background image

 
 
 
 

MIECZYSŁAW BOHDAN LEPECKI 

 
 
 
 

W KRAINIE JAGUARÓW 

 

PRZYGODY OFICERA POLSKIEGO W DŻUNGLACH I 

STEPACH BRAZYLJI 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 
 
 

 

 
 

KSIĘGARNIA BIBLJOTEKI DZIEŁ WYBOROWYCH  

WARSZAWA  1924 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

WSTĘP 

 
 
W  podróż  wyruszyłem  w  styczniu  1922  roku  i  po  krótkim 

pobycie w Paryżu udałem się przez  Bordeaux do Rio de Janeiro. Po 
drodze zatrzymywałem się w Hiszpanji i Portugalji, oraz na Wyspach 
Kanaryjskich,  jednak  wrażeń  z  tych  krajów  nie  pomieszczam,  bo 
chociaż  bezwątpienia  są  one  ciekawe,  jednak  wielokrotnie  już  były 
opisywane, a przeto wszelkie nowe byłyby tylko powtarzaniem. 

W  czasie  pobytu  w  Brazylji  przechodziłem  różne  koleje,  co 

wynikało  z  mego  sposobu  podróżowania,  wiele  odbiegającego  od 
sposobu  używanego  przez  bogatych  globtrotterów,  których  niekiedy 
na  swej  drodze  spotykałem.  Przedewszystkiem  starałem  się  zawsze 
obcować  z  krajowcami,  co  oznaczało,  gdy  weźmiemy  pod  uwagę 
wędrówki  po  puszczach  i  stepach,  obcowanie  z  przeróżnego  rodzaju 
podejrzanemi  indywiduami.  Dawało  mi  to  jednak,  oprócz 
niebezpieczeństw,  mnóstwo  wrażeń,  których  turysta  normalnie  nie 
osiąga. 

background image

W książce mojej pomieściłem przedewszystkiem wspomnienia z 

podróży  po  niemal  bezludnych  puszczach,  leżących  na  zachodzie 
stanu  Santa  Catharina,  oraz  ze  stepów  najpołu-dniowszego  stanu 
Brazylji  —  Rio  Grande  do  Sul.  Zupełnie  świadomie  wyłączyłem  z 
niej  swe  liczne  podróże  po  polskich  kolonjach  w  Paranie,  ponieważ 
wrażenia  z  tych  ostatnich chcę  ująć w  osobny  tom  pod  tytułem  „Na 
Polskiej Ziemi w Brazylii”. 

Jako zakończenie dodałem opisy brzegów Brazylji od Paranagua 

począwszy, aż do Rio de Janeiro, stolicy republiki. 

Przez  cały  ciąg  wszystkich  rozdziałów,  nigdy  nie  starałem  się 

nadać  mej  pracy  tende-ncyjnego  charakteru,  opisując  tylko  prawie 
wyłącznie to, co widziałem i przeżyłem. 

Ponieważ  w  ostatnich  czasach  w  Polsce  daje  się  odczuć  pewien 

pęd  do  emigracji  do  Brazylji  i  toczą  się  jakoby  jakieś  z  tamtejszym 
rządem  w  tym  kierunku  pertraktacje,  muszę  zastrzec  się,  że  moja 
książka  z  zagadnieniami  emigracyjnemi  nie  ma  nic  wspólnego. 
Zastrze-żenie  to  czynię  dlatego,  że  niemal  wszystkie  dawniejsze 
publikacje  o  kraju  z  pod  „Krzyża  Południa”  dzieliły  się  na  dwie 
kategorje:  na  nawołujące  do  emigracji  i  na  wyklinające  „piekło 
brazylijskie”.  Moja  ani  nawołuje  do  emigracji  ani  ją  wyklina. 
Powtarzam to, co widziałem i przeżyłem — opisuję. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 

Koleją przez Paranę. 

 
 

Kurytybę  *  opuściłem  z  uczuciem  niezwykłego  zadowolenia,  że 

background image

nareszcie  wybieram  się  w  okolice,  o  których  naprawdę  można 
powiedzieć,  że  to  Brazylja,  w  znaczeniu,  w  jakiem  Europa  zwykła 
sobie  wyobrażać  ten  kraj:  a  więc  w  okolice  pokryte  niezmierzonemi 
lasami  dziewiczemi,  zaledwie  zrzadka  zamieszkanemi  przez  nawpół 
nagich  kabokli  **,  natomiast  pełne  niezwykłych  uroków 
podzwrotnikowych puszcz. 

W  podróż  wyruszyłem  w  towarzystwie  pana  Malczewskiego, 

właściciela terenów nad rzeką Chapecó. 

Po  czternastogodzinnej  jeździe  koleją,  o  9  wieczorem  pociąg 

przyczłapał  do  Marechal  Mallet.  Faktycznie,  powolny  truchcik 
pociągu  parańskiego  w  żadnym  razie  nie  zasługiwał  na  inną  niż  na 
taką nazwę. 

Na stacji schwycił nas w swoje gościnne objęcia pan Stacherski, 

właściciel jedynego, nawiasem mówiąc, bardzo czystego i porządnego 
hotelu. 

Marechal  Mallet,  miasteczko  malutkie,  tak  malutkie,  że  w 

Europie wcale na jego nazwę nie  zasługiwałoby, położone na terenie 
zlekka falistym, ze szczątkami niegdyś potężnych lasów wokoło, oraz 
drewnianemi 

domami 

—  wygląda  jak  straszliwa,  niczem 

nieurozmaicona dziura, co w połączeniu z brakiem ładnych widoków 
nie  czyni  go  zbyt  ponętnym.  Jest  ono  w  znakomitej  większości 
zamieszkane przez Polaków oraz Ukraińców ze Wschodniej Małopol-
ski  i  stanowi  ośrodek  wielkich  kolonij  polskich,  zajmujących  obszar 
kilku  tysięcy  kilometrów  kwadratowych.  Funkcjonuje  tam  polskie  4-
klasowe gimnazjum koedukacyjne ze stu kilkuna-stu uczniami. Szkoła 
stoi  w  ślicznym  ogrodzie,  gdzie  obok  alei  pinjorowej  ***  rosną 
pielęgnowane  troskliwie  nasze  polskie  dęby,  jedyne  może  okazy  w 
całej  Brazylji,  a  obok  przepięknych  agaw  i  krzów  bananowych  — 
jakieś  małe  polskie  kwiateczki  z  wielkiem  nabożeństwem  i  wielkim 
nakładem starań hodowane. 

Życie  towarzyskie  kolonji  jest  bardzo  rozwinięte.  Istnieje  klub 

polski, czyli tak zwane „Towarzystwo imienia M. Kopernika”, oddział 
towarzystwa  sportowo-wychowawczego  „Junak”,  drużyna  harcerska, 
klub tenisowy i drużyna piłki nożnej. 

Silny  w  tamtych  stronach  ruch  młodzieży,  rwącej  się  do 

organizacji,  napotyka  na  wyda-tną  pomoc  u  mieszkających  o  12  km. 
od  Malletu  panów:  Suchorskiego  i  Krzesimowskiego,  właścicieli 
jednej  z  największych  na  południu Brazylji  winnic.  Również  niejaki 

background image

pan  Roman  Paul,  bogaty  kupiec  miejscowy,  jest  orędownikiem 
wszelkich polskich poczynań. 

Zaraz  z  rana  drugiego  dnia,  udaliśmy  się  do  szkoły,  gdzie 

gospodarzyli  profesorowie:  Fularski  i  Zarychta,  obaj  b.  oficerowie 
polscy, ludzie nadzwyczaj energiczni, którzy gimna-zjum postawili na 
odpowiednim poziomie. Sekundował im pan Stanisław Żak,  fachowy 
nau-czyciel polski. 

Szkołę rozmieszczono w dwóch dużych domach drewnianych, w 

trzecim  mniejszym  mieszkają  nauczyciele.  W  czasie  mojej  bytności 
kończono  właśnie  budowę  wielkiego  budy-nku  murowanego, 
przeznaczonego  na  internat,  który  w  przyszłości  będzie  zbiornikiem 
mło-dzieży polskiej z całej Brazylji. Obliczony jest na stu chłopców. 
Przy  internacie  wybudowano  sporą  wieżę,  mającą  służyć  jako 
obserwatorjum meteorologiczne. 

Na    drugi    dzień    w  towarzystwie  „ciała”  profesorskiego, 

udaliśmy się do panów Krzesi- 
 

    * Stolica stanu Parana. 
  ** Mieszkaniec lasów, zwykle Metys lub Mulat. 
*** Pinjor — araucaria brasilensis. 

mowskiego i Suchorskiego do Dorizonu. 

Dwunastu  kilometrowa  droga  prowadzi  cały  czas  przez 

prymitywne,  wypalaniem  nawo-żone,  pólka  kukurydzy,  zapuszczone 
na ugór „kapoery” * i niewielkie, wysokie a chwiejne laski brakatingi. 

W  Dorizonie  mieszkają  prawie  wyłącznie  Ukraińcy  i  kilka 

zaledwie rodzin polskich. 

Winnice  naszych  rodaków  leżą  na  dość  łagodnem  zboczu 

niewielkiej góry, u której podnóża stoi kilka domków drewnianych i 
wielki murowany skład. 

Właściciele, na długo jeszcze przed wojną, opuścili ze względów 

politycznych  Polskę,  nie  przestając  jednak  ani  na  chwilę  marzyć  o 
powrocie, który mają zamiar uskutecznić, skoro tylko pozwolą im na 
to interesy. 

Przenocowawszy u gościnnych „compatricios” **, na drugi dzień 

zostaliśmy  odwiezieni  zpowrotem  do  Malletu,  typową  polską 
„furmanką”,  do  której  wprzągnięte  konie  ubrane  były  w  rogate, 
krakowskie chomonta. 

Często spotykaliśmy po drodze przechodniów i ani razu nie trafiło 

background image

się nam usłyszeć innego pozdrowienia, jak polskie. 

Brazylijscy kabokle już oddawna wynieśli się z tych stron w górę 

Serra  do  Esperanca,  aby  po  pewnym  czasie,  nie  mogąc  oprzeć  się 
naciskowi  fali  kolonizacyjnej  —  przenieść  się  w  jeszcze  dalsze 
okolice. 

Będąc w Mallecie, wprost niesposób jest nie odwiedzić leżącej w 

pobliżu i nazwanej od przecinającej ją rzeki, kolonji Rio Claro. 

Założona  przed  30  zgórą  laty,  kolonja  ta  należy  do  „starych”. 

Wypalane  corocznie  pola  są  już  na  dużej  przestrzeni  dość  gładkie, 
podczas  gdy  na  „młodych”  widnieją  jeszcze  zwalone  potężne, 
osmalone kłody drzew, które dopiero po wieloletnich pożarach ogień 
strawia. 

Na  szeroko  rozrzuconej  tej  kolonji  istnieje  dziesięć  szkół 

polskich, w których pobiera naukę kilkaset dzieci. 

W  odległości  20  km.  od  Malletu,  otoczone  wieńcem  polskich 

osiedli, leży maleńkie miasteczko również nazywające się Rio Claro. 
Mieszkają w niem chyba sami Polacy i Rusini, by doprawdy nie udało 
mi  się  spotkać  ani  jednego  Brazyljanina.  Jest  tam  polski  kościół  i 
ruska  cerkiew,  polski  klasztor  żeński,  przy  którym  istnieje  szkółka, 
polski  browar,  w  którym  wyrabiają  piwo:  „Mazur”,  fabryka  wody 
sodowej i kilka sklepów — wszystko w rękach polskich. 

Gościnnie 

podejmowany 

przez 

pana 

Twardowskiego, 

najbogatszego  w  Paranie  Polaka,  syt  wrażeń  z  kolonij  polskich, 
powróciłem do Malletu. 

Spędzając  tak  czas  na  zwiedzaniu  stron  bądź  co  bądź 

cywilizowanych,  a  więc  dość  nu-dnych,  już  po  kilkunastu  dniach 
zacząłem  uczuwać  zniecierpliwienie  i  chęć  jaknajprędszego 
znalezienia się w dziewiczych dżunglach Santa Cathariny. Nie tracąc 
też czasu, postanowiłem natychmiast ruszyć dalej. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 
 
 

  * Poręby porośnięte młodym laskiem.  
** Rodaków. 

 

II. 

 

U progu dziewiczej Brazylji. 

 
 

Pociąg,  jak  zwykle,  również  i  w  tym  dniu  spóźnił  się  o  kilka 

godzin, tak, że zamiast o 9-ej, wyjechaliśmy z Malletu o 12-ej w nocy. 

Po trzygodzinnej jeździe dotarliśmy do Uniao da Victoria, miasta 

położonego  o 80 km. na zachód od Malletu. Jest to punkt graniczny 
sąsiadujących  ze  sobą  stanów:  Parany  i  Santa  Cathariny.  Mimo 
humorystyczności  tego,  jednak  prawdą  jest,  że  stany  te  na  niektóre 
produkty wyznaczyły cła, w celach ochronnych. 

W  Uniao  da  Victoria  wyszedłem  na  peron  i,  spoglądając  na 

wschód  w  kierunku  polskich  kolonij,  myślałem  z  pewnym  żalem,  że 
oto porzucam na szereg miesięcy tę kochaną, nawpół naszą Paranę, że 
udaję się w strony „zabite od świata deskami”, po których wałęsają się 
tylko Indjanie i przeróżnego autoramentu podejrzane indywidua. 

Wbrew wszelkim europejskim wiadomościom o Brazylji, zima w 

tych stronach jest bardzo  dokuczliwa, a mróz niejednokrotnie sięga 6 
stopni poniżej zera. Również i w czasie naszej dalszej podróży koleją 
było  tak  zimno,  że  wszyscy  podróżni  drżeli  nie  gorzej  niż  u  nas  w 
listopadzie, a gdy weźmie się pod uwagę, że o opalaniu wagonów nikt 
tu nigdy nie wiedział nawet z opowiadania, a tembardziej o ciepłych 
paltach,  to  łatwo  będzie  zrozumieć  jak  smutny  widok  musiało 
przedstawiać takie zmarznięte towarzystwo. Nad  ranem pociąg mijał 
wyżynę San Joao, odznaczającą się specjalnie zimnym klimatem. Tam 
też chłód stawał się wprost nie do wytrzymania. 

Brazylja  jednak  jest  krajem  kontrastów,  ledwie  minęła  noc  i 

pierwsze  promienie  słońca  zaczęły  złocić  wierzchołki  pinjorów  — 
odrazu  mróz  gdzieś  się  ulotnił,  zrobiło  się  ciepło,  a  za  parę  godzin 
słońce przygrzewało wcale nie gorzej, niż u nas w Polsce w lipcu lub 
sierpniu. 

background image

W wagonie I-ej klasy, którym jechałem (na brazylijskich kolejach 

istnieje  tylko  I.  i  II.  klasa)  siedziało  dość  oryginalne  towarzystwo: 
przedewszystkiem  rzucało  się  w  oczy  kilku  gauczów  *  ubranych  jak 
na maskaradę w olbrzymie kapelusze, szerokie u dołu na guzik zapięte 
hajdawery, zwyczajne kurtki i barwne chustki jedwabne na szyjach, W 
czasie  rannego  chłodu  jedni  okręcali  się  w  szerokie  hiszpańskie 
płaszcze, inni chronili się od zimna, nakłada-jąc wielkie kawały sukna 
obszyte  frendzlami,  a  w  środku  zaopatrzone  podłużną  dziurą  do 
włożenia  głowy.  Tak  postrojeni  i  uzbrojeni  w  długie,  bębenkowe 
rewolwery,  gaucze  niewiele  różnili  się  od  towarzyszy  Cabrala, 
odkrywcy Brazylji, którzy  w 1500 roku zdobyli  wschodnie  wybrzeża 
południowej Ameryki.  

Oprócz  gauczów  jechało  kilku  leśnych  fazenderów  **  z 

kapangami  ***,  którzy  umie-szczeni  w  II-ej  klasie  mieli  sobie  za 
obowiązek na każdym przystanku odwiedzać swego patrona. 

Jak  zwykle  w  Brazylji,  w  wagonie  nie  brakowało  również 

kupców  i  komiwojażerów,  którzy  swojem  europejskiem  ubraniem 
jaskrawo  odbijali  od  malowniczych  postaci  mieszkań-ców  stepów  i 
puszcz. 

Bodaj  największą  namiętnością  Brazyljan  jest  polityka,  cały  też 

wagon  nieustannie  roz-brzmiewał  zaciekłemi  dysputami  o  tem:  kto 
lepszy,  czy  ten  minister,  czy  inny,  czy  dobrze,  że  lewe  dorzecze 
Urugwaju  przyłączone  zostało  do  Santa  Cathariny  i  czy  czasem  nie 
należałoby  go  oderwać.    Mnóstwo  takich  „ważnych”  spraw 
roztrząsano, żywo gestykulując, wymachując  
 

    * Gaucho — mieszkaniec stepów, brazylijski cowboy. 
  ** Wielki posiadacz ziemski, zwykle są to ludzie prości. 
*** Zbrojny pachołek. 

pięściami i krzycząc w niebogłosy. 

Od samego świtu wyglądałem oknem i przez cały czas widziałem 

puszcze,  ani  razu  nieprzerwane  jakiemiś  oznakami  cywilizacji.  Co 
parę godzin zaledwie mijaliśmy małe, zarzu-cone w lesie stacyjki. 

Dobrze po południu przyjechaliśmy do Hervalu, stacji kolejowej, 

położonej wśród lasów i wyniosłych szczytów górskich. W głębokiej 
kotlinie,  przeciętej  wstęgą  rzeki  Rio  do  Peixe,  tuli  się  do  siebie 
kilkadziesiąt domków drewnianych, szumnie nazwanych miastem. 

Wiele  w  Kurytybie  słyszy  się  o  Hervalu  z  opowiadań  często 

background image

odwiedzających stolicę Parany mierników-Polaków. Wiele się słyszy, 
ale  zwykle  bardzo  mało  wie.  Jedni  przypu-szczają,  że  skoro  tyle 
opowiadają o czemś, musi to być wielkie i potężne. Inni znowu, zasa-
dniczo  odnosząc  się  z  lekceważeniem  do  wszystkich  leśnych 
miejscowości,  również  i  Herval  traktują  jako  ostateczną  dziurę, 
położoną  wśród  lasów,  tygrysów  *  i  dzikich  Indjan.  Tymcza-sem  w 
Hervalu nie słychać nawet o niczem podobnem. Wprawdzie lasu nie 
brakuje, otacza on miasteczko zbitą gęstwiną naokoło, ale o tygrysach 
i  Indjanach  już  zaczyna  się  tam  pomału  zapominać,  niedługo 
pozostaną tylko wspomnienia o tych groźnych mieszkańcach puszcz. 

Herval  istnieje  niedawno.  Zupełnie  młodzi  jeszcze  ludzie 

pamiętają,  jak  w  tym  miejscu  stała  zaledwie  jedna  dziurawa  chata 
kabokla,  a  o  kolei  nikt  nic  nie  słyszał.  Dzisiaj  zmieniło  się  dużo. 
Nieustraszony  człowiek  przeciął  puszczę  żelazną  drogą  i  teraz  przez 
piękną  dolinę  Rio  do  Peixe  codziennie  przebiegają  parowe  kolosy, 
niszcząc urok dziewiczych ustroni, tem niemniej jednak przyczyniają 
się do ich rozwoju i cywilizacji. 

Obecnie Herval to jeszcze zupełnie małe miasteczko. Niezwykłej, 

jak na lasy, świetno-ści dodaje mu stacja kolejowa, poczta i telegraf. 
Jedynem  źródłem  dochodów  dla  ludności,  oprócz  handlu  z  leśnymi 
ludźmi przedmiotami codziennego użytku — jest herwa **. Są tu dwa 
duże przedsiębiorstwa herwowe: Simao Ruas oraz Decarel. Posiadają 
one  wielkie  młyny  i  rozgałęzioną  szeroko  sieć  agentów,  skupujących 
to naturalne bogactwo kraju. 

Mieszka  tam  bardzo  niewielu  naszych  rodaków,  między  nimi 

zażywa  największego  znaczenia  pan  Witold  Kowerski,  właściciel 
wendy  (sklepu)  w  miasteczku.  Obecnie  pan  Kowerski  urządził 
cegielnię  i  stawia budynek  przeznaczony  dla  urzędu  telegraficznego. 
Dalej  z  rodaków  jest  tu  jeszcze  pani  Butwiłowiczowa,  właścicielka 
najlepszego w tej miejscowości hotelu, który prowadzi z dziwną, jak 
na  młodą  kobietę,  energją.  Pan  Łopuszyński  posiada  tam  również 
dużą wendę i wespół z innymi rodakami przyczynia się do tego, że w 
tym kącie uważają Polaków za naród dziwnie handlowo usposobiony. 

Gdy dodamy do tych rodzin jeszcze jednego urzędnika na kolei i 

kilku  robotników  —  to  będziemy  mieli  już  wyliczenie  wszystkich 
ziomków w tem leśnem osiedlu. 

Bardzo  charakterystycznym  jest  fakt,  że  te  polskie  rodziny, 

siedzące już od wielu lat wśród samych Brazyljan, nietylko nie uległy 

background image

wynarodowieniu,  lecz  przeciwnie,  odnosi  się  wrażenie,  że  życie 
polskie  jest  tu  bardziej  intensywne,  niż  w  jakiemkolwiek  innem 
miejscu o bez porównania większej liczbie Polaków. 

Fakt  ten  można  sobie  tłómaczyć  tem,  że  cała  kolonja  składa  się 

niemal  wyłącznie  z  inteligencji,  która  z  wyjątkiem  słabych 
charakterów jest bardzo odporna na proces asymila-cyjny. 

Przed kilku laty mieszkał na swojej wielkiej fazendzie, niedaleko 

Hervalu,  przedsiębior-ca  kolonizacyjny,  właściciel  wielu  tysięcy 
hektarów  ziemi,  pan  Roguski.  Wskutek  niezwykłej  energji  tego 
człowieka, idącej w parze z dużym patrjotyzmem, do tych  zapadłych 
stron  Santa  Cathariny  zbiegła  się  dość  pokaźna  liczba  Polaków, 
znajdując  w  jego  licznych  przedsiębior-stwach  intratne  zajęcia. 
Jeszcze  do  dzisiaj  Herval  i  Cruzeiro  wraz  z  bliskiemi  okolicami  są 
powszechnie  uważane  za  centrum  polskich  mierników.  Obecnie 
jednak pomału  zaczyna  się  to  zmieniać,  ponieważ    pomiary    w  tych  
stronach mają się ku końcowi, ale jeszcze i teraz można  
 

  *  Tygrysami  nazywają  Brazyljanie  jaguary  (Felix  jaguar  felix 

uncia). 

** Herbata paragwajska (Ilex paraguayensis.)  

najczęściej spotkać się z rodakami rozproszonymi po nieskończonych 
lasach Contestado *, właśnie w Hervalu.  

Przyszłość  miasteczka  jest bezwątpienia  duża,  leży  ono  bowiem 

na drodze kołowej, wiodącej do wnętrza kraju. Droga ta obecnie jest 
skończona  wprawdzie  dopiero  na  przestrzeni  kilkunastu  kilometrów 
za Cruzeirem, lecz jeszcze za dwa, trzy lata — dojdzie do Xanxere, a 
więc całe wnętrze Contestada zostanie otwarte dla ruchu handlowego i 
przemysłowego, przy- tem skieruje się on bezwątpienia przez Herval, 
jako przez najbliższą stację kolejową. Chociaż i teraz  Herval wzrasta 
szybko, jednak chwila połączenia go z  wnętrzem, a co za tem idzie i 
szybka  kolonizacja  tych  stron,  będzie  dla  niego  przełomowym 
momentem  i  bardzo  łatwo  miejscowość  ta  może  stać  się  nowym 
przykładem amerykańskiej szybkości wzrostu miast. 

Jedną  z  poważnych  przyczyn  hamowania  rozwoju  tych  stron  są 

zamieszki  i  rewolucje,  jakie  bezustannie  mają  tu  miejsce  na 
przerozmaitych  tłach.  Do  awantur  prawie  zawsze  wyzy-skują 
niesumienne  jednostki  niechęć  kabokli  do  cywilizacji  wogóle,  a 
przedewszystkiem  do  cudzoziemców.  W  jednej  z  takich  ruchawek 

background image

zginął  znany  wśród  wszystkich  Polaków  w  Brazylji,  wspomniany 
wyżej, pan Roguski. 

W  ostatnich  czasach  rząd  Santa  Cathariny  wziął  się  ostro  do 

różnych  mąciwodów  i  prześladuje  ich  nie  na  żarty.  W  Hervalu  w 
przeszłym roku wybudowano koszary i pozosta-wiono w nich na stałe 
kompanję policji stanowej; również w pobliskiem Crureiro stacjonuje 
dość silny oddział wojskowy, tak, że obecnie trudno byłoby jakiemuś 
łapserdakowi  pokusić  się  o  zdobycie  miasteczka,  co  już  raz  przed 
trzema laty miało miejsce. 

Dowódca  oddziału  wojska  stanowego  w  Hervalu,  primeiro 

tenente Lopes Vieira trzyma swą żelazną łapą okoliczny lud leśny w 
ustawicznym lęku. 

Akurat na kilka dni przed mojem przybyciem do tej miejscowości 

zdarzyło się, że ów srogi mąż, schwyciwszy jakiegoś bandytę i chcąc 
go  ukarać  tak,  aby  odstraszyło  to  innych  od  podobnych  wystąpień, 
odciął nieszczęśliwemu kaboklowi, jednem uderzeniem ostrego fako-
na ** — ucho. 

Później  ogarnęły  widocznie  energicznego  porucznika  jakieś 

wątpliwości  co  do  wartości  swego  czynu,  bo  gdy  znaleźliśmy  się 
razem  przy  jednym  stole  w  restauracji  pani  Butwiło-wiczowej,  u 
której  stołowali  się  prawie  wszyscy  oficerowie,  głośno  wypowiadał 
różne  szumne  zdania  treści  nader  liberalnej  i  zapewniał 
„mimochodem”,  że  wszyscy  spokojni  ludzie  mogą  się  czuć  zupełnie 
bezpiecznymi tak daleko, jak sięga jego ręka. Wprawdzie obecny przy 
tej  rozmowie  jeden  z  mierników-Polaków  zauważył,  że  ręka  ta  nie 
sięga  ani  kroku  dalej  poza  obręb  obecności  żołnierzy,  to  jednak 
tenente *** dowodził, ani tego słuchając, że sertony **** są spokojne 
i bezpieczne niczem ulice we Florianopolis *****. 

Wogóle  porucznik  był  typem  ciekawym.  Energicznie,  na  swój 

sposób  przeprowadzał  „porządek”  we  wszystkich  dziedzinach  życia. 
Wydawał  więc  przeróżne  horrendalne  „editale”  ******,  kończone 
zwykle frazesem „powyższe tyczy się zarówno białych i czarnych, jak 
czerwonych  i  kolorowych,  albowiem  wobec  prawa  wszyscy  są 
równi”.  

I  tak  przy  pomocy  bata,  rewolweru,  pięści  i  „rozporządzeń” 

rządził  niepodzielnie  w  stronach  oddalonych  od  swej  władzy  o  pół 
tysiąca kilometrów, porucznik Lopes Vieira. 

W każdym razie potrafił zaprowadzić temi metodami jaki taki ład 

background image

i porządek wśród leśnego chaosu. 

Dzisiaj    stosunki    w  samem  miasteczku,  i  przynajmniej  w 

najbliższej okolicy, przypomi- 
 

        *  Szmat  kraju  około  50  tys.  km²  na  pograniczu  stanów: 

Parany,  Sta  Cathariny  i  Rio  Gran  de  do  Sul,  pokryty  puszczami, 
bardzo słabo zaludniony. 

        ** Szeroki nóż do cięcia ścieżki w dżungli. 
      *** Porucznik. 
    **** Puszcza. 
  ***** Stolica stanu Santa Catharina. 
****** Rozporządzenie. 

nają jako tako cywilizowane strony. 

Codziennie  niemal  „dziewicza  Brazylja”  odsuwa  się  coraz  dalej 

od  Hervalu  i  zapewne  niewiele  lat  upłynie,  gdy  pozostaną  po  niej 
tylko opowiadania, legendy i baśnie. 
 
 
 
 

III 

 

Cruzeiro, czyli Catanduvas. 

 
 

Po  kilkudniowym  pobycie  w  Hervalu  udaliśmy  się  w  dalszą 

drogę. Kolej odbiegła w inne strony i jedyną naszą lokomocją miały 
być  od  tej  chwili  tylko  konie  i  muły.  Pierwszym  etapem  było  już 
całkiem  malutkie  miasteczko  Cruzeiro,  dawniej  noszące  nazwę 
Catanduvas  czyli  haszcze,  lecz  manja  zmian  nazwy,  grasująca  wśród 
Brazyljan,  nie  oszczędziła  nawet  tej,  zabitej  od  świata  deskami, 
miejscowości. 

Cruzeiro  leży  o  trzydzieści  kilometrów  od  Hervalu. 

Wyjechaliśmy już o drugiej popołu-dniu. Okolica nie przedstawia nic 
specjalnego godnego uwagi, co zaś do samej drogi  — jest to typowa 
droga  kołowa  w  Brazylji,  a  więc  niezwykle  błotnista  w  zimie  a 
zasypana kurzem  w  lecie,  prowadzić  ma do  Xanxere  i  nawet  dalej  w 
lasy.  W  każdym  razie  kiedyś  połączy  się  z  drogami,  wiodącemi  do 

background image

stanu Rio Grande do Sul przez Urugwaj. Jest to jednak odległa przy-
szłość. Narazie po miejscach, gdzie ma przechodzić, spacerują dzikie 
świnie i odprawiają swoje śpiewy rude wyjce. 

Miasteczko  założył  pan  Roguski  w  1914  roku.  Wpierw  w  tem 

miejscu  były  zaledwie  dwie  czy  trzy  chaty  kabokli,  obecnie  jest  już 
kilkanaście domów, zarząd municypalny, rada municypalna, notarjusz 
i  kilka  sklepów.  Najbogatszym  i  najznaczniejszym  obywatelem  jest 
nasz  rodak  pan  Mieczysław  Radzimiński,  właściciel  dużej  wendy  i 
najładniejszego domu. Oprócz niego jest tu jeszcze pan Roszkowski, 
właściciel wendy, pan Ziółkowski, właściciel hotelu i restauracji, pan 
Pawelski, właściciel zakładu siodlarskiego, oraz posiadacz biura mie-
rniczego  pan  Bronisław  Żelazowski.  Oprócz  wymienionych  jest 
jeszcze pewna ilość rodaków, oraz zawsze przebywa paru mierników 
chwilowo, na pomiarach. 

Tuż obok miasteczka leży tak zwana Fazendinha, posiadłość pani 

Marji  Roguskiej,  wdowy  po  zabitym  w  jednem  z  powstań  kabokli 
fazenderze.  Przed  kilku  miesiącami  pani  Ro-guska  sprowadziła 
nauczycielkę  z  Kurytyby  i  obecnie  wszystkie  dzieci  polskie  z 
Fazendinhi  i  Cruzeiro  uczą  się  w  rodzinnym  języku.  Świadczy  to  o 
patrjotyźmie  tych  ludzi,  zarzuconych  w  puszcze  dalekie  i  odciętych 
zupełnie od życia reszty rodaków i ich większych skupień. 

Wprost  ogarnia  rozrzewnienie,  gdy  wejść  do  tego  polskiego 

dworu.  Mieszkają  tam  ludzie,  z  których  nikt  Polski  nie  pamięta,  a 
większość jest już nawet tam urodzona. Nic jednak pomimo tego nie 
zdradza,  że  leży  on  tak  daleko  od  Ojczyzny,  —  polskie  obrazy, 
polskie  motywy  zdobnicze,  ze  ściany  spoglądają  portrety  wielkich 
polskich mężów. Zaiste, twarda jest nasza rasa i wytrwała, nie zmoże 
jej nic.  

Wszystkie rodziny przechowują ze czcią wspomnienia o odległej 

Polsce i marzą o powrocie. Tem niemniej jednak, jak na szlachetnych 
ludzi  przystało,  są  dobrymi  obywatelami  Brazylji,  kochającymi  ją 
polskiem sercem i polską mową ją chwalący. Rodacy nasi zażywają w 
tych stronach poważania i uznania, na jakie zasłużyli pracą wytrwałą i 
swojem  stanowi-skiem  wobec  wszystkich  spraw  miejscowych;  są 
wybierani na przeróżne urzędy samorządo-we. 

Zewnętrznie  Cruzeiro  przedstawia  się  jako  typowe  leśne 

miasteczko,  otoczone  dokoła  lasem  pinjorowym,  wyglądające  jak 
wielka  polana  z  porozrzucanemi  na  niej  domkami  dre-wnianymi. 

background image

Przecinają  ją  we  wszystkich  kierunkach  powytyczane  ulice,  przy 
których jednak przeważnie niema ani śladu zabudowań. 

Przed  dwoma  laty  Cruzeiro  było  świadkiem  krwawych  zapasów 

między  t.  zw.  „fanaty-kami”,  czyli  zbuntowanymi  kaboklami,  a 
przedstawicielami  władzy  stanowej.  Polacy  w  tych  walkach  brali 
czynny  udział,  broniąc  miasteczka przed  napadami  leśnych  ludzi.  W 
marcu 1921 roku przyszło do  rozprawy  w samem Cruzeiro, na które 
napadli powstańcy. Potyczka zakończyła się krwawo: z naszej strony 
zginął  ś.  p.  Roguski,  ze  strony  fanatyków  padło  9-ciu  ludzi.  Mimo 
kolosalnej  przewagi  nieprzyjaciela  nasi  dzielni  rodacy  odpędzili 
napastników,  tak  przetrzepawszy  im  skórę,  że  nigdy  potem  już  nie 
odważyli się ataku ponowić. Cała walka przeprowadzona była niemal 
wyłącznie  przez  naszych  ziomków,  gdyż  kilku  żołnierzy  stano-wych 
nie stanowiło siły decydującej. 

Obecnie w Cruzeiro stacjonuje 40-tu żołnierzy pod dowództwem 

podporucznika Gero-nima Pereira, zupełnie czarnego Murzyna. Oficer 
ten  swojem  iście  afrykańskiem  postępowa-niem,  naraził  się  całej 
ludności miasteczka, a w kilka tygodni po moim wyjeździe doszło tam 
nawet do zbrojnego zatargu między  nim a p. Radzimińskim, Sprawa 
przedstawiała się tak: porucznik Pereira od dłuższego czasu brał różne 
towary na kredyt u naszego rodaka, nie chcąc uiszczać należności. Po 
pewnym czasie pan R. kredytu mu odmówił. Rozłoszczony tem oficer 
przysłał  swojego  sierżanta,  aby  zapowiedział  mu,  że  gdy  wstrzyma 
kredyt,  to  go  „popamięta”.  Krewki  Polak,  niewiele  myśląc,  schwycił 
arogancko  zachowującego  się  podoficera  za  kark  i  grzmotnął  nim  o 
parkan okalający podwórko. 

Chcąc  się  zemścić,  Pereira  przyszedł  w  towarzystwie  kilku 

żołnierzy  w  celu  zaareszto-wania  „krnąbrnego”  obywatela.  Tutaj 
spotkała  go  jednak  niespodzianka.  Pan  Radzimiński  zamknął  się  w 
domu,  zapowiedziawszy  przedtem,  że  nie  radzi  nikomu  próbować 
dostać  się  do  wnętrza.  Nieobdarzony  zbytkiem  odwagi,  czarny 
dowódca  nie  ośmielił  się  zaatakować  po-lskiego  domu,  tembardziej, 
że w międzyczasie zaczęli się zbierać inni Polacy, a ich  uzbrojone w 
karabiny  i  rewolwery  postacie,  nie  wróżyły  dla  niego  niczego 
dobrego. 

W  tych  stronach  nigdy  bardzo  spokojnie  nie  jest.  Również  i  w 

czasie mego pobytu operowała banda ludzi, zebrana w niewiadomym 
celu,  lecz  napewno  osobiste  sprawy  mająca  na  widoku.  Przed  kilku 

background image

dniami nadeszła wiadomość z Campos Novos, miasteczka położonego 
o  kilkanaście  kilometrów  od  Cruzeiro,  że  jacyś  ludzie  napadli  na 
fazendę  (majątek  ziemski),  leżącą  tuż  przy  miasteczku.  Zaznaczyć 
jednak  należy,  że  leśni  ludzie  mają  swoją  moralność,  która  nie 
pozwala  im  nic  ukraść,  natomiast  uważają  za  pewnego  rodzaju 
bohaterstwo „coś zdobyć”. 

W takich to pierwotnych warunkach żyją nasi rodacy w Cruzeiro 

czyli  Catanduvas,  walcząc  z  pierwotną  przyrodą  i  pierwotnymi 
ludźmi.  Walka  ta  jednak,  jak  każda  walka,  hartu-je  ich,  stwarzając 
niepowszednie wartości duchowe. 
 
 
 
 

IV 

 

Wśród stepów Irany. 

 
 

Po  kilkodniowym  pobycie  w  gościnnym  domu  państwa 

Radzimińskich, zaczęliśmy wybierać się w dalszą drogę. Pożegnałem 
serdeczne  rodziny  polskie  i  popołudniu  23  lipca  wyruszyliśmy  na 
dziarskich mulicach wraz z panem Malczewskim wgłąb tajemniczego 
Contestado. 

Mieliśmy przed sobą podróż długą i żmudną, około 300 km. przez 

puszcze  i  stepy.  Na  całej  tej  drodze  leży  zaledwie  kilka  osiedli 
ludzkich, z tych miasteczko Xanxeré największe. 

Pierwszy  nocleg  wypadł  o  30  km.  za  Cruzeiro  na  krańcach 

rozkolonizowanych  terenów  fazendy  Irany.  Fazenda  owa  swojego 
czasu  była  mierzona  i  kolonizowana  przez  pana  Rogu-skiego,  do 
spółki  ze  znanym  w  Kurytybie  właścicielem  ziem  Beltronem.  Dziś 
większość terenów już sprzedano, przeważnie Włochom ze stanu Rio 
Grande  do  Sul  i  obecnie  w  różnych  punktach  fazendy  są  koloniści, 
którzy  zajmują  się  przeważnie  hodowlą  nierogacizny.  Do  je-dnego  z 
takich  mieszkańców,  nazwiskiem  Riccieri,  zajechaliśmy  na  noc. 
Mądry  Włoch  posta-wił  sobie  dom  u  stóp  potężnej  góry,  zwanej  od 
ściekającego  z  niej  strumienia,  Pingador.  Ścieżka  przez  tę  górę  jest 
nadzwyczaj  stroma,  a  w  zimie  mimo  niejednokrotnie  długotrwającej 

background image

pogody,  zawsze  błotnista.  Każdy  podróżnik,  wyjeżdżający  ze  stacji 
Herval,  a  nawet  z  Cruze-iro,  musi  rad  czy  nie  rad  zatrzymać  się  u 
Riccieriego  na  noc,  ponieważ  szybko  zapadający  w  Brazylji  zmrok, 
gdy  zastanie  w  czasie  wdrapywania  się  na  Pingador,  porządnie  daje 
się we znaki. 

Rankiem następnego dnia wyruszyliśmy w dalszą drogę. Pingador 

nietyle  jest  wysoki,  ile  należy  do  gór  przedziwnie  stromych  i 
absolutnie nie nadający się wyminąć. Ponieważ lipiec w tych stronach 
jest samym środkiem zimy, więc też ścieżka zdawała się wprost nie do 
przebycia.  Błoto  jak  się  utworzyło  może  jeszcze  ze  dwa  miesiące 
temu,  na  jesieni,  tak  nie  wyschło  dotychczas  ani  odrobiny.  Muły 
stękały, stawały co kilkadziesiąt kroków, lecz wkońcu wdrapały się na 
szczyt. 

Po paru godzinach jazdy coraz częściej zaczęliśmy mijać rozległe 

kampiny  (stepowe  polany),  które  zwolna  przemieniły  się  w  otwarty, 
nieco  pofalowany  step.  Jak  okiem  sięgnąć,  wszędzie  otwarte 
przestrzenie z porozrzucanemi kępami pinjorów lub palm. Stepy Irany 
mają  charakter  parkowy,  na  których  drzew  nie  brakuje.  Wszystkie 
wgłębienia  są  wypełnione  mały-mi  laskami  pinjorowymi,  po  całym 
zaś  stepie  jest  rozrzucona  niezliczona  ilość  niewielkich  palm 
wachlarzowatych.  W  lesie  spotyka  się  tam  olbrzymie  stada  bydła  i 
koni,  w  zimie  mądre  stworzenia  chronią  się  do  sąsiednich  lasów,  w 
których jest znacznie cieplej, aniżeli na odkrytym dla wiatrów stepie. 

Palmowe  gaiki  i  liczne  strumienie  nadają  tym  stronom  dziwnie 

wesoły  charakter.  Nad  brzegiem  dość  dużej  rzeki,  również  noszącej 
nazwę  Irany,  tuż  przy  ścieżce,  leży  olbrzymia  fazenda  pana  Simao 
Ruasa.  

