VLADIMIR NABOKOV
PRAWDZIWE śYCIE SEBASTIANA
KNIGHTA
(Przełożył Michał Kłobukowski)
1
Sebastian Knight urodził się 31 grudnia 1899 roku w niegdysiejszej stolicy mego
kraju. Pewna leciwa Rosjanka, która z niejasnych powodów błagała, żebym zachował w
tajemnicy jej nazwisko, pokazała mi w Paryżu pamiętnik z dawnych lat. W owej zamierzchłej
epoce działo się najwidoczniej tak niewiele, że zapis codziennych drobiazgów (próba
utrwalenia własnej osoby; zawsze nieudana) w notatniku tej damy nieomal się sprowadzał do
krótkiej relacji o pogodzie panującej w poszczególnych dniach; zauważmy przy okazji, że
prywatne dzienniki władców - choćby nie wiedzieć ile nieszczęść spadło na ich królestwo -
poświęcone są głównie temu właśnie tematowi. Ponieważ szczęśliwy traf bywa istotnie
szczęśliwy i trafny tylko wtedy, kiedy nie próbujemy nim sterować, drogą tą wpadł mi w ręce
łup, jakiego nigdy może nie byłbym wytropił polując na upatrzonego. Mogę zatem
poinformować czytelnika, iż ranek w dniu narodzin Sebastiana był bezwietrzny, temperatura
wynosiła minus dwanaście stopni (w skali Reaumura)... innych danych nasza poczciwa dama
nie uznała jednak za godne odnotowania. Po namyśle stwierdzam, że właściwie nie muszę
dochowywać sekretu. Wydaje się niepodobieństwem, aby miała przeczytać tę książkę.
Nazywała się - i nazywa - Olga Olegowna Orłowa: szkoda byłoby zataić przed czytelnikiem
tak jajowatą aliterację.
Komuś, kto niewiele w życiu podróżował, sucha relacja owej damy nie może
uzmysłowić wszystkich uroków zimowego dnia w Petersburgu; wyobraźmy sobie najczystszy
przepych nieba bez chmur, hen, wysoko, które nie ma grzać ciała, lecz tylko cieszyć oko;
połysk kolein wyjeżdżonych przez sanie na przestronnych ulicach pokrytych śniegiem mocno
ubitym, a między śladami płóz zbrązowiałym od soczystego łajna; kolorowy pęk baloników w
ręku przekupnia opasanego fartuchem; łagodny zarys kopuły lśniącej złotem,
przypudrowanym i zmatowionym przez okwiat szronu; brzozy w ogrodach publicznych, aż
do najdrobniejszej gałązki obrysowane bielą; skrzyp i dzwonki ulicznej sanny... a swoją
drogą, gdy człowiek patrzy na starą widokówkę (taką jak ta, którą właśnie położyłem na
biurku, żeby dziecko pamięci mogło chwilę poigrać), zdumiewa go obyczaj dawnych
rosyjskich dorożkarzy, pozwalający skręcać za lada kaprysem, gdziekolwiek i jakkolwiek się
zachce, tak że zamiast równego, świadomego własnej sztuczności strumienia aut znanego
nam z dzisiejszych ulic widzimy - na tejże malowanej fotografii - jezdnię rozległą niby sen i
dorożki sunące skosem, każda inaczej, a wszystko to pod niewiarygodnie błękitnym niebem,
w oddali automatycznie przetapiającym się w różowy rumieniec mnemonicznego banału.
Nie udało mi się zdobyć fotografii budynku, w którym Sebastian przyszedł na świat,
ale dobrze znam ten dom, bo sam się w nim urodziłem jakieś sześć lat później. Mieliśmy
wspólnego ojca: rozwiódłszy się z matką Sebastiana niebawem ożenił się powtórnie. O tym
drugim małżeństwie nie ma, o dziwo, ani słowa w Tragedii Sebastiana Knighta pióra pana
Goodmana (ukazała się w roku 1936; będzie jeszcze okazja, żeby do niej szerzej nawiązać);
jej czytelnicy z pewnością uznają mnie za postać nie istniejącą - podrabianego krewniaka,
rozgadanego samozwańca; ale sam Sebastian w najbardziej autobiograficznym ze swych
utworów (czyli w Utraconej własności) ciepło się wyraża o mojej matce, ja zaś sądzę, że w
pełni zasłużyła ona na tych parę słów. Informacje podane przez prasę angielską po śmierci
Sebastiana, jakoby ojciec jego zginął w pojedynku w roku 1913, też są nieścisłe; prawda jest
taka, że raniony kulą w pierś stopniowo wracał do zdrowia, lecz po upływie całego 6 miesiąca
nabawił się przeziębienia, którego nie wytrzymało na wpół zagojone płuco.
Ten dzielny wojak, a zarazem życzliwy, wesół i pełen werwy człowiek miał w sobie
niepokój i żyłkę awanturniczą; Sebastian odziedziczył te cechy i uzewnętrznił je w swym
pisarstwie. Gdy zeszłej zimy na śniadaniu literackim w londyńskiej dzielnicy South
Kensington rozmowa zahaczyła o przedwczesną śmierć Sebastiana Knighta, pewien
znamienity a leciwy krytyk, którego błyskotliwość i uczoność zawsze podziwiałem,
zauważył:
- Biedny Knight! Miał właściwie w życiu dwa okresy: najpierw był nijakim
człowiekiem i pisał łamaną angielszczyzną, a potem załamał się jako człowiek i zaczął pisać
po angielsku w sposób nijaki.
Brzydki to przytyk, brzydki z kilku powodów, aż nazbyt łatwo jest bowiem mówić o
zmarłym autorze za grzbietami jego książek. Chciałbym wierzyć, że sam żartowniś nie
wspomina z dumą tego akurat dowcipu, skoro recenzując przed paroma laty utwory
Sebastiana Knighta okazywał znacznie większą powściągliwość.
Rzeczywiście trzeba jednak przyznać, że choć życie Sebastiana bynajmniej nie było
nijakie, w pewnym sensie brakowało mu tego niesłychanego wigoru, którym odznacza się
jego pisarstwo. Ilekroć otwieram tę czy inną spośród książek brata, mam wrażenie, że do
pokoju wtargnął mój ojciec; poznaję charakterystyczny ruch, jakim otwierał raptem drzwi i
natychmiast dopadał potrzebnej mu rzeczy lub kochanej istoty. Pierwsze odczucie jest w
takich razach zawsze jednakie: zapiera mi dech, znienacka odrywam się od podłogi i unoszę,
wciąż jeszcze trzymając w ręku pół nakręcanej kolejki, gdy kryształki żyrandola
niebezpiecznie zbliżają się do mej głowy. Za chwilę ojciec spuści mnie z powrotem na
podłogę - równie nagle, jak porwał na ręce, niczym proza Sebastiana, której podmuch
pozbawia czytelnika gruntu pod nogami, aby wnet cisnąć zszokowaną ofiarę w radosną
przyziemność następnego szalonego akapitu. Wydaje mi się też, że pewne ulubione żarty ojca
rozwinęły się w fantastyczne kwiaty na kartach tak typowych dla Knighta powieści, jak
Albinosy w czerni czy Dziwna góra - być może najlepszy z jego utworów, historia piękna i
dziwaczna, która zawsze przywodzi mi na myśl dziecko śmiejące się przez sen.
Ojciec mój, podówczas młody gwardzista na urlopie, poznał Wirginię Knight za
granicą - o ile mi wiadomo, we Włoszech. Ich pierwsze spotkanie miało jakiś związek z
polowaniem na lisa w Rzymie w początkach lat dziewięćdziesiątych, nie umiem jednak
powiedzieć, czy wiem to od matki, czy też podświadomie zapamiętałem nieostre zdjęcie z
albumu rodzinnego. Ojciec długo się starał o rękę panny. Była ona córką zamożnego jego-
mościa nazwiskiem Edward Knight. Nic więcej nie wiem o tym panu, ale babka, kobieta
surowa i władcza (pamiętam jej wachlarz, mitenki, jej zimne, białe palce), zawzięcie się
sprzeciwiała planowanemu małżeństwu i opowiadała o swych ówczesnych zastrzeżeniach
całe sagi nawet wtedy, gdy syn jej miał już drugą żonę, zgaduję więc, że rodzina Knightów
(kimkolwiek byli ci ludzie, których nazwisko znaczy „rycerz”, a zarazem „konik szachowy”)
niezupełnie dorastała do wymagań (cokolwiek wyznaczało ich poziom) karmazynów Rosji
starego ładu. Nie jestem też pewien, czy pierwsze małżeństwo ojca nie kłóciło się w ten lub
inny sposób z pułkową tradycją; w każdym razie zaczął on robić w wojsku prawdziwą karierę
dopiero podczas wojny japońskiej, czyli wtedy, kiedy żona już go opuściła.
Straciłem ojca będąc jeszcze dzieckiem. Dopiero znacznie później - w roku 1922, na
kilka miesięcy przed ostatnią operacją, której już nie przeżyła - matka uznała, że trzeba mi
powiedzieć o paru sprawach. Ojciec nie był szczęśliwy w pierwszym małżeństwie. Ożenił się
z kobietą dziwną, z niespokojną, lekkomyślną istotą, dręczoną jednak innym niepokojem
aniżeli ten, który on sam w sobie nosił. Niepokój ojca skłaniał go do wytrwałych dążeń,
zmieniających kierunek dopiero po osiągnięciu celu. Ona natomiast ścigała swe mrzonki bez
przekonania, kapryśną, krętą drogą, już to mocno z niej zbaczając, już to zapominając o niej
w pół kroku; tak właśnie w taksówce zapomina się parasola. Darzyła ojca jakimś tam
uczuciem, lecz było to uczucie, mówiąc najłagodniej, o niestałej mocy, a gdy pewnego dnia
przyszło jej na myśl, że być może zakochała się w innym (ojciec nigdy nie usłyszał z jej ust
nazwiska rywala), opuściła męża i dziecko z taką samą nagłością, z jaką kropla deszczu
zsuwa się po liściu bzu w stronę czubka. Porzucony liść utraciwszy świetliste brzemię
raptownie targnie się w górę; targnięcie to musiało sprawić ojcu szalony ból. Niechętnie
myślę o tamtym dniu w paryskim hotelu, kiedy to czteroletnim mniej więcej Sebastianem nie
dość starannie zajmowała się zdumiona niańka, a ojciec siedział zamknięty u siebie w pokoju,
„reprezentującym ten specjalny typ pokoi hotelowych, doskonale przystosowanych do roli
scen, na których się rozgrywają najgorsze tragedie: zamarły zegar pokryty śniedzią (z
nawoskowanym wąsem godziny za dziesięć druga), stojący pod szklaną kopułą na niecnym
kominku, weneckie okno z oszołomioną muchą między muślinem a szybą, na mocno zużytej
bibule próbka papieru z hotelowej papeterii”. Cytat ten, pochodzący z Albinosów w czerni, nie
wiąże się dosłownie z tą akurat katastrofą, zawiera jednak wspomnienie dziecka
grymaszącego na ponurym dywanie hotelowym: nie ma co robić, a czas tak dziwacznie się
rozciąga, czas zbłąkany, rozlazły...
Dzięki wojnie na Dalekim Wschodzie ojciec mógł na szczęście pogrążyć się w
działaniu, które - nawet jeśli nie pozwoliło mu zapomnieć Wirginii - przywróciło wiarę w to,
ż
e jednak żyć warto. Jego żywiołowy egotyzm był jedynie przejawem męskiej witalności,
wcale zatem nie kłócił się z właściwą ojcu wielkodusznością. Wiekuista udręka, nie mówiąc
już o samozniszczeniu, z pewnością wydałaby mu się niegodnym rozwiązaniem, haniebną
kapitulacją. Gdy w 1905 roku ponownie się ożenił, niewątpliwie doznał satysfakcji, oto
bowiem wziął górę w rozgrywce z przeznaczeniem.
W roku 1908 znów pojawiła się Wirginia. Podróżowanie było jej nałogiem; wiecznie
się przenosiła z miejsca na miejsce, czując się wszędzie jak u siebie w domu - czy to w
małych pensjonatach, czy w drogich hotelach, bo słowo „dom” oznaczało dla niej wyłącznie
swobodę, umożliwiającą nieustanne zmiany. Sebastian odziedziczył tę dziwną, nieledwie
romantyczną namiętność do sypialnych wagonów i ekspresów transeuropejskich: „cicho
zgrzytają polerowane blachy w granatowym cieniu nocy, smutno, przeciągle wzdychają
hamulce na domniemywanych w półmroku stacjach; zasłonka z wytłaczanej skóry sunie w
górę i oto widać peron: mężczyzna pcha wózek z bagażem; wokół mlecznego klosza latarni
wiruje blada ćma; metaliczny stuk młotka: ktoś sprawdza koła; posuwisty ruch w ciemność;
uchwycony mimochodem obraz: samotna kobieta palcami dotyka przedmiotów lśniących
srebrzyście w walizeczce, która stoi na niebieskim pluszu w jasno oświetlonym przedziale”.
Wirginia przyjechała w pewien zimowy dzień pociągiem Nord Express, ani słowem
nikogo nie uprzedziwszy, i w zwięzłym liście poprosiła o spotkanie z synem. Ojciec akurat
polował gdzieś w lasach na niedźwiedzie, toteż moja matka bez zbędnego hałasu zawiozła
Sebastiana do hotelu zwanego Hotel d'Europe, w którym podróżna zatrzymała się na jedno
popołudnie. W hotelowym hallu matka ujrzała pierwszą żonę swego męża - szczupłą, nieco
kościstą kobietę o drobnej twarzy, rozedrganej pod ogromnym czarnym kapeluszem. Wirginia
uniosła woalkę, żeby pocałować chłopca, ale zaledwie go dotknęła, wybuchła płaczem, jak
gdyby smutek jej miał swe źródło w ciepłej, wrażliwej skroni Sebastiana, a w zetknięciu z nią
osiągał nieznośne wprost nasycenie. Zaraz potem zaczęła opowiadać matce bezsensowną
historyjkę całkiem nie á propos o tym, jak pewna Polka w wagonie restauracyjnym
próbowała skraść jej kosmetyczkę. Wcisnąwszy Sebastianowi do ręki paczuszkę
kandyzowanych fiołków posłała matce nerwowy uśmiech i poszła w ślad za portierem, który
wynosił już jej bagaż. To było całe spotkanie, a w rok później Wirginia umarła.
Od jej kuzyna, niejakiego H. F. Staintona, pochodzi wiadomość, że w ostatnich
miesiącach życia przemierzała całą południową Francję, spędzając po kilka dni w prażonych
skwarem prowincjonalnych mieścinach, rzadko odwiedzanych przez turystów - trawiona
gorączką, samotna (już wcześniej porzuciła swego kochanka) i zapewne ogromnie
nieszczęśliwa. Przecinając dawniej przebyte trasy wracała po własnych śladach - można by
pomyśleć: w ucieczce przed kimś lub przed czymś, chociaż ci, którzy wiedzieli, jak bardzo
ulega nastrojom, dopatrzyliby się w jej nerwowej gonitwie jedynie tego samego co zawsze
niepokoju, doprowadzonego do ostatecznej przesady. Latem 1909 roku umarła w miasteczku
Roquebrune z powodu niewydolności serca (zwanej także chorobą Lehmanna). Przewiezienie
zwłok do Anglii okazało się sprawą niełatwą; krewni Wirginii już nie żyli; na pogrzebie,
który się odbył w Londynie, pojawił się tylko pan Stainton.
Rodzice moi byli ze sobą szczęśliwi. Łączyła ich cicha, tkliwa więź, której nie mogły
skalać wstrętne plotki paru naszych krewnych, szepczących, że ojciec miewa pociąg do
innych kobiet, choć taki niby z niego kochający mąż. W roku 1912 w okresie świąt Bożego
Narodzenia pewna znajoma ojca, panna tyleż urocza, co bezmyślna, spacerując z nim po
Newskim Prospekcie wspomniała, jakoby narzeczony jej siostry, niejaki Pałczyn, znał swego
czasu jego pierwszą żonę. Ojciec odparł, że pamięta człowieka, o którym mowa - zetknął się z
nim w Biarritz przed dziesięcioma, a może dziewięcioma laty...
- Och, ależ on znał ją i później - rzekła dziewczyna. - Widzi pan, zwierzył się mojej
siostrze, że żył z Wirginią po państwa rozstaniu... Rzuciła go gdzieś w Szwajcarii... Dziwne,
nikt o tym nie wiedział.
- No cóż - spokojnie powiedział ojciec. - Skoro wtedy rzecz się nie rozniosła, czemu
ludzie mają sobie strzępić języki po dziesięciu latach?
Ponury traf chciał, że już nazajutrz bliski przyjaciel naszej rodziny, kapitan Biełow,
spytał ojca mimochodem, czy jego pierwsza żona rzeczywiście pochodziła z Australii - sam
Biełow miał ją zawsze za Angielkę. Ojciec wyjaśnił, że o ile mu wiadomo, rodzice Wirginii
istotnie mieszkali przez pewien czas w Melbourne, ona jednak urodziła się w hrabstwie Kent.
- ...A dlaczego pytasz? - dodał.
Kapitan odparł wymijająco, że jego żona była na jakimś tam przyjęciu i coś jej się
obiło o uszy...
- Zdaje się, że pewnym sprawom trzeba będzie niestety położyć kres - stwierdził
ojciec.
Nazajutrz rano odwiedził Pałczyna; ten zgotował mu znacznie gorętsze przyjęcie, niż
to było konieczne. Powiedział, że spędziwszy wiele lat za granicą zawsze z radością wita
starych znajomych.
- Ktoś rozpowszechnia plugawe łgarstwa - rzekł ojciec. - Sądzę, że wie pan, o czym
mówię.
- Mój drogi, niech pan posłucha - odparł Pałczyn. - Nie ma sensu udawać, że nie
wiem, do czego pan pije. Ludzie gadają i to jest, owszem, przykre, ale naprawdę nie mamy
powodu tracić panowania nad sobą. Nikt nie jest winien temu, że pan i ja jechaliśmy kiedyś
na tym samym wózku.
- Skoro tak, mój panie - oświadczył ojciec - złożą panu wizytę moi sekundanci.
Pałczyn był głupcem i łajdakiem - tyle przynajmniej wywnioskowałem z relacji matki
(opowiedziała mi o całym zdarzeniu w sposób żywy i bezpośredni i tak też starałem się tutaj
je oddać). Ale właśnie dlatego, że Pałczyn był głupcem i łajdakiem, trudno mi pojąć, czemu
człowiek równie wartościowy jak mój ojciec ryzykował życie gwoli zadośćuczynienia...
honorowi Wirginii? Własnej żądzy zemsty? Lecz Wirginia bezpowrotnie postradała honor z
tego prostego powodu, że uciekła od męża i syna, a wszelka myśl o zemście dawno winna
była utracić swą gorzką ponętę w ciągu szczęśliwych lat pożycia z drugą żoną. Może sprawił
to sam fakt, że padło wreszcie czyjeś nazwisko, ukazało się oblicze, w sposób nagły i
groteskowy pojawiła się pieczęć indywidualności na czymś, co dotychczas pozostawało
nieszkodliwym widmem bez twarzy? Ale czy w sumie owo echo dalekiej przeszłości (a takie
echo to najczęściej tylko szczeknięcie, rzadko coś więcej, choćby ten, kto z przeszłości woła,
miał głos nie wiedzieć jak czysty) warte było rujnacji naszego domu i rozpaczy mojej matki?
Pojedynek odbył się nad zamarzniętym strumykiem podczas zamieci. Oddano dwa
strzały, nim ojciec runął twarzą na niebieskoszarą pelerynę wojskową, rozpostartą na śniegu.
Pałczyn drżącymi rękami zapalił papierosa. Kapitan Biełow zawołał stangretów, którzy
pokornie czekali na pobliskiej drodze, omiatanej śniegiem. Całe to ohydne zdarzenie trwało
trzy minuty.
W Utraconej własności Sebastian opisuje wrażenie, jakie pozostawił mu w pamięci
tamten ponury styczniowy dzień. „Ani moja macocha - pisze - ani nikt inny spośród
domowników nie wiedział, na co się zanosi. Przy kolacji w przeddzień pojedynku ojciec
rzucał we mnie ponad stołem kulkami z chleba: przez cały dzień dąsałem się z powodu jakiejś
piekielnej wełnianej bielizny, którą kazał mi nosić lekarz, chciał mnie więc rozruszać; ja
jednak tylko się zmarszczyłem, zaczerwieniłem i odwróciłem twarz. Po kolacji siedzieliśmy u
niego w gabinecie; popijał herbatę słuchając, jak macocha mówi, że ilekroć Mademoiselle
układa mego przyrodniego braciszka do snu, daje mu słodycze, choć to takie niezdrowe; ja
siedziałem na kanapie w drugim końcu pokoju i przeglądałem Kompanów: «Uwaga! Wkrótce
następny odcinek tej wstrząsającej historii.» U samego dołu dużych, cienkich kartek żarty:
«Pewien dostojny gość zwiedzał szkołę: Co pana najbardziej uderzyło? Groch z rurki.»
Wśród nocy mkną z rykiem ekspresowe pociągi. Krykiecista z Cambridge złapał w powietrzu
nóż, którym rzucił w jego przyjaciela niegodziwy Malaj... Trzej chłopcy, bohaterowie
«niebywale śmiesznego» serialu: pierwszy to akrobata, «człowiek z gumy», umiejący kręcić
nosem młynka, drugi jest iluzjonistą, a trzeci brzuchomówcą... Jeździec skacze nad pędzącym
autem...
Rano w szkole kompletnie sknociłem zadanie z geometrii, które w naszym żargonie
nazywało się «portki Pitagorasa». Ranek był tak mroczny, że w klasie zapalono światło, a od
tego zawsze paskudnie buczało mi w głowie. Wróciłem do domu koło wpół do czwartej, lepki
i brudny, jak zwykle po lekcjach, a co gorsza w łaskoczącej bieliźnie, która jeszcze wzmagała
te niemiłe sensacje. Ordynans ojca siedział w hallu i szlochał.”
2
Obraz dzieciństwa Sebastiana, który pan Goodman maluje kilkoma źle dobranymi
zdaniami w swej pospiesznie napisanej i nader mylącej książce, jest groteskowo nietrafny. Co
innego być sekretarzem pisarza, co innego zaś samemu pisać jego życiorys; a jeśli bodźcem
jest pragnienie, aby książka weszła na rynek, póki jeszcze się opłaci podlewać kwiaty na
ś
wieżym grobie, autor musi co gorsza pogodzić kupiecki pośpiech z prowadzeniem
dogłębnych badań, bezstronnością i mądrością. Nie zależy mi na tym, żeby szkodzić
czyjejkolwiek reputacji. Nie jest jednak potwarzą stwierdzenie, że tylko dzięki rozpędowi
stukoczącej maszyny do pisania pan Goodman mógł oświadczyć, jakoby „wykształcenie na
modłę rosyjską narzucono chłopczykowi, który zawsze był świadom, iż w jego żyłach płynie
bogaty strumień angielskiej krwi”. Owe cudzoziemskie wpływy, powiada dalej pan Good-
man, „sprawiły dziecku moc cierpień, toteż w latach dojrzałych pisarz wzdrygał się na
wspomnienie brodatych muzyków, ikon, monotonnego pobrzękiwania bałałajek -
wszystkiego, co zajęło w jego życiu miejsce należne zdrowemu angielskiemu wychowaniu”.
Nawet wspomnieć nie warto, że pojęcie, jakie ma pan Goodman o rosyjskiej
rzeczywistości, nie bardziej jest zgodne z prawdą niż, dajmy na to, wyobrażenia Kałmuka,
który przedstawiałby sobie Anglię pod postacią mrocznej krainy, gdzie nauczyciele o rudych
bokobrodach chłoszczą na śmierć małych chłopców. Trzeba natomiast podkreślić, że
Sebastiana wychowano w atmosferze intelektualnego wyrafinowania, łączącej duchowe
piękno rosyjskiego domostwa z najcenniejszymi skarbami europejskiej kultury, i jakkolwiek
sam Sebastian wspominałby swą rosyjską przeszłość, przeżywał on te wspomnienia w sposób
skomplikowany i specyficzny, nigdy nie zniżając się do wulgarności, którą sugeruje biograf.
Pamiętam Sebastiana, chłopca starszego ode mnie o sześć lat, przepysznie mażącego
akwarelami wśród swojskich emanacji majestatycznej lampy naftowej, której abażur z
różowego jedwabiu tak świeci w mej pamięci, jakby to sam Sebastian go pomalował swym
mokrym pędzlem. Widzę też siebie - dziecko cztero - , a może pięcioletnie: oto wspinam się
na palce, wiercę się i wyciągam szyję, żeby lepiej widzieć pudełko z farbami, zasłonięte
ruchliwym łokciem przyrodniego brata; lepkie czerwienie i błękity, tak wypędzlowane i
zużyte, że w dołkach połyskuje emalia. Słychać cichy chrobot, ilekroć Sebastian miesza farby
na wewnętrznej stronie blaszanego wieczka; przed sobą ma szklankę z wodą, mieniącą się
chmurami czarodziejskich barw. Jego ciemne, krótko przystrzyżone włosy odsłaniają
niewielkie znamię nad różanie prześwitującym uchem (tymczasem bowiem wgramoliłem się
na krzesło), on jednak nie poświęca mi cienia uwagi, aż wreszcie wychylam się ryzykownie i
próbuję wsadzić palec w najbardziej niebieski krążek w blaszanym pudełku, i dopiero wtedy
Sebastian ramieniem odpycha natręta, ale wciąż nie patrzy w moją stronę, wciąż tak jak
zawsze wobec mnie milczący i daleki. Pamiętam, że przechylony przez poręcz patrzyłem, jak
wracając ze szkoły idzie po schodach na górę, przepisowo ubrany w czarny mundurek
ś
ciągnięty skórzanym paskiem - przedmiotem mej potajemnej zawiści: pnie się wolno,
rozlazłym krokiem, wlokąc za sobą srokaty tornister, poklepuje tralki, a co pewien czas
chwyta jedną z nich, podciąga się i bierze dwa lub trzy stopnie na raz. Sznuruję usta i
wyciskam z siebie białą nitkę śliny, która spada, spada coraz niżej, ale nigdy nie trafia w
Sebastiana; wcale nie chcę, żeby się rozgniewał - tym żałosnym i daremnym chwytem
próbuję go po prostu zmusić, żeby przyjął do wiadomości moje istnienie. Mam w pamięci
ż
ywy obraz Sebastiana jeżdżącego na rowerze cętkowaną słońcem alejką parkową w naszej
wiejskiej posiadłości: rower o kierownicy mocno wygiętej ku dołowi toczy się pomału,
pedały zastygły w bezruchu, a ja biegnę za nim truchcikiem, lekko przyspieszając, gdy stopa
w sandale naciska pedał; co sił staram się nadążyć za tylnym kołem, które terkocze i
parkocze, ale Sebastian nie zwraca na mnie uwagi, wkrótce więc zostaję w tyle, bez szans, i
okropnie zdyszany dalej biegnę truchcikiem.
Później, kiedy on skończył lat szesnaście, a ja dziesięć, pomagał mi czasem odrabiać
lekcje, ale wszystko tłumaczył tak szybko i niecierpliwie, że nigdy nic mi ta jego pomoc nie
dała; po chwili chował więc ołówek do kieszeni i dumnym krokiem wychodził z pokoju. Był
w owym czasie wysoki, cerę miał ziemistą, a nad górną wargą smugę cienia. Lśniące włosy
czesał z przedziałkiem i pisywał wiersze w kajecie z czarną okładką, który trzymał w
szufladzie pod kluczem.
Pewnego dnia odkryłem, gdzie chowa ten klucz (w szparze obok białego pieca
kaflowego w swoim pokoju), i otworzyłem szufladę. Znalazłem w niej wiadomy kajet, a także
fotografię siostry jednego z kolegów szkolnych Sebastiana, kilka złotych monet oraz
muślinowy woreczek kandyzowanych fiołków. Wiersze pisane były po angielsku. Na krótko
przed śmiercią ojca mieliśmy w domu lekcje angielskiego, a choć nie nauczyłem się mówić w
tym języku, czytałem i pisałem z jaką taką swobodą. Mgliście sobie przypominam, że były to
utwory wielce romantyczne, pełne ciemnych róż, gwiazd i zewu morza; jeden szczegół tkwi
jednak w mej pamięci jak żywy: pod każdym wierszem widniał zamiast podpisu maleńki
konik szachowy narysowany atramentem.
Postanowiłem stworzyć spójny portret przyrodniego brata na podstawie tego, co dane
mi było oglądać w dzieciństwie - powiedzmy, między rokiem 1910 (od którego datują się
początki mojej świadomości) a 1919 (kiedy to Sebastian wyjechał do Anglii). Nie radzę sobie
jednak z tym zadaniem. Sylwetka Sebastiana nie jawi mi się ani jako element mych lat
chłopięcych, podlegający zatem nieustannej selekcji i rozwojowi, ani jako ciąg znajomych
obrazów, ale ukazuje się w postaci kilku jasnych plam, jak gdyby nie był on członkiem
rodziny, lecz niby gość zawsze niespodziewany przechodził czasem przez widny pokój,
potem zaś na długo rozpływał się wśród nocy. Tłumaczę to sobie nie tyle faktem, że moje
dziecięce upodobania wykluczały jakąkolwiek świadomą więź między mną a chłopcem, który
wydoroślał zanadto, aby towarzyszyć mi w zabawach, a nie dość, żeby mnie prowadzić, ile
tym, że Sebastian nigdy nie pozwalał zbliżyć się do siebie, choć więc kochałem go z całego
serca, uczucie to nie doczekało się uznania ani pożywki. Mógłbym zapewne opowiedzieć,
jakim krokiem chodził mój brat, jak śmiał się czy kichał, lecz byłyby to jedynie strzępy taśmy
filmowej z rozmaitych szpul, wycięte nożyczkami, bez związku z głównym wątkiem dramatu.
Bo też istotnie rozgrywał się tu pewien dramat. Sebastian nigdy nie zapomniał swej matki -
ani tego, że ojciec właśnie za nią dał się zabić. Fakt, że u nas w domu nie wymawiano jej
imienia, tylko dodawał chorobliwego czaru zapamiętanemu urokowi, który przesycił chłonną
duszę chłopca. Nie wiem, czy zachował on w miarę wyraźne wspomnienia z czasów, gdy
Wirginia była żoną naszego ojca; prawdopodobnie pamiętał ją po swojemu, czyli jako
łagodną światłość w tle własnego życia. Nie umiem też powiedzieć, co czuł, kiedy w wieku
lat dziewięciu znów ujrzał matkę. Wedle mojej matki był wtedy roztargniony i milczący,
potem zaś nigdy nie napomknął o tym krótkim i żałośnie cząstkowym spotkaniu. W
Utraconej własności Sebastian daje do zrozumienia, że wobec ojca, tak szczęśliwego w
drugim małżeństwie, czuł coś na kształt gorzkiej niechęci, która ustąpiła miejsca
ekstatycznemu uwielbieniu, skoro tylko chłopiec się dowiedział o przyczynie fatalnego
pojedynku.
„Gdy zacząłem odkrywać Anglię - pisze Sebastian (Utracona własność) - tchnęło to
nowe życie w moje najbardziej osobiste wspomnienia... Z Cambridge wybrałem się na
kontynent i spędziłem spokojne dwa tygodnie w Monte Carlo. Zdaje się, że mają tam tak
zwane Kasyno, czyli miejsce, gdzie uprawia się hazard, lecz jeśli istotnie tak jest, mnie ta
atrakcja ominęła, większość czasu zajęło mi bowiem pisanie pierwszej powieści - tekstu
okropnie pretensjonalnego, który na szczęście odrzuciło niemal tylu wydawców, ilu moja
druga książka miała czytelników. Pewnego dnia poszedłem na długi spacer i znalazłem się w
miasteczku zwanym Roquebrune. Właśnie w Roquebrune trzynaście lat wcześniej umarła
moja matka. Dokładnie pamiętam dzień, gdy ojciec mi o tym powiedział, a także nazwę
pensjonatu, w którym nastąpiła śmierć. Pensjonat nazywał się «Les Violettes». Spytałem
jakiegoś szofera, czy wie, jak tam trafić, nie umiał mi jednak powiedzieć. Potem zagadnąłem
sprzedawcę owoców i on to właśnie wskazał mi drogę. Kiedy wreszcie dotarłem do
różowawej willi o dachu krytym na typowo prowansalską modłę czerwoną, zaokrągloną
dachówką, zauważyłem na furtce wymalowany niezdarną ręką bukiecik fiołków. Był to więc
dom, którego szukałem. Przeszedłem przez ogród i porozmawiałem chwilę z właścicielką.
Powiedziała, że dopiero co przejęła pensjonat i nic nie wie o jego przeszłości Poprosiłem,
ż
eby pozwoliła mi posiedzieć w ogrodzie. Z balkonu patrzył na mnie starzec nagi od góry co
najmniej do balustrady. Nikogo poza tym nie widziałem. Usiadłem na niebieskiej ławce pod
ogromnym eukaliptusem, w połowie odartym z kory, co zresztą u tych drzew jest, zdaje się,
regułą. Usiłowałem zobaczyć różowy dom i drzewo oczami matki, uchwycić cały charakter
pensjonatu w taki sposób, w jaki ona go odbierała. śałowałem, że nie wiem, gdzie jest okno
jej dawnego pokoju. Kierując się tym, jak willa się nazywa, nie wątpiłem, iż matka często
musiała spoglądać na tenże klomb fioletowych bratków. Stopniowo doprowadziłem się do
stanu, w którym różowości i zielenie jęły migotać i płynąć, jakbym oglądał je przez zasłonę
mgły. Matka - niewyraźnie zarysowana figurka w wielkim kapeluszu - wolno wchodziła po
schodkach, te zaś zdawały się topnieć i rozpływać niczym woda. Świadomość przywrócił mi
straszliwy łoskot. Z leżącej na mych kolanach papierowej torby wytoczyła się pomarańcza.
Podniosłem ją i wyszedłem z ogrodu. Po kilku miesiącach spotkałem przypadkiem w
Londynie kuzyna matki. Z rozmowy samo jakoś wynikło, że wspomniałem o swojej wizycie
w domu, w którym umarła.
- Ależ to było to drugie Roquebrune, w departamencie Var - powiedział kuzyn.”
Ciekawe, że pan Goodman cytując tenże fragment zadowala się stwierdzeniem, jakoby
„Sebastian Knight tak był oczarowany komiczną stroną wszelkich zjawisk i tak dalece nie
potrafił się przejąć ich poważną osnową, iż nie będąc z natury gruboskórnym ani cynicznym
umiał jednak wykpiwać najbardziej osobiste uczucia, które w oczach reszty ludzkości
słusznie uchodzą za święte”. Nic dziwnego, że ów solenny biograf na każdym kroku rozmija
się ze swym bohaterem.
W omówieniu chłopięcych lat Sebastiana ze wspomnianych już powodów nie pokuszę
się o metodyczność ani o ciągłość, na jaką niewątpliwie bym się zdobył opowiadając o
postaci fikcyjnej. Mógłbym mieć wówczas nadzieję, że przedstawiwszy harmonijny rozwój
bohatera od niemowlęctwa po wiek młodzieńczy pouczę, a zarazem ubawię czytelnika. Lecz
gdybym teraz obrał takie rozwiązanie, powstałaby dzięki temu jeszcze jedna „powieść
biograficzna”, a gorszej literatury jak dotąd nie wynaleziono. Niech więc drzwi pozostaną
zamknięte, tak aby tylko napięta nitka światła przedostawała się szparą u dołu, niech zgaśnie i
ta lampa w sąsiednim pokoju, gdzie Sebastian już się położył do łóżka; niechaj piękny oliw-
kowy dom na nabrzeżu Newy z wolna pochłonie szaro - niebieska mroźna noc: lekko prószy
ś
nieg, płatki zawisają w blasku ulicznej latarni, pałającej białym, iście księżycowym
ś
wiatłem, i osiadają niby puder na potężnych ramionach dwóch brodatych telamonów, co z
wysiłkiem godnym Atlasa wspierają wykusz pokoju mego ojca. Ojciec nie żyje, Sebastian
usnął za ścianą, a przynajmniej siedzi cicho jak mysz pod miotłą, ja zaś leżę w łóżku, nie
ś
piąc, i patrzę w ciemność.
Mniej więcej w dwadzieścia lat później wybrałem się do Lozanny, żeby odszukać
pewną starą Szwajcarkę, która najpierw była guwernantką Sebastiana, a potem moją.
Opuszczając nas w 1914 roku musiała mieć jakieś pięćdziesiąt lat. Korespondencja między
nami dawno się urwała, toteż w roku 1936 wcale nie byłem pewien, czy zastanę tę damę przy
ż
yciu. Ona jednak wciąż żyła. Okazało się, że istnieje stowarzyszenie wiekowych Szwajcarek,
dawnych guwernantek z przedrewolucyjnej Rosji. Staruszki „żyły przeszłością”, jak to
określił pan, który był łaskaw mnie do nich zaprowadzić; w większości zniedołężniałe i
zbzikowane, dożywały ostatnich lat porównując wspomnienia, tocząc między sobą boje o
drobnostki i lżąc porządek, jaki zastały w Szwajcarii, wróciwszy z Rosji po wieloletnim
pobycie. Tragedia ich polegała na tym, że mieszkając tak długo za granicą ani trochę nie
uległy cudzoziemskim wpływom (nie nauczyły się nawet najprostszych rosyjskich wyrazów);
przez cały czas czuły wobec otoczenia lekką wrogość: ileż razy słyszałem, jak Mademoiselle
biada nad swym wygnańczym losem, skarży się, że jest lekceważona i nie zrozumiana, i
wzdycha do nadobnej ojczyzny; lecz gdy nieszczęsne wędrowczynie wróciły do domu, w
odmienionym kraju poczuły się całkiem obco, własne emocje spłatały im więc osobliwego
figla i oto Rosja (która w rzeczywistości była dla nich nieznaną otchłanią, co otaczała swym
dalekim grzmieniem ujęty w krąg światła lampy kącik dusznej służbówki, ozdobionej
fotografiami rodzinnymi w ramkach z masy perłowej oraz akwarelą, przedstawiającą zamek
Chillon), ta nieznana Rosja nabrała cech raju utraconego - przestrzeni ogromnej wprawdzie i
niewyraźnej, lecz we wspomnieniu przyjaznej, zaludnionej smętnymi mrzonkami.
Mademoiselle przygłuchła i posiwiała, ale pozostała równie gadatliwa jak dawniej, toteż po
pierwszych wylewnych uściskach jęła wspominać różne drobne zdarzenia z mego
dzieciństwa, które jednak w jej wersji albo były beznadziejnie przeinaczone, albo tak zupełnie
nic mi nie mówiły, że powątpiewałem, czy kiedykolwiek miały miejsce. Nie wiedziała ani o
ś
mierci mojej matki, ani o tym, że Sebastian od trzech miesięcy nie żyje. Nawiasem mówiąc
nie miała też pojęcia, że za życia był wybitnym pisarzem. Zaczęła lać łzy, i to najzupełniej
szczere, ale chyba była trochę na mnie zła, gdy nie zapłakałem wraz z nią.
- Zawsze byłeś taki opanowany - rzekła. Powiedziałem, że piszę książkę o Sebastianie
i chciałbym porozmawiać o jego dzieciństwie. Mademoiselle pojawiła się u nas w domu
wkrótce po tym, jak ojciec ponownie się ożenił, ale obraz przeszłości był w jej pamięci tak
zatarty i zniekształcony, że o pierwszej żonie ojca (cette horrible Anglaise) mówiła tonem
zdającym się świadczyć, iż znała ją nie gorzej niż moją matkę (cette femme admirable).
- Mój biedny Sebastianek - zawodziła. - Taki był dla mnie czuły, taki szlachetny. Ach,
doskonale pamiętam, jak mi zarzucał rączki na szyję i mówił: „Nienawidzę wszystkich oprócz
ciebie, Zelle. Ty jedna rozumiesz moją duszę.” A kiedy leciutko dałam mu po łapce... une
toute petite tape... bo był niegrzeczny dla twojej matki... tak na mnie popatrzył... aż mi się
płakać zachciało... i ten jego głosik, kiedy powiedział: „Dziękuję ci, Zelle. To się nigdy
więcej nie powtórzy...”
W tym mniej więcej tonie przez dłuższy czas ciągnęła swą opowieść, a ja słuchałem,
czując się straszliwie niezręcznie. Po kilku bezowocnych próbach zdołałem wreszcie
skierować rozmowę na inny temat, lecz nim do tego doszło, porządnie ochrypłem, bo
staruszka zawieruszyła gdzieś trąbkę, którą powinna była trzymać przy uchu. Zaczęła dla
odmiany mówić o swej sąsiadce; tuż po przyjściu spotkałem w korytarzu tę tłuścioszkę,
jeszcze starszą niż sama Mademoiselle.
- Poczciwina jest już całkiem głucha - narzekała moja gospodyni - a w dodatku łże jak
najęta. Wiem z całą pewnością, że tylko dawała lekcje dzieciom księżny Demidow, ale nigdy
u niej nie mieszkała.
- Napisz tę swoją książkę, piękną książkę - wołała z płaczem, kiedy wychodziłem. -
Niech to będzie baśń z Sebastianem w roli księcia. Zaklętego księcia... Ileż razy mu
powtarzałam: „Uważaj, Sebastian, kobiety będą cię uwielbiać.” A on mi na to ze śmiechem:
„Ja też będę je uwielbiał...”
Wzdrygnąłem się w duchu. Pocałowała mnie z głośnym cmoknięciem i poklepała po
ręce, gotowa znów się rozpłakać. Ogarnąłem ją przelotnym spojrzeniem: stare zamglone
oczy, martwy połysk sztucznych zębów, na piersi broszka z granatów, którą tak dobrze
pamiętałem... Rozstaliśmy się. Padał ulewny deszcz, a ja wstydziłem się i czyniłem sobie
wyrzuty, że przerwałem drugi rozdział mej książki po to, aby odbyć tę bezcelową
pielgrzymkę. Zwłaszcza jedno mnie ubodło: Mademoiselle ani na chwilę nie zainteresowała
się późniejszym losem Sebastiana, nie chciała wiedzieć, jak umarł, nie spytała o nic.
3
W listopadzie 1918 roku matka postanowiła uciec wraz z Sebastianem i ze mną z
niebezpiecznej Rosji. Rewolucja na dobre się rozhulała, granice były zamknięte. Matka
dotarła do kogoś, kto z przemycania uchodźców przez granicę zrobił sobie zawód; za
odpowiednim wynagrodzeniem (w połowie płatnym z góry) człowiek ten zgodził się
przeszmuglować nas do Finlandii. Ustalono, że dojedziemy pociągiem prawie do samej
granicy - tak daleko, jak tylko jest to dozwolone - a potem przejdziemy na drugą stronę
tajnymi ścieżkami (w dwójnasób, a nawet w trójnasób tajnymi dzięki obfitym w tej cichej
krainie śniegom). Rankiem na samym początku podróży matce i mnie wypadło czekać na
Sebastiana, który przy bohaterskiej pomocy kapitana Biełowa taszczył nasz bagaż z domu do
pociągu. Odjazd zaplanowany był na ósmą czterdzieści. Pół do dziewiątej, a Sebastiana nie
widać. Przewodnik nasz siedział już w wagonie i spokojnie czytał gazetę; zawczasu uprzedził
matkę, że pod żadnym pozorem nie wolno jej odezwać się do niego przy ludziach, toteż w
miarę jak mijały minuty, a pociąg przygotowywano do odjazdu, ogarniało nas koszmarne,
obezwładniające przerażenie. Wiedzieliśmy, że przewodnik zgodnie z tradycją swej profesji
nigdy już nie podejmie przedsięwzięcia, które w punkcie wyjścia spaliło na panewce.
Wiedzieliśmy też, że nie będzie nas stać na to, aby po raz drugi pokryć koszta ucieczki.
Mijała minuta za minutą. W czeluściach żołądka zaczęło mi rozpaczliwie burczeć. Myśl, że
lada chwila pociąg ruszy, a my będziemy musieli wrócić na ciemne i zimne poddasze (dom
nasz upaństwowiono kilka miesięcy wcześniej), budziła w nas poczucie całkowitej klęski.
Idąc na dworzec wyprzedziliśmy Sebastiana i kapitana Biełowa, którzy pchali po skrzypią-
cym śniegu wyładowane taczki. Gdy tak na nich czekałem, obraz ten zastygł mi przed oczami
(miałem trzynaście lat i ogromną wyobraźnię) niczym zaklęta istota, skazana na wiekuisty
paraliż. Matka schowała dłonie w rękawach; spod wełnianej chustki wymknął jej się kosmyk
posiwiałych włosów. Chodziła w tę i z powrotem po peronie; ilekroć mijała okno naszego
przewodnika, próbowała zwrócić na siebie jego uwagę. Ósma czterdzieści pięć, ósma
pięćdziesiąt... Odjazd się opóźniał, lecz w końcu rozległ się gwizdek, ciepły kłąb białego
dymu ruszył w zawody z własnym cieniem, gdy ten pomknął po brązowym śniegu
pokrywającym peron, i w tejże chwili nadbiegł Sebastian, łopocząc na wietrze nausznikami
futrzanej czapki. Wszyscy troje jakoś się wgramoliliśmy do jadącego już pociągu. Minęło
nieco czasu, nim Sebastian zdołał nam opowiedzieć, że kapitana Biełowa aresztowano na uli-
cy - akurat kiedy mijali dom, w którym oficer niegdyś mieszkał; pozostawiając bagaż na
pastwę losu mój brat po desperacku rzucił się biegiem w stronę dworca. W kilka miesięcy
później dowiedzieliśmy się, że nasz nieszczęsny przyjaciel został rozstrzelany wraz z dwu-
dziestoma osobami z tej samej łapanki, ramię w ramię z Pałczynem, który zginął równie
mężnie jak on.
Jedną z epizodycznych postaci w ostatniej z wydanych książek Sebastiana,
zatytułowanej Wątpliwy asfodel (1936), jest człowiek, który dopiero co uciekł z nie nazwanej
krainy terroru i niedoli. „Cóż mogę wam powiedzieć, panowie, o swej przeszłości [mówi
uchodźca]: urodziłem się w kraju, w którym idea wolności, pojęcie tego, co słuszne, odruchy
ludzkiej dobroci otoczone były zimną pogardą i bezwzględnie zakazane. W dziejach naszych
zdarzało się co pewien czas, że jakiś obłudny rząd malował nieco ładniejszym odcieniem
ż
ółci mury więzienia, służącego narodowi za mieszkanie, i obwieszczał wszem i wobec
nadanie praw, będących w państwach szczęśliwszych rzeczą zwykłą; lecz prawa te albo przy-
sługiwały jedynie strażnikom, albo też miały jakąś utajoną skazę, z winy której stawały się
jeszcze bardziej dokuczliwe niż jawnie tyrańskie dekrety... W kraju mym ten tylko nie był
niewolnikiem, kto gnębił innych; ponieważ człowiekowi odmówiono prawa posiadania duszy
oraz wszystkiego, co z nią się wiąże, zadawanie fizycznego bólu uznano z czasem za środek
wystarczający, aby rządzić i kierować ludzką naturą... Niekiedy wybuchały tak zwane
rewolucje, przemieniające niewolników w ciemiężycieli i vice versa... Mroczna to kraina,
panowie, istne piekło, a jeśli czegoś w życiu jestem pewien, to tego, że nigdy się nie
wyrzeknę wygnańczej swobody w zamian za nędzną parodię ojczyzny...”
W przemowie tej pada mimochodem wzmianka o „puszczach i śnieżystych
równinach”, toteż pan Goodman co rychlej wnioskuje, iż cały akapit wiernie odzwierciedla
stosunek samego Sebastiana Knighta do Rosji. Jest to groteskowe nieporozumienie; dla
bezstronnego czytelnika winno być jasne, że zacytowane słowa odnoszą się do fikcyjnego
amalgamatu niegodziwości właściwych wielu tyraniom, a nie do jakiejś konkretnej nacji bądź
rzeczywistości historycznej. Jeśli zaś wplatam je w tę część mojego opowiadania, która
dotyczy ucieczki Sebastiana z Rosji wstrząsanej rewolucją, to dlatego, że chcę zaraz potem
przytoczyć kilka zdań z jego najbardziej autobiograficznego utworu: „Zawsze jestem zdania -
pisze Sebastian (Utracona własność) - że uczucie banity tęskniącego za rodzinnym krajem
należy do emocji najczystszych. Chciałbym pokazać, jak człowiek taki wytęża pamięć do
ostatnich granic, nieustannie pilnując, żeby nie obumarła ani nie zblakła wizja przeszłości:
błękitne wzgórza, które zapamiętał, i szczęśliwe gościńce, żywopłot z niezobowiązującą różą
i pole z królikami, daleka iglica i bliski dzwonek polny... Ponieważ jednak motyw ten
opracowali już lepsi ode mnie, a także dlatego, że odnoszę się z wrodzoną nieufnością do
wszystkiego, co, jak sądzę, łatwo byłoby mi wyrazić, żadnym sentymentalnym wędrowcom
nie dane będzie osiąść na skale mej nieprzyjaznej prozy.”
Pomimo takiej, a nie innej konkluzji przytoczonego fragmentu oczywiste jest, że tylko
kogoś, kto sam wie, co to znaczy porzucić ukochany kraj, może aż tak nęcić obraz nostalgii.
Jakkolwiek okropne oblicze ukazała Rosja, gdyśmy z niej uciekali, nie mogę wprost
uwierzyć, że Sebastian nie odczuł tegoż rozdarcia, co my wszyscy. Ostatecznie przecież to
właśnie Rosja była dlań domem, a łagodni, życzliwi, uprzejmi ludzie, za samą tylko zbrodnię
istnienia skazani na śmierć lub wygnanie, stanowili i jego sferę. Jestem pewien, że mroczne
chwile młodzieńczej zadumy, podobnie jak romantyczna i - pozwolę sobie dodać - nieco
sztuczna namiętność do kraju rodzinnego matki, nie wykluczały szczerego przywiązania do
stron, w których się urodził i wychował.
Po cichu przeturlaliśmy się przez fińską granicę i na pewien czas zamieszkaliśmy w
Helsingfors. Potem drogi nasze się rozeszły. Matka za radą starego przyjaciela zawiozła mnie
do Paryża, gdzie miałem dalej się kształcić. Natomiast Sebastian pojechał do Londynu,
stamtąd zaś do Cambridge. Odziedziczył po swej matce kapitał, zapewniający dostatnie życie;
w latach późniejszych miewał może zmartwienia, ale nigdy nie musiał się martwić o
pieniądze. Tuż przed jego odjazdem wszyscy troje usiedliśmy, żeby rosyjskim obyczajem
pomilczeć chwilę. Pamiętam, w jakiej pozie siedziała matka: złożywszy dłonie na kolanach
obracała ślubną obrączkę ojca (jak zwykle w momentach bezczynności); nosiła ją na tym
samym palcu, co własną, a ponieważ ta po mężu była o wiele za duża, przywiązała ją do
swojej czarną nitką. Pamiętam też pozę Sebastiana: ubrany w granatowy garnitur, założył
nogę na nogę i lekko nią kołysał. Wstałem pierwszy, po mnie on, na końcu matka. Sebastian
wymógł na nas obietnicę, że nie odprowadzimy go do portu, toteż pożegnaliśmy się właśnie
tam, w pokoju o bielonych ścianach. Mój brat pochylił twarz ku matce, ona zaś przeżegnała
go szybkim, nieznacznym ruchem; po chwili ujrzeliśmy przez okno, jak wsiada z torbą
podróżną do taksówki, zgarbiony w ostatniej pozie odjeżdżającego.
Rzadko miewaliśmy od niego wiadomości, a i te listy, które jednak pisał, nigdy nie
bywały długie. W ciągu trzech lat spędzonych w Cambridge tylko dwa razy odwiedził nas w
Paryżu... właściwie raz, bo powtórnie przyjechał dopiero na pogrzeb mojej matki. Ona i ja
dość często o nim rozmawialiśmy, zwłaszcza u schyłku jej życia, kiedy zdawała już sobie
sprawę, że koniec jest bliski. To właśnie matka opowiedziała mi o dziwnej przygodzie, którą
Sebastian przeżył w roku 1917; nic nie wiedziałem o tym zdarzeniu, bo spędzałem akurat
wakacje na Krymie. Otóż Sebastian zaprzyjaźnił się z poetą - futurystą nazwiskiem Aleksis
Pan i z jego żoną Larysą; ta dziwaczna para wynajmowała domek nie opodal naszej wiejskiej
posiadłości w okolicy Ługi. Aleksis Pan, hałaśliwy, krzepki człowieczek, miał iskrę
prawdziwego talentu, którą maskowała bałaganiarska niejasność jego wierszy. Robił jednak,
co mógł, żeby zaszokować odbiorców potwornym nagromadzeniem zbędnych słów (wynalazł
coś, co nazywał „stekiem submentalnym”), toteż przeważająca część jego dorobku wydaje się
dziś tak błaha, sztuczna i staroświecka (rzeczy supernowoczesne mają dziwny dar
przyspieszonego starzenia), że o prawdziwej wartości Aleksisa Pana pamięta jedynie garstka
badaczy, ceniących wspaniałe przekłady poezji angielskiej, których dokonał u progu
literackiej kariery, bo też co najmniej jedno z tych tłumaczeń stanowi istny cud słownej trans-
fuzji. Mam tu na myśli rosyjską wersję La Belłe Dame Sans Mer ci Keatsa.
