background image

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Daniel Bell 

 

Kulturowe sprzeczności kapitalizmu 

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Przedmowa do wydania z 1978 r 
 
 
   Zdaniem legendarnego Samuela Johnsona nikt przy zdrowych zmysłach nigdy 
nie  czyta  książek  od  początku  do  końca.  On  sam  tylko  je  kartkował,  czytał 
interesujące go fragmenty, a resztę opuszczał. 
 
   W przypadku mądrego czytelnika jest to całkiem niezła metoda zapoznawania 
się  z  książką.  Dziś  jednak  wiele  osób  w  ogóle  nie  czyta  książek,  a  zdaje  się 
jedynie  na  recenzentów.  Ze  względu  na  przymus  mediów  i  charakter  kultury 
wiedza tak zdobyta bywa  niebezpieczna, nawet bowiem wówczas, gdy książka 
podaje  rozwiniętą  argumentację,  większość  recenzentów  -  są  oni  przecież  tak 
bardzo zajęci - kartkuje ją tylko w poszukiwaniu kilku wierszy, streszczających 
główną  myśl  i  pozwalających  przyczepić  autorowi  etykietkę  lokującą  go  w 
jednej  z  wygodnych  rubryczek,  użytecznych  podczas  salonowej  konwersacji. 
Kultura  amerykańska  ma  skłonności  liberalne,  a  zatem  jakakolwiek  krytyczna 
uwaga  autora  o  liberalizmie  zakłóca  dobre  samopoczucie  wielu  recenzentów. 
Natomiast  autorzy  dzieł  potępiających  te  aspekty  współczesnej  kultury,  które 
sprzyjają  tanim  wezwaniom  do  „wyzwolenia",  zazwyczaj  kwalifikowani  są 
przez nich jako „neokonserwatyści". 
 
   Takie określenia same przez się nie mają większego sensu, zakładają bowiem, 
że poglądy społeczne dadzą się uszeregować „jednowymiarowo". (Ironią jest, że 
ci, którzy najbardziej potępiają „jednowymiarowe społeczeństwo", głoszą często 
takie  właśnie  jednowymiarowe  poglądy  w  odniesieniu do  polityki.)  Określenie 
to nie ma również sensu w szerszym kontekście historycznym. Albowiem rodzaj 
krytyki  kultury,  jaki  uprawiam  -  a  dotyczy  to  również  Petera  Bergera  i  Philipa 
Rieffa  -  nie  mieści  się  w  odziedziczonych  kategoriach  liberalizmu;  staram  się 
ujmować dylematy współczesnego społeczeństwa w inne zupełnie ramy. 
 
   Ponieważ punkt widzenia autora jest  istotny dla zrozumienia jego  intencji,  na 
miejscu  będzie  -jak  sądzę  -  deklaracja,  iż  jestem  socjalistą  w  ekonomii, 
liberałem w polityce i konserwatystą w kulturze. Wielu osobom oświadczenie to 
wyda  się  dziwne.  Ich  zdaniem  bowiem,  jeśli  ktoś  jest  radykałem  w  jednej 
dziedzinie,  to  powinien  nim  być  również  i  w  innych;  i  odwrotnie,  jeśli  jest 
konserwatystą  w  jednej dziedzinie,  to  musi  być  konserwatystą  w  innych.  Tego 
rodzaju  założenie  wypacza  -  zarówno  pod  względem  socjologicznym,  jak  i 
moralnym - charakter różnych dziedzin. Poglądy moje są -jak sądzę - spójne, co 
zamierzam wykazać w niniejszej przedmowie. Zacznę od wartości, które uznaję, 
a następnie wprowadzę niezbędne rozróżnienia socjologiczne. 
 
   Co  do  ekonomii:  obszar  ekonomii  traktuje  się  dziś  zazwyczaj  czysto 
instrumentalnie.  Jednym  z  celów  tej  książki  jest  próba  pokazania,  iż 

background image

społeczeństwo kapitalistyczne  - ze swą preferencją dla akumulacji  -  uczyniło z 
działalności  gospodarczej  cel  sam  dla  siebie.  Żaden  filozof  moralności,  od 
Arystotelesa  i  Tomasza  z  Akwinu  po  Johna  Locke'a  i  Adama  Smitha,  nie 
rozpatrywał gospodarki niezależnie od celów moralnych ani też nie twierdził, by 
wytwarzanie bogactwa było celem samym dla siebie. Traktowali je raczej jako 
środek  służący  osiąganiu  cnoty  oraz  działalność  sprzyjającą  życiu 
cywilizowanemu. 
 
   Współczesna  ekonomia  stała  się  „nauką  pozytywną".  Zakłada  się  w  niej,  że 
cele  gospodarowania  mogą  być  rozmaite  i  są  przedmiotem  indywidualnych 
decyzji,  podczas  gdy  ekonomia  dotyczy  jedynie  „środków",  czyli  racjonalnego 
wyboru  sposobu  alokacji  zasobów  przy  realizacji  konkurencyjnych  celów 
indywidualnych.  System  cen  ma  być  tylko  mechanizmem  regulującym 
odpowiednią alokację dóbr i usług w granicach wytworzonych rodzajów popytu. 
Zauważmy  jednak,  że  popyt  ten  wynika  z  istniejącego  sposobu  podziału 
dochodów.  Ponadto,  kierunek  gospodarce  nadaje  ostatecznie  system  wartości 
kultury, w której jest osadzona. Polityka gospodarcza może być skuteczna jako 
środek,  może  wszakże  być  sprawiedliwa  tylko  w  tej  mierze,  w  jakiej 
sprawiedliwy jest kształtujący ją system wartości kultury. 
 
   Z  tego  właśnie  powodu  jestem  socjalistą  w  ekonomii.  Moim  zdaniem 
socjalizm  to  ani  nie  upaństwowienie,  ani  nie  zbiorowa  własność  środków 
produkcji,  lecz pewna koncepcja priorytetów w polityce  gospodarczej. Dlatego 
jestem  zdania,  że  w  tej  dziedzinie  wśród  wartości  legitymizujących  politykę 
gospodarczą społeczeństwo nadaje priorytet jednostce. Pierwszy zatem warunek 
nałożony  na  podział  zasobów  społecznych  ustalać  powinien  „minimum 
socjalne",  które  zapewniałoby  ludziom  godziwą  egzystencję  i  umożliwiało  im 
uczestnictwo  w  życiu  społecznym  [Punktem  zwrotnym  była  tu  twórczość 
Benthama.  Zakładał  on,  że  wszyscy  ludzie  pragną  szczęścia,  a  szczęście 
rozumiał  jako  maksimum  przyjemności  przy  minimum  cierpień.  W  praktyce 
oznaczało  to,  że  cokolwiek  jednostka  uzna  za  swe  dobro,  musi  być  uznane  za 
cel,  do  którego  należy  dążyć.  Adam  Smith  oprócz  Badań  nad  naturą  i 
przyczynami  bogactwa  narodów  napisał  książkę  zatytułowaną  Teoria  uczuć 
moralnych, w której „bezstronny obserwator" przedstawiał ocenę społeczności, 
z jaką liczyć się  mieli wszyscy słusznie  myślący  ludzie. Dla Benthama jednak, 
w  jego  Wprowadzeniu  do  zasad  moralności  i  prawodawstwa,  „społeczność  to 
ciało fikcyjne", a jej interes jest sumą interesów tworzących ją jednostek. 
 
    Współczesna  myśł  kapitalistyczna  przyjęła  tę  koncepcję  na  własną  zgubę, 
odwoływanie  się  bowiem  do  indywidualnych  interesów  jest  słabym  moralnym 
uzasadnieniem  polityki  gospodarczej.  Jak  wskazuje  mój  kolega,  Irving  Kristol, 
ekonomia  jest  nieuchronnie  związana  z  rozważaniami  natury  normatywnej  -  a 
mianowicie  z  oceną,  czy  łączne  konsekwencje  indywidualnych  decyzji  są 

background image

słuszne  i  sprawiedliwe.  Żadne  społeczeństwo  nie  może  uniknąć  formułowania 
rozsądnych  ocen  na  temat  tego,  co  właściwe  i  pożądane  oraz  rozpatrywania 
decyzji  gospodarczych  w  ramach  takiej  normy.].  Wymaga  to  ustalenia 
priorytetów  gwarantujących  zatrudnienie  wszystkim,  którzy  go  poszukują, 
adekwatny  stopień  zabezpieczenia  przed  niespodziankami  rynku,  dostęp  do 
opieki zdrowotnej oraz ochronę przed klęską choroby. 
 
   Uznaję,  i  reinterpretuję  w  tej  książce,  klasyczne  odróżnienie  potrzeb  od 
pragnień.  Potrzeby  jednostek  wynikają  z  ich  przynależności  do  gatunku, 
pragnienia natomiast - z rozmaitych nie zaspokojonych chęci, określonych przez 
indywidualne  upodobania  i  nawyki.  Pierwszym  obowiązkiem  społeczeństwa 
jest,  jak  sądzę,  zaspokojenie  elementarnych  potrzeb,  w  przeciwnym  bowiem 
razie  jednostka  nie  może  być  w  pełni  członkiem  społeczeństwa.  Słowo 
„potrzeby"  jest  oczywiście  niejednoznaczne.  Keynes  pisał:  „Prawdą  jest,  że 
potrzeby  ludzkie wydawać się  mogą  nienasycone. Są one wszakże dwojakiego 
rodzaju. Do pierwszej kategorii należą te, które mają charakter absolutny w tym 
sensie, że odczuwamy je  niezależnie od sytuacji, w  jakiej znajdować się  mogą 
bliźni; do drugiej - te, które są względne w tym sensie, iż odczuwamy je jedynie 
wówczas,  gdy  zadośćuczynienie  im  zapewnia  nam  sytuację  lepszą  od  tej,  jaką 
cieszą się inni. Potrzeby tej drugiej kategorii, których 
 
spełnienie  daje  poczucie  wyższości,  mogą  być  istotnie  nienasycone  [...]  nie 
dotyczy to jednak potrzeb absolutnych". 
 
   W  pracy  tej  śledzę  ujęcie  owej  różnicy  przez  Arystotelesa;a  następnie 
Tomasza  z  Akwinu.  Żądza  pieniędzy,  jak  wskazywał  św.  Tomasz,  nie  zna 
granic. Dlatego Kościół katolicki ograniczał lichwę i swobodne stanowienie cen. 
Jednakże granice potrzeb dotyczących wyżywienia, przyodziewku, schronienia i 
temu podobnych wyznaczane są przez możliwości użytkownika. 
 
   Współczesna  ekonomia  ustaliła  mimo  woli  własne  rozróżnienie  potrzeb  i 
pragnień:  wprowadziła  mianowicie  pojęcie  swobodnie  dysponowanego 
dochodu.  Część  wydatków  osobistych  jest  względnie  zdeterminowana  - 
przeznaczona na zaspokojenie określonych potrzeb podstawowych (absolutnych 
wedle  Keynesa).  Część  druga  jest  zmienna:  może  zostać  zaoszczędzona, 
wykorzystana na zaspokojenie rozmaitych pragnień, wydana na cele uchodzące 
za świadectwa wyższego statusu. 
 
   Minimum  socjalne,  jakie  postuluję,  to  wysokość  dochodu  rodzinnego, 
niezbędnego  do  zaspokojenia  potrzeb  podstawowych.  A  ponieważ  jest  to 
również  definicja  kulturowa,  będzie  ono  oczywiście  ulegać  zmianom  w  czasie 
[Mój  kolega,  Lee  Rainwater,  w  wielu  badaniach  empirycznych  stwierdził,  iż 
członkowie  klasy  pracującej  różnych  grup  etnicznych  zapytani  w  bardzo 

background image

rozmaitych  okolicznościach  życiowych,  jaki  dochód  uważaliby  za  godziwy, 
wskazywali  na  taką  jego  wielkość,  która  odpowiadała  połowie  medialnej 
wartości  dochodu  w  danym  społeczeństwie.].  Jestem  socjalistą  również  w  tym 
sensie,  iż  moim  zdaniem  bogactwo  nie  powinno  być  wymienialne  na 
niezasłużone przywileje w dziedzinach, w których jest ono nieważne. Tak więc 
niesprawiedliwością  jest,  jak  twierdzę,  by  bogactwo  zapewniało  lepszy  dostęp 
do  opieki  zdrowotnej  (s.  295  i  następne  tej  pracy),  ta  powinna  być  bowiem 
dostępna  dla  każdego.  Tam,  gdzie  chodzi  o  bogactwo,  status  i  władzę,  istnieją 
zasady sprawiedliwego podziału właściwe dla każdej z tych dziedzin. 
 
   W  polityce  jestem  jednak  liberałem  -  przy  czym  oba  te  terminy  rozumiem  w 
sensie  Kantowskim.  Sądzę  więc,  iż  w  tej  dziedzinie,  odwrotnie  niż  w 
gospodarce, jednostka powinna mieć prymat wobec grupy (obojętne, czy będzie 
nią  rodzina,  korporacja,  kościół  czy  mniejszościowa  grupa  etniczna).  Trzeba 
zachować  rozróżnienie  tego,  co  publiczne  i  prywatne,  tak  by  nie  wszystkie 
zachowania  ludzkie  były  spolityzowane,  co  występuje  w  krajach 
komunistycznych,  ale  też  -  by  nie-  wszystkie  były  wolne  od  wszelkich 
ograniczeń,  jak  to  głosiła  doktryna  leseferyzmu  w  tradycyjnych 
społeczeństwach kapitalistycznych. 
 
   Zachowania  publiczne  podlegają  prawu,  które  stosuje  się  jednakowo  do 
wszystkich,  a  więc  ma  charakter  proceduralny:  nie  rozróżnia  między 
jednostkami;  zamiast  dekretować  równość,  po  prostu  traktuje  ludzi  jako 
równych. Zachowania prywatne - w dziedzinie obyczajów i gospodarowania - to 
obszar, w którym zainteresowane strony same  podejmują decyzje dopóty, póki 
ich  skutki  (na  przykład  pornografia  lub  zanieczyszczenie  środowiska)  nie 
naruszają obszaru publicznego. 
 
   Uznaję  raczej  zasadę  indywidualnych  osiągnięć,  niż  dziedziczonej  pozycji 
społecznej. Nie jestem wszakże egalitarystą w potocznym, modnym sensie tego 
słowa, zgodnie z którym prawo winno uczynić ludzi równymi; sytuacja taka nie 
byłaby  w  istocie  równością,  lecz  reprezentacją  według  założonych 
współczynników  liczbowych.  Jedną  z  przyczyn,  z  powodu  których  odróżniam 
potrzeby  od  pragnień,  jest  moja  niewiara  w  możliwość  doprowadzenia  w 
gospodarce  do  jednakowych  dochodów.  Nacisk  na  zróżnicowanie  płac  - 
najsilniejszy  w  środowiskach  robotniczych  -  jest  odzwierciedleniem  intuicji 
moralnej,  zgodnie  z  którą  wynagrodzenie  powinno  uwzględniać  różnice 
posiadanych kwalifikacji i włożonego wysiłku. Z chwilą, gdy istnieje minimum 
socjalne,  kwestia,  co  ludzie  robią  z  nadwyżką,  jest  ich  sprawą  osobistą, 
podobnie  jak  sprawą  prywatną  jest to,  co  czynią  w  dziedzinie  obyczajów,  pod 
warunkiem  wszakże,  iż  czynią  to  prywatnie.  A  jeśli  we  współzawodnictwie 
społecznym  przeważa  uniwersalizm,  to  kryterium  zasług  jest  -  jak  sądzę  - 

background image

właściwą podstawą wynagradzania indywidualnych osiągnięć w społeczeństwie. 
 
   W kulturze  jestem z kolei konserwatystą, szanuję bowiem tradycję;  wierzę w 
możliwość  zasadnych  ocen  jakości  dzieł  sztuki  i  uważam,  że  przy  ocenianiu 
wartości  doświadczenia,  sztuki  i  wykształcenia  niezbędne  jest  respektowanie 
zasady autorytetu. 
 
   Używam  terminu  „kultura"  -  co  jest  oczywiste  w  tej  książce  -  w  węższym 
sensie,  niż  wszechobejmujące  pojęcie  antropologiczne,  z"godnie  z  którym  jest 
ona  „wzorcem  sposobu  życia";  zarazem  jednak  rozumiem  ją  szerzej,  niż  każe 
tradycja  arystokratyczna  ograniczająca  kulturę  do  sztuki  wysokiej.  Kultura  to 
według mnie wysiłek mający na celu uzyskanie spójnego zbioru odpowiedzi na 
problemy  egzystencjalne,  trapiące  wszystkich  ludzi  w  ciągu  ich  życia.  Z  tego 
powodu dla żywotności kultury ogromne  znaczenie  ma tradycja: zapewnia ona 
ciągłość  pamięci,  która  uczy,  jak  przodkowie  zmagali  się  z  tymi  samymi 
problemami  egzystencjonalnymi.  (Dlatego  psalmista  powiada:  „Jeśli  zapomnę 
ciebie Jeruzalem, niech uschnie moja prawica".) 
 
   Nacisk  na  ocenę  jest  niezbędny,  aby  uniknąć  traktowania  wszelkiego 
„sensownego"  doświadczenia  jako  równie  dobrego  i  upierania  się  przy  tym,  iż 
„kultura"  każdej  grupy  jest  tyle  samo  warta  co  każda  inna.  Nieszczęściem 
nowoczesności jest znaczenie, jakie przypisuje ona „awto-ekspresji" i zacieranie 
różnicy między życiem a sztuką; w rezultacie probierzem zadowolenia staje się 
działanie  spontaniczne,  a  nie  refleksyjna  dyscyplina  wyobraźni.  Kultura,  aby 
być  znacząca,  wykraczać  musi  poza  teraźniejszość;  jest  ona  bowiem  stałą 
konfrontacją  z  tymi  zasadniczymi  pytaniami,  na  które  odpowiedzi  -  poprzez 
zespół symboli - nadają spójny sens egzystencji. Ponieważ zarówno doceniania 
tradycji  w  kulturze,  jak  i  oceniania  sztuki  (a  także  spójności  programów 
edukacji)  trzeba  się  uczyć,  więc  autorytet  jest  niezbędnym  drogowskazem  dla 
poszukujących.  Uzyskać  go  można  zaś  jedynie  poprzez  badania,  a  nie  przez 
mielenie jęzorem. 
 
   Te  trzy  elementy  zajmowanego  stanowiska  tworzą  spójną  całość,  łączą 
bowiem  -  jako  konieczne  warunki  cywilizowanego  porządku  -  przekonanie  o 
możliwości  powszechnego  uczestnictwa  w  społeczeństwie  dzięki  zapewnieniu 
każdemu  takiego  minimum  ekonomicznego,  które  gwarantuje  mu  poczucie 
godności własnej z zasadą  indywidualnego osiągania pozycji społecznej dzięki 
zasługom, oraz z koncepcją ciągłości wiążącej przeszłość i teraźniejszość w celu 
kształtowania przyszłości. 
 
   W  szerszym  sensie  tematem  tej  książki  są  sprzeczności  kulturowe  nie  tyle 
kapitalizmu,  ile  społeczeństwa  mieszczańskiego,  czyli  sprzeczności  tego 
nowego  świata,  który  stworzyły  cechy  kupieckie  i  rzemieślnicze,  warstwa 

background image

średnia  czy  też  burżuazja.  Począwszy  od  XVI  stulecia  rewolucjonizowała  ona 
nowożytne społeczeństwo sprawiając, iż jego cechą 
 
dystynktywną  stawała  się  raczej  aktywność  gospodarcza  niż  działalność 
religijna czy militarna. 
 
   Kapitalizm  jest  systemem  społeczno-ekonomicznym  nastawionym  na 
wytwarzanie  towarów  w  drodze  racjonalnego  rachunku  kosztów  i  cen  oraz  na 
akumulację kapitału w celu jego reinwestowania. Ten szczególny, nowy sposób 
gospodarowania  sprzęgł  się  z  określoną  kulturą  i  strukturą  osobowości.  W 
kulturze  była  to  koncepcja  samorealizacji  jednostki,  jej  wyzwolenia  z 
tradycyjnych  ograniczeń  i  więzi  (rodzinnych  i  pochodzenia)  tak,  by  mogła 
kształtować  sama  siebie  wedle  własnej  woli.  Strukturę  osobowości  określała 
natomiast  norma  samokontroli  i  opóźnionej  gratyfikacji,  norma  celowego 
zachowania  w  dążeniu  do  dobrze  określonych  celów.  To  właśnie  wzajemny 
związek  systemu  ekonomicznego,  kultury  i  struktury  osobowości  kształtował 
cywilizację  mieszczańską.  Główne  wątki  tej  książki  dotyczą  wspomnianej 
jedności oraz jej konsekwencji. 
 
   Sprzeczności  ujmuję  z  dwóch  punktów  widzenia.  Pierwszy  to  syntetyczny 
konstrukt  -  ,,typ  idealny".  Ma  on  charakter  „ahistoryczny"  i  traktuje  zjawiska 
jako  elementy  układu  zamkniętego.  Dzięki  temu  może  być  „hipotetyczno-
dedukcyjny"  i wyznaczać  granice zjawisk. Jego zaletą jako  typu  idealnego  jest 
umożliwienie identyfikacji cech istotnych (które nazywam osiowymi zasadami i 
strukturami)  poszczególnych  dziedzin  społecznych;  strumień  historycznych 
przemian często przesłania te cechy. Ze względu na swój statyczny charakter typ 
idealny  nTe  ujmuje  jednak  źródeł  i  przyszłych  kierunków  zachodzących 
procesów.  Dlatego  niezbędny  jest  zarazem  historyczny  punkt  widzenia, 
pozwalający na szczegółowy opis empirycznej złożoności zjawisk. 
 
   Korzystając  z  typu  idealnego  stwierdzam,  iż  sprzeczności  kapitalizmu 
wynikają  z  antagonistycznych  zasad  wyznaczających  struktury  techniczno-
ekonomiczne,  polityczne  i  kulturowe  społeczeństwa.  Dziedzina  techniczno-
ekonomiczna, która uzyskała decydującą rolę u zarania kapitalizmu, opiera się - 
jak  całe  współczesne  społeczeństwo  przemysłowe  -  na  osiowej  zasadzie 
oszczędności:  dążenie  do  wydajności  poprzez  rozbicie  wszelkich  czynności  na 
najdrobniejsze składniki kosztów jednostkowych, zdefiniowanych przez system 
sprawozdawczości  finansowej.  Osiowa  struktura  oparta  na  specjalizacji  i 
hierarchii  polega  na  biurokratycznej  koordynacji.  Jednostki  z  konieczności 
traktuje  sic  zatem  nie  jako  osoby,  lecz  jako  rzeczy,  jako  narzędzia 
maksymalizacji  zysku  [Używam  słowa  „zysk"  w  swoistym  ekonomicznym 
znaczeniu,  to  znaczy  do  określenia  korzyści,  jakie  płyną  z  wydajnego 
wykorzystywania zasobów, a nie ze spekulacji czy też dodatkowych wpływów 

background image

związanych z brakiem towarów, czy też z uzyskaniem monopolu. W tym sensie 
każdy  system  ekonomiczny  jest  nastawiony  na  zysk,  jego  przeciwieństwem 
bowiem jest strata. Kwestią socjologiczną jest pytanie, jakie czynniki bierze się 
pod  uwagę  obliczając  zysk.  Do  niedawna  przedsiębiorstwa  kapitalistyczne  nie 
uwzględniały  w  tym  rachunku  kosztów  społecznych  (zanieczyszczenia 
środowiska, zdrowia i bezpieczeństwa robotników), które ponosili robotnicy czy 
też  całe  społeczeństwo.  Podobnie  jest  w  krajach  komunistycznych,  gdzie  za 
zwiększenie  funduszy  przedsiębiorstw  (z  których  budowane  są  mieszkania  czy 
opłacane urlopy) społeczeństwo płaci wysoką cenę (np. zanieczyszczenie jeziora 
Bajkał  przez  fabryki  papiernicze).].  Ogólnie  rzecz  biorąc,  jednostki 
zredukowane  zostają  do  swych  funkcji  (zachowania  jednostek,  mówiąc 
żargonem socjologicznym, wyznaczane są przez role, jakie pełnią). 
 
   Dziedzina  polityki,  której  zadaniem  jest  regulowanie  konfliktów,  rządzi  się 
osiową zasadą równości: równości wobec prawa, równych praw obywatelskich, 
a  ostatnio  również  -  praw  społecznych  i  ekonomicznych.  Ponieważ  wymogi  te 
przekłada się na uprawnienia, porządek polityczny - aby wyrównać stanowiska i 
nagrody wytwarzane przez system ekonomiczny - coraz bardziej interweniuje w 
życie  gospodarcze  i  społeczne  (w  sprawy  korporacji,  uniwersytetów  czy 
szpitali). Struktura węzłowa polega tu  na reprezentacji, a ostatnio  - również  na 
partycypacji.  Żądanie  uznania  zasady  partycypacji  obejmuje  dziś  wszystkie 
obszary  życia  społecznego.  Ramy  dzisiejszych  konfliktów  społecznych 
wyznaczone są przez napięcia między wymogami biurokracji i równości. 
 
   Wreszcie dziedzina kultury; jest ona obszarem autoekspresji i autogratyfikacji. 
Ma  charakter  antyinstytucjonalny  i  antynomiczny,  ponieważ  to  jednostka  jest 
miarą  satysfakcji:  to  jej  odczucia,  sentymenty  i  sądy,  nie  zaś  obiektywne 
kryteria,  określać  mają  wartość  wytworów  kultury.  W  najbardziej  skrajnych 
przypadkach  postawa  ta  każe  pytać  nie  o  to,  czy  wiersz,  sztuka  teatralna  lub 
obraz  jest  dobry  czy  sznurowaty,  lecz  o  to,  „co  one  znaczą  dla  mnie".  W 
rezultacie  tej  demokratyzacji  kultury  każdy,  co  zrozumiałe,  stara  się  w  pełni 
zrealizować  swój  „potencjał";  w  ten  sposób  indywidualne  „ja"  popada  coraz 
bardziej  w  konflikt  z  wymogami  roli,  jaką  dana  jednostka  pełni  w  porządku 
techniczno-ekonomicznym. 
 
   Wielu krytyków sprzeciwia się powyższym sformułowaniom powiadając, iż o 
„władzy" nadal decyduje gospodarka, zwłaszcza wielkie korporacje, a tendencja 
do  autoekspresji  w  kulturze  została  wchłonięta  przez  system  kapitalistyczny  i 
przekształcona w wytwarzanie towarów, to jest przedmiotów na sprzedaż. 
 
   Są to jednak kwestie empiryczne, od których rozstrzygnięcia zależy słuszność 
pewnych założeń, a nie to, czy ten sposób analizy - czyli koncepcja rozbieżności 
poszczególnych sfer - jest użyteczny. Odpowiedzi zależą od wyroku, jaki wyda 

background image

historia; wrócę do nich w toku mego wykładu historycznego. 
 
   Dominujące  w  ciągu  ostatnich  trzydziestu  lat  poglądy  na  temat  kapitalizmu 
ukształtował  w  znacznym  stopniu  Max  Weber,  zwracając  uwagę  na  znaczenie 
etyki  kalwińskiej  i  protestanckiej,  kładącej  nacisk  na  systematyczną  pracę  i 
legitymizującej  dążenie  do  bogactwa.  Normy  tej  etyki  ułatwiały  powstanie 
swoistej  dla  Zachodu  racjonalnej  organizacji  produkcji  i  wymiany.  Kapitalizm 
miał jednak dwojakie źródła. Jeśli jednym z nich był podkreślany przez Webera 
ascetyzm,  to  drugim  -  zachłanność,  główny  temat  niemal  całkowicie  w  tym 
czasie  pomijanych  prac  Wernera  Sombarta  [Główną  część  dorobku  Sombarta 
stanowią trzy obszerne tomy Der Modernę Kapitalismus (dwa pierwsze ukazały 
się  w  latach  1916-1917,  trzeci  dziesięć  lat  później,  w  1927  r.)  oraz  seria 
wcześniejszych prac o Żydach i kapitalizmie, wojnie i kapitalizmie oraz luksusie 
i kapitalizmie; ukoronowaniem tej serii był tom Der Bourgeois wydany w 1913 
r. 
 
    Zapomnienie dorobku Sombarta ma zapewne dwie przyczyny. Przed I wojną 
światową  Sombart  sympatyzował  wyraźnie  z  socjalizmem  i  wydał  wiele  prac, 
które  przyniosły  mu  znaczny  rozgłos,  w  tym  pierwszą  swą  ważną  książkę: 
Sozialismus  und  soziale  Bewegung  (1896),  przetłumaczoną  na  ponad 
dwadzieścia  języków.  (Jego  książka  o  Stanach  Zjednoczonych,  Warum  gibt  es 
kein Sozialismus  in  der  Yereingten  Staaten,  opublikowana  w  1901  r.,  stała  się 
standardowym wyjaśnieniem, dlaczego idee socjalistyczne nie zakorzeniły się w 
USA.) Jednakże po wojnie Sombart odwrócił się od marksizmu, a w 1934 r. w 
książce  Deutscher  Sozialismus  (przetłumaczonej  na  angielski  jako  A  New 
Social  Philosophy)  poparł  narodowy  socjalizm.  Stanowisko  to  utrzymał  aż  do 
śmierci  (w  1941  r.),  prezentując  mętne  poglądy  na  temat  człowieka.  Druga 
przyczyna  ma  raczej  charakter  teoretyczny  niż  polityczny.  Prace  Sombarta  o 
kapitalizmie,  choć  niezwykle  bogate  i  rozmaite  -  zebrał  on  zapewne  więcej 
materiału niż jakikolwiek inny autor - są ostatecznie podobne do olla podrida, w 
którym zmieszano  mnóstwo niestrawnych składników bez wyraźnego związku. 
W  różnych  okresach  twórczości  autor  uważał  za  stosowne  podkreślanie  roli 
innych grup społecznych (raz np. Żydów, kiedy indziej Florentyńczyków) bądź 
tego,  czy  innego  faktu  społecznego  (np.  nowe  źródła  metali  szlachetnych  lub 
technologie).  Przez  cały  jednak  czas  u  podłoża  tego  wszystkiego  odnajdujemy 
nacisk, jaki kładł na zachłanność. 
 
    Nie  ma  kompletnego  przekładu  Der  Modernę  Kapitalismus  na  język 
angielski, chociaż istnieje wersja odręczna autorstwa Fredericka L. Nussbauma, 
zatytułowana  A  History  of  the  Economic  Institutions  of  Modern  Europę:  An 
Introduction  to  Der  Modernę  Kapitalismus  of  Werner  Sombart.  Der  Bourgeois 
przetłumaczył M. Epstein pod tytułem The Quintessence of Capitalism: A Study 
of the History and Psychology of the Modern Business Man, New York 1915, E. 

background image

P.  Dutton  and  Co.  Ciekawe,  że  nigdzie  w  książce  nie  zaznaczono,  iż  jest  ona 
przekładem Der Bourgeois. Być może fakt, że ukazała się w Londynie w czasie 
wojny może tłumaczyć brak odniesienia do wydania niemieckiego.]. 
 
   Aby podkreślić rozmaitość źródeł kapitalizmu, Sombart wyróżnia w pracy Der 
Bourgeois  sześć  podstawowych  typów  „kapitalistycznych  przedsiębiorców": 
piratów  („okrutnych  wilków  morskich,  których  było  mnóstwo  w 
szesnastowiecznej  Anglii");  posiadaczy  ziemskich  (tj.  kapitalistycznych 
farmerów,  którzy  zajęli  się  górnictwem  i  wytopem  żelaza,  np.  we  Francji  w 
początkach 

XVIII 

w.); 

urzędników 

państwowych 

(promotorów 

przedsiębiorczości, jak Colbert we Francji); spekulantów (np. takich, jak ludzie, 
którzy  stali  za  Kompanią  Mórz  Południowych  i  przejęli  narodowy  dług  Anglii 
na  zamorskie  inwestycje);  kupców  (pierwotnie  mieszczan,  którzy  stali  się 
przedsiębiorcami)  i  rzemieślników  czy  też  fabricants,  którzy  stali  się 
właścicielami manufaktur. 
 
   Głównym  obszarem  kapitalistycznych  przedsięwzięć  nie  były  -  zdaniem 
Sombarta  -  kraje  protestanckie,  jak  Holandia,  Anglia,  Stany  Zjednoczone,  lecz 
świat  Florentyńczyków.  Twierdził,  że  te  same  maksymy  mieszczańskiej 
przezorności,  jakie  zwykliśmy  wiązać  z  nazwiskiem  Benjamina  Franklina 
(notabene on sam był raczej typem bon viveur), można odnaleźć w  - o kilkaset 
lat  wcześniejszych  -  pismach  Leona  Batisty  Albertiego.  Jego  książka  Del 
governo  delia  famiglia  uchodziła  w  swoim  czasie  za  pozycję  klasyczną,  a 
wyłożone  w  niej  poglądy  na  temat  cnót  klasy  średniej,  właściwej  koordynacji 
działań  i  zyskownego  wykorzystania  czasu  przejęło  wielu  włoskich  i 
francuskich mieszczan-przedsiębiorców oraz commercants [Na temat Albertiego 
jako  jednej  z  głównych  postaci  w  dyskusji  o  racjonalnej  estetyce  przestrzeni  i 
czasu patrz s. 145 -148 pracy. Hugh Trevor-Roper w Religion, the Reformation 
and  the  Social  Change,  and  Other  Essays,  London  1967,  Macmillan,  s.  23,  27-
28,  przedstawia  interesujące  argumenty  na  rzecz  tezy,  iż  źródeł  kapitalizmu 
szukać  trzeba  w  katolickich  Włoszech  i  że  to  kontrreformacja,  a  nie  etyka 
protestancka odpowiada za „translokacje" kapitalizmu. Pisze on: 
 
Dla  Marksa,  Webera  i  Sombarta,  którzy  nie  dostrzegali  kapitalizmu  w 
średniowiecznej Europie, problem polegał na wyjaśnieniu, dlaczego kapitalizm 
powstał w XVI w. Dla  nas, którzy sądzimy, że katolicka Europa w przededniu 
reformacji  zdolna  była  zrodzić  kapitalizm,  pytanie  polega  na  tym,  dlaczego  w 
XVI  w.  tak  wielu  prekursorów  takiej  gospodarki  -  przedsiębiorców,  lecz 
również  robotników  -  porzuciło  stare  centra  leżące  głównie  w  krajach 
katolickich  i  przeniosło  się  do  nowych,  głównie  w  krajach  protestanckich.  [...] 
Otóż zostali oni wygnani; wygnani ze względów religijnych. [...] 
 

background image

Nie  chodzi  o  to,  że  kalwinizm  stworzył  nowy  typ  człowieka,  który  z  kolei 
stworzył  kapitalizm,  lecz  raczej  o  to,  że  stare  elity  gospodarcze  Europy  ze 
względu  na  swój  od  pokoleń  swoisty  sposób  myślenia  zepchnięte  zostały  w 
herezję  i  uznane  nagle za  niepożądany element heretycki. [...] Stale  natrafiamy 
bowiem  na  ten  fakt:  kalwińscy,  jak  również  żydowscy  przedsiębiorcy  w 
północnej Europie nie byli elementem miejscowym.]. 
 
   Gdziekolwiek  zrodziłby  się  wczesny  kapitalizm,  widać  wyraźnie,  że  te  dwa 
impulsy - ascetyzm i zachłanność - splatały się ze sobą. Jeden znajdował wyraz 
w  przezornym,  mieszczańskim  duchu  kalkulacji,  drugi  zaś  -  w  niespokojnym 
faustowskim  pędzie,  który  (ucieleśniony  w  nowożytnej  gospodarce  i  technice) 
przyjął  za  swe  motto  „bezkresną  granicę",  a  za  cel  -  całkowite  przekształcenie 
natury.  Wzajemne  splecenie  tych  wątków  wyznaczyło  nowożytną  koncepcję 
racjonalności. Napięcie między nimi było zaś źródłem moralnych ograniczeń dla 
przejawów  wystawności,  właściwych  wczesnemu  okresowi  podbojów.  Widać 
również  -  a  jest to jedna  z  tez  tej  książki  -  że  pierwiastek  ascetyczny  i  wraz  z 
nim  swego  rodzaju  moralna  legitymizacja  kapitalistycznych  zachowań 
stopniowo zanikały. 
 
   Jeśli  zaś  chodzi  o  uzasadnienie  filozoficzne,  to  główny  atak  na  ascetyzm 
przeprowadził  Jeremy  Bentham  dowodząc,  że  gwałci  on  „naturalne", 
hedonistyczne  skłonności  człowieka  -  zabieganie  o  przyjemności  i  unikanie 
cierpienia. Główna wada ascetyzmu  -  niezależnie od tego, jak czyste były jego 
intencje - miała zdaniem Benthama polegać na tym, że skazuje on człowieka na 
„despotyzm". Tylko zasada użyteczności może służyć za instrument regulujący 
dążenia  do  realizacji  celów.  W  ten  sposób  pojęcie  wspólnego  celu  zostało 
zredukowane do indywidualnych preferencji. 
 
   Z  historycznego  punktu  widzenia  „impuls  ekonomiczny"  ograniczony  został 
już  wcześniej  przez  reguły  zwyczaju  i  tradycji,  w  pewnej  zaś  mierze  przez 
katolicką  zasadę  moralną  sprawiedliwej  ceny,  a  później  -  przez  nacisk,  jaki 
purytanie kładli  na  umiarkowanie. W  miarę, jak  malał nacisk religii  (proces to 
sam  przez  się  skomplikowany),  słabły  też  i  ograniczenia.  Cechą 
charakterystyczną  kapitalizmu  -  jego  dynamiki  -  stało  się  nienasycenie. 
Napędzany  przez  rozwój  techniki,  nie  znajdował  on  asymptoty  swego 
wykładniczego  wzrostu.  Precz  z  granicami.  Nie  ma  niczego  świętego.  Normą 
jest zmiana. W połowie XIX w. taki tor wyznaczała gospodarka. Taki też był tor 
rozwoju kultury. 
 
   Dziedzina  kultury  to  obszar  znaczeń,  wysiłku  wyobraźni  nadającej  poprzez 
ekspersyjność  sztuki  i  rytuału  sens  światu,  a  w  szczególności  takim 
egzystencjalnym  „niezrozumiałościom",  jak  tragedia  i  śmierć,  z  którymi  każda 
samowiedna  istota  ludzka  musi  się  kiedyś  w  życiu  zetknąć.  Wówczas 

background image

uświadamiamy  sobie  pytania  fundamentalne,  z  których  płyną  wszystkie 
pozostałe  -  Uhrphanomen,  jak  nazywał  je  Goethe.  Religia,  jako  najdawniejsza 
próba  zrozumienia  tych  „tajemnic",  była  też  i  historycznym  źródłem  symboli 
kultury. 
 
   Jeśli  nauka  jest  poszukiwaniem  jedności  natury,  to  religia  jest  dążeniem  do 
jedności kultury w różnych historycznych okresach cywilizacji. Aby zewrzeć to 
koło:  religia  tkała  tradycję  z  materii  znaczeń  i  strzegła  bram  kultury  przed 
dziełami sztuki, zagrażającymi jej własnym normom moralnym. 
 
   Współczesność  rozbija  tę  jedność  i  czyni  to  na  trzy  sposoby:  po  pierwsze, 
kładąc nacisk na autonomię estetyki w stosunku do norm moralnych; po drugie, 
ceniąc  wyżej  to,  co  nowe  i  eksperymentalne;  po  trzecie,  traktując  poszukującą 
oryginalności i niepowtarzalności jednostkę jako probierz sądów kulturowych. 
 
   Najbardziej  agresywnym  protagonistą  tego  ruchu  jest  samozwańcza  avant-
garde, która przybiera nazwę modernizmu.  
 
Analiza  modernizmu  jest  jednym  z  zasadniczych  wątków  tej  książki.  Traktuję 
bowiem  modernizm  jako  prąd  rozkładający  światopogląd  mieszczański  i 
zdobywający hegemonię w kulturze ostatniego półwiecza. 
 
   Kłopoty  związane  ze  zdefiniowaniem  modernizmu  są  notoryczne.  Wymienię 
tu tylko trzy ich wymiary: 
 
   1. W zakresie tematyki modernizm był wyrazem wściekłego buntu przeciwko 
porządkowi,  w  szczególności  przeciwko  porządkowi  mieszczańskiemu.  Kładł 
nacisk  na  nieustanne  poszukiwanie  nowych  doświadczeń  przez  jednostkowe 
„ja". Jeśli Terencjusz powiedział  kiedyś: „nic, co  ludzkie,  nie jest mi obce", to 
modernista z równą swadą  mógłby rzec: „nic, co nieludzkie, nie jest mi obce". 
Racjonalizm  jest  dlań  czymś  zabójczym;  siłą  napędową  twórczości  jest 
eksploracja  tego,  co  demoniczne.  Proteuszowego  rozmachu  wyobraźni  nie 
sposób  spętać  normami  estetyki  (ani  nawet  moralności).  Żądza  doświadczania 
ma  nie  znać  granic  i  „nic  nie  ma  być  święte"  [Tezę  tę  opieram  na  analizie 
głównych dzieł literackich XIX i XX w]. 
 
   2.  Pod  względem  stylistycznym  to,  co  nazwałem  „przesłonięciem  dystansu" 
odznacza  się  pewną  wspólną  syntaksą.  Chodzi  o  osiągnięcie  bezpośredniości, 
wpływu, jednoczesności  i wrażenia poprzez eliminację dystansu estetycznego  i 
psychicznego. Skrócenie dystansu estetycznego likwiduje kontemplację i wciąga 
widza  w  doświadczenie.  Eliminując  dystans  psychiczny,  podkreśla  się  (w 
terminach  Freudowskich)  „pierwotny  proces"  snu  i  halucynacji,  instynktu  i 
impulsu.  We  wszystkim  tym  modernizm  odrzuca  „racjonalną  kosmologię", 

background image

wprowadzoną  do  sztuki  w  okresie  Odrodzenia  i  skodyfikowaną  przez 
Albertiego:  pierwszy  i  drugi  plan  w  przestrzeni  obrazu;  początek,  środek  i 
koniec lub sekwencję czasową; odróżnienie gatunków i typów dzieł właściwych 
każdemu  gatunkowi.  To  przesłonięcie  dystansu,  jako  syntaksą  formalna, 
obejmuje  wszystkie  sztuki:  „strumień  świadomości"  w  literaturze;  eliminację 
„dystansu  wewnętrznego"  w  malarstwie; odejście  od  zrównoważenia  melodii  i 
od  harmonii  w  muzyce;  złamanie  porządku  metrycznego  w  poezji.  W  sensie 
najszerszym, ta wspólna syntaksą znosi mimesis jako zasadę sztuki [Oczywiście 
nie wszyscy pisarze moderniści są w jawnie naznaczeni religią. Eliot należał do 
Kościoła  anglikańskiego,  Faulkner  natomiast  zajmował  tradycjonalistyczne 
stanowisko  w  kwestii  polityki  wobec  Południa.  Obaj  byli  jednak  wielkimi 
„eksperymentatorami"  w  poezji  i  prozie.  Niezależnie  od  ich  przekonań 
politycznych  i  kulturowych,  jednym  ze  skutków  ich  „modernistycznego  stylu" 
było  zniszczenie  „racjonalnej  kosmologii",  która  leży  u  podstaw 
mieszczańskiego  światopoglądu  o  uporządkowanych  stosunkach  czasu  i 
przestrzeni.]. 
 
   3. Zainteresowanie nośnikiem. We wszystkich okresach historii kultury artyści 
świadomi byli natury i złożoności nośnika w związku z przeobrażaniem tego, co 
„prefigurowane", w to, co przedstawione. W ciągu ostatnich dwudziestu pięciu 
lat  byliśmy  świadkami  zainteresowania  nie  treścią  i  formą  (tzn.  stylem  i 
gatunkiem), ale samym nośnikiem sztuki - rzeczywistą strukturą i materiałami w 
malarstwie,  abstrakcyjnymi  „dźwiękami"  w  muzyce,  fonologią  czy  nawet 
„oddechem"  w  poezji  i  abstrakcyjnymi  właściwościami  języka  -  w  literaturze. 
Działo się to często z pominięciem wszystkiego innego. Tak więc to nie obraz, 
lecz enkaustyczna powierzchnia wywołuje emocje w malarstwie Jaspera Johnsa; 
czynnik aleatoryczny w muzyce Johna Cage'a; przydech, a nie sylaba jako miara 
wersu w poezji Roberta Creeleya  -  i wszystko to  raczej jako autoekspresja, niż 
formalne poszukiwania granic i natury samego nośnika. 
 
   Modernizm miał niewątpliwie swój udział w wielkiej twórczej fali w kulturze 
Zachodu.  Okres  od  1850  do  1930  r.  był  świadkiem  większej  zapewne  liczby 
rozmaitych eksperymentów - a  może  nawet i wielkich dokonań  - w  literaturze, 
poezji,  muzyce  i  malarstwie  niż  jakakolwiek  inna  epoka.  Większość  z  nich 
zrodziła  się  z  twórczego  napięcia  w  kulturze,  z  jej  sprzeciwu  wobec 
burżuazyjnej struktury społecznej. Nie obeszło się jednak bez kosztów. Jednym 
z  nich  była  utrata  spójności  kultury,  znajdująca  wyraz  zwłaszcza  w 
rozpowszechnieniu się antynomicznej postawy wobec norm moralnych, a nawet 
samej  idei  oceny  dzieł  kultury.  Jeszcze  wyższą  cenę  trzeba  było  zapłacić  za 
zatarcie różnicy między sztuką a życiem. W rezultacie, to, co kiedyś dozwolone 
było  w  wyobraźni  (powieści  o  zbrodniach,  pożądaniu,  perwersji),  przeszło 
często  do  fantazji,  odgrywanych  przez  jednostki,  które  chcą  ze  swego  życia 
uczynić  dzieło  sztuki.  Przyczyniła  się  do  tego  również  „demokratyzacja" 

background image

krytyki,  wskutek  której  probierzem  oceny  przestały  być  jakieś  wspólnie 
uznawane  kryteria,  a  stały  się  indywidualne  sądy  na  temat  tego,  jak  sztuka 
pogłębia własne ,,ja" oceniającego. 
 
   Przemiany  kultury  pozostają  w  skomplikowanych  związkach  ze  strukturą 
społeczną. Póki istnieje system mecenatu, mecenas - czy to książę, czy kościół, 
czy  państwo  -  zamawia  dzieła  sztuki.  Kulturowe  potrzeby  instytucji  -  na 
przykład  kościoła  -  albo  gust  księcia  bądź  zapotrzebowanie  państwa  na 
gloryfikację,  kształtują  panujący  w  danym  czasie  styl.  Kiedy  jednak  dzieła 
sztuki  są  sprzedawane  i  kupowane,  miejscem  spotkania  kultury  ze  strukturą 
społeczną staje się rynek. Można by się spodziewać, że kiedy kultura stanie się 
„towarem",  górę  weźmie  gust  mieszczański.  Ale  w  tym  niezwykłym 
historycznym przypadku dzieje się inaczej. 
 
   Określenie „hegemonia kulturowa" - wprowadzone przez włoskiego marksistę 
Antonia  Gramsciego  -  oznacza  przeważający  udział  jednej  grupy  w 
kształtowaniu  dominującego  poglądu  na  świat,  dającego  ludziom  interpretację 
ich  epoki.  Niejednokrotnie  zdarzało  się,  że  dominował  jeden  światopogląd  - 
wytwór  klasy  panującej  i  jej  narzędzie.  W  XII  w.,  w  „epoce  wiary" 
symbolizowanej  przez  papieża  Innocentego  III,  dominowała  apoteoza  kontroli 
Kościoła nad społeczeństwem nie ze względu na jednorodność wiary, lecz - jak 
to ujął Bryan Wilson - „ponieważ piętno wiary i porządku, jakiego domagały się 
władze  kościelne,  dominowało  nad  układem  społecznym".  Najbliższą 
współczesną  analogią  jest  świat  radziecki,  gdzie  partia  kontroluje  życie 
codzienne,  produkcję  i  dystrybucję  oraz  sprawuje  całkowitą  hegemonię  w 
kulturze. Jest to porządek społeczny narzucony przez ideologię. 
 
   Marksiści  zakładali,  że  w  kapitalizmie  również  istnieje  taka  dominacja  idei 
„klasy  panującej".  Jakkolwiek  dziwne  mogło  by  się  to  wydawać,  stwierdzamy 
jednak, że jeśli w ciągu ostatnich stu  lat istniała  w ogóle jakaś dominacja, to  - 
przynajmniej  w  sferze  kultury  wysokiej  -  sprawował  ją  modernizm,  oczywisty 
wróg tej klasy. 
 
   Początkowo  kapitalistyczny  impuls  w  gospodarce  i  nowożytne  tendencje  w 
kulturze  miały  wspólne  źródło  -  idee  wolności  i  wyzwolenia,  których 
ucieleśnieniem był „nieokiełznany indywidualizm" w gospodarce i niczym „nie 
ograniczona osobowość" w kulturze. Mimo tego wspólnego źródła  -jeśli chodzi 
o  odrzucanie  tradycji  i  autorytetu  przeszłości  -  dość  szybko  jednak  popadać 
zaczęły  we  wzajemną  sprzeczność.  Można  by  za  Freudem  powiedzieć,  że 
dyscyplina,  jakiej  wymaga  praca,  zagrożona  została  przez  energię  libido 
skierowanego  ku  kulturze.  Może  to  i  prawda,  ale  zbyt  abstrakcyjna.  Bardziej 
prawdopodobnym  wyjaśnieniem  historycznym  byłoby  stwierdzenie,  że 
mieszczański  zmysł  kalkulacji  i  samoograniczenia  popadał  w  konflikt  z 

background image

typowym  dla  romantyzmu,  a  przejętym  przez  modernizm  żywiołowym 
poszukiwaniem  sensacji  i  spraw  ekscytujących.  Antagonizm  pogłębiał  się  w 
miarę  jak  organizacja  pracy  i  produkcji  ulegała  biurokratyzacji,  a  jednostki 
sprowadzane  były  do  odgrywania  ról;  w  rezultacie  normy  obowiązujące  w 
miejscu  pracy  stawały  się  coraz  bardziej  niezgodne  z  usilnym  dążeniem  do 
samoek-sploracji  i  samogratyfikacji.  Nić  prowadząca  od  Blake'a  do  Byrona  i 
Baudelaire'a  -  który  był  ucieleśnieniem  modernizmu  -  nie  jest  może 
bezdyskusyjna, lecz symbolicznie obrazuje ciągłość. 
 
   Dopóki  praca  i  bogactwo  usankcjonowane  były  przez  religię,  miały  tym 
samym  uzasadnienie  transcendentalne.  Kiedy  jednak  etyka  ta  uległa  erozji, 
wygasła i legitymizacja: hasło bogacenia się nie uzasadnia samo siebie. Giełda - 
jak zauważył kiedyś Schumpeter - jest marnym substytutem świętego Graala. 
 
   Oto  więc  istota  sprawy:  najpierw  dla  inteligencji  i  warstw  wykształconych,  a 
następnie  dla  całej  klasy  średnie)  funkcję  legitymizacji  zachowań  społecznych 
przejęła  od  religii  kultura  modernistyczna.  Wraz  z  tym  nastąpiło  przesunięcie 
nacisku  z  „charakteru",  będącego  jednością  kodeksów  moralnych  i 
zdyscyplinowanego dążenia do celu, na „osobowość", która jest wywyższeniem 
„ja" poprzez przymusowe dążenie do wyróżnienia się. Krótko mówiąc, źródłem 
satysfakcji i kryterium pożądanego zachowania społecznego przestała być praca, 
a stał się „styl życia. 
 
   Paradoksalnie jednak - to nie styl życia przedsiębiorcy, lecz artysty łamiącego 
konwencje społeczne reprezentować miał wolną osobowość. I, jak próbowałem 
to  wykazać  (s.  73  -  76  tej  pracy),  właśnie  artysta  coraz  bardziej  zaczął 
dominować  w  narzucaniu  swych  ocen  na  temat  tego,  co  ma  być  pożądane  i 
pokupne.  Paradoks  spełnił  się  bez  reszty,  kiedy  etyka  mieszczańska  utraciła 
wpływy  w  społeczeństwie  i  znajduje  już  niewielu  obrońców  w  kulturze  (czy 
jakikolwiek  pisarz  będzie  bronił  jakiejkolwiek  instytucji?),  a  modernizm  jako 
atak na ortodoksję zatriumfował, stając się sam nową ortodoksją. 
 
   Każde  napięcie  rodzi  własną  dialektykę.  Ponieważ  rynek  jest  miejscem 
spotkania  struktury  społecznej  z  kulturą,  gospodarka  w  ciągu  ostatnich 
pięćdziesięciu  lat  była  ukierunkowana  na  produkowanie  stylów  życia 
dyktowanych przez kulturę. Toteż sprzeczność istniała nie tylko pomiędzy tymi 
dwiema  dziedzinami,  ale  napięcie  to  powodowało  ją  także  wewnątrz  samej 
gospodarki.  W  świecie  kapitalistycznej  przedsiębiorczości  etos  w  sferze 
produkcji  i  organizacji  nominalnie  nadal  jest  etosem  pracy,  opóźnionej 
gratyfikacji, osiągnięcia kariery, przywiązania do przedsiębiorstwa. Sprzedaż na 
rynku  dóbr  opakowanych  w  błyszczące  obrazki  czaru  i  seksu  sprzyja  jednak 
hedonistycznemu  stylowi  życia,  który  obiecuje  wspaniałe  zadośćuczynienie 
pragnieniom.  W  konsekwencji  tej  sprzeczności,  którą  śledzę  na  kartach  tej 

background image

książki, pracownicy korporacji są pracusiami za dnia i latawcami w nocy. 
 
   W  ciągu  ostatnich  pięćdziesięciu  lat  -  w  wyniku  erozji  etyki  religijnej  i 
wzrostu  swobodnie  dysponowanych  dochodów  -  kultura  przejęła  inicjatywę 
promowania  zmian,  a  gospodarka  ukierunkowana  została  na  zaspokajanie 
nowych zapotrzebowań. 
 
   Pod  tym  względem  doszło  do  znaczącego  odwrócenia  historycznego  wzorca 
przemian  społecznych.  W  okresie  kształtowania  się  kapitalizmu  - 
„modernizacji"  tradycyjnego  społeczeństwa  -  stosunkowo  łatwo  było  zmieniać 
ekonomiczną  strukturę:  wypędzając  ludzi  z  ziemi  do  fabryk,  narzucając  nowe 
tempo  i  dyscyplinę  pracy,  stosując  brutalne  metody  lub  bodźce  (np. 
oprocentowanie  jako  nagroda  za  powstrzymywanie  się  od  konsumpcji) 
akumulacji kapitału. Ale „nadbudowa" - wzorce życia rodzinnego, przywiązanie 
do'  religii  i  autorytetu,  odziedziczone  idee  kształtujące  sposób  postrzegania 
rzeczywistości społecznej - uparcie opierały się zmianom. 
 
   Dziś,  przeciwnie,  trudniej  jest  zmienić  strukturę  ekonomiczną.  Wewnątrz 
przedsiębiorstwa 

biurokracja 

ogranicza 

możliwości 

elastycznego 

przystosowania  się,  natomiast reguły  związkowe  limitują  władzę  kierownictwa 
w  dziedzinie  zatrudnienia.  Same  przedsiębiorstwa  są  natomiast  coraz  częściej 
przedmiotem  ataku  rozmaitych  społecznych  grup  sprzeciwu  (np.  w  kwestii 
wykorzystywania środowiska) oraz ingerencji regulacji rządowych. 
 
   W  kulturze  zaś  fantazja  panuje  niemal  niepodzielnie.  Media  karmią  ludzi 
coraz  to  nowymi  obrazami,  podważają  tradycyjne  konwencje,  nagłaśniają 
aberracyjne  i  dziwaczne  zachowania,  stające  się  wzorem  dla  innych.  To,  co 
tradycyjne, jest nudne, a takie „ortodoksyjne" instytucje, jak rodzina i kościół są 
w defensywie z powodu swej niezdolności do zmiany. 
 
Jeśli kapitalizm zrutynizował się, to modernizm uległ trywializacji. 
 
Jak długo można  próbować szokować w sytuacji, kiedy już  nic  nie szokuje1?} 
Jeśli  eksperyment  jest  normą,  to  w  jakim  stopniu  oryginalne  ma  być  to,  C(J 
nowe? I jak w każdej niefortunnej historii, modernizm dwukrotnie dochodził jej 
kresu: pierwszy raz-w straszydłach dadaizmu i futuryzmu, drugi - w iskrzących 
się  parodiach  malarstwa  •  pop  i  w  bezmyślnym  minimalizmie  sztuki 
konceptualnej.  Wykrzykniki  wieńczące  każde  zdanie  manifestów  stały  się  po 
prostu swoistymi przerywnikami w nudzie nieustannych powtórzeń. I co zostaje 
w końcu? Beckett podsumował to w swym smutnym dialogu: 
 
VLADIMIR: Powiedz tak, jeśli to nawet nieprawda. 
 

background image

ESTRAGON: Co mam powiedzieć? 
 
VLADIMIR: Powiedz: Milo mi. 
 
ESTRAGON: Miło mi. 
 
VLADIMIR: Mnie też. 
 
ESTRAGON: Mnie też. 
 
VLADIMIR: Jest nam miło. 
 
ESTRAGON: Jest nam miło. (Cisza.) To co robimy, skoro jest nam miło? 
 
VLADIMIR: Czekamy na Godota [S. Beckett, Czekając na Godota]. 
 
   Jako  objawienie  mądrości,  sowa  Minerwy  wylatuje  o  zmierzchu,  ponieważ 
życie  stało  się  tak  okropnie  szare.  W  zwycięskiej  apokalipsie  modernizmu 
zmierzch  to  seria  pstrych  barw  wirujących  w  migocącym  świetle.  Dziś 
modernizm  nie  jest  już  dziełem  poważnych  artystów,  lecz  stał  się  własnością 
culturati  -  „kulturalnych  mas",  obszarem  dystrybucji  produkcji  kulturalnej,  w 
którym  szok  tego,  co  stare,  stał  się  szykiem  tego,  co  nowe.  W  swej  retoryce 
culturati  nadal  gardłują  przeciwko  mieszczańskiemu  porządkowi  i  trzeźwości, 
narzucają  jednak  własny  konformizm  tym,  którzy  wymykają  się  strzeżonym 
kanonom. 
 
   W  latach  sześćdziesiątych  zrodziło  się  „nowe"  zjawisko  zwane  kontrkulturą. 
Sama nazwa była już jednak przechwałką. „Kultura wroga" zafascynowana była 
sztuką,  wykorzystaniem  wyobraźni  do  przeobrażania  uporczywej  pamięci  lub 
niepodatnego  materiału  w  dzieło,  które  mogłoby  mieć  wymiar  ponadczasowy. 
Tak zwana kontrkultura  była krucjatą dzieciaków, które chciały wymazać  linię 
graniczną między fantazją a rzeczywistością i wprowadzać do życia jej impulsy 
pod  sztandarem  wyzwolenia.  Głosiła  pogardę  dla  mieszczańskiej  pruderii, 
podczas  gdy  tylko  wystawiała  na  pokaz  ukrywane  zachowania  swych 
liberalnych rodziców. Rościła sobie pretensje do nowości i odwagi, podczas gdy 
tylko  powtarzała  w  bardziej  hałaśliwej  formie  (hałas  rocka  potęgowany  przez 
elektroniczne  wzmacniacze  mass  mediów)  młodzieńcze  wrzaski  bohemy  z 
Greenwich  Village  sprzed  półwieku.  Była  nie  tyle  kontrkulturą,  ile  kulturą 
sfałszowaną. 
 
   Z tej dwoistej sprzeczności kapitalizmu wyrosła w ciągu ostatnich trzydziestu 
lat  kiczowata  zasada  kaprysu  i  mody:  „multipli"  dla  culturati,  hedonizmu  dla 
warstw  średnich  i  pornotopii  dla  mas.  I,  zgodnie  ze  swą  naturą,  moda  ta 

background image

trywializowała kulturę. 
 
   Czy  modernizm  został  „dokooptowany"  jak  twierdzi  Herbert  Marcuse? 
Jednowymiarowo,  tak.  Został  przekształcony  w  zyskowny  towar.  W  głębszych 
wszakże  przekształceniach  strukturalnych  proces  ten  może  tylko  podważyć 
podstawy  kapitalizmu.  Socjologicznym  truizmem  jest  twierdzenie,  iż  porządek 
społeczny  wspiera jego  legitymizacja, dostarczająca  mu środków obrony  przed 
potwarcami.  Legitymizacją  tej  kultury,  jak  twierdziłem,  jest  jednak 
poszukiwanie  ekspresji  „osobowości"  oraz  samogratyfikacji.  Atakuje  ona 
panującą  ortodoksję  w  imię  autonomii  jednostki  i  heterodoksji.  Kultura 
modernistyczna  nie  zdołała  zrozumieć  tego,  iż  ortodoksja  nie  stoi  na  straży 
istniejącego  porządku,  lecz  z  punktu  widzenia  „świętej  racji"  wydaje  sąd  o 
adekwatności  oraz  moralnym  charakterze  głoszonych  przekonań-.  Paradoks 
polega  na  tym,  iż  w  kręgach  liberalnych  sama  heterodoksja  stała  się 
konformistyczna i narzuca ten konformizm pod antynomicznym sztandarem. W 
swym  pomieszaniu  jest  ona  postulatem  porzucenia  uznawanego  wspólnie 
porządku moralnego. 
 
   Czy  władzę  nadal  sprawuje  gospodarka,  a  szerzej  -  wielkie  korporacje?  W 
społeczeństwach zachodnich w znacznej mierze jest tak nadal, ale tego rodzaju 
teza wypacza rozumienie charakteru dzisiejszych zmian społecznych. Porządek 
kapitalistyczny  był  historycznie  żywotny,  kiedy  poprze  rządzące  rodziny 
własność łączyła się z władzą, zachowując ciągłość systemu. Pierwszą głęboką 
wewnętrzną  zmianą  strukturalną  w  kapitalizmie  było  odłączenie  własności 
rodzinnej  od  zarządzania  i  utrata  ciągłości,  jaką  zapewniał  łańcuch  elit.  Dziś 
władzę  ekonomiczną  mają  instytucje.  Ich  szefowie  nie  mogą  przekazywać 
posiadanej władzy swym dziedzicom, ponieważ własność nie jest prywatna lecz 
korporacyjna, a zajmowanie stanowisk kierowniczych zależy nie od posiadanej 
własności,  lecz  od  umiejętności  technicznych.  Za  ich  władzą  -  co  wyraźnie 
odczuwają  -  nie  stoją  już  uzasadniające  i  legitymizujące  ją  tradycyjne  prawa 
naturalne [Szczegółową analizę tej zmiany zawiera moja praca The Break-up of 
Family  Capitalism].  Co  istotniejsze,  nowoczesne  społeczeństwo  mnoży  grupy 
klienteli, ze względu zaś na rosnącą wzajemną zależność procesów społecznych 
i  ekonomicznych  o  sprawowaniu  władzy  decyduje  porządek  polityczny,  który 
musi rozwiązywać systemowe problemy wynikające z tej zależności i rosnącego 
współzawodnictwa  z  innymi,  kierowanymi  przez  państwa,  gospodarkami.  Jak 
będzie jeszcze o tym mowa w eseju Gospodarstwo publiczne (s. 255 i następne 
tej pracy), najważniejszą tego konsekwencją jest ekspansja władzy państwa oraz 
fakt,  że  to  budżet  państwa,  a  nie  podział  zysków  wewnątrz  przedsiębiorstwa, 
staje  się  głównym  arbitrem  decyzji  ekonomicznych  (łącznie  z  tworzeniem 
kapitału). O sposobie podziału władzy w społeczeństwie decyduje natomiast nie 
współzawodnictwo  między  kapitalistami  a  robotnikami,  lecz  między  różnymi 

background image

klientelami. 
 
   Na  zakończenie  parę  słów  o  religii,  która  moim  zdaniem  jest  ideowym 
zwornikiem tej książki. Nie traktuję religii (pace Durkheim) jako „funkcjonalnej 
konieczności" i nie sądzę, by bez niej społeczeństwo się rozpadło. Nie sądzę też, 
by była ona spoiwem społeczeństwa. I chociaż w czasach ostrych kryzysów (jak 
podczas wojen) brak legitymizacji może osłabić wolę oporu, społeczeństwa nie 
„rozpadają się". Religii nie da się wyprodukować. Co gorsza -jeśli próbuje się to 
uczynić, to rezultaty są żałosne, a kolejny zwrot mody unicestwia ją. 
 
Ponad półwieku temu Max Weber trafnie pisał: 
 
Nigdy  dotąd  nowa  religia  nie  powstała  wskutek  literackich,  akademickich  czy 
kawiarnianych  potrzeb  intelektualistów,  którzy  chcieliby  włączyć  uczucia 
religijne do swego inwentarza źródeł natchnień i tematów dyskusji. Religijnego 
odrodzenia  nie  może  też  spowodować  ani  potrzeba  pisania  książek,  ani  - 
nieporównanie skuteczniejsze - zabiegi zręcznych wydawców, chcących książki 
takie sprzedawać. Niezależnie od tego, w jakim stopniu zainteresowanie religią 
da  się  stymulować,  z  potrzeb  czy  gadaniny  intelektualistów  nie  wynikła  nigdy 
żadna  religia.  Tak,  jak  dzięki  modzie  temat  stał  się  popularny  w  rozmowach  i 
pisaninie  dziennikarzy,  tak  też  i  moda  każe  o  nim  zapomnieć  [M.  Weber, 
Sociology of Religion]. 
 
Źródłem  religii  są  głębokie  wspólne  potrzeby  jednostek;  nie  powstają  one  na 
życzenie „inżynierów dusz ludzkich". 
 
   Moje  zainteresowanie  religią  wywodzi  się  z  badań  nad  tym,  co  stanowi  o 
konstytutywnym charakterze kultury: z ciągu pytań, które wiodą do problemów 
egzystencjalnych, 

nieprzekraczalnych  granic  potęgi  ludzkiej  (których 

przekroczenie  to  hamartia),  skończoności  ludzkiego  istnienia  i  wynikającego 
stąd  wysiłku  poszukiwania  odpowiedzi,  pozwalających  człowiekowi  pogodzić 
się  z  własną  kondycją.  Ponieważ  wszystko  to  dotyczy  najgłębszych  warstw 
świadomości,  jestem  przekonany,  iż  kultura,  która  uświadomiła  sobie  granice 
profanum, podejmie w pewnym momencie wysiłek dotarcia do sacrum. 
 
   Czeka  nas  przejaśnienie.  Wyczerpanie  się  modernizmu,  beznadziejność  życia 
w  komunizmie,  nuda  nie  ograniczonego  „ja",  bezsensowność  monolitycznych 
tendencji  w  polityce  -  wszystko  to  wskazuje  na  zbliżający  się  powoli  koniec 
długiej epoki. Modernizm, napędzany przez przypisujące sobie nieskończoność 
ducha  radykalne  ,,ja",  próbował  wykroczyć  poza  naturę,  poza  kulturę,  poza 
tragedię, zbadać apeiron, nieograniczoność. 
 

background image

   Szukamy po omacku nowego słownictwa, do którego kluczem zdaje się słowo 
„granice":  granice  wzrostu,  granice  zanieczyszczenia  środowiska,  granice 
zbrojeń,  granice  biologicznych  manipulacji  naturą  człowieka.  Czy  jednak  - 
skoro chcemy wyznaczyć granice ekonomii i technice - nie będziemy zmuszeni 
tym samym  wskazać  granic  tych doświadczeń kulturowych, które przekraczają 
normy moralne w przekonaniu, iż    
 
każde  doświadczenie  jest  „twórcze"?  Czy  możemy  wyznaczyć  granice  hubris! 
Odpowiedź  na  to  pytanie  mogłaby  rozstrzygnąć  kulturowe  sprzeczności 
kapitalizmu  ijego  zwodniczego  podwojenia  na  semblable  et  frere,  kultury 
nowożytnosci. Pozostałoby tylko ujarzmienie polityki i ekonomii. 
 
DANIEL BELL 
 
Cambridge, Massachusetts, styczeń 1978 r. 
 
 
 
Wstęp 
 
 
 
Książka  ta  pozostaje  w  dialektycznym  związku  z  moją  poprzednią  pracą  The 
Corning  of  Post-Industrial  Society.  Starałem  się  w  niej  ukazać,  jak  technika 
(włącznie  z  technikami  intelektualnymi),  kodyfikacja  wiedzy  teoretycznej  - 
będąca  nową  podstawą  innowacji  -  oraz  polityka  przeobrażają  porządek 
techniczno-ekonomiczny,  a  wraz  z  nim  również  uwarstwienie  społeczne.  Tutaj 
zaś  zajmę  się  kulturą,  zwłaszcza  koncepcją  współczesności,  oraz 
skomplikowanymi  problemami  kierowania  państwem,  kiedy  system  wartości 
społeczeństwa  kładzie  nacisk  na  nieograniczoną  konsumpcję.  Sprzeczności, 
jakie dostrzegam we współczesnym kapitalizmie, mają swe źródło w splątanych 
wątkach,  które  kiedyś  wiązały  gospodarkę  z  kulturą  oraz  we  wpływie 
hedonizmu, który stał się dominującą wartością w naszym społeczeństwie. 
 
   Podobnie  jak  w  poprzedniej  pracy  kieruje  mną  jednak  zamysł  bardziej 
teoretyczny.  Niemal  wszystkie  współczesne  nauki  społeczne  ujmują 
społeczeństwo jako pewien całościowy system, oparty na jakiejś jednej głównej 
zasadzie  (u  Marksa  są  to  stosunki  własnościowe,  u  Talcotta  Parsonsa  - 
dominująca  wartość  taka,  jak  np.  sukces);  jako  system,  który  usiłuje  się 
„reprodukować"  za  pośrednictwem  dominujących  w  nim  instytucji.  Moim 
natomiast zdaniem społeczeństwo współczesne najlepiej można badać, ujmując 
je  jako  amalgamat  trzech  różnych  obszarów:  struktury  społecznej  (głównie 
porządku  techniczno-ekonomicznego),  polityki  i  kultury.  Koncepcja 

background image

społeczeństwa  post-industrialnego  odnosi  się,  jak  dowodziłem,  tylko  do 
przemian  w  pierwszym  z  tych  obszarów.  Zmiany  struktury  społecznej  nie 
determinują  jednak  ani  polityki,  ani  kultury.  Jeśli  w  ogóle  cokolwiek  może 
uchodzić  tu  za  czynnik  determinujący,  to  współcześnie  rolę  taką  zaczaj  pełnić 
porządek polityczny. 
 
   Zasadnicza  teza  tej  książki  powiada,  że  te  trzy  obszary  ekonomia,  polityka  i 
kultura  -  podlegają  trzem  przeciwstawnym  zasadom:  wydajności  w  ekonomii, 
równości  w  polityce  i  samorealizacji  (lub  8amo-gratyfikacji)  -  w  kulturze. 
Konflikty  w  społeczeństwie  zachodnim  w  ciągu  ostatnich  stu  pięćdziesięciu  lat 
miały  swe  źródło  w  napięciach  wynikających  z  rozchodzenia  się  tych  trzech 
obszarów. 
 
   Poszczególne  rozdziały  tej  książki  były  pierwotnie  częściami  opasłego 
rękopisu,  którego  objętość  i  drobiazgowość  utrudniały  uchwycenie  głównej 
tezy.  Aczkolwiek  publikowane  wcześniej  w  różnym  czasie,  zostały  teraz 
napisane  od  nowa,  aby  spójnie  przedstawić  ekonomiczny  i  kulturowy  kryzys 
społeczeństwa mieszczańskiego oraz wyczerpanie się modernizmu. 
 
   Tom ten zawiera tylko ogólne linie argumentacji. Mam nadzieję opublikować 
w przyszłości kolejne prace, w których omówię dokładniej poszczególne wątki i 
w sposób bardziej formalny przedstawię własne poglądy teoretyczne. 
 
   Każda  moja  książka  jest  dialogiem  czy  też  dyskusją  z  przyjaciółmi.  Dotyczy 
to  zwłaszcza  tego  tomu.  Moje  zainteresowania  modernizmem  jako  zasadniczą 
cechą  życia  kulturalnego  ukształtowały  się  w  toku  czasem  przerywanego,  lecz 
mimo  to  nieustannego  dialogu  ze  Stevenem  Mar-cusem.  Przez  wiele  lat 
prowadziliśmy  wspólne  seminarium  w  Columbia  College  na  temat  literatury  i 
społeczeństwa,  co  roku  zajmując  się  innym  aspektem  współczesności.  Na 
seminarium  tym  oraz  w  dyskusjach,  jakie  ono  wywoływało,  nauczyłem  się 
bardzo  wiele  od  Marcusa.  To,  że  nie  zgodzi  się  on  zapewne  ani  z  moimi 
sformułowaniami na temat kultury, ani z konserwatywnymi wnioskami, jakie z 
nich  wypływają,  w  niczym  nie  pomniejsza  mego  osobistego  i  intelektualnego 
długu.  Kwestie,  które  poruszam  w  ostatnim  eseju  -  Gospodarstwo  publiczne  ~ 
mającym  uzasadnić  liberalizm jako  filozofię  polityczną, są z kolei dialogiem z 
moim przyjacielem, Irvingiem  Kristolem.  Okoliczność, iż odrzuci on zapewne, 
jeśli  nie  moje  sformułowania,  to  liberalne  wnioski  dotyczące  polityki 
społecznej, nie umniejsza mojej wdzięczności. 
 
   Autor  z  reguły  korzysta  ze  środowiska,  w  którym  pracuje.  Miałem  to 
szczęście,  iż  znalazłem  odzew  u  przyjaciół,  z  którymi  dyskutowałem  niektóre 
poruszane  tu  kwestie.  Wdzięczny  więc  jestem  Dianie  Trilling  za  uwagi  o 
kulturze  liberalnej,  Irvingowi  Howe'owi  za  dyskusje  o  modernizmie,  S.  M. 

background image

Lipsetowi  za  rozważania  o  intelektualistach.  Robertowi  Heilbronerowi  za 
rozmowy  na  temat  techniki,  Robertowi  M.  Solowowi  za  pouczające 
spostrzeżenia  o  ekonomii.  Odpowiedzialność  za  to,  jak  wykorzystałem  ich 
uwagi, ponoszę - rzecz prosta - tylko ja. 
 
   Wdzięczny  jestem  Midge  Decter,  mojej  redaktorce  w  wydawnictwie  Basic 
Books, za uważne zredagowanie tekstu i wyostrzenie argumentacji. 
 
   Pierwsze  wszakże  podziękowania  winien  jestem  Russell  Sagę  Foundation. 
Podczas  spędzonego  tam  roku  akademickiego  1969/70  rozpocząłem  pracę  nad 
rękopisem,  z  którego  pochodzą  zamieszczone  w  tym  tomie  eseje.  Książka  ta, 
podobnie  jak  poprzednie,  jest  spłaceniem  zaciągniętego  długu.  Chcę  również 
podziękować Aspen Institute for Humanistic Studies za gościnność okazaną mi 
w lipcu 1974 r., kiedy to przebywając tam mogłem  napisać esej Gospodarstwo 
publiczne.  Z  kolei  National  Endowment  for  the  Humanities  udzieliło  S.  M. 
Lipsetowi  i  mnie  wsparcia  finansowego  na  opracowanie  porównawczego 
studium  o  intelektualistach  w  okresie  ostatnich  czterystu  lat.  Z  materiałów 
przygotowanych  do  tego  studium  skorzystałem  w  pierwszej  części  niniejszej 
książki,  przeformułowując  niektóre  koncepcje.  Serdecznie  dziękuję  również 
mojej sekretarce, Sarze Hazel, za przepisywanie rękopisu. 
 
   Najbardziej  cieszy  mnie,  iż  mogę  tę  książkę  -  której  tematyka  jest  nie  tylko 
intelektualna,  ale  i  osobista,  a  nacisk  nie  tylko  socjologiczny,  ale  i 
humanistyczny  -  ofiarować  mojej  żonie,  Pearl.  Jej  trafne  uwagi  krytyczne 
wprowadziły pewien  ład w ten  nieuporządkowany świat i wyznaczały kryteria, 
jakim starałem się sprostać. Age powstał jako główny wykład przygotowany w 
związku  z  sympozjum  na  temat  etyki  i  technologii,  które  -  dla  uczczenia 
pięćdziesiątej  rocznicy  Haifa  Technicon  -  odbyło  się  w  grudniu  1974  r.  w 
Hąjfie.  Esej  czwarty  jest  poprawioną  wersją  tego  wykładu,  opublikowanego 
wcześniej w „Social Research" (jesień 1975). 
 
   Pierwszy  podrozdział  piątego  eseju,  Niestabilna  Ameryka:  przejściowe  i 
trwałe  czynniki  kryzysu  narodowego  [Unstable  America:  Transito-ry  and 
Permanent  Factors  in  a  National  Crisis],  opublikowany  był  pod  tytułem 
Unstable  America  w  „Encounter"  (czerwiec  1970).  Drugi  podrozdział  jest 
streszczeniem  obszernego opracowania, zatytułowanego  The Next Twenty-five 
Years,  napisanego  wiosną  1974  r.  na  konferencję  CIBA  Foundation  w 
Londynie. 
 
   Gospodarstwo  publiczne  [The  Public  Household]  to  nieco  skrócona  wersja 
eseju, który pierwotnie ukazał się w „The Public Interest" (jesień 1974). 
 

background image

    
 
Wprowadzenie. 
 
Rozłączność obszarów: 
 
przedstawienie problemów 
 
 
 
   Wiosną  1888  r.  Friedrich  Nietzsche  tak  oto  pisał  w  przedmowie  do  swej 
ostatniej książki, Wola mocy, która miała być jego opus magnum: 
 
   To,  co  opowiadam,  jest  historią  dwóch  najbliższych  stuleci.  Opisuję,  co 
będzie,  co  inaczej już  być  nie  może.  Tę  historię  można  opowiedzieć  już  teraz, 
albowiem  konieczność  sama  jest  tutaj  przy  robocie.  Ta  przyszłość  mówi  już 
setkami  znaków,  ten  los  zapowiada  się  wszędzie.  [...]  Cała  nasza  kultura 
europejska  porusza  się  już  od  dłuższego  czasu  z  taką  torturą  naprężenia,  jak 
gdyby  zmierzała  do  katastrofy:  niespokojnie,  gwałtownie,  z  pieca  na  łeb,  jak 
potok, który chce dobiec kresu [F. Nietzsche, Wola mocy]. 
 
   Zdaniem  Nietzschego  źródłem  nihilizmu  jest  racjonalizm  i  kalkulacja,  styl 
życia, który zmierza do „osłabienia samorzutności". Symbolem ucieleśniającym 
potęgę nihilizmu była dla niego nauka nowożytna [Jest to również, ale w sensie 
pozytywnym,  problem  Turgieniewowskiego  Bazarowa,  który  miał  się  za 
pierwszego  nihilistę.  Źródłem  nihilizmu  jest  jego  zdaniem  „sceptyczna 
świadomość  współczesnej  nauki  [...],  której  hasłem  jest  rzeczywistość,  a  nie 
negacja".  Tę  charakterystykę  przedstawił  Edward  Garnett  w  -  napisanym  w 
1895 r. 
 
-wstępie do Ojców i dzieci. Pisał: 
 
„Kim zatem jest Bazarów? [...] Wykładając rodzącą się we wszystkich stolicach 
europejskich wiarę radykalnych rewolucjonistów, przekłada on po raz pierwszy 
ducha 
 
nauki  na  język  polityki.  Jego  punktem  wyjścia  jest  nauka  niemiecka, 
zinterpretowana  z  tą  logiczną  konsekwencją  i  rosyjskim  fanatyzmem  czy  też 
oddaniem idei, do których zdolny 
 
jest  chyba  tylko  Słowianin.  [...]  W  tej  mierze,  w  jakiej  pierwszym  dziełem 
czystego  ducha  nauki  skrępowanego  przez  przesądy,  nieporozumienia  i 

background image

sentymentalizm, jest z konieczno 
 
ści destrukcja, pierwszym obowiązkiem Bazarowa jest niszczenie".]. 
 
   Według Nietzschego doszło do zniszczenia tradycji „sposobu kształtowania na 
długie  dziesięciolecia  wzorów  jednolitych,  trwałych  osobowości".  „Ale  teraz 
osiągnęliśmy  punkt  przeciwny,  co  więcej,  myśmy  chcieli  go  osiągnąć  - 
najkrańcowszą  świadomość,  przejrzenie  się  na  wylot  człowieka  i  dziejów". 
Zostały pogwałcone organiczne więzi z ziemią, „niezbywalność własności", a na 
ich  miejsce  przyszła  cywilizacja  przemysłowa.  Nietzsche  mówi  o 
dezorganizujących  w  tym  czasie  czynnikach:  „kosmopolityzmie  języków 
literatur,  gazet,  form,  smaku",  istnieniu  ogromnej  ilości  różnych  interesów  w 
jednej osobowości, która z tego powodu musi być bardzo silna i zmienna. 
 
   Wątek  ten  odnajdujemy  już  w  jego  pierwszej  książce  Narodziny  tragedu, 
napisanej w latach 1870 -1871, gdy autor miał 26 lat. Jego betę noire, monstrum 
świadomości,  jest  Sokrates,  „despotyczny  logik",  w  którego  „jednym  wielkim 
oku  cyklopowym  nie  płonął  nigdy  błogi  czar  artystycznego  natchnienia";  głos 
jego  „ilekroć  się  zjawia,  tylekroć  odradza".  Od  Sokratesa  -  poprzez 
wprowadzanie  dystansu  i  wątpienia  -  rozpoczyna  się  proces  odbierania  życia 
kulturze, rodzi się sceptycyzm wobec wiedzy zdobywanej w upojeniu i we śnie. 
Sokrates  jest  dobitnym  przykładem  ,,człowieka-teor  etyka",  którego  trawi 
„niesłychane  chcenie  wiedzenia"  i  który  „rozkoszuje  się  i  zadowala  odrzuconą 
osłoną  i  znajduje  najwyższy  cel  rozkoszy  w  przebiegu  zawsze  szczęśliwego, 
dzięki  własnej  mocy  udającego  się,  odsłonięcia"  [  F.  Nietzsche,  Narodziny 
tragedii]. 
 
   Nihilizm  jest  zatem  końcowym  produktem  racjonalizmu.  Jest  to  samowiedna 
wola  człowieka  skierowana  na  zniszczenie  przeszłości  i  panowanie  nad 
przyszłością.  Jest  to  nowoczesność  doprowadzona  do  skrajności.  Chociaż  w 
ostatecznym  rachunku  jest  uwarunkowaniem  metafizycznym,  nihilizm 
opanowuje  społeczeństwo  i  ostatecznie  musi  ulec  samozniszczeniu  [Rzuca  się 
jednak  w  oczy  zmiana  tonu,  w  jakim  w  obu  książkach  przewiduje  się  koniec 
nauki  i  nowoczesności.  W  Narodzinach  tragedii  Nietzsche  pisze:  „Skoro  stara 
tragedia wyparta została z swych kolei przez dialektyczny popęd do wiedzy i do 
naukowego optymizmu, toby z faktu tego można było wnosić o wiecznej walce 
między  światopoglądem  teoretycznym  i  tragicznym;  i  dopiero  po 
doprowadzeniu ducha nauki do jego granic i po zniszczeniu jego uroszczenia do 
powszechnej  ważności  wolno  by  mieć  nadzieję  odrodzenia  tragedii  [...]".  W 
Woli mocy natomiast w przypisie z 1884 r. czytamy: „Raduję się ze stopniowej 
militaryzacji Europy i z panującej anarchii. [...] dzień podłej hipokryzji dobiega 
końca. Barbarzyństwo i bestialstwo w każdym z nas zostaje potwierdzone. Z tej 
właśnie racji filozofia dozna przyspieszenia. Pewnego dnia Kanta traktować się 

background image

będzie jak straszydło".]. 
 
   Istnieje  drugi,  zasadniczo  odmienny  pogląd  na  nihilizm.  Odnajdujemy  go  w 
historycznych  religiach  Zachodu,  w  literaturze  natomiast dał  mu  wyraz  Joseph 
Conrad,  który  zaczął  pisać,  gdy  Nietzsche  postradał  już  zmysły.  Jest  to 
mianowicie  idea,  iż  cywilizacja  jest  cienką  warstwą  ochronną  przed 
anarchicznymi  impulsami  i  atawistycznymi  korzeniami  życia,  które  kryją  się 
pod powierzchnią egzystencji ludzkiej i nieustannie szukają sobie ujścia. Wedle 
Nietzschego drogą ratunku miała być wola mocy; wedle Conrada to ona właśnie 
zagraża cywilizacji. 
 
   „Zdaniem  Conrada  -  pisze  Hillis  Miller  -  cywilizacja  to  metamorfoza 
ciemności  w  światło.  To  proces  ujmowania  wszystkiego,  co  nieznane, 
irracjonalne, niewyraźne, w jasne, naz,wane i uporządkowane formy, nadawanie 
im  znaczenia,  sprawianie,  by  człowiek  mógł  je  wykorzystać".  Cywilizacja  ma 
dwa  wymiary.  „Człowiek  cywilizowany,  aby  był  bezpieczny,  musi  -  w  sposób 
przypominający  wiktoriański  kult  pracy  -  być  ślepo  oddany  bezpośrednim 
zadaniom  praktycznym.  Dla  Conrada  -  jak  dla  Carlyle'a  -  praca  jest  obroną 
przed  wszystko  obejmującym  zwątpieniem  lub  neurotycznym  paraliżem  woli". 
Po  drugie  zaś,  cywilizacji  niezbędna  jest  idea  wierności,  zaufania  do  innych. 
„Dla  Conrada  cywilizacja  jest  ideałem  zarówno  życia  społecznego,  jak  i 
osobistego. Ideał społeczeństwa stawia sobie za wzór stosunki między ludźmi na 
dobrze  dowodzonym  statku:  strukturę  hierarchiczną  -  ci,  co  na  dole  winni  są 
posłuszeństwo  tym,  co  na  górze  -  a  całość  stanowić  ma  doskonale  działający 
organizm"  [Uderzające,  że  do  metafory  okrętu  -  a  także  orkiestry  -  odwoływał 
się  również  Saint-Simon,  opisując  uporządkowane,  funkcjonalnie  harmonijne 
społeczeństwo.]. 
 
   Dla  Conrada  wszakże  społeczeństwo  nie  jest  produktem  natury,  lecz 
konstruktem  funkcjonującym  na  mocy  arbitralnego  zespołu  reguł,  które 
wyznaczają  stosunki  społeczne  tak,  aby  nie  zagrażały  cienkiej  skorupce 
cywilizacji.  W  tak  skonstruowanym  społeczeństwie  mamy  do  czynienia  z 
wzajemnymi związkami wszystkich jego warstw od góry do dołu, od politycznej 
prawicy do lewicy, z niesformułowaną, tajną jakby umową co do przestrzegania 
tych  reguł,  tak  aby  wszyscy  -  od  wielkich  osobistości  i  szefów  policji  po 
radykałów spiskujących przeciwko systemowi - mogli artykułować swą postawę 
i  odgrywać  swe  role  w  rządzonej  przez  konwencje  sztuce.  Tak  więc 
społeczeństwo jest rodzajem mistyfikacji. 
 
   Jest  to  temat  Tajnego  agenta  -  wyśmienitej  powieści  Conrada  o  nihilizmie. 
Motywem  do  jej  napisania  były  wyczyny  anarchistów  pod  koniec  ubiegłego 
wieku:  podkładanie  bomb,  uliczne  morderstwa  przypadkowych  osób 
„wyglądających  na  burżujów".  Jest  to  niemal  powieść  opisująca  szeroko 

background image

rozpowszechniony  radykalny  terroryzm  końca  lat  sześćdziesiątych  naszego 
stulecia. 
 
   Ponieważ  społeczeństwo  jest  strukturą  tak  wrażliwą,  pojedynczy  akt  - 
eksplozja bomby - może poszarpać na strzępy jego tkanki, unieważnić wszystkie 
role i oddać ludzi we władanie namiętności. Na tym właśnie polegało racjonalne 
jądro  anarchistycznej  koncepcji  die  Tat  -  czynu,  romantycznego  aktu,  który  w 
jednym błysku przeobrazi społeczeństwo. Pełniejsze rozwinięcie tej idei wyraża 
w  powieści  Conrada  reakcyjny  pierwszy  sekretarz  ambasady  rosyjskiej,  który 
zawiązuje  spisek.  W  rozmowie  z  Verlokiem  powiada:  niezbędny  jest 
destrukcyjny  akt,  który  powinien  „pokazać  wyraźnie,  że  jesteście  zupełnie 
zdecydowani zmieść  z  powierzchni  ziemi  całość  struktury  społecznej".  Aby  to 
uczynić,  trzeba  jednak  zadać  cios  czemuś  „leżącemu  poza  zwykłymi 
namiętnościami 

ludzkości". 

Podłożenie 

bomby 

można 

skwitować 

powiedzeniem:  „Ach,  to  tylko  nienawiść  klasowa".  I  ciągnie  dalej:  Ale  co 
można powiedzieć na akt niszczycielskiej zaciekłości tak absurdalny, że nie da 
się  zrozumieć,  wytłumaczyć,  pomyśleć  niemal  -  akt  po  prostu  szalony?  Tylko 
szaleństwo  jest  naprawdę  przerażające,  ponieważ  nie  można  go  przejednać  ani 
groźbami, ani perswazją, ani przekupstwem. 
 
    Taki ma być die Tat. „Jestem ponadto człowiekiem cywilizowanym" powiada 
dalej  pierwszy  sekretarz.  „Nigdy  nie  śniłoby  mi  się  polecać  panu 
zorganizowanie  zwykłej  rzezi,  choćbym  nawet  oczekiwał  po  niej  najlepszych 
rezultatów.  Nie  oczekiwałbym  zresztą  po  rzezi  takich  rezultatów.  Mord  jest 
zawsze  wśród  nas.  Jest  niemalże  instytucją.  Ta  demonstracja  musi  być 
wymierzona  przeciwko  wiedzy,  nauce.  Nie  każda  nauka  będzie  tu  jednak 
odpowiednia.  Ten  atak  musi  mieć  w  sobie  wstrząsającą  bezrozumność  niczym 
nie uzasadnionego bluźnierstwa". Czynem tym ma być wysadzenie w powietrze 
obserwatorium  w  Greenwich,  południka  zerowego,  granicy  stref  czasu  - 
zniszczenie czasu, a zarazem - symbolicznie - również historii. 
 
   Młody  człowiek  niosący  bombę,  mimowolny  wykonawca  czynu,  zwleka  i 
wysadza  w  powietrze  sam  siebie.  W  ten  sposób  Conrad  w  płaszczyźnie 
symbolicznej i osobistej ukazuje terror nihilizmu: acte gratuit, bezsensowny akt 
szaleństwa  [J.  Conrad,  Tajny  agent].  Taka  jest  Conradowska  obawa  o 
przyszłość, a może jej wizja. 
 
   Czy  takie  jest  istotnie  nasze  przeznaczenie  -  nihilizm  jako  logiczna 
konsekwencja  technicznej  racjonalności  bądź  jako  końcowy  produkt 
kulturowego dążenia do obalenia wszelkich konwencji? Znamy obie takie wizje, 
tak  jak  i  wiele  przepowiedni.  A  jednak  zamierzam  odrzucić  te  pociągające  i 
proste  sformułowania  i  przedstawić  w  zamian  bardziej  skomplikowaną  i 

background image

empirycznie sprawdzalną argumentację socjologiczną. 
 
   Jestem  przekonany,  iż  zbliżamy  się  do  punktu  zwrotnego  w  rozwoju 
społeczeństwa  zachodniego.  Jesteśmy  świadkami  końca  mieszczańskiej 
koncepcji  ludzkiego  działania  i  stosunków  społecznych,  zwłaszcza  wymiany 
gospodarczej  -  koncepcji,  która  przez  ostatnie  dwadzieścia  lat  kształtowała 
czasy  nowożytne.  Moim  zdaniem  wyczerpał  się  już  kreacyjny  impuls 
modernizmu,  który  jako  ruch  kulturowy  zdominował  wszystkie  sztuki  i 
ukształtował  w  ciągu  minionych  stu  dwudziestu  pięciu  lat  sposób  naszej 
symbolicznej  ekspresji.  Przedstawiając  tę  argumentację  ma  się  wielką  pokusę 
zacząć  od  tych  dramatyzujących  zagadnienie  literackich  koncepcji  lub  innych 
tego samego rodzaju, jak Burckhardta i Spenglera, których uznano za proroków 
nowych  czasów.  Nie  uczynię  jednak  tego,  ponieważ  są  to  koncepcje  nie  tyle 
fałszywe, ile mylące., 
 
   Nietzsche  i  Conrad  -  każdy  na  swój  sposób,  jak  dwie  strony  zwierciadła  - 
ujawnili  powtarzające  się  tendencje  dezintegracji  właściwe  każdemu 
społeczeństwu;  opierali  swe  koncepcje  i  wyobrażenia  na  obserwacji  kultury. 
Zarówno  historycznie,  jak  socjologicznie  są  to  jednak  wizje  mylące.  Ich 
widzenie świata i przemian społecznych, zgodnie z tradycją Ewangelii św. Jana 
wzmocnioną  przez  rozważania  św.  Augustyna  o  upadku  Rzymu,  ma  charakter 
apokaliptyczny. 
 
   Mimo  naszych  zainteresowań  objawieniem  a  następnie  rewolucją,  struktury 
społeczne  -  sposób  życia,  stosunki  społeczne,  wartości  i  normy  -  nie  ulegają 
zmianie  z  dnia  na  dzień.  Struktury  władzy  mogą  się  szybko  zmieniać: 
przychodzą  nowi  ludzie,  otwierają  się  nowe  drogi  awansu  społecznego, 
powstaje  nowe  zaplecze  władzy.  Ale  tego  rodzaju  dramatyczne  przewroty  są 
tylko krążeniem elit. Struktury społeczne ewoluują o wiele wolniej - zwłaszcza 
przyzwyczajenia i obyczaje, ustalone, tradycyjne sposoby postępowania. Nasza 
fascynacja  apokalipsą  przesłania  nam  codzienność:  stosunki  wymiany 
gospodarczej  i  społecznej;  charakter  pracy  i  wykonywanych  zawodów;  życie 
rodzinne  oraz  tradycyjne  wzory  zachowania  regulujące  codzienne  bytowanie. 
Nawet  wówczas,  gdy  w  wyniku  wojny  lub  rewolucji  wali  się  porządek 
społeczny,  zbudowanie  nowej  struktury  społecznej  to  zadanie  trudne, 
długotrwałe  i  skazane  na  wykorzystywanie  cegieł  ze  starej budowli.  Jeśli  jakiś 
badacz  zmierza  do  odsłonięcia  struktur  rzeczywistości  ukrytych  poza 
zjawiskami,  to  musi  zrozumieć,  że  przemiany  społeczne  są  znacznie 
powolniejsze, a procesy bardziej skomplikowane, niż kazałaby nam sądzić jakaś 
- religijna czy rewolucyjna - apokaliptyczna ich wizja. 
 
   Jeśli  pierwsza  trudność  polega  na  naruszeniu  czasu  historycznego,  to  druga 
związana  jest  z  monolitycznym  poglądem  na  społeczeństwo.  Dla  wyobraźni 

background image

dziewiętnastowiecznej  charakterystyczne  było  traktowanie  społeczeństwa  jako 
tkaniny  (a  w  literackich  halucynacjach  -  pajęczyny).  Zgodnie  z  bardziej 
abstrakcyjnym  podejściem  filozoficznym,  wywodzącym  się  od  Hegla,  każda 
kultura,  każdy  okres  historyczny  i  -  odpowiednio  -  każde  społeczeństwo  jest 
strukturalnie powiązaną całością, którą spaja jakaś wewnętrzna zasada. Według 
Hegla  miał  nią  być  Geist,  duch  wewnętrzny.  Zdaniem  Marksa  zasadą  tą  jest 
natomiast  sposób  produkcji  wyznaczający  wszystkie  pozostałe  stosunki 
społeczne.  Tak  więc  zmianę  społeczną  i  historyczną  definiowano  bądź  jako 
następstwo  zasadniczo  różnych  całości  -  kultur: świata  greckiego,  rzymskiego, 
chrześcijaństwa,  przy  czym  każdemu  miał  przysługiwać  jemu  tylko  właściwy 
„moment" świadomości, bądź też jako następstwo różnych sposobów produkcji 
-  niewolnictwa,  feudalizmu,  kapitalizmu  -  z  których  każdy  opierał  się  na 
rozmaitych  stosunkach  społecznych  i  siłach  wytwórczych.  Zgodnie  z  tym 
poglądem historia, ma charakter dialektyczny: każdy kolejny okres jest negacją 
poprzedniego  i  jednocześnie  toruje  drogę  swemu  następcy;  w  ten  sposób 
realizuje się telos racjonalności [Heglowsko-Marksowska koncepcja zakłada, że 
historia  ma  sens,  że  jest  postępowym  ruchem  świadomości  czy  też  kontroli 
ludzkiej  nad  przyrodą  i  sobą  samym,  by  wymknąć  się  ograniczeniom 
konieczności.  Czy  można  dziś  powiedzieć,  iż  historii  rzeczywiście  przysługuje 
taki telos. 
 
    Spenglerowski  Der  Untergang  des  Abendlandes  przynosił  innego  rodzaju 
proroctwo,  korzystające  z  biologicznej  metafory.  „Dla  każdego  bytu 
organicznego  zasadnicze  znaczenie  mają  takie  pojęcia,  jak  narodziny,  śmierć, 
młodość,  wiek  czy  okres  życia".  Kultura  ma  jego  zdaniem  swoją  morfologię. 
„Pomiędzy rachunkiem różniczkowym a zasadą dynastyczną w polityce okresu 
Ludwika  XIV,  między  klasycznym  miastem-państwem  a  geometrią 
euklidesową,  perspektywą  przestrzenną  w  zachodnim  malarstwie  olejnym  a 
podbojem przestrzeni przez koleje, telefony i broń dalekiego zasięgu, pomiędzy 
kontrapunktem  w  muzyce  i  kredytem  gospodarczym  [...]  zachodzą  głębokie 
podobieństwa".  Dzięki  temu  Spengler  może  odwoływać  się  do  koncepcji 
„przeznaczenia" czy też wyznaczonego toru kultury. 
 
      Trudność tego rodzaju argumentacji polega na tym, że podczas gdy zjawiska 
pozornie  niepodobne,  jak  kontrapunkt  w  muzyce  i  polityka  kredytów,  mogą 
mieć wspólne pochodzenie - powiedzmy w koncepcji relacji abstrakcyjnych - to 
nie  istnieje  żaden  związek  konieczny  pomiędzy  ich  dalszym  rozwojem. 
Gospodarka  socjalistyczna  może  zrezygnować  z  kredytu  nie  odrzucając 
kontrapunktu w muzyce, dziedziny gospodarki i kultury podlegać mogą bowiem 
-  jak  będę  się  to  starał  okazać  -  różnym  „regułom"  rozwoju.  Przedmioty 
ekonomii podlegają regule użyteczności i: decydujemy, czy używać je kierując 
się  względem  skuteczności.  Innowacje  w  kulturze  stają  się  natomiast  częścią 
stałego  repertuaru  ludzkości,  do  którego  odwołują  się  artyści  różnych  kultur  i 

background image

które  wykorzystują  jako  elementy  rekombinacji  form.  Inaczej  mówiąc  -  sądzę, 
że koncepcja traktująca społeczeństwo i kulturę jako organizm jest fałszywa.]. 
 
   W  każdym  okresie,  każdy  aspekt  kultury  -  od  moralności  i  sztuki  poprzez 
politykę  do  jej  filozofii  -  kształtowany  jest  przez  tego  jedynego  Geist  (co  w 
historii  kultury  prowadzi  do  koncepcji  stylu  danego  okresu);  albo  też  -  w 
społeczeństwie wszystko jest bezpośrednio lub pośrednio zdeterminowane przez 
panujący  sposób  produkcji:  czy  to  hierarchiczne  stosunki  między  panem 
feudalnym  a  poddanym,  czy  też  formalnie  wolną  wymianę  dóbr  między 
jednostkami,  których  stosunki  wzajemne  są  zapośredniczone  przez  sprzedaż 
pieniężną wszystkiego, od towarów po dobra kultury. 
 
   Ta koncepcja powszechnej zależności wzajemnej, czy też pajęczyny, staje się 
nośnym  obrazem  dziewiętnastowiecznej  powieści,  zwłaszcza  wielkich  dzieł 
realizmu  społecznego,  które  starały  się  odmalować  wszystkie  warstwy 
społeczne.  W  Samotni  Dickensa  akcja  rozstrzyga  się,  zdaniem  Richarda 
Locke'a,  kiedy  „inspektor  Bucket  z  londyńskiej  policji  przyprowadza  żebrzącą 
bohaterkę  do  symbolicznego  centrum  Anglii  -  na  ciemne  podwórze 
londyńskiego  slumsu  -  skąd,  jak  fale  w  mętnej    kałuży,  rozchodzi  się  na  całe 
brytyjskie  społeczeństwo  epidemia  ospy  i  gmatwanina  nie  dających  się 
zaspokoić  prawnych  czy  seksualnych  roszczeń".  Steven  Marcus  pisze  zaś: 
„Pojęcie  pajęczyny  pojawia  się  wszędzie.  Występuje  wyraźnie  u  późnego 
Dickensa,  jest  wszechobecne  u  George'a  Eliota,  zwłaszcza  w  Middlemarch, 
odgrywa  istotną  rolę  w  O  powstawaniu  gatunków  Darwina.  Stanowi  ono 
podstawę  strukturalnej  koncepcji  socjologii,  traktującej  społeczeństwo  jako 
pajęczynę stosunków" [Uwagi R. Locke'a znajdujemy w recenzji książki Johna 
Le  Carrego  Tinker,  Tailor,  Soldier,  Spy.  Nie  jest  zapewne  przypadkiem,  że 
ujęcie  społeczeństwa  jako  pajęczyny  występuje  we  współczesnej  literaturze 
najdobitniej w powieściach policyjnych i szpiegowskich: zakłada się, że policja 
pilnuje  każdego  i  w  ten  sposób  wiąże  wszystkie  warstwy  społeczne; 
szpiegostwo  natomiast  zajmuje  się  tym,  co  ukryte,  niewidocznymi  więzami 
społecznej sieci.]. 
 
   Nawet  jeśli  pogląd  ten  był  kiedyś  słuszny,  to  nie  sądzę,  by  dało  się  go  dziś 
utrzymać. Być może w pewnych'okresach historii Zachodu - w chrześcijańskim 
średniowieczu czy w okresie powstawania cywilizacji  mieszczańskiej  -  istniały 
tak  ścisłe  związki  między  strukturą  społeczną  a  kulturą.  Religia  z  jej  ideą 
hierarchii  odzwierciedlała  strukturę  świata  feudalnego,  a  religijne  namiętności 
znajdowały  wyraz  w  ówczesnej  symbolice.  W  okresie  kształtowania  się 
mieszczaństwa mógł ewentualnie istnieć jeden społeczny wzorzec przenikający 
wszystko  -  od  stosunków  ekonomicznych  do  zachowań  moralnych,  struktury 
osobowości  i  koncepcji  kultury.  Historię  tego  okresu  rozpatrywać  można  jako 

background image

postęp w panowaniu człowieka nad przyrodę i nad samym sobą. 
 
   Wszystko  to  jest  dzisiaj  nieprawdą.  Historia  nie  jest  dialektyczna.  Socjalizm 
nie nastąpił po kapitalizmie, a państwa zwące się socjalistycznymi powstały nie 

krajach 

przemysłowo 

rozwiniętych,  lecz  raczej  w  całkowicie 

przedkapitalistycznych  społeczeństwach  agrarnych.  Społeczeństwo  zaś  nie  jest 
integralną całością, lecz podlega podziałom; rozmaitym obszarom odpowiadają 
różne normy, odmienny rytm przemian i regulują je nie tylko różne, ale czasem 
nawet  przeciwstawne  zasady  osiowe.  Aby  zrozumieć  moją  argumentację  na 
temat mieszczańskiego sposobu życia i kultury modernistycznej, dominujących 
w  warunkach  kulturowych  sprzeczności  kapitalizmu,  trzeba  najpierw  zapoznać 
się z moim sposobem widzenia społeczeństwa. 
 
   Zafniast  traktować  je  holistycznie,  uważam  za  bardziej  celowe  ujmowanie 
problemów  społeczeństwa  współczesnego  w  trzech  oddzielnych  obszarach,  z 
których każdy podlega innej zasadzie osiowej (pomijam kwestię, czy podejście 
takie  może  być  stosowane  powszechnie).  Wyróżniam  więc  analitycznie  w 
społeczeństwie  strukturę  techniczno-ekonomiczną,  politykę  i  kulturę.  Nie 
pokrywają  się  one  ze  sobą,  mają  różne  rytmy  przemian,  podlegają  rozmaitym 
normom  legitymizującym  różne,  czasem  przeciwstawne  typy  zachowań. 
Niezgodności pomiędzy tymi dziedzinami wyznaczają wewnętrzne sprzeczności 
społeczeństwa  [Ta  metodologiczna  przesłanka  nie  zgadza  się  z  dwoma 
panującymi  we  współczesnej  socjologii  paradygmatami,  a  mianowicie  z 
marksizmem i funkcjonalizmem. Aczkolwiek stanowiska te różnią się od siebie 
w  sposób  istotny,  mają  jednak  jedną  wspólną  przesłankę:  społeczeństwo  jest 
strukturalnie  powiązanym  systemem,  a  każde  działanie  społeczne  zrozumieć 
można  tylko  pod  warunkiem  odniesienia  go  do  tego  systemu.  Dla  marksistów 
ekonomia  i  kultura  są  częściami  owej  „całości",  określonej  przez  proces 
wytwarzania  i  wymiany  towarów.  Dla  funkcjonalistów,  od  Durkheima  po 
Parsonsa,  społeczeństwo  zintegrowane  jest  przez  system  wartości,  który 
legitymizuje i kontroluje najrozmaitsze zachowania społeczne. Moją niezgodę z 
tymi stanowiskami wyjaśniam obszerniej w eseju Theories of Social Change]. 
 
   Porządek  techniczno-ekonomiczny  dotyczy  organizacji  produkcji  i  alokacji 
towarów  oraz  usług.  Kształtuje  strukturę  zawodową  i  stratyfikację  społeczną 
oraz  zastosowanie  techniki  do  celów  instrumentalnych.  Zasadą  osiową 
nowożytnego  społeczeństwa  jest  funkcjonalna  racjonalność,  natomiast  zasadą 
regulatywną - oszczędność. Oszczędność to w gruncie rzeczy tyle co wydajność: 
niższe  koszty,  wyższy  zysk,  maksymalizacja,  optymalizacja  i  temu  podobne 
metody  oceny  zatrudnienia  i  wykorzystania  zasobów.  Zestawia  się  koszty  z 
dochodami i stosunek ten wyraża w pieniądzu. Strukturą osiową jest biurokracja 
i  hierarchia,  wywodzące  się  ze  specjalizacji,  zróżnicowania  ról  i  potrzeb 
koordynacji działań.  Istnieje  prosta  miara  wartości,  a  mianowicie  użyteczność. 

background image

Prosta  jest  również  zasada,  na  mocy  której  dokonują  się  zmiany;  jest  nią 
zdolność  zastępowania  jednych  produktów  czy  procesów  przez  inne,  bardziej 
wydajne,  zapewniające  wyższy  dochód  przy  niższych  kosztach.  Jest  to  zasada 
wydajności. Struktura społeczna to świat zreifikowany, ponieważ jest strukturą 
ról  a  nie  osób,  co  znajduje  wyraz  w  przepisach  organizacyjnych  określających 
funkcje i stosunki 
 
hierarchiczne.  Autorytet  nie  jest związany  z  osobą,  lecz  z  zajmowaną  pozycją, 
natomiast  wymiana  społeczna  (w  zadaniach,  które  muszą  być  ,  do  siebie 
dostosowywane)  to  stosunek  między  rolami.  Jednostka  staje  się  przedmiotem 
czy  też  „rzeczą"  nie  ze  względu  na  nieludzki charakter  .przedsiębiorstwa,  lecz 
dlatego,  iż  wykonywanie  zadań  podporządkowane  jest  celom  organizacji. 
Ponieważ cele są funkcjonalne i instrumentalne, zarządzanie przedsiębiorstwem 
ma charakter technokratyczny. 
 
   Polityka  jest  areną  dla  sprawiedliwości  i  władzy:  kontrolą  praworządnego  (w 
społeczeństwach  liberalnych)  stosowania  siły  i  regulowania  konfliktów  w  celu 
realizacji  jakiejś  koncepcji  sprawiedliwości,  ucieleśnionej  przez  określoną, 
pisaną  lub  niepisaną  tradycję  czy  konstytucję.  Osiową  zasadą  polityki  jest 
legitymizacja,  a  w  ustrojach  demokratycznych  zasada,  iż  władza  i  jej 
sprawowanie  wymaga  zgody  rządzonych.  Warunkiem  niezbędnym  jest  idea 
równości,  to  znaczy  uznanie,  iż  każdy  ma  równy  głos  w  kształtowaniu  tego 
konsensu. Koncepcja obywatelstwa będąca ucieleśnieniem idei równości, uległa 
jednak w ciągu ostatnich stu lat rozszerzeniu, w którego wyniku objęła równość 
nie  tylko  w  sferze  publicznej,  lecz  również  we  wszystkich  pozostałych 
obszarach  życia  społecznego  -  równość  wobec  prawa,  równość  praw 
obywatelskich,  równość  szans,  a  nawet równość  wyników  -  tak,  aby  jednostka 
mogła  w  pełni  uczestniczyć  w  społeczeństwie.  Wiele  z  tych  postulatów  ma 
często charakter tylko formalny, ale stanowią one układ odniesienia, do którego 
odwoływać  się  mogą  domagające  się  sprawiedliwości  grupy  uciskanych. 
Struktura  osiowa  oparta  na  reprezentacji  i  partycypacji:  istnienie  partii 
politycznych  i/lub  grup  społecznych,  wyrażających  interesy  poszczególnych 
części  społeczeństwa  jest  podstawą  reprezentacji  i  narzędziem  partycypacji  w 
podejmowaniu  decyzji.  Administracyjne  aspekty  polityki  mogą  mieć  charakter 
technokratyczny, a w miarę jak problemy nabierają coraz bardziej technicznego 
charakteru, tendencja technokratyczna wyraźnie się wzmacnia. Ponieważ jednak 
działanie polityczne zmierza do pogodzenia konfliktowych - a czasem nawet nie 
dających się uzgodnić - interesów lub odwołuje się w podejmowaniu decyzji do 
przepisów  prawa  bądź  konstytucji,  decyzje  polityczne  podejmowane  są  w 
drodze  negocjacji  lub  na  mocy  prawa,  a  nie  dzięki  racjonalności 
technokratycznej. 
 

background image

   Przez kulturę rozumiem, z jednej strony, mniej niż nakazywałaby to definicja 
antropologiczna, traktująca ją jako artefakt i wzorzec życia grupy, a z drugiej  - 
więcej  niż  wynikałoby  to  z  koncepcji  Matthewa  Arnolda,  dla  którego  jest  ona 
osiąganiem doskonałości przez jednostkę. W ślad za Ernstem Cassiferem przez 
kulturę  rozumiem  cały  obszar  form  symbolicznych,  a  w  kontekście  wywodów 
tej  książki  -  węższy  obszar  symbolizmu  ekspresyjnego.  Składają  się  nań  te 
wysiłki  w  malarstwie,  poezji,  powieści  czy  też  w  religijnych  formach  litanii, 
liturgii bądź rytuału, które usiłują odnaleźć i wyrazić (w formie określonej przez 
wyobraźnię)  sens  ludzkiego  istnienia  [Pomijam  tu  aspekty  poznawcze  — 
filozofię  i  naukę,  które  z  pewnością,  należą  do  obszaru  kultury  -  nie  szkicuję 
bowiem kompletnej socjologicznej teorii kultury. O tych i o innych związanych 
z  tym  kwestiach  mówię  we  wspomnianym  wyżej  eseju].  Modalności  kultury 
wywodzą się z sytuacji egzystencjalnych, z jakimi - z natury swej świadomości - 
niezależnie od epoki ma do czynienia każda istota ludzka. Dotyczą tego, jak się 
spotyka  śmierć,  natury  tragedii  i bohaterstwa,  definicji  lojalności  i obowiązku, 
zbawienia duszy, sensumiłości i poświęcenia, rozumienia współczucia, napięcia 
między  tym,  co  zwierzęce  i  ludzkie  w  naturze  człowieka,  między  instynktem  a 
jego  ograniczeniami.  Historycznie  zatem  kultura  była  zawsze  sprzęgnięta  z 
religią. 
 
   Świadczy to, iż istnieją różne „rytmy" zmiany społecznej i że nie ma prostych, 
ściśle  określonych  stosunków  między  wymienionymi  trzema  obszarami 
[Zachodzi  bardziej  skomplikowane  pytanie:  czy  natura  ludzka  zmienia  się  w 
rezultacie  przemian  sposobu  produkcji  lub  innych  historycznych  okoliczności, 
czy też jest niezmienna? Jeśli się  nie zmienia, to jak  można  mówić o wzroście 
„świadomości"? A jeśli zmienia się, to jak rozumiemy przeszłość? O kwestiach 
tych  traktuje  mój  esej.].  Zmiany  w  sferze  techniczno-ekonomicznej  mają 
charakter  liniowy,  zasady  użyteczności  i  wydajności  dostarczają  bowiem 
wyraźnych  reguł  innowacji,  przemieszczeń  i  zastępowania.  Skuteczniejsza, 
bardziej wydajna maszyna czy technologia wypiera mniej wydajną. Jest to jedno 
ze  znaczeń  terminu  „postęp".  W  kulturze  mamy  jednak  zawsze  do  czynienia  z 
ńcorso,  z  nawrotami  do  dręczących  pytań  egzystencjalnych.  Choć  odpowiedzi 
mogą  ulegać  zmianie,  formy,  jakie  przyjmują,  zależą  od  innych  zmian  w 
społeczeństwie.  Odpowiedzi  mogą  się  z  czasem  zmieniać  lub  przybierać  inną 
formę  estetyczną.  Nie  ma  jednak  jednoznacznej  „zasady"  zmian.  Boulez  nie 
zastępuje Bacha. Nowy utwór muzyczny, obraz czy poemat stają się elementem 
po- 
 
szerzonego  dorobku  ludzkości,  stałego  repertuaru,  z  którego  jednostki  mogą 
wybierać raz to, raz owo, by kształtować swe doświadczenia estetyczne. 
 
   W  sensie  pojęciowym  można  wskazać  rozbieżne,  organizacyjne  zasady 
zmiany.  W  strukturze  społecznej,  zwłaszcza  w  dziedzinie  techniczno-

background image

ekonomicznej, zmiany przebiegają w sposób, który pierwszy określił Durkheim. 
-Poszerzenie  sfery  społecznej  prowadzi  do  wzmożenia  interakcji,  to  zaś  do 
specjalizacji,  stosunków  komplementarnych  i  do  strukturalnego  zróżnicowania. 
Najbardziej oczywistym modelem jest przedsiębiorstwo, w którym specjalizacja 
i  strukturalne  zróżnicowanie  wynikają  ze  zmian  jego  wielkości.  W  kulturze 
jednak  wzrost  interakcji,  będący  rezultatem  upadku  barier  między  różnymi 
społecznościami  czy  kulturami  parafialnymi,  wiedzie  do  synkretyzmu  -  do 
pomieszania bogów, jak za czasów Konstantyna, czy też do melanżu artefaktów 
kultury w sztuce nowoczesnej (a nawet w salonach rodzin wolnych zawodów z 
klasy  średniej).  Synkretyzm  to  zmieszanie  stylów  w  sztuce  nowoczesnej  -  na 
przykład  afrykańskich  masek  i  japońskich  drukowanych  tkanin  z  własnym 
sposobem  przedstawiania  percepcji  przestrzennej  -  albo  zmieszanie  w 
nowoczesnej  świadomości  medytacyjnej  wschodnich  i  zachodnich  religii, 
oderwanych od swych korzeni historycznych. 
 
   Kulturze  współczesnej  właściwa  jest  niezwykła  swoboda  w  przeszukiwaniu 
światowego  lamusa  i wyciągania zeń każdego stylu,  na który  natrafi. Swoboda 
ta  wynika  stąd,  iż  osiową  zasadą  nowoczesnej  kultury  jest  ekspresja  i 
przekształcanie  własnego  ,,ja"  w  celu  samorealizacji.  Poszukiwanie  to  zakłada 
nieistnienie  żadnych  ograniczeń  czy  granic  doświadczenia.  Wszystko  jest 
możliwe, wszystko podlega eksploracji, nic nie jest zakazane. 
 
   W  tym  właśnie  układzie  wyróżnić  można  strukturalne  napięcia  w 
społeczeństwie:  czy  to  między  strukturą  społeczną  (przede  wszystkim 
techniczno-gospodarczą,  która  ma  charakter  biurokratyczny  i  hierarchiczny)  a 
polityką  opartą  formalnie  na  zasadzie  równej  partycypacji;    czy  to  między 
strukturą społeczną zorganizowaną zasadniczo w kategoriach ról i specjalizacji a 
kulturą  zainteresowaną  rozwojem  i  realizacją  osobowości,  „całego"  człowieka. 
W  sprzecznościach  tych  tkwią  ukryte  źródła  wielu  konfliktów,  znajdujące 
ideologiczny  wyraz  w  tezach  o  alienacji,  depersonalizacji,  w  atakach  na 
autorytety  itp.  Te  konfliktowe  stosunki  pozwalają  dostrzec  rozłączność 
obszarów. 
 
   Koncepcja  rozbieżności  obszarów  stanowi  podstawę  mego  ogólnego 
teoretycznego  podejścia  do  analizy  nowoczesnego  społeczeństwa.  Celowe 
będzie  zatem  zdefiniowanie  w  tym  miejscu  swoistych  terminów,  służących 
wyróżnieniu  systemów  społeczno-technicznych,  społeczno-ekonomicznych  i 
społeczno-politycznych. 
 
   Industrializm polega na zastosowaniu energii i maszyn do masowej produkcji 
towarów.  Zarówno  w  Stanach  Zjednoczonych,  jak  i  Związku  Radzieckim  -
jakkolwiek  różnią  się  one  pod  innymi  względami  -  mamy  do  czynienia  ze 
społeczeństwami  technicznymi  i  przemysłowymi.  W  okresie  postindustrialnym 

background image

następuje  przesunięcie  zatrudnienia  od  wytwarzania  do  usług  (zwłaszcza  usług 
profesjonalnych),  a  także  koncentracja  badań  teoretycznych  na  zagadnieniach 
innowacyjności oraz polityki gospodarczej. Z analogicznych względów zarówno 
w  Stanach,  jak  i  w  ZSRR  ukształtować  się  mogą  społeczeństwa  postindust-
rialne. 
 
   Kapitalizm  jest  systemem  ekonomiczno-kulturowym,  którego  gospodarka 
opiera się na instytucji własności, kultura zaś na stosunkach wymiany - kupna i 
sprzedaży  -  przenikających  całe  niemal  społeczeństwo.  Demokracja  natomiast 
jest 

systemem  społeczno-politycznym  legitymizowanym  przez  zgodę 

rządzonych w sytuacji, gdy mają oni zapewnione podstawowe swobody, a scena 
polityczna dostępna jest różnym zwalczającym się ugrupowaniom. 
 
   Aczkolwiek  kapitalizm  i  demokracja  zrodziły  się  jednocześnie  i  znajdowały 
wspólne uzasadnienie w filozofii liberalizmu, ich nierozerwalny związek nie jest 
ani teoretyczną, ani praktyczną koniecznością. W nowoczesnym społeczeństwie 
porządek  polityczny  staje  się  coraz  bardziej  autonomiczny,  a  zarządzanie 
gospodarką czy też demokratyczne planowanie stają się coraz  mniej zależne od 
kapitalizmu. 
 
   Komunizm  radziecki,  dla  którego  trafniejszą  nazwą  byłby  biurokratyczny 
kolektywizm,  jest  społeczeństwem  kierowanym  przez  państwo,  które  za 
pośrednictwem jednej instytucji (partii) usiłuje zespolić wszystkie obszary  - od 
polityki po gospodarkę i kulturę -w jeden podległy jej monolit. Kwestią otwartą 
pozostaje  pytanie,  czy  partia  zdoła  utrzymać  pełną  kontrolę  nad  coraz  bardziej 
różnicującym się społeczeństwem, nie poszerzając udziału elit w podejmowaniu 
decyzji. 
 
   Odróżnienia  te  są  niezbędne  z  dwóch  powodów.  Po  pierwsze  wskazują,  iż 
problem przejścia od społeczeństwa przemysłowego do postindustrialnego oraz 
od kapitalizmu do socjalizmu  - czyli biurokratycznego kolektywizmu  - to  dwie 
różne kwestie ze względu na przemiany zachodzące wzdłuż dwóch różnych osi. 
Społeczeństwo  postindustrialne  skupia  się  na  technice,  na  rodzaju  pracy,  jaką 
ludzie  wykonują  (względne  kurczenie  się  klasy  robotniczej  ma  swoje 
konsekwencje  polityczne)  i  na  organizacji  wiedzy.  Pytanie,  czy  system 
kapitalistyczny  czy  socjalistyczny,  kapitalistyczny  czy  biurokratyczno-kolek-
tywistyczny,  dotyczy  sposobu  zarządzania  gospodarką  oraz  etosu 
społeczeństwa.  Po  drugie  -  sprzeczności  kapitalizmu,  o  których  mowa  w  tej 
książce,  dotyczą  rozbieżności  pomiędzy  rodzajem  organizacji  i  normami 
wymaganymi  w  dziedzinie  gospodarki  oraz  normami  samorealizacji, 
odgrywającymi podstawową rolę w kulturze. Te dwa obszary, które historycznie 
złączone  wytworzyły  jedną,  zgodną  z  programem  purytań-skim  strukturę 
osobowości,  obecnie są rozłączne. Zasady,  na których  oparta  jest gospodarka  i 

background image

kultura,  popychają  ludzi  w  przeciwnych  kierunkach.  Sprzeczności  te  ujawniły 
się  przede  wszystkim  w  Ameryce  i  Europie  Zachodniej.  Nie  jest  bynajmniej 
rzeczą  jasną,  czy  system  komunistyczny  ze  swym  pędem  ku  wydajności  i 
samorealizacji  nie  jest  również  na  nie  narażony.  Musimy  czekać,  aż  (i  czy  w 
ogóle) w ZSRR powstanie społeczeństwo konsumpcyjne. Tymczasem z punktu 
widzenia maoistowskich Chin Rosjanie już są wyklęci. 
 
   Przechodząc  od  naszych  analitycznych  rozróżnień  do  historii  społecznej, 
śledzić  możemy  to  rozchodzenie  się  struktury  społecznej  i  kultury  w 
uderzających przemianach postaw moralnych. 
 
