background image

Aby rozpocząć lekturę,

 kliknij na taki przycisk           ,

który da ci pełny dostęp do spisu treści książki.

Jeśli chcesz połączyć się z  Portem Wydawniczym

LITERATURA.NET.PL

kliknij na logo poniżej.

background image

2

MARIA GRODECKA

MIĘDZY OBAWĄ

A

NADZIEJĄ

background image

3

Tower Press 2000

Copyright by Tower Press, Gdańsk 2000

background image

4

Przed półkami w bibliotece staję pełna lęku i niepokoju. Ostrożnie sięgam po książki, jak-

by  w  obawie  przed  niespodziewanym  ciosem.  Może  nieostrożnie  znów  wybiorę  jakiś  tom,
którego treść splugawi mi obraz świata oszczerczym komentarzem. Albo poinformuje o fak-
tach,  którym  już  potem  nie  będzie  można  zaprzeczyć  ani  o  nich  zapomnieć,  ani  ich  unice-
stwić. Były, są – bolesne jak krwawe pręgi po okrutnych torturach.

Boję się książek, ich złych słów, bezlitosnych obrazów, drapieżnej twarzy świata, która się

spoza nich wyłania. Brak siły, aby protestować przeciwko fałszywym interpretacjom i brak
odwagi, aby się pogodzić z prawdziwymi faktami, nie umiejąc się im przeciwstawić ani ich
usprawiedliwić.

Niedosyt  umiejętności  patrzenia  inaczej  dławi  jak  obręcz,  chociaż  narzuca  się  natrętny

domysł, że można by i że należałoby patrzeć inaczej. Bo może dopiero wtedy coś by się oka-
zało, coś, co by skorygowało interpretacje i komentarze, i zmieniło wymowę faktów.

background image

5

TA KRÓLEWSKA NIEPOWTARZALNOŚĆ

Cywilizowaną formą współczesnego duchowego prymitywizmu jest zdominowanie przez

konformizm. – Konformista rozumuje i reaguje w sposób scholastyczny i dogmatyczny. Wo-
bec faktów i zjawisk wykraczających poza uznane szablony obyczajowe jest wrogi lub szy-
derczy, oburza się lub drwi. A wobec problemów i spraw nie mieszczących się w znanych
mu schematach myślowych jest obojętny i bierny. Niczego nie jest ciekawy i niczemu się nie
dziwi. Nie zna przeżycia wątpienia i niepewności. Natomiast w zakresie objętym konformi-
zmem czuje się poinformowany dostatecznie i dlatego jest przekonany, że „wie wszystko”.

Obyczaje  i  poglądy  środowisk  totalnie  skonformizowanych  zyskują  w  ich  przekonaniu

kwalifikację  jedynie  słusznych,  a  co  więcej  –  jedynie  możliwych.  Dlatego  konformista  w
konfrontacji z jakąkolwiek odmiennością poglądową lub obyczajową kwestionuje ją nie jako
światły  polemista,  lecz  jako  żarliwy  apostoł  lub  bezwzględny  inkwizytor.  W  środowiskach
idealnie  skonformizowanych  uniwersalną  reakcją  na  wszelkiego  rodzaju  nietypowość  i  od-
chylenia od wąsko rozumianej „normy” – jest oburzenie. Te zjawiska, które w środowiskach
otwartych i tolerancyjnych inspirują swoją odmiennością całą  gamę  różnorodnych postaw i
reakcji, takich jak zdziwienie, zaciekawienie, rozbawienie, podziw, zachwyt lub fascynację,
dla konformisty są nieodmiennie przedmiotem „świętego” oburzenia. Wszystko co niepospo-
lite – razi i gniewa, wszystko co odmienne – prowokuje dezaprobatę lub drwinę.

Konformizm jest wprawdzie pokrewny postawie dogmatycznej, ale w porównaniu z kon-

formistą dogmatyk jest jednak człowiekiem większego formatu, a  jego postawa ma wyższą
rangę moralną. Bezwzględność i nietolerancja dogmatyka wypływa na ogół z przekonania o
wadze i doniosłości jego własnych opinii. Jest w tym pewien swoisty altruizm, troska, aby ci
wszyscy, którzy według niego mylą się, myśląc inaczej niż on sam, nie spowodowali swoimi
błędami  zgubnych  następstw  dla  innych  i  dla  siebie  samych.  Konformista  natomiast  działa
według  prostej  zasady  automatycznej  selekcji:  mechanicznie  akceptuje  lub  odrzuca  korzy-
stając z kryteriów wyłącznie formalnych. Srogość dezaprobaty lub jadowitość drwiny nie jest
tu  orężem  w  obronie  rzeczywistych  lub  rzekomych  wartości,  a  tylko  mechanicznym  odru-
chem automatu, eliminującego wszystko co zakłóciłoby jego umysłową homeostazę, co nie-
sie niepewność, zmusza do namysłu i wyboru.

Nieograniczony, rozpasany konformizm staje się narzędziem intelektualnej i obyczajowej

niewoli, przyczyną życiowej stagnacji, zmumifikowania osobowości i zdławienia społeczne-
go dynamizmu. – Środowiska sterroryzowane konformizmem są zatęchłe i martwe.

* * *

Przeżywam coś w rodzaju lęku i zgrozy, mając do czynienia z ludźmi znakomicie zorien-

towanymi  we  wszystkich  prawidłowościach  życia,  trwania,  historii  powszechnej  i  ludzkich
ostatecznych przeznaczeń. Z tymi, którzy posiadają zdecydowane i nieugięte poglądy.

Chodząc po świecie jak pośród obcych, nieznanych stron, boję się ich pewnych min i apo-

dyktycznym tonem wygłaszanych przekonań.

–  Ciekawe,  jakby  świat  wyglądał,  gdyby  ludzie  byli  trochę  skromniejsi  i  zdawali  sobie

sprawę, że nie wiedzą tego wszystkiego, co jak im się teraz wydaje, wiedzą tak na pewno?

background image

6

* * *

Uważa się powszechnie, że człowiek normalny i przystosowany to  ten, kto spokojnie i z

pełnym poczuciem bezpieczeństwa kroczy po „znajomej, okrągłej” ziemi, bardzo serio trak-
tuje swój zawód, ma ustalony, niezłomny światopogląd, a otrzymywane informacje w pełni
zaspokajają jego ciekawość i potrzeby poznawcze. Zakłada się absurdalnie, że w świecie nie-
pojętym, zdumiewającym i niepokojącym, człowiekiem normalnym i przystosowanym może
być  ten,  kto  czuje  się  spokojny,  pewny  i  dostatecznie  poinformowany.  Cóż  za  drastyczny
brak korelacji między rzeczywistą sytuacją człowieka, a jego sposobem reagowania na nią!

Takie kryteria normy psychicznej i przystosowania same już można by uznać za jakiś dia-

gnostyczny objaw patologicznego stanu umysłów współczesnych społeczeństw. Tego rodzaju
kryteria „zdrowia psychicznego” mogliby również sformułować i przyjąć na podstawie intro-
spekcji pacjenci szpitala dla obłąkanych.

* * *

Wśród  zachwytów  dla  postępu  i  nowoczesności  dokonuje  się  na  naszych  oczach  proces

humanistycznej dewastacji urody życia. – Nie mówi się o nadziei tylko o przewidywaniu, nie
ma marzeń – są plany. Miłość została zastąpiona „kojarzeniem się” lub „dobieraniem partne-
rów”. Przy czym partnerzy muszą odpowiadać drobiazgowo przestrzeganym zasadom syme-
trii: muszą być tego samego wzrostu, z tego samego środowiska, mieć podobne wykształce-
nie, te same poglądy, takie same zarobki i być w tym samym wieku. Każde odstępstwo od
zasad symetrii spotyka się z podejrzliwością, naganą lub drwiną.

Nie ma też wyrzutów sumienia ani grzechu – jest najwyżej kompleks winy. Poczucie winy

jest w ogóle kategorią wyłącznie psychopatologiczną – człowiek normalny popełnia wszyst-
kie  nikczemności  z  niewzruszonym  spokojem.  Nie  ma  rozpaczy  ani  załamania  –  jest  nato-
miast nerwica, stres, depresja i ewentualnie mania samobójcza Nie ma tęsknoty za Bogiem –
jest może… kompleks Gagarina.

Pozornie to tylko zmiana nazw, ale w istocie coś się jednak w tej zmianie uroniło, jakieś

barwy  poszarzały,  znikł  nastrój,  zrobiło  się  smutno  i  mroczno,  jakby  wygaszano  ostatnie
światła przed zapadnięciem wielkich ciemności.

* * *

Theodosius Dobzhansky w książce 

Różnorodność i równość podaje taką krótką, zastana-

wiającą informację: „Cała ludzkość składa się z osobników genetycznie unikalnych.”

A  przecież  to  krótkie  stwierdzenie  kwestionuje  wszystkie  dotychczasowe  metody  badań

humanistycznych! – Przez ostatnich kilkadziesiąt lat nauki humanistyczne starały się usilnie
naśladować  przyrodoznawstwo  i  aspirowały  do  tego,  aby  osiągać  rezultaty  równie  ścisłe  i
precyzyjne jak fizyka czy chemia. Ambitni adepci nauk humanistycznych próbowali odkry-
wać  takie  prawa  i  prawidłowości,  które  sprawdzałyby  się  z  równą  niezawodnością  co  na
przykład  prawo  powszechnej  grawitacji:  „każdy  kamień  rzucony  w  górę  zawsze  spadnie  z
powrotem”.  Ich  ambicją  było  znalezienie  metody  pozwalającej  na  formułowanie  twierdzeń
wg schematu: „każdy człowiek tam i wtedy jest taki” albo jeszcze lepiej „każdy noszący ce-
chę x musi mieć również cechę y”.

Uczestniczyłam kiedyś, przed wielu laty, w spotkaniach naukowych kilkunastu takich am-

bitnych humanistów.  Byliśmy wtedy  nieugięcie  przekonani,  że  aby  nie  sprzeniewierzyć  się
wymogom  naukowości,  mamy  prawo  wypowiadać  tylko  takie  sądy  ogólne,  które  dotyczą
wszystkich desygnatów pojęcia. Kolejne spotkania odbywały się zawsze w ten sam sposób.

background image

7

Jeden z uczestników referował i uzasadniał tezę, będącą  wynikiem poszukiwania prawidło-
wości w interesującym go zakresie zjawisk humanistycznych, a potem w czasie dyskusji inny
uczestnik zebrania zabierał głos i oznajmiał skonfundowanemu referentowi, że jego teza jest
błędna. Na dowód tego wymieniał przypadki lub przypadek, które rzeczywiście jaskrawo jej
przeczyły. Było w tej słusznej z pozoru krytyce zawsze coś błazeńskiego, zebrani przeważnie
wybuchali  śmiechem.  Komizm  sytuacji  powodowało  zapewne  nieoczekiwane  zachwianie
poważnej, z trudem zbudowanej konstrukcji, rażonej ciosem repliki niewspółmiernie do niej
łatwej i tandetnej. Klęskę referenta uznawaliśmy mimo to za oczywistą, a dowcipny i pomy-
słowy  dyskutant  był  bohaterem  dnia.  Kolejni  referenci,  opuszczający  zebranie  w  fałszywym
przekonaniu o własnej klęsce, nie wiedzieli, że to jednak właśnie oni, a nie dyskutant-trefniś,
wzbogacali autentycznie naszą wiedzę o rzeczywistości ludzkiej, że to oni rozszerzali krąg na-
szego rozeznania w takim stopniu, w jakim jest to możliwe w zakresie wiedzy humanistycznej.

Przypomniałam  sobie  to  wszystko  po  przeczytaniu  książki  Dobzhansky'ego  i  zdumiało

mnie,  że  wobec  tak  nierealnych  i  nietrafnych  wymogów  metodologicznych  nauki  humani-
styczne w ogóle jeszcze istnieją, a uczeni humaniści mają jeszcze odwagę się wypowiadać.
Bo jakiż sąd ogólny można wypowiedzieć o ludziach, z których każdy jest osobnikiem uni-
kalnym? A nawet i mniej ambitnie, o mieszkańcach miasteczka x w roku y? – Najostrożniej
jednak sformułowany sąd uogólniający o charakterze humanistycznym zostałby natychmiast
zakwestionowany przykładem dwóch Malinowskich, którzy właśnie zupełnie inaczej i jedne-
go Kowalskiego, który wcale nie.

Można jeszcze próbować udoskonalić tę metodę, uczynić ją bardziej precyzyjną, dzieląc

np. młodzież, o której chcemy wypowiedzieć się ogólnie, na węższe  grupy wieku, te znów
podzielić na podgrupy młodzieży wiejskiej i miejskiej, każdą z nich na młodzież bierną i za-
angażowaną, zaangażowanych z kolei na bezinteresownych i asekurantów itd. Ale w odnie-
sieniu do najwęższych nawet zakresów nie sposób wypowiedzieć takiego uogólnienia, które-
go by ktoś nie mógł zakwestionować, wymieniając przykłady osób, na których się ono abso-
lutnie nie sprawdza. Trzeba by w końcu poprzestać na stwierdzeniu, że np. pewien Jasio w
mieście x w roku y jest całkiem roztropnym chłopcem, chociaż w roku ubiegłym zdecydowa-
nie rozumem nie grzeszył,  a jak będzie z nim dalej – nie wiadomo. Ale to już nie  jest  sąd
ogólny chociaż prawdziwy.

Kiedy  brałam  udział  w  tamtych  spotkaniach,  nie  wiedziałam  jeszcze  wtedy,  że  każdy

człowiek  jest  istotą  unikalną,  o  niepowtarzalnym  kierunku  rozwoju  i  odmiennym  rytmie
przemian, i dlatego próby sformułowania  praw,  którym  w  jakimś  sensie  podlegałby  każdy,
muszą pozostać bezowocne.

I tak mi teraz przyszło do głowy, czy badania w naukach humanistycznych nie mogłyby

się posługiwać taką samą metodą, jaką stosuje się w medycynie. Tam nie twierdzi się nigdy,
że np. „każdy żyjący w określony sposób tu i teraz zawsze zapada na określoną chorobę”, bo
zaraz padłaby krytyczna replika o dwóch Malinowskich i trzech Kowalskich, którzy w takich
właśnie warunkach nie zachorowali. W naukach medycznych wychodzi się od charakterysty-
ki „przypadków” i przypisuje się je tylko tym osobom, u których można stwierdzić wszystkie
właściwe tym przypadkom symptomy. Jeżeli np. objawami astmy są kaszel, ataki duszności i
niedotlenienie,  to  tylko  obserwując  te  właśnie  objawy,  można  powiedzieć,  że  dana  osoba
cierpi na astmę. I jedynie na podstawie stwierdzonych objawów ma się prawo postawić rze-
telną diagnozę, a nie a priori, wiedząc tylko, że należy ona do tych, którzy „tam i wtedy, i w
takich  warunkach”.  Na  pytanie,  kto  cierpi  na  astmę,  poważny  lekarz  odpowie  tylko  jedno:
„każdy, u kogo występuje zespół objawów  takich  jak  ataki  duszności,  kaszel  i  niedotlenie-
nie”. I na tej jedynie podstawie zaliczy się go do grupy chorych na astmę.

Może  taka  metoda  badań  humanistycznych  umożliwiłaby  m.in.  ustalanie  rzetelnych  dia-

gnoz społecznych, bo opisując przypadek bezdusznego lekarza, tępego nauczyciela, politycz-
nego spekulanta, nie obrażałoby się jednocześnie wszystkich lekarzy sumiennych, nauczycieli

background image

8

światłych i polityków uczciwych. Kogo np. miałoby się na myśli, mówiąc o sprzedajnych sę-
dziach w XVII-wiecznej Polsce? Nie wszystkich polskich sędziów żyjących w XVII wieku, a
tylko tych, którzy wydawali stronnicze wyroki dla zysku lub innych korzyści osobistych.

Twierdzenie  „polscy  sędziowie  w  XVII  wieku  byli  sprzedajni”  ma  jednak  niewątpliwą

wartość informacyjną,  chociaż  jego  wartość  poznawcza  jest  ograniczona.  Ale  podobnie  jak
dezinformacją byłoby pomawianie  o  sprzedajność  każdego  polskiego  sędziego,  żyjącego  w
XVII wieku, tylko dlatego że żył „tam i wtedy”, tak samo bezpodstawne byłoby zakwestio-
nowanie słuszności tej wypowiedzi, gdyby się okazało, że jedynie dwóch lub trzech spośród
nich  odznaczało  się  nienaganną  uczciwością.  Podobnie,  jeżeli  w  mieście  x  co  druga  osoba
choruje na astmę, to stwierdzenie „ludzie w mieście x chorują na astmę” nie byłoby wpraw-
dzie metodologicznie nieskazitelne, ale o tyle przydatne jako informacja, że sygnalizowałoby
trafnie duże prawdopodobieństwo spotkania wśród mieszkańców tego miasta osoby cierpią-
cej  na  astmę.  Natomiast  to  samo  stwierdzenie  w  przypadku,  gdy  wiadomo  o  jednej  osobie
chorej  mieszkającej  w  tym  mieście,  jest  nie  tylko  błędem  metodologicznym,  ale  przede
wszystkim  uogólnieniem  bez  żadnej  wartości  informacyjnej.  Tak  samo  przypisywanie
wszystkich przywar murzyńskich rzezimieszków z Soho jednemu murzynowi, który jest wy-
kształconym  i  subtelnym  humanistą,  chociaż  podobnie  jak  tamci  mieszka  w  Soho,  byłoby
równie  dezinformujące  jak  obdarzanie  owych  rzezimieszków  z  Soho  zaletami  ich  sąsiada,
subtelnego  humanisty,  tylko  dlatego,  że  i  on  jest  murzynem.  Oba  te  stwierdzenia  miałyby
jednakową zerową wartość informacyjną.

Wychodząc natomiast od charakterystyki „przypadków” można uniknąć rażących błędów

metodologicznych i uchronić się przed dezinformacją, które są nieuniknionym efektem kwa-
lifikowania jednostek na podstawie ich przynależności do pewnej  grupy oraz charakteryzo-
wania całych grup na podstawie znajomości jednej lub kilku osób spośród jej członków. Na-
stępnie  dążyć  do  ustalenia  przybliżonego  stopnia  ich  występowania,  a  wreszcie  oceniać  to
uogólnienie stopniem jego przydatności informacyjnej. – Bo jeżeli każdy człowiek jest istotą
unikalną, to na doskonałą precyzję humanistycznych uogólnień mógłby sobie pozwolić chyba
tylko  sam  Pan  Bóg,  a  nam,  śmiertelnikom,  pozostaje  zadowalanie  się  możliwie  wysokim
stopniem ich informacyjnej przydatności.

Stosowanie  przez  dłuższy  czas  takiej  metody  mogłoby  przynieść  jeszcze  inne,  zupełnie

nieoczekiwane rezultaty. Mogłoby na przykład przy okazji wyjść niespodziewanie na jaw, że
obecnie stosowane kryteria podziału ludzi na różne grupy etniczne, narodowe, wyznaniowe,
zawodowe, klasowe i wiele innych, są zupełnie nieistotne i bez znaczenia wobec odmienno-
ści, jakie różnicują osoby zaliczane dotychczas do tych samych kategorii oraz wobec pokre-
wieństwa i podobieństw jakie łączą przedstawicieli grup uważanych za odrębne, obce sobie i
niepodobne, a niekiedy pomawiane o wrogość i antagonizm. Takie „pomieszanie szeregów”
mogłoby wyzwolić zupełnie nowy sposób naszego myślenia o nas, może przełamałoby wiele
pojęciowych stereotypów, a w następstwie tego społecznych struktur, które jak w lawie za-
stygły  w  odruchowej,  bezpodstawnej  niekiedy  nienawiści  i  równie  nieuzasadnionej,  bezre-
fleksyjnej lojalności. Może…

„Cała  ludzkość  składa  się  z  osobników  genetycznie  unikalnych”.  Z  tego  stwierdzenia,

przemyślanego  i  przeżytego  do  końca,  do  ostatnich  jego  konsekwencji,  wyłania  się  jak  z
mgławicy Nowa Ziemia i Nowe Niebo.

Starą Ziemię dławią konformizmy. Każda z zamieszkujących ją ludzkich istot, wyjątkowa,

jedyna we wszechświecie i wszechczasie, wkłada bezwolnie dostojną głowę w jarzmo kon-
wencji i rutyny. Na swoją olśniewającą, dumną niepowtarzalność  narzuca szary pasiak uni-
formizmu i nosi go z żałobną chełpliwością płynącą z przekonania, że ten niewolniczy kaftan
świadczy  o  jej  przystosowaniu  i  dojrzałości.  Akceptując  jakiś  myślowy  szablon,  sądzi,  że
zdobyła samodzielny, niezależny światopogląd, żonglując banalnym schematem, jest pewna,

background image

9

że wygłasza swoje oryginalne, błyskotliwe credo, a nosząc na karku tandetny stereotyp, my-
śli, że to jest jej własna głowa i powierza mu nieoględnie wszystkie funkcje przysługujące mózgowi.

Stereotypem, jak toporem, ocenia, klasyfikuje, postuluje, i decyduje, ignorując doskonałą

precyzję  funkcjonowania  swoich  komórek,  które  jedynie  mogłyby  doprowadzić  do  zrozu-
mienia sensu i do realizacji tej królewskiej niepowtarzalności.

* * *

Cytat z książki Rogera Gary 

Korzenie nieba: „Trzeba koniecznie wynaleźć kiedyś sposób,

który pozwoli odróżniać ludzi i nie-ludzi, ustalić kryteria pozwalające orzec, że to jest czło-
wiek, a to – wbrew pozorom – nie…”

Od setek lat ludzkość ekscytuje się faktem biologicznej identyczności ludzi i wyciąga stąd

daleko idące wnioski i konsekwencje. Mówi się, że ostatecznie wszyscy są z tej samej gliny,
że w zasadzie różnice, jakie ich dzielą, są wtórne i nic nie znaczą wobec tożsamości tworzy-
wa,  z  którego  zostali  uczynieni.  Z  tego  założenia  wyrosły  m.in.  nowoczesne  przemiany
prawne, obyczajowe, ustrojowe.

I nagle, niespodziewanie okazało się, że ujednolicenie sytuacji zewnętrznej wszystkich lu-

dzi  stało  się  pewnego  rodzaju  tłem,  na  którym  z  jaskrawą  ostrością  wystąpiły  zachodzące
między nimi różnice wewnętrzne. Różnice niezależne od urodzenia, wykształcenia,  zamoż-
ności.  Zrównani  społecznie  i  w  obliczu  prawa,  z  jednakowym  wykształceniem,  startem  i
standardem, pozostają mimo to  tak  od  siebie  odmienni,  że  często  ma  się  wręcz  opory,  aby
obejmować wszystkich jedną nazwą – ludzie.

Narzuca  się  domysł,  że  chyba  nie  wszyscy  są  z  tej  samej  gliny.  Między  człowiekiem  a

człowiekiem bywa różnica taka jak między dniem i nocą. Obok tych „z gliny” są chyba jesz-
cze jacyś zupełnie inni, nie wiadomo właściwie z czego, może czasem ze spiżu albo z krysz-
tału, z żelaza lub z mgły. Niekiedy jednak trudno oprzeć się podejrzeniu, że podstawowym
tworzywem,  jakim  dysponował  Stwórca  w  momencie  powoływania  do  istnienia  rodzaju
ludzkiego, nie była nawet glina, a tylko małpie gówno.

* * *

Czytam Ivana Illicha 

Społeczeństwo bez szkoły. – Oto jeszcze jeden program uniwersal-

ny, program „dla wszystkich”! – A w tym właśnie cała trudność, że wciąż nie wiadomo, jaką
naprawdę istotą jest człowiek. Czy dominują w nim zalety i uzdolnienia, które warto rozwijać
i kultywować, czy też przeważają cechy, które trzeba koniecznie ograniczać i ujarzmiać, aby
umożliwiać  chociaż  przetrwanie  gatunku?  Czy  w  sytuacji  pozbawionej  przymusu  rozwinie
skrzydła, czy wysunie pazury i obnaży kły?

Illich właściwie zakłada milcząco tę pierwszą, optymistyczną ewentualność. Przesądza, że

ludzie uwolnieni od przymusu instytucjonalnego nauczania sami będą ochoczo szukać odpo-
wiednich dla siebie mistrzów i nauczycieli, i z własnej woli będą sobie przyswajać przeka-
zywane  przez  nich  pouczenia  i  informacje.  A  przecież  traktowanie  słowa  „człowiek”  jako
nazwy jednoznacznej prowadziło zawsze do najtragiczniejszych pomyłek popełnianych przez
prawodawców,  ideologów,  pedagogów  i  proroków.  Z  kolei  stosowane  dotychczas  podziały
ludzi na tych, których należy ograniczać i tych, których można obdarzyć swobodą, są doko-
nywane  wyraźnie  nietrafnie,  formalistycznie,  pod  wpływem  dogmatycznych  uogólnień  i
przypadkowych,  powierzchownych  doświadczeń.  Kryterium  podziału  bywa  narodowość,
płeć, rasa, wiek, klasa, religia, wykształcenie i wiele innych. A wiadomo, że w każdym z tych
zakresów  można  znaleźć  ludzi  o  skrajnie  niejednakowej  wartości  moralnej  i  umysłowej.
Traktowanie ich więc jednakowo tylko dlatego, że np. mówią tym samym językiem lub są w

background image

10

tym samym wieku, prowadzi w rezultacie do powstawania takich niewydarzonych elit jakie
istnieją  we  współczesnym,  podzielonym  świecie  –  elity  wyselekcjonowane  tylko  spośród
bogatych albo wyłącznie spośród ubogich. W pierwszym wypadku zakładając, że tylko za-
możni są godni zaufania i szacunku, a w drugim, że zacni i uczciwi bywają wyłącznie biedni.
Równie fałszywe jest jednak przekonanie, że wszyscy ludzie są tacy sami, a tylko warunki w
jakich żyją, wyzwalają ich dobre lub złe cechy. Bo nie są tacy sami! Bywają gatunkowo od-
mienni, niepodobni, wręcz immanentnie różni.

– Nie potrafimy wciąż jeszcze ustalić, gdzie przebiega linia podziału na ludzi i „nie-ludzi”, na

istoty mądre i ograniczone, na uskrzydlone i drapieżne. Wciąż nie wiadomo jak je od siebie od-
różnić, po czym rozpoznać, zanim połamie im się skrzydła lub zaniedba wydarcia w porę kłów?

* * *

Dlaczego życie na Ziemi jest takie zróżnicowane? Dlaczego przejawia się w tak niezliczo-

nej  rozmaitości  form?  Przecież  można  by  sobie  wyobrazić  inną  postać  życia,  na  przykład
jako jednorodnej masy plazmy oplatającej całą kulę ziemską. I dlaczego w zakresie każdego
gatunku  są  jeszcze  jednostki?  W  tej  jednostkowości  istnienia  tkwi  chyba  jakaś  tajemnica,
którą należałoby odkryć i nazwać. – „Ja jestem” to może znaczyć coś więcej niż stwierdze-
nie,  że  się  istnieje.  To  może  być  ślad  wiodący  do  czegoś  nieznanego  i  niewyobrażalnego.
Może sens życia każdego polega na wykonaniu jednego tylko ważnego zadania: uporania się
z  takim  pozornie  banalnym  faktem  jak  możność  stwierdzenia  „ja  jestem”.  Aby  wyrazić  w
pełni całą nieuchwytną, trudną istotę tego faktu, trzeba znaleźć właściwe słowa. Może nawet
zostały już kiedyś znalezione, ale teraz nie jest łatwo wypowiadać je głośno.

Jednostkowość  ludzkiego  istnienia  jest  dziś  sprawą  zdewaluowaną,  niemodną,  niemal

wstydliwą i godną nagany. Ma się prawo tylko „uczestniczyć” albo „reprezentować”, a nie
„być”. Gdyby nagle zjawił się wśród ludzi prorok, aby zwiastować wielką prawdę, pytano by
go zaraz o powiązania i koneksje, o to czy ma wspólników, a choćby świadków. Jednostko-
wość  się  nie  liczy,  jest  nawet  trochę  podejrzana.  Legalność  istnienia  nabywa  się  poprzez
uczestnictwo. Istnienie nie poparte uczestnictwem jest jak puste pojęcie, któremu nie odpo-
wiada żaden desygnat, pozostaje określeniem tylko roboczym, używanym ze świadomością
tego, że mówi się o abstrakcji, o fikcji. Konkretem jest grupa, zespół lub stado. Przymiotniki
„społeczny”, „narodowy”, „kolektywny” brzmią jak fanfary, natomiast z obawą i wahaniem
ośmielają się tylko niektórzy przyznać do swojej indywidualności i prywatności.

Zbiorowość jest fetyszem naszych czasów, a jednostka przedstawia byt wstydliwy, na pół

legalny, trochę kłopotliwy dla otoczenia, a już wręcz uciążliwy dla niej samej. Gdy jest jesz-
cze na tyle nieoględna, aby występować we własnym imieniu, budzi już tylko zgrozę.

Biada wam, pragnący i dążący, o ile nie znajdziecie w porę współpragnących i współdążą-

cych!  Ale  i  wtedy  wam  biada,  bo  w  tych  wspólnych  pragnieniach  i  dążeniach  nie  uda  się
wam już rozpoznać własnych marzeń i celów.