Tak więc pewnego ranka na początku lata siedemnastoletni Sebastian znikł,
zostawiwszy mej matce kartkę: zawiadamiał ją w kilku słowach, że zamierza towarzyszyć
Panowi i jego żonie w podróży na Wschód. Matka początkowo uznała to za żart (Sebastian
mimo swego ponuractwa wymyślał czasem upiorne kawały; pewnego razu w zatłoczonym
tramwaju dziewczynie siedzącej w drugim końcu wagonu przesłał przez konduktora
nagryzmolony liścik tej oto treści: „Jestem tylko biednym konduktorem, ale kocham panią.”),
lecz wybrawszy się do Panów stwierdziła, że istotnie wyjechali. Jak się później okazało, w
pojęciu Pana wyprawa à la Marco Polo miała polegać na tym, aby z wolna sunąc ku
wschodowi kolejno się zatrzymywać w prowincjonalnych miasteczkach i aranżować w
każdym z nich „niespodziankę liryczną”, czyli wynajmować salę (albo i komórkę, jeśli sali
wynająć się nie dało) i urządzać w niej popis poetycki; czysty dochód z imprezy powinien był
umożliwić artyście, jego żonie oraz Sebastianowi dotarcie do następnego miasta. Nigdy nie
zostało powiedziane, jakiego rodzaju pomocy oczekuje się od Sebastiana: czy ma on pełnić
jakąś określoną funkcję, z którą wiązałyby się konkretne obowiązki, czy też wystarczy, jeżeli
będzie po prostu krążył wokół tamtych dwojga, przynosząc i podając, cokolwiek akurat okaże
się potrzebne, i świadcząc drobne uprzejmości Larysie, kobiecie porywczej i niełatwo dającej
się ułagodzić. Aleksis Pan wychodził zwykle na scenę w żakiecie, który wydawał się całkiem
poprawny poza tym, że był haftowany w ogromne kwiaty. Z przodu łysiny poeta
wymalowany miał gwiazdozbiór (Wielkiego Psa). Tubalny głos, jakim recytował swe
wiersze, dobywający się z tak niepozornego ciała, budził skojarzenia z myszą rodzącą góry. U
boku artysty siadywała na podium Larysa, rosła kobieta mająca w sobie coś z klaczy, ubrana
w sukienkę koloru lila; przyszywała guziki albo łatała spodnie, a dowcip polegał głównie na
tym, że w życiu codziennym nigdy w ten sposób nie dbała o męża. Co pewien czas w
przerwie między utworami Pan wykonywał powolny taniec - skrzyżowanie jawajskiej gry
nadgarstków z płodami swej własnej inwencji rytmicznej. Po występach imponująco się
zalewał - i to go właśnie zgubiło. Podróż na Wschód dobiegła kresu w Symbirsku. Podczas
gdy Aleksis leżał w plugawej oberży, pijany w sztok i bez grosza przy duszy, Larysę wraz z
całą jej furią zamknięto na posterunku policji za spoliczkowanie wścibskiego urzędnika,
któremu nie przypadł do gustu hałaśliwy geniusz jej męża. Sebastian wrócił do domu z taką
samą nonszalancją, z jaką wyjechał.
- Inny chłopiec na jego miejscu - stwierdziła matka - położyłby uszy po sobie i
wstydziłby się całej tej głupiej historii.
Ale Sebastian mówił o swej podróży jako o dość zabawnym zdarzeniu, które on sam
tylko beznamiętnie obserwował. To, czemu wziął udział w tak niedorzecznym popisie i
dlaczego w ogóle się skumał z tą groteskową parą, pozostało całkowitą tajemnicą (matka
przypuszczała, że może omotała go Larysa, ta jednak była kobietą niemłodą i zupełnie
pospolitą, a w dodatku pałała namiętną miłością do dziwadła, które los dał jej za męża).
Oboje znikli niebawem z życia Sebastiana. W kilka lat później Pan przez krótki czas cieszył
się wśród bolszewików sztucznie aranżowanym wzięciem; zawdzięczał je moim zdaniem
dziwacznemu przeświadczeniu (opartemu głównie na pomieszaniu pojęć), jakoby istniał
naturalny związek między ekstremizmem w polityce a ekstremizmem w sztuce. W roku 1922
lub 1923 Aleksis Pan popełnił samobójstwo za pomocą szelek.
- Zawsze miałam takie wrażenie - zwierzyła mi się kiedyś matka - jakbym właściwie
nie znała Sebastiana. Owszem, wiedziałam, że dobrze się uczy, pochłania zdumiewające
ilości książek, jest schludny, koniecznie chce brać co rano zimną kąpiel, chociaż wcale nie ma
za silnych płuc... wiedziałam to wszystko i jeszcze wiele innych rzeczy, ale on sam jakoś mi
się wymykał. No a teraz, kiedy mieszka w obcym kraju i pisuje do nas po angielsku, siłą
rzeczy wydaje mi się, że już zawsze pozostanie zagadką, chociaż Bóg mi świadkiem, starałam
się być dobra dla tego chłopca.
Gdy Sebastian odwiedził nas w Paryżu tuż przed końcem pierwszego roku studiów,
uderzył mnie jego cudzoziemski wygląd. Pod płaszczem z tweedu miał kanarkowy sweter.
Nosił workowate spodnie z flaneli i grube skarpety, nie znające podwiązek. Do tego krzyk-
liwy krawat w prążki. Chusteczkę do nosa nie wiedzieć czemu trzymał w rękawie. Fajkę palił
nawet na ulicy, a wystukiwał o obcas. Nauczył się stawać plecami do kominka, z rękami
wbitymi w kieszenie spodni. Po rosyjsku mówił z wyraźną ostrożnością, przechodząc na
angielski, ilekroć rozmowa przeciągała się ponad kilka zdań. Spędził u nas równo tydzień.
Kiedy znów przyjechał, matki nie było już na świecie. Po pogrzebie długo
siedzieliśmy we dwóch. Niezręcznie poklepał mnie po ramieniu, gdy spojrzałem przypadkiem
na jej okulary leżące na pustej półce i zacząłem dygotać, a z oczu popłynęły mi łzy, aż dotąd
skutecznie hamowane. Był bardzo dobry i pomocny, lecz zarazem mgliście daleki, jakby
przez cały czas myślał o czym innym. Gdy omówiliśmy sytuację, zaproponował, żebym
pojechał z nim na Riwierę, a potem do Anglii: byłem tuż po maturze. Odparłem, że wolę dalej
siedzieć w Paryżu, miałem tam bowiem przyjaciół. Nie nalegał. Mimochodem poruszyliśmy
także kwestię pieniędzy; Sebastian powiedział właściwym sobie zdawkowym tonem, że za-
wsze da mi ich tyle, ile zechcę - użył, zdaje się, słowa „forsa”, ale za to nie ręczę. Nazajutrz
wyjechał na południe Francji. Rano przeszliśmy się trochę; jak zwykle, gdy zostawaliśmy
sami, złapałem się na tym, że rozpaczliwie szukam tematu do rozmowy. On także był
milczący. Tuż przed rozstaniem powiedział:
- No, to tyle. Jakbyś czegoś potrzebował, pisz na mój londyński adres. Mam nadzieję,
ż
e na Siorbanej pójdzie ci równie dobrze, jak mnie w Cambridge. A skoro już o tym mowa,
postaraj się wybrać kierunek, który ci będzie odpowiadał, i nie zmieniaj go, póki cię nie
znudzi. - W jego ciemnych oczach migotały lekkie błyski. - Powodzenia - rzekł. - Trzymaj
się.
Podał mi rękę omdlewającym, świadomie sztucznym gestem, nabytym w Anglii.
Nagle bez żadnego zrozumiałego powodu zrobiło mi się okropnie żal Sebastiana;
zapragnąłem powiedzieć coś naprawdę - coś, co miałoby skrzydła i serce - ale ptaki, które
wzywałem, usiadły mi na głowie i na ramionach dopiero później, kiedy zostałem sam i nie
potrzebowałem już słów.
4
Minęły dwa miesiące od śmierci Sebastiana, nim zacząłem pisać tę książkę. Wiem
doskonale, jak wstrętny byłby samemu Sebastianowi mój nagły sentymentalizm, muszę
jednak wyznać, że uczucie, którym zawsze darzyłem przyrodniego brata, wciąż w ten czy
inny sposób deptane i dławione, zbudziło się raptem do nowego życia, buchając tak silnym
płomieniem emocji, iż wszystkie inne moje sprawy zostały w jego świetle zredukowane do
migotliwych konturów. Podczas naszych rzadkich spotkań nigdy nie rozmawialiśmy o
literaturze, a odkąd wszelką łączność między nami uniemożliwił ów dziwny ludzki obyczaj
umierania, zacząłem rozpaczliwie żałować, że nie powiedziałem Sebastianowi, jak bardzo
zachwycam się jego książkami. Już tego nie nadrobię, a nie jestem nawet pewien, czy w ogóle
wiedział, że je czytam.
Ale co właściwie ja sam wiedziałem o Sebastianie? Tych parę drobiazgów, które
zapamiętałem z jego dzieciństwa i młodości, mógłbym zawrzeć w kilku rozdziałach - lecz co
dalej? Szkicując ogólny plan książki zrozumiałem, że będę musiał podjąć zakrojone na
ogromną skalę badania, kolejno wydobywając na powierzchnię fragmenty jego życia i
spajając te okruchy własną intuicyjną wiedzą o usposobieniu zmarłego. Intuicyjna wiedza?
Tak, tę akurat miałem, czułem ją w każdym nerwie. Im zaś dłużej rozmyślałem, tym bardziej
stawało się oczywiste, że mam w ręku jeszcze jedno narzędzie: wyobrażając sobie postępki
Sebastiana, o których zasłyszałem dopiero po jego śmierci, wiedziałem ponad wszelką
wątpliwość, że w tej czy innej sytuacji byłbym się zachował dokładnie tak samo, jak on.
Oglądałem raz mecz między dwoma braćmi, znakomitymi tenisistami; mieli zupełnie różne
uderzenia, a w dodatku jeden wyraźnie górował nad drugim, lecz gdy śmigając po korcie
wpadli w pewien rytm, był on u obu taki sam, i jeśliby się dało naszkicować systemy, wedle
których grali, wykresy okazałyby się identyczne.
Zaryzykowałbym stwierdzenie, że Sebastian i ja też mieliśmy jakiś wspólny rytm; stąd
może owo uczucie, dające się wyrazić słowami „to już się kiedyś zdarzyło”, które mnie
ogarnia, gdy śledzę meandry jego życia. Jeśli zaś, jak częstokroć bywało z Sebastianem,
motywacje jego zachowań musiałem niegdyś zapisywać po stronie niewiadomych, teraz
niejednokrotnie odnajduję ich sens, wyjawia mi go bowiem to czy tamto z mych własnych
zdań, podświadomie sformułowanych w ten, a nie inny sposób. Nie twierdzę, że dane mi są te
same co Sebastianowi bogactwa umysłowości, podobne aspekty talentu. Bynajmniej. Geniusz
brata zawsze uważałem za cud, ani trochę nie związany z konkretnymi przeżyciami, których
być może obaj doznaliśmy w dzieciństwie, w zbliżonych okolicznościach. Możliwe, że
widziałem i zapamiętałem to samo co on, lecz różnica między jego a moją siłą wyrazu jest
mniej więcej taka, jak między fortepianem Bechsteina a niemowlęcą grzechotką. Nigdy w
ż
yciu nie pokazałbym mu choćby jednego zdania z tej książki, w obawie że się wzdrygnie,
przekonawszy się o nędzy mojej angielszczyzny. A wzdrygnąłby się z pewnością. Nie śmiem
też sobie wyobrażać reakcji Sebastiana na wieść, iż jego przyrodni brat (którego
doświadczenie literackie sprowadzało się do kilku przypadkowych tłumaczeń na angielski,
zleconych przez firmę samochodową) postanowił ukończyć kurs pod hasłem „zostań
pisarzem”, reklamowany z wielką werwą w angielskim czasopiśmie. Tak, przyznaję się - co
nie znaczy, że żałuję. Pewien pan miał za rozsądnym wynagrodzeniem zrobić ze mnie
wziętego autora i naprawdę wyłaził ze skóry, próbując wpoić mi skromność i wdzięk, siłę
przekonywania i lapidarność, a jeśli okazałem się beznadziejnym uczniem - chociaż dobroć
serca nie pozwoliła mu głośno tego stwierdzić - to z tej przyczyny, że od początku zahip-
notyzowała mnie przepyszna doskonałość opowiadania, które przysłał mi jako próbkę tego,
co uczniowie jego potrafią napisać i sprzedać. Występował tam między innymi niegodziwy,
wściekle prychający Chińczyk, dzielna piwnooka dziewczyna i rosły, cichy mężczyzna, które-
mu bielały knykcie, kiedy ktoś go naprawdę rozgniewał. Nie wspomniałbym o tym dość
niesamowitym przedsięwzięciu, gdyby nie fakt, że świadczy ono, jak dalece byłem nie
przygotowany do stojącego przede mną zadania i ku jakim szaleństwom popychał mnie brak
wiary we własne siły. Sięgnąwszy zaś w końcu po pióro zwarłem się w sobie, żeby stawić
czoło temu, co nieuniknione - innymi słowy, gotów byłem dać z siebie wszystko.
W anegdocie tej kryje się jeszcze jeden drobny morał. Otóż gdyby Sebastian zgłosił
się na korespondencyjny kurs pisarstwa - ot, dla zabawy: żeby zobaczyć, co z tego wyniknie
(lubił bowiem takie rozrywki) - byłby bez porównania gorszym uczniem niż ja. Jeśliby mu
kazano pisać tak, jak piszą wszyscy, pisałby jak nikt. Nie umiem nawet imitować stylu
Sebastiana, bo styl jego prozy brał się ze stylu myślenia, a ciągi myślowe mego brata były
olśniewającymi seriami luk. Tych zaś naśladować nie sposób, nie wypełniając ich zarazem
taką czy inną materią - czyli wymazując. Czasem jednak w opisie nastroju lub wrażenia
napotykam u Sebastiana jakiś detal, i natychmiast przychodzi mi na myśl pewien efekt
ś
wietlny w całkiem konkretnym miejscu, który obaj zauważyliśmy, nic o sobie nawzajem nie
wiedząc; czuję w takich razach, że choć talentem nie dorastam mu do pięt, istniały jednak
między nami psychiczne powinowactwa i one to właśnie pomogą mi się uporać z podjętym
dziełem.
Znalazłszy narzędzie trzeba zrobić z niego użytek. Pierwszym moim zadaniem po
ś
mierci Sebastiana było przejrzenie jego rzeczy. Wszystko pozostawił właśnie mnie - między
innymi list, w którym kazał mi spalić część swych papierów. List ten sformułowany był
bardzo niejasno, z początku więc sądziłem, że mowa w nim o brulionach lub poniechanych
rękopisach, ale Sebastian - o czym wkrótce się przekonałem - dawno już sam je zniszczył,
pominąwszy kilka luźnych stronic zawieruszonych tu i ówdzie pomiędzy innymi papierami,
należał bowiem do tej rzadkiej rasy pisarzy, którzy wiedzą, iż nic nie ma prawa ocaleć prócz
dzieła w doskonałej postaci, czyli wydrukowanej książki; istnienia jej nie sposób zaś
pogodzić z istnieniem widma - niechlujnego rękopisu, wystawiającego na pokaz swe
niedostatki niczym mściwy upiór, co niesie pod pachą własną głowę; dlatego też w pewnym
momencie należy wyprzątnąć warsztat, unicestwiając cały śmietnik, choćby miał on nie
wiedzieć jaką wartość sentymentalną lub rynkową.
Kiedy po raz pierwszy wszedłem do londyńskiego mieszkanka Sebastiana na Oak
Park Gardens 36, ogarnęło mnie uczucie pustki, jakiego doznaje człowiek stwierdziwszy, że
zbyt długo odwlekał spotkanie, a teraz jest już za późno. Trzy pokoje, wystygły kominek,
cisza. W ostatnich latach Sebastian rzadko korzystał z tego mieszkania, a i umarł gdzie
indziej. W szafie wisiało pół tuzina garniturów, przeważnie starych; na sekundę uległem
dziwacznemu złudzeniu, że oglądam ciało Sebastiana rozmnożone w szereg sztywnych form
o kwadratowych barkach. Widziałem go raz w tym brązowym płaszczu; dotknąłem rękawa,
był jednak bezwładny i niczym nie odpowiedział na ten cichy okrzyk z głębi mej pamięci. W
szafie stały też buty: przeszły wiele kilometrów, a teraz dotarły do kresu wędrówki. Złożone
koszule leżały na plecach. Cóż mogły mi powiedzieć o Sebastianie wszystkie te milczące
przedmioty? Jego łóżko. Na ścianie barwy kości słoniowej wisiał nad łóżkiem nieduży obraz
olejny (błotnista droga, tęcza, piękne kałuże), stary i lekko spękany. Tam padało jego
spojrzenie, kiedy się budził.
Rozglądałem się po sypialni z wrażeniem, że wszystkie sprzęty uskoczyły w ostatniej
chwili, jakbym je zaszedł znienacka, a teraz kolejno spoglądają mi w oczy, sprawdzając, czy
zauważyłem ten moment, gdy się wzdrygnęły, przyłapane na czymś zdrożnym. Zwłaszcza
pewien niski fotel w białym pokrowcu stojący obok łóżka miał taką minę; zastanawiałem się,
co też mógł ukraść. Grzebiąc w zakamarkach jego niechętnych fałd namacałem coś twardego:
okazało się, że to brazylijski orzech; fotel znów stanął z założonymi rękami, oblókłszy się w
tę samą co przedtem nieprzeniknioność (mogącą wyrażać pełne wzgardy dostojeństwo).
Łazienka. Szklana półka, pusta - tylko dwuramienny pojemnik po talku z nalepioną w
rozwidleniu etykietką przedstawiającą fiołki odbijał się w lustrze niczym kolorowa reklama.
Potem obejrzałem dwa większe pokoje. Jadalnia była dziwnie bezosobowa, jak
wszystkie pomieszczenia, w których się jada - może dlatego, że pokarm to główne ogniwo
między nami a pospolitym chaosem przetaczającej się wokół nas materii. W szklanej
popielniczce leżał wprawdzie niedopałek, ale zostawił go tam niejaki McMath, pośrednik w
handlu nieruchomościami.
Pracownia. Z jej okien rozpościerał się widok na ogród czy też może park za domem,
ciemniejące niebo, kilka wiązów - wbrew obietnicy zawartej w nazwie zaułka nie były to
dęby. W jednym końcu pokoju rozsiadła się obita skórą kanapa. Gęsto zaludnione półki z
książkami. Biurko. Blat prawie pusty: czerwony ołówek, pudełko spinaczy - mebel wydawał
się ponury i nieprzystępny, ale lampa na jego zachodnim krańcu była przeurocza. Gdy
namacałem jej puls, opałowa kula stopniała i spłynęła strugami światła: a więc ten to
czarodziejski księżyc oglądał białą, ruchliwą dłoń Sebastiana. Teraz już serio zabrałem się do
dzieła. Wziąłem zostawione mi w spadku klucze i otworzyłem szuflady.
Przede wszystkim wywlokłem z nich dwie paczki listów, na których Sebastian
nagryzmolił: „zniszczyć”. Jedną zawinął tak, że nie mogłem zobaczyć charakteru pisma:
papier listowy był błękitny jak skorupka jajka, z ciemnoniebieskimi marginesami. Druga
paczka zawierała kartki z rozmaitych papeterii, zamaszyście pobazgrane kobiecą ręką.
Odgadłem, czyją. Przez jedną szaloną chwilę walczyłem z pokusą, aby dokładniej zbadać oba
zawiniątka. Wyznaję z żalem, że lepsze skłonności wzięły górę. Lecz gdy paliłem listy w
kominku, jeden z błękitnych arkuszy oddzielił się od reszty, gnąc się w tył pod torturą
płomienia, a nim oblazła go i stłamsiła czerń, kilka słów rozbłysło z całą jasnością, wnet
jednak omdlały i wszystko się skończyło.
Osunąłem się na fotel i zamyśliłem. Przed chwilą przeczytałem parę słów napisanych
po rosyjsku, urywek zdania; same w sobie były one doprawdy nieistotne (nie mogłem zresztą
od płomieni rządzonych ślepym trafem oczekiwać sprytu ani rozmysłu, właściwego
powieściopisarskim fabułom). W dosłownym przekładzie znaczyłyby: „zwyczaj twój, aby
zawsze znajdować...” Lecz to nie ich sens mnie uderzył, a sam fakt, że napisano je w mojej
ojczystej mowie. Nie miałem pojęcia, kim mogła być owa Rosjanka, której listy Sebastian
przechowywał w tak bliskim sąsiedztwie listów Klary Bishop - a niewiedza ta z jakiejś
przyczyny męczyła mnie i zbijała z tropu. Ze swego miejsca przy kominku, który znów był
czarny i zimny, widziałem jasny krąg światła lampy stojącej na biurku, jaskrawą biel
papierów przelewających się przez krawędź szuflady oraz samotny arkusz na niebieskim
dywanie, do połowy ukryty w cieniu, przecięty na ukos granicą strefy światła. Przez moment
zdawało mi się, że przy biurku siedzi przezroczysty Sebastian, wnet jednak przypomniałem
sobie fragment o niewłaściwym Roquebrune: może wolał pisać w łóżku?
Po pewnym czasie podjąłem przerwane zajęcie: znów zacząłem badać i z grubsza
klasyfikować zawartość szuflady. Listów było wiele. Odłożyłem je na bok, żeby później
przejrzeć. Wycinki z gazet w albumie z krzykliwą okładką, na której widniał
nieprawdopodobny motyl. Nie, nie znalazłem tam omówień jego własnych książek: Sebastian
był zanadto próżny, żeby gromadzić recenzje, a gdyby się na nie przypadkiem natknął w
prasie, poczucie humoru nie pozwoliłoby mu wklejać ich cierpliwie do kajetu. Miał jednak,
jak już wspomniałem, album wycinków, a wszystkie one (stwierdziłem to później,
przeglądając je bez pośpiechu) dotyczyły bezsensownych zdarzeń, absurdalnych niczym sny,
rozgrywających się w najbardziej banalnych miejscach i sytuacjach. Zauważyłem, że darzył
także uznaniem niezborne metafory; pewnie zaliczał je do tej samej kategorii zjawisk z lekka
koszmarnych. Pośród jakichś dokumentów prawniczych znalazłem karteluszek z początkiem
opowiadania - było to zaledwie jedno zdanie, urwane w połowie, dzięki niemu poznałem
jednak ten osobliwy zwyczaj Sebastiana, aby w trakcie pisania nie skreślać słów,
zastępowanych innymi; na przykład znalezione przeze mnie zdanie brzmiało następująco:
„Jako okropny śpioch Okropny śpioch, Roger Rogerson, stary Rogerson kupił stary Rogers
kupił, tak się bał Będąc okropnym śpiochem, stary Rogers tak się zawsze bał, że przegapi
jutro. Był okropnym śpiochem. Śmiertelnie się bał, że przegapi jutrzejsze wydarzenie chwałę
poranny pociąg chwałę, kupił więc i przyniósł do domu nie jeden, ale osiem budzików różnej
wielkości, tykających z rozmaitym wigorem dziewięć osiem jedenaście budzików różnej
wielkości, tykających które to budziki dziewięć budzików, tyle samo, ile kot ma które ustawił
które nieco upodobniły jego sypialnię do”.
ś
ałowałem, że nie ma dalszego ciągu.
W pudełku po czekoladkach cudzoziemskie monety: franki, marki, szylingi
austriackie, korony - i drobniejszy bilon. Kilka wiecznych piór. Ametyst orientalnego
pochodzenia, bez oprawy. Gumka recepturka. Szklana fiolka tabletek od bólu głowy, przeciw
nerwowym załamaniom, newralgii, bezsenności, złym snom i bólom zębów. Wzmianka o
zębach nie budziła zaufania. Stary notes (1926) z wymarłymi numerami telefonów. Foto-
grafie.
Spodziewałem się znaleźć wśród nich całą masę zdjęć dziewcząt. Znacie ten typ:
uśmiechy w słońcu, migawki z lata, kontynentalne sztuczki z cieniem, uśmiechy w bieli na
trotuarze, piasku lub śniegu - ale tym razem nie zgadłem. Gdy z dużej koperty, na której
widniała wypisana ręką Sebastiana lakoniczna informacja „pan H.”, wytrząsnąłem
dwadzieścia parę fotografii, okazało się, że wszystkie przedstawiają jedną i tę samą osobę na
różnych etapach życia: najpierw był to łobuziak o twarzy jak księżyc w pełni, ubrany w
marynarski mundurek prostackiego kroju, potem brzydki chłopiec w czapce krykiecisty,
następnie młodzieniec z perkatym nosem, i tak dalej, aż w końcu pojawiała się cała seria
dorosłych panów H. - dość odrażający mężczyzna podobny do buldoga stopniowo tył w
ś
wiecie, na który składały się już to dekoracje w fotograficznych ateliers, już to prawdziwe
ogródki przed domkami jednorodzinnymi. Zrozumiałem, kim miał być ten człowiek, kiedy
natrafiłem na wycinek z gazety, przypięty do jednego ze zdjęć:
„Pisarz pracujący nad biografią fikcyjnej postaci poszukuje fotografii pana o
energicznej aparycji, przeciętnego, ustabilizowanego, abstynenta, najchętniej kawalera.
Zakupi zdjęcia z dzieciństwa, młodości i wieku męskiego celem publikacji we wspomnianym
utworze.”
Książka ta nigdy nie powstała, ale możliwe, że niedoszły autor jeszcze w ostatnim
roku życia nosił się z zamiarem jej napisania, bo końcowe zdjęcie pana H., stojącego z
radosną miną obok nowiutkiego samochodu, opatrzone było datą „marzec 1935”, a Sebastian
umarł zaledwie w rok później.
Nagle ogarnęło mnie zmęczenie i przygnębienie. Chciałem zobaczyć twarz Rosjanki, z
którą Sebastian korespondował. Chciałem zobaczyć zdjęcia samego Sebastiana. Chciałem
wielu rzeczy... Błądząc spojrzeniem po pokoju spostrzegłem fotografie w ramkach, wiszące w
półmroku nad regałem z książkami.
Wstałem, żeby im się przyjrzeć. Jedna - powiększona odbitka - przedstawiała
Chińczyka nagiego od pasa w górę, uchwyconego w chwili, gdy z wielką energią ścinano mu
głowę, obok zaś wisiało banalne studium kędzierzawego dziecka bawiącego się ze
szczeniakiem. Uznałem, że jest to kombinacja w wątpliwym guście, ale Sebastian miał widać
swoje powody, żeby zachować i powiesić obok siebie te zdjęcia.
Rzuciłem też okiem na książki; było ich wiele, najrozmaitszych, poutykanych byle
jak. Na jednej półce panował nieco większy ład i tam właśnie zauważyłem sekwencję, która
przez chwilę zdawała się układać w ledwie uchwytną frazę muzyczną, dziwnie mi skądś
znajomą: Hamlet, La morte d'Arthur, Most w San Luis Rey, Doktor Jekyll i Mr Hyde, Wiatr z
południa, Dama z pieskiem, Madame Bovary, Niewidzialny człowiek, Le Temps Retrouve,
Słownik angielsko - perski, Autor Trixie, Alicja w krainie czarów, Ulisses, O kupowaniu koni,
Król Lir...
Melodia wydała ni to okrzyk, ni to westchnienie, i ucichła. Wróciłem do biurka i
zacząłem sortować listy, które przedtem odłożyłem na bok. Przeważnie dotyczyły spraw
urzędowych, uznałem więc, że mam prawo je przejrzeć. Niektóre w żaden sposób nie wiązały
się z zawodem Sebastiana, inne - owszem. Panował wśród nich niezły bałagan; wielu aluzji
nie zdołałem rozszyfrować. W paru przypadkach Sebastian zachował kopie swych własnych
listów, i tak na przykład zapoznałem się bez żadnych skrótów z pełną animuszu wymianą
zdań między nim a jego wydawcą na temat pewnej książki. Potem pojawił się jakiś marudny
osobnik - ni mniej, ni więcej, tylko z Rumunii - i hałaśliwie domagał się opcji...
Dowiedziałem się też, jak przebiega sprzedaż w Anglii i w jej dominiach... Nic
nadzwyczajnego, ale w jednym przypadku wynik co najmniej zadowalający. Kilka listów od
zaprzyjaźnionych pisarzy. Pewien łagodny literat, autor jednej jedynej sławnej książki,
zbeształ Sebastiana (4 kwietnia 1928 roku) za „korzeniowszczyznę”, radząc mu poniechać
„szczyzny”, a za to w dalszych utworach kultywować „korzeń”; pomysł ten wydał mi się
osobliwie głupi.
Wreszcie na samym spodzie znalazłem listy matki i własne, a także kilka od kolegi, z
którym Sebastian studiował. Trochę się siłując z ich stronicami (stare listy nie lubią, kiedy je
się rozkłada) nagle pojąłem, gdzie teraz powinienem zapolować.
5
Studenckie lata Sebastiana Knighta nie były zbyt szczęśliwe. Wiele rzeczy w
Cambridge sprawiło mu oczywiście radość; początkowo wręcz zachłysnął się tym, że
nareszcie widzi wytęskniony kraj - widzi, dotyka, czuje zapachy. Prawdziwa dorożka
zawiozła go z dworca do Trinity College; można by sądzić, że czekała specjalnie na
Sebastiana, do ostatniej chwili rozpaczliwie stawiając opór siłom skazującym tego rodzaju
pojazdy na wymarcie, a potem skonała z ochotą, aby przenieść się w świat bokobrodów i
czerwończyka płomieńca.
Błocko na ulicach lśniących wilgocią w mglistym mroku tworzyło wraz z
przyobiecanym kontrapunktem - filiżanką mocnej herbaty i szczodrze płonącym ogniem na
kominku - harmonię, którą przybysz doskonale skądś znał. Czyste dźwięki zegarów na
wieżach już to zawisały nad miastem, już to nakładały się na siebie i odpowiadały sobie
echem z oddali, w dziwny, do głębi znajomy sposób zlewając się z piskliwymi okrzykami
gazeciarzy. A gdy Sebastian wkroczył na przepojony ponurym majestatem główny
dziedziniec, gdzie cienie w togach snuły się wśród mgły, widząc przed sobą miarowo
podskakujący melonik odźwiernego poczuł, że którymś zmysłem rozpoznaje wszystkie te
doznania: zdrowe wyziewy wilgotnej darni, pradawną dźwięczność kamiennych płyt pod
obcasem, niewyraźny zarys mrocznych murów wysoko nad głową - po prostu wszystko.
Szczególne to uniesienie trwało zapewne dość długo, lecz od razu zawierało też domieszkę
innego uczucia, które później wzięło górę. Otóż Sebastian chcąc nie chcąc zdał sobie sprawę
(być może z czymś na kształt bezradnego zdumienia, oczekiwał bowiem od Anglii więcej, niż
mógł dostać), że choćby nowe otoczenie najmądrzej i najsłodziej schlebiało jego dawnym
rojeniom, on sam, a raczej najbardziej drogocenna część jego osobowości, znosić będzie tę
samą co dotychczas beznadziejną samotność. Bo też właśnie samotność była dominantą życia
mojego brata, im zaś troskliwiej los dbał o to, aby czuł się on na świecie jak u siebie w domu,
im umiejętniej podrabiał rzeczy, których Sebastian pragnął (a raczej tak mu się zdawało), tym
wyraźniej człowiek będący przedmiotem owych starań uświadamiał sobie, że nie pasuje do
obrazka - ani tego, ani żadnego innego. Zrozumiawszy wreszcie problem do końca, jął z
ponurą zaciętością pielęgnować w sobie świadomą sztuczność niby rzadki talent lub pasję, i
wtedy dopiero zaczął czerpać satysfakcję z jej bujnego, wręcz monstrualnego rozrostu, już się
nie przejmując tym, że jest niesympatyczny i niezdarny; to jednak nastąpiło znacznie później.
Z początku musiał się rozpaczliwie bać, że nie zrobi tego, czego od niego oczekują,
albo co gorsza zrobi to niezręcznie. Ktoś mu powiedział, że sztywną, kanciastą czapkę
uniwersytecką należy zmiąć lub nawet całkiem wyjąć z niej tekturę, pozostawiając tylko
wiotką, czarną tkaninę. Ledwie Sebastian posłuchał tej rady, stwierdził, iż niechcący utrafił w
najbardziej prostacki ton „studenterii”, bo styl naprawdę doskonały polega na tym, aby nosić
czapkę i togę zupełnie je ignorując, zapewnia im to bowiem nieskazitelny wygląd rzeczy
nieistotnych, które w przeciwnym razie ośmieliłyby się domagać dla siebie znaczenia. Inny
przykład: kapelusze i parasole bez względu na pogodę obłożone były anatemą, toteż Sebastian
sumiennie mókł i przeziębiał się, aż pewnego dnia poznał niejakiego D. W. Gorgeta,
uroczego, przyjacielskiego lenia o nonszalanckim usposobieniu, słynnego rozrabiakę,
eleganta i dowcipnisia: i ten to Gorget najspokojniej w świecie chodził w miękkim kapeluszu
i z parasolem. Gdy w piętnaście lat później przyjechałem do Cambridge, najlepszy przyjaciel
Sebastiana z lat studenckich (obecnie wybitny uczony) opowiedział mi te historyjki;
pozwoliłem sobie wówczas zauważyć, że wszyscy w Cambridge chodzą przecież z...
- W rzeczy samej - przytaknął mój rozmówca. - Parasol Gorgeta wydał potomstwo.
- Niechże mi pan jeszcze powie - poprosiłem - jak było ze sportem? Czy Sebastian
dobrze sobie radził na boisku?
Gospodarz się uśmiechnął.
- Niestety - rzekł. - Pominąwszy łagodnego tenisa, w którego czasem grywaliśmy na
dość grząskim trawiastym korcie, ani Sebastian, ani ja nie byliśmy wielkimi zwolennikami
tego rodzaju zajęć. Pamiętam, że miał bardzo drogą rakietę i twarzowy kostium z flaneli. W
ogóle zresztą wyglądał nadzwyczaj miło, schludnie i tak dalej. Ale zamiast serwować, po
kobiecemu klepał piłkę rakietą. Wciąż się uganiał po całym korcie i nigdy nie trafiał, a
ponieważ ja spisywałem się niewiele lepiej, nasze mecze polegały głównie na tym, że co
chwila podnosiliśmy z ziemi mokre, zielone piłki albo odrzucaliśmy je właścicielom,
grającym na sąsiednich kortach, wszystko to zaś odbywało się wśród równomiernie siąpiącej
mżawki. Tak, Sebastian grał zdecydowanie kiepsko.
- Martwił się tym?
- Tak, w pewnym sensie. Właściwie cały pierwszy semestr zatruła mu świadomość, że
w tych sprawach nie nadąża. Kiedy on i Gorget poznali się u mnie, biedny Sebastian bez
przerwy rozprawiał o tenisie, więc Gorget spytał wreszcie, czy w tenisa gra się kijem.
Sebastian trochę się wtedy pocieszył, bo pomyślał, że Gorget, którego z miejsca polubił, też
nie jest wysportowany.
- A nie był?
- No, grał w rugby w reprezentacji Cambridge, ale może nie przepadał za tenisem.
Zresztą Sebastian wkrótce się wyleczył z kompleksów na punkcie sportu. A w ogóle...
Siedzieliśmy w pokoju o ścianach wykładanych dębową boazerią, przy słabym
ś
wietle, w fotelach tak niskich, że bez trudu sięgaliśmy do zastawy herbacianej, która
pokornie czekała na dywanie; duch Sebastiana zdawał się unosić nad nami, gdy migoczące
płomienie odbijały się w mosiężnych gałkach kominka. Gospodarz był w młodości blisko z
Sebastianem, chyba zatem wiedział, co mówi, kiedy twierdził, że mój brat miał poczucie
niższości, bo pragnął stać się bardziej angielski niż sama Anglia; wiecznie mu się to nie
udawało, ale wciąż próbował, aż w końcu zrozumiał, iż zdradza go nie tyle zewnętrzność, nie
tyle manieryzmy, wtrącane pod dyktando modnego slangu, ile samo to usiłowanie, aby stać
się takim jak inni i postępować na ich modłę, podczas gdy w istocie wisi nad nim
błogosławieństwo, skazujące go na odosobnienie w granicach własnego jestestwa.
Robił jednak, co mógł, żeby się przedzierzgnąć w typowego studenta. Zimowym
rankiem wychodził na dwór w brązowym szlafroku i starych lakierkach, zabierając ze sobą
mydelniczkę i saszetkę z przyborami do mycia, i szedł do łaźni za rogiem. Potem było
ś
niadanie w jadalni: owsianka szara i nudna jak niebo nad dziedzińcem oraz pomarańczowa
marmolada - dokładnie w tym samym odcieniu, co pnącza porastające mury wokół tegoż
dziedzińca. Sebastian dosiadał swego, jak mówił mój informator, „bicykla”, i z togą
przerzuconą przez ramię pedałował do tej czy innej sali na wykład. Lunch jadał w lokalu
zwanym Pitt (był to, zdaje się, jakiś klub, zapewne o ścianach przyozdobionych malunkami w
guście koniarzy, gdzie stareńcy kelnerzy zadawali gościom odwieczną zagadkę: czysta czy
zabielana?). Grywał w piątaki (cokolwiek się za tą nazwą kryło) lub w inną podobnie
bezpieczną grę, a potem w gronie paru przyjaciół zjadał podwieczorek; rozmowa kuśtykała od
herbatników do fajki, przy czym starannie unikano wszystkiego, czego nie mówili pozostali.
Przed kolacją mogło być jeszcze kilka wykładów, później zaś znów szło się do jadalni -
całkiem przyzwoitej sali, którą też mi sumiennie pokazano. Właśnie odbywało się tam
zamiatanie podłogi i tłuste białe łydki Henryka Ósmego sprawiały takie wrażenie, jakby się
bały łaskotek.
- A gdzie zwykle siadywał Sebastian?
- Tam, pod ścianą.
- Ale jak się tam dostawał? Stoły ciągną się kilometrami.
- Wskakiwał na zewnętrzną ławkę i przechodził po blacie stołu. Wszyscy tak robili,
chociaż czasem nadeptywało się komuś na talerz.
Po kolacji wracał do siebie, jeżeli nie szedł z jakimś milczącym kompanem do małego
kina w rynku, gdzie można było zobaczyć film z Dzikiego Zachodu albo Charliego Chaplina,
jak ucieka sztywnym truchcikiem przed niegodziwym grubasem, póki się nie poślizgnie na
rogu ulicy.
W ten sposób minęły trzy albo cztery semestry, potem jednak w Sebastianie zaszła
dziwna zmiana. Przestało go bawić to, czym się dotychczas zabawiał z poczucia obowiązku, i
z całym spokojem zajął się sprawami naprawdę dlań ważnymi. Na zewnątrz zmiana ta miała
taki skutek, że wypadł z rytmu życia uczelni. Nie widywał się z nikim prócz mego rozmówcy;
pozostał on jedynym chyba człowiekiem, wobec którego mój brat był całkiem szczery i
naturalny. Łączyła ich piękna przyjaźń; doskonale zresztą rozumiałem Sebastiana, bo ten
spokojny badacz miał najwspanialszą i najdelikatniejszą osobowość, jaką można sobie
wyobrazić. Obaj interesowali się literaturą angielską; przyjaciel Sebastiana już wtedy szki-
cował plan swego pierwszego dzieła, zatytułowanego Prawa wyobraźni literackiej, za które w
kilka lat później dostał nagrodę Montgomery'ego.
- Prawdę mówiąc - rzekł teraz, głaszcząc puszystego kota o błękitnym futrze i
seledynowych oczach; zwierzę pojawiło się nie wiedzieć skąd i właśnie sadowiło mu się na
kolanach. - Prawdę mówiąc, w tamtym okresie naszej przyjaźni trochę się martwiłem o
Sebastiana. Kiedy się nie pojawiał na wykładzie, szedłem go odwiedzić, i tu się okazywało,
ż
e jeszcze leży w łóżku, skulony jak śpiące dziecko, ale przy tym z ponurą miną pali
papierosa. Zmiętoszona poduszka cała obsypana była popiołem, a wyplamione atramentem
prześcieradło zamiatało podłogę. W odpowiedzi na moje energiczne powitanie ledwie stękał i
nawet się nie fatygował, żeby zmienić pozycję, więc pokręciwszy się trochę po mieszkaniu,
uspokojony, że nie zachorował, szedłem na lunch, a gdy potem znów do niego wstępowałem,
dalej leżał - tyle że na drugim boku - i strząsał popiół do kapcia. Pytałem, czy nie przynieść
mu czegoś do jedzenia, bo w spiżarce miał zawsze pustki, kiedy zaś wracałem z kiścią ba-
nanów, zrywał się wesół jak małpa i natychmiast zaczynał mnie drażnić stekiem mętnie
niemoralnych stwierdzeń na temat życia, śmierci lub Boga, które wygłaszał ze szczególną
lubością, wiedząc, jak mnie złoszczą, choć nigdy nie wierzyłem, że mówi serio. Wreszcie
koło trzeciej czy czwartej wkładał szlafrok i szurając kapciami szedł do saloniku.
Wychodziłem przejęty niesmakiem, a on siedział skulony przy kominku i drapał się w głowę.
Kiedy nazajutrz pracowałem w swoich pieleszach, na schodach zaczynały raptem dudnić
czyjeś kroki i do pokoju wpadał Sebastian, czysty, wyświeżony i podekscytowany, żeby mi
pokazać wiersz, który właśnie skończył.
Sądzę, że wszystko w tym opisie się zgadza; najbardziej żałosny wydał mi się pewien
drobny szczegół. Otóż angielszczyzna Sebastiana, choć płynna i wysoce idiomatyczna, była,
jak się zdaje, w oczywisty sposób angielszczyzną cudzoziemca. Głoskę „r” na początku
wyrazu mój brat wymawiał dźwięcznie i chrapliwie; robił czasem dziwaczne błędy, na
przykład mówił „chwyciłem grypę” albo „ten facet sympatyzuje”, co miało po prostu zna-
czyć, że ktoś wywarł na nim miłe wrażenie. Nieprawidłowo akcentował takie słowa, jak
„interesujący” czy „laboratorium”. Źle wymawiał imiona w rodzaju „Sokratesa” lub
„Desdemony”. Jeśli zwrócono mu uwagę, nigdy nie powtarzał błędu, ale okropnie się dręczył
samym faktem, że nie jest pewien niektórych wyrazów, i oblewał się jaskrawym rumieńcem,
ilekroć z powodu przypadkowego potknięcia tępawy słuchacz nie całkiem go zrozumiał. W
okresie tym o wiele lepiej wprawdzie pisał niż mówił, lecz wiersze jego miały w sobie coś
niezupełnie angielskiego, choć trudno byłoby powiedzieć, co mianowicie. śaden zresztą nie
dotarł do mych rąk. Owszem, przyjaciel Sebastiana przypuszczał, że może kilka...
Zdjął kota z kolan i zaczął grzebać wśród papierów w szufladzie, niczego jednak nie
znalazł.
- Może u mojej siostry w jakiejś skrzyni - powiedział bez przekonania - ale nie dam
głowy... Takie drobiazgi szczególnie łatwo popadają w zapomnienie, a poza tym Sebastian
niewątpliwie byłby rad, że zaginęły.
- Nawiasem mówiąc - wtrąciłem - wygląda na to, że czas, który pan wspomina, był
okropnie płynny, w sensie czysto meteorologicznym. Musiała wtedy panować wręcz
rozpaczliwa pogoda, taka jak dziś [spotkanie nasze wypadło w ponury, lutowy dzień]. Proszę
mi powiedzieć, czy nigdy wtedy nie bywało ciepło, słonecznie? Przecież sam Sebastian
napomyka chyba w którymś miejscu o „różowych świecznikach ogromnych kasztanów” nad
piękną rzeczułką?
Owszem, w Cambridge prawie co roku była wiosna, a po niej lato (owo tajemnicze
„prawie” szczególnie mi się spodobało). Sebastian rzeczywiście dosyć chętnie się wylegiwał
w łódce, płynącej rzeką Cam. Lecz nade wszystko lubił jeździć o zmroku na rowerze pewną
ś
cieżką biegnącą skrajem łąk. Siadał na płocie i myśląc o tym i owym patrzył, jak na bladym
wieczornym niebie smużki łososiowych chmur przybierają kolor matowej miedzi. O czym
myślał? O dziewczynie, która mówiła londyńską gwarą, a puszyste włosy wciąż jeszcze
zaplatała w warkocze (pewnego razu szedł za nią przez błonia, aż nagle zastąpił jej drogę,
pocałował i nigdy już potem nie zobaczył)? O kształcie jednej z chmur? O mglistym za-
chodzie słońca za czarnym jodłowym borem kędyś w Rosji (ileż dałby za takie
wspomnienie!)? O ukrytych znaczeniach gwiazdy i źdźbła trawy? O nieznanym języku ciszy?
O straszliwej wadze kropli rosy? O rozdzierającym pięknie kamyka wśród miliardów innych
kamyków, co układają się w sens - ale jaki? Czy też rozważał odwieczne pytanie „Kim
jesteś?”, stawiane własnemu ja, zaskakująco nieuchwytnemu pośród zmierzchu, a zarazem
ś
wiatu stworzonemu boską ręką, z którym nigdy właściwie nie udaje nam się zapoznać?
Może bliższe prawdy będzie przypuszczenie, że gdy tak siedział na płocie, kłębiły mu się w
głowie rozmaite wyobrażenia i słowa, a choć te pierwsze były ledwie zarysowane, drugie zaś
nie dość celne, wiedział już, że w nich i tylko w nich zawiera się jego prawdziwe życie, bo to,
co jest mu pisane, czeka po drugiej stronie upiornego pola bitwy, które on w stosownym
czasie przemierzy.
- Czy mi się podobały jego książki? Och, niesłychanie! Rzadko go widywałem, odkąd
wyjechał z Cambridge, a nigdy nie przysyłał mi egzemplarzy. Wie pan, pisarze bywają
zapominalscy. Ale wziąłem kiedyś z biblioteki trzy powieści i przeczytałem w tyleż nocy.
Nigdy nie wątpiłem, że w końcu zacznie dobrze pisać, nie spodziewałem się jednak aż
takiego poziomu. W ciągu ostatniego roku, który tu spędził... nie rozumiem, co się stało tej
kotce. Tak jakby zapomniała, do czego służy mleko.
W ciągu ostatniego roku spędzonego w Cambridge Sebastian wiele pracował;
przedmiot jego studiów - literatura angielska - jest niezwykle obszerny i złożony; był to
jednak zarazem rok nagłych wypadów do Londynu, przeważnie urządzanych bez zgody
zwierzchności. Promotor Sebastiana, nieboszczyk Jefferson, starzec ponoć okropnie nudny,
ale znakomity lingwista, w sposób bezdyskusyjny uznał swego podopiecznego za Rosjanina.
Doprowadził go więc do granic wytrzymałości, najpierw wyliczając znane sobie rosyjskie
słowa - była to zaś niezła kolekcja, zgromadzona przed laty w podróży do Moskwy - a potem
prosząc, żeby Sebastian uczył go dalej. Pewnego dnia mój brat wypalił bez ogródek, że zaszło
nieporozumienie, naprawdę bowiem urodził się nie w Rosji, a w Sofii. Natenczas zachwycony
starzec z miejsca zaczął mówić po bułgarsku. Sebastian ratował się kulawą wymówką, że nie
zna tego akurat dialektu, lecz inny, kiedy zaś profesor zażądał próbki, zmyślił na poczekaniu
całkiem nowe narzecze, wobec którego sędziwy lingwista wielce się stropił, póki mu nie
zaświtało, że Sebastian...
- No, chyba już wszystko pan ze mnie wycisnął - z uśmiechem rzekł mój informator. -
Wspominam coraz większe błahostki i głupstwa... pewnie nawet mówić nie warto, że
Sebastian skończył studia z pierwszą lokatą, a potem u szczytu chwały zrobiono nam
zdjęcie... jeśli pan chce, spróbuję je znaleźć i przesłać pocztą. Naprawdę musi pan już iść?
Nie przejdziemy się nad rzekę? Można by spojrzeć na krokusy. Sebastian nazywał je
„grzybami poetów” - rozumie pan skojarzenie.
Za bardzo jednak lało. Postaliśmy jeszcze chwilę pod daszkiem ganku. Po kilku
minutach powiedziałem, że pora już na mnie.
- Chwileczkę - zawołał w ślad za mną przyjaciel Sebastiana, gdy zacząłem kluczyć
wśród kałuż. - Zapomniałem panu powiedzieć. Rektor mówił mi parę dni temu, że ktoś pyta
w liście, czy Sebastian Knight naprawdę studiował w Trinity. Zaraz, zaraz, jak się ten
jegomość nazywał? A niechże to... Pamięć mi się skurczyła w praniu. No, ale swoją drogą
nieźle ją przepłukaliśmy, co? W każdym razie o ile dobrze zrozumiałem, ktoś zbiera materiały
do książki o Sebastianie. To zabawne, zdaje się, że nie ma pan...
- Sebastian Knight? - rzekł jakiś głos we mgle. - Kto tu mówi o Sebastianie Knighcie?
6
To powiedziawszy, nieznajomy podszedł do nas... O, jak mi czasem brak swobodnego
rozkołysania dobrze naoliwionej powieści! Jakże byłoby wygodnie, gdyby głos ten należał do
pogodnego, leciwego profesora, który miałby długie, omszałe płatki uszu, a koło oczu
zmarszczki - oznakę mądrości i poczucia humoru... Poręczna postać, mile widziany
przechodzień - ktoś, kto także znał mego bohatera, lecz patrzył nań z innej strony.
- Teraz zatem - oświadczyłby - powiem panom, jak naprawdę wyglądały studenckie
lata Sebastiana Knighta.
I natychmiast rozpocząłby opowieść. Niestety, nic podobnego się nie stało. Głos
Spośród Mgły zadźwięczał jedynie w najciemniejszym zakątku mego umysłu. Był tylko
echem jakiejś wyobrażalnej prawdy, wygłoszonym w samą porę przypomnieniem: nie bądź
taki pewny, że dowiesz się z ust teraźniejszości, jak wyglądała przeszłość. Strzeż się
pośrednika, choćby najuczciwszego. Pamiętaj, że to, co mówią ludzie, ma w istocie trzy
warstwy: najpierw opowiadający kształtuje przekaz, który następnie po swojemu przeinacza
słuchacz, a przed obydwoma zataja prawdę zmarły bohater opowieści. „Kto mówi o
Sebastianie Knighcie?”, powtarza pytanie ów głos w zakamarkach mego sumienia.
Rzeczywiście, kto? Najlepszy przyjaciel i brat przyrodni. Łagodny naukowiec żyjący z dala
od świata i zakłopotany podróżny, co zawitał do odległej krainy. A gdzie jest ten trzeci? W
spokoju gnije na cmentarzu w St Damier. Roześmiany żyje w pięciu tomach. Sam
niewidzialny, zagląda mi przez ramię, gdy piszę te słowa (choć zbyt chyba nieufnie odnosił
się do tego banału, jakim jest wieczność, żeby nawet i teraz uwierzyć we własnego ducha).
Zgarnąłem w każdym razie taki akurat łup, jaki mogłem zdobyć dzięki ludzkiej
przyjaźni. Dodałem do niego kilka drobnych zdarzeń, wspomnianych w króciutkich listach
Sebastiana z tego okresu, i rzucone mimochodem wzmianki o życiu uniwersyteckim,
pojawiające się tu i ówdzie w jego książkach. Potem wróciłem do Londynu, gdzie już
wcześniej obmyśliłem kolejne posunięcie.
W trakcie naszego ostatniego spotkania Sebastian wspomniał o jakimś sekretarzu - nie
sekretarzu, którego sporadycznie zatrudniał między rokiem 1930 a 1934. Podobnie jak wielu
dawnych autorów - i bardzo niewielu współczesnych (chyba że o istnieniu tych, co nie umieją
prowadzić swych spraw w sposób rozsądny, czyli z tupetem, po prostu nic nie wiemy) - był w
interesach bezradny aż do śmieszności, a skoro już znalazł doradcę (który mógł zresztą się
okazać szwindlarzem albo zakutą pałą, albo jednym i drugim), z największą ulgą całkowicie
się na niego zdawał. Gdybym zaś spytał, czy ma zupełną pewność, że taki - to - a - taki,
prowadzący obecnie jego sprawy, nie jest w rzeczywistości wścibskim łajdakiem, czym
prędzej zmieniłby temat, tak strasznie się bał, aby wykrycie cudzych matactw nie kazało mu
przełamać własnego lenistwa i nie zmusiło go do działania. Jednym słowem, wolał mieć
najgorszego asystenta niż nie mieć go wcale i zawsze wmawiał sobie oraz otoczeniu, że jest
najzupełniej zadowolony z dokonanego wyboru. Co powiedziawszy, spieszę podkreślić z
całym naciskiem, iż z prawnego punktu widzenia ani jedno moje słowo nie ma charakteru
potwarzy, a nazwisko, które za chwilę wymienię, nie padło w niniejszym akapicie.