Fazendy 

brazylijskie, 

bardzo 

nielicznymi 

wyjątkami, 

aczkolwiek  niejednokrotnie  na-leżą  do  ludzi  bogatych,  nie  mają 
najmniejszego  podobieństwa  do  polskich  dworów.  Zabudo-wania 
bardzo  marne,  raczej  budy,  niż  ludzkie  mieszkania,  przytem  prawie 
nigdzie  nie  widać  ogrodu,  ani  nawet  najmniejszego  ogródka,  lub 
jakiegokolwiek  upiększenia.  Rzekę  Iranę  prze-jechaliśmy  wbród  po 
kamienistem  dnie.  Stepy  ciągną  się  przez  kilkadziesiąt  kilometrów, 
nie  zmieniając  zupełnie  charakteru.  Dobrze  pod  wieczór  znowu 
wjechaliśmy  na  kampiny  —  co-raz  mniejsze,  mniejsze,  wkońcu 
ponownie znaleźliśmy się w tajemniczo szumiącej puszczy. 

Ścieżka  nasza  przecinała  lasy  dziewicze,  pokrywające  setki 

background image

kilometrów kraju. Ciągną się one aż do potężnej rzeki Parany, aby tam 
połączyć  się  z  takiemi  samemi  puszczami  pół-dzikiej  republiki 
Paragwaj.  Jechaliśmy  jakby  mrocznym  korytarzem,  czy  tunelem, 
wyciętym w wiecznie zielonej takuarze * i kresjumie, wciąż z góry na 
górę,  bo  w  tamtych  stronach  równych  terenów  zupełnie  niema.  Od 
czasu  do  czasu  spotykaliśmy  przy  drodze  budę  kabokla,  lub 
prymitywny młyn herwowy czyli t. zw. barbaqua. 

Lipiec  jest  czasem  zbioru  herwy.  Dlatego  też  mijaliśmy  często 

olbrzymie karawany tego, bodaj  jedynego narazie, bogactwa kraju. Z 
rozmaitych zakątków puszczy  wieziono w jukach na mułach wielkie 
jej  ilości;  wszystkie  tropy  (karawany),  bez  wyjątku,  zmierzały  do 
Cruzeiro i Hervalu. 

W    tym    dniu    mieliśmy    do  zrobienia  około  50  km.  Trochę 

nieopatrznie zadługo zatrzy- 
 

* Rodzaj bambusu. 

maliśmy  się  na  obiedni  popas,  nad  śliczną  stepową  rzeką  i  zmrok 
zapadł 

zupełnie, 

byliśmy 

jeszcze 

daleko 

od 

chaty 

półcywilizowanego  Indjanina, w której postanowiliśmy nocować. Na 
dobitek  szalejąca  przed  paroma  tygodniami  w  całej  południowej 
Ameryce okropna burza, oraz zimowe wylewy, poniszczyły wszystkie 
mostki i popsuły ścieżki do tego stopnia, że w czasie nocnej  podróży 
nie obeszło się bez przygody; oto omal nie potopiliśmy się w niewiel-
kim, ale bardzo grząskim  strumieniu. W każdym razie skończyło się 
na gruntownem zmocze-niu i dosłownemu nasiąknięciu błotem. 

Już  około  9-ej  wieczorem  minęliśmy  granicę  municypjum 

Cruzeiro  i  wjechaliśmy  do  państwa  coronela  (pułkownika)  Mai, 
superintendenta  municypjum  Xanxere.  W  parę  chwil  po-tem 
kołataliśmy  zawzięcie,  zresztą  przez  długą  chwilę  bezskutecznie,  do 
zamkniętych  drzwi  chaty  Indjanina.  Po  szczegółowej  indagacji 
ukazała  się  nam  nareszcie  bezwłosa  twarz,  i  poto-mek  walecznego  i 
cywilizowanego narodu Guarany zaprosił nas łamaną brazylijszczyzną 
do wnętrza. 
 
 
 
 

background image

 

W gościnie u Indjanina. 

 
 

W  Brazylji  jest  jeszcze  stosunkowo  dużo  Indjan,  oczywiście  że 

nie  na  wybrzeżach  oceanu  Atlantyckiego,  gdzie  cywilizacja  wyparła 
pierwotnych mieszkańców, a krajowi nadała międzynarodowe piętno, 
lecz  w bezgranicznych puszczach Goyazu,  Amazonas. Matto Grosso, 
oraz  na  zachodzie  Parany  i  Santa  Cathariny.  Tam,  pod  osłoną 
nieprzebytych  borów,  żyją  liczne  szczepy  czerwonoskórych;  wiele  z 
nich nie widziało nawet białego najeźdźcy. 

Licznie osiadli polscy koloniści w Paranie niejednokrotnie stykali 

się  i  stykają  z  Indja-nami.  Kolonje  nasze  na  Lucenie  leżą  tuż  przy 
terenach  dzikich  i  okrutnych  Botokudów,  kolonje  nad  rzeką  Ivahy  są 
w  pewnem  miejscu  przecięte  przez  „terrenos  dos  Indios”  szczepu 
Kajuasów,  zaś  Polacy,  zamieszkali  nad  Rio  Cavernoso,  mają 
sąsiedztwo 

Dorinsów. 

Aczko-lwiek 

Indjanie 

południowo-

amerykańscy  nie  są  tak  wojowniczo  usposobieni,  jak  ich  bracia  ze 
Stanów  Zjednoczonych,  tem  niemniej  jednak  niema  prawie  nigdy 
roku  w  Paranie,  aby  nie  nadchodziły  trwożliwe  wieści  o  ruchach 
czerwonoskórych. 

W roku 1922 szczepy z nad rzeki Marrecas wyrzuciły mierników 

i  urzędników,  prze-prowadzających  kolonizację,  a  przetrzepawszy 
skórę  policji  stanowej,  zabroniły  białym  wstę-pu  na  swoje  „tereny 
łowów”. 

W marcu roku 1923 w mieście Guarapuawie powstał nieopisany 

popłoch z racji powsta-nia Kaingangsów i Kajuasów. Olbrzymia ilość 
samochodów,  zamówiona  z  Kurytyby  (380  klm.  odległości)  i  Ponta-
Grossa  wywoziła  pośpiesznie  rodziny  białych  w  bezpieczniejsze 
miejsca.  Nieliczni  koloniści  i  Brazyljanie,  mieszkający  w  górach 
Sierra do Pitanga, uciekli, całe swe mienie zostawiając na pastwę losu. 
Wielu  z  nich  zginęło,  domostwa  powstańcy  spalili,  bydło  wyrżnęli  i 
zjedli.  Indjanie  brazylijscy  nie  są  zdolni  wszakże  do  jakiejś  szerszej 
akcji,  również  i  tym  razem  zadowolili  się  łatwym  triumfem  i,  nie 
kusząc  się  o  zdobycie  mia-sta,  zawrócili  do  swych  legowisk  w 
niezgłębionych i nieznanych puszczach nad Rio Pequiry. 

W  Paranie  i  Santa  Catharinie  koczuje  wielka  ilość  szczepów,  z 

których najliczniejszymi są: Botokudzi, Kaingangsi, Kajuasi i Dorinsi. 

background image

Rząd federalny opiekuje się nimi, wyznaczając tereny oraz utrzymując 
specjalnych  urzędników,  przeznaczonych  do  ich  cywilizowania.  W 
tym  celu  zostały  założone  dwa  osiedla  nad  rzeką  Tibagy  —  Sao 
Jeronymo  i  Sao  Pedro  de  Alcantara,  gdzie  rząd  osadza  Indjan,  dając 
im narzędzia i ziemie oraz wskazówki, jak ją uprawiać. Oprócz tych 
kolonij, specjalnie stworzonych, jest jeszcze mnóstwo t. zw. „toldos”, 
czyli zwykłych indyjskich wiosek, rozrzuconych po całej Brazylji. W 
toldach  mieszkają  czerwonoskórzy,  którzy  są  już  nieco  oswojeni  z 
widokiem  ludzi  białych.  Pomimo  jednak  tego,  gdy  odwiedzałem 
pewnego  razu  toldo  Kaingangsów  nad  górnym  biegiem  rzeki  Irany, 
wszystkie kobiety, dzieci, a nawet pewna ilość mężczyzn uciekła ,,dla 
wszelkiej  pewności”  do  lasu.  Większość  Indjan  brazylijskich  żyje 
jednak nie w toldach, lecz koczuje na zachodzie w olbrzymich lasach, 
zalegających  dorzecza  rzek:  Iguassu,  Pequiry,  Ivahy  i  Tybagy. 
Dawniej  tubylcy  zajmowali  cały  kraj,  był  nawet  czas,  że  Kurytyba, 
dzisiejsza stolica stanu, jako mała jeszcze  wioska, zamieszkana przez 
białych,  składała  sąsiedniemu  kacykowi  daninę.  Dzisiaj  Indjanie 
uciekają z miejsc zaludnionych, przenosząc się coraz dalej w lasy. Ale 
puszcz  jeszcze  na  Zachodzie  nie  brakuje  —  wiele  lat  upłynie,  nim 
czerwonoskórzy  zostaną  przyparci  do  wielkiej  rzeki  Rio  Parana  i 
zmuszeni  przenieść  się  do  olbrzymiego  i  bezludnego  stanu  Matto 
Grosso,  sześć  razy  większego  od  całej  Polski  wraz  z  Kresami,  lecz 
mającego mniej ludności, niż jedno miasto Lwów. 

Indjan na drodze do Xanxeré spotyka się niewielu, dopiero o dwie 

mile  od  Passo  dos  Indios  znajduje  się  osiedle  pół  cywilizowanych 
Coroadów; także za rzeką Urugwaj, już w stanie Rio Grande do Sul, 
blisko  miejscowości  Nonohay,  mieszka  kilkadziesiąt  rodzin,  nędzny 
wiodących żywot. 

Natomiast  olbrzymie  puszcze  w  widłach  rzek  Chapecosinho  i 

Chapecó  są  gęsto  zalu-dnione  przez  liczne  szczepy  zupełnie  dzikich 
koczowników.  Rząd  federalny  już  roztoczył  nad  nimi  opiekę, 
ustanowił  komisarzy  opiekuńczych,  wyznaczył  rezerwacje,  oraz 
specjalistów 

od 

cywilizowania, 

tak 

zwanych 

popularnie 

„mansadorów” czyli obłaskawiaczy. 

Szczepy te należą do różnych plemion, z których najliczniejszemi 

są  Kaingangsi  i  Kaju-asi,  również  często  zachodzą  w  tamte  strony 
waleczni  Botokudzi.  Na  wyznaczonych  rezerwa-cjach  osiadają  wciąż 
kabokle, lekceważąc rozkazy dalekiego rządu. Na tem tle  wywiązują 

background image

się  częste  spory  i  walki,  które  jednak  zaledwie  słabem  echem 
docierają do stron cywilizowanych, i, o ile dojdą do uszu powołanych, 
to zwykle przekręcone i zmienione do niepoznania. Dzikie  plemiona 
cofają się coraz dalej w puszcze i o losie ich mało kto się dowiaduje. 
Półcywilizo-wane  skarżą  się  czasem  u  komisarzy  federalnych,  lecz 
rzadko  i  zwykle  z  małym  rezultatem.  Na  krótko  przed  moim 
wyjazdem z Kurytyby, przebywała tam właśnie delegacja Indjan z nad 
Chapecosinho, która przybyła skarżyć się na białych, że zabierają im 
ziemię.  O  rezultacie  próśb  tych  kilkunastu  biedaków  nie  wiem  nic, 
lecz  w  każdym  razie  będąc  w  ich  stronach  ojczystych,  słyszałem  od 
wielu kabokli, że Indjanie zbierają się na jakieś narady i odgrażają, że 
wyrżną wszystkich białych. 

Naturalnie  pogróżki  te  do  niczego  doprowadzić  nie  mogą,  bo, 

uzbrojeni  tylko  w  łuki  i  oszczepy,  Indjanie  nie  są  przeciwnikiem 
groźnym. Każda próba powstania zwykle kończy się dla nich smutnie. 

Oprócz Indjan tubylczych mieszka w lasach Contestado sporo tak 

zwanych  Paragwa-jów.  Są  to  Indjanie  ze  szczepu  Guarany, 
stanowiący  większość  zaludnienia  republiki  Para-gwaj,  którzy  z 
powodu  ogólnej  nędzy  tam  panującej,  oraz  bardzo  niskiego  kursu 
pieniędzy, emigrują do pogranicznych municypjów Brazylji, gdzie są 
chętnie przyjmowani do pracy, słyną bowiem jako dobrzy robotnicy, 
nadzwyczaj mało wymagający. 

Indjanin,  u  którego  zatrzymaliśmy  się  na  noc,  nazwiskiem 

Agueira,  należał  właśnie  do  tej  ostatniej  kategorji.  Mimo,  że 
przebywał już w tych stronach bardzo dawno, nie nauczył się jeszcze 
dobrze po brazylijsku i koszlawił ten język okropnie. Do żony i dzieci 
przemawiał śpiewnym, dziwne robiącym wrażenie, językiem guarany. 
W  Paragwaju  język  ten  jest  po-wszechny,  wychodzi  w  nim  nawet 
pewna ilość gazet i książek. 

Agueira  jest  bogatym  człowiekiem,  posiada  przeszło  500 

pomarkowanych świń, a niepoznaczonych napewno dwa razy więcej. 
Cały ten dobytek włóczy się po puszczy, a pan jego troszczy się tylko 
o to, aby co rok wybrać kilkadziesiąt sztuk i pogonić do Herwalu na 
sprzedaż.  Nic  też  dziwnego,  że  większa  część  nierogacizny  jest 
zupełnie  zdziczała  i  nie  poka-zuje  się,  nawet,  aby  polizać  ulubionej 
soli, której dostarczanie dla stada jest jedynym  zabie-giem tutejszego 
hodowcy.  Świnie,  chodzące  luzem  po  lesie,  zupełnie  zdziczałe, 
nazywają  „bagua”.  Poznaje  się  je  po  tem,  że  nie  mają  wyciętego  na 

background image

uszach żadnego znaku; na „bagua” urządzają polowanie i traktują jako 
zwierzynę.  Po  lasach  Contestado  włóczy  się  takich  zdzi-czałych 
świńskich stad nieprzeliczone mnóstwo. 

W  chacie  Indjanina,  jak  w  każdej  innej  kaboklerskiej,  na  środku 

płonęło  wielkie  ogni-sko.  Z  rozkoszą  zrzuciliśmy  mokre  ubranie  i 
suszyliśmy  się  przy  dobroczynnym  ogniu.  Gospodarz  uciął  wielki 
kawał  mięsa  z  wiszącego  na  ścianie  połcia,  nadział  na  patyk  i  za 
chwilę  po  brudnej  chacie  rozniosła  się  smakowita  woń  pieczonego 
prosiaka. 
 
 
 
 

VI 

 

Przygoda z małpami. 

 
 

I  znowu  od  rana  kłusowaliśmy  całemi  godzinami  po  ścieżkach 

tropowych. Widoki, na pozór tak jednostajne i podobne, przy bacznej 
obserwacji wykazywały nieprzebraną skarbnicę piękna i rozmaitości. 

Ludzi  spotykaliśmy  coraz  rzadziej,  nieraz  mijaliśmy  dziesiątki 

kilometrów, a nie można było dostrzec nawet obskurnej budy leśnej. 
Czasem  tylko  przejeżdżał  jakiś  kaboklo,  z  jedną  ostrogą  na  bosej 
nodze,  lub  bogaty  fazender.  Pierwszy,  zwykle  obdarty  i  brudny, 
strzępami  ubrania  przykryty,  drugi  wielkiem  „poncho”,  „paji”  lub 
„kapie”,  z  jednym  lub  kilkoma kapan-gami.  Malowniczo  spływające 
szaty  nadawały  im  jakiegoś  średniowiecznego,  a  zarazem 
egzotycznego uroku.  

Mijając, pozdrawiali nas grzecznie: 
— Bom dia, senhores! 
—  Bom  dia  —  odpowiadaliśmy  i  zatrzymywaliśmy  się  zwykle 

parę minut, aby pogawę-dzić nieco i zapytać — „jak tam droga”. 

Ciemne  twarze  pachołków  i  ich  panów,  wielkie  rewolwery  za 

pasem,  a  często  o  siodła  oparte  karabinki  nasuwały  mi  przed  oczy 
czasy  odległe  i  mgłą  zapomnienia  pokryte.  Tutaj  zupełnie  żywe, 
zgodne z dziewiczą puszczą i dziewiczym krajem. 

Ścieżka,  po  której  jechaliśmy,  jest  rzadko  uczęszczana,  gdy 

background image

jednak zapuścić się kilka kilometrów w którąkolwiek stronę, wszelkie 
odgłosy ludzkie giną i ma się uczucie pobytu na wyspie bezludnej. 

Przy  drodze  można  czasem  napotkać  chatę,  tropę  z  rerwą,  lub 

kabokla, zmierzającego do  miasteczka, lecz już o kilkaset metrów  w 
bok,  po  ślepych  ścieżkach  myśliwców  błądzą  tylko  liczne  tatety  *, 
oceloty  **,  kopią  jamy  pancerniki,  lub  podkradają  się  do  mrowiska 
mrówkojady  z  długiemi  lepkiemi  językami.  Rzadko,  albo  nigdy  nie 
rozlega  się  tam  mowa  lu-dzka,  zaledwie  niekiedy  poniesie  echo  huk 
strzału, znak, że chciwy mięsa i skór śmiały kabo-klo zapuścił się w te 
ostępy za uchodzącą pumą lub tapirem. Również rzadko zachodzi tam 
pierwotny  mieszkaniec  tej  ziemi,  Indjanin.  Przemyka  się  zręcznie, 
łamiąc przed sobą gałązki i ljany jemu tylko znanym sposobem.  

W lasach Contestado żyją dwa gatunki małp: wyjce rude (mycetes 

urisinus) i kapucynki  
 

  * Rodzaj dzika. 
** Felix mitis. 

(hapatides).  Pierwsze,  znane  pod  nazwą  „bużiu”,  drugie  „miko”. 
Wyjce  są  dużo  większe,  futro  posiadają  krwawo  czerwone,  bardzo 
puszyste;  miko,  czyli  kapucynki,  sięgają  zaledwie  wielkości  kota 
domowego.  Mają  one  futerko  czarne,  po  wyprawieniu  bardzo  ładne, 
obecnie  nadzwyczaj  poszukiwane  na  rynkach  europejskich,  gdyż 
elegantki wszystkich stolic lubią się w nie stroić. 

Oba  gatunki  żyją  gromadami  i  nie  należy  wcale  do  rzadkości 

spotkanie stada, złożonego z kilkudziesięciu, a nieraz i kilkuset sztuk. 
Mieszkańcy lasów rzadko polują na nie, ponieważ umierające płaczą i 
jęczą niemal jak ludzkie istoty; żal im więc zabawnych, podobnych do 
człowieka, zwierzątek. I chociaż można często spotkać małpie  skórki 
w  chatkach  kabokli,  to  tylko  ze  względu  na  wielką  złośliwość  tych 
czwororękich,  lecz  nigdy  z  powodu  specjalnej  na  nie  zawziętości 
człowieka. 

Kukurydza,  posadzona  trochę  dalej  od  domu,  a  niejednokrotnie 

tuż  przy  chacie,  jest  wciąż  narażona  na  napady  całych  stad  mików. 
Małpy niedość, że zjadają jej mnóstwo, ale zabierają ogromne ilości z 
sobą,  wiążąc  pałki  dowcipnie  i  zawieszając  całe  ich  sznury  na  szyi. 
Spłoszone,  podnoszą  wielki  krzyk  i,  nawołując  się  wzajemnie  oraz 
ostrzegając, uciekają szybko szczytami drzew w las. Pierwsi osadnicy 
w puszczy cierpią zwykle dużo z powodu ich żarłoczności i złośliwej 

background image

chęci psucia wszystkiego. 

Nadzwyczajnie zabawny jest widok wędrujących wyjców. Stado, 

liczące  setki  zwierząt,  podróżuje  po  drzewach  na  wysokości 
kilkunastu metrów nad ziemią. Byłem świadkiem takiej wędrówki w 
czasie jazdy między Bahią i Xanxeré. 

Zatrzymaliśmy  się  na  noc  w  lesie,  ponieważ  o  żadnym 

mieszkańcu jeszcze w tych stronach niema ani słychu. Rozłożyliśmy 
się  nad  niewielkiem  lageado,  czyli  nad  strumieniem,  płynącym  po 
kamienistem dnie, które tworzy rodzaj bardzo równej podłogi. 

Rano zbudził nas jakiś straszny krzyk — coś niby ryczenie syreny 

fabrycznej,  lecz  z  tonami  tak  przeraźliwymi,  że  zerwałem  się  na 
równe  nogi,  a  z  rozespania  nie  mogąc  zorjento-wać  się  co  to  jest, 
schwyciłem za rewolwer. Pan Malczewski uspokoił mnie jednak, że to 
tylko  wyjec  odbywa  swój  poranny  śpiew.  Wycie  zdawało  się 
dochodzić zbliska; udałem się w jego kierunku, aby ujrzeć zwierzę w 
chwili  wydawania  tych  niezwykłych  głosów.  Zaledwie  uszedłem 
kilkadziesiąt  metrów  brzegiem  strumienia,  gdy  wycie  ucichło, 
natomiast w górze wśród konarów potężnych drzew rozległ się trzask 
i  jakiś  ruch.  Nademną  ukazał  się  cały  sznur  wyjców.  Rzucały  się  z 
gałęzi na gałąź, biegły po ljanach ze zręcznością wprost zadzi-wiającą 
— udawały się widocznie gromadnie w inne strony. Znając zwyczaje 
małp,  starałem  się  ukryć,  lecz  dostrzegły  mnie  natychmiast  i 
podniosły przeraźliwy pisk. 

Podróży  nie  przerwały,  lecz  ani  jedna  nie  minęła  mnie,  aby  nie 

splunąć  w  moją  stronę,  rzucić  kijem  lub  chociaż  wykrzywić  się 
przeraźliwie.  Tylko  stare  samice,  niosące  małe  na  ple-cach, 
przebiegały  szybko,  lękliwie  spoglądając  na  mnie.  Z  początku 
zacząłem  ciekawie  obser-wować  to  zjawisko,  lecz  dostawszy 
porządnie paru kijami, a nareszcie wielką szyszką pin-jorową w samą 
głowę, że aż rozprysła się i sypnęła orzeszkami, prędko zabrałem się 
do  od-wrotu.  Kilka  starych  brodatych  samców,  z  wielkiemi 
czuprynami,  pogoniło  za  mną  z  krzy-kiem,  rzucając  wszystkiem,  co 
naprędce  znalazły  pod  ręką.  Nie  chciałem  strzelać,  żal  mi  było  tych 
stworzeń,  lecz  w  końcu,  gdy  małpy  nie  przestawały  mnie 
prześladować  —  strzeliłem  do  wielkiego  brodacza.  Ten  zawisnął  na 
ogonie, wreszcie zwalił się na ziemię. Reszta z piskiem rozbiegła się 
po  lesie.  Cały  porządek  marszu  odrazu  znikł,  zwierzęta  jak 
nieprzytomne biegać zaczęły w różne strony. 

background image

Bardzo łatwo podówczas mogłem zebrać komplet skórek na futro 

dla  jakiejś  warsza-wskiej  lub  paryskiej  elegantki  i  uszczęśliwić  ją 
tanim kosztem, lecz nie chciałem strzelać i udałem się ku obozowi, z 
którego  wybiegł  mi  na  pomoc  pan  Malczewski,  zaniepokojony 
hałasem w lesie i strzałem. 
 
 
 

VII 

 

Xanxeré, miasto umierające. 

 
 

Sto  siedemdziesiąt  kilometrów  na  zachód  od  Hervalu  leży 

miasteczko  Xanxeré,  Po  indyjsku,  w  języku  guarany,  znaczy  to 
„Polana  Grzechotników”  —  i  w  istocie  leży  ono  na  wielkiej  gołej 
kampinie, czyli polanie, ze wszystkich stron  otoczonej zbitą gęstwiną 
kolcza-stych, karłowatych krzewów. 

Na  tej  rozległej  goliźnie  wznosi  się  kilkanaście  fantastycznie 

rozrzuconych drewnia-nych domów. 

Przy  wjeździe  można  oglądać  okopy  z  czasów  rewolucji  z  roku 

1893.  Zdradzają  one,  że  były  wykonane  pod  kierownictwem 
świadomego  swego  fachu  oficera,  tem  niemniej  nie  wy-trzymują 
krytyki w tegoczesnem pojęciu budowania linji. 

Początki  Xanxeré  sięgają  roku  1882  i  nie  są  pozbawione 

romantycznej  przyprawy.  W  owych  czasach,  nie  tak  odległych  dla 
każdego  innego  kraju,  lecz  dla  Brazylji  stanowiących  okres  równy 
setkom  lat  gdzieindziej,  panował  dotychczas  wspominany  z  żalem 
Don Pedro II, O cesarzu tym krąży po lasach mnóstwo historyj i baśni, 
przychylnych  dlań  i nieprzychyl-nych,  lecz  zawsze  rozgrzeszających 
władcę, za którego czasów nie było kolonizacji, nikt nikogo nie pytał 
—  czyja  to  ziemia,  ani  nigdy  i  nigdzie  nie  widziało  się  przeklętego 
cudzo-ziemca. 

W  okolicach  Xanxeré  opowiadają,  że  czterdzieści  lat  temu  żył 

sobie  w  Rio  de  Janeiro  młody  oficer  imieniem  José  Bernardino 
Borman.  Nieszczęściem  jego  była  młoda  i  piękna  żona.  Początkowo 
kochali się oboje, jak para gołąbków  — on nie mógł wytrzymać bez 
niej nawet paru godzin, a ona znowu bez niego. Trwałoby to kto wie 

background image

jak długo, gdyby nie cesarz. Na wdzięki niewieście, gdy naprawdę są 
wdzięczne  —  myśliwych  nie  brak.  Zdarza  się  często,  że  myśliwiec 
wraca z polowania z próżną torbą, lecz tym razem cesarzowi się to nie 
zdarzyło. Przeciwnie, zdołał pozyskać względy pięknej porucznikowej 
w  zupełności.  Sytuacja  biednego  Bormana,  gdy  spostrzegł  pewnego 
dnia,  że  wyrosły  mu  rogi,  była  dość  trudna.  Akurat  jakoś  dziwnym 
trafem  w  tym  czasie  otrzymał  propozycję  od  swoich  władz 
zorganizowania  kolonji  wojskowej  na  granicy  Argentyny,  a  więc  w 
bagatelnej odległości paru tysięcy kilometrów od stolicy. Zdecydował 
się  zrozpaczony  oficer  jechać  w  te  dalekie  strony,  bo  nic  innego 
czynić mu nie pozostało, tembardziej, że żona awansowała tymczasem 
na damę dworu i nie zdradza-ła najmniejszego żalu za swoją pierwszą 
miłością. 

Legenda  nie  powiada,  czy  Bormanowi  przyszła  decyzja 

opuszczenia  stolicy  i  żony  z  trudem,  czy  bez  trudu,  lecz  w  każdym 
razie  jest  faktem,  że  wkrótce  po  przybyciu  w  lasy  wziął  sobie  w 
chwilowe władanie jakąś piękność, o której powszechnie mówiono, że 
była „bem morena” (dobrze ciemnolica). 

Najlepiej  na  tym  stołecznym  skandalu  wyszły  okolice 

dzisiejszego Xanxeré. Borman założył tam miasteczko, Borman kazał 
wycinać  ścieżki  w  niedostępnych  lasach,  jednem  sło-wem,  Borman 
zorganizował całe tamtejsze życie. W czasie swego kilkunastoletniego 
pobytu  stał  się  pierwszorzędnym  pionierem  w  dzikich  i  pustych 
lasach. Umarł jako generał, przed kilku laty we Fiorianopolis, stolicy 
stanu Santa Catharina. 

O losach jego pięknej żony nic tam niewiadomo. 
Początkowo  Xanxeré  rokowało  wielkie  nadzieje  na  przyszłość. 

Osadzeni, wysłużeni żołnierze w dużej mierze przyczynili się do jego 
rozwoju.  Życie  kulturalne  kwitło  tam,  jak  nigdzie,  na  mnogie  setki 
kilometrów wokoło. 

Był  czynny  teatr,  odbywały  się  koncerty  niezłej  orkiestry. 

Miasteczko  to  miało  chara-kter  zupełnie  nie  leśny  i  nieświadomy 
podróżnik,  po  przebyciu  olbrzymich,  bezludnych  puszcz,  zdumiewał 
się, znajdując w takiej dziczy względnie kulturalne osiedle ludzkie. 

Dzisiaj z dawnej świetności nie pozostało prawie nic. W budynku 

teatralnym  mieszczą  się  tylko  myszy  i  świerszcze.  W  pawilonie, 
wzniesionym  dla  orkiestry,  swobodnie  latają  nietoperze  i  wampiry,  a 
gdy  komu  potrzeba  desek,  to  ze  spokojem  rozbiera  szczątki  tych 

background image

przybytków sztuki. 

Ludność, dawniej dość znaczna, wyniosła się gdzieś dalej. Liczne 

rozwalone,  spró-chniałe  chaty  świadczą  o  minionej  wielkości.  Całe 
życie  przeniosło  się  w  okolice  Hervalu,  kędy  przeszła  kolej,  oraz 
bliżej  ludnego  stanu  Rio  Grande  do  Sul,  do  miasteczka  Passo  do 
Borman  i  Caxambú.  Codzień  niemal  maleje  Xanxeré,  a  chwila 
przeniesienia siedziby zarządu municypjum do Passa Borman, o czem 
mówi się coraz częściej, będzie ostatecznym dlań wyrokiem. 

Xanxeré  jest  jedną  z  tych  nielicznych  miejscowości  w 

południowej  Brazylji,  gdzie  niema  ani  jednego  Polaka,  a  nawet 
wogóle cudzoziemca. 
 
 
 
 

VIII 

 

Spotkanie z Kajuasem. 

 
 

W  Xanxeré  mój  dotychczasowy  towarzysz,  pan  Malczewski, 

pozostał,  a  ja  udałem  się  na  północ  zwiedzić  puszcze,  leżące  około 
Klewelandji  w  Paranie  i  ewentualnie  udać  się  do  Argentyny,  drogą 
wiodącą działem wód rzeki Iguassú i Urugwaju. 

Po kilku dniach powolnego posuwania się naprzód znalazłem się 

w  rezerwacjach  indyj-skich,  wyznaczonych  przez  rząd  federalny  w 
widłach  rzek  Chapecó  Grande  i  jej  dopływu  Chapecosinho.  W 
poprzek tych ziem przechodzi ścieżka tropowa, wiodąca z Xanxeré do 
wspomnianej Klewelandji; oprócz tego jedynego śladu ludzi białych, 
jakim jest zarośnięta, czasem zaledwie dostrzegalna, dróżka, na całej 
przestrzeni  rozpościera  się  olbrzymie  „matto  brutto”,  —  surowy, 
dziewiczy  las.  Białym  osiedlać  się  tam  nie  wolno,  wzbrania  tego 
odpo-wiednia uchwała parlamentu w Rio de Janeiro, lecz rząd daleko, 
a jego rozporządzenia w selwasach mają bardzo iluzoryczną wartość. 
Natomiast wartość bezsprzeczną posiada dobry rewolwer lub karabin, 
również kamienny grot strzały indyjskiej, umaczany w śmiertelnej tru-
ciźnie, wzbudza należny szacunek i poważanie. Lepiej niż wszystkie 
filoindyjskie  rozporzą-dzenia  i  uchwały,  broni  tych  stron  groza 

background image

okrucieństwa koczowniczych mieszkańców lasów. 

Przebywszy  w  bród  rzekę  Chapecosinho,  znalazłem  się  na 

„terenos  dos  Indios”  *.  Mieszkańcy  ich,  zwani  przez  kabokli 
„coroados” zwą siebie jedni Kaingangsami, inni Kajua-sami. Pomimo 
świadomości, że w tym momencie Indjanie nie są na stopie wojennej, 
lecz polują spokojnie w lasach, to jednak gdy graniczna rzeka była już 
poza mną, zrobiło mi się trochę nieswojo. 

Jechałem  z  metysem,  nazwiskiem  Zeka  Cardoso,  którego 

zgodziłem w Xanxeré na swego „kapangę” czyli zbrojnego służącego. 
Na  ciemnej  twarzy  tego  pachołka  malowała  się  odwaga  i  dzikość, 
pomieszana z okrucieństwem. Nosił przy sobie stale wielki  rewolwer 
syste-mu „Shmit”, nie rozstając się z nim nigdy, nawet w czasie snu; 
do boku przypinał szeroki fakon-nóż zarówno dobry do cięcia ścieżki 
w  lesie,  jak  i  poderżnięcia  gardła.  Za  całe  ubranie  służyły  mu  tylko 
spodnie i koszula, a w razie deszczu przykrywał się dużym kawałem 
sukna,  z  dziurą  pośrodku,    zwanym  „paja”.  Z  nóg  nigdy  nie 
zdejmował olbrzymich,  z miękką chole- 
 

* Tereny Indjan, rezerwacje. 

wą  butów,  zaopatrzonych  w  ogromne  ostrogi.  Twarz  ocieniały  mu 
niesłychanie wielkie kresy miękkiego, filcowego kapelusza. 

Przed  wieczorem  zaczęliśmy  oglądać  się  za  jakiemś  dogodnem 

miejscem na nocleg i skoro tylko  słońce pochyliło się ku zachodowi, 
zatrzymaliśmy  się  przy  niewielkim  strumie-niu;  rozsiodłane  muły 
uwiązaliśmy na sogach * i puścili na paszę. 

Zeka nazbierał chrustu, naściągał suszu i za chwilę płonął wesoły 

ogień.  Mimo  gorąca  siedzieliśmy  blisko  ogniska,  aby  chociaż 
częściowo  uchronić  się  od  dokuczliwych  komarów,  moskitów  i 
innych  nieprzeliczonych  a  kąśliwych  owadów,  które  wszystkie 
jednakowo  niena-widzą  dymu  i  starają  się  być  od  niego  możliwie 
najdalej.  

Noc  podzwrotnikowa  zapadła  szybko,  niemal  bez  zmierzchu. 

Zaledwie ciemność oga-rnęła las, tysiączne głosy rozbrzmiały wokół, 
tworząc jakiś harmonijny szum, czasem tylko zmącony przeraźliwym 
krzykiem głupiego ptaka, zwanego quero-quero, wyciem małego sza-
kala, lub potężnym rykiem „Pana Tych Stron” — jaguara. Zwabiony 
dziwnym  a  niezwykłym  dlań  widokiem  ognia,  ciekawy  lis  graszai 
krążył wokół obozowiska, starając się odgadnąć co to za stworzenia i 

background image

w  jakim  celu  odwiedziły  puszczę.  Przemykał  się  cichutko,  niekiedy 
tylko  potrącając  suchy  patyk,  lub  łamiąc  cienką  takuarę.  Trzask 
przerażał  go,  przylegał  zalękniony  nieruchomo  do  ziemi,  aby  znowu 
po chwili rozpocząć podglądanie. 

Zwykle  całą  noc  snują  się  wokoło  ludzi  ciekawe  i  łagodne 

stworzenia leśne; nieraz wśród ciszy, ośmielone nieruchomą postawą, 
obwąchują śpiących delikatnie, a gdy człowiek poruszy się przez sen, 
uciekają w popłochu na wszystkie strony. Zabobonny kaboklo żegna 
się wtedy i szepce zaklęcia. 

Parę  razy  w  nocy  wstawałem  budzony  szmerami  i  trzaskaniem 

gałązek,  za  każdym  razem  poprawiałem  ogień  i  kładłem  się  znowu. 
Nad ranem rozbudził nas przeraźliwy krzyk rudego wyjca. 

Ubrałem  się,  i  podczas  gdy  Zeka  szykował  śniadanie,  wziąłem 

karabinek i poszedłem wzdłuż strumienia, spodziewając się napotkać 
jakąś  zwierzynę.  Zapasy  nasze  miały  się  ku  końcowi  i  było 
niezbędnem  upolować  tateta,  sarnę  lub  w  najgorszym  razie  chociaż 
szopa, lub pancernika. 

Las  naprawdę  był  „surowy”,  jak  mówią  Brazyljanie.  Splątany 

gąszcz  bez  cięcia  ścieżki  fakonem,  nie  pozwalał  posunąć  się  ani  na 
krok. Prędko też zdecydowałem się wejść w stru-mień i, brnąc wodą, 
posuwałem się coraz dalej, bez obawy, że zabłądzę. Parę razy zatrze-
szczało  coś  w  trzcinnikach,  lecz  gąszcz  przeszkadzał  dojrzeć  co  to 
mógł być za zwierz. 

Już  myślałem,  że  trzeba  będzie  z  próżnemi  rękami  do  obozu 

wracać, gdy naraz poprzez tajemnicze szmery puszczy dobiegło moich 
uszu monotonne piszczenie dzikiego indyka żakutingi. Skradałem się 
bezszelestnie  do  drzewa,  na  którem  siedziało  to  potężne  ptaszysko, 
ostrożności  jednak  niezbyt  były  potrzebne,  bo  indyk,  z  natury  mało 
lękliwy,  a  w  tych  stronach  rzadko  płoszony,  zupełnie  nie  okazywał 
strachu.  Padł  strzał  i  żakutinga,  bijąc  rozpaczliwie  wielkiemi 
skrzydłami  o  konary  drzewa,  spadł  w  nadbrzeżny  gąszcz.  Zacząłem 
szybko prze-dzierać się przez kresjumowe  zarośla po swoją zdobycz, 
z  trudem  udało  mi  się  go  odszukać  w  kolących  krzakach  njapindy. 
Przywiązałem  ptaka  do  pasa  i  już  zamierzałem  ponownie  wejść  w 
wodę,  aby  wracać,  gdy  nagle  doszedł  mnie  jakiś  głos  niezwykły. 
Zawahałem  się  czy  udać  się  szybko  do  obozu,  czy  też  zobaczyć  co 
tam  za  głuchą  ścianą  trzcin  się  dzieje.  Wtem  zupeł-nie  wyraźnie 
doszedł  mnie  jakby  jęk  ludzki.  Momentalnie  przypomniały  mi  się 

background image

wszystkie  opowiadania  o  jaguarach,  przez  półdzikich  kabokli  przy 
ogniach snute, że drapieżnik ten niejednokrotnie udaje ludzkie głosy, 
aby zwabić niedoświadczonego myśliwca i napoić się jego krwią. 

Ścisnąłem mocno w ręku winczester ** z zamiarem nieulęknięcia 

się nawet jaguara. Schyliłem  się  i  zacząłem  pełzać, gdyż  inaczej  
nie  można  posuwać  się w zbitej gęstwinie  
 

  * Postronek z włosia końskiego. 
** Model karabinka. 

brazylijskiej dżungli, w stronę skąd dochodziły niesamowite głosy. Po 
kilku  minutach  zupeł-nie  wyraźnie  usłyszałem  jęki  ludzkie.  Zrobiło 
mi się niewyraźnie, nie wierzyłem, aby jaguar mógł  wydawać ludzki 
głos, ale natomiast nie było wyłączone, że w ten sam sposób próbował 
zwabić  mnie  w  zasadzkę  Indjanin  „bravo”.  Obecność  białego  była 
zupełnie  wyłączona  w  tych  stronach,  gdzie  zaledwie  raz  na  szereg 
tygodni  przejeżdżał  jakiś  kaboklo  lub  karawana  z  hervą.  Byłoby 
znacznie rozsądniej cofnąć się póki czas i razem z Zeką stawić czoło 
niebez-pieczeństwu,  o  ile  ono  istniało,  jednak  wstyd  mi  było  przed 
samym sobą cofać się wpół drogi. W czasie tych refleksyj wszystkie 
moje zmysły pracowały usilnie, żaden szmer podejrzany nie uszedłby 
baczności  —  żaden  trzask  nadeptanej  suchej  takuary,  lub  szum 
szarpniętej nieopatrznie, długiej nici kresjumy. 

Wzrokiem  starałem  się  przebić  gęstwinę  i  napewno 

spostrzegłbym bezszelestne przesu-nięcie się rapozy * czy furona **. 
Nic jednak podejrzanego oprócz jęku nie mogłem zauwa-żyć. Otucha 
wstąpiła  we  mnie  i  pomyślałem,  że  niemożliwe,  aby  mogło  mi  coś 
grozić. 

Zbliżyłem  się  już  zupełnie  blisko,  uniosłem  głowę  i  zacząłem 

odsuwać  szerokie  liście  kanny.  Z  początku  ujrzałem  tylko  wielki, 
potężny  pień  wypróchniałego  anżyka  ***;  z  niego  to  wychodziły 
głosy, które zwabiły mnie w to miejsce. 

Nastawiłem karabin i krzyknąłem głośno po portugalsku: 
— Wyłaź z tej dziury! 
Odpowiedział mi tylko nowy jęk. 
— Ki licho  — pomyślałem i zajrzałem do wnętrza. Chociaż nie 

należę  do  ludzi  lękli-wych,  jednak  tym  razem  szybkiemi  skokami 
cofnąłem się na przyzwoitą odległość od podej-rzanego drzewa. 

W wypróchniałym pniu leżał Indjanin. 

background image

W puszczy ostrożność nie zawadzi, tembardziej skoro się wie, że 

jest  zaludniona  niezbyt  przyjaźnie  dla  białych  usposobionemi 
plemionami  Indjan.  Wychodząc  z  tego  mądrego  założenia,  zacząłem 
zataczać  kręgi  wokół  maleńkiej  polanki,  na  której  stał  wielki 
spróchniały anżyk. 

Gdyby to była zasadzka, musiałbym napotkać towarzyszów owej 

żywej  przynęty  —  myślałem,  penetrując  zarośla.  Pomimo  jednak 
skrupulatnych poszukiwań, nic podejrzanego nie zauważyłem, tylko w 
jednem  miejscu  dostrzegłem  połamane  gałązki  i  ljany,  znak,  że 
przechodził tędy Indjanin. Nabrawszy pewności, że mam do czynienia 
tylko  z  jednym  przeci-wnikiem,  już  zupełnie  śmiało  podszedłem 
znowu  do  pnia  i  zajrzałem  doń  poraz  drugi.  Tym razem  dostrzegłem 
tam  to,  czego  nie  zauważyłem  pierwszym  razem,  Indjanin  leżał  w 
kałuży  własnej,  krzepnącej  już,  krwi,  obok  upolowanej  wielkiej 
„porco do matto” ****. 