PODĄŻAĆ ZA MARZENIEM

Tyle dobrych, mądrych i cennych lektur traci się tylko dlatego, że czyta się je zbyt wcze-

śnie, zanim własne zgromadzone doświadczenia pozwolą pojąć wynikające z nich wnioski,
wykorzystać inspiracje i docenić perspektywę pogłębionego oglądu ludzi i spraw. Dobrze jest
więc wracać czasem do pewnych, dawno już przeczytanych książek, aby odkrywać je zupeł-
nie na nowo.

background image

11

Z opowiadania Conrada 

Powrót teraz dopiero zrozumiałam słowa, których sensu nie mo-

głam uchwycić dwadzieścia lat wcześniej. „Nie można żyć bez wiary i miłości. Bez wiary w
serce ludzkie i bez miłości ludzkiej istoty, tej miłości, która jest bezgraniczną czułością dla
kogoś.”

Ostatnio jestem pod wrażeniem słów Steina z 

Lorda Jima: „To jedyna właściwa droga. Iść

za marzeniem i znowu iść za marzeniem – i tak ewig – usque ad finem…” – Te słowa wyra-
żają najtrafniej samą istotę człowieczeństwa. „Iść za marzeniem…” to szansa szczęścia, wa-
runek zachowania godności, odważne ryzyko klęski, próba własnych możliwości fizycznych
i duchowych, pełnia życia umysłowego, sięganie do granic swoich uzdolnień, jedyna sposob-
ność udowodnienia sobie i światu, kim się właściwie jest, wzbogacenia świata i siebie.

Społeczeństwa  współczesne  funkcjonują  w  taki  sposób,  jak  gdyby  ta  mądrość  wiedzy  o

człowieku nie została nigdy wypowiedziana. Koncepcje organizacyjne ignorują zupełnie ten
strzelisty postulat humanizmu. W ich założeniach człowiek ograniczony został do wymiarów
prawie hodowlanych. Że nie zapomniano jednak o jego bardziej ludzkich potrzebach i wła-
ściwościach, świadczy przezorność restrykcji. – Wszystko, czegokolwiek by zapragnął poza
przewidzianym  dla  niego  schematem,  jest  z  góry  zakazane  i  niemożliwe.  Nawet  pierwszy
krok, który zechciałby zrobić ku swojemu marzeniu, został już wcześniej przewidziany i uda-
remniony.

Z  przeprowadzanych  ankiet  wynika,  że  założenia  hodowlane  dają  już  stosowne  wyniki.  W

ogromnej  większości  przypadków  plany  młodych  ludzi  ograniczają  się  do  założenia  rodziny  i
urządzenia mieszkania. Sprawdzić mogą się tylko w ten sposób. Ich serca zostały wyjałowione z
marzeń. I gdy już kupią sobie ostatni zaplanowany sprzęt do domu i osiądą spokojnie na „swojej
kupce błota”, wygaśnie w nich reszta tego dumnego człowieczeństwa, o którym pisze Conrad.

– Świat rozpaczliwie ubożeje o te ich wszystkie nienarodzone i niespełnione marzenia.

* * *

Znów dobra lektura. Tadeusza Konwickiego 

Kronika wypadków miłosnych. Oprócz tego

nastroju pół-snu, pół-jawy, który tak mi odpowiada we wszystkich jego książkach, szczegól-
nie zafascynowały mnie dwie wypowiedzi. Ten przyszły, dorosły Witold mówi w pewnym
momencie do Wicia: „Ludzie twojego pokolenia będą umierali pełni popłochu, konsternacji i
niedosytu.”

Tak to właśnie jest. Przewidując rychłe odejście, stwierdza się z  uczuciem  popłochu,  że

nic właściwie nie zostało zakończone ani wyczerpane, ani zrozumiane. Zostawiamy życie za
sobą jak upiorną stacyjkę z koszmarnego snu, na którą przywiózł nas pociąg-widmo. „Przy-
jazd” następuje w jakimś przypadkowym momencie, kiedy jeszcze nie zdążyliśmy otrząsnąć
się z oszołomienia, w które wprawiło nas przybycie, pobyt i uświadomienie sobie perspekty-
wy ponownego odjazdu. Rodzi się poczucie konsternacji, zawodzą  wszystkie próby bilansu
życia Ten odcinek drogi, którą się przeszło, nie wiadomo skąd i dokąd prowadził i na czym
miała polegać nasza rola w tej wędrówce.

Bliskość  śmierci  objawia  swój  jeszcze  jeden,  inny  aspekt.  Widziałam  umierających  w

szpitalach. Na korytarzu, którędy obojętnie przechodzą ludzie z zewnątrz i personel szpitalny,
leżą chorzy z otwartymi ustami – straszni w tej odartej z patosu agonii. Wśród innych warto-
ści, które zniweczyło prostactwo i chamstwo naszych czasów, jest ta odwieczna wartość sza-
cunku dla śmierci. Humanistyczny patos śmierci został nam odebrany razem z humanistycz-
nym  patosem  życia  przesyconego  fascynacją  celów  i  dążeń,  tragizmem  klęsk  i  szczęściem
osiągnięć.  Żyjemy  biernie  jak  hodowlane  zwierzęta  –  i  umieramy  tak  jak  one.  Wzniosłość
śmierci nie znajduje żadnego oddźwięku we współczesnym homo institutionalis, nawet cienia
tych uczuć, na które stać było jaskiniowców. Wszystko, co mieści się w kategoriach instytu-
cjonalnego myślenia, to problem właściwie tylko asenizacyjny. – Ten pozostały po człowieku

background image

12

śmieć, czyli jego zwłoki, trzeba jakoś uprzątnąć. Przy złej organizacji nie budzi to żadnych
innych uczuć prócz obrzydzenia i irytacji.

W innym miejscu książki autor ukazuje postawę kota Maharadży, który „wyraźnie posta-

nowił przeczekać tę chwilę bezsensu, którą obdarzyła go nie wiadomo po co natura”. – Tak,
właśnie,  przeczekać.  Gdy  zawiodą  wszystkie  próby  znalezienia  jakiegoś  sensu  we  własnej
biografii, gdy wydzierając nam z rąk wszelką inicjatywę, odebrano nam prawo do marzeń i
smak osiągnięć, aby ratować się od dalszej bezładnej, jałowej szarpaniny – trzeba swoje ży-
cie po prostu przeczekać.

* * *

Są wśród nas ludzie, których życie boli. Jest ono dla nich pasmem tak trudnej do zniesie-

nia udręki, że nie potrafią wyrwać bez środków znieczulających. Ten ból nie zawsze powo-
dują wyjątkowo niekorzystne układy i sytuacje, ale często również szczególnie głęboki spo-
sób reagowania – wyższy  stopień wrażliwości. To wszystko,  co osoby o  wrażliwości  prze-
ciętnej  przyjmują  jako  drobną  przykrość  lub  niedogodność,  dla  tamtych  bywa  ciosem  i
wstrząsem.  A  już  rzeczywiste,  wielkie  nieszczęścia  powodują  nieznośne  wprost  cierpienie.
Ich  wyczulona  wrażliwość,  odbieranie  wszelkich  doznań  z  większą  intensywnością,  bywa
źródłem tak wysokich napięć psychicznych, że szukając przed nimi ucieczki, stają się podatni
na narkotyki.

Unikanie bólu jest naturalnym odruchem każdej istoty żyjącej i  czującej. U ludzi jednak

odruch ten bywa w pewnych sytuacjach ograniczany i korygowany względami rozwagi, od-
wagi i godności. Bywa tak, że ból znieczulony przestaje być sygnałem skłaniającym do szu-
kania i udaremniania jego przyczyny. Wtedy każde zło, które odbija się martwo od wygaszo-
nej sztucznie wrażliwości, rozwija się i potężnieje bezkarnie, bo nie wyzwala zachowań ko-
niecznych do jego przezwyciężenia. – Okazuje się, że nie można pozbywać się cierpienia za
wszelką cenę. Tłumiąc je, traci się coś więcej, czego wcale nie pragnęło się odsuwać. Poeta
niemiecki, Rainer Maria Rilke, tak napisał w jednym ze swoich listów: „Jeśli opuszczą mnie
moje diabły, obawiam się, że ulecą z nimi moje anioły.”

Każde znieczulenie narkotyczne poraża nie tylko ośrodki bólu, lecz również całą pozostałą

sferę  ludzkiej  wrażliwości.  Przygaszona  wrażliwość  zabezpiecza  wprawdzie  przed  odbiera-
niem  bodźców  raniących,  przykrych,  ale  jednocześnie  pozbawia  możliwości  doznawania
wielu innych – twórczych, wzbogacających, radosnych. Gasi ciekawość świata i umysłową
dociekliwość, zubaża zdolność do głębokich uczuć miłości i zachwytu, tłumi zapał i chęć do
każdej twórczej, samodzielnej działalności. Osoby wrażliwe, obdarzone przez naturę zdolno-
ścią doznawania wrażeń nieuchwytnych dla wszystkich mniej wyczulonych, ponoszą wtedy
klęskę szczególnie dotkliwą, bo oni mają o wiele więcej do stracenia. – Uroda tonów, barw,
zapachów,  żarliwość  uczuć,  doznań,  zamyśleń  i  podziwu,  stają  się  niedostępne  nawet  dla
najwrażliwszych, ale porażonych środkami odurzającymi. Uciekając przed bólem życia wy-
rzekają się jednocześnie całego jego bogactwa i tracą je bezpowrotnie.

Wzmożona  wrażliwość  takich  ludzi  ma  zresztą  znaczenie  nie  tylko  dla  nich  samych.

Oprócz tego, że wzbogaca życie indywidualne różnorodnością i intensywnością doznań, to w
każdym  środowisku  ci  „galernicy  wrażliwości”  są  jak  gdyby  czujnikami  przejmującymi  z
otoczenia najsubtelniejsze sygnały, ważne nie tylko dla nich samych ale i dla wszystkich po-
zostałych.  To  oni  pierwsi,  wcześniej  i  dokładniej  dostrzegają  zagrożenia,  którym  trzeba  w
porę przeciwdziałać, a także wnikliwiej doceniają te zjawiska,  które należy szczególnie sta-
rannie chronić przed zniszczeniem. Ich żywa, nieprzygaszona i nieprzytłumiona wrażliwość
stanowi bezcenną wartość społeczną. Bez udziału ich zdolności do czujnego, wyostrzonego
odbierania  różnych  bodźców,  w  tym  również  bolesnych  i  raniących,  bez  ich  życia  pełnego
udręki  każda  zbiorowość  jest  jak  okręt  z  uszkodzonymi  urządzeniami  sygnalizacyjnymi  –

background image

13

żegluje  bez  możliwości  ostrzeżenia  o  niebezpieczeństwie  grożącym  całej  załodze.  Dlatego,
kiedy właśnie ci najwrażliwsi przytłumiają małodusznie swoją bezcenną wrażliwość, to zu-
bożają  nie  tylko  własne  życie,  ale  ograniczają  również  szansę  bezpieczeństwa  wszystkim
innym, bezbronnym w swojej tępej nieczułości.

Zagłuszając własne cierpienie popada się jednocześnie w coraz większą otępiałość, która

odbiera smak i barwę wszystkiemu, co nas poza tym spotyka. Głuchniemy nie tylko na głos
własnej niedoli ale i na wszelkie inne subtelniejsze tony życia. Bez tej wrażliwości, którą jak
bramą wkracza ból, nie umiemy już przyjąć radości, miłości i zachwytu. – Razem z odegna-
nymi diabłami opuszczają nas nasze anioły.

background image

14

TRUD ISTNIENIA

Kazimierz Dąbrowski kończy swoją mądrą książkę 

Trud istnienia sprecyzowaniem formuły

rozwoju: „Skąd i dokąd idziemy”. – A w tym właśnie cała trudność, że nie wiadomo ani skąd,
ani dokąd.  Gdyby  świadoma  wiedza  o  tym  miała  być  niezbędnym  warunkiem  dalszego  roz-
woju, to by znaczyło, że jestem beznadziejnie skazana na nieodwołalny, wieczny niedorozwój.

Jednak mimo kompletnego braku wiedzy o tym skąd wyszliśmy i dokąd zmierzamy, coś

się we mnie nieustannie dokonuje i przeobraża. Jest to jednak proces spontaniczny, nie ma w
nim żadnej mojej świadomej inspiracji, żadnego zmierzania do celu, do określonego ideału
stawania się. Bodźce tego procesu rodzą się gdzieś poza zasięgiem świadomej kontroli. Staję
się, chociaż nie wiem kim i jaki ma być kres tego stawania się  i czy w ogóle taki kres jest
przewidziany. To wszystko dzieje się jakby poza mną, chociaż mnie dotyczy.

Nie miałabym odwagi tak dalece zaufać własnemu rozeznaniu, żeby akceptować jakiś ide-

ał,  wzór  wart  naśladowania  lub  cel,  któremu  trzeba  by  podporządkować  wszystko  inne.  –
Tyle ich już było i wszystkie wyzwalały jednakową zawziętość i nietolerancję, powodowały
akty niepotrzebnego, żałosnego bohaterstwa i nieprzejednanego okrucieństwa. Czytałam 

Po-

kój wśród wojny Miguela de Unamuno. Można się przerazić tą niszczycielską siłą, jaka tkwi
w ideałach, zwłaszcza wtedy, gdy są niezachwiane i żarliwie wyznawane.

Uczestniczymy  zapewne  w  jakimś  porządku  istnienia,  ale  to,  że  podlegamy  jego  prawi-

dłowościom,  jest  już  tylko  domysłem.  Zaraz  poza  zasięgiem  tego  domysłu  rozciąga  się  ot-
chłań  niewiedzy,  wątpliwości  i  niepewności.  Czy  są  to  prawidłowości  natury  psychicznej,
czy społeczno-historycznej? Czy może wiążą się z kategoriami czasu i trwania, są jego stop-
niową aktualizacją, narzucającą nam wszystko, co się ma dokonać z nieodwracalną koniecz-
nością? Niekiedy znów popłoch budzi myśl, że domysły o istnieniu jakiegokolwiek porządku
i prawidłowości są złudzeniem i że wśród powszechnego, indeterministycznego chaosu tyle
tylko może objawić się i wyniknąć, na ile pomysłowości i inicjatywy sami potrafimy się zdo-
być.  Że  martwą  statyczność  rzeczywistości  może  wprawić  w  ruch  tylko  siła  wyobraźni,  trud
zmagania się i dążenia. I że słabość i poddanie udaremniają potencjalne bogactwo mijających dni
i lat. O ile więc kontemplacyjny, bierny stosunek do życia, spokój i brak zacietrzewienia są cno-
tami, jeżeli przyjąć założenie o istnieniu „porządku i prawidłowości”, aktualizujących się z nie-
uchronną koniecznością, to domysł bezprzyczynowości odwraca kierunek powinności, zmienia
znaki przy nazwach win i zasług. Wtedy kontemplacyjność i amor  fati okazują się największą
winą, błędem, grzechem zaniechań, odbierających życiu jego jedyną szansę dokonania się.

Pozostając  jednak  w  stanie  niewiedzy  o  tym,  w  jakim  porządku  się  uczestniczy,  trudno

zdobyć się na wybór i surowe podporządkowanie się jakimkolwiek zaleceniom czy rygorom.
Jeżeli słuszny jest domysł bezprzyczynowości, to płynąc bez busoli i steru ryzykuje się wtedy
jedynie pustkę i jałowość własnej biografii. Akceptując zaś ufnie zalecenia  nietrafnie  ukie-
runkowanej  aktywności,  ryzykuje  się  nie  tylko  własną  katastrofę,  ale  i  totalną  kraksę.  Ale
ignorując  zalecenia  trafne,  można  się  łatwo  sprzeniewierzyć  ludziom.  W  tym  ostatnim  bo-
wiem przypadku, najwyższym obowiązkiem człowieka współczesnego wydaje się być konte-
stacja.  Podczas  gdy  bierność  to  wina  tchórzostwa,  lenistwa,  braku  wyobraźni  i  inicjatywy,
wina  poddania  się  panującym  złym  konwencjom  myślenia  i  postępowania,  akceptowania
fałszywych szablonów życia. – Jeżeli natomiast życie jest nieuchronnym urzeczywistnianiem
się  losu,  aktualizacją  czasu,  który  tylko  ludzka  wyobraźnia  nazywa  przyszłością,  to  i  tak
wszelka inicjatywa nietrafna okaże się daremną, a trafna – nieuniknioną.

W naszej trudnej nad miarę teraźniejszości nie ma nic na tyle jednoznacznego, co można

by wykorzystać jako uzasadnienie przy wyborze celu działania lub ideału stawania się. Pozo-

background image

15

staje tylko zdać się na te niejasne odczucia, o których też nie bardzo wiadomo, skąd się w nas
biorą.  Czy  są  imperatywem  moralnym,  równie  pewnym  i  doniosłym  jak  niebo  gwiaździste
nad  nami,  czy  też  wyrazem  pierwotnym  tropizmów,  wspólnych  z  amebą.  Mimo  mnogości
socjologów, historiozofów i ideologów, współcześni pielgrzymi zostali pozbawieni nie tylko
swojej  Mekki  ale  nawet  zaufania  do  poczucia  rzeczywistości,  niewątpliwego  rozeznania  i
zdrowego rozsądku. Zagubili się we własnej sytuacji tak dalece, że nie ufają normom, ide-
ałom,  obowiązkom,  a  nawet  i  własne  dążenia  traktują  podejrzliwie.  Nie  wiadomo  bowiem
nigdy czy to, do czego dążą, jest rzeczywiście tym, czego naprawdę chcą.

Jakimikolwiek są prawidłowości, którym podlegają losy ludzi i los świata, to mimo całej

naszej uczoności pozostają w sferze domysłów, kontrowersyjnych opinii, sprzecznych hipo-
tez, a szaremu  człowiekowi  nie  pozostaje  nic  innego  jak  odkurzyć  proste  środki  pionierów
zdobywających  nowe  światy  i  szukać  swojej  drogi,  wytężając  słuch  i  węch,  wyławiając  z
groźnej  dżungli  nowoczesnego  świata  wrażenia  autentycznie  przekonujące.  Nie  dać  się
zwieść dezinformacji, fałszywym komentarzom, nietrafnym interpretacjom! Jak ślepiec kijem
szuka drogi, tak człowiek współczesny musi zdać się na swoje pierwotne, najprostsze odczu-
cia.  Nie  wzbraniać  sobie  zakazanej  pogardy,  przyznać  się  do  potępionej  surowo  tęsknoty.
Może w tej demistyfikacji uznanych schematów i powinności ujawniłaby się jakaś nie prze-
czuwana prawda o nas samych i o naszym losie.

Tak właśnie po omacku szuka drogi kontestująca młodzież. Chcą odnaleźć to, co tak nie-

precyzyjnie i trochę sentymentalnie nazywa się – dobrem. Może przeczuwają, że aby znaleźć
DOBRO, trzeba przedtem cały świat odkryć na nowo. Zetrzeć obowiązujące dotychczas na-
zwy rzeczy i wartości jak źle zapisaną tablicę, zacząć inaczej myśleć, inaczej pragnąć, inaczej
oceniać. 1 znaleźć jakąś nową, lepszą nazwę dla Ziemi. A nas samych zakwalifikować traf-
niej – na miarę naszych rzeczywistych możliwości, a nie na miarę naszej pychy.

* * *

Śmierć wydaje się być jakąś niekonsekwencją, czymś paradoksalnie niezgodnym z zasadą

życia jako trwania. Tkwi w niej sprzeczność, której sens trudno jednak uchwycić rozumowo i
pojąć, wiedząc tak niewiele o życiu, któremu się ona przeciwstawia. Ta sprzeczność nie jest
wynikiem rozumowania, to raczej bardzo nieokreślone, nieuchwytne wrażenie. To wszystko,
co ujmujemy w bezpośrednim doświadczeniu, nie obejmuje przecież sensu śmierci i nie wy-
czerpuje całego jej znaczenia. Traktując umieranie w sposób potoczny, jako coś pozytywne-
go,  jako  zjawisko  zakończenia  życia,  ulegamy  sugestii  rzeczownikowego  brzmienia  nazwy
„śmierć”,  tracąc  od  razu  możność  uchwycenia  jej  istotnej  treści.  Tak  jak  nie  ma  szansy
udzielenia dobrej odpowiedzi na źle postawione pytanie.

Ta  rzeczownikowa  sugestia  narzuca  wyobrażenie,  że  śmierć  to  „coś”,  co  jest  rozpoczę-

ciem niczego, aktem inicjującym zaprzestanie, wydarzeniem otwierającym przerwę w trwa-
niu, momentem będącym zakończeniem wszelkiego czasu. Przy takim pojmowaniu śmierci
coś  istotnego  zostaje  pominięte,  jakieś  jeszcze  inne  jej  znaczenie  umyka  rozumieniu,  cały
problem zostaje uchylony w tej konwencji myślenia nie zostanie nigdy rozwiązany. – I znów
wrażenie:  śmierć  jako  funkcja  albo  element,  jedno  z  ogniw  łańcucha  nieznanych  zdarzeń.
Jego wyjaśnienie jest do odnalezienia w ramach struktury szerszej niż życie takie, jakim się
je widzi w powszechnym doświadczeniu. Potem narzuca się inne wrażenie, wrażenie udziału
– znów niejasne, niekonkretne, bo nie sposób iść choćby o krok dalej i nawet najbardziej hi-
potetycznie i nieobowiązująco dodać: „udziału – czego? i w czym?” Więc znów powrót do
potocznego wyobrażenia śmierci jako prostego zaprzestania. I ponownie nieodparte wrażenie
sprzeczności w stosunku do narzucającego się trwania. – Myśl, płynąc utartym nurtem, coś
pomija, coś się wymyka rozumieniu, wyobraźnię fascynuje domysł, docierający spoza kręgu
wyobraźni.

background image

16

* * *

Po kilku miesiącach przeczytałam ponownie książkę K.G. Junga 

Psychologia i religia, a

dla uzupełnienia informacji, krytyczne opracowanie Jolande Jacobi. Przy pierwszym czytaniu
cała koncepcja Junga wydała mi się fascynująca. Potwierdziła wiele osobistych doświadczeń,
dawała podstawę do ich uporządkowania i stwarzała szansę uzyskania odpowiedzi na liczne
pytania i wątpliwości. Zdawało mi się , że idąc śladem przeżywania własnego „ja”, docieram
do ostatecznych, oszałamiających rozwiązań.

A teraz, po powtórnym jej przeczytaniu i po przeczytaniu relacji Jolande Jacobi, czuję się

tą jungowską wizją przytłoczona i zgnębiona. Zawieszona nad otchłanią zbiorowej nieświa-
domości żyję pod wrażeniem jakiegoś koszmaru, zdaje mi się, że zostałam pozbawiona cze-
goś  bardzo  ważnego  i  cennego.  –  Straciłam  moją  indywidualną  odrębność  i  niepowtarzal-
ność.

Ta koncepcja rzeczywistości odbiera mi poczucie autonomii własnego istnienia, pozbawia

prawa do autentycznej samotności. Nie może być mowy ani o samotności, ani o autonomii
jednostki, jeżeli jesteśmy czymś w rodzaju bąbelków na powierzchni wielkiej wody. Samot-
ność i izolacja okazują się tylko pozorem, iluzją, a faktem jest nieuniknione uczestniczenie,
zależność  i  podporządkowanie.  Trwa  nieuchronne,  nie  kończące  się  sprzęgnięcie  z  czymś
niepojętym,  z  nieznanym  porządkiem,  spełniającym  się  niezależnie  ode  mnie  i  poza  mną.
Czy  można  to  uznać  za  jakiś  nie  przeczuwany,  olśniewający  przywilej,  czy  za  tragiczne
zniewolenie?

Teoria zbiorowej nieświadomości i archetypów pozbawia mnie siebie. Moje myśli nie są

moimi  własnymi  myślami,  to  co  przeżywam,  to  tylko  powielone  archetypy.  Kształt  mojej
osobowości  ma  w  sobie  tyle  autentyzmu  co  kształt  wody,  wypełniającej  płynące  na  rzece
gliniane naczynie. Gdy naczynie pęknie i rozpadnie się, osiągnę jedność z całą wodą w rzece.
I to będzie moje „zbawienie”.

Jacobi pisze ponadto, że iluminacja, jako warunek wstępny zbawienia, bywa udziałem je-

dynie bardzo nielicznych. – A  co wobec tego z tymi pozostałymi? Czy mają oni być tylko
„odpadami” duchowych procesów? Czy procesy te, zmierzające do nie znanych, mistycznych
celów, tolerują i akceptują ich bezcelową szarpaninę, ich cierpienia i klęski – zupełnie jało-
we,  do  niczego  nieprzydatne,  nie  dość  doskonałe,  aby  włączone  w  misterium  stawania  się
Boga mogły wreszcie uzyskać usprawiedliwienie i ukojenie? A zwierzęta? Jakie miałoby być
dla  nich  miejsce  w  tym  jungowskim,  mistycznym  porządku?  Jakie  zadośćuczynienie  za  te
wszystkie  żywoty  wypełnione  bólem,  głodem,  strachem  i  kończące  się  bezradnym  umiera-
niem?

Jak  możliwe  jest  osiąganie  szczęścia  zbawienia,  gdy  wiadomo,  że  nie  można  ocalić

wszystkich? Jeżeli zbawieni byliby skłonni pogodzić się z potępieńczym losem tych innych,
to  czyż  można  traktować  zaszczyt,  który  ich  spotyka,  jako  wyróżnienie  najgodniejszych?
Jakże przyjąć te jungowskie zalecenia o spokoju i zobojętnieniu? – Pełne rozpaczy i udręki
pamiętanie  o  tym  wszystkim,  co  złego  dzieje  się  na  świecie,  to  jedyna  dostępna  mi  forma
protestu.  Gdybym  się  wyciszyła  i  zobojętniała,  to  miałabym  wrażenie,  że  wyrażam  bierną
zgodę na każde cudze zło i cierpienie. Popadając w stan uspokojenia i zobojętnienia, pozwo-
liłabym  sobie  zapomnieć  o  wszystkich  krzywdach  i  niedolach,  które  w  tej  właśnie  chwili
spotykają innych. Taki spokój to jakby pogodzenie się z rozpaczą nieuleczalnie chorych ludzi
i ze smutkiem niekochanych dzieci, ze strachem i bólem doświadczalnych zwierząt i wleczo-
nych do rzeźni krów, z niedolą bezdomnych kotów i przerażeniem zgubionych psów, z bez-
radnością ludzi dobrych i bezkarnością nikczemnych, z perfidią okrutników i niedołęstwem
spieszących z pomocą. – Napięcie i niepokój to jakby moja prywatna manifestacja protesta-
cyjna przeciwko Bogu, którego ostatnio podejrzewam o wszystko co najgorsze.

background image

17

* * *

Kto wymyślił nasz świat? Kto wymyślił tę upiorną amfiteatralną strukturę życia, w której

każdy organizm żywi się innymi organizmami, sam będąc nieuchronnie skazany na podobny
los  co  jego  ofiary?  Kim  jest  ten  kosmiczny  projektant,  który  tak  pomysłowo  i  oszczędnie
zaplanował biosferę naszej planety jako gigantyczne, żywe perpetuum mobile? Kto z chłodną
bezwzględnością  wliczył  w  koszty  swojego  dzieła  powtarzający  się  bez  końca  ból  i  strach
ściganych i pożeranych i przystał na trwającą nieustannie hańbę zabójców? Kto arbitralnym
narzuceniem programu genetycznego tak ograniczył ich zdolność rozeznania w tym co dobre,
a co złe, że potrafią nawet chełpić się dużą ilością dościgniętych ofiar, zdartych z nich skór i
pożartych ciał? Kto zagląda przez otwory „czarnych dziur”, aby sprawdzać, jak mu się roz-
wija ta eksperymentalna hodowla i snuje uczone domysły, co z tego doświadczenia może w
końcu wyniknąć?

Kimkolwiek jest, to ciekawe czy mógł przewidzieć, że najbardziej dociekliwe i przedsię-

biorcze, a jednocześnie najżarłoczniejsze w tej hodowli istoty dwunożne, nie tylko akceptują
narzucony im koszmarny bio-układ, ale że usytuują się w tej totalnej jatce z zadziwiającą jak
na  homo  sapiens  i  homo  moralis  –  skwapliwością,  a  perspektywę  swojej  dumnej,  ludzkiej
przyszłości utożsamią z coraz obfitszym uczestniczeniem w krwawym życiu? A może nawet
kosmicznego projektanta zaskoczył fakt, że ludzie nie podjęli radykalnej próby wykorzysta-
nia  potężnych  możliwości  „półtorakilowego  cudu”  zamkniętego  w  swoich  czaszkach,  aby
znaleźć sposób uwolnienia się i wymanewrowania z tego planetarnego kołowrotu? Że wła-
śnie  odwrotnie,  geniuszu  swoich  szarych  komórek  używają  dla  wymyślenia  coraz  skutecz-
niejszych metod polowania. Czy spodziewał się, że na pewnym etapie swego rozwoju nawet
zaczną  odtwarzać  wyrafinowane  mechanizmy  ziemskiego  bio-układu  i  dla  celów  spożyw-
czych i doświadczalnych będą organizować kameralne konstrukcje  udręki na obraz i podo-
bieństwo  tej,  w  której  uczestniczą?  Że  dla  istot  czworonożnych  zaprojektują  własnego  już
pomysłu struktury gehenny.

A może ten eksperyment kosmiczny to miał być test na ludzkość? Może celem jego było

sprawdzenie jak zareaguje istota obdarzona moralną wrażliwością i wyobraźnią, gdy zostanie
postawiona w sytuacji zdolnej wstrząsnąć wyobraźnią i porazić wrażliwość? Czy przystosuje
się do niej mimo wszystko, zadając gwałt swym uczuciom, czy też, wbrew uznanym za nie-
odwracalne realiom własnej egzystencji, wbrew rozsądkowi a nawet wbrew nadziei na zmia-
nę i poprawę – zakwestionuje ją i odrzuci? Może ludzka akceptacja planetarnego bio-układu,
a  potem  jego  hodowlane  i  doświadczalne  powielanie  poinformowały  eksperymentatora  o
tym, jak myśli i co czuje człowiek, i na co go stać, a na co nie stać?

