background image

 

 

 

Gerard de Villiers 

ZABÓJCY  Z  BRUKSELI 

Tytut oryginału: Les Tueurs dr Bruxelles 

Przekład: Magda Markowska 

background image

Trzej mężczyźni w całkowitej ciszy wchodzili po schodach, 

na nogach mieli tenisówki. Pierwszy z nich, blisko dwumetrowy 
olbrzym, dotarł do trzeciego piętra. Zatrzymał się, wyjął z kieszeni 
ciemną maskę i naciągnął ją na twarz. Widać było jedynie usta i 
błękitne oczy, które wydawały się prawie przezroczyste. Jego dwaj 
towarzysze również bez słowa nałożyli maski. Pierwszy miał 
prawie metr osiemdziesiąt wzrostu, szerokie ramiona i twarz 
pozbawioną wyrazu, nosił wąsy. Drugi był równie wysoki, ale 
bardzo szczupły, miał tłuste włosy i wychudzoną twarz; jego 
rozbiegane oczy i nerwowy tik zdradzały wewnętrzne napięcie. 
Wszyscy trzej byli w sile wieku — między czterdziestką a 
pięćdziesiątką. 
 

Nosili kombinezony z mnóstwem kieszeni, podobne do 

mundurów komandoskich, a na rękach rękawiczki. 
 

Olbrzym zatrzymał się na moment. Mały budynek przy ulicy 

Pastorale był pogrążony w ciszy. Mężczyzna odwrócił się i dał znak 
dwóm pozostałym. Obydwaj wyjęli z kieszeni łomy. Bezszelestnie 
zbliżyli się do drzwi, zza których dochodziły dźwięki telewizji. 
Włożyli łomy pomiędzy zawiasy i czekali z napiętymi mięśniami. 
Ich szef wyjął zza pasa piętnastostrzałowego automatycznego 
herstala i załadował magazynek. Ciszę przerwał delikatny trzask 
repetowanej broni. Mężczyzna wyjrzał na klatkę schodową, 
sprawdził, czy nikt nie nadchodzi, i dal sygnał ręką. Jego kompani 
naparli z całych sił na łomy, uderzając jednocześnie barkami w 
drzwi, które otworzyły się z głuchym trzaskiem. 
 

Przybysze wpadli do środka, błyskawicznie pokonali mały 

korytarzyk i znaleźli się w pokoju. Były tam dwie osoby. 
 

Młody mężczyzna w okularach, ubrany jedynie w 

podkoszulek i slipy, oraz kobieta, otulona nylonowym 
szlafroczkiem, dosyć ładna, zielonooka, z szelmowsko zadartym 
noskiem. 
 

Mężczyzna zerwał się gwałtownie z kanapy i wykonał 

obronny gest. 
 

— Co to znaczy? 

background image

 

Olbrzym jednym skokiem znalazł się przy nim; lewą ręką 

chwycił go za gardło, prawą przystawił mu do piersi pistolet. 
 

— Na ziemię albo cię załatwię! 

 

Mężczyzna nie bronił się, i tak już miał miękkie nogi. 

Maski, które zakrywały twarze napastników, podkreślały jeszcze 
ich niesamowitość. Ten drugi groził kobiecie 
trzydziestocentymetrowym nożem komandoskim, przystawionym 
do jej brzucha. 
 

— Ty też, kurwo, albo zdechniesz! 

 

Gwałtownie popchnął oniemiałą z przerażenia kobietę na 

podłogę. Chudzielec wyjął z kieszeni sznur i błyskawicznie ją 
związał, pozostali napastnicy zrobili to samo z mężczyzną. 
 

Następnie wcisnęli im kneble. Wykonali swą pracę w ciągu 

niecałych trzech minut. 
 

Zaczęli przeszukiwać mieszkanie. Kolejno otwierali 

szuflady, szafki, komody i wyrzucali ich zawartość na podłogę. W 
końcu najniższy z nich znalazł w kuchni to, czego szukali — zwitek 
ulotek odbitych na powielaczu, opakowany w brązowy papier. 
Widać było tylko nagłówek: „KKW— Komunistyczne Komórki 
Walczące”. 
 

— Zbieramy się — zadecydował olbrzym. Podał pistolet 

temu, który znalazł ulotki. Pochylił się i bez żadnego wysiłku 
zarzucił sobie na ramię związanego mężczyznę. Chwyt był jakby 
wprost z podręcznika dla komandosów. 
 

Napastnik o szerokich barach zrobił to samo z kobietą. Nie 

minęło nawet pięć minut od ich wtargnięcia, a już opuszczali 
mieszkanie. Głowa kobiety uderzyła mocno w drzwi, ofiara wydała 
stłumiony jęk. 
 

Pochód otwierał chudzielec, wciąż z pistoletem w dłoni. 

 

Miał tylko jedno zadanie: zabić każdego, kto stanąłby im na 

drodze. Nikogo jednak nie spotkali. Na parterze dwaj mężczyźni 
niosący więźniów zatrzymali się przed drzwiami wyjściowymi, 
trzeci poszedł sprawdzić, co się dzieje na zewnątrz. 
 

Ulica Pastorale była całkowicie wyludniona. W okolicznych 

background image

niskich budynkach z czerwonej, białej lub zielonej cegły, w 
odsłoniętych oknach paliły się nieliczne światła. Nie było nikogo. 
 

Jeden z zamaskowanych mężczyzn wyjął z kieszeni latarkę 

elektryczną i dał krótki sygnał. Odpowiedziało mu światło 
reflektorów. Na pustym parkingu stacji diagnostycznej stał 
samochód z wyłączonymi światłami. Po chwili ruszył z cichym 
warkotem potężnego silnika. Za kierownicą tego ciemnozielonego 
golfa GTI siedział jakiś człowiek. Zaledwie podjechał do niskiego 
budynku z białej cegły, trzech mężczyzn ruszyło w jego kierunku. 
Wrzucili nieruchome ciała do samochodu, z tyłu, na podłogę, gdzie 
były niewidoczne z zewnątrz, a następnie sami zajęli miejsca. 
Dwadzieścia sekund później golf oddalił się z głuchym pomrukiem 
silnika. 
 

Jechali pustymi uliczkami dzielnicy Anderlecht, nie 

napotykając żadnego samochodu. Mieszkańcy tego spokojnego 
przedmieścia Brukseli kładli się wcześnie spać. Mężczyźni zdjęli 
wreszcie swe maski. Olbrzym zapalił papierosa, dostrzegł w 
lusterku zaniepokojone spojrzenie kierowcy, korpulentnego 
mężczyzny około sześćdziesiątki, o pomarszczonej twarzy i 
wysokim czole. 
 

— Wszystko w porządku, Walterze — powiedział olbrzym. 

— Wracamy. 
 

Kierowca uśmiechnął się, jego wyprostowane ramiona 

nieznacznie opadły. Nie był tak spokojny jak pozostali. Olbrzym i 
wąsacz po cichu opowiadali sobie kawały i wybuchali śmiechem. 
Nogi opierali na ciałach swych więźniów, jakby to były worki z 
węglem. 
 

Golf sunął ulicą Ninove w kierunku zachodnim. 

Dojechawszy do Ringu — obwodnicy okalającej Brukselę — 
skręcił w lewo, kierując się na południe. Dieslowski silnik 
zawarczał głośniej, strzałka szybkościomierza ustawiła się na 
liczbie 160, a zaraz potem — 170 kilometrów. Ruch był prawie 
żaden, a Królewska Policja nigdy nie patrolowała autostrad. 
 

Obwodnica połączyła się z autostradą E-19: Bruksela — 

background image

Paryż. Mniej więcej po piętnastu kilometrach jazdy golf skręcił na 
pas wyjazdowy z napisem „Beersel”, zwolnił i znalazł się na 
wąskiej, krętej drodze prowadzącej na opustoszały parking, 
usytuowany naprzeciw chatki, jakby wyjętej prosto z bajki. 
 

Chatka zbudowana była z czerwonych kamieni, 

poprzecinanych belkami, miała okna przypominające witraże. 
Zgaszony neon informował: „Zajazd Templariuszy”. 
 

Miejsce było całkowicie odludne, wciśnięte pomiędzy 

wiadukt kolejowy i las, w którym kryła się stara, średniowieczna 
forteca Beersel, niegdyś brama Brukseli. Samochód minął parking i 
zatrzymał się z tyłu za gospodą. Był niewidoczny z szosy, po której 
i tak nikt nie jechał o tak późnej porze. Czterech mężczyzn 
wysiadło z samochodu. Olbrzym przeciągnął się, zachłannie 
wdychając świeże powietrze; pozostali wspólnicy wywlekli 
więźniów z samochodu. Olbrzym klepnął wąsatego po ramieniu i 
powiedział z zadowoleniem: — Brawo! Wszystko trwało 
trzydzieści siedem minut. 
 

Teraz do roboty! 

 

* * * 
— Guyu Choquet, jesteś oskarżony o próbę destabilizacji 

państwa. Zostałeś za to skazany na karę śmierci. 
 

Twardy, prawie grobowy głos olbrzyma dudnił w małym 

pomieszczeniu, w którym z ledwością można było stać prosto (na 
strychu zajazdu wygospodarowano kilka pojedynczych pokoików, 
gdzie nie było żadnych mebli, z wyjątkiem paru skrzyń). Z grubej 
belki pod dachem zwisała lina, zakończona pętlą, w której tkwiła 
głowa Guya Choqueta — mężczyzny porwanego przed godziną. 
Stał on na skrzyni, ręce miał związane na plecach, był wciąż w 
podkoszulku i slipach; drżał cały z zimna i przerażenia, nie 
wiedząc, co myśleć o tej makabrycznej inscenizacji. Dwaj 
napastnicy stali, ze skrzyżowanymi rękami, po obu stronach 
olbrzyma. Alice Dworp — dziewczyna skazanego, klęczała ze 
skrępowanymi rękami i nogami przed swym amantem. Szlafroczek 
miała rozcięty nożem, pozostał jej tylko biustonosz, obficie 

background image

wypełniony, i biało-czarne buty na wysokich obcasach. Wąsacz 
pożerał wzrokiem jej krągły, jędrny zadek oraz umięśnione uda. 
Chudzielec zaś wydawał się obojętny... Dziewczynie wyjęto knebel. 
Słychać było szczękanie jej zębów. Oczy miała pełne łez. 
 