Dziki  dawał  zaledwie  słabe  oznaki  życia,  snać  trawiła  go 

gorączka i pragnienie. 

Przyczynę rany nietrudno było odgadnąć, gonił widocznie „porco 

do matto”, który swo-im zwyczajem skrył się w dziuplę drzewa, gdzie 
Indjanin dopadł go i chciał zakłuć. Zrozpa-czone zwierzę próbowało 
wymknąć się ostatkiem sił z nory, w której przeczuwało nieuchron-ną 
śmierć.  Zbyt  pewny  siebie  czerwonoskóry  nieostrożnie  zagrodził 
wyjście  i  wtedy  groźny  kieł  rozdarł  mu  nogę,  tworząc  szeroką, 
krwawiącą ranę 

Leżał  już  tu  ze  dwa  lub  trzy  dni  i umarłby  z  pewnością  dawno, 

gdyby  nie  mięso  dzikiej  świni,  która  uszła  zaledwie  kilka  kroków  i 
padła opodal swego zwycięscy.  Indjanin, dopóki nie dostał gorączki, 
karmił się tem surowem ścierwem i chronił przed  śmiercią głodową. 
Teraz  jednak,  już  od  szeregu  godzin,  stracił  przytomność  i 
bezwątpienia najdalej pojutrze, korwy ***** szarpałyby jego biedne, 
wychudzone, czerwone ciało. 
 

        * Canis Vulpes. 
      ** Tchórz. 
    *** Piptadenia colubrina. 
  **** Dzika świnia. 
***** Rodzaj sępa. 
O  przeniesieniu  dzikiego  na  ścieżkę  nie  mogłem  ani  marzyć. 

background image

Indjanin,  mimo  swej  chudości,  ważył  w  każdym  razie  kilkadziesiąt 
kilo i aby przetransportować taki ciężar przez splątany las, trzeba było 
conajmniej dwóch silnych mężczyzn. Zafrasowałem się niemało, lecz, 
nie  tracąc  czasu,  udarłem  kawał  swej  koszuli,  owinąłem  ranę 
nieszczęśliwemu i pośpie-sznie zawróciłem ku obozowi. 

Zeka  już  wybierał  się  mnie  szukać,  zaniepokoiła  go  moja  długa 

nieobecność.  Opowie-działem  mu  o  przygodzie  i  przynaglałem, 
abyśmy natychmiast udali się po rannego. 

Mój  kapanga  nie  śpieszył  się  wcale.  Wyszukał  gdzieś  w  siodle 

schowaną  maść,  narwał  znanych  sobie  liści  gojących,  naostrzył 
zwolna  fakon  i  wtedy  dopiero  zdecydował  się  iść,  przygadując 
nieustannie: 

— Jak taki dziki nie zdechł odrazu, to mu nic nie będzie, a zresztą 

jeśli  on  jest  „bravo”*,  to  lepiej  byłoby,  żebyśmy  zostawili  go  tutaj 
korwom na „almoço” **. 

Zeka,  chociaż  był  synem  czerwonej  „bugry”  ***,  jednak  Indjan 

nienawidził  nie  gorzej  niż  jego  najbielsi  brazylijscy  rodacy.  Siebie 
uważał za coś bezporównania lepszego i o czerwonoskórych wyrażał 
się w sposób najbardziej pogardliwy. 

I tym razem, gdy wypadło mu opatrywać ranę dzikiego, spluwał i 

klął  w  sposób  tak  wyszukany,  że  aż  dziwiłem  się  skąd  temu 
człowiekowi podobne kombinacje przekleństw przychodzą do głowy. 

Czy to pod wpływem bólu, w czasie bezceremonjalnie robionego 

opatrunku,  czy,  że  doznał  chwilowej  ulgi  przy  obmywaniu  twarzy, 
dość, że dziki wkrótce ocknął się i otworzył oczy. 

Nigdy  jeszcze  w  życiu  nie  widziałem  takiego  rozpaczliwego 

strachu  w  oczach  ludzkich,  chociaż  niejednokrotnie  w  czasie  wojny 
patrzałem na sceny okropne, mrożące krew w żyłach. 

Z gardła Indjanina zaczęły wydzierać się jakieś chrapliwe jęki. 
— Nos somos teus amigos, jesteśmy twoi przyjaciele — rzekłem 

po brazylijsku, przy-puszczając, że dziki może chociaż cokolwiek zna 
ten  język.  Nie  wiedziałem  czy  zrozumiał,  czy  dźwięk  głosu  go 
uspokoił, bo zamknął znowu oczy, a na twarzy odbił mu się spokój. 

Zacząłem  z  Zeką  naradzać  się,  co  teraz  należy  uczynić.  Wieść 

rannego  aż  do  Klewe-landji,  czyli  do  najbliższej  miejscowości, 
zamieszkanej  przez  białych,  a  położonej  o  jakieś  sto  kilometrów  — 
było nie do pomyślenia. Ani nie mieliśmy zapasowego konia, ani też 
Indjanin nie utrzymałby się na siodle, a zresztą skazywać go w takim 

background image

stanie  na  długą,  uciążliwą  podróż  równałoby  się  skazaniu 
nieszczęśliwego na śmierć. 

Pozostało  nam  do  wyboru:  albo  zostawić  mu  trochę  jedzenia, 

polecić opatrzności Boskiej, a samym puścić się w dalszą drogę, albo 
też  pozostać  z  nim  na  miejscu i  czekać  aż  wyzdrowieje.  Ta  ostatnia 
alternatywa zmusiłaby nas do popasania ze dwa do trzech tygodni, bo 
wcześniej nie możnaby ze spokojnem sumieniem dzikiego opuścić. 

I  chociaż  Zeka  spluwał  i  przeklinał,  musiał  się  zgodzić,  że  nie 

pozostaje  nam  nic  inne-go,  jak  tylko  wybrać  miejsce  nad  rzeczką, 
rozbić namiot i kurować biedaka. 

Nie  zwłócząc  też  i  nie  tracąc  czasu,  wycięliśmy  na  brzegu 

strumienia spory kawałek podszycia leśnego, postawiliśmy płócienny 
domek i przenieśliśmy doń czerwonego. 

Dzień  za  dniem  płynął  jednostajnie.  Codziennie  przed  świtem 

brałem  winczester  i  wy-chodziłem,  aby  upolować  coś  do  jedzenia. 
Okolica  snać  nie  była  nawiedzana  ani  przez  bia-łych,  ani  przez 
czerwonych  myśliwców,  zwierzyny  nie  brakowało.  Z  każdej 
wycieczki przy-nosiłem do obozu małe kambosiki i duże sarny pardo, 
paki  ****,  szopy,  a  czasem  tatety  lub dzikie  świnie. Raz napotkałem 
tropy jaguara, szedłem za nim długo, lecz zapewne syty drapieżnik nie 
szukał  zwady  z  człowiekiem  i  zaszył  się  gdzieś  w  niedostępne 
mateczniki. 
 

      * Indio bravo — dziki Indjanin. 
    ** Obiad. 
  *** Pogardliwa nazwa nadawana Indianom przez Brazylian. 
**** Caelonus paca. 
Indjanin z dnia na dzień wyglądał coraz lepiej, zaczynał chodzić i 

zwolna  pozbywał  się  panicznego  strachu,  jakim  nabawiała  go  moja 
biała twarz i gburowatość Zeki. 

Był to młodzieniec, liczący napewno nie więcej niż dwadzieścia 

parę  lat;  oblicze,  mimo  nieco  wystających  kości  policzkowych,  nie 
pozbawione  było  szlachetnych  rysów.  Zgrabna  i  silna  budowa  ciała 
dopełniała wspaniałej postaci syna puszczy. 

Okazało  się,  że  rozumie  kilkadziesiąt  słów  brazylijskich,  a  mój 

Zeka  znowu  znał  nieco  narzecze  miejscowych  szczepów; 
porozumiewanie  odbywało  się  zapomocą  tej  mieszaniny  ję-zyków  i 
gestów  jak  zwykle  tam,  gdzie  biali  stykają  się  z  pierwotnymi 

background image

mieszkańcami Amery-ki. 

—  Jestem  Szansz-Ssu,  syn  starego  Ljona  —  przedstawił  mi  się 

Indjanin,  gdy  odzyskał  przytomność  —  należę  do  potężnego  narodu 
Kajuasów,  który  wy,  biali,  nazywacie  Koroados;  toldo  nasze  leży  o 
wiele słońc stąd nad Wielką Wodą.  

Szansz-Ssu najwidoczniej nie był pewny naszych pokojowych  w 

stosunku do niego zamierzeń i napewno przypuszczał, że leczymy go 
nie  w  innym  celu,  lecz  by  wymyślić  mu  jakąś  przykrzejszą  śmierć, 
aniżeli  zwyczajne  zastrzelenie  czy  zarżnięcie.  Z  zachowania  się, 
nacechowanego godnością i pewnością siebie, można było wnosić, że 
w  swojem  plemieniu  piastuje  jakiś  wysoki  urząd  lub  też  jest  synem, 
lub  bliskim  krewnym  wodza.  Wiedziałem  jednak,  że  Indjanie  nadają 
młodym ludziom wysokie godności w plemieniu bardzo rzadko, więc 
ostatnie  przypuszczenie  było  prawdopodobniejsze,  co  zresztą  potem 
miałem sposobność stwierdzić. 

Po  dwu  tygodniach  Indjanin  był  niemal  zdrów;  ułożyliśmy  już 

nawet z Zeką plan dalszej drogi do Parany, gdy pewnego dnia zaszły 
wypadki, które zmieniły mozolnie ułożoną marszrutę tak gruntownie, 
że  zamiast  do  Klewelandji  i  Palmas,  losy  rzuciły  mnie  o  jakieś 
kilkaset  kilometrów  w  przeciwną  stronę,  w  nieprzebyte,  nietknięte 
nogą białego człowieka przepaściste sertony zachodniego Contestado. 
 
 
 
 

XI 

 

Przez „surowe” lasy. 

 
 

Był to jeden z tych letnich dni w podzwrotnikowej puszczy, gdy 

słońce  wysyła  mnó-stwo  rozpalonych  promieni  i  tak  niemi  nuży,  że 
nawet  wiatr  zdaje  się  być  zmęczony  i  nie  odświeża  powietrza 
najmniejszym  powiewem.  Las  stoi  milczący,  mieszkańcy 
czworonożni  i  skrzydlaci  drzemią  nieruchomo,  zaszyci  w  cieniste 
gęstwiny.  Żaden  szelest  nie  dobywa  się  z  wnętrza  uśpionej puszczy, 
tylko  moskity  i  natrętne  pszczółki  miriń  brzęczą  delikatnie,  sennie 
unosząc się w wibrującem, niemal widzialnem, powietrzu. 

background image

Człowiek  narówni  z  innymi  mieszkańcami  selwasów  spoczywa 

nieruchomo, inaczej za każdym ruchem zlewa go kroplisty pot. W taki 
czas  odważy  się  ruszyć  ze  swego  legowiska  tylko  wytrzymały 
Indjanin, lub nie znający zmęczenia tygrys — pan tych stron. 

Siadłem  na  zwalonym  pniu  pinjora,  wyrwanym  z  korzeniami 

przez  jakieś  potężne  tormento  i  marzyłem  wpół  we  śnie,  wpół  na 
jawie.  Raz  zdawało  mi  się,  że  jestem  jeszcze  na  wojnie  w  dalekiej 
Polsce  i  że  lada  chwila  usłyszę  wraże  okrzyki  czerwonych 
najeźdźców,  to  znowu  to  słowo  „czerwoni”  kojarzyło  się  z  innymi 
również „czerwonymi” ludźmi, a więc miałem wrażenie, że jestem w 
małem  leśnem  miasteczku  parańskiem,  strwożonem  wieściami  o 
przygotowaniach  do  napadu  Indjan.  Wszystko  to  mieszało  się  z 
dawnemi  dziecinnemi  wspomnieniami  o  walecznych  plemionach 
Północnej  Ameryki,  o  sławnym  Buffalo  Billu.  Czasem  przytomnie 
myślałem  z  zadowoleniem,  że  oto  jestem  w  puszczach  dziewiczych, 
że  marzenia  awanturniczej,  młodzieńczej  głowy,  dzisiaj  w  czyn 
wprowadziłem.  Rad  byłem  z  siebie,  bo  naprawdę  zwiedzałem  kraje, 
zamieszkane przez dzikie szczepy Indjan, jaguary i tapiry. 

Zeka spał na rozpostartej peledze * i chrapał potężnie. Nad głową 

jego unosiła się cała chmura moskitów, od czasu do czasu opędzał się 
przez sen natrętnym stworzeniom, lecz spał dalej. 

Szansz-Ssu  był  zupełnie  zdrów  i  chodził,  nawet  kulejąc.  Rana 

okazała  się  niegroźną,  a  twarda  natura  leśna  przezwyciężyła  słabość 
nadzwyczaj  prędko.  Właściwie,  mogliśmy  już  conajmniej  od  dwóch 
dni pozostawić go własnemu losowi i jechać dalej, lecz nigdzie mi się 
nie spieszyło, więc też cierpliwie czekałem aż wielkie upały przeminą, 
a południowe  wiatry  napędzą trochę świeżego powietrza. Nic jednak 
narazie  nie  zwiastowało,  aby  miały  spaść  odświeżające  deszcze  lub 
wiać  chłodne  wiatry  z  Rio  Grande  do  Sul,  Dzień  za  dniem  mijał,  a 
słońce jednakowo paliło, nie pozwalając poruszyć się bez wylewania 
strumieni  potu.  Jeden  tylko  Indjanin  nic  sobie  z  upałów  nie  robił, 
całemi  dniami  kręcił  się  po  lesie,  wyszukując  trzciny  na  strzały  i 
znosząc  korzonki,  potrzebne  do  zatruwania  grotów.  Również  tego 
dnia  wyszedł  zaraz  po  wschodzie  słońca  i  dotychczas  nie  wrócił. 
Chociaż  miało  się  już  pod  wieczór,  nie  niepokoiłem  się  wcale,  bo 
Indjanin w puszczy jest zawsze u siebie, i tak, jak mieszkaniec miasta 
na każdej ulicy czuje się dobrze i nie lęka się zbłądzenia, tak Indjanin 
w  lesie  ma  tysiące  sobie  tylko  znanych  znaków,  które  jeszcze 

background image

wyraźniej niż napisy mówią mu o drogach i przejściach. 

Z  półsnu,  w  jakim  byłem  pogrążony,  zbudziły  mnie  głosy, 

dochodzące z lasu. Za chwilę zatrzeszczały krzaki i z gąszczu takuary 
wysunął  się  najpierw  Szansz-Ssu,  a  potem  jeszcze  dwie  postacie 
Indjan,  Nowoprzybyli  zdawali  się  mieć  zupełnie  pokojowe  zamiary. 
Łuki założyli na plecy i zbliżali się, dając przyjazne znaki. Obecność 
Szansza wyłączała zupełnie złe zamiary. I rzeczywiście nie pomyliłem 
się  w  przypuszczeniach,  bowiem  jeden  z  przyby-łych  Indjan  już 
zdaleka zaczął wykrzykiwać, wskazując na siebie: 

— Amigos, amigos **. 
Domyśliłem  się,  że  w  ten  sposób  chce  wyrazić  swoje 

przyjacielskie w stosunku do nas zamiary, wyciągnąłem więc do nich 
rękę  i  kolejno  zacząłem  klepać  po  łopatce,  co  miało  oznaczać,  że 
uważam ich również za swych przyjaciół. 

Zeka  tymczasem  rozbudził  się,  a  widząc  kilku  Indjan,  zrobił 

niezbyt  pewną  minę,  gdy  jednak  dostrzegł  przyjacielskie 
poklepywanie,  uspokoił  się  momentalnie  i  nie  omieszkał  mnie 
naśladować.  

Posługując się trochę brazylijszczyzną, dowiedziałem się, że dwaj 

nowoprzybyli  wyru-szyli  ze  swego  tolda  na  poszukiwanie  długo  nie 
wracającego  Szansza.  Idąc  jego  śladami,  do-tarli  do  miejsca,  gdzie 
stoczył walkę z dziką świnią. Już od wczoraj kręcili się około naszego 
obozu, niewidziani przez nas, bali się jednak podejść, przypuszczając, 
że  ich  ziomka  więzimy.  Dopiero  dzisiaj,  gdy  już  szykowali  się  do 
zbrojnego  odbicia  przyjaciela,  no  i  zamordowania  przy  tej 
sposobności mnie i mego kapangę, spotkali Szansza w lesie, gdy ciął 
trzcinę na strza-ły. Teraz wiedzą już, że biali są ich „amigos” i wobec 
tego są gotowi nam we wszystkiem pomóc, tak, jak my pomogliśmy 
czerwonemu. 

Bardzo  rad  byłem  z  tych  arkadyjskich  stosunków  z  Indjanami, 

wyniosłem  bowiem  jeszcze  z  lektury  młodości  wielkie  dla  nich 
sympatje. 

Napewno  cała  przygoda  skończyłaby  się  na  tem,  że  Indjanie 

poszliby w jedną stronę, ja w drugą i koniec, gdyby nie wdzięczność 
Szansza,  który  w  kwiecistej  mowie  swych  ojców,  przeplatanej 
słowami  brazylijskiemi  i  międzynarodowemi  gestami,  dał  mi  do 
zrozumienia, że czułby się niezmiernie szczęśliwy,  widząc mnie jako 
gościa w swojem plemieniu. 

background image

 

  * Skóra barania, którą w podróży przymocowuje się na siodle. 
** Przyjaciele, przyjaciele. 
Prosta  rzecz,  że  nie  mogłem  się  oprzeć  tak  ponętnej  propozycji, 

jak  odwiedzenie  szała-sów  koczowniczego,  wrogo  dla  białych 
usposobionego plemienia i skwapliwie zgodziłem się jechać. 

Zeka,  gdy  usłyszał,  że  porzucam  zamiar  udania  się  do  Parany, 

lecz  chcę  zapuścić  się  w  surowe  lasy  za  rzeką  Chapeco,  najpierw 
zdumiał  się  niepomiernie,  potem  splunął  daleko  a  wymownie  i 
wybuchnął  całą  fontanną  wymysłów  na  wszelkiego  rodzaju  Indjan  i 
ich  pomylo-nych  przyjaciół.  O  tem,  aby  jechać  ze  mną,  ani  chciał 
słuchać. Początkowo starałem się namówić go, tłómacząc, że przecież 
sam  dobrze  wie,  jak  Indjanie  odznaczają  się  prawdo-mównością  i 
wdzięcznością, a więc niebezpieczeństwo z ich strony grozić nam nie 
będzie.  Zeka  rozgniewał  się  jednak  nie  na  żarty,  nie  chciał  wcale 
rozmawiać i kategorycznie oświad-czył, że czy ze mną, czy bezemnie, 
jedzie  do  Klewelandji,  nie  myśli  bowiem  drażnić  świętego  Józefa, 
swego  patrona,  przyjaźnią  z  poganami,  a  więc  ludźmi  skazanymi  na 
wieczne potępie-nie...  

Trudno  mi  było  odpowiedzieć  na  takie  ciężkie  argumenty  i 

postanowiłem udać się sam. Tymczasem rozgniewany Zeka spakował 
manatki,  osiodłał  muła  i  wyraził  chęć  natychmiasto-wej  jazdy.  Rad 
nie rad musiałem mu pozwolić, zobowiązując go tylko, żeby  mojego 
wierz-chowca oddał komuś pewnemu w Klewelandji pod opiekę. 

Później,  dowiedziałem  się,  że  po  przyjeździe  do  tego  leśnego 

miasteczka,  opowiadał  niestworzone  historje  o  jakichś  duchach 
leśnych,  które  skusiły  mnie  do  wyruszenia  w  taką  niebezpieczną 
podróż,  bez  żadnej  potrzeby  i  bez  najmniejszej  korzyści.  Tamtejszy 
„delegado”  policji,  olbrzymi  Brazyljanin,  a  dawny  mój  znajomy, 
zaintrygowany  temi  niestworzonemi  bajdami,  zapytał  nawet  Zeki 
bezceremonjalnie: 

— Czy ty, psie, nie zamordowałeś czasem tego „estrangeira”? *, a 

nam tu głowę ducha-mi zawracasz. 

Lecz Zeka był znany w sertonie conajmniej na 500 km, wokoło, 

jako człowiek, który wprawdzie już nie jedną ofiarę ma na sumieniu, 
lecz  dotychczas  nie  splamił  się  morderstwem  dla  zysku,  a  że 
przytrafiło mu się w otwartej walce kogoś zabić lub pokaleczyć, to dla 
prymi-tywnych umysłów łudzi leśnych było tylko tytułem do chwały. 

background image

Nikt  też  poważnie  nie  wziął  posądzenia  delegata  i  Zeka  w  dalszym 
ciągu  włóczył  się  po  wendach,  psując  mi  z  trudem  uzyskaną,  dobrą 
reputację wśród kabokli. 

W  tym  czasie,  nie  przeczuwając  nawet  złośliwej  kampanji, 

prowadzonej  przeciwko  mej  osobie  przez  Zekę,  przedzierałem  się 
wraz  z  czerwonymi  wojownikami przez  lasy  dzikiego  zachodu  Santa 
Cathariny. Kierunku dokładnie zmiarkować nie mogłem, ale po słońcu 
orjento-wałem się, że idziemy wciąż na zachód, Mijaliśmy strony tak 
dzikie, poszarpane wąwozami i szczytami gór, zapełnione nielękliwą 
zwierzyną,  że  odnosiłem  wrażenie  jakbym  znajdował  się  nie  w 
dwudziestym wieku w Brazylji, lecz w jakiejś nieznanej krainie i to w 
czasach  przedhistorycznych.  Las  stał  się  już  nietylko  surowy,  ale  i 
„bezwstydny”  co  jest  określeniem  zgoła  najgorszem  i  na  pogardę 
zasługującem. 

W  nocy  sypialiśmy  przy  ogniu,  który  rozpalałem  zapałkami  ku 

wielkiemu podziwowi  Indjan,  spoglądających wtedy na mnie tak, jak 
spogląda  mały  szakal  leśny  na  ogromnego  jaguara,  gdy  ten  jednem 
uderzeniem potężnej łapy zabija „porco do matto”. 

Zwierzyny było dużo, co noc słyszeliśmy jak koło ognia kręciło 

się  różne  „robactwo”.  Raz  lis  graszai  ukradł  mi  małą  torebkę 
skórzaną,  raz  znowu  spłoszona  sarna  wpadła  na  nas  śpiących, 
niemałego narobiwszy alarmu. 

Wkońcu  przestałem  zupełnie  orientować  się  ile  dni  tak  idziemy, 

było mi to zresztą zupełnie obojętne; Indjanie okazywali mi przyjaźń i 
serdeczność, nabrałem do nich zupełnej ufności. 

Na    postojach    nie    pozwalali    mi  się  męczyć  polowaniem, 

zbieraniem chrustu, ani przy- 
 

* Cudzoziemca. 

rządzaniem  pościeli.  Sami  znosili  do  obozu  sarenki  i  tatety,  sami 
ściągali wieczorem susz na ogień i przyrządzali łóżko z miękkich liści 
takuary lub putingi. 

Na  broń  moją  i  na  mnie  patrzyli  z  trwogą,  pomieszaną  z 

szacunkiem,  a  gdy  raz  zmie-rzyłem  z  rewolweru  do  siedzącego  na 
niskiej  gałęzi  kaneli  *  szopa,  zaczęli  mnie  prosić,  abym  nie  strzelał. 
Początkowo  nie  mogłem  zrozumieć  dlaczego,  ale  ponieważ 
podówczas  mięsa  nam  nie  brakowało,  a  szop  ma  je  łykowate  i 
niesmaczne,  schowałem  więc  rewolwer  w  milczeniu do  pochwy.  Ku 

background image

swojemu  jednak  zdziwieniu  zauważyłem,  że  ilekroć  chciałem  użyć 
swego  „Colta”  zawsze  prosili  mnie,  abym  tego  nie  robił.  Grubo 
później dowiedziałem się, że każdy strzał wzbudzał w nich zabobonną 
trwogę. 

Pewnego poranka, conajmniej w pięć dni po wyruszeniu w drogę, 

Indjanie  powiedzieli  mi,  że  już  tego  dnia  będziemy  na  miejscu. 
Popołudniu  coraz  częściej  mijaliśmy  różne  ślady  ludzi,  nad 
wieczorem  byliśmy  tuż  u kresu  wędrówki.  Szansz  i jego  towarzysze 
zaczęli wyda-wać przeciągłe okrzyki, coś niby — yyyyy-yhy. 

Za chwilę podobne głosy  odezwały  się gdzieś  daleko, stłumione 

ich  echo  przy  zapadają-cym  zmroku,  w  ponurej  i  ciemnej  puszczy, 
brzmiało jak piekielny chichot lub nawoływanie się czarownic. 

W godzinę potem tuż koło nas zawrzało coś przeraźliwie „y-hi”, 

Indjanie  odpowiedzieli  podobnie  i  z  cienia  nocy  wysunęło  się  kilka 
nagich,  dzikich  postaci.  Gdy  spostrzegali  moją  białą  twarz,  ruchami 
szybkiemi  jak  myśl  schwycili  za  łuki,  przewieszone  przez  ramię, 
wyda-jąc głuche charknięcie podobnie jak robi to przestraszony tatet. 

Szansz-Ssu wyrzekł coś pośpiesznie w swej mowie i łuki zawisły 

z  powrotem  na  ramio-nach,  a  ich  właściciele  podeszli  do  mnie  i 
zaczęli  mówić  coś,  z  czego  oczywiście  nie  zrozu-miałem  ani  słowa. 
Przyglądałem się im z niezmierną ciekawością, rzecz to bowiem była 
niezwykła  mieć  przed  sobą  mieszkańców  dżungli  w  takim  stanie,  w 
jakim  widzieli  ich  przed  wiekami  odkrywcy  Brazylji,  a  więc 
nieskażonych zupełnie zgubnym dla nich wpływem bia-łych. 

Za  chwilę  coraz  więcej  dzikich  postaci  zaczęło  wynurzać  się  z 

mroków, rozprawiając żywo monotonnym, ale melodyjnym językiem. 
Zacząłem  czuć  się  trochę  nieswojo.  Cie-mność,  obcy  ludzie,  obcy 
język i jakaś wroga atmosfera w tłumie czerwonych zaczęła działać na 
mnie  w  sposób  dość  przykry.  Szansz-Ssu  nie  pozwolił  mi  jednak 
długo  rozmyślać,  pod-szedł  do  mnie  i  jął  radośnie  opowiadać,  że  za 
kilkanaście  minut  będziemy  już  na  miejscu.  I  rzeczywiście,  zanim 
upłynęło pół godziny, las zaczął przeświecać i wyszliśmy na rozległą 
pagórkowatą  kampinę.  Mimo  ciemności  zaobserwowałem,  że 
jesteśmy  w  dużej  wiosce  indyj-skiej,  zbudowanej  z  dartych  desek 
pinjorowych.  Szansz  wprowadził  mnie  do  jednej  z  chat,  wskazał  na 
kupę skór graszainowych, jako na łóżko, i wyszedł, obiecując przyjść 
jutro, skoro tylko wstanie słońce. 

Mimo  całą  niezwykłość  sytuacji,  trzeba  było  jednak położyć  się 

background image

spać. Rozłożyłem się więc wygodnie na skórach, rewolwer włożyłem 
pod głowę i usnąłem. 
 
 
 
 

 

W wiosce Indjan. 

 
 

Na drugi dzień obudziłem się rześki, odświeżony i wesoły. Dobry 

humor psuły mi tylko  
 

* Nectandra. 

myśli  o  tem,  czy  dobrze  zrobiłem,  zapuszczając  się  w  te  niezbadane 
strony  i  czy  wrócę  szczę-śliwie  do  swoich.  Im  dłużej  zastanawiałem 
się nad tem, tem kategoryczniej uświadamiałem sobie, że wlazłem tu 
jak  Piłat  w  credo  —  całkiem  niepotrzebnie  i  zbytecznie.  No,  ale 
ponie-waż  już  byłem,  nic  wszelkie  biadania  nie  mogły  pomóc  i 
ważniejsze było, aby przyszłość uło-żyła się dobrze. 

Szansz  dotrzymał  słowa.  Skoro  tylko  słońce  ukazało  się  na 

odległym  horyzoncie  —  wszedł  do  mojej  chaty  z  uśmiechem  na 
ustach,  przyjaźnie  coś  mówiąc.  Jak  zwykle  z  wielkim  trudem 
wykrztusił  kilkanaście  słów  portugalskich,  z  których  tyle  tylko 
zrozumiałem, że jego krewny jest kacykiem plemienia i że chce mnie 
do niego zaprowadzić. Ubrałem się i posze-dłem za moim czerwonym 
przyjacielem. Teraz dopiero uderzyła mnie oryginalność środowi-ska, 
w  jakiem  się  znalazłem.  Przy  jasnym  słonecznym  dniu,  ledwie 
przysłonięci  skórami  Indjanie  robili  wrażenie  czegoś  teatralnego  i 
nierealnego. Chwilami zdawało mi się, że jestem w kinematografie i 
patrzę na awanturniczy dramat. 

Mijaliśmy  szeregi  małych,  nędznych  chatek,  gdzie  na  progach 

razem z psami bawiły się brudne, wielkobrzuche dzieci. W indyjskiej 
wsi  wrzało życie. Stare, ohydne kobiety krzątały się  wszędzie, jedne 
przyrządzały rodzaj wódki z przeżuwanych najpierw ziarn kukurydzy, 
inne  wyskrobywały  skóry  i  rozpinały  je  na  patykach,  jeszcze  inne 
plotły  z  kresjumy  małe  koszyczki,  które,  oblepione  gliną,  stają  się 

background image

naczyniami  do  gotowania.  Młode  dziewczęta  z  piskiem  uciekały  do 
chat i wyglądały przez liczne dziury w ścianach. Wszędzie mój widok 
budził konsternację i zdziwienie. 

Trochę  za  toldem,  w  niewielkiem  wgłębieniu,  mogącem  być 

kiedyś  wysuszonem  ba-gienkiem,  dostrzegłem  kilka  drewnianych 
domków, otoczonych wysokim, ułożonym z kamie-ni murem. 

Szansz-Ssu skierował kroki prosto na ten mur. W jednem miejscu, 

szeroka,  łupana  deska  pinjorowa  obracała  się,  tworząc  niewielkie 
wejście.  Z  zewnątrz  nie  widać  było  żadnego  człowieka,  po  drugiej 
wartowało dwóch Indjan, dzierżąc w rękach rodzaj ciężkich, kamien-
nych  siekier.  Wewnątrz  ujrzałem  około  sześciu  domów, 
zgrupowanych  w  szereg,  przyczem  jeden  stojący  nieco  na  boku 
odznaczał się zgrabniejszą budową i ozdobnością. Nie wiedząc, że u 
Indjan w południowej Brazylji, religja nie skrystalizowała się  jeszcze 
w jakieś określone formy, że wierzą oni w Tupana i poza tem niewiele 
zajmują  się  sprawami  swej  duszy,  myśla-łem,  że  mam  przed  sobą 
jakąś  ich  świątynię.  Przewidywania  moje  nie  sprawdziły  się  jednak, 
gdyż nie była to świątynia, lecz mieszkanie kacyka. 

Szans-Ssu  wprowadził  mnie  tam  i  kazał  czekać.  Za  chwilę 

wszedł,  ku  mojemu  zdumie-niu,  prawie  biały,  imponującej  postawy, 
starzec.  Cały  zarost  miał  zwyczajem  Indjan  wyskuba-ny,  natomiast 
włosy długie i miękkie spadały mu aż na ramiona. Przybrany w długą, 
białą  szatę,  utkaną  z  włókien  nieznanej  mi  rośliny,  podobny  był  do 
jakiejś postaci biblijnej. 

—  Witaj,  cudzoziemcze—rzekł  łamanym,  portugalsko-

hiszpańskim żargonem, często używanym na pograniczu Argentyny i 
Paragwaju,  —  wszyscy  przyjaciele  Szansza  są  moimi  kochanymi 
synami, witaj! 

Skłoniłem  się  starcowi  i  usiadłem  na  długiej,  kamiennej  ławce 

pod ścianą. 

Za  chwilę  weszła  młoda  dziewczyna  i  podała  szimaron  *. 

Wypiliśmy kilka kuj * i dopiero potem zaczęła się rozmowa. 

— Powiedz mi szefe **, skąd ty, człowiek prawie biały, wziąłeś 

się  między  Indjanami  —  zapytałem  ciekaw  dowiedzieć  się  czy  nie 
łączy coś starca z białymi. 

—  Nie  jestem  żadnym  prawie  —  białym,  lecz  Kajuasem,  takim 

samym,  jak  inni  z  mego  narodu,  ale  Tupan  ***  przeznaczył    moją  
rodzinę  do  wielkich  celów  i  na  znak tego dał jej  

background image

 

    *  Napój  z  herbaty  paragwajskiej. Pije  się  go  z  okrągłej  tykwy 

(zwanej kują) przez rurkę bambusową lub metalową. 

  ** Wódz (port.). 
*** Bóg Indjan. 

bielszą skórę — odparł poważnie szefe. 

—  On  jest  bardzo  zdaleka  —  dodał  Szansz-Ssu,  jakby  na  moje 

usprawiedliwienie, że nie wiem rzeczy tak prostej i naturalnej. 

Odniosłem wrażenie, że starzec wiedział coś więcej, ale nie chciał 

się zdradzić.  

— A skąd ty jesteś, cudzoziemcze? — zkolei zapytał kacyk. 
—  Z  kraju,  gdzie  niema  palm  ani  pinjorów  —  odrzekłem, 

obrazowo przedstawiając Polskę. 

— Hm, czy ty kłamiesz, stary jestem a nigdy nie słyszałem, aby 

taki kraj istniał. W lesie może nie rość palma, ale musi być pinjor, na 
stepie  może  nie  być  pinjoru,  ale  musi  być  palma.  Kraj  bez  palm  i 
pinjorów — no, no — kręcił z niedowierzaniem głową wódz. 

—  Tak,  szefe,  za  wielką  wodą  leżą  takie  kraje  białych,  stamtąd 

przyszedłem. 

— A poco przyjechałeś w nasze lasy? — zapytał niespodzianie i 

wpatrzył się we mnie z nieufnością. 

—  Wcale  nie  miałem  zamiaru  tu  przybywać,  ale  Szansz  prosił, 

aby go odwiedzić, ina-czej minąłbym te strony i dzisiaj przebywałbym 
w Klewelandji wśród swoich białych braci. 

— Tak, to prawda — przytwierdził Szansz. 
—  Tak,  to  prawda  —  powtórzył  starzec,  zamamrotał  coś  w 

indyjskiem narzeczu do mego czerwonego przyjaciela i wyszedł. 

— Jesteś gościem naszego wodza, Koono mówił, że cię pokochał, 

 
 
 
 

XI 

 

Kesnehé, dziewczyna Kaingangska. 

 
 

Przez  szereg  dni  już  gościłem  w  toldzie.  Indjanie  przywykli  do 

background image

mego  widoku,  nawet  dzieci  nie  uciekały,  lecz  stale  otaczały  mnie 
kołem,  przypatrując  się  z  niemym  podziwem  ubraniu,  broni  a 
przedewszystkiem 

czarnej, 

skórzanej 

torebce 

aparatem 

fotograficznym,  która  wydawać  się  im  musiała  czemś  tajemniczem  i 
groźnem.  Każdy  mój  ruch  powtarzały  z  małpią  dokładnością,  nie 
tracąc  ani  na  chwilę  komicznej  powagi  mieszkańców  puszcz.  Starzy 
wojownicy,  spotykając  mnie,  uśmiechali  się  przyjaźnie  i  klepali  po 
łopatkach, dając w ten sposób do zrozumienia, że szanują i poważają 
swego bladego gościa. 

Ponieważ  był  to  czas  dojrzewania  orzechów  pinjorowych,  dzicy 

wyruszali  od  rana  całemi  gromadami  zbierać  je  na  zapas;  za  nimi 
podążały również psy i świnie — toldo zosta-wało niemal puste. 

Wszystkie  czynności  Indjan  obserwowałem  z  zajęciem,  nie 

rozumiejąc wielu z nich. O ile jednak dla mnie niektóre rzeczy były 
niezrozumiałe,  to  dla  nich  wszystko  to,  co  robiłem,  było  jednym 
znakiem  zapytania.  Dziwili  się  dlaczego  myję  się,  płókanie  ust 
wywoływało  u  nich  homeryczny  śmiech,  zaś  fakt,  żem  nie  wyrywał 
sobie,  jak  to  oni  czynili,  wszystkich  wło-sów  z  brody  i  wąsów, 
przyjmowali  tak,  jakby  musieli  wstydzić  się  za  moje  gorszące 
postępo-wanie.  Bodaj  jednak  największem  zdumieniem  przyjmowali 
moje  uporczywe  wypędzanie  darowywanych  „do  użytku”  kobiet.  Ile 
razy  któryś  ze  starszych  dzikusów  przyprowadzał,  ciągnąc  za  sobą, 
niby krowę na jarmark, jakąś miedzianą, opierającą się, piękność, tyle 
razy  na  kark  nazbyt  gościnnego  gospodarza  spadała  moja  niezbyt 
lekka  ręka.  Pomimo  jednak  uporczywego  odrzucania  czerwonych 
niewolnic, poniewoli mi przyprowadzanych — coraz częściej, z coraz 
większą  łapczywością  zacząłem  spoglądać  na  ich  gibkie  kształty  i 
jędrne, nagie piersi... 

Doszło  do  tego,  że  zwróciłem  nawet  uwagę  na  pewną  młodą 

dziewczynę,  lecz,  niestety,  los  pozwolił  mi  być  dla  niej  zaledwie... 
swatem, niczem więcej. 

Nazywała  się  Kesnehé,  co  w  języku  Kaingangsów  oznaczało 

koszyk.  Dlaczego  otrzy-mała  cudzoziemskie  nazwisko  i  dlaczego 
„koszyk”  —  nie  wiedziała.  Prawdopodobnie  została  w  młodości 
zabrana  do  niewoli  z  obozu  swych  rodziców  i  wychowała  się  we 
wrogiem ple-mieniu. 

Była młodą, szesnastoletnią dziewczyną. Ciemne, dość regularne 

rysy,  prześliczne,  wie-lkie,  melancholijne  oczy  i  połyskliwe 

background image

granatowe  włosy  czyniły  jej  postać  wcale  przyjemną.  Ruchliwa  jak 
młody  szop,  była  również  jak  i  to  zwierzątko  nadzwyczaj  wesoła  i 
psotna. Ponieważ nie miała rodziny, popychali ją wszyscy i wszyscy 
się  nią  wysługiwali  —  nie  miał  kto  jej  bronić.  Kesnehé  była 
własnością starego Koono i przebywała w jego chacie, jednak nie jako 
żona,  których  wódz  miał  nominalnie  kilka,  ale  z  których  de  facto 
żadna nią nie była, lecz jako niewolnica. 

Chociaż często pomiatana, Kesnehé dawała sobie świetnie radę i 

nie pozwalała na zbyt-nie dokuczanie. Wiele razy byłem świadkiem, 
jak puściwszy w ruch swój obrotny języczek, jeździła po poważnych 
dzikusach, niczem po łysych koniach. Było to stworzenie niesłychanie 
pracowite i skrzętne; całemi dniami żuła skóry, wyprawiając je w ten 
prymitywny  sposób,  tłukła  kukurydzę  i  przyrządzała  pewien  rodzaj 
wódki,  którą  Indjanie  już  zdawna  umieją  robić  i  zdawna  już 
alkoholizują się nią. 

Coraz  częściej  spoglądałem  na  wdzięczną  postać  Kaingangski  i 

coraz  częściej  przycho-dziło  mi  na  myśl,  jakiem  źródłem  rozkoszy 
będzie dla wybranego ta leśna, piękna i dzika dziewczyna. 

Pewnego dnia, gdy niemal całe toldo  powędrowało  wgłąb lasów 

rwać orzechy pinjoro-we i robić z nich zapasy na zimę — spotkałem 
Kesnehé u strumienia, przy którem znajdowała się indyjska wioska. 

Przywitała  mnie  swojem  indyjskiem  pozdrowieniem  i  dalej 

starannie płókała kawał suszonego, twardego jak podeszwa, mięsa.  

Podszedłem do niej bliżej i starałem się nawiązać rozmowę. Szło 

to  bardzo  ciężko.  Ona  nic  umiała  po  portugalsku,  ja  nie  znałem 
narzecza Kajuasów. 

Pomimo  tej  trudności  z  pomocą  kilkunastu  znanych  słów  udało 

mi  się  dowiedzieć  od  niej,  że  jest  nieszczęśliwa.  Po  długich 
domysłach  dorozumiałem  się,  że  w  tem  nieszczęściu  tkwi  jakiś 
niezwykle  silny  i  niezwykle  sympatyczny  młodzieniec,  który  nie  ma 
czem  za  nią  staremu  Koono  zapłacić,  a  więc  i  nie  może  wziąć  za 
małżonkę.  Wzdychała  przytem  Kesnehé  potężnie  i  przewracała  do 
mnie swoje czarne jak atrament oczęta. Nie mam znowu tak twa-rdego 
serca,  aby  nie  wzruszyły  mnie  te  objawy  pierwotnej  miłości, 
tembardziej,  że  przystraja-ne  w  takie  mniejwięcej  krasomówcze 
przemowy: 

— Kesnehé biedna. Beng nie ma nic. Koono chcieć skóra, jedna 

skóra, dwa  skóra,  dużo  skóra.  Koono  chcieć  siekiera,  jedna siekiera, 

background image

dwa  siekiera,  dużo  siekiera.  Koono  chcieć  wiele,  wiele.  Beng  mieć 
mało. 

