background image

  

 

 

 

J.G. Ballad - Ostatnia Plaża  

 

    

W

 nocy, leżąc na podłodze zrujnowanego bunkra, Traven 

słyszał fale rozbijające się o brzeg laguny, jak szum 
olbrzymich samolotów rozgrzewających się na końcach pasów 
startowych. To wspomnienie wielkich nocnych nalotów na 
Japonię wypełniało jego pierwsze miesiące na wyspie 
obrazami płonących bombowców spadających w powietrzu 
obok niego. Później, po atakach beri-beri, zmory minęły i fale 
zaczęły mu przypominać atlantycki przybój na plaży w 
bakarze, gdzie się urodził, i wieczory, kiedy wyglądał przez 
okno oczekując rodziców wracających do domu z lotniska. 
Przytłoczony tym dawno zapomnianym wspomnieniem, 
obudził się półprzytomny na posłaniu ze starych czasopism i 
poszedł na wydmy otaczające lagunę.  

    W chłodnym nocnym powietrzu widział opuszczoną 
superfortecę leżącą wśród palm o trzysta jardów od granicy 
awaryjnego lotniska. Szedł po ciemnym piasku nie pamiętając 
już, w której stronie jest brzeg, mimo że atol miał niewiele 
ponad pół mili średnicy. Ponad nim, wzdłuż grzbietów wydm, 
wysokie palmy pochylały się w mroku, jak znaki tajnego 
alfabetu. Cały krajobraz wyspy pokrywały dziwne symbole.  

    Zrezygnowawszy z próby znalezienia plaży, Traven natknął 
się na koleiny wyżłobione przed laty przez ciężki pojazd 
gąsienicowy. Żar wytworzony podczas próbnych wybuchów 
stopił piasek i podwójna linia skamieniałych śladów, 
odsłoniętych przez wieczorny powiew, wiła się wężowo 

 

background image

między wądołami, jak odciski łap pradawnego jaszczura.  

    Zbyt słaby, żeby iść dalej, Traven usiadł między koleinami. 
W nadziei, że mogą zaprowadzić go na plażę, zaczął 
odkopywać klinokształtne rowki po gąsienicach spod piasku, 
pod którym w pewnym miejscu znikły. Wrócił do swojego 
bunkra tuż przed świtem i spał w upalnej ciszy do południa.  

  

 

  

 

 

 

 

   

Bloki. 

 

    Jak zwykle w te denerwujące popołudnia, kiedy nawet 
najlżejszy powiew morskiej bryzy nie wzbijał pyłu, Traven 
siedział w cieniu jednego z bloków, zagubiony gdzieś w 
środku labiryntu. Oparty plecami o szorstką betonową ścianę, 
wpatrywał się apatycznie w sąsiednie alejki i rząd drzwi 
naprzeciwko. Każdego popołudnia wychodził ze swojej celi w 
opuszczonym bunkrze obserwacyjnym na wydmach i szedł 
między bloki. Przez pierwsze pół godziny ograniczał się do 
alejki obwodowej, od czasu do czasu próbując otworzyć 
któreś drzwi zardzewiałym kluczem znalezionym wśród 
potłuczonych butelek i blaszanych puszek na przesmyku 
piasku oddzielającym poligon od lotniska, a potem w sposób 
nieunikniony niepewnym krokiem zmierzał do centrum 
bloków, wbiegając i wybiegając z korytarzy, jakby chciał 
wypłoszyć z kryjówki jakiegoś niewidzialnego wroga. 
Wkrótce zgubił się zupełnie. Wszelkie próby powrotu na 
alejkę obwodową kończyły się nieuchronnie powrotem do 
centrum.  

    W końcu rezygnował i siadał w pyle, przyglądając się 
cieniom wypełzającym ze szczelin u podstawy bloków. Nie 
wiadomo dlaczego zawsze robił tak, żeby wpaść w pułapkę, 

 

background image

kiedy słońce stoi w zenicie: termonuklearne południe na 
Eniwetok.  

    Intrygowało go zwłaszcza jedno pytanie: "Jaki rodzaj ludzi 
zamieszka w tym minimalnym betonowym mieście?"  

  

 

  

 

 

 

 

   

Syntetyczny krajobraz. 

 

    "Ta wyspa to stan umysłu" miał później powiedzieć do 
Travena Osborne jeden z uczonych pracujących w dawnych 
przystaniach dla łodzi podwodnych. Prawdziwość tego 
stwierdzenia stała się dla Travena oczywista po dwóch czy 
trzech tygodniach od jego przyjazdu. Poza piaskiem i kilkoma 
anemicznymi palmami cały krajobraz wyspy był syntetyczny: 
dzieło człowieka nasuwające skojarzenia z rozległym 
systemem zrujnowanych betonowych autostrad. Od czasu 
moratorium na próby z bronią jądrową wyspa została 
zrujnowana przez Komisję Energii Atomowej, ale dżungla 
bunkrów, rowów, wież i schronów wykluczała jej powrót do 
stanu naturalnego (Traven przyznawał też istnienie 
silniejszych motywów podświadomych: jeżeli człowiek 
prymitywny czuł potrzebę asymilacji zjawisk świata 
zewnętrznego do swojej psychiki, to człowiek dwudziestego 
wieku odwrócił ten proces; zgodnie z kartezjańską miarką 
wyspa istniała jak rzadko które inne miejsce).  

    Jednak poza kilkoma pracownikami naukowymi nikt nie 
miał ochoty odwiedzać dawnego poligonu i okręt patrolowy 
marynarki wojennej stojący na kotwicy w lagunie został 
wycofany na trzy lata przed przybyciem Travena. Obraz ruiny, 
jaki przedstawiała wyspa, i skojarzenia z okresem zimnej 
wojny (to co Traven ochrzcił "przed trzecią") działały 

 

background image

przygnębiająco: Auschwitz duszy, którego mauzolea 
zawierały masowe groby jeszcze nie zamordowanych. Po 
rosyjsko-amerykańskim odprężeniu ten upiorny rozdział 
historii został skwapliwie zapomniany.  

  

 

  

 

 

 

 

   

Przed trzecią.

  

    Faktyczna i potencjalna siła destrukcyjna bomb atomowych 
to woda na młyn podświadomości. Najbardziej nawet 
pobieżne badanie marzeń sennych i fantazji psychopatów 
wykazuje, że pomysły zniszczenia świata drzemią w ludzkiej 
podświadomości... Nagasaki zniszczone za pomocą magii 
nauki to jak dotychczas najpełniejsza realizacja marzeń, które 
nawet w bezpiecznej sferze snu przybierają zwykle formy 
budzących grozę zmór.  

 

  

 

  

 

 

 

 

   

Glover: Wojna, sadyzm, pacyfizm.