Guy Choquet żachnął się. 

 

— Zwariowaliście! — zaprotestował zdławionym głosem. 

 

— Rozwiążcie mnie, to żart w złym guście, jak tylko... 

 

Olbrzym ani drgnął. Po chwili jednym ruchem zgarnął plik 

ulotek KKW i podetknął je więźniowi pod nos. — A to? 
Znaleźliśmy to u ciebie. Nie zaprzeczysz! Byłeś śledzony. Wiemy o 
wszystkich twoich kontaktach z ludźmi siedzącymi w więzieniu. I o 
twojej przeszłości również. 
 

— Jakiej przeszłości? — zapytał Guy Choquet słabym 

głosem. 
 

— Byłeś członkiem Belgijskiego Komunistycznego 

Związku Marksistowsko-Leninowskiego — ryknął olbrzym. 
 

— Podziemnej organizacji, która przygotowywała zamachy 

przeciwko NATO. 
 

— Kim jesteście? Współpracujecie z Urzędem 

Bezpieczeństwa? Możecie ich zapytać, oni mnie... 
 

Olbrzym przerwał mu: — Zamknij się! Dosyć 

lamentowania. Jesteśmy zbrojnym ramieniem narodu. Walczymy z 
komunistami. Tak jak nasi bracia z VMO

1

 

— Szaleńcy! Kryminaliści! — zasyczał nagle Guy Choquet. 

Neonaziści!!! 
 

Olbrzymi blondyn zmierzył go rozbawionym wzrokiem. 

 

— Dlaczego „neo”? — zapytał słodko. 

 

Za jego plecami Alice Dworp krzyknęła: — Guy, nie drażnij 

ich! Zabiją cię! 
 

Guy Choquet nie zdążył odpowiedzieć. Olbrzym 

gwałtownym kopnięciem wypchnął skrzynkę, na której stał 
skazaniec. 
 

Guy zawisnął ciężko z krótkim okrzykiem. Lina napięła się i 

1

   VMO Vlaams Militantem Orde flamandzki ruch skrajnej prawicy.

background image

zaczęła zaciskać się na jego szyi. Długość liny została dokładnie 
wyliczona. Jedynie koniuszki palców skazańca dotykały podłogi. 
Pętla coraz bardziej się zaciskała. Zaczął groteskowo podrygiwać, 
próbując zaczerpnąć powietrza, oczy wychodziły mu z orbit, ale 
walczył o swoje życie. 
 

Alice Dworp wyprostowała się żelaznym uściskiem dłoni 

olbrzym unieruchomił ją, tak  jak przytrzymuje się zwierzęta. Dwaj 
wspólnicy wciąż stali ze skrzyżowanymi rękami, kontemplując 
wisielca, coraz słabiej się poruszającego. Słychać było jedynie jego 
gwiżdżący oddech, szloch kobiety i chrzęst sznura. Mijały długie 
sekundy. 
 

— Skończ z nim, Filipie. Wkurza mnie. 

 

Wąsacz chwycił nogi Guya, objął je mocno i uwiesił się na 

nich. Pod tym ciężarem lina napięła się gwałtownie i wisielec wydał 
okropny charkot. Wąsaty Filip wciąż go trzymał, mięśnie miał 
napięte do ostateczności, prawie siedział na podłodze. Nagle ciałem 
Guya Choqueta wstrząsnęły drgawki, jego nogi uniosły się prawie 
do pionu, potem znieruchomiał. Alice Dworp wydała rozdzierający 
okrzyk: — Guy! 
 

— Zapłacił za wszystko — spokojnie stwierdził olbrzym. 

 

— Nie będzie ostatni. Potrząśniemy tym krajem tak, że w 

końcu się obudzi. 
 

Filip puścił trupa i powiedział drwiąco: — Zaczynałem już 

dostawać skurczu. 
 

Wyprostował się, spojrzał na wisielca i uśmiechnął się 

swawolnie: — Popatrz, jak mu staje. 
 

— Świnie! Bydlaki! — zawyła dziewczyna. — Mordercy! 

 

Guy! Guy! 

 

Po twarzy spływały jej łzy, a całe ciało drżało. Olbrzym 

brutalnie popchnął ją do przodu i wyprostował się. Zatrzymał wzrok 
na slipach Guya Choqueta. Następstwem powieszenia była 
imponująca erekcja post mortem, jak podkreślił jego wspólnik. 
Olbrzym ponownie chwycił dziewczynę za kark. 
 

Zmusił ją, żeby wstała, i popchnął w stronę wisielca. Lewą 

background image

ręką ściągnął mu slipki, odkrywając sztywny członek. Popatrzył 
pozbawionym wyrazu wzrokiem na Alice Dworp. — Sprawisz mu 
jeszcze ostatnią przyjemność — powiedział. 
 

Bezlitośnie skierował twarz dziewczyny do podbrzusza 

kochanka. Z obrzydzeniem rzuciła się do tyłu. 
 

— Dosyć! Jesteście bydlaki! Świrnięci! 

 

Olbrzym pochylił się do jej ucha i niebezpiecznie słodkim 

głosem powiedział: — Rób to, co ci każę, albo zdechniesz! — 
Lewą ręką wyjął swój komandoski nóż i lekko przytknął do jej 
boku. 
 

Alice Dworp nie miała innego wyjścia. Pochyliła się do 

przodu i nieśmiało włożyła do ust jeszcze ciepły członek. 
 

Tego było jednak za wiele... Dostała czkawki i natychmiast 

wypluła go. Czubek noża błyskawicznie zagłębił się w jej boku. 
 

— Zrób to, inaczej cię załatwię! — zasyczał olbrzym. — 

Trzymaj go dłońmi. 
 

Dziewczyna miała ręce związane do przodu, ale mogła 

poruszać palcami. Płacząc z przerażenia, objęła dłońmi członek 
zmarłego i ponownie wsadziła w usta. Pieściła go, wstrząsana 
szlochem. Olbrzym obserwował ją z ironicznym i złym uśmiechem. 
Stanął za nią, kontemplując pochylony, okrągły zadek, prowokujący 
przez pozycję, jaką przyjęła dziewczyna. 
 

Z zachłannym, pełnym złości uśmiechem olbrzym stanął tuż 

za nią i otworzył suwak kombinezonu. Pod spodem nie nosił 
bielizny i zaraz ukazał się we wspaniałej erekcji jego członek, 
którego wielkość była proporcjonalna do budowy całego ciała. 
 

Chudzielec odwrócił wzrok — kobieta taka jak Alice Dworp 

wcale go nie podniecała, była zbyt dojrzała. Wąsacz za to poczuł 
skurcz w podbrzuszu. Alice Dworp nieświadoma tego, co szykuje 
się za jej plecami, kontynuowała okrutną parodię, czując, że 
członek wisielca powoli mięknie. Oszalała ze strachu, miała tylko 
jedno pragnienie: uratować własną skórę. Kiedy poczuła na 
pośladkach dotyk członka, gwałtownie podskoczyła. Była jednak 
zbyt przerażona, aby się opierać. 

background image

 

Mężczyzna unieruchomił ją jedną ręką, ścisnąwszy wokół 

talii, drugą torował sobie drogę pomiędzy pełnymi pośladkami. 
Pochylił się nad uchem dziewczyny i ironicznie szepnął: — Nie bój 
się, on nie będzie zazdrosny. 
 

Niecierpliwie ją obmacywał. Wreszcie odnalazł cel i 

gwałtownym pchnięciem wszedł w nią, zagłębiając zaledwie 
połowę swego ogromnego członka. Alice Dworp wydała zwierzęcy 
krzyk, oderwawszy usta od wisielca. Oprawca uniósł brwi z 
niezadowoleniem. 
 

— Kontynuuj tę przyjemność — rozkazał — inaczej to 

przestaje być śmieszne. 
 

W jego głosie słychać było groźbę i dziewczyna powróciła 

do swych czynności. Olbrzym wszedł w nią wreszcie całkowicie. 
Chwycił ją za biodra i gwałtownymi ruchami rozpoczął akt, za 
każdym pchnięciem coraz bardziej rozrywając elastyczną skórę. 
Odwrócił się na dźwięk dochodzący od drzwi. 
 

Walter — kierowca, wpatrywał się przerażony i 

jednocześnie zafascynowany obrazem, jaki zobaczył. Olbrzym 
zimno uśmiechnął się do niego. 
 

— Prawie skończyliśmy. 

 

Walter odwrócił się i zniknął. Chwilę później ostatnim 

mocnym pchnięciem olbrzym wypuścił nasienie w głąb swej ofiary, 
wydając zdławiony pomruk. Wyszedł z niej z wciąż naprężonym 
członkiem i schylił się, aby wytrzeć go w slipy wisielca. Alice 
Dworp szlochała, trzymając wciąż pomiędzy palcami członek 
zmarłego kochanka. Olbrzym klepnął ją po ramieniu. 
 

— Możesz przerwać, i tak już nic nie wyciągniesz. 

 

Wąsacz zachłannie wpatrywał się w nadstawiony tyłeczek, 

ale spojrzenie olbrzyma odebrało mu wszelką chęć naśladownictwa. 
Wielkolud zapiął kombinezon i powiedział: — Filip, odczep go, 
odjeżdżamy. 
 

Wąsacz odciął nieruchome ciało, zabrał sznur i slipki i 

schował je do kieszeni. Olbrzym schwycił za kark swą zgwałconą 
ofiarę i popchnął ją w kierunku schodów. Przerażona dziewczyna 

background image

zapytała: — Gdzie mnie prowadzicie? Co macie zamiar ze mną 
zrobić? 
 

— Nic — odpowiedział olbrzym — wkrótce wszystko się 

skończy. 
 

* * * 
Samochód prowadził Filip, obok niego siedział chudzielec, 

który trzymał na kolanach riot-guna, a w kieszeniach naboje kaliber 
12. Na tylnym siedzeniu tkwił olbrzym z taką samą bronią. Alice 
Dworp, wciśnięta obok niego, drżała i szlochała; pod ich nogami 
leżało ciało wciąż jeszcze związanego Choqueta. Golf pędził z 
szybkością stu siedemdziesięciu kilometrów na godzinę po 
autostradzie Mons. Olbrzym pochylił się do przodu. 
 

— Uważaj, na następnym zjeździe skręcamy. 

 

Na drogowskazie widniał napis „Feluy-Ronquieres”. 