   Zasadnicze założenie nowożytności, obecne w cywilizacji zachodniej od XVI 
w.,  polega  na  tym,  że  podstawową  jednostką  społeczną  nie  jest  grupa  -  cech, 
plemię czy miasto - lecz osoba. Zachodnim ideałem był autonomiczny człowiek, 
który  samookreślając  się  osiągnął  wolność.  Z  akceptacją  ideału  „nowego 
człowieka"  wiązało  się  odrzucenie  wszelkich  instytucji  (zaskakujący  wynik 
reformacji,  która  za  podstawę  ocen  przyjęła  sumienie  jednostki),  poszerzanie 
granic  geograficznych  i  społecznych,  chęć  i  rosnące  możliwości 
podporządkowania  natury  i  -  w  stopniu  w  jakim  to  możliwe  -  kształtowania 
samego  siebie,  a  nawet  wypieranie  się  własnych  korzeni,  by  całkowicie 
przekształcić  swą  osobowość.  Liczyć  zaczynała  się  nie  przeszłość,  lecz 
przyszłość. 
 
   Wszystko to znajduje dwojaki wyraz. W gospodarce pojawia się mieszczanin-
przedsiębiorca.  Wyzwolony  z  tradycyjnych  więzi,  wyznaczających  mu  ściśle 
określony  i  niezmienny  status,  poszukuje  on  swej  szansy  w  ekonomicznej 
przebudowie  świata.  Ideałem  staje  się  społeczna  mobilność  oraz  swobodny 
obrót  towarami  i  pieniędzmi.  Leseferyzm  w  swej  skrajnej  postaci  przekształca 
się  w  „nieokiełznany  indywidualizm".  W  kulturze  pojawia  się  niezależny 
artysta,  uwolniony  spod  opieki  kościoła  i  książęcego  mecenasa,  piszczący  i 
malujący raczej wedle gustu własnego niż swego patrona, a rynek zapewnia mu 
swobodę [W XVIII w. rozwój drukarstwa i powstanie rynku sprawiły, iż pisarz 
stał  się  nie  tylko  niezależny,  ale  niekiedy  -jak  na  przykład  Ałexander  Pope  - 
nawet  bogaty.  W  1762  r.  Oliver  Goldsmith  pisał:  „Obecnie  niektórzy  pisarze 
angielscy nie zależą już materialnie od 
 
możnych  tego  świata,  jedynym  ich  mecenasem  stała  się  publiczność,  a 
traktowana  zbiorowo  jest  ona  dobrym  i  hojnym  mecenasem.  [...]  Każdy 
oświecony człowiek społeczności, kupując to, co pisarz napisał, przyczynia się 
do jego wynagrodzenia. 
 
Zamieszkiwanie  na  strychu,  w  przeciwieństwie  do  tego,  czym  było  uprzednio, 
przestało już być wygodą". Cyt. za A. Beljame]. To dążenie do niezależności nie 

background image

tylko  od  mecenasa,  ale  i  od  wszelkich  konwencji,  uwidacznia  się  w 
modernizmie,  a  w  postaci  skrajnej  -  w  koncepcji  niczym  nie  ograniczonej 
ekspresji osobowości. 
 
   Impulsem do działalności zarówno przedsiębiorcy, jak i artysty jest nieustanne 
poszukiwanie  tego,  co  nowe,  przekształcanie  przyrody  i  świadomości.  W 
Manifeście  komunistycznym  Marksa  znajdujemy  nieomal  pean  na  cześć 
burżuazji: 
 
    W  ciągu  swego  stuletniego  zaledwie  panowania  klasowego  burżuazja 
stworzyła siły wytwórcze bardziej masowe i kolosalne niż wszystkie poprzednie 
pokolenia  razem.  Ujarzmienie  sił  przyrody,  rozpowszechnienie  maszyn, 
zastosowanie chemii w przemyśle  i rolnictwie, żegluga parowa, koleje żelazne, 
telegrafy  elektryczne,  przysposobienie  pod  uprawę  całych  części  świata, 
uspławnienie rzek, całe jakby spod ziemi wyczarowane rzesze ludności - które z 
poprzednich  stuleci  przypuszczało,  że  takie  siły  wytwórcze  drzemią  w  łonie 
pracy społecznej. [...] 
 
    Burżuazja  nie  może  istnieć  bez  stałego  rewolucjonizowania  narzędzi 
produkcji,  a  więc  stosunków  produkcji,  a  więc  całokształtu  stosunków 
społecznych. [...] 
 
    Wszystkie  stężałe,  zaśniedziałe  stosunki  wraz  z  nieodłącznymi  od  nich,  z 
dawien  dawna  uświęconymi  pojęciami  i  poglądami  ulegają  rozkładowi, 
wszystkie  nowo  powstałe  starzeją  się,  zanim  zdołają  skostnieć.  Wszystko 
stanowe i znieruchomiałe ulatnia się, wszelkie świętości zostają sprofanowane i 
ludzie  są  nareszcie  zmuszeni  patrzeć  trzeźwym  okiem  na  swe  stanowisko 
życiowe, na swoje wzajemne stosunki [K. Marks, Manifest komunistyczny]. 
 
   Jeśli zaś o artystów chodzi, to ich nieposkromione dążenie do nie ograniczonej 
ekspresji  najlepiej  wyraził  Byron,  którego  nieokiełznany  romantyzm  wycisnął 
piętno na owych czasach: 
 
    Wielkim  celem  życia  jest  doznawanie  -  aby  czuć,  że  się  istnieje,  choćby 
nawet cierpiąc. To jest ta „nienasycona próżnia" wciągająca nas w grę - walkę - 
wędrówkę,  aby  przenikliwie  odczuwać  wszelkiego  rodzaju  starania,  których 
abstrakcyjność  polega  na  podnieceniu  nie  dającym  się  oddzielić  od  spełnienia 
[G. G. Byron, Listy i pamiętniki]. 
 
   Obydwa impulsy były historycznymi aspektami tego samego socjologicznego 
zalewu  nowożytności.  Wspólnie  doprowadziły  do  radykalnego  otwarcia  świata 
zachodniego. Paradoks polega  natomiast na tym, że  każdy z  nich świadom był 
tego  drugiego,  obawiał  się  go,  usiłował  go  powstrzymać.  Ekonomicznemu 

background image

radykalizmowi burżuazji towarzyszył jej konserwatyzm w zakresie moralności i 
gustów  artystycznych.  Impuls  gospodarczy  burżuazji  ukształtował  wysoce 
restrykcyjną  strukturę  osobowości.  Jej  energia  została  ukierunkowana  na 
produkcję  dóbr  i  na  taką  postawę  wobec  pracy,  której  obcy  był  instynkt, 
spontaniczność  i  brak  dyscypliny.  W  szczytowym  okresie  wpływów 
purytanizmu w Ameryce uchwalano prawa mające ograniczyć nieumiarkowane 
zachowanie,  natomiast mieszczański  gust  preferował w  malarstwie  i literaturze 
banał i heroizm. 
 
   Impuls w kulturze natomiast - za przykład biorę tu Baudelaire'a - zwrócił się z 
wściekłością  przeciwko  wartościom  mieszczańskim.  „Człowiek  usiłujący  być 
pożytecznym  wydawał  mi  się  zawsze  czymś  obrzydliwym"  -  pisał  on. 
Użyteczność, racjonalizm i materializm są bezpłodne, a mieszczanin nie wie, co 
to  życie  duchowe  i  żywiołowość.  Nowoczesne  przedsiębiorstwo  zrodziło 
„okrutną, nieuchronną regularność". „Mechanizacja zamerykanizuje nas, postęp 
doprowadzi całe nasze życie duchowe do atrofii [...]". 
 
   Zaskakujące,  iż  podczas  gdy  społeczeństwo  burżuazyjne  wprowadziło  do 
życia  gospodarczego  radykalny  indywidualizm  i  powodowało  zrywanie 
wszystkich  tradycyjnych    więzi    społecznych,  jednocześnie  obawiało  się 
radykalnego,  eksperymentalnego  indywidualizmu  moderny  w  kulturze.  I 
odwrotnie,  radykalne  tendencje  modernistyczne  w  kulturze  od  Baudelaire'a  po 
Rimbauda  i  Alfreda  Jarry'ego  starały  się  zgłębić  wszystkie  wymiary 
doświadczenia,  głosząc  jednocześnie  nienawiść  do  życia  mieszczańskiego. 
Historia  socjologicznej  zagadki  dotyczącej  powstania  tego  antagonizmu 
pozostaje  wciąż  do  napisania  [Czy  zachodzi  tu  analogia  do  świata 
komunistycznego? Rewolucja rosyjska spowodowała bezprecedensowy wybuch 
eksperymentowania we wszystkich dziedzinach sztuki. Setki artystów  i pisarzy 
przyjęło ją z entuzjazmem. „Kubizm i futuryzm były rewolucyjną formą sztuki 
zapowiadającą  przewrót  1917  r.  w  sferze  gospodarki  i  polityki"  -  pisał 
Malewicz.  Konstruktywizm  uznano  za  nową  estetykę  społeczeństwa 
komunistycznego.  W  projektowaniu,  malarstwie  i  rzeźbie  -  innowacje  Tatlina, 
Lisickiego,  Gabo  i  Pevsnera  oraz  abstrakcje  Kandinskiego  i  Malewicza;  w 
teatrze  -  stylistyczne  eksperymenty  Meyerholda,  Tairowa  i  Wachtangowa;  w 
poezji  -  triumfujący  futuryzm  Majakowskiego  („ulice  są  naszymi  pędzlami, 
place  -  paletami")  i  symbolizm  Błoka  oraz  Biełego  (który  interpretował 
rewolucję  jako  religijną  epifanię);  w  powieści  -  twórczość  Babla,  Pilniaka, 
Zamiatina i Bułhakowa; w filmie - Eisenstein i Pudowkin. 
 
W  latach  trzydziestych  wszystko  się  skończyło.  Pozostała  tylko  niestrawna 
papka  socrealizmu.  Ci,  którzy  promowali  eksperymenty  znaleźli  się  w 
więzieniach,  na  emigracji,  popełnili  samobójstwa  lub  zostali  zmuszeni  do 
milczenia.  Nasuwało  się  pytanie,  czy  w  społeczeństwie  tak  jednostronnie 

background image

ukierunkowanym  na  mobilizację  ludzi  dla  sprawy  uprzemysłowienia, 
niezależność  poszukiwań  nieokiełznanych  artystów  nie  stanie  się  „dywersją", 
uniemożliwiającą  tworzenie  „nowego  człowieka"  i  kierowanie  energii  ludzkiej 
w kierunku pożądanym przez partię.]. 
 
   W  historii  społeczeństwa  mieszczańskiego  dokonało  się  wiele  „zwrotów", 
które  radykalnie  przekształciły  zarówno  jego  gospodarkę,  jak  i  kulturę.  W 
kulturze  jednostkę  zaczęto  rozumieć  nie  tyle  jako  istotę,  ile  jako  osobowość. 
Równie  doniosłe  znaczenie  miał  zwrot  od  nacisku  na  ograniczenia  ku  uznaniu 
impulsu.  W  gospodarce  nastąpiła  zasadnicza  zmiana  motywacji  skłaniających 
ludzi do pracy oraz ustosunkowujących do niej pozytywnie lub negatywnie. 
 
   Klasyczna  filozofia  miała  swoją  -jak  nazwał  to  Lovejoy  -  metafizyczną 
teologię;  zgodnie  z  nią  istoty  ludzkie  odznaczają  się  właściwą  sobie  naturą,  a 
zatem  i  wspólnymi  właściwościami.  Platon  pisał  w  Timajosie,  że  „kto  jest 
dobry,  nie  odczuwa  nigdy  żadnej  zazdrości  wobec  nikogo",  i  że  to,  co 
doskonalsze rodzi  mniej doskonałe  i nie  może pozostać samo w sobie. Istniała 
hierarchia  cnót,  w  której  niższe  wywodziły  się  z  wyższych.  W  świadomości 
nowoczesnej  nie  ma  natomiast  istot,  a  tylko  osobowości  troszczące  się 
wyłącznie  o  swoją  indywidualną  autentyczność,  niepowtarzalność,  o  swój 
nieredukowalny  charakter,  wyzwolony  z  wszelkich  ograniczeń  i  konwencji, 
masek i hipokryzji, odkształceń powodowanych przez społeczeństwo. Ta troska 
o własną autentyczność stanowi motyw i źródło ocen etycznych i estetycznych. 
 
   Szerszy  kontekst  wyznaczał  jednak  zwrot  od  religii  ku  kulturze  świeckiej.  W 
historii  społeczeństw,  zwłaszcza  społeczeństw  zachodnich,  zawsze  mamy  do 
czynienia  ze  swoistą  dialektyką  przyzwoleń  i  ograniczeń.  W  wielkich 
historycznych  religiach  odnajdujemy  strach  przed  tym,  co  demoniczne,  co 
skryte  w  ludzkiej  naturze.  Były  to  religie  narzucające  ograniczenia.  Zwrot  ku 
przyzwoleniu  dokonuje  się  w  połowie  XIX  stulecia  wraz  ze  złamaniem 
autorytetu  religii.  W  rezultacie  kultura,  zwłaszcza  kultura  modernistyczna, 
przezwycięża strach przed demoniz-mem. Zamiast hamować jego przejawy -jak 
próbowała to czynić religia 
 
- kultura świecka  (sztuka  i  literatura) zaczęła je akceptować, badać, zachwycać 
się  nimi,  dostrzegać  w  nich  źródło  twórczości.  Z  krzyku  o  autonomii  estetyki 
zrodziła  się  idea,  iż  każde  doświadczenie,  zewnętrzne  i  wewnętrzne,  jest 
wartością najwyższą, że wszystko powinno podlegać badaniu i wszystko winno 
być  dozwolone  -  przynajmniej  w  wyobraźni,  jeśli  nie  w  życiu  praktycznym. 
Wahadło przechyliło się w stronę przyzwolenia [Kwestię tę omawiam  bardziej 
szczegółowo dalej, w eseju o kulturze i religii. Wyśmienitą analizę roli tego, co 
demoniczne w teologii i w sztuce można znaleźć w P. Tillich, The Interpretation 

background image

of History]. 
 
   Modernizm uwodził. Jego atrakcyjność wynikała z uwielbienia dla niczym nie 
ograniczonej  osobowości,  z  przekonania,  że  samo  życie  powinno  być  dziełem 
sztuki,  a  sztuka  ma  wyrażać  osobowość  artysty  odrzucającego  konwencje 
społeczne,  zwłaszcza  konwencje  mieszczańskie,  Gdy  modernizm  wiązał  się  z 
polityką  -  co  mu  się  czasem  zdarzało  -  podważał  zasady  społeczeństwa 
współczesnego  czy  to  poprzez  wściekłe  ataki  takich  ludzi  prawicy,  jak 
Wyndham  Lewis,  czy  też  poprzez  drwiny  takich  przedstawicieli  lewicy,  jak 
Breton i surrealiści. 
 
Dziś modernizm wyczerpał się. Twórcze impulsy osłabły, napięcie 
 
   minęło. Stał się pustą skorupą [Weteran poezji modernistycznej, Octavio Paz, 
pisał:  „Dziś  sztuka  nowoczesna  zaczyna  tracić  swą  moc  negacji.  Od  pewnego 
czasu  jej  zaprzeczenia  stały  się  rytualnymi  powtórzeniami:  bunt  stał  się 
procedurą, krytyka - retoryką, wykroczenia - ceremonią. Negacja przestała być 
twórcza.  Nie  powiadam,  że  przeżywamy  koniec  sztuki,  mamy  jednak  do 
czynienia  z  końcem  koncepcji  sztuki  nowoczesnej".  Raz  przedstawił  subtelną 
krytykę  idei  nowoczesności,  zwłaszcza  tej  jej  nieco  swoistej  formy,  jaką 
przybrała  w  kulturze  iberyjskiej.  Mój  jedyny  sprzeciw  dotyczy  słowa  „dziś". 
Sądzę, że modernizm utracił swe siły pięćdziesiąt łat temu.]. „Kulturalne masy" 
[Przez  „kulturalne  masy"  rozumiem  przede  wszystkim  audytorium  na  tyle 
liczne,  że  zdolne  samodzielnie  podtrzymać  produkcję  dóbr  kultury.  W  sensie 
zawodowym  kulturalne  masy  składają  się  przede  wszystkim  z  kilku  milionów 
osób  związanych  z  produkcją  wiedzy  i  z  przemysłem  komunikacji,  wraz  z 
rodzinami. 
 
    Socjologicznie  składają  się  z  trzech  elementów.  Należą  tu  nie  producenci 
dóbr  kultury,  lecz  ludzie  zajmujący  się  przekazywaniem,  a  więc  wywierający 
wpływ  na  ich  recepcję:  związani  ze  szkolnictwem  wyższym,  wydawnictwami, 
mediami  komunikacji  masowej,  teatrami,  muzeami  itd.  Jest  to  warstwa  dość 
liczna,  by  stanowić  rynek  kultury,  rynek  książki,  pism  ilustrowanych,  płyt.  W 
ich skład wchodzi również grupa ludzi, którzy -jak pisarze, wydawcy, filmowcy, 
muzycy - zajęci są produkcją dóbr kultury dla szerszego audytorium. Wewnątrz 
istnieją  nadto  węższe  kręgi,  które  Tom  Wolfe  nazywa  culturati.  To  ci,  którzy 
chcą  być  „modni",  iść  „z  prądem".  Niemcy  mają  na  to  określenie  Tendenz. 
Culturati są tym, czym modnisie w stosunku do ubioru czy też fani - w kulturze 
młodzieżowej.]  zinstytucjonalizowały  impuls  do  rebelii,  a  ich  formy 
eksperymentalne stały się syntaksą i semiotyką reklamy i haute couture. Będąc 
stylem  kultury,  rebelia  funkcjonuje  jako  radykalny  szyk:  daje  on  kulturalnym 
masom luksus „ekscentrycznego" stylu życia, a jednocześnie pozwala zajmować 
lukratywne  stanowiska  w  gospodarce,  która  notabene  również  uległa 

background image

przekształceniu w swych motywacjach. 
 
   Jeśli chodzi o gospodarkę, to problem cnoty pojawia się w niej ze względu na 
dwoistą  i  z  konieczności  sprzeczną  rolę  jednostki,  funkcjonującej jednocześnie 
jako  citoyen  i  bourgeois.  Jako  citoyen  jednostka  ma  obowiązki  wobec 
społeczności, do której należy; będąc bourgeois kieruje się własnymi interesami. 
Jeremy Bentham w ogóle przeczył 
 
istnieniu  czegoś  takiego,  jak  społeczność.  Jest  to  -  twierdził  -  ciało  fikcyjne. 
Między  decyzją  społeczną  a  sumą  decyzji  indywidualnych  zachodzi  wszakże 
zasadnicza  różnica.  Społeczeństwo  może  na  przykład  uznać,  iż  w  celu 
zmniejszenia deficytu płatniczego powinno oszczędzać ropę naftową, ale w tym 
samym  czasie  poszczególne  jednostki,  kierując  się  swymi  potrzebami,  mogą 
zwiększać  zakupy.  Spełnienie  wszystkich  życzeń  indywidualnych  byłoby 
niewątpliwie  koszmarem.  Tak  więc  problem  równowagi  pomiędzy  dążeniami 
indywidualnymi  a  odpowiedzialnością  społeczną  nie  jest  bynajmniej  czymś 
fikcyjnym. Pytanie -jak równowaga ta jest utrzymywana? 
 
   We  wczesnym  okresie  rozwoju  kapitalizmu  purytańska  wstrzemięźliwość  i 
protestancka  etyka  powstrzymywały  nieokiełznany  impet  ekonomiczny. 
Pracowano  ze  względu  na  swe  powołanie  lub  aby  spełnić  obowiązek  wobec 
społeczności.  Etykę  protestancką  podważył  jednak  nie  modernizm,  lecz  sam 
kapitalizm.  Najważniejszym  wynalazkiem,  który  ją  unicestwił,  była  sprzedaż 
ratalna  i  natychmiastowy  kredyt.  Wcześniej,  aby  coś  kupić,  trzeba  było 
oszczędzać.  Dziś  za  pośrednictwem  karty  kredytowej  można  natychmiast 
zaspokoić  swe  pragnienia.  Stwarzając  nowe  potrzeby  i  nowe  sposoby  ich 
zaspokajania,  masowa  produkcja  i  masowa  konsumpcja  przekształciły  cały 
system. 
 
   Etyka protestancka służyła ograniczeniu akumulacji na cele luksusowe (ale nie 
na  reinwestycje).  Kiedy społeczeństwo burżuazyjne rozstało się z  nią,  pozostał 
tylko  hedonizm;  system  kapitalistyczny  utracił  swą  transcendentalną  etykę. 
Pozostawał  tylko  ten  argument,  że  kapitalizm  stanowi  podstawę  wolności  oraz 
wzrostu stopy życiowej, zwycięstwa nad nędzą. Ale nawet jeżeli jest to prawda, 
to  brak  więzi  transcendentalnej,  fakt,  że  praca,  struktura  społeczeństwa  i  jego 
kultura  nie  dają  ludziom  poczucia  jakiegoś  „ostatecznego  sensu",  jest 
destrukcyjny dla systemu. A przecież, jak wiadomo, wolność bardziej zależy od 
tradycji  historycznych  danego  społeczeństwa  niż  od  kapitalizmu,  a  jego 
zdolność  dalszego  zapewniania  wzrostu  gospodarczego  jest  też  dziś 
kwestionowana. 
 
   Kulturowym  -jeśli  nie  moralnym  -  uzasadnieniem  kapitalizmu  stał  się  więc 
hedonizm,  koncepcja  życia  jako  pasma  przyjemności.  W  przeważającym  dziś 

background image

etosie  liberalnym,  modelem  kultury  stał  się  impuls  modernistyczny  z  jego 
ideologią  samorealizacji  jako  wzorca  zachowania.  Na  tym  polega  kulturowa 
sprzeczność  kapitalizmu.  Jej  konsekwencją  jest  dwoiste  odniesienie 
nowoczesności. 
 
   Słowo  „ekonomia"  pochodzi  od  greckiego  oikos  -  gospodarstwo  domowe. 
Świat  starożytny  nie  znał  jednak  gospodarki  jako  systemu  rynków  wzajemnie 
powiązanych  przez  ceny;  nie  myślano  też  wówczas  w  kategoriach 
„ekonomicznych",  to  jest  opierając  się  na  kalkulacji.  Produkowano  dla 
gospodarstwa  domowego,  a  wytwarzaniem  kierowały  potrzeby.  Były  one 
uwarunkowane  biologicznie  -  niezbędne  pożywienie,  bezpieczne  schronienie, 
skuteczna  ochrona  zdrowia.  Arystoteles  powiadał,  iż  istnieje  ścisły  związek 
między własnością a sztuką kierowania gospodarstwem domowym. 
 
   Społeczeństwo  burżuazyjne  określa  nie  potrzeby,  lecz  pragnienia.  Wynikają 
one  z  psychologii,  a  nie  z  biologii  i  z  natury  swej  są  nie  ograniczone. 
Społeczeństwa nie traktuje się jako naturalnego stowarzyszenia ludzi -polis albo 
rodziny  -  realizującego  wspólne  cele,  lecz  jako  zbiór  atomów,  jednostek,  z 
których  każda  dąży  wyłącznie  do  własnego  zadośćuczynienia.  W  pierwszej 
księdze  Lewiatana  Hobbes  charakteryzuje  psychikę  człowieka  jako  zachłanny 
pęd  obalający  Platońską  hierarchię  racjonalnego  ducha,  pęd  niepowstrzymanie 
popychający ku spełnianiu życzeń. W społeczeństwie nowoczesnym pędem tym 
jest  dążenie  do  wzrostu  stopy  życiowej  i  rozmaitości  produktów,  które  nadają 
życiu  tak  wspaniały  blask.  Jednocześnie  jednak  nacisk,  jaki  kładzie  się  na 
użycie,  wiedzie  do  bezsensownego  marnotrawstwa  zasobów.  Psychologiczne 
źródła  nierówności  -  jak  to  wyśmienicie  przedstawił  Rousseau  w  Rozprawie  o 
nierówności  -  pojawiają  się,  kiedy  „samotny"  człowiek  zaczyna  gromadzić  i 
stwierdza,  że  silniejszemu,  przystojniejszemu,  najlepszemu  tancerzowi  lub 
śpiewakowi  przypada  niezasłużony  udział  w  podziale  dóbr.  Wówczas  pojawia 
się zazdrość. Aby wyglądać jak najprzystojniejszy czy najsprawniejszy, zaczyna 
udawać,  używać  kosmetyków  w  celu  ukrycia  szpetoty,  a  pozory  zaczynają 
liczyć  się  bardziej  niż  rzeczywistość.  Jeśli  konsumpcja  jest  psychologicznym 
wyrazem  współzawodnictwa  o  status,  to  społeczeństwo  burżuazyjne  określić 
można  jako  instytucjonalizację  zawiści [Zastanawiające  jest,  w  jak  niewielkim 
stopniu  literatura  socjologiczna  odwołuje  się  do  zazdrości  jako  źródła 
współzawodnictwa  o  status.  Pisarzem  pod  tym  względem  nie  docenionym  jest 
Adam  Smith,  który  w  Teorii  uczuć  moralnych  powiadał,  że  gdyby  ludźmi 
kierowały  jedynie  motywy  ekonomiczne,  nie  istniałyby  powody,  aby 
produkować  ponad  potrzeby.  Rozwój  gospodarczy  zaczął  się  od 
współzawodnictwa  ludzi  o  status.  Zagadnienie  to  rozważał  również  Thorstein 
Veblen w niegdyś głośnej, a dziś zapomnianej Teorii klasy próżniaczej]. 
 

background image

   Z taką konsumpcją  można się pogodzić, kiedy istnieje nadmiar zasobów bądź 
kiedy  uznaje  się,  że  znaczna  nierówność  jest  czymś  normalnym  i 
sprawiedliwym. Kiedy jednak wszyscy żądają coraz więcej i uważają, że im się 
to  prawnie  należy,  a  dostęp  do  zasobów  jest  ograniczony  (przede  wszystkim 
przez  ich  ceny),  wówczas  pojawia  się  dostrzegalne  źródło  napięcia  pomiędzy 
popytem a gospodarczymi ograniczeniami. Jest to ten punkt zwrotny, w którym 
„nie  ograniczona  zachłanność"  przesuwa  się  ze  sfery  ekonomii  do  polityki. 
Patrząc na społeczeństwo zachodnie w drugiej połowie XX stulecia dostrzegam 
pięć czynników, które łącznie przekształciły stary system rynkowy. 
 
   Po 

pierwsze, 

istnieją 

zinstytucjonalizowane 

oczekiwania 

wzrostu 

gospodarczego  i  podniesienia  poziomu  życia;  oczekiwania  te,  wraz  ze  zmianą 
systemu  wartości,  traktowane  są  jako  uprawnienia.  Mamy  więc  dziś  do 
czynienia z rewolucją rozszerzających się uprawnień. 
 
   Po drugie, zdajemy sobie sprawę z wzajemnej niezgodności różnych pragnień 
i  -  co  ważniejsze  -  rozmaitych  wartości.  Zgodnie  z  założeniami  filozofów 
Oświecenia  na  każde  pytanie  istnieć  miała  jedna  odpowiedź.  Odpowiedzi  te 
łącznie  dawać  miały  spójne,  racjonalne  rozwiązanie  problemów  społecznych. 
Fundamentalnym  wymogiem  przy  udzielaniu  odpowiedzi  było  zachowanie 
„obiektywności",  eliminacja  partykularnych  „uprzedzeń",  bezstronność, 
nieliczenie  się  z  tradycją,  prywatą  itd.  Aby  osiągnąć  obiektywność,  należało 
„oczyścić" idee (taki był pierwotny sens terminu ideologia); racjonalność etyce 
zapewnić  miała  natomiast  „uniwersalizacja"  wzorca  indywidualnego 
zachowania  jako  imperatywu  moralnego.  Dziś  rozumiemy  jednak,  że  istnieje 
zasadnicza  niezgodność  między  takimi  wartościami,  jak  wolność  i  równość, 
skuteczność  i  spontaniczność,  wiedza  i  szczęście.  Doświadczenie  przekonało 
nas,  iż  jeśli  dodamy  do  siebie  koszta  wszystkich  żądań  społecznych  (co 
zamierzały uczynić instytucje państwowe w Stanach Zjednoczonych powołując 
w  1959  r.  Eisenhower  Commission  on  National  Goals  [Eisenhowero-wską 
Komisję  Celów  Narodowych],  to  zabraknie  środków  niezbędnych  do  ich 
jednoczesnej realizacji. Nieunikniony stał się wybór. 
 
   Po trzecie, jak wiadomo, rozwój gospodarczy pociąga za sobą ogromne skutki 
uboczne.  Wzrost  liczby  samochodów  powoduje  duszący  smog  w  miastach.  Z 
tym  można  sobie  jeszcze  stosunkowo  łatwo  poradzić.  Gorzej,  że  korzystanie  z 
nawozów  sztucznych,  podnoszących  wydajność  produkcji  żywności 
(amerykańskie  rolnictwo  stało  się  dzięki  ,  temu  najwydajniejsze  na  świecie), 
powoduje przenikanie azotanów do rzek i jezior i ich zanieczyszczenie. W jaki 
sposób  znaleźć  mamy  złoty  środek  między  produkcją  żywności  a 
zanieczyszczeniami  środowiska  lub  kopalniami  odkrywkowymi  a  szpetotą 
krajobrazu? c <•< 
 

background image

   Po  czwarte,  zbieżność  jednoczesnych  żądań,  nienadążanie  zdolności 
przetwórczych  i  rosnące  koszta  zasobów  (przykładeta  polityczne  manipulacje 
cenami  ropy)  doprowadziły  do  inflacji  na  skaię  światową.  Inflacja,  jak 
zaczynamy  to  rozumieć,  riie  jest  już  czymś  akcydentalnym  i  przemijającym, 
lecz  stała  się  strukturalną  cechą  współczesnej  gospodarki,  nieuchronną 
konsekwencją  dążenia  do  wzrostu  gospodarczego  i  pełnego  zatrudnienia. 
Pytanie polega na tym, czy potrafimy skutecznie kontrolować inflację. 
 
   Po  piąte  wreszcie,  kluczowe  decyzje  dotyczące  gospodarki  i  społeczeństwa 
zapadają raczej w scentralizowanych ośrodkach politycznych niż na rynku. Nie 
jest  to  konsekwencja  jakiejś  konwersji  ideologicznej,  lecz  strukturalnych 
przemian zachodniego społeczeństwa. (Nie oparli się temu nawet ci, którzy - jak 
Eisenhower  czy  Nixon  -  wbrew  swym  ideologicznym  przekonaniom 
utrzymywali i rozszerzali zakres kontroli politycznej nad gospodarką.) 
 
   Zasadniczym  faktem  politycznym  drugiej  połowy  XX  w.  jest  rozrost 
gospodarek  kierowanych  przez  państwo.  Ich  liczba  zwiększała  się  najpierw 
przede  wszystkim  wskutek  konieczności  wydobycia  się  z  recesji,  później  w 
wyniku  wymogów  wojny  i  zaangażowania  w  zbrojenia,  wreszcie  z  powodu 
zasadniczej roli polityki podatkowej w regulowaniu poziomu spożycia i wzorów 
inwestycji.  Teraz,  w  ostatnich  dekadach  naszego  wieku,  zmierzamy  do 
społeczeństw  kierowanych  przez  państwo.  Powstają  one  w  wyniku  żądań 
społecznych  na  wielką  skalę  (ochrona  zdrowia,  oświata,  opieka  społeczna), 
które znaczna część ludzi traktuje jako swe uprawnienia. 
 
   Nowe  „walki  klasowe"  w  społeczeństwie  postindustrialnym  w  mniejszym 
stopniu  związane  są  z  wewnętrznymi  konfliktami  w  przedsiębiorstwie  między 
robotnikami a zarządzającymi, w większym nato-miast - z naciskami rozmaitych 
zorganizowanych  grup  na  budżet  państwa.  Gdy  wydatki  państwowe  wynoszą 
niemal  40%  globalnego  produktu  narodowego,  jak  to  występuje  w  Stanach,  a 
więcej niż 50% - w krajach skandynawskich, głównym problemem politycznym 
staje się alokacja środków oraz stopa podatkowa. Z tego właśnie powodu mówię 
o  powstaniu  socjologii  fiskalnej")(termin  zapożyczony  od  Schumpetera)  jako 
zasadniczego składnika współczesnej ekonomii politycznej. 
 
   Ułożenie  stosunków  między  państwem  a  społeczeństwem,  interesem 
publicznym a dążeniami prywatnymi, stanie się niewątpliwie w nadchodzących 
dziesięcioleciach palącym problemem społecznym. Instytucje prawa, ekonomii i 
polityki  w  społeczeństwie  burżuazyjnym  zorientowane  były  na  jednostki  i  na 
regulowanie  wymiany  między  nimi,  opierając  się  na  ideach  formalnej 
racjonalności  i  raczej  na  regułach  prawa  proceduralnego  niż  rzeczowego. 
Kwestie  „prawa  publicznego",  dotyczące  priorytetu  rzeczowych  żądań 
społeczności  względem  żądań  indywidualnych,  staną  się  jednym  z  głównych 

background image

zagadnień teorii prawa. 
 
   Pojawia  się  socjologiczny  problem  zakresu  ingerencji  państwa.  Kapitalizm 
państwowy  z  łatwością  przekształcić  się  może  w  państwo  korporacyjne,  a 
państwowy  socjalizm  -  w  państwo  tak  obciążone  spełnianiem  żądań 
współzawodniczących  grup  społecznych,  że  niezdolne  do  wzrostu 
gospodarczego;  system  polityczny  może  nie  sprostać  tylu  wymogom.  Nie  jest 
jednak  również  wykluczone,  że  gospodarka  i  społeczeństwo  kierowane  przez 
państwo  nikomu  w  Stanach  Zjednoczonych  nie  będą  się  podobać.  Korporacje 
przeciwne są regulacjom państwowym, nawet jeśli nie uszczupla to ich zysków, 
lecz  zagraża  kompetencjom  ich  zarządów.  Radykałowie  coraz  bardziej 
podejrzliwie  odnoszą  się  do  rządu  i  planowania  (korzystnego  wyłącznie  dla 
planistów i biurokratów), pomimo iż pierwszą ich reakcją w każdej kwestii jest 
domaganie  się  silniejszego  „zarządzania",  zupełnie  jakby  abstrakcja 
równoznaczna była z dobrem publicznym/Administracja państwowa, jaka się w 
rezultacie  wyłoni,  będzie  ociężałym,  biurokratycznym  monstrum  targanym  na 
wszystkie  strony  przez  grupy  i  instytucje,  żądające  dla  siebie  subsydiów  i 
uprawnień.  Zachłystując  się  coraz  większymi  kwotami  rządowych  pieniędzy, 
stanie się wreszcie prawdziwym Lewiatanem. 
 
   Zasadnicza  trudność  jest  dwojakiej  natury:  zachodniemu  społeczeństwu  brak 
zarówno chitas, spontanicznej chęci poświęcania się dla dobra publicznego, jak i 
filozofii  politycznej  uzasadniającej  normatywne  reguły  społecznych 
priorytetów. 
 
   Według  założeń  ekonomii  liberalnej  rynek.miał  być  kompetentnym  arbitrem 
publicznych  dążeń;  zapewniać  miał  równowagę  między  indywidualnymi 
potrzebami  a  niedostatkiem  rozmaitych  dóbr  i  dostosowywać  popyt  do 
gotowości  płacenia  żądanej  ceny.  Klasyczny  marksizm  zupełnie  inaczej 
rozstrzygał  problem  względnej  sprawiedliwości  w  społeczeństwie.  Zgodnie  z 
nim  współzawodnictwo,  zazdrość  i  zło  wynikają  z  braku  dóbr,  natomiast  ich 
powszechna  dostępność  zlikwiduje  płynące  stąd  konflikty.  Przekonaliśmy  się 
jednak,  że  nawet  niezależnie  od  kwestii  ograniczonych  zasobów,  nigdy  nie 
przezwyciężymy niedostatku. Jak wskazywałem w mojej poprzedniej książce, w 
społeczeństwie postindustrialnym pojawią się zupełnie nowe, nie przewidywane 
przez  dziewiętnastowiecznych  utopistów  braki:  niedostatek  informacji, 
wynikający, po pierwsze, z rozwoju wiedzy  technicznej i rosnącej potrzeby  jej 
popularyzacji,  a  po  drugie,  z  coraz  wyższych  kosztów  „czasu"  jako  rezultatu 
partycypacji 

jednostek 

procesach 

decyzyjnych 

konieczności 

skoordynowania działalności z globalnym procesem politycznym. 
 
   Ekonomia jest sztuką alokacji zawsze niedostatecznej ilości dóbr, niezbędnych 
do  zaspokajania  konkurencyjnych  potrzeb.  Zgodnie  z  nadzieją  marksistów 

background image

ekonomia  w  komunizmie  miała  zostać  „zniesiona".  Dlatego  nie  rozważali  oni 
kwestii  względnych  przywilejów  i  sprawiedliwości  społecznej.  Rzecz  wszakże 
w  tym,  że  nadal  musimy  -  i  pewnie  zawsze  będziemy  musieli  -  myśleć  w 
kategoriach  ekonomicznych.  Problem  polega  więc  na  tym,  czy  potrafimy 
sformułować  zbiór  takich  normatywnych  reguł,  które  w  ramach  istniejących 
ograniczeń  „ekonomicznych"  sprzyjałyby  dobru  ogólnemu,  wynagradzaniu 
osiągnięć i zapewniałyby ochronę wolności. 
 
   W  książce  tej  przedstawiam  koncepcję  gospodarstwa  publicznego.  Nie  ma  to 
być  trzeci  sektor  równoległy  do  prywatnego  gospodarstwa  domowego  i 
gospodarki  rynkowej,  lecz  ma  je  obejmować  i  wykorzystywać  mechanizmy 
rynkowe  tam,  gdzie  to  możliwe,  ale  w  granicach  wyraźnie  określonych  przez 
cele  społeczne.  Jest  to  koncepcja  liberalna,  ponieważ  zgodnie  z  nią 
podstawowym  elementem  społeczeństwa  obywatelskiego  ma  być  jednostka,  a 
indywidualne  osiągnięcia  powinny  być  wynagradzane.  Chcę  jednak  oddzielić 
liberalizm  polityczny  od  społeczeństwa  burżuazyjnego.  Historycznie  mają  one 
wspólne  źródła,  jednak  nie  są  wzajemnie  nierozłączne.  Filozofię  liberalizmu 
politycznego  wykorzystywano,  ku  jej  zgubie,  do  uzasadniania  nie 
ograniczonych 
 
żądań  gospodarki  prywatnej.  Problemem  dla  gospodarstwa  publicznego  jest 
kwestia,  jak  pogodzić  ze  sobą  żądania  różnych  grup,  gdy  żadne  nie  są 
bezpodstawne;  jak  rozstrzygać  konflikty  między  żądaniami  zbiorowymi  a 
prawami  jednostek;  jak  pogodzić  wolność  z  równością,  sprawiedliwość  z 
wydajnością.  Punktem  wyjścia  powinno  być,  jak  sądzę,  uznanie  publicznej 
natury zasobów i potrzeb (ale nie pragnień) oraz zasady znaczących różnic przy 
ocenianiu  słuszności  poszczególnych  żądań.  Takie  są  główne  intencje 
najważniejszego eseju w tej części książki, która traktuje o państwie. 
 
   Ostatnie  dwadzieścia  pięć  lat  XX  stulecia  będzie  świadkiem  istotnych 
przesunięć  ośrodków  potęgi  gospodarczej  i  politycznej.  Będą  to  raczej 
przesunięcia  między  państwami  narodowymi,  nie  zaś  wynikające  ze 
współzawodnictwa  pomiędzy  systemami  społecznymi  -  a  więc  kapitalizmem  i 
socjalizmem  [W  swej  apokaliptycznej  książce  The  Humań  Prospect  Robert 
Heilbroner  stawia  pytanie,  czy  rozmaite  społeczności  narodowe  lub  systemy 
społeczne,  kapitalizm  i  socjalizm,  zdołają  sobie  poradzić  z  kryzysami 
ekologicznymi  i populacyjnymi, jakie  przewiduje  na koniec stulecia. Następnie 
rozważa  zdolność  „kapitalizmu"  i  „socjalizmu"  uporania  się  z  tymi kryzysami. 
Ale  zdolność  jest  zagadnieniem  politycznym,  natomiast  skutecznymi 
podmiotami działania politycznego są oczywiście różne społeczności narodowe, 
a  nie  takie  abstrakty,  jak  systemy  społeczne.  Nie  mam  zamiaru  pomniejszać 
znaczenia  systemu  społecznego  w  kształtowaniu  wzorów  podziału  dochodów  i 
władzy  w  społeczeństwie,  a  tym  samym  w  tworzeniu  skutecznych  ośrodków 

background image

wpływów,  nie  wierzę  jednak,  by  podział  ten  wyznaczał  sposób,  w  jaki 
społeczeństwo  reaguje  na  kryzys.  Szwecja  i  Stany  Zjednoczone,  Związek 
Radziecki  i  Jugosławia  mogą  reagować  na  kryzys  różnie  z  powodu  nie  tyle 
różnic systemu społecznego, ile raczej woli politycznej ucieleśnionej w tradycji 
narodowej  i  w  rozumieniu  civitas.  Mówiąc  ściślej:  „podmiotem"  politycznym 
nie  jest  „system"  społeczny,  lecz  społeczeństwo.].  Potęga  gospodarcza 
rozwiniętych  społeczeństw  przemysłowych  ma  swe  źródła  w  przodującej 
technice,  w  zdolności  do  mobilizacji  kapitału  i  w  wysoce  kompetentnym 
zarządzaniu.  Zapomina  się  niemal,  iż  takie  właśnie  były  przyczyny  trwającego 
niemal  ćwierć  wieku  największego  boomu  w  historii  gospodarczej.  W  latach 
1948  -1973  produkcja  przemysłowa  wzrosła  niemal  trzy  i  pół  raza  (przy  5-
procentowym  średnim  wzroście  rocznym).  Wzrost  gospodarczy  w  Japonii 
dwukrotnie przewyższał średnią światową, a w Wielkiej Brytanii był dwukrotnie 
niższy od tej średniej, choć oba te państwa są krajami kapitalistycznymi. Przez 
całe  pokolenie,  jak  pisał  „The  Economist",    kraje  przemysłowe  doświadczały 
dobrobytu. Właśnie ten boom  inwestycyjny był strukturalną przyczyną inflacji, 
która  stała  się  bolączką  rozwiniętych  krajów  kapitalistycznych  w  początku  lat 
siedemdziesiątych. 
 
   Kryzys  energetyczny,  ze  względu  na  niskie  dotąd  ceny  ropy,  ujawnił  czuły 
punkt  gospodarki  zachodnich  społeczeństw  przemysłowych.  (Pytanie:  czy 
kryzys nie dotknął Związku Radzieckiego, ponieważ jest to kraj komunistyczny, 
czy  też  dlatego,  że  jest samowystarczalny,  jeżeli  chodzi  o  ropę  i  gaz  ziemny?) 
Przepływ  kapitału  spowodowany  wzrostem  cen  ropy  ujawnił  z  kolei  słabość 
gospodarki światowej, całkowicie opartej na dolarze. 
 
   Jest  jednak  stanowczo  zbyt  wcześnie,  by  głosić  upadek  zachodniej  potęgi 
gospodarczej. Pod koniec lat osiemdziesiątych zależność krajów  zachodnich od 
bliskowschodniej ropy  może znacznie zmaleć; pojawić się  mogą  nowe źródła  i 
rodzaje  energii.  Przez  pewien  czas  trwać  może  znaczny  przepływ  kapitału  do 
krajów  bliskowschodnich,  ale  przewaga  gospodarcza  Zachodu,  oparta  na 
wysokiej technice i sprawnych metodach zarządzania, pozostanie nie zagrożona. 
Międzynarodowe procesy gospodarcze lat siedemdziesiątych ujawniły natomiast 
brak politycznej woli stawienia czoła ekonomicznym wyzwaniom i jest to inny, 
i bardziej niepokojący aspekt niestabilności porządku światowego. 
 
   Interesują  mnie  jednak  nie  bieżące  wydarzenia  tego  dziesięciolecia,  lecz 
głęboki  kryzys  kulturowy,  nękający  społeczeństwa  burżuazyjne;  kryzys,  który 
na  dłuższą  metę  pozbawia  kraj  jego  żywotności,  wprowadza  zamieszanie  do 
motywacji  jednostek,  wzmacnia  chęć  carpe  diem,  podcina  obywatelską  wolę 
działania. Problem polega nie tyle na nieadekwatności instytucji, ile na rodzaju 
wartości, na których wspiera się społeczeństwo. 
 

background image

   Społeczeństwo burżuazyjne, pisał Irving Kristol, jest moralnie i intelektualnie 
nie  przygotowane  do  klęsk.  Z  jednej  strony,  mamy  do  czynienia  z  postawą 
liberalną, 

skłaniającą 

do 

przeformułowywania 

wszystkich 

pytań 

egzystencjalnych  w  „problemy"  i  do  oczekiwania  na  znalezienie  ich 
rozwiązania. (Jest to znów wyraz owego racjonalistycznego przekonania,  iż  na 
każde  odrębne  pytanie  znaleźć  można  odrębną  odpowiedź.)  Z  drugiej  zaś, 
funkcjonuje  utopijna  wiara  w  możliwość  osiągnięcia  każdego  celu  dzięki 
wspaniałemu  gospodarczemu  mechanizmowi  i  technicznej  skuteczności.  A 
jednak klęski zdarzają się i będą się nadal zdarzać. 
 
   W przeszłości zakorzenienie w doświadczeniu przygotowywało społeczeństwa 
na  klęski  i  dawało  zarazem  jakąś  ponadczasową  wizję  rzeczywistości. 
Tradycyjnie  zakorzenieniem  tym  była  religia;  religia  bowiem,  jak  zauważył 
Clifford  Geertz,  „rzutuje  porządek  kosmiczny  w  sferę  ludzkiego 
doświadczenia".  Społeczeństwa  nowoczesne  zastąpiły  religię  przez  utopię. 
Utopię, która nie jest transcendentalnym ideałem, lecz poczętym przez technikę, 
a  powitym  przez  rewolucję  celem,  jaki  realizuje  historia  (postęp,  racjonalność, 
nauka). 
 
   Rzeczywistym  problemem  nowoczesności  jest  kwestia  wierzeń.  Używając 
niemodnego  terminu  -  mamy  do  czynienia  z  kryzysem  duchowym,  nowe 
zakorzenienia okazały się bowiem iluzoryczne, a stare zostały zniweczone. Jest 
to  sytuacja,  która  wiedzie  do  nihilizmu;  gdy  nie  ma  ani  przeszłości,  ani 
przyszłości,  pozostaje  pustka.  Nihilizm  kiedyś  -  gdy  trzeba  było  coś  zburzyć  i 
zastąpić czymś innym - był, na przykład dla Bazarowa, filozofią atrakcyjną. Cóż 
jednak  pozostało  dziś  do  zburzenia  z  przeszłości  i  kto  z  nadzieją  patrzy  na 
nadchodzącą przyszłość? 
 
   Dążenie do znalezienia podniet i sensu w literaturze i sztuce jako substytutach 
religii  doprowadziło  do  modernizmu  jako  mody  w  kulturze.  Modernizm 
wyczerpał  się  jednak  a  rozmaite  odmiany  postmodernizmu  (psychodeliczny 
wysiłek  bezgranicznego  rozszerzania  świadomości)  prowadzą  po  prostu  do 
rozkładu  osobowości  poprzez  zniesienie  indywidualnego  ego.  Idea  rewolucji 
podnieca  jeszcze  niektórych  [Nadieżda  Mandelsztam  pisała  o  rosyjskim 
doświadczeniu:  „Mój  brat  Eugeniusz  twierdził,  że  w  ujarzmieniu  inteligencji 
decydującą  rolę  grały  nie  strach  i  przekupstwo,  choć  było  ich  aż  nadto,  lecz 
słowo  «rewolucja»,  którego  nikt  nie  chciał  się  wyrzec  i  którym  pokonano  nie 
tylko  miasta,  ale  i  wielomilionowe  narody.  Było  to  słowo  takiej  siły,  że  w 
gruncie  rzeczy  nie  wiadomo  po  co  były  jeszcze  władzy  potrzebne  więzienia  i 
egzekucje"],  ale  rzeczywiste  pytanie  dotyczy  tego,  co  będzie  „nazajutrz  po 
rewolucji", kiedy codzienność znów wtargnie do świadomości, kiedy okaże się, 
że  idee  moralne  są  bezsilnymi  abstrakcjami  wobec  przemożnego  dążenia  do 
korzyści  materialnych  i  do  przekazania  przywilejów  własnym  dzieciom. 

background image

Okazuje  się,  że  społeczeństwo  rewolucyjne  biurokratyzuje  się  lub  popada  w 
nieustający  zamęt  permanentnej  rewolucji  [Jednym  z  najbardziej  zabawnych  i 
ciekawych epizodów chińskiej rewolucji 
 
kulturalnej  jest  fakt,  że  kiedy  w  1966  r.  setki  tysięcy  natchnionych  młodych 
ludzi zalało Pekin, stwierdzili oni, iż wszystkie grupy noszą plakietki z nazwami 
miast, z których przybyły. Niektóre plakietki występowały rzadziej od innych  i 
natychmiast  powstał  spontaniczny  rynek,  na  którym  nimi  handlowano. 
Demonstrując przeciwko restauracji kapitalizmu na rzecz rewolucji kulturalnej, 
młodzi  hunwejbini  jednocześnie  szczycili  się  zdobytymi  na  rynku  rzadkimi 
plakietkami.]. 
 
   Cóż  zatem  wiąże  człowieka  z  rzeczywistością,  jeśli  świecki  system  znaczeń 
okazuje  się  iluzją?  Zaryzykuję  niemodną  odpowiedź:  powrót  społeczeństwa 
zachodniego  do  jakiejś  formy  religii.  W  Lettre  du  voyant  Rimbaud  zauważył: 
„Je  sais  ąuilfaut  etre  voyant,  sefaire  voyant".  Być  voyant  znaczy  odróżniać  w 
odległych  zakamarkach  sztuki  i  historii  rzeczywistość,  której  inni  nie  potrafili 
dotąd dostrzec, dostrzegać „l'invisible et entendre inoui". 
 
   Jeśli  prawdą  jest,  że  w  słowach  poety  do  głosu  dochodzi  przyszłość,  to  w 
kraju,  gdzie  współczesna  poezja  rozbrzmiewa  najgłośniej  i  wyraża  najgłębszą 
ludzką tęsknotę, w Związku Radzieckim, religia powinna rozkwitnąć, gdy tylko 
zrzucone  zostaną  polityczne  kajdany  reżimu.  W  bezdźwięcznie  słyszalnym 
głosie  dochodzącym  z  podziemia,  powtarzającym  się  motywem  jest zbawienie 
człowieka poprzez zmartwychwstanie tradycyjnej wiary. 
 
    [Jest  to  motyw  wierszy  z  Doktora  Żywago.  W  ostatnim  z  nich. 
zatytułowanym Ogród Getsemane. Pasternak pisze: Lecz księga życia osiągnęła 
stronę, Co droższa jest ponad świętości same. Co napisane, ma być wypełnione, 
Niechaj więc oto się wypełni. Amen. 
 
Do grobu zstąpię  i z  martwych powstanę,   tak jak trawy, spławione  głębią, Na 
sąd mój, niby barek karawany. Stulecia wolno z ciemności popłyną. 
 
    Dziesięć  lat  później  ten  sam  motyw  podjął  Iosif  Brodski  w  wierszu  Adieu, 
Mademoiselle  Veroniąue  (z  tomu  Ostanowka  w  pustynie.  Stichotworienija  i 
poemy, Izdatielstwo Imieni Czechowa, New York 1970): The total of all today's 
embraces gives far less of love than the outstretched arms of Christ on the cross. 
This lamę poet 's finding looms before me in Holy Week, sixty-seven, blocking 
my leap to the nineteen-nineties. 
 

background image

    George  Kline,  tłumacz  tego  wiersza  na  angielski,  twierdzi,  że  zwrot  chromy 
poeta [lame poet] dotyczy Pasternaka, który lekko pociągał nogą. 
 
   Religia  przywrócić  może  ciągłość  pokoleń,  kierując  nas  z  powrotem  ku 
egzystencjalnym  nakazom,  będącym  podstawą  pokory  i  troski  o  innych. 
Podobnie  jak  w  rewolucji  kulturalnej,  tak  też  i  ciągłości  tej  nie  da  się  jednak 
sztucznie  wyprodukować.  Wyrasta  z  tych  doświadczeń,  które  dają  poczucie 
tragiczności życia, biegnącego po krawędzi między skończonością a wolnością. 
 
    
 
Część I 
 
Dwoiste odniesienie nowoczesności 
 
 
 
1. Kulturowe sprzeczności kapitalizmu 
 
   Stosunek  między  społeczno-ekonomiczną  strukturą  cywilizacji  a  jej  kulturą 
jest  zapewne  najbardziej  skomplikowanym  problemem  socjologii.  Zgodnie  z 
dziewiętnastowieczną 

tradycją, 

głęboko 

przepojoną 

koncepcjami 

marksistowskimi,  zmiany  struktury  społecznej  wyznaczają  granice  wyobraźni 
ludzkiej. We wcześniejszej wizji, traktującej człowieka raczej jako homo pictor, 
zwierzę  tworzące  symbole,  a  nie  homofaber,  istotę  wytwarzającą  narzędzia, 
ujmowano  go  jako  jedyną  istotę  zdolną  do  prefiguracji  tego,  co  później 
„zobiektywizuje"  czy  też  faktycznie  stworzy.  A  więc  w  kulturze  widziano 
czynnik powodujący przemiany. Którekolwiek z tych stanowisk było słuszne w 
odniesieniu  do  przeszłości,  dziś  prymat  niewątpliwie  należy  do  kultury; 
wytwory  wyobraźni  artystów  zapowiadają,  choćby  i  mgliście,  jutrzejszą 
rzeczywistość społeczną. 
 
   Kultura uzyskała prymat z dwóch komplementarnych powodów. Po pierwsze, 
stała  się  najbardziej  dynamicznym  czynnikiem  naszej  cywilizacji,  bardziej 
nawet dynamicznym niż technika. Od stu lat w sztuce dominuje pęd do tego, co 
nowe,  oryginalne;  świadomie  poszukuje  się  przyszłych  form  i  przeżyć.  W 
rezultacie  idea zmiany'  i  nowości przesłania zmiany  faktycznie zachodzące. Po 
drugie, w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat tendencja ta uzyskała legitymizację. 
Społeczeństwo zgadza się, by wyobraźnia odgrywała taką rolę i nie traktuje już 
kultury  -jak  kiedyś  -jako  zespołu  norm  oraz  moralno-filozoficznej  afirmacji 
tradycji,  do  której  wszystko,  co  nowe,  powinno  być  odnoszone  i  (najczęściej) 
przez nią cenzurowane. W gruncie rzeczy społeczeństwo 
 

background image

nie  tylko  biernie  zgodziło  się  na  innowacje;  stworzyło  nadto  rynek  żarłocznie 
wchłaniający  wszystkie  nowinki  opierając  się  na  wierze,  iż  jakościowo 
przewyższają  one  dawne  wytwory.  Tak  więc  kultura  nasza  pełnić  ma 
bezprecedensową misję: ma być oficjalnym, nieustannym poszukiwaniem nowej 
wrażliwości. 
 
   Idea zmiany dominuje, bez wątpienia, również we współczesnej gospodarce  i 
technice.  Przeobrażenia  w  tych  dziedzinach  są  jednak  ograniczone  ze  względu 
na  zasoby  i  koszty.  Podobnie  w  polityce:  w  niej  innowacje  uwarunkowane  są 
przez  istniejące  struktury  instytucjonalne,  sprzeciw  grup  opozycyjnych,  a  w 
pewnej  mierze  również  przez  tradycję.  Natomiast  przemiany  symboli  i  form 
ekspresji  -  jakkolwiek  trudne  by  było  ich  natychmiastowe  przyswojenie  przez 
masy - nie napotykają na opór w samym obszarze kultury. 
 
   Tym, co swoiste w tej „tradycji nowego" (określenie Harolda Rosenberga) jest 
zgoda, by sztuka nie znała ograniczeń, by mieszała gatunki, by badała wszelkie 
możliwe  rodzaje  doświadczenia  i  doznawania.  Fantazja  potaniała  (czy  dziś 
cokolwiek  uchodzi  za  dziwaczne  lub  nie-wypowiadalne?);  jedyne  ryzyko  jakie 
niesie,  to  indywidualne  szaleństwo.  Ale  w  pismach  takich  teoretyków,  jak 
Michel  Foucault  czy  R.  D.  Laing,  nawet  szaleństwo  uchodzi  za  coś 
przewyższającego  prawdę!  Nowa  wrażliwość  i  nowe,  związane  z  nią  style 
zachowań, tworzone są przez niewielkie koterie zaprzątnięte badaniem tego, co 
nowe. Ponieważ zaś nowinki cenione są jako takie i nie napotykają na znaczący 
sprzeciw,  nowa  wrażliwość  i  związane  z  nią  style  zachowań  rozpowszechniają 
się szybko, przekształcają sposób  myślenia i działania kulturalnych  mas (jeżeli 
nie szerszych kręgów społeczeństwa) - tej nowej, szerokiej warstwy inteligencji, 
związanej z produkcją wiedzy i komunikacją społeczną. 
 
   Wraz  z  zainteresowaniem  nowinkami  przychodzi  ideologia  samo-wiednie 
akceptowana  przez  artystę,  a  mianowicie  przekonanie,  że  sztuka  wskazuje 
drogę,  pełni  rolę  awangardy.  Otóż  sama  koncepcja  awangardy  -  oddziału 
szturmowego  -  wskazuje,  że  nowoczesna  sztuka  czy  kultura  nigdy  nie  pozwoli 
sobie  na  to, by być „odzwierciedleniem"  kultury społecznej,  lecz raczej będzie 
torować  drogę  czemuś  radykalnie  nowemu.  Jak  się  przekonamy,  sama  idea 
awangardy z chwilą uzyskania legitymizacji, służy w istocie instytucjonalizacji 
prymatu kultury w dziedzinie obyczajowości, moralności, a wreszcie i polityki. 
 
   Pierwsze  sformułowanie  koncepcji  awangardy  pochodzi  od  człowieka,  który, 
jak na ironię, jest niemal symbolem rządów technokratycznych - od Henriego de 
Saint-Simona.  Tworząc  swoją  wizję  inżyniera  jako  demiurga  nowego 
społeczeństwa,  Saint-Simon  wiedział,  że  ludziom  potrzebna  jest  inspiracja,  że 
chrześcijaństwo  jest  odrzucane  i  istnieje  zapotrzebowanie  na  nowy  kult.  Jego 
przedmiotem  ma  być  właśnie  sztuka.  Artysta  objawiać  będzie  społeczeństwu 

background image

wspaniałą  przyszłość  i  ekscytować  ludzi  wizją  nowej  cywilizacji.  W  dialogu 
między  artystą  a  uczonym  Saint-Simon  nadał  terminowi  „awangarda"  jego 
współczesne, kulturowe (a nie jak dotąd wojskowe) znaczenie. 
 
To  my,  artyści,  posłużymy  wam  za  awangardę;  potęga  sztuki  jest  w  istocie  i 
bardziej  bezpośrednia,  i  skuteczniejsza;  kiedy  chcemy  rozpowszechnić  nowe 
idee  wśród  ludzi,  zapisujemy  je  w  granicie  lub  na  płótnie;  [...]  i  w  ten  przede 
wszystkim sposób wywieramy zwycięski wpływ. Odwołujemy się do wyobraźni 
i uczuć ludzkich, toteż powodować powinniśmy zawsze najżywsze i najbardziej 
decydujące działanie. [...] 
 
    Czyż  sztuka  może  mieć  piękniejsze  przeznaczenie,  niż  wywieranie 
pozytywnego  wpływu  na  ludzi,  pełnienie  prawdziwie  kapłańskiej  funkcji, 
zdecydowane  przewodzenie  wszystkim  zdolnościom  intelektu  swej  epoki  w 
imię ich najpełniejszego rozwoju! Taki jest obowiązek artystów, na tym polega 
ich misja [...] [H. de Saint-Simon]. 
 
   Banalne spostrzeżenie, iż awangarda dziś już nie istnieje i że znikło radykalne 
napięcie  między  nową  sztuką,  która  szokuje,  a  społeczeństwem,  które  jest 
szokowane, oznacza właśnie zwycięstwo awangardy. Społeczeństwo bez reszty 
akceptujące 

innowacje, 

radośnie 

przyjmujące 

każdą 

zmianę, 

zinstytucjonalizowało awangardę i zobowiązało ją - być może ku jej zgubie - do 
produkowania  wciąż  czegoś  nowego.  W  konsekwencji  kulturze  wystawiono 
czek  in  blanco  i  zdecydowanie  uznano  jej  prymat  w  tworzeniu  przeobrażeń 
społecznych. 
 
 
 
I Znaczenie kultury 
 
  Dla  społeczeństwa,  grupy  czy  też  jednostki  kultura  jest  ciągłym  procesem 
utrzymywania  tożsamości.  Czyni  to  poprzez  spójność  osiąganą  dzięki 
konsekwentnemu  punktowi  widzenia  w  sprawach  estetyki,  moralnej 
samowiedzy  i  stylowi  życia,  który  ucieleśnia  te  koncepcje  w  przedmiotach 
zdobiących  nasze  domy  i  nas  samych  oraz  w  guście.  Kultura  jest  zatem 
obszarem  wrażliwości,  emocji  i  postawy  moralnej  oraz  inteligencji  usiłującej 
uporządkować te uczucia. 
 
   Choć  zawsze  istniały  niewielkie  grupy  opowiadające  się  za  wartościami 
ezoterycznymi,  dewiacyjnymi,  zazwyczaj  libertynskimi,  jednak  -  jak  świadczą 
dzieje - większość kultur i struktur społecznych pozostawała ze sobą w zgodzie. 
Jedność  kultury  klasycznej  polegała  na  sprzęgnięciu  woli  i  rozumu  we 
wspólnym dążeniu do cnoty. Poszukując drogi zbawienia w swych społecznych 

background image

czy  estetycznych  przedstawieniach,  kultura  chrześcijańska  spójnie  wiązała 
uporządkowaną  hierarchię  społeczną  i  kościelną  z  hierarchią  niebios  i  piekieł. 
We wczesnych czasach  nowożytnych burżuazyjna kultura  i struktura społeczna 
stapiały  się  ze  swoistą  strukturą  osobowości,  ogniskującą'  się  na  pracy  i 
porządku. 
 
   Klasyczna  teoria  społeczna  (używam  tu  terminu  „klasyczny"  dla  oznaczenia 
mistrzów  XIX  i  pierwszej  połowy  XX  w.)  również  głosiła  jedność  kultury  i 
struktury  społecznej.  Wedle  Marksa,  jak  już  wspomniałem,  sposób  produkcji 
kształtuje  wszystkie  pozostałe  aspekty  życia  społecznego.  Kultura  jako 
ideologia odzwierciedla  natomiast bazę  i  pozbawiona jest wszelkiej autonomii. 
Co więcej, w społeczeństwie burżuazyjnym kultura związana jest z gospodarką, 
ponieważ  jej  wytwory  również  stały  się  towarami,  są  na  rynku  oceniane, 
sprzedawane  i  kupowane.  Zdaniem  Maxa  Webera  myślenie,  zachowanie  oraz 
struktura  społeczna  są  w  znacznym  stopniu  wzajemnie  zintegrowane  w  tym 
sensie, iż wszystkie ich dziedziny - nauka, ekonomia, prawo i kultura 
 
- mają zdecydowanie racjonalny charakter. Dotyczy to nawet sztuki. 
 
Dla  Webera  miało to sens  dwojaki:  kosmologiczne  aspekty  zachodniej  myśli  i 
kultury  odznaczały  się  eliminacją  magii  (Schillerowskie  „od  czarowanie 
świata"),  struktura  zaś  i  formalna  organizacja,  stylistyka  sztuki,  były 
racjonalistyczne.  Jednym  z  przykładów  przytaczanych  przez  Webera  jest 
zachodnia  harmoniczna  muzyka  akordowa,  oparta  na  skali  dopuszczającej 
maksimum  porządku,  w  odróżnieniu  od  muzyki  ludów  pierwotnych  i 
niezachodnich [M. Weber]. Wreszcie wedle Pitirima Sorokina, jak to wyłożył w 
pracy  Social  and  Cultural  Dynamics,  kultury  integruje  mentalność  („centralna 
zasada,  rozum"),  łącząca  myśl  ze  znaczeniem  oraz  przenikająca  wszystkie 
aspekty  społeczeństwa.  Współczesne  społeczeństwo  podlega  zmysłom,  a  więc 
jest  zorientowane  na  technikę,  nastawione  empirycznie,  materialistycznie, 
ekstrawersyjnie i hedonistycznie. 
 
   Wobec  tych  poglądów,  uderzającym  faktem  jest  dziś,  moim  zdaniem, 
radykalna  rozbieżność  między  strukturą  społeczną  (porządkiem  techniczno-
ekonomicznym)  i  kulturą.  Pierwszy  z  tych  obszarów  podlega  ekonomicznej 
zasadzie  wydajności  i  funkcjonalnej  racjonalności  oraz  organizacji  produkcji 
poprzez uporządkowanie rzeczy włącznie z ludźmi, również traktowanymi jako 
rzeczy.  W  drugim  obszarze  panuje  rozrzutność,  nieuporządkowanie,  jest  on 
zdominowany  przez  irracjonalizm  i  antyintelektualizm;  probierzem  sądów 
kulturowych  jest  osobowość,  a  miarą  artystycznej  wartości  doświadczenia  ma 
być  efekt,  jaki  ono  na  nią  wywiera.  Struktura  osobowości,  odziedziczona  po 
XIX  stuleciu ze  swą  samodyscypliną,  pohamowaniem,  opóźnioną  gratyfikacją, 
wciąż jeszcze odpowiada wymogom struktury techniczno-ekonomicznej. Zderza 

background image

się  jednak  gwałtownie  z  kulturą,  która  -  między  innymi  w  wyniku 
funkcjonowania  gospodarki  kapitalistycznej  -  radykalnie  odrzuciła  te 
mieszczańskie wartości. 
 
 
 
Dyskrecjonalne zachowanie społeczne 
 
   Socjologia  opiera  się  na  założeniu,  iż  różnice  w  zachowaniu  osób  i  grup 
ludzkich dają się przypisać ich klasowym lub innym strategicznym pozycjom w 
strukturze społecznej, a ponadto, że interesy, postawy i zachowania jednostek w 
poszczególnych  grupach  uwarunkowane  są  przez  takie  zmienne  społeczne,  jak 
wiek,  płeć,  zawód,  religia,  miejsce  zamieszkania  (miasto-wieś)  itd.  Zgodnie  z 
tym założeniem cechy te grupują się w pewien sposób, określany zazwyczaj w 
kategoriach  społecznych  i  klasowych.  Znaczy  to,  na  przykład,  że  zachowania 
wyborcze,  konsumpcja,  sposób  wychowywania  dzieci  itp.  uwarunkowane  są 
przez  przynależność  klasową  lub  status,  różnią  się  systematycznie  i  są 
przewidywalne. 
 
   Dla  znacznej  części  społeczeństwa  oraz  ze  względu  na  wiele  aspektów  życia 
społecznego (np. wybory) założenie to pozostaje nadal słuszne. Z biegiem czasu 
staje się jednak coraz bardziej widoczne, że dla znacznej części ludzi powyższa 
zależność  między pozycją społeczną a stylem kultury  nie zachodzi  - zwłaszcza 
gdy bierzemy pod uwagę tak   wielkie   grupy,  jak   klasa   robotnicza, warstwy   
średnie      czy  wyższe.  Pytania:  kto  zażywać  będzie  narkotyki,  brać  udział  w 
orgiach  z  wymianą  kobiet,  otwarcie  przyznawać  się  do  homoseksualizmu, 
znajdować  rozrywkę  w  rozmaitego  rodzaju  happeningach  czy  w  oglądaniu 
filmów  undergroundu,  nie  dadzą  się  rozstrzygać  przez  odniesienie  do 
standardowych 

zmiennych 

analizy 

socjologicznej. 

Bardziej 

istotnymi 

wyznacznikami  okazać  się  mogą  wykształcenie  i  wiek;  ze  względu  jednak  na 
upowszechnienie  wyższego  wykształcenia  również  i  ono  przestaje  być 
wiarygodną  podstawą  przewidywania  zachowań  społecznych.  Wiele  dzieci  z 
rodzin  należących  do  wyższych  warstw  średnich  przejmuje  wzory  zachowań 
warstw  niższych  -  klasy  robotniczej,  Murzynów  -  ponieważ  sądzą,  iż  na  tym 
polega  „wolność";  jednocześnie  inne  tak  nie  czynią.  Zachodzi  znaczne 
ujednolicenie  wzorów  wychowywania  dzieci,  wzorów,  które  uprzednio 
stanowiły jeden z głównych wyróżników klasowych. 
 
   Podobnie jak w gospodarce wzrost dochodu dyskrecjonalnego - czyli dochodu 
przewyższającego  koszt  środków  niezbędnych  do  zaspokojenia  potrzeb 
podstawowych - pozwala jednostkom na swobodny wybór stylu konsumpcji, tak 
też  upowszechnienie  wyższego  wykształcenia  i  coraz  bardziej  tolerancyjna 
atmosfera  społeczna  poszerzają  zakres  dyskrecjonalnych  zachowań 

background image

społecznych.  Indywidualne  aspekty  osobistego  doświadczenia  -  cechy 
osobowości  czy  budowy  fizycznej,  rodzaj  doświadczeń  w  stosunkach  z 
rodzicami i starszymi - stają się czynnikami bardziej istotnymi w kształtowaniu 
stylu życia niż wzorcowe zmienne społeczne. W miarę, jak tradycyjna struktura 
klasowa rozmywa się, coraz więcej osób chce, aby identyfikować ich nie wedle 
zawodu  (w  marksistowskim  tego  rozumieniu),  lecz  na  podstawie  gustów 
kulturowych i stylu życia. 
 
 
 
Artysta tworzy audytorium 

 

 
   Zmienił  się  również  stosunek  artysty  do  publiczności.  Zgodnie  z  tradycyjną, 
wywodzącą  się  z  dziewiętnastowiecznego  romantyzmu,  wizją,  grupy  artystów 
zaangażowanych w  trudne eksperymenty spotykają się z pogardą  i oburzeniem 
kołtuńskiego audytorium warstw średnich. Taki był los malarzy impresjonistów, 
którzy  w  1863  r.  wystąpili  po  raz  pierwszy  w  Salon  des  Refuses  [salon 
odrzuconych],  by  wyrazić  swe  obrzydzenie  panującym  gustem  i  którzy  czekać 
musieli  dwadzieścia  lat  na  Salon  des  Independants  [salon  niezależnych],  by 
uzyskać swobodę wystawiania. Awangardowi artyści utożsamiali ten ostracyzm 
z  wolnością,  a  w  swych  dziełach  artykułowali  napięcie  między  nimi  ą 
audytorium. Ten dobrze znany wzorzec zaczęto traktować jako coś normalnego 
dla  sztuki  współczesnej.  Jak  jednak  zauważa  James  Ackerman,  „w  ciągu 
ostatniego dziesięciolecia wzorzec ten został przezwyciężony w wyniku bardziej 
niż  kiedykolwiek  dotąd  radykalnej  zmiany  stosunków  między  sztuką  a  jej 
publicznością.  [...],O  nadejściu  nowej  ery  świadczyło  przyjęcie,  z  jakim  w 
połowie  lat  pięćdziesiątych  spotkały  się  prace  nowojorskiej  szkoły  artystów". 
Jacksona  Pollocka,  Willema  de  Kooninga,  Franza  Kline'a,  Marka  Rothko, 
Barnettą 

Newmana, 

Roberta 

Motherwella, 

Davida 

Smitha-ludzi 

odpowiedzialnych za „abstrakcyjny ekspresjonizm", wedle określenia Clementa 
Greenberga,  czy  też  za  „aktywne  malarstwo"  [action  painting],  wedle  Harolda  
Rosenberga,    fascynowały  problemy  struktury  i  medium  -  odrzucenie  sztalug, 
wykorzystanie  farby  jako  przedmiotu  sztuki,  wprowadzenie  osoby  malarza  do 
obrazu  -  swoiste  i  ezoteryczne  problemy  wykraczające  poza  doświadczenie 
laika. Profesor Ackerman zauważa: „Ta sztuka była trudna nawet dla większości 
zawodowych krytyków; nie trafiali w sedno i chwalili ich dzieła za byle co". W 
istocie rzeczy publiczność zareagowała bezpośrednio na nie jak na oszustwo. 
 
Ale po dziesięciu latach główni twórcy tej szkoły zdobyli rozgłos 
 
i uznanie, ich obrazy wypełniły muzea i galerie. Ich koncepcja sztuki kształtuje 
teraz gusta publiczności. 
 

background image

   W  tym  przypadku  zmiana  nie  jest  być  może  aż  tak  gwałtowna,  jak  ją 
przedstawia  profesor  Ackerman.  Znamy  podobne  sytuacje:  kilkadziesiąt  lat 
temu  w  Paryżu  to  samo  stało  się  z  „trudną"  sztuką,  kiedy  Picasso  i  Matisse 
zaczęli  kształtować  gusta  publiczności.  Ale  ogólna  teza  pozostaje  słuszna. 
Audytorium  warstw  średnich,  zamożni  nabywcy  nie  kontrolują  już  sztuki.  W 
malarstwie, filmie (być może w mniejszym stopniu w muzyce poważnej) artysta 
-  i  to  przeważnie  awangardowy-  panuje  nad  kulturalną  sceną.  To  on  raczej 
kształtuje audytorium i rynek, niż sam jest przez nie kształtowany. 
 
   Zmiana  ta  związana  jest,  jak  sądzę,  z  oddzieleniem  miejsca  w  strukturze 
społecznej od stylu kultury. Ackerman zauważa również: 
 
    Jeśli  czyjaś  pozycja  społeczna  nie  daje  podstaw  do  wypowiadania  ocen 
wykraczających  poza  obszar  jego  kompetencji,  to  pozostaje  wówczas  wybór 
pomiędzy  nieposiadaniem  opinii  w  ogóle,  a  uznaniem  opinii  eksperta. 
Najbardziej dostępnym ekspertem jest zaś zawodowy producent opinii. Zmiana 
reakcji  na  dzieła  sztuki  jest,  jak  sądzę,  produktem  publicznego  szacunku  dla 
muzeów, komercyjnych galerii i mediów. 
 
   Czy  rzeczywiście  istnieje  dziś  powszechne  „zaufanie  do  ekspertów"  -  rzecz 
dyskusyjna.  W  polityce  dostrzegalna  jest  wyraźna  tendencja  populistyczna, 
skierowana  przeciwko  ekspertom  czy  technokratom.  Sytuacja  w  sztuce  jest 
jednak inna. Tu mamy do czynienia nie tyle ze zwycięstwem eksperta, ile samej 
„kultury", a ściślej jej dominującego prądu - modernizmu. Kultura ostatnich stu 
lat  zatriumfowała  nad  społeczeństwem,  które  w  swej  strukturze  (gospodarka, 
technika,  struktura  zawodowa)  pozostaje  mieszczańskie.  Stała  się  niezależna, 
samo-określająca się.  A  mimo wszystko (jak świadczy ruch  nowoczesny) czuje 
się  zagrożona  i  pozostaje-wedle  określenia  Lionela  Trillinga  -  „kulturą 
kontestującą". 
 
   „Każdy historyk literatury nowożytnej - powiada Trilling - uzna za pewnik jej 
intencję  kontestacji,  intencję  w  istocie,  swej  wywrotową.  Dostrzeże  wyraźne 
dążenie do uwolnienia czytelnika od myślenia i odczuwania narzucanego przez 
kulturę  szerszą,  rezygnację  z  dostarczania  mu  układu  odniesienia,  według 
którego  mógłby oceniać  i  potępiać, ewentualnie rewidować kulturę, której sam 
jest dzieckiem". 
 
   Legendą  modernizmu  jest  wojna  wolnego  ducha  twórcy  z  burżuazją.  Nawet 
jeśli  legenda  ta  była  prawdziwa  w  czasach,  gdy  Whistlera  oskarżano,  iż 
„chlusnął farbą w twarz publiczności", to dziś jest z pewnością karykaturą stanu 
rzeczywistego.'Któż  bowiem  broni  dziś  burżuazji,  zwłaszcza  w  dziedzinie 
kultury? Wśród tych jednak, którzy sądzą, iż mają poważny stosunek do kultury, 
oraz  wśród  ich  licznych  epigonów,  legenda  wolnego  ducha  twórczego, 

background image

wojującego  już  nie  tylko  ze  społeczeństwem  mieszczańskim,  lecz  z 
„cywilizacją",  z  „represyjną  tolerancją"  lub  czymkolwiek  innym,  co  ogranicza 
„wolność", nadal podtrzymuje kulturę kontestującą. 
 
   Kontestacja zdominowała porządek kultury i właśnie dlatego malarze, pisarze, 
filmowcy  dominują  dziś  nad  publicznością,  a  nie  odwrotnie.  Zwolennicy  tej 
kultury kontestującej są w istocie wystarczająco liczni, by kształtować odrębną 
klasę kulturową. W porównaniu 
 
z całym społeczeństwem jest ona nieliczna. Nie sposób statystycznie oszacować 
jej  liczebności:  waha  się  ona  zapewne  od  kilkuset  tysięcy  do  kilku  milionów. 
Lecz  -  zważywszy  trzy  zasadnicze  zmiany,  jakie  się  dokonały  -  liczebność  jej 
nie ma zasadniczego znaczenia. 
 
   Po  pierwsze,  nastąpiła  wyraźna  zmiana  skali  zjawiska.  Nawet  jeśli  klasa 
kulturowa  stanowi  niewielką  część  społeczeństwa,^  to  jest  dostatecznie  liczna, 
by  nie  dać  się  wypędzić  ze  społeczeństwa  czy  też  tworzyć  w  nim  zamkniętą 
enklawę  bohemy.  Funkcjonuje  instytucjonalnie  jako  grupa,  złączona 
świadomością odrębności. 
 
   Po  drugie,  podczas  gdy  style  życia  i  kultury  mniejszości  były  często  w 
konflikcie  z  większością,  dziś  uderza  fakt,  że  większość  nie  ma  własnej, 
intelektualnie  uznawanej  kultury  -  nie  ma  własnych  wielkich  malarzy,  pisarzy 
czy.  poetów,  którzy  mogliby  przeciwstawić  się  kulturze  kontestującej.  W  tym 
sensie kultura mieszczańska została zachwiana. 
 
   Po  trzecie,  być  może  najważniejsze,  jeśli  nawet  protagoniści  kultury 
kontestującej  nie  zdominowali  kulturalnego  establishmentu  -  wydawnictw, 
muzeów  i  galerii,  tygodników  i  miesięczników,  teatrów,  kin  i  uniwersytetów  - 
to, ze względu na podważanie tradycyjnych wartości mieszczańskich, mają nań 
poważny wpływ. 
 
   Dziś  każde  nowe  pokolenie  startując  z  punktu  osiągniętego  przez  kulturę 
kontestującą  rodziców  gromko  obwieszcza,  iż  obrona  status  quo  to  wsteczny 
konserwatyzm  i represja,  i  w  ten  sposób  przygotowuje  nową  spiralę  ofensywy 
przeciwko strukturze społecznej. 
 
   Historyczny  proces,  który  zarysowałem,  ma  głębokie  korzenie  w  przeszłości. 
Odznacza  się  rozmachem  i  ciągłością.  W  latach  pięćdziesiątych,  dekadzie 
politycznego konserwatyzmu i kulturowego zamieszania, impet ten został jakby 
przesłonięty.  Z  politycznego  punktu  widzenia  był  to  okres  rozczarowania, 
ostatecznego  zerwania  intelektualistów  ze  stalinizmem,  zachwiania  wiary  w 
„postępowość"  ZSRR,  opartej  tylko  na  tym,  że  sam  mienił  się  krajem 

background image

socjalistycznym.  Wielu  socjologów  -  między  innymi  Raymond  Aron,  Edward 
Shils,  S.  M.  Lipset  i  ja  -  uznało  ten  okres  za  „kres  wieku  ideologii". 
Rozumieliśmy przez to, że stare idee polityczne ruchu radykalnego wyczerpały 
się  i  nie  są  już  w  stanie  pozyskiwać  inteligencji  i  skłonić  jej  do  entuzjazmu 
[Chcę  podkreślić,  iż  w  analizie  „końca  wieku  ideologii"  nie  zakładałem 
wygaśnięcia wszystkich konfliktów społecznych i porzucenia przez inteligencję 
wszelkich  poszukiwań  nowej  ideologii.  W  1959  r.  pisałem:  „Młody 
intelektualista  jest  nieszczęśliwy,  ponieważ  droga  pośrednia»  jest  dla  ludzi  w 
wieku  średnim,  a  nie  dla  niego.  Jest  beznamiętny  i  apatyczny.  [...]  Głęboki, 
beznadziejny,  niemal  patetyczny  gniew  towarzyszy  poszukiwaniu  «sprawy»". 
Twierdziłem  także,  że  powstaną  nowe  radykalne  ideologie,  że  będą  to  ! 
ideologie 

„trzeciego 

świata", 

nie 

humanistyczne 

koncepcje 

dziewiętnastowiecznego społeczeństwa zachodniego.]. 
 
   Aczkolwiek nastąpiło rozczarowanie do chiliastycznych obietnic politycznego 
radykalizmu,  brak  było  jakichkolwiek  idei,  zdolnych  zająć  jego  miejsce. 
Państwo opiekuńcze i mieszana gospodarka nie stanowiły celu w takim stopniu 
atrakcyjnego, by porwać inteligencję. Co więcej, nawet jeśli polityczne nadzieje 
zostały  zachwiane,  to  zasadnicze  nastawienie  w  kulturze  nie  uległo  zmianie: 
nadal  polegało  na  odrzucaniu  wartości  mieszczańskich.  W  latach 
pięćdziesiątych  kontynuowanie  radykalizmu  możliwe  było  w  kulturze,  ale  już 
nie w polityce. 
 
   Doświadczenia  lat  czterdziestych  straumatyzowały  inteligencję  następnego 
dziesięciolecia,  a  refleksja  nad  tym  doświadczeniem  wyznaczyła  jej  kulturalne 
zainteresowania.  Głównym  tematem  była  depersonalizacja  jednostki  i 
atomizacja społeczeństwa. II wojna światowa była straszna. Ale wojna, a nawet 
dywanowe naloty na miasta były prefigurowane w wyobraźni i - paradoksalnie -
jako coś wyobrażonego  nie były zdolne zrodzić zdecydowanego oburzenia czy 
strachu. Natomiast obozy koncen-, tracyjne i obozy śmierci, w których  miliony 
ludzi potraktowano jak bydło w rzeźni - to już przekraczało wszelką wyobraźnię 
[Kultura  lat  pięćdziesiątych  -  pisarze,  których  wówczas  czytano  i  studiowano 
jako  wyrazicieli  ducha  współczesnego  -  odzwierciedlała  to  niezrozumienie 
totalitarnego  terroru.  Pierwszoplanową  postacią  literacką  był  Franz  Kafka, 
którego  powieści  i  opowiadania  napisane  trzydzieści  lat  wcześniej  uznano  za 
antycypację  tego  zgęszczonego  świata  biurokratycznego,  w  którym  nie  ma 
miejsca  na  sprawiedliwość,  a  maszyna  tortur  zadaje  straszliwą  śmierć  swym 
ofiarom.  Pisma  Kierkegaarda  „odkryto"  być  może  dlatego,  iż  głosił  on 
niemożliwość  racjonalnego  przekonania  o  ostatecznym  sensie,  a  tylko  wiarę 
weń.  Neoortodoksyjna  teologia  Bartha  i  Niebuhra  wyraziła  pesymizm  co  do 
możliwości  przezwyciężenia  grzechu  ludzkiej  pychy.  Eseje  Simone  Weil 
mówiły  o  beznadziejnym  poszukiwaniu  łaski.  Camus  podsumował  moralne 
paradoksy działalności politycznej. W „teatrze absurdu" Ionesco pisał Krzesła -. 

background image

sztukę, w której zreifikowane przedmioty żyją własnym życiem, zupełnie jakby 
faktycznie  pozbawiły  człowieka  ducha  i  zapanowały  nad  jego  wolą.  W  teatrze 
milczenia  -  przykładem  Czekając  na  Godota  Becketta  -  zagubienie  w  czasie 
rozgrywa się w niewielkim wycinku rzeczywistości. 
 
   Jest to kwestia istotna, często bowiem twierdzi się, iż dominacja politycznego 
konserwatyzmu  spowodowała  w  tym  czasie  wyjałowienie  kultury  poważnej. 
Tak bynajmniej nie było.] 
 
   Socjologia  lat  pięćdziesiątych  zaprzątnięta  była  teorią  „społeczeństwa 
masowego"  i  odkrywaniem  na  nowo  „alienacji".  Teoria  społeczeństwa 
masowego dostrzegała w nowoczesnym świecie rozchwianie tradycyjnych więzi 
grup  pierwotnych  -  rodziny  i  społeczności  lokalnej,  zastępowanie  tradycyjnej 
hierarchii przez „masę", w której wiedzie się życie w sposób zatomizowany czy 
też  anomiczny.  Ponowne  odkrycie  alienacji  -  ponowne,  gdyż  pojęcie  to 
związane jest z marksizmem, choć pierwsze pokolenie pisarzy marksistowskich 
(Kautsky, Plechanow, Lenin) nigdy się nim nie posługiwało - stało się głównym, 
wcześniej  nie  dyskutowanym  tematem  socjologii  [Ponowne  odkrycie  alienacji 
ma  dwojakie  źródła.  Z  jednej  strony,  pojęcie  to,  głównie  w  pismach  Maxa 
Webera, związane było z poczuciem bezsilności jednostki wobec społeczeństwa. 
Marksowskie  rozumienie  terminu,  zgodnie  z  którym  robotnik  jest 
„wyobcowany"  od  narzędzi  produkcji,  stało się  w  ujęciu  Webera  przypadkiem 
szczególnym  zjawiska  uniwersalnego:  nowoczesny  żołnierz  wyobcowany  jest 
od  środków  przemocy,  uczony  -  od  narzędzi  badawczych,  urzędnik  -  od 
środków administrowania. Z drugiej natomiast strony był to temat podjęty przez 
marksistów-rewizjonistów  -  głównie  z  pokolenia  poststalinowskiego  -  którzy 
mieli  nadzieję  na  odnalezienie  we  wczesnych  pismach  Marksa,  przede 
wszystkim  w  Rękopisach  filozoficzno-ekonomicznych,  źródeł  nowego 
humanizmu.  Zarówno  teoria  społeczeństwa  masowego,  jak  i  problem  alienacji 
pociągały  za  sobą  krytyczne  sądy  na  temat  kultury  i  jakości  życia  we 
współczesnym społeczeństwie.]. 
 
   Najpopularniejszą książką socjologiczną lat pięćdziesiątych był Samotny tłum 
Davida  Riesmana,  w  którym  omawiał  on  zasadniczą  zmianę  struktury 
osobowości  we  współczesnym  społeczeństwie:  od  jednostki  wewnętrznie 
zdyscyplinowanej  i  wewnątrzsterownej  (krótko  mówiąc  -  historycznego 
mieszczanina) do człowieka, który czuje się odpowiedzialny przede wszystkim 
wobec  grupy  sobie  równych  i  ulega  naciskom  „innych".  Już  sam  tytuł  książki 
wyrażał ocenę dokonującej się zmiany. Reprezentatywną książką rodzącej się w 
tym  czasie  kultury  młodzieżowej  był  Buszujący  w  zbożu  J.  D.  Salingera. 
Narrator  tej  powieści,  Holden  Caulfield,  personifikować  miał  nowy  rodzaj 
osobowości,  niemal  autystycznej w  swej  niezdolności  nawiązania  stosunków  z 
otaczającym  światem.  „Bitnicy",  którym  przewodził  Allen  Ginsberg  i  Jack 

background image

Kerouac, prekursorzy ruchu młodzieżowego lat sześćdziesiątych, już „porzucili" 
społeczeństwo. 
 
   Krótko  mówiąc,  choć  idee  polityczne  wyczerpały  się,  a  życie  polityczne 
zdominowane  było  przez  obawę  przed  obcym  komunizmem,  kulturalna 
inteligencja  rozmyślała  o  rozpaczy,  anomii,  alienacji  -  a  więc  o  zagadnieniach, 
które znaleźć miały polityczne ucieleśnienie w latach sześćdziesiątych. 
 
„Intelektuale" (middlebrows) lat pięćdziesiątych 
 
   Dobrobytowi  amerykańskich  warstw  średnich  w  latach  pięćdziesią  tych 
towarzyszyła  ciesząca  się  wzięciem  kultura  „intelektuali"[middlebrows].  Już 
sam termin odzwierciedla nowy styl krytyki kultury. Kultura - tak jak ją zaczęły 
traktować czasopisma warstw średnich - to nie dyskusja poważnych dzieł sztuki, 
ale styl życia, który ma być zorganizowany i „konsumowany". W konsekwencji 
krytyka  kultury  stała  się  grą  snobów,  uprawianą  jako  jeszcze  jedna  rozrywka 
przez  speców  od  reklamy,  ilustratorów  czasopism,  dekoratorów  wnętrz, 
wydawców  pism  kobiecych  czy  też  homoseksualistów  z  East  Side.  Gra  w 
warstw wyższe-niższe-średnie stała się demode z chwilą, gdy na scenie pojawili 
się „intelektuale" i zastąpili ją przez nową grę bycia „w" i „poza" [game of in-
and-out}.  Być  „w"  oznaczało  wyprzedzać  w.  modzie  tłum  lub  perwersyjnie, 
lubić  to,  co  lubiły  prostackie  masy  („New  York  Daily  News",  podrzędne 
thrillery, popularne piosenki), a nie - pretensjonalne warstwy średnie. Gdy bycie 
„w" i „poza" zostało zastąpione przez „camp", gra nie uległa zmianie poza tym, 
że modna stała się moda niska. 
 
   Aczkolwiek  krytyka  kultury  przeistoczyła  się  w  grę,  stała  się  również 
problemem dla intelektualisty, który odgrywać miał obecnie w kulturze tę rolę, z 
której  dotąd  zawsze  drwił.  Autorzy  „Partisan  Review"  zawładnęli  teraz 
tygodnikiem  „New  Yorker",  pogardzanym  w  latach  trzydziestych  i 
czterdziestych.  Z  kolei  autorzy  z  „Commentary"  zaproszeni  zostali  do 
współpracy z „New York Times Sunday Magazine". Nawet „Saturday Evening 
Post"  w  swej  serii  Adventures  of  the  Mind  [Przygody  umysłu]  zaczął 
publikować artykuły takich poważnych pisarzy i krytyków, jak Randall Jarrell i 
Clement  Greenberg.  Wielu  pisarzy-radykałów  miało  poczucie,  że  mass  media 
zabiegają  o  nich,  by  zapewnić  sobie  prestiż,  lub  jak  podejrzewano  -  z  mniej 
chwalebnych  pobudek,  a  mianowicie,  by  uciszyć  radykalną  krytykę.  Nie 
zdawano sobie natomiast sprawy, iż to właśnie samo społeczeństwo utraciło swe 
trwałe kulturowe punkty oparcia. 
 
   Stosunek  poważnej  i  intelektualnej  krytyki  do  rozkwitającej  kultury  masowej 
lat  pięćdziesiątych  stał  się  samoistnym  problemem  i  źródłem  wielu  opasłych 
rozpraw  i  długich  dyskusji.  Radykalni  intelektualiści  odpowiedzieli  globalnym 

background image

atakiem  na  kulturę  warstw  średnich.  Dla  poważnej  krytyki  rzeczywistym 
przeciwnikiem,  jej  betę  noire,  był  jednak  nie  zalew  szmiry,  lecz  kultura 
„intelektuali", albo - jak nazwał ją Dwight Macdonald - „midcult". „Jeśli chodzi 
o  kulturę  masową  -  pisał  -  zabieg  jest  prosty  -  chodzi  o  przypodobanie  się  za 
wszelką  cenę  tłumowi.  «Midcult»  pretenduje  natomiast  do  respektowania 
wzorów  kultury  wysokiej,  podczas  gdy  faktycznie  spłaszcza  je  i  wulgaryzuje" 
[Słownictwo  Macdonalda  wymaga  wyjaśnienia.  Na  początku  lat  trzydziestych, 
w  „ostrej"  fazie  amerykańskiego  radykalizmu,  w  modzie  był  bolszewicki 
zwyczaj  tworzenia  skrótów  -  politbiuro  zamiast  biuro  polityczne  czy  orgbiuro 
zamiast biuro 
 
organizacyjne.  I  tak,  moda  na  proletariacką  literaturę  była  znana  jako 
„proletkult".]. 
 
   Hannah  Arendt,  myślący  i  dociekliwy  krytyk,  poszła  w  tej  klasycznej 
argumentacji  o  krok  dalej,  łącząc  ją  z  analizą  marksistowską.  Dowodziła,  iż 
„społeczeństwo"  mieszczańskie  -  względnie  homogeniczna  społeczność  ludzi 
wykształconych  i  kulturalnych  -  traktowało  zawsze  kulturę  jako  towar,  a  z  jej 
wymiany  czerpało  wartości  snobistyczne.  Pomiędzy  kulturą  (to  jest 
producentami  sztuki)  i  społeczeństwem  (jej  konsumentami)  zawsze  istniało 
pewne  napięcie.  Pod  dwoma  zasadniczymi  względami  obecna  sytuacja  jest 
wszakże  inna  niż  kiedyś.  W  dawnych  czasach  indywidualizm  kwitł  lub  był 
możliwy poprzez ucieczkę ze społeczeństwa, często poprzez bunt lub wejście w 
świat  bohemy.  („Poczucie  beznadziejności  jednostek  w  warunkach 
społeczeństwa masowego wynika w znacznej mierze stąd, iż drogi ucieczki zeń 
zostają  zablokowane  z  chwilą,  gdy  społeczeństwo  obejmuje  już  wszystkie 
warstwy  ludności".)  Ponadto,  chociaż  „społeczeństwo"  w  przeszłości  pragnęło 
kultury głównie ze względów snobistycznych, nie konsumowało jej, nawet jeśli 
jej nadużywało czy deprecjonowało ją i „obracało przedmioty kultury w towar". 
Społeczeństwo  masowe  „przeciwnie  -  pragnie  nie  kultury,  lecz  rozrywki,  a 
wytwory  przemysłu  rozrywkowego  są  istotnie  przez  nie  konsumowane, 
podobnie jak inne dobra konsumpcyjne". 
 
   Ostatecznie,  chociaż  w  latach  pięćdziesiątych  wygasły  radykalne  tendencje 
polityczne, radykalna wola zdystansowania się od społeczeństwa  utrzymała się 
w  kulturze  dzięki  jej  krytyce.  Kiedy  w  latach  sześćdziesiątych  w  polityce 
pojawiły  się  nowe  impulsy,  radykalizm  odnalazł  wartości  w  kontrkulturze; 
atakowanie  społeczeństwa  poprzez  podnoszenie  takich  tematów,  jak 
społeczeństwo  masowe,  anomią  i  alienacja  -  niczym  nić  Ariadny  -  pozwalało 
wkroczyć w nowy okres radykalizmu. 
 
 
 

background image

Modernizm 
 
   I  tak  dochodzimy  do  niezwykłej  zagadki  socjologicznej.  Pewna  postawa 
kulturowa, nastrój, ruch (amorficzność czy też wielostronność zjawiska utrudnia 
objęcie  go jednym  terminem) przetrwały przez ponad sto dwadzieścia  pięć  lat, 
bezustannie ponawiając  i wspierając ataki na strukturę społeczną. Najszerszym 
terminem  określającym  tę  postawę  jest  modernizm:  uparty  wysiłek  stylu  i 
wrażliwości,  by  trwać  w  pierwszej  linii  „rozwijającej  się  świadomości".  Na 
czym  polega  zatem  natura  ruchu,  który  -  ubiegając  w  tym  nawet  marksizm  - 
atakował  społeczeństwo  burżuazyjne  i  w  odróżnieniu  od  ruchów  politycznych 
nie  dysponując  żadną  organizacją  zdołał  przez  tak  długi  czas  utrzymywać  ten 
program?  Czym  zafascynował  on  wyobraźnię  artystyczną  w  takim  stopniu,  iż 
zdołał  przetrwać  pokolenia  i  zachować  swą  atrakcyjność  dla  kolejnych 
roczników inteligencji? 
 
   Modernizm  przenika  wszystkie  sztuki.  Jeśli  jednak  przypatrzeć  się 
poszczególnym jego przejawom, to wydaje się, że nie ma żadnej jednoczącej go 
zasady.  Obejmuje  on  nową  syntaksę  Mallarmego,  kubistyczne  odkształcenie 
form, potok świadomości u yirginii Woolf i Joyce'a, atonalność u Berga. Każde 
z  tych  zjawisk,  w  chwili  gdy  się  pojawiło,  było  „trudne"  do  zrozumienia.  Jak 
sugerowało  wielu  autorów,  ta  właśnie  pierwotna  trudność  jest  symptomem 
modernizmu. Jest on uparcie nieprzeźroczysty, korzysta z niezwyczajnych form, 
świadomie  eksperymentuje  i  nieustannie  stara  się  zaskakiwać  publiczność  - 
szokować  ją,  wstrząsnąć  nią,  a  nawet  przekształcać  -  jak  w  przypadkach 
religijnego  nawrócenia.  Ta  właśnie  trudność  jest  jednym  z  powodów  jego 
atrakcyjność?;  ezoteryczna  wiedza  bowiem,  tak  jak  magiczne  czy  też 
hermetyczne  fópnuły  starożytnych  kapłanów,  daje  poczucie  władzy  nad 
niewykształconymi i nieoświeconymi. 
 
   Zdaniem  Irvinga  Howe'a  modernizm  należy  definiować  przez  negację: 
wskazując,  czym  nie  jest.  Moderna,  pisze  on,  „polega  na  buncie  przeciwko 
panującemu  stylowi,  na  okazywaniu  nieustępliwej  furii  wobec  oficjalnego 
porządku" [podkreślenie autora]. Ale określenie to, jak wskazuje Howe, stwarza 
dylemat: „Modernizm musi zawsze walczyć, ale nigdy nie powinien ostatecznie 
zwyciężyć;  musi więc dalej walczyć, by. nie zatriumfować". Jest to, jak sądzę, 
prawda; tłumaczy też stałą postawę kontestacyjną. Nie wyjaśnia natomiast owej 
„nieustępliwej  furii",  potrzeby  negowania  każdego  panującego  stylu,  nawet 
włącznie z własnym. 
 
   W  modernizmie  -  widzianym  całościowo  -  uderza  paralela  do  wspólnych 
założeń  nauk  społecznych  końca  XIX  w.  Wedle  Marksa,  Freuda  i  Pareta 
racjonalność  pozorów  na  powierzchni  życia  maskuje  nieracjonalność  ukrytych 
struktur. Za procesem wymiany Marks dostrzega anarchię rynku; Freud - za,ego 

background image

nie  ograniczony  obszar  podświadomości  kierującej  się  instynktem;  Pareto  -  za 
formami  logiki  rezydua  nieracjonalnych  uczuć  i  emocji.  Modernizm  kładzie 
również  nacisk  na  bezsensowność  objawów  i  usiłuje  odsłonić  ukrytą  strukturę 
wyobraźni.  Znajduje  to  dwojaki  wyraz.  Po  pierwsze,  stylistyczny,  w  próbie 
„przesłonięcia" „dystansu" - psychicznego, społecznego czy estetycznego  -  i  w 
podkreślaniu  absolutnej  naoczności,  jednoczesności  i  bezpośredniości 
doświadczenia.  Po  drugie  -  wyraz  tematyczny:  w  nacisku,  jaki  kładzie  na 
absolutny prymat osobowości, człowieka jako istoty „samoprzekraczającej się", 
zmuszonej do wykraczania poza siebie. 
 
   Modernizm jest odpowiedzią na dwie zasadnicze zmiany, jakie zaszły w XIX 
w.:  jedna  na  poziomie  percepcji  zmysłowej  otoczenia  społecznego,  druga  - 
świadomości samego siebie. W wyniku rewolucji w komunikacji  i transporcie, 
w świecie wrażeń codziennych nastąpiła dezorientacja w percepcji przestrzeni i 
czasu,  dezorientacja  płynąca  z  nowej świadomości  ruchu  i  prędkości,  światła  i 
dźwięku.  Kryzys  samoświadomości  był  natomiast  rezultatem  utraty  religijnej 
pewności, wiary w życie pozagrobowe - w niebie lub piekle - oraz 
 
wynikiem kształtowania się nowej świadomości nienaruszalnych granic między 
życiem  a  nicością  śmierci.  W  ten  sposób  pojawiły  się  dwa  nowe  sposoby 
doświadczania  świata,  a  sam  artysta  pozostawał  często  nie  w  pełni  świadom 
dezorientacji w otoczeniu społecznym, która wstrząsnęła światem i sprawiła, iż 
jawił się oh wyłącznie pokawałkowany. Artysta miał więc łączyć te kawałki ze 
sobą w nowy sposób. 
 
Modernizm: syntaksa i forma 
 
   Od drugiej połowy XIX w.  uporządkowany świat był więc chimerą. Tym, co 
rzeczywiste w kształtowaniu zmysłowej percepcji otoczenia, stały się nagle ruch 
i płynność. Dokonała się radykalna zmiana charakteru percepcji estetycznej. W 
odpowiedzi  na  pytanie,  czym  nowoczesny  człowiek  różni  się  od  starożytnych 
Greków w estetycznym doświadczaniu wrażeń i emocji, należało by odwołać się 
nie  do  podstawowych,  ponadczasowych  ludzkich  uczuć,  takich  jak  przyjaźń, 
miłość, strach, okrucieństwo czy agresja, lecz do czasoprzestrzennej dyslokacji 
ruchu  i  wysokości.  W  XIX  w.  po  raz  pierwszy  w  historii  człowiek  mógł 
podróżować szybciej niż piechotą lub konno oraz doznawać w sposób dotąd mu 
nieznany  zmian  krajobrazu,  następstwa  obrazów,  tempa  ruchu.  Mógł  też  - 
najpierw  balonem,  a  później  samolotem  -  wznieść  się  p  kilka  tysięcy  metrów 
wzwyż i ujrzeć stamtąd, nieznany starożytnym, topograficzny obraz ziemi. 
 
   To, co dotyczyło świata fizycznego, dotyczyło również i społecznego. Wraz ze 
wzrostem  liczby  i  wielkości  miast,  nasilały  się  interakcje  między  ludźmi, 
synkretyzm  doświadczenia  przyczyniał  się  do  otwartości  na  nowe  style  życia, 

background image

sprzyjał  uprzednio  nieznanej  mobilności,  zarówno  geograficznej,  jak  i 
społecznej.  Płótna  artystów  nie  przedstawiały  już  mitologicznych  stworów 
przeszłości  lub  statycznej  natury,  lecz  promenadę  i  plagę,  zgiełk  miast, 
wspaniałości  wielkomiejskiego  życia  nocnego  w  blasku  świateł  elektrycznych. 
Ta właśnie reakcja na ruch, przestrzeń i zmianę narzucała sztuce nową syntaksę 
i dyslokację tradycyjnych form. 
 
   Zgodnie  z  poglądem  klasycznym  sztuka  miała  być  w  swej  istocie 
kontemplacyjna;,  Obserwator  czy  widz  panować  miał  nad  doświadczeniem, 
zachowując  doń  estetyczny  dystans.  Intencją  modernizmu  jest  takie 
„przytłoczenie"  widza,  by  produkt  sztuki  -  przez  skrócenie  perspektywy  w 
malarstwie lub „skaczący rytm" w poezji Gerarda Manleya Hopkinsa  - sam mu 
się  narzucał.  Gatunek  staje  się  koncepcją  archaiczną;  w  potoku  doświadczenia 
nie daje się już go odróżnić. 
 
   Ten  właśnie  modernistyczny  wysiłek  uchwycenia  płynności  nadaje  sens 
aforystycznej  uwadze  Virginii Woolf: „W  grudniu 1910  r.  lub  mniej  więcej w 
tym  czasie  natura  ludzka  uległa  zmianie".  Wedle  komentarza  Irvinga  Howe'a, 
hiperbola ta  ujmuje „przerażającą nieciągłość  między tradycyjną przeszłością a 
rozchwianą teraźniejszością [...] tory historii zostały odkształcone, a może nawet 
przerwane". 
 
   W  wyniku  tego  przełomu,  nacisku  położonego  na  teraźniejszość,  zarówno 
artysta, jak i widz zmuszony zostaje do nieustannego przekształcania się^Wraz z 
(odrzuceniem  nienaruszalnej  ciągłości  czasu  oraz  wiary,,iż  przyszłość  zawarta 
jest  w  teraźniejszości,  zatraca  się  klasyczne  poczucie  całości,  skonczonosci. 
Fragment  czy  część  zastępuje  całość?)  Nową  estetykę  odnajduje  się  w 
połamanym  torsie,  w  urwanej  ręce,  w  pierwotnym  grymasie.  Mieszające  się  i 
wzajemnie  przenikające  style  zmuszają  do  porzucenia  samej  idei  gatunku  i 
określających  go  zasad.  Można  by  powiedzieć,  że  estetyką  staje  się  klęska 
estetyki.   , 
 
 
 
Modernizm: nicość i osobowość 
 
   Przewrót  w  sposobie  doświadczania  świata-  poczucie  ruchu  i  zmiany  - 
wprowadziły nowe żywotne konwencje i formy, w jakich ludzie oceniają własne 
percepcje  zmysłowe  oraz  doświadczenie.  Świadomość  zmienności  wywołała 
głębszy  kryzys  ducha  -  strach  przed  nicością.  Schyłek  religii,  zwłaszcza  zaś 
wiary w duszę nieśmiertelną, spowodował zerwanie z wielowiekową koncepcją 
nieprzekraczalnej  przepaści  między  tym,  co  ludzkie  i  tym,  co  święte.  Ludzie 
próbują teraz przekroczyć tę przepaść i - jak powiadał Faust, pierwszy człowiek 

background image

nowoczesny  -  osiągnąć  „wiedzę  boską",  „dowieść  boskości  człowieka"  lub  też 
wyznać „swe pokrewieństwo z robakiem". 
 
   W  konsekwencji  tego  nadludzkiego  wysiłku,  w  XIX  w.  na  czoło  wysunęło  - 
się  poczucie  własnego  „ja".  Jednostkę  z  jej  swoistymi  aspiracjami  zaczęto 
traktować  jako  coś  niepowtarzalnego,  a  życie  nabrało,  większej  świętości  i 
cenności.  Oczarowanie  życiem  jednostkowym  stało  się  samoistną  wartością. 
Udoskonalanie  gospodarki,  sprzeciw  wobec  niewolnictwa,  prawa  kobiet, 
likwidację  pracy  dzieci  i  zniesienie  kar  cielesnych  -  wszystko  to  uznano  za 
społeczne  problemy  teraźniejszości.  W  głębszym  wszakże,  metafizycznym 
sensie, właśnie ta duchowa przemiana zrodziła przekonanie, iż ludzie zdolni są 
wyrwać  się  z  konieczności,  że  potrafią  przekroczyć  naturę,  dotrzeć  -  mówiąc 
słowami Hegla - do kresu historii i wkroczyć do królestwa doskonałej wolności. 
„Świadomość  nieszczęśliwa",  o  jakiej  pisał  Hegel,  jest  uświadomieniem  sobie 
potęgi  boskiej,  do  osiągnięcia  której  ludzie  muszą  dążyć.  Najgłębszą  naturą 
człowieka  nowoczesnego,  tajemnicą  jego  duszy  objawioną  przez  nowoczesną 
metafizykę,  jest  jego  usiłowanie  wykroczenia  poza  siebie.  Widząc,  iż 
negatywność  -  śmierć  -  jest  skończona,  nie  godzi  się  z  tym.  Za  chiliazmem 
nowoczesnego  człowieka  ukryte  jest  inęgalomańskie  dążenie  do  osiągnięcia 
nieskończoności.  W  konsekwencji  nowoczesna  pycha  odmawia  uznania 
jakichkolwiek  granic,  upiera  się,  by  wszystkie  przekraczać.  Świat  nowoczesny 
proponuje zaś przeznaczenie, które zawsze wiedzie poza: poza moralność, poza 
tragedię, poza kulturę [Proszę porównać dobitne wypowiedzi dwóch pisarzy. W 
Doli człowieczej A. Malraux (przekład A. Ważyk, Kraków 1972, Wydawnictwo 
Literackie)  stary  Gisors  opisuje  Ferralowi  człowieka  i  jego  dążenia:  „Być 
między ludźmi czymś więcej niż człowiek. Uniknąć kondycji ludzkiej  - tak jak 
powiadam.  Być  nie  potężnym,  lecz  wszechpotężnym.  To  chorobliwe  urojenie, 
które  intelekt  tłumaczy  chęcią  władzy,  jest  pożądaniem  boskości.  Bo  każdy 
człowiek  marzy  o  tym,  by  być  bogiem"  Natomiast  w  stary  Pan  Sammler 
rozważa: „Zastanów się [...], czy najgorszymi wrogami cywilizacji nie okażą się 
jej  ukochani  intelektualiści,  którzy  atakują  ją  w  chwili dla  niej  najtrudniejszej, 
atakują w imię rozumu  i  irracjonalności,  w imię  intelektualnej  głębi  i seksu, w 
imię  doskonałej  i  natychmiastowej  wolności.  Pełny  rachunek  żądań  i  skarg 
przedstawiał  każdy.  Żądań  absolutnych,  nie  podlegających  negocjacjom,  nie 
uznających żadnych ograniczeń w żadnej dziedzinie".]. 
 
 
 
Triumf woli 
 
   W  myśli  Zachodu  nieustannie  obecne  było  pewne  napięcie  między  tym,  co 
racjonalne i nieracjonalne, między rozumem a wolą, rozumem a instynktem jako 
czynnikami  warunkującymi  ludzkie  postępowanie.  Niezależnie  jednak  od 

background image

subtelnych różnic w  ujmowaniu zagadnienia, (przez dwa tysiące  lat w kulturze 
Zachodu dominującą rolę przypisywano racjonalnemu myśleniu. 
 
   Modernizm  odrzuca  to  stanowisko.  Głosi  triumf  ducha,  woli.  U  Hobbesa  i 
Rousseau  inteligencja  jest  niewolnicą  żądz  i  namiętności.  U  Hegla  wola  jest 
niezbędnym  składnikiem  poznania.  U  Nietzschego  wola  stapia  się  z 
doświadczeniem  estetycznym,  w  którym  wiedza  wypływa  bezpośrednio  -jak 
powiada  on  w  pierwszych  zdaniach  Narodzin  tragedii-  „ze  snu  i  upojenia". 
Skoro  zaś  samo  doświadczenie  estetyczne  usprawiedliwiać  ma  życie,  to 
zawieszona  zostaje  moralność,  a  pożądanie  nie  ma  granic.  W  badaniu 
wrażliwości własnego ,,ja" wszystko staje się możliwe. 
 
   Modernizm  zainteresowany  jest  teraźniejszością  lub  przyszłością,  lecz  nigdy 
przeszłością.  Gdy  jest  się  jednak  odciętym  od  przeszłości,  nie  sposób  uniknąć 
konkluzji,  iż  nicość  jest ostatecznym  sensem,  jaki  niesie  przyszłość.  Wiara  nie 
jest  już  możliwa;  sztuka  zaś,  natura  czy  impuls  może  stłumić  jaźń  tylko 
chwilowo,  w  momencie  upojenia  czy  w  szaleństwie  dionizyjskiego  aktu.  Ale 
upojenie  zawsze  mija,  przychodzi  po  nim  nieuchronnie  poranny  kociokwik.  Ta 
eschatologiczna  trwoga  rodzi  z  konieczności  uczucie  -  ciągły  motyw  myśli 
modernistycznej  -  że  życie  każdego  dobiega  końca.  Poczucie  końca, 
przekonanie,  iż  żyje  się  w  czasach  apokalipsy,  jest  -  jak  zauważył  Frank 
Kermode  -  „równie  charakterystyczne  dla  modernizmu,  jak  apokaliptyczny 
utopizm - dla rewolucji politycznej. [...] Powtarzalność tego zjawiska jest cechą 
naszej tradycji kulturowej". 
 
   Gdy  mowa  o  modernizmie,  kategorie  „prawicy"  i  „lewicy"  tracą  sens. 
Modernizm,  wedle  słów  Tomasza  Manna,  kultywuje  „sympatię  dla  otchłani". 
Nietzsche,  Yeats,  Pound  i  Wyndham  Lewis  potencjalnie  skłaniali  się  ku 
prawicy.  Gide  był  politycznym  poganinem,  Malraux  zaś  -  rewolucjonistą. 
Niezależnie  jednak  od  politycznych  barw,  ruch  moderny  jednoczyła  nienawiść 
do porządku społecznego jako pierwotnej przyczyny, i wiara w apokalipsę jako 
przyczynę  finalną.  Ta  właśnie  postawa  zapewniła  ruchowi  jego  stałą 
atrakcyjność i radykalizm. 
 
   Tradycyjny  modernizm  usiłował  zastąpić  religię  i  moralność  estetycznym 
uzasadnianiem życia. Stworzyć dzieło sztuki, być dziełem sztuki - to jedyne, co 
daje  sens  ludzkiemu  wysiłkowi  wykraczania  poza  siebie.  Jednakże,  co 
oczywiste  u  Nietzschego,  poszukiwanie  własnych  korzeni  kieruje 
modernistyczne zainteresowania od sztuki ku psychologii: od wytworu sztuki do 
wytwórcy, od przedmiotu ku psyche. 
 

background image

   W  latach  sześćdziesiątych  zrodził  się  silny  prąd  postmodernistyczny,  który 
doprowadził logikę modernizmu do jej ostatecznych granic. 
 
W  pismach  teoretycznych  Normana  O.  Browna  i  Michela  Foucaulta,  w 
powieściach Williama Burroughsa, Jeana Geneta i do pewnego stopnia Normana 
Mailera, a także w porno-pop kulturze, która odtąd nas zalewa, modernistyczne 
intencje doprowadzone zostają do kulminacji. Są to, jak powiada Diana Trilling, 
„przygody poza świadomością". 
 
   Postawa  postmodernistyczna  ma  wiele  wymiarów.  Estetyczne  uzasadnienie 
życia postmodernizm zastąpił całkowicie uzasadnieniem instynktownym. Tylko 
popędy  i  przyjemności  są  rzeczywiste,  tylko  one  są  afirmacją  życia.  Wszystko 
inne to neuroza i śmierć. Co więcej, modernizm tradycyjny - bez względu na to, 
jak odważny - rozgrywał swoje impulsy w wyobraźni, w granicach sztuki. Jego 
fantazje  -  mniejsza  o  to,  w  jakim  stopniu  demoniczne  czy  zbrodnicze  - 
dochodziły do głosu w'ramach porządkujących zasad form estetycznych. Sztuka 
zatem,  niezależnie  od  tego,  jak  groźna  dla  społeczeństwa,  sytuowała  się  po 
stronie  porządku  i,  implicite,  racjonalności  form,  skoro  już  nie  treści. 
Postmodernizm wykracza poza sztukę. Znosi granice i głosi, iż raczej działanie, 
niż teofetycżhelroźróżriianie, jest sposobem uzyskiwania wiedzy. „Happening" i 
„otoczenie", „ulica" i „scena" są właściwą areną nie dla sztuki, lecz dla życia. 
 
   O  dziwo,  nic  z  tego  nie  jest  całkiem  oryginalne.  We  wszystkich  zachodnich 
religiach  zawsze  istniała  tradycja  ezoteryczna,  sankcjonująca  udział  w  tajnych 
rytuałach  wyzwolenia,  rozpusty  i  całkowitej  wolności  dla  tych,  których  -jak 
gnostyków  -  wiedza  tajemna  wprowadziła  w  tajemnice  sekty.  Gnostycyzm  w 
swych sformułowaniach  intelektualnych  usprawiedliwiał ataki na ograniczenia, 
jakie  wszelkie  społeczeństwo  musi  narzucać  swym  członkom.  W  przeszłości 
była  to  jednak  wiedza  hermetyczna,  a  członkostwo  sekty  było  tajne.'W 
postmodernizmie  najbardziej  zaskakuje,  iż  to,  co  niegdyś  uchodziło  za 
ezoteryczne,  teraz  podawane  jest  jako  ideologia,  a  to,  co  było  własnością 
arystokracji  ducha,  przekształciło  się  w  demokratyczną  własność  mas) 
Gnostycyzm  zawsze  zwalczał  historyczne,  psychologiczne  tabu  cywilizacji. 
Dziś atak ten stał się platformą rozpowszechnionego ruchu kulturalnego. 
 
   Postawa  postmodernistyczna,  sprawiająca  wrażenie  luźnego  konglomeratu 
doktryn,  jest  w  istocie  dwojako  ukierunkowana.  Filozoficznie  -  ku  pewnej 
odmianie  negatywnego  heglizmu.  Michel  Foucault  traktuje  człowieka  jako 
krótkotrwałą  historyczną  inkarnację,  „ślad  na  piasku",  który  zmyją  fale. 
„Zrujnowane,  opanowane  przez  dżumę,  miasta  człowieka  zwane  «duszą»  i 
«bytem»  zostaną  zdekonstruowane".  Ma  to  być  już  nie  tylko  koniec  Zachodu, 
lecz kres wszelkiej cywilizacji. Większość z tego to moda, gra słów popychająca 
myśl  do  absurdu  logiczności.  Podobnie  jak  złośliwe  żarty  dadaistów  lub 

background image

surrealistów, postmodernizm pozostanie - o ile nie ulegnie w ogóle zapomnieniu 
- jedynie przypisem do historii kultury. 
 
   Postawa  postmodernistyczna  ewoluująca  w  drugim  kierunku  pociąga  jednak 
poważniejsze konsekwencje. W imię wyzwolenia, erotyzmu, wolności popędów 
itp.  dostarcza  psychologicznego  narzędzia  zbrodni  na  wartościach  i  wzorach 
motywacyjnych  „normalnego"  zachowania.  Na  tym  właśnie  polega  znaczenie 
doktryny  postmodernistycznej,  występującej  w  bardziej  codziennych  szatach. 
Oznacza to bowiem, iż stoimy u progu kryzysu wartości warstw średnich) 
 
Śmierć światopoglądu mieszczańskiego 
 
   Światopogląd  mieszczański  -  racjonalistyczny,  empiryczny,  pragmatyczny  - 
zdominował w połowie XIX w. nie tylko strukturę techniczno-ekonomiczną, ale 
również  kulturę,  zwłaszcza  porządek  religijny  i  system  edukacyjny,  wpajający 
dzieciom właściwe motywacje. Triumfował wszędzie. Przeciwstawiali mu się w 
dziedzinie  kultury  jedynie  ci,  którzy  pogardzali  jego  antyheroizmem  i 
antytragizmem oraz uporządkowaną postawą wobec czasu. 
 
   Jak  widzieliśmy,  ostatnie  sto  lat  było  świadkiem  wysiłku  kultury 
antymieszczańskiej zmierzającej do  uniezależnienia się od struktury społecznej 
poprzez,  po  pierwsze,  zaprzeczenie  wartościom  mieszczańskim  w  dziedzinie 
sztuki, a po drugie - wykrawanie enklaw, w których bohema i awangarda mogły 
wieść  żywot  zgodnie  z  własnym  stylem  życia.  Pod  koniec  ubiegłego  stulecia 
awangarda zdołała uzyskać własną „przestrzeń życiową", a w latach 1910-1930 
przeszła od ofensywy przeciwko kulturze tradycyjnej. 
 
   Modernizm  zwyciężył  zarówno  doktrynalnie,  jak  i  w  narzucaniu  stylu  życia. 
Jego  triumf  oznacza  rządy  antyinstytucjonalizmu  w  kulturze)  W  sztuce,  na 
poziomie  doktryny  estetycznej,  nieliczni  tylko  przeciwstawiali  się  koncepcji 
nieograniczonego  eksperymentu,  pełnej wolności,  nieskrępowanej wrażliwości, 
wyobraźni  niepodatnej  na  racjonalną  krytykę.  Awangarda  już  nie  istnieje,  nikt 
bowiem  w  naszej  postmodernistycznej  kulturze  nie  broni  dziś  porządku  czy 
tradycji.    
 
Istnieje tylko pęd do nowego - znudzenie zarówno tym co stare, jak i nowym. 
 
   Tradycyjna  mieszczańska organizacja życia  -jej racjonalizm  i trzeźwość  -  ma 
dziś  w  kulturze  niewielu  obrońców;  nie  odznacza  się  też  żadnym  ustalonym 
systemem  znaczeń  kulturowych  czy  form.  stylistycznych,  cieszących  się 
intelektualnym  czy  kulturowym  szacunkiem.  Kto  zakłada  -  jak  to  czynią 
niektórzy  krytycy  -  że  mentalność  technokratyczna  zdominowała  porządek 
kultury,  ten  po  prostu  zamyka  oczy  na  wszelkie  dostępne  świadectwa.  Mamy 

background image

dziś do czynienia z kompletną rozbieżnością kultury i struktury społecznej, a w 
przeszłości  tego  rodzaju  rozbieżności  torowały  zazwyczaj  drogę  rewolucjom 
społecznym. 
 
   Nowa  rewolucja  już  się  rozpoczęła  i  to  w  dwojakim  sensie.  Po  pierwsze, 
autonomia kultury osiągnięta w sztuce zaczyna przenikać do życia codziennego. 
Postmodernistyczna  postawa  domaga  się,  by  to,  co  uprzednio  rozgrywało  się 
tylko  w  fantazji  i  wyobraźni,  zaczęło  naprawdę  dziać  się  w  życiu.  Różnica 
między  sztuką  a  życiem  znikła.  Wszystko,  co  dozwolone  w  sztuce,  staje  się 
dozwolone również w życiu. 
 
   Po  drugie,  styl  życia  uprawiany  uprzednio  przez  niewielką  cenacle,  obojętne 
czy  była  to  chłodna  maska  Baudelaire'a  czy  wściekła  halucynacja  Rimbauda, 
naśladowany  jest  dziś  przez  wielu  i  dominuje  w  kulturze.  (Nawet  jeśli  w 
społeczeństwie jest to mniejszość, jest to mniejszość znacząca.) Ta zmiana skali 
nadała kulturze lat sześćdziesiątych jej szczególny rozmacha Styl życia bohemy 
ograniczony  niegdyś  do  wąskiej  elity,  odgrywany  jest  dziś  na  ekranie  mass 
mediów. 
 