Kim zaś może być sam eksperymentator? Czy takiej właśnie reakcji sobie życzył i takiej

oczekiwał? Czy właśnie chodziło mu o to, aby wyhodować istoty inteligentne ale bezwzględ-
ne i krwiożercze, potrzebne mu do jakichś dalszych, nie znanych celów? Czy może, odwrot-
nie, zawiedziony i strwożony wynikiem swego doświadczenia, zastanawia się teraz jak od-
wrócić  skutki  sprowokowanego  przez  siebie  koszmaru?  Albo  rozważa  trudną  decyzję,  aby
całą tę przerażającą hodowlę zlikwidować i zniszczyć, i zacząć wszystko jeszcze raz od po-
czątku – zupełnie inaczej?

* * *

Gdy w poszukiwaniu źródeł zła i cierpienia dokonuje się obserwacji i zachowań niektó-

rych organizmów i struktur biologicznych naszej planety, nasuwają się pewne ponure domy-
sły per analogiam. Na przykład ten słynny przypadek modliszki, która nie wiadomo dlaczego
po zapłodnieniu odgryza głowę samcowi, w zestawieniu z faktem, że w pewnym brytyjskim

background image

18

ośrodku  naukowym  zajmującym  się  eksperymentami  w  zakresie  transplantacji,  niektórzy
spośród pracowników robili w wolnych chwilach takie różne przeszczepy „żartobliwe”, bez
żadnego celu poznawczego, a tylko dla dowcipu, dla zabawy, aby rozproszyć nudę i rozśmie-
szyć kolegów. Na przykład przeszczepiali owcom narządy rodne na głowę.

I wtedy przychodzi na myśl koszmarne podejrzenie czy może i modliszkę też wymyślił i

skonstruował  jakiś  domorosły,  kosmiczny  eksperymentator  w  chwili  dobrego  humoru,  aby
zabawić kolegów i zaskoczyć ich niesamowitym pomysłem? – A może i ludzi wymyślono i
utworzono w podobnych okolicznościach, i z takich samych przyczyn? Niektóre okrutne re-
akcje i zachowania ludzkie wydają się jakby sztucznie wrastały w naturalną substancję czło-
wieczeństwa, jak rakowate tkanki transplantowane doświadczalnym szczurom. Z niepojętych
przyczyn  ludzie  uważają  masowe  mordowanie  się  nawzajem  jako  kulminacyjne  momenty
swojej historii, jako wydarzenia pełne patosu, eksplozje bohaterstwa i powód do  chwały. –
Może skłonności do takich zachowań i takiego ich oceniania też są skutkiem uciesznego figla
jakiegoś swawolnego demiurga?

Ostatnio  słyszy  się  o  nowych  naukowych  próbach  zmierzających  do  wykorzystywania

żywej plazmy w udoskonalonych procesach technologicznych. I znów przychodzi do głowy
dramatyczny domysł, że może ktoś wymyślił to już wcześniej, znacznie wcześniej niż sięga
ludzka pamięć i wyobraźnia. Budzi się podejrzenie, czy na przykład cała ziemska flora i fau-
na nie spełnia w szerszym kontekście kosmicznym roli gigantycznego biogeneratora. Może w
jego  funkcjonowaniu  plazma  wszystkich  ziemskich  organizmów  jest  odradzającym  się  nie-
przerwanie  źródłem  bioenergii  zasilającej  jakieś  urządzenie  techniczne  spoza  zasięgu  ludz-
kiej cywilizacji? I może najwięcej tej bioenergii emituje każdy organizm w momencie śmier-
ci?

Obracając się w konwencji tego domysłu można sądzić, że kosmiczni technolodzy zapro-

gramowali  całą  strukturę  biosfery  naszej  planety  jako  gigantyczny  amfiteatr  wzajemnego
zjadania.  Potężnymi  mechanizmami  zabezpieczającymi  trwałość  egzystencji  biologicznej
uczynili głód i popęd płciowy, wspierając je nieodpartą potrzebą ich zaspokajania oraz przy-
jemnymi doznaniami towarzyszącymi temu zaspokajaniu. Natomiast brak pokarmu lub moż-
liwości kontaktu seksualnego został zrepresjonowany nieznośną udręką. W sferę najgłębszej
usłużności  dla  mechanizmu  biogeneratora  wciąga  więc  uleganie  urokom  rozkoszy  kulinar-
nych  i  atrakcyjności  seksu,  podczas  gdy  stosowanie  takich  technik  ascetycznych  jak  post  i
wstrzemięźliwość  płciowa  ujawnia  częstokroć  pewne  pozawegetatywne  właściwości  czło-
wieka, co pozwala mieć nadzieję, że naprawdę to jesteśmy czymś wspanialszym i bogatszym,
i dostojniejszym niż „opakowanie” dla przewodu pokarmowego i układu rozrodczego. Tech-
nolodzy zastosowali też niezawodne mechanizmy ochronne zapobiegające wyginięciu gatun-
ków  na  skutek  całkowitego  bycia  zjedzonym  przez  któryś  z  gatunków  nadrzędnych.  Tymi
mechanizmami  są  trwoga  i  ból.  One  wymuszają  zachowania  chroniące  przed  napastnikami
możliwie  najskuteczniej.  I  dlatego  trwają  w  nieustannym  bólu  i  trwodze,  które  wprawdzie
zabezpieczają gatunki przed zagładą, ale kosztami przerażenia i cierpienia obciążają jednost-
ki.

W  celu  dalszego  podniesienia  wydajności  biogeneratora  kosmiczni  technolodzy  wydają

się stosować inne jeszcze, dodatkowe środki. – W pewnym momencie ludzkich dziejów, za-
pewne przed wieloma tysiącami lub nawet milionami lat, pojawili się w różnych zamieszka-
nych  miejscach  Ziemi  potężni  „bogowie”.  Jak  donoszą  najstarsze  kroniki  świętych  ksiąg,
„bogowie” ci uczyli Ziemian nie znanych im dotąd zwyczajów i zachowań. Porażając swoją
niewyobrażalną  przewagą  techniczną,  narzucili  im  między  innymi  obyczaj  składania  krwa-
wych ofiar jako obowiązek religijny. Nie zważali przy tym, że w ten sposób inicjują stopnio-
wą degenerację gatunku roślinożernych hominidów. Ludzie, wdrożeni w tym czasie do jada-
nia  mięsa,  zaczęli  coraz  bardziej  ulegać  jego  afrodyzjakalnemu  działaniu,  co  wpłynęło  na
podniesienie rozrodczości i lawinowy przyrost liczby ludzi na świecie. Przyjmowanie wraz z

background image

19

mięsem dodatkowych dawek adrenaliny wzmagało jednocześnie ludzką agresywność. W ten
sposób technolodzy osiągnęli podwójną korzyść: obyczaj zabijania zwierząt, aby zjadać ich
mięso, spowodował eksplozję demograficzną, a równolegle wyzwalał inspirację do tego, aby
się  nawzajem  zabijać.  Obecnie  obserwujemy  kolejny  efekt  ówczesnego  pomysłu  technolo-
gów, jakim jest dziesiątkowanie ludzi przez nie znane przedtem choroby zwyrodnieniowe. A
także  funkcjonowanie  współczesnych  fabrycznych  hodowli  i  rzeźni,  gdzie  ginie  rocznie  20
miliardów zwierząt. Śmierć zbiera obfite żniwo, biogenerator działa coraz wydajniej.

Mądrzy technolodzy, wprowadzając swój zamysł, widzieli, że w procesie trawienia mięsa

wytwarzają  się  substancje  powodujące  nałogowe  uzależnienie,  co  udaremniało  możliwość
zaprzestania jego jedzenia. – W  ten  sposób  powstał  samonapędzający  się  system  produkcji
ogromnych, dodatkowych ilości bioenergii, ponieważ ludzie pogrążeni w nałogu starają się
odtąd wynajdować pseudoracjonalne argumenty na poparcie słuszności i godziwości swego
łaknienia. Szczególną dbałość o wynajdowanie i lansowanie takich argumentów przejawiają
ci,  którzy  w  obszarze  produkcji  i  konsumpcji  mięsa  wykreowali  sobie  korzystną  pozycję
społeczną oraz ci, którym przysparza to znacznych zysków. To znaczy w dawnych czasach
kapłani, a obecnie hodowcy, handlarze i profesjonalni apologeci. – Wszystko to razem two-
rzy  jakby  obraz  piekła,  gdzie  potępieńcy  sami  nieustannie  dokładają  paliwa  pod  kotły  ze
smołą, w której się potem smażą.

Może także przez technologów inspirowane były starożytne kulty falliczne. Na to pocho-

dzenie  wskazuje  ich  religijny  wymiar.  W  taktyce  technologów  spełniały  zapewne  rolę  in-
strumentu dalszego podnoszenia rozrodczości jako zjawiska równie skutecznego, co składa-
nia  krwawych  ofiar.  Im  więcej  bowiem  narodzin,  tym  więcej  pożądanych,  energogennych
zgonów.  W  razie  dodatkowego,  pilnego  zapotrzebowania  na  bioenergię  Ziemianie  ulegają
gwałtownym  epidemiom  chorób  zakaźnych,  albo  z  jakichś  niewiarygodnie  absurdalnych
przyczyn wybuchają długoletnie, krwawe wojny.

Podobnie czynią ludzie, gdy dla podniesienia wydajności swoich  hodowli zwierząt reali-

zują pomysły i stosują środki równie rewelacyjne i skuteczne, a jednocześnie nie mniej bru-
talne i bezwzględne.

Aby stymulować agresję wewnątrzgatunkową, konstruktorzy wprowadzili zasadę organi-

zowania  ludzkich  społeczności  jako  wspólnot  zantagonizowanych  zróżnicowaniem  narodo-
wościowym,  rasowym  i  religijnym.  Te  właśnie  makro-  i  mikrowspólnoty,  wokół  których
koncentruje  się  większość  najsilniejszych  więzi  emocjonalnych  oraz  form  najgłębszego  za-
angażowania i najbardziej patetycznych wartości ludzkich, świadczą o tym, że konstruktorzy,
będący animatorami biologicznych i społecznych struktur na Ziemi, są nie tylko znakomitymi
technologami,  ale  również  wybitnymi  znawcami  psychologii.  I  o  tym,  że  swoją  wiedzę  i
umiejętności w tym zakresie wykorzystują przeciwko ludziom i Ziemi z perfidią nie ograni-
czoną żadnymi względami.

– Do kogo więc mielibyśmy się modlić o ratunek, jeżeli jesteśmy stworzeni na obraz i po-

dobieństwo  zimnych,  bezwzględnych  technologów,  przystosowani  genetycznie  do  realizo-
wania ich drapieżnych celów?

Życie ludzi na Ziemi wydaje się być jednak przedmiotem zainteresowania i troski nie tyl-

ko  owych  konstruktorów.  O  istnieniu  w  kosmosie  innych  jeszcze  sił  świadczy  przyjście  i
dzieło nauk udzielanych przez Chrystusa i Buddę. Jednak w różnorodnych formach udostęp-
niania i rozpowszechniania tych nauk łatwo znaleźć bardzo silne ślady sugestii konstrukto-
rów. Są one szczególnie widoczne w niepojętym wyolbrzymianiu zaleceń i pouczeń o zna-
czeniu  drugorzędnym  i  znikomym,  a  wyciszaniu  i  ograniczaniu  przekazywania  tych  najdo-
nioślejszych, mających decydujące znaczenie dla ludzkich losów. A przecież to one właśnie
zmierzają wyraźnie do eliminowania z życia ludzi czynników stymulujących działanie bioge-
neratora, to znaczy antagonizmów, przemocy, konfliktów, agresji, zabijania.

background image

20

Historia  ostatnich  dwudziestu  stuleci  świadczy  wyraźnie  o  tym,  że  gest  wyciągniętej  do

nas  pomocnej  ręki  został  kompletnie  zignorowany,  jego  wymowa  wypaczona  interpretacją
zasugerowaną przez technologów,  a prawdziwy jego sens i  znaczenie  dotarły  tylko  do  nie-
wielu.  Kształt  współczesnej  cywilizacji  jest  świadectwem  nieprzerwanego,  skrupulatnego
wdrażania  inspiracji  technologów.  Na  skutek  tej  gorliwości  i  skrupulatności  Ziemia  ulega
przerażającej degradacji i zapewne wkrótce stanie się kosmicznym wrakiem, planetą wyeks-
ploatowaną i martwą. A kosmiczni technolodzy znajdą sobie inne ciało niebieskie dla zain-
stalowania nowego biogeneratora.

* * *

Wśród organicznych układów ludzkiego ciała układ rozrodczy spełnia rolę wyjątkową w

porównaniu  z  takimi  na  przykład  układami  jak  krwionośny,  oddechowy  czy  wydalniczy.
Bowiem oprócz rozradzania, które jest właściwe dla biologicznego organizmu indywidualne-
go, odgrywa także doniosłą rolę w kształtowaniu się i funkcjonowaniu całej psychicznej sfery
osobowości człowieka, a ponadto całej sfery obyczajowości i kultury społeczeństwa. Każdej
wspólnocie ludzkiej narzuca arbitralnie kondycję o dominującym charakterze prokreacyjnym.
Obecność  i  oddziaływanie  genów  płciowych  w  organizmie  ludzkim  decyduje  nie  tylko  o
zjawiskach  rozmnażania,  lecz  organizuje  również  cały  system  psychospołeczny,  wszech-
stronnie i głęboko kreuje szeroką gamę emocji, inscenizuje treści wyobrażeń, prowokuje róż-
ne  reakcje  i  oczekiwania  oraz  sam  sposób  pojmowania  miłości  jako  erotycznej  fascynacji.
Wyznacza też jednoznacznie podstawowy program życiowy, określa związane z nim aspira-
cje i ambicje oraz sposoby zachowań mające umożliwić realizację tych aspiracji. Szczególnie
agresywny jest ten wpływ na sferę aksjologiczną, bo jednoznacznie wyzwala kryteria warto-
ściowania – kształtuje oceny, a w ten sposób określa rozumienie i ukierunkowanie wartości
emocjonalnych. W ten sposób ogranicza i wyjaławia inne możliwości, bogate zasoby myśle-
nia,  doznań,  ambicji  i  oczekiwań.  Narzucając  w  ten  sposób  ludzkiej  populacji  kondycję  o
dominującym  charakterze  prokreacyjnym,  prowokuje  jej  podobieństwo  do  hodowlanej  nie-
woli.

W kulturze podlegającej dominacji prokreacyjnej miłość jawi się nie tylko jako fascynacja

erotyczna, ale również jako przywiązanie, przywiązanie do dzieci i partnera, a sukces miłości
utożsamiany  jest  z  trwałym  ich  posiadaniem.  Podczas  gdy  miłość  uwolniona  z  tej  prokre-
acyjnej dyktatury ujawnia się jako zwykła dobroć dla wszystkich.

Pod  przemożną  dominacją  impetu  prokreacyjnego  pozostają  różne  dziedziny  życia,  po-

ważne i drobne. Już nawet teksty lekkich, rozrywkowych piosenek są w całości wypełnione
repertuarem sentymentalnym, podobnie jak scenariusze filmowe, powieści i nawet poważne
dramaty. Klimat ten panuje nie tylko w  sztuce  lecz  i  w  codziennym  obyczaju,  przenika  do
zabaw, towarzyskich rozmów i rozrywek. Życiowe sukcesy zwane happy endem oraz rozcza-
rowania,  tragedie  i  bolesne  zawody,  wyrażające  się  na  przykład  w  słowach  poety  „smutna
jest dusza moja aż do śmierci”, są nasączone atmosferą płci. Sposób pojmowania celu życia i
treści upragnionego szczęścia łączą się nierozerwalnie z różnymi etapami realizowania zda-
rzeń prokreacyjnych.

Biologiczny fakt dominacji znaczenia hormonów płciowych w organizmie ludzkim zagar-

nia całą sferę kultury i psychologii, ludzkich doznań, podporządkowując je myśleniu, wraże-
niom, planowaniu i przewidywaniu, obawom lub nadziei i nieustannym oczekiwaniom sek-
sualnego spełnienia jako synonimu osiągnięcia życiowego optimum.

Ta  sytuacja  dominowania  hormonów  rozrodczych  w  ludzkim  organizmie  ingeruje  we

wszystkie dziedziny życia ludzkiego. Inicjuje programy biografii indywidualnej i aktywności
zbiorowej,  kojarzy  się  jednoznacznie  z  osiągnięciem  i  sukcesem  lub  klęską  i  zawodem,
szczęściem  lub  tragedią  i  cierpieniem.  Organizuje  kierunek  myślenia  i  prowokuje  sposoby

background image

21

zachowania  ujętego  w  społecznie  przyjętych  formach.  –  Społeczeństwu  ludzkiemu  narzuca
zasady  bytowania  hodowlanego.  –  Bo  przecież  tyle  można  przeżywać  i  realizować  innych
jeszcze zjawisk psychicznych i kulturowych, różnorodnych i bogatych, chociaż nie splecio-
nych z tą sferą życia, a których populacje ludzkie zostają arbitralnie, właściwie prawie me-
chanicznie, pozbawione i utrzymywane w stanie permanentnej gotowości do rozrodu.

To prokreacyjne uwarunkowanie wymusza bezwzględną konieczność genetycznego trwa-

nia – trwania w postaci kolejnych faz pokoleniowych. Jej przestrzeganie jest obdarzone wra-
żeniem spełnienia i uwznioślenia, a zaniechanie obciążone cierpieniem, nieszczęściem i po-
czuciem  winy.  Fazy  następujących  po  sobie  pokoleń  wyznaczają  horyzont  oczekiwanych
przemian, nie wyzwalają zaś innej ciekawości ani nadziei. Populacje są zubożone i ograni-
czone  emocjonalnie  i  mentalnie.  Każda  z  nich  ulegle,  kornie  i  nierozważnie  rodzi  kolejne
nowe  generacje  i  tym  jest  usatysfakcjonowana.  Dominacja  prokreacyjnego  uwarunkowania
udaremnia narodziny Marzeń.

– To wtargniecie klimatu sfery prokreacyjnej w ludzki organizm, w ludzką osobowość i w

całą kulturę humanistyczną można by właściwie uznać za akt brutalnej agresji ze strony kre-
atorów i technologów, ustanawiających formy funkcjonowania w ziemskiej biocenozie. Pro-
wokuje ona bowiem bezwzględną ingerencję we wszystkie sfery ludzkiego życia. – Ale moż-
na by tę sprawę potraktować również bardziej wyrozumiale i wysunąć domysł, że ta prokre-
acyjna niewola jest bezpośrednio związana z istniejącym aktualnie etapem ludzkiej ewolucji
humanistycznej. Niewykluczone bowiem, że na tym właśnie poziomie zaawansowania życia
ludzkiej populacji, tak bliskim kondycji innych ssaków, płeć i macierzyństwo są niezbędnymi
formami  inkubacji  naszego  gatunku  do  stopniowego  dojrzewania  i  wylęgania  się  ku  praw-
dziwie ludzkiej, boskiej miłości, tej miłości autentycznej, którą jest po prostu dobroć.

* * *

Kto  nas  wymyślił?  Kto  wymyślił  tę  ciżbę  biednych,  złych  i  głupich,  kłębiącą  się  od  ty-

siącleci  przez  pokolenia  w  nieodpartej  potrzebie  realizowania  wrodzonych  programów  za-
chowań – prokreacji, naśladowania i zaspokajania ciekawości? Dlaczego zachodzi taka rażą-
ca, jaskrawa dysproporcja między precyzją i kunsztownością struktury ludzkiego organizmu,
jego  układu  nerwowego,  niewyobrażalnymi  możliwościami  mózgu  i  wrażliwością  recepto-
rów  a  sposobem  ich  wykorzystywania  w  codziennym  życiu,  ograniczonym,  jednostajnym,
prymitywnym,  prawie  zwierzęcym?  –  Jakby  jakiś  prostak  używał  bezcennych,  złotem  tka-
nym gobelinów do wycierania brudnej podłogi! Gdzie tkwi błąd, w którym miejscu zawiodła
logika ewolucji?

Może uczestniczymy w jakimś źle zaprogramowanym, bezlitosnym widowisku kosmicz-

nym? Może jesteśmy aktorami przedstawienia w teatrze, gdzie zaciął się mechanizm opusz-
czający kurtynę między kolejnymi aktami? – Słuchanie mistrzów zagłusza te ponure podej-
rzenia, pociesza biednych, a głupim daje wrażenie, że są mądrzy. Tylko źli się nie zmieniają,
pozostają wciąż tacy sami.

* * *

Mistrz siedzi w środku, uśmiecha się łagodnie, wie wszystko. Oddany mu wyznawca nie

pozwala  już  sobie  na  samodzielne  poszukiwania,  uznawałby  to  bowiem  za  nielojalność  w
stosunku do mądrego, dobrego mistrza,  któremu  ufa  bezgranicznie.  Mistrz  również  nie  po-
zwala sobie na dalsze samodzielne poszukiwania w obawie, że mógłby dojść do rozwiązań
niezgodnych ze swoimi poprzednimi pouczeniami i zawieść w ten sposób zaufanie wyznaw-

background image

22

cy.  I  to  zarówno  wtedy,  gdyby  mu  swoje  nowe  odkrycia  udostępnił  jak  i  wtedy,  gdyby  je
przed nim ukrył i zataił.

Mistrza i wyznawcę sprzęga więź wierności, lojalności, zaufania i posłuszeństwa. Obaj są

psychicznie  obezwładnieni  najszczytniejszymi  wartościami,  jakich  się  ludzkość  dotychczas
dorobiła. Układ ten nieruchomieje zalany patosem jak lawą. U obydwóch zostają wygaszone
procesy indywidualnego, duchowego rozwoju i stawania się. W rezultacie zarówno mistrzo-
wie jak i wyznawcy są jak ludzkie atrapy powielane na tej samej sztancy w olbrzymich na-
kładach, a ich własna, niepowtarzalna postać nigdy nie zostaje zaktualizowana ani ujawniona.
Ich osobowość spętana dogmatami zostaje porzucona na drodze do samorealizacji jak głodny
żebrak, który już nie szuka chleba i nie puka do żadnych drzwi, za którymi spodziewałby się
go znaleźć. Trwa w tym niezaspokojonym łaknieniu, nie ośmielając się jednak dalej szukać,
kołatać i prosić, aby nie zawieść mistrza i współwyznawców.

Etos  pozostający  pod  wpływem  układu  „mistrz  –  wyznawca”  od  niepamiętnych  czasów

obciąża haraczem winy wszelkie próby indywidualnej niezależności i samodzielnych poszu-
kiwań. Każde dążenie  do  samorealizacji  zostaje  niezmiennie  piętnowane  jako  odszczepień-
stwo.  W  rezultacie  ludzie  szukają  swojej  chluby  nie  w  indywidualnym  rozwoju,  a  tylko  w
dokładności  naśladowania.  Górną  granicę  ich  indywidualnego  wzrostu  wyznacza  dogmat,
który  już  ze  swej  natury  nie  podlega  zmianom.  I  chociaż  każdy  krok  do  przodu  wymaga
zmiany, a rozwój nie może się odbywać bez przeobrażeń, to udaremniająca ten proces wier-
ność ortodoksji uznawana jest powszechnie za naczelną cnotę.

– Na próżno więc od tysiącleci ciżby biednych, złych i głupich  żebrzą o zmiłowanie we

wszystkich świątyniach świata! Uwikłani we własne najszczytniejsze cnoty sami siebie dła-
wią każdym poruszeniem ku ocaleniu.

* * *

Uporanie się z ogromnymi problemami egzystencjalnymi i moralnymi,  które  stają  przed

każdym  i  których  nie  sposób  zignorować,  zostaje  znacznie  ułatwione  akceptowaniem  pew-
nych wyjaśnień dogmatycznych. Nic bowiem prostszego niż odwołać się do treści jakiegoś
fragmentu odpowiedniego uczonego pisma i w ten sposób problem „rozwiązać”.

Ale  każdy  dogmat,  nawet  gdyby  był  obiektywnie  najtrafniejszy,  jest  jak  kłoda  leżąca  w

poprzek drogi samodzielnych poszukiwań i indywidualnego rozwoju. Zwłaszcza że dogma-
tyczne ustalenia, po które się wtedy sięga, nie bywają dostępne pojedynczo i osobno – naj-
częściej wolno je przejmować tylko w kompletach. I to się nazywa ortodoksja. Jest ona formą
umysłowego zaangażowania o tyle zobowiązującą, że zakłada akceptację nie tylko dogmatu,
który rozwiązuje określony problem, ale jednocześnie wielu innych. Wymaga ponadto stałej
gotowości  afirmowania  tych  wszystkich  ustaleń,  które  zostaną  dokonane  w  przyszłości  w
ramach owej ortodoksji. Udzielając wyjaśnień, zobowiązuje jednocześnie do traktowania ich
odtąd jako jedynie słuszne. Odmowa uznawana jest za nielojalność lub nawet herezję.

Przystanie  na  takie  warunki  blokuje  dalszą  penetrację  świata,  paraliżuje  dynamizm  od-

krywania jego tajemnic. Zamyka drogę do dalszych samodzielnych poszukiwań. I prosić już
wtedy nie ma o co. Traci się też z oczu drzwi, do których można by kołatać.

* * *

Od  setek  lat  człowiek  Zachodu  ogłupiony  jest  przekonaniem  o  swojej  rozumności.  Jak-

kolwiek potrafi niejednokrotnie wątpić w to, czy w ogóle sam istnieje i czy istnieje postrze-
gana  przez  niego  rzeczywistość,  to  tego,  że  ma  rozum,  jest  pewny  absolutnie.  Co  więcej,
każdy  uważa,  że  ma  tego  rozumu  dostatecznie  dużo.  Jak  zauważył  ironicznie  Kartezjusz,

background image

23

rozum wydaje się być dobrem podzielonym najsprawiedliwiej, nikt bowiem nie uskarża się,
jakoby posiadał go w ilości niedostatecznej.

Świadome doznawanie własnej, realnej niewiedzy jest dla ludzi wyrosłych w intelektual-

nym klimacie Zachodu przeżyciem zupełnie obcym. W tradycji kultury śródziemnomorskiej
Sokrates był jedynym filozofem, który dociekliwą myślą dotarł do granicy ludzkiego pozna-
nia i wyraził to wstrząsające przeżycie w słynnym powiedzeniu: „wiem, że nic nie wiem”. Po
nim jednak, aż do naszych czasów, począwszy od Arystotelesa, który wiedział wszystko, inni
myśliciele  i  uczeni,  a  za  nimi  każdy  „zjadacz  chleba”  wiedzą,  że  wszystko  wiedzą.  A  już
doktrynerzy mają do własnego rozumu zaufanie szczególnie głębokie i nieograniczone.

Doktrynalna  interpretacja  rzeczywistości  jest  zawsze  spoista,  jednoznaczna  i  kompletna.

Nie ma w niej luk, niedopowiedzeń czy znaków zapytania. Fakty i wydarzenia nie dające się
w niej pomieścić zostają po prostu zignorowane. Wspominanie o nich uchodzi za zdradę lub
co najmniej nietakt. Do świadomości doktrynera nie przenikają takie informacje, które by nie
korespondowały z jego doktryną. Zauważa on tylko te wypowiedzi, które doktrynę potwier-
dzają i te, które jej jednoznacznie przeczą. Te ostatnie od razu odrzuca, a wszystkich pozo-
stałych w ogóle nie odbiera.

Doktrynalna  interpretacja  nakłada  się  na  realną  rzeczywistość  podobnie  jak  rekwizyty  i

dekoracje na teatralną scenę. Z tą jednak różnicą, że „scena” świata nie jest jak scena w te-
atrze  pusta  ani  naga  i  dlatego  taka  interpretacyjna  scenografia  nie  zapełnia  pustki,  a  tylko
zasłania autentyczny, obiektywny, chociaż nie rozpoznany obraz rzeczywistości, utrudniając
jej coraz pełniejsze i trafniejsze zrozumienie.

Dialog międzydoktrynalny jest postulatem o tyle nierealnym, że doktryner każdą krytykę z

zewnątrz  traktuje  jako  zaszczytny  dowód  swej  ortodoksyjnej  niezłomności.  Nie  tylko  nie
przyjmuje jej poważnie i merytorycznie, ale pod wpływem negatywnych opinii jeszcze bar-
dziej uszczelnia się w swojej światopoglądowej twierdzy. Co więcej, zarzuty a nawet obelgi
obnosi chełpliwie jak żołnierz ordery. Sam zaś piętnuje wszystko, co mogłoby nadwątlić jego
niewzruszone przekonania. I jeżeli pod tym względem pozostaje nieskazitelny, to przeważnie
traci wrażliwość na inne własne cnoty i wady.

Doktryner jest na ogół głęboko przekonany, że ma wyłączne prawo decydowania o tym co

dobre, a co złe, co mogłoby świat ocalić, a co zgubić. Dlatego dąży usilnie do udaremnienia
wszelkich pozadoktrynalnych prób optymalizacji bez względu na stopień ich skuteczności. W
porywie  żarliwej  gorliwości  jest  gotów  podpalić  nawet  taki  stos,  na  którym  spłonie  jedyna
szansa ocalenia. Jego wierność dla doktryny wyraża się w takiej postawie: „Niech raczej zgi-
nie świat, jeżeli nie ja miałbym być tym, który go ocali!” – Doktrynerstwo to jeszcze jedna
forma współczesnego terroryzmu, tyle że zalegalizowana i uzacniona. Ułomność istniejącej
obecnie cywilizacji poczęła się z pychy doktrynerstwa i trwa dzięki jego arogancji.