Od pana Goodmana chciałem usłyszeć nie tyle relację z ostatnich lat mego brata (nie
była mi jeszcze potrzebna, postanowiłem bowiem śledzić badany życiorys krok za krokiem,
nigdy nie wyprzedzając bohatera), ile parę wskazówek na temat ludzi, z którymi należało się
spotkać jako z osobami mogącymi coś wiedzieć o losach Sebastiana po ukończeniu studiów.
Pierwszego marca 1936 roku odwiedziłem zatem pana Goodmana w jego biurze na
Fleet Street. Nim jednak streszczę naszą rozmowę, pozwolę sobie na małą dygresję.
Wspomniałem już, że wśród listów Sebastiana znalazłem korespondencję między nim
a wydawcą, dotyczącą pewnej powieści. Otóż okazuje się, że jedna z drugoplanowych postaci
w pierwszej książce mego brata (1925), zatytułowanej Skos pryzmatu, stanowi niesłychanie
komiczną i okrutną karykaturę współczesnego pisarza, któremu Sebastian uznał za stosowne
wymierzyć karę. Oczywiście wydawca natychmiast się połapał i tak bardzo zaniepokoił, że
zaczął nalegać, aby autor przerobił cały fragment. Sebastian stanowczo odmówił, a w końcu
oświadczył, że wyda książkę u kogo innego - co też uczynił.
„Zastanawia się pan - pisze w jednym z listów - co mnie podkusiło, mnie, pisarza,
który dopiero zaczyna się rozwijać (tak się pan wyraził, ale tutaj określenie to nie ma
zastosowania, bo autorzy rzeczywiście do tej kategorii należący przez całe życie «zaczynają
się rozwijać»; inni zaś, mnie podobni, jednym skokiem osiągają pełnię rozkwitu), otóż
zastanawia się pan (powtórzenie to nie znaczy, że kajam się z powodu wtrąconego przed
chwilą proustowskiego nawiasu), czemu, u diabła, sięgnąłem między współczesnych i
wziąwszy w palce milutką figurkę z niebieskiej porcelany (prawda, że Iks przypomina
tandetny fajansowy drobiażdżek, jeden z tych, które na jarmarkach kuszą człowieka do
hałaśliwej orgii zniszczenia?) upuściłem ją z wieży mej prozy na dno rynsztoka. Mówi mi
pan, że pisarz ten jest powszechnie ceniony; jego książki sprzedają się w Niemczech prawie
tak znakomicie jak u nas; jego stare opowiadanie tylko co włączono do antologii Arcydzieła
literatury współczesnej; wraz z Igrekiem i Zetem uchodzi za wybitnego pisarza «powojennej»
generacji; no i w końcu - choć rzecz to nie najmniej ważna - jest niebezpieczny jako krytyk.
Sugeruje pan, że nie należy zdradzać mrocznej tajemnicy jego sukcesów, polegającej na tym,
aby podróżować drugą klasą z biletem klasy trzeciej, czyli - jeżeli moje porównanie wyda się
panu nie dość jasne - schlebiać gustom najgorszej kategorii czytelników: nie tych czystych
duszyczek, co lubują się w detektywistycznych bajdach, lecz ludzi, którzy kupują
najokropniejsze banały tylko dlatego, że zmiksowano je w nowoczesny sposób, dodawszy
kroplę «freudyzmu», «strumienia świadomości» i czego tam jeszcze, a nie rozumieją - i nigdy
nie pojmą - że dzisiejsi nadobni cynicy to siostrzeńcy jejmości Grundy i bratanice pani Marie
Corelli. Niby czemu mielibyśmy dochowywać tego wstydliwego sekretu? Cóż to za
masoneria banału, wielbionego bałwochwalczo? Precz z tymi tandetnymi bożkami! W
dalszym ciągu listu ostrzega mnie pan, że odbiorę sobie wszelkie szanse, jeśli u progu kariery
literackiej zaatakuję wpływowego pisarza. Nawet gdyby istniało coś takiego, jak «kariera
literacka», a ja miałbym zostać zdyskwalifikowany tylko za to, że jadę na własnym
wierzchowcu, nie pozwoliłbym zmienić ani słowa w swoim tekście. Proszę mi wierzyć - pod
groźbą żadnej kary, choćby nie wiedzieć jak brutalnej, nie wyrzeknę się pogoni za
przyjemnością - zwłaszcza, jeśli jej źródłem jest młode, jędrne łono prawdy. Niewiele rzeczy
w życiu daje się porównać z rozkoszą uprawiania satyry, a gdy sobie wyobrażam, z jaką miną
ten szarlatan przeczyta (bo że przeczyta, to pewne) passus, o którym mowa, wiedząc równie
dobrze jak pan i ja, że jest to szczera prawda, moja rozkosz osiąga najsłodsze apogeum.
Dodam, że jeśli wiernie przedstawiłem nie tylko świat wewnętrzny Iksa (niczym się nie
różniący od stacji metra w godzinach szczytu), ale i wszystkie sztuczki, do których człowiek
ten ucieka się w mowie i w sposobie bycia, kategorycznie przeczę, jakoby on sam lub ktokol-
wiek z czytelników mógł znaleźć choćby cień wulgarności w niepokojącym pana fragmencie.
Niech więc już się pan nie dręczy myślą o tej sprawie. Proszę też pamiętać, że wezmę na
siebie pełną odpowiedzialność - w sensie moralnym, a także komercyjnym - jeżeli moja
niewinna książeczka istotnie «napyta panu biedy».”
List ten (cenny sam w sobie, gdyż ukazuje Sebastiana w tym pogodnym, chłopięcym
nastroju, który i później zawisał niby tęcza nad burzliwym smętkiem jego najbardziej
mrocznych opowieści) przytaczam, żeby wyjaśnić pewną delikatną kwestię. Otóż za parę
minut pojawi się pan Goodman we własnej osobie. Czytelnik już wie, że książce tego pana
odmawiam wszelkiej wartości. Lecz podczas naszej pierwszej (a zarazem ostatniej) rozmowy
nic nie wiedziałem o jego dziele (jeśli pospiesznie sporządzoną kompilację w ogóle można
tak nazwać). Podszedłem do książki pana Goodmana bez żadnych uprzedzeń, ale teraz jestem
już trochę uprzedzony, musi to więc zaważyć na tym, jak opiszę jego osobę. Z drugiej strony
nie bardzo sobie wyobrażam, abym mógł opowiedzieć o wizycie u niego, nie czyniąc aluzji -
choćby tak dyskretnych jak wtedy, gdy szło o przyjaciela Sebastiana z lat studenckich - do
manier, jeśli nie do wyglądu gospodarza. Czy uda mi się poprzestać na tych aluzjach? Czy
twarz pana Goodmana nie wyskoczy nagle spomiędzy wierszy, ku zrozumiałej irytacji jej
właściciela, kiedy będzie je czytał? Przestudiowawszy list brata stwierdziłem w końcu, że nie
mogę zrobić panu Goodmanowi tego, na co Sebastian Knight miał prawo sobie pozwolić
wobec pana Iksa. Otwartość, z jaką przemawia geniusz Sebastiana, jest dla mnie nieosiągalna,
toteż tam, gdzie on potrafi błysnąć, ja zachowałbym się po prostu grubiańsko. Stąpam więc po
cieniuteńkim lodzie i muszę uważnie patrzeć pod nogi, wchodząc do gabinetu pana Good-
mana.
- Zechce pan spocząć - rzekł gospodarz, wskazując dwornym gestem skórzany fotel
przy biurku. Ubrany był wytwornie, choć z wyraźnie urzędowym posmakiem. Twarz
zasłaniała mu czarna maska. - Czym mogę służyć? - spytał, przypatrując mi się przez otwory
na oczy i nie wypuszczając z ręki mej wizytówki.
Nagle zrozumiałem, że moje nazwisko nic mu nie mówi. Sebastian występował
jedynie pod nazwiskiem panieńskim swojej matki.
- Jestem - wyjaśniłem - przyrodnim bratem Sebastiana Knighta.
Na chwilę zapadła cisza.
- Zaraz, zaraz - powiedział pan Goodman. - Czy dobrze rozumiem, że idzie panu o
nieboszczyka Sebastiana Knighta, znanego pisarza?
- Właśnie - przytaknąłem.
Pan Goodman gładził się po twarzy kciukiem i palcem wskazującym. To znaczy po
twarzy zasłoniętej maską... Głaskał się z namysłem, sunąc po niej dłonią w dół, w dół...
- Najmocniej przepraszam - powiedział. - Jest pan pewien, że nie zaszło jakieś
nieporozumienie?
- Nie ma tu żadnego nieporozumienia - odrzekłem i wytłumaczyłem najkrócej, jak
umiałem, na czym polega łączące mnie z Sebastianem pokrewieństwo.
- Ach, tak? - odparł pan Goodman z rosnącą zadumą. - Doprawdy, nie przyszło mi do
głowy. Oczywiście wiedziałem, że Knight urodził się i wychował w Rosji, ale jakoś nie
zwróciłem uwagi na jego nazwisko. Tak, teraz pojmuję... Tak, powinno mieć brzmienie
rosyjskie... Jego matka...
Przez minutę bębnił białymi, rasowymi palcami w bibułę, po czym lekko westchnął.
- No cóż, nic już się nie da zmienić - rzekł. - Za późno, żeby dołączyć... To znaczy -
dodał czym prędzej - wielka szkoda, że wcześniej nie sprawdziłem. A więc jest pan jego
bratem? Miło mi poznać.
- Przede wszystkim - oświadczyłem - chciałbym porozmawiać o interesach. Papiery
pana Knighta, przynajmniej te, które mają związek z jego działalnością literacką, nie są
szczególnie uporządkowane, toteż nie wiem dokładnie, jak sprawy stoją. Nie widziałem się
jeszcze z jego wydawcami, ale o ile mi wiadomo, co najmniej jedna firma, ta mianowicie,
która wydała Dziwną górę, już nie istnieje. Pomyślałem sobie, że nie zaszkodzi, jeśli z panem
porozmawiam, zanim się w to wszystko zagłębię.
- Ależ oczywiście - powiedział pan Goodman. - Nie wiem zresztą, czy jest pan
poinformowany, że mam udział w prawach autorskich do dwóch książek Knighta, Dziwnej
góry i Utraconej własności. W tej sytuacji najlepiej będzie, jeśli powiadomię pana o pewnych
szczegółach. Jutro rano przekażę je panu listownie wraz z kopią umowy między mną a panem
Knightem. A może powinienem mówić o nim jako o panu... - tu pan Goodman spróbował
wymówić nasze proste rosyjskie nazwisko, uśmiechając się pod maską.
- Jest jeszcze jedna sprawa - podjąłem przerwany wątek. - Mam zamiar napisać
książkę o życiu i dziele brata i bardzo są mi potrzebne pewne informacje. Czy nie mógłby
pan...
Wydało mi się, że pan Goodman zesztywniał. Zakasłał parę razy i posunął się nawet
do tego, żeby z puzderka na swym dystyngowanym biurku wybrać cukierek o smaku czarnej
porzeczki.
- Drogi panie - rzekł, obracając się nagle wraz z fotelem i kręcąc młynka monoklem
zawieszonym na wstążce. - Bądźmy szczerzy. Oczywiście znałem biednego Knighta lepiej niż
ktokolwiek, ale... czy pan już zaczął pisać tę książkę?
- Nie - odparłem.
- Proszę więc nie zaczynać. Musi mi pan wybaczyć, że się wyrażam tak zupełnie bez
ogródek. To u mnie zadawniony nawyk, choć może i niedobry. Nie ma mi pan za złe,
prawda? Rzecz w tym... jak by to powiedzieć?... Widzi pan, Sebastiana Knighta trudno
nazwać wielkim pisarzem... Ależ tak, wiem, wybitny artysta i tak dalej, lecz szerokim kręgom
odbiorców pozostał obojętny. Nie twierdzę, że nie da się o nim napisać książki. Owszem,
można. Trzeba by ją jednak pisać ze szczególnego punktu widzenia, żeby temat zafascynował
czytelnika. W przeciwnym razie książka zrobi klapę, bo widzi pan, sława Sebastiana Knighta
naprawdę wydaje mi się zbyt wątła, aby mogła podeprzeć publikację, o jakiej pan myśli.
Ten nagły potok słów tak mnie zaskoczył, że zmilczałem. Pan Goodman mówił zaś
dalej:
- Mam nadzieję, że nie poczuł się pan dotknięty moją obcesowością. Pański brat
przyrodni i ja byliśmy parą starych kompanów, rozumie pan więc, jak mi ta sprawa leży na
sercu. Nie radzę, drogi panie, naprawdę nie radzę. Proszę to zostawić jakiemuś
zawodowcowi, człowiekowi znającemu rynek księgarski - a on już panu powie, że każdy, kto
by próbował sporządzić wyczerpujące studium życia i twórczości Knighta... tak pan to
bowiem określił... zmarnuje czas własny i czytelnika. Przecież nawet książka takiego - to - a -
takiego o nieboszczyku... [tu padło sławne nazwisko] z całą masą zdjęć i faksymilów fatalnie
się sprzedawała.
Podziękowawszy panu Goodmanowi za dobrą radę sięgnąłem po kapelusz. Wizyta
skończyła się fiaskiem: poszedłem za fałszywym tropem. Sam nie wiem czemu, ale jakoś nie
miałem ochoty prosić pana Goodmana, żeby mi szerzej opowiedział o czasach, kiedy on i Se-
bastian byli „parą starych kompanów”. Ciekaw jestem, jakby streścił dzieje swojego
sekretarzowania, gdybym o to poprosił. Serdecznie uścisnął mi dłoń i zwrócił czarną maskę,
którą od razu schowałem do kieszeni: mogła się jeszcze przydać. Odprowadził mnie do
najbliższych oszklonych drzwi i tam się rozstaliśmy. Miałem już zejść po schodach, ale
energiczna dziewczyna, która przedtem wytrwale stukała na maszynie w jednym z pokojów,
dogoniła mnie i zatrzymała (dziwna historia: w Cambridge przyjaciel Sebastiana także mnie
zawołał w ostatniej chwili).
- Jestem Helena Pratt - powiedziała. - Podsłuchałam tyle z panów rozmowy, ile
mogłam wytrzymać, a teraz mam małą prośbę. Blisko się przyjaźnię z Klarą Bishop.
Potrzebna jej jest pewna informacja. Czy moglibyśmy kiedyś porozmawiać?
Odparłem, że tak, oczywiście, po czym uzgodniliśmy dzień i godzinę.
- Dosyć dobrze znałam pana Knighta - dodała Helena Pratt, patrząc na mnie
okrągłymi, błyszczącymi oczyma.
- Ach, tak? - powiedziałem, bo nic lepszego nie przyszło mi do głowy.
- Tak. Była to niesłychana osobowość. Powiem panu, że książka, którą o nim napisał
Goodman, jest po prostu obrzydliwa.
- O czym pani mówi? - spytałem. - Jaka książka?
- Ta, którą właśnie napisał. Przez cały ostatni tydzień robiłam z nim korektę. No,
muszę już pędzić. Bardzo panu dziękuję.
Pomknęła, a ja bardzo wolno zszedłem po schodach. Duża, miękka, różowa twarz
pana Goodmana mocno przypominała - i wciąż przypomina - krowie wymię.
7
Książka pana Goodmana, nosząca tytuł Tragedia Sebastiana Knighta, miała bardzo
dobrą prasę. Obszernie ją recenzowały czołowe dzienniki i tygodniki. Mówiono o niej, że
„robi wrażenie i przekonuje”. Autorowi przypisywano umiejętność „przenikania tajników”
psychiki „zasadniczo współczesnego” bohatera. Przytaczano fragmenty świadczące, iż potrafi
on w dwóch słowach zawrzeć istotę rzeczy. Pewien krytyk posunął się aż do tego, żeby
uchylić przed nim kapelusza, choć gdy sam pan Goodman odkrył głowę, odsłonił jedynie
kompletną pustkę swej mózgownicy. Krótko mówiąc, klepano go po plecach, a tymczasem
należało dać mu po łapach.
Osobiście zignorowałbym tę publikację, gdyby była ona jedną z wielu złych książek,
skazaną na to, aby wraz z resztą swego gatunku pójść wiosną w zapomnienie. W Bibliotece
Letejskiej zgromadzono już wiele tomów nieoszacowanej wartości, ale ja wiem, że
księgozbiór ten pozostaje żałośnie niepełny, póki nie ma w nim płodu pana Goodmana. Ta zła
książka jest jednak zarazem czymś więcej. Ze względu na swój temat musi bowiem
automatycznie stać się satelitą wciągniętym w orbitę cudzej, trwałej sławy. Póki nazwisko
Sebastian Knight pozostanie w ludzkiej pamięci, zawsze jakiś dociekliwy szkolarz sumiennie
się wdrapie po drabinie, żeby zdjąć z półki Tragedię Sebastiana Knighta, trwającą w półśnie
między Upadkiem człowieka Godfreya Goodmana a Wspomnieniami z całego życia Samuela
Goodricha. Jeśli więc tak się uczepiłem tego tematu, to dlatego, że bronię sprawy zmarłego
pisarza.
Metoda pisarska pana Goodmana dorównuje prostotą jego filozofii. Autor ten za
jedyny cel stawia sobie ukazanie „biednego Knighta” w roli wytworu, a zarazem ofiary tego,
co nazywa „naszą epoką”, choć dla mnie zawsze było tajemnicą, czemu niektórzy ludzie
koniecznie chcą narzucać innym własne koncepcje chronometryczne. „Powojenne
pokolenie”, „powojenne niepokoje” to dla pana Goodmana magiczne określenia, zdolne
otworzyć każde drzwi. Lecz okrzyk „Sezamie, otwórz się!” użyty przez pewnych ludzi
sprawia wrażenie nie tyle czarodziejskiego zaklęcia, ile wytrycha, obawiam się zaś, że pan
Goodman należy do tej właśnie kategorii osób. Jest jednak w błędzie, jeśli myśli, że
sforsowawszy zamek znalazł cokolwiek. Nie chcę tym samym dać do zrozumienia, jakoby
istotnie myślał. Przekracza to możliwości tego pana. Jego książka obraca się jedynie wokół
idei, które - jak udowodniono (w praktyce rynkowej) - wabią przeciętne umysły.
Dla pana Goodmana młody Sebastian Knight, który „ledwie się wyłonił z rzeźbionego
kokonu Cambridge”, jest młodzieńcem o niezwykle wyostrzonej wrażliwości, rzuconym w
ś
wiat zimny i okrutny. W świecie tym „rzeczywistość zewnętrzna tak brutalnie się wdziera w
sferę najskrytszych rojeń”, że dusza młodego człowieka chcąc nie chcąc obwarowuje się, nim
w końcu zostanie zmiażdżona. „Wojna - rzecze pan Goodman nawet się nie rumieniąc -
zmieniła oblicze wszechświata.” Następnie objaśnia tonem pełnym werwy, z jakimi to
szczególnymi przejawami powojennego życia stykał się ów młodzian „u burzliwego zarania
kariery”: jest wśród nich głębokie rozczarowanie, znużenie duchowe, a zarazem iście
gorączkowe podniecenie fizyczne (na przykład „pusta lubieżność fokstrota”); poczucie
daremności wszelkich wysiłków oraz jego wynik: obrzydliwa swoboda obyczajów. Takoż i
okrucieństwo; odór krwi, wciąż jeszcze unoszący się w powietrzu; rażące obrazy na ekranach
kinoteatrów; w mrocznych zakątkach Hyde Parku ledwie widoczne pary; blaski standaryzacji;
kult maszyny; degradacja Piękna, Miłości, Honoru, Sztuki... i tak dalej. Cud to zaiste, że pan
Goodman - o ile mi wiadomo, rówieśnik Sebastiana - przetrwał owe straszliwe lata.
Lecz co pan Goodman przetrzymał, temu jego Sebastian Knight najwyraźniej nie
podołał. Oto w roku 1923 krąży niespokojnie po swym londyńskim mieszkaniu, wróciwszy z
krótkiej wycieczki na kontynent, który „wulgarnym czarem swych piekieł hazardu przyprawił
go o wstrząs nie do opisania”. Tak, tak, „krążył po pokojach... chwytając się za skronie...
targany namiętnym rozgoryczeniem... zagniewany na cały świat... samotny... rwący się do
czynu, ale słaby - ach, jakże słaby...”. Wielokropki nie oznaczają tu trylów pana Goodmana,
lecz zdania miłosiernie przeze mnie pominięte. „Nie - ciągnie pan Goodman - w takim
ś
wiecie nie mógł żyć artysta. Można było wprawdzie robić na pokaz tęgą minę, obnosić się z
tym cynizmem, który tak drażni we wcześniejszych utworach Knighta, a tak boli czytelnika w
dwóch ostatnich książkach... można było udawać wyniosłość i superwyrafinowanie, lecz pod
tym wszystkim tkwił cierń - ostry, jadowity cierń.” Nie wiedzieć czemu obecność tego
ciernia, najzupełniej zresztą legendarnego, zdaje się sprawiać panu Goodmanowi ponurą
satysfakcję.
Niesprawiedliwością byłoby twierdzić, że pierwszy rozdział Tragedii Sebastiana
Knighta jest jednym wielkim strumieniem filozoficznej melasy. Również i tutaj pojawiają się
obrazy słowne i anegdoty - niby grzanki punktujące zupę nic - które w innych partiach książki
stanowią jej główną tkankę (mówiąc ściśle, stają się nią, skoro tylko pan Goodman dochodzi
do tego etapu w życiu Sebastiana, kiedy poznał go osobiście). Pan Goodman to nie Boswell,
ale z pewnością prowadził dziennik i zapisywał w nim naprędce wypowiedzi chlebodawcy;
niektóre z nich musiały się widocznie odnosić do przeszłości pryncypała. Innymi słowy,
winniśmy sobie wyobrazić, że Sebastian przerywał czasem pracę, aby powiedzieć: „Wie pan,
drogi panie Goodman, ta sytuacja przypomina mi pewien dzień w moim życiu, dzień sprzed
lat, gdy...” - po czym następowała opowieść. Pan Goodman najwidoczniej uważa, że pięć
takich historyjek na krzyż w sam raz wypełnia okres, będący dlań zupełną białą plamą, czyli
młodzieńcze lata Sebastiana w Anglii.
W pierwszej opowiastce (która wydaje się panu Goodmanowi wielce reprezentatywna
dla „życia kręgów studenckich w okresie powojennym”) Sebastian oprowadza koleżankę z
Londynu po Cambridge. „To jest okno dziekana”, powiada; następnie wybija szybę
kamieniem i dodaje: „A to jest dziekan”. Mój brat oczywiście wystrychnął pana Goodmana
na dudka: historyjka ta ma tyle samo lat, co uniwersytet w Cambridge.
A oto druga anegdota. Pewnej nocy podczas krótkich wakacji w Niemczech (1921?
1922?) Sebastiana wyprowadziły z równowagi wrzaski na ulicy, zaczął więc ciskać w
awanturników czym popadło, a między innymi rzucił jajkiem. Wkrótce do jego drzwi zapukał
policjant, który przyniósł wszystkie wyrzucone przedmioty oprócz jajka.
Historyjka ta pochodzi ze starej (jakby powiedział pan Goodman, „przedwojennej”)
książki Jerome K. Jerome'a. Znowu dudek.
Trzecia anegdota: mówiąc o swej pierwszej powieści (której nie wydał, a maszynopis
w końcu zniszczył) Sebastian wspomniał, że jej bohaterem jest młody otyły student;
powróciwszy do domu młodzieniec stwierdza, iż matka wyszła tymczasem za stryja,
specjalistę od chorób uszu, ten zaś zamordował mu ojca.
Pan Goodman nie poznał się na żarcie.
Czwarta: latem 1922 roku Sebastian dostał z przepracowania halucynacji, w których
ukazywała mu się swego rodzaju optyczna zjawa: mnich w czarnej szacie mknął ku niemu z
nieba.
Tym razem zagadka jest nieco trudniejsza: opowiadanie Czechowa.
Historyjka piąta...
Dajmy jednak temu spokój, bo jeszcze panu Goodmanowi wyrośnie ptasi dziób.
Pozwólmy mu zachować tę twarz - nie twarz, którą ma teraz. śal mi go, ale trudna rada.
Gdyby chociaż nie wywatował tych „niezwykłych wypadków i urojeń” przyciężkimi
komentarzami, gdyby nie wyciągnął z nich takiego bogactwa wniosków! Gburowaty,
kapryśny, szalony Sebastian, outsider i gwałtownik, rybałt autyzmu, raz po raz nokautowany
przez świat pełen aeronautów, pędzących aut i innych złowrogich kształtów... Zresztą, czyja
wiem, może jednak jest w tym coś z prawdy.
Zależy mi na iście naukowej ścisłości. Nie chciałbym uronić choćby najdrobniejszej
cząstki prawdy tylko dlatego, że na pewnym etapie badań starannie spreparowane bzdury
doprowadziły mnie do ślepej furii... Kto tu mówi o Sebastianie Knighcie? Dawny sekretarz.
Czy był jego przyjacielem? Nie, jak się sami przekonamy. Czy kontrast między kruchym,
ż
arliwym Sebastianem a podłym, zmęczonym światem ma cokolwiek wspólnego z rzeczywis-
tością, czy w ogóle jest do pomyślenia? Ależ skąd. Może więc istniała tu innego rodzaju
przepaść, rozziew, rozłam? Owszem.
Wystarczy przeczytać pierwszych trzydzieści parę stron Utraconej własności, żeby się
przekonać, z jaką obojętnością i brakiem zrozumienia pan Goodman (który zresztą nie
przytacza ani jednego cytatu, mogącego się kłócić z zasadniczą tezą jego skłamanego dzieła)
traktuje wewnętrzną postawę Sebastiana wobec świata zewnętrznego. Sebastian nigdy nie żył
w 1914, 1920 czy 1936 roku, lecz zawsze w roku pierwszym. Nagłówki gazet, teorie
polityczne, modne idee znaczyły dla niego tyle, ile przegadany tekst (w trzech językach, z
błędami w co najmniej dwóch) na opakowaniu mydła lub pasty do zębów. Piana mogła być
obfita, a tekst całkiem przekonujący, ale na tym rzecz się kończyła. Doskonale rozumiał, że
wrażliwi, inteligentni myśliciele nie śpią po nocach, bo w Chinach nastąpiło trzęsienie ziemi,
lecz będąc tym, kim był, nie pojmował, czemu tychże ludzi nie chwyta identyczny paroksyzm
ż
alu i buntu na myśl o analogicznej tragedii sprzed tylu lat, ile kilometrów dzieli Anglię od
Chin. Czas i przestrzeń były dla niego miarami tej samej wieczności, toteż pomysł, że miałby
w jakiś szczególny, „nowoczesny” sposób odbierać to, co pan Goodman nazywa „atmosferą
powojennej Europy”, jest czystym nonsensem. W świecie, w którym przyszło mu się urodzić,
ogarniało go na przemian uczucie szczęścia i skrępowania, podobnie jak podróżny może
wpadać w uniesienie wobec roztaczających się przed nim widoków, a niemal równocześnie
dostawać napadów choroby morskiej. W jakiejkolwiek epoce Sebastian by się urodził, zawsze
byłby tak samo ubawiony i nieszczęśliwy, radosny i pełen obaw - niczym dziecko oglądające
pantomimę, gdy mu się raz po raz przypomina czekająca je nazajutrz wizyta u dentysty.
Wspomniane skrępowanie brało się bynajmniej nie stąd, że Sebastian jako osobowość
moralna żył w czasach niemoralnych lub jako niemoralna w moralnych; nie było to też
poczucie stłamszenia, wrażenie, iż jego młodość nie może płonąć własnym ogniem w świecie,
w którym zbyt blisko sąsiadują ze sobą katafalki i fajerwerki; Sebastian po prostu zrozumiał,
ż
e jego wewnętrzny rytm jest o wiele bogatszy niż rytmy cudzych dusz. Już wtedy - pod
koniec studiów, a kto wie, czy nie wcześniej - wiedział, iż najbłahsze z jego myśli i doznań
mają zawsze co najmniej o jeden wymiar więcej aniżeli myśli i doznania bliźnich. Może by
się tym chełpił, gdyby żywił jakiekolwiek upodobanie do jaskrawych efektów. Ponieważ nie
miał takich upodobań, mógł tylko odczuwać całą niezręczność sytuacji kryształu wśród
szkieł, kuli pośród kół (było to zresztą niczym w porównaniu z tym, co przeżywał, zabrawszy
się w końcu do pracy literackiej). „Byłem tak nieśmiały - pisze w Utraconej własności - że
zawsze udawało mi się popełnić ten właśnie błąd, którego najbardziej pragnąłem uniknąć.
Gdy próbowałem dostosować się barwą do otoczenia, okazywało się to tak katastrofalne w
skutkach, że moje starania na tym polu można jedynie porównać do wysiłków kameleona -
daltonisty. Nieśmiałość moja byłaby znośniejsza - i dla mnie samego, i dla innych - gdyby
reprezentowała normalną odmianę, pryszczatą i lepką: niejeden młody człowiek przechodzi
przez tę fazę i nikomu to właściwie nie wadzi. U mnie jednak przybrała ona chorobliwą,
utajoną postać, która nie miała nic wspólnego z boleściami okresu pokwitania. Do najbardziej
oklepanych pomysłów rodem z izby tortur należy pozbawianie więźnia snu. U większości
ludzi za dnia to ta, to inna część mózgu trwa w błogim uśpieniu: człowiek głodny po-
chłaniając stek zajmuje się tym, co je, a nie, powiedzmy, wspomnieniem snu sprzed siedmiu
lat, w którym ukazały mu się anioły w cylindrach; ja jednak przez cały dzień, o każdej porze
miałem otwarte wszystkie drzwi, wieka i żaluzje umysłu. Większość mózgów miewa swoje
niedziele, ale mój nigdy nie odpoczywał, nawet przez pół dnia. Ten stan ciągłego czuwania
był niesłychanie bolesny - zarówno on sam, jak i jego bezpośrednie skutki. Każda zwykła
czynność, którą naturalną koleją rzeczy musiałem wykonać, wydawała się tak złożona,
budziła tyle skojarzeń, a znów skojarzenia te były tak pokrętne i niejasne, tak zupełnie,
pozbawione praktycznych zastosowań, że albo w ogóle robiłem unik, albo z czystego
zdenerwowania wszystko fuszerowałem. Któregoś ranka wybrałem się do pewnego redaktora,
sądząc, że może wydrukuje on w swym magazynie część mych wierszy napisanych w
Cambridge, ale redaktor ten w szczególny sposób się jąkał i ów defekt wymowy wraz z takim,
a nie innym zestawieniem kątów geometrycznych między dachami a kominami, nieco
zniekształconymi z powodu skazy w szybie - do czego doszedł jeszcze dziwny odór
stęchlizny unoszący się w pokoju (czy to róże gniły w koszu na śmieci?) - wyprawił moje
myśli w długą podróż, obarczając je jakowąś zawiłą misją, i zamiast powiedzieć, z czym
przychodzę, nagle zacząłem zwierzać temu człowiekowi, widzianemu pierwszy raz w życiu,
plany literackie wspólnego znajomego, choć ten, o czym przypomniałem sobie poniewczasie,
prosił, żebym je zachował w sekrecie...
Znając ową niebezpieczną skłonność mej świadomości do błądzenia po manowcach,
obawiałem się spotkań z ludźmi, bo a nuż sprawiłbym im przykrość albo się przed nimi
ośmieszył? Lecz ta sama cecha czy też wada, która zadawała mi tyle męczarni w zderzeniu z
tak zwaną praktyczną stroną życia (choć mówiąc między nami, takie dziedziny ludzkiej
działalności jak księgowość czy księgarstwo wydają się przy świetle gwiazd osobliwie nie-
rzeczywiste), stawała się narzędziem wyszukanej rozkoszy, ilekroć poddawałem się pędowi
ku samotności. Gorąco kochałem kraj, będący mi ojczyzną (o tyle, o ile pojęcie ojczyzny
dawało się pogodzić z moją naturą); raz po raz wpadałem w nastrój już to Kiplinga, już to
Ruperta Brooke'a, już to Housmana. Pies ślepca przed Harrodsem czy różnokolorowa kreda,
którą uliczny rysownik smarował po chodniku; brązowe liście w alei do konnej jazdy,
wiodącej przez New Forest, lub cynowa wanna na haku wbitym między poczerniałe cegły
rudery w nędznej dzielnicy; rysunek w «Punchu» albo pieprzne fragmenty Hamleta -
wszystko to tworzyło wyraźną harmonię, a w harmonii tej ja też znajdowałem coś na kształt
miejsca dla siebie. Londyn mojej młodości wspominam jako miasto nie kończących się
wędrówek bez celu, miasto, gdzie olśnione słońcem okno nagle przeszywało błękitną mgłę
poranka, a z przepięknych czarnych drutów zwisały rzędem krople deszczu. Jeszcze dziś mi
się zdaje, że bezcielesnymi krokami przemierzam widmowe zieleńce, sale taneczne pełne
zawodzeń muzyki z Hawajów, kochane nudne zaułki o uroczych nazwach, i wreszcie
docieram do pewnej ciepłej jamki, w której coś, co mocno przypomina mnie samego w mej
najwłaśniejszej osobie, siedzi skulone wśród mroku...”
Szkoda, że pan Goodman nie miał czasu rzucić okiem na ten fragment, choć i tak
należy wątpić, czy zrozumiałby jego ukryte znaczenie.
Był jednak uprzejmy przysłać mi egzemplarz swej publikacji. W załączonym liście
wyjaśnił ociężale żartobliwym tonem, usiłując zarazem (drogą korespondencyjną) mrugać
dobrodusznie, a porozumiewawczo, że jeśli nie wspomniał o niej podczas naszej rozmowy, to
tylko po to, żeby mi sprawić wspaniałą niespodziankę. Ton listu, gromkie wybuchy śmiechu,
napuszone dowcipasy - wszystko to miało stworzyć obraz starego przyjaciela rodziny, który
przychodzi z wizytą i burcząc po swojemu wręcza najmłodszej latorośli cenny upominek.
Lecz pan Goodman jest kiepskim aktorem. Ani przez chwilę nie spodziewał się wprawić mnie
w zachwyt - czy to książką, czy to samym faktem, iż zadał sobie tyle trudu, aby zapewnić
rozgłos mojemu krewnemu. Wiedział od początku, że jego książka to śmieć i że nie oszuka
mnie co do jej wartości ani okładka, ani obwoluta, ani entuzjastyczny slogan na tejże
obwolucie, ani żadna z zamieszczonych w prasie recenzji i not. Nie bardzo rozumiem, czemu
wolał ukryć przede mną jej istnienie. Może się bał, że niecnie przysiądę fałdów i od ręki
machnę własną książkę, która akurat zdąży się zderzyć z jego publikacją.
Przysłał mi jednak nie tylko egzemplarz, lecz i obiecane rozliczenie. Nie miejsce tu na
omawianie tej kwestii. Przekazałem ją adwokatowi, on zaś już się ze mną podzielił swymi
wnioskami. Obecnie mogę jedynie stwierdzić, że otwartości, z jaką Sebastian załatwiał
sprawy praktyczne, nadużyto w sposób arcygrubiański. Pan Goodman nigdy nie był agentem
literackim z prawdziwego zdarzenia: on tylko obstawiał książki jak konie na wyścigach. Nie
ma prawa się zaliczać do ludzi tego zawodu, wymagającego inteligencji, uczciwości i praco-
witości. Na tym rzecz zamkniemy; nie znaczy to jednak, że już się rozprawiłem z Tragedią
Sebastiana Knighta, a raczej z Farsą pana Goodmana.
8
Minęły dwa lata od śmierci matki, nim znów ujrzałem Sebastiana. Przez cały ten czas
dostałem od niego jedną jedyną widokówkę, nie licząc czeków, które uparcie mi przysyłał.
Ale w pewne ponure, szare popołudnie w listopadzie, a może grudniu 1924 roku, idąc przez
Pola Elizejskie w stronę Placu Gwiazdy nagle zobaczyłem go przez witrynę popularnego
baru. Pamiętam, że w pierwszym odruchu chciałem pójść dalej swoją drogą, zraniony nagłym
odkryciem, iż przyjechawszy do Paryża nie skontaktował się ze mną. Jednakże po krótkiej
chwili zmieniłem zdanie i wszedłem do lokalu. Ujrzałem tył głowy Sebastiana z ciemnymi,
lśniącymi włosami i zaokularzone oblicze dziewczyny, która z przygnębioną miną siedziała
naprzeciw niego. Czytała list, a gdy podszedłem, słabo się uśmiechnąwszy oddała go
Sebastianowi i zdjęła okulary w rogowej oprawie.
- Kapitalne, co? - rzekł Sebastian, i w tej samej chwili oparłem mu dłoń na szczupłym
ramieniu.
- O, jak się masz, V - powiedział, spojrzawszy na mnie. - To mój brat, panno Bishop.
Siadaj i czuj się jak u siebie.
Dziewczyna odznaczała się spokojną, cichą urodą - blada, trochę piegowata, o lekko
zapadniętych policzkach, szaroniebieskich oczach krótkowidza i wąskich ustach. Miała na
sobie szary kostium z niebieską apaszką, a do tego trójgraniasty kapelusik. O ile pamiętam,
była dość krótko ostrzyżona na pazia.
- Właśnie miałem do ciebie dzwonić - rzekł Sebastian, lecz nie zabrzmiało mi to zbyt
szczerze. - Wiesz, przyjechałem tylko na jeden dzień. Jutro mam być z powrotem w
Londynie. Co ci zamówić?
Oboje pili kawę. Klara Bishop trzepocząc rzęsami pogrzebała w torebce, znalazła
chusteczkę do nosa i musnęła nią jedno, a potem drugie różowe nozdrze.
- Coraz gorzej z tym przeziębieniem - powiedziała i zatrzasnęła torebkę.
- O, znakomicie - oświadczył Sebastian w odpowiedzi na oczywiste w tej sytuacji
pytanie. - Właśnie skończyłem powieść. Chyba się spodobała wydawcy, którego wybrałem.
Na to by przynajmniej wskazywał ton zachęty w jego liście. Zdaje się, że przypadł mu do
gustu nawet tytuł Rudzik wali na odlew, chociaż Klarze się nie podoba.
- Moim zdaniem brzmi głupio - powiedziała Klara. - A zresztą ptak nie może walić na
odlew.
- To aluzja do znanego wierszyka dla dzieci - wyjaśnił Sebastian na mój użytek.
- Głupia aluzja - stwierdziła Klara. - Pierwszy tytuł był dużo lepszy.
- Sam nie wiem... pryzmat... krawędź pryzmatu... - mruknął Sebastian. - To nie
całkiem to, o co mi idzie... Szkoda, że Rudzik jest tak mało popularny...
- Tytuł - rzekła Klara - musi oddawać koloryt książki, a nie temat.
Wtedy właśnie po raz pierwszy i ostatni Sebastian dyskutował przy mnie o sprawach
literatury. Rzadko widywałem go w tak beztroskim nastroju. Był zadbany i wyglądało na to,
ż
e jest w formie. Na jego rasowej bladej twarzy o policzkach jak gdyby lekko ocienionych
(należał do tych nieszczęśników, co to muszą się golić dwa razy dziennie, jeśli kolację
zamierzają zjeść poza domem) nie było śladu matowej, chorobliwej cery, którą tak często
miewał. Dość duże, nieco spiczaste uszy płonęły - jak zwykle, gdy wpadał w miłą ekscytację.
Ja za to zesztywniałem i zapomniałem języka w gębie. Coś mi mówiło, że jestem przy tym
stoliku intruzem.
- Co robimy? Może by tak do kina? - spytał Sebastian, zagłębiając dwa palce w
kieszonce kamizelki.
- Jak chcesz - odparła Klara.
- Gah - song - powiedział Sebastian. Już wcześniej zauważyłem, że mówiąc po
francusku sili się na taki akcent, jaki miałby prawdziwy, zdrowy Brytyjczyk.
Przez pewien czas grzebaliśmy pod stołem i pod kanapkami krytymi pluszem,
szukając rękawiczki Klary. Klara używała perfum o miłym, chłodnym zapachu. W końcu
udało mi się zaaportować zgubę, uszytą z szarego zamszu na białej podszewce, z mankietem
w deseń. Kiedy przeciskaliśmy się przez obrotowe drzwi, dziewczyna bez pośpiechu włożyła
rękawiczki. Była dosyć wysoka i bardzo prosto się trzymała; nogi w kostkach miała zgrabne,
buty na płaskich obcasach.
- Słuchaj - powiedziałem do Sebastiana. - Chyba nie mogę iść z wami na ten film.
Strasznie mi przykro, ale mam to i owo do załatwienia. Może... kiedy właściwie wyjeżdżasz?
- Och, dziś wieczór - odparł Sebastian - ale niedługo znów przyjadę... Głupio
zrobiłem, że ci wcześniej nie dałem znać. Możemy się przynajmniej kawałek z tobą przejść...
- Nie gubi się pani w Paryżu? - zwróciłem się z pytaniem do Klary...
- Moja paczka - powiedziała, zatrzymując się w pół kroku.
- Drobiazg, już po nią idę - rzekł Sebastian i zawrócił do baru.
My tymczasem bardzo wolno szliśmy szerokim chodnikiem.
Nieśmiało powtórzyłem pytanie.
- Nie, znam Paryż całkiem nieźle - rzekła Klara. - Mam tu przyjaciół. Zostanę u nich
aż do Bożego Narodzenia.
- Sebastian świetnie wygląda - stwierdziłem.
- Owszem, chyba tak - powiedziała, spojrzawszy przez ramię, a potem popatrzyła na
mnie, mrugając oczami. - Kiedy go poznałam, wyglądał jak skazaniec.
- Kiedy to było? - spytałem chyba, bo przypominam sobie jej odpowiedź:
- Wiosną na jakimś okropnym przyjęciu w Londynie. Ale on na przyjęciach zawsze
robi minę skazańca.
- Masz tu te swoje bong - bony - rozległ się za nami głos Sebastiana. Powiedziałem
im, że idę do stacji metra przy Placu Gwiazdy, zaczęliśmy więc okrążać plac od lewej. Kiedy
mieliśmy przejść przez Aleję Klebera, jakiś rowerzysta o mało nie przewrócił Klary.
- Głupiątko - rzekł Sebastian, mocno chwytając ją za łokieć.
- Za dużo tu gołębi - powiedziała, gdy przeszliśmy na drugą stronę.
- Właśnie, i w dodatku cuchną - zgodził się Sebastian.
- Czym? Nos mam kompletnie zapchany - rzekła Klara, usiłując coś wywęszyć.
Patrzyła przy tym na ciżbę spasionych ptaków, które kręciły nam się pod nogami, wypinając
piersi.
- Irysami i gumą - odparł Sebastian.
Rozległ się ryk ciężarówki mijającej się z meblowozem; ptaki zerwały się do lotu i
zaczęły kołować po niebie. Wreszcie porozsiadały się w czarnych zakamarkach
perłowoszarego fryzu, zdobiącego Łuk Triumfalny, a gdy po chwili część stada wzbiła się z
trzepotem, wyglądało to tak, jakby kawałki rzeźbionej entablatury ożyły w postaci płatków.
Po kilku latach odnalazłem ten obraz - „kamień topniejący w skrzydło” - w trzeciej książce
Sebastiana.
Przeszliśmy przez jeszcze parę alej i wreszcie pojawiła się przed nami biała balustrada
stacji metra. Tam właśnie się rozstaliśmy, w całkiem dobrych humorach... Pamiętam
znikający w oddali płaszcz deszczowy Sebastiana i szaroniebieską postać Klary. Klara wzięła
pod rękę mego brata, maszerującego zamaszyście, i zmieniła krok, żeby iść z nim w nogę.
Od panny Pratt usłyszałem o kilku nie znanych mi dotąd sprawach i zapragnąłem
dowiedzieć się dużo, dużo więcej. Zwróciła się do mnie, bo chciała ustalić, czy wśród rzeczy
Sebastiana zachowały się jakieś listy od Klary Bishop. Podkreśliła przy tym, że Klara nie
tylko nie wysłała jej z tą misją, ale nawet nic nie wie o naszej rozmowie. Wyszła za mąż
przed trzema czy czterema laty i jest zbyt dumna, aby mówić o przeszłości. Panna Pratt
widziała się z nią może w tydzień po tym, jak wiadomość o śmierci Sebastiana trafiła do
gazet, lecz choć się przyjaźniły od wieków (czyli każda z nich więcej wiedziała o drugiej, niż
się tamtej zdawało), Klara nie rozwodziła się nad tym wydarzeniem.
- Mam nadzieję, że nie był zanadto nieszczęśliwy - powiedziała cicho, po czym
dodała:
- Ciekawe, czy zachował moje listy?
Jej ton, zmrużenie oczu, krótkie westchnienie, które jej się wyrwało, nim zmieniła
temat - wszystko to uświadomiło przyjaciółce, z jak wielką ulgą przyjęłaby wiadomość, że
listy te zostały zniszczone. Spytałem pannę Pratt, czy mógłbym się skontaktować z Klarą: czy
dałoby się ją skłonić do rozmowy o Sebastianie. Panna Pratt odparła, że znając Klarę nie
odważyłaby się jej nawet przekazać mojej prośby.
- Beznadziejna sprawa - powiedziała.
Przez chwilę targała mną niegodziwa pokusa, aby dać jej do zrozumienia, iż mam te
listy w ręku i zwrócę je Klarze, jeśli ta z kolei obieca umówić się ze mną - tak namiętnie
pragnąłem ją spotkać, choćby po to, żeby zobaczyć, jak po jej twarzy przemyka cień imienia,
które bym wspomniał. Ale nie: nie mogę przecież szantażować przeszłości Sebastiana.
Wykluczone.
- Listy spalono - to powiedziawszy prosiłem dalej, mówiąc raz po raz, że przecież nie
zaszkodzi spróbować; czy panna Pratt nie mogłaby zapewnić Klary, powtarzając jej naszą
rozmowę, że moja wizyta będzie całkiem krótka i całkiem niewinna?
- A co pana właściwie interesuje? - spytała panna Pratt. - Bo widzi pan, ja sama dużo
umiałabym panu opowiedzieć.
Potem przez dłuższy czas mówiła o Klarze i o Sebastianie. Świetnie się wywiązała z
zadania, choć tak jak większość kobiet miała skłonność do tego, aby opowiadając o
przeszłości uderzać w ton z lekka dydaktyczny.
- Czy mam rozumieć - przerwałem jej w pewnym momencie - że nikt nigdy nie poznał
nazwiska tej drugiej kobiety?
- Nie - odparła panna Pratt.
- No to jak ja ją znajdę? - zawołałem.
- Nigdy jej pan nie znajdzie.
- Powiada pani, że kiedy się to zaczęło? - przerwałem po raz drugi, gdy zaczęła mówić
o jego chorobie.
- Nie wiem nic pewnego - odrzekła. - Ten atak, którego dostał przy mnie, nie był
pierwszy. Wychodziliśmy akurat z jakiejś restauracji. Było bardzo zimno, a on nie mógł
złapać taksówki. Zdenerwował się i rozgniewał. Pobiegł do taksówki, która się zatrzymała
kawałek dalej. Nagle przystanął i powiedział, że źle się czuje. Pamiętam, że z małego
pudełeczka wyjął coś, jakby pigułkę, wziął ją w palce przez biały jedwabny szalik i zgniótł, a
potem chyba przycisnął sobie do twarzy. Musiało to być w dwudziestym siódmym albo
ósmym.
Zadałem jeszcze parę pytań. Na wszystkie odpowiedziała z tą samą sumiennością i
zaraz podjęła swą ponurą opowieść.
Po jej odejściu wszystko sobie zanotowałem, ale na papierze cała ta historia była
martwa, po prostu martwa. Koniecznie musiałem zobaczyć się z Klarą! Wystarczyłoby jedno
spojrzenie, jedno słowo, sam dźwięk jej głosu (nic więcej, nic mniej), aby przeszłość ożyła.
Nie rozumiem, skąd u mnie to przeświadczenie, tak jak nigdy nie pojąłem, czemu kilka
tygodni wcześniej pewnego niezapomnianego dnia byłem święcie przekonany, że jeśli ko-
nającego zastanę przy życiu i w pełni władz umysłowych, dowiem się czegoś, czego dotąd nie
wie nikt z ludzi.
Aż w któryś poniedziałkowy ranek wybrałem się z wizytą.
Pokojówka wprowadziła mnie do niewielkiej bawialni. Klara była w domu - tak
przynajmniej powiedziała mi owa młódka, rumiana i dosyć nieokrzesana. (Sebastian
stwierdza w którymś miejscu, że angielscy powieściopisarze nigdy nie porzucają pewnego
określonego tonu, gdy opisują służące.) Z drugiej zaś strony wiedziałem od panny Pratt, że
pan Bishop w dni powszednie jest zajęty, bo pracuje w jakimś biurze; dziwna rzecz - Klara
wyszła za mężczyznę o tym samym nazwisku, który w żadnym stopniu nie był jej krewnym;
przypadek i tyle. Czy zechce mnie przyjąć? Dom raczej zamożny, powiedziałbym, choć nie
przesadnie... Na parterze zapewne salon w kształcie litery L, a nad nim sypialnie. Cała ulica
składała się z takich właśnie ściśniętych, wąskich domków. Klara długo się wahała... Czy
powinienem był najpierw zaryzykować telefon? Czy panna Pratt już jej powiedziała o listach?
Wtem usłyszałem, że ktoś miękko stąpając idzie w dół po schodach i do pokoju wszedł
wielkimi krokami ogromny mężczyzna w czarnym szlafroku z fioletową lamówką.
- Przepraszam za ten strój - powiedział - ale jestem straszliwie przeziębiony.
Nazywam się Bishop. Rozumiem, że chce się pan widzieć z moją żoną.
„Czyżby się zaraził - pomyślałem w dziwnym rozbłysku wyobraźni - od tej
zachrypniętej Klary o różowym nosie, którą widziałem przed dwunastoma laty?”
- Ależ tak - odparłem - jeśli mnie jeszcze pamięta. Spotkaliśmy się kiedyś w Paryżu.
- Och, usłyszawszy pańskie nazwisko od razu wiedziała, kim pan jest - rzekł pan
Bishop, patrząc mi prosto w oczy - ale niestety muszę pana zawiadomić, że nie może pana
przyjąć.
- Wolno mi będzie wstąpić później?
Po krótkim milczeniu pan Bishop spytał:
- Czy trafnie przypuszczam, że ta wizyta rzeczywiście ma jakiś związek ze śmiercią
pańskiego brata?
Stał przede mną z rękami wbitymi w kieszenie szlafroka i patrzył; jasne włosy miał
zaczesane w tył gniewnymi ruchami szczotki - porządny, przyzwoity jegomość; chyba się nie
obrazi, że tak tu o nim napisałem. Dodam, że całkiem niedawno w bardzo smutnych
okolicznościach doszło między nami do wymiany listów, która unicestwiła wszelki ślad
niechęci, jaka być może wkradła się w naszą pierwszą rozmowę.
- A czy stałoby to na przeszkodzie temu, żebym się z nią zobaczył? - spytałem z kolei.
Przyznaję, że spytałem głupio.
- Tak czy owak nie będzie się pan z nią widział - odparł pan Bishop nieco miększym
tonem, czuł bowiem, że moja natarczywość słabnie i niczym już mu nie zagrożę. - Jestem
pewien, że w innych okolicznościach... ale widzi pan, żona niezbyt się pali do tego, żeby
wspominać dawne przyjaźnie. Daruje pan szczerość, ale ta wizyta to błąd z pańskiej strony.
Wracałem z uczuciem, że fatalnie sfuszerowałem sprawę. Przedstawiałem sobie w
wyobraźni, co bym powiedział Klarze, jeślibym ją zastał samą. Zdołałem jakoś w siebie
wmówić, że gdyby była sama, przyjęłaby mnie: tak to wobec nieoczekiwanej przeszkody
maleją te, któreśmy sobie wyobrażali. Powiedziałbym więc:
- Nie mówmy o Sebastianie. Porozmawiajmy o Paryżu. Nie czuje się w nim pani
zagubiona? Pamięta pani te gołębie? Proszę mi powiedzieć, co pani ostatnio czytała... A
filmy? Czy dalej gubi pani rękawiczki, paczki?
Mógłbym też uciec się do śmielszych rozwiązań i zaatakować wprost:
- Owszem, wiem, jakie uczucia musi w pani budzić ta historia, ale proszę, błagam,
porozmawiajmy o nim. Dla dobra jego portretu. Dla tych drobiazgów, które oddalą się i
przepadną, jeśli nie pozwoli mi ich pani wykorzystać w mojej książce o Sebastianie.
Och, byłem pewien, że by nie odmówiła, w żadnym razie.
W dwa dni później wytknąwszy sobie ten właśnie cel podjąłem kolejną próbę. Tym
razem postąpiłem znacznie rozważniej. Ranek był pogodny, pora dość wczesna; nie wątpiłem,
ż
e Klara nie zechce przesiedzieć w domu takiego dnia. Postanowiłem dyskretnie zająć
stanowisko na rogu ulicy, poczekać, aż małżonek uda się do biura, aż wyjdzie sama Klara, i
wtedy ją zaczepić. Ale sprawy potoczyły się niezupełnie tak, jak się spodziewałem.
