliny, a więc  w ta-
kich,  w  jakich  kabokle  zwykle  mieszkają,  postanowiłem  przeto 
nocować  pod  gołym  niebem.  Wprawdzie  noce  były  przejmująco 
chłodne,  gdyż  przebywaliśmy  właśnie  płaskowyże  wynie-sione  na 
tysiąc  i  więcej  metrów  nad  poziom  morza,  wolałem  jednak  trochę 
poszczękać zęba-mi aniżeli nabawić się ciężkiej choroby. 

Na trzeci czy czwarty dzień po opuszczeniu Formosy natknęliśmy 

się  na  spore  jezioro,  które  podchodziło  aż  do  samej  drogi.  Było 
otoczone lasem, przeglądającym się jak w lustrze w jego czyściutkich 
niebieskich wodach. W pobliżu odległego o kilometr drugiego brzegu 

background image

widniała  jak  sztuczna  dekoracja  mała,  lesista  wysepka  z  plażą,  przy 
której machały liśćmi palmy. 

Zatrzymałem  się  i  nie  mogłem  oderwać  oczu  od  tego 

prześlicznego  zakątka.  Drzewa  i  woda,  te  dwa  najbardziej  urocze 
akcesoria  przyrody,  przyoblekły  tutaj  swoje  najbarwniejsze  szaty  i 
przybrały  najwdzięczniejsze  pozy.  Pogoda  była  iście  brazylijska.  Po 
ciemnoniebieskim niebie błądziły jakby dla podkreślenia jego błękitu 
mlecznobiałe  chmurki;  słońce  wprawdzie  przypiekało,  ale  powiewy 
wiatru  łagodziły  jego  dokuczliwość,  a  błogą,  błogosławioną  ciszę  i 
spokój mąciły tylko zharmonizowane z krajobrazem głosy ptactwa. 

Z  milczącego  zachwytu  wyrwał  mnie  nagle  przeraźliwy  krzyk. 

Nieartykułowany,  prze-rywany,  raz  wznoszący  się  aż  do  histerii,  to 
znowu zanikający, opadający jak gdyby do agonii, szarpał ciszę niby 
żelaznymi  cęgami.  Wydawało  mi  się,  że  to  jakiś  zwierz  rozdziera 
żywcem swoją zdobycz, a ta wzywa rozpaczliwie pomocy. Krzyk był 
przeciągły, nie ustawał. Na tle panującego naokoło spokoju stawał się 
czymś nie do zniesienia. Ale, o dziwo, nie poruszył ani jednego ptaka, 
żerującego  u  brzegów,  nie  zerwał  z  gałęzi  ani  jednej  papugi,  nie 
przestraszył  nawet  płochliwych  czapli,  tkwiących  nieruchomo  na 
jednej  nodze  w  płytkiej  wodzie.  Cóż  to  za  obojętność  niezwykła! 
Zwróciłem pytający wzrok na swoich towarzyszy. 

—  To  nic,  to  sarakura  krzyczy.  Będzie  deszcz  —  powiedział 

Chico. 

Sarakura,  ptak  wielkości  dobrze  wyrośniętego  kurczaka,  to  on 

właśnie  potrafi  wydobyć  ze  swego  pozornie  wątłego  gardziołka  te 
diabelskie głosy. 

Nad  tym  pięknym  jeziorem,  drzemiącym  w  swej  uroczej 

niezmienności od tysięcy lat, opanowało mnie nagle zniechęcenie do 
mojej podróży, wysiłków i celu, do którego zmierza-łem. Czy ma sens 
włóczenie się po niezmierzonych pustkowiach po to tylko, aby skądś, 
z  zakamarków  zabitych  od  reszty  świata  deskami,  wywieźć  garść 
kolorowych  błyskotek  czy  też  żółtego  metalu?  Czy  nie  lepiej 
zaniechać  dalszej  drogi  i  osiąść  tutaj,  nad  tym  lustrem,  w  któ-rym 
przeglądają się palmy i mahonie? Rychło spostrzegłem, że ktoś już tę 
moją  myśl  uprze-dził.  Opodal    drogi    stała    na  wysokim  brzegu 
skromna chata z taipy * przykryta trawą, a w jej  
 

*  TAIPA,  dom  z  taipy  —  dom  o  ścianach  z  ubitej  między 

background image

deskami ziemi. Gdzie nie ma desek, używa się bambusowych prętów. 
pobliżu lekko kołysały się na wodzie dwie łódki. 

Nie tylko piękny widok, ale i zmęczenie po kilkudniowej konnej 

jeździe  skłoniły  mnie  do  zatrzymania  się  tutaj  na  odpoczynek. 
Posłałem Mulatinha, aby upewnił się, czy właściciel chaty nie będzie 
miał  nic  przeciw  rozłożeniu  biwaku  przy  jego  sitiu.  Chłopak 
pocwałował  z  kopyta  i  w  dziesięć  minut  później  nawoływał  nas, 
abyśmy przybywali. 

Przed  chatą  przywitał  nas  młody  jeszcze  kaboklo,  o  brązowej 

cerze Metysa i wesołych, skośnych oczach. Żona nie wyszła z kuchni, 
a raczej nie odeszła od ogniska, nad którym wisiał kociołek z jakimś 
gotującym  się  jadłem.  Dzieci,  a  było  ich  co  najmniej  pół  tuzina, 
schowały  się  za  chlew,  aby  ukryć  przed  obcymi  swoją  żenującą 
nagość. 

Kaboklo,  miał  na  imię  Mario,  był  zachwycony  niezwykłym 

zdarzeniem,  jakim  było  dla  niego  przybycie  cudzoziemca  w 
towarzystwie  kilku  garimpeirów.  Bez  przerwy  powtarzał:  „Mój  dom 
jest do dyspozycji waszych wielmożności. Dysponujcie mną”. 

Przyjrzałem się temu, pożal się Boże, domowi. Ściany ulepione z 

gliny, podłoga — ze świętej ziemi, dach — z liści. Ale zapraszający 
gest  kabokla  nie  był  inny  od  tego,  jakim  panu-jący  książę  wskazuje 
ambasadorowi obcego państwa wejście do swego pałacu. 

— Dziękuję, Mario. Przenocujemy na świeżym powietrzu. 
Zsiedliśmy  z  koni,  zdjęliśmy  siodła.  Mulatinho  zajął  się 

zawieszaniem na drzewach hamaków. 

Teraz  zjawiła  się  żona  kabokla.  Była  to  przystojna  brunetka  o 

śniadej cerze, typowa morena. Niosła blaszany dzbanek z kawą i kilka 
małych  filiżanek.  Tak  była  zdenerwowana  widokiem  obcych 
mężczyzn, że co najmniej połowę kawy wylała na ziemię. 

Buntownicze  myśli  na  temat  sensu  mojej  wyprawy  sprawiły,  że 

postanowiłem zmniej-szyć tempo  wysiłków, czyli mówiąc po prostu, 
chciało  mi  się  posiedzieć  nad  jeziorem  kilka  dni.  Nigdy  nie  miałem 
kłopotu, aby przekonać Generosa o konieczności odpoczynku. Co do 
Chica  i  Mulatinha,  tym  nawet  nie  przyszłoby  na  myśl  oponować. 
„Posiedzieć nad jeziorem? Świetnie!” 

Tego  dnia  niewiele  rozmawiałem  z  kaboklem,  gdyż  byłem 

zmęczony  i  rychło  zachciało  mi  się  spać.  Powetowałem  sobie  tę 
wstrzemięźliwość  nazajutrz.  Nie  potrzebowałem  wyciągać  go  na 

background image

słówka. Uradowany, że ma chętnego słuchacza, opowiadał bez końca. 
Ja  tylko  wsuwa-łem  od  czasu  do  czasu  w  ten  potok  pytanie,  aby 
naprowadzić jego wyznania na interesujący mnie temat. 

— To ty, Mario, jesteś rybakiem, prawda? 
— Prawda, wasza wielmożność. Łapię ryby od  dziecka. Po ojcu 

wziąłem chatę, sieci i zawód. 

— Chatę? No, to pewnie i ziemię? 
Kaboklo chwilę zwlekał z odpowiedzią. 
—  Tak  —  odpowiedział  wreszcie  z  wahaniem  —  całe  jezioro  i 

jego brzegi mam po ojcu. To jest moje jezioro. 

Na tym krótkim wyjaśnieniu Mario na razie poprzestał, ale snadź 

temat  korcił  go,  gdyż  co  jakiś  czas  wracał  do  niego.  Nie  upłynęła 
godzina, a wygadał się, że z jego ziemią jest kru-cho. 

— Tu — powiedział — o dwie legwy od drogi leży fazenda São 

Bento. Jej właściciel przyjechał do mnie przed pięciu laty i powiada: 
„To  jezioro  należy  do  mnie”.  Ja  na  to:  „Wasza  wielmożność  chyba 
żartuje,  mieszkam  tu  od  urodzenia  i  zawsze  należało  do  mojej 
rodziny”.  Fazender  wybałuszył  na  mnie  oczy  i  zazgrzytał  zębami. 
„Ty, powiada, przeklęty mieszańcze, nie będziesz, powiada, wydzielał 
mi  granic!  Byłem  już,  powiada,  w  Formosie  i  tam  jezioro  mnie 
przypisano,  a  ciebie,  powiada,  psami  poszczuję  i  przepędzę”.  Omal 
mnie  nie  zatknęło  od  tej  przemowy.  „Jeziora  nie  oddam!”  — 
krzyknąłem i chap za rewolwer.  Fazender nie mrugnął nawet okiem. 
„To ty — mówi do mnie — na swego pana rękę chcesz podnieść? Już 
ja cię, ty filho da puta, urządzę!” 

Mario jeszcze długo roztaczał przede mną dzieje nierównej walki 

z bogatym sąsiadem. Fazender wkrótce po osobistej wizycie przysłał 
swego capataza, karbowego, z żądaniem, aby rybak płacił dzierżawę. 
„Możesz — oświadczył capataz — dalej tu zostać, ale będziesz płacił 
panu  z  São  Bento  sto  milrejsów  rocznie”. Mario  roześmiał  mu  się  w 
nos. „Sto milrejsów. Nigdy jeszcze w życiu nie miałem takiej sumy”. 
Capataz  był  nastrojony  ugodowo:  „Nie  o  pieniądze  chodzi,  możesz 
płacić rybami. W każdy piątek dostarczysz do dworu pół arroby * ryb 
i  koniec”.  Ale  Mario  nie  chciał  ustąpić.  „Jezioro  jest  moje,  ryb  nie 
dam” — powiedział stanowczo. 

— No i co? Nie dajesz? 
— Daję. 
— Ustąpiłeś? 

background image

— Cóż mogłem poradzić? W tydzień po  odwiedzinach capataza 

przyjechał  z  jagunçami  syn  fazendera  i  porąbał  na  drobne  szczapy 
jedną z moich trzech łodzi. „Jeśli, powiedział, nie dostarczysz ryb  w 
przyszły piątek, to wrócimy tu i porąbiemy ci drugą łódź. Za trzecim 
razem spalimy ci chatę”. 

W ten sam sposób fazender postąpił z kilku  innymi kaboklami i 

przemienił ich z osadników pracujących na swojej ziemi w posseiros
czyli  ludzi  siedzących  prawem  kaduka  na  terenach  należących  do 
kogo innego. Wykorzystał „prawo”, które pozwala nabywać za bezcen 
w  urzędzie  ziemskim  obszary  niczyje,  przez  nikogo  innego  nie 
zarejestrowane.  Prze-prowadzenia  tej  sztuki  nigdy  by  nie  dokonał, 
gdyby nie należał do uprzywilejowanych i gdy-by jego słowo wskutek 
tego  nie  było  sto  razy  ważniejsze  od  bezradnej  mowy  analfabety-
Metysa. 

—  Ktoś  —  opowiadał  Mario  dalej  —  zaczaił  się  na  fazendera  i 

wygarnął  do  niego  z  karabinu.  Ale  cóż  —  dodał  sentencjonalnie  — 
młody dziedzic taki sam skurwysyn jak ojciec. 

Tyle  ziemi  w  tej  Brazylii,  tyle  ziemi  —  myślałem  —  a  i  tutaj 

zabijają się o nią ludzie. 

Chico  wyszedł  o  świcie  na  polowanie  i  po  paru  godzinach 

przydźwigał  przy  pomocy  Mulatinha  tęgiego  kapiwara.  Mario 
popatrzył  na  tę  jego  zdobycz  sceptycznie.  „Mięso  z  kapiwara 
śmierdzi” — powiedział. 

Popatrzyłem na tego „największego na świecie gryzonia”: morda 

szczeciniasta i ścięta tępo, uszy maleńkie, łapy o palcach połączonych 
błoną,  cała  figura  niezgrabna  i  pozornie  nie-ruchawa.  Przypominał 
sporego wieprzka osadzonego na wysokich nogach. Indianie nazywają 
go  caapi-uara,  czyli  mieszkaniec  traw,  a  nazwa  brazylijska  jest 
zniekształceniem  tego  słowa.  Biali  odnoszą  się  do  jego  mięsa  w 
różnych stronach różnie. W jednych mają do niego wstręt, w innych 
twierdzą, że spożywanie go powoduje trąd, w jeszcze innych uważają 
je za przy-smak i zajadają się nim, aż im się uszy trzęsą. Jednomyślni 
natomiast  są  wszyscy  w  uznawa-niu  leczniczych  właściwości 
wytopionego  zeń  tłuszczu.  Szczególnie  niezastąpiony  ma  być  przy 
leczeniu przypadłości reumatycznych. 

W  czasie  oglądania  kapiwara  i  rozważania  szkód,  jakie  robi  na 

polach,  usłyszeliśmy  dochodzący  nas  z  daleka  głos  rogu,  jakim 
kabokle zwykli oznajmiać swoje przybycie. 

background image

— Puta merda! — zaklął Mario i dodał: — dziś post. 
Po  chwili  przyczłapał  na  małym,  tłustym  koniku  zarośnięty  po 

oczy  chudy  człeczyna  w  słomianym  kapeluszu  i  perkalowych 
spodniach zawiniętych do kolan.  

— Bom dia, compadre — powiedział do Maria. 
— Bom dia, meu velho — mruknął chmurnie nasz gospodarz. — 

Przyjechałeś po ryby? 

—  Tak,  dziś  post.  Dziedzic  z  São  Bento,  jak  wiesz,  pobożny. 

Pości w piątki. 

—  Pobożny,  ścierwo  —  westchnął  Mario.  —  Moimi  rybami 

zasługuje się Panu Bogu. No cóż, chodź — zwrócił się do przybysza. 

Zeszli    obaj    nad    brzeg    jeziora.  Rybak    wyciągnął    z    wody  

przywiązany  do  kamienia  
 

* ARROBA — 15 kg. 

koszyk  z  kresiumy  i  wysypał  jego  zawartość  do  skórzanego  worka, 
nadstawionego przez posłańca z fazendy. 

Całej tej scenie przyglądali się z wielkim  zainteresowaniem moi 

towarzysze-garimpei-rzy.  Coś  między  sobą  szeptali  i  śmieli  się 
głośno.  Zaniepokoiło  to  przybysza  z  São  Bento.  Zaraz  po  wypiciu 
kawy,  której  nikt  w  Brazylii  nie  może  odmówić,  osiodłał  swego 
tłustego  konika  i  rychło  był  gotów  do  odjazdu.  Gdy  już  kładł  lewą 
nogę w kute z mosiądzu strzemię, zbliżył się doń Generoso i z głupia 
frant zapytał: 

— To dziś post? 
— Tak, panie. 
— Jeść mięso grzech? 
— Grzech, panie. 
— No, to dawaj ryby! 
— Jak to: dawaj — zdziwił się posłaniec. — To przecież ryby dla 

pana z São Bento. 

Teraz  z  kolei  zbliżył  się  do  niego,  trzaskając  bykowcem  po 

cholewie, Chico. 

— Powiedz temu z São Bento — rzekł — że ryby zabrali dobrzy 

chrześcijanie. Nie chcieli łamać postu. 

Kaboklo protestował bardzo miękko. Był to  chorowity biedak, z 

którego  fazender  nie  potrafił  wycisnąć  niczego  więcej,  jak  tylko 
obowiązku  cotygodniowego  przywożenia  Mario-wych  ryb.  Myśl  o 

background image

zabraniu mu ich przez obcych, a więc bez jego i bez Maria winy, nie 
wyda-ła mu się przykra. 

— Dajcie chociaż jaki kwit — rzekł. 
— Dobrze, dobrze, damy, ale najpierw zjemy obiad. 
Żona  Maria  szparko  uwinęła  się  ze  skrobaniem  i  smażeniem 

smacznych  ryb,  które  tak  niespodziewanie  zmieniły  adres  swego 
przeznaczenia. 

Ja  przez  cały  czas  udawałem,  że  mnie  to  całe  zajście  nic  nie 

obchodzi, ale solennie dopełniłem wraz ze wszystkimi, nie wyłączając 
brodatego  posłańca  z  fazendy  São  Bento,  miłego  Panu  Bogu 
obowiązku piątkowego postu. 

Po dłuższym wypoczynku nad jeziorem dalszą drogę do São João 

da  Aliança  odbyliśmy  wesoło  i  gładko.  Wprawdzie  dokuczały  nam 
moskity,  jak  to  zwykle  bywa  przed  deszczem,  ale  trotiowaliśmy 
żwawo i  drugiego dnia wczesnym popołudniem wjechaliśmy  między 
dwa  szeregi  mizernych  domków,  stanowiących  główną  i  jedyną 
zresztą ulicę tego miasteczka. 

Zaraz  na  wstępie  natknęliśmy  się  na  dwóch  mężczyzn,  którzy  z 

zainteresowaniem śledzili nasz wjazd. Podjechał do nich Mulatinho i 
zapytał: 

— Gdzie tu hotel? 
Mężczyźni wybałuszyli aż okrągłe ze zdziwienia oczy. 
— Hotel? Tu nie ma hotelu. 
Wkrótce  wyjaśniło  się,  że  jednak  coś  w  tym  rodzaju  jest. 

Właścicielem był przybysz z Minas Gerais, który znał Belo Horizonte 
i przyjął nas wskutek tego z wylewnością rodaka. 

São  João  da  Aliança  jeszcze  nie  tak  dawno  nazywała  się  Olhos 

d'Agua,  a  zmiana  nazwy  miała  zapoczątkować  w  jej  rozwoju  nową 
erę. To czarowanie koniunktury do niczego jednak nie doprowadziło. 
Wprawdzie  niedawno  mianowano  ją  z  wielkim  szumem  stolicą 
municy-pium  i  władzę  oddano  w  ręce  wybieralnego  prefekta,  ale  w 
okolicy  rządziło  nadal  pół  tuzina  fazenderów  i  kilku  kupców 
syryjskiego  pochodzenia,  tyle  dbając  o  jej  rozwój,  co  krowy  o 
objedzone  do  kości  padło.  Nawet  znacznie  później,  gdy  prezydent 
Juscelino  Kubitschek  de  Oliveira  rzeczywiście  przeniósł  stolicę  do 
Goíasu i rozpoczął budowę drogi kołowej z Brasilii do Belém do Para, 
São  João  da  Aliança pozostała  na boku i  nie  tylko  nie  rozwinęła  się, 
lecz  nawet  podupadła,  gdyż  ludzie  wynosili  się  stąd  w  okolice 

background image

rokujące  lepsze  nadzieje  na  przy-szłość.  Pomimo  tego  upadku 
zjawiały  się  tu  od  czasu  do  czasu  ciężarówki  wypakowane  towarem 
przeznaczonym  dla  jeszcze  dalszych  miejscowości,  rozrzuconych  po 
puszczach,  a  nie  połączonych  z  krajową  siecią  dróg.  Ten  handel, 
wywóz  skór  i  przerób  trzciny  cukrowej  na  rapadurę  pozwalał 
kilkunastu kupcom i setce innych mieszkańców na niezłe utrzymanie. 

São  João  da  Aliança  była  w  tej  części  stanu  ostatnią 

miejscowością,  do  której  docierały  samochody.  Dalej,  aż  do 
Amazonki  oraz  granic  Wenezueli  i  Gujany,  jedynymi  środkami 
komunikacji były: koń, muł, łódź i gdzieniegdzie tylko rzeczny statek 
parowy. 

Dla mnie okoliczność, że w dalszej podróży nie  miałem spotkać 

ani jednego pojazdu mechanicznego, była raczej przyjemna. Bądź co 
bądź  pieszy  wobec  konnego,  a  konny  wobec  maszyny  odczuwają 
pewien kompleks niższości. Teraz szanse miały się wyrównać. 

Podróżni udający się do północnego Goíasu, nad średni bieg rzeki 

Tocantins, a także ci, którzy chcą dostać się do Porto Nacional, skąd 
istnieje  komunikacja  rzeczna  aż  do  ujścia  Amazonki,  muszą  w  São 
João  da  Aliança  zaopatrzyć  się  w  wierzchowce  i  zwierzęta  juczne. 
Zapotrzebowanie sprawiło, że zjawiła się i podaż. Co najmniej połowa 
ludności  trudniła  się  tu  organizowaniem  karawan  i  doprowadzaniem 
podróżnych do wybranego celu. Dla mnie tym wybranym celem było, 
jak  to  już  nieraz  wspominałem,  miasteczko  Peixe,  leżące  w  pobliżu 
zlewu  rzeki  Paranatingi  z  Tocantinsem.  Dobrze  się  zadumałem,  gdy 
obliczyłem,  że  dzieli  mnie  od  niego  jeszcze  czterysta  kilometrów 
podróży konno i około dwustu łodzią wiosłową. Szczególnie przykro 
rysowała  się  podróż  lądem.  Wprawdzie  ścieżka,  istniejąca  tu  już  od 
dwóch wieków, nazywa się „drogą  królewską”, ale w rzeczywistości 
nic wspólnego z drogą nie ma. Ponadto, przecina ją mnóstwo innych 
ścieżek,  prowadzących  do  licznych  tu  fazend,  a  więc  problem 
zabłąkania się, nie istniejący na drodze samochodowej, tutaj przybrał 
na zna-czeniu i skłonił mnie do poszukania przewodnika. 

Następnego  dnia  rano  podjechał  konno  do  mojej  kwatery  u 

„rodaka”  z  Minas  Gerais  jakiś  wąsaty  jegomość  w  kapeluszu  z 
szerokim  rondem  i  z  rewolwerem  przy  pasie.  Nie  scho-dząc  z 
wierzchowca, zaklaskał w dłonie i zawołał: 

— O, de casa! — Jest tam kto? 
„Rodak”  zaprosił  przybysza.  Najwidoczniej  znali  się,  gdyż  przy 

background image

powitaniu klepali się długo po łopatkach. Po chwili obaj zwrócili się 
do mnie. 

— To jest senhor Cosme Guedes — powiedział „rodak” i dodał: 

— fazender z Santa Clara. 

Uścisnąłem podaną mi rękę. 
— Pan szuka przewodnika? — zapytał fazender. 
— Tak. 
—  Mógłbym  panu  pomóc  w  tym  kłopocie.  Mam  kilku  kabokli, 

którzy świetnie znają drogę do Cavalcante. 

— Jak to: mam? — zapytałem. 
Fazender spojrzał na mnie zdziwiony. 
— No, mieszkają na mojej ziemi. Są mi winni to i owo. Zapłaci 

mi pan sto pięćdziesiąt kruzeirów, a ja panu przyślę jednego z nich. 

Coś  mi  się  w  tym  nie  podobało.  Jakżeż  to?  Mam  wynajmować 

człowieka od człowieka, jak muła? 

— Wie pan — powiedziałem — namyślę się jeszcze. 
Wąsaty fazender poczuł się urażony. 
— Muito hem, muito bem — rzekł ozięble i odwrócił się do mnie 

tyłem.  

Wprawdzie  czułem  zadowolenie  z  nieskorzystania  z  oferty 

pachnącej  pańszczyźnianą  transakcją,  niemniej  jednak  przewodnika 
nie  miałem.  Poradzono  mi,  abym  udał  się  do  nieja-kiego  Abiba,  u 
którego zawsze można znaleźć kandydata na dorywczy zarobek. 

Abib  był  może  nie  najbogatszym,  ale  na  pewno 

najpopularniejszym  kupcem  w  São  João  da  Aliança  i  we  wszystkich 
sąsiednich  arraialach,  sitiach  i  fazendach.  Jego  największą  ambi-cją 
było posiadanie w sklepie wszystkiego, o czym mieszkaniec stron tak 
oddalonych  od  ośrodków  cywilizacji  mógł  zamarzyć.  Ponieważ 
marzenia kabokli, a nawet fazenderów nie sięgały zbyt daleko, przeto 
rzeczywiście każdy mógł u niego nabyć, co chciał. Aby nikt o tym nie 
powątpiewał,  kazał  wymalować  na  dużym  kawale  dykty  napis: 
Compra-se  e  vende-se  tudo.  Słowo  tudo  (wszystko)  było  nakreślone 
czerwoną  farbą  i  trzykrotnie  podkreślone.  Abib  był  emigrantem  z 
Libanu,  ale  mieszkał  tu  już  trzydzieści  lat,  ożenił  się  z  córką  swego 
rodaka z Planaltiny i jak większość licznych w Brazylii emigrantów z 
Bliskiego  Wschodu,  ani  myślał  o  starym  kraju.  Ostatnio  rozszerzył 
zakres swej działalności również na pośrednictwo przy poszukiwaniu 
rąk do pracy. 

background image

— Panie Abib, znajdzie pan dla mnie przewodnika? 
Libańczyk nie odpowiedział, tylko kiwnął głową.  
Po  godzinie  siedzieliśmy  we  troje:  Abib,  ja  oraz  krępy,  żylasty 

kaboklo  imieniem  Fortunato.  Pertraktacje  nie  trwały  długo.  Za 
nieprzesadnie  wysokie  wynagrodzenie  stu  kruzeirów,  za  które  nie 
można by opłacić nawet jednego dnia pobytu w skromnym hotelu w 
Rio  de  Janeiro,  Fortunato  zobowiązał  się  odprowadzić  mnie  na 
własnym  wierzchowcu  do  odległego  o  dwieście  kilometrów 
miasteczka Cavalcante. Gdy już wszystko było omówione, zabrał głos 
Abib. 

— Dla mnie dziesięć procent — rzekł.  

 
 
 
 

STAROŚWIECKIE MIASTECZKO 

 
 

Królewska  Droga  (Estrada  Real)  wytyczona  przez  portugalskich 

poszukiwaczy  złota  w  XVIII  wieku  przecina  rozległą  wyżynę 
zalegającą dział wód między rzeką Tocantinsinho i Paraną. Wspina się 
najpierw  ku  płaskowyżowi  Veadeiros,  wyniesionemu  na  przeszło 
tysiąc  metrów  nad  poziom  morza,  a  następnie  opada  w  ogromną 
nieckę,  w  której  przycupnięte  przy  wysokim  morro  wegetuje 
zakonserwowane  w  pustce,  jak  w  formalinie,  stare  miasteczko 
Cavalcante. 

Jazda  po  tej  drodze  nie  była  tak  wygodna,  jak  po  cerrados 

przyszłego  dystryktu  federa-lnego.  Strome  skały,  obsypujące  się  po 
zboczach  kamienie,  dziury,  niezliczone  strumienie  —  wszystko  to 
sprawiało,  że  klnąc  posuwaliśmy  się  noga  za  nogą.  Najwięcej  czasu 
zmitrężyli-śmy  przy  przepływaniu  głębokich  rzek.  Na  szczęście 
spotykaliśmy je rzadko. Z płytkimi da-waliśmy sobie radę łatwo. 

Gdy  przebywaliśmy  rzekę  Pissarão  w  bród,  Fortunato  rzucił  do 

wody ułamaną uprze-dnio gałązkę i rzekł:  

— Ten patyk popłynie prosto do Tocantinsinho, a potem wpadnie 

do Tocantinsu. — W ten malowniczy sposób oznajmił, że znaleźliśmy 
się w dorzeczu Amazonki.  

Trzeciego dnia po opuszczeniu São João da Aliança dotarliśmy do 

background image

fazendy  Veadeiros,  wokół  której  osiedliło  się  kilkunastu  kabokli, 
zatrudnionych u dziedzica bądź też pędzących i sprzedających pingę, 
czyli  wódkę.  Gdy  około  1955  roku  zobaczyłem  w  spisie  nowo 
kreowa-nych  municypiów  tę  skromną  miejscowość  jako  stolicę 
jednego z nich — uśmiałem się porządnie. 

Chapadão  dos  Veadeiros  —  rozległy,  pofałdowany,  kamienisty 

step  —  był  słabiej  zalu-dniony  aniżeli  cerrados.  Gdzie  mniej  ludzi, 
tam więcej zwierzyny. Toteż na horyzoncie wciąż migały stada sarn, a 
spod nóg koni coraz to pomykały drobniejsze ssaki i zrywało się do 
lotu ptactwo.  Fortunato znał kraj i jego  mieszkańców jak swoje pięć 
palców. Umiał nazwać każde stworzenie i każdą roślinę, a ponadto był 
wesoły  i  skory  do  rozmowy.  Gdy  już  nikt  nie  chciał  go  słuchać, 
przygadywał  wierzchowcom,  a  nawet  krzyczał  na  ptaki,  które 
straszyły nas nie-spodziewanym furkotem skrzydeł. 

Gdy  piątego  dnia  stanęliśmy  na  krawędzi  olbrzymiego 

zagłębienia,  na którego  dnie  majaczyło  ukryte  w  kępach  olbrzymich 
drzew  mangowych  miasteczko  Cavalcante,  wydało  mi  się,  że 
zjechanie  w  dół  po  jego  kamienistych  zboczach  będzie  niemożliwe. 
Niewiele  się  omy-liłem.  Dokonaliśmy  tego  pieszo,  prowadząc 
wierzchowce za uzdę. 

Opodal  drogi,  raz  do  niej  przybliżając  się,  to  znowu  oddalając, 

raźno  opadał  kaskadami  spory  strumień  Sant'Anna.  W  dolinie  rosły 
kępy  palm  buriti,  których  owoce  przywabiły  mnóstwo  hałaśliwych 
papug. 

Już pod samym miasteczkiem Fortunato wyjął rewolwer i strzelił 

w górę. Po chwili odpowiedziało mu spośród domów kilka strzałów i 
znowu  kilka.  W  ten  sposób  dają  o  sobie  znać  w  tych  stronach 
przybywający podróżni i w ten sposób okazują swoją radość ze szczę-
śliwego przybycia gości — odwiedzani. 

Cavalcante  założył  sławny  ongiś,  a  dziś  zapomniany, 

konkwistador  Diego  Teles  Caval-cante.  Kiedy?  Około  połowy  XVIII 
wieku. Nikt tego na pewno nie wie. W ślepym pochodzie ku północy 
wstrzymało  go  złoto.  Niecka  —  zlewisko  strumieni  z  okolicznych 
wzgórz — była, a nawet jest jeszcze przetkana złotem aluwialnym jak 
pszenny  placek  rodzynkami.  Ten  szla-chetny  metal  jakby  czekał  na 
przybycie łaknących go białych ludzi. Wypłukiwali go łapczy-wie, nie 
zdając  nikomu  rachunku,  aż  wreszcie  daleki  rząd  królewski  w 
Lizbonie  postanowił  również  wziąć  udział  w  uczcie.  Zabrał  się  do 

background image

tego po swojemu. Kazał wybudować wielki kamienny dom o ścianach 
jak  w  fortecy,  o  stropach  spoczywających  na  grubych  pniach  szla-
chetnych  drzew  i  o  zakratowanych  wąskich  oknach.  I  odtąd  wolni 
poszukiwacze złota musieli składać w nim płód swojego trudu, gdzie 
pobierano  z  niego  piątą  część  dla  Jego  Królewskiej  Mości,  a  resztę 
stapiano i po zaopatrzeniu w stempel zwracano właścicielowi. Ile przy 
tych manipulacjach kradziono, wiedzieli tylko konkwistadorzy, którzy 
też  co  rychlej  wynieśli  się  z  przykrego  sąsiedztwa  portugalskich 
urzędników  i  poszukali  nowych  garimpów,  gdzie  nikt  im  w  ich 
procederze  nie  przeszkadzał  i  nikt  nie  wyzyskiwał.  Na  miejscu 
pozostali mało energi-czni, słabsi. Ich potomstwo wydobywało coraz 
mniej i mniej metalu. Współcześni cavalca-ntynczycy, leniwi i ospali, 
zadowalali  się  już  tylko  wychodzeniem  w  noc  księżycową  na  pod-
miejskie grunty, gdzie niedbale wypatrywali, czy nie zamigoce gdzieś 
w  ciemności  samoro-dek,  na  który  padnie  przypadkowo  promień 
bladego  światła.  Gdy  coś  zabłysło,  szukali  i  czę-sto  znajdowali 
kawałek złota. 

Kamienny  gmach  już  dawno  przestał  spełniać  swoje  zadanie. 

Ongiś  obiekt  nienawiści,  stał  się  nikomu  nie  przeszkadzającą 
pamiątkową  ruiną,  niemym  świadkiem  dawno  ubiegłych, 
zapomnianych  czasów.  Po  drugiej  .stronie  miasteczka,  na  obszernym 
pustym  placu  dogorywał  jego  odwieczny  towarzysz  —  stary 
rozpadający się kościół. 

Pokryte  patyną  Cavalcante  wyglądało,  jakby  je  żywcem 

przeniesiono  z  XVIII  wieku  w  nasze  czasy.  Tkwiące  w  ogrodach 
ogromne domy kolonialne, obszerne  werandy z porozwie-szanymi na 
nich  hamakami,  drepczące  po  zakurzonych  ulicach-drogach  juczne 
muły,  brak  jakiegoś  ruchu,  życia  —  wszystko  to  mówiło  aż  nazbyt 
wyraźnie, że miasteczko nie wyszło jeszcze z dawności. 

O konkwistadorach, legendarnych bohaterach, mało się tu mówi, 

aczkolwiek  śladów  po  nich  nie  brak.  Ot,  choćby  stara  opuszczona 
sztolnia,  drzemiąca  tuż  pod  miasteczkiem.  Poka-zują  ją  obcym  i 
opowiadają,  że  przed  dwoma  wiekami  przeniknęła  do  niej  woda  i 
zatopiła stu pracujących pod ziemią niewolników. 

Zwiedzając  współczesne  Cavalcante  wierzyć  się  nie  chce,  że  w 

epoce  kolonialnej  było  faktyczną  stolicą  olbrzymiej  prowincji  i 
miejscem, gdzie składano  mnóstwo  złota z niezliczo-nych garimpów 
tej  części  Goíasu.  I  jak  na  ironię,  wśród  jego  mieszkańców, 

background image

depczących  od  pokoleń  po  złocie,  nie  ma  ludzi  bogatych  ani  nawet 
zamożnych.  Są  nimi  natomiast  niedawni  przybysze,  emigranci 
syryjscy, nazywani tu Turkami. Żaden z nich nie poszukuje złota ani 
go w pocie czoła wypłukuje, ale wszyscy handlują nim. Jak wszędzie 
w krajach o strukturze na pół kolonialnej również i tu zysk z mozołu 
ludzi pracy przypada przemyślnym pośrednikom i spekulantom.  

Ze  znalezieniem  noclegu  nie  mieliśmy  w  Cavalcante  trudności. 

Zaraz  po  zatrzymaniu  się  przed  szynkiem,  zwanym  szumnie  barem 
pod  Świętym  Janem,  dostaliśmy  z  pół  tuzina  zaproszeń  od  różnych 
miejscowych notablów, pałających chęcią ugoszczenia przybyszów z 
dalekiego  świata.  Obcy  zjawiali  się  tu  rzadko  i  gratka dla  amatorów 
nowinek  była  nie  lada.  Mnie  przychwycił  jeden  z  licznie  tu 
mieszkających fazenderów. 

U  nas  w  okresie  kapitalistycznego  reżimu  bogaci  mieszczanie 

miewali na wsi wille, w których spędzali weekendy i letnie wywczasy. 
Tu  na  odwrót  —  właściciele  ziemscy,  fazende-rzy,  fundowali  sobie 
domy  w  miasteczkach,  do  których  uciekali  od  wiejskiej  nudy. 
Bowiem  nawet  takie  niewielkie  zgrupowanie  domów  jak  w 
Cavalcante  kryło  w  sobie  pewne  możliwo-ści  rozrywkowe. 
Szczególnie atrakcyjne były „domy kobiet”, których cały rząd jaśniał 
pięknie  pomalowanymi  wapnem  ścianami.  One  to,  te  prymitywne 
świątynie miłości, działały jak magnes zarówno na wędrujących  tędy 
garimpeirów,  jak  i  na  czcigodnych  właścicieli  wielkich  fazend 
hodowlanych. 

Dom mojego gospodarza z ledwością na miano domu zasługiwał. 

Była  to  właściwie  obszerna,  kryta  liśćmi  szopa  z  taipy,  w  której 
wisiało  sześć  hamaków,  uplecionych  z  sizalo-wych  sznurków.  W 
jednej  części,  oddzielonej  ścianą  z  ustawionych  na  sztorc  grubych 
prętów bambusowych, palił się pod prowizorycznym okapem ogień, a 
przy nim kręciło się kilka dziewczyn. 

Już  po  krótkiej  rozmowie  z  fazenderem  dowiedziałem  się,  że 

nazywa  się  Custodio  i  jest  właścicielem  wszystkich  terenów  między 
dwoma  dopływami  rzeki  São  Felix:  strumieniem  Agua  Boa  i 
strumieniem  Arroio  Vermelho.  Wymieniając  różne  swoje  dobra, 
dodał:  „Mam  tysiąc  ogonów”,  co  miało  oznaczać,  że  ma  tyle  sztuk 
bydła  rogatego.  Był  to  silnie  zbudowany  pięćdziesięcioletni 
mężczyzna,  z  nieporządnym  zarostem,  pośród którego  sterczał  duży, 
cze-rwony  nochal.  Mówił  donośnym  głosem  i  machał  przy  tym 

background image

rękami. Zwracając się do służby, podnosił głos jeszcze bardziej, a ręce 
wprawiał w ruch jak śmigła wiatraka. 

Otóż  ten  Custodio  wziął  mnie,  nie  wiem  czemu,  za  polityka, 

członka  partii  PSD,  w  któ-rej  sam  pragnął  uzyskać  jakieś  większe 
znaczenie.  Na  próżno  starałem  się  mu  wytłumaczyć,  że  myli  się,  że 
zajmuję  się  poszukiwaniem  drogich  kamieni,  a  nie  organizowaniem 
oddziałów partii popierającej Getulio Vargasa. 

— Rozumiem, rozumiem — mruknął do mnie porozumiewawczo. 

— Dyskrecja... 

— Przecież PSD nie jest tajne, po co miałbym się kryć. 
—  Nie  tajne,  oczywiście,  ale  u  nas  komunista  siedzi  na 

komuniście i wszystko śledzą. 

Nastawiłem uszu. 
— Komuniści tutaj, w pustych lasach? 
—  A  tak,  tak,  tak!  Choćby  na  mojej  fazendzie.  Co  drugi  peon 

mówi o sobie: estou russo! 

— Jak to russo... 
— Dla nich russo i komunista to to samo. 
Pokiwałem  głową  i  na  razie  nie  zdradziłem  się  z  chęcią 

odwiedzenia  tej  szczególnej  fazendy,  gdzie  komunista  siedzi  na 
komuniście. 

Na drugi dzień zjawili się moi towarzysze. 
—  Przyszliśmy  się  pożegnać  —  powiedział  Generoso.  — 

Spotkaliśmy tu garimpeirów, którzy udają się w góry Cana Brava. To 
właśnie nasze strony, pojedziemy z nimi. 

— A może senhor... — odezwał się Chico. 
—  Właśnie  —  przerwał  mu  Generoso.  —  Może  by  senhor 

pojechał z nami. Tam, dokąd jedziemy, łatwiej o... 

— Wiem, wiem. Łatwiej o diament aniżeli gdzie indziej o żabę... 

—  roześmiałem  się.  —  Jednak:  nie.  Pozostanę  przy  swoich 
akwamarynach i topazach. 

— Źle senhor robi. 
— Może. 
Sam nie byłem pewny, czy postępuję rozsądnie, ale nie mogłem 

przecież  ulec  czemuś,  co  mogło  okazać  się  nieosiągalną  chimerą. 
Wprawdzie i mój zamiar był dość chimeryczny, ale miał tę wyższość 
nad propozycją Generosa i Chica, że był mój własny. Nie uda się czy 
też nie da spodziewanego rezultatu, nie będę przynajmniej miał z tego 

background image

powodu  pretensji  do  niko-go.  Sam  wymyśliłem,  sam  dostałem  w 
skórę i koniec. 

— No więc żegnajcie, moi drodzy. Goías duży, ale dróg tu mało, 

może  spotkamy  się  jeszcze.  Gdybyście  wracali  przez  Porangatu  za 
jakie dwa-trzy miesiące, to popytajcie tam o mnie. 

Generoso rozłożył ręce. 
—  Trudno  powiedzieć,  którędy  i  kiedy  będziemy  wracali.  Pan 

przecież wie, jak to jest. Gdy znajdziemy dobre garimpo, to wszystko 
ułoży  się  dobrze,  ale  gdy  nie  znajdziemy?...  W  każdym  razie  dłużej 
jak rok tu nie wytrzymam. 

— Więc do widzenia za rok w Belo Horizonte. 
—  Tak  —  zgodził  się  bez  entuzjazmu  do  tej  odległej 

perspektywy. — Za rok odwie-dzimy pana, siDeus quizer... 

Za rok! Ani mi przez myśl wówczas nie przeszło, że spotkamy się 

znacznie wcześniej, i to w okolicznościach wcale nie wesołych. 

Po odjeździe dotychczasowych towarzyszy podróży poczułem się 

osamotniony  i  mniej  pewny  siebie.  Osowiał  nawet  Mulatinho  i 
siedział kamieniem przy domu. 

Następnym  etapem  mojej  podróży  miało  być  miasteczko  Parana 

odległe  od  Cavalcante  o  dwieście  pięćdziesiąt  kilometrów.  Takiej 
długiej  drogi  przez  kraj  bardzo  słabo  zaludniony  i  mało  znany  nie 
odważyłbym  się  odbyć  samotnie.  Musiałem  więc,  chcąc  nie  chcąc, 
poczekać  na  okazję  i  przyłączyć  się  do  tropy  jakiegoś  jadącego  z 
towarem kupca lub fazendera wraca-jącego ze stolicy stanu. 

Czas  spędzałem  na  odwiedzaniu  barów,  w  których  mogłem  się 

czegoś  dowiedzieć  o  nastręczających  się  okazjach.  Towarzyszył  mi 
zwykle Custodio, który nic właściwie nie miał do roboty oprócz picia 
i  gawędzenia  ze  znajomymi.  To  ostatnie  zajęcie  nazywał,  nie 
wiadomo  dlaczego,  polityką.  Zajmowało  mu  znaczną  część  dnia. 
Wieczorem, gdy ja kładłem się spać, on gdzieś znikał. Wracał późno 
w  nocy  lub  rano.  Zaintrygowało  mnie  to  stałe  wymykanie  się. 
Pewnego  razu,  gdy  właśnie  szykował  się  po  zapadnięciu  zmroku  do 
wyjścia, zagadnąłem go, dokąd idzie. 

— Chce pan pójść ze mną? — odpowiedział pytaniem. 
Wieczór był piękny, świeży. Spać mi się nie chciało. 
— Chętnie. 
Wyszliśmy. 
Już  po  chwili  zorientowałem  się,  że  prowadzi  mnie  do  uliczki, 

background image

przy  której  świeciły  wy-bielonymi  ścianami  domy  kobiet.  Nie 
sprawiło  mi  to  niespodzianki.  Od  początku  podejrzewa-łem,  że 
właśnie tam spędzał noce. 

W  cichym  i  gnuśnym  Cavalcante  jedynie  ta  uliczka  tętniła 

życiem,  o  ile  można  tak  nazwać  niemrawe  pohukiwania  wakeirów  i 
dochodzące z wielu miejsc dźwięki gitary. 

Przed jednym  z domów,  oświetlonym dość skromnie naftowymi 

lampami, Custodio zatrzymał się. 

—  Tu  wejdziemy  —  powiedział  i  zaraz  zapytał:  —  Lubi  pan 

rude? 

— Hm! — zastanowiłem się. — Bo ja wiem... 
—  W  tym  domu  są  same  rude.  Ani  jednej  brunetki,  ani  jednej 

blondynki. Same rude. 

— Hm! — powtórzyłem. 
Custodio wziął moje pochrząkiwanie za zgodę. 
— No to proszę — wskazał mi uprzejmie wejście. 
W  dużej  izbie  stał  na  środku  nieźle  oświetlony  długi  stół, 

zastępujący bufet, a po kątach majaczyły w  mroku małe stoliki, przy 
których  siedziało  kilkanaście  dziewcząt.  Te,  które  miały  męskie 
towarzystwo,  piły  i  jadły,  samotne  rozmawiały  głośno  i  oglądały  się 
na  drzwi  wejściowe.  Wszystkie  były  rzeczywiście  rude.  Na  nasz 
widok jedna z nich zerwała się ze stołka i rzuciła się ku nam. 

—  Custodioziuniu!  —  zawołała  radośnie  i  uczepiła  się  ramienia 

mego towarzysza. 

Była  ubrana  zupełnie  skromnie:  w  ciemną  spódnicę  i  zieloną 

bluzkę  z  białym,  dziewczęcym  kołnierzykiem.  Coś  mnie  jednak  w 
tym stroju uderzyło. Rzeczywiście!  Bluzka, która powinna zakrywać 
co należy, miała z jednej strony okrągły otwór, przez który jak bułka 
przez  oko  w  siatce  wyglądało  to  właśnie,  co  powinno  być  zakryte. 
Custodio zapewne ze względu na moją obecność położył szeroką łapę 
na ten okrągły otwór. 

— Ty bezwstydnico... — powiedział. 
Dziewczyna,  też  była  ruda,  pociągnęła  nas  do  swojego  stolika  i 

zaraz zamówiła jedzenie i butelkę pingi. 

— Skąd tu tyle rudych? — zapytałem. 
Dziewczyna wzruszyła ramionami. 
— Rudych? Jakie my tam rude. Malowane. Przeszłego roku był u 

nas jeden ambulante z São Paulo, mieszkał ze trzy miesiące i nie miał 

background image

czym zapłacić. Zabrałyśmy mu cały towar: farby do włosów. Czarne i 
blond sprzedałyśmy, rudych nikt nie chciał kupić. Same używamy. — 
Zwróciła  się  do  Custodia:  —  Kręci  się  tu  Miguel  —  powiedziała 
jakby od niechcenia. 

Fazender zaniepokoił się. 
— Czego on tu chce, ten wagabunda? 
— Jak to czego? Podobam mu się... Ale tobie, Custodioziuniu, to 

on się bardzo odgraża. Mówi, że ci kości połamie. 

— Prędzej ja mu kulą łeb roztrzaskam. 
— Tego nie rób! Wszyscy myśleliby, że to z zazdrości o mnie — 

dziewczyna  zaśmiała  się  wesoło.  —  Miałbyś  potem  piekło  w  domu. 
Twoja dona Quiteria ma ostry język. 

Brudna  Murzynka  przyniosła  jedzenie:  czarną  fasolę  ze  słoniną, 

ryż i koszyk z manda-rynkami. Wódkę nalała do szklaneczek. 

Sala coraz więcej się zaludniała. Ze zdziwieniem zauważyłem, że 

goście  rekrutowali  się  z  poważnych  kupców,  ojców  rodzin. 
Przysiadali się do dziewczyn, pili pingę. Zakład nie różnił się pozornie 
od zwykłego baru i gdyby nie to, że coraz to nowe pary wymykały się 
na  tył  domu,  gdzie  za  wejściami  z  werandy  kryły  się  „gabinety”, 
można  by  go  uznać  za  zwykłą  jadłodajnię  dla  przejezdnych 
garimpeirów i okolicznych wakeirów. 

— Co to za Miguel? — zapytałem Custodia. 
— Natrętny Murzyn, wypędziłem go z fazendy. 
— Za cóż pan go wypędził? 
— Ludzi mi buntował. Wakeirom mówił, że jest prawo o płaceniu 

za  robotę.  Należy  wam  się,  mówił,  wypłata  co  sobotę  albo  raz  na 
miesiąc.  Łajdak!  Ale  moi  ludzie  wiedzą  do-brze,  na  czyjej  ziemi 
mieszkają,  siedzą  cicho.  Wypędziłem  go  na  cztery  wiatry,  dlatego 
odgra-ża się i nienawidzi mnie. 

—  Nieprawda  —  wtrąciła  się  dziewczyna  —  on  nie  dlatego  cię 

nienawidzi.  On  się  we  mnie  kocha, a  ty,  Custodioziuniu, namówiłeś 
mnie,  abym  zamieszkała  w  tym  domu  kobiet.  On  dlatego  cię 
nienawidzi. 

— Milcz, głupia! Sama napraszałaś się do lekkiego życia. 
—  Lekkie  życie!  Może  z  tobą,  ty  grubasie?  —  Dziewczyna 

wypiła już więcej niż pół szklanki pingi i była nastrojona zaczepnie. 
— Ty nie mów do mnie: głupia, bo cię lunę w kark albo poproszę o to 
Miguela. 

background image

—  Wynoś  się  od  mego  stolika,  ruda  małpo  —  rozzłościł  się 

Custodio. — Nie chcę cię więcej widzieć. 

Dziewczyna  zerwała  się  na  równe  nogi.  Jej  szara  cera  Mulatki 

stała  się  popielata.  Jakby  ją  kto  posypał  popiołem.  Czarne  oczy  pod 
pomalowaną na czerwono czupryną zajarzyły się posępnym światłem. 

— Drugi raz w życiu już mi tego nie powtórzysz, Custodioziuniu 

— powiedziała i skie-rowała się w inny kąt baru, nie baru. 

Custodio wsadził gruby paluch za kołnierzyk koszuli i przejechał 

nim po szyi. Brak mu było powietrza. 

— Ruda małpa — powtórzył przez zęby. 
— Ładna ruda małpa — dodałem. 
—  Nie  obrażajcie  kobiet  —  wtrącił  się  jakiś  chudy  Metys  o 

grubych  włosach  przycię-tych  po  indiańsku  na  czole.  —  Tu  jest 
porządny burdel i tu nikogo z personelu obrażać nie wolno. Taki jest 
regulamin. 

—  Chodźmy  już  —  powiedziałem  do  Custodia,  nic  zwracając 

uwagi na Metysa. 

Ale Custodio nadal nie mógł oderwać myśli od dziewczyny. 
— Widzi pan, jaka to bezczelna kurwa... 
Metys,  który  z  pijackim  uporem  wciąż  się  w  nas  wpatrywał, 

zerwał się na równe nogi i grzmotnął pięścią w stolik. 

— Dosyć! — wrzasnął. — Tu nie wolno mówić: kurwa. 
— Chodźmy stąd, senhor Custodio. 
— Zaraz, tylko coś powiem temu czarnuchowi. 
— Będzie awantura... 
Ale Custodio nie zwracał uwagi na moje słowa. 
— Ty baranie — syknął do Metysa — jak jeszcze raz odezwiesz 

się  do  mnie,  to  zrobię  z  ciebie  czerwoną  jajecznicę.  —  Mówiąc  to 
wyciągnął wiszący mu u pasa nóż i położył na stole. 