Jednak życie we współczesnym świecie skazuje każdego z nas na takie lub inne doktry-

nerstwo.  Egzystowanie  poza  sferą  wpływów  jakiejkolwiek  doktryny  równa  się  banicji  lub
ostracyzmowi.

Ludzkość dusi się w klimacie tej rozumności swoich ideologów i liderów oraz lojalności i

zacności ich zwolenników i wyznawców. Uleczyć świat z doktrynerstwa mogłaby tylko ja-
sna, ostra świadomość własnej niewiedzy. Niewiedzy o sobie samym, o miejscu, w którym
się  jest,  o  swojej  przeszłości  i  swoim  pochodzeniu,  o  usytuowaniu  ludzkiej  egzystencji  w
szerokiej skali rzeczywistości, o mechanizmach rządzących tą egzystencją i tą rzeczywisto-
ścią. Dopiero taka świadomość otwiera drogę dalszego rozwoju indywidualnego, dokonują-
cego się nie poprzez twórczość masowo sterowaną lecz niezależną i spontaniczną.

–  Czekamy  na  drugiego  Sokratesa,  który  uświadomi  ludziom  ich  nierozumność,  wskaże

granicę poza którą myśl już nie sięga, wyleczy z pychy tkwiącej w bezgranicznym zaufaniu
do własnego rozumu, nauczy nie wiedzieć i wiedzieć, że się nie wie.

background image

24

* * *

Biblia,  uznawana  do  niedawna  przez  ludzi  świeckich  za  lokalną  kronikę  dziejów  ludu

izraelskiego, zbiór dawnych legend i mitów, wtargnęła znów w naszą racjonalną współcze-
sność. Nie można sobie pozwolić na to, aby ją zignorować. Jest  ważna, wdziera się do wy-
obraźni,  prowokuje  mnóstwo  sprzecznych  domysłów  i  reakcji,  zadziwia,  budzi  nadzieję  i
obawę,  zachwyt  i  zgrozę,  fascynuje  i  oburza.  Narzuca  swoją  niekwestionowaną  obecność
głuchym niepokojem, naglącą potrzebą zrewidowania ustalonych opinii i ponownego rozwa-
żenia naszych racjonalnych i nieracjonalnych światopoglądów.

Czytając Stary Testament trudno czasem oprzeć się podejrzeniu, że tam właśnie, na stro-

nicach opisów dawnych historii, pozornie nie mających związku ze współczesnością,  naro-
dziły się i utrwaliły pewne aksjomaty i schematy ludzkiego myślenia, reagowania, oceniania i
postępowania. Że księga ta obdarzyła ludzkość wizją niewyobrażalnie wspaniałej, obiecanej
przyszłości, a jednocześnie obarczyła bagażem tradycji, która zaciążyła na dziejach kultury w
sposób uniemożliwiający realizację tej wizji.

Bóg w pierwszym okresie po stworzeniu świata rad był ze swego dzieła. Ale po pewnym

czasie dzieło okazało się nie tak znakomite, jak się wydawało na początku. „Żałował Pan, że
uczynił człowieka na Ziemi i bolał nad tym w sercu swoim.” Wkrótce jednak ukrył rozcza-
rowanie i zawód, i więcej o tym oficjalnie nie wspominał. Odwrotnie, domagał się nieustan-
nych hołdów i pochwał, posłuszeństwa, czci i miłości… – Przyjęto powszechnie, że świat jest
dziełem doskonałym, bez zarzutu. Zdarzające się uchybienia i niedostatki są zawinione przez
poddanych.

Ten schemat został przyswojony na stałe. Kolejni władcy, nawet ci mniej lub więcej nie-

udolni, których twory nie dorastają do pierwotnych zamierzeń, usiłują mimo to narzucić pod-
danym bezkrytyczną akceptację i pełne uznanie. Pewne braki, które można zaobserwować i
których zignorować nie sposób, tłumaczy się wpływem lub działalnością wrogów aktualnego
władcy. Władcy zmieniają się, jak również kryteria służące odróżnianiu wrogów od wybra-
nych, ale schemat pozostaje stale ten sam.

Pan  obiecał  Izraelitom  ziemię  mlekiem  i  miodem  płynącą,  ale  żeby  ją  posiąść,  musieli

przedtem  wytracić  swoich  wrogów:  Chetejczyków,  Amorejczyków,  Kananejczyków,  Pery-
zyjczyków, Jebuzejczyków i wielu innych. Ten biblijny schemat jest powielany w dziejach
wielokrotnie.  W  utrwalonych  przekonaniach  i  potocznych  opiniach  taki  sposób  dążenia  do
naprawy świata, jakim jest wytracenie wrogów, mimo licznych niepowodzeń uchodzi wciąż
za  niezastąpiony.  Rzymianie  wytracali  pierwszych  chrześcijan,  aby  zachować  chwałę  wiel-
kiego cesarstwa. W kilka wieków później chrześcijańscy inkwizytorzy wytracali heretyków z
niezachwianym przekonaniem, że w ten sposób torują wybranym drogę do zbawienia. Dwu-
dziesty wiek wynalazł nowe zasady wytracania. Hitler uznał i uzasadnił tak nieodparcie, że
przekonał  prawie  pół  świata,  że  należy  wytracić  Słowian  i  Żydów,  aby  zrobić  miejsce  dla
rasy nordyckiej i stworzyć doskonałe tysiącletnie państwo. Komuniści przewidywali nauko-
wo, że po wytraceniu wrogów klasowych udostępnią ludowi bezkonfliktowy, społeczny raj.
Dobroduszni z pozoru świadkowie Jehowy obiecują solennie rychłe nadejście Królestwa Bo-
żego,  informując  pogodnie,  że  przedtem  Bóg  wytraci  trzy  miliardy  grzeszników.  –  Do  tej
pory  wodzowie,  ideolodzy,  przywódcy  prowokują  wytracanie  raz  tych,  raz  innych,  w  imię
szczęścia reszty ludzkości.

Jednak w procesie wytracania wrogów wybrani tak nikczemnieją, pełniąc swoje katowskie

funkcje, że po pewnym czasie już nie tylko inni, ale nawet oni sami przestają wierzyć w to,
że mogliby zostać powołani do spełnienia wielkiego posłannictwa. Podleją i karleją w oczach
cudzych i własnych. A wtedy ci najbardziej krytyczni i wrażliwi spośród nich wycofują się z
szeregów i przechodzą na stronę wytracanych wrogów, wydając się w ten sposób na pastwę
oprawców. I tak przez dzieje dokonuje się jakaś potworna selekcja. W miarę jak podleją lu-

background image

25

dzie,  doskonalą  się  metody  wytracania.  W  naszych  czasach  wynaleziono  koncentracyjne
obozy zagłady i metody polityczne, które całym narodom i społeczeństwom narzucają system
autodegradacji ekonomicznej, umysłowej i moralnej, aby sami nawzajem mogli się wytracać.

* * *

Z  konfrontacji  dziejów  świata  z  lekturą  Starego  Testamentu  wyłania  się  obraz  mogący

konkurować  z  najbardziej  ponurą  wizją  science  fiction.  Nie  bez  powodu  „żałował  Pan,  że
uczynił człowieka”. – Bogu świat się nie udał, a człowiek i jego los są tego tragicznym efek-
tem. Sfuszerowany homo ma jednak tyle bystrości i wrażliwości, aby się domyślać, że coś z
nim nie jest w porządku. Stale chce to doskonalić i próbuje korygować niedopatrzenia swego
Stwórcy. Istota ludzka, ten nieodparty dowód kosmicznego błędu w sztuce stwarzania świa-
tów,  ma  jednak  jakąś  nieokreśloną  wizję  samego  siebie,  może  takiego  właśnie  jakim  Bóg
zamierzał go ukształtować, chociaż w rzeczywistości dzieło nie  dorosło do pierwotnych za-
mierzeń.  Goni  tę  wizję  nieustannie,  odkrywa  coraz  to  nowe  sposoby  naprawiania  siebie  i
świata, ujawniając przy tym najjaskrawiej wszystkie swoje wady  i braki. – Niedoskonałość
jest  przecież  jedynym  jego  orężem  w  walce  o  doskonałość,  której  szuka  wkoło  siebie  po
omacku  jak  ślepiec  zagubionego  skarbu.  Ale  szukając  na  próżno,  potwierdza  tylko  własną
nędzę  i  kalectwo.  Najwięcej  zła  powoduje  wtedy,  gdy  chce  je  przezwyciężyć  radykalnie  i
natychmiast. W rezultacie więc obraca się w nieprzekraczalnym kręgu rzeczywistego zła, w
którym żyje i iluzorycznego dobra, którego nie potrafi sobie nawet dorzecznie wyobrazić ani
sformułować.  Jego  niedoskonałość  jest  zresztą  też  niepełna,  bo  pozostaje  w  niej  margines
przeczucia i pragnienia doskonałości. Jak widać twór pod każdym względem poroniony, nic
dziwnego, że Bóg żałował i bolał w sercu swoim.

* * *

Człowiek  współczesny  wyrósł  już  ze  starotestamentowych  wyobrażeń  groźnego  i  bez-

względnego  władcy  –  Jehowy.  Chcąc  Go  uczcić  jako  wszechmocnego  i  nieomylnego,  mu-
siałby  mu  przedtem  wybaczyć  całą  męczeńską  i  haniebną  historię  ludzkości,  gehennę  nie-
opatrznie poddanych jej zwierząt i pamięć wszystkich nie wysłuchanych modlitw o ratunek.
A do objawień i nauk Nowego Testamentu nie dorasta ani sercem,  ani wyobraźnią. Zawie-
szony między tymi dwiema księgami, trwa bez Boga, okaleczony i zubożony wizją pustego
nieba.

Zatrwożeni  światem,  pełni  niezgody  na  jego  okrutne  prawa  szukamy  żarliwie  kontekstu

rzeczywistości na tyle szerokiego, aby zmieściła się w nim wizja Boga na miarę oświeconej
wyobraźni oraz bogatej, wymagającej i wyczulonej cierpieniem wrażliwości moralnej. Ufa-
my,  że  w  jakiejś  rozleglejszej  perspektywie  poznania  uda  się  może  znaleźć  uzasadnienie  i
zadośćuczynienie dla tej udręki, która zamknięta w ciasnej skali globu i jego historii wyklu-
cza uznanie Twórcy świata i animatora ludzkiego losu za istotę doskonałą i sprawiedliwą.

Jedyne  źródło  optymizmu  można  znaleźć  w  oświadczeniu  proroka,  że  „żałował  Pan  iż

uczynił człowieka na Ziemi” i jedynie na tym oświadczeniu można oprzeć całą nadzieję. Bo
gdyby ten akt stworzenia, którego następstwem są pełne grozy i krwi dzieje świata, miał być
początkiem dzieła zamierzonego w takim właśnie kształcie, a w ocenie jego Twórcy udane-
go, to by oznaczało, że nie ma już żadnej szansy na radykalną, głęboką zmianę i naprawę – że
nie ma żadnej nadziei. Wtedy słowa proroka, że „stworzył człowieka na własny obraz i po-
dobieństwo” nabrałyby nowej, przewrotnej i złowrogiej wymowy. Wskazywałyby na to, że
ten, który uczynił ludzi, sam jest równie bezwzględny i okrutny jak oni. Ale ponieważ nie był

background image

26

zadowolony z tego co zrobił, można przewidywać, że zechce dokonać jakiejś generalnej na-
prawy. I to właśnie obiecuje, mówiąc: „Oto wszystko nowym czynię”.

Ten zamiar wydaje się znajdować odbicie i potwierdzenie w świadomości kolejnych generacji

gatunku  ludzkiego,  ukierunkowanej  nieustannie  ku  odmianie  i  udoskonaleniu  swojego  świata.
Jakiś tragiczny patos tkwi w tym ciągłym poszukiwaniu wizji doskonalszego życia i szlachetniej-
szego sposobu istnienia, poszukiwaniu, biegnącym równolegle z realną historią, która potwierdza
wciąż  od  nowa  nędzę  ludzkiej  kondycji.  Może  jedynym  śladem  wskazującym  na  rzeczywiste
intencje Stwórcy, którego człowiek ma być obrazem, jest właśnie to poszukiwanie?

* * *

Babilończycy,  Kananejczycy,  Aztekowie  i  Izraelici  wierzyli,  że  Bóg  pragnie  krwawych

ofiar i aby dowieść Mu swojej czci, zabijali na ołtarzach zwierzęta i ludzi. Byli przekonani,
że Bóg tego od nich żąda, wielbiąc Go jednocześnie, modląc się  do niego i bijąc czołem o
ziemię w uniesieniu poddania i pokory.

W  dwa  tysiące  lat  po  narodzeniu  Chrystusa  wszyscy  chrześcijanie  wierzą  i  głoszą  bez

zdziwienia i zgrozy, że to właśnie dobry Bóg uczynił świat jako wielki amfiteatr oparty na
porządku „zjadania i bycia zjadanym”. Co więcej, wierzą i głoszą bez wstydu, że człowiek, to
najdoskonalsze dzieło Boga, jest już w zamyśle Stworzyciela przystosowany do żywienia się
ciałem  innych  istot,  czujących  i  zdolnych  do  cierpienia.  W  dni  świąteczne,  w  podniosłym
nastroju spożywają nabożnie podwójne, „odświętne” porcje mięsa, aby należycie uczcić swe-
go Boga.

Ludzie wszystkich czasów przypisują swoim bogom odrażające przywary i błędy, a mimo to

nie przestają uznawać ich za godnych czci i uwielbienia. Jeżeli nie tylko Bóg stworzył człowieka
na własny obraz, ale również i ludzie tworzą Boga na własne podobieństwo, to ten „bóg”, o któ-
rym nauczają kapłani i którego wielbią wyznawcy, jest oskarżeniem ich wszystkich!

Wizja  Boga  wyraża  zawsze  najgłębsze  ludzkie  potrzeby  emocjonalne  i  poznawcze  oraz

aspiracje moralne. Zbiorowości różnych czasów i różnych kultur  mają takiego Boga, na ja-
kiego ich stać, ujawniają w nim bowiem to wszystko, czym w istocie są – Bóg jest projekcją
ich najwyższych wartości, w której wyrosło i w której trwa.

Wiara w Boga jest zjawiskiem prawie powszechnym u ludów wszystkich czasów. Historia

kultury wskazuje na to, że stanowi ona nieodłączny element życia każdej zbiorowości. Zmie-
nia  się  tylko  treść  pojęcia  „boga”  i  jego  imię,  ale  nie  sposób  gdziekolwiek  i  kiedykolwiek
znaleźć  takie  społeczeństwa,  które  pozostawałyby  bez  tej  optymalnej  wizji,  wyrażającej
ludzkie  tęsknoty,  niedosyty,  marzenia  i  nadzieje,  i  ukierunkowującej  dążenia.  Zbiorowość
bez Boga zostaje zubożona o całe sfery przeżyć wewnętrznych, w których człowiek wykra-
cza poza granice swojej ciasnej i monotonnej codzienności, i o tę żarliwość życia uświęcone-
go opieką godnego czci bóstwa.

Przekraczając jednak wyobraźnią lokalne układy kształtujące relacje człowiek – Bóg, do-

cieramy bezinteresownym zamyśleniem do jakiegoś niewyobrażalnego „Ignotum”. Sięgamy
po  nie  myślą  zgłodniałą,  żarliwą  choć  nieudolną,  nie  umiejąc  nawet  sformułować  swoich
pytań, oczekiwań, nadziei i obaw w obliczu Nieznanego.

* * *

Jeżeli  działa  jakaś  siła  nadrzędna,  mająca  wpływ  na  ludzkie  losy  i  której  losy  te  nie  są

obojętne, to obraz biblijnego Pana, przedstawiony przez izraelskich proroków, nie wzbudza
ufności do niego.  Z  kart  Pisma  wyłania  się  postać  bóstwa  jako  istoty  małodusznej,  drobia-

background image

27

zgowej, bezwzględnej i mściwej, pełnej pychy i pruderii. Wskazówki, jakich udziela ludziom
przez swych proroków, są niejasne, dwuznaczne, niekonsekwentne.

Snują  się  wśród  nas  łagodni  szaleńcy,  obiecując  rychłe  nadejście  Królestwa  Bożego  na

Ziemi. –  Znękani podłością świata,  w  gorącym pragnieniu pokoju  i sprawiedliwości, w za-
mian  za  obietnicę  Królestwa  akceptują  cały  Stary  Testament  ze  wszystkimi  jego  okropno-
ściami, ze wszystkimi uchybieniami Pana w stosunku do ziemskich stworzeń, ze wszystkimi
nietrafnymi interpretacjami świadków niepojętych wydarzeń i  nawet  ze  wszystkimi  pomył-
kami tłumaczy i kopistów Pisma. Bez zastrzeżeń przyjmują najgorsze przywary i niegodzi-
wości biblijnego Pana, nie  razi ich nielojalność Boga  w  stosunku  do  jego  najwierniejszych
sług – Hioba i Abrahama.

Ale to jest ich cena, jaką płacą za nadzieję!
Jeżeli w  czas  Armagedonu  zstąpiłby  On  rzeczywiście  na  Ziemię,  to  lękać  by  się  można

tylko, aby człowiek nie zawiódł się, nie rozczarował do swojego Boga.

* * *

 „Ale  szukajcie  najpierw  Królestwa  Bożego  i  sprawiedliwości  jego,  reszta  będzie  wam

przydana”.  Czy  w  chrześcijańskich  krajach  którykolwiek  ze  współczesnych  programów  re-
formatorskich,  pedagogicznych  czy  politycznych,  uwzględnia  zalecenia  tej  Chrystusowej
mądrości? Czym jest dla nich Królestwo Boże? – Retorycznym zwrotem, niejasną metaforą?
Pochylają niepokorne czoła przed ołtarzem Boga, którego obraz zatarł się i rozpłynął w orto-
doksyjnych,  dogmatycznych  egzegezach.  Powtarzane  w  kościołach  słowa  ewangelii  są
przyjmowane  jako  wzruszające  moralnym  patosem  odświętne  formuły,  które  jednak  do  ni-
czego nie zobowiązują i nie mają większego wpływu na postawy i  codzienne postępowanie
wiernych.

„Błogosławieni  czystego  serca…  błogosławieni  miłosierni,  błogosławieni  pokój  czynią-

cy…” – Po wysłuchaniu tych słów wychodzą z kościołów pełni zwykłej sobie pychy, gotowi
do  dalszej  codziennej  gonitwy,  zachłanni,  bezwzględni,  samolubni,  nieświadomi  własnej
bezgranicznej  obłudy.  Rozpływają  się  w  tłumie  swoich  świeckich  bliźnich,  niczym  się  od
nich nie różniąc, nie dając się rozpoznać żadną z ewangelicznych cnót. – „Po owocach po-
znacie ich”.

Nie jest zapewne przypadkiem ciążenie mieszczaństwa ku katolicyzmowi. Ci administra-

torzy boskiej sprawiedliwości na Ziemi chyba pokpili sprawę. Ich gromadzenie cnót jest po-
dobne  do  skrzętnego  gromadzenia  kapitałów  i  przywilejów  doczesnych.  Odkładają  zasługi
jak  pieniądze  do  banku,  licząc,  że  zaprocentują  im  wiecznym  zbawieniem.  Ostentacyjnym
miłosierdziem polerują sobie aureole, przypinają cnoty jak ordery, myśląc przy tym, jakby je
zdyskontować  jednocześnie  na  tym  i  na  tamtym  świecie.  Ta  skrzętna  zapobiegliwość  jest
zaprzeczeniem ducha chrześcijaństwa, przeoczeniem i zignorowaniem tego ważnego zalece-
nia:  „Nie  troszczcie  się  więc  o  dzień  jutrzejszy,  gdyż  dzień  jutrzejszy  będzie  miał  własne
troski. Dosyć ma dzień swego utrapienia.”

– Obawiam się, że to nie wśród nich można by znaleźć owych „dziesięciu sprawiedliwych

w Sodomie”.

* * *

„A temu, kto chce się z tobą procesować i zabrać ci szatę, zostaw i płaszcz… A kto by cię

przymuszał, żebyś szedł z nim jedną milę, idź z nim i dwie”.

Ale jeżeli szatę i płaszcz zdzierają innym ze słabych ramion i  innych zmuszają, aby szli

tam, gdzie iść im ciężko i nie po drodze? – Czy złem jest tylko zabieranie szaty i przymusza-

background image

28

nie do drogi, czy również obojętna bierność świadków? Jednak stawanie w obronie pozba-
wianego i zmuszanego też byłoby zmuszaniem i odbieraniem. Jak więc rozstrzygnąć, kto ma
większe prawo do szaty i płaszcza i komu lżej, a komu zbyt ciężko iść milę lub dwie tam,
dokąd nie chce chodzić? Czym jest wtedy zło, czemu się wtedy nie sprzeciwiać – gwałtowi
czy cudzej krzywdzie?

– Niełatwo, Boże, znaleźć drogę do Twojego Królestwa!

* * *

Marzy mi się taki władca, który pojmowałby nieuchronność zróżnicowania ludzkich oso-

bowości, akceptował i ochraniał to nieprzebrane bogactwo ich odmienności i nie prześlado-
wał nikogo za dążenie do urzeczywistnienia samego siebie i swojego losu. Który miałby tyle
mądrości i wyobraźni, aby każdemu udzielić koniecznej mu miary czasu na zaktualizowanie
własnego człowieczeństwa. Tak rozumny i dobry, żeby objął troskliwą wyrozumiałością każ-
dą  niesforną  myśl  i  nie  wzorowane  na  innych  pragnienie  i  szanował  autonomię  osoby,  i
uznawał jej prawo do zachowania harmonii między tym, kim jest, a tym co myśli i jak umie
żyć. Nie podobny dotychczasowym władcom, którzy potrafili przyjmować tylko jeden wzór
osobowości, nazywając go eufemistycznie „ideałem człowieka”. Dawało im to rzekome pra-
wo  do  odrzucenia  i  lekceważenia  wszystkich  innych,  nie  spełniających  warunków  owego
ideału, oraz uzyskiwania rozgrzeszenia za to straszliwe marnotrawstwo.

A mnie się marzy władca taki, który potrafiłby stworzyć społeczeństwo niehierarchiczne

ale i nie homogeniczne, i umożliwić harmonijne współżycie ludziom, z których każdy repre-
zentowałby tylko samego siebie.

* * *

Ogłuszeni fanfarami zwycięskiego racjonalizmu, zaślepieni antropocentryczną pychą, za-

czadzeni dymem krematoryjnej mądrości, unoszącym się z kominów instytutów naukowych,
jesteśmy zdolni do zrozumienia i akceptowania tylko tego, co uchwytne rozumem i bezpo-
średnim  doświadczeniem.  Podczas  gdy  teksty  biblijne  informują  częstokroć  o  sprawach
dziwnych  i  nieprawdopodobnych.  A  jednak  coś  się  wtedy  wydarzyło,  coś  czemu  przeczy
rozum  i  doświadczenie.  Wieść  o  tym  dociera  do  nas  przez  nieporadne,  udziwnione  relacje
naocznych świadków i poprzez ich nieudolne interpretacje tych niewiarygodnych faktów.

Niewykluczone, że w odległej przeszłości przybywały na Ziemię istoty spoza naszej pla-

nety, „z nieba”, które tak dalece przewyższały ludzi wiedzą i potęgą, że zostały przez nich
nazwane bogami. Nazwa trafna, jeżeli przyjmie się, że „boskość” to kwalifikacja przysługu-
jąca przewadze i wyższości tak kolosalnej, że nie podlega już porównywaniu ani stopniowa-
niu. Musieli oni jednak być konkretnymi osobami, bo jeżeli z relacji świadków wynika, że
„Pan” mówi, poucza, nakazuje, żąda, gniewa się i karze, to nie mógłby tego czynić jako teo-
logiczna abstrakcja.

Ludzie z okresu biblijnych proroków dostrzegali w istocie potężnej i zdumiewającej tylko

takie  przymioty,  jakie  odpowiadały  ich  własnym  wyobrażeniom  o  boskości  i  te  właśnie
przymioty eksponowali ówcześni kronikarze. Jeżeli Nieznany Przybysz chciałby im przeka-
zać coś więcej niż manifestację swej mocy, byłoby to dla nich nie do pojęcia, nie pozosta-
wało bowiem w żadnym związku z ich własną, na własną miarę ukształtowaną wizją Boga.
Patrząc, nie widzieli, słuchając – nie słyszeli, bo nie było w nich tej struny, która odebrzmia-
łaby na jego głos tym samym dźwiękiem. Może biblijni prorocy i kronikarze przekazali nam
obraz  boga,  którego  próbowali  zrozumieć,  przypisując  mu  własne  motywy,  chęci  i  swoje
ograniczone lokalne roszczenia. Któremu częściowo narzucili własną wizję boskości. I może

background image

29

w rezultacie przedstawili go w fałszywym świetle i tak oszkalowanego przekazali potomno-
ści?

Nie wiadomo jak to było naprawdę i stąd nasz niepokój: w jakiej postaci „przyjdzie Pan na

obłoku z mocą wielką i chwałą”? Czy jako reformator, nie mający na tyle dokładnego roze-
znania w ziemskich problemach, aby dokonać trwałej naprawy, tak jak to miało miejsce po
potopie? Czy jako sędzia nie dysponujący na tyle trafnymi kryteriami ludzkich win i zasług,
aby zapobiec nowym zbrodniom przyszłych Nemrodów? Czy jako ten, który olśni przewagą
własnej potęgi, ukoi przelotną opiekuńczą pomocą, aby potem odejść do swoich doskonałych
światów i skazać ludzkość na całe tysiąclecia daremnego oczekiwania obiecanego powrotu?

Obraz Boga przekonujący  dla  człowieka współczesnego jest już inny  niż  dla  izraelskich

pasterzy – doskonalszy. Istoty mądrej wprawdzie i potężnej, ale na przykład bezwzględnej i
niesprawiedliwej, nie nazwałby Bogiem, nawet gdyby uznał nieuchronność jej dominacji.

A może sprawa przedstawia się jeszcze inaczej, może zgodnie z prawem powszechnej, ko-

smicznej hierarchii, Bóg w ten sam sposób przewyższa człowieka, jak ten góruje nad swoim
psem? To znaczy że obejmuje rozumieniem szerszy kontekst rzeczywistości i wie to, czego
my nie wiemy? Zrozumiałe i jasne jest dla niego to, co dla nas nie znane i niepojęte. Zna nie-
uchwytną dla nas kolejność odległych w czasie zjawisk i potrafi się wypowiadać o przyszło-
ści nie w konwencji proroczej wizji, ale przewidując po prostu konieczne następstwa sytuacji
obecnej, którą widzi i rozumie głębiej i bardziej wszechstronnie niż my. Znając prawidłowo-
ści rządzące naszą rzeczywistością, potrafi nie tylko przewidywać przebieg mających nastą-
pić wydarzeń, ale nawet zapobiegać niepożądanym i prowokować korzystne. Jest też zdolny
do manipulowania takimi zjawiskami i faktami, które dla nas są czymś nieuchronnym.

Ale nasze wyobrażenia o jego nieomylności i wszechpotędze mogą być wyolbrzymione i

nieuzasadnione. Niewykluczone, że on, nie będąc absolutnie doskonały i wszechmocny, pra-
wem powszechnej, kosmicznej ewolucji przezwycięża stopniowo również własne ogranicze-
nia i błędy, i przeobraża się razem z nami. Może nawet łączy nas jakiś nieuchwytny, wspólny
rytm autokreacji?

W tej sytuacji, w jakiej obecnie znalazła się ludzkość, wystarczyłoby przecież, gdyby się

okazało, że jest pełen dobrej woli i że czyni ją na miarę swych możliwości – w porównaniu
do naszej kompletnej niemocy – ogromnych, choć nie nieograniczonych. Jednak zrozumieć
go  potrafilibyśmy  tylko  wtedy,  gdyby  nasza  wewnętrzna  wizja  doskonałości  dorastała  do
tego, co on zechce i może nam ofiarować. Dopiero gdybyśmy potrafili rozpoznać w nim wła-
sne najogromniejsze marzenie o sprawiedliwości, miłości, wolności i prawdzie, moglibyśmy
spotkać się w połowie drogi, wychodząc sobie naprzeciw.

– Kto wie, może to jest właśnie ta zapowiedziana przez proroków wielka szansa i nadzieja

świata?

background image

30

KOANY

Daisetz Teitaro Suzuki 

Wprowadzenie do buddyzmu Zen. „Jak powiadają mistrzowie Ze-

nu, koan jest tylko kawałkiem cegły, którym stuka się w bramę, jedynie palcem wskazujący
księżyc.”

Koany to jeden z instrumentów techniki wprowadzającej do buddyzmu Zen. Nie są infor-

macją  ani  instrukcją,  ich  rola  polega  jedynie  na  inspirowaniu  umysłu.  Wypowiadane  przez
mistrza, najczęściej w formie paradoksów, mają rozluźnić i rozchwiać w świadomości ucznia
łańcuch konwencjonalnych skojarzeń, rozprzęgać utrwalone schematy myślenia, mniemań i
opinii, uwolnić go od szablonów, w które ujmował do tej pory postrzeganą rzeczywistość –
oswobodzić od przekonania o jej wyłącznej jednoznaczności.