Kierowca zwolnił i zjechał z autostrady. Znaleźli się na drodze 
N534, ciągnącej się wzdłuż kanału Charleroi. Nie spotkali żywej 
duszy. Minęli przekrzywiony plan miasteczka Ronquieres i 
urządzenia do przenoszenia barek wzdłuż śluzy, przejechali przez 
most nad kanałem oraz przecięli pogrążone we śnie Ronquieres. W 
końcu znaleźli się na krętej drodze do Brainele-Comte. Było to 
kolejne miasteczko Brabancji. Zanim tam dotarli, przejechali leśny 
płaskowyż i lasy Houssiere. — Skręć w prawo — nakazał olbrzym. 
 

Samochód wjechał na wyasfaltowaną leśną drogę. Lasy 

Houssiere ciągnęły się na przestrzeni trzydziestu hektarów. 
 

Reflektory oświetlały wysokie pnie drzew oraz zarośla. 

Kierowca zwolnił i skręcił w lewo na wąską drogę, kończącą się w 
żwirowni. 
 

— Zatrzymaj się i zgaś światła. 

 

Olbrzym ponownie komenderował. Filip wykonał jego 

polecenia. Trzej mężczyźni wyszli z samochodu, wsłuchując się w 
nocne dźwięki. Panowała jednak cisza, przerywana jedynie głosami 
ptaków. Znajdowali się w kotlinie, w środku lasu. W ciągu dnia 
przebywały tu z pewnością pary zakochanych, ale o tej porze... 
 

— Wyciągnij dziewczynę — nakazał olbrzym. 

background image

 

Filip wypchnął Alice Dworp z samochodu. Przestraszona 

kobieta rozglądała się wokół. Jasna noc i światło księżyca 
pozwalały dostrzec zarys sylwetek. 
 

— Gdzie... 

 

— Na kolana! — rozkazał olbrzym. 

 

Dziewczyna nie drgnęła, więc wielkolud zmusił ją, aby 

uklękła. Głowę miała spuszczoną i nie widziała, że olbrzym 
wyciągnął z kieszeni pistolet. Dokładnie owinął broń nylonową 
pończochą i lewą ręką podniósł głowę dziewczyny. Prawą 
przystawił lufę pistoletu do jej prawego oka i nacisnął spust. 
 

Huk wystrzału długo dudnił po lesie, wystraszył kilka 

nocnych ptaków. Ciało Alice Dworp zostało gwałtownie odrzucone 
do tyłu, nabój przeszedł przez kark, roztrzaskał dużą część czaszki. 
Olbrzym nie poruszył się nawet, trzymał pistolet w opuszczonej 
ręce. Następnie podniósł trupa i równie spokojnie wystrzelił kulę w 
lewy oczodół. Ciało wypadło mu z uścisku. Odwrócił się i zawołał: 
— Filip, teraz twoja kolej! Wąsacz zbliżył się, olbrzym podał mu 
swój pistolet. Obydwie łuski po nabojach pozostały w nylonowej 
pończosze. 
 

Mężczyzna pochylił się i dwukrotnie wystrzelił w twarz 

dziewczyny. Potem przyszła kolej na chudzielca, który również 
wypalił dwa razy. Powiew wiatru uniósł gryzący zapach kordytu; z 
głowy Alice Dworp pozostała jedynie krwawa galareta. 
 

— Teraz facet. 

 

Filip zaciągnął ciało Guya Choqueta do piaskownicy i rzucił 

tam jego slipki. Po kolei trzej mężczyźni wystrzelili dwukrotnie do 
trupa, każdy z własnego pistoletu — nowiutkiego herstala, 
identycznego jak pistolet ich szefa. Ta broń również była owinięta 
w nylonowe pończochy. Olbrzym schował pistolet i spojrzał na 
zegarek. Wystrzały mogły być słyszane w Braine-le-Comte, nie 
trzeba zbytnio igrać z losem. 
 

— Jedziemy, wrócimy autostradą do Nivelles. 

 

Nigdy nie należy korzystać dwa razy z tej samej trasy. To 

była ich żelazna reguła. Wsiedli do golfa i odjechali ze zgaszonymi 

background image

reflektorami. Filip i olbrzym trzymali swoją broń w pogotowiu. 
Jeden miał szybkostrzelny karabin Fal, drugi — riot-guna. Z takim 
wyposażeniem oraz płytami z kevlaru

2

 wmontowanymi w drzwi 

samochodu mogli stawić czoło całej żandarmerii i policji. Dla 
spokoju Fihp włączył nadajnik, nastawiony na długość fal 
używanych przez policję, nic jednak nie usłyszeli. W Brabancji o tej 
godzinie policjanci spali spkojnie. 
 

Dojechali do szosy prowadzącej do Braine-le-Comte i 

skręcili w lewo. Po drodze nic się nie wydarzyło. Dotarli do 
autostrady. Nie zamienili ze sobą ani jednego słowa i tak dojechali 
kuloodpornych. do Brukseli. Golf zatrzymał się przy wjeździe do 
dzielnicy Anderlecht; Filip i kierowca wysiedli z wozu. Znajdowali 
się blisko miejsca, gdzie zaparkowali swoje samochody. Pistolety 
zostawili w volkswagenie. 
 

Olbrzym usiadł za kierownicą swego wozu i odjechał. Miał 

kwadrans, aby dotrzeć do Ixelles — podmiejskiej dzielnicy na 
południowym wschodzie Brukseli. Wjechał w małą uliczkę, 
biegnącą w dół. Nacisnął klawisz, rozległo się krótkie „bip” i drzwi 
garażu, wychodzące prosto na uliczkę, otworzyły się. 
 

Wjechał, szybko je zamknął, zgasił reflektory i wysiadł z 

samochodu. 
 

W kącie pomieszczenia znajdował się warsztat, zawalony 

stojakami na broń ręczną, karabiny maszynowe i riot-guny. 
 

Obok piętrzyły się skrzynki z amunicją i bronią. Olbrzym 

podniósł klapę jednej ze skrzyń. Ukazały się nowe karabiny bojowe 
Fal. Miał nadzieję, że niedługo posłuży się nimi. Podszedł do 
samochodu i wrócił z bronią, której użyli podczas zadania. Zamknął 
skrzynię, pozbył się kombinezonu i superlekkiej kamizelki 
kuloodpornej z kevlaru, którą nosił pod kombinezonem. W kilka 
chwil włożył swoje ubranie; nosił koszulę bez krawatu. Złożył 
kombinezon i rękawiczki, schował je, po czym wyszedł na korytarz. 
 

Ulica była pusta. Znajdowały się tu jedynie biurowce. 

Oddalił się szybkim krokiem, lekko kulejąc na jedną nogę — była 

2   Kevlar — materiał służący do produkcji kamizelek

background image

to pamiątka postrzału w ścięgno Achillesa. Pięćset metrów dalej 
wsiadł do zaparkowanego samochodu i odjechał. W alei Louise 
zatrzymało go czerwone światło. Z trudem stłumił wariacki chichot 
na wspomnienie dziewczyny pieszczącej członek umarlaka. Takie 
właśnie chwile dodawały pieprzyka jego życiu. 
 

— Mamy duży problem z „podłożem”... 

 

George Hammond — szef komórki CIA w Brukseli 

przerwał zdanie, jakby obawiał się, że powiedział za dużo. Pomimo 
pancernych szyb, które dawały zielonkawe światło, uliczny hałas z 
bulwaru Regent dochodził do szóstego piętra ambasady Stanów 
Zjednoczonych. Był to nowoczesny budynek, szary i surowy, 
wewnątrz pilnowany przez marines, a z zewnątrz przez nielicznych, 
ospałych policjantów belgijskich. 
 

Zaintrygowany Malko przyglądał się swojemu rozmówcy, 

siedząc na niewielkiej kanapie. George Hammond miał w sobie coś 
komicznego: mała, okrągła głowa, siwe, krótkie włosy, duże 
okulary w oprawce z macicy perłowej, kryjące jego 
krótkowzroczność, i niski wzrost. Bruksela jednak była 
superważnym ośrodkiem ze względu na siedzibę NATO i nie 
wysyłano tam byle kogo. Z wielu powodów Belgia stanowiła 
centrum żywotnego zainteresowania CIA. W żargonie CIA 
„podłoże” oznaczało tajną bazę operacyjną. — Jaki macie problem? 
— zapytał Malko. Z Dusseldorfu, gdzie przebywał u przyjaciół, 
przyleciał do Paryża nowym Airbusem Air France, obszernym, 
wygodnym i cichym, stanowiącym owoc nowoczesnej myśli 
technicznej. Zatrzymał się w Paryżu na krótko, tylko po to, aby dla 
swej Aleksandry kupić u Jeana-Claude'a Jitrois wspaniałą garsonkę 
z bordowej skóry. Następnie rejsem Air France przyleciał przed 
godziną na lotnisko Zaventem w Brukseli. 
 

Zdążył zaledwie zostawić bagaże w hotelu Metropol — 

dumie placu Brouckere — w samym centrum miasta. Stary hotel 
niewiele się zmienił od początku wieku, pełen kolumn, złoceń, 
ogromnych, brudnych korytarzy, z licznym personelem 
marokańskim. 

background image

 

Amerykanin zmrużył oczy, zdjął okulary, przetarł je, a 

potem nalał sobie odrobinę Johnny Walkera. Malko wolał filiżankę 
mocno osłodzonej kawy. 
 

— To długa historia... 

 

„Z pewnością mało moralna” — dopowiedział sobie Malko. 

Od dwudziestu lat był superagentem CIA, przyzwyczaił się już do 
nikczemności i chwytów poniżej pasa ze strony amerykańskiej 
agencji federalnej. Wezwanie „kontraktowca”, jakim był, 
oznaczało, że siedzieli w wielkim i śmierdzącym gównie, w którym 
pogubili się biurokraci. Belgia wydawała się spokojnym krajem, 
zamieszkanym przez ludzi myślących jedynie o pokojowym handlu. 
Czekał na dalszy ciąg opowieści. 
 

George Hammond kontynuował: — To jest brudna sprawa 

— podkreślił tajemniczo. — Webster

3

 jest wściekły. Jeśli nie 

wyjaśnię tej sprawy, wylatuję. Zacznę od początku. Wiesz, że 
Agencja wspomaga trochę oddziały Contras? 

4

 — Oczywiście. 