Metys  zmitygował  się.  Usiadł  i  już  spokojniejszym  głosem 

powiedział do mnie, niby do świadka: 

— Przecież pan słyszał, że ja nikogo nie obraziłem. 
Pobyliśmy  jeszcze  chwilę,  aby  zaznaczyć,  że  jesteśmy  panami 

placu boju i wyszliśmy. 

Przed  domem,  na  ławce,  obok  smukłego  Murzyna  siedziała 

dawna  przyjaciółka  Custo-dia.  Opierając  nagą  pierś  o  towarzysza 
głaskała  go  po  wełnistej  głowie.  Dostrzegłszy  nas,  powiedziała 
głośno. 

background image

— Mój Miguelsinho, mój xodó
Custodio nie odezwał się ani słowem. Dopiero szykując hamak do 

spania burknął: 

— Już ja im dam, obojgu... 
Rano  zbudził  mnie  niezwykły  ruch  w  domu.  Kobiety  biegały 

zbierając różne graty i układając je w jukach, muły tupały kopytami i 
pobrzękiwały uprzężą. 

Poszedłem do kuchni napić się kawy. 
—  Co  tu  taki  ruch?  —  zapytałem  swą  Murzynkę  upychającą  w 

woreczek  z  kaszą  maniokową  smażone  na  dużej  patelni  kawałki 
świńskiego mięsa. 

— Pan Custodio wraca na fazendę. Farofę robię dla niego. 
Wiedziałem, że fazenda Custodia znajdowała się o dwa dni drogi 

w kierunku Peixe. „A może by tak pojechać z nim?” — pomyślałem. 
Bądź co bądź posunąłbym się trochę naprzód i wydostałbym się z tego 
nudnego  Cavalcante.  Fazenda  leżała  opodal  Królewskiej  Drogi  i 
wszyscy podróżni udający się na północ musieli ją mijać. Okazja do 
przyłączenia się do jakiejś karawany mogła zdarzyć się równie dobrze 
stamtąd, jak i stąd. 

— Mulatinho! — zawołałem na swojego chłopca. 
Zjawił się natychmiast. 
— Szykuj rzeczy do drogi. 
Custodia  znalazłem  w  pobliskim  barze.  Pił  piwo.  Gdy  mu 

wyjawiłem swój zamiar, ucie-szył się: Muito hem, muito bem, będzie 
pan moim gościem. 

— Nie chciałbym panu robić kłopotu — powiedziałem obłudnie. 
—  Jaki tam kłopot?  Może  pan  siedzieć  u  mnie  bodaj  rok  albo  i 

dłużej. 

Fazender był jakiś zamyślony, widocznie wczorajszy wieczór nie 

dawał  mu  spokoju.  Przez  dłuższą  chwilę  piliśmy  piwo  w  milczeniu, 
wreszcie nie wytrzymał. 

— Był u mnie Miguel — rzekł. 
— Ooo! — zdziwiłem się. 
— Tak, i przyprowadził ze sobą tę... 
— Tę, cośmy to wczoraj pili z nią pingę? 
Custodio przyjął moje pytanie niechętnie. 
— Tę. Chciał mnie rozzłościć. 
— Przyszedł tylko po to? 

background image

—  Nie.  Powiedział  mi,  że  wakeirzy  zamierzają  porzucić  moją 

fazendę. 

— Czemuż to? — zdziwiłem się. 
— Bo nie wypłacam im pensji! — W głosie fazendera czuć było 

oburzenie. 

— No, to wypłać pan i będzie spokój. 
— Ba, jak raz wypłacę, to będę musiał już zawsze płacić. 
—  Trudno,  senhor  Custodio,  takie  już  ciężkie  czasy  nastały.  Za 

pracę trzeba płacić. 

— Ja wiem, że tam na wschodzie płacą, ale tu u nas nigdy tego 

nie było. Wakeirzy mie-szkają na moim gruncie, uprawiają, co im się 
podoba,  polują,  a  za  te  wszystkie  dobrodziej-stwa  mają  pilnować 
mojego bydła i basta. 

—  Nie  takie  to  wielkie  dobrodziejstwa.  Ładnie  pan  będzie 

wyglądał,  gdy  porzucą  fazen-dę.  Bydło  rozbiegnie  się  po  stepie  i 
nigdy go pan nie zbierze do kupy. 

Custodio zasępił się. 
— A ta pańska partia — rzekł po chwili — ta PSD nie ma na tę 

hołotę  żadnej  rady?  Przecież  to  niebywałe,  abym  płacił  wakeirom 
pensje. 

—  Dlaczego  niebywałe?  A  co  do  PSD,  to  przecież,  u  licha, 

pańska partia, a nie moja — rozgniewałem się. 

— No dobrze, dobrze. Nie dam na nią już ani wentyna. Teraz nie 

mogę odżałować, że zamiast liczyć na tych miastowych nicponiów nie 
rozprawiłem się z Miguelem zaraz po pierwszych buntach. 

Custodio był zdenerwowany i poirytowany. Byłby jeszcze długo 

rozmawiał  o  swoich kłopotach,  gdybym  nie  zauważył,  że  to  dopiero 
dziewiąta  rano  i  gdybyśmy  wyruszyli  zaraz,  moglibyśmy  jeszcze  za 
dnia zrobić spory kawał drogi. 

Wróciliśmy do domu. Trzy juczne muły, Mulatinho i dwóch nie 

zbuntowanych  dotych-czas  wakeirów  Custodia  czekało  gotowych  do 
drogi.  
 
 
 
 

FAZENDA W GOÍASIE 

 

background image

 

Przez kilka rannych godzin jechaliśmy dość wygodną ścieżką, ale 

już po południu znaleźliśmy się na kamienistym, stromym zboczu, na 
którym  nie  sposób  było  utrzymać  się  w  siodle.  Musieliśmy  zsiąść  z 
koni  i  dalej  wspinać  się  pieszo.  Ze  szczytu,  który  Custodio  nazwał 
Pico de Ave Maria, mogliśmy w nagrodę trudów nasycić się pięknym 
choć  surowym  wido-kiem  dziewiczego  kraju.  Mnie  jednak  więcej 
zajęła  obserwacja  stanu  dalszej  części  drogi  aniżeli  podziwianie 
krajobrazu.  Na  szczęście  północne  zbocze  Ave  Marii  różniło  się 
bardzo  od  południowego.  Zamiast  smutnych  osypisk  kamiennych, 
które  właśnie  przebyliśmy,  wi-dniał  przed  nami  piękny  las,  pośród 
którego wiła się zygzakiem czerwona, laterytowa dróżka. 

Na noc zatrzymaliśmy się w obszernej szopie, którą zbudował dla 

podróżnych właści-ciel leżącej w pobliżu fazendy Piteiras. Nie zrobił 

tego oczywiście z miłości bliźniego, lecz z chęci uniknięcia 

uciążliwych, nocnych wizyt przejeżdżających tędy kabokli i 

garimpeirów. Co do mnie, wolałem ulokować się pod gołym niebem, 

gdyż w takim bezpłatnym zajeździe nie trudno było zarazić się jedną z 

licznych chorób skórnych, na które cierpią Goiańczycy. Custodio 

słysząc moje usprawiedliwianie się z niechęci do publicznej szopy 

dodał: 

—  Choroby  skórne  to  nic  takiego,  gorsza  ospa.  Wciąż  się  tu 

pojawia. Zabija całe rodzi-ny. 

Siedzący obok na kupie siodeł jeden z dwu towarzyszących nam 

arreirów odezwał się: 

— Nie tylko całe rodziny, ale i całe miasta. 
— Myślisz o Sertanopolis? — wtrącił Custodio. 
— Tak, wasza wielmożność, o Sertanopolis. Ten cudzoziemiec — 

wskazał  na  mnie  —  pewno  o  nim  nie  słyszał,  ale  pan  może 
zaświadczyć, jak to z tym miastem było. 

— No, opowiedz — zachęcił go fazender. 
— Za cesarskich czasów — podjął skwapliwie zachętę arreiro — 

istniało  o  dwadzieścia  legw  od  Królewskiej  Drogi  miasto 
Sertanopolis.  Założyli  je  bandeiranci  *  z  São  Paulo.  Pobu-dowali 
domy,  ufundowali  kościół  i  urządzili  piękny  ogród  przy  głównym 
placu. Żyli bogato i wygodnie. Ich dzieci żyłyby tak do dzisiaj, gdyby 
pewnego  razu  nie  zjawiło  się  tam  wędro-wne  plemię  indiańskie  i nie 
przywlekło ospy. Może w miesiąc później przybył do Cavalcante jakiś 

background image

kaboklo i opowiedział, że w mieście nie ma już żywej duszy. Wszyscy 
mieszkańcy  zginęli  od  zarazy.  Przez  kilka  lat  nikt  nie  odważył  się 
sprawdzić tej wiadomości. Ospy boimy się tu jak ognia. A tymczasem 
ścieżka  do  Sertanopolis  zarosła  i  później  nikt  już  nie  potrafił  jej 
odnaleźć. Teraz nie wiemy nawet, gdzie się to miasto znajdowało. 

— A może to bajka ta cała historia — wyraziłem wątpliwość. 
—  Bajka?  —  oburzył  się  arreiro.  —  Przecież  w  tamtejszym 

kościele dusze pokutujące dzwonią co rok na Wielkanoc. Już niejeden 
kaboklo to dzwonienie słyszał. 

—  No  dobrze,  dobrze  —  odezwał  się  Custodio.  —  Chodźmy 

spać. 

Prawie  cały  następny  dzień  jechaliśmy  zalesionym  wyżem, 

przebywając  w  bród  liczne  strumienie,  spływające  stąd  do  rzeki 
Sant'Anny.  Wiały  wiatry  i  jak  na  Centralną  Brazylię  było  dość 
chłodno.  Prawdziwą  niespodziankę  jednak  sprawił  nam,  a  właściwie 
tylko  mnie,  gdyż  Custodio  był  dobrze  obznajmiony  z  tutejszym 
klimatem,  nocny  chłód  na  drugim  noclegu.  Rano,  jeszcze  przed 
świtem,  zbudziłem  się  tam  przemarznięty  do  kości.  Wszyscy  moi 
towa-rzysze  już  nie  spali,  tylko  kulili  się  przy  rozpalonym  ognisku, 
szczękając  zębami.  Nie  mogło  być  więcej,  jak  10—12  stopni  ciepła. 
Nic  dziwnego,  że  tutejszą  okolicę  nazywają  Sitio  Frio  (Zimny 
Folwark). 

Do rzeki São Felix przybyliśmy koło południa. Płynęła przez las, 

szczelnie  wypełniają-cy  jej  dolinę  i  wylewający  się  z  niej  szeroko. 
Nad nią, w pobliżu Królewskiej Drogi, usadowił się właśnie Custodio. 

Zabudowania  fazendy  wznosiły  się  przy  ujściu  małego 

strumienia, przecinającego ciąg-nący się po grzbietach wzgórz zielony 
step parkowy. Dwór mało przypominał szlacheckie domy wiejskie w 
Europie.  Był  to  obszerny,  kwadratowy  budynek  z  nie  obrobionych 
kamieni,  pokryty  czerwoną  dachówką  o  staroświeckim,  półkolistym 
kształcie. Ze wszystkich stron otaczały go szerokie, cieniste werandy 
o drewnianych rzeźbionych poręczach. Zamiast okien miał okiennice, 
zamykane  na  noc  z  obawy  przed  wampirami.  W  porównaniu  do 
luksusowych  fazend  na  wschodzie  kraju,  do  pałacowych  budynków, 
ogrodów,  trawników,  kwiatów,  ta  ich  uboga  siostrzyca  była 
kopciuszkiem, ale właściciel tego kopciuszka miał ostre zęby. 

W  odległości  dwustu  metrów  od  dworu  widniało  kilkanaście 

przycupniętych  pod  lasem  bud  z  taipy  i  liści  palmowych.  Były  to 

background image

„domy”  służby  folwarcznej.  Między  nimi  zielenił  się  czarodziejski  
gaj    tropikalnych    krzewów,    który  z  daleka  przypominał  fragment 
pięknego pa- 
 

*  BANDEIRANTE  —  należący  do  bandery  (chorągwi)  udający 

się na zdobywczą wyprawę w głąb nieznanych terytoriów. 
rku,  ale  który  w  rzeczywistości  był  śmierdzącą  kloaką.  Zaduch  z 
ludzkich  i  świńskich  odcho-dów,  zalegający  pod  szerokimi, 
strzegącymi  od  przewiewu  liśćmi  bananowymi,  czynił  pobyt  w  jego 
obrębie nieznośnym. 

Już  w  pobliżu  swej  siedziby  Custodio  dobył  rewolweru  i  oddał 

trzy strzały. Jakby echo doszedł naszych uszu psi jazgot. Wydało mi 
się,  że  to  co  najmniej  setka  psów  szczeka,  piszczy  i  wyje.  W  kilka 
minut  później  nadbiegła  ich  cała  zgraja  i  zaczęła  podskakiwać  ku 
jeźdźcom  i  merdać  ogonami.  Ale  do  mnie  zbliżały  się  nieufnie, 
warcząc.  Za  nimi  nadbiegło  kilkoro  prawie  białych  dzieci  i 
kilkanaścioro kolorowych. Białe chwytały Custodia za nogi, składały 
ręce  i  mówiły:  „Pobłogosław  mnie,  ojcze!”  Kolorowe  przewracały 
lśniące białka oczu i nieśmiało trzymały się z daleka od pana. 

Przed  werandą  biegało  gorączkowo  kilkunastu  peonów,  bosych, 

ale 

zawadiacko 

pod-dartych 

skórzanych 

kapeluszach. 

Przytrzymywali  nam  strzemiona,  odbierali  uzdy,  odprowa-dzali 
wierzchowce,  zdejmowali  juki.  Ale  żaden  nie  zapomniał  przywitać 
pana.  A  pan  tymcza-sem  nic  nie  mówiąc  skierował  się  do  werandy, 
gdzie przy drzwiach stała dona Quiteria, jego czcigodna małżonka. 

— Que Deus seja louvado! — powiedział.  
Dona Quiteria objęła męża  wpół, poklepała po  plecach, po czym 

pokornie  pocałowała  go  w  rękę.  Była  to  chuda,  może 
czterdziestoletnia  kobieta,  o  wielkich  czarnych  oczach,  delikatnych 
rysach  i  śladach  wielkiej  urody.  Tak,  o  śladach...  W  dzikim  kraju 
młodość kobiet ucieka szybko, o wiele szybciej niż w miastach. Dona 
Quiteria,  w  której  ogień  na  pewno  jeszcze  nie  wygasł,  stała  już  u 
progu starości. 

Po  złożeniu  rzeczy  w  obszernej  izbie  znalazłem  się  przy  stole 

gospodarza,  przy  obie-dzie.  Siedziała  przy  nim  oprócz  mnie  sama 
tylko  rodzina:  Custodio  z  żoną  i  dziesięciorgiem  dzieci  w  wieku  od 
siedmiu do osiemnastu lat. 

Po  obiedzie  usadowili  się  wszyscy  na  werandzie.  Zjawił  się  też 

background image

capataz  —  żylasty  Metys  z  harapem ze  srebrnym  uchwytem  w  ręku. 
Mimo woli wysłuchałem jego sprawozda-nia. Żalił się na peonów, że 
opieszale  pracują,  że  nie  ma  sposobu  wypędzić  ich  w  step,  aby 
sprawdzili,  czy  jakieś  sztuki  bydła  nie  oddaliły  się  od  stada.  Żadnej 
powinności nie chcą dopełniać. Nawet ryb nie przynoszą do dworu. 

— Nic, wasza wielmożność, tylko wciąż mówią o tych sobotach, 

o zapłacie. Ten psi tyłek, Miguel, nabił im głowę różnymi nowinkami 
i teraz odgrażają się, że zostawią kobiety, a sami pójdą do miasta. 

—  Pójdą  do  miasta!  —  krzyknął  Custodio.  —  Jeśli  odważą  się 

odejść, wyrzucę ich kobiety z domów, nawet jednego dnia nie będę z 
tym zwlekał. 

—  Meu  marido,  mój  mężu  —  wtrąciła  się  dona  Quiteria  —  nie 

denerwuj się. Oni nigdzie nie pójdą, żony im nie pozwolą. 

Byłem gościem, nie wypadało mi wtrącać się w sprawy fazendy. 

Leżałem milcząc w zawieszonym na drugim końcu werandy hamaku i 
oddawałem  się  sjeście,  a  raczej  dumaniom.  „Gdzież  to  mnie  bogi 
zaniosły?  Na  sam  kraniec  cywilizacji  a  przecież,  patrzcie,  te  same 
spra-wy,  co  w  wielkich  miastach,  kłębią  się  tutaj.  Zacofany  i ciemny 
właściciel  wyzyskuje  równie  ciemnych  robotników.  Sceneria  tylko 
inna — tragedia ta sama”. 

Nie  miałem  zamiaru  nadużywać  gościnności  Custodia,  ale  też  i 

żadnej daty odjazdu ustalić nie mogłem. Moja dalsza podróż zależała 
od okazji. Zjawi się jakaś karawana wcze-śniej — pojadę wcześniej; 
nie  zjawi  się  —  poczekam.  Czas,  który  wlókł  się  leniwie,  poświę-
ciłem na przyjrzenie się fazendzie.  

Te  tysiąc  ogonów,  o  których  mówił  Custodio  jeszcze  w 

Cavalcante,  pasło  się  daleko  w  stepie;  w  pobliżu  zabudowań kręciły 
się  tylko  kozy,  świnie  i  nieliczne  krowy.  Te  ostatnie  trzymano  w 
obejściu  tylko  przez  krótki  czas  po  ocieleniu.  Później  wypędzano  je 
wraz z ciela-kami w step, gdzie stada wypasały się przez okrągły rok. 
Dochód  fazendera  to  przychówek,  a  nie  mleko  i  masło.  Nawiasem 
mówiąc,  masła  w  oddalonych  stronach  Centralnej  Brazylii  nikt  nie 
wyrabia. Do smażenia potraw i do omasty używa się smalcu, słoniny i 
oleju  palmowego.  Bydło  pasie  się  w  stepie  bez  dozoru.  Ma  ono 
zwyczaj  trzymania  się  określonych  terenów  i  bardzo  rzadko  okazuje 
chętkę do dalszych wędrówek. Prawdopodobnie kieruje nim lęk przed 
utratą wodopoju i miejsca, gdzie fazender rozsypuje od czasu do czasu 
sól.  Zwykle  raz  na  rok  lub  na  dwa  lata  zapędza  się  część  stada  do 

background image

curralu,  czyli  obszernej  zagrody,  gdzie  podrosłe  sztuki  stempluje  się 
rozpalonym  żelazem  i  oddziela  od  tych,  które  mają  być  sprzedane. 
Transport złożony niekiedy z kilkuset wołów pędzą wakeirzy do São 
João  da  Aliança,  a  gdy  tam  zabraknie  nabywców,  prowadzą  je  dalej, 
aż  do  Corumbá  de  Goías,  gdzie  ustalił  się  wielki  targ  na  bydło.  Tej 
olbrzymiej  przestrzeni  nie  pokonują  jednym  tchem.  Po  przebyciu 
trzystu  —  czterystu  kilometrów  urządzają  popas,  trwający  kilka 
miesięcy.  Wakeirzy  z  fazendy  Custodia  rzadko  wracali  z  takiej 
wyprawy  wcześniej  jak  po  roku.  Wierzyć  się  nie  chce,  że  tropeiro, 
czyli  odpowiedzialny  za  całość  stada  otrzymuje  jako  zapłatę  za  tę 
długą  wędrówkę  równo-wartość  trzydziestu  dolarów,  a  jego 
pomocnicy  —  po  dwadzieścia.  Do  tego  żebraczego  wyna-grodzenia 
dochodzą  jeszcze  wpłacane  przez  nabywców  dobrowolne  napiwki, 
bez 

których 

wakeirzy 

nie 

mogliby 

właściwie 

opędzić 

najkonieczniejszych wydatków w podróży. 

W  fazendach  położonych  bliżej  dróg  żelaznych  i  tak  zwanych 

dróg kołowych zjawiają się niekiedy handlarze, którzy nabywają woły 
na  miejscu  i  sami  biorą  na  siebie  ich  transport.  Do  Custodia  jednak 
nigdy jeszcze taki kupiec nie dotarł. 

Z  powodu  trudności  wywozowych  fazenda  nie  prowadziła  na 

większą skalę hodowli świń. Te pozornie głupie zwierzęta znalazłszy 
się na leśnej ścieżce rozpierzchają się po gęstwinach i nie ma sposobu 
na odszukanie ich i zebranie ponownie w stado. Inna rzecz, że później 
stają  się  łupem  jaguarów,  ocelotów,  a  nawet  tchórzliwych 
amerykańskich wilków-guarów, ale przestrzec ich przed tym przecież 
nie  sposób.  Nie  mogąc  świń  wywozić,  konsu-mowano  je  z 
konieczności  na  miejscu.  Ich  hodowlą  była  zainteresowana  przede 
wszystkim na pół niewolnicza służba rolna oraz rozproszeni po lasach 
kabokle,  którzy  dzięki  oddaleniu  od  fazend  zachowali  jaką  taką 
niezależność. Świnie, w przeciwieństwie do bydła, utrzymywano przy 
domach,  w  nie  zaopatrzonych  w  dach  chlewach  z  dylów.  Chociaż 
mięso  świńskie,  zwy-kle  przeżarte  przez  różne  pasożyty,  nie  jest  w 
gorących  krajach  odpowiednim  pożywieniem  dla  ludzi,  niemniej 
jednak jego konsumpcja w Brazylii jest ogromna. 

Prawdziwym  dobrodziejstwem  zarówno  dla  najbogatszych 

fazenderów, jak i najbie-dniejszych kabokli są w Goíasie kury. Plenią 
się  przez  cały  rok  i  nie  wymagają  żadnych  sta-rań.  Czasem  tylko 
spada  na nie  jak  grom  jakaś  zaraza  i  wyniszcza  do  nogi.  Ale  zarazy 

background image

zdarza-ją się rzadko. Ptaki żyją w pobliżu zabudowań na wolności, a 
noce  spędzają  na  gałęziach  drzew.  Podobnie  jak  bydłu  i  kozom 
hodowca  nie  daje  im  jeść.  Muszą  być  na  własnym  utrzy-maniu,  ale 
dają sobie z tym jakoś nieźle radę. 

Rolnictwo jest na dalszym planie zainteresowań. Ani fazenderzy, 

ani  kabokle  nie  upra-wiają  zbóż.  Sadzą  jedynie  kukurydzę,  maniok  i 
fasolę. Kukurydza daje tutaj dobre plony i właściwie nie są znane jej 
nieurodzaje.  Wystarczy  zrobić  drewnianym  kołkiem  dziurę  w  ziemi, 
wetknąć  w  nią  ziarno  i  zaklepać,  aby  we  właściwym  czasie  zebrać 
obfity  plon.  Maniok,  zastępujący  Goiańczykom  chleb  i  kartofle,  jest 
miejscowego pochodzenia, nie wymaga jakiejś specjalnej gleby i jego 
urodzajowi  mogą  zaszkodzić  jedynie  przedłużające  się  susze,  które 
zresztą  zdarzają  się  tu  rzadko.  Zasadzony  podobnie  jak  kartofel 
wydaje maniok kilka dużych kłączy, ważących do kilku kilogramów. 
Przygotowując z nich potrawę trzeba pamiętać, aby pierwszą wodę po 
przegotowaniu  wylać,  gdyż  zawiera  nieznaczną  wprawdzie  ilość 
kwasu  pruskiego,  ale  wystarczającą,  aby  zdrowiu  człowieka 
zaszkodzić. Kabokle przyrządzają z manioku także rodzaj kaszy, którą 
jadają  na  surowo,  zmieszaną  z  gotowaną  czarną  fasolą.  Kasza  z 
kukurydzy, kasza z manioku (farinha de mandioca), fasola i ryż — to 
są  najpospo-litsze,  a  właściwie  jedyne  oprócz  mięsa  potrawy 
Brazylijczyków w Centralnej Brazylii. 

Do  najpowszechniej  uprawianych  krzewów  owocowych  należą 

bananowce.  Nie  ma  bodaj  ani  jednej  chaty  w  Goíasie  nie  ocienionej 
gajem  tej  nadzwyczaj  pożytecznej,  a  jedno-cześnie  wysoce 
ornamentacyjnej rośliny. Istnieje wiele ich odmian. Owoce jednych je 
się  na  surowo,  innych  —  smażone  na  maśle,  a  jeszcze  innych  — 
gotowane w łupinie. 

Bardzo rozpowszechnione jest również krajowe drzewo owocowe 

pitangueira,  dające  rodzaj  śliweczek  o  dużej  pestce,  ulubiony 
przysmak  Brazylijczyków.  Mangi,  abakaty,  sapoty,  fruta  de  conde  i 
ananasy  udają  się  tutaj  doskonale,  ale  kabokle  mało  o  nie  dbają. 
Świadomość  o  dobroczynnym  dla  organizmu  ludzkiego  działaniu 
witamin jeszcze do nich nie dotarła. 

Wysłuchując  mimo  woli  różnych  sprawozdań  capataza 

usłyszałem  pewnego  dnia,  że  na  fazendzie  przebywa  dwóch 
garimpeirów z kobietami i że szykują do drogi dużą łódź. 

— Chcą spłynąć rzeką Sao Felix do Tocantinsu — dodał. 

background image

Bardzo  mnie  ta  wiadomość  zainteresowała.  „Może  lepiej  — 

pomyślałem  —  zamiast  wlec  się  lądem  do  Peixe  przyłączyć  się  do 
nich?...” Moim ostatecznym celem był niewielki dopływ Tocantinsu i 
przedostanie się do niego na przełaj  dałoby mi znaczną oszczędność 
czasu.  Custodiowi  ten  projekt  wydał  się  zbyt  fantastyczny,  ale 
ponieważ  mój  los  niewiele  go  obchodził,  pokiwał  tylko  głową  i 
wzruszył ramionami. 

Garimpeirów  znalazłem  nad  rzeką.  Byli  to  jeszcze  młodzi, 

najwyżej  czterdziestoletni  Metysi  o  bardzo  ciemnej  cerze,  płytkim 
spojrzeniu i  powolnych  ruchach.  Ich  chudość  nasu-wała  myśl,  że  nie 
żyli  w  przesadnym  dobrobycie,  a  powściągliwe  zachowanie  się  w 
stosunku do mnie, że nie przywykli  do obcowania z ludźmi z miast. 
Mieszkali  w  prymitywnym  szałasie,  który  zbudowali  sobie  do 
ochrony  przed  deszczem  i  wiatrem.  Przy  rozpalonym  obok  ognisku 
krzątały  się  dwie  młode,  szczupłe  kobiety,  dość  przystojne  i  w 
przeciwieństwie do swoich mężów  — ruchliwe i zagadująсе. Sądząc 
po  rysach  mogłyby  to  być  Mulatki,  ale  licho  wie,  czy  oprócz  krwi 
murzyńskiej  nie  miały  również  indiańskiej.  W  tym  zabitym  deskami 
od świata kraju ludność tak się wymieszała, że nikt nie jest w stanie z 
całą pewnością określić, kto do jakiej rasy należy. Może to i lepiej. 

Obaj  mężczyźni  zajęci  byli  smołowaniem  łodzi.  Z  dużego 

glinianego  garnka  nabierali  drewnianą  kopyścią  smołę  i  starannie 
zatykali nią szpary. Łódź była wprawdzie  wydłubana z jednego pnia 
drzewa,  ale  była  już  stara  i  nieco  wskutek  długiego  używania 
nadpsuta. 

Na  mój  widok  garimpeirzy  przerwali  pracę  i  zdjęli  swoje 

skórzane kapelusze. Kobiety odeszły od ogniska, gdzie coś pitrasiły, i 
schroniły się w szałasie. 

— Szykujecie łódź? — zagadnąłem. 
— Tak, wasza wielmożność, szykujemy. 
— Spłyniecie do Tocantinsu? 
— Si, Deus quiser
— To długa i niebezpieczna droga. 
— Tak, ale my ją znamy. Przejeżdżaliśmy tamtędy przed dwoma 

laty. 

— Będziecie szukali diamentów? 
— Nam, proszę waszej wielmożności, wszystko jedno. Mogą być 

diamenty, może być złoto. 

background image

Gdy  powiedziałem,  że  mam  ochotę  udać  się  z  nimi  aż  do 

Tocantinsu, spojrzeli na mnie przestraszeni, ale nie potrafili mi nawet 
odradzać. Kiwali tylko głowami i powtarzali w kółko: — Sim senhor, 
sim senhor!
 

Obejrzałem  łódź.  Miała  około  siedmiu  metrów  długości  i 

pośrodku co najmniej metr szerokości. Wydało mi się, że z łatwością 
uniesie poza garimpeirami również mnie i Mula-tinha, ale garimpeirzy 
byli  innego  zdania.  Jednego  człowieka  więcej,  to  tak,  uniesie,  ale 
dwóch  —  nie.  Przyszło  mi  wtedy  na  myśl,  że  w  podróży  rzekami 
Mulatinho nie byłby mi potrzebny. 

Mógłbym odesłać go do Anapolis, skąd wróciłby koleją do Belo 

Horizonte. 

—  Gdybyście  —  powiedziałem  —  zabrali  mnie  z  sobą,  to 

zaopatrzyłbym was wszy-stkich w słoninę, fiżon, ryż i sól. 

Na  dźwięk  wypowiedzianych  przeze  mnie  słów:  słonina,  fiżon, 

ryż  i  sól  z  szałasu  wysunęły  się  obie  kobiety  i  jak  na  komendę 
zawołały:  

— Muito bem! 
Oczywiście cały czas podsłuchiwały w ukryciu, lecz perspektywa 

dalszej podróży z pełną spiżarnią musiała je tak podniecić, że nie były 
w stanie pozostać dłużej poza toczącymi się pertraktacjami. 

Chudsza z nich, o wielkiej szopie czarnych włosów, nieporządnie 

ułożonych  na  głowie,  schwyciła  za  ramię  jednego  z  Metysów, 
zapewne swego męża, i gorączkowo zaczęła mu coś szeptać do ucha. 

Narady  między  tym  czworgiem  trwały  chyba  z  godzinę,  ale 

wreszcie  zakończyły  się  dla  mnie  pomyślnie.  Metysi  zgodzili  się 
zawieźć  mnie  do  pewnego  znanego  im  arraialu  nad  Tocantinsem, 
gdzie znalezienie towarzyszy do dalszej drogi będzie łatwe. 

— Żywność to wasza wielmożność zakupi zapewne u Custodia? 

—  wtrąciła  się  kobieta  z  szopą  czarnych  włosów.  —  Dona  Quiteria 
ma duże zapasy. 

Dla  obu  kobiet  kwestia  prowiantów  była  najważniejsza.  Gdy 

ustalałem, że ich mężowie mają prowadzić łódź bez mojej pomocy, a 
wszystkie  czynności  gospodarcze  będą  wykonywa-ły  one  —  kiwały 
głowami bez wahania, gdy jednak zaczęło się wyliczanie ilości ryżu, 
słoni-ny,  fiżonu  i  mięsa  —  z  reguły  protestowały.  Ile  bym  nie 
wyznaczył, mówiły z przejęciem: „Mało”. 

—  Macie  bardzo  zapobiegliwe  żony  —  zwróciłem  się  do 

background image

Metysów.  —  Gdyby  mogły  zmieścić  w  łodzi,  zabrałyby  chyba  całą 
spiżarnię dony Quiterii. 

Metysi  spojrzeli  po  sobie  i  na  ich  pochmurnych  twarzach 

wykwitło coś w rodzaju uśmiechu. 

— Hm! — mruknął jeden z nich. — Żony... 
— To są damy — szybko dorzucił drugi. 
Nie zwróciłem na razie uwagi na te słowa. 
—  Wrócę  tu  do  was  jutro  —  powiedziałem  i  pożegnawszy  się 

rozpocząłem mozolne wdrapywanie się na stromy brzeg, na którym o 
kilkaset  metrów  od  lustra  wody  leżała  niewi-doczna  stąd  fazenda 
Custodia. 

Ku  swemu  zdziwieniu  zastałem  we  dworze  gościa.  Był  nim 

jeszcze  dość  młody  czło-wiek,  o  jasnej  czuprynie,  płowych  oczach  i 
jakby wypłowiałej cerze. 

— To jest mister John Adams, Amerykanin — przedstawił mi go 

Custodio. 

— Ksiądz-adwentysta — uzupełnił przybysz. 
Wiedziałem,  że  różne  sekty  amerykańskie  rozsyłają  misjonarzy 

po całym świecie, toteż nie zdziwiła mnie obecność tej bądź co bądź 
egzotycznej  tutaj  figury.  Nie  chcę  niczego  suge-rować,  ale  im  rejon 
pod względem geologicznym ciekawszy, tym przedstawicieli różnych 
amerykańskich  Kościołów  w  nim  więcej.  Złośliwi  doszukują  się  w 
tym  jakiegoś  związku.  W  każdym  razie  spotyka  się  ich  w  Brazylii 
bardzo  często,  i  to  niekiedy  w  najbardziej  nawet  nieoczekiwanych 
miejscach. W Goíasie konkurują skutecznie z księżmi katolickimi. W 
wielu miasteczkach można łatwiej spotkać osiadłego na stałe pastora 
aniżeli księdza. W takim na przykład Cavalcante ksiądz nie zjawia się 
częściej aniżeli raz na trzy lub cztery lata. Każda jego wizyta staje się 
okazją  do  masowych  chrzcin,  spowiedzi  i  ślubów.  Są  to  oczywiście 
tylko obrzędy prywatno-religijne, gdyż w Brazylii istnieje już przeszło 
od  pół  wieku  rozdział  Ko-ścioła  od  państwa  i  rejestrację  ruchu 
ludności  prowadzą  urzędy  stanu  cywilnego,  a  nie  księża.  Ponieważ 
jednak  te  urzędy  są  również  bardzo  nieliczne,  ludność  przywykła 
lekceważyć  stro-nę  prawną  zmian  stanu  cywilnego.  Sprawia  to,  że  z 
naszego,  europejskiego  punktu  widzenia  większość  tamtejszych  par 
małżeńskich  żyje  „na  wiarę”.  Na  ogół  ma  to  mały  wpływ  na  nie-
stałość takich związków, gdyż w Centralnej Brazylii kobiet jest mniej 
od mężczyzn i wskutek tego mężczyźni nie mogą być zbyt grymaśni. 

background image

Kaboklo,  porzuciwszy  żonę,  miałby  mało  szans  na  znalezienie 
drugiej. Kobiety, które, jak wiadomo, lubią ceremonię ślubną, chętnie 
godzą  się  na  odbycie  jej  w  braku  księdza  przed  duchownym 
protestanckim.  Hierarchia  katolicka  piętnuje  te  odstępstwa,  ale 
znajduje  to  słabe  echo  wśród  ludności  przywykłej  do  tolerancji  nie 
tylko rasowej, ale i religijnej. 

— Skądże się tu ksiądz znalazł, na tym odludziu? — zapytałem. 
—  Wracam  z  jeszcze  większego  odludzia.  Z  wyspy  Bananal  *. 

Nawracałem tam Indian. 

Amerykanin  był  rozmowny.  Z  zapałem  godniejszym  lepszej 

sprawy  opowiadał  o  swo-ich  sukcesach  pośród  Karażów  i  o 
sposobach,  jakich  używał,  aby  skłonić  ich  do  brania  udzia-łu  w 
nabożeństwach. 

—  Najtrudniej  było  —  mówił  —  oduczyć  tych  dzikusów  od 

spania  w  czasie  głoszenia  słowa  bożego.  Przyznam  się  panu,  że 
niekiedy aż mi ręce opadały. Co zacznę mówić, szelmy wyciągają się 
na ziemi i chrapią. Dałem pajému tersado, aby zakazał im tego spania, 
ale  cóż?  On  swoje,  oni  swoje.  Bardzo  zatwardziali  poganie  ci 
Karażowie.  Nic  tylko  Mapinguari  i  Mapinguari.  Boją  się  go  więcej 
aniżeli naszego chrześcijańskiego Boga.  

— To niesłychane — wtrąciłem. 
— Nnno... — stropił się pastor. — Naszego Boga trzeba kochać. 
— Oczywiście! Ale niech mi ksiądz jeszcze powie, kto to łoży na 

to nawracanie Indian. Chyba nie oni sami? 

—  Skąd  oni  sami  —  roześmiał  się.  —  Na  moje  potrzeby  daje 

pieniądze koło przyjaciół z Dallas. 

— Z Teksasu? 
—  Tak.  Środków  nie  brakuje.  Może  i  tutaj  uda  mi  się  założyć 

dom boży. 

— Powodzenia, mister Adams. 
Księżulek  wziął  się  do  roboty  żwawo.  Kupił  od  Custodia  starą 

szopę,  osadził  na  niej  spory  krzyż  i  ogłosił,  że  będzie  rozdawał 
lekarstwa. Wakeirzy stawili się jak jeden mąż. Nic tych mieszkańców 
pustkowi  tak  nie  gnębi  jak  rozliczne  choroby,  a  przede  wszystkim 
brak właśnie lekarstw. Najbliższa apteka znajdowała się w Cavalcante 
i  aby  coś  w  niej  kupić,  trzeba  było  odbyć  co  najmniej  tygodniową 
podróż.  Rozdawnictwo  poprzedziła  dwugodzinna  nauka.  Wakeirzy 
słuchali  cierpliwie,  a  zauważywszy,  że  ksiądz  wydawał  podwójne 

background image

porcje  antymalarycznej  atebriny  tym  wszystkim,  którzy  oświadczyli, 
że są adwentystami, zaczęli ustawiać się w kolejce do zapisywania się 
na  wyznawców  tego  kościoła.  Ksiądz  skwapliwie  zapisywał  ich 
imiona,  nazwiska  i  stan  cywilny.  Kto  nie  miał  za  sobą  ceremonii 
ślubnej, dosta-wał napomnienie, aby w najbliższych dniach zgłosił się 
do  kaplicy,  czyli  szopy  Custodia,  i  dopełnił  tego  obowiązku. 
Wprawiło  to  wszystkie  kobiety  w  stan  wielkiego  podniecenia.  Ani 
jedna nie chciała stracić okazji ukazania się sąsiadkom w  charakterze 
panny młodej. Parafia adwentystów  rosła  w oczach, a ksiądz Adams 
zapisywał  w  prowadzonym  porządnie  dzienni-ku  całe  strony  o  tych 
budujących  zdarzeniach  nad  rzeką  São  Felix,  toczącą  swe  wody  do 
wielkiego Tocantinsu. 

Dona  Quiteria  skwapliwie  zgodziła  się  na  odstąpienie  zapasów 

żywności,  już  z  góry  przeznaczając  uzyskany  dochód  na  wyjazd  z 
najstarszą córką do Cavalcante. 

Metysi przenieśli zakupiony prowiant do łodzi i  ulokowali go  w 

uprzednio przygotowa-nych skrzynkach uszczelnionych smołą. 

Mulatinho  trochę  się  na  mnie  boczył  za  odesłanie  go  do  Belo 

Horizonte, ale w gruncie rzeczy był zadowolony. Przyzwyczajony do 
otwartych  przestrzeni  w  Minas  Gerais,  czuł  wo-bec  nieprzebytych 
leśnych ostępów w Goías lęk. Nie przyznawał się do tego, ale wyraz 
jego oczu potwierdzał moje przypuszczenia. 

W  dzień  odjazdu  zbudziły  mnie  jakieś  podniesione  głosy, 

dochodzące z podwórza sprzed werandy. Ubrałem się pośpiesznie już 
jak do podróży, a więc w lekkie spodnie z brimu, skórzany  kapelusz  i  
buty  z  krótką  cholewą. Tak  przystrojony  wyszedłem na drugą  
 

* WYSPA BANANAL — tworzą ją dwa ramiona rzeki Araguai. 

Od  zachodu  graniczy  ze  stanem  Mato  Grosso.  Jest  to  obok  wyspy 
Marajó,  leżącej  w  ujściu  Amazonki,  jedna  z  największych  wysp 
rzecznych (11620 km²). Zamieszkują ją Indianie-Karażowie, należący 
do grupy etnicznej Nuaruaque. 
stronę  domu.  Wszystkie  rzeczy  odesłałem  już  poprzedniego  dnia  na 
łódź i teraz wypadało mi tylko pożegnać się z gospodarzami. 

Custodia znalazłem na tylnej werandzie w towarzystwie capataza 

i  jego  syna,  Filomena.  Coś  żywo  przemawiał  do  zgromadzonych  na 
dziedzińcu kilkunastu mężczyzn. 

— ...nigdy tego na naszej fazendzie — dosłyszałem jego słowa — 

background image

nie bywało. Ani za mego ojca, ani za moich rządów. 

„Aha  —  pomyślałem  —  dzisiaj  sobota  i  ten drań  znowu  im  nie 

płaci”. 

Dopiero po dłuższym milczeniu ktoś z tłumu krzyknął: 
— Płać, wasza wielmożność, bo inaczej rozpędzimy ci bydło po 

całym stepie. 

—  Nie  ważcie  się  tego  uczynić!  —  odkrzyknął  im  capataz.  — 

Spalimy wam chaty. 

—  Milcz,  ty  pański  baranie  —  zmitygował  go  tęgi  wakeiro  o 

pięściach jak bochny. 

Custodio siedział na hamaku. Przy pasie miał  rewolwer, karabin 

oparł o kolano. Milczał, ale widać było, że narasta w nim wściekłość. 
Co  chwilę  targał  swój  nieporządny  zarost  i  gestykulował  rękami, 
jakby  z  kimś  dyskutował.  Trudno  było  w  takiej  chwili  wystąpić  z 
pożegnaniem. 

— Znowu ma pan kłopot — zagadnąłem. 
— Komuniści!... — wycharczał. 
— Wątpię, czy to komuniści. Po prostu chcą, aby im pan płacił za 

pracę. Przecież nawet Getulio Vargas wyznaczył minimalne płace. O 
nim pan chyba nie powie, że to komunista. 

—  Nie.  Ale  jego  dekrety  nie  dotyczą  robotników  rolnych,  nie 

chronią ich. 

Niestety, musiałem mu co do tego przyznać rację. 
— No, tak, ale przecież, u licha, nikt teraz, gdy kraj ma już jakieś 

prawa, nie będzie pracował dla pana za darmo. 

— Nie za darmo — powiedział i powtórzył swoje racje. 
Kabokle  przysłuchiwali  się  mojej  rozmowie  z  Custodiem  i 

widocznie  spodziewali  się  po  niej  jakiegoś  korzystnego  dla  siebie 
rezultatu, gdyż przycichli i nawet nie obrzucali obel-gami capataza, z 
którym na pewno mieli na pieńku. 

Znalazłem się w nieprzyjemnej sytuacji. Było mi żal wakeirów i 

byłbym  bardzo  rad,  gdyby  udało  mi  się  zmiękczyć  sumienie 
fazendera. Był to jednak uparciuch i skąpiec, absolu-tnie nieczuły na 
wszystkie moje argumenty. W końcu, zniecierpliwiony, powiedziałem 
ostro: 

— Nie ma pan racji. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby wakeirzy 

przetrzepali panu skórę, a bydło rozpędzili. 

Custodio aż poszarzał ze złości. 

background image

—  Tego  jeszcze  brakowało,  aby  cudzoziemcy  mieszali  się  do 

naszych spraw! — krzy-knął. — Nic tu pan nie ma do gadania. 

Nieoczekiwanie stanął w mojej obronie arreiro, który towarzyszył 

nam w drodze z Cavalcante. 

—  Cudzoziemiec  czy  nie  cudzoziemiec  —  rzekł  —  ale  mówi 

sprawiedliwie. 

Inni poparli go i na dziedzińcu zapanowała wrzawa. Obie strony 

były  uzbrojone.  Wpra-wdzie  fazender  z  domownikami  i  capatazem 
mieli  lepszą  broń,  ale  za  to  wakeirzy  celniej  strzelali.  Ich 
staroświeckie  dwururne  pistolety  nie  niosły  daleko,  ale  rzadko 
zawodziły. 

„A  to  dopiero  licho!  —  pomyślałem.  —  Przed  samym  moim 

odjazdem gotowa tu wybu-chnąć nieprzyjemna awantura”. 

Custodio  ani  myślał  ustąpić,  kabokle  też  wydawali  się 

zdecydowani  na  wszystko.  Nie  można  było  jednak  powiedzieć  tego 
samego  o  ich  żonach.  Rację  miała  w  rezultacie  dona  Quiteria, 
pocieszając przed kilku dniami swego męża: żony nie pozwolą. 

Zebrała się ich spora gromadka i każda ciągnęła męża do domu. 

Bardziej  praktyczne,  łatwiej  wyobrażały  sobie  nieszczęście,  jakim 
byłoby dla nich spalenie chat, a zapewne i zbio-rów na pniu. Napięcie 
zaczęło opadać, a gdy sprytny capataz oświadczył, że pan namyśli się, 
co  z  całą  sprawą  zrobić,  opadło  zupełnie.  Dobroduszni  w  gruncie 
rzeczy  kabokle  stają  się  niebezpieczni  tylko  wtedy,  gdy  obrazić  ich 
poczucie godności osobistej, wrodzoną dumę. Pieniądze cenią o wiele 
niżej. 

Doskonale  wiedział  o  tym  Custodio  i  przez  cały  czas  pilnie 

uważał,  aby  swoich  wrażli-wych  nieomal-pańszczyźniaków  nie 
obrazić jakimś nieoględnym słowem czy też porówna-niem. 

Widząc,  że  dziedziniec  opróżnia  się,  uznałem  chwilę  za 

odpowiednią  do pożegnania  się  z  rodziną  Custodia  i  opuszczenia  tej 
trochę niespokojnej fazendy. Muszę przyznać, że rozsta-nie wypadło 
chłodno.  Jego  temperatura  podniosła  się  nieco,  gdy  wyciągnąłem 
portfel i szczo-drze opłaciłem wszystko, co opłacić należało. Custodio 
widząc, jak dona Quiteria chowa pieniądze do fartucha, udobruchał się 
i  nawet  wycedził  przez  zęby  zaproszenie,  gdyby  droga  powrotna 
wypadła mi w pobliżu jego fazendy. 

Opuszczając  stary,  feudalny  dwór,  rozmyślałem  o  tym,  iż 

niezależnie od tego, że nigdy już w życiu w te strony nie powrócę, to 

background image

jednak sprawy, których ułamek rozgrywał się tutaj w mojej obecności, 
będą toczyły się dalej. Podróż pociągnie mnie gdzie indziej, spotkam 
innych  ludzi,  zajętych  innymi  problemami,  ale  to,  co  pozostawię  za 
sobą,  nie  zniknie.  Dwa  światy:  fazenda  i  wakeirzy  —  będą  dalej 
spoglądały na siebie wrogo, niechętnie. 

Łódź  była  już  gotowa  do  drogi.  Ostatnią  czynnością  Metysów 

było  osadzenie  na  dziobie  niezdarnie  wystruganej  z  drzewa  głowy 
wodnej rusałki. 

Usadowiłem się na środkowej ławce i oparłszy nogi o drewnianą 

bateię,  czyli  rodzaj  płytkiej  miski  służącej  do  wymywania  z  mułu  i 
piasku złota, dałem hasło do odjazdu. 

Rzeka,  nie  szersza  w  tym  miejscu  niż  na  kilkanaście  metrów, 

szumiała  przyjaźnie  i  nic  nie  wskazywało,  aby  miała  nam  sprawić 
jakieś niespodzianki. 
 
 
 
 

QUILOMBO 

 
 

São  Felix  jest  dopływem  Tocantinsu,  Tocantins  po  przebyciu 

żmudnej,  przeszło  dwuty-sięcznokilometrowej  drogi  wpada  do 
Amazonki.  W  górnym  biegu  São  Felix  płynie  w  głębo-kim  i 
stosunkowo wąskim korycie, które jednak dalej rozszerza się i tworzy 
rozległą dolinę. Jego brzegom towarzyszą lasy, najpierw jako wąskie 
pasy  galeriowe,  a  potem  jako  nieprzeby-te,  trudno  dostępne  puszcze. 
Dawniej  żyło  w  nich  wiele  indiańskich  plemion,  przetrzebionych  w 
czasach  kolonialnych  przez  łowców  niewolników,  a  do  reszty 
wyniszczonych przez zawle-czone tam choroby europejskie. Obecnie, 
jak twierdzili wakeirzy Custodia, puszcze są puste. „Spotkacie tam co 
najwyżej wędrownych Bugrów lub jakieś ukryte w lesie quilombo — 
mówili.  —  Cristaos  tam  nie  mieszkają”.  To  samo  twierdzili  moi 
Metysi. Ich zdaniem kraj, przez który płynęła São Felix, był bruto — 
surowy i brabo — dziki. 

Wyruszyliśmy dość późno, około południa. Tego pierwszego dnia 

nie  ujechaliśmy  dale-ko,  gdyż  musieliśmy  kilkakrotnie  zatrzymywać 
się przy pustych plażach, aby lepiej ułożyć bagaż. Niewiele zachowało 

background image

mi  się  w  pamięci  z  tego  odcinka  podróży.  Wciąż  myślałem  o  tym, 
czego  byłem  świadkiem  rano,  o  gniewnej  dyspucie  Custodia  z 
wakeirami. Dopiero następne-go dnia, gdy od doznanego podniecenia 
oddzieliła  mnie  twardo  przespana  noc,  zabrałem  się  do  obserwacji 
moich nowych towarzyszek i towarzyszy podróży. 

Metysi  pochodzili  z  ubogiej  i  zacofanej  północno-wschodniej 

połaci  Brazylii,  którą  jednak  uważali  wbrew  rzeczywistości  za 
najważniejszą  część  kraju,  i  z  dumą  mówili  o  sobie:  „Jesteśmy 
Nordestinos”.  Swoich  sąsiadów  ze  stanów  Pará  i  Maranhão nazywali 
pogardliwie  Nortenses  i  uważali  ich  za  coś  nieskończenie  od  siebie 
niższego.  To  wygórowane  mniemanie  o  własnej  wartości  nie  miało 
pokrycia w nich samych, gdyż byli to nieokrzesani analfabeci, ciemni 
i przesądni. Mieli też odpowiedni wygląd zewnętrzny. Nie można by o 
nich  powie-dzieć,  że  golili  się,  czy  też  nosili  zarost,  po  prostu  nie 
interesowali się włosami rosnącymi im na głowie i twarzy. Obaj byli 
chudzi  jak  szczapy,  ale  żylaści  i  mocni.  Kurtki  i  koszule  pochowali 
dla  oszczędności  w  kuferkach,  a  z  ubrania  nosili  tylko  skórzane 
kapelusze  oraz  spodnie  z  wszytymi  na  udach  i  kolanach  kawałkami 
niezbyt  dobrze  wyprawionej  wołowej  skóry.  Ich  nagie,  błyszczące 
torsy  świeciły  potem  od  rana  do  nocy.  Ten  pot  i  te  kawałki  skóry 
wszyte w spodnie wydawały niezbyt przyjemną woń, do której jednak 
po paru dniach przy-wykłem. Jeden z nich nazywał się Balbino, drugi 
—  Anisio.  Przez  dłuższy  czas  nie  mogłem  ich  rozróżnić,  tacy  byli 
wskutek  jednakowo  zarośniętej  twarzy  do  siebie  podobni.  Na  szczę-
ście  Balbinowi  brakowało  trzech  przednich  zębów  i  po  tym 
szczególnym znaku nauczyłem się odgadywać jego osobowość. 