   Obie  te  zmiany  łącznie  przyczyniają  się  do  wznowienia  napaści  „kultury"  na 
„strukturę społeczną". Kiedy ataki takie podejmowano niegdyś - przypomnijmy 
surrealistyczną  propozycję  Andre  Bretona  z  lat  trzydziestych,  by  wieże  Notre-
Dame zastąpić ogromnymi szklanymi butlami, jedną wypełnioną krwią, a drugą 
- spermą, i aby sam kościół stał się szkołą seksu dla dziewic - traktowano je jako 
niewybredny 

żart 

społecznie 

licencjonowanych 

wariatów. 

Ale 

rozpowszechnieńie  się  kultury  hipisowsko-narkotyczno-rockowęj  (i  „nowej 
wrażliwości"  czarnego  humoru  oraz  przemocy)  podważa  strukturę  społeczną, 
uderzając  we  wspierający  ją  system  motywacyjny.  W  tym  sensie  kultura  lat 
sześćdziesiątych  miała  szczególny  i  być  może  historyczny  sens,  zarówno  jako 
koniec, jak też jako początek. 
 
    
 
II Od etyki protestanckiej do psychodelicznego bazaru 
 
   Ponieważ  zmiany  koncepcji  kultury  wynikają  z  wewnętrznej  logiki  jej 
rozwoju,  odznacza  się  ona  autonomią.  W  tym  sensie  nowe  idee  i  formy  są 
produktem  swego  rodzaju  dialogu  z  ich  poprzedniczkami  lub  buntu  przeciwko 
nim.( Zmiany praktyk kulturowych i stylów życia wchodzą jednak w interakcje 
ze strukturą społeczną, gdyż dzieła sztuki, dekoracje, płyty i filmy sprzedawane 
są  na  ryntó)Miejscem  spotkania  struktury  społecznej  i  kultury  jest  rynek. 
Globalne zmiany w kulturze, a zwłaszcza nowe style życia, stają się możliwe nie 
tylko  w  wyniku  przemian  wrażliwości,  ale  również  i  struktury  społecznej. 

background image

Najłatwiej  można  to  dostrzec  w  społeczeństwie  amerykańskim  na  przykładzie 
powstawania  nowych  zwyczajów  robienia  zakupów  w  gospodarce  wysokiej 
konsumpcji  i  wynikającej  stąd  erozji  etyki  protestanckiej  oraz  postawy 
purytańskiej  -  dwóch  zasadniczych  kodeksów,  na  których  wspierał  się 
tradycyjny  system  wartości  społeczeństwa  mieszczańskiego  w  Ameryce. 
Właśnie  załamanie  się  tej  etyki  oraz  tej  postawy,  załamanie  wynikające  w 
równej  mierze  z  przemian  struktury  społecznej  i  kultury,  zdezawuowało 
przekonania sankcjonujące pracę  i wynagrodzenie  jako wartości społeczeństwa 
amerykańskiego;  Przekształcenia  te  oraz  brak  jakiejkolwiek  nowej 
zakorzenionej  etyki  są  w  znacznym  stopniu  odpowiedzialne  za  poczucie 
dezorientacji  i  zaniepokojenia  widoczne  dziś  w  nastrojach  społecznych. 
Zamierzam  wykorzystać  tu  moją  ogólną  tezę  dotyczącą  modernizmu  i 
społeczeństwa  mieszczańskiego,  by  prześledzić  swoiste  dla  społeczeństwa 
amerykańskiego skutki w sferze obyczajów. 
 
 
 
Zycie małomiasteczkowe 
 
  (Protestancka  etyka  i  purytańska  postawa  ustalały  kodeks,  który  kazał  cenić 
pracę,  trzeźwość,  powściągliwość  płciową  i  życie  wstrzemięźliwe.,  (Określały 
one ramy moralności i społecznego poważania?) Kultura postmodernistyczna lat 
sześćdziesiątych  -  ponieważ  przyjęła  nazwę  kontrkultury  -  zinterpretowana 
została  jako  zaprzeczenie  etyki  protestanckiej,  odrzucenie  purytanizmu  i 
ostateczny  atak  na  wartości  mieszczańskie.  Jest  to  jednak  interpretacja  zbyt 
łatwa. Etyka protestancka 
 
i  postawa  purytańska  jako  zjawiska  społeczne  uległy  erozji  dużo  wcześniej  i 
świeciły  już  raczej  wyblakłym  światłem  ideologii  wykorzystywanej  przez 
moralistów - by przestrzegać, oraz socjologów - by  mitologizować zachowania 
ludzkie. Załamanie się tradycyjnego  mieszczańskiego systemu wartości było w 
gruncie  rzeczy  produktem  burżua-zyjnego  systemu  gospodarczego,  a  ściślej 
mówiąc  -  funkcjonowania  wolnego  rynku.  W  tym  tkwią  sprzeczności 
kapitalizmu w Ameryce. 
 
   Protestancka  etyka  i  purytańska  postawa  w  Stanach  Zjednoczonych  to 
światopogląd  związany  z  rolniczym,  małomiasteczkowym,  kupieckim  i 
rzemieślniczym trybem życia. W Stanach Zjednoczonych, jak przypomina nam 
Page  Smith,  „jeśli  wyłączymy  rodzinę  i  kościół,  to  podstawową  formą 
organizacji  społecznej  do  pierwszych  dziesięcioleci  XX  w.  było  małe 
miasteczko". Ono kształtowało życie i charakter społeczeństwa amerykańskiego, 
jego  religie.  Były  one  niezbędne  dla  egzekwowania  kodeksu  sankcji 
społecznych  we  wrogim  otoczeniu;  nadawały  sens  pracy,  narzucały 

background image

powściągliwość w gospodarowaniu zasobami. 
 
   Jeśli  podstawowe  wartości  społeczeństwa  amerykańskiego  objąć  terminami 
„purytańska  postawa"  i  „protestancka  etyka",  to  reprezen-i  towało  je  dwóch 
ludzi,  których  można  uznać  za  wyrazicieli  wczesnego  ducha  amerykańskiego: 
Jonathan  Edwards  jako  purytanin  i  Benjamin  Franklin  -jako  protestant.  Myśli  i 
pisma tych dwóch ludzi określiły zasady i cnoty Amerykanów. 
 
W America's Coming-of-Age Van Wyck Brooks pisał: 
 
    Od  trzech  pokoleń  człowiek  czynu  a  zarazem  człowiek  boży  był 
dominującym  wzorcem  amerykańskiego  charakteru.  Dopiero  w  XIX  w. 
powstała szczelina, a wraz z  nią  rozróżnienie  inteligenta  [highbrow]  i prostaka 
[lowbrow]. Egzemplifikowali ją dwaj osiemnastowieczni filozofowie - Jonathan 
Edwards  i  Benjamin  Franklin.  Typowość  każdego  z  nich,  a  zarazem 
niewspółmierność ich celów, określiła niemal rasowo charakter Amerykanów, i 
po  nich  rewolucja  stała  się  nieuchronna.  Channinga,  Lincolna,  Emersona, 
Whitmana,  Granta,  Webstera,  Garrisona,  Edisona,  Rockefellera,  panią  Eddy, 
Woodrowa  Wilsona  -  wszystkich  ich,  w  ten  lub  inny  sposób,  ukształtowali 
pospołu ci dwaj wielcy poprzednicy amerykańskiej umysłowości. 
 
   Jak  podkreślał  Brooks,  a  za  nim  Perry  Miller,  teokratyczna  myśl  purytańska 
odegrała bez wątpienia ogromną rolę w kształtowaniu 
 
amerykańskiej umysłowości,)W połowie  XVIII w. czołowymi  intelektualistami 
w Ameryce Hyli duchowni, a przedmiot ich rozważań stanowiła teologia. Przez 
ponad  sto  lat  ich  myśl  dominowała  w  amerykańskiej  filozofii.  I  nawet  kiedy 
zainteresowanie teologią minęło, głębokie poczucie winy  - zwłaszcza w kwestii 
zachowań seksualnych 
 
-  wszczepione  w  amerykańską  umysłowość  pozostało  niemal  wyryte  na 
następne stulecie. 
 
   Ponad  pięćdziesiąt  lat  temu  George  Santayana  pisał:  „Dobrze  wiadomo,  do 
jakiego stopnia metafizyczna była pasja, która kazała purytanom płynąć ku tym 
wybrzeżom.  Przybywali  w  nadziei  na  doskonalsze  życie  duchowe".  Sednem 
purytąńskich  przekonań  była  wrogość  wobec  cywilizacji.  Ówczesne 
społeczeństwo  uległo  -jak sądzili - zepsuciu i  należało powrócić do pierwotnej 
prostoty  wczesnego  kościoła,  który  opierał  się  bezpośrednio  na  przykazaniach 
boskich, a nie na zaleceniach instytucji stworzonych przez człowieka. 
 
   Każdy  purytanin  zobowiązywał  się  do  przykładnego  życia.  Żaden  jednak 
człowiek  ani  żadna  doktryna  nie  są  w  stanie  przez  długi  czas  trwać  w  stanie 

background image

najwyższego  napięcia,  zwłaszcza  gdy  oznacza  to  narzucenie  życiu  surowej 
dyscypliny powściągającej popędy. Wymogi kalwiniz-mu, nawet w pierwszych 
amerykańskich koloniach, ulegały stale stępieniu wraz z tym, jak nowe doktryny 
- na przykład arminianizm (podstawa metodyzmu Wesleya) - usiłowały zastąpić 
absolutną  prede-stynację  przez  warunkowy  wybór.  Jonathan  Edwards 
doprowadził  do  odnowienia  owego  psychologicznego  mechanizmu,  dzięki 
któremu jednostka mogła starannie kontrolować samą siebie i utrzymywać się w 
ryzach.  W  The  Great  Christian  Doctrine  of  Original  Sin  Defended  (1758) 
zaatakował  tych,  którzy  próbowali  zliberalizować  kalwinizm.  Dowodził,  iż 
deprawacja  jest  nieuchronna,  ponieważ  identyczność  świadomości  czyni 
wszystkich  równymi  Adamowi.  Wierzył  w  zbawienie  wybranych,  nie  tych, 
którzy  niosą  zewnętrzny  znak  pracy,  lecz  tych,  którzy  dzięki  wewnętrznej 
iluminacji,  wskutek  przeobrażającego  wewnętrznie  doświadczenia  doznali 
zbawiennej łaski. 
 
O ile Jonathan Edwards był intuicyjnym purytaninem, o tyle 
 
(Benjamin  Franklin  -  pragmatycznym,  utylitarnym  protestantem.  Był 
człowiekiem  praktycznym,  który  trzeźwym  okiem  obserwował  świat;  pragnął 
„iść naprzód" dzięki umiarkowaniu, pomysłowości i wrodzonej przenikliwości. 
Był  ucieleśnieniem  typowo  amerykańskiej  tendencji  samodoskonalenia  się. 
Próbując  naśladować  „Spectatora"  Addisona,  Franklin  pisał  swe  własne 
broszury,  porównywał  z  tekstami  swego  mentora,  po  czym  pisał  je  na  nowo, 
kształtując w ten sposób własne słownictwo i styl. Z uporem samodzielnie uczył 
się  francuskiego,  włoskiego,  hiszpańskiego  i  łaciny.  Aby  ulżyć  swym 
młodocianym namiętnościom, wszedł w związek z córką swej gospodyni i miał 
z nią dwoje dzieci. 
 
   Kluczowym  terminem  jego  słownictwa  była  „użyteczność".  Swoją 
Autobiography  rozpoczął  jako  pracę,  która  może  być  użyteczna  dla  syna; 
książki  nigdy  nie  ukończył.  Wynalazł  piorunochron,  założył  szpital,  brukował 
ulice,  zorganizował  miejscową  policję.  Sądził,  iż  użytecznie  jest  wierzyć  w 
Boga,  ponieważ  Bóg  wynagradza  cnoty  i  karze  grzechy.  W  „Poor  Richard's 
Almanack"  (1732-1757)  plagiatowa!  zasłyszane  aforyzmy  i  przystosowywał  je 
jako  pouczenia  dla  ubogich.  Zwrot  „Jak  powiada  biedny  Richard"  -  stał  się 
określeniem  uzasadniającym  wszelkie  cnoty.  Istnieje,  twierdził  Franklin, 
trzynaście  cnót:  umiarkowanie,  wstrzemięźliwość,  małomówność,  porządek, 
zdecydowanie,  skromność,  pomysłowość,  szczerość,  sprawiedliwość,  pokora, 
czystość,  spokój,  dziewictwo.  Trudno  o  lepszy  inwentarz  przekonań 
Amerykanów. Franklin pisał, iż każdej z tych cnót poświęcił tydzień rozmyślań, 
notując  codziennie  sukcesy  w  ich  praktykowaniu.  W  ten  sposób  „przeszedł 
pełny kurs w trzynaście tygodni i cztery kursy w ciągu roku" [W swej głównej 
pracy  Die  protestantische  Ethik  und  der  Geist  des  Kapitalismus  Max  Weber 

background image

traktuje  Franklina  jako  wyraziciela  zarówno  tej  etyki,  jak  i  tego  ducha.  Cytuje 
jego „pouczenia", jak nazywa aforyzmy Franklina („ [...] Czas to pieniądz. [...] 
Pamiętaj,  kredyt  to  pieniądz.  Jeśli  człowiek  pozostawia  pieniądze  w  moich 
rękach,  to  daje  mi  procent".),  jako  charakterystyczne  cechy  etosu  „nowego 
człowieka". Co ciekawe, Weber omawiając protestancką etykę cytuje Franklina 
częściej  niż  Lutra,  Kalwina,  Baxtera,  Baileya  lub  jakiegokolwiek  innego 
purytanina.]. 
 
   Wszystko  to  było  po  części  przebiegłe,  a  może  nawet  zwodnicze.  Chociaż 
Franklin był oszczędny i pomysłowy, jego sukcesy - podobnie jak wielu innych 
jankesów  -  wynikały  z  tego,  iż  potrafił  zapewnić  sobie  przyjaźń  ludzi 
wpływowych,  umiał  się  zareklamować,  był  człowiekiem  czarującym  i 
dowcipnym,  pisał  w  sposób  ujmujący.  (Nawet  jego  „swędzenia"  powracały: 
dorobił się jeszcze dwójki dzieci z nieprawego łoża.). 
 
Zgromadziwszy skromny majątek, wycofał się z interesów, by zająć się filozofią 
naturalną  i  elektrycznością,  a  nim  zabrał  się  do  działalności  publicznej,  przez 
sześć lat wykorzystywał czas wolny na bezinteresowne badania. 
 
   Tak  to  uzyskujemy  dwa  wizerunki  istoty  amerykańskiej  osobowości: 
pobożności  i  cierpienia  Jonathana  Edwardsa,  obsesyjnie  zakłopotanego  ludzką 
deprawacją,  oraz  praktycznosci  i  użyteczności  Benjamina  Franklina, 
zorientowanego  na  świat  możliwości  i  zysku.  I  znów  najlepszy  opis  tego 
dualizmu  odnajdujemy  w  pismach  Vąn  Wycka  Brooksa  sprzed  sześćdziesięciu 
lat: 
 
    Od  samego  początku  odnajdujemy  w  amerykańskiej  umysłowości  dwa 
biegnące  obok  siebie,  lecz  rzadko  zbiegające  się  główne  nurty  -  obydwa 
jednakowo antyspołeczne. Z jednej strony  - prąd transcendentalny, wywodzący 
się  z  purytańskiej  pobożności,  znajdujący  wyraz  w  filozofii  Jonathana 
Edwardsa,  kontynuowany  przez  Emersona,  owocujący  w  wyszukanej 
obojętności czołowych amerykańskich pisarzy  i w ostatecznym braku realizmu 
współczesnej  kultury  amerykańskiej.  Z  drugiej  zaś  strony  -  prąd  groszoróbski, 
oportunistyczny,  mający  swe  źródła  w  praktycznych  okolicznościach  życia 
purytanów, podniesiony do rangi filozofii przez Franklina, kontynuowany przez 
amerykańskich  humorystów  i owocujący  w atmosferze naszego współczesnego 
przedsiębiorczego życia. 
 
   Na  czymkolwiek  polegałaby  irracjonalna  tajemnica  podstaw  purytańskiej 
teologii,  społecznością  rządziła  racjonalna  moralność,  w  ramach  której  prawo 
moralne  było  zimną  i  słuszną  koniecznością.  Sednem."purytanizmu,  kiedy 
odrzuci  się  teologiczną  otoczkę,  było  potężne  dążenie  do  uregulowania 
codziennych  zachowań  -  nie  dlatego,  że  purytanie  byli  surowi  czy  pożądliwi, 

background image

lecz z tej racji, iż założyli swoją społeczność opierając się na umowie, zgodnie z 
którą wszyscy jej członkowie żyli we wzajemnym porozumieniu. Ze względu na 
zewnętrzne  niebezpieczeństwa  i psychologiczne  napięcia związane z życiem w 
zamkniętym  świecie,  jednostka  troszczyć  się  musiała  nie  tylko  o  swe  własne 
zachowanie,  ale  również  o  całą  społeczność.  Prywatne  grzechy  zagrażały  nie 
tylko samemu sprawcy, ale całej społeczności: przestrzegając wymogów umowy 
można było ściągnąć gniew boży na wszystkich. 
 
   Do  przykładnego  życia  zobowiązywały  wszystkich  warunki  umowy.  Jej 
szczegółowość, a także bezpośredniość życia wiejskiego sprawiały, iż każdy był 
świadom grzechów pokusy oraz pokus ciała [Być może najdobitniejszą literacką 
ilustracją  tych  pokus  jest  nowela  Hawthorne'a  Young  Goodman  Brown, 
oniryczna  wizja  tłumu  czarnej  mszy  w  lesie  Salem.  Młody  Goodman  Brown 
opuszcza  swą  żonę,  aby  iść  do  lasu  z  diabłem  (który  niesie  laskę  w  kształcie 
węża  =  fallus)  i  zostać  wprowadzonym  w  tajemnice  grzechu.  Ku  swemu 
zdziwieniu i przerażeniu rozpoznaje wszystkich „zacnych" mieszkańców wioski, 
radośnie  udających  się  na  ceremonię  wtajemniczenia,  a  wśród  nich  swą  młodą 
żonę,  Faith.  Ceremonia  i  muzyka  mają  charakter  liturgiczny,  ale  treścią  jej  są 
kwiaty zła. Do końca nie bardzo wiadomo, czy zdarzyło się to rzeczywiście, czy 
też  było  tylko  snem,  w  którym  Brown  walczył  z  własnymi  grzesznymi 
popędami. Jednakże życie jego odtąd było pasmem udręki. („W niedzielę, kiedy 
wierni  śpiewali  święte  psalmy,  nie  mógł  ich  słuchać,  w  jego  uszach  brzmiał 
bowiem głośno hymn grzechu [..]".) Wiódł zgorzkniały i ograniczony żywot, po 
którym  nadeszła  mroczna  godzina  śmierci].  W  rezultacie  purytanie  mieli 
skłonność  do  samooskarżania  się,  a  będąc  grzesznikami  -  kwitło  bowiem  i 
swobodne  życie  seksualne,  i  .bukoliczny  realizm  w  sprawach  seksu  -  skłonni 
byli  do  kajania  się.  Rytuał  spowiedzi  leżał  u  sedna  purytanizmu  w  Nowej 
Anglii,  a  później  również  na  Środkowym  Zachodzie  w  gminach  odnowicieli 
[revivalists], które rozpowszechniały moralne samobiczowanię się - jeśli już nie 
teologię purytańską - w całym kraju. 
 
   W  osiedlach  zakładanych  najpierw  w  dziczy,  a  później  na  preriach  pojawiał 
się  problem  utrzymania  wśród  mieszkańców  jakiegoś  porządku  społecznego, 
zwłaszcza  że  było  wśród  nich  wielu  społecznie  nieprzystosowanych  i 
awanturników.  Miasteczko  składające  się  z  kilkuset  rodzin  nie  było  w  stanie 
więzić  wszystkich,  którzy  łamali  kodeks,  lub  wypędzać  ich.  System  kontroli 
społecznej poprzez plotki lub zawstydzenie, publiczną spowiedź i kajanie sięstał 
się  w  wielu  społecznościach  sposobem  zapobiegania  większym  nieporządkom. 
Wzorzec  poważania  -  pogardy  dla  lekkomyślności,  przyjemnostek,  picia  - 
zakorzenił się tak głęboko, że przeżył znacznie sytuację, która go zrodziła. O ile 
początkowo pracowitość i bogactwo były znakiem, iż należy się do wybranych, 
.o tyle w następnym stuleciu stały się już warunkiem społecznego poważania. 
 

background image

 
 
Purytanizm jako ideologia 
 
   System  wartości  bywa  często  niespójny  i  chwiejny.  Gdy  zostaje 
skodyfikowany  i  sformułowany  w  postaci  zbioru  dogmatów  religijnych,  jako 
umowa  czy  też  ideologia,  staje  się  sposobem  mobilizowania  społeczności, 
wzmacniania  dyscypliny,  egzekwowania  kontroli.  Niełatwo  odpowiedzieć  na 
pytanie z zakresu socjologii panowania, jak to się 
 
dzieje,  że  ideologia  przeżywa,  a  nawet  umacnia  się  jeszcze  długo  po 
przeminięciu  sytuacji  społecznej,  w  której  powstała.  Przykładem  może  być 
utrzymanie  się  teologii  mormonów,  która  wyrosła  z  antynomicznej  doktryny 
stopniowego  objawienia,  a  dziś  jest  źródłem  konserwatyzmu.  Innym 
przypadkiem  jest  ideologia  egalitarnego  komunizmu  w  Związku  Radzieckim  - 
półwieku  po  rewolucji  -  usprawiedliwiająca  powstanie  nowej  klasy.  W  tego 
rodzaju  przypadkach  ideologia  niesie  ze  sobą  autorytet  przeszłości. 
Wszczepiona  zostaje  dziecku  i  staje  się  jedyną  mapą  pojęciową  świata  oraz 
moralnych  norm  postępowania.  Często  dzieje  się  tak,  że  chociaż  pierwotna 
retoryka  i  symbole  utrzymują  się,  treść  z  biegiem  czasu  ulega  subtelnym 
zmianom, by  uzasadniać  panujący porządek społeczny  i kontrolę zapewniającą 
władzę klasie panującej. 
 
   Na  tym  polega  funkcjonalny  aspekt  ideologii.  Ma  ona  jednak  również  aspekt 
poznawczy czy też intelektualny. Istotą ideologii jest nie tylko odzwierciedlanie 
lub  usprawiedliwianie  rzeczywistości;  raz  uruchomiona  żyje  własnym  życiem. 
Potężne  ideologie  rzeczywiście  dostarczają  wyobraźni  nowych  wizji  życia;  z 
chwilą  gdy  zostają  sformułowane,  stają  się  częścią  moralnego  repertuaru,  z 
którego  czerpią  intelektualiści,  teologowie  i  moraliści,  repertuaru 
wyznaczającego zakres  możliwości stojących przed  ludzkością. W odróżnieniu 
od  przestarzałej  gospodarki  lub  techniki  -  nie  znikają.  Te  „momenty 
świadomości",  by  użyć  terminu  Heglowskiego,  są  odnawialne.  Mogą  zostać 
przywołane i prze-formułowane w różnych okresach dziejów cywilizacji. W ten 
sposób ideologia przeorana, przenicowana, rozczłonkowana i przeformułowa-na 
przez armię pisarzy, moralistów i intelektualistów staje się samodzielną siłą. 
 
   Taki właśnie był  los purytanizmu.(§iła przekonań pozostała  na długo po tym, 
jak  surowe  otoczenie,  które  sprzyjało  pierwotnej  ideologii,  zostało 
obłaskawione. Van Wyck Brooks trafnie pisał: „Kiedy wino purytanów zostało 
rozlane, pozostał po nim aromat transcenden-talizmu, a samo wino przeistoczyło 
się w komercjalizm". 
 

background image

 Purytanizm jako system ideowy ulegał w ciągu dwustu lat przeobrażeniom: od 
rygorystycznego  kalwinizmu  z  jego  koncepcją  prede-stynacji,  poprzez 
estetyczną  iluminację  Edwardsa,  transcendentalizm  Emersona,  by  wreszcie,  po 
wojnie  domowej,  stać  się  „świecką  tradycją".  Jako  zbiór  praktyk  społecznych 
cudownie  przemienił  się  w  socjal-darwinowskie  uzasadnienie  skrajnego 
indywidualizmu  i  groszoróbstwa  oraz  w  kodeks  życia  małomiasteczkowego. 
(Jak  trafnie  zauważył  Edmund  Morgan,  Benjamin  Franklin  sam  zarobił 
pieniądze, natomiast John D. Rockefeller sądził, że dał mu je Pan Bóg.) 
 
 
 
Nowe wyzwolenie 
 
   Główny  intelektualny  atak  na  purytanizm  nastąpił  w  pierwszych  piętnastu 
latach  naszego  stulecia.  Wszczęła  go  grupa  „młodych  intelektualistów" 
osadzona w Harvardzie. Należeli do niej Walter Lippmann, Van Wyck Brooks, 
John  Reed  i  Harold  Stearns.  Tytuł  książki  Vąn  Wycka  Brooksa  z  1915  r. 
America's  Coming-of-Age  oznaczał,  że  kultura  zwrócić  się  ma  ku 
rzeczywistości  i  zanurzyć  w  „aktualności".  Literatura  amerykańska,  jak 
dowodził Brooks, była dotąd daleko od życia i szukała dróg zbawienia, unikając 
kontaktu  z  rzeczywistością.  Purytanizm  stał  się,  jak  powiadał,  „starym, 
zeschłym, jankesowskim pniem". 
 
  (Atak na purytanizm miał wiele aspektów., Po pierwsze, dochodziło w nim do 
głosu  dążenie  -  dawał  temu  wyraz  przede  wszystkim  Brooks  -  by  kultura  nie 
odwracała  się  od  Ameryki  imigrantów,  Murzynów  i  od  życia  miast.  Jeśli  kraj 
osiągnąć ma wiek dojrzały, to jego kultura musi być bardziej kosmopolityczna i 
powinna  odzwierciedlać  żywotność  społeczeństwa.  Po  drugie,  chodziło  o 
swobodę  seksualną.  „Purytanin  -jak  pisał  Harold  Stearns  -jest  człowiekiem 
seksualnie spaczonym, nie potrafi cieszyć się samym sobą, a jedyną satysfakcję 
czerpie z wtrącania się w przyjemności innych". Dzieci górnej warstwy średniej 
zbierały  się  w  Greenwich  Village,  by  stworzyć  nową  bohemę.  „Czytały 
Nietzschego,  Marksa,  Freuda  i  Krafft-Ebinga.  -  pisał  retrospektywnie  Brooks. 
Wiele  z  nich  chciało  zakosztować  nowych  idei  na  temat  seksu,  które  dotąd 
utrzymywano w zakamarkach myśli młodych". 
 
   Bogactwo życia oddawać miały nowe słowa-klucze. Jednym z nich było słowo 
„nowe"  [new].  Była  nowa  demokracja  i  nowy  nacjonalizm,  nowa  wolność  i 
nowa  poezja,  a  nawet  „New  Republic",  która  zaczęła1  ukazywać  się  w-1914  r. 
Drugim  takim  słowem  był  „seks".  Już  samo  używanie  otwarcie  tego  słowa 
wywoływało dreszczyk  u czytelników prasy. Margaręt Sanger w 1913 r.  ukuła 
termin  „kontrola  urodzeń".  Ellen  Key,  szwedzka  feministka,  dowodziła,  iż 
małżeństwo  nie  powinno  być  sprawą  przymusu  czy  to  prawnego,  czy 

background image

ekonomicznego.  Emma  Goldman,  anarchistka,  wykładała  o  homoseksualizmie, 
„trzeciej  płci".  Floyd  Dell  wychwalał  wolną  miłość,  a  wielu  z  „młodych 
intelektualistów"  żyło  ostentacyjnie  w  niezalegalizowanej  monogamii.  Trzecie 
słowo-klucz to „wyzwolenie". Wyzwolenie - ruch świadomie przyswoił sobie tę 
nazwę  -  było  /wiejącym  z  Europy  wiatrem  modernizmu,  docierającym  do 
amerykańskich  wybrzeży^  W  sztuce  byli  to  fowiści  i  kubiści,  wystawiający 
głównie  w  Armory  Show  w  1913  r.  W  teatrze  był  to  symbolizm,  sugestia  i 
atmosfera,  akceptacja  wpływów  arealizmu  Maeterlincka,  Dunsany'ego  i 
Synge'a. W literaturze - Shaw, Conrad i Lawrence. Ale największy wpływ miał 
modernizm  na  „filozofię",  gdzie  w  zwulgaryzowanej  formie  rozpowszechniał 
się szybko irracjonalizm i witalizm - popłuczyny po Bergsonie i Freudzie. 
 
   „Ukochaną doktryną buntu", jak  pisał  Henry May, było przekonanie,  iż tylko 
pełna,  instynktowna  autoekspresja  dać  może  szczęście.  Prostacki  freudyzm 
głosił,  że  purytańskie  zło  w  świecie  bierze  się  z  samokontroli,  a  droga  do 
wolności  polega  na  wyzwoleniu  represjonowanych  popędów  seksualnych. 
Przedstawiana w poetyckiej prozie doktryna witalizmu Bergsona (w ciągu dwu 
lat w Stanach Zjednoczonych sprzedano więcej egzemplarzy Ewolucji twórczej 
niż we Francji w ciągu piętnastu) stała się podstawą koncepcji biologicznej siły 
życiowej  -  działającej  celowo  i  ożywiającej  świat.  Poprzez  Sorela,  którego 
okrzyknięto  uczniem  Bergsona,  modny wśród  lewicowych  intelektualistów stał 
się sprzęgnięty z witalizmem syndykalizm. Francis Grierson, autor mistycznych 
i  aforystycznych  esejów  („mieszczanina  Carlyle'a  i  Elberta  Hubbarda"), 
uchodził w tych kręgach za proroka. „Młodzi intelektualiści" swym atakiem na 
purytanizm i wyzywającym stylem życia głosili etykę hedonizmu, przyjemności 
i  zabawy,  krótko  mówiąc  -  etykę  konsumpcji.  Może  to  ironia  losu,  a  może 
normalne  przeznaczenie  tego  rodzaju  „rebelii",  ale  niecałe  dziesięć  lat  później 
etykę konsumpcji realizować, zaczął kapitalizm,' który nazywał siebie „nowym 
kapitalizmem". (A może było to zamierające echo „buntu"?) 
 
   Aczkolwiek intelektualne uzasadnienie purytanizmu ulotniło się, to w małych 
miastach, ze względu na obawę przed zmianami, jego społeczne praktyki uległy 
wzmocnieniu. Zmiana oznaczała bowiem ugruntowanie się nowego, burzliwego, 
kosmopolitycznego, grzesznego stylu życia na wzór wielkich miast. Stawką była 
definicja przyzwoitości, co znalazło wyraz w koncepcji umiarkowania. 
 
   Styl życia znajduje swe uzasadnienie w  zbiorze wartości  regulowanych przez 
instytucje  (kościół,  szkoła,  rodzina)  i  ucieleśnionych  w  strukturze  osobowości. 
Tam, gdzie styl ten uzewnętrznia się w zachowaniu homogenicznej grupy osób, 
istnieje  -  jak  powiadają  socjologowie  -  „grupa  statusowa".  Styl  życia 
symbolizowany  przez  ruch  umiarkowania,  choć  ukształtował  się  później  niż 
purytanizm,  miał  swe  źródła  w  protestanckich  koncepcjach  pomysłowości, 
oszczędności,  dyscypliny  i  trzeźwości.  Jego  instytucjonalnym  zapleczem  były 

background image

kościoły fundamen-talistyczne, a głównym hasłem - powściągliwość. 
 
   Norma  abstynencji  stała  się  elementem  moralności  publicznej  społeczeństwa 
amerykańskiego.  Był  to  sposób  na  przystosowanie  imigrantów,  biedoty  i 
dewiantów  do  obyczajowego  statusu  warstw  średnich,  a  może  nawet  do  ich 
statusu  ekonomicznego.  Ale  pod  koniec  XIX  w.  przystosowanie  to  przestało 
mieć charakter dobrowolny. Stało się narzędziem przymusu stosowanego przez 
grupę,  której  styl  życia  przestał  już  być  wzorcowy.  Jeśli  bowiem  nowe  grupy 
miejskie  nie  uznałyby  umiarkowania  jako  właściwego  stylu  życia,  to  miał  on 
zostać narzucony mocą prawa i stać się przedmiotem ceremonialnego szacunku 
dla tradycyjnych wartości warstw średnich. 
 
   Wraz z powstaniem w 1896 r. Anti-Saloon Ligue. [ligi przeciwników barów], 
ruch 

umiarkowania 

stawał  się  zbiorowym  symbolem  miejskiego, 

przemysłowego  systemu  społecznego,  przeciwko  któremu  prowadził  walkę  w 
imię  obrony  tradycyjnej,  prowincjonalnej  wspólnoty  protestahckięj^yAtak  na 
bary  [saloons]  pozwolił  ruchowi  na  rzecz  prohibicji  zjednoczyć  pod  jednym 
sztandarem  wiele  rozmaitych  tendencji.  Dla  małomiasteczkowego  protestanta 
bar  był  ucieleśnieniem  obyczajowości  imigrantów.  Dla  progresisty  -  źródłem 
korupcji,  będącej  przekleństwem  życia  politycznego.  Dla  populisty  wreszcie  - 
obiektem,  na  który  przenosił  on  swą  antypatię  do  chorobliwych  skutków  życia 
miejskiego. 
 
   W  znany  skądinąd  sposób  moralność  obróciła  się  w  moralizowanie,  a 
rzeczywista  prawość  w  bezkrytyczną  pewność  własnej  prawości.  Zaufanie  do 
dziewiętnastowiecznego  stylu  życia  i  zgoda  nań  podszyte  były  obawą  o 
przyszłość.  „Prohibicja  -  pisał  Richard  Hofstadter  -  mogła  być  wyjściem  z 
kłopotów dla każdego stłumionego libido. Kiedyś za symbol pornografii służył 
purytanom  antykatolicyzm;  spaczone  umysły  babrały  się  w  opowieściach  o 
zboczonych  księżach 

i  zakonnicach.CW  okresie  prohibicji  zarówno 

pożądliwość,  jak  i  strach  wykorzystywali  ci,  którzy  gardłowali  o  związku 
alkoholu  z  ekscesami  seksualnymi  lub  o  strachu  przed  nieczystością  i 
degeneracją rasową, a nawet o rasowym samoutwierdzaniu się Murzynów". Jeśli 
nie można nawrócić grzesznika, to można potępić grzech, aTprzy okazji i jego. 
Prohibicja była czymś więcej niż tylko kwestią stosunku do alkoholu. Stanowiła 
punkt zwrotny w sposobie życia., 
 
  I  Jednocześnie  jednak  działo  się  coś  zgoła  innego;5  dokonywała  się 
mianowicie transformacja amerykańskiej struktury społecznej i dobiegała kresu 
dominacja  małomiasteczkowego  stylu  życia)  Następowały  istotne  przemiany 
demograficzne  związane  z  rozrostem  miast  i  przesunięciem  się  ośrodków 
politycznych  wpływów-  Powstawało  społeczeństwo  konsumpcyjne  z  jego 
pędem  do  wydawania  i  posiadania,  co  podważało  tradycyjny  system  wartości, 

background image

preferujący  oszczędność,  samokontrolę,  wstrzemięźliwość,  nie  uleganie 
popędom.  Jednocześnie  przebiegała  rewolucja  techniczna.  Samochód,  film  i 
radio  przełamały  wiejską  izolację  i  po  raz  pierwszy  złączyły  kraj  w  jedno 
społeczeństwo  o  wspólnej  kulturze.  Te  właśnie  przekształcenia  społeczne 
przyczyniły się do likwidacji purytanizmu jako zbioru praktyk, na których mógł 
się wspierać tradycyjny system wartości. 
 
   Jeśli  prześledzimy  proces  społeczny,  to  przekonamy  się,  iż  dwieście  lat 
wcześniej,  w  początkach  XVIII  w.,  struktura  społeczna  stopiła  się  z  kulturą, 
która  ją  wspierała.  Stopniowo  kultura  ta  wyczerpywała  się  i  w  początkach 
naszego stulecia małomiasteczkowy protestantyzm nie dysponował już żadnymi 
skutecznymi  symbolami  kulturowymi,  które  mogłyby  z  powodzeniem  dos-
tarczać  znaczeń  lub  środków  obrony  przeciwko  atakom.  Powstający  nowy 
system  kultury  -  oparty  na  miejskiej  warstwie  średniej  i  grupach  radykalnych  - 
potrafił  przeprowadzić  tak  skuteczną  krytykę  starej  kultury,  że  nie  było  już 
chętnych  do  jej  obrony.  Aby  zachować  legitymizację,  grupa  statusowa 
ucieleśniająca  tradycyjne  wartości  odwołała  się  do  środków  politycznych, 
mających  zapewnić  jej  dominację.  Ale  skutecznie  mogłaby  to  uczynić  tylko 
wówczas,  gdyby  jej  baza  społeczna  była  adekwatna  do  struktury  społecznej. 
Tymczasem,  w  wyniku  przeobrażeń  przemysłowych  z  początku  stulecia,  baza 
ruchu  umiarkowania  -  społeczność  małomiasteczkowa  opierająca  się  na 
wartościach  agrarnych  -  traciła  grunt  pod  nogami.  Wiążąc  swój  los  z 
przekształceniem starych wartości warstw średnich w obowiązujące prawo, ruch 
przekonał  się,  że  normy  stanowiące  wzorce  zachowań  zostały  społecznie 
odrzucone  i  że  tym  samym  utracił  on  w  znacznym  stopniu  swą  legitymizację. 
Tak więc zmiana dokonała się najpierw w kulturze, ale nośność uzyskać mogła 
dopiero wówczas, gdy znalazła potwierdzenie w strukturze społecznej. 
 
 
 
Życie przejrzyste 
 
   Przekształcenia  kultury  społeczeństwa  nowoczesnego  są  między  innymi 
skutkiem  powstania  konsumpcji  masowej,  czyli  dostępności  dóbr,  które 
uprzednio dla średnich i niższych klas społecznych były luksusem. W toku tego 
procesu to, co wcześniej uchodziło za luksus, coraz powszechniej uznawane jest 
za  dobro  niezbędne  i  ostatecznie  wydaje  się  niewyobrażalne,  by  tak  zwykłe 
produkty  mogły  kiedyś  uchodzić  za  niedostępne  zwykłemu  człowiekowi.  Na 
przykład  ze  względu  na  trudności  techniczne  -  konieczność  zapewnienia 
jednolitości  i  przezroczystości  -  duże  szyby  okienne  były  kiedyś  kosztowne,  a 
posiadanie ich stanowiło rzadki luksus. Od 1902 r., kiedy to Francuz Fourcault 
rozpoczął  ich przemysłową produkcję  metodą ekstruzji, stały się jednak czymś 
powszechnym,  zarówno  w  miejskich  wystawach  sklepowych,  jak  i  wiejskich 

background image

domach  prywatnych,  zmieniając  tym  samym  możliwości  ekspozycji  oraz 
perspektywę [Przykład zaczerpnąłem od Jeana Fourastiego]. 
 
   Konsumpcję  masową,-która  zaczęła  się  w  latach  dwudziestych,  umożliwiła 
rewolucja  techniczna,  głównie  zastosowanie  energii  elektrycznej  w 
gospodarstwie domowym (pralki, lodówki, odkurzacze itp.) oraz trzy wynalazki 
społeczne:  taśma  produkcyjna  pozwoliła  na  tanią  produkcję  samochodów; 
rozwój  marketingu  zracjonalizował  określanie  różnych  grup  nabywców  i 
zapotrzebowań  konsumpcyjnych;  sprzedaż  ratalna  bardziej  niż  cokolwiek 
innego  przełamała  stary  strach  protestantów  przed  długiem.  Jednoczesna 
rewolucja w transporcie i komunikacji stworzyła podwaliny pod społeczeństwo 
ogólnonarodowe  i  wspólną  kulturę.  W  sumie  konsumpcja  masowa  oznaczała 
zgodę na to, by w decydującym obszarze stylu życia - zarówno społecznego, jak 
i  osobistego  -  przyjęła  się  idea  zmiany.  Miała  ona  zarazem  zapewnić 
legitymizację  tym,  którzy  w  kulturze,  tak  jak  i  w  produkcji  torowali  drogę 
innowacjom. 
 
   Symbolem 

konsumpcji 

masowej 

oraz 

czołowym 

przykładem 

zrewolucjonizowania  obyczajów  społecznych  przez  technikę  jest  oczywiście 
samochód.  Frederick  Lewis  Allen  zwrócił  uwagę,  jak  trudno  dziś  wyobrazić 
sobie  izolację  odległych  od  siebie  społeczności,  zdanych  wyłącznie  na  kolej  i 
transport konny. Miasto położone z  dala od linii kolejowej leżało  naprawdę  na 
krańcu świata. Dla farmera  mieszkającego pięć mil od stolicy okręgu wyprawa 
tam  z  rodziną  w  sobotnie  popołudnie  była  prawdziwym  wydarzeniem.  Podróż 
do  przyjaciela  zamieszkałego  w  odległości  dziesięciu  mil  była  całodzienną 
eskapadą,  ponieważ  konie  trzeba  było  karmić  w  drodze  i  dać  im  odpoczynek. 
Każde małe miasteczko, każda ferma skazana była niemal wyłącznie na własne 
formy  rozrywki  i  życia  towarzyskiego.  Horyzonty  były  siłą  rzeczy  wąskie, 
ludzie żyli w dobrze znanym otoczeniu i wśród dobrze znanych rzeczy. 
 
   Samochód 

zlikwidował  wiele  ograniczeń  zamkniętej  społeczności 

małomiasteczkowej.  Represyjność  dziewiętnastowiecznej  moralności,  jak 
zauważył  Andrew  Sinclair,  opierała  się  w  znacznym  stopniu  na  niemożności 
wymknięcia  się  i  uniknięcia  konsekwencji  niewłaściwego  zachowania..  W 
połowie  lat  dwudziestych  w  Middletown  (jak  zaobserwowali  Lyndowie), 
chłopcy  i  dziewczęta  jechali  jakby  nigdy  nic  dwadzieścia  mil,  by  potańczyć  w 
przydrożnym  lokalu  z.  dala  od  bacznych  oczu  sąsiadów..  Kryty  samochód  stał 
się'cabinet particulier klas średnich, miejscem, w którym żądni przygód  młodzi 
ludzie  dawali  upust  swym  seksualnym  skłonnościom  i  łamali  stare  tabu 
[Lyndowie  cytowali  pewnego  obserwatora  ze  środkowego  Zachodu:  „Po  kiego 
diabła  macie  studiować,  co  zmienia  ten  kraj!  [...]  Powiem  to  wam  jednym 
czteroliterowym, słowem: AUTO". W 1890 r. najśmielszym marzeniem chłopca 
z  Middletown  był  kucyk.  W  1923  r.  „«kultura  jeździecka»  w  Middletown 

background image

niemal zanikła". Pierwszy samochód pojawił się tam w 1900 r. W 1906 r. było 
ich „prawdopodobnie dwieście w miasteczku i w hrabstwie". Pod koniec 1923 r. 
było  ich  ponad  6200,  czyli  jeden  na  każde  sześć  osób,  czy  też  z  grubsza  dwa 
samochody  na  trzy  rodziny.  „Usankcjonowane  wartości  grupowe  -  pisali 
Lyndowie  -  zostały  podważone  wskutek  inwazji  samochodów  na  budżety 
rodzinne'.  Nie  było  odosobnionym  zdarzeniem  zastawienie  domu,  by  kupić 
auto".]. 
 
   Drugim  istotnym  czynnikiem  przemian  życia  małomiasteczkowegobyło  kino. 
Film  spełnia  wiele  funkcji  -  jest  oknem  na  świat,  dostarcza  prefabrykowanych 
marzeń,  pozwala  na  eskapizm,  daje  wrażenie  wszechpotęgi  i  ma  ogromną  siłę 
oddziaływania  emocjonalnego.  Jest on  oknem  na  świat,  przede  wszystkim  gdy 
chodzi o przemiany kultury. 
 
„Seks to jedna z tych rzeczy, których mieszkańcy Middletown nauczeni byli bać 
się" - zauważali Lyndowie, gdy po dziesięciu latach powrócili do miasteczka, „a 
instytucje [...] działają tak, by usunąć go z oczu i myśli ludzi, jeżeli to możliwe". 
Z wyjątkiem kina, do którego tłoczyli się młodzi. 
 
   Młodzi nie tylko lubili kino, ale pobierali w nim nauki. Uczyli się naśladować 
gwiazdy,  powtarzali  filmowe  gagi  i  gesty,  uczyli  się  subtelności  stosunków 
między  płciami,  zdobywali  zewnętrzny  polor  kultury  .(.Wzorem  ich  działania, 
rozstrzygania zdecydowanym czynem własnych dręczących rozterek i kłopotów, 
był „nie tyle sposób bycia ich zapobiegliwych rodziców, ile [...] inne otaczające 
ich alternatywne światy". Filmy propagowały kult młodości (krótko  ostrzyżone 
dziewczyny  w  krótkich  spódniczkach),  radziły  dojrzałym  mężczyznom  i 
kobietom  „kuć  żelazo,  póki  gorące".  Ideę  „wolności"  egzemplifikowało 
sankcjonowanie  nielegalnej  sprzedaży  alkoholu  i  gotowość  do  swobodnego 
zachowania na ekstrawaganckich przyjęciach. „Drwienie bohaterów i bohaterek 
filmowych  z  etyki,  ze  starej  «wewnętrznej  dobroci»  -  pisze  Lewis  Jacobs  - 
towarzyszyło  nowe  uwielbienie  dóbr  materialnych".  Samochód,  kino  i  radio  to 
osiągnięcia  techniki;  natomiast  reklama,  planowanie  starzenia  się  i  kredyt  -  to 
innowacje socjologiczne. David M. Potter powiadał, iż równie beznadziejna jest 
próba  zrozumienia  popularnego  nowoczesnego  pisarza,.jeśli  nie  rozumie  się 
reklamy,  jak  usiłowanie  zrozumienia  średniowiecznego  trubadura,  gdy  nie  ma 
się pojęcia o kulcie rycerstwa. 
 
  /Niezwykłość  reklamy  to  jej  wszechobecnośc>Cóż  wyróżnia  wielkie  miasta, 
jeśli  nie  ich  neony?  Przelatując  nad  nimi  samolotem  widzimy  na  tle  nocnego 
nieba  czerwone,  pomarańczowe,  niebieskie  i  białe  światła,  mieniące  się  jak 
diamenty.  W  centrach  wielkich  miast  -  na  Time  Sąuare,  Piccadilly,  Champs-
Elysees czy Ginza  - ludzie gromadzą się na ulicach pod błyskającymi neonami, 
by  uczestniczyć  w  drganiach  przepychającego  się  tłumu.  Cieśli  myślimy  o 

background image

społecznym  wpływie  reklamy,  to  jej  pierwszą,  często  nie  zauważaną 
konsekwencją  jest  zmiana  fizycznego  oblicza  centrów  naszych  mfast. 
Przekształcając fizyczną topografię, zastępując stare katedry i ratusze czy wieże 
pałacowe, reklama umieściła „płonącą głownię" na szczycie naszej cywilizacji. 
Stała  się  znakiem  dóbr  materialnych,  symbolem  nowego  stylu  życia,  heroldem 
nowych  wartości.  Podobnie  jak  moda,  reklama  niesie  oczarowanie.  Samochód 
staje  się  znakiem  pomyślnie  przeżytego  „zasobnego  życia".  Gospodarka 
konsumpcyjna  urzeczywistnia się w  pozorach.  To, co pokazuje się  i wystawia, 
jest  świadectwem  osiągnięć.  Awans  nie  oznacza  już,  jak  to  było  w  XIX  w., 
wspinania  się  po  drabinie  społecznej,  lecz  uczestnictwo  w  określonym  stylu 
życia;  klub,  podróże,  hobby  -  świadczą  o  przynależności  do  społeczności 
konsumpcyjnej. 
 
   W skomplikowanym, składającym się z wielu grup, mobilnym społeczeństwie 
reklama  spełnia  również  kilka  funkcji  „pośredniczących".  Stany  Zjednoczone 
były zapewne  pierwszym  wielkim  krajem  w  historii,  w  którym  zmiana  została 
wbudowana  w  życie  społeczne,  a  sporo  problemów  związanych  ze  statusem 
wynikło po prostu z niezwykłego tempa dokonujących się przemian. W istocie 
rzeczy  niewiele  jest  społeczeństw  zdolnych  do  absorpcji  szybkich  zmian. 
Główne  instytucje  społeczne  -  rodzina,  kościół,  system  edukacyjny  -  mają  za 
zadanie przekazywanie zwyczajów. Gwałtowne zmiany społeczne nieuchronnie 
powodują  zamieszanie,  gdy  chodzi  o  gusta,  właściwy  sposób  zachowania  czy 
ubierania sięiQsoba społecznie mobilna nie dysponuje gotowymi wskazówkami, 
jak  żyć  „lepiej"  niż  dotąd:  uzyskuje  je  z  filmu,  telewizji,  reklarny)  Pod  tym 
względem reklama odgrywa subtelniej szą rolę, niż tylko stymulowanie potrzeb. 
W czasopismach kobiecych oraz wyszukanych magazynach, jak „New Yorker", 
reklama  uczyć  miała  ludzi  jak  się  ubierać,  jak  urządzić  dom,  jakie  kupować 
wina,  krótko  mówiąc  -  uczyć  stylu życia  odpowiadającego  nowemu  statusowi. 
Aczkolwiek  początkowo  zmiany  dotyczyły  przede  wszystkim  obyczajów, 
ubioru,  gustu  i  sposobu  odżywiania  się,  wcześniej  czy  później  musiały  zacząć 
wywierać  wpływ  na  bardziej  pod-  i  stawowe  wzorce:  strukturę  autorytetu  w 
rodzinie,  rolę  dzieci  i  młodocianych  jako  konsumentów,  normy  moralne  i  sens 
różnych osiągnięć ,-w społeczeństwie. 
 
   Od momentu, gdy konsumpcja masowa i .wysoki poziom życia zostały uznane 
za prawomocny cel  funkcjonowania  gospodarki, wszystko to  łącznie  napędzało 
zmiany  społeczne  i  wymuszało  zgodę  na  przeobrażenia  kultury.  Sprzedawanie 
stało  się  najbardziej  atrakcyjną  działalnością  we  współczesnej  Ameryce: 
sprawiło, iż rozrzutność zastąpiła oszczędzanie, wystawność - ascetyzm. 
 
   Nie  byłoby  to  możliwe,  gdyby  nie  rewolucja,  jaką  spowodowała  .sprzedaż 
ratalna.  Praktykowano  ją  sporadycznie  w  Stanach  Zjednoczonych  już  przed  I 
wojną  światową,  wówczas  jednak  odznaczała  się  dwiema  szczególnymi 

background image

cechami.  Po  pierwsze,  w  większości  przypadków  przeznaczona  była  dla 
ubogich,  którzy  nie  mogli  pozwolić  sobie  na  poważne  wydatki.  Płacili 
tygodniowe raty sprzedawcy zbierającemu należności. Kupowanie  na raty  było 
więc  wówczas  oznaką  niepewnej  sytuacji  finansowej.  Po  drugie,  oznaczało  w 
oczach  warstw  średnich  zadłużenie,  a  zaciąganie  długów  uchodziło  za 
niemoralne  i  niebezpieczne.  Jest  to,  jak  powiedziałby  Micawber,  oznaka  życia 
ponad stan i wiedzie do nędzy. Moralność kazała być przezornym i pracowitym. 
Gdy chce się coś kupić, trzeba najpierw zaoszczędzić. Cały pomysł ze sprzedażą 
na  raty  polegał  na  zastąpieniu  określenia  „dług"  przez  „kredyt".  Miesięczne 
należności  przekazywać  zaczęto  pocztą,  na  zasadach  transakcji  typowych  dla 
przedsiębiorstw. 
 
   Oszczędzanie  -  czy  też  wstrzemięźliwość  -  stanowiło  sedno  etyki 
protestanckiej.  Zgodnie  z  koncepcją  Adama  Smitha  czy  też  Nassaua  (seniora) 
mocno utrwaliło się przekonanie, iż przyczynia się ono do przyszłej zamożności, 
a  wynagradza  je  procent.  Przełomem  stała  się  zmiana  obyczajów  bankowych. 
Przez lata moralność warstw średnich kazała ludziom obawiać się przekroczenia 
swego konta. Pod koniec lat sześćdziesiątych banki zaczęły usilnie reklamować 
swą  gotowość  zapewniania  klientom  rezerwy  gotówkowej,  sięgającej  niekiedy 
kilku tysięcy dolarów spłacanych w miesięcznych ratach. Odtąd nikt nie musiał 
się  więc  obawiać  pójścia  za  impulsem  na  jakiejś  licytacji  czy  wyprzedaży. 
IĆuszeniu konsumenta nie było już granic. 
 
   Van  Wyck  Brooks  zauważył  kiedyś,  iż  w  krajach  katolickich  zachowanie 
świeckie  może  się  dowolnie  zmieniać  dopóty,  dopóki  w  mocy  pozostaje 
moralność religijna. W Ameryce stare wartości protestanckie zostały w zasadzie 
porzucone,  a  świeckie  satysfakcje  wymknęły  się  spod  kontroli.  Stary 
amerykański system wartości kładł nacisk na sukces, a o charakterze człowieka 
świadczyć miała jakość jego dokonań. W latach pięćdziesiątych sukces nadal się 
liczył, ale świadczyć miał o nim status i gust. Kultura nie troszczyła się już o to, 
jak pracować i osiągać sukces, lecz jak wydawać i czerpać z tego radość. Mimo 
posługiwania  się  wciąż  językiem  etyki  protestanckiej,  kultura  amerykańska  w 
latach pięćdziesiątych stała się hedonistyczna, nastawiona na zabawę, rozrywkę 
i wystawność,  przy  czym  -  jak  to  zazwyczaj w  Ameryce  -  w  nastawieniu  tym 
było coś z przymusu. 
 
   Świat  hedonizmu  to  świat  mody,  fotografii,  reklamy,  telewizji,  podróży.'  Jest 
to świat pozorów, w którym żyje się oczekiwaniami, raczej tym, co ma się stać, 
niż  tym  co  jest,  a  to,  co  ma  przyjść  -  przychodzić  ma  bez  wysiłku.  Nie  jest 
bynajmniej przypadkiem, że cieszące się powodzeniem czasopismo - o ponad 6-
milionowym  nakładzie  w  1970  r.  -  nosi  tytuł  „Playboy";  sukces  polega  tu 
głównie  na  zachęcaniu  do  fantazjowania  na  temat  męskich  wyczynów 
seksualnych.  Jeśli,  jak  pisał  Max  Lerner,  seks  jest  ostatnią  granicą 

background image

amerykańskiego życia, to motyw sukcesu znajduje swoje spełnienie w seksie. W 
latach  pięćdziesiątych  i  sześćdziesiątych  kult  Orgazmu  zastąpił  kult  Mamony, 
stanowiący dotąd główną amerykańską namiętność. 
 
   Nic  nie  świadczy  tak  dobitnie  o  amerykańskim  hedonizmie  jak  Kalifornia. 
Otwierający  numer  „Time"  artykuł  zatytułowany  Califor-nia:  A  State  of 
Excitement [Kalifornia: stan podniety] zaczynał się tak oto: 
 
    Kalifornia  jest  jakby  krajem  samym  dla  siebie,  niesie  jednak  Amerykanom 
dziwną  nadzieję,  ekscytację,  ale  i  trochę  obaw.  Większość  z  nich  postrzega  ją 
przede  wszystki  jako  boskie,  wspaniałe  poszukiwanie  przyjemności. 
Mieszkańcy  tej  bajecznej  krainy  zdają  się  nieustannie  pławić  w  basenach, 
wygrzewać  na  słońcu,  opalać  na  plażach  topless  lub  zgoła  nago  wędrować  po 
rezerwatach  sekwoi,  znajdować  pieniądze  na  ulicy,  a  kiedy  przerywają  te 
uciechy,  by  zaczerpnąć  tchu  -  pozują  przed  obiektywem,  wystawiając  się  na 
podziw świata. „Widziałem przyszłość" - powiada ktoś po powrocie z Kalifornii 
- „jest zabawą". 
 
   Moralność  uciechy  zajmuje  w  rezultacie  miejsce  „moralności  dobroci",  która 
powściągała  popędy.  Brak  przeżycia  uciechy  wywołuje  refleksję:  „coś  jest  ze 
mną nie tak". Dr Wolfens,tein zauważa: „Podczas gdy kiedyś zadośćuczynienie 
zakazanym  popędom  powodowało  poczucie  winy,  dziś  ich  niezaspokojenie 
obniża szacunek dla samego siebie". 
 
   Moralność uciechy dotyczy zazwyczaj seksu. I tu kuszenie konsumenta nie ma 
już  granic.  Najdoskonalszą  tego  ilustracją  była,  jak  sądzę,  dwustronicowa 
reklama  w  „New  York  Times"  z  1973  r.  powiadająca:  „Skorzystaj  z  Boba  i 
Carol,  Teda  i  Alice  lub  Phila  i  Anny  -  leć  na  wakacje".  Reklama  wykorzystała 
zabawny  film  o  niezręcznych  próbach  wymiany  partnera  przez  dwie 
zaprzyjaźnione  pary.  Towarzystwo  lotnicze  Eastern  Airlines  proponowało: 
„Przeniesiemy cię na Karaiby, wynajmiemy ci domek. Leć dziś, zapłacisz jutro". 
Reklama nie mówiła, ile zapłacisz, lecz że możesz zapomnieć o pieniądzach (i o 
winie)  i  polecieć  na  pokładzie  Boba  i  Carol  lub  Teda  i  Alice.  Proszę  to 
porównać z trzynastoma cnotami Franklina, do których- należały umiarkowanie, 
wstrzemięźliwość,  czystość.  Pod  koniec  stulecia  kościół  na  Środkowym 
Zachodzie  miał  posiadłość,  w  której  mieścił  się  burdel.  Można  tam  było 
przynajmniej  powiedzieć:  „Sprzedajemy  ciała,  by  mieć  pieniądze  na  ratowanie 
dusz". Dziś, gdy sprzedaje się ciało, nie ratuje się już duszy. 
 
 
  Rezultatem  porzucenia  purytanizmu  i  etyki  protestanckiej  jest  oczywiście 
pozbawienie  kapitalizmu  wszelkiej  transcendentalnej  etyki  czy  moralności. 
Powoduje  to  nie  tylko  rozbieżność  norm  kultury  i  norm  struktury  społecznej, 

background image

lecz również wewnętrzne sprzeczności tej struktury. Z jednej strony, korporacje 
Oczekują  od  jednostki"ciężkiej  pracy,  robienia  kariery,  zgody  na  późniejszą 
gratyfikację, czyli - pragną, by stała się człowiekiem organizacji. Z drugiej zaś - 
wytwory i rozrywki proponowane przez korporacje skłaniają ludzi do używania, 
natych- 
 
miastowych  przyjemności,  pozwalania  sobie.  W  dzień  masz  być  przyzwoitym 
człowiekiem, w nocy. - latawcem. Na tym ma polegać samorealizacja! 
 
 
 
Pop-hedonizm 
 
   W Stanach Zjednoczonych tradycyjną moralność zastąpiła psychologia, a winę 
-  niepokój.  Epoka  hedonizmu  dysponuje  też  właściwą  sobie  psychoterapią. 
Psychoanaliza zrodziła się przed I wojną światową, by uporać się z represyjnymi 
funkcjami  purytanizmu.  Epoka  hedonizmu  ma  .natomiast  swój  udział  w 
kształtowaniu  wrażliwości,  spotkaniach  grupowych,  „terapii  radości"  i  tym 
podobnych technikach odznaczających się dwiema wyrastającymi z hedonizmu 
cechami: stosowane są one niemal wyłącznie grupowo i próbują „odblokować" 
jednostkę poprzez kontakt fizyczny, macanie, dotyk, głaskanie, manipulowanie. 
O ile celem psychoanalizy - ściśle związanym z jej kontekstem moralnym - było 
sprawienie,  aby,  poprzez  wgląd  w  samego  siebie,  pacjent  potrafił  inaczej  niż 
dotąd pokierować swoim życiem, o tyle nowe terapie mają charakter całkowicie 
instrumentalny  i  psychologistyczny.  Ich  celem  jest  wyzwolenie  jednostki  z 
zahamowań - tak, by mogła łatwiej wyrazić swe popędy i uczucia. 
 
Epoce hedonistycznej odpowiada również jej własny styl kultury 
 
   - pop. Pop-art, zdaniem krytyka Lawrence'a Allowaya (jest on autorem nazwy 
tego stylu), odzwierciedla estetykę dostatku.  Ikonografia pop-artu wywodzi się 
ze świata codziennego: tworzą ją przedmioty użytku domowego, kadry z filmów 
i telewizji, żywność (hamburgery i butelki po coca-coli), odzież. Istota pop-artu 
polega na tym, że w obrazach nie ma napięcia - jest tam tylko parodia. Mamy tu 
i  półtorametrowe  powięk  szenie  zwykłej  nalepki  pocztowej  Alexa  Haya,  i 
ogromny  notatnik  Roya  Lichtensteina,  i  wielki  hamburger  z  winylu  Claesa 
Oldenburga;  parodie  przedmiotów,  lecz  zawsze  w  dobrodusznym  nastroju 
wesołości.  Estetyka  pop,  jak  pisze  Suzi  Gablik,  zakłada  „erozję  poprzednio 
ustalonej  herarchii  (Mondrian  i  Myszka  Miki  są  teraz  jednakowo  ważni)  i  taką 
ekspansję  układu  odniesienia  sztuki,  by  obejmowała  elementy  znajdujące  się 
dotąd  poza  jej  zasięgiem  -jak  technika,  kicz  czy  humor"  [Kapitalnym-
dokumentem  tego  ruchu  jest,  jak  się  uznaje,  list  Richarda  Hamiltona  z  16 
stycznia  1957  r.,  w  którym  pisał,  iż  pop-art  stanowi  sztukę  „popularną 

background image

(przeznaczoną  dla  masowego  odbiorcy),  przemijającą  (obliczoną  na  krótkie 
trwanie), do stracenia (łatwo daje się zapomnieć), tanią, produkowaną masowo, 
młodą  (lubianą  przez  młodzież),  dowcipną,  seksy,  przebiegłą,  czarodziejską, 
związaną z wielkim biznesem".]. 
 
   Epoka hedonizmu ma wreszcie odpowiedniego dla siebie proroka  - Marshalla 
McLuhana.  Jest  to  epoka  marketingu,  wiedza  bowiem  zakodowana  zostaje  w 
przesłaniach o postaci formuł, sloganów, binarnych odróżnień. Gdy rozumie się 
kod,  ma  się  miłe  poczucie  rozumienia  otaczającego  świata  w  całej  jego 
złożoności.  McLuhan  jest  autorem,  który  nie  tylko  zdefiniował  epokę 
hedonizmu  w  tego  rodzaju  kategoriach  dotyczących  sposobu  kodowania,  ale 
ponadto zwieńczył swe dzieło egzemplifikując w sobie właściwym stylu sposób 
kodowania  własnych  myśli  tej  epoki  w  odpowiadających  jej  formułkach.  Idea, 
że medium jest przesłaniem (a więc, że idee są wtórne lub się nie liczą), że jedne 
media  są  „gorące",  jak  radio  (wykluczają  odbiorcę),  a  inne  -jak  telewizja  - 
„zimne"  (wymagają  udziału  odbiorcy);  że  kultura  słowa  drukowanego  ma 
charakter  linearny,  a  kultura  obrazu  jest  symultaniczna  -  wszystkie  te 
odróżnienia  bynajmniej  nie  mają  być  stosowane  w  sposób  analityczny  czy  też 
empirycznie  sprawdzalny.  Są  to  litanie*  mające  przynieść  ulgę  ludzkim 
niepokojom  i  wzmóc  poczucie  zadomowienia  w  świecie  nowych  rodzajów 
komunikacji.  Pełnią  one  rolę  tureckiej  łaźni  dla  umysłu.  Tak  to  Marshall 
McLuhan reklamuje ludzkie marzenia i to na wiele sposobów. 
 
   W  latach  sześćdziesiątych  zrodził  się  nowy  styl  kultury.  Można  go  nazwać 
psychodelicznym  lub  -jak  nazywają  go  zwolennicy  -  „kontrkul-turą". 
Zapowiadał gwałtowny sprzeciw wobec wartości mieszczańskich i tradycyjnych 
kodów  amerykańskiego  stylu życia.  „Burżuazja  -  powiadano  -  obsesyjnie  goni 
za  zyskiem;  jej  życie  seksualne  jest  pruderyjne  i  pozbawione  smaku;  stosunki 
rodzinne,  niewolniczy  konformizm  w  sposobie  ubierania  się  i  zalecania  -  są 
poniżające; jej zabójcza rutynizacja życia jest nie do zniesienia [...]". 
 
   Wypowiedzi  te  są  zabawne  ze  względu  na  swój  styl  polemiczny  oraz  na 
ideologiczną wtórność wobec tego, co sześćdziesiąt lat wcześniej głosili „młodzi 
intelektualiści".  Ten  ich  karykaturalny  charakter  był  jednak  niezbędny,  aby 
nowa  kontrkultura  robiła  wrażenie  bardziej  odważnej  i  rewolucyjnej,    niż  była 
faktycznie.   Była to  kawaleryjska szarża, mająca  podkreślić różnicę, która  już 
nie  istniała.  Mimo  swego  radykalizmu  nowy  ruch  nie  był  ani  odważny,  ani 
rewolucyjny.  Był  po  prostu  przedłużeniem  hedonizmu  lat  pięćdziesiątych  i 
oznaczał  demokratyzację  libertynizmu,  osiągniętą  dużo  wcześniej  przez  część 
warstw  wyższych.  Podobnie  jak  polityczny  radykalizm  lat  sześćdziesiątych 
pojawił się dziesięć  lat po  niepowodzeniach politycznego  liberalizmu, tak też  i 
psychodeliczne skrajności - seksualność, nagość, perwersja,  marihuana  i rock  - 

background image

oraz kontrkultura stanowiły kontynuację hedonizmu lat pięćdziesiątych. 
 
   Spróbujmy  podsumować.  Erozja  tradycyjnych  amerykańskich  wartości 
przebiegała w dwóch płaszczyznach. W dziedzinie kultury i idei gwałtowny atak 
na  życie  małomiasteczkowe  za  jego  krępujący  i banalny charakter  wszczęła  w 
drugiej  dekadzie  stulecia  świadoma  swych  celów  grupa  „młodych 
intelektualistów".  W  następnym  dziesięcioleciu  znalazł  on  przedłużenie  w 
dziennikarstwie  H.  L.  Menckena  oraz  esejach  i  powieściach  Sherwooda 
Andersona i Sinclaira Lewisa.  ; 
 
   Bardziej  zasadnicze  przeobrażenia  zachodziły  jednak  w  samej  strukturze 
społecznej; polegały na zmianie motywacji i celów w systemie ekonomicznym. 
Wzrost bogactwa plutokracji oznaczał, że praca i akumulacja przestały już być 
celem  samym  dla  siebie  (nawet  jeśli  miały  jeszcze  zasadnicze  znaczenie  dla 
jakiegoś Johna D. Rockefellera czy Andrew Carnegie'ego), a stały się środkiem 
do  konsumpcji  i  wystawno-ści.  Świadectwem  sukcesu  przestała  być  praca  i 
boska predestynacja, stał się nim status i jego oznaki. 
 
   W  historii  społecznej  jest  to  normalny  proces  towarzyszący  powstawaniu 
nowej  klasy,  aczkolwiek  w  przeszłości  to  potomkowie  wojowników  porzucali 
spartański  tryb  życia  na  rzecz  sybarytyzmu.  Kiedyś  klasy  parewniuszowskie 
mogły  jednak  dystansować  się  od  reszty  społeczeństwa,  a  tego  rodzaju 
przekształcenia  przebiegały  zazwyczaj  bez  naruszania  stylu  życia  warstw 
niższych.  Rzeczywista  rewolucja  nowoczesnego  społeczeństwa  nastąpiła  w 
latach dwudziestych, kiedy to masowa produkcja i wysoka konsumpcja zaczęły 
przekształcać  życie  warstw  średnich.  W  rezultacie  etykę  protestancką  oraz  styl 
życia warstw średnich zastąpił materialistyczny hedonizm, a postawę purytańską 
-  psychologiczny  eudajmonizm.  Społeczeństwo  burżuazyjne,  znajdujące 
uzasadnienie  i  czerpiące  energię  z  tej  dawniejszej  etyki,  nie  mogło  łatwo 
pogodzić.się ze zmianą. Zawzięcie popierało hedonistyczny styl życia - o czym 
świadczą  choćby  reklamy  z  lat  dwudziestych  -  ale  nie  było  w  stanie  tego 
uzasadnić. Brakowało mu nowej religii czy też systemu wartości, który mógłby 
zastąpić stary. Rezultatem była właśnie rozbieżność, o której tu mowa. 
 
   Pod pewnym jednak względem omawiana zmiana jest czymś wyjątkowym  w 
historii  ludzkości.  Przez  tysiąclecia  zadaniem  gospodarki  było  zaspokajanie 
codziennych  potrzeb,  zapewnianie  odpowiednich  warunków  życia.  Dla 
kolejnych  warstw  wyższych  gospodarka  była  podstawą  ich  statusu  i 
wystawnego  trybu  życia.  Teraz  natomiast  została  ona  podporządkowana 
wymogom kultury i to na skalę masową. Kultura - nie tyle symboliczna czy też 
w swym przesłaniu moralnym, ile , jako styl życia - stała się siłą dominującą. 
 

background image

   „Nowy  kapitalizm"  (określenie  to  zrodziło  się  w  latach  dwudziestych)  nadal 
wymagał  etyki  protestanckiej  w  sferze  produkcji,  to  znaczy  pracy,  ale 
stymulował  potrzebę  przyjemności  i  zabawy  w  konsumpcji.  Rozbieżność 
stawała  się  coraz  głębsza.  Rozmach  życia  miejskiego,  różnorodność  jego 
rozrywek  i  impulsów;  nowa  rola  kobiety  spowodowana  przez  coraz  większą 
liczbę  stanowisk  pracy  biurowej  oraz  swobodę  kontaktów  społecznych  i 
seksualnych;  rozwój  kultury  narodowej  dzięki  filmom  i  radiu  -  wszystko  to 
sprzyjało osłabieniu autorytetu starego systemu wartości. 
 
   Postawę  purytańską  opisać  można  najprościej  jako  zgodę  na  „opóźnioną 
gratyfikację"  i  powstrzymanie  się  od  niej.  Jest  to  oczywiście  maltuzjańskie 
zalecenie ostrożności w świecie niedostatku. Amerykański system gospodarczy 
głosił wszakże, iż zapewnia obfitość, a obfitość zachęca raczej do  rozrzutności 
niż  do  rozwagi.  Motorem  przemian  staje  się  tym  samym  nie  praca  jako  taka, 
lecz  wyższy  poziom  życia.  Uzasadnieniem  systemu  staje  się  gloryfikacja 
dostatku,  a  nie  -  jak  uprzednio  -  uzależnienie  od  skąpej  przyrody.  Wszystko  to 
nie  dawało  się  jednak  w  żaden  sposób  pogodzić  z  teologicznymi  i 
socjologicznymi podstawami dziewiętnastowiecznego protestantyzmu, który był 
fundamentem amerykańskiego systemu wartości. 
 
   W  latach  dwudziestych,  a  także  pięćdziesiątych  i  sześćdziesiątych 
niespójności  te  skrywało  optymistyczne  przekonanie  o  moralnej  aprobacie 
społeczeństwa  dla  materialnej  obfitości.  Reklama  lat  dwudziestych 
podejmowała wulgarny wysiłek stworzenia moralnej apologii dostatku.  (Bruce  
Barton  np.  twierdził,  iż Jezus był największym sprzedawcą wszystkich czasów 
[Barton  był  założycielem  dobrze  znanej  agencji  reklamowej  BBD&O  (Batten, 
Barton, Durstine  i Osborn). Poglądy swe  wyłożył w książce  The Men Nobody 
Knows  (1924),  która  stała  się  natychmiast  bestsellerem.  Frederick  J.  Hoffman 
tak  oto  pisze  o  tej  książce:  „Rzeczywisty  Jezus,  którego  pan  Barton  wydobył, 
jak  twierdzi,  z  biblijnego  tekstu,  wykazać  miał  swe  zdolności  biznesmena, 
wyciągając dwunastu nikomu nie znanych ludzi z ich anonimowej przeszłości i 
włączając  ich  do  największej  organizacji  wszechczasów.  Jezus  znał  i  kierował 
się «wszystkimi zasadami współczesnego handlu», twierdzi Barton. Te paralele 
były  najpotężniejszym  chwytem  reklamowym,  jaki  kiedykolwiek  zastosowano. 
Przedstawiając  Jezusa,  jako  założyciela  nowoczesnego  biznesu,  Barton 
powoływał  się  na  słowa:  «Azali  nie  wiesz,  że  muszę  troszczyć  się  o  interes 
mego  ojca?»"].)  W  latach  pięćdziesiątych  odpowiadała  temu  wyszukana 
retoryka czasopism Luce'a, prawiących o tajemnicy wydajności i „permanentnej 
rewolucji", w wyniku której amerykański system gospodarczy przyczynia się do 
nadchodzącej  prosperity  w  całym  świecie.  Osobliwy  to  fakt,  że  „Time", 
podobnie  jak  „Reader's  Digest",  założone  zostały  w  latach  dwudziestych  i 
obydwa  te  pisma  promowały  przeobrażenia  wartości  (pierwsze  -  miejskiej, 
drugie  -  małomiasteczkowej  warstwy  średniej)  w  styl  życia  amerykańskich 

background image

warstw średnich w połowie naszego stulecia. Geniusz Henry'ego Luce'a polegał 
na  tym,  iż  tradycyjne  wartości  amerykańskie:  wiarę  w  Ęoga,  pracę,  sukces, 
potrafił  -  za  pośrednictwem  języka  nadchodzącej  cywilizacji  miejskiej  - 
przełożyć na wiarę w amerykańskie przeznaczenie („amerykańskie stulecie") w 
skali  światowej.  (Socjologiczną  ciekawostką  jest  natomiast  fakt,  że  ten 
wychowany  w  Chinach,  a  nie  w  Stanach  Zjednoczonych,  Auslander  sławił 
bardziej rodzime amerykańskie wartości niż tubylcy.) Luce zdołał tego dokonać, 
stapiając  rytm  nowego,  ekspresyjnego  dziennikarstwa,  język  odzwierciedlający 
nowe  zjawiska,  z  tempem  życia  miejskiego  i  nowym  hedonizmem.  Z  tego 
punktu widzenia nie jest przypadkiem, iż własnym pismem Luce'a, jego osobistą 
kreacją  była  „Fortune".  „Time"  zawdzięczał  swój  rozmach  koledze  Luce'a  z 
Yale,  Brittonowi  Haddenowi  (natomiast  koncepcję  „Life"  opracowali  Daniel 
Longwell  oraz  inni  redaktorzy  czasopisma  „Time").  Amerykański  biznes  był 
dynamicznym 

czynnikiem 

katapultującym 

małomiasteczkowe 

życie 

amerykańskie w obręb światowej gospodarki. A wszystko to dokonywało się w 
języku i pod przykrywką etyki 
 
protestanckiej.  Przeobrażenie  jest  faktem  nie  podlegającym  dyskusji.  Jawne 
sprzeczności w języku i w ideologii - stały się oczywiste dopiero dziś. 
 
 
 
Abdykacja klasy korporacyjnej 
 
   Ostateczną  podstawą  każdego  systemu  społecznego  jest  społeczne  uznanie 
moralnej 

legitymizacji 

władzy. 

Stare 

uzasadnienie 

społeczeństwa 

mieszczańskiego  polegało  na  obronie  własności  prywatnej,  która  z  kolei 
znajdowała swe usprawiedliwienie w twierdzeniu Locke'a, iż każdy przekształca 
swą  pracę  we  własność.  Jednakże  dwudziestowiecznemu  „nowemu 
kapitalizmowi" brak takiego moralnego uzasadnienia i w okresach kryzysu bądź 
to  odwołuje  się  do  tradycyjnych  wartości,  które  coraz  mniej  odpowiadają 
rzeczywistości społecznej, bądź okazuje się ideologicznie bezsilny. 
 
   W  tym  kontekście  postrzegać  można  słabości  amerykańskiego  kapitalizmu 
korporacyjnego,  próbującego  poradzić  sobie  z  dylematami  naszych  czasów. 
Konflikty  polityczne  i  aksjologiczne  w  Stanach  Zjednoczonych  rozpatrywać 
można  w  dwóch  perspektywach.  Z  jednej  widoczne  są  sprzeczności 
ekonomiczne  i  gospodarcze,  przeciwstawiające  farmera  bankierowi,  robotnika 
przedsiębiorcy i prowadzące do konfliktów grup interesów, szczególnie ostrych 
w  latach  trzydziestych.  Z  drugiej  zaś  perspektywy,  przeciwstawiającej 
„tradycję" „nowoczesności", rozpatrywać można politykę lat dwudziestych, a w 
pewnej  mierze  również  i  pięćdziesiątych.  Odznaczała  się  ona  prowincjonalną, 
małomiasteczkową  tendencją  protestancką,  mającą  na  celu  obronę  wartości 

background image

historycznych 

przed 

kosmopolitycznym 

liberalizmem 

zainteresowanym 

reformami  i  opieką  społeczną.  Przyczyny  konfliktu  leżą  nie  tyle  w  sferze 
gospodarczej,  ile  społeczno-kulturalnej.  Tradycjonaliści  bronią  religii 
fundamentalistycznej,  cenzury,  ustaw  antyaborcyjnych  i  antyroz-wodowych. 
Moderniści  opowiadają  się  za  świecką  racjonalnością,  swobodą  stosunków 
osobistych,  tolerancją  wobec  dewiacji  seksualnych  itd.  Stanowi  to 
odzwierciedlenie  konfliktów  kulturowych  w  sferze  polityki,  a  w  tej  mierze,  w 
jakiej  kultura  wyraża  i  uzasadnia  doświadczenie  społeczne,  jest  to  również 
obszar polityki symbolicznej czy też ekspresyjnej. 
 
   Z  tego  punktu  widzenia  wielki  symboliczny  problem  polityki  amerykańskiej 
stanowiła prohibicja. Była ona główną i niemal ostatnią próbą narzucenia przez 
małomiasteczkowych  tradycjonalistów  swoich  wartości  reszcie  społeczeństwa. 
Początkowo  tradycjonaliści  oczywiście  wygrywali.  Maccartyzm 

lat 

pięćdziesiątych  był  w  nieco  tylko  innym  sensie  próbą  narzucenia  całemu 
społeczeństwu  przez  te  same  siły  jednolitej  moralności  politycznej,  mającej 
opierać  się  na  zgodności  z  ideologią  amerykanizmu  i  na  radykalnej  formie 
antykomunizmu.  W  przeciwieństwie  do  tego  podstawą  kampanii  wyborczej 
McGoverna  w  1972  r.  była  „nowa  polityka",  odpowiadająca  dążeniom 
modernistów - wyzwoleniu kobiet, swobodzie seksualnej - a także radykałów w 
kulturze,  chwilowo  sprzymierzonych  z  Murzynami  oraz  innymi  grupami 
mniejszościowymi. 
 
   Ciekawe,  że  „nowy  kapitalizm"  obfitości,  który  pojawił  się  w  latach 
dwudziestych,  nigdy  nie  potrafił  -  inaczej  niż  w  kwestiach  polityczno-
gospodarczych  -  sformułować  swych  poglądów  w  sprawach  poli-tyczno-
kulturowych.  Ze  względu  na  swe  wewnętrzne  rozdarcie  nie  mógł  nawet  tego 
uczynić.  Jego  wartości  wywodzą  się  z  tradycjonalistycznej przeszłości,,  a  jego 
język  jest  archaizmem  protestanckiej  etyki.  Jego  technika  i  dynamika  -  duch 
nieustannych  innowacji  i  wytwarzania  nowych  „potrzeb"  -  wywodzą  się 
natomiast  z  modernizmu.  Tym,  co  naprawdę  mogłoby  zagrozić  „nowemu 
kapitalizmowi", byłoby poważne trzymanie się zasady opóźnionej gratyfikacji. 
 
   Kiedy  członkowie  klasy  korporacyjnej  próbowali  zająć  stanowisko  w 
kwestiach  polityczno-kulturowych,  ujawniały  się  natychmiast  podziały 
geograficzne. Przedstawiciele tej klasy pochodzący ze Środkowego Zachodu, z 
Teksasu bądź z  małych  miasteczek odznaczali się postawą tradycjonalistyczną; 
ci  ze  Wschodu  lub  wychowankowie  najlepszych  uniwersytetów  Ligi 
Bluszczowej byli bardziej  liberalni. Później te różnice postaw stały się bardziej 
związane z wykształceniem i wiekiem niż z regionem. Pozostaje jednak faktem, 
że  nowy  kapitalizm  przyczynił  się  przede  wszystkim  do  przekształcenia 
społeczeństwa i w toku tego procesu do podważenia postaw purytańskich, nigdy 
jednak  nie  potrafił  stworzyć  skutecznej  nowej  ideologii,  przystającej  do 

background image

dokonujących  się  przeobrażeń  i  sam  często  pozostawał  niewolnikiem 
protestanckich wartości. 
 
   Siły  modernizmu - które w kwestiach społecznych i kulturalnych wzięły górę 
nad 

tradycjonalizmem 

to  intelektualiści,  profesorowie,  jednostki 

zainteresowane  reformami  (choć,  paradoksalnie,  ruch  na  rzecz  prohibicji, 
skierowany  przeciwko  chorobom  industrializacji  i  życia  miejskiego,  miał  w 
swych  początkach  sprzymierzeńców  właśnie  w  reformatorach).  Ze  względów 
politycznych  sprzyjali  im  również  przywódcy  związków  zawodowych  Oraz 
grup  etnicznych  [Zorganizowany  ruch  zawodowy  AFL-CIO  rozdarty  jest 
analogiczną  sprzecznością.  W  kwestiach  ekonomicznych  głosi  hasła  liberalne 
czy  też  lewicowe,  stanowczo  jednak  odrzuca  radykalizm  kulturowy  jako  obcy 
swym  przekonaniom.  Dzieje  się  tak,  gdyż  ruch  związkowy  jest  ruchem 
prawdziwie amerykańskim i podziela wartości systemu kapitalistycznego. Ruch 
związkowy,-jak  powiedział  kiedyś  George  Bernard  Shaw,  to  kapitalizm 
proletariatu, przynajmniej w, okresie wzrostu  gospodarczego  i obfitości dóbr.]. 
Filozofią  dominującą  był  liberalizm,  krytykujący  nierówność  oraz  społeczne 
koszty kapitalizmu. Fakt, iż gospodarka korporacyjna nie dysponowała spójnym 
systemem wartości lub nadal odwoływała się do wyblakłych cnót protestanckich 
oznaczał,  że  liberalizm  nie  napotykał  na  ideologiczny  sprzeciw.  W  dziedzinie 
kultury oraz w kwestiach społeczno-kultural-nych - krótko mówiąc, w filozofii 
politycznej - klasa korporacyjna abdykowała. W ciągu tych kilku dziesięcioleci 
liberalizm jako ideologia zdominował kulturę. 
 
   Z punktu widzenia kultury politykę lat 1920 -1960 wyznaczała wałka  między 
tradycją  a  modernizmem.  W  latach  sześćdziesiątych  nowy  styl  kultury  potępił 
wartości  mieszczańskie  i  tradycyjny  kodeks  amerykańskiego  stylu  życia.  Jak 
próbowałem  jednak  pokazać,  kultura  mieszczańska  znikła  już  wcześniej. 
Kontrkultura  ucieleśniała  tendencje  zainicjowane  sześćdziesiąt  lat  wcześniej 
przez  liberalizm  polityczny  i  kulturę  modernistyczną  i  oznaczała  w  gruncie 
rzeczy  rozłam  w  ruchu  modernistycznym.  Realizowała  ona  bowiem  w  stylu 
życia hasła wolności osobistej i nie ograniczonego eksperymentowania również 
w  życiu  seksualnym,  podczas  gdy  liberalizm  -  aprobując  je  w  sztuce  i  sferze 
wyobraźni  -  nie  był  gotów  (przy  czym  nie  bardzo  potrafił  wytłumaczyć, 
dlaczego)  iść  aż  tak  daleko.  Aprobował  zasadniczo  tolerancję,  ale  nie  potrafił 
ściśle  określić  jej  granic.  Na  tym  polegał  jego  dylemat.  W  kulturze,  jak  i  w 
polityce liberalizm został przyparty do muru. 
 
   Co więcej, popadał on w kłopoty również w gospodarce, to jest w dziedzinie, 
w  której chciał  reformować  kapitalizm.  Filozofia  gospodarcza  amerykańskiego 
liberalizmu miała swe źródło w idei wzrostu. Walter Reuther, Leon Keyserling 
oraz  inni  liberałowie  atakowali  w  późnych  latach  czterdziestych  i  w 
pięćdziesiątych  (o  czym  często  się  zapomina)  wielkie  koncerny  stalowe, 

background image

ponieważ  nie  chciały  one  zwiększać  produkcji,  i  domagali  się  od  rządu,  by 
wyznaczał  im  docelowe  wskaźniki.  Kartelizacja,  monopole  i  ograniczenia 
produkcji  są  historyczną  tendencją  kapitalizmu.  Administracja  Eisenhowera 
świadomie  preferowała  stabilność  cen  kosztem  wzrostu  produkcji.  Natomiast 
liberalni ekonomiści wpajali społeczeństwu koncepcję świadomego planowania 
wzrostu  stymulowanego  przez  rząd  (kredyty  inwestycyjne,  przed  którymi 
przemysł początkowo się wzbraniał) oraz inwestycji rządowych. Rada doradców 
ekonomicznych pod naciskiem liberałów wprowadziła koncepcję porównywania 
potencjalnego  produktu  narodowego  brutto,  czyli  tego,  co  gospodarka  może 
wytworzyć  przy  pełnym  wykorzystaniu  rezerw,  z  faktyczną  wielkością 
produkcji.  Koncepcja  wzrostu  do  tego  stopnia  stała  się  ideologią  gospodarczą, 
że dziś, jak powiedziałem, trudno już zdać sobie sprawę, w jakim stopniu była to 
innowacja wprowadzona przez liberałów. 
 
   Jeśli  chodzi  o  problemy  społeczne,  to,  zdaniem  liberałów,  rozwój  gospodarki 
powinien dostarczyć środków na wzrost dochodów biednych [Mówiąc językiem 
bardziej technicznym, podstawą tej koncepcji było twierdzenie Pareta dotyczące 
optymalności,  a  powiadające,  iż  należy  dążyć  do  warunków,  kiedy  niektórym 
wieść  się  będzie  dobrze,  ale  nikomu  nie  będzie  wieść  się  źle.  Bezpośrednia 
redystrybucja  dochodów  jest  politycznie  przedsięwzięciem  trudnym,  jeśli  w 
ogóle  możliwym.  Większą  część  wzrostu  dochodu  narodowego  skierować 
można jednak na finansowanie programów pomocy społecznej. Zdaniem Ottona 
Ecksteina  to  właśnie  zamierzał  uczynić  Kongres,  kiedy  administracja 
Kennedy'ego  na  nowo  podjęła  koncepcję  wzrostu.].  Teza,  zgodnie  z  którą 
wzrost jest niezbędny, by finansować usługi publiczne, stanowiła sedno książki 
Johna Kennetha Galbraitha Społeczeństwo dobrobytu. Paradoksalnie, koncepcję 
wzrostu  atakują  dziś  właśnie  liberałowie.  Obfitość  nie  wydaje  się  już 
.rozwiązaniem. Wzrost  gospodarczy prowadzi do zanieczyszczenia środowiska, 
przeludnienia  miast  i  temu  podobnych kłopotów. Proponuje się dziś koncepcję 
„wzrostu  zerowego"  czy  też  Millowską  ideę  „stanu  stacjonarnego"  jako  cel 
rządowej  polityki  gospodarczej.  Tak  jak  kiedyś  „nowa  polityka"  odrzucała 
tradycyjne pragmatyczne rozwiązywanie problemów polityki amerykańskiej, tak 
dziś  odrzuca  się  nowszą  liberalną  koncepcję  wzrostu.  Jeśli  jednak  odrzuca  się 
wzrost gospodarczy, to na czym ma polegać raison d'etre kapitalizmu? 
 
 
 
Pętla historii 
 
   Patrząc 

retrospektywnie 

dostrzegamy 

dwojakiego 

rodzaju 

źródła 

społeczeństwa  mieszczańskiego  i  dwojakie  jego  przeznaczenie.  Jednym  ze 
źródeł był purytanizm, kapitalizm wigów, kładący nacisk nie tyle na aktywność 
gospodarczą,  ile  na  kształtowanie  osobowości  (praca  jako  powołanie, 

background image

oszczędność, rzetelność itd.). Drugim była świecka filozofia Hobbesa, radykalny 
indywidualizm,  zgodnie  z  którym  ludzkie  pragnienia  są  nie  ograniczone;  w 
polityce  powściąga  je  władca,  lecz  nic  ich  nie  ogranicza  w  gospodarce  i 
kulturze. Symbioza tych dwóch prądów nigdy nie była łatwa. Z czasem związek 
między  nimi  rozluźnił  się.  W  Stanach  Zjednoczonych,  jak  mogliśmy  się 
przekonać,  purytanizm  zdegenerował  się  do  zrzędliwej  mentalności 
małomiasteczkowej,  kładącej  nacisk  wyłącznie  na  poważanie.  Ze  świeckiej 
filozofii  Hobbesa  wyrosły  główne  pędy  nowożytności  -  żarłoczny  głód  nie 
ograniczonego  doświadczenia.  Wigowska  wizja  historycznego  postępu 
zachwiała się (o ile nie upadła w ogóle) wraz z pojawieniem się nowego aparatu 
biurokratycznego, który przesłonił liberalną wizję społecznej samorządności. 
 
   Kulturowe  impulsy  lat  sześćdziesiątych  oraz  towarzyszący  im  radykalizm 
polityczny  w  zasadzie  wyczerpały  się.  Końtrkultura  okazała  się  niewypałem. 
Był to wysiłek, głównie ruchów młodzieżowych, mający na celu przekształcenie 
liberalnego  stylu  życia  w  świat  natychmiastowych  gratyfikacji  i 
ekshibicjonistycznej  wystawności.  Ostatecznie  nie  wiele  liczącego  się  w 
kulturze  wyprodukowała  i  niczego  nie  skontrowała.  Kultura  modernistyczna, 
która  miała  głębsze  i  trwalsze  korzenie,  była  wysiłkiem  dążącym  do 
przekształcenia  wyobraźni.  Jednakże  eksperymenty  stylistyczne  i  formalne, 
dążenie  do szokowania za wszelką cenę,  które przyniosły twórczą eksplozję  w 
sztukach  pięknych,  również  się  wyczerpały.  Mechanicznie  reprodukują  ją 
kulturalne  masy,  warstwa,  która  sama  jest  nietwórcza,  lecz  rozdziela  i 
denaturalizuje  kulturę, pozbawiając ją  napięcia, będącego  niezbędnym źródłem 
twórczości  i dialektycznego stosunku do przeszłości. Społeczeństwo zajęte jest 
innymi, bardziej palącymi i groźnymi problemami braków, niedostatku, inflacji, 
strukturalnej  nierównowagi  dochodów  w  skali  narodowej  i  międzynarodowej. 
Problemy kultury zeszły na plan dalszy. 
 
   W  istocie  rzeczy  nie  utraciły  jednak  swego  fundamentalnego  znaczenia.  W 
przedmowie  do  Capitalism  Today  pisałem  wraz  z  Irwingiem  Kristolem:  „Nie 
można  zrozumieć  dokonujących  się  w  nowoczesnym  społeczeństwie  ważnych 
zmian,  nie  zdając  sobie  w  pełni  sprawy  z  niełatwej  samoświadomości 
kapitalizmu. Nie jest ona już dziś tylko ideologiczną nadbudową, lecz jednym z 
czynników  najbardziej  znaczących  i  zasadniczych  dla  przyszłości  systemu". 
Zmiany te są tak zasadnicze i ważkie, ponieważ dotyczą dążeń i charakteru ludzi 
oraz  legitymizacji  i  moralnego  uzasadnienia  systemu,  a  więc  -  tego,  co 
podtrzymuje społeczeństwo. 
 
   W  powstawaniu  i  upadku  cywilizacji  uderza  -  a  spostrzeżenie  to  stanowiło 
podstawę filozofii historii arabskiego myśliciela Ibn Chal-duna - przechodzenie 
społeczeństwa przez swoiste fazy, których przeobrażenia zwiastują nadchodzący 
upadek. Jedną z  nich jest przechodzenie  od prostoty do  luksusu, od ascetyzmu 

background image

do hedonizmu (pisał o tym Platon w drugiej księdze Państwa). 
 
   Każda nowa, pojawiająca się siła społeczna - czy to nowa religia, wojsko, ruch 
rewolucyjny  -  ma  u  swego  zarania  charakter  ascetyczny,  nie  przywiązuje  wagi 
do wartości materialnych, odrzuca uciechy fizyczne, opowiada się za prostotą i 
surową dyscypliną wewnętrzną. Dyscyplina niezbędna jest do skupienia energii 
fizycznej 

psychicznej, 

służącej 

realizacji 

zadań 

zewnętrznych, 

podporządkowaniu siebie samego w celu podporządkowania sobie innych. Max 
Weber  pisał:  „Dyscyplina  przyswojona  podczas  wojen  religijnych  stanowiła  o 
niezwyciężono-ści  zarówno  islamskiej,  jak  i  cromwellowskiej  kawalerii. 
Podobnie,  ascetyzm  i  zdyscyplinowane  dążenie  do  zbawienia  w  imię 
przypodobania  się  Bogu,  stanowiły  źródła  właściwej  purytanom  wirtuozerii  w 
przywłaszczaniu". 
 
   Dyscyplina  dawniejszych  religii  „rycerzy  Boga"  znajdowała  ujście  w 
wojskowej  organizacji  i  w  bitwach.  Postawa  purytanów  była  historycznie 
unikalna  ze  względu  na  ich  doczesny  ascetyzm,  podporządkowany 
zawodowemu  powołaniu,  pracy  i  akumulacji.  Celem  życia  purytanow  nie  było 
jednak bogactwo. Jak zauważył Weber, bogactwo służyć miało zbawieniu, a nie 
użyciu. Dzięki tej właśnie energii zbudowana została cywilizacja przemysłowa. 
 
   Dla purytanina „najpilniejszym zadaniem" było opanowanie in 
 
stynktownego,  spontanicznego  zachowania  i  uporządkowanie  sposobu  życia. 
Dziś  z  ascetyzmem  spotykamy  się  przede  wszystkim  w  ruchach  i  reżimach 
rewolucyjnych.  Purytanizm  w  sensie  psychologicznym  i  społecznym  odnaleźć 
można  w  komunistycznych  Chinach  oraz  w  reżimach  łączących  uczucia 
rewolucyjne z nakazami Koranu - w Algierii i Libii. 
 
   Ibn  Chaldun,  opisując  w  XIV  w.  losy  cywilizacji  Arabów  i  Berberów, 
przedstawia  kolejne  etapy  przechodzenia  od  wędrownego  do  osiadłego, 
hedonistycznego  trybu  życia,  a  następnie,  po  trzech  pokoleniach,  do  upadku 
społeczeństwaCjŻycie hedonistyczne prowadzi do zaniku woli i odporności. Co 
ważniejsze,  ludzie  zaczynają  współzawodniczyć  ze  sobą  o  luksusy  i  tracą 
zdolność  do  wspólnych  poświęceń.  Dochodzi,  jak  powiada  Ibn  Chaldun,  do 
utraty asabiyah, poczucia solidarności  rodzącego braterstwo,; tego „grupowego 
uczucia,  które  stanowi  o  [wzajemnym]  oddaniu  i  gotowości,  aby  walczyć  i 
umierać jeden za drugiego". 
 
   Podstawą  asabiyah  jest  nie  tylko  poczucie  wspólnego  poświęcenia  i 
niebezpieczeństwa  -  czynników  jednoczących  walczących  czy  też  ruchy 
rewolucyjne  -  ale  również  pewien  cel  moralny,  telos,  który  daje  moralne 
usprawiedliwienie społeczeństwu. Stany Zjednoczone utrzymywały początkowo 

background image

jedność  dzięki  przyjmowanemu  milcząco  założeniu,  iż  jest  to  kraj,  w  którym 
spełnić  się  mają  Boskie  zamierzenia.  Przekonanie  to  leżało  u  podstaw  deizmu 
Jeffersona. W miarę, jak wiara ta zanikała, społeczeństwo w całości utrzymywał 
otwarty,  adaptacyjny,  egalitarny  i  demokratyczny  system,  odpowiadający 
licznym  przybyszom  pragnącym  wejść  do  tego  społeczeństwa,  respektującym 
zasady  prawa  zapisane  w  konstytucji  lub  potwierdzone  decyzjami  Sądu 
Najwyższego. Możliwe to wszakże było głównie dzięki ekspansji gospodarczej i 
obietnicy  dobrobytu  łagodzącego  napięcia  społeczne.  Dziś  gospodarka  ma 
kłopoty, a system polityczny obciążony jest problemami, z którymi nigdy dotąd 
nie  musiał  się  mierzyć.  Jeden  z  nich  -  będzie  o  nim  mowa  w  eseju 
Gospodarstwo  publiczne  -  to  pytanie,  czy  system  może  sobie  poradzić  z 
ogromem ciążących  na  nim zagadnień. Zależy to częściowo od „technicznych" 
czynników  ekonomicznych  i  od  stabilności  systemu  światowego.  Głębszym  i 
trudniejszym  pytaniem  jest  wszakże  kwestia  legitymizacji  społeczeństwa, 
znajdującej wyraz  w  motywacjach  jednostek  i  moralnych  dążeniach  kraju.  I  tu 
właśnie sprzeczności kultury mają znaczenie podstawowe. 
 
   Zmiany w kulturze i postawach moralnych - stopienie się wyobraźni ze stylem 
życia - nie podlegają „inżynierii społecznej" czy politycznej kontroli. Wynikają 
z  wartości  moralnych  tradycji  społeczeństwa,  tych  zaś  nie  sposób  narzucić. 
Źródłem najgłębszym, bijącym u samych podstaw społeczeństwa, są koncepcje 
religijne; bliższym - system wynagrodzeń i  motywacji (oraz ich legitymizacja), 
wypływający ze sfery pracy. 
 
   Kapitalizm  amerykański,  jak  starałem  się  okazać,  utracił  swą  tradycyjną 
legitymizację,  opartą  na  moralnym  systemie  wynagrodzeń,  zakorzenionym  w 
protestanckim  uświęceniu  pracy.  Zastąpił  ją  hedo-nizm,  obiecujący  materialny 
dostatek  i  luksus,  lecz  trwożliwie  stroniący  od  wszystkich  historycznych 
implikacji  „systemu  pożądliwości  z  właściwą  mu  bezgraniczną  tolerancją 
społeczną  i  libertynizmem:  Kulturę  w  poważnym  stopniu  zdominował 
modernizm, podważający mieszczański styl życia, a styl życia warstw średnich - 
hedonizm,  unice-stawiający  protestancką  etykę,  która  dawała  społeczeństwu 
moralne podstawa Kulturowe sprzeczności kapitalizmu wynikają z wzajemnego 
oddziaływania  modernizmu  stworzonego  przez  poważnych  artystów,  z 
instytucjonalizacji form uczestnictwa w kulturze przez „kulturalną masę" oraz z 
hedonizmu  jako  sposobu  życia  popieranego  przez  system  marketingu.  Dziś 
modernizm wyczerpał się i nie jest już groźny. Hedonizm naśladuje swe jałowe 
żarty.  Natomiast  porządkowi  społecznemu  brak  zarówno  kultury,  będącej 
symbolicznym  wyrazem  wszelkiej  żywotności,  jak  i  moralnych  impulsów,  to 
jest siły motywacji. Co zatem utrzymuje społeczeństwo w całości? 
 
   Jest  to  związane  z  ogólniejszym  problemem,  wynikającym  z  natury 
nowoczesnego  społeczeństwa.  Społeczeństwo  przemysłowe  opiera  się  na 

background image

zasadach  gospodarowania  i  oszczędności:  wydajności,  obniżaniu  kosztów 
produkcji,  optymalizacji,  funkcjonalnej  racjonalności  itd.  Otóż  zasady  te 
popadają  w  konflikt  z  prądami  kultury  świata  zachodniego,  ponieważ  kultura 
modernistyczna  sprzyja  antyintelektualizmowi,  propaguje  powrót  do 
instynktownych  źródeł  ekspresji.  Z  jednej  strony,  mamy  więc  do  czynienia  z 
dążeniem  do  funkcjonalnej  racjonalności,  technokratycznego  podejmowania 
decyzji,  rekompensaty  na  zasadach  merytokracji,  z  drugiej  natomiast  -  z 
nastrojem  apokalipsy  i  antyra-cjonalnego  sposobu  zachowania.  Ta  właśnie 
rozbieżność  stanowi  o  kulturowym  kryzysie  zachodniego  społeczeństwa 
mieszczańskiego.  Na  dłuższą  metę  sprzeczność  ta  rokuje  najbardziej 
złowieszczy podział społeczeństwa. 
 
 
 
2. Rozbieżności dyskursu kulturowego 
 
   W  poprzednim  rozdziale  starałem  się  wskazać,  że  rozbieżność  pomiędzy 
kulturą i strukturą społeczną rodzi napięcia, z którymi nie może sobie poradzić 
zarówno  społeczeństwo,  jak  i  jednostka.  Pozostaje  jednak  do  omówienia  inna 
jeszcze  ważna  kwestia:  wewnętrzna  spójność  kultury  społeczeństwa 
nowoczesnego;  pytanie  -  czy  to  kultura,  czy  też  raczej  religia  dostarczyć  może 
życiu  Codziennemu  rozumowego  lub  transcendentnego  zbioru  znaczeń 
ostatecznych. 
 
   Problem spójności kultury wysunięty został w 1800 r. przez Words-wortha w 
Preface  to  the  Lyrical  Ballads,  kiedy  to  opłakiwał  „namiętne  pragnienie 
niezwykłych wydarzeń"  i „silnych bodźców", zrodzone przez  upowszechnienie 
środków komunikacji i wzrost tempa życia, w rezultacie czego „dzieła Szekspira 
[sic] i Miltona spychane są w zapomnienie przez bezsensowne powieści, głupie 
niemieckie  tragedie  i  zalew  ekstrawaganckich  wierszowanych  historyjek  [...]". 
Niemal  sto  pięćdziesiąt  lat  później,  kiedy  T.  S.  Eliot  zastanawiał  się  nad  tym 
problemem,  wskazywał,  że  kultura  przybrała  różne  znaczenia:  inne  dla  całego 
społeczeństwa, a inne dla jakiejś grupy czy klasy. „W miarę, jak społeczeństwo 
komplikuje się pod względem funkcjonalnym i różnicuje się - pisał - oczekiwać 
możemy  pojawienia  się  różnych  poziomów  kultury;  krótko  mówiąc,  klasy  czy 
grupy ujawniać będą własną kulturę". 
 
   Zmiany  następujące  w  obu  tych  wskazanych  kierunkach  nasiliły  się 
współcześnie i stały się zasadniczymi problemami socjologii kultury, choć  - co 
dziwne  -  dostrzeżone  zostały  nie  przez  socjologów,  lecz  przez  wybitnych 
pisarzy. Rozpowszechnianie się szmiry grozi kulturze poważnej zagłuszeniem, a 
rozwój subkultur stworzył otorbione „nisze kulturowe" dla znacznych odłamów 

background image

społeczeństwa ( najnowsza kultura młodzieżowa). 
 
   Zasadniczy  problem  polega  wszakże,  jak  sądzę,  nie  tyle  na  tych 
przeobrażeniach socjologicznych, ile na załamaniu się samego dyskursu - języka 
i jego zdolności wyrażania doświadczenia. Z tego bierze się obecna niespójność 
kultury.  W  znacznym  stopniu  wynika  to  z  wieloznaczności  terminu 
„współczesność";  wjeszcze  większym  jednak  -  z  załamania  się  struktur 
syntaktycznych  stylów  kultury.  Sednem  sprawy  jest  fakt  (może  powinienem 
powiedzieć - moja teza), iż jednolita kosmologia, która od czasów Odrodzenia w 
swoiście  racjonalny  sposób  organizowała  percepcję  przestrzeni  i  czasu,  uległa 
załamaniu wskutek działania w estetyce sił odśrodkowych i zasadniczej zmiany 
stosunku  artysty  zarówno  do  doświadczenia  estetycznego,  jak  i  do  widza  (co 
nazywam  przesłonięciem  dystansu).  W  konsekwencji  nowoczesność  sama 
powoduje niespójność kultury. 
 
   Wszechogarniające poczucie dezorientacji, które rozpowszechniło  się poprzez 
kulturę  (i  które  stanowi  o  kryzysie  nowoczesności)  związane  jest  z  brakiem 
języka  zapewniającego  odniesienie  do  pojęć  transcendentalnych,  czyli  filozofii 
pierwszych  przyczyn,  czy  też  eschatologii  rzeczy  ostatecznych.  Terminologia 
religijna  przenikająca  nasz  sposób  rozumienia  stała  się  wyświechtana,  a 
symbole, które ożywiały naszą poetykę i retorykę (proszę porównać Biblię króla 
Jakuba  z  nową  angielską  wersją  Biblii),  utraciły  swą  nośność.  Ubóstwo 
współczesnego  języka  emocji  odzwierciedla  jałowość  życia  pozbawionego 
rytuału. 
 
   W  pewnym  sensie  nie  ma  w  tym  niczego  nowego.  Człowiek,  jak  się  zdaje, 
miał  już  wielokrotnie  poczucie  -  mniejsza  o  to,  czy  nazwiemy  je  alienacją, 
zagubieniem czy egzystencjalną rozpaczą  - zatracenia, wyobcowania ze świata. 
We  wrażliwości  chrześcijańskiej  obecny  jest  dręczący  wątek  separacji 
człowieka  od  Boga.  W  estetycznym  humanizmie  Schillera  słychać  lament,  iż 
warunki  greckiego  życia,  kiedy  to  człowiek  był  doskonałą  całością,  utorowały 
drogę  zróżnicowaniu  funkcji,  powodującemu  rozejście  się  intuicyjnego  i 
spekulatywnego sposobu myślenia 
 
oraz  rozszczepienie  wrażliwości.  U  Hegla  pojawia  się  kosmiczny  dramat 
rozwoju świata od pierwotnej jedności poprzez dualizm natury i historii, myśli i 
doświadczenia, człowieka i ducha ku ponownemu ich zjednoczeniu w absolucie 
poprzez  „urzeczywistnienie  się"  filozofii.  Marks  w  bardziej  naturalistyczny 
sposób  mówi  o  podziale  pracy  (umysłowej  i  fizycznej,  w  mieście  i  na  wsi), 
odpowiedzialnym  za  alienację  pracy  oraz  za  swoisty  fakt,  iż  w  społeczeństwie 
opartym na wymianie towarowej człowiek zostaje „zreifikowany", a osobowość 
sprowadzona do funkcji, jaką pełni. 
 

background image

   Współczesne  doświadczenie,  w  swym  wysiłku  wyartykułowania  własnej 
dezorientacji,  odwołuje  się  do  wszystkich  tych  filozoficznych  spekulacji. 
Czasami  jednak  ta  zaduma  nad  „ludzką  kondycją"  oraz  szczególny  sposób,  w 
jaki prawdy ogólne są konkretnie wyrażane, zaciemniają tylko swoistość czasów 
nowożytnych. A przecież sposoby doświadczania zależą od miejsca i czasu. Jak 
zauważył kiedyś Lucien Febvre, w epoce Rabelais'go zmysł słuchu miał większe 
znaczenie od postrzegania wzrokowego, co znajdowało wyraz w prozie i poezji 
tego  czasu.  Marcel  Granet  usiłował  pokazać,  jak  różną  rolę  odgrywały 
koncepcje  liczby  (ale  nie  ilości),  przestrzeni  i  czasu  w  klasycznej  chińskiej 
sztuce i filozofii politycznej. 
 
   Współczesne  nauki  społeczne  usiłują  jednak  ignorować  tego  rodzaju  analizy. 
Interesują  się  głównie  formalnymi  organizacjami  lub  procesami  społecznymi 
(takimi  jak  uprzemysłowienie),  a  z  rzadka  tylko  sprzecznymi  sposobami 
doświadczania  samego  siebie,  pośredniczącymi  między  strukturą  społeczną  a 
kulturą.  Niżej postaram  się  zilustrować  często nie  uświadamiane  kształtowanie 
się - na podstawie sprzecznych doświadczeń - percepcji społecznej oraz sposób, 
w jaki kultura daje wyraz zasadniczym niepokojom swego czasu. 
 
 
 
Rewolucja wrażliwości 
 
   Nasza  cywilizacja  techniczna  przyniosła  rewolucję  nie  tylko  w  sposobie 
produkcji  (i  komunikacji),  lecz  również  i  we  wrażliwości.  Wyróżniającą  cechę 
tej  cywilizacji  -  obojętne,  czy  nazwiemy  ją  „społeczeństwem  masowym",  czy 
„społeczeństwem przemysłowym" - ująć można w rozmaity sposób. Definiując 
ją  (nie  wyczerpująco)  odwołam  się  do  takich  parametrów,  jak:  liczebność, 
oddziaływania, samowiedza, orientacja ku przyszłości. Sposób, w jaki zderzamy 
się ze światem jest bowiem istotnie uwarunkowany przez te czynniki. 
 
   Liczebność.  W  1789  r.,  kiedy  po  ratyfikacji  konstytucji  Jerzy  Waszyngton 
został  pierwszym  prezydentem  Stanów  Zjednoczonych,  społeczeństwo 
amerykańskie  liczyło  około  4  min  ludzi,  w,  tym  750  tys.  Murzynów.  Miasta 
były słabo zaludnione. Nowy Jork, wówczas stolica, liczył 33 tys. mieszkańców, 
a  w  miastach  -  czyli  w  osiedlach  o  ludności  powyżej  2,5  tys.  -  mieszkało 
zaledwie 200 tys. osób.. Ludność była  młoda: przeciętny wiek wynosił 16  lat i 
było tylko 800 tys. mężczyzn powyżej tego wieku. 
 
   Ponieważ  Stany  Zjednoczone  były  małym  krajem,  członkowie  elity 
politycznej  znali  się  osobiście;  to  samo  dotyczy  wąskiej  warstwy 
najważniejszych rodzin. Ale dla większości mieszkającej w odciętych od świata 
dziurach  lub  w  słabo  zaludnionych  terenach  życie  wyglądało  zupełnie  inaczej. 

background image

Ludzie rzadko oddalali się od domu, przybysze z dalekich stron byli rzadkością. 
Na wiadomości składały się miejscowe plotki oraz informacje o wydarzeniach w 
parafii. Wizja świata i polityki, jaką mieli ci ludzie, była niezwykle ograniczona. 
 
   Dziś  Stany  Zjednoczone  liczą  210  min  ludności,  z  czego  ponad  140  min 
zamieszkuje  w  miastach  powyżej  50  tys.  mieszkańców  lub  w  ich  najbliższej 
okolicy. Mniej niż 10 min mieszka na farmach. Średni wiek wynosi około 30 lat, 
a 140  min  mieszkańców  ma więcej niż 17 lat. Nieliczni tylko żyją  i pracują  w 
izolacji  społecznej.  Nawet  farmerzy  związani  są  ze  społeczeństwem  kraju 
poprzez mass media i kulturę popularną. 
 
   Jeśli  porównujemy  nasz  dzisiejszy  sposób  widzenia  świata  z  tym  sprzed 
dwustu  lat,  to  uderza  różnica  pomiędzy  liczbą  osób,  jakie  każdy  z  nas  zna  i 
liczbą tych, o których wiemy. W pracy, szkole, w sąsiedztwie, wśród kolegów 
po  fachu,  w  środowisku  każdy  z  nas  zna  setki,  jeśli  nie  tysiące,  osób.  Dzięki 
środkom  masowego  przekazu,  które  przybliżają  nam  świat polityki  i  rozrywki, 
ukazują znane postacie życia publicznego, liczba osób, o których wiemy, rośnie 
gwałtownie.  Liczba  odbywanych  spotkań,  liczba  nazwisk,  zdarzeń  i  wiedzy, 
jaką każdy z  nas  musi opanować, jest więc najbardziej oczywistą cechą  naszej 
sytuacji w dzisiejszym świecie. 
 
   Oddziaływania.  O  „społeczeństwie  masowym"  nie  świadczą  jednak  tylko 
liczby.  Carska  Rosja  i  imperialne  Chiny  były  pod  względem  liczby 
mieszkańców  ogromnymi  społeczeństwami.  Ale  społeczeństwa  te  były 
rozczłonkowane, jedna wioska powielała cechy  innych.  To  Emile Durkheim  w 
De  la  dhision  du  travail  social  dał  nam  klucz  do  zrozumienia  swoistych  cech 
społeczeństwa  masowego.  Nowe  formy  społeczne  pojawiają  się  wówczas,  gdy 
zanika  rozczłonkowanie  i  ludzie  zaczynają  się  kontaktować  ze  sobą,  kiedy 
współzawodnictwo  nie  prowadzi  nieuchronnie  do  konfliktu,  lecz  do  dalszego 
podziału pracy i większego zróżnicowania struktur społecznych. 
 
   Tym, co wyróżnia społeczeństwo współczesne jest zatem nie tylko wielkość i 
liczebność, ale wzmożone oddziaływania wzajemne  - zarówno fizyczne (dzięki 
podróżom,  gęstości  zaludnienia,  większym  zakładom  pracy),  jak  i  psychicznie 
(dzięki  środkom  masowego  przekazu),  które  wiążą  nas  bezpośrednio  i 
symbolicznie  z  tak  wieloma  innymi  ludźmi.  Wzmożone  oddziaływania 
wzajemne  prowadzą  nie  tylko  do  społecznego,  ale  i  psychicznego 
zróżnicowania,  rodzą  chęć  zmiany  i  nowości,  skłaniają  do  poszukiwania 
sensacji, powodują synkretyzm kultury, a wszystko to razem wyciska piętno na 
rytmie współczesnego życia. 
 
   Samowiedza.  Na  klasyczne  pytanie:  „Kim  jesteś?",  tradycyjna  odpowiedź 
brzmiała:  „Jestem  synem  mego  ojca"  [Jest  to  widoczne  w  tradycyjnych 

background image

rosyjskich patronimikach czy też w arabskim sposobie nadawania imion, np. Ali 
ben  Ahmed,  a  także  w  starych  nazwiskach  angielskich,  takich  jak  Johnson, 
Thomson itp.]. Dziś odpowiada się: „Ja jestem sobą, sam o sobie świadczę tym, 
co robię i co wybieram". Ta zmiana samoidentyfikacji jest właśnie znamieniem 
nowoczesności.  Podstawą  tożsamości  stała  się  dla  nas  nie  tradycja,  autorytet, 
prawdy  objawione  czy  nawet rozum,  ale  raczej własne  doświadczenie.  To  ono 
jest źródłem samowiedzy i układem odniesienia wobec innych ludzi. 
 
   W tej mierze, w jakiej z własnego doświadczenia czynimy kryterium prawdy, 
szukamy  innych  osób  o  podobnym  doświadczeniu,  z  nimi  bowiem  potrafimy 
znaleźć wspólny język. Wyróżniającą cechą tożsamości jest więc dziś pokolenie 
i  przynależność  pokoleniowa  [W  tradycyjnym  społeczeństwie  zachodnim,  a 
także we wczesnych czasach nowoży 
 
tnych  główną  podstawą  autoidentyfikacji  była  zazwyczaj  przynależność 
klasowa.  Powstanie  i  upadek  kłas  społecznych  było  -  zdaniem  Schumpetera  - 
związane z powstawaniem i upadkiem rodzin. Początkowo o pozycję społeczną 
i  władzę  zabiegano  w  ramach  swojej klasy,  a  kiedy  możliwa  stała  się  większa 
mobilność  społeczna  -  przez  awans  z  własnej  klasy  (Por.  „Młody  człowiek  z 
prowincji"  Stendhala).  I  dziś  również  klasą  społeczna  jest  czynnikiem 
identyfikującym jednostkę, ale traci on na znaczeniu w miarę, jak drogą awansu 
społecznego  staje  się  coraz  łatwiej  dostępne  wykształcenie.  Zarówno  w 
warstwach  wykształconych  (gdzie  proces  ten  trwa  już  długo),  jak  teraz  i  w 
polityce,  przynależność  pokoleniowa  nabiera  coraz  większego  znaczenia.  W 
Ameryce, kraju emigrantów, stała się ona głównym wyznacznikiem psychicznej 
autoidenty fikacj i intelektualistów.]. Zmiana ta oznacza jednak zarazem kryzys 
autoidentyfikacji. 
 
   Z  socjologicznego  punktu  widzenia  potwierdzenie  tożsamości  jest  proste: 
zależy  od  innych  „znaczących  osób".  W  społeczności  żydowskiej  takim 
tradycyjnym potwierdzeniem jest ceremonia bar-micwy, nadająca młodzieńcowi 
nowy  status,  czyniąca  go  jednostką  odpowiedzialną.  Wręczenie  dyplomu 
szkolnego  to  także  potwierdzenie  nowej  roli  i  nowego  statusu  społecznego. 
Takiemu potwierdzeniu przez innych towarzyszyć musi jakaś oznaka uznania. 
 
   Potwierdzenie  traci  ważność,  kiedy  potwierdzający  tracą  swe  znaczenie  w 
oczach  osoby  zabiegającej  o  miejsce  w  społeczności.  W  naszych  czasach 
socjologiczny  problem  potwierdzenia  powstaje  dlatego,  że  jednostki  utraciły 
swe  stare  zakorzenienie,  nie  idą  drogą  utartą  przez  tradycję,  muszą  stale 
dokonywać  wyboru  (wybieranie  kariery,  stylu  życia,  przyjaciół,  politycznych 
przedstawicieli  jest  w  historii  społecznej  zjawiskiem  nowym),  a  nie  znajdują 
uznanych  wzorców,  którymi  mogłyby  się  kierować.  Toteż  zastąpienie  przez 
pokolenie  rodziny  i  klasy  -jako  „strukturalnego"  układu  odniesienia  -  utrudnia 

background image

autoidenty fikacj ę. 
 
   Orientacja  ku  przyszłości.  Społeczeństwo  nasze  jest  dziś  pod  każdym 
względem  zorientowane  ku  przyszłości:  rząd  musi  planować  przyszły  rozwój; 
korporacja  przewidywać  przyszłe  potrzeby  (źródła  kapitału,  zmiany 
zapotrzebowania  na  rynku);  jednostka  -  myśleć  o  karierze.  W  rezultacie 
społeczeństwo stale mobilizowane jest do realizacji określonych celów. v 
 
   Największą  presję  odczuwają  dziś  młodzi  ludzie.  Już  od  dzieciństwa  muszą 
starać się o dobre stopnie w szkole, o przyjęcie do dobrego college'u, wybierać 
zawód.  Są  nieustannie  oceniani,  a  uzyskane  oceny  stanowią  ich  dowód 
tożsamości  na  całe  życie.  Brak  odpowiednich  mechanizmów  w  tym  okresie 
przejściowym  (np.  doradztwa  w  wyborze  zawodu)  prowadzi  do  oczywistych 
napięć  i  skłania  do  odrzucania  systemu.  Pod  tym  względem  zachowanie 
„bitników"  z  lat  pięćdziesiątych  przypomina  reakcje  pierwszych  robotników 
przemysłowych,  którzy    po    przybyciu    ze    wsi    dostawali    się    pod  jarzmo  
maszyn. 
 
W  obu  przypadkach  dochodzi  do  buntów  (niszczeniu  maszyn  we  wczesnym 
okresie  rewolucji  przemysłowej  odpowiada  być  może  liczba  uczniów 
przerywających  naukę  w  szkołach  i  college'ach)  oraz  do  podobnych  form  nie 
zorganizowanej walki klasowej. 
 
   To przemożne  nastawienie  na planowanie zarówno społecznej, jak i osobistej 
przyszłości  -  oraz  sprzeciw,  jaki  ono  powoduje  z  powodu  wywoływanych 
napięć  -  decyduje  o  nowym  rodzaju  naszego  doświadczenia  w  społeczeństwie 
amerykańskim. 
 
   Te cztery czynniki kształtują sposób, w jaki jednostki reagują na otaczający je 
świat.  Pierwsze  dwa  -  liczebność  i  oddziaływania  -  są  produktem  środowiska 
społecznego  kształtującego  nasze  nieświadome  nań  reakcje  tak,  jak  krój 
czcionki  i  układ  pierwszej  strony  gazety  kierować  ma  naszą  uwagę  w 
określonym  kierunku.  To  one  przede  wszystkim  odpowiedzialne  są  za  wpływ, 
jaki  na  współczesną  wrażliwość  wywiera  bezpośredniość,  symultaniczność, 
doznawanie,  działanie.  Mają  również  wpływ  na  techniczne  formy  malarstwa, 
muzyki  i  literatury.  Kształtowanie  się  samowiedzy  (czy  też  „kultur 
doświadczenia")  oraz  naciski  zmobilizowanego  społeczeństwa  (zwłaszcza, 
kiedy mechanizmy społeczne nie są w stanie uporać się z problemami innowacji 
i  adaptacji)  doprowadziły  do  bardziej  jawnych  i  świadomych  reakcji 
ideologicznych 
 
- rebelii, alienacji, nieangażowania się, apatii czy też konformizmu 
 

background image

-  wyżłobionych  na  powierzchni  kultury.  W  ten  sposób  dwa  pozostałe  czynniki 
(samowiedza  i  zorientowanie  ku  przyszłości)  same  stały  się  sposobami 
doświadczania. 
 
 
 
Fragmentacja kultury 
 
   Nowe  sposoby  doświadczania  (wraz  z  pewnymi  bardziej  formalnymi 
aspektami  społeczeństwa  przemysłowego,  przede  wszystkim  specjalizacją 
funkcjonalną  i  wymogami  nowej  „techniki  intelektualnej")  znajdują  wyraz  w 
rozbieżności  nie  tylko  między  strukturą  społeczną  i  kulturą,  lecz  również 
ekspresją poznawczą i emocjonalną. 
 
   Przykładowo  wybieram  tu  trzy  obszary,  w  których  mamy  do  czynienia  z  tą 
rozbieżnością:  
 
1) rozbieżność roli i osoby;  
 
2) specjalizacja funkcjonalna, czyli rozbieżność roli i ekspresji symbolicznej;  
 
3) zmiana słownictwa: od metafory do matematyki. 
 