Powodowany  tem  „wyżej  wspomnianem”  dobrem  sercem, 

zacząłem  wstawiać się za biedną Kesnehé a wreszcie dałem staremu 
kacykowi kilka dużych szydeł do zaszywania worków, co tak dzikusa 
uradowało,  że  jeszcze  tego  samego  dnia  wyrzucił  skromny  dobytek 
swojej niewolnicy przed próg i kazał jej  natychmiast wynosić się do 
szałasu  kochanka.  Naturalnie,  że  dziewczynie  tego  dwa  razy  nie 
potrzeba było powtarzać: pokrzykując sobie radośnie i podskakując do 
góry,  z  uciechy  pobiegła  jak  strzała  na  drugi  koniec  wsi,  gdzie 
znajdowała się buda Benga. 

I  tak  oto  skończył  się  mój  niezaczęty  jeszcze  romans  z 

dziewczyną kaingangską zwaną „Koszyk”. 

Sprzykrzył mi się wreszcie pobyt w leśnej głuszy i wyruszyłem w 

powrotną  drogę.  Po  kilku  dniach  drogi  przybyłem  do  Klewelandji, 
miasteczka  na  zachodzie  Parany,  tuż  przy  granicy  stanu  Santa 
Catharina. 

Chciałem  odebrać  wierzchowca,  odprowadzonego  tam  przez 

mego dawnego kapangę. 

W  miasteczku  dowiedziałem  się  o  bajkach,  jakie  Zeka  o  mnie 

rozpuszczał, jak również o tem, że stałe używał mego muła na swoje 
potrzeby. Postanowiłem przy pierwszej lepszej sposobności ukarać go 
zato porządnie. Sposobność zdarzyła się prędko. W kilka dni po przy-
byciu do miasteczka siedziałem sobie w wendzie z delegatem policji, 
dawnym  znajomym  —  popijając  wcale  niezłe  wino  parańskie,  gdy 
nagle wszedł Zeka. Zobaczywszy mnie, skonfun-dował się i zdradzał 
całkiem niedwuznaczną chęć opuszczenia karczmy. 

Widząc, że zamierza umknąć, krzyknąłem za nim: 
— O Zeka, fica comnosco, zostań z nami! 
—  Nao  tenho  tempo,  nie  mam  czasu  —  odrzekł  pospiesznie  i 

skierował się ku drzwiom. 

Może  w innym czasie zostawiłbym go w spokoju, ale dzisiaj po 

wypiciu  kilku  szklane-czek  wina  byłem  nieco  podniecony  i 
postanowiłem dać mu porządną nauczkę. 

W  chwili,  gdy  miał  już  przestąpić  próg,  schwyciłem  go  za  połę 

paji i szarpnąłem, aż w garści zostało mi pełno kolorowych frendzli, 
jakiemi  ta  szata  jest  zwykle  obszyta.  Widocznie  jednak  Zeka 
przeczuwał  instynktownie  moje  zamiary,  bo  jeszcze  nie  zdążyłem 

background image

odrzucić precz wydartych frendzli, gdy odwrócił się gwałtownie, a w 
ręku błysnął mu długolufy „Shmit”. Nigdy nie dowiedziałem się czy 
miał  zamiar  strzelić  czy  tylko  mnie  nastraszyć,  bo  zanim  upłynęło 
mgnienie  oka,  gruchnął  strzał  i  rewolwer  Zeki  wyfrunął  z  ręki  jak 
ptaszek,  rozbijając  okno  i  płosząc  stojące  na  dworze  konie  i  muły, 
Wślad  za  rewolwerem  pobiegł  rubaszny  śmiech  mego  przyjaciela, 
delegata.  Brazyljanin,  potrząsając  jeszcze  dymiącym  „Coltem”,  aż 
zanosił od śmiechu z pociesznej miny Zeki. Nie wypadało mi, według 
leśnych reguł, bez-bronnego ciężko poturbować, ale leśne przepisy w 
żadnym wypadku nie wzbraniają wybić paru zębów, lub nadwerężyć 
komuś  szczęki.  Niewiele  też  myśląc,  palnąłem  ogłupiałego  Zekę 
pięścią  w  brzuch,  potem  w  nos  i,  schwyciwszy  za  hajdawery, 
grzmotnąłem nim o słupek i przed wendą, do którego przywiązuje się 
konie wierzchowe. Biedaczysko ani myślał o obro-nie, dopadł swego 
muła  i  pognał  prosto  przed  siebie,  szeroką  ulicą  miasteczka.  Muł, 
naciśnię-ty  szpiczastemi  ostrogami,  sadził  olbrzymiemi  susy,  aż 
chmury  czerwonego  pyłu  wzbiły  się  pod  niebiosa,  przysłaniając, tak 
jeźdźca jak i rumaka. 

Mieszkańcy, zwabieni strzałem i hałasem, powybiegali z bronią w 

ręku, a widząc sromotną ucieczkę Metysa, śmiali się do rozpuku. Zeka 
tymczasem zatrzymał się na końcu ulicy, odwrócił, i groził mi zdaleka 
zaciśniętą pięścią. 

Kabokle zabobonnie spluwali przez lewe ramię, chcąc ustrzec się 

złego spojrzenia. 
 
 
 
 

XII 

 

Przez góry San Gregorio do Passo Dos Indios. 

 
 

Nawłóczywszy się po puszczach na zachód od ścieżki wiodącej z 

Xanxeré  do  Klewe-landji,  i  po  krótkim  pobycie  w  tem  małem 
parańskiem  miasteczku,  powróciłem  do  Xanxeré,  aby  po  niejakim 
czasie skierować się na południowy zachód, w kierunku granicy stanu 
Rio Grande do Sul. 

background image

Pewnego  słonecznego  dnia,  dobrze  popołudniu,  wyruszyłem  z 

dawnym towarzyszem w drogę, zamierzając przenocować u jednego z 
kabokli,  którego  poznałem  w  miasteczku,  a  który  mieszkał  w 
odległości 3-ch legw (mila). 

Przed  wieczorem  dotarliśmy  do  leśnej  siedziby,  składającej  się 

jak zwykle: z chaty zbu-dowanej z łupanych desek pinjorowych, oraz 
niewielkiej przybudówki, służącej za kuchnię. 

Zwyczaj  zabrania  w  puszczy  wchodzić  do  wnętrza,  dopóki 

gospodarz nie wypowie sakramentalnego „entre” (proszę wejść). Inny 
znowu  zwyczaj  nakazuje  zamiast  pukania  —  klaskanie  w  dłonie  na 
wzór sposobu, używanego u nas ongiś na służbę. 

Tym  razem  jednak  nie  pomogło  najgłośniejsze  tłuczenie  w  ręce 

—  nikt  nie  wyszedł.  Okazało  się,  że  w  domu  niema  ani  jednego 
mężczyzny.  Tamtejsze  kobiety  są  tak  wytrenowa-ne,  że  za  nic  nie 
wyjdą do obcego w czasie nieobecności ,,pana i władcy”. Nawiasem 
mówiąc,  zwyczaj  ten,  zastosowany  do  żon,  bardzo  mi  się  podobał  i 
odrazu  na  drugi  dzień  zabrałem  się  do  pisania  obszernej  o  tem 
rozprawy,  na  złość  wszystkim  postępowym  pannom,  pannicom  i 
paniom. 

Kobiety  jednak  są  na  całym  świecie  jednakowe.  Jednakowo 

ciekawe. 

Nawpół dzikie kaboklerki nie ustępują w tem przecywilizowanej 

Warszawiance, ani wielkookiej Kurytybiance. 

Za dziurawemi ścianami „rańsza” * coś chichotało i popychało się 

ze  śmiechem.  To  „coś”  okazało  się  później  jako  kilka,  średnio 
wprawdzie ładnych dziewczątek, ale zawsze dziewczątek. 

Przykładały  przepaściste  oczy  do  szpar  w  ścianach  i  udzielały 

sobie szeptem uwag. Gdy  zbliżałem  się, uciekały  w popłochu w głąb 
izby.  

Widząc,  że  wszelkie  próby  nawiązania  łączności  spełzają  na 

niczem, rozłożyliśmy się tuż przy drzwiach, rozpalili ogień, uzbroili w 
brazylijską cierpliwość i czekali ze stoicyzmem zmiłowania bożego, a 
właściwie powrotu gospodarza z lasu. 

Tymczasem  wielki  księżyc  wypełzł  z  za  lasu  i  dobre  dwie 

godziny  oświecał  nasze  głodne  postacie,  zanim  kaboklo  powrócił  z 
polowania, które, jakby z przeczucia, twierdził, właśnie na dzisiejszy 
wieczór przez kilka dni już odkładał. 

W pół godziny potem, siedzieliśmy przed wielką pieczenia sarnią 

background image

i zajadaliśmy ze smakiem mięso kambosyki **. 

Dziewczęta,  ośmielone  obecnością  ojca,  pousiadały  naprzeciw 

nas i z jakiemś dziwnem nabożeństwem spoglądały na cudzoziemców. 
Po  wieczerzy  najstarsza  córka  przyrządziła  szi-maron,  wyssała 
pierwszy  łyk  i  podała  mi  kuję  ruchem  wdzięcznym,  jednocześnie 
wycierając  sobie  drugą  ręką  nos  przy  akompanjamencie  mocnego 
„pociągnięcia”. 

Jeszcze jeden dzień drogi i mieliśmy stanąć w Passo dos Indios — 

miasteczku,  liczącem  wprawdzie  ogółem  dwanaście  domów,  ale  w 
którem  jest  trochę  naszych  rodaków  a  mój  towa-rzysz  posiada  biuro 
miernicze. 

Przecinaliśmy wysokie i urwiste góry Serra do Gregorio.  
Ze  szczytu  potężnej  „lomby”  ***  dostrzegliśmy  już  stepy 

riograndeńskie, chociaż dzie-liło nas od nich przeszło siedemdziesiąt 
kilometrów  dziewiczych  lasów.  Widnieją  one  zdala  jako  jasne  pasy, 
poprzecinane  ciemnemi  smugami  borów.  Jest  to  kraj  stepów,  jak 
zwykle  charakteru  niejednolitego,  składa  się  nań  szereg  olbrzymich 
polan, czyli kampin. Dalej stepy Rio Grande charakter swój zmieniają 
i rzadko można na nich dojrzeć zielone grupy drzew. Około południa 
przybyliśmy  do  miejscowości  Xaxim.  Jest  tam  wenda,  oraz  o  dwa 
kilometry  w  bok  od  drogi  mieszka  Włoch,  który  kupił  od  kompanji 
kolonizacyjnej  pięćset  działek  ziemi,  w  celu  odprzedania  jej  z 
zarobkiem współrodakom. 

Spotkaliśmy w pobliżu tej miejscowości bandę Indjan Coroados, 

którzy udawali się gdzieś w głębokie lasy, aby wszcząć zajadłą walkę 
z wrogiem plemieniem. Powodem „wypowiedzenia wojny” miała być 
porwana  dziewczyna.  Jakiś  dzikus,  mówiący  nieco  po  portugalsku, 
dowodził mi obszernie, że wprawdzie nie chodzi im o tę jedną głupią 
„Lyinę”,  ale  dlaczego  oni  „zaczęli”  (zupełnie  jak  u  nas).  Wszyscy  
Indjanie  z  racji  zamierzonej wojny  
 

    * Chata. 
  ** Jeden z licznych w Brazylji gatunków sarn. 
*** Grzbiet górski. 

pili  w  okropny  sposób  wódkę,  którą  darzył  obficie  miejscowy 
wendziarz,  wzamian  za  piękne  skórki  wydr,  arinarji,  wilków  i  lisów, 
których ci dzicy mieszkańcy lasów przynieśli spory zapas. 

Pijatyka trwała dotąd, dopóki przemyślny  handlarz nie zabrał im 

background image

ostatniej skórki i nie powyrzucał nieprzytomnych przed chatę. 

Nigdy nie udało mi się dowiedzieć jak skończyła się ta wyprawa, 

ale  w  jakiś  czas  potem  dowiedziałem  się,  że  Koroadzi  wrócili  bez 
dziewczyny  i  w  nieco  uszczuplonej  liczbie,  lecz  bardzo  z  siebie 
zadowoleni.  Z  małomównego  Indjanina  trudno  jest  coś  wydobyć,  a 
sama  pu-szcza  jeszcze  staranniej  ukrywa  wszystkie,  zwykłe  i 
niezwykłe, w jej łonie rozgrywające się zdarzenia.  

Passo  dos  Indios  to  już  zupełnie  głucha  puszcza.  Odgłosy 

cywilizowanego  świata  do-chodzą  tam  rzadko  i  nie  są  nawet 
skwapliwie  słuchane,  tracą  zupełnie  wartość  w  tej  miejsco-wości 
leśnej,  otoczonej  setkami  kilometrów  bezludzia.  Z  rodaków  jest  tam 
miernik pan Juljan Buczek wraz z rodziną, lecz miał się już  wynieść 
za parę miesięcy do Parany, dokuczyły mu bowiem stosunki, gdzie nie 
istnieje  żadne  inne  prawo  nad  „lei  do  Shmit”  (prawo  pięści).  Przed 
kilku miesiącami mieszkał tu jeszcze drugi miernik z rodziną — pan 
Roman Bieniek, oraz pan Jan Piltz; pierwszy jednak wyniósł się dalej 
w lasy spławiać drzewo do  Argentyny, drugi przeprowadzał pomiary 
w pobliskiej miejscowości Rodeio Chato. 

Mój  towarzysz,  pan  Malczewski,  posiada  tam  biuro  miernicze, 

które  potem  przeniósł  do  Cruzeiro  i  sam  na  stałe  Passo  dos  Indios 
opuścił. 

Miejscowość  ta  jest  typową,  leśną  „provoaças”  na  dwanaście 

domów  mieszkalnych  po-siada  cztery  domy  publiczne.  Tego  rodzaju 
stosunki  spotyka  się  w  puszczach  wszędzie,  niko-go  to  nie  razi  i 
prostytutki  uważane  są  za  takie  same  dobre  kobiety,  jak  każda  inna. 
Mieszkań-cy przyjmują je w domu, zapraszają na „baile” * i szanują 
na  równi  z  innemi  kobietami.  Zdarza  się  często,  że  matka,  skoro 
odchowa  dzieci,  opuszcza  dom  i  oddaje  się  temu  „zajęciu”,  nie 
wzbudzając specjalnie dużego ździwienia ani zainteresowania. Należy 
jednak zaznaczyć, że skoro taka kapłanka miłości ma córkę, to zwykle 
wychowuje  ją  zupełnie  cnotliwie  i  uważa  za  punkt honoru  wydać  ją 
zamąż. 

Wszystkie  ziemie  wokół  Passo  dos  Indios  należą  do  fazendy 

„Campina  do  Sao  Grego-rio”.  Fazenda  ta  przed  kilkunastu  laty 
należała  do półdzikiego  kabokla, niejakiego  Joao  For-tesa.  Człowiek 
ten  absolutnie  nie  rozumiał  wartości  tego  co  posiadał  i,  nie  umiejąc 
zużytko-wać obszarów, żył niemal w nędzy. Pewnego razu zgłosił się 
do  niego  kupiec,  nazwiskiem  Lemeira,  później  obdarzony  przez 

background image

cesarza  Don  Pedra  II  tytułem  barona,  i  zaproponował  mu  sprzedaż 
posiadanej  ziemi.  Ciemny  analfabeta  Fortes  sprzedał  za  3000 
milrejsów (podówczas wartości około 1000 dolarów) prawie 50000 ha 
świetnych  ziem  do  sadzenia,  pokrytych  dziewiczymi  lasami  i 
poprzerzynanych licznemi, rybnemi rzekami. 

Obecnie ziemie te przedstawiają krociową fortunę, która z dnia na 

dzień wzrasta. 

Fortes,  otrzymawszy  pieniądze,  nakupił  sobie  koni,  rzędów, 

rewolwerów,  oraz  wziął  na  utrzymanie  kilka  różnokolorowych 
kochanek. 

Teraz z otrzymanych pieniędzy nie pozostało ani śladu i mimo, że 

posiada  jeszcze  około  4000  ha  ziemi,  żyje  w  zupełnem  ubóstwie. 
Pewnego  razu  odwiedziłem  go  w  jego  „rancho”.  Litość  brała  patrzeć 
na tego starca, leżącego na barłogu w kurnej chacie z łupanych desek, 
krytej  darnicami.  Synowie  likwidują  resztki  ojcowizny  i  zamierzają 
przenieść się do dzikiego stanu Matto Grosso. 

Niezaradność  kabokli  jest  nadzwyczajna.  Tuż  w  sąsiedztwie 

Passo  do  Fortes,  siedziby  posiadacza  tysięcy  hektarów  ziemi,  a 
jednocześnie  nędzarza,  mieszka  włoski  kolonista,  który  nabył  10 
akrów  **  lasu  i  żyje  dostatnio,  uprawiając  pszenicę  oraz  hodując 
świnie. 

Najzabawniejszem    jest,  że    kabokle    nie    zdają    sobie    wiele  

sprawy  z  tego, że  żyją  w  
 

  * Wieczorki taneczne. 
** Akr = około 2 ha. 

warunkach,  wprost  urągających  ludzkiemu  plemieniu.  Wyobrażają 
sobie,  że  tak  być  musi,  że  trzeba  mieszkać  w  kurnych,  dziurawych 
chatach,  że  trzeba  odżywiać  się  tylko  wyłącznie  fiżo-nem  *  i 
kukurydzą, oraz że praca jest czemś hańbiącem i poniżającem.  

Są  tam  trzy  wendy,  jedna  Włocha,  jedna  Indjanina-Paragwaja  i 

jedna „narodowa”. Wszystkie one zgodnie łupią ze skóry okolicznych 
„moradorów”  (mieszkańców),  a  gdy  któ-ryś  odważniejszy  ma  coś 
przeciwko  wygórowanym  cenom,  wylatuje  ze  sklepu  przy  wybitnej 
pomocy olbrzymiego buta wendziarza. 

Właściciel  narodowej  karczmy,  Miguel  Claro,  jest  zarazem  i 

lekarzem.  Poważny  ten  kaboklo  używa  swoich  specjalnych  metod, 
czasem  trochę  niezgodnych  z  ogólnemi  zasadami  medycyny,  no  ale 

background image

tam  nikt  się  na  medycynie  nie  zna.  Do  najniezawodniejszych 
środków, używanych przez Miguela, należy łapanie choroby na lasso i 
wrzucanie jej do rzeki. Pewnego dnia byłem świadkiem w jaki sposób 
ów czarodziej to robi. 

Otóż  wyszedł  za  chatę,  zakręcił  lassem  w  powietrzu  i  rzucił. 

Czynił  to  kilkakrotnie  i  za  każdym  razem  powtarzał  „fugia 
desgraçada”  —  uciekła  przeklęta,  Wreszcie  wykrzyknął  „jest”  i, 
udając  duży  ciężar,  zarzucił  sobie  puste  lasso  na  plecy  i  poszedł 
chorobę utopić. 

Wielu  kabokli  przypatrywało  się  tym  sztuczkom  z  nabożnem 

skupieniem  i  żadnemu  nawet  cień  wątpliwości  nie  przebiegł  przez 
głowę, nikt nie przypuścił, aby mogła to być mistyfikacja. 

Zakreślenie  kredą  koła  wokół  łóżka  chorego  również  uważane 

jest  przez  tego  znachora  jako  środek  dość  pewny  przeciw 
najróżnorodniejszym przypadłościom. 

Sprawiedliwość  jednak  nakazuje  przyznać,  że  ludzie  leśni  znają 

całe mnóstwo ziół i drzew leczniczych, które przynoszą ulgę w wielu 
cierpieniach.  Zwłaszcza  choroby  żołądka,  oraz  wszelkiego  rodzaju 
febry umieją leczyć sobie tylko znanemi lekarstwami, Znają również 
zioła, które łagodzą objawy pospolitego tam bardzo przymiotu. 

Do  chwili  obecnej  (sierpień  1923  r.)  do  Passo  dos  Indios  nie 

wiodą żadne drogi kołowe, lecz budowa ich do rzeki Urugwaj jest już 
na ukończeniu, tak, że za parę miesięcy można będzie jechać wozem 
do stanu Rio Grande do Sul. 

W  tamtych  stronach  mieszka  kilku  uczestników  rewolucji  z  r. 

1893.  Jeden  z  nich,  niejaki  Hannibal  Osorio  da  Silva,  brał  udział  w 
bitwie  pod  Passo  Fundo,  gdzie  odznaczał  się  oddział  polski, 
sformowany  przez  pułkownika  Bodziaka.  Stary  Brazyljanin  wyrażał 
się z wie-lkim entuzjazmem o polskiem męstwie, twierdząc, że gdyby 
wszyscy  tak  stawali,  to  rewolu-cja  inny  wzięłaby  obrót.  Znał  on 
osobiście  pułkownika  Jana  Kośmińskiego  i  był  świadkiem  jego 
bohaterskiej śmierci na polu bitwy. 
 
 
 
 

XIII 

 

background image

Kabokle — ludzie leśni. 

 
 

Życie kabokla w lesie jest nadzwyczaj jednostajne. Wstaje razem 

ze słońcem, siada przy  ogniu, roznieconym na środku chaty, i pije z 
całą  rodziną  szimaron.  Z  małemi  przerwami  trwa  to  cały  rok.  Gdy 
nadchodzi  czas  sadzenia  kukurydzy  lub  fiżonu,  pracuje  przez  kilka 
tygodni, po parę godzin dziennie na swem pólku, położonem daleko 
od domu. Charakterystycznem jest, że nigdzie nie można spotkać pola 
tuż  przy  chacie,  jak  to  ma  miejsce  w  każdym  innym  kraju 
cywilizowanym.    Początkowo  nie  mogłem  zrozumieć  dlaczego 
kabokle utrudniają sobie  
 

* Fasola. 

w ten sposób pracę, rychło jednak dowiedziałem się przyczyny. Około 
domu kręci się zawsze dużo chowanego bydła i nierogacizny, a więc 
zasiewy łatwo uległyby zniszczeniu. Nic wpra-wdzie łatwiejszego, jak 
postawić bylejaki płot, a uniknęłoby się plondrowania, lecz najgorszy 
płot  wymaga  pracy,  kaboklo  tymczasem  pracować  nie  lubi  i  zawsze 
przekłada  trochę  głodna-we  ,,dolce  far  niente”,  niż  trudzenie  swojej 
osoby. 

Czas  cięcia  herwy  również  daje  nieco  pracy  kaboklowi,  lecz 

conajmniej  trzy  czwarte  roku  przeciętny  mieszkaniec  lasów 
Contestado  —  nie  robi  nic.  Czas  spływa  mu  na  piciu  szimaronu, 
wyścigach  konnych,  bardzo  często  urządzanych,  polowaniu  i 
odwiedzaniu „com-padrów” *. Jego  bydło i świnie pasie las, las daje 
mu drzewo; las dostarcza dziczyzny i skór. 

Las jest jego żywicielem i rozrywką. 
Nic  też  dziwnego,  że  cywilizacja  na  zachodzie  Santa  Cathariny 

posuwa  się  żółwim  krokiem  naprzód.  Nieco  ruchu  wnoszą 
cudzoziemcy, którzy jednak, narazie nieliczni, nie odgrywają wielkiej 
roli, a o powiększeniu ich liczby, bądźto przez kolonizację, bądź przez 
napływ  ruchliwszych  jednostek,  szukających  w  lasach  łatwiejszego  i 
obfitszego  chleba  —  narazie  niema  mowy.  Główną  przyczyną 
stronienia  cudzoziemców  od  tych,  mających  wsze-lkie  dane  do 
rozwoju,  stron,  jest  zła  sława,  jaką  Contestado  już  od  szeregu  lat 
zdobyło sobie przez ustawiczne, krwawe rewolucje, bunty kabokli, no 
i brak wszelkiej możliwej komunika-cji. Obecnie, być może, sława ta 

background image

zwolna zaniknie, narazie jednak jest jeszcze dość zła. 

Wierzenia  ich  są  nadzwyczaj  ograniczone.  Wierzą  w  istotę 

najwyższą,  którą  zwą  ró-wnież  Tupan,  oraz  szereg  złych  duchów. 
Plemiona  parańskie  należą  do  nielicznych  w  świecie  ludów,  nie 
posiadających kapłanów ani czarowników. 

Leniwy,  bezczynny  i  beztroski  tryb  życia  kabokli  nie  jest  do 

pomyślenia  w  warunkach  chociaż  coś  niecoś  cywilizowanych,  a  już 
nawet  takich,  gdzie  nastąpiło  ścisłe  rozgraniczenie  ziemi  między 
poszczególnych  właścicieli.  Dlatego  też  skoro  zaczynają  wychodzić 
rozporzą-dzenia,  nie  pozwalające  wypasać  bydła  w  „bożym”  lesie, 
skoro  zaczyna  się  wytyczanie  granic  własności,  wtedy  kaboklo, 
przyzwyczajony  uważać  puszczę  za  wspólną,  zbiera  swoje  ubogie 
manatki,  ładuje  je  na  juczne  muły  i  wyjeżdża  wraz  z  całą  rodziną 
głębiej w puszczę, gdzie nikt go nie „inkomoduje” **) o podatki, ani 
pyta jakiem prawem siedzi na cudzej ziemi. 

W  okolicach  Xanxeré  i  Passo  dos  Indios  kabokle  są  jeszcze  u 

siebie,  jeszcze  nie  wyno-szą  się  dalej.  Przed  paru  miesiącami  jednak 
wydane zostało rozporządzenie przez superinten-denta coronela Maję, 
że bydło paść można tylko na terenach własnych lub  narodowych, a 
zabraniające  tego  robić  na  gruntach  cudzych.  Pozornie  zupełnie 
słuszne zarządzenie wzburzy-ło leśny naród do głębi. Trzeba trafu, że 
ów  municypalny  „edital”  zbiegł  się  z  uchwałą  kon-gresu  we 
Florianopolis o podatku od ziemi w wysokości 1 milrejsa od akra (10 
milrejsów posiada wartość jednego dolara, jeden alkier zawiera 4 i pół 
morgów ziemi). Większa część Contestado niedawno należy do Santa 
Cathariny, przedtem było częścią stanu Parana. Obecne „utrudnienia”, 
jakie  przedsiębierze  rząd  Santakataryński,  zostały  przez  ciemnych 
kabokli  uznane  za  następstwo  nowej  przynależności,  skutkiem  czego 
stan  ten  został  powszechnie  znienawidzony,  Jednomilrejsowy 
podatek,  o  którym  wiadomość  rozeszła  się  po  leśnych  osie-dlach  w 
miesiącu czerwcu i lipcu (w r. 1923) przepełnił czarę goryczy, to też 
w  czasie  podró-ży  wszędzie  napotykałem  zaciekłe  dysputy  na  temat 
oderwania  się  od  Santa  Cathariny  i  przy-łączenia  do  Parany. 
Zastępował  w  tym  czasie  nieobecnego  superintendenta  niejaki 
Octawiano dos Santos; ten, widząc wzburzenie, natychmiast dał znać 
do  Florianopolis,  skutkiem  czego  podatek  gruntowy  dla  tego 
municypjum zmniejszono do 500 rejsów (jeden milrejs  zawiera 1000 
rejsów), czem wrzenie umysłów zostało trochę uspokojone. 

background image

Spokoju  jednak  kompletnego  nigdy  na  Contestado  niema, 

tembardziej  podówczas.  Napozór  nic  się  nie  spostrzegało,  lecz 
wtajemniczeni  opowiadali,  że  znani  przywódcy  jeżdżą  po    lasach    i  
prowadzą  jakieś  narady. Co  z tego może wyniknąć — niewiadomo, 
może jakiś 
 

  * Compadra — kum. 
** Niepokoi. 

nowy  „fanatyzm”,  może  krwawa  rewolucja pod hasłem  „do  Parany”, 
lub  może  coś  zupełnie  niespodziewanego  a  strasznego.  Bogaci 
fazenderzy  ze  stepów  palmeńskich  i  nieprzebytych  lasów  około 
Klewelandji,  zupełnie  nie  kryjąc  się,  popierają  ruch  przyłączenia 
Contestada  z  powrotem  do  Parany.  Tam  też  przeważnie  knują  się 
różne  spiski,  które  krwawym  płomieniem  obejmują  pograniczne 
municypja Santa Cathariny. 

Kabokle żywsi, energiczniejsi, mający przedewszystkiem kult dla 

silnej pięści, marzą o orężnej rozprawie i przywróceniu siłą dawnego 
porządku, a właściwie nieporządku. Zaś bar-dziej bierni, mniej zdolni 
do  kategorycznego  załatwiania  spraw,  zbierają  się  wieczorami  przy 
ogniach, snują opowieści o  dalekich krajach za wielką rzeką Paraną, 
gdzie  niema  żadnego  prawa,  żadnych  władz,  podatków,  ani  żadnych 
ograniczeń  wolności;  nucą  tęskne  pieśni  o  tych  błogosławionych 
stronach  i  przyzwyczajają  się  powoli  do  myśli  o  rzuceniu  swych 
siedzib. Już teraz nawet niektórzy wybierają się na zachód, do Parany, 
„a może dalej”, odpowiadają pyta-ni. 

Brazylja  jest  wielka,  dużo  jeszcze  wody  upłynie  w  Goyo-En, 

Iguassu i Chapecó, zanim kaboklom zabraknie lasu dziewiczego. 

A  może  tymczasem  zmienią  usposobienie  i  przedzierzgną  się  w 

spokojny, rolniczy naród. 

Możliwe  to  jednak  dopiero  w  przyszłości.  Narazie  kaboklo  jest 

typowym  pionierem  cywilizacji  gdzieś  z  wieku  XVII,  a  więc 
cywilizacji w znaczeniu bardzo minimalnem, który w zetknięciu się z 
warunkami  bardziej  kulturalnemi  cofa  się  głębiej  w  lasy,  stwarzając 
sobie warunki, jakich potrzebuje i bez jakich obyć się nie może. 

Niewątpliwą  i  wielką  zasługą  kabokli  jest  uprzystępnianie 

wielkich połaci kraju dla przebywania w nim człowieka. Przeciera on 
jakietakie, ale zawsze przeciera — ścieżki; wyci-na i wypala pod swe 
domy rozległe polany, a więc tworzy punkty, gdzie można być swobo-

background image

dniejszym  od  przekleństwa  lasów  podzwrotnikowych,  to  jest  od 
moskitów,  komarów  i  innych  nieznośnych  owadów,  które  nie  lubią 
otwartych przestrzeni; trzebi drapieżniki, otwiera drogę cywilizacji w 
nieznanych  stronach  i  stwarza  podkład  dla  rozwoju  zamieszkanych 
przez siebie okolic. 

Kabokle w swej znakomitej większości nie należą do rasy białej, 

jest  to  konglomerat  narodów  białych,  czarnych  i  czerwonych.  Są  to 
potomkowie  białych  „conquistadorów”  i  czarnych,  sprowadzanych  z 
Afryki,  niewolnic  lub  miejscowych  dzikich  Indjanek.  Z  biegiem  lat 
przez  ciągłe  krzyżowania  się  różnych  odmian,  powstała  taka 
mieszanina,  że  dzisiaj  wielo-krotnie  jest  niepodobieństwem  określić 
jakich ras potomka ma się przed sobą.  

Wśród  tej  mieszaniny  jednak  w  różnych  miejscowościach  jest 

różna przewaga poszcze-gólnych ras. I tak naprzykład w municypjum 
Cruzeiro wybitnie zaznacza się przewaga krwi murzyńskiej, natomiast 
w dużej części municypjum Xanxeré, a zwłaszcza na północ od tego 
miasta  w  okolicach  rezerwacyj  indyjskich  —  występują  przeważnie 
Metysi,  czyli  mieszanina  krwi  czerwonych  i  białych.  Przytem należy 
zaznaczyć,  że  krzyżowanie  odbywa  się  niemal  wyłącznie  za 
pośrednictwem białych mężczyzn i czerwonych, oraz czarnych kobiet. 
Bardzo  rzadki  jest  wypadek  poślubienia  białej  przez  Indjanina  lub 
Murzyna,  aczkolwiek  niema  tu  ani  części  tych  uprzedzeń,  co  w  St. 
Zjednoczonych  Ameryki  Północnej.  Największą  przewagę  krwi 
europejskiej  widzi  się  na  pograniczu  bliskiego  stanu  Rio  Grande  do 
Sul,  przyczem  ludzi  czystej  rasy  spotyka  się  na  całem  Contestado, 
oprócz cudzoziemców — bardzo mało. 
 
 
 
 
 
 
 
 

XIV 

 

Tam, gdzie djabli nocują. 

 

background image

 

Krańcami  cywilizacji  w  Brazylji  nazywają  pobrzeża  olbrzymich 

puszcz,  zalegających  całe  wnętrze  kraju,  lecz  gdy  Brazyljanin  chce 
przedstawić jakiś zakątek, gdzie już absolutnie niema ludzi, ani nawet 
ich śladu, to wtedy powiada o takich stronach, że tam „djabli nocują”. 

Okolice  nad  rzeką  Rio  Chapecó,  a  zwłaszcza  zachodnim  jej 

brzegu, bezwątpienia należą do tej ostatniej kategorji.  

Olbrzymi szmat ziemi, ciągnący się z jednej strony aż do granicy 

argentyńskiej,  z  dru-giej  graniczący  z  niezmierzonemi  borami 
zachodu Parany, jest prawie zupełnie niezamieszka-ny. Pokrywają go 
prastare  lasy  dziewicze,  nic nie  zmienione  od  zamierzchłych  czasów 
przed-historycznych. 

Tylko 

gdzieniegdzie 

jednolitą  puszczę 

przerywają  wesołe  stepy  parkowe,  lub  leśne  bagienka.  Na  zachodzie 
Contestada  kilkadziesiąt  kilometrów  za  rzeką  Chapecó,  leży  step 
Campo-Erê, a w samym kącie, na granicy Argentyny, step Campo de 
Vacca Branca, na którym ponoć hulają stada dzikich koni i dzikiego 
bydła rogatego.  Ani Campo-Erê, ani Campo de Vacca Branca nie są 
zamieszkane.  Ostatnią  siedzibą  ludzką  na  skraju  stron  „gdzie  djabli 
nocują”,  jest  Isabella,  miejscowość,  założona  i  zamieszkana  przez 
Polaków.  Zaledwie  na  kilka  miesięcy  przed  moją  podróżą,  przybyło 
na  stromy  brzeg  złej  a  pięknej  rzeki  Chapecó,  trzech  naszych 
rodaków, a dzisiaj wydarli już puszczy szmat ziemi, wystawili dom i 
zaczęli z potężnych pni lasów wyciągać obfite brzęczące korzyści. 

Po  okropnej  burzy,  jaką  przebyłem  w  czasie  drogi  z  Passo  dos 

Indios, gdy ujrzałem nareszcie otwarty wyrąb i ludzi, uczułem dziwną 
radość  i  zadowolenie.  Mały  Metysek  już  zdaleka  pohukiwał 
rozgłośnie  i  od  czasu  do  czasu  zakrzyczał  przeraźliwie,  naśladując 
rudą małpę „bużiu”. 

Nie  potrafię  opisać  jak  serdecznie  przyjmowano  mnie  w  tem 

leśnem ustroniu. Całe mie-siące zupełnego odcięcia od świata, chociaż 
wpływają  nadzwyczaj  kojąco  na  nerwy,  są  jednak  tak  pozbawione 
wszelkich  wiadomości,  że  w  końcu  człowiek  uczuwa  wprost 
chorobliwą ciekawość — „co się tam poza lasem dzieje”. 

W  takich  warunkach  ktoś  przybywający  z  dalszych  stron  a 

tembardziej aż z cywilizo-wanej Kurytyby, witany jest jak zbawca. 

Odrazu też zostałem zasypany mnóstwem pytań: 
— Co słychać w Polsce? 
— Co tam w Kurytybie? 

background image

— Czy rewolucja w Rio Grande jeszcze trwa? 
Zaczęło się bezładne opowiadanie o tem, że  w Polsce niebardzo 

dobrze,  że  marka  dalej  spada,  że  w  Kurytybie  wojna  między 
postępowcami i klerykałami trwa sobie w najlepsze, że w Rio Grande, 
Borges  de  Medeiros  *  poluje  w  dalszym  ciągu  na  assisistów  **. 
Sprawy  polityczne  od  czasu  do  czasu  ustępowały  „ważniejszym” 
sprawom, jako to: że ostatnie wyle-wy poniszczyły wszystkie mostki 
na  ścieżkach,  wiodących  do  Hervalu,  to  znowu,  że  w  Argentynie 
wzrósł popyt i cena na drzewo brazylijskie, lub że Indjanie zaczynają 
się  coś  niewyraźnie  zachowywać  w  swoich  rezerwacjach  pod 
Chapecosinho.  Ta  zwłaszcza  ostatnia  wiadomość  zainteresowała 
osadników  niezwykle.  W  tamtych  stronach  Indjanie  mimo  braku 
organizacji  i  broni  palnej,  są  jeszcze  pewną  siłą,  która  od  czasu  do 
czasu daje  się  porządnie  we    znaki   białym  kolonistom.  Mieszkańcy 
Isabelli zaczęli odrazu snuć przypuszczenia jakiejś 
 

  * Prezydent stanu Rio Grande do Sul. 
** Zwolennicy Assisa Brasilia, przeciwnika Borgesa. 

 rewolty,  przyczem  okazywali  zupełną  pewność  co  do  swego 
bezpieczeństwa. 

Patrzałem z niekłamanym zachwytem na te  ogorzałe, energiczne 

twarze  rodaków  —  takie  inne  od  przygnębionych  nędzą  lic  naszych 
kmiotków. 

Wszyscy oni chodzili uzbrojeni w wielkie  bębenkowe rewolwery 

„Shmita”,  których  ołowiane  olbrzymie  kule  tworzą  rany  szerokości 
dłoni. 

W  puszczy  ruszyć  się  bez  broni  trudno  —  zewsząd  czyha 

niebezpieczeństwo. W ponu-rych ostępach błąkają się groźne jaguary i 
groźniejsze  od  nich,  nieprzeliczone  stada  dzikich  świń  —  biada 
nierozważnemu, który stanie na drodze tych bestyj. Czasem chyłkiem, 
bezsze-lestnie  przesunie  się  miedziany  „bugier”,  z  nienawiścią  w 
sercu śledzący bladego najeźdźcę. Dobry rewolwer zawsze decyduje o 
tem, jak się spotkanie skończy, każdy też dba o swą broń i nie rozstaje 
się z nią nigdy. 

W Isabelli chciałem zatrzymać się pewien czas, uczynić ją swoją 

bazą,  aby  stamtąd  robić  wycieczki  w  bezludne  puszcze  zachodniego 
brzegu Chapecó. 

Jedyny  obszerny  dom  przed  kilku  dniami  zabrała  zła  rzeka  w 

background image

czasie  wylewu,  tak,  że  obecnie  wszyscy  chwilowo  mieszkali  w 
budach, na prędce z desek skleconych. Oczywiście, że nie przerażało 
mnie  to  wcale,  bo  i  tak  zawsze  wolałem  spać  na  dworze,  niż  w 
dusznych mieszkaniach. 

Cała  Isabella  jest  typowem,  powstającem  dopiero  leśnem 

osiedlem. Na brzegu rzeki wyrąbana rozległa polana, na niej powalone 
pnie, kilka bud z prętów bambusowych, kilka z desek, opodal pólko 
kukurydzy, zagon fasoli i malutka plantacja trzciny cukrowej. Z jednej 
strony  wielka,  wiecznie  szumiąca  rzeka  Chapecó,  poza  tem  naokoło 
ciemny, głuchy las. Nieprzeliczone stada papug „bajtaków” i „perekit” 
zbiegają  się  tam  zewsząd  na  obfitą  ucztę  kukurydzaną,  pokutują 
jednak  srogo  za  nieposzanowanie  ludzkiej  własności.  Mięso,  zwła-
szcza „bajtaków” jest zupełnie smaczne, polują więc na nie chętnie. 

Głęboka  dolina,  w  której  płynie  Chapecó,  jest  z  racji  swego 

niskiego położenia bardzo gorąca. Różnica w klimacie między doliną 
a  górą  jest  niezwykle  duża.  Wystarczy,  gdy  wspo-mnę,  że  na  górze 
trzcina cukrowa marznie, na dole zaś nie zdarza się to nigdy. Również 
kawa udaje się tylko nad rzeką. Pomimo  dużych upałów, klimat jest 
zupełnie zdrowy i o żadnych malarjach ani febrach nic nie słychać. 

Najgroźniejszym  wrogiem  kolonisty  są  liczne  stada  małp  i 

kapiwarów  *.  Zwłaszcza  te  ostatnie  potrafią  w  ciągu  jednej  nocy 
zniszczyć całe pole kukurydzy czy fasoli. To też osadnik nie daje im 
pardonu,  tępi  je  i  płoszy.  Tak  drogocenne  w  Europie  futra  małpie 
walają  się  tam  po  ziemi  —  nikt  nawet  nie  ma  chęci  ich 
przechowywać, nie przedstawiają bowiem żadnej wartości. 