Kobiety  trudno  byłoby  pomylić.  Różniły  się  od  siebie  nie  tylko 

rysami twarzy, ale też włosami i tuszą. Jedna z nich, Gloria, miała, jak 
to  już  wspominałem,  wielką  szopę  bujnych  czarnych  włosów  na 
głowie, a biodra wąskie jak chłopak; druga zaś, Quirina, biodra miała 
dobrze  zaokrąglone,  a  włosy  ściągnięte  do  tyłu  i  związane  tuż  przy 
głowie rzemieniem. Obie w kolorycie przypominały kawę z mlekiem, 
były żywe, zalotne i chętnie chichoczące. Podróż w ich towarzystwie 
mogła  być  nawet  zabawna.  Dziwiło  mnie  tylko  zachowanie  się  ich 
mężów. Było w stosunku do nich jakieś inne, aniżeli zwykle bywa w 
małżeństwach.  Więcej  ceremonialne,  nacechowane  większą  rezerwą. 
Już  jednak  najbliższego  ranka,  po  spędzeniu  nocy  na  plaży, 
zauważyłem coś, co mnie nie tylko zdziwiło, ale i zaniepokoiło. Otóż 

background image

przebu-dziwszy  się  rano,  dostrzegłem  ku  swemu  zdumieniu,  że 
Anisio,  mąż  Quiriny,  przeciąga  się  nie  przy  jej  boku,  lecz  przy 
chudym biodrze Glorii 

A  to  co  znowu?”  —  pomyślałem  i  bojąc 

się,  aby  czegoś  nie  pokręcić,  bacznie  obserwowałem  towarzystwo 
przez  cały  dzień.  Wieczo-rem  Anisio  ułożył  się  prawidłowo  koło 
Quiriny,  ale  rano  —  oczom  nie  wierzę  —przeciągał  się  znów  koło 
Glorii. 

W sprawach miłosnych kabokle są nieobliczalni i głuche puszcze 

nieraz były już świadkami krwawych tragedii na tym tle. Nie miałem 
najmniejszej  ochoty  być  wmieszanym  w  jakieś  romantyczne 
komplikacje i postanowiłem natychmiast wziąć byka za rogi. 

Po ubraniu się i wypiciu kawy odwołałem Anisia na bok i pytam: 
— Anisio, która z kobiet jest twoją żoną: Gloria czy Quirina? 
Metys spojrzał na mnie zdziwiony. 
— Quirina dla mnie gotuje i pierze. 
— Więc Quirina?  
Anisio  zwlekał  z  potwierdzeniem.  Najwyraźniej  chciał  uniknąć 

odpowiedzi. „Cóż to ma znaczyć? Co się tutaj mota?” — zadawałem 
sam  sobie  pytania  i  w  wyobraźni  widziałem  już  obu  Metysów 
podrzynających sobie wzajemnie gardła. 

Nadszedł Balbino i z zagadkowym uśmiechem przysłuchiwał się 

rozmowie. 

— Nie mogę dojść z Anisiem do ładu — zwróciłem się do niego. 

— Powiedz ty, czy Quirina jest, czy nie jest jego żoną? 

Zamiast niego odezwał się jednak Anisio. 
— My — powiedział — żon nie mamy. 
Teraz ja na niego spojrzałem ze zdziwieniem. 
— Jak to? A te kobiety? 
Anisio rozłożył ręce, jakby zrzucał z siebie  odpowiedzialność za 

to, co miał powiedzieć. 

— To są — rzekł — damy... Już mówiliśmy waszej wielmożności 

o tym. 

Nie zrozumiałem. 
— Jak to damy? — zapytałem. 
— No, kurwy. 
Po trochu wyjaśnił wszystko. W Nordeste bieda aż piszczy, nawet 

prostytutkom powo-dzi się kiepsko, a co dopiero mówić o bezrolnych 
posseiros

wakeirach 

dworskich 

peo-nach. 

Bardziej 

background image

przedsiębiorczy mężczyźni wyruszają w poszukiwaniu chleba w różne 
strony  kraju,  do  miejsc,  o  których  zasłyszeli,  że  obfitują  w  złoto  lub 
drogie  kamienie.  Aby  się  do  nich  dostać,  wędrują  niekiedy 
miesiącami. Zazwyczaj robią to sami — po dwóch, trzech, ale gdy się 
nadarza  okazja,  chętnie  wyruszają  w  drogę  parami.  Ich  towarzyszki 
rekrutują  się  z  dziewcząt  złego  prowadzenia  lub  z  takich,  które  z 
nędzy chcą właśnie na tę drogę wejść. Celem tych nieszczęśliwych są 
również  garimpa,  a  raczej  liczne  zgrupowania  przy  nich  samotnych 
mężczyzn. Tam ich proceder ma większe szanse powodzenia aniżeli w 
ubogich  rodzinnych  arraialach.  Zawierają  więc  z  kandydatami  na 
garimpeirów  umowy:  mężczyzna  przyrzeka  opiekę  i  wyżywienie  w 
czasie  drogi,  kobieta  w  zamian  przyjmuje  obowiązki  żony  ze 
wszystkimi  prerogatywami  i  powinnościami.  Umowa  traci  moc  po 
przybyciu  do  określone-go  z  góry  miejsca.  Pary,  rozchodzą  się 
zazwyczaj  bez  słowa  wymówki,  zgodnie,  ale  Amor,  ten  złośliwiec, 
płata  niekiedy  nieoczekiwane  figle.  Kabokle  nazywają  te  swoje 
towarzyszki,  jak  też  wszystkie  inne  kobiety  złego  prowadzenia  — 
damami.  Prawdziwa  żona,  to  senhora,  chwilowa  towarzyszka  — 
dama. 

Po  tych  wyjaśnieniach  zrobiło  mi  się  trochę  głupio.  Wprawdzie 

Quirina  i  Gloria  w  niczym  się  po nich nie  zmieniły,  wciąż  były  tymi 
samymi  wesołymi  dziewczynami,  niemniej  jednak  zacząłem  patrzeć 
na  nie  innym  okiem.  Ale  trwało  to  krótko.  Ostatecznie,  cóż  one 
winne?  Któraż  to  kobieta  w  normalnych  warunkach  pragnie  być 
prostytutką?  Raczej  należa-łoby  się  nad  nimi  litować,  aniżeli 
okazywać im niechęć. 

Jechaliśmy  powoli,  bo  rzeka  była  pełna  zatopionych  pni  drzew, 

wyrwanych  w  czasie  powodzi  przez  wezbrany  nurt  i  teraz 
zalegających jej koryto. Musieliśmy uważać, aby nie rozbić się o nie 
czy  też  chociażby  nie  wywrócić  łodzi  przy  ich  wymijaniu.  Pojawiły 
się też wyspy dzielące rzekę na wąskie kanały, przez które posuwanie 
się  utrudniały  zwieszające  się  nad  nimi  konary  drzew  i  liany.  W 
niektórych  miejscach  Metysi  musieli  wyciągać  tersady  i  rąbiąc 
przeszkody uwalniać łódź z zachłannego uścisku dżungli. Najtrudniej 
jednak  było  pokonywać  bystrzyny.  Przez  te  kamieniste  płycizny  o 
nachylonym dnie, na których woda, szumiąc, rwała jak górski potok, 
trzeba  było  łódź  przeciągać  rękami,  aby  nabrawszy  rozpędu,  nie 
rozbiła się o  wystające ze wszystkich stron skały. Jechaliśmy powoli 

background image

nie  tylko  jednak  z  powodu  napotykanych  trudności,  lecz  również 
dlatego,  że  ja  nie  miałem  najmniejszego  powo-du  do  pośpiechu,  a 
Metysi,  dysponując  dwoma  skrzynkami  mojej  żywności,  tak 
manewrowa-li,  aby  nie  dojechać  do  Tocantinsu  wcześniej,  zanim 
ukaże się ich dno. Najlepiej czuły się na rzece kobiety. Leniwie oparte 
o  burtę,  wylegiwały  się  bezczynnie  całymi  dniami,  pojadając  suchą 
kiełbasę i rapadurę. 

Czwartego lub piątego dnia podróży  zatrzymaliśmy się na obiad 

przy  ładnej,  żółtej  pla-ży.  Jak  zawsze  w  takiej  okoliczności 
wyciągnęliśmy  kanoe  na  piasek,  a  kobiety  zakrzątnęły  się  około 
rozpalenia  ognia.  Podczas  gdy  one  odgrzewały  ugotowany 
poprzedniego  wieczoru  ryż  i  topiły  na  okrasę  słoninę,  udałem  się  w 
stronę lasu. 

Miejsce  było  urocze.  Rzeka,  niebieska  jak  wstążka  wiejskiej 

dziewczyny, robiła łago-dny zakręt chlupocząc o wielkie głazy i cicho 
przemykając  obok  plaży.  Brzeg  lasu  oplątywały  liany  usiane 
storczykami,  nad  którymi  unosiły  się  wielkie  kolorowe  motyle.  Z 
pobliskiej  mie-lizny  obserwowała  nasz  biwak  gromadka  ibisów, 
stojących w płytkiej wodzie nieruchomo, jak statuetki na półce. Nad 
nimi  łaziły  po  gałęziach,  podpierając  się  dziobem,  dwie  arary, 
zrzędzące chrapliwymi głosami. 

Gęste  listowie  odwiecznych  drzew  stanowi  trudną  do pokonania 

przeszkodę nawet dla brazylijskiego słońca. O krok od plaży, w lesie, 
panował  półmrok  i  przyjemny  chłód.  Nie  miałem  zamiaru  zagłębiać 
się  w  leśny  gąszcz,  gdyż  z  doświadczenia  wiedziałem,  jak  łatwo  w 
nim stracić orientację i zabłądzić. Obserwując w zadumie jego skraj, 
usłyszałem nagle jakiś szelest. Trzaskały  wyschłe patyki i chrzęściły 
liście.  Po  chwili  nabrałem  pewności,  że  to  zbliża  się  jakiś  człowiek. 
Człowiek w tej głuszy? Wydało mi się to  nieprawdopodobne. Chyba 
Indianin z jakiegoś wędrownego plemienia... 

— Anisio! Balbino! — zawołałem. — Tu są ludzie. 
Metysi byli czujni i uważni. Jeszcze nie przebrzmiało echo moich 

słów,  a  już  ich  bose  nogi  tupotały  po  plaży.  Prawie  jednocześnie 
wyłoniła  się  z  gęstwiny  jakaś  ludzka  postać.  Zaraz  na  pierwszy  rzut 
oka  poznałem,  że  nie  był  to  jednak  Indianin,  lecz  Murzyn.  Nagi  do 
pasa,  w  spodniach  pozszywanych  z  kawałków  perkalu  i  małpich 
skórek, uzbrojony w długą  włócznię  z bambusowym ostrzem, rzucał 
niespokojne spojrzenia na wszystkie strony, jakby wypatrywał miejsca 

background image

najbardziej sposobnego do ucieczki, gdyby zaszła tego potrzeba. Ale 
nie uciekał. Włócznię oparł o drzewo i wyciągnął ku nam puste ręce. 
Teraz zauważyłem, że był to stary człowiek. Jego wełniste włosy były 
siwe, a twarz pokryta zmarszczkami. 

— Nego boa gente, Murzyn dobra człowiek — odezwał się trochę 

drżącym głosem. 

—  My  też  boa  gente  —  odpowiedział  Anisio.  —  Chodź  do 

naszego biwaku. 

Murzyn obejrzał się na swoją włócznię. 
— Weź z sobą ten patyk — roześmiał się Anisio. — Nie boimy 

się twojej broni. 

Ruszyliśmy  razem  w  kierunku  kanoy  i  krzątających  się  przy 

ogniu kobiet. Posiłek był już gotów. Poczęstowaliśmy gościa. Nie dał 
się  prosić,  jadł,  aż  mu  się  duże  szarosine  uszy  trzęsły.  Po  kawie 
zapytałem go, skąd się tu wziął, w tym pustkowiu. 

— Czekałem na was. 
Wydało  mi  się  to  tak  nieprawdopodobne,  że  wzruszyłem 

ramionami. 

—  Ej,  nego,  kłamiesz  —  powiedziałem.  —  Skąd  byś  mógł 

wiedzieć, że tu nadjedziemy. 

— Nie, nego nie kłamie! 
W  dość  zawiły  sposób  wytłumaczył,  że  niedaleko  stąd  znajduje 

się mała wioska mu-rzyńska i że jej mieszkańcy wiedzą wszystko, co 
dzieje  się  na  rzece.  Znają  przejścia  między  jej  zakrętami  i  zanim 
powolna  łódź  okrąży  jakiś  wydłużony  półwysep,  wieść  o  niej 
przekazu-ją dalej. 

— No dobrze, czekałeś, ale dlaczego? Co od nas chcesz? 
—  Troca!  Zamiana!  —  rzekł  i  dał  do  zrozumienia,  że  jego 

ziomkowie potrzebują perka-lu, brimu i gwoździ. 

— My nie kupcy — objaśniłem, ale Murzyn nie zrozumiał, co to 

znaczy kupiec. 

—  Troca!  Troca!  —  powtarzał  raz  po  raz.  Wyglądał  tak 

groteskowo  i  tak  przekręcał  portugalskie  słowa,  że  bardziej 
przypominał  cyrkowego  błazna,  odgrywającego  swój  numer,  aniżeli 
rzeczywistego na pół dzikiego mieszkańca puszczy. W pewnej chwili 
sięgnął  do  wi-szącego  mu  u  pasa  woreczka  i  błysnął  nam  przed 
oczami sporymi grudkami rodzimego złota. 

— Nego ma złoto. Troca! Troca! 

background image

Na słowo „złoto” obaj Metysi i ich damy nastawili uszy. 
— Pokaż! — odezwał się Balbino. 
Murzyn  wyciągnął  rękę.  Na  jego  różowej  dłoni  leżała  kupka 

samorodków.  Balbino  wziął  jeden,  obejrzał  uważnie  i  powiedział: 
„Rzeczywiście, złoto”. 

Nagle  ten  groteskowy  stary  Murzyn  stał  się  dla  nas  wszystkich 

ważny.  Jego  wykrzyki-wanie  „troca,  troca”  przestało  być  śmieszne. 
Metysi  ważyli  w  ręku  samorodki  i  spoglądali  na  ich  właściciela  z 
szacunkiem.  Najpierw  zorientował  się  w  sytuacji  Anisio.  Poskoczył 
do łodzi i zaczął przetrząsać rzeczy w swoim kuferku. To samo zrobił 
za  chwilę  Balbino.  Nie  upłynęła  godzina,  a  Murzyn  stał  się 
właścicielem wszystkich zbędnych części garderoby Metysów, ci zaś 
schowali jego złoto. 

Mnie  najbardziej  zainteresowało,  skąd  się  tu  wzięła  murzyńska 

wioska. Zapytałem o to. 

Murzyn popatrzył na mnie z politowaniem, zdziwiony, że pytam 

o sprawę tak oczywi-stą. 

— Nasi uciekli z niewoli i kryją się w lesie — wyjaśnił. 
A więc miałem do czynienia z quilombem i quilombolami!  
Słowo quilombo jest pochodzenia afrykańskiego i oznacza chatę 

lub  miejsce,  w  którym  ukrywają  się  quilombole,  czyli  zbiegli  od 
swoich  właścicieli  niewolnicy.  Brazylia  była  ongiś  usiana  takimi 
niewolniczymi  schroniskami.  Maltretowani  i  gnębieni  nadmierną 
pracą  niewo-lnicy  uciekali  z  fazend  i  chronili  się  po  lasach,  gdzie 
prowadzili  nędzny  żywot  w  nieustannym  lęku  przed  zemstą 
eskrawokratów  i  ponownym  uprowadzeniem  w  niewolę.  Niekiedy, 
przy  sprzyjających  okolicznościach,  łączyli  się  w  większe  grupy  i 
skutecznie  opierali  się  prześla-dowcom.  Największy  związek 
quilombów,  zwany  Republica  de  Palmares,  powstał  podczas 
holenderskiej  inwazji  w  1630  roku.  Utworzyli  go  Murzyni,  którzy 
korzystając z wywołanego najazdem zamieszania uciekli gromadnie w 
strony  oddalone  i  trudno  dla  białych  dostępne.  Ten  ich 
siedemnastowieczny  azyl,  nazwany  ze  zwykłą  u  Portugalczyków 
przesadą republiką, był w rzeczywistości luźnym związkiem kilkuset 
małych  wsi,  liczącym  łącznie  około  dwu-dziestu  tysięcy 
mieszkańców.  Quilombole  prowadzili  w  nim  osiadły  tryb  życia, 
zachowując  swoje  afrykańskie  tradycje  i  wierzenia.  Uprawiali 
kukurydzę,  maniok  i  inne  rośliny  oraz  hodowali  bydło  i  świnie. 

background image

Wytwarzali  domowym  sposobem  potrzebne  im  narzędzia  i  sprzęty, 
czym  uniezależnili  się  od  konieczności  utrzymywania  kontaktów  ze 
światem  zewnętrznym.  Byli  nastrojeni  pokojowo  i  dopiero  później, 
gdy  stali  się  obiektem  prześladowań,  zaczęli  w  odwet  napadać  na 
fazendy i mniejsze osady białych. Rabowali, co im wpadło w rękę, i z 
regu-ły uprowadzali wszystkich czarnych niewolników. 

Gdy  Brazylia  wyleczyła  się  z  ran  zadawanych  jej  holenderskim 

orężem,  władze  kapi-tanii  Pernambuco  postanowiły  rozgromić 
murzyńską  redutę  wolności,  a  jej  obrońców  pono-wnie  obrócić  w 
niewolników.  Gubernator  Antonio  Felix  Machado  da  Silva  e  Castro 
zrobił  umowę  ze  znanym  ówcześnie  konkwistadorem  i  zabijaką, 
Domingosem Jorge Velho, aby dokonał tego dzieła. 

Domingos  wywiązał  się  z  polecenia  ku  zadowoleniu  władz. 

Dobrawszy sobie osiem-dziesięciu białych towarzyszy i tysiąc trzystu 
uzbrojonych  w  łuki  Indian  wyruszył  w  1693  roku  w  górę  Serra  da 
Barriga,  gdzie  zdobył  leżącą  tam  stolicę  „republiki”,  miasto  Cerca 
Grande,  i  wziął  do  niewoli  murzyńskiego  „prezydenta”,  Zumbiego, 
którego skazał na śmierć przez poderżnięcie gardła. 

Dopóki  w  Brazylii  trwał  system  niewolniczy,  dopóty  Murzyni 

uciekali,  budowali  quilo-mby  i  walczyli  o  swoją  wolność,  ale  po 
klęsce pod Cerca Grande już nigdy nie podjęli próby zespolenia się w 
jakiś  terytorialny  związek.  Brazylijczycy  prześladowali  uciekinierów 
zacie-kle i karali bez litości. W 1741 roku król wydał rozporządzenie, 
aby  schwytanym  quilombo-lom wypalać  na  twarzy  literę  F  (fujão  — 
zbieg),  co  jednak  nie  stłumiło  u  Murzynów  tęsknoty  do  wolności  i 
pędu do ucieczki. 

Murzyński  arraial  ukryty  w  głębi  lasu  był  w  naszych  czasach 

jakimś  nieporozumieniem.  Po  zniesieniu  w  roku  1889  niewolnictwa 
quilomby  straciły  sens  swego  istnienia.  Ich  mie-szkańcy  już  jako 
wolni  ludzie  przenieśli  się  do  miast  i  miasteczek,  gdzie  znaleźli 
zatrudnię-  nie.  Niektórzy  jednak  pozostali.  W  wielkiej,  słabo 
zaludnionej i nie bardzo sprężyście rządzo-nej Brazylii prawo sięga do 
odległych  krańców  kraju  z  opóźnieniem.  Mijały  lata,  a  ślady 
niewolnictwa  po  różnych  jej  zakątkach  wciąż  się  jeszcze  kołatały. 
Murzyni znad rzeki São Felix woleli nie bez słusznej racji siedzieć w 
lesie  jak  mysz  pod  miotłą,  aniżeli  rozgłosem  o  swoim  istnieniu 
wzbudzać  zachłanność  chciwych  na  ręce  robocze  fazenderów.  Ten, 
który stał tu teraz przede mną był więc quilombolem! Bodaj jednym z 

background image

ostatnich w Brazylii. Nieważne było to, że w rzeczywistości nim nie 
był, lecz że za takiego się uważał, że krył się w lesie z obawy przed 
uprowadzeniem  w  niewolę.  Na  chwilę  poczułem  się  jakby 
przeniesiony w odle-głe, zamierzchłe czasy. 

—  Człowieku  —  powiedziałem  —  niewolnictwo  zniesiono  już 

sześćdziesiąt lat temu. Przed czym mielibyście się kryć? 

— Negos nie wierzą. Biali chytrzy, Custodio chytry. 
— Ooo, to wy tu znacie Custodia? 
— Tak, był tu przeszłego roku. Zabrał dwie dziewczyny. 
— Jak to zabrał? 
— Powiedział: moja żona potrzebuje dwóch dziewczyn. Prawda, 

dał za nie ich ojcu dwie koszule. Jedna uciekła. 

— Koszula czy dziewczyna? — zażartowałem. 
Murzyn nie poznał się na żarcie. 
— Dziewczyna — odpowiedział poważnie. 
Rozmowę przerwali mi Metysi. 
—  Panie  —  powiedział  Balbino  —  zapytajmy  tego  Murzyna, 

skąd wziął złoto. 

„Rzeczywiście — pomyślałem — skąd on ma złoto?” 
Nasz gość wyjaśnił sprawę z miejsca: 
—  Obok  naszego  arraialu  —  powiedział  —  płynie  niewielki 

corrego, w nim znajduje-my złoto. 

Anisio spojrzał na Balbina, Balbino na Glorię, Gloria na Quirinę i 

po chwili wszyscy, prawie chórem zawołali: 

— No, to po co mamy jechać dalej, skoro tu pod ręką jest złoto. 
Zamiast  wlec  się  jeszcze  setki  kilometrów  po  pustkowiach,  nie 

byłoby  dla  moich  towa-rzyszy  od  rzeczy  przystąpić  do  właściwej 
pracy  natychmiast.  Odwieść  ich  od  takiego  zamiaru,  gdyby  go 
stanowczo  powzięli,  na  pewno  by  mi  się  nie  udało.  Wprawdzie 
pozostanie  nad  São  Felix  pokrzyżowałoby  moje  plany  dalszej 
podróży, ale to przecież nie mogło być dla nich specjalnie ważne. Jak 
zwykle,  gdy  sytuacja  wydawała  mi  się  niemożliwa  do 
natychmiastowej  odmiany,  tak  i  teraz  postanowiłem  poddać  się 
biegowi wypadków, zachowałem się biernie. 

Ale Metysi byli już zdecydowani. 
— Pozwoli wasza wielmożność spróbować? 
Damy  też  paliły  się  do  złota,  a  poza  tym  miały  wielką  ochotę 

spokojnie posiedzieć w arraialu na moim wikcie. Były pewne, że gdy 

background image

ich amantom zabłyśnie szczęście, to i im coś kapnie. 

—  Więc  dobrze  —  zgodziłem  się.  —  Spędzimy  tu  noc,  a  rano 

pójdziemy  do  arraialu.  Ty  nas  zaprowadzisz  —  zwróciłem  się  do 
Murzyna. 

—  Zaprowadzę  —  westchnął.  Najwidoczniej  lękał  się  naszej 

wizyty i robił sobie teraz wyrzuty, że ją sam nieoględnie spowodował.  

Coś  podobnie  nędznego,  jak  quilombo,  leżące  o  dwie  legwy  od 

plaży,  na  której  spędzili-śmy  noc,  trudno  było  sobie  wyobrazić. 
Składał się na nie tuzin chatek, z bambusowych prę-tów, ukrytych w 
bananowych i rycynusowych zaroślach. Las był naokoło wycięty, a na 
jego miejscu widniały poletka manioku, dyni i melonów oraz rozległe 
sady mamonów i abakatów. 

Nasze  przybycie  wywołało  w  wiosce  nieopisany  rwetes. 

Wielkobrzuche  czarne  dziecia-ki  pomykały  na  wszystkie  strony  jak 
króliki, kobiety krzyczały, a mężczyźni pochwyciwszy dzidy przyjęli 
tak  zwaną  postawę  wyczekującą.  Garfo  —  tak  nazywał  się  nasz 
Murzyn  —  zagadał  do  nich  swoją  cyrkową  portugalszczyzną,  czym 
uspokoił  ich  wzburzenie.  Zadowoleni  z  pokojowego  obrotu  sprawy 
otoczyli  nas  kołem  i  z  zainteresowaniem  przyglądali  się  rzadko 
zjawiającym się pośród nich przybyszom spoza puszczy. 

Przedstawiali się bardzo źle. Wynędzniali, o wydętych brzuchach 

i  cienkich  kończy-nach,  a  ponadto  przyodziani  w  podarte  łachy, 
wyglądali  jak  karykatury  mieszkańców  Ziemi,  wyobrażone  przez 
istoty  z  innych  planet.  Wydaje  się  nie  do  pomyślenia,  by  w  kraju, 
gdzie  urodzajnej  ziemi  jest  pod  dostatkiem,  ludzie  nie  potrafili 
urządzić się lepiej, by nie wznieśli się na nieco wyższy poziom życia. 
Niestety, bywa i tak. 

Niewolnicy  zbiegli  z  fazend,  gdzie  ich  przekleństwem  była 

przymusowa  praca,  rozko-szowali  się  na  swobodzie  lenistwem  i 
przywykli  do  niego.  Dla  ludzi,  którym  wystarcza  do  życia  kłącz 
manioku,  surowy  banan  lub  mięso  schwytanego  jaszczura,  bezkarna 
bezczynność nie jest trudna do osiągnięcia. Nieaktywny, leniwy tryb 
życia  sprawił,  że  mieszkańcy  quilo-mba  przedstawiali  sobą  taki 
smutny obraz, jaki miałem właśnie sposobność obserwować. 

Najpierw trzeba się było jakoś urządzić. Zajrzałem do paru chat, 

ale unoszący się w nich smród zagradzał wejście do nich nie gorzej od 
żelaznej kraty. Na boku stała jakaś wię-ksza, pusta szopa. Wyglądało, 
że nikt w niej nie mieszka. 

background image

— Ulokujmy się na razie w tej budzie— powiedziałem. 
Metysi  nie  mieli  nic  przeciw  tej  propozycji,  ale  Garfo  jakoś 

milczał. Drapiąc się w kudłaty łeb, w końcu wymruczał: 

— Nie można, tutaj terreiro
Rzeczywiście,  wszedłszy  w  głąb  szopy  dostrzegłem  w  kącie 

wysoki  na  metr  pniak,  a  na  nim  prymitywnie  wyrzeźbionego  bożka. 
Grube wargi miały świadczyć, że był to bożek murzyński, a olbrzymie 
genitalia, że błogosławi płodności. Na nim i koło niego wisiały jakieś 
ozdoby z kolorowych piór. 

— Macie tu ojca świętego? — zapytałem, pragnąc porozumieć się 

z przełożonym tej prymitywnej, leśnej świątyni. 

Garfo wskazał palcem na swoją pierś. 
— Ja jestem pai santo — rzekł. 
—  A  to  świetnie.  Cóż  powiesz  na  to,  żebyśmy  zamieszkali  w 

terreirze

Murzyn  przez  dłuższą  chwilę  wykręcał  się  od  zgody,  ale  gdy 

obiecałem mu stalowy haczyk do wędki, zmiękł. 

— Dobrze — przyzwolił wreszcie — tylko nie tańczcie przed nim 

— wskazał bożka. — On tego nie lubi. 

Nikt z nas nie miał w głowie tańców, toteż warunek nie wydał mi 

się ciężki. 

Prawie cały komplet mieszkańców quilomba nie  odstępował nas 

ani na chwilę. Szcze-gólnie „damy” budziły wielkie zainteresowanie. 
Kobiety  podziwiały  ich  jaskrawe  sukienki  i  żelazne  kociołki  do 
gotowania fiżonu i ryżu, które przyniosły tu z łodzi. Mężczyźni, jak to 
mężczyźni, czuli przez skórę, że to łatwy łup, te Mulatki. 

Terreiro,  czyli  rodzaj  murzyńskiej  na  pół  pogańskiej  i  na  pół 

chrześcijańskiej  świątyni,  było  dość  obszerne,  aby  w  jednym  kącie 
mogli  umieścić  się  Metysi  z  żonami,  a  w  innym  —  ja.  Bożka,  aby 
oszczędzić  mu  widoku  białego  człowieka,  Garfo  przykrył  jakimś 
podartym łachem. 

Gloria  żwawo  zakrzątnęła  się  przy  rozwieszeniu  hamaków,  a 

Quirina tymczasem rozpa-liła ognisko. 

Quilombo kładło się spać wraz ze zmrokiem, wstawało o świcie. 

Ale ja spałem długo, zawsze byłem śpiochem. Nazajutrz obudził mnie 
Balbino. Był bardzo podniecony. 

— Widzi pan? — Pokazał mi zawinięty w szmatkę żółty piasek. 
— Widzę. Złoto? 

background image

—  Właśnie.  Ta  negrada  —  zrobił  nieokreślony  ruch  ręką  — 

uzbierała wielki skarb. Każdy ma tu schowek, a w nim złoto! Nawet 
nie wiedzą, co posiadają. 

— A to kupiłeś? 
— Nie, Gloria wymieniła z jednym czarnuchem za grzebień. 
Zjawił się Anisio. Był bez koszuli i bez skórzanego kapelusza.  I 

on  rozwinął  przede  mną  szmatkę  i  pokazał  zawiniętą  w  nią  grudkę 
złota. 

— Wymieniłeś na koszulę? — zapytałem. 
— Tak. Gdybym miał chociaż z tuzin tych koszul — westchnął. 
Przed terreirem stało kilka Murzynek, z którymi Quirina i Gloria 

prowadziły  ożywioną  rozmowę.  Murzynki  chciały  nabyć  od  dam 
kolorowe  spódnice,  które  te  miały  na  sobie.  „Pochodzicie  nago  — 
mówiły dobrodusznie — a w mieście kupicie sobie nowe”. 

Ogarnęła  nas  wszystkich  gorączka  złota.  Ale  cóż,  Murzyni, 

widząc,  że  niewiele  mamy  przedmiotów  do  wymiany,  przestali  się 
nami interesować. Na pieniądze nie byli łasi, zresztą Metysi nie mieli 
ani złamanego wentyna, a ja też niewiele  więcej, niż potrzebowałem 
w podróży. O handlu nie mogliśmy nawet marzyć. Pozostawała tylko 
jedna  możliwość:  samym  zabrać  się  do  wypłukiwania  szlachetnego 
metalu  ze  strumienia,  o  którym  wspominał  Garfo.  Metysi  palili  się, 
aby jak najszybciej zacząć robotę. Nie było po co zwlekać. 

Poszliśmy razem: ja, Metysi i Garfo. Ten ostatni towarzyszył nam 

niechętnie,  próbując  wykręcić  się  od  pokazania  drogi,  ale  w  końcu 
wobec dość bezceremonialnych naszych nale-gań, ustąpił. 

— Pójdziecie — powiedział — w górę tego corrego, bo tu bliżej 

złoto już wypłukane. Trzymajcie się prawego brzegu, wygodniej nim 
iść. 

Strumień był dość wąski, płynął po kamieniach i szumiał. Rodził 

się  na  niewysokich  wzgórzach,  które  widzieliśmy  z  quilombo,  i 
przecinał niby nożem rosnący tu gęsty odwieczny las. 

Po dwóch godzinach drogi znaleźliśmy się przy ostrym zakręcie, 

przy którym według opinii Balbina można było spodziewać się złota, 
o ile złoto w tym strumieniu w ogóle się znajdowało. 

Co  do  mnie,  nie  miałem  zamiaru  brać  udziału  w  płukaniu.  Nie 

posiadałem  odpowie-dniego  sprzętu,  doświadczenia,  no  i  potrzebnej 
wytrzymałości  do  pracy  fizycznej  w  tropika-lnym  kraju.  Toteż  gdy 
Metysi  wyładowali  z  niesionych  na  plecach  worków  bateie  i  zabrali 

background image

się  do  pracy,  ja,  zamiast  pójść  w  ich  ślady,  udałem  się  w  górę 
strumienia, aby poszukać odpowie-dniego miejsca do kąpieli. 

Woda  była  chłodna  i  czysta.  Pluskałem  się  z  prawdziwą 

przyjemnością,  nie  obawiając  się  piranii  ani  jadowitych  płaszczek, 
które w São Felix są dla kąpiących się niebezpieczne. 

Z ciekawości, czy znajdę choć ziarnko złota, wziąłem garść mułu 

i  pilnie  go  przepatrzy-łem.  Nic  jednak  mi  nie  zabłysło.  Brałem coraz 
to  nowe  garście,  ale,  niestety,  wciąż  z  negaty-wnym  rezultatem. 
Zdziwiło  mnie  to.  „Cóż,  u  licha,  pomyślałem,  czyżbym  był  takim 
niezdarą,  że  nie  potrafię  dokonać  tego,  co  z  łatwością  osiąga  byle 
Murzyn  z  quilomba?”  Nie  liczyłem  oczywiście  na  to,  że  znajdę  jakiś 
większy samorodek, ale  przecież parę ziarnek powinno by wpaść mi 
w  oko.  A  tu  nic!  Zniechęcony  ubrałem  się  i  wróciłem  do  Metysów, 
którzy  pochyle-ni  nad  bateiami,  uważnie  przebierali  palcami  w 
wygrzebanych stosach piasku i żwiru. 

— No, jak tam wam idzie? 
Balbino  odstawił  bateię,  kopnął  kopiec  przepłukanej  już  ziemi  i 

zaklął. Na twarzy odmalowała mu się irytacja. 

— Niech pęknę, jeśli tu ktoś znajdzie choć ćwierć grama złota. 
— Nic, tylko żwir i papuzie gówna — dodał Anisio. 
To, że ja nie mogłem nic znaleźć, nie było dziwne. 
Mało  miałem  dotychczas  do  czynienia  z  trudnym  zawodem 

poszukiwacza  złota,  ale  moi  Metysi...  Nie  od  razu  przyszło  mi  na 
myśl, że w strumieniu w ogóle złota nie ma i że Garfo nas oszukał. W 
końcu  wszyscy  trzej  doszliśmy  do  przekonania,  że  tracimy  tu  tylko 
niepotrze-bnie czas. 

Źli  i  zmęczeni  znaleźliśmy  się  znowu  w  terreirze,  gdzie  damy 

pełne  nadziei  czekały  na  swoich  amantów.  Dowiedziawszy  się  o 
rezultacie całodziennej ich pracy, wprost oniemiały. 

—  Nic?  Nic  nie  wypłukaliście?  —  Zawód  tak  wyraziście 

odmalował się w ich śniadych twarzach, że aż mnie to rozśmieszyło. 

Rozprawa z Garfem nie była przyjemna. Gdy stanął przede mną, 

nie czekał, aż się do niego odezwę, ale sam zaczął mówić. 

— Nieszczęście, wasza wielmożność, nieszczęście!  
—  Cicho!  —  przerwałem  mu  lament.  —  W  corrego  nie  ma  i 

nigdy nie było złota. Dlaczego nas oszukałeś? 

Murzyn  zrobił  szereg  gestów,  które  miały  wyrażać  oburzenie  i 

zdziwienie. 

background image

—  Nie  oszukałem!  Jestem  pai  santo  i  nikogo  nie  oszukuję.  To 

było nieszczęście! 

— Co ty kręcisz, Garfo? 
— Nieszczęście, wasza wielmożność, nieszczęście! To jego wina 

—  mówiąc  to  wska-zywał  na  stojącego  na  pniaku  w  głębi  szopy 
bożka. — To on pomylił strumienie w mojej głowie i wskazał nie ten, 
o który wam chodzi. Może tańczyliście przy nim? 

— Chyba dam mu po karku — wtrącił się Balbino. 
Murzyn przewrócił niespokojnie białkami oczu i przysunął się do 

mnie. 

— Jestem pai santo — powtórzył. 
Najoczywiściej  nie  chciał  pokazać  miejsca,  skąd  wieś  dobywała 

złoto,  i  szukał  po  temu  jakiegoś  nadprzyrodzonego  pretekstu. 
„Zresztą, pomyślałem, po co ma nam, przybłędom, pokazywać?” 

— Dajmy mu spokój — zwróciłem się do Metysów — może sami 

znajdziemy strumień ze złotem. 

Garfo poczuł się zwolniony moimi słowami z dalszej indagacji i 

skwapliwie podążył między chaty swoich parafian. 

Nasza  głośna  rozmowa  zaniepokoiła  innych  mieszkańców 

quilomba. Zauważyłem, że zrobiło się koło nas pusto. Ci prymitywni 
ludzie mieli na pewno niejedno smutne doświadcze-nie z kontaktu z 
białymi i z tego  rodzaju civilizados, jak na przykład moi towarzysze 
lub  Custodio  i  jego  wakeirzy.  Nie  chciałem,  aby  ta  smutna  reguła 
powtórzyła  się  ze  mną.  Miałem  jednak  do  pokonania  rozbudzony 
apetyt  Balbina,  Anisia,  a  nawet  ich  towarzyszek.  Namówić  ich  do 
powrotu  do  łodzi,  bez  co  najmniej  jednej  jeszcze  próby  osiągnięcia 
celu, byłoby równie trudno, jak skłonić psa do oddania nie ogryzionej 
kości. 

— No to spróbujcie, jak chcecie, ale beze mnie. Poczekam na was 

w quilombo. 

Następnego  dnia  o  świcie  obaj  Metysi  długo  naradzali  się, 

pokazywali  sobie  różne  stro-ny  świata  i  wreszcie  poszli  w  kierunku 
widniejących  w  dali  wzgórz.  Zostałem  sam  z  damami,  które 
skwapliwie zajęły się przygotowaniem dla mnie śniadania. 

W quilombo panował spokój. Mężczyźni poszli do  lasu, aby coś 

upolować  lub  narwać  leśnych  owoców,  kobiety  krzątały  się  po 
pólkach  manioku,  dzieci  w  obawie  przed  civilizados  siedziały  cicho 
po kątach. 

background image

Jak  wielu  białych  miałem  wobec  na  pół  dzikich,  prymitywnych 

ludzi  rodzaj  kompleksu  winy.  Przecież  jesteśmy  sobie  równi,  a  tak 
jednakowoż  odmienni.  Dlaczego  to  mnie  dano  być  człowiekiem 
cywilizowanym,  umiejącym  korzystać  i  korzystającym  z  darów 
postępu, a tych oto moich ciemnoskórych braci skazano na włóczenie 
się po puszczy z włócznią i łukiem w ręku? Odpowiedź na to pytanie 
jest  łatwa  i  każdy  może  ją  sam  składnie  ułożyć,  ale  treść  zawiera 
okrutną. Jakże więc nie litować się nad upośledzonymi, zepchniętymi 
na  margines  życia  ludzkiego...  Pożałowałem  też  biednego  „ojca 
świętego”,  ciemnego  i  żałośnie  zabobon-nego.  Jego  obrona  przed 
naszym najściem była naiwna i rozbrajająca. Bronił swoich ziomków 
sposobami, na jakie go było stać, ale bądź co bądź bronił, wypełniał 
swój  wobec  nich  obo-wiązek.  Powodowany  mieszanymi  uczuciami 
poszedłem  go  odwiedzić,  dodać  mu  otuchy.  Jednak  pomimo 
najlepszej woli nie odważyłem się wejść do jego chaty. Murzyni, jak i 
India-nie, z obawy przed duchami ciemności załatwiają w nocy swoje 
naturalne  potrzeby  na  środku  izby,  a  rano  nie  śpieszą  się  ze 
zrobieniem porządku. 

Obok chaty siedział na ziemi mały, może dwunastoletni chłopiec i 

coś robił, czego nie mogłem na razie zrozumieć. Brał z plecionego z 
kresjumy  koszyka  garść  ziemi,  wysypywał  na  rozłożony  szeroki  liść 
bananowy i coś z niej wydłubywał. 

— Co ty robisz? — spytałem. 
Chłopak zerwał się na równe nogi i bez słowa drapnął. Nawet się 

nie obejrzał. 

Nachyliłem się nad liściem bananowym. Zabłysły z niego drobne 

ziarnka  złota.  Murzy-nek  wybierał  je  właśnie  mozolnie  i  zdążył  już 
ułożyć z nich kupkę wprawdzie nie większą od połowy naparstka, ale 
przecież jego czas nic nie był wart, a ziemi w koszyku nie brakowało. 

— O, de casa! — zawołałem i zaklaskałem w dłonie. 
Dopiero  po  dłuższej  chwili  ukazał  się  w  progu  Garfo  trochę 

zaniepokojony  i  trochę  przestraszony  moją  nieoczekiwaną  wizytą. 
Najpierw  rzucił  okiem  w  stronę  koszyka  z  ziemią  i  dopiero  potem 
odpowiedział na moje przywitanie. 

Przyszedłem  właściwie  po  to,  aby  go  uspokoić,  zapewnić,  że 

wkrótce  wyjeżdżamy  i  nigdy  już  do  jego  quilomba  nie  wrócimy. 
Murzyn  słuchał  moich  słów  z  zainteresowaniem,  ale  nie  wydało  mi 
się, by w nie uwierzył.  

background image

Metysi nie przyszli na noc, z czego wywnioskowałem, że wysiłki 

ich  nie  były  bezowo-cne.  Gdy  zjawili  się  następnego  dnia  pod 
wieczór,  wyjaśniło  się,  że  wprawdzie  natrafili  na  ślady  złota,  ale 
uzyskawszy po prawie dwudniowej pracy zaledwie kilka gramów tego 
metalu, doszli do przekonania, że Murzyni wypłukali już wszystko, co 
było  tu  do  wypłukania  i  że  na  dalsze  poszukiwania  w  okolicach 
quilomba  nie  warto  było  tracić  czasu.  Nic  im  nie  wspomnia-łem  o 
Murzynku  wydłubującym  ziarnka  złota  z  przyniesionej  skądś  ziemi, 
aby  nie  wzbudzać  w  nich  nowych  nadziei.  I  tak  robiłem  już  sobie 
wyrzuty  sumienia  za  niepokój  i  zamieszanie,  jakie  wnieśliśmy  do 
życia biednych spóźnionych quilombolów.  
 
 
 
 

CAMPING NAD SÃO FELIX 

 
 

Wprawdzie  pobyt  w  quilombo  nie  przyniósł  nam  jakichś 

większych  korzyści,  ale  nie  przyniósł  też  strat.  Najlepiej  wyszła  na 
nim  Gloria,  która  za  jakieś  ozdoby  czy  też  może  za  jakieś  usługi 
wycyganiła  od  Murzynów  co  najmniej  piętnaście  gramów  grudek 
złota. 

Kanoe  z  rzeczami,  którą  uprzednio  wyciągnęliśmy  na  plażę  i 

wsunęliśmy  w  zarośla,  aby  nie  rzucała  się  w  oczy,  znaleźliśmy  na 
swoim  miejscu.  Zainstalowanie  się  w  niej  na  nowo  nie  zabrało  nam 
dużo  czasu.  Nie  zwłócząc  ruszyliśmy  w  drogę,  ale  posuwaliśmy  się 
bardzo  wolno,  gdyż  rzeka  rozlewała  się  szeroko,  była  płytka  i 
podzielona  na  szereg  wąskich  ramion.  Robiła  ponadto  takie 
fantastyczne zakręty, że nieraz po godzinie lub dwu wiosłowania znaj-
dowaliśmy  się  prawie  w  tym  samym  miejscu,  które  opuściliśmy, 
oddzieleni od niego tylko wąskim przesmykiem. 

Wprawdzie zabłądzić na rzece nie mogliśmy, bo posuwając się z 

biegiem nurtu  musie-liśmy  w  końcu  do  ujścia  dotrzeć,  ale  znaleźć  w 
tym rozgardiaszu drogę najprostszą nie było łatwo. Toteż od czasu do 
czasu byliśmy zmuszeni zawracać, cofać się i wybierać inne odgałę-
zienia, tracąc na to sporo daremnego wysiłku. 

Drugiego dnia po południu wjechaliśmy w dość szerokie ramię, w 

background image

którym prąd był bardzo słaby. Po dwóch godzinach popychania łodzi 
długą tyką, ramię zwęziło się i, o dziwo, woda w nim zaczęła płynąć 
jak  gdyby  przeciw  nam.  Metysi  zauważyli  to  pierwsi  i  bardzo  się 
przestraszyli. 

— Ki diabeł! — zakląłem. — Cóż to się z tą rzeką dzieje? 
— Mapinguari! — wyszeptał Anisio i zbladł. 
Usłyszawszy to słowo, obie kobiety wszczęły lament. 
Quirina załamała ręce. 
—  To  ten  podły  murzyński  pajé  —  powiedziała  —  ten  Garfo 

rzucił  na  nas  makumbę.  Po  co  myśmy  chodzili  do  tego  quilomba? 
Teraz Mapinguari odwrócił rzekę i już nigdy z selwy nie wyjdziemy. 
Będziemy tu błądzić aż do śmierci... 

—  To  twoja  wina!  Tobie  zachciało  się  murzyńskiego  złota!  — 

krzyknęła  Gloria  do  Balbina,  zapominając  o  tym,  że  sama  napierała 
się iść do quilomba. 

Ale Metysi mało zwracali uwagi na kobiety. Wiadomo, zawsze są 

nieznośne. 

Słyszałem już wiele opowiadań o indiańskim bożku Mapinguari, 

który  błądzi  po  dawnych  miejscach  zamieszkania  różnych 
wygubionych  plemion  i  z  wściekłości,  że  nie  znajduje  swoich 
czcicieli,  robi  złośliwe  psoty  napotykanym  ludziom.  Ot, na przykład 
teraz. Mógł odwrócić bieg rzeki i zmusić nas do zawrócenia z drogi, a 
gdybyśmy  to  zrobili,  on  zno-wu  przywróciłby  wodom  dawny 
kierunek. I tak w kółko. W ten sposób kręcilibyśmy się po puszczy aż 
do  śmierci,  jak  to  Quirina  przepowiadała.  W  rzeczywistości  jednak 
zabłądziliśmy  w  ślepe  ramię  rzeki,  gdzie  minimalny  ruch  wody 
zaznaczał się jedynie w miarę deszczowych opadów.  

Gdy starałem się wytłumaczyć moim towarzyszom, że to nie złe 

moce odwróciły bieg rzeki, lecz to my  sami omyłkowo wpłynęliśmy 
na jakąś łachę, Balbino uniósł się ze swojej ławeczki i wskazał ręką na 
znajdujący się przed nami zakręt, za którym wiła się nad lasem wątła, 
chwiejna smuga. 

— Dym? — zapytałem. 
Balbino pociągnął nosem raz i drugi. 
— Dym — potwierdził. 
— Tam pewnie mieszka jakiś kaboklo, spędzimy u niego noc. . 
W  niespełna  pół  godziny  minęliśmy  zakręt  i  oczom  naszym 

ukazało się spore jezioro. Ramię, w które  zabłądziliśmy, łączyło je z 

background image

głównym  nurtem  São  Felix.  Jezioro  było  podłużne,  miało  dość 
wysokie zarośnięte lasem brzegi i spokojną, nieruchomą powierzchnię 
wody. Krążyły nad nim zimorodki i mewy, a wysoko ciągnęły dokądś 
na  noc  papugi.  Nigdzie  nie  mogłem  zauważyć  śladu  człowieka. 
Jednakże Metysi byli bystrzejszymi obserwatorami ode mnie. 

—  Proszę  spojrzeć  w  tę  stronę  —  rzekł  Balbino,  wskazując 

niezbyt  odległy  brzeg,  na  którym  widniała  kępa  jasnozielonej 
roślinności, odbijającej od ciemniejszego tła puszczy.  

Gdy przyjrzałem się jej lepiej, poznałem, że to krzewy bananowe, 

a gdzie banany — tam człowiek. 

Chatę  dostrzegliśmy  jednak  dopiero  po  podpłynięciu do  samego 

brzegu. Był to właści-wie obszerny szałas z grubych prętów bambusa, 
przeplatanych na krzyż i niezdarnie poszyty palmowymi gałęźmi. 

Poczuwszy obcych, wyskoczył z chaty niewielki kundel i narobił 

hałasu.  W  ślad  za  nim  ukazał  się  w  drzwiach  młody  mężczyzna,  za 
którym kryła się sylwetka kobiety. 

Mężczyzna zeszedł na sam brzeg kanału i pomógł nam umocować 

kanoe.  

—  Jakżeście  tu  trafili?  —  zapytał.  —  Mieszkam  tu  już  rok  i 

dopiero pierwszy raz mam gości. Wejdźcie, proszę. 

Osadnik  był  prawie  biały.  Jego  śniadość  można  by  wziąć  za 

opaleniznę, a maniery — za miejskie obycie. 

— Wejdźcie, proszę — powtórzył. 
Wszedłem  do  chaty  tylko  ja,  gdyż  Metysi  i  kobiety  zajęli  się 

założeniem biwaku i przy-gotowaniem jedzenia. 

Izba  była  obszerna  i  urządzona  znacznie  lepiej  od  mieszkań 

leśnych  kabokli.  Stało  w  niej  szerokie  łóżko  i  wisiały  dwa  hamaki. 
Opodal  palił  się  na  zbudowanej  z  kamienia  pod-stawie  ogień,  a  nad 
nim  na  żelaznym  łańcuchu  zwisał  okopcony  kociołek.  Przy  tej 
prymity-wnej  kuchni  siedziała  w  kucki  młoda  kobieta  i  grzebała 
patykiem w popiele. 

— Curupira! — zawołał na nią gospodarz. 
Kobieta  wstała  i  odwróciła  się  do  mnie  twarzą.  Miała  na  sobie 

jako  całe  ubranie  tylko  krótką  spódnicę  i  potrójny  naszyjnik  z 
barwnych  nasionek  na  szyi.  Po  młodzieńczemu  unie-sione  ku  górze 
ramiona i piersi były niewinnie nagie. Jej rysy i kolor skóry mówiły, 
że  była  to  czystej  rasy  Indianka.  Podeszła  do  swego  towarzysza  i 
stanęła tuż przy nim. Na mnie patrzyła śmiało, bez zażenowania. 

background image

—  To  moja  companheira  —  powiedział  kaboklo,  używając 

określenia,  które  pozwalało  przypuszczać,  że  to  żona,  ale  też  nie 
wykluczało, że tylko kochanka. 

—  Ładną  macie  towarzyszkę  —  powiedziałem.  —  Ona  z 

tutejszego plemienia? 

— Nie. Sprowadziłem ją z drugiego brzegu Tocantinsu. 
— Że też pozwolono jej odejść — zdziwiłem się. 
— Ją wyrzucono. Ona jest bezpłodna. 
— Ooo!  
—  Tak,  tak.  Mąż  czekał  na  dziecko  dwa  lata,  a  potem 

wyprowadził ją nad rzekę i zosta-wił. 

Curupira  przysłuchiwała  się  naszej  rozmowie  pilnie,  ale 

rozumiała  tylko  piąte  przez  dziesiąte.  Ze  swoim  towarzyszem 
porozumiewała  się  mieszaniną  portugalsko-indiańską,  która  jednak 
służyła im doskonale. 