  

    Przed trzecią: okres ten charakteryzował się w myślach 
Travena przede wszystkim swoją moralną i psychologiczną 
przewrotnością, poczuciem historii, a zwłaszcza najbliższej 
przyszłości; dwa dziesięciolecia 1945-1965, zawieszone na 
drżącym skraju wulkanu trzeciej wojny światowej. Nawet 
śmierć jego żony i sześcioletniego syna w wypadku 
samochodowym stała się dla niego tylko częścią tej 
olbrzymiej syntezy historycznej i psychologicznej pustyni - 
gorączkowe autostrady, na których każdego ranka ginęli 
ludzie, drogi dojazdowe do ogólnoświatowej zagłady.  

 

  

 

  

 

background image

 

 

 

   

Trzecia plaża.

  

    Wyszedł na brzeg o północy, po ryzykownych 
poszukiwaniach przejścia w rafach. Mała motorówka, 
wynajęta od australijskiego poławiacza pereł na Wyspie 
Charlotty, utknęła na mieliźnie z dnem rozprutym ostrymi 
koralami Wyczerpany, Traven poszedł w ciemnościach przez 
wydmy w stronę, gdzie za palmami majaczyły niejasne zarysy 
bunkrów i betonowych wież.  

    Ocknął się następnego ranka w pełnym słońcu, leżąc na 
pochyłości szerokiego betonowego obrzeża pustego basenu o 
średnicy około dwustu stóp, który stanowił część systemu 
sztucznych stawów zbudowanych pośrodku atolu. Kratki 
odpływowe zatkały się liśćmi i piaskiem i miał przed sobą 
sadzawkę ciepłej wody o głębokości dwóch stóp, odbijającą 
odległą linię palm.  

    Traven usiadł i ocenił sytuację. Ten krótki remanent, który 
po prostu potwierdził jego tożsamość, ograniczył się głównie 
do jego wychudzonego ciała i postrzępionego bawełnianego 
ubrania. Jednak na tle otoczenia nawet ten zbiór łachmanów 
zdawał się promieniować niezwykłą witalnością. Pustkę i 
beznadziejność oraz brak jakiejkolwiek miejscowej fauny 
podkreślały jeszcze olbrzymie rzeźbiarskie formy betonowych 
basenów. Oddzielone od siebie wąskimi przesmykami stawy 
ciągnęły się daleko wzdłuż krzywizny atolu. Po obu ich 
stronach, czasami ocienione kilkoma palmami, które znalazły 
niepewne zaczepienie w pękniętym betonie, ciągnęły się 
drogi, stały wieże dla kamer filmowych i pojedyncze bunkry 
tworząc razem nieprzerwaną betonową pokrywę wyspy, 
funkcjonalną, megalityczną architekturę, równie szarą, 

 

background image

złowrogą i na pozór równie starą (bo jakby przeniesioną w 
przyszłość i z powrotem) jak asyryjska czy babilońska.  

    Serie próbnych wybuchów stopiły piasek w 
pseudogeologiczne warstwy, krótkie, mierzone 
mikrosekundami epoki termonuklearnego czasu. Ta wyspa 
odwróciła geologiczną maksymę mówiącą, że "klucz do 
przeszłości znajduje się w teraźniejszości". Tutaj klucz do 
teraźniejszości leżał w przyszłości. Ta wyspa była 
skamieniałością czasu przyszłego, a jej bunkry i wieże 
potwierdzały zasadę, że skamieniały zapis życia składa się z 
pancerzy i szkieletów zewnętrznych.  

    Traven ukląkł w ciepłej sadzawce, spryskał koszulę i 
spodnie. Woda odbijała rozmazany obraz jego chudych 
ramion i zarośniętej twarzy. Przybył na wyspę bez zapasów 
oprócz małej tabliczki czekolady, założywszy, że wyspa w 
jakiś sposób zapewni mu środki do życia. Możliwe również, 
że utożsamiał potrzebę jedzenia z postępowym ruchem czasu i 
sądził, że wraz z powrotem w przeszłość, lub w każdym razie 
do strefy zatrzymanego czasu, ta potrzeba zostanie 
wyeliminowana. Trudy sześciomiesięcznej podróży przez 
Pacyfik upodobniły i tak chudego Travena do istnego 
głodomora, którego utrzymywało na nogach chyba tylko 
zdeterminowane spojrzenie. Jednak to wychudzenie, 
pozbawiając go zbędnego ciała, ujawniło skrytą żylastość oraz 
ekonomię i zdecydowanie ruchów.  

    Przez kilka godzin Traven wędrował od bunkra do bunkra 
szukając miejsca do spania. Przeszedł przez pozostałości 
małego lotniska, przylegającego do zwałki, gdzie z tuzin 
bombowców B-29 leżało na stopie, jak zdechłe pterodaktyle.  

  

 

  

 

  

 

background image

 

   

Ciała. 

 

    Trafił na małą uliczkę metalowych baraków mieszczących 
stołówkę, świetlicę i natryski. Z piasku za stołówką sterczała 
popsuta szafa grająca z pełnym wyborem płyt.  

    O jakieś pięćdziesiąt jardów dalej w betonowym basenie za 
barakami leżały ciała, jak początkowo pomyślał, dawnych 
mieszkańców tego wymarłego miasteczka: kilkanaście 
plastykowych manekinów naturalnej wielkości. Z kłębowiska 
rąk, nóg i torsów spoglądały na niego ich nadtopione twarze 
zastygłe w niejasne grymasy.  

    Z obu stron dobiegały go stłumione przez wydmy odgłosy 
przyboju, długich fal rozbijających się na rafach od strony 
oceanu i na plażach w lagunie. On jednak unikał morza, 
cofając się przed wejściem na pagórek lub wydmę, które 
mogły otworzyć na nie widok. Co krok wieże obserwacyjne 
oferowały mu dogodne spojrzenie z góry na pokrętną 
topografię wyspy, ale on unikał rdzewiejących drabin.  

    Traven wkrótce odkrył, że mimo pozornego bezładu 
rozmieszczenia wież i bunkrów ich wspólne ognisko 
dominowało nad krajobrazem, nadając mu szczególną 
perspektywę. Kiedy przysiadł, żeby odpocząć przy otworze 
jednego z bunkrów, zauważył, że wszystkie stanowiska 
obserwacyjne były usytuowane w koncentrycznych kręgach 
zacieśniających łuki wokół wewnętrznego sanktuarium. Ten 
ostatni krąg, schodzący poniżej poziomu gruntu, pozostawał 
ukryty za linią wydm o ćwierć mili dalej na zachód.  

  

 

  

 

 

 

 

 

background image

   

Ostatni bunkier. 