    
 
Rozbieżność roli i osoby 
 
   We współczesnej socjologii, podobnie jak w świecie intelektualnym w ogóle, 
toczyła  się  dyskusja,  czy  w  dzisiejszym  społeczeństwie  następuje  wzrost 
depersonalizacji, czy poszerzenie sfery wolności. Dziwne wydaje się, że ludzie 
intelektualnie odpowiedzialni utrzymują tak diametralnie przeciwstawne opinie, 
a  zarazem  tak  mało  wysiłku'  wkładają  w  poszukiwanie  jakiegoś  kompromisu, 
czy choćby w ustalenie sensu terminów, w jakich toczyła się debata. 
 
   Z  teoretycznego  punktu  widzenia  stanowiska  socjologów  wywodzą  się  od 
Maxa  Webera  i  Emile'a  Durkheima.  Wedle  Webera  społeczeństwo  ulega 
biurokratyzacji  (czyli  funkcjonalnej  racjonalności),  przy  czym  specjalizacja 
funkcji ogranicza udział jednostki w kontroli nad przedsięwzięciami, w których 
uczestniczy.  Zgodnie  z  tym  poglądem  człowiek  podporządkowany  normom 
wydajności, rachunkowości i specjalizacji staje się dodatkiem do „zgrzytliwego 
funkcjonowania maszyny biurokratycznej". 
 

background image

   Durkheim  widział  rzecz  inaczej.  Jego  zdaniem  przejście  od  „solidarności 
mechanicznej"  do  „organicznej"  jest  procesem  wiodącym  od  homogeniczności 
do  heterogeniczności,  od  jednorodności  do  różnorodności.  W  społeczeństwach 
pierwszego  rodzaju  podział  pracy  był  nieznaczny;  duch  kolektywizmu  był  na 
tyle  silny,  iż  kary  stanowiły  wystarczający  sposób  powstrzymywania  przed 
gwałceniem  reguł.  Społeczeństwa  drugiego  rodzaju  odznaczają  się  daleko 
posuniętym  podziałem  pracy,  separacją  czynników  sakralnych  od  świeckich, 
większą  możliwością  wyboru  zawodu  i  ;.~  jeśli  chodzi  o  autoidentyfikację  - 
lojalnością  raczej  wobec  grupy  zawodowej  niż  wobec  grupy  parafialnej. 
Podzielając  pewne  przekonania  dziewiętnastowiecznego  ewoluc-jonizmu  (ale 
nie  koncepcję  liniowego  rozwoju  Maine'a  czy  Spencera),  Durkheim  traktował 
rozwój  społeczny  jako  proces  z  istoty  swej  „postępowy",  choć  rodzący 
problemy  zupełnie  nowego  rodzaju.  (O  ile  Weber  kładł  nacisk  raczej  na 
racjonalizację, o tyle Durkheim - na racjonalność.) 
 
   To  rozwidlenie  jest  obecne  we  współczesnej  socjologii  i  w  życiu 
intelektualnym  w  ogólności.  Zwolennicy  marksizmu  oraz  egzysten-cjalizmu 
podkreślają depersonalizację właściwą współczesnemu życiu biurokratycznemu; 
za przykład służyć mogą Marcuse, Fromm czy Tillich. Inni, jak Talcott Parsons 
czy  Edward  Shils,  kładą  nacisk  na  sposób,  w  jaki  nowoczesne  społeczeństwo 
poszerza  wachlarz  możliwych  wyborów  -  rosnąca  liczba  zawodów,  większy 
indywidualizm. 
 
   Jakie  zająć  stanowisko  w  tym  sporze?  William  James  powiadał,  iż 
kiedykolwiek  mamy  do  czynienia  ze  sprzecznością,  należy  sprecyzować 
terminy,  ludzie  często  używają  bowiem  tych  samych  słów  na  oznaczenie 
różnych rzeczy. Otóż właśnie oba stanowiska są słuszne, a każde z nich mówi o 
czym  innym.  Jeśli  odróżnimy  rolę  od  osoby,  to  okaże  się,  że  teorie  te  nie 
przeczą sobie. 
 
   Nie  ulega,  jak  sądzę,  wątpliwości,  że  -  zgodnie  z  Weberem  -  społeczeństwo 
współczesne  narzuca  wąską  specjalizację  ról.  Rozmaite  obszary  życia, 
koncentrujące  się  kiedyś  wokół  rodziny  (praca,  rozrywka,  kształcenie  się, 
zdrowie)  przejmowane  są  w  coraz  większym  stopniu  przez  wyspecjalizowane 
instytucje  (przedsiębiorstwa,  szkoły,  związki  zawodowe,  kluby  towarzyskie, 
państwo).  Określenia  ról  stały  się  ważniejsze,  a  w  mającym  zasadnicze 
znaczenie obszarze pracy, w którym - zgodnie z dziewiętnastowiecznym mythos 
-  człowiek  miał  odnajdywać  swą  identyfikację,  zadania  i  role  uległy 
drobiazgowej  specjalizacji.  (Słownik  tytułów  zawodowych,  podając  listę 
zawodowych  możliwości,  wymienia  około  20  tys.  rozmaitych  rodzajów  pracy. 
Analogicznie  dzieje  się  w  sferze  prac  intelektualnych.  Krajowy  Rejestr 
Wykwalifikowanych Kadr cytuje około 900 specjalizacji naukowych.) 
 

background image

   Tworzenie  hierarchii  wewnątrz  organizacji,  opisy  miejsca  pracy,  ścisłe 
określenie  odpowiedzialności,  system  ocen,  stopniowe  awanse  -wszystko  to 
pogłębia  poczucie  fragmentacji  własnego  „ja!'  określonego  przez  rolę,  jaką  się 
pełni.  Jednocześnie  nie  ulega  wątpliwości,  że  jako,  osoby  mamy  dziś 
możliwości  wyboru,  jakich  nigdy  wcześniej  nie  było.  Jest  o  wiele  więcej 
różnych  stanowisk  i  zawodów.  Możemy  podróżować  i  mieszkać  w  różnych 
miastach.  W  dziedzinie  spożycia  (a  korzystanie  z  kultury  też  jest konsumpcją) 
liczniejsze są możliwości tworzenia własnego, wybranego stylu życia. Wszystko 
to  obejmuje  termin  -  ^mobilność  społeczna",  ukuty  właśnie  ze  względu  na 
nowoczesne zjawiska społeczne.    . 
 
   Życie  współczesne  prowadzi  do  oddzielenia  roli  i  osoby,  co  w  przy-padku 
osób  wrażliwych  powoduje  napięcie  [Różnica  między  rolą  a  osobą  nie  jest 
zupełnie  tym  samym,  co  między  urzędem  a  osobą.  Każde  społeczeństwo,  aby 
sprawować władzę, odróżnia (przede wszystkim w armii) rangę od osoby, której 
ona przysługuje. Szacunek należy się urzędowi sędziego, a niekoniecznie osobie 
urząd  ten  sprawującej.  Rola  natomiast  jest  jednym  z  aspektów  codziennej 
działalności  człowieka.  Nie  wiąże  się  z  nią  żadna  ściśle  zdefiniowana 
odpowiedzialność  -jak  z  rangą  czy  urzędem  -  lecz  tylko  zespół  określonych 
zwyczajowo wzorców zachowań.]. 
 
 
 
Specjalizacja funkcjonalna: rozbieżność roli i ekspresji symbolicznej    
 
   Cechą  nauki  -  jak  niemal  każdej  zorganizowanej  działalności  ludzkiej  -  jest 
coraz  dalej  idące  rozczłonkowanie,  zróżnicowanie  i  specjalizacja 
poszczególnych  obszarów  wiedzy.  Z  siedemnastowiecznej  filozofii  przyrody 
wyodrębniły  się  nauki  przyrodnicze  -  fizyka,  chemia,  botanika,  zoologia  itd. 
Spekulatywna  filozofia  XIX  w.  dała  początek  socjologii,  psychologii,  logice 
matematycznej, logice symbolicznej,  filozofii analitycznej  itd. Nowe problemy, 
pojawiające się dziś w każdej z tych dziedzin, prowadzą do dalszej specjalizacji: 
chemia  podzieliła  się  na  chemię  organiczną,  nieorganiczną,  analityczną, 
fizyczną i dzieli się dalej na chemię węglowodorów, sterydów, chemię krzemu, 
chemię jądrową czy też chemię ciał stałych. 
 
   Proces  ten  dokonuje  się  nie  tylko  w  dziedzinie  wiedzy,  lecz  dotyczy  również 
charakteru organizacji; nowe problemy powodują pojawienie się nowych funkcji 
i nowych specjalizacji, umożliwiających sprawowanie tych funkcji. Na przykład 
korporacja, która kiedyś odznaczała się prostą strukturą organizacyjną, dziś staje 
przed problemem koordynacji wielu rozmaitych funkcji, jak badania, marketing, 
reklama,  kontrola  jakości,  kadry,  projektowanie,  finanse,  produkcja,  a  każda  z 
tych  funkcji  wymaga  dalszych  licznych  subspecjalizacji  (dla  przykładu,  dział 

background image

osobowy  odpowiada  za  kontakty  ze  związkami  zawodowymi,  wewnętrzne 
komunikowanie,  szkolenie,  ochronę  zakładu,  bezpieczeństwo,  kontrolę 
obecności,  świadczenia  socjalne  i  zdrowotne  itp.).  Podobne  podziały 
odnajdujemy  w  każdej  formalnej  organizacji,  obojętne,  czy  będzie  to 
przedsiębiorstwo, uniwersytet, szpital czy agencja rządowa. 
 
   Wysoki  stopień  specjalizacji  .powoduje  nieuchronnie  nieznośne  napięcie 
między kulturą a strukturą społeczną. W istocie rzeczy trudno nawet tu mówić o 
kulturze,  nie  tylko  specjalizacja  rodzi  bowiem  „subkultury"  czy  też  światy 
prywatne, ale one z kolei  rodzą prywatne  języki, znaki  i symbole, które często 
przenikają do „publicznego" świata kultury. (Dobitnym przykładem mogą tu być 
muzycy jazzowi.) 
 
   Kultura  dzisiejsza  z  trudem  tylko,  o  ile  w  ogóle,  zdolna  jest  odzwierciedlać 
społeczeństwo,  w  którym  żyjemy.  System  stosunków  społecznych  jest  tak 
złożony  i  zróżnicowany,  a  ludzkie  doświadczenie  tak  wyspecjalizowane  i 
skomplikowane  czy  nawet  niezrozumiałe,  że  trudno  znaleźć  wspólne  symbole 
odnoszące się do różnych sfer doświadczenia. 
 
   W XIX w. środkiem ekspresji była powieść. Paradoksalnie, funkcją fikcji było 
relacjonowanie faktów. Kiedy klasy społeczne w XIX w. zaczęły się wzajemnie 
rozpoznawać  w  komedii  obyczajów  i  moralności,  pojawiło  się  wielkie 
zainteresowanie, jak każda z  nich żyje, w  jaki sposób  ludzie, którym  udało się 
wspiąć po drabinie społecznej, przejmują (bądź nie przejmują) styl życia nowej 
klasy. Znacznym zainteresowaniem cieszyła się również praca. 
 
   Powstała  współcześnie  niezwykle  zróżnicowana  struktura  społeczna  utrudnia 
powieściopisarzowi  -  czy  nawet  socjologowi  -  badanie  natury  światów  pracy. 
Toteż  powieść,  podobnie  jak  krytyka,  usiłuje  zajmować  się  bądź  to  stylami 
konsumpcji, bądź też - podejmując temat alienacji lub biurokratyzacji -animozją 
pisarza  do  złożoności  struktury  społecznej;  rzadko  wszakże  mówi  o 
doświadczeniu  pracy.  (Scenerią  powieści  Josepha  Hellera  Coś  się  stało  jest 
miejsce  pracy,  ale  nie  dowiadujemy  się  z  niej  ani  co  robi  bohater,  ani  co 
wytwarza przedsiębiorstwo. Jest to długi monolog bohatera o sobie samym.) 
 
   W  tej.  mierze,  w  jakiej  kultura  nie  jest  już  w  stanie  uogólniać  społecznych 
doświadczeń,  sama  staje  się  prywatna,  a  poszczególne  sztuki  nabierają 
charakteru  technicznego  i  stają  się  hermetyczne.  Pod  koniec  stulecia  funkcją 
krytyki  było  pośredniczenie  między  nowymi  twórczymi  eksperymentami 
podejmowanymi  w  malarstwie  i  muzyce,  a  poszukiwaniem  wspólnej 
tłumaczącej  je  estetyki.  Dziś  nie  ma  takiego  krytyka,  który  potrafiłby  odnieść 
muzykę do malarstwa czy też malarstwo do muzyki, i nie jest to zapewne wina 
krytyki.  Nawet  sztuki  stały  się  wysoce  techniczne:  „nowa  krytyka"  [New 

background image

Criticism]  w  literaturze  jako  odpowiednik  innowacji  technicznych  wielkich 
mistrzów  w  powieści;  skomplikowane  intencje  abstrakcyjnego  malarstwa 
ekspre-sjonistycznego,  z  jego  nowym  zainteresowaniem  powierzchnią  i 
przestrzenią. 
 
   Rzeczywiste  trudności  oceny  tego,  co  „nowoczesne"  (zarówno  w  literaturze, 
jak  i  w  malarstwie)  ukrywał  fakt,  iż  gonią  one  za  mgnetą  obiegową  kultury 
konsumpcyjnej.  Z jedynym prawdziwie awangardowym ruchem  mamy dziś do 
czynienia  w  muzyce,  a  dzieje  się  tak  dlatego,  że  nowa  muzyka  elektroniczna, 
post-Webernowska tonałność i nowa matematyka muzyki seryjnej [serial musie] 
mają  charakter  tak  techniczny,  że  nawet  zawodowemu  krytykowi  trudno  jest 
spełniać  rolę  pośrednika  wobec  innych  sztuk,  nie  mówiąc  już  o  szerszej 
publiczności. 
 
   Pojawienie  się  pop-artu,  wprowadzenie  aleatoryzmu  do  muzyki,  nobilitacja 
„śmieci"  jako  przedmiotu  sztuki,  moda  na  „happening",  w  którym  malarstwo, 
rzeźba (postawa), muzyka i taniec stapiają się ze sobą - wszystko to jest reakcją 
na techniczny i hermetyczny charakter sztuki. Tendencje te nie tylko przynoszą 
nowe  sposoby  szokowania  i  tak  już  zblazowanej  publiczności,  ale  stanowią 
nowe  niebezpieczeństwo  dla  tradycyjnej  (i  formalnej)  koncepcji  gatunku.  Jeśli 
John  Dewey  mógł  twierdzić,  iż  „sztuka  to  doświadczenie",  to  dzisiejsi  twórcy 
powiadają, że każde doświadczenie jest sztuką. W istocie rzeczy zaprzeczają oni 
specjalizacji, dążąc do stopienia się wszystkich sztuk w jedną. To oni zacierają 
stare granice między sztukami oraz między sztuką a doświadczeniem. 
 
 
Rozbieżność słownictwa: od metafory do matematyki 
 
   Rzeczywistość  jest  zawsze  wywnioskowana,  któż  bowiem  widział  zwyczaj? 
Aby  ją  opisać  używamy  pojęć.  W  historii  kultury  źródłem  pojęć  był  zawsze 
jakiś dominujący  rodzaj doświadczenia. Tym, co zaostrza  rozbieżność  naszych 
doświadczeń^ jest zmiana w zakresie języka - ekspansja abstrakcyjnego sposobu 
myślenia. 
 
   Pierwotne  wizje  -  nawet  tak  wyszukane  jak  buddyzm  zen  -  przedstawiały 
zawsze świat w sposób bezpośredni i konkretny. Grecka kosmogonia dała nam 
słownictwo  pierwszego  stopnia  abstrakcji.  Presokratycy  wprowadzili  metaforę; 
Platon - poprzez koncepcję demiurga - symbol; Arystoteles - koncepcję analogii. 
(Nasz  tradycyjny  sposób  myślenia  korzysta  ze  wszystkich  trzech.  Wyobraźnia 
może być wzrokowa, słuchowa, dotykowa, ale w „obrazowaniu" świata korzysta 
z metafory, symboli i analogii.) 
 

background image

   Wywodzący się z myśli chrześcijańskiej język teologii jest głęboko zanurzony 
w symbolach - Krzyż, Mesjasz, Objawienie, Sakramenty - a także kładzie nacisk 
na  tajemnicę  i  osobowość:  łaska,  charyzma,  kairos,  namiętność  i  cierpienie, 
rytuał. Upadek wierzeń teologicznych i powstanie naukowego poglądu na świat, 
intronizującego  fizykę  i  nauki  przyrodnicze,  przyniósł  nam  w  XVIII  i  XIX  w. 
kosmologię mechanistyczną, obraz świata jako maszyny czy też zegara niebios. 
Ten  obraz  świata  uporządkowanego  osiągnął  apogeum  w  pięknie  i  precyzji 
Mecaniąue celeste Laplace'a, zgodnie z którą świat funkcjonuje jak mechanizm 
zegarowy,  oraz  w  koncepcji  „wielkiego  łańcucha  bytów",  wedle  której 
wszystkie  istoty  żywe  układają  się  w  jeden  spójriyf"  doskonały  ciąg.  Mówiąc 
słowami Alexandra Pope'a: 
 
Vast  chain  of  Being!  Which  from  Godbegan.  Natures  ethereal,  human,  angel, 
man,  Beast,  bird,  fish,  insect,  what  no  eye  can  see,  No  glass  can  reach;  from 
Infinite to ihee [...] 
 
   Język  analizy,  wywodzący  się  kiedyś  z  teologii,  został  teraz  przejęty  z  nauk 
fizycznych. (Poezja wypędzona ze świata przez naukę, jak powiadał Whitehead, 
znajduje  swój  sposób  ekspresji  w  wieloznaczności,  a  nowożytna  teologia 
egzystencjalistyczna  -  w  paradoksie.)  W  naukach  społecznych  podstawowymi 
terminami  stały  się  Siła,  Ruch,  Energia,  Moc.  (Terminy  te,  mające  swe 
desygnaty  w  świecie  fizycznym,  pozbawione  są  wszelkiego  znaczenia 
operacyjnego w analizach społecznych.) W miarę rozwoju nauk przyrodniczych, 
nauki  społeczne  do  metafor  zaczerpniętych  z  fizyki  dodały  kolejne  analogie 
biologiczne:  ewolucję,  wzrost,  strukturę  i  funkcję.  Do  niedawna  terminy  te 
należały do języka socjologii. 
 
   Nawet  kiedy  w  XIX  w.  nauki  społeczne  usiłowały  odnaleźć  własny  język  - 
„człowiek ekonomiczny", „człowiek psychologiczny", „kapitalizm" itd. - wiodło 
to dó realizmu pojęciowego, czyli, wedle określenia Whiteheada, do „błędu źle 
ulokowanej  konkretności".  Poszukiwanie  „własnego  języka",  który  miałby 
uniknąć  pułapki  reifikacji,  prowadzi  (jak  świadczy  Structure  of  Social  Action 
Talcotta  Parsonsa)  do  „abstrakcji  analitycznej".  W  ten  sposób  teoretyczne 
konstrukcje  w  socjologii  stały  się  systemami  hipotetyczno-dedukcyjnymi, 
wyprowadzonymi  z  kilku  podstawowych  aksjomatów  czy  też  pojęć 
analitycznych  (takich,  jak  zmienne  w  Parsonowskich  schematach  działania), 
których empirycznymi odpowiednikami nie są już konkretne twory - jednostka, 
społeczeństwo itp. 
 
   W ogólniejszym jednak sensie  - zwłaszcza gdy chodzi o „technikę  umysłową 
dominuje  dziś  język  matematyki  (programowanie  liniowe,  teoria  decyzji, 
symulacja);  używamy  więc  „nowego"  języka  zmiennych,  parametrów,  modeli, 
procesów stochastycznych, algorytmów,  heurystyki, strategii  minimax  i  innych 

background image

terminów  przejętych  przez  nauki  społeczne,  zasadniczą  rolę  odgrywa  tu  nie 
deterministyczny  rachunek  matematyczny  -  jak  w  mechanice  klasycznej  -  lecz 
rachunek prawdopodobieństwa. Życie jest „grą" - grą przeciwko przyrodzie, grą 
człowieka  przeciwko  człowiekowi  -  w  której  kierujemy  się  racjonalnymi 
strategiami,  mającymi  zapewnić  maksimum  korzyści  przy  minimum  ryzyka, 
minimax  korzyści  przy  minimax  ryzyka  oraz  -  wykorzystując  ulubiony  termin 
teorii użytecznego wyboru „wygranej", którą wyznacza „kryterium żalu". 
 
   Wszystko  to  prowadzi  do  paradoksu.  Słownictwo  współczesne  ma  charakter 
czysto racjonalny, a jedynym jego układem odniesienia są wzory matematyczne. 
W nowożytnej kosmologii  (podobnie jak  w  fizyce, a dziś  i w  innych  naukach) 
pożegnano się z poglądowoscią i ze słowami; poza elegancją, która ma charakter 
formalny,  liczą  się  tylko  abstrakcyjne  wzory  matematyczne.  Za  wzorami  tymi 
nie  stoi  już  jak  poprzednio  wieczne,  niezmienne,  uniwersalne,  dające  się 
wyróżnić 

prawo 

natury, 

lecz 

nieokreśloność 

brak 

porządku 

czasoprzestrzennego [Słownictwo fizyki cząstek elementarnych, o ile rozumiem, 
w pogoni za własnymi mirażami z powrotem popadło, ku własnemu zdziwieniu, 
w takie metafory, jak „poósma droga" czy „czarowne kwarki". Historia fizyki to 
historia poszukiwania ostatecznych składników materii. Teraz okazać się może, 
że  takie  ostateczne  cząstki  nie  istnieją,  a  mamy  do  czynienia  tylko  ze 
stosunkami  zależnymi  od  położenia  obserwatora  bądź  z  okresami  rozpadu 
cząstek,  wynikającymi  z  ich  zmiennych  stosunków  wzajemnych.  Możemy 
zatem,  jak  Anaksymander;  skończyć  na  tym,  co  „bezgraniczne",  a  nie 
„ograniczone".]. 
 
   Tak więc nasze słownictwo wzmacnia abstrakcyjny, a może nawet mistyczny, 
charakter  wizji  świata.  Na  tym  też  polega  ostateczna  rozbieżność  świata 
codziennego doświadczenia i świata pojęć. 
 
 
 
Przesłonięcie dystansu 
 
   Każda  kultura,  jak  zakładamy,  stanowi  pewną  całość  i  dlatego  mówimy  ojej 
stylu.  Kultura  religijna  odznacza  się  większą  jednością  niż  inne,  ponieważ 
wszystkie jej składniki zmierzają ku wspólnemu celowi: ku tajemnicy, budzeniu 
grozy,  ku  podniosłości  i  transcendencji.  Jedność  ta,  niczym  wspólna  nić,  łączy 
jej architekturę, muzykę, malarstwo, literaturę. Kultury świeckie nie odznaczają 
się  zazwyczaj  takim  świadomym  zamysłem.  Jednakże  i  one  mają  swój  styl, 
znajdujący wyraz w podskórnych rytmach i nastrojach. Mówimy, na przykład, o 
baroku,  rokoko  czy  też  o  manieryzmie.  Style  te  przekładane  są  na  techniki 
odpowiadające  podskórnym  składnikom  cywilizacji.  Są  one  postrzegane,  ale 
rzadko  świadomie  werbalizowane.  Przenikają  wszystkie  aspekty  kultury,  choć 

background image

znajdują rozmaity wyraz. Współcześni krytycy z reguły przeciwstawiają kulturę 
wysoką  (poważną)  kulturze  masowej  (rozrywkowej)  i  traktują  tę  drugą  jako 
wypaczenie, wynaturzenie pierwszej. Obie jednak traktowane są jako składniki 
kultury ogólnej  i siłą  rzeczy  muszą wyrażać jakieś wspólne podskórne rytmy  i 
nastroje. 
 
   Jeśli  jednak  uznajemy  istnienie  jakiejś  całościowej  zasady,  organizującej  w 
danym czasie „świat" (w tym sensie, w jakim Hegel mówił o świecie greckim, 
rzymskim  czy  też  o  cywilizacji  chrześcijańskiej),  to  wówczas  ujmowanie 
kultury  w  taki  sposób  może  jednak  okazać  się  zwodnicze.  Pomińmy  jednak 
historyczne"  pytanie,  czy  owocne  jest  rozważanie  minionych  kultur  przez 
odwoływanie się do takiej zasady i zapytajmy, czy  możliwe jest zdefiniowanie 
w  ten  sposób  nowożytności?  Czy  przypadkiem  tym,  co  ją  określa,  nie  jest 
beznadziejne poszukiwanie takiej zasady? Sądzę, iż znalezienie jej jest właśnie 
niemożliwe, a przekonanie to uzasadniają cztery przedstawione niżej argumenty. 
 
Rozmaitość doświadczeń kulturowych 
 
   Najbardziej  uderzający  aspekt  społeczeństw  masowych  polega  na  tym,  że 
chociaż  obejmują  one  szerokie  warstwy,  rodzą  zarazem  coraz  większą 
różnorodność i coraz silniejszy głód doświadczania wszelkich aspektów świata - 
geograficznych,  politycznych  i  kulturowych  -  leżących  w  polu  widzenia 
zwykłych  ludzi.  To  poszerzenie  horyzontów,  synkretyczna  mieszanina  sztuk, 
poszukiwanie  nowinek  -  w  postaci  wypraw  w  nieznane  czy  też  snobistycznego 
wysiłku odróżnienia się od innych - samo już rodzi nowy styl. 
 
   Sednem  zagadnienia  jest  sens  pojęcia  kultury.  Kiedy  mówi  się  o  kulturze 
„klasycznej"  czy  też  „katolickiej"  (niemal  jak  o  kulturze  bakterii  -  hodowaniu 
odmiennych,  dających  się  odróżnić  szczepów),  ma  się  na  myśli  długi  ciąg 
wierzeń,  tradycji,  rytuałów  i zaleceń,  które  w  toku  historii  złożyły się  na  jakiś 
jednorodny  styl.  Nowoczesność  wszakże  polega  na  zerwaniu  z  przeszłością 
właśnie jako przeszłością, na przeniesieniu jej w teraźniejszość. De Tocqueville 
powiadał,  że  system  artystokratyczny  łączył  jednym  łańcuchem  całą 
społeczność - wszystkich od króla do chłopa - demokracja natomiast zrywa ów 
łańcuch, wyzwalając każdego z tych więzi. W rezultacie demokracja sprawia, iż 
„każdy  zapomina  o  swych  przodkach"  -  idea  atrakcyjna  dla  ludzi  takich  jak 
Whitman,  który  twierdził,  że  „wrogiem"  jest  słowo  „kultura"  oraz  literatura 
„pachnąca  łaskami  możnych  [...]  zbudowana  całkowicie  na  koncepcji 
kastowości".  Dla  Tocqueville'a  cechą  charakterystyczną  nowoczesności  jest 
„nieustanne zrywanie wątku czasu i zacieranie ciągłości pokoleń". 
 
   Nowoczesność  definiowano  jako  „tradycję  tego,  co  nowe".  Z  tego  punktu 
widzenia  niemożliwa  staje  się  nawet  awangarda,  gdyż  polega  ona  z  natury  na 

background image

odrzuceniu jakiejś określonej tradycji. Typową jej taktyką jest skandalizowanie. 
W kulturze nowoczesnej skandal to coś pożądanego jako jeszcze jedna sensacja. 
Nowoczesność  unicestwia  awangardę,  akceptując  ją  niemal  natychmiastowo, 
podobnie jak z jednakowym uznaniem akceptuje elementy przeszłości Zachodu, 
Bizancjum  czy  Wschodu  w  swojej  omnium-gatherum  kultur.  Stare  pojęcie 
kultury oparte było na ciągłości, nowe - na różnorodności; stare ceniło tradycję, 
ideałem współczesnego jest synkretyzm. 
 
   Niewiele  ponad  sto  lat  temu  świat  kultury  anglo-amerykańskiej  wyznaczali 
pisarze  klasyczni,  łacińscy  poeci,  sztuka  grecka  i  renesansowa,  francuscy 
philosophes (Voltaire  i Rousseau) oraz  literatura  niemiecka, wprowadzona doń 
głównie dzięki tłumaczeniom Carlyle'a [„W XVIII wieku - jak pisał Whitehead 
w  Nauka  i  świat  nowożytny  (przekład  M.  Kozłowski,  M.  Pieńkowski  OP, 
Kraków  1987,  Wydawnictwo  Znak,  s.  144)  -  każdy  wykształcony  człowiek 
czytał  Lukrecjusza  i  rozważał  idee  atomów  [...]".  Kiedy  zaś  Ralph  Waldo 
Emerson po raz pierwszy wybrał się za  granicę, by się spotkać z europejskimi 
intelektualistami,  znajdował  w  rozmowach  z  nimi  wspólny  układ  odniesienia. 
Rozmowa z Wordsworthem dotyczyła książek: „Ceni on Lukrecjusza wyżej od 
Wergiliusza  [...]  Złorzeczył  na  Wilhelma  Meistera  Goethego.  O  Carlyle'u: 
„Platona  nie  czyta,  a  Sokratesa  lekceważy.  [...]  Gibbona  traktuje  jako 
«wspaniały  most  między  starym  a  nowym  światem».  [...]  Tristram  Shandy  to 
jedna z jego ulubionych lektur po Robinsonie Crusoe". 
 
   ]. Dziś geograficzne granice przestały istnieć. Chodzi nie tylko o to, że rynek 
artystyczny  został  umiędzynarodowiony  i,  powiedzmy,  polscy  malarze 
wystawiają w Paryżu, a amerykańscy w Anglii, czy też, że teatr ignoruje granice 
narodowe  (Czechow,  Strindberg,  Brecht,  0'Neill,  Tennessee  Williams, 
Giraudoux,  Anouilh,  Ionesco,  Genet  i  Beckett  wystawiani  są  jednocześnie  w 
Paryżu,  Londynie,  Nowym  Jorku,  Berlinie,  Frankfurcie,  Sztokholmie, 
Warszawie  i  setce  innych  miast  na  różnych  kontynentach).  Obszar  kultury  stał 
się  poza  tym  tak  szeroki,  a  zainteresowania  tak  różnorodne,  że  niemal  nie 
sposób wskazać te wspólne ramy, które określają człowieka „kulturalnego". W 
wielkim  salonie  wystawowym  sztuki  współczesnej  repertuar  możliwości  dla 
każdego,  kto  chce  zabłysnąć  w  świecie  kultury,  jest  zaiste  oszałamiajacy 
[„Wynalazki  magnetofonu  i  płyt  długogrających  -  pisał  kiedyś  Stanley  Edgar 
Hyman - oraz  ich  niebywałe rozpowszechnienie się spowodować  może  głębszą 
rewolucję  kulturalną  niż  wydania  kieszonkowe  literatury  i  uczyniło  dla  poezji 
więcej  niż  jakakolwiek  inna  forma  publikacji.  Setki  przedsiębiorstw,  często 
zupełnie  niewielkich,  produkuje  niezliczoną  ilość  nagrań  i  sprawia,  że  muzyka 
najrozmaitszego  rodzaju staje się powszechnie dostępna, a zarazem  przyczynia 
się  do  rosnącego  zapotrzebowania  na  muzykę  poza  tradycyjnymi  ośrodkami. 
Dzięki wielkiej dokładności i stereofonii, nagrany dźwięk odznacza się jakością 
niewyobrażalną  jeszcze  kilkadziesiąt  lat  temu.  Jedno  tylko  przedsiębiorstwo  - 

background image

Folkways  - wydało kilkaset  płyt z  muzyką ludową, czasem tak egzotyczną, jak 
muzyka  Eskimosów  z  Alaski  i  znad  Zatoki  Hudsona  czy  też  pieśni  malajskie. 
Każdy dziś może mieć kolekcję nagrań, o jakiej jedno pokolenie wcześniej nie 
mogło marzyć żadne z największych światowych archiwów".]. Czym zatem jest 
kultura?  Kto  jest  człowiekiem  wykształconym?  Gdzie  leżą  granice  wspólnego 
dyskursu?  Do  istoty  nowoczesności  należy  przekonanie,  iż  na  tego  rodzaju 
pytania nie ma jednej odpowiedzi. 
 
 
 
Brak centrum    
 
   Wrażenie rozproszenia powoduje nie tylko zadziwiająca różnorodność kultury 
(oraz  mnożąca  się  liczba  jej  poważnych,  na  wpółprzygotowanych  i  zgoła 
amatorskich  uczestników),  lecz  również  brak  jakiegoś  geograficznego  czy 
duchowego  centrum,  które  ustanawiałoby  standardy  i  w  którym  by  się  mogli 
spotykać  i  nawzajem  poznawać  czołowi  malarze,  muzycy  i  pisarze.  W 
przeszłości  wszystkie  niemal  społeczeństwa  o  „kulturze  wysokiej"  miały  taki 
ośrodek  -  była  nim  agora,  plac  czy  rynek  -  gdzie  przebiegała  wymiana  i 
współzawodnictwo; gdzie artyści wzajemnie   się   stymulowali,   co   stwarzało   
poczucie   żywotności   sztuki. 
 
W  pierwszym  dziesięcioleciu  naszego  stulecia  („latach  uczty"  -  jak  nazwał  je 
Roger Shattuck)  i  później, w  latach dwudziestych, ośrodkiem  takim  był Paryż. 
Tu wszystkie sztuki wzajemnie na siebie wpływały i splatały się ze sobą. Balet 
Fokina  mógł  mieć  dekoracje  Chagalla  czy  Picassa,  a  muzykę  Strawińskiego 
bądź Satiego. Anglia, dzięki swym uniwersytetom w trójkącie Londyn-Oxford-
Cambridge, miała elitę, której członkowie liczyć mogli na bezpośredni osobisty 
lub  literacki  kontakt.  „Zarówno  mnie,  jak  i  każdego  Amerykanina  zadziwia  - 
pisał  Irving  Kristol  w  „Encounter"  (październik  1955)  -  do  jakiego  stopnia 
niemal wszyscy brytyjscy  intelektualiści są kuzynami, oczywiście  nie w sensie 
dosłownym, lecz metaforycznym, ale nie jest to pusta retoryka. [...] Uczęszczali 
oni do tych samych szkół (liczba osób, które poznały George'a Orwella w Eton 
jest  niemal  równa  liczbie  tych,  którzy  o  nim  piszą)  bądź  czyjś  ojciec 
współpracował z czasopismem wydawanym przez ojca kogoś innego itp. Zaiste 
mała to i ciasna wyspa". 
 
   W Stanach Zjednoczonych zawsze brak było takiego centrum. W połowie XIX 
w.  dzięki  przenikaniu  się  kościoła,  bogactwa  i  kultury  pewien  wspólny  styl 
narzucał  Boston.  Ale  ze  względu  na  to,  że  był  to  styl  Nowej  Anglii,  nie  miał 
żadnych szans, by objąć cały kraj. Pod koniec stulecia takim ośrodkiem dla ary 
wistów  i  parweniuszy,  a  w  pewnej  mierze  również  centrum  kultury,  stał  się 
Nowy Jork. Nie mógł on jednak nigdy ogarnąć różnych dochodzących do głosu 

background image

amerykańskich kultur regionalnych - Środkowego Zachodu czy Południa. Nawet 
w latach poprzedzających I wojnę światową i później, kiedy symbolem stało się 
Greenwich  Village,  Nowy  Jork  wyznaczał  tylko  pewien  wymiar  kultury 
amerykańskiej  -  jej  awangardę  -  i  też  tylko  do  czasu,  póki  nie  stał  się  stacją 
tranzytową do Paryża. 
 
   Ze  względu  na  ogromny  obszar  kraju,  różnorodność  grup  etnicznych  i 
religijnych,  amerykańscy  intelektualiści,  jak  pisał  Kristol,  „spotykają  się  tylko, 
można  powiedzieć,  po  omacku".  Ludzie,  którzy  wydają  wielkonakładowe 
czasopisma,  zazwyczaj  nie  mają  możliwości  spotkania  wybitnych  polityków, 
muzyków  czy  dramatopisarzy.  Politycy  siedzą  w  Waszyngtonie,  wydawcy  i 
ludzie  teatru  -  w  Nowym  Jorku,  filmowcy  -  w  Los  Angeles,  a  profesura 
rozproszona  jest  po  całym  kraju  na  wielkich  uniwersytetach.  Właśnie 
uniwersytety stały się dziś dominującą siłą świata kultury amerykańskiej: wielu 
pisarzy,  kompozytorów,  malarzy  i  krytyków  znalazło  sobie  w  nich  przystań  i 
tam wydawane są najważniejsze kwartalniki literackie i kulturalne. 
 
   Jeżeli  nawet  -  jak  w  Nowym  Jorku  -  istnieje  wielki,  uznany  ośrodek 
wydawniczy,  teatralny,  muzyczny  i  malarski,  to  ogromna  liczba  ludzi  sztuki  i 
znaczny nacisk na specjalizację powoduje wzajemną izolację artystów. Niewielu 
malarzy zna ludzi teatru lub muzyków czy pisarzy. Kompozytorzy rozmawiają z 
kompozytorami,  malarze  -  z  malarzami,  pisarze  -  z  pisarzami.  W  przeszłości 
mniejszość,  która  miała  się  za  awangardę,  świadomie  szukała  innych, 
eksperymentujących w tej samej dziedzinie. Łączył ich duch buntu lub wspólna 
estetyka, a czasem, jak w przypadku włoskiego futuryzmu - jedno i drugie. Dziś 
żarłoczna  publiczność  tak  szybko  akceptuje  awangardę,  że  ta  nawet  nie  zdąża 
ogłosić 

rebelii, 

natomiast 

coraz 

bardziej 

techniczny 

charakter 

eksperymentowania w sztuce zdaje się przekreślać szansę na wspólną estetykę. 
W  przeszłości  związek  między  rozważaniami  natury  technicznej  w  różnych 
dziedzinach  zapewniało  istnienie  warstwy  hommes  des  lettres  lub  krytyków, 
takich jak Apollinaire czy Karl Kraus, którzy swobodnie poruszali się w różnych 
obszarach  sztuki.  Dziś  natomiast  nawet  krytycy  są  wąsko  wyspecjalizowani  i 
podziały stają się coraz bardziej hermetyczne. 
 
   W  latach  trzydziestych  upolitycznienie  kultury  przez  marksizm  zrodziło  na 
pewien  czas  wspólną  estetykę  o  swoistych  kryteriach  mających  wyjaśniać 
poszczególne  sztuki  (służących  krytykom  do  mechanicznego  ich  stosowania  w 
imię  jedności  kultury),  a  radykalizm  ten  stanowił  wspólną  pożywkę  dla 
artystów, muzyków i pisarzy. Dziś ten upolityczniony świat znikł i  - pomijając 
więzi zawodowe lub akademickie - wspólne środowisko już nie istnieje. 
 
   Uderza  zaściankowość  kultur  narodowych.  W  latach  dwudziestych  i 
pięćdziesiątych intelektualiści oraz pisarze byli o sobie dobrze poinformowani, a 

background image

kontakty  międzynarodowe  były  rozbudowane.  „Criterion"  Eliota  w  latach 
dwudziestych  czy  też  „Partisan  Review"  w  pięćdziesiątych  publikowały  długie 
artykuły bądź „listy" z różnych miast, donoszące o nowych problemach w sztuce 
i kulturze. Dzisiejszy brak kontaktów jest wyjaławiający. Dzieje się tak zapewne 
w  jakiejś  mierze  dlatego,  że  pisarze  i  intelektualiści  są  bardziej  uwikłani  w 
politykę własnych krajów. A może po prostu dlatego, że sztuki stały się bardziej 
techniczne i sprofesjonalizowane. Powodem jednak najważniejszym, jak sądzę, 
jest  wyczerpanie  się  samego  modernizmu.  W  swym  apogeum  rodził  on  nowe 
ruchy  rewolucyjne  (ich  manifesty):  futuryzm,  imaży-lizm,  kubizm,  dadaizm, 
konstruktywizm, surrealizm itd. Wzywał do iowości i sam był nowością. Głosił 
nowe estetyki, nowe formy i style. Ale wszystkie te izmy są dziś passe. Nie ma 
już centrum, są tylko peryferie. 
 
   Kultura  kwitnie,  kiedy  ośrodki  takie  istnieją  i  kiedy  intensywne  kontakty 
między  twórcami  sprzyjają  koncentracji  osiągnięć  pobudzających  do  dalszych 
wysiłków.  Brak  takich  ośrodków,  zarówno  w  skali  narodowej,  jak  i 
międzynarodowej,  oraz  segmentacja  kultury  nieuchronnie  prowadzą  w 
przypadku  kultury  modernistycznej  do  zerwania  dyskursu,  dzięki  któremu  żyje 
ona w całym społeczeństwie. 
 
 
 
Kultura wizualna 
 
   Jednym  z  najważniejszych  rezultatów  spotkania  nowoczesności  z  kulturą 
wysoką  jest  odrzucenie  koncepcji  jednej  hierarchii  sztuk  czy  jedności  kultury. 
W  świecie  nowoczesnym  (inaczej  niż  w  Grecji  Pery-klesa,  w*renesansowych 
Włoszech czy w Anglii elżbietańskiej) jedność taka nie jest już możliwa, a być 
może  również  i  w  przeszłości  nie  była  tak  oczywista,  jak  to zwykliśmy  sądzić 
[Kultura zachodnia, począwszy od Greków, zawsze odróżniała sztuki kreacyjne 
i  użytkowe  (podobnie  jak  czas  wolny  i  pracę).  Nawet  Kościół,  który  miał 
uświęcać  pracę  skromnego  rzemieślnika,  akceptował  tę  różnicę,  zapewne 
dlatego, że apogeum kultury katolickiej przypadło na okres, kiedy próżnowanie i 
praca  były  wyraźnie  od  siebie  oddzielone.  Literatura  i  muzyka  jako  sztuki 
kontemplacyjne  miały  zawsze  swe  miejsce  w  panteonie.  Malarstwo  i  rzeźba, 
których status jest bardziej dwuznaczny, zajmowały tam swe miejsce, ponieważ 
sprzyjały  umocnieniu  autorytetu  wiary  oraz  dlatego,  iż  nabywanie  ich 
wytworów podnosiło prestiż kolekcjonerów. W dawnych Chinach, co ciekawe, 
stopniowanie to przedstawiało się inaczej. Za sztuki wysublimowane uchodziły 
poezja,  kaligrafia,  malarstwo,  czyli  sztuki  uprawiane  dla  własnej  przyjemności 
przez ludzi wykształconych, które są w stanie ocenić tylko im równi. Inne formy 
wyrazu  artystycznego  -  rzeźbę,  wyroby  z  brązu,  ceramikę  -  traktowano  jako 

background image

produkty rzemiosła.]. Meyer Schapiro pisze: 
 
    Nadaremnie  poszukujemy  w  Anglii  stylu  malarstwa,  który  odpowiadałby 
elżbietańskiej  poezji  i  dramatowi;  podobnie  w  dziewiętnastowiecznym 
malarstwie  rosyjskim  nie  ma  niczego,  co  rzeczywiście  odpowiadałoby 
ówczesnemu wielkiemu ruchowi literackiemu. W takich przypadkach uznajmy, 
że  różne  sztuki  pełnią  odmienne  role  w  kulturze  i  w  życiu  społecznym,  i 
zarówno  swą  treścią,  jak  i  stylem  wyrażają  różne  interesy  i  wartości. 
Dominująca w danym czasie perspektywa, o ile można ją w ogóle wyróżnić, nie 
dotyczy  w  jednakowym  stopniu  wszystkich  sztuk  i  nie  wszystkie  zdolne  są 
dawać  wyraz  temu  samemu  poglądowi  na  świat.  H.  Stuart  Hughes  przywołuje 
uwagę Henry'ego Adamsa, iż w 1800 r. „intelektualne wyposażenie" w Stanach 
Zjednoczonych  ograniczało  się  niemal  wyłącznie  do  teologii,  literatury  i 
retoryki;  sztuki  wizualne  oraz  przemawiające  do  zmysłów  praktycznie  nie 
istniały. 
 
   Dziś dominuje „perspektywa wizualna". Dźwięk i obraz, zwłaszcza ten drugi, 
organizują estetykę i panują nad publicznością. W społeczeństwie masowym nie 
może  dziać  się  inaczej  [W  historii  wrażliwości  -  dziedzinie  niezwykle 
zaniedbanej  -  zaskakuje  stwier  dzenie,  iż  wyobraźnia  francuskich  poetów  XVI 
w. zdominowana była przez smak, zapach i słuch i niezdolna była „zobrazować" 
czy  też  wizualizować  osobę  lub  miejsce,  by  stały  się  one  „rzeczywiste"  dla 
czytelnika.  Brak  im  było  wyobrażenia  perspektywy  czy  krajobrazu. 
Rzeczywistość zamykała się w zapachach i dźwiękach, a nie w obrazach.]. 
 
   Masowe rozrywki (cyrki, widowiska, teatry) zawsze miały charakter wizualny, 
jednak  dwie  swoiste  cechy  życia  współczesnego  szczególnie  uwydatniają  ten 
aspekt. Po pierwsze, świat współczesny jest światem miejskim. Życie w wielkim 
mieście stwarza zaś ludziom  w  nadmiarze okazje patrzenia  i chęci widzenia (a 
nie  czytania  lub  słuchania).  Drugim  czynnikiem  jest  współczesna  skłonność 
raczej do  działania  niż  do  kontemplacji,  do  poszukiwania  nowości  i  pogoni  za 
sensacją. Skłonności te zaś najlepiej zaspokaja właśnie wizualny aspekt sztuki. 
 
  .  Miasto  jest  nie  tylko  miejscem,  ale  i  stanem  umysłu,  symbolem 
wyróżniającego  stylu  życia,  którego  głównymi  atrybutami  są  różnorod-noić  i 
podniecenie.  Daje  również  poczucie  skali,  które  krępuje  wszelki  wysiłek 
uchwycenia  jego  sensu.  Aby  „znać"  miasto,  trzeba  chodzić  jego  ulicami. 
„Widzieć"  je  w  całości  można  jednak  tylko  z  zewnątrz.  Z  odległości  widzimy 
jego  sylwetkę.  Stłoczenie  jest  szokiem  dla  poznania;  sylwetka  -  trwałym 
znakiem rozpoznawczym i symbolicznym przedstawieniem. 
 
   Ukształtowany  przez  człowieka  krajobraz  miejski  ucieleśniony  jest  w 
budynkach  i  mostach.  Podstawowe  materiały  cywilizacji  przemysłowej,  stal  i 

background image

beton,  znajdują  w  nich  swe  swoiste  zastosowanie.  Wykorzystanie  stali  zamiast 
kamienia pozwoliło architektom wznosić wysoko, aż do nieba, proste szkielety, 
na których wspierają się budynki. Zastosowa- 
 
nie  zbrojonego  betonu  umożliwiło  nadawanie  budowlom  wyszukanych 
kształtów  żyjących  własnym  życiem.  Formy  te  dają  dobitny  wyraz  nowego 
rozumienia i organizacji przestrzeni. 
 
   W  nowych  koncepcjach  przestrzeni  mamy  do  czynienia  z  przesłonięciem 
dystansu.  Nie  tylko  przestrzeń  fizyczna  zostaje  skrócona  dzięki  nowoczesnym 
środkom  transportu,  dającym  wzrokową  przyjemność  oglądania  tak  wielu 
różnych  miejsc.  Techniki  nowych  sztuk,  zwłaszcza  filmu  i  nowoczesnego 
malarstwa,  sprzyjają  również  przesłonięciu  psychicznego  i  estetycznego 
dystansu  między  widzem  a  doświadczeniem  wzrokowym.  Nacisk,  jaki  kubizm 
kładł  na  jednoczes-ność,  a  abstrakcyjny  ekspresjonizm  -  na  oddziaływanie, 
stanowił  próbę  zintensyfikowania  bezpośredniości  emocji,  raczej  włączenia 
widza  do  akcji,  niż  skłonienia  go  do  kontemplacji.  Na  tym  również  polega 
ukryta  zasada  filmu,  który  -  korzystając  z  montażu,  wyboru  kadrów,  kąta 
widzenia,  długości  każdej sceny  i „synapsy"  w  kompozycji  -  posuwa  się  dalej 
niż  jakakolwiek  inna  sztuka  w  „regulowaniu"  emocji.  Ten  zasadniczy  aspekt 
współczesności  -  organizowanie  społecznych  i  estetycznych  reakcji  w 
kategoriach  nowości,  sensacji,  jednoczesności  i  oddziaływania  -  znajduje  swój 
wyraz głównie, w sztukach wizualnych. 
 
   Nowoczesna  estetyka  nabrała  charakteru  wizualnego  do  tego  stopnia,  że 
mosty,  tamy,  silosy  i  drogi  -  ekologiczne  relacje  konstrukcji  do  środowiska  - 
stały  się  przedmiotem  zainteresowania  estetycznego.  Tak  jak  w  początku 
naszego  stulecia  problem  czasu  (u  Bergsona,  Prousta  i  Joyce'a)  stanowił 
zasadniczy przedmiot zainteresowania estetyki, tak w jego połowie stała się nim 
organizacja  przestrzeni  czy  to  w  nowoczesnym  malarstwie,  architekturze,  czy 
rzeźbie. To zainteresowanie współczesnej kultury przestrzenią i formą znalazło 
najsilniejszy  wyraz  w  malarstwie,  architekturze  i  filmie.  W  połowie  wieku  one 
właśnie  stały  się  sztukami  najbardziej  znaczącymi,  a  ich  perspektywa 
zdominowała  nasze  czasy.  W  tej  mierze,  w  jakiej  dyskusja  na  temat  kultury 
wysokiej  bagatelizowała  tę  kwestię  -  a  toczyła  się  ona  pod  dyktando 
humanistów, którzy swą koncepcję kultury wysokiej ukształtowali na podstawie 
literatury - nie zdołała ona uchwycić najważniejszego aspektu kultury masowej; 
tego mianowicie, iż jest to kultura wizualna. 
 
   Prawdą  jest,  jak  sądzę,  że  kultura  współczesna  to  raczej  kultura  obrazu  niż 
druku.  Zmianę  tę  spowodowały  nie  tyle  film  i  telewizja,  ile  nowe  poczucie 
mobilności  w  przestrzeni  geograficznej  i  społecznej,  jakiego  ludzie  zaczęli 
doświadczać  w  połowie  XIX  w.,  oraz  nowa  estetyka,  jaka  zrodziła  się  w 

background image

odpowiedzi  na  nie.  Zamkniętą  przestrzeń  wioski  czy  własnego  domostwa 
rozsadzały  podróże,  zrodzony  przez  kolej  zachwyt  szybkością,  przyjemność 
spaceru,  zgiełk  plaży,  placów  miejskich  oraz  podobne  doświadczenia  życia 
codziennego,  znajdujące  wyraz  w  dziełach  Renoira,  Maneta,  Seurata  oraz 
innych impresjonistów i postimpresjonistów. 
 
   Wprowadzone przez McLuhana odróżnienie mediów „zimnych" 
 
i „gorących" oraz jego koncepcja stworzonej przez telewizję „wioski globalnej" 
zdają  mi  się  pozbawione  wszelkiego  nietrywialnego  sensu.  (Jeśli  już,  to 
rozrastanie  się  szerokich  sieci  komunikacyjnych  pociąga  za  sobą  dezintegrację 
większych  społeczności  na  grupy  etniczne  i  pierwotne.)  Względne  znaczenie 
druku  i  obrazu  w  kształtowaniu  wiedzy  ma  jednak  swe  konsekwencje  dla 
spójności kultury. Druk pozwala na spokojne zastanowienie się nad tekstem i na 
dialog; nie tylko kładzie nacisk na poznanie i na znaczenie symboliczne, ale - co 
najważniejsze  —  na  sposób  konceptualizacji  myśli.  Media  wizualne  -mam  na 
myśli film i telewizję - narzucają widzowi swe tempo i, kładąc nacisk raczej na 
obraz  niż  na  słowo,  skłaniają  nie  do  konceptualizacji,  lecz  do  dramatyzacji. 
Dzienniki telewizyjne wybijają na czoło katastrofy i ludzkie tragedie, zachęcają 
nie do zrozumienia, lecz do współczucia, do uczuć, które szybko wygasają, oraz 
do  pseudouczestnictwa  w  wydarzeniach.  A  ponieważ  z  reguły  mamy  do 
czynienia  z  nadmierną  dramatyzacją,  reakcja  staje  się  szybko  albo 
bombastyczna, albo zdawkowa. 
 
Podobnie jak kino, w miarę różnicowania się publiczności, również 
 
i  sztuka  teatralna  oraz  malarstwo  coraz  bardziej  starają  się  szokować  i 
eksplorować  sytuacje  ekstremalne.  Telewizja  jako  najbardziej  „publiczne" 
medium  ma  swe  ograniczenia.  Jednakże  kultura  wizualna  w  całości,  ponieważ 
bardziej  niż  druk  podatna  jest  na  impulsy  modernizmu  przejmowane  przez 
kulturalne masy, sama coraz bardziej wyjaławia się w sensie kulturowym. 
 

 

 
    
 
Załamanie się racjonalnego kosmosu 
 
   Począwszy  od  połowy  XVI  do  połowy  XIX  w.  intencją  estetyki  zachodniego 
świata  było  ustalenie  pewnych  formalnych  zasad  sztuki  opierających  się  na 
racjonalnej  organizacji  czasu  i  przestrzeni.  Estetyczny  ideał  zgodności 
funkcjonował  jako  zasada  regulatywna,  zorientowana  na  racjonalną  całość  i 
jedność  formy.  Renesansowe  malarstwo,  zgodnie  z  zasadami  ustalonymi przez 
Albertiego,  miało  charakter  „racjonalny"  nie  tylko  dlatego,  że  stosowało 

background image

formalne  zasady  matematyczne  w  przedstawianiu  sceny  (proporcje  i 
perspektywa),  ale  również  z  tego  względu,  iż  usiłowało  przełożyć  na  sztukę 
racjonalną  kosmografię  przestrzeni  i  jako  głębi,  i  czasu,  jako  następstwa.  W 
muzyce  wprowadzenie  akordów  harmonicznych,  unikalnej  cechy  muzyki 
Zachodu,  nadało  uporządkowaną  strukturę  interwałom  dźwiękowym,  które 
jednoczyły  rytm  i  melodię  w  strukturalną  harmonię  i  równoważyły  melodię  z 
tłem akordów. 
 
   Zasadniczą  intencją  neoklasycznej  krytyki  (przykładem  Laokoon  Lessinga) 
było  sformułowanie  „praw"  percepcji  estetycznej.  Poezja  i  malarstwo, 
oddziałujące  za  pośrednictwem  różnych  zmysłów,  różnią  się  ze  względu  na 
fundamentalne  zasady  ich  tworzenia.  Malarstwo  chwyta  bowiem  moment 
działania w przestrzeni, poezja natomiast ma do czynienia z kolejnymi aktami w 
czasie  [„[Twierdzenie]  pozostaje  bez  zmiany:  następstwo  w  czasie  to  pole 
działania  dla  poety,  tak  jak  przestrzeń  jest  polem  działania  dla  malarza.  [...] 
Umieszczać na jednym obrazie dwa zjawiska [...] odległe w czasie  [...] znaczy 
wedrzeć  się  w  dziedzinę  poezji,  czego  dobry  smak  nie  pochwali  nigdy".]. 
Każdemu  gatunkowi  odpowiada  właściwy  mu,  nie  dający  się  łączyć  z  innymi 
obszar.  U  podłoża  tych  zasad  leżał  kosmologiczny  obraz  świata:  głębia, 
projekcja  trójwymiarowej  przestrzeni,  tworzyła  „wewnętrzny  dystans", 
pozwalający na symulowanie rzeczywistego świata; narracja biegnąca zgodnie z 
zasadą  początku,  rozwinięcia  i  zakończenia,  stanowiąc  chronologiczny  szkielet 
zdarzeń, nadawała sens ich następstwu i konkluzji. 
 
   Źródła  sięgają  renesansowej  koncepcji  przestrzeni,  lecz  została  ona 
ugruntowana  w  Newtonowskiej  wizji  uporządkowanego  świata.  Joan  Gadol 
pisała: 
 
    Podstawowe  cechy  sztuki  europejskiej  ukształtowała  Euklidesowa  koncepcja 
przestrzeni,  aktualna  jeszcze  w  XIX  w.  W  perspektywie,  w  ideale  form 
organicznych  iw  klasycznym  porządku,  przestrzenna  logika  proporcjonalności 
przetrwała  znacznie,  dłużej  niż  estetyczna  teoria  concinnitas.  Z  chwilą 
powstania  filozofii  empirystycznej  nie  sposób  już  było  traktować  regularnych 
proporcji jako „obiektywnych" per se, jako harmonijnych stosunków, za których 
pośrednictwem  natura  wiąże  elementy  świata  zjawisk.  Jednakże  przestrzeń 
artystyczną  nadal  traktowano  jako  jednorodną  i  regularną.  Pozostawała 
racjonalna  i  podlegać  miała  „regułom"  mimo  wszelkich  przeobrażeń 
renesansowego stylu - od manieryzmu poprzez impresjonizm. Działo się zaś tak 
dlatego,  że  intuicje  przestrzenne  porządkujące  nowy  artystyczny  obraz  świata 
stanowiły  zarazem  podstawę  jego  wizji  teoretycznej.  Nowa  kosmologia  dała 
wsparcie  wizji  artystycznej,  zastępując  w  tym  uprzednie  założenia  estetyczno-
metafizyczne.  Tym,  co  ostatecznie  uzasadniło  nowożytną  europejską  wiarę 
artystyczną  w  jednorodność  świata,  jego  racjonalny  porządek,  była  naukowa 

background image

kosmologia, poczęta przez system Kopernikański [Idee Cassirera zgodne były w 
zadziwiający  sposób  z  teorią  optyki  i  z  koncepcjami  E.  Panofsky'ego, 
dotyczącymi wizualizacji przestrzeni przez malarzy. Panofsky pisał o Al-bertim: 
„Porównywanie  malarstwa  z  oknem  to  przypisywanie  artyście  (lub  domaganie 
się  od  niego)  bezpośredniego,  wizualnego  podejścia  do  rzeczywistości.  [...] 
Teraz  nie sądzi się już, by  malarz pracował  na podstawie  «idealnego obrazu w 
swej duszy», jak to twierdził  Arystoteles, a po  nim  Tomasz z  Akwinu i  mistrz 
Eckhart,  lecz  na  podstawie  obrazu  wzrokowego  w  oku.  [...]  Krótko  mówiąc, 
przestrzeni  zakładanej  i  przedstawianej  w  malarstwie  hellenistycznym  i 
rzymskim  brak  dwóch  cech  zakładanych  i  przedstawianych  w  sztuce 
nowożytnej  aż  do  czasów  Picassa:  ciągłości  (a  więc  mierzalności)  i 
nieskończoności".]. 
 
   Drugą  klasyczną  zasadą  regulującą  estetyczne  intencje  zachodniej  sztuki  i 
literatury była koncepcja mimesis, czyli interpretacji rzeczywistości poprzez jej 
imitację. Sztuka miała być zwierciadłem natury, przedstawieniem życia. Wiedzę 
z kolei traktowano jako odzwierciedlenie rzeczywistości „zewnętrznej", tego, co 
poznawane  jest  poprzez  Spiegelbild,  kopię  przedmiotów  obserwowanych, 
postrzeganych zmysłowo. Osądy miały w zasadzie charakter kontemplacyjny, a 
mimesis  świadczyła  o  ich  wartości.  Kontemplacja  pozwalała  obserwatorowi 
tworzyć  theoria  (słowo  to  pierwotnie  znaczyło  tyle  co  „patrzenie"),  a  theoria 
znaczyła  zdystansowanie  się  od  przedmiotu  czy  doświadczenia  w  celu 
uzyskania  czasu  i  perspektywy,  niezbędnych  dla  ich  przyswojenia  i  oceny 
(zazwyczaj chodziło o dystans estetyczny). 
 
   Modernizm 

jest  odrzuceniem  mimesis.  Przeczy  on  pierwotności 

rzeczywistości  zewnętrznej  jako  tego,  co  dane.  Usiłuje  bądź  to  rekonstruować 
rzeczywistość,  bądź  też  wycofywać  się  do  wnętrza  podmiotu,  do  jego 
prywatnego  doświadczenia  jako  przedmiotu  estetycznego  zainteresowania. 
Źródła tego stanowiska tkwią w filozofii, przede wszystkim w kartezjanizmie i 
w  zasadach  kantowskich.  Nacisk  -  gdy  chodzi  o  źródła  wiedzy  i  kryteria 
rozumienia  -  położony  jest  raczej  na  podmiot  oraz  jego  czynności  niż  na 
przedmiot  i jego  charakter.  Zgodnie  z  Kantem  (który  swe  stanowisko  nazywał 
rewolucją  kopernikańską  w  filozofii)  umysł  jest  czynnikiem  aktywnym, 
wybierającym i porządkującym strumień wrażeń za pośrednictwem stałych form 
zmysłowości 
 
- czasu i przestrzeni. Niemniej wyłom został dokonany. Aktywność 
 
-  działanie  i  wytwarzanie  -  stały  się  źródłem  wiedzy.  Praxis  został  zastąpiony 
przez theoria i pierwsze przyczyny. 
 

background image

   W  sztuce  i  literaturze  teoria  poznania  czynnego  wiedzie  do  przekształcenia 
starych  „sposobów  mimesis  oraz  danych  współrzędnych  czasu  i  przestrzeni!. 
Kontemplację 

zastępują 

wrażenia, 

jednoćzesńość, 

bezpośredniość 

oddziaływanie.  OA  połowy  XIX  do  połowy  naszego  wieku  te  nowe  intencje 
dostarczają wspólnej formalnej syntaksy wszystkim sztukom. 
 
   Alberti  traktował  malarstwo  jako  sposób  widzenia  świata  zewnętrznego. 
Stanowiło  to  podstawę  kontemplacji  oraz  „dystansu"  między  obserwatorem  a 
doświadczeniem.  Malarstwo  nowoczesne  opiera  się  na  zgoła  odmiennej 
koncepcji.  Wedle  Cezanne'a  mimesis  stanowi  zaprzeczenie  natury.  Znane  jest 
jego twierdzenie, iż wszystkie struktury świata rzeczywistego to odmiany trzech 
podstawowych  brył  -  sześcianu,  kuli  i  stożka.  Przestrzeń  na  jego  obrazach 
zorganizowana jest w płaszczyzny mające udobitnić tę lub inną z tych form. W 
przypadku  Turnera  mamy  do  czynienia  z  kartezjańskim  zwrotem  od 
przedstawiania przedmiotów, tak jak je znamy, do chwytania wrażeń płynących 
z  ich  postrzegania.  Jego  obraz  Deszcz,  para,  szybkość,  przedstawiający  pociąg 
przejeżdżający przez most na Tamizie, świadczy o wysiłku uchwycenia ruchu w 
sposób dotąd nie znany. 
 
   Wymienione  przemiany  koncpecji  przestrzeni  i  ruchu  wypracowane  zostały 
przez  rozmaite  kierunki.  Doprowadziły  one  modernizm  do  jego  apogeum,  a 
mianowicie do postimpresjonizmu, futuryzmu, ekspre-sjonizmu i kubizmu. Aby 
dać wyraz tym nowym tendencjom, wypracowywano odpowiednie techniki. Na 
obrazach Yuillarda wzory na odzieży pierwszoplanowych postaci są identyczne 
z  wzorami  tapet,  wskutek  czego  postaci  i  tło  niemal  zlewają  się.  U  Muncha  z 
kolei  „wewnętrzny  dystans"  na  obrazie  ulega  takiemu  skróceniu,  że  -  jak  w 
przypadku  młodej  dziewczyny  siedzącej  na  skraju  łóżka  -  plan  pierwszy  mało 
się  różni  od  tła,  a  obraz  zlewa  się  w  jedną  całość.  Maurice  Denis,  teoretyk 
postimpresjonizmu,  wyraził  credo  nowego  ducha,  powiadając:  „Musimy 
zamknąć  migawkę".  Obraz  nie  ma  tworzyć  iluzji  głębi  przestrzeni 
trójwymiarowej,  lecz  jednej  powierzchni,  wywołującej  dominujące  wrażenie 
bezpośredniości. 
 
Kant twierdził, iż niezmienne formy doświadczania rzeczywistości 
 
-  czas  i  przestrzeń,  pozwalające  umysłowi  organizować  je,  mają  charakter 
syntentyczny  a  priori.  Zgodnie  natomiast  z  historyzmem  Diltheya,  nawet 
przestrzeń  i  czas,  podstawowe  formy  doświadczania  rzeczywistości,  nie  są 
niezmienne,  lecz  kulturowo  uwarunkowane.  Tegorodzaju  relatywizm  i 
perspektywa  historyczna  zastąpiły  koncepcję  wyróżnionego  punktu  i 
obiektywnych  wyznaczników  obserwacji.  Egzemplifikacją  tej  nowej 
świadomości w sztuce jest kubizm i futuryzm. 
 

background image

   Zdaniem futurystów interwał czasowy i przestrzenny nie istnieje. W La pittura 
futurista.  Manifesto tecnico  stwierdzali,  iż  celem  ich  w  organizacji obrazu  jest 
„umieszczenie  obserwatora  w  jego  centrum".  Chcieli  uzyskać  identyczność 
przedmiotu z wrażeniem, przy czym identyczność ta wynikać miała z działania, 
a  nie  z  kontemplacji.  Z  równym  powodzeniem  -  jak  zauważa  Joshua  Taylor  - 
mogli  powiedzieć,  iż  chcą  „wepchnąć  świat  w  umysł  widza".  W  kubizmie 
natomiast  dostrzegamy  pogmatwany  wysiłek  zbliżenia  się  do  koncepcji 
względności.  ,,W  teorii  względności  -  pisze  C.  H.  Waddington  -  mamy  do 
czynienia z czymś, czego nie brała pod uwagę fizyka klasyczna, a mianowicie z 
wielością  równoważnych  układów  odniesienia  w  przestrzeni".  Uchwycenie 
rzeczywistości  miało,  zdaniem  kubistów,  polegać  na  wysiłku  ujrzenia 
przedmiotu  „ze  wszystkich  stron  naraz",  natomiast  uchwycenie  sensu 
jednoczesności - na nakładaniu się wielu planów różnych przedmiotów w jednej 
płaszczyźnie  płaskiego  obrazu.  Jeden  punkt  widzenia  zastąpiony  zostaje  przez 
ich wielość, wszystkie rzucone jednocześnie na tę samą płaszczyznę. 
 
Widzimy  więc,  na  czym  polegały  intencje  nowoczesnego  malarstwa:  na 
poziomie  syntaktycznym  chodziło  o  złamanie  porządku  przestrzennego;  w 
estetyce - o skrócenie dystansu  między przedmiotem a widzem, o „wniknięcie" 
w widza i narzucenie mu się poprzez oddziaływanie. Sceny się nie interpretuje; 
odczuwa się ją i opanowuje emocjonalnie. 
 
   „[...]  Rature  ta  vague  litterature",  radził  Mallarme.  Porzuć  wszystkie  światy 
zbyt bezpośrednio odnoszące się do nagiej rzeczywistości i skup się na samych 
słowach  oraz  na  ich  związkach  we  frazie  i  w  zdaniu.  „Forma  estetyczna  w 
nowoczesnej  poezji  -  pisał  Joseph  Frank  -  oparta  jest  na  logice  przestrzennej, 
wymagającej  całkowitej  reorientacji  stosunku  czytelnika  do  języka.  Ponieważ 
pierwotny  układ  odniesienia  każdego  wyrażenia  znajduje  się  wewnątrz  tekstu, 
język  nowoczesnej  poezji  jest  istotnie  zwrotny.  Relacja  znaczeniowa  staje  się 
pełna  dopiero  dzięki  jednoczesnemu  przestrzennemu  postrzeganiu  grup  słów, 
których  wzajemne  związki  są  niezrozumiałe,  jeśli  się  je  czyta  w  następstwie 
czasowym". 
 
   Nie  tylko  następstwo  traci  swą  funkcję  znaczeniową,  lecz  co  więcej, 
odrzucona  zostaje  sama  koncepcja  korespondencji  między  słowem  a 
pojedynczym  znaczeniem.  W  swym  słynnym  liście  do  Paula  Deme-ny'ego, 
Rimbaud twierdził, że definicje słownikowe, ścisłe reguły syntaksy i gramatyki 
nadają  się  do  akademickiego  lamusa.  Każde  słowo  jest  ideą,  „uprzykrzoną 
enigmą",  jak  powiadał  Aldous  Huxley.  Roger  Shattuck  pisał:  „Prawdziwie 
klasyczny styl pisarstwa wymagał, by każde słowo miało jedno, jasne znaczenie 
w  każdym  kontekście.  [Tak  np.  wedle  La  Bruyere'a:  „Spośród  rozmaitych 
wrażeń, które oddać mogą jakąś naszą ideę, jedno tylko jest trafne, prawdziwe".] 
Dla  symbolistów  natomiast,  a  przede  wszystkim  dla  Mallarmego,  język 

background image

wyposażony  jest w  ukryte  znaczenia,  których  liczba  rośnie  wraz  z  mnożeniem 
się  odniesień  danego  słowa.  Podobną  koncepcję  znaczenia  poetyckiego 
utrzymywał Jarry, twierdząc, iż każde odczytanie tekstu jest równie uprawnione. 
Nie ma jednego, właściwego znaczenia, które wykluczałoby wszelkie inne"18. 
 
   Pod  koniec  XIX  w.  literatura  próbowała  w  ramach  konwencji  językowych 
przedstawić  sens  życia  nie  jako  następstwo  odrębnych  całości,  lecz  jako 
strumień świadomości. Określenie pochodzi od Williama Jamesa i pojawia się w 
jego  Principlesof  Psychology  z  1890  r.  Szeroko  znane  stało  się  dzięki 
zasadniczej  roli,  jaką  odgrywa  w  -  o  dwa  lata  późniejszej  -pracy  Jamesa 
Psychology: The  Briefer Course. Pojęcie strumienia świadomości  implikuje, że 
nawet  tam,  gdzie  mamy  do  czynienia  z  przerwą  w  czasie,  świadomość  po 
przerwie pokrywa się ze świadomością przed nią - a więc, że czas doświadczany 
jest  nie  chronologicznie,  lecz  symultanicznie.  Równie  istotne  dla  naszego, 
rozumienia  znaczenia  jest  to,  iż  kiedy  doświadczamy  czasu  jako  strumienia 
świadomości,  przechodnie  fragmenty  tego  strumienia  mają  tyle  znaczenia  i 
takież oddziaływanie, jak punkty oznaczające jakieś rzeczywiste całości. James 
pisał:  „Winniśmy  wyrażać  poczucie  i,  poczucie  jeśli,  poczucie  ale  czy  przez 
równie  czytelnie,  jak  wyrażamy  poczucie  niebieskości  lub  zimna.  Tak  jednak 
nie  jest.  Nasze  przyzwyczajenie  rozpoznawania  wyłącznie  rzeczy  jest  tak 
uporczywe, iż język odmawia niemal wszelkiego innego użytku". 
 
   Podczas  gdy  język  konwencjonalny  opierał  się  na  uporządkowaniu 
rzeczowników  połączonych  przyimkami,  literatura  modernistyczna  usiłowała 
podkreślić  składniki  przechodnie  jako  synapsy  przenoszące  impulsy  nerwowe 
uczuć,  by  zanurzyć  czytelnika  w  strumieniu  wrażeń.  Flaubert  w  Pani  Bovary 
antycypował te usiłowania. W scenie na wiejskim targu (korzystam tu z analizy 
Josepha Franka) tłum przemieszany z bydłem gwarnie i radośnie wypełnia ulice. 
Z  platformy  wznoszącej  się  nieco  nad  ulicą  dochodzą  słowa  bombastycznych 
przemówień oficjeli. Z okna gospody kochankowie, Emma i Rudolf, przyglądają 
się  temu  i  prowadzą  rozmowę  urywanymi  zdaniami.  „Wszystko  powinno 
brzmieć  jednocześnie"  -  pisał  później  Flaubert,  komentując  tę  scenę. 
„Powinniśmy  jednocześnie  słyszeć  i  ryk  bydła,  i  westchnienia  kochanków  i 
drętwą  mowę  przemawiających".  Ponieważ  jednak  język  funkcjonuje 
chronologicznie,  owej  jednoczesnosci  nie  sposób  wywołać  inaczej,  niż  łamiąc 
następstwo  czasowe.  I  to  właśnie  czyni  Flaubert.  Rozrywa  on  następstwo 
(filmowa  analogia  jest  tu  całkiem  rozmyślna)  tak,  by  w  końcowym  crescendo 
dwie sekwencje - przemówienie Monsieur le President cytującego Cincinnatusa 
i słowa Rudolfa o  magnetycznym przyciąganiu się kochanków  - zlewały się ze 
sobą w jednym zdaniu i wywoływały zamierzony efekt jednoczesnosci. 
 
   Ta  „spacjalizacja  formy"  (używając  określenia  J.  Franka)  przerywa  upływ 
czasu  w  narracji,  by  skupić  uwagę  na  relacjach  zachodzących  w 

background image

unieruchomionym  interwale czasowym. Jest to jeden ze sposobów  uchwycenia 
tego,  co  James  nazywał  „strumieniem  spostrzeżeń".  Drugi,  stanowiący  sedno 
eksperymentów  Gertrudy  Stein,  Jamesa  Joyce'a  czy  Virginii  Woolf,  polega  na 
zanurzeniu  czytelnika  w  samym  strumieniu  czasu.  Virginia  Woolf  w  Jacob's 
Room  (1922)  wywołuje  zmianę  wrażliwości poprzez  wzajemne  oddziaływanie 
przechodzących  w  siebie  obrazów.  W  Pani  Dalloway  (1925),  historii  jednego 
dnia  w  życiu  kobiety,  technika  przywoływania  scen  z  przeszłości  stwarza 
strumień  świadomości.  W  The  Waves  (1931)  cała  opowieść  składa  się  z  ciągu 
monologów wewnętrznych. Ulisses Joyce'a z niespotykaną wirtuozerią ujawnia 
wszystkie  techniki  assemblages  czasu  i  kładzie  nacisk  na  zmianę  perspektywy 
nie  tylko  poprzez  przywoływanie  scen  z  przeszłości,  lecz  również  dzięki 
odmiennemu  stylowi  kolejnych  rozdziałów,  co  ma  podkreślać,  że  historia 
opowiedziana być może na wiele sposobów. Gertruda Stein w najwcześniejszym 
z  tego  rodzaju  eksperymentów  {The  Making  of  Americans),  książce 
opublikowanej  w  1925  r.  (choć  powstała  dwadzieścia  lat  wcześniej),  stara  się 
zegzemplifikować  swą  koncepcję  „wiedzy  o  czasie"  (nie  „narracji"),  opisując 
całą powtarzającą się historię rodziny (książka ma 900 stron) niemal wyłącznie 
w czasie teraźniejszym. Oto co pisała o tej powieści: 
 
    [...]  w  The  Making  of  Americans  [...]  stopniowo  i  powoli  dochodziłam  do 
wniosku, iż przemyśleć  muszę dwie kwestie:  faktem jest,  iż wiedzę osiąga się, 
by  tak  powiedzieć,  za  pośrednictwem  pamięci;  lecz  kiedy  coś  wiemy,  pamięć 
już  w  tym  nie  uczestniczy.  W  każdej  chwili,  gdy  świadomi  jesteśmy  swej 
wiedzy, pamięć nie odgrywa żadnej roli. Mamy poczucie bezpośredniości. 
 
    [...]  Próbowałam  uzyskać  tę  obecność  bezpośredniości,  pomijając  wszystko 
inne.  Musiałam  korzystać  z  imiesłowów  czasu  teraźniejszego,  wprowadzać 
nowe konstrukcje  gramatyczne. Są one poprawne, ale  mają przestawiony szyk, 
by stwarzać tę bezpośredniość. Krótko mówiąc, odtąd próbowałam na wszelkie 
możliwe  sposoby  uzyskiwać  poczucie  bezpośredniości  i  temu  w  istocie  rzeczy 
poświęcona była cała moja praca. 
 
   Z  podobnym  kierunkiem  zmian  mamy  do  czynienia  w  muzyce.  Dla  kanonu 
modernistycznego  typowa  jest  obsesja  dźwięku,  to  znaczy  wyłącznie 
pierwszego  planu  dźwiękowego.  Różnica  między  Wagnerem  a  Schoenbergiem 
potwierdza  ten  kierunek  przemian.  W  pierwszych  kompozycjach  Schoenberga 
widoczny  jest  wpływ  Wagnera,  ale  później  odrzucił  on  konieczność 
harmonijnego tła i zasadę strukturalną stosował wyłącznie do pierwszego planu. 
Jego  następcy  zrezygnowali  nawet  z  tego,  porzucając  niemal  całkowicie 
sekwencje czasowe na rzecz elementów aleatorycznych lub po prostu ciszy, jak 
w innowacjach Johna Cage'a. 
 

background image

   Lata  1890  -1930  były  wielką  epoką  modernizmu,  jego  eksperymentów 
stylowych  i  formalnych.  W  ciągu  następnych  czterdziestu  pięciu  lat  nie 
odnajdujemy  żadnych  niemal  innowacji,  nie  wprowadzonych  już  wcześniej,  z 
wyjątkiem  prób  stopienia  techniki  z  muzyką,  malarstwem  czy  rzeźbą. 
(Przykładem  environments  tworzone  przez  Rauschenberga,  w  których 
oświetlenie  i  ustawienie  „rzeźby"  zmienia  się  przypadkowo,  w  zależności  od 
wagi  widza  lub  wpływu  ciepłoty  jego  ciała.)  Próby  te  kładły  nacisk  raczej  na 
pamięć  niż  na  sam  przedmiot,  ale  nie  pozostawiły  po  sobie  niczego  godnego 
zapamiętania.  Jeśli  istniała  jakaś  wspólna  estetyka,  to  polegała  na  zniszczeniu 
pojęcia  przedmiotu.  Zaczęło  się  to  od  zmieniającej  się  -koncepcji  „trwania" 
sztuki:  Czeliczew  skarżył  się  kiedyś,  że  dzieła  Picassa  ze  względu  na  jakość 
płótna  nie  przetrwają  nawet  pięćdziesięciu  lat,  na  co  Picasso  wzruszył 
ramionami.  Mieliśmy  do  czynienia  z  eksperymentami  polegającymi  na 
autodestrukcji,  jak  w  przypadku  maszyn  Tinguely'ego;  lub  „zdarzeń 
momentalnych", jak zarejestrowane na filmie „błyskające obrazy", które Picasso 
„narysował"  dla  Clouzota.  Jeśli  w  ogóle  pojawiła  się  jakaś  nowa  estetyka,  to  - 
według  Harolda  Rosenberga  -  polegała  na  usiłowaniach  zdefiniowania  sensu 
malarstwa  poprzez  „działanie":  twierdzono,  że  wartość  malarstwa  nie  tkwi  w 
tworzonym  przedmiocie,  lecz  w  czynnościach  malarza,  który  go  tworzy.  Widz 
zaś  musi  się  nauczyć  cenić  nie  sam  obraz,  lecz  sugerowane  przez  niego 
czynności  kinestetyczne,  których  obraz  jest  skutkiem.  Dla  sztuki  tak 
zorganizowanej  ku  „nowości"  największym  problemem  jest  zachowanie  jej  w 
„pamięci". 
 
   We wszystkich dziedzinach sztuki  - w malarstwie, poezji, powieści, muzyce  - 
jest  rzeczą  niezwykłą,  że  impuls  modernistyczny  odznaczał  się  wspólną 
syntaksą  ekspresji  ukrytą  za  rozmaitością  gatunków.  Polega  ona,  jak 
powiedziałem,  na  przesłonięciu  dystansu  między  widzem  a  artystą, 
doświadczeniem  estetycznym  a  dziełem  sztuki.  Jest  to  przesłonięcie  dystansu 
zarówno psychicznego, jak i społecznego, i estetycznego. 
 
   Utrata dystansu  psychicznego oznacza zawieszenie czasu.  Freud twierdził, że 
nieświadomość  nie wie, co to czas: zdarzeń przeszłych doświadcza się  nie tak, 
jakby  były  współczesne,  lecz  z  całą  ich  bezpośredniością,  jako  actualite, 
teraźniejszość.  Dlatego  właśnie  nieświadomość  ze  swym  składem  pamięci, 
zwłaszcza  traumy  wieku  dziecięcego,  jest  tak  niebezpieczna  i  powinna  zostać 
stłumiona.  Dojrzałość,  zdaniem  Freuda,  polega  na  umiejętności  narzucania 
niezbędnego  dystansu,  poczucia  przeszłości  i  teraźniejszości,  które  umożliwia 
odróżnianie  tego,  co  minęło,  od  tego,  co  teraźniejsze.  Kultura  modernistyczna 
pragnie  natomiast  właśnie  zniszczyć  to  poczucie.  W  powieści  Prousta  W 
poszukiwaniu  straconego  czasu  doświadczenie  zmysłowe  budzi  niechętną 
pamięć  i  pokazuje,  jak  długo  przeszłość  nam  towarzyszy  i  do  jakiego  stopnia 
waży na teraźniejszości. Faulkner we Wściekłości i wrzasku (1929) zaczyna in 

background image

medias res. Ktoś coś mówi, i nie wiemy, kto. Dopiero stopniowo zdajemy sobie 
sprawę, że to niedorozwinięte dziecko, które  -  by wprowadzić jeszcze większe 
zamieszanie  -  nosi  imię  Benjy,  wspólne  z  inną  postacią.  W  miarę  jak  powieść 
się  rozwija  wydobywać  musimy  z  zakłóconej  pamięci  rozmaite  sekwencje.  Z 
utratą  dystansu  psychicznego  idzie  w  parze  zaburzenie  porządku  czasowego  i 
kierunku  upływu  czasu.  Uzyskanie  pewnego  stopnia  spontaniczności,  według 
Nathalie Sarraute, możliwe jest pod warunkiem, że rzucimy się bez uprzedzenia 
w  wir  „tropizmów"  czy  też  ruchów,  jakie  kreują  jej  powieści;  jednocześnie 
jednak traci się poczucie kulminacji, spełnienia. 
 
   Złamanie dystansu estetycznego oznacza utratę kontroli nad doświadczeniem - 
zdolnością zrobienia kroku wstecz i prowadzenia własnego „dialogu" ze sztuką. 
W  latach  dwudziestych,  w  teatrze  eksperymentalnym  rosyjskiego  reżysera 
Tairowa,  zniesiona  została  granica  między  sceną  a  publicznością.  Widz 
znajdował  się  w  środku  rozwijającej  się  akcji,  wciągającej  go  w  wydarzenia. 
(Mark Rothko, który tworzył ogromne jednokolorowe płótna o wymiarach 2,5 x 
4 m proponował kiedyś, by widz stał w odległości pół metra od nich.) Być może 
najdobitniejszą  ilustracją  utraty  dystansu  estetycznego  jest  kino,  jedyna  nowa 
sztuka,  jaka  powstała  w  ciągu  ostatnich  dwóch  i  pół  tysiąca  lat.  Już  z  samej 
technicznej natury kina wydarzenie - dystans (zbliżenie i dalekie ujęcie), trwanie 
ujęcia,  skupienie  się  na  określonej  postaci,  tempo  i  rytm  następstwa  kadrów  - 
„narzucone"  jest  widzowi  siedzącemu  w  ciemnej  sali  projekcyjnej.  (Dzieje  się 
tak dosłownie w przypadku  filmów  Abla  Gance'a z  lat trzydziestych, a później 
w  cineramie  czy  cirkaramie.)  A  wpływ  techniki  filmowej  -  gwałtownych  cięć, 
retrospekcji, mieszania wątków i łamania sekwencji - stał się tak wielki, że objął 
powieść, dostarczył wzoru widowiskom dźwięku i światła, kształtuje widowiska 
rozrywkowe oraz wszystkie impulsy płynące ze współczesnego świata i atakuje 
nasze  receptory  zmysłowe  [Pomijam  tu  kwestię  utraty  dystansu  społecznego, 
ponieważ nie ma ona charakteru estetycznego, lecz socjologiczny. Skutki jej są 
jednak równie ważne. Utrata dystansu społecznego oznacza upadek obyczajów i 
erozję  uprzejmości,  które  sprawiały,  że  zachowania  ludzi  we  wzajemnych 
kontaktach  były  możliwe  do  przewidzenia  i  zapewniały  jednostce  jej  „obszar 
prywatności".  W  rezultacie  wszelkie  różnice  sposobu  mówienia,  gustu  i  stylu 
zostają zatarte, każde użycie i każda gramatyka jest równie dobra. W wymiarze 
osobistym  utrata dystansu społecznego oznacza  inwazję  w obszar prywatności, 
rosnącą niezdolność utrzymywania formalnych kontaktów z innymi, gdy jest to 
pożądane. 

społeczeństwie 

„zmobilizowanym" 

jednostka 

jest 

podporządkowana  partii,  grupie,  społeczności.  W  zachodnich  społeczeństwach 
hedonistycznych przeważają powierzchowne stosunki międzyosobowe i szybka 
wymiana  partnerów,  o  których  wyborze  decyduje  osobowość  i  zewnętrzne 
pozory.]. 
 

background image

   Wszystko  to  nieuchronnie  odkształca  percepcję  potoczną  w  całym  zakresie 
ludzkiego 

doświadczenia. 

Skutkiem 

bezpośredniości, 

doznawania, 

symultaniczności  i  działania  jako  sposobu  estetycznego  i  psychologicznego 
doświadczania  jest  dramatyzacja  każdego  momentu:  ma  ona  doprowadzić  do 
szczytu  nasze  napięcie,  a  zarazem  pozostawić  nas,  nie  pogodzonych,  bez 
rozwiązania  lub  momentu  przemiany,  co  byłoby  katharsis  rytuału.  Tak  być 
musi, skutki w nas wywołuje bowiem nie treść (dająca poczucie transcendencji, 
przemienienia  czy  oczyszczenia,  jak  w  przypadku  tragedii  czy  cierpienia),  lecz 
niemal  wyłącznie  technika.  Gdy  psychodeliczna  chwila  przeminie,  pozostaje 
podniecenie,  dezorientacja,  a  zarazem  poczucie  pustki.  Jest  się  wciągniętym  i 
rozdartym, 

przeżywa  się  dreszcz  na  skraju  szaleństwa,  ale 

poza 

zaangażowaniem  trwa  wir  wrażeń,  pozostają  rutynowe,  codzienne  zajęcia.  W 
teatrze opada kurtyna, przedstawienie się kończy. Trzeba iść do domu, położyć 
się do łóżka, wstać rano, umyć się, ogolić, wypróżnić, iść do pracy. Codzienność 
niepodobna  jest  do  psychodelicznego  przeżycia.  Jak  daleka  może  być  ta 
rozbieżność? 
 
   Nowoczesność  była  poszukiwaniem  sposobu  rozszerzenia  ludzkiego 
doświadczenia  we  wszystkich  możliwych  kierunkach  oraz  próbą  zapewnienia 
mu  bezpośredniego  wpływu  na  wrażliwość  ludzi.  Doszliśmy  jednak,  jak  się 
zdaje,  do  końca  tej  fazy,  przynajmniej  jeśli  chodzi  o  kulturę  wysoką  (o  ile 
pojęcie to ma jeszcze w ogóle sens), zwłaszcza że za sprawą kulturalnych  mas 
poszukiwania  te  zostały  zwulgaryzowane.  Nowoczesna  literatura  -  dzieła 
Yeatsa, Lawrence'a, Joyce'a i Kafki - to literatura, która jak pisał Lionel Trilling, 
„wzięła  na  siebie  tajemniczą  władzę,  jaką  nad  umysłem  ludzkim  sprawowały 
kiedyś  niektóre  aspekty  religii":  Na  swój  własny  sposób  troszczyła  się  o 
duchowe  zbawienie.  Jej  następcy  wszakże  troskę  tę  porzucili.  W  tym  sensie 
dzisiejsza sztuka jest postmodernistyczna i postchrześcijańska. 
 
   Na końcu tej krętej drogi dochodzi do obalenia „racjonalnej kosmologii", która 
od XV w. kształtowała myśl Zachodu: następstwa czasu (początek, rozwinięcie, 
zakończenie),  wewnętrznego  dystansu  przestrzennego  (plan  pierwszy  i  tło, 
postać i tło) oraz poczucia proporcji i' miary, decydujących wspólnie o pojęciu 
porządku.  Przesłonięcie  dystansu  jako  fakt  estetyczny,  socjologiczny  i 
psychiczny oznacza, że dla ludzi i dla sposobu organizacji ich myśli nie ma ani 
granic,  ani  zasad  porządkujących  doświadczenie.  Czas  i  przestrzeń  nie  są  już 
współrzędnymi  przystani  współczesnego  człowieka.  Nasi  przodkowie  mieli 
religię, która zapewniała im zakorzenienie zgoła niezależnie od tego, jak bardzo 
mogli wątpić. Wykorzeniona jednostka może być jedynie kulturalnym tułaczem 
pozbawionym  domu,  do  którego  można  powrócić.  Pytanie  zatem  brzmi:  czy 
kultura  potrafi  odzyskać  spójność  -  spójność  doświadczenia,  jakie  przynosi,  a 
nie tylko jego formy. 
 

background image

    
 
3. Wrażliwość lat sześćdziesiątych 
 
   Każda dekada czy pokolenie  -  rozumiane jako jednostka czasu społecznego  - 
nosi znak probierczy. Dla lat sześćdziesiątych był nim radykalizm w kulturze  i 
polityce.  Obydwa  wyrażały  wspólne  pragnienie  buntu,  jednak  radykalizm 
polityczny jest aufond nie tylko buntowniczy, lecz wręcz rewolucyjny, to znaczy 
dąży  do  zmiany  porządku  społecznego.  Radykalizm  w  kulturze,  pomijając 
stylistykę  i  syntaksę,  jest  natomiast  w  zasadzie  tylko  buntowniczy,  ponieważ 
źródłem  jego  dążeń  jest  rozwścieczenie.  Z  tego  powodu  we  wrażliwości  lat 
sześćdziesiątych  dostrzec  można  wyczerpanie  się  zasadniczych  impulsów 
modernizmu.  Toteż  zajmę  się  tym  okresem  jako  egzemplifikacją  mojej 
podstawowej tezy. 
 
   Wrażliwość  lat  sześćdziesiątych  określać  można  dwojako:  bądź  jako  reakcję 
na wrażliwość lat pięćdziesiątych, bądź jako powrót, a także rozwinięcie okresu 
modernizmu, którego apogeum przypadło przed I wojną światową. 
 
   Wrażliwość  lat  pięćdziesiątych  miała  głównie  charakter  literacki.  Teksty 
reprezentatywnych  krytyków-  Lionela  Trillinga,  Yvora  Winter-sa  czy  Johna 
Crowe'a  Ransoma  -  kładły  nacisk  na  złożoność,  ironię,  dwuznaczność  i 
paradoksy.  Są  to  cechy  właściwe  myśleniu.  Sprzyjają  postawie  krytycznej, 
zachowaniu  dystansu,  nakazują  mieć  się  na  baczności  wobec  pełnego 
angażowania czy poświęcania się. Postawa ta - czy to nawołując do kwietyzmu, 
czy  do  zdobywania  samowiedzy  -jest  zazwyczaj  umiarkowana.  W  latach 
sześćdziesiątych  odrzucono  ją  w  sposób  gwałtowny,  a  nawet  bezrozumny.  W 
swym oburzeniu na 
 
teraźniejszość nowa wrażliwość była krzykliwa, gotowa angażować się w każdą 
kwestię, zarówno polityczną, jak i inną. 
 
   Jej  trwalsze  cechy  mają  jednak  swe  źródła  w  dawniejszych  impulsach. 
Modernistyczne  innowacje,  tak  liczne  w  latach  1895-1914,  spowodowały  dwie 
niezwykłe  zmiany  w  kulturze.  Po  pierwsze  -  wiele  formalnych  rewolucji  w 
sztuce,  o  których  mowa  była  w  poprzednim  rozdziale:  złamanie  syntaksy  w 
poezji,  strumień  świadomości  w  powieści,  wielość  planów  w  malarstwie, 
atonalność  w  muzyce,  porzucenie  następstwa  czasowego  oraz  odróżnienia 
pierwszego  planu  i  tła  w  przedstawieniu  przestrzennym.  Po  drugie  -  nowy 
sposób  przedstawiania-  z  jaźni;  Roger  Shattuck  (w  Banąuet  Years)  wyróżnił 
cztery  jego  cechy:  kult  dzieciństwa,  zachwyt  absurdem,  odwrócenie  wartości 
nakazujące cenić popędy niskie, wreszcie - zainteresowanie halucynacją. 
 

background image

   Pomińmy  na  razie  innowacje  estetyczne.  W  latach  sześćdziesiątych 
najbardziej  uderzał  nawrót  (lecz  w  bardziej  krzykliwej  formie)  do 
wcześniejszych  zainteresowań  jaźnią.  Choć  poczucie  niewinności  pozostało 
nienaruszone  w  wizjonerskiej  poezji  Allena  Ginsberga,  nawiązującej  do 
Whitmana,  Blake'a  i  hinduskich  Wed,  w  „konfesjonalnej"  poezji!  Roberta 
Lowella, Annę Sexton i Sylvii Plath zainteresowanie urazami wieku dziecięcego 
zostało  zastąpione  przez  ujawnianie  najbardziej  prywatnych  -  choćby  i 
psychotycznych - przeżyć poety. Poczucie absurdu uległo takiemu zagęszczeniu, 
że  -  jak  w  sztukach  Ionesco  -  przedmioty  zaczynały  żyć  własnym  życiem. 
Odwrócenie  wartości  było  niemal  kompletne:  cała  radość  płynąć  miała  z 
celebrowania  tego,  co  niskie.  Narkotyki  i  doświadczenie  psychodeliczne 
intronizowały halucynację. 
 
   Jednakże  wrażliwość  lat  sześćdziesiątych  odznaczała  się  również  własnymi, 
wyróżniającymi  ją  cechami:  zainteresowaniem  gwałtem,  okrucieństwem  i 
perwersją 

seksualną; 

potrzebą 

wywoływania 

hałasu; 

nastawieniem 

antyintelektualnym  i  antypoznawczym;  zacieraniem  raz  na  zawsze  granicy 
między „życiem" i „sztuką"; sprzęganiem sztuki z polityką. 
 
Przypatrzmy się pokrótce każdemu z tych zjawisk. 
 
   Gwałt  i  okrucieństwo,  których  pełno  było  w  filmie,  nie  miały  powodować 
katharsis,  lecz  szokować,  maltretować,  wywoływać  obrzydzenie.  Filmy, 
happeningi,  obrazy  konkurowały  w  przedstawianiu  drastycznych  szczegółów. 
Twierdzono,  iż  tego  rodzaju  gwałt  i  okrucieństwo  po  prostu  odzwierciedlają 
otaczający  świat,  ale  przecież  lata  czterdzieste,  o  wiele  brutalniejsze,  nie 
przyniosły  filmów  aż  tak  obfitujących  w  krwawe  epizody,  jak  Bonnie  i  Clyde 
czy M*A*S*H. 
 
   Perwersja  seksualna  jest  równie  stara,  jak  Sodoma  i  Gomora,  lecz  rzadko 
kiedy  przedstawiano  ją  tak  ostentacyjnie,  jak  w  latach  sześćdziesiątych.  Na 
przykład  film  Andy'ego  Warhola  The  Chelsea  Girls,  szwedzki  lam  Curious 
(Yellow), 

sztuki 

Futz 

Che 

przynoszą 

obsesyjne  zainteresowanie 

homoseksualizmem, transwestyzmem, sodomią oraz  najbardziej perwersyjnymi 
stosunkami  seksualnymi.  Obsesja  ta  zdawała  się  świadczyć  o  uciecze  od 
heteroseksualnego  życia,  być  może  w  odpowiedzi  na  wyzwolenie  się 
agresywnej seksualności kobiet pod koniec dekady. 
 
   Jeśli  chodzi  o  wrażliwość  lat  pięćdziesiątych,  to  można  mówić  niemal  o 
okresie  ciszy.  Takie  wrażenie  usiłowały  narzucić  zarówno  sztuki  Samuela 
Becketta, jak i muzyka Johna Cage'a. Lata sześćdziesiąte były natomiast epoką 
hałasu: zaczynając od „nowego brzmienia"  Beatlesów w 1964 r., a kończąc  na 
rocku  tak  głośnym,  iż  człowiek  nie  słyszał  własnych  myśli,  co  być  może  było 

background image

zamierzone. 
 
   Postawa  antypoznawcza  i  antyintelektualna  znajdowała  wyraz  w  ataku  na 
„treść"  i  interpretację,  w  podkreślaniu  formy  i  stylu,  w  zwróceniu  się  ku 
„zimnym"  mediom,  jak  film  i  taniec.  Była  to,  mówiąc  słowami  Susan  Sontag, 
wrażliwość „byle jaka, bez idei i poza negacją". 
 
   Zacieranie granicy między życiem i sztuką stanowiło kolejny aspekt złamania 
podziału na gatunki, obrócenia malarstwa w happening, wyprowadzenia sztuki z 
muzeum w plener, przekształcania w sztukę każdego doświadczenia, niezależnie 
od jego formy. Celebrując życie, proces ten zmierzał do zniszczenia sztuki. 
 
   Sprzęgnięcie sztuki z polityką nigdy w historii nowożytnej nie było tak ścisłe, 
jak w latach sześćdziesiątych. W latach trzydziestych sztuka też służyła polityce, 
ale  w  niezgrabny,  ideologiczny  sposób.  W  okresie,  o  którym  mowa,  nacisk 
położono  nie  na  treść  ideologiczną,  lecz  na  nastrój.  Teatr  guerrilla  i  sztuka 
demonstracyjna  [demonstration  art]  nie  wyrażały  treści,  lecz  gniew.  Aby 
usłyszeć  podobny  ton,  trzeba  by  się  było  cofnąć  do  anarchizmu  z  końca 
ubiegłego  stulecia,  kiedy  sztuka  również  sprzęgała  się  z  polityką.  W  latach 
sześćdziesiątych  uderzała  jednak  skala  i  natężenie  uczuć:  miały  one  nie  tylko 
charakter  antyrządowy,„lecz  skierowane  były  w  ogóle  przeciwko  wszelkim 
instytucjom. Ostatecznie więc miały charakter antynomiczny. 
 
   Mimo  całej  tej  wrzawy  lata  sześćdziesiąte  nie  przyniosły  jednak,  co 
znamienne,  żadnej  rewolucyjnej  propozycji  nowych  form  estetycznych. 
Zainteresowanie techniką i maszynami kończyło się na naśladowaniu Bauhausu 
i Moholy-Nagya; w teatrze rozbrzmiewały echa po Alfredzie Jarrym oraz teorie 
Antonina Artauda; powtarzano żarty dadaistów i retorycznie odwoływano się do 
surrealistów.  Może  tylko  w  literaturze  -  w  językowej  doskonałości  Nabokova, 
przestrzennych  przestawieniach  Burroughsa  i  w  pewnych  elementach  nouveau 
roman  we  Francji  -  pojawiły  się  jakieś  interesujące  innowacje.  Mimo  całej 
gadaniny  o  stylu  i  formie,  była  to  dekada,  która  ani  w  jednej,  ani  w  drugiej 
dziedzinie  nie  przyniosła  niczego  godnego  uwagi.  We  wrażliwości  wszakże 
mieliśmy do czynienia z rozjątrzeniem, z owocami gniewu płynącego z polityki; 
przeniknęły  one  również  do  sztuki.  Dla  historii  kultury  istotny  był  nastrój, 
zwrócony przeciwko sztuce, oraz wysiłek narzucenia kulturalnym  masom stylu 
życia, jaki dotąd właściwy był wąskiej, utalentowanej elicie. 
 
 
 
Rozkład,,sztuki" 
 

background image

   Arbitrzy  kultury  lat  pięćdziesiątych  szczycili  się  swym  sprzeciwem  wobec 
płynącej  z  mediów  niewybredności,  szmiry,  wobec  pretensjonalności  będącej 
oznaką tego, co wówczas nazywano bylejakością [mid-dlebrowism]. Sądzili, że 
uda  im  się  powstrzymać  te  tendencje  przez  odwoływanie  się  do  klasycznej 
koncepcji  kultury  i  ponadhistorycznych,  transcendentalnych  kryteriów  oceny 
sztuki. 
 
   Być  może  najdobitniej  sformułowała  ten  punkt  widzenia  Hannah  Arendt. 
„Dzieła  sztuki  -  pisała  -  tworzone  są  wyłącznie  dla  wyglądu.  Właściwym 
kryterium  oceny  wyglądu  jest  piękno  [...],  aby  uświadomić  sobie  wygląd, 
musimy  jednak  mieć  swobodę  ustanawiania  jakiegoś  dystansu  między  nami  a 
przedmiotem [...]". 
 
   Mamy  tu  do  czynienia  z  greckim  poglądem  na  sztukę,  zgodnie  z  którym 
kultura ze swej istoty ma charakter kontemplacyjny. Sztuka to nie życie, lecz w 
pewnym  sensie  coś  przeciwstawnego  mu,  ponieważ  życie  przemija,  jest 
zmienne, sztuka zaś wieczna. Arendt odwoływała się przy tym do Heglowskiego 
pojęcia obiektywizacji. Dzieło sztuki jest projekcją idei lub emocji w przedmiot 
znajdujący  się  poza  twórcą.  „Chodzi  o  coś  dużo  więcej  niż  o  psychologiczny 
stan  artysty,  a  mianowicie,  o  obiektywny  status  świata  kultury,  który  w  tej 
mierze, w jakiej zawiera rzeczy namacalne  - książki i obrazy, rzeźby i budynki, 
muzykę - poświadcza całą  udokumentowaną przeszłość krajów  i  narodów, a w 
ostatecznym  rachunku  -  ludzkości.  Jedynym  autentycznym  kryterium  ocen 
przedmiotów swoiście kulturowych jest więc ich trwałość, a nawet rzeczywista 
nieśmiertelność.  Tylko  to,  co  trwać  będzie  przez  wieki,  uchodzić  może  za 
przedmiot kultury". 
 
   Paradoks  polega  na  tym,  iż  pogląd  ten,  który  w  latach  sześćdziesiątych 
wydawał  się  archaiczny,  podważony  został  nie  przez  zwolenników  kultury 
niskiej  czy  popularnej,  lecz  przez  intelektualistów,  obrońców  kultury 
nowożytnej. Próbując bowiem określić wyróżniające cechy  nowej wrażliwości, 
właśnie  oni  zaprzeczali  perspektywie  Hannah  Arendt.  Sztuka  i  kultura, 
twierdzili, nie jest już ucieleśniona w niezależnym dziele, lecz w artyście, nie w 
trwałym  przedmiocie,  lecz  w  przemijającym  procesie.  Harold  Rosenberg  jako 
pierwszy  sformułował  dobitnie  tę  koncepcję,  interpretując  dzieła  Jacksona 
Pollocka,  Willema  de  Kooninga,  Franza  Kline'a  oraz  innych  „malarzy 
aktywnych"  [action  painters],  jak  ich  nazwał.  Rosenberg  pisał:  „Malarzom 
amerykańskim, jednemu po drugim, płótno zaczyna jawić się raczej jako arena 
działania,  niż  jako  przestrzeń,  w  której  mieliby  reprodukować,  analizować, 
odtwarzać  czy  «wyrażać»  rzeczywisty  lub  wyimaginowany  przedmiot.  Płótno 
ma przedstawiać zdarzenie, a nie obraz. [...] Temu też podporządkowana została 
estetyka.  Zapomnieć  można  o  formie,  kolorze,  kompozycji,  rysunku.  Liczy  się 

background image

zawsze tylko to, xo objawia akt". 
 
   Jeśli  malarstwo jest czynnością, to nie  ma różnicy między wstępnym szkicem 
a  gotowym  przedmiotem.  Ten  ostatni  nie  może  być  „lepszy"  czy  bardziej 
kompletny.  Nie  istnieje  hierarchia  czynności  w  sztuce,  każda  jest  czynnością 
sama przez się. W rezultacie dzieło  roztapia się w akcie twórczym; i  podobnie 
jest z krytyką. „Nowe malarstwo - konkluduje Rosenberg - unicestwiło wszelkie 
różnice  między  życiem  a  sztuką.  Wszystko  zatem  ma  w  nim  swe  znaczenie. 
Wszystko, co dotyczy działania - psychologia, filozofia, historia, mitologia, kult 
bohaterów.  Wszystko  z  wyjątkiem  krytyki  sztuki.  Malarz  wymyka  się  sztuce 
poprzez  akt  malowania;  krytyk  nie  jest  w  stanie  od  niej  uciec.  Krytyk,  który 
usiłuje oceniać w kategoriach szkoły, stylu, formy - tak, jakby malarz nadal miał 
na  celu  wyprodukowanie  pewnego  rodzaju  przedmiotu  (dzieła  sztuki),  a  nie 
działanie  na  płótnie  -  uchodzić  musi  za  dziwaka"  [Rosenberg  dodatkowo 
zauważa:,,Tak  jak  malarstwo  zerwało  uprzednio  z  muzyką  i  powieścią,  tak 
sztuka  abstrakcyjna,  zwracając  się  ku  działaniu,  rezygnuje  ze  związku  z 
architekturą  i  nawiązuje  do  pantomimy  i  tańca.  Pierwotnym  czynnikiem  ruchu 
fizycznego  w  malarstwie  jest  linia  traktowana  nie  tylko  jako  najcieńsza 
płaszczyzna  czy  krawędź  lub  kontur,  ale  jako  ruch  lub  figura  (w  sensie 
«łyżwiarstwo figurowe»), Każda taka linia na płótnie może ustalać rzeczywisty 
ruch ciała artysty jako wyraz estetyki".]. 
 
   Rosenberg  okazał  się  niezwykle  trafnym  prorokiem.  Cała  sztuka  lat 
sześćdziesiątych  usiłowała  rozmyć  dzieło  sztuki  jako  „przedmiot  kultury"  i 
zatrzeć  różnice  między  podmiotem  a  przedmiotem,  między  życiem  a  sztuką. 
Najdobitniej  świadczy  o  tym  rzeźba,  połączenie  rzeźby  z  malarstwem  i 
rozłożenie  ich  obu  na  przestrzenie,  ruchy,  happeningi  i  układy  Człowiek-
maszyna. 
 
   Rzeźba  zawsze  miała  do  czynienia  z  przedmiotami.  Zainteresowana  była 
formą  bezwładnego  ciała  w  trójwymiarowej  przestrzeni.  Umieszczano  ją  na 
podstawie lub cokole, co wydobywało ją z otoczenia. W latach sześćdziesiątych 
nic z tego  nie zostało. Podstawę  usunięto, by rzeźba zlewała się z otoczeniem. 
Masa obracała się w przestrzeń, a przestrzeń - w ruch. W ten sposób „minimalna 
rzeźba" (Donalda Judda, Roberta Morrisa, Dana Flavina) zrezygnowała również 
z  wyobraźni.  Usiłowała  być  tylko  tym,  co  ukazywała:  pudełkami,  kształtami, 
stosunkami, nie mającymi ani charakteru figuratywnego, ani emblematy cznego, 
ani  antropomorficznego.  Były  one  dosłownie  Dinge  an  sich.  Świadczyła  o  tym 
również  wystawa  zorganizowana  latem  1968  r.  przez  Whitney  Museum  pod 
tytułem  Anti-IUusion:  Procedures  and  Materials  [Antyiluzja:  procedury  i 
materiały].  Za  materiał  posłużyło  siano,  tłuszcz,  śmieci,  psie  pożywienie.  W 
katalogu  opracowanym  przez  Jamesa  Monte'a  czytamy:  „Radykalna  natura 
wystawianych  dzieł  uwarunkowana  jest  w  mniejszym  stopniu  materiałem,  z 

background image

jakiego korzystali i artyści, niż faktem, iż ułożenie i rozmieszczenie elementów 
dominuje 

nad 

jakością 

przedmiotów". 

Rzeźby 

„istnieją 

zdezobiektywizowanym,  rozrzuconym  lub  przemieszczonym  stanie,  a  w 
niektórych  przypadkach  w  tych  trzech  stanach  naraz".  Prace  Lyndy  Benglis  z 
lateksu  rzucone  zostały  na  podłogę,  tak,  by  samoistnie  przybrały  formę.  Barry 
La Va łączył kawałki kredy, olej mineralny, papier i płótno. Z ich przemieszania 
powstały  rozmaite  formy,  w  zależności  od  stopnia  wysuszenia  czy  absorbcji. 
„La  Va  potrafi  wykorzystać  czas  jako  zasadniczy  element,  potrafi  zaplanować 
stopniowy  rozwój  dzieła  w  sposób  podobny  do  tego,  w  jaki  biolog  -  wzrost 
mikroorganizmów  w  laboratorium".  Powietrzna  rzeźba  Michaela  Ashera  była 
dosłownie kurtyną z powietrza, wyznaczającą wysokość, szerokość i głębokość 
przejścia  z  jednego  pomieszczenia  do  drugiego.  Dzięki  ciśnieniu  powietrza 
można  było  odczuć  „przestrzeń",  przechodząc  przez  nią.  „Ta  pozbawiona 
materialnej  formy  dosłowność  dzieła  zgrabnie  sugeruje  płytę  bez  futryny. 
Wiedza poprzez odczuwanie zastępuje wiedzę poprzez widzenie". 
 
   Również w 1968 r. Robert Morris stwierdził przed notariuszem, że „pozbawia 
on swe konstrukcje wszelkiej estetycznej jakości i treści". Komentując tę skrajną 
postać tendencji „przeciwko formie", Harold Rosenberg pisał: 
 
    Wycofanie  się  z  estetyki  [...]  legitymizuje  sztukę  -  w  której  czynniki 
biologiczne,  chemiczne,  fizyczne  lub  klimatyczne  oddziałują  na  pierwotny 
materiał  i  bądź  odkształcają  go,  bądź  niszczą,  jak  ma  to  miejsce  w  pracach 
wykorzystujących  rosnącą  trawę  czy  też  bakterie  powodujące  rdzewienie  - 
sztukę,  o  której kształcie  i  formie  decydują  czynniki  przypadkowe.  Ostateczne 
odrzucenie  estetyki  sugeruje  całkowitą  eliminację  przedmiotu  sztuki  i 
zastąpienie  go  ideą  pracy  -jak  w  sztuce  konceptualnej.  Mimo  nacisku,  jaki 
kładzie  się  na  realność  wykorzystanego  materiału,  wspólną  zasadą  wszelkiego 
rodzaju  zdees-tetyzowanej  sztuki  jest  to,  iż  skończony  wytwór  -  o  ile  taki  w 
ogóle  istnieje  -  ma  mniejsze  znaczenie  niż  procedury  jego  tworzenia,  których 
jest on tylko śladem. 
 
   Piętnaście lat po antycypacji i akceptacji sztuki procesu i gestu Rosenberg był 
zdecydowanie  rozczarowany  tym,  co  ona  ostatecznie  przyniosła.  Niełatwo  mu 
było teraz przekonywać młodych artystów, że „własności estetyczne przysługują 
przedmiotom  niezależnie  od  tego,  czy  są  one  wytworami  sztuki.  Estetyka  nie 
jest czymś, co istnieje samodziel- 
 
nie  i  co  artysta  może  dowolnie  odrzucić.  Morris  tak  samo  nie  mógł  swym 
konstrukcjom odebrać treści estetycznej, jak i dodać, gdy jej brakowało". 
 
   Podobnie  przebiegał  rozwój  malarstwa.  Od  najdawniejszych  czasów  opierało 
się  ono  zawsze  na  symetrycznej  przestrzeni  geometrycznej  i  płaskiej 

background image

powierzchni.  Pierwsi  malarze  jaskiniowi,  otaczając  linią  namalowany  obraz, 
wyodrębniali  go  w  ten  sposób  z  otoczenia;  malarstwo  stało  się  raczej 
symbolizowaniem, niż magicznym zaklinaniem rzeczywistości. 
 
  ("W,  ostatnich  dziesięcioleciach  byliśmy  świadkami  definitywnego  złamania 
przestrzeni i powierzchni - tradycyjnej areny malarstwa; Sklejone materiały, jak 
w  kolażach,  łamią  powierzchnię;  ukształtowane  płótna  -  rozbijają  przestrzeń 
geometryczną.  Asamblaże  wyłażą  ze  ściany.  Enyironments  otaczają  jednostkę. 
Jak  zauważa  Allan  Kaprów,  lider  ruchu,  w  tych  dwu  otoczeniach  iluzja 
przestrzeni w obrazie staje się dosłownie dystansem między wszystkimi ciałami 
stałymi wmontowanymi weń. 
 
   W 1969 r. Museum of Modern Art w Nowym Jorku, pozwalając Jennifer Licht 
zorganizować  wystawę  Spaces  [Przestrzenie],  dało  swe  imprimatur  nowemu 
ruchowi. Przesłonięcie dystansu stało się tu pełne: widz stał raczej wewnątrz niż 
na zewnątrz. W katalogu wystawy pani Licht pisała: 
 
    W  przeszłości  przestrzeń  była  tylko  atrybutem  dzieła  sztuki,  oddawanym 
przez iluzjonistyczne konwencje w malarstwie lub przez przemieszczenie brył w 
rzeźbie;  przestrzeń  dzielącą  widza  od  dzieła  -  dystans  -  ignorowano.  Ten 
niewidoczny  wymiar  traktowany  jest  obecnie  jako  czynny  składnik,  który  ma 
zostać  nie  tyle  przedstawiony,  ile  ukształtowany  i  scharakteryzowany  przez 
artystę;  ma  on  włączać  widza  i  dzieło  w  szerszą  sytuację.  W  rezultacie  widz 
wkracza  teraz  w  wewnętrzną  przestrzeń  dzieła  sztuki  -  obszar  uprzednio 
doświadczany  wyłącznie  wzrokowo  z  zewnątrz  -  i  ma  do  czynienia  raczej  z 
zespołem warunków niż ze skończonym dziełem. 
 
   Wystawa  składała  się  z  sześciu  pomieszczeń-przestrzeni.  Jedno  wypełnione 
było wielkimi  instalacjami z żółtych  i zielonych jarzeniówek. Drugie - białymi 
obszarami  akustycznymi.  W  trzecim  -  niemal  zupełnie  zaciemnionym  - 
znajdowało 

się 

próżniowo 

naparowywane 

szkło. 

czwartym, 

przypominającym salę gimnastyczną, można było położyć 
 
się  na  macie  lub zawinąć w płótno. W ogrodzie  grupa Pulse  ustawiła świetlne, 
dźwiękowe  i  cieplne  environments  tak,  by  wywoływać  reakcję  na  jednoczesne 
działanie różnych mediów. 
 
   Enrironments  zacierają  granicę  między  przestrzenią  a  osobą.  Happening 
zaciera dystans między sytuacją czy zdarzeniem a widzem. Aspektem dzieła w 
przypadku  happeningu  staje  się  nie  tylko  kolor  i  przestrzeń,  lecz  również 
temperatura,  zapach,  smak  i  ruch.  Allan  Kaprów  powiada:  „Happening  i 
environment zasadniczo są do siebie podobne. Jest to czynna i bierna strona tego 

background image

samego pomysłu, którego zasadą jest rozszerzenie". 
 
   Happening  jest  pastiszem,  łączącym  environment  z  przedstawieniem 
teatralnym.  Pierwotnie  był  to  teatr  malarzy,  w  którym  osiągano  manipulacje 
przedmiotami i  materiałami składającymi się  na zdjęty ze ścian obraz. Miał on 
wprowadzać widza w sam proces „tworzenia". 
 
   Jak  zauważa  Jan  Kott,  w  happeningu  „wszystkie  znaki  mają  charakter 
dosłowny:  piramida  z  krzeseł  jest  tylko  stosem  krzeseł  ustawionych  jedno  na 
drugim;  strumień  wody,  który  oblewa  widza,  jest  tylko  strumieniem  wody.  W 
rzeczywistości nie ma nawet podziału na widzów i aktorów". 
 
   Mimetyczne  i  symboliczne  funkcje  teatru  (by  użyć  określeń  J.  Kotta) 
zostająwyeliminowane.  Ekspresyjna  treść  nabiera  charakteru  dosłownego, 
metaforyczne  znaczenia  znikają.  Nawet  idea  przywoływania  traci  sens, 
wydarzenie  bowiem  ani  nie  przedstawia,  ani  nie  obrazuje  czegoś  innego  -  po 
prostu  yes/.  Podkreślenie  dosłowności  jest  jednym  z  elementów  ataku  na 
metafizyczne wyrażanie. W filozofii zen, która w latach sześćdziesiątych  miała 
wzięcie  wśród  malarzy  i  poetów,  nie  używa  się  takich  słów,  jak  „twardy"  czy 
„miękki", oznaczają one bowiem atrybuty czy też cechy substancji; a jakości i 
substancje  to  terminy  metafizyczne.  Należy  być  dosłownym,  a  jeśli  robi  się 
porównania,  to  dotyczyć  one  powinny  swoistych  dotykowych  doświadczeń, 
denotowa-nych przez kamień, drewno czy wodę. 
 
 
 
Demokratyzacja geniuszu 
 
   Koncepcje  hierarchii  w  sztukach  i  kulturowych  podziałów  publiczności 
(reprezentatywne  dla  takich  krytyków  lat  pięćdziesiątych,  jak  Hannah  Arendt 
czy  Dwight  Macdonald)  implikowały  nieuchronnie  ideę  standardów  i  profesji 
określającej  te  standardy  oraz  stojącej  na  ich  straży,  a  więc  -  krytyki.  Lata 
czterdzieste i pięćdziesiąte istotnie nazywano okresem szkół krytycznych: nowej 
krytyki  Johna  Crowe'a  Ransoma,  krytyki  tekstualnej  R.  P.  Blackmura,  krytyki 
moralnej  Lionela  Trillinga,  krytyki  społeczno-historycznej  Edmunda  Wilsona, 
dramatycznego  stanowiska  Kennetha  Burke'a,  analizy  lingwistycznej  I.  A. 
Richardsa, mitopoetyckiej krytyki Northropa Frye'a. 
 
   Lata  sześćdziesiąte,  przeciwnie,  przyniosły  utratę  zaufania  do  krytyki.  Susan 
Sontag,  czołowa  wyrazicielka  nowej  wrażliwości,  stwierdzała  w  1966  r.  w 
Against  Interpretation  (już  sam  tytuł  jest  jednoznaczny):  „Dziś  [...]  koncepcja 
interpretacji  stała  się  reakcyjna.  Podobnie  jak  spaliny  samochodowe  i  dymy 
przemysłu  ciężkiego,  zatruwające  atmosferę  miast,  interpretacje  sztuki 

background image

zatruwają  wrażliwość.  ['...].  Interpretacja  jest  odwetem  intelektu  na  sztuce. 
Więcej nawet: jest zemstą intelektu na życiu". 
 
   Nie  tylko  krytyka,  ale  również  literatura,  z  jej  „balastem  treści",  stępia 
wrażliwość  zmysłów.  „Wzorcowymi  sztukami  naszych  czasów,  pisała,  są  te, 
które  mają  znacznie  mniej  treści  i  o  wiele  zimniejszy  ton  ocen  moralnych  - 
muzyka, film, taniec, architektura, malarstwo, rzeźba". 
 
   Odróżnianie  kultury  wysokiej  i  niskiej  (masowej,  popularnej)  stało  się 
nieuchronnie  przedmiotem  szyderstw.  Zdaniem  S.  Sontag  jest  to  tylko 
odróżnianie „przedmiotów unikalnych od produkowanych masowo". W czasach 
masowej  reprodukcji  technicznej,  dzieło  poważnego  artysty  miałoby  mieć 
szczególną wartość ze względu  na to,  iż  niesie  indywidualne, osobiste znamię. 
„Jednakże w świetle współczesnej praktyki w sztukach, to odróżnienie staje się 
niezwykle  płytkie.  Wiele  poważnych  dzieł  sztuki  ostatnich  dziesięcioleci  ma 
raczej  zdecydowanie  charakter  bezosobowy  [...]  nie  są  one  wyrazem 
«indywidualnej, osobistej ekspresji»". 
 
   Nowa  wrażliwość  była  odkupieniem  zmysłów  z  niewoli  umysłu.  „Liczą  się 
wrażenia, uczucia, abstrakcyjne formy i style wrażliwości. Do nich adresowana 
jest nowoczesna sztuka [...] jesteśmy o wiele bardziej i głębiej tym, co potrafimy 
widzieć  (słyszeć,  smakować,  wąchać,  dotykać),  niż  tym,  o  czym  świadczą 
składowane w naszych głowach idee". 
 
   Co  więcej,  „jeśli  sztuka  rozumiana  jest  jako  [...]  programowanie  wrażeń,  to 
wrażenia (uczucia), jakie rodzi malarstwo Rauschenberga mogą być podobne do 
tych,  jakie  mamy  słuchając  piosenek  zespołu  The  Supremes".  Tym  samym 
dalsze  odróżnienia  zostają  unieważnione,  wyrafinowane  malarstwo  i  muzyka 
popularna  są  jednakowo  ważne  dla  „reorganizacji  świadomości"  (czy  też 
„sensorium"),  co  teraz  uznano  za  funkcję  sztuki.  Jednocześnie  następowała 
demokratyzacja kultury, w której nic. nie może uchodzić za wyższe lub niższe, 
rodził  się  synkretyzm  stylów,  mieszający  wszelkie  wrażenia,  i  wrażliwość 
dostępna każdemu. 
 
   Wraz  z  demokratyzacją  kultury,  w  której  radykalny  egalitaryzm  uczuć 
zastępował starą  hierarchię  myśli,  pod  koniec  lat sześćdziesiątych  dokonywała 
się również demokratyzacja „geniuszu". Koncepcja artysty jako geniusza - istoty 
wyróżnionej,  która  (mówiąc  słowami  Edwarda  Shilsa)  „nie  musi  respektować 
praw  społeczeństwa  i  jego  władz"  i  którą  „kieruje  wyłącznie  wewnętrzna 
konieczność  ekspansji  własnego  ja,  by  objąć  nowe  doświadczenia"  -  wywodzi 
się  jeszcze  z  początków  XIX  w.  Artysta,  jak  sądzono,  postrzega  świat  ze 
szczególnego  punktu  widzenia.  Whistler  twierdził,  że  artyści  są  szczególną 
klasą,  której  standardy  i  aspiracje  wymykają  się  rozumieniu  zwykłych  ludzi. 

background image

Jeśli  zachodzi  „konflikt  między  geniuszem  a  jego  publicznością",  twierdził 
Hegel  w  zdaniu  nieustannie  powtarzanym  (jak  zauważył  Irving  Howe)  przez 
tysiące  krytyków,  pisarzy  i  publicystów,  „to  wina  jest  po  stronie  publiczności 
[...],  a  jedynym  obowiązkiem  artysty  jest  być  posłusznym  prawdzie  i  swemu 
geniuszowi". 
 