Koany są jak różne ujęcia tego samego obrazu filmowanego przez operatora, gdy ustawia

on swoją kamerę w coraz to innym miejscu, zanim przystąpi do robienia zdjęć. Koany są jak
ruch ręki, która nieznacznym obrotem zmienia obraz w kalejdoskopie w zupełnie inną całość,
niepodobną do poprzedniej, choć  równie harmonijną i przekonującą jak tamta. Są  jak  treść
książki, poprzez którą czytający zobaczy nagle swoją własną sytuację w zupełnie innym, no-
wym świetle, chociaż sytuacja ta w niczym nie przypomina fabuły literackiej i interpretacja
sugerowana przez autora jest całkowicie odmienna od tej, która narzuciła się czytającemu.

Koany to most, wiodący do uświadomienia sobie, że nasz obraz rzeczywistości jest tylko

jednym z wielu możliwych, że to co nazywamy obiektywnością, to tylko jedna z dopuszczal-
nych  interpretacji  czegoś  płynnego  i  niejednoznacznego.  –  W  olśnieniu  tym  zrozumieniem
można  się  zagubić,  ale  można  się  również  odnaleźć,  gdy  uda  nam  się  przełamać  pozorną
niewzruszoność  ustaleń,  nazywanych  wiedzą  o  świecie,  a  które  oplatają  naszą  świadomość
jak żelazna sieć. Gdy obudzi się w nas domysł, że to co traktowaliśmy dotychczas jako układ
jednoznaczny  i  niewątpliwy,  nie  musi  być  układem  właśnie  tylko  takim.  Że  w  tej  postaci
przekazuje go nam nasza ewolucyjnie i historycznie ukształtowana i biologicznie uwarunko-
wana percepcja. I że nasze usytuowanie w tym układzie może mieć sens i wymiar całkiem
inny niż to obecnie zakładamy.

Koany  to  szansa  znalezienia  drobnej  szczeliny  w  tym  fizjologicznie  zorientowanym  od-

biorze wrażeń, który przytłacza nas kamiennym ciężarem iluzji.

* * *

Wąski  zakres  ludzkiej  percepcji,  przystosowany  genetycznie  do  zdobywania  orientacji

przydatnej  do  przetrwania,  musi  niewątpliwie  ograniczać  i  deformować  obraz  poznawanej
rzeczywistości. Ten okaleczony ułomnym poznawaniem wycinek świata, traktowany potocz-
nie jako „cały świat”, ogranicza nie tylko sam obraz rzeczywistości, ale również zasób słów
potrzebnych do jej nazywania i interpretowania. Ukształtowane tymi słowami kategorie my-
ślenia i rozumowania nie są w stanie pomieścić ani objąć rzeczywistości spoza tej „smużki
poznania” rzucanej przez ludzki umysł, jak smuga światła latarki, którą wędrowiec rozjaśnia
sobie drogę nocą w ogromnym lesie.

* * *

James George Frazer 

Złota gałąź – wstrząsająca historia błędów i pomyłek ludzkich ple-

mion, ludów i narodów, ich niegodziwości i najstraszniejszej niedoli – historia, która nieprze-
rwanie trwa, pogrążając nas w niezmiernym wstydzie, poniżeniu i nieszczęściu.

background image

31

Ludzkość  bytuje  od  tysiącleci  w  zmiennych  warunkach,  czasem  dogodnych  i  miłych,  a

kiedy indziej niebezpiecznych, okrutnych, groźnych. Brak jej jednak wiedzy o prawidłowo-
ściach zachodzących zmian. Chcąc je prowokować z korzyścią dla  siebie, stosuje różne za-
biegi – magiczne, naukowe, polityczne, religijne i wszystkie one są albo nietrafne, albo zbęd-
ne. Wiosna po zimie przychodzi i tak, bez ofiar, śpiewów i modłów, ale nawet kąpanie się we
krwi  ofiarnych  zwierząt  nie  sprowadzi  upragnionego  deszczu.  Jednak  błąd  w  rozpoznaniu
przyczyny dobroczynnych lub złowrogich następstw pociąga za sobą formułowanie nakazów
i zakazów, tak samo błędnych i nietrafnych jak samo rozpoznanie. Są one nie tylko niesku-
teczne, ale ponadto zmuszają do niepotrzebnych wyrzeczeń i zbędnych trudów, często niosą
cierpienie i krzywdę, zarówno dla tych, którzy je spełniają jak i dla tych, którzy je łamią.

Sytuacja cywilizacji współczesnej przypomina taką fazę przeobrażeń jakiegoś prymityw-

nego plemienia, kiedy ono samo siebie dusi w obwarowaniu tabuistycznych, błędnych zaka-
zów i magicznych obowiązków. To plemię, jakim jest współczesna  populacja Ziemian, jest
dotknięte szczególnie niebezpiecznym efektem świadomości, obciążone wadliwą percepcją i
skłonnością do obłędnych interpretacji. W rezultacie tego każde osiągnięcie staje się  kolej-
nym zwycięstwem pyrrusowym. Religią, magią i fetyszem współczesnych społeczeństw za-
chodnich jest nauka. Nauka, bóstwo potężne, zdolne zapewnić dobre zbiory, skuteczne łowy,
przewidywać  deszcze  i  suszę,  zapobiegać  chorobom,  dać  lekki  połóg  brzemiennym  i  brze-
mienność bezpłodnym, chronić ludzi przed głodem, wczesną śmiercią, wrogiem zza rzeki i
zza  gór.  Współczesny  człowiek  stawia  nauce  wymagania  i  ma  w  stosunku  do  niej  te  same
oczekiwania, co jego przodkowie wobec swoich bóstw za pośrednictwem czarowników, ka-
płanów i szamanów. Uczeni mają tę samą pozycję, co szamani i czarownicy, nawet wtedy,
gdy ich zabiegi są nieskuteczne, lub gdy złą magią sprowadzają na swoje plemię nieszczęście
za nieszczęściem.

Złowrogie bóstwo naukowej wiedzy zagroziło Ziemi wojną nuklearną i nie mniej niebez-

pieczną,  wzrastającą  pokojową  produkcją  przemysłową.  Agresywna  ingerencja  zadufanych
szamanów postawiła ludzkość przy rozwidleniu dwóch dróg przyszłości i skazała na tragicz-
ny i szyderczy wybór: wojny nuklearnej lub pokojowego postępu gospodarki przemysłowej.

– Obie drogi prowadzą jednakowo do kataklizmu biologicznej zagłady.
Wypowiadanie  się  o  aktualności  rewolucji  naukowo-technicznej  jest  już  obecnie  zupeł-

nym  nieporozumieniem.  Świat  dwudziestego  wieku  jest  w  odwrocie.  Wszystkie  jego  osią-
gnięcia obracają się przeciwko człowiekowi, rozpadają się truizmy i dogmaty, rzeczywistość
naukowa i społeczna jest zmurszała i martwa, choć zachowuje jeszcze kształt jaki miała za
życia, ale rozpadnie się przy pierwszym dotknięciu. Człowiek współczesny opuszcza ręce w
poczuciu zupełnej dezorientacji i bezradności. Każde poruszenie pogłębia zło i utwierdza w
niewiedzy. Promienna do niedawna wizja przyszłości przewróciła  się i zapadła. Trzeba od-
rzucać  kolejno  dotychczasowe  pewniki,  tezy,  doktryny  i  twierdzenia.  Ludzie  patrzą  nie  ro-
zumiejącymi  na  nowo  oczami,  podobnie  jak  musiał  niegdyś  patrzeć  ich  praprzodek,  kiedy
stojąc  przed  wejściem  do  swojej  jaskini  pojął  pewnego  dnia,  że  można  jeszcze  czegoś  nie
wiedzieć oprócz tego, co już się wie o puszczy, deszczu, zwierzynie i następowaniu po sobie
nocy i dni.

* * *

Dzieje  ludzkich  błędów  od  tysiącleci  ciągną  się  wciąż  niezmiennie,  zmieniają  się  tylko

same błędy – jedne na drugie. Żeby jednak na miejsce dawnego tragicznego błędu wprowa-
dzić nowy tragiczny błąd, trzeba przedtem wylać morze krwi i złożyć hekatomby niepotrzeb-
nego bólu i cierpienia. Człowiek współczesny chlubi się przykazaniem „nie zabijaj”. Obłudę
tego przykazania demaskują wszystkie legalne formy odstępstwa od jego zasad. Bo wiadomo
wprawdzie, że nie należy zabijać, ale… z wyjątkiem! Tych wyjątków zaś jest mnóstwo. – Na

background image

32

wojnie  wolno,  wroga  ojczyzny  zawsze  wolno,  przekraczającego  nielegalnie  granicę  pań-
stwową  –  wolno,  innowiercę  wolno,  zwierzęta  w  rzeźni  wolno,  w  celach  naukowo-
doświadczalnych wolno, na polowaniu wolno. Dozorca w sąsiednim bloku topi koty w ukro-
pie. Jemu wolno, bo to dla porządku.

Przekonanie o dopuszczalności zabijania w pewnym tylko zakresie i w określonej sytuacji

rozwija  się  jak  spirala  i  obejmuje  swoim  zasięgiem  coraz  szersze  kręgi  tych  przypadków,
kiedy zabijanie jest uprawnione i dozwolone. Świadomość ludzi współczesnych dochodzi już
do najrozleglejszych kręgów spirali. Stępiała wrażliwość na cudze umieranie, rozluźniły się
opory przeciwko temu, aby samemu śmierć zadawać. Zdeprawowana wyobraźnia nie reaguje
litością na krzywdę innych zwierząt, ani rozpacza na własną winę.  Zostały wybite całe  ga-
tunki dzikich zwierząt, hodowla zwierząt na rzeź jest już przemysłem, w celach doświadczal-
nych zabija się rocznie setki milionów zwierząt. Obozy koncentracyjne są tylko przejawem
tego samego technicznego sposobu myślenia o cudzej męce i cudzej śmierci. A plany współ-
czesnych strategów dopuszczające możliwość zagłady całych narodów i kontynentów są wy-
razem tej samej konwencji pragmatycznego sposobu traktowania współmieszkańców Plane-
ty, który na końcu spirali dopuszcza jedynie myśl o bezkarnym zabiciu krowy i heretyka.

Wszyscy wodzowie i prorocy, ci wielcy i ci pomniejsi, nie liczą się specjalnie z cierpie-

niami  swoich  wyznawców  i  narzucają  im  takie  rozpoznanie  prawidłowości  zachodzących
przemian oraz ich przyczyn i następstw, że zadawanie  innym  cierpienia  i  kaleczenie  siebie
staje się obowiązkiem patriotycznym, ideowym, religijnym a nawet zawodowym. Przez całe
tysiąclecia  ludzie  snują  obłędne  domysły  o  zależności  między  „czymśtam”  a  ich  życiem,
zdrowiem, bezpieczeństwem, pomyślnością. Potem uznają te domysły za pewne i niewątpli-
we  i  albo  sami  w  męce  spełniają  wynikające  stąd  nakazy,  albo  z  bezwzględnym  okrucień-
stwem narzucają je innym. Nie sposób jednak wyjść poza krąg przyjętych kategorii myślenia
i pojęć o obowiązkach i powinnościach, nie potrafimy tego wszystkiego rozumieć inaczej i
dlatego tak trudno o ratunek dla siebie i dla innych. Więzi to bariera własnej świadomości, a
dzieje ludzkości to pochód szalonych potępieńców.

Czy naprawdę nie istnieje możliwość takiego rozpoznania rzeczywistości, które pozwoli-

łoby ludziom otrząsnąć się z koszmaru, jakim są konsekwencje ich własnych pomyłek, błę-
dów i win?

* * *

Najstarszym rytuałem ludzkich religii wszystkich czasów i kultur jest składanie krwawych

ofiar.  A  ponieważ  bogiem  naszych  czasów  jest  wiedza,  religią  nauka  a  kapłanami  uczeni,
kultowy ceremoniał rytualny zastąpiły doświadczenia naukowe. Biały fartuch zastąpił obrzę-
dową  szatę  kapłana  zadającego  śmiertelny  cios  zwierzęciu,  prosektorium  zastąpiło  wnętrze
świątyni. Działa też ten sam mechanizm fascynacji scenerią i kostiumem, który stwarzał pod-
niosły nastrój w świątyniach starożytnego Meksyku i Baalbeku,  gdy kapłan  przyodziany  w
liturgiczną  szatę,  wśród  dymów  kadzidlanych  spełniał  krwawą  ofiarę,  a  rozmodlony  tłum
widział w tym dla siebie jedyną szansę ocalenia od śmierci, chorób i wszelkich grożących mu
nieszczęść.

W naszych czasach ołtarzem ofiarnym jest stół laboratoryjny. I na tym stole, tak jak przed

wiekami i od tysiącleci, spełniają się okrutne, krwawe, niepotrzebne ofiary. „Odkrycia”, któ-
rych się wtedy dokonuje, są najczęściej widoczne gołym okiem lub dostępne na innej drodze
badań  i  obserwacji.  Składa  się  hekatomby  zwierzęcego  bólu  i  udręki,  aby  udowodnić  tezy
banalne, albo pokazać to, co może być zrozumiane i bez pokazywania. Banki nieprzydatnych
do niczego, bezpłodnych informacji pękają od nadmiaru wyników doświadczeń poznawczo
zupełnie jałowych. A te nieliczne badania, które służą rzeczywistym odkryciom, wzmacniają
tytko pozycję bóstwa WIEDZY, złowrogiego władcy. Śmierć zadawana  wraca potem  usto-

background image

33

krotnioną  groźbą  zagłady  i  zniszczenia.  Krematoryjna  mądrość  współczesnych  kapłanów-
uczonych nie jest w stanie uchronić świata przed ogromniejącymi stale zagrożeniami zdrowia
i życia wszystkiego, co istnieje na Ziemi.

Doświadczenia na zwierzętach są więc tylko pretekstem dla ulegania niezwalczonej, ata-

wistycznej  potrzebie  składania  krwawych  ofiar  swojemu  bogu.  Względy  poznawcze  są  tu
nieświadomie  obłudną  racjonalizacją  tego  prymitywnego  impulsu,  zrodzonego  w  zamierz-
chłych czasach z jakiejś tragicznej pomyłki. Żadnej krytycznej refleksji nie wywołuje fakt, że
rezultaty  tych  krwawych  poczynań  nie  spełniają  oczekiwań  ani  zamierzeń,  bo  bóstwo-
WIEDZA nie daje się przejednać żadną hekatombą, że cała skrupulatnie przestrzegana litur-
gia naukowych doświadczeń i niepohamowane okrucieństwo tych laboratoryjno-świątynnych
obrzędów  okazuje  się  zupełnie  bezsilna.  Widmo  śmierci,  której  przecież  mają  zapobiegać,
nigdy nie było groźniejsze niż w naszych czasach, a prawidłowości rozpoznawane w ten spo-
sób nie sprawdzają się w praktyce życia. Nie są bowiem w stanie uchronić ludzi przed żad-
nym z grożących im niebezpieczeństw.

Są więc tylko magią, okrutną, rozpasaną, haniebną magią.

* * *

Nawet ci, którzy wierzą w reinkarnację i traktują tę wiarę jako wyraz przekonania o ist-

nieniu  powszechnej,  doskonałej  sprawiedliwości,  akceptują  założenie,  wynikające  z  nieule-
czalnej,  antropocentrycznej  ludzkiej  pychy.  Według  nich  postępujący  kierunek  kolejnych
inkarnacji prowadzi od zwierzęcia poprzez człowieka do anioła. – A przecież tyle koni, psów,
krów już teraz zasługuje na anielstwo, podczas gdy dla niektórych ludzi inkarnacja w ciało
jakiegokolwiek zwierzęcia byłaby oczywistym i niezasłużonym awansem!

Podejrzewam, że ostry podział żywych istot na ludzi  i  zwierzęta  jest  wynikiem  jednej  z

najbardziej  arbitralnych  i  nietrafnych  operacji  klasyfikacyjnych,  dokonanych  w  zamierz-
chłych czasach.  Do  dziś  powoduje  on  głęboką,  zasadniczą  deformację  obrazu  naszej  ziem-
skiej rzeczywistości.

* * *

Rośliny  czują!  Doznają  wrażeń,  reagują  na  bodźce  nie  tylko  fizyczne,  ale  i  psychiczne,

wyczuwają zamiary ludzi, nawet te dopiero przez nich pomyślane. Odżywiają się ciepłem i
światłem słońca. Żyją wonnie, umierają w barwach i szeleście. Nie zabijają.

Powszechną ewolucję życia uznaje zarówno materializm jak i bioelektronika oraz ezote-

ryczne nauki Wschodu. To znaczy nauka oficjalna, awangardowa i ukradkowa, wszystkie one
głoszą zgodnie prymat człowieka na planecie Ziemia, jego dominację w porządku biologicz-
nym, elektronicznym i mistycznym.

A  przecież  gdy  wyobrazić  sobie  pierwotną  doskonałość  świata  roślinnego,  niewinność

zieleni, dostojeństwa drzew, urodę kwiatów, to czyż można interpretować wtargnięcie fauny
w to pełne godności i piękna, bezgrzeszne królestwo, jako wstępujące kolejne stadium roz-
woju  życia?  Wydaje  się  ono  raczej  inwazją  barbarzyństwa,  atakiem  wygłodniałego,  ruchli-
wego plebsu na wysublimowaną, uciszoną arystokrację.  Lub  rozpanoszeniem  się  rakowatej
tkanki na zdrowym, czystym organizmie.

Religie  oficjalne  i  ezoteryczne  usiłują  wytłumaczyć  i  usprawiedliwić  sytuację  ogromnie

trudną do usprawiedliwienia. Narzuta ona bowiem podejrzenie błędu Projektanta, przeocze-
nia Twórcy albo okrutnej bezwzględności Eksperymentatora.

background image

34

* * *

Film  Krzysztofa  Zanussiego  „Iluminacja”.  –  Żyjemy  na  jednym  z  odprysków  wielkiej

eksplozji kosmicznej. Otoczeni milczeniem niepojętego świata, szukamy jakiegoś wyjaśnie-
nia i oparcia. Ale nic nie jest pewne ani nie przynosi ukojenia – ani samotność i rezygnacja
eremu, ani wydzieranie światu okruchów prawdy. Wszystko budzi wątpliwości  i  zastrzeże-
nia, nic nie jest w stanie pogodzić nas z niepojętością życia i koniecznością śmierci. Osaczeni
milczeniem, skazani na półprawdy, ograniczeni swoim ciałem, dysponujemy jednak królew-
ską władzą – interpretowania tego milczenia na miarę własnej wyobraźni i uczucia. „Wszyst-
ko zależy od naszej interpretacji tego milczenia, które nas otacza.”

I  wreszcie  przychodzi  oświecenie!  Pozwala  ono  dostrzec  tę  prostą  prawdę,  że  oparcie  i

szczęście można znaleźć tylko w sercu drugiego człowieka. Ani oświecony, ani nieoświeco-
ny niczego doskonalszego nie jest w stanie wymyślić.

Ale i ta iluminacja nie rozprasza wszystkich wątpliwości do końca. Nie wiadomo bowiem

czy jest to odkrycie utajonej w ludzkiej kondycji potęgi, czy ujawnienie słabości i ogranicze-
nia? Czy należy tę prawdę potraktować jako dumne objawienie czy jak pokorne i skromne
przyznanie się? Czy miłość dwojga ludzi jako optymalna wartość ludzkiego życia świadczy o
jego doskonałości, czy o ułomności, nobilituje czy deprecjonuje rodzaj ludzki? Czy jest se-
zamem wybranych, czy też ostatnią przystanią zrezygnowanych?

* * *

Istnieje  taki  domysł,  przerażający  i  koszmarny,  że  w  powszechnej  walce  dobra  ze  złem

dobro jest tą stroną słabszą, skazaną nieuchronnie na ostateczną klęskę. I że mimo to nie ma
dróg  ucieczki  ze  świata,  w  którym  pragnienie  sprawiedliwości,  prawdy,  wolności  i  miłości
musi pozostać na zawsze daremne i nie spełnione. I że zarówno patetyczne ludzkie aspiracje
jak i ich ostateczna tragiczna klęska, nie mają w szerszym kontekście rzeczywistości żadnego
znaczenia,  są  zjawiskiem  raczej  kuriozalnym  i  lokalnym  niż  powszechnym  i  ważnym.  Że
wobec  nieuchronnych,  surowych  prawidłowości  dyktowanych  przez  triumfujące  zło  pozo-
stają na peryferiach procesów kosmicznych. Klęska powtarzających się wciąż humanistycz-
nych zrywów do realizacji moralnej doskonałości i etycznego ładu pozostaje tylko smutnym
epizodem bez następstw.

Ale  istnieje  też  inny,  skrajnie  przeciwny  domysł.  Pogląd,  że  człowiek  ze  swymi  najo-

gromniejszymi oczekiwaniami i najbardziej strzelistymi aspiracjami do czynienia dobra, nie
jest skazańcem lecz wybrańcem. Jego posłannictwo jest bowiem bardziej doniosłe niż zdołał
to sobie kiedykolwiek uświadomić. Bo to właśnie zadaniem ludzkości jest stworzyć na swo-
jej małej planecie moralny ład, aby potem przekazać go całemu światu. Treść tego domysłu
sprowadza się do założenia, że fenomen człowieczeństwa odgrywa w ogromnym organizmie
galaktycznym rolę podobną do tej, jaką spełnia hormon w organizmie żywej istoty. Od pra-
widłowego spełnienia przez ludzi swojej roli, jako twórcy i animatora wartości humanistycz-
nych, zależy dalszy rozwój i pomyślność kosmosu.

Ten  ostatni  domysł,  jako  pewną  apoteozę  człowieczeństwa,  łatwo  jest  zakwestionować,

obarczając  go  zarzutem  psychologizmu  i  subiektywizmu.  Zakwalifikowanie  jakiegoś  sądu
jako subiektywnego bywa najczęściej równoznaczne z zakwestionowaniem jego wiarygodno-
ści. Zakłada się wtedy, że to co traktujemy jako poznawanie, daje tylko subiektywne, to zna-
czy  pozorne  wrażenie  rozumienia,  podczas  gdy  w  istocie  pojęcia  i  kategorie,  którymi  się
wtedy posługujemy, nie przystają do rzeczywistości, którą chcemy opisać i skomentować. Że
są do jej rozpoznania równie nieprzydatne jak sito do czerpania wody.

background image

35

Subiektywizm i psychologizm opinii i sądów można też potraktować inaczej, jako wyeks-

ponowanie  autentycznego  związku  człowieka  z  poznawaną  przez  niego  rzeczywistością.
Można przyjąć, że właśnie subiektywność jest właściwą formą pojmowania rzeczywistości,
że jako instrument poznawania jest ona przydatna tak jak dłoń do chwytania i manipulowania
rzeczami. Co więcej, że istnieje między poznającym i poznawanym nie tylko ścisły związek,
ale  dwukierunkowa  zależność  i  nawet  każde  drgnienie  ludzkiego  serca  ma  jakiś  utajony
wpływ na niepojęte procesy w najodleglejszych obszarach  kosmosu.  Że  ludzka  wrażliwość
jest tak doskonale  zharmonizowana  z  tym,  co  stanowi  najgłębszy  sens  świata,  że  subiekty-
wizm nie izoluje od rzeczywistości, ale właśnie ją przybliża i udostępnia jej zrozumienie. – A
wtedy  nie  można  by  wykluczyć,  że  równie  dobrym  instrumentem  poznania  jak  rozum  jest
nadzieja.

* * *

Panuje powszechne i zgodne na ogół przekonanie, że jeżeli ktoś  kwestionuje tezę cudzą,

jawnie lub skrycie fałszywą, to świadczy o tym, że sam ma w zanadrzu inną, niewątpliwie
prawdziwą i niezawodnie trafną. I że jeżeli ktoś krytykuje cudze zachowania i postawy, to ma
znaczyć, że jego własna postawa jest absolutnie poprawna i nienaganna.

Ten  błąd  stanowi  źródło  nieustannego,  głębokiego  dramatu  rozgrywającego  się  od  naj-

dawniejszych czasów. Stale uchodzi uwagi zwaśnionych fakt, że mogą istnieć nie tylko dwie
fałszywe, choć skłócone racje, ale dziesięć, sto, tysiąc sprzecznych ze sobą lecz równie fał-
szywych tez i postaw, pozostających w bezustannej nieświętej wojnie.

Starcie się dwóch bohaterów, przedstawione w mniej lub więcej udramatyzowanej relacji,

bywa źródłem wzruszeń tragicznych wtedy, gdy przegrywa strona przedstawiona przez rela-
cjonującego jako szlachetna i prawa. Wzruszenie optymistyczne i krzepiące budzi odwrotny
rezultat walki. Niezależnie jednak od doraźnych sugestii aktualnie dopuszczonych do  głosu
sprawozdawców i komentatorów, widz dramatu zaczyna już sam rozumieć, że racje fałszywe
znajdują  równie  zagorzałych  zwolenników  i  obrońców,  co  słuszne.  Ich  zwolennicy  z  nie-
zmienną żarliwością bronią swoich chybionych założeń, gloryfikują jawne błędy, oskarżają
się  nawzajem  o  winy,  takie  same  jak  ich  własne  i  trwają  w  zagrożeniu  totalną  klęską  jako
finałem jałowego starcia jednako nietrafnych ustaleń i propozycji.

Gdy więc dwaj wyznawcy dwóch sprzecznych, choć w równym stopniu fałszywych idei,

głoszą je z jednakowo nieugiętym przekonaniem, to taki konflikt wykracza już zdecydowanie
poza tradycyjne konwencje dramaturgiczne. A kiedy żarliwie apelują o akceptowanie racji, z
których  fałszu  sami  nie  zdają  sobie  sprawy  i  nawołują  do  ofiarnej  walki  z  głosicielami  in-
nych, równie chybionych i równie żarliwie wyznawanych, to dla unaocznienia złowrogiego
patosu takiej konfrontacji, nazwa „tragedia” staje się już zupełnie niewystarczająca. Zabrak-
nie  tu  bowiem  autentycznego  bohatera  negatywnego,  „czarnego  charakteru”.  Nie  jest  nim
przecież żaden z odmiennie zbłąkanych herosów.

Jakże łagodny i pogodny wydaje się wtedy tragizm klęski strony sprawiedliwej, przedsta-

wiany  w  tradycyjnym  dramacie,  w  porównaniu  z  tym  monumentalnym  koszmarem  winy,
popełnianej w najgłębszym przekonaniu o własnej słuszności. Może w przyszłości powstanie
jakaś  nowa  forma  dramaturgiczna,  która  zmieściłaby  w  sobie  całą  grozę  podobnych  kon-
frontacji, z których przecież składa się historia ludzkości.

Ale nie na tym koniec zgrozy. Bo przecież możliwy jest i taki scenariusz dziejowy, w któ-

rym występują dwie racje jednakowo słuszne i trafne, chociaż skłócone, a ich zwolennicy w
nieugiętej i ofiarnej walce wytracają się nawzajem.

background image

36

* * *

Słowa  mają  taką  wielką  siłę!  Są  potęgą,  mogą  uszczęśliwiać  i  ronić,  obdarowywać

najszczodrzej i pozbawiać wszystkiego.

Słowa wypowiadane przez bohaterów utworów literackich zostają wcześniej przemyślane

przez  autora,  dopasowane  do  tego  wszystkiego,  co  było  przedtem  i  co  ma  potem  nastąpić.
Dlatego  są  właściwe,  trafne,  odpowiednie.  W  życiu  natomiast  posługujemy  się  słowami
przypadkowo,  byle  jak,  mówimy  najczęściej  nie  to,  co  naprawdę  chciałoby  się  wyrazić  i
przekazać.  Zdarza  się,  że  mówimy  coś  zupełnie  innego  niż  mieliśmy  zamiar  powiedzieć.
Używamy  słów  jak  nieodpowiedniego  klucza  do  otwarcia  drzwi,  które  bardzo  pragniemy
otworzyć.  Używając  słów  niewłaściwie  i  niecelowo,  zamiast  obdarować,  niechcący  i  bez-
myślnie pozbawiamy, ranimy zamiast uszczęśliwiać. Wtedy słowa z całą ich wspaniałością i
potęgą stają się orężem w ręku głupca, a ich cudowna moc pozostaje zupełnie bezsilna.

* * *

Wszystko może być sztuką! Jeżeli czynione jest z sercem, z pasją, z inwencją, z wyobraź-

nią – to jest właśnie Sztuka.

Sztuką  może  być  uprawianie  ogrodu  warzywnego,  wychowywanie  dzieci,  gotowanie

obiadu,  kochanie,  informowanie  podróżnych  o  godzinie  odjazdu  pociągów.  Tak  samo  jak
malowanie obrazów i oglądanie ich wystawionych w galerii. Każdy dzień przeżyty i wszyst-
kie lata, i całe życie od początku do końca. Gdy jednak temu, co się robi i jak się żyje, za-
braknie serca i wyobraźni, zostaje już tylko masowa produkcja tandety – ogród,  dzieci,  in-
formacja, kochanie, życie – wszystko.

Sposób widzenia świata i poznawcze reagowanie na rzeczywistość  mogą również zostać

zdegradowane do poziomu masowej tandety. I bywa tak często. Natomiast rzadko dorasta do
wyżyn sztuki, chociaż mogłoby stać się jedną z najbardziej wzniosłych jej dziedzin.

–  Byłaby  to  sztuka  samotna,  niekomunikatywna,  uprawiana  z  rozpaczą,  nasycona  nigdy

nie spełnionym pragnieniem doskonałości. Sztuka, o której nie wiadomo czy jest duchowym
luksusem  rozrzutnych  i  nierozważnych,  czy  upragnionym  przez  wszystkich  chlebem  dla
umierającego z głodu świata.