 

    Po kilku nocach spędzonych pod gołym niebem Traven 
wrócił na betonową plażę, na której ocknął się pierwszego 
ranka i urządził sobie dom, jeżeli można tym słowem określić 
wilgotną, zrujnowaną norę w bunkrze obserwacyjnym 
odległym o pięćdziesiąt jardów od stawów służących za cel. 
To mroczne pomieszczenie między grubymi pochyłymi 
ścianami, choć mogło przypominać grobowiec, dawało mu 
jednak poczucie fizycznego bezpieczeństwa. Na zewnątrz 
piasek gromadził się pod ścianami, na wpół zasypując wąskie 
drzwi, jakby krystalizując bezmiar czasu, który upłynął od 
chwili zbudowania bunkra. Wąskie prostokąty pięciu otworów 
dla kamer, o kształtach i miejscach wyznaczonych przez 
instrumenty, zdobiły zachodnią ścianę jak znaki runiczne. 
Warianty tych samych znaków zdobiły ściany innych 
bunkrów, stanowiąc szczególny symbol wyspy. Każdego 
ranka, kiedy Traven nie spał, widział słońce podzielone na 
pięć świetlnych emblematów.  

    Przez większość dnia izbę wypełniał jedynie wilgotny, 
ponury półmrok. W wieży kontrolnej na lotnisku Traven 
znalazł kolekcję starych czasopism i zrobił sobie z nich 
legowisko. Pewnego dnia, leżąc w bunkrze po pierwszym 
ataku beri-beri, wyciągnął ugniatające go czasopismo i znalazł 
w nim całostronicowe zdjęcie sześcioletniej dziewczynki. 
Widok jasnowłosego dziecka ze skupionym wyrazem twarzy i 
zamyślonymi oczami przepełnił go tysiącem bolesnych 
wspomnień o synku. Przypiął zdjęcie do ściany i wpatrywał 
się w nie marząc i majacząc.  

    Przez kilka pierwszych tygodni prawie nie opuszczał 
bunkra rezygnując z dalszego zwiedzania wyspy. 
Symboliczna podróż po jej wewnętrznych kręgach ustaliła 

background image

swoje własne czasy przyjazdów i odjazdów. Nie wypracował 
sobie żadnego rozkładu zajęć. Wkrótce zanikło wszelkie 
poczucie czasu i jego życie zostało sprowadzone do czystej 
egzystencji, poszczególne momenty oddzielały od siebie 
absolutne przerwy, jak przy zjawiskach kwantowych. Zbyt 
słaby, żeby robić dalsze wyprawy po. żywność, korzystał ze 
starych racji znalezionych w rozbitych superfortecach. Nie 
miał żadnych przyborów i samo otwieranie konserw 
zajmowało mu cały dzień. Jego stan fizyczny pogarszał się, 
ale on z obojętnością obserwował swoje coraz cieńsze ręce i 
nogi.  

    Zdążył już zapomnieć o istnieniu morza i niejasno 
wyobrażał sobie, że atol jest częścią kontynentu. O sto jardów 
na północ i na południe od bunkra linia wydm zwieńczonych 
enigmatycznymi palmami zasłaniała lagunę i ocean, a 
stłumiony łoskot fal w nocy zlewał się z jego wspomnieniami 
dzieciństwa i wojny. Od wschodu miał zapasowe lotnisko i 
opuszczony samolot. Ich przesuwające się w popołudniowym 
świetle prostokątne cienie nadawały im pozory ruchu. Na 
wprost wejścia do bunkra, gdzie przesiadywał, miał system 
służących za cel płytkich basenów ciągnących się wzdłuż 
atolu.  

    Nad jego głową pięć otworów dominowało nad tą sceną, jak 
opiekuńcze symbole z przyszłościowego mitu.  

  

 

  

 

 

 

 

   

Jeziora i upiory.

  

    Jeziora zbudowano, żeby badać zmiany radiologiczne u 
wybranych gatunków fauny, lecz okazy dawno już 
przekształciły się w groteskowe parodie samych siebie i 

 

background image

zostały zniszczone.  

    Czasem, kiedy wieczór rzucał grobowe światło na 
betonowe bunkry i groble, a baseny wyglądały jak ozdobne 
sadzawki, w mieście mauzoleów opuszczonych nawet przez 
zmarłych widywał na przeciwległym brzegu zjawy swojej 
żony i synka. Ich samotne postacie zdawały się obserwować 
go całymi godzinami i chociaż się nie poruszały, Traven był 
pewien, że go wzywają. Wyrwany w ten sposób ze swoich 
majaczeń szedł zataczając się przez ciemny piasek do skraju 
jeziorka, a potem przez wodę, wołając bezgłośnie do dwóch 
widm, które trzymając się za ręce oddalały się wśród jeziorek 
i znikały za groblami.  

    Drżąc z zimna wracał do bunkra i opadał na posłanie ze 
starych czasopism, żeby czekać na ich powrót. Obrazy ich 
twarzy z bladą latarnią policzków żony płynęły po rzece jego 
wspomnień.  

  

 

  

 

 

 

 

   

Bloki (2). 

 

    Od chwili kiedy Traven odkrył bloki, uświadomił sobie, że 
nigdy już nie opuści wyspy.  

    W tym czasie, w jakieś dwa miesiące od przyjazdu, 
wyczerpał mu się niewielki zapas żywności i nasiliły się 
objawy beri-beri: drętwota dłoni i stóp oraz stopniowa utrata 
sił. Jedynie świadomość, że wewnętrzne sanktuarium wyspy 
pozostaje wciąż nie zbadane, zmusiła go, żeby z największym 
wysiłkiem zwlókł się ze swojego posłania z gazet i wyszedł z 
bunkra.  

    Kiedy tego wieczoru siedział na pagórku z piasku 

 

background image

nawianego przy wejściu, zauważył światło błyskające daleko 
za palmami po drugiej stronie atolu. Skojarzywszy je z 
obrazem żony i synka, wyobraził sobie, że czekają tam na 
niego przy jakimś ciepłym ognisku między wydmami, i 
poszedł w tamtą stronę. Po niecałych stu jardach stracił 
poczucie kierunku i przez kilka godzin błąkał się po obrzeżach 
pasa startowego, z tym tylko skutkiem, że skaleczył sobie 
nogę o stłuczoną butelkę po coca-coli.  

    Zrezygnowawszy z dalszych poszukiwań w nocy, wyruszył 
ponownie rano. Szedł wśród wież i bunkrów, a upał 
przykrywał wyspę jak szczelna kapa. Wszedł w strefę 
pozbawioną czasu. Jedynie coraz ciaśniejsze kręgi były 
ostrzeżeniem, że zbliża się do epicentrum wybuchów.  

    Wdrapał się na wzniesienie znaczące najdalszy punkt w 
jego dotychczasowych wyprawach po wyspie. Na leżącej 
poniżej równinie wieże obserwacyjne wznosiły się jak 
obeliski. Traven poszedł w ich stronę. Na szarych ścianach 
widniały słabe zarysy postaci ludzkich w stylizowanych 
pozach: cienie mieszkańców wypalone w betonie. Tu i ówdzie 
betonowy fartuch popękał i w nieruchomym powietrzu wisiała 
grupa palm. Baseny były tu mniejsze, wypełnione 
porozbijanymi ciałami plastykowych manekinów. Większość 
z nich leżała w skromnych codziennych pozach, w jakich je 
ułożono przed 'próbami.  