Od wybranego punktu dzieliło mnie jeszcze kilkadziesiąt kroków, gdy nagle pojawiła
się Klara Bishop. Właśnie przeszła z mojej strony ulicy na przeciwną. Od razu ją poznałem,
choć widzieliśmy się tylko przez pół godziny, i to przed wieloma laty. Poznałem ją, chociaż
twarz miała ściągniętą, a ciało dziwnie pełne. Szła wolno i ociężale, a gdy przeszedłem przez
jezdnię i nieco się zbliżyłem, zrozumiałem, że jest w zaawansowanej ciąży. Powodowany
wrodzoną impetycznością, która już nieraz sprowadziła mnie na manowce, ani się
spostrzegłszy ruszyłem ku niej z powitalnym uśmiechem, lecz wystarczyło tych parę chwil,
aby owładnęło mną krystalicznie jasne przeświadczenie, że nie wolno mi ani wszcząć z nią
rozmowy, ani w żaden sposób się przywitać. Wrażenie to nie miało nic wspólnego z
Sebastianem ani z moją książką, ani też z rozmową między mną a panem Bishopem; jedyną
jego przyczyną było dostojne skupienie Klary. Wiedziałem, że nie mam prawa nawet przypo-
mnieć jej, kim jestem, ale, jak już mówiłem, z samego rozpędu przeszedłem przez jezdnię, i
to w taki sposób, że na chodniku o mało nie zderzyłem się z Klarą. Ociężale ustąpiła mi z
drogi i zwróciła ku mnie krótkowzroczne spojrzenie. Nie, nie poznała mnie, chwalić Boga.
Serce się krajało na widok uroczystego wyrazu jej twarzy, bladej jak trociny. Oboje
przystanęliśmy w pół kroku. Z groteskową przytomnością umysłu sięgnąłem do kieszeni po
pierwszy przedmiot, o który zawadziłem palcami, i spytałem:
- Przepraszam, czy pani to upuściła?
- Nie - odparła z bezosobowym uśmiechem. Wzięła rekwizyt do ręki i przyjrzała mu
się z bliska. - Nie - powtórzyła, oddała mi, co moje, i poszła dalej swoją drogą. Stałem
trzymając w ręku klucz, jakbym przed chwilą podniósł go z chodnika. Był to klucz od zasuwy
w mieszkaniu Sebastiana; dziwnie mnie zakłuło, kiedy nagle sobie uświadomiłem, że Klara
dotknęła go niewinnymi, ślepymi palcami...
9
Ich związek trwał sześć lat. Sebastian napisał w tym czasie dwie pierwsze powieści:
Skos pryzmatu i Sukces. Nad pierwszą pracował około siedmiu miesięcy (kwiecień -
październik 1924), a nad drugą - dwadzieścia dwa miesiące (lipiec 1925 - kwiecień 1927). Od
jesieni roku 1927 do lata 1929 napisał trzy opowiadania, wznowione później (1932) pod
wspólnym tytułem Dziwna góra. Innymi słowy, Klara z bliska przyglądała się powstawaniu
pierwszych trzech piątych całego jego dorobku (pomijam tu juwenilia - na przykład wiersze z
Cambridge - które sam zniszczył); ponieważ zaś w przerwach między książkami Sebastian
wciąż snuł, zawieszał i snuł od nowa rozmaite twórcze zamysły, wolno przypuszczać, że w
ciągu tych sześciu lat nie ustawał w pracy. A Klara kochała jego zapracowanie.
Weszła w życie mojego brata bez pukania - jak przez pomyłkę wchodzi się do
cudzego pokoju, bo w pewien nieokreślony sposób przypomina on nasz własny. Weszła i
została, zapomniawszy, gdzie jest wyjście, i po cichu zaczęła się oswajać z dziwnymi
stworami, które tam napotkała i pomimo ich zdumiewających kształtów przyhołubiła. Nie
stawiała sobie wyraźnie za cel ani tego, żeby być szczęśliwą, ani żeby uszczęśliwić
Sebastiana, i bez żadnych obaw myślała o najbliższej przyszłości; wspólne życie z
Sebastianem całkiem naturalnie brała takim, jakim ono było, życie bez Sebastiana wydawało
się bowiem jeszcze mniej wyobrażalne niż turystyczny namiot Ziemianina rozbity na zboczu
księżycowej góry. Gdyby urodziła mu dziecko, prawdopodobnie weszliby płynnie w fazę
małżeństwa, bo byłoby to najprostszym rozwiązaniem dla wszystkich trojga; tak się jednak
nie stało, toteż nie wpadło im do głów, żeby się poddać tym białym i zdrowym
formalnościom, które zresztą obojgu sprawiłyby zapewne przyjemność, gdyby w ogóle
pomyśleli o takim ceremoniale. Sebastian nie miał w sobie nic z postępowca, niby to
potępiającego przesądy. Doskonale rozumiał, że obnoszenie się z własną pogardą dla
przyjętych zasad moralnych to tylko zabobon schowany pod podszewkę i kołtuństwo
wywrócone na nice. W kwestiach etyki chadzał zazwyczaj po najmniejszej linii oporu (tak jak
w sprawach estetyki obierał najbardziej ciernisty szlak) jedynie dlatego, że właśnie tamtędy
najszybciej dochodził na skróty do upatrzonego celu; w życiu codziennym był zbyt wielkim
leniem (choć znów jako artysta zanadto się zapracowywał), aby zawracać sobie głowę
problemami, które stawiali i rozwiązywali inni.
Klara poznała Sebastiana mając dwadzieścia dwa lata. Nie pamiętała swego ojca;
matka jej także nie żyła, a ojczym ponownie się ożenił; blade wyobrażenie o domu, jakie
wyrobiła sobie dzięki ojczymowi i macosze, można więc porównać do starego sofizmatu o
zamienionym trzonku i zamienionym ostrzu, choć oczywiście Klara miała niewielkie szansę
odnaleźć i połączyć oryginalne części narzędzia - przynajmniej po tej stronie granicy,
dzielącej nas od wieczności. Mieszkała sama w Londynie i bez wielkiego zdecydowania
uczęszczała do szkoły plastycznej, a równocześnie studiowała - ni mniej, ni więcej, tylko
języki Wschodu. Lubiano ją; ze swą uroczo przyćmioną twarzą i miękką chrypką odbierana
była jako osoba w spokojny sposób pociągająca; nie wiedzieć czemu wbijała się ludziom w
pamięć, jak gdyby posiadła ten subtelny dar, aby nie być zapominaną: po prostu ładnie
wychodziła na kliszach pamięci - inaczej mówiąc, była „mnemogeniczna”. Nawet jej dłonie,
dość duże i kościste, miały specyficzny wdzięk; umiała też lekko i bezgłośnie tańczyć.
Najlepsze jednak było w niej to, że należała do tych nielicznych, ach, jakże nielicznych
kobiet, które nie biorą świata za dobrą monetę i dla których codzienność nie jest li tylko
spowszedniałym zwierciadłem ich własnej kobiecości. Miała wyobraźnię (muskuł duszy), i to
szczególnie silnego, nieomal męskiego typu, a prócz wyobraźni prawdziwe poczucie piękna,
przejawiające się nie tyle nawet w kontakcie ze sztuką, ile w nieustannej gotowości, aby
dostrzec aureolę wokół patelni lub podobieństwo między wierzbą płaczącą a skye terrierem.
Wreszcie, los obdarzył ją wyostrzonym poczuciem humoru. Nic dziwnego, że tak świetnie się
wpasowała w życie Sebastiana.
Już w pierwszym okresie znajomości spędzali razem mnóstwo czasu; gdy jesienią
Klara wyjechała do Paryża, Sebastian ją tam odwiedzał - podejrzewam, że nie raz. Jego
pierwsza książka była już wtedy gotowa. Klara nauczyła się pisać na maszynie, toteż letnie
wieczory 1924 roku przybrały dla niej postać kartek, które wsuwała w szczelinę, a potem
wyciągała kręcąc wałkiem, rojące się od czarnych i fioletowych słów. Chętnie sobie wyob-
rażam, jak stuka w lśniące klawisze na tle szumu ciepłej ulewy wśród ciemnych wiązów za
otwartym oknem, gdy głos mego brata (który według panny Pratt nie dyktował, lecz
celebrował dyktando) wolno, z powagą krąży tam i sam po pokoju. Sebastian prawie całe dnie
spędzał na pisaniu, lecz praca jego posuwała się tak żmudnie, że Klara wieczorami miewała
do przepisania najwyżej kilka nowych stron, a i te trzeba było potem przepisywać od nowa,
bo autor pozwalał sobie na iście orgiastyczne korekty; czasem robił coś, czego - śmiem
twierdzić - nie próbował przed nim żaden pisarz, a mianowicie swą pochyłą, niezupełnie
angielską kaligrafią własnoręcznie kopiował wystukaną na maszynie stronicę i dyktował raz
jeszcze. Staczał ze słowami niezwykle bolesne walki, z dwojakich powodów. Jedne stanowiły
rzecz częstą u tego typu pisarzy: były to trudności, jakie sprawia przerzucenie mostu nad
otchłanią, dzielącą myśl od jej wyrazu; obłędne uczucie, że właściwe słowa, jedyne słowa
czekają na drugim brzegu w mglistej dali; dygot nie - odzianej myśli, która przyzywa je
rozpaczliwie z tej strony przepaści. Na nic mu były zdania - gotowce, bo wszystko, co chciał
wyrazić, miało wyjątkową strukturę, a poza tym wiedział, że żadna prawdziwa idea nie
istnieje rzeczywiście, póki nie istnieją słowa skrojone dla niej na miarę. Zatem (aby posłużyć
się mniej odległym porównaniem) myśl, która jedynie wydawała się naga, w rzeczywistości
błagała tylko o szaty, mogące uczynić ją widzialną, natomiast słowa przyczajone w oddali nie
były wbrew pozorom pustymi łupinami, lecz po prostu czekały, aż myśl od dawna już w nich
ukryta zapali je i wprawi w ruch. Sebastian czuł się chwilami dzieckiem, któremu wręczono
bezładną plątaninę drutów i kazano sprawić cud, aby stało się światło. No i owszem, sprawiał
go raz po raz; czasem nawet nie zdawał sobie sprawy, jak mu się to udaje, kiedy indziej
godzinami dłubał w kłębowisku drutów, postępując przy tym, zdawałoby się, zupełnie
racjonalnie - a wynik był żaden. Klara zaś, choć przez całe życie nie stworzyła ani jednego
wersu prozy czy poezji zasługującej na miano dzieła wyobraźni, tak świetnie rozumiała (na
swój sposób dokonując cudu) każdy epizod walk, które staczał Sebastian, że słowa
wystukiwane na maszynie były dla niej nie tyle przekaźnikami przyrodzonego im sensu, ile
krzywiznami, lukami i zygzakami pokazującymi, jak pisarz kroczy po omacku szlakiem
idealnej linii wyrazu.
Na tym jednak sprawa się nie kończyła. Wiem, wiem to na pewno - tak jak jestem
pewien, że mieliśmy jednego ojca: Sebastian lepiej znał rosyjski i posługiwał się nim z
większą naturalnością niż angielskim. Łatwo mi uwierzyć, że zaniechawszy na pięć lat
mówienia po rosyjsku zdołał narzucić sobie przekonanie, iż stracił tę umiejętność. Ale język
to żywe, fizycznie istniejące stworzenie, które nie daje się tak łatwo odprawić. Należy też
pamiętać, że zaledwie pięć lat przed napisaniem swej pierwszej książki - to znaczy wtedy,
gdy opuszczał Rosję - Sebastian dysponował angielszczyzną równie wątłą jak moja. Ja swoją
sztucznie ulepszyłem po wielu latach (kosztem ciężkiej pracy, gdy mieszkałem w kraju, gdzie
była ona językiem obcym); on natomiast próbował doprowadzić swoją do rozkwitu w
naturalnym dla niej środowisku. Rozkwitła zresztą wspaniale, wciąż jednak utrzymuję, że
gdyby zaczął pisać po rosyjsku, uniknąłby tego akurat rodzaju lingwistycznych boleści.
Dodam, że jestem w posiadaniu listu, napisanego przezeń na krótko przed śmiercią, i ten
niedługi list ubrany jest w słowa ruszczyzny tak czystej i bogatej, jak nigdy nie był czysty ani
bogaty jego angielski, choć co się tyczy piękna ekspresji, to Sebastian wzniósł się w swych
książkach na wyżyny.
Wiem też, że przepisując słowa, które wymotywał ze swego manuskryptu, Klara
przestawała czasem stukać w klawisze, lekko marszczyła brwi, unosząc zewnętrzny skraj
uwięzionego arkusza odczytywała ostatni wers i mówiła:
- Nie, kochanie. Po angielsku tak się nie powie.
Przez chwilę w nią się wpatrywał, po czym znów podejmował przechadzkę drapieżcy,
niechętnie zastanawiając się nad tą uwagą; dziewczyna czekała w milczeniu, z dłońmi miękko
złożonymi na kolanach.
- Nie sposób tego inaczej wyrazić - mruczał w końcu.
- A może by na przykład... - mówiła Klara i rzucała konkretną propozycję.
- No, jeśli chcesz... - odpowiadał.
- Nie upieram się, kochanie. Rób, jak wolisz. Skoro uważasz, że błędy gramatyczne
nie zaszkodzą...
- Och, pisz dalej - wołał Sebastian. - Masz rację, pisz już dalej...
W listopadzie 1924 roku Skos pryzmatu został ukończony. Ukazał się drukiem w
marcu i zrobił kompletną klapę. O ile mogłem stwierdzić przeglądając gazety z tamtego
okresu, raz tylko o nim napomknięto. Pięć i pół linijki w niedzielnym wydaniu, między
innymi linijkami, mówiącymi o innych książkach. „Skos pryzmatu stanowi bodajże debiut
powieściowy, nie powinno się go zatem oceniać z taką surowością, jak [wcześniej
wspomnianą książkę takiego - to - a - takiego]. Jego komizm jest w moim odczuciu niejasny,
a niejasności komiczne, ale bardzo możliwe, że istnieje pewien rodzaj beletrystyki, której
subtelności zawsze będą mi się wymykały. Jednakże na użytek czytelników lubiących te
rzeczy dodam, że pan Knight z wielką imaginacją dzieli włos na czworo w imadłach
imiesłowów.”
Wiosna ta była zapewne najszczęśliwszym okresem w życiu Sebastiana. Wydał na
ś
wiat jedną książkę i już zaczynał czuć, że druga kopie. Zdrowie nadzwyczaj mu dopisywało.
Miał uroczą przyjaciółkę. Nie dręczyła go ani jedna z tych drobnostek, które we
wcześniejszych okresach spadały nań czasem z zaciekłością roju mrówek obłażących
hacjendę. Klara zanosiła mu listy na pocztę, sprawdzała zawartość paczek z pralni, pilnowała,
ż
eby mu nie zabrakło żyletek, tytoniu i solonych migdałów, do których miał szczególną
słabość. Lubił wspólne z Klarą kolacje na mieście, a potem teatr. Po obejrzeniu sztuki niemal
zawsze jęczał i wił się jak w konwulsjach, czerpał jednak chorobliwą przyjemność z
drobiazgowego analizowania komunałów. Kiedy jednym skokiem rzucał się na jakiś
nieszczęsny banał, nozdrza rozszerzały mu się w wyrazie zachłanności, niegodziwego zapału,
a równocześnie w paroksyzmie obrzydzenia zgrzytał trzonowcami. Panna Pratt pamiętała, jak
to przy pewnej okazji jej ojciec, podówczas udziałowiec wytwórni filmowej, zaprosił
Sebastiana i Klarę na prywatny pokaz filmu, nakręconego z wielkim nakładem kosztów i
przepychem. Główną rolę grał niezwykle przystojny młodzieniec w strojnym turbanie, a
fabuła była srodze dramatyczna. W chwili największego napięcia Sebastian ku ogromnemu
zaskoczeniu i irytacji pana Pratta zaczął się trząść ze śmiechu; Klara też gotowa była
parsknąć, ciągnęła go jednak za rękaw, żeby przestał, ale na próżno. Ci dwoje musieli
przeżywać razem cudowne chwile. Aż trudno uwierzyć, że ciepła, tkliwości i piękna ich
związku nie zgromadził jakiś nieśmiertelny świadek żywota śmiertelnych, aby sobie tylko
znanym sposobem przechować ów plon. Na pewno widywano ich, kiedy przechadzali się po
ogrodach Kew, po parku w Richmond (nigdy tam nie byłem, ale nazwy te mają dla mnie
wiele powabu), jedli jajka na szynce w uroczej gospodzie podczas letniej włóczęgi po wsiach
angielskich albo czytali, siedząc na ogromnej kanapie w pracowni Sebastiana, gdy ogień
płonął wesoło, a angielskie Boże Narodzenie zaczynało już przesycać powietrze lekko
pikantnymi woniami na podkładzie lawendy i skórzanej tapicerki. Z pewnością był także ktoś,
kto podsłuchał, jak Sebastian opowiadał Klarze o niezwykłych sprawach, które zamierzał
wyrazić w swej kolejnej książce, zatytułowanej Sukces.
Latem 1926 roku, stoczywszy walkę z jakimś osobliwie krnąbrnym rozdziałem,
Sebastian, który wyniósł z tego boju spieczone gardło i zmącony umysł, postanowił
zafundować sobie miesiąc wakacji za granicą. Klara musiała jeszcze coś załatwić w
Londynie, oświadczyła więc, że dołączy do niego po tygodniu, a najwyżej dwóch. Kiedy
wreszcie przybyła do nadmorskiej miejscowości wypoczynkowej w Niemczech, którą wybrał
mój brat, w hotelu o dziwo poinformowano ją, że wyjechał on w nieznanym kierunku, wróci
jednak za kilka dni. Klara była zdezorientowana, ale - jak zwierzyła się później pannie Pratt -
nieobecność Sebastiana zbytnio jej nie zaniepokoiła ani nie uraziła. Możemy ją sobie
wyobrazić jako szczupłą, wysoką postać w niebieskim makintoszu (niebo zachmurzone,
pogoda nieprzyjazna), bez wyraźnego celu przechadzającą się już to promenadą, już to po
piaszczystej plaży - opustoszałej, jeśli nie liczyć kilkorga niezłomnych dzieci, trójkolorowych
chorągiewek łopoczących żałobnie w dogorywającej bryzie, gdy stalowo - szare morze łamie
się tu i ówdzie w kształt spienionych grzebieni. W dalszej części wybrzeża rósł bukowy las,
głęboki i ciemny, podszyty jedynie kępami powoju, którymi upstrzony był falisty, brązowy
grunt; wśród prostych, gładkich pni stała dziwna brązowa cisza i jak gdyby czegoś
wyczekiwała; Klara pomyślała, że lada chwila niemiecki krasnoludek w czerwonej czapeczce
zerknie na nią lśniącymi oczkami spośród liści butwiejących w jakiejś jamie. Wyjęła z
walizki kostium kąpielowy i resztę dnia spędziła leżąc na miękkim białym piasku -
przyjemnie, acz w lekkiej apatii. Nazajutrz rano znów padało; Klara aż do obiadu siedziała w
pokoju i czytała Donne'a; poeta ten odtąd już zawsze kojarzył jej się z bladoszarym światłem
deszczowego, mglistego dnia i z zawodzeniem dziecka, które chciało się bawić w korytarzu.
Wkrótce pojawił się Sebastian. Oczywiście ucieszył się na jej widok, ale zachował się nie
całkiem naturalnie. Nerwowy i strapiony, odwracał twarz, ilekroć próbowała spojrzeć mu w
oczy. Powiedział, że spotkał kogoś, kogo znał przed stu laty w Rosji i że obaj wybrali się
samochodem tego znajomego do... tu wymienił nazwę miejscowości położonej o parę
kilometrów dalej na wybrzeżu.
- Ale co się właściwie stało, kochanie? - spytała Klara, zaglądając w jego ponure
oblicze.
- Och, nic, nic - zawołał rozdrażniony. - Nie umiem siedzieć bezczynnie. Brakuje mi
mojej pracy - dodał, uciekając spojrzeniem w bok.
- Ciekawe, czy mówisz prawdę - rzekła Klara.
Wzruszył ramionami i przejechał kantem dłoni po zagłębieniu kapelusza, który
trzymał w ręku.
- Chodź - powiedział. - Zjedzmy obiad i wracajmy do Londynu.
Ale pierwszy dogodny pociąg odjeżdżał dopiero pod wieczór. Kiedy się przejaśniło,
poszli na spacer. Sebastian parokrotnie próbował się rozpromienić, tak jak zwykle się
rozpromieniał przy Klarze, ale w końcu przygasł i oboje zamilkli. Weszli w bukowy las.
Panowało w nim to samo zagadkowe, ospałe wyczekiwanie; Klara nie przyznała się
Sebastianowi, że raz już była w tym miejscu, on jednak rzekł:
- Dziwnie cichy ten las. Niesamowity, prawda? Człowiek prawie się spodziewa, że
zobaczy krasnoludka wśród tych zeschłych liści i powoju.
- Słuchaj, Sebastian! - wykrzyknęła nagle Klara, kładąc mu ręce na ramionach. - Chcę
wiedzieć, co się dzieje. Może przestałeś mnie kochać. Czy tak?
- Ależ kochanie, co ty pleciesz - odparł z zupełną szczerością. - Chociaż... skoro
koniecznie chcesz wiedzieć... hmmm... Nie bardzo potrafię udawać, a zresztą wolę, żebyś
wiedziała. Otóż poczułem piekielny ból w piersi i ramieniu, postanowiłem więc skoczyć do
Berlina i dać się zbadać, no a lekarz zapakował mnie do łóżka... czy to coś poważnego? Mam
nadzieję, że nie. Porozmawialiśmy o tętnicach wieńcowych, dopływie krwi, zatokach Salvy i
w sumie dziadek wydał mi się bardzo uczony. W Londynie pójdę do innego doktora i porów-
nam diagnozy, chociaż dzisiaj czuję się jak młody bóg...
Przypuszczam, że Sebastian już wtedy wiedział dokładnie, na jaką chorobę serca
cierpi. Jego matka umarła z powodu identycznej dolegliwości; tę rzadką odmianę dusznicy
bolesnej część lekarzy nazywa chorobą Lehmanna. Zdaje się jednak, że po pierwszym ataku
miał przynajmniej rok wytchnienia, choć co pewien czas czuł w lewym ramieniu dziwne
kłucie, jakby wewnętrzne swędzenie.
Znowu wziął się do roboty i pracował systematycznie przez całą jesień, wiosnę i zimę.
Pisanie Sukcesu okazało się jeszcze większym mozołem niż praca nad pierwszą powieścią, a i
potrwało znacznie dłużej, chociaż obie te książki mają podobną objętość. Szczęśliwym trafem
dostałem z pierwszej ręki opis dnia, w którym Sebastian ukończył Sukces. Zawdzięczam to
późniejszemu znajomemu; wiele zresztą impresji przedstawionych w niniejszym rozdziale
powstało, gdy prawdziwość relacji panny Pratt potwierdziły wspomnienia innego z przyjaciół
Sebastiana, aczkolwiek stwierdzić wypada, że iskra, z której buchnął cały ten ogień, w
tajemniczy sposób wywodzi się z ujrzanego w przelocie obrazu Klary Bishop, ociężale idącej
londyńską ulicą.
Otwierają się drzwi: Sebastian Knight leży z rozkrzyżowanymi rękami i nogami na
podłodze swej pracowni. Klara układa arkusze maszynopisu w równiutki stosik na biurku.
Przybysz zatrzymuje się w pół kroku.
- Nie, Leslie - mówi z podłogi Sebastian. - Nie umarłem. Właśnie skończyłem
budować świat i odpoczywam, bo mam dziś swój szabas.
10
Skos pryzmatu doceniono w całej pełni dopiero, gdy Sebastian po raz pierwszy odniósł
prawdziwy sukces, wtedy zaś i tę powieść wznowił inny wydawca (Bronson), lecz nawet
druga edycja sprzedawała się gorzej od Sukcesu czy Utraconej własności. Jak na debiut
powieściowy książka ta dowodzi niezwykle silnej woli twórczej i literackiej samokontroli
autora. Sebastian Knight swoim zwyczajem użył w niej parodii jako trampoliny, pozwalającej
mu wzbić się w najwyższe rejony poważnych emocji. J. L. Coleman przyrównał go do
„błazna, co się dochował skrzydeł, anioła, który przedrzeźniałby koziołkującego gołębia”, i
określenie to wydaje mi się wielce trafne. Sprytnie wykorzystując w formie parodii pewne
sztuczki, dobrze znane branży literackiej, Skos pryzmatu szybuje prosto w niebo. Sebastian
Knight z bez mała fanatyczną nienawiścią tropił wszystko to, co niegdyś iskrzyło się
ś
wieżością, zostało jednak znoszone już do cna i teraz tkwi martwe wśród żywych: martwotę
pozorującą życie, malowaną i przemalowywaną, wciąż braną za dobrą monetę przez leniwe
umysły, trwające w błogiej nieświadomości, że to zwykły szwindel. Ta czy tamta idea
stoczona zgnilizną sama w sobie mogła być całkiem niewinna; można by też twierdzić, że
niewielki to grzech, gdy ktoś wytrwale eksploatuje wyświechtany temat lub styl, który dalej
bawi i cieszy. Lecz w oczach Sebastiana Knighta najmniejsza błahostka - dajmy na to,
przejęty od innego autora sposób prowadzenia detektywistycznego wątku - stawała się
rozdętym, cuchnącym trupem. Nie miał nic przeciwko „groszowym horrorom”, bo nie
obchodziła go zwykła moralność; tym, co niezmiennie go drażniło, była literatura
drugorzędna, a nie trzecio - czy n - rzędna, tam bowiem, w książkach od biedy nadających się
do czytania, zaczynało się mydlenie oczu - działalność z artystycznego punktu widzenia
niemoralna. Skos pryzmatu stanowi jednak nie tylko ucieszną parodię realiów opowiastki
detektywistycznej; jest to zarazem przewrotna imitacja wielu innych zjawisk literackich: i tak
to na przykład Sebastian, obdarzony niesamowicie czułym węchem, pozwalającym wykryć
symptomy utajonego rozkładu, zauważył we współczesnej powieści pewną nawyczkę, a
mianowicie modny chwyt polegający na tym, żeby jakąś ludzką zbieraninę umieścić w
ograniczonej przestrzeni (w hotelu, na wyspie, na ulicy). W trakcie rozwoju akcji autor
wykpiwa też rozmaite style literackie oraz pewien sposób łączenia mowy niezależnej z
narracją i opisami, który to problem eleganckie pióro rozstrzyga, wyszukując tyle wariantów
słowa „powiedział”, ile znaleźć można w słowniku między „bajał” a „zaskowyczał”. Lecz
cały ten niejasny komizm jest, powtarzam, dla autora jedynie trampoliną.
Dwanaście osób mieszka w pensjonacie; został on opisany bardzo drobiazgowo, ale
ż
eby podkreślić nutę „wyspiarską”, resztę miasta autor ukazuje w sposób mocno zdawkowy,
jako krzyżówkę naturalnej mgły z hybrydą dekoracji teatralnej i zmory, dręczącej agenta od
handlu nieruchomościami. Jak sam daje do zrozumienia, jest to metoda poniekąd bliska
praktyce stosowanej w filmie, polegającej na tym, aby główną bohaterkę w nieznośnej wersji
z czasów internatu malować jako osóbkę urokliwie odmienną od tłumu pospolitych i zupełnie
realistycznie ukazanych koleżanek. Jednego z mieszkańców pensjonatu, niejakiego G.
Abesona, marszanda z zawodu, znaleziono zamordowanego w jego własnym pokoju.
Komendant miejscowego posterunku policji, opisany wyłącznie pod kątem butów z
cholewami, dzwoni do londyńskiego detektywa i prosi go, żeby natychmiast przyjechał. Z
powodu całej kombinacji nieszczęśliwych zbiegów okoliczności (detektyw przejeżdża
samochodem staruszkę, a potem wsiada do niewłaściwego pociągu), przyjazd ten bardzo się
opóźnia. Tymczasem policja gruntownie przesłuchuje lokatorów pensjonatu, a także
przypadkowego przechodnia, starego Nosebaga, który akurat znalazł się w hallu, kiedy
odkryto zbrodnię. Wszyscy prócz tego właśnie łagodnego, leciwego jegomościa o siwej
brodzie, lekko pożółkłej w kącikach ust, z nieszkodliwą pasją kolekcjonującego tabakierki,
mogą się wydawać mniej lub bardziej podejrzani - zwłaszcza zaś pewien student szkoły
plastycznej, mętna postać: pod jego łóżkiem znaleziono pół tuzina zakrwawionych chus-
teczek. Nawiasem warto zauważyć, że dla uproszczenia i „skoncentrowania” całej sytuacji ani
jeden służący czy pracownik pensjonatu nie zostaje wymieniony jako konkretna osoba i nikt
się tym ich nieistnieniem nie przejmuje. Raptem następuje poślizg i w fabule zaczynają się
rozmaite przesunięcia (pamiętajmy, że detektyw wciąż jest w drodze, a zesztywniałe zwłoki
G. Abesona leżą na dywanie). Pomału wychodzi na jaw, że wszyscy lokatorzy są między sobą
na różne sposoby powiązani. Stara dama z numeru 3 okazuje się matką skrzypka z pokoju 11.
Powieściopisarz zajmujący sypialnię od frontu jest w rzeczywistości mężem młodej niewiasty
z pokoju na trzecim piętrze o oknach wychodzących na tyły hotelu. Student szkoły
plastycznej, sprawiający tak mętne wrażenie, to ni mniej, ni więcej tylko brat tejże pani.
Uroczysty osobnik o twarzy jak księżyc w pełni, nienagannie uprzejmy wobec wszystkich,
jest służącym stetryczałego pułkownika - ten zaś okazuje się ojcem skrzypka. Topnienie
podziałów nie ustaje: student szkoły plastycznej zaręcza się z małą tłuścioszką z numeru 5,
która jest córką z poprzedniego małżeństwa starej damy. Gdy wreszcie ustalimy, że posiadacz
tytułu mistrzowskiego w amatorskim tenisie jest bratem skrzypka, powieściopisarz to ich wuj,
a stara dama z pokoju numer 3 jest żoną stetryczałego pułkownika, z drzwi pokojów znikną
po cichu cyfry, a wątek pensjonatu gładko i bezboleśnie ustąpi miejsca wątkowi wiejskiego
dworku, z wszystkimi stąd wynikającymi konsekwencjami. I tu właśnie opowieść nabiera
niezwykłego piękna. Sama idea czasu, dotychczas ośmieszana (zbłąkany detektyw, co ugrzązł
kędyś pośród nocy...), teraz jak gdyby zasnęła, zwinąwszy się w kłębek. śycie każdej z
wymienionych postaci zaczyna lśnić prawdziwą, ludzką doniosłością, a zapieczętowane drzwi
pokoju G. Abesona wiodą już tylko do zapomnianej przez wszystkich komórki. Nowa fabuła,
nowy dramat, nie związany z początkiem opowieści, który tym samym zostaje wypchnięty w
sferę snów, zdaje się walczyć o byt i rwać ku światłu. Lecz właśnie gdy czytelnik zaczyna się
czuć całkiem bezpiecznie w mile rzeczywistej atmosferze, a gracja i dostojeństwo stylu
pozwalają się spodziewać po autorze jakowychś wzniosłych, głębokich zamysłów, rozlega się
humorystyczne pukanie do drzwi i wchodzi detektyw. Znowu nurzamy się w grzęzawisku
parodii. Detektyw to cwaniak mówiący londyńską gwarą; jest to tak urządzone, żeby
czytelnik myślał, iż postać została świadomie udziwniona; nie mamy tu bowiem do czynienia
z parodią książek w stylu Sherlocka Holmesa, lecz z parodią reakcji współczesnych pisarzy,
odchodzących od tego stylu. Znów się zaczyna przesłuchiwanie lokatorów. Rozszyfrowuje się
nowe poszlaki. Poczciwina Nosebag szwenda się tam i sam, okropnie roztargniony i cał-
kowicie nieszkodliwy. Tłumaczy, że wstąpił tylko na chwilę, bo chciał spytać, czy nie ma
wolnego pokoju. Wygląda na to, że lada chwila autor bezlitośnie wykorzysta stary gag,
polegający na tym, aby pozornie największe niewiniątko okazało się łotrem nad łotrami.
Wtem łapsa zaczynają interesować tabakierki.
- Siemasz z rana - powiada. - A śtuka? Co pan powisz?
Nagle wtarabania się policjant, bardzo czerwony na twarzy, i melduje, że trup znikł.
Na to detektyw:
- Co znaczy znik? Policjant:
- Znikł, szefie. Nie ma go w pokoju.
Przez chwilę wszystko trwa w groteskowym zawieszeniu.
- Wydaje mi się - mówi cicho stary Nosebag - że znam wyjaśnienie.
Wolno i bardzo ostrożnie odczepia brodę, zdejmuje perukę i ciemne okulary,
odsłaniając twarz G. Abesona.
- Widzicie państwo - powiada Abeson z uśmiechem skruchy. - Być zamordowanym to
ż
adna przyjemność.
Starałem się jak najdokładniej pokazać mechanizm książki, a przynajmniej niektóre
jego części. Jej czar, dowcip i patos ocenić można tylko czytając ją samemu. Lecz ku
oświeceniu tych, których jej uporczywa zmienność stropiła - albo po prostu zbrzydziła, widzą
bowiem coś sprzecznego z samym pojęciem „ładnej książki” w fakcie, że okazuje się ona
znienacka książką całkiem inną - jedno chciałbym zauważyć: z czytania Skosu pryzmatu
można mieć całe mnóstwo przyjemności, zrozumiawszy, że bohaterami tej powieści są
(mówiąc z grubsza) „metody kompozycji”. To tak, jakby malarz powiedział: patrzcie, pokażę
wam nie tyle namalowany pejzaż, ile namalowane na płótnie rozmaite sposoby malowania
pejzażu, i wierzę, że gdy wszystkie harmonijnie się stopią, ukażą wam krajobraz takim, jakim
chcę, żebyście go ujrzeli. W swej pierwszej książce Sebastian doprowadził ten eksperyment
do logicznego i zadowalającego końca. Poddając próbie ad absurdum tę czy tamtą manierę
literacką i kolejno odrzucając jedną po drugiej, wydedukował ostatecznie własny styl, aby w
pełni go wykorzystać w następnej książce, zatytułowanej Sukces. Wydaje się, że wzniósł się
tu o poziom wyżej, gdy bowiem podstawą pierwszej powieści były literackie metody
kompozycji, druga zajmuje się głównie metodami, wedle których los komponuje żywoty
ludzkie. Przestrzegając naukowej dokładności podczas klasyfikowania, badania i selek-
cjonowania bezmiaru danych (samo ich zgromadzenie możliwe było jedynie przy
podstawowym założeniu, że autor jest w stanie dowiedzieć się o swych postaciach czego
tylko zechce, a zdolność tę ogranicza wyłącznie sposób i cel doboru informacji, bo przecież
nie idzie tu o to, aby na oślep uzbierać wielką rupieciarnię bezwartościowych szczegółów,
lecz o metodyczne dążenie w jasno wytyczonym kierunku), Sebastian Knight całe trzysta
stron Sukcesu poświęca dociekaniom tak skomplikowanym, jakie mało który pisarz
dotychczas podejmował. Dowiadujemy się, że komiwojażer nazwiskiem Percival Q na
pewnym etapie życia i w pewnych okolicznościach poznaje dziewczynę, asystentkę
iluzjonisty, i odtąd żyją razem szczęśliwie. Ich pierwsze spotkanie jest, przynajmniej na
pozór, dziełem przypadku: w dniu strajku kierowców autobusów oboje jadą autem
ż
yczliwego nieznajomego. Tak właśnie wygląda formuła powieści: jeśli opisane zdarzenie
uznamy za fakt rzeczywisty, nie wyda się ani trochę interesująca, zbadana pod pewnym
szczególnym kątem stanie się jednak źródłem dużej radości intelektualnej i wielką podnietą
dla umysłu. Zadaniem autora jest dowiedzieć się, jak doszło do powstania tej formuły; wzywa
on na pomoc całą magię i siłę swej sztuki, aby dokładnie ustalić, co właściwie sprawiło, że
zetknęły się dwa życiorysy; książka ta jest w gruncie rzeczy przepyszną ruletką prawdopodo-
bieństw, czy - jak kto woli - drążeniem zagadki etiologii zdarzeń aleatorycznych. Możliwości
wydają się nieograniczone. Autor podąża za kilkoma oczywistymi poszlakami, ze zmiennym
powodzeniem. Krocząc wstecz odkrywa, czemu strajk wyznaczono na ten akurat dzień:
okazuje się, że u korzenia sprawy tkwi odwieczna predylekcja pewnego polityka do liczby 9.
Ś
lad ten wiedzie donikąd, toteż go porzucamy (po drodze pozwolił nam jednak być
ś
wiadkami gorącej dyskusji partyjnej). Inny fałszywy trop prowadzi za nieznajomym
automobilistą. Próbujemy się dowiedzieć, kto on zacz i czemu w danym momencie
przejeżdżał daną ulicą; lecz ustaliwszy, że od dziesięciu lat w każdy dzień powszedni o tej
porze jeździ tamtędy do biura, nie stajemy się ani trochę mądrzejsi. Chcąc nie chcąc musimy
więc założyć, że zewnętrzne okoliczności towarzyszące wiadomemu spotkaniu nie stanowią
próbki oddziaływania losu na dwa egzemplarze ludzkie, ale samoistny byt, stały punkt bez
znaczenia przyczynowego; z czystym sumieniem zwracamy się zatem ku zagadnieniu, czemu
spośród całej ludzkości właśnie Q i dziewczyna imieniem Anna musieli się zejść i przez
minutę stać ramię w ramię w tym akurat miejscu przy krawężniku. Przez pewien czas
ś
ledzimy więc losy dziewczyny, zdążając wstecz, potem losy mężczyzny, porównujemy dane
i znów ruszamy tropem obu życiorysów.
Dowiadujemy się ciekawych rzeczy. Dwie linie, które w końcu zbiegły się w jednym
punkcie, nie są bokami trójkąta, rozchodzącymi się równomiernie ku niewiadomej podstawie,
lecz suną faliście, czasem oddalone, kiedy indziej zaś niemal styczne. Innymi słowy, ci dwoje
już co najmniej dwukrotnie nic o tym nie wiedząc o mało się nie spotkali. W obu wypadkach
los, zdawałoby się, z najwyższą starannością zaaranżował ich spotkanie; uruchamiał to tę, to
znów inną możliwość; maskował wyjścia i przemalowywał drogowskazy; uchwytem
skradających się palców zacieśniał siatkę, w której trzepotały motyle; najdrobniejszym
zdarzeniom wyznaczał pory, niczego nie pozostawiając przypadkowi. Autor ukazuje nam owe
tajne przygotowania w fascynujący sposób, ogarniając nadludzko bystrym spojrzeniem
wszystkie barwy miejsc i sytuacji. Lecz za każdym razem maleńki błąd (cień skazy, zamulony
otwór niedoglądanej możliwości, kaprys wolnej woli) psuje determiniście zabawę i linie
dwóch życiorysów zaczynają się rozchodzić ze zdwojoną prędkością. Oto Percival Q już, już
ma pójść na przyjęcie, na które los pokonując niezliczone trudności zdołał sprowadzić Annę,
ale nie pójdzie, bo w ostatniej chwili pszczoła użądliła go w wargę; oto Annie nerwy płatają
figla i dziewczyna nie dostaje starannie dla niej zaklepanej posady w biurze rzeczy
znalezionych, gdzie pracuje brat pana Q. Jednakże los nazbyt jest wytrwały, aby miał się
zrazić porażką. Gdy zaś jego wysiłki uwieńczy w końcu powodzenie, stanie się to za sprawą
machinacji tak delikatnych, że kiedy ci dwoje nareszcie się spotkają, dobrze naoliwiony
mechanizm nawet nie zadźwięczy.
Nie będę bardziej szczegółowo streszczał tej pięknej, zręcznie napisanej powieści. Jest
ona najpopularniejszym utworem Sebastiana Knighta, choć trzy późniejsze książki pod
wieloma względami ją przewyższają. Podobnie jak wtedy, gdy prezentowałem Skos pryzmatu,
tak i teraz chcę tylko pokazać mechanizm - być może ze szkodą dla wrażenia, jakie wywiera
ta powieść dzięki samemu swemu pięknu, niezależnemu od zmyślnych rozwiązań. Co więcej,
zawiera ona fragment w tak przedziwny sposób związany z życiem wewnętrznym Sebastiana
z okresu szlifowania końcowych rozdziałów, że warto go tu przytoczyć jako przeciwwagę dla
wcześniejszych spostrzeżeń, odnoszących się raczej do meandrów mózgu pisarza aniżeli do
emocjonalnej strony jego sztuki.
„William [pierwszy narzeczony Anny, zwichrowany niewieściuch, który z nią potem
zerwie] jak zwykle odprowadził ją do domu i trochę przytulił w mrocznej niszy przy
drzwiach. Nagle poczuła, że mężczyzna ma mokre policzki. Zakrył twarz ręką i zaczął szukać
po kieszeniach chusteczki.
- W raju pada - rzekł. - ...cebula szczęścia... biedny Wiluś kląska jak wilga w wilię
deszczu.
Pocałował ją w kącik ust, po czym z cichym bulgotem wydmuchał nos.
- Dorośli mężczyźni nie płaczą - powiedziała Anna.
- Ale ja nie jestem dorosły - zaskamlał William. - Księżyc jest dziecinny, ten mokry
chodnik też jest dziecinny, a miłość to bobas, kapryszący wśród kapryfolium...
- Proszę cię, przestań - rzekła Anna. - Wiesz, że nie cierpię, kiedy się wysilasz na takie
wywijasy.
- Kiedy się wywiliam - westchnął. Znów ją pocałował; przez chwilę stali niczym
miękki, ciemny posąg o dwóch głowach, niewyraźnie widocznych w ciemności. Policjant
przechodzący z nocą na smyczy przystanął i dał jej obwąchać skrzynkę na listy.
- Jestem tak samo szczęśliwa jak ty - powiedziała Anna - ale wcale nie chce mi się
płakać ani bajdurzyć.
- Czy nie rozumiesz - szepnął - że szczęście nawet będąc u szczytu tylko błaznuje w
obliczu własnej śmiertelności?
- Dobranoc - odparła Anna.
- Jutro o ósmej! - zawołał, gdy mu się wymknęła. Lekko poklepał drzwi i ruszył ulicą.
Jest taka ciepła i ładna, myślał, i kocham ją, ale wszystko na nic, na nic, bo przecież
umieramy. To nie do zniesienia, ten poślizg wstecz, w przeszłość. Ostatni nasz dzisiejszy
pocałunek jest martwy, Kobieta w bieli [film, który obejrzeli tegoż wieczora] to zimny trup,
ten policjant, co przed chwilą przechodził, też już nie żyje, i nawet drzwi są równie martwe
jak tkwiący w nich gwóźdź. Ta ostatnia myśl też już umarła. Coates [lekarz] słusznie twierdzi,
ż
e serce mam za małe jak na moje rozmiary. I koszmary. Szedł, mówiąc do siebie, a jego cień
już to dostawał długiego nosa, już to dygał, ilekroć mijając latarnię półkoliście przemykał w
tył. Wróciwszy do swego okropnego mieszkania William długo wdrapywał się na ciemne
schody. Nim się położył, zapukał do drzwi starego iluzjonisty; kiedy wszedł, tamten stał w
samej bieliźnie i uważnie oglądał trzymane w ręku czarne spodnie.
- No i...? - spytał William.
- Mój słownik trochę im nie pasuje - odparł zapytany - ale chyba i tak dostanę angaż.
William usiadł na łóżku i powiedział:
- Powinieneś ufarbować włosy.
- Więcej mam na głowie łysiny niż siwizny - rzekł iluzjonista.
- Czasem się zastanawiam - powiedział William - gdzie się podziewa wszystko to, co z
nas obłazi. No bo gdzieś przecież musi się podziewać... wiesz, wszystkie te wypadnięte
włosy, obcięte paznokcie...
- Znowuż dałeś w gaz - bez większego zaciekawienia stwierdził iluzjonista. Spędził
Williama z łóżka, żeby wsunąć pod materac spodnie, które przedtem starannie złożył.
William usiadł na krześle, a gospodarz dalej robił swoje; zjeżyły mu się włosy na łydkach,
zesznurował usta, dłońmi tkliwie muskał nogawki.
- Jestem po prostu szczęśliwy - powiedział William.
- Nie wyglądasz - z niezmienną powagą rzekł staruszek.
- Mogę ci kupić królika? - spytał William.
- Jakby co, to wypożyczę - odparł iluzjonista, przeciągając słowo «wypożyczę» niby
wstęgę bez końca.
- Śmieszny zawód - rzekł William. - Zajęcie dla obłąkanego kieszonkowca, gadka -
gratka. Grosze w czapce żebraka i omlet w twoim cylindrze. Absurdalnie to samo.
- Przywykliśmy do obelg - powiedział iluzjonista. Z całym spokojem zgasił światło, a
William wyszedł po omacku. Książki na łóżku w jego pokoju najwyraźniej nie miały ochoty
ruszyć się z miejsca. Rozbierając się wyobrażał sobie zakazane rozkosze pralni zalanej
słońcem: błękitna woda i szkarłatne nadgarstki. Wolno mu błagać Annę o upranie koszuli?
Naprawdę znów ją rozgniewał? Czyżby wierzyła, że kiedyś się pobiorą? Malutkie blade piegi
na lśniącej skórze tuż pod jej niewinnymi oczami. Prawa jedynka lekko wystaje. Miękka,
ciepła szyja. Znów poczuł napór łez. Czy z Anną stanie się to samo, co z May, Judy, Juliette,
Augusta i z całą resztą węgielków jego miłości? Usłyszał, że tancerka w sąsiednim pokoju
zamyka drzwi, myje się, z głośnym stukotem odstawia dzbanek, melancholijnie chrząka. Coś
upadło z brzękiem. Iluzjonista zaczął chrapać.”
11
Szybkimi krokami zbliżam się do przełomowego punktu w życiu uczuciowym
Sebastiana, ale gdy wykonanej pracy przyglądam się w bladym świetle czekającego mnie
jeszcze zadania, czuję się dziwnie niezręcznie. Czy przedstawiłem życie Sebastiana z taką
wiernością, z jaką zamierzałem to uczynić i jaką mam nadzieję osiągnąć, streszczając życia
tego końcowy okres? Koszmarna szamotanina z cudzoziemską stylistyką i kompletny brak
doświadczenia literackiego - nie są to rzeczy, z których można by czerpać zbytek wiary w
siebie. Ale choćby nie wiedzieć ile potknięć zdarzyło mi się w dotychczas napisanych
rozdziałach, postanowiłem wytrwać, a wspiera mnie w tym postanowieniu skryta
ś
wiadomość, iż cień Sebastiana nie narzucając się próbuje przyjść mi z pomocą.
Otrzymałem także pomoc mniej abstrakcyjnej natury. Poeta P. G. Sheldon, który
między rokiem 1927 a 1930 często widywał Klarę i Sebastiana, zechciał łaskawie podzielić
się ze mną wszystkimi posiadanymi informacjami, gdy zgłosiłem się do niego wkrótce po
owym dziwnym, połowicznym spotkaniu z Klarą. On też w kilka miesięcy później (kiedy
praca nad niniejszą książką była już w toku) doniósł mi o nieszczęsnym losie Klary.
Sprawiała wrażenie takiej normalnej, zdrowej kobiety, dlaczego więc wykrwawiła się na
ś
mierć obok pustej kołyski? Powiedział mi, jak się ucieszyła, gdy Sukces nie zadał kłamu
swemu tytułowi. Bo też tym razem był to naprawdę sukces. Czemu tak jest, czemu znakomita
książka robi klapę, a tymczasem inna, nie ustępująca jej znakomitością, zbiera zasłużone
laury, na zawsze pozostanie do pewnego stopnia tajemnicą. Podobnie jak w przypadku swej
pierwszej powieści, tak i teraz Sebastian palcem nie kiwnął, nie poruszył najmniejszego
trybiku, żeby zapewnić Sukcesowi błyskotliwe zapowiedzi i gorący aplauz. Kiedy biuro
wycinków prasowych zaczęło go zasypywać próbkami pochwał, nie chciał ani opłacić jego
usług, ani dziękować życzliwym krytykom. Wyrażanie wdzięczności komuś, kto spełniał
jedynie swą powinność oznajmiając, co sądzi o książce, wydawało mu się rzeczą
niestosowną, wręcz zniewagą, ponieważ sugerowałoby, że w beznamiętnej ocenie, dokonanej
z mroźnym spokojem, jest jednak miejsce dla letniego człowieczeństwa. Co więcej, gdyby raz
zaczął, musiałby odtąd dziękować za każdy poświęcony mu wers, bo inaczej recenzent
poczułby się urażony nagłym zaniedbaniem; w końcu zaś narosłoby tyle mącącego w głowie,
wilgotnego ciepełka, że mimo powszechnie znanej rzetelności tego lub owego krytyka
wdzięczny autor nigdy już nie byłby całkiem pewien, czy tu i ówdzie nie wkradła się na
paluszkach osobista sympatia.
Sława jest w naszych czasach zjawiskiem zbyt pospolitym, aby wolno było ją mylić z
trwałym blaskiem, jaki otacza zasługujące nań książki. Cokolwiek jednak z tego stało się
udziałem Sebastiana, Klara postanowiła się tym cieszyć. Chciała przyjmować ludzi, kiedy
chcieli widzieć się z Sebastianem, ale on zdecydowanie oglądać ich nie chciał. Chciała
słuchać, jak nieznajomi mówią o Sukcesie, lecz Sebastian twierdził, że książka ta już go nie
interesuje. Chciała, żeby wstąpił do któregoś z klubów literackich i nawiązał stosunki z
innymi pisarzami. Owszem, parokrotnie włożył i zdjął krochmaloną koszulę, nie wyrzekłszy
ani słowa w czasie kolacji wydanej na jego cześć. Czuł się nie najlepiej. Źle sypiał. Dostawał
napadów furii, co dla Klary było nowością. Gdy kiedyś po południu pracował nad Dziwną
górą, usiłując nie zgubić stromego, śliskiego szlaku wśród mrocznych turni neuralgii, weszła
do pracowni i spytała najłagodniejszym tonem, na jaki umiała się zdobyć, czy nie przyjąłby
gościa.
- Nie - odparł, szczerząc zęby w stronę słowa, które dopiero co napisał.
- Ale kazałeś mu przyjść o piątej i...
- No i masz, czego chciałaś... - zawołał Sebastian, ciskając wiecznym piórem prosto w
zaszokowaną biel ściany. - Czy nie możesz dać mi spokojnie popracować - krzyknął,
crescendo wznosząc głos, aż P. G. Sheldon, grający z Klarą w szachy w sąsiednim pokoju,
wstał i zamknął drzwi do hallu, w którym czekał jakiś potulny człowieczek.
Czasem wpadał w szalony, figlarny nastrój. Pewnego popołudnia obmyślił wraz z
Klarą i kilkoma przyjaciółmi prześliczną psotę, wymierzoną w kogoś, do kogo wybierali się
całą grupą po kolacji. Ciekawe, że Sheldon kompletnie zapomniał, co właściwie wtedy
uknuto. Sebastian raz po raz wybuchał śmiechem i obracał się na pięcie, stukając pięścią o
pięść, jak to miał w zwyczaju, gdy był czymś szczerze ubawiony. Wszyscy mieli już
wychodzić, panował ogólny zapał i tak dalej, Klara zatelefonowała po taksówkę, jej nowe
srebrne buciki migotały i nawet sama znalazła torebkę, gdy raptem Sebastian jakby zupełnie
stracił zainteresowanie przedsięwzięciem. Zrobił znudzoną minę i zaczął ziewać w okropnie
irytujący sposób, prawie nie otwierając ust; wkrótce oznajmił, że wyprowadzi psa na spacer i
zaraz potem się położy. Miał w tamtych czasach małego czarnego buldoga, który w końcu
zachorował i trzeba go było uśpić. Dziwna góra została ukończona, po niej przyszła kolej na
Albinosy w czerni i wreszcie trzecie, a zarazem ostatnie opowiadanie Sebastiana, Druga
strona księżyca. Pamiętacie państwo tę uroczą postać, która w nim występuje? Tego
potulnego człowieczka, co czeka na pociąg, a później trzema różnymi sposobami pomaga
trzem nieszczęsnym pasażerom? Ów jegomość, niejaki Siller, to jeden z najbardziej żywych
bohaterów Sebastiana, a zarazem ostatni przedstawiciel „wątku badawczego”, wcześniej
przeze mnie omówionego w związku ze Skosem pryzmatu i Sukcesem. Wręcz ma się
wrażenie, że pewna idea narastała w dwóch książkach, aby wreszcie wybuchnąć, przybierając
rzeczywistą, fizyczną postać - i oto kłania się pan Siller, odrobiony co do najdrobniejszego
szczegółu przyzwyczajeń i manier, dotykalny i jedyny w swoim rodzaju: krzaczaste brwi i
skromny wąs, miękki kołnierzyk i jabłko Adama, „ruchome niczym brzuchaty kształt szpicla
za arrasem”, piwne oczy, usiany żyłkami o winnej czerwieni krzepki nochal, „którego kontur
nasuwał pytanie, czy aby narząd ten nie zgubił gdzieś garbu”; czarny krawacik i stary parasol
(„kaczka w głębokiej żałobie”); czarna gęstwa w nozdrzach; i ta przepiękna niespodzianka,
lśniąca doskonałość, obnażana, ilekroć pan Siller zdejmuje kapelusz. Lecz im lepsze owoce
dawała praca, tym gorzej czuł się sam autor - zwłaszcza w przerwach. Sheldon uważa, że
ś
wiat ostatniej książki, jaką Sebastian miał napisać w kilka lat później (Wątpliwy asfodel), już
wtedy rzucał cień na całe jego otoczenie, a wcześniejsze powieści i opowiadania to jedynie
barwne maski, szczwani kusiciele, pod pozorem artystycznej przygody wiodący go
nieomylnie do bliskiego a groźnego celu. Klarę darzył zapewne tym samym co zawsze
uczuciem, jednakże dojmujące przeświadczenie o własnej śmiertelności sprawiało, że ich
związek wydawał się może bardziej kruchy, niż był w istocie. Z kolei Klara, niewinna i pełna
jak najlepszych chęci, przez zwykłą nieuwagę zamarudziła w miłym, słonecznym zakątku
ż
ycia Sebastiana, on jednak niedługo tam zabawił; teraz więc pozostała w tyle, nie bardzo
wiedząc, czy próbować go doścignąć, czy raczej przywołać z powrotem. Wciąż była radośnie
zaabsorbowana, no bo ktoś musiał przecież prowadzić literackie interesy Sebastiana i w ogóle
porządkować mu codzienność, a choć Klara z pewnością czuła, że coś idzie na opak i
niebezpiecznie byłoby stracić kontakt z życiem płynącym w jego wyobraźni, prawdopodobnie
pocieszała się myślą, iż to tylko chwilowy niepokój i wszystko „samo pomału się ułoży”.