* * *

Przyszłość  sztuki  widzę  w  tym,  że  stanie  się  ona  kiedyś  powszechnym  klimatem  życia

całych ludzkich zbiorowości. Że ograniczy się jej dotychczasowa rola jako samotnej enklawy
dla  znawców  i  miłośników,  a  rozpowszechni  się  podnoszenie  rangi  walorów  estetycznych
życia we wszystkich jego przejawach codziennych i odświętnych. Że będzie ona ogólnie sto-
sowaną formą każdej aktywności i naturalnym sposobem wszelkiej percepcji: patrzenia, słu-
chania, rozumienia. Estetyczne kryteria wyboru wkroczą jako równorzędne obok dotychczas
dominujących  kryteriów  ekonomicznych  i  moralnych.  I  zaczną  trwale  funkcjonować  we
wszelkich zachowaniach oraz potocznym sposobie odbioru zdarzeń  i faktów. Sztuka będzie
nieustannie  obecna  w  każdym  kontakcie  ze  światem  zewnętrznym  i  w  każdym  przeżyciu
wewnętrznym, w całym obszarze ludzkiej aktywności i ludzkiego doznawania.

Ujmowanie mijających dni w struktury artystyczne stanie się powszechnym obyczajem, a

poszukiwanie we wszystkim harmonii i piękna – normalnym stylem życia. Potrzeba nasyce-
nia świata autentyczną urodą utrwali się w każdym jako naturalny impuls i wewnętrzny im-
peratyw serca.

background image

37

MY Z KOSMOSU

Dzieci wszechświata Ditfurtha przeczytałam już dużo wcześniej, ale dopiero teraz udało

mi się dokładnie zrozumieć, na czym polegało uczucie nieokreślonego zawodu  w  stosunku
do obietnicy zawartej w tytule książki.

Słowo „dzieci” wywołuje jednocześnie wizję „ojca” i zakłada istnienie między nimi więzi

wzajemnej przychylności, stosunku obustronnej akceptacji, zaufania i miłości, to znaczy cze-
goś znacznie więcej niż faktu spowodowania narodzin przez ojca. Ale Ditfurth gromadzi je-
dynie  argumenty  na  dowód  istnienia  zależności  między  jakością  wszechświata,  a  jakością
człowieka, pokazuje, że człowiek jest właśnie taki jaki jest i  istnieje w taki właśnie sposób
pod  wpływem  swoich  niezliczonych  związków  z  wszechświatem.  Zależność  człowieka  od
wszechświata  jest  wszechogarniająca,  bezwzględna  Uświadomienie  sobie  tych  wszystkich
form  uwikłania  istoty  ludzkiej,  takich  jak  grawitacja,  promieniowanie,  fazy  obrotu  planet,
narodziny i umieranie gwiazd i wiele innych, nasuwa ponure skojarzenia z obrazem muchy
zaplątanej w pajęczynie. Człowiek jest osaczony wszechświatem całkowicie, totalnie.

Ten jednostronny kierunek zależności wręcz przytłacza, budzi grozę i rodzi dotkliwy nie-

dosyt  informacji  o  tym,  jaka  jest  wobec  tego  rola  człowieka  w  stosunku  do  wszechświata.
Czy wszechświat go potrzebuje i akceptuje, czy tylko toleruje, a może w ogóle ignoruje? Bo
te wszystkie drobiazgowe uwarunkowania narodzin i trwania człowieka nie wskazują jedno-
cześnie  na  to,  że  jest  on  do  czegoś  potrzebny,  że  jest  tworem  przewidzianym,  harmonijnie
wkomponowanym  w  środowisko  kosmosu,  a  nie  czymś  zbędnym  i  przypadkowym.  Jeżeli
nawet ludzka populacja byłaby we wszechświecie rodzajem wysypki, egzemy lub trądu, to by
jeszcze nie oznaczało, że pojawiła się bez przyczyny i trwa niezależnie od wszystkiego. Ist-
nienie pasożytów i chorób też jest uwarunkowane wieloma czynnikami, sięgającymi często w
bardzo odległą przeszłość, ale to nie znaczy, że obciążony nimi organizm można nazwać ich
ojcem.

Tytuł książki 

Dzieci wszechświata jest chyba zbyt pochopny, zawiera ładunek optymizmu,

który nie znajduje pokrycia w treści. Z niej bowiem nie wynika nic pocieszającego, nic takie-
go co mogłoby nas przekonać, że jesteśmy dziećmi kochanymi. Rewelacje autora nie wyklu-
czają takiej ewentualności, że człowiek nie spoczywa w zagłębieniu jakiejś kosmicznej dłoni,
ciepłej, mocnej i przyjaznej. Ale chyba nie ma nic takiego, czego pragnąłby bardziej.

* * *

Gdy  rzeczywistość  przestaje  być  czymś  jednoznacznym,  pewnym  i  oczywistym,  umysł

kieruje się ku domysłom. Współczesna literatura fantastyczno-naukowa odzwierciedla tę nie-
pewność i niejednoznaczność, jest jakby testem aktualnych ludzkich obaw i nadziei.

Od formułowanych w literaturze science fiction domysłów nie żąda się weryfikacji, nikt tu

nie oczekuje dowodów. Ani obawa, ani nadzieja nie muszą bronić  się uzasadnieniami. Do-
znawanie nadziei może być bezkresne jak niebo widziane z pojazdu kosmicznego, a lęk przed
przyszłością  może  przybrać  postać  najbardziej  przerażających  wizji  zagubienia  się  w  ko-
smicznej próżni.

Literatura science fiction to królestwo domysłów wykraczających poza nasz czas i poza to

miejsce, które przywykliśmy uważać za jedynie rzeczywiste. Cokolwiek się dzieje z kosmo-
nautami w pojeździe kosmicznym, albo już na jakiejś nieznanej planecie, przebywają oni w
innej  skali  istnienia,  w  innej  rzeczywistości.  Autora  i  czytelników  przestają  obowiązywać
dotychczasowe rygory wyobraźni i wtedy okazuje się, że wszystko jest możliwe. Że nie ma

background image

38

niczego takiego, co by nie mogło być. Literatura sf wyzwala umysł od ciężaru jednoznaczno-
ści rzeczywistości zastanej, tej którą przywykło się traktować jako jedyną możliwą. Świado-
mość pisarza i czytelnika zostaje obdarzona nieznanym przywilejem wyboru dowolnej skali
istnienia jako terenu dla swoich domysłów, nadziei i obaw.

Ten przywilej nieograniczonego wyboru pozwala na uświadomienie sobie całej umowno-

ści tego, co nazywamy na co dzień poczuciem rzeczywistości. – Bo co to jest rzeczywistość?
Czy człowiek współczesny, zawieszony między mikro- i makrokosmosem, szturmujący prze-
strzeń  pozaziemską,  intrygowany  niezidentyfikowanymi  obiektami  latającymi,  a  jednocze-
śnie uwikłany w konflikty polityczne, ideologiczne i narodowe, może mieć w ogóle poczucie
rzeczywistości? – W jakiej skali istnienia należałoby potraktować życie ludzkie, aby uznać je
za najbardziej rzeczywiste? Czy odniesieniem najwłaściwszym ma być powszedniość powta-
rzających  się  pracowitych  dni,  czy  arena  politycznych  zmagań,  czy  struktury  ekologiczne,
czy może otchłań kosmosu?

Bohaterom książki Briana Aldisa 

Non-stop ich rzeczywistość rozszerzała się i przeobra-

żała w miarę, jak penetrowali swoje otoczenie. To zastane miejsce do życia, jakim była ka-
juta, zastąpił najpierw korytarz, a potem cały pokład zarośnięty gęstwiną alg. Wreszcie od-
kryli, że ich pokład jest tylko jednym  z  wielu  istniejących  na  tym  gigantycznym  pojeździe
kosmicznym, w którym żyją już od wielu pokoleń.  I  że  na  innych  pokładach,  tak  samo  od
wielu  pokoleń,  mieszkają  jacyś  nie  znani  osobnicy.  Zaskoczeni  ich  wtargnięciem  na  swój
pokład,  okazali  agresywność,  która  zapoczątkowała  dalszą,  nieustępliwą,  choć  niczym  nie
uzasadnioną  wrogość  między  nimi.  Odtąd  walka  trwała  już  stale,  wznawiana  przez  każde
nowe pokolenie, i stała się jeszcze jednym trwałym elementem ich rzeczywistości.

Początkowo sądzili, że ich pojazd porusza się w przestrzeni kosmicznej, że zmierza nie-

wiadomym torem, nie wiadomo skąd i dokąd. I właściwie w tym punkcie poszukiwań ta pe-
netracja rzeczywistości i ustalania skali własnego istnienia mogłyby się zatrzymać w poczu-
ciu zupełnej bezradności. Pytając o sens swego istnienia, mogliby tu stanąć jak nad przepa-
ścią, w którą ani nie można się pogrążyć, ani nie można jej przekroczyć. Pozostaje już potem
tylko pytać bez końca o to, kto skonstruował pojazd, w jaki sposób i dla jakiego celu znaleźli
się na jego pokładzie i od jak dawna trwa ta wędrówka przez próżnię kosmosu? A wreszcie
zastanowiliby się nad tym, jaki może być cel tej podróży, czy przewidziana jest dla niej jakaś
końcowa stacja i po co tam jadą. Co ich samych czeka u kresu tej długiej drogi?

Ale autor książki, Brian Aldis, nie doprowadza swoich bohaterów do tego punktu zasta-

nowienia się nad własną sytuacją. Okazuje się bowiem, że statek kosmiczny wcale nie szy-
buje w nieznanej przestrzeni, lecz porusza się po ograniczonym torze dookoła Ziemi. Wsku-
tek nieprzewidzianych zmian  genetycznych, jakie nastąpiły u załogi wkrótce po starcie, lu-
dzie ci zostali zatrzymani niedaleko Ziemi, ale nie mogli być sprowadzeni z powrotem na jej
powierzchnię, bo byli już niezdolni do życia w warunkach planety. Krążyli więc tak wokół
Ziemi – non-stop – przez kolejne lata i kolejne pokolenia, dziczejąc stopniowo w zarosłym
dżunglą  wraku.  I  to  była  ich  rzeczywistość.  Żyli  w  niej  przez  setki  lat,  nie  domyślając  się
nawet, że jest ona właśnie taka.

Nie wiedzieli też, że rzeczywistość ta była rezultatem decyzji  i  poczynań  ludzi  pozosta-

łych na Ziemi, tych samych, którzy podtrzymywali tragiczną egzystencję populacji skazań-
ców. Mieli dość litości, aby ich nie unicestwić, ale nie dysponowali środkami umożliwiają-
cymi przywrócenia takiego stanu organizmu i świadomości, który by otwierał nieszczęsnym
mutantom powrót na Ziemię. – Autor zatrzymuje się na tym zakończeniu, uznając skalę ist-
nienia mieszkańców pojazdu, zarówno jak i mieszkańców Ziemi, za ostatecznie wyjaśnioną.

A przecież ci dysponenci i animatorzy losu załogi też mieli swoją, nie rozpoznaną do koń-

ca, rzeczywistość, swoją skalę istnienia i swój los. Tak samo jak załoga pojazdu kosmicznego
trwali zawieszeni między własnym nieznanym początkiem, a niemożliwym do przewidzenia
końcem, w nieokreślonym punkcie przestrzeni kosmicznej. Odnośnie tej ich rzeczywistości

background image

39

można by właściwie zadawać pytania takie same jak w przypadku dryfującego wraku i być
zdanym na równie przypadkowe domysły. I jeżeli nawet wśród tych mniej lub więcej szalo-
nych domysłów byłby jeden obiektywnie trafny, to i tak nie byłoby sposobu, aby odróżnić go
od wszystkich pozostałych, fałszywych i chybionych, szalonych do końca.  Ludzie z Ziemi,
podobnie jak załoga wraku pojazdu kosmicznego, byliby tak samo skazani na to, aby wresz-
cie zatrzymać się nad swoimi pytaniami i pochylić nad nimi jak nad przepaścią.

Analizując zasób wiedzy i informacji oraz postawy i sposób zachowania bohaterów Aldi-

sa, można by się zastanowić, którzy z nich mieli naprawdę poczucie rzeczywistości? – Czy
„realiści w skali kabiny” dryfującego statku, którzy dostrzegali jasno wszystkie jej praktycz-
ne zalety i możliwości, i pilnie je wykorzystywali? Czy ci, których ciekawość i potrzeba eks-
pansji popychały do penetrowania korytarzy i kolejnych kondygnacji pojazdu? A może po-
czucie rzeczywistości mieli dopiero ci, którzy znali całą tragiczną sytuację wraku, krążącego
non-stop dookoła Ziemi, bez nadziei powrotu na nią?

Do  ewentualnego  uświadomienia  sobie  istnienia  dalszych,  nieznanych  obszarów  rzeczy-

wistości docierają tylko bardzo nieliczni bezradnym wrażeniem tajemnicy. A w sferę tajem-
nicy,  gdziekolwiek przebiegałaby jej  granica, można sięgać już  tylko  fantazją,  intuicją,  do-
mysłem lub mistyfikacją. Mimo nikłej i iluzorycznej wartości poznawczej wszelkich domy-
słów, nie sposób ich sobie zabronić. Ciekawość i dociekliwość ludzka od tysiącleci szturmuje
wyobraźnią granice nierozpoznawalnego. Czyni to z tym większą pasją i nieustępliwością, że
formułowane  wtedy  pytania  dotyczą  niejednokrotnie  podstawowych,  najdonioślejszych
spraw ludzkiej egzystencji. Wciąż nie wiadomo, kim właściwie jesteśmy i gdzie rozgrywają
się nasze lokalne dramaty, tragiczne zmagania i kameralne konflikty.  I nie wiadomo nawet
dokładnie o co pytamy, szukając bezskutecznie odpowiedzi na odwieczne KTO i GDZIE?

Wiedza naukowa dopóki informuje tylko o oderwanych faktach, nie będąc w stanie ukazać

ich wewnętrznych, strukturalnych związków, jest wiedzą fantomatyczną i pozorną. Literatura
sf kompensuje w pewnym stopniu ten niedosyt umysłu, jaki zostawia wiedza naukowa, rzu-
cając  strzępy  ścisłych  informacji,  które  jednak  nie  pasują  do  siebie  na  tyle  dokładnie,  aby
można było złożyć z nich jakąś przekonującą humanistycznie całość. Taką całość, która by-
łaby zdolna zaspokoić rozterkę dramatycznych ludzkich niepokojów o własną tożsamość, o
cel i sens swego istnienia i o swoją przeszłość. O to, w jakiej skali chronologicznej należy tę
przeszłość usytuować – w skali epoki historycznej, ery geologicznej czy 120 wieków Zoro-
astra, wedyjskiej maha-jugi, czy jeszcze innych? A jaki czas przyszły jeszcze do nas należy?
I jaka przestrzeń wchodzi w obręb naszej rzeczywistości?

Literatura sf usiłuje skompensować brak takiej interpretacji naukowych faktów, która uj-

mowałaby rozproszone zjawiska w strukturę uzasadnioną nie tylko empirycznie i logicznie,
ale także moralnie. Jest to zadanie o tyle trudne i ryzykowne, że nie wiadomo, czy potrzeba
moralnego ładu, tak bliska ludzkiemu sercu, dotyczy również szerokiej skali rzeczywistości
pozaziemskiej.

Domysły autorów literatury sf koncentrują się w zasadzie wokół dwóch przeciwstawnych

biegunów odczuć i przewidywań – nadziei i lęku. Nadziei wielkiej jak niebo i lęku bezkres-
nego jak otchłań. Nawiązują do problemów, do których nie przyznaje się żaden inny gatunek
literacki i z których każdy uchyla się małodusznie i tchórzliwie od stawiania pytań podsta-
wowych, najważniejszych – pytań o sens tej rzeczywistości, którą najpowszechniej traktuje
się jako jedyną prawdziwą i ważną. Konflikty i zmagania podobne do tych, jakie są charakte-
rystyczne  dla  naszej  współczesnej  sytuacji,  w  wersji  sf  doprowadzają  w  końcu  do  tego,  że
lądujący tam po tysiącach lat kosmonauci z innych planet zastają na miejscu wysypisko mi-
nionej cywilizacji lub dymiące jeszcze zgliszcza świetnych niegdyś miast. – W takich opo-
wieściach wyraża się lęk o przyszłość własnej planety.

Jak wynika z tematyki podejmowanej  przez  literaturę  sf,  łatwiej  jest  wyrazić  obawy  niż

przewidywania  optymistyczne  i  ufne.  Kosmonauci  ziemscy  lądujący  na  obcych  planetach

background image

40

zastają tam najczęściej albo bardzo prymitywne formy życia, albo ślady dawnych cywilizacji,
które pozwalają się domyślać, że kiedyś żyły tu istoty o wysokich umiejętnościach technicz-
nych. Z tych śladów trudno jednak odczytać dokładniejsze informacje o umysłowości i etyce
tych  istot.  A  już  zupełnie  rzadko  spotyka  się  opisy  spotkań  z  żywą,  istniejącą  cywilizacją,
znacznie  wyższą  od  naszej,  a  jednocześnie  zrozumiałą  i  czytelną  dla  nas.  H.  G.  Wells  w
książce 

Ludzie  jak  bogowie  przedstawia  sytuację  będącą  ilustracją  spełnienia  wszystkich

ówczesnych  postulatów  socjalnych,  humanistycznych  i  technicznych  tzn.  tych,  jakie  były
ideałem XIX-wiecznej zachodniej Europy. A Stanisław Lem ujmuje  takie spotkania w kon-
wencji  groteski.  –  Najbujniejsza  bowiem  wyobraźnia  autora  nie  jest  w  stanie  wyczarować
obrazu  społeczeństw  żyjących  na  innych  planetach  albo  na  naszej  własnej  planecie,  ale  w
odległej przyszłości, i reprezentujących poziom świadomości znacznie przewyższające obec-
ny  poziom  świadomości  ludzkiej.  Wymagałoby  to  bowiem  przeskoczenia  samego  siebie,
wykroczenia nie tylko poza własne status quo, ale wyprzedzenia nawet samej wizji doskonal-
szej  przyszłości.  Taka  wizja  zależy  bezpośrednio  od  tego,  jaki  teraz  jest  ten,  kto  ją  sobie
przedstawia. A widocznie wyobraźnia człowieka współczesnego nie obejmuje jeszcze takich
etapów własnego rozwoju, które wykraczałyby daleko poza wartości obecnie uznawane. W
tym zakresie zawodzi nawet i fikcja literacka i dlatego ogranicza się do przedstawienia wy-
łącznie przyszłych osiągnięć technicznych.

Niedowład pełniejszego prognozowania w kategoriach humanistycznych kompensują więc

opisy przyszłej doskonałości technologicznej. W pewnym momencie jednak ta technologicz-
na  euforia  nagle  się  załamuje.  Dzieje  się  tak  wtedy,  gdy  w  scenerii  wspaniałego  nowego
świata,  świata  podróży  międzyplanetarnych,  przezwyciężonej  grawitacji  i  swobodnych  wę-
drówek w czasie pojawia się człowiek taki sam jak dziś. I nagle wizja promiennej przyszłości
zmienia się automatycznie w koszmar. – Wśród doskonale funkcjonujących robotów i nieza-
wodnych  automatów  poruszają  się  ludzie  jakby  żywcem  przeniesieni  z  dnia  dzisiejszego.
Obarczeni  całym  balastem  współczesnych  wzorów  życia  i  myślenia,  kultywujący  obyczaje
uznawane  obecnie  za  cywilizowane,  kulturalne,  normalne.  Po  super  nowoczesnych  ulicach
przyszłych  miast  krąży  tłum  gawiedzi  w  poszukiwaniu  tandetnej  rozrywki,  jarmarcznego
widowiska, alkoholu i okazji do występku. „Wylądował oto wieki całe po czasach własnego
życia i śmierci, w mieście supertechniki i barbarzyństwa” – pisze Brian Aldis w opowiadaniu
Przenigdy.

W takich właśnie obrazach jak ten wyraża się największy lęk człowieka współczesnego,

lęk przed sobą samym takim, jakim mógłby pozostać również w odległej przyszłości. Oka-
zuje się, że obawa przed totalną zagładą nie jest tą największą, a marzenie o wspaniałej przy-
szłości jest przede wszystkim pragnieniem bycia kimś innym, doskonalszym, lepszym, mą-
drzejszym  niż  teraz.  Jest  to  marzenie  małej  brzyduli,  która  widzi  siebie  jako  już  dorosłą,
śliczną  i  dobrą  królewnę.  Tego  oczekiwania  nie  zastąpi  jej  obietnica  największych  nawet
zaszczytów i bogactw. Wszystko byłoby smutne i szare, gdyby ona sama miała pozostać taką
jaką  jest  teraz  –  brzydką  i  złą.  Nawet  posiadanie  najwspanialszego  złotego  pałacu  byłoby
tylko okazją do dręczącego rozważania, jakby to innej małej brzyduli odebrać jej pałac, może
bardziej złocisty niż własny.

Taka sytuacja pełnego dobrobytu dla wszystkich, zaspokajania potrzeb nie tylko elemen-

tarnych,  ale  najwyższego  komfortu,  staje  się  udziałem  mieszkańców  miasta  w  powieści
Adama Wiśniewskiego-Snerga – 

Robot. Miasto zostało w całości porwane i szybuje w prze-

strzeń  ku  nieznanemu  przeznaczeniu.  Nadistoty,  będące  sprawcami  tego  porwania,  dostar-
czają  mieszkańcom  miasta  wszystkiego,  czego  by  tylko  mogli  zapragnąć:  luksusowych
mieszkań,  wykwintnych  ubrań,  najnowocześniejszych  samochodów,  wszelkich  rozrywek.
Mimo że tak bogato zaopatrzeni, nie przestają między sobą rywalizować, bo każdy chce mieć
więcej  niż  inni.  Raniel,  który  opisuje  istniejącą  sytuację,  tak  ją  komentuje:  „Powiem  panu

background image

41

otwarcie, może to nie ma żadnego sensu, ale teraz – w przededniu śmierci – jest mi już tylko
bezgranicznie…

– Wstyd?
–  Tak!  Gdyż  czuję  się  głęboko  upokorzony.  Wstydzę  się  za  nich  przed…  tamtymi.  Bo

kiedyś  –  na  Ziemi  –  wyobrażaliśmy  sobie:  porozumienie  i  współistnienie.  W  najgorszym
razie  –  wojna  światów.  A  co  tu  mamy?  Korytko  –  karmnik.  I  rozkwiczany  konsumpcyjny
tucz. Taka to wojna światów?”

* * *

Jak  zachowaliby  się  współcześni  ziemscy  kosmonauci,  gdyby  w  czasie  jakiejś  dalekiej

wyprawy wylądowali przypadkiem na nieznanej planecie i spotkali tam istoty dość wpraw-
dzie prymitywne, na tyle jednak inteligentne, aby można było nawiązać z nimi kontakt?

Zapewne w tubylcach, oszołomionych tym ich „z nieba” przybyciem, wzbudziliby dodat-

kowy  zachwyt  i  cześć,  pokazując  im  np.  radio  tranzystorowe  i  latarkę.  A  potem,  znudzeni
jednostajnością  swego  konserwowego  pokarmu,  rozejrzeliby  się  za  możliwością  zdobycia
świeżego mięsa na obiad. Zwłaszcza, że zastane tam grupy istot  dwunożnych i czworonoż-
nych,  żyjące  w  harmonijnej  symbiozie,  zakwalifikowaliby  od  razu  uczenie  jako  plemiona
pasterskie. Tubylcy zaś, przejęci zbożnym podziwem i czołobitną gorliwością w stosunku do
wszechmocnych  „bogów”,  spełnialiby  skwapliwie  każde  ich  życzenie.  Chociaż  do  tej  pory
nie wiedzieli w ogóle, co to znaczy zabijać, i nie przyszło im  nigdy przedtem do głowy, że
można coś takiego uczynić. Swoje czworonogi kochali, bo były łagodne i ufne, karmiły ich
swoim  mlekiem  i  darzyły  ciepłem  swojej  wełny.  Żądanie  „bogów”  było  jednak  dla  nich
czymś tak niesłychanym, że zafascynowani i oszołomieni, uznali je za zjawisko spoza kręgu
zwykłej rzeczywistości, nadprzyrodzone – święte.

Kto wie, czy w czasach, kiedy nasza Ziemia była jeszcze bardzo  młoda i pierwotna, nie

przydarzyła  jej  się  taka  właśnie  przypadkowa  wizyta?  Nieprawdopodobnie  głęboki  szok,
wywołany tym wydarzeniem, wycisnął niezatarte piętno na pamięci całych pokoleń, utrwalił
się w podaniach i mitach, w obcych im dotychczas obowiązkach religijnych i – w zdeprawo-
wanym na zawsze sumieniu.

„Boskość” potężnych przybyszów nie ulegała dla Ziemian żadnej wątpliwości, każde ich

życzenie stawało się od razu przykazaniem, a każde polecenie objawieniem woli bożej. Ko-
smici byli zresztą poza tym dobrzy i wspaniałomyślni, nauczyli tubylców uprawy roli, wyro-
bu różnych pożytecznych przedmiotów, obdarowali ich nie znanymi narzędziami, które odtąd
ułatwiały  życie  Ziemianom,  budząc  ich  nieopisany  zachwyt.  W  porywie  uwielbienia  i
wdzięczności przynosili potężnym dobroczyńcom ciała swoich zabijanych czworonogów, bo
zauważyli, że jest to miła „bogom” ofiara.

Zażyłość przybyszów z Ziemianami wzrastała z dnia na dzień. Jeden z nich został nawet

dopuszczony do pomieszczeń kuchennych i dokładnie pouczony o tym, jak przyrządzać ulu-
bione  mięsne  dania  dla  kosmonautów.  W  oczach  swoich  współplemieńców  awansował  do
roli „kapłana”, chociaż dla załogi był po prostu kucharzem, spełniającym pewne proste usłu-
gi.  Żądanie,  aby  tubylczy  kucharz  mył  ręce  przed  przystąpieniem  do  pracy,  stało  się  dla
wszystkich  rewelacją  i  uznano  je  potem  za  rytualny  obowiązek  „obmywania”  przed  złoże-
niem obrzędowej ofiary. Po odjeździe kosmonautów przyrządzanie pieczeni i zrazów podnie-
siono do rangi religijnego ceremoniału, blat kuchenny nazwano ołtarzem ofiarnym, a na wzór
strzelistego kształtu kosmicznego pojazdu zaczęto z czasem budować świątynie, aby utrwalić
pamięć o tamtym nadzwyczajnym wydarzeniu.

Kosmonauci odjechali wreszcie zadowoleni z siebie, przekonani, że zrobili dla prymityw-

nych tubylców wiele dobrego, nauczyli ich tylu pożytecznych umiejętności, przekazali wiele
przestróg i pouczeń, obiecali wrócić. Z tego, że nauczyli ich również zabijania, może nawet

background image

42

nie zdawali sobie sprawy. Nie pojęli, że przywlekli na Ziemię zarazę rytualnego, „świętego”
zabójstwa, która po ich odjeździe rozprzestrzeniła się z upływem lat po całej prawie planecie,
wypaczając kierunek przyszłego rozwoju rodzaju ludzkiego.

Skażoną przez nich świadomość Ziemian skanalizowały potem religie i Kościoły, składa-

nie  krwawych  ofiar  weszło  do  żelaznego  repertuaru  prawie  wszystkich  kultów  religijnych
świata. W Azji Mniejszej, Afryce Północnej, w przedkolumbijskim Meksyku i Peru, w śre-
dniowiecznej Europie i całym nowoczesnym świecie, krwawe ofiary zmieniają tylko formę i
nazwę oraz uzasadnienie dogmatyczne. Bratobójstwo i kanibalizm zostały w ten sposób pod-
niesione do rangi religijnego obowiązku  i  obrzędu  sakralnego.  Baalowi  składano  w  ofierze
nawet niemowlęta i to nie z okrucieństwa i dzikości, jak się obecnie sądzi, lecz w stanie eks-
tatycznego uniesienia. Do dzisiaj dnia największe święta katolickie toną w zwierzęcej krwi.

Z  czasem  „kapłani”  czyli  następcy  tamtego  kucharza,  sami  zasmakowali  w  spożywaniu

mięsa i potem już utrwalali i rozpowszechniali rytuał krwawych ofiar nie tylko ze względu na
pamięć przybyszów z kosmosu, ale i dla dogodzenia własnym apetytom. Wreszcie i „profani”
znaleźli upodobanie w udostępnianym im przez kapłanów mięsie świętych ofiar. – Zwyczaj
jadania mięsa rozpowszechnił się i zlaicyzował. Jednak pewien ślad jego pochodzenia pozo-
stał nawet do dzisiaj. Wszystkim współczesnym dokonującym usankcjonowanego zabijania
towarzyszy nieokreślony, uroczysty nastrój  sacrum.  W  czasie  wojny,  podczas  igrzysk,  kru-
cjat,  rewolucji,  zamachów,  corridy,  polowania,  pojedynków,  zabijanie  otoczone  jest  mniej
lub więcej podniosłą atmosferą obrzędowego patosu. Do dziś ludzie bronią swojego prawa do
zabijania  zwierząt  z  tak  pełnym  żaru  przekonaniem,  jakby  kwestionowanie  go  było  próbą
popełnienia świętokradztwa. Wyznawcy kultów religijnych opartych na Starym Testamencie
powołują się wtedy na osobiste upoważnienie Jehowy i ze zgrozą odrzucają wszelkie sugestie
zaniechania tego obyczaju. Od tysiącleci ludzie składający krwawe ofiary robią to z przeko-
naniem, że czynią zadość wyraźnym życzeniom bóstwa i że uzyskują w ten sposób jakąś po-
myślność dla siebie, dla swojego plemienia lub narodu. Zmienia się tylko forma składanych
ofiar i treść uzasadnień. Ich daremność jest wciąż taka sama.