    Za najdalszym łańcuchem wydm, gdzie wieże 
obserwacyjne zaczynały się odwracać w jego stronę, stało coś, 
co wyglądało jak stado słoni o kwadratowych grzbietach. Były 
ustawione równymi szeregami w zagłębieniu tworzącym 
płytką zagrodę i słońce odbijało się od ich zadów.  

    Traven zbliżył się do nich utykając na skaleczoną nogę. Z 
obu jego stron osypujący się piasek podciął wydmy i kilka 

background image

bunkrów przechyliło się na bok. Ta równina bunkrów ciągnęła 
się przez jakieś ćwierć mili, na wpół zasypane cielska 
odsłonięte wstrząsem jakiejś wcześniejszej próby były jak 
opustoszałe łona, które wydały na świat to stado megalitów.  

  

 

  

 

 

 

 

   

Bloki (3).

  

    Aby choć w części zdać sobie sprawę z ogromnej ilości i 
przytłaczających rozmiarów bloków oraz ich oddziaływania 
na Travena, należałoby wyobrazić sobie, że siedzi się w cieniu 
jednego z tych betonowych potworów albo spaceruje 
wewnątrz tego olbrzymiego labiryntu, zajmującego centralną 
część wyspy. Było ich dwa tysiące, idealne sześciany o 
wysokości piętnastu stóp ustawione w dziesięciojardowych 
odstępach. Bloki były rozmieszczone w seriach rzędów po 
dwieście, pochylonych względem siebie i kierunku wybuchu. 
Niewiele się zestarzały, od czasu kiedy je zbudowano, a ich 
ostre profile wyglądały jak krawędzie tnące gigantycznej 
matrycy do wycinania w powietrzu prostokątnych form 
wielkości domu. Trzy boki miały gładkie, ale w czwartym, 
odwróconym od wybuchu, mieściły się wąskie drzwi.  

    Ta cecha bloków szczególnie niepokoiła Travena. Mimo 
znacznej ilości drzwi przez jakąś sztuczkę perspektywy z 
każdego punktu w labiryncie widziało się tylko drzwi w 
jednym rzędzie bloków. Kiedy Traven szedł od obwodu do 
centrum kompleksu, kolejne szeregi małych metalowych 
drzwi pojawiały się i znikały.  

    Około dwudziestu bloków, tych najbliższych punktu 
zerowego, było pełnych, pozostałe miały ściany różnej 
grubości. Z zewnątrz wszystkie wyglądały jednakowo 

 

background image

masywnie.  

    Wkraczając w pierwszą z długich alejek Traven poczuł, że 
uczucie wyczerpania dręczące go od tylu miesięcy zaczyna 
ustępować. Dzięki geometrycznej prawidłowości bloki 
zdawały się zajmować większą przestrzeń, niż zajmowały 
rzeczywiście, przekazując mu nastrój absolutnego spokoju i 
porządku. Traven szedł przed siebie do środka labiryntu, 
chcąc jak najszybciej wykluczyć ze świadomości resztę 
wyspy. Skręciwszy kilkakrotnie na chybił trafił, znalazł się w 
izolacji, obrazy laguny i wyspy zanikły.  

    Usiadł opierając się o jeden z bloków i wkrótce zapomniał o 
poszukiwaniu żony i synka. Po raz pierwszy od chwili 
przybycia na wyspę uczucie rozkojarzenia wywołane 
zrujnowanym krajobrazem zaczęło słabnąć.  

    Jednego nie przewidział. Kiedy z nadejściem zmierzchu 
trzeba było opuścić bloki i poszukać pożywienia, stwierdził, 
że zabłądził. Jednak odnajdując własne ślady, skręcając raz w 
lewo, raz w prawo na zawiłej trasie i~ orientując się według 
słońca, doszedł do miejsca, z którego wyruszył. Było już 
ciemno, kiedy udało mu się wyrwać z labiryntu.  

    Porzuciwszy dotychczasowe schronienie koło zwałowiska 
samolotów, Traven zebrał wszystkie konserwy, jakie zdołał 
znaleźć w wieżyczce i kabinie superfortecy, i przeciągnął je na 
drugą stronę atolu na improwizowanych saniach. O 
pięćdziesiąt jardów od zewnętrznej linii bloków wybrał 
pochylony bunkier i przypiął do ściany obok drzwi spłowiałe 
zdjęcie jasnowłosego dziecka. Podarta stronica czasopisma 
była jak jego własne odbicie w potrzaskanym lustrze. Od 
czasu odkrycia bloków zaczął się kierować odruchami 
biorącymi swój początek na poziomach powyżej jego systemu 
nerwowego. Traven wyczuwał, że o ile układ autonomiczny 

background image

jest zdominowany przez przeszłość, to mózgowo-rdzeniowy 
wybiega w przyszłość. Co wieczór po przebudzeniu pożywiał 
się bez apetytu, a potem snuł się wśród bloków. Czasem brał 
ze sobą manierkę wody i pozostawał tam przez dwa lub trzy 
dni.  

  

 

  

 

 

 

 

   

Przystań łodzi podwodnych. 

 

    Ten prowizoryczny tryb życia Traven kontynuował przez 
następne tygodnie. Wychodząc pewnego wieczoru do bloków, 
znów ujrzał żonę i syna, którzy stali na wydmach pod 
pojedynczą wieżą obserwacyjną i patrzyli na niego z 
obojętnym wyrazem twarzy. Zrozumiał, że przyszli za nim 
przez całą wyspę ze swego dawnego miejsca wśród wyschłych 
jeziorek. W tym samym czasie dostrzegł ponownie dalekie, 
wzywające go światło i postanowił kontynuować zwiedzanie 
wyspy.  

    O pół mili dalej na obwodzie atolu znalazł zespół czterech 
przystani dla łodzi podwodnych, zbudowanych nad 
wyschniętą obecnie odnogą morza wciskającą się między 
wydmy. W basenach było jeszcze po parę stóp wody, pełnej 
dziwnych świecących ryb i roślin. Ostrzegawcze światło 
mrugało w regularnych odstępach ze szczytu metalowego 
rusztowania. Opodal na pomoście znajdowały się pozostałości 
sporego obozu, widocznie niedawno opuszczonego. Traven 
zachłannie załadował swoje sanki produktami znalezionymi w 
jednym z metalowych baraków.  

    Po zmianie diety beri-beri cofnęło się, i w ciągu następnych 
dni często wracał do obozu, który wyglądał na miejsce postoju 
wyprawy biologów. W jednym z baraków trafił na serię 

 

background image

wielkich wykresów zmutowanych chromosomów. Zwinął je i 
zabrał do swojego bunkra. Abstrakcyjne rysunki nic dla niego 
nie znaczyły, ale w okresie rekonwalescencji zabawiał się 
wynajdywaniem dla nich odpowiednich tytułów. (Później, 
przechodząc podczas jednej z wypraw przez zwałowisko 
samolotów, znalazł na wpół zasypaną szafę grającą i zerwał z 
niej listę płyt, uświadomiwszy sobie, że to będą 
najodpowiedniejsze podpisy. Tak ozdobione wykresy 
nabierały wielopiętrowych skojarzeń).  