Oczywiście nie mogę tu poruszyć intymnej strony ich związku, bo po pierwsze śmieszny
byłbym, gdybym dyskutował o czymś, czego nikt nie potrafi stwierdzić z całą pewnością, po
wtóre zaś sam dźwięk słowa „seks” z jego wulgarnym sykiem i końcówką „ks, ks”, przywo-
dzącą na myśl kocią muzykę, wydaje mi się tak pusty, że chcąc nie chcąc powątpiewam, czy
za słowem tym kryje się cokolwiek rzeczywistego. A gdy w rozważaniach nad jakimkolwiek
ludzkim problemem przyznaje się „seksowi” specjalną pozycję albo co gorsza pozwala, aby
„idea seksu” przepajała i „tłumaczyła” wszystkie inne sprawy, jest to moim zdaniem poważny
błąd w rozumowaniu. „Załamanie się fali nie wyjaśnia zagadki morza, zawartej między
księżycem a wężem morskim; lecz sadzawka w zagłębieniu skalnym to też woda, tak jak
usiana diamentowymi zmarszczkami droga do Kitaju” (Druga strona księżyca).
„Miłość fizyczna to tylko jeden więcej sposób powiedzenia tego samego, nie zaś
specjalna nuta seksofonowa, którą, gdy raz zostanie usłyszana, powtarzają echem wszystkie
inne rejony duszy” (Utracona własność, strona 82). „Wszelkie zjawiska należą do tego
samego rzędu zjawisk, a sprawia to jedność ludzkiego postrzegania, jedność indywidualności,
jedność materii, czymkolwiek byłaby materia. Spośród wszystkich liczb rzeczywista jest
tylko jedynka, pozostałe są zaledwie jej powtórzeniami” (tamże, strona 83). Choćbym nawet
wiedział ze źródła zasługującego na zaufanie, że Klara w roli kochanki nie całkiem spełniała
wymagania Sebastiana, i tak do głowy by mi nie przyszło wskazać ten akurat rodzaj
niezadowolenia jako powód ogólnego rozgorączkowania i nerwowości mego brata. Ponieważ
jednak był on niezadowolony z życia w ogóle, tonacja romansu także mogła go nie
zadowalać. Proszę zauważyć, że używam słowa „niezadowolenie” w sposób daleki od
precyzji, bo nastrój Sebastiana był w tamtej epoce czymś znacznie bardziej skomplikowanym
niż zwykły Weltschmerz czy blues. Odczuć ten nastrój można jedynie za pośrednictwem jego
ostatniej książki, zatytułowanej Wątpliwy asfodel. W omawianym okresie jawiła się ona
dopiero jako odległa mgiełka, wkrótce jednak miała się stać konturem wybrzeża. W 1929
roku słynny kardiolog, doktor Oates, poradził Sebastianowi spędzić miesiąc w Blaubergu w
Alzacji; prowadzono tam pewną terapię, która w kilku podobnych przypadkach okazała się
zbawienna. Zapadło, jak się wydaje, milczące postanowienie, że Sebastian pojedzie sam.
Kiedy przed wyjazdem panna Pratt, Sheldon i Klara spotkali się u niego na herbacie, był
pogodny i gadatliwy; pokpiwał z Klary, bo upuściła swoją zmiętą chusteczkę między rzeczy,
które pakowała mu do walizki w jego zrzędnej przytomności. Wtem rzucił się Sheldonowi do
mankietu (nigdy nie nosił zegarka na ręku), zerknął na cyferblat i nagle zaczął okropnie się
spieszyć, chociaż do odjazdu została jeszcze prawie godzina. Klara nie proponowała, że go
odprowadzi, wiedząc, jak on tego nie lubi. Pocałował ją w skroń; Sheldon pomógł mu
wynieść walizkę (czy już wspomniałem, że oprócz bliżej nie określonej sprzątaczki oraz
kelnera, przynoszącego posiłki z pobliskiej restauracji, Sebastian nie miał służby?). Po
wyjściu gospodarza tamci troje usiedli na chwilę w milczeniu.
Raptem Klara odstawiła czajniczek na stół i powiedziała:
- Coś mi się zdaje, że moja chusteczka chciała z nim pojechać. Mam wielką ochotę
pójść za tym podszeptem.
- Nie bądź niemądra - rzekł pan Sheldon.
- Czemu nie? - spytała.
- Jeżeli chcesz złapać ten sam pociąg... - zaczęła panna Pratt.
- Czemu nie? - powtórzyła Klara. - Mam na to czterdzieści minut. Pobiegnę do domu,
spakuję kilka drobiazgów, wskoczę do taksówki...
Tak też zrobiła. Nie wiadomo, co się wydarzyło na dworcu Królowej Wiktorii, ale
mniej więcej po godzinie Klara zadzwoniła do Sheldona, który tymczasem wrócił do siebie, i
dość żałośnie się podśmiewając powiedziała mu, że Sebastian nie pozwolił jej nawet
poczekać na peronie, aż pociąg odjedzie. Dokładnie sobie wyobrażam, jak się zjawiła - z
walizką, gotowa rozchylić wargi w żartobliwym uśmiechu, zamglonymi oczyma zaglądała w
okna pociągu, szukając Sebastiana, i wreszcie go ujrzała, a może to on pierwszy ją zobaczył...
- Cześć, jestem - powiedziała zapewne radosnym tonem, może troszkę zanadto
radosnym...
Po kilku dniach napisał jej, że miejscowość jest bardzo przyjemna, a on czuje się
ś
wietnie. Potem zapadło milczenie, i dopiero gdy Klara wysłała pełen niepokoju telegram,
nadeszła kartka z wiadomością, że Sebastian skraca pobyt w Blaubergu, a nim wróci do
domu, zatrzyma się na tydzień w Paryżu.
Pod koniec owego tygodnia zadzwonił do mnie i zjedliśmy razem kolację w rosyjskiej
restauracji. Nie widziałem go od 1924 roku, a był już 1929. Sebastian wyglądał jak człowiek
przemęczony i chory, a z powodu swej bladości wydawał się także nie ogolony, chociaż
dopiero co wyszedł od fryzjera. Na karku miał czyrak zalepiony różowym plastrem. Zapytał
mnie o różne moje sprawy i po chwili obaj poczuliśmy, że podtrzymywanie rozmowy
kosztuje nas wiele trudu. Spytałem, co się stało z miłą dziewczyną, z którą go ostatnio
widziałem.
- Z jaką dziewczyną? - zdziwił się. - A, z Klarą. W porządku. Jesteśmy prawie
małżeństwem.
- Wyglądasz, jakbyś był trochę złachany - powiedziałem.
- Gwiżdżę na to. Zjesz pielmieni?
- śe też jeszcze pamiętasz, jak smakują.
- Niby dlaczego miałbym nie pamiętać? - spytał oschle.
Przez kilka minut jedliśmy, nie mówiąc ani słowa. Potem wypiliśmy kawę.
- Mówisz, że jak się ta miejscowość nazywała? - zapytałem. - Blauberg?
- Tak, Blauberg.
- Udał ci się pobyt?
- Zależy, co dla kogo znaczy „udał” - gdy to mówił, drgnęły mu mięśnie szczęk:
zdławił w zarodku ziewnięcie. - Przepraszam - dodał. - Mam nadzieję przespać się w pociągu.
Nagle zaczął mi gmerać przy nadgarstku.
- Wpół do dziewiątej - odparłem.
- Muszę zadzwonić - mruknął i pomaszerował przez restaurację, trzymając w ręku
serwetkę. Po pięciu minutach wrócił z serwetką do połowy wepchniętą w kieszeń płaszcza.
Wyciągnąłem mu ją stamtąd.
- Słuchaj - powiedział. - Strasznie mi przykro, ale muszę już iść. Zapomniałem, że
mam spotkanie.
„Zawsze mnie to dręczyło - pisze Sebastian Knight w Utraconej własności - że ludzie
w restauracjach nigdy nie dostrzegają tych ożywionych tajemnic, które przynoszą im potrawy,
odbierają płaszcze w szatni i zawczasu otwierają drzwi. Przypomniałem kiedyś pewnemu
człowiekowi interesu, z którym parę tygodni wcześniej zjadłem lunch, że szatniarka podająca
nam kapelusze miała w uszach watę. Odparł z zakłopotaną miną, że nie zauważył żadnej
szatniarki, w ogóle nikogo... Ktoś, kto nie dostrzega zajęczej wargi taksówkarza, bo tak się
spieszy, jest z mojego punktu widzenia monomanem. Często czuję się, jakbym siedział wśród
ś
lepców lub szaleńców, kiedy pomyślę, że w całym tym tłumie mnie jednego zastanawia
leciuteńkie chromanie dziewczyny sprzedającej słodycze.”
Kiedy po wyjściu z restauracji ruszyliśmy, żeby stanąć w ordynku pośród łowców
taksówek, jakiś starzec o mętnym wejrzeniu zwilżył kciuk i próbował wręczyć Sebastianowi,
mnie lub nam obu drukowane reklamówki. śaden z nas nie przyjął ulotek: patrząc prosto
przed siebie zlekceważyliśmy ofertę. Ponurzy marzyciele.
- No, to do widzenia - powiedziałem, kiedy Sebastian skinął na taksówkę.
- Odwiedź mnie kiedyś w Londynie - rzekł, równocześnie zerkając przez ramię. -
Zaraz, zaraz - dodał. - Tak nie można. Zignorowałem żebraka...
Zostawił mnie na moment i wnet wrócił z karteluszkiem w ręce. Przeczytał go
dokładnie, zanim wyrzucił.
- Podwieźć cię? - spytał.
Czułem, że nie może się doczekać, kiedy wreszcie mnie się pozbędzie.
- Nie, dziękuję - powiedziałem. Nie dosłyszałem, jaki adres podał taksówkarzowi, ale
pamiętam, że kazał mu szybko jechać.
Gdy wrócił do Londynu... Nie, tutaj nić opowiadania się rwie i muszę poprosić kogoś,
ż
eby na nowo związał jej pasma.
Czy Klara od razu spostrzegła, że coś się zmieniło? Czy od razu zaczęła podejrzewać,
co mianowicie? Może spróbujemy odgadnąć, z jakimi pytaniami zwróciła się do mego brata,
jak on jej na to odpowiedział i co ona z kolei rzekła? Nie, lepiej nie... Sheldon zobaczył się z
nimi tuż po powrocie Sebastiana i stwierdził, że ten jakoś dziwnie wygląda. Ale i przedtem
wyglądał dziwnie...
- Wkrótce zaczęło mnie to niepokoić - zwierzył mi się pan Sheldon. Spotkał się z
Klarą w cztery oczy i spytał, czy jej zdaniem Sebastian dobrze się czuje.
- Sebastian? - odparła Klara z okropnym, powolnym uśmiechem. - Sebastian
zwariował. Kompletnie zwariował - powtórzyła, szeroko otwierając jasne oczy. - Przestał się
do mnie odzywać - dodała cichutko.
Potem Sheldon spotkał się z Sebastianem i jego z kolei spytał, w czym tkwi problem.
- A co ci właściwie do tego? - odrzekł Sebastian z nieco żałosnym opanowaniem.
- Lubię Klarę - powiedział Sheldon - i chciałbym wiedzieć, czemu się snuje jak
potępiona dusza.
(Klara dzień w dzień odwiedzała Sebastiana i przesiadywała w różnych dziwnych
kątach, w których nigdy dotąd nie siadała. Czasem przynosiła mu słodycze albo krawat.
Słodycze leżały nietknięte, a krawat zwisał bez życia z oparcia krzesła. Myślałby kto, że
dziewczyna przechodzi przez Sebastiana niczym duch. Po pewnym czasie znikała równie
bezszelestnie, jak się pojawiła.) - No, stary - rzekł Sheldon. - Wal. Co jej zrobiłeś?
12
Sheldon nic a nic z niego nie wyciągnął. Wszystkiego dowiedział się bezpośrednio od
Klary, ale było tego bardzo niewiele. Po powrocie do Londynu Sebastian zaczął dostawać
listy w języku rosyjskim, pochodzące od kobiety, którą poznał w Blaubergu. Mieszkali tam w
jednym hotelu. Niczego więcej nie dało się ustalić.
Po sześciu tygodniach (we wrześniu 1929 roku) Sebastian znów wyjechał z Anglii i
wrócił dopiero w styczniu. Nikt nie wiedział, gdzie się przez ten czas podziewał. Sheldon
przypuszczał, że może we Włoszech, „bo kochankowie zwykle tam jeżdżą”. Nie
przywiązywał się jednak zbytnio do tych domysłów.
Pozostaje sprawą niejasną, czy Sebastian odbył z Klarą jakąś rozstrzygającą rozmowę
i wszystko jej wytłumaczył lub wyjeżdżając zostawił list. Odeszła w dal równie cicho, jak się
pojawiła. Przeprowadziła się: dawne mieszkanie było za blisko mieszkania Sebastiana. W
pewien ponury listopadowy dzień panna Pratt spotkała ją we mgle; Klara wracała właśnie z
agencji ubezpieczeniowej, w której znalazła posadę. Po tym spotkaniu dość często się
widywały, ale imię Sebastiana z rzadka tylko padało w rozmowie. Po pięciu latach Klara
wyszła za mąż.
Utracona własność, którą Sebastian zaczął pisać w tym akurat okresie, jawi się jako
swego rodzaju popas w jego literackiej podróży odkrywczej: podsumowanie, rachunek rzeczy
i dusz straconych w drodze, ustalanie współrzędnych; brzęk wędzideł rozsiodłanych koni,
skubiących trawę w ciemnościach; blask obozowego ogniska; w górze gwiazdy. Książka ta
zawiera między innymi krótki rozdział, opowiadający o katastrofie samolotowej (zginął pilot i
wszyscy pasażerowie prócz jednego); jedynym ocalonym był starszy wiekiem Anglik; jakiś
farmer znalazł go nie opodal miejsca wypadku. Rozbitek siedział na głazie, skulony we dwoje
- wcielenie zgryzoty i bólu.
- Bardzo pan poraniony? - spytał farmer.
- Nie - odparł Anglik. - Ząb. Boli mnie przez całą drogę.
Na polu znaleziono porozrzucane listy, w sumie pół tuzina: resztki worka z pocztą.
Dwa z nich dotyczyły ważnych interesów, trzeci adresowany był do kobiety, ale zaczynał się
od słów: „Szanowny Panie Mortimer, w odpowiedzi na pańskie pismo z dnia 6 bm. ...” i
omawiał kwestię jakiegoś zamówienia; czwarty zawierał życzenia urodzinowe; piąty był
listem od szpiega, skrywającym swój stalowy sekret w stogu jałowej paplaniny; ostatni tkwił
w kopercie zaadresowanej do przedsiębiorstwa handlowego, lecz był to włożony tam przez
pomyłkę list miłosny. „To musi zaboleć, moje biedne kochanie. Skończył się nasz piknik;
przed nami mroczna, wyboista droga i najmłodsze dziecko w samochodzie zaraz się
pochoruje. Jakiś nędzny dureń powiedziałby na moim miejscu: bądź dzielna. Lecz z drugiej
strony wszystko, co mógłbym ci powiedzieć ku pokrzepieniu, na pociechę, musiałoby trącić
mlecznym budyniem - wiesz, o co mi idzie. Zawsze wiedziałaś, o co mi szło. Słodko było żyć
z tobą - mówiąc «słodko» myślę o łaniach i o łodyżkach sasanek, o słonecznych zajączkach i
o tym miękkim, różowym «ł», o twych wargach, układających się w kształt przeciągle
podwojonej głoski «o». Nasze wspólne życie upływało wśród aliteracji, a gdy pomyślę o tych
wszystkich drobiazgach, które umrą przez to, że już nie możemy ich razem przeżywać, sam
czuję się jak umarły. A może naprawdę umarliśmy. Widzisz, im większe było nasze
szczęście, tym bardziej mgliste stawały się jego brzegi, jak gdyby kontury topniały, aż
wreszcie całkiem się rozpuściło. Nie przestałem cię kochać; ale coś we mnie umarło i już cię
nie widzę przez mgłę... Wszystko to poezja i tyle. Okłamuję cię. Zajęcze serce. Trudno o
większe tchórzostwo, niż gdy poeta owija rzecz w bawełnę. Pewnie sama zdążyłaś już
odgadnąć, jak sprawy stoją: przeklęty schemat z «tą trzecią». Jestem z nią rozpaczliwie
nieszczęśliwy - tu przynajmniej mówię prawdę. I chyba niewiele więcej da się powiedzieć o
tej stronie zagadnienia.
Nie potrafię się uwolnić od przeświadczenia, że miłość w samej swej istocie dotknięta
jest skazą. Przyjaciele mogą się pokłócić albo oddalić, tak samo bliscy krewni, ale bez tej
zadry, patosu, fatalności, która nieodłącznie związana jest z miłością. Przyjaźń nigdy nie
przybiera tak potępieńczych min. Dlaczego, co się właściwie dzieje? Nie przestałem cię
kochać, ale nie mogę już dłużej całować tej drogiej, przygaszonej twarzy, musimy się rozstać,
musimy się rozstać. Czemu tak jest? Skąd ta tajemnicza wyłączność? Można mieć tysiąc
przyjaciół, ale kochać się wolno tylko z jedną. Nie chodzi mi o harem: mówię o tańcu, nie o
gimnastyce. A może to jednak do pomyślenia, że mocarny Turek tak kocha każdą ze swych
czterystu żon, jak ja kocham ciebie? Bo gdy powiem «dwa», zaczyna się liczenie i nigdy już
się nie kończy. Istnieje tylko jedna liczba rzeczywista: Jedność. A miłość jest wedle
wszelkich oznak najlepszym przykładem tej osobliwości.
ś
egnaj, moje kochane biedactwo. Nigdy cię nie zapomnę, nikim nie zastąpię. Byłoby
absurdem, gdybym próbował ci wmówić, że ciebie kochałem miłością czystą, a ta druga
namiętność to tylko cielesna komedia. Wszystko jest ciałem i wszystko jest czystością. Lecz
jedno wiem na pewno: byłem z tobą szczęśliwy, a teraz męczę się z inną. I w ten to sposób
dalej potoczy się życie. Będę dowcipkował z kolegami w biurze i ze smakiem jadał kolacje
(póki nie nabawię się niestrawności), czytywał powieści, pisywał wiersze, bacznym okiem
ś
ledził notowania giełdowe - w ogóle mam zamiar zachowywać się po staremu. To jednak nie
znaczy, że bez ciebie będę szczęśliwy... Każdy drobiazg przypominający mi o tobie - karcący
wyraz sprzętów w pokojach, w których uklepywałaś poduszki i mówiłaś do pogrzebacza,
każdy drobiazg wspólnie przez nas wyśledzony - wyda mi się połówką muszli, połówką
pensa, a drugą połówkę mieć będziesz ty. śegnaj. Odejdź, odejdź. I nie pisz. Wyjdź za
Charliego, za jakiegokolwiek poczciwca z fajką w zębach. Na razie wyrzuć mnie z pamięci,
ale wspomnij później, kiedy gorycz minie. Ten kleks to nie łza. Zepsuło mi się wieczne pióro,
więc piszę niechlujną stalówką z wyposażenia pokoju w tym niechlujnym hotelu. Jest
straszliwy upał, a mnie się nie udało dopiąć sprawy, którą miałem, jak powiada ten osioł
Mortimer, «doprowadzić do pomyślnego końca». Masz chyba kilka moich książek... ale to
właściwie bez znaczenia. Proszę, nie pisz. L.”
Sądzę, że jeśli z tego fikcyjnego listu wykluczymy wszystko, co osobiście dotyczy
jego mniemanego autora, zostanie wiele rzeczy, które Sebastian mógł czuć, a kto wie, czy nie
napisać do Klary. Miał on ten dziwaczny zwyczaj, że nawet swym najbardziej groteskowym
postaciom przypisywał czasem idee, wrażenia lub żądze, z którymi sam niegdyś igrał. List
bohatera powieści może w szyfrowanej formie wyrażać kilka prawd o związku Sebastiana i
Klary. Nie potrafiłbym jednak wymienić ani jednego pisarza, posługującego się swą sztuką w
sposób tak zbijający z tropu - przynajmniej mnie, gdy pragnę zobaczyć ukrytego za autorem
człowieka z krwi i kości. Trudno w migotaniu wyobraźni dostrzec światło osobistej prawdy,
lecz jeszcze trudniej jest pojąć zdumiewający fakt, że ktoś, kto pisał o sprawach naprawdę w
trakcie pisania przeżywanych, mógł mieć tę moc, aby zarazem stworzyć - biorąc za tworzywo
właśnie to, co tak dręczyło jego umysł - postać fikcyjną i cokolwiek absurdalną.
Sebastian wrócił do Londynu w początkach 1930 roku i po bardzo ciężkim ataku serca
położył się do łóżka. Zdołał jakoś pisać dalej Utraconą własność, moim zdaniem
najłatwiejszą ze swych książek. W związku z tym, o czym za chwilę będzie mowa, trzeba,
ż
eby czytelnik wiedział, iż dotychczas wyłącznie Klara prowadziła literackie interesy
Sebastiana. Wkrótce po jej odejściu zapanował w nich dziki chaos. Sebastian nie miał
najmniejszego pojęcia o stanie wielu spraw, nie wiedział, jak właściwie wygląda stosunek
między nim a tym czy tamtym wydawcą. Był tak zdezorientowany, tak absolutnie niezaradny,
beznadziejnie niezdolny zapamiętać choćby jedno nazwisko, adres, miejsce, gdzie położył to
czy tamto, że zaczął się pakować w kłopotliwe sytuacje najbardziej absurdalnego rodzaju.
Ciekawa historia: dziewczęce roztrzepanie Klary ustępowało miejsca doskonałej jasności
umysłu i wytrwałości dążeń, gdy zajmowała się ona sprawami Sebastiana; teraz jednak
wszystko oszalało. Sebastian nie umiał pisać na maszynie, był zaś o wiele za nerwowy, żeby
raptem zacząć się tego uczyć. Dziwna góra ukazała się równocześnie w dwóch
amerykańskich czasopismach, a on za nic nie mógł sobie przypomnieć, jakim cudem sprzedał
prawa dwóm różnym osobom. Potem wynikła skomplikowana historia z kimś, kto chciał
sfilmować Sukces i z góry zapłacił Sebastianowi (który wcale tego nie zauważył, z takim
roztargnieniem czytał listy) za wersję skróconą i „wzmocnioną”, autor zaś ani przez chwilę
nie miał zamiaru jej pisać. Skos pryzmatu powrócił na rynek, lecz Sebastian mało o tym
wiedział. Zaproszeń nie tylko nie przyjmował, ale nawet nie odpowiadał na nie. Zapamiętane
telefony okazywały się mirażami, a udręka, z jaką szukał koperty, na której nabazgrał ten czy
tamten numer, wyczerpywała go bardziej niż napisanie całego rozdziału. Myślami był gdzie
indziej: podążał za tropem nieobecnej kochanki, czekał, aż ona do niego zadzwoni - i oto
dzwoniła, albo on sam nie mógł już dłużej znieść stanu zawieszenia i wychodził, ukazując się
ludziom w takiej postaci, w jakiej widział go raz Roy Carswell: wychudłego mężczyzny w
jesionce i kapciach, wsiadającego do pulmanowskiego wagonu. Właśnie na początku tego
okresu pojawił się pan Goodman. Sebastian po troszeczku przekazał mu wszystkie swoje
pisarskie interesy i odetchnął z ulgą, że znalazł tak sprawnego sekretarza. „Zwykle go
zastawałem - pisze pan Goodman - gdy leżał w łóżku niczym naburmuszony lampart” (jakoś
się to kojarzy z wilkiem w szlafmycy, znanym z Czerwonego Kapturka)... „Nigdy w życiu nie
widziałem - stwierdza gdzie indziej - istoty o tak nieszczęsnym wyglądzie... Podobno
francuski pisarz M. Proust, którego Knight świadomie i nieświadomie naśladował, także miał
wielką skłonność do przyjmowania pewnej apatycznej, «interesującej» pozy...” I dalej:
„Knight był bardzo chudy, miał bladą cerę i wrażliwe ręce, które z iście kobiecą kokieterią
rad wystawiał na pokaz. Wyznał mi kiedyś, że lubi wlać sobie do porannej kąpieli pół butelki
francuskich perfum, lecz mimo tych zabiegów wydawał się szczególnie zaniedbany... Knight
był nadzwyczaj próżny, podobnie jak większość pisarzy - modernistów. Kilkakrotnie
przyłapałem go na tym, że wkleja wycinki z gazet, niewątpliwie recenzje swoich własnych
książek, do pięknego, kosztownego albumu, który trzymał w biurku pod kluczem, bo pewnie
trochę się wstydził pozwolić, abym objął krytycznym spojrzeniem owoc tej ludzkiej
słabości... Często wyjeżdżał za granicę - powiedziałbym, dwa razy na rok - zapewne do
Paryża, miasta uciech. Był jednak w tej kwestii ogromnie tajemniczy i usilnie pozował na
bajronowską omdlałość. Nieodparcie nasuwa mi się przypuszczenie, że owe wycieczki na
kontynent stanowiły element jego artystycznego programu... był to bowiem typowy poseur.”
Lecz pan Goodman dopiero wtedy rozwija skrzydła elokwencji, gdy dotyka głębszych
zagadnień. Zamysł jego polega na tym, aby ukazać i wyjaśnić ów „fatalny rozziew między
Knightem jako artystą a wielkim, huczącym światem wokół niego” (wzmiankowana
rozpadlina musiała więc oczywiście mieć kształt kolisty). „Knight nie był życzliwy ludziom i
to go zgubiło”, woła Goodman i wystukuje trzy kropki. „Wyniosłość to grzech główny w
epoce, gdy zdezorientowana ludzkość żarliwie zwraca się ku swym pisarzom i myślicielom,
żą
dając od nich uwagi - jeśli nie lekarstwa - dla swych zgryzot i ran... Nie sposób tolerować
«wieży z kości słoniowej», jeżeli nie przekształci się ona w latarnię morską lub stację nadaw-
czą... W takiej epoce... kipiącej palącymi problemami, gdy... kryzys gospodarczy... na bruk...
oszukany... zwykły człowiek... narastanie totalitarnych... bezrobocie... kolejna superwojna...
nowe aspekty życia rodzinnego... seks... struktura wszechświata.” Jak widać, pan Goodman
ma rozległe zainteresowania. „Otóż Knight - kontynuuje - nie był skłonny choćby w
najmniejszym stopniu zainteresować się współczesnymi kwestiami... Poproszony, aby
przyłączył się do tego czy tamtego ruchu, wziął udział w doniosłym spotkaniu lub po prostu
złożył podpis wśród sławniejszych nazwisk pod jakimś manifestem nieśmiertelnej prawdy lub
aktem oskarżenia, wymierzonym w którąś z wielkich niegodziwości... odmawiał bez ogródek
pomimo mych upomnień, a nawet błagań... Owszem, w swej ostatniej (a zarazem najbardziej
mętnej) książce przygląda się światu... lecz obiera całkiem odmienny kąt widzenia i zauważa
zupełnie inne aspekty spraw niż te, których ukazania poważny czytelnik naturalną koleją
rzeczy oczekuje od poważnego pisarza... To tak, jakby komuś, kto stara się jak najsumienniej
wniknąć w życie i mechanizm jakiegoś wielkiego przedsiębiorstwa, pokazano z kunsztownie
wymijającym komentarzem martwą pszczołę na parapecie... Ilekroć zwracałem jego uwagę na
tę czy tamtą spośród ostatnio wydanych książek, które mnie zafascynowały, ponieważ
zajmowały się żywotnymi kwestiami ważnymi dla każdego czytelnika, odpowiadał po
dziecinnemu, że to «bełkot» albo wygłaszał jakąś inną uwagę, równie nie na miejscu...
Powodowany temperamentem solisty grawitował ku solipsyzmowi, kojarząc go z solą ziemi i
z łacińskim określeniem słońca. Nie uświadamiał sobie, że zaszywa się przez to w ciemny
kąt... Ponieważ jednak był przewrażliwiony (pamiętam, jak się wzdrygał, kiedy się ciągnąłem
za palce, aż mi strzelało w stawach - ulegam bowiem temu nałogowi podczas medytacji), nie
mógł się oprzeć wrażeniu, że coś jest nie tak... że coraz bardziej odgradza się od życia, a
przełącznik w jego solarium odmówi w końcu posłuszeństwa. śałosny stan, mający swój
początek w reakcji szczerego młodzika na grubiaństwo świata, w który wtłoczono jego
porywczą młodość, w czasach sukcesów pisarskich wystawiany na pokaz jako modna maska,
nabrał teraz nowej ohydnej realności. Napis na deseczce zdobiącej pierś nie obwieszczał już:
«Jestem artystą - samotnikiem»; niewidzialne palce zmieniły litery, abyśmy mogli przeczytać:
«Oślepłem»„.
Byłoby zniewagą wobec przenikliwości czytelnika, gdybym pozwolił sobie
skomentować płytką swadę pana Goodmana. Jeśli Sebastian istotnie oślepł, to jego sekretarz
ochoczo rzucił się grać rolę rwącego do przodu, wyszczekanego przewodnika. Roy Carswell,
który w 1933 malował portret Sebastiana, wspominał przy mnie, jak ryczał ze śmiechu, gdy
ten opowiadał o swych stosunkach z panem Goodmanem. Mój brat może nigdy nie byłby z
siebie wykrzesał dość energii, aby się pozbyć tego pompatycznego osobnika, gdyby nie
wykazał on nieco przesadnej inicjatywy. W 1934 roku Sebastian napisał z Cannes do Roya
Carswella, jak to wykrył przypadkiem (rzadko czytywał swe opublikowane książki), że
Goodman zmienił jeden epitet w Dziwnej górze, wznowionej przez Swana. „Z miejsca go
wylałem”, dodał. Pan Goodman skromnie przemilcza ten drobny szczegół. Wyczerpawszy
zasób impresji stwierdza na koniec, że prawdziwą przyczyną śmierci Sebastiana było
ostateczne uświadomienie sobie „własnej porażki jako człowieka, a więc również i artysty”,
po czym radośnie oświadcza, iż jego rola sekretarza skończyła się w pewnym momencie,
zajął się bowiem innego rodzaju działalnością. Więcej o książce Goodmana nie wspomnę.
Zostaje niniejszym unicestwiona.
Lecz gdy patrzę na portret, który namalował Roy Carswell, wydaje mi się, że w
oczach Sebastiana dostrzegam leciuteńki błysk, choć tyle w nich zarazem smutku. Malarz
wspaniale oddał wilgotną, ciemnozielonkawą szarość tęczówki, okolonej ciemniejszą
obwódką, z ledwo zasugerowaną konstelacją złotego pyłu wokół źrenicy. Powieki są ciężkie i
może odrobinę zaczerwienione, a na lśniącej powierzchni gałki ocznej pękło chyba kilka
ż
yłek. Oczy i resztę twarzy namalowano w taki sposób, aby stworzyć wrażenie, że podobnie
jak u Narcyza odbijają się w przejrzystej wodzie - z leciutkim ruchem fal nad zapadniętym
policzkiem, bo jest tam i nartnik, który przed chwilą się zatrzymał i teraz sunie w tył. Zwiędły
liść osiadł na odzwierciedlonym czole, zmarszczonym jak czoło kogoś, kto bacznie się
czemuś przygląda. Potargane włosy częściowo zalała inna fala, lecz jedno pasmo na skroni
zajęło się mokrym promieniem słońca. Między prostymi brwiami widnieje głęboka
zmarszczka; druga biegnie od nosa do ciemnych, zaciśniętych warg. Prócz samej głowy na
obrazie niewiele widać. Mroczny opalizujący obłok przesłania cieniem szyję, jak gdyby górna
część postaci stopniowo niknęła w dali. Tłem jest tajemniczy błękit z delikatnym treliażem
gałązek w jednym rogu. Tak to Sebastian w sadzawce ogląda samego siebie.
- Chciałem zasugerować obecność kobiety gdzieś za nim czy nad nim... może cień
ręki, coś... Ale z drugiej strony bałem się, że zamiast malować, zacznę opowiadać historyjki.
- Wygląda na to, że nikt nic nie wie na jej temat. Nawet Sheldon.
- Złamała mu życie. To chyba wszystko o niej mówi.
- Nie, ja chcę się dowiedzieć czegoś więcej. Chcę wiedzieć wszystko. W przeciwnym
razie będzie dla mnie tak samo niepełny, jak twój obraz. Och, portret jest znakomity,
doskonale uchwyciłeś podobieństwo, a nartnik sunący po wodzie podoba mi się
nadzwyczajnie. Zwłaszcza jego szpotawy cień na dnie. Ale ta twarz to tylko przypadkowe
odbicie. W wodę może spojrzeć każdy.
- Nie uważasz, że on to robił wyjątkowo dobrze?
- Owszem. Wiem, o czym mówisz. Ale tak czy owak muszę odnaleźć tę kobietę. Ona
jest brakującym ogniwem w jego ewolucji, więc muszę zdobyć ten okaz. To po prostu
naukowa konieczność.
- Założę się o ten portret, że jej nie znajdziesz - powiedział Roy Carswell.
13
Przede wszystkim trzeba było ustalić jej tożsamość. Od czego należało zacząć
poszukiwania? Jakimi danymi dysponowałem? W czerwcu 1929 roku Sebastian mieszkał w
Hotelu Beaumont w Blaubergu i tam właśnie ją spotkał. Była Rosjanką. Innych poszlak nie
miałem.
Czuję tę samą co Sebastian odrazę do poczty we wszelkich przejawach jej istnienia.
Łatwiej mi przejechać tysiąc kilometrów niż napisać choćby najkrótszy list, znaleźć kopertę,
znaleźć właściwy adres, kupić właściwy znaczek (a potem zachodzić w głowę, czy aby nie
zapomniałem się podpisać). Co więcej, w tej delikatnej sprawie, do której się zabierałem,
korespondencja była wykluczona. W marcu 1936 po miesięcznym pobycie w Anglii
zasięgnąłem języka w agencji turystycznej i wyruszyłem do Blaubergu.
„A więc tędy przejeżdżał”, myślałem, patrząc na mokre pola z długimi trenami białej
mgiełki, wśród której topole dryfowały w rozmytym pionie. U stóp miękkiej szarej góry
przycupnęło miasteczko kryte czerwoną dachówką. Zostawiłem torbę podróżną w szatni na
ż
ałosnej stacyjce, gdzie ze stojącej na uboczu ciężarówki dobiegało smutne porykiwanie
niewidocznych krów, i ruszyłem pod górę łagodnym zboczem ku grupce hoteli i sanatoriów z
parkiem pachnącym wilgocią. Ludzi widziałem bardzo niewielu - nie trafiłem na „szczyt
sezonu”; z nagłym ukłuciem w sercu zdałem sobie sprawę, że hotel może być zamknięty.
Tu jednak się pomyliłem; jak dotąd szczęście mi sprzyjało.
Hotel okazał się całkiem przyjemnym domem w zadbanym ogrodzie z kasztanami w
pąkach. Wyglądało na to, że może w nim przebywać najwyżej pięćdziesiąt parę osób; dodało
mi to otuchy: wolałem mieć ograniczony wybór. Dyrektor hotelu był szpakowatym panem o
przystrzyżonej brodzie i czarnych, aksamitnych oczach. Zacząłem bardzo ostrożne podchody.
Najpierw oświadczyłem, że mój brat Sebastian Knight, sławny pisarz angielski,
ogromnie sobie chwalił pobyt i w związku z tym ja również zamierzam spędzić w Hotelu
Beaumont część lata. Powinienem był może wziąć pokój, wśliznąć się chyłkiem - że tak
powiem, wkraść się w łaski - a ze swą główną supliką czekać bardziej sprzyjającej pory; jakoś
jednak wydało mi się, że mogę załatwić sprawę od ręki. Owszem, powiedział dyrektor:
pamiętał Anglika, który przyjechał w 1929 roku i żądał, żeby mu co rano szykować kąpiel.
- Niełatwo się zaprzyjaźniał, co? - spytałem fałszywie zdawkowym tonem. - Wciąż
był sam?
- Zdaje się, że przyjechał do nas z ojcem - bez przekonania odparł dyrektor.
Mocowaliśmy się przez pewien czas, rozplątując kłębowisko trzech czy czterech
Anglików, którym w ciągu ostatnich dziesięciu lat zdarzyło się zatrzymać w Hotelu
Beaumont. Zrozumiałem, że dyrektor bardzo mgliście przypomina sobie Sebastiana.
- Będę szczery - rzekłem bez ceregieli. - Szukam adresu pewnej pani, przyjaciółki
mego brata, która mieszkała tu w tym samym czasie co on.
Dyrektor lekko uniósł brwi, a ja poczułem się niezręcznie; wydało mi się. że palnąłem
gafę.
- Czemu? - spytał. („Dać mu łapówkę?”, przemknęło mi przez głowę.)
- Jeśli odnajdzie pan potrzebną mi informację, jestem gotów zapłacić za fatygę -
oświadczyłem.
- Jaką informację? - zapytał. (Był starym, podejrzliwym durniem - oby nigdy nie
przeczytał tego passusu.)
- Pomyślałem sobie - ciągnąłem niezmordowanie - że będzie pan może tak
niesłychanie uprzejmy i pomoże mi odszukać adres pewnej pani, która mieszkała tu w tym
samym czasie co pan Knight, czyli w czerwcu 1929 roku?
- Jakiej pani? - spytał elenktycznym tonem gąsienicy Lewisa Carolla.
- Nie jestem pewien jej nazwiska - odparłem zdenerwowany.
- No to jak pan chce, żebym ją znalazł? - rzekł, wzruszając ramionami.
- Była Rosjanką - powiedziałem. - Może przypomina pan sobie rosyjską damę,
młodą... no i... atrakcyjną?
- Nous avons eu beaucoup de jolies dames - odparł, coraz bardziej daleki. - Jakżeż
miałbym pamiętać?
- No cóż - rzekłem. - Najprościej byłoby zajrzeć do ksiąg i wybrać rosyjskie nazwiska
z czerwca 1929 roku.
- Na pewno będzie niejedno. Jak pan wybierze to, o które panu idzie, skoro pan go nie
zna?
- Proszę mi podać nazwiska i adresy - powiedziałem z desperacją - a ja już sobie
poradzę.
Westchnął głęboko i pokręcił głową.
- Nie - powiedział.
- Czy chce pan przez to powiedzieć, że nie prowadzi pan książki meldunkowej? -
spytałem, siląc się na spokój.
- Och, oczywiście, że prowadzę. W mojej branży trzeba bardzo przestrzegać tych
spraw. Tak, oczywiście, mam zapisane wszystkie nazwiska...
Odszedł w głąb pokoju i wydobył skądś czarne tomisko.
- O, proszę - rzekł. - Pierwszy tydzień czerwca 1935 roku... Profesor Ott z małżonką,
pułkownik Samain...
- Niech pan posłucha - przerwałem mu. - Nie interesuje mnie czerwiec trzydziestego
piątego roku. Chcę...
Zamknął księgę i odniósł ją z powrotem na miejsce.
- Chciałem tylko pokazać - powiedział, stojąc do mnie tyłem. - Pokazać panu [rozległ
się cichy zgrzyt zamka], że prowadzę księgi, jak należy.
Wrócił do swego biurka i złożył list leżący na bibule.
- Lato dwudziestego dziewiątego - rzekłem błagalnym tonem. - Czemu nie chce mi
pan pokazać stron, o które proszę?
- Wie pan - powiedział. - Tego się nie robi. Po pierwsze nie życzę sobie, żeby ktoś
zupełnie mi obcy zawracał głowę osobom, które były i będą moimi klientami. Po drugie nie
rozumiem, czemu tak strasznie zależy panu na odszukaniu kobiety, której nazwiska nie ma
pan ochoty wymienić. Po trzecie nie chcę mieć żadnych kłopotów. I tak mi ich nie brak. W
hotelu za rogiem dwoje Szwajcarów popełniło samobójstwo w dwudziestym dziewiątym -
dodał bez widocznego związku.
- To pańskie ostatnie słowo? - spytałem.
Skinął głową i spojrzał na zegarek. Odwróciłem się na pięcie i zatrzasnąłem za sobą
drzwi - a przynajmniej próbowałem zatrzasnąć: te przeklęte pneumatyki w takich razach
stawiają opór.
Wolnym krokiem wróciłem na stację. Park. Może Sebastian umierając wspominał tę
właśnie kamienną ławkę pod cedrem. Kontur tej dalekiej góry mógł stać się parafą jakiegoś
niezapomnianego wieczoru. Cała okolica wydawała mi się jednym wielkim śmietniskiem, w
którym, jak wiedziałem, zagubiono mroczny klejnot. Moja porażka była absurdalna,
przerażająca, wręcz nie do zniesienia. Ołowiana gnuśność wysiłków podejmowanych we śnie.
Beznadziejne szukanie po omacku wśród topniejących przedmiotów. Czemu przeszłość jest
taka krnąbrna?
„I cóż ja teraz pocznę?” Strumień biografii, na którego wody tak pragnąłem się
wypuścić, w jednym z ostatnich zakoli spowijała blada mgła; podobnie jak dolinę rozpo-
ś
cierającą się przed moimi oczyma. Czy mógłbym tak to zostawić i mimo wszystko napisać
swoją książkę? Książkę z plamką ślepą. Nie dokończony obraz - nie pomalowane członki
męczennika z tkwiącymi w boku strzałami.
Owładnęło mną przeświadczenie, że zabłądziłem i już nie mam dokąd pójść. Dość
długo się zastanawiałem, jak odszukać ostatnią ukochaną Sebastiana, abym teraz wiedział, że
praktycznie rzecz biorąc nie sposób inną drogą poznać jej nazwiska. Jej nazwisko! Czułem, że
natychmiast bym je rozpoznał, gdybym tylko dostał w swe ręce te zatłuszczone czarne foliały.
Czy powinienem dać sobie spokój z całą sprawą i zająć się gromadzeniem kilku mniej
ważnych detali dotyczących Sebastiana, których jeszcze potrzebowałem, a zarazem
wiedziałem, skąd je wziąć?
W takim to stanie oszołomienia wsiadłem do wlokącego się ospale pociągu linii
lokalnej; miał mnie on zawieźć do Strasburga. Stamtąd może pojadę do Szwajcarii, kto wie...
Nie mogłem jednak się uwolnić od świerzbiącego bólu porażki, choć szczerze próbowałem
się zagrzebać we wziętej na drogę angielskiej gazecie: dla treningu czytałem tylko po
angielsku, szykując się do dzieła, które miałem niebawem rozpocząć... Ale czy można
rozpocząć coś, czego obraz w umyśle jawi się w sposób tak niepełny?
Siedziałem sam w przedziale (jak to zwykle bywa w wagonach drugiej klasy tego
rodzaju pociągów), lecz na najbliższej stacji wsiadł mały człowieczek o krzaczastych
brwiach: wszedł do przedziału, powitał mnie na modłę kontynentalną, mówiąc zawiesistą,
gardłową francuszczyzną, i usiadł naprzeciwko. Pociąg jechał dalej, prosto w zachodzące
słońce. Wtem zauważyłem, że współpasażer patrzy na mnie, rozpromieniony.
- Cudowna aurha - powiedział i zdjął melonik, odsłaniając różową łysinę. - Pan
Anglik? - spytał, uśmiechając się i kiwając głową.
- Hmmm, owszem, chwilowo - odparłem.
- Widzę, widziałem, jak pan czyta angielski żurnal - powiedział, wskazując palcem
gazetę, czym prędzej jednak ściągnął beżową rękawiczkę i znów wysunął palec w moim
kierunku (być może uczono go, że niegrzecznie jest wytykać ludzi urękawiczonym palcem).
Mruknąłem coś w odpowiedzi i uciekłem spojrzeniem: nie lubię pogaduszek w pociągach, a
w tamtej akurat chwili wyjątkowo nie miałem ochoty nawiązywać rozmowy. Nieznajomy
podążył za moim wzrokiem. Nisko stojące słońce zapaliło liczne okna wielkiego gmachu,
który z wolna się obracał, kolejno wystawiając na pokaz ogromne kominy, gdy pociąg mijał
go z turkotem.
- To - oznajmił człowieczek - jest „Flambaum i Roth”, wielką faktoria, fabryka.
Papierń.
Nastąpiła krótka pauza. Mój współpasażer podrapał się po lśniącym nochalu i pochylił
ku mnie.
- Byłem - powiedział - Londyn, Manchester, Sheffield, Newcastle.
Popatrzył na kciuk nie objęty rachunkiem.
- Tak - rzekł. - Brhanża zabawkarhska. Przed wojną. Kopałem też trochę piłki - dodał,
może dlatego że zauważył przelotne spojrzenie, jakie rzuciłem na wyboiste boisko z
przygnębionymi bramkami na obu krańcach (jedna z nich postradała poprzeczkę).
Mrugnął do mnie, jeżąc nieduży wąsik.
- Rhaz, wie pan - powiedział i skręcił się w konwulsyjnym, bezgłośnym śmiechu. -
Rhaz, wie pan, rzucam, rzuciłem piłkę z aut prost w bramkę.
- O - rzekłem ze znużeniem. - I zdobył pan gola?
- Nie ja, tylko wiatr. To ci była rhobinsonnada!
- Co takiego?
- Rhobinsonnada. Wspaniała sztuczka. Tak... czy pan daleko podróżuje? - spytał
przymilnym, wybitnie uprzejmym tonem.
- Pociąg jedzie chyba tylko do Strasburga?
- Nie, ja mam, miałem na myśli generhalnie. Pan podróżnik?
Przytaknąłem.
- A w jakiej brhanży?
- Hmmm, chyba w przeszłości.
Skinął głową, jakby zrozumiał. Następnie znów się pochylił w moją stronę, trącił mnie
w kolano i powiedział:
- Boja sprzedaję skórne... wie pan, skórne piłki, żeby ludzie nimi grhali. Stary! Nie ma
siły! Poza tym kagańce na psy i różne takie.
Znowu klepnął mnie lekko po kolanie.
- Ale dawniej - rzekł. - Przez zeszłe lato, przez ostatnie cztery lata byłem w policji...
nie, nieraz, nie całkiem. Po cywilijnemu. Rozumie pan?
Spojrzałem na niego z nagłym zainteresowaniem.
- Chwileczkę - powiedziałem. - To mi nasuwa pewien pomysł...
- Tak - odparł. - Jeśli potrzebuje pan pomoc, dobrą skórę, cigarette - etui, paski, dobrą
radę, rękawice bokserskie...
- To pierwsze na pewno, a może i piąte - przerwałem.
Wziął do ręki leżący obok na siedzeniu melonik, starannie włożył go na głowę (jabłko
Adama turlało mu się z góry na dół i z powrotem) i szybko przede mną uchylił, uśmiechając
się połyskliwie.
- Nazywam się Silbermann - powiedział i podał mi rękę. Uścisnąłem ją i wymieniłem
własne nazwisko.
- Ależ to nie angielskie! - zawołał, klepiąc się po kolanie. - To rosyjskie! Gawrit
parusski? Znam jeszcze inne słowy... Zarhaz! Tak! Kukoika... laleczka.
Umilkł na chwilę. Wałkowałem na wszystkie strony pomysł, który mi podsunął. Czy
zwrócić się do prywatnego biura detektywów? A może sam ten człowieczek na coś mi się
przyda?
- Rhiba! - wykrzyknął. - To już drugie. Fisza, tak? I... tak. Brhat, milij brhat... drogi
bruder.
- Tak sobie myślę - zacząłem - że może gdybym panu opowiedział, w jaką kabałę się
zapędziłem...
- Ale to już wszystko - rzekł z westchnieniem. - Mówię [znów się zaczęło liczenie
palców] litewsku, niemiecku, angielsku, francusku [kciuk i tym razem nie zmieścił się w
rachunku]. Zapomniałem rosyjskiego. Rhaz na całkiem!
- Czy może mógłby pan...
- Wszystko. Skórne paski, torebki, notesniki, wskazówki.
- Wskazówki. Widzi pan, próbuję dotrzeć do pewnej osoby... Rosjanki. Nigdy tej
damy nie spotkałem i nie znam jej nazwiska. Wiem tylko, że przez jakiś czas mieszkała w
hotelu w miasteczku Blauberg.
- A, dobre miejsce - powiedział pan Silbermann. - Barhdzo dobre - powtórzył i z
wyrazem powagi i aprobaty ściągnął ku dołowi kąciki ust. - Dobra woda, spacerhy, kasino.
Co pan chce, żebym zrobił?
- Przede wszystkim chciałbym ustalić, co w takich razach w ogóle można zrobić.
- Najlepiej dać jej spokój - odrzekł czym prędzej pan Silbermann.
Nagłym ruchem wysunął głowę do przodu i poruszył krzaczastymi brwiami.
- Niech pan o niej zapomni - powiedział. - Niech pan ją wyrzuci z głowy. To
rhyzykowne i na nic.
Strzepnął coś z kolana moich spodni, skinął głową i znów oparł się wygodnie.
- Mniejsza z tym - odrzekłem. - Nieważne powody. Ważne, żeby znaleźć sposób.
- Każdy powód ma swój sposób. Znajduje, znalazł pan jej obrazę, jej fotogrhafię, i
teraz chce pan znaleźć jej własną osobę? To nie miłość. Ba! Powierzchownia!
- Ależ nie! - zawołałem. - To wcale nie tak. Nie mam najmniejszego pojęcia, jaka ona
jest. Ale widzi pan, kochał ją mój zmarły brat, więc chcę z nią o nim porozmawiać. W sumie
całkiem prosta historia.
- Smutna! - stwierdził pan Silbermann i pokręcił głową.
- Chcę o nim napisać książkę - ciągnąłem - i ciekawi mnie każdy szczegół jego życia.
- Na czego chorował? - ochrypłym głosem spytał pan Silbermann.
- Serce.
- Serhce, to niedobrze. Za dużo ostrzegań, za dużo przebie... przebie...
- Przymiarek do śmierci. Owszem.
- Właśnie. W jakim wieku?
- Trzydzieści sześć lat. Pisywał książki. Jako pisarz występował pod nazwiskiem
panieńskim matki. Knight. Sebastian Knight.
- Prhoszę tu napisać - pan Silbermann podał mi nowiutki notes niezwykłej urody, w
którym tkwił prześliczny srebrny ołówek. Z cichutkim terkotem delikatnie wyjął kartkę,
schował ją do kieszeni i znów podał mi notesik.
- Podoba się, co? - spytał z niemal bolesnym uśmiechem. - Pozwoli pan, że sprezencę.
- Doprawdy - powiedziałem. - Bardzo pan łaskaw...
- Drhobiask, drhobiask - rzekł, machając ręką. - No, to co panu trzeba?
- Potrzebny mi jest - odparłem - pełny wykaz gości Hotelu Beaumont z czerwca 1929
roku. Chciałbym też dowiedzieć się o nich czegoś bliższego, przynajmniej o kobietach.
Muszę mieć ich adresy. Muszę mieć pewność, że pod jakimś cudzoziemskim nazwiskiem nie
ukrywa się Rosjanka. Potem wybiorę najbardziej prawdopodobną kandydatkę albo
kandydatki i...
- I spróbuje pan do nich dotrzeć - powiedział pan Silbermann, kiwając głową. -
Dobrze! Barhdzo dobrze! Miałem, mam wszystkich panów hotelarzów tu [pokazał mi otwartą
dłoń], więc wszystko pójdzie gładko. Pański adres, prhoszę.
Wyjął inny notes, dla odmiany okropnie zniszczony, o zabazgranych stronicach;
niektóre sypały się jak jesienne liście. Dodałem, że nie ruszę się ze Strasburga, póki nie
zadzwoni.