Nie  zwlekając,  zaraz  na  trzeci  dzień  po  przyjeździe  do  Isabelli, 

zacząłem  wybierać  się  w  dalszą  podróż  łodzią  w  dół  Chapecó, 
dopływu  Urugwaju.  W  całym  swym  biegu  Chapecó  jest  nieznane,  a 
rysunek jego na mapie umieszczono zgoła fantastycznie i niezgodnie z 
prawdą. Wody tej rzeki pełne są wodospadów i groźnych, najeżonych 
skałami, bystrzyn. W wielu miejscach, z przezroczystej toni wyłaniają 
się piękne jak marzenie, pokryte lasem, wysepki. 
 
 
 
 
 
 

background image

 
 
 
 

* Hydrochaerus capibara. 

 

XV 

 

Tam, gdzie nie było nigdy białych. 

 
 

Przygotowania  do  podróży  rzeką  nie  zabrały  wiele  czasu. 

Przedewszystkiem przygoto-wałem suszonego mięsa, czyli tak zwanej 
„charque”, czarnej fasoli, mąki mandjokowej, oraz herwy. Wszystkie 
te zapasy zostały złożone w niewielkiej łodzi, sporządzonej z jednego 
pnia,  dołączyłem  do  tego  jeszcze  mały  namiot  z  żaglowego  płótna, 
spory zapas amunicji, nająłem wioślarza i wyprawa była gotowa. 

Po  obu  brzegach  Chapecó  ciągną  się  zbitą  gęstwiną  dziewicze 

nieznane  lasy,  po  których  tylko  błądzi  zwierzyna  i  koczują  dzikie 
plemiona Indjan. 

Typ  rzek  brazylijskich  daleko  odbiega  od  europejskich  wzorów. 

Najcharakterysty-czniejszą  ich  cechą  jest  niedostępność  brzegów. 
Splątany  las  zarasta  tak szczelnie  najmniejszy  skrawek  ziemi,  że  nie 
można  marzyć  o  swobodnem  przechadzaniu  się  nad  ich  cudownemi 
falami.  Konary  olbrzymich,  stuletnich  drzew  rzucają  cień  daleko  od 
brzegu,  warkocze  ljan  niby  czarodziejskie  festony  zwisają  nad 
wartkim prądem. — Las zdaje się czule obejmować szumiące wody. 

Pewnego  poranka  sierpniowego,  gdy  wielkie  czerwone  słońce 

zaczęło  wynurzać  się  z  za  gór,  okalających  Isabellę,  odbiłem  od 
wysokiego brzegu, udając się wgłąb nieznanego kraju. 

Łagodny prąd uniósł nas zwolna na środek rzeki. 
Chapecó  w  stanie  normalnym  nie  jest  rzeką  spławną.  Już  około 

południa doszedł nas złowrogi szum jakiejś bystrzyny, a za parę chwil 
ujrzeliśmy  szereg  potężnych  skał,  sterczą-cych  nad  wodą.  Rzeka  w 
tem  miejscu  rozlewała  się  szeroko  i  była  bardzo  płytka.  Podpłynę-
liśmy  pod  sam  brzeg,  tam  weszliśmy  do  wody,  ostrożnie 
przeciągnęliśmy łódź przez porohy, pilnując, aby nie uderzyła mocno 
o skałę i nie uszkodziła się. 

background image

Wkrótce po wyminięciu tej pierwszej przeszkody natrafiliśmy na 

niewielki  wodospa-dzik.  Chociaż  był  on  nieduży,  jednak  jechać 
wprost  było  rzeczą  niemożliwą.  Wobec  tego  wycięliśmy  na  brzegu 
małą  ścieżynę  i  przeciągnęliśmy  łódź  aż  do  miejsca,  gdzie  wody 
płynęły spokojnie. Przy cięciu ścieżki zauważyłem ślady takiej samej 
roboty z przed kilku miesięcy. Prawdopodobnie były to ślady Indjan, 
którzy  czasem  udają  się  w  dół  Chapecó,  aż  do  jej ujścia, polując na 
wybrzeżach. 

Przez cały dzień płoszyliśmy liczne, w tej porze latające parami, 

paty  (pato  do  matto  —ptak  pośredni  między  kaczką  i  gęsią)  i  bigua 
(ptak  wodny,  trochę  mniejszy  od  kaczki),  których  wielka  mnogość 
wprawiła mnie w podziw. 

Ile  razy  podpływaliśmy  bliżej  brzegu,  zrywały  się  stamtąd 

przestraszone dzikie gołębie i indyki, kłapiąc ociążałemi skrzydłami. 

Na  noc  zatrzymaliśmy  się  na  niewielkiej  wyspie,  porośniętej 

gęstym  lasem,  a  ze  strony  zasłoniętej  od  naporu  fal  mającej  rodzaj 
piaszczystego półwyspu. Na tym piasku rozbiliśmy obóz. 

Do  wieczora  brakowało  jeszcze  dobre  dwie  godziny.  Wziąłem 

fakon (duży nóż) i uda-łem się na obejrzenie wyspy. Mierzyła około 
kilometra  obwodu  i  służyła  za  miejsce  odpoczy-nku  różnym 
mieszkańcom lasu, przepływającym rzekę. 

Dostrzegłem  tam  bardzo  liczne  ślady  kapiwarów,  wydr,  sarn  i 

wielu  innych  zwierząt.  Mnóstwo  ptaków  gnieździło  się  w  konarach 
drzew  i  teraz  w  przedwieczornej  godzinie  słychać  było  nieustanny 
świergot skrzydlatej rzeszy. 

Pozaczepiane wysoko na drzewach wodorosty świadczyły o tem, 

że  jakkolwiek  wyse-pka posiadała dość  wysokie  brzegi,  to  jednak  w 
czasie  wielkich  wylewów  zimowych  bywała  niejednokrotnie 
zalewana. 

Żadnych śladów ludzi nie zauważyłem, nawet połamanych ljan i 

gałązek  (świadectwa  przebywania  Indjan)  nie  udało  mi  się  nigdzie 
wykryć.  Bardzo  możliwe,  że  byłem  pierwszym  człowiekiem  od 
stworzenia świata, który wstąpił na tę dziewiczą ziemię. 

Pełen  myśli  o  tem,  że  tu,  w  Brazylji  tyle  miejsca,  tyle  wolnej 

ziemi,  tyle  bogactw  leży  odłogiem,  podczas  gdy  u  nas  w  dalekiej 
Polsce tak ciasno, taka walka o każdą jej piędź — wracałem do obozu. 
Tymczasem  słońce  już  niemal  dotykało  wierzchołków  drzew  na 
zacho-dnim  brzegu,  a  trzy  czwarte  nieba 

jaskrawiło  się 

background image

przerozmaitemi odcieniami czerwieni. 

W  godzinę  potem,  ląd  z  obu  stron  zniknął  w  nie-  przebitych 

cieniach podzwrotnikowej nocy. 

Zaledwie  mrok  rozpostarł  swoje  skrzydła,  z  puszczy  zaczęły 

dochodzić nas tysiące głosów. 

We  dnie  milczący  brazylijski  las  rozebrzmiał  zaraz  mnóstwem 

szmerów,  krzyków  i  ry-ków.  Jako  stały  akompanjament  tej  muzyki 
rozlegał  się  ciągły  szum  mil  jardów  przeróżnych  owadów.  Od  czasu 
do  czasu  wpadał  w  ucho  przeraźliwy  krzyk  nocnego  ptaka  quero-
quero,  ryk  jaguara,  trzask  torowania  sobie  ścieżki  przez  tapira, 
urywane  szczekanie  graszaina  lub  plusk  skaczącego  do  wody 
kapiwara. 

Noc to czas żeru. Wszystka zwierzyna, ukryta w dzień, wylega z 

nastaniem zmroku, poluje, pożera i bywa pożerana. 

Był  to  sierpień,  a  więc  koniec  zimy,  noc  ciepła,  nie  zagorąca, 

pogoda  cudna.  Namiotu  nie  rozkładaliśmy,  ułożyłem  się  na  derce  i, 
kołysany najpiękniejszą muzyką świata — muzy-ką szmerów i głosów 
dziewiczej puszczy — zasnąłem. 

Zrana,  zaraz  po  wschodzie  słońca,  zbudziło  mnie  przeraźliwe 

skrzeczenie  stada  papug.  Nie  zwróciły  one  na  nasze  obozowisko 
zupełnie  uwagi  i  kilkadziesiąt  zielonych  baitaków  obsiadło  brzegi 
przywiązanego  do  drzewa  czółna.  Uniosłem  głowę  i  z  ciekawością 
obserwo-wałem  ten  ptasi  sejm.  Papugi  widocznie  dysputowały  nad 
czemś i jedna starała się przekrzy-czeć drugą, przypominając tem do 
złudzenia niektóre parlamenty europejskie. 

Mają  one  bardzo  zabawny  zwyczaj  przy  chodzeniu  pomagania 

sobie  grubym  dziobem,  który  służy  im  jako  rodzaj  laski.  Mój 
towarzysz  tymczasem  huknął  do  nich  z  dubeltówki  i  kilka  tłustych 
ptaków zostało w łodzi. Zaraz wziął się do skubania i pieczenia, mięso 
ich bowiem jest bardzo smaczne. 
 
 
 
 

XVI 

 

Wśród zwierząt, owadów i żmij. 

 

background image

 

Liczne  ślady  kapiwarów,  które  poprzedniego  dnia  widziałem, 

zachęciły mnie do polo-wania. 

Po  śniadaniu  złożyliśmy  wszystkie  zapasy  z  łodzi  na  brzeg, 

przykrywając  je  płótnem  namiotowem  i  pojechaliśmy  parę 
kilometrów  wdół  rzeki.  Przedtem  jeszcze  wzięliśmy  z  sobą 
kilkanaście  niewielkich  kamieni,  o  których  przeznaczeniu  będzie 
niżej. 

Jechaliśmy  przy  samym  brzegu,  w  cieniu  potężnych  kaneli  i 

anżyków. Już po kilkunastu minutach spostrzegłem wylegującą się na 
wielkim  głazie  śliczną,  bronzową  wydrę.  Czujne  jednak  zwierzę 
usłyszało  nas  zdaleka  i  zginęło  momentalnie  w  głębokich  nurtach. 
Kilka razy wystraszyliśmy również i kapiwary, lecz straciliśmy dobre 
dwie  godziny,  zanim  udało  nam  się  podjechać  na  odpowiednią 
odległość. 

Dostrzegłem  parę,  igrającą  na  niewielkim  cyplu  skalnym, 

wrzynającym  się  w  rzekę.  Widocznie  były  najedzone  i  pewne  siebie 
—  nie  chciało  im  się  wierzyć,  aby  te  mizerne  stwo-rzenia, 
przycupnięte  nieśmiało  na  dnie  łodzi,  miały  być  dla  nich  groźne. 
Srodze  to  jednak  od-pokutowały.  Podniecony  widokiem  zwierzyny, 
zapomniałem  o  specjalnym  sposobie  polowa-nia  na  nią  i  o  tem,  że 
jestem na chwiejącej się łodzi, zmierzyłem natychmiast z Winczestera 
i  naturalnie  spudłowałem.  Tysiączne  echo  rozległo  się  po  puszczy 
wracało  i  znowu  biegło  w  dal,  jak  gdyby  cała  puszcza  nagle 
przemówiła. 

Napewno nie mniejsze wrażenie, niż na puszczę, wywarł strzał na 

kapiwary.  Jeszcze  huk  unosił  się  nad  lasami,  gdy  jeden  z  nich, 
widocznie  niezwykle  przerażony,  wbrew  zwy-czajom  swego  gatunku 
umknął w  gęste bambusowe zarośla, podczas gdy drugi znikł w  wo-
dzie. Nad płynącym pod wodą zwierzem, na jasnej fali wód, wyraźnie 
zaznaczył  się  kierunek  w  jakim  uciekał.  Pomknęliśmy  za  nim 
natychmiast.  Kapiwar  może  pod  wodą  wytrzymać  naj-wyżej  parę 
minut,  potem  musi  wypłynąć  i  zaczerpnąć  powietrza.  Na  to  właśnie 
liczyliśmy  i  na  to  wziąłem  kamienie,  które  wciąż  rzucałem  w  wodę, 
nie  pozwalając  mu  wypłynąć.  Wkró-tce  kapiwar  zaczynał  się  dusić, 
tracić głowę i napółprzytomny wychylać się na powierzchnię.  Wtedy 
jednem silnem uderzeniem grubem wiosłem polowanie zakończyłem. 
W parę godzin  później jedna z szynek tłustego stworzenia  piekła się 

background image

na  rożnie  przy  ogniu,  a  skóra,  pięknie  rozpięta  na  patykach,  suszyła 
się na słońcu. 

Ponieważ  podróż  moja  w  ówczesnem  stadjum  nie  miała  innego 

celu,  jak  tylko  zaspoko-jenie  turystycznych  apetytów,  a  wysepka 
podobna była do małego raju, więc pozostałem na niej przez kilka dni, 
polując, łapiąc ryby i wygrzewając się na słońcu. 

Jednego  dnia,  na  brzegu  w  pobliżu  wysepki,  znalazłem 

kilkanaście różnych ametystów. Wszystkie one były dość mętne i nie 
przedstawiały większej wartości. Również udało mi się stwierdzić tam 
obecność agatów, bladych chryzolitów i krwawników. W dużej ilości 
wystę-powały kryształy górskie, niejednokrotnie bardzo duże i ładne. 
Znajdowały  się  tam  obficie  różne  skamienieliny  i  minerały,  których 
nazwy nie umiałem określić. 

Nad Chapecó półszlachetnych kamieni jest  stosunkowo niewiele, 

natomiast  nad  Uru-gwajem  można  często  przy  drodze  znaleźć  dość 
ładny ametyst lub agat. Tamtejsi Brazyljanie słabo orjentują się w ich 
wartości.  O  ile  jakiś  stary  kaboklo  przyniesie  do  domu  specjalnie 
ładny okaz, to na to, aby dzieci miały się czem bawić. I rzeczywiście, 
ametysty brazylijskie nie przedstawiają wielkiej wartości, gdyż jakoby 
blakną z czasem. W każdym razie jakieś przemyślne  japońskie firmy 
skupują je, płacąc narazie śmiesznie niskie ceny. 

Wieść  niesie,  że  niektóre  dopływy  Chapecó  zawierają  złoty 

piasek,  lecz  ani  osobiście,  ani  przez  nikogo  innego  nie  udało  mi  się 
tego stwierdzić. Myślę,, że nie jest to prawda. Indja-nie, włóczący się 
tam  już  oddawna,  napotkaliby  szlachetny  kruszec  napewno  i  nie 
omieszka-liby zaprezentować go białym. 

Te kilka dni, spędzone w zupełnem odosobnieniu od ludzi, wśród 

dziewiczej  puszczy,  nad  jedną  z  najpiękniejszych  rzek  świata, 
nazawsze pozostaną dla mnie najmilszem wspo-mnieniem. 

Jedna  tylko  plaga  gnębi  te  cudne  strony.  To  owady.  Jest  ich 

mnóstwo:  moskity  maleńkie  i  moskity  duże,  komary  zwykłe 
europejskie  i  ich  brazylijskie  ulepszone  wydanie,  olbrzymie  butuki  z 
żądłem  niejadowitem,  lecz  zato  długości  prawie  centymetrowej, 
berny,  składające  swe  małe  pod  ludzką  skórę,  i  małe,  jak  pyłki, 
polwory,  przenikające  w  nocy  przez  koc.  Również  do  średniej 
przyjemności  należy  zaliczać  chwile,  gdy  obsiądzie  człowieka 
niezliczo-na  chmara małych,  natrętnych pszczółek,  zwanych  „miriń”. 
Pszczółki te nie gryzą, nie posia-dają żądła, lecz tem niemniej mogą 

background image

doprowadzić  do  białej  pasji  swojem  spacerowaniem  po  twarzy  i 
włażeniem do oczu, uszu, nosa, za kołnierz, we włosy i we wszystkie 
możliwe miejsca. Charakterystycznem jest, że im więcej je spędzać i 
zabijać,  tem  więcej  zbiegają  się,  widocznie  przywabione  zapachem 
krwi swych towarzyszek. 

Świeżo  przybyły  Europejczyk  cierpi  od  tego  robactwa  znacznie 

więcej, niż krajowiec, który niewiele robi sobie z ukąszeń. Z własnej 
jednak  praktyki  wiem,  że  już  po  kilku  miesią-cach  pobytu  w  lesie, 
plaga  ta  w  dużej  mierze  traci  na  swej  dokuczliwości.  Ukąszenia 
bowiem  moskitów  nie  pozostawiają  już  wtedy  po  sobie  swędzących 
bąbli,  lecz  tylko  małą  czerwoną  plamkę  która  wkrótce  czernieje, 
widniejąc przez kilki tygodni. 

Oczywiście,  że  do  niezbyt  wesołych  chwil  należy  spotkanie  z 

jadowitą  żmiją,  których  tam  nie  brakuje.  Naogół  uciekają  one  przed 
szmerem,  jaki  idący  człowiek  robi. Dobry  trzewik  i dobra  sztylpa  w 
dużej  mierze  zabezpieczają  przed  ukąszeniami,  ale  na  wszelki 
wypadek  nosi  się  w  kieszeni  serum,  działające  niezawodnie.  Do 
najjadowitszych  żmij,  spotykanych  nad  Chapecó,  należy  urutii 
(crotalus mutus) i jararaca (bothrops newiedi). Podobno są i grzecho-
tniki, lecz z temi ostatniemi nie udało się nigdy spotkać. 

Ukąszenie  jadowitej  żmii  nie  zawsze  bywa  śmiertelne,  lecz 

bardzo często kończy się amputacją (ukąszenia w 95 proc. trafiają się 
w  nogi)  o  ile  nie  zastosowało  się  zastrzyku.  Istnieje  gatunek  żmij, 
których  ukąszenie  sprowadza  chwilową,  dłużej  lub  krócej  trwającą, 
ślepotę.  

Twierdzę  jednak,  że  porządnie  obuty  człowiek  zwłaszcza 

posiadający  serum  w  kieszeni,  jest  zupełnie  od  smutnych  następstw 
ukąszenia zabezpieczony. 

I  tak  wśród  zwierząt,  wężów  i  moskitów  w  przepięknej 

brazylijskiej puszczy pędziłem przez kilka tygodni pełne wrażeń życie 
koczownika. 
 
 
 
 

XVII 

 

Na wodach nieznanej rzeki. 

background image

 
 

Lewy  brzeg  Chapecó  jest  wprawdzie  nieznany,  lecz  od  czasu  do 

czasu  ktoś  doń  dociera.  Puszcz  natomiast,  zalegających  prawe 
wybrzeże,  nikt  dotychczas  nie  miał  chęci  odwiedzać.  Możliwe,  że 
jakiś  morderca  lub  bandyta,  któremu  zaciasno  było  w  bardziej 
cywilizowanych  ośrodkach  życia,  chronił  się.  w  mroki  nie  znanych 
okolic, żyjąc na wzór  Indjan z polowania i  rybołówstwa. W każdym 
razie  mogły  to  być  tylko  wypadki  sporadyczne,  powtarzające  się 
bardzo rzadko. 

Po  obu  stronach  wpada  wiele  rzek,  z  których  do  znanych, 

przynajmniej z grubsza, należy  Lageado Liso oraz Rio do Lambedor, 
do zupełnie zaś nieznanych — Rio do Burro Branco. 

Ujście tej ostatniej znaleźli miernicy przed trzema laty i nazwali, 

niawiadomo dlaczego, rzeką Białego Osła (Burro Branco). W dwa lata 
potem  próbowano  rzekę  zbadać,  lecz  już  kilkanaście  kilometrów  w 
górę od ujścia napotkano wodospad i, nie chcąc sobie  zadawać trudu 
przeciągania łodzi lądem, zawrócono. 

W czasie, gdy przebywałem w Isabelli, wiedziano o Rio do Burro 

Branco bardzo nie-wiele, a właściwie tylko tyle, że wpada do Chapecó 
w takiem to a takiem miejscu. Nieskalana dziewiczość rzeki stanowiła 
dla mnie wielki urok tembardziej, że spodziewałem się na jej brzegach 
napotkać znowu Indjan w ich rodzinnych pieleszach, oraz nasycić się 
pierwotnemi warunkami podróżowania i życia, które zawsze miały dla 
mnie niezrównany urok. 

W  kilka  dni  po  powrocie  z  „mojej”  wyspy,  gdzie  udawałem 

Robinsona,  zacząłem  przy-gotowywać  się  do  nowej  wyprawy. 
Towarzyszyć  miał  mi  ten  sam  leśny  Brazyljanin,  który  zasmakował 
najoczywiściej w swobodnem, beztroskliwem życiu w puszczy. 

I  znowu  pewnego  poranku,  skoro  świt,  gdy  jeszcze  mgły 

zasnuwały głęboką dolinę  Chapecó, wyruszyłem w nieznane wnętrze 
Brazylji. Przez długą chwilę dochodziły nas pohu-kiwania rodaków z 
brzegu  —  odpowiadaliśmy  im  leśnym  zwyczajem,  wydając  z  siebie 
długi, przeciągły, nagle urwany i zakończony krótkiem szczeknięciem 
krzyk,  na podobieństwo  głosu  wilka  stepowego  guara,  który  wyje  w 
blaskach  księżyca  cudnej,  podzwrotnikowej  nocy,  zwołując  gromadę 
na żer. 

Nie  będę  opisywał  szczegółowo  wyglądu  Rio  do  Burro  Branco, 

background image

bowiem  niewiele  różni  się  od  Chapecó,  Po  trzech  dniach  jazdy,  w 
czasie  której  nieskończoną  ilość  razy  trzeba  było  na  szerokich 
bystrzynach  wskakiwać  do  wody,  a  napotykane  wodospady  wymijać 
lądem, postanowiliśmy kilka dni odpocząć. Przed namiotem paliliśmy 
stale  dymiące  ognisko,  aby  ustrzec  się  przed  chmurami  moskitów, 
chcących nas wprost żywcem pożreć. 

Zaraz pierwszego dnia, mój Brazyljanin po powrocie z polowania 

rzekł mi tajemniczo: 

— Senhor tenente (panie poruczniku), jedźmy stąd jaknajprędzej. 

W pobliżu włóczy się wielkie stado „porcos do matto”. 

— No więc co — chyba przed świniami nie będziemy uciekali — 

zapytałem,  nieco  zdziwiony,  wiedziałem  bowiem,  że  nie  był  on 
tchórzem, 

—  Melhor  fugir  (lepiej  uciec)  —  odpowiedział  z  uśmiechem  i 

zaczął obszernie wykła-dać mi, jak to za stadami świń lubią włóczyć 
się jaguary i Indjanie. 

Już  dawno  słyszałem,  że  każde  większe  stado  ma  „swego” 

jaguara. Chodzi on stale za nim i w miarę potrzeby pożera sztukę po 
sztuce.  Również  i  plemiona  Indjan  lubią  się  trzymać  miejsc,  gdzie 
żerują dziki, gdyż polowanie na nie jest względnie łatwe i każdy celny 
strzał czy rzut oszczepem daje dużo mięsa. 

Wobec  tego  wiadomość  przyniesiona  z  lasu  ostrzegła  nas  —  z 

jednej strony przed możliwą wizytą  wielkich drapieżników, z drugiej 
strony  —  przed  niewiele  mniej  drapieżnemi  plemionami  Indjan. 
Także  i  napad  „porcos  do  matto”  nie  należałby  do  rzeczy 
bezpiecznych.  Stado  nieraz  złożone  z  kilkuset  sztuk  jest  niemniej 
groźne  niż  Pan  tych  stron  (jaguar).  Jedyną  radą  jest  wskoczyć 
podówczas na drzewo i czekać, aż zniecierpliwione świnie pójdą sobie 
precz. 

Przez kilka dni nic nie zakłócało spokoju naszego koczowiska, Aż 

tu  pewnego  dnia,  wracając  z  wycieczki  wgłąb  lądu,  napotkałem 
prawie  oko  w  oko  młodego  Indjanina.  Z  wsze-lką  pewnością 
zauważył mnie dopiero w chwili ujrzenia, wydal bowiem cichy krzyk, 
podo-bny  temu,  jaki  wydaje  przestraszony  tatet  lub  człowiek  dziki,  i 
zniknął  w  gęstym  bambuso-wym  trzcinniku,  Tego  samego  dnia 
usłyszeliśmy  gdzieś  w  górze  rzeki  charakterystyczne  gło-sy 
nawołujących się czerwonoskórych. 

Wiedziałem,  że  Indjanie  w  tym  czasie  byli  bardzo  pokojowo 

background image

nastrojeni  i  o  jakimś  napa-dzie  na  serjo  nie  myślałem,  przeciwnie, 
postanowiłem  ich  odszukać  Niewiele  też  namyślając  się,  zaraz 
następnego  dnia  wyruszyliśmy  w  dalszą  podróż.  Nie  bez  słuszności 
przypuszcza-łem, że toldo (wioska indyjska) znajdować się będzie nie 
gdzieindziej,  jak  właśnie  nad  brzegiem  niezwykle  rybnej  rzeki  Burro 
Branco.  Rybołówstwo  jest  ulubionem  zajęciem  Indjan.  Po  kilku 
godzinach mozolnego wiosłowania ujrzeliśmy zdaleka dymy palonych 
ognisk. Gdy łódź nasza wyłoniła się z poza zakrętu i przybiła tuż przy 
kilkunastu szałasach, stojących na niskim brzegu — w obozie powstał 
straszliwy  rwetes  i  hałas.  Kobiety  i  dzieci  biegły  naoślep  do  lasu  a 
mężczyźni  również  niedwuznacznie  zdradzali  chęć  odwrotu.  Mój 
Brazyljanin,  znając  obyczaje  Indjan  a  bojąc  się  jednocześnie 
niespodziewanej  strzały,  ma-chnął  olbrzymią  zieloną  gałęzią  i 
krzyczał  jak  wściekły  jakieś  indyjskie  powitanie.  Po  kilku  minutach 
tych machinacyj z zieloną gałęzią i wydawania dzikich okrzyków — 
mężczyźni  zwolna  zaczynali  zbliżać  się,  w  końcu  poodkładali  łuki  i 
zaczęli gawędzić, posługując się kilkudziesięcioma znanemi  słowami 
portugalskiemi. 

Toldo  ich  przedstawiało  się  bardzo  nędznie,  dużo  gorzej  niż 

wioska Kajuasów, z której pochodził Szausz, szałasy sklecone były  z 
prętów  takuary  i  przykryte  jej  liśćmi,  żadnych  domów  nie  mieli.  Ze 
względu na ciepły klimat wystarczały te budy jednak zupełnie. 

Oczywiście nie było mowy o jakichś stołach, stołkach, ani innych 

podobnych  ulepsze-niach.  Gotowano  w  naczyniach  plecionych  z 
kresjumy i oblepianych gliną. Żywili się przewa-żnie rybami i mięsem 
licznych tam pancerników, oraz mrówkojadów. 

Niemało natrudziłem się, aby  wydobyć z nich do jakiego należą 

szczepu.  Po  długiej  konwersacji  na  migi  i  przy  pomocy  kilkunastu 
słów  języka  guarani,  które  znam,  dowiedzia-łem  się,  że  są 
Kaingangsami. 

Stwierdziłem,  że  stoją  oni  o  wiele  niżej  od  plemion  Kajuasów, 

które  obserwowałem,  będąc  w  gościnie  u  Szansza.  Wierzenia  ich  są 
nadzwyczaj ograniczone. 

Wierzą  w  istotę  najwyższą,  którą  zwą  również  Tupan,  oraz  w 

szereg  złych  duchów.  Plemiona  Parańskie  należą  do  nielicznych  w 
świecie ludów, nie posiadających kapłanów ani czarowników. 

Zupełnie  podobnie,  jak  u  Kajuasów,  nad  wieczorem  wódz  ich 

przyprowadził  mi  do  namiotu,  w  celu  zupełnie  niedwuznacznym, 

background image

jedną ze swych poddanych. 

Naturalnie, kazałem mu zabierać się razem ze swoją dziewczyną 

do  wszystkich  dja-błów.  Przyjął  to  z  pokorą,  jednak  w  oczach  jego 
wyczytałem takie zdumienie, że nie mogłem wytrzymać i parsknąłem 
śmiechem co widząc, mój Indjanin przeraził się nie na żarty i pośpie-
sznie skoczył do swego szałasu. 

Przez  kilka  dni  pozostawałem  w  toldzie,  przyglądając  się 

wolnemu życiu dzikich. Wieczorami siadywałem z nimi przy ognisku 
i,  popijając  szimaron,  słuchałem  naiwnych  opo-wieści,  snutych 
łamaną  brazylijszczyzną.  Przedewszystkiem  usłyszałem  ciekawą 
opowieść  o  „Casa  Branca”  (biały  dom).  Stary  dzikus  opowiadał  mi 
poważnie, że gdzieś na stepie stoi biały dom, w nim mieszka rodzina, 
która  kiedyś  oswobodzi  synów  lasu  z  niewoli  i  odda  w  ich  ręce 
wszystką ziemię aż do Wielkiej Słonej Wody. 

Między  innemi  usłyszałem  bardzo  ciekawe  podanie  o  potopie, 

które  w  swoim  czasie  opisywał  historyk  parański,  Sebastjan  do 
Paraná, w dziele „Chorographia do Paraná”. Chara-kterystycznem jest 
to,  że  Sebastian  do  Paraná  słyszał  tę  legendę  od  Indjan  z  nad  rzeki 
Tibady,  a  ja  w  najdalszym  zakątku  Contestado,  czyli  w  odległości 
jakichś  półtora  tysiąca  kilometrów.  Dowodzi  to  niewątpliwie,  że 
mimo  różnice  językowe  poszczególnych  plemion,  posiadają  one 
pewne wspólne wierzenia. 

Dopiero  w  puszczach  Contestado  dowiedziałem  się,  jak  życie 

ludzkie może być prymi-tywne. Kaingangs, posiadający jakieś zapasy 
żywności,  potrafi,  nie  ruszając  się  z  miejsca,  przebyć  dosłownie  na 
jednem  miejscu  szereg  dni,  załatwiając  wszystkie  swoje  potrzeby  do 
„naturalnych” włącznie, w obrębie metra kwadratowego. Dopiero głód 
zmusza  go  do  ruszenia  się  z  miejsca  i  myślenia  nad  dalszemi 
zapasami. 

Jedno  muszę  przyznać,  że  Indjanie  byli  w  stosunku  do  mnie 

bardzo  gościnni,  bezintere-sowni  i  uczynni.  Za  każdą  podarowaną 
drobnostkę  okazywali  nadzwyczaj  żywą,  dziecinną  wdzięczność.  Z 
niewymownym  zachwytem  przyjęli  parę  metrów  drutu,  który 
ofiarowałem im na groty do strzał. 

Po  kilku  tygodniach  włóczęgi  wróciłem  znowu  do  Isabelli,  do 

rodaków, i zacząłem ob-myślać nową podróż przez stepy sąsiedniego 
stanu  Rio  Grande  do  Sul  do  miasteczka  i  stacji  kolejowej  Passo 
Fundo.  Droga,  którą  zamierzałem  przebyć,  wynosiła  około  400 

background image

kilometrów,  z  czego  trzysta  kilkadziesiąt  stepami.  Na  całej  tej 
przestrzeni  już  od  szeregu  miesięcy  trwała  krwawa  rewolucja 
polityczna.  Bandy  powstańców  i  bandy  wojsk  „regularnych”, 
stanowych, staczały z sobą krwawe potyczki i bitwy. Zdecydowałem 
się na tę niezbyt bezpieczną wycieczkę, bo nie miałem chęci wracać 
do Kurytyby tą samą drogą, a jako cudzoziemiec, nie potrzebowałem 
się wiele obawiać. Ostatecznie skłonił mnie do dalszej podróży jeden 
Brazy-ljanin,  który  obiecał  mi  dać  listy  polecające  do  dowódców 
band, operujących na pograniczu Santa Cathariny. 
 
 
 
 
 

XVIII 

 

Po stronie Assisa. 

 
 

Po kilkugodzinnej jeździe dotarłem do doliny Urugwaju. Potężna 

ta rzeka, niedaleko ujścia Chapecó, prawie dwa razy szersza od Wisły 
pod  Warszawą,  płynie  w  bardzo  głębokiej,  lesistej  dolinie.  Tak,  jak 
wszystkie nisko położone miejscowości w Brazylji, również i ta doli-
na jest bardzo gorąca, a w każdym  razie jej przeciętna temperatura o 
wiele przewyższa tempe-raturę okolic, położonych ponad nią. 

Przy  zjeżdżaniu  miałem  całkiem  niemiłe  wrażenie,  że  droga  ta 

wiedzie  do  piekła.  Patrząc  zgóry,  widziałem  wdole  potężne  skały, 
potwornie powyginane i powyrywane przez rzekę. Otoczona ciemno-
zieloną,  ponurą  wstęgą  dziewiczego  boru,  szumiała  niemniej  taje-
mniczo wielka masa wód. Na samym dole, tuż przy rzece, stoi wielki 
budynek  drewniany,  kryty  karbowaną  blachą,  przeznaczony  na  skład 
przewożonej  promem  „herwy”  (herbaty).  Mieszka  tam  magazynier  i 
przewoźnik.  Wdałem  się  z  nimi  w  rozmowę  na  temat  rzeki. 
Opowiadali  mi  o  niej  długo  i  przewlekle,  jak  zwykli  opowiadać 
mieszkańcy  lasów,  rzadko  mający  sposobność  wygadać  się  przed 
kimś nowym. 

Początkowo  miałem  zamiar  jeszcze  tego  samego  dnia  udać  się 

dalej  i  przenocować  w  Nonohay,  miejscowości,  leżącej  na  stepach 

background image

riograndeńskich za Urugwajem. Zrezygnowałem jednak z tej myśli po 
oświadczeniu  przewoźnika,  że  nocą  niebardzo  bezpiecznie  jechać  ze 
względu  na  włóczące  się  bandy  assistów.  W  samym  Nonohay  mieli 
znajdować  się  jeszcze  żołnierze  Borgesa  de  Medeiros,  lecz  staczali 
ustawicznie  potyczki  i  przewidywano,  że  wkró-tce  cofną  się  aż  do 
Passo  Fundo.  I  faktycznie,  gdy  na  drugi  dzień  około  południa 
dotarłem do tej miejscowości, „borżvstów” nie było już ani śladu. 

W  Nonohay  spotkałem  się  poraz  pierwszy  z  rewolucjonistami. 

Przedewszystkiem  przy  wjeździe  do  miasta  zaaresztowała  mnie 
wystawiona  tam  placówka  i  odprowadziła  do  swego  dowódcy. 
Widocznie ze względu na cudzoziemskie pochodzenie obchodzono się 
ze  mną  nader  grzecznie  i  przyzwoicie.  Dowódcy  wręczyłem 
odpowiedni list polecający, po którego przeczytaniu zaprosił mnie do 
siebie  na  obiad  i  zaczął  szeroko  opowiadać  o  celach  i  zamia-rach 
rewolucji. W końcu w naiwności swej prosił, abym zechciał zobaczyć 
jego wojsko i porównać z polskiem. 

Śmiech  pusty  mnie  ogarnął,  gdy  mój  nowy  znajomy  z 

niepomierną dumą czynił jakieś fantastyczne ewolucje oddziałem i co 
chwila spoglądał na mnie ukradkiem, jakie to robi wrażenie, 

Żołnierze  siedzieli  wprawdzie  na  koniach  i  powodowali  niemi, 

jak najlepsza w świecie kawalerja, ale pojęcie o wojsku i wojnie mieli 
razem  z  dowódcą  najzupełniej  zielone.  Każdy  jeździec  był 
zaopatrzony  w  karabinek  Winczestera,  który  w  charakterystyczny 
sposób  umie-szczał  na  tyle  siodła,  w  długi  rewolwer  Smitha  lub 
sięgający kolan dwururny pistolet. Na za-dach koni spoczywały zwoje 
plecionego  z  cienkich  rzemieni  lassa.  Na  szyjach  nosili  czerwo-ne 
chustki i tem różnili się od reszty ludności, również całemi dniami nie 
schodzącej z koni i także srogo uzbrojonej. 

—  Powiedz,  tenente  polaco  (poruczniku  polski),  czy  wy  tam  w 

Polsce  macie  takie  dzielne  i  sprawne  wojsko  —  zapytał  mnie 
chełpliwie komendant tego jedynego w swoim rodzaju oddziału. 

— Takiego nie mamy — odpowiedziałem dwuznacznie. 
Otoczyło  mnie  kilkudziesięciu  dziko  wyglądających  gauczów, 

którzy, widząc przyjacie-lską rozmowę z ich szefem, zaczęli wdawać 
się ze mną w pogawędkę, 

— Amigo (przyjacielu), czy twój polski rząd jest za Assisem, czy 

za Borgesem de Medeiros — zainterpelował mnie jakiś olbrzymi drab 
w kapeluszu z metrowemi kresami i szerokim, frendzlastym „ponszu” 

background image

(płaszczu), 

—  Już  od  przeszłego  roku,  meu  compadre,  nasz  rząd  bardzo 

popiera Assisa, a wszystkie gazety w Warszawie piszą tylko o tem, że 
wojska  rewolucyjne  wejdą  do  Porto  Alegre  *  lada  dzień  —  łgałem 
bezczelnie w żywe oczy. 

Mniej  więcej  w  ten  sposób  prowadziłem  rozmowę  z  naiwnymi 

synami  stepów,  opowia-dając  im o  straszliwej  europejskiej  wojnie,  o 
tysiącach trupów, o zmiecionych z powierzchni ziemi miasteczkach i 
wsiach.  Słuchali  z  szeroko  pootwieranemi  ustami  i  przerażeniem  w 
oczach. Od czasu do czasu westchnął któryś  głęboko, przeżegnał się 
zabobonnie, jakby odpy-chając podobne nieszczęście od swego kraju, 
lub wykrzykiwał mimowoli: 

— Horrivel, horrivel! (straszne, straszne!). 
Tak do późnej nocy gwarzyliśmy w obszernej budzie drewnianej, 

przemienionej  na  koszary  oddziału  partyzanckiego,  popijając 
nieustannie „szimaron”. Ci półdzicy ludzie, nie znający litości, okrutni 
w  czasie  wojny  i  bitew,  przy  ogniu  i  przyjacielskim  „szimaronie”, 
okazywali łagodne, dziecięce serca, delikatność i uczynność. 

Na drugi dzień nie chciało mi się wcale opuszczać sympatycznej 

grupy  powstańców  i,  gdy  „kapitan”  Joaquim  Machado  de  Oliveira 
zaczął  prosić,  abym  pozostał  parę  dni  i  udzielił  mu  wskazówek  z 
organizacji  mniejszych  oddziałów  wojskowych,  zgodziłem  się  bez 
wahania, ani przypuszczając, że potem długo jeszcze będę przeklinał 
tę nierozważną decyzję. 
 
 
 
 

XIX 

 

Z lassem na szyi. 

 
 

Dowódca  partyzantów  postanowił  nie  ruszać  się  z  Nonohay, 

dopóki  żołnierze  nie  odkar-mią  się  i  nie  odpoczną  należycie,  a  kasa 
oddziału nie zasili się ściąganemi bezceremonjalnie podatkami. 

W tym celu wysłał dziesięciu ludzi do okolicznych „fazenderów” 

(wielkich  posiadaczy  ziemskich)  po  bydło  na  mięso,  a  do  swej 

background image

kwatery  sprowadził  sekretarza  urzędu  municypalne-go,  który  nie 
zdążył uciec wraz z ustępującymi „borżystami”, czy też, może, już był 
w  zmowie  ze  spekulantami  rewolucji  i  umyślnie  został.  Kazał  mu 
natychmiast  sporządzić  wykaz  wszystkich  ludzi,  zalegających  w 
opłacaniu podatków, i zaraz w tym samym dniu rozpoczął należności 
egzekwować.  Ile  z  tych  sum  poszło  na  potrzeby  oddziału,  a  ile  do 
kieszeni dzielnego „kapitana”, tego nikt ani wcześniej, ani później nie 
dowiedział  się.  Wprawdzie  były  jakieś  kwasy  wśród  gauczów,  ale 
Joaquim  potrafił  w  odpowiednim  momencie  podstawić  pod  nos 
niezadowolonego  olbrzymi  rewolwer,  czem  zwykle  sprowadzał 
zupełne  uspokojenie.  Gaucze  szanują  odwagę  i  siłę,  a  dowódca 
imponował im jednem i drugiem, to też harmonja w obozie panowała 
zupełna, nie licząc tego, że od czasu do czasu postrzelali się pijani lub 
pobili  nożami  o  kobietę;  takie  drobnostki  nie  zaprzątały  zajętego 
„zasilaniem kasy rewolucyjnej” kapitana. 

Już  przeszło  tydzień  trwała  ta  moja  sielanka  z  „assistami”,  gdy 

pewnego  dnia  zauważy-łem  nerwowy  ruch  wśród  partyzantów. 
Wybiegali  pośpiesznie  z  chat,  wyprowadzali  konie,  nabijali  broń  i 
rozprawiali zawzięcie. 

— Hallo, Valentino, co to za ruch? — zapytałem przebiegającego 

znajomego gaucza. 
 

* Stolica stanu. 
— Siodłaj piorunem konia, bo przeklęci „borżyści” będą tu lada 

chwila!  —  wykrzyknął  pośpiesznie  i  pognał,  jak  szalony,  ku 
zbierającej się grupie żołnierzy. 