  

 

  

 

 

 

 

   

Traven: w nawiasie 

 

    Elementy kwantowego świata:  

    Ostatnia plaża.  

    Ostatni bunkier.  

    Bloki.  

    Krajobraz jest zaszyfrowany.  

    Punkty kontaktu z przyszłoścją = Poziomy w krajobrazie 
kręgosłupa = strefy znaczącego czasu.  

    5 sierpnia. Znalazłem człowieka nazwiskiem Traven. 
Dziwna wynędzniała postać, ukrywająca się w bunkrze w 
głębi bezludnej wyspy. Wykazuje oznaki chronicznego 
niedożywienia, ale nie zdaje sobie z tego sprawy, podobnie 
zresztą jak z tego, co się wokół niego dzieje...  

    Twierdzi, że przybył na wyspę w celu przeprowadzenia 
jakichś bliżej nie sprecyzowanych badań naukowych, ale 
podejrzewam, że on rozumie swoje prawdziwe motywy i 

 

background image

szczególny charakter tego miejsca... Tutejszy krajobraz 
wydaje się w jakiś sposób wiązać z podświadomym 
odczuciem czasu, a w szczególności z tym, co jest ukrytym 
przeczuciem śmierci. Siła przyciągająca i niebezpieczeństwa 
podobnej architektury, jak wykazała przeszłość, nie wymagają 
podkreślania...  

    6 sierpnia. Ma wzrok opętanego. Przypuszczam, że nie jest 
ani pierwszym, ani ostatnim, który przybywa na tę wyspę.  

    Dr C. Osborne. Dziennik Eniwetok  

  

 

  

 

 

 

 

   

Traven zagubiony wśród bloków 

 

    W miarę wyczerpywania się zapasów Traven spędzał coraz 
więcej czasu w obrębie bloków, oszczędzając resztkę sił na 
powolne błądzenie ich pustymi alejkami. Infekcja prawej 
stopy utrudniała mu uzupełnienie zapasów w obozie biologów 
i będąc coraz słabszy, znajdował coraz mniej woli, żeby 
oddalać się od bloków. Ten zbiór megalitów całkowicie 
zastąpił teraz te funkcje jego umysłu, które zapewniały mu 
poczucie trwałego, racjonalnego uporządkowania czasu i 
przestrzeni. Bez nich jego świadomość rzeczywistości 
ograniczała się prawie wyłącznie do kilku cali kwadratowych 
piasku pod stopami.  

    Podczas jednej z ostatnich wypraw do labiryntu Traven 
spędził całą noc i większość następnego ranka na daremnych 
próbach znalezienia wyjścia. Wlokąc się od jednego 
prostokąta cienia do następnego, z nogą ciężką jak kloc i 
wyraźnie spuchniętą do kolana, zrozumiał, że musi czym 
prędzej znaleźć coś, co mu zastąpi bloki, bo w przeciwnym 

 

background image

razie zakończy wśród nich życie, uwięziony w tym wybranym 
przez siebie mauzoleum niczym świta faraona.  

    Siedział bezradnie gdzieś w centrum budowli wśród 
oddalających się linii ślepych grobowców, kiedy niebo powoli 
przeciął warkot lekkiego samolotu. Samolot przeleciał i po 
pięciu minutach wrócił. Korzystając z okazji Traven podniósł 
się z trudem i wyszedł spomiędzy bloków z uniesioną głową, 
śledząc słabo połyskującą strzałę smugi spalin.  

    Leżąc już w bunkrze słyszał stłumiony odgłos 
powracającego samolotu, który dokonywał inspekcji wyspy.  

  

 

  

 

 

 

 

   

Spóźniony ratunek 

 

    - Kim pan jest? Czy pan wie, że jest na ostatnich nogach?  

    - Traven... Miałem jakiś wypadek. Cieszę się, że pan 
przyleciał.  

    - No myślę. Ale dlaczego nie skorzystał pan z naszego 
radiotelefonu? Zresztą zawiadomię marynarkę i zabiorą pana.  

    - Nie... - Traven podniósł się na łokciu i sięgnął niepewnie 
do tylnej kieszeni spodni. - Gdzieś mam pozwolenie. 
Prowadzę badania.  

    - Czego? - Pytanie zakładało pełne zrozumienie motywów 
Travena. On sam leżał w cieniu pod ścianą bunkra i z trudem 
pił z manierki, podczas gdy doktor Osborne bandażował mu 
stopę. - Podkradał pan też nasze zapasy.  

    Traven potrząsnął głową. O pięćdziesiąt jardów dalej 
pomalowana w błękitne pasy Cessna przysiadła na 

 

background image

betonowym pasie jak lśniąca ważka.  

    - Myślałem, że już nie wrócicie.  

    - Pan chyba musiał być w transie.  

    Młoda kobieta siedząca za sterami samolotu wyszła z 
kabiny i zbliżyła się do nich. Obrzuciła spojrzeniem szare 
bunkry i wieże, nie zdradzając zainteresowania żałosną 
postacią Travena. Osborne coś jej powiedział i spojrzawszy 
raz z góry na Travena wróciła do samolotu. Kiedy się 
odwracała, Traven mimo woli wstał, rozpoznając w niej 
dziecko z fotografii, którą przypiął sobie na ścianie bunkra. Po 
chwili uświadomił sobie, że czasopismo nie mogło mieć 
więcej niż cztery do pięciu lat.  

    Silnik samolotu zawarczał. Traven patrzył, jak maszyna 
wjeżdża na jeden z betonowych pasów i startuje pod wiatr.  

    Później tego samego popołudnia kobieta podjechała do 
bloków jeepem, z którego wyładowała łóżko polowe i 
brezentowy daszek. Następne godziny Traven przespał. 
Obudził się silniejszy, kiedy Osborne wrócił po inspekcji 
okolicznych wydm.  

    - Co pan tu robi? - spytała młoda kobieta mocując linki 
daszka do bunkra.  

    Traven obserwował jej krzątaninę.  

    - Poszukuję... żony i syna.  

    - Oni są tu, na wyspie? - Była zdziwiona, ale potraktowała 
odpowiedź poważnie i rozejrzała się dokoła. - Tutaj?  

    - W pewnym sensie.  

background image

    Obejrzawszy bunkier dołączył do nich Osborne.  

    - Czy to dziecko na fotografii to pańska córka?  

    Traven zawahał się.  

    - Nie. Ona mnie adoptowała.  

    Nie rozumiejąc nic z jego odpowiedzi, ale akceptując jego 
zapewnienia, że opuści wyspę, Osborne i młoda kobieta 
odjechali do swego obozu. Osborne wracał codziennie, żeby 
zmieniać opatrunek przywożony przez młodą kobietę, która 
zaczynała jakby wchodzić w rolę wyznaczoną jej przez 
Travena. Osborne, kiedy dowiedział się, że Traven był 
pilotem wojskowym, zaczął w nim podejrzewać 
współczesnego męczennika, ofiarę moratorium na próby 
termonuklearne.  