- Piątek - oświadczył. - Punktualnie szósta. Następnie ten niezwykły człowieczek z
powrotem opadł plecami na oparcie siedzenia, założył ręce i zamknął oczy, jak gdyby dobicie
interesu było kropką kończącą rozmowę. Mucha zwiedzała jego łyse czoło, lecz on ani
drgnął. Drzemał aż do samego Strasburga. Tam nasze drogi się rozeszły.
- Jeszcze jedno - powiedziałem, kiedyśmy sobie podali ręce. - Muszę wiedzieć,
jakiego oczekuje pan honorarium... Jestem gotów zapłacić każdą sumę, jaką uzna pan za
stosowną... A może chciałby pan wziąć zaliczkę...
- Przyśle mi pan swoją książkę - odparł unosząc krótki gruby palec. - I w razie czego
zwróci koszta - dodał cicho. - Zrhozumiałe!
14
W ten to sposób zdobyłem wykaz czterdziestu dwóch nazwisk, wśród których
nazwisko Sebastiana (S. Knight, 36 Oak Park Gardens, London, SW) wydawało się dziwnie
piękne i zbłąkane. Spore (a zarazem miłe) wrażenie zrobiło na mnie to, że przy wszystkich
nazwiskach wymieniono także adresy: Silbermann pospieszył wyjaśnić, że w Blaubergu
przyjezdni często umierają. Spośród czterdziestu jeden nieznajomych osób aż trzydzieści sie-
dem „nie wkraczało w rachubę”, wedle określenia małego człowieczka. Owszem, trzy z nich
(niezamężne kobiety) miały rosyjskie nazwiska, lecz dwie były Niemkami, a jedna Alzatką:
wszystkie one często przyjeżdżały do Hotelu Beaumont. Trochę zbiła mnie z pantałyku
dziewczyna o nazwisku Vera Rasine, ale Silbermann wiedział z całą pewnością, że to
Francuzka; wiedział nawet, że jest ona tancerką, a zarazem kochanką jednego ze strasburskich
bankierów. Dwoje wiekowych Polaków przepuściliśmy bez cienia obawy. Wśród reszty
grupy „nie wkraczającej w rachubę”, czyli trzydziestu jeden osób, było dwudziestu dorosłych
mężczyzn; zaledwie ośmiu z nich miało żony, a w każdym razie tylko ośmiu przywiozło je z
sobą (Emmę, Hildegardę, Paulinę i tak dalej); Silbermann przysięgał, że wszystkie te panie są
leciwe, szacowne i w żadnym razie nie pochodzą z Rosji. Pozostały nam więc cztery
nazwiska: Mademoiselle Lydia Bohemsky z paryskim adresem. Spędziła w hotelu dziewięć
dni na początku pobytu Sebastiana. Dyrektor w ogóle jej sobie nie przypominał. Madame de
Rechnoy. Opuściła hotel i pojechała do Paryża o dzień wcześniej niż Sebastian. Dyrektor
zapamiętał ją jako elegancką młodą kobietę, dającą sute napiwki. Wiedziałem, że „de”
sugeruje w tym wypadku pewien typ Rosjanki lubiącej podkreślać swą szlacheckość, choć w
istocie używanie francuskiej particule przed rosyjskim nazwiskiem jest nie tylko absurdalne,
ale i bezprawne. Mogła to być awanturnica; mogła to też być żona jakiegoś snoba.
Helena Grinstein. Nazwisko brzmiało z żydowska, lecz pomimo końcówki „stein” nie
miało niemieckiego rodowodu. Litera „i” w słowie „grin”, która wyrugowała „ü” z
naturalnego dlań miejsca, sugerowała rosyjskie nasienie. Właścicielka tego nazwiska przybyła
do hotelu zaledwie na tydzień przed wyjazdem Sebastiana, a po jego wyjeździe została
jeszcze trzy dni. Dyrektor powiedział, że jest ładna. W przeszłości odwiedziła już raz jego
hotel, a stale mieszkała w Berlinie.
Helena von Graun. Prawdziwe niemieckie nazwisko. Dyrektor był jednak pewien, że
w czasie swego pobytu kilkakrotnie śpiewała po rosyjsku. Wedle jego relacji miała wspaniały
kontralt i w ogóle była zachwycająca. Spędziła w hotelu miesiąc, a wyjechała do Paryża o
pięć dni wcześniej niż Sebastian.
Z drobiazgową dokładnością zanotowałem wszystkie te szczegóły oraz cztery adresy.
Każdy z nich mógł się okazać tym, którego szukałem. Gorąco podziękowałem panu
Silbermannowi; siedząc przede mną trzymał kapelusz na złączonych kolanach. Westchnął i
spojrzał na czubki swych małych czarnych kamaszków, przyozdobionych starymi getrami o
barwie mysiej szarości.
- Zdziałałem to - powiedział - bo mi pan sympatyzuje. Ale... [popatrzył na mnie jakby
z lekkim błaganiem w lśniących piwnych oczach] ale prhoszę: to na nic, ja myślę. Nie można
obejrzeć drugiej strony księżyca. Prhoszę pana nie szukać tej kobiety. Co przeszłość, to nie
wróci. Ona nie pamięta, kim był pański bruder.
- Już ja jej przypomnę - rzekłem ponuro.
- Jak pan sobie prhagnie - mruknął, prostując się w ramionach i zapinając płaszcz.
Wstał. - Szczęśliwej podrhóży - dodał bez swego zwykłego uśmiechu.
- Chwileczkę, panie Silbermann, mamy jeszcze coś do uregulowania. Ile jestem panu
winien?
- Słusznie - powiedział, siadając z powrotem. - Moment.
Otworzył wieczne pióro, pospiesznie nabazgrał kilka cyfr i przyjrzał im się, stukając
się po zębach oprawką.
- Zgadza się. Sześćdziesiąt osiem franki - oświadczył.
- No, to niewiele - powiedziałem. - Może by pan...
- Zarhaz - krzyknął. - Przecież to fałsz”. Ma pan jeszcze ten notesnik, co panu daję,
dałem?
- Ależ tak. Prawdę mówiąc, już go zacząłem używać. Widzi pan, myślałem...
- No to nie sześćdziesiąt osiem - powiedział, szybko przeliczając od nowa. - Tylko...
tylko osiemnaście, bo kajet kosztuje pięćdziesiąt. Wszystkiego osiemnaście franki. Koszta
przejażdżki...
- Ale - zacząłem, dosyć oszołomiony tą kalkulacją...
- Nie, terhaz wszystko harmonizuje - stwierdził pan Silbermann.
Wyszukałem w portmonetce dwudziestofrankową monetę, choć z ochotą byłbym mu
dał sumę sto razy większą, gdyby tylko mi na to pozwolił.
- Więc - powiedział. - Jestem teraz panu zawiniony... Tak, zgadza się. Osiemnaście i
dwa, pospołu dwadzieścia. To pańskie.
Położył moją dwudziestofrankówkę na stole i znikł. Sam nie wiem, jak mu prześlę tę
książkę, kiedy już będzie gotowa: śmieszny człowieczek nie podał mi adresu, a mnie tyle
innych spraw kołatało się po głowie, że nie przyszło mi na myśl go o to poprosić. Lecz jeśli
kiedykolwiek napotka egzemplarz Prawdziwego życia Sebastiana Knighta, niech wie, jak
wdzięczny mu jestem za okazaną pomoc. Co zaś do notesu, to jest on już prawie pełen, a
niedługo każę weń wprawić nowy plik kartek, kiedy te zapiszę do cna.
Po odejściu pana Silbermanna uważnie się wczytałem w cztery adresy, które zdobył
tak czarodziejskim sposobem, i w końcu postanowiłem zacząć od berlińskiego. Gdyby
spotkało mnie tam rozczarowanie, mógłbym w Paryżu uporać się z całym triem
ewentualności, nie podejmując kolejnej dalekiej podróży, tym bardziej wyczerpującej, że z
pełną świadomością rzucałbym wtedy na stół ostatnią swą kartę. Jeśli zaś poszczęściłoby mi
się już za pierwszym razem... mniejsza z tym. Los szczodrze mnie nagrodził za tę decyzję...
Duże, mokre płatki śniegu sunęły skosem nad Passauer Strasse w zachodniej części
Berlina, gdy się zbliżałem do starej, brzydkiej kamienicy o fasadzie na wpół ukrytej pod
maską rusztowań. Zastukałem w szybę stróżówki, ktoś szorstkim ruchem odsunął muślinową
zasłonkę i nagłym pchnięciem otworzył lufcik, po czym rozczochrana, czerwona na twarzy
starucha zrzędnym tonem poinformowała mnie, że Frau Helena Grinstein istotnie mieszka w
tym domu. Poczułem przedziwny dreszczyk uniesienia i ruszyłem schodami w górę. Na
drzwiach wisiała mosiężna tabliczka z nazwiskiem „Grinstein”.
Wpuścił mnie milkliwy chłopiec o bladej, zapuchniętej twarzy, z czarnym krawatem
pod szyją, który nawet nie spytał, jak się nazywam, tylko odwrócił się i odszedł korytarzem.
Na wieszaku w maleńkim hallu tłoczyły się palta. Na stole między dwoma uroczystymi
cylindrami leżał bukiet chryzantem mokrych od śniegu. Ponieważ nikt się nie zjawiał,
zapukałem do którychś drzwi, pchnąłem je i natychmiast znów zamknąłem. Zdążyłem
dostrzec ciemnowłosą dziewczynkę na kanapie, przykrytą futrem z kretów i twardo śpiącą.
Przez chwilę stałem pośrodku hallu. Wytarłem zmoczoną śniegiem twarz. Wydmuchałem
nos. W końcu zaryzykowałem i ruszyłem w głąb korytarza. Jedne drzwi były uchylone;
dobiegały zza nich przyciszone głosy, mówiące po rosyjsku. W dwóch dużych pokojach z
przejściem w kształcie łuku zgromadziło się wiele osób. Kiedy wszedłem, kilka głów
niezdecydowanie zwróciło się w moją stronę, poza tym jednak nie wywołałem najmniejszego
zainteresowania. Na stole stały szklanki z nie dopitą herbatą i talerz z okruchami ciasta. Jakiś
mężczyzna w kącie czytał gazetę. Kobieta okryta szarym szalem siedziała przy stole,
podparłszy ręką policzek; na jej nadgarstku zatrzymała się łza. Parę innych osób siedziało
nieruchomo na kanapie. Dziewczynka podobna do tej, którą widziałem śpiącą, głaskała
starego psa, zwiniętego w kłębek na krześle. W sąsiednim pokoju, gdzie także siedzieli i cho-
dzili jacyś ludzie, rozległ się czyjś śmiech, a może kilka głośnych westchnień. Ten sam
chłopiec, który powitał mnie w hallu, przeszedł ze szklanką wody w ręku; spytałem go po
rosyjsku, czy mogę porozmawiać z panią Heleną Grinstein.
- Ciociu Eleno - powiedział, zwracając się do pleców szczupłej, ciemnowłosej kobiety,
pochylającej się nad starcem, zgarbionym w fotelu. Podeszła i zaprosiła mnie do saloniku po
drugiej stronie korytarza. Była to osoba bardzo młoda, obdarzoną masą wdzięku, o drobnej,
upudrowanej twarzy i łagodnych, podłużnych oczach, które wyglądały, jakby ich kąciki
podciągnięto ku skroniom. Miała na sobie czarny sweter. Jej dłonie były równie delikatne jak
szyja.
- Kak eto użasno... czyż to nie okropne - szepnęła.
Niezbyt mądrze odparłem, że chyba przyszedłem nie w porę.
- Aaa... - powiedziała. - Zdawało mi się... - Popatrzyła na mnie. - Proszę, niech pan
siada. Zdawało mi się, że dopiero co widziałam pana na pogrzebie... Więc jednak nie? Widzi
pan, umarł mój szwagier i... Nie, nie, proszę nie wstawać. Straszny dzień.
- Nie chcę się pani narzucać - powiedziałem. - Lepiej już sobie pójdę... Chciałem tylko
porozmawiać z panią o kimś z mojej rodziny... wydaje mi się, że miała pani okazję go
poznać... w Blaubergu... ale mniejsza z tym...
- W Blaubergu? Byłam tam dwa razy - odrzekła. Skurcz przebiegł jej po twarzy, gdy
gdzieś za ścianą zaczął dzwonić telefon.
- Nazywał się Sebastian Knight - powiedziałem, patrząc na jej nie umalowane usta,
tkliwe i drżące.
- Nie, nigdy nie słyszałam tego nazwiska - odparła. - Nie, nie słyszałam.
- Był na wpół Anglikiem - dodałem. - Pisał książki.
Pokręciła głową i zwróciła się ku drzwiom, które właśnie otworzył ten sam nadąsany
chłopiec, jej siostrzeniec.
- Sonia przyjdzie za pół godziny - oznajmił. Skinęła głową. Chłopiec wyszedł.
- Właściwie z nikim wtedy w hotelu się nie zaznajomiłam - powiedziała kobieta.
Skłoniłem się i raz jeszcze przeprosiłem.
- Ale jakże pan się nazywa? - spytała, wpatrując się we mnie miękkim, zamglonym
spojrzeniem, które w pewien sposób przypominało mi Klarę. - Chyba już pan mówił, ale
jestem dzisiaj jak nieprzytomna... Aaaa... - powiedziała, kiedy się przedstawiłem. - Jakbym
skądś znała... Czy mi się zdaje, czy rzeczywiście mężczyzna o tym nazwisku zginął w
pojedynku w Sankt Petersburgu? Ach, pański ojciec? Rozumiem. Zaraz, zaraz. Ktoś... kilka
dni temu... wspominał tamten przypadek. Dziwna sprawa... Takie rzeczy zawsze się zdarzają
w ten sposób, seriami. Tak... Rozanowowie... Znali pańską rodzinę, i tak dalej...
- Kolega szkolny mojego brata nazywał się Rozanow - wtrąciłem.
- Znajdzie ich pan w książce telefonicznej - pospiesznie ciągnęła kobieta. - Widzi pan,
niezbyt dobrze ich znam, a w tej chwili zupełnie nie jestem w stanie szukać po notesach.
Gdzieś ją zawołano, a ja ruszyłem sam do hallu. Zastałem tam starszego pana, który z
melancholijną miną siedział na moim płaszczu i palił cygaro. Początkowo nie mógł
zrozumieć, czego od niego chcę, a potem zaczął mnie wylewnie przepraszać.
Trochę żałowałem, że Helena Grinstein okazała się nie tą kobietą. Choć oczywiście w
ż
adnym razie nie mogła nią być: tą, co tak unieszczęśliwiła Sebastiana. Tego rodzaju
dziewczyny nie druzgocą mężczyzn, lecz ich budują. Bo i proszę: spokojnie dyrygowała
domem, rozsadzanym przez ból, i jeszcze potrafiła się zająć fantastycznymi sprawami
zupełnie zbędnego, obcego przybysza. I nie tylko mnie wysłuchała, ale w dodatku podsunęła
mi trop, za którym natychmiast poszedłem, a choć napotkani dzięki temu ludzie nie mieli nic
wspólnego z Blaubergiem i z nieznajomą kobietą, dołączyłem do mej kolekcji jedną z
najcenniejszych kart z życia Sebastiana. Umysł bardziej systematyczny umieściłby ją na
początku książki, lecz moja pielgrzymka nabrała z czasem własnej magii i logiki, a choć
chwilami miewam nieodparte wrażenie, iż stopniowo przeistoczyła się w sen, jedynie po to
biorąc wzór z rzeczywistości, aby snuć swe własne rojenia, nie mogę nie zauważyć, że od
początku kroczyłem właściwą drogą i że usiłując przedstawić wierny obraz życia Sebastiana
winienem teraz podążać tymi samymi rytmicznie się przeplatającymi ścieżkami.
Dostrzegam dziwną harmonię w tym, że spotkanie związane z pierwszym nastoletnim
romansem Sebastiana nastąpiło w zasięgu ech jego ostatniej, mrocznej miłości. Dwie różne
tonacje życia mego brata przesłuchują się nawzajem, a odpowiedzią jest samo owo życie - i
bardziej już nie można się zbliżyć do ludzkiej prawdy. On miał szesnaście lat, ona tyle samo.
Gasną światła, kurtyna idzie w górę, odsłaniając rosyjski pejzaż latem; zakole rzeki do
połowy ukryte w cieniu rzucanym przez ciemne jodły, które rosną na gliniastej skarpie, a ich
głębokie czarne odbicia niemal sięgają drugiego brzegu, ten zaś jest niski, słoneczny i pełen
uroku, porośnięty prawoślazem i trawą o srebrzystych miotełkach. Sebastian z gołą, krótko
ostrzyżoną głową, w luźnej jedwabnej koszuli, oblepiającej mu na przemian łopatki i pierś,
zależnie od tego, czy akurat pochyla się do przodu, czy wygina w tył, krzepko wiosłuje w
łódce pomalowanej na kolor lśniącej zieleni. Przy sterze siedzi dziewczyna, pozostawimy ją
jednak w wersji achromatycznej; sam kontur, biały kształt, którego malarz nie wypełnił bar-
wami. Granatowe ważki niespiesznie śmigają tędy i owędy, przysiadając na płaskich liściach
nenufarów. W czerwonej glinie stromego brzegu wyryto imiona, daty, nawet twarze; widać
wśród nich otwory, z których jerzyki wyfruwają i wlatują w nie z powrotem. Sebastianowi
błyszczą zęby. Na chwilę przestaje wiosłować i ogląda się za siebie, a wtedy łódka z
jedwabistym poszumem wślizguje się w sitowie.
- Kiepski z ciebie sternik - mówi Sebastian. Sceneria się zmienia: widzimy inne zakole
tej samej rzeki. Ścieżka biegnie do wody, zatrzymuje się, waha chwilę i skręca, luźną pętlą
omijając toporną ławkę. Jeszcze nie zapadł wieczór, ale powietrze już się złoci i drobne
muszki wykonują prymitywny taniec krajowców w słupie słońca między liśćmi osiki, które
wreszcie znieruchomiały, zapomniawszy o Judaszu.
Sebastian siedzi na ławce i po angielsku czyta na głos jakieś wiersze z zeszytu w
czarnej okładce. Nagle urywa: trochę na lewo ukazuje się tuż nad powierzchnią wody głowa
najady o kasztanowatych włosach, a gdy z wolna zaczyna się oddalać, długie sploty dryfują w
ś
lad za nią. Po chwili naga postać wyłania się na przeciwległym brzegu i wydmuchuje nos,
przyciskając go kciukiem: jest to długowłosy wiejski pop. Sebastian znów czyta wiersze
siedzącej obok dziewczynie. Malarz wciąż jeszcze nie wypełnił białej plamy: wyjątek zrobił
tylko dla szczupłej, opalonej ręki, którą po zewnętrznej stronie od nadgarstka do łokcia
porasta smuga lśniącego puchu. Sceneria znów się zmienia, niczym we śnie Byrona. Jest noc.
Na niebie rój gwiazd. Po latach Sebastian napisał, że wpatrując się w gwiazdy czuje mdłości i
lekką odrazę, podobnie jak wtedy, gdy - dajmy na to - ogląda się wnętrzności patroszonego
zwierzęcia. Wtedy jednak ta myśl pozostawała jeszcze nie wyrażona. Jest bardzo ciemno. W
mroku możemy się domyślać parkowej alei, lecz nie widzimy żadnych szczegółów. Jedna za
drugą posępna zwalistość, a gdzieś pohukuje sowa. Otchłań czerni, w której nagle sunie do
góry zielonkawe kółeczko: świetlista tarcza zegarka (w latach dojrzalszych Sebastian nie był
zwolennikiem zegarków).
- Musisz iść? - pyta jego głos.
Ostatnia zmiana: klucz wędrownych żurawi w kształcie litery V; ich tkliwy jęk
roztapia się w turkusowym niebie wysoko nad płową brzeziną. Sebastian, jeszcze nie sam,
siedzi na pniu zwalonego drzewa w kolorach bieli i popielatej szarości. Jego rower spoczywa
na ziemi, połyskując szprychami w chaszczach orlicy. Rusałka żałobnik przemyka w locie,
siada na pniu akurat tam, gdzie widać ślad topora, i rytmicznie porusza aksamitnymi
skrzydłami. Jutro z powrotem do miasta, w poniedziałek zaczyna się szkoła.
- Czy to koniec? Dlaczego mówisz, że zimą się nie zobaczymy? - pyta Sebastian po
raz drugi lub trzeci. Nie ma odpowiedzi. - Naprawdę myślisz, że się zakochałaś w tym jakimś
studencie? - w etogo studienta?
Postać siedzącej dziewczyny wciąż jest bezbarwna, z wyjątkiem ręki i szczupłej
smagłej dłoni, która od niechcenia bawi się pompką do roweru. Końcem rączki wolno kreśli
na miękkiej ziemi słowo yes, tak - po angielsku, żeby mniej bolało.
Spada kurtyna. Tak, to już wszystko. Bardzo niewiele, ale dość, żeby serce pękło.
Odtąd nigdy już nie będzie mu wolno spytać chłopca, który w klasie codziennie siada w
sąsiedniej ławce: „Co u twojej siostry?” Nie ma też prawa wypytywać starej panny Forbes,
gdy ta czasem jeszcze wpadnie z wizytą, o dziewuszkę, której dawniej także dawała lekcje. I
jak on będzie stąpał latem przyszłego roku po tych samych ścieżkach, oglądał zachody słońca
i jeździł rowerem nad rzekę? (Najbliższe lato zostało jednak głównie poświęcone Panowi,
poecie - futuryście.)
Dziwnym zbiegiem okoliczności właśnie brat Nataszy Rozanowny odwiózł mnie
autem na dworzec Charlottenburg, żebym zdążył złapać ekspres do Paryża. Wyznałem mu,
jak niezwykle się czułem, rozmawiając z jego siostrą, wówczas już pulchną matką dwóch
chłopców, o odległym lecie w krainie snów: w Rosji. Odparł, że posada w Berlinie zupełnie
mu odpowiada. Próbowałem - pomimo kilku wcześniejszych, równie daremnych prób -
wciągnąć go w rozmowę o szkolnym życiu Sebastiana.
- Mam okropnie słabą pamięć - rzekł. - A zresztą za bardzo jestem zajęty, żeby się
rozczulać nad takimi zwyczajnymi sprawami.
- Och, ale na pewno - odparłem - pamięta pan jakieś szczególnie wyraziste zdarzenie,
cokolwiek... Wdzięczny będę za każdą informację...
Zaśmiał się.
- Przecież dopiero co przegadał pan kilka godzin z moją siostrą, prawda? Ona uwielbia
przeszłość, nie sądzi pan? Twierdzi, że umieści ją pan w swej książce taką, jaką wtedy była. Z
góry się na to cieszy.
- Proszę, niechże pan spróbuje coś sobie przypomnieć - nalegałem.
- Przecież mówię, że wszystko zapomniałem, dziwaku jeden. Nic z tego. Mógłbym
najwyżej pleść zwykłe w takich razach bzdury o ściąganiu, podpowiadaniu i o przezwiskach
nauczycieli. W sumie pewnie się nieźle zabawialiśmy... Ale wie pan, pański brat... jak by to
powiedzieć?... pański brat nie był w szkole popularny...
15
Czytelnik być może zauważył, że samego siebie staram się pokazywać w tej książce
jak najmniej. Unikam aluzji (choć drobna uwaga dodana tu i ówdzie mogłaby uczynić tło
moich badań nieco zrozumialszym) do własnej sytuacji życiowej. Toteż i w tym punkcie
opowieści nie będę się rozwodził nad pewnymi kłopotami zawodowymi, które na mnie
spadły, gdy przybyłem do Paryża, gdzie mniej lub bardziej stale mieszkałem; trudności te nie
miały żadnego związku z moimi poszukiwaniami, a jeśli wspominam o nich mimochodem, to
tylko dla podkreślenia, że oddawszy się bez reszty pogoni za ostatnią ukochaną Sebastiana
radośnie machnąłem ręką na wszelkie osobiste strapienia, jakie mogłem na siebie ściągnąć,
fundując sobie tak długie wakacje.
Nie żałowałem, że zacząłem od berlińskiej poszlaki. Bądź co bądź dzięki niej
niespodziewanie mignął mi przed oczami fragment jednego więcej rozdziału z przeszłości
Sebastiana. Zarazem jedno imię zostało wykreślone, przede mną zaś otwierały się jeszcze trzy
możliwości. Z paryskiej książki telefonicznej dowiedziałem się, że nazwiska „Graun (von),
Helene” i „Rechnoy, Paul” („de”, jak zauważyłem, tym razem się nie pojawiło) odpowiadają
posiadanym przeze mnie adresom. Perspektywa spotkania z mężem tej pani była niemiła, ale
nieunikniona. Trzecią damę, czyli Lydię Bohemsky, ignorowały oba wykazy - zarówno
książka telefoniczna, jak i drugie arcydzieło Bottina: spis adresów, ułożony według ulic.
Dane, które już miałem, mogły jednak pomóc mi do niej dotrzeć. Dobrze znając Paryż od
razu ułożyłem najmniej czasochłonną kolejność wizyt, aby odpowiednio je rozplanowawszy
uporać się z nimi w jeden dzień. Jeśli czytelnik się dziwi, czemu poczynałem sobie tak
bezceremonialnie, dodam, że telefonowania nie cierpię prawie tak samo, jak pisania listów.
Gdy zadzwoniłem do drzwi, otworzył mi wysoki i chudy mężczyzna o bujnej
czuprynie; był bez marynarki, a przy koszuli nie miał kołnierzyka, tylko pod brodą mosiężną
spinkę. W ręku trzymał figurę szachową - czarnego konia. Przywitałem go po rosyjsku.
- Ależ proszę, proszę - rzekł radośnie, jakby mnie oczekiwał.
- Nazywam się tak - a - tak - powiedziałem.
- A ja - wykrzyknął - jestem Pal Palicz Riecznoj. - Tu parsknął dziarskim śmiechem,
jakby mu się udał wyśmienity żart. - Zechce pan wejść - dodał, wskazując figurą szachową
otwarte drzwi.
Wprowadzono mnie do skromnego pokoju, gdzie w rogu stała maszyna do szycia, a w
powietrzu unosiła się słaba woń wstążek i płótna. Masywnie zbudowany mężczyzna siedział
przy stole z rozpostartą ceratową szachownicą; pionki były za duże w stosunku do pól. Patrzył
na nie spode łba, a w przeciwnym kierunku patrzyła trzymana w kąciku ust pusta
cygarniczka. Ładny chłopczyk w wieku czterech, może pięciu lat klęczał na podłodze,
otoczony miniaturowymi samochodzikami. Pal Palicz cisnął na stół czarnego konia, któremu
natychmiast odpadła głowa. Czarny starannie przykręcił ją z powrotem.
- Niechże pan siada - powiedział Pal Palicz. - To mój kuzyn - dodał. Czarny się
ukłonił. Usiadłem na trzecim (i ostatnim) krześle. Dzieciak podszedł do mnie i w milczeniu
pokazał mi nowy czerwono - niebieski ołówek.
- Jakbym chciał, tobym ci teraz zbił wieżę - rzekł Czarny mrocznym tonem - ale mam
dużo lepszy ruch.
Podniósł hetmana i delikatnie wtłoczył go w gromadkę żółtawych pionków, z których
jeden zastąpiono naparstkiem.
Pal Palicz spadł na niego lotem błyskawicy, gońcem zbił hetmana i ryknął śmiechem.
- A teraz - spokojnie oświadczył Czarny, kiedy Biały przestał ryczeć - jesteś
ugotowany. Szach, gołąbeczku.
Ci dwaj się kłócili, Biały usiłował cofnąć ruch, a ja tymczasem rozglądałem się po
pokoju. Zauważyłem portret niegdysiejszej Rodziny Cesarskiej. Także wąs pewnego
sławnego generała, którego przed paroma laty zmoskwiczono o głowę. Spostrzegłem też
wypukłe sprężyny kanapy w kolorze robaczywego brązu; domyśliłem się, że służy ona jako
trzyosobowe łoże - mężowi, żonie i dziecku. Cel moich odwiedzin wydał mi się przez chwilę
dzikim absurdem. Nie wiedzieć czemu przypomniałem sobie całą rundę dziwacznych wizyt,
które składa Cziczikow w Martwych duszach Gogola. Chłopczyk specjalnie dla mnie rysował
samochód.
- Jestem do pańskiej dyspozycji - oznajmił Pal Palicz (widziałem, że przegrał: Czarny
chował właśnie figury do starego tekturowego pudełka - wszystkie prócz naparstka).
Powiedziałem to, co zawczasu starannie sobie przygotowałem: mianowicie, że chcę się
widzieć z jego żoną, ponieważ była ona niegdyś przyjaciółką... no, pewnych Niemców, moich
znajomych. (Bałem się za wcześnie wymienić nazwisko Sebastiana.)
- Wobec tego musi pan trochę poczekać - odparł Pal Palicz. - Załatwia coś na mieście.
Lada chwila powinna wrócić.
Postanowiłem czekać, choć czułem, że tego dnia niewielkie mam szansę spotkać się z
jego żoną sam na sam. Miałem jednak nadzieję od razu ustalić dzięki serii zręcznych pytań,
czy w ogóle znała Sebastiana; potem stopniowo skłoniłbym ją do rozmowy.
- A tymczasem - rzekł Pal Palicz - strzelimy sobie po kropelce brandy: koniaczku.
Uznawszy, że wystarczająco zainteresowałem się jego rysunkami, dzieciak odszedł do
wuja; ten natychmiast posadził go sobie na kolanie i zaczął rysować - niezwykle szybko i
bardzo pięknie - samochód wyścigowy.
- Artysta z pana - powiedziałem ot tak, żeby coś powiedzieć.
Pal Palicz, który właśnie płukał kieliszki w maleńkiej kuchence, roześmiał się i
zawołał przez ramię:
- O, to wszechstronny geniusz. Daje koncerty skrzypcowe stojąc na głowie, w trzy
sekundy mnoży przez siebie dwa numery telefoniczne i potrafi się podpisać do góry nogami,
nie zmieniając charakteru pisma.
- I umie prowadzić taksówkę - dodało dziecko, majtając chudymi, brudnymi nóżkami.
- Nie, nie piję z wami - powiedział wuj Czarny, gdy Pal Palicz postawił kieliszki na
stole. - Chyba zabiorę chłopca na spacer. Gdzie są jego rzeczy?
Znaleziono paletko małego i Czarny wziął go na dwór. Pal Palicz nalał nam koniaku i
rzekł:
- Musi mi pan wybaczyć te kieliszki. W Rosji byłem bogaty, a dziesięć lat temu w
Belgii znów się wzbogaciłem, ale potem straciłem wszystko co do grosza. Pańskie zdrowie.
- śona szyje? - spytałem, żeby ruszyć z miejsca.
- O, tak, wzięła się za krawiectwo - oznajmił z radosnym śmiechem. - A ja jestem
zecerem, ale właśnie straciłem pracę. śona na pewno zaraz wróci. Nie wiedziałem, że się
przyjaźniła z Niemcami - dodał.
- Zdaje się - powiedziałem - że ją poznali w Niemczech, a może w Alzacji?
Gospodarz ochoczo napełniał swój tylko co opróżniony kieliszek, ale nagle przerwał i
spojrzał na mnie z rozdziawionymi ustami.
- Musiała zajść jakaś pomyłka! - wykrzyknął. - Widocznie chodzi panu o moją
pierwszą żonę. Warwara Mitrofanna nie była nigdzie poza Paryżem... oczywiście z wyjątkiem
Rosji... a przyjechała tu z Sewastopola przez Marsylię.
Wypił do dna i zaczął się śmiać.
- Niezły numer - powiedział, przyglądając mi się z ciekawością. - Czy myśmy już się
kiedyś spotkali? Znał pan osobiście moją pierwszą?
Pokręciłem głową.
- No to ma pan szczęście - zawołał. - Cholerne szczęście. A ci pańscy Niemcy kazali
panu czerpać wodę sitem, bo nigdy jej pan nie znajdzie.
- Czemu? - spytałem, coraz bardziej zaintrygowany.
- Bo wkrótce po separacji, czyli wiele lat temu, zupełnie straciłem ją z oczu. Ktoś
widział ją w Rzymie, kto inny w Szwecji... ale nawet i tego nie jestem pewien. Może jest w
tym mieście, a może w piekle. Mnie to nic nie obchodzi.
- I w żaden sposób nie umie mi pan doradzić, jak jej szukać?
- W żaden.
- A przez wspólnych znajomych?
- To byli jej znajomi, nie moi - odparł, wzdrygając się.
- Nie ma pan na przykład jej fotografii?
- Niech no mi pan powie, do czego to wszystko zmierza? Policja jej szuka? Bo wie
pan, wcale bym się nie zdziwił, gdyby się okazała szpiegiem na międzynarodową skalę. Jak
Mata Hari! To jej typ. Absolutnie! A poza tym... No, nie jest to dziewczyna, którą łatwo
zapomnieć, jak już człowiekowi wejdzie w krew. Wyssała mnie do cna, i to w niejednym
znaczeniu. Straciłem przez nią... na przykład pieniądze i duszę. Byłbym ją zabił... gdyby nie
Anatol.
- A kto to taki?
- Anatol? Aaa, to tutejszy kat. Gość z gilotyną. Więc jednak nie jest pan z policji.
Prawda? Ostatecznie, pańska sprawa. Ale ona naprawdę doprowadzała mnie do szału. Wie
pan, poznałem ją w Ostendzie, musiało to być, zaraz, w dwudziestym siódmym... miała
dwadzieścia lat, nie, nawet mniej. Wiedziałem, że jest kochanką innego i tak dalej, ale było
mi wszystko jedno. Według niej życie polegało na tym, żeby pić koktajle, jadać ogromne
kolacje o czwartej rano, tańczyć shimmy czy jak to tam wtedy nazywano, zwiedzać burdele,
bo wśród paryskich snobów akurat była taka moda, kosztownie się ubierać i robić piekło w
hotelach, jeśli jej się wydało, że pokojówka ukradła drobne, które potem sama znajdowała w
łazience... To, i cała reszta... znajdzie ją pan w pierwszej lepszej tandetnej powieści, bo to taki
typ, po prostu typ. Uwielbiała wymyślić sobie co jakiś czas rzadką chorobę, pojechać do
sławnego kurortu i...
- Chwileczkę - wtrąciłem. - Tu mnie pan zaciekawia. W czerwcu dwudziestego
dziewiątego była sama w Blaubergu.
- Zgadza się, ale to był już sam schyłek naszego małżeństwa. Mieszkaliśmy wtedy w
Paryżu i wkrótce potem byliśmy już w separacji. Przez następny rok pracowałem w fabryce w
Lyonie. Wie pan, zostałem bez grosza.
- Chce pan przez to powiedzieć, że w Blaubergu poznała jakiegoś mężczyznę?
- Nie, nic o tym nie wiem. Widzi pan, nie przypuszczam, żeby ona rzeczywiście jakoś
poważnie mnie zdradzała, właściwie to chyba nie, wie pan, raczej nie szła na całego...
przynajmniej starałem się tak myśleć, bo zawsze kręciły się przy niej stada mężczyzn, a ona
pewnie dawała się całować, ale gdybym sobie pozwolił dłużej nad tym przemyśliwać, po
prostu bym zwariował. Pamiętam, że raz...
- Najmocniej przepraszam - wtrąciłem znowu. - Jest pan pewien, że nigdy pan nie
słyszał o Angliku, z którym się przyjaźniła?
- O Angliku? Zdawało mi się, że wspomniał pan o Niemcach. Nie, nie wiem nic na ten
temat. Gdzieś chyba w dwudziestym ósmym w Ste Maxime był pewien młody Amerykanin,
który prawie mdlał za każdym razem, kiedy Ninka z nim tańczyła... zresztą jacyś Anglicy też
mogli się trafić, w Ostendzie albo gdzie indziej, ale niech mi pan wierzy, nigdy nie
zawracałem sobie głowy narodowością jej wielbicieli.
- Więc jest pan pewien, że nigdy pan nie słyszał o Blaubergu ani... ani o tym, co się
działo później?
- Nie - odparł. - Nie sądzę, żeby ktoś ją tam zainteresował. Widzi pan, przechodziła
wtedy przez jedną z tych swoich niby chorobowych faz... jadała wyłącznie lody cytrynowe i
ogórki, mówiła o śmierci, nirwanie i różnych takich... miała słabość do Lhasy, rozumie pan...
- Jak dokładnie brzmiało jej nazwisko? - spytałem.
- No, kiedy ją poznałem, nazywała się Nina Turowiec, ale czy... Nie, chyba jej pan nie
znajdzie. Prawdę mówiąc, często mi się wydaje, że nigdy nie istniała. Opowiedziałem o niej
Warwarze Mitrofannie, a ona mi na to, że miałem po prostu niedobry sen po niedobrym
filmie. Och, chyba pan jeszcze nie wychodzi? Ona wróci lada chwila... - Spojrzał na mnie i
wybuchnął śmiechem (zdawało mi się, że wypił trochę za dużo koniaku).
- Aaa, zapomniałem - powiedział. - Przecież to nie tej pan szuka. A tak przy okazji -
dodał - to papiery mam w idealnym porządku. Mogę panu pokazać swoją carte de travail. A
jeśli pan ją jednak znajdzie, chciałbym z nią się zobaczyć, nim pójdzie do więzienia. Chociaż
może lepiej nie.
- No cóż, dziękuję za rozmowę - rzekłem, gdy nieco zbyt entuzjastycznie ściskaliśmy
sobie dłonie: najpierw w pokoju, potem w korytarzu i wreszcie w samych drzwiach.
- To ja panu dziękuję - zawołał Pal Palicz. - Wie pan, nawet dosyć lubię o niej
rozmawiać. Szkoda, że nie zachowałem ani jednej z jej fotografii.
Przystanąłem,
namyślając
się
przez
chwilę.
Czy
aby
dostatecznie
go
wypompowałem... Ba, zawsze mogę złożyć mu jeszcze jedną wizytę... A czy w którymś
ilustrowanym czasopiśmie o samochodach, futrach, psach i modzie z Riwiery nie znalazłoby
się jakieś zdjęcie, zrobione przypadkiem? Spytałem go o to.
- Możliwe - powiedział. - Możliwe. Dostała kiedyś nagrodę na balu kostiumowym, ale
nie pamiętam, gdzie to było. W tamtych czasach zdawało mi się, że wszystkie miasta składają
się wyłącznie z restauracji i sal balowych.
Potrząsnął głową, śmiejąc się hałaśliwie, i zatrzasnął drzwi. Schodząc na dół minąłem
wuja Czarnego, który wraz z chłopczykiem wolno piął się po schodach.
- Był sobie raz - mówił - kierowca wyścigowy, co miał wiewióreczkę. No i pewnego
dnia...
16
W pierwszym odruchu stwierdziłem, że mam wreszcie to, czego szukałem - że wiem
przynajmniej, kim była kochanka Sebastiana; wnet jednak ostygłem w swym zapale. „Czyż
mogła to być ta właśnie kobieta, pierwsza żona tego gaduły?”, zastanawiałem się, gdy
taksówka wiozła mnie pod kolejny adres. Czy warto iść za tym prawdopodobnym, aż nazbyt
prawdopodobnym tropem? Czy obraz, który nakreślił przede mną Pal Palicz, nie był zanadto
oczywisty? Kapryśna wietrznica rujnuje życie głupca. Ale czy Sebastian był głupcem?
Przywołałem w pamięci jego odrazę wobec oczywistego zła i oczywistego dobra; wobec
taśmowo produkowanych form przyjemności i wyświechtanych form cierpienia. Tego typu
dziewczyna z miejsca zaczęłaby go drażnić. Bo i o czym mógłby z nią rozmawiać, gdyby w
ogóle zdołała zadzierzgnąć znajomość z cichym, nietowarzyskim, roztargnionym Anglikiem z
Hotelu Beaumont? Niechby tylko wyjawiła, co myśli, na pewno by jej zaczął unikać.
Twierdził - wiem to na pewno - że ostre dziewczyny są tępe na umyśle, a nie ma nic
nudniejszego niż ładna, lubiąca się bawić kobieta; mało tego: przyjrzawszy się uważnie
choćby najpiękniejszej dziewczynie, gdy wydziela samą śmietankę pospolitości, nie sposób
nie dostrzec w jej urodzie jakiejś maleńkiej skazy, będącej odpowiednikiem jej nawyków
myślowych. Nie byłby może od tego, żeby czasem odgryźć kąsek z jabłka grzechu, bo samo
pojęcie grzeszności nie obchodziło go nic a nic - wyjąwszy jedynie błędy składniowe; nie
znosił natomiast jabłkowej galaretki, zakonserwowanej i opatentowanej. Mógłby pewnie
wybaczyć kobiecie skłonność do flirtu, ale nie ścierpiałby pozorów tajemniczości. Może by
go ubawiła dzioucha upita piwem, lecz nie miałby pobłażania, gdyby jakaś grande cocotte
napomknęła, iż haszyszu łaknie. Im dłużej myślałem, tym mniej wydawało mi się
prawdopodobne, że to właściwy ślad... W każdym razie nie powinienem zawracać sobie
głowy tą dziewczyną, póki nie sprawdzę dwóch pozostałych możliwości.
Krokiem pełnym zapału wmaszerowałem więc w progi majestatycznego domostwa (w
bardzo szykownej dzielnicy), przed którym zatrzymała się taksówka. Służąca oświadczyła, że
Madame nie ma w domu, lecz widząc moje rozczarowanie kazała mi zaczekać, po chwili zaś
wróciła z propozycją, żebym został, jeśli mam ochotę, i porozmawiał z przyjaciółką Madame
von Graun - Madame Lecerf. Ta okazała się drobną młodą kobietą o bladej twarzy i
ciemnych, gładko przyczesanych włosach. Pomyślałem, że chyba nigdy w życiu nie
widziałem tak równomiernie bladej cery; Madame Lecerf miała na sobie czarną sukienkę ze
stójką, a w ręce trzymała długą czarną cygarniczkę.
- A więc chciałby się pan widzieć z moją przyjaciółką? - spytała; wydało mi się, że z
jej słów, wypowiedzianych krystalicznie czystą francuszczyzną, bije zachwycająca,
staroświecka uprzejmość.
Przedstawiłem się.
- Tak - powiedziała. - Widziałam pańską wizytówkę. Jest pan Rosjaninem, prawda?
- Przyszedłem - zacząłem - z ogromnie delikatną sprawą. Ale proszę mi najpierw
powiedzieć, czy słusznie się domyślam, że Madame Graun jest moją rodaczką?
- Mais oui, elle est tout ce qu’il y a de plus russe - odparła miękkim głosem, w którym
brzmiały dzwoneczki. - Jej mąż był Niemcem, ale mówił także po rosyjsku.
- Aaa - powiedziałem. - Miło mi słyszeć ten czas przeszły.
- Może być pan ze mną zupełnie szczery - rzekła Madame Lecerf. - Przyznam, że
dosyć lubię delikatne sprawy.
- Jestem krewnym - podjąłem - angielskiego pisarza, Sebastiana Knighta, nie żyjącego
od dwóch miesięcy; próbuję opracować jego biografię. Miał on bliską przyjaciółkę, którą
poznał w Blaubergu, gdzie przebywał w 1929 roku. Usiłuję ją odnaleźć. To z grubsza rzecz
biorąc wszystko.
- Quelle drôle d'histoire! - zawołała. - Ależ dziwna historia. I co chciałby pan od niej
usłyszeć?
- Och, cokolwiek zechce mi powiedzieć... Ale czy z tego wynika... Mam rozumieć, że
Madame Graun jest osobą, o którą mi chodzi?
- Niewykluczone - odparła. - Chociaż nie pamiętam, żebym kiedykolwiek słyszała z
jej ust to akurat nazwisko... Jakżeż ono brzmiało?...
- Sebastian Knight.
- Nie, nie pamiętam. Ale i tak możliwe, że to ona. Gdziekolwiek się zatrzymuje,
zawsze z kimś się zaprzyjaźnia. Il va sans dire - dodała - że powinien pan osobiście z nią
porozmawiać. O, na pewno wyda się panu urocza. Ale jaka to dziwna historia - powtórzyła,
patrząc na mnie z uśmiechem. - Dlaczego musi pan pisać o nim książkę i jak to się stało, że
nie zna pan nazwiska tej kobiety?
- Sebastian Knight był człowiekiem dość skrytym - wyjaśniłem. - A listy od tej damy,
które zachował... Widzi pani, życzył sobie, żeby je spalono po jego śmierci.
- Słusznie - rzekła radosnym tonem. - Doskonale go rozumiem. Oczywiście, listy
miłosne należy palić. Przeszłość to taki szlachetny opał. Chciałby pan może wypić filiżankę
herbaty?
- Nie - odparłem. - Chciałbym natomiast wiedzieć, kiedy będę mógł się zobaczyć z
Madame Graun.
- Niebawem - powiedziała Madame Lecerf. - Akurat nie ma jej w Paryżu, ale myślę,
ż
e jutro mógłby pan znowu wstąpić. Właśnie, tak chyba będzie najlepiej. Ona może wrócić
nawet dziś wieczór.
- Zechce mi pani coś więcej o niej powiedzieć? - spytałem.
- Nic trudnego - rzekła Madame Lecerf. - Jest niezłą śpiewaczką... wie pan, pieśni
cygańskie, mniej więcej ten styl. Jest niezwykle piękna. Elle fait des passions. Przepadam za
nią i kiedy tylko jestem w Paryżu, mieszkam u niej. Zresztą stoi tu jej zdjęcie.
Wolno, bezszelestnie przeszła przez wyłożony puszystym dywanem salonik i zdjęła z
fortepianu dużą fotografię w ramce. Przez chwilę wpatrywałem się w twarz niezwykłej urody,
na wpół odwróconą ku tyłowi. Miękki owal policzka i mknąca skosem ku górze widmowa
brew wydały mi się wybitnie rosyjskie. Na dolnej powiece widać było lekki poblask, na
pełnych, ciemnych wargach takoż. W wyrazie twarzy dostrzegłem przedziwną mieszankę
rozmarzenia i sprytu.
- Tak - powiedziałem. - Tak...
- A co, czy to ona? - dociekliwie spytała Madame Lecerf.
- Możliwe - odparłem. - Wiele sobie obiecuję po spotkaniu z nią.
- Spróbuję sama się dowiedzieć - powiedziała Madame Lecerf uroczo spiskowym
tonem. - Bo widzi pan, moim zdaniem znacznie uczciwiej jest pisać książki o ludziach,
których się zna, niż robić z nich siekaninę, a potem przedstawiać ją jako coś, co samemu się
wymyśliło!
Podziękowałem jej i, jak mówią Francuzi, wykonałem swoje adieux. Miała wyjątkowo
małą dłoń, którą niechcący za mocno ścisnąłem; Madame Lecerf skrzywiła się z bólu, bo na
ś
rodkowym palcu nosiła duży pierścień o ostrych kantach. Mnie także trochę zabolało.
- Jutro o tej samej porze - powiedziała śmiejąc się łagodnie. Miła, spokojna osoba,
spokojnie wzruszająca.
Jak dotąd niczego się nie dowiedziałem, czułem jednak, że robię postępy. Należało
jeszcze uspokoić sumienie w związku z Lydią Bohemsky. Kiedy się zgłosiłem pod posiadany
adres, konsjerż powiedział mi, że ta pani wyprowadziła się przed kilkoma miesiącami.
Wydawało mu się, że zamieszkała w hoteliku naprzeciwko. Tam oznajmiono mi, że wyniosła
się przed trzema tygodniami i mieszka na drugim końcu miasta. Spytałem mego informatora,
czy jego zdaniem jest to Rosjanka. Powiedział, że owszem.
- Przystojna szatynka? - podsunąłem, stosując stary fortel Sherlocka Holmesa.
- Zgadza się - rzekł, trochę mnie zniechęcając (prawidłowa odpowiedź winna brzmieć:
Ależ skąd, szpetna blondynka). Po pół godzinie wszedłem do ponurego domu w pobliżu
więzienia Sante. Kiedy zadzwoniłem, drzwi otworzyła tłusta podstarzała kobieta o
zaondulowanych jaskrawopomarańczowych włosach i obwisłych fioletowych policzkach, z
jakimś ciemnym puchem nad umalowaną wargą.
- Czy zastałem Mademoiselle Lydię Bohemsky? - spytałem.
- C’est moi - odparła ze straszliwie rosyjskim akcentem.
- To ja pójdę po rzeczy - mruknąłem i czym prędzej opuściłem jej dom. Czasem sobie
myślę, że może ona dalej stoi w drzwiach.
Kiedy nazajutrz odwiedziłem mieszkanie Madame von Graun, pokojówka
wprowadziła mnie do innego pokoju; był to rodzaj buduaru, który robił, co mógł, żeby
wyglądać uroczo. Już poprzedniego dnia odczułem panujący w tych wnętrzach upał, a
ponieważ na dworze była wprawdzie wyraźna wilgoć, ale na pewno nie chłód, owa
kaloryfeeria wydawała się lekką przesadą. Długo kazano mi czekać. Na konsolce stało kilka
nienowych powieści francuskich (większość wyszła spod piór zdobywców literackich nagród)
i gruntownie zaczytany egzemplarz Księgi z San Michele doktora Axela Munthe. W
afektowanym wazonie tkwił bukiet goździków. Tu i ówdzie stały kruche bibeloty; były
pewnie ładne i kosztowne, lecz ja przez całe życie podzielałem niemal patologiczną niechęć
Sebastiana do wszystkiego, co szklane lub porcelanowe. Wymienię jeszcze - na końcu, choć
rzecz to nie najmniej ważna - coś, co udawało zwykły mebel na wysoki połysk, ja jednak
czułem, że w środku kryje się zgroza nad zgrozami: radio. Rozważywszy liczne za i przeciw
należało wszelako uznać Helenę von Graun za osobę „kulturalną i obdarzoną dobrym
smakiem”.
Drzwi otworzyły się wreszcie i moja rozmówczyni z poprzedniego dnia wsunęła się
boczkiem - powiadam „boczkiem”, wchodząc oglądała się bowiem za siebie, nieco schylając
głowę, i przemawiała do jakiegoś stworzenia, które okazało się czarnym buldogiem o żabim
pysku; pies rzęził na progu, nie bardzo mając ochotę wejść do pokoju.
- Proszę pamiętać o moim szafirze - powiedziała dama, podając mi drobną, zimną
dłoń. Usiadła na niebieskiej kanapie i wciągnęła za sobą ciężkiego buldoga.
- Viens, mon vieux - wysapała. - Viens. Usycha z tęsknoty za Heleną - dodała, kiedy
zwierzę legło wygodnie wśród poduszek. - Taka szkoda, wie pan, spodziewałam się jej dziś
rano, ale zadzwoniła z Dijon i powiedziała, że wróci dopiero w sobotę [był zaś wtorek].
Okropnie mi przykro. Nie wiedziałam, gdzie pana łapać. Bardzo pan rozczarowany? -
Spojrzała na mnie, złożywszy podbródek na splecionych dłoniach; spiczaste łokcie ciasno
opięte aksamitem oparła na kolanach.
- No cóż - odrzekłem. - Jeśli opowie mi pani coś więcej o Madame Graun, może dam
się pocieszyć.
Sam nie wiem czemu, atmosfera tego mieszkania skłaniała mnie do afektacji w mowie
i w gestach.
- Poza tym - oznajmiła kobieta, unosząc palec zakończony spiczastym paznokciem -
J'ai une petite surprise pour vous. Ale najpierw wypijemy herbatę.
Zrozumiałem, że tym razem nie uniknę herbacianej farsy; pokojówka wtoczyła już
stolik na kółkach, na którym stał lśniący serwis.
- Postaw go tam, Jeanne - poleciła Madame Lecerf. - Tak, teraz dobrze.
- Musi mi pan powiedzieć możliwie najwyraźniej - rzekła, zwracając się do mnie - tout
ce que vous croyez raisonnable de demander à une tasse de thé. Podejrzewam, że chciałby
pan do niej trochę śmietanki, skoro mieszkał pan przez jakiś czas w Anglii. Wie pan, że nawet
wygląda pan na Anglika.
- Wolę wyglądać na Rosjanina - powiedziałem.
- Niestety, chyba nie znam żadnych Rosjan, oczywiście prócz Heleny. Te herbatniki
wydają mi się dosyć zabawne.
- Więc co to za niespodzianka?
Miała ten dziwny zwyczaj, że uważnie wpatrywała się w rozmówcę, ale nie w jego
oczy, tylko w dolną partię twarzy: myślałby kto, że przyczepił się tam jakiś okruch czy
paproch, który należało obetrzeć. Była jak na Francuzkę bardzo dyskretnie umalowana, a jej
przezroczysta skóra i ciemne włosy ogromnie mi się podobały.
- Aaaa! - powiedziała. - Spytałam ją o coś, kiedy zadzwoniła, a ona... - zawiesiła głos i
chyba delektowała się przez chwilę moim zniecierpliwieniem.
- Odpowiedziała - wtrąciłem - że moje nazwisko nic jej nie mówi.
- Nie - rzekła Madame Lecerf. - Tylko się roześmiała, ale ja już znam ten jej śmiech.
Zdaje się, że wstałem i zacząłem się przechadzać po pokoju.
- Ha - powiedziałem wreszcie. - Nie bardzo jest tu z czego się śmiać, prawda? Czy ona
nie wie, że Sebastian Knight nie żyje?