Kaboklo  okazał  się  bardzo  rozmowny  i  jeszcze  przed  kolacją 

dowiedziałem  się,  że  nazywa  się  Ubirajara  Coelho,  że  pochodzi  z 
południowego Goíasu i że z niejednego pieca chleb jadał. 

— Niech pan nie myśli — mówił — że całe życie mieszkałem w 

lesie.  Ja  już  znam  Luizanię,  Goiânię,  a  nawet  Uberabę.  — 
Wymieniając to ostatnie miasto leżące w stanie Minas Gerais spojrzał 
na  mnie  tak  chełpliwie,  jakby  wymieniał  jedną  z  wielkich  stolic 
świata. 

— No i co? Nie powiodło się panu na południu? 
— Przeciwnie, powiodło, ale widzi pan, miałem wypadek. 
— Hm! 
— Właśnie, wolałem, a właściwie musiałem wyjechać na północ. 

Tak  się  złożyły  okoli-czności.  Szukałem  tu  diamentów,  ale  w 
rezultacie znalazłem tę dziewuchę — wskazał na Curupirę, a ta, jakby 
czekając na ten znak, pokazała dwa rzędy białych jak krowi ser zębów 
i oparła się o towarzysza nagą piersią. 

Nie  zamierzałem  wnikać  w  przyczyny,  które  skłoniły  tego 

człowieka  do  zamieszkania  w  odludnym  miejscu,  z  dala  od  ludzi 
cywilizowanych. Na pewno nie było to bez kozery. 

Chociaż według prawa leśnej gościnności powinni byśmy przyjąć 

zaofiarowany  przez  gospodarza  posiłek,  przygotowaliśmy  własną 
kolację,  a  nawet  zaprosiliśmy  na  nią  młodą  pa-rę.  Quirina  i  Gloria, 
szczodre  z  mojej  spiżarni,  wystąpiły  jak  na  samotną  osadę  — 

background image

wspaniale.  

Fasola pływała w tłuszczu, a ryż ginął w skwarkach i kawałkach 

mięsa. 

Zachwyconemu  przyjęciem  Ubirajarze  jeszcze  długo  w  nocy 

głośno się odbijało. 

Rano  obudziłem  się  wypoczęty  i  bez  powodu  bardzo  z  siebie 

zadowolony.  Może  przy-czynił  się  do  tego  miły  chłodek  wiejący  od 
jeziora, a może słońce przeświecające przez girlandy lian — dość, że 
mało  brakowało,  a  byłbym  zanucił  jaką  piosenkę,  niby  dziewczyna 
zadowolona z odwiedzin narzeczonego. 

Właściwie  należało  zaraz  zbierać  manatki  i  ruszać  w  drogę,  ale 

gdy się chce coś odło-żyć, powód po temu znaleźć nietrudno. 

—  Jak  to  tam  stoimy  z  mięsem?  —  zapytałem  Quirinę,  która 

miała pod swoją opieką skrzynkę z suszoną i soloną wołowiną, nabytą 
u Custodia. — Dużo go jeszcze mamy? 

— Mało, starczy najwyżej na trzy dni. Nasi garimpeirzy jedzą po 

pięć razy dziennie, podtyli. 

— Słyszysz, Balbino, mało mięsa. Trzeba coś upolować. 
Ubirajara i jego Indianka bardzo byli zadowoleni z naszej decyzji 

pozostania  na  następ-ny  dzień.  Obecność  obcych  była  w  monotonii 
ich życia nie lada  rozrywką. Ale by  coś upolo-wać, trzeba wyruszyć 
do lasu o świcie. Za dnia można wprawdzie spotkać szopa, kutiję lub 
pakę, ale nas interesowały głównie dzikie świnie, queixady lub tatety, 
których mięso uchodzi za przysmak. Ustaliliśmy więc, że moi Metysi 
udadzą  się  następnego  dnia  rano  na  polowanie  z  Ubirajarą,  a  ja, 
niczym staropolski wojski, zostanę z kobietami. W poruszaniu się po 
leśnych  gąszczach  byłbym  im  na  pewno  tylko  zawadą  i  dlatego  z 
polowania zrezygnowałem. 

Mając  przed  sobą  wolny  dzień,  zapragnąłem  dla  rozrywki 

przejechać  jezioro  aż  do  koń-ca.  Uprzejmy  Ubirajara  ofiarował  się 
zawieźć mnie w swojej montarii, czyli wąskiej dłuba-nce, do jedynego 
sąsiada, osiadłego tu już od lat kabokla imieniem Pedro. 

Jazda  po  spokojnych  i  gładkich  wodach  jeziora  była  prawdziwą 

przyjemnością.  Posu-waliśmy  się  wzdłuż  brzegu,  mijając  usiane 
głazami plaże i płosząc liczne ptaki. Miejscowe nazwy tych ostatnich, 
przeważnie indiańskie i trudne do zapamiętania, wymieniał Ubirajara 
z  pewnością  siebie  człowieka  dobrze  obeznanego  z  leśną  fauną.  W 
ujściu  jakiegoś  błotnistego  strumienia  wygrzewały  się  na  słońcu 

background image

pospolite  tu  krokodyle  z  odmiany  jacaré-tinga,  mniejsze  od  swoich 
krewniaków z szerokich rzek i wielkich jezior.  

W  przeciwieństwie  do  Ubirajary  mieszkającego  w  skromnym 

rancho,  jego  sąsiad  miał  obszerne  domostwo  z  taipy  z  licznymi 
przybudówkami  i  szopami,  między  którymi  kręciło  się  mnóstwo 
dzieci.  Mniejsze  chodziły  tak,  jak  je  Pan  Bóg  stworzył  —  nago, 
starsze  —  z  zakrytymi  seksami.  Była  to  liczna  rodzina,  złożona  nie 
tylko z Pedra i jego potomstwa, ale również z potomstwa jego dwóch 
córek i syna. Wiodła ona zwykły u rozsianych po puszczach kabokli 
tryb  życia.  Mężczyźni  polowali  i  łapali  ryby,  a  kobiety  prowadziły 
gospodarstwo  i  uprawiały  przy  domu  trochę  kukurydzy  i  manioku. 
Nieżonaci  młodzieńcy  wyjeżdżali  od  czasu  do  czasu  do  garimpów  i 
gdy szczęście im dopisało, sprzedawali zdobyty metal w Peixe albo w 
Cavalcante,  skąd  przywozili  do  domu  nad  jezioro  różne  sprzęty, 
amunicję i sól. Gdy szczęście któremu nie dopisało, również udawał 
się  do  miasta, ale  nie  po  zakupy,  lecz  po  pracę.  W  rezultacie  też  po 
niejakim  czasie  wracał.  Zamiłowanie  do  spokoju,  braku  kłopotów  i 
lenistwa  utrzymywało  ich  w  tym  rajskim  odludziu.  Rząd  kraju, 
obojętny na los zacofanych i ciemnych, nic nie robił, aby obudzić ich 
z  letargu  i  otworzyć  przed  nimi  jakieś  godne  ludzkie-go  plemienia 
horyzonty. 

Wegetacyjny  sposób  życia  Pedra  i  jego  rodziny  graniczył  z 

prymitywizmem życia poka-zujących się tu od czasu do czasu Indian. 
Z  cywilizowanym  narodem  brazylijskim  łączył  tych  leśnych 
mieszkańców tylko wspólny język i przywiązanie do rodzinnej ziemi. 

Pedro, zobaczywszy mnie w towarzystwie Ubirajary, zdziwił się, 

ale jak to we zwycza-ju w dalekich selwach, o nic nie pytał. 

„Mój dom jest do pańskiej dyspozycji, niech wasza wielmożność 

nim  dysponuje”  —  tymi  słowami  witają  w  Brazylii  gościa  czy 
przybysza i tymi przywitał mnie sąsiad mego gospodarza. Ale słowa 
te  w  cywilizowanych  miastach  stały  się  już  tylko  grzecznościową 
formułką,  podczas  gdy  nad  bezimienną  łachą  São  Felix  miały  wciąż 
jeszcze  swój  starodawny  sens.  Toteż  gdy  Pedro  pokazywał  mi  dom, 
częstował  i  oprowadzał  po  gospodarstwie,  wie-działem,  że  robił  to 
szczerze i gdybym pragnął pozostać u niego dłuższy czas, nie tylko by 
się temu życzeniu nie sprzeciwił, ale nawet by go ono nie zdziwiło. 

Obejrzałem, co mi pokazano, zatrzymując się dłużej przy monjoli 

—  dowcipnym  urządzeniu  do  samoczynnego,  poruszanego  wodą 

background image

narzędzia  służącego  do  roztłukiwania  ziarn  kukurydzy.  Jej  skrzyp  i 
odgłos miarowych uderzeń tłuczka w stępę to bardzo pospolite akce-
sorium w sielskiej dziewiętnastowiecznej poezji brazylijskiej. 

W  szopie  przy  domu  zwróciło  moją  uwagę  sześć  rozpiętych  na 

drągach skór jagua-rzych. 

—  Ho,  ho,  macie  tu  ładnych  sąsiadów  —  powiedziałem, 

wskazując na skóry. 

Pedro  z  nieśmiałości  nic  nie  odpowiedział,  ale  jeden  z  młodych 

mężczyzn, jak widać więcej otrzaskany w świecie od starego, objaśnił, 
że okolica jest po prostu nasiąknięta tygry-sami, jak nazywał jaguary. 

—  Widzi  wasza  wielmożność  tę  sztukę?  —  wskazał  na  pięknie 

nakrapianą  skórę.  —  Chodził  w  niej  śmiały  zwierz.  Zabiliśmy  go  w 
przeszłym tygodniu o sto kroków od domu. Tygrysy przychodzą tu za 
świńskim cuchem. 

— A więc macie świnie? — zapytałem z zainteresowaniem, gdyż 

przyszło  mi  na  myśl,  że  może  byłoby  dla  nas  lepiej  kupić  jakiego 
domowego  warchlaka,  aniżeli  spuszczać  się  na  niepewny  rezultat 
polowania. 

— Sim, senhor — kiwnął głową Pedro. 
— Kupiłbym jakąś niedużą sztukę. Sprzedacie? 
Pedro  wybałuszył  na  mnie  oczy,  po  czym  spojrzał  na  żonę,  na 

Ubirajarę i znowu na mnie. 

— Sprzedać świnię? — zapytał zdziwiony. 
Ubirajara roześmiał się. 
— On, panie, jeszcze nigdy w życiu nie sprzedał świni. 
Do rozmowy wmieszał się bywały w świecie syn i oświadczył, że 

owszem,  mogą  nam  świnię  sprzedać,  chociaż  woleliby  zamianę. 
Umówiliśmy  cenę,  zapłaciłem,  a  Pedro  obiecał  odesłać  wieprzka  do 
rancha Ubirajary jeszcze przed zapadnięciem zmroku. 

Po  powrocie  zastaliśmy  Metysów  zabawiających  się  popijaniem 

pingi,  którą  częstowała  ich  Curupira.  Nie  tylko  mężczyźni,  ale  i 
kobiety  były  już  dobrze  pijane.  Balbino  śpiewał  tak  donośnie,  że 
słyszeliśmy  go  jeszcze  z  jeziora,  Anisio  leżał  pod  ścianą  między 
Glorią  i  Quiri-ną,  a  Curupira  tańczyła  po  swojemu,  po  indiańsku, 
trzęsąc piersiami i unosząc ręce w górę. 

Ta  wesoła  zabawa  nie  spodobała  się  Ubirajarze.  Schwycił  swą 

roztańczoną  towarzyszkę  za  rękę  i  nic  nie  mówiąc  grzmotnął  ją  w 
kark.  Kobieta  doskonale  zrozumiała tę  niemą  przemowę  i  bez  słowa 

background image

usunęła  się  w  najdalszy  kąt  izby.  Postępek  Ubirajary  oburzył  jednak 
Anisia, który wstał i chwiejąc się nieco na nogach, krzyknął: 

— Nie bij Bugierki! 
— Nie wtrącaj się, Anisio — zgromiłem Metysa w obawie przed 

awanturą.  —  Nie  twoja  sprawa,  a  poza  tym  pamiętaj:  jesteś  tu 
gościem. 

—  No  tak,  jestem  gościem  —  mruknął  skonsternowany  i  już 

spokojnie dodał:  —  Znałem takiego  jednego, co bił swoją Bugierkę. 
Pchnęła go w nocy nożem. Ani zipnął... 

—  Dobrze,  dobrze.  Chodźmy  teraz  szykować  kolację  i 

pozawieszać hamaki. 

Późnym  wieczorem  Pedro  przywiózł  zabitego  i  oczyszczonego 

wieprzka.  Nam  pozosta-ło  tylko  nasolić  go  i  umieścić  w 
przewiewnym  koszyku.  Kaboklo  nie  chciał  pozostać  na  noc; 
zabawiwszy krótko odjechał przy świetle księżyca do siebie. 

Ponieważ konieczność polowania odpadła, nie widziałem powodu 

dłuższego  przebywa-nia  nad  bezimiennym  jeziorem.  I  tak  podróż  do 
Tocantinsu,  która  miała  zająć  najwyżej  tydzień  czasu,  trwała  już 
dziesięć dni, a przed sobą mieliśmy jeszcze szmat drogi. 

Następnego ranka wszyscy wstali, jak to we zwyczaju w selwach, 

o świcie. Nad jezio-rem unosiła się gęsta, wilgotna mgła, która weszła 
mi w nocy w kości i teraz czułem ją we wszystkich stawach. Chcąc je 
trochę rozruszać, poszedłem nad jezioro.  

Dzień znowu zapowiadał się piękny, było świeżo i rośliny lśniły 

od rosy. Ptaki już się rozbudziły i hałasowały każdy w swoim języku. 
Najgłośniej  wydzierały  się  maria-ja-é-dia  (Mario-już-dzień),  jak 
gdyby  chciały  najszybciej  załatwić  się  ze  swoją  normą  dziennego 
krzyku.  Wiadomo,  gdy  słońce  wychyli  zza  horyzontu  całą  swoją 
tarczę — maria-ja-é-dia milknie aż do następnego świtu. Nie ma tych 
ograniczeń  bem-te-vi  (dobrze-cię-widziałem),  ptak  wielkości  szpaka. 
Jemu  przyroda  nie  wydzieliła  czasu  na  swobodną  gadaninę,  jego  za-
wołanie, od którego nadano mu nazwę — bem-te-vi — rozlega się po 
lesie  od  rana  do  wieczo-ra.  Czupurny  joão-de-barro  (gliniany  jaś)  — 
spory kurczak na wysokich cienkich nóżkach, ostro karcił przez niego 
tylko  dostrzegane  stworzenia.  Krzykliwe  jastrzębie  quiri-quiri  poob-
sadzały suche gałęzie i uważnie wypatrując dzikich gołębi, zwykłych 
swych  ofiar,  donośnie  przekazywały  sobie  informacje.  Nad  jeziorem 
ciągnęły stada ptaków i coraz to któreś opadało na wodę, na wybrane 

background image

miejsce  żeru.  Czaple,  ranne  ptaszki,  były  już  na  swoim  posterunku. 
Niepokalana biel ich piór pięknie rysowała się na tle ciemnego jeszcze 
lasu.  Na  najwyższych  drzewach  spierały  się  niczym  przekupki  na 
targu  —  zielone  jak  liście  papugi,  a  w  niskich  krzakach  przy  ziemi 
żałośnie piszczały, wypłoszone z atlantyckich wybrzeży przez wróble 
— szare kambaszyry. 

To kolorowe, żwawe ptactwo szykowało się właśnie do ułożenia 

sobie dnia. W tym odludnym miejscu czuło się bezpieczne, było mniej 
lękliwe i okazywało człowiekowi więcej ufności. 

Gdy oddaliłem się nieco od rancha, dostrzegłem  kąpiącą się czy 

też łowiącą ryby parę ariranii — rodzaj wielkich wydr. Baraszkowały 
jak  dzieci.  Coraz  to  któreś  rzucało  się  na  towarzysza,  nurkowało, 
parskało  wodą.  Ich  brązowe  futerka  błyszczały  jak  polakierowane. 
Dostrzegłszy mnie, czy może poczuwszy,  znieruchomiały na chwilę, 
po  czym  bezgłośnie  zapadły  pod  wodę.  Po  dwóch-trzech  minutach 
wynurzyły się daleko przede mną i chyżo pomknęły do lasu. 

Przysiadłem  na  kamieniu  i  zadumałem  się.  Piękny  to  kraj  ten 

Goías.  Piękny  i  bogaty,  a  przecież  trwa  od  wieków  na  pół  pusty; 
wyżywiłby  z  łatwością  i  dostarczył  dostatków  stu  milionom  ludzi,  a 
żyje  z  jego  płodów,  i  to  ubogo,  niespełna  dwa  miliony.  Jakież  to 
marno-trawstwo dóbr przyrody i możliwości w nich  zawartych! Myśl 
o  tym  jest  przykra,  ale  jedno-cześnie  budzi  odmienne  uczucia. 
Świadomość,  że  na  zagęszczonym,  ciasnym  świecie  istnieją  jeszcze 
kraje, gdzie ręka człowieka nie zmieniła ich najdawniejszego oblicza, 
jest miła i stanowi dla tej pierwszej myśli pewne zadośćuczynienie. 

Tymczasem powiał lekki wiatr i szybko począł zmiatać z jeziora 

mgłę.  Przez  dłuższą  chwilę  opierała  się,  niechętnie  odrywała  od 
brzegów,  kłębiła  się  na  środku,  ale  wreszcie  ule-gła.  Gdy  odsłoniła 
wyjście  kanału,  który  łączył  jeziora  z  São  Felix,  dostrzegłem 
majaczącą w dali kanoę z kilku ludźmi. „Nie jest tu takie pustkowie” 
— pomyślałem i skierowałem się do rancha. 

W  rancho  też  już  zauważono  kanoę.  Spostrzegłem,  że  Metysi  i 

Ubirajara mieli na sobie pasy z  rewolwerami. Stali na brzegu i pilnie 
obserwowali wolno zbliżającą się łódź. 

— Któż to może być? — zapytałem. 
— Bugrzy — mruknął Balbino i dodał: — Cóż to za diabeł ich tu 

sprowadził? 

Teraz i ja nie miałem wątpliwości, że nadjeżdżający to Indianie. 

background image

Prowadzili łódź stojąc, tylko sternik siedział z tyłu i sterował szerokim 
jak  piekarska  łopata  wiosłem.  Jeden  z  nich  miał  przewieszony  przez 
nagie  plecy  karabin,  a  pozostałych  trzech  —  wszystkich  razem  było 
czterech — trzymało przy udach długie łuki. 

Zjawienie  się  Indian  nie  oznaczało  koniecznie  zjawienia  się 

wrogów,  ale  nigdy  nie  można  było  przewidzieć,  czy  przyjacielskie 
zetknięcie  z  nimi  nie  zakończy  się  zwadą.  Toteż  civilizados 
spotkawszy ich zachowują zwykle pewne środki ostrożności. W tych 
stronach Goíasu Indian jest niewielu, ale między Tocantinsem i rzeką 
Araguaią  żyją  ich  jeszcze  znaczne  gromady.  Prowadzą  ruchliwy,  na 
pół  koczowniczy  tryb  życia,  nie  przestrzegają  żadnych  granic  i 
pokazują się w różnych stronach, niekiedy nawet w takich, gdzie już 
prawie o nich zapomniano. 

Gdy  kanoa  zbliżyła  się  tak,  że  można  było  poznać,  kto  nią 

przybywa,  Curupira,  która  stała  między  mną  i  Ubirajarą,  przytknęła 
dłoń do oczu, chwilę kręciła się niespokojnie, po czym krzyknęła: 

— Uai! 
— Czego ty, głupia, krzyczysz? — zgromił ją Ubirajara. 
— Uai! — powtórzyła Indianka i schwyciła swego companheira 

za rękę. Po chwili, trzęsąc się, wykrztusiła: — Maloá... 

Ubirajara przyłożył też dłonie do oczu. 
— Maloá? Co ty też mówisz, skąd by się tutaj wziął? 
— To on, na pewno. 
— Bugre, sem vergonha! — zaklął Ubirajara. 
Curupira  trzymała  się  kurczowo  jego  ramienia.  Szczękając 

zębami, powiedziała: 

— Boję się. 
— Fora daqui! — ofuknął ją. — Schowaj się w rancho. 
To  zaniepokojenie  naszych  gospodarzy  udzieliło  się  również  i 

mnie. 

— Któż to ten Maloá? — zapytałem. 
— To dawny mąż tej... — odrzekł Ubirajara i wskazał za siebie. 

Ale Curupira ulotniła się już jak kamfora. 

— Po co on tu przyjechał? 
— Nie wiem, ale nie podoba mi się ten przyjazd. 
Tymczasem kanoa uderzyła dziobem o brzeg. Indianie wskoczyli 

do płytkiej wody i wyciągnęli lekką łódź na piasek. 

—  Bom  dia  —  powiedzieli  chóralnie,  ale  ten  z  karabinem  na 

background image

plecach omylił się i zamiast „dzień dobry” powiedział „dobranoc”. 

Damy  moich  Metysów  parsknęły  śmiechem.  Pogroziłem  im 

palcem. Zamilkły. 

Indianie byli młodzi i rośli. Skąpe ubranie, na które składały się 

perkalowe spodnie, nierówno ucięte nad kolanami, nie przeszkadzało 
stwierdzić,  że  byli  doskonale  zbudowani.  Ich  brązowa,  błyszcząca 
młodością  skóra  kryła  węźlaste,  suche  muskuły,  a  płaskie  brzuchy  i 
wąskie biodra dopełniały ich męskiej urody. Małe, lekko skośne oczy 
osadzone w szerokich twarzach spoglądały bystro i nieufnie. 

Ten z karabinem na plecach wystąpił naprzód. 
— Jestem Maloá — powiedział. 
Przeczuwałem  awanturę  i  pośpiesznie  wtrąciłem  swoje  trzy 

grosze. 

—  Bądźcie  naszymi  gośćmi  —  odezwałem  się.  —  Mamy  tu 

zabitą świnię, zjemy ją razem. 

Maloá  spojrzał  na  jednego  ze  swoich  towarzyszy,  a  ten 

wypowiedział jak wyuczoną lekcję: 

— Maloá mało rozumie po portugalsku, ja jestem tłumaczem. 
Był to młody, może dwudziestoletni chłopak z równo przyciętymi 

na czole włosami, tworzącymi rodzaj kudłatej, grubej czapki. W ręku 
trzymał  łuk  i  garść  strzał  z  taką  dumą,  jak-by  to  był  przyrząd  do 
wypuszczania atomowych pocisków. 

—  Skoro  jesteś  tłumaczem  —  zwróciłem  się  do  niego  —  to 

powtórz w swoim języku moje zaproszenie. 

Chłopak zagdakał coś, na co Maloá kiwnął głową, po czym zdjął 

z pleców karabin i położył go w łodzi.  

Indianie nic na razie nie wspominali o celu swego przybycia, a ja 

pragnąłem  tylko  jednego:  zasiąść  razem  z  nimi  naokoło  świńskiej 
pieczeni. Mógłbym wprawdzie odjechać wraz ze swymi towarzyszami 
choćby natychmiast, ale powstrzymały mnie od tego błagalne prośby 
Ubirajary, by nie zostawiać go samego. 

Małomówni Indianie wydobyli wreszcie kota z worka. 
Maloá  wykrztusił  długie  jak  na  niego  przemówienie,  które 

tłumacz skrócił jednak do czterech tylko słów: 

— Maloá przyszedł zabrać Curupirę. 
„Oj, niedobrze — pomyślałem. — Będzie awantura”. 
Ubirajara  posiniał  z  gniewu  i  byłby  się  rzucił  na  przybyszów, 

gdybym nie schwycił go za łokieć. 

background image

—  Jak  się  chcesz  bić,  to  proszę  bardzo,  ale  ja  odjadę  za  pięć 

minut. 

—  Maloá  przyszedł  zabrać  Curupirę  —  powtórzył  matowym 

głosem tłumacz. 

— Dobrze, dobrze, ale teraz będziemy jedli. Przetłumacz to... 
Moje  pragnienie  zasiądnięcia  z  przybyszami  naokoło  świńskiej 

pieczeni  spełniło  się.  Ale  cóż,  Indianie  najedli  się,  ale  nie 
zrezygnowali  ze  swoich  zamiarów.  Nie  liczyłem  nawet  na  to,  ale 
przypuszczałem,  że  po  dobrym  obiedzie  będą  łatwiejsi  do  dyskusji. 
Mógłbym  ich  upić,  ale  to  odwlokłoby  co  najwyżej  sprawę  albo,  co 
gorsza, uczyniło ich bardziej agresy-wnymi. 

Na razie zacząłem zarzucać ich pytaniami. 
— Skąd jesteście? 
— Z kraju między dwiema wielkimi wodami. 
— Znad Araguai? 
— Tak. 
— Karażowie? 
Oszczędny w słowach tłumacz zadowolił się kiwnięciem głową. 
Na tym się jednak odwlekanie rozstrzygnięcia skończyło. 
Po  dłuższym  milczeniu  Maloá powiedział  coś  dobitnie  i  głośno, 

co w portugalskiej interpretacji tłumacza brzmiało: 

— Maloá przyszedł zabrać Curupirę dzisiaj. 
Teraz wmieszał się do rozmowy Ubirajara. 
—  Curupira  jest  moja  —  powiedział.  —  Ty  ją  wypędziłeś,  a  ja 

znalazłem ją nad wielką rzeką i zabrałem. Teraz jest moja. 

Okazało  się,  że  jednak  Maloá  zna  nieźle  język  białych.  Trudno 

byłoby  dociec, dlaczego  pragnął  początkowo  mówić  przez  tłumacza, 
ale obecnie porzucił tę manierę. 

— Curupira moja żona. Zabiorę ją. 
Moje  przewidywania,  że  po  dobrym  obiedzie  dyskusja  potoczy 

się nieco łagodniej, spe-łniły się. Dwóch mężów jednej żony spierało 
się nadal, ale jakoś inaczej aniżeli na początku. 

— Tak, byłeś jej mężem, ale ja karmiłem ją przez cały rok. Patrz, 

jak potłuściała — rzekł Ubirajara. 

Indianin przyjął argument poważnie. 
— U mnie też nie była chuda. 
— Wypędziłeś ją. 
—  Maloá  wypędził  Curupirę  —  wtrącił  się  tłumacz—  bo  tak 

background image

kazał pajé. Powiedział: „Curupira nie ma dziecka, wypędź ją!” 

— No, właśnie — podchwycił Ubirajara. 
— Tamten pajé, który tak powiedział — ciągnął tłumacz dalej — 

umarł,  a  nowy  powiedział:  „Maloá,  odszukaj  Curupirę  i  spróbuj 
jeszcze raz”. 

— Tak, chcę spróbować — skwapliwie potwierdził Indianin. 
Podczas gdy mężowie spierali się nadal, poszedłem do rancha, by 

zbadać,  co  też  pivot  tego  zajścia,  Curupira,  o  żądaniu  wydania  jej 
sądzi. 

Wszystkie  trzy  kobiety  siedziały  w  kucki  przy  ogniu.  Były 

podniecone,  ożywione.  Na  mój  widok  przerwały  rozmowę,  ale  nie 
przestały się uśmiechać. 

— Curupira ma szczęście — odezwała się Gloria. 
—  Co  ty  też  mówisz,  Gloria!  Szczęście?  Ci  dwaj  gotowi  się 

pozabijać nawzajem o nią. Straci obu. 

— Uai! — dała znać o sobie Indianka. 
— Tak, tak, pozabijają się, zostaniesz sama. 
— Uai! 
— Ty lepiej powiedz od razu, którego wolisz. Może się pogodzą. 
Damy stanęły po mojej stronie. 
— Niech wasza wielmożność — powiedziała Quirina — weźmie 

kija i wyłoi jej skórę, to zaraz będzie wiedziała, którego woli. Nam nie 
chce powiedzieć. 

Bugierka  musiała  zrozumieć,  co  Quirina  proponuje,  gdyż 

przezornie  cofnęła  się  ku  drzwiom,  ale  nie  uciekła.  Nic  też  nie 
powiedziała. Stała pod ścianą wyprostowana i patrzyła przez drzwi ku 
spierającym  się  o  nią  mężczyznom.  W  jej  oczach  najwyraźniej 
malował się zachwyt. 

—  Chodź  do  mężczyzn  —  wziąłem  ją  za  rękę  —  musisz  im 

powiedzieć, co wolisz: iść z Maloą czy zostać tutaj. 

Indianka nie sprzeciwiała się, ruszyła za mną potulnie. 
— Dobrze, że tu przyszłaś — powiedział Ubirajara. 
— Klekleklekle — zagdakał po indiańsku Maloá. 
Curupira odwróciła się do niego tyłem. 
— On się pytał — przetłumaczył lojalnie tłumacz — czy miała z 

tym civilizado dzie-cko. 

— Nie miała, nie miała i nie będzie miała! — krzyknął Ubirajara. 
— Chcę spróbować — odezwał się teraz po portugalsku Maloá. 

background image

Żaden z mężów nie zamierzał ustąpić. Postanowiłem więc wtrącić 

się do sporu jeszcze raz. 

— Niech zadecyduje sama Curupira  — powiedziałem. — Niech 

powie, z kim chce zostać. 

Ubirajara  był  tak  pewny  siebie,  że  natychmiast  się  zgodził, 

natomiast  Maloá  dał  do  zrozumienia,  że  to  wstyd  dla  mężczyzny 
poddawać się decyzji kobiety, ale w rezultacie kiwnął głową. 

— Mów! — powiedział do Curupiry nie patrząc na nią. 
— Mów! — powtórzył za nim Ubirajara. 
Indianka kręciła się, trzęsła nagimi piersiami, ale milczała. 
Mężczyźni  patrzyli  to  na  nią,  to  na  siebie;  rosła  w  nich 

wściekłość. 

— No! — syknął przez zęby Ubirajara. 
Niespodziewanie  Curupira  wyrzuciła  z  siebie  kilkanaście 

gardłowych  słów.  Sprawiły  one  na  Indianach  wielkie  wrażenie. 
Wlepili w nią oczy i aż pootwierali usta ze zdziwienia. 

Spojrzałem na tłumacza. 
— Co ona powiedziała? — zapytałem. 
Tłumacz  stracił  nieoczekiwanie  swoją  dotychczasową  powagę. 

Jego śmiech zabrzmiał jak bek kozy, ugryzionej przez bąka w zadek. 

—  Ona  powiedziała  —  znowu  beknął  jak  koza  —  ona 

powiedziała, że da odpowiedź jutro o świcie, gdy słońce wyjdzie nad 
las. 

„A to szelma — pomyślałem — ona coś knuje...” 
Ubirajara był rozczarowany, Maloá zdumiony, a damy pokładały 

się ze śmiechu. 

Nastąpiło więc zawieszenie broni aż do rana. Ustaliłem ze swoimi 

Metysami,  że  następ-nego  dnia  o  świcie  wyruszymy  w  dalszą  drogę 
niezależnie od tego, jak się rozwikła sprawa Curupiry. Aby jednak nie 
zostawiać  swego  gospodarza  sam  na  sam  z  czterema  Indianami, 
Balbino pojechał do Pedra i przedstawił mu sytuację sąsiada. 

Chciałem  porozmawiać  z  Indianami,  dowiedzieć  się  coś  o  ich 

życiu,  ale  próżne  były  moje  zabiegi.  Na  wszystkie  pytania 
odpowiadali, jeśli zrozumieli, o co chodzi, monosylaba-mi, a gdy nie 
zrozumieli — milczeli. Rozpalili ognisko, wyciągnęli z torby suszone 
mięso, przypiekali je na węglach i jedli. Siedzieli w kucki nieruchomo 
jak mumie peruwiańskie. Na noc pokładli się na gołej ziemi koło tego 
samego ogniska i zaraz po zapadnięciu zmroku zaczęli chrapać, aż się 

background image

rozlegało po lesie. 

Nie  wiem,  co  zaszło  w  nocy,  rano  obudził  mnie  hałas  i 

podniesione  głosy.  W  obawie,  że  może  doszło  do  jakiejś  awantury, 
zerwałem  się  na  równe  nogi  i  chwyciłem  za  rewolwer.  Moi 
towarzysze już nie spali. Stali właśnie na brzegu jeziora z Ubirajarą i 
coś głośno rozprawiali. 

— Hej, co tam nowego? — zapytałem. 
— Indianie uciekli — odrzekł Balbino. — Ani śladu po nich. 
— No to dobrze, nasz gospodarz będzie miał spokój. 
Coś mnie jednak uderzyło w Ubirajarze. Stał nachmurzony i zły. 
— Spokój? Tak, będę miał spokój — mruknął — Curupira z nimi 

uciekła. 

O, do licha! Więc rzeczywiście coś knuła...  

 
 
 
 
 
 
 

W MALOCE XIRIBEGO 

 
 

Drzemałem właśnie w łodzi oparłszy czoło o skrzynkę z solonym 

mięsem, gdy poczu-łem, że ktoś mnie pociąga za rękę. 

—  Wasza  wielmożność,  wasza  wielmożność  —  budził  mnie 

Balbino. 

— Co tam? — przetarłem oczy. 
— Wpływamy na Tocantins. 
Tocantins  powstaje  w  południowym  Goíasie,  lecz  w  górnym 

biegu  jest  znany  jako  Urú.  Dopiero  po  wchłonięciu  rzeki  Maranhão 
przybiera właściwą nazwę, pod którą wpada do amazońskiej delty  w 
odległości  137  kilometrów  od  miasta  Belem  do  Pará.  Jego  długość 
wy-nosi  2  640  kilometrów,  a  szerokość,  w  zależności  od  charakteru 
podłoża, waha się od kilkuset metrów w średnim biegu do dwudziestu 
kilometrów przy ujściu. Portugalczycy znali tę rzekę już na  początku 
XVII wieku, ale eksploracji całej jej długości dokonała dopiero w dwa 
wieki  później  (1842)  ekspedycja  pruskiego  księcia  Alberta. 

background image

Szczegółowsze  badania  przeprowadzo-ne  przez  H.  Cudreau  w  1896 
roku  i  Axela  Loefgrena  w  1935  roku  wykazały,  że  jest  ona  usia-na 
licznymi wodospadami i porohami, co uwarunkowało jej żeglowność. 
Spławna  tylko  na  poszczególnych  odcinkach,  nie  stanowi  ogniwa  w 
obszernej amazońskiej wodnej sieci komu-nikacyjnej. Ten stan rzeczy 
zadecydował  o  nikłym  dotychczas  zaludnieniu  i  słabym  rozwoju 
gospodarczym  terenów  przez  nią  przeciętych.  Są  one  po  dziś  dzień 
wielkim  rezerwatem  dzie-wiczej  przyrody  w  postaci  nie  zmienionej 
od najdawniejszych czasów. 

Lasy  zalegające  dolinę  średniego  i  dolnego  biegu  Tocantinsu 

obfitują w palmy babassú, będące prawdziwym skarbem brazylijskiej 
strefy  międzyzwrotnikowej.  Wysokości  około  piętnastu  metrów,  o 
średnicy  pnia  rzadko  przekraczającej  pół  metra,  babassú  zajmują 
zwarty-mi  gajami  olbrzymie  przestrzenie,  rozciągające  się  poprzez 
Goías  i  Maranhão  aż  do  Amazo-nki.  Wydają  owoce  w  postaci 
czterech do sześciu olbrzymich gron, z których każde składa się mniej 
więcej  ze  stu  orzechów,  zawierających  po  dwa  do  sześciu  ziaren.  Z 
tych ziaren wytła-cza się olej, służący w stanie surowym jako paliwo, 
a  po  przerafinowaniu  nadający  się  do  jedzenia.  Wyrabiane  z  niego 
masło nie ustępuje w smaku  i użyteczności przyrządzanemu z mleka 
krowiego.  Liście  babassú  dostarczają  bardzo  wytrzymałego  włókna, 
używanego ze względu na odporność na wodę morską do wyrobu lin 
okrętowych.  Nawet  skorupy  ich  orzechów  są  pożyteczne,  służą  jako 
doskonały  opał  prawie  równy  węglowi  kamiennemu.  Żywotność  tej 
palmy  jest  nadzwyczajna.  Gdy  po  zrobieniu  poręby  kabokle  wypalą 
zwalone  pnie  i  krzaki,  to  przede  wszystkim  i  nieodmiennie  na 
pogorzelisku wyrosną małe babassú.  

Gdy Balbino zawołał: „Wpływamy na Tocantins”, obejrzałem się. 

Kanoa  właśnie  mijała  podmyty  przez  wodę  wysoki  brzeg  i  dość 
żwawo poddała się silnemu nurtowi Tocantinsu. Rzeka miała w tym 
miejscu  co  najmniej  ćwierć  kilometra  szerokości  i  w  porównaniu  z 
pły-tkim i przeważnie wąskim São Felix wyglądała imponująco. 

Nic nie zwiastowało, aby gdzieś w pobliżu znajdowali się ludzie. 

Brzegi  rzeki  porastała  prastara  puszcza,  którą  na  szerokich,  płytkich 
rozlewiskach zastępowała trzcina i błotna roślinność. Ponieważ miało 
się  ku  końcowi  pory  suchej,  zewsząd  wyłaniały  się  żółtawe, 
piaszczyste  plaże,  jakieś  wielkie  głazy  i  żwirowate  mielizny.  Na 
wprost  ujścia  São  Felix,  po  drugiej  stronie  rzeki,  brodziło  mnóstwo 

background image

poważnych  ptaków,  zaopatrzonych  w  wielkie  niczym  worki 
podgardla.  Gdy  Balbino  uderzył  wiosłem  na  płask  w  wodę,  zerwały 
się  i  przez  pewien  czas  leniwie  krążyły  nad  żerowiskiem,  po  czym 
opadły niezgrabnie na swoje poprzednio zajmowane miejsce. 

Osiągnięcie  Tocantinsu  nie  oznaczało  dla  mnie  końca  całej 

podróży, lecz ukończenie jednego z jej etapów. Teraz powinienem był 
spłynąć  do  ujścia  Rio  Cana  Brava  i  udać  się  w  górę  jej  biegu.  Tam 
właśnie  gdzieś  znajdował  się  strumień,  którego  mapkę 
przechowywałem  w  woreczku  pod  koszulą.  Na  razie  jednak  trzeba 
było  przenocować.  Po  krótkim  kluczeniu  przy  dość  wysokich, 
suchych  brzegach  dobiliśmy  do  piaszczystej  plaży  i  wyciągnęliśmy 
kanoę na brzeg. 

Mieliśmy  szczęście,  trafiliśmy  akurat  na  miejsce,  gdzie  żółwice 

złożyły  niedawno  jaja.  W  pewnych  okresach  roku  wyłażą  one  w 
wielkiej liczbie na brzeg, wygrzebują w piasku dołki i składają w nie 
kilka  do  kilkunastu  jaj,  po  czym  dołek  zasypują  i  przyklepują  go 
swoją  dolną  tarczą.  Resztę  pracy  potrzebnej  do  wylęgnięcia  się 
małych pozostawiają słońcu.  

Jaja żółwie przypominają wyglądem i wielkością małe trufle i jak 

one mają miękką, elastyczną  skorupkę. Jadłem je już wiele razy, ale 
tylko  z  konieczności.  Nie  smakowały  mi.  Brazylijczycy  i  Indianie 
zajadają  się  nimi  i  około  września  robią  nawet  dalekie  wyprawy  na 
poszukiwanie  tego  według  mnie  wątpliwej  wartości  smakołyku. 
Niszczenie jaj wpłynęło na zmniejszenie się liczebności żółwi, lecz w 
takich  oddalonych  od  cywilizacji  stronach  jak  wy-brzeże  średniego 
biegu Tocantinsu są one wciąż jeszcze bardzo pospolite. 

Na plaży, którą wybraliśmy do spędzenia nocy,  żółwich jaj było 

zatrzęsienie.  Damy  wygrzebały  ich  cały  stos  i  usmażyły  na  jakimś 
niezbyt pewnego pochodzenia oleju olbrzymią michę jajecznicy. 

Metysi,  najadłszy  się  ulubionego  przysmaku  i  zapiwszy  go 

resztką pingi, wpadli w doskonały humor. Anisio zaśpiewał popularną 
piosenkę o byku, „O meu boi morreu — wyciągał wysokim głosem — 
Que será de mim? Manda buscar outro maninho, Lá no Piauí” („Mój 
byk zdechł, Oh, biada mi, Sprowadzisz innego braciszku, Stamtąd, z 
Piaui”). 

Rano,  jeszcze  przed  wyruszeniem  w  dalszą  drogę,  zrobiliśmy 

naradę.  Balbino,  który  był  od  Anisia  inteligentniejszy  i  jak  gdyby 
przewodził całej czwórce, powiedział: 

background image

— Możemy waszą wielmożność dowieźć do arraialu leżącego w 

pobliżu Rio Cana Brava, ale dalej nie. 

— Doskonale, dla mnie to wystarczy. A wy co zrobicie? 
— Sprzedamy łódź, jeśli kto kupi. Zostawimy tam też damy. 
— I co dalej? 
— Przewiemy się o najbliższe garimpo i popróbujemy szczęścia. 
Do ujścia rzeki Cana Brava nie było daleko, ale nikt z nas nie znał 

Tocantinsu  i  nie  wiedział,  ile  to  po  drodze  spotkamy  wodospadów, 
bystrzyn,  zawiłych  zakrętów,  błędnych  odnóg  i  w  ogóle 
niespodzianek,  a  więc  nie  mógł  potrzebnego  czasu  na  przebycie  tej 
drogi określić. 

Wyruszyliśmy jeszcze o porannym chłodku. Wprawdzie prąd był 

tu bystrzejszy i zdradliwszy aniżeli na São Felix, lecz wiedziałem, że 
Metysi  są  doskonałymi  marynarzami,  a  więc  nie  miałem 
najmniejszego powodu do niepokoju o kanoę, no i o siebie. Beztrosko 
oglą-dałem  brzegi  i  samą  rzekę,  a  w  pewnej  chwili  zanurzyłem  dla 
zabawy  rękę  w  wodzie.  Quiri-na,  zauważywszy  ten  mój  ruch, 
krzyknęła: — Senhor, por amor de Deus! Wyjmij rękę z rzeki. 

Spojrzałem na nią zdziwiony, ale zaraz coś mi się przypomniało i 

jak oparzony wyrwa-łem rękę z wody. 

Piranie!  Tak,  prawda,  Tocantins  roił  się  od  tych  żarłocznych 

potworów,  pływających  wielkimi  stadami  i  rzucających  się  z 
wściekłością  głodnych  wilków  na  każde  stworzenie,  nieoględnie 
zanurzające  się  w  ich  pobliżu  w  wodę.  Najbardziej  niebezpieczna 
odmiana  tych  drapieżnych  ryb,  zwana  piranha  boca  de  fogo,  czyli 
pirania ognisty pysk, upodobała sobie właśnie  Tocantins, aczkolwiek 
wiele innych rzek amazońskiego zlewiska też nie jest od nich wolne. 
Kabokle jedzą mięso z nich tylko w ostateczności, ale nie dlatego, aby 
brzydzili  się  nim,  lecz  z  obawy  mnóstwa  drobnych  ości,  które 
zawiera. 

Po  południu  dostrzegliśmy  na  lewym  brzegu  słupy  dymu, 

unoszące się nad lasem. Metysi skierowali kanoę w tamtą stronę. Po 
chwili zatrzymali ją nagle. 

— Co tam? — zapytałem. 
— Bugrada! — rzekł Balbino. 
To pogardliwe określenie zbiorowiska Indian nie schodziło z ust 

moich  Metysów.  Sami  na  pół  tylko  biali  żywili  głęboką  niechęć  do 
swoich  niecywilizowanych  braci  i  uważali  ich  za  coś  od  siebie 

background image

nieskończenie niższego. 

Tymczasem  na  brzegu  ukazało  się  kilku  dobrze  zbudowanych, 

prawie  nagich  mężczyzn.  Stali  spokojnie  i  w  milczeniu  obserwowali 
naszą kanoę. 

—  Bugres  mala  gente.  Bugrzy  źli  ludzie  —  odezwała  się 

niespodziewanie Gloria. — Jedźmy dalej. 

Ale  ja  puściłem  jej  słowa  mimo  uszu.  Bardzo  mi  się  chciało 

zetknąć z Indianami i cieszyłem się ze sposobności, która właśnie po 
temu się nadarzyła. 

Podpływając  do  brzegu,  przywołaliśmy  obserwujących  nas 

mężczyzn do pomocy. Widząc, że chcemy wylądować, poskoczyli ku 
nam  raźno  i  pogadując  coś  w  swoim  języku,  wyciągnęli  kanoę  na 
żwirowatą plażę. Gdy tylko wygramoliliśmy się z łodzi, podszedł do 
nas  tęgi  Indianin,  ubrany  w  skórę  owiniętą  naokoło  bioder  i 
przystrojony naciągniętą na głowę opaską z łyka z powtykanymi w nią 
kolorowymi piórami. 

—  Możecie  wejść  do  mojej  maloki  —  powiedział  łamaną 

portugalszczyzną — będzie-cie moimi gośćmi. 

— Dziękuję, zanocujemy u was. Ty jesteś kacykiem? 
Indianin  zaprzeczył  energicznym  ruchem  głowy,  od  którego 

kolorowe pióra zatknięte w opaskę z łyka  zachwiały się, jakby wiatr 
na nie dmuchnął. 

—  Nie  —  rzekł  —  nie  jestem  kacykiem,  jestem  pajé

Największym  pajé  nad  Tocantinsem  —  dodał.  —  Nazywam  się 
Xiribé. 

—  Xiribé?  —  zdziwił  się  Balbino.  —  To  ciebie  nazywają 

Herodem? 

Indianin spojrzał na Metysa spod oka. 
—  Ahn!  —  mruknął,  z  czego  nie  można  było  niczego 

wywnioskować. Ani czy przyzna-je się do przezwiska, ani czy się do 
niego nie przyznaje.  

Maloka,  czyli  wieś  indiańska,  była  kupą  nieskładnie 

poustawianych chatek z bambuso-wych prętów lub z odartych z kory 
suchych  gałęzi.  Te  prymitywne  szałasy,  nie  mające  innych  otworów 
jak tylko niskie wejścia, doskonale chroniły przed deszczem i poranną 
rosą.  Nie  było  ich  zadaniem  strzec  ludzi  przed  chłodem,  ale  też  i 
chłody były tu nie znane. 

Na brzegach Tocantinsu żyli od niepamiętnych  czasów Indianie-

background image

Szawanci,  czyli  Szy-bkobiegacze,  należący  do  grupy  Jes.  W  bliższy 
kontakt  z  białymi  weszli,  nie  licząc  sporady-cznych  zetknięć  z 
bandeirantami,  pod  koniec  XVIII  wieku.  Wiadomo,  że  w  roku  1787 
guber-nator  Goíasu  Tristao  da  Cunha  Menezes  ustanowił  w  pobliżu 
ich  terenów  garnizony  wojsko-we,  które  powstrzymując  zarówno 
Indian,  jak  i  na  pół  dzikich  białawych  garimpeirów  od  wzajemnej 
agresji,  przyczyniały  się  do  ich pokojowego  współżycia.  Około  1851 
roku  zjawili  się  wśród  Szawantów  misjonarze  katoliccy  i  zaskarbili 
sobie  ich  przyjaźń.  W  roku  1887  gar-nizony  kresowe  zniesiono, 
otwierając  białym  drogę  do  stosowania  wobec  tubylców  gwałtów  i 
grabieży.  Nastąpił  okres  walk,  które  wskutek  ogólnobrazylijskich 
zamieszek  wynikłych  po  zmianie  ustroju  monarchistycznego  na 
republikański  (1889—1893),  odbywały  się  na  margi-nesie 
zainteresowań  państwa.  Prześladowani,  nękani  porywaniem  kobiet  i 
grabieżą, Szawanci postanowili opuścić dorzecze górnego i średniego 
Tocantinsu  i  udać  się  na  zachód  jak  najda-lej  od  białych.  Nie  był  to 
jednak  pochód  do  pustki.  Za  rzeką  Araguaią,  dokąd  się  udali,  mie-
szkały  inne  plemiona,  które  trzeba  było  podbić  lub  dalej  odepchnąć. 
Nie istnieli cywilizowani świadkowie tego exodusu, tej  współczesnej 
wędrówki ludów, toteż trudno przedstawić, jakim kosztem nieszczęść 
i okrucieństw się odbyła. W  rezultacie Szawanci osiedlili się między 
rzekami  Rio  das  Mortes  i  Araguaią,  na  olbrzymim  terytorium 
obejmującym  około  stu  tysięcy  kilometrów  kwadratowych.  Zrażeni 
złym traktowaniem przez białych, zerwali z nimi wszy-stkie kontakty 
i wytrwali w kompletnym od nich odosobnieniu aż po ostatnie lata. 

Dopiero  w  roku  1940  Narodowa  Służba  Ochrony  Indian 

przystąpiła do nawiązania jakiejś z nimi łączności. W dwa lata później 
wysłano  w  tym  celu  w  Góry  Roncador  specjalną  ekspedycję  pod 
kierownictwem inżyniera Genésio Pimentela Barbosy. Ledwie jednak 
prze-kroczyła  ona  graniczną  rzekę  Rio  das  Mortes,  została  na 
pierwszym  noclegu  napadnięta  przez  Szawantów  i  zmasakrowana. 
Zginęło  sześciu  białych  wraz  z  Barbosą;  ocalało  jedynie  dwóch 
Indian-Szerentów, którzy służyli za tłumaczy i którzy później zgłosili 
się do posterunku Ochrony Indian. 

W  roku  1948  zdecydowano  się  wysłać  następną  ekspedycję.  Na 

jej  czele  postawiono  znanego  „sertanistę”  Francisco  Meirelesa. 
Poszczęściło  mu  się  lepiej  aniżeli  Barbosie.  Postę-pując  bardzo 
ostrożnie zdołał nawiązać z jednym z szawanckich szczepów kontakt, 

background image

który  następnie  dzięki  jego  cierpliwości  i  bezinteresowności 
przeobraził się we wzajemną przyjaźń. Nie był to jednak sukces zbyt 
wielki,  gdyż  oprócz  tej  garstki  reszta  Szawantów,  to  jest  prawie 
wszyscy, żyli nadal w kompletnej od białych izolacji i za żadne skarby 
świata łączności z nimi nawiązać nie chcieli. 

Od  tego  czasu  wszystko  pozostało,  jak  było.  Kilka  wysuniętych 

posterunków  Ochrony  Indian  na  próżno  usiłuje  rozszerzyć  swoje 
kontakty. Indianie-Szawanci uparcie, ale na pewno słusznie, unikają z 
nimi  stosunków.  Wiedzą  z  opowiadań  mniej  opornych  swych  braci  z 
innych  szczepów,  że  z  każdej  wizyty  u  białych  przynosi  się  oprócz 
noży,  tersadów  i  siekier  także  grypę  i  ospę,  czyli  śmierć.  Nic 
dziwnego,  że  wolą  prymitywny  byt  bez  żelaznych  narzę-dzi  i  broni 
ognistej aniżeli tamtą alternatywę. Żyją pod wodzą kacyków i pajów, 
rządzących nimi według odwiecznych praw i zwyczajów. 