    - Kompleks winy nie jest nieograniczonym źródłem sankcji 
moralnych. Myślę, że pan przesadził. - Kiedy wspomniał 
nazwisko Eatherly'ego, Traven potrząsnął głową.  

    Nie zbity z tropu Osborne mówił dalej:  

    - Czy pan przypadkiem nie robi podobnego użytku z obrazu 
Eniwetok, czekając na swój znak z nieba?  

    - Może mi pan wierzyć, że nie - odparł Traven 
zdecydowanie. - Dla mnie bomba wodorowa była symbolem 
absolutnej wolności. Uważałem, że dała mi prawo, a nawet 
obowiązek robienia wszystkiego, co zechcę.  

    - Dość dziwna logika - zauważył Osborne. - Czyż nie 
odpowiadamy przynajmniej za swoją powłokę fizyczną?  

    - Myślę, że teraz już nie - odpowiedział Traven. - 
Ostatecznie jesteśmy w gruncie rzeczy ludźmi wskrzeszonymi 

background image

z martwych.  

    Jednak często rozmyślał o Eatherlym, prototypie człowieka 
sprzed trzeciej wojny (datując ten okres od 6 sierpnia 1945 
roku) dźwigającego pełne brzemię kosmicznej winy.  

    Skoro tylko Traven wzmocnił się i zaczął chodzić, trzeba go 
było po raz drugi ratować z labiryntu. Osborne zdradzał 
oznaki zniecierpliwienia.  

    - Nasze prace tutaj dobiegają końca - powiedział 
ostrzegawczo. Pan tu zginie, Traven. Czego pan właściwie 
szuka wśród tych bloków?  

    - Grobu nieznanego cywila, homo hydrogenesis, człowieka 
z Eniwetok - mruknął Traven do siebie. - Doktorze - 
powiedział na głos - pańskie laboratorium jest na 
niewłaściwym końcu wyspy.  

    - Zdaję sobie z tego sprawę - odparł Osborne cierpko. - W 
pańskiej głowie pływają dziwniejsze ryby niż w przystaniach 
łodzi podwodnych.  

    Na dzień przez odlotem młoda kobieta zawiozła Travena do 
stawów, tam gdzie wylądował pierwszego dnia. Jako prezent 
pożegnalny, będący ironicznym gestem, nieoczekiwanym u 
starego biologa, przywiozła od Osborne'a właściwą listę 
podpisów do wykresów chromosomów. Zatrzymali się przy 
popsutej szafie grającej i przykleiła je na spisie płyt.  

    Wędrowali wśród wraków superfortec i Traven stracił ją z 
oczu. Przez następne dziesięć minut przeszukiwał wydmy. 
Znalazł ją w małym amfiteatrze utworzonym przez pochyłą 
ścianę luster baterii słonecznych, dzieło jednej z ekspedycji 
naukowych. Uśmiechnęła się do Travena, kiedy przeszedł 
przez rusztowanie. Potłuczone lustra odbijały ją w kilkunastu 

background image

rozszczepionych obrazach: w jednym była pozbawiona głowy, 
w innych otaczało ją mnóstwo rąk, jak wężowe członki 
hinduskiej bogini. Zbity z tropu Traven zawrócił i poszedł do 
samochodu.  

    W drodze powrotnej odzyskał spokój. Opisał widzenia żony 
i syna.  

    - Twarze mają zawsze spokojne - powiedział. - Zwłaszcza 
mój syn, chociaż naprawdę zawsze się śmiał. Poważną twarz 
miał tylko raz: kiedy się rodził. Wyglądał wtedy, jakby miał 
milion lat.  

    Młoda kobieta kiwnęła głową.  

    - Mam nadzieję, że ich pan odnajdzie. - I po namyśle 
dodała: - Doktor Osborne chce zawiadomić marynarkę, że pan 
tu jest. Niech się pan gdzieś schowa. - Traven podziękował.  

    Pomachał jej ze środka labiryntu, kiedy następnego dnia 
odlatywała po raz ostatni.  

  

 

  

 

 

 

 

   

Wyprawa ratunkowa 

 

    Kiedy przybyła grupa poszukiwawcza, Traven ukrył się w 
jedynym logicznym miejscu. Na szczęście poszukiwania były 
pobieżne i zostały odwołane po kilku godzinach. Marynarze 
przywieźli ze sobą zapas piwa i poszukiwanie wkrótce 
zmieniło się w pijatykę.  

    Traven znalazł później na ścianach wież obserwacyjnych 
dymki z nieprzyzwoitymi dialogami dorysowane do ust 
postaci-cieni, co nadawało ich pozycjom priapiczną radość 

 

background image

tancerzy z naskalnych malowideł.  

    Ukoronowaniem pikniku było podpalenie podziemnego 
zbiornika z benzyną w pobliżu pasa startowego. Słuchając 
najpierw megafonów wykrzykujących jego nazwisko, z echem 
oddalającym się wśród wydm, jak żałosne głosy umierających 
ptaków, a potem huku wybuchu i śmiechów, kiedy motorówka 
odbijała, Traven miał przeczucie, że są to ostatnie dźwięki, 
jakie słyszy w życiu.  

    Ukrył się w jednym z basenów, gdzie położył się między 
połamanymi ciałami plastykowych manekinów. W upalnym 
słońcu ich zniekształcone twarze wpatrywały się w niego 
ślepo z plątaniny ciał, a ich rozmazane uśmiechy 
przypominały bezgłośny śmiech umarłych.  

    Te twarze przepełniały jego umysł, kiedy wspiąwszy się po 
ich ciałach wracał do swojego bunkra. Zbliżając się do bloków 
ujrzał na swojej drodze postacie żony i syna. Stali o niecałe 
dziesięć jardów od niego, ich blade twarze patrzyły na niego z 
wyrazem dojmującej tęsknoty. Nigdy jeszcze Traven nie 
widział ich tak blisko labiryntu. Blade oblicze jego żony 
wydawało się rozświetlone od wewnątrz, wargi miała 
rozchylone jak do powitania, jedną rękę wyciągała, jakby 
chciała dotknąć jego dłoni. Dziwnie nieruchoma twarz syna 
wpatrywała się w niego z zagadkowym uśmiechem dziecka z 
fotografii.  

    - Judith! David! - Traven zaskoczony pobiegł w ich stronę. 
Wtedy w nagłym ruchu światła ich ubrania zmieniły się w 
całuny i ujrzał rany zniekształcające ich szyje i piersi. 
Krzyknął przerażony. Kiedy znikli, pobiegł schronić się w 
bezpieczeństwie labiryntu.  

  

 

  

 

  

 

background image

 

   

Katechizm pożegnania

  

    Tym razem okazało się, że zgodnie z przepowiednią 
Osborne'a nie może wydostać się z gąszczu bloków.  