W  tej  chwili  rozległy  się  gdzieś  daleko  na  stepie  strzały 

karabinowe,  i  w  dzikim  galopie  wpadła  do  miasteczka  uciekająca 
placówka.  Położenie  moje  wcale  nie  było  do  pozazdro-szczenia.  Z 
zachowania  się  powstańców  widziałem  wyraźnie,  że  lada  chwila 
pierzchną, roz-sypując się po niezmierzonych stepach, a do Nonohay 
wejdą  wojska  „regularne”,  z  któremi  absolutnie  nie  miałem  chęci 
spotkać  się  już  choćby  dlatego,  że  przebywałem  pewien  czas  u 
kapitana  Joaquima  Machado  de  Oliveira,  jako  jego  „amigo” 
(przyjaciel). 

Początkowo  usiłowałem  przekonać  dowódcę,  że  w  miasteczku 

można  świetnie  bronić  się,  strzelając  do  widocznych,  jak  na  dłoni, 
przeciwników,  zbliżających  się  otwartym  stepem,  Joaquim  nie  miał 

background image

jednak  absolutnie  chęci  narażać  ani  siebie,  ani  „oddziałowej”  kasy, 
wolał  zwykłym  trybem  w  południowo-amerykańskich  rewolucjach 
cofnąć  się,  rzucając  na  przeci-wników,  ich  ojców,  dziadków  i 
pradziadków jaknajwymyślniejsze przekleństwa i złorzecze-nia. 

Rad  nie  rad  musiałem  uciekać  z  nimi,  klnąc  na  czem  świat  stoi 

całą  awanturę.  „Borżyści”  zachowali  się  bardzo  wyrozumiale.  Po 
wejściu  do  miasteczka  ani  myśleli  o  dalszej  pogoni  za  uchodzącym 
nieprzyjacielem  i  z  kolei  ich  dowódca  zabrał  się  do  uporządkowania 
kasy. 

Mniej  więcej  w  ten  sposób  powtórzyły  się  „bitwy”  w  Campo 

Pequeño, w Lageado Secco i w pół tuzinie innych miejscowości. Było 
to w czasie, gdy jeden z najznaczniejszych oddziałów rewolucyjnych 
pod  dowództwem  generała  Porthino  został  pobity  na  głowę  i  Roz-
proszony  w  bitwie  pod  Capo-Ere  przez  wojska  stanowe  generała 
Firmino. Zwycięstwo to rzuciło postrach na drobniejszych dowódców, 
którzy  teraz  nie  ośmielali  się  wysuwać  w  okoli-ce,  bardziej  zbliżone 
do  kolei,  lub  do  miejscowości,  nie  objętych  dotychczas  pożarem 
buntu. 

Partyzanci, 

którymi 

przemierzałem 

rozległe 

stepy 

riograndeńskie, demoralizowali się z dnia na dzień coraz bardziej i nie 
słuchali  już  prawie  zupełnie  swego  kapitana.  Kilka  razy  byłem 
świadkiem  okrutnych  morderstw,  dokonanych  na  „szpiegach”, 
których  wina  polegała  na  gołosłownem  oskarżeniu  jednego  z 
rewolucjonistów.  Po  jednej  z  takich  egzekucyj  cierpli-wość  moja 
wyczerpała  się  ostatecznie  i  postanowiłem  niezwłocznie  opuścić  to 
śliczne towa-rzystwo. 

Nic nikomu nie mówiąc, pewnego poranka jeszcze przed świtem, 

porzuciłem  śpiący  obóz  i  udałem  się  w  kierunku  odległego  o  jakieś 
dwieście kilometrów miasta Passo Fundo. 

Podróż  nie  przedstawiała  się  wcale  różowo.  Przed  sobą  miałem 

niezmierne  stepy,  na  których  zbuntowana  ludność  pastuchów, 
koniokradów  i  awanturników  włóczyła  się  zbrojne-mi  bandami, 
rabując co wpadło pod rękę. 

Gdyby  udało  mi  się  spotkać  jakiś  prawdziwie  regularny  oddział 

wojsk stanowych lub posterunek wojsk federalnych, nie mieszających 
się  do  wewnętrznych  rozruchów,  daleka  podróż  nie  przedstawiałaby 
żadnych  trudności.  Liczyłem  na  to,  że  Passo  Fundo,  będąc  sporem 
miastem  i  stacją  kolejową,  posiada  zapewne  większą  załogę, 

background image

wysyłającą  podjazdy  w  różne  strony,  inaczej  nie  odważyłbym  się 
zapuścić  w  kraj,  objęty  powstaniem,  zapełniony  mnó-stwem  napół 
rozbójniczych band. 

Przez  kilka  dni  posuwałem  się  zwolna  łagodnie  pofalowanemi 

stepami,  żywiąc  się  zabranem  mięsem  suszonem.  Koń  miał  paszy 
poddostatkiem, ponieważ wszędzie rosła gęsta, soczysta trawa, nieraz 
sięgająca mu do brzucha. 

Pewnego  wieczora  zatrzymałem  się  nad  małem  jeziorkiem, 

zarzuconem  w  głuchym  stepie.  Mnóstwo  ptactwa  kręciło  się  nad 
wodą,  a  liczne  ślady  sarn,  wilków-guara,  graszainów  i  innych 
mieszkańców  stepów  wskazywały,  że  upolowanie  jakiegoś 
smakowitego kąska nie będzie w tym zakątku trudne. 

Postanowiłem w uroczej dolince nabrać sił do dalszej drogi i dać 

wytchnąć koniowi, który, robiąc dzień w dzień długie kursy, wychudł, 
a  grzbiet  pokrył  mu  się  odparzeliskami.  Rozłożyłem  swoje  nieliczne 
manatki  pod  rozłożystą  palmą  „buttia”,  rozpaliłem  ogień  i  odpo-
czywałem.  Gdy  dobrze  ściemniło  się,  poszedłem  na  drugą  stronę 
jeziorka czatować na sarny. Po godzinnem oczekiwaniu, dostrzegłem 
wynurzającą  się  z  mroku  zgrabną  sylwetkę  kozioł-ka-pardo. 
Karabinek  oparłem  o  duży  kamień,  wycelowałem  dokładnie  i 
strzeliłem. Koziołek pobiegł kilkanaście kroków i padł. Trafiłem go w 
łeb. 

Uradowany  zdobyczą,  niezwłocznie  zająłem  się  przyrządzaniem 

smacznej  kolacji,  nie  wiedząc,  że  strzał  mój  usłyszał  obozujący 
niedaleko stąd oddział „assistisów”. Nic nie prze-czuwając, spokojnie 
położyłem się spać. 

Nie upłynęło nawet dwóch godzin, gdy poczułem, że ktoś szarpie 

mnie za rękę i woła: 

:— Levantase, vagabundo! — wstawaj, włóczęgo! 
Błyskawicznie sięgnąłem po rewolwer, stale  wiszący u pasa, ale 

wymownie  zwrócona  na  mnie  lufa  Winczestera  powstrzymała  ten 
pierwszy odruch. 

Nie ceremonjując się zbytnio, ani nie zważając na moje protesty, 

zabrano  mi  rewolwer,  nóż  i  karabin;  pieniędzy  nie  zabrano  tylko 
dlatego, że nie miałem przy sobie ani złamanego „wentyna” (szeląga). 
Kazano mi siąść na konia i jechać. Ażeby zapobiec ucieczce, zarzucili 
na mnie lasso, przyczem jeden z jeźdźców trzymał koniec w ręku.  

Stawiony  przed  oblicze  srogiego  komendanta,  zacząłem 

background image

tłumaczyć  mu,  że  kapitan  Joaquim  Machado  de  Oliveira  jest  moim 
„amigo” (przyjacielem) i że przez długi czas byłem w jego oddziale, 
zresztą  jestem  cudzoziemcem  i  nie  obchodzą  mnie  zupełnie  spory 
Brazyljan. Dowódca słuchał uważnie, ale nie uwierzył widocznie, bo 
w końcu krzyknął wściekle: 

— Łżesz, jak pies, napewno jesteś szpieg! 
Uczułem,  jak  dziwne  jakieś  mrówki  zaczęły  chodzić  mi  po 

grzbiecie.  Czyżby  przyszło  złożyć  głowę  z  powodu  nierozważnej 
myśli jechania samemu przez stepy? No, ale trudno, biadanie nic mi 
nie  mogło  pomóc.  Zacząłem  wysilać  cały  swój  dowcip,  jak  się  z  tej 
sytuacji  wywinąć.  Narazie  nic  innego  nie  mogłem  wymyślić  jak 
działanie na zwłokę. 

—  Odeślij  mnie  do  jakiego  starszego  dowódcy  —  rzekłem, 

zwracając się do komenda-nta. 

—  A  poco,  czy  on,  czy  ja,  jednakowo  cię  ukarzemy  — 

odpowiedział  gauczo  i  wymo-wnie  ukazał,  jak  to  ze  mną  postąpi. 
Zamierzano  zarżnąć  mnie  swoim  zwyczajem  niczem  koło-watego 
barana.  W  tej  chwili  przebiegło  mi  przez  głowę  wspomnienie 
conajmniej  dwudziestu  opowieści  o  tem,  jak  to  Brazyljanie  zabijają 
swoich wrogów, pytając się przed śmiercią z wrodzonym wdziękiem: 

—  Por  dentro  ou  para  fora?  (Co  pan  woli,  zarżnąć  pana,  czy 

zakłuć?). 

Już  wyobrażałem  sobie  chwilę,  gdy  zwrócą  się  do  mnie  z  tem 

dżentelmeńskiem  zapytaniem,  gdy  nagle  jeden  z  gauczów,  dawniej 
będący  w  oddziale  kapitana  Joaquima,  poznał  mnie  i  niezwłocznie 
powiedział  o  tem  komendantowi,  twierdząc,  że  wszystko,  co 
mówiłem,  jest  prawdą.  Nieufny  dowódca  jeszcze  nie  wierzył,  w 
każdym  jednak  razie  kazał  mi  iść  spać,  odkładając  dochodzenie  na 
rano. Odetchnąłem z ulgą.  
 
 
 
 

XX 

 

Na drodze do Passo Fundo. 

 
 

background image

Mimo wiszącego nademną miecza Damoklesa usnąłem smacznie 

i  niebudzony  napewno  nie  ocknąłbym  się  wcześniej,  niż  około 
południa  następnego  dnia.  Nie  było  mi  jednak  sądzo-ne  wyspać  się 
porządnie.  Zaledwo  świt  zaróżowił  niebo,  nie  rozpraszając  nawet 
resztek  mroków,  w  obozie  powstał  z  początku  bezładny  hałas,  który 
wkrótce zamienił się w ogólny wrzask i ryk, wydzierający się z setek 
gardzieli zwolenników Assisa. 

Rozespany,  początkowo  nie  mogłem  zorjentować  się,  o  co  to 

chodzi, lecz nagła strzela-nina odrazu pozwoliła domyślić się, że jakiś 
większy  oddział  „borżystów”  spłoszył  nie  spo-dziewających  się 
żadnego  ataku  rewolucjonistów.  Dla  mnie  było  to  bardzo  ważne  ze 
względu na niepewną sytuację w obozie powstańców. 

Nie  upłynęło  kilkunastu  minut,  a  hałaśliwy  biwak  opustoszał 

prawie zupełnie, O mnie nikt nie  zatroszczył się ani na chwilę. Ja ze 
swej strony skuliłem się i starałem się być jak najmniej widocznym. 
Leżałem  dosłownie,  jak  mysz  pod  miotłą,  pod  kolącym  krzakiem 
mimozy-njapindy.  Jakoś  na  szczęście  nikomu  z  uciekających  nie 
przyszło  na  myśl  skończyć  ze  mną  radykalnie  i  raz  na  zawsze. 
Urodziłem  się  widocznie  pod  szczęśliwą  gwiazdą.  Cóż  dla 
półdzikiego  gaucza  znaczyło  wycelować  i  puścić  pół  tuzina 
zaśniedziałych  ołowianych  kul  z  potężnego  ,,Smith'a”  w  moją 
związaną  osobę?  Byłoby  to  zupełnie  naturalne,  tak  naturalne,  że 
zaniechanie tego wydało mi się w onej chwili jakowymś cudem. 

O ile  „assisiści” okazali się tchórzliwymi,  uciekając w popłochu 

przed nieprzyjacielem, nie starając się nawet stawić mu czoła, o tyle i 
napastnicy nie odznaczali się zbytkiem odwagi. Upłynęło dobre dwie 
godziny, zanim odważyli się zbliżyć do zdobytego  obozu. Widocznie 
dla  dodania  sobie  kurażu,  tuż  przed  miejscem,  gdzie  przed  paru 
godzinami  obozował  oddział  powstańców,  podnieśli  przeraźliwy 
wrzask i wpadli tak gwałtownie, jak gdyby byli przekona-ni, że w tej 
dolinie  będą  musieli  przejść  ciężką  przeprawę  z  broniącym  się  do 
upadłego nieprzyjacielem. Oczywiście, w starem obozowisku nie było 
już  ani  jednego  powstańca,  o  czem  najlepiej  wiedzieli  sami 
„borżyści”,  ale  chodziło  im  o  to,  ażeby  później  móc  opowiadać  o 
świetnym ataku z okrzykiem „hurra” na ustach. 

Rozwiązano mnie natychmiast i zasypano mnóstwem pytań. 
— Coś za jeden? 
— Dlaczego cię trzymali „assisiści”? dokąd chcesz ruszyć?  — i 

background image

tysiące innych. 

Opowiedziałem  pokrótce  historję  dostania  się  do  niewoli, 

przyczem, oczywiście, dy-skretnie zamilczałem o swych bohaterskich 
czynach w oddziale kapitana Joaquima. 

Jestem  przyjacielem  wszystkich  „borżystów”  —  zapewniałem 

solennie  —  za  tę  przy-chylność  „assiści”  schwytali  mnie  i  chcieli 
zamordować. 

Litowano  się  nademną  długo,  przewlekle  wyrażając  swoje 

współczucie. Ubolewałem wraz z nimi, i to nawet zupełnie szczerze, 
nad  bezczelnością  band,  zakłócających  spokój  kraju,  przyczem 
wysławiałem pod niebiosy Borgesa de Medeiros, dobrodzieja stanu i 
jego prawego władykę. 

Oddział  wojsk  stanowych,  który  uwolnił  mnie  z  „assistowskiej” 

opresji,  składał  się  ze  stu  dwudziestu  jeźdźców,  ubranych  rozmaicie, 
ale  zato  świetnie  uzbrojonych  i  zaopatrzonych  w  dostateczną  ilość 
amunicji.  Dowodził  nimi  młody  riograndeńczyk,  dawniejszy  oficer 
wojsk  federalnych,  a  więc  człowiek  inteligentny  i  kulturalny. 
Natychmiast  dostarczył  mi  konia,  gdyż  powstańcy,  zapominając  o 
mnie,  pamiętali  bardzo  dobrze  o  moim  koniu  i  zabrali  go  z  sobą. 
Porucznik Rodrigues, tak nazywał się dowódca moich oswobodzicieli, 
zgodził  się  bardzo  chę-tnie  wziąć  mnie  z  sobą  i  odprowadzić  aż  do 
kolei,  to  jest  do  Passo  Fundo;  nie  robił  tego  spec-jalnie,  lecz  tam 
właśnie sam jechał, gdyż w Passo Fundo stał jego bataljon. 

Niestety,  nie  przyszło  mi  tak  łatwo  dostać  się  do  owego  raju, 

posiadającego  kolej.  Czekało  mnie  jeszcze  mnóstwo  przejść  i 
przygód,  o  których  tylko  wspomnę,  że  nie  należały  ani  do  nazbyt 
przyjemnych, ani zabawnych. 

Oddział porucznika Rodriguesa nie udawał się w prostej linji do 

miasta,  lecz  kluczył  po  stepach,  niedostępnych  jarach  i  zapadłych 
wąwozach, szukając rewolucyjnych partyj, stacza-jąc z niemi utarczki 
i  większe  potyczki.  Chcąc  nie  chcąc,  musiałem  brać  udział  w  tych 
wypra-wach,  nieraz  romantycznych  i  ciekawych,  lecz  których  w 
końcu miałem już tak dość, że wpa-dłem w białą pasję, gdy dowódca, 
otrzymawszy  nową  wiadomość  o  jakimś  oddziałku,  grasu-jącym 
gdzieś  w  odleglejszej  stronie,  decydował  się  porzucić  chwilowo 
kierunek na zbawczą stację kolejową i  tracił cale dnie na tropieniu i 
wyszukiwaniu band. 

W  czasie  tej  wędrówki  zdarzały  się  przygody  dziwne  i  tak 

background image

niecodziennie  awanturnicze,  że  opowiadane  wyglądałyby  na  blagę  i 
coś zmyślonego. 

Chociaż  zwolna,  jednak  wciąż  zbliżaliśmy  się  do  celu  podróży. 

Coraz  rzadziej  napoty-kaliśmy  oddziały  „assistów”,  coraz  rzadziej 
Rodrigues zbaczał w step. 

Droga, 

która 

początkowo 

była 

jednem 

wielkiem 

niebezpieczeństwem, przemieniła się w zwyczajną, dość miłą podróż. 
Spotykana  ludność  wszędzie  witała  nas  przychylnie,  —  wkro-
czyliśmy  w  okolice,  sprzyjające  Borgesowi  de  Medeiros,  gdzie  nie 
było wcale buntu, ani się nań nie zanosiło. 

Coraz  częściej  spotykane  „rańsze”  i  duże  stepowe  „fazendy” 

świadczyły, że Passo Fundo już niedaleko. Na krętej stepowej drodze 
zaczęty  pokazywać  się  wielkie,  zaprzężone  w  kilkanaście  wołów, 
„karety” czyli  wozy.  Zdaleka wóz taki wygląda, jak niewielki słomą 
kryty  domek,  ustawiony  na  dwóch  kołach  i  to  kołach  nie  ze 
szprychami,  jak  w  cywilizowanych  krajach,  lecz  pełnych  —  takich, 
jakie  u  nas  w  Polsce  już  chyba  król  Piast  uważał  za  staroży-tne. 
„Karetami”  kupcy  przewożą  towary,  a  gaucze  —  swoje  siedziby. 
Liczne  ich  ukazywanie  się  dowodziło,  że  kraj  tu  zupełnie  spokojny, 
niedotknięty jeszcze nieszczęściem wojny domowej. 

Od  mieszkańców  dowiadywaliśmy  się  skwapliwie  nowości  o 

rewolucji  w  dalszych  stronach.  Krążyły  na  ten  temat 
najfantastyczniejsze  wieści,  niewiadomo  komu  było  wierzyć  —  czy 
strachajłom,  widzącym  wszędzie  długą  rękę  Assisa,  czy  też 
zapalonym  zwolennikom  Borgesa,  lekceważącym  cały  ruch  i 
wyśmiewającym nieregularne oddziały rewolucyjne. W każdym razie 
można  było  z  tych  bezładnych  opowiadań  wywnioskować,  że 
powstanie  trwa  sobie  w  najlepsze  i  narazie  wcale  nie  zanosi  się  na 
uspokojenie  kraju, przeciwnie,  coraz  nowe  połacie  stanu przyłączały 
się do buntu, dezorjentując władze centralne w stolicy państwa Rio de 
Janeiro,  które,  nie  chcąc  podrażnić  silniejszego  stronnictwa,  a  nie 
wiedząc, które posiada większe znaczenie, stanęły od całej rewolucji 
na  uboczu.  Federalny  minister  spraw  wojsko-wych  kategorycznie 
zabronił swym wojskom * mieszać się do „wewnętrznych” zamieszek 
riograndeńskich. 

Pewnego dnia, około południa, na dalekim horyzoncie ukazały się 

szeregi  niewielkich  domów,  krytych  czerwoną  i  szarą  dachówką.  Na 
niezmierzonym zielonym stepie, nad niewie-lką rzeczką, leżała przed 

background image

nami stolica „kampów” (stepów) — Passo Fundo. Rozgłośne okrzy-ki 
ludzi Rodriguesa powitały kres pełnej przygód wyprawy. 
 
 
 
 

XXI 

 

W stolicy stepów. 

 
 

Po  przybyciu  do  Passo  Fundo  podziękowałem  serdecznie 

Rodriguesowi  za  opiekę  i  udałem  się  do  wskazanego  przez  niego 
włoskiego hotelu.  

Miasto, okolone zewsząd bezkreśnemi kampami, jest prawdziwą 

stolicą  stepów.  Na  ludność  składają  się  Brazyljanie,  mnóstwo 
Włochów  i  nieco  Niemców.  Naturalnie,  najpierw  starałem  się 
odnaleźć jakąś rodzinę polską. Po długiem rozpytywaniu udało mi się 
dowiedzieć  
 

*  W  Brazylji  oprócz  wojsk  ogólnopaństwowych  —  federalnych 

— każdy stan posiada własne wojsko, różniące się otokami u czapek. 
adresu jednego urzędnika tamtejszego małego banczku, niejakiego p. 
K., rodem z b. Kongre-sówki. Oprócz niego mieszkał jeszcze w Passo 
Fundo  tylko  jeden  rodak,  właściciel  dużego  składu  obuwia  p.  M.  W 
tym  zapadłym  kącie  nie  było  już  nikogo  więcej,  mówiącego  po 
polsku;  wszędzie  zato  panoszyli  się  Włosi,  przeważnie  emigranci  z 
Wenecji  i  Rzymu.  Wielu  z  nich  wyniosło  z  ojczyzny  zdolności  do 
prac złotniczych i dzisiaj miasteczko słynie  z  ładnie  wyrabianych ze 
srebra  i  złota  drobnych  przedmiotów  i  ozdób.  O  Polakach  ludność 
zachowuje  bardzo  dodatnie  wspomnienia,  dzięki  obecnemu  sub-
szefowi policji stanowej, p. Chmiele-wskiemu, który przed kilku laty 
spełniał tu przez dłuższy czas, ku ogólnemu  zadowoleniu, obowiązki 
prokuratora przy sądzie okręgowym. 

Pewnego  dnia,  zupełnie  przypadkowo,  spotkałem  Rosjanina, 

którego  rewolucja  bolsze-wicka  rzuciła  aż  w  te  odległe  strony. 
Dowiedziałem się od niego, że na setki kilometrów wokoło nie może 
spotkać tu swoich rodaków ani na lekarstwo, i że natomiast  w stanie 

background image

San Paulo jest kilkunastu oficerów z dawnej armji gen. Wrangla oraz 
kilku w Paranie. 

Ostatnich  miałem  sposobność  potem  poznać  w  Kurytybie. 

Fabrykowali  i  sprzedawali  drewniane,  typowo  rosyjskie,  zabawki  w 
rodzaju  „wańki-wstańki”  i  inne.  Naogół  powodziło  się  im  źle,  nie 
znali żadnego fachu, ani języków, Polacy odnosili się do nich z wielką 
rezerwą i przeważnie nie utrzymywali z nimi stosunków. 

W  owym  czasie  chodziły  słuchy,  że  w  Jugosławji  utworzył  się 

komitet  rosyjski,  mający  na  celu  skierowanie  kilku  tysięcy  byłych 
żołnierzy i oficerów z dawnych wojsk Kołczaka, Denikina i Wrangla, 
do Brazylji. Projekt ten jednak nie udał się organizatorom, gdyż rząd 
federalny nie zezwolił na wpuszczenie w swoje granice tego elementu, 
bądź co bądź niezbyt wartościowego pod względem osadniczym. 

Zewnętrznie  Passo  Fundo  przypomina  do  złudzenia  niewielkie 

miasteczko  europejskie,  tylko  liczne  ogrody  i  parki  z  egzotycznemi 
drzewami usuwają złudzenie.  

W  czasie,  gdy  tam  przebywałem,  rewolucja  srożyła  się  w 

jaknajlepsze  i  miasteczko  posiadało  wygląd  bardzo  wojowniczy. 
Zaraz na początku powstania, naczelne dowództwo wojsk stanowych 
posłało  tam  bataljon  strzelców,  bojąc  się,  aby  miasteczka  nie 
opanowali gaucze i nie zrobili z niego ośrodka buntu. Położenie Passo 
Fundo  w  zupełności  usprawie-dliwiało  obawy.  Stosunkowo  duża 
odległość  od  większych  centrów  cywilizacji, bliskość  gra-nicy  Santa 
Catharina  i  liczna,  niezbyt  pewna,  ludność  stepowa  —  wszystko  to 
przemawiało za tem, aby uprzedzić rewolucjonistów i z Passo Fundo 
uczynić podstawę operacyjną przeciw bandom, grasującym na szlaku, 
wiodącym do rzeki Urugwaj. 

Ze swej strony dowódca federalnego okręgu wojskowego w Porto 

Alegre, wysłał również silny oddział do strzeżenia węzła kolejowego, 
tam się znajdującego. 

Pomimo  te  wszystkie  środki  ostrożności,  atmosfera  w  Passo 

Fundo była dość duszna. Nieustannie krążyły wersje i plotki na temat, 
że lada chwila wejdą „assiści” i zmasakrują całą ludność za rzekome 
sprzyjanie  Borgesowi  de  Medeiros.  Kilka  razy  większe  bandy 
powstań-cze  podchodziły  pod  samo  miasto,  lecz  zawsze  uciekały  w 
popłochu,  przetrzepane  porządnie  przez  wojska  stanowe.  W  czasie 
mego  pobytu  „assiści”  nie  odważyli  się  wychylać  tak  daleko  ze 
stepów  i  lasów  z  powodu kilku  większych  porażek, jakie  ponieśli  w 

background image

okolicach  kolonji  polskich  w  municypjum  Erechim,  oraz  niedaleko 
miasteczka  Soledade.  Miejscowe  władze  były  pełne  dobrych  myśli  i 
nierozważnie  lekceważyły  ruch,  nabierający  z  dnia  na  dzień  siły. 
Wprawdzie  rewolucja nie  opanowała  całego  kraju ani  wcześniej, ani 
później,  lecz  przeciągała  się  długo  jeszcze  po  moim  wyjeździe  z 
Brazylji, a wogóle nigdy nie zasługiwała na lekkie traktowanie. 

Dzisiaj na rozległych stepach riograndeńskich partje powstańcze 

już  zniknęły,  zastąpiły  je  jednak  zbójeckie  watahy,  które  pewno 
jeszcze  przez  długie  miesiące  będą  niepokoiły  spokojnych 
mieszkańców, dopóki ci, wyprowadzeni z równowagi, nie sprawią im 
krwawej  łaźni  i  w  ten  sposób  nie  odzwyczają  od  bandyckiego 
rzemiosła. 

W Passo Fundo wypocząłem w wygodnych miejskich warunkach 

i, nie mając co robić tam dłużej, zacząłem wybierać się z powrotem do 
Parany.  Od  Kurytyby  dzieliła  mnie  baga-telna  przestrzeń,  przeszło 
tysiąca siedmiuset kilometrów, którą przebywa się koleją w dwa dni i 
dwie  noce.  Gdy  weźmiemy  pod  uwagę,  że  z  Warszawy  do  Paryża 
jazda  trwa  trzydzieści  kilka  godzin,  to  dopiero  zrozumiemy,  jakie 
szalone  przestrzenie  trzeba  w  Brazylji  przebywać  przy  przenoszeniu 
się z jednej miejscowości, jako tako cywilizowanej, do drugiej. 

Już  niemal  w  przeddzień  wyjazdu  byłem  świadkiem  licznych 

mityngów,  urządzanych  przez  agitatorów  brazylijskich  i  włoskich, 
skierowanych  przeciw  Assisowi  Brasil.  Wogóle  Włosi  w  tamtych 
stronach wyraźnie stawali po stronie Borgesa de Medeiros, jak wogóle 
wię-kszość  cudzoziemców  w  Brazylji,  ceniących  go,  jako  dobrego 
administratora i sprawiedliwe-go prezydenta Stanu. 
 
 
 
 

XXII 

 

Z Rio Grande do Parany. 

 
 

Pewnego  wieczora  na  noc  wyruszyłem  pociągiem,  kursującym 

bezpośrednio między Urugwajana na urugwajskiej granicy, a miastem 
San Paulo w stanie tejże nazwy. 

background image

Pociąg  biegnie  przez  cztery  stany  południowej  Brazylji, 

zmieniając tylko na granicach lokomotywy. Ta linja kolejowa zwie się 
„Estrada  de  Ferro  San  Paulo  —  Rio  Grande  do  Sul”  jest  prywatną 
własnością towarzystwa akcyjnego, w którem gros kapitału posiadają 
Francuzi.  Biura  tego  przedsiębiorstwa  w  Kurytybie  zatrudniają  kilku 
Polaków, przyczem ich stosunek do francuskich zarządców układa się 
bardzo dobrze. 

Przez  dziesięć  godzin  pociąg  przebiegał  stepy  i  lasy 

riograndeńskie. Pośpiesznie mijali-śmy małe, zagubione w odludziach 
stacyjki, pełne uzbrojonego ludu, bądź opowiadającego się po stronie 
Borgesa, bądź po stronie jego przeciwnika, Assisa Brasil. Tak jedni, 
jak  i  drudzy  awanturowali  się  i  odgrażali  wzajemnie.  Wszędzie  na 
znaczniejszych  stacjach  stały  posterunki  wojska  federalnego,  nie 
mieszającego  się  do  wewnętrznych  spraw  stanu,  lecz  bacznie 
obserwujące  wszelkie  posunięcia  tak  jednych,  jak  i  drugich,  i 
pilnujące, aby ruch kolejowy odbywał się normalnie. 

Początkowo „assiści” próbowali opanować niektóre stacje i w ten 

sposób  przerwać  komunikację  z  resztą  kraju,  co  bezwątpienia 
zaszkodziłoby bardzo rządowi stanowemu, który, nie mając możności 
sprowadzać  broni  i  amunicji,  niczem  nie  górowałby  nad  słabo  w 
amuni-cję 

zaopatrzonymi 

powstańcami. 

Przeciw 

zakusom 

unieruchomienia  linij  kolejowych  rząd  federalny  energicznie 
zaprotestował,  wysłał  natychmiast  wojsko  i  zmusił  powstańców  do 
pod-pisania  zgody  w  tym  sensie,  że  zrzekają  się  pretensji  do  drogi 
żelaznej,  zobowiązując  również  rząd  stanowy  do  nie  używania kolei 
dla przewożenia wojska. 

Ugoda  została  zawarta  i  wojna  toczyła  się  obok  kolei,  nie 

dotykając  jej  swem  krwawem  skrzydłem.  Nie  znaczyło,  to, 
oczywiście,  żeby  ta  lub  inna  niezdyscyplinowana  banda  nie  napadła 
na  pociąg  i  nie  próbowała  pasażerów  ograbić.  Próby  takie  jednak 
bywały  rzadkie  i  przeważnie  smutnie  kończyły  się  dla  bandytów; 
podróżni,  jak  wszyscy  ludzie  w  Brazylji,  jeżdżą  uzbrojeni  i  potrafią 
bronić swego portfelu. 

Na  stacji  Marcelino  Ramos  pożegnałem  się  z  krajem  stepów, 

stanem Rio Grande do Sul, i przecinając po pięknym żelaznym moście 
rzekę  Urugwaj,  w  górnym  biegu  o  wiele  mniej  imponującą,  niż  w 
pobliżu  ujścia  Rio  Chapecó  —  miejsca,  które  opisywałem  poprze-
dnio,  wjechałem  w  mroczne,  dzikie,  mało  zaludnione  puszcze  Santa 

background image

Cathariny. 

Z okien wagonu ani na moment nie ujrzy się innego widoku, jak 

zbity  podzwrotnikowy  las.  Raz  na  kilka  godzin  mijaliśmy  jakąś 
maleńką  stacyjkę,  składającą  się  z  kilku  domów  drewnianych,  paru 
sklepów  i  kilkudziesięciu,  a  najwyżej  kilkuset  mieszkańców  Cały 
dzień pociąg pędził i przez cały dzień po obu stronach linji widziałem 
puszczę i puszczę. Czasem tor biegł doliną jakiejś rzeki, wtedy przed 
memi  oczami  roztaczały  się  tak  piękne  widoki,  o  jakich  w  Europie 
nawet marzyć nie można. Przez kilka godzin pędziliśmy doliną Rio de 
Peixe, rzeki wielkości Niemna lub Wilji; liczne, nieraz po kilkanaście 
metrów  wysokości  wodospady  urozmaicały  krajobraz,  wprawiając 
mnie w istną ekstazę zachwytu. 

Późno  w  nocy  przyjechaliśmy  do  Porto  Uniao,  ostatniej 

santakataryńskiej  stacji,  a  za  kilka  minut  pociąg  stanął  w  Uniao  da 
Victoria,  pierwszej  stacyjce  parańskiej.  Po  obu  stronach  granicy 
mieszka  mnóstwo  Polaków,  wobec  czego  nasz  język  rozlegał  się 
wszędzie.  Na  sta-cjach  w  wagonach  coraz  częściej  spotykałem 
Polaków i Rusinów ze Wschodniej Małopolski. Teraz już resztę nocy 
i  cały  następny  dzień  przecinaliśmy  ziemię  parańską,  tak  licznie 
zamieszkaną  przez  naszych  rodaków.  Minęliśmy  Paulo  Frontim, 
Dorizon,  Marechal  Mallet,  Iraty,  Fernandes  Pinheiro  i  wiele  innych 
miejscowości,  położonych  w  municypjach,  w  których  Polacy 
niejednokrotnie  sięgają  kilkudziesięciu  procent  ogólnej  ilości 
mieszkańców, zajmując dość zwartą masą wielkie połacie kraju.  

W  południe  pociąg  przybył  do  Ponta  Grossy,  stacji  węzłowej, 

gdzie trzeba przesiadać się na linję boczną, prowadzącą do Kurytyby. 
Ponta Grossa leży na stepach tak, jak i Passo Fundo, lecz na stepach 
bez porównania mniejszych, więcej  zaludnionych. Panują tam częste 
wiatry,  a  wtedy  tumany  czerwonego  pyłu  zatruwają  życie 
czternastotysięcznej ludności. Polaków mieszka dużo, są dwie polskie 
szkoły,  polski  ksiądz,  kościół  św.  Stanisława,  dwa  towarzystwa  i 
oddział polskich strzelców, czyli junaków. 

Ponta Grossa jest najbliższem większem miasteczkiem dla kolonij 

polskich, położonych nad  rzekami  Ivahy,  Ivahsinho i San Francisko, 
w  okolicach  miasteczek  Calmon  i  Therezina.  Szlak,  wiodący  przez 
stepy, prowadzi do tych kwitnących polskich osiedli, które, gdyby nie 
zbyt wielkie oddalenie od miast i stacyj kolejowych, wynoszące od stu 
do  dwustu  kilometrów,  możnaby  poczytywać  za  jedno  z 

background image

najpiękniejszych i najszczęśliwszych okolic Brazylji. 

Po  dwugodzinnem  czekaniu  na  połączenie  z  Kurytybą 

wyruszyłem w dalszą podróż. Droga między Ponta Grossą a Kurytybą 
należy chyba do najbrzydszych  w Brazylji. Mono-tonne stepy, nieco 
zaledwie 

urozmaicone 

niewielkiemi 

laskami 

pinjorowemi, 

porastającemi zagłębienia i głębsze doliny rzek, ciągną się bez końca. 
Po paru godzinach jazdy przez ten nudny spalony słońcem kraj, byłem 
więcej  znużony,  niż  gdybym  jechał  kilka  dni  przez  przepiękne  lasy 
Santa Catharina, porywające swoim dziewiczym urokiem i dzikością.  

O  pół  do  siódmej  wieczorem  przychodzi  pociąg  do  Kurytyby, 

lecz  tym  razem  stanęli-śmy  na  miejscu  z  półtoragodzinnem 
opóźnieniem,  co  zresztą  nie  jest  w  Brazylji  rzadkością.  Na  stacji 
czekała mnie grupka znajomych i przyjaciół; wyszliśmy na plac przed 
dworcem  i  tu  odrazu  uderzył  we  mnie  gwar  i  hałas  dużego  miasta. 
Porykiwania  samochodów,  nieustanne  dzwonienie  tramwajów  i  ten 
przykry  dla  mieszkańca  wsi  szum  miejski  —  działały  denerwu-jąco. 
Oszołomiony  tem  wszystkiem,  omal  nie  wpadłem  pod  auto,  a 
odskakując w bok, zaklą-łem zcicha: 

— Cywilizacja psiakrrrew! 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

XXIII 

 

„Pułkownik” Jose Vaccariano. 

 
 

Dla  krewkich  Brazyljan  nie  potrzeba  wiele,  aby  urządzić  mniej 

lub bardziej krwawą rewolucję. Sprawy społeczne nie są ani w setnej 
części  tak  zaognione,  jak  w  starej  Europie,  dlatego  też  i  charakter 
tamtejszych  powstań  jest  zgoła  inny,  niż  w  nowożytnej  kolebce 

background image

ludów. Nikomu nie chodzi o jakieś programy lub przekonania, w grę 
wchodzą  przedewszystkiem  osoby;  jedna  partja  chce,  by  rządził  ten 
pan,  druga  zaś,  by  rządził  tamten,  przyczem,  oczywi-ście,  wraz  ze 
zmianą  rządu  obsadza  się  wszystkie  lukratywniejsze  posady  swymi 
ludźmi.  Krótko  mówiąc,  w  Brazylji  istnieją  i  walczą  dwie  partje, 
różniące się tem. że jedna z nich rządzi, druga zaś chce rządzić. 

W  końcu  1922  roku  w  stanie  Rio  Grande  do  Sul  odbywały  się 

wybory  na  prezydenta,  a  ponieważ  dotychczasowy  „panował”  już 
prawie  dwadzieścia  pięć  lat,  więc  wygłodniali  opozycjoniści 
zdecydowali  za  wszelką  cenę  przeprowadzić  swego  kandydata. 
Naturalnie, że zasiedziały prezydent Borges de Medeiros ani myślał o 
ustąpieniu i ponownie „pozwolił” wybrać siebie. W odpowiedzi na to, 
w początku ubiegłego roku (1923), zaczęła się rewolucja. 

Kto  zna  Brazylję,  ten  rozumie  co  to  za  gratka  dla  wszelkiego 

rodzaju drapichróstów, których tam pełno. To też już w parę tygodni 
po  oficjalnem  ogłoszeniu  powstania,  zaroiło,  się  od  „wojsk 
rewolucyjnych”,  a  właściwie  najgorszego  rodzaju  band,  rabujących  i 
mordujących,  co  się  da  i  gdzie  się  da.  Zwłaszcza  pograniczne 
Contestado  obfitowało  w  niezliczone  szajki  „rewolucjonistów”, 
ponieważ, przyciskane przez siły stanowe, mogły chronić się w niedo-
stępnych puszczach dorzecza Urugwaju i drwić z władzy legalnej. 

W  czasie,  gdy  opuszczałem  Isabellę,  w  Rio  Grande  rewolucja 

dobiegała  kulminacyj-nego  punktu.  W  wielu  miejscach  wojska 
Borgesa de Medeiros zostały pobite i rozproszone, a spory szmat kraju 
na  pograniczu  znajdował  się  w  rękach  oddziałów  partyzanckich, 
prokla-mujących  prezydenturę  Assisa  Brazila,  nacjonalisty.  Liczne 
kolonje  polskie  w  municypjach:  Erechim,  Barro  i  Paiol  Grande  stały 
w  ogniu  walk,  przyczem  nieszczęśliwi  nasi  osadnicy  nie-mało 
ucierpieli tak od rewolucjonistów, jak i wojsk stanowych. 

Wszędzie, jak długie i szerokie stepy riograndeńskie, rozlegał się 

szczęk  oręża,  jęki  mordowanych,  rozpaczliwe  krzyki  gwałconych 
kobiet i zrezygnowane zawodzenie rabowa-nych. 

Pewnego dnia zatrzymałem się na obiad w miejscowości, zwanej 

Carneiro,  co  po  polsku  znaczy  „Baran”.  Do  rzeki  Urugwaj,  czyli  do 
granicy  riograndeńskiej,  pozostawało  zaledwie  dwie  mile.  W 
miasteczku  już  dawała  się  odczuć  bliskość  rewolucji.  Rozłożył  tam 
główną  kwaterę  „pułkownik”  Jose  Vaccariano,  znany  na  całem 
Contestado  bandyta  z  racji  głośnego  w  swoim  czasie  napadu  na 

background image

pociąg.  Poszedł  wraz  ze  swymi  zbirami  bronić  władz  legalnych  w 
sąsiednim stanie, a co najciekawsze, przyjęty był z otwartemi rękami. 
Oczywista  rzecz,  że  nie  chodziło  mu  w  obronę  obojętnego  Borgesa, 
ale  tylko  o  świetną  i  bezkarną  sposobność  do  rabunków  i  przelewu 
krwi.  Sławnemu  temu  mężowi  lepiej  powodziło  się  w  bandyckiem 
rzemiośle niż na polu walki, gdyż pobity na głowę w okolicach Passo 
Fundo schronił się do Santa Cathariny i w Carneiro lizał swe rany. 

Miasteczko,  zapełnione  przeróżnemi  mętami,  uzbrojonemi  od 

stóp  do  głów  i  fantasty-cznie  poprzybieranemi,  przypominało  raczej 
odległe 

czasy 

zdobywania 

Brazylji 

przez 

portu-galskich 

„conquistadorów”, niż XX wiek. W wendzie, gdzie zatrzymałem się. 
pełno  było  pijanych,  awanturujących  się  „borżystów”  (zwolenników 
Borgesa de Medeiros). 