W miarę umysłowego i duchowego dojrzewania rodzaju ludzkiego, pamięć tamtego zdu-

miewającego wydarzenia zaczęła budzić inne jeszcze uczucia i refleksje. W sercach Ziemian
zakiełkowało  filozoficzne  zamyślenie  nad  dziwnością  nieba,  które  kryje  w  sobie  nieznane
tajemnice i możliwości niezwykłych objawień. Pozostała też tęsknota za Nieznanym i trwoż-
na cześć dla Niepojętych Mocy Niebiańskich. Te postawy zaczęły stopniowo dominować nad
pierwotną fascynacją dla tak niewiarygodnych zachowań jak zabijanie i pożeranie ciała za-
bitych ofiar. Nigdy jednak nie wyeliminowały ich z religii i życia Ziemian zupełnie. Odwrot-
nie, oderwane od religijnych uzasadnień, stało się obyczajem powszechnym, zatraciło swój
charakter wyłącznie sakralny, opuściło zasięg spraw ściśle religijnych, zagarnęła je ekonomia
i polityka, wchłonęła TRADYCJA. Jednak religijne korzenie obyczaju jadania mięsa całko-
wicie nie uschły. Każda próba wyeliminowania go, czy chociaż ograniczenia, budzi protest
tak żarliwy, oburzenie tak głębokie, jakim czciciele reagują na profanację swego kultu, a nie
jak na rzeczową propozycję zmiany struktury ekonomicznej albo jadłospisu.

Może kosmici po pewnym czasie zorientowali się w tym, jakiego dopuścili się bezwiednie

przestępstwa i jakie  wywołało  to  konsekwencje  dla  rodzaju  ludzkiego.  Może  chcieli  to  na-
prawić, odwołać poprzednie zalecenia i sugestie, może sami już w tym czasie zmienili swoje
obyczaje,  dojrzeli  do  wyższego  poziomu  życia  i  myślenia.  Ale  jeżeli  nawet  czynili  jakieś
próby w tym zakresie, to jak widać, mało skuteczne – największe zło już się stało. „Bogato
proteinowa” pozycja w ich jadłospisie ukształtowała świadomość  ludzką, wrosła w sposoby
myślenia o świecie, oceniania siebie i innych, aż do naszych czasów niewzruszone i aktualne.

Tym pokazem zabijania kosmiczni goście zdegradowali rodzaj ludzki u samych podstaw

jego rozwoju, zdeprawowali jego  zmysł  moralny,  gdy  nie  znane  dotąd  zło  ukazali  w  glorii
świętości  „boskiego”  życzenia.  Pozbawili  zdolności  trafnego  odróżniania  dobra  od  zła,

background image

43

zgwałcili  sumienie,  znieczulili  wrażliwość  na  cudze  cierpienie,  oswoili  z  tolerowaniem
śmierci okrutnej i niezawinionej, bo takie było osobliwe życzenie potężnych „bóstw”. Skoja-
rzeniem przelewu krwi ze świętością ograniczyli aspiracje duchowe Ziemian, spaczyli kieru-
nek moralnego dojrzewania całej przyszłej ludzkości.

Aby  sprostać  wymaganiom  czci  i  posłuszeństwa  dla  potężnych  przybyszów  z  nieba,  ła-

godni Ziemianie musieli sprzeniewierzyć się tym wszystkim zwyczajom, które dotąd regulo-
wały ich wzajemne stosunki, pełne zaufania i opiekuńczej troski. Mięsożerni kosmici pozo-
stawili  po  sobie,  jako  trwałe  dziedzictwo  duchowe,  nieuleczalny,  tragiczny  rozbrat  między
odczuwanym  dobrem  a  nakazanym  prawem.  Do  dziś  wzruszenie  towarzyszące  zabijaniu
niewinnej ofiary jest kulminacyjnym momentem przeżycia religijnego.

Do  łańcucha  przyszłego  rozwoju  ludzkości  kosmiczni  goście  włączyli  obce  jego  prawi-

dłowości  ogniwo  –  zabijanie,  jako  integralną  część  obrzędów  religijnych  czyli  najświętszy
ludzki obowiązek. Wpływ tego przewrotnego poczucia obowiązku nie ograniczył się tylko do
sfery religii, bo świadomość ludzka, zatruta usankcjonowaniem prawa do zabijania, stała się
źródłem spustoszenia we wszystkich innych sferach życia. Dopuszczali się najokrutniejszych
niegodziwości w przekonaniu, że spełniają swoje najświętsze powinności. Żadna z prób po-
wszechnego odkłamania świętości nigdy się jeszcze nie powiodła.

Krótki pobyt kosmitów na Ziemi sprawił, że podobnie jak sprzeczne z ludzkim pojęciem o do-

bru, składanie krwawych ofiar, tak samo inne nakazy sprzeczne z sumieniem i wrażliwością, stały
się dopuszczalne i uznane za godne tego, aby się im podporządkować. Ukształtował się nadrzędny
„dogmat moralny”, że odruchy własnego serca, współczucia i żalu należy systematycznie tłumić,
bo powinność przemawia zupełnie innym głosem niż sumienie, a własne przekonania o tym, co
dobre a co złe, co szlachetne a co nikczemne, nie mają nic wspólnego z obowiązkiem.

Kosmici, odbierając ludziom zaufanie do własnego instynktu dobra, pozbawiali ich w ten

sposób autonomii moralnej, rzucili na pastwę posłuszeństwa dla różnych Silniejszych, Święt-
szych,  Bardziej  Uczonych,  skazali  na  podporządkowanie  się  haniebnym  nakazom,  spełnia-
nym  z  gorliwym  żarem  lub  łamanym  z  głębokim  poczuciem  winy.  Do  dziś  miliony  ludzi
szlachetnych i mądrych czyni przerażające ustępstwa i idzie na  kompromisy z własnym su-
mieniem, rozsądkiem i wrażliwością, aby sprostać jakimś obłędnym, nieludzkim ortodoksjom
i dopełnić obowiązku lojalności wobec jakichś drapieżnych kultów i krwawych ideologii.

Bez względu na to, czy wizyta kosmiczna miała miejsce na naszej planecie i czy to wła-

śnie kosmici byli tymi, którzy wyzwolili procesy degradujące dzieje ludzkości, to niewyklu-
czone przecież, że mechanizm tych procesów był właśnie taki.

* * *

Przebywam jednocześnie na dwóch  równoległych,  ale  niezmiernie  od  siebie  oddalonych

płaszczyznach  rzeczywistości.  Karkołomność  ciągłego  przechodzenia  z  jednej  do  drugiej
przyprawia czasem o zawrót głowy. Po powrocie ze sklepu z siatkami pełnymi zakupów, nie
mogę  sobie  w  pierwszej  chwili  uprzytomnić,  dlaczego  wczoraj  przed  zaśnięciem  napisanie
aktu oskarżenia przeciwko postaci biblijnego Jehowy uznałam za sprawę niezbędną, doniosłą
i  bardzo  pilną.  I  dlaczego  przez  cały  dzień  czuję  w  ustach  gorzki  smak  winy  za  to,  że  nie
chodzę od domu do domu, nie pukam do drzwi i nie powtarzam wszystkim bezradnym, zroz-
paczonym  i  zagubionym:  „Szukajcie  najpierw  Królestwa  Bożego  i  sprawiedliwości  jego,  a
wszystko inne będzie wam przydane.”

Jeszcze jeden bezdomny kot przyszedł pod nasze drzwi. Jest wychudzony, chory i pełen

zobowiązującej ufności.

Otrzymałam rewelacyjne materiały! Sprawozdanie z kontaktów z istotami pozaziemskimi,

spisane w Danii w  Borup w 1968  roku. Jest to posłanie do Ziemian, zapowiedź, że w mo-
mencie  globalnej  katastrofy,  która  nawiedzi  wkrótce  naszą  planetę,  zjawi  się  pomoc  ze-

background image

44

wnętrzna.  Niebo  zaroi  się  wtedy  od  pojazdów  kosmicznych,  które  będą  zabierały  ludzi  na
swe pokłady. Ale tylko wybranych, tych sprawiedliwych, którzy zasługują na to, aby przeżyć
zagładę Ziemi. Będzie się to działo zgodnie z ewangeliczną zapowiedzią, że: „Tej nocy dwaj
będą na jednym łożu, jeden będzie zabrany a drugi pozostawiony. Dwie mleć będą na jednym
miejscu, jedna będzie zabrana a druga pozostawiona. Dwóch będzie na roli, jeden będzie za-
brany a drugi pozostawiony”. Ma to więc być nie totalna zagłada lecz selekcja. Ci pozosta-
wieni wprawdzie zginą, ale nie przepadną, bo wkrótce zostaną inkarnowani na innych plane-
tach, gdzie warunki życia odpowiadają ich potrzebom i możliwościom oraz poziomowi ich
aspiracji i gdzie będą mogli żyć dalej, kontynuując swój duchowy rozwój. Natomiast ci za-
brani na pokłady pojazdów  kosmicznych  zostaną  uzdrowieni  i  takiemu  ulegną  duchowemu
udoskonaleniu, aby po powrocie na Ziemię potrafili żyć już zupełnie inaczej niż dotychczas
żyli jej mieszkańcy. Teraz już będą mieli możność realizowania swoich najgłębszych aspira-
cji  do  sprawiedliwości,  prawdy,  wolności,  miłości  i  piękna,  które  w  dotychczasowych  wa-
runkach  ziemskich  zostały  ograniczone  lub  zdeprecjonowane.  Teraz  już  będą  mogli  żyć
zgodnie  z  powszechnym  prawem  kosmicznym,  prawem  miłości  i  współczucia.  W  między-
czasie cała powierzchnia planety zostanie poddana gruntownej odnowie i naprawie, oczysz-
czona ze wszystkich pozostałości i śladów dotychczasowej działalności ludzkiej.

Ten plan ocalenia i odnowy naszej Planety zachwycił mnie i oszołomił. A dalszy wykład

filozofii kosmicznej przekonał absolutnie i bez żadnych zastrzeżeń. Teraz, kiedy siedzę przy
maszynie i tłumaczę 

The Voice from Heaven, a od czasu do czasu wstaję, aby uprzątnąć śla-

dy żołądkowych kłopotów kota, mam poczucie kompletnego zamętu i zaskoczenia.

Czytając te „słowa z nieba” nieprzerwanie przez trzy dni, godzina po godzinie, gromadziłam

nieprzebrane  bogactwo.  Ofiarowano  mi  tę  od  tak  dawna  upragnioną  Wielką  Prawdę.  Cały
Wszechświat i Wieczność. Zniknęło dotychczasowe wrażenie obcości i zagubienia, poczułam
się znowu u siebie, odnaleziona, zadomowiona, jakbym z dalekiego wygnania na egzotyczną
Ziemię wróciła w końcu do najbardziej wytęsknionego miejsca – do całej galaktyki.

Wreszcie na przedostatniej stronie przeczytałam zapewnienie, że to Drugie Przyjście Chry-

stusa  będzie  miało  miejsce  jeszcze  przed  końcem  1968  roku  i  że  Nowy  Rok  będziemy  już
święcić w Nowym Świecie, mając nad głową Nowe Niebo. – Ta ostatnia, nie spełniona od tylu
lat  obietnica,  pozbawiła  mnie  nagle  wszystkiego!  Utraciłam  jednocześnie  Prawdę,  Wszech-
świat, Wieczność i Nadzieję! Trudno o większą nędzę i smutniejsze wygnanie.  Filozofia ko-
smiczna też jest już tylko moim zupełnie prywatnym marzeniem i daremnym oczekiwaniem.

Kot ma się znacznie lepiej. A ja wracam do przerwanej lektury 

Złotej gałęzi Frazera. Tej

wstrząsającej historii pomyłek różnych plemion, ludów i narodów, ich niegodziwości i naj-
straszliwszej niedoli. Historii, która wciąż nieprzerwanie trwa. Razem z nimi wszystkimi tonę
w niezmiernym poniżeniu, wstydzie i nieszczęściu.

Ale  może  nie  wszystko  jeszcze  stracone?  –  Mahatma  Gandhi  wyraził  przekonanie,  że

oparcie się na naukach wygłoszonych przez Chrystusa w Kazaniu na Górze Oliwnej wystar-
czyłoby do rozwiązania najtrudniejszych problemów współczesnego świata. A otuchy i siły
dodają  słowa:  „Każdy  bowiem,  kto  prosi,  otrzymuje,  a  kto  szuka,  znajduje,  a  kto  kołacze,
temu otwierają.” Może jednak mądrość, dobroć i szczęście trwają ukryte w każdym z nas i
każdy z nas może sam po nie sięgnąć, szukając, prosząc i kołacząc.

* * *

Arnold Mostowicz 

My z kosmosu. – W lipcu 1969 roku samotny żeglarz Donald Crown-

hurst zniknął w zagadkowy sposób z pokładu swojego jachtu, zostawiając w dzienniku po-
kładowym zadziwiające notatki. Pisał m.in. „…istoty kosmiczne robią sobie z nas zabawkę…
polegającą  na  przeobrażaniu  małp  w  bogów…  i  skoro  pomyślę  o  ilości  cierpień,  jakie  są
udziałem człowieka z racji tej zabawy istot kosmicznych, przepełnia mnie oburzenie…”

background image

45

W oburzeniu Crownhursta kryją się dwa nie wypowiedziane założenia – jedno arbitralne,

a  drugie  niekonsekwentne.  Arbitralność  pierwszego  z  nich  wyraża  się  tym,  że  odwieczny,
trudny  dylemat,  czy  lepiej  być  cierpiącym  bogiem,  czy  beztroską  małpą,  niezadowolonym
Sokratesem, czy szczęśliwym wieprzem, rozstrzygnął arbitralnie na korzyść małpy i wieprza.
Niekonsekwencja zaś polega na przekonaniu, że istoty potężniejsze nie mają prawa do bezce-
remonialnego  traktowania  istot  słabszych  i  bezbronnych.  Tego  bowiem  założenia  nie  prze-
strzegają sami ludzie w stosunku do zwierząt i to od tysiącleci, nie mając przy tym żadnego
poczucia winy ani świadomości jakoby postępowali niewłaściwie.

Od  pewnego  już  czasu  istnieje  podejrzenie,  że  kosmici  dokonują  eksperymentów  na  lu-

dziach i w tym celu zagarniają załogi okrętów lub samolotów. Gdyby tak się działo istotnie,
to oburzenie Crownhursta byłoby bardzo charakterystyczne dla przedstawiciela Ziemian. Ci
bowiem  są  głęboko  przekonani,  że  prawo  do  bezceremonialnego  traktowania  innych  stwo-
rzeń  żyjących  na  naszej  planecie,  mają  wyłącznie  ludzie.  I  gdyby  te  szokujące  poczynania
istot kosmicznych oceniać ludzkimi kryteriami, to trzeba by je konsekwentnie uznać za rów-
nie  usprawiedliwione  i  godziwe,  jak  podobne  postępowanie  ludzi  w  stosunku  do  zwierząt,
które jak wiadomo doskonale mieści się w ramach wymogów i norm ludzkiej etyki. Próbując
więc zastosować te normy do przygody Crownhursta, trzeba by zachowanie kosmitów ocenić
jako absolutnie nienaganne. – Nie można przecież wykluczyć, że Crownhurst był potrzebny
istocie kosmicznej do przeprowadzenia naukowego eksperymentu. Może dzięki temu kosmi-
ta, ambitny, młody naukowiec, miał możność, aby empirycznie dowieść tezy, że Ziemianin,
kiedy się boi, ma przyspieszony oddech, kiedy cierpi, serce mocniej mu bije, a kiedy umiera,
ustaje oddech i akcja serca. Jeżeli otrzymał za to tytuł naukowy, to nie ma się czemu dziwić
ani oburzać, bo wszyscy ambitni ziemscy naukowcy, młodzi i starzy, doskonale go rozumie-
ją.  Czyż  sami  nie  dokonują  stale  takich  samych  doświadczeń  na  psach,  kotach.  królikach,
myszach,  małpach,  aby  dowieść  tez  znacznie  banalniejszych  i  o  mniejszym  znaczeniu  po-
znawczym?

Możliwe również, że kosmita-porywacz był zapalonym kolekcjonerem i przypiął Crown-

hustra szpilką obok innych ciekawych eksponatów ziemskiej fauny. A może był wędkarzem-
marzycielem  i  zanim  zaciągnął  go  z  pokładu  jachtu,  długo  i  cierpliwie  posuwał  mu  jakąś
atrakcyjną przynętę na ostrym haczyku? A ponadto, skąd można wiedzieć czy pewne skład-
niki ludzkiego ciała nie są dla kosmitów równie cenne i pożądane jak np.  ambra dla ziem-
skich elegantek i kawior dla ziemskich smakoszy? A może dla kosmitów kultywujących sta-
re,  czcigodne  tradycje,  ozdobą  świątecznego  stołu  jest  świeże  serce  Ziemianina,  pulsujące
jeszcze przerażeniem i męką długiego umierania? – Domysły można snuć bez końca, tak jak
nieskończenie długa jest lista okrucieństw popełnianych przez ludzi na zwierzętach. Ale wte-
dy trzeba by je wszystkie konsekwentnie uznać za dopuszczalne i właściwe, a nawet w pew-
nych przypadkach za imponujące i godne podziwu. Bo ręka, która  ściągnęła Crownhursta z
pokładu jachtu, powtórzyła tylko  gest ręki ludzkiej, która z podobną niefrasobliwością  wy-
ciąga kolejną doświadczalną mysz z klatki i kurę z brojlerni.

Po głębszym zastanowieniu przygoda Crownhursta daje podstawy do snucia pewnych, ra-

czej ponurych domysłów. – Może w skali ewolucji lub hierarchii istot żyjących, odstęp mię-
dzy kosmitą a człowiekiem jest taki sam, jak między człowiekiem a innymi ssakami ziem-
skimi?  Może  dla  naszych  czworonogów  człowiek  jest  takim  samym  „bogiem”,  jakim  byli
kosmici dla naszych przodków? Może ludzkie cierpienia, prośby i lamenty znajdują ich rów-
nie  obojętnymi,  jak  łaszenie  się  zgłodniałego  kota,  który  ocierając  się  o  nogi  człowieka  i
miaucząc, błaga przy pustym śmietniku o ratunek. Ziemianin jest głuchy na rozpaczliwy ryk
mordowanych w rzeźniach krów, obojętny na strach i ból doświadczalnych zwierząt, nie zna
litości ani względów dla istot słabszych i od siebie zależnych. Jego chciwość, próżność, bez-
myślność, są dla zwierząt źródłem codziennych niekończących się cierpień.

background image

46

Jednak swoją bezwzględność dla zwierząt Ziemianie uzasadniają własnym wyższym po-

ziomem umysłowym, przewagą wspaniałego człowieczeństwa nad nikczemną zwierzęcością
swoich ofiar. Jeżeli więc istoty kosmiczne mają taką samą wspaniałą „boską” przewagę nad
nikczemnym ludzkim człowieczeństwem, to oburzanie się na ich akty samowoli i przemocy
byłoby ze strony człowieka bezpodstawne i niekonsekwentne. Są one bowiem tylko spełnie-
niem  tej  normy  postępowania,  którą  ludzie  chełpią  się  jako  swoim  nadrzędnym  moralnym
aksjomatem:  „Istota  rozumna,  jaką  jest  człowiek,  posiadająca  wyższy  stopień  inteligencji,
wiedzy i umiejętności, ma prawo do dysponowania życiem i zdrowiem istot gorzej pod tym
względem wyposażonych i wykorzystywać je do swoich celów.”

W przekonaniu człowieka granica gatunku stanowi barierę, poza którą żadne względy mo-

ralne już nie obowiązują. – Jakie więc ma on prawo oczekiwać, że kosmita, istota spoza ga-
tunku ludzkiego kierująca się zasadami odmiennymi, zechce potraktować człowieka według
lepszej zasady etycznej niż ta, którą przyjmują ludzie w swoim postępowaniu ze zwierzęta-
mi? I że będzie respektował uprzywilejowaną pozycję, jaką człowiek sobie sam wyznaczył –
pozycję bezkarnego łowcy, który poluje zza szczelnej zasłony, mając w ręku śmiercionośną
broń.

Oburzamy  się  na  postępowanie  kosmitów,  nie  zdając  sobie  jednocześnie  sprawy  z  tych

codziennych dramatów, kiedy cały bezmiar zwierzęcego zaufania,  miłości i wiary  w „czło-
wieka-boga” trafia w próżnię!  –  „Bóg”  jest  okrutny,  chciwy,  nieczuły,  pyszny  i  głupi.  Bez
echa  pozostają  skomlenia  i  skowyty  hodowlanych  i  doświadczalnych  zwierząt,  które  tym
głosem bólu i przerażenia błagają człowieka, aby nie zadawał im śmierci wśród niewymow-
nych męczarni.

Cóż  to za  obłuda,  żeby  oburzać  się  na  bezceremonialne  polowanie  kosmitów,  ignorując

jednocześnie rozpaczliwą sytuację czworonożnych współmieszkańców Ziemi, wobec których
mamy przewagę, jakiej nie są w stanie się przeciwstawić. Ileż pychy i fałszu tkwi w przeko-
naniu, że dla kosmitów rzeczywistym przedstawicielem ludzkości  jest uczony  – a nie  rzeź-
nik! W przemilczaniu narzucającego się domysłu, że w ich opiniach o ludziach dominuje nie
obraz laboratorium naukowego lecz jatki!

W przypadku konfrontacji z istotami kosmicznymi, ludzkie dobre mniemanie o sobie mo-

głoby zostać całkowicie zniweczone, ludzka pycha głęboko poniżona. Paradoksalnie bowiem
nasze życzenia i oczekiwania musiałyby wtedy wyrażać nadzieję, że stosunek istot z wyższe-
go szczebla hierarchii kosmicznej jest wobec ludzi zupełnie odmienny od tego, jaki przeja-
wiają sami wobec istot kolejnego, niższego szczebla biologicznej hierarchii ziemskiej. Jedyną
szansą  ocalenia  dla  ludzkości  pozostawałaby  możliwość,  że  moralne  opinie  i  postawy  istot
kosmicznych różnią się diametralnie od ludzkich. Eksponując jednocześnie swoją wyjątkową
rozumność i chełpiąc się najwyższym poziomem zasad etycznych, jednak w przypadku takiej
konfrontacji zapragnęliby jak niczego innego, aby ich własne, wysoko cenione zasady moral-
ne nie zostały zastosowane do nich samych. Ocalenia mogliby przecież oczekiwać tylko wte-
dy, gdyby się okazało, że istoty kosmiczne reprezentują postawy i opinie inne niż te, które są
obecnie filarami ludzkiej antropocentrycznej megalomanii.

Niezachwiana  pewność  o  słuszności  tej  formy  przewagi  i  władzy,  jaką  ludzie  sprawują

nad  zwierzętami,  załamuje  się  całkowicie  w  momencie,  gdyby  miała  dotyczyć  władzy,  od
której  człowiek  byłby  zależny  w  tym  samym  stopniu,  co  zwierzęta  zależne  są  od  niego.  –
Wtedy musiałby sobie uprzytomnić, że istnieje takie prawo, utajone w sercu najokrutniejsze-
go nawet łowcy, które zabrania traktowania słabości innych jako pretekstu do łatwej domina-
cji  i  nie  ryzykownego  ujarzmiania.  Za  w  pełni  uzasadnione  uznałby  natomiast  roszczenia
słabszego i bezbronnego do opieki i pomocy kogoś, kto ma nad nim przewagę rozumu i siły.
Jako niewątpliwie słuszną uznałby wtedy zasadę moralną, że przewaga umysłowa i fizyczna
nie upoważnia do bezwzględności, wykorzystywania i zabijania, lecz zobowiązuje do pomo-
cy i opieki. – Może ta niedoceniana powszechnie perspektywa zmiany postawy ludzi wobec

background image

47

zwierząt jest jednocześnie jedyną drogą do Wielkiego Awansu, mianowania bestii – człowie-
kiem.

Jeżeli jednak władza istot kosmicznych nad Ziemianami byłaby wiernym powtórzeniem i

odbiciem tej władzy, jaką oni sami sprawują nad zwierzętami, to by mogło oznaczać tylko
brak jakiejkolwiek nadziei. To, że nie ma dla ludzi ratunku, litości i przebaczenia ani na Zie-
mi, ani w Niebie.

Może to, co było zabawą dla kosmitów, stanowiło dla ludzi jakąś ogromną, niepowtarzal-

ną szansę? Może kosmici oczekiwali, że oprócz cech drapieżcy znajdą w człowieku również
zadatki anielstwa? Jeżeli jednak oczekiwania te by się nie potwierdziły, to by mogło ozna-
czać,  że  człowiek  sam  siebie  skazał!  Że  ten  tragiczny  małpolud  przeoczył  ofiarowaną  mu,
choćby żartobliwie, szansę zostania bogiem.

background image

48

DUCH NIE SPADŁ Z NIEBA

Hoimar  von  Ditfurth 

Duch  nie  spadł  z  nieba:  „zanim  po  raz  pierwszy  otworzymy  oczy,

decyzja o tym, co będziemy widzieć, już zapadła…” I zanim uczynimy pierwszy ruch, decy-
zja o tym, jaki gest zostanie wykonany, też już zapadła.

W głębokich odwiecznych  warstwach  mózgu  i  międzymózgowia  eksperymentatorzy  od-

kryli znajdujące się tam w pełnym pogotowiu całe programy zachowań, dostosowane opty-
malnie do naturalnych warunków środowiska. Gdy elektroda pobudzi odpowiednie miejsca w
mózgu  koguta,  zostaje  on  niezawodnie  wprowadzony  w  nastrój  bojowej  agresywności.  Na
pustym  stole  laboratoryjnym  zaczyna  nagle  stroszyć  pióra  i  z  irytacją  drepcze  szybko  tu  i
tam. Potem rozgląda się dokoła, szukając obiektu dla wyładowania ogarniającego go gniewu.
Wreszcie rzuca się na cokolwiek, choćby na głowę swojej opiekunki, chociaż w normalnym
kontakcie z nią jest całkowicie oswojony.

W kozie mózgowej ośrodki pobudzenia są już rozbite na elementy prostsze, uruchamiają-

ce przy podrażnieniu np. jeden tylko mięsień, a nie całą grupę, wyzwalając jeden tylko od-
ruch,  a  nie  cały  program  zachowania.  Małpa  zajęta  jedzeniem  przymyka  nagle  jedno  oko,
podnosi i opuszcza palec w rytmie, w jakim eksperymentator naciska guzik. Z tych prostych
reakcji mogą dopiero powstawać złożone, celowe zachowania jako ich kombinacje w dowol-
nej liczbie wariantów. Zwiększa się w ten sposób zakres plastyczności zachowań nie usztyw-
nionych programem i wzrasta zasięg swobody  wyboru. Rośnie więc  możliwość wybierania
zachowań  trafniejszych  niż  te  zaprogramowane  w  pniu  mózgu,  ale  jednocześnie  i  ryzyko
groźniejszego niebezpieczeństwa w razie popełnienia błędu. – Czy to jest może ta szczelina
wolności, to „skazanie na wybór”, ten zaszczytny ciężar nałożony przez ewolucję na wyższe
ssaki, ta szansa awansu dla ziemskiej fauny? Szansa przekroczenia jakiegoś egzystencjalnego
progu i przejścia na wyższą płaszczyznę bytowania?

Zachowanie koguta, prymitywniejszego od większości kręgowców, jest prezentacją kilku

zakodowanych w jego mózgu programów zachowań, takich jak szukanie jedzenia, tokowa-
nie, czyszczenie piór i atak lub obrona przed wrogiem. Podrażnienie elektrodą odpowiednie-
go miejsca w jego mózgu wyzwala np. komplet gestów z repertuaru obronnego: stroszy pióra
i drepce zirytowany tu i tam. Potem atakuje jakieś puste miejsce na stole doświadczalnym,
wreszcie ucieka z głośnym gdakaniem – nie udało mu się pokonać wroga!

Reakcje małpy są już bardziej dowolne; pod wpływem drażnienia kory mózgowej elektro-

dą, reaguje nie całym programem zachowań lecz pojedynczymi, prostymi odruchami.

Różne ośrodki mózgu ludzkiego reagują na swoiste bodźce zewnętrzne tak samo, jak po-

przez warstwę międzymózgowia aż do kory mózgowej, eksperymentator wyzwala zachowa-
nia coraz bardziej plastyczne, zróżnicowane, będące dowolnym, w pewnym sensie, kompo-
nowaniem prostych poruszeń. Kora mózgowa w stosunku do pnia mózgu jest więc sferą wol-
ności, daje szansę  wykorzystywania  pojedynczych  gestów  dla  forsowania  rozmaitych  ukła-
dów zachowań, zależnie od… właśnie, zależnie od czego? Jaki jeszcze czynnik biologiczny
decyduje o sposobie komponowania różnorodnych, niepowtarzalnych zachowań i reakcji? Na
czym polega istota indywidualizacji i niepowtarzalności? I jaka jest jej rola w ewolucji  ga-
tunków?