   We Francji, gdzie „ludzie pióra", jak pisał Tocqueville, od dawna wiedli prym 
w  „kształtowaniu  narodowego  charakteru  i  stosunku  do  życia",  tradycja  ta  jest 
szczególnie  zakorzeniona.  Artyści  mieli  się  różnić  od  zwykłych  śmiertelników 
nie  tylko  swym  geniuszem.  Zdaniem  Victora  Hugo  mieli  być  „świętymi 
przywódcami  narodu".  I  rzeczywiście,  wraz  z  kurczeniem  się  wpływów  religii 
pisarzowi  coraz  bardziej  przypadały  prerogatywy  kapłana,  traktowano  go 
bowiem jako człowieka zdolnego do nadprzyrodzonej wizji. W świecie pełnym 
ograniczeń  tylko  pisarz  jest  człowiekiem  niezdolnym  do  przystosowania  się, 
wiecznym  wędrowcem  -  jak  Rimbaud  -  wiecznie  uciekającym  przed 
powszedniością.  Joyce  w  Trieście,  Pound  w  Londynie,  Hemingway  w  Paryżu, 
Lawrence 

Taos, 

Allen 

Ginsberg 

Indiach 

oto 

prototypy 

dwudziestowiecznych  artystów-bohaterów  tego  typu.  Pielgrzymka  do  miejsc 
odległych od własnego mieszczańskiego domu stała się koniecznym warunkiem 
uzyskania  niezależnego  spojrzenia.  Wszystko  to  opiera  się  na  przekonaniu,  iż 
sztuka  ujawnia  prawdę  wyższą  niż  zwykłe  poznanie,  że  „język"  sztuki,  jak 
powiada  Herbert  Marcuse,  „musi  komunikować  prawdę  niedostępną  językowi 
codziennemu i zwykłemu poznaniu". 
 
   Cóż jednak wówczas,  gdy  - jak  gorzko zauważa  Lionel Trilling  - „sztuka  nie 
zawsze  powiada  prawdę,  czy  też  najlepszą  prawdę,  i  nie  zawsze  wskazuje 
słuszną  drogę?"  Co  wówczas,  gdy  „może  ona  rodzić  nawet  fałsz  i 
przyzwyczajać nas do niego, a nierzadko poddana bywa, w interesie autonomii, 
kontroli racjonalnego umysłu?" To pytanie, zaskakujące dla samego autora, jest 
być  może zbyt obszerne, by się tu  nim zająć. Ale wywyższanie  nade wszystko 
wizji  artystycznej  rodzi  również  inne,  nie  mniej  istotne  pytanie.  Jeśli  język 
sztuki obcy jest zwykłemu językowi i doświadczeniu, to jak może być w ogóle 
dostępny  zwykłemu  śmiertelnikowi?  Jedno  z  rozwiązań  proponowanych  w 
latach  sześćdziesiątych  polegało  na  tym,  by  każdy  stał  się  dla  siebie  artys-tą-
bohaterem. W maju 1968 r. studenci Ecole des Beaux Arts w Paryżu wzywali do 
kształtowania świadomości, która kierowałaby „działalnością twórczą, właściwą 
każdej jednostce", tak, by „dzieło sztuki"  i „artysta"'stali się „tylko  momentem 
tej  działalności".  W  1969  r.  natomiast  katalog  wystawy  sztuki  rewolucyjnej  w 
sztokholmskim  Moderna  Museet  rozwijał  tę  myśl  dalej,  stwierdzając: 
„Rewolucja jest Poezją. Poezja tkwi we wszystkich aktach, które  łamią system 
organizacji".  Tego  rodzaju  aktywistyczne  wypowiedzi,  których  bynajmniej  nie 
brakowało  w  latach  sześćdziesiątych,  nie  rozwiązują  jednak  problemu 

background image

modernizmu, a tylko pomijają go. 
 
   Sednem  tego  problemu  jest  stosunek  kultury  do  tradycji.  Kiedy  mówi  się,  na 
przykład,  o  kulturze  klasycznej  lub  katolickiej,  ma  się  na  myśli  długi  ciąg 
wzajemnie powiązanych przekonań, tradycji i obyczajów, które w toku dziejów 
osiągnęły  wyróżniający  je  styl.  Styl  ten  wynika  nie  tylko  z  wewnętrznie 
spójnego zbioru potocznych spostrzeżeń i formalnych konwencji, lecz również z 
jakiejś  koncepcji  uporządkowanego  świata  i  miejsca  w  nim  człowieka. 
Nowoczesność  z  natury  swej  zrywa  z  przeszłością  jako  przeszłością  w  imię 
teraźniejszości  i  przyszłości.  Ludzie  mają  raczej  sami  siebie  kształtować  na 
nowo, niż przedłużać wielki łańcuch bytów. 
 
   Kiedy  kultura  odnosi  się  do  przeszłości,  dostęp  do  niej  kształtuje  tradycja,  a 
wyrażają  ją  obyczaje.  Osobiste  doświadczenia  i  uczucia  traktowane  są  jako 
idiosynkrazje,  nieistotne  ze  względu  na  jej  ciągłość.  Natomiast  kiedy  kultura 
zaprzątnięta  jest  raczej  indywidualną  osobowością  artysty  niż  instytucjami  i 
prawami,  wówczas  swoistość  doświadczenia  staje  się  głównym  sprawdzianem 
tego, co pożądane, a nowość doświadczeń - główną siłą napędową przemian. 
 
   Kultura modernistyczna jest par excellence kulturą własnego „ja". „Ja" jest jej 
ośrodkiem,  a  granice  określa  identyczność.  Kult  indywidualnej  osobowości 
zaczął się, jak moderna, wraz z Rousseau, który w pierwszych zdaniach swych 
Wyznań  pisze:  „Imam  się  przedsięwzięcia,  które  dotychczas  nie  miało 
przykładu. [...] Ja sam. Czuję moje serce". I rzeczywiście stwierdzenie to nie ma 
precedensu  w  literaturze,  jeśli  chodzi  o  podkreślenie  własnej  absolutnej 
swoistości  („Nie  jestem  podobny  do  żadnego  z  istniejących")  i  gotowość  do 
bezgranicznej  szczerości  („Nie  przemilczałem  nic  złego,  nie  dodałem  nic 
dobrego"). 
 
   Błędem  byłoby  jednak  nieodróżnianie  owego  „ja",  zaczynającego  każde 
zdanie  na pierwszej stronie tej książki, od zwykłego  narcyzmu (który skądinąd 
też  w  niej  daje  o  sobie  znać)  lub  traktowanie  tych  wypowiedzi  jako  zwykły 
ekshibicjonizm,  mający  na  celu  szokowanie  czytelnika  konsternującymi 
szczegółami („w śmiertelnej agonii wypuszczała głośno powietrze"). Wyznania 
miały  w  zamierzeniu  autora  egzemplifikować  z  niezbędną  surowością  jego 
przekonanie, iż do prawdy dochodzimy raczej dzięki uczuciom i odczuciom niż 
poprzez racjonalną ocenę czy abstrakcyjne rozumowanie. „Czuję, więc jestem" - 
tak wikary Rousseau parafrazuje Kartezjański aksjomat i za jednym zamachem 
odwraca klasyczną definicję autentyczności, a tym samym  również  i  płynące z 
niej określenie twórczości artystycznej. 
 
   Skąd  mamy  wiedzieć,  czy  doświadczenie  jest  „autentyczne",  to  znaczy 
prawdziwe, a zatem ważne dla każdego? Klasyczna tradycja utożsamiała zawsze 

background image

autentyczność  z  autorytetem,  mistrzostwem  w  rzemiośle,  znajomością  formy, 
poszukiwaniem  moralnej  bądź  estetycznej  doskonałości.  Tego  rodzaju 
doskonałość  osiągnąć  można,  zdaniem  Santayany,  jedynie  poprzez 
„oczyszczenie",  odrzucenie  wszystkiego,  co  akcydentalne  -  elementów 
sentymentalnych, 

patetycznych, 

komicznych 

czy 

groteskowych 

poszukiwaniu  istoty  decydującej  o  pełni  formy.  Nawet  kiedy,  jak  w  pracach 
Johna  Deweya,  sztuka  utożsamiana  jest  z  doświadczeniem,  pełnia  formy 
pozostaje  kryterium  estetycznej  satysfakcji.  Dla  Deweya  sztuka  jest  procesem 
kształtowania,  zakładającym  oddziaływanie  między  intencją  artysty  a  krnąbrną 
naturą  doświad  czenia.  Dzieło  sztuki  jest  skończone,  kiedy  artysta  osiąga 
„wewnętrzną  integrację  i  spełnienie".  Innymi  słowy,  sztuka  pozostaje  kwestią 
wzoru  i  struktury,  a  związki  pomiędzy  jej  poszczególnymi  elementami  muszą 
być postrzegalne, by dzieło sztuki miało sens. 
 
   Nowa  wrażliwość,  jaka  pojawiła  się  w  latach  sześćdziesiątych,  pogardzała 
jednak  bez  reszty  tego  rodzaju  definicjami.  Autentyczność  dzieła  sztuki 
definiowano  niemal  wyłącznie  w  kategoriach  jakości  i  bezpośredniości  - 
zarówno  intencji  artysty,  jak  i  oddziaływania  na  widza.  W  teatrze,  dla 
przykładu,  najważniejsza  stała  się  spontaniczność.  Tekst  ulegał  stopniowej 
eliminacji,  a  dominującą  formą  stawała  się  improwizacja:  wynoszenie  tego,  co 
„naturalne"  ponad  to,  co  wykon-cypowane,  szczerości  ponad  ocenę, 
spontaniczności  ponad  refleksję.  Kiedy  Judith  Malina,  dyrektorka  Living 
Theatre, powiedziała: „nie chcę być Antygoną, jestem i chcę być Judith Malina", 
to  pragnęła  wypędzić  z  teatru  iluzję,  podobnie  jak  malarze  eliminowali  ją  ze 
swej sztuki. 
 
   Rezygnacja z „przedstawiania" kogoś innego  nie jest jednak tylko rezygnacją 
z  tekstu;  oznacza  wyparcie  się  wspólnoty  ludzkiego  doświadczenia  i  trwanie 
przy fałszywym założeniu o unikalności osobowości. Antygona jest symbolem - 
tradycyjnie  wystawiana  na  scenie  oddzielonej  od  publiczności  -  podejmuje 
pewne  odwieczne  problemy  ludzkie:  wymóg  obywatelskiego  posłuszeństwa, 
istotę  sprawiedliwości,  wierność  przyrzeczeniom.  Eliminacja  Antygony  lub 
negacja  jej  cielesności  oznacza  wyrzeczenie  się  pamięci  i  odrzucenie 
przeszłości. 
 
   Analogicznie, pisarstwo w latach sześćdziesiątych oceniano na podstawie jego 
uczuciowej  autentyczności,  powodzenia  w  wywoływaniu  „nieudawanych 
impulsów  wyobraźni"  oraz  na  podstawie  stwierdzenia,  że  myśl  nie  powinna 
pośredniczyć  w  spontanicznym  przekazie.  Allen  Ginsberg  powiadał,  iż  pisze, 
„by pozwolić swej wyobraźni spisywać  magiczne  linie ze swego prawdziwego 
umysłu".  Dwa  z  jego  najbardziej  znanych  wierszy,  jak  to  się  stale  powtarza, 
napisane  zostały  ekspromptem  i  bez  żadnych  poprawek:  długa  pierwsza  część 
Skowytu  wystukana  została  na  maszynie  w  ciągu  jednego  popołudnia,  a 

background image

Sunflower  Sutra  -  w  dwadzieścia  minut;  ,,ja  gryzmoliłem  za  biurkiem,  a 
Kerouac czekał przy drzwiach aż skończę". W ten sam improwizatorski sposób 
Jack Kerouac pisał non stop swe powieści na ogromnych rolkach papieru - dwa 
metry dziennie - bez wprowadzania jakichkolwiek poprawek. 
 
   Większość  tych  sprawozdań  z  warsztatu  artysty  miała  charakter  aprobujący, 
ton krytyków nowej wrażliwości bynajmniej nie był bowiem mniej osobisty niż 
samych artystów. Mając do czynienia z książką, sztuką czy filmem starali się nie 
oceniać w tradycyjnych terminach estetyki, lecz wyrazić swój prywatny do nich 
stosunek. Dzieło stanowiło tylko okazję do osobistej wypowiedzi. W ten sposób 
każde  dzieło  sztuki  stawało  się  pretekstem  do  powstania  „innego  dzieła"- 
wypowiedzi  krytyka  o  jego  stosunku  uczuciowym  do  dzieła  oryginalnego. 
Sztuka  „aktywna"  zrodziła  więc  „aktywny"  sposób  reagowaniana  nią  i  każdy 
stawał się sam dla siebie artystą. W tej sytuacji wszelkie koncepcje obiektywnej 
oceny musiały powędrować za burtę. 
 
   Demokratyzacja  geniuszu  stała  się  możliwa,  ponieważ  można  spierać  się  o 
opinię, ale nie o uczucia. Dzieło sztuki bądź wywołuje w nas emocje, bądź nie, a 
czyjeś  uczucia  nie  są  autorytetem  dla  kogoś  innego.  Ponadto,  wraz  z 
upowszechnieniem  wyższego  wykształcenia  i  rozszerzeniem  warstwy  na  wpół 
zawodowej  inteligencji,  znacznej  zmianie  uległa  też  i  skala  zjawiska.  Wielu 
ludzi  dotąd  obojętnych  domaga  się  dziś  prawa  do  uczestniczenia  w  życiu 
artystycznym  -  i  to  nie  dla  doskonalenia  swego  umysłu  czy  wrażliwości,  lecz 
aby  „zrealizować"  swą  osobowość.  Zarówno  w  naturze  samej  sztuki,  jak  i  w 
reagowaniu  na  nią,  zainteresowanie  własną  osobą  bierze  górę  nad  wszelkimi 
obiektywnymi kryteriami. 
 
   Taki  kierunek  przemian  nie  jest  bynajmniej  zaskoczeniem.  Trzydzieści  lat 
temu Karl Mannheim uprzedzał: 
 
    [...]  otwarty  charakter  demokratycznego  społeczeństwa  masowego  wraz  ze 
wzrostem jego rozmiarów i tendencją w kierunku powszechnego uczestnictwa w 
życiu publicznym 
 
- powoduje nie tylko powstawanie nadmiernej liczby elit, ale nadto pozbawia je 
ekskluzywności w zakresie koniecznym do sublimacji popędów. Utrata takiego 
minimum  ekskluzywności  sprawia,  że  niemożliwe  staje  się  powolne 
kształtowanie  gustu,  podstawowego  elementu  stylu.  Jeśli  nie  ma  czasu  i 
warunków  na  dojrzewanie  nowej  wrażliwości,  intuicji  i  nowego  podejścia  w 
obrębie  małych  grup,  masy  zareagują  na  nie  w  najlepszym  razie  jak  na 
chwilową podnietę. 
 

background image

   Wpływowi  w  latach  pięćdziesiątych  teoretycy  społeczeństwa  masowego,  jak 
Ortega  y  Gasset,  Karl  Jaspers,  Paul  Tilłich,  Emil  Lederer  czy  Hannah  Arendt, 
byli również zaniepokojeni konsekwencjami upadku autorytetu, załamaniem się 
instytucji  i  erozją  tradycji.  Kładli  jednak  raczej  nacisk  na  polityczne,  a  nie 
kulturowe  aspekty  zjawiska.  Traktowali  społeczeństwo  masowe  jako  wysoce 
niestabilne,  podatne  na  zagrożenie  totalitaryzmem.  O  ile  ich  teorie  dotyczące 
stosunku „mas" do społeczeństwa i płynące z nich sądy o strukturze społecznej 
wydają się z perspektywy czasu nadmiernie uproszczone, a analizy polityczne  - 
zbyt powierzchowne, o tyle okazały się one zaskakująco trafne w odniesieniu do 
świata kultury. To, co wspomniani teoretycy nazywali „umasowieniem"  - jeden 
z najbardziej niezgrabnych terminów, jaki ukuli - dokonuje się w świecie sztuki. 
Styl  stał  się  synonimem  mody,  a  „nowe"  style  w  sztuce  następują  jeden  po 
drugim  w  zastraszającym  tempie.  Instytucje  kulturalne  nie  opierają  się 
teraźniejszości,  a  tym  samym  nie  wywołują  napięcia  niezbędnego  do 
sprawdzenia nowych koncepcji, lecz kapitulują bez walki przed przemijającymi 
prądami. 
 
   Sztuka  wysoka,  jak  zauważył  Hilton  Kramer,  „była  zawsze  elitarna,  nawet 
jeśli  o  przynależności  do  elity  decydowała  bardziej  wrażliwość  niż  pozycja 
społeczna.  Sztuka  wysoka  wymaga  niezwykłego  talentu,  wyjątkowej  wizji, 
wyjątkowej praktyki i powołania - wymaga wyjątkowych indywidualności [...]". 
Tego  rodzaju  wymogi  są  oczywiście  czymś  odstręczającym  dla  wielkiej 
ideologii  populistycznej  -  również  i  tej,  która  wiedzie  prym  w  dzisiejszej 
kulturze amerykańskiej. Stąd pośpiech, z jakim tak liczni krytycy zadeklarowali 
się  jako  zwolennicy  kultury  popularnej [„Nasza  epoka  -  pisał  Lionel Trilling  - 
jest pierwszą, w której jest tak wielu ludzi aspirujących do wielkich osiągnięć w 
sztukach, którzy - w rezultacie przeżywanej 
 
frustracji 

tworzą  wywłaszczoną  klasę,  nie  pokrywającą  się  z 

konwencjonalnymi podziałami klasowymi, czyli proletariat ducha"]. 
 
   Poważnemu  krytykowi  sytuacja  ta  stwarza  dylemat.  „Zawód  krytyka  -  jak 
powiada  H.  Kramer  -  miał  swój  historyczny  debiut  wówczas  właśnie,  kiedy 
sztuka  wysoka  wymagała  po  raz  pierwszy  obrony  przed  liczną  ignorancką 
publicznością". Ale ta sytuacja dawno już uległa zmianie. Sztuka wysoka sama 
jest „dekadencka" (jakkolwiek terminu tego nigdy dokładnie nie zdefiniowano) i 
znajduje się w stanie nieładu. 
 
„Publiczność"  jest  dziś  tak  żarłoczna  kulturalnie,  że  awangarda  w  niej  się 
właśnie  mieści  i  bynajmniej  nie  potrzebuje  obrony  krytyków.  Poważny  krytyk 
musi  zatem  albo  zwrócić  się  przeciwko  sztuce  wysokiej,  przez  co  może 
przypodobać  się  jej  politycznym  wrogom,  albo  -  by  użyć  określenia  Johna 
Grossa  -  „zgodzić  się  na  rolę  wykidajły  w  dyskotece".  Tym  torem  biegnie 

background image

demokratyzacja geniuszu. 
 
 
 
Utrata jaźni 
 
   Najpoważniejsza jest zapewne sytuacja w literaturze. Powieść powstała jakieś 
dwieście  lat  temu  i  zrodziła  się  z  poczucia  dokonującego  się  w  świecie 
przewrotu.  Była  sposobem  relacjonowania  przez  wyobraźnię  świata  faktów,  a 
jej  kamieniem  probierczym  stało  się  uwikłanie  w  całą  różnorodność  i 
bezpośredniość 

doświadczenia, 

przetworzonego 

przez 

emocje 

zdyscyplinowanego  przez  intelekt.  Powieściopisarz  jest,  jeśli  można  tak 
powiedzieć,  kimś,  kogo  osobiste  doświadczenie  jest  doświadczeniem 
wzorcowym. Kiedy pogrąża się w nieświadomość, by rozdrapywać blizny swej 
psyche,  wchodzi  -  jeśli  jest  dobrym  pisarzem  -  w  kontakt  z  nieświadomością 
zbiorową. 
 
   Przez  pierwsze  z  grubsza  sto  lat  istnienia  powieści  zadaniem  pisarza  było 
wyjaśnianie  społeczeństwa.  Zadanie  to  okazało  się  ostatecznie  niewykonalne. 
Starając się określić współczesne obowiązki pisarza, Diana Trilling pisała: „Dla 
pisarza  współczesnego  jego  zwierzchnikiem,  a  nawet  jedynym  układem 
odniesienia  jest  własna  jaźń.  W  społeczeństwie  nie  ma  niczego  takiego,  o  co 
warto  byłoby  się  troszczyć.  Istnieje  ono,  ponieważ  ciąży  nam  i  warunkuje  nas 
tak bezwzględnie. [...] Współczesny powieściopisarz usiłuje tylko pomóc nam w 
określeniu  stosunku  naszej  jaźni  do  otaczającego  nas  świata  grożącego  jej 
podporządkowaniem". 
 
   Jest  to  zadziwiająco  trafne  stwierdzenie  w  odniesieniu  do  pierwszej  połowy 
stulecia.  W  latach  sześćdziesiątych  jednak,  kiedy  granice  między  jaźnią  a 
światem  coraz  bardziej  rozmywały  się,  nawet  własna  jaźń  przestała  być  dla 
pisarza  układem  odniesienia.  Zdaniem  Mary  McCar-thy  pojawił  się  w  tym 
czasie nowy rodzaj powieści „oparty na bezpostaciowości", czego świadectwem 
ma być twórczość Yladimira Nabokova i Williama Burroughsa. Stwierdzenie to, 
jak myślę, jest pp' części słuszne. W każdym razie pisarstwo lat sześćdziesiątych 
stawało  się  coraz  bardziej  autystyczne,  a  głos  pisarza  -  coraz  bardziej 
bezpostaciowy. 
 
   Czytając pisarzy reprezentatywnych dla tego okresu dochodzi się do wniosku, 
że  głównym  przedmiotem  ich  zainteresowania  było  szaleństwo.  Kiedy 
zaprzestano  zajmowania  się  życiem  społecznym,  a  podmiot  uległ  rozmyciu, 
każdy niemal znaczący pisarz tego okresu w jakiś sposób podejmował ten temat. 
Powieści  mają  charakter  halucynacyjny.  wielu  ich  bohaterów  to  schizofrenicy: 
probierzem rzeczywistości jest w nich raczej obłąkanie niż normalność. Pomimo 

background image

wszystkich  społecznych  niepokojów  lat  sześćdziesiątych,  głucho  o  nich  w 
powieściach  tych  pisarzy  (wyjątkiem  jest  Mr.  Sammler's  Planet  Bellowa); 
wszystkie  natomiast  w  tej  czy  innej  mierze  mają  charakter  analogiczny. 
Wszystko  to  razem  wnosi  do  wrażliwości  tych  pisarzy  jakąś  apokaliptyczną 
trwogę  -  jak  jaskółki  przed  burzą  -  która  zdaje  się  zapowiadać  nadchodzącą 
katastrofę [Wiem, że powyższe nie dotyczy wielu wybitnych pisarzy tej dekady, 
jak np. Updike'a, Salingera, Cheevera, J. F. Powersa, Styrona, Rotha, Malamuda 
i  Baldwina.  Mogę  tylko  powiedzieć,  iż  bardziej  zajmowały  ich  tradycyjne 
tematy pisarskie, związane z ludzkim postępowaniem w otoczeniu społecznym, 
choć  Malamud  wdawał  się  często  w  eksplorację  fantazji.  Na  podstawie  moich 
lektur  socjologicznych,  dotyczących  apokaliptycznych  nastrojów  tego  okresu 
sądzę,  iż  to  właśnie  wymienieni  pisarze  wypowiadali  najbardziej 
charakterystyczne twierdzenia o wrażliwości tej dekady.]. 
 
   Uznanymi pisarzami byli przedstawiciele „czarnego  humoru" - Joseph Heller, 
J. P. Donleavy, Bruce J. Friedman, Thomas Pynchon, a dla „pop" publiczności - 
Terry  Southern.  Sytuacje,  jakie  opisywali,  miały  charakter  absurdalny  i 
nihilistyczny,  fabuła  była  zwariowana  i  figlarna,  styl  zimny,  groteskowy, 
błazeński.  Jednostkę  przedstawiano  niezmiennie  niczym  piłeczkę  miotaną  w 
różne strony przez bezmyślne, wielkie, bezosobowe instytucje. W Paragrafie 22, 
jednej  z  najbardziej  popular-"  nych  powieści  lat  sześćdziesiątych,  bohaterowi 
nie udaje się uniknąć wcielenia do lotnictwa, ponieważ symulując szaleńca daje 
dowód, że jest zupełnie normalny. Jest to klasyczny motyw szaleństwa. 
 
   W  fantastycznych  i  futurystycznych  powieściach  Anthony'ego  Bur-gessa, 
Kurta  Vonneguta  i  Williama  Burroughsa  w  miarę,  jak  postacie  ulegają 
rzeczywistym  fizycznym  przemianom,  następuje  spiętrzenie  absurdów. 
Podkreślają one bezsensowność wydarzeń  i zacierają różnicę  między dobrem a 
złem.  W  powieści  Johna  Bartha  Giles  Goat-Boy  walkę  o  władzę  nad  światem 
toczą  dwa  ogromne  komputery.  „Fabuła"  49  idzie  pod  młotek  Thomasa 
Pynchona  skupia  się  wokół  wszechświatowego  spisku  (temat  podejmowany 
również przez Burroughsa) i oczekujemy końca Ameryki w straceńczej orgii. 
 
   Ken Kesey w Locie nad kukułczym gniazdem, Barth w Końcu drogi, Mailer w 
Amerykańskim  marzeniu  podejmują  temat  schizofrenii.  Kesey  pisał  fragmenty 
swej  książki  pod  wpływem  pejotłu  i  LSD;  jego  bohater  udaje  szaleńca,  by 
uniknąć  odsiadywania  wyroku,  ale  zostaje  ostatecznie  poddany  lobotomii, 
natomiast  schizofreniczny  indiański  olbrzym,  pacjent  tego  samego  szpitala 
psychiatrycznego, wydostaje się „zdrowy" na wolność. Stephen Rojack, bohater 
Amerykańskiego  marzenia  Maile-ra  (tytuł  jawnie  symboliczny)  przeżywa 
urojenia  wszechmocy,  ściera  się  z  CIA  i  innymi  tajemniczymi  siłami,  by 
skończyć na sławieniu potęgi „fal myśli", dzięki którym ma się wydobyć ze snu. 
 

background image

   U  innych  czołowych  pisarzy  tego  okresu  -  Nabokova,  Bellowa,  Burroughsa  i 
Geneta  -  dominuje  motyw  fantazji.  Pale  Fire  Nabokova  to  rodzaj  fantastycznej 
opowieści  detektywistycznej,  zawierającej  obszerny  komentarz  o  długim 
poemacie  autorstwa  bohatera,  o  którym  nie  wiadomo,  czy  jest  szpiegiem,  czy 
zdetronizowanym  królem  jakiegoś  wymyślonego  państwa,  przypominającego 
Rosję  -  istotne,  że  przeżywa  rozdwojenie  osobowości.  Ada  to  równie  zawiła 
powieść  fantastyczna  o  miłości,  rozmyślnie  zacierająca  różnice  między 
przeszłością a przyszłością. 
 
   Saul  Bellów  -jedyny  pisarz,  który  ostatecznie  jest  antyapokaliptycz-ny  - 
podnosi problem: „Czy to był czas, by [...] wysadzić tę wielką, niebieską, białą, 
zieloną planetę, czy być z niej wysadzonym?" Mr. Sammłefs Planet opowiada o 
zamiarze  indyjskiego  fizyka  skolonizowania  Księżyca  ze  względu  na 
przeludnienie  Ziemi.  Z  planami  dr.  Lala  przeplata  się  wspomnienie  o  życiu 
jednego  z  pierwszych  futurologów  -  H.  G.  Wellsa.  Pan  Sammler  zaś  - 
wyśmienicie  przedstawiony  bohater  powieści  -  jest  bezpaństwowcem,  co  ma 
jakby podkreślać rozkład wszelkich struktur przeszłości. 
 
   Nabokov  i  Bellów  z  racji  swych  temperamentów  są  obserwatorami  świata, 
natomiast czytając  Burroughsa  i Geneta wkraczamy w świat apokalipsy.  Świat 
jest dosłownie  i  symbolicznie  rozczłonkowany.  U  Burroughsa  niemal  czujemy 
odór ekskrementów. Chociaż Naked Lunch mówi bezpośrednio o walce autora z 
uzależnieniem  od  narkotyków,  temat  nieczystości  -  niczym  kanał  ściekowy  - 
ciągnie  się  przez  całą  powieść;  nieustannie  mowa  jest  o  wszelkiego  rodzaju 
cielesnym  wydalaniu,  o  horrorze  żeńskich  genitaliów,  a  na  to  nakłada  się  opis 
ejakulacji  podczas  egzekucji  skazańca.  Ludzie  przeobrażają  się  w  kraby, 
ogromne  stonogi  lub  drapieżniki.  Burroughs  powiadał,  że  „forma  powieściowa 
jest  zapewne  przestarzała",  a  pisarze  powinni  stworzyć  bardziej  precyzyjne 
techniki, „które wywoływałyby ten sam efekt, co przerażające fotografie". Jego 
powieści - Naked Lunch, oraz trylogia, składająca się z The Soft Machinę, Nova 
Express  i  The  Ticket  that  Exploded  -  są  pisane  tak,  że  ich  fragmenty  można 
czytać  w  dowolnej  kolejności  [cut-up  books].  Są  to  „nieustające  pokazy", 
chronologia  bowiem  nie  ma  w  nich  żadnego  znaczenia.  Inne  z  kolei  powieści 
składają  się  z  dowolnie  przemieszanych  odcinków.  Rzeczywistość  jest 
nierealna, zostaje bowiem pozbawiona wymiarów i granic. 
 
   Podobne  zainteresowania  właściwe  są  pisarstwu  Jeana  Geneta,  będącego 
jednak  przede  wszystkim  sławieniem  marginesu  społecznego.  Susan  Sontag 
pisała:  „Przestępstwa,  społeczna  i  seksualna  degradacja,  a  przede  wszystkim 
morderstwo są dla Geneta okazją do chwały". Genet przedstawia świat złodziei, 
gwałcicieli,  morderców  jako  jedyny,  w  którym  panuje  uczciwość,  w  nim 
bowiem  bezpośredni,  pierwotny  wyraz  znajdują  najgłębsze  i  najbardziej 
zakazane ludzkie popędy. Fantazje na temat kanibalizmu są dla niego najgłębszą 

background image

prawdą  o  ludzkich  pragnieniach"  [Zaliczenie  Geneta  do  grupy  pisarzy 
amerykańskich  i  uznanie  go  za  pisarza  lat  sześćdziesiątych  może  dziwić. 
Chociaż jego główne utwory powstały w latach czterdziestych i pięćdziesiątych, 
książki,  które  przyniosły  mu  rozgłos  w  Ameryce  (Notre-Dame  des  fleurs, 
Dziennik złodzieja i Pompes funebres) zostały przetłumaczone dopiero w latach 
sześćdziesiątych.  Burroughs  również  pisał  w  latach  pięćdziesiątych,  ale  w 
amerykańskiej  świadomości  obaj  zaczęli  funkcjonować  dopiero  w  następnej 
dekadzie.]. 
 
 
 
Dionizyjska trupa 
 
   Apokaliptyczny nastrój nigdzie nie znalazł tak dobitnego wyrazu, jak w ruchu, 
który  przybrał  nazwę  „dionizyjskiego  teatru"  i  który  traktował  występujący 
zespół  jako  „dionizyjska  trupę".  Kładł  on  główny  nacisk  na  spontaniczność, 
orgiastyczną swobodę, komunikację zmysłową, wschodni mistycyzm i rytuał; w 
odróżnieniu  od  radykalnego  teatru  w  przeszłości  celem  było  nie  tyle 
przekształcenie  idei publiczności,  ile rekonstrukcja psychiki zarówno  widowni, 
jak i aktorów poprzez udział w, ceremonii wyzwolenia. Z założenia miał to być 
teatr 

niezdyscyplinowany 

antyzawodowy, 

wszelkie 

kształtowanie 

przedstawienia  czy  tekstu,  wszelka  sztuczność  czy  kalkulacja  jest  bowiem 
„nietwórcza i zwrócona przeciwko życiu". 
 
   W 

tradycyjnym  teatrze  dobrze  wyreżyserowanych  sztuk  nie  ma 

niekonsekwencji, moralnych dwuznaczności czy nie doprowadzonych do końca 
wątków; akcją aż do rozwiązania kieruje jakaś logika, dramaturg chce bowiem 
przekazać  puentę.  „Nowy  teatr"  pogardza  natomiast  porządkiem  i  potępia  go 
jako arbitralny i selektywny. Siłą rzeczy nie jest to teatr dramaturgów, napisane 
sztuki są bowiem jakoś' zamknięte  i skończone,  natomiast tu chce się otwarcie 
złamać akcję, zatrzeć różnice między widzem i sceną, publicznością i aktorami. 
Odrzucając myślenie, chce się uchwycić sens pierwotnego rytuału. 
 
   Prototypem nowej wrażliwości w dramacie był Living Theatre zorganizowany 
przez Juliana Becka i Judith Malina. Po kilkuletniej podróży po Europie zespół 
stworzył  nowy  styl  przypadkowej  akcji  i  głosił  rewolucyjny  anarchizm.  W 
swoim credo powiadał, że „teatr musi być wolny" i że należy go „wyprowadzić 
na  ulicę".  W  słowach  przypominających  manifest  futurystyczny  Marinettiego, 
Beck przypuścił atak na teatr przeszłości: 
 
    Wszystkie  formy  teatru  kłamstwa  przeminą.  [...]  Nie  potrzebujemy 
obiektywnej mądrości Szekspira, jego poczucia tragedii przeznaczonego jedynie 
dla  wysoko  urodzonych.  Jego  nieznajomość  zbiorowej  radości  czyni  go 

background image

bezużytecznym  w  naszych  czasach.  Nie  wolno  dać  się  uwieść.poezji.  Dlatego 
Artaud powiada: „Spalcie tekst". 
 
    Przeminie  cały  teatr  intelektualny.  Teatr  naszego  stulecia  i  poprzednich 
przemawia  swymi  przedstawieniami  do  rozumu.  Wychodzi  się  z  teatru  i  dalej 
się  myśli.  Nasze  myślenie,  uwarunkowane  przez  uprzednio  ukształtowany 
umysł, jest jednak tak zepsute, że nie należy mu dowierzać. 
 
   Zgodnie  z  tym  podczas  przedstawienia  popisowej  sztuki  Paradise  Now 
zachęcano  publiczność  do  wchodzenia  na  scenę,  aktorzy  natomiast,  paląc 
marihuanę, kręcili się po widowni i zagadywali widzów. Od czasu do czasu ten 
lub  inny  aktor  powracał  na  scenę,  rozbierał  się  do  przepaski  na  biodrach  i 
zachęcał publiczność, by poszła  jego śladem. Celem, który  rzadko  udawało się 
osiągnąć,  było  doprowadzenie  do  zbiorowej  orgii.  W  końcu  publiczność 
wzywano  do  opuszczenia  teatru,  do  nawracania  policji  na  anarchizm,  do 
szturmu na więzienia i uwolnienia więźniów, przerwania wojny i zdobycia miast 
w imieniu „ludu". 
 
   Zmarły  w  1948  r.  francuski  pisarz  i  krytyk  Antonin  Artaud  był  chyba 
jedynym,  który  ucieleśniał  nową  wrażliwość  w  teatrze.  Karierę  swą  zaczynał 
jako aktor. W 1928 r. wraz z Robertem Aronem założył Theatre Alfred Jarry, w 
którym  w  duchu  Jarry'ego  egzorcyzmowano  publiczność.  Wierzył,  iż  należy 
skończyć  z  podporządkowaniem  teatru  tekstowi  i  odwołać  się  do  swoistego 
języka  pośredniczącego  między  myślą  a  gestem.  Aczkolwiek  nie  bronił 
okrucieństwa  czy  sadyzmu  w  życiu  codziennym,  wierzył,  iż  gwałt 
zrytualizowany  w  jego  teatrze  pełnić  może  terapeutyczną  funkcję,  dając 
publiczności  poczucie  rozładowania.  Pod  tym  względem  należy  on  do 
szerokiego  ruchu  postmodernizmu,  który  atakował  racjonalność  i  usiłował 
powrócić do pierwotnych popędów. 
 
   W  Stanach  Zjednoczonych  lat  sześćdziesiątych,  gdzie  dzieci  społeczeństwa 
dobrobytu bawiły się - czasem fatalnie - w rewolucję i igrały - również fatalnie - 
z halucynacją, takie teorie, jak te, które ożywiały „teatr okrucieństwa" Artauda, 
musiały  stać  się  modne,  choć  nigdy  nie  zostały  dobrze  zrozumiane.  W 
ówczesnych  dyskusjach  o  teatrze  jako  rytuale  dominowało  bowiem  poczucie 
pustki,  brak  przekonań,  pusta  teatralność  [Teatr  polskiego  reżysera,  Jerzego 
Grotowskiego, 

eliminującego 

kostiumy, 

oświetlenie 

scenografię, 

eksponującego  cierpienie  i  śmierć  cieszył  się  w  tym  okresie  podobnym 
wzięciem,  choć  jego  twórca  -  człowiek  surowy  i  samotny,  z  religijnym 
poczuciem powołania - odżegnał się od swych kontynuatorów.]. 
 
   Rytuał,  jak  pisał  Emile  Durkheim,  zależy  przede  wszystkim  od  uznanego 
przez  wszystkich  uczestników  kultury  wyraźnego  rozróżnienia  sacrum  i 

background image

profanum.  Rytuał,  dzięki  trwodze,  jaką  budzi,  strzeże  dostępu  do  sacrum,  a 
jedną  z  jego  funkcji  jest  chronienie  tabu  ważnych  dla  trwania  społeczeństwa. 
Innymi słowy - rytuał jest udramatyzowa-nym przedstawieniem władzy sacrum. 
Czy coś takiego, jak znaczący rytuał,  istnieć  może w społeczeństwie, które nie 
opiera się na tym fundamentalnym rozróżnieniu dwóch sfer bytu i które odrzuca 
wszelką koncepcję hierarchii uporządkowanych wartości? 
 
   To,  co  nowy  teatr  nazywał  rytuałem,  brało  się  niewątpliwie  z  jakiegoś 
sławienia  gwałtu.  Początkowo  gwałt  zamknięty  był  w  samym  dziele  -  jak  na 
przykład  w  rytuale  egzorcyzmu  w  The  Biacks,  w  scenie  symbolicznie 
odtwarzającej  zamordowanie  białego  mężczyzny  przez  Murzyna.  Później 
jednak, gdy pogoń za sensacją doprowadziła do eskalacji żądań czegoś bardziej 
autentycznego,  happeningi  stopniowo  wypierać  zaczęły  pisane  teksty  sztuk  i 
stały  się  areną  gwałtu.  Teatr  tylko  symuluje  życie,  lecz  w  happeningu  płynąć 
mogła  -  i płynęła - prawdziwa krew. W czasie sympozjum  na temat destrukcji 
sztuki,  jakie  odbyło  się  w  1968  r.  w  Judson  Church  w  Nowym  Jorku,  jeden  z 
jego uczestników zawiesił pod sufitem żywego białego kurczaka, chuśtał go na 
sznurku,  następnie  sekatorem  uciął  mu  głowę.  Wsadził  ją  sobie  do  rozpiętego 
rozporka, natomiast zdekapitowanym tułowiem bębnił po klawiszach pianina. W 
1968 r. w Cinemateąue niemiecki artysta Herman Nitsch wypatroszył na scenie 
owcę, wnętrzności  i krew rzucił  na  głowę  młodej dziewczynie, a tułów przybił 
gwoździami do krzyża. W czasie tego happeningu wykonawcy z Orgy-Mystery 
Theater obrzucali się  nawzajem zwierzęcymi wnętrznościami i oblewali krwią, 
odtwarzając  zapewne  rzymski  rytuał  inicjacji  mężczyzny  w  misterium 
frygijskim,  gdzie  wylewano  mu  na  głowę  krew  ofiarnego  byka.  O  obu  tych 
wydarzeniach  donosiło,  zamieszczając  zdjęcia,  ilustrowane  czasopismo  „Art  in 
America".  O  innym  kierowanym  przez  Nitscha  happeningu,  polegającym  na 
rytualnym zabiciu zwierzęcia, donosiło na okładce pismo „Village Voice". 
 
   Tradycyjnie  gwałt,  jako  przyznanie  się  do  porażki,  był  czymś  odpychającym 
dla  intelektualistów.  Jednostki  w  czasie  sporu  odwołują  się  do  argumentu  siły 
wówczas, gdy nie dysponują siłą argumentów. Podobnie w sztuce, odwoływanie 
się  do  brutalnej  siły  w  celu  odtworzenia  gwałtu  na  płótnie,  na  scenie  czy  w 
piśmie oznacza, że artyście brak środków wywoływania emocji w inny jsposób. 
Ale  w  latach  sześćdziesiątych  gwałt  usprawiedliwiano  nie  tylko  jako  terapię, 
lecz również jako niezbędne narzędzie zmiany społecznej. Oglądając film Jean-
Luca  Godarda  Chinka  i  słuchając  jak  dzieci  najwyższych  sfer  burżuazji 
francuskiej miotają przekleństwa i skandują frazy z Czerwonej Książeczki Mao, 
zdajemy(  sobie  sprawę,  że  fałszywy  romantyzm  maskuje  obrzydliwą  żądzę 
mordu. Podobnie Weekend Godarda, przedstawiający rzeczywistą rzeź zwierząt, 
uświadamia nam, że korzenie żądzy krwi ukazane zostały nie w celu katharsis, 
lecz dla perwersyjnej przyjemności. 
 

background image

   W  tym,  co  dopuszcza  rewolucyjna  retoryka  -  zarówno  w  nowej  wrażliwości, 
jak  w  polityce  -  dostrzegamy  zatarcie  granicy  między  przedstawianiem  a 
rzeczywistością,  w  rezultacie  czego  życie  (tak  „rewolucyjne"  działania  jak 
demonstracje) biegnie jak w teatrze, 
 
natomiast  żądza  gwałtu  -  najpierw  w  teatrze,  a  następnie  w  demonstracjach 
ulicznych - staje się niezbędnym narkotykiem, formą uzależnienia. 
 
 
 
Zamiast rozumu 
 
   Pod  koniec  lat  sześćdziesiątych  nowa  wrażliwość  uzyskała  ideologiczne 
uzasadnienie  oraz  miano  kontrkultury.  Główną  tendencją  tej  ideologii  -  choć 
pretendowała  do  krytyki  „społeczeństwa  technokratycznego"  -  była  w  istocie 
krytyka  rozumu  [Błędem  i  wypaczeniem  byłoby  utożsamianie  tej  krytyki  z 
wszelkim  radykalizmem.  Istnieje  starsza  tradycja  radykalizmu,  której  wstrętny 
jest  wszelki  irracjonalizm.  Wielu  jej  zwolenników  -  Philip  Rahv,  Robert 
Brustein,  Lionel  Abel,  Irving  Howe  -  atakowało  w  swych  esejach  rozmaite 
aspekty  nowej  wrażliwości.  Kłopot  na  tym  wszakże  polega,  iż  argumenty  ich 
pod  względem  intelektualnym  i  estetycznym  są  związane  z  modernizmem, 
wywodzą  się  z  jego  przesłanek,  a  nowa  wrażliwość  była  w  istocie  rzeczy 
właśnie  doprowadzeniem  modernizmu  do  jego  ostatecznych  logicznych 
konsekwencji.]. 
 
   Zamiast  rozumowi  powinniśmy  się  podporządkować  -  jak  nam  powiadano  - 
jakiejś  formie  przedracjonalnej  spontaniczności  czy  to  „świadomości  III" 
Charlesa  Reicha,  czy  też  „szamańskiej wizji"  Theodore'a  Roszaka,  czy  jeszcze 
czemuś  innemu. Jak  twierdzi Roszak. „niezbędne jest przynajmniej odrzucenie 
naukowego  poglądu  na  świat  z  właściwym  mu  egocentrycznym  i  celebralnym 
rodzajem  świadomości.  Jego  miejsce  zająć  powinna  nowa  kultura,  w  której 
pozaintelektualne  zdolności  człowieka  -  zdolności  znajdujące  ujście  w 
doświadczaniu ludzkiej wspólnoty - staną się arbitrami prawdy, dobra i piękna". 
 
   Rewolucyjna  zmiana,  jak  powtarzano  nieustannie,  objąć  musi  zarówno 
psyche,  jak  i  społeczeństwo.  Kiedy  jednak  pytano,  co  ma  to  konkretnie 
oznaczać,  na  czym  polegać  ma  ta  postrewolucyjna  kultura,  w  odpowiedzi 
słyszeliśmy  tylko  kolejne  nawoływania  do  porzucenia  otępiającego  balastu 
wiedzy i dalszego celebrowania „rapsodycznej szamańskiej paplaniny". 
 
   Czy  w  nawoływaniach  tych  było  coś  oprócz  tęsknoty  za  utraconym  rajem 
dzieciństwa?  W  istocie  były  to  stale  powracające  majaczenia  każdego  ruchu 
utopijnego. To zaś, co nowe w tej arkadyjskiej fantazji  lat sześćdziesiątych, co 

background image

wykraczało  w  nich  poza  język  psychologii  i  antropologii,  polegało  na  tym,  że 
podczas  gdy  w  przeszłości  tęsknoty  takie  miały  charakter  retoryczny,  teraz 
odnajdujemy  w  nich  fantazje  i  seksualne  dążenia  dzieciństwa,  odgrywane  w 
okresie młodzieńczym na nieznaną w historii kultury skalę. Czym bowiem było 
żądanie zniesienia rozróżnienia  między płciami  i  ideami,  jeśli  nie odrzuceniem 
rozróżnień,  które  właściwe  są  wiekowi  dorosłemu?  Czym  innym  była  kultura 
młodzieżowa  ery  Wodnika,  narkotyczno-rockowy  taniec  wiosny,  jeśli  nie 
beznadziejnym  poszukiwaniem  Dionizosa?  Ale  jak  to  ma  być  możliwe,  skoro 
nie ma ani natury, ani religii, które mogłyby być przedmiotem rytuału? Jedyne, 
co  pozostawało,  to  patetyczne  sławienie  własnej,  opróżnionej  z  treści  jaźni, 
udającej żywotność przez odgrywanie Rewolucji. 
 
 
 
Zakończenie 
 
   W  latach  siedemdziesiątych  radykalizm  kulturowy  wyczerpał  się.  W 
malarstwie  nastąpił  powrót  do  figuratywności  i  realizmu,  w  rzeźbie  widoczne 
jest  zainteresowanie  techniką,  materiałem  lub  „konceptualną  wypowiedzią"  za 
pośrednictwem urządzeń komunikacyjnych. Teatr popadł w stagnację, a powieść 
-jak  świadczy  o  tym  choćby  Gravity's  Rainbow  Pynchona  -  zaprzątnięta  jest 
szaleństwem i techniką. Kulturalne masy mają teraz swoją „pornotropię" (termin 
Stevena Marcusa), nudne zabawianie się pornografią  i zbzikowanie  na punkcie 
seksu. Czy oznacza to nie tylko koniec dekady, ale również i pewnego rodzaju 
kultury? 
 
   „Nieskrępowana  jaźń",  jak  już  wspominałem,  była  produktem  społeczeństwa 
mieszczańskiego  z  jego  gloryfikacją  nieokiełznanego  indywidualizmu. 
Aczkolwiek społeczeństwo aprobowało indywidualizm w gospodarce, obawiało 
się  jego  ekscesów  w  kulturze  i  usiłowało  je  pohamować.  Z  rozmaitych 
względów  historycznych  „osobowość  kulturalna"  stała  się  antymieszczańska,  a 
odłamy tego ruchu sprzymierzały się z politycznym radykalizmem. „Osobowość 
kulturalna"  była  jednak  nie  tyle  radykalna,  ile  buntownicza.  Negując 
ograniczenia  i  szukając  dla  siebie  wyzwolenia  dążyła  do  autoekspresji.  Dziś 
ograniczenia  osłabły,  a  bodźce  ku  wyzwoleniu  nie  znajdują  wyrazu  w 
twórczości.  Co  więcej,  dążenie  do  wyzwolenia  zostało  uprawomocnione  przez 
kulturę  liberalną  i  wykorzystane  przez  handlowych  przedsiębiorców,  którzy 
narzucają styl życia wedle własnego upodobania. 
 
   Radykalizm  w  społeczeństwach  niezachodnich  -  w  Chinach,  Algierze  czy  na 
Kubie  -  ma  charakter  purytański,  natomiast  marksizm  w  Związku  Radzieckim 
pełni  wobec  kultury  rolę  represyjną.  Modernizm  kulturowy,  choć  nadal  ma  się 
za buntowniczy, znajduje akceptację głównie w społeczeństwie mieszczańskim, 

background image

kapitalistycznym.  Społeczeństwo  to,  któremu  brak  kultury  wywodzącej  się  z 
jego  pustych  wierzeń  i  wyschłych  korzeni  religijnych,  akceptuje  z  kolei  jako 
normę  styl życia  kulturalnych  mas,  pragnących  „wyemancypować"  się  czy  też 
„wyzwolić",  ale  którym  brak  jakichkolwiek  moralnych  czy  kulturalnych  zasad 
wskazujących,  na  czym  by  miało  polegać  rzeczywiście  wartościowe 
doświadczenie. Kwestia, czy modernizm kulturowy wyczerpał się, czy też koło 
raz  jeszcze  się  obróci  i  zniesione  zostaną  kolejne  zakazy  (dotyczące 
kazirodztwa, pederastii czy androginii) jest  nieistotna.  Istotne  jest  natomiast to, 
że  modernizm'  jest  skończony  jako  siła  kulturowo  twórcza  w  zakresie 
estetycznej  formy  i  treści.  Wrażliwość  lat  sześćdziesiątych  jest  ważna  właśnie 
jako świadectwo, że estetyka szoku i sensacji stała się trywialna i nudna; w tej 
zaś mierze, w jakiej stała się ona własnością kulturalnych mas, jest jeszcze jedną 
oznaką kulturowych sprzeczności kapitalizmu. 
 
 
 
4. Ku wielkiej odnowie: religia i kultura w epoce postindustrialnej 
 
   Każde  społeczeństwo  stara  się  ustalić  zespół  znaczeń,  poprzez  które  ludzie 
odnoszą się do świata. Znaczenia  te określają cele  lub  - jak w przypadku  mitu 
albo  rytuału  -  tłumaczą  charakter  wspólnego  doświadczenia  czy  też  dotyczą 
przekształcania natury za pośrednictwem magii lub techne. Są one ucieleśnione 
w religii, kulturze i pracy. Ich utrata powoduje nie dające się znieść zamieszanie 
i  skłania  do  pospiesznego  poszukiwania  nowych  znaczeń,  w  przeciwnym 
bowiem  razie,pozostaje  tylko  pustka  i  nihilizm.  W  świetle  tego,  co  zostało 
uprzednio powiedziane o niespójności kultury, w niniejszym eseju zajmę się jej 
stosunkiem  do  pracy  i  religii  oraz  ewentualnym  kierunkiem  poszukiwania 
nowych znaczeń. 
 
  (Osobowość  człowieka  oraz  dotyczące  go  stosunki  społeczne  są  w  znacznym 
stopniu ukształtowane przez rodzaj wykonywanej pracy. 
 
Skoro  traktujemy  pracę  jako  czynnik  różnicujący  cechy  osobowości,  możemy 
mówić  o  pracy  w  społeczeństwie  preindustrialnym,  industrialnym  i 
postindustrialnym. Różnice te ujmować możemy synchronicznie, jeżeli cechy te 
współegzystują  w  tym  samym  społeczeństwie,  lub  diachronicznie,  gdy 
traktujemy  je  jako  fazy,  przez  które  społeczeństwo  kolejno  przechodzi.  W 
zależności  od  naszych  celów  badawczych  każde  z  tych  podejść  może  być 
zasadne,  są  to  bowiem  konstrukty  analityczne.  Różnica  między  nimi  stanowi 
wszakże podstawę zrozumienia wniosków płynących z analizy. 
 
   Życie  w  społeczeństwach  preindustrialnych  -  a  żyje  w  nich  wciąż  jeszcze 
większość  ludzi  na  świecie  -  to  przede  wszystkim  gra  przeciwko  naturze.  Siła 

background image

robocza  skoncentrowana  jest  głównie  w  rolnictwie,  górnictwie,  rybołówstwie  i 
leśnictwie. Pracuje się w nich w sposób tradycyjny, wykorzystując siłę mięśni, a 
wizję  świata  warunkuje  zmienność  pór  roku,  pogoda,  urodzajność  gleby,  ilość 
wody,  głębokość  szybów,  susze  i  powodzie.  Okoliczności  te  kształtują  rytm 
życia. Poczucie czasu sprowadza się do trwania, a tempo pracy zależy od pory 
roku i pogody. 
 
   Społeczeństwa  przemysłowe,  wytwarzające  towary,  prowadzą  grę  przeciwko 
naturze  sztucznej.  Świat  uległ  racjonalizacji  i  technicyzacji.  Dominują  w  nim 
maszyny  i  one  wyznaczają  rytm  życia.  Poczucie  czasu  jest  chronologiczne, 
zdeterminowane przez podziałkę tarczy zegara.  Siłę  fizyczną zastąpiła energia: 
jej  wykorzystanie  stanowi  podstawę  wielkich  skoków  w  wydajności  pracy;  w 
społeczeństwie  przemysłowym  mamy  do  czynienia  z  masową  produkcją 
standaryzowanych  towarów.  Energia  i  maszyny  zmieniają  charakter  pracy. 
Umiejętności  zostają  rozłożone  na  proste  czynności,  a  niegdysiejszego 
rzemieślnika zastępuje inżynier odpowiedzialny za organizację i przebieg pracy 
oraz na wpółwy-kwąlifikowany robotnik, który - do czasu, aż inżynier wymyśli 
nową  maszynę,  która  i jego  zastąpi  -  spełnia  rolę  koła  zębatego  sprzęgającego 
maszyny.  Jest  to  świat  uporządkowany  i  zaprogramowany,  w  którym  części 
składowe  łączone są ze sobą w ściśle określonej chwili; świat skoordynowany, 
w którym ludziej materiały i rynek są sprzęgnięte w celu produkcji i dystrybucji 
towarów. Jest to wreszcie świat organizacji - hierarchii i biurokracji - w którym 
ludzi traktuje się jak rzeczy, łatwiej jest bowiem koordynować rzeczy niż ludzi. 
Toteż  rozróżnia  się  w  nim  wyraźnie  role  i  osoby,  a  regulaminy  działania 
przedsiębiorstw formalizują to rozróżnienie.  
 
   Społeczeństwo  postindustrialne,  ponieważ  koncentruje  się  na  usługach  - 
zwłaszcza  usługach  profesjonalnych  i  technicznych  -  jest  grą  między  osobami. 
Organizacja  zespołów  badawczych,  stosunki  między  lekarzem  i  pacjentem, 
nauczycielem i uczniem, urzędnikiem i petentem, jednym słowem świat, którego 
wyznacznikami są wiedza naukowa, wyższe wykształcenie itp., wymaga raczej 
współpracy  i  wzajemności  niż  koordynacji  i  hierarchii.  Społeczeństwo 
postindustrialne  jest  zatem  również  społeczeństwem  komunalnym,  w  którym 
podstawowa  komórka  to  raczej  zorganizowana  społeczność,  a  nie  jednostka 
ludzka,  decyzje  natomiast podejmowane  są  raczej w  drodze  negocjacji  między 
prywatnymi  organizacjami  oraz  rządem,  a  nie  wymuszane  przez  rynek. 
Współpraca  między  ludźmi  jest  jednak  czymś  znacznie  trudniejszym,  niż 
zarządzanie  rzeczami.  Warunkiem  istnienia  wspólnoty  jest  partycypacja  jej 
członków. Kiedy zaś wiele różnych grup dąży do zbyt wielu różnych celów i nie 
akceptuje  kompromisów,  prowadzi  to  bądź  do  impasu,  bądź  do  zaostrzających 
się  konfliktów.  Mamy  do  czynienia  albo  z  polityką  konsensu,  albo  z  sytuacją 
bez wyjścia. 
 

background image

   Te  zmiany  organizacji  społecznej  mogą  jednak  zapowiadać  w  sposób 
niezauważalny coś więcej - a mianowicie przemianę świadomości i kosmologii. 
W  sposobie,  w  jaki  człowiek  postrzega  samego  siebie  i  otaczający  go  świat, 
zawsze  obecna  była  jakaś  strefa  ciemności,  która  teraz  stać  się  może  jego 
cetrum.  Mówiąc  w  terminologii  egzystencjali-stów  ^'człowiek  „wrzucony"  jest 
w świat obcych i wrogich mu sił, które próbuje zrozumieć i opanować. Zaczęło 
się od konfrontacji z naturą i przez tysiące lat ludzkiej egzystencji życie było grą 
przeciwko  naturze,  poszukiwaniem  strategii  utrzymywania  natury  w  ryzach: 
znajdowania schronienia, wykorzystywania wód i wiatru, zdobywania środków 
utrzymania  kosztem  gleby,  wód  czy  innych  stworzeń.  Konieczność 
dostosowania  się  do  tych  okoliczności  ukształtowała  schematy  ludzkich 
zachowań. 
 
   Człowiek  jako  homofaber  starał  się  wytwarzać  rzeczy,  a  wytwarzając  je 
marzył  o  przekształceniu  natury.  Zależność  od  natury  oznaczała 
podporządkowanie się jej kaprysom. Jej przekształcenie poprzez wytwarzanie i 
odtwarzanie pomnażało siły człowieka. Rewolucja przemysłowa miała w istocie 
rzeczy  na  celu  zastąpienie  ekologicznego  rozkładu  zasobów  i  warunków 
klimatycznych - inżynierską koncepcją racjonalnego funkcjonowania. 
 
   Porządek  postindustrialny  odchodzi  od  jednego  i  drugiego.  Istotne 
doświadczenie  pracy  sprawia  teraz,  że  ludzie  żyją  coraz  bardziej  poza 
porządkiem  natury  i  coraz  mniej  mają  do  czynienia  z  maszynami  i  rzeczami; 
stykają  się  wyłącznie  wzajemnie  ze  sobą.  Problemy  życia  zbiorowego  należą, 
oczywiście,  do  najdawniejszych  kłopotów  cywilizacji  ludzkiej,  ciągną  się  od 
czasów  jaskiniowych  i  organizacji  plemiennej.  Teraz  jednak  zmienił  się  ich 
kontekst.  Najstarsze  formy  życia  zbiorowego  wyznaczała  natura,  natomiast 
opanowanie  jej  nadawało  zewnętrzny  wspólny  cel  ludzkiemu  życiu.  Kiedy 
ludzie  zaczęli  tworzyć  mechaniczne  urządzenia  mające  przekształcić  świat, 
uzależnione  od  rzeczy  życie  zbiorowe  dawało  im  poczucie  mocy.  W  świecie 
postindustrialnym  ten  stary  układ  odniesienia  zniknął  jednak  z  pola  widzenia 
większości ludzi. W swej codziennej pracy nie wchodzą oni w kontakt z naturą, 
a tylko nieliczni mają do czynienia z rzeczami. 
 
   Ujmując sprawę w szerszym kontekście  historycznym,  można powiedzieć, że 
w  społeczeństwie  preindustrialnym  osobowość  ludzka  oraz  tradycja  grupy 
kształtowana jest przez społeczeństwo. Wedle Durkheima jest ono istniejącą sui 
generis  i  niezależną  od  jednostki  rzeczywistością  zewnętrzną.  Świat  jest 
światem  danym.  W  społeczeństwie  ^przemysłowym  natomiast  człowiek 
wytwarza  rzeczy,  lecz  one,  gotowe,  istnieją  poza  człowiekiem  jako  byty 
zreifikowane  o  własnej,  niezależnej  egzystencji.  Wreszcie,  w  społeczeństwie 
postindustrialnym  ludzie  znają  się  tylko  nawzajem  i  muszą  „kochać  się 
nawzajem  lub  zginąć".  Rzeczywistość  nie  jest  czymś  zewnętrznym  wobec 

background image

człowieka  „stojącego  samotnie  i  w  trwodze  wobec  świata,  którego  sam  nie 
stworzył". Ona sama stała się problematyczna i ma być przekształcana. 
 
   Czy  taka  zmiana  doświadczenia  wywołuje  również  zmianę  świadomości  i 
wrażliwości? Przez całe niemal ludzkie dzieje rzeczywistością była natura, a w 
poezji i wyobraźni człowiek usiłował odnieść się do świata przyrody. W trakcie 
ostatnich  stu  pięćdziesięciu  lat  rzeczywistością  stała  się  technika,  narzędzia, 
rzeczy  przez człowieka wytworzone,  lecz  istniejące  niezależnie od  niego,  poza 
nim,  w  świecie  zreifikowanym.  Teraz  rzeczywistością  staje  się  nie 
rzeczywistość  zewnętrzna,  lecz  niemal  jedynie  świat  społeczny,  w  którym  nie 
mieści  się  ani  przyroda,  ani  rzeczy;  świat  doświadczany  w  pierwszym  rzędzie 
jako  świadomość  innych.  Społeczeństwo  coraz  bardziej  staje  się  pajęczyną 
świadomości, formą wyobraźni, która ma zostać zrealizowana jako konstrukcja 
 
społeczna.  Na  mocy  jakich  jednak  regułę  i  jakich  koncepcji  moralnych?  Cóż 
może  wiązać  ludzi  ze  sobą,  skoro  nie  wiąże  ich  ani  przyroda,  ani  technet. 
Przedstawiłem  trzy  układy  -  świat  natury,  techniki  i  świat  społeczny  i  trzy 
rodzaje  stosunku  do  nich.  Każdemu  z  nich  odpowiada  symbolicznie  jakaś 
zasada kosmologiczna. 
 
 
 
Świat natury 
 
   Dla  świata  natury  tą  zasadą  kosmologiczną  jest  droga  wiodąca  od 
przeznaczenia  do  przypadku.  Jako  przykład  niech  mi posłuży  myśl  grecka,  tak 
wspaniale  odzwierciedlająca  ówczesne  doświadczenia  i  usiłująca  zawrzeć  je  w 
religii, mitologii i filozofii. 
 
   Hymn  do  Demeter  Homera  przedstawia  czas  jako  cykl,  w  którym  co  roku 
następuje  odrodzenie  umarłego  świata  roślinnego.  Wizja  ta  i  rytuał  znajduje 
wyraz  -  przynajmniej  w  tradycji  orfickiej  -  w  wątku  ludzkiego  przeznaczenia, 
które spełnia się w cyklu, kiedy po życiu i śmierci następuje zmartwychwstanie i 
nowe  życie.  W  micie  o  Erze,  zamykającym  Państwo  Platona,  eschatologia  ta 
wiąże  się  z  porządkiem  moralnym.  Mit  ten  jest  wizją  rzeczy  wiecznych,  o 
których opowiada cudownie wskrzeszony poległy wojownik. Aczkolwiek fabuła 
mitu  jest  tradycyjna  -  mówi  ó  reinkarnacji  duszy  -  główną  w  nim  kwestią  jest 
wieczne  ludzkie  cierpienie  i  szczęście,  które  zależą  od  postępowania  w  tym 
życiu.  Tak  więc  zasady  filozoficzne  łączą  się  z  orficką  i  popularną  mitologią, 
wskazującą człowiekowi, jak wyrwać się z cyklu pokoleń. 
 
   W  tej  zrewidowanej  koncepcji  czas  jest  teraźniejszością.  Nie  jest 
zdominowany  przez  wieczność,  jak  w  sonecie  Petrarki,  lecz  przez 

background image

przeznaczenie, które Grecy  nazywali  moira. Jak widać już w Iliadzie,  moira to 
„część",  czyli  sfera  działania  bogów  nieba,  morza  bądź  ciemności.  Ma  więc 
charakter raczej przestrzenny niż czasowy, obejmuje obszary współistniejące, a 
nie przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. 
 
   Pesymistyczny  nastrój, tak wyraźny  w V w. p.n.e., a pogłębiający się jeszcze 
bardziej w IV stuleciu - gdy wskutek nieustannych wojen Grecja podbita została 
przez na wpółdzikiego króla Macedonii - znajduje swój wyraz w pojawieniu się 
bogini  przypadku.  W  każdym  porządku  rzeczy,  podległym  konieczności, 
przeznaczenie jest zawsze związane z przypadkiem - przypadkiem rozumianym 
nie w kategoriach prawdopodobieństwa czy ryzyka, jak dziś skłonni jesteśmy go 
ujmować,  lecz  jako  tychizm  -  obiektywną  rzeczywistość,  rządzoną  przez 
nieznane siły. Toteż w  miarę, jak  ludzie coraz bardziej popadają  w rozpacz, w 
miarę, jak los wymyka się całkowicie ich władzy i brak im wewnętrznej zasady, 
by  zmienić  swe  przeznaczenie,  bieg  ich  życia  traci  sens,  a  przeznaczenie 
ustępuje przypadkowi. 
 
   W okresie hellenistycznym (w przeciwieństwie do homeryckiego) Tyche jako 
ubóstwienie  losu  staje  się  wielką  boginią  świata  antycznego.  W  Królu  Edypie 
przebiegiem  akcji  nie  rządzi  już  przeznaczenie,  lecz  przypadek.  Ponieważ  nie 
ma  wiedzy  pewnej,  a  rządzi  Tyche,  najlepsze  co  można  uczynić  -  powiada 
Jokasta - to zdać się w życiu na przypadek. 
 
   Kiedy  życie  biegnie  torem  arbitralnym,  człowiek  staje  się  niewolnikiem 
przypadkowości i do niej zanosi modły. „Takie jest paradoksalne zakończenie", 
konkluduje  profesor  Bernard  Knox.  „Ponad  stuletni  rozwój  wspaniałej  myśli 
poszukującej  jest  ruchem  wstecz.  Z  powrotem  do  punktu  wyjścia  [...]  od 
homerowskich  mieszkańców  Olimpu  do  bogini  przypadku.  Ale  rozwój 
cykliczny  nie  przebiega  w  jednej  płaszczyźnie:  punkt  powrotu  leży  niżej  od 
punktu wyjścia; nie jest to spirala wznosząca się, lecz spadająca". 
 
   Oto  więc  trajektoria  -  od  działania  wyznaczonego  przez  przeznaczenie  do 
działania  przypadkowego,  od  porządku  przestrzennego  do  chaosu.  Czy  taki 
kierunek  zmian  jest  nieunikniony,  gdy  zasady  moralne  wywodzi  się  ze 
zmienności przyrody? Powrócimy jeszcze do tego pytania. 
 
 
 
Świat techniczny 
 
   Świat  techniczny  określony  jest  przez  racjonalność  i  postęp.  Historia, 
powiadał Hegel, jest immanentnym procesem, w którym samowie-dza triumfuje 
nad subiektywnością, wiodąc do stopienia się woli i czynu w wiedzę absolutną. 

background image

Marks znaturalizował tę wizję historii, stwierdzając, że rozwój człowieka zależy 
od  znajdujących  się  w  jego  dyspozycji  technicznych  środków  panowania  nad 
przyrodą.  Wspólna  była  dla  obu  koncepcja  „przezwyciężenia  konieczności", 
czyli  naturalnych  ograniczeń  ludzkich  możliwości.  Historia  -  nie  jako  kronika 
wydarzeń,  lecz  filozoficzny  demiurgos  -  miała  być  przejściem  od  „królestwa 
konieczności"  do  „królestwa  wolności".  „Koniec  historii"  oznaczałby  zatem 
triumf człowieka nad wszelkimi ograniczeniami, pełne opanowanie przez niego 
własnej i zewnętrznej natury. 
 
   Takie  są  źródła  postawy  nowoczesnej.  Ucieleśniona  w  nauce  znajduje  ona 
wyraz  w  słowach  zarządzającego  Domem  Salomona  z  Baconowskiej  Nowej 
Atlantydy:  „Celem  instytucji  naszej  jest  zgłębianie  stosunków,  zmian  i  sił 
wewnętrznych  natury  tudzież  rozszerzanie  -jak  tylko  to  będzie  możliwe  —
granic władztwa ludzkiego nad nią". W Cours de philosophie positive, ostatniej 
zapewne  indywidualnej  próbie  synoptycznego  ujęcia  całości  ludzkiej  wiedzy 
(praca  ukończona  została  w  1842  r.),  August  Comte  utrzymywał,  iż  jedynym, 
czego  zapewne  nigdy  się  nie  dowiemy,  jest  to,  jaki  skład  chemiczny  mają 
odległe gwiazdy i czy są zamieszkałe przez istoty żywe. Dwadzieścia lat później 
astronom  Gustav  Kirchhoff  zastosował  analizę  widmową  i  rozstrzygnął 
pierwszą z kwestii, które Comte uważał za nierozstrzygalne. Niewykluczone, że 
w niedalekiej przyszłości rozstrzygnięta zostaje również druga. 
 
   Ta  skłonność  do  kreślenia  trajektorii  rozwoju  wiedzy  właściwa  jest  nam 
wszystkim  jako  ludziom  czasów  nowożytnych.  Być  może  najbardziej 
wzruszająca  była  próba  stworzenia  „fizyki  społecznej",  którą  podjął  historyk 
Henry Adams, potomek wielkiego amerykańskiego rodu. Chciał on ująć historię 
w kategoriach sił przyciągania i odpychania, jako ruch i masę, jako linie sił, jako 
ruch  od  jedności  ku  różnorodności.  W  poszukiwaniu  jednostki  pomiaru  odkrył 
on „siłomierz historii" - stwierdził mianowicie, iż wprowadzenie nowoczesnych 
źródeł  energii  „podwoiło  prędkość"  rozwoju,  biegnącego  po  krzywej 
wykładniczej.  Udało  mu  się,  jak  sądził,  odsłonić  ukrytą  sprężynę  dziejów  - 
„prawo  przyspieszenia".  Musiał  wszakże  dokładnie  przedstawić  ich  bieg. 
Rozwiązania 

dostarczyć 

miała 

koncepcja 

„równowagi 

substancji 

heterogenicznych",  zawarta  w  artykule  Wil-larda  Gibbsa,  wybitnego  fizyka, 
którego  nie  docenione  wówczas  prace  położyć  miały  podwaliny  statystycznej 
termodynamiki.  W  artykule  tym  Gibbs  sformułował  regułę  faz,  czyli  określił 
sposób,  w  jaki  zmienia  się  równowaga  termodynamiczna  w  przypadku 
przechodzenia  substancji  z  jednej  fazy  do  drugiej  (np.  wody  z  fazy  ciekłej  w 
gazową lub stałą). 
 
   Adamsa  zaintrygowało  słowo  „faza".  Turgot  i  Comte  w  swych  wielkich 
dziełach historycznych dzielili dzieje na fazy i Adams uznał, że dysponuje teraz 
wzorem,  pozwalającym  dokładnie  podzielić  czas  historyczny,  a  tym  samym 

background image

ekstrapolować  przyszłość.  Przyszły  historyk,  jak  powiadał,  „zdobywać  musi 
wiedzę  w  dziedzinie  fizyki  matematycznej.  Z  badań  prowadzonych  utartym 
zwyczajem  niewiele  może  wyniknąć.  Nowe  pokolenia  muszą  się  nauczyć 
myśleć po nowemu". 
 
   W  1909  r.  Adams  napisał  rozprawę  The  Rule  of  Phase  Applied  to  His  tory 
[Reguła  faz  w  odniesieniu  do  historii].  Zakładał,  iż  nowa  mechaniczna  faza 
zaczęła  się  w  XVII  w.,  dzięki  myśli  Galileusza,  Bacona  i  Kartezjusza,  i  że 
trwała przez trzy stulecia, po upływie których rozpoczęła się faza elektryczności 
(symbolizowana  przez  odkrycie  dynamo).  Na  podstawie  prawa  odwrotnej 
proporcjonalności  kwadratów  uznał,  że  skoro  faza  mechaniczna  trwała  trzysta 
lat, to elektryczna trwać będzie ^/300, czyli mniej więcej siedemnaście lat. Tak 
więc około roku 1917 zacząć się powinna faza eteryczna czystej matematyki. Na 
mocy  tego  samego  prawa,  przyjmując  ten  sam  współczynnik  przyspieszenia 
ogłosił,  iż  faza  eteryczna  trwać  będzie  około czterech  lat,  doprowadzając  myśl 
ludzką  w  1921  r.  do  okresu  jej  twórczych  możliwości.  (Ponieważ  jednak  nie 
możemy  być  zupełnie  pewni,  kiedy  rozpoczęło  się  przyspieszenie  historii,  to 
gdybyśmy za początek fazy mechanicznej uznali rok 1500, zastosowane prawo 
kazałoby  uznać,  iż  kres  możliwości  poznawczych  przypadnie  dopiero  na  rok 
2025. Może więc zostało nam jeszcze trochę czasu na myślenie.) 
 
   Tak  przedstawiał  się  kosmiczny  obraz  ewolucji  społecznej  w  ujęciu  równań 
fizyki społecznej Adamsa. Zgodnie z regułą faz, ludzie przez długie tysiąclecia 
żyli  w  niewoli  sfetyszyzowanych  sił,  podlegając  władzy  religii.  Następnie 
społeczeństwo przeszło przez fazę mechaniczną i elektryczną, „nie zdając sobie 
sprawy,  co  się  naprawdę  zdarzyło  poza  przewrotami  społecznymi  i 
politycznymi". Teraz dopiero, dzięki nauce, uzyskuje ono samowiedzę. W fazie 
czystej  matematyki,  świecie  metafizyki,  nastąpić  może  upadek  świadomości  i 
nowy, „nieskończenie długi okres zastoju, jak to przewidywał John Stuart Mili". 
 
   Ukryta  była  za  tym  jednak  szersza  wizja.  W  Letter  to  American  Historians 
[Liście do amerykańskich historyków], który napisał w 1910 r., gdy miał już 72 
lata,  Adams  zwracał  ich  uwagę  na  pracę  lorda  Kehtina  On  an  Universal 
Tendency  in  Naturę  to  the  Dissipation  of  Mechanical  Energy  [O  rozpraszaniu 
energii  jako  uniwersalnej  właściwości  natury].  Wskazywał,  że  siedem  lat  po 
ukazaniu się pracy Kelvina Darwin  opublikował  O powstawaniu gatunków,  a  
„społeczeństwo  w  sposób  naturalny  i  instynktowny  uznało,  iż  ewolucja  musi 
mieć  charakter  wznoszący  się".  Gdyby  jednak  dziejami  kierowała  fizyka 
społeczna, czyż o ostatecznym losie ludzkości nie decydowałoby prawo wzrostu 
entropii? Czyż rozpraszanie energii nie ma swegp odpowiednika (jak to wynika, 
jego zdaniem, z Psychologii tłumu Le Bona) w niepokojach społecznych? 
 

background image

   Wiek  techniki  to  wiek  zegara.  Skoro  tak,  to  zegar  się  rozregulował. 
„Wszechświat  straszliwie  się  skurczył  dzięki  termodynamice",  pisał  Adams. 
„Historia i socjologia z trudem chwytają oddech". Taka była ostatnia myśl, jaką 
chciał  przekazać.  Pociąg  historii  wykolei  się  wskutek  przyspieszenia,  jakie 
nadaje mu rozwój wiedzy. Ludzkość w coraz mniejszym stopniu zdolna będzie 
rozwiązywać swe problemy, ponieważ coraz szybsze tempo zmian przybliża nas 
do  momentu  wyczerpania  się  energii  i  nie  potrafimy  twórczo  sprostać 
wyzwaniom  przyszłości.  Tak  więc  w  świecie  technicznym  zaczęliśmy  od 
postępu, a skończymy na zastoju. 
 
 
 
Świat społeczny 
 
   Jeśli  światem  materialnym  rządzi  przeznaczenie  i  przypadek,  a  światem 
technicznym  -  racjonalność  i  prawo  entropii,  to  o  świecie  społecznym 
powiedzieć można tylko tyle, że trwa on w „drżeniu i trwodze". 
 
   „Żaden badacz historii  - pisał  Adams -  nie  może  nie wiedzieć,  iż pięćdziesiąt 
lat wcześniej, nim chemicy zaczęli badania faz, August Comte w dość ścisłych 
terminach  sformułował  prawo  faz  w  historii,  które  uzyskało  gorące  uznanie 
dwóch najwybitniej szych autorytetów tego czasu - Emile'a Littrego oraz Johna 
Stuarta  Milla.  Niemal  sto pięćdziesiąt  lat  przed  tym,  jak  Willard  Gibbs  ogłosił 
fizykom  i  chemikom  swe  prawo  faz,  Turgot  sformułował  je  dla  historii  w 
sposób  równie  ścisły,  jak  Franklin  swe  prawa  elektryczności.  Jeśli  chodzi  o 
teorię,  to  nie  posunęliśmy  się  w  jakiś  znaczący  sposóbod  tamtego  czasu  i 
niewiele  więcej  niż  oni  potrafimy  powiedzieć  o  tym,  czym  jest  myśl,  a  czym 
elektryczność.  Niezdolność  przeniknięcia  tych  dwóch  tajemnic  przyrody  w 
niczym nie usprawiedliwia profesorów historii, kiedy porzucają obszar, który na 
mocy prawa pierwszeństwa do nich należy, ani tym bardziej, kiedy tłumaczą się 
nieznajo  mością  matematyki,  której  mieli  obowiązek  się  nauczyć".  W  zdaniu 
przypominającym Vica, Adams konkludował: „Badania teorii historii są o wiele 
łatwiejsze niż teorii światła". 
 
   Każde  społeczeństwo  (by  sparafrazować  Rousseau)  utrzymuje  w  całości  albo 
przymus  - armia,  milicja czy policja  - albo porządek  moralny: zgoda  jednostek 
na  wzajemne  szanowanie  gó  i  przestrzeganie  norm  .prawa.  Uzasadnienie 
słuszności  tych  reguł  pprządku  moralnego  zakorzenione  jest  w  systemie 
uznawanych  wartości.  Historycznie  rzecz  biorąc,  podstawą  uznawanego 
porządku  moralnego  była  religia  jako  forma  świadomości  dotycząca  wartości 
ostatecznych. 
 

background image

   Siła  religii  nie  płynie  z  żadnych  jej  cech  utylitarnych;  nie  jest  ona  umową 
społeczną ani uogólnionym systemem znaczeń kosmologicznych. Jej siła płynie 
z  faktu,  iż,  nim  powstały  ideologie  oraz  inne  rodzaje  świeckich  wierzeń,  była 
ona  sposobem  stapiania  w  jednym  tyglu  rozproszonych  składników 
świadomości potocznej. 
 
   Rozróżnienie  sacrum  iprofanum  -  którym  zajmował  się  w  najnowszych 
czasach  głównie  Emile  Durkheim  -  stanowi  punkt  wyjścia  dyskusji  o  losach 
świata społecznego. W jaki sposób ludzie zaczęli myśleć o dwóch tak różnych, 
heterogenicznych  dziedzinach  jak  sacrum  i  profanum!  Przyroda  jako  taka  jest 
jednolitym,  wielkim,  ciągłym  łańcuchem  bytów,  obejmującym  zarówno 
mikrokosmos,  jak  i  makrokosmos.  To  człowiek  wymyślił  duałizmy  -  materię  i 
ducha,  przyrodę  i  historię,  sacrum  i  profanum.  Zdaniem  Durkheima  wspólne 
uczucia  i  więzi afektywne  mają  zasadnicze  znaczenie  dla  wszelkiej społecznej 
egzystencji. Religia jest zatem świadomością społeczeństwa. A ponieważ życie 
społeczne  we  wszystkich  swych  aspektach  możliwe  jest  jedynie  dzięki 
systemowi  symboli,  świadomość  ta  sprzęgnięta  jest  z  pewnymi  przedmiotami, 
które traktowane są jako sacrum. 
 
   Jeśli  koncepcja  Durkheima  jest  słuszna,  to  na  „kryzys  religii",1  spojrzeć 
można w sposób  niekonwencjonalny.  Kiedy  filozofowie, a dziś  i dziennikarze, 
piszą o upadku religii lub utracie wiary, mają zazwyczaj na myśli to, iż obrazy 
nieba  i  piekła,  kary  i  odkupienia  utraciły  swą  władzę  nad  ludźmi.  Zdaniem 
Durkheima  źródłem  religii  nie  jest  jednak  wiara  w  bogów  czy  w  siły 
nadprzyrodzone,  lecz  podział  świata  (rzeczy,  czasów,  ludzi)  na  sferę  sacrum  i 
profanum. Jeśli religia upada, to dlatego, że kurczy się ziemski obszar sacrum i 
słabną  więzi  afektywne  między  ludźmi.  Zasadnicze  elementy  pozwalające 
ludziom na autoidentyfikację i wzajemność uczuć - rodzina, synagoga, kościół, 
wspólnota  -  słabną  i  ludzie  tracą  zdolność  utrzymywania  trwałych  stosunków 
wzajemnych,  zarówno  czasowych,  jak  i  przestrzennych.  Powiedzieć,  że  „Bóg 
umarł" znaczy tyle, co stwierdzić, iż zerwane zostały więzi społeczne i martwe 
jest społeczeństwo. 
 
 
 
Od sacrum do profanum 
 
   Trzem  układom  i  trzem  kosmologiom  odpowiadają  trzy  sposoby 
samozakorzenienia w świecie. Są nimi religia, praca i kultura. 
 
   Religia  -  jako  pozadoczesny  sposób  rozumienia  samego  siebie,  własnego 
miejsca w porządku świata, a także innych ludzi oraz historii - była oczywiście 
sposobem  tradycyjnym.  W  rozwoju  i  różnicowaniu  się  społeczeństwa 

background image

nowożytnego  -  proces  ten  nazywamy  sekularyzacją  -  społeczny  świat  religii 
kurczył  się.  Akceptacja  lub  odrzucenie  wiary  religijnej  stawała  się  coraz 
bardziej  sprawą  prywatną,  kwestią  wyboru,  a  nie  przeznaczeniem.  Proces  ten 
śledzić  możemy  w  pisarstwie  Matthew  Arnolda,  który  odrzuca  teologię  i 
metafizykę,  „starego  Boga",  „nienaturalnie  wywyższonego  człowieka",  a 
odnajduje  sens  w  moralności  i  emocjonalnym  subiektywizmie  -  pomieszaniu 
filozofii Kanta i Schleiermachera. Religia zostaje w tym wypadku sprowadzona 
do etyki  i estetyki, a więc  nieuchronnie rozcieńczona  i osłabiona. Jest to droga 
odwrotna do tej, jaką Kierkegaard odnajdywał wiarę. 
 
   Praca - stanowiąca powołanie -jest przekształceniem religii w przywiązanie do 
świata  ziemskiego,  próbą  przekonania  się  o  własnej  wartości  na  mocy 
osobistego  wysiłku.  Był  to  pogląd  nie  tylko  protestantów,  lecz  również  ludzi, 
takich  jak  Lew  Tołstoj  czy  Aleph  Daled  Gordon  (teoretyk  kibuców),  którzy 
obawiali  się  demoralizującego  wpływu  życia  dostatniego.  Dla  purytanina  lub 
członka  kibucu  praca  jest  powołaniem.  Zazwyczaj  sądzimy,  że  pracujemy 
ponieważ  jesteśmy  do  tego  zmuszeni  oraz  że  praca  została  zrutynizowana  i 
zdegradowana.  Max  Weber  na  ostatnich  stronach  swego  dzieła  Der 
protestantische  Ethik und der Geist des  Kapitalismus zauważał  melancholijnie: 
„Kiedy  spełnienie  powołania  nie  pozostaje  w  żadnym  związku  z  najwyższymi 
wartościami  duchowymi  czy  kulturowymi  lub  kiedy  przeciwnie  -  nie  jest 
odczuwane jako przymus ekonomiczny, jednostka stopniowo w ogóle rezygnuje 
z  jego  uzasadniania".  Pogoń  za  zbytkiem  zastępuje  ascezę,  hedonistyczny 
sposób życia wypiera powołanie. 
 
   Człowiekowi 

współczesnemu,  kosmopolicie,  kultura  -jako  sposób 

samorealizacji  czy  też  estetycznego  uzasadniania  życia  -  zastępuje  zarówno 
religię,  jak  i  pracę.  Za  tym  przesunięciem  od  religii  do  kultury  leży  jednak 
głęboka  przemiana  świadomości,  zwłaszcza  gdy  chodzi  o  sens  zachowań 
ekspresyjnych w społeczeństwie. 
 
   W  historii  społeczeństwa  zachodniego  nieustannie  mamy  do  czynie-      •  nia  z 
dialektyką powściągliwości i użycia. Idea użycia ma swe źródła w dionizyjskich 
festynach,  bachanaliach,  saturnaliach  sekt  gnostycz-nych  w  I  i  II  w.  bądź  w 
biblijnych  legendach  oraz  w  historii  Sodomy  i  Gomory  czy  w  epizodach 
babilońskich. 
 
   Wielkie  historyczne  religie  Zachodu  były  religiami  wstrzemięźliwości.  Stary 
Testament  podkreśla  znaczenie  prawa,  wyraża  strach  przed  nieokiełzaniem 
natury ludzkiej - przed jej żądzami, współzawodnictwem seksualnym, gwałtem, 
morderstwem.  Jest  to  strach  przed  demonizmem  -  dziką  ekstazą, 
przekroczeniem  granicy  grzechu.  Nawet  Nowy  Testament,  który  zawiesza 
prawo  i  głosi  miłość,  przestrzega  przed  konsekwencjami  zawieszenia  prawa  i 

background image

wnosi  ograniczenia.  Św.  Paweł  w  Liście  do  Koryntian,  potępiając  Kościół 
koryncki  za  pewne  jego  praktyki,  powiada  iż  miłość,  którą  głosimy,  którą 
praktykujemy, nie oznacza wyzwolenia i miłości ciała, lecz wyzwolenie i miłość 
ducha. (Pierwszy list Św. Pawła do Koryntian, 5:1-2; 6:12 -$0; 14:1-28.) 
 
   W  społeczeństwie  zachodnim  religia  spełniała  dwie  funkcje.  Po  pierwsze, 
strzegła  dostępu  do  tego,  co  demoniczne,  usiłując  wyrazić  je  w  terminach 
emblematycznych  -  na  przykład  symboliczna  ofiara  Abrahama  i  Izaaka  czy  też 
poświęcenie  się  na  krzyżu  Jezusa,  którego  ciało  i  krew  ulega  przeistoczeniu  w 
chleb  i  wino.  Po  drugie,  zapewniała  kontynuację  przeszłości.  Proroctwo,  które 
zawsze  czerpało  swój  autorytet  z  przeszłości,  stało  się  podstawą  zaprzeczania 
kolejnych  niezgodnych  z  nim  objawień.  Kultura  stopiona  z  religią  sądziła 
teraźniejszość  opierając  się  na  przeszłości  i  poprzez  tradycje  zapewniała 
ciągłość  dziejów.  W  obu  tych  wymiarach  religia  leżała  u  podłoża  niemal  całej 
historycznej kultury Zachodu. 
 
   Przemiana  świadomości,  o  której  wyżej  wspomniałem,  nie  jest  związana  z 
jakąś  określoną  osobą  ani  zlokalizowana  w  określonym  momencie,  ale  jest 
ogólnym  zjawiskiem  kulturowym,  które  dokonało  się  wraz  z  upadkiem 
teologicznego autorytetu religii w połowie XIX w. Kultura - a zwłaszcza ten jej 
rodzący się prąd, który dziś nazywamy modernizmem, wzięła na siebie stosunki 
z  tym,  co  demoniczne.  Ale  zamiast  ograniczać  tę  sferę,  jak  to  czyniła  religia, 
kultura  modernistyczna zaczęła ją akceptować, badać, odsłaniać i dostrzegać w 
niej (słusznie) źródło pewnego rodzaju twórczości. 
 
   Religia  wszakże  zawsze  narzuca  kulturze  jakieś  normy.  Wyznacza  jakieś 
granice,  a  zwłaszcza  podporządkowuje  bodźce  estetyczne  moralnemu 
postępowaniu.  Wraz  z  przejęciem  przez  kulturę  stosunków  z  tym,  co 
demoniczne,  zrodził  się  postulat  „autonomii  estetyki",  idea,  że  najwyższą 
wartością jest doświadczanie siebie samego. Wszystko można badać, wszystko 
jest  dozwolone  (przynajmniej  w  wyobraźni)  -  żądza,  morderstwo  oraz  inne 
wątki, które zdominowały modernistyczną nadrealność. Drugim tego aspektem, 
jak  mogliśmy  się  przekonać  w  poprzednich  rozdziałach,  było  zakorzenienie 
autorytetu  i  legitymizacji  w  dążeniach  „władczego  ja".  Odwracając  się  od 
przeszłości zrywano ciągłość; ośrodkiem zainteresowania czyniono to, co nowe, 
a ciekawość własnej jaźni stała się probierzem sądów. W ten sposób modernizm 
jako  ruch  kulturowy  wykroczył  poza  religię  i  przeniósł  ośrodek  autorytetu  z 
obszaru sacrum do profanum. 
 
Trzech Faustów 
 
   Droga od profanum wiedzie tylko w dwóch kierunkach: do hedoniz-mu i życia 
nowinkami  oraz,  jak  mówił  Hegel,  do  poszukiwań,  które  wiodą  człowieka  do 

background image

absolutu,  do  wiedzy  boskiej.  Ludzie  często  dążyli  do  jednego  i  drugiego 
zarazem. 
 
   Symbolem ludzkiego dążenia do samowywyższenia się jest oczywiście Faust, 
postać, w której cała epoka rozpoznawała swą myśl i duszę, swą nieszczęśliwą i 
rozdwojoną świadomość, jeśli  nie swe przeznaczenie. Nie powinno być jednak 
dla  nas  niespodzianką  stwierdzenie,  że  u  Goethego  odnajdujemy  nie  jednego 
Fausta, lecz trzech. 
 
   Istnieje  więc  przede  wszystkim  Urfaust  z  wczesnej  wersji  części  pierwszej, 
napisanej w 1775 r. (kiedy Goethe  miał 26 lat), a odnalezionej dopiero w 1887 
r.,  chociaż  urywek  Faust,  Fragment  ujrzał  światło  dzienne  w  1790  r.  Tematem 
jest  tu  wyłącznie  (przed  historią  Małgorzaty)  ludzkie  dążenie  do  władzy  nad 
światem materialnym, jaką dać ma wiedza. W jaki wszakże sposób? Nauka jest 
prozaiczna,  ponieważ  dla  zrozumienia  natury  szuka  regularności  i  praw.  Ale 
istotę natury 
 
ujawnić może jedynie taka sztuka poetycka, jak magia. Santayana pisze: „Magia 
jest sakramentem, który wprowadzi Fausta w jego nową religię, wiarę w naturę". 
 
   Faust  otwiera  swą  księgę  magii  na  znaku  makrokosmosu  i  w 
skomplikowanym  łańcuchu  bytów  dostrzega  mechanizm  świata.  Sądzi,  że 
ukazała  mu  się  całość  świata.  Później  dochodzi  jednak  do  wniosku,  że  to,  co 
uzyskał,  to  tylko  teoria,  a  nie  wiedza  o  egzystencji.  Tym,,  co  go  zwodzi  i  za 
czym tęskni, jest rzeczywistość jako taka. 
 
   Fausta  kusi  wszelkie  doświadczenie.  Nie  wzdraga  się  przed  niczym,  gotów 
jest doświadczyć wszystkiego, czego doświadczył jakikolwiek śmiertelnik. Jest 
nienasycony.  Duch  ziemi,  zafascynowany  tym  niespokojnym  człowiekiem, 
pojawia  się  z  ogromnym,  kipiącym,,  wrzącym  kotłem  życia.  Ale  w  gotowości 
zanurzenia  się  w  nim  i  zagarnięcia  go  dla  siebie  nachodzą  Fausta  dwie  myśli. 
Jego  wyobraźnia  może  wyrwać  go  z  wszelkich  ograniczeń,  ale  życie  nigdy 
uczynić tego  nie zdoła.  A ponieważ  myśl  jest narzędziem  rozumienia; to może 
życie rozumu, a nie życie natury jest największym dobrem człowieka. Z prawdą 
tą pogodzić się nie może i kiedy słyszy głos oddalającego się ducha: du gleichst 
dem Geist den du begreifst,  nicht  mir [Równyś duchowi, coś  go pojąć zdolny, 
nie mnie!], załamuje się. Nie uzna jednak tej niemiłej, karcącej prawdy. Resztę 
swego życia - która złoży się właśnie na drugiego i trzeciego Fausta - poświęci 
na przeciwstawianie się jej. I w końcu  nie jesteśmy pewni, czy długie  i zawiłe 
poszukiwania przekonały go ostatecznie do tej prawdy. 
 
   Tragedia Fausta, najlepiej znana część pierwsza, została opublikowana w 1808 
r. Faust dowodzi, iż powołaniem człowieka jest nieprzerwany Wissendrang [pęd 

background image

do  wiedzy],  który  nigdy  nie  daje  mu  spocząć.  Ogarnięty  jest  pasją  myślenia  i 
badania.  W  zakładzie  z  Mefi-stotelesem  godzi  się  na  wieczne  potępienie,  jeśli 
dane mu będzie zaznać wszystkich wrażeń życia, pełni doświadczeń. 
 
   O  ile  Urfaust  jest,  mówiąc  w  języku  Heglowskim,  pierwszym  momentem 
świadomości,  myślowym  uświadomieniem  sobie  własnego  dylematu,  o  tyle 
część  pierwsza  stanowi  moment drugi,  negację,  pogrążenie  się  w  rozpuście,  w 
„zawrotnym  wirze stale odtwarzającego się chaosu". W piwnicy  Auerbacha, w 
kuchni czarownicy, podczas Walpurgisnacht, uwiedzenia Małgorzaty, dochodzi 
do  wyzwolenia  się  pierwotnych  żądzy.  Śmierć  Małgorzaty,  jako  pokuta  za 
grzech,  symbolizuje  chrześcijański  wątek  odkupienia  przez  ofiarę.  Czystość 
Małgorzaty  przeciwstawiona  jest  pedanterii  Wagnera  i  cynizmowi  Mefisto 
felesa.  Wreszcie  grzesznica  zostanie  zbawiona,  ale  nie  jest  to  rozwiązanie, 
ponieważ namiętność, tak jak cierpienie, oznacza poddanie się zbawcy, a to nie 
jest droga dla Fausta. 
 
   Przez sześćdziesiąt lat Goethe zmagał się z konkluzją. W 1831 r., gdy miał 82 
lata,  zapieczętował  pakiet  z  rękopisem  części  drugiej.  To  dzieło,  Sorgenkind, 
udręka jego życia, pozostać miało zapieczętowane aż do jego śmierci, ponieważ 
-  jak  pisał  w  dzienniku  na  dwa  miesiące  przed  śmiercią  -  nie  znalazł 
rozwiązania.  (Jednakże  próżność  kazała  mu  rozpieczętować  pakiet  samemu  i 
przeczytać  fragmenty  synowej.)  Sześćdziesiąt  lat  trwała  droga  do  trzeciego 
Fausta, a jednak zakończenie nie zawiera rozstrzygnięcia, pełne jest pobożności, 
banałów, ironii i dwuznaczności. 
 
   W  owej  rzadko  czytanej  części  drugiej  Faust  przenosi  się  ze  swego  świata 
prywatnego  do  społeczeństwa  ludzkiego.  Zajmuje  się  nauka  (tworzeniem 
sztucznego  człowieka  -  homunculusa),  bada  grecki  sen-sualizm  (epizod  z 
Heleną), by wreszcie poświęcić swe życie sprawom praktycznym - wydzieraniu 
ziemi morzu, osuszaniu bagien, powstrzymywaniu przypływów, opanowywaniu 
przyrody dla dobra człowieka. 
 
   Mimo  tych  postanowień,  niecierpliwość  i  skrajność  w  działaniach  rodzą 
jednak  zło.  W  chacie  przy  kaplicy  znajdującej się  na  terenie,  który  Faust  chce 
nabyć, mieszka miła para staruszków, Filemon i Baucis. Staruszkowie nie chcą 
sprzedać ziemi, więc Faust poleca przeprowadzić ich do lepszego domostwa w 
innym  miejscti.  W  zamieszaniu  wybucha  pożar,  staruszkowie  giną.  Faust  nie 
przejmuje  się  tym  zbytnio:  są  to,  powiada,  niemiłe  konsekwencje  chęci 
polepszenia losu ludzkiego. 
 
   Pod  koniec  jest  niewidomym,  zawiedzionym  człowiekiem.  Myśli  o  pracach, 
które  podjął  i  o  przyszłości.  Przekonany,  że  dochodzą  go  odgłosy  kopania 
kanałów,  które  zaprojektował,  wydaje  polecenia  duchom;  ale  to  lemury  kopią 

background image

grób  dla  niego.  Fausta  nazywano  współczesnym  Prometeuszem,  a  tragedię 
Goethego  -  „biblią  prometeizmu"  [Zauważmy,  że  Marks,  pełen  zachwytu  dla 
postaci  Prometeusza,  w  ten  właśnie  sposób  odczytywał  Fausta.].  Czy  jest  to 
jednak  rzeczywiście  tragedia,  skoro  przez  tragedię  pojmujemy  osiągnięcie 
ostatecznego  zrozumienia  czym  jest  samouwielbienie  oraz  uprzytomienie  sobie 
własnych ograniczeń? I czy Faust jest istotnie prometejski? Nie poddaje się on, 
nie  rezygnuje  ze  swych  dążeń.  Erich  Heller  pisze:  „Grzechem  Fausta  jest jego 
nieposkromiony  charakter.  Na  tym  też  polega  jego  zbawienie".  W  ostatniej 
scenie anioły unosząc jego duszę do nieba powiadają: 
 
Wer immer strebend sich bemuht, Den konnen wir erlosen. [1929-1930] 
 
Kto wiecznie dążąc trudzi się, Tego wybawić możem. 
 
   Faust  to  postać  współczesna,  właśnie  dlatego,  że  jest  opętany  działaniem,  ale 
nie ma pamięci, obca mu jest tradycja. Na samym początku części drugiej Ariel 
(duch  natury)  mówi: „Obmyjcie  go w  letejskich  rosie wód". Chór duchów, jak 
zauważa  Santayana  ,  zdaje  się  powiadać:  „Litość  i  wyrzuty  sumienia  [...]  są 
niczym;  niepowodzenie  to  przypadek;  błąd  nie  jest  winą.  Przyroda  nie  ma 
pamięci; wybacz sobie, a będziesz rozgrzeszony". 
 
Pierwsze słowa Fausta (po sześćdziesięciu latach) brzmią: 
 
Już  życia  tętna  drżą  przeczuciem  wieszczem,  Na  eteryczny  blask  czekają  w 
ciszy; Ziemio, i noc tę też przetrwałaś jeszcze. 
 
   Nie  stał  się  ani  lepszy,  ani  bardziej  świadomy  świata.  Po  prostu  zaczyna  od 
początku raz jeszcze, tyle że na szerszej scenie historii i cywilizacji. „Jego stare 
namiętności  ucichły  jak  niegdysiejsze  burze;  ale  w  pamięci  pozostały  tylko 
zatarte ślady minionych błędów, idzie znów na spotkanie nowego dnia". 
 
   Baz pamięci wszakże nie  ma dojrzałości. Ten  romantyzm, to bezkresne życie 
bez  spełnienia  jest  dla  człowieka  tylko  parodią  tragedii,  czarną  komedią. 
Pozostaje  tylko  stała  pogoń  za  nowymi  zainteresowaniami,  nowymi 
rozrywkami,  nowymi  wrażeniami,  przygodami,  nowymi  rewolucjami, 
uciechami i strachem. 
 
   Nie jest to  Prometeusz, lecz  Proteusz, który  nigdy  nie zatrzymuje się  na  tyle, 
byśmy  mogli  rozpoznać  jego  ostateczne  cele.  A  ponieważ  nie  mą 
rozstrzygnięcia, dowiadujemy się pod koniec, że ziemskie życie Fausta i takich 
jak on jest tylko odbiciem siedmiu kręgów piekła. 
 

background image

    
 
Pierwsze przyczyny i rzeczy ostateczne 
 
   Poszukiwanie znaczeń wiedzie nas znów do pytań zasadniczych, a w punkcie 
wyjścia okazuje się, że pytanie, w czym człowiek znaleźć może Archimedesowy 
punkt  oparcia,  dotyczy  dwóch  kwestii.  Po  pierwsze,  czy  istnieje  niezmienny 
ludzki  charakter,  a  jeśli  nie,  to,  po  drugie,  jak  filozofia  (zobowiązana  do 
sformułowania,  jeśli  nie  do  rozstrzygnięcia  tej  kwestii),  by  zrozumieć  i 
ewentualnie  ocenić  wartość  ludzkiego  istnienia,  może  odróżnić  to,  co  w  nim 
przemijające i historyczne, od tego, co stałe i niezmienneb [Rozmyślnie unikam 
tu  terminu  „natura  ludzka"  i  korzystam  z  określenia  „charakter  ludzki",  ten 
pierwszy sugeruje bowiem, że ludzie mają pewne stałe właściwości. Co więcej, 
niesie  on  ze  sobą  wszystkie  dwuznaczności  terminu  „natura",  który  może 
oznaczać  otoczenie  fizyczne,  prawa  materii,  przyrodę  jako  siłę  czynną  (natura 
„kształtuje", „tworzy") itd..]. Odpowiedzi na te pytania szukać można odwołując 
się do natury bądź historii czy religii. 
 
   Zacznijmy  od  natury.  Jest  to  stanowisko  wyraźnie  sformułowane  przez  Leo 
Straussa  w  pracy  Prawo  naturalne  w  świetle  historii;  z  niego  płyną  wszystkie 
argumenty  przeciwko  poszukiwaniu  historycznych  i  religijnych  podstaw 
znaczeń.  „Odkrycie  natury  jest  dziełem  filozofa"  -  pisze  Strauss.  Stary 
Testament,  którego  przesłanką  jest  odrzucenie  filozofii,  nie  zna  natury  i  nie 
zakłada praw naturalnych jako takich. Podstawą biblijnej religii jest objawienie 
a nie natura, a podstawą moralnego zachowania - Halakah (prawo, „droga"). 
 
   Natura w myśl greckiej to porządek rzeczy (physis), a zatem coś pierwotnego 
wobec konwencji czy prawa pozytywnego (nomos). Natura jest „ukryta" i musi 
zostać  odsłonięta,  a  prawo  kierować  się  ma  jej  wskazaniami.  „Natura  -  pisze 
Strauss  -jest  starsza  od  jakiejkolwiek  tradycji,  a  więc  i  bardziej  od  niej 
czcigodna.  Wywodząc  autorytet  z  dziedzictwa,  filozofia  uznaje,  iż  autorytetem 
tym jest natura". „Naturalnym" celem jest doskonałość moralna i intelektualna. 
Skoro  to jest podstawą  naturalnej  słuszności,  zasady  słuszności  są  niezmienne. 
Tak  więc,  konkluduje  Strauss,  „odkrycie  natury  jest  tożsame  z 
urzeczywistnieniem  ludzkich  możliwości,  które  zgodnie  z  jej  własną 
interpretacją,  są  ponadhistoryczne,  ponadspołeczne,  ponadmoralne  i  ponad-
religijne". Sama natura jest niezmienna, stała. 
 
   Argumentacja  ta  sprawia  mi  potrójny  kłopot.  Koncepcja  „naturalnego  celu" 
zakłada, że istnieje telos (czy to w Arystotelesowskim sensie projektu jaki niesie 
forma, czy też w Heglowskim - urzeczywistnienia filozofii jako końca historii); 
celowość,  która  nieuchronnie  wiedzie  ludzi  do  „moralnej  i  intelektualnej 
doskonałości".  Otóż  wątpię,  czy  taka  doktryna  immanencji  da  się  obronić  w 

background image

świetle tego, co wiemy o dziejach ludzkich. Albo też - i to, jak sądzę ma właśnie 
Strauss na myśli - „naturalny cel" jest zewnętrznym wobec człowieka „ideałem", 
służącym jako „miarka" do oceny ludzkiej rzeczywistości. Mielibyśmy wówczas 
do  czynienia  z  klasyczną  utopią.  Jeśli  tak,  to  jest  to  albo  (niewiele  lepsza) 
koncepcja  panteistyczna,  w  której  idea  natury  zastępuje  Boga,  albo  jakiś  stały 
ludzki ideał czy to formalny (bowiem musiałby być ogólny i abstrakcyjny), czy 
ograniczający,  o  ile  wyznaczać  by  miał  jakiś  określony  kodeks  moralny.  Moja 
trzecia obiekcja, do której powrócę jeszcze, polega na tym, że istoty ludzkie - ze 
względu na warunki ich biologicznego i społecznego bytowania  - nie  mogą się 
adekwatnie  identyfikować  ze  wzorcem  postulowanym  przez  jakiś  uniwersalny 
kodeks,  lecz  żyją  z  konieczności  w  napięciu  między  tym,  co  partykularne  i 
uniwersalne.  Każdy  zespół  znaczeń  realizowanych  w  życiu  codziennym  liczyć 
się musi z tą kondycją człowieka. 
 
   Druga  odpowiedź  uwzględnia  wprawdzie  historię,  niemniej  szuka  jakiegoś 
niezmiennego  wzorca.  Jest  to  odpowiedź,  jaką  daje  teoria  nawrotów  Vica,  do 
której w swoisty sposób odwołuje się później Nietzsche. 
 
   Zdaniem  Vica,  czynnikami  cywilizującymi  w  każdej  epoce  są  religia, 
małżeństwo  i  szacunek  dla  zmarłych.  Każda  epoka  biegnie  swoim  torem,  a 
upadek  staje  się  oczywisty,  gdy  ludzie  tracą  poczucie  wstydu,  to znaczy  kiedy 
wszystko  wolno,  kiedy  zwyczaje  i  prawa  nie  są  już  respektowane,  kiedy 
równość  prowadzi  do  przyzwolenia,  a  zawiść  i  małość  biorą  górę  nad 
człowieczeństwem.  Wówczas  dochodzi  do  upadku  wewnętrznego  bądź 
zewnętrznego  podboju,  powrotu  do  barbarzyństwa,  po  czym  następuje  kolejny 
cykl trzech epok. 
 
 
   W  dziejach  ludzkich  mamy  do  czynienia  z  dwoma  takimi  cyklami, 
starożytnym  i  nowożytnym,  o  wspólnej  entelechii,  ale  ukształtowanymi  przez 
odmienny  rodzaj  świadomości.  U  starożytnych  mamy  do  czynienia  z  logiką 
poetycką,  obrazkowym  bricolage  mitów  i  obrazów;  u  nowożytnych  -  z 
racjonalną logiką, hipotetycznym światem rozumu teoretycznego i z abstrakcją. 
Dwa światy, a w każdym z nich trzy analogiczne cykle. 
 
   Pierwszy cykl zaczyna się od stadium, w którym okrutny człowiek zderza się z 
nagą  przyrodą,  pełen  strachu  przed  bogami  panującymi  nad  jego  losem; 
przeznaczenie  wyjaśnia  mu  głównie  religia.  Stadium  drugie  to  epoka  klanów, 
przymierzy  między  rodami,  o  których  wartości  decyduje  waleczność,  honor, 
militarne  przewagi.  Stadium  trzecie  to  czas  plebsu,  równości  i  demokracji, 
epoka,  w  której  dominują  pożądania,  a  nie  naturalne  potrzeby.  Zdaniem  Vica 
były to odpowiednio czasy bogów, bohaterów i ludzi. 
 

background image

   W  drugim  cyklu  w  świecie  Zachodu  pierwszemu  stadium  bogów  i 
utrzymujących w strachu religii odpowiada chrześcijaństwo; patry-cjuszowskim 
sojuszom  epoki  bohaterów  odpowiada  z  kolei  średniowieczny  porządek 
feudalny;  wreszcie  „naturalne  prawa  filozofów"  zapowiadają  trzecie  stadium. 
Ale złowieszcze piętno dostrzegalne jest już w czasach Vica, to jest w pierwszej 
połowie  XVIII  w.;  jest  nim  przesadny  sceptycyzm,  przeważający  materializm, 
nacisk,  jaki  kładzie  się  na  użyteczność,  poleganie  na  technice,  „wysługiwanie 
się  nauce  nie  poddanej  kontroli  sumienia".  Filozofia  zastąpiła  religię,  nauka  - 
filozofię; nauka natomiast wdała się w abstrakcyjne dociekania nad porządkiem 
natury, a nie nad celami człowieka, nie daje więc wskazówek postępowania. 
 
   Czy nie ma wyjścia z tego koła determinizmu? Zdaniem Vicą źródłem wiedzy 
jest  zasada  verum  factum  -  „przekładalność  tego,  co  prawdziwe  (verum)  na  to, 
co  wytworzone  (factum)".  Warunkiem  poznania  jest  więc  wytwarzanie. 
Zrozumieć można tylko to, co da się stworzyć. Szansą na wyrwanie się z cyklu 
jest  zatem  zdolność  człowieka  do  tworzenia  własnej  historii.  Niemożliwe  jest 
immanentne odsłanianie się celowego planu zwodniczej „chytrości rozumu" czy 
też  marche  generale  klasy,  a  tylko  zbiorowy  wysiłek  ludzi,  świadomie 
kierujących  swym  życiem.  Wyrwanie  się  z  wiecznie  powtarzalnych  cyklów  to 
zanurzanie się w nowym rodzaju historii. 
 
   Wątek  ten  wiedzie  nas  nieuchronnie  do  Marksa,  który  sądził,  że  w  granicach 
możliwości  wytworzonych  przez  historię  ludzie  sami  tworzą  swą  historię. 
Punktem wyjścia jest dla niego dwoisty charakter natury ludzkiej. Po pierwsze, 
istnieje  człowiek  gatunkowy,  którego  istotę  wyznacza  biologia;  potrzeba 
pożywienia,  przyodziewku,  schronienia,  prokreacji  -  produkcja  i  reprodukcja 
niezbędnych  warunków  życia.  Ale  istnieje  również  człowiek  historyczny, 
którego  natura  wyłania  się.  Za  pośrednictwem  tećhne  człowiek  opanowuje 
przyrodę,  co  w  miarę  rozwoju  jego  samowiedzy  rodzi  nowe  potrzeby  i  nowe 
umiejętności.  Historia  nie  ma  więc  końca,  człowiek,  przechodząc  z  królestwa 
konieczności  do  królestwa  wolności,  staje  się  supermanem  [W  Literaturę  and 
Revolution  Trocki pompatycznie  stwierdza: „Człowiek  stanie  się  niepomiernie 
silniejszy,  mądrzejszy  i  subtełniejszy;  ciało  jego  rozwinie  się  bardziej 
harmonijnie, ruchy staną się bardziej rytmiczne, głos bardziej melodyjny. Życie 
nabierze  dynamicznego  kształtu.  Przeciętny  człowiek  wzniesie  się  do  poziomu 
Arystotelesa,  Goethego  czy  Marksa.  A  powyżej  tej  grani  wyrosną  nowe 
szczyty".]. 
 
   Zgodnie  z  tym  historystycznym  punktem  widzenia,  człowieka  określa  nie 
natura,  lecz  historia  i  ona  zawiera  zapis  jego  kolejnych  osiągnięć. 
Niedoskonałość  tego  poglądu  polega  jednak  na  tym,  iż  nie  ujmuje  on  naszego 
nieustannego odnoszenia się do przeszłości ani do odnowionego sposobu, w jaki 
z niej korzystamy. Jeśli sądzi się, że jakaś swoista historyczna „baza" kształtuje 

background image

kulturę  danego  czasu  (a  czym  jest  materializm  historyczny  bez  tego 
przekonania?),  to jak  uzasadnić  jakość  greckiej sztuki  i  myśli  w  porównaniu z 
dzisiejszą,  trwałość  greckiej  poezji  oraz  aktualność  formułowanych  wówczas 
pytań  filozoficznych?  Marksowskie  powiedzenie,  iż  myśl  ta  reprezentuje 
wczesne  dzieciństwo  gatunku,  które  staramy  się  odtworzyć  „na  wyższym 
poziomie" (inaczej mówiąc, „myśl ewoluuje"), budzi liczne wątpliwości. 
 
   Rozwiązanie historystyczne jest nonsensowne. Antygona nie jest dzieckiem, a 
jej  rozpacz  nad  zwłokami  brata  to  nie  emocja  dzieciństwa  gatunku.  Podobnie 
współczesna opowieść Nadieżdy Mandelsztam o poszukiwaniach ciała jej męża 
(rosyjskiego poety Osipa Mandelsz-tama,  który zginął w stalinowskim  obozie), 
by  sprawić  mu  należny  pochówek,  nie  jest  „wzniesieniem  się  na  wyższy 
poziom". 
 
   Z  marksowskim  rozróżnieniem  coś  jest  więc  nie  w  porządku.  Niemniej 
historyczne  fakty  oraz  przemiany,  powstawanie  nowych  sił  to  rzeczywistość. 
Marksowskie  rozwiązanie  zrewidowałbym  w  sposób  następujący.  Techne 
poszerza  władze  człowieka.  Potrafimy  wytwarzać  coraz  więcej  różnych  dóbr; 
przekształcamy  przyrodę.  Struktura  społeczna  (porządek  techniczno-
ekonomiczny)  oparta  jest  na  zasadzie  zmiany  i  kumulacji.  Odzwierciedla  ją 
koncepcja wydajności, technicznej skuteczności  i funkcjonalnej racjonalności  - 
kierujemy  się  tymi  regułami  w  wykorzystywaniu  zasobów,  w  ramach 
określonego przez dane społeczeństwo systemu wartości. W tej mierze, w jakiej 
człowiek  coraz  bardziej  uniezależnia  się  od  przyrody,  dysponuje  środkami 
budowy takiego społeczeństwa, jakiego pragnieJ 
 
 
   (W kulturze jednak nie mamy do czynienia z kumulacją, lecz raczej z ricorso 
do  pierwotnych  pytań,  jakie  wszędzie  i  zawsze  zadają  sobie  ludzie,  pytań 
wynikających  ze  skończoności  człowieka  oraz  nieustannych  prób  jej 
przezwyciężania.  Są  to  pytania  egzystencjalne,  wobec  których  stają  wszystkie 
jednostki  ludzkie  w  świadomości  "historii:  jak  spotykamy  śmierć,  na  czym 
polega lojalność i obowiązek, czym jest tragedia, odwaga, miłość lub wspólnota. 
Odpowiedzi  zmieniają  się,  ale  pytania  pozostają  wciąż  te  same  [W  tym  sensie 
pytania  są  tragedią,  odpowiedzi  zaś  -  komedią.  Jak  filozoficznie  powiedział 
kiedyś Groucho Mara, łatwiej grać jest tragedię  niż komedię, wszyscy bowiem 
płaczą z tych samych powodów, lecz śmieją się - każdy z innego.]. 
 
   Podstawą  kultury  jest  więc  stałe  powracanie  -  nie  w  jej  formie,  lecz  w 
przedmiocie  zainteresowania  -  do  istotnych  konsekwencji  skończoności 
ludzkiego  istnienia.  Reinhold  Niebuhr  pisał:  „W  historii  istotnie  dokonuje  się 
postęp, dotyczy on  wszakże ludzkich zdolności czynienia zarówno dobra, jak  i 

background image

zła". 
 
   Jakie  są  zatem  wskazówki  dotyczące  ludzkiego  postępowania?  Nie  może  ich 
dawać  natura,  z  jednej  strony,  wyznacza  ona  bowiem  tylko  fizyczne 
ograniczenia, z drugiej zaś - egzystencjalne pytania, a człowiek, bez mapy, musi 
sam  szukać  drogi  między  nimi.  Nie  wyznacza  ich  również  historia,  która, 
pozbawiona  telos,  ma  charakter  tylko  instrumentalny,  jest  ekspansją  ludzkiej 
władzy nad naturą. Pozostaje zatem odpowiedź tradycyjna, niemodna: wyznacza 
je religia, ale nie jako „projekcja" człowieka w zewnętrzny świat symboli, lecz 
jako  transcendentalna,  zewnętrzna  w  stosunku  do  człowieka  koncepcja, 
odnosząca go do czegoś, co jest poza nim. 
 
   Jak  zauważa  Max  Weber,  każde  społeczeństwo  ma  jakąś  koncepcję 
doświadczenia,  które  nazwalibyśmy  religijnym.  Każde,  mówiąc  słowami 
Talcotta  Parsonsa,  „ma  jakąś  koncepcję  porządku  nadprzyrodzonego,  duchów, 
bogów  czy  też  bezosobowych  sił,  różnych  od  tych,  jakim  podlegają  zjawiska 
«naturalne» i w jakimś sensie dominujących nad nimi; nadają one sens temu, co 
w ludzkim doświadczeniu niezwykłe, przerażające, rozumowo nieprzeniknione. 
[...] Religia w stopniu nie mniejszym niż język jest uniwersalnie ludzka". 
 
   W  ciągu  ostatnich  stu  lat  oddziaływanie  religii  osłabło.  U  zarania  ludzkiej 
świadomości  religia  była  głównym  ogniskiem  kosmologii,  jedynym  niemal 
sposobem  wyjaśniania  świata.  Poprzez  rytuał,  mechanizm  spajania  uczuć, 
religia była sposobem osiągnięcia społecznej solidarności. Toteż w tradycyjnym 
społeczeństwie religia - zarówno jako idea, jak też jako instytucja - obejmowała 
całe  życie  ludzkie.  W  społeczeństwie  nowożytnym  natomiast  obszar  ten 
niepomiernie  się  skurczył.  Racjonalizm  podważył  zasadnicze  zakorzenienie 
religii w objawieniu i „zdemitologizowal" trzon jej przekonań. To, co pozostało 
nienaruszone w ortodoksyjnej religii - jej pogląd na naturę ludzką, na człowieka 
jako  homo  duplex,  istotę  zdolną  zarówno  do  zbrodniczej  agresji,  jak  też  do 
poszukiwania  harmonii  -  jest  zbyt  wątłe,  by  przeciwstawić  się  utopiom,  które 
nadały blask kulturze nowożytnej. . 
 
   Proces upadku miał dwa aspekty. Na poziomie instytucjonalnym następowała 
sekularyzacja,  czyli  kurczenie  się  autorytetu  i  roli  religii  jako  sposobu 
przeżywania 

wspólnoty. 

Na 

poziomie 

kultury 

dokonywała 

się 

natomiastprofanizacja, słabnięcie teodycei wyjaśniającej stosunek człowieka do 
świata  zewnętrznego.  Zdaniem  Durkheima  „[...]  sacrum  i  profanum  umysł 
człowieka zawsze i wszędzie pojmuje jako odrębne gatunki, jako dwa światy nie 
mające ze sobą nic wspólnego". 
 
   Koncepcja  Durkheima  zaskakująco  słabo  pasuje  do  życia  współczesnego, 
zwłaszcza  w  dziedzinie  kultury.  Jeśli  bowiem  jakiś  pojedynczy  fakt 

background image

psychologiczny charakteryzuje kulturę nowoczesną, to ten, który znajduje wyraz 
w  twierdzeniu  „nie  ma  niczego  świętego".  Twierdzić  można,  że  dążenie  do 
wykroczenia poza siebie wyznacza istnienie światów oddzielonych, o ile jednak 
koncepcja  wykroczenia  cieszyła  się  uznaniem  w  XIX  w.,  o  tyle  dziś  nie 
pozostało już niemal żadne tabu, które można by było przekroczyć. 
 
   Zdaniem  niemieckiego  filozofa  Eduarda  Sprangera,  stoimy  dziś  wobec 
ostatecznego pytania: „Co dzieje się, gdy w sercu człowieka nie 
 
ma  miejsca  na  jakiekolwiek  wartości.  Na  tym  bowiem  polega  całkowite 
wyrzeczenie  się  postawy  religijnej.  [...]  Każdy,  kto  nie  potrafi  uznać  Boga  za 
swego,  oddaje  się  we  władzę  diabłu.  Jego  wartością  nie  jest  bynajmniej 
obojętność,  tylko  coś  odwrotnego.  Tylko  ten,  kto  mógłby  powiedzieć  «nie 
istnieją żadne wartości», byłby człowiekiem całkowicie areligijnym. Ale takich 
ludzi nie ma". 
 
   Tam, gdzie zawodzi religia, pojawiają się kulty. Sytuacja ta jest odwróceniem 
historii  chrześcijaństwa,  gdy~spÓjnX~  religia  zwalczała  liczne  kulty  i 
eliminowała  je - jej  teologia  i organizacja  okazywały się bowiem  potężniejsze. 
Kiedy  jednak  teologia  ulega  erozji,  a  organizacja  rozpada  się,  kiedy 
instytucjonalne  ramy  religii  zaczynają  się  załamywać,  poszukiwanie 
doświadczeń,  odczuwalnych  przez  ludzi  jako  religijne,  ułatwia  powstawanie 
kultów. 
 
   Kult  różni  się  od  formalnej  religii  pod  wieloma  względami.  Do  jego  istoty 
należy  głoszenie  jakiejś  ezoterycznej  wiedzy,  która  przez  długi  czas  była 
dławiona  (czy  nawet  represjonowana  przez  ortodoksję),  a  teraz  nagle  została 
objawiona.  Te  nowe  gatunki  nauki  znajdują  zazwyczaj  wyraz  w  jakiejś 
heterodoksyjnej  figurze,  wyszydzanej  lub  pogardzanej  przez  ortodoksję. 
Związane  są  z  nim  wspólne  rytuały,  skłaniające,  a  często  nawet  zmuszające 
jednostkę do odreagowywania tłumionych dotąd impulsów. Uczestnik kultu ma 
poczucie,  jakby  eksplorował  nowe  bądź  dotąd  zakazane  sposoby  zachowania. 
Kult  wyróżnia  się  zatem  wyraźnym  akcentowaniem,  raczej  magii  niż  teologii, 
osobistej więzi z  guru  lub z  grupą, a  nie  instytucją czy wiarą. Jest w  nim  głód 
rytuału i mitu. 
 
   Czy  wszystko  to  razem  doprowadzi  do  „nowej  reformacji"?  Analogie  są 
zawsze  pociągające,  ale  i  zwodnicze.  Reformacja  -jeśli  przyjąć  jej 
psychologiczną  interpretację  sformułowaną  przez  Eriksona  -  była  nie  tylko 
próbą obalenia skorumpowanych instytucji, lecz również poszukiwaniem Syna, 
a poprzez niego bezpośredniego kontaktu z Ojcem, bez pośrednictwa Kościoła. 
Nowa  kultowa  religijność  odróżnia  osobistą  wiarę  od  kumulatywnej  tradycji 
historycznej,  „Nowa  reformacja"  kładzie  nacisk  na  osobiste  doświadczenie  i 

background image

osobistą wiarę, nie odnoszącą się do przeszłości. Chociaż takie doświadczenie i 
taka  wiara  mają  swój  sens  bez  poczucia  więzi  z  innymi  -  przodkami  -  któż 
przeszedł  przez  takie  zmienne  koleje  losu?  Czy  można  po  prostu,  naiwnie 
stworzyć nową wiarę, bez odwoływania się do pamięci? 
 
   Tym, czego dziś się szuka, jest  -  mówiąc słowami  Alexandra Mitscherlicha  - 
„społeczeństwo bez ojców". Odrzucenie autorytetu 
 
oznacza  teraz  odrzucenie  jakiegokolwiek  pojęcia  rodzica,  oprócz  samej  grupy 
równych sobie osób. Można jednak wątpić, czy tego rodzaju społeczeństwo jest 
w  ogóle  możliwe  teologicznie,  a  nawet  psychologiczne.  Wiara  religijna  -jak 
pisze  Clifford  Geertz  -  „zakłada  nie  Baconowską  indukcję  z  potocznego 
doświadczenia - w takim bowiem  razie bylibyśmy wszyscy agnostykami  - lecz 
raczej uprzednią akceptację autorytetu przekształcającego doświadczenie". Jeśli 
grupa  równych  wyznawców  kultu  zastąpić  ma  społeczeństwo  globalne,  to 
zamknięci jesteśmy ponownie w Durkheimowskim kręgu, choćby i skurczonym, 
z jego fatalnym intronizowaniem idolatrii. 
 