Jeden z nich przyczepił się do mnie i z natręctwem pijaka chciał 

wymóc, abym krzyknął „niech żyje Borges de Medeiros”. Chociaż w 
zasadzie  wolałem  starego  prezydenta,  okazują-cego  zawsze  wiele 
przyjaźni Polakom, niż nacjonalistę Assisa Brazila, jednak ani mi się 
śniło  być  powolnym  jakiemuś  pijanemu  gburowi,  tembardziej  że 
naraziłoby  to  na  poważny  szwank  moją  z  trudem  uzyskaną  dobrą 
reputację  wśród  mieszkańców  lasów.  Byłem  zresztą,  na  wiele  setek 
kilometrów 

wokoło, 

jedynym 

przedstawicielem 

Polski 

przedewszystkiem  było  dla  mnie  decydującem,  aby  nie  narazić  na 
ironiczne uśmiechy wspomnienia o Polaku, oficerze wojsk polskich. 

Widząc,  że  mój  prześladowca  nie  chce  odejść  dobrowolnie, 

krzyknąłem nań ostro: 

— Vai embora, animal — idź precz, bydlę! 
— Desgracado estrangeiro — przeklęty cudzoziemcze! — ryknął 

w odpowiedzi Brazy-ljanin i rzucił się na mnie. 

Nie  namyślając  się  wiele,  kopnąłem  go  w  brzuch  sposobem, 

często  w  Brazylji  używa-nym,  po  którym  to  poczęstunku  potrzeba 
conajmniej  pięciu  minut  do  wstania  z  ziemi.  Mój  przeciwnik 
widocznie  jednak  był  wyjątkowo  silnej  kompleksji,  bo  nie  upłynęło 
nawet  dwóch  minut,  gdy  sięgnął  po wiszący  u pasa  rewolwer  w  celu 
zupełnie  niedwuznacznym.  Niewia-domo  jakby  się  cała  awantura 
skończyła,  gdyby  w  tym  momencie  nie  wszedł  jeden  z  „oficerów” 
pułkownika Vaccariano a mój dobry znajomy i nie zlikwidował  całej 
sprawy  w  sposób  dziwnie  prosty.  Ot,  nadzwyczajniej  w  świecie 
podszedł do wstającego gaucza i grubszą stroną ciężkiego, plecionego 

background image

z  byczej  skóry  harapu  palnął  go  kilka  razy  w  głowę.  Na  takie 
„dictum” awanturnik wpadł pod stół i chwilowo nic nie zdradzało aby 
wogóle  kiedy-kolwiek  miał  wstać.  Licznie  zebrane  towarzystwo 
oberwańców  przyjęło  cały  zatarg  z  niekła-manym  zachwytem  a  w 
chwili,  gdy  wychodziłem  razem  z  oficerem  z  wendy,  sprzeczali  się 
zawzięcie o to, czy po pierwszem kopnięciu należy cios dla „wszelkiej 
pewności” powtórzyć, czy też, jak ja to zrobiłem, nie powtarzać. 

Po  południu  opuściłem  Carneiro,  żegnany  nader  przyjacielsko 

przez  starszyznę  Vacca-riana,  która,  gdy  dowiedziała  się,  że  jestem 
oficerem  polskim  i  do  tego  brałem  udział  w  wojnie,  okazywała  mi 
wielką sympatję. 
 
 
 
 

XXIV 

 

Przez kraj bananów i ananasów. 

 
 

Po dłuższymi pobycie w Kurytybie wyruszałem znowu w podróż. 

Był  to  październik, a  więc  czas,  kiedy  na  wysokiem  płaskowzgórzu, 
na którem leży stolica Parany, trwa znojne lato. 

Wczesnym  rankiem  udałem  się  na  stację  i,  serdecznie  żegnany 

przez  znajomych  i  przy-jaciół,  wsiadłem  do  pociągu,  zmierzającego 
wprost na wschód, do jedynego portu parańskie-go, Parangua. Słońce 
jakby  chciało  wynagrodzić  tęsknoty,  które  zwykle  każdy  wyjazd  w 
dalekie strony obudzą, jaśniało całą swą podzwrotnikową pięknością. 
Szafirowego  nieba nie  przyćmiewała  ani jedna chmurka,  nawet  wiatr 
ukrył  się  w  zdala  majaczących  górach  i  nie  mącił  majestatu 
przesuwających  się  za  oknami  wagonu,  niby  w  kalejdoskopie, 
wysmukłych palm, dziwacznych pinjorów i potężnych anżyków. 

Pociąg  początkowo  mknął  równinami  zaludnionemi  przez 

polskich  osadników.  Po  dwu  godzinach  niemal  nagle  skończyły  się 
równiny  i  wjechaliśmy  w  góry  Serra  do Mar,  odgradza-jące  wnętrze 
stanu  od  nadmorskiego,  niezdrowego  pasa,  potężnemi,  nietkniętemi 
nogą  ludzką  szczytami.  Góry  Morskie  są  celem  niedzielnych 
wycieczek  kurytybian,  lubujących  się  w  niezrównanych  widokach 

background image

tamtych  okolic  i  pociągającym  uroku  dziewiczych  borów,  szczelnie 
pokrywających  każdą  piędź  ziemi.  O  jakichś  ulepszeniach  dla 
turystów w górach Serra do Mar jeszcze nic nie słychać, lecz pomimo 
tego  co  niedziele  mroczne  a  piękne  ich stoki pełne  są  rozbawionych 
grup.  Porównywając  tamte  okolice  z  najbardziej  okrzyczanymi  za 
„niezrów-nane”  najpiękniejszemi  stronami  starej  Europy,  doszedłem 
do  przekonania,  że  wszystkie  cuda  włoskie  czy  szwajcarskie 
wyglądają  wobec  gór  Morskich  jak  przekupka  cuchnących  kama-
ronów (mały jadalny raczek morski) przy lwicy salonowej. 

Między 

górami 

oceanem 

rozciąga 

się 

wąski, 

kilkunastokilometrowy  pas  ziemi,  który  ze  względu  na  niskie 
położenie  posiada  klimat,  w  przeciwności  do  wyżynnego  wnętrza 
Para-ny, bardzo gorący i malaryczny. 

Już  w  pasie  nadmorskim  leży  niewielkie  miasteczko  Morretes, 

chwilowy  cel  mojej  podróży.  Prosto  ze  stacji  udałem  się  do  dr.  K., 
mego  znajomego,  który  mieszka  tam  i  pra-ktykuje  już  od  pięciu  lat. 
Rozgościłem się u niego, podejmowany bardzo serdecznie. Oprócz dr. 
K.  i  jeszcze  jednej  rodziny,  Polaków  więcej  w  tych  stronach  niema, 
nietylko Polaków, ale wogóle cudzoziemców. 

Zaraz  nazajutrz  zabrałem  się  do  zwiedzania  okolic. 

Przedewszystkiem  uderzyła  mnie  niezwykle  wielka  ilość  owoców 
widoczna  na  każdym  kroku.  Na  stacji  tłumy  czarnych,  popielatych, 
kawowych  i  białych  chłopców  sprzedawały  w  małych  koszyczkach 
rodzaj  dziko  rosnących  śliwek  żabotikaby,  oraz  wielkich  o  mdłym 
smaku  sereży.  Pomarańcze,  ananasy  lub  potężne  grona  bananów 
można było kupić za śmiesznie niskie ceny. Całe miasteczko tonie w 
ogrodach, przepełnionych drzewkami pomarańczowemi, cytrynowemi 
i  kawowemi.  Najpo-spolitszemi  owocami  są  banany  i  ananasy, 
których nieprzejrzane plantacje ciągną się we wszystkie strony. Przed 
dwunastu  laty,  niedaleko  Morretes,  w  miejscowości  Porto  de  Cima, 
były  próby  kolonizacji  polskiej,  wypadły  jednak  fatalnie.  Dzisiaj 
niema  tam  ani  śladu  naszych  rodaków,  wszyscy  przenieśli  się  w 
zdrowe i chłodniejsze strony wnętrza kraju. Pozostały jednak po nich 
liczne  poręby,  plantacje  bananów,  śliczne  gaje  pomarańczowe  oraz 
opuszczo-ne  domostwa.  Zachłanny  podzwrotnikowy  las  prędko 
niszczy  pracę  nieszczęśliwych  koloni-stów,  lecz  teraz  jeszcze 
wszędzie po okolicznych lasach  można napotkać piękne jak w bajce 
gaje  bananowe  ze  smacznemi,  cały  rok  trwającemi  owocami.  W 

background image

przydrożnych rowach często napotyka się kępy ananasów, rosnących 
dziko.  Jako  chwast  bardzo  pospolity  wszędzie  wystę-puje  kremowa, 
herbaciana róża. 

Chociaż  okolice  Morretes  są  niezdrowe,  pełne  malarycznych 

wyziewów, to jednak w samem miasteczku tej zarazy niema. 

—  Mieszkam  tu  już  szereg  lat  —  mówił  dr.  K.  —  a  nie 

chorowałem ani ja, ani moja żona, przypuszczam, że to dobroczynny 
wpływ  braku  błot  w  tych  stronach,  tak  pospolitych  w 
miejscowościach, położonych na wschód i zachód od miasta. 

W  Morretes  mieszkają  wyłącznie  Brazyljanie,  a  co  za  tem  idzie 

—  jest  ono  pozbawione  prawie  zupełnie  wszelkiego  przemysłu  i 
większego  handlu.  Istnieje  tam  fabryka  papieru,  wyrabianego  z 
rośliny,  zwanej  „żaśmin”,  rosnącej  dziko  w  wielkich  ilościach. 
Fabryka  należy  do  niejakiego  Bergama,  północnego  Amerykanina  z 
Chicago,  którego  matka  była  Polką.  Z  tego  zakładu  przemysłowego 
żyje  conajmniej  połowa  miasteczka,  wszystkie  dzieci,  aż  do 
najmniejszych,  tną  wielkiemi  nożami  żaśmin,  wiążą  w  pęczki  i 
sprzedają zarządowi papierni. 

Morretes,  jak  na  stosunki  brazylijskie,  jest  miastem  bardzo 

starem.  Założone  w  r.  1733,  istnieje  już  prawie  dwa  wieki,  lecz  od 
szeregu  lat  przestało  rozwijać  się  zupełnie  i  obecnie  nie  rokuje  na 
przyszłość najmniejszych nadziei. 

Okolice  tej  zapadłej  mieściny,  tak  jak  i  całego  pasa 

nadmorskiego, są zamieszkane przez specjalny typ kabokli, różny od 
spotykanego w „interiorze” (wnętrzu kraju). Są to ludzie słabi, nękani 
przez rozmaite choroby weneryczne, które jakoby otrzymali w spadku 
po  dawnych  mieszkańcach  kraju  —  Indjanach.  Oprócz  chorób, 
potomkowie  portugalskich  zdo-bywców  wchłonęli  w  siebie  bardzo 
dużo krwi tuziemczej, co nie odbiło się korzystnie na żywotności ich 
potomków. Dzisiaj w okolicach Morretes lub Paranagua Indjan niema 
zupełnie,  ale  też  niema  wielu  ludzi,  którzyby  w  żyłach  nie  posiadali 
pewnego procentu krwi „czerwonych”. W przeciwieństwie do swoich 
braci  z  puszcz  południa  i  zachodu  Parany,  nie  posiadają  kabokle 
nadmorscy wcale koni, ani mułów — nie można ich tam utrzymać ze 
względu  na  klimat  nazbyt  gorący,  nie  sprzyjający  hodowli.  Napozór 
drobna ta okoliczność wpłynęła zasadniczo na charakter mieszkańców 
wschodnich  stoków  Serra  do  Mar,  którzy  mieszkając  pojedyńczemi 
rodzinami i nie mając innego środka  lokomocji nad własne nogi, nie 

background image

mogli  wyrobić  w  sobie  współżycia  z  większą  liczbą  sąsiadów,  żyjąc 
zaś w odosobnieniu, w kraju, gdzie niema wielkich drapieżników, nie 
nabyli  tej  rycerskości  i  swobody  w  obejściu,  rysów,  tak  wybitnie 
cechujących  mieszkańców  olbrzymiego  dorzecza  rzeki  Parany  i 
Urugwa-ju, oraz stepów riograndeńskich. 

Pan  K.  skarżył  się  na  tamtejszą  ludność,  twierdząc,  że  jest 

niesumienna  i  nieuczciwa;  drugi  rodak  —  kowal  —  malował  ich 
charakter jeszcze w ciemniejszych barwach. 

—Bo  to  widzi  pan  z  Brezeljanami  inaczej  nie  można,  tylko 

potrząsnąć mu pod nosem rewolwerem, a zapłaci zaraz co się należy i 
jeszcze  pochwali,  że  to  niby  „homen  bravo”  (dzielny  człowiek).  Ja 
tam nie narzekam, co mi się należy, to otrzymam. 

—  A  jak  wam  tu  się  powodzi  —  zapytałem,  spoglądając  z 

sympatją na tego dzielnego człowieka, nie dającego sobie dmuchać w 
kaszę. 

—  Iiii...  powodzić  to  się  i  powodzi,  ale  gorąco  to  „demais” 

(zawiele). 

— No, ale jakoś zdrowo wyglądacie. 
— To też i z gorącem nie największa bieda. 
— A z czem — ciągnąłem za język podzwrotnikowego rodaka. 
— Z ludziamy — odrzekł lakonicznie. 
— Cóż — ludzie jak ludzie, tacy jak wszędzie. 
— Ale... jak wszędzie, ony są panie wszystkie nic nie warte — tu 

nastąpił cały szereg wydziwiań nad neo-łacińską rasą brazylijską. 

Góry  Morskie,  otaczające  z  trzech  stron  Morretes,  nie  są  zbyt 

wysokie, najwyższy szczyt sterczy właśnie nad miasteczkiem, nazywa 
się Marumby i liczy około dwóch tysięcy metrów. Chociaż Marumby 
nie  jest  bardzo  wysoki,  jednak  dotychczas  nikt  na  szczyt  nie  dotarł. 
Niemal  gładkie  ściany  uniemożliwiają  wdarcie  się  nań  bez 
specjalnych  przygotowań,  a  ponieważ  nikomu  na  wejściu  tam  nie 
zależy,  szczyci  się  więc  Morretes,  że  leży  u  stóp  niedostępnej, 
nietkniętej nogą ludzką góry. Kilka razy doraźnie zbierane wycieczki 
polskie  usiłowały  zerwać  ten  nimb  dziewiczości,  dotychczas  jednak 
bezskutecznie. 

Dużego  uroku  dodaje  tamtym  stronom  śliczna  rzeka 

Nhandiaquara,  zraszająca  rozległe  plantacje  ananasów  i  ryżu. 
Mnóstwo cudnego żaśminu porasta jej brzegi. 

Całemi dniami włóczyłem się po wiecznie zielonych, słonecznych 

background image

lasach okolicznych, codzień odkrywając w nich więcej uroku. 

Pewnego razu na zboczu potężnej góry znalazłem małą plantację 

bananów  i  tak  zwaną  „taperę”,  czyli  opuszczony  domek.  Urwałem 
potężne  grono  smacznych  owoców  i  wszedłem  do  chatki,  chcąc 
odpocząć  w  jej  wnętrzu.  Tapera  była  typowa:  sklecona  z  desek,  ze 
szparami w ścianach i dziurami zamiast okien, nie różniła się niczem 
od setek podobnych, rozrzuco-nych po najdalszych ostępach leśnych. 
Wnętrze  natomiast  świadczyło,  że  mieszkał  tam  zape-wne  jakiś 
kolonista.  Była  wybielona  i  wisiało  w  niej  parę  obrazków. 
Machinalnie  zbliżyłem  się  do  ściany  i  zacząłem  przeglądać  jakieś 
wycinki  z  „Eu  sei  tudo”  czy  „Leitura  para  todos”  (brazylijskie 
popularne  miesięczniki).  Nagle  wśród  rozmaitych  bohomazów, 
wyobrażających  Bóg  wie  co,  dostrzegłem  białą  kartkę  papieru, 
zapisaną  dużem  niezgrabnem  pismem.  Ku  swemu  zdumieniu 
zauważyłem,  że  była  skreślona  po  polsku.  Zerwałem  ją  śpiesznie  ze 
ściany i odczytałem te słowa: 

„Nazywam się Stanisław Kłyk, Polak, kolonista z Gór Morskich. 

Wczoraj  dowiedzia-łem  się,  że  Moskale  chcą  nam  znowu  Polskę 
zabrać, więc zostawiam tę moją kolonję w Górach Morskich na opiece 
Boskiej i jadę do Warszawy. Dnia 4 września 1920 roku”. 

Niezgrabne  pismo  świadczyło,  że  pisał  je  człowiek  mało 

inteligentny, prosty. Usiadłem na jakimś już rozpadającym się stołku i 
zadumałem  o  tym  zwyczajnym,  ordynarnym  Kłyku.  Co  za  ogrom 
miłości  do  dalekiej  Ojczyzny  musiał  płonąć  w  jego  sercu,  skoro 
ożywił tak szczytne postanowienie! 

Dopytywałem  się  wszędzie  o  tego  człowieka,  ale  nikt  wiele 

powiedzieć  nie  umiał,  oprócz  tego,  że  faktycznie  przed  trzema  laty 
mieszkał tam niejaki Kłyk, chłop prosty i niezbyt mądry. 

—  Pewnikiem  miał  we  łbie  fijoła  —  mówił  kowal  śmiejąc  się 

głośno — cięgiem wyrze-kał, że to niby los niepozwolił mu na wojnę 
iść. Bywało, przyjdzie Kłyk do mnie i prawi  — „my tu w dostatku i 
cieple se żyjem, a tam nasi bracia w chłodzie i niebezpieczeństwie o tą 
naszą Polskę krew czerwioniutkom lejo. Powiadam wam „compadre”, 
jako  że  już  dwa  dzie-cka  do  krztu  mi  trzymał  i  kompadrem  mi 
wypadał, że co sobie o tem pomyślę, to cosik za grzdykę mnie chwyta 
i  dzierży,  to  powiadam  ci  compadre,  prawi,  co  się  popatrzę  na  one 
ananasy i insze przysmaki i wspomnę se na tom naszom wygodę, to 
jakby  mi  wstyd  czegosik  było  i  jakby  coś  wołało  —  a  idź  tam  do 

background image

swoich,  do  onych  błoniów  i  tych  lasów  iglastych  i  broń  ich  przed 
wszelakim wrogiem”. 

— Tak, był to chłop przyciężki i na rozumie nietęgi pewnikiem w 

młodości  babie  z  podołka  wyleciał  i  łepetynę  se  potłukł  — 
zakonkludował  wkońcu  rodak  i  zabrał  się  do  zawija-nia  w  liść 
kukurydzy  szczypty  tytoniu,  po  chwili  wypuszczał  z  siebie  kłęby 
śmierdzącego dymu. 

—  No,  ale  wkońcu,  Kłyk  przecież  pojechał  do  Polski?  — 

zapytałem. 

— Pojechać to i pojechać, mówił, że do Polski, ale kto jego wie 

dokąd zajechał. 

—  Powiedzcie  mi  jak  ostatecznie  zdecydował  się  na  wyjazd  — 

dowiadywałem się skrzętnie wszystkich szczegółów o tym człowieku. 

—  Ano,  było  to  tak  —  zaczął  kowal  swoim  twardym  głosem, 

mieszając do opowiadania mnóstwo słów portugalskich, jak to jest w 
zwyczaju polskich emigrantów w Brazylji — gdzieś pod koniec zimy 
wypadło  mi  jechać  do  Paranagua,  aby  umówić  się  o  sprzedaż  bana-
nów  z  jakimś  innym  kupcem,  bo dotychczasowy  oszukiwał  mnie  od 
dłuższego  czasu.  Muszę  jeszcze  panu  powiedzieć,  że  kowalstwem 
zajmuję się dopiero niedawno, a w tamtym czasie byłem kolonistą tak 
jak  Kłyk.  Otóż  załatwiłem  ja  w  tej  Paranagwie  (spolszczenie  od 
Paranagua)  interesy,  zrobiłem  nowy  kontrakt,  a  że  pozostało  mi 
jeszcze  trochę  czasu,  więc  poszedłem  do  jednego  Polaka, 
Grabarskiego,  co  trzyma  wendę  nad  morzem,  aby  pogawędzić  o 
starym kraju. Zachodzę ja do niego, witam się i zaraz pytam co tam 
„za  wodą”  słychać.  Aż  tu  patrzę,  wendziarz  robi  smutną  minę  i 
powiada:  „źle,  moiściewy,  ruski  już  znowu  do  Polski  wlaz  i  do 
Warszawy się dobiera”. 

—  Nie  może  być  powiadam,  przecież  w  kurytybskich  gazetach 

stojało,  że  nasze,  Ruskiego  i  Niemca  przepędziły  już  dawno  za 
siódmom rzekę. 

Tu Grabarski jął mi opowiadać jak to z tem wszystkiem było. 
—  I  teraz,  mój  Janie,  powiada,  one  rabusie  stojom  pod 

Warszawom i smak se na tę naszą stolicę robią. 

Zmartwili my się oba serdecznie i wypili na ten frasunek półtory 

butelki  tęgiego  kasza-su  (wódki  z  trzciny  cukrowej).  Ale  ten 
Grabarski  silnej  głowy  nie  miał,  więc  wkońcu  zaczął  płakać,  że  to 
niby naszą Ojczyznę djabli biorą. Zebrała się kupa Brazyljan i pytają: 

background image

— Czemu Polaco (Polak) — płaczesz? 
—  A  bo  nam  „desgrącados  Russos”  (przeklęci  Rosjanie) 

Warszawę chcą zabrać. 

Dziwowały  się  Brazyljany  niemało,  że  to  w  starej  Europie  takie 

niegodziwe narody mieszkają i jedne na drugie nastają. 

Wróciłem  wreszcie  z  tej  przejażdżki  do  domu  i  zaraz  na  drugi 

dzień  z  rana  pchnąłem  mego  Franka  do  Kłyka,  żeby  przyszedł,  bo 
wieści „z za wody” mam nowe. Mieszkał Kłyk dobre pięć kilometry 
odemnie, ale nie upłynęło i dwie godziny, a był już u mnie. Jeszcze i 
potu nie otarł, choć dzień był gorący i duszny, tylko zaraz zaczął pytać 
co  i  jak.  Więc  zaczą-łem  mu  wykładać  to,  co  mówił  wendziarz  z 
Paranagua,  że  źle,  że  Rusek  wlazł  do  Polski  i  zawojować  nas  chce. 
Chociaż  wiedziałem  jak  Kłyk  kocha  stary  kraj,  ale  nie 
przypuszczałem, aby wiadomość ta wywarła na nim takie wrażenie. W 
tym samym momencie zmienił się na twarzy prawie do niepoznania, 
na chwilę przygarbił się, jakby wiadomość przytłoczyła go  do ziemi, 
natychmiast  jednak  porwał  się  na  równe  nogi  i  zaczął  się  ze  mną 
żegnać. 

—  Gdzież  to  tak  spieszycie,  compadre  —  zapytałem 

zaniepokojony. 

—  Ha,  może  jeszcze  zdążę  i  coś  w  starym  kraju  pomogę.  Sam 

jestem i nikt tu po mnie płakać nie będzie. 

Zacząłem odradzać mu, żeby nie jechał, że przecież tam w Polsce 

ludzi  nie  brak,  że  bez  niego  jednego  dadzą  sobie  radę.  Nie  chciał 
wcale słuchać, tylko odszedł natychmiast do swo-jej rańszy w górach. 

Na  drugi  dzień  przyszedł  znowu,  na  plecach  niósł  worek  z 

najpotrzebniejszemi rzecza-mi. Opowiedział mi, że co miał pod ręką, 
sprzedał staremu Pedrowi i jedzie do Polski. Nic nie mogło odwieść 
go  od  powziętego  postanowienia.  Cóż  było  robić,  odprowadziłem  go 
do portu, tam siadł na mały brzegowy okręt, kursujący między Porto 
Alegre  a  Bahią  i  pojechał  do  Rio  de  Janeiro,  aby  stamtąd  wielkim 
statkiem udać się do Europy. 

Widocznie stary kowal lubił Kłyka, bo jakoś zamyślił się ponuro i 

sposępniał. 

—  Pewno  już  człowiek  starego  kraju  nie  zobaczy,  daleki  on, 

daleki  —  dodał  tęsknie  i  mimowoli  spojrzał  w  stronę  oceanu,  za 
którym w bajecznej odległości leżał nasz kraj ojczy-sty. 
 

background image

 
 
 

XXV 

 

Wzdłuż brzegów Brazylji. 

 
 

Jeszcze kilka dni, po rozmowie z kowalem,  zabawiłem w małem 

miasteczku  nad  Nhandhaquarą  i  wyruszyłem  dalej.  Tym  razem 
zatrzymałem  się  w  Paranagua,  niewielkim  porcie  na  wschodniemu 
wybrzeżu  Brazylji  w  stanie  Parana,  Z  opowiadania  kowala  wiedzia-
łem,  że  jest  tam  hotel  polski.  Po  krótkich  poszukiwaniach 
zainstalowałem  się  w  czystym  i  schludnym  domku,  zwanym  Beira 
Mar  czyli  Wybrzeże  Morza.  Właściciel,  pan  Lipiński,  z  Krakowa, 
mieszka tam już od szeregu lat i powodzi mu się zupełnie dobrze. 

Większe  okręty  do  Paranagua  nie  zawijają,  a  tylko  małe, 

kursujące  po  wybrzeżach  Ameryki  Południowej,  należą  one  prawie 
wszystkie  do  Lloydu  Brazylijskiego,  oraz  towarzy-stwa,  zwanego 
„Costeira”. 

W  czasie  przypływu,  Paranagua  wygląda  bardzo  ładnie,  skoro 

jednak  wody  cofną  się  z  zatoki  na  otwarte  morze  —  odkrywają 
wielkie,  cuchnące  błota  nadbrzeżne,  zapowietrzając  miasto 
śmierdzącemi wyziewami. 

Wybrzeże  obfituje  w  ogromne  ilości  małych  raczków 

„kamaronów”,  bardzo  sma-cznych.  Jest  to  najtańsza  potrawa,  którą 
jada się wszędzie — tak w pierwszorzędnem hotelu jak i najpodlejszej 
garnkuchni. 

Miasto  zostało  założone  około  roku  1560  przez  portugalskich 

osadników, przybyłych tam na małych łódeczkach z większych osad, 
położonych  w  okolicach  Bahii  i  Rio  de  Janeiro.  Początkowo 
pobudowali oni małą osadę nad zatoką, utworzoną przez ujście rzeki 
Itiberé,  nad  którą  istniała  już  przed  ich  przybyciem  wioska  Indjan  z 
plemienia Kariżos. Plemię to, z  którego dzisiaj nie pozostało już ani 
śladu,  przyjęło  białych  przyjaźnie,  wkrótce  jednak  Portugalczycy 
musieli  przenieść  swoje  siedziby  na  jedną  z  licznych  malowniczych 
wysepek,  rozsianych  po  zatoce,  ponieważ  Indjanie  nie  wytrzymali 
długo  w  pokojowych  zamiarach,  do  czego  bezwątpienia  przyczyniła 

background image

się niemało, bezwzględność i chciwość conquistadorów. Przez  długie 
lata  trwała  zacięta  wojna,  zakończona  pokojem,  który  dla  Indjan 
okazał się wkońcu zgubą. 

Dzisiaj  plemiona  indyjskie  albo  wyginęły,  albo  wyniosły  się  w 

dalsze  okolice,  gdzie  niema  białych  najeźdźców.  W  Brazylji  nie 
brakuje  dziewiczych  puszcz  i  stepów,  jeszcze  wie-le  lat  upłynie, 
zanim  Indjanom  zabraknie  ziemi  do  cofania  się.  Kilkusetletnie 
współżycie  Portugalczyków  z  nadmorskimi  plemionami  tuziemców 
oczywiście  nie  odbyło  się  bez  mie-szanych  małżeństw.  Bardzo 
nieznaczna ilość kobiet,  emigrujących do Nowego Świata,  sprzy-jała 
krzyżowaniu  się  raz,  tembardziej,  że  narody  łacińskie,  w 
przeciwieństwie  do  germań-skich,  żenią  się  z  kobietami  półdzikiemi 
bardzo chętnie i nie widzą w tem nic złego. Skutkiem tych małżeństw 
tak w Paranagua jak i Morrefes w żyłach mieszkańców płynie znaczny 
procent  krwi  indyjskiej,  często  można  to  stwierdzić  po  prostych, 
twardych, granatowych włosach, szerokich twarzach i melancholijnem 
spojrzeniu  przechodniów  ulic  parańskiego  portu.  Nikt  tam 
pokrewieństwa  z  Indjanami  się  nie  zapiera,  przeciwnie,  należy  do 
pewnego  rodzaju  zaszczytu  móc  pochwalić  się  czerwonymi 
przodkami. 

W  Brazylji  zniesiono  niewolnictwo  dopiero  przed  trzydziestu 

kilku  laty.  Liczni  poto-mkowie  niewolników  murzyńskich  żyją  do 
dzisiaj  w  kraju, do  którego  ich  ojcowie  przywoże-ni  byli  jako bydło 
robocze z sąsiedniej Afryki. Wszyscy Murzyni przyjęli język i religję 
panów, obecnie nie mówią już dawnemi narzeczami, ani nie wyznają 
kultu  pogańskiego.  Tak  jak  i  Indjanie  również  i  oni  podlegli 
krzyżowaniu  się  z  potomkami  europejczyków.  Biali  panowie 
niewolnic  umyślnie  zapładniali  jaknajwiększą  ich  ilość,  aby 
powiększyć  swój  żywy  dobytek.  W  Paranagua,  jak  również  i  we 
wszystkich  innych  miastach  i  miejscowościach  Brazylji,  roi  się  od 
Mulatów,  Metysów,  kwarteronów,  terseronów  i  najrozmaitszych 
odcieni  połączeń  rasy  białej  z  czarną  i  czerwoną,  oraz  tych  dwóch 
ostatnich  między  sobą.  Połączenia  rozmaitych  gatunków  Mulatów  i 
Metysów  wytworzyły  taki  melanż,  że  nikt  absolutnie  w  tem  wyznać 
się nie może. 

Miasto,  chociaż  niewielkie,  liczy  bowiem  zaledwie  dwadzieścia 

kilka  tysięcy  mieszkań-ców,  jest  jednak  porządnie  zabudowane  i 
zabrukowane,  oświetlenie  posiada  elektryczne,  tramwaje  ciągnione 

background image

przez muły, kilka kin, porządne sklepy oraz wiele starych pamiątek i 
wspomnień.  Kościół  w  Paranagua  należy  do  najstarszych  na  całem 
wschodniem wybrzeżu południowo-amerykańskiem, wiadomo o nim, 
że w roku 1578 już istniał, a w 1661 potrzebo-wał nawet gruntownej 
reperacji. 

Ludność, przewijająca się po ulicach, zewnętrznie nie wiele różni 

się  od  publiczności  europejskiej.  Takie  same  ubrania,  podobne 
maniery  i  zachowanie  się.  Utrzymało  się  jednak  z  dawnych  czasów 
sporo  zwyczajów,  przejętych  od  portugalskich  przodków.  Na  ulicach 
nie wi-dać prawie wcale kobiet. Wychodzą one wyłącznie wieczorem 
na  spacer,  a  cały  dzień  prze-siadują  w  domu  lub  wyglądają  oknem. 
Również rzadko można dostrzedz przechadzające się pary, widok tak 
charakterystyczny  dla  wszelkich  europejskich  promenad.  Młody 
człowiek,  chcąc  poflirtować  z  czarnooką  senhoritą,  musi uciekać  się 
do  pomocy...  okna.  Zaloty,  flirty  i  inne  romanse  w  Paranagua 
odbywają  się  przez  okna.  Dziewczyny,  nawiasem  mówiąc  nieje-
dnokrotnie bardzo ładne, przyzwyczajone do podobnego trybu  życia, 
uważają  za  wielką nieprzyzwoitość  spacerować  samej  z chłopcem,  a 
jeśli  się  to  zdarzy,  to  tylko  między  zupełnie  zdecydowanem 
narzeczeństwem.  Pewnego  rodzaju  surowość  jest  dla  brazyljanek 
niezbędną, bo gorące córy tego pięknego kraju, nie grzeszą  zbytkiem 
cnoty  i  niepilnowane  surowo,  przyczyniłyby  wiele  kłopotu  swoim 
rodzicom lub mężom. W Brazylji, w związku z lekkiem traktowaniem 
spraw  miłosnych,  parlament  wydał  specjalne  prawo,  skierowane 
przeciw 

męż-czyznom  nazbyt  pochopnie  korzystającym  z 

temperamentu kobiet. Otóż ni mniej ni więcej tylko skoro dziewczyna 
niepełnoletnia  poskarży  się  policji,  że  dany  osobnik  ją  „skrzywdził” 
— następuje zastosowanie przymusowego ślubu. W samej stolicy, w 
Rio de Janeiro, w roku 1923 po zapustach, bardzo tam uroczyście rok 
rocznie  obchodzonych,  policja  połączyła  przy-musowo  1200  par. 
Prawo  to  jest  jednak  bardzo  obosieczne,  bo  skoro  oskarżony  potrafi 
dowieść,  że  nie  był  pierwszym,  ewentualnie  miał  wspólnika  —  nie 
tylko policja nie da przy-musowego ślubu, lecz oskarżycielkę biorą na 
języki,  staje  się  ona  pośmiewiskiem  całego  miasta,  a  wtedy  nie 
pozostaje jej nic innego do zrobienia jak przenieść się w inne strony. 

Naogół  dziewczęta  brazylijskie  tak,  jak  i  mężczyźni,  są  wątłe  i 

słabowite,  natomiast  ich  południowa  uroda  robi  na  Europejczyku 
piorunujące  wrażenie.  Nie  wielkiego  wzrostu,  są  bardzo  śniade, 

background image

kruczoczarne włosy ocieniają ich twarze a najbrzydsza z nich posiada 
cudo-wne,  głębokie  czarne  oczy,  zajmujące  niemal  połowę  twarzy. 
Delikatne  i  miłe  te  stworzenia  bardzo  chętnie  wychodzą  za  mąż  za 
cudzoziemców, imponuje im zdrowie, czerstwość i siła  Niemców lub 
Polaków, którzy tam wyłącznie reprezentują Europę. 

Rząd  federalny,  mając  na  myśli  poprawę  rasy  brazylijskiej  i 

możliwie  szybkie  wynara-dawianie  przybyszów,  popiera  ze 
wszystkich  sił  małżeństwa  mieszane.  Obcokrajowiec,  żenią-cy  się  z 
obywatelką  brazylijską,  uzyskuje  automatycznie  obywatelstwo,  oraz 
ma prawo do tak zwanego posagu. Posag ten daje rząd w postaci 20 ha 
ziemi  na  jednej  z  kolonij  federalnych  Wobec  jednak  małej  wartości 
takiej  działki  (około  35  dolarów)  nie  jest  to  specjalną  przynętą, 
bezwątpienia większą są śliczne oczy i gorąca krew tuziemek. 

Nie  mając  nic  do  roboty,  chodziłem  daleko  za  miasto  brzegiem 

oceanu, jeździłem łódką po zatoce, zwiedziłem cudowne wyłaniające 
się  z  wody  niewielkie  „bezludne”  wysepki,  poro-śnięte  gęstym 
podzwrotnikowym lasem, pełne przeróżnego, różnobarwnego ptactwa. 
Czasem  napotykałem  skryte  w  wielkich  krzakach  bananowych 
maleńkie  chatki  rębaków  i  poławiaczy  kamaronów.  Zachodziłem  do 
nich  i  prowadziłem  rozmowy,  wzbudzając  swoją  osobą  niezwy-kłą 
sensację wśród nadmorskiego ludu. 

—  Diga-me  estrangeiro,  powiedz  mi  cudzoziemcze,  co  ty  tu 

robisz? ryb nie łapiesz, na komarony mówisz, że śmierdzą i nie chcesz 
się na nie patrzeć, polowanie w tej stronie liche, czego więc włóczysz 
się dzień w dzień po naszym brzegu — pytał mnie razu pewnego jakiś 
poważny stary kaboklo. 

— Aqui tem natureza bonita, tutaj jest piękna natura — oglądam 

ją  —  odpowiedziałem  starcowi,  który  spoglądał  na  mnie  z 
uśmiechem. 

— Natureza bonita — powtórzył za mną, mao presta nada, nic nie 

warta, nie najesz się nią. 

Mimo  pewnego  rodzaju  niedowierzania  staruszek  zaprosił  mnie 

jednak  do  ranszinji,  poczęstował  szimaronem  i  przedstawił  swoje 
kobiety.  To  ostatnie  było  dużym  dowodem  zaufania,  powziętego  do 
mnie,  bo  nie  każdemu  kaboklo  pokazuje  swoje  dziewczęta,  zwykle 
każą im, gdy goście przychodzą, wynosić się precz. A faktycznie nie 
byłoby  nic  dziwnego,  gdyby  swoje  skarby  schował.  Posiadał  trzy 
córy, z których najbrzydsza była już nietylko warta grzechu, ale  dużo 

background image

więcej. 

— Bom dia, senhoritas — przywitałem je. 
—  Bom  dia,  senhor  —  odpowiedział  mi  chór  wdzięcznych 

głosików.  Zasiedliśmy  wszyscy  na  niskich  pniakach,  zastępujących 
krzesła i rozpoczęliśmy pogawędkę. 

—  Powiedz  nam  cudzoziemcze  jak  tam  w  Europie  — 

dowiadywały się z ciekawością senhority. 

Opowiadałem im o dalekim kraju, gdzie w zimie pada śnieg, a lód 

ścina  rzeki.  Przysłu-chiwały  się  uważnie,  wkońcu  jedna  z  nich 
widocznie  odważniejsza  i  rezolutniejsza,  zaczęła  śmiać  się,  nie 
wierząc, aby można było chodzić po strumieniach jak po ziemi. 

—  Nie  okłamuj  nas,  estrangeiro,  po  co  to  robisz,  i  tak  nie 

uwierzymy, aby było możliwe chodzić  po  wodzie. Co  innego śnieg, 
opowiadał nam padre * z Parangua, że w jego stronach  
 

* Ksiądz. 

w  Rio  Grande  do  Sul,  padało  w  jednym  roku  coś  białego  z  nieba  i 
przemieniało się zaraz w wodę. To pewno był ten twój śnieg, ale żeby 
z  wody  zrobiło  się  szkło,  ha,  ha, ha,  —  śmiała  się  śliczna czarnooka 
dziewczyna. 

— Padre mówił, że to zimne, białe, co padało z nieba, było karą 

boską na naród, który bardzo  grzeszył — dodała druga i przeżegnała 
się pobożnie. 

Nie  starałem  się  specjalnie  usilnie  przekonywać  naiwne 

dziewczęta tem bardziej, że ojciec rozstrzygnął sprawę kategorycznie, 
dość obrazowo wytłumaczywszy im, że są głupie, jak graje — sroki i 
że przynoszą mu wstyd przed cudzoziemcem. 

Pożegnałem  tę  zabawną  rodzinę  z  postanowieniem  odwiedzania 

jej  od  czasu  do  czasu,  wkrótce  jednak  opuściłem  tamte  okolice  i  nie 
ujrzałem  już  więcej  naiwnych  dziewcząt,  niewierzących  w  istnienie 
lodu. 

Z  prawdziwym  żalem  rozstawałem  się  z  miłem  miasteczkiem, 

udając się w dalszą podróż do Santos. 

Przejazd  okrętami  żeglugi  nadbrzeżnej  jest  bardzo  tani  i dlatego 

parowce zwykle są przepełnione: Miałem jednak szczęście,  Itaquera, 
na  którą  kupiłem  bilet,  wzięła  stosunkowo  niewielu  pasażerów. 
Nieduży ten okręcik należy do  „Companhia da Navegaçao Costeira” 
— towarzystwa, którego nazwy  wszystkich statków zaczynają się na 

background image

„Ita”,  naprzykład:  Itaquera,  Itapetinga,  Itapetiva,  etc.  Wszystkie  one 
posiadają tylko dwie klasy. 

Zaczynał się już zmrok, gdy opuszczaliśmy  zatokę. Przez krótką 

chwilę  widać  jeszcze  było  budynki,  potem  tylko  dachy  i  wieże 
kościołów, aż wreszcie i one znikły z horyzontu. 

Itaquera  nie  oddalała  się  zbytnio  od  brzegów.  Wciąż  widziałem 

poszarpane  skały  i  niezmierzoną,  ciemną  wstęgę  lasów,  ciągnących 
się w nieskończoność. 

Podróż  niewielkim  okręcikiem  wzdłuż  wschodniego  wybrzeża 

Brazylji,  należy  do  nad-zwyczaj  przyjemnych,  już  choćby  z  racji 
obfitości typów, jakie można na takiej np. Itaquerze obserwować. Gdy 
do przyjemności obserwacyjnych dodamy jeszcze widok malowniczo 
postrzępionych,  oblanych  spienionemi  falami,  brzegów  oceanu,  oraz 
wprost cudownych, ma-łych, bezludnych wysepek, których, zwłaszcza 
w  pobliżu  Paranagua,  jest  niesłychane  mnó-stwo,  to  dopiero  wtedy 
ocenimy należycie cały urok tej jazdy. 

Pogoda  była  ładna,  wieczór  świeży,  nie  gorący  —  w  powietrzu 

panował  jakiś  miły  nastrój  udzielający  się  ludziom,  którzy  owiani 
nim, nabierali wszystkich możliwych cech sympatyczności. W takiem 
pogodnem usposobieniu obserwowałem załogę i współpodróżni-ków. 
Prawie  wszyscy  marynarze  byli  brazyljanami,  tylko  palacze  należeli 
do najczarniejszego chyba szczepu murzyńskiego, a kucharz, żółty jak 
cytryna, pochodził gdzieś z pod Yoko-hamy. Na całym okręcie byłem 
jedynym  Polakiem,  gdyż  nasi  rodacy  w  Brazylji,  przeważnie  rolnicy, 
nie  jeżdżą,  lecz  siedzą  na  swych  działkach  ziemi,  karczując  je  i 
uprawiając, sobie i krajowi na chwałę. 