    Gdzieś w centrum usiadł oparty o betonową ścianę, kierując 
wzrok ku słońcu. Kontury otaczających go sześcianów 
tworzyły horyzont jego świata. Chwilami zdawało się, że 
postępują w jego stronę, nawisając nad nim jak skały, wśród 
których biegły labirynty korytarzy zwężających się na długość 
ramienia. Potem bloki cofały się oddalając od siebie, jak 
punkty rozszerzającego się wszechświata, aż najbliższy szereg 
tworzył przerywaną palisadę wzdłuż horyzontu.  

    Czas nabrał charakteru kwantowego. Całymi godzinami 
było południe, cienie nie wychodziły spod bloków, upał 
odbijał się od betonowego podłoża. Nagle Traven stwierdzał, 
że jest wczesne południe albo wieczór i wszędzie widać cienie 
niby wskazujące palce.  

    - Żegnaj, Eniwetok - szepnął.  

    Gdzieś rozbłysło światło, jakby jeden z bloków został 
wyrwany niczym koralik z liczydeł.  

    Żegnaj, Los Alamos. Znów, zdawało się, jeden blok znikł. 
Alejki wokół niego pozostały nietknięte, ale gdzieś w jego 
umyśle pojawiło się małe pole wolnej przestrzeni.  

    Żegnaj, Hiroszimo.  

    Żegnaj, Alamagordo.  

    Żegnaj, Moskwo, Londynie, Paryżu, Nowy Yorku...  

background image

    Czółenka błyskały.  

    Błysk przekaźników, szum wyłączonych elementów. 
Przerwał uświadomiwszy sobie daremność tego pożegnalnego 
maratonu. Taka inwentaryzacja wymagałaby złożenia podpisu 
na każdej z cząsteczek wszechświata.  

  

 

  

 

 

 

 

   

Totalne południe: Eniwetok 

 

    Bloki były teraz umieszczone na obracającym się bez końca 
diabelskim młynie. Wynosiły go w górę, pod niebo, skąd 
widział całą wyspę i morze, a potem w dół, przez 
półprzezroczysty krąg betonowej podłogi. Stamtąd widział w 
górze spod betonowego pokrycia odwrócony krajobraz 
prostokątnych wgłębień, kopulastych wybrzuszeń systemu 
basenów i tysięcy pustych sześciennych dołów-bloków.  

 

  

 

  

 

 

 

 

   

Żegnaj, Traven 

 

    Pod koniec stwierdził ku swemu rozczarowaniu, że to 
najwyższe wyrzeczenie nic mu nie dało.  

    W chwili przytomności spojrzał na swoje wychudłe ręce i 
nogi ozdobione koronką wrzodów. Z prawej strony miał ciąg 
śladów na piasku, krzywą linię niepewnych kroków.  

    Z lewej miał długą alejkę między blokami zakończoną o sto 
jardów dalej ukośną ścianą bloków. W przerwach między 
nimi widać było cień w kształcie półksiężyca z rogami 
skierowanymi w górę.  

 

background image

    Przez ostatnie pół godziny cień wędrował powoli wraz ze 
słońcem, wykreślając profil wydmy.  

  

 

  

 

 

 

 

   

Szczelina

  

    Chwyciwszy się tego znaku, który wisiał przed nim jak herb 
na tarczy, Traven poruszył się w piasku. Wstał chwiejnie na 
nogi i osłonił oczy, żeby nie widzieć bloków. Zaczął się 
posuwać robiąc po kilka kroków naraz.  

    Po dziesięciu minutach wyszedł poza zachodnią granicę 
bloków, jak zataczający się żebrak, który opuszcza wymarłe 
pustynne miasto. O pięćdziesiąt jardów przed sobą miał 
wydmę. Za nią, jak ekran, na którym igrały cienie, ciągnęło 
się pasmo wapiennych wzgórz niknące wśród pagórków 
śmietnika, gdzie wynurzały się z piasku szczątki starego 
buldożera, kłęby drutu kolczastego i blaszane beczki. Traven 
zbliżył się do wydmy, przyciągany do tego anonimowego 
stosu piasku. Powłócząc nogami obszedł go dokoła i usiadł w 
ujściu płytkiego wąwozu poniżej szczytu.  

    Otrzepawszy ubranie wpatrywał się cierpliwie w wielki 
krąg bloków. Po chwili zauważył, że ktoś mu się przygląda.  

 

  

 

  

 

 

 

 

   

Wyrzucony na brzeg Japończyk 

 

    Trup, który przyglądał się Travenowi, leżał na dnie wąwozu 
z lewej strony. Był to silnie zbudowany mężczyzna w średnim 
wieku, spoczywający na plecach, z głową na kamiennej 
poduszce, z rękami wyciągniętymi wzdłuż boków, jakby 

 

background image

studiował okno nieba. Materiał jego ubrania przegnił, 
zmieniając się w wypłowiałą szarą koszulę, ale dzięki 
nieobecności na wyspie drobnych mięsożerców skóra i 
mięśnie trupa zachowały się. Tu i ówdzie, w zgięciu kolana 
albo przegubu, przez powłokę skóry przeświecała kość, ale 
twarz pozostała nie naruszona, zdradzając Japończyka i 
inteligenta. Patrząc na mocny nos, wysokie czoło i szerokie 
usta Traven pomyślał, że Japończyk był lekarzem lub 
prawnikiem.  

    Zastanawiając się, skąd nieboszczyk wziął się w tym 
miejscu, Traven ześlizgnął się nieco niżej po zboczu. Na 
skórze nie było śladów poparzeń promieniotwórczych, co 
wskazywało, że Japończyk przebywał tutaj nie dłużej niż pięć 
lat. Nie wyglądało też na to, by miał na sobie mundur 
wojskowy, nie był więc pechowym członkiem ekspedycji 
wojskowej ani naukowej.  

    Z lewej strony ciała, w zasięgu jego lewej ręki, leżała 
postrzępiona skórzana torba, resztki mapnika. Z prawej strony 
leżał szkielet chlebaka, ujawniający manierkę na wodę i mały 
pojemnik na żywność.  

    Traven zsunął się niżej, aż jego stopy dotknęły popękanych 
butów nieboszczyka, a odruch głodu chwilowo odwrócił jego 
uwagę od faktu, że Japończyk świadomie postanowił umrzeć 
w wąwozie. Wyciągnął rękę i złapał manierkę. Resztka 
stęchłej wody zawirowała na rdzewiejącym dnie. Traven 
jednym łykiem wypił wodę, rozpuszczone sole metali pokryły 
jego wargi i język gorzkim osadem. Blaszane pudełko było 
puste, oblepione tylko zaschniętą słodyczą. Traven zdrapał ją 
pokrywką i wsypał do ust kleiste wióry, które rozpuszczały się 
w ustach z jakąś aż oszałamiającą słodyczą. Po chwili poczuł 
zawrót głowy i usiadł obok trupa, którego niewidzące oczy 

background image

spoglądały na niego z nieruchomym współczucie.  