W zasadzie Szawanci nie przekraczają granic swoich terytoriów i 

tylko  niekiedy,  z  powodów,  których  biały  nie  jest  w  stanie  dociec, 
przeprawiają  się  na  prawy  brzeg  Araguai,  do  swych  dawno 
porzuconych  siedzib,  gdzie  sieją  między  Karażami  i  innymi  swymi 
wrogami  przestrach  i  panikę.  Ich  ofiarami  padają  zwykle  zbierający 
orzechy  babassú  kabokle  lub  małe  grupy  civilizados  wypłukujące 
złoto. 

Między Araguaią i Tocantinsem, w miejscach opróżnionych przez 

Szawantów,  pozo-stały  inne  plemiona,  te,  które  dawniej  żyły  w 
nienawiści do późniejszych eksulantów lub też w stosunku do białych 
uleglejsze.  W  następnych  latach  przeżyły  one  dzięki  pokojowi,  jaki 
zapanował,  okres  pomyślności,  przerywany  epidemiami  ospy,  a  w 
1917  roku  śmiertelną  dla  nich  grypą-hiszpanką.  Z  pogromu 
wywołanego  tymi  chorobami  najbardziej  obronną  ręką  wy-szli 
Karażowie. Ich terytorium obejmuje uformowaną przez rozgałęzienie 
Araguai  wyspę  Bananal  oraz  wiele  miejsc  w  dorzeczu  Tocantinsu, 
głównie  w  pobliżu  jego  wybrzeży.  Dalej  na  północ  żyją  okrutni 
Kajapowie, Gawiaony, czyli Jastrzębie i kilka innych plemion. 

Karażowie  utrzymują  z  białymi  stosunki  w  miarę  przyjazne. 

Wielkie  puste  przestrzenie,  jakie  je  od  nich  dzielą,  sprzyjają  tej 
przyjaźni  nie  stanowiąc  przeszkody  do  prowadzenia  wymiany 
handlowej.  W  zamian  za  łuki,  strzały,  maczugi,  ozdobnie  plecione 
koszyki, korony  z  kolorowych  piór  i  inne  wyroby,  nabywane  chętnie 
przez  kupców  w  celu  zaspokajania  ape-tytu  amerykańskich turystów, 

background image

otrzymują  wyroby  metalowe,  części  garderoby,  różne  świeci-dełka 
oraz zapałki i broń myśliwską. Przyjaźń z białymi jest dla nich gorzka. 
Jako  przedsta-wicieli  cywilizacji  spotykają  z  reguły  mieszańców, 
Mulatów lub Metysów, ludzi w zasadzie dobrych, lecz w stosunku do 
czerwonoskórych  pełnych  uprzedzeń,  a  w  wielu  wypadkach  nawet 
nienawiści,  wynikłej  z  zadawnionych  porachunków  o  morderstwa, 
porywania,  grabież.  Żyją  w  małych  wioskach,  przy  których  kobiety 
uprawiają  maniok.  Z  byle  jakiego  powodu  porzucają  jednak  te 
siedziby i przenoszą się w inne miejsca bądź też koczują przez dłuższy 
czas  w  prymitywnych  szałasach.  Są  zręcznymi  myśliwcami  i 
rybakami. Lasy, stepy i rzeki dostarczają im żywności. 

Oprócz  Karażów  koczują  na  obszarach  położonych  między 

Tocantinsem  i  Araguaią  również  niedobitki  innych  plemion, 
zdziesiątkowanych przez epidemie i sertaneżów. Odpę-dzani zarówno 
przez  białych,  jak  i  czerwonoskórych,  żyją  w  stałej  niepewności 
swego  losu.  Pozbawieni  ścisłych  ram  plemiennych,  wyzbyci 
rodzinnych  obyczajów  i  odwiecznych  naka-zów  postępowania, 
błąkają się po lasach, mało przypominając fizycznie i moralnie swoich 
szlachetnych w prymitywizmie braci z Gór Roncador czy też nawet z 
wyspy  Bananal.  Drogę  do  ucieczki  na  zachód  zagrodzili  im 
Szybkobiegacze,  na  północ  —  Kajapowie  i  Jastrzębie,  na  wschód  i 
południe  —  biali.  Na  razie  jednak  mają  jeszcze  dość  miejsca,  dość 
zwierzyny  i  dość  ryb  tam,  gdzie  dotychczas  mieszkają.  Nie 
civilizados,  lecz  oni  wciąż  jeszcze  czują  się  panami  w  tym  zabitym 
deskami od świata terytorium. Jedyni obcy, którzy do niego zaglądają, 
to  kolorowi  garimpeirzy  i  ci  biali,  dla  których  sąsiedztwo  okolic 
objętych  przez  zorganizowane  władze  nie  jest  z  różnych  względów 
pożądane. 

Indianie  chętnie  jedzą  mięso  leśnej  zwierzyny,  ryby,  owoce, 

ziarno kukurydzy, kłącza manioku, słodkie kartofle etc., ale gdy tych 
przysmaków  z  jakichś  powodów  brakuje,  zadowa-lają  się  robakami, 
jaszczurkami,  wężami,  mięsem  krokodyli,  a  także  różnymi 
korzonkami, liśćmi i owocami  roślin, których własności odżywczych 
biali  nawet  nie  znają.  Podróżując  pewnego  razu  z  Indianinem-
przewodnikiem  wypytywałem  go,  czy  mięso  tego  lub  owego  ptaka 
albo  tego  czy  innego  zwierzątka  jest  jadalne.  Indianin  z  reguły 
odpowiadał:  „Tak,  jest  jadalne”,  ale  snadź  zniecierpliwiony  moim 
uporczywym  wypytywaniem  się  oświadczył  wreszcie  stanowczo: 

background image

„Wszystko, co lata lub biega, jest dobre!” Takie podejście do sprawy 
odżywiania  bardzo  ułatwia  kwestię  bytu.  Bo  przecież,  gdy  już  nic 
godniejszego  nie  ma  pod  ręką,  to  zawsze  znajdzie  się  jakiś  tłusty 
robak  pod  korą.  Zwłaszcza  dzieci  korzystają  z  takiej  łatwej 
sposobności  i  obżerają  się  tłustymi,  żywymi  kluseczkami. 
Zaspokajanie  głodu  wymaga  od  ludzi  prymitywnych  nieustannych 
zabiegów i wysiłków, ale nie takich, pozornie niczym z tą funkcją nie 
związanych,  jakimi  obarczyli  sami  siebie  ich  cywilizowani  bracia. 
Każda  czyn-ność  Indianina  ma  bezpośredni  związek  ze  zdobyciem 
jakiegoś kąska, a nie jego odpowie-dnika zawartego w pieniądzu. Już 
od  dziecka  przywyka  do  tego,  że  otaczający  go  las,  płynąca  opodal 
rzeka,  step,  a  nawet  bagno  czy  skalne  urwisko  to  jego  spiżarnia, 
jedyny  bazar,  sklep,  w  którym  może  zaopatrzyć  się  we  wszystko, 
czego potrzebuje. Zapasy w gorącym klimacie niełatwo zabezpieczyć 
od zepsucia. Toteż Indianin krząta się po swoich łowiskach dzień po 
dniu przez okrągły rok. Najwięcej pomocny w tych zabiegach jest mu 
łuk.  Strzały,  które  nim  wyrzuca,  zaopatrywał  dawniej  w  ostrza  z 
kawałków bambusa o ostrych jak brzytwa kantach, obecnie używa do 
tego celu rozpłaszczonego drutu lub gwoździ. Trudno uwierzyć, że za 
pomocą  tych  prymitywnych  narzędzi  potrafi  upolować  takiego 
wielkiego  zwierza  jak  tapir  lub  takiego  bystrego  i  złośliwego  jak 
queixada lub tatet. Łukiem posługuje się nawet przy łowach na ryby. 
Staje  nieruchomo  w  płytkim  rozlewisku  i  godzinami  wyczekuje 
okazji. Gdy strzała utkwi w oszołomionym z przerażenia stworzeniu, 
chwyta drzewce i wyrzuca zdobycz na brzeg. 

Gdy  już  ulokowaliśmy  się  we  wskazanej  nam  pustej  chacie 

zapytałem Balbina, czemu to nazwał Xiribego Herodem. 

— To długa historia, opowiem wieczorem. 
Nie  nalegałem,  tym  bardziej  że  najpierw  musiałem  zatroszczyć 

się o nabycie żywności, co nie zapowiadało się łatwo, gdyż  Indianie 
mieli  małe  poczucie  wartości  pieniądza  i  za  odstępowane  produkty 
chcieli  otrzymać  potrzebne  im  przedmioty,  a  nie  trudne  dla  nich  do 
zrealizowania możliwości, zaklęte w kolorowych papierkach. Nie tyle 
chodziło mi o mięso i ryby, o które sami mogliśmy od biedy postarać 
się,  ile  o  maniokową  kaszę  oraz  o  kasztany  z  Pará.  Te  ostatnie  to 
znane  w  Polsce  orzechy  amerykańskie,  wchodzące  nieodmiennie  w 
skład  bożenarodzeniowych  bakalii.  Trudno  w  to  uwierzyć,  ale 
wydające je drzewa nie są hodowane w sadach czy ogrodach, jak na 

background image

przykład  jabłonki  lub  grusze,  lecz  rosną  po  lasach  w  stanie 
naturalnym,  jak  u  nas  dęby  czy  buki.  Na  wielkich  przestrzeniach 
dorzecza  Amazonki  istnieją  nieprzejrzane  lasy  tych  kasztanów  — 
wspaniałych  drzew,  sięgających  czterdziestu  do  pięć-dziesięciu 
metrów  wysokości.  Między  Tocantinsem  i  Araguaią  spotyka  się  je 
stosunkowo  rzadko,  a  jeszcze  dalej  na  południe  nie  ma  ich  już 
zupełnie.  Owoce  castanheirów  dojrzewają  między  styczniem  i 
kwietniem,  ale  dają  się  przechowywać  długo.  Miałem  teraz  na  nie 
wielką  ochotę,  gdyż  mięsno-rybne  odżywianie  zbrzydło  mi  już  do 
szczętu. 

— Daj dwa noże — powiedział Xiribé — dostaniesz dwa koszyki 

orzechów.  

Wyszło mi się to za drogo. 
—  Dam  jeden  nóż  z  dwoma  ostrzami  —  odrzekłem  —  za  trzy 

koszyki orzechów. 

Xiribé obejrzał uważnie scyzoryk i szybko się zdecydował. 
— Dobrze, ale dołóż kostkę rapadury. 
Indianie bardzo lubią brunatny cukier trzcinowy, produkowany w 

prymitywny sposób przez kabokli i sprzedawany pod nazwą rapadury 
w  formie  kilowych  kawałków  wilgotnej  masy,  owiniętej  w  liście 
kukurydzy.  Chętnie  przyjmują  go  jako  zapłatę  za  przedmioty  nie 
stanowiące  dla  nich  wielkiej  wartości,  jak  na  przykład  za  skóry 
drapieżników lub węży, pancerze pancerników albo skorupy żółwi. 

Wieczorem,  gdy  już  objedliśmy  się  pieczonymi  na  kamieniach 

rybami  i  wyśmienitymi  orzechami,  zwróciłem  się  ponownie  do 
Balbina,  aby  wytłumaczył,  dlaczego  nazwał  Xiribego  Herodem. 
Metys tym razem nie dał się prosić i opowiedział taką historię: 

Przed  kilku  laty  rozeszła  się  po  Goíasie  wiadomość,  że  Indianie 

Xiribego  znaleźli  dia-menty.  Jako  dowód  podawano,  że  nabyli  u 
wędrownego  maskata  wiele  siekier,  fakonów,  fojs i innych narzędzi, 
płacąc  za  wszystko  drobnymi  „chibios”.  Najwięcej  przejął  się  tą 
wieścią  Alfredo  da  Cunha  z  Peixe.  Właśnie  wybierał  się  wraz  z 
paczką  garimpeirów  na  diamento-dajne  pola  nad  Rio  das  Garças  w 
Mato Grosso i krótka wycieczka do wioski Xiribego była mu na rękę. 
„Nic  na tym  nie  stracimy  —  mówił  —  co  najwyżej  będziemy  nieco 
dłużej  w  drodze”.  Garimpeirzy,  a  właściwie  kandydaci  na  nich, 
należeli  do  największych  próżniaków  i  chciwców  w  miasteczku. 
Wyobrażali sobie, że Indianie mają wiele diamentów i że oni w jakiś 

background image

sposób  wycyganią  je  od  nich.  Tym  skwapliwiej  zgodzili  się  na 
propozycję Alfreda da Cunhy. W maloce rządził ten sam pajé, Xiribé, 
co  i  obecnie,  bo  chociaż  stary  kacyk  Guariba  jeszcze  żył,  ale  jako 
zgrzybiały staruch już się nie liczył. 

Indian  zaskoczył  wprawdzie  najazd  kilku  łodzi  wypełnionych 

tuzinem uzbrojonych po zęby civilizados, ale nie spodziewając się od 
nich  niczego  złego,  spokojnie  patrzyli,  jak  lądu-ją.  Alfred  da  Cunha 
podszedł zaraz do Guariby i mówi: 

— Dawaj diamenty! 
Stary  nie  umiał  ani  słowa  po  portugalsku.  Mamlał  coś,  ale 

Alfredo  był  niecierpliwy,  uderzył  go  kolbą  rewolweru.  Indianin 
niewiele  myśląc  schwycił  stojącą  przy  wejściu  bordunę  i  łupnął 
garimpeira  w  łeb.  Ale  cóż,  Guariba  był  słabym  starcem,  a  Alfredo 
młodym  i  silnym  mężczyzną.  Walka  była  nierówna.  Kacyk, 
otrzymawszy  kilka  ciosów,  upadł  zakrwawiony  na  ziemię,  a  obecni 
przy  tym  Indianie  pobiegli  do  chat  po  łuki.  Xiribé  wiedział  jednak 
dobrze, czym kończyły się bójki z civilizados. Uspokoił więc swoich, 
kazał opatrzyć Guaribę i zapytał Alfreda, czego chce. 

— Oddaj diamenty, co do jednego! — wrzasnął garimpeiro. 
— Jakie diamenty? My nie mamy diamentów. 
— Nie macie? A czym płaciliście maskatowi z Peixe? 
Xiribé  wyjaśnił,  że  Karażowie  znad Araguai  zapłacili im garstką 

chibiów  za  orzechy,  ale  już  wszystkie  wymienili  z  tym  maskatem  z 
Peixe. 

— Teraz nie mamy ani jednego kamyczka — powiedział. 
Alfredo nie uwierzył. 
— Kłamiesz! Ukrywasz przed nami garimpo! Powiedz gdzie ono, 

bo inaczej wydrzemy ci te wiadomości razem z językiem. 

Na  próżno  Xiribé  zaklinał  się  na  Tupana  i  Mapinguariego, 

przyzywał nawet na świad-ków różnych chrześcijańskich świętych, o 
których  słyszał  od  zbieraczy  babassú  i  orzechów.  Alfredo  da  Cunha 
nie  uwierzył  i  dalej  próbował  różnych  sposobów,  aby  zmusić  Indian 
do  oddania  kamieni  albo,  gdyby  ich  rzeczywiście  nie  mieli,  to 
przynajmniej  do  zdradzenia  tajemnicy  położenia  diamentodajnego 
strumienia.  Nic  jednak  nie  osiągnął.  Indianie  istotnie  nie  posiadali 
diamentów  ani  nie  wiedzieli,  gdzie  ich  szukać.  Awanturnicy, 
zawiedzeni  w  swoich  nadziejach,  postanowili  w  jakiś  inny  sposób 
wynagrodzić  sobie  trud  kilkudniowej  daremnej  wędrówki.  Zwrócili 

background image

uwagę na dziewczęta i kobiety. Niektóre z nich, jakby przeczu-wając 
niebezpieczeństwo,  zaczęły  wymykać  się  w  nadbrzeżne  zarośla,  lecz 
garimpeirzy  rychło  to  spostrzegli  i  nie  czekając  nawet  zmroku 
chwytali  je  i  wpychali  do  zagrody,  skąd  przedtem  wyrzucili  świnie. 
Podniósł się krzyk i lament. Ale Xiribé i tym razem nie dał hasła do 
walki.  Dobrze  wiedział,  czym  skończyłby  się  opór  przeciw 
uzbrojonym  civilizados.  Niejedno  już  przeżył.  Gwałt  upokarzał,  to 
prawda,  ale  przecież  nie  odbierał  kobiecie  życia.  „Uciekajcie!”  — 
krzyczał,  i  wraz  z  innymi  mężczyznami  przemykał  się  bananowymi 
gajami do lasu. 

Balbino zamilkł. 
—  No,  i  co  dalej?  —  zapytałem.  —  Dlaczego  nazywają  teraz 

Xiribego Herodem?  

— Herodem? A no potem, gdy minęło dziewięć miesięcy, zaczęły 

rodzić się dzieci. Maloką rządził wtedy już sam Xiribé, gdyż Guariba 
umarł  wkrótce  po  pobiciu  go  przez  Alfreda  da  Cunhę.  Otóż  Xiribé 
zebrał  mężczyzn  i  powiedział  „Nie  będzie  żyło  żadne  dziecko  tych 
civilizados”. Kobiety podniosły protest, ale wszyscy mężczyźni stanęli 
po stronie pajé. Co się które dziecko urodziło, odbierali je od jęczącej 
jeszcze  z  bólu  matki,  rzucali  do  wyko-panego  dołu  i  zasypywali 
ziemią.  Xiribé  chwalił  się  potem,  że  nie  przepuścił  ani  jednemu 
dziecku,  wytępił  wszystkie.  Może  w  rok  później  zjawił  się  u  niego 
misjonarz i chciał mu przedstawić obrzydliwość tego postępku. Xiribé 
nie chciał go jednak słuchać, lecz wsadził do łodzi i odepchnął ją od 
brzegu.  Rozzłoszczony  misjonarz  krzyknął  już  z  rzeki:  „Ty  zabójco 
niewiniątek,  ty  Herodzie!”  I  tak  już  Xiribé  został  dla  wszystkich 
Herodem. 

Czas,  najlepszy  lekarz,  zrobił  swoje  również  w  tej  wiosce 

indiańskiej  nad  Tocantinsem.  Xiribé  miał  rację:  gwałt  upokarza,  ale 
nie  zabija.  Pośród  malowniczych  szałasów  biegały  teraz  całe  tuziny 
małych Indianiątek o skośnych oczach, szerokich twarzach i czarnych 
jak  węgiel  włosach.  Matki  już  może  zapomniały  o  maleństwach, 
rzucanych  bezlitośnie  do  dołów  i  zasypywanych  ziemią,  o  tych 
świadkach hańby — nie ich, lecz napastników. 

Fakt,  że  mieliśmy  z  sobą  kobiety,  nastrajał  Indian  do  nas 

przyjaźnie.  Moi  Metysi  nie  omieszkali  tego  wykorzystać  i  za  jakieś 
drobiazgi wyłudzili od nich kilka grudek złota. Nawet mnie coś się z 
tej życzliwości okroiło. Xiribé, który nie tak dawno jeździł do  ujścia 

background image

rzeki Riacho Cana Brava, dał mi kilka cennych informacji. Najwięcej 
ucieszyła  mnie  wiadomość,  że  istnieje  tam  spory  arraial,  do  którego 
przyjeżdżają  na  odpoczynek  garimpeirzy  z  Gór  Złoconych  (Serra 
Dourada) oraz z garimpów znad samej Cana Brava i  wpadających do 
niej strumieni. Indianie Xiribego, nauczeni smutnym doświadczeniem 
z  najazdem  Alfreda  da  Cunhy,  nabywali  w  tej  osadzie  rewolwery  i 
karabinki w zamian za orzechy, babassú, a także znajdowane od czasu 
do  czasu  pepitki  złota.  Mieli  z  tym  handlem  niemało  kłopotu,  gdyż 
sprzedawania  broni  palnej  „dzikim”  zabrania  prawo  i  tradycja. 
Niemniej jednak widziałem w maloce cztery karabinki i z pół tuzina 
dość  prymitywnych  pica-pauów,  czyli  nabijanych  od  przodu 
pistoletów. Był to początek arsenału, kompletowanego przez ziomków 
Xiribego  na  wszelki  wypadek.  Ostrzegłem  ich,  że  milicjanci  stanowi 
nie lubią, aby Indianie, a nawet civilizados gromadzili broń. 

— Gdyby się tu kiedy zjawili — poradziłem im — schowajcie ją 

dobrze.  Na  szczęście  oni  nigdy  długo  na  jednym  miejscu  nie 
przesiadują. Poniuchają, poniuchają i jadą dalej. 

— Zabijają? — zapytał z zainteresowaniem Xiribé. 
—  Nie,  tego  nie  robią.  Nie  wolno  im.  Ale  wiesz,  mają  taki 

zwyczaj, że za byle co zabie-rają ludzi z sobą i trzymają w kamiennej 
chacie długo, długo. 

— Jeść dają? 
— Dają. 
Xiribé  roześmiał  się  tak  głośno,  że  echo  pobiegło  aż  za  rzekę, 

odbiło  się  od  ściany  lasu  i  wróciło.  Zrobiło  to  wrażenie,  że  pajé 
roześmiał się dwa razy.  
 

ARRAIAL JACARÉ 

 
 

Dostrzegłszy już z daleka wygolony  z lasu brzeg, a na nim cały 

rój domów, nie wątpi-łem, że mam przed sobą arraial Jacaré, o którym 
opowiadał  Xiribé.  Anisio  wygrzebał  ze  swego  tłumoka  długi  róg 
wołu, i zadął w niego przeciągle. Głos brzmiał donośnie, ale głucho. 
Przypominał muczenie krowy, która zagubiła gdzieś cielaka. 

Nasz przyjazd nie wzbudził w arraialu większego wrażenia. Takie 

łodzie  jak  nasza  wciąż  musiały  się  tu  przewijać,  toteż  łapiący  na 
wędkę ryby  jakiś stary kaboklo zagadnął nas jakby tylko z leniwego 

background image

obowiązku: 

— Skąd to jedziecie, ludzie? — I nie czekając odpowiedzi, dodał: 

— Pcha się tu różna hołota, sama nie wie po co. 

— Nie wtrącaj się do nas — ofuknął go Balbino. 
Kaboklo wyciągnął wędkę, obejrzał haczyk, splunął na przynętę. 
—  Gówno  mnie  obchodzicie  —  powiedział  i  machnął 

wędziskiem. 

Wyciągnęliśmy  kanoę  na  brzeg  i  zostawiwszy  kobiety  przy 

rzeczach, poszliśmy we trójkę w stronę widniejących opodal domów. 

W  arraialu  było  pustawo,  ale  przy  barze  gawędziło  kilku 

mężczyzn. Na nasz widok zamilkli i uważnie się nam przypatrywali. 

— Boa tarde, senhores — przywitałem zebranych. 
— Boa... — odmruknęli. 
Podszedł  gospodarz.  Był  to  wysoki  biały  mężczyzna,  o 

olbrzymim  nosie  i  niespokoj-nych,  biegających  na  wszystkie  strony 
oczach. 

— Senhores z daleka? — zapytał. 
— Z rzeki — odpowiedziałem przezornie. 
Moja lakoniczność nie zraziła go. 
— Pewnie jesteście zmęczeni. Podać pingę? 
Jego nos i twardy akcent w wymowie nie pozwalały wątpić ani na 

chwilę, że był Syryj-czykiem. Jaki by też inny biały chciał prowadzić 
karczmę  nad  Tocantinsem?  Syryjczyk,  oczy-wiście.  W  Brazylii 
wszędzie  ich  pełno.  W  miastach  i  miasteczkach  spełniają  podobną 
rolę,  jaką  w  przedwojennej  Polsce  odgrywali  Żydzi.  Odróżniają  się 
jednak  od  tych  ostatnich  skłon-nością  do  awanturniczości.  Chętnie 
przenikają  do  rejonów  zapóźnionych  w  rozwoju,  w  któ-rych 
rozpowszechniają  w  drodze  wymiany  wyroby  przemysłowe.  Zdarza 
się  nieraz,  że  wcze-śniej  od  Brazylijczyków  nawiązują  kontakt  z 
ukrytymi  w  puszczach  indiańskimi  plemionami,  a  z  reguły  są 
wytrwałymi  łącznikami  między  najdalej  położonymi  arraialami  i 
światem  cywilizowanym.  Teodor  Roosevelt  pisze  w  swej  książce  o 
podróży  po  Centralnej  Brazylii,  że  nad  nie  zaznaczoną  na  żadnej 
mapie  rzeką  Duvidoso  znalazł  porzuconą  gazetę  arabską  „Alaf-kar”, 
wydawaną  w  São  Paulo  —  nieodparty  dowód,  że  ta  nie  znana 
geografom okolica była już przez syryjskich regatonów odwiedzana. 

Pierwsi  emigranci  syryjscy  zjawili  się  w  Brazylii  z  zachęty 

reformistycznego  premiera  portugalskiego  markiza  Jose  Sebastiana 

background image

Pombala  w  końcu  XVIII  wieku,  a  więc  w  czasie,  gdy  ich  kraj 
wchodził w skład imperium ottomańskiego. Mieszając przynależność 
państwową  z  narodowością  mówili  o  sobie,  że  są  Turkami.  Pod  tą 
nazwą znano ich jako drobnych handla-rzy, domokrążców, maskatów 
lub regatonów, a  więc ludzi  żyjących na niskiej stopie i nie za-wsze 
uczciwych.  Ich  potomkowie,  zająwszy  w  ostatnich  dziesiątkach  lat 
inne,  wyższe  miejsce  w  strukturze  socjalnej  społeczeństwa 
brazylijskiego,  zapragnęli  pozbyć  się  niezbyt  chlubnego  dziedzictwa 
związanego z pojęciem Turka i zaczęli nazywać się zresztą zgodnie z 
rzeczywi-stością  Syryjczykami  i  Libańczykami.  Doszło  do  tego,  że 
dawne  określenie  stało  się  dwuzna-czne,  stojące  na  granicy 
pogardliwego przezwiska. 

Właściciel karczmy w Jacaré patrzył na mnie wyczekująco. 
— Podać pingę? — powtórzył pytanie. 
— Dobrze, niech będzie pinga. Chcemy — dodałem — zatrzymać 

się tu jakiś czas. 

— Możecie zamieszkać u mnie — podchwycił skwapliwie. 
Napiliśmy  się  pingi  i  wróciliśmy  do  kanoy  po  rzeczy.  Gdy 

szliśmy sami, nikt na nas nie zwracał uwagi, ale gdy ukazaliśmy się z 
kobietami,  wzbudziliśmy  ogólną  sensację.  Ze  wszy-stkich  bud 
wysuwali  się  mężczyźni,  wydawali  na  znak  zachwytu  przeciągłe 
gwizdy i szli za nami jak zahipnotyzowani. 

Gloria i Quirina na widok męskiego pospolitego ruszenia ożywiły 

się, wyprostowały, zaczęły chybotać biodrami i uśmiechać się. 

Syryjczyk,  dostrzegłszy  nadchodzące  z  nami  kobiety,  przerwał 

rozmowę z gośćmi i wybałuszył sowie oczy. 

— Damy? — zapytał z żywym zainteresowaniem. 
— Hm! — potwierdził kiwnięciem głowy Balbino. 
Jeszcze  nie  zdążyliśmy  rozlokować  się  w  oddanych  nam  do 

dyspozycji szałasach, gdy dostrzegliśmy nadbiegającą pośpiesznie ku 
nam  zadyszaną  Mulatkę.  Była  to  tęga  kobieta,  ubrana  w  suknię  z 
jaskrawego, szeleszczącego materiału i obwieszona świecidełkami. W 
uszach trzepotały się jej złote kolczyki, na palcach połyskiwało z pół 
tuzina pierścionków, a na tłustej szyi wesoło podskakiwał naszyjnik z 
akwamaryn.  Kiedyś  musiała  być  piękna,  ale  teraz  wszystkie  jej 
powaby  utonęły  w  tłuszczu.  Była  to  dona  Rosa,  miejscowa 
organizatorka lekkiej miłości. 

— Gdzie damy? — wołała już z daleka. 

background image

Towarzyszki  moich  Metysów  wyszły  z  szałasu  i  samym 

ukazaniem się stwierdziły, że to właśnie one, damy. Były uczesane i 
miały  umalowane  usta.  Dona  Rosa  przystąpiła,  nie  zwłócząc,  do 
omawiania sprawy zainstalowania ich w Jacaré. 

Balbino  przysłuchiwał  się  pertraktacjom  kobiet  obojętnie, 

natomiast  Anisio  był  wzbu-rzony  i  zaniepokojony.  Najwidoczniej 
pragnął,  aby  Quirina  pozostała  z  nim  nadal.  Ta  jednak  nie  chciała  o 
tym nawet słuchać. 

—  Zostaw  ją,  Anisio  —  wtrącił  się  Balbino.  —  Chce  iść, niech 

idzie. Skąd weźmiesz dla niej jedzenia? Samym jedzeniem zresztą też 
jej nie utrzymasz. 

No  i  tak  jeszcze  tej  samej  nocy  znikły  obie  nasze  towarzyszki. 

Pożegnałem  się  też  z  Metysami,  których  nie  było  stać  na  dłuższy 
pobyt w karczmie Syryjczyka.  

Na  razie  postanowiłem  nie  śpieszyć  się  do  dalszej  drogi. 

Spodziewałem się, że w Jacaré uda mi się niedrogo nabyć jakąś partię 
akwamaryn,  co  by  zrekompensowało  chociaż  częścio-wo  mój  trud  i 
wydatki, gdyby zawiódł mnie plan, noszony na piersiach pod koszulą. 
Liczyłem  też  trochę  na  swoje  szczęście.  A  nuż  coś  się  zdarzy...  Ale 
nawet szczęściu trzeba dać jakąś okazję. „Dobrze więc, pomyślałem, 
posiedzę tu z tydzień, porozglądam się”. 

W  Jacaré  mieszkało  około  pół  setki  osiadłych  na  stałe  kabokli  z 

rodzinami, ale nie oni, lecz wędrowni, niespokojni poszukiwacze złota 
i  diamentów  nadawali  miasteczku  specyfi-czny  charakter.  Bez  nich, 
tych  hałaśliwych  i  zawadiackich  garimpeirów  z  Gór  Dourado  i  znad 
różnych  dopływów  Tocantinsu,  już  dawno  zakończyłoby  ono  swój 
żywot, jak zakończyło go wiele innych, podobnych do niego leśnych 
arraialów,  upadających  po  przetrzebieniu  w  okolicy  zwierzyny  bądź 
po  zaniku  nadziei  na  znalezienie  w  pobliżu  jakichś  bogactw.  Jacaré 
powstało i trwało dzięki korzystnemu położeniu między zasobnymi w 
minerały górami i tokantińskimi portami w Peixe i Porto Nacional. Na 
tej  drodze  wciąż  kręcili  się  poszukiwacze  szczęścia  potrzebujący 
jakiegoś punktu oparcia. Za nimi przywędrowało kilku Syryjczyków i 
założyło sklepy, bary i prymitywne pensjonaty. Powstało kilkanaście 
większych  i  mniejszych  domów  publicznych...  No  i  miasteczko 
gotowe. Pełno było w nim gwaru, opowiadań o zdo-bytych majątkach, 
o  niebywałych  szczęściach,  ale  także  o  niepowodzeniach,  głodzie  i 
nędzy.  Gdy  komuś udało się zdobyć garść diamentów, jechał z nimi 

background image

do miasta, ale w podróży zastę-powało mu drogę Jacaré. Zdarzało się, 
że  już  tutaj,  między  domem  publicznym  dony  Rosy  i  karczmą 
któregoś  z  Syryjczyków,  tracił  wszystko,  co  mu  wielomiesięczna 
wytrwałość i ślepy los podarowały. Z narzędziami nabytymi na kredyt 
wracał były milioner w strony, które niedawno pełen euforii opuścił. 

Najwięcej  garimpeirów  gromadziło  się  w  karczmie,  w  której 

wynająłem  kwaterę.  Nic  nie  mieli  do  roboty,  więc  też  spędzali  całe 
dnie  przy  kubku  trzcinowej  wódki  lub  wina  palmo-wego.  Płacili 
grudkami złota, chibiami albo diamentem przemysłowym. Kłócili się 
o ładniej-sze prostytutki, o prawo spędzenia z jedną z nich nocy, grali 
o  nie  w  orła  i  reszkę.  Ci  samotni  mężczyźni  łaknęli  towarzystwa 
kobiet,  czułości,  ale  musieli  zaspokajać  to  pragnienie  w  nieczystym 
źródle.  Kobiety  były  ich  obsesją;  poza  sprawami  swego  zawodu 
mówili tylko o nich. I chociaż najczęściej stykali się ze sprzedajnymi 
„damami”,  mieli  w  sobie  zakorzeniony  do  płci  słabej  szacunek. 
Prostytutki dobrze znały ich naturę i wykorzystywały tę znajomość na 
swoją korzyść. 

Goście  mojego  Syryjczyka  lubili  przesiadywać  do  późnego 

wieczoru przed barem, w świetle rozłożonego ogniska. Siadywałem i 
ja z nimi i słuchałem ich rozmów. Towarzystwo było na wygląd dość 
podejrzane.  Gęby  nie  ogolone,  zarośnięte,  tersady  przy  boku, 
rewolwery  u  pasa,  głos  donośny,  słowa  na  języku  niewyszukane.  Na 
mnie patrzyli spod oka. Co ten biały tu chce, może ktoś go nasłał? Nie 
bardzo wierzyli, że przyjechałem po akwamaryny. Kto by chciał z tak 
daleka tryndać się po te niebieskawe kamienie... 

Po kilku dniach przyzwyczajono się jednak do mnie. Niemałą rolę 

odegrały w tym kolejki, które kilka razy stawiałem. Garimpeirzy lubią 
zamoczyć sobie oczy, jak nazywają zabawę przy kieliszku, i chętnie to 
czynią  przy  każdej  okazji.  Ci  analfabeci  nie  czytający  ksią-żek,  nie 
wiedzący,  co  to  kino  czy  radio,  lubią  opowiadać  o  różnych 
zdarzeniach  ze  swego  na  ogół  niepowszedniego  życia.  Słuchaczy 
nigdy nie brakuje. Pewnego wieczoru i mnie zdarzyło się być jednym 
z nich. 

Przy  jasno  palącym  się  ognisku  siedziało  kilkunastu  Metysów, 

Indian,  Mulatów,  Murzynów,  słowem,  różnych  mieszańców, 
rozmawiając  i  pociągając  małymi  łykami  kaszasę.  Ogień  wesoło 
trzaskał, naokoło krzyczały cykady, a z góry spoglądała szeroka gęba 
księżyca.  Jeden  z  garimpeirów  —  barczysty  czarniawy  mężczyzna, 

background image

zarośnięty  aż  po  skośne  po  indiań-sku  oczy  —  mówił,  gdy 
nadszedłem, monotonnym, trochę zachrypniętym głosem: 

— Chodziłem po lesie szukając diamentów już  chyba dłużej niż 

miesiąc.  Przepatrywa-łem  brzegi  strumieni,  zagłębiałem  się  w 
przepaści,  wdrapywałem  na  strome  zbocza;  wszędzie  odwalałem 
łopatą  żwir,  płukałem.  A  tu  nic  i  nic.  Ani  złamanego  diamencika. 
Miałem żywno-ści na dwa miesiące, połowa już poszła, zląkłem się. 
Do  arraialu  trzysta  kilometrów,  a  w  dro-dze  zawsze  może  się  coś 
złego  przydarzyć.  Chociażby  kolec  w  podeszwie.  No,  sami  przecież 
wiecie. 

— Wiemy, wiemy, Tertuliano. Mów! 
— Więc, prawdę mówiąc — ciągnął dalej — zląkłem się. Nie ma, 

to  nie  ma,  myślę.  Lepiej  wrócę  do  arraialu,  wezmę  nowy  zapas 
żywności i pójdę w inną stronę. A jak mi nikt nie skredytuje, myślę 
sobie dalej, wezmę do kanoy kosze i hajda zbierać babassú. Będą się 
ze  mnie  śmieli,  że  z  garimpeira  stanę  się  tragarzem,  no  to  trudno. 
Niech  się  śmieją.  Nie  każdy  zaczyna  garimperkę  od  bamburry. 
Zbieram więc rzeczy, zawijam w hamak i w drogę. No i patrzcie, co 
się  dzieje!  Nie  uszedłem  nawet  stu  kroków,  mijałem  właśnie  kupę 
żwiru, przepa-trzoną już chyba przed dwoma  tygodniami, rzucam na 
nią okiem i sam sobie nie wierzę... Czyżbym mógł to prześlepić? Na 
kupie i obok niej leży kilkanaście „psich zębów”. Przeże-gnałem się. 
Nie  znikły,  są.  Jeszcze  czułem  na  czole  dotknięcie  palców,  gdy 
dostrzegam  jakby  ręką  rozsiane  „kurze  wątroby”.  Zrobiło  mi  się 
gorąco. Może to czary, ale przecież te kamyki, te „psie zęby” i „kurze 
wątroby”, to najpewniejszy znak bliskości diamentów. 

— Ty, Tertuliano — przerwał opowiadanie śniady, prawie czarny 

sertaneżo — nie mów tego, o czym wszyscy wiedzą. 

—  Dobrze,  dobrze,  сompadre,  nie  złość  się.  No  więc  rzuciłem 

tłumok  na  ziemię,  wyciągnąłem  bateię,  sito,  łopatę.  Sypię  żwir  z 
piaskiem na bateię, przemywam, wywracam bateię. W gardle mi tak, 
powiadam  wam,  zaschło,  jakby  mi  je  kto  kauczukiem  wysmarował. 
Boję się spojrzeć, a nuż znowu nic... Zamknąłem oczy, serce mi wali, 
podchodzi  pod  sam  przełyk.  To  ci  była  cholerna  chwila.  Siedzę  tak 
chyba  z  pół  godziny,  otwieram  wreszcie  jedno  oko  i  patrzę:  żwir  z 
odwróconej batei uformował mały  stożeczek, nie wyższy od dłoni, a 
na samym czubku — o Matko Boska z Xique-Xique! — coś migocze, 
migocze... 

background image

Garimpeirzy wpatrywali się w opowiadającego z zapartym tchem. 

Przeżywali z nim jego wszystkie emocje, jego wszystkie wzruszenia, 
a on mówił dalej: 

—  Migocze,  migocze,  a  ja,  mogę  wam  przysiąc  na  każdego 

świętego,  zamykam  znowu  oczy.  Bałem  się,  mówię  wam,  tak  się 
bałem, jak jeszcze nigdy w życiu. Bałem się, że jak spojrzę jeszcze raz 
— nic mi już nie zamigocze. Tak się z sobą szarpię i sam nie wiem, co 
zrobić:  sięgnąć  ręką  czy  jeszcze  czekać.  A  tu  tymczasem  we  łbie  aż 
się kotłuje. Jak to ja się urządzę, jakie to życie przede mną. A jak nic 
nie  zamigocze?  Ale  zamigotało.  Chwytam  ka-mień,  ręce,  powiadam 
wam,  tak  mi  się  trzęsły,  że  diament  dwa  razy  upadł  w  piasek. 
Podnoszę  go,  kładę  znowu  na  kupkę  żwiru,  no  i  robię,  co  zwyczaj 
każe: pluję na niego i na głos go przeklinam. „Ty, mówię, cholero, ty, 
mówię,  jaszczurcze  gówno,  ty  plwocino  starej  kurwy”.  I  tak,  jak 
trzeba, nie ruszam go, tylko wymyślam. Ale teraz już patrzę na niego 
otwartymi szeroko oczami. Siedzi, drań, na czubku stożeczka, i nawet 
nie bardzo migocze. Chce mi się go wziąć w rękę, ale wciąż boję się. 
A  nuż  zniknie...  Męczyłem  się  tak,  wierzcie  nie  wierzcie,  chyba  ze 
trzy  godziny.  Na  słońcu  siedziałem,  pot  lał  się  ze  mnie  jak  woda  z 
palmowej strze-chy po deszczu. Biorę wreszcie kamień do ręki. Leży 
na  dłoni,  nie  znika.  Wyciągam  z  torby  pacutú  *,  próbuję.  Och,  meu 
Deus!
 Nie mieści się w otwór. Bamburra! 

—  Nossa  senhora!...  —  wykrzyknął  któryś  z  młodszych 

garimpeirów, podniecony opowiadaniem Tertuliana. 

—  Tak,  moi  compadres,  nie  mieścił  się  w  pióro  ze  skrzydła 

jaburú! Miał więc więcej aniżeli pięć karatów! Był czysty jak woda ze 
źródła.  Schowałem  go  w  ustach,  za policzkiem.  Przepatrzyłem  zaraz 
resztę przepłukanego żwiru, ale już nic cennego w nim nie znalazłem. 
Spałem tej nocy źle. Wciąż śniły mi się wielkie diamenty. Miałem ich 
we śnie cały worek i coraz to nowe znajdowałem w żwirze nad rzeką. 
Już  o  świcie  zabrałem  się  do  płukania.  Do  samego  zmroku  nie 
znalazłem  już  jednak  nic,  oprócz  kilku  małych  chibiów.  To  samo 
drugie-go i wielu następnych dni. Nic! Jakby w całej rzece znajdował 
się tylko ten jeden kamień, który spoczywał teraz w moich ustach, za 
prawym policzkiem. Kilka razy już pakowałem rzeczy, aby wrócić do 
arraialu, ale zawsze w ostatniej chwili decydowałem się zostać i prze-
płukać jeszcze chociaż kilkanaście łopat. Wiecie, jak to jest. Bamburra 
może  przecież  kryć  się  w  każdej  garści  mułu,  w  każdej  kupce 

background image

przemytego  w  batei  żwiru.  Jakżeż  to,  moi  drodzy,  rzu-cić  takie 
garimpo?  Dopiero  dno  w  torbie,  które  zobaczyłem  poprzez  resztkę 
ryżu,  przerwało  to  moje  szaleństwo.  Spakowałem  rzeczy  po  raz  nie 
wiem już który i wyruszyłem w drogę. 

—  Dopóki  starczyło  ryżu,  szedłem  szparko.  Mój  majątek  — 

diament  —  nie  ciążył.  Pięć  karatów,  jeden  gram,  uniósłby  nawet 
koliber.  Tyle  pieniędzy,  myślałem,  a  uniósłby  najmniej-szy  ptak... 
Patrzcie,  jak  to  na  tym  świecie.  Taki  mały  kamyczek,  na  diabła  on 
komu  potrze-bny,  a  tyle  pieniędzy.  Aż  śmiech  pomyśleć.  Zacząłem 
sobie przypominać: Antonio mówił, że za dwa karaty kupił duży dom 
z ogrodem w São Luis de Maranhão; mój brat za jeden karat nabył 50 
akrów ziemi  w Bahii. O Matko Boska z Xique-Xique! Przecież za te 
pięć  karatów  będę  żył  do  końca  życia  jak  fazender,  jak  prawdziwy 
pan. Tak sobie myślę i idę, a tu ryżu w torbie coraz mniej. Do arraialu 
jeszcze  daleko,  może  z  pięć  dni  drogi,  a  ryżu  tylko  garść. 
Wypatrzyłem na gałęziach indyka. Paf! Paf! z rewolweru. Indyk, drań, 
zamachał  skrzydłami  i  tylem    go    widział.  Miałem    dwanaście  
nabojów, zabiłem  kutiję, a  potem dziką kurę; zostało  
 

*  PACUTÚ  —  pióro  ze  skrzydła  ptaka  jaburú,  przycięte  w 

miejscu,  którego  otwór  odpowiada  mniej  więcej  wielkości 
pięciokaratowego diamentu. 
sześć. Gdy dowlokłem się do Tocantinsu nie miałem już ani ryżu, ani 
kury.  Ostatnich  dwóch  nabojów  bałem  się  zużyć.  Mało  to  się  może 
zdarzyć  w  lesie?  Zgłodniały  i  ledwie  żywy,  byłem  jednak 
zadowolony,  bo  to  nad  rzeką  zawsze  raźniej.  Tak  czy  owak, 
myślałem,  złapię  rybę,  żółwia  albo  raka  i  doczekam  jakiejś 
przejeżdżającej łodzi. Nie taka to jednak łatwa spra-wa dobrać się do 
ryb, gdy nie ma wędki ani sieci. Łapałem cały dzień i nic. Tak, jak z 
tymi diamentami. 

Następnego  dnia  rano  obudziłem  się  głodny  i  słaby.  Źle,  myślę 

sobie, sił mało. Siedzę na piasku i wypatruję łodzi. Godziny mijają, a 
tu  rzeka  pusta.  Tylko  ptaki  wrzeszczą!  Żeby  chociaż  jaki  żółw  się 
pokazał. Nie! A w gębie majątek tkwi. Co go dotknę językiem, to jak-
bym ręką domu w ogrodzie dotknął. Przymykam oczy i zaraz wydaje 
mi  się,  że  leżę  w  najle-pszym  burdelu  w  Salvadorze,  a  przy  mnie 
brunetki  i  blondynki  uśmiechają  się  i  wdzięczą.  Tylko  rękę 
wyciągnąć... 

background image

Majątek,  majątek,  a  tu  w  brzuchu  burczy.  Zeszedłem  nad  samą 

wodę  i  patrzę.  Rzeka  pusta. Minął  dzień,  minęła  noc,  rano  utłukłem 
kijem  małą  rybkę.  Usmażyłem  ją  na  kamieniu  razem  z  flakami, 
zjadłem. 

Dopiero  koło  południa  usłyszałem  w  górze  rzeki  plusk  wioseł. 

Nadjeżdżała  duża  łódź  z  pięciu  ludźmi:  jednym  białym  i  czterema 
Indianami.  Zacząłem  przyzywać  ich  krzykiem  i  ruchami  rąk.  Po 
chwili łódź nawróciła ku brzegowi i niebawem zaryła się dziobem w 
piasek.  Biały,  tęgi  mężczyzna  z  malutkimi  wąsikami  pod  nosem  i  z 
uszami,  jak  u  wampira,  wyszedł  na  brzeg  i  mówi:  „No,  co?” 
Opowiadam co i jak. „Nie jadłem, mówię, na dobrą sprawę już prawie 
tydzień, zasiedziałem się w lesie”. 

„Garimpeiro?” 
„Tak, wasza wielmożność”. 
„Diamenty masz?” 
Coś mnie tknęło. 
„Mam kilka chibiów. 
„Pokaż pacutu”. 
Liznąłem  swój  majątek  językiem.  Był  na  miejscu.  Bogu  dzięki! 

Wyciągam pacutu, pokazuję temu białemu. 

„Nie wstyd ci wracać z takim drobiazgiem?” 
„Co  zrobić?  Nie  poszczęściło  się  —  mówię.  —  Muszę  teraz 

odpocząć  między  ludźmi.  Zabierze  mnie  wasza  wielmożność  do 
Jacaré?” 

Biały jakby nie dosłyszał pytania. Zwrócił się do  Indian i kazał, 

aby  przygotowali  jedze-nie.  Dopiero  gdy  wydał  im  kawał  boczku  i 
ryżu, odpowiedział: 

„Zostaniemy tu na obiad, pogadamy”. 
Coś mi się ten biały nie spodobał. Co on tu robi sam z Indianami 

na rzece? Pytam, dokąd jedzie. „Nie twoja rzecz, odpowiada, może do 
Porto Nacional, a może do Maraba”. 

Tymczasem  Indianie  przysmażają  wędzonkę,  a  mnie  od  zapachu 

aż  się  w  głowie  kręci.  „Oj,  mówię  do  tego  białego,  tak  mi  się  jeść 
chce,  że  jak  mi  wasza  wielmożność  zaraz  nie  da  kawałka  tej 
wędzonki, to chyba zemdleję”. Biały wyciągnął tersado, bierze kawał 
dymiącego  mięsa  i  tnie.  On  tnie,  a mnie  tak  ślina do  gęby  napływa, 
jakby mi ją kto szprycą napuszczał. 

„Na!”  —  mówi  wreszcie  ten  biały,  a  ja,  nieszczęśnik,  żeby  jak 

background image

najprędzej  do  tego  jedzenia  się  dorwać,  otwieram  wcześniej,  niż 
trzeba,  gębę...  A  tu,  pac!  Wraz  ze  śliną  wylatuje  moja  bamburra... 
Nachylam  się,  szukam,  znajduję.  Leży  sobie  niewinnie  na  piasku  i 
matowo  połyskuje.  Wyciągam  po  nią  rękę,  ale  biały  odpycha  mnie 
kolanem i sam chwyta kamień. 

„Wasza wielmożność, mówię, to mój diament”. 
Biały rzucił mi mięso. 
„Tymczasem, mówi, jedz!” 
Wyobraźcie  sobie,  moi  drodzy,  że  mimo  obawy  o  swoją 

bamburrę,  o  swoje  szczęście,  złapałem  wędzonkę.  Co  to  było  za 
żarcie!  Chyba  nigdy  nic  mi  tak  nie  smakowało,  jak  ten  kawał 
przypieczonej na węglach świniny. W miarę jednak jak zaspokajałem 
głód, rósł we mnie niepokój. Obtarłem wreszcie usta i mówię do tego 
białego: 

„Dość żartów, proszę oddać mój diament”. 
„Jaki twój diament?” — powiada ten drań. 
„No ten, co to mi wypadł z gęby”. 
„Bzdura!  Nic  ci  nie  wypadło  z  gęby.  Diament  leżał  na  piasku, 

znalazłem  go  i  już.  Mało  to  diamentów  w  Goíasie...  Miałem 
szczęście”. 

Aha, myślę, to taka sprawa, i chap za rewolwer. Ale ten diabeł już 

celował prościutko w mój brzuch. 

„Ręce, powiada, podnieś do góry, bo ci, powiada, trzecie oko w 

brzuchu otworzę”. 

No, powiedzcie sami, co miałem zrobić? Podniosłem. 
A  najwięcej  mnie  złościło,  że  Bugrzy,  widząc,  co  się  dzieje, 

zanosili się od śmiechu. Co raz to któryś podchodził i uderzając mnie 
palcem w brzuch, mówił: paf! paf! 

Biały  zabrał  mi  rewolwer,  wyjął  naboje  i  schował  do  kieszeni. 

Przejrzał też dokładnie mój worek. 

„Nie masz więcej nabojów?” — zapytał. 
„Nie”. 
„To dobrze. Rewolwer ci zostawię”. 
„Gówno mi po rewolwerze bez nabojów”. 
„Nie narzekaj, przyda ci się później. Nie jesteś wprawdzie białym 

człowiekiem, tylko nędznym mieszańcem, ale bądź co bądź nie mogę 
nie nazwać cię civilizado. Jak widzisz, obchodzę się z tobą łagodnie”. 

Zostawił przy mnie dwóch Bugrów z dzidami, a sam poszedł do 

background image

łodzi.  Po  chwili  wrócił  z  koszykiem  wyładowanym  żywnością  i 
postawił go przede mną. 

„Nie  myśl,  powiada,  że  ja  zostawię  samotnego  człowieka  w 

sertonie  bez  pomocy.  Masz  tu,  powiada,  żarcie  na  kilka  tygodni.  Do 
Jacaré  dotrzesz  z  tym  nawet  na  piechotę.  Nie  chce  mi  się  ciebie  — 
powiada — wozić”. 

„Ale diament, wasza wielmożność...” 
„Co diament? Mówiłem ci już, znalazłem go w piasku”. 
„Wyleciał mi z gęby”. 
„Znowu bzdurzysz! Jedna w tym tylko prawda:  byłeś świadkiem 

mojego  szczęścia.  To  też  coś  znaczy.  Mogłeś  przecież  spostrzec 
kamień wcześniej ode mnie. Wtedy byłby twój. Ale wiedz: ja jestem 
szlachetnym kupcem i tylko za samo to, że byłeś świadkiem znalezin, 
dam ci... powiedzmy, sto tysięcy kruzeirów”.  