W  pierwszej  klasie  jechało  niewiele  osób  i  przeważnie  typy 

niezbyt  ciekawe;  jacyś  komiwojażerowie,  dziennikarze,  ksiądz 
katolicki, misjonarz północnoamerykański i australij-ski „globtrotter”. 
Ten ostatni upodobał sobie moją osobę i nagabywał mnie nieustannie 
ła-maną niemczyzną o różne szczegóły z życia w głębi Brazylji. Nie 
znając  ani  jednego  portu-galskiego  słowa,  australijsko-angielski 
włóczęga  był  łakomym  kąskiem  dla  wszelkiego  rodza-ju 
wydrwigroszów,  a  nie  orjentując  się  w  sytuacji,  nabrał  o  Brazylji 
mniemania, że to strasznie drogi kraj i, że wobec tego, jego rodzinny 
Melbourne  jest  rajem  taniości.  Globtrotter  przyznał  mi  się,  że 
pierwszy raz w życiu spotkał Polaka i wobec tego prosił o pozwolenie 
sfotografowania  człowieka,  należącego  do  tak  egzotycznego  narodu, 

background image

oraz  przesłania  odbitki  do  jakiegoś  tam  „Magazine”.  Ku  niemałemu 
swemu  zdumieniu,  wpół  roku  później,  otrzyma-łem  już  w  Polsce, 
ilustrowane  czasopismo  australijskie,  w  którem,  oprócz  owego 
zdjęcia,  były  również  uwiecznione  wszystkie  moje  uwagi  o  polskiej 
kolonizacji w Paranie, na Itaquerze czynione. 

Dużo  ciekawszymi  ludźmi  byli  pasażerowie  klasy  trzeciej;  tam 

wśród  stosów  pak,  lin,  towarów,  wśród  hałaśliwego  zgiełku,  pisku  i 
krzyku  kilkunastu  pomieszanych  narodów  i  kilku  ras,  można  było 
całemi godzinami patrzeć i obserwować, nie uczuwając najmniejszego 
zmęczenia,  ani  znudzenia.  Najwięcej  wrzawy,  jak  zwykle  na  całym 
świecie, robili żywi Włosi, mało ustępowali im Brazyljanie, a jeszcze 
mniej  grupa  hiszpańskich,  a  właściwie  argentyńskich  robotników, 
poważnie  i  flegmatycznie  spoglądali  na  gorączkowe  miotanie  się  po 
pokładzie  południowych  ras,  Niemcy.  Jechało  ich  z  Santa  Cathariny 
kilkunastu  poważnych  kupców  i  plantatorów;  pomimo  widocznej  na 
nich  zamożności,  jechali  III  klasą,  demonstra-cyjnie  opowiadając 
głośno, że różnicę między klasą pierwszą a trzecią złożyli na jakiś tam 
niemiecki  cel.  Oprócz  białych,  w  klasie  trzeciej  jechało  mnóstwo 
Murzynów  —  potomków  niewolników,  Japończyków  z  nadmorskich 
sanpaulistańskich kolonij, a nawet kilku Metysów i Indjan, od których 
niestety,  nie  można  było  nic  dowiedzieć  się  oprócz  tego,  że  jadą  do 
Bahii. 

Całe  to  towarzystwo,  znając  język  brazylijski,  lecz  używając  go 

tylko  do  porozumiewa-nia  się  z  obcymi,  między  sobą  szwargotało 
każdy  innym  językiem  lub  narzeczem.  Język  włoski,  niemiecki, 
portugalski  1  japoński  mieszał  się  z  afrykańskiemi  gwarami 
Murzynów, 

oraz 

azjatyckiem 

narzeczem 

wielkonosych 

Syryjczyków.  Przez  chwilę  w  ten,  jedyny  w  swoim  rodzaju  gwar, 
wpadły  nawet  dosadne  dźwięki  polskiego  przekleństwa,  które 
mimowoli wybiegało mi na usta, gdy przesuwając się między stosem 
skrzyń z pomarańczami a workami z hervą, potknąłem się i omal nie 
wpadłem w przepaściste wnętrze okrętu, 

Między tym różnojęzycznym, poczciwym i pracowitym narodem 

emigrantów, z nędzy kraj rodzinny opuszczających, jak kąkol w zbożu 
przebijała  od  czasu  do  czasu  zapijaczona,  nieuczciwa  twarz 
międzynarodowego  awanturnika.  Na  całej  kuli  ziemskiej  można 
spotkać  włóczęgów  i  wagabundów,  rzezimieszków  i  ptaków 
niebieskich 

— 

jednem 

słowem 

najgor-szych 

wyrzutków 

background image

społeczeństwa,  niekiedy  nawet  ludzi  inteligentnych,  których  coś 
ustawi-cznie  gna  przed  siebie  i  nakazuje  nieustanne  wędrówki. 
Czasem są to nieszkodliwi, nieszczę-śliwi Żydzi wieczni tułacze, lecz 
częściej  próżniacy,  zawadjacy  —  ludzie  zupełnie  niedwu-znacznej 
konduity.  Typów  podobnych  nie  brakowało  również  i  na  Itaquerze. 
Dwóch takich podejrzanych przyjaciół wdało się ze mną w rozmowę, 
zwierzając  się,  że  są  byłymi  żołnie-rzami  Assica  Brazila  i  że  brali 
czynny  udział  w  rewolucji  w  Rio  Grande  do  Sul.  Gdy  dowie-dzieli 
się, że również i ja otarłem się nieco o te ruchawki, poczuli do mnie, 
sprawiającą  mi  mało  zaszczytu,  wielką  sympatję.  Z  ich  opowiadań, 
pomstujących na Assisa i niezbyt  chwa-lących Borgesa de Medeiros, 
doszedłem  do  przekonania,  że  pierwszy  zapewne  wyrzucił  ich  od 
siebie,  a  drugi  wcale  przyjąć  nie  chciał.  Udawali  się  teraz  do 
Meksyku,  tylko  niewiedzieli  jeszcze  za  jakie  pieniądze  się  tam 
dostaną, bo razem oszczędności ich nie przekraczały nie-zbyt znacznej 
sumy  20  milrejsów  (2  dolary).  Dziwiłem  się  beztrosce  i  spokojowi 
awanturni-ków,  którzy,  pomimo,  że  byli  Francuzami  z  pochodzenia, 
twierdzili niczem rodowici Polacy, że „jakoś to będzie”. 

Podróżni,  spacerujący  po  okręcie,  zachowywali  się  z 

nadzwyczajną  swobodą  i,  że  tak  powiem,  obyciem.  Ten,  kto  mógł 
kręcić  się  po  pokładzie,  należał  zwykle  do  ludzi  niejedno-krotnie 
odbywających  podróż,  dla  którego  wobec  tego  nieistniała  plaga  tej 
jazdy  —  choroba  morska.  Inaczej  miała  się  rzecz  z  pasażerami, 
niewytykającymi nosa z pod pokładu. Tam panowała istna Sodoma i 
Gomora — jęki stłumione i jęki głośne, zupełnie wymowne czka-wki, 
przekleństwa  leżących  na  dole,  a  przez  to  narażonych  na  przykry 
kontakt  z  pasażerami  górnych  łóżek  —  oraz  nieprzyjemna  woń 
wymiotów  i  potu  stwarzała  niepodobną  wprost  do  wytrzymania 
atmosferę. To też natychmiast uciekłem z tego smrodliwego piekła na 
brudny  wprawdzie,  lecz  zalany  potokiem  świeżego,  rozkosznego 
morskiego powietrza, pokład. 

Większą  część  nocy  spędziłem  na  rozmyślaniu,  półleżąc  w 

wielkim  leżaku,  jaki  wynaj-muje  się  za  minimalną  opłatę  od 
posługującego  stewarda.  Wpatrzony  w  piękny  gwiazdozbiór 
„Cruzeiro do Sul”, kołysany szmerem fal potężnego, ale w tej chwili 
spokojnego i cichego oceanu, już dobrze nad ranem usnąłem. 

Zaledwie  z  dalekiego  morskiego  horyzontu  zaczęła  wyłaniać  się 

krwawa,  olbrzymia  słoneczna  kula,  na  okręcie  rozpoczął  się  ruch  i 

background image

krzątanina.  Większość  pasażerów  gorączkowo  zbierała  swe  rzeczy, 
marynarze  przygotowywali  towary  do  wylądowywania,  a  oficerowie 
czyścili się i stroili, zamierzając wyjść po przybyciu do portu, na ląd. 

Santos  był  już  blisko.  Około  siódmej  rano  dziewicze  lasy, 

nieustannie  na  wybrzeżu  nam  towarzyszące,  zaczęły  przerywać  cię 
coraz  częściej,  ukazując  jakieś  chaty  i  domy.  Za  kilka-naście  minut 
mieliśmy przybić do największego portu kawowego na świecie. 

Chociaż  jeszcze  tylko  kilka  kilometrów  dzieliło  nas  od  dużego 

miasta,  jakiem  jest  San-tos,  wybrzeże  dopiero  przed  samemi  niemal 
rogatkami  zaczęło  tracić  swój  dziki  i  pierwotny  wygląd.  Niemal  do 
samych  przedmieść  dociera  wielka,  dziewicza  puszcza,  w  której 
jeszcze  dotychczas  można  natknąć  się  na  koczownicze  plemiona 
Indjan. 

W  kilka  chwil  potem  ujrzałem  zdaleka  potężne  wieże  stacji 

radjotelegraficznej, panują-cej nad portem i całą zatoką. 
 
 
 
 

XXVI 

 

Santos, największy port kawowy świata. 

 
 

Wjazd  do  portu  nie  przedstawia  się  zbyt  imponująco.  Płaskie, 

błotniste  brzegi,  porośnię-te  jakąś  brazylijską  odmianą  wikliny,  w 
zupełności  usprawiedliwiają  dawną  opinję  miasta,  jako  siedliska 
nieustającej  żółtej  febry.  Dzisiaj  okolice  uzdrowotniono  i  o  tej 
straszliwej  cho-robie  nic  nie  słychać.  Pomimo  jednak  zdrowego 
klimatu,  olbrzymiego  handlu  i  znaczenia  jako  portu,  w  Santos 
cudzoziemców  jest  bardzo  znikoma  liczba.  Gorący,  wybitnie 
zwrotnikowy  klimat  odstrasza  wszystkich  europejczyków,  oprócz 
Włochów, których pewna ilość tu mie-szka. Z Polaków nie udało mi 
się  odnaleźć  ani  jednego  i  przypuszczam,  że  niema  tam  nikogo, 
mówiącego po polsku. 

Szukając  rodaków,  odwiedziłem  przedewszystkiem  konsulat 

francuski, ponieważ poza granicami Polski, gdy w danej miejscowości 
niema  naszego  przedstawicielstwa,  rodacy  naj-chętniej  udają  się  pod 

background image

opiekę sprzymierzonej republiki, znajdując z tej strony nieraz bardziej 
wydatną pomoc, aniżeli od rodzimych dyplomatów i konsulów. 

Konsul  francuski  (nazwiska  nie  pamiętam)  człowiek  bardzo 

sympatyczny, pełen jeszcze wspomnień z odwiedzin polskiego statku 
„Lwów”,  który  zawinął  do  Santos  miesiąc  przed  moim  doń 
przybyciem, przyjął mnie bardzo serdecznie  i z żalem oświadczył, że 
niestety, na terenie jego miasta, niema ani jednego „sprzymierzeńca”, 
a przynajmniej nic mu o nich nie wiadomo. 

Port  w  Santos,  wybudowany  według  wszystkich  najnowszych 

wymagań  technicznych,  imponuje  wspaniałemi  urządzeniami. 
Niezliczone,  przeróżnego  typu,  z  przeróżnych  państw,  okręty, 
począwszy 

od 

niewielkich, 

płynących 

przeważnie 

pod 

skandynawskiemi  flagami,  żaglowców,  aż  do  ogromnych  parowców 
transatlantyckich,  zabierają  stąd  codziennie  bajeczne  wprost  ilości 
kawy. 

Zadziwiająca  jest  siła  tak  zwanych  „carregadorów”,  czyli 

ładowaczy; niejednokrotnie obserwowałem jak taki „carregador” niósł 
kilka  worków  kawy,  wagi  około  300  kg.,  umie-szczone  na  głowie. 
Zbliżyłem  się  do  grupy  robotników  i  spróbowałem  podnieść  jeden 
tylko  z  nich.  Z  pewnym  wysiłkiem  mogłem  unieść  i  przenieść 
kilkanaście  kroków  100-kilowy  ciężar,  ale  żeby  tak  pracować  cały 
dzień w okropnym, tropikalnym upale, to było zupełnie wyklu-czone. 

Nasunęły  mi  się  tu  mimowoli  refleksje,  czy  inteligent  polski, 

znajdując się w Brazylji w ostatecznej nędzy może liczyć na jaki taki 
zarobek  z  pracy  fizycznej.  Doszedłem,  niestety,  do  przekonania,  że 
pracę  fizyczną  inteligenta  w  takich  warunkach  należy  zaliczyć  do 
jednego więcej z pięknych złudzeń, któremi zwykle jest przepełniony 
początkujący emigrant. W chło-dniejszych stronach jest to jeszcze do 
pomyślenia,  ale  nigdy  w  Rio  de  Janeiro  lub  Santos,  gdzie  upały  nie 
pozwalają myśleć o niczem podobnem. 

Santos, 

według 

statystyk 

brazylijskich, 

zwykle 

zbyt 

optymistycznych,  liczy  121  tysięcy  ludności.  Jest  to  czyste,  ładne 
miasto  ze  wszystkiemi  urządzeniami  nowoczesnemi,  jak:  tramwaje, 
elektryczność,  kanalizacja  (niema  jej  półmiljonowa  Łódź),  z  bardzo 
gustownemi  i  starannie  utrzymanemi  parkami,  mnóstwem  ładnych 
budowli i całą dzielnicą ślicznych will. Centrum miasta leży tuż przy 
porcie  i  olbrzymie  parowce  przybijają  niemal  do  przystanków 
tramwajowych.  Jak  zwykle  w  miastach  brazylijskich,  najładniejsza  i 

background image

najruchliwsza  ulica nosi nazwę  rua  Quinze  de  Novembro,  czyli  ulica 
15 listopada. 

Publiczność  nieco  inna  niż  w  Paranie.  Mniej  widać  ludności 

białej, więcej czystej krwi Murzynów i więcej kolorowych, poza tem 
niczem nie różni się od mieszkańców Paranagua czy Morretes, 

Kilka miesięcy przed moim przyjazdem do  Santos, ogłoszono  w 

Brazylji  konkurs  piękności  kobiecej  i  nagrodę  otrzymała  mieszkanka 
Santos;  miasto  jest  z  tego  nadzwyczaj  dumne,  a  liczna  tam  prasa 
twierdzi  chełpliwie,  że  wogóle  najładniejsze  kobiety  pochodzą 
stamtąd. 

Akurat zdarzyło się tak, że w czasie mego tygodniowego pobytu 

w największym porcie kawowym świata, odwiedził je prezydent stanu 
San  Paulo.  Doktor  Luiz  Washington  jest  oka-załym,  jowjalnie 
wyglądającym  starszym  panem,  śmiejącym  się  dobrodusznie  i 
niepomiernie  lubiącym  popularność.  Władze  municypalne  urządziły 
mu nadzwyczaj uroczyste przyjęcie z pochodem, puszczaniem w biały 
dzień, według brazylijskiego zwyczaju, rakiet itd. 

Z  wielkiem  zajęciem  obserwowałem  oddziały  przysposobienia 

wojskowego  ludności  cywilnej,  tak  zwanej  „Tiro”,  czyli  Strzelec,  i 
„Tiro Naval”, czyli Strzelec Morski, Organizacje te brały żywy udział 
w  uroczystościach.  Prezydent  stanu  przyjął  defiladę  i  dokonał 
przeglądu.  Z  zazdrością  patrzałem  na  te  świetnie  wyekwipowane, 
uzbrojone w broń typu w armji brazy-lijskiej używanego (Mauser M. 
98  typ  dla  Brazylji)  oddziały  strzeleckie,  maszerujące  spra-wnym 
krokiem  i  witane  entuzjastycznymi  okrzykami  publiczności, 
Defilujące  kompanje  niczem  nie  różniły  się  od  najwyborniejszych 
pułków  federalnych  wojsk  stałych,  które  miałem  sposobność 
obserwować w Passo Fundo, w Kurytybie, San Paulo i Rio de Janeiro. 

Muszę przyznać, że przysposobienie wojskowe ludności cywilnej 

w Brazylji stoi o całe niebo wyżej, niż u nas. Przedewszystkiem tam 
już  dawno  uregulowano  sprawy  związane  z  ulgami,  jakie  otrzymuje 
członek stowarzyszenia. Następnie Brazylja góruje tem nad Polską, że 
posiada  tylko  jedno  towarzystwo  zajmujące  się  przygotowaniem 
rezerw, a nie kilkanaście jak Polska. Co najważniejsze, w Brazylji nic 
nie  słychać  o  zwalczaniu  i  niechęci  do  tego  ruchu,  objawu  tak 
pospolitego  w  Polsce.  Poza  tem  rząd  udziela  wydatnej  pomocy,  o 
jakiej u nas nikomu się nie śni. 

Pomimo  wielkiego  ruchu  i  przewijania  się  mnóstwa 

background image

komiwojażerów  ze  wszystkich  stron  świata,  ceny  w  hotelach  nie  są 
zbyt  wybujałe, przeciwnie,  w  porównaniu z cenami w Polsce, nawet 
bardzo  niskie..  Mieszkałem  w  zupełnie  porządnym  zakładzie  na 
wspomnianej  już  ulicy  Quinze  de  Novembro  i  płaciłem  za  pokój  z 
całodziennem utrzymaniem około 7 zł. polskich, nawiasem tu jeszcze 
wtrącę, że w Paranie ceny są dwa razy niższe. 

Bilet  tramwajowy  na  bliższe  odległości  kosztuje  6  groszy,  na 

dalsze 12 groszy. 

Największą ozdobą i chlubą Santos są liczne, bardzo ładne parki. 

Dla Europejczyka przedstawiają one niewyczerpane źródło obserwacji 
różnych  zwierzątek,  od  których  w  parkach  tych  się  roi. 
Przedewszystkiem  i  z  największem  zainteresowaniem  zacząłem 
oglądać leniwce, których w parku przy Praç Maua, łaziło po drzewach 
kilkanaście.  Te  niezwykle  cie-kawe  zwierzęta  poruszają  się  tak 
powolnie,  że  są  prawie  zupełnie  bezbronne  przed  człowie-kiem, 
natomiast  przed  mniej  zmyślnym  wrogiem  potrafią  się  dość 
skutecznie  bronić  ostremi  pazurami.  Żywią  się  te  stworzenia, 
wielkości  dużych  kotów,  liśćmi  pewnych  gatunków  drzew. 
Najcharakterystyczniejszem jest, że leniwiec skoro obje całą gałąź, nie 
potrafi,  czy  też  mu  się  nie  chce,  przejść  na  drugą,  lecz  puszcza  się  i 
spadając 

bezwładnie, 

czepia 

się 

gałęzi 

innych, 

jeszcze 

nieobjedzonych. 

Po  starannie  utrzymanych  trawnikach  biegają  kutije  (dasyprocta 

aguti),  rodzaj  zająca  pospolitego  w  całej  Brazylji,  oraz  niewielkie 
płowe sarenki (cervus campestris). 

Po  obejrzeniu  miasta,  którego  centrum  i  reprezentacyjną  część 

stanowią:  ulica  15  listo-pada,  potem  Largo  do  Rosario,  rua  San 
Antonio,  avenida  Anna  Costa  i  jeszcze  kilka,  obej-rzałem 
przedmieście  Itororó,  zwiedziłem  malowniczą  wysepkę  Porchat,  cud 
techniki  nowo-czesnej,  most  San  Vincente  Ponte,  pojechałem  na 
drugą  stronę  zatoki  do  miejscowości  Gua-rujá,  gdzie  znajdują  się 
cudowne  plaże  i  dokąd  inteligencja  całej  Brazylji  zjeżdża  się  na 
zimowe  kąpiele.  Wykąpawszy  się  dowoli  w  cudownym  oceanie  i 
obejrzawszy  co  było  do  obejrzenia  —  udałem  się  do  jednego  z  biur 
okrętowych, których mnóstwo znajduje się w dzielnicy portowej, aby 
kupić bilet na dalszą podróż, do stolicy Brazylji  — miasta pięknego, 
jak najpiękniejsza bajka, do Rio de Janeiro. 
 

background image

 
 
 

XXVII 

 

Nad zatoką Guanabarà. 

 
 

Z  Santos  wyruszyłem  dla  odmiany,  nie  małym  brzegowym 

okręcikiem,  lecz  wielkim  transatlantyckim  parowcem,  kursującym 
między Amsterdamem a Buenos Aires. Kolos, liczą-cy około 18 tys. 
tonn  pojemności,  wracał  właśnie,  udając  się  przez  Montevides, 
Santos,  Rio  de  Janeiro  i  Bahię  do  Europy.  Wszystkie  okręty 
wyjeżdżając ze swoich krajów, wiozą do Południowej Ameryki żywy 
towar,  w  postaci  setek,  a  czasem  tysięcy  emigrantów,  natomiast  w 
powrocie,  głównym  ich  tonażem  nie  są  już  pasażerowie,  lecz 
przeróżnego rodzaju towary, z których mrożone mięso z Argentyny i 
Urugwaju, oraz kawa z Brazylji odgrywają pierwszą rolę. 

„Orania” gdy opuszczała Santos, liczyła w drugiej klasie zaledwie 

12-tu pasażerów na kilkaset miejsc, ale  zato potworne jej brzuszysko 
było  wyładowane  szczelnie  wielkimi  wora-mi  kawy,  przeznaczonej 
dla różnych państw Europy. 

Na  tym  wspaniale  urządzonym  statku  nie  było  ani  śladu 

ciekawych typów brazylijskich — we wszystkich klasach jechali albo 
reemigranci,  albo  komiwojażerowie  różnych  nacyj.  Europejskie 
ubrania, europejskie języki, białe twarze, czystość i ład holenderski — 
wszystko to pozwalało mniemać, że nie jest się u brzegów Brazylji, a 
gdzieś na wodach Francji lub Ho-landji. 

Rio de Janeiro leży nad zatoką Guanabarà, posiadającą niezwykle 

malownicze brzegi. Wejście od strony oceanu jest stosunkowo wązkie 
i  po  obu  stronach  zaopatrzone  w  forty.  Umocnienia  te,  jak  twierdzą 
Brazyljanie,  urządzone  są  według  najnowszych  wzorów.  Sądząc  z 
częstych  alarmów  rioskiej  prasy,  podnoszącej  regularnie  co  parę 
miesięcy ogromny hałas z powodu rzekomych zbrojeń Argentyny i jej 
zaborczych  w  stosunku  do  Brazylji  planów,  przy-puszczam,  że 
tamtejsze  ministerstwo  spraw  wojskowych  postarało  się,  wyzyskując 
nastroje,  o  odpowiednie  kredyty  i  wybudowało  twierdzę  istotnie 
odpowiadającą celowi. 

background image

Okręt przybił, tak jak w Santos, tuż prawie u  wylotu wspaniałej 

ulicy,  a  właściwie  alei  zwanej  Avenida  Central.  Jeszcze  zanim 
zdążyłem przebyć mostek, rzucony ze statku na ląd, uczepiło się mnie 
ze czterech drabów zaofiarowując różnymi językami jakieś,  jakoby z 
prze-dziwnym  komfortem  urządzone,  hotele.  Wprost  dla  żartu 
zapytałem,  czy  czasem  między  nimi  niema  Polaka,  no  i  ku  memu 
zdumieniu  Polak  znalazł  się!  Akcentem  wprawdzie  wybitnie 
nalewkowskim,  ale  po  polsku,  młody  ruchliwy  człowieczek,  zaczął 
zapraszać  mnie  do  hotelu  ,,Carlton”  na  ulicy  Cattete.  Siadłem  do 
automobilu  i  kazałem  się  tam  zawieść.  Hotel  okazał  się  bardzo 
porządny. Należy do rosyjskiego żyda, lecz współpracuje z nim para 
obywateli polskich z „miasto Łódź”. 

Stolica  wygląda  dużo  porządniej  od  niektórych,  równych  jej 

wielkością,  miast  europej-skich.  Ulice  równe,  brukowane  kamienną 
kostką,  z  szerokimi  chodnikami  betonowemi,  olbrzymiemi 
wystawami,  —  zalane  w  dzień  jaskrawem,  podzwrotnikowem 
słońcem,  podczas  nocy  toną  w  powodzi  elektrycznych  świateł.  Nie 
widać  tam  prawie  wcale  pojazdów  konnych,  a  tylko  nieprzejrzane 
sznury  automobili;  ruchem,  przypominającym  swym  djabelskim 
typem  Paryż,  lub  Berlin  w  czasie  przedwojennej  świetności,  kierują 
ustawieni  na  rogach  policjanci,  w  dzień  zapomocą  chorągiewek,  w 
nocy zapomocą znaków świetlnych. 

Polacy, gdy są w dobrych humorach, lubią  rozprawiać o tem, że 

są narodem niezwykle grzecznym — Francuzami północy — ale żeby 
zobaczyć  naprawdę  grzeczny  naród, należy  bezwzględnie  przejechać 
się  do  Brazylji.  Tam  dopiero  można  zaobserwować  jak  grzeczność 
człowieka zupełnie obcego, może być daleko posuniętą. Pewnego razu 
zdarzyło  mi  się  w  Rio  de  Janeiro,  że  znajdując  się  na  odleglejszej 
ulicy, nieco za miastem, nie mogłem trafić do swego „Carlton-Hotel”, 
zwróciłem  się  więc  o  wyjaśnienie  do  pierwszego  z  brzegu  przecho-
dnia. Brazyljanin nietylko udzielił mi chętnie wszystkich informacyj, 
lecz  dowiedziawszy  się,  że  jestem  cudzoziemcem,  wsadził  mnie  do 
taksametru, odwiózł na miejsce, a gdy chciałem szoferowi zapłacić — 
absolutnie  na  to  niepozwolił,  twierdząc,  że  ja  jestem  gościem,  a  on 
gospodarzem  i  byłoby  z  mej  strony  niegrzecznością  odmówić  mu 
satysfakcji  usłużenia  sobie.  Takie  objawy  grzeczności  spotykałem na 
każdym  kroku  w  całej  Brazylji,  i  to  nietylko  w  cywilizowanych 
miastach,  lecz  tak  samo  w  kurnych  z  łupanych  desek  skleconych 

background image

rańszach kabokli, gdzieś w głębokich dżunglach dzikiego Zachodu. 

Mniej  więcej  przed  rokiem  (w  1922)  obchodziła  Brazylja, 

niezwykle  uroczyście,  stule-tnią  rocznicę  swej  niepodległości.  Dla 
uświetnienia  obchodu  urządzona  została  olbrzymia  międzynarodowa 
wystawa,  w  której  brały  niemal  wszystkie  narody  świata,  oprócz 
Polski.  Czesi,  jak  wiadomo  naród  nadzwyczaj  sprytny,  wybudowali 
swój dość skromny pawilon pierwsi. Prosta rzecz, że z tej racji o ich 
produkcji  ukazało  się  w  prasie  setki  pochlebnych  artykułów  i  przez 
pewien  czas  nie  było  popularniejszego  kraju  w  Brazylji  —  jak 
Czechy. 

Tak  samo  jak  w  dziewicznych  puszczach  zamieszkałych  przez 

półdzikich  kabokli,  również  i  w  Rio  de  Janeiro  nurtuje  wciąż 
awanturniczy  duch  potomków  conquistadorów.  Tak  jak  na  dalekim 
Zachodzie lub Północy — tak samo i w stolicy, wciąż knują się różne 
spiski, dziecinne rewolucje, powstania i zamachy. Miałem sposobność 
oglądać  powyrywany  bruk  na  jednym  z  placów  i  postrzelane  mury 
domów,  pozostałość  po  buncie  marynarzy,  niezadowolo-nych  z 
obecnego prezydenta Arthura Bernardesa. 

Ludność Rio, tak samo jak Santosu, jest kolorowa. Wielką ilość 

Murzynów  i  Mulatów  spotyka  się  na  każdym  kroku,  a  w  niektórych 
okolicach  miasta  majoryzują  oni  w  zupełności  białych.  O 
ustosunkowaniu  sił  między  białymi  a  kolorowymi  może  świadczyć 
fakt, że kontr-kandydatem dzisiejszego prezydenta był zmarły w 1923 
roku  Nilo  Peçanha,  posiadający  w  swych  żyłach  sporo  krwi 
murzyńskiej.  Nawiasem  mówiąc  brat  niedoszłego  prezydenta  był 
posłem  brazylijskim  w  Warszawie  i  dopiero  w  końcu  1923  roku 
wyjechał. Wprawdzie Peçanha nie został wybrany, lecz upadł bardzo 
niewielką  ilością  głosów  i  to  zapewne  dlatego,  że  był  kandydatem 
partji  opozycyjnej,  a  więc  zwalczany,  jak  to  jest  we  zwyczaju  w 
Brazylji, przez cały aparat państwowy. 

Na nowoprzybyłego Europejczyka robią zawsze bardzo śmieszne 

wrażenie Murzynki lub Mulatki poubierane w białe sukienki i w białe 
ażurowe  pończoszki,  przez  które  prześwie-ca  czarne  jak  heban  ciało 
pierwszych, lub podobne do kawy z mlekiem drugich. 

Moralność  zewnętrzna  w  Rio  posunięta  jest  do  tego  stopnia,  że 

naprzykład do pięknego ogrodu botanicznego, ponoć najpiękniejszego 
w  świecie,  niewolno  chodzić  parom,  a  tylko  mężczyznom  osobno  i 
kobietom  osobno.  Są  to  jednak  tylko  pozory,  gdyż  w  rzeczywistości 

background image

zepsucie  wielkomiejskie  nieoszczędziło  stolicy  Brazylji  ani  trochę. 
Jest takie same jak wszę-dzie, może nawet większe, gdyż podsycane 
niepohamowanym temperamentem gorącej krwi podzwrotnikowej. 

Stosunki między  Murzynami, białymi i kolorowymi układają się 

zupełnie  inaczej  niż  w  Północnej  Ameryce.  Brazyljanie  nie  są  w 
niczem  podobni  do  ordynarnych  i  gburowatych  „bisnesmenów”  z 
krainy Wuja Sama, są oni humanitarni, ludzcy i w życiu codziennem 
bardzo  liberalni.  Małżeństwa  z  Mulatami  a  nawet  z  Murzynami 
trafiają  się  często  i  w  niczem  nie  zmieniają  socjalnego  stanowiska 
nowożeńców.  W  Stanach  Zjednoczonych  Ameryki  Półno-cnej 
natomiast,  tego  rodzaju  „mezalians”  rasowy,  uważany  jest  za 
spadnięcie  w  hierarchji  społecznej,  a  osobnik  popełniający  go  bywa 
wyrzucany poza nawias życia towarzyskiego. 

W  pobliżu  Rio  de  Janeiro  leży  kilka  potężnych  szczytów 

górskich.  Pao  do  Assucar,  Corcovado,  i  Tijuca.  Na  pierwszy  można 
dostać się tylko kolejką powietrzną, na drugi wie-dzie kolejka zębata. 
Z  Pao  do  Assucar  roztacza  się  wspaniały  widok  na  całe  Rio,  zatokę 
Guanabarà i na daleki, otwarty ocean. Nie każdego jednak dnia warto 
się  tam  wybrać,  często  wysoki  ten  szczyt  otoczony  jest  gęstymi 
tumanami chmur, które niepozwalają nic dostrzedz. Najczęściej mgły 
gromadzą  się  na  trzech  czwartych  wysokości  góry  w  ten  sposób,  że 
szczyt tonie w słońcu a turysta chmury ma pod nogami. 

W  czasie  dziesięciodniowego  pobytu  w  stolicy  odwiedziłem 

również i nasze poselstwo, które mieści się we  wspaniałej willi przy 
arystokratycznej  ulicy  Marques  de  Olindo.  Poseł,  tytułujący  się, 
zresztą  w  tak  demokratycznym  kraju  zupełnie  niepotrzebnie,  hrabią, 
pełnił  swój  urząd  już  od  roku  i  niestety  wieloma  nietaktami 
wywoływał  wielkie  oburzenie  prasy  bra-zylijskiej  na  siebie  i  na 
Polskę. Między innemi, po śmierci sławnego uczonego i męża stanu 
Brazylji  Ruy  Barbosy,  który  z  sympatji  dla  naszego  narodu  nauczył 
się mówić po polsku i który naprzykład z okazji bitwy pod Warszawą 
wysłał gratulacyjną depeszę do naszego rządu, dyplomaci wszystkich 
państw, chcąc uczcić wielkiego syna Brazylji — składali osobiście na 
grobie  wieńce  i  wygłaszali  przemówienia.  Poseł  polski  nietylko  że 
niewygłosił  przemówienia,  lecz  nie  złożył  nawet  skromnego 
wianeczka,  a  na  pogrzeb  wogóle  nie  poszedł.  Naturalnie  przez  długi 
czas 

aż  kotłowało  się  w  pismach  na  „niewdzięczność”, 

„nietaktowność” itp. Polski. 

background image

Zwiedziwszy co było do zwiedzenia, kupiłem  kartę na francuski 

okręt „Meduana” i zabierając z sobą wielki zapas niesłychanie tanich 
w  stolicy  Brazylji,  pomarańczy  i  bananów,  wyruszyłem  przez  Bahię 
do Afryki. 

Odbiwszy  ostatecznie  od  brzegów  Brazylji,  przez  11-cie  dni  nie 

widziałem nic więcej oprócz morza i błękitnego nieba — dopiero po 
prawie  dwutygodniowej  żegludze,  zamajaczył  w  oddali  płaski  brzeg 
francuskiego Senegalu i niskie, białe domy Dakkaru. 
 
 
 
 

XXVIII 

 

W francuskim Senegalu. 

 
 

Ze  strony  oceanu  ziemia  senegalska  wygląda  strasznie  mizernie. 

Niskie,  piaszczyste  brzegi,  gdzieniegdzie  obrośnięte  nędzną  trawką, 
lub  pokryte  suchotniczemi  kępkami  drzewek  —  przypominają 
nieustannie,  że  niedaleko  stąd  panuje  władczo  największa  na  ziemi 
pustynia  Sahara.  Ani  śladu  bujnej  roślinności,  ani  śladu  szumiących 
strumyków,  lub  jurnie  sterczących  szczytów  Nowej  Ziemi.  Słońce 
tylko  gorące  i  jaskrawe  grzeje  nie  gorzej,  niż  w  kraju  „Krzyża 
Południa”. 

Kraj jest pozbawiony malowniczości, malownicze natomiast jest 

jego  życie.  Zamie-szkują  go  Murzyni  sudańscy  oraz  szczepy  Fulb, 
Haussa  i  Tuaregowie.  Wszyscy  ci  Murzyni  jak  i  Arabi  są  wyznania 
mahometańskiego.  Biali  mieszkają  tylko  w  miastach,  które,  oprócz 
Dakkaru, są nieliczne i niewielkie. 

Ludność  tubylcza  gnieździ  się  głównie  w  głębi  kraju  oraz  na 

przedmieściach  miast,  w  okrągłych,  lepionych  z  gliny  lub 
budowanych  z  bambusu  chatach.  Są  to  ludzie  nieskazitelnie  czarni, 
przystojni, zgrabni i muskularnie zbudowani; prawie nie widać wśród 
nich  ludzi  wzro-stu  niskiego,  a  nawet  średniego.  Kobiety 
niejednokrotnie  posiadają  rysy  niemal  europejskie,  a  zawsze  równą, 
aksamitną,  czarną  cerę.  Są  one  również  tak  okazałe  wzrostem,  że  w 
Europie wzbudzałyby podziw. Jedynie grube wywinięte wargi nadają 

background image

ich twarzom coś dzikiego czy zwierzęcego, — cechy te bezwątpienia 
odstręczają  Francuzów  -  zdobywców  i  z  pewnością  dlatego  w 
Senegalu nie widzi się prawie wcale  Mulatów. Są tylko czystej krwi 
biali i nie mniej czystej czarni. 

Charakterystycznym  jest  również  sposób  poruszania  się  tych 

kolonjalnych  obywateli  francuskich.  Wszyscy  oni  chodzą, 
gestykulują,  poruszają  się  z  taką  gracją  i  wdziękiem,  jak  gdyby  byli 
stałymi  bywalcami  salonów  paryskich.  Swoboda,  niefrasobliwość  i 
pewność  siebie,  wybitnie  odróżnia  Senegalczyków  od  ich  braci  z 
Brazylji. 

Sposób  ubierania  się,  przyjęty  od  Arabów,  jest  malowniczy. 

Różnokolorowe  wolne  burnusy,  fezy,  zawoje  —  oto  codzienny  strój 
mieszkańca Dakkaru.. Kobiety owijają się kawałkiem materji, tworząc 
rodzaj sukni w biodrach obcisłej, u dołu wolnej. Na przedmie-ściach i 
w  głębi  lądu  Murzynki  używają  ubrania  tylko  od  pasa  w  dół,  górną 
część pozosta-wiając na pastwę oczu czarnych elegantów. 

Każda  mająca  jakie  takie  pretensje  Senegalka,  jest  obwieszona 

bransoletami, kolczyka-mi i amuletami. Ręce, nogi, szyja, piersi, uszy 
—  są  przeładowane  świecidełkami;  najczęściej  są  one  ze  srebra  lub 
bronzu,  chociaż  nie  brakuje  i  europejskiej  tombakowej  tandety.  W 
uszach  noszą  nieraz  po  sześć  lub  osiem  kolczyków.  Są  wszystkie 
bardzo zalotne i rzucają powłó-czyste spojrzenia. 

Niewątpliwie  jedną  z  bardziej  ciekawych  osobliwości 

senegalskich,  są  liczne  kolonjalne  wojska  francuskie.  Cała  ta  siła 
zbrojna,  kierowana  przez  francuskich  oficerów  i  starszych 
podoficerów,  składa  się  z  wyjątkiem  baonu  piechoty  kolonjalnej  i 
artylerji,  wyłącznie  z  Murzynów.  Dowództwo  jednak,  licząc  się  z 
możliwością  prób  oderwania  kolonji,  tak  prze-prowadza  dyslokację 
oddziałów, że naprzykład Murzyni z Wybrzeża Kości Słoniowej służą 
w  Senegalu  i  odwrotnie  —  Senegalczycy  na  Wybrzeżu  Kości 
Słoniowej. 

W  ten  sposób  żołnierze,  choć  również  czarni,  znajdując  się  w 

obcym  kraju,  mówiąc  innym  językiem,  nie  czują  najmniejszej 
solidarności  z  tubylcami.  Każdy  też  bunt  miejscowy,  czy  próby 
większego  powstania  tłumione  są  przez  nich  z  niezwykłem 
okrucieństwem  i  bez  żadnego  współczucia.  Oczywiście  inaczej 
przedstawiałaby  się  sprawa,  gdyby  synowie  Sene-galu  mieli  tłumić 
jakąś  rewolucję  we  własnym  kraju.  Kto  wie,  czy  wówczas  nie 

background image

zwróciliby swej nowoczesnej broni przeciw dotychczasowym panom. 

Przed koszarami w Dakkarze odbywa się stale rodzaj bazaru czy 

jarmarku.  Mnóstwo  kobiet  i  dziewcząt,  siedząc  ze  skrzyżowanemi 
nogami  na  ziemi,  sprzedaje  przeróżne  drobno-stki.  Drobne  orzeszki 
ziemne,  amulety  i  napoje  chłodzące  są  przedewszystkiem  chętnie 
naby-wane  przez  czarnych  wojowników,  Żołnierzy  kręci  się  tam 
mnóstwo,  są  oni  —  w  przeci-wieństwie  do  Senegalczyków  — 
odstręczająco  brzydcy.  Małe  spiczaste  główki  nadają  im  wyraz 
idjotów,  poza  tem  nagłe  i  bezustanne  drapanie  się  czyni  ich 
podobnymi do małp. 

Wszyscy są ubrani prawie tak samo, jak żołnierze polscy. Bluzy i 

spodnie tego  samego  kroju i tego  samego  koloru,  na  nogach  również 
owijacze, nawet broń ta sama, tylko czerwone, spłaszczone na bokach 
fezy  i  czarne  gęby,  różnią  ich  od  naszych  chłopców,  Oficerowie  i 
sierżanci w służbie noszą mundury płócienne koloru jasno kawowego, 
poza służbą białe. Na głowach korkowe kaski, używane zresztą przez 
całą ludność białą włącznie z kobietami. 

W Dakkarze wciąż się mówi o tem, że jednak chwila ogłoszenia 

przez  Murzynów  swo-jej  niepodległości,  wcześniej  czy  później 
nadejść  musi.  Przyznam  się,  że  patrząc  na  rosłych,  o  względnie 
inteligentnym  wyrazie  twarzy  —  Senegalczyków,  sam  zacząłem 
odczuwać  coś  w  rodzaju  zdziwienia,  czemu  ci  ludzie  pozwalają 
panować nad sobą garstce białych przyby-szów. 

Z  Dakkaru  wyruszyłem  przez  Lisbons,  Hawr  i  Paryż  do  Polski, 

gdzie przybyłem prawie dokładnie w dwa lata po jej opuszczeniu. 
 

Passo dos Indios, Kurytyba. 

 

     Grodno 1923—1924.