Madame Lecerf zamknęła ciemne aksamitne oczy w milczącym „tak” i znów spojrzała
na mój podbródek.
- Widziała ją pani ostatnio? Czy widziała ją pani w styczniu, kiedy w gazetach pisano
o jego śmierci? Nie było jej go żal?
- Niech pan posłucha, przyjacielu. Jest pan dziwnie naiwny - rzekła Madame Lecerf. -
Istnieje wiele rodzajów miłości i wiele rodzajów smutku. Przyjmijmy, że Helena jest osobą,
której pan szuka. Skąd możemy wiedzieć, czy kochała go aż tak, żeby jego śmierć nią
wstrząsnęła? A jeśli istotnie go kochała, ale ma na temat śmierci jakieś szczególne poglądy,
wykluczające histerię? Cóż my w ogóle wiemy o takich rzeczach? To jej osobista sprawa.
Sama pewnie wszystko panu powie, ale jak dotąd nie zasłużyła na to, żeby jej ubliżać.
- Ależ ja jej nie ubliżam - zawołałem. - Przepraszam, jeżeli byłem niesprawiedliwy.
Proszę mi dalej o niej opowiadać. Dawno ją pani zna?
- Och, w ostatnich latach rzadko ją widywałam, dopiero w tym roku częściej... wie
pan, ona wciąż podróżuje... ale chodziłyśmy do jednej szkoły... tu, w Paryżu. Jej ojcem był,
zdaje się, pewien malarz rosyjski. Była bardzo młoda, kiedy wyszła za tego durnia.
- Jakiego durnia? - rzuciłem pytanie.
- Swego męża, kogóż by innego? Mężowie to przeważnie durnie, ale ten był hors
concours. Długo to nie potrwało, no i całe szczęście. Proszę zapalić mojego. - Podała mi także
zapalniczkę. Buldog warknął przez sen. Posunęła się na kanapie i podwinęła nogi, robiąc mi
miejsce. - Pan chyba niedużo wie o kobietach, prawda? - spytała, gładząc się po pięcie.
- Interesuje mnie tylko jedna - odparłem.
- A ile ma pan lat? - ciągnęła. - Dwadzieścia osiem? Zgadłam? Nie? O, to jest pan
starszy ode mnie. Ale mniejsza z tym. O czym to ja mówiłam?... Wiem o niej to i owo... Z
niektórych spraw sama mi się zwierzyła, resztę pozbierałam tu i ówdzie. Jedyny mężczyzna,
którego naprawdę kochała, był żonaty. Działo się to, zanim sama wyszła za mąż, a trzeba
panu wiedzieć, że była wtedy ledwie dziewuszką... znudziła mu się, czy jakoś tak... Potem
miała parę romansów, ale właściwie bez znaczenia. Un coeur de femme ne ressuscite jamais.
Jeszcze później zdarzyła jej się pewna historia, i tę opowiedziała mi w całości. Dosyć smutno
to brzmiało.
Zaśmiała się. Miała małe blade usta i trochę za duże zęby.
- Zrobił pan taką minę, jakby to pańską wybraną była moja przyjaciółka - rzekła
kpiąco. - Ano właśnie, chciałam pana spytać, jak pan w ogóle trafił pod ten adres... Co pana
skłoniło, żeby szukać akurat Heleny?
Powiedziałem jej o czterech adresach zdobytych w Blaubergu. Wymieniłem nazwiska.
- Coś nadzwyczajnego - zawołała. - To dopiero energia! Voyez vous ca! I pojechał pan
do Berlina? To była śydówka? Przepyszna historia! I tamte dwie też pan odnalazł?
- Widziałem jedną - powiedziałem - i to mi wystarczyło.
- Którą? - spytała w napadzie niepohamowanej wesołości. - Którą? Tę jakąś Rechnoy?
- Nie - odparłem. - Jej mąż ożenił się po raz drugi, a ona znikła bez śladu.
- Jest pan uroczy, po prostu uroczy - powiedziała Madame Lecerf, ocierając oczy i
wybuchając nową falą śmiechu. - Już widzę, jak pan tam wpada i staje oko w oko z dwojgiem
niewinnych ludzi. Och, nigdy w życiu nie słyszałam tak śmiesznej historii. Jego żona zrzuciła
pana ze schodów czy coś w tym rodzaju?
- Zmieńmy temat - rzekłem dość szorstko. Miałem już dość wesołości tej dziewczyny.
Traktowała ona niestety pożycie małżeńskie z typowo francuskim poczuciem humoru, które
kiedy indziej może by mi się nawet podobało; teraz jednak czułem, że podchodząc do moich
dociekań w sposób tak nonszalancko nieprzyzwoity, trochę lekceważy pamięć Sebastiana.
Uczucie to narastało i nagle pomyślałem, że może całe to przedsięwzięcie jest nieprzyzwoite,
a ja, niezdarnie tropiąc widmo, zaprzepaściłem wszelką szansę, iż wyrobię sobie jakikolwiek
obraz ostatniej miłości Sebastiana. A może i jego wyobraźnię połechtałaby groteskowa strona
pielgrzymki, którą dlań podjąłem? Czy przedmiot biografii dostrzegłby w niej ową
szczególną „kreskę Knighta”, wynagradzając w ten sposób biografowi wszelkie potknięcia i
upadki?
- Proszę mi wybaczyć - powiedziała Madame Lecerf, kładąc lodowatą dłoń na mojej i
patrząc na mnie spod nachylonego czoła. - Wie pan, nie trzeba być aż tak drażliwym.
Szybko wstała i podeszła do mahoniowego sprzętu w kącie pokoju. Kiedy się
pochyliła, spojrzałem na jej szczupłe, dziewczęce plecy - i nagle odgadłem, co ma zamiar
zrobić.
- Nie, tylko nie to, na miłość boską! - krzyknąłem.
- Nie? - spytała. - Myślałam, że może odrobina muzyki ukoi pańskie nerwy i w ogóle
stworzy klimat w sam raz dla tej rozmowy. Nie? No cóż, jak pan chce.
Buldog otrząsnął się i ułożył z powrotem.
- No właśnie - rzekła Madame Lecerf tonem przymilnie nadąsanym.
- Miała mi pani coś powiedzieć - przypomniałem jej.
- Tak - odparła i znowu usiadła obok mnie, podwijając nogę i równocześnie
obciągając rąbek spódnicy. - Tak. Widzi pan, nie wiem, kim był ten mężczyzna, ale z jej
opowiadań zrozumiałam, że należał do mężczyzn trudnych. Lubiła na niego patrzeć, miał
ładne ręce i sposób mówienia, pomyślała więc, że zabawnie byłoby go w sobie rozkochać...
bo widzi pan, wyglądał na wielkiego intelektualistę, a to zawsze miła rozrywka, kiedy taki
wyrafinowany mózgowiec, co to do wszystkiego ma dystans, zaczyna nagle łazić na
czworakach i merdać ogonem. Co się znowu stało, cher Monsieur?
- Na miłość boską, o czym pani mówi? - zawołałem. - Kiedy... kiedy i gdzie
wydarzyła się ta... ta historia?
- Ah non mer ci, je ne suis pas le calendrier de mon amie. Vous ne voudriez pas! Nie
zawracałam sobie głowy tym, żeby ją wypytywać o daty i nazwiska, a jeśli nawet sama mi je
zdradziła, zdążyłam już zapomnieć. Proszę o nic więcej nie pytać: mówię panu to, co wiem, a
nie to, czego chciałby pan się dowiedzieć. Nie sądzę, żeby chodziło o pańskiego krewnego.
Taki był do pana niepodobny... ja oczywiście tylko porównuję to, co ona mi opowiedziała, z
tym, co pan mi zdążył zademonstrować. W panu jest tyle entuzjazmu i taki z pana miły
chłopak - a o nim wszystko można by powiedzieć, tylko nie to, że był miły... zrobił się po
prostu podły, kiedy poczuł, że się zakochuje w Helenie. O, wcale się nie zmienił w
sentymentalnego szczeniaka, tak jak się spodziewała. Oznajmił jej z goryczą, że jest kobietą
tanią i próżną, a potem ją pocałował, żeby się przekonać, czy aby nie ma do czynienia z
porcelanową figurką. Porcelanowa to ona nie była, i wkrótce stwierdził, że nie może bez niej
ż
yć, natomiast ona uznała, że już dosyć się nasłuchała jego relacji z własnych snów, snów w
snach i snów w snach ze snów. Proszę zauważyć, że nikogo tu nie potępiam. Może oboje
mieli rację, a może żadne - ale wie pan, moja przyjaciółka niezupełnie była tą pospolitą ko-
bietą, za którą tamten ją brał... o nie, była kimś zupełnie innym i wiedziała trochę więcej o
ż
yciu, o śmierci i o ludziach, aniżeli on we własnym przekonaniu wiedział. Widzi pan, należał
do tych mężczyzn, co to wszystkie współczesne książki uważają za szmirę, a całą
współczesną młodzież za bandę durni, tylko dlatego że nie mogą zrozumieć cudzych doznań
ani poglądów, bo zanadto są zaprzątnięci własnymi. Jego gusta i kaprysy to podobno coś
wręcz niewyobrażalnego, a jak się wyrażał o religii... to chyba musiało być okropne. A moja
przyjaciółka, wie pan, jest - a raczej była - bardzo wesoła, tres vive, i w ogóle, ale czuła, że
natychmiast się starzeje i gorzknieje, ilekroć on się pojawia. Bo wie pan, nigdy długo u niej
nie zostawał: przychodził à l'improviste, klapnąwszy na puf kładł dłonie w rękawiczkach na
gałce laski - i ponuro patrzył przed siebie. Wkrótce zaprzyjaźniła się z innym mężczyzną. Ten
nowy ją ubóstwiał, okazywał jej znacznie więcej zainteresowania, dobroci i troski niż
człowiek, którego mylnie bierze pan za swego brata (proszę się tak nie marszczyć), ale ona o
ż
adnego nie dbała, a kiedy się czasem u niej spotkali, to tyle sobie okazywali uprzejmości, że
podobno można było boki zrywać. Lubiła podróże, ale skoro tylko znalazła jakieś naprawdę
miłe miejsce, gdzie mogłaby zapomnieć o zmartwieniach i w ogóle o wszystkim, on znów
psuł krajobraz, bo nagle siadał przy jej stoliku na tarasie i zaczynał mówić, jaka jest próżna i
tania, a on żyć bez niej nie może. Kiedy indziej potrafił wygłosić długą mowę wobec jej
przyjaciół - wie pan, des jeunes gens qui aiment à rigoler - długi i mętny wykład o kształcie
popielniczki albo o barwie czasu... no i w końcu zostawał sam: siedział na krześle i tylko się
głupio uśmiechał albo mierzył sobie puls. Byłaby szkoda, gdyby rzeczywiście okazał się
pańskim krewnym, bo ona chyba zachowała niezbyt miłe souvenir z tamtych dni. Twierdzi,
ż
e stał się wreszcie zupełnym utrapieniem i już nawet dotknąć mu się nie pozwalała, bo kiedy
się podniecił, to zaraz dostawał jakiegoś ataku czy czegoś w tym rodzaju. Aż któregoś dnia
wiedząc, że on przyjedzie wieczornym pociągiem, poprosiła pewnego młodego człowieka,
gotowego zrobić wszystko, byle jej sprawić przyjemność, otóż poprosiła, żeby wyszedł
tamtemu na spotkanie i powiedział, że ona nie chce go nigdy więcej widzieć na oczy, a jeśli
będzie próbował z nią się zobaczyć, zostanie uznany przez jej przyjaciół za natręta i
odpowiednio potraktowany. Chyba niezbyt ładnie postąpiła, ale uważała, że na dłuższą metę
tak będzie dla niego lepiej. No i udało się. Przestał jej nawet przysyłać te swoje błagalne listy,
których zresztą i tak nigdy nie czytała. Nie, naprawdę nie sądzę, żeby mógł być pańskim
krewnym. Jeżeli tyle panu opowiadam, to tylko po to, żeby namalować portret Heleny, a nie
jej kochanków. Była taka pełna życia, słodka dla wszystkich, tryskająca tą vitalité joyeuse qui
est, d'ailleurs, tout - à - fait conforme à une philosophie innée, à un sens quasi - religieux des
phénomènes de la vie. I co z tego wynikło? Wszyscy mężczyźni, którzy jej się podobali,
straszliwie ją zawiedli, kobiety z bardzo nielicznymi wyjątkami okazały się zwykłymi
plotkarami i w sumie spędziła najlepsze lata dążąc do szczęścia w świecie, który ze
wszystkich sił starał się ją złamać. No cóż, kiedy ją pan pozna, sam się pan przekona, czy
ś
wiatu się udało.
Milczeliśmy przez dość długą chwilę. Niestety, nie miałem już cienia wątpliwości,
choć Sebastian wypadał w tej historii koszmarnie; pamiętałem jednak, że jest to portret z
drugiej ręki.
- Tak - powiedziałem. - Muszę się z nią zobaczyć, za wszelką cenę. Z dwóch
powodów. Po pierwsze chcę jej zadać jedno pytanie, jedno jedyne. Po drugie...
- Tak? - rzekła Madame Lecerf, upiwszy łyczek wystygłej herbaty. - Po drugie?
- Po drugie w żaden sposób nie umiem sobie wyobrazić, czym taka kobieta mogła
przyciągnąć mojego brata, więc muszę ją zobaczyć na własne oczy.
- Chce pan powiedzieć, że wydała się panu straszna, niebezpieczna? Une femme
fatale? Bo wie pan, to nie byłaby prawda. Jest poczciwa z kościami.
- Ależ skąd. Ani straszna, ani niebezpieczna. Może sprytna i tak dalej, ale... Nie, sam
ją muszę zobaczyć.
- Kto dożyje, ten zobaczy - stwierdziła Madame Lecerf. - Niech pan posłucha. Mam
propozycję. Jutro wyjeżdżam. Jeżeli wpadnie pan tu w sobotę, Helena może być w takim
pośpiechu - bo ona stale dokądś pędzi - że odłoży spotkanie z panem na następny dzień
zapominając, że wtedy z kolei wyjeżdża na tydzień do mojej wiejskiej posiadłości. Czyli
znowu pan się z nią minie. Inaczej mówiąc, najlepiej chyba byłoby, gdyby pan także mnie
odwiedził. W ten sposób na pewno się spotkacie. Proponuję więc, żeby pan przyjechał w
niedzielę rano i został, jak długo pan zechce. Mamy cztery pokoje gościnne, więc myślę, że
będzie panu wygodnie. A poza tym, wie pan, jeśli sama z nią najpierw troszkę porozmawiam,
wprawię ją w odpowiedni nastrój do rozmowy z panem. Eh bien, êtes - vous d'accord?
17
„Ciekawa historia”, pomyślałem: coś w rodzaju podobieństwa rodzinnego łączyło
Ninę Rechnoy i Helenę von Graun - a przynajmniej ich portrety, namalowane na mój użytek
przez męża jednej i przyjaciółkę drugiej. Nie bardzo było jak wybrać między tymi dwiema:
Nina płytka i urokliwa, Helena szczwana i twarda; obie niestałe, a żadna z nich w moim
guście - ani też, jak sobie wyobrażałem, w guście Sebastiana. Przez chwilę zastanowiłem się,
czy się znały w Blaubergu: tworzyłyby dosyć dobrany tandem - przynajmniej teoretycznie; w
rzeczywistości pewnie by na siebie syczały i pluły. Z drugiej jednak strony mogłem teraz
całkowicie porzucić trop Madame Rechnoy - co uczyniłem z wielką ulgą. Niepodobna, żeby
to, co ta młoda Francuzka opowiedziała mi o swojej przyjaciółce, okazało się dziełem
zwykłego przypadku. Pominąwszy emocje, których doznawałem słuchając, jak traktowano
Sebastiana, musiałem przecież czuć satysfakcję na myśl, że moje dociekania pomału
zmierzają do końca i że oszczędzono mi niewykonalnej pracy, jaką byłoby wydobycie -
choćby spod ziemi - pierwszej żony Pala Palicza, ta bowiem równie dobrze mogła siedzieć w
więzieniu w Los Angeles.
Wiedziałem, że stoję w obliczu ostatniej szansy, toteż pragnąc mieć pewność, że dotrę
do Heleny von Graun, zdobyłem się na niezmierny wysiłek i napisałem do niej na paryski
adres, tak aby po powrocie zastała w domu mój list. Był on całkiem krótki: powiadamiałem ją
tylko, że bawię w gościnie u jej przyjaciółki w Lescaux, przyjąłem zaś to zaproszenie
wyłącznie z myślą o spotkaniu z nią; dodałem, że chcę omówić pewną ważną sprawę natury
literackiej. W ostatnim zdaniu trochę minąłem się z prawdą, ale dodałem je na przynętę.
Niezupełnie zrozumiałem, czy kiedy Helena von Graun telefonowała z Dijon, przyjaciółka
wspomniała jej, że pragnę ją widzieć. Straszliwie się niepokoiłem, czy w niedzielę Madame
Lecerf nie oświadczy mi z całą uprzejmością, iż Helena zmieniła plany i pojechała do Nicei.
Wysławszy list czułem przynajmniej, że zrobiłem co w mojej mocy, aby doprowadzić do
spotkania.
Wyruszyłem o dziewiątej rano, żeby zgodnie z umową dotrzeć do Lescaux około
południa. Wsiadałem już do pociągu, kiedy doznałem wstrząsu, zdawszy sobie nagle sprawę,
ż
e po drodze przejadę przez St Damier - miejscowość, w której Sebastian umarł i został
pochowany. Do tego właśnie miasteczka podróżowałem pewnej niezapomnianej nocy. Teraz
jednak nie rozpoznałem żadnych szczegółów: gdy pociąg zatrzymał się na minutę przy
peronie w St Damier, jedynie napis na tablicy powiedział mi, że już wcześniej tam byłem.
Wszystko wydawało się takie proste, określone i stateczne w porównaniu z koślawym
wrażeniem sennym, tkwiącym w mej pamięci. A może ono też było proste i dopiero teraz się
wykoślawiło?
Poczułem dziwną ulgę, kiedy pociąg ruszył w dalszą drogę: z tą chwilą przestałem
wędrować widmowym szlakiem sprzed dwóch miesięcy. Dzień był pogodny; ilekroć pociąg
przystawał, zdawało mi się, że słyszę lekki, nierówny oddech wiosny, wciąż jeszcze ledwie
dostrzegalnej, lecz niewątpliwie obecnej: „zziębnięte baletnice czekają za kulisami” - tak
nazwał niegdyś Sebastian ten stan.
Dom Madame Lecerf był duży, ale w opłakanym stanie. Kilkanaście chorych drzew
udawało park. Z jednej strony ciągnęły się pola, z drugiej, na wzgórzu, widać było fabrykę.
Wszystko w tym miejscu wydawało się przedziwnie sfatygowane, zapuszczone i pokryte
kurzem; kiedy później się dowiedziałem, że dom ma dopiero trzydzieści parę lat, tym bardziej
zdumiała mnie rujnacja, do jakiej go doprowadzono. Idąc do głównego wejścia spotkałem
mężczyznę, który spieszył w moją stronę, zgrzytając butami po żwirze; przystanął i podał mi
rękę:
- Enchanté de vous connaître - powiedział, mierząc mnie melancholijnym
spojrzeniem. - śona oczekuje pana. Je suis navré... Muszę niestety jechać do Paryża, i to
właśnie w niedzielę.
Był to Francuz w średnim wieku, o dość pospolitym wyglądzie, zmęczonych oczach i
automatycznym uśmiechu. Znowu podaliśmy sobie ręce.
- Mon ami, spóźnisz się na pociąg - dobiegł z werandy krystaliczny głos Madame
Lecerf, a mężczyzna posłusznie ruszył truchcikiem.
Tego dnia gospodyni włożyła beżową suknię; usta miała jaskrawo umalowane, lecz
ani jej się śniło paprać czymkolwiek swą przezroczystą cerę. Słońce nadawało jej włosom
niebieskawy połysk i oto pomyślałem, że ta młoda kobieta jest właściwie bardzo ładna.
Przeszliśmy przez kilka pokojów, które tak wyglądały, jakby niezbyt zdecydowanie
podzielono między nie rolę salonu. Miałem wrażenie, że jesteśmy sami w tym
nieprzyjemnym domu, wśród plątaniny pomieszczeń. Madame Lecerf podniosła szal z obitej
zielonym jedwabiem kanapki i otuliła się nim.
- Ależ ziąb - powiedziała. - Jeżeli czegoś w życiu nienawidzę, to właśnie zimna.
Proszę zobaczyć, jakie mam lodowate ręce. Są takie przez cały rok, z wyjątkiem lata. Obiad
będzie za minutę. Niech pan siada.
- Kiedy dokładnie ona przyjeżdża? - spytałem.
- Écoutez - odrzekła Madame Lecerf. - Czy nie może pan na chwilę o niej zapomnieć i
porozmawiać o innych sprawach? Ce n’est pas très poli, vous savez. Proszę mi powiedzieć
coś o sobie. Gdzie pan mieszka i czym się pan zajmuje?
- Będzie tu po południu?
- Tak, tak, uparciuchu, Monsieur l'entêté. Przyjedzie na pewno. Proszę się tak nie
niecierpliwić. Wie pan, kobiety nie interesują się mężczyznami, którzy miewają idée fixe. Jak
się panu podobał mój mąż?
Powiedziałem, że jest chyba dużo od niej starszy.
- Poczciwina, ale straszny nudziarz - odparła ze śmiechem. - Specjalnie go wysłałam.
Dopiero rok temu wzięliśmy ślub, a ja już się czuję jak po diamentowych godach. I nie cierpię
tego domu. Okropny, prawda?
Powiedziałem, że sprawia dość staroświeckie wrażenie.
- O, to nie jest właściwe słowo. Kiedy go pierwszy raz zobaczyłam, wydawał się
nowiuteńki. Ale od tamtej pory sypie się i blaknie. Zwierzyłam się lekarzowi, że wszystkie
kwiaty prócz goździków i żonkili więdną, jeśli ich dotknę... Czy to nie dziwne?
- A cóż lekarz?
- Powiedział, że nie jest botanikiem. Z pewną księżniczką perską było tak samo jak ze
mną. Uschły przez nią całe ogrody pałacowe.
Starszawa, dość ponura pokojówka zajrzała do pokoju i ruchem głowy dała znak swej
pani.
- Proszę za mną - rzekła Madame Lecerf. - Vous devez mourir de faim, sądząc po
minie.
Zderzyliśmy się w drzwiach, bo gdy szedłem za nią, nagle się odwróciła. Wczepiła mi
się w ramię, a jej włosy musnęły mój policzek.
- Niezdara z pana, młody człowieku - powiedziała. - Zapomniałam swoich tabletek.
Kiedy je znalazła, przeszliśmy przez cały dom, szukając jadalni. W końcu do niej
trafiliśmy. Było to posępne pomieszczenie z wykuszem, który jakby w ostatniej chwili
zmienił zdanie i bez większego przekonania spróbował wrócić do pierwotnego kształtu, czyli
stać się zwyczajnym oknem. Dwie osoby weszły sunąc bezgłośnie, każda innymi drzwiami.
Jedną z nich była jakaś stara dama - domyśliłem się, że to kuzynka Monsieur Lecerfa. Jej
udział w rozmowie ograniczał się do uprzejmych mruknięć, gdyśmy sobie wzajemnie
podawali wiktuały. Drugim nowo przybyłym okazał się dość przystojny mężczyzna o
uroczystym wyrazie twarzy, z dziwnym szarym pasmem wśród rzadkich włosów blond,
ubrany w bryczesy. Przez cały obiad nie odezwał się ani słowem. Madame Lecerf
dokonywała prezentacji jednym pośpiesznym machnięciem ręki, nie zaprzątając sobie głowy
nazwiskami. Zorientowałem się, że w ogóle nie zauważa tego jegomościa, a on w dodatku
siedzi jakby na uboczu. Potrawy przyrządzone były smacznie, ale zestawione trochę bez
sensu. Za to wino podano dobre.
Kiedy wśród brzęku sztućców przebrnęliśmy przez pierwsze danie, jegomość o
włosach blond zapalił papierosa i gdzieś sobie poszedł. Po minucie wrócił z popielniczką.
Madame Lecerf, dotychczas zajęta jedzeniem, spojrzała na mnie i rzekła:
- A więc sporo pan ostatnio podróżował? Wie pan, nigdy nie byłam w Anglii... jakoś
się nie składało. To chyba nudny kraj. On doit s'y ennuyer follement, n'est - ce - - pas? No i te
mgły... I ani śladu muzyki, w ogóle żadnej sztuki... Tego królika przyrządzono według
specjalnego przepisu, myślę, że będzie panu smakował.
- Aha - wtrąciłem. - Byłbym zapomniał. Napisałem do pani przyjaciółki, żeby ją
uprzedzić o swoim tutaj pobycie i... powiedzmy, przypomnieć, że jest oczekiwana.
Madame Lecerf odłożyła nóż i widelec. Minę miała zdumioną i zagniewaną.
- Pan chyba żartuje! - wykrzyknęła.
- Ale przecież nic złego się nie stało, a może sądzi pani...
W milczeniu dokończyliśmy królika. Podano krem czekoladowy. Blondyn starannie
złożył serwetkę, wsunął ją w obrączkę, złożył naszej gospodyni lekki ukłon i się wycofał. -
Kawę wypijemy w zielonym pokoju - rzekła Madame Lecerf do służącej.
- Wściekła jestem na pana - powiedziała, kiedy usiedliśmy. - Obawiam się, że pan
wszystko popsuł.
- Czemu? Co takiego zrobiłem? - zapytałem.
Spojrzała gdzieś w bok. Jej drobne, twarde łono falowało (Sebastian napisał raz, że
coś takiego zdarza się tylko w książkach, lecz oto i dowód jego pomyłki). Błękitna żyłka na
bladej dziewczęcej szyi zdawała się pulsować (tego jednak nie jestem już pewien). Rzęsy
trzepotały. Tak, była to niewątpliwie ładna kobieta. Ciekawe, czy pochodzi z południa
Francji, pomyślałem. Może z Arles. Ale nie, akcent miała paryski.
- Urodziła się pani w Paryżu? - spytałem.
- Dziękuję - odparła, nie patrząc w moją stronę. - Po raz pierwszy spytał pan o coś, co
mnie dotyczy. Ale i tak nie odkupił pan tym swojej gafy. Większego głupstwa już nie mógł
pan zrobić. Chociaż, gdybym się postarała... Przepraszam, zaraz wrócę.
Usiadłem wygodnie i zapaliłem. W ukośnym promieniu słońca wirowały drobinki
kurzu; woluty dymu z papierosa łączyły się z nimi i krążyły w powolnych insynuacjach, jak
gdyby lada chwila miały się ułożyć w żywy obraz. Raz jeszcze przypomnę, że bynajmniej nie
jestem skłonny dręczyć tych stronic czymkolwiek, co tylko mnie osobiście dotyczy; chyba
jednak ubawię czytelnika (a kto wie, może i ducha Sebastiana) pewnym wyznaniem: otóż
przez chwilę myślałem, żeby się kochać z tą kobietą. Było to naprawdę bardzo dziwne,
zarazem bowiem mocno mnie ona irytowała - nie tyle ona, ile jej słowa. Trochę chyba
przestawałem nad sobą panować. Kiedy wróciła, otrząsnąłem się w duchu.
- No, to dopiął pan swego - powiedziała. - Heleny nie ma w domu.
- Tant mieux - odparłem. - Pewnie właśnie tu jedzie, a pani naprawdę powinna
zrozumieć to, że tak niecierpliwie oczekuję spotkania z jej przyjaciółką.
- Ale że też pan musiał do niej pisać! - krzyknęła Madame Lecerf. - Przecież pan jej
nawet nie zna. A ja obiecałam, że dziś tu będzie. Czegóż więcej mógł pan pragnąć? A jeśli mi
pan nie wierzył, jeśli chciał mnie pan sprawdzić... alors vous êtes ridicule, cher Monsieur.
- Oj, proszę pani - odrzekłem zupełnie szczerze. - Nawet mi to nie przyszło do głowy.
Po prostu pomyślałem sobie, że... że masło nie zaszkodzi owsiance, jak to my, Rosjanie,
mawiamy.
- Chyba nie przepadam za masłem... ani za Rosjanami - odparła. Cóż miałem począć?
Zerknąłem na jej rękę, spoczywającą tuż obok mojej. Dłoń drżała lekko, Madame Lecerf
miała na sobie zwiewną suknię... po krzyżu przebiegł mi dziwaczny dreszczyk, i to nie z
zimna. Powinienem może ucałować tę dłoń? Czy potrafię zachować się dwornie i nie czuć
przy tym, że poniekąd robię z siebie durnia?
Westchnęła i wstała.
- Ha, nic już się na to nie poradzi - rzekła. - Boję się, że ją pan do siebie zniechęcił i
jeśli nawet przyjedzie... no, mniejsza. Zobaczymy. Miałby pan ochotę zwiedzić naszą
posiadłość? Na dworze jest chyba cieplej niż w tym nieszczęsnym domu - que dans cette
triste demeure.
„Posiadłość” składała się z ogrodu i zagajnika, które już wcześniej spostrzegłem.
Wszędzie panowała wielka cisza. Czarne gałęzie, tu i ówdzie nabijane zielonymi ćwiekami,
zdawały się wsłuchiwać w swe życie wewnętrzne. Nad całą okolicą zawisła obmierzła
monotonia. W pewnym miejscu jakiś tajemniczy ogrodnik wykopał dół, a wybraną z niego
ziemię spiętrzył pod ceglanym murem i odszedł, zapominając o zardzewiałym szpadlu. Nie
wiedzieć czemu przypomniało mi się popełnione niedawno zabójstwo i sam zabójca, który
pogrzebał swą ofiarę w takim właśnie ogrodzie.
Madame Lecerf milczała; po chwili rzekła:
- Musiał pan być bardzo przywiązany do przyrodniego brata, skoro tak pan grzebie w
jego przeszłości. Jaką śmiercią umarł? Samobójstwo?
- O, nie - powiedziałem. - Chorował na serce.
- A zdawało mi się, że mówił pan o tym, jak się zastrzelił. Byłoby dużo romantyczniej.
Pańska książka sprawi mi zawód, jeżeli wszystko skończy się w łóżku. Latem rosną tu róże...
w tym błocku... ale nikt mnie tu więcej latem nie przyłapie.
- Nawet mi to w głowie nie postało, żeby w jakikolwiek sposób sfałszować jego
ż
yciorys - odparłem.
- Dobrze już, dobrze. Znałam takiego, co opublikował listy swej zmarłej żony i
rozdawał je przyjaciołom. Czemu uważa pan, że biografia pańskiego brata zainteresuje
czytelników?
- Czy nigdy pani nie czytała... - zacząłem, wtem jednak w bramie stanął szykowny,
choć dosyć ubłocony samochód.
- Masz ci los - powiedziała Madame Lecerf.
- Może to ona - zawołałem.
Jakaś kobieta wygramoliła się z auta prosto w kałużę.
- Owszem, nikt inny - przytaknęła Madame Lecerf. - Proszę się nie ruszać z miejsca -
dodała.
Pobiegła ścieżką, machając ręką na powitanie, a kiedy stanęła przed nowo przybyłą,
pocałowała ją i poprowadziła na lewo; zniknęły za kępą krzaków. Po chwili znów je
spostrzegłem, gdy okrążywszy ogród wchodziły na schody. Zniknęły w głębi domu.
Właściwie nie zdążyłem zobaczyć Heleny von Graun: mignęło mi tylko jej rozpięte futro i
kolorowy szalik.
Znalazłem kamienną ławkę i usiadłem. Byłem podekscytowany i dosyć zadowolony z
siebie: dopadłem przecież wreszcie zdobyczy. Na ławce leżała czyjaś laska; wziąłem ją do
ręki i dźgnąłem pulchną brunatną ziemię. Udało mi się! Wieczorem zaraz po rozmowie z nią
wrócę do Paryża i... Myśl obca wszelkim innym moim myślom, odmieniec, drżący kretyn,
wślizgnęła się i zmieszała z tłumem... Czy rzeczywiście wrócę jeszcze tego samego
wieczoru? Jak brzmiało to zdyszane zdanie w drugorzędnej noweli Maupassanta?
„Zapomniałem książki.” Ja też chwilami zapominałem o swojej.
- A, tu pan jest - rozległ się głos Madame Lecerf. - Myślałam, że może pan wrócił do
domu.
- No i co, wszystko w porządku?
- Nic podobnego - odparła ze spokojem. - Nie mam pojęcia, co pan nawypisywał, ale
ona doszła do wniosku, że chodzi o kontrakt filmowy, o który właśnie się stara. Twierdzi, że
zwabił ją pan w pułapkę. Powiem panu, co ma pan robić. Nie porozmawia pan z nią dziś,
jutro ani pojutrze, ale zostanie pan tutaj i będzie dla niej bardzo miły. Obiecała, że wszystko
mi opowie, a potem może i panu uda się z nią pomówić. Umowa stoi?
- To naprawdę bardzo ładnie z pani strony, że zadała pani sobie aż tyle trudu -
powiedziałem.
Usiadła obok mnie na ławce, a że ławka była bardzo krótka, a ja jestem... no, raczej
krępy... jej ramię dotykało mojego. Zwilżyłem językiem usta i dalej bazgrałem laską po
ziemi.
- Co pan rysuje? - spytała i odchrząknęła.
- Falowanie własnych myśli - odparłem głupawo.
- Pewnego razu - powiedziała miękkim tonem - pocałowałam mężczyznę tylko
dlatego, że umiał się podpisać do góry nogami.
Laska wypadła mi z ręki. Spojrzałem na Madame Lecerf. Patrzyłem na jej gładkie,
białe czoło, widziałem ciemne, fiołkowe powieki, które spuściła, być może opacznie
zrozumiawszy moje uporczywe spojrzenie... widziałem maleńkie blade znamię na bladym
policzku, delikatne skrzydełka nozdrzy, lekko odętą górną wargę, uwydatnioną pochyleniem
ciemnowłosej głowy, matową biel szyi, szczupłe palce zakończone lakierowanymi paz-
nokciami, czerwonymi jak róże. Uniosła twarz i dziwnymi aksamitnymi oczyma o tęczówce
umieszczonej nieco wyżej niż u reszty ludzi spojrzała na moje usta.
Wstałem.
- O co chodzi? - spytała. - O czym pan myśli?
Potrząsnąłem głową. Nie pomyliła się jednak: rzeczywiście o czymś myślałem; coś
należało rozstrzygnąć, i to natychmiast.
- Jak to, wracamy? - spytała, gdy poszliśmy ścieżką przed siebie.
Skinąłem głową.
- Ale wie pan, ona zejdzie dopiero za jakiś czas. Proszę mi powiedzieć, czemu pan się
dąsa?
Chyba przystanąłem wtedy i znowu utkwiłem w niej spojrzenie; tym razem patrzyłem
na jej szczupłą sylwetkę, spowitą obcisłą beżową suknią.
Ruszyłem dalej, pogrążony w ciężkiej zadumie; cętkowana słońcem ścieżka zdawała
się marszczyć tak samo, jak moje czoło.
- Vous n’êtes guère amiable - stwierdziła Madame Lecerf.
Na tarasie stał stół i kilka krzeseł. Milczący blondyn, którego pierwszy raz widziałem
podczas lunchu, siedział na jednym z nich i dokładnie oglądał maszynerię swego zegarka.
Gdy siadałem, przez nieuwagę trąciłem go w łokieć, a on upuścił jakąś śrubkę.
- Boga radi - rzekł (nie ma o czym mówić), kiedy przeprosiłem. (Aaa, więc to
Rosjanin? Dobrze, to mi ułatwi zadanie.)
Stojąca tyłem do nas dama nuciła z cicha, wybijając stopą rytm na kamiennych
płytach.
Zwróciłem się do milczącego rodaka, który zalotnie spoglądał na swój zepsuty
zegarek.
- A u niejo na szejkie pauk - powiedziałem półgłosem.
Dama nagle poderwała dłoń, dotknęła karku i obróciła się na pięcie.
- Czto? - spytał mój ociężały na umyśle rodak, obrzucając mnie przelotnym
spojrzeniem. Popatrzył na gospodynię, uśmiechnął się z zakłopotaniem i znów zaczął dłubać
przy zegarku.
- J'ai queląue chose dans le cou... Mam coś na szyi, czuję to - rzekła Madame Lecerf.
- Ano właśnie - powiedziałem. - Dopiero co mówiłem panu Rosjaninowi, że chyba
pająk chodzi pani po szyi. Ale to nieprawda, zmyliło mnie światło.
- Włączymy gramofon? - spytała radośnie.
- Okropnie mi przykro - odparłem - ale muszę chyba wracać do domu. Daruje mi pani,
prawda?
- Mais vous êtes fou - zawołała. - Pan jest szalony, nie chce się pan widzieć z moją
przyjaciółką?
- Może kiedy indziej - rzekłem uspokajającym tonem. - Kiedy indziej.
- Niech mi pan wytłumaczy - powiedziała, schodząc za mną do ogrodu - co się
właściwie stało?
- Bardzo to było sprytne - odparłem w naszej szczodrej i wspaniałej rosyjskiej mowie.
- Bardzo to było sprytne kazać mi wierzyć, że opowiada pani o przyjaciółce, podczas gdy w
rzeczywistości przez cały czas mówiła pani o sobie. Ten szwindelek mógłby się nawet mocno
przeciągnąć, ale los szturchnął panią w łokieć, no i sypnęły się gruszki z fartuszka. Bo tak się
składa, że miałem okazję poznać kuzyna pani byłego męża - tego, co to umiał pisać do góry
nogami. Więc zrobiłem mały sprawdzian. A kiedy pani podświadomie zrozumiała zdanie,
które wymamrotałem po rosyjsku...
Nie, nie powiedziałem z tego ani słowa, tylko raz po raz się kłaniając wyszedłem z
ogrodu. Kiedy dostanie pocztą egzemplarz tej książki, sama zrozumie.
18
Miałem do Niny pewne pytanie, ale go nie zadałem. Chciałem spytać, czy w ogóle
zdawała sobie sprawę, że bladolicy mężczyzna, przy którym tak się nudzi, jest jednym z
najwybitniejszych pisarzy swych czasów. Bo i po cóż było pytać! Książki nic nie znaczą dla
kobiety tego rodzaju; jest przekonana, że jej własne życie zawiera w sobie tyle podniet, ile
mieści się w stu powieściach. Gdyby czyjś wyrok skazał ją na spędzenie całego dnia w
bibliotece, już koło południa znaleziono by ją martwą. Jestem pewien, że Sebastian nigdy
przy niej nie napomknął o swej pracy: byłoby to jak dyskusja z nietoperzem o zegarach
słonecznych. Zostawmy więc nietoperza, niech sobie drży i krąży w gęstniejącym zmierzchu,
niezgrabny naśladowca jaskółki.
W ostatnich, a zarazem najsmutniejszych latach swego życia Sebastian napisał
Wątpliwy asfodel; jest to z pewnością jego arcydzieło. Gdzie i jak nad nim pracował? W
czytelni Muzeum Brytyjskiego (z dala od czujnych oczu pana Goodmana). Przy skromnym
stoliku w najdalszym rogu paryskiego bistro (nie z tych, w których mogła bywać jego
kochanka). Na leżaku pod pomarańczowym parasolem gdzieś w Cannes albo w Juan, kiedy
ona wraz ze swą bandą opuszczała go, żeby hulać gdzie indziej. W poczekalni bezimiennej
stacji kolejowej, między dwoma atakami serca. W hotelu, wśród szczęku talerzy mytych na
podwórku. W wielu innych miejscach, które mogą być dla mnie tylko niejasnym
domniemaniem. Temat tej książki jest prosty: człowiek umiera - ze strony na stronę coraz
mocniej czujemy, jak się pogrąża; jego myśli i wspomnienia przenikają całość raz bardziej,
raz mniej wyraziście (przypomina to wzbieranie i opadanie piersi wznoszonej nierównym
oddechem), wywołując to ten, to tamten obraz, puszczając go na wiatr, a nawet rzucając na
piaszczysty brzeg, gdzie przez chwilę zdaje się poruszać i żyć własnym życiem, wnet jednak
znów go ku sobie pociąga szara otchłań morza, w której tonie albo dziwnie się przeistacza.
Człowiek umiera, i on to właśnie jest bohaterem opowieści; lecz podczas gdy życie innych
postaci występujących w książce wydaje się absolutnie rzeczywiste (przynajmniej w takim
sensie, w jakim Knight pojmował rzeczywistość), czytelnik nie dowiaduje się o umierającym,
kto on zacz, gdzie stoi lub dryfuje łoże śmierci i czy to w ogóle jest łoże. Umierający i
książka są jednym i tym samym; to właśnie książka dyszy z trudem i kona, podciągając
widmowe kolano. Na wybrzeżu świadomości rozpryskuje się jeden obraz myślowy za
drugim, a my śledzimy powołaną w ten sposób do istnienia rzecz lub istotę: zbłąkane szczątki
strzaskanego życia; niemrawe mrzonki, które pełzają po ziemi, nim rozwiną wielookie
skrzydła. Każdy z tych żywotów to jedynie glosa do głównego tematu. Podążamy za
Schwarzem, starym dobrodusznym szachistą, gdy siada na krześle w pewnym pokoju w
pewnym domu, żeby nauczyć chłopca - sierotę ruchów konika szachowego; spotykamy tłustą
Czeszkę z szarym pasmem włosów odbijającym od krzykliwej barwy jej tandetnie
ufarbowanej koafiury; jesteśmy świadkami, jak blada kanalia hałaśliwie demaskuje politykę
ucisku, czemu uważnie się przysłuchuje agent tajnej policji w szynku okrytym złą sławą.
Prześliczna, wysoka primadonna z pośpiechu wchodzi w kałużę, niszcząc srebrne buciczki.
Łka starzec, pociesza go zaś odziana w żałobę dziewczyna o łagodnym wykroju ust. Profesor
Nussbaum, uczony Szwajcar, o wpół do czwartej nad ranem zabił w hotelowym pokoju swą
młodą kochankę, a potem sam się zastrzelił. Ci oraz inni ludzie przychodzą i odchodzą, na
przemian otwierają i zamykają drzwi, żyją, póki oświetlona jest droga, którą idą, nim ich z
kolei spowiją fale głównego tematu: człowiek umiera. Czasem zdaje się poruszać ręką lub
kręcić głową, spoczywającą na czymś, co przypomina poduszkę, a z każdym jego ruchem to
czy tamto życie, które dopiero co oglądaliśmy, zanika albo się zmienia. Chwilami bywa
ś
wiadom własnej osobowości, my zaś czujemy w takich razach, że poruszamy się jedną z
głównych arterii powieści. „Teraz, gdy było już za późno, gdy śycie pozamykało swoje
sklepy, zrobiło mu się żal, że nie kupił pewnej książki, którą zawsze chciał mieć; że nigdy nie
przeżył trzęsienia ziemi, pożaru, katastrofy kolejowej; nie pojechał do Tybetu, żeby zobaczyć
Tatsienlu, ani nie słyszał, jak błękitne sroki jazgoczą wśród chińskich wierzb; nie zagadnął tej
zbłąkanej uczennicy o bezwstydnych oczach, napotkanej pewnego dnia na odludnej polanie;
nie śmiał się z biednego żarciku nieśmiałej brzyduli, który nie rozśmieszył nikogo z
obecnych; umykały mu pociągi, aluzje i szanse; nie wyjął z kieszeni pensa dla starego
skrzypka ulicznego, który drżąco grał sobie w pewien ponury dzień w pewnym zapomnianym
mieście.”
Sebastian Knight zawsze lubił żonglować tematami, zderzając je z sobą albo sprytnie
stapiając, aby wyrazić za ich pośrednictwem owo ukryte znaczenie, wyrażalne jedynie w
postaci fali płynącej za falą, tak jak i z chińskiej boi tylko falowanie wydobyć może muzykę.
W Wątpliwym asfodelu doprowadził tę metodę do perfekcji. Liczą się tu nie części, lecz ich
kombinacja.
Także i w tym, jak autor przedstawia sam fizyczny proces umierania, można się
dopatrzyć metody: krok za krokiem w ciemność; do akcji kolejno wkracza mózg, ciało, płuca.
Najpierw mózg odbywa wędrówkę wśród pewnej hierarchii idei na temat śmierci: zrazu są to
pozornie przenikliwe myśli, gryzmolone na marginesie pożyczonej książki (epizod filozofa):
„Przyciągające oddziaływanie śmierci: fizyczny wzrost rozważany na wspak jako
przedłużenie zawieszonego spadania; i wreszcie upadek w nicość.” Myśli poetyczne,
religijne: „...grzęzawisko wybujałego materializmu i złote raje tych, których dziekan Park
nazywa optymistykami... Lecz umierający wiedział, że w ideach tych nie ma prawdy; że samo
pojęcie śmierci jest tylko w połowie rzeczywiste: naprawdę istnieje wyłącznie ta strona
sprawy - szarpiący ból, rozstanie, keja życia oddala się łagodnie, trzepocząc rojem chusteczek
do nosa: ach! był więc już po tamtej stronie, skoro widział plażę niknącą w dali; nie, niezupeł-
nie - skoro jeszcze myślał.” (Podobnie ktoś, kto odprowadza przyjaciela, może zbyt długo
zamarudzić na pokładzie, nie stając się przez to pasażerem.)
Potem demony fizycznych dolegliwości pomalutku zadławiają górami bólu wszelką
myśl, filozofię, domniemania, wspomnienia, nadzieję, żal. Kuśtykamy i pełzniemy przez
ohydne krajobrazy i właściwie jest nam obojętne, dokąd zmierzamy, bo wszystko staje się
męką i tylko męką. Metoda ulega odwróceniu. Miejsce obrazów myślowych, które słały w
naszą stronę słabnące z każdą chwilą promieniowanie, gdy skręcaliśmy ich śladem w ślepe
uliczki, zajmuje powolny najazd okropnych, grubiańskich wizji, nadciągających ku nam,
coraz bardziej nas osaczających; jest tu historia torturowanego dziecka; opowieść wygnańca o
ż
yciu w okrutnej krainie, z której zbiegł; łagodny szaleniec, któremu podbito oko; wieśniak, z
nikczemną pasją kopiący psa. Ale w końcu nawet ból traci kolor. „Był już tak wyczerpany, że
nie potrafił się zainteresować śmiercią.” Tak właśnie „w zatłoczonym wagonie trzeciej klasy
chrapią spoceni mężczyźni; tak właśnie uczeń zasypia nad nie dokończonymi rachunkami”.
„Jestem zmęczony, zmęczony... opona samochodowa toczy się z rozpędu przed siebie, to się
zakolebie, to zwolni, to...”
W tym momencie książkę zalewa nagła fala światła:
„...jak gdyby ktoś raptem otworzył drzwi na oścież, a wszyscy w pokoju zerwaliby się
i mrugając oczami zaczęliby gorączkowo zbierać manatki.” Czujemy, że jesteśmy o krok od
jakiejś prawdy absolutnej, olśniewająco wspaniałej, a zarazem niemal poczciwej w swej
doskonałej prostocie. Wznosząc się na szczyty sugestywności sformułowań autor każe nam
wierzyć, że zna całą prawdę o śmierci i że ją wyjawi. Za parę chwil, na końcu tego oto zdania,
w środku następnego, a może jeszcze kawałek dalej dowiemy się czegoś, co zmieni wszystkie
nasze zapatrywania, jak gdybyśmy znienacka odkryli, że umiemy fruwać, poruszając rękami
w prosty sposób, którego nigdy dotąd nie wypróbowaliśmy. „Najbardziej zasupłany węzeł to
tylko sznurek idący zygzakiem; pod paznokciami wydaje się twardy, lecz w istocie składają
się nań leniwe i pełne wdzięku zapętlenia. Oko potrafi go rozwikłać, choć niezdarne palce
krwawią. On sam (umierający) był tym właśnie węzłem, a rozwiązanie nastąpiłoby
natychmiast, gdyby tylko umiał dostrzec nić i pobiec za nią wzrokiem. I nie tylko on sam, ale
wszystko by się rozwikłało - wszystko, co potrafił sobie wyobrazić w naszych dziecinnych
kategoriach przestrzeni i czasu, które są łamigłówkami wymyślonymi przez człowieka
właśnie jako łamigłówki i dlatego raz po raz do nas wracają: bumerangi nonsensu... Nareszcie
uchwycił coś prawdziwego, coś, co nie miało nic wspólnego z żadną myślą, z uczuciami, z
czymkolwiek, czego mógł doświadczyć w życiu, w tym przedszkolu...”
Słowami odpowiedzi na wszelkie pytania o życie i śmierć, literami „absolutnego
rozwiązania” pokryty był cały dotychczas mu znany świat: jak gdyby podróżny zdał sobie
nagle sprawę, że badana przezeń dzika kraina nie jest przypadkowym zbiorem naturalnych
zjawisk, lecz stronicą w księdze, w której góry, lasy, pola i rzeki poukładane są w sensowne
zdania; samogłoska jeziora zlewa się ze spółgłoskowo syczącym zboczem; wijąca się droga
to, co ma do przekazania, pisze krągłą kaligrafią, równie wyraźną, jak niegdyś ojcowska;
drzewa porozumiewają się na migi, językiem niepojętym dla kogoś, kto nie nauczył się
gestów tej mowy... Tak zatem podróżny sylabizuje treść krajobrazu, aż w końcu sens pejzażu
wychodzi na jaw, zawiły wzór ludzkiego życia okazuje się zaś monogramem, całkiem już
teraz przejrzystym dla wewnętrznego oka, rozplątującego zawikłane litery. A słowo -
wyłaniające się znaczenie - zdumiewa swą prostotą: najbardziej zaskakujące jest chyba to, że
podczas ziemskiego bytowania, kiedy nasz mózg pozostawał zamknięty w żelaznym
pierścieniu, w obcisłym śnie o własnej osobowości, żaden przypadek nie kazał nam dokonać
tego prostego mentalnego podrygu, który oswobodziłby uwięzioną myśl i dał jej wielkie
zrozumienie. Wreszcie jednak zagadka została rozwiązana. „Gdy zaś sens wszystkich rzeczy
jął prześwitywać przez ich kształty, wiele pojęć i zdarzeń, mających dotychczas pozory naj-
wyższej doniosłości, jakby skarlało, lecz nie stały się przez to nieważne, bo na tym etapie nic
nie mogło już być sprawą bez znaczenia, a jedynie skurczyły się do wymiaru, który osiągnęły
teraz inne zdarzenia i pojęcia, niegdyś pozbawione wszelkiej wagi.” Promieniści giganci
naszego mózgu - nauka, sztuka czy religia - wypadli zatem ze swojskiego układu klasyfikacji
i wziąwszy się za ręce zostali wymieszani i radośnie zrównani z otoczeniem. Zarazem pestka
wiśni i jej maleńki cień spoczywający na malowanym drewnie zmęczonej ławki lub strzępek
papieru czy jakikolwiek tego rodzaju drobiazg spośród miliardów innych drobiazgów rozrósł
się do wspaniałych rozmiarów. Po nowemu ulepiony i poskładany, świat wydał duszy swój
sens z taką samą naturalnością, z jaką jedno i drugie oddychało.
Teraz się dowiemy, w czym rzecz; padnie słowo - a wtedy wy, ja, wszyscy ludzie na
ś
wiecie palną się w czoła: Ależ byliśmy głupi! Na ostatnim zakręcie książki autor robi krótki
postój, jakby się jednak namyślał, czy mądrze będzie wyjawić nam prawdę. Rzec by można,
unosi głowę, przestaje się zajmować umierającym, za którego myślami dotychczas podążał,
odwraca się i w duchu pyta: pójdziemy za nim do końca? Szepniemy wreszcie to słowo, co
strzaska przytulną ciszę naszych mózgów? Zrobimy to. I tak posunęliśmy się już za daleko,
słowo obleka się w kształt i wkrótce zabrzmi. Odwracamy się i znów pochylamy nad
mglistym łożem, nad szarym, płynnym zarysem - niżej, coraz niżej... Lecz chwila wątpliwości
okazała się zgubna: człowiek nie żyje.
Człowiek nie żyje, a my dalej nie wiemy. Asfodel na drugim brzegu jest wciąż tak
samo wątpliwy. Trzymamy w dłoniach martwą książkę. A może się mylimy? Przewracając
kartki arcydzieła Sebastiana chwilami czuję, że gdzieś jednak w nim tkwi „absolutne
rozwiązanie”, ukryte w nazbyt pospiesznie przeczytanym akapicie albo wplecione między
słowa, których pozorna swojskość wprowadziła mnie w błąd. Nie znam drugiej książki
przyprawiającej czytelnika o tego rodzaju szczególne doznania, i może taki właśnie
szczególny cel stawiał sobie jej autor.