Ewolucja  wyposażyła  żywe  organizmy  w  bardzo  precyzyjne  mechanizmy  ochronne.  W

sposobie ich działania przejawia się pewna kompleksowość, pewne zgranie ze środowiskiem,
uwzględniające nie tylko izolowane, doraźne korzyści organizmu, ale również interesy jego
otoczenia.  A  nawet  zmienność  sytuacji,  w  jakie  ten  organizm  może  być  uwikłany.  Mecha-
nizm ochronny zakłada prospektywnie ewentualność zaistnienia takich układów między or-
ganizmem a jego środowiskiem, kiedy przetrwanie zależy nie tylko od jego własnego zacho-

background image

49

wania, lecz i od jakości tego środowiska. Wobec tego dbałość o te elementy otoczenia, które
warunkują  bezpieczeństwo,  musi  również  należeć  do  repertuaru  ewolucyjnie  ukształtowa-
nych mechanizmów obronnych.  Zachowanie ekologicznej  harmonii  środowiska  jest  warun-
kiem  przetrwania  każdego  z  jego  elementów  i  dlatego  taki  mechanizm  ukierunkowany  na
osłanianie elementów własnego otoczenia musiał ukształtować się w procesie ewolucji, gdyż
jest on jednym z podstawowych warunków przetrwania każdej biocenozy.

Może w ludzkiej świadomości mechanizm ten przejawia się w postaci imperatywu moral-

nego, zdolności do współczucia i poświęcenia, w postawie opiekuńczej, we wrażliwości na
cudze zagrożenia, w zwykłej dobroci serca. Altruizm nie byłby więc tylko jakimś świeżym
polorem kultury, czymś nabytym i przypadkowym, ale reakcją, która wyrasta z najgłębszych
pokładów pnia mózgu, z prehistorii życia, jako fragment programu zachowań, wyzwalanych
na  skutek  pobudzenia  obecnością  innych  organizmów.  Byłby  on  w  tym  sensie  rezultatem
odwiecznych doświadczeń plazmy od momentu, gdy jako żywa komórka stała się pierwszym
ogniwem łańcucha ewolucji, aż do chwili gdy przeobraziła się w istotę psychiczną i niektóre
swoje wewnętrzne impulsy i zewnętrzne wrażenia zaczęła sobie uświadamiać jako informa-
cję o sobie samej i o świecie zewnętrznym.

Odruch ukształtowany w celu ochrony całej złożonej sieci współzależności między gatun-

kami i jednostkami, stał się jakby barierą immunologiczną, zabezpieczającą życie przed sa-
mozagładą.  Drugim  ramieniem  ewolucji,  równoważącym  niszczycielską  siłę  tego  ramienia,
którego zadaniem jest ograniczenie nadmiernego rozsadzania się jednych gatunków kosztem
innych i utrzymanie ich korzystnej dla wszystkich proporcji ilościowej.

Odruch ten na poziomie istnienia psychicznego rozpoznawany jest przez ludzką świado-

mość jako sumienie. W tej biologiczno-ewolucyjnej interpretacji sumienie byłoby więc swe-
go rodzaju urządzeniem kontrolnym, zabezpieczającym prawidłowość działania mechanizmu
chroniącego biocenozę, której częścią jest człowiek. Przewidująca funkcja tego mechanizmu
zakłada wrodzoną wiedzę o środowisku ludzkim, znacznie bogatszą i bardziej wszechstronną
niż  ta,  którą  dysponuje  wiedza  naukowa.  Uwzględnia  ona  nie  znane  w  pełni  nauce  formy
uzależnienia  ludzi  od  całego  układu  powiązań  między  wszystkimi  elementami  ziemskiej
ekologii – ludźmi, zwierzętami, roślinami – z których wszystkie mogą  egzystować tylko  w
harmonii z innymi, bo każdy z nich warunkuje bezpieczeństwo i przetrwanie pozostałych.

Czym więc jest w kontekście biologicznej ewolucji dobro i zło?
–  Może  dobro  jest  wyrazem  harmonijnego,  zrównoważonego  działania  obu  ramion  me-

chanizmów  ochronnych  życia  na  Ziemi,  zielonym  sygnałem  na  zegarze  dziejów  świata?  A
zło to siła zrodzona z zachwiania tej równowagi, która stwarza stan zagrożenia dla całej bio-
cenozy naszej planety? A jeżeli już wiadomo, jak liczne i głębokie są związki między czło-
wiekiem i wszechświatem, to nie można wykluczyć również domysłu, że zagrożenie to sięga
nawet i poza granice naszej planety, siejąc jakieś niepojęte spustoszenia w niepojętych ukła-
dach  kosmicznych.  Może  bio-moc  rozpaczy  krzywdzonego  obiega  zakrzywioną  stromiznę
wszechświata i wraca z nieuchronną precyzją, aby porazić krzywdziciela?

Pogwałcenie prawidłowości działania mechanizmu ochronnego niszczy równowagę środo-

wiska  przyrodniczego,  która  jest  warunkiem  bezpiecznego  trwania  i  rozwoju  życia  na  całej
planecie. Może więc ten mechanizm ochronny, jaki wyraża się w naturalnej wrażliwości serca
dobrego człowieka, miał ustrzec gatunek przed złem nieporównanie większym niż domyślają
się tego mistycy i idealiści, chociaż wiąże się on tylko z działaniem praw natury biologicznej.

Jednak takie biologiczno-ewolucyjne interpretowanie dobra i zła w świecie nie tłumaczy i

nie wyczerpuje wszystkich zjawisk moralnych do końca. Istnieje jeszcze inny rodzaj reakcji i
postaw psychicznych, które nie wiadomo  już  jak  można  usytuować  w  teorii  mechanizmów
ochronnych. – Skąd na przykład bierze się protest przeciwko samym ewolucyjnie celowym
mechanizmom selekcji i doboru. Przeciwko ewolucyjnie zaprogramowanej i przez  setki  ty-
sięcy lat trwającej walce kogucich i niekogucich pokoleń, przeciwko ich powtarzającym się

background image

50

w  nieskończoność  obronnym  dreptaniom  wobec  wroga,  pokonywaniu  go  niezliczone  ilości
razy lub przeciw równie niezliczoną ilość razy powtarzającej się klęsce lub ucieczce? Skąd
się bierze ta niezgoda, jaka część mózgu jest miejscem, w którym rodzi się ten buntowniczy
sprzeciw w imieniu wszystkich walczących, zwyciężających i pokonanych kogutów i nieko-
gutów, w imieniu wszystkich pożerających i pożeranych – zgodnie z programem, zawartym
w prastarej części pnia ich mózgu? Czy ta niezgoda to impuls, który jak sztafeta dociera do
mojej  świadomości  razem  z  falą  zrodzoną  w  momencie  Wielkiej  Eksplozji  Światów?  Czy
płynie  równolegle  z  tą  falą,  harmonijnie  z  nią  skomponowany,  aby  teraz  objawić  się  jako
moja bezradna rozpacz? Czy może zrodził się już znacznie później jako rezultat swobodnego
kojarzenia rozproszonych w korze mózgowej, niezaprogramowanych reakcji litości na bodź-
ce cudzego cierpienia? Czy jest wyrazem prawidłowości wielkiego programu Big Bangu, czy
jego nieprzewidzianym zakłóceniem? Czy może aż tyle miłości wyniknąć z działania ramie-
nia ochronnego przyrody, aby zakwestionować całe precyzyjne i chłodne okrucieństwo me-
chanizmu ewolucji życia na Ziemi?

* * *

Mistrz i Małgorzata – wielkie, głębokie przeżycie! Ileż trzeba siły duchowej, talentu i od-

wagi, aby wydobyć się na powierzchnię tego grzęzawiska rzeczywistości zastanej, w której
się tkwi, i spojrzeć na nią z dystansu, i ocenić tak, jak to robił Bułhakow!

Cwaniactwo drobnych spryciarzy, którzy zdobędą się nawet na pisanie poezji, aby tylko

jako członkowie Związku Literatów mogli jadać w dobrej restauracji i wyjeżdżać na luksu-
sowy wypoczynek. Cynizm lekarzy, trzebiących mózgi pod pozorem leczenia psychiatrycz-
nego. Brutalność, prostactwo, bezmyślność „prostego człowieka” – to można ująć jedynie w
konwencji groteski, jeżeli chce się uniknąć okrutnego, budzącego zgrozę opisu.

Na szczęście ta rzeczywistość nie jest jedyną. Równolegle z nią istnieje jeszcze inna, nie-

prawdopodobna, niewiarygodna, ale jednak niewątpliwie realna. Może taka właśnie baśnio-
wo mistyczna, a może jeszcze całkiem odmienna, nieznana i nie rozszyfrowana, ale niezależ-
na od tej narzucającej się, prostackiej i trywialnej.

Podczas czytania historii profesora Wolanda i kota Behemota myśl o innej rzeczywistości

staje  się  dopuszczalna,  uprawdopodobniona.  –  Psychiczne  rozluźnienie,  niejasna  nadzieja,
radosne oczekiwanie, mgliste spodziewanie się nie wiadomo czego. A potem brutalny powrót
do ludzi, do „swoich”, do „bliźnich”. Ich mózgi są nieprzenikliwe! Kondycjonowani do ne-
gowania wszystkiego, co nie jest odorem ich grzęzawiska, agresywni w stosunku do tego, co
inne,  wykraczające  poza  wbite  im  do  głów  szablony  i  formuły,  zniszczą  każdą  odmienność,
zanegują każdą rzeczywistość różną niż ta, do której przywykli i którą nauczono ich akcepto-
wać. Wyjałowieni z wyobraźni, niezdolni do tolerancji, przerażeni i siejący przerażenie, zgnę-
bieni i poniżeni – ukrzyżują jednak każdego, kto zechce ich zbawić. Bez gniewu nawet i bez
specjalnego przekonania, jak w somnambulicznym transie, odruchowo, ze strachu, z głupoty.

I znów znika mgliste spodziewanie się, gaśnie oczekiwanie – nie ma żadnej nadziei.

* * *

Uwielbiam Lema Należy on do nielicznego grona mędrców w tym naszym ogłupiałym podłością

świecie. Uwielbiam jego lekkość w poruszaniu się po karkołomnych ścieżkach spraw kosmicznych i
ziemskich oraz niezrównaną zdolność przekładania spraw ziemskich na język kosmosu.

Eden! – Tragiczna planeta, której nazwa jest urągowiskiem z niedoli jej mieszkańców ska-

zanych na zagładę.  Źródło zniszczenia tkwiło w nich samych i dlatego  nikt  z  zewnątrz  nie

background image

51

mógł im pomóc, nawet potężni i pełni dobrej woli przybysze z kosmosu byli bezradni wobec
ich tragedii.

– „Blisko pięćdziesiąt lat temu został u nich wprowadzony plan  rekonstrukcji biologicz-

nej… Całą niemal ludność planety w ciągu szeregu lat poddano serii zabiegów. Chodziło, jak
się zdaje, o przebudowę nie tyle pokolenia żyjącego, co następnych, przez sterowane mutacje
komórek rozrodczych.

– „Jakie były konsekwencje wprowadzenia tego planu?
– Takie, że na świat zaczęły przychodzić osobniki bezokie, albo ze zmienną liczbą oczu,

niezdolne do życia, spotworniałe, beznose, także znaczna liczba niedorozwiniętych psychicz-
nie.

– „Tak, widocznie teoria, na której się opierali, była fałszywa. W ciągu kilkunastu lat po-

jawiły  się  dziesiątki  tysięcy  mutantów  okaleczonych,  zdeformowanych  –  tragiczne  plony
tego eksperymentu zbierają jeszcze dzisiaj.”

Mutanty  na  Edenie  były  ofiarami  stosowanej  z  premedytacją  techniki  psychospołecznej

dla sterowania grupami w taki sposób, aby same siebie dobrowolnie niszczyły. Sterowaniem
z  zewnątrz  prowokowano  w  grupach  mutantów  takie  procesy,  które  doprowadzały  nie-
uchronnie  do  zwyrodnienia  i  samozagłady.  Dokonywano  tego  metodą  takiego  rozłożenia  i
zaplanowania funkcji członków grupy, „żeby powstała swoista równowaga, wymiana, krąże-
nie gniewu, strachu i nienawiści…”

Aby  doprowadzić  mutanty  edeńskie  do  samounicestwienia,  stosowano  również  metodę

„nadużywania teorii informacji”. – Selekcjonowanie, blokowanie informacji stało się narzę-
dziem tortur znacznie straszliwszym niż wszystkie męczarnie fizyczne.” Żeby zaś udaremnić
opór i sparaliżować ewentualne próby zorganizowanej obrony, określonym zjawiskom i za-
chodzącym między nimi relacjom nadawano niewłaściwe nazwy. Nazwy, które nie uwydat-
niały znaczenia tych zjawisk, ale je maskowały. Np. spotwornienia wywołane mutacją nazy-
wano epidemią jakiejś choroby. I w ten sposób mutanty zostały pozbawione funkcjonalnych
środków porozumiewania się, niezbędnych do nazwania zła, które  ich  miażdży  i  sformuło-
wania dobra, którego im brakowało. A przede wszystkim dla wyrażenia zbiorowego protestu
i zorganizowania skutecznej obrony.

Patrząc  czasem  w  „człekopodobne”  twarze  moich  ludzkich  współplemieńców,  myślę  z

przerażeniem, jak niewiele z tego, czym chełpi się rodzaj ludzki, jest ludzkiego w tych isto-
tach poza ich wyglądem. Są sformalizowani, drapieżni, agresywni, koszmarni. – Może to też
jakaś nieudana mutacja o zdegenerowanych procesach myślowych i zwyrodniałych reakcjach
uczuciowych i moralnych? Czy to jeszcze jest człowiek? Czy spełnia minimum niezbędnych
warunków człowieczeństwa?

Ziemski mutant poddawany w szkołach i uczelniach jednostronnemu treningowi umysło-

wemu,  widzi  świat  w  dychotonicznych  uproszczeniach.  Nie  potrafi  oderwać  się  od  szablo-
nowości przekazywanych mu pouczeń i zaleceń – dlatego jest taki bezduszny  i sformalizo-
wany. Nie umie spojrzeć na raz zakwalifikowaną sprawę z odmiennego punktu widzenia, jest
porażony jednoznacznością podziałów, interpretacji i ocen – obezwładniony schematyzmem.

Nie nauczono go cenić niczego oprócz siły i przewagi, zmuszając jednocześnie do życia w

warunkach nieustannej, wszechogarniającej zależności i podporządkowania się cudzej domi-
nacji.  Podstawowe  nauki  o  obowiązkach  wobec  własnej  grupy  przyswoił  sobie  również  w
przekładzie na język dominacji. Patriotyzm to satysfakcja znajdowana w potędze i znaczeniu
swojego kraju, rozbudowie jego przemysłu, sukcesach wojennych, umacnianiu obronności i
pozycji w świecie. To obowiązek całkowitego podporządkowania się koniecznościom uzna-
nym za cele wspólnoty. Przekładając tę aksjologię na język własnej codzienności, sam szuka
przewagi dostępnymi sobie środkami i w dostępnym zakresie. Jako istota ubezwłasnowolnio-
na, pozbawiona prawa do jakiejkolwiek własnej inicjatywy, nie może zdobywać przewagi w
sposób konstruktywny i twórczy. Ma pełne poczucie swojej bezsilności i niemocy, głębokie

background image

52

wrażenie  niemożności  zrobienia  czegokolwiek  pozytywnego  bez  wyraźnego  zalecenia
zwierzchników, wychowawców czy opiekunów. Każdy gest, czynność, inwencja, wykracza-
jąca poza rytuał zleconych mu do wykonania zadań, jest dla niego równie niemożliwa, jak dla
zegarynki podanie informacji o pogodzie. Argumenty przemawiające za wykonaniem takiego
gestu  i  apelowanie  do  jego  rozsądku  i  dobrej  woli  potraktuje  jako  namawianie  do  święto-
kradztwa  lub  sabotażu.  Potwierdzenia  własnej  tożsamości  i  własnej  wartości  szuka  więc  w
negatywnej manifestacji swojego istnienia i w aktach destrukcyjnych. Bo destrukcja jest mu
dostępna.  –  „Zabraniam,  więc  jestem,  odmawiam,  więc  jestem,  pozbawiam,  więc  jestem,
psuję  i  niszczę,  więc  jestem!”  W  praktyce  swoje  dobre  mniemanie  o  sobie  opiera  na  tym,
żeby nie czynić tego, do czego jest formalnie zobowiązany. Tzn. nie zdecydować, nie sprze-
dać, nie załatwić, nie wyleczyć, nie nauczyć, nie zreperować, nie poinformować. Albo cho-
ciaż uprawiać w tym zakresie działalność pozorną, tzn. zdecydować nietrafnie, wykonać wa-
dliwie, poinformować fałszywie, nauczyć niedokładnie itd. Pozostawia sprawy otwarte, nie-
dopełnione,  nie  wykonane,  nie  załatwione  i  na  tym  buduje  poczucie  własnej  godności  i
umacnia swój prestiż w środowisku.

Mutant jest ślepy na inne wartości oprócz dominacji. Cudzej i własnej. Ale ponieważ jego

pole manewru ogranicza się do działań negatywnych i destrukcyjnych, wykorzystuje  je  dla
uzyskania  choćby  minimum  dobrego  mniemania  o  sobie.  Potwierdzenia  swojej  społecznej
pozycji szuka więc w arogancji, złośliwości ograniczeniu, poniżaniu, przemocy i napastliwo-
ści. Satysfakcjonuje go każda okazja do stosowania pretekstów represyjnych. „Nie” to rów-
nież forma represji – najłatwiejsza bo pasywna. Odmowa, negacja, zaniechanie, to sposoby
zdobywania psychicznej przewagi nad każdym, kto pyta lub prosi. „Nie” mówi ten, kto chce
pozbawić, bo nie stać go na to, aby obdarzyć, mówiąc „tak”. Wyrażenie zgody jest przecież
pewną formą świadczenia, dawania, pomagania.  Ale, żeby czymkolwiek obdarzyć, mówiąc
„tak”, trzeba mieć dobrą wolę, życzliwość, rozwagę, pomysłowość, inteligencję. I to poczu-
cie bogactwa i nadmiaru, jakie może płynąć tylko ze świadomego akceptowania swojej ludz-
kiej, duchowej wartości. To sakramentalne, niedorzeczne „nie” jest manifestacją rezygnacji z
własnego  człowieczeństwa,  atrapą  osobowości,  demonstracją  humanistycznej  pustki.  I  wła-
śnie po tym represyjnym „nie” można ich rozpoznać jak drzewo po owocach.

Degradacja  człowieka  do  poziomu  mutanta  polega  m.in.  na  tym,  że  zatraca  on  świado-

mość posiadania tego dostojnego, ludzkiego przywileju, jakim jest możność odróżnienia do-
bra od zła i prawo wyboru w każdej, najbardziej nawet perfidnie zaprogramowanej sytuacji.
Wymowny  gest  poddania  się  bohatera  filmu  Krzysztofa  Zanussiego  „Struktura  kryształu”
dociera jak dziwny znak z obcego i niepojętego świata. Jest nie do zrozumienia. – Dlaczego
staje odwrócony twarzą do ściany z podniesionymi rękami, w pozie czekającego na rozstrze-
lanie, jeżeli sam mógłby zająć miejsce w plutonie egzekucyjnym?

Działanie  mechanizmu  „krążenia  gniewu,  strachu  i  nienawiści”  angażuje  ich  w  pozorne

konflikty, niosące jednak w konsekwencji realne, śmiertelne niebezpieczeństwo dla wszyst-
kich, którzy dadzą się w nie wciągnąć. Ale nawet już wciągnięci w konflikt pozostają prze-
ciwnikami pozornymi – uwikłani w różnych oczkach tej samej sieci. Nie mniej jednak w ta-
kich starciach, bez względu na ich doraźny wynik, wszyscy antagoniści  grzęzną w tym sa-
mym bagnie poniżenia i nieszczęścia.

Mutant  ubierany  w  przerastające  go  niepomiernie  role  społeczne,  jak  karzeł  w  zbyt  ob-

szerne ubranie, staje się postacią nie tylko groteskową, ale i głęboko upośledzoną. Najwięk-
sze zło tej maskarady polega bowiem na tym, że traci on w ten sposób szansę wydobycia się
ze stanu mutanta, a narzucając swój format ludziom od niego zależnym, ogranicza również i
szansę  innych  w  tym  zakresie.  Zwiedziony  ofiarowaną  mu  darmo  zewnętrzną  świetnością
jego roli, nie czuje już potrzeby podejmowania wysiłków w kierunku autentycznego rozwoju
umysłowego i moralnego – podnoszenia poziomu swego człowieczeństwa. Otumaniony oka-
zanym mu na kredyt zaufaniem, utwierdza się w dobrym, choć bezpodstawnym, mniemaniu

background image

53

o  sobie  i  kostnieje  na  najniższym  poziomie  bycia  człowiekiem.  W  nieuniknionych  jednak
konfrontacjach z autentycznymi wartościami duchowymi ma poczucie niższości, nieokreślo-
nego braku, co prowokuje niekonkretną pretensję. Jeżeli ta postawa nie doprowadza do wy-
zwolenia w nim procesów autokreacji, ujawnia się tylko w pogłębionej represyjności w sto-
sunku do otoczenia.

Torturą ziemskiego mutanta jest niemożność akceptowania siebie. Jest on systematycznie

izolowany od źródeł takich informacji, uwarunkowań, bodźców i wartości, które umożliwiły-
by mu podnoszenie stopnia samowiedzy. I takich, które by ujawniały jego potencjał rozwo-
jowy, wyzwalały procesy stawania się, wynoszące na humanistyczną płaszczyznę egzysten-
cji, otwierające drogę do niezbędnej ludzkiej formie życia – autoafirmacji. Własną bezreflek-
syjną niezgodę na siebie samego i na świat bardzo trudno jest znosić dzień po dniu, podobnie
jak  cudzą  złość,  wynikającą  z  tej  samej  niezgody.  Dlatego  spotwornienia  osobowości  mu-
tanta skazują go na najdotkliwsze, żałosne niedole. Czynią go nie tylko najbardziej odrażają-
cą, lecz i najtragiczniejszą z bestii ludzkich.

Czy ziemskie mutanty muszą ulec mechanizmom „krążenia gniewu, strachu i nienawiści”?

Czy muszą wreszcie same siebie zniszczyć i unicestwić? Czy ich  rozpaczliwa  sytuacja  jest
bez wyjścia? Czy znajdą sposób ujawnienia swego zgwałconego człowieczeństwa? Czy na-
prawdę dopiero jacyś przybysze z innych planet potrafiliby zrozumieć, na czym polega perfi-
dia ziemskiej tyranii i najgłębszy sens naszej bezradności?

* * *

Ervin Laszlo 

Systemowy obraz świata. – „Systemy naturalne autokreują się w odpowiedzi

na wyzwanie otoczenia. Autokreacja, o którą tu chodzi, nie jest tajemną jakością wrodzoną
istotom obdarzonym „duchem” czy „duszą”. Jest odpowiedzią na zmianę warunków, której
nie da się zrekompensować przez przystosowanie do istniejącej struktury. W tym skromniej-
szym sensie autokreacja stanowi warunek wstępny ewolucji”.

Blokowanie  kanałów  wychowania  i  informacji,  niezbędnych  dla  rozwoju  osobowości

ludzkiej, to nie tylko kameralna oprawa pewnych środowisk, społeczności, narodów. Jeżeli
bowiem ten system, jakim jest każda ludzka wspólnota, uczestniczy w hierarchii obejmują-
cych ją systemów nadrzędnych, to jej procesy wewnętrzne nie są wyizolowane, hermetyczne,
lecz  mają  również  znaczenie  dla  wszystkich  pozostałych  układów  i  systemów  –  równole-
głych i nadrzędnych. Zahamowanie lub pogwałcenie prawidłowości rozwojowych w jednym
układzie, powoduje nieuniknione zakłócenia w szerszej skali struktur.

Impuls dokonania korekty zaistniałych nieprawidłowości musi jednak wyjść z wewnątrz,

spośród ludzi, będących uczestnikami tych wadliwie funkcjonujących środowisk. – I ten im-
puls  istnieje,  narasta  z  każdą  chwilą,  przejawia  się  coraz  wyraźniej  w  ogromnej  potrzebie
znajdowania odpowiednich bodźców do autokreacji: klimatu kulturalnego, informacji, lektur.
Wyraża się w gorączkowym niekiedy i zachłannym zainteresowaniu takimi sprawami i pro-
blemami, dzięki którym uzyskuje się poczucie dystansu do samego siebie, do życia, do świa-
ta,  do  innych  ludzi.  Dystansu  potrzebnego  do  wydobycia  swego  myślenia  z  zakresu  spraw
najbardziej  elementarnego  bytowania,  z  „centrum  żeru  i  trosk  kapuścianych”  do  tego,  aby
wymanewrować się z tłumu zachłannych, agresywnych, zacietrzewionych.

Taką psychiczną perspektywę można uzyskać przyglądając się np.  dziejom ludzkości od

najdawniejszych czasów, obserwując odmienność różnych kultur oraz sposobów widzenia i
interpretowania  świata.  Zmianę  skali  proporcji  i  ważności  spraw,  z  którymi  się  stykamy,
umożliwia również zwrócenie uwagi na fakt istnienia kosmosu i na jego zagadkową struktu-
rę. Wszystko to pozwala rozpoznać siebie samego jeszcze raz, na nowo, w innym wymiarze
istnienia,  jako  kroplę  w  oceanie  wszechświata.  Przejąć  się  jego  ogromem  i  niepojętością  i
dopiero z tej pozycji psychicznej, bez zacietrzewienia, z pełnym poczuciem wspólnoty losu z

background image

54

innymi  pielgrzymami  na  drogach  życia,  przystępować  do  rozwiązywania  spraw  własnych  i
swojego środowiska.

Impuls  autokreacji  wyraża  się  również  w  naglącej  potrzebie  wglądu  we  własną  osobo-

wość, szukania dróg duchowego wzrostu i dalszych perspektyw indywidualnego rozwoju. W
poszukiwaniu środków wyzwalających takie procesy psychiczne, które otwierałyby dostęp do
coraz wyższych poziomów człowieczeństwa.

Autokreacja, mimo że jest jedyną prawidłową i niezbędną odpowiedzią na wyzwanie oto-

czenia,  napotyka  w  obecnej  sytuacji  wiele  przeszkód  –  obiektywnych  i  subiektywnych.
Wśród  tych  subiektywnych  istotne  znaczenie  ma,  dokonująca  się  równolegle,  negatywna
mutacja  osobowości,  będąca  nieadekwatną,  kaleką  formą  przystosowania  do  okaleczonego
środowiska. Prowadzi to do dalszych regresywnych zjawisk zarówno w osobowości jak i w
środowisku.  Poważną  przyczyną  obiektywną  jest  blokowanie  kanałów  informacji  i  wycho-
wania.  –  Niezależnie  jednak  od  tych  przeszkód,  w  sferze  duchowej  przebiegają  znaczące,
głębokie procesy kreacyjne. Zachodzi stopniowo zmiana ważności  i proporcji spraw, z któ-
rymi się stykamy, a nieuchwytność i pozorna niekonkretność tych przemian nie wpływa na
obniżenie ich rangi jako dokonań pilnych, niezbędnych, doniosłych.

* * *

Jak żyć? – Idąc śladem własnego stawania się! – W tej niepojętej dżungli świata, w której

przyszło nam wędrować, jest to jedyny zrozumiały i wyraźny ślad. Podążających tym śladem
może  wzbogacić  wszystko  –  los  najszczęśliwszy  i  dola  najbardziej  tragiczna,  osiągnięcia  i
klęski, zdobycie i utrata, miłość i odraza, poczucie rozumienia i napięcia niewiedzy, litość i
rozpacz, szczęście i zachwyt. Tylko wtedy, gdy ulegamy psychicznej bierności, tracimy ślad.
Ślad gubi się również i wtedy, gdy opieramy się bezwolnie o cudzy autorytet W procesie du-
chowego dojrzewania pełne zdanie się na cudze opinie i cudzą wolę odgrywa taką rolę, jak
posługiwanie się  aparatem ortopedycznym – ułatwia doraźnie poruszanie się, ale powoduje
jednocześnie  osłabienie  i  zwiotczenie  własnych  sił  duchowych.  Dojrzałość  uległych,  naśla-
dujących i posłusznych jest tylko pozorna, bo rzeczywisty proces autokreacji dokonuje się na
manowcach i bezdrożach samotnych poszukiwań.

Te  wyboiste  drogi  niedoli,  błędów,  załamań  są  właśnie  drogami  dojrzewania  i  rozwoju,

dokonującego się nieprzerwanie, choć często w sposób nie od razu dostrzegalny. Osiągnięte
wtedy bogactwo nie zawsze musi być zobiektywizowane ani uchwytne, ani wymierne. Bywa
ulotne,  bez  kształtu  i  bez  nazwy,  unosi  się  ponad  konwencjonalnymi  formami  sukcesów  i
pomyślności, tak samo jak nad klęską i niepowodzeniem. Ale nawet w dotkliwej udręce nie-
spełnienia czujemy się obdarzeni najszczodrzej – królewskim przepychem bycia sobą. Świa-
domość  bycia  sobą,  dostrzeganie  perspektyw  dalszego  duchowego  wzrostu  i  dokonującego
się procesu własnego stawania, daje poczucie tak wielkiego bogactwa, nasycenia i spełnienia,
że nie chce się już wtedy nikomu niczego odbierać. Pragnie się tylko dawać, udzielać innym
z własnego nadmiaru, obdarowywać, pomagać, ratować, uszczęśliwiać.

Żaden  stopień  dominacji  i  przewagi,  wynikających  z  przemocy  i  ograniczania  oraz  po-

zbawiania  innych,  nie  zrekompensuje  nigdy  tego  poczucia  poniżenia  i  zubożenia,  jakie  są
następstwem utraty siebie. – Nie stracić z oczu perspektyw swojego wzrastania, nie zmylić
rytmu własnego rozwoju, nie zgubić śladu stawania się!

– Reszta będzie nam przydana.


Document Outline