   Mimo  opłakanego  stanu  kultury  nowożytnej,  jakaś  odpowiedź  religijna  z 
pewnością  pojawi  się,  religia  bowiem  nie  jest  (albo  przynajmniej  nie  jest  już) 
„własnością"  społeczeństwa  w  sensie  Durkheimowskim,  lecz  konstytutywną 
częścią  ludzkiej  świadomości:  poznawczym  poszukiwaniem  wzoru  „ogólnego 
porządku"  egzystencji,  uczuciową  potrzebą  ustanowienia  rytuału  i  nadania  mu 
statusu  sacrum,  pierwotną  potrzebą  odniesienia  się  do  innych  lub  do  zespołu 
znaczeń  ustanawiających  transcendentną  odpowiedź  oraz  egzystencjalną 
potrzebą płynącą z przeżywania cierpienia i śmierci. 
 
   Max  Scheler  powiadał:  „Ponieważ  akt  religijny  stanowi  zasadnicze 
wyposażenie umysłu i duszy człowieka, pytanie, czy ten lub inny człowiek aktu 
tego  dokonuje, jest po prostu  bezprzedmiotowe. [...] Prawo to powiada:  Każdy 
skończony duch wierzy w  Boga  lub  w  idole". Max Weber, który zgadzał się z 
tymi  sformułowaniami,  stwierdzał,  iż  odpowiedzią  może  być  tylko  osobista 
decyzja,  arbitralna,  a  zarazem  bezwarunkowa.  Mając  na  uwadze  charakter 
„opętanych" poszukiwaniem prawdy ostatecznej, dodam, że trudność nie polega 
na  rozstrzyganiu  alternatywy,  lecz  na  rozstrzygnięciu,  kim  jest  Bóg,  a  kim 
Diabeł. 
 
   Weber wykazał, iż w pewnych okolicznościach historycznych religia staje się 
najpotężniejszą  siłą  rewolucyjną.  Kiedy  tradycja  ulega  skostnieniu  i  staje  się 
opresyjna albo kiedy rozdźwięk opinii i bełkot sprzecznych głosów stają się nie 
do  zniesienia,  ludzie  potrzebują  nowych  odpowiedzi.  Religia  zaś,  ponieważ 
szuka  żywych  znaczeń  w  najgłębszych  warstwach  bytu,  staje  się  odpowiedzią 
najprostszą. W takiej sytuacji rozglądamy się za nowymi prorokami. Proroctwo 

background image

przezwycięża rytualny konserwatyzm, gdy przestaje on być nośny i nadaje nową 
postać zbyt licznym już znaczeniom. Prorok zderza się zarówno z duchownym, 
którego jedyną racją jest obrona autorytetu przeszłości, jak też z twórcą mitów, 
którego władza bierze się z manipulacji magią jako sposobem zbawienia. 
 
 
   Może  jednak  szukamy  znaków  w  niewłaściwym  kierunku!  Zdaniem  Webera 
proroctwo  ma  charakter  charyzmatyczny,  ponieważ  odciskają  się  na  nim 
osobiste  cechy  proroka,  który  potrafi  dotrzeć  do  źródeł  łaski  w  aussertdgliche 
(nadprzyrodzonym)  świecie.  Taka  zaś  rewolucyjna  siła  musi  mieć  charakter 
charyzmatyczny, prorok bowiem - jak Heglowskie „postacie historyczne" - musi 
być  wystarczająco  silny,  by  przezwyciężyć  uświęconą  tradycję  lub  obyczaje, 
zdobiące  przeszłość.  Dziś  taki  prorok  wyważałby  jednak  otwarte  drzwi.  Któż 
broni  dziś  tradycji?  I  na  czym  polega  moc  przeszłości,  która  powstrzymać  by 
miała zalew nowinkarstwa? 
 
   Odpowiedź  może  być  dwojaka.  Jeśli  jednym  ze  źródeł  rozpaczy  są  pytania 
egzystencjalne, to uporać się z nimi możemy być może patrząc nie w przód, lecz 
w  przeszłość.  (Kultura  ludzka  jest  ludzkim  tworem,  konstrukcją  mającą 
utrzymać ciągłość, zapewniać życie „niezwierzęce". Zwierzę, będąc świadkiem 
śmierci  innej  istoty,  nie  wyobraża  sobie  własnej;  tylko  ludzie  znają  swe 
przeznaczenie  i  tworzą  rytuały  nie  po  to,  aby  zapobiec  śmiertelności,  lecz  by 
utrzymać  „gatunkową  świadomość",  która  pośredniczy  przeznaczeniu.  W  tym 
sensie  religia  jest  świadomością  momentu  transcendecji,  przejściem  od 
przeszłości  -  z  której  się  przychodzi  i  z  którą  jest  się  związanym  -  do  nowej 
koncepcji  samego  siebie  jako  podmiotu  moralnego,  akceptującego  przeszłość  i 
powracającego do tradycji, aby utrzymać ciągłość moralnych znaczeń. 
 
   Każde  społeczeństwo  ma  swe  rytuały  inicjacji  i  wyzwolenia.  Problem 
społeczeństwa nowożytnego polega na tym, że wyzwolenie poszło tak daleko, iż 
nie ma żadnych granic. Trudności z nowymi kultami wynikają z tego, iż chociaż 
poszukują one  nowego sensu sacrum, karmią się  impulsami  religijnymi,  głoszą 
niemal  wyłącznie  rytuały  wyzwolenia.  Głębsze  warstwy  znaczeń  domagają  się 
jednak,  jak  sądzę,  rytuałów  inicjacji  oznaczających  udział  we  wspólnocie, 
związanej  zarówno  z  przeszłością,  jak  i  przyszłością.  Jednakże,  jak  powiadał 
Goethe:  „Was  du  ererbt  von  deinen  Vatern  hat,  erwirb  es,  um  es  zu  besitzen" 
(Jeśli posiadać masz to, co odziedziczyłeś po przodkach, musisz sobie najpierw 
na  to  zasłużyć)  [Zgodnie  z  modernistycznym  kanonem  znaczyłoby  to:  Jeśli 
posiadać  masz  to,  co  odziedziczyłeś  po  przodkach,  to  musisz  to  najpierw 
zniszczyć.]. 
 
   Pod  tym  względem  religia  inicjacji  jest  procesem  odkupienia,  za  którego 
pośrednictwem  jednostki  rozładowywują  swe  zobowiązania  płynące  z 

background image

moralnego imperatywu ich wspólnoty: długi zaciągnięte w procesie kształcenia, 
długi  wobec  instytucji  utrzymujących  świadomość  moralną.  Religia  zatem 
koniecznie  pociąga  za  sobą  wzajemne  odkupienie  ojców  i  synów.  Pociąga  za 
sobą  uznanie,  mówiąc  słowami  Yeatsa,  „błogosławionych,  którzy  mogą 
błogosławić", łańcucha rąk w ciągłości pokoleń. 
 
   Takie  religijne  zaangażowanie  jest  wszakże  wyzwaniem  dla  nowożytnej 
postawy  liberalnej,  która  poszukuje  rozwiązań  o  charakterze  etycznym. 
Problematyczność zobowiązań wyłącznie etycznych polega na tym, iż w tym, co 
uniwersalne  rozmywają  się  partykularne,  pierwotne  więzi  między  synem  a 
ojcem  lub  między  jednostką  a  plemieniem.  Biorąc  pod  uwagę  to,  co  wiemy  o 
naturze  człowieka,  oświeceniowe  marzenie  zjednoczenia  ludzkości  -  marzenie 
Rozumu  -  okazuje  się  całkowicie  bezowocne.  Ci,  którzy  utrzymują  ciągłość 
pokoleń,  muszą  identyfikować  się  ze  swoją  społecznością.  Ale  jest  to 
sekciarstwem,  oznacza  utratę  więzi  z  innymi  ludźmi,  z  cudzą  wiedzą,  z  inną 
wiarą;  bycie  zaś  kosmopolitą  -  to  wykorzenienie.  Toteż  żyjemy  w  napięciu 
pomiędzy  tym,  co  partykularne  i  uniwersalne,  i  z  konieczności  akceptujemy  tę 
dwoistość. 
 
   Wreszcie,  żyjemy  również  i  w  innej  płaszczyźnie:  z  wymiaru  czasowego 
(przeszłości, teraźniejszości  i przyszłości,  które są  naszą obsesją) przenosić się 
musimy w wymiar przestrzenny, postrzegać świat taki, jaki być powinien, jako 
przestrzeń  obszarów  rozdzielonych.  Aby  zrozumieć  transcendencję,  człowiek 
potrzebuje poczucia sacrum: Aby przekształcać naturę, musi wchodzić w obszar 
profanum. Ale jeśli te dwa obszary nie są od siebie oddzielone, a sacrum ulega 
zniszczeniu,  wówczas  pozostają  nam  nasze  żądze  i  interesy  niszczące  sferę 
moralności, w której żyje ludzkość. Czy potrafimy - czy nie musimy - ustalić od 
nowa sfery sacrum i profanum! 
 
    
 
Część II 
 
Dylematy państwa 
 
 
 
Wprowadzenie: od kultury do państwa 
 
   Rozłączone  obszary  -  kultura,  państwo  i  struktura  społeczna  -  odznaczają  się 
nie  tylko  różnymi  rytmami  przemian,  ale  również  i  skalą  czasu.  Mimo 
przelotnych  mód,  zmiany  w  kulturze  i  religii  -  czyli,  używając  terminologii 
współczesnej,, zmiany wrażliwości i postaw moralnych - dokonują się w długich 

background image

okresach  historycznych.  Nie  podlegają,  jak  dowodziłem,  manipulacji  i 
społecznej  interwencji,  wywodzą  się  bowiem  ze  wspólnych  doświadczeń  i 
podlegają  rytualizacji,  lub  znajdują  wyraz  w  symbolach,  odznaczających  się 
nieodpartą  siłą  i  dopiero  po  długim  czasie  ulegających  osłabieniu  i 
zastępowanych  przez  inne.  Trzeba  było  niemal  trzystu  lat,  by  chrześcijaństwo 
umocniło  się  w  cesarstwie  rzymskim,  a  jak  zauważył  Gibbon  przy  okazji 
nawrócenia  się  Konstantyna  -  Rzym  wszedł  wówczas  w  swej  historii  w 
przekraczającą  granice  wytrzymałości  fazę,  która  trwała  dwieście  pięćdziesiąt 
lat. 
 
Państwo natomiast to całkiem inny obszar. O ile kultura i religia usiłują ustalić 
ostateczne  znaczenia,  o  tyle  państwo  mierzy  się  z  problemami  życia 
codziennego.  Ustalać  musi  normy  sprawiedliwości,  egzekwować  prawa  i 
obowiązki.  Ustanawia  reguły  wymiany  i  zapewnia  codzienne  bezpieczeństwo 
obywateli.  Jest  ono  nieuchronnie  zarazem  i  areną  zwalczających  się  partii,  i 
samodzielną siłą - systemem kontroli nad społeczeństwem poprzez prowadzenie 
polityki  zagranicznej,  stabilizację  systemu  monetarnego  i  -  coraz  bardziej  - 
kierowanie  gospodarką.  Te  nowe,  rozszerzone  funkcje  rodzą  w  społeczeństwie 
wiele „sprzeczności", innych niż w kulturze. Sprzeczności polityczne płyną stąd, 
że 
 
w  społeczeństwie  liberalnym  jego  etos,  prawa  i  system  wynagrodzeń 
ustanowione  zostały  w  taki  sposób,  by  sprzyjały  celom  indywidualnym, 
natomiast  gospodarka  będąca  układem  naczyń  połączonych  narzuca  obecnie 
cele zbiorowe. Sytuację tę dodatkowo komplikuje fakt, że czasem chodzi o cele 
grup  społecznych,  kiedy  indziej  zaś  -  społeczeństwa  globalnego.  Mówiąc 
prościej,  społeczeństwo  musi  coraz  bardziej  poświęcać  się  wytwarzaniu  dóbr 
publicznych  kosztem  dóbr  prywatnych  i  kształtowaniu  raczej  sektora 
publicznego niż prywatnego. Coraz bardziej zwracać musi uwagę na grupowe, a 
nie na prywatne prawa i rewindykacje. 
 
   Sposób, w jaki zadania te są realizowane - o ile w ogóle można im sprostać - 
ma  bezpośredni  wpływ  na  życie  każdego.  Jeśli  społeczeństwem  nie  daje  się 
zarządzać,  a  instytucje  są  sztywne  i  niewrażliwe  na  wymagania,  wówczas 
tendencje  dezintegracyjne  -  czy  to  polaryzacja  w  jednych  okolicznościach,  czy 
fragmentacja  w  innych  -  przybierają  na  sile.  Jeśli  natomiast  społeczeństwo 
zdolne  jest  reagować  na  te  zmiany  opierając  się  na  nowej  filozofii  i  za 
pośrednictwem skutecznych instytucji, to wówczas może być dość czasu, by do 
głosu doszły wolniejsze procesy kulturowe. 
 
   W  drugiej  części  tego  tomu  mowa  będzie  przede  wszystkim  o  wydarzeniach 
ostatnich  dwudziestu  lat;  spróbuję  wszakże  zajrzeć  również  w  nadchodzące 
ćwierćwiecze,  aby  spośród  elementów  przemijających  wydobyć  cechy 

background image

strukturalne  odpowiedzialne  za  społeczną  niestabilność.  W  drugim  eseju 
powracam  do  mego  zasadniczego  tematu,  to  jest  do  kulturowego  hedonizmu,  i 
proponuję  pewne  środki  pozwalające  pogodzić  polityczny  liberalizm  (będący 
zasadniczą  wartością  sprawiedliwego  społeczeństwa  nowoczesnego)  z 
niezbędnymi wspólnotowymi cechami zarządzania społeczeństwem. Koncepcję 
tę nazywam gospodarstwem publicznym. 
 
    
 
5. Niestabilna Ameryka: przejściowe i trwałe czynniki kryzysu narodowego 
 
   Każdemu, kto rozważał stan państwa na początku lat sześćdziesiątych pytanie 
o  źródła  politycznej  i  społecznej  niestabilności  wydać  się  musiało 
bezprzedmiotowe.  Można  było  bowiem  sądzić,  że  Stany  Zjednoczone  są  u 
szczytu  swej  potęgi.  Świat  komunistyczny,  po  wstrząsach  lat  1956-1957  w 
Polsce  i  na  Węgrzech,  pogrążał  się  w  rozgardiaszu.  Stany  Zjednoczone 
przeżywały  natomiast  ósmy  kolejny  rok  względnie  wysokiej  prosperity  przy 
stałych  cenach.  Zagrożenie  ze  strony  radykalnego,  prawicowego  ekstremizmu, 
który ucieleśniał senator Joseph R. McCarthy, przeminęło. Rozwijał się ruch na 
rzecz sprawiedliwości społecznej dla Murzynów. Początek dało mu historyczne 
orzeczenie  Sądu  Najwyższego  w  sprawie  Browna  przeciwko  Urzędowi 
Edukacji,  uprawomocniające  żądanie  integracji  w  szkołach.  Administracja 
Eisenhowera  zdecydowała  się  na  ważny,  symboliczny  krok,  wysyłając  wojsko 
do  Little  Rock  w  stanie  Arkansas  w  obronie  prawa  uczęszczania  murzyńskich 
dzieci  do  szkół  dla  białych.  Podobnie,  jak  publiczny  wizerunek  prezydenta 
Eisenhowera,  kraj  wyglądał  na  pewny  siebie,  gotów  do  angażowania  się  w 
szerokie  uniwersalistyczne  koncepcje  zarówno  w  polityce  zagranicznej,  jak  i 
wewnętrznej. 
 
   Na  horyzoncie  wszakże  ukazywały  się  już  wówczas  niewielkie  chmury. 
Wzrost  gospodarczy  był wolniejszy  i  pod  koniec  lat  pięćdziesiątych  nie  był w 
stanie sprostać wzrostowi siły roboczej i wydajności pracy. W latach 1953-1960 
roczny przyrost siły roboczej wynosił 1,5%, natomiast wydajność pracy rosła o 
3,2%. Aby zapewnić dostateczną liczbę  miejsc pracy, produkt narodowy brutto 
powinien był rosnąć o około 4,5% rocznie. Tymczasem z 5,2% wzrostu w latach 
1947-1953 spadł teraz do 2,4%, a rezultatem był wzrost bezrobocia. Pod koniec 
dekady  osiągnęło  ono  około  6%  całej  siły  roboczej.  Ponieważ  większość 
bezrobotnych stanowili Murzyni i robotnicy niewykwalifikowani - a więc grupy 
o  niewielkich  szansach  na  aktywność  polityczną  -  problemem  bezrobocia  na 
razie  zbytnio  się  nie  przejmowano.  Pod  koniec  swej  kadencji  prezydent 
Eisenhower,  aby  zwiększyć  popyt,  zdecydował  się  na  znaczny  deficyt 
budżetowy, ale nie zahamowało to wzrostu bezrobocia. 
 

background image

   Za  granicą  zwycięstwo  Fidela  Castro  na  Kubie  i  niemożliwość  porozumienia 
się  z  nim  (co  było  zarówno  jego  winą,  jak  i  rezultatem  nieporadności 
Departamentu  Stanu)  wzmogły  obawy  przed  powstaniem  radzieckiego 
przyczółka  na zachodniej półkuli. Stany  Zjednoczone podjęły potajemne próby 
obalenia Castro. 
 
   Paradoksem  administracji  Kennedy'ego  było  to,  iż  jej  rozmach  i  aktywność 
zarówno  w  polityce  zagranicznej,  jak  i  wewnętrznej  stymulowały  wyzwalanie 
się buntowniczych sił, które doszły do głosu w Stanach Zjednoczonych w latach 
sześćdziesiątych.  W  polityce  zagranicznej  klęska  w  Zatoce  Świń  była 
upokorzeniem amerykańskiej potęgi  i postawiła  na porządku dziennym pytanie 
o  wolę  polityczną  Ameryki.  W  Wiedniu  Chruszczow  uznał,  iż  rozgryzł  słabe 
strony  Johna  Kennedy'ego  i  odważył  się  na  rozmieszczenie  rakiet  na  Kubie. 
Konfrontacja, z której  musiał się wycofać, przywróciła zaufanie  Kennedy'emu. 
W sprawie Wietnamu, w której Eisenhower (wbrew naciskom sekretarza stanu, 
Johna F. Dullesa i szefa sztabu Radforda) powstrzymywał się od interwencji na 
szerszą skalę, Kennedy po upadku Diema podjął fatalną decyzję bezpośredniego 
zaangażowania amerykańskich doradców i sił zbrojnych. 
 
   W  polityce  wewnętrznej  administracja  Kennedy'ego  podjęła  doraźne  wysiłki, 
aby  ulżyć  losowi biednych  i Murzynów; jedną z paradoksalnych konsekwencji 
tego programu walki z nędzą było stworzenie wielu nowych miejsc pracy, a tym 
samym - politycznego przyczółka dla aktywistów, którzy wykorzystać mieli swe 
pozycje  do  organizowania  lokalnych  grup  działania  oraz  nasilenia  agitacji 
politycznej wśród Murzynów i biedoty. Ruch rewolucyjny ma zawsze problem, 
jak  finansować  swych  aktywistów  i  zapewnić  funkcjonariuszom  czas  na 
uprawianie  agitacji  [Zarówno  Huey  Newton,  jak  i  Bobby  Seale,  twórcy  ruchu 
Czarnych Panter, zatrudnieni byli w ramach programu walki z nędzą; obaj pisali 
partyjne manifesty, prowadzili agitację i otrzymywali państwowe pensje.]. 
 
Jednym z zadziwiających skutków prowadzonej przez Kennedy'ęgo (i Johnsona) 
walki z nędzą był rozwój ruchu radykalnego, który po części miał się przyczynić 
do wzrostu politycznego napięcia, a nawet wojny przeciwko tejże administracji. 
 
   Absurdem  byłoby  sądzić,  że  tego  rodzaju  agitacja  nie  doszłaby  do  głosu  w 
inny  sposób.  Klasyczna  ilustracja  eskalacji  oczekiwań,  jaką  przedstawił 
Tocqueville  -  i  jaką  po  nim  powtarzali  niezliczeni  badacze  społeczeństwa  - 
powiada,  iż  żadne  społeczeństwo  obiecujące  sprawiedliwość  i  uznające 
prawomocność rewindykacji, które stopniowo dopuszcza je do głosu, nie może 
uniknąć  zaburzeń.  Ale  wraz  z  tumultem  podnoszonym  przez  Murzynów  i 
pokrzywdzonych  przyszła  dwuznaczna  wojna;  oba  umacniające  się  nawzajem 
ruchy  doprowadziły  w  kraju  do  przejawów  gwałtu,  aliencji  młodzieży  i  do 
podważania  prawomocności  systemu  przez  inteligencję  oraz  młode  kadry 

background image

kierownicze;  wszystko  to  razem  postawiło  pod  znakiem  zapytania  stabilność 
systemu), 
 
   Równie  nierozsądne  byłoby  mniemanie,  że  bezpośrednie  i  jawne  przyczyny, 
jakkolwiek byłyby ważne, mogą całkowicie rozchwiać tak wielki i potężny kraj, 
jak  Stany  Zjednoczone.  Pod  powierzchnią  zachodziły  wstrząsy  społeczne  i 
technologiczne, które przeobrażały całą strukturę społeczną. Cztery ,zasadnicze 
i  jednoczesne  procesy  -  powstawanie  społeczeństwa  zurbanizowanego, 
społeczności  lokalnych,  państwa  narodowego  i  świata  postindustrialnego  - 
przetrwają, jak się okaże, chwilowe niepokoje i nadal będą powodować głębokie 
napięcia  społeczne.  Ale  oprócz  tych  zmian  strukturalnych,  inne,  trojakiego 
rodzaju trudności istotnie wpływają na przyszłość Stanów Zjednoczonych. Mam 
na  myśli:  stosunek  demokracji  do  sprawowania  władzy  i  pytanie,  czy 
demokracja może utrzymać swą dominującą rolę; rewolucję partycypacyjną z jej 
wyzwaniem 

wobec 

technokratycznego 

merytokratycznego 

sposobu 

podejmowania decyzji oraz wreszcie głębokie przemiany w kulturze, związane z 
dojściem  do  głosu  w  sztukach  oraz  we  wrażliwości  społecznej  tendencji 
zasadniczo antyracjonal-nych i antyintelektualnych. 
 
   Każde spojrzenie  na przyszłość Stanów  Zjednoczonych  musi brać pod  uwagę 
te  trzy  wymiary:  bezpośrednie  wstrząsy  społeczne  i  polityczne,  przemiany 
strukturalne  oraz  zasadnicze  problemy  dotyczące  wartości  i  wyborów 
kulturowych.  Każdym  z  tych  wymiarów  zająć  się  tu  mogę  jedynie 
schematycznie.  A  jeśli  kwestie  te  chce  się  rozpatrywać  w  świetle  problemu 
politycznej i społecznej niestabilności, to trzeba przede wszystkim rozważyć w 
teoretycznych  kategoriach  socjologii  te  czynniki,  które  w  ogóle  sprzyjają 
społecznej niestabilności i rewolucjom (lub kontrrewolucjom). 
 
 
 
Źródła niestabilności 
 
   Kluczowym  problemem  każdego  systemu  politycznego  jest  kwestia  jego 
legitymizacji  (uznanie  tej  tezy  oznacza  zwycięstwo  myśli  społecznej  Maxa 
Webera nad Marksem). S. M. Lipset pisał: 
 
    Legitymizacja  pociąga  za  sobą  zdolność  systemu  do  podtrzymywania  wiary, 
iż  istniejące  instytucje  polityczne  najlepiej  odpowiadają  społeczeństwu.  Zakres 
legitymizacji  współczesnych  systemów  demokratycznych  zależy  w  znacznym 
stopniu  od  sposobu,  w  jaki  rozwiązywane  są  zasadnicze  kwestie,  które 
historycznie dzieliły społeczeństwo. 
 

background image

    Podczas  gdy  skuteczność  ma  charakter  przede  wszystkim  instrumentalny, 
legitymizacja  pełni  funkcję  wartościującą..  Poszczególne  grupy  uznają  lub 
odrzucają legitymizację systemu politycznego w zależności od tego, czy jest on 
zgodny z uznawanymi przez nie wartościami2. 
 
   Kiedy  przypatrujemy  się  zachodniemu  społeczeństwu  dwudziestowiecznemu, 
wyróżnić  możemy  co  najmniej  siedem  czynników,  które  -  w  zmiennych 
konstelacjach - powodowały społeczną niestabilność i utratę legitymizacji przez 
system polityczny. 
 
   1.  Istnienie  ,,nierozstrzygalnego".  problemu.  Problem  bezrobocia  w  latach 
trzydziestych  uznany został za  nierozstrzygalny przez większość społeczeństw. 
Istotnie  niewiele  rządów  demokratycznych  wiedziało  co  zrobić,  by 
przezwyciężyć  kryzys,  który  dotknął  wówczas  wszystkie  kraje.  Dopiero 
zastosowanie niekonwencjonalnej polityki ekonomicznej pozwoliło na wyjście z 
niego.  Kryzys  w  sposób  oczywisty  był  jednym  z  czynników,  które  w  latach 
trzydziestych doprowadziły do faszyzmu. 
 
   2.  Impas  parlamentarny.  We  Włoszech,  w  Portugalii  i  Hiszpanii  w  latach 
dwudziestych  i  trzydziestych  trwały  impas  parlamentarny  doprowadził  do 
polaryzacji  sił  społecznych,  uniemożliwił  skuteczne  rządy  i  sprzyjał  narastaniu 
poczucia  beznadziejności,  znajdującej  ujście  w  ulicznych  zamieszkach, 
autorytarnej dyktaturze czy wreszcie w przewrocie wojskowym. 
 
   3.  Nasilenie  się  przemocy.  W  Niemczech  i  w  innych  krajach  powstanie 
prywatnych  „armii"  i  narastanie  wymykającej  się  spod  kontroli  rządu  jawnej 
przemocy na ulicach doprowadziło do załamania się władzy. 
 
   4.  Rozbieżność  między  sektorami.  Gwałtowna  industrializacja  jednych 
obszarów  i  znaczne  opóźnienie  rolnictwa  w  innych  powodowało  trwałą 
niestabilność. 
 
   5.  Konflikty  rasowe  i  plemienne.  Oczywistym  źródłem  niestabilności  były  w 
Indiach  najpierw  (przed  podziałem  kraju)  konflikty  między  hindusami  i 
muzułmanami, a następnie między rozmaitymi grupami językowymi; w Nigerii 
- między plemionami; w Belgii - między Flamandami i Walonami; w Kanadzie - 
między francuską a, angielską grupą językową. 
 
   6.  Alienacja  inteligencji.  Elity  intelektualne  dostarczają  społeczeństwu 
integrujących  je  symboli;  rozczarowanie  tych  grup  było  oznaką  niemal 
wszystkich sytuacji rewolucyjnych. Porażka Batisty wynikła w znacznej mierze 
z opozycji warstw średnich przeciwko reżimowi na Kubie. 
 

background image

   7.  Upokorzenie  w  wojnie.  Druzgocąca  porażka  militarna  powoduje  często 
załamanie systemu politycznego. Tak było w Wilhelmiań-skich Niemczech i w 
carskiej  Rosji;  podobne  skutki  spowodować  może  również  porażka  mniej 
dotkliwa.  Klęska  carskiej  Rosji  w  wojnie  1905  r.  z  Japonią  -  pierwszy  od 
czasów  Tamerlana  i  Czyngis-Chana  przypadek  przegranej  przez  europejską 
potęgę  wojny  z  państwem  Wschodu  -  było  ogromnym  psychologicznym 
upokorzeniem  kraju. W  Ameryce  Łacińskiej  do pierwszej rewolucji od czasów 
obalenia  meksykańskiego  podstarzałego  dyktatora,  Porfirio  Diaza  (w  1910  r.), 
doszło  w  1952  r.  w  Boliwii,  mimo  wcześniejszego  nasilania  się  ruchów 
socjalistycznych,  komunistycznych,  populistycznych  i  inteligenckich  w  okresie 
międzywojennym, w czasach wielkiego kryzysu. Nastąpiła ona po porażce kraju 
w  wojnie  o  Gran  Chaco.  Klęska  ta  wywołała  wstrząs  w  sferze  społecznych 
oczekiwań  i  wartości  oraz  doprowadziła  do  całkowitego  odrzucenia 
tradycyjnych partii i ich polityki przez młode warstwy średnie i Indian bliższych 
cywilizacji białych (cholos). 
 
   Lista  ta  nie  jest  wyczerpująca,  ale  ujmuje  główne  doświadczenia  polityczne 
naszego  stulecia.  Cóż  możemy  z  tego  punktu  widzenia  powiedzieć  o  Stanach 
Zjednoczonych,  a  zwłaszcza  o  czynnikach,  które  uznać  można  za  źródło 
niestabilności  i  napięć  -  o  wojnie  w  Wietnamie,  alienacji  młodzieży,  gniewie 
Murzynów  oraz  o  wielu  problemach  społecznych  wynikających  ze 
strukturalnych  przemian  społeczeństwa?  Które  z  tych  problemów  dadzą  się 
rozwiązać i pod jakim warunkiem? Które niosą kolejne potencjalne zagrożenie? 
 
 
 
Załamanie się konsensu 
 
   Zacznijmy od czynników widocznych i oczywistych. Stany Zjednoczone były 
w latach pięćdziesiątych krajem zmobilizowanym przede wszystkim, by stawić 
czoła  groźbie  międzynarodowego  komunizmu.  Po  chwilowej  demobilizacji  w 
latach 

1946-1947 

nastąpiły  gwałtowne  zbrojenia.  Wojna  koreańska 

doprowadziła  do  znacznej rozbudowy  sił  konwencjonalnych.  NATO  i SEATO 
przyniosły dalszą rozbudowę tych sił pod rozpostartym nad światem parasolem 
atomowym.  Po  raz  pierwszy  w  historii  Stany  Zjednoczone  stworzyły  stały 
establishment  wojskowy.  Mobilizacja  dotknęła  w  znacznym  stopniu  również 
naukę.  Wielka  rewolucja  w  technice  militarnej-  bomba  wodorowa  rakiety 
nuklearne,  nowe  środki  przenoszenia  głowic  -  wszystko  to  szło  w  parze  z 
rozwojem  badań  i  ich  zastosowań  i  wiązało  instytucje  badawcze  oraz 
uniwersytety z rządem. 
 
   Mobilizacja  społeczeństwa  wobec  zagrożenia  zewnętrznego  -  gdy  jestjano 
jednoznacznie określone -jednoczy kraj.. Podziały wewnętrzne słabną lub zgoła 

background image

zanikają,  zawierane  są  kompromisy,  a  polityka  koncentruje  się  na  sprawach 
zewnętrznych.  Warto  przypomnieć,  że  w  latach  trzydziestych  Stany 
Zjednoczone  targane  były  gwałtownymi  konfliktami  w  świecie  pracy,  których 
ostrość  zdawała  się  dobrze  odpowiadać  marksistowskiej  koncepcji  jawnych 
podziałów klasowych. Z chwilą wybuchu II wojny światowej podziały te zostały 
jednak  podporządkowane  wysiłkowi  narodowemu,  świat  pracy  wprowadzony 
został do rządu, a konflikty zażegnano. Groźba komunistycznej agresji w latach 
pięćdziesiątych  -  zwłaszcza  po  czystkach  i  procesach  w  Europie  Wschodniej 
oraz  przejęciu  władzy  (i  defenestracji  Masaryka)  w  Czechosłowacji,  po 
blokadzie Berlina - skłoniła liberalnie nastawioną społeczność do poparcia rządu 
przeciw tej groźbie. 
 
  Pod  koniec  lat  pięćdziesiątych  sytuacja  uległa  zmianie.  Międzynarodowy 
komunizm przestał być monolitem. Zło nie wydawało się już tak jednoznaczne. 
Ukształtowały się rozmaite odmiany komunizmu.  Stany  Zjednoczone  udzielały 
pomocy  nie  tylko  Ticie,  ale  nawet  Gomułce.  Chociaż  Związek  Radziecki  był 
nadal  ekspansjonistyczny,  jednak  jego  agresywność  mieściła  się  w  ramach 
raczej tradycyjnych konfliktów między wielkimi mocarstwami niż ideologicznej 
krucjaty.  Moralistyka,  która  ożywiała  amerykańską  politykę  zagraniczną, 
zwłaszcza  w  retoryce  Johna  F.  Dullesa,  uległa  wyciszeniu.  Jakby  na  ironię 
przejmowała  ją  coraz  częściej  „nowa  lewica",  określająca  społeczeństwo 
Stanów  Zjednoczonych  w  tych  samych  „totalizujących"  terminach  (złe,  chore, 
zbankrutowane),  jakich  wcześniej  używano  w  odniesieniu  do  zewnętrznego 
wroga. 
 
   Tak  więc  załamanie  się  systemu  komunistycznego  osłabiało  ideologiczne 
uzasadnienie utrzymywania społeczeństwa w stanie mobilizacji. Wyłonienie się 
takich postaci, jak Castro czy Ho Chi Minh dostarczyło symboli rewolucyjnemu 
romantyzmowi młodzieży. Castro i Che Guevara potwierdzali jakby leninowski 
mit  o  garstce  rewolucjonistów,  którzy  przewracając  do  góry  nogami  istniejące 
społeczeństwo potrafią - niczym rozprzestrzeniające się objawienie - opanować 
wielki świat. Mimo zdławienia chłopskich powstań w Wietnamie  Północnym  i 
wymordowania  radykalnych  dysydentów,  „Wujek  Ho"  stał  się  dla  wielu 
symbolem  czystych  intencji  i bezinteresowności,  symbolem  obrony  ideałów  w 
brutalnym i zdepersonalizowanym świecie. 
 
 
 
Napięcie integracji 
 
   W  Stanach  Zjednoczonych  głównym  źródłem  napięcia  społecznego  była 
kwestia  rasowa;  Bojowość  Murzynów,  rozruchy,  obawa  przed  kolejnymi 

background image

konfliktami stały się dojmujące. Jak do tego wszystkiego mogło dojść? 
 
   Punktem  wyjścia  wszelkiej  analizy  społecznej  jest  pytanie:  dlaczego  właśnie 
tu  i  teraz?  Kluczem  do  zrozumienia  rosnącej  roli  politycznej  amerykańskich 
Murzynów  są  gwałtowne  zmiany  demograficzne.  W  1910  r.  niemal  90%,  a  w 
1950 r. jeszcze 68% Murzynów mieszkało w południowych stanach. Dziesięć lat 
później  50%  żyło  już  na  Północy.  Lata  sześćdziesiąte  jeszcze  bardziej 
przechyliły szalę. 
 
   I rzecz nie tylko w tym, że Murzyni opuszczali Południe, lecz również w tym, 
iż  przenosili  się  do  miast.  W  1910  r.  trzy  czwarte  ludności  murzyńskiej 
mieszkało na wsi, podczas gdy w 1960 r. trzy czwarte - w miastach. Wówczas to 
po raz pierwszy w historii Ameryki w miastach mieszkało więcej Murzynów niż 
białych. 
 
Jednocześnie następowała koncentracja czarnej ludności w kilku 
 
wielkich  metropoliach.  W  1960  r.  w  Nowym  Jorku  mieszkało  ponad  milion 
Murzynów, w Chicago - 890 tys., w Filadelfii - 670 tys., w Detroit - 560 tys., w 
Los  Angeles  -  ponad  335  tys.  Natomiast  na  Południu,  odwrotnie:  w  Houston 
zaledwie 215 tys., a w Atlancie - 186 tys. 
 
   Koncentracji  tej  towarzyszyło  zjawisko  przenoszenia  się  -  czasem  ucieczki  - 
białych  z  miast  do  suburbiów,  W  rezultacie  Murzyni  zaczęli  liczebnie 
dominować  w  znacznej  części  śródniieść  wielkich  miast.  Znamiennym 
przykładem  tego  procesu  może  być  stolica  kraju,  Waszyngton,  gdzie  stanowili 
oni w połowie lat sześćdziesiątych ponad 55% mieszkańców. 
 
   Ta  gęstość  zaludnienia  i  jej  społeczna  waga  były  dla  czarnej  społeczności 
dającą  się  skutecznie  wykorzystać  dźwignią  polityczną.  Jest  to  jedna  z 
głębszych przyczyn, dla których Murzyni mogli się teraz bardziej skutecznie niż 
wcześniej domagać zmiany układu władzy. 
 
   Te  demograficzne  i  polityczne  przeobrażenia  pozwalają  zrozumieć,  w  jaki 
sposób  społeczność  murzyńska  zdołała  uzyskać  poważne  znacze-
nie.,PQlityczne.  Nie  tłumaczy  natomiast  jeszcze  rozwoju  „rewolucji  na  rzecz 
praw  obywatelskich",  pojawienia  się  murzyńskiego  nacjonalizmu  czy  też 
postawy murzyńskich bojowników. 
 
   Punktem zwrotnym  w rewolucji  na rzecz praw obywatelskich był  oczywiście 
wyrok Sądu Najwyższego z mają t?54 r., znoszący zasadę segregacji rasowej w 
szkołach  publicznych-  Wydając  go  Sąd  podkreślił  symboliczne  znaczenie 
pojęcia /równości) jako zwierzchniej wartości _vfocenie przemian społecznych. 

background image

Stwierdzał, iż Murzyni powinni mieć równy i pełny dostęp do służb publicznych 
w  kraju.  Ale  decyzja  ta  miała  dwie  istotne  konsekwencje  socjologiczne.  Po 
pierwsze tę, iż najwyższa I instancja sądownicza kraju zalegitymizowała żądanie 
Murzynów;  po  '  drugie,  że  przejęli  oni  w  swe  ręce  inicjatywę  przemian 
moralnych. Onus probandi nie spadał już na nich, lecz na białych. 
 
   Sąd  Najwyższy  potwierdził  tym  samym  fakt  wyrządzenia  historycznych 
krzywd  Murzynom.  (Zwłaszcza  w  wyroku  Sądu  Najwyższego  z  1883  r., 
stwierdzającym  nielegalność  decyzji  podjętej  przez  Kongres  po  wojnie 
domowej,  przyznającej  Murzynom  pełnię  praw  obywatelskich.  Utorowało  to 
drogę  przepisom  segregacyjnym  uchwalanym  w  południowych  stanach.)  Ten 
wyrok  Sądu  Najwyższego  utrudniał  każdemu  odrzucanie  żądań  Murzynów, 
nawet wówczas, gdy zgodnie z uprzednio przyjętymi standardami wydawały się 
one  „ekstremalne"  (na  przykład  żądanie  pierwszeństwa  w  przyjmowaniu  do 
szkół  oraz  w  zatrudnianiu).  Kiedy  jkraj  publicznie  uznaje  swą  winę  moralną, 
trudno odmawiać tym, którzy zostali pokrzywdzeni.  Kiedy zaś kraj uznaje  swą 
moralną winę, ale naprawia ją powoli, nagromadzony ładunek wybuchowy staje 
się tym łatwiej zapalny. 
 
   Problemem  jest  oczywiście  pytanie,  co  to  znaczy  „powoli".  Kiedy 
oczekiwania  zmiany  gwałtownie  narastają,  ciśnienie  nadziei  nieuchronnie 
przekracza  realne  możliwości.  Podobnie  nieuchronna  staje  się  niezgodność 
między  faktycznie  dokonującymi  się  przeobrażeniami  a  ich  subiektywnym 
ocenianiem  przez  zainteresowanych.  Wielu  Murzynów  twierdziło  na  przykład, 
że  warunki  ich  życia  uległy  pogorszeniu.  Znaczyło  to  wszakże  tyle,  że  ich 
nadzieje  nie  zostały  spełnione.  Konserwatysta  ocenia  dokonujące  się  zmiany, 
odnosząc  je  do  tego,  co  było  kiedyś;  rewolucjonista  -  do  swych  wyobrażeń  o 
przyszłości. 
 
   Jak  wskazują  dane,  zanotowano  wiele  osiągnięć.  Najwięcej  zyskała 
murzyńska  warstwa  średnia.  W  1960r.  średnie-wykształcenie  miało  36% 
Murzynów  i 63% białych w wieku ponad 25 lat; w 1966  r. natomiast liczby te 
wynosiły odpowiednio 53% i 73%. W 1960 r. wyższe wykształcenie miało 3,9% 
Murzynów  i  15,7%  białych;  w  1966  r.  -  7,4%  Murzynów  i  17,9%  białych. 
Oznaczało to, że liczba Murzynów wśród absolwentów wzrosła w tym czasie o 
90%,  Czynniki,  o  których  była  wyżej  mowa,  przyczyniły  się  do  zmiany 
demograficznego  i  politycznego  znaczenia  populacji  murzyńskiej  oraz  do 
legitymizacji  jej  żądań.  Trzeba  przy  tym  oczywiście  uwzględnić  jeszcze  tak 
istotny dla każdego  ruchu społecznego czynnik, jak jego przywództwo. Uległo 
ono  odmłodzeniu,  było  bojowe  i  agresywne.  Mamy  do  czynienia  z 
interesującym psychologicznym paradoksem: pokolenie, które bezpośrednio nie 
doświadczyło  upokorzeń,  jakich  zaznali  rodzice  i  które  często (zwłaszcza,  gdy 
chodzi  o  intelektualistów)  cieszyło  się  szczególnymi  względami,  okazało  się 

background image

bardziej stanowcze  i  radykalne. Działo się tak z kilku wzajemnie powiązanych 
przyczyn.  Rodzice,  którzy  mieli  do  czynienia  z  mniej  sprzyjającymi 
okolicznościami, musieli być bardziej konformistyczni, by cokolwiek uzyskać i 
często  przyjmowali  bardziej  stoicką  postawę;  młodzi  mogli  być  natomiast 
bardziej radykalni, ponieważ groziły za.to mniejsze „kary*', a odreagowywanie 
gniewu  przynosiło  korzyści.  Kiedy  społeczeństwo  globalne  ma  w  zasadzie 
aprobujący  stosunek  do  zmian,  jednostkom  łatwiej  przychodzi  wzajemne 
licytowanie  się  w  okazywaniu radykalnej,  „lewicowej"  postawy.  Co  być  może 
ważniejsze, kiedy usiłuje się osiągnąć wewnętrzną spójność grupy, podkreślanie 
swej  przynależności  narodowej,  wspólnej  przeszłości  i  dodatnich  cech 
murzyńskiego  życia  staje  się  niezbędnym  środkiem  uzyskania  psychicznej 
niezależności. 
 
   A  jednak  główny  nacisk  Murzynów  na  amerykańskie  plany  gospodarcze  i 
polityczne  nie  zmierzał  do  obalenia  społeczeństwa,  lecz  raczej  do  zmiany 
równowagi klasowej. Było to dążenie do integracji, napędzane przez kulturową i 
psychologiczną  postawę  kładącą  nacisk  na  retorykę  rewolucyjną.  W  latach 
siedemdziesiątych retoryka ta ucichła, ale dziesięć lat wcześniej bynajmniej nie 
było jasne, że tak się stanie. 
 
 
 
Kryzys wiarygodności 
 
   W latach sześćdziesiątych poczucie dezorientacji było powszechne w Stanach 
Zjednoczonych.  Szybkie  zmiany  są  zawsze  niepokojące  dla  szerokich  mas,  a 
wszyscy  wówczas  mieli  świadomość,  iż  w  życiu  społecznym  i  w  technice 
zachodzą  głębokie  przeobrażenia.  Aby przekonać się, czy  było  to przemijające 
odczucie  lepiej  badać  nie  obszary  niepokojów  ujawniające  nieuchronnie 
alienację, lecz tradycyjne obszary życia. One bowiem  - a zwłaszcza religia  - są 
podstawą  stabilności  każdej  kultury.  Jakkolwiek  interpretacja  wyników 
wszelkich badań ankietowych jest zawsze zawodna, to mogą one wskazywać na 
zmiany postaw pod warunkiem, że to samo pytanie zadawane jest co jakiś czas. 
W  latach  1957  -1968  Instytut  Gallupa  kilkakrotnie  zadawał  pytanie:  „Jak 
sądzisz, czy w obecnych czasach znaczenie religii w życiu Amerykanów rośnie 
czy maleje?" Wyniki pokazuje tabela. 
 
   Uderzające,  że  ta  zmiana  opinii  dokonuje  się  w  czasach  administracji 
Kennedy'ego  i  Johnsona,  w  czasach  „New  Frontier"  [nowej  granicy]  i  „Great 
Society"  [Wielkiego  Społeczeństwa].  Szczególną  cechą  hasła  „nowej  granicy" 
była  jego  obietnica  pobrzmiewająca  w  wibrującym  ..  .  głosie  Kennedy'ego 
podczas  jego  przemówienia  inauguracyjnego  oraz  żarliwość,  jaka 

background image

charakteryzowała pojawienie się „nowego" pokolenia polityków. 
 
   Jak  ująć  zmiany  nastrojów  w  tym  dziesięcioleciu?  Możemy  tu  jedynie 
schematycznie wskazać cztery czynniki: 
 
  Wielość  problemów  społecznych.  Znakomite  wyniki  amerykańskiego 
przemysłu  (oraz  psychiczna  ulga  spowodowana  tym,  iż  -  wbrew 
przepowiedniom wielu ekonomistów - po wojnie nie nastąpił kryzys) wydawały 
się wskazywać, że wzrost gospodarczy  rozwiąże z czasem wszystkie problemy 
społeczne.  Wprowadzone  przez  J.  K.  Galbraitha  określenie  „społeczeństwo 
dobrobytu" zdawało się potwierdzać tę możliwość. 
 
   Przez  długi  czas  nie  doceniano  wszakże  drugiego  aspektu  tezy  Galbraitha, 
powiadającej, iż w miarę jak rośnie konsumpcja osobista, rośnie również obszar 
nędzy.  A  właśnie  to  poczucie  w  znacznym  stopniu  odpowiedzialne  jest  za 
konsternację. 

Administracja 

Kennedy'ego 

bardziej 

od 

poprzedniej, 

republikańskiej,  skłonna  była  interesować  się  sprawami  wewnętrznymi  kraju. 
Chciała  na  tym  zbić  kapitał  zaufania.  Ale  właśnie  ten  jej  wysiłek  kierował 
uwagę  społeczną  na  zagadnienia  dotąd  ignorowane:  obszary  nędzy, 
budownictwo  mieszkaniowe,  oświatę,  opiekę  zdrowotną,  zanieczyszczenie 
środowiska  itp.  Kwestią  sporną  jest,  czy  zagadnienia  te  mogą  być  w  ogóle 
rozwiązane. Bez wątpienia nagłe uświadomienie sobie przez społeczeństwo tych 
licznych problemów sprzyjało narastaniu poczucia zaniepokojenia. 
 
   2.  Zamieszki  murzyńskie  i  przestępczość.  Od  1963  do  1967  r.  Stany 
Zjednoczone pięciokrotnie przeżyły „gorące lato". Co roku latem wzmagały się 
niepokoje  -  zaczynały  się  na  Południu  i  szybko  przenosiły  się  na  Północ;  z 
dymem  szły  całe  dzielnice  w  Watts,  Detroit,  Newark  i  Waszyngtonie. 
Sprawozdanie  Komisji  Kernera  wykazywało,  że  żadne  z  tych  zamieszek  nie 
były  organizowane.  Za  każdym  razem  jakieś  drobne  wydarzenie,  zazwyczaj 
rzeczywiste  lub  domniemane  brutalne  postępowanie  policji,  powodowało 
najdziksze  plotki  i  następował  wybuch.  Jak  w  każdym  ruchu  społecznym, 
początek  pierwszej  fazie  dawało  jakieś  epizodyczne,  gwałtowne  zachowanie. 
Fazą  kolejną  była  próba  zorganizowania  bardziej  zdyscyplinowanej  akcji.  We 
wspólnotach murzyńskich zderzały się ze sobą liczne, przeciwstawne tendencje. 
Murzyński  nacjonalizm  parł  do  tworzenia  odrębnych  instytucji  murzyńskich,  a 
jego  zwolennicy  gwałtownie  domagali  się  niezbędnych,  do  tego  środków.  Był 
też  ruch  Czarnych  Panter  praktykujący  terroryzm,  gotów  sprzymierzać  się  z 
radykalnymi  ruchami  białych  [W1970  r.  ruch  Czarnych  Panter  uległ  rozbiciu. 
Jedna  jego  frakcja,  kierowana  przez  Eldridge'a  Cleavera,  propagowała  taktykę 
powstańczą, a sam Cleaver uciekł do Algierii, by organizować takie działania z 
zagranicy.  Druga,  kierowana  przez  Newtona  i  Seale'a,  opowiadała  się  za 
działaniem  politycznym  w  ramach  systemu  i  za  zbudowaniem  instytucji 

background image

wewnątrz  czarnej  społeczności.  Każdy  ruch  ekstremistyczny  w  kluczowych 
punktach  zwrotnych  staje  przed  takimi  wyborami.  Trajektoria  radykalizmu 
zmusza  ruch  do  coraz  bardziej  ekstremalnych  działań  w  celu  utrzymania 
zaangażowania  i  spójności.  Jeżeli  jednak  sytuacja  „nie  dojrzała"  do  działań 
rewolucyjnych,  to  wówczas  ruch  zagrożony  jest  dezintegracją  w  sytuacji,  gdy 
nie wykona zwrotu i nie rozpocznie działań wewnątrz systemu.]. 
 
   Wzrost  bojowości  ruchów  murzyńskich  powodował  z  kolei  tendencje  do 
„odwetu"  wśród  białych:  znajdowały  one  wyraz  przede  wszystkim  w  ruchu 
kierowanym  przez  George'a  Wallace'a.  Na  Północy  poparcia  udzielali  mu 
głównie robotnicy oraz grupy etniczne, w których ci przeważali. Ze względu na 
swój  status  -  najbardziej  zbliżony  do  murzyńskiego  -  czuli  się  oni  najbardziej 
zagrożeni. Robotnicy ci, gdy ich sytuacja materialna uległa poprawię, kupowali 
domy w pobliżu czarnych dzielnic i teraz obawiali się, że wskutek murzyńskich 
zamieszek mogą utracić to, co udało im się uzyskać. 
 
   Wiele z tych obaw znajdowało wyraz w haśle: „prawo i porządek", i głównie 
koncentrowało  się  na  przestępczości.  W  jakim  stopniu  przestępczość 
rzeczywiście rosła, trudno jest powiedzieć. Dane FBI oraz statystyki są pod tym 
względem  niemiarodajne.  Aczkolwiek  nie  dysponujemy  w  tej  kwestii 
wiarygodnymi  liczbami,  nie  ulega  wątpliwości,  że  nieproporcjonalnie  duża 
liczba  przestępstw  była  dziełem  Murzynów,  Nie  powinno  to  nikogo  dziwić. 
Przestępczość jest formą nie zorganizowanej „walki klasowej" i zawsze kwitnie 
przede  wszystkim  wśród  najniższych  warstw  społecznych.  To,  co  kiedyś 
charakteryzowało  Irlandczyków  i  Włochów,  teraz  dotyczyło-  Murzynów.  Ale 
przestępczość  Murzynów  jest  bardziej  „widoczna",  rzucająca  się  w  oczy,  ze 
względu na ich skupienie w miastach. 
 
   3. 

Alienacja 

młodzieży.  W  każdym  rozwiniętym  społeczeństwie 

przemysłowym istnieje wiele przyczyn alienacji młodzieży. Wspólnym źródłem 
jest,  jak  sądzę,  narzucanie  młodzieży  w  coraz  młodszym  wieku 
„organizacyjnego  jarzma".  W  uproszczeniu  można  powiedzieć,  że  niepokoje 
studenckie  stanowiły  początek  „walk  klasowych"  w  społeczeństwie 
postindustrialnym,  podobnie  jak  niszczenie  maszyn  w  latach  1815-1840 
zapowiadało  konflikty  klasowe  między  robotnikami  i  pracodawcami  w 
społeczeństwie przemysłowym. 
 
   Istniały  jednak  oprócz  tego  pewne  przyczyny  szczególne.  I  tak  w  ciągu 
jednego  dziesięciolecia  gwałtownie,  o  niemal  50%,  wzrosła  liczebność 
młodocianych  roczników,  co  znacznie  wzmogło  współzawodnictwo  wśród 
młodych4.  Spadł  prestiż  wyższego  wykształcenia.  W  poprzednim  pokoleniu 
studiowanie  w  college'u  było  jeszcze  oznaką  statusu  społecznego.  Ale  teraz  w 
elitarnych  szkołach  ponad  85%  absolwentów  podejmowało  dalszą  naukę,  więc 

background image

college  stał  się  po  prostu  etapem  w  drodze  do  kariery.  W  wielkich  stanowych 
uniwersytetach  „wybrany",  jak  powiadał  Martin  Meyerson,  stawał  się  tylko 
„wyborcą".  W  wyniku  tego  wszystkiego  rosła  presja,  jakiej  poddawana  była 
młodzież.  W  szkole  średniej  uczeń  zadawał  sobie  pytanie,  „czy  dostanę  się  do 
college'u?",  w  college'u  -  „czy  dostanę  się  na  studia  doktoranckie  [graduate 
School]”  [W okresie  1940-1950  liczba  młodocianych w wieku od 14 do 24  lat 
nie  rosła  i  utrzymywała  się  na  poziomie  około  27  min.  Podobnie  było  w 
następnej  dekadzie.  Ale  w  latach  sześćdziesiątych,  ze  względu  na  powojenny 
wzrost przyrostu naturalnego, liczba ta wzrosła do 40 min.]. 
 
   Poprzednio  ukończenie  college'u  zapewniało  miejsce  w  społeczeństwie.  Ale 
wraz  z  nowoczesną  rewolucją  techniczną  przestało  być  wystarczającym 
warunkiem  uzyskania  wysokiej  pozycji  społecznej.  Awans  społeczny  wymaga 
stałego  procesu  podnoszenia  kwalifikacji,  zapewniających  znajomość 
najnowszej  techniki  i  rozwijającej  się  wiedzy  teoretycznej.  Krótko  mówiąc, 
alienacja  młodzieży  była  w  znacznej  mierze  reakcją  na  rewolucję  społeczną 
decydującą o jej statusie. 
 
   4. Wojna w Wietnamie. Jeśli można wskazać jakieś jedno wydarzenie, będące 
katalizatorem napięcia społecznego w Stanach Zjednoczonych, a być może i na 
całym świecie, to była nim wojna wietnamska. W historii Ameryki była czymś 
bezprecedensowym.  Znaczna  część,  jeśli  nie  większość,  obywateli  postrzegała 
ją  jako  coś  moralnie  dwuznacznego  czy  nawet  wątpliwego.  Przebieg  wojny 
zrodził  zaś  problem  wiarygodności,  a  tym  samym  i  legitymizacji  urzędu 
prezydenckiego. 
 
   W  większości  krajów  istnieje  różnica  między  państwem  i  administracją. 
Można  być  w  opozycji  do  rządu,  ale  nie  poddawać  przy  tym  w  wątpliwość 
wierności  państwu.  W  Stanach  Zjednoczonych  rozróżnienie  to  było  zawsze 
zbędne,  ponieważ  rząd  odzwierciedlał  szeroki  konsens.  Podczas  wojny 
wietnamskiej w przypadku wielu osób opozycja wooec rządu wiodła jednak do 
opozycji wobec państwa. 
 
   Zaczęło  się  to  od  kwestii  wiarygodności.  Problem  pojawił  się  najpierw 
wskutek  oficjalnego  optymizmu  administracji  Johnsona  (zwłaszcza  w  latach 
1964-1965),  podczas  gdy  wydarzenia  coraz  bardziej  zadawały  mu  kłam. 
Decyzje  zwiększenia  liczebności  wojsk  (aż  do  pół  miliona  żołnierzy), 
bombardowania  Wietnamu  Północnego  i  odrzucania  negocjacji  uzasadniano 
tym,  iż  tylko  krok  dzieli  Amerykę  od  zwycięstwa.  Przyczyniała  się  do  tego 
również osobowość prezydenta Johnsona - jego tajemniczość powodowała wiele 
rozczarowań.  Ucierpiała  także  wiarygodność  Rady  Doradców  Ekonomicznych, 
prezydent  nie  udostępnił  jej  bowiem  informacji  na  temat  wydatków  w 
Wietnamie  i  w  konsekwencji  jej  dane  i  szacunki  wprowadziły  w  błąd 

background image

biznesmenów. 
 
   Był to jednak tylko problem wiarygodności. Istniał również  moralny problem 
nieproporcjonalności  środków  do  celów.  Masowe  bombardowania,  defoliacja 
ogromnych obszarów, przesiedlenia ludności, znaczna liczba pfiar, wszystko to 
budziło  zasadnicze  wątpliwości  natury  moralnej,  na  które  administracja  w 
zasadzie nie reagowała. 
 
   Ostatnim  elementem  degringolade  polityki  Johnsona  była  oczywista  klęska 
strategii  wojskowej.  Bombardowania  były  wysoce  nieskuteczne.  Taktyka 
„szukaj  i  zniszcz"  znacznie  rozciągnęła  amerykańskie  linie  i  dała  szanse 
ofensywie  Tet,  którą  przeciwnik  rozpoczął  jednocześnie  w  stu  różnych 
punktach.  Dla  amerykańskiej  prawicy  ten  stan  rzeczy  był  nie  do  przyjęcia. 
Ustami  generała  Curtisa  Lemaya,  kandydata  na  wiceprezydenta  w  kampanii 
wyborczej Wallace'a, domagała się ona rozszerzenia bombardowań i zniszczenia 
Hajfongu;  twierdzono,  że  bardziej  zdecydowane  działania  doprowadzą 
ostatecznie do zwycięstwa. Administracja nie poszła jednak tą drogą. Eskalacja 
amerykańskich  działań  przyniosłaby  odpowiedź  ze  strony  Wietnamu 
Północnego  oraz  kolejne  radzieckie  dostawy  broni.  Ta  decyzja  administracji 
owocowała coraz większym rozczarowaniem z powodu słabości Ameryki. 
 
   Wojna  w  Wietnamie  była  najpoważniejszą  przyczyną  alienacji  młodzieży. 
Coraz  liczniejszy  pobór  budził  obawy  o  kariery  i  przyszłość.  Służbę  wojskową 
traktowano w najlepszym razie jako stracone lata, w gorszym zaś -jako moralne 
współuczestnictwo.  Studenci  pozbawieni  -jak  sądzili  -  wpływu  na  politykę' 
państwa*  zwrócili  swój  gniew  przeciwko  uniwersytetowi,  jako  symbolizującej 
je instytucji. 
 
   Wojna spowodowała wyobcowanie ze społeczeństwa znacznej części, 
 
jego przyszłej elity. Kwestia, czy wyobcowanie to da się przezwyciężyć, 
 
jest jednym z zasadniczych pytań dotyczących potęgi i woli politycznej 
 
Stanów Zjednoczonych w nadchodzących czasach. 
 
 
 
Rewolucje strukturalne 
 
   Każda  analiza  społeczeństwa  stoi  zawsze  wobec  ryzyka  zbytniego 
zaangażowania w to, co przemijające i spektakularne. Tego rodzaju zjawiska w 
pierwszym  rzędzie  przyciągają  uwagę  i  budzą  namiętności,  aktualnie  nas 

background image

bowiem absorbują. Niektóre z nich powodują konsekwencje w przyszłości, inne 
szybko wygasają. 
 
   Każda  taka  sensowna  analiza  musi  podejmować  próbę  wyodrębnienia 
głębszych, trwałych czynników, sił kształtujących społeczeństwo. Lokalizują się 
one  w  trzech  obszarach:  wartości  legitymizujących  społeczeństwo;  kultury 
będącej depozytorium symboli i wrażliwości; struktury społecznej, czyli zespołu 
instytucji,  decydujących  o  strukturze  zawodowej  oraz  o  alokacji  zasobów 
zaspokajających  potrzeby  społeczne.  Skupię  się  tu  na  głębszych  tendencjach 
warunkujących strukturę społeczną, przy czym z konieczności znów zmuszony 
będę ograniczyć się do ich schematycznego przedstawienia. 
 
   Cztery  z  nich  zasługują  na  szczególną  uwagę:  przemiany  demograficzne, 
powstanie  społeczeństwa  narodowego,  kształtowanie  się  wspólnot  lokalnych  i 
rozwój społeczeństwa postindustrialnego. Wszystkie te pfocesy dokonywały się 
niemal  jednocześnie.  To  właśnie  ich  synchroniczne  współwystępowanie 
wywołało tak wiele napięć społecznych. 
 
    
 
Przemiany demograficzne 
 
   Od  końca  II  wojny  światowej  do  lat  siedemdziesiątych  w  Stanach 
Zjednoczonych  zachodziły  trzy  istotne  procesy  demograficzne:  po  pierwsze, 
znaczny  przyrost  naturalny;  po  drugie,  gwałtowna  urbanizacja;  po  trzecie 
wreszcie  -  zmiana  (pod  względem  rasowym)  składu  ludności  w  centrach 
wielkich metropolii. 
 
   W latach pięćdziesiątych liczba mieszkańców Stanów Zjednoczo 
 
nych wzrosła o 28 min osób, czyli o tyle, o ile wzrosła w okresie 
 
siedemdziesięciu lat, od 1790 do 1860 r. Od końca II wojny do 1970 r. ludność 
Stanów Zjednoczonych wzrosła ze 140 do 200 min osób  - ponad 42% w ciągu 
ćwierćwiecza.  Urodziło  się  w  tym  czasie  90  min  dzieci,  a  przyrost  naturalny 
wynosił 60 min. 
 
   W pierwszej połowie XIX w. średni przyrost naturalny wynosił około 25%, po 
II  wojnie  natomiast  około  20%  na  dziesięciolecie.  Z  socjologicznego  punktu 
widzenia  pomiędzy  tymi dwoma  okresami  zachodziły  dwie  istotne  różnice.  Po 
pierwsze, nastąpiła zmiana skali. Przyrost z 5 do 7 min w latach 1800-1810 był 
największy procentowo w tym stuleciu. Ą jednak przyrost ze 150 do 180 min w 
latach 1950-1960, choć niższy procentowo, stanowił zjawisko bezprecedensowe 

background image

ze  względu  na  swą  skalę.  Druga  różnica    polega  na  zmianie  struktury 
instytucjonalnej^  Przyrost  w  poprzednich  okresach  powodował  jakby 
rozrastanie  się  społeczeństwa  „wszerz",  przenosząc  łańcuch  starych  zależności 
w  różnych  kierunkach  na  nowe  tereny.  Teraz  natomiast  dokonuje  się  jakby 
wzwyż -nadbudowuje się nad istniejącymi skupiskami, powodując powstawanie 
nowych zależności. 
 
   Temu  skoncentrowanemu  przyrostowi  ludności  towarzyszył  nię  notowany 
dotąd  fakt  -  rewolucja  w  dziedzinie  wydajności  produkcji  rolniczej.  W  okresie 
od 1900 do 1940 r. produkcja rolna rosła mniej więcej o 2% rocznie. Podczas II 
wojny  -  między  innymi  wskutek  rosnącego  zapotrzebowania,  ale  również  w 
rezultacie  wprowadzenia  nowych  nawozów  sztucznych  -  wzrost wynosił  6-8% 
rocznie. W rezultacie około 25 min ludzi porzuciło rolnictwo i przeniosło się ze 
wsi do miasta [Jedną z konsekwencji był spadek liczby dzierżawców ziemi (za 
połowę plonów), z 4 min do 500 tys. Ci ludzie również powędrowali do miast.]. 
 
   W  wyniku  tych  procesów  demograficznych  (plus  spadek  zatrudnienia  w 
górnictwie  węglowym)  zmalało  zaludnienie  środkowych  obszarów  kraju  od 
Południowej i Północnej Dakoty po zachodnie rejony Teksasu. 
 
Ludność  przenosiła  się  na  „obrzeża"  kraju.  W  latach  1960-1970  w  tysiącu 
hrabstw - spośród 3 tys., które liczą Stany - nastąpił spadek zaludnienia na rzecz 
wielkich metropolii miejskich na obu wybrzeżach oraz nad Wielkimi Jeziorami. 
 
   W  społeczeństwie  o  wysokiej  konsumpcji,  opartym  na  skomplikowanej 
infrastrukturze,  powstaje  nowe  zapotrzebowanie  na  usługi,  takie  jak  opieka 
zdrowotna, miejsca wypoczynku, szkoły, transport. W 1968 r. oceniano (w New 
York Regional Plan Association), iż na zaspokojenie tych potrzeb trzeba by było 
zainwestować 18 tys. dolarów na osobę. Po wojnie ponad 40% ludności było w 
wieku  poniżej  20  lat.  Wzrost  liczebności  tych  roczników  oraz  migracje 
spowodowane  przez  rewolucję  agrotechniczną  dają  nam  pewne  wyobrażenie  o 
ogromnych  kosztach, społecznych  i  finansowych, jakie trzeba by było ponieść, 
aby  sprostać  zmianom  demograficznym  w  pierwszym  powojennym 
ćwierćwieczu. 
 
   „Eksplozji"  demograficznej  towarzyszyła,  jeśli  można  tak  powiedzieć, 
demograficzna  „implozja"  -  wchłonięcie  ogromnej  liczby  ludzi  przez  wielkie 
miasta. W 1970 r. około 70% ludności mieszkało w miastach. ([Przewiduje się, 
iż  w  1980  r.  mieszkać  tam  będzie  75%,  a  liczba  miast  powyżej  100  tys. 
mieszkańców wzrośnie ze 100 w 1960 r. do 165, natomiast liczba samochodów 
z  59  min  w  1960  r.  do  120  min.)  W  centrach  miast  nastąpiły  równie  ważne 
przesunięcia.  W  latach  1960-1966  nastąpiło  ograniczenie  (o  0,3%)  w  liczbach 
bezwzględnych  populacji  białych  mieszkańców,  natomiast  liczba  białych 

background image

mieszkańców  suburbii  wzrosła  o  21,3%.  W  tym  samym  okresie  ludność 
kolorowa w centrach miast wzrosła o 23,9% a w suburbiach - o 10,1%. 
 
   Mimo  iż  tempo  przyrostu  naturalnego  w  Stanach  Zjednoczonych  po  1956  r. 
zaczęło  spadać,  jednak  ludności  nadal  przybywało.  Malała  liczba  kobiet 
niezamężnych: jeśli w 1950 r. było ich 15%, to dwadzieścia lat później już tylko 
7%.  Jednocześnie  wzrosła  imigracja,  zwłaszcza  po  nowelizacji  ustawy 
imigracyjnej w 1965 r., dopuszczającej 400 tys. imigrantów rocznie. Wreszcie w 
wyniku  powojennego  wyżu  liczniejsze  stały  się  młode  roczniki.  Tak  więc 
pomimo  spadku  tempa  przyrostu,  ludność  Stanów  Zjednoczonych  w  2000  r. 
osiągnąć może 280 min osób. 
 
 
 
Społeczeństwo narodowe 
 
   W  powojennym  ćwierćwieczu  w  Stanach  Zjednoczonych  po  raz  pierwszy 
ukształtowało  się  społeczeństwo  ogólnonarodowe.  Od  dawna  było  już  ono 
„narodem"  w  tym  sensie,  że  istniała  narodowa  symbolika  oraz  poczucie 
narodowej  przynależności.  Jednakże  ze  względu  na  rewolucję  w  dziedzinie 
komunikacji  i  transportu  dopiero  w  tym  okresie  powstało  społeczeństwo 
narodowe.  Rozumiem  przez  tó,  że  zmiany  w  jednej  części  społeczeństwa 
natychmiast wywołują reperkusje -we wszystkich pozostałych. 
 
   Aby  zrozumieć  na  czym  polega  to  przekształcenie,  porównajmy  je  z 
wcześniejszymi  zmianami  w  gospodarce.  W  latach  1910-1930  w  Stanach 
Zjednoczonych ukształtowała się wydajna gospodarka narodowa. Istniało jednak 
niewiele  skutecznych  mechanizmów  sterowania  tak  wielką  gospodarką.  Z 
perspektywy historycznej można powiedzieć, że „nowy ład" Roosevelta polegał 
w  istocie  na  stworzeniu  instytucji  zdolnych  do  łączenia  gospodarki  w  całość  i 
kierowania nią. F. D. Roosevelt po prostu powiązał układ gospodarczy z nowym 
układem  politycznym.  Rynek  finansowy  regulowany  był  przez  Securities  and 
Exchange  Commission;  działalność  związków  i  stosunki  pracy  przez  National 
Labor  Relations  Board;  ucieczka  kapitału  -  przez  kurs  wymiany  i  porzucenie 
parytetu  złota;  utrzymanie  zatrudnienia  -  przez  politykę  podatkową  i 
finansowanie deficytu rządowego. 
 
   Powstanie  społeczeństwa  narodowego  po  II  wojnie  zrodziło  problemy 
społeczne,  do  rozwiązywania  których  brak  było  odpowiednich  mechanizmów 
instytucjonalnych  na  skalę  ogólnokrajową.  Jeden  z  problemów  trapiących  kraj 
polegał-na  tym,  że  administracjom  Kennedy'ego,  Johnsona  i  Nixona  nie  udało 
się stworzyć takich mechanizmów, zwłaszcza w dziedzinach, od których zależy 
jakość  życia,  to  jest  w  opiece  zdrowotnej,  oświacie,  opiece  społecznej, 

background image

wypoczynku i wykorzystaniu gruntówv 
 
   Konsekwencją  powstania  społeczeństwa  narodowego  są  trzy  wielkie 
problemy. 
 
   Po  pierwsze,  zagadnienia  społeczne  nabrały  wymiaru  ogólnokrajowego. 
Łatwość  przenoszenia  się  z  miejsca  na  miejsce  oraz  różnorodność  warunków 
prowadzi  do  szczególnych  problemów  w  niektórych  rejonach.  Przykładem  jest 
liczba osób korzystających z opieki społecznej w Nowym Jorku. W 1959 r. 240 
tys.  osób  otrzymywało  od  niej  325  min  dolarów.  W  1968  r.  opieką  społeczną 
było  objętych  milion  mieszkańców,  a  wydatki  sięgały  1,7  mld.  Wobec  braku 
rozwiązań  ogólnokrajowych  Nowy  Jork  ponosić  musi  koszta  za  znaczną  część 
kraju. 
 
   Po  drugie,  nieadekwatna  stała  się  obecna  struktura  administracyjna.  Stany 
Zjednoczone  składają  się  z  50  stanów,  które  -  na  mocy  konstytucji  - 
odpowiedzialne są za oświatę, opiekę zdrowotną  i opiekę społeczną dla swych 
obywateli.  Ale  jaki  jest  sens  utrzymywania  w  społeczeństwie  narodowym  tak 
małych  jednostek,  jak  Rhode  Island,  Delaware,  New  Jersey  i  Maryland,  w 
których niska jest podstawa opodatkowania, ludzie pracują zazwyczaj w innych 
stanach,  a  koszt  administracji  jest  wysoki?  Jednocześnie  w  Stanach  istnieje  80 
tys.  zarządów  miast,  każdy  ma  suwerenne  kompetencje  i  nakłada  własne 
miejscowe  podatki.  Nie  jest to  decentralizacja,  lecz  dezorganizacja  życia.  Fakt 
to zgoła  niezwykły, że  USA, kraj o  najnowocześniejszej gospodarce świata, to 
państwo  o  przestarzałej,  tudorowskiej  strukturze,  ociężałe,  w  którym  krzyżują 
się  jurysdykcje  miast,  hrabstw,  stanów,  a  ponadto  jeszcze  rejonów  opieki 
zdrowotnej,  parków  narodowych,  dystryktów  wodnych,  kanalizacyjnych  itp. 
Brak  odpowiedniej  struktury  administracyjnej  stanowi  dodatkowy  czynnik 
utrudniający miastom i rejonom skuteczne planowanie. 
 
   Po  trzecie,  wzmogła  się  polityka  nacisków.  Nastąpiło  skrócenie  odległości  w 
przestrzeni.  W  rezultacie  Waszyngton  stał  się  główną  areną  wszelkich 
politycznych sporów i organizowania nacisków. 
 
   Gdyby  porównać  historię  Stanów  Zjednoczonych  i  krajów  europejskich, 
okazałoby  się  zapewne,  że  w  Stanach  więcej  było  gwałtownych  konfliktów  w 
sferze  stosunków  pracy  niż  w  jakimkolwiek  kraju  na  starym  kontynencie. 
Statystyki w tej kwestii nie istnieją, ale jeśli wziąć pod uwagę takie wskaźniki, 
jak  liczba zabitych,  liczba  interwencji sił  porządkowych, strajków  i straconych 
osobodni  pracy,  to  okazałoby  się,  jak  sądzę,  że  w  Stanach  więcej  było 
gwałtownych rozruchów niż w Europie, choć miały one mniejsze ideologiczne i 
polityczne  konsekwencje.  Jedną  z  przyczyn  tego  jest  fakt,  że  wydarzenia 
rozgrywały  się  na  peryferiach  społeczeństwa,  a  nie  w  jego  centrum,  i  minąć 

background image

musiało  sporo  czasu,  by  wywołały  jakiś  skutek.  Obecnie  wprawdzie  sprawy 
zatrudnienia  zostały  zinstytucjonalizowane,  pozostają  jednak  inne  problemy.  A 
możliwości  wywierania  zorganizowanej  presji  i  uprawiania  „polityki 
mobilizowania"  społeczeństwa  są  znaczne.  Porównajmy:  w  1894  r.,  podczas 
głębokiej depresji  gospodarczej  grupa  bezrobotnych,  tak  zwana  armia  Coxeya, 
rozpoczęła w Massillon w stanie Ohio marsz na Waszyngton. Wyruszyło 10 tys. 
ludzi,  ale  kiedy  kilka  tygodni  później  dotarli  do  Waszyngtonu,  została  ich 
garstka. W 1963 r. natomiast Martin Luther King i A. Philip Randolph wezwali 
do marszu na Waszyngton. Po tygodniu do stolicy zjechało 250 tys. osób. 
 
   Zważywszy, że - z przyczyn, o których mowa będzie niżej - liczba konfliktów 
politycznych rośnie, łatwość, z jaką każda grupa wywierać może presję mającą 
zapewnić spełnienie jej żądań, staje się kolejnym źródłem strukturalnych napięć. 
Ze  względu  na  notoryczne  w  amerykańskim  systemie  wybuchy  przemocy, 
powstanie społeczeństwa narodowego powoduje kolejne, nowe zagrożenia. 
 
 
 
Wspólnoty lokalne 
 
   Powstanie  wspólnot  lokalnych  jest  wynikiem  rosnącej  liczby  nieryn-kowych 
decyzji dotyczących sfery publicznej oraz coraz -częstszego formułowania praw 
w kategoriach grupowych (a nie indywidualnych). Obydwa te czynniki są czymś 
zasadniczo nowym w Ameryce i obydwa rodzą npwe problemy społeczne. Przez 
podejmowanie  decyzji  nierynkowych  dotyczących  sfery  publicznej  rozumiem 
rozstrzyganie  problemów  przez  władze  publiczne,  a  nie  przez  mechanizmy 
rynkowe.  Budowanie  dróg,  planowanie  miast,  organizacja  ochrony  zdrowia, 
finansowanie  oświaty,  walka  z  zanieczyszczeniem  środowiska,  budownictwo 
mieszkaniowe  -  wszystko  to  staje  się  przedmiotem  publicznej  troski.  Nikt  nie 
może  kupić  sobie  należnej  mu  porcji  „świeżego  powietrza";  aby  zwalczać 
zanieczyszczenia odwoływać się trzeba do działania instytucji komunalnych. 
 
   Zaletą  rynku  jest  rozmycie  odpowiedzialności.  Kiedy  „decyzja"  zapada  w 
wyniku  zachowań  tysięcy  czy  milionów  konsumentów,  działających 
indywidualnie  na  rynku,  nie  ma  nikogo,  kogo  można  by  uczynić 
odpowiedzialnym za nią. Jeśli na jakiś produkt nie  ma popytu, jeśli zmienia się 
gust  i  w  wyniku  takich  fluktuacji  rynku  upadają  firmy  czy  nawet  całe  gałęzie 
przemysłu,  to  nikt  nie  może  ponosić  konsekwencji tego.  W  przypadku  decyzji 
nierynkowych  sprawa  przedstawia  się  zupełnie  inaczej.  Decyzje  są 
podejmowane  jawnie  i  wiadomo  kogo  można  o  nie  winić.  W  rezultacie 
podejmowanie  ich  „upolitycznia  się",  staje  się  przedmiotem  rozmaitych 
bezpośrednich nacisków ze strony decydentów politycznych. 
 

background image

   1  .Rzecz  polega  na  tym,  że  im  bardziej  konieczne  staje  się  podejmowanie 
decyzji  nierynkowych  -  jednostki  bowiem  nie  są  w  stanie  samodzielnie 
rozwiązać  swych  problemów  -  tym  bardziej  te  nowe  mechanizmy  mnożą 
potencjalne  konflikty  między  grupami  i  społecznościami.  Kiedy  na  państwo 
„spada"  coraz  więcej  problemów  politycznych,  kiedy  budownictwo 
mieszkaniowe, ochrona zdrowia, oświata i tym podobne Jcwestie upolityczniają 
się,  napięcia  mnożą  się.  W  raporcie  z  1967  r.,  opracowanym  przez  Komisję 
Roku  2000,  sformułowałem  na  tej  podstawie  prognozę,  "że  liczba  konfliktów 
grupowych będzie rosnąć w najbliższych latach: 
 
   Mówiąc o prawach grupowych mam na myśli żądania, które społeczność musi 
rozstrzygać  raczej  na  podstawie  reprezentacji  grup  niż  cech  jednostek. 
Amerykański  system  wartości  opierał  się  na  równości  szans  i  ńa  osiągnięciach 
indywidualnych.  W  przeszłości  uznano,  iż  rozmaite  grupy  funkcjonalne  (np. 
związki zawodowe) mają charakter zbiorowy. Grupy te są jednak dobrowolnymi 
stowarzyszeniami  i  człowiek  traci  ich  ochronę,  kiedy  zmienia  się  jego  status. 
Dzisiaj  problemy  powstają  w  wyniku  żądań  Murzynów,  którzy  domagają  się 
praw  „przynależnych"  im  ze  względu  na  kolor  skóry.  Faktem  paradoksalnym 
jest,  iż  -  zgodnie  z  argumentem  wysuwanym  w  1954  r.  przez  murzyńskich 
prawników  w  Sądzie  Najwyższym  -  określenie  „inny,  ale  równy"  jest 
dyskryminujące  i  że  Murzyni  mają  prawo  być  traktowani  jako  jednostki  (i 
uzyskać równouprawnienie na tej podstawie), nie zaś jako kategoria. Powolność 
integracji  i  podkreślanie  swej  przynależności  grupowej  zmieniły  jednak 
charakter  murzyńskich  żądań.  Zaczęto  żądać  nie  tyle  równych  szans,  ile 
jednakowych  osiągnięć.  To  zaś  uzyskać  można  tylko  w  drodze  szczególnych 
przywilejów,  preferencji  w  zatrudnianiu,  dodatkowego  nauczania  itp.  (Żądania 
grupowe  będą  niewątpliwie  narastać,  organizacja  życia  społecznego  coraz 
bardziej bowiem oparta jest na podziałach grupo-wycłi^Potrzeba wypracowania 
filozoficznego  sposobu  uzasadniania  tych  konfliktowych  żądań  oraz 
mechanizmów  politycznych,  służących  ich  rozstrzyganiu,  stanowi  kolejne 
źródło wzrostu napięć w nadchodzących latach. 
 
 
 
Społeczeństwo postindustrialne 
 
  W  społeczeństwie  postindustrialnym,  które,  jak  twierdzę,  dopiero  powstaje, 
zachodzą  fundamentalne zmiany systemu  stratyfikacji, zwłaszcza  gdy chodzi  o 
uwarunkowania pozycji klasowej i sposób jej osiągania. 
 
   W  mojej  poprzedniej  książce  badałem  pięć  rozmaitych  aspektów 
społeczeństwa  postindustrialnego  [Podkreślić  pragnę  fakt,  iż  społeczeństwo 
postindustrialne  nie  „zastępuje"  społeczeństwa  przemysłowego,  a  nawet 

background image

rolniczego.  Żywność  pozostaje  podstawą  każdego  społeczeństwa,  natomiast 
rozwój  przemysłu  oznacza  możliwość  zmniejszenia  liczby  zatrudnionych  w 
rolnictwie  i  wzrost  jego  wydajności  w  wyniku  wprowadzenia  nawozów 
sztucznych.  Społeczeństwo  postindustrialne  dodaje  nowy  wymiar;  zwłaszcza, 
gdy  idzie  o  zarządzanie  danymi  i  informacją  jako  niezbędnymi  usługami  w 
skomplikowanym  społeczeństwie.  Poniższa  tabelka  w  sposób  oczywiście 
schematyczny  (są  to  typy  idealne)  ukazuje  różnice  struktur  społecznych.].  Tu 
wspomnę tylko o dwu z nich. Pierwszym jest fundamentalne .znaczenie wiedzy 
teoretycznej jako źródła innowacji oraz analiz społecznych. 
 
   Uniwersytet,  gdzie  wiedza  "teoretyczna  jest  tworzona  i  kodyfikowana,  staje 
się coraz bardziej podstawową instytucją społeczną. Toteż ciążą na nim większe 
obowiązki  niż  kiedykolwiek  w  jego  dotychczasowej  długiej  historii.  Bronić 
musi  tradycji  zdobywania  wiedzy  bezinteresownej,  ale  już  nie  tylko  jako 
instytucja  oświatowa  i  usługowa  wobec  społeczeństwa,  lecz  również  jako 
pepiniera przyszłych doradców w sprawach politycznych. 
 
   Druga zmiana polega na przejściu od produkcji towarów, do 
 
wytwarzania informacji. W 1970 r. w Stanach Zjednoczonych około 
 
65%  siły  roboczej  zatrudnione  było  w  usługach.  Zasadnicze  znaczenie  mają 
jednak  usługi techniczne  i zawodowe oraz usługi służące pod  niesieniu jakości 
życia.  Ekspansja  tych  sektorów  decyduje  o  przekształ  ceniach  struktury 
zatrudnienia. 
 
   Społeczeństwo  postindustrialne  zaczyna  w  sposób  zasadniczy  przekształcać 
całą  współczesną  gospodarkę.  Nacisk  na  edukację  jako  drogę  dostępu  do 
umiejętności i władzy, rola decyzji technologicznych, konflikty między grupami 
profesjonalnymi  i  nowymi  elitami  (np.  „wiedzochłonna"  gra  między 
osobaminaukową  i  wojskową)  -  wszystko  to  zapowiada  nowe  problemy,  jakie 
czekają rozwinięte społeczeństwo zachodnie, a zwłaszcza Stany Zjednoczone. 
 
 
 
Przyszłość bliższa i dalsza  
 
   Problemy!  stojące  bezpośrednio  przed  społeczeństwem  pod  koniec  lat 
sześćdziesiątych  kwestia  murzyńska  oraz  alienacja  wrażliwej  młodzieży  - 
utraciły swą ostrość w latach siedemdziesiątych. 
 
   Dążenia  czarnych  były  i  są  nadal  skierowane  ku  włączeniu  ich  do 
społeczeństwa nawet jeśli wielu z nich chce, by włącznie to dokonywało się na 

background image

podyktowanych  przez  nich  warunkach  (oświata  dostosowana  do  potrzeb 
Murzynów itp.). Pozostaje wszakże problem niezbędnych na to środków. 
 
   Postawa  młodych  była  bardziej  zróżnicowana.  Nie  wyznawali  oni  żadnej 
określonej, spójnej ideologii wykraczającej - jak w wielu uniwersytetach - poza 
generalną  krytykę  dominujących  wartości  warstw  średnich,  wartości 
sprowadzających  się  -  mówiąc  w  kategoriach  burżuazyjnych  -  do  opóźnionej 
gratyfikacji, 

hamulców 

psychologicznych 

oraz 

racjonalistycznego, 

technokratycznego sposobu myślenia. Tylko nieliczni ulegli zupełnej alienacji i 
gotowi byli  nawet podjąć „miejską partyzantkę", by obalić  istniejący porządek. 
Młode  pokolenia  idą  dziś  jednak  utartą  drogą,  zaprzątnięte  troską  o,  pracę  i 
rodzinę, są nastawione bardziej liberalnie niż ich rodzice, ale nie są rewolucyjne. 
 
   Pozostają problemy płynące z przemian strukturalnych amerykańskiego życia. 
Obejmują  one  reorganizację  rządowych  struktur  administracyjnych, 
zapewnienie  ochrony  zdrowia,  oświaty,  opieki  społecznej  odpowiadającej 
społeczeństwu 

narodowemu, 

godzenie 

skonfliktowanych 

grup 

społecznościach  lokalnych,  prowadzenie  polityki  naukowo-technicznej,  która 
zapewniłaby lepsze warunki życia w społeczeństwie postindustrialnym. Bez ich 
rozwiązania  przyszłe  życie  polityczne  społeczeństwa  może  być  o  wiele 
trudniejsze. 
 
   Istnieją jednak ponadto cztery ogólniejsze problemy, z których społeczeństwo 
dopiero zaczyna zdawać sobie sprawę, a którym będzie musiało stawić czoło. 
 
   Demokracja a mocarstwowość. Po II wojnie światowej Stany Zjednoczone nie 
mogły  już  powrócić  do  swego  wcześniejszego  statusu  zaściankowego 
mocarstwa  zdominowanego  -  jak  w  latach  dwudziestych  i  wcześniej  -  przez 
małomiasteczkową  mentalność.  Coraz  wyraźniejszy  stawał  się  nowy  ogląd 
świata  z  perspektywy  metropolii,  a  amerykańską  politykę  kształtowała  coraz 
wyraźniej  mocarstwowa  roja  kraju.  Stany  Zjednoczone  stały  się  potęgą 
światową  nie  tyle  nawet  ze  względów  gospodarczych,  ile  dlatego,  że  jako 
państwo  najsilniejsze  były  wciągane  (i  same  wdawały  się)  we  wszystkie 
konflikty na całym świecie. W rezultacie wywierać zaczęły dominujący wpływ 
czy też nawet uzyskały hegemonię. 
 
   W czasach niepokojów warto czytać Tukidydesa i zastanowić się nad sytuacją 
Aten  po  wojnach  perskich.  Autor  rozważa  dylematy,  jakie  stają  przed 
demokracją,  która  rezygnuje  ze  swego  prowincjonalnego  statusu  i  staje  się 
mocarstwem  [U  Tukidydesa,  zwłaszcza  w  jego  opisie  wydarzeń  na  Korkirze, 
odnajdujemy  przestrogi  na  temat  tego,  co  dzieje  się  ze  społeczeńswem,  kiedy 
przemoc  spuszcza  z  uwięzi  namiętności.  „Kiedy  przy  ogólnym  zamieszaniu  w 
mieście zwycięstwo nad prawami odniosła natura ludzka, mająca zawsze pociąg 

background image

do ich zgwałcenia, okazało się, że chętnie puszcza cugle namiętności, że góruje 
nad sprawiedliwością i nie chce nikogo nad sobą. Ludzie nie stawialiby bowiem 
zemsty ponad słuszność i zysku ponad uczciwość, gdyby zawiść nie wywierała 
na  nich  tak  zgubnego  wpływu".].  Aczkolwiek  wszelkie  paralele  historyczne  są 
zawodne, problemy, przed  jakimi stanęły  Ateny, są  niezwykle pouczające, gdy 
chodzi  o  stosunki  Stanów  Zjednoczonych  z  ich  sojusznikami  i  z  blokiem 
radzieckim  (Sparta).  Rzeczywisty  problem  polega  wszakże  na  tym,  czy 
demokracja,  potencjalnie  rozdzierana  niezgodą  między  grupami  o  sprzecznych 
interesach, zdolna jest, zwłaszcza w przypadku porażki, zachować jedność, czy 
też odniósłszy zwycięstwo, zdolna jest utrzymać swą dominację jako przywódca 
i  obrońca  innych  państw,  nie  ulegając  przy  tym  pokusom  ryzykownych 
przedsięwzięć  na  wielką  skalę  (jak  to  przydarzyło  się  Kleonowi,  następcy 
Peryklesa, którego porównać można z Lyndonem Johnsonem). 
 
   Rola mocarstwa trudna jest do uniesienia dla każdego kraju, ponieważ oznacza 
angażowanie wielkich zasobów ludzkich i materialnych, co  - o ile nie przynosi 
profitu - wywołuje  groźne  napięcia  wewnętrzne. Coraz bardziej okazuje się, że 
mocarstwowość  nie  odpowiada  Stanom  Zjednoczonym  ze  względu  na  ich 
strukturę polityczną i narodowy styl. 
 
   Powstanie nowej elity politycznej. Elita, w najlepszym razie (jak w przypadku 
establishmentu)  jest-źródłem  autorytetu  moralnego  i  mądrości  politycznej,  W 
ciągu piętnastu lat po zakończeniu II wojny światowej w Stanach ukształtowała 
się  -  co  istotne  -  w  miarę  spójna  elita  polityczna,  nadająca  konsekwentny 
kierunek polityce zagranicznej. 
 
   Elitę  definiuje  się  czasem  na  podstawie  miejsca,  jakie  zajmuje  w  strukturze 
społecznej. Fakt, iż ktoś ma władzę polityczną, wojskową czy ekonomiczną lub 
stoi  na  czele  jakiejś  organizacji,  nie  decyduje  jednak  jeszcze  o  jego 
przynależności do elity w tym sensie, iż jego przywództwo jest uznawane. Elitę, 
jaka  ukształtowała  się  w  Stanach  Zjednoczonych,  określał  raczej  jej 
kosmopolityczny  i  otwarty  światopogląd  niż  miejsce  w  strukturze  społecznej. 
Tacy ludzie, jak generał Marshall, Henry Stimson, John McCloy, Robert Lovett, 
Dean  Acheson, Douglas Dillon  i  inni z „establishmentu polityki zagranicznej", 
wywodzili  się  głównie  z  nowojorskiej  finansjery,  ale  jako  elitę  wyróżniały  ich 
nie interesy, lecz osobowość i opinie. Ich poglądy - trzeba to podkreślić - miały 
znaczenie,  ponieważ  cieszyli  się  szacunkiem.  .Aby  waga  poglądów  mogła 
powściągać  politykę,  elita  nie  musi  odznaczać  się  wyważonym  sądem,  ale 
cieszyć się poważaniem. 
 
   Amerykańska  polityka  zagraniczna  po  II  wojnie  zorientowana  była  przede 
wszystkim  na  Europę,  tam  bowiem  najpilniejszym  zadaniem  była  odbudowa. 
Ale  realizowana  polityka,  zwłaszcza  plan  Marshalla,  wynikała  również  z 

background image

europejskich doświadczeń  i  interesów tych ludzi. Stany  Zjednoczone nigdy  nie 
miały  elity  do  tego  stopnia  znającej  problemy  Azji  i  fakt  ten  jest  jedną  z 
przyczyn niepowodzeń amerykańskiej polityki zagranicznej w tym obszarze. 
 
   W ostatnim dziesięcioleciu wpływy tej elity zaczęły słabnąć, a nie pojawiła się 
żadna  inna  porównywalna  z  nią,  która  zdolna  by  była  kształtować  politykę  i 
stanowić źródło opinii. Administracja Kennedyego przy całym swym rozmachu 
świadomie  usiłowała  ukonstytuować  się  jako  elita  i  uzyskała  wśród 
intelektualistów  oraz  młodzieży  jeśli  nie  moralny  autorytet,  to  na  pewno 
uznanie.  Wszystko  to  skończyło  się  jednak  wraz  z  wojną  w  Wietnamie 
[Należałoby raczej powiedzieć, że wojna w Wietnamie zdyskredytowała rodzącą 
się  w  latach  sześćdziesiątych  elitę.  Jeden  z  moich  harwardzkich  kolegów, 
niegdysiejszy  doradca  rządowy,  sformułował  to  elegancko  i  dobitnie: 
„Spapraliśmy  to.  Istniała  szansa  stworzenia  trwałego  establishmentu,  jak  w 
Wielkiej Brytanii, ale wszystko diabli wzięli".]. 
 
   Zgodnie  z  opinią  mądrego  Bagehota  istnienie  takiej  elity  jest  warunkiem 
niezbędnym  dla  ukształtowania  autorytetu  politycznego  w  społeczeństwie.  Bez 
niej  pojawia  się  groźba  autorytaryzmu.  Ze  względu  na  podziały  społeczne 
powstanie tego rodzaju elity jest obecnie wątpliwe. 
 
   Niepowodzenia  liberalizmu!  Liberalna  polityka  społeczna  była  w  znacznej 
mierze  sprzęgnięta  z  Keynesizmem  i  planowaniem  makroekonomicznym.  Tak 
jak ze względu na regulującą rolę agencji rządowych „nowy ład" Roosevelta stał 
się w znacznym stopniu przystanią dla młodych prawników (ich symbolicznymi 
ojcami  chrzestnymi  byli  Felix  Frankfurter  i  Harvard  Law  School),  tak  „nowa 
granica" i „wielkie społeczeństwo" Kennedy'ego torowało drogę ekonomistom i 
politologom. 
 
   Pod  kierownictwem  Waltera  Hellera,  Radę  Doradców  Ekonomicznych 
przekształcono  w  ciało  profesjonalne,  którego  doradztwo  w  kwestiach 
politycznych,  zwłaszcza  po  sukcesie  gospodarczym,  jaki  przyniosła  redukcja 
podatków w 1962 r., uzyskało znaczny wpływ na rządowe decyzje. Ekonomiści 
byli jednak nie tylko ekonomistami: stali się również menedżerami. „Rewolucja 
McNamary"  w  Pentagonie,  na  przykład,  była  głównie  dziełem  ekonomistów 
kierowanych przez Charle-sa Hitcha. 
 
   W  ostatnich  latach  coraz  bardziej  sceptycznie  ocenia  się  zdolność 
ekonomistów  do  kierowania  gospodarką.  W  latach  sześćdziesiątych  w  Anglii 
rząd laburzystowski, mimo doradztwa tak wybitnych ekonomistów, jak Nicholas 
Kaldor  i Thomas  Balogh  (Michael  Postan  mówił  o „pladze ekonomistów")  nie 
potrafił  podołać  trudnościom  brytyjskiej  gospodarki.  Profesor  John  Vaizey, 
ekonomista  laburzystowski,  pisząc  o  „niespójności  myśli  pokeynesowskiej", 

background image

konkludował  pesymistycznie:  „Z  bólem  serca  myślę,  że  doprowadzenie 
gospodarki do porządku wykracza poza analityczne możliwości współczesnych 
ekonomistów".  W  Stanach  Zjednoczonych  polityka  fiskalna,  główne  narzędzie 
keyne-.  sizmu,  tracić  zaczęła  powab  na  długo  przed  recesją  lat 
siedemdziesiątych. 
 
   W polityce społecznej, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, dorobek badaczy 
jest  jeszcze  skromniejszy.  W  dziedzinie  edukacji,  opieki  społecznej  i 
planowania  uczeni ci zaczęli z  niechęcią przyznawać, że problemy  okazały się 
bardziej  skomplikowane,  niż  sądzili.  Niepowodzenia  liberalizmu  są  więc, 
przynajmniej częściowo, niepowodzeniami nauki. 
 
Nie  jest  to  odpowiedź  miła  dla  „nowej  lewicy",  która  nadal  upiera  się  przy 
łatwych  i prostych  rozwiązaniach.  Jednakże  niepowodzenie  nauki jest  również 
źródłem  intelektualnego  zamętu  i  troski,  zdajemy  sobie  bowiem  sprawę,  że 
wielkie, 

skomplikowane 

społeczeństwo 

zwłaszcza 

społeczeństwo 

zorientowane ku przyszłości -wymaga planowania, bez którego nie jest w stanie 
stawić czoła nawałnicy dokonujących się zmian. 
 
   Rewolucja  partycypacyjna.  Społeczny  sprzeciw  wobec  biurokracji  i  dążenie 
do  partycypacji  jest  dziś  zjawiskiem  powszechnym.  Znajduje  to  wyraz  w 
stwierdzeniu: „Ludzie  muszą  mieć  możność wpływu  na decyzje, które dotyczą 
ich życia". 
 
   Ruch  ten  przybiera  rozliczne  formy.  Po  części  jest  to  rewolta  przeciwko 
koncepcji  merytokracji, zgodnie z którą o miejscu człowieka w społeczeństwie 
decydować  by  miały  tylko  jego  osiągnięcia  techniczne;  po  części  zaś  -jak  w 
przypadku Murzynów -jest to forma sambpotwier-dzania się społeczności. 
 
   Administracje  demokratów  w  latach  sześćdziesiątych  dokonały  znacznego 
postępu  na  drodze  do  nowych  form  wciągania  ludzi  w  podejmowanie 
zasadniczych  decyzji.  Program  walki  z  nędzą  wzywał  do  tworzenia  lokalnych 
grup  działania.  (W  Nowym  Jorku,  dla  przykładu,  stworzono  w  ramach  tego 
programu  26  sąsiedzkich  rad;  stały  się  one  w  mieście  podstawą  nowej  bazy 
politycznej  -  głównie  dla burmistrza  Lindsaya.) Program  modelowy  miejskiego 
budownictwa  mieszkaniowego  wzywał  społeczności  lokalne  do  udziału  w 
planowaniu  przestrzennym  okolicy.  Wielki  komunalny  program  zdrowia 
psychicznego  wymaga  udziału  ciał  lokalnych  w  jego  organizacji.  W  oświacie 
programy  decentralizacji  w  wielu  miastach  poszerzały  zakres  kontroli 
sprawowanej przez miejscową społeczność. 
 
   Ruch  na rzecz partycypacji jest w poważnym stopniu jedną z  form  reakcji  na 
profesjonalizację  społeczeństwa  oraz  sprzeciwu  wobec  rosnącego  zakresu 

background image

decyzji 

technokratycznych, 

podejmowanych 

post-industrialnym 

społeczeństwie. Ze zjawiskiem tym będzie miało do czynienia każde rozwinięte 
społeczeństwo przemysłowe. Co kiedyś dzięki związkom zawodowym zrodziło 
się w fabrykach, podjęte teraz zostało przez nowo powstałe społeczności lokalne 
i w przyszłości obejmie również organizacje. 
 
   „Demokracja partycypacyjna"  - wbrew temu, co sądzą jej adherenci  -  nie jest 
jednak  panaceum,  podobnie  jak  nie  były  nim  wcześniejsze  usiłowania 
stworzenia  mechanizmów  plebiscytowych  -  referendum,  odwoływania 
przedstawicieli  itp.  Ciekawe,  że  przy  całym  nagłaśnianiu  kwestii  demokracji 
partycypacyjnej  nieliczni  tylko  jej  zwolennicy  zdobyli  się  na  przemyślenie  - 
choćby na najbardziej elementarnym poziomie - sensu zachodzących przemian. 
Jeśli  jednostki  mają  mieć  wpływ  na  decyzje,  które  dotyczą  ich  życia,  to  z 
pewnością  trudno  odmówić  segregacjonistom  z  Południa  prawa  do  usunięcia 
murzyńskich  dzieci  ze  szkół  dla  białych.  Trzeba  im  natomiast  uświadomić,  że 
Południe nie jest samodzielną jednostką polityczną, lecz częścią państwa i musi 
wobec  tego  podporządkować  się  jego  normom  moralnym.  Podobnie  zapytać 
można,  czy  lokalna  grupa  sąsiedzka  ma  prawo  sprzeciwiać  się  miejskiemu 
planowi,  biorącemu  pod  uwagę  potrzeby  szerszej  społeczności10.  Mówiąc  w 
skrócie, demokracja partycypacyjna jest. jeszcze jednym sposobem postawienia 
klasycznych  problemów  filozofii  politycznej:  kto  powinien  podejmować,  na 
jakim szczeblu, władzy, jakiego  rodzaju  decyzje, dla jakiej wielkości  jednostki 
społecznej? Nie ma jednoznacznych odpowiedzi na te pytania. Napięcia jednak 
istnieją i stają się coraz bardziej jątrzące. 
 
   Jak wiadomo z licznych pism politycznych od Tukidydesa po Machiavellego, 
ocena  społecznej  zdolności  do  rozwiązywania  problemów  zależy  od  jakości 
społecznego przywództwa i charakteru ludzi. W niczym nie ujmując znaczeniu i 
roli  sił  społecznych  trzeba  się  zgodzić,  iż  tylko  szaleniec  mógłby  (w  ślad  za 
niektórymi marksistami i Plechano-wem) twierdzić, że jednostka się nie liczy, a 
historia zawsze wysuwa;. właściwego w danej sytuacji przywódcę. W The Hero 
in  History  Sidney  Hook  pisał,  że  są  „ludzie  tworzący  zdarzenia"  i  ludzie 
„zdarzeniom  podwładni"  i  że  ci  pierwsi  potrafią  wyznaczać  zwrotrie  punkty 
historii.  To  niezłomna  wola  Lenina  oraz  jego  taktyczne  'wyczucie  właściwego 
czasu i miejsca zadecydowały o zwycięstwie bolszewików w październiku 1917 
r.  To  siła  autorytetu  Charlesa  de  Gaulle'a  zniweczyła  próbę  zamachu  stanu 
podjętą przez francuską armię w 1958 r.. w Algierii; 
 
W  1974  r  mieszkańcy  południowego  Bostonu  gwałtownie  sprzeciwili  się 
wożeniu autobusami dzieci do szkoły.  Argumentowali, że jeśli szkoły  nie będą 
oparte  na  zasadzie  sąsiedztwa  uczniów,  to  doprowadzi  to  do  osłabienia 
stosunków  sąsiedzkich  w  ogóle.  Czy  mieszkańcy  Bostonu  mieli  prawo 
sprzeciwiać  się  decyzji,  która  dotyczyła  przecież  ich  życia?  z  pewnością  nie 

background image

powiodłoby  się  to  Guy  Molletowi.  Toteż  jednym  z  imponderabiliów,  lecz 
zarazem czynnikiem o kluczowym znaczeniu w nadchodzącej dekadzie, będzie 
charakter przywództwa. 
 
   Zdolność interweniowania w zdarzenia i kontrolowania ich zależy wszakże od 
okoliczności, w jakich się żyje. Pod koniec naszego wieku decydujące znaczenie 
mieć  będzie  ta  okoliczność,  iż  nawet  w  najpotężniejszych  krajach  decyzje  nie 
będą  już  podejmowane  tylko  w  kontekście  lokalnym.  Weszliśmy bez  reszty w 
gospodarkę światową i ten właśnie fakt stawia pod znakiem zapytania zdolność 
amerykańskiego społeczeństwa do rozwiązywania problemów, jakie staną przed 
nim w najbliższych dziesięcioleciach. 
 
   W  rozważaniach  futurystycznych  rozróżnia  się  -  z  pewnością  arbitralnie  - 
przepowiadanie 

od 

przewidywania. 

Przepowiadanie 

to 

wskazywanie 

„punktowych  zdarzeń",  czyli  czegoś,  co  wydarzy  się  w  określonym  miejscu  i 
czasie.  Przewidywanie  natomiast  to  określanie  strukturalnych  kontekstów,  z 
jakich  wynikają  problemy  lub  tendencje,  które  mogą  być  realizowane.  Zespół 
zdarzeń,  które  staramy  się  przepowiedzieć,  to  zazwyczaj  wynik  zbiegu 
strukturalnych  tendencji  z  przypadkowymi  okolicznościami.  Ponieważ 
okoliczności  takie  są  nieprzewidywalne  (nie  podlegają  regułom,  nie  da  się  ich 
ująć  w  algorytmach),  przepowiadając  odwoływać  się  można  do  „inteligencji", 
bystrych  hipotez, do  mądrości, ale  nie do  jakiejkolwiek  naukowej metodologii. 
Krótko  mówiąc,  można  mieć  do  czynienia  z  warunkami,  ale  nie  z  czynnikami 
bezpośrednio  wywołującymi  zdarzenia,  ze  strukturami,  ale  nie  z 
okolicznościami  przypadkowymi.  Na  tym  polega  ograniczoność  każdego 
przewidywania, a właściwie każdej analizy.) 
 
   W  dziesięcioleciach  po  II  wojnie  światowej  głównym  kontekstem 
kształtującym  problemy  społeczne  w  Stanach  Zjednoczonych  było,  jak  już 
wskazywałem,  powstanie  w  kraju  społeczeństwa  narodowego  (jako  układu 
odniesienia przy podejmowaniu decyzji i źródła wewnętrznych konfliktów) oraz 
nagłe,  gwałtowne  wkroczenie  Stanów  na  światową  arenę  polityczną  w  roli 
głównej  siły  policyjnej  w  Azji,  Afryce  i  na  Bliskim  Wschodzie,  roli,  którą 
utracili  Brytyjczycy  i  Francuzi.  Na  początku  lat  siedemdziesiątych  żadne 
problemy  wewnętrzne  -  stworzenie  ogólno-krajowego  systemu  ochrony 
zdrowia,  oświaty  i  opieki  społecznej  -  nie  doczekały  się  jeszcze  rozwiązania. 
Jednocześnie Stany zaczęły powoli wycofywać się z pełnienia swej roli głównej 
siły  politycznej  we  wszystkich  rejonach  świata.  Coraz  jaśniejsze  stawało  się 
wszakże  to,  że  strukturalny  kontekst  podejmowania  decyzji  uległ  znacznemu 
rozszerzeniu i że rozstrzygnięcia większości istotnych problemów społecznych, 
zwłaszcza gospodarczych, nie zależą już tylko od Ameryki. 
 

background image

   W  niniejszym  podrozdziale  zajmę  się  dwoma  zasadniczymi  procesami,  z 
jakimi Stany Zjednoczone będą miały do czynienia pod koniec stulecia. Chodzi, 
po pierwsze, o nową rolę areny międzynarodowej jako kontekstu strukturalnego, 
po drugie zaś, o amerykańskie „klimak-terium" i ewentualność nieodwracalnego 
słabnięcia  gospodarczej  i  politycznej  roli  Stanów  Zjednoczonych  w  świecie. 
Ponieważ interesuje mnie kontekst strukturalny, pominąłem istotne, lecz wysoce 
nieprzewidywalne kwestie polityczne. 
 
 
 
Kontekst międzynarodowy 
 
   Gospodarka.  Najbardziej  zasadniczym  faktem  dotyczącym  kontekstu,  w 
którym  podejmowane  są  decyzje  gospodarcze  jest  to,  iż  nie  pozostają  one  w 
rękach  żadnego,  najbardziej  nawet  potężnego  pojedynczego  kraju.  Żaden  kraj 
nie jest więc wyłącznym panem swego własnego losu. 
 
   W  latach  1830-1930  istniał,  mówiąc  ogólnie,  „samoregulujący  się"  rynek 
międzynarodowy  oparty  na  złocie.  Gospodarki  narodowe  podporządkowane 
były temu  rynkowi.  Jeśli  ceny  zbyt rosły,  to ograniczał  się  handel,  następował 
deficyt bilansu płatniczego, odpływ złota, spadek cen, po czym kształtowała się 
nowa równowaga. Oczywistą ceną, jaką przychodziło za to zapłacić, był spadek 
zatrudnienia. Teoretycznie zatem na samoregulującym się rynku kapitał i praca 
powinny  poszukiwać  nowych  możliwości.  Odpływ  kapitału  zagraża  jednak 
gospodarce  i  poszczególne  kraje  usiłują  w  miarę  swych  możliwości 
powstrzymywać  go.  Aczkolwiek  migracje  siły  roboczej  były  wentylem 
bezpieczeństwa,  jednak  po  I  wojnie  światowej  zostały  one  w  zasadzie 
powstrzymane.  Poszczególne  kraje  zaczęły  szukać  metod  zabezpieczenia  się 
przed zagrożeniami związanymi z przystosowywaniem się rynku; zaczęły więc 
ograniczać  wolny  handel  i  interweniować  we  własną  gospodarkę  w  celu 
utrzymania  zatrudnienia.  Główną  ofiarą  stosowania  tego  rodzaju  środków  była 
gospodarka światowa. Wprowadzenie przez Wielką Brytanię w 1930 r. systemu 
preferencji  na  import  towarów  z  imperium  było  pierwszym  sygnałem. 
Porzucenie  rok  później  przez  Wielką  Brytanię  -  i  w  ślad  za  nią  przez  Stany 
Zjednoczone  -  parytetu  złota  zapowiadało  nową  erę  gospodarczego 
nacjonalizmu. 
 
   Doświadczenia  lat  trzydziestych  nauczyły  rządy,  jak  kierować  gospodarką 
narodową  za  pośrednictwem  mechanizmów  podatkowych  i  monetarnych.  Od 
końca  II  wojny,  a  zwłaszcza  począwszy  od  lat  sześćdziesiątych  -  wraz  z 
zakończeniem  gospodarczej  odbudowy  Europy  Zachodniej  i  Japonii  - 
rozszerzenie się światowego handlu oraz ponadnarodowych inwestycji sprawiło 

background image

jednak, iż ośrodkiem decyzji stała się znów gospodarka światowa. 
 
   Wiele istotnych zmian stało się przyczyną niestabilności i źródłem problemów 
wszystkich  rozwiniętych  gospodarek.  Od  dwudziestu  lat  międzynarodowy 
system  gospodarczy  opierał  się  na  sile  dolara  i  wymienialności  nań  innych 
walut;  stanowiło  to  podstawę  wymiany  międzynarodowej  i  ustalania  bilansów 
płatniczych.  Stabilność  ta  została  jednak  zachwiana  wraz  z  powstaniem  w 
Stanach Zjednoczonych ogromnego deficytu płatniczego; w rezultacie inne kraje 
nieskore były do magazynowania ogromnej liczby dolarów [Jest to pewna ironia 
losu:  bezpośrednio  po  II  wojnie  światowej  wielu  ekonomistów  niepokoił 
problem, jak możliwy jest jakikolwiek handel światowy, skoro tak mało krajów 
dysponuje  dolarami,  a  tak  wiele  w  ogóle  ich  nie  posiada.  Toteż  rozmaite 
projekty reform handlu międzynarodowego proponowały wykorzystanie rezerw 
towarowych jako podstawy jednostki waluty międzynarodowej, by w ten sposób 
stworzyć  tym  krajom  warunki  uznania  ich  waluty  w  handlu 
międzynarodowym.]. 
 
   Drugim  czynnikiem  stało  się  powstanie  wielonarodowych  korporacji-jednego 
z  głównych  dziś  aktorów  na  scenie  światowego  rynku.  O  wielkości  tych 
korporacji  świadczy  fakt,  że  wartość  produkcji  towarów  i  usług  trzystu 
największych  z  nich  przewyższa  produkt  narodowy  brutto  każdego  kraju,  z 
wyjątkiem  Stanów  Zjednoczonych.  Wedle  obecnych  przewidywań  tempa 
wzrostu,  korporacje  te  pod  koniec  stulecia  dostarczać  będą  jedną  trzecią 
światowej  produkcji.  Głównym  skutkiem  istnienia  międzynarodowych 
korporacji  jest  przepływ  w  skali  globalnej  kapitału,  technologii  i  metod 
zarządzania  (ale  nie  wykwalifikowanej  siły  roboczej,  co  budzi  sprzeciw 
związków zawodowych). Rynki nie są już rynkami narodowymi. Ograniczenia 
walutowe mają na celu ochronę nie walut poszczególnych krajów, lecz bilansów 
korporacji. Plany korporacji  nie zawsze zgodne są z interesami jakiegokolwiek 
kraju. 
 
   Trzecim czynnikiem jest umiędzynarodowienie rynku kapitałowego., W miarę 
jak kapitał, reagując na różnice w zyskach, szybko przekracza granice narodowe 
w  poszukiwaniu  najwyższych  korzyści,  horyzont światowy  splata  się  w  jedno. 
Nawet  krajowe  giełdy,  chociaż  podlegają  różnorodnym  wpływom,  w  ciągu 
ostatnich  dziesięciu  lat  zachowywały  się  coraz  bardziej  podobnie  do  siebie. 
Richard N. Cooper pisał: 
 
   Tę  coraz  większą  wzajemną  zależność  -  wobec  braku  silnego  rządowego 
przeciwdziałania mającego opóźniać proces - można spokojnie ekstrapolować w 
przyszłości.  Wynika  ona  z  postępu  technicznego  w  transporcie  i  komunikacji, 
który  powoduje  wzrost  tempa  i  niezawodność  przekazu  dóbr,  informacji  i  idei 
poprzez  granice  państwowe,  czyli  z  działania  tych  samych  sił,  dzięki  którym 

background image

świat kurczy się zarówno pod względem gospodarczym, jak i psychologicznym. 
 
   Taka  mobilność  gospodarcza  podważa  rządowe  możliwości  wpływania  na 
własne gospodarki. Korporacje i banki mogą z łatwością obchodzić ograniczenia 
wynikające  z  monetarnej  polityki  rządów,  zaciągając  pożyczki  za  granicą. 
Obniżać  mogą  wpływy  podatkowe,  przerzucając  zyski  z  miejsca  na  miejsce  w 
drodze  rozmaitych  manipulacji  cenami.  Działając  poprzez  pośredników, 
wymykać się mogą restrykcyjnej polityce. 
 
   Rządy  muszą  się  oczywiście  bronić  przed  uzależnieniem  się  od  korporacji 
międzynarodowych  i  przed  niestabilnością  wynikającą  z  nie  zrównoważonych 
bilansów  płatniczych.  Mogą  podejmować  jednostronne  kroki  polegające  na 
dewaluacji  swej  waluty  lub  podejmować  jakieś  skoordynowane  w  skali 
międzynarodowej działania. Ale kto ma ustalać cele w skali międzynarodowej? 
 
   Logicznie  rzecz  biorąc,  możliwe  są  trzy  ewentualności.  Poszczególne  kraje 
ograniczać  mogą  swe  uzależnienie  od  gospodarki  światowej,  próbując 
powstrzymywać  wypływ  kapitału,  napływ  zagranicznych  robotników  czy  też 
wprowadzając  kwoty  importowe.  Inną  ewentualnością  (dla  takiego  kraju,  jak 
Stany Zjednoczone, które są w stanie to uczynić) jest rozszerzenie kontroli nad 
korporacjami,  mającymi  siedzibę  na    ich    terytorium,    lub    próba    utrzymania  
szczególnego    partytetu  (dolara)  na  międzynarodowym  rynku  walutowym. 
Trzecią  drogą  jest  powołanie  międzynarodowej  władzy  o  szerszych 
kompetencjach,  której  zadaniem  byłoby  określanie  wspólnej  polityki 
zagranicznej i jej mechanizmów. 
 
   Jakkolwiek mogłoby się to wydawać nielogiczne, większość krajów korzystać 
będzie  ze  wszystkich  trzech  ewentualności.  O  autonomii  narodowej  nieprędko 
się  zapomina,  jak  mogły  się  przekonać  nawet  kraje  Wspólnoty  Europejskiej. 
Poszczególne  kraje  zajmą  bardziej  agresywne  stanowisko  w  międzynarodowej 
polityce gospodarczej. Kompetencje Międzynarodowego Funduszu Walutowego 
oraz  innych  agencji  międzynarodowych  zapewne  wzrosną.  Główne  pytanie 
sprowadza się wszakże do tego, czy ułożą się jakieś stosunki współpracy, które 
jeśli  nawet  nie  zmaksymalizują  możliwości  osiągnięcia  wspólnych  celów 
gospodarczych, to zminimalizują tarcia wynikające z prowadzenia niezgodnych 
ze  sobą  polityk  gospodarczych  [Chcę  podkreślić,  iż  mowa  tu  o  problemach  i 
strategii  gospodarek  zachodnich,  czyli  krótko  mówiąc  krajów  OECD,  a  nie  o 
całym  świecie.  Istnieje  oczywiście  szerszy  kontekst,  obejmujący  kraje  RWPG, 
kraje Bliskiego Wschodu z coraz większymi zyskami oraz kraje rozwijające się. 
Można  by  zarysować  również  i  ten  kontekst  ogólny,  jednak  przypadkowe 
okoliczności mogą całkowicie zmienić sytuację. Istnieje więc problem, co stanie 
się  z  pieniędzmi  płynącymi  do  krajów  OPEC  -  w  1973  r.  w  sumie  50  młd 
dolarów.  Jeśli  ekstrapolować  obecną  krzywą  zapotrzebowania  i  cen,  to 

background image

wynikałoby z niej, że nadwyżki OPEC wyniosą około 100 mld pod koniec 1974 
r., około 500  mld  w 1980 r.  i 600  mld w  1985 r., co wchłonęłoby  niemal cały 
światowy  system  monetarny.  Tu  jednak  również  grożą  wszystkie 
niebezpieczeństwa ekstrapolacji. Zapotrzebowanie na ropę może się ograniczyć, 
kartel producentów  może się załamać, a ceny  mogą spaść, alternatywne źródła 
energii  mogą  zasadniczo  zmienić  bilans.  Przy  tym  wszystkim  główną  kwestią 
pozostanie międzynarodowy kontekst podejmowania decyzji.]. 
 
   Społeczeństwo.  Jednym  z  głównych  procesów,  przebiegających  w  ciągu 
ostatnich  dwudziestu  pięciu  lat  we  wszystkich  krajach  w  wyniku  rewolucji  w 
transporcie 

komunikacji, 

było 

kształtowanie 

się 

społeczeństw 

ogólnonarodowych. W następnym ćwierćwieczu proces ten powtórzy się już w 
skali międzynarodowej. 
 
   Przewrót  w  transporcie  i  komunikacji  stoi  u  progu.  Wzrost  liczby  samolotów 
szerokokadłubowych  i  samolotów  typu  Concorde  zwiększy  liczbę 
podróżujących  i  skróci  czas  podróży.  Międzynarodowe  satelity  komunikacyjne 
przyspieszą 

rozpowszechnianie 

przekazywania 

tanim 

kosztem 

międzynarodowych danych i programów telewizyjnych, zwła- 
 
szcza  transmisji  'wydarzeń  „na  żywo".  Tego  rodzaju  strukturalne  zmiany 
brzemienne  są  w  sprzeczne  skutki.  Z  jednej  strony,  rozszerzenie  sieci 
komunikacyjnych przyczyni się do rozwoju centralizacji i kontroli zarówno pod 
względem  funkcjonalnym,  jak  i  terytorialnym.  Z  drugiej  natomiast  -  coraz 
trudniejsze stanie się izolowanie jakiegokolwiek społeczeństwa od reszty świata. 
Kiedy  Condorcet  w  swym  Szkicu  obrazu  postępu  ducha  ludzkiego  snuł 
przewidywania  o  rozpowszechnianiu  się  demokracji  w  świecie,  głównym 
instrumentem  przemian  miał  być  -jak  wskazywał  -  tani  druk.  Dziś  w  świecie 
radia i telewizji wiadomości rozchodzą się mimo cenzury. 
 
   Skutki  tych  procesów  są  jednakowo  oczywiste.  Rozwój  transportu  i 
komunikacji  ułatwia  kontakty  i  wymianę  między  ludźmi,  czyli  wzrost tego,  co 
Durkheim  -  który  przewidywał  ten  proces  -  nazywał  „moralną  gęstością" 
społeczeństwa. Ale znów skutki tego są dwojakie i często wzajemnie sprzeczne. 
Z jednej strony, w miarę, jak przekazywanych jest coraz więcej wydarzeń rośnie 
liczba  „szoków",  jakim  poddawany  jest  odbiorca,  a  jednocześnie  skróceniu 
ulega  czas  reakcji  na  nie.  Istnieją  świadectwa,  że  codzienne  telewizyjne 
transmisje  z  walk  w  Wietnamie  stały  się  czynnikiem  zmieniającym  postawę 
wobec  wojny,  potęgującym  jej  potępienie.  Z  drugiej  wszakże  strony, 
niewykluczone,  że  nadmiar  informacji  wizualnej  płynącej  z  ekranu  powoduje 
zdystansowanie się widza  i znieczulenie  na grozę. Załoga bombowca,  lecąc  na 
wysokości  10  tys.  metrów,  nie  odczuwa  wstrząsu  spowodowanego  wybuchem 
bomb.  Sceny  zniszczeń  przekazywane  co  dzień  przez  telewizję  osłabiać  mogą 

background image

emocjonalną na nie reakcję. Krótko mówiąc, jak w wielu innych aspektach życia 
społecznego  istnieje  tu  groźba  przeciążenia,  w  tym  przypadku  przeciążenia 
emocjonalnego. 
 
  Taktem  nie  ulegającym  dyskusji  jest  skrócenie  dystansu.  W  kategoriach 
militarnych  znaczy  to,  że  dziesiątki  tysięcy  żołnierzy  można  przerzucić  drogą 
powietrzną w dowolne  miejsce  na kuli ziemskiej, kontrolując przebiej operacji 
pozostając  w  centrum  dowodzenia  w  kraju.  Pod  względem  gospodarczym 
natomiast  oznacza  to,  że  kraj  może  stosunkowo  tanim  kosztem  importować 
wielkie ilości potrzebnych mu zasobów z bardzo odległych źródeł zaopatrzenia; 
przykładem  japońskie  zakupy  węgla  w  odległych  o  3,5  tys.  km  Stanach 
Zjednoczonych.  Jeśli  chodzi  o  procesy  psychiczne  i  społeczne,  to  możemy  być 
świadkami szybkiego rozpowszechniania się „zarazy", jak w przypadku ruchów 
młodzieżowych w końcu lat sześćdziesiątych; nowe tematy, problemy i taktyki 
zostają szybko przejęte i zastosowane w odmiennych sytuacjach. 
 
   Instytucjonalnie  oznacza  to  szybkie  mnożenie  się  na  niebywałą  skalę 
organizacji  międzynarodowych  i ponadnarodowych. (Organizacja  ma charakter 
międzynarodowy,  kiedy  podlega  rzeczywistej  kontroli  przedstawicieli  dwu  lub 
kilku  krajów.  Charakter  ponadnarodowy  ma  natomiast  wówczas,  gdy  -  nawet 
jeśli  podlega  kontroli  jednego  kraju  -  działa  na  terytorium  dwu  lub  więcej 
krajów.) Organizacje obu rodzajów istniały zawsze, ale jest rzeczą niewątpliwą, 
że  liczba  ich  -  zarówno  rządowych,  jak  pozarządowych  -  wzrosła  niebywale. 
Główna jednak zmiana dotyczy zakresu i charakteru ich działalności. Samuel P. 
Huntington zauważa: 
 
   Przez  dwadzieścia  pięć  lat  po  II  wojnie  organizacje  ponadnarodowe:  a) 
rozpowszechniły się w sposób nawet w przybliżeniu nie znany kiedykolwiek w 
przeszłości;  b)  uzyskały  szerszy  zasięg  i  c)  spełniały  funkcje  wcześniej  nigdy 
nie spotykane; d) działały  na skalę, jaka nigdy przedtem  nie była  możliwa. Ich 
rozmaitość, wzrost ich liczby, wielkości, zakresu działania pozwala sensownie i 
z  pożytkiem  mówić  o  ponadnarodowej  rewolucji  organizacyjnej  w  świecie 
polityki. 
 