ś
ywo pamiętam dzień, gdy przeczytałem w angielskiej gazecie zapowiedź, że
Wątpliwy asfodel niebawem się ukaże. Natknąłem się na tę gazetę w hallu paryskiego hotelu,
czekając na człowieka, którego w imieniu swojej firmy miałem bałamucić, żeby podpisał
kontrakt. Bałamucenie to nie moja specjalność, a zresztą w ogóle transakcja ta wydawała mi
się mniej obiecująca niż moim chlebodawcom. Siedziałem sam jeden wśród grobowego
komfortu, czytałem anons wydawcy, a w nim wydrukowane dużymi literami czarne, zgrabne
nazwisko Sebastiana, i myśląc o jego losie czułem zazdrość bardziej dojmującą niż
kiedykolwiek przedtem. Nie wiedziałem, gdzie się podziewa, nie widywałem go od co
najmniej sześciu lat, nie wiedziałem też, że jest taki schorowany i nieszczęśliwy. Wręcz
przeciwnie: reklama jego książki była w moich oczach znamieniem szczęścia, toteż wyob-
rażałem go sobie w tym czy innym klubie, jak stoi z rękami w kieszeniach w ciepłym pokoju
pełnym ludzkiej radości, uszy mu pałają, oczy ma wilgotne i błyszczące, uśmiech trzepocze
mu na wargach - a wszyscy stoją wokół niego, trzymają w dłoniach kieliszki portwajnu i
ś
mieją się z jego żartów. Głupia to była wizja, wciąż jednak lśniła mi przed oczami
rozedrganym deseniem z białych krochmalonych gorsów, czarnych smokingów i wina
dostałej barwy, a także wyraźnie zarysowanych twarzy - niczym jedna z tych kolorowych
fotografii, które się widuje w czasopismach na ostatniej stronie okładki. Postanowiłem kupić
tę książkę, gdy tylko się ukaże, zresztą wszystkie jego książki kupowałem natychmiast, lecz
akurat do tej szczególnie mi się spieszyło. Wkrótce nadszedł pan, na którego czekałem. Był to
Anglik, całkiem oczytany. Ponieważ przed przystąpieniem do rzeczy i tak przez chwilę
rozmawialiśmy o zwykłych sprawach, mimochodem wskazałem wydrukowaną w gazecie
zapowiedź i spytałem, czy zna którąś z książek Sebastiana Knighta. Odparł, że czytał kilka -
Coś tam pryzmatu i Utraconą własność. Zapytałem, czy mu się podobały. Powiedział, że
owszem, w pewnym sensie, ale autor musi chyba być straszliwym snobem, przynajmniej w
sferze intelektu. Poproszony, żeby to szerzej wytłumaczył, odrzekł, że Knight jego zdaniem
nieustannie prowadzi jakąś grę własnego pomysłu, nie objaśniając partnerom jej reguł. On
sam woli książki skłaniające do myślenia, a powieści Knighta tego akurat nie robią - po ich
lekturze człowiek jest zbity z tropu i poirytowany. Potem zaczął mówić o innym żyjącym
autorze, który według niego znacznie górował nad Knightem. Skorzystałem z chwili przerwy
w tej dyskusji, żeby przejść do rozmowy o interesach. Nie zakończyła się ona aż takim
sukcesem, jakiego spodziewała się moja firma.
Wątpliwy asfodel doczekał się wielu recenzji, przeważnie długich i wcale
pochlebnych. Jednakże tu i ówdzie pojawiała się w nich dyskretna sugestia, że autor jest jako
pisarz zmęczony, czyli innymi słowy zestarzał się i przynudza. Wychwyciłem nawet cień
współczucia, tak jakby tamci wiedzieli o autorze smutne i okropne rzeczy, które w samej
książce co prawda się nie pojawiły, zabarwiły jednak postawę krytyków wobec niej. Jeden z
nich posunął się do stwierdzenia, że czytał ją „z mieszanymi uczuciami, jest to bowiem dla
czytelnika dość niemiłe doznanie, gdy siedzi przy łożu śmierci i nigdy nie jest pewien, czy
autor występuje w roli lekarza, czy też pacjenta”. W niemal wszystkich recenzjach dawano do
zrozumienia, że książka jest odrobinę za długa, że zawiera wiele fragmentów niejasnych i w
niejasny sposób jątrzących. Wszyscy krytycy wychwalali „szczerość” Sebastiana - cokolwiek
to było. Ciekawiło mnie, co Sebastian sądzi o tych recenzjach.
Pożyczyłem swój egzemplarz znajomemu, który trzymał go przez kilka tygodni, ale
nie przeczytał, w końcu zaś zgubił w pociągu. Kupiłem drugi i nigdy go nikomu nie
pożyczam. Tak, ze wszystkich książek Sebastiana tę chyba lubię najbardziej. Nie wiem, czy
skłania ona do „myślenia”, a jeśli nie, mało mnie to obchodzi. Lubię ją dla niej samej. Lubię
jej sposób bycia. A czasem myślę sobie, że wcale nie byłoby rzeczą nieludzko trudną
przetłumaczyć ją na rosyjski.
19
Zdołałem mniej więcej zrekonstruować ostatni rok życia Sebastiana: 1935. Sebastian
umarł w początkach roku 1936, a ja patrząc na tę cyfrę nie mogę się oprzeć wrażeniu, że
zachodzi tu iście okultystyczna zbieżność między człowiekiem a datą jego śmierci. Sebastian
Knight, zm. 1936... Data przypomina odbicie nazwiska w sadzawce marszczonej drobną falą.
Krzywizny ostatnich trzech cyfr kojarzą się z meandrycznymi zarysami osobowości
Sebastiana... Usiłuję, tak jak już nieraz w tej książce usiłowałem, wyrazić myśl, która
mogłaby mu się spodobać... Jeśli tu i ówdzie nie uchwyciłem przynajmniej cienia jego
rozumowania, jeśli tu i ówdzie nie zdołałem dzięki nieświadomej pracy mózgu skręcić w
odpowiedni korytarz jego prywatnego labiryntu, to moja książka jest niezdarnym,
poronionym płodem.
Publikacja Wątpliwego asfodela wiosną 1935 roku zbiegła się w czasie z ostatnim
wysiłkiem, który podjął Sebastian, żeby zobaczyć Ninę. Kiedy jeden z jej ulizanych żulików
oznajmił mu, że Nina nie chce mieć z nim nic wspólnego, wrócił do Londynu i spędził tam
kilka miesięcy, próbując oszukać samotność w ten żałosny sposób, że starał się możliwie
najwięcej pokazywać publicznie. To tu, to tam pojawiał się jako chuda, milcząca postać o
ż
ałobnym wyglądzie: nawet w najcieplejszych jadalniach nie zdejmował szalika, doprowadzał
do rozpaczy wszystkie gospodynie swym roztargnieniem i łagodnym uporem, z jakim
odmawiał wzięcia udziału w rozmowie, pośrodku przyjęcia odchodził w siną dal albo dla
odmiany odnajdywano go w pokoju dziecinnym, pochłoniętego układaniem łamigłówki.
Pewnego dnia w pobliżu Charing Cross Helena Pratt odprowadziła Klarę do jakiejś księgarni,
a ruszywszy dalej wpadła po kilku sekundach prosto na Sebastiana. Podając jej rękę trochę się
zaczerwienił i odprowadził ją do stacji metra. Była mu wdzięczna, że nie pojawił się o minutę
wcześniej, a tym większą wdzięczność poczuła, gdy się okazało, że nie będzie się fatygował
nawiązywaniem do przeszłości. Uraczył ją natomiast zawiłą opowieścią o ludziach, którzy
poprzedniego wieczoru usiłowali go oszukać przy pokerze.
- Miło, że się spotkaliśmy - powiedział na pożegnanie. - Zdaje się, że tu ją dostanę.
- Co mianowicie? - spytała panna Pratt.
- Właśnie szedłem do [wymienił nazwę tejże księgarni], ale widzę, że przy tym
straganie kupię to, czego szukam.
Chadzał na koncerty i do teatrów, a w środku nocy pijał z taksówkarzami gorące
mleko przy budkach z kawą. Podobno trzy razy obejrzał ten sam film - absolutnie nijaką
historyjkę pod tytułem Zaklęty ogród. W kilka miesięcy po jego śmierci, wiedząc już od paru
dni, kim naprawdę jest Madame Lecerf, znalazłem to filmidło w programie jednego z
francuskich kin i wysiedziałem do końca projekcji jedynie po to, żeby ustalić, czemu tak
wabiło Sebastiana. Mniej więcej w połowie akcja przeniosła się na Riwierę i przelotnie
mignął obraz plażowiczów opalających się po kąpieli. Czyżby Nina była wśród nich? Czy do
niej należało to nagie ramię? Pewna dziewczyna, która obejrzała się za siebie, zerkając w
stronę kamery, wydała mi się trochę w jej typie, ale opalenizna, olejek do opalania i daszek
chroniący oczy przed słońcem to aż nazbyt skuteczna maska dla twarzy ujrzanej mimocho-
dem. W sierpniu przez tydzień Sebastian bardzo chorował, ale wbrew zaleceniom doktora
Oatesa nie położył się do łóżka. We wrześniu pojechał do kogoś na wieś: zaledwie trochę znał
gospodarzy, a oni zaprosili go tylko z uprzejmości, gdy wspomniał przypadkiem, że widział
w piśmie „Prattler” zdjęcie ich domu. Przez cały tydzień snuł się po wyziębionym domostwie,
w którym wszyscy pozostali goście byli z sobą bardzo zżyci, aż pewnego ranka przeszedł
pieszo dziesięć kilometrów z okładem, dzielących go od stacji, i cichutko pojechał z
powrotem do miasta, zostawiwszy smoking i saszetkę z przyborami toaletowymi. Na
początku listopada zjadł lunch z Sheldonem w klubie, do którego ten należał, i był tak
małomówny, że Sheldon się zastanawiał, po co Sebastian w ogóle przyszedł na spotkanie.
Potem następuje luka. Chyba wyjechał za granicę, ale nie wydaje mi się prawdopodobne, że
uczynił to z wyraźnym zamiarem, aby spróbować znów zobaczyć Ninę, choć u źródeł jego
niepokoju mogła tkwić jakaś wątła nadzieja.
Prawie całą zimę 1935 roku spędziłem w Marsylii, doglądając interesów firmy. W
połowie stycznia trzydziestego szóstego dostałem list od Sebastiana, o dziwo napisany po
rosyjsku.
„Jestem, jak widzisz, w Paryżu, i pewnie będę tu jeszcze tkwił (zastrianu) przez
pewien czas. Jeśli dasz radę przyjechać, przyjedź; jeśli nie dasz rady, też się nie obrażę; ale
może lepiej jednak przyjedź. Mam już po uszy (oskomina) paru dręczących spraw, a
zwłaszcza wzorów na własnej skórze, zrzucanej (wypolziny) podczas kolejnych linek,
znajduję więc poetyczną pociechę w rzeczach oczywistych i zwyczajnych, które z takich czy
innych powodów przez całe życie przeoczałem. Chciałbym cię na przykład zapytać, co
porabiałeś przez te wszystkie lata, i opowiedzieć ci o sobie: mam nadzieję, że powiodło ci się
lepiej niż mnie. Ostatnio często widuję starego doktora Starowa, który leczył maman [tak
Sebastian mówił o mojej matce]. Pewnego wieczoru spotkałem go przypadkiem na ulicy,
zażywając przymusowego wypoczynku na stopniu czyjegoś zaparkowanego auta. Pomyślał
chyba, że wegetuję w Paryżu od samej śmierci maman, a ja się zgodziłem na taką wersję swej
emigranckiej egzystencji, bo (ibo) tłumaczenie czegokolwiek wydawało mi się zbyt
skomplikowanym przedsięwzięciem. Mogą ci wpaść w ręce pewne papiery; spalisz je
natychmiast; owszem, słyszały one głosy z [kilka słów nie do odczytania: Dot czetu?], teraz
jednak pora im na stos. Przechowałem je, zapewniłem im nocleg (noczleg), ponieważ takim
rzeczom bezpieczniej jest dać się wyspać, bo jeśli je się zabije, ich duchy mogą nas straszyć.
Pewnej nocy, kiedy się poczułem szczególnie śmiertelny, podpisałem na nie wyrok śmierci i
po tym właśnie je poznasz. Początkowo mieszkałem w tym co zawsze hotelu, ale się
przeniosłem do czegoś w rodzaju sanatorium za miastem, patrz adres. Zacząłem ten list
prawie tydzień temu i póki nie napisałem słowa «życie», był on przeznaczony
(priednaznaczalos) dla kogoś całkiem innego. Potem nie wiedzieć jak sam zwrócił się ku
tobie, niby nieśmiały gość w obcym domu, prowadzący niebywale długą rozmowę z bliskim
krewnym, z którym przyszedł na przyjęcie. Wybacz więc, jeśli cię zanudzam (dokuczaju), ale
nie bardzo mi się podobają te gołe konary i gałązki za oknem.”
List ten oczywiście wytrącił mnie z równowagi, lecz nie zaniepokoił tak, jak
powinien: nie wiedziałem, że Sebastian od 1926 roku cierpi na nieuleczalną chorobę, a przez
ostatnich pięć lat stan jego stale się pogarsza. Naturalny w tej sytuacji niepokój stłumiła myśl,
do której przyznaję się ze wstydem: że mój brat, niesłychanie wrażliwy i nerwowy, zawsze
skłonny był do przesadnego pesymizmu, ilekroć jego zdrowie doznawało uszczerbku. Po-
wtarzam, nie miałem najmniejszego pojęcia o jego dolegliwościach sercowych, zdołałem
więc wmówić sobie, że jest po prostu przepracowany. Był jednak chory i prosił mnie o
przyjazd tonem, który wydał mi się całkiem nowy. Nigdy nie dał mi odczuć, że potrzebuje
mojej obecności, teraz zaś wręcz o nią błagał. Wzruszyło mnie to, a zarazem
zdezorientowało; gdybym znał całą prawdę, na pewno wskoczyłbym w pierwszy pociąg. List
dostałem w czwartek; od razu postanowiłem wyruszyć do Paryża w sobotę i wrócić w nocy z
niedzieli na poniedziałek, czułem bowiem, że moja firma wolałaby, abym nie urządzał sobie
wakacji w przełomowej fazie interesów, których miałem doglądać w Marsylii. Postanowiłem
nie pisać i niczego nie wyjaśniać, tylko wysłać Sebastianowi telegram w sobotę rano, gdy
będę już zapewne wiedział, czy uda mi się pojechać wcześniejszym pociągiem.
W nocy przyśnił mi się wyjątkowo niemiły sen. Siedziałem w dużej, mrocznej izbie,
którą mój sen pospiesznie umeblował zbieraniną sprzętów z różnych mniej więcej mi
znajomych domów, ale z jakimiś wyrwami i dziwnymi podstawieniami: na przykład pewna
półka była zarazem drogą, tonącą w obłokach pyłu. Czułem mgliście, że izba ta mieści się w
wiejskim domu lub karczmie: było to ogólne wrażenie wywołane przez drewniane ściany oraz
deski sufitu i podłogi. Oczekiwaliśmy Sebastiana: miał wrócić z jakiejś długiej podróży.
Siedziałem na czymś w rodzaju skrzynki; w izbie była także moja matka, a prócz niej jeszcze
dwie osoby, pijące z nami herbatę przy stoliku: pewien mężczyzna z mojego biura wraz z
ż
oną; Sebastian wcale nie znał tych dwojga, a wprowadził ich tam reżyser snu, żeby
kimkolwiek wypełnić scenę.
Oczekiwaliśmy pełni niepokoju i niejasnych obaw; czułem, że pozostali wiedzą coś,
czego ja nie wiem, ale okropnie się bałem spytać, czemu matka aż tak się przejmuje
ubłoconym rowerem, który za nic nie dawał się upchnąć w szafie: drzwi raz po raz się
otwierały. Na ścianie wisiał obrazek przedstawiający parowiec wśród fal, które się poruszały
niby cała procesja gąsienic: statek się kołysał i to mnie drażniło; przestałem się irytować
dopiero, gdy sobie przypomniałem, że stary i powszechnie znany obyczaj każe wieszać na
ś
cianie taki właśnie obrazek, kiedy się oczekuje powrotu wędrowca. Ten zaś mógł się pojawić
lada chwila, toteż drewnianą podłogę przy drzwiach posypano piaskiem, żeby się nie
poślizgnął. Matka gdzieś poszła, zabierając z sobą ubłocone ostrogi i strzemiona, których nie
mogła schować, a tamto niewyraźne stadło widocznie po cichu usunięto, bo byłem sam w
izbie, kiedy otworzyły się drzwi na galeryjkę i stanął w nich Sebastian; zaczął wolno schodzić
po chwiejnych schodach, wiodących prosto do izby. Włosy miał potargane i był bez płaszcza:
zrozumiałem, że drzemał po podróży i dopiero co się zbudził. Kiedy tak schodził, przystając
na każdym stopniu, z jedną stopą - wciąż tą samą - zawieszoną w pół kroku, oparty ręką o
drewnianą poręcz, matka wróciła i pomogła mu wstać, bo tymczasem się potknął i na plecach
zjechał ze schodów. Śmiał się, idąc w moją stronę, czułem jednak, że czegoś się wstydzi. Był
blady i nie ogolony, ale minę miał całkiem pogodną. Matka ze srebrnym kubkiem w ręku
usiadła - jak się okazało, na noszach, bo zaraz wynieśli ją dwaj mężczyźni, którzy co sobota
nocowali u nas w domu, o czym z uśmiechem powiedział mi Sebastian. Wtem spostrzegłem,
ż
e na lewej dłoni ma czarną rękawiczkę, a palce tej ręki są nieruchome, sama zaś ręka
najwyraźniej do niczego mu nie służy - i ogarnął mnie straszliwy, mdlący lęk, trwoga
przyprawiająca o wymioty, że Sebastian niechcący mnie nią dotknie, zrozumiałem bowiem, iż
jest to sztuczna kończyna przymocowana do nadgarstka: zoperowano go, a może miał jakiś
okropny wypadek. Pojąłem też, czemu w wyglądzie mego brata i w całej atmosferze
towarzyszącej jego nadejściu jest coś tak niesamowitego, lecz on dalej spokojnie pił herbatę,
choć mógł zauważyć, że się wzdrygnąłem. Matka wróciła na chwilę po zapomniany naparstek
i zaraz odeszła, bo mężczyznom się spieszyło. Sebastian spytał, czy przyszła już
manicurzystka, ponieważ chciał jak najszybciej zacząć przygotowania do bankietu.
Usiłowałem zbyć niczym to pytanie, nie mogąc znieść myśli o jego okaleczonej ręce, wtem
jednak ujrzałem całe pomieszczenie w transkrypcji na poszarpane paznokcie, a pewna znana
mi niegdyś dziewczyna (ale dziwnie wyblakła) weszła z walizeczką przyborów manicurzystki
i usiadła na taborecie przed Sebastianem. Ten poprosił, żebym nie patrzył, lecz nie mogłem
się powstrzymać. Widziałem, jak odpina czarną rękawiczkę i pomału ją ściąga; gdy tak się
zsuwała, wysypała się z niej jedyna zawartość: maleńkie dłonie, przypominające przednie
łapki myszek, sinoróżowe i miękkie - całe mnóstwo; upadły na podłogę, a dziewczyna w
czerni osunęła się na kolana. Schyliłem się, żeby zobaczyć, co robi pod stołem, i ujrzałem, że
zbiera te rączęta i układa na talerzu... Kiedy podniosłem głowę, Sebastiana już nie było, a nim
znów się schyliłem, dziewczyna także znikła. Poczułem, że nie wytrzymam w tej izbie ani
chwili dłużej. Lecz gdy się odwróciłem i zacząłem po omacku szukać zasuwki, rozległ się za
mną głos Sebastiana; zdawał się dobiegać z najdalszego, najciemniejszego kąta
pomieszczenia, które stało się tymczasem przeogromną stodołą: zboże sypało się strużką z
dziurawego worka leżącego u moich stóp. Nie widziałem Sebastiana, a tak bardzo chciałem
się wyrwać na zewnątrz, że mój niecierpliwy puls niemal zagłuszał jego słowa. Wiedziałem,
ż
e brat mnie woła i mówi coś bardzo ważnego, obiecując mi oznajmić rzecz jeszcze większej
wagi, jeśli tylko podejdę do kąta - czyli tam, gdzie siedział czy też leżał, przygnieciony
ciężkimi workami, które mu spadły na nogi. Poruszyłem się, a wtedy dobiegło mnie jego
ostatnie natarczywe błaganie, wypowiedziane gromkim głosem: zdanie to nie miało krzty
sensu, kiedy je potem ze snu wyłowiłem, lecz w samym śnie zadźwięczało brzemienne
absolutną doniosłością, niezłomną wolą rozwiązania na mój użytek monstrualnej zagadki, i
byłbym w końcu pobiegł do Sebastiana, gdyby nie to, że już się w połowie wydobyłem ze
snu.
Wiem, że pospolity kamyk, który znajdujemy w dłoni, zanurzywszy rękę aż po ramię
w wodzie, gdzie na bladym piasku zdawał się lśnić klejnot, naprawdę jest tym upragnionym
skarbem, aczkolwiek schnąc w słońcu codzienności wygląda jak kamyk. Choć więc po
przebudzeniu dzwoniło mi w głowie nonsensowne zdanie, czułem, że stanowi ono w istocie
koślawy przekład oszałamiającej nowiny; leżąc na wznak słuchałem znajomych dźwięków
ulicy oraz kretyńskiej sieczki muzycznej z radia, umilającego wczesne śniadanie komuś, kto
mieszkał piętro wyżej, i nagle owiał mnie kolczasty ziąb jakiegoś okropnego przeczucia;
wstrząsnął mną dreszcz bez mała fizyczny i zaraz postanowiłem wysłać Sebastianowi depeszę
z wiadomością, że przyjeżdżam jeszcze tego samego dnia. Powodowany idiotycznym
odruchem zdrowego rozsądku (który poza tą jedną jedyną okazją nigdy nie był moją mocną
stroną), pomyślałem, że warto sprawdzić w marsylskim przedstawicielstwie firmy, czy obejdą
się tam beze mnie. Okazało się, że nie tylko teraz moja obecność jest nieodzowna, ale
prawdopodobnie nawet i na weekend nie będę mógł wyjechać. W piątek wróciłem do domu,
udręczony kończącym się dniem. Od południa czekał na mnie telegram, ale dzienne banały
tak są przedziwnie wszechwładne wobec delikatnych objawień snu, że całkiem
zapomniawszy żarliwego szeptu, dobiegającego z sennej otchłani, spodziewałem się po prostu
jakiejś służbowej wiadomości, kiedy rozdzierałem depeszę.
„Stan Sevastiana beznadziejny przyjechać natychmiast Starov.” Tekst napisano po
francusku; litera „v” w imieniu Sebastiana wzięła się z transkrypcji rosyjskiej pisowni; nie
wiadomo po co poszedłem do łazienki i na chwilę stanąłem przed lustrem. Potem chwyciłem
kapelusz i zbiegłem po schodach. Na dworzec dotarłem za kwadrans dwunasta, a dwie minuty
po dwunastej odjeżdżał pociąg, który miał przybyć do Paryża około wpół do trzeciej po
południu.
Dopiero na stacji stwierdziłem, że mam przy sobie za mało gotówki na bilet drugiej
klasy; przez chwilę zastanawiałem się, czy nie byłoby lepiej wrócić po pieniądze i polecieć do
Paryża pierwszym samolotem. Lecz to, że pociąg jest tuż, tuż, zanadto mnie kusiło.
Poszedłem po najmniejszej linii oporu, bo taki już jestem. I zaledwie pociąg ruszył,
uświadomiłem sobie ze zgrozą, że list Sebastiana zostawiłem w biurku, a nie pamiętam
adresu, który brat mi podał.
20
Zatłoczony przedział był ciemny, duszny i pełen nóg. Po szybach ściekały krople
deszczu: nie płynęły prosto, lecz poszarpanym, niezdecydowanym torem, zygzakiem z
wieloma postojami. W czarnym szkle odbijała się fioletowoniebieska lampa. Pociąg kolebał
się i stękał, mknąc przez noc. Jakżeż się nazywa to sanatorium? Jakoś na „M”. Na „M”, jakoś
na... koła potknęły się w cyklicznym pędzie, wnet jednak odnalazły zgubiony rytm.
Oczywiście doktor Starow poda mi adres. Zadzwonię do niego z dworca, zaraz po
przyjeździe. Czyjś masywnie obuty sen usiłował wcisnąć mi się między golenie, ale cofnięto
go pomału. „W tym co zawsze hotelu” - co to znaczy? Nie przypominałem sobie żadnego
szczególnego adresu, pod którym Sebastian zatrzymywał się w Paryżu. Tak, Starow będzie
wiedział, gdzie go szukać. Mar... Man... Mat. ...Czy zdążę w porę? Sąsiad pchnął mnie
biodrem w biodro, zmieniając tonację chrapania na smutniejszą. Czy po przybyciu zastanę go
przy życiu... przy byciu... przy życiu... Miał mi coś do powiedzenia, coś bezgranicznie
ważnego. Ciemny, rozkołysany przedział, szczelnie wypchany rozkraczonymi manekinami,
wydawał mi się fragmentem snu z poprzedniej nocy. Co mi powie, nim umrze? Deszcz pluł i
dzwonił w szybę, w jednym jej rogu osiadł widmowy płatek śniegu i zaraz stopniał.
Naprzeciwko ktoś ożył pomału; najpierw szeleścił papierem i żuł po ciemku, a potem zapalił
papierosa, którego krągły ognik wpatrywał się we mnie niby oko cyklopa. Muszę, muszę
zdążyć. Czemu nie pognałem na lotnisko, gdy tylko dostałem list? Byłbym już teraz z
Sebastianem! Na co umiera? Na raka? Na dusznicę bolesną, tak jak jego matka? Zwyczajem
wielu ludzi, którzy nie przejmują się religią, póki ich życie toczy się normalnym trybem,
naprędce wymyśliłem miękkiego, ciepłego, łzawo zamglonego Boga i wyszeptałem
niekanoniczną modlitwę. Spraw, żebym dojechał na czas, spraw, żeby dotrwał do mojego
przyjazdu, spraw, żeby mi wyjawił swój sekret. Teraz padał już tylko śnieg: szyba zapuściła
szarą brodę. Człowiek, który żuł i palił, znowu zasnął. Może uda mi się wyciągnąć nogi i
gdzieś je oprzeć? Zacząłem macać piekącymi palcami stóp, ale noc była cała z ciała i kości.
Daremnie marzyłem, żeby oprzeć łydki i kostki nóg o coś drewnianego. Mar... Matamar...
Mar... Jak daleko od Paryża leży ta miejscowość? Doktor Starow. Alexander Alexandrowicz
Starow. Koła zaturkotały po zwrotnicach, powtarzając iks za iksem. Nieznana stacja. Gdy
pociąg się zatrzymał, z sąsiedniego przedziału dobiegły głosy: ktoś snuł opowieść bez końca.
Rozległ się posuwisty dźwięk otwieranych drzwi: nasze też się otworzyły, stanął w nich
podróżny z żałobną miną i zobaczył, że nie ma nadziei. Nie ma nadziei. Etat desespere.
Muszę zdążyć na czas. Jakie długie są te postoje! Sąsiad z prawej westchnął i spróbował
przetrzeć szybę, ta jednak pozostała równie zamglona jak przedtem; ledwie przez nią
przebijało żółtawe światło. Pociąg znów ruszył. Bolał mnie kręgosłup, kości miałem jak z
ołowiu. Usiłowałem zamknąć oczy i trochę się zdrzemnąć, ale moje powieki podszyte były
dryfującymi deseniami, a wśród nich, wyruszając zawsze z tego samego kącika, raz po raz
przepływała maleńka wiązka światła, dość podobna do wymoczka. Zdawało mi się, że
poznaję w niej kształt dworcowej latarni, która znacznie wcześniej mignęła za oknem. Potem
zjawiły się barwy, i oto różowa twarz z wielkim okiem gazeli z wolna obróciła się ku mnie...
po niej ukazał się kosz kwiatów, a jeszcze później nie ogolony podbródek Sebastiana. Nie
mogąc już znieść tego optycznego pudełka z farbami wszcząłem ostrożne, wlokące się bez
końca manewry, niby kroki baletmistrza sfilmowane w zwolnionym tempie, i wydostałem się
na korytarz. Był on rzęsiście oświetlony i zimny. Najpierw zapaliłem, potem zataczając się
poszedłem na koniec wagonu, przez chwilę kiwałem się nad plugawą, ryczącą dziurą w
podłodze, chwiejnym krokiem wróciłem na korytarz i wypaliłem jeszcze jednego papierosa.
Nigdy przedtem nie pragnąłem niczego tak zajadle, jak teraz tego, żeby zastać Sebastiana
przy życiu - pochylić się nad nim i uchwycić skierowane do mnie słowa. Jego ostatnia
książka, mój niedawny sen, tajemniczość jego listu - wszystko to napawało mnie niezłomną
wiarą, że z ust konającego usłyszę jakieś niebywałe objawienie. Jeśli będzie jeszcze nimi
poruszał. Jeśli się nie spóźnię. Na ścianie między oknami wisiała mapa, nie miała jednak nic
wspólnego z trasą, którą podróżowałem. Moja twarz mrocznie odbijała się w szybie. Il est
dangereux... E pericoloso... żołnierz o zaczerwienionych oczach otarł się o mnie w przejściu;
jeszcze przez kilka sekund straszliwie swędziała mnie dłoń, którą musnął rękawem.
Marzyłem o tym, żeby się umyć. Pragnąłem zmyć z siebie cały ten chropawy świat i w zimnej
aurze czystości stanąć przed Sebastianem. Porachował się już ze śmiertelnością, nie mogłem
więc zionąć mu w nozdrza jej odorem. Och, na pewno będzie jeszcze żył, kiedy przyjadę.
Starow nie sformułowałby w ten sposób telegramu, gdyby był pewien, że nie zdążę. Telegram
przyszedł w południe. Telegram, mój ty Boże, przyszedł w południe! Minęło już szesnaście
godzin, a kiedyż ja zajadę do Mar... Mat... Ram... Rat... Nie, nie „R” - nazwa zaczyna się od
„M”. Na chwilę ukazał mi się jej mglisty zarys, ale rozwiał się, nim go zdołałem pochwycić.
Może się pojawić jeszcze jedna przeszkoda: pieniądze. Prosto ze stacji muszę popędzić do
biura i natychmiast zdobyć trochę gotówki. Biuro jest przy samym dworcu. Bliżej niż bank.
Czy ktoś z moich licznych przyjaciół mieszka niedaleko stacji? Nie, wszyscy mieszkają albo
w Passy, albo w okolicach Porte St Cloud: w jednej z dwóch rosyjskich dzielnic w Paryżu.
Zgniotłem trzeciego papierosa i poszedłem się rozejrzeć za mniej zatłoczonym przedziałem.
Bogu dzięki, żaden bagaż nie kazał mi niby kula u nogi wracać do tego, który właśnie
opuściłem. Ale w wagonie panował ścisk, a ja byłem zanadto rozbity psychicznie, żeby
przejść korytarzami przez cały pociąg. Nie jestem nawet pewien, czy kiedy wreszcie po
omacku wszedłem do jakiegoś przedziału, był to istotnie przedział inny, czy ten sam co
przedtem; wypełniało go identyczne kłębowisko kolan, stóp i łokci - choć powietrze wydało
mi się może trochę mniej skisłe. Czemu nigdy nie odwiedziłem Sebastiana w Londynie? Parę
razy mnie zapraszał. Czemu z uporem trzymałem wobec niego dystans, skoro podziwiałem go
tak jak nikogo innego? Te cholerne osły, co kpiły z jego geniuszu... Zwłaszcza jednemu
staremu durniowi byłbym z lubością skręcił chudy kark - z lubością i furią. Aaa, więc to
pokaźne monstrum po lewej jest kobietą; eau - de - Cologne i pot idą o lepsze, to drugie
bierze górę. Nikt w tym przedziale nie wie, kim jest Sebastian Knight. Ten rozdział Utraconej
własności, tak marnie przetłumaczony w piśmie „Cadran”. A może w „La Vie Litteraire”? A
może już się spóźniłem, spóźniłem... może Sebastian już nie żyje, gdy ja siedzę na tej
przeklętej ławce, obitej cienką jak na urągowisko skórzaną tapicerką, niezdolną oszukać
moich obolałych pośladków? Szybciej, proszę, szybciej! Czemu wam się zdaje, że warto się
zatrzymywać na tej stacji? I po co tak długo? Jazda, jazda. O, właśnie - to rozumiem.
Ciemność bladła bardzo wolno, przechodząc w mętną szarówkę, i wreszcie za oknem
dał się od biedy widzieć ośnieżony świat. Okropnie marzłem w cienkim płaszczu
deszczowym. Twarze mych towarzyszy podróży stopniowo się wyłaniały, jakby pomału z
nich odmiatano warstwę pajęczyn i kurzu. Moja sąsiadka okazywała termosowi z kawą
uczucia nieledwie macierzyńskie. Cały się lepiłem, a świeży zarost sprawiał mi katusze.
Chyba bym zemdlał, gdybym szczeciniastym policzkiem dotknął jedwabiu. Widać było
różową chmurę w masie burych; matowy róż zarumienił też spłachcie topniejącego śniegu
pośród tragicznej samotności jałowych pól. Skądciś zjawiła się droga: może przez minutę
sunęła równo z pociągiem, a na chwilę przedtem, nim skręciła w dal, wśród śniegu, błocka i
kałuż zakolebał się rowerzysta. Dokąd jechał? Kim był? Nikt nigdy się nie dowie.
Na jakąś godzinę musiałem się chyba zdrzemnąć - a przynajmniej wyłączyć
wewnętrzne widzenie. Kiedy otworzyłem oczy, moi towarzysze rozmawiali i jedli; chwyciły
mnie nagle takie mdłości, że wygramoliłem się z przedziału i resztę podróży przesiedziałem
na strapontenie, mając w głowie szarą pustkę przypominającą światło tego nieszczęsnego
poranka. Pociąg, jak się dowiedziałem, miał duże opóźnienie, spowodowane nocną zamiecią
lub czymś w tym rodzaju, toteż dopiero za kwadrans czwarta po południu zajechaliśmy do
Paryża. Idąc po peronie szczękałem zębami; o mało nie uległem głupiemu odruchowi, żeby
tych kilka franków, które pobrzękiwały mi w kieszeni, wydać na jakiś mocny trunek. Zamiast
tego poszedłem do budki telefonicznej. Przekartkowałem miękką, zatłuszczoną księgę,
szukając numeru doktora Starowa i usiłując nie myśleć o tym, że za moment się dowiem, czy
Sebastian żyje. Starkaus, cuirs, peaux; Starley, jongleur, humoriste; Starow... o, jest: Jaśmin
61 - 93. Zacząłem jakieś straszliwe manewry, w połowie wykręcania numeru zapomniałem
dalszego ciągu, stoczyłem kolejną utarczkę z książką, ponownie wykręciłem numer i przez
chwilę wsłuchiwałem się w złowieszcze buczenie. Minutę siedziałem bez ruchu: ktoś rap-
townie otworzył drzwi i zaraz się wycofał, gniewnie mrucząc pod nosem. Tarcza telefonu
znów zaterkotała w tę i z powrotem - pięć, sześć, siedem razy, i od nowa rozległ się
monotonny nosowy zaśpiew: trenn, trenn, trenn... Czemu prześladuje mnie taki pech?
- Skończył pan? - spytał ten sam człowiek, zagniewany starzec o rysach buldoga.
Mając nerwy napięte do granic wytrzymałości wdałem się z paskudnym staruchem w kłótnię.
Na szczęście zwolniła się tymczasem sąsiednia budka; starzec wszedł do niej i zatrzasnął
drzwi. Próbowałem dalej. W końcu mi się udało. Kobiecy głos oznajmił, że doktora nie ma w
domu, ale będzie można go złapać o wpół do szóstej - tu kobieta podała mi inny numer
telefonu. Wstąpiwszy do biura nie mogłem nie zauważyć, że swym pojawieniem się
wszystkich nieco zaskoczyłem. Pokazałem otrzymany telegram szefowi, ten jednak wykrzesał
z siebie mniej współczucia, niż miałem prawo oczekiwać. Zadał mi parę kłopotliwych pytań
na temat interesów w Marsylii. Wreszcie wydobyłem od niego pieniądze i zapłaciłem
taksówkarzowi, czekającemu u wejścia do biura. Była za dwadzieścia piąta, miałem więc
przed sobą prawie godzinę.
Poszedłem się ogolić i w pośpiechu zjadłem śniadanie. Dwadzieścia po piątej
zadzwoniłem pod numer, który mi podano, i dowiedziałem się, że doktor pojechał do domu,
ale wróci za kwadrans. Nie miałem cierpliwości czekać, wykręciłem więc jego domowy
numer. Znany mi już kobiecy głos oświadczył, że doktor przed chwilą wyszedł. Oparłem się o
ś
cianę (tym razem dzwoniłem z budki telefonicznej w jakimś barze) i puknąłem w nią
ołówkiem. Czy nigdy nie dotrę do Sebastiana? Co za gnuśni idioci powypisywali na ścianach
„Śmierć śydom” albo „Vive le front populaire” i pomazali je nieprzyzwoitymi rysunkami?
Jakiś bezimienny plastyk zaczął zamalowywać na czarno kwadraty - szachownica,
Schachbrett, un damier... Przez głowę przemknęła mi błyskawica, a na języku osiadło słowo:
St Damier! Wybiegłem na dwór i zatrzymałem przejeżdżającą taksówkę. Zawiezie mnie do St
Damier, gdziekolwiek to jest? Taksówkarz flegmatycznym ruchem rozłożył mapę i przez
jakiś czas w nią się wpatrywał. Wreszcie odparł, że wziąwszy pod uwagę stan dróg, podróż
zajmie co najmniej dwie godziny. Spytałem, czy jego zdaniem powinienem raczej wsiąść w
pociąg. Nie wiedział.
- Wobec tego niech się pan pospieszy - powiedziałem. Dając nura do taksówki,
zgubiłem kapelusz.
Długo trwało, nim wyjechaliśmy z Paryża. Stawały nam na drodze wszelkiego rodzaju
przeszkody; chyba nigdy w życiu nic nie budziło we mnie takiej nienawiści, jak ręka pewnego
policjanta na skrzyżowaniu. Wreszcie wywikłaliśmy się z zatoru na jezdni i wjechaliśmy w
długą, mroczną aleję. Wciąż jednak posuwaliśmy się za wolno. Pchnąłem okienko i jąłem
błagać szofera, żeby dodał gazu. Odparł, że jest o wiele za ślisko - i tak już parę razy
wpadliśmy w poślizg. Po godzinie jazdy zatrzymał się i spytał o drogę policjanta na rowerze.
Przez długi czas we dwóch studiowali mapę mundurowego, potem szofer wyjął własną i
zaczęli porównywać. Okazało się, że gdzieś po drodze źle skręciliśmy i teraz musimy się
cofnąć przynajmniej o parę kilometrów. Znów zastukałem w szybę: taksówka po prostu
pełzła. Kierowca pokręcił głową, nawet nie odwracając się w moją stronę. Spojrzałem na
zegarek: dochodziła siódma. Zatrzymaliśmy się przy stacji benzynowej i szofer odbył poufną
rozmowę z mechanikiem. Zupełnie nie wiedziałem, gdzie jesteśmy, ale ponieważ droga
biegła teraz skrajem rozległych pól, miałem nadzieję, że się zbliżamy do celu. Deszcz z
szumem omiatał szyby; gdy znów spróbowałem ubłagać szofera, żeby trochę przyspieszył,
przestał nad sobą panować i ze swadą mnie zwymyślał. Osunąłem się na oparcie, bezradny i
otępiały. Na zewnątrz przemykały rozmyte plamy świetlne: okna domów. Czy kiedykolwiek
odnajdę Sebastiana? Czy zastanę go przy życiu, jeśli w ogóle dojadę do St Damier?
Parokrotnie wyprzedziły nas inne auta; zwróciłem uwagę kierowcy na to, jak szybko jadą. Nie
odpowiedział, lecz raptem zahamował i gwałtownie rozpostarł swą śmiechu wartą mapę.
Spytałem, czy znów zabłądził. Zmilczał, ale jego kark przybrał jadowity wyraz. Ruszyliśmy
dalej. Z satysfakcją zauważyłem, że teraz jedziemy dużo szybciej. Przemknęliśmy pod
mostem kolejowym i stanęliśmy przed stacją. Gdy się zastanawiałem, czy może wreszcie
znalazłem się w St Damier, szofer wygramolił się z auta i nagłym szarpnięciem otworzył
drzwiczki.
- O co znów chodzi? - spytałem.
- Pojedzie pan jednak pociągiem - rzekł kierowca. - Ani mi się śni dla pańskiej
przyjemności rozbić wóz. Stąd odchodzą pociągi do St Damier. I tak ma pan szczęście, że w
ogóle pana tu przywiozłem.
Miałem więcej szczęścia, niż myślał, bo pociąg przyjechał po kilku minutach.
Kolejarz przysięgał, że przed dziewiątą zajadę do St Damier. Ostatni etap podróży był
zarazem najbardziej mroczny. Siedziałem sam w wagonie; ogarnęła mnie dziwna apatia.
Pomimo całej niecierpliwości, jaka mną miotała, okropnie się bałem, że zasnę i przegapię
stację. Pociąg często przystawał, a mnie się robiło słabo, ilekroć musiałem wypatrzyć i
odcyfrować nazwę miejscowości. W pewnej chwili doznałem obrzydliwego uczucia, że
raptem się budzę, przespawszy twardym snem nie wiedzieć ile czasu, gdy zaś spojrzałem na
zegarek, było kwadrans po dziewiątej. Czyżbym przejechał? Już mi przychodziło na myśl,
ż
eby włączyć sygnał alarmowy, pociąg jął jednak zwalniać, a ja wychyliwszy się przez okno
spostrzegłem sunący w powietrzu oświetlony napis, który niebawem znieruchomiał: St
Damier. Przez kwadrans potykałem się w ciemnych zaułkach, potem zaś w czymś, co
szumiało jak sosnowy las, i wreszcie dotarłem do szpitala St Damier. Za drzwiami rozległo
się szuranie i sapanie, a po chwili wpuścił mnie do środka otyły starzec w grubym szarym
swetrze zamiast marynarki i w znoszonych filcowych kapciach. Wszedłem do czegoś w
rodzaju biura, skąpo oświetlonego słabą żarówką bez klosza, którą z jednej strony zdawała się
pokrywać warstwa kurzu. Starzec patrzył na mnie, mrugając oczami; jego obrzmiała twarz
błyszczała, powleczona szlamem snu; sam nie wiem, czemu odezwałem się szeptem:
- Przyjechałem, żeby się zobaczyć z Monsieur Knightem. K, n, i, g, h, t. Knight. Po
angielsku wymawia się jak „noc”.
Stęknął i usiadł ociężale za biurkiem pod wiszącą żarówką.
- Za późno na odwiedziny - wybełkotał jakby do siebie.
- Dostałem depeszę - powiedziałem. - Mój brat jest bardzo chory.
Mówiąc to czułem się tak, jakbym usiłował tym samym zasugerować, że nie ma cienia
wątpliwości co do tego, czy Sebastian żyje.
- Mówi pan, że jak on się nazywa? - spytał mężczyzna wzdychając.
- Knight - powtórzyłem. - Przez „ka”. To angielskie nazwisko.
- Cudzoziemskie nazwiska należałoby zastępować numerami - mruknął tamten. -
Byłoby dużo prościej. Jeden pacjent umarł wczoraj w nocy, a nazywał się...
Ugodziła mnie straszliwa myśl, że mówi o Sebastianie... Czyżbym jednak się spóźnił?
- Twierdzi pan... - zacząłem, lecz on pokręcił głową i przewrócił parę kartek w
księdze, która leżała na biurku.
- Nie - warknął. - Monsieur Anglik nie umarł. K, K, K...
- K, n, i, g... - zacząłem od nowa.
- C’est bon, c'est bon - przerwał mi. - Nie jestem idiotą. Numer trzydziesty szósty.
Zadzwonił dzwonkiem i ziewnąwszy zapadł się w fotel. Zacząłem chodzić w tę i z
powrotem po pokoju, targany niepohamowanym zniecierpliwieniem. Wreszcie zjawiła się
pielęgniarka, a nocny portier wskazał na mnie palcem.
- Numer trzydzieści sześć - rzekł do pielęgniarki.
Poszedłem za nią białym korytarzem, a potem w górę po kilku schodach.
- Jak on się czuje? - wyrwało mi się pytanie.
- Nie wiem - odparła. Zaprowadziła mnie do drugiej pielęgniarki, która siedziała przy
stoliczku w końcu innego białego korytarza, będącego wierną kopią pierwszego, i czytała
książkę.
- Gość do numeru trzydzieści sześć - oznajmiła moja przewodniczka i zaraz znikła.
- Ale Monsieur Anglik śpi - powiedziała pielęgniarka, młoda kobieta o krągłej twarzy
z bardzo małym i bardzo świecącym nosem.
- Jest poprawa? - spytałem. - Widzi pani, jestem jego bratem i dostałem telegram...
- Chyba jest lekka poprawa - oświadczyła pielęgniarka uśmiechając się, a ja nie
byłbym umiał w tamtej chwili wyobrazić sobie piękniejszego uśmiechu. - Wczoraj rano miał
bardzo ciężki zawał. Teraz śpi.
- Proszę posłuchać - rzekłem, wręczając jej monetę: dziesięć, a może dwadzieścia
franków. - Jutro znów przyjdę, ale tymczasem chciałbym zajrzeć do jego pokoju i chwilę przy
nim posiedzieć.
- Och, nie powinien go pan budzić - odparła pielęgniarka, znów się uśmiechając.
- Nie obudzę go. Tylko przy nim posiedzę, najwyżej minutę.
- Sama nie wiem - powiedziała. - Może pan oczywiście rzucić okiem, ale proszę
bardzo uważać.
Gdy zaprowadziła mnie do drzwi oznaczonych numerem trzydziestym szóstym,
weszliśmy do maleńkiego pokoiku czy też może sionki z leżanką; lekko pchnęła wewnętrzne
drzwi, odrobinę uchylone, a ja na moment zapuściłem spojrzenie w głąb ciemnego pokoju. Z
początku wszystko zagłuszał łomot mego własnego serca, potem jednak usłyszałem cichy,
przyspieszony oddech. Wytężyłem wzrok; łóżko do połowy było zasłonięte czymś na kształt
parawanu, a poza tym w pokoju panował zbyt gęsty mrok, żebym mógł poznać Sebastiana.
- O, właśnie - szepnęła pielęgniarka. - Zostawię drzwi leciutko uchylone, a pan może
sobie chwileczkę posiedzieć na leżance.
Zapaliła lampkę z niebieskim abażurem i zostawiła mnie samego. W idiotycznym
odruchu o mało nie sięgnąłem do kieszeni po papierośnicę. Ręce jeszcze mi się trzęsły, ale
byłem szczęśliwy. On żył. Spał spokojnie. A więc nic innego, tylko właśnie serce - czy
rzeczywiście serce? - odmówiło mu posłuszeństwa. Tak jak jego matce. Była poprawa, była
nadzieja. Miałem zamiar ściągnąć kardiologów z całego świata, żeby go uratowali. Z jego
obecności w pokoju obok, z jego wątłego oddechu czerpałem poczucie bezpieczeństwa,
spokój, cudowne ukojenie. Gdy tak siedziałem i słuchałem, złożywszy ręce, myślałem o
minionych latach, o naszych krótkich i rzadkich spotkaniach, postanawiając oznajmić mu tym
razem, kiedy tylko będzie mógł mnie wysłuchać, że odtąd - czy mu się to podoba, czy nie -
nigdy już daleko od niego nie odejdę. Mój dziwny sen, moja dziwna wiara, że Sebastian przed
ś
miercią wyjawi mi jakąś doniosłą prawdę - wszystko to wydawało się niewyraźne i
abstrakcyjne, jak gdyby zatopione w ciepłym strumieniu prostszego, bardziej ludzkiego
uczucia, w fali miłości, którą darzyłem człowieka śpiącego za uchylonymi drzwiami. Jakim
sposobem udało nam się aż tak od siebie oddalić? Czemu podczas naszych krótkich rozmów
w Paryżu zawsze byłem taki głupi, ponury i nieśmiały? Wkrótce stąd sobie pójdę, przenocuję
w hotelu - a może dostanę pokój w szpitalu, tylko do rana, póki go nie zobaczę. Przez chwilę
zdawało mi się, że wątły rytm oddechu jak gdyby zawisł, że śpiący zbudził się i z jego pokoju
dobiegł dźwięk, przypominający lekki stuk metalu o metal, nim chory znów pogrążył się we
ś
nie: rytm powrócił, oddech tak jednak był cichy, że wsłuchując się weń chwilami nieomal
myliłem go z własnym. Och, powiem mu tysiące rzeczy - będę mówił o Skosie pryzmatu i o
Sukcesie, o Dziwnej górze, o Albinosach w czerni, o Drugiej stronie księżyca, Utraconej
własności, Wątpliwym asfodelu... o wszystkich tych książkach, tak mi znanych, jakbym sam
je napisał. On też będzie mówił. Jak mało wiedziałem o jego życiu! Teraz jednak z każdą
chwilą dowiadywałem się czegoś nowego. Uchylone drzwi tworzyły między nami najlepsze
ogniwo, jakie można sobie wyobrazić. Dobiegający zza nich delikatny oddech więcej mi
mówił o Sebastianie, niż dowiedziałem się przez wszystkie poprzednie lata. Gdybym jeszcze
mógł zapalić, niczego by mi nie brakowało do szczęścia. W leżance szczęknęła sprężyna,
kiedy zmieniałem pozycję; zląkłem się, że zgrzyt ten zakłócił mu sen. Ale nie: cichy szmer
wciąż podążał wąskim szlakiem, który zdawał się biec skrajem samego czasu, tu wpadając w
dołek, ówdzie na powrót się wyłaniając, wędrując wytrwale przez pejzaż złożony z symboli
milczenia - ciemności, kotar i niebieskiego światełka, żarzącego się tuż przy moim łokciu.
Niebawem wstałem i na palcach wyszedłem z pokoiku.
- Mam nadzieję - rzekła pielęgniarka - że go pan nie obudził? Sen dobrze mu robi.
- Niech mi pani powie - poprosiłem - o której przychodzi doktor Starow?
- Doktor jaki? - spytała. - Aaa, ten Rosjanin. Non, c 'est le docteur Guinet qui le
soigne. Rano zastanie go pan w szpitalu.
- Widzi pani - powiedziałem. - Chciałbym gdzieś tu przenocować. Czy nie byłoby
możliwe...
- Mógłby pan się zobaczyć z doktorem Guinetem choćby i teraz - miłym, spokojnym
tonem ciągnęła pielęgniarka. - Mieszka tuż obok. Więc jest pan bratem chorego? A jutro
przyjeżdża z Anglii jego matka, n 'est ce pas?
- O, nie - odparłem. - Jego matka od lat nie żyje. Proszę mi powiedzieć, jak on się
czuje za dnia? Rozmawia? Cierpi?
Pielęgniarka zmarszczyła brwi i jakoś dziwnie na mnie spojrzała.
- Ale... - powiedziała. - Czegoś tu nie rozumiem... Przepraszam, jak się pan nazywa?
- Racja - przytaknąłem. - Powinienem był wyjaśnić. Jesteśmy właściwie przyrodnimi
braćmi. Nazywam się [tu wymieniłem swoje nazwisko].
- Oh la - la! - zawołała, okropnie się czerwieniąc. - Mon Dieu! Pan Rosjanin wczoraj
umarł, a pan odwiedził Monsieur Kegana...
W końcu więc nie zobaczyłem się z Sebastianem, a w każdym razie nie zobaczyłem
go żywego. Lecz parę minut spędzonych na słuchaniu oddechu, który wziąłem za jego
oddech, tak gruntownie zmieniło moje życie, jakby Sebastian przemówił jednak do mnie
przed śmiercią. Nie wiem, jaką posiadł tajemnicę, ale ja też poznałem pewien sekret - ten
mianowicie, że dusza to tylko sposób istnienia, nie zaś stały stan; że każda dusza może być
duszą człowieka, jeśli ten odnajdzie jej falowanie i za nim podąży. Niewykluczone, że życie
przyszłe to zdolność świadomego bytowania w dowolnie wybranej duszy, w dowolnej liczbie
dusz nieświadomych brzemienia, które sobie raz po raz przekazują. Jestem więc Sebastianem
Knightem. Czuję się tak, jakbym odgrywał jego postać na jasno oświetlonej scenie, podczas
gdy znani mu ludzie przychodzą, odchodzą... niewyraźne figurki zaledwie paru przyjaciół:
uczonego, poety i malarza - płynnie i bezszelestnie składają pełen gracji hołd; pojawia się i
Goodman, platfusowaty bufon z podkoszulkiem wystającym spod kamizelki; tam oto sieje
blade promienie pochylona głowa Klary, którą odprowadza na stronę życzliwa panna.
Wszyscy okrążyli Sebastiana - czy też raczej mnie, który gram jego rolę - a stary magik czeka
za kulisami z ukrytym królikiem; Nina siedzi tymczasem na stole w najmocniej oświetlonym
kącie sceny, pod malowaną palmą, w ręku zaś trzyma kieliszek wody barwionej fuksyną. I
nagle maskarada dobiega końca. Drobniutki łysy sufler zamyka swą księgę, łagodnie gasną
ś
wiatła. Koniec, koniec. Każdy wraca do swego codziennego życia (a Klara do grobu) - ale
bohater pozostaje, bo choćbym nie wiedzieć jak się starał, nie umiem wyjść z roli: maska
Sebastiana przywarła mi do twarzy, podobieństwo nie daje się zmyć. Jestem Sebastianem
albo Sebastian jest mną, a może obaj jesteśmy kimś, kogo żaden z nas nie zna.