  

 

  

 

 

 

 

   

Mucha 

 

    (Mała mucha, która, jak Traven przypuszcza, przyleciała za 
nim do wąwozu, brzęczy teraz koło twarzy trupa. Poczuwając 
się do winy, Traven pochyla się, żeby ją zabić, potem 
zastanawia się, że może ta miniaturowa strażniczka jest od 
dawna wierną towarzyszką nieboszczyka, karmiącą się w 
nagrodę pożywnymi trunkami i destylatami jego porów. 
Ostrożnie, tak żeby nie zrobić musze krzywdy, zachęca ją do 
przeniesienia się na jego przegub.)  

    Doktor Yasuda:  

    Dziękuję, Traven. W mojej sytuacji, sam pan rozumie...  

    Traven:  

    Oczywiście, doktorze. Przykro mi, że chciałem ją zabić, 
stare nawyki, wie pan, trudno się z nich otrząsnąć. Dzieci 
pańskiej siostry w Osace w 1944, konieczności wojenne, na 
które powołuję się z najwyższą niechęcią. Przeważnie motywy 
postępowania są tak podłe. Szuka się nieznanego, w nadziei, 
że...  

    Yasuda:  

    Niepotrzebnie się pan tłumaczy, Traven. Mucha ma 
szczęście, że udało jej się zachować osobowość tak długo. 
Syn, którego pan opłakuje, nie mówiąc o moich dwóch 
siostrzenicach i siostrzeńcu, czyż oni nie umierali codziennie? 
Wszyscy rodzice świata opłakują synów i córki z okresu 

 

background image

wcześniejszego dzieciństwa.  

    Traven:  

    Jest pan bardzo tolerancyjny, doktorze. Nie ośmieliłbym 
się...  

    Yasuda:  

    Nie ma o czym mówić. Nie szukam wcale dla pana 
usprawiedliwień. Każdy z nas jest tylko cienkim osadem 
ogromu nie zrealizowanych możliwości swojego życia. Ale 
pański syn i mój siostrzeniec trwają w naszych umysłach nie 
zmienieni i pewni jak gwiazdy.  

    Traven:  

    (Niezupełnie przekonany) Może i tak, doktorze, ale w 
przypadku tej wyspy prowadzi to do niebezpiecznego 
wniosku. Na przykład bloki...  

    Yasuda:  

    To jest właśnie to, o co mi chodzi. Tutaj, wśród bloków, 
znajduje pan przynajmniej obraz samego siebie uwolniony od 
pułapek czasu i przestrzeni. Ta wyspa jest ontologicznym 
Rajskim Ogrodem, po co ubiegać się o wygnanie do świata 
kwantowych przeskoków?  

    Traven:  

    Przepraszam (Mucha wróciła na twarz trupa i siedzi na 
jednej z wyschniętych gałek ocznych, przydając spojrzeniu 
dobrego doktora groteskowy wyraz. Sięgnąwszy, Traven 
przynęca ją na swoją dłoń i ogląda ją uważnie): No cóż, te 
bunkry mogą być przedmiotami ontologicznymi, ale wątpliwe, 
czy ta mucha jest ontologiczna. Co prawda, jest na tej wyspie 

background image

jedyną muchą, a to prawie na jedno wychodzi...  

    Yasuda:  

    Nie potrafi pan przyjąć pluralizmu wszechświata, niech pan 
spyta samego siebie dlaczego. Czemuż miałoby to pana 
dręczyć? Mam wrażenie, że pan goni za białym lewiatanem, 
który równa się zeru. Plaża jest strefą niebezpieczeństwa. 
Niech jej pan unika. Niech pan się uzbroi w należytą pokorę, 
uprawia filozofię akceptacji.  

    Traven:  

    Czy mogę zatem spytać, po co pan tu przybył, doktorze?  

    Yasuda:  

    Żeby karmić tę muchę. "Większej nad tę miłość żaden nie 
ma...  

    Traven:  

    (Nadal z niedowierzaniem) To wciąż nie rozwiązuje 
mojego problemu. Widzi pan, te bloki...  

    Yasuda:  

    Dobrze, skoro się pan upiera...  

    Traven:  

    Ale, doktorze...  

    Yasuda:  

    (Bezapelacyjnie) Zabij tę muchę!  

    Traven:  

background image

    To nie jest ani koniec, ani początek. (Zdesperowany zabija 
muchę i wyczerpany zasypia obok trupa. )  

  

 

  

 

 

 

 

   

Ostatnia plaża

  

    Szukając jakiejś linki na śmietnisku za wydmami Traven 
znalazł zwój zardzewiałego drutu. Rozplątawszy go zrobił 
pętlę wokół piersi trupa i wyciągnął go z wąwozu. Wieko 
drewnianej skrzynki zastąpiło sanie. Traven przywiązał na 
nim ciało w pozycji siedzącej i wyruszył w drogę po obwodzie 
labiryntu. Wyspa trwała w milczeniu. Linie palm zastygły w 
blasku słońca i tylko jego własny ruch zmieniał hieroglify ich 
krzyżujących się pni. Kwadratowe baszty wież 
obserwacyjnych wznosiły się między wydmami jak 
zapomniane obeliski.  

    Po godzinie, kiedy Traven dotarł do daszku przed swoim 
bunkrem, uwolnił się od drutu, którym był obwiązany w pasie. 
Wziął krzesło pozostawione mu przez doktora Osborne'a i 
zaniósł je na połowę drogi między bunkrem a blokami. Potem 
przywiązał do krzesła ciało Japończyka w taki sposób, że ręce 
spoczywały na drewnianych poręczach nadając jego trupiej 
postaci pozory spokojnego wypoczynku.  

    Osiągnąwszy zamierzony efekt Traven wrócił do bunkra i 
usiadł pod daszkiem.  

    Podczas gdy następne dnie zmieniały się w tygodnie, pełna 
godności postać Japończyka siedziała na krześle o pięćdziesiąt 
jardów przed nim, strzegąc Travena od strony bloków. Miał 
teraz dość siły, żeby co jakiś czas wstawać i wyprawiać się po 
żywność. W upalnym słońcu skóra Japończyka stawała się 

 

background image

coraz bardziej pergaminowa i Traven budząc się w nocy 
stwierdził, że grobowa postać z rękami po bokach wciąż tam 
siedzi, na pokreślonym cieniami betonie. W takich chwilach 
często widywał żonę i syna przyglądających mu się z wydm. 
W miarę upływu czasu podchodzili coraz bliżej i czasem byli 
już tylko o kilka jardów za jego plecami.  

    Traven cierpliwie czekał, aż się do niego odezwą, i 
rozmyślał o wielkich blokach, do których wstępu strzegła 
siedząca postać martwego archanioła, podczas gdy fale 
uderzały o daleki brzeg, a w jego snach spadały płonące 
bombowce.