   W  wyniku  rozwoju  gospodarki  światowej  i  społeczeństwa  globalnego 
zasadniczego  znaczenia  nabiera  problem  zarządzania  zasobami  na  skalę 
międzynarodową.  Konferencja  Organizacji  Narodów  Zjednoczonych  w 
Sztokholmie  w  1972  r.  rozważała  ogólne  kwestie  dotyczące  skutków,  jakie 
procesy  technologiczne  wywierają  na  środowisko  oraz  konieczność 
międzynarodowej  nad  nimi  kontroli.  Powstają  jednak  zarazem  o  wiele 
trudniejsze  do  rozwiązania  zagadnienia,  dotyczące  powszechnie  dostępnych 
zasobów - oceanów, klimatu i energii. 
 

background image

   ONZ-owska Konferencja Praw Morza, która odbyła się w Caracas w 1974 r., 
rozpatrywała kwestię prawa własności i kontroli 70% powierzchni ziemi. Jedno 
z pytań dotyczyło kwestii, czy  granica tak zwanych  wód przybrzeżnych sięgać 
powinna  12,  czy  200  mil  od  brzegu.  Bardziej  zawiłą  sprawą,  zwłaszcza  ze 
względu na światowy deficyt białka, jest prawo do połowów i powstrzymywanie 
procesu  wytrzebiania  populacji  wielorybów  i  fok.  Jak  dać  sobie  radę  z  tymi 
zagadnieniami? 
 
Jeszcze bardziej skomplikowany jest problem klimatu. W ciągu 
 
najbliższych dwudziestu pięciu lat nastąpić może poważny postęp techniczny w 
kształtowaniu  pogody  -  od  wywoływania  chmur  do  zmiany  prądów 
oceanicznych  przez  topienie  gór  lodowych  lub  blokowanie  pewnych  cieśnin 
arktycznych  i  zmianę  stopnia  zasolenia  wód.  Czy  inicjatywy  te  należy 
pozostawić poszczególnym krajom, czy też decyzje podejmować powinna jakaś 
władza międzynarodowa? 
 
   Trzecią  kwestią  jest  problem  udziału  w  zasobach  energetycznych. 
Rozstrzygnięcie  mogłoby  polegać  na  wspólnym  władaniu  takimi  zasobami  jak 
ropa  lub  -  co  potencjalnie  ważniejsze,  ale  jeszcze  bardziej  skomplikowane  - 
stworzeniu  światowych  „sieci  energetycznych",  pozwalających  przełączać 
dopływ energii elektrycznej z jednej części świata do drugiej, kiedy w pierwszej 
jest dzień, a w drugiej  noc.  Ale żadne rozwiązanie  nie  jest tu (podobnie jak  w 
dziedzinie  komunikacji)  możliwe  bez  stworzenia  jakichś  mechanizmów 
międzynarodowych. 
 
   Żyjemy w świecie, który  nieuchronnie  -  ze względu  na zasoby,  | środowisko, 
efekty  uboczne,  gęstość  zaludnienia  -  wymagać  będzie  więcej  regulacji  we 
wszystkich dziedzinach. Pod koniec stulecia jedne wspólne ramy przestrzenno-
czasowe  obejmą  wreszcie  cały  świat.  Osiągniemy  wielkie  Oekumene  -  jedną 
gospodarkę,  której  wizję  jako  kresu  cywilizacyjnego  świata  mieli  Grecy.  W 
zasadzie  wiele  z  tych  problemów,  z  którymi  parali  się  Grecy,  zaprząta  nas 
również  dzisiaj.  Zasadnicza  różnica  między  światem  starożytnym  a 
nowożytnym  -  to  ich  skala.  Jak  sprawne  może  być  scentralizowane 
kierownictwo?  Jak  wielka  może  być  organizacja  gospodarcza  lub  polityczna, 
aby  nie  stała  się  mamutem,  który  wali  się  pod  własnym  ciężarem?  Jak  wiele 
krajów  uczestniczyć  może  efektywnie  w  zgromadzeniu  światowym?  Istotna 
kwestia, jaka stoi przed społecznością międzynarodową, to znalezienie nowych 
form  odpowiadających  skali,  w  której obecnie  żyjemy.  Uporanie  się  z  tą  skalą 
narzuconą  przez  rozrost  społeczności  międzynarodowej  to  główny  problem 
nadchodzącego ćwierćwiecza. 
 

background image

 
 
Amerykańskie klimakterium? 
 
   Gospodarka  światowa.  Ryzyko  przepowiadania  w  żadnej  kwestii  nie  jest  tak 
oczywiste jak wówczas, gdy chodzi o gwałtownie zmieniające się oceny potęgi 
amerykańskiej  -  zarówno  gospodarczej,  jak  i  politycznej.  Prawie  dziesięć  lat 
temu  Jean-Jacques  Servan-Schreiber  napisał  The  American  Challenge 
[Amerykańskie  wyzwanie]  -  książkę,  która  stała  się  europejskim  bestsellerem. 
Opisywał  w  niej  potężną,  niemal  wszechmocną  amerykańską  warstwę 
biznesmenów,  wykorzystującą  swą  przewagę  technologiczną  i  świetne  metody 
zarządzania oraz organizacji w dążeniu do zdominowania' rynku europejskiego. 
W  ciągu  następnych  kilku  lat  luka  technologiczna  niemal  znikła,  a  Stany 
Zjednoczone,  dewaluując  dolara  i  starając  się  powstrzymać  zalew  japońskich  i 
europejskich  towarów  (samochody,  radia,  maszyny  do  pisania,  elektronika  i 
optyka) na swym rynku, usiłowały desperacko wydobyć się z ujemnego bilansu 
płatniczego.  Dziś  w  istocie  mówi  się  o  „amerykańskim  klimakterium"  jako  o 
zasadniczej  zmianie  życia,  węzłowym  punkcie  dla  przyszłości;  miałoby  to 
implikować, że gospodarka Stanów Zjednoczonych (i jej ogromna przewaga nad 
resztą  świata)  przekroczyły  już  swe  apogeum,  że  faktycznie  następuje  proces 
„starzenia się", a utrata przywództwa jest nieodwracalna. 
 
   Koncepcja  klimakterium  jest,  oczywiście,  mglista.  Jest  to  metafora 
biologiczna,  a  nie  sposób  konceptualizowania  rozwoju  społeczeństw  w 
kategoriach cyklu życiowego (pace Spengler). Niemniej nie  ulega wątpliwości, 
że jedne gospodarki wyprzedzane są przez inne, że konserwatyzm i skostnienie, 
stare  zwyczaje  i  rutyna  powodują  oddawanie  pola  bardziej  agresywnym 
konkurentom.  Koncepcję  gospodarczego  klimakterium  odniesiono  po  raz 
pierwszy do Wielkiej Brytanii, kiedy to w ostatniej dekadzie ubiegłego stulecia 
Zjednoczone  Królestwo  nie  mogło  już  sprostać  gospodarczemu  wyzwaniu 
Niemiec.  Tak  czy  inaczej,  musi  jednak  minąć  sporo  czasu,  nim  przekroczenie 
punktu  zwrotnego  stanie  się  oczywiste.  W  latach  dziewięćdziesiątych  XIX  w. 
gospodarka  brytyjska  rozwijała  się  w  tempie  2-3%  rocznie,  podczas  gdy 
niemiecka  -  6%;  niemniej  Wielka  Brytania  wciąż  wyprzedzała  Niemcy  pod 
względem  dochodu.  I  trzeba  było  niemal  siedemdziesięciu  lat  (głównie  z 
powodu  dwóch  klęsk  wojennych),  by  Niemcy  przegoniły  Anglię  najpierw  pod 
względem wytwarzanego produktu, a następnie i dochodów na głowę ludności. 
 
   Zasadnicze argumenty w tej kwestii wyłożył dawno temu Thorstein Veblen w 
książce Imperial Germany and the Industrial Revolution (1915). Rozwijający się 
kraj,  wchodzący  później  w  cykl  uprzemysłowienia,  wykorzystać  może  nowe 
technologie  oraz  inwestycyjne  doświadczenia  innych  krajów,  podczas  gdy  one 
dysponują starszym, mniej wydajnym, ale jeszcze nie w pełni zamortyzowanym 

background image

parkiem  maszynowym.  Raymond  Vernon  uogólnił  ostatnio  tę  tezę  w  swej 
analizie „cyklów produktu" w gospodarce światowej. Kraj wchodzący na drogę 
innowacji  ma  względną  przewagę  dopóty  tylko,  dopóki  ma  monopol  na  nową 
technologię.  Kiedy  jednak  technologia  ta  dostatecznie  się  rozpowszechni,  to 
wówczas  tradycyjny  „czynnik  proporcjonalności"  -  kraj  eksportuje  te  towary, 
którymi dysponuje w nadmiarze - zaczyna znów odgrywać rolę. 
 
   Jak wskazuje Kindleberger, amerykański cykl produktu w  handlu światowym 
zaczął się w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ubiegłego wieku wraz z 
eksportem  rewolwerów  i  karabinów,  siewników,  a  następnie  żniwiarek  i 
kombajnów,  maszyn  do  pisania  i  kas  sklepowych.  W  latach  dwudziestych  i 
trzydziestych  Stany  uzyskały  przewagę  w  eksporcie  samochodów,  filmów  i 
aparatów  radiowych.  Po  II  wojnie  przodowały  w  eksporcie  farmaceutyków, 
sprzętu telewizyjnego, półprzewodników, komputerów i samolotów. 
 
   Poza  rynkiem  komputerów  i  samolotów,  którego  75%  w  dalszym  ciągu 
kontrolują  Stany  Zjednoczone,  zaczęły  one  tracić  prym  w  tych  nowych 
technologiach,  a  nie  wiadomo,  jakie  produkty  miałyby  je  zastąpić.  Nie  jest 
jednak  wykluczone,  że  w  miarę  wyczerpywania  się  łatwo  dostępnych  źródeł 
energii powstaną kolejne obszary, nieuchronnie zależne od nowych technologii - 
energii jądrowej,  uzyskiwania ropy z  łupków, gazyfikacji węgla - co przynieść 
może znów przewagę Stanom, choć bynajmniej tak być nie musi. 
 
   Rzecz  jednak  nie  tylko  w  nowych  technologiach.  W  następnych 
dziesięcioleciach przemysł amerykański będzie potrzebował wielkich kapitałów, 
by  wzmóc  zdolność  przerobu,  a  -  ze  względu  na  niski  poziom  oszczędności  i 
spadającą  stopę  zysku  -  brak  kapitału  stać  się  może  rzeczywistym  problemem 
dla firm amerykańskich. W wielu decydujących dziedzinach (samochody, sprzęt 
telewizyjny, sprzęt gospodarstwa domowego) przemysł amerykański utracił swą 
przewagę. W rezultacie Stany Zjednoczone nie tylko tracą rynki zagraniczne, ale 
same  są  zalewane  wyrobami  pochodzenia  zagranicznego.  Zważywszy  na 
rosnące  koszta  importowanych surowców, wcale  nie jest pewne, czy przewaga 
w  nowych  technologiach  zdołała  je  zrównoważyć  i  czy  w  latach 
siedemdziesiątych  deficyt  handlowy  nie  będzie  nadal  stałym  problemem 
gospodarki.  Opisywał  w  niej  potężną,  niemal  wszechmocną  amerykańską 
warstwę biznesmenów, wykorzystującą swą przewagę technologiczną i świetne 
metody  zarządzania  oraz  organizacji  w  dążeniu  do  zdominowania'  rynku 
europejskiego. W ciągu następnych kilku lat luka technologiczna niemal znikła, 
a  Stany  Zjednoczone,  dewaluując  dolara  i  starając  się  powstrzymać  zalew 
japońskich  i  europejskich  towarów  (samochody,  radia,  maszyny  do  pisania, 
elektronika  i  optyka)  na  swym  rynku,  usiłowały  desperacko  wydobyć  się  z 
ujemnego  bilansu  płatniczego.  Dziś  w  istocie  mówi  się  o  „amerykańskim 
klimakterium"  jako  o  zasadniczej  zmianie  życia,  węzłowym  punkcie  dla 

background image

przyszłości; miałoby to implikować, że gospodarka Stanów Zjednoczonych (i jej 
ogromna  przewaga  nad  resztą  świata)  przekroczyły  już  swe  apogeum,  że 
faktycznie  następuje  proces  „starzenia  się",  a  utrata  przywództwa  jest 
nieodwracalna. 
 
   Koncepcja  klimakterium  jest,  oczywiście,  mglista.  Jest  to  metafora 
biologiczna,  a  nie  sposób  konceptualizowania  rozwoju  społeczeństw  w 
kategoriach cyklu życiowego (pace Spengler). Niemniej nie  ulega wątpliwości, 
że jedne gospodarki wyprzedzane są przez inne, że konserwatyzm i skostnienie, 
stare  zwyczaje  i  rutyna  powodują  oddawanie  pola  bardziej  agresywnym 
konkurentom.  Koncepcję  gospodarczego  klimakterium  odniesiono  po  raz 
pierwszy do Wielkiej Brytanii, kiedy to w ostatniej dekadzie ubiegłego stulecia 
Zjednoczone  Królestwo  nie  mogło  już  sprostać  gospodarczemu  wyzwaniu 
Niemiec.  Tak  czy  inaczej,  musi  jednak  minąć  sporo  czasu,  nim  przekroczenie 
punktu  zwrotnego  stanie  się  oczywiste.  W  latach  dziewięćdziesiątych  XIX  w. 
gospodarka  brytyjska  rozwijała  się  w  tempie  2-3%  rocznie,  podczas  gdy 
niemiecka  -  6%;  niemniej  Wielka  Brytania  wciąż  wyprzedzała  Niemcy  pod 
względem  dochodu.  I  trzeba  było  niemal  siedemdziesięciu  lat  (głównie  z 
powodu  dwóch  klęsk  wojennych),  by  Niemcy  przegoniły  Anglię  najpierw  pod 
względem wytwarzanego produktu, a następnie i dochodów na głowę ludności. 
 
   Zasadnicze argumenty w tej kwestii wyłożył dawno temu Thorstein Veblen w 
książce Imperial Germany and the Industriał Revolution (1915). Rozwijający się 
kraj,  wchodzący  później  w  cykl  uprzemysłowienia,  wykorzystać  może  nowe 
technologie  oraz  inwestycyjne  doświadczenia  i  ekspansja  amerykańskich 
wpływów (gospodarczych, wojskowych i politycznych) szły ze sobą w parze". 
 
   Ale  z  końcem  stulecia  amerykańska  hegemonia  zacznie  słabnąć.  Huntington 
tak oto opisuje ten proces: 
 
   [...]  w  2000  r.  amerykański  system  światowy,  jaki  ukształtował  się  w  ciągu 
ostatnich  dwudziestu  lat,  znajdzie  się  w  stanie  dezintegracji  i  upadku. 
Analogicznie  do  tego,  jak  amerykańskie  wpływy  zastąpiły  hegemonię 
europejską, tak też w ostatnich dekadach  naszego stulecia amerykańska potęga 
zacznie słabnąć i inne kraje zaczną wypełniać powstałą lukę. Wśród tych, które 
odgrywać będą główną rolę w tym procesie, znajdą się Chiny  - na kontynencie 
azjatyckim,  Indonezja  -  w  południowo-wschodniej  Azji,  Brazylia  -  w  Ameryce 
Łacińskiej i nie wiem kto - na Bliskim Wschodzie i w Afryce. W odróżnieniu od 
upadku potęgi europejskiej (co dokonało się w sposób stosunkowo pokojowy), 
upadek  wpływów  amerykańskich  pociągnie  za  sobą  liczne  starcia,  ponieważ 
związki  kulturowe  i  aksjologiczne  między  nowymi  potęgami  a  Stanami 
Zjednoczonymi  będą  o  wiele  mniej  ścisłe,  niż  były  między  Ameryką  a 
państwami europejskimi, a także dlatego, że mniej będzie wspólnych interesów, 

background image

jednoczących  przeciwko  trzeciej  sile  niż  wówczas,  kiedy  USA  i  Europa 
wspólnie  występowały  przeciwko  ZSRR.  Starcia  towarzyszące  dezintegracji 
amerykańskiego  porządku  światowego  będą  miały  głęboki  wpływ  na  rozwój 
polityczny zaangażowanych w nie krajów. Mogą one odegrać decydującą rolę w 
kształtowaniu  ich  jedności  narodowej  i  w  rozwoju  instytucjonalnym. 
Jednocześnie  upadek  wpływów  amerykańskich  podważać  będzie  politykę 
Stanów Zjednoczonych. Amerykański system polityczny okazać się może mniej 
niż Czwarta Republika przystosowany do utraty swego mocarstwowego statusu. 
 
   W połowie lat siedemdziesiątych jednak, ćwierć wieku przed końcem stulecia, 
proces  dezintegracji  już  się  rozpoczął.  Wpływy  Stanów  Zjednoczonych  w 
południowo-wschodniej Azji - od Indochin po Indie 
 
-  znacznie  osłabły.  Po  krótkim  wtargnięciu  do  Konga  w  połowie  lat 
sześćdziesiątych  Stany  Zjednoczone  niemal  całkowicie  wycofały  się  z 
równikowych obszarów afrykańskich. Na Bliskim Wschodzie - gdzie doszło do 
przepychanki  ze  Związkiem  Radzieckim  o  wpływy  w  krajach  arabskich  -  po 
wojnie Jom Kippur i wspólnej akcji krajów-producentów ropy naftowej, mającej 
uregulować  dostawy,  nastąpił  wzrost autonomii  tych  krajów  jako  niezależnych 
aktorów na scenie politycznej. W 1956 r. - roku Suezu - Anglia i Francja mogły 
się  jeszcze  wspólnie  z  Izraelem  zaangażować  w  próbę  obalenia  reżimu  w 
Egipcie  (przed  czym  powstrzymały  je    Stany  Zjednoczone).    Ale  w    1974  r.  
tego    rodzaju  „dyplomacja  kanonierek"  podjęta  przez  jakiekolwiek  państwo 
zachodnie była już nie do pomyślenia. 
 
  IJHuntington  w  swej  „retrospektywie"  nie  tłumaczy,  dlaczego  hegemonia 
amerykańska miałaby ulec dezintegracji. Być może, jak zauważył kiedyś Andre 
Malraux, Amerykanom brak „imperialnego stylu" i nigdy nie potrafią kierować 
mocarstwem. Jednakże już w 1952 r. Denis Brogan pisał, iż Stany Zjednoczone 
kierowały się zawsze „mitem wszechpotęgi". Uważały się za ukochane dziecko 
Boga;  wielki  i  wspaniały  kontynent  amerykański  stać  się  miał  areną  realizacji 
Jego historycznych zamiarów. Amerykanie byli zawsze „najwięksi" i „najlepsi". 
Ich  energia  -jak  azjatyckich  plemion,  które  przemierzały  stepy  Eurazji  i 
Bliskiego Wschodu, by stworzyć klasyczne wojownicze imperia - doprowadziła 
Stany Zjednoczone w połowie XX w. do ogromnej potęgi przemysłowej. 
 
   „Mit  wszechpotęgi"  zachwiany  został  po  raz  pierwszy  w  1952  r.,  kiedy  to 
Stany Zjednoczone znalazły się w sytuacji bez wyjścia w Korei. Dwadzieścia lat 
później doznały upokarzającej porażki w Wietnamie. Wojna w Wietnamie była 
ciosem  w  dwojakim  sensie.  Pokazała,  że  wielkie  mocarstwo  nie  potrafi  siłą 
narzucić swej woli małemu krajowi; opinia publiczna zarówno w Stanach, jak i 
na świecie oraz  groźba odwetu ze strony  krajów komunistycznych ograniczyły 
siłę  ognia  Stanów  Zjednoczonych,  które  były  w  stanie  całkowicie  zniszczyć 

background image

Hanoi.  Toteż  ograniczenie  zaangażowanych  sił  oraz  polityczne  niedogodności 
prowadzenia  wojny  w  obronie  niepopularnego  reżimu  doprowadziły  do 
załamania  amerykańskiej  polityki.  W  kraju  wojna  wywołała  szeroką  falę 
protestów  i niezadowolenie, które  podważały  legitymizację państwa  i autorytet 
jego instytucji, skutki czego trwają po dzień dzisiejszy. 
 
   Próbą dla każdego kraju -jak pisałem w pierwszej części tego eseju -jest to, jak 
potrafi przeżyć upokorzenie wojenne. Stany Zjednoczone w najbliższej dekadzie 
będą  musiały  borykać  się  ze  skutkami  swego  zaangażowania  w  Wietnamie. 
Prawdopodobne  wydaje  się  wszakże,  iż  mimo  retoryki  tego  czy  innego 
prezydenta, doświadczenie wietnamskie skutecznie ograniczy zdolność Stanów 
do  narzucania  swej  „woli"  i  do  użycia  siły  w  jakiejkolwiek  próbie  sił  lub  w 
przypadku zagrożenia ich potęgi. Bez woli i groźby użycia siły niemożliwa zaś 
jest jakakolwiek hegemonia. 
 
   Najbliższe  dziesięciolecia  mogą  zatem  być  świadkami  wycofywania  się 
Stanów  Zjednoczonych  -  ze  względów  politycznych  i  gospodarczych  -  z 
centrum  polityki  światowej.  Trudno  powiedzieć,  jaki  kształt  przybierze  nowy 
system  światowy,  w  najbliższym  dziesięcioleciu  zbyt  wiele  zależy  bowiem  od 
przypadkowych 

okoliczności 

zewnętrznych: 

sukcesji 

politycznej 

komunistycznych Chinach; ewentualności  otwartego konfliktu bądź zbliżenia z 
krajami  komunistycznymi;  wzrostu  politycznego  niezadowolenia  w  krajach 
Ameryki Łacińskiej, które zmusi Stany do zwrócenia uwagi głównie na półkulę 
zachodnią;  politycznej  stabilności  Indii;  rozpowszechnienia  się  komunizmu  w 
basenie Morza Śródziemnego i równowagi sił na Bliskim Wschodzie. Wszystko 
to jest problematyczne. 
 
   W  przewidywanej  przyszłości  Stany  Zjednoczone  pozostać  mogą  ogromną 
potęgę, ale nie mogą utrzymać hegemonii ani w altruistycz-nym, Wilsonowskim 
sensie  jako  „światowy  policjant",  ani  z  zimnego,  manipulacyjnego  punktu 
widzenia  „gospodarczej  dominacji  kapitalizmu".  Będą  miały  -jak  pokażę  to  w 
następnym  eseju  -  dość  kłopotów  z  utrzymaniem  własnej  wewnętrznej 
stabilności. 
 
   Ze  względu  na  mnogość  problemów  społecznych  i  gospodarczych  oraz 
niezdolność  poszczególnych  społeczeństw  do  uporania  się  z  nimi,  najbardziej 
uderzającą  cechą  lat  siedemdziesiątych  okazać  się  mogą  nacjonalistyczne  siły 
odśrodkowe, które zagrożą istniejącym państwom. W latach 1975-1985 możemy 
być świadkami rozpadu Zjednoczonego Królestwa, gdzie nabrzmiewają - jak w 
Szkocji  - długo  uśpione, zaściankowe  uczucia  nacjonalistyczne oraz wysuwane 
są  żądania  gospodarczej  niezależności  od  Westminsteru.  W  Jugosławii  nie  jest 
rzeczą  jasną,  czy  ze  względu  na  napięcia  między  poszczególnymi  republikami 
Republika  Federacyjna  utrzyma się po śmierci  Tity.  Brak trwałej  infrastruktury 

background image

politycznej w Chinach - ani partia, ani armia nie cieszą się tam wystarczającym 
autorytetem  -  stymulować  może  wzrost  nowego  regionalizmu,  dyktatury 
wojskowej  lub  nowych  konwulsji kolejnej  „rewolucji kulturalnej",  nim  wyłoni 
się  nowy  autorytet.  Spadek  wydajności  produkcji  w  Związku  Radzieckim, 
trudności  w  kierowaniu  wielkim,  skomplikowanym  społeczeństwem,  a  co 
najważniejsze -narastanie poczucia tożsamości narodowej oraz zmiana proporcji 
liczby  Rosjan  do  Ukraińców  i  Uzbeków  oraz  innych  mniejszości  (z  powodu 
różnic  w  przyroście  naturalnym)  przyczynić  się  mogą  do  ogromnych  napięć 
politycznych.  Wątpliwe,  czy  Indie  -  ze  względu  na  klęski  nieurodzaju 
spowodowane  po  części  nieumiejętnością  zarządzania  na  wielką  skalę,  a  po 
części  wzrostem  cen  ropy,  co  ograniczyło  dostępność  energii  i  nawozów  - 
unikną wielkich wstrząsów. Konflikty rządu ze światem pracy, niska wydajność, 
niezrównoważone  bilanse  handlowe  i  dwucyfrowa  inflacja  doprowadzić  mogą 
Włochy  i  Wielką  Brytanię  na  skraj  bankructwa  i  spolaryzować  konflikty 
społeczne. 
 
   W  obliczu  takiego  scenariusza  -  a  nie  jest  to  przepowiednia,  lecz  wskazanie 
możliwości - perspektywa Stanów Zjednoczonych wydawać się może świetlana. 
Mogą  one  pewnym  kosztem  osiągnąć  znaczny  stopień  gospodarczej 
niezależności.  Główny  problem  ekonomiczny  -  inflancja  -  może  zostać 
opanowany. Zasadniczy problem społeczny polega  natomiast na tym, że kraj o 
tak  indywidualistycznych  postawach  i  mieszczańskich  dążeniach  swych 
mieszkańców,  nigdy  nie  opanował  w  pełni  sztuki  rozwiązań  zbiorowych  oraz 
nie  zaakceptował  idei  wspólnego  interesu  przeciwstawionego  prywatnym 
korzyściom.  Wreszcie  należy  powiedzieć,  że  zdolność  Stanów  Zjednoczonych 
(jak  każdego  państwa  demokratycznego)  do  rozwiązania  swych  problemów 
zależy  od  wypracowania  jakiejś  koncepcji  „gospodarstwa  publicznego".  Do 
omówienia tej właśnie kwestii przechodzę obecnie. 
 
 
 
6. Gospodarstwo publiczne: 
 
 o „socjologii fiskalnej" i społeczeństwie liberalnym 
 
   Zgodnie  z  klasyczną  tradycją  ekonomii  istnieją  dwa  obszary  działalności 
gospodarczej.  Pierwszy  z  nich  stanowią  gospodarstwa  domowe,  w  tym 
gospodarstwa wiejskie, których produkty nie mają wartości rynkowej, ponieważ 
nie  są  sprzedawane  (gospodyni  domowa  nie  jest  opłacana,  produkty 
skonsumowane  na  farmie  nie  zawsze  wliczane  są  do  produktu  narodowego 
brutto).  Obszar  drugi  to  gospodarka  rynkowa,  w  której  wartość  dóbr  i  usług 
mierzona  jest  za  pośrednictwem  cen  w  wymianie  pieniężnej.  Współcześnie 
istnieje  jednak  również  trzeci  sektor,  ważniejszy  od  dwóch  poprzednich; 

background image

wysunął się on na czoło w ostatnim ćwierćwieczu i odgrywać będzie decydującą 
rolę w następnym. Jest nim gospodarstwo publiczne [Określenie „gospodarstwo 
publiczne"  używane  było  w  latach  dwudziestych  przez  niemieckich  i 
austriackich  ekonomistów  zajmujących  się  problemem  finansów  państwowych. 
Friedrich  von  Wieser,  znany  ekonomista  austriacki,  pisał  w  klasycznej 
rozprawie  z  1924  r.:  „Przyjęło  się  mówić  o  gospodarce  publicznej  jako 
gospodarstwie  narodowym,  lub  z  czasem  -jako  gospodarstwie  miejskim, 
regionalnym,  a  w  ogóle  -  publicznym.  [...]  Gospodarka  państwowa  polega 
zasadniczo na wspólnych wydatkach: pod tym względem przypomina ona nieco 
gospodarstwo  prywatne  i  dlatego  termin  „gospodarstwo  publiczne  nie  jest 
właściwy".  Idea  gospodarstwa  publicznego  jest  koncepcją  organizujucą 
podstawową  pracę  R.  A.  Mus-grave'a  The  Theory  of  Public  Finance.].  Z 
powodów,  które  postaram  się  wyjaśnić  niżej,  wolę  termin  „gospodarstwo 
publiczne"  -  z  jego  socjologicznym  zabarwieniem,  odsyłającym  do  problemów 
rodzinnych i wspólnego utrzymania - od takich, bardziej neutralnych terminów, 
jak „finanse publiczne" czy sektor „publiczny". 
 
   Gospodarstwo  publiczne  polega  na  zarządzaniu  budżetem  państwa,  to  jest 
państwowymi wydatkami i dochodami. Mówiąc ogólniej jest to agencja służąca 
zaspokajaniu  publicznych,  (w  odróżnieniu  od  prywatnych)  potrzeb  i  pragnień. 
Jest  też  areną  ścierania  się  sił  politycznych  w  społeczeństwie.  Socjalistyczny 
ekonomista  Rudolf  Goldscheid  pisał  sześćdziesiąt  lat  temu:  „Budżet  jest 
szkieletem państwa, ogołoconym z wszelkich złudnych ideologii". 
 
   Nie istnieje jednak - fakt to zadziwiający - socjologiczna teoria gospodarstwa 
publicznego.  Mamy  teorię  gospodarstwa  domowego.  Polityka  Arystotelesa 
rozpoczyna  się  mianowicie  od  rozważań  na  temat  „teorii  gospodarowania": 
oihonomia,  czyli  zarządzanie  gospodarstwem,  jest  punktem  wyjścia  do 
omówienia  gospodarki  domowej  i  politycznej  oraz  zasad  właściwych  każdej  z 
nich.  Jeśli  o  ekonomię  rynkową  chodzi,  to  mamy  ekonomię  przedsiębiorstwa, 
ogólną  teorię  równowagi,  wyjaśniającą  stosunki  między  różnymi  rynkami,  a 
także w pismach Johna Locke'a i Adama Smitha - jej filozoficzne uzasadnienie: 
sprzyjanie indywidualnym korzyściom poprzez wzajemną wymianę. Nie mamy 
natomiast  ani  zintegrowanej  gospodarczej  i  politycznej  teorii  finansów 
publicznych, ani socjologii strukturalnych konfliktów między klasami i grupami 
społecznymi,  które  dotyczyłyby  zasad  podatkowania,  ani  filozofii  politycznej 
podejmującej  próbę  teoretycznego  ujęcia  kwestii  sprawiedliwego  podziału, 
opartego  na  uznaniu  zasadniczej  roli  gospodarki  publicznej  w  społeczeństwie 
(wyjątkiem są prace Johna Rawlsa, ale spod pióra pisarzy socjalistycznych  nie 
wyszło  nic)  [Richard  Musgrave  powiada:  „Ekonomiści poświęcili wiele  uwagi 
formułowaniu  teorii  dotyczących  problemów  konsumpcji  gospodarstw, 
przedsiębiorstw,  spółdzielni,  związków  zawodowych  i  innych  decydentów 
gospodarczych.  Aczkolwiek  wiele  jeszcze  pozostaje  do  zrobienia,  możemy 

background image

szczycić  się  generalnie  trafnymi  zasadami,  pozwalającymi  badać  te  kwestie. 
Sukcesem takim nie mogą wszakże pochwalić się sporadyczne próby stworzenia 
analogicznej teorii sektora publicznego". Od czasu ukazania się tej pracy liczba 
badań  poświęconych  „polityce  fiskalnej"  nieustannie  rosła.  Wśród  nich 
najbardziej  godne  uwagi  są:  A.  Wildavsky,  The  Politics  of  the  Budgetary 
Process,  Boston  1964,  Little,  Brown  i  W.  Niskanen,  Bureaucracy  and 
Representatńe Government, Chicago 1971, Aldine.  Studia te szeroko omawiają 
problem „wewnętrznego politykowania" przy ustalaniu budżetu i kładą główny 
nacisk na zachowanie się instytucji biurokratycznych, ale nie wiążą tych kwestii 
z szerszymi problemami gospodarczymi i polityką społeczną.]. 
 
   Powyższe  rozróżnienia  gospodarstwa  domowego,  gospodarki  rynkowej  oraz 
gospodarstwa publicznego, a także szczególnych zasad, na których każde z nich 
się  wspiera,  ma,  jak  sądzę  -  zasadnicze  znaczenie  dla  zrozumienia 
fundamentalnych  dylematów  politycznych  i  socjologicznych  rozwiniętych 
społeczeństw przemysłowych. 
 
   Istota  gospodarowania  polega  na  wspólnym  władaniu  rzeczami  - 
przedmiotami  domowego  użytku,  gminnymi  pastwiskami,  obroną  miasta  -  i 
opierać  się  musi  na  jakimś  porozumieniu  co  do  wspólnego  dobra.  Ale  to  nie 
wszystko. Jak zauważa Arystoteles w pierwszej księdze Polityki, „głowa domu 
więcej  się  troszczy  o  ludzi  niż  o  posiadanie  rzeczy  martwych,  więcej  o 
doskonalenie pierwszych aniżeli o obfitość drugich, którą zwiemy bogactwem". 
 
   Świat  starożytny  nie  uznał  zasad  ekonomicznych  we  współczesnym  sensie 
tego  terminu  [Patrz  na  ten  temat  M.  I.  Finley,  The  Ancient  Economy,  London 
1973,  Chatto  and  Windus.  Profesor  Finley  pisze:  „Tytułu  książki  [Alfreda] 
Marshalla  [Principles  of  Ekonomisc]  nie  sposób  przetłumaczyć  na  grecki  lub 
łacinę.  To  samo  dotyczy  takich  podstawowych  kategorii,  jak  produkcja,  siła 
robocza,  kapitał,  inwestowanie,  dochód,  przedsiębiorca,  użyteczność  w  ich 
abstrakcyjnym  znaczeniu,  w  jakim  stosowane  są  w  analizie  ekonomicznej. 
Stwierdzając to nie suponuję, by starożytni byli jak Molierowski Pan Jourdain, 
który  mówił  prozą  nie  wiedząc  o  tym,  lecz  że  istotnie  brakowało  im  pojęcia 
«ekonomia» i afortiori - również elementów pojęciowych, które łącznie składają 
się  na  to,  co  my  nazywamy  «ekonomią».  Oczywiście,  uprawiali  oni  ziemię, 
zajmowali  się  handlem,  wytwarzali,  bili  monety,  nakładali  podatki,  pożyczali 
pieniądze,  osiągali  zyski  lub  ponosili  straty.  Pisali  i  mówili  o  tych  swoich 
czynnościach.  Nie  łączyli  natomiast  ze  sobą  pojęciowo  tych  poszczególnych 
stref działalności w jeden (by użyć wyrażenia Talcotta Parsonsa) «zróżnicowany 
subsystem  społeczeństwa)).  Toteż  Arystoteles,  którego  celem  było  skodyfi-
kowanie  wszystkich  ówczesnych  dziedzin  wiedzy,  nie  pisał  o  «ekonomii»"]. 
Celem  gospodarstwa  domowego  jest  produkowanie  na  własny  użytek.  Nie 
przeprowadza się w nim kalkulacji, czy nie lepsza byłaby specjalizacja i podział 

background image

pracy.  Rzemieślnik  wytwarza  na  zamówienie  określonego  klienta,  a  nie  dla 
abstrakcyjnego odbiorcy na rynku. 
 
0'Connor ujmuje zagadnienia z marksistowskiego punktu widzenia. „Wysokość 
i  układ  wydatków  państwowych  oraz  rozkład,  obciążeń  podatkowych  nie  są 
określone  przez  prawa  rynku,  lecz  raczej  przez  konflikty  gospodarcze  między 
klasami i grupami, i są strukturalnie przez nie zdeterminowane" (s. 2). Praca ta 
jest jedną z bardzo nielicznych marksistowskich prób uporania się z zasadniczą 
rolą finansów państwowych w przekształcaniu układu społecznego. Jak wynika 
jasno z mojego omówienia tej pracy (patrz niżej) nie zgadzam się zasadniczo z 
wieloma  sformułowaniami  autora.  Wiele  skorzystałem  jednak  zarówno  z 
książki,  jak  i  z  odsyłaczy  do  literatury  -  zwłaszcza  do  prac  Goldscheida  i 
Schumpetera. 
 
   Zasada  podziału  jest  prosta:  pan  domu  podejmuje  niezbędne  decyzje,  ale  do 
stołu siadają wszyscy razem. Część, jaka każdemu przypada, nie zależy od jego 
„wkładu"  (choć  pan  domu  dostać  może  najlepszy  kąsek);  każdy  otrzymuje 
wedle swoich potrzeb. 
 
   Pojęcie potrzeby jest tu węzłowe. Zdaniem Arystotelesa ludzie mają potrzeby 
naturalne:  trzeba  im  wystarczającej  ilości  jadła,  przyodziewku,  schronienia, 
opieki w chorobie, stosunków seksualnych, towarzystwa itd. Ale te biologicznie 
.uwarunkowane  potrzeby  są  ograniczone  i  możliwe  do  zaspokojenia.(1Śztuka 
zarządzania  gospodarstwem  zarówno  domowym,  jak  i  publicznym  polega  na 
liczeniu się z tymi naturalnymi granicami:) Przywłaszczanie ma swoje granice - 
określają je cele gospodarowania (to jest zaspokojenie potrzeb naturalnych). Nie 
ograniczone  przywłaszczanie,  mające  na  celu  egoistyczne  gromadzenie 
pieniędzy,  Arystoteles  nazywa  chrematystycznym,  to  jest  „nienaturalnym", 
dlatego  właśnie,  że  jest  nie  ograniczone.  (Zauważamy,  iż  w  greckie  słowo 
chremata oznacza rzecz.) 
 
   W  przypadku  gospodarki  rynkowej,  opartej  na  zasadzie  suwerenności 
konsumenta, rodzaj produkcji wyznaczany jest przez sumę decyzji jednostek lub 
gospodarstw  jako  konsumentów,  kierujących  się  własnym  gustem.  W 
kapitalistycznej gospodarce rynkowej - prywatnej czy państwowej - zysk z tego 
rodzaju  produkcji  nie  jest  przeznaczany  na  zbytek,  lecz  na  ponowne 
inwestowanie w środki produkcji mające  zapewnić więcej tańszych produktów 
dla większej liczby  nabywców. W prywatnym przedsiębiorstwie decyzje co do 
sposobu wykorzystania kapitału podejmowane są przez jednostki zgodnie z ich 
oceną szans  na większe profity. W przedsiębiorstwie publicznym  podejmują je 
wybrani urzędnicy lub politycy. 
 

background image

   Należy  zdawać  sobie  sprawę,  że  gospodarka  rynkowa,  choć  historycznie 
związana  z  powstaniem  nowoczesnego  prywatnego  kapitalizmu,  jest 
mechanizmem  niekoniecznie  związanym  z  tym  systemem.  Tacy  autorzy  jak 
Enrico Barone, a później Oskar Lange dowodzili, że socjalistyczna gospodarka 
rynkowa  jest  w  pełni  możliwa  i  że  w  socjalizmie  rynek  funkcjonować  będzie 
nawet  skuteczniej  niż  we  współczesnym  systemie  kapitalistycznym,  w  którym 
jego działanie zakłócają monopole i oligopole. 
 
   Współczesną  gospodarkę  rynkową  wyróżnia  pod  względem  socjologicznym 
fakt,  iż  jest  ona  gospodarką  burżuazyjną.  Oznacza  to,  po  pierwsze,  że  cele 
produkcji  nie  są  publiczne,  lecz  indywidualne,  po  drugie,  że  motywem 
nabywania dóbr nie są potrzeby, lecz pragnienia. 
 
   W społeczeństwie burżuazyjnym priorytet społeczny  mają cele  indywidualne, 
a nie państwowe. Dziewiętnastowieczna koncepcja wolności głosiła wyzwolenie 
z przypisania do rodziny, gminy czy państwa; człowiek miał odpowiadać sam za 
siebie, kształtować czy nawet przekształcać się zgodnie ze swymi dążeniami. W 
kategoriach  ekonomicznych  oznaczało  to,  że  każdy  pracuje  i  oszczędza  dla 
siebie  i  na  cele  przez  siebie  wybrane  (często  zaś,  gdy  chodziło  o  członków 
warstwy  średniej,  na  cele  naśladujące  spożycie  klas  wyższych)  [Ta  wolność 
ekonomiczna, zwłaszcza po reformie prawa o ubogich w Anglii w 1834 r., była 
jednak  zarazem  formą  przymusu.  Wraz  z  likwidacją  opieki  parafialnej, 
zwłaszcza po eksperymencie Speenhamlanda, jednostka miała do wyboru: iść do 
pracy albo przymierać głodem. Angielscy duchowni, tacy jak T. R. Malthus czy 
William Townsend sądzili, że bez groźby głodu ludzie będą się lenić i nie będą 
wykazywać osobistej odpowiedzialności. Wigowie, na przykład, bronili punktu 
widzenia, że opieka nad biednymi jest obowiązkiem kraju.]. 
 
   Poczucie  pragnień  stawało  się  jednak  nie  ograniczone,  podobnie  jak 
oddalający  się  horyzont.  W  społeczeństwie  burżuazyjnym  podstawą 
zaspokojenia „potrzeb" przestała być biologia, stała się  nią psychologia TTNIe 
jest  bynajmniej  przypadkiem,  że  filozofia  społeczeństwa  burżuazyjnego  to 
utylitaryzm,  hedonistyczny rachunek przyjemności  i bólu, czy też, że Bentham, 
twórca  utylitaryzmu,  ukuł  neologizm  maximumisation.  Mówiąc  w  kategoriach 
Arystotelesowych,  potrzeby  zostały  zastąpione  przez  pragnienia,  a  te  są  ze 
swojej natury nie ograniczone i nie nasycone. Kiedy społeczeństwo burżuazyjne 
wyzbyło  się  protestanckiej  etyki,  służącej  ograniczaniu  akumulacji  na  zbytek 
(ale nie akumulacji kapitału), wówczas pozostał tylko hedonizm. Ekonomiczna 
zasada  racjonalnej  kalkulacji  i  zysku  (np.  najwydajniejsze  powiązanie  siły 
roboczej  i  kapitału  czy  też  specjalizacja  zadań  i  funkcji)  była  skutecznym 
sposobem  wyboru  celów  w  imię  wzrostu  produkcji,  jednak  czynnikiem 
napędowym  systemu  społeczno-gospodarczego  (zarówno  w,radzieckim 
komunizmie,  jak  i  w  zachodniej  burżuazyjnej  postaci)  stała  się  idea 

background image

zaspokajania prywatnych pragnień i nie ograniczonych celów. 
 
   W  przeciwieństwie  do  rynku,  który  służy  zaspokajaniu  prywatnych  pragnień, 
istniało zawsze gospodarstwo publiczne, dostarczające towarów i usług, których 
jednostka sama nie może sobie zapewnić – jak obrona, budowa dróg, kolei itd.[ 
Pojęcie publicznych dóbr i usług w rozumieniu ekonomii nie wywodzi się ani z 
psychologicznych  preferencji  jednostek,  ani  z  ideologicznych  żądań  grup 
społecznych,  lecz  z  technicznego  charakteru  produkcji.  Są  to  dobra  i  usługi 
niepodzielne  według  indywidualnych  preferencji,  powstają  wówczas,  gdy 
okoliczności  wymagają  publicznego  działania.]  W  ciągu  ostatnich  czterdziestu 
lat  uległo  ono  przekształceniu  wskutek  podjęcia  trzech  nowych  zadań  [Żaden 
proces nie jest tak nagły i socjolog musi doprowadzać do pasji historyka swymi 
arbitalnymi podziałami. Rząd Stanów Zjednoczonych podejmował działania  na 
wielką skalę, budując w początkach XIX w. drogi wodne, a w końcu stulecia  - 
koleje. 
 
Ustawa antymonopolowa Theodore'a Roosevelta stanowiła poważną interwencję 
w gospodarkę w pierwszym dziesięcioleciu naszego wieku. Jednakże dopiero w 
latach  trzydziestych  podjęty  został  świadomy  wysiłek  kierowania  gospodarką. 
Świadectwem  tej  zmiany  może  być  między  innymi  zdecydowanie  wrogi 
stosunek wielkiego biznesu do „nowego ładu" Franklina Roosevelta.]. 
 
   Pierwszym z  nich było  ustalenie  normatywnej polityki  gospodarczej w  latach 
trzydziestych. Kryzys, w którym pogrążał się kraj, unaocznił, iż tylko świadome 
działania rządu mogą go zeń wydobyć. 
 
   Odtąd  kierowanie  gospodarką  stało  się  głównym  zadaniem  rządu.  Wydatki 
rządowe  kontrolują  poziom  działalności  gospodarczej;  podatki  i  polityka 
monetarna  wpływają  na  tempo  inwestycji;  transfery  dochodów  -  na  częściową 
ich redystrybucję poprzez ubezpieczenia społeczne, subsydia, udział w zyskach 
itp.  Ogólnie  rzecz  biorąc,  wszystkie  nowoczesne  państwa  zaangażowane  są  w 
procesy alokacji, redystrybucji, stabilizacji i wzrostu gospodarczego. 
 
   W  latach  pięćdziesiątych  pojawiło  się  drugie  zadanie,  a  mianowicie 
zapewnienie rozwoju nauki i techniki. Aczkolwiek - ze względu na rewolucję w 
technice  militarnej  -  związane  to  było  w  znacznym  stopniu  z  obronnością, 
faktem zasadniczym stało się zainteresowanie rządu nauką, zarówno badaniami 
podstawowymi,  jak  i  ich  zastosowaniami  w  analizie  systemowej,  w  tworzeniu 
nowych,  na  nauce  opartych,  działów  gospodarki  (produkcja  komputerów, 
polimerów,  przemysł  elektroniczny  i  optyczny)  oraz  w  zarządzaniu  i  polityce 
gospodarczej.  Związek  nauki  z  techniką  -  inaczej  niż  w  czasach  rewolucji 
przemysłowej  -  jest dziś  nieodwracalny.  Podobnie  jest ze  wzrostem  liczebnym 
warstwy  techników  i  administratorów  w  społeczeństwie,  nawet  jeśli  tempo 

background image

wzrostu  słabnie  w  pewnych  okresach.  W  rezultacie  tych  zmian  rząd  jest 
bezpośrednio  zaangażowany  w  politykę  naukową  i  edukację  na  poziomie 
wyższym. (Szacuje się, iż dwie trzecie prac badawczych, wydatków i personelu 
bezpośrednio  lub pośrednio zależy od rządu.)  Kto ma zostać wykształcony i w 
jakim  zakresie;  jakie  powinny  być  wydatki  na  kształcenie  pracowników 
naukowych  i  w  jakich  dziedzinach  -wszystko  to  w  skali  ogólnej  nie  jest  już 
przedmiotem indywidualnych decyzji, lecz polityki państwa. 
 
   Trzecim z kolei zadaniem, podjętym przez rząd w latach sześćdziesiątych, jest 
zaangażowanie  się  w  normatywną  politykę  społeczną.  Obejmuje  to  prawa 
obywatelskie,  ochronę  środowiska,  politykę  mieszkaniową,  opiekę  medyczną 
oraz  wsparcie  dochodów  (określenie  lepiej  brzmiące  niż  „opieka  społeczna", 
choć jego implikacje wykraczają poza wsparcie ubogich). Aczkolwiek wszystko 
to  następowało  w  sposób  nie  uporządkowany,  mało  kto  zdawał  i  zdaje  sobie 
sprawę,  że  tym  samym  rząd  zaangażował  się  nie  tylko  w  tworzenie  państwa 
opiekuńczego, ale również w ograniczanie wszelkich nierówności społecznych i 
ekonomicznych.  Wiele  w  tym  było  chwiejności  i  jak  dotąd  niewiele  jeszcze 
uzyskano.  Ale  punktem  zwrotnym  jest  fakt,  iż  rząd  zaangażował  się  w 
prowadzenie polityki społecznej i że jest to nieodwracalne. 
 
   Rezultatem  podjęcia  tych  nowych  zadań  są  nowe  i  głębokie  dylematy 
społeczne. Wszystkie problemy i konflikty ujawniły się i zostały rozpoznane. W 
przeszłości  nikt  „w  drodze  głosowania"  nie  opowiadał  się  za  gospodarką 
rynkową ani za rewolucją przemysłową; dziś natomiast kwestie ukierunkowania 
gospodarki,  kosztów,  priorytetów  i  celów  stały  się  przedmiotem  dyskusji  i 
świadomej polityki społecznej [Należy jednak również zauważyć, że przemiana 
koncepcji  podatkowych  (i  budżetu  państwa  w  ogóle)  z  zysku  i  opłaty  kosztów 
rządzenia  w  instrument  kierowania  gospodarką  oraz  redystrybucją  dochodów 
dokonała się stopniowo i w sposób nie zamierzony, nie była u swego zarania ani 
przedmiotem  świadomej  decyzji,  ani  też  publicznej  dyskusji].  Co  więcej, 
gospodarstwo  publiczne  staje  się  obecnie  areną  dla  formułowania  nie  tylko 
publicznych potrzeb, ale  i  prywatnych pragnień. W rezultacie państwo staje się 
odpowiedzialne za wzrost gospodarczy czy też za spełnienie takich na przykład 
żądań  społecznych-jak  powszechność  wyższego  wykształcenia.  Przede 
wszystkim  jednak  o  alokacji  środków  decyduje  dziś  nię  tyle  gospodarka,  ile 
raczej  polityka.  To  zaś  stawia  na  porządku  dziennym  problem  ograniczeń. 
Ekonomicznym ograniczeniem prywatnych pragnień jest kwota pieniędzy, jaką 
jednostka  dysponuje  lub  może  uzyskać  na  kredyt.  Ale  jakie  są  ograniczenia 
żądań politycznych? 
 
   „Jedna z wielkich zagadek XX w.  - pisze Charles  Lindblom  - polega  na tym, 
że  wyborcy  w  zasadniczo  demokratycznych  krajach  nie  wykorzystują  swych 
wpływów w celu wprowadzenia znacznie bardziej równego podziału dochodów 

background image

i bogactwa, jak również wielu  innych wartości, do których  ludzie aspirują. [...] 
Trzeba  by  wyjaśnić,  dlaczego  nie  próbują  tego  uczynić".  Otóż  twierdzę,  że 
próba  taka  zostanie  podjęta.  Jak  dotąd  gospodarstwo  publiczne  nie  było 
obszarem, w którym działania takie mogłyby okazać się skuteczne. Dziś jednak 
stało  się  ono  czymś  więcej  niż  tylkp  trzecim  sektorem:  coraz  bardziej 
mianowicie  wchłania  dwa  pozostałe.  Głównym  aspektem  gospodarstwa 
publicznego  jest  budżet,  poziom  wpływów  do  kasy  państwowej  i  wydatków  z 
niej  oraz  mechanizmy  redystrybucji  i  wyrównywania.  Kwestia,  ile  rząd 
powinien  wydawać  i  na  czyją  rzecz,  stanie  się  w  sposób  oczywisty  głównym 
problemem politycznym nadchodzących dziesięcioleci 
 
   Fakt, że(gospodarstwo publiczne stało się „rynkiem politycznym" oznacza, iż 
żądania  rozwinięcia  usług  nie  są  równoważone  przez  mechanizmy  ich 
finansowania  -  czy  to  przez  zadłużenie,  czy  przez  podniesienie  podatkowT^W 
ten  sposób  nowym  zasadniczym  zagadnieniem  analizy  społecznej  staje  się 
„socjologia  fiskalna"  (termin  pochodzi  od  Schumpetera),  a  (zgodnie  z  myślą 
Marksa) nowym obszarem walki klasowej - sprawa podatków. 
 
 
 
Powstanie socjologii fiskalnej 
 
   W  wyśmienitym,  ale  nie  docenianym  artykule  z  1918  r.  Die  Krise  des 
Steuerstaads  [W  nocie  redakcyjnej  czytamy:  „Die  Krise  des  Steuerstaads  był 
najmniej  dostępną  spośród  społeczno-ekonomicznych  prac  Schumpetera  i 
jedyną  nie  przetłumaczoną  dotąd  na  angielski.  Łączy  on  analizę  historyczną 
źródeł  i  natury  współczesnego  państwa  demokratycznego  z  socjologią 
podatkowania, daje zarys teorii  możliwości  nakładania podatków  i przedstawia 
propozycję,  jak  uniknąć  powojennej  inflacji  spowodowanej  upłynnieniem 
nagromadzonych  środków.  Propozycje  te  niezmiernie  przypominają  reformy 
walutowe  przeprowadzane  w  ostatnich  dziesięcioleciach".]  Joseph  Schumpeter 
dowodził,  że  historia  systemów  podatkowych  pozwala  dojrzeć  „prawa 
społecznego bytowania i stawania się oraz siły napędowe losu narodów, a także 
sposób i konkretne warunki powstawania i przemijania form organizacyjnych") 
Pisał: 
 
 Finanse publiczne są wyśmienitym punktem wyjścia do badania społeczeństwa, 
zwłaszcza  zaś  -  choć  nie  wyłącznie  -  jego  życia  politycznego  Owocność  tego 
podejścia widoczna jest szczególnie wówczas, gdy dotyczy punktów zwrotnych 
[...],  kiedy  to  istniejące  formy  zaczynają  zamierać  i  przekształcać  się  w  coś 
nowego,  co  zawsze  pociąga  za  sobą  kryzys  starych  metod  podatkowych.  [...] 
Mimo  wszelkich  zastrzeżeń,  jakie  w  tego  rodzaju  przypadkach  zwykło  się 
czynić,  możemy  z  pewnością  mówić  o  szczególnych  faktach  i  problemach,  a 

background image

także  o  swoistym  podejściu  -  jednym  słowem  o  szczególnej  dziedzinie  - 
socjologii fiskalnej, po której wiele się można spodziewać. 
 
  (Nowoczesne  państwo  podatkowe  które  wedle  Schumpetera  stanowi  jądro 
„socjologii fiskalnej powstawało już w XVI w. i później, zwłaszcza jako rezultat 
potrzeb  książąt  i  monarchów  krajów  europejskich  pokrywających  wydatki 
wojenne,  ponieważ  załamanie  się  systemu  feudalnych  zależności  zmuszało  do 
zaciągania armii najemnych. Trzeba więc było nakładać podatki, a tym samym 
tworzyć  system  administracyjny  do  ich  ściągania  i  wydatkowania.  Kiedy  zaś 
państwo nowoczesne okrzepło, podatki zaczęto wykorzystywać do innych celów 
niż  pierwotnie  [Schumpeter  dodaje:  „Dlatego  wymóg  podatkowy  jest pierwszą 
oznaką  istnienia  nowoczesnego  państwa.  Podatki  mają  tak  wiele  wspólnego  z 
państwem,  iż  określenie  «państwo  podatkowe»  może  nawet  uchodzić  za 
pleonazm. Z tego też względu socjologia 
 
fiskalna  jest  tak  owocna  dla  teorii  państwa".  Nie  jest  przypadkiem,  że 
nowoczesne państwo podatkowe powstało najpierw w centralnej Europie, gdzie 
patrymonialna gospodarka książąt i monarchów przekształciła się w gospodarkę 
publiczną,  i  gdzie  po  raz  pierwszy  powstała  biurokracja  państwowa;  gdzie 
państwo,  w  przeciwieństwie  do  doświadczeń  anglo-amerykańskich,  przejęło 
przewodnictwo w budowaniu społeczeństwa przemysłowego.]. 
 
   Nie  sposób  śledzić  tu  zmienne  losy  państwa  -  jego  rozrastanie  się  w 
monarchiach  i  kurczenie  w  społeczeństwach  burżuazyjnych,  które  chciały 
państwa  „biednego".  Ale  ogólny  proces  opisywany  przez  Schumpetera  jako 
źródło  systemu,  to  proces  niewątpliwie  socjologiczny,  a  więc  powtarzalny. 
Schumpeter pisze: 
 
   Jest  samo  przez  się  zrozumiałe,  iż  to  nie  tylko  ściąganie  podatków 
niezbędnych  do  zaspokojenia  wspólnych  potrzeb  leży  u  źródła  powstania 
państwa  nowoczesnego.  Z  chwilą,  gdy.państwo  już  istnieje  jako  instytucja 
społeczna;  z  chwilą,  gdy  skupia  ludzi  kierujących  maszyną  państwową,  ludzi 
tym  zainteresowanych; z  chwilą  wreszcie,  gdy  zostaje  uznane  jako  sprawne  w 
wielu kwestiach nawet przez jednostki, z którymi wchodzi w konflikt - wówczas 
Rozbudowuje  się  dalej  i  wkrótce  przekształca  w  coś,  czego  natury  nie  sposób 
już zrozumieć jedynie z fiskalnego punktu widzenia: finanse stają się tylko jego 
służebnym  narzędziem,  Jeśli  finanse  stworzyły  nowoczesne  państwo,  to  teraz 
ono  ze  swojej  strony  kształtuje  je  i  poszerza,  wchodząc  głęboko  w  sferę 
gospodarki prywatnej [Schumpeter komentował: „Podatki nie tylko przyczyniły 
się do powstania 
 
państwa,  lecz  również  do  jego  ukształtowania.  System  podatkowy  był  jego 
organem, którego rozwój objął organy pozostałe. Państwo, uzbrojone w ustawę 

background image

podatkową,  przenikało  do  gospodarki  prywatnej,  coraz  bardziej  ją  sobie 
podporządkowując.  Podatki  przynoszą  pieniądze  i  wnoszą  ducha  kalkulacji  do 
zakątków,  do  których  jeszcze  nie  dotarły;  w  ten  sposób  stają  się  czynnikiem 
kształtującym  organizm,  który  je  stworzył.  Poziom  opodatkowania  określony 
jest przez strukturę społeczną, ale kiedy podatki już istnieją, stają się one jakby 
drążkiem sterowniczym, za który uchwyciwszy można zmieniać tę strukturę".]. 
 
   Władza  państwa  (i  jej  autonomizowanie  się)  jest  zasadniczym  aspektem 
współczesnego społeczeństwa. Zaskakuje wszakże, jak niewiele uwagi poświęca 
państwu  Marks  w  swoich  analizach  kapitalizmu,  a  zwłaszcza  gospodarki. 
Marksista Rudolf Goldscheid zauważył pięćdziesiąt lat temu: 
 
   Poza  jawnym  niewolnictwem,  wyzysk  podatkowy  jest  najstarszą  formą 
wyzysku  [...],  niemal  wszystkie  przywileje  klas  panujących  związane  były  z 
podatkami.  [...]  We  wszystkich  pierwotnych  formach  wyzysku,  a  także  we 
wczesnym  kapitalizmie,  decydującą  rolę  odgrywały  finanse  publiczne  i  system 
podatkowy.  Marks  stwierdzał  to  dobitnie,  kiedy  omawiał  dług  publiczny  jako 
dźwignię  pierwotnej  akumulacji  kapitału.  Zadziwia  wszakże,  że  tego  trafnego 
spostrzeżenia nie wbudował funkcjonalnie w swoją doktrynę. [...], 
 
   Marks istotnie do tego stopnia nie uwzględniał państwa w swoich wnioskach, 
że  nie  zauważył,  jak  jego  wywłaszczenie  sprzyjało  prywatnym 
wywłaszczycielom. 
 
   Przyczyny tego pominięcia - a mają one zasadnicze znaczenie dla zrozumienia 
ograniczeń  teorii  Marksa  -  są  dwojakiego  rodzaju.  Po  pierwsze,  rzeczywistej 
podstawy stosunków społecznych Marks dopatrywał się w bazie ekonomicznej, 
a nie w nadbudowie. Stosunki ekonomiczne w produkcji miały mieć zasadnicze 
znaczenia  dla  zrozumienia  władzy.  Państwo  traktował  jako  odzwierciedlenie 
czynników  gospodarczych  i  jako  narzędzie  klasy  panującej.  Państwo,  jakie 
powstało  w  XVII  w.,  było  przejawem  monarchicznego  porządku  feudalnego  i 
miało  zostać  podporządkowane  interesom  społeczeństwa  bur-żuazyjnego 
[Jednym z tekstów, w którym Marks mierzył się z problemem państwa, jest jego 
wspaniały pamflet 18 Brumaire 'a Ludwika Bonaparte. Usiłował on wyjaśnić, w 
jaki sposób w społeczeństwie zdominowanym klasowo przez burżuazję pojawić 
się  mógł  „awanturnik"  zdolny  do  przechwycenia  władzy  państwowej  i  do 
manipulowania  jedną  klasą  przeciwko  drugiej  w  imię  porządku  publicznego. 
Marks odróżnia władzę polityczną od gospodarczej i uznaje, że chociaż Ludwik 
Napoleon  potrafił  złamać  władzę  polityczną  warstw  średnich,  to  nie  zagroził 
jednak jej władzy ekonomicznej.]. 
 
   Po  drugie,  Marks  sądził,  że  kapitalizm  burżuazyjny  rozwiąże,  czy  nawet  już 
rozwiązał  problemy  produkcji  i  stworzył  niezbędne  mechanizmy  osiągnięcia 

background image

dostatku.  Jego  zdaniem  sprzeczności  kapitalizmu  wynikały  ze  społecznego 
charakteru pracy wobec prywatnego charakteru własności, z kolektywnej natury 
pracy wobec indywidualnego posiadania. Dlatego socjalizm miał być kolejnym 
koniecznym stadium rozwoju społecznego po kapitalizmie. Zgodnie z koncepcją 
pierwszego  pokolenia  marksistów,  socjalizm  nie  był  teorią  rządzenia 
gospodarką,  lecz  koncepcją  podziału  dóbr.  Administrowanie  wydawało  się 
sprawą  prostą,  tak  prostą,  że  Lenin w  pracy  Państwo  a  rewolucja  powiadał,  iż 
każda  kucharka  może  rozstrzygać  kwestie  administracyjne  (notabene,  jego 
modelem był urząd pocztowy). 
 
   W  pewnym  zasadniczym  sensie  oba  twierdzenia  Marksa  są  bez  znaczenia. 
Problem  kapitału  -  jego  gromadzenie  i  wydawanie  -  jest  nadal  jak  najbardziej 
aktualny,  zarówno  w  rozwiniętych  krajach  przemysłowych,  jak  i  w  krajach 
rozwijających się. I pozostanie on aktualny zawsze, bowiem, jak słusznie pisze 
Goldscheid: 
 
 TKażdy  problem  społeczny  i  faktycznie  każdy  problem  gospodarczy  jest  w 
ostatecznym  rachunku  problemem  finansowymi  Jakąkolwiek  kwestię 
będziemy.rozważać,  czy  będzie  to  intensyfikacja  rolnictwa  poprzez 
wykorzystanie  możliwości,  jakie  stworzył  rozwój  chemii,  czy  racjonalizacja 
produkcji  przemysłowej,  czy  kwestia  ochrony  życia  i  zdrowia  ludzkiego  -  w 
każdym przypadku niezbędny jest kapitał na wyposażenie, które może przynieść 
zysk  dopiero  później.  W  tym  sensie  kapitalizm  jest  wieczną  kategorią 
gospodarczą  i  nie  ma  znaczenia,  czy  służy  on  realizacji  zadań  gospodarki 
publicznej, czy prywatnej. 
 
Ponadto byliśmy świadkami „powrotu" państwa. Marks i ortodoksyjni marksiści 
mieli  przekonanie,  że  państwo  może  interweniować  w  nieuchronne  kryzysy 
kapitalizmu, by zapewnić gospodarczą stabilizację. Kiedy w Niemczech i Anglii 
podczas  kryzysu  rządzili  socjaliści  (między  innymi  wybitny  socjalistyczny 
ekonomista 

Rudolf 

Hilferding, 

autor 

klasycznej 

pozycji 

literatury 

socjalistycznej,  Das  Finanzkapitał),  rządy  te  nie  podjęły  w  celu  rozwiązania 
kryzysu  żadnych  kroków  (poza  klasycznie  kapitalistyczną  polityką  deflacyjną, 
która  tylko  go  pogłębiła),  a  to dlatego,  że  kryzys  „nadprodukcji"  powinien  ich 
zdaniem  biec  swoim  torem.  Tak  właśnie  myśleli  marksiści  [Jednakże,  jak  w 
swojej rozprawie z 1925 r. (wówczas nie dostrzeżonej), zauważył 
 
Goldscheid:  „Zadziwiający  to  absurd,  że  od  Marksa  po  nasze  czasy  wszyscy 
niemal  czołowi  socjaliści,  tak  skądinąd  pogardzający  burżuazyjną  teorią 
ekonomiczną, mogli zgadzać się z nią w kwestii, że reforma podatkowa i finanse 
publiczne  niczego  w  zasadzie  nie  mogą  zmienić  w  istniejącym  porządku 
społecznym  i  że  polityka  podatkowa  niewiele  (jeśli  w  ogóle)  może  się 

background image

przyczynić do rozwiązania problemów społecznych".]. 
 
 
 
   James  0'Connor,  który  opierając  się  na  pracy  Goldscheida  chciał  zbudować 
marksistowską teorię państwa, uwzględniającą zasadniczy problem budżetu, tak 
oto formułował swój dylemat: 
 
    Zgodnie  z  naszą  pierwszą  przesłanką  państwo  kapitalistyczne  spełniać  musi 
dwie  podstawowe,  a  często  nie  dające  się  ze  sobą  pogodzić,  funkcje  - 
akumulacjiylęgitymizaejU  Znaczy  to,  iż:  musi  ono  utrzymywać  lub  tworzyć 
warunki,  w  których  możliwa  jest  przynosząca  zysk  akumulacja  kapitału.  Musi 
ono  jednocześniejutrzymywać  lub  tworzyć  warunki  dla  harmonii  społecznej. 
Jeśli  jednak  korzysta  otwarcie  ze  swego  aparatu  przymusu,  aby  pomóc  jednej 
klasie  akumulować  kosztem  innych,  to  tym  samym  traci  swą  legitymizację, 
podważa  bowiem  podstawy  poparcia,  jakim  się  cieszy.  Natomiast  państwo, 
które  nie  liczy  się  z  koniecznością  sprzyjania  akumulacji,  samo  osusza  źródła 
własnej  potęgi,  płynącej  z  podatków  ściąganych  z  rosnącej  produkcji  swej 
gospodarki. 
 
   0'Connor  ma  w  połowie  rację.  Jest  to  istotnie  dylemat  państwa 
kapitalistycznego.  Ale  dotyczy  on  również  każdego  państwa  przemysłowego 
czy  też  uprzemysławiającego  się,  o  ile  kieruje  ono  gospodarką;  dotyczy  więc 
zarówno  Związku  Radzieckiego,  jak  i  AlgieriiLKażde  państwo  musi 
równoważyć  akumulację  kapitału  (a  tym  samym  ograniczenia  konsumpcji)  z 
potrzebami  społecznymi  i  żądaniami  obywatelp  Pod  tym  względem  Związek 
Radziecki  jest  również  państwem  kapitalistycznym,  podobnie  jak  Algieria  czy 
większość innych krajów, które chcą uchodzić za socjalistyczne. 
 
   Zasadnicza  różnica  między  tak  zwanymi  krajami  socjalistycznymi  a 
zachodnimi  państwami  kapitalistycznymi  to  nie  tyle  problem  stosunków 
własnościowych  (choć  własność  prywatna  dała  dominującej  klasie  społecznej 
nieproporcjonalnie  dużą  władzę  polityczną),  ile  charakteru  państwa,  czyli 
stosunku  obywateli  do  gospodarstwa  publicznego.  0'Connor  pisze,  że  jeśli 
„państwo  kapitalistyczne  korzysta  otwarcie  ze  swego  aparatu  przymusu,  aby 
pomóc  jednej  klasie  akumulować  kosztem  innych,  to  tym  samym  traci  swą 
legitymizację, podważa bowiem podstawy poparcia, jakim się cieszy".  Ale jest 
to  ryzyko,  na  które  narażone  jest  nie  „państwo  kapitalistyczne",  lecz 
demokratyczne:"")  Związek  Radziecki  otwarcie  stosuje  przymus  w  celu 
akumulacji  (płace'  są  niskie,    strajki  zakazane),  z  czego  czerpie  korzyści  nowa 
klasa biurokratyczna. Jest to możliwe dzięki sprzęgnięciu ideologii (obiecującej 
komunistyczną  utopię)  z  terrorem  (tajna  policja),  który  stosuje  państwo 
totalitarne  czy  też  ąuasi-totalitarne.  (Wobec  słabnięcia  siły  ideologii  i 

background image

niemożliwości  utrzymywania  bezwzględnego  terroru,  partii  komunistycznej  -  o 
ile  nie  znajdzie  nowych  sposobów  rozszerzenia  bazy  swego  panowania  i  nie 
włączy  technokratów  w  proces  podejmowania  zasadniczych  decyzji  -  grozi 
utrata legitymizacji.) 
 
   Istotnym  faktem  socjologicznym,  dotyczącym  zachodnich  państw  jest  to,  że 
ich  system  polityczny  stwarza  możliwość  artykułowania  wszelkiego  rodzaju 
interesów  -  etnicznych,  ekonomicznych,  funkcjonalnych  (np.  militarnych)  czy 
biurokratycznych.  Filozoficzne  i  polityczne  problemy  dotyczące  gospodarstwa 
publicznego  wynikają  r  stąd,  że  państwo  spełniać  musi  podwójną  funkcję 
akumulacji i legitymizacji, co znaczy, po pierwsze, że realizować ma określony 
kierunek r w gospodarce z pewną koncepcją dobra wspólnego (jak też posiadać 
jakąś spójną wizję interesów narodowych w polityce zagranicznej), a po drugie, 
że  odwołując  się  do  siły  lub  jakichś  normatywnych  kryteriów  filozoficznych 
godzić  musi  konfliktowe  żądania  różnych  grup  społecznych.  Spełniając  to 
pierwsze  zadanie,  realizuje  autonomiczną  funkcję  przewodzenia  i  kierowania; 
realizując  drugie  -jest  bądź  normatywnym  rozjemcą,  bądź  -  w  gorszym 
przypadku - stosuje przymus. 
 
  Socjologiczny  dylemat  nowoczesnego  gospodarstwa  publicznego  na  tym 
polega,  że  musi  ono  nie  tylko  zaspokajać  potrzeby  publiczne  w  potocznym 
sensie  tego  słowa,  ale  stawać  się  również,  nieuchronnie  obszarem  spełniania 
pragnień  prywatnych  i  grupowyjJr.  W  tej  zaś  dziedzinie  nie  łatwo  jest 
zrównoważyć  żądania  dochodami  czy  też  wiedzą  socjologiczną  adekwatną  do 
tych  żądań.  Oto,  co  w  tej  pierwszej  kwestii  pisał  pięćdziesiąt  pięć  lat  temu 
Schupeter: 
 
   Możliwość  ściągania  podatków  przez  państwo  ma  swe  granice  nie  tylko  w 
oczywistym sensie, dotyczącym również państwa socjalistycznego, ale również 
w sensie o  wiele węższym  i bardziej  uciążliwym. Jeżeli wola  ludu domaga się 
wciąż wyższych  i wyższych wydatków publicznych, jeśli coraz większe środki 
idą  na cele,  na które  nie były przeznaczone przez  ich prywatnych wytwórców, 
jeśli  za  wolą  tą  stoi  coraz  większa  siła  społeczna  i  wreszcie,  jeśhludem 
owładnęły  nowe  idee  na temat własności  prywatnej  i stylu życia  - to wówczas 
państwo będzie musiało pójść jego drogą, a społeczeństwo motywowane będzie 
w  swej  działalności  gospodarczej  przez  inne  czynniki  niż  interes  własny. 
Przekroczenie tej granicy i ten kryzys, którego państwo podatków nie zdołałoby 
przeżyć,  nie  są  czymś  niemożliwym.  Państwo  podatków  może  bez  wątpienia 
runąć. 
 
Rewolucja rosnących uprawnień 
 

background image

   Zdaniem  Condorceta  i  Tocqueville'a  dystynktywną  cechą  społeczeństwa 
nowoczesnego  jest  domaganie  się  równości.  Sto  pięćdziesiąt  lat  po  tym,  jak 
żądanie to stało się potężną siłą polityczną, sytuacja nie uległa zmianie. W ciągu 
ostatnich  trzydziestu  lat  rozszerzyło  się  ono  jednak  w  postulat  zapewnienia 
szerszego zbioru praw - politycznych, społecznych i obywatelskich Nie pamięta 
się już, jak niedawno zaczęła się walka o te prawa. Prawa polityczne 
 
-  w  pierwszym  rzędzie  powszechne  prawo  wyborcze  -  mężczyźni  i  kobiety 
uzyskali zaledwie około pięćdziesięciu lat temu. A w kilku krajach europejskich 
(Belgii,  Austrii  i  Niemczech)  trzeba  było  wygranego  strajku  generalnego,  by 
klasa robotnicza je zdobyła. 
 
 
W  południowych  stanach  USA  Murzyni  mają  zapewnione  prawa  wyborcze  od 
niespełna  piętnastu  lat.  Prawa  obywatelskie  obejmują  nie  tylko  tradycyjne 
wolności  słowa  i  zgromadzeń,  lecz  również  dostęp  do  stanowisk  publicznych 
itd.,  i  w  wielu  krajach  są  one  nadal  ograniczane.  Prawa  społeczne  - 
bezpieczeństwo ekonomiczne, usługi publiczne, dostęp do oświaty itp. są wciąż 
przedmiotem negocjacji. 
 
W  okresie  od  1945  do  1970  r.  globalne  wydatki  rządu  USA  wzrosły  od  12,8% 
produktu  narodowego  brutto  do  22,4%,  natomiast  administracji  stanowej  i 
lokalnej  -  od  5,9%  do  11,9%;  w  sumie  wynosiło  to  około  43%  produktu 
narodowego brutto, a w liczbach bezwzględnych około 1,4 bln dolarów w 1974 
r. 
 
   Od  1950  r.  wydatki  federalne  na  to,  co  określa  się  jako  „cele  opieki 
społecznej" wzrosły z 14 do 180 mld dolarów, czyli od prawie jednej piątej do 
połowy  budżetu  federalnego  (70%  z  tego  przeznacza  się  na  ubezpieczenia 
społeczne,  emerytury,  zapomogi  dla  weteranów  i  upośledzonych,  tj. 
niewidomych  i starych, opiekę zdrowotną dla osób  ubogich oraz starych). Jeśli 
dodać do tego analogiczne wydatki z budżetów stanowych i lokalnych, to okaże 
się, że w 1975 r. administracja wydała  mniej więcej ćwierć biliona dolarów  na 
rozmaite programy społeczne. W ciągu ostatnich dwudziestu pięciu lat nastąpiło 
wyraźne  przesunięcie  wydatków  rządowych  z  obrony  na  opiekę  społeczną.  W 
okresie  1950-1960  globalne  wydatki  rządu  wzrosły  o  81  mld,  z  czego  29  mld 
(czyli  około  36%)  pochłonęły  zbrojenia  i  stosunki  międzynarodowe.  W  latach 
1960-1971  wydatki  te  wzrosły  o  218,  1  mld,  z  czego  jednak  tylko  33,4  mld 
(czyli  15%)  przeznaczono  na  obronność  i  stosunki  międzynarodowe,  podczas 
gdy  184,7  mld  na  wewnętrzne  programy  społeczne.  (Liczba  rozmaitych 
federalnych  programów  wzrosła  od  200  w  początkach  lat  sześćdziesiątych  do 
ponad 1000 w latach 1975 r.)]. 
 

background image

   Jest wszakże oczywiste, że;tewolucja rosnących oczekiwań, która była jedną z 
głównych  cech  społeczeństw  zachodnich  w  minionym  ćwierćwieczu, 
przekształcać się będzie w następnym w rewolucję rosnących uprawnień, fdoże 
ona  znaleźć  wyraz  w  żądaniach  zagwarantowania  minimalnego  dochodu 
rodzinnego  czy  skromnego  choćby  życia  każdej  rodzinie,  bezpłatnego 
kształcenia  w  wieku  do  12,  14  czy  16  lat  bądź  dożywotniego  zatrudnienia  na 
mocy  jakichś  prywatnych  i  publicznych  gwarancji.  Żądania  zależeć  będą  od 
miejsca  i  czasu.  Nie  będą  tojużjednak  żądania  mniejszości,  ubogich  czy 
upośledzonych,  lecz  wszystkich  grup  społecznych  -  żądania  ochrony  i  praw, 
czyli uprawnień. 
 
   Oznacza  to  nieuchronnie  ogromny  rozrost  sfery  usług.-  tradycyjnej  i 
technicznej  działalności  usługowej  oraz  w  wolnych  zawodach.  W  ostatnim 
dziesięcioleciu  w  społeczeństwach  zachodnich  ochrona  zdrowia,  oświata  oraz 
administracja  państwowa  były  najszybciej  rozwijającymi  się  sektorami16. 
Artykuł w „Science" z 22 lutego 1974 r. podawał, iż 
 
w  stanie  Kalifornia  około  7,2  min  osób,  spośród  19,5  min  mieszkańców, 
znajdowało  się  na  co  dzień  pod  opieką  jakiejś  instytucji  -  szkół  (ale  bez 
college'ów),  ośrodków  opieki,  szpitali,  więzień,  domów  starców  itp.  Jest  to 
liczba  ludzi  równa  liczbie  (cywilnych)  zatrudnionych  w  tym  roku.  Główny 
dylemat  socjologii  fiskalnej  bierze  się  ze  strukturalnego  niezrównoważenia 
sektora  technicznego  (przemysłowego  i  naukowego)  i  sektora  usług  pod 
względem  ich  wydajności  i  wzrostu  płac,  kosztów  jednostkowych  i  inflacji. 
Jeden  przykład  wystarczy  do  wyjaśnienia  problemu.  Robotnicy  przemysłu 
samochodowego żądają i otrzymują 
 
10-procentową  podwyżkę  płac.  Ale  koszty  siły  roboczej  wynoszą  tylko  30% 
kosztów  własnych  produkcji  samochodu,  a  zatem  wzrost  kosztów 
jednostkowych wynosi 3%. Jeżeli wydajność przemysłu rośnie 3% rocznie (co 
zazwyczaj  ma  miejsce),  to  nie  następuje  inflacja:  koszt  podwyżki  płac  zostaje 
zrównoważony.  Co  dzieje  się  jednak  wówczas,  gdy  10-procentowej  podwyżki 
żądają  jednocześnie  policjanci,  strażacy  i  asenizatorzy?  W  tym  przypadku 
koszty  siły  roboczej  wynoszą  około  70%  kosztów  usług  i  10-procentowa 
podwyżka oznacza 7-procentowy wzrost kosztów jednostkowych. Załóżmy przy 
tym, że wydajność tych służb rośnie 2% rocznie. Oznacza to, że przy tej samej 
podwyżce  powstaje  5-procentowa  luka  inflacyjna.  Zważywszy,  że  ze  względu 
na  rosnące  żądania  opieki  zdrowotnej,  oświaty  i  osobistego  bezpieczeństwa, 
zatrudnienie w administracji - zwłaszcza stanowej i lokalnej 
 
  -  ogromnie  wzrosło,  dostrzegamy  jeden  z  czynników  powodujących  głęboki  i 
trwały kryzys miast [Ponadto należy pamiętać, że 65% siły roboczej zatrudnione 
jest dziś w usługach, a w 1980 r. zatrudnienie w usługach wzrośnie do 70% siły 

background image

roboczej.]. 
 
   Gospodarstwo  publiczne  stoi  przed  dwoma  zasadniczymi  problemami. 
Pierwszy  z  nich  to  coraz  większe  „przeciążenie"zagadnieniami,  których 
rozwiązanie przekracza  możliwości systemu politycznego. Zaletą rynku jest to, 
iż  rozprasza  on  odpowiedzialność  za  decyzje  i  ich  skutki.'W  gospodarstwie 
publicznym  natomiast i decyzje, i  ich skutki są jawne., Drugi problem pojawia 
się,  ponieważ  ciśnienie  rosnących  uprawnień  rodzi  tendencję  do  wzrostu 
wydatków  państwowych,  co  wymaga  podwyższenia  podatków  i  powoduje 
inflację  ze  względu  na  niezrównoważenie  wydajności.  Obydwa  problemy 
łącznie wzmagają polityczną niestabilność i społeczne niezadowolenie. 
 
Jest w tym wszystkim pewna ideologiczna ironia. Od ponad stu lat 
 
-  to  jest  od  opublikowania  Kapitału  -  marksiści  przewidywali  upadek 
kapitalizmu.  „Pierwsza"  teoria  powiadała,  iż  upadek  ten  nastąpi,  ponieważ 
nieplanowa, anarchiczna natura rynku doprowadzi do nadmiernej koncentracji w 
przemyśle,  co  spowoduje  spadek  stopy  zysku  lub  ogromną  nierównowagę 
między  produkcją  a  konsumpcją.  Kiedy  w  latach  trzydziestych  marksiści 
przekonali się,  iż  interwencja  państwa  może przywracać  równowagę, wówczas 
zaczęli dowodzić, że kapitaliści i prawodawcy w celu równoważenia gospodarki 
będą  chętnie  przeznaczać  środki  na  zbrojenia,  a  nie  na  cele  socjalne.  Obecnie 
trzecia, neo-neo-marksistowska koncepcja głosi, iż rozrost sektora państwowego 
-  a  zwłaszcza  wydatków  na  cele  socjalne  -  jest  niezbędnym  warunkiem 
utrzymania się kapitalizmu. James 0'Connor pisze: „Kryzys podatkowy państwa 
kapitalistycznego jest nieuchronną konsekwencją strukturalnej luki między jego 
wydatkami i dochodami". 
 
   Wszystkie trzy teorie dowodzą nieuchronności upadku kapitalizmu. Ponieważ 
każdy system społeczny  ulega przemianom, kapitalizm  może kiedyś zniknąć, a 
marksistowska  „teoria"  będzie  wówczas  głosić  swe  zwycięstwo.  Jeśli  jednak 
przyczyną  upadku  kapitalizmu  ma  być  wzrost wydatków  na  cele  społeczne,  to 
takie  stwierdzenie  zakrawa  na  szalbierstwo.  Uznanie  tego  argumentu  za 
„marksistowski"  stanowi  element  tej  niepoprawnej  radykalnej  pasji 
mitotwórczej,  która  usiłuje  przedstawić  każdy  kryzys  jako  dowód  słuszności 
(stale  przekształcanej)  ideologii  [Jeśli  w  ogóle  można  wskazać  rzeczywistych 
poprzedników  tej  argumentacji,  to  są  nimi:  Weber  z  jego  koncepcją 
legitymizacji (czyli zrozumienia, dlaczego ludzie akceptują  lub  odrzucają dany 
system społeczny) ora^ Schumpeter z jego teorią socjologii fiskalnej i koncepcją 
napięć  społecznych,  wynikających  z  wysuwania  w  demokratycznym  państwie 
żądań,  którym  nie  może  sprostać  wydajność  społeczeństwa.].  Zdaniem 
0'Connora  „jedynym  trwałym  rozwiązaniem  kryzysu  podatkowego  jest 
socjalizm",  ale  terminu tego  w  ogóle  nie  precyzuje.  Pozostaje  w  każdym  razie 

background image

tajemnicą, w jaki sposób socjalizm, lepiej niż jakikolwiek inny system, poradzi 
sobie  z  alokacją  nakładów  na  akumulację  i  potrzeby  społeczne  czy  też  ze 
strukturalnym  źródłem  inflacji,  wynikającej z  różnic  wydajności  w  rozmaitych 
sektorach. 
 
  (Gospodarstwu  publicznemu  w  każdym  społeczeństwie  grożą  kryzy-sy^Nie 
wynikają  one  wszakże  z  „żelaznych  praw"  ekonomicznych,  lecz  są  produktem 
spotęgowanych  obecnie,  powracających  dylematów  między  indywidualnymi 
ludzkimi  ułomnościami  a  interesami  publicz-nyrnir*  Rozwiązania  ich 
oczekiwać  można  jedynie  w  przypadku  uzyskania  zgody  co  do  normatywnych 
kwestii  sprawiedliwego  podziału  dóbr,  czyli  równowagi  między  wzrostem 
gospodarczym  a  społeczną  konsumpcją.  Ale  czy  wówczas  może  być  jeszcze 
mowa o wzroście? 
 
 
 
Dylematy wzrostu: ekonomiczne sprzeczności kapitalizmu 
 
   Sednem  wszystkich  nowoczesnych  społeczeństw  przemysłowych,  zarówno 
kapitalistycznych, jak i komunistycznych, jest zdolność przeznaczania znacznej 
części  produktu  narodowego  netto  na  inwestycje  i  wzrost.  Niezależnie  od 
problemu  ewentualnej  redukcji  akumulacji  kapitału  z  powodu  wzrostu 
wydatków na cele społeczne, zaangażowanie we wzrost gospodarczy  - a nawet 
zdolność  jego  podtrzymywania  przez  rozwinięte  gospodarki  -  kwestionowane 
było z wielu innych powodów, między innymi ze względu na niewystarczalność 
zasobów oraz zanieczyszczenie środowiska. 
 
   Ramy  polityki  społeczno-gospodarczej  w  nadchodzących  dziesięcioleciach 
wyznaczane  będą  łącznie  przez  dostępne  zasoby  (żywność,  energia,  surowce), 
zaludnienie i środowisko. Dziś nawet eksperci nie potrafią zgodnie powiedzieć, 
czy zasoby okażą się wystarczające, czy środowisko (w tym atmosfera i klimat) 
ulegnie  zniszczeniu,  czy  przyrost  naturalny  -  przede  wszystkim  w  Azji  i 
Ameryce  Łacińskiej  -  uda  się  zahamować  [Raporty  przygotowane  na 
konferencję  Narodów  Zjednoczonych  w  Sztokholmie  w  1973  r.,  poświęconą 
zagadnieniom  zaludnienia,  zasobów  i  środowiska,  wskazują  w  skali  globalnej, 
że  wielkość  zasobów  -  minerałów,  wody,  ziemi  -  wystarczy  na  podtrzymanie 
wzrostu  przez  najbliższe  dwadzieścia-trzydzieści  lat.  Dokładny  inwentarz 
dostępności zasobów głównych surowców „świadczy niezbicie [...], że brak ich 
nie wpłynie na przyszły rozwój". 
 
    Rzeczywistym  problemem  gospodarczym  i  zagrożeniem  dla  rozwoju  jest 
natomiast  kwestia  wzrostu  kosztów  wydobycia  surowców  mineralnych, 
konieczność  płacenia  za  nie  po  cenach  monopolowych  (na  przykład  kartelom 

background image

producentów ropy). Tempo wzrostu gospodarczego będzie w znacznym stopniu 
zależeć  od  wzrostu  cen  tych  surowców.].  Z  socjologicznego  punktu  widzenia 
można  sformułować  trzy  uwagi  co  do  charakteru  „wzrostu  gospodarczego" 
społeczeństw  zachodnich,  a  może  i  wszystkich,  z  wyjątkiem  Chin  oraz 
niektórych mniejszych społeczeństw plemiennych w Afryce. 
 
   Po  pierwsze,  wzrost  gospodarczy  stał  się  świeckim  wyznaniem  wiary  w 
rozwiniętych  krajach  przemysłowych:  źródłem  indywidualnych  motywacji, 
podstawą  politycznej  solidarności,  fundamentem  mobilizacji  społeczeństw  dla 
realizacji wspólnych celów. Sto czy więcej lat temu nikt, jak już wspominałem, 
nie  „głosował"  na  rzecz  rewolucji  przemysłowej  w  tym  sensie,  w  jakim 
poszczególne  zgromadzenia  uchwalały  w  głosowaniu  francuską  Deklarację 
Praw Człowieka, konstytucję Stanów Zjednoczonych czy też program Związku 
Radzieckiego.  W  miarę  jednak,  jak  poziom  życia  podnosił  się,  społeczeństwa 
uświadamiały  sobie  możliwość  stałego  wzrostu  gospodarczego  i  to,  co  było 
dotąd  wynikiem  nieskoordynowanego  procesu  rynkowego,  stało  się 
przedmiotem troski  rządów. Obiecując dostatek, wzrost gospodarczy stał się w 
pewnym  sensie  -  jak  to  sądził  kiedyś  William  James  -  „moralnym 
ekwiwalentem"  wojny.  Wcześniej  bogactwo  było  wynikiem  grabieży,  aneksji, 
wywłaszczenia;  teraz  nowe  społeczeństwa  zostały  zmobilizowane  raczej  do 
wspólnego  wysiłku  niż  do  wojny  przeciwko  sąsiadom.  Aczkolwiek  hasło 
wzrostu gospodarczego nigdy nie miało tej emocjonalnej siły co nacjonalizm lub 
inne ideologiczne wezwania, jakimi mobilizowano społeczeństwo, było to credo 
zachodnich  społeczeństw  przemysłowych.  Jakież  to  inne  hasło  mogą 
zaproponować  dziś  swym  obywatelom  Związek  Radziecki,  Stany  Zjednoczone 
lub Japonia? 
 
   Po  drugie,  wzrost  gospodarczy  jest  „politycznym  trankwilizato-rem". 
Aczkolwiek  rodzi  on  zawsze  nadmierne  oczekiwania,  przecież  dostarcza 
środków  na  opiekę  społeczną  i  zbrojenia,  nie  zmuszając  ani  do  realokacji 
dochodów  (co  zawsze  jest  sprawą  politycznie  delikatną),  ani  do  obciążania 
ubogich (co stało się niemal równie trudne). W gospodarce o produkcie biliona 
dolarów 1-procentowy wzrost roczny daje po 10 latach 100 mld. Administracje 
Kennedy'ego  i  Johnsona  przekonały  się  (nim  nastąpiła  eskalacja  wydatków  na 
wojnę  w  Wietnamie),  iż  póki  wzrost  gospodarczy  przynosi  dodatkowe  środki 
płynące  z  podatków,  poty  łatwiej  jest  skłonić  Kongres  do  przeznaczenia 
większych kwot na opiekę społeczną niż do reformy systemu podatkowego lub 
zwiększenia stopy opodatkowania. 
 
 
   A  jednak  paradoksalnie  -  i  jest  to  trzecia  uwaga  -  wzrost  gospodarczy  może 
być źródłem szczególnej „sprzeczności" kapitalizmu, sprzeczności powodującej 
jego  gospodarczą  niewydolność.  Wzrost jest bowiem  nierozłącznie  związany  z 

background image

inflacją  i  wydaje  się  nieprawdopodobne,  by  jakakolwiek  demokratyczna 
gospodarka  mogła  zlikwidować  inflację,  nie  narażając  się  na  poważne 
konsekwencje polityczne. 
 
   Inflacja,  która  przez  ostatnie  lata  trawiła  społeczeństwa  przemysłowe,  jest 
wypadkową  kilku  zbieżnie  działających  czynników:  jednoczesnego  wzrostu 
zapotrzebowania  na  skalę  światową;  braku  surowców  i  artykułów  pierwszej 
potrzeby  (np.  żywności);  niedostatecznej  podstawowej  zdolności  przetwórczej 
(np.  stali,  papieru);  wzrostu  zatrudnienia  i  płac  w  usługach  kosztem  sfery 
produkcyjnej,  przy  niższej  wydajności  w  usługach;  niezdolności  rządów  do 
redukcji wydatków. Niektóre' z nich mają charakter przemijający - tak ocenia się 
brak  artykułów  pierwszej  potrzeby  oraz  niedostateczną  zdolność  przetwórczą. 
Pozostałe  mają  charakter  strukturalny  -jak  w  przypadku  różnicy  wydajności 
między sferą produkcji i usług. 
 
   Podłożem tego wszystkiego jest zasadnicza zmiana charakteru społeczeństwa, 
która  utrudnia  każdemu  państwu  zastosowanie  tradycyjnych  sposobów 
ograniczania  (czy  też  „dyscyplinowania",  jak  mówiło  się  kiedyś)  popytu, 
wzrostu bezrobocia i wydatków rządu. W ciągu ostatnich dwudziestu lat wzrost 
gospodarczy  miał  służyć  osiągnięciu  rozmaitych  celów  społecznych,  przede 
wszystkim  pełnego  zatrudnienia  i  stałego  wzrostu  konsumpcji.  W  sumie 
rewolucja  keynesowska  -jest  to  skrótowa,  obiegowa  nazwa  owej  zmiany  - 
oznacza  jednocześnie  zasadniczy  zwrot  w  oczekiwaniach.  Mówiąc  po  prostu, 
robotnicy,  którzy  kiedyś  obawiali  się  utraty  pracy  -  co  było  wspólnym 
doświadczeniem  czasu  wielkiego  kryzysu  -  teraz  oczekiwali  wzrostu  poziomu 
życia. I żaden rząd nie może być głuchy na te oczekiwania. 
 
   Praktycznie  oznacza  to,  że  jeśli  bezrobocie  będzie  rosnąć,  to  rządy  będą  z 
konieczności zwiększać wydatki i powiększać deficyt budżetowy. Jednocześnie 
znajdą  się  pod  naciskiem  żądań  zwiększenia  wydatków  na  cele  społeczne, 
zwłaszcza  w  dziedzinie  zdrowia,  opieki  społecznej  itp.  Związki  zawodowe  - 
zarówno  ze  względów  defensywnych  (gdy  ceny  rosną),  jak  i  ofensywnych  (by 
mieć swój udział  we wzroście  gospodarczym)  - będą stale  naciskały  na wzrost 
płac.  W  rezultacie  stała,  choć  dająca  się  powstrzymywać,  4  -  5-procentowa 
inflacja  roczna  staje  się  nieuchronnym  efektem  ubocznym  wzrostu 
gospodarczego  i to jest „cena", jaką państwo płaci za spokój społeczny.  Kiedy 
jednak  inflację  taką  wzmagają  inne,  strukturalne  czy  przypadkowe,  czynniki 
powodujące spiralę  inflacyjną  -  i staje się  ona dwucyfrowa, jak to dzieje się w 
wielu  społeczeństwach  zachodnich-wówczas  „normalne"  narzędzia  jej 
ograniczania, jakimi dysponuje rząd, przestają być skuteczne. Normalną reakcją 
jest  ograniczenie  wypływu  pieniądza  (ale  to  powoduje  kryzys  płynności  i 
bankructwa  firm,  uderzając  przede  wszystkim  w  te  działy  gospodarki,  które  są 
szczególnie  uzależnione  od  stopy  procentowej),  bądź  radykalne  ograniczenie 

background image

wydatków  państwowych. Rządy jednak  nie decydują się  łatwo  na żaden z tych 
środków,  ponieważ  konsekwencją  takiej  deflacji  jest  wzrost  bezrobocia  do 
poziomu,  który  staje  się  politycznie  niebezpieczny.  Alternatywą  jest 
wprowadzenie  „polityki  dochodów",  która  w  drodze  administracyjnej  ustala 
jakieś  kryteria  sprawiedliwości;  ale  bez  wysokiego  opodatkowania  bogatych 
polityka taka jest nie do przyjęcia dla związków zawodowych. Wreszcie można 
próbować  wprowadzić  kontrolę  cen  i  płac,  co  jest  groźne  dla  gospodarki  i  w 
końcu  prowadzi  zawsze  do  oszustw  podatkowych.  Konkluzja  jest  dość 
oczywista:  nikt  nie  chce  płacić  kosztów  inflacji,  a  współczesne  rządy 
demokratyczne  są  politycznie  niezdolne  do  obarczania  tymi  kosztami  jakiejś 
jednej grupy społecznej. 
 
   A  jednak  mamy  do  czynienia  z  poważnym  dylematem.  Trwała  dwucyfrowa 
inflacja  niszczy  klasę  średnią.  Polityka  deflacyjna  prowadzi  do  bezrobocia  i 
może być skuteczna jedynie kosztem klasy pracującej. Jedynym wyjściem - jeśli 
jedno  i  drugie  zjawisko  się  utrzymuje  -  jest  ostra  kontrola  cen  i  płac  oraz 
polityka  dochodowa  wyrównująca  niesprawiedliwości.  Aby  kontrola  taka  była 
skuteczna, niezbędne jest silne ciało kontrolne o kompetencjach pozwalających 
zapobiegać  oszustwom  podatkowym.  Gdyby  kontrola  taka  miała  istnieć  przez 
dłuższy  czas  (co  prawdopodobne),  zasadnicze  decyzje  dotyczące  inwestycji 
przeszłyby nieuchronnie w ręce rządu. Krótko mówiąc, ten sposób rozwiązania 
dylematu,  bez  spowodowania  nowej  wojny  klas,  oznaczałby  przekształcenie 
prywatnej  gospodarki  w  gospodarkę  korporacyjną.  Tam  gdzie  inflacja 
gwałtownie rośnie, dochodzi do nowej wojny klas o podział budżetu rządowego, 
nie  tyle  między  przedsiębiorcami a  robotnikami,  ile  między  warstwą  średnią  a 
robotnikami. 
 
   Schumpeter powiedział kiedyś, że trwały feudalizm był tworem historycznym, 
trwały socjalizm jest możliwością historyczną, natomiast trwały kapitalizm jest 
historyczną  niemożliwością,  pojęciem  wewnętrznie  sprzecznym.  Jedną  z 
zasadniczych  tez  Marksa  było  stwierdzenie,  że  kapitalizm  musi  reprodukować 
się  poprzez  akumulację  i  reinwestowanie  kapitału.  Zwolennicy  tezy  o 
„stagnacji"  w  późnych  latach  trzydziestych  dowodzili,  iż  gospodarka 
kapitalistyczna musi nieuchronnie dojść do kresu swego rozwoju ze względu na 
wyczerpanie  się  inwestowania.  Przekonaniu  temu  zadały  kłam  -  Schumpeter 
znów był pierwszym,    
 
który  to  stwierdził  -  „otwarte  oceany"  techniki  i  technicznych  innowacji. 
Główny  problem  wzrostu  gospodarczego  polega  wszakże  na  tym,  że  w 
warunkach  trwałej  inflacji  gospodarce  stale  brakuje  kapitału,  a  korporacje 
przeżywają  kryzysy  w  gospodarowaniu pieniędzmi,  muszą  bowiem  ograniczać 
dopływ pieniądza, aby zdławić inflację. 
 

background image

   Jeśli  społeczeństwo  spodziewa  się  trwałej  inflacji,  to  nieliczni  będą  tylko 
oszczędzać (albowiem pieniądz traci na wartości) lub przeznaczać swe pieniądze 
na  długoterminowe  inwestycje  w  obligacjach  czy  akcjach.  Korporacje  z  kolei 
zmuszone  są  korzystać  z  kredytów  bankowych,  weksli  kupieckich  lub  innych 
sposobów  uzyskiwania  krótkoterminowego  kredytu  nie  tylko,  by  zgromadzić 
kapitał obrotowy, lecz również na opłacenie długoterminowych potrzeb. 
 
   Główną  konsekwencją  inflacji  jest  to,  że  jej  ciężar  spada  coraz  bardziej  na 
banki  lub  rząd.  W  Stanach  Zjednoczonych  ustawa  o  bankach  z  1933  r. 
oddzielała  banki  inwestycyjne  od  banków  handlowych  właśnie  po  to,  by 
ograniczyć  kontrolę  bankową  wielkich  korporacji,  co  występowało  w  latach 
dwudziestych.  Nowe  uregulowania  prawne  z  lat  siedemdziesiątych  zezwalają 
głównym  bankom  na  tworzenie  bankowych  towarzystw,  które  poważnie 
wkroczyły  w  obszar  kredytów  konsumpcyjnych,  kredytowania  obrotu 
nieruchomościami  i  budownictwa,  a  nawet  długoterminowego  kredytu 
korporacyjnego. Aby zgromadzić kapitał, banki współzawodniczyły o pieniądze 
„kupując"  certyfikaty  depozytowe,  depozyty  w  eurodolarach  i  martwe  rezerwy 
małych  banków.  W  początkach  lat  siedemdziesiątych  banki  znalazły  się  w 
tarapatach,  udzieliły  bowiem  zbyt  wielu  pożyczek,  zwłaszcza  w  dziedzinie 
obrotu  nieruchomościami.  W  rezultacie  wzrosła  rola  rządu  nie  tylko  jako 
poręczyciela  dla  korporacji,  ale  również,  co  proponowało  wielu  finansistów, 
jako bezpośredniego źródła kapitału własnego dla tych  gałęzi przemysłu, które 
nie  mogą  uzyskać  funduszy  na  zwykłym  rynku  kapitałowym  [Jak  zauważa 
Rohatyn,  udziałowiec  Lazard  Freres,  w  ciągu  minionego  dziesięciolecia  marża 
(czyli różnica między wartością rynkową akcji, a kwotą kredytu uzyskanego pod 
ich  zastaw)  poszczególnych  korporacji  wzrastała  od  25  do  40%  pod  wpływem 
inflacji i załamania się rynków akcji. Giełda nowojorska oceniała, że korporacje 
będą  potrzebowały  50  młd  kapitału  własnego  rocznie  w  następnym 
dziesięcioleciu, ale w 1974 r. wpłynęło tylko 5 mld. Jedynym rozwiązaniem, jak 
sądzi  Rohatyn,  jest  korporacja  rządowa  na  wzór  Reconstruction  Finance 
Corporation  (RFC)  utworzonej  podczas  wielkiego  kryzysu.  Nie  ukrywa  on  też 
konsekwencji  swej  propozycji:  „Nie  sposób  zaprzeczyć,  że  tego  rodzaju 
organizacja  [...]  postrzegana  być  może  jako  pierwszy  krok  do  państwowego 
planowania gospodarki. Nadszedł jednak czas publicznej dyskusji na ten temat. 
[...]  To  co  wielu  nazywa  planowaniem  państwowym,  okazać  się  może  niczym 
więcej,  niż  ostrożne  planowanie  budżetu  rodzinnego.  [.,.]  Wiele  osób  sądzi,  że 
długofalowe planowanie na poziomie państwa stało się koniecznością. [...] RFC 
mogłoby  się  stać  kluczowym  narzędziem  tego  rodzaju  podejścia.  Wstrzykując 
kapitał  własny,  kiedy  brak  go  w  dostatecznej  ilości,  ułatwić  by  mogło 
rekonstrukcję dla celów publicznych".]. 
 
   W  Anglii  rząd  Partii  Pracy  musiał  interweniować  i  poręczyć  za  Leyland 
Motors  Corporation,  największego  producenta  samochodów,  oraz  za  Burmah 

background image

Oil,  która  rozpoczęła  poszukiwania  na  Morzu  Północnym,  gdy  obie  te 
korporacje popadły w kłopoty finansowe. Rząd francuski w 1974 r. ratował Le 
Nickel,  co  do  wielkości  drugą  na  świecie  korporację  w  tej  dziedzinie, 
wykupując  połowę  jej  udziałów  we  francuskiej  Nowej  Kaledonii  (która,  choć 
leży  na  Pacyfiku,  jest  częścią  metropolii).  W  Stanach  Zjednoczonych  rząd 
udzielał  natomiast  bezpośredniej  i  pośredniej  pomocy  kolejom,  przemysłowi 
kosmicznemu,  a  nawet  samochodowemu,  przez  obniżenie  im  podatków  lub 
bezpośrednie zastrzyki kapitału. 
 
   Rząd  rozszerza  niewątpliwie  swą  kontrolę  rynku  kapitałowego,  stając  się 
„inwestorem ostatniej szansy", oddziałując na rynek kapitałowy poprzez kredyty 
(np.  skłaniając  banki  do  lokowania  pieniędzy  w  określonych  gałęziach 
przemysłu, jak np. budownictwo) czy bezpośrednio inwestując w poszczególne 
firmy (uzyskując silną pozycję wśród akcjonariuszy). W jakim  momencie uzna 
się  to  za  „kapitalizm  państwowy"  czy  też  „gospodarkę  korporacyjną",  to 
bardziej kwestia semantyczna niż rzeczowa. Rzecz zasadnicza w tym, że zakres 
prywatnej kontroli korporacji nad ich własnymi sprawami w najbardziej czułym 
punkcie - zarządzania kapitałem  - został znacznie ograniczony.  Liczy się coraz 
bardziej charakter i jakość polityki państwa oraz głos publiczny w wyznaczaniu 
celów społecznych. 
 
   Omawiane problemy  gospodarcze osadzone są jednak w szerszym kontekście 
kulturowym.  Kapitalizm  amerykański  zmieniał  swą  naturę  w  latach 
dwudziestych, zachęcając konsumentów do zaciągania długów i do traktowania 
życia  w  zadłużeniu  jako  czegoś  normalnego.  W  latach  sześćdziesiątych 
przekształceniu  uległa  zasadnicza  struktura  finansowa  gospodarki.  Ludzie 
przenikliwe myślący zaczęli zdawać sobie sprawę, że znaczące fortuny powstać 
mogą  dzięki  zaciąganiu  wielkich  długów  i  wykorzystywaniu  pożyczonych 
środków  do  ubezpieczania  spółek  finansowych,  tworzenia  trustów 
inwestycyjnych  w  budownictwie  i  raczej  zwiększania  marży  korporacji,  niż 
rozszerzania  finansowania  zewnętrznego  przez  kapitał  własny.  Zmiany  w 
prawie  bankowym  pozwoliły  bankom  na  rozszerzenie  finansowej  struktury 
gospodarki.  Była  to  jednak  gospodarka  zbudowana  na  górze  długów. 
Sprawozdanie  z  wpływów  pieniężnych  i  zysków  interesuje  księgowego,  a  w 
wypadku  silnych  towarzystw  -  inwestora.  Ale  kluczową  zmienną  w  przypadku 
rosnącego  zadłużenia  jest  „przepływ  gotówki",  to  znaczy  środków 
wpływających  bądź  z  dochodów,  bądź  z  pożyczek,  a  przeznaczonych  na 
pokrycie  rosnących  kosztów.  Kiedy  trudno  o  pieniądze,  przepływ  staje  się 
problemem  i  powoduje  kryzys  płynności.  Staje  się  to  jednocześnie  jednym  z 
dodatkowych czynników inflacjo-gennych. 
 
   Podobnie  jak  rodziny  muszą  nauczyć  się  żyć  w  ramach  środków  jakimi 
dysponują,  tak  też  gospodarka  powinna  zostać  w  takim  stopniu 

background image

„zdyscyplinowana"  -  pytanie  "jak?"  -  by  liczyła  się  z  dostępnym  przepływem 
pieniądza i nie popadała w długi, a uczyć tego ma rząd. Jeśli jednak nie będzie 
się zaciągać długów ani na konsumpcję, ani na inwestycje, to co wówczas stanie 
się ze wzrostem gospodarczym? Nieuchronnie musi zostać przyhamowany. 
 
   Tak  więc  wzrost  gospodarczy  i  inflacja  pociągają  za  sobą  swoistego  rodzaju 
sprzeczności  w  demokratycznych  gospodarkach  kapitalistycznych.  W  krajach 
komunistycznych,  takich  jak  Związek  Radziecki,  wzrost  gospodarczy  objął 
przede wszystkim przemysł ciężki, nie zaś dziedziny zaspokajające konsumpcję. 
Płace  i  popyt  podlegają  kontroli,  a  inflacja,  która  istnieje,  występuje  w 
przebraniu  niewykorzystania  siły  roboczej  lub  w  chronicznych  brakach 
towarów. 
 
   Marks  dowodził,  iż  jeżeli  kapitalizm  nie  będzie  się  rozrastał,  to  musi  upaść. 
Wewnętrzną  dynamiką  systemu  było  jego  zdaniem  współzawodnictwo 
kapitalistów  w  utrzymywaniu  stopy  wartości  dodatkowej  przez  zwiększanie 
udziału techniki  w  stosunku  do  siły  roboczej.  Akumulacja  kapitału  traktowana 
więc  była  jako  siła  napędowa  systemu.  Na  ironię  miało  się  okazać,  iż  wzrost 
gospodarczy,  będący  owocem  akumulacji  kapitału,  zrodził  oczekiwania 
gospodarcze i kulturowe, których system nie potrafi zredukować, a które wraz z 
innymi  przypadkowymi  czynnikami  (jak  gwałtowna  inflacja,  będąca  skutkiem 
szybko  rozwijającej  się  gospodarki  światowej)  rodzą  warunki  gospodarczej  i 
poli- 
 
tycznej  niestabilności,  sprawiającej  kłopoty  rządom.  Wszystko  to  prowadzi  do 
dezorientacji  i  niepewności,  podważającej  zaufanie  jednostek  do  własnych 
społeczeństw. 
 
 
 
Kryzys wiary 
 
   W  historii  społeczeństw  kryzysy  wiary  są  zjawiskiem  powtarzającym  się,  co 
wszakże  nie  czyni  ich  mniej  istotnymi,  nawet  jeśli  dotyczą  kwestii  banalnych. 
Do  rozpaczy  wystarczy,  że  konsekwencje  rzeczywiście  występują,  nawet  jeśli 
nie  bezpośrednio,  i  że  nikt  nie  może  im  skutecznie  zaradzić.  Można 
konstruować gadżety, pisać programy, budować instytucje, ale wiara jest czymś 
organicznym  i  nie  pojawia  się  na  zawołanie.  Jeśli  raz  została  zachwiana,  to 
sporo  czasu  musi  upłynąć,  by  się  odrodziła  i  znów  stała  skuteczna,  to  właśnie 
bowiem doświadczenie jest glebą, na której wyrasta. 
 
   W Związku Radzieckim,  gdzie  mesjanistyczna wiara ożywiać  miała  ludzi, jej 
kryzys  jest trojaki:  większość  nie  wierzy  już  w  dogmaty  (któż  będzie  negował 

background image

koniec  epoki  ideologii  w  ZSRR?);  spada  zaufanie  do  przywódców  (oskarżenie 
Stalina  i  uznanie  jego  zbrodni  przez  następców  skutecznie  złamało  wiarę  w 
idoli); niewiele osób wierzy w „przyszłość" - i to hasło jest nieskuteczne. 
 
   W Stanach Zjednoczonych establishment utracił rozmach; w istocie zawzięcie 
próbuje przeczyć własnemu istnieniu. Coraz szerzej - zwłaszcza przez młodzież, 
która  chciałaby  normalnie  zdobywać  pozycje  przynoszące  prestiż  - 
kwestionowana  jest  prawomocność  instytucji,  a  większość  ludzi  traci  wiarę  w 
przyszłość kraju. 
 
   W  Japonii  „rama",  czyli  skomplikowany  układ  wzajemnych  zobowiązań 
jednostek,  zdołał  utrzymać  spójność  istniejących  instytucji.  Religia  w  Japonii 
była  rozszerzeniem  mediatyzujących  więzi  między-osobniczych,  nie  zaś  wiarą 
w  transcedencję,  jak  na  Zachodzie.  Przed  II  wojną  światową  więzi  te 
ogniskowały się na narodzie (i armii) oraz cesarzu jako ucieleśnieniu religii. Po 
druzgocącej  klęsce  militarnej  przeniesione  zostały  na  przyziemne  zadania 
odbudowy  gospodarczej  i wzrostu. Co będzie jednak, jeśli wzrost  gospodarczy 
się  załamie?  Co  go  zastąpi?  Odrodzenie  agresywnego  nacjonalizmu?  A  jeśli 
nastąpi dalszy wzrost dobrobytu, to, czy zachowania społeczne, jakie będą temu 
towarzyszyć, nie rozsadzą tradycyjnej „ramy"? 
 
Główną konsekwencją tego kryzysu - pomijam tu głębsze dylematy 
 
kulturowe  -  jest  utrata  civitas,  spontanicznej  woli  utrzymania  posłuszeństwa 
wobec  prawa,  poszanowania  praw  innych,  rezygnacji  z  pokus  prywatnego 
bogacenia  się  kosztem  dobra  publicznego  —  krótko  mówiąc,  honorowanie 
wspólnoty,  do  której  się  należy.  Zamiast  tego  każdy  dziś  idzie  własną  drogą, 
oddaje  się  własnym  nałogom,  którym  można  pobłażać  tylko  kosztem  dobra 
publicznego. 
 
   Podstawą  każdego  społeczeństwa  liberalnego  jest  wola  podporządkowania 
prywatnego  interesu  interesom  zbiorowym,  wyrażana  przez  wszystkie  grupy. 
Utrata  civitas  oznacza  bądź  taką  polaryzację  interesów  i  takie  rozpalenie 
namiętności,  że  rodzi  się  terroryzm  i  walki  między-grupowe,  a  górę  bierze 
polityczna  anomia  bądź  to,  że  każda  wymiana  publiczna  staje  się  cyniczną 
transakcją,  na  której  silni  zarabiają  kosztem  słabych.  Ale  nawet  tam,  gdzie 
poczucie civitas utrzymuje się — jak na przykład w Anglii - koleiny wiodące w 
przyszłość  tak  całkowicie  odcięte  zostały  od  przeszłości  (ograniczenia  mogą 
okazać  się  tak  wielkie,  swoboda  manewru  tak  wąska,  instytucje,  zwłaszcza 
gospodarcze, tak zaskorupiałe), iż żaden reżim nie może powstrzymać staczania 
się, a poczucie zmęczenia i rozpaczy bierze górę. Takie będą kryzysy porządku 
politycznego w nadchodzącym ćwierćwieczu. 
 

background image

   Pokolenia  idealistów  -  podobnie  jak  i  dziś  wielu  młodych  ludzi  -  sądziły,  iż 
socjalizm  stanowi  alternatywę  dla  społeczeństwa  burżua-zyjnego.  Śmierć 
socjalizmu jest jednak nie uświadomionym jeszcze w pełni faktem politycznym 
naszego  stulecia.  W  świecie  sowieckim  dokonała  się  okrutna  falsyfikacja 
wspólnych  marzeń  dziewiętnastowiecznych  radykałów.  „Socjalizm"  w 
większości  krajów  „trzeciego  świata"  polega  na  oszustwie:  odmawia  się 
swobód,  natomiast  nowe  elity  wiodą  ludzi  w  imię  rozwoju  gospodarczego.  W 
Chinach  wszystkim  narzuca  się  zunifikowaną  „osobowość  moralną", 
ucieleśnioną  w  myślach  Mao,  tak  że  w  rezultacie  ego  zostaje  stłumione,  a 
wyrażanie  wszelkich  indywidualnych  opinii,  zwłaszcza  dotyczących  kultury, 
jest tępione. Przyszłość pokaże, czy przekształci się to w nową „religię", czy też 
po śmierci Mao pojawią się nowe tendencje ku indywidualizmowi. 
 
   W  europejskich  krajach  komunistycznych  upadek  wiary  sprawia,  że  problem 
civitas  staje  się  coraz  bardziej  doniosły;  utożsamia  się  on  z  kwestią  praw 
obywatelskich.  Problemem  krajów  komunistycznych  jest  brak  jakiejkolwiek 
instytucjonalnej  możliwości  wyrażania  niezgody,  publicznej  dyskusji, 
jakiejkolwiek  płaszczyzny,  na  której  artykułować  by  się  mogły  interesy 
poszczególnych „frakcji". (Terminu „frakcja" używam tu w tym sensie, w jakim 
stosował  go  Madison,  a  nie  Lenin.)  A  przecież  w  skomplikowanym 
społeczeństwie  muszą  istnieć  grupy  interesów  i  musi  istnieć  jakiś  sposób 
pośredniczenia  ich  żądaniom.  W  ZSRR  problemem  najbliższego  ćwierćwiecza 
stać się mogą żądania autonomii i udziału we władzy poszczególnych narodów 
oraz poszerzenie systemu politycznego. 
 
   W  następnym  dziesięcioleciu  będziemy  zapewne  na  Zachodzie  świadkami 
rosnącej  frustracji  warstw  średnich,  z  trudnymi  do  przewidzenia 
konsekwencjami  politycznymi.  Lepiej  opłacani  robotnicy  zaczynają  okazywać 
niezadowolenie z malejących w wyniku tendencji egalitarnych różnic zarobków. 
Czy strajk wyższych  urzędników państwowych w  Szwecji w 1973 r. okaże się 
precedensem  kolejnych  takich  akcji  w  przyszłości?  Rosnące  koszty  usług 
oznaczają skurczenie się zakresu codziennych ułatwień, jak dostarczanie poczty 
do  domu  i  wywóz  śmieci  [Herman  Kami  sformułował  „prawo",  zgodnie  z 
którym  z  chwilą,  gdy  średni roczny  dochód  na  głowę  ludności  w  jakimś  kraju 
przekracza  4  tys.  dolarów,  poziom  życia  klas  średnich  spada:  na  stacjach 
kolejowych  nie  można  uświadczyć  tragarza  (np.  na  centralnym  dworcu 
kolejowym w Tokio), w bibliotekach brak chłopców do roznoszenia książek (np. 
w nowojorskiej bibliotece publicznej), czyścibutów w warsztatach szewskich, w 
Cambridge (Massachusetts) nie wywozi się śmieci częściej niż raz na tydzień.]. 
Wszystko  to  są  jednak  drobne  frustracje  w  porównaniu  z  niezadowoleniem  z 
inflacji i podatków. 
 

background image

   Warstwy  średnie  cierpią  z  dwóch  przyczyn.  Wzrost  cen  wymaga 
zrównoważenia  we  wzroście  dochodów  [W  Stanach  Zjednoczonych  jeszcze  w 
1940  r.  26%  ludności  pracowało  „na  swoim"-jako  drobni  przedsiębiorcy  lub 
niezależni  rzemieślnicy  czy  też  ludzie  wolnych  zawodów;  mogli  oni  podnosić 
ceny  w  celu  zrównoważenia  inflacji.  Dziś  85%  siły  roboczej  otrzymuje  pensje 
lub  wynagrodzenia,  a  więc  skazane  jest  na  dochody,  które  mogą  rosnąć  tylko 
skokowo.  Wprawdzie  zarobki  znacznej  części  członków  związków  są 
indeksowane,  to  znaczy  rosną  automatycznie  wraz  ze  wzrostem  kosztów 
utrzymania,  ale  większość  salariatu,  zwłaszcza  fachowców  z  warstw  średnich, 
nie korzysta z tego, a więc luka jest większa.], ale wyższy zarobek powoduje, że 
osoba  z  warstw  średnich  przekracza  wyższy  próg  podatkowy  przy  czym 
progresja podatkowa okazuje się nieproporcjonalna do wzrostu zarobku, a więc 
strata  jest  większa.  Jeśli  inflacja  postępuje  szybko,  a  system  podatkowy  nie 
ulega  zmianom,  to  spirala  idzie  w  górę  zgodnie  z  postępem  geometrycznym. 
„The  Economist"  komentował:  „jeśli  zarabiasz  10  tys.  funtów  rocznie,  a 
tegoroczna 19-procentowa inflacja 
 
oraz  system  podatkowy  1974-1975  ulegną  zmianie,  to  w  roku  1978  będziesz 
musiał zarabiać 40 tys., aby utrzymać swój poziom życia. Tyle nie zarobisz!" 
 
   Na ironię okazuje się, że inflacja staje się wygodnym sposobem finansowania 
nowych  wydatków  publicznych,  skoro  coraz  większa  liczba  obywateli 
przechodzi  do  grup  o  wyższych  progach  podatkowych.  I,  jak  już  zostało 
powiedziane,  w  jeszcze  większym  stopniu  podstawowe  zasoby  społeczne 
przeznaczane  będą  na  zakup  dóbr  publicznych.  Jak  wszakże  wskazywał 
Anthony  Downs,  ludzi  często  trudno  przekonać,  iż  dobra  te  warte  są  nabycia, 
ponieważ  są  standardowe  i  rzadko  dostosowane  do  indywidualnych  gustów. 
Mancur  Olson  pisał  natomiast,  że  skoro  dobra  zbiorowe  mają  być  dostępne 
każdemu,  wiele  osób  uchyla  się  od  płacenia  za  nie,  licząc  na  „przejażdżkę  na 
gapę".  Rzecz  najistotniejsza  polega  jednak  na  tym,  że  to  podatki  finansują 
rozwój  tych  świadczeń  społecznych  i  większe  nakłady  rządowe  na  nie. 
Większość  ludzi  traktuje  natomiast  podatki  nie  jako  niezbędne  koszta  dóbr, 
których  nie  możemy  uzyskać  indywidualnie,  lecz  jako  obniżenie  własnych 
dochodów.  Konsumpcja  prywatna  zależy  od  indywidualnego  wyboru, 
konsumpcja publiczna - od decyzji  ustawodawczych; wiele zaś osób traktuje to 
jako ograniczenie swej „swobody wydawania". 
 
   Kiedy podatek rośnie do 35% zarobku lub wyżej i człowiek świadom jest tego 
wzrostu,  staje  się  to  kolejnym  powodem  niezadowolenia,  chyba  że  dokładnie 
określone  jest  przeznaczenie  podatku.  Niewielu  polityków  ma  jednak  odwagę, 
by to powiedzieć; łatwiej jest przystać na niezadowolenie. 
 

background image

   Rezultatem jest postępujące zachwianie  stabilności politycznej. W następnym 
dziesięcioleciu  możemy  stać  się  świadkami  załamania  się  sytemu  partyjnego 
społeczeństw  zachodnich.  Warstwy  średnie  mają,  jak  się  zdaje,  wstręt  do 
polityki.  W  przeszłości  rezultatem  takiej  postawy  było  osłabienie  rządów 
partyjnych 

rozdrobnienie 

ciała 

ustawodawczego. 

wyborach 

parlamentarnych  w  1974  r.  w  Norwegii,  Szwecji,  Danii,  Francji,  Niemczech 
Zachodnich,  Holandii,  Belgii,  Włoszech  i  Wielkiej  Brytanii  żadna  partia  nie 
uzyskała większości. 
 
W Danii, Norwegii i Szwecji, które od czterdziestu lat chwaliły sobie „pośrednią 
drogę",  nastąpiła  ostra  polaryzacja  elektoratu,  co  stanowi  zagrożenie  dla 
tradycyjnych  partii.  W  Danii  i  Norwegii  powstały  nowe  partie,  wyrażające 
protest  przeciwko  wysokim  podatkom,  zbyt  hojnym  świadczeniom  na  opiekę 
społeczną,  rozrostowi  biurokracji  państwowej,  pomocy  krajom  rozwijającym 
się, a nawet przeciwko wysokim wydatkom na obronę. Partia Postępu Mogensa 
Glistrupa,  o  której  nikt  nie  słyszał  przed  1973  r.,  ku  przerażeniu  tradycyjnych 
konserwatystów,  wyszła  z  wyborów  jako  druga  co  do  wielkości  grupa  w 
duńskim parlamencie. Analogiczna partia w Norwegii, której przewodzi Anders 
Lange,  osiągnęła  znaczący  sukces  wyborczy.  Socjaliści  w  obu  krajach 
twierdzili,  że  partie  te  mają  charakter  „populistyczny",  stosują  demagogię, 
odwołują  się  do  najgorszych  ludzkich  instynktów  i  zachowują  się  w  sposób 
niezgodny ze skandynawską tradycją! 
 
   W  Stanach  Zjednoczonych  partie  polityczne  są  w  stanie  upadku.  Aparat 
partyjny  jest  slaby,  brak  mu  ludzi  i  środków.  Obywatele  nie  utożsamiają  się 
politycznie  z  partiami,  ponad  40%  wyborców  uważa  się  za  „niezależnych"  i 
coraz mniej osób uczestniczy w wyborach. 
 