Oniemiałem. Sto tysięcy! Tyle kosztował dom z ogrodem Antonia 

w  São  Luis  de  Maranhao.  Wprawdzie  marzenie  o  fazenderskich 
zbytkach  do  końca  życia  rozwiewało  się,  ale  bądź  co  bądź  dom  z 
ogrodem stawał się znowu uchwytny, osiągalny. Lepsze to niż zostać 
na  plaży  bez  grosza,  z  kijem  do  tłuczenia  ryb  jako  jedyną  bronią  i 
narzędziem. 

„Dobrze,  mówię,  nie  mam  wyboru.  Niech  wasza  wielmożność 

daje pieniądze”. 

Biały spoglądał to na mnie, to na Indian. Ci przysunęli się bliżej i 

klekotali coś w swo-im języku. Biały rozumiał, co mówili. Ja też coś 
niecoś chwytałem. To były prawdziwe dia-bły. Bardzo chciało się im 
zadziabać mnie tersadami. Ale biały pokręcił głową i kazał szyko-wać 
łódź do drogi. Odetchnąłem. 

„No  to  już  róbmy  rachunek”  —  mówię.  Chciałem,  aby  sobie 

pojechał jak najszybciej. 

„Zaraz  zaraz,  muszę  tylko  potrącić  koszt  żywności,  co  to  ci  ją 

zostawiam”  —  odrzekł  i  tak  jakoś  cholernie  nieprzyjemnie  na  mnie 
spojrzał. 

„Oczywiście"  —  przytakuję  i  już  tylko  myślę  o  tym,  aby  sobie 

odpłynął.  Ale  biały  nie  śpieszył  się,  wyjął  notes,  naślinił  ołówek  i 
zabrał się do liczenia. Skończył wreszcie i sięgnął do tylnej kieszeni. 
Z  grubego  portfelu  wyciągnął  plik  pięćsetek  i  zaczął  między  nimi 
przebie-rać.  Patrzę  na  to  i  myślę:  dobra  nasza.  Podskubał  mnie  ten 
drań nieźle, ale zawsze na dom z ogrodem z tej resztki się wykroi. Tak 

background image

sobie  kalkuluję,  a  biały  wydłubuje  tymczasem  spośród  pięćsetek 
dwudziestokruzeirowy banknot i podaje mi go. Biorę i trzymam dalej 
wyciągniętą  rękę.  Biały  znowu  patrzy  na  mnie  cholernie 
nieprzyjemnie,  zamyka  portfel  i  chowa  go  do  tylnej  kieszeni  w 
spodniach. 

„Kwita” — mówi. 
Zrobiło mi się gorąco. 
„Jaka kwita? Dał pan dwadzieścia kruzeirów”. 
Biały wzruszył ramionami. 
„Resztę potrąciłem za żywność”. 
„Ale przecież miało być sto tysięcy”. 
„Oczywiście, sto tysięcy, ale żywność w sertonie droga”. 
„Co  też  wasza  wielmożność  mówi?  Przecież  ten  koszyk  ze 

śmierdzącą świniną i ryżem nie wart nawet dwustu kruzeirów. Gdzież 
tu do stu tysięcy?” 

Biały przestał się wreszcie maskować. 
„Milcz, powiada, ty durniu, i ciesz się, że cię puszczam żywego i 

zostawiam ci żywność!” 

Byłbym  może  jeszcze  coś  powiedział,  ale  Bugrzy  znowu 

podeszli,  i  spoglądając  pytają-cym  wzrokiem  na  swego  pana, 
wskazywali na mnie i niecierpliwie powtarzali raz po raz: „paf? paf?” 

Tertuliano  zawinął  w  suchy  liść  kukurydzy  szczyptę  tytoniu, 

wyciągnął z ogniska gło-wnię, zapalił. 

— No i tak — powiedział — skończyła się moja bamburra. 
Wśród słuchaczów zrobił się ruch. Coraz to któryś stwierdzał: — 

Tak, tak, rzadko komu bamburra wychodzi na dobre. Najpierw wielka 
radość, a potem... 

—  Zdarza  się  rozmaicie  —  odezwał  się  młody  jeszcze,  brodaty 

sertaneżo,  o  błyszczą-cych  oczach,  nad  którymi  jak  chmura  wisiała 
szeroka  sina  blizna  —  ale  najczęściej,  macie  rację,  kończy  się 
żałośnie. Coś podobnego przytrafiło się i mnie. 

— Opowiedz! opowiedz! — rozległy się głosy. 
—  Przyjechałem  do  Goíasu  przed  pięciu  laty  —  zaczął.  — 

Miałem  z  sobą  damę,  która  chciała  osiąść  w  jakimś  arraialu  przy 
garimpie,  no  i  zarobić  dużo  pieniędzy.  Jechaliśmy  łodzią  najpierw 
Tocantinsem, potem Araguaią. Żyliśmy tym, czego mogły dostarczyć 
rzeki i ich brzegi. Dziewczyna, nazywała się Lindoca, zbierała owoce 
i orzechy, a ja łapałem ryby i kraby. Dawaliśmy sobie jakoś radę, ale 

background image

gdy po czterech miesiącach wylądowaliśmy w Pedra Pintada, byliśmy 
chudzi jak  wióry.  Miało  się  właśnie  pod koniec  pory  deszczowej,  w 
arraialu  było  tłoczno  od  garimpeirów,  czekających  opadnięcia  wód. 
Wszyscy  byli  goli  i  żyli  na  kredyt.  Lindoki  nigdzie  nie  chciano 
przyjąć. „Bieda aż piszczy — mówiono. Przeżyj jakoś kilka miesięcy, 
odpocznij,  przytyj.  Miejsce  się  znajdzie”.  Lindoca  mało  się  tym 
niepowodzeniem przejęła. Przyznała się później, że nie miała ochoty 
mnie porzucić. Chodziła po arraialu, rozmawiała z ludźmi, zwłóczyła. 
Aż pewnego dnia wzięła mnie za rękę i powiada: 

„Pójdę z tobą do lasu szukać diamentów, przydam się. Znajdziesz 

coś, podzielimy się”. 

Zgodziłem się. Poszedłem do Turka po narzędzia. Dał na kredyt 

łopatę,  bateię  i  sito,  dał  też  na  dwa  miesiące  fasoli,  ryżu  i  suszonej 
wołowiny. Wsiedliśmy znowu do łodzi i ruszyli-śmy  w górę małego 
dopływu, o którym mówiono w arraialu, że widziano na jego plażach 
„kurze  wątroby”.  Jechaliśmy  kilka  dni,  może  tydzień.  W  jednym 
miejscu zauważyłem, że rze-ka, robiąc zakręt, nanosiła na brzeg całą 
ławicę  żwiru.  „Tu,  pomyślałem,  warto  popróbować  szczęścia”. 
Zbudowałem  szałas,  ułożyłem  z  płaskich  kamieni  piec  i  tak  się 
zagospodarowa-wszy  przystąpiłem  do  roboty.  „Kurze  wątroby” 
pokazały  się  zaraz  przy  pierwszych  płuka-niach.  Zachęcony  tym 
pracowałem  całymi  dniami,  od  świtu  do  zmroku.  Lindoca 
przyrządzała  jedzenie,  a  gdy  uporała  się  ze  swoim  zajęciem, 
przychodziła do mnie i razem wytrzeszczali-śmy oczy. Gdybyśmy nic 
nie znaleźli, może bym się zniechęcił, ale nie, coraz to  ukazywał się 
jakiś chibio, popękany odłamek, a nawet większe ziarnko diamencika. 
Chociaż  wszystkie  te  kamyki  były  pełne  defektów  i  nadawały  się 
wyłącznie  do  przemysłu,  a  nie  do  pracowni  jubi-lerskich,  niemniej 
jednak  miały  pewną  wartość  i  podtrzymywały  w  nas  chęć  dalszych 
poszu-kiwań.  Natrafiliśmy  wreszcie  na  dobre  miejsce.  W  przeciągu 
dwu  dni  znaleźliśmy  sześć  ła-dnych  kamieni.  Lindoca  twierdziła,  że 
po  wyszlifowaniu  dadzą  co  najmniej  dwanaście  kara-tów  brylantów, 
ale  gdyby  dały  tylko  dziesięć,  to  też  duży  majątek.  Byliśmy 
zachwyceni swo-im szczęściem i pragnęliśmy jak najszybciej porzucić 
ciężkie życie w lesie i znaleźć się w jakimś miasteczku. Było to nawet 
konieczne,  bo  żywność  nam  się  kończyła  i  głód  zaczynał  dawać  się 
we znaki. Nie będę tu wam opowiadał o trudach drogi przez selwę, bo 
wszyscy je tu znają. Dość, że pewnego dnia znaleźliśmy się w Pedra 

background image

Pintada  wygłodniali  i  obdarci.  Zastaliśmy  tam  już  sporo 
prospektorów,  którym  się  powiodło.  Używali  życia.  W  barach  było 
gwarno.  Najpierw  poszedłem  sprzedać  jeden  diament.  Lindoca 
radziła,  aby  nikomu  nie  mówić,  że  mamy  ich  aż  sześć,  bo  licho  nie 
śpi.  Złych  ludzi  kręci  się  przy  garimpach  niemało.  Alimon  zważył 
kamień,  zapłacił.  Jeszcze  nie  schowałem  pieniędzy,  a  tu  już  ciągną 
mnie we wszystkie strony. Ten do baru, ten do jednego domu kobiet, 
inny do drugiego. Jak tu, moi camaradas, nie użyć, jeśli za jeden, i to 
najmniejszy, kamień alimon dał kupę kruzeirów? Popiłem,  stawiałem 
kolejki. Dobrze już miałem zamoczone oczy, gdy jeden z garimpeirów 
wziął mnie pod rękę i mówi: 

„Taki bamburzysta jak ty powinien stawiać kolejki gdzie indziej, 

a nie w tym śmierdzą-cym barze”.  

Inni  zaczęli  mnie  straszyć,  że  jak  nie  będę  ich  odpowiednio 

gościł, nigdy już większego diamentu nie  znajdę. „Będziesz, mówili, 
do końca życia żył z nędznych chibiów”. Poszedłem więc z nimi do 
domu  Marii.  Zaraz  otoczyły  nas  damy.  Częstują,  ciągną  do  swoich 
pokojów.  Nawet  nie  bardzo  pamiętam,  co  tam  dalej  się  działo. 
Obudziłem  się  na  drugi  dzień  w  połu-dnie,  i  to  dopiero  po  trzeciej 
tykwie wody, którą Lindoca wylała mi na głowę. Moja compan-heira 
przywiązała  się  do  mnie  i  już  nie  myślała  o  życiu  w  domu  kobiet. 
Teraz była wściekła. 

„Ty  świnio  —  krzyczała  —  nie  wstyd  ci?  Przydźwigały  cię  tu 

pijanego  jak  trupa,  i  do  tego  bez  spodni  aż  trzy  dziwki.  Naśmiewały 
się ze mnie i przechwalały że obdarowałeś je po królewsku”. 

Próbowałem  choć  część  winy  zrzucić  na  tych  przeklętych 

kolegów,  którzy  zaciągnęli  mnie,  dokąd  nie  należało  pójść,  ale 
Lindoca nie chciała słuchać. 

„Koledzy? Wiem dobrze, że nie oni ciebie, ale ty ich zaciągnąłeś 

do  dam.  Już  tam  ciebie  nie  trzeba  namawiać  do  złego.  Sam  się 
wyrywasz. Co tam będę zresztą z tobą gadała... Oddaj resztę pieniędzy 
pacutú!” 

Pieniądze? Nie zostało z nich ani wentyna. Zmarkotniałem. 
Pacutú jest w moim worku” — powiedziałem. 
Lindoca, trzęsąc się ze złości, przeszukiwała moje rzeczy i dalej 

na cały głos krzyczała. 

Taka  była  rozwścieczona,  że  bałem  się  choćby  słówka  z  siebie 

wypuścić. Bo  i prawda,  miała trochę  racji.  Siedziałem na  ziemi, bez 

background image

spodni, mokry, i myślałem, jak tu sprawę załago-dzić. „Kupię ci złote 
kolczyki” — mówię wreszcie. Ale Lindoca znalazła już pacutú, i teraz 
trzęsła mi nim pod nosem. Pięć diamentów zagrzechotało. 

„Może  i  kupisz  —  wrzasnęła  —  ale  nie  za  te  kamienie!”  — 

Wysypała  je  na  dłoń,  przez  chwilę  patrzyła  na  nie  w  milczeniu,  po 
czym zacisnęła pięść i pobiegła w stronę rzeki. 

Chciałem  się  zerwać  i  podążyć  za  nią,  ale  ledwie  zdołałem 

zawołać:  „Dokąd  biegniesz,  głupia”,  już  było  po  wszystkim.  Żebym 
nie wiem co wam powiedział, nie byłoby to jeszcze to, co czułem, gdy 
zobaczyłem,  jak  Lindoca  zamachnęła  się  i  rzuciła  zaciskane  w  ręku 
diame-nty  do  rzeki.  Wróciła  i  mówi:  „Nie  będziesz  już,  gówniarzu, 
rozdawał damom pieniędzy, cośmy je razem zarobili”. 

— No i tak, widzicie, przepadła także moja bamburra. 
—  Ale  tobie  została  przynajmniej  kobieta  —  odezwał  się 

Tertuliano. 

— Ano, została — westchnął. 

 

Wciąż  wpadało  mi  w  ucho  słowo  „alimon”.  Alimon  zrobił  to, 

alimon powiedział tamto. Przypuszczałem, że to takie dziwaczne imię, 
ale wreszcie dowiedziałem się, że nie, że to tylko przekręcona nazwa 
narodowości  jedynego  Niemca  (alemão),  jaki  w  arraialu  mieszkał. 
Zainteresowałem  się  tym,  co  on  tu  robi,  ten  Niemiec.  „On  kupuje 
diamenty  i  złoto”  —  obja-śniono  mnie.  Moje  zainteresowanie 
Niemcem wzrosło. Postanowiłem go odwiedzić. Mieszkał na drugim 
końcu  arraialu,  na  pagórku  pod  lasem.  Zajmował  spory  dom  o 
przewiewnych  ścia-nach  z  bambusowych  żerdzi,  zbudowany  na 
słupach;  obszerny  okap  chronił  przestronną  wera-ndę  od  deszczu  i 
słońca. 

Alimona  zastałem  siedzącego  w  fotelu  i  czytającego  „Deutsche 

Zeitung  in  São  Paulo”.  Był  to  tęgi  mężczyzna,  dobrze  już  wyłysiały 
blondyn,  o  tłustej  twarzy  i  sporym  brzuchu.  Na  mój  widok  odłożył 
gazetę, wstał i przedstawił się: „Hans Breitkopf jestem”. 

— Wiedziałem już — powiedział — że do arraialu przybył jakiś 

gringo. A więc to pan? Proszę tu usiąść — wskazał fotel obok siebie. 
— Podobno interesuje się pan akwamarynami? 

Po portugalsku mówił kiepsko, a do tego okropnym akcentem. 
—  Tak  —  odrzekłem.  —  Myślałem,  że  może  pan  będzie  coś 

wiedział o kamieniach półszlachetnych. 

background image

—  Niewiele  wiem,  tu  bardzo  rzadko  o  nie  ktoś  pyta.  Czy  nie 

lepiej zainteresować się diamentami? W tym moglibyśmy łatwo dojść 
do jakiegoś porozumienia. 

— Być może, ale ja nie mam  tyle pieniędzy, ile na zakup partii 

diamentów potrzeba. Co innego akwamaryny. 

To  oświadczenie  ochłodziło  zainteresowanie  Niemca  do  moich 

spraw. 

— A jakiej właściwie jest pan narodowości? — zapytał. 
— Polak. 
Breitkopf wsadził palec za kołnierzyk koszuli, rozluźnił go nieco. 
— A, tak? Polaak — powiedział przeciągając. — Żyd? 
— Nie. 
—  Znam  trochę  Polskę,  dobra  wetschur,  wódka.  Byłem  tam 

podczas wojny. 

„Och, ty draniu, pomyślałem, kto cię wie, coś ty tam robił”. 
Niemiec jakby przeczuł moje myśli. 
—  Służyłem  w  Wehrmachcie  —  wyjaśnił  —  byłem  niższym 

oficerem. 

Jakoś  odeszła  mnie  ochota do  dalszej  pogawędki.  Wstałem,  aby 

się  pożegnać  i  odejść,  ale  właśnie  nadeszło  dwóch  garimpeirów, 
dwóch drabów z rewolwerami i tersadami u pasa. 

— Kupi pan chibie? — zapytali już w progu. 
— Kupię — odrzekł Niemiec, po czym zdjął wiszący na ścianie 

rewolwer i położył go na stojącym w głębi werandy stole. 

Garimpeirzy patrzyli na te przygotowania z dezaprobatą. 
— To niepotrzebne — wymruczeli. 
— Tak będzie lepiej — sapnął grubas i zaprosił przybyszów, aby 

podeszli bliżej stołu. 

Garimpeirzy wyciągnęli ptasie pióra zatkane pęczkami bawełny i 

wysypali,  każdy  oddzielnie,  swoje  skarby.  Niemiec  wyjął  z  szuflady 
aptekarską wagę, zebrał diamenty na szylkretową szufelkę, nałożył na 
szalkę, zważył. 

— Dwa gramy — powiedział. 
— Łżesz! — krzyknęli jakby na komendę obaj garimpeirzy. 
Niemiec zbladł, położył rękę na rewolwerze. 
„Cholera mnie tu przyniosła” — przemknęło mi przez głowę. 
— Zabierajcie swoje chibie i wynoście się do diabła. — Niemiec 

trząsł się z gniewu. 

background image

—  Ani  nam  się  śni  wynosić  —  oświadczył  wymowniejszy  z 

garimpeirów. — Przyszli-śmy sprzedać chibie, a ty powiedziałeś, że je 
kupisz. Zważ uczciwie i płać! 

Niemiec był wściekły, nie wiedział, co zrobić. 
— Zważ jeszcze raz, alimon — nalegał garimpeiro. 
Należałoby właściwie ostrzec Niemca, aby nie  zaostrzał sprawy, 

ale pomyślałem: niech się sam broni. Byłem pewny, że miał fałszywe 
odważniki. 

— Ja już pójdę — powiedziałem. 
Garimpeirzy  znali  mnie  z  pogawędek  przed  barem  Syryjczyka  i 

teraz  wpadło  im  do  głowy,  abym  był  rozjemcą.  Co  było  robić? 
Zgodziłem się. Porównałem kilka odważników. Każdy ważył inaczej. 
Wybrałem kilka cięższych, zważyłem chibie. 

Niemiec patrzył na moje krzątanie się czerwony ze złości. 
—  Panie  —  odezwał  się  po  niemiecku  —  w  tym  dzikim  kraju 

biali powinni być solidar-ni. 

Wzruszyłem ramionami.  
—  Mam  w  dupie  solidarność  białych  —  odrzekłem  po 

portugalsku, i zwracając się do garimpeirów, oświadczyłem:  „Jest tu 
trzy i cztery gramy chibiów”. 

O cenie nie było mowy,  wszyscy zakupujący płacili jednakowo. 

Oszukiwali  tylko  na  wadze.  Ale  nie  zawsze,  jak  to  świadczyła 
przygoda Breitkopfa, oszustwo im się udawało. 

Niemiec, zły, płacił w milczeniu. Gdy schodziłem z werandy, nie 

chciał  już  nawet  na  mnie  patrzeć.  Natomiast  garimpeirzy  dopędzili 
mnie i zaciągnęli do baru. Chcieli wiedzieć, czy ja też jestem alimon. 

— Nie — objaśniłem — nie jestem. 
— Od razu tak pomyśleliśmy, bo alimoni to przecież źli ludzie, a 

ty nam pomogłeś. 

—  Nie  wszyscy  alimoni  źli.  Są  między  nimi  dobrzy.  Jak  to  w 

każdym narodzie: są tacy i owacy. 

Kręcili głowami, nie wierzyli.  

 
 
 
 

MAŁPY I PAPUGI 

 

background image

 

Do Jacaré przyjechały z jakiegoś dopływu Tocantinsu trzy łodzie 

pełne  sertaneżów.  Byli  między  nimi  prospektorzy,  którzy  zjawili  się 
tu,  aby  potwierdzić  u  alimona  i  Syryjczyka  wartość  swojego  trudu, 
byli  zbieracze  babassú,  buriti  i  orzechów,  którzy  sprzedali  przejezd-
nym  kupcom  zebrane  owoce  i  teraz  chcieli  zabawić  się  w  domach 
kobiet, było nawet kilku Indian z jakiejś odległej maloki pragnących 
poznać  wielki  świat  ludzi  białych.  W  arraialu  zro-biło  się  gwarno  i, 
jak na mój gust, zbyt hałaśliwie. Pogawędki przy ognisku przeniosły 
się  do  baru,  gdzie  nowo  przybyli  pili  na  umór,  sprzeczali  się, 
wszczynali  bójki.  Nie  miałem  ochoty  być  świadkiem  tych  scen,  tym 
bardziej że pijani byli skorzy do dobywania rewolwerów i strzelaniny. 
Najczęstszym  powodem  zatargów  była  niechęć  Bahijczyków  do 
wychudłych  i  wygłodniałych  Metysów  z  Północnego  Wschodu, 
napływających  tu  z  Ceará  i  Maranhãonu.  Bahijczycy,  traktujący 
przyległe do ich stanu na pół puste okolice Goíasu za naturalny teren 
swojej  ekspansji  terytorialnej,  przedrzeźniali  ich  akcent,  wyśmiewali 
odrębne  obyczaje,  a  na-wet  ich  kuchnię.  Ci  z  kolei  nazywali 
Bahijczyków 

poganami-makumbeirami  i  quilombolami, 

czyli 

zbiegłymi niewolnikami. Byle ostrzejsze słowo stawało się powodem 
hałaśliwych awan-tur, przeciągających się niekiedy długo w noc. Nie 
chcąc  być  w  nie  wciągany,  a  nie  mogąc  na  razie  wynająć  łodzi  i 
zgodzić  wioślarzy,  postanowiłem  przeczekać  u  jakiegoś  spokojnego 
osa-dnika  kilka  dni,  dopóki  burzliwe  towarzystwo  nie  odpłynie  do 
Peixe lub na nowe poszukiwa-nia szczęścia. Poradzono mi skorzystać 
z gościny pewnego sertaneża, mieszkającego na dru-giej stronie rzeki. 
Miał  on  przybyć  do  arraialu  nazajutrz  z  małpką,  którą  obiecał 
ofiarować w prezencie jednej z pensjonariuszek dony Rosy. 

— Przyjedzie rano, posiedzi kilka godzin w domu kobiet i będzie 

zaraz  wracał.  Zabierz  się  pan  z  nim  —  namawiał  mnie  Syryjczyk, 
któremu moja obecność w jego barze jakoś nie bardzo odpowiadała. 

Sertaneżo, o którym mowa, nazywał się Joaquim; zjawił się, jak 

przyrzekł, i bez gryma-sów zgodził się na moją wizytę. 

— Wasza wielmożność może zostać u mnie tak długo, jak zechce. 

Pojedziemy, gdy tylko załatwię tu pewną ważną sprawę. 

Nie powiedział, jaka to ważna sprawa, a ja nie wspominałem, że 

wiem,  o  co  chodzi.  Za  rzekę  wyruszyliśmy  jednak  nie  w  dniu  jego 
przybycia, lecz dopiero w następnym około połu-dnia. 

background image

Dom Joaquima, buda z bambusów i palmowych liści, nie sprawił 

mi  swoim  prymitywi-zmem  niespodzianki,  natomiast  sprawił  mi  ją 
widok  prawdziwej  menażerii,  którą  w  nim,  a  raczej  przy  nim,  jego 
właściciel  urządził.  Po  izbie  kręciło  się  kilka  małp-kapucynek,  mała 
świnka  piżmowa  i  para  pancerników.  Pod  dachem  i  na  dachu 
skrzeczało z tuzin papug, a opodal wejścia baraszkowały dwa szopy, 
uwiązane do wbitego w ziemię palika. Cały ten zwierzyniec na widok 
nadchodzącego swego pana podniósł radosny rwetes. 

Pokrzykując i odpędzając piszczące małpy, wyszła z chaty stara, 

zwiędła Indianka, świecąc nie zakrytymi, wyschłymi piersiami. 

— To moja matka — powiedział Joaquim, po czym, podszedł do 

niej, objął wpół i poklepał po plecach. 

Stara  wyszczerzyła  przerzedzone  zęby  i  popatrzyła  na  syna  z 

zachwytem. 

Trochę  mnie  zastanowiło,  że  ten  sertaneżo,  mężczyzna  około 

trzydziestki,  gospodaruje  z  matką  i  nie  ma  żony.  Zapytałem,  czemu 
się nie ożenił dotychczas. 

— Ba, a z kim? — odpowiedział pytaniem. 
Rzeczywiście, kobieta w sertonie to cenna rzadkość. 
Kandydatek  do  stanu  małżeńskiego  mało.  Potrzeba  jest  jednak 

wynalazcza,  zdarzają  się  rodziny  o  jednej  żonie  i  dwóch  lub  więcej 
mężach. Mężczyźni, dziwna rzecz, jakoś na ogół nieźle znoszą takie 
spółki. 

Następnego rana obudził mnie krzyk i zamieszanie. Zeskoczyłem 

z  hamaka  i  schwyci-łem  za  rewolwer.  „Czyżby  to  napad?”  — 
przemknęło mi przez myśl, ale zaraz broń odłoży-łem, gdyż napad na 
samotnego  osadnika  nie  mógłby  się  przecież  zdarzyć.  Niemniej 
jednak  psy  i  wszystkie  zwierzęta  Joaquima  okazywały  wielkie 
zaniepokojenie  i  każde  na  swój  spo-sób  wydawało  różne  dźwięki. 
Spokojny  był  tylko  mój  gospodarz,  który  wyszedł  właśnie  z  chaty, 
przeciągając się leniwie i pokrzykując bez złości na swój przychówek. 

— Chodźmy przepędzić makakadę — rzekł. 
Nie wyobrażał sobie, abym mógł nie rozumieć tego, co działo się 

w  lesie.  Mnie  jednak  dopiero  jego  słowa  wyjaśniły,  o  co  chodzi. 
Napad  miał  rzeczywiście  miejsce,  ale  nie  napad  ludzi  na  nas,  lecz 
małp  na  położoną  opodal  domu  niewielką  plantację  kukurydzy. 
Joaquim bronił tej plantacji bez wielkiego przekonania, gdyż co udało 
mu się z niej obronić przed zwierzętami, zjadały równie na nie łakome 

background image

ptaki, niemniej jednak nie pozostawiał jej zupełnie na łasce losu. 

Wśród bujnej kukurydzy buszowało teraz ze dwanaście czarnych 

i  rudawych  małp  wie-lkości  psa-pudla.  Miały  długie  ogony,  a  na 
policzkach i brodzie gęsty zarost. Zrywały kacza-ny, łuszczyły ziarno 
i żarłocznie je zjadały. Co leniwsze wyrywały towarzyszkom zdobycz 
i uciekały z nią na stronę. Wśród dorosłych kręciło się kilka młodych, 
które  nie  umiejąc  sobie  poradzić  z  łamaniem  tęgich  łodyg 
uwieńczonych  wysoko  owocem,  napierały  się  u  matek  udziału  w 
uczcie. Opodal na zwalonym pniu przykucnął czarny samiec z wielką 
brodą  i  bystro  spoglądającymi  oczyma.  Był  to  wódz,  czyli,  jak  go 
sertaneżowie  nazywają  „kapelan”  całej  bandy.  Ujrzawszy  ludzi 
zaniepokoił się. Przez chwilę zatrzymał na nas biegające na wszystkie 
strony  oczy  i  półgłosem  warknął.  Może  to  znaczyło:  „Uwaga!” 
Wszystkie małpy natychmiast przestały jeść i zwróciły spojrzenie ku 
niemu. Nie ku nam, ludziom, lecz właśnie ku niemu, swemu szefowi, 
jakby  w  oczekiwaniu  jakiegoś  znaku  czy  hasła.  Przez  chwilę 
obserwowaliśmy  się  wzajemnie:  znieruchomiały  kapelan  i  my.  Dla 
mnie  była  to  najbardziej  osobliwa  przygoda,  ale  Joaquim  oceniał  ją 
inaczej; dla niego była ona niczym innym, jak tylko jedną z licznych 
przykrości,  które  spotykały  go  ze  strony  leśnych,  czwororękich 
sąsiadów. Patrząc na scenę z niechęcią, klasnął w ręce i krzyknął. 

— Eeeep! Eeeep!  
Kapelan, który jakoś znosił widok ludzi milczących, teraz wydał 

całą serię głosów i dał olbrzymiego susa w stronę lasu. Małpy za nim. 
Ale  żal  im  było  kukurydzy,  chwytały  więc  po  drodze  kaczany, 
pakowały pod pachy i piszcząc umykały. Dwa przezorne psy goniły je 
ostro-żnie,  nie  zbliżając  się  zbytnio.  Wiedziały  ze  smutnego 
doświadczenia,  że  te  dziwne,  podobne  do  człowieka  stworzenia 
umieją zadawać bolesne i niebezpieczne ciosy. 

Małpy  dosięgnąwszy  pierwszych  drzew  wspięły  się  na  nie  z 

małpią  (no  bo  z  jaką  inną  mogłyby?)  zręcznością,  czepiały  się  lian, 
bujały,  przeskakiwały  z  drzewa  na  drzewo  i  oddala-ły  coraz  więcej. 
Niektóre z młodych leżały na plecach matek, kurczowo trzymając je 
za szyję. 

Cały ten niezwykły widok mało wzruszył Joaquima. 
— Marditas guaribas! — sarknął. 
Tak,  to  były  właśnie  guariby,  czyli  wyjce.  Mają  one  pod  brodą 

rodzaj  wola,  przykrytego  gęstym,  zwykle  skołtunionym  zarostem. 

background image

Mieści  ono  kostną  kamerę  rezonansową  pozwalającą  im  wydawać 
głos  donośniejszy  i  bardziej  przeraźliwy  od  ryku  największego  i 
najgroźniejsze-go drapieżnika Ameryki Południowej, jaguara. Trzeba 
jednak  przyznać,  że  nie  nadużywają  tej  danej  im  przez  naturę 
możliwości.  Wyją  właściwie  tylko  dwa  razy  dziennie:  po  wschodzie 
słońca i wieczorem, przed snem. Usadawiają się zwykle na szczycie 
drzewa, po czym kapelan najpierw wydaje z siebie szereg pomruków, 
które  kabokle  nazywają  kazaniem,  a  dopiero  ukończywszy  je 
przystępuje do zasadniczego śpiewu. „Śpiew” to nieartykułowany ryk, 
łatwy  do  usłyszenia  i  rozróżnienia  z  kilometrowej  lub  nawet  dalszej 
odległości.  Nie  ma  w  nim  ża-dnej  harmonii  ani  powtarzających  się 
dźwięków.  Jedyną  uchwytną  jego  cechą  jest  melancho-lia  czy  może 
rodzaj  ponurej  rozpaczy.  Kapelan  odprawia  to  nabożeństwo  sam, 
reszta  towarzy-stwa  milczy  i  tylko  poważnie  przysłuchuje  się 
występowi.  Podobne  koncerty  urządzają  wyjce  również  przed 
większym deszczem, niezależnie od pory dnia. Pewnego razu miałem 
okazję  obserwować  taki  koncert.  Uciekając  pośpiesznie  przed  burzą 
usłyszałem  nagle  głos  wyjca  dochodzący  z  drzewa,  pod  którym 
przechodziłem. Zatrzymałem się i po chwili wypatrzyłem siedzącego 
nieruchomo  na  gałęzi  brodatego  czarnego  guaribę,  jakby 
ostrzegającego  dono-śnym  rykiem  całą  puszczę  przed  zbliżającą  się 
nawałnicą.  Wyglądał  na  jakiś  sztuczny  instru-ment.  Jedna  z  samic 
kucnęła  naprzeciw  niego  i  głaskała  go  po  ramieniu i  brzuchu, druga 
trzy-mała  czule  za  rękę.  To  niezwykłe  widowisko  trwało  nie  dłużej, 
niestety,  niż  minutę.  Śpiewa-jący  kapelan  zapewne  poczuł  moją 
obecność, gdyż umilkł nagle, potem krótko warknął i dał olbrzymiego 
susa  na  sąsiednie  drzewo.  Za  nim  pośpieszyły  w  milczeniu  jego 
towarzyszki. 

Guariby-samce z odmiany pospolitej w Goíasie (Alouatta caraya

mają  sierść  czarną,  a  samice  —  rudo-szarą.  Dziwne,  że  te  małpy, 
sprytne i inteligentne w wieku dojrzałym, w młodości są bardzo mało 
rozgarnięte.  Ich  nieporadność  wobec  prymitywnych  pułapek,  zasta-
wianych  na  nie  przez  sertaneżów,  jest  zdumiewająca.  Nie  potrafią 
sobie poradzić nawet z naj-prostszą: dziurawą skorupą kasztana z Paré 
z nasypanymi do niej orzechami, przymocowaną do drzewa lub kołka. 
Małpka, ciekawa z natury, zajrzawszy do skorupy i poczuwszy w niej 
orzechy wsuwa łapkę przez dziurę, ujmuje, ile może, orzechów i chce 
je wyciągnąć, ale zaci-śnięta pięść przez wąski otwór nie przechodzi. 

background image

Wystarczyłoby  oczywiście  wypuścić  z  dłoni  orzechy,  aby  łapkę 
uwolnić,  ale  tego  właśnie  nie  umie  skojarzyć.  Rzuca  się,  odskakuje, 
piszczy,  ale  skorupy  nie  potrafi  się  pozbyć.  W  ten  prosty  sposób 
kabokle chwytają małe guariby, które później wywożą do miasteczek 
na  sprzedaż  bądź  też  obłaskawiają  i  trzymają  w  domach  ku  uciesze 
dzieci. Dorosłe małpy nie są tak naiwne i nie dają się nabierać na ten 
prostacki kawał.  Urosło  z  tego  nawet  przysłowie:  macaco velho não 
mete a mão em combuca
, czyli „stara małpa (w znaczeniu europejskim 
„stary  lis”) nie kładzie łapy  w skorupę orzecha”. W przeciwieństwie 
do młodych stare guariby wykazują nie lada inteligencję. Na przykład 
zdołały  zaobserwować,  że  osy,  budujące  na  drzewach  gniazda  z 
otworami  skierowanymi  ku  ziemi,  nigdy  nie  szukają  wroga  powyżej 
niego,  lecz  zawsze  poniżej,  w  kierunku  ziemi.  Otóż  wiedząc  o  tym, 
guariba  wspina  się  ostrożnie  na  czubek  sąsiedniego  drzewa, 
przedostaje się powyżej gałęzi z gniazdem i zaczyna tą gałęzią trząść. 
Osy, czyli maribondy, wypadają i jak oszalałe miotają się w  pobliżu 
ziemi, podczas gdy małpa porywa gniazdo i umknąwszy z nim na inne 
drzewo spokojnie zajada larwy i miód. 

Guariby odżywiają się najchętniej pączkami drzew i owocami. Za 

przysmak uważają owoce liany imbé, będącej odmianą filodendrona. 
Z potrzeby jedzą też różne robaki, a w nie-woli przyzwyczajają się do 
mięsa i gotowanych jarzyn. W przeciwieństwie do wielu innych małp, 
swoich  krewnych,  są  bardzo  poważne,  nie  znają  figlów  ani też  psot. 
Żyją w grupach od dziewięciu do dwunastu osobników i zawsze pod 
przewodem  starego  samca.  Ze  względu  na  zwyczaj  urządzania 
koncertów  można  łatwo  wykryć  ich  miejsce  przebywania.  Indianie 
polują  na  nie  dla  mięsa,  kabokle  z  niektórych  okolic  również  nie 
gardzą pieczenią z ich pośladków. Jeszcze w ubiegłym wieku potrawy 
z małpiny wchodziły w brazylijski jadłospis nawet w miastach. Teraz 
nie  ma  o  tym  mowy,  aby  jakaś  restauracja  ośmieliła  się  z  czymś 
podobnym wystąpić.  

Wracając do domu po przepędzeniu guaribów z pólka kukurydzy 

przyjrzałem  się  okoli-cy.  Z  pozoru  wyglądała  niczym  raj.  Na  tle 
ciemnozielonej  puszczy  rosły  tysiące  palm  babas-sú,  otaczając  jak 
lampasem rozległą polanę, usianą teraz kwitnącymi krzakami. Poniżej 
nie-bieszczył się Tocantins i żółciły piaszczyste plaże. Drzewa rzucały 
długie,  poranne  cienie,  a  w  powietrzu  unosiła  się  cisza,  przerywana 
głosami  ciągnącego  na  żerowiska  wodnego  ptactwa.  Słońce,  ciepłe 

background image

powiewy  wiatru,  cicha  puszcza,  spokój,  rzeka  o  przejrzystej  wodzie 
— czyż to nie akcesoria raju? 

Jednakże... 
—  Na  tej  polanie  —  powiedział  Joaquim  wskazując  śliczny 

zakątek  —  lubią  wylegiwać  się  żmije.  A  te  krzaki,  widzi  pan?  Tam 
pełno jadowitych pająków. Nawet trawa tu niebezpie-czna, żyją w niej 
tysiące mikui. Albo tu: niech pan spojrzy na te czarne punkty, na tych 
gałązkach...  Wystarczy  otrzeć  się  o  nie,  a  obsiądą  pana  dziesiątki 
kleszczy  i  wpiją  się  w  skórę.  Po  godzinie  będzie  pan  wariował  ze 
swędzenia. 

„Może rzeczywiście nie taki tu raj, pomyślałem, jak się pozornie 

wydaje”.  

Uzupełnieniem  tropikalnego  uroku  okolicy  była  menażeria 

Joaquima. Spoglądając na pomykające na wszystkie strony oswojone 
zwierzęta, na papugi wałęsające się między noga-mi, na rozfiglowane 
szopy-quati, znowu nawracałem do myśli, które nawiedzały mnie przy 
obserwowaniu  krajobrazu.  Zwierzęta  żyły  z  sobą  w  rozczulającej 
zgodzie.  Najmądrzejsze  z  nich,  małpy-miki,  nauczyły  się  dosiadać 
psów  na  kształt  wierzchowców.  Psy,  drapane  za  uszami  i 
poklepywane  przez  małpy,  nie  protestowały  i  biegały  z  jeźdźcami 
dość  chętnie.  Uwięzione  były,  ze  względu  na  wielką  ich  psotność  i 
słabe  przywiązanie  do  miejsca  pobytu,  jedynie  szopy.  Spuszczone  z 
długiego  rzemienia,  wykorzystywały  wolność  do  kompletnego 
demolowania  wnętrza  chaty.  Co  tylko  się  dało,  zrzucały,  rozbijały, 
wywracały,  a  gdy  sprzy-krzyła  się  im  ta  zabawa,  wspinały  się  na 
drzewa i przebiegając z jednego na drugie gubiły się w lesie. Kiedyś 
przed  laty  przywiozłem  z  Peru  takiego  właśnie  zwierzaczka  i 
trzymałem  go  w  domu,  w  Warszawie,  przez  rok.  Niestety,  cały  czas 
musiał przebywać w klatce, co w końcu skłoniło mnie do oddania go 
do Ogrodu Zoologicznego na Pradze, gdzie dostał piękne mie-szkanie 
z  wybiegiem  i  towarzyszkę  życia.  Przez  pierwsze  dwa  lata  poznawał 
mnie, wykazując żywą radość z odwiedzin. Do wybuchu wojny żył. 

Pancerniki pokazywały się tylko w nocy. Cały dzień przesypiały 

w dziurze, którą sobie wygrzebały w kącie izby, i dopiero po zmroku 
rozpoczynały  poszukiwanie  jedzenia.  Były  dość  uciążliwymi 
współmieszkańcami,  gdyż  nie  zwracając  uwagi  na  sen  wszystkich 
innych  stworzeń,  tupotały  i  dość  głośno  mruczały  przez  całą  noc. 
Joaquim  twierdził,  że  same  wybrały  sobie  kąt  w  jego  domu  jako 

background image

legowisko.  Były  to  śmieszne  zwierzątka  o  podłużnym  ryjku  i 
sterczących  uszach.  Nakrywał  je  jak  średniowiecznych  rycerzy 
pancerz z kostnych, twardych łusek, skutecznie broniący je od  takich 
drobnych drapieżników, jak dzikie koty czy tchórze. 

Dzika  świnka  piżmowa  o  rozmiarach  naszego  prosiaka,  ale  o 

dłuższej,  ciemnej  i  jakby  przysypanej  popielatymi  igłami  sierści, 
wałęsała się cały dzień po wszystkich kątach. Była bardzo towarzyska 
i  najwyraźniej  lubiła  ludzi.  Wciąż  domagała  się,  aby  ją  głaskać, 
pociągać za uszy i bawić się z nią. Inne zwierzęta, a szczególnie psy, 
w  obawie  przed  jej  ostrymi  cho-ciaż  małymi  kłami,  omijały  ją  z 
daleka. Jadła wszystko, co się dało zgryźć, a zdrowy apetyt przydał jej 
tuszy.  Pomimo  dobrze  zaokrąglonych  kształtów  poruszała  się 
nadzwyczaj szybko i zwrotnie. Przestraszona, wydawała przykrą woń. 
Wystarczyło  na  nią  tupnąć,  aby  jej  gruczoł  piżmowy  zaczął  działać. 
Joaquim trzymał ją, jak powiadał, z łaski, gdyż piżmówki nawet zu-
pełnie oswojone uciekają po pewnym czasie do lasu, prawdopodobnie 
zwabione przez żyjące na swobodzie towarzyszki. 

Przedstawiając 

tę 

menażerię, 

muszę 

podkreślić, 

że 

zainteresowanie  zwierzętami, jakie  okazywał  Joaquim,  spotyka  się  u 
leśnych  ludzi  rzadko.  Sertaneże  na  ogół  ograniczają  je  do  hodowli 
małpek i papug. 

W  takiej  leśnej  osadzie,  w  jakiej  właśnie  gościłem,  dzień  pracy 

rozpoczyna  się  o  wschodzie  słońca,  a  obiad  zjawia  się  na  stole  już 
około dziesiątej rano. Nie wczesna jednak godzina głównego posiłku 
wydawała  mi  się  dziwna,  lecz  podawane  od  czasu  do  czasu  nie-
zwykłe potrawy. Pewnego dnia matka Joaquima uraczyła nas małymi 
ptaszkami nadzianymi na patyk i usmażonymi we własnym tłuszczu. 
Zapytałem o ich nazwę. 

— Papugi — odrzekł Joaquim. 
— Do licha! Ale chyba nie te oswojone? 
— Skąd oswojone! Gdzieżbym je zabijał, to dzikie. Pełno ich tu 

na skraju lasu i nad rzeką. 

Papugi  jadałem  już  wiele  razy,  ale  zawsze  tylko  wtedy,  gdy 

zmuszała  mnie  do  tego  konieczność.  Jakoś  nieprzyjemnie  mieć  na 
talerzu  stworzenie,  dla  którego  ludzka  mowa  jest  dostępna.  Nie 
chciałem jednak sprawiać Joaquimowi kłopotu, a jego czerwonoskórej 
matce wstydu, no i jadłem. Były twarde, ale w smaku niewiele różniły 
się od dzikich kur brazylij-skich. 

background image

Sama nazwa „papuga”, podobnie jak „pies” nie oznacza czegoś w 

wyglądzie  jednako-wego.  Zarówno  arary,  które  od  dzioba  do  końca 
ogona  mierzą  ponad  półtora  metra,  jak  tuiny  nie  przekraczające 
dwudziestu  ośmiu  centymetrów,  jak  papugi  „prawdziwe”  zielone  lub 
zielo-no-czerwone  papa-cacau  —  wszystko  to  są  papugi.  W  Brazylii 
rozróżniają ich siedemdziesiąt odmian, a w reszcie świata, głównie w 
Indiach  i  Abisynii,  ponad  pięćset.  W  Goíasie  do  najpospolitszych 
należą  perekity  —  zielone  ptaki  z  paru  czerwonymi  piórami  w 
skrzydłach  i  w  ogonie.  Żyją  one  w  wielkich,  niekiedy  sięgających 
kilkuset sztuk bandach. Są niezwykle hałaśliwe, ale, rzecz szczególna, 
żerują  w  kompletnym  milczeniu.  Gdy  obsiądą  pole  kukury-dzy  lub 
jakiś  sad  owocowy,  to  choćby  ich  było  tysiąc,  żadna  ani  piśnie. 
Natomiast  do  lotu  zrywają  się  z  wielkim  krzykiem.  Hodują  się  i 
rozmnażają w niewoli bardzo dobrze. Żeby jednak nie uciekły, trzeba 
przycinać  im  skrzydła.  Do  ludzi  przywiązują  się,  poznają  swego 
opiekuna i potrafią wyrażać mu swoje uczucie. Nie skaczą jak wróble, 
lecz łażą na krzywych, krótkich nóżkach dość niezręcznie i podpierają 
się dziobem. 

Podobnie  jak  do  najpospolitszych  w  Goíasie  papug  należą 

perekity,  tak  znowu  do  naj-piękniejszych  zalicza  się  arary.  Te 
wspaniałe,  wielobarwne  ptaki,  o  upierzeniu  jaskrawocze-rwonym, 
żółto-niebieskim lub pastelowoniebieskim, wyglądają przy skromnych 
ciemnozielo-nych  perekitach  lub  szaroniebieskich  tuinach  niczym 
wystrojone  na  bal  damy  przy  kopciusz-kach.  Gdy  przelatują  ponad 
lasem,  wydają  się  egzotycznymi  kwiatami  niesionymi  przez  wiatr. 
Przyroda, tak staranna w przystosowaniu swych tworów do  otoczenia 
przy  ich  kształ-towaniu  odstąpiła  od  tego  zwyczaju.  Arary  na  tle 
szarozielonego tła selwy odcinają się od niej jak neon od sczerniałej 
kamienicy. Są to spokojne i poważne ptaki. Indianie polują na nie dla 
uzyskania  pięknych  piór,  z  których  sporządzają  przybrania  głowy. 
Biali  łowią  je  w  sidła  i  pu-łapki  żywcem,  gdyż  tylko  żywe 
przedstawiają  dla  nich  pewną  wartość.  Schwytane  umieszcza-ją 
zwykle na froncie domu lub na werandzie, przymocowując je długim 
łańcuszkiem do specjalnej grzędy. Gadają arary gorzej od perekit, ale 
melodię podchwytują z łatwością i nauczoną powtarzają wielokrotnie. 
Na  swobodzie  mieszkają  w  koronach  wysokich  drzew,  a  więc 
wypatrzyć  miejsce,  gdzie  siedzą,  niełatwo.  Ich  donośny  charkotliwy 
głos  —  rrr!  rrr!  —  słychać  na  każdym  kroku,  ale  dojść  jego  źródła, 

background image

podobnie  jak  dostrzec,  gdzie  siedzą,  prawie  nie  sposób  Skromne, 
mniej ozdobne perekity są jednak od nich zdolniejsze. Naśladowanie 
ludzkiej  mowy  przychodzi  im  łatwiej,  a  przekazywanie  uzyskanych 
„wiadomości”  swoim  towarzyszkom  nie  sprawia  żadnych  trudności. 
Opowiadają o zdarzeniach, gdy to zbiegłe z domu perekity wyuczyły 
całe stado różnych wyrazów, którymi później straszyły  zabobonnych 
sertaneżów. 

Kiedyś nie było domu w Brazylii, nie wyłączając miast, aby nie 

trzymano  w  nim  jednej  albo  więcej  papug.  Obecnie  zwyczaj  ten  w 
wielkich  miastach  zanika.  Przyczyniły  się  do  tego  domy  publiczne, 
które  z  wystawianych  w  oknach  papug  zrobiły  sobie  rodzaj 
reklamowych  szyldów.  Jednak  na  głębokiej  prowincji  trudno 
dotychczas  znaleźć  chatę  kabokla,  w  której  nie  byłoby  perekity 
wyuczonej gadania różnych, najczęściej nieprzyzwoitych słów. 

W  osadzie  i  w  jej  pobliżu  papug  było  zatrzęsienie,  ale  Joaquim 

nie  polował  na  nie  bronią  palną,  gdyż  żałował  drogich  tutaj  naboi. 
Łowił  je  w  sidła  lub  na  lep  przyrządzany  z  roślinnego  pasożyta 
podobnego do naszej jemioły, którym smarował gałęzie nawiedzanych 
przez  nie  drzew.  Unieruchomione  klejem  i  trzepoczące  się  zabijał 
długą tyką z ostrym zakoń-czeniem. 

Po  kilku  dniach  wylegiwania  się  w  hamaku,  podglądania 

menażerii  Joaquima  i  wycie-czek  w  głąb  lasu  doszedłem  do 
przekonania, że awanturnicy  zapewne  opuścili już Jacaré i że należy 
wracać. 

— Możesz mnie odwieźć jutro do arraialu?  — zapytałem swego 

gospodarza. 

Joaquim jakoś się zafrasował. 
— Jutro? Mam tu pewną pilną robotę... Może za dwa dni? 
Nie  zależało  mi  na  pośpiechu,  zbytnio  nie  upierałem  się  przy 

wcześniejszej dacie. 

— Doskonale, niech będzie za dwa dni. 
Tej  nocy  budziły  mnie  różne  odgłosy.  To  stuk  kroków  kogoś 

kręcącego  się  koło  domu,  to  plusk  wioseł,  a  wreszcie  jakieś  szepty. 
Nie zdołały jednak wytrącić mnie na dobre z mocne-go rytmu sennego 
i obudziłem się dopiero po wschodzie słońca. 

Poranek  był  piękny.  Ptactwo,  szykujące  się  z  pośpiechem  do 

śniadania,  wykrzykiwało  swoje  zawołania  i  furkotało  w  powietrzu 
skrzydłami.  Najwięcej  ruchu  było  nad  rzeką.  Czaple  przeciągały 

background image

leniwie  skrzydła,  dziwacznie  wyginały  długie  szyje,  to  znowu 
nieruchomiały  i  bacznie  wpatrywały  się  w  płytką  wodę.  Na 
zwieszających  się  zewsząd  lianach  podskakiwały  kolorowe 
zimorodki,  kręcąc  kuperkami  o  krótkich,  jakby  wyskubanych 
ogonkach. Pod lasem krakały drewnianym głosem, przypominającym 
wielkanocne  kołatki,  tukany.  Z  suchych  gałę-zi  bystro  wypatrywały 
zdobyczy  orły,  wydając  od  czasu  do  czasu  przejmujący  gwizd,  na 
odgłos  którego  inne  ptaki  milkły  i  pełne  przerażenia  zrywały  się  do 
lotu. Sępy-urubu już wzbiły się  wysoko nad las i nad rzekę i krążąc 
powoli  przepatrywały  plaże  i  polany  w  nadziei,  że  jakiś  drapieżnik 
pozostawił dla nich ochłapy po nocnej uczcie. 

Ja  też  na  wzór  ptaków  przeciągnąłem  się.  Dotknąłem  twarzy. 