 

Ronaldowi Reaganowi groziła nawet utrata stanowiska z 

powodu wspierania Contras, a kilku wysokich funkcjonariuszy 
Białego Domu oskarżono o różne przestępstwa w związku z 
udzielaniem nielegalnej pomocy Freedom fighters

5

, jak określał ich 

prezydent. 
 

— W Brukseli mamy zakamuflowane „podłoże” — wyjaśnił 

George Hammond. — Jest to małe przedsiębiorstwo, biuro 
kupujące dla Ameryki Środkowej. Kieruje nim człowiek o 
nazwisku Burton, Filip Burton. Facet jest dobry... 
 

Zapadła chwila wymownej ciszy, po czym George włożył 

okulary i kontynuował. 
 

— Burton miał za zadanie dokonać zakupów dla Contras, 

głównie w belgijskiej Państwowej Fabryce Broni, jednej z 
największej w Europie, produkującej broń lekką. Nawiązał kontakt 
z kumplem, który tam pracował — jakiś Gustav Meyer. Od niego 

3  

Webster — dyrektor CIA, były dyrektor FBI. 

4 Contras  — rebelianci nikaraguańscy działający w Hondurasie. 
5 Bojownicy o wolność

background image

kupował masę sprzętu, niby to dla Meksyku, Hondurasu, Kostaryki 
itp. 
 

— Z fałszywymi dokumentami end-users?

6

  — Oczywiście 

— potwierdził Hammond. — To Meyer stemplował je bez 
sprawdzania, brał za to dwadzieścia procent. 
 

I tak wszyscy byli zadowoleni. 

 

— No i co, facet zniknął z kasą i szantażuje was? — zapytał 

Malko. 
 

Hammond zaprzeczył. 

 

— Nie. Aby cala operacja przebiegała bez pudła, trzeba było 

nakłonić belgijską służbę bezpieczeństwa do przymykania oczu. 
Może to dupki, może źle zorganizowani, ale nie są ślepi; wywęszyli 
ślady prowadzące do fabryki broni. Czyli dobrze wiedzą, że 
dostawy dla Meksyku i Kostaryki (która nie ma armii) trafiały do 
Contras. 
 

— Pozwalają na to? 

 

— Tak. Przecież to ciągnie się już dwa lata. Ja pilnowałem 

tego z daleka. Zresztą Burton nie podlegał mnie, lecz 
departamentowi operacyjnemu. Jakiś czas temu przyszedł do mnie i 
wyjawił, że jego „kontakt” w belgijskiej bezpiece, facet, którego 
zna pod pseudonimem „Fox”, przekazał mu poufną informację, z 
której wynikało, iż jacyś ludzie skupieni wokół KKW przygotowują 
serię zamachów na bazy NATO i naszych ludzi. Wiesz, 
samochody-pułapki, porwania, zabójstwa. 
 

— Czy to była prawda? 

 

Amerykanin zmienił pozycję ciała. 

 

— Poczekaj. Przesłałem informacje do Langley

7

, a oni 

poprosili mnie o powiadomienie naszych kolegów z Królewskiej 
żandarmerii. Na wypadek gdyby Urząd Bezpieczeństwa, który nie 
cierpi żandarmerii, nie zrobił tego. Przyrzekli, że sprawdzą te 
informacje i dadzą mi znać. Uprzedziłem również 23 Brygadę 
Policji, specjalizującą się w zwalczaniu terroryzmu. 

6   Dokumenty zaświadczające o kraju docelowym dla dostawy broni.
7  Langley — siedziba CIA. 

background image

 

Trochę przypominało to słynne kawały o Belgach: belgijskie 

służby wywiadowcze przekazywały CIA informacje, które 
następnie Amerykanie kazali przesyłać Belgom... 
 

— Czy obawy tego Foxa się sprawdziły? 

 

— Nie miałem żadnego potwierdzenia — przyznał szef 

komórki CIA. — Dostajemy masę takich poufnych wiadomości. 
Prawdę mówiąc, więcej o tym nie myślałem, ale cztery dni temu... 
Masz, przeczytaj... 
 

Podał Malkowi teczkę wycinków z gazet. Malko szybko je 

przejrzał. Wszystkie opisywały szczegółowo odkrycie zabójstwa 
spokojnej pary z Anderlechtu, zmasakrowanej w bestialski sposób 
w lesie. Znaleziono przy niej lewicowe ulotki. 
 

Nie wiadomo było nic o tajemniczym „oddziale”, który 

dopuścił się tego okrutnego czynu. Prasa belgijska napiętnowała 
nieudolność policji. GIA

8

, policja i sekcja polityczna żandarmerii 

twierdziły, że osoby te kiedyś należały do lewicowej organizacji, 
lecz obecnie nie prowadziły żadnej podziemnej działalności. Malko 
odłożył teczkę i odwrócił się. 
 

— Jak mocno w tym siedzisz? 

 

George Hammond wydawał się załamany, po twarzy 

przebiegł mu skurcz. 
 

— Następnego dnia po zabójstwie wpadł do mnie Filip 

Burton. Twarz miał koloru twojej koszuli. Szybko wyjawił, co mu 
leży na sercu. Myślałem, że dostanę zawału. 
 

— Czy to on ich zabił? 

 

— Jeszcze gorzej. Oto co mi powiedział. Gdzieś przed 

kilkoma tygodniami jadł lunch ze swoim informatorem — tym 
Foxem — który sprawiał wrażenie wściekłego psa. Stwierdził on, 
że żandarmi i policja brną po omacku w sprawie zamachu 
lewicowców przeciwko NATO, że należałoby lewicowców 
zneutralizować, zanim podejmą tę operację. 
 

— Dlaczego mielibyśmy pomagać Foxowi? 

 

— Zaczekaj! Reasumując: Fox okazał się wyjątkowo 

8  GIA Grupa Interwencyjno-Antyterrorystyczna.

background image

brutalny. Wyjaśnił Burtonowi, że belgijski system sądowniczy jest 
taki, iż bez wyraźnych dowodów nie można nawet zawracać głowy 
terrorystom. A dowody zdobywa się zbyt późno. 
 

— Czy w Belgii nie istnieją służby szybkiego reagowania? 

 

— zdziwił się Malko. 

 

— Nie, to niezgodne z konstytucją. Fox zaproponował więc 

Burtonowi, że sam zajmie się utworzeniem komanda, złożonego z 
zaufanych ludzi, którzy otrzymają zadanie likwidacji lewicowców. 
Potrzebował jednak broni i skurwiel liczył na to, że Burton mu ją 
dostarczy. 
 

— Nie mógł tego zrobić sam? 

 

— Nie, nie chciał, żeby cokolwiek łączyło jego wydział z 

akcją „oczyszczania”. W Belgii nie żartuje się w takich sprawach, a 
ludzie z fabryki broni mają zbyt długie języki... 
 

— Czy Burton się zgodził? 

 

— Z tego, co mówił, wynika, że nie od razu. Zwodził Foxa, 

próbował zyskać na czasie. 
 

— Wiedziałeś o tym? 

 

— Oczywiście, że nie, inaczej wsadziłbym go w pierwszy 

samolot odlatujący do Stanów i problem byłby rozwiązany. 
 

— Co się stało potem? 

 

— Według Burtona — kontynuował Amerykanin — kilka 

dni temu Fox podsunął mu rozwiązanie. Mieliśmy przygotowaną 
wysyłkę cargo do Hondurasu: różnego rodzaju broń i amunicja dla 
naszych kumpli Contras, z całą niezbędną fałszywą dokumentacją. 
Ładunek czekał na nabrzeżu. Fox zagroził Burtonowi, że celnicy 
przejmą ładunek, a on umoczy Meyera oraz fabrykę, jeżeli Burton 
nie dostarczy broni dla jego małej „prywatnej armii”. 
 

— No i Burton wpadł w panikę — uzupełnił Malko. 

 

— Zgadłeś... Pojechali razem i wzięli ze skrzyń broń, jaka 

była im potrzebna; Fox wybrał pistolety typu Fal z ilością amunicji 
wystarczającą, aby zaatakować Związek Radziecki. 
 

Malko poruszył głową. 

 

— To jakaś zwariowana historia. Czy wywiad belgijski nie 

background image

potrafił w inny sposób zdobyć broni? 
 

— Wydaje mi się, że Fox działa jako wolny strzelec. Jego 

szefowie z placu Meeus może nie dali mu zezwolenia, ale 
przymknęli na to oczy. Tu, w Belgii, służby specjalne są 
uzależnione od Ministerstwa Sprawiedliwości, lecz ich szef od 
dwudziestu lat robi, co chce, i nikt mu tam nie wsadza nosa. 
 

Sprawa dotyczyła wyłącznie zwykłego morderstwa. Jak za 

dawnych dobrych czasów, kiedy CIA brudziła sobie jeszcze ręce. 
 

— Ale tutaj mamy dwa trupy — dorzucił Malko. 

 

George Hammond zerwał się z kanapy i sięgnął po 

papierosy leżące na biurku. Wcześniej musiał chyba wydać 
odpowiednie polecenie swojej sekretarce, gdyż telefon na jego 
biurku nie zadzwonił ani razu. George podszedł do Malka. 
 

— Odgadłeś wszystko! Ale jak ja wyglądam? Skojarzyłem 

to sobie natychmiast. To koszmar — dodał cichym głosem. — Ci, 
którzy zamordowali tych nieszczęśników, to sadyści, krwawi 
bandyci. 
 

Kiedy dwie poważne służby wywiadowcze współpracują ze 

sobą, wynik nie zawsze jest pozytywny. Najlepszy dowód to próba 
zabójstwa papieża, zlecona przez KGB, i nieudane posunięcia CIA 
w Bejrucie. Samochód-pułapka, który miał zabić przywódcę 
Hezbollachów — szejka Fadlalaha, rozwalił dwieście osób. 
 

Malko wyobrażał już sobie, jak to było. Jakiś kopnięty 

informator zwerbował zaprzyjaźnionych bandytów do brudnej 
roboty. A oni, pewni swej bezkarności, poszli na całość, dając upust 
złym instynktom. 
 

George Hammond ponownie usiadł i nalał sobie nową 

porcję czarnego Johnny Walkera. Z bulwaru Regent, 
zakorkowanego do granic możliwości, dobiegał koncert klaksonów. 
— Mimo wszystko — zauważył Malko — to nie dotyczy ciebie 
bezpośrednio. Firma nie jest umoczona w te morderstwa, a ty nie 
znasz nawet zleceniodawców. Dyskretnie zlikwidujesz „podłoże”, 
wyciągniesz Filipa Burtona i zapomnisz o sprawie. 
 