   System  partyjny  niewątpliwie  przenika  głęboko  życie  instytucjonalne 
społeczeństw zachodnich. Ma on często podstawy prawne: w większości stanów 
Ameryki  prawo  wyborcze  zapewnia  system  dwupartyjny;  partie  mają  swoich 
zwolenników  i  kadry.  Prawdopodobnie  jednak  będziemy  świadkami  nagłego 
powstawania  w  partiach  frakcji  ekstremalnych,  czego  przykładem  jest  grupa 
„nowej  polityki"  McGoverna  w  Partii  Demokratycznej  albo  „młodych 
socjalistów"  w  niemieckiej  SPD.  Nie  jest  wykluczone,  że  nastąpią  znaczne 
zwroty  opinii  publicznej  w  wyborach  i  pojawianie  się  pozapolitycznych 
organizacji partyjnych. 
 
   We  wszystkim  tym  tkwi  podwójne  niebezpieczeństwo.  Polityka  jest  zawsze 
wypadkową interesów i ekspresji symboli (ideologii, przywiązania do instytucji 
i osób). Można zapomnieć o interesach, ale zachować przekonania, albo stracić 
wiarę,  a  być  nadal  zaangażowanym  w  interesy.  Kiedy  jednak  zaufanie 
społeczeństwa  i  jego  instytucje  zużywają  się,  kiedy  interesy  nie  zdobywają 

background image

uznania, na jakie zasługują, powstaje wybuchowa mieszanka i wystarczy iskra. 
Ludzie  nie  znoszą  zbytniej  niepewności  w  życiu,  a  jej  miarą  są  gwałtowne 
wahania wartości pieniądza (rosnąca dysproporcja  między zarobkami a  ich siła 
nabywczą,  deprecjacja  wartości  dóbr  z  trudem  uzyskanych)  oraz  fluktuacje 
bezrobocia.  W  takich  właśnie  okolicznościach  tradycyjne  instytucje  i 
demokratyczne procedury zawodzą, narasta irracjonalizm, złość,    
 
a  ludzie  zaczynają  oglądać  się  za  wybawcą,  który  powstrzyma  potop.  Upadek 
liberalnej  demokracji  -  zwłaszcza  w  Europie  -  i  zwrot  ku  politycznym 
ekstremom stanowić może najbardziej niepokojący fakt ostatnich dziesięcioleci 
naszego wieku. 
 
   Ekonomiczne  dylematy,  przed  którymi  stoją  społeczeństwa  zachodnie, 
wynikają  z  naszych  usiłowań  połączenia:  mieszczańskich  apetytów,  które 
opierają  się  moralnym  czy  też  podatkowym  ograniczeniom;  demokratycznego 
społeczeństwa,  domagającego  się  coraz  to  nowych  usług  i  uprawnień  oraz 
indywidualistycznego etosu, który w najlepszym razie broni osobistej wolności, 
a w gorszym przypadku - wyrzeka się niezbędnej odpowiedzialności społecznej 
i  ofiar,  jakich  wymaga  życie  w  społeczeństwie.  W  sumie,  brak  było 
normatywnego zaangażowania w gospodarkę publiczną lub publiczną filozofię, 
które mediatyzowałyby prywatne konflikty. 
 
   Zdaniem  wielu  radykałów  wszystko  to  jest  konsekwencją  „kapitalizmu". 
Ocena  to  jednak  zbyt  łatwa.  Jeszcze  bardziej  zwodnicze  jest  kryjące  się  za  nią 
przekonanie  o  istnieniu  ekonomicznie  żywotnej  i  filozoficznie  zasadnej 
normatywnej  ewentualności  zwanej  „socjalizmem".  Radykałowie  nie  wyszli 
poza  stawianie  pytań.  Wielce  dyskusyjna  jest  kwestia,  czy  socjalizm  -  bez 
stosowania  przymusu  i  zniesienia  wolności  osobistej  -  jest  rzeczywiście 
gospodarczo  zdolny  do  życia  w  rozwiniętym  społeczeństwie  przemysłowym  i 
demokratycznym  państwie,  wrażliwym  na  rozmaite  potrzeby  i  dążenia 
poszczególnych  grup.  Poza  obietnicą  „dostatku",  który  miałby  znieść  wszelkie 
konflikty  społeczne,  nieznane  nam  są  żadne  polityczne  czy  filozoficzne 
koncepcje, które w imię socjalizmu usprawiedliwiałyby nowe reguły dystrybucji 
[W  ramach  teorii  politycznej  problem  ten  ujmowany  być  może  nie  tylko  w 
kategoriach  konsensu,  lecz  również  legitymizacji  -  pojęcia  -  które  sięga 
najgłębszych wartości społeczeństwa. 
 
   Jurgen  Habermas,  czołowy  dzisiaj  badacz-marksista,  ujmuje  problem 
legitymizacji  w  ramach  konfliktu  między  kapitalizmem  opartym  na 
motywacjach prywatnych, indywidualnych a systemem, który nieuchronnie staje 
się  kapitalizmem  państwowym,  w  którym  ani  motywacja,  ani  wynagrodzenie 
nie  może  przebiegać  w  ten  sposób.  Aczkolwiek  sądzę,  iż  przesłanka  tej 
argumentacji jest trafna,  niepokoi  mnie, że sposób, w jaki  Habermas  formułuje 

background image

ją  w  swoim  języku,  „reifikuje"  system:  systemy  wywołują  lub  wymuszają 
określone  zachowania,  manipulują  osobami,  a  opór  poszczególnych 
społeczeństw,  charakter  ludzi  i  tradycje  znikają  pod  ciężarem  monolitycznego 
terminu „system". 
 
   Zajmując  się  problemem  rozszerzających  się  i  rywalizujących  postulatów 
społecznych, kładących się ciężkim brzemieniem na państwo,  Habermas pisze:  
„[...] 

należałoby 

jeszcze 

wyjaśnić, 

dlaczego 

społeczeństwach 

poźnokapitalistycznych  w  ogóle  utrzymuje  się  demokracja  formalna.  Jeśli 
chodzi  o  sam  system  administracyjny,  to  demokracja  formalna  mogłaby  być 
zastąpiona  równie  dobrze  wariantem  konserwatywno-autorytar-nego  państwa 
dobrobytu,  które  ogranicza  polityczne  uczestnictwo  obywateli  tak,  by  z  tej 
strony  nie  zagrażało  systemowi  żadne  ryzyko,  albo  wariantem  państwa 
faszystow-sko-autorytarnego, które utrzymuje ludność w stałej mobilizacji". 
 
   Zdaniem  Habermasa,  takie  rozwiązania  są  dziś  mało  prawdopodobne, 
ponieważ,,[...]  system  społeczno-kulturowy  stwarza  wymagania  nie  do 
zaspokojenia  w  obrębie  systemu  autorytarnego".  I  dalej  pisze:  „Rozważania  te 
prowadzą  do  tezy,  że  przejście  niedostatku  uprawomocnienia  w  kryzys 
uprawomocnienia  tłumaczy  się  jedynie  obecnością  sztywnego  systemu 
społeczno-kulturowego,  którego  funkcjonowania  nie  można  ze  względu  na 
potrzeby  systemu  administracyjnego  dowolnie  zmieniać.  Podłożem  kryzysu 
uprawomocnienia  musi  być  kryzys  motywacji,  to  jest  rozbieżność  między 
zgłaszanym przez państwo i system zatrudnienia zapotrzebowaniem na motywy 
a motywacjami, jakich dostarcza system społeczno-kulturowy". 
 
   Habermas konkluduje: „Jeśli struktury normatywne, mające dziś jeszcze jakąś 
siłę,  nie  przystają  w  stopniu  dostatecznym  do  systemów  polityczno-
ekonomicznych,  kryzysu  motywacji  można  [w  kapitalizmie  -  D.B.]  zawsze 
jeszcze  uniknąć  metodą  wyłączenia  systemu  kultury  -  kultura  stałaby  się 
wówczas  niezobowiązującym  sposobem  spędzania  wolnego  czasu  albo 
przedmiotem profesjonalnej wiedzy". 
 
   Nie  sądzę,  by  „demokrację  formalną"  w  takich  krajach,  jak  Szwecja,  Anglia 
czy  Stany  Zjednoczone  dało  się  „łatwo"  zastąpić.  Jej  siła  wynika  z 
autonomicznej  tradycji  wolności,  a  nie  z  potrzeby  systemu  kapitalistycznego. 
Paradoksalnie,  jedynymi  społeczeństwami  zdolnymi  utrzymywać  wysoki 
stopień mobilizacji obywateli są nie społeczeństwa „późno-kapitalistyczne", lecz 
nowe społeczeństwa rewolucyjne, przeważnie autorytarne. 
 
   Nie  sądzę  również,  by  istniało  coś  takiego,  jak  system  polityczno-
ekonomiczny,  ponieważ  państwo  jest  regulatorem  zarówno  gospodarki,  jak  i 
szerzej  -  dziedziny  postulowania  praw.  Chociaż  zgodziłbym  się,  że  zachodzi 

background image

rozbieżność  motywacji,  jakich  wymaga  gospodarka  i  produkcja  oraz  stylów 
życia narzucanych przez kulturę, to nie wierzę, by kulturę można było „odciąć" 
(kto miałby to zrobić?) i by mogła ona pozostawać obszarem, w którym ludzie 
bezpiecznie  wyładowują  swe  impulsy  -  seksualne  czy  innego  rodzaju.  Jak 
dowodziłem  w pierwszym rozdziale, to właśnie w dziedzinie kultury  następuje 
podważenie  kapitalizmu  i  erozja  jego  hegemonii.  Toteż  jestem  bardziej 
pesymistyczny 

niż 

Habermas 

ocenie 

zdolności 

społeczeństwa 

kapitalistycznego  do  utrzymania  w  dłuższym  okresie  jego  żywotności  jako 
systemu  moralnego oraz sposobu wynagradzania dla jego obywateli. Ale  mimo 
wszystko  podstawą  legitymizacji  mogą  pozostać  wartości  politycznego 
liberalizmu, o ile tylko wyzbędzie się on burżuazyjnego hedonizmu. Kwestią tą 
zajmę się w następnej części niniejszego eseju.]. 
 
   Każde  społeczeństwo  oparte  jest  na  pewnym  porządku  moralnym,  który  ma 
uzasadniać  (legitymizować  -  mówiąc  żargonem  socjalistycznym)  jego  reguły 
alokacji oraz równowagę między wolnością a przymusem, jakie są niezbędne do 
egzekwowania  tych  reguł.  Problemem  jest  nieuchronnie  stosunek  między 
interesem indywidualnym a publicznym, między indywidualnymi skłonnościami 
a  wymogami  społecznymi.  Bez  wyraźnie  określonej  filozofii  publicznej  brak 
jest podstawowych warunków osiągania konsensu  i koncepcji sprawiedliwości, 
na  których  opierać  się  musi  państwo  nowoczesne.  (W  przeciwnym  razie 
nieuchronne są nieustające konflikty.) 
 
   W  Stanach  Zjednoczonych  istniał  w  przeszłości  taki  „nie  wypowiedziany 
konsens"  i  nie  było  wobec  tego  potrzeby  artykułowania  filozofii  publicznej. 
Funkcjonowała, jak wskazywał Louis Hartz, wywodząca się od Locke'a tradycja 
liberalna i ona właśnie kształtowała system polityczny. Brak w nim było miejsca 
zarówno dla Robespierre'a, jak i dla de Maistre'a, a więc zarówno rewolucja, jak 
i reakcja  nie  znajdowały dla  siebie  w  Stanach  żyznej  gleby.  Amerykański styl 
polega  na  kompromisach  ad  hoc.  W  amerykańskich  debatach  politycznych 
(pomijając okres wojny domowej) - inaczej niż we Francji, gdzie każdy konflikt 
polityczny wywodził się z dziedzictwa Wielkiej Rewolucji - rzadko apelowano 
do  „pierwszych  zasad".  W  USA  obowiązywały  trzy  nie  wypowiedziane 
założenia,  a  mianowicie,  że  maksymalizować  należy  wartości  jednostek,  że 
rosnące  bogactwo  materialne  usuwać  będzie  napięcia  płynące  z  nierówności,  i 
że  ciągłość  doświadczenia  pozwoli  rozwiązywać  problemy  przyszłości. 
Dostatekv stanowił dla Amerykanów surogat socjalizmu. 
 
 
   Wszystkie  te  założenia  uległy  obecnie  zachwianiu.  Poszczególne  grupy  i 
społeczności  wysuwają  swe  żądania,  Rosnące  bogactwo  nie  usunęło 
nierówności,  a  zrodziło  nowe  pro  bierny.  Doświadczenie  przeszłości  nie  jest 
niezawodnym 

drogowskazem 

na 

przyszłość 

przy 

rozwiązywaniu 

background image

skomplikowanych  zagadnień  nowoczesnego  społeczeństwa.  Zakwestionowane 
zostały również wartości uzasadniające dążenie do dobrobytu. 
 
   Postawione  muszą  być  nowe  cele,  określone  nowe  założenia.  Konsens 
sformułowany  implicite  w  przeszłości  miał  wielką  siłę,  ponieważ  artykulacja 
zawsze  ujawnia  sprzeczności  między  ideologią  a  rzeczywistością  i  wzywa  do 
ich nie zawsze dającego się osiągnąć rozwiązania. Ale z zadania tego nie sposób 
zrezygnować.  Zorientowane  na  konsumpcję  społeczeństwo  wolnorynkowe 
moralnie nie zadowala już - jak kiedyś 
 
-  obywateli;  Aby  społeczeństwo  liberalne  mogło  przeżyć,  niezbędne  jest 
tworzenie nowej filozofii publicznej. 
 
 
 
II Filozofia publiczna 
 
   Gospodarstwo  publiczne  odgrywać  musi  zasadniczą  rolę  w  nowoczesnej 
gospodarce,  działającej  na  zasadzie  naczyń  połączonych.  Co  więcej,  jak 
próbowałem  wykazać  gospodarstwo  publiczne  to  nie  po  prostu  „rząd",  czy  też 
publiczny  sektor  gospodarki,  istniejący  obok  gospodarki  rynkowej  i 
gospodarstw domowych; ma ono wobec nich dziś priorytet i kieruje nimi. Jest to 
szeroko rozumiana polis. Brak nam jednak jakiejkolwiek teoretycznej podstawy 
tego  stanu  rzeczy  -  ekonomii  politycznej  gospodarstwa  publicznego,  która 
łączyłaby w sobie aspekty ekonomiczne  i  polityczne, czyli  filozofii politycznej 
gospodarstwa  publicznego;  filozofii  dostarczającej  reguł  decyzyjnych,  które 
służyłyby normatywnemu rozstrzyganiu konfliktowych żądań i uzasadniałyby te 
rozwiązania.  Jak  wnikliwie  zauważył  Walter  Lippmann,  „są  tacy,  którzy 
powiedzą  [...],  że  wiara  w  filozofię  jest  iluzją  ludzi  o  miękkim  sercu".  Istota 
filozofii  polega  jednak  na  dostarczaniu  racjonalnych  standardów  i  sprzyjaniu 
spójności  ich  zastosowań;  pozwala  ona  działać  w  .sposób  mniej  arbitralny  i 
kapryśny,  daje  normatywne  uzasadnienie  zaspokajające  ludzkie  poczucie 
sprawiedliwości. Wspólnie akceptowane zasady życia politycznego  możliwe są 
tylko  na  tej  podstawie,  bez  nich  zaś  rządzi  brutalna  siła.  Ludzie  mogą  być 
posłuszni prawu  i dobrowolnie  mu się podporządkowywać tylko wtedy, gdy je 
szanują. 
 
   Polityczną  filozofię  klasycznej  polis  sformułował  Arystoteles.  Za  model 
służyła  mu  rodzina. Tak, jak naturalnym autorytetem cieszą się w  niej rodzice, 
tak też istnieje moralny autorytet tych, którzy najbardziej 
 
powołani  są  do  rządzenia,  ludzi  rozsądnych.  Podstawą  polis  jest  zaspokajanie 
naturalnych  potrzeb.  Nie  ograniczona  zachłanność  musi  być  destrukcyjna  dla 

background image

gospodarki,  dlatego  celem  zarządzania  jest  pohamowanie  żądz.  Jest  to  punkt 
widzenia  zasadniczo  niezgodny  z  demokratycznym  etosem  i  postawą 
nowoczesną, j 
 
 Pomijając 

wszystkie 

te 

kwestie, 

socjologicznyńTograniczeniem 

Arystotelesowej polis jest problem skali. W społeczeństwie, w którym jednostki 
starają  się  sobie  nawzajem  pomagać  i  w  którym  chcą  uczestniczyć  na  gruncie 
wspólnie uznawanych zasad, muszą się one osobiście znać i móc bezpośrednio 
świadczyć usługi. Podstawą takiej społeczności jest wzajemna miłość i zaufanie. 
Z tego właśnie powodu Rousseau w Umowie społecznej dowodził, iż moralnym 
społeczeństwem  może  być  tylko  społeczeństwo  małe.  Freud  zaś  w  Das 
Unbehagen  in  der  Kultur  dowodził,  że  komunizm  czy  wspólne  posiadanie  są 
niemożliwe  w  dużym  społeczeństwie,  miłość  bowiem,  która  je  utrzymuje  w 
całości,  ma  sens  jedynie  jeśli  jest  bezpośrednia,  nie  zaś  uogólniona  na  całą 
„ludzkość". Strauss pisał natomiast: „Tylko społeczeństwo tak małe, że możliwe 
jest  w  nim  wzajemne  zaufanie,  jest  .wystarczająco  małe,  aby  umożliwiało 
wzajemną  odpowiedzialność  czy  kontrolę  -  kontrolę  działania  i  sposobów 
zachowania  się,  która  jest  konieczna  w  społeczeństwie  troszczącym  się  o 
doskonalenie swych członków; w bardzo dużym mieście, w «Babilonie», każdy 
może  żyć  [...]  tak,  jak  mu  się  podoba"(Współczesne  społeczeństwo  jest  dla 
Fitzgeralda właśnie  Babilonem).  Z tego rodzaju etyką kontrastują  uzasadnienia 
społeczeństwa  liberalnego  znane  z  dzieł  Locke'a,  Adama  Smitha  i  Kanta.  W 
doktrynie  Locke'a  zasadniczą  rolę  odgrywa  koncepcja  własności  osobistej. 
Własność jest przedłużeniem pracy; chroni przed wyzyskiem przez innych, jest 
konsekwencją  prawa  samozachowania.  Wedle  Adama  Smitha  wymiana 
indywidualna,  w  której  każdy  realizuje  własny  interes,  stanowi  podstawę 
wolności,  satysfakcji  i  wzajemnej  korzyści;  w  przypadku,  gdy  przebiega  w 
sposób  racjonalny,  jest  również  podstawą'  akumulacji  i  bogactwa.  Zdaniem 
Kanta,  prawo  publiczne  powinno  mieć"  raczej  charakter  proceduralny  niż 
rzeczowy;  jego  celem  jest  raczej  określenie  reguł  gry,  w  której  ludzie  mogą 
współzawodniczyć o to, czego pragną, niż wyznaczanie jej wyników. 
 
   Istota tych trzech poglądów sprowadza się zdaniem Adama Smitha do tego, że 
„w  ramach  systemu  wolności  naturalnej"  gospodarstwo  publiczne  ograniczone 
zostaje do trzech funkcji: ochrony społeczeństwa prżedprzemćScą i napaścią ze 
strony  innych  społeczeństw,  zapewnienia  bezpieczeństwa  i  wymiaru 
sprawiedliwości  oraz  „ustanowienia  i  utrzymania  tych  instytucji  i  urządzeń 
użyteczności  publicznej,  które,  choćby  nawet  były  w  największym  stopniu 
korzystne dla całego społeczeństwa, to są przecież tego rodzaju, że zysk, jaki by 
przyniosły,  nie  mógłby  nigdy  pokryć  wydatków  poniesionych  przez  jednostki 
lub  niewielkie  grupy  ludzi,  od  których  przeto  nie  można  by  oczekiwać,  że  je 
ustanowią i utrzymają". 
 

background image

   Określenie  „duże  społeczeństwo",  pojawiające  się  trzykrotnie  w  Badaniach 
nad naturą i przyczynami bogactwa narodów w kontekście, w którym występuje 
(rozdział pierwszy piątej księgi), oznacza „całe społeczeństwo"27. Od czasu gdy 
zalecenia  te  zostały  sformułowane,  inicjowanie  „publicznych  prac  i  instytucji" 
pochłaniało  coraz  więcej  uwagi  społeczeństwa,  a  dziś  szala  przechyliła  się 
zdecydowanie  na  ich  korzyść.  Ta  „kolektywistyczna"  rzeczywistość  istnieje 
jednak w teoretycznej próżni. 
 
   Socjalizm  -  mam  tu  na  myśli  przede  wszystkim  tradycję  marksistowską  - 
nigdy  nie  uznał  za  niezbędne  podanie  normatywnego  uzasadnienia  swojej 
filozofii,  chociaż  twierdzi,  iż  jest  par  excellence  doktryną  gospodarstwa 
publicznego.  Dzieje  się  tak  po  części  dlatego,  że  socjalizm  ujmowano  jako 
kolejne,  wyższe  stadium  świadomości  i  racjonalności,  a  po  części  z  tego 
powodu,  iż  wedle  Marksa  wstępnym  warunkiem  komunizmu  jest  zniesienie 
ekonomii. Źródłem zła w świecie jest niedostatek, to on bowiem rodzi zazdrość i 
rywalizację  oraz  morderczą  pogoń  za  korzyścią  osobistą.  Natura,  zdaniem 
Marksa  (tak  jak  i  Hegla),  ma  charakter  konieczny.  Gospodarka  to  praca 
niezbędna  do  wyrwania  dóbr  naturze.  W  miarę,  jak  człowiek  zdobywa  władzę 
techniczną  nad  materią,  z  królestwa  natury  przenosi  się  do  królestwa  historii. 
Końcem  historii  jest  wolność,  czyli  ostateczne  uniezależnienie  się  od  natury. 
Kiedy  człowiek  nie  będzie  musiał  pracować,  kiedy  każdy  korzystać  będzie  z 
obfitości dóbr,  nadbudowa,  by  tak  rzec,  „oderwie  się",  człowiek  wyzwolony  z 
konieczności  i  przymusów  będzie  mógł  czynić,  co  zechce.  Krótko  mówiąc,  w 
komunizmie  nie  będzie  problemu  alokacji  [Co  zadziwiające,  jest  to  również 
argumentacja  Locke'a.  Ograniczenia  zachłanności  niezbędne  były  w  stanie 
natury,  stan  natury  jest  bowiem  stanem  dostatku.  Społeczeństwo  obywatelskie 
może  się  ich  bezpiecznie  pozbyć,  ponieważ  jest  ono  stanem  dostatku. 
Rozumowanie to staje się uzasadnieniem „burżuazyjnej" zachłanności, ekspansji 
„pragnień". Utopijne doktryny socjalistyczne Fouriera i Saint-Simona wyrastały 
jednak  z  koncepcji  natury  ludzkiej.  Fourier  był  przekonany,  iż  ludzi  istotnie 
różnią  temperamenty  i  żądze  (przypomina  to  Jungowskie  odróżnienie  typów 
psychologicznych)  oraz  że  komunistyczna  wspólnota  zharmonizuje  sprzeczne 
charaktery  i  dążenia.  Zdaniem  Saint-Simona  ludzi  różnią  ich  talenty  i 
umiejętności,  wobec  czego  w  socjalistycznym  społeczeństwie  podział 
profesjonalny  łączyć  będzie  ludzi  w  „izby",  racjonalnie  sterujące  podziałem 
pracy.]. 
 
   Jak  dziś  jednak  wiemy,  żadne  społeczeństwo  nie  zdoła  uciec  od  „ekonomii". 
Ludzie  stale  określają  na  nowo  swoje  potrzeby:  wczorajsze  pragnienia  dziś 
bezwzględnie  wymagają  zaspokojenia.  Ograniczoność  zasobów  stała  się 
odczuwalna  i chociaż  nie  grozi  ich  fizyczny brak,  koszty pozyskania rosną, co 
staje  się  przyczyną  niedostatku  [Z  przejściem  od  ekonomii  politycznej  do 

background image

ekonomii mamy do czynienia nie 
 
u  Smitha,  lecz  u  Ricarda.  Zdaniem  Ricarda  istnieją  naturalne  granice 
akumulacji: 
 
wyznaczają je zasoby. Toteż przedmiotem ekonomii powinny być nie  -jak u A. 
Smitha 
 
- sposoby akumulacji bogactwa, lecz alokacja i podział w granicach dostępnych 
środków 
 
-  „prawa  określające  podział  produkcji  przemysłowej  pomiędzy  klasami,  które 
przyczyniają się do jej tworzenia". 
 
   Wzrost  gospodarczy  jest,  wedle  Ricarda,  ograniczony  przez  niedostatek 
zasobów  (przede  wszystkim  ziemi).  W  miarę  jak  przedsiębiorcy  usiłują 
rozszerzać  wykorzystywanie  zasobów,  to  ze  względu  na  ich  brak  stopa  zysku 
wykazywać  będzie  nieuchronnie  tendencję  spadkową  przy  jednoczesnym 
wzroście zainwestowanego kapitału w przeliczeniu na jednego robotnika. Marks 
przejął  od  Ricarda  koncepcję  spadającej  stopy  zysku,  lecz  powiązał  ją  nie  z 
problemem zasobów, lecz z ograniczeniem wykorzystania siły roboczej, a więc i 
uzyskiwania wartości dodatkowej. Bezkrytyczna wiara w potęgę techniki kazała 
mu raczej kłaść nacisk na wzrost produkcji (któremu sprzyjać ma społeczeństwo 
socjalistyczne),  niż  na  malejącą  wydajność  natury.].  Dlatego  właśnie, 
nowoczesne  gospodarstwo  publiczne  wypracować  musi  normatywną  filozofię 
polityczną,  liczącą  się  raczej  z  nieustannymi  ograniczeniami  wynikającymi  z 
„niedostatku" niż z obfitością. Filozofia ta ma do spełnienia dwa zadania: 
 
   1. Zdefiniowanie dobra publicznego - klasyczny problem każdej polis. 
 
   2.  Realizację  indywidualnych  praw  i  pragnień,  których  zadośćuczynienia 
domagają się jednostki i grupy społeczne. 
 
   Klasyczna  doktryna  polis  kładła  nacisk  na  cnoty  obywatelskie,  przede 
wszystkim  na  umiarkowanie  potrzeb  i  ograniczenie  zachłanności;  wolność 
traktowano  jako  dobro  wtórne.  Filozofia  nowoczesności,  przeciwnie,  kładzie 
nacisk  na  wolność,  czyli  nie  ograniczoną  pogoń  za  przyjemnościami  i 
szczęściem, a dobro publiczne uchodzi w niej za rzecz drugorzędną. 
 
   Pierwszym,  który  wskazał  tę  cechę  nowoczesności,  był  iRousseau.  Sednem 
jego  wysiłków  było  ponowne  sformułowanie  filozofii  gospodarstwa 
publicznego.  Problem,  jego  zdaniem,  polega  na  tym,  że  w  gospodarstwie 
nowoczesnym  człowiek  jest  zarazem  bourgeois  i  citoyen.  Jako  obywatel  ma 

background image

obowiązki  publiczne,  ale  jako  bourgeois  kieruje  się  prywatnym  interesem, 
namiętnościami  i  pożądaniami.  W  Umowie  społecznej  Rousseau  usiłował 
rozwiązać  tę  sprzeczność,  która  nie  istniała  wcześniej,  a  rodzi  się  dopiero  z 
chwilą, gdy człowiek porzuca stan natury dla społeczeństwa. Rousseau odrzuca 
mianowicie wszelkie prywatne, indywidualne interesy, przekreśla wszelkie ego, 
zastępując je przez jedną moralną osobowość, będącą wyrazem wspólnej czy też 
ogólnej, .woli. Jednostki pozbawione własnych  interesów będą pod wszystkimi 
względami  sobie  równe.  Współcześnie  koncepcja  ta  wcielana  jest  w  życie  w 
komunistycznych Chinach i ich obywatelskiej religii 
 
- którą Rousseau również traktował jako niezbędne spoiwo społeczne 
 
- czyli w ubóstwieniu myśli Mao. 
 
   Nowoczesne  społeczeństwo  zachodnie  poszło  w  kierunku  innym,  niż 
wskazywał Rousseau, a mianowicie - zaspokajania indywidualnych, zaborczych 
interesów  w  gospodarce  oraz  poszerzania  zakresu  ekspresji  jaźni  w  kulturze. 
Prywatne  interesy  gospodarcze  zaspokajane  są  na  rynku  często  kosztem 
gospodarstwa  publicznego.  „Kształtowanie"  własnego  „ja"  jest  sprawą 
swobodnego  wyboru  indywidualnego  stylu  życia,  czerpanego  z  repertuaru 
światowej kultury,  mieszania różnych artefaktów, jakby były one  niezależnymi 
modułami  kultury,  których  nie  ima  się  ciągłość  tradycji.  W  obu  obszarach  - 
gospodarce i kulturze 
 
- goniono za zaspokajaniem żądz, czemu oczywiście nie ma końca. 
 
   Dziś  -  i  jest  to  zasadnicza  zmiana  koncepcji  praw,  zwłaszcza  praw  do 
szczęścia  -  zaspokajanie  prywatnych  pragnień  i  usuwanie  rażących 
niesprawiedliwości  dokonywane  jest  nie  indywidualnie  poprzez  rynek,  lecz 
politycznie  poprzez  gospodarstwo  publiczne.  Liberalizm  opowiadał  się  za 
indywidualnym, wyzwolonym z polis, zaspokajaniem potrzeb. Klasyczna teoria 
polityczna i jej współczesne sformułowanie przez Rousseau usiłowały uzasadnić 
priorytet  polis.  (Teoria  współczesna  usiłuje  dawać  szanse  jednym  jednostkom 
kosztem innych i zarazem sprzyjać wszystkim za pośrednictwem gospodarstwa 
publicznego. 
 
   Problem  wszakże  w  tym,  że  gospodarstwo  publiczne  w  XX  w.  jest  areną  nie 
podporządkowaną  żadnym  (oprócz  przetargu)  regułom  normatywnym,  które 
definiowałyby  dobro  publiczne  i  godziły  konkurencyjne  żądania  wysuwane  na 
podstawie  praw.  Powstaje  zatem  znów  pytanie:  czym  ma  być  polityczna 
filozofia gospodarstwa publicznego? 
 

background image

   Każde  poszukiwanie  reguł  filozoficznych  wywodzić  musi  się  od  kwestii 
zasadniczych,  a  w  tym  celu  trzeba  podjąć  i  spróbować  pogodzić  ze  sobą 
postulaty  zgłaszane  w  imię  sprawiedliwości,  przeciwko  obecnej  dystrybucji 
przywilejów i uproszczeń. Ujmując zagadnienie w szerszym kontekście i mając 
na  uwadze  pluralistyczny  charakter  społeczeństwa,  musimy  zaakceptować 
różnice  między  ludźmi  i  ustalić, które z nich  mają  uzasadnienie ze względu  na 
normy funkcjonowania gospodarstwa publicznego. 
 
   Z  kwestii  o  charakterze  ekonomicznym  i  filozoficznym  chciałbym  wyróżnić 
cztery, które bezwzględnie wymagają rozwiązania: 
 
   1. Czym są jednostki gospodarstwa publicznego i na czym polega równowaga 
uprawnień między nimi? 
 
   2.  Na  czym  polegają  napięcia  między  wolnością  a  równością,  kiedy  ludzie 
próbują opowiadać się za jedną  lub za drugą z tych  -  nie całkiem zgodnych ze 
sobą - wartości? 
 
   3:  Jak  uzyskać  równowagę  pomiędzy  sprawiedliwością  a  wydajnością  w 
rywalizacji między społecznymi żądaniami i osiągnięciami gospodarczymi? 
 
   4. Jak przebiegają granice między tym co „prywatne" i „publiczne" zarówno w 
obszarze gospodarki, jak i moralności? 
 
   Rozstrzygnięcie  tych  czterech  kwestii  stanowiłoby  podstawę  filozofii 
gospodarstwa  publicznego  we  współczesnym  społeczeństwie.  Nie  mam  na  co 
powołać się, akcentując tę propozycję. Jedynie co mogę uczynić, to spróbować 
wyostrzyć definicję tych problemów poprzez zasadę znaczących różnic. 
 
    
 
Jednostki społeczeństwa 
 
   Zdaniem  Arystotelesa podstawową jednostką społeczeństwa jest polisa wedle 
doktryny  katolickiej  -  rodzina;  zdaniem  liberałów  -jednostka;  nowoczesny 
liberalizm  natomiast  widzi  ją  w  grupie  interesowi  Zwolennicy  każdej  z  tych 
koncepcji dowodzili swej słuszności i zwalczali twierdzenia oponentów. 
 
   W  ciągu  ostatnich  dwustu  lat  w  społeczeństwie  zachodnim  priorytet  miała 
jednostka.  Zdaniem  Jeremy'ego  Benthama:  "Społeczeństwo  jest  rzekomym 
ciałem złożonym z indywidualnych osób, które się traktuje jakby stanowiły jego 
członki.  Czymże  jest  wobec  tego  interes  społeczeństwa?  Sumą  interesów 
składających  się  na  nie  jednostek".  Ten  nominalistyczny  utylitaryzm  nie 

background image

uwzględnia  jednak  w  ogóle  struktur  z  konieczności  ponadindywidualnych. 
Skład społeczności uniwersyteckiej ulega zmianom, a przecież-linstytucja ta ma 
swe  symboliczne  znaczenie,  niezależnie  od  zmiennego  składu  swego  ciała 
nauczającego.  W  jeszcze  większym  stopniu  dotyczy  to  takich  grup  religijno-
kulturowych,  jak  Żydzi,  albo  grup  kulturowo-narodowych,  jak  Irlandczycy  i 
setki  innych  na  całym  świecie.  Bez  takiego  w  istocie  nieracjonalnego 
utożsamienia  się  z  grupą,  gra  interesów  przekształca  się  w  wojnę  każdego  z 
każdym, czasem - choć nie zawsze - gwałtowną. 
 
   Żądania  społeczeństwa  globalnego  stają  się  jednak  czymś  jeszcze  bardziej 
monstrualnym,  zmuszają  do  konformizmu  w  przekonaniach  i  do 
podporządkowania  się  ciężkiej  ręce  biurokratycznego  molocha.  Koncepcja 
indywidualizmu  jest  niewątpliwie  wyróżniającym  się  osiągnięciem  ludzkiej 
świadomości.  Jak  zauważa  za  Condorcetem  Isaiah  Berlin,  koncepcja  wolności 
jako praw jednostki 
 
    nieobecna była w prawniczych koncepcjach Greków i Rzymian. [...] Dotyczy 
to  chyba  również  Żydów,  Chińczyków  i  wszystkich  innych  dawnych 
cywilizacji,  które  później  zostały  odkryte.  Dominacja  tego  ideału  była  raczej 
wyjątkiem  niż  regułą  nawet  w  niedawnej  historii  Zachodu.  Rzadko  też  masy 
domagały się tak pojmowanej wolności. Pragnienie autonomii i samodzielności 
było  oznaką  wysokiej  kultury  zarówno  jednostek,  jak  i  społeczności.  Samo 
pojęcie  prywatności,  uznanie  sfery  spraw  osobistych  za  święte  i  nienaruszalne 
wywodzi  się  z  koncepcji  wolności,  która  pomimo  jej  religijnych  korzeni  jest 
starsza niż Renesans lub Reformacja. 
 
   Swoboda  życia  wedle  własnego  upodobania  ma  liczne  filozoficzne  i 
ekonomiczne  uzasadnienia,  a  uznanie  tej  wartości  chroni  społeczeństwa  przed 
tyranią  (choćby  i  usankcjonowaną  przez  większość).  Jeśli  przestrzegane  są 
niezbędne  reguły  instytucjonalne,  to  oddziela  to  instytucje  polityczne  od 
społecznych  i  zapobiega  koncentracji  władzy  politycznej w  jednym  ciele.  Jeśli 
szanowane  są  inicjatywy  indywidualne,  to  stwarza  to  pole  do  działania 
przedsiębiorcom,  zarówno  w  obszarze  gospodarki,  jak  i  życia  umysłowego,  i 
daje  im  możliwość  dostarczania  produktów  i  tworzenia  instytucji  (np. 
samochodów lub „prywatnych szkół"), odpowiadających tym, którzy gotowi są 
za nie płacić z prywatnej kieszeni czy też poprzez gospodarstwo publiczne. To 
jednak  ten  właśnie  indywidualizm,  tak  rzucający  się  w  oczy  w  Stanach, 
prowadził  do  zanieczyszczenia  środowiska  i  leżał  u  podłoża  zaniedbań  w 
dziedzinie służb publicznych i zaspokajania innych potrzeb społecznych. 
 
  (  Kontynentalna  teoria  liberalna  od  Monteskiusza  do  Tocqueville'a  i  von 
Gierkego uznawała istnienie rozmaitych jednostek społecznych 
 

background image

-  Gemeinde,  małych  społeczności  wywodzących  się  jeszcze  ze  średniowiecza, 
korporacji  (takich,  jak  uniwersytety  czy  związki  religijne),  cechów 
rzemieślniczych  i  gildii  kupieckich  (dziś  nazwalibyśmy  je  stowarzyszeniami 
zawodowymi),,Były to samorządne ciała korporacyjne funkcjonujące w ramach 
społeczeństwa  globalnego  na  podstawie  własnych  statutów,  mające  szczególne 
kompetencje.  Komuś  takiemu,  jak  Durkheim  istnienie  tego  rodzaju 
stowarzyszeń zawodowych jako ogniw pośrednich pomiędzy niepohamowanym 
egoizmem  jednostki  a  przerażającą  potęgą  państwa  wydawało  się  niezbędnym 
warunkiem utrzymania moralności obywatelskiej w społeczeństwie globalnym. 
 
Czy grupy pośrednie tego rodzaju mogą i dziś pełnić taką funkcję 
 
-  to  kwestia  dyskusyjna.  One  same  zaczęły  bowiem  gwałtownie  domagać  się 
praw  dla  siebie.  To  natomiast,  iż  w  nowoczesnym  pluralistycznym 
społeczeństwie  istnieją  grupy  o  określonych  dążeniach,  jest  niewątpliwym  i 
normalnym  faktem  socjologicznym,  z  którym  trzeba  się  liczyć.  Ich  wielkość  i 
rozmaitość  jest  zadziwiająca.  Są  wśród  nich  grupy  przedsiębiorców, 
pracowników najemnych, rolników, biednych, 
 
starych, upośledzonych, grupy religijne, narodowościowe, rasowe, 
 
kobiece,  młodzieżowe,  homoseksualistów,  organizacje  konsumentów,  obrony 
praw  obywatelskich,  ochrony  środowiska,  stowarzyszenia  weteranów, 
podatników,  towarzystwa  naukowe,  zawodowe,  kulturalne,  polityczne, 
komunalne i 57 rodzajów innych jeszcze. 
 
 
 
   Ze względu na mnogość tych grup wątpić można, czy jakakolwiek pojedyncza 
kwestia  zdolna  jest  dziś  poruszyć  całe  społeczeństwo.  Swoistą  oznaką  siły 
państwa demokratycznego jest jego zdolność łączenia tak rozmaitych interesów. 
Niemniej znaczny wzrost liczby takich grup interesów oraz ich koncentracja na 
scenie  politycznej  prowadzi  często  do  impasu.  Taki  jest  charakter 
współczesnego  państwa  demokratycznego,  a  różnorodności  interesów 
grupowych nie da się zaprzeczyć. 
 
   Gdzie  zatem  jesteśmy  w  naszym  poszukiwaniu  normatywnej  filozofii 
gospodarstwa  publicznego?  Trudno  tu  wchodzić  w  szczegóły,  odpowiedź 
wszakże  sprowadza  się  do  tego,  iż  nie  możne  być  jednego,  dominującego 
interesu,  dominującego  zawsze  nadwszystkimi  innymi.  Nie  może  nim  być  ani 
interes  jednostki,  jej  własności  i  praw,  ani  państwa  z  jego  tendencją  do 
kontrolowania  gospodarki  i  działalności  społecznej  czy  też  regulowania 
zachowań  prywatnych  i  moralności,  ani  wreszcie  poszczególnych  grup 

background image

domagających  się  poparcia  i  ochrony.  Brać  powinniśmy  raczej  pod  uwagę  te 
reguły,  uprawnienia  i  sytuacje,  które  dotyczą  wszystkich  ludzi,  niezależnie  od 
różnic  między  nimi,  a  także  te,  które  są  związane  z  jakimiś  szczególnie 
znaczącymi  różnicami  między  grupami  (w  zakresie  potrzeb,  obciążeń, 
upośledzeń). Różnic tych nie sposób ująć w sposób formalny, sens nadać może 
im  tylko  praktyka  [Niesprawiedliwość  rodzi  się  wówczas,  kiedy  niejednakowo 
traktujemy  równych  i  kiedy  niejednakowych  traktujemy  równo.  Są  to wszakże 
sformułowania  zbyt  formalne  i  abstrakcyjne.  Morris  Ginsberg  pisze: 
"Twierdzenie, iż jednakowi jednakowo powinni być traktowani, a niejednakowi 
-  niejednakowo,  nie  wyjaśnia  kwestii,  co  należy  uczynić  dla  jednakowych  i 
niejednakowych".]. 
 
 
 
Wolność i równość 
 
   W  długiej  i  wnikliwej  dyskusji  o  egalitaryzmie  ("Dissent"  jesień  1973) 
Michael Walzer dochodzi do wniosku, że „wolność i równość są to dwie główne 
cnoty  instytucji  społecznych  i  mają  się  najlepiej.  U  Arysotelesa  można  znaleźć 
jednak  inne,  dające  się  zastosować  rozróżnienie,  a  mianowicie  „równości 
arytmetycznej",  która  stosuje  się  do  wszystkich,  oraz  „równości 
proporcjonalnej",  opartej  na  różnicy  zasług.  To  właśnie  rozróżnienie  chcę 
przyjąć  za  punkt  wyjścia  do  koncepcji  „znaczących  różnic"  jako  miary 
sprawiedliwości  gdy  występują  łącznie".  Jednakże  tradycja  liberalna, 
wywodząca  się  od  Kanta  oraz  najbardziej  wnikliwych  dziewiętnastowiecznych 
krytyków  społeczeństwa  masowego  (Tocqueville'a  i  Burckhardta),  stawiała 
raczej  zagadnienie:  wolność  versus  równość.  Na  podstawie  dyskusji,  jakie 
toczyły się w ostatnich latach, jestem osobiście przekonany, że problemem jest 
przeciwstawność tych wartości, a nie koniunkcja. 
 
   Klasyczny  liberalizm  ujmował  równość  jako  równość  wobec  prawa.  Pogląd 
ten  oparty  jest  na  odróżnieniu  rządów  prawa  od  rządów  ludzi.  Rządy  prawa 
polegają  na  ustanowieniu  reguł  gry,  obowiązujących  "wszystkich  jej 
uczestników.  Jednostki,  póki  nie  naruszają  tych  reguł,  mają  pełną  swobodę 
prowadzenia  interesów,  dokonywania  wyborów,  podejmowania  działań.  W 
przypadku  rządów  ludzi  rządzący  lub  sędziowie  egzekwować  mogą  zalecenia 
dotyczące  jednych,  lecz  nie  obowiązujące  innych.  Często  mogą  się  kierować 
względem sprawiedliwości, niemniej decyzje mają charakter arbitralny i stoi za 
nimi przymus. 
 
   Liberalizm opowiadał się zdecydowanie za pierwszą z tych dwóch koncepcji - 
nawet  jeśli  prowadzi  do  nierówności  osiągnięć  -  ponieważ  wartością 
zwierzchnią  było  dla  niego  zawsze  ograniczenie  rządowego  przymusu  oraz 

background image

reguła  swobodnej  wymiany  dóbr.  Interwencjonizm  jest  i  był  elementem 
przywracania  równowagi  w  imię  jakiejś  innej  niż  wolność  wartości.  Dla 
uzasadnienia swego stanowiska liberałowie powiadają, iż ludzi różnią zdolności, 
potrzeby,  postawy  i  talenty.  Toteż  odróżnić  należy  traktowanie  ludzi  jako 
równych  od  prób  czynienia  ich  równymi.  Próby  takie  prowadzą  bowiem  do 
ustalania przez ciała administracyjne stopnia różnic i granic wyrównywania. To 
zaś  musi  oznaczać  traktowanie  ludzi  jako  nierównych.  Jest  to  logika  nie  do 
odparcia. 
 
   Otóż  istnieje  wiele  powodów,  dla  których  można  być  zmuszonym  do 
jednakowego traktowania ludzi. Najważniejszy polega na tym, że postępowanie 
kierujące  się  jakąś  pojedynczą  wartością  -  czy  to  będzie  wolność  czy 
sprawiedliwość  -  traktujące  ją  jako  wartość  bezwzględną  i  naczelną, 
doprowadzić  może  do  przesady.  Żadna  pojedyncza  wartość  nie  jest  w  stanie 
przyczynić się do realizacji celów ze sobą niezgodnych, nawet jeśli ludzie celów 
takich  pragną.  Toteż  trzeba  sobie  uświadomić  z  czego  się  rezygnuje,  gdy 
próbuje  się  takie  konflikty  wartości  rozstrzygnąć.  Problem  ten  wyśmienicie 
przedstawił Isaiah Berlin. Pisze on:    
 
   [...]  nic  nie  zyskujemy  na  pomieszaniu  pojęć.  Chcąc  uniknąć  jaskrawej 
nierówności  lub  powszechnej biedy,  gotów  jestem  poświęcić  moją  wolność,  w 
całości albo częściowo; mogę tak postąpić z własnej nieprzymuszonej woli; ale 
rezygnuję wówczas z wolności na rzecz równości, sprawiedliwości czy miłości 
bliźniego.  W  pewnych  okolicznościach  zasługiwałbym  na  wyrzuty  sumienia, 
gdybym  tego  nie  uczynił.  Ale  poświęcenie  nie  zwiększa  tego,  co  zostało 
poświęcone,  to  znaczy  wolności,  choćby  nie  wiem  jak  wielka  była  potrzeba 
moralna  i  osiągnięta  dzięki  temu  korzyść.  Wszystko  jest  tym,  czym  jest: 
wolność  jest  wolnością,  a  nie  równością,  uczciwością,  sprawiedliwością, 
kulturą,  szczęściem  człowieczym  albo  spokojnym  sumieniem.  Jeśli  wolność 
moja,  mojej klasy  lub narodu  uzależniona jest od  nędzy wielu innych  ludzi, to 
system,  który  ją  zapewnia,  jest  niemoralny  i  niesprawiedliwy.  Lecz  jeśli 
ograniczam lub tracę moją wolność, aby zmniejszyć hańbę takiej nierówności, i 
tym  samym  nie  powiększam  realnie  indywidualnej wolności  innych,  to ogólna 
ilość  wolności  ulega  zmniejszeniu.  Rekompensatą  może  być  przyrost 
sprawiedliwości,  szczęścia  lub  spokoju,  ale  strata  jest  stratą  i  mylą  wartości  ci, 
którzy  twierdzą,  że  choć  moja  „liberalna"  wolność  jednostki  poszła  za  burtę, 
uległ  zwiększeniu  jakiś  inny  rodzaj  wolności  -  „społecznej"  czy  też 
„ekonomicznej". Pozostaje jednak prawdą, że wolność jednych musi być czasem 
ograniczana,  aby  zapewnić  wolność  innym.  Jakimi  zasadami  powinniśmy  się 
przy  tym  kierować?  Jeśli  wolność  jest  świętą,  nietykalną  wartością,  nie  może 
być  takich  zasad.  Któraś  ze  sprzecznych  ze  sobą  reguł  czy  też  zasad  musi 
przynajmniej  w  praktyce  ustąpić:  nie  zawsze  z  powodów,  które  można  jasno 
wyrazić,  cóż  dopiero  ująć  w  formę  sztywnych  przepisów  lub  maksym  o 

background image

powszechnym  zastosowaniu.  A  mimo  to jakiś  praktyczny  kompromis  musi się 
znaleźć. 
 
   W jaki sposób decydujemy, z czego zrezygnować? Jeśli o równość chodzi, to 
odwołujemy  się  do  zasady  „różnic  znaczących".  Rozważmy  następujący 
przykład. Dwóch ludzi, milioner i biedak, popełnia to samo przestępstwo. Prawo 
traktuje ich identycznie, choć dla każdego z nich kara znaczy  co innego. (Obaj 
za przekroczenie prędkości zapłacić muszą taki sam mandat albo obaj tracą swe 
prawo jazdy, ale milioner nająć może sobie kierowcę, na co biednego nie stać.) 
Nie  płacą  oni  jednak  podatków  w  takiej  samej  wysokości,  a  nawet  nie 
obowiązuje ich ten sam próg podatkowy: bogatszy płaci progresywnie więcej. I 
w obu przypadkach takie rozwiązanie uważamy za sprawiedliwe. 
 
   Kiedy  ktoś  ma  zostać  pozbawiony  wolności  albo  ukarany  za  popełnienie 
przestępstwa,  usiłujemy  ograniczyć  administracyjną  dowolność,  aby  uniknąć 
uprzywilejowania  czy  też  nadużycia  władzy.  (Kiedy  zaś,  jak  w  przypadku 
wyrozumiałości  dla  młodocianego  przestępcy,  administracyjna  interwencja  jest 
dopuszczalna,  musi  ona  zostać  uzasadniona.)  Zasadą  wszakże  jest  równe 
traktowanie  wszystkich.  W  kwestiach  podatkowych  natomiast  -  to  znaczy 
obowiązku łożenia na publiczne 
 
wydatki  społeczeństwa  -  uznajemy,  iż  więcej  powinien  płacić  ten,  kto  jest  w 
stanie  to  czynić  [Jest  to  zasada,  którą  z  powodzeniem  można  stosować  do 
ponoszenia  ciężaru  inflacji.].  W  tym  przypadku  nie  traktujemy  ludzi  jako 
równych (w sensie formalnym) i uznajemy za rzecz słuszną stosowanie metod, 
które  czynią  ich  bardziej  równymi.  Nie  istnieje  więc  jakaś  jedna  zwierzchnia 
zasada równości, obowiązująca w każdym przypadku. 
 
   Pod  tym  względem  nie  ma  różnicy  między  klasyczną  tradycją  liberalną  a 
klasyczną tradycją socjalistyczną. Socjalizm nigdy nie miał na celu „zrównania" 
pod  wszelkimi  względami  we  wszystkich  okolicznościach.  Stanowisko  takie 
Marks  nazywał  „komunizmem  pierwotnym",  który  traktował  jako  najniższe 
stadium  rozwoju  społeczeństwa.  To,  czego  chciał,  to  było  zniesienie 
przywilejów  i  różnic  klasowych,  czyli  różnic  i  przywilejów  narzuconych 
arbitralnie przez stosunki społeczne. Ich usunięcie nie oznacza zniesienia różnic 
naturalnych. Więcej nawet, uważał, że pozostać muszę różnice majątkowe, o ile 
wynikają  one  z  wynagrodzenia  za  włożoną  pracę.  Taka  była  Marksowska 
definicja socjalizmu [Uwagi na temat „komunizmu pierwotnego" znajdujemy w 
Rękopisach  ekonomiczno-filozoficznych.  Kwestię  równości  omawia  Marks  w 
Krytyce programu gotajskiego. Czytamy tam: „To równe prawo jest nierównym 
prawem  dla  nierównej pracy.  Nie  uznaje  ono  żadnych  różnic  klasowych,  gdyż 
każdy  jest  tylko  robotnikiem,  jak  inni;  ale  uznaje  milcząco  nierówne  osobiste 
uzdolnienia,  a  zatem  i  nierówną  zdolność  do  pracy,  jako  przywileje  naturalne. 

background image

Jest więc ,z treści swej, prawem nierówności, jak wszelkie prawo".]. 
 
   Zagadnienie  równości  stało  się  dziś  zasadniczym  problemem  gospodarstwa 
publicznego. W dyskusjach na ten temat rzadko jednak wiadomo, o co naprawdę 
chodzi - równość, ale w jakim zakresie, w jakich dziedzinach  itd. Przedmiotem 
dyskusji  były  zasady  (to  jest  standardy)  równości  (arytmetycznej  i 
proporcjonalnej),  eliminacja  różnic  arbitralnych  (to  jest  klasowych)  przy 
utrzymaniu  różnic  naturalnych  (talentów  itp.).  Dyskusje  te  mają  jednak  sens 
tylko wówczas, gdy dotyczą rzeczywistych kwestii społecznych, jak na przykład 
wyrównywania tych nierówności, które ukształtowane zostały społecznie. 
 
   Teoretycznie rzecz biorąc, problem równości dotyczy trzech kwestii: równości 
warunków,  równości  środków  i  równości  osiągnięć.  Równość  warunków  to 
przede wszystkim problem swobód publicznych. Chodzi więc o równość wobec, 
prawa,  swobodę  poruszania  się  w  obszarach  publicznych  równych  praw 
wyborczych, jednym słowem - o zespół praw politycznych i obywatelskich. Tu 
niewątpliwą  zasadą  jest  traktowanie  każdego  według  tych  samych  kryteriów. 
Kiedy  jednostki  są  nierówne  wskutek  ich  publicznej  dyskryminacji,  usiłujemy 
uczynić je równymi tak, aby były traktowane identycznie. Dążymy do tego, aby 
każdy  mógł  w  pełni  korzystać  ze  swoich  praw  obywatelskich  [Swobody 
publiczne, należy to zauważyć, są wcześniejsze od nowożytnej demo 
 
kracji i logicznie oraz filozoficznie od niej niezależne. Krótko mówiąc, swobody 
zależą od 
 
tego, jak się rządzi, demokracja od tego, kto rządzi. Demokracja  może głosami 
większości 
 
znieść  swobody  i  wprowadzić  tyranię.  Wolności  publiczne  istniały  i  kwitły  w 
społeczeń 
 
stwach  arystokratycznych,  na  przykład  w  Anglii  powszechne  obowiązywanie 
prawa 
 
powszechnego  [common  law],  albo  wolności  akademickie  w  cesarskich 
Niemczech. 
 
Rozszerzenie swobód publicznych nastąpiło pod naciskiem grup, które były ich 
po zbawione (robotników, kobiet, Murzynów).]. 
 
   Równość środków, zgodnie zarówno z tradycją liberalną, jak i socjalistyczną, 
oznacza  równość  szans  -  to  znaczy  jednakowy  dostęp  do  środków 
zapewniających niejednakowe osiągnięcia. Historycznie oznaczało to zniesienie 

background image

stanowisk publicznych zarezerwowanych wyłącznie dla pewnych kategorii osób 
(np.  stopni  oficerskich  wyłącznie  dla  synów  arystokracji,  dziedziczenia  praw 
kupieckich  na  mocy  przepisów  cechowych)  oraz  swobodny  dostęp  do  rynku  i 
jednakowy  do  oświaty,  gdy  wykształcenie  jest  warunkiem  osiągania 
kompetencji niezbędnych do zajmowania wyższych stanowisk. 
 
   Równość  szans  stała  się  dominującą  definicją  równości  w  liberalnych 
społeczeństwach  zachodnich,  które  za  wartość  uznały  mobilność  zarówno 
osobistą, jak i geograficzną. Koncepcji tej w zasadzie nikt nie podważał. Kiedy 
przekonano  się,  że  uznanie  równości  szans  jest  aktem  formalnym,  a  pewne 
grupy  są  historycznie  upośledzone  i  nie  mają  wielkich  szans  w  uczciwej 
rywalizacji  o  stanowiska,  stało  się  to  mocną  przesłanką  do  działań  mających 
wyrównać  te  nierówności.  Zasada  pozostaje  jednak  w  mocy:  jednostki 
traktowane  są  jako  równe  w  swych  dążeniach  do  osiągnięcia  tego,  co  uzyskać 
mogą dzięki swym „naturalnym" zdolnościom i osobistym wysiłkom. 
 
Rezultatem rywalizacji między jednostkami jest ich różny status, niejednakowe 
dochody  i  autorytet  [Chcę  podkreślić,  iż  za  osiągnięcia  uważam  tu  status, 
dochody  i  autorytet.  Tak  więc  odróżniam  autorytet  od  posiadanej  władzy. 
Autorytet  wynika  z  umiejętności,  wykształ  cenią  itp.  i  jest  funkcjonalnym 
składnikiem  pozycji  instytucjonalnej.  Władza  to  umiejętność  kierowania,  za 
którą  explicite  lub  implicite  stoi  siła.  Władzę  w  społeczeństwie  sprawować 
może zasadnie rząd w celu zapewnienia porządku  i bezpieczeństwa. Wewnątrz 
społeczeństwa  usiłuje  się  ograniczyć  władzę  (przymus),  a  rozszerza  autorytet. 
Kiedy  ludziom brak jest jest autorytetu,  usiłują odwoływać się do władzy.].  To 
zróżnicowanie  osiągnięć  znaduje  uzasadnienie  w  twierdzeniu,  iż  zostały  one 
uzyskane  dzięki  włożonemu  wysiłkowi.  Stanowi  to  podstawę  koncepcji 
„sprawiedliwej merytokracji", a historycznie - dążenia do osiągnięcia zarazem i 
wolności, i równości. W ostatnich jednak latach podniosły się głosy, że różnice 
osiągnięć  są  zbyt wielkie  i  że  w  polityce  publicznej  należy  dążyć  do  równości 
większej w tym zakresie, jednym słowem - że powinno się czynić ludzi bardziej 
równymi pod względem ich dochodów, stalusu i autorytetu. Osiągnąć to można 
jedynie ograniczając dostęp innych osób do stanowisk lub do dysponowania ich 
własnymi  dochodami  (to  znaczy  korzystania  z  bogactwa  dla  uzyskiwania 
przywilejów).  Krótko  mówiąc,  dążenie  do  spłaszczenia  nierówności  osiągnięć 
oznacza  ograniczenie  lub  rezygnację  z  wolności  jednych,  by  uczynić  innych 
bardziej z nimi równymi. 
 
   Szaleństwem  byłoby  twierdzenie,  że  żadna  wartość  nigdy  nie  może  ulegać 
ograniczeniu. Nie powiem również, że dziś różnice statusu, dochodu i autorytetu 
są w większości przypadków faktycznie zasłużone. Przedmiotem naszej analizy 
jest tu jednak zasada normatywna  - sprawiedliwe reguły gospodarki publicznej. 
Otóż,  trudność  związana  z  aktualnymi  żądaniami  większej  równości  osiągnięć 

background image

polega na tym, iż ich realizacja możliwa jest tylko drogą administracyjną, przez 
wzmocnienie władzy biurokracji. Żądanie czynienia ludzi równymi nie liczy się 
z zasadą znaczących różnic [Jednym z najbardziej absurdalnych aspektów tego 
żądania  jest  twierdzenie,  iż  społeczeństwo  winno  domagać  się  również 
„równości  kulturalnej".  Tak  na  przykład  Herbert  Gans  w  Morę  Eąuality,  New 
York 1968, Pantheon, pisze: „społeczeństwo równe kulturalnie traktować będzie 
wszystkie  sposoby  autoekspresji  oraz  działania  jako  równie  wartościowe  i 
moralne, [...] [ponieważ] wyrażają one różne standardy estetyczne w rozmaitych 
okolicznościach  społeczno-ekonomicznych  i  oświatowych".  Tego  rodzaju 
realatywizm  wprowadza  jednak  beznadziejne  pomieszanie  preferencji  i  ocen. 
Każda jednostka czy grupa uprawniona jest do własnych preferencji w muzyce, 
poezji  czy  sztuce.  Śmieszne  jest  jednak  twierdzenie,  iż  każda  estetyczna 
autoekspresja  jest  równie  „wartościowa".  Czy  przy  alokacji  środków 
publicznych  należy  się  kierować  zasadą,  iż  wszelkie  wytwory  artystyczne  są 
jednakowo cenne? Jedna z najbardziej aktualnych trudności dzisiejszej polityki 
w dziedzinie sztuki bierze się stąd,  iż  w rezultacie „populistycznych" presji  na 
Kongres,  by  asygnował  środki  dla  wszystkich,  zaniedbuje  się  wartościowe 
ośrodki  artystyczne,  podczas  gdy  szmira  dostaje  swą  cząstkę.  W  ten  sposób 
poświęca się doskonałość na rzecz równości.] 
 
Zilustruję te trudności omawiając pokrótce aktualny problem dotyczący statusu; 
chodzi o kwestię procentowych współczynników reprezentacji. 
 
 Domagając  się  większej  równości  osiągnięć,  niektórzy  egalitaryści  żądają 
wprowadzenia  procentowych  współczynników  w  przyjmowaniu  na  studia 
uniwersyteckie  przedstawicieli  mniejszości  etnicznych,  kobiet  i  Murzynów,  a 
także  w  zatrudnianiu  ich  w  szkołach,  szpitalach,  agencjach  rządowych  itd. 
Wysuwając  te  żądanie  pomijają  oni  znaczące  różnice  kwalifikacji  i 
kompetencji.) 
 
   College'e w swojej polityce  feTErutacji  zaczęły stosować dodatkowe  kryteria 
poza  ocenami.  Tak  na  przykład,  przodujące  uniwersytety  ze  wschodniego 
wybrzeża  dają  preferencje  dzieciom  swych  absolwentów,  by  podtrzymać 
tradycje  rodzinne:  stosowane  są  współczynniki  geograficzne,  by  zapewnić 
różnorodność;  utalentowani  sportowcy  dostają  stypendia,  by  wspierać  sport 
wyczynowy.  Dwie  sprawy  są  tu  wszakże  oczywiste.  Po  pierwsze,  warunkiem 
korzystania  z  tych  uprawnień  są  jednak  uzyskane  oceny  (nie  każdy  zostaje 
przyjęty,  a  kryteria  merytoryczne,  chociaż  już  nie  wyłącznie,  ale  są 
najważniejszym czynnikiem w podejmowaniu decyzji). Po drugie, z chwilą, gdy 
zostanie się przyjętym, dodatkowe kryteria tracą moc i liczą się głównie wyniki 
w  nauce.  Należy  również  wziąć  pod  uwagę,  że  przyjęcie  do  szkoły  jest  tylko 
punktem startu - nie gwarantuje jeszcze wyniku. W tym sensie nie wykracza ono 
poza  respektowanie  różnych  możliwości.  Toteż  jeśli  z  istotnych  przyczyn 

background image

społecznych dąży się,  na przykład, do zwiększenia  liczby  murzyńskich  lekarzy 
czy  prawników,  to  istnieją  podstawy,  by  w  polityce  rekrutacyjnej  dawać  w 
ograniczonym  zakresie  preferencje  przedstawicielom  mniejszości  etnicznych. 
(Poważniejszy  kłopot,  związany  z  obniżeniem  wymagań,  pojawia  się  później. 
Kiedy  w  Pensylwanii  nieproporcjonalnie  duża  liczba  czarnych  studentów  nie 
uzyskała aplikacji sądowej, niektórzy zażądali specjalnego dla nich egzaminu.) 
 
   Gdy chodzi jednak o zatrudnienie na stanowiskach wymagających kwalifikacji 
profesjonalnych,  żadne  preferencje  nie  wchodzą  w  grę.  Profesor,  lekarz  czy 
urzędnik  wykazać  się  musi  kompetencjami,  jakich  wymaga  stanowisko,  a 
koncepcja  „grupowej  reprezentacji"  pozbawiona  jest  sensu.  Jeśli  stanowiska 
mają  być  właściwie  obsadzone,  to  decydować  muszą  kwalifikacje,  a  nie 
reprezentacja  [„[...]  ludzie  wszczynają  zaburzenia  z  powodu  nie  tylko 
nierówności  majątku,  ale  i  godności,  przy  czym  jednak  w  jednym  i  drugim 
wypadku bieg rzeczy bywa wręcz przeciwny. Tłum bowiem burzy się z powodu 
nierówności  majątku,  a  może  z  powodu  godności,  jeśli  są  one  równie  dla 
wszystkich  dostępne”.].  Wyrównywanie  statusu  ze  względu  na  płeć  lub 
przynależność  klasową  nie  jest  mniej  arbitralne,  niż  dyskryminacja  z  tych 
samych powodów; toteż odrzucić należy i jedno, i drugie. 
 
   Rozważmy  przykładowo  inną  kwestię  dotyczącą  nie  statusu,  lecz  bogactwa  i 
dostępu do opieki lekarskiej. W Stanach Zjednoczonych świadczona jest ona na 
zasadzie  „opłaty  za  usługi'V!  co  -stwarza  przywileje  dla  ludzi  o  wyższych 
dochodach. Mogą ani zapewnić sobie lepszego lekarza, pielęgniarkę czy szpital. 
Można powiedzieć, że skoro człowiek zarabia pieniądze, to rria prawo wydać je 
zgodnie ze swoją wolą. Czy jednak rzeczywiście coś tak ważnego i cennego dla 
ludzi  jak  zdrowie  powinno  być  „racjonowane"  w  zależności  od  dochodów?  A 
jeśli  nie,  to  na  mocy  jakich  innych  kryteriów?  W  ZSRR  na  przykład,  istnieją 
specjalne  szpitale  i  usługi  lekarskie  dla  wysokich  dygnitarzy  partyjnych.  W 
pewnym  stopniu  dotyczy  to  także  Stanów:  wysocy  urzędnicy  państwowi  i 
dowódcy  wojskowi  korzystać  mogą  z  Walter  Reed  Hospital  w  Waszyngtonie. 
Aczkolwiek  zapewnienie  lepszej  opieki  ludziom  społecznie  bardziej 
wartościowym (czy też za takich uchodzącym) jest nieco bardziej sprawiedliwe, 
to i w tym wypadku poczucie niesprawiedliwości nie znika. 
 
   Analogiczny  problem  dotyczy  służby  wojskowej:  czy  wszyscy  podlegać  jej 
powinni  jednakowo,  czy  też  osoby  bardziej  uzdolnione,  które  służyć  mogą 
społeczeństwu w  inny sposób, powinny być z  niej zwolnione  ?  Podczas wojny 
domowej  w  Stanach  Zjednoczonych  można  się  było  indywidualnie  wykupić  z 
poboru, opłacając swego zastępcę. Dziś czyni się to na zasadach kolektywnych - 
zamiast zarządzać pobór, gromadzi się środki na żołd, by zachęcić ochotników. 
 

background image

   Nie  istnieje  jakaś  jedna  zasada  sprawiedliwości.  Zaskakuje  fakt,  iż 
indywidualistyczne  i  liberalne  społeczeństwa  skłonne  są  w  przypadku  służby 
wojskowej opowiadać się za jednakowym ryzykiem dla wszystkich, natomiast w 
krajach  komunistycznych,  gdzie  społeczeństwo  uchodzi  za  wartość  nadrzędną 
względem jednostki, akcentowana jest raczej zasada zwalniania ze służby ludzi 
najbardziej uzdolnionych. 
 
   W  przypadku  opieki  medycznej  sprawa  wydaje  się  jednak  jasna.  Nasze 
poczucie  sprawiedliwości  oraz  koncepcja  jednakowej  wartości  każdego  życia 
ludzkiego  każą  nam  szukać  jakiegoś  sposobu  zapewnienia  wszystkim, 
niezależnie od statusu  i dochodów, jednakowego  do  niej dostępu. Z pewnością 
jednak  rozstrzygnięcie  nie  powinno  uniemożliwiać  jednostkom  wydawania 
pieniędzy  na  indywidualną  opiekę  (prywatne  pokoje  w  szpitalach,  lepsze 
wyżywienie  itd.),  co  proponowały  niektóre  związki  zawodowe  w  Wielkiej 
Brytanii.  Polegać  natomiast  powinno  na  podniesieniu  poziomu  powszechnie 
dostępnych usług. 
 
   Przejdźmy teraz do trzeciego z kolei zagadnienia, a mianowicie autorytetu. Co 
właściwie ma znaczyć i jakich sfer dotyczyć żądanie „równego autorytetu"? We 
wrześniu  1973  r.  parlament  duński,  aby  zapewnić  „lepsze  współistnienie 
wolności  z  równością"  w  społeczności  *-  uniwersyteckiej,  uchwalił  ustawę, 
zgodnie  z  którą  decyzje  przyznawania  stopni  akademickich  we  wszystkich 
dyscyplinach  podejmować  powinny  wyłonione  w  drodze  wyborów  rady, 
składające się w 50% z nauczycieli akademickich, w 25% ze studentów i w 25% 
z  pracowników  nienaukowych.  Podobnie  rzecz  się  ma  w  niektórych 
uniwersytetach  niemieckich  (choć  tam  w  skład  rad  zazwyczaj  nie  wchodzi 
personel  nienaukowy).  Co  więcej  (częściej  w  Europie  niż  w  Stanach 
Zjednoczonych),  w  rozmaitych  szpitalach,  redakcjach  gazet  i  wydawnictwach 
żądano  powołania  podobnych  rad.  W  szpitalach  -  składać  się  miały  z  lekarzy, 
pielęgniarek i salowych (a niekiedy i z przedstawicieli społeczeństw lokalnych), 
w redakcjach - z wydawców, redaktorów  i dziennikarzy, w wydawnictwach  - z 
wydawców,  redaktorów  i  autorów.  Miały  one  podejmować  decyzje  dotyczące 
zarządzania  tymi  instytucjami.  Żądania  te  powołują  się  na  zasadę  „równego 
udziału"  wszystkich  grup  pracowniczych.  Choć  w  nowym  przebraniu,  są  to 
znane  od  dawna  postulaty  socjalizmu  cechowego,  demokracji  przemysłowej, 
czyli „kontroli robotniczej". 
 
   Nie  jest  to  miejsce,  by  omawiać  wszystkie  problemy  „demokracji 
partycypacyjnej",  poczynając  od  wielkich  zakładów  przemysłowych  do 
społeczności  lokalnych,  szpitali  itd.[  O  problemie  kontroli  robotniczej  w 
przemyśle pisałem w Work, Alienation and Social Control, „Dissent" lato 1959 
(przedruk  w  numerze  wydanym  z  okazji  dwudziestolecia  tego  pisma  [wiosna 
1974].  Można  również  zauważyć,  że  niewielkie  szanse  stoją  przed  grupą 

background image

autorów  lub  dziennikarzy,  zakładających  własne  firmy  wydawnicze  i  redakcje 
gazet w formie „kolektywów", i zarządzających nimi zgodnie z zasadami równej 
władzy.  Niestałość  takich  przedsięwzięć,  jak  „podziemne"  pisma  z  Berkley, 
Bostonu  i  Nowego  Jorku,  nie  może  być  oparciem  dla  jakichkolwiek  nadziei. 
Zgodnie z socjologicznym prawem „tworzenia się i podziału frakcji" doszło do 
zniszczenia  prawie  wszystkich  z  tych  przedsięwzięć,  gdyż  nie  istnieją  żadne 
przykłady  „przeładowali  systemowych"  tak  dużych,  -jak  tych  w  sytuacji 
zagęszczenia skłonnych do przemówień radykalnych aktywistów, oraz żadnych 
przedsięwzięć  tak  skłonnych  do  rozłamu,  jak  wolne  kolektywy.]  Aby  omówić 
samą zasadę, ograniczę się do przykładu uniwersyteckiego. 
 
   Gele  uniwersytetu  określa  jego  polityka  edukacyjna.  Musi  ona  uwzględniać 
tradycję  intelektualną,  standardy  poziomu  nauczania  i  dziedzictwo  kulturalne, 
jakie  uniwersytet  przekazuje;  uniwersytet  ma  społeczny  obowiązek  wspierania 
talentów  i  zaspokajania  potrzeby  wiedzy  swych  studentów.  Ale  formułowanie 
tej  polityki  (kto  ma  uczyć  i  czego,  jak  mają  być  oceniane  wyniki  nauki  i 
osiągnięcia) nie należy do społeczeństwa czy do studentów, lecz do tych, którzy 
cieszą się w tych sprawach autorytetem,  to jest do ciała  nauczającego. Dlatego 
też studenci nie biorą udziału w głosowaniu decyzji o nadawaniu im stopnia, a 
młodsi pracownicy naukowi - o awansach naukowych swych starszych kolegów. 
 
   Polityka  edukacyjna  to  jednak  nie  wszystko.  Odrębną  sferą  jest  życie 
studenckie  i  dlatego  bezpośrednia  kontrola  nad  nim  jest  słusznie  ograniczona. 
Ponadto,  uniwersytet  prowadzi  badania,  wykonuje  zlecenia  rządu,  rozmaitych 
korporacji  oraz społeczności, a odpowiedzialność za tę działalność ponosi jego 
administracja.  Wszystko  to  opiera  się  na  pewnej  zasadzie  operacyjnej  -  a 
mianowicie  na  poszanowaniu  swoistości  różnych  obszarów  i  ograniczeniu 
przywilejów w każdym z nich, zgodnie z ich charakterem. 
 
   Respektowanie  tej  zasady  znaczących  różnic  stwarza  możliwość  bardziej 
ogólnego  podejścia  do  zagadnienia  równości.  Wiemy,  że  nawet  wówczas,  gdy 
arbitralne  przywileje  (związane  z  płcią  lub  przynależnością  klasową)  zostają 
wyeliminowane,  ludzie  nadal  różnić  się  będą  dochodami,  statusem  i 
autorytetem;  różnice  te  wynikają  bowiem  z  uzdolnień,  motywacji,  wysiłków  i 
osiągnięć.  Jednostki  zaś  nie  zrezygnują  z  uzyskiwania  profitów  ze  swych 
osiągnięć.  „Problem  równości  powstaje  -jak  pisałem  w  The  Corning  of  Post-
Industrial  Society  -  kiedy  ci,  którzy  stoją  wyżej,  mogą  wykorzystywać  swą 
pozycję do uzyskania istotnej przewagi materialnej i społecznej nad innymi". 
 
   Dostęp  do  usług  w  takiej  dziedzinie,  jak  ochrona  zdrowia,  jak  sądzę,  nie 
powinien zależeć od  różnic w  dochodach.  Zgodnie z poczuciem  indywidualnej 
wartości  każdej  osoby,  wszyscy  powinni  mieć  zapewnioną  jednakową  opiekę, 
niezależnie od dochodów i statusu. Z tego powodu podzielam pogląd Michaela 

background image

Walzera, zgodnie z którym słuszną zasadą byłoby „zniesienie władzy pieniądza 
poza  właściwą  mu  sferą  [...]  w  społeczeństwie,  w  którym  bogactwo  nie  jest 
wymienialne  na  dobra  społeczne,  z  jakimi  nie  jest  bezpośrednio  związane". 
Ponieważ pieniądze i (w innej mierze) również władza dają się istotnie łatwo na 
nie obrócić (to znaczy zapewnić takie przywileje, jak lepsza opieka  medyczna) 
Walzer  zakłada,  że  trudno  byłoby  zapobiec  ich  niewłaściwemu  użyciu  bez 
„radykalnej  redystrybucji  bogactwa".  Moim  jednak  zdaniem  taka  „radykalna 
redystrybucja"  jest  najtrudniejszym  zadaniem  politycznym,  a  cele,  które  obaj 
chcielibyśmy  osiągnąć,  są  do  uzyskania  poprzez  selektywne  opodatkowanie 
komsumpcji  i  podniesienie  na  wyższy  poziom  niezbędnych  usług 
przysługujących wszystkim. 
 
   Jeśli  zatem  naszym  kryterium  jest  redukcja  nienależnych  i  bezprawnych 
wpływów  oraz  dostępu  do  zasobów,  to  właśnie  zasada  wolności  i 
sprawiedliwości  powinna  brzmieć:  „każdemu  zgodnie  z  jego  wysiłkiem, 
każdemu wedle przywilejów właściwych danej sferze". 
 
 
 
 
Sprawiedliwość i skuteczność 
 
   Zagadnienie stosunku  wolności  i  równości to  kwestia różnic  między osobami 
oraz roli rządu w redukowaniu tych różnic lub ograniczaniu ich niewłaściwych 
wpływów.  Natomiast  problem  stosunku  sprawiedliwości  i  skuteczności  to 
kwestia  równowagi  między  „sposobem  oszczędzania"  w  społeczeństwie  - 
doktryną  wydajności  czy  też  wysiłkiem  mającym  na  celu  uzyskiwanie  coraz 
wyższego zysku przy coraz  mniejszych kosztach  - a stosunkiem społeczeństwa 
do  wartości  pozaekonomicznych.  W  innym  sensie  jest  to  również  kwestia 
równowagi między teraźniejszością a przyszłością; chodzi o to, ż" czego obecne 
pokolenie  gotowe  jest  zrezygnować  (w  konsumpcji),  by  zapewnić  kapitał 
zakładowy  przyszłym  pokoleniom.  I,  odwrotnie,  jak  wiele  z  wyczerpywalnych 
zasobów wykorzysta obecne pokolenie kosz\em następnych? 
 
Nastawienie  na  oszczędzanie  [Wolę  termin  „nastawienie  na  oszczędzanie"  od 
„gospodarka  rynkowa".  Gospodarka  rynkowa  to  tylko  jeden  z  aspektów 
oszczędzania. Podczas gdy rynek poprzez rachunek kosztów i zysków wymusza 
dyscyplinę finansową przedsiębiorstw, w społeczeństwie przemysłowym chodzi 
również  o  wywodzącą  się  z  mentalności  inżynierskiej  racjonalizację  procesu 
pracy.  Pod  tym  względem  nastawienie  na  oszczędzanie  i  związane  z  nim 
traktowanie  ludzi  jako  rzeczy  jest  w  równym  stopniu  właściwe  gospodarce 
radzieckiej, jak i rynkowej gospodarce kapitalistycznej.] - na dokładny rachunek 
finansowych kosztów i zysków - było skutecznym organizatorem produkcji, lecz 

background image

prowadziło do dwojakiego rodzaju kosztów społecznych. Po pierwsze, w sferze 
produkcji  powodowało  traktowanie  ludzi  jak  rzeczy,  po  drugie  zaś,  sprzyjało 
nierozważnemu  wykorzystywaniu  środowiska  uchodzącego  za  „dobro 
darmowe".  Dziś  jednak  sytuacja  w  obu  kwestiach  zasadniczo  odwróciła  się. 
Zadowolenie  ludzi  z  pracy  -  w  której  spędzają  większość  czasu  i  gdzie  usiłują 
zrealizować swe zdolności staje się  wymogiem wobec przedsiębiorstwa, nawet 
jeśli  osiągane  ma  być  kosztem  jego  skuteczności.  Środowisko  natomiast  z 
pewnością  nie  jest dobrem  darmowym,  producenci  bowiem  płacą  kary  za  jego 
zanieczyszczanie  i  zmuszani  są  do  jego  oczyszczania,  nawet  kosztem 
„nieprodukcyjnych" inwestycji. 
 
   Tam,  gdzie  dochodzi  do  wyraźnej  konfrontacji  między  wymogiem 
skuteczności  i  sprawiedliwości,  zwycięża  to,  z  czym  zgadza  się  jeśli  nie  całe 
społeczeństwo,  to  jego  wykształcona  część.  (Poglądy  dzisiejszego  pokolenia 
„akademickich  pismaków"  kształtować  będą  jutrzejszą  politykę  społeczną  i 
gospodarczą.) Wiele problemów politycznych rodzi się jednak z konfliktowych 
postulatów  sprawiedliwości  i  kłopot  polega  na  znalezieniu  ogólnej  zasady  ich 
rozstrzygania.  Jak,  na  przykład,  wyznaczać  lokalizację  nowego  lotniska,  by 
zrównoważyć,  z  jednej  strony,  odległość  od  miasta,  jaką  pokonywać  będą 
musieli podróżni (oraz koszta dróg dojazdowych), a z drugiej - hałas samolotów 
w  przypadku  skrócenia  odległości  od  miasta.  Jak,  projektując  autostradę, 
pogodzić  społeczne  i  psychologiczne  koszta  przecinania  istniejących  osiedli  z 
kosztami  budowania  długich  objazdów?  Jak,  domagając  się  rozbudowy 
transportu  publicznego,  znajdować  kompromis  między  oszczędnością 
materiałów  i  energii,  a  dłuższym  czasem  podróży  i  spadkiem  mobilności 
społecznej  w  wyniku  rezygnacji  z  używania  prywatnych  samochodów?  Jak 
ustalić  „sprawiedliwy"  stosunek  między  zarobkiem  lekarza  i  pielęgniarki,  jeśli 
nie miałyby być brane pod uwagę względy rynku, czyli czas kształcenia, czy też 
brak rąk do pracy w każdym z tych zawodów. 
 
   Nie  ulega  wątpliwości,  że  w  rozstrzyganiu  wszystkich  tego  rodzaju  kwestii 
przechodzimy od całkowitego leseferyzmu do decyzji negocjowanych. Na jakiej 
jednak zasadzie? Czy zawsze kierować się mamy względem mniejszej krzywdy, 
czy też społecznymi kosztami i zyskami? 
 
   Czy  istnieje  jakaś  generalna  reguła  sprawiedliwości?  W  kwestiach  opieki 
społecznej  ekonomiści  zazwyczaj  trzymają  się  paretowskiej  zasady 
optymalności  powiadającej,  iż  decyzje  sprzyjające  jednym,  nie  powinny 
pogarszać  sytuacji  pozostałych.  Ostatnio  John  Rawls  zaproponował  tak  zwane 
kryterium  „minimax"  mające  zastąpić  zasadę  użyteczności  i  dziś  kryterium  to 
jest  przedmiotem  szczególnego  filozoficznego  zainteresowania  [Rawls 
wychodzi z założenia,  iż „niesprawiedliwość istnieje,  gdyż społeczeństwo zbyt 
późno dochodzi do podstawowych uzgodnień". Ponieważ jednostki znają własną 

background image

pozycję  społeczną  i  wiedzą,  jakimi  dysponują  wpływami,  przetarg  w  systemie 
społecznym  ulega  wypaczeniu.  Ale  załóżmy,  że  znalazłyby  się  one  znów  w 
„stanie  natury"  i  nie  wiedziały  nic  o  sobie  nawzajem  (kto  z  sąsiadów  jest 
silniejszy, a kto słabszy, kto bardziej, a kto mniej utalentowany). Jakie wówczas 
należałoby  ustalić  reguły,  aby  każdemu  zapewnić  pewne  minimum  dostatku 
zgodne  z  zapewnieniem  Wszystkim  innym  takiego  samego  dostatku,  jak  jemu. 
Na tym polega zasada minimax.]. 
 
   Zasada  minimax  zapewnia,  że  każdy  dostanie  swój  minimalny  udział. 
Jednostki,  jak  sądzi  Rawls,  dobrowolnie  przyjmą  tę  zasadę,  ponieważ  będą 
chciały  zminimalizować  ryzyko  utraty  wszystkiego,  będą  zatem  opowiadać  się 
za „maksymalną" zgodnością przy „minimalnym" ryzyku. W ten sposób Rawls 
dochodzi  do  sformułowania  swej  „zasady  różnicowej",  opartej  na  kryterium 
minmax. Pisze on: 
 
    Nierówności  społeczne  i  ekonomiczne  spełniać  muszą  dwa  warunki:  (a) 
przynosić  największe  spodziewane  korzyści  najbardziej  upośledzonym 
członkom  społeczeństwa  i  (b)  być  związane  ze  stanowiskami  i  pozycjami 
społecznymi, dostępnymi każdemu na jednakowych warunkach. 
 
   Ponieważ byłaby to pierwotna zasada sprawiedliwości, dobrowolnie uznana w 
stanie natury, to może ona zostać obecnie wykorzystana w polityce społecznej w 
celu wyrównania niesprawiedliwości. 
 
   Kryterium  minimax  spotkało  się  z  rozmaitymi  krytykami.  Zakłada  ono,  że 
ludzie chcą „unikać ryzyka" i będą chcieli minimalizować ewentualność straty. 
Może  to  być  prawdą,  gdy  dotyczy  życia,  ale  niekoniecznie  -  dobytku.  Wiele 
osób  gotowych  by  było  zaryzykować  stratę  roweru,  by  zyskać  szansę  na 
samochód,  nawet  gdyby  w  rezultacie  musiały  chodzić  piechotą.  Wieloznaczne 
jest pojęcie „korzyści". Przyjmuje się, że użyteczność dla różnych osób znaczy 
co innego, a więc niezbędny jest jakiś obiektywny miernik, taki jak dochody czy 
majątek.  Wiele  jednak  korzyści  społecznych  daje  się  wymieniać  w  sposób 
całkowicie  niewymierny  [Oto  przykład  zaczerpnięty  z  aktualnej  polityki 
mieszkaniowej  rządu.  W  osiedlu  o  atrakcyjnej  lokalizacji  nad  brzegiem  rzeki 
25%  mieszkań  zarezerwowanych  zostało  dla  rodzin  o  niskim  dochodzie,  które 
za  identyczne  mieszkania  płacić  miały  niższe  komorne  niż  pozostali,  dobrze 
sytuowani  najemcy.  Budowa osiedla dużo kosztowała, a więc substydium  było 
wysokie.  Za  pieniądze,  jakie  rząd  wyłożył,  można  było  zbudować  więcej 
mieszkań dla niezamożnych. Ponadto, gdyby mieszkania w tym osiedlu zostały 
wynajęte  wyłącznie  ludziom  bogatym,  podatki  mogłyby  pokryć  więcej  usług 
municypalnych. Tak więc „strata" jest jakby podwójna. Rząd postanowił jednak 
w  ramach  swej  polityki  społecznej,  że  większą  „korzyścią"  będzie  zmieszanie 
mieszkańców o różnych dochodach, niż  ich segregacja  na tej podstawie, nawet 

background image

jeśli w rezultacie wybuduje się mniej mieszkań. 
 
Jak  rozstrzygnąć,  które  rozwiązanie  jest  korzystniejsze?  Na  czym  polega  tu 
sprawiedliwość,  a  na  czym  skuteczność  alokacji  środków?.  Zgoła  niejasne  jest 
ponadto  określenie  „najbardziej  upośledzeni".  Czy  ma  to  znaczyć  -  jeśli 
kryterium są dochody - że każdy zarabiający poniżej średniej krajowej (a więc 
połowa  mieszkańców kraju)  jest upośledzony? Czy też kwalifikacja ta dotyczy 
dolnych  10%  a  może  25%?  I  jaka  jest  podstawa  takiego  lub  innego 
rozstrzygnięcia.  A  jeśli  przyjąć  inne  kryterium  (ubodzy,  niewy-kształceni, 
pochodzący  z  niepełnych  rodzin),  to  jakie?  [Pomijam  tu  całkowicie  problem 
redystrybucji  bogactwa  między  krajami  biednymi  i  bogatymi.  Gdy  zdajemy 
sobie  sprawę,  jak  trudno  jest  ustalić  normatywne  reguły  oraz  mechanizmy 
podejmowania  decyzji  w  jednym  kraju  objętym  wspólnym  systemem  praw, 
oczywiste  staje  się,  o  ile  trudniejszym  zadaniem  byłoby  ustalenie  stosunków 
pomiędzy krajami o różnych systemach.] 
 
  (A  jednak  podejście  to  ma  również  pewne  zalety.  Pociąga  bowiem  za  sobą 
„przekupywanie"  upośledzonych.  Gdybyśmy  chcieli  zlokalizować  nasze 
lotnisko  bliżej  miasta,  by  oszczędzić  na  czasie  dojazdu  doń,  musielibyśmy  - 
kierując się tą zasadą - zapytać tych, którzy znosić będą musieli hałas i których 
wartość  domów  na  rynku  spadnie,  jaka  suma  wynagrodziłaby  im  straty. 
Natomiast  w  przypadku  przedsiębiorstwa  zatrudniającego  ludzi  w  starszym 
wieku, a więc pracujących niewydaj-nie, należałoby zapytać przedsiębiorcę, ile 
skłonny jest im zapłacić, by zgodzili się odejść. 
 
   Sednem problemu jest jednak nie stopień redystrybucji, dochodów i bogactwa, 
to  są  bowiem  czynniki  najważniejsze  i  najłatwiej  mierzalne  -  lecz  równowaga 
między redystrybucją a wzrostem. Podział dochodów wpływa na tempo wzrostu 
gospodarczego  i  odwrotnie.  Każda  redystrybucja  na  większą  skalę  powoduje 
zwiększenie  konsumpcji  kosztem  inwestycji.  Jednakże  zasada  minimax,  jak 
przyznaje  Rawls,  „jest  nieprzydatna  do  określania  właściwego  poziomu 
oszczędności: może być stosowana jedynie w ramach pokolenia". 
 
   Ale  na  tym  właśnie  polega  sedno  sprawy.  Jakie  jest  właściwe  tempo  wzrostu 
gospodarczego?  Jak  wzrost  ten  ma  być  finansowany?  Jak  dzielone  mają  być 
jego  owoce?  Kryterium  Rawlsa  jest  kryterium  sprawiedliwości  dla  „stanu 
stacjonarnego".  Nie  wygląda  jednak  na  to,  by  jakiekolwiek  społeczeństwo  — 
radzieckie,  amerykańskie  czy  inne  -  opowiadało  się  dziś  za  „stanem 
stacjonarnym". 
 
   W  stanie  stacjonarnym  stałym  suma  oszczędności  jest  ex  definitione  równa 
zero.  Dlaczego  mielibyśmy  dziś  rezygnować  z  konsumpcji,  jeśli  przyszłe 
dochody nie będą większe niż obecne? Ponieważ jednak zasoby wyczerpują się 

background image

zgodnie  z  prawem  entropii,  jeśli  już  nie  wskutek  bezpośredniego  fizycznego 
zużycia  -  to  albo  musimy  inwestować  w  poszukiwania  nowych  zasobów  (czy 
też,  aby  podnieść  wydajność  istniejących  obecnie),  albo  ograniczać  ich 
wykorzystywanie tak, by zaoszczędzić ich na przyszłość czy też dla następnych 
pokoleń. Robert M.  Solow pisał: „Wiedzie nam się  dziś całkiem dobrze dzięki 
naszym  przodkom.  Zważywszy  jak  byli  biedni,  a  jak  my  jesteśmy  bogaci, 
mogliby  oni  mniej  oszczędzać,  a  więcej  konsumować.  Bez  wątpienia  nie  śnili 
nawet  o  ewentualności  uzyskiwania  takich  dochodów  na  głowę,  jakie  mamy  i 
jakie uczyniły nas o tyle od nich bogatszymi. To jednak świadczy tylko o tym, 
że  przyszłość  jest  zbyt  ważna,  by  pozostawić  ją  przypadkowi,  błędnym 
prognozom lub wahaniom etyki protestanckiej". 
 
   Czy chcemy, aby nasze dzieci i wnuki żyły  mniej dostatnie od nas? Jak wiele 
musimy  oszczędzać  i  z  czego  rezygnować,  aby  przekazać  gospodarczy 
potencjał,  jaki  sami  odziedziczyliśmy?  Indywidualne  decyzje  oszczędzania 
podyktowane  są  rachunkiem  na  przyszłość.  Techniczna  wyższość  przyszłych 
produktów  nad  obecnymi  nieproporcjonalnie  podniesie  wartość  oszczędności. 
Ta  przynęta  skłaniała  inwestorów  w  latach~  sześćdziesiątych  do  powiększania 
kapitału,  nie  zaś  do  szukania  natychmiastowych  zysków.  Rosnąca  niepewność 
co do przyszłości podważa natomiast takie oczekiwania, a wówczas inwestorzy 
oczekują  natychmiastowej dywidendy,  a  nie  przyszłych  zysków.  Analogicznie, 
tempo  wykorzystywania  wyczerpywalnych  zasobów  jest  również  funkcją  tego 
rodzaju tendencji - oczekiwań na przyszłość i natychmiastowych zysków. 
 
Leon Walras określił metaforycznie taki proces jako tdtonnement  - szukanie po 
omacku,  jak  niewidomy  szuka  laską  przedmiotów,  których  nie  jest  w  stanie 
dojrzeć. 
 
   Nie  jest  jednak  bynajmniej  rzeczą  jasną,  czy  najlepszym  sposobem 
podejmowania  decyzji  społecznych  jest  sumowanie  decyzji  indywidualnych, 
zwłaszcza w sytuacji, gdy nieproporcjonalnie duża część zasobów pozostaje we 
władaniu  nielicznych.  Solow  zauważa  także:  „Czysta  teoria  wyczerpywalnych 
zasobów  [powiada]  nam,  że  [...]  równowaga  między  teraźniejszością  a 
przyszłością  jest bardziej chybotliwa,  niż to zwykliśmy  mniemać [...], a wybór 
społecznej  stopy  dyskontowej  jest  w  istocie  decyzją  polityczną  dotyczącą 
dystrybucji [dochodów j dobrobytu] między pokoleniami". 
 
   Przyszłości  zawdzięczamy  naszą  zdolność  produkowania.  Ideologiczna 
koncepcja,  iż  obecne',pokolenie  powinno  zostać  poświęcone  dla  przyszłości, 
sprawiła, iż doświadczenia Związku Radzieckiego okazały się tak straszliwe. W 
imię  tego  przekonania  Rosja  w  czasach  stalinowskich  przystąpiła  do  brutalnej 
„pierwotnej akumulacji", w wyniku której nie tylko spadł poziom życia, ale za 
którą w imię „produkcji" zapłacono milionami istnień ludzkich. Tym zaś, co tak 

background image

odpychającym czyni zachodnie społeczeństwa burżuazyjne, jest marnotrawstwo 
zasobów  na  zbędne  produkty,  będące  świadectwem  statusu  i  użycia  (wielkie 
ciężkie samochody, ekstrawaganckie opakowania towarów) w imię konsumpcji. 
 
   Dyskontowanie  na  przyszłość  musi  być  decyzją  społeczną,  podlegającą 
zasadzie  sprawiedliwości,  regule  alokacji,  powiadającej  jak  podnosić  zdolność 
produkcyjną  na  gruncie  ograniczeń  pewnego  rodzaju  konsumpcji.  To  zaś 
nieuchronnie  wiedzie  nas  do  problemu  stanowiącego  istotę  społeczeństwa 
liberalnego,  a  mianowicie  do  pytania  o  równowagę  między  sferą  publiczną  i 
prywatną oraz o granice między nimi. 
 
Sfera publiczna i prywatna 
 
   Liberalna teoria prawa, tak jak skodyfikował ją  Kant, zawiera  dwa postulaty: 
po  pierwsze,  prawo  ma  mieć  charakter  formalny  (to  jest  proceduralny)  a  nie 
rzeczowy, po drugie zaś - ma być oddzielone od moralności. 
 
Pogląd  o  proceduralnym  charakterze  prawa  był  rezultatem  powstania 
społeczeństwa  burżuazyjnego  jako  wyodrębnionej  sfery,  w  której  celem 
działalności  gospodarczej  jest  nie  bogactwo  państwa,  lecz  zadośćuczynienie 
indywidualnym  pragnieniom.  Postulował  on  zasadniczą  równość  wszystkich 
rywalizujących  i  wykluczał  interwencjonizm,  który  równość  tę  by  podważał. 
Tam,  gdzie  miałyby  istnieć  ograniczenia  wolności  i  własności,  musiałyby  one 
być  ogólne  i  obliczalne  oraz  jednakowo  stosować  się  do  wszystkich.  W  tej 
koncepcji podstawą prawa jest formalna racjonalności. 
 
   Różnica  między prawem a  moralnością  wypływa z dwóch źródeł. Pierwszym 
jest  filozoficzny  pogląd,  iż  wolność  człowieka  ma  charakter  autonomiczny, 
samookreślający  się,  a  nie  jest  narzucana  przez  okoliczności  zewnętrzne  - 
przyrodę i obyczaje. (Kant powiadał: „Nikt nie może mnie zmusić w ten sposób, 
bym  był szczęśliwy").  Drugim  źródłem  było  historyczne  doświadczenie  wojen 
religijnych XVII w., które doprowadziło do wniosku,  iż żadna  grupa  nie  może 
narzucać  swych  przekonań  innym  za  pośrednictwem  świeckiego  ramienia 
państwa.  Prześladować  można  przestępstwa,  ale  nie  grzechy;  umacniać  można 
prawo, ale nie prawość. 
 
   W  rezultacie  teoria  liberalna  uznawała  tak  niepokojącą  Rousseau  różnicę 
między obywatelem a osobą prywatną i umacniała ją. Ale nie domagała się, by 
jednostka  bezgranicznie  podlegała  państwu,  ani  nie  chciała  rozmienić  państwa 
na zatomizowany świat interesów prywatnych. Usiłowała, jakkolwiek byłoby to 
trudne, oddzielić od siebie te dwa obszary. 
 

background image

   W każdym społeczeństwie zasady zawsze ustępują interesom i liberalna teoria 
wolności  musiała  się  przed  nimi  uginać.  W  Stanach  Zjednoczonych  na 
przełomie  stuleci  wolność  osobista  stała  się  podstawą  decyzji  Sądu 
Najwyższego  (Lochner  przeciwko  Nowemu  Jorkowi  w  1905  r.),  odrzucającej 
przepisy ograniczające czas pracy w niebezpiecznych zawodach. Postanowienie 
stwierdzało: „Nie ma rozsądnych podstaw ograniczania wolności osoby, czy też 
jej  prawa  do  swobodnego  zawierania  kontaktów  [...]  w  takim  zawodzie  jak 
piekarz.  [...]  Są  to  ludzie  inteligentni.  [...]  W  żadnej  mierze  nie  są 
podopiecznymi państwa". W tym samym jednak czasie wprowadzono regulację 
moralności  osobistej  -  od  niedzielnych  przepisów  purytańskich  po  prohibicję; 
prawdopodobnie w tych przypadkach nie chodziło o ludzi inteligentnych... 
 
   Tak więc obowiązywały  podwójne standardy: konserwatyści chcieli wolności 
ekonomicznej  i  ograniczeń  moralności.  Dziś  sytuacja  uległa  dziwnej  zmianie, 
ale  podwójne  standardy  nadal  obowiązują:  liberałowie  domagają  się 
gospodarczych  ograniczeń  i  wolności  w  moralności.  Chcą  interwencji  państwa 
w  gospodarkę  i  pod  hasłem  prywatności  protestują  przeciwko  wszelkiemu 
wtrącaniu się w indywidualne zachowania moralne. 
 
   Czy  istnieją  ogólne  reguły,  które  moglibyśmy  zastosować?  Czy  każda  grupa 
społeczna  ma  bronić  swych  interesów?  Jak  przebiega  granica  między  sferą 
publiczną i prywatną w gospodarce i w moralności? 
 
   W latach trzydziestych, okresie przypływu  mody na planowanie gospodarcze, 
twierdzono,  iż  rządy  winny  upaństwowić  cały  przemysł,  aby  zapewnić 
„produkcję  skierowaną  raczej  na  potrzeby  niż  na  zyski".  Lewis  Mumford  w 
swojej  książce  Technika  a  cywilizacja  proponował,  aby  „normale  standardy 
konsumpcji"  zostały  określone  przez  biologów,  moralistów  oraz  ludzi  o 
wyrobionym  guście,  aby  „towary  mierzone,  ważone  i  normalizowane" 
dostarczane  były  każdemu  członkowi  społeczeństwa.  Nazwał  on  to 
„komunizmem  podstawowym".  Dziś  dalecy  jesteśmy  od  takich  uproszczeń. 
Osiągnięcia  przedsiębiorstw  państwowych  niemal  we  wszystkich  krajach  nie 
były  lepsze  niż  prywatnych  czy  mieszanych.  Jak  zauważył  kiedyś  Michael 
Polanyi,  robotnicy  angielscy  nie  czują  się  bardziej  właścicielami  kolei 
brytyjskich  niż  brytyjskiej  floty  wojennej.  W  1930  r.  Walter  Lippmann  pisał 
natomiast: „Trudności z planowaniem produkcji w taki sposób, by zaspokajała 
różne  wybory,  są  mielizną,  na  której  osiada  cała  ta  koncepcja".  Tylko  rynek 
zdolny jest reagować na istotne różnice gustów, wyborów i potrzeb. Nie przeczy 
to  jednak  przekonaniu  o  potrzebie  jakichś  społecznych  mechanizmów 
podejmowania  decyzji,  zapewniających  właściwe  usługi  społeczne  dla 
wszystkich  oraz  ustanawiania  minimum  społecznego,  zapewniającego  ludziom 
poczucie własnej godności. 
 

background image

   Jeśli  dziś  znów  kładzie  się  nacisk  na  rynek,  to  jest  to  wycofanie  się  z 
niegdysiejszej  wizji  scentralizowanego  i  publicznego  władania  wraz  z 
powodowanym  przez  nie  znacznym  wzrostem  biurokracji,  czego  zwolennicy 
tego  poglądu  zazwyczaj w  ogóle  nie  brali  pod  uwagę.  Jest to nacisk,  jak  pisze 
Alice Rivlin, nie na publicznie zapotrzebowanie, lecz na publiczne finansowanie 
opieki. Wedle pierwotnej koncepcji główną rolą państwa miało być dostarczanie 
„dóbr publicznych" - mieszkań, szpitali i innych usług. Wedle obecnej, ma ono 
ustanawiać  standardy  i  dostarczać  zasobów,  natomiast  beneficjanci  mają  sami 
kupować sobie mieszkania i sami płacić za opiekę lekarską. 
 
   W ten to sposób niektórzy liberałowie i zwolennicy „nowej lewicy" odkryli na 
nowo zalety decentralizacji i konkurencji. Bez konkurencji skazani zostajemy na 
łaskę  i  niełaskę  prywatnych  monopoli  czy  też  na  ociężałość  biurokratycznych 
instytucji. Bez rozdzielenia kompetencji stajemy się, w przypadku zatrudnienia, 
ofiarami jednej władzy - prywatnej korporacji czy też państwa. Bez publicznych 
mechanizmów  transferu  płatności  i  ustanawia  standardów  nie  sposób  jednak 
skutecznie  wykorzystać  władzę  osiągania  celów  społecznych.  Niezbędna  jest 
owa  równowaga  sfery  publicznej  i  prywatnej  -  publicznych  i  prywatnych 
potrzeb - która sprzyja wolności i sprawiedliwości. 
 
   Czym  jest  moralność?  Czy  powinny  istnieć  prawne  ograniczenia?  Czy 
wszystko ma być dozwolone - obscenia, pornografia, kazirodztwo? W rozprawie 
O  wolności  John  Stuart  Mili  powiadał,  że  istnieje  skłonność  do  „rozszerzania 
niekwestionowanej,  uzasadnionej wolności jednostki". I tej „polityce  moralnej" 
należy się przeciwstawić za wszelką cenę. Wielkie historyczne religie Zachodu 
mają  wspólny  pogląd  na  naturę  ludzką:  gdzie  nie  ma  ograniczeń,  gdzie  tylko 
doświadczenie  jest  miernikiem  tego,  co  dozwolone,  skłonność  do  eksploracji 
wszystkiego,  poszukiwania  wszelkich  wrażeń,  nawet jeśli  usankcjonowane  jest 
ze  względów  estetycznych,  prowadzi  do  rozpusty,  degradacji  innych,  do 
zbrodni.  Nauka,  jaką  wszystkie  religie  z  tego  wyciągnęły,  powiada,  iż 
społeczność,  która  nie  wie  co  to  wstyd,  traci  poczucie  wszelkich  norm 
moralnych. 
 
   A  co  jest  wstydliwe?  Ścisłego  podziału  dokonać  oczywiście  niepodobna.  Dla 
jednych  jest  to  nagość,  dla  innych  pornografia  lub  homoseksualizm.  Niezbyt 
pomocne może tu być nawet pojęcie standardów społecznych, ponieważ opinia 
społeczna także jest w takich kwestiach podzielona. Daje się jednak zdefiniować 
inna różnica, mianowicie między tym, co prywatne i publiczne, a obszary te dają 
się  od  siebie  zdecydowanie  odgraniczyć.  Istnieć  może  zakaz  publicznego 
propagowania  pornografii,  obsceniow  i  tego  wszystkiego,  co  degraduje  ludzką 
osobowość, ale co robią ludzie w swoich czterech ścianach, to ich sprawa: .. - 
 

background image

   Po  czego  zatem  dochodzimy?  Do  publicznej  cnoty  i  prywatnych  grzechów. 
Inaczej mówiąc, do ofiary, jaką  hipokryzja składa  na ołtarzu podwójnej natury 
człowieka.  Formuła  trudna  do  przyjęcia,  ale  chyba  jedyna,  jaka  może  określić 
granice „moralnej policji" pani Grundys, a z drugiej „miłości ciała" Normana O. 
Browna. 
 
   Społeczno-filozoficzną  konsekwencją  tych  czterech  argumentów  jest 
odrzucenie  burżuazyjnego  hedonizmu  z  jego  utylitarnym  naciskiem  na 
ekonomiczny  zbytek,  a  zarazem  utrzymanie  liberalizmu  politycznego  z  jego 
troską o wolność osobistą  i  indywidualne  różnice  między  ludźmi.  Historycznie 
liberalizm  związany  był  ze  społeczeństwem  mieszczańskim.  Zgodnie  z  jego 
założeniami  wolność  w  sferze  gospodarczej  jest  gwarancją  wolności  we 
wszystkich  innych  dziedzinach.  (Zgodnie  ze  starym  powiedzeniem:  „Wolny 
rynek czyni człowieka wolnym".) Jednakże liberalizm gospodarczy doprowadził 
w strukturze społecznej do oligopoli, a satysfakcjonowanie prywatnych dążeń  - 
do  hedonizmu,  który  nie  daje  się  pogodzić  z  zaspokajaniem  potrzeb 
społecznych. Jedno od drugiego trzeba oddzielić. Odrzucić możemy pozbawioną 
moralnego  uzasadnienia  pogoń  za  burżuazyjnymi  zachciankami  i  dawać 
priorytet  dobru  publicznemu.  Potrzebujemy  jednak  politycznego  liberalizmu, 
który  chroniłby  jednostkę  przed  przymusem  i  zapewniał  jej  we  właściwych 
granicach rekompensatę wysiłków i zasług. Arbitrem tym nie może być rynek - 
który  jest  mechanizmem,  ale  nie  zasadą  sprawiedliwości  -  zastąpić  go  musi 
gospodarstwo publiczne. 
 
Potwierdzenie liberalizmu 
 
   Argumentacja na rzecz gospodarstwa publicznego wynika w gruncie rzeczy z 
potrzeby  ponownego  stwierdzenia,  na  czym  polegają  podstawowe  wartości 
społeczeństwa  i  co  one  legitymizują.  To  legitymizacja  zapewnia  bowiem 
trwanie instytucjom i właściwe zachowania jednostek. Koncepcja gospodarstwa 
publicznego jest zatem próbą znalezienia spoiwa społeczeństwa. 
 
   Zasadnicza  rola  gospodarstwa  publicznego  nie  musi  bynajmniej  oznaczać 
rozszerzania  sektora  państwowego  w  gospodarce  czy  też  administracji 
państwowej. Jest to, by powrócić raz jeszcze do Arystotelesa, troska „więcej [...] 
o ludzi, niż o posiadanie rzeczy". 
 
   Jest  to  uznane  różnicy  między  środkami  a  celami  oraz  potwierdzenie  celów 
społecznych  polityki  publicznej,  czyli  „dobrego  stanu".  Jest  to  przypisanie 
zasadniczej  wagi  świadomym  decyzjom  dotyczącym  kierunku  rozwoju 
społecznego,  decyzjom  podejmowanym  w  publicznej  dyskusji  i  filozoficznie 
uzasadnionych.  Podczas  gdy  społeczeństwo  bur-żuazyjne  oddzielało  od  siebie 
ekonomię  i  państwo,  gospodarstwo  publiczne  łączy  je  ze  sobą,  ale  nie  w  imię 

background image

centralizacji  Władzy,  lecz  niezbędnej  koordynacji  skutków.  Gospodarstwo 
publiczne  wymaga  nowej  społeczno-gospodarczej  karty  praw,  która 
zdefiniowałaby  w  zgodzie  z  wymogami  naszych  czasów  potrzeby  społeczne, 
jakie państwo musi próbować zaspokoić. Ustala ono .budżet publiczny (ile i na 
co  chcemy  przeznaczyć)  i  funkcjonuje  jako  mechanizm,  poprzez  który  usiłuje 
zapewnić sobie „dobry stan". 
 
   Jest  ono  jednak  również  w,pewnym  stopniu  ograniczone:  nie  ma  bowiem 
jednej  wartości  zwierzchniej  wobec  wszystkich  innych.  Wspólną  cechą 
klasycznego katolicyzmu i komunizmu jest łączenie ze sobą prawa i moralności, 
upieranie  się  przy  jednej  wspólnej  zwierzchniej  zasadzie  (co  do  której, 
oczywiście, nie zgadzają się one ze sobą); zasadzie tej podporządkowani muszą 
być  wszyscy  członkowie  społeczeństwa.  Ponieważ  i  tradycyjny  katolicyzm,  i 
współczesny  komunizm  pretendują  do  posiadania  prawdy  ostatecznej,  toteż 
traktują  wszystkich  niewierzących  jako  ofiary  błędu  lub  herezji,  które  muszą 
zostać zwalczone. 
 
   Liberalizm  odrzuca  tę  doktrynę,  ponieważ  kładzie  nacisk  nie  na  wspólne 
cechy ludzkie, lecz na różnicę między jednostkami i grupami. W społeczeństwie 
homogenicznym  można  by  się  upierać  przy  obowiązku  podzielania  wspólnych 
przekonań,  ale  w  społeczeństwie  pluralistycznym,  złożonym  z  różnych  grup, 
narzucanie  wspólnych  przekonań  jako  wyrazu  wiary  jest  czymś  nie  do 
zniesienia. Isaiah Berlin pisał: 
 
    Przekonanie, iż istnieć muszą ostateczne, obiektywne rozwiązania wszystkich 
problemów normatywnych oraz prawda, która da się dowieść lub bezpośrednio 
intuicyjnie uchwycić, iż możliwe jest w zasadzie odkrycie harmonijnego wzoru 
godzącego wszystkie wartości i że zmierzać winniśmy do tego jedynego celu; że 
odsłonić  potrafimy  jakąś  centralną  zasadę  kształtującą  tę  wizję,  która,  raz 
wykryta,  pokjeruje  naszym  życiem  -  to stare  i  niemal  powszechnie  podzielane 
przekonanie,  na  którym  obiera  się  tak  wiele  tradycyjnych  myśli,  działań  i 
doktryn filozoficznych, wydaje mi się bezzasadne; musi ono czasem prowadzić i 
prowadzi  do  teoretycznych  absurdów  i  do  barbarzyńskich  konsekwencji  w 
praktyce. 
 
   Liberalizm  uznaje  napięcie  między  tym,  co  publiczne  i  prywatne,  między 
grupą  a  jednostką,  dwoistą  rolę  człowieka  jako  obywatela  i  osoby.  Zasadnicze 
pytanie  polega  na  tym,  jak  znaleźć  wspólne  cele,  zachowując  jednak 
indywidualny wybór środków do nich prowadzących; jak określić indywidualne 
(i grupowe) potrzeby i znaleźć wspólne środki ich zaspokojenia. Czy zadanie to 
może być zrealizowane w społeczeństwie, w którym rządzi wyłącznie „interes"? 
 

background image

   „Filozofia  publiczna  -  pisał  Walter  Lippmann  -  poddaje  nasze  żądze  i 
namiętności  rządom  rozumu  -  naszej  drugiej,  cywilizowanej,  nabytej  natury. 
Toteż nie możne się ona cieszyć popularnością. Jej celem jest bowiem kontrola i 
ograniczanie namiętności oraz opinii najbardziej rozpowszechnionych''. 
 
   Mówiliśmy już, że zgodnie z poglądem klasycznym filozofię publiczną można 
utrwalić  tylko  w  małym  społeczeństwie,  ponieważ,  jak  zauważył  Monteskiusz, 
„w  małej społeczności dobro publiczne jest lepiej znane,  mocniej odczuwane  i 
bliższe  każdemu  obywatelowi".  Niektórzy pesymiści sądzą dziś odwrotnie: ich 
zdaniem  wybujałe  apetyty  mogą  być  kontrolowane  jedynie  żelazną  ręką 
centralnej władzy. 
 
   Kiedy  twórcy  Stanów  Zjednoczonych  omawiali  pierwsze  z  tych  zagadnień, 
Madison  napisał  wyrafinowaną  refutację  poglądu  klasycznego,  odwracając  go 
całkowicie.  Najwyższym  niebezpieczeństwem  w  każdej  demokracji,  twierdził, 
jest „ewentualność, iż «nawiedzona większość» zechce podporządkować swym 
namiętnościom i interesom zarówno dobro publiczne, jak osobiste prawa innych 
obywateli.  Obrona  dobra  publicznego  i  osobistych  praw  przed  takim 
niebezpieczeństwem,  a  tym  samym  zachowanie  ducha  i  formy  rządów  ludu, 
musi  być  zatem  celem,  któremu  podporządkowane  są  nasze  dociekania". 
Podczas  gdy  mała  demokracja  bezpośrednia  „nie  może  znaleźć  środków 
zapobiegawczych  wobec  groźby  jej  nadużywania  przez  frakcje,  demokracja 
przedstawicielska dostarczyć może środków, których właśnie poszukujemy". Im 
większe  społeczeństwo,  tym  więcej  w  nim  „partii  i  interesów",  a  zatem  i 
mniejsze  prawdopodobieństwo,  „że  większość  będzie  miała  wspólne  motywy 
zagrożenia  prawom  innych  obywateli;  a  jeśli  taki  wspólny  motyw  nawet  by 
powstał,  to  wszystkim  tym,  którzy  go  uznają,  trudniej  będzie  się  nawzajem 
odnaleźć i działać ze sobą zgodnie [...]". 
 
   Do  propozycji  tej  dodano  dwa  uzupełnienia:  zgodnie  z  pierwszym 
uwzględniane  powinny  być  wszystkie  interesy,  zgodnie  z  drugim  -  wszystkie 
kwestie sporne podlegają negocjacjom. 
 
   Przy takiej różnorodności interesów negocjacje mogą jednak nie wystarczyć, a 
ich rozbieżność prowadzić może do rozbicia społeczeństwa. Stany Zjednoczone 
poza rządem republikańskim stworzyły drugi, nie mający precedensu instrument 
-  Sąd  Najwyższy,  będący  gwarantem  prawowitości;  jego  orzeczenia  określać 
miały  na  nowo  powszechne  reguły  i  sprawiedliwy  podział  heterogenicznego 
społeczeństwa.  Sąd  Najwyższy  jest  jedyną  instytucją  akceptowaną  przez  całe 
społeczeństwo jako normatywny arbiter. 
 
   W  filozofii  liberalnej,  na  której  oparła  się  republika,  prawo  do  własności 
prywatnej  uznane  zostało  za  „absolutne",  na  równi  z  niezbędnymi  w 

background image

społeczeństwie  obywatelskim  prawami  nietykalności  osoby  i  wolności 
jednostki.  A  jednak  w  ciągu  ostatniego  stulecia  Sąd  przeformułował  to  prawo 
stwierdzając,  że  korzystanie  z  własności  nie  ma  charakteru  absolutnego,  z 
niedbałego  bowiem  zeń  korzystania  mogą  wynikać  niebezpieczeństwa  dla 
sąsiadów i społeczności, i że chociaż istnieją prawa zapewniające korzystanie z 
własności,  nie  istnieją  jednak  żadne  prawa  absolutne,  sprzeciwiające  się 
wspólnym celom społecznym. Ani w uchwalonej konstytucji, ani w Karcie Praw 
nie  pojawia  się  słowo  „równość".  Występuje  dopiero  w  Czternastej  Poprawce, 
która  postuluje  „równe  obowiązywanie  praw"  oraz  w  Piętnastej,  gdzie  jest 
mowa o rasie, kolorze skóry i niegdysiejszym niewolnictwie. A jednak równość 
w wykształceniu, w głosowaniu itd. stała się dziś głównym przedmiotem troski 
filozofii publicznej. 
 
   Mechanizm  kompromisu  i  uzgadniania  funkcjonuje  więc  do  dziś.  Pytanie 
polega  na  tym,  czy  istnieje  wspólna  wola.  Jej  wstępną  przesłanką  jest  jakaś 
transcendentalna więź, łącząca ze sobą jednostki na tyle, że kiedy to niezbędne, 
gotowe są ponosić konieczne ofiary kosztem swych prywatnych interesów. 
 
   Tym,  co  w  historii  łączyło  narody,  był  władca,  doktryna  albo  wspólne 
przeznaczenie, a w wyjątkowych chwilach wszystkie trzy czynniki naraz. Postać 
charyzmatyczna  zapewnia  ludziom  psychologiczną  więź  identyfikacji  i 
zaspokaja  potrzebę  podporządkowania  się.  Doktryna  dostarcza  wyjaśnień  i 
uzasadnień  miejsca  zajmowanego  w  świecie.  Przeznaczenie  daje  im  poczucie 
potęgi  i  pewności  siebie,  jeśli  nie  samouwielbienia,  które  psychologicznie 
wzmacnia wierność.  
 
   W  Stanach  Zjednoczonych  sens  utworzeniu  republiki  nadawało  poczucie 
przeznaczenia, idea wypowiedziana przez Jeffersona, iż zmiany boskie spełniają 
się  na  tym  dziewiczym  kontynencie.  Na  dziewiczym  kontynencie  człowiek 
może  być  wolny,  realizować  swe  indywidualne  cele  i  cieszyć  się  ich 
osiągnięciem. Doktryny dostarczył protestantyzm, kładący nacisk na trzeźwość, 
pracę i nieuleganie pokusom zmysłowym. Wiara w „wielkiego człowieka" miała 
w  Stanach  Zjednoczonych  mniejsze  wzięcie  niż  w  innych  społeczeństwach, 
choć  -  co  uderzające  -  większość  prezydentów  w  tym  kraju  to  generałowie, 
którzy wyróżnili się na wojnie. 
 
   W pełni rozkwitu wielkiego państwa poczucie przeznaczenia i gorąca wiara w 
osobiste cnoty zastąpione zostały przez jadowity „amerykanizm". 
 
-  przeznaczenie,  które  powiodło  nas  za  morza  oraz  przez  materialistyczny 
hedonizm,  który  stanowił  bodziec  do  pracy.  Dziś  to  przeznaczenie  zachwiało 
się, amerykanizm zużył się i pozostał wyłącznie heroizmem. 
 

background image

Jest to marna recepta na narodową jedność i wspólne przedsięwzięcia. 
 
Ale z prób i porażki - a były przecież porażki - wyłania się cnota 
 
-  możliwość  samoświadomej  dojrzałości  (stoicy  nazywali  ją  poczuciem 
tragizmu  życia),  która  obchodzi  się  bez  charyzmatycznych  przywódców,  bez 
doktryn  i  bez  jawnego  przeznaczenia;  która  próbuje  na  nowo  określić  samą 
siebie  i  swe  liberalne  społeczeństwo  opierając  się  na  zasadach,  dzięki  którym 
może  przeżyć.  Zasady  te  wymagają  jednoczesnego  działania  w  trzech 
kierunkach:  ponownego  potwierdzenia  naszej  przeszłości,  tylko  bowiem  na 
podstawie  znajomości  dziedzictwa  świadomi  stać  się  możemy  obowiązków 
wobec 

potomnych; 

uznania 

ograniczoności 

zasobów 

priorytetu 

indywidualnych i społecznych potrzeb wobec 
 
nie ograniczonych żądz i pragnień; wreszcie zgodę co do koncepcji 
 
sprawiedliwości, która daje wszystkim poczucie przyzwoitości i przynależności 
do  społeczeństwa  oraz  sprzyja  sytuacji,  kiedy  ludzie  w  poszczególnych 
obszarach swej działalności stają się bardziej sobie równi, a zatem i traktowani 
są jako równi. 
 
 
 
   Byłby to rodzaj umowy społecznej, umowy, która  - choć stale renegocjowana 
-  nie  może  ignorować  i  nie  ignoruje  przeszłości.  Tragedią  klasycznego 
liberalizmu,  a  także  utopijnego  socjalizmu,  była  wiara,  iż  ludzie  w  każdym 
pokoleniu  i  w  każdej  nowej  umowie  społecznej  mogą  startować  od  zera, 
odrzucić przeszłość i przebudować od nowa swe instytucje. Ludzie w pewnych 
granicach mogą zmieniać i siebie samych, i społeczeństwo, ale wiedzy o własnej 
potędze  towarzyszyć  musi  świadomość  jej  ograniczeń.  Jest  to  najstarsza  i 
najtrwalsza prawda o kondycji ludzkiej, jeśli ta ma nadal ludzką pozostać. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Spis rzeczy 
 
 
Przedmowa do wydania z 1978 r 
 
Wstęp 
 
Nota bibliograficzna 
 
Wprowadzenie. Rozłączność obszarów: przedstawienie problemów 
 
Część I. Dwoiste odniesienie nowoczesności 
 
1. Kulturowe sprzeczności kapitalizmu 
Znaczenie kultury 
Dyskrecjonalne zachowanie społeczne 
Artysta tworzy audytorium 
„Intelektuale" (middlebrows) lat pięćdziesiątych 
Modernizm 
Modernizm: syntaksa i forma 
Modernizm: nicość i osobowość 
Triumf woli 
Śmierć światopoglądu mieszczańskiego 
Od etyki protestanckiej do psychodelicznego bazaru 
Życie  małomiasteczkowe 
Purytanizm jako ideologia . 
Nowe wyzwolenie 
Życie przejrzyste 
Pop-hedonizm 
Abdykacja klasy korporacyjnej 
Pętla historii 
 
2.Rozbieżności dyskursu kulturowego 
Rewolucja wrażliwości 
Fragmentacja kultury 
Rozbieżność roli i osoby 
Specjalizacja funkcjonalna: rozbieżność roli i ekspresji symbolicznej 
Rozbieżność słownictwa: od metafory do matematyki 
Przesłonięcie dystansu 
Rozmaitość doświadczeń kulturowych 
Brak centrum 
Kultura wizualna 

background image

Załamanie się racjonalnego kosmosu 
 
3. Wrażliwość lat sześćdziesiątych 
Rozkład „sztuki" 
Demokratyzacja geniuszu 
Utrata jaźni 
Dionizyjska trupa 
Zamiast rozumu 
Zakończenie 
 
4. Ku wielkiej odnowie: religia i kultura w epoce postindustrialnej 
Świat natury 
Świat techniczny 
Świat społeczny 
Od sacrum do profanum 
Trzech Faustów 
Pierwsze przyczyny i rzeczy ostateczne 
 
Część II. Dylematy państwa 
 
Wprowadzenie: od kultury do państwa 
 
5. Niestabilna Ameryka: przejściowe i trwałe czynniki kryzysu narodowego . 
Źródła niestabilności 
Załamanie się konsensu 
Napięcie integracji 
Kryzys wiarygodności 
Rewolucje strukturalne 
Przemiany demograficzne 
Społeczeństwo narodowe 
Wspólnoty lokalne 
Społeczeństwo postindustrialne 
Przyszłość bliższa i dalsza 
Kontekst międzynarodowy 
Amerykańskie klimakterium? 
 
6. Gospodarstwo publiczne: o „socjologii fiskalnej" i społeczeństwie liberalnym 
Powstanie socjologii fiskalnej 
Rewolucja rosnących uprawnień 
Dylematy wzrostu: ekonomiczne sprzeczności kapitalizmu 
Kryzys wiary 
Filozofia  publiczna 
Jednostki społeczeństwa 

background image

Wolność i równość 
Sprawiedliwość i skuteczność 
Sfera publiczna i prywatna 
Potwierdzenie liberalizmu