Wyrosła już na niej spora szczecina. Pomyślałem z przyjemnością, że 
nie  potrzebuję  się  golić.  Niech  sobie,  cholera,  rośnie.  Rozglądnąłem 
się. Gdzie to podziewa się mój gospodarz? 

—  Joaquim!  —  zawołałem,  a  ponieważ  nikt  nie  odpowiedział, 

udałem się za chatę, gdzie stara Indianka całymi dniami pitrasiła coś 
przy ognisku. Zamiast niej jednak zastałem tam jakąś młodą kobietę z 
mężczyzną.  Wydali  mi  się  znajomi,  ale  w  pierwszej  chwili  nie 
mogłem ich z nikim skojarzyć. Mężczyzna wstał. 

—  Wasza  wielmożność  mnie  nie  poznaje?  —  odezwał  się.  — 

Jestem Anisio. 

— Do licha! Coś ty zrobił z brodą i wąsami? 
— Zgoliłem. Quiriny wasza wielmożność też nie poznaje? 
Dawna nasza towarzyszka podróży była ufryzowana, przystrojona 

w  kolorową  sukienkę  z  dekoltem  i  w  jaskrawoczerwony  naszyjnik. 
Odmieniło  ją  to  ubranie  nie  do  poznania.  Zbliży-ła  się  i  podała  mi 
rękę. 

— Bom dia, senhor Miecislao — rzekła dość poufale. 
— Bom dia, Quirina! Pięknie wyglądasz. 
Dziewczyna rozpromieniła się. 
— Wszyscy tak mówią — powiedziała. 
Anisio też był zadowolony z pochwały towarzyszki. 
— Ona już nie wróci do Jacaré — wtrącił. 
— Tak? — zainteresowałem się. 
— Rzuciła donę Rosę, zostanie teraz ze mną. 
Pokiwałem głową z uznaniem. 
— A co na to dona Rosa? — zapytałem. — Nie będzie miała do 

background image

niej pretensji 

—  Chyba  będzie  miała...  —  potwierdził  moje  przypuszczenie 

Anisio. 

Rozmowa o donie Rosie rozgniewała Quirinę. 
— Ona nie ma prawa zatrzymywać mnie ani ścigać. 
—  Prawa  nie  ma,  ale  kto  tu  pyta  o  prawo?  Przyśle  po  ciebie 

kapangów i acabou festa, koniec zabawy — powiedziałem. 

Tymczasem nadszedł znad rzeki Joaquim, niosąc w koszyku kilka 

ryb, które wyciągnął z zastawionej poprzedniego wieczoru wiklinowej 
pułapki. 

—  Quirina  z  Anisiem  zamieszkają  u  mnie  —  oświadczył  z 

miejsca. 

Zdziwiła  mnie  ta  dobroć  Joaquima,  ta  bezinteresowna  chęć 

dopomożenia Anisiowi w jego miłosnych perypetiach. 

— Będziecie razem pracowali — zapytałem. 
—  Nie  —  Joaquim  wzruszył  ramionami  —  tu  przecież  nic  do 

roboty nie ma. On jest zresztą garimpeirem, pojedzie płukać żwir nad 
Riacho Cana Brava. 

— Z Quiriną? 
— Nnnnie... Quirina poczeka tu na niego. 
Anisio patrzał w ogień, Quirina uśmiechała się. 
„Nie  moja  rzecz,  pomyślałem,  niech  się  urządzają,  jak  im  się 

podoba”.  Przeszło  mi  je-dnak  przez  głowę,  że  gdyby  dona  Rosa 
rzeczywiście  chciała  Quirinę  przytrzymać,  a  jej  ludzie  znaleźliby 
uciekinierkę tutaj, wynikłaby z tego tęga awantura. To przypuszczenie 
zepsuło mi humor. Nigdy nie byłem poszukiwaczem przygód, ale one 
jak na złość prześladowały mnie przez całe życie. Tam gdzie kto inny 
przechodził  czy  przejeżdżał  bez  kłopotów,  mnie  musiało  zawsze  coś 
się przydarzyć. Choćby teraz. Usunąłem się z Jacaré dla spokoju, dla 
przeczekania burzliwych dni garimpeirowskich zabaw, a tu masz... 

Tymczasem  pivot  moich  rozmyślań  zdjęła  ciasne  widocznie 

buciki i z ulgą przechadzała się koło chaty na bosaka. Anisio wodził 
za  nią  oczami  i  nie  przebierając  zbytnio  w  słowach,  chwalił  jej 
wdzięki. 

Od  powrotu  do  Jacaré  dzielił  mnie  tylko  jeden  dzień.  Szczerze 

pragnąłem  spędzenia  go  w  spokoju.  Poradziłem  uciekinierom,  aby 
schronili  się  w  lesie,  bo  kręcących  się  nad  rzeką  łatwo  ktoś 
przejeżdżający  spostrzeże  i  nawet  nieumyślnie  zdradzi.  —  Za  parę 

background image

tygodni  dona  Rosa  zapomni  o  was  —  dodałem.  Quirina  nie  miała 
jednak wielkiej ochoty mnie posłuchać. Była lekkomyślna. 

— Nie chcę siedzieć w lesie jak zwierz — powiedziała. — Tu nad 

rzeką  raźniej.  Zresztą  —  wskazała  na  obu  trochę  zafrasowanych 
mężczyzn — potrafiły mnie te dudki od dony Rosy wykraść, to niech 
mnie teraz przed nią bronią. 

— A jak nie obronią? — uśmiechnąłem się. 
— Jak nie obronią? Wielka rzecz. Wrócę do niej. 
„Ach, ty diable” — pomyślałem. 
Ucieczka  Quiriny  wprawiła  donę  Rosę,  jak  mi  to  później 

opowiedziano,  w  prawdziwą  pasję.  Wymyślała  na  niewdzięczną 
pensjonariuszkę  i  odgrażała  się,  że  pośle  po  nią  kapangów,  a  gdy  ją 
znajdą i przywiozą — powyrywa jej kudły. „Ubrałam — mówiła — tę 
świnię jak laleczkę. Niczego jej nie żałowałam, a ona co? Uciekła! To 
ten  jej  xodó,  ten  Anisio  ją  namó-wił,  ten  golec”.  Z  wynalezieniem 
paru  ludzi  do  poszukiwań  zbiegłej  nie  miała  najmniejszej  trudności. 
Sami się zgłaszali. Sprawy, gdzie w grę wchodzi dziewczyna, zawsze 
nęcą  sertane-żów.  Nic  też  dziwnego,  że  następnego  dnia,  siedząc  na 
plaży, dostrzegłem zbliżającą się łódź z trzema mężczyznami. „Jedzie 
przygoda”  —  sarknąłem  w  duchu  i  krzyknąłem  do  Anisia,  by 
schowali się oboje z Quiriną. Na szczęście wszystko przeszło gładziej, 
aniżeli  przypuszcza-łem.  Przybysze  widocznie  nie  podejrzewali,  aby 
uciekinierka  mogła  szukać  schronienia  tak  blisko  arraialu  i  tylko  z 
obowiązku o nią zapytali. 

— Przecież ona została w Jacaré — odrzekłem z głupia frant. 
— Zabrała ubranie dony Rosy i uciekła — objaśnił mnie jeden z 

przybyłych. 

—  Nic  o  tym  nie  wiem  —  kłamałem  jak  z  nut.  —  Tutaj jej nie 

ma. 

Przybyli  spojrzeli  na  chatę,  na  kręcącą  się  koło  niej  matkę 

Joaquima  i  nie  wiedząc,  co  robić,  stali  w  milczeniu.  Po  chwili 
zdecydowali  się  powrócić  do  łodzi  i  ruszyć  w  dół  rzeki  na  dalsze 
poszukiwania. 

Odetchnąłem.  Przygoda,  polująca  na  mnie  od  lat,  i  to  zwykle  z 

powodzeniem, tym razem nie natrafiła na mój ślad. 

Po  chwili  Quirina  z  Anisiem  wyszli  z  ukrycia.  Dziewczyna 

nadrabiała miną, ale była spłoszona. Anisio podrwiwał z niej i groził, 
że jak nie złagodnieje, odda ją kapangom dony Rosy. 

background image

Tymczasem  matka  Joaquima,  obojętna na  wszystko,  co  się  koło 

niej  działo,  przygoto-wała  posiłek:  kawę,  miskę  dymiących 
maniokowych  kłączy  i  pęk  bananów.  Na  widok  jedze-nia  nadbiegła 
truchtem  świnka,  zapiszczały  szopy,  wyciągały  łapki  małpy,  a 
perekity  powyła-ziły  z  różnych  kątów  i  niezdarnie  wspinały  się  na 
stół. Tylko psy, nie jedzące ani manioku, ani bananów, nie poruszyły 
się ze swoich miejsc. 

Gdy  następnego  dnia  Joaquim  odwoził  mnie  swoją  lekką 

montarią  do  Jacaré,  znowu  pozostawała  za  mną  część  cudzego,  no  i 
mojego życia: leśna osada odwiedzana przez małpy i papugi, Quirina 
z dwoma mężami, na pół naga Indianka gotująca maniok i żółwie jaja 
— wszystko to odchodziło ode mnie nagle i na zawsze. Już nigdy nie 
miałem  dowiedzieć  się,  co  stało  się  później  z  moimi  przygodnymi 
towarzyszami,  jaki  los  zgotowała  przyszłość  Quirinie,  Anisiowi  i 
Joaquimowi. 
 
 
 
 

WIELKIE MOCZENIE OCZU 

 
 

W  Jacaré  było  już  spokojnie.  Większość  garimpeirów  odpłynęła 

w  stronę  gór  stanowią-cych  dział  wód  Tocantinsu  i  Araguai.  Po 
arraialu kręcili się już ostatni maruderzy, szykując łodzie i gromadząc 
żywność. 

Bez  pośpiechu,  po  długich  rozmowach  przy  kawie  i  palmowym 

winie  udało  mi  się  skło-nić  pewnego  Metysa,  niejakiego  Jonasa,  aby 
zechciał mi towarzyszyć w dalszej drodze. Był to dawny garimpeiro, 
który wprawdzie porzucił swój zawód już przed laty, lecz sztuki pro-
spektorstwa  nie  zapomniał.  Teraz  zajmował  się  różnego  rodzaju 
zbieractwem,  gromadząc  w  zależności  od  pory  roku:  kauczuk, 
babassú, orzechy, buriti i inne płody lasu, które następnie zamieniał u 
przejezdnych kupców na wyroby przemysłowe. Obiecałem mu sowitą 
jak na tamte warunki zapłatę, a ponadto udział w zysku, który osiągnę 
ze  znalezionych  z  nim  razem  akwamaryn.  Wydało  mi  się  jednak,  że 
nie tyle chęć zarobku, którego właściwie nie potrzebo-wał, ile raczej 
pokusa 

ponownego 

znalezienia  się  między  prospektorami, 

background image

posmakowania życia z dawnych, beztroskich lat skłoniła go do zgody 
na  wyjazd  ze  mną.  Temu  potomkowi  czerwonoskórych  nomadów 
długie  przysiedzenie  fałdów  w  Jacaré  musiało  na  pewno  nieźle 
dokuczyć. Dawniej, przed ożenkiem i osiądnięciem nad Tocantinsem, 
jeździł dużo, odwiedził nawet Mato Grosso, gdzie próbował szczęścia 
nad diamentodajną rzeką Rio das Garças. Ale szczęście jakoś mu nie 
dopisywało.  Nigdy  nie  znalazł  kamienia  ważącego  więcej  niż  jeden 
karat.  Tylko  raz  udało  mu  się  wypłukać  w  pobliżu  Araguai  sporą 
garstkę  chibiów,  ale  urado-wany  tym  uśmiechem  losu  przepił  je  w 
najbliższym  arraialu.  Nie  miał  wcale  poczucia  warto-ści  czasu.  Gdy 
usiłowałem jego  wynagrodzenie obliczać na tygodnie i miesiące, nie 
mógł zro-zumieć, o co właściwie mi chodzi. Było mu obojętne, czy za 
umówioną  sumę  będzie  zajęty  miesiąc,  trzy  miesiące,  czy  nawet 
dłużej. To jego rozumowanie nie wynikało bynajmniej z głupoty lub 
braku rozsądku. Nie był ani głupi, ani nierozsądny, on tylko naprawdę 
nie  cenił  czasu.  Oprócz  wynagrodzenia  pieniężnego  miał  dostawać 
także jedzenie, a więc o co chodzi? Tydzień czy miesiąc, to przecież 
w gruncie rzeczy nie ma żadnego znaczenia. 

Jonas  zgodził  się  do  pracy  wraz  z  łodzią,  chybotliwą  dłubanką, 

której wielką zaletą było płytkie zanurzenie i niepokalana szczelność. 
Skromny  bagaż,  złożony  z  dwóch  worków  z  ubraniem,  kilku 
koszyków z  żywnością i z paru narzędzi, nie obciążył jej zbytnio ani 
też umniejszył jej zwrotności. 

Teraz nadszedł moment naradzenia się nad tym, jak to odnaleźć 

owe miejsce, tę rzekę, zaznaczoną na  planie, który przechowywałem 
w  woreczku  pod  koszulą.  Najpierw  trzeba  było  określić,  o  który  to 
dopływ  Cana  Brava  chodzi.  Rysowałem  więc  żmudnie  patykiem  na 
czerwonej  glinie  różne  linie  i  tłumaczyłem  Jonasowi  odległości.  Nie 
był on tak pojętny, aby te objaśnienia chwytać w lot. Namozoliłem się 
niemało,  nim  wreszcie  powiedział:  ,,To  chyba  będzie  Arroio  Turvo. 
Nie słyszałem, aby tam kto wypłukał bodaj jednego chibia”. 

— Zgadza się — powiedziałem. — Gdzie są akwamaryny, nie ma 

diamentów. 

Spływ  Tocantinsem  do  ujścia  Cana  Bravy  to  była  fraszka.  Ubá, 

jak z indiańska nazywał Jonas swoją łódź, płynęła z prądem żwawo i 
wystarczyło siedzieć przy sterze, aby kilkanaście kilometrów dziennie 
odwalić.  Na  dopływie  było  inaczej.  Na  nim  podróż  stała  się 
trudniejsza i mozolniejsza. Ubá nie mogła oczywiście płynąć pod prąd 

background image

sama, musieliśmy ją z  wysiłkiem odpychać od dna długą tyką, a gdy 
natrafialiśmy na grunt bagnisty, popadaliśmy w kłopot. 

Nie  będę  się  tu  powtarzał  opisywaniem  rzecznej  podróży,  tym 

bardziej  że  była  mono-tonna  i  wyczerpująca.  Szczególnie  dokuczał 
nam  upał.  Wprawdzie  rozwiesiłem  na  kilku  patykach  hamak,  aby 
chronił  nas  przed  słońcem,  lecz  musiałem  go  wkrótce  zwinąć,  gdyż 
nie  mogłem  sobie  dać  rady  z  wiatrem,  który  uparł  się  zerwać  tę 
przeszkodę  i  unieść  z  sobą.  Jonas  również  podjął  próbę  walki  z 
upałem.  Tak  manewrował  ubą,  aby  jak  najczęściej  i  jak  najdłu-żej 
znajdowała  się  w  cieniu  nadbrzeżnych  drzew.  Gdy  jednak  z 
potrącanych  gałęzi,  zwiesza-jących  się  nad  wodą,  zaczęły  spadać  na 
nas  różne  robaki,  a  między  nimi  złośliwe  karapaty  (kleszcze), 
zrezygnowaliśmy z cienia. 

Posuwaliśmy się bardzo wolno, nie robiliśmy więcej jak osiem do 

dziesięciu kilome-trów na dobę, a i to uważaliśmy za sukces. Po iluś 
tam dniach tej żółwiej podróży znaleźliśmy się w pobliżu strumienia, 
w którym przed kilku miesiącami odkryto złoto. 

— Tu gdzieś powstał nowy arraial — oznajmił Jonas i dodał: — 

samych  barów  otworzono  w  nim  podobno  dwanaście.  Prosektorzy 
lubią zamoczyć sobie oczy. 

Z dalszej rozmowy dowiedziałem się, że w strumieniu, który ktoś 

nazwał Arroio Feiticeiro, znajdowano j sporo większych grudek złota, 
najczęściej  w  szczelinach  popękanych  skał  i  kamieni,  no  i  w 
nadbrzeżnym piasku. Jonas coraz to wracał do tego tematu. Najwido-
czniej  drzemiący  w  nim  instynkt  prospektora  począł  się  budzić  i  nie 
dawał mu spokoju. 

— Wasza wielmożność  — zagadnął wreszcie  — moglibyśmy  w 

tym  arraialu  przenoco-wać...  będzie  wygodniej  niż  na  plaży.  — 
Oczywiście nie chodziło mu o wygodę, gdyż na piasku sypiał jak na 
puchach,  ale  chciało  mu  się  otrzeć  o  atmosferę  garimpa,  posłuchać 
opo-wiadań  o  cudzych  sukcesach.  Mnie  samego  też  nieco  korciło. 
Płuczki  złota!  Nie  te  zorganizo-wane  przez  spekulantów,  ale 
indywidualne,  prawie  identyczne  z  tymi  sprzed  wieku  w  Kali-fornii. 
Różnica  mogła  być  tylko  w  rozległości  złotodajnych  pól  i  ich 
wydajności. 

— No, to chyba zanocujemy w Feiticeiro... 
Jonasowi zabłysły skośne, indiańskie oczy. 
Może w dwie godziny później ujrzeliśmy wąską, leniwie toczącą 

background image

swoje wody rzeczkę, a przy niej malowniczo wsunięty w las niewielki 
arraial.  Przebywający  tu  ludzie  pobudowali  prymitywne  chaty  z 
drągów  i  byle  jak  poprzykrywali  je  strzechą  z  palmowych  liści. 
Podszy-cie i liany  wszędzie jednak starannie  wycięli, co sprawiło, że 
ten  skrawek  puszczy  przeisto-czył  się  w  rodzaj  parku,  po  którym 
można było swobodnie spacerować. 

Słońce skłaniało się już ku zachodowi, musieliśmy pośpieszyć się 

z  zainstalowaniem  na  noc.  Łodzi  w  ujściu  Feiticeira,  tworzącego 
rodzaj zatoki, było chyba ze sto. Z trudem prze-cisnęliśmy się między 
nimi i przywiązaliśmy swoją ubę do wystającego nad wodą korzenia. 

Centrum  arraialu  znajdujące  się  na  niewielkim  wyniesieniu  o 

jakie  dwieście  metrów  od  rzeki  tworzyło  kilka  obszernych  szop-
barów,  o  których  wspominał  Jonas.  Między  nimi  kręcili  się  ludzie, 
głównie mężczyźni; nie wszyscy z nich mieli buty, ale każdy nosił pas 
z rewolwe-rem i z dyndającym mu u boku tersadem. Zachowywali się 
hałaśliwie, jednak nie pod wpły-wem alkoholu, gdyż mrok jeszcze nie 
zapadł, a moczenie oczu zaczynali zwykle dopiero wieczorem. 

Przed jedną z szop siedziało  w kucki z dziesięciu na pół nagich 

Indian.  Penisy  mieli  starannie  przywiązane  łykiem  do  wąskich 
skórzanych  pasków,  którymi  opasywali  biodra;  z  dolnej,  przekłutej 
wargi  zwieszały  się  im  ozdoby  z  patyków.  Rozmawiali  głośno  w 
swoim  języku  i  nie  zwracali  wcale  uwagi  na  to,  co  się  wokół  nich 
dzieje. Jonas przyglądał się im z zaciekawieniem, pomieszanym jakby 
z podziwem. 

— Bugrzy z Bananalu — powiedział, wskazując mi ich głową. 
— Co oni tu robią? 
— Wciąż się włóczą, wszędzie ich pełno. 
Zainstalowaliśmy  się  pod  dachem,  ustawionym  na  ośmiu  tęgich 

słupach  i  poszliśmy  do  baru,  czyli  do  innej  szopy,  mającej  jednak 
ściany  z  plecionki.  Wśród  gromady  garimpeirów  byłem  bodaj 
jedynym  naprawdę  białym  człowiekiem,  ale  tutaj  był  to  mały 
przywilej.  Biały,  a  więc  handlarz  złotem  lub  drogimi  kamieniami,  w 
najlepszym wypadku kupiec-zdzierca. Nikt się tu niczego dobrego po 
takim  nie  spodziewał.  Należało  raczej  mieć  się  przed  nim  na 
baczności. 

Szynkarz,  kudłaty  Mulat  o  oliwkowej  cerze  i  popsutych  zębach, 

obrzucił  mnie  niechę-tnym  spojrzeniem.  Nie  musiałem  w  nim 
wzbudzać wielkiego zaufania. Byłem zarośnięty, ubrany z małą nawet 

background image

jak  na  dziewicze  lasy  elegancją,  a  Jonas  bynajmniej  nie  podnosił 
swoim wyglądem mojego prestiżu. 

Jeszcze przed przyniesieniem jedzenia szynkarz mruknął: 
— Płaci się z góry. 
Nie było to wymaganie nierozsądne, zdarzało się bowiem nieraz, 

że  pechowy  garimpe-iro  zjawiał  się  tu  z  pustym  mieszkiem,  objadał 
się do syta i nie miał czym zapłacić. Zbyt natarczywe upominanie się 
o  należność  kończyło  się  strzelaniną,  która  wypłaszała  gości,  a 
samego  gospodarza  mogła  z  łatwością  pozbawić  życia  lub  nabawić 
kalectwa. 

— Płaci się z góry — powtórzył. 
Zapłaciłem  i  czekając  na  zamówioną  fasolę  z  ryżem  okraszoną 

palmowym olejem, wy-szedłem przed bar, aby poobserwować Indian. 
Siedzieli  jak  poprzednio  w  kucki  i  bełkotali  po  swojemu.  Ale  teraz 
stało koło nich kilku civilizados i przedrzeźniało ich mowę. 

—  Ble-mle-kle  —  śmiał  się  niski,  krępy  sertaneżo  i  usiłował 

złapać  jednego  z  czerwo-noskórych  za  pasek,  do  którego  ten  miał 
przywiązany łykiem swój penis. 

Indianin  poderwał  się  i  niespodziewanie  odezwał  się  czystą 

portugalszczyzną: 

— Odczep się, ty małpo, bo cię kolnę zatrutą strzałą. 
Civilizado odskoczył w bok. 
— Ach, ty żmijo, przemówiłeś nareszcie? Ja cię pierwszy kolnę! 

— krzyknął i sięgnął ręką do pasa. 

Na  to  drugi  Indianin  dźgnął  tę  rękę  długą  trzcinową  strzałą  o 

ząbkowanym żelaznym zakończeniu. 

Civilizado  spojrzał  na  parę  kropli  krwi,  które  wyciekły  z  ranki, 

zbladł i upadł. 

„Rany boskie, jęknąłem w duchu — kurara!” 
Powstało  zamieszanie.  Civilizados  biegli  ze  wszystkich  stron, 

krzycząc i nawołując się. Wokół Indian zrobiło się ciasno. 

Ale  teraz  odezwał  się  ten  sam  Indianin,  co  to  przed  chwilą 

przemówił czystą portugal-szczyzną. 

—  Weźcie  tę  starą  babę  —  wskazał  pogardliwym  ruchem  na 

leżącego sertaneża — i oblejcie go wodą. Zobaczycie, jak się zerwie 
na równe nogi. 

Jednak nie było potrzeba nawet wody. Zemdlony już siedział na 

ziemi i ocierał krew z ręki. 

background image

Teraz ja wszedłem na scenę. 
— Więc ta strzała nie była zatruta — spytałem. 
— Skąd zatruta? — Indianin zaśmiał się głośno. — My już od pół 

wieku  nie  zatruwamy  strzał.  Straszymy  tylko  czasem  nimi  takich 
durniów  jak  ten  —  wskazał  nogą  na  podnoszącego  się  z  ziemi 
sertaneża. 

Ale  ten  stracił  już  animusz  i  pośród  ogólnego  śmiechu 

pośpiesznie odchodził, wymyśla-jąc nieosobowo i powtarzając raz po 
raz: 

— Bezczelna bugrada! Bezczelna bugrada! 
„Bezczelna  bugrada”  tymczasem  rozpaliła  ognisko,  powyciągała 

z  bawełnianych  torb  różne  jadło  i  zabrała  się  do  posiłku. 
Przypomniało  mi  to  obstalowaną  w  barze  kolację  i  posze-dłem  do 
szopy,  gdzie  Jonas  zrobił  mi  miejsce  na  rzuconym  w  kącie  klocu 
jakiegoś drzewa. 

Tymczasem  zapadł  zmrok  i  w  arraialu  zabłysły  światła  od 

naftowych  lamp,  od  świec  z  wosku  dzikich  pszczół,  a  przede 
wszystkim od porozkładanych wszędzie ognisk. 

Wieczór w tropikach jest długi, o szóstej po południu już ciemno. 

Prospektorzy,  wyle-gujący  się  leniwie  podczas  dziennych  upałów, 
wysypali  się  teraz  ze  swych  nor  i  zapełnili  ba-ry.  W  szopie,  gdzie 
zajadałem z Jonasem fasolę z ryżem, zrobiło się tłoczno. Wszyscy się 
tu znali, mówili sobie po imieniu, lecz mnie i Jonasa nieufnie omijali. 
Nawet  jakiś  zupełnie  bia-ły,  zwalisty  mężczyzna  spoglądał  na  mnie 
spod oka, ale ten nie wytrzymał, zbliżył się i zaga-dnął: 

— Po co to senhor tu przyjechał? Tu wszystko już zajęte. Mamy 

takich, co kupują złoto, i takich, co sprzedają żywność i pingę. Nawet 
barów  wystarczy.  Chyba...  —  spojrzał  na  mnie  z  zaciekawieniem  — 
chyba sprowadzi pan damy. 

—  Nie,  panie  —  odrzekłem  —  nie  mam  zamiaru  zakładać 

żadnego interesu, nawet takiego z damami. 

— Szkoda, taki wszyscy byśmy tu chętnie powitali. Mało kobiet. 

Więc co? Po diabła pan tu przyjechał? 

— Jestem przejazdem, jutro wyruszę dalej. 
— W dół rzeki? 
— Nie, w górę. 
— O... to trudna droga. Będzie pan wracał tędy? 
— Chyba nie. 

background image

Biały chciał mnie jakoś wybadać, dowiedzieć się, dokąd i po co 

wybrałem  się  w  podróż,  ale  ja  nie  miałem  ochoty  opowiadać  o 
akwamarynach,  bo  mogło  to  wzbudzić  niekorzystne  dla  mnie 
zainteresowanie  prospektorów.  To  bardzo  płynny  żywioł,  ci 
prospektorzy.  Wystarcza  im  byle  pogłoska,  by  rzucić  się  gromadnie 
do  jakichś  okolic  i  obrać  je  do  ostatniej  pepitki  ze  złota  lub  do 
ostatniego  chibia  z  diamentów.  Moje  lakoniczne  odpowiedzi  nie 
zraziły białego. 

— Napije się pan? — zapytał. 
— A czego? 
— Gospodarz ma tu świetną pingę. Zaraz przyniosę. 
Po  chwili  zjawił  się  z  kawałkiem  grubego  bambusa,  w  którego 

wnętrzu  wesoło  chlupo-tała  trzcinowa  wódka.  Starannie  wydłubał 
wosk, którym jeden koniec tej oryginalnej butelki był zatkany, odlał 
trochę  płynu  na  ziemię,  po  czym  przytknął  rurę  do  ust.  Pił  małymi 
łykami, ale długo. Wreszcie spojrzał na mnie zmętniałym wzrokiem i 
podał mi bambus. 

To była cholernie mocna wódka. Przez chwilę nie mogłem złapać 

tchu. Moje osłupienie nie zraziło jednak Jonasa. Skwapliwie odebrał 
ode mnie rurę.  

Muszę przyznać, że następna kolejka poszła mi już gładziej, a co 

więcej  obudziła  drze-miący  we  mnie  optymizm.  Biały  wydał  mi  się 
teraz  dobroduszny,  a  hałasujący  prospektorzy  przybrali  postać 
łagodnych baranków. I może istotnie tak się przeobrazili, gdyż coraz 
to  któryś  podsuwał  mi  pod  nos  swój  bambus  lub  blaszany  kubek 
napełniony palmowym winem i mówił: 

— Pij, alimon. Wiedz, że jesteś w sertonie. 
Zwracali się do mnie per alimon, biorąc mnie za Niemca, lub po 

prostu  per  cudzoziem-cze,  ale  nie  brzmiało  to  obraźliwie. 
Przypuszczali, że przyjechałem kupować złoto, a to nie wzbudzało ich 
niechęci. Moich zaprzeczeń nie brali na serio. Jeden podszedł nawet 
do mnie i pokazał mi sporą, może dziesięciogramową pepitkę. 

— Kupisz? — zapytał. 
— Nie, nie kupuję złota. 
Prospektor roześmiał się na cały bar. 
—  Nie  kupujesz!  No,  to  zamocz  oczy,  alimon  —  powiedział  i 

podsunął mi gruby jak ramię bambus. 

Byłem  już  w  takim  nastroju,  że  odmowa  wydała  mi  się 

background image

niemożliwa. Łyknąłem zdrowo. W oczach tak mi coś zabłysło, jakby 
mi kto nagle zapalił przed nimi stuświecową żarówkę. 

— Viva o Brasil! — krzyknąłem trochę nie do rzeczy. 
Tym  okrzykiem  odpędziłem  ostatnie  krążące  koło  mnie  cienie 

nieufności.  W  głowie  mi  huczało,  ale  serce  przepełniała  tkliwość  do 
tych  wszystkich  dobrodusznych,  kolorowych  ludzi.  Kto  by  to  inny 
przyjmował mnie do swego grona tak chętnie? Myśląc o tym z rozrze-
wnieniem, zawołałem do gospodarza: 

— Hej, camarada, dawaj no cztery bambusy... 
Prospektorzy  sypnęli  się  do  mojego  kąta.  Jeden  z  nich,  wysoki 

Metys, któremu indiań-ska krew nie pozwoliła wyhodować na twarzy 
przyzwoitego zarostu, odezwał się: 

— Ho, ho, dzisiaj będzie wielkie moczenie oczu. 
— A będzie — odparłem z przekonaniem. 
Metys, którego cienkie wąsiki wiszące przy końcach ust i rzadkie 

kępki  włosów  na  bro-dzie  upodobniały  do  Chińczyka  z 
amerykańskich  komiksów,  był  jak  inni,  nikogo  nie  wyłącza-jąc, 
dobrze wstawiony. Klepnął mnie przyjacielsko po łopatce i zapytał: 

— Bugrom nie postawisz kolejki? 
— Postawię. Gdzie oni? 
— Zaraz ich zawołam. Ej, bugrada! — krzyknął. 
Weszli  całą  gromadą  i  swoim  zwyczajem  kucnęli  na  boku.  Pili 

powoli, cmokając. Za każdym razem, gdy opróżnili bambus, podnosił 
się ten, co to dobrze mówił po portugalsku, odnajdował mnie w ciżbie 
i pokazywał pustą rurę. 

W  szopie  zrobił  się  gwar,  wszyscy  hałasowali,  całowali  się, 

opowiadali o swoich sukce-sach i klęskach. No i wciąż pili. Ja też nie 
wylewałem  za  kołnierz,  tym  bardziej  że  coraz  to  inny  garimpeiro 
podsuwał mi swój bambus, a ja nie chciałem nikogo odmową obrazić. 
Nagle  poprzez  szum  w  głowie  i  hałas  w  szopie  usłyszałem  jakiś 
kobiecy  krzyk.  Piskliwy,  histery-czny.  Wszystkie  głowy  zwróciły  się 
w  stronę  tego  pisku,  ku  drzwiom,  przez  które  wbiegła,  a  raczej 
wtoczyła się jaskrawo ubrana dziewczyna. Była też pijana,  zataczała 
się.  Uchwyciła  wreszcie  równowagę  na  środku  szopy  i  zaczęła 
zawodzić: 

— Skrzywdził mnie, skrzywdził! Mardito!  
Zrobił  się  tumult.  Dziewczynę,  młodą  i  dość  ładną  Mulatkę 

musiano  tu  znać,  bo  ten  i  ów  wołał:  —  Cicho,  Lurdinia,  cicho, 

background image

powiedz,  co  ci  się  stało,  kto  cię  skrzywdził?  —  Najprzy-tomniej 
zachował  się  Metys  podobny  do  Chińczyka.  —  Dajcie  jej  wódki  — 
powiedział. — Czyż nie widzicie, że osłabła? — Dziewczyna nie dała 
się  prosić.  Łyknęła  raz,  łyknęła  drugi,  po  czym  zadarła  spódnicę  i 
obtarła nią usta. Pokrzepiona, rozkrzyczała się na dobre. 

— Mardito! Przeklęty! Siedział u mnie przez tydzień; chuchałam 

na niego, karmiłam go jak dziecko... 

— Ej, Lurdinia — ktoś zażartował — karmiłaś też? 
Dziewczyna wybałuszyła wielkie, podkrążone oczy. 
— Też... — odpowiedziała, nie zrozumiawszy żartu. 
Mniej pijani roześmiali się hucznie. 
— No, ale opowiedz, o co ci chodzi. 
—  Przyszedł  do  mnie  —  bełkotała,  bo  po  ostatnim  zamoczeniu 

oczu  język  już  się  jej  plątał.  —  Przyszedł  i  powiada:  „Wróciłem  z 
garimpo, chcę u ciebie odpocząć”. „Dobra — odpowiadam — od tego 
tu jestem,  a  i hamak  zapasowy  się  znajdzie”.  Był  zbiedzony,  chudy; 
karapaty  zbierałam  z  niego  kupami,  jak  z  parszywego  psa.  A  żarł! 
Nigdy  jeszcze  czegoś  podobnego  nie  widziałam.  Myślałam  sobie: 
wygodzę mu, to w końcu dobrze mnie obdaruje. 

—  No  i  co,  uciekł?  —  zapytał  biały,  który  znowu  znalazł  się  w 

pobliżu mnie. 

Dziewczyna chwiała się na nogach, ale przytomności nie straciła. 
— Nie, nie uciekł, śpi w moim rancho, pijany. 
— Więc czego chcesz? Niech cię obdaruje. 
—  Ba!  Czym?  Jest  taki  goły,  jakby  nigdy  nie  był  garimpeirem. 

Boże, mój Boże! Cały tydzień stracony. Nadużył mnie, naduuużył! 

Nic  tak  nie  oburza  i  nie  wyprowadza  sertaneżów  z  równowagi, 

jak  rzeczywista  czy  nawet  urojona  krzywda  kobieca.  Abusar  muié  * 
(nadużyć,  skrzywdzić  kobietę)  to  czyn  hanie-bny,  godny 
natychmiastowej  reakcji  ze  strony  tych  prawdziwych  rycerzy  selw, 
gentlemanów,  jakimi  w  pewnym  sensie  są  ci  prości,  ale  szlachetni 
ludzie. Nie wnikając zbytnio w istotę skargi, burzyli się teraz samym 
faktem jej złożenia, podniecał ich lament i łzy kobiece. 

— Abusou muié, mardito! — wołali w swoim leśnym slangu. 
Jak  się  ta  sprawa  dalej  rozwijała,  umknęło  mojej  świadomości. 

Dopiero w dobrą chwilę później nowy hałas i wrzawa wyrwały mnie z 
błogiego  przeświadczenia,  że  świat  jest  piękny,  pełen  wspaniałych 
ludzi  —  kolorowych,  białych  i  czarnych.  Właśnie  pocieszałem 

background image

jakiegoś  Murzyna,  który  pokazywał  mi  swoje  ramię  i  mówił: 
„Widzisz, gringo, jakie czarne?  Choćbym się codziennie mył, będzie 
czarne”,  gdy  przez  te  same  drzwi,  przez  które  wbiegła  przedtem 
lamentująca  Lurdinia, wpychano  młodego  człowieka,  podobnie  jak  
wszyscy  mężczyźni w  
 

* Muié (slang) — właściwie mulher, kobieta. 

arraialu o tej porze, uczciwie pijanego. 

—  Puśćcie  mnie!  —  wołał  ten  wpychany  i  machał  bezradnie 

rękami, jakby jakimiś nie należącymi do niego przedmiotami. Był to 
czarny  chłopak  z  rozklepanym  na  pół  twarzy  nosem  i  wełnistymi, 
skręconymi włosami. Otoczyło go kilku trochę jeszcze trzeźwiejszych 
sertaneżów i nuż mu wymyślać: 

— Ty zakało! Ty krzywdzicielu kobiet! 
Mój Metys skonkretyzował sprawę: 
— Zbić mu mordę i koniec — to mówiąc trzepnął go w ucho. 
Czarny  od  razu  klapnął  na  ziemię.  Nawet  nie  protestował.  Po 

chwili niezdarnie stanął na czworakach, podniósł głowę i wybałuszył 
oczy. 

— Nie będziesz abusar muié — powiedział jakiś inny sertaneżo i 

kopnął  go  w  tyłek.  Czarny  znowu  klapnął,  ale  dalej  nie  bronił  się, 
milczał. 

—  Cóż  to  za  diabeł?  —  zdziwił  się  stojący  przy  mnie  biały.  — 

Czemu nic nie mówisz? — wrzasnął na czarnego.  

Czarny  był  tak  pijany  i  ogłupiały,  że  język  mu  po  prostu 

skołowaciał. 

Gdybym  mniej  wypił,  poznałbym  go  od  razu,  ale  po  tych 

wszystkich  bambusach  udało  mi  się  to  dopiero  wówczas,  gdy 
popchnięty przez kogoś wpadł prawie w moje ramiona. 

— Chico, to ty? 
— Bil... mil... — bełkotał..— Senhor Miec... Miecis... Miecislao 

— wykrztusił nareszcie. 

—  Poczekajcie!  —  zawołałem  do  sertaneżów.  —  Nie  bijcie  go. 

Znam tego gówniarza. 

Oczywiście, to był Francisco de Azevede, Chico, mój towarzysz 

podróży z Anapolis do Cavalcante. Stał przede mną w słabym świetle 
paru  naftowych  lampek,  chwiejąc  się  na  no-gach  i  bełkocąc  dalej 
swoje:  bill...  mili...  Prawdę  mówiąc,  i  mnie  zaczął  język  odmawiać 

background image

posłuszeństwa,  ale  Metys  podobny  do  Chińczyka  z  amerykańskich 
komiksów miał łeb jak z żelaza. 

— Połóżmy ich obu u Lurdinii — powiedział. 
Już jak przez mgłę widziałem, że jeden z Indian siedzących pod 

ścianą podniósł się i snadź nic nie  rozumiejąc, со сaraibas mówią, a 
zauważywszy,  że  czarnego  biją,  chciał  się  też  przyłączyć  do  akcji. 
Zamachnął się na Chica, uderzył, ale nie trafił. Znowu się zamachnął, 
znowu  uderzył,  ale  i  tym  razem  nie  trafił.  Zniechęcony 
niepowodzeniem, warknął coś po swojemu i wrócił pod ścianę. 
 
 
 
 

U CELU 

 
 

Na  drugi  dzień  po  południu  siedzieliśmy  w  chacie  Lurdinii 

wszyscy  trzej:  Jonas,  Chico  i  ja,  już  zupełnie  trzeźwi.  Tylko 
gospodyni  nie  przyszła  jeszcze  do  siebie.  Leżała  na  łóżku  i  stękała. 
Była brudna, rozczochrana i cała jakby zmięta. Rozerwana bluzka nie 
zakrywała  piersi,  a  podarta  sukienka  nóg.  Nękały  ją  mdłości,  czkała 
głośno.  Wyglądała  jak  wiedźma,  ale  pomimo  wszystko  —  ładna 
wiedźma.  Jonas,  który  miał  dobre  serce,  wycisnął  kilka  cytryn  do 
kubka  i  podsunął  jej  do  ust.  Wypiła,  przewróciła  się  na  bok  i  jęcząc 
zwymiotowała. 

Chico patrzył na nią z obrzydzeniem. 
— Świnia — mruknął i odwrócił się do dziewczyny tyłem. 
— Sameś świnia — oburzył się Jonas. — Już nie pamiętasz, jak 

wyglądałeś wczoraj, co? 

— Nie kłóćcie się! Musimy zbierać się do drogi. 
Jonas bez słowa zaczął pakować do worka powyjmowane wczoraj 

rzeczy, a Chico siadł na progu i zamyślił się. Miał o czym myśleć. Był 
bez  grosza  przy  duszy,  bez  narzędzi  potrze-bnych  na  garimpie  i  z 
długiem u Lurdinii. 

— Niech mnie wasza wielmożność weźmie z sobą — odezwał się 

niespodziewanie. 

Jakoś  mimo  woli  nawrócił  do  formy  „wasza  wielmożność”, 

chociaż uprzednio udało mi się już odzwyczaić go od niej. 

background image

—  Hm!  Zaskoczyłeś  mnie,  Chico.  Nie  miałem  zamiaru  brać  z 

sobą nikogo więcej oprócz Jonasa. 

Chłopak, widząc, że nie odmówiłem mu z punktu, zaczął nalegać. 
— Da mi pan niewielką zaliczkę, tyle, bym mógł zatkać gębę tej 

pluskwie  —  mówiąc  to  wskazał  na  Lurdinię.  —  No  i  będę  pomagał 
panu szukać tych... tych akwamaryn. 

Uważał  pracę  przy  poszukiwaniu  kolorowych  kamieni  za  coś 

gorszego niż przy wypłu-kiwaniu złota lub diamentów, więc chociaż 
godził się na nią, podkreślał, że czynił to tylko z konieczności. 

Po  namyśle  przyjąłem  jego  propozycję,  gdyż  nad  dopływami 

Tocantinsu  kręciło  się  mnóstwo  nie  liczących  się  z  uczciwością 
prospektorów,  dla  których  nasze  worki  z  żywnością  i  broń  mogły 
przedstawiać  przedmiot  większego  pożądania  nawet  od  pacutú
wypełnionego  chibiami.  We  trzech  byłoby  bądź  co  bądź  łatwiej 
przeciwstawić  się  ich  chciwości  aniżeli  we  dwóch.  Udało  mi  się  też 
przekonać  Jonasa,  że  jego  łódź  z  łatwością  uniesie  jeszcze  jednego 
człowieka,  tym  bardziej  że  ten  dodatkowy  człowiek  był  chudy  jak 
szczapa i nie miał żadnych rzeczy. 

Lurdinia  tymczasem  oprzytomniała  i  łypała  zapuchniętymi 

oczami, przysłuchując się pilnie naszej rozmowie. Na trzeźwo nie była 
zbyt  wymagająca ani też zaczepna. Nie wykrzy-kiwała: „abusou-me, 
abusou!
”, jak to robiła poprzedniego wieczoru, lecz spokojnie przyjęła 
niewielki okup, jaki arbitralnie jej wyznaczyłem za usługi świadczone 
Chicowi przez dwa tygodnie.  

W  obawie  nowego  wieczornego  moczenia  oczu  wyruszyliśmy  w 

dalszą drogę niezwło-cznie. 

Po kilku godzinach żmudnego posuwania się w górę biegu rzeki 

zatrzymaliśmy  się  na  noc  przy  malutkiej  plaży,  przy  której 
rozwiesiliśmy  na  rosnących  w  pobliżu  drzewach  hama-ki.  Jonas 
ugotował ryżu. 

— No, Chico, opowiedz teraz, co ci się zdarzyło po opuszczeniu 

Cavalcante i gdzie podział się Generoso. 

Chico westchnął. Nie był mówcą. 
—  Generoso  to  prawdziwy  szczęściarz  —  zaczął.  —  Wypłukał 

chyba ze sto gramów chibiów i wrócił do Minas Gerais. 

— A ty? — przerwałem mu. 
— Ja? Ja też wypłukałem sporo. 
— Czemu więc zostałeś w sertonie? 

background image

Chico  kręcił  się  niespokojnie  i  popatrywał  na  mnie  jak  pies  na 

bijącego go pana. 

— Poznałem pewną damę... — wybąkał wreszcie. 
Machnąłem ręką. 
— Możesz już nic więcej nie mówić. 
Chłopak odetchnął z ulgą. 
Góry, z których wypływa Riacho Cana Brava, stanowią dział wód 

Tocantinsu  i  jego  wielkiego  dopływu,  Araguai.  Ciągną  się  długim 
pasmem  od  środkowego  Goíasu  i  dopiero  tam,  gdzie  obie  rzeki 
zlewają się w jeden nurt, gubią się w nieprzejrzanej równinie amazoń-
skiej. Zaludnione są bardzo rzadko. U ich podnóży, nad brzegami rzek 
osiedliło się trochę kabokli, ale wyżej, nad huczące i najeżone skałami 
potoki nikt się nie pokwapił. Niełatwo zresztą do nich dotrzeć. Łodzią 
— nie sposób, dróg nie ma. Te rozległe, urodzajne ziemie, niczym nie 
związane  z  cywilizowaną  częścią  kraju,  przyciągają  jedynie 
prospektorów, tych niepoprawnych włóczęgów i optymistów. Jedynie 
oni,  w  nadziei  odkrycia  jakiego  złotodajne-go  lub  diamentodajnego 
strumienia,  zbierają  się  w  kilkuosobowe  grupy  i  przenikają  w  głąb 
tego  nieznanego  kraju.  Skład  tych  grup  bywa  różny.  Obok 
poczciwych  sertaneżów  nie  braku-je  w  nich  awanturników  i  nie 
liczących  się  z  niczym  zbójów.  Spotkanie  się  dwóch  takich  grup 
często  kończy  się  bójką  i  rabunkiem.  Chętnie  też  napastują  one 
licznych  tam  jeszcze  Indian,  porywając  im  lub  gwałcąc  kobiety. 
Kolorowi  leśni  Brazylijczycy  nie  mają  anglosaskiego  zmysłu 
organizacji,  nakazującego  pionierom  z  amerykańskiego  Dzikiego 
Zachodu  tworzyć  prowizoryczne  władze  policyjne  i  zbiorowo 
prześladować  przestępców.  Tutaj  morderstwem  interesują  się  tylko 
przyjaciele  lub  rodzina  zamordowanego.  Gorętsze  uczucie  odwetu 
wywo-łuje raczej złodziej aniżeli morderca. 

Im dalej od ujścia, tym wody Cana Brava stawały się bystrzejsze, 

trudniejsze  dla  żeglu-gi.  Nie  wystarczały  już  siły  samego  Jonasa. 
Wziął  się  do  tyki  również  Chico,  a  nawet  i  ja  musiałem  zakasać 
rękawy. Na tym trudnym odcinku stałem się pontadorem.  Stanąłem z 
długim wiosłem na dziobie uby i gdy ta zanadto zbliżała się do jakiejś 
skały, kamienia czy też do brzegu, odpychałem ją ku środkowi rzeki. 

Jonas, który znał Cana Bravę jak swoje dziesięć palców i pamiętał 

różne  charakterysty-czne  miejsce  na  jej  wybrzeżach,  pilnie 
wypatrywał  wpadających  do  niej  dopływów  i  starał  się  odgadnąć, 

background image

który  z  nich  może  być  tym  przeze  mnie  poszukiwanym.  Po  długim 
kluczeniu wyraził wreszcie przypuszczenie, że  niewielka rzeczka, do 
której  właśnie  dobrnęliśmy,  to  Rio  Turvo.  Gdyby  była  nią 
rzeczywiście, powinna by mieć zaraz za pierwszym zakrętem wysepkę 
z  rosnącymi  na  niej  trzema  wysokimi  castanheirami.  Ponieważ 
wysepkę  z  castanheirami  zna-leźliśmy,  nabrałem  pewności,  że 
znajdujemy  się  na  właściwej  drodze.  Trafić  od  tej  wysepki  do 
strumienia  rzekomo  pełnego  akwamaryn  było  łatwo.  Wystarczyło 
tylko odnajdywać w terenie znaki podane na mapce. 

Najpierw  minęliśmy  ledwie  widoczną  w  bananowych  zaroślach 

opuszczoną taperę, potem prostopadłą skałę z wyrąbanym krzyżem, a 
wreszcie dwa ścięte pnie drzewa, przecina-jące kamienistą plażę. Stąd, 
mówiła mapka, drugi prawy dopływ to ten ważny strumień. 

Gdy wreszcie dobrnąłem do celu, nie mogłem uwierzyć, że to już 

koniec dalekiej drogi, że to właśnie do tego niepozornego strumienia 
zdążałem od kilku miesięcy. Mało się różnił, od dziesiątków innych, 
które  mijałem  obojętnie,  nie  notując  nawet  w  pamięci  ich  istnienia. 
Jego brzegi przy ujściu porastał taki sam jak nad Rio Turvo babassual. 
Nieprzejrzane  mrowie  kudłatych  palm  chrzęściło  szklistymi,  długimi 
liśćmi, przerywając tymi niepokojącymi odgło-sami panującą tu ciszę 
i spokój. 

Strumień  miał  bystry  nurt,  któremu  tylko  z  trudem 

przeciwstawiała się nasza łódź. Już po niespełna godzinnej mozolnej z 
nim walce doszliśmy do przekonania, że nie damy mu rady i że dalszą 
drogę trzeba odbyć pieszo. Przywiązaliśmy więc łódź do nachylonego 
nad  wodą  drzewa,  narzuciliśmy  podręczne  worki  z  żywnością  i 
narzędziami na plecy i ruszyliśmy per pedes. 

Jonas, przywykły  do  wędrówek  po  lesie,  zaraz  zauważył,  że  nie 

byliśmy  w  tej  pustce  pierwszymi  ludźmi.  Coraz  to  wskazywał  na 
ślady  pobytu  naszych  poprzedników:  przeciętą  lianę,  znak  zrobiony 
tersadem na korze drzewa, ściętą palmitę lub zastygły w glinie kształt 
ludzkiej stopy. 

Po  dłuższym  marszu  doszliśmy  do  miejsca,  gdzie  strumień 

przybrawszy  postać  górskie-go  potoku  pędził  między  skruszonymi 
skałami, jakby w ucieczce przed dopędzającym go wrogiem. Wydało 
mi  się  to  miejsce  dogodne  do  założenia  bazy,  z  której  moglibyśmy 
rozpo-cząć  garimperskie  poszukiwania.  Dogodne  —  nie  zawsze 
oznacza  łatwe.  Las  był  tu  gęsty,  splątany  i  po  niedawnej  ulewie 

background image

jeszcze wilgotny. Aby oczyścić kawałek brzegu pod obóz, trzeba było 
dobrze  się  natrudzić.  Bardzo  skromny,  przykryty  liśćmi  szałas,  z 
ledwością  mogą-cy  służyć  za  schron  podczas  deszczu,  był  gotów 
dopiero po dwu dniach uciążliwej pracy. Po zainstalowaniu się w nim 
wysłałem  Chica  do  łodzi,  aby  przyniósł  resztę  potrzebnych  nam 
sprzętów, a sam z Jonasem zacząłem przeglądać okolicę. 

Akwamarynodajny strumień przecinał lekką  pochyłość, ale już o 

kilometr  powyżej  naszego  obozowiska  huczał  w  głębokim  wąwozie. 
Na zakrętach był zawalony wywróconymi przez burze pniami drzew, 
które  wespół  z  osypiskami  kamieni  tamowały  nurt,  formując  nie-
wielkie  jeziorka  i  wodospady.  Woda  atakowała  zaciekle  te 
przeszkody, pieniąc się i dudniąc głucho. Nie było łatwo posuwać się 
wzdłuż  tego  dzikiego,  złego  strumienia.  Musieliśmy  stą-pać  po 
oślizłych  głazach  z  wielką  ostrożnością,  gdyż  każdy  fałszywy  krok 
groził zwichnię-ciem lub nawet złamaniem nogi. 