Amerykanin zgromił go wzrokiem. 

background image

 

— żartujesz! Broń, która posłużyła do tego podwójnego 

morderstwa, stanowi część przesyłki przejętej przez Foxa. 
 

W księgach fabryki broni jest zarejestrowana jako przesyłka 

do Hondurasu, z fałszywymi papierami. Policja znalazła w ciałach 
ofiar naboje. Jeżeli znajdą broń, łatwo dotrą po nitce do kłębka. 
Odkryją, że CIA opłaca grupę zabójców w tym kraju. Wyobrażasz 
sobie... 
 

Malko miał dużą wyobraźnię. 

 

— Jesteś pewien, że mogą dotrzeć aż do Centrali? 

 

— Zgadłeś. Nie można zniszczyć dokumentów w fabryce 

broni. A ten bydlak, Gustav Meyer, zwali winę na nas. W końcu 
chodzi tu o popełnienie dwóch morderstw. 
 

— Co mówi twój przyjaciel Burton? 

 

Hammond wzruszył ramionami. 

 

— Zdał sobie sprawę ze swojej głupoty. Umiera ze strachu. 

Wie, że jest spalony, ale to może okazać się o wiele poważniejsze, 
jeżeli nie pomoże nam wyjść z tej sprawy. 
 

— Dlaczego? 

 

Amerykanin z przygnębieniem poruszył głową. 

 

— Widział się ponownie z Foxem. Straszliwie się pokłócili. 

 

Burton powiedział mu, że to zbyt koszmarna sprawa. Facet 

nawet nie drgnął. Kiedy Burton zagroził, że porozmawia z 
ministrem sprawiedliwości, Fox oświadczył, iż nagrywał wszystkie 
ich rozmowy i że Filip może być uznany za wspólnika. 
 

Ponadto uważał, że sprawa likwidowania świadków nie 

została zakończona. Według niego jest jeszcze wielu 
niebezpiecznych  terrorystów do sprzątnięcia. 
 

— I ma zamiar ich zlikwidować? — zapytał Malko z 

niepokojem. 
 

George Hammond wydawał się bezradny. 

 

— Na to wygląda, ale z pewnością skończy się klapą. 

 

Zwinie ich policja albo porzucą gdzieś broń, no i będzie 

przechlapane. Domyślasz się, że tego nie wytrzyma żaden 
„bezpiecznik”. Dziennikarze rzucą się na sprawę z dziką radością. 

background image

To będzie polityczna masakra. 
 

Malko zastanawiał się, co właściwie w tym wszystkim robi. 

Kim byli ci zwariowani zabójcy? 
 

— Czy Burton zna morderców? 

 

— Nie. On tylko dostarczył broń. Jedynie Fox ich zna. To 

on ich zwerbował. 
 

— A Gustav Meyer? 

 

— Nie wiem. 

 

— Czyli jedynym łącznikiem z tymi wariatami jest Fox? 

 

— Dokładnie tak. 

 

— A kto jest Foxem? 

 

Zapadła cisza, która się przedłużyła. 

 

— Nie wiem — wyznał Amerykanin. — Mówiłem ci już, że 

nigdy nie chciałem się w to mieszać, nawet z daleka. Burton 
twierdzi, że nie udało mu się go zidentyfikować. To zawsze Fox 
dzwonił do niego za pośrednictwem Meyera. Zaprowadził go nawet 
raz na plac Meeus. Burton wie, iż Fox rzeczywiście należy do 
służby bezpieczeństwa, nie wie jednak nic o jego prawdziwym 
pochodzeniu. 
 

— A jak on wygląda? 

 

— Nosi zawsze ciemne okulary, ma odsłonięte czoło, kąciki 

ust wygięte ku dołowi, około sześćdziesiątki. Wysoki, dobrze 
zbudowany, ponury. Mówi świetnie po angielsku. Malko popatrzył 
na Amerykanina. 
 

— Czego tak naprawdę spodziewasz się po mnie? 

 

— Mam jeden cel — odpowiedział Hammond — 

odzyskanie wszystkiego, co mogłoby pogrążyć Agencję w związku 
z obu morderstwami: nagrań rozmów Foxa z Burtonem, a przede 
wszystkim broni. 
 

— To wszystko znajduje się w rękach morderców — 

przypomniał Malko — a my nic o nich nie wiemy. 
 

— Fox ich zna. 

 

— Gdzie go można znaleźć? 

 

— Burton ma z nim spotkanie. Chce się dogadać. Jedź z 

background image

Burtonem. 
 

— Dlaczego? 

 

— Nie ufam mu. Dał się podejść jak dziecko. Albo równo 

mnie okłamuje. Chcę znać prawdę i chcę, żebyś przekazał 
wiadomość temu cholernemu Foxowi. 
 

— Jaką wiadomość? 

 

— Jeżeli nie uda mu się odebrać naszych „bibelotów”, 

będzie miał przeciw sobie całą Agencję. Musiałem poinformować o 
wszystkim Webstera. Gotów jest interweniować w rządzie 
belgijskim... 
 

Dziwna misja „kroków pojednawczych”. Cała ta historia 

zaintrygowała Malka. Było coś zastanawiającego w tych 
morderstwach i tak brutalnej chęci wyeliminowania lewicowców w 
kraju, który nie był przecież Salwadorem. Instynktownie 
przeczuwał bardziej podstępną manipulację niż tą, jaką ujawnił 
George Hammond. 
 

— Kiedy mamy to spotkanie? — zapytał Malko. 

 

— Jutro. Burton ci wszystko wytłumaczy. 

 

Amerykanin wstał, podszedł do szafki i wyjął coś, co 

przypominało kuloodporną kamizelkę z szelkami. 
 

— Masz, jest zrobiona z kevlaru. Zatrzymuje nawet pociski 

z lala. Z tymi szaleńcami nie ma żartów, nie chcę cię stracić. 
 

Malko wziął kamizelkę i zamyślił się. Zadanie odzyskania 

broni od ludzi, którzy w tak brutalny sposób zabili tamtą parę, było 
równoznaczne z wpadnięciem do kadzi pełnej wytopionego żelaza. 
Szanse wyjścia cało z obu sytuacji były jednakowe. 
 

Malko zważył w ręku kuloodporną kamizelkę — była 

superlekka. Rzucił ją na kanapę. Wydawało mu się nie wiarygodne, 
aby warstwa plastiku mogła zatrzymać pociski bojowe. 
 

— Jesteśmy w rękach Foxa — stwierdził. — Co mam 

zrobić, jeżeli każe mi iść do diabła? Jego wcześniejsza postawa 
wobec Filipa Burtona nie zachęca do zbytniego optymizmu... 
 

— Zagrozisz mu — odpowiedział bez wahania szef komórki 

CIA. — W końcu dysponujemy środkami odwetowymi. 

background image

 

Jeżeli sprawy przybiorą zły obrót, odwołamy Burtona, a 

następnie Webster zwróci się bezpośrednio do rządu belgijskiego. 
W końcu są oni naszymi sprzymierzeńcami; Fox z pewnością działa 
bez żadnej oficjalnej zgody. Minister sprawiedliwości 
prawdopodobnie nie wie, co się szykuje. 
 

— W takim razie spalisz całą operację Contras  — stwierdził 

Malko. 
 

— Wiem o tym — przyznał George Hammond. — Będzie to 

miało cholerne następstwa. Oczywiście można oskarżyć Gustava 
Meyera, że ukradł broń, ale przyniosłoby to przykre skutki. Bardzo 
liczę na twoją dyplomację w tej kwestii... I na inteligencję Foxa, 
którego — mam nadzieję — nie pociąga otwarcie istnej puszki 
Pandory. — Przyjmijmy to za dobrą wróżbę — westchnął Malko. 
— Gdzie spotkam się z Filipem Burtonem? Tutaj? 
 

Amerykanin skrzywił się. 

 

— Mówiąc szczerze, wolałbym nie. Zresztą, jako utajniony 

agent, nie może on mieć żadnego kontaktu z komórką. 
 

Dam ci jego adres, mieszka we wschodniej części miasta. 

 

Uprzedzono go o twojej wizycie. Nie ufaj mu za bardzo. 

 

Nazbyt wiele głupstw już narobił. Gdyby w odpowiednim 

czasie powiadomił nas o propozycji Foxa, nie tkwilibyśmy teraz w 
takim gównie. 
 

Nie pierwszy to raz agent CIA zwijał manatki, przyciągnięty 

zapachem dolara... Nawet Libia w ten sposób rekrutowała swoich 
agentów. 
 

Hammond, napisawszy kilka linijek na kartce, podał ją 

Malkowi. Austriak złożył kamizelkę i schował ją do neseserka. 
Swój superpłaski pistolet zostawił w Liezen, nie przypuszczał 
bowiem, że Belgia zgotuje mu tak przykre niespodzianki. 
Wyglądało jednak na to, że się pomylił... Zamknął neseser, życząc 
sobie, aby misja pojednawcza nie zatrzymała go zbyt długo w 
Brukseli. Z początkiem lata Austria stawała się cudowna, a kilka 
dobrych posunięć giełdowych sprawiło, że Malko widział 
przyszłość w różowym kolorze. Nosił się z zamiarem odnowienia 

background image

jednego skrzydła swego zamku w Liezen, gdzie teraz właśnie 
wierny Elko Krisantem zajmował się sadzeniem kwiatów. Nawet 
Aleksandra odnalazła swój dawny wygląd jak z bajki. W ubiorach 
Jeana-Claude'a Jitrois, promieniujących wręcz erotyzmem, uszytych 
z tak miękkich skór, że wydawało się, iż są jej drugą skórą, 
wywoływała eksplozję pożądania swego adoratora. Spieszno mu 
było, aby wskoczyć w pierwszy samolot Air France do Paryża, gdyż 
obiecał swej wulkanicznej narzeczonej weekend w „Crillon”. 
 

George Hammond wstał i spojrzał nad grubymi oprawkami 

okularów. 
 

— Zrób, co będziesz mógł, i nie ufaj telefonom. Podsłuch 

jest w Belgii oficjalnie zabroniony, ale wszystkie służby policyjne 
stosują go. Współpracują z tzw. prywatnymi detektywami, 
tworzącymi równoległą służbę policyjną. Filip Burton pokaże ci 
nieużywaną skrzynkę na listy, którą posługujemy się w naszych 
kontaktach. To zwykła skrzynka pocztowa, tylko my dwaj mamy do 
niej klucze. Spotkamy się, kiedy sprawy posuną się już trochę. 
Zdziwiłbym się, gdyby Fox od razu wyraził zgodę. Będzie nas 
zwodził. 
 

Hammond był nieznośnym optymistą. 

 

Szef komórki CIA odprowadził Malka do windy. Po chwili 

agent, minąwszy flegmatycznych i nieskazitelnie ubranych marines, 
znalazł się w zgiełku bulwaru Regent. 
 

* * * 
Filip Burton pocił się. Malko zauważył to natychmiast. 

 

„Wtyka” CIA był blisko pięćdziesięcioletni, mocno 

zbudowany mężczyzna o opuchniętej od alkoholu twarzy i 
zapadniętych, podkrążonych sińcami oczach. Koszulę miał rozpiętą 
prawie do pasa, widać było mocną klatkę piersiową; na lewym 
przegubie nosił gruby łańcuch, jego małe czarne oczka uciekały na 
boki. 
 

— Proszę wejść — usłyszał Malko. — Cieszę się, że pana 

widzę. Jak się czuje dobry stary George? 
 

Jego wymuszona wesołość kontrastowała z wrażeniem, jakie 

background image

wywoływał przy pierwszym kontakcie. Najpierw Malko 
wyczekiwał przez pięć minut na schodach, obserwowany przez 
wizjer... Następnie Burton uchylił drzwi, zablokowane łańcuchem. 
Dopiero kiedy był zupełnie pewien tożsamości Malka, wpuścił go 
do środka. Drzwi mieszkania, obite blachą, przypominały drzwi 
skarbca, tyle było w nich zamków. Albo Filip Burton był 
szaleńcem, albo żył w nieustannym niebezpieczeństwie. 
 

Gospodarz odwrócił się i szedł przed gościem. Malko 

zauważył kolbę dużego pistoletu automatycznego, wsuniętego za 
pasek na wysokości nerek. 
 

W głębi dużego salonu stał stojak na broń, na którym 

znajdowały się liczne pistolety maszynowe, karabiny bojowe i 
zwykłe pistolety, wszystko otoczone kuloodpornym szkłem. 
 

Cała gama produkcji Państwowej Fabryki Broni. Obok stał 

wspaniały mebel z czarnej laki, z rozsuwanymi drzwiami, w środku 
był telewizor Samsung i barek, całość autorstwa Claude'a Dalle'a. 
 

Filip Burton wskazał gościowi kanapę z białej skóry, 

zaprojektowaną przez tego samego dekoratora. Malko mógł się 
przekonać, że handel bronią przynosił niezłe pieniądze... Burton 
zniknął w kuchni, rzuciwszy przez ramię: — Proszę mi wybaczyć, 
jestem sam, moja gospodyni zwinęła manatki... 
 

Malko zbliżył się do okna, za którym rozciągała się duża 

farma, otoczona lasem. Aleja Hipokratesa w Woluwe mieściła się 
we wschodniej części Brukseli, prawie na wsi, niedaleko 
Uniwersytetu Katolickiego. Dziesięciopiętrowy budynek, w którym 
mieszkał Burton, górował nad lasami, przeciętymi bulwarem 
Woluwe. Dom nosił pompatyczną nazwę „Country Club”, lecz był 
jedynie ulepszonym czynszowcem. 
 

Filip Burton wyszedł z kuchni z butelką koniaku. Nalał 

sobie pełny kieliszek Gaston de Lagrange'a i nie zostawił mu  nawet 
czasu, aby się ocieplił. Serdelkowatymi paluchami ściskał kieliszek, 
jakby chciał go zgnieść, uporczywie unikał wzroku Malka. 
 

— Jak przebiegał pana ostatni kontakt z Foxem? — zapytał 

Malko. 

background image

 

— Bardzo szybko, przez telefon — odparł Burton z 

grymasem. — Ten bydlak wyznaczył mi spotkanie dziś wieczór. 
 

— Jadę z panem — oświadczył Malko. 

 

Burton spojrzał na niego zdziwiony i zaniepokojony. 

 

— Aha, Hammond sobie tego życzy? 

 

— Tak — odparł Malko — aby pomóc panu w 

negocjacjach... 
 

Filip Burton uśmiechnął się ironicznie. 

 

— No tak, uważa mnie raczej za przegniłą deskę... no, w 

końcu. 
 

Nalał sobie ponownie koniaku. Tym razem pił go dłużej. 

 

Przesunął butelkę do Malka. 

 

— Chce pan? To świetny środek na strach. 

 

— Dziękuję — odparł Malko. Nigdy nie pił alkoholu przed 

lunchem. 
 

Burton spojrzał na zegarek. 

 

— Mam spotkanie. Jest pan pewien, że przyjdzie pan dziś 

wieczorem? 
 

— Tak. Gdzie mamy się spotkać? 

 

— Niedaleko, około pół godziny drogi stąd. 

 

— Dlaczego nie tutaj? 

 

Amerykanin uśmiechnął się ironicznie. 

 

— żartuje pan, czy co? Fox wart jest swego przezwiska

9

. T

facet cholernie ostrożny. Zawsze spotykamy się w niesamowitych 
miejscach. Z wyjątkiem pierwszego razu, wtedy przyjął mnie w 
swojej centrali. 
 

— Jaki przebieg miało to spotkanie? 

 

Filip Burton napił się łyk koniaku, zanim odpowiedział. 

 

Otarł spotniałe dłonie. Prawie było słychać bicie jego serca. 

 

— Niejaki Gustav Meyer, facet z fabryki broni, wspominał 

mi o nim. Któregoś dnia powiedział, że Fox chciałby mnie widzieć. 
Nie byłem tym uradowany, ale takiej propozycji nie można było 
odrzucić, prawda? Wyznaczył mi spotkanie na skwerze Meeus. 

9  Fox — w języku angielskim znaczy: lis.

background image

Miałem wydzwonić Foxa wewnętrznym telefonem. Czekał na mnie 
przy windzie, na czwartym piętrze. 
 

Zaprowadził do jakiegoś biura. Nie było tam żadnych 

dokumentów, z wyjątkiem dokumentów na dostawę broni dla 
Contras. Wiedział wszystko. Wyjaśnił mi, że w organach 
bezpieczeństwa państwa zajmował się nadzorem grup 
terrorystycznych i handlem bronią. Od dawna śledził nasze 
operacje... z życzliwością. 
 

— Czy to tam mówił panu o terrorystach — przeciwnikach 

NATO? 
 

Filip Burton skinął gwałtownie głową. 

 

— Byłem zadowolony. Spotykaliśmy się kilkanaście razy. 

 

Pewnego razu zaprosił mnie nawet do chińskiej knajpy. Nie 

zorientowałem się, że zaciska wokół mnie sieć, aż do dnia, w 
którym puścił farbę. 
 

— Czy spotkaliście się od czasu popełnienia tych 

morderstw? 
 

— Tak, jeden raz. Na Dworcu Południowym w Brukseli. 

 

W ciągu pięciu minut mieliśmy piekielną awanturę. 

Przestraszył mnie. 
 

— Nie ma pan żadnego pomysłu na temat jego prawdziwego 

nazwiska i rzeczywistych funkcji? — To z racji wieku typ faceta 
wychowanego w hierarchii pewnych wartości. Inteligentny. Ma 
zadziwiające oczy: bardzo rozbiegane, ostre i cholernie zimne. 
Mówi bardzo dobrze po angielsku. 
 

— A pana przyjaciel, Gustav Meyer, nic więcej o nim nie 

wie? 
 

Filip Burton wydął wargi. 

 

— Może wie, jest Belgiem i zna Foxa od dawna. Ale 

przysięga, że nie wie. On też ma swoje pionki w grze. Tamten facet 
napawa mnie strachem. Chciałbym szybko skończyć tę sprawę. 
 

Przekręcił się w fotelu, sięgnął za siebie i położył na stole 

dużego browninga, którego dotychczas trzymał za paskiem. 
 

Sprawiał wrażenie zmęczonego i zrezygnowanego, wręcz 

background image

zaszczutego. Malko czuł się coraz bardziej nieswojo. Był 
przekonany, że Filip Burton nie powiedział mu wszystkiego. 
 

— Czy myśli pan, że możemy odzyskać broń? 

 

Amerykanin skinął potakująco głową, pijąc ostatni łyk 

koniaku. 
 

— Mam pomysł. Zaproponuję Foxowi wymianę. On zwróci 

nam tamtą broń, a ja w zamian dostarczę mu identyczny komplet. 
 

— Skąd pan go weźmie? — zapytał zdziwiony Malko. 

 

— Z fabryki broni. Gustav Meyer się zgadza. Udało nam się 

wspólnie z jednym kumplem załatwić dokumenty endusers. 
Oficjalnie przeznaczone są dla armii libańskiej. W ten sposób 
zadowolimy wszystkich. Fox i jego ludzie, jeżeli będą chcieli, mogą 
dalej popełniać głupoty. My nie będziemy w to zamieszani. 
 

Godny podziwu cynizm: „głupoty” oznaczały mordowanie 

ludzi. — Gdzie jest broń? 
 

— Meyer wyniósł ją z fabryki i zakopał w ogrodzie za 

domem. 
 

— Mówił pan o tym z George'em? — zapytał Malko. 

 

Filip Burton nawet się nie zmieszał. 

 

— Nie — odpowiedział. — Jest zbyt głupi. Ale to jedyna 

szansa, by wyjść z tego gówna. W ten sposób nikt nie straci twarzy. 
Zresztą kumpel, który pomógł mi zmontować tę sztuczkę, przyjdzie 
razem ze mną wieczorem. 
 

— Kto to jest? 

 

— Uchodźca polityczny. Falangista z Libanu. Miał tam 

problemy i musiał uciekać. Teraz, aby przetrwać, robi jakieś 
interesy ze starymi kumplami. Facet jest OK. 
 

Malko pomyślał o reakcji George'a na wiadomość o tym 

posunięciu, sprzecznym z regułami bezpieczeństwa. Lecz Filip 
Burton był człowiekiem zdecydowanie trudnym do prowadzenia. 
Zmierzył Malka ostrym wzrokiem. 
 

— Chyba nie doniesie mu pan o tym wszystkim? To 

zostanie między nami. Powiemy mu później. 
 

Nie wydawał się zbytnio przekonany, że Malko chętnie 

background image

zgodzi się być jego wspólnikiem. Wypił ostatni łyk koniaku, 
schował browninga za pasek i włożył obszerną marynarkę, 
skrywającą broń. Uważnie popatrzył przez wizjer na korytarz i 
pierwszy wyszedł z mieszkania. 
 

— Mam spotkanie z moim kumplem Libańczykiem — 

poinformował Malka. — Przedstawię go panu. Potem wytłumaczę, 
jak umówimy się na wieczór. 
 

Na ulicy skierował się do szarego BMW, zaparkowanego 

przy chodniku, „pilotem” odblokował drzwi. Zanim wszedł do 
samochodu, zauważył z uśmiechem: — Przy tych wszystkich 
świństwach unikam parkingów. 
 

Można tam spotkać zbirów. 

 

Facet wyraźnie miał zamiar długo żyć. Trzydzieści sekund 

później BMW szaleńczo mknęło bulwarem Woluwe. 
 

* * * 
Młody chłopak, ubrany w dżinsy i cytrynowe polo, chrupał 

czekoladki kupione u Wittamera, pobliskiego sprzedawcy 
czekolady. Czytał „Herald Tribune”. Miał regularne rysy twarzy, 
cienkie i czarne wąsy; bujne, kręcone włosy okalały jego twarz. Był 
szczupły, prawie wychudzony. Wyglądał na nieśmiałego, 
przypominał grzecznego studenta. Kiedy zobaczył Filipa Burtona, 
odsłonił w uśmiechu zęby. Mężczyźni uściskali się. 
 

— To mój kolega, Amin Habbache — przedstawił go 

Amerykanin. — A to jest Malko, znajomy — dodał ponuro. 
 

Taras modnej kawiarni Grain de Sable na placu Sablon 

pękał w szwach. Ten placyk z wieloma antykwariatami, nad 
którymi dominował kościół, był jednym z najprzyjemniejszych 
miejsc w Brukseli, coś jakby lokalne Saint-Germain-des Pres. 
Kawiarniane tarasy wypełnione były pięknymi dziewczynami oraz 
tymi, którzy chcieli uchodzić za nonkonformistów. 
 

Malko zauważył u Libańczyka duży złoty krzyż. Jak 

wszyscy chrześcijańscy falangiści, Amin był większym integrystą 
niż sam arcybiskup Lefevre. W Libanie nie żartowano z religii. 
Wręcz wypruwano sobie za nią flaki. 

background image

 

— Amin, nie potrzebuję cię dziś wieczór — oznajmił Filip 

Burton, zamówiwszy koniak. 
 

Libańczyk wykonał fatalistyczny znak. 

 

— Inch Al ah! Jak chcesz. 

 

Dosypał jeszcze jedną łyżeczkę cukru do swojej kawy, która 

w ten sposób stała się cudowną kawą po turecku. 
 

— Pojedzie ze mną Malko — wyjaśnił handlarz bronią. 

 

— A reszta, bez zmian? — zapytał Amin. 

 

— Bez zmian — potwierdził Burton. — Popatrz, idzie twoja 

dziewczyna. 
 

Malko odwrócił głowę i zobaczył blondynkę o okrągłej 

twarzy; kierowała się w ich stronę. Jej wygląd przyprawiał o chęć 
natychmiastowego gwałtu. Najpierw widać było gruszkowate piersi, 
wychodzące z białej, dżersejowej sukni supermini, ciasno 
przylegającej do ciała. Porcelanowobłękitne, mało wyraziste oczy 
krótkowidza i grymas zbyt czerwonych ust przywodziły na myśl 
komiksy Betty Boop. 
 

— To jest Cristel — dokonał prezentacji Amin — a to 

Malko. 
 

Cristel pocałowała Libańczyka w usta, Filipa w policzek, 

miękko uścisnęła dłoń Malka i usiadła naprzeciw niego. Jej suknia 
uniosła się, pozwalając Malkowi podziwiać koronkę majtek. 
Niezwykle błękitne oczy zatrzymały się przez moment na nim i 
napotkawszy jego wzrok, ożywiły się na chwilę błyskiem 
zmieszania. Potem dziewczyna odwróciła się, wsunęła rękę pod 
koszulę Libańczyka i zaczęła gładzić go po torsie. Wydawało się, że 
ma całkowicie w nosie obecność dwóch pozostałych mężczyzn. U 
Amina wystąpiły oznaki nerwowości, kiedy zaczęła dyskretnie 
masować mu krocze. 
 

Nie przerywając swych manewrów, posyłała znaczące i 

wyzywające spojrzenie Malkowi. Prawdziwa seksbomba. Filip 
Burton zaniemówił z przejęcia. 
 

— Jeżeli mnie nie potrzebujesz, zostawiamy was — 

powiedział miłym głosem Amin. O mały włos popełniłby czyn 

background image

kwalifikowany jako obraza moralności. — Idź — odparł 
wspaniałomyślnie Burton. — Zadzwonię jutro. 
 

Para podniosła się i przecięła plac Sablon. Maiło zastanawiał 

się, jak Amin mógł jeszcze chodzić. Cristel prawie przykleiła się do 
niego. Zniknęli w korytarzu budynku mieszczącego sklepy. Filip 
Burton westchnął: — Ma jeszcze więcej ognia w tyłku niż zwykle. 
 

— Kto to jest? 

 

— Flamandka. Jej rodzina mieszka niedaleko Anvers w 

Brasschaat; to posiadłość, w której Cristel się nudzi. Dziewczyna 
jest szaloną poszukiwaczką przygód, pasjonatką strzelania, Amin 
spotkał ją w belgijskim Practical Shooting Club. 
 

— Co to takiego? — zapytał Malko. 

 

Cristel powinna w tym momencie właśnie gwałcić Amina 

Habbache'a na schodach... 
 

— To taki klub w Etterbeek, uczą w nim strzelania 

instynktownego. Nazywają to strzelaniem „antyterrorystycznym”. 
Ludzie muszą się teraz uczyć samoobrony. To głupota. Cristel 
studiuje socjologię, a strzelanie ją podnieca. 
 

Chodzi do klubu prawie codziennie. Amin zaczął tam 

pracować jako instruktor. Oczywiście zna się na tym. Kiedy 
dowiedziała się, że przyjechał z Bejrutu i że strzelał nie tylko do 
kartonowych celów, zwariowała na jego punkcie. On to 
wykorzystał, a ponieważ nie ma ani grosza, zamieszkał u niej. 
 

Według ostatnich plotek chciała go poślubić i pojechać do 

Libanu postrzelać do złych Hezbollachów. Jest napalona, ma fioła 
na punkcie seksu, ale sympatyczna. 
 

Istotnie, coś takiego z niej emanowało. Malko wymazał 

obraz smacznego kąska, jaki pojawił mu się przed oczami, i 
powrócił do spraw poważnych. 
 

— Gdzie się spotkamy? — Przyjadę po pana do hotelu 

Metropol, tak będzie najprościej. A propos, czy ma pan broń? 
 

— Nie, czy obawia się pan czegoś? 

 

Filip Burton wzruszył ramionami. 

 

— Nie bardzo, ale staję się przewrażliwiony przez te 

background image

wszystkie historie. Nie myślałem, że Fox będzie zdolny do tak 
okrutnego zabijania ludzi. Choć to prawda, że oni byli 
niebezpieczni. 
 

— Jest pan tego pewien? 

 

— Tak mówił, a on zna się na tym. To jego zawód. Wie pan, 

ci wszyscy intelektualiści to wariaci. Niech pan popatrzy na bandę 
Baadera z Niemiec albo Czerwone Brygady. 
 

Grzeczni mali chłopcy, którzy w ciągu jednego dnia 

przechodzą od powielacza do walk ulicznych. Nie można wierzyć 
pozorom. No dobra, idę, mam spotkanie z moim kumplem 
Meyerem. 
 

— Wrócę taksówką — odpowiedział Malko. 

 

Dopijał spokojnie mało słodką kawę, rozmyślając o tej 

dziwnej sprawie. Filip Burton był wyraźnie w krytycznym 
położeniu. Jaką kombinację szykowali Belgowie? Niecierpliwił się, 
aby spotkać tajemniczego Foxa — istnego deus ex machina całej tej 
pokręconej operacji. 
 

 * * * 
Kiedy szare BMW zatrzymało się przed hotelem Metropol, 

w otwartym oknie wozu ukazał się kwadratowy, ośliniony pysk ze 
sterczącymi kłami. Na tylnym siedzeniu Malko zobaczył psa, 
wielkiego cielaka z wywalonym ozorem. Prawdziwe dzikie 
zwierzę. 
 

Filip Burton zachichotał. 

 

— Słodki, co? To Pitbull, nie ma groźniejszego psa. 

Wziąłem go, kiedy mieszkałem na wsi. Ta bestia zeżre bandytę w 
trzy minuty. 
 

Malko zajął miejsce obok Burtona. Pitbull sapał mu w kark. 

Był nieufny. 
 

Jechali bulwarem Anspach, następnie skręcili na zachód, na 

obwodnicę, którą dotarli do autostrady Mons w kierunku 
południowym. Nie było ruchu i BMW sunęło z łatwością sto 
osiemdziesiąt kilometrów na godzinę, przejeżdżając przez 
Brabancję. 

background image

 

Była godzina dwudziesta druga trzydzieści. 

 

— Dokąd jedziemy? — zapytał Malko. 

 

— Do Nivelles. Mamy spotkanie w Colruyt. 

 

Malko wiedział, że Colruyt to sieć supermarketów bardzo 

popularnych w Belgii. Samochód skierował się na wyjazd z 
autostrady, zatrzymał się przed znakiem „STOP” i skręcił w prawo, 
w wiejską drogę, przy której stało kilka domów. Naprzeciw wznosił 
się supermarket. Był to brązowy, niski i podłużny budynek 
pośrodku parkingu. Wokół rozciągały się pola. Filip Burton wjechał 
na parking i zatrzymał się obok pomarańczowych pomp 
benzynowych. Używało się ich, płacąc kartami kredytowymi. 
 

Okolica była wyludniona i ciemna. Magazyn zamykano o 

dwudziestej pierwszej. Malko rozejrzał się wokoło. Po lewej stronie 
znajdowało się cmentarzysko samochodów, przylegające do stacji 
benzynowej Esso, gdzie pośród wraków stał wspaniały błękitny 
ford manhattan. Parking był ogrodzony od strony pola siatką. 
Chciałoby się powiedzieć: spokojne miejsce. Na tylnym siedzeniu 
Pitbull ziewał, wysuwając język zza swych imponujących zębów. 
 

— O której godzinie mamy spotkanie? — zapytał Malko. 

 

— Teraz. 

 

Filip Burton rozglądał się na boki. Jakiś samochód 

przejechał drogą numer dwadzieścia siedem, nie zatrzymując się. 
Potem jeszcze jeden i w końcu zapadła cisza. Malko spojrzał na 
Burtona. W jego oczach wyczytał panikę. Cały pozorny spokój 
Malka nagle uleciał. 
 

— Myśli pan, że przyjdzie? 

 

— Tak — odpowiedział Burton — nie może mi tego zrobić. 

— Na jego czole ukazały się kropelki potu, a przecież nie było 
gorąco. 
 

Nagle Pitbull zawarczał i postawił uszy. Malko poczuł 

gwałtowny strumień adrenaliny uderzający mu do żył. Machinalnie 
pomacał kolbę automatycznego herstala, pożyczonego od Burtona. 
Burton położył swego browninga na podłodze samochodu. Pies 
zwrócił łeb do tyłu i obserwował parking. 

background image

 

— Tam ktoś jest — - powiedział Malko. 

 

Wtem Pitbull skoczył z tylnego siedzenia przez otwarte 

okno i wylądował na cementowym podłożu. Pozbierał się i warcząc 
ruszał na kogoś, kto ukazał się na tyłach magazynu. 
 

Był to wysoki mężczyzna. Malko poczuł nieprzyjemne 

kłucie w żołądku na widok jego zamaskowanej twarzy. Pies biegł 
prosto na niego. Mężczyzna, wcale tym nie przejęty, wyciągnął 
prawe ramię, podtrzymał je lewą ręką i mocno stanął na nogach; 
każdy inny w tym momencie wpadłby w panikę. 
 

Paf, paf, paf— detonacje następowały jedna po drugiej, z 

sekundowymi przerwami niezbędnymi na wycelowanie. Po 
czwartym wystrzale pies upadł, potoczył się po cemencie, udało mu 
się jeszcze przejść kilka metrów, wył śmiertelnie. 
 

Jego kły złapały dół spodni strzelającego. Mężczyzna nie 

przestraszył się wcale. Spokojnie pochylił się i kontynuował 
strzelanie, tym razem o wiele szybciej. Przejmującym staccato 
rozbrzmiało jedenaście wystrzałów. Pitbull od dawna już się nie 
ruszał, dostał piętnaście pocisków. Siedzący obok Malka Filip 
Burton cicho jęknął: — O mój Boże! 
 

Zamaskowany olbrzym wyprostował się, jakby nic się nie 

stało. Zmiażdżył kopnięciem łeb psa. Malko poczuł mdłości na 
widok takiego okrucieństwa. Zabójca psa wyszedł z cienia i zbliżył 
się. Malko ujrzał w jego dłoniach riot-guna. Mężczyzna lekko 
utykał. 
 

Filip Burton krzyknął i Malko odwrócił się. Zobaczył dwie 

inne sylwetki odcinające wyjazd na drogę. Mężczyźni byli o wiele 
niżsi i również zamaskowani, w rękach trzymali karabiny. 
 

Wpadli w niezłą pułapkę. 

 

Filip Burton wydał zdławiony okrzyk. Zanim Malko 

zareagował, wrzucił bieg i ruszył zygzakami w kierunku   drogi. 
Jechali prosto na obu morderców. Mieli jedną szansę na tysiąc, aby 
wyjść z tego. Malko ujrzał unoszącą się lufę riot-guna, 
błyskawicznie rzucił się na podłogę samochodu. Strzelanina 
wybuchła z niespotykaną gwałtownością. 

background image

 

Przednia szyba BMW i boczne lusterka rozprysnęły się pod 

salwami pocisków. Pośród huku wystrzałów riot-guna Malko 
usłyszał głuche trzaśnięcia z karabinu maszynowego. Skulony na 
podłodze, trzymał swego herstala i czekał dogodnego momentu, aby 
spróbować ucieczki. Samochód kołysał się na wszystkie strony. 
Nagle Filip Burton wydał okropny bulgot i w tej samej chwili 
Malko został obryzgany krwią i szczątkami ludzkimi. Nie miał 
czasu przejąć kierownicy. Nagły wstrząs rzucił go do przodu. 
Samochód uderzył w fasadę supermarketu. Ciało Filipa Burtona 
osunęło się na Malka, jeszcze bardziej oblewając go krwią. 
Zablokowany siedzeniem i zwłokami Amerykanina, nie mógł się 
poruszyć. 
 

Nastała przejmująca cisza. Jego pole widzenia ograniczało 

się do otwartych pod wpływem uderzenia drzwi samochodu i 
kwadratu cementowego podłoża. Właśnie szykował się do 
wyczołgania z samochodu, kiedy usłyszał kroki po asfalcie. 
 

Blisko zabrzmią! głos: — Załatwiliśmy tych sukinsynów. 

 

Zrozumiał, że im nie umknie, i znieruchomiał. Miał tylko 

jedno wyjście: udawać zabitego. Dłoń trzymającą pistolet zwiesił w 
dół, opuścił się do przodu, głowę i tors wysunął poza samochód, 
twarz przycisnął do ziemi. Cały był pokryty krwią Burtona, więc 
jako zabity prezentował się całkiem nieźle... Był już najwyższy 
czas; oschły głos rozkazał: — Skończ z nimi i zjeżdżamy stąd! 
 

Malko zobaczył zbliżającą się parę kowbojskich butów. 

 

Wstrzymał oddech, czuł jak wali mu serce, czekał bez ruchu. 

 

Jeżeli morderca strzeli mu w kark, to koniec. Inaczej może 

będzie miał szczęście. Poczuł, jak wyrwano mu z dłoni pistolet. 
Udało mu się opuścić ramię, jakby było bezwładne. Kontrolując 
swój oddech liczył sekundy. Myślał o Aleksandrze, o zamku, o tych 
wszystkich momentach, w których ocierał się o śmierć. 
 

Pierwszy wystrzał zaskoczył go. Poczuł znaczny ból w 

plecach, blisko kręgosłupa, następne dwa wystrzały prawie go 
ogłuszyły, miał wrażenie, że otrzymał dwa solidne ciosy po bokach. 
Trzy wystrzały rozległy się również po drugiej stronie samochodu, 

background image

morderca zajął się Filipem Burtonem. Malko usłyszał oddalające się 
kroki i szum zapalanego silnika. 
 

Uniósł się trochę, lecz poczuł gwałtowną falę bólu w 

bokach, zauważył jednak tył ciemnego golfa, który przyspieszył, 
kierując się w stronę Nivelles. 
 

Malko wyczołgał się z samochodu i stanął na nogi. Jego 

ubranie przesiąkło wstrętnym odorem krwi. Był nią cały umazany, 
zwisały z niego mało apetyczne ludzkie szczątki. Kiedy zobaczył 
Filipa, niemal zwymiotował. Górna część czaszki Amerykanina 
prawie nie istniała. Mózg i krew rozbryznęły się wokół. Jego twarz 
kończyła się na wysokości nosa. Oczu nie miał zupełnie. Widok był 
przerażający. 
 

Malko był wciąż w szoku, kiedy niebieskie światło ogarnęło 

parking. Z furgonetki żandarmerii wyskoczyli ludzie w mundurach, 
z bronią w ręku. Wygląd Malka musiał być straszny, skoro 
zatrzymali się zdumieni w odległości trzech metrów od niego. 
 

— Boże! Widzisz tego faceta? — powiedział ktoś drżącym 

głosem. 
 

Malko zrobił krok w ich kierunku. Otoczyli go natychmiast. 

 

— Gdzie pan jest ranny? — zapytał jeden z nich. — Proszę 

się położyć, zaraz sprowadzimy karetkę. 
 

— Nie, wszystko w porządku — odparł Malko. — Myślę, że 

nic mi nie jest. 
 

— Co tu się stało? — padło chóralne pytanie. 

 

— Zatrzymaliśmy się z przyjacielem, żeby zatankować i 

zostaliśmy zaatakowani przez nieznanych, zamaskowanych ludzi, 
którzy uciekli. 
 

— Którędy? 

 

— W kierunku autostrady. 

 

Ze swoją furgonetką mieli tyle samo szans złapania golfa 

GTI turbo, co dojechania na Księżyc. Malko dał się zaprowadzić do 
niej. To, co zostało z Filipa Burtona, przykryto płachtą. 
 

Trzęsąc się w samochodzie żandarmerii, Malko stwierdził, 

że handlarz bronią drogo zapłacił za swą naiwność. Fox po prostu 

background image

postanowił zlikwidować niewygodnego świadka. Poza Gustavem 
Meyerem, jedyną osobą, która go znała osobiście, był Filip Burton. 
Malko wiedział jedno: ci, którzy popełnili tę masakrę, zamordowali 
również parę lewicowców. Przed oczami pojawił się mu obraz 
olbrzyma strzelającego do psa. 
 

To jakiś psychopata puszczony na żywioł, ale z mocną 

protekcją. Nie ulegało wątpliwości, że Burtona zlikwidowano na 
rozkaz owego tajemniczego Foxa. Obecność Malka nie stanowiła 
dla nich żadnego problemu sumienia. Ci ludzie zabijali tak, jak 
oddychali. Zastanawiał się, jak przyjmie tę wiadomość George 
Hammond. Sprawa odzyskania broni stawała się beznadziejną, 
wręcz samobójczą misją. 
 

* * * 
— Sukinsyny! To ohydne, plugawe! 

 

George Hammond był przezroczystoblady. Odłożył zdjęcia 

z masakry, zrobione przez żandarmerię, wychylił pełną szklankę 
Johnny Walkera i spojrzał na Malka. Agent, dopiero oglądając 
zdjęcia, zdał sobie sprawę, czego uniknął. Bez kamizelki 
kuloodpornej dostałby w plecy trzy dziewięciomilimetrowe kule. 
Na jego kręgosłupie widniały ogromne sińce, a boki sprawiały mu 