Wiedząc,  że  mój  poprzednik  robił  tu  już  poszukiwania,  i  to 

poszukiwania  uwieńczone  pomyślnym  skutkiem,  chciałem  najpierw 
odnaleźć  miejsce  przez  niego  wyeksploatowane,  aby  ominąć  je  i 
rozpocząć pracę na terenie jeszcze nie tkniętym. Zdałem się w tym na 
Jonasa, którego spostrzegawczość była zdumiewająca. Rychło odkrył 
zarośniętą,  ale  jeszcze  dostrze-galną  ścieżkę,  a  przy  niej,  na  brzegu 
strumienia,  kupy  przemytego  żwiru  i  piasku.  Kilkaset  metrów  dalej 
ślady  pobytu  prospektorów  ginęły,  a  i  ścieżka  się  urywała.  Od  tego 
miejsca zdecydowaliśmy się rozpocząć poszukiwania. 

Właśnie  gdy  już  wszystkie  przygotowania  były  na  ukończeniu, 

zachorowałem. 

Nigdy  nie  narzekałem  na  zły  stan  swego  zdrowia.  Pomimo 

krzątania się po wilgotnych lasach, pomimo długich podróży rzekami 
o brzegach niekiedy bagnistych, pomimo nieustan-nego stykania się z 
chorymi  na  zakaźne  choroby,  a  nawet  na  trąd  i  lejszmaniozę  —  nie 
cierpiałem na nic innego, jak co najwyżej na grypę lub ból gardła. Ten 
swój stan fizyczny uważałem za naturalny i nie liczyłem się z tym, że 
z wiekiem, a tu już pięćdziesiątka zaczęła rysować się na horyzoncie, 
mogą  nastąpić  w  nim  zmiany.  Toteż  ostre  boleści,  które  niespo-
dziewanie  poczułem,  więcej  mnie  z  początku  zdziwiły,  aniżeli 
zaniepokoiły. Niepokój przy-szedł później. 

Leżałem  bezradny  na  barłogu  z  wilgotnych  liści,  a  przez  głowę 

przewijały  mi  się  jak  najgorsze  przypuszczenia.  Co  to  może  być? 

background image

Tyfus? Dyzenteria? Kto wie, czy jeszcze nie coś gorszego. Lekarstw 
oprócz  atebryny  nie  miałem  żadnych,  o  lekarzu  nie  było  nawet  co 
marzyć. A więc co robić? Leżeć i czekać zmiłowania bożego, czy też 
zwlec się do łodzi i jak najszybciej ruszać do Peixe, gdzie znajdowała 
się  apteka  i  rezydował  jedyny  w  tej  części  stanu  lekarz?  Pierwsza 
decyzja była zbyt łatwa, druga — zbyt trudna. 

Opiekował  się  mną  Chico.  Siedział  w  szałasie  kamieniem  i  od 

czasu do czasu podawał mi gorącą kawę. Stracił zupełnie głowę. Jonas 
okazał się bardziej przedsiębiorczy. Poszedł do lasu na poszukiwanie 
drzewa, którego kora miała jakieś lecznicze właściwości. Przyniesioną 
wiązkę  żółtych  strużyn  wsadził  do  garnka  i  przez  całą  noc  gotował. 
Rankiem  podał  mi  dobry  litr  jasnożółtego,  podobnego  do  piwa 
wywaru.  Nie  miałem  żadnego  wyboru.  Brzuch  bolał  jak  cholera, 
Wypiłem. Nie było to cudowne lekarstwo, po którym, jak po  dobrze 
utrafionym anty-biotyku, choroba cofa się natychmiast. Może w ogóle 
nic mi nie pomogło, a boleści ustały wskutek ostrej diety. Nie wiem. 
Ale po trzech dniach poczułem się lepiej. 

Na  razie  nie  mogłem  wziąć  się  do  żadnej  pracy,  gdyż  wskutek 

osłabienia  nawet  zwykłe  chodzenie  po  gęstym  lesie  męczyło  mnie 
nadmiernie. Rad nierad, zdecydowałem się na dłuż-szy wypoczynek. 

Jonas udawał się codziennie na polowanie, Chico gotował rosołki 

z  dzikich  indyków  i  leśnych  nambú-kur,  a  ja  całymi  godzinami 
przesiadywałem  bezczynnie  w  cieniu  drzew  i  słu-chałem  szumu 
strumienia. 

Zdrowie  powoli  wracało,  ale  poprzedni  zapał  do  poszukiwania 

akwamaryn  —  stygł.  Co  mi  z  bogactw,  gdy  stracę  w  tej  zapadłej 
dziurze  zdrowie?  Znowu,  podobnie  jak  nad  pięknym  jeziorem  na 
początku  podróży,  przyszło  mi  na  myśl,  że  chyba  nie  warto  zbytnio 
trudzić  się,  narażać  na niebezpieczeństwa,  na  żółtą  febrę,  na  malarię 
po to, aby zbudować sobie w Belo Horizonte jeszcze jeden dom, kupić 
jeszcze jeden plac... Wracać jednak z pustymi rękami po takiej długiej 
podróży byłoby bez sensu. Trzeba jednak zakrzątnąć się, pomyślałem, 
koło  tego  akwamarynodajnego  strumienia,  pogrzebać  między 
kamieniami i w żwirze. 

Moi  towarzysze,  przekonawszy  się,  że  już  nie  umrę,  bardzo  się 

ożywili, nabrali humoru, a przede wszystkim — apetytu. Jonas zaczął 
teraz  przynosić  z  polowania  oprócz  ptaków  różne  zwierzęta. 
Zajadaliśmy się kutijami, pakami i tatetami, wyrzucając część mięsa, 

background image

gdyż nie mieliśmy dostatecznego  zapasu soli, aby móc zabezpieczyć 
je  od  zepsucia  bodaj  na  kilka  dni.  Chico  wykrawał  przeto  najlepsze 
kąski  i  piekł  nad  ogniem  na  drewnianym  rożnie,  nie  interesując  się 
resztą. Pewnego dnia oprawił sporego pancernika, ale nie zdjął z niego 
skóry-pancerza,  lecz  położył  go  w  niej  na  węglach  i  w  ten  sposób 
smażył. Na moje pytanie, czemu nie oddarł pancerza, odparł krótko: 
„Nie  można”.  Dlaczego  jednak  nie  mógł  tego  zrobić,  dowiedziałem 
się dopiero wieczorem od Jonasa. 

— Pewnego razu — wyjaśnił mi stary garimpeiro — doniesiono 

Panu  Jezusowi,  że  pancerniki  są  samolubne,  nieżyczliwe  i  że 
przynoszą wstyd innym zwierzętom. 

„Ukarz je!” — dopominali się donosiciele. 
Ale Pan Jezus nie był skłonny uwierzyć im na słowo. 
„Muszę sam sprawdzić, czy to prawda” — odrzekł. 
Przyjął  na  siebie  postać  mizernego  chłopca  i  zstąpił  na  ziemię. 

Rychło  spotkał  tatu-açu  siedzącego  przed  głęboką  jamą,  która  była 
jego mieszkaniem. 

„Przytul  mnie  u  siebie  — poprosił  przebrany  Pan  Jezus.  —  Jest 

mi chłodno, czuję się chory”. 

„Pobiegaj  sobie,  to  się  rozgrzejesz”  —  poradził  nieużyty 

pancernik. 

Pan Jezus pokiwał głową. 
„Dobrze,  zrobię  tak  —  powiedział  —  ale  patrz,  zaczyna  padać 

deszcz i zbliża się noc. Przytul mnie u siebie”". 

Pancernik na to: 
„Wykop  sobie  podobną  jamę,  jak  moja.  Będziesz  w  niej 

zabezpieczony przed deszczem i chłodem”. 

„Ba!  Nie  mam  takich  łap  jak  ty.  Nie  potrafię  kopać  —  odrzekł 

Pan Jezus. — Tobie Pan Bóg dał doskonałe okrycie-pancerz i pazury. 
Dzięki nim urządziłeś sobie schronienie. Podziel się nim ze mną”. 

„Eee, daj mi spokój, teraz idę na mszę” — ofuknął go pancernik. 
Pan Jezus przekonał się, że to bardzo samolubne zwierzę, i wydał 

wyrok: 

„Za karę nigdy nie zdejmiesz z siebie swego okrycia, choćbyś w 

nim umierał z gorąca”. 

—  To  dlatego  właśnie  —  zakończył  Jonas  —  nie  śmiemy 

obdzierać go z pancerza przed upieczeniem. Nie chcemy sprzeciwiać 
się słowom Pana Jezusa. 

background image

To  ludowe  podanie  należy  oczywiście  włożyć  między  bajki. 

Pancerniki  są  w  rzeczywi-stości  lękliwymi  i  dobrodusznymi 
stworzeniami, wciąż narażonymi na ataki jaguarów, pum, ocelotów, a 
nawet  dzikich  kotów  i  żyjącymi  w  ciągłym  przed  nimi  strachu. 
Pancerz  nie  chroni  ich  dostatecznie.  Zmyślne  drapieżniki  umieją 
przewrócić  je  na  grzbiet  i  dobrać  się  do  słabiej  uzbrojonego 
podbrzusza. Jedynie w norach, które pracowicie wykopują, pancerniki 
czują się bezpieczne. Przycupnięte w nich, śpią przez cały dzień, a na 
żer  wychodzą  w  nocy  lub  o  świ-cie.  Największy  spośród  kilku  z 
istniejących  odmian  —  tatu-açu  —  dochodzi  półtorametro-wej 
długości,  ma  grube  łapy  z  wielkimi  pazurami,  śmiesznie  sterczące 
uszy  i  wydłużony  ryj.  Najmniejszy  —  tatu-bola  —  potrafi  zamknąć 
pancerz  wokół  swego  korpusika  i  przybrać  postać  kuli  wielkości 
dwóch  pomarańczy.  Pewnego  razu  przechodząc  przez  las  kopnąłem 
taką  kulę,  przypuszczając,  że  to  skorupa  po  orzechach  z  Pará. 
Potoczyła  się  w  dół  i  mocno  ude-rzyła  w  kamień.  Ku  memu 
zdumieniu  „skorupa”  przemieniła  się  w  małe  zwierzątko,  które 
fukając z przerażenia skryło się w krzakach. 

Wieczory  w  czasie  rekonwalescencji  spędzałem  na  długich 

rozmowach ze swoimi towa-rzyszami. Zwykłym tematem były rojenia 
o  tym,  co  będziemy  robili,  gdy  uda  nam  się  znaleźć  większą  ilość 
akwamaryn. 

—  Ja  —  rozpoczynał  nieodmiennie  swoje  marzenia  Chico  — 

pojadę  do  São  Paulo.  Jakie  tam  wielkie  domy!  Jakie  bary!  A  jakie 
kobiety! 

Jonas  zawsze  nawracał  do  sprawy  nauki  syna.  Miał 

dwunastoletniego  chłopca,  który  nie  umiał  czytać  i  którego  pragnął 
wykształcić. 

— Gdybym zarobił chociaż z tysiąc kruzeirów, zaraz bym wysłał 

go do Peixe, do szkoły. 

Mówiąc, że wyśle syna do Peixe, miał na myśli najbliższą Jacaré 

miejscowość, w której znajdowała się szkoła. W Europie może wydać 
się trochę dziwne, że na świecie istnieją jeszcze ziemie, na których do 
najbliższej szkoły trzeba jechać indiańską ubą tydzień. No, ale cóż — 
istnieją. 

Moje  nadzieje  na  przyszłość  nie  były  związane  z  tym,  co 

znajdziemy  w  tym  głuchym  lesie.  Wybiegały  daleko  od  możliwości 
finansowych. Do spełnienia marzeń potrzebowałem czego innego niż 

background image

pieniędzy. Gdzieś daleko, za górami, lasami i morzami leżał kraj, do 
którego  tęskniłem  i  do  którego  miałem,  sądząc  o  tym  słusznie  czy 
niesłusznie,  drzwi  zatrzaśnięte.  Nie  stos  akwamaryn,  nie  pieniądze 
mogły  mi  je  otworzyć.  Czułem  się  wygnańcem,  wykolejeń-cem, 
człowiekiem  na  bezdrożu.  Tym  gorzej,  że  nie  zaciekłość  przeciw 
temu, co działo się w tym dalekim kraju, nosiłem w sercu, lecz głuchy 
żal do przeznaczenia za zły los, jaki mi zgotowało. Ani mi przez myśl 
wówczas nie przeszło, że wygnaniu nadejdzie kres, że bateię zamienię 
na pióro i że znowu znajdę się na swoim miejscu. 

No, ale wróćmy do rzeczywistości, do Centralnej Brazylii. 
Już  od  kilku  dni  moi  towarzysze  znajdowali  niebieskawe 

kamienie,  które  oddawali  mi  w  przeświadczeniu,  że  takich  właśnie 
poszukuję.  Nie  wiedzieli,  że  cenne  są  nie  te  powierz-chownie 
niebieskie,  lecz  inne,  z  zewnątrz  szare  i  niepozorne,  a  wewnątrz 
brudnozielone.  Jednak  obecność  w  strumieniu  nawet  słabych 
akwamaryn potwierdzała nasze prospektorskie nadzieje. 

Zachwycony  tymi  pierwszymi  jaskółkami  i  poczuwszy  się  już 

dostatecznie  silny,  wyru-szyłem  w  górę  strumienia  na  poszukiwanie 
miejsc,  gdzie  naturalne  przeszkody,  powstałe  naj-częściej  z  układu 
skał lub z nagromadzonych pni drzew, wstrzymują toczone przez prąd 
minerały i tworzą prawdziwe ich depozyty. W nich spodziewałem się 
znajdować najcenniej-sze okazy, te o niepozornej szarej powierzchni i 
o brudnozielonym wnętrzu. 

W  odległości  około  kilometra  od  naszego  acampamento 

znalazłem  taką  właśnie  zagro-dę,  zatrzymującą  wszystko,  co  woda 
niosła. Część tego chłamu: gałęzie, liście, a nawet drze-wka wyrwane 
przez  wiatr i prąd gniły i  znikały rychło, piasek i ziemię zabierały  z 
sobą wody przyborów, ale kamienie tkwiły przed nią grubą warstwą. 

„Tu, pomyślałem, mogę znaleźć bamburrę”. 
Zaraz pierwsze poszukiwania potwierdziły to przypuszczenie. Nie 

upłynęła godzina, a spośród piasku i żwiru wydobyłem sześć dużych 
kamieni, z których dwa — wielkości karto-fla. Młotkiem odłupałem z 
każdego  kawałek  otoczakowej  skorupy  i  zajrzałem  pod  światło  do 
wewnątrz.  Były  brudnozielone...  Najwyższa  klasa!  Siadłem  i 
zadumałem się nad nimi, jak ten garimpeiro, o którym opowiadano mi 
w Jacaré, nad znalezionym diamentem. Więc jednakże ten wagabunda 
z  Belo  Horizonte,  który  zdradził  mi  tajemnicę  strumienia,  nie  był 
oszustem. Zaufania, którym go  obdarzyłem, płacąc z góry i hojnie za 

background image

szkic orientacyjny drogi, nie zawiódł. 

Akwamaryny pod względem wartości handlowej ani się umywają 

do  diamentów,  nawet  z  chibiami  trudno  je  porównać.  Tamte 
przechowuje  się  w  piórach  ptaka  jaburú,  te  pakuje  się  do  worka  i 
dźwiga  na  plecach,  jak  maniok  lub  ananasy.  Kilogram  surowych 
akwamaryn  rza-dko  daje  więcej  aniżeli  dwieście  gramów  klejnotów, 
zwykle  ilość  ta  nie  przekracza  pięćdzie-sięciu  do  stu  gramów,  i  to 
oczywiście z surowca już przebranego.  

Z  diamentami  sprawa  przedstawia  się  inaczej.  Nawet 

najdrobniejszy,  popękany  odła-mek  ma  zastosowanie,  jak  nie  w 
jubilerstwie,  to  w  przemyśle,  a  więc  posiada  pewną  wartość. 
Poszukiwanie diamentów jest jednak uciążliwsze, trudniejsze i można 
powiedzieć  —  nudniej-sze.  Przypomina  jeszcze  bardziej  aniżeli 
poszukiwanie akwamaryn grę na loterii. Nic się tu nie da obliczyć ani 
przewidzieć.  Emocje  znalezin  są  rzadsze.  W  takiej  na  przykład 
obfitującej  w  diamenty  rzece  Rio  das  Garças  w  Mato  Grosso  wielu 
garimpeirów  niekiedy  przez  lata  pracy  nie  zdoła  wypłukać  niczego 
godniejszego  uwagi.  Akwamaryny  są  rozrzucone  przez  przyrodę 
szczodrzej;  istnieją  garimpa,  które  od  dziesiątków  lat  dostarczają 
coraz to nowych partii kamieni, dobywanych z różnych głębokości. 

Strumień,  nad  którym  właśnie  dumałem,  mógł  być,  sądząc  po 

rezultatach  pierwszych  poszukiwań,  rewelacją,  bogatym  garimpem, 
ale  mógł  też  nim  nie  być,  jak  to  w  podobnej  sytu-acji  niejeden  już 
prospektor  zaobserwował.  Typowym  przypadkiem  zawodności 
pierwszego  wrażenia  była  przygoda  dwóch  Polaków:  Jana  Rejsa  z 
Łodzi i Zdzisława Wilnera z  Warsza-wy. Otóż w roku 1937 znaleźli 
oni  w  stanie  Minas  Gerais  takie  właśnie  zwodnicze  gniazdo 
akwamaryn.  Wydobywszy  w  ciągu  krótkiego  czasu  kilkanaście  kilo 
pięknego  surowca  i  przy-puszczając,  że  są  na  śladzie  wielkich 
bogactw,  sprowadzili  specjalną  maszynę  do  rozmywania  ziemi  i 
przystąpili  do  poszukiwań  na  wielką  skalę.  Nie  do  wiary,  ale  przez 
szereg  następnych  miesięcy,  ani  nigdy  później,  nie  znaleźli  w  tym 
miejscu już ani jednego grama akwamaryn. 

Mnie  nigdy  nie  przyszło  na  myśl  wziąć  się  do  przemysłowej 

eksploatacji odkrywanych garimpów. Wydawało mi się to, i zapewne 
było,  ponad  moje  siły.  Toteż  i  teraz  patrzałem  na  akwamarynodajny 
strumień jak na teren, z którego coś  tam wydobędę i z sobą  wezmę, 
ale do którego już nigdy więcej nie powrócę. 

background image

Najpierw zabraliśmy się do dokładnego  przepatrzenia zawartości 

odkrytej zagrody. Jonas i Chico wyrzucali z niej kamienie na brzeg, a 
ja dokonywałem ich selekcji. Wszystkie były do siebie podobne i aby 
przekonać  się,  które  z  nich  są,  a  które  nie  są  akwamarynami, 
musiałem  używać  młotka.  Nie  zawsze  po  przejrzeniu  stu  kamieni 
udało  mi  się  odłożyć  jeden.  Niekiedy  i  spośród  kilkuset  nic  nie 
wybrałem.  Niemniej  jednak  to,  co  udało  się  znaleźć,  było  warte 
ponoszonego trudu, tym bardziej że gatunek surowca, aczkolwiek nie 
pierwszorzędny,  jak  mi  się  to  w  pierwszej  chwili  wydało  był  dość 
wysokiej klasy. 

Po kilku tygodniach ciężkiej pracy w wodzie i wilgotnym piasku, 

od  której  dostałem  w  stawach  ostrych  bólów,  udało  mi  się  napełnić 
dwa  spore  koszyki  pięknymi,  jajowatymi  kamieniami.  Jonas  określił 
ich  wagę  na  trzy  arroby  (45  kilogramów).  Był  to  oczywiście  wielki 
sukces  i  wszyscy  byliśmy  z  tej  racji  w  wyśmienitym  usposobieniu. 
Nic  dziwnego  przeto,  że  postanowiliśmy  nie  porzucać  jeszcze 
garimpa,  które  przyniosło  nam  tyle  korzyści,  lecz  odpo-cząć  przez 
kilka  dni,  a  następnie  wziąć  się  znowu  do  prospektorki.  Najwięcej 
palił  się  do  dal-szej  pracy  Chico.  Już  uprzednio  zasmakował  w 
pieniądzach i teraz marzyły mu się względy nowych moren, które by 
mógł zdobyć za pomocą kolorowych kamieni. 

Jednak  dalsze  poszukiwania  nie  dawały  już  tak  rewelacyjnych 

rezultatów  jak  poprze-dnio.  Ani  rusz  nie  mogliśmy  natrafić  na  nowe 
gniazdo ani w ogóle na większe nagromadzenie kamieni. Rychło też 
przekonaliśmy się, że akwamarynowe pole ograniczało się wyłącznie 
do  tego  miejsca,  w  którym  strumień  dokonał  przełomu  poprzez 
niewielkie  wzgórza.  Powyżej  tego  przełomu  akwamaryn  wcale  nie 
było,  a  poniżej  spotykało  się  je  tylko  sporadycznie.  Coraz  częściej, 
aby  uzyskać  jakiś  pomyślniejszy  rezultat,  musieliśmy  ryć  w  piasku, 
usuwać odłamy skał i pnie zwalonych drzew. 

Ta  ciężka  praca  ostudziła  wreszcie  nasz  zapał  i  skłoniła  do 

zastanowienia się nad powrotem. 
 
 
 
 
 
 

background image

SKAZA NA DŻUNGLI 

 
 

Pogodna i sucha „zima”, gdy termometr rzadko wznosił się ponad 

25  stopni  ciepła  w  cieniu,  niepostrzeżenie  minęła  i  nadeszły  duszne 
upały,  a  wraz  z  nimi  grzmoty  i  gwałtowne  burze.  Przeciągłym 
odgłosom uderzeń piorunów towarzyszyły głuche trzaski walących się 
drzew  i  łamanych  gałęzi.  Wydawało  się,  że  wiatr  rozniesie  nasze 
schronienie na cztery strony świata i że bezbronni staniemy się łupem 
złej  i  złośliwej  dżungli.  Na  szczęście  przygotowując  biwak 
wybraliśmy  miejsce  bezleśne  i  teraz  przynajmniej  nie  groziło  nam 
przygniecenie jakimś cedrem czy palisandrem. 

Puszcza  nasiąkła  wodą  jak  gąbka.  Każde  potrącenie  gałęzi 

przypominało  odkręcenie  kurka  przy  prysznicu.  Wystarczyło  zrobić 
kilka kroków, aby przemoknąć do suchej nitki i z łatwością zaziębić 
się lub nawet nabawić się zapalenia płuc. Wiedząc o tym, woleliśmy 
sie-dzieć  przycupnięci  w  szałasie  niczym  pancerniki  w  norze  i  nie 
wysuwać  nosa  na  zewnątrz,  aniżeli  ryzykować  krzątanie  się  po 
puszczy.  Las,  który  w  porze  suchej  wydawał  się  przytu-lnym 
schronieniem,  jakby  przeznaczonym  przez  przyrodę  do  przebywania 
w nim ludzi, prze-obraził się we wrogi i niedostępny żywioł. Drzewa, 
znieruchomiałe  w  ciszy  zimowych  mie-sięcy,  teraz,  wstrząsane 
wiatrami, miotały konarami na wszystkie strony jakby chcąc wyrwać 
się  ze  swych  miejsc  i  powędrować  w  inne.  W  takich  chwilach, 
napełniających 

niepewnością 

nawet 

ludzi 

cywilizowanych, 

rozumiejących  działanie  sił  przyrody,  pierwotni  mieszkańcy  puszcz, 
Indianie,  drżą  ze  strachu,  a  ich  podniecona  wyobraźnia  stwarza 
imaginacyjne  przy-czyny  powstawania  niepojętych  dla  nich  zjawisk. 
Puszcze  nadtocantińskie,  puste  i  milczące  dla  obcych,  w  ich  oczach 
roją  się  od  geniuszów,  bożków  i  diabłów.  Każde  plemię,  niekiedy 
nawet wioska, ma własne istoty nadprzyrodzone. Niektóre z tych istot, 
jak Mapinguari lub Jurupari, są znane szerzej, inne tracą imię już nad 
następną  rzeką  lub  następnym  jeziorem.  Indianie  nie  przeceniają  ich 
znaczenia, nie zaprzeczają, że cudzy bogowie są też bogami. Ale boją 
się  tylko  swoich.  Swoim  wolno  rządzić  ich  losem,  robić  z  nimi,  co 
chcą.  Innym  wara  od  tego.  Większość  tych  indiańskich  bogów  to 
duchy złe, wymagające nie tylko czci, lecz rów-nież składania ofiar i 
posłuszeństwa. Rzecznicy ich woli, pajé, nie pożałowali wyobraźni w 

background image

ustanowieniu mnóstwa przesądów-kanonów, zmierzających w gruncie 
rzeczy  nie  do  czego  innego,  jak  do  ujarzmienia  plemiennego  plebsu. 
Skuty  nimi  wcale  nie  gorzej  niż  kajdanami  żyje  ten  plebs  w 
nieustannym lęku przed czymś, co nie istnieje. 

Nawet  civilizados  rozsiani  tu i  ówdzie  po  lasach nie  są  wolni  od 

wpływu sił przyrody na ich wyobraźnię. Teoretycznie nie wierząc w 
indiańskie bóstwa i przesądy, ulegają ich naporo-wi i w większym lub 
mniejszym  stopniu  poddają  się  im.  Niby  to  wyśmiewając  się  z  nich, 
niby  to  z  żartów,  ale  wykonują  wiele  praktyk  nakazanych  przez 
indiańskich  pajé.  A  już  tacy  jak  Jonas,  w  którego  żyłach  płynęło  z 
pewnością  więcej  krwi  „czerwonej”  niż  „białej”,  nie  szuka-ją  nawet 
usprawiedliwiających  pretekstów.  W  uległości  wobec  zabobonu  nie 
różnią się zupeł-nie od Indian. 

Gdy  po  pierwszych  przejaśnieniach  wyszedłem  wreszcie  nad 

strumień, z ledwością go poznałem. W porze suchej skaczący wesoło 
po  kamieniach  i  melodyjnie  szumiący,  teraz  huczał  groźnie  i  rwał 
przed  siebie  bez  opamiętania.  Zapory  i  naturalne  przeszkody  nakrył 
mę-tnym nurtem jak płachtą, koryto poszerzył i cały napęczniał, jakby 
spuchł.  Gdzie  tu  marzyć  o  wydobywaniu  zeń  żwiru,  o  znalezieniu 
czegoś w tej burej od niesionego mułu wodzie... 

Po  dwóch  dniach  strumień  wrócił  do  dawnego  wyglądu  i 

gdybyśmy  chcieli,  mogliby-śmy  wszcząć  pracę  na  nowo.  Nie 
zrobiliśmy jednak tego, gdyż przerwa w złej pogodzie mogła potrwać 
krótko,  co  zmusiłoby  nas  do  ponownego  odłożenia  daty  odjazdu. 
Licząc  się  z  tymi  zmiennymi  warunkami  atmosferycznymi 
naznaczyliśmy zwinięcie obozu na dzień na-stępny. 

Nie  obyło  się  bez  kłopotu.  Bagaż  okazał  się  na  nasze  siły  zbyt 

ciężki, aby przenieść go do łodzi za jednym razem. Musieliśmy więc 
najpierw  wysłać  Chica  z  częścią  akwamaryn  i  dopiero  po  jego 
powrocie  mieliśmy  z  resztą  rzeczy  odejść  definitywnie  wszyscy 
razem. 

Podczas  gdy  Chico  wędrował  z  koszykiem  na  plecach  ku 

pozostawionej  w  dole  strumie-nia  ubie,  ja  z  Jonasem  zajęliśmy  się 
likwidacją biwaku. Nie zabrało to nam wiele czasu. Mnie wystarczyło 
go  nawet  na  pożegnanie  się  z  tym  uroczo  położonym  garimpem,  w 
którym spę-dziłem kilka pełnych emocji tygodni, i na żal zwykły przy 
odchodzeniu z miejsca spełnionych nadziei.  

Chico  wrócił  w  kilka  godzin  później,  ale  nie  sam,  lecz  w 

background image

towarzystwie indiańskiej pary małżeńskiej z dzieckiem. Mężczyzna o 
szerokiej,  nieruchomej  twarzy,  ale  bystrym  spojrzeniu  był  właściwie 
chłopcem,  miał  najwyżej  dwadzieścia  lat,  a  kobieta  —  z  odkrytymi, 
dziarsko sterczącymi piersiami i figlarnymi dołeczkami na policzkach 
—  niewiele  od  niego  mniej.  Pomimo  młodego  wieku  dochowali  się 
już  pięcioletniej  córeczki  o  okrągłej  buzi  i  skośnych,  wesołych 
oczkach. Jak przystało na dobre, indiańskie małżeństwo, on niósł łuk i 
strzały  w  ręku,  a  ona  wypchany  koszyk,  uwieszony  rzemieniem  do 
czoła, na plecach. 

— Wróciłem — odezwał się niepewnym głosem Chico. Na jego 

twarzy malowało się zafrasowanie. 

—  Widzę  —  odrzekłem  kwaśno,  gdyż  byłem  niezadowolony  z 

przybycia Indian. — Cóż to za pomysł — dodałem — sprowadzać tu 
obcych? 

— Ja ich nie sprowadziłem — zastrzegł się Chico — oni uciekają. 
— Przed kim? — zdziwiłem się. 
—  Przed  jakimiś  civilizados.  Widzieli  ich  na  Rio  Turvo  i 

przestraszyli  się.  Postanowili  ukryć  się  w  górach.  U  nas  tylko 
odpoczną i pójdą dalej. 

—  A  cóż  to  za  diabły  ci  civilizados?  Chyba  nie  napadają  na 

Indian? 

— Napadają! — wtrącił się Indianin. — to są mala gente
— Skąd wiesz? — zapytałem. 
Indianin  nie  potrafił  tego  wyjaśnić  (mówił  bardzo  słabo  po 

portugalsku),  powtarzał  tylko  raz  po  raz:  Mala  gente,  mala  gente  i 
nieoczekiwanie dodał: „Jechali na ubie pyk-pyk”. 

Motorówka w tych stronach to rzeczywiście niezwykła rzecz i jej 

pojawienie się na wodach Rio Turvo mogło wzbudzić zaniepokojenie 
nie  tylko  u  czerwonoskórych.  Mnie  też  sprawa  zaczęła  przedstawiać 
się  niewyraźnie.  Któż  by  to  mógł  przyjechać  na  niej  w  te  bezlu-dne 
strony  i  po  co?  Najpierw  przyszło  mi  na  myśl,  że  może  to  policja 
stanowa. Jej przedsta-wiciele, opłacani źle i nieregularnie, zjawiają się 
niekiedy  nawet  na  najbardziej  odległych  garimpach  w  nadziei 
ściągnięcia jakichś bliżej nie określonych kar i podreperowania nimi 
swojego  chudego  budżetu.  Nie  byłoby  to  jeszcze  najgorsze.  Gdyby 
jednak  przyjezdni  byli  zwykłą  bandą  rozbójników,  rzecz  nabrałaby 
bardzo  nieprzyjemnego  aspektu.  O  zachowaniu  akwamaryn  nie 
byłoby wówczas nawet mowy. Już tam znaleźliby oni sposób, abyśmy 

background image

je wydali... 

Gdy tak rozmyślałem, doszedł mnie z oddali odgłos zbliżających 

się ludzi: trzask łamanych gałęzi i dźwięk uderzeń tersadów w twarde 
liany.  Indianin  zastrzygł  niespokojnie  uszami  i  rzucił  żonie  jakieś 
słowo.  Kobieta  uniosła  pośpiesznie  koszyk,  umieściła  go  znowu  na 
plecach i w milczeniu ruszyła  wydeptaną ścieżką w  górę strumienia. 
Dziewczynka,  jak  czujny  psiaczek,  podreptała  za  matką.  Po  chwili 
wszyscy troje wsiąkli w las. 

— Nie podoba mi się ta wizyta — powiedziałem do Jonasa. 
—  I  mnie  też  —  odrzekł,  po  czym  zaczął  przykrywać  leżące  w 

koszyczkach  akwama-ryny  resztką  rapadury  i  innych  zapasów 
żywności. — Lepiej nie drażnić niczyich oczu — dodał. 

Szybko  dokończyliśmy  pakowania  bagażu  i  gdy  pierwsi  ludzie 

ukazali się na naszej polance, byliśmy już gotowi do drogi. 

Gwar, który nagle powstał wokół nas i zmącił panujący tu spokój 

i  ciszę,  wydał  mi  się  czymś  niezwykłym,  oszołomił  mnie.  Przez 
chwilę  gapiłem  się  bezmyślnie  na  wysypującą  się  z  lasu  gromadę 
ludzi, podobnie  jak nad  Tocantinsem  gapiły  się  na  mnie  zaskoczone 
na polu kukurydzy brodate guariby. 

Nie  potrzebowałem  długiej  obserwacji,  aby  rozpoznać  w 

przybyszach prospektorów. Ich zawód zdradzały niesione bateie, sita i 
łopaty.  Odetchnąłem.  Bandyci  nie  zajmowali  się  prospektorstwem, 
lecz rabunkiem. Nie podobało mi się tylko, że każdy oprócz narzędzi 
dźwi-gał również karabinek Winchestera. 

Na widok naszego obozu zatrzymali się jakby w niepewności, co 

dalej robić. 

— Są! — odezwał się jeden z nich. 
„O, do licha! — pomyślałem. — Wygląda, że to nas szukają”. 
— Bom dia, senhores! — wygłosiło grzeczne pozdrowienie kilku 

naraz przybyszów. 

—  Bom  dia!  Zbliżcie  się  —  odpowiedziałem  równie  grzecznie, 

ale niepokój we mnie rósł. 

Czego oni tu chcą? Być może usłyszeli coś na rzece o bogactwach 

dopływu Rio Turvo i zapragnęli  podzielić się moim szczęściem. Nie 
byłoby  w  tym  nic  takiego  dziwnego.  Garimpeirzy  często  pędzą  na 
oślep do jakiejś okolicy, którą stugębna bezimienna wieść ogłosi jako 
złotodajną czy też obfitującą w drogie kamienie. 

Ani  się  spostrzegłem,  gdy  wokół  naszego  już  zwiniętego  obozu 

background image

zgromadziło się ze dwunastu rosłych drabów z obnażonymi tersadami 
w  rękach.  Gdyby  mieli  w  stosunku  do  nas  jakieś  złe  zamiary,  nie 
bylibyśmy w stanie się oprzeć. Jonas siedział na koszyku z akwamary-
nami  i  nie  odzywał  się  ani  słowem.  Chico,  zwykle  odważny  i 
wyzywający,  teraz  mając  przed  sobą  gromadę  nieznajomych  — 
zachowywał się jak trusia. Harap z byczej skóry, którym lubił uderzać 
się  z  trzaskiem  po  bucie,  zatknął  za  pas,  a  kaburę  z  rewolwerem 
przesunął na znak swego pokojowego  usposobienia do tyłu, na same 
plecy. Ja też nie musiałem mieć tęgiej miny. 

Wśród  przybyszów  zauważyłem  kilku  białych.  Trzymali  się  na 

uboczu i nie kwapili się do rozmowy ze mną. 

— Co to za wyprawa? — zapytałem jednego z nich, krzepkiego 

mężczyznę,  ubranego  w  kraciastą  koszulę,  brązowe  spodnie  i 
fazenderskie buty z krótką cholewą zmarszczoną w harmonijkę. 

— Przybyliśmy zająć brzegi tego strumienia — odparł sucho. 
—  Spóźnił  się  pan  —  powiedziałem.  —  Na  te  ziemie  złożył 

requerimento w Peixe mój towarzysz — wskazałem na Jonasa. 

Biały spojrzał na mnie bez uśmiechu. 
— Nic nie będzie z tego requerimenta — rzekł. — Te tereny aż 

do samych gór to moja własność. 

— Czyżby? Chyba od niedawna? 
—  Tak  —  przyznał  —  od  niedawna,  ale  za  to  formalnie. 

Wszystkie  podpisy  na  titulo  definitivo  potwierdzili  notariusze  w 
Goiânii, w Porangatu i w Plixe. 

W  rzeczywistości  Jonas  nie  złożył  jeszcze  requerimenta,  miał 

dopiero zamiar to zrobić, ale mimo to brnąłem dalej. 

—  Z  pewnością  sam  pan  wie  —  powiedziałem  —  że  nadział 

ziemi  przed  zatwierdze-niem  go  przez  legislaturę  zawsze  może  być 
anulowany. 

Musiałem dobrze trafić, gdyż biały aż poczerwieniał ze złości. 
— Nie będzie żadnego anulowania! — krzyknął. 
—  Mnie  to  mało  obchodzi.  Właśnie  opuszczam  te  strony  i 

zapewne nigdy do nich nie wrócę. 

— Bardzo słusznie, nie zniósłbym tu obecności obcych. 
— Ja tu nie obcy. Byłem w tych stronach przed panem i mam na 

to świadków — wska-załem ręką na Jonasa i Chica. — Proszę mi nie 
wygrażać. 

—  Pańskie  szczęście  —  wysyczał  biały  —  że  przybyliście  tu 

background image

wcześniej,  aniżeli  zareje-strowałem  swoje  dokumenty  w  Peixe. 
Inaczej odebrałbym wam wszystko, coście tu wypłuka-li. 

Jonas,  który  przez  cały  czas  pilnie  przysłuchiwał  się  mojej 

rozmowie  z  przybyszem,  poruszył  się  niespokojnie.  Jego  lojalność 
kazała mu podnieść się z koszyka i stanąć obok mnie. 

— To również pańskie szczęście — odparłem. — Mam taki głupi 

zwyczaj,  że  najpierw  strzelam,  a  potem  proszę  o  wyjaśnienie...  o  ile 
nie trafię. 

Była  to  oczywiście  czcza  przechwałka,  ale  zrobiła  swoje.  Biały 

nieco  rozluźnił  sztywną  twarz.  Usiłował  nawet  przywołać  na  nią 
uśmiech. 

—  Nie  ma  o  czym  mówić  —  rzekł  pojednawczo  —  nie 

kwestionuję tych diamentów, coście je tutaj znaleźli. 

— Diamentów? — zdziwiłem się. 
—  Sim,  senhor,  diamentów.  Nie  zaprzeczy  pan  chyba,  że 

szukaliście diamentów. W tę bajkę o akwamarynach nikt na rzece nie 
uwierzył. 

— To nie żadna bajka. 
— Dobrze, dobrze, ja jednak sądzę inaczej. 
„A sądź sobie, durniu, co chcesz” — pomyślałem i przestałem się 

spierać. 

Już  od  dłuższej  chwili  obserwowałem  kilku  przybyszów 

oczyszczających  z  gałęzi  jedno  ze  stojących  tuż  przy  strumieniu 
drzew. Po ścięciu górnej części pnia, utworzyli z niego rodzaj słupa, 
do  którego  przybili  gwoździami  dużą  tablicą  z  jakimś  napisem. 
Zaintrygowany  tą  ich  czynnością,  podszedłem  bliżej,  aby  napis 
odczytać. 

— Tak, tak, niech pan sobie dobrze zapamięta to obwieszczenie 

— odezwał się jeden z przybyszów. — Od dzisiaj skończyły się żarty. 

Obwieszczenie brzmiało, jak następuje: 
„Strumień  Arroio  Chopim  od  źródeł  aż  do  ujścia  do  Rio  Turvo 

płynie przez prywatne tereny pana Zenobia Freitasa da Silvy. Z tego 
strumienia  i  z  obu  jego  brzegów  zabrania  się  wydobywania 
diamentów,  złota  i  kamieni  kolorowych.  Kto  by  te  minerały 
wydobywał,  może  narazić  się  na  omyłkowe  zastrzelenie  go  przez 
ludzi wyznaczonych do strzeżenia uprawnień pana Zenobia Freitasa”. 

Tak  więc  „prawo”  wyrażone  w  paragrafie  „o  prawie  własności” 

dotarło  do  tej  spokojnej  doliny,  porosłej  wiecznie  zieloną  dżunglą. 

background image

Teoretycznie  pan  Freitas  mógłby  zabronić  nie  tylko  swobodnego 
garimpeirowania  w  niej,  jak  to  zresztą  uczynił,  ale  nawet  ścinania 
drzew  czy  też  polowania.  Teoretycznie  dżungla  na  brzegach  Arroio 
Chopim  przestała  się  różnić  od  lasów  europejskich,  ściśle 
podzielonych,  dokładnie  administrowanych  i  pilnie  strzeżonych. 
Oczywi-ście  teoretycznie,  gdyż  praktyka  długo  jeszcze  mogła 
wyglądać  inaczej.  Niemniej  jednak  po-czątek  już  zrobiono.  Na  razie 
chodziło o minerały, następnie przyjdzie kolej na co piękniejsze sztuki 
cennych drzew: mahoni, jakarand, cedrów, perob, a jeszcze później na 
samą  ziemię.  Sceny  z  walk  o  nią,  których  byłem  świadkiem  w 
Cuendze, po latach powtórzą się tutaj, o tysiąc  kilometrów głębiej w 
Centralnej Brazylii.  Chyba...  chyba  że  wcześniej  nastąpią  zdarze-nia, 
które przerwą ten wcale przecież nie nieuchronny proces. 

Przybysze  wraz  z  panem  Freitasem  nie  zastanawiali  się 

oczywiście  nad  zmianą,  jaką  przynieśli  do  puszczy  i  którą  chcieli  w 
niej  utrwalić.  Byli  przekonani,  że  biorą  udział  w  natu-ralnym  toku 
spraw.  Ziemia  ma  należeć  do  zapobiegliwych  i  pozbawionych 
skrupułów. 

Nowy  właściciel  rozglądał  się  ciekawie  na  wszystkie  strony, 

długo wpatrywał się w strumień, kopał butem piasek — najwyraźniej 
brał  w  posiadanie  ten  szmat  dziewiczego  lasu,  wyszachrowany  u 
sprzedajnych urzędników w dalekim mieście. Jego słudzy — ciemni i 
za-bobonni  sertaneże  —  kręcili  się  koło  niego  i  usłużnie  chwalili 
zdobycz  swego  pana.  Spodzie-wali  się  okruchów:  narzędzi  pracy  i 
samej  pracy.  Ani  im  postała  w  głowie  myśl,  że  działają  przeciw 
własnym  interesom,  że  zamykają  sobie  drogę  do  samodzielnej 
przyszłości.  Ale  na  wszystko  musi  przyjść  właściwy  czas.  I  oni 
doświadczą  kiedyś  gorzkiego  czasu  uświadomie-nia,  buntu  i  walki. 
No i smaku zwycięstwa... 

— Przeczytał pan? — przerwał moje rozmyślania Freitas. 
— Owszem. 
— No i co pan na to? 
—  Myślę,  że  tego  strumienia  nikt  tu  nie  upilnuje.  Przyjdzie 

większa gromada garim-peirów i załatwi się z pańskimi kapangami w 
mig. 

— Ziemi mi nie zabiorą. 
— Kto wie, panie Freitas, kto wie... 
Biały  wybuchnął  śmiechem.  Był  tak  ubawiony  moją 

background image

wątpliwością, że aż złapał się z tej wesołości za brzuch. 

— Może mi ją moi właśni peoni odbiorą, co? — I śmiał się dalej. 
„Takich jak on — pomyślałem — nic, żaden przykład nie nauczy 

rozumu.  Muszą  zni-knąć  z  powierzchni  świata,  jak  zniknęły  kiedyś 
dinozaury i mamuty, a dzisiaj giną goryle i ultrasi”. 

Byłem zadowolony, że źle zapowiadająca się przygoda przybrała 

pokojowy  charakter  i  że  nic  nam  nie  grozi.  Nie  chciałem  jednak 
przeciągać struny. 

— Idziemy — rzekłem do swoich towarzyszy. 
— Chwileczkę — wtrącił Freitas. — Ja bardzo potrzebuję ludzi. 

Nie odstąpiłby mi pan tego Negra? — wskazał na Chica.  

Spojrzałem  na  chłopca.  Gdyby  był  białym,  pewnie  by  zbladł. 

Murzyni  jednak  nie  posia-dają  tej  właściwości,  nie  bledną, 
popielacieją.  Twarz  Chica  wyglądała  w  tej  chwili,  jakby  ją  kto 
posypał popiołem. 

— Nie mogę decydować za niego — odrzekłem. — Niech go pan 

sam zapyta, czy chce u pana pracować. 

— Nie chcę — burknął chłopak krótko i zarzucił sobie na plecy 

przygotowany już uprzednio tobołek. 

— Idziemy — powtórzyłem. 
—  Z  Bogiem!  —  pożegnał  nas  Freitas  z  obłudną  życzliwością  i 

dorzucił: — za dużo pan sobie robi ceregieli z tym czarnuchem. 

Nic na to nie odpowiedziałem. W milczeniu skierowaliśmy się do 

ścieżki  i  zagłębiliśmy  się  w  las.  Prosektorzy,  którzy  z 
zainteresowaniem przysłuchiwali się sporowi dwóch białych, żegnali 
nas ironicznymi uśmiechami i niechętnymi spojrzeniami. 

Jakżeż  przyjemnie  znaleźć  się  znowu  w  spokoju  i  ciszy,  nie 

zakłócanej  ludzkim,  niezno-śnym  gwarem!  Świat  wydał  mi  się  jak 
dawniej wesoły, a dżungla przytulna. Moi towarzysze, nie czując już 
obecności  obcych, nabrali  dobrego  humoru  i pewności  siebie.  Chico 
przesunął  kaburę  z  pleców  ku  przodowi  i  wesoło  wymachiwał 
wyciągniętym  z  pochwy  tersadem.  Nie  zapomniał  jednak  propozycji 
Freitasa, która obraziła jego godność. 

—  Ten  głupi  Goiano  —  rzekł  —  myśli,  że  czarnego  można 

sprzedać jak konia. Nie te czasy. 

—  Pewnie,  że  nie  te  czasy  —  odezwał  się  Jonas  —  ale  tym 

fazenderskim  synkom  wciąż  się  one  jeszcze  roją  po  głowie.  Dopóki 
nie  przeszedł  tędy  Luizinho  ze  swymi  ludźmi,  działy  się  tu  różne 

background image

rzeczy. 

— Luizinho? Kogo to masz na myśli? — zapytałem. 
Jonas spojrzał na mnie jak na ignoranta.  
— Jak to kogo? Luiza Carlosa Prestesa * . 
Pogoda była doskonała, słoneczna.  Dżungla obeschła z wilgoci i 

ostatnie ślady błota na  
 

*  LUIZ  CARLOS  PRESTES  —  przywódca  brazylijskich 

komunistów  (1964).  Brał  udział  w  rewolucji  w  r.  1924,  po  której 
schronił  się  ze  znaczną  liczbą  towarzyszy  w  oddalonych  stronach 
kraju,  gdzie  przez  długi  czas  budził  wśród  ubogich  kabokli  wiarę  w 
lepszą przyszłość. 
ścieżce  już  znikły.  Drzewa,  zmęczone  niedawnymi  atakami  wichru, 
stały  teraz  bez  ruchu,  napawając  się  spokojem  i  słońcem.  Szliśmy 
hałaśliwie.  Nasze  głosy  płoszyły  radujące  się pię-knym  dniem  ptaki. 
Coraz  to  zrywały  się  przed  nami  czerwonogłowe  kardynały, 
wielobarwne arary, milczkiem umykające po gałęziach rdzawe „kocie 
dusze”,  to  znowu  krzykliwe  sirigai-ty.  Raz  zabiegł  nam  drogę  dziki 
indyk.  Zdumiony  widokiem  ludzi,  znieruchomiał  na  chwilę,  jakby 
zastanawiając  się,  co  ma  robić,  po  czym  rzucił  się  gwałtownie  w 
zarośla i chyłkiem, na piechotę, zmykał przez las. 

Marsz  przez  dżunglę  środkowobrazylijską  nawet  przy  pięknej 

pogodzie jest uciążliwy. Wkrótce poczułem, że oblewa mnie pot i że 
coraz  trudniej  nadążam  za  towarzyszami.  Głupia  ambicja  nie 
pozwalała  mi  prosić  ich  o  zwolnienie  kroku.  W  końcu  jednak 
zmęczenie pokona-ło ambicję. 

— No to odpocznijmy. 
Usiedliśmy  na  zwalonym  miękkim  pniu  paproci  drzewiastej  i 

wyciągnęliśmy  z  koszyka  garść  orzechów  z  Pará.  Smakowały 
wybornie. 

Posileni,  ruszyliśmy  w  dalszą  drogę  i  w  dwie  godziny  później 

byliśmy już przy łodzi. 

— Gdzie to schowałeś akwamaryny, Chico? — spytałem. 
Chłopak  nic  nie  odpowiedział.  Stał  z  wybałuszonymi  oczami  i 

jakby oniemiał. 

— W łodzi — wyjąkał wreszcie. 
— W łodzi nic nie ma.  
— Tu je położyłem — pokazywał miejsce pod ławeczką. Ale pod 

background image

ławeczką nic nie było. 

Ładna historia! Zanadto zawierzyliśmy bezludziu. „Nie ma ludzi 

— myśleliśmy — nie ma złodziei”. 

— Znikły — stwierdziłem. 
— To ci od Freitasa ukradli — powiedział Jonas. 
— Oczywiście... 
Tak więc moja długa i uciążliwa wyprawa po złote runo, rokująca 

jeszcze  do  wczoraj-szego  dnia  spełnienie  nadziei,  nagle  straciła  cały 
swój  blask.  Wprawdzie  druga  część  prospe-ktorskiego  trudu  — 
półtorej arroby kamiennych jajek  — przezornie ukryta w koszykach, 
wystarczała na otarcie łez, ale nie była to już bamburra, szczęśliwy los 
na  loterii.  „No  cóż  —  pomyślałem  —  nigdy  nie  ma  pełnego 
szczęścia”.  Jeszcze  przed  kilku  chwilami  zdawało  mi  się,  że  jestem 
bliski  spokojnego  życia,  że  pozbyłem  się  konieczności  ciągłych 
wędrówek, włóczęgi po lasach i stepach, no i, proszę, musiałem się z 
tą perspektywą pożegnać, zająć się nowymi projektami, obmyślaniem 
nowych wypraw. 

—  Jonas —  zapytałem  przewodnika  —  czy  ty  znasz  góry  Serra 

Dourada?  

 
 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 
 

SPIS RZECZY 

 

background image

 

Goías, kraj z przeszłości 

 

 

 

 

 

 

02 

Ziemie „niczyje”  

 

 

 

 

 

 

03 

Podróż modo antiquo   

 

 

 

 

 

 

11 

Staroświeckie miasteczko   

 

 

 

 

 

20 

Fazenda w Goíasie 

 

 

 

 

 

 

 

26 

Quilombo   

 

 

 

 

 

 

 

34 

Camping nad São Felix 

 

 

 

 

 

 

 

43 

W maloce Xiribego 

 

 

 

 

 

 

 

52 

Arraial Jacaré 

 

 

 

 

 

 

 

 

59 

Małpy i papugi   

 

 

 

 

 

 

 

68 

Wielkie moczenie oczu 

 

 

 

 

 

 

 

75 

U celu  

 

 

 

 

 

 

 

 

81 

Skaza na dżungli  

 

 

 

 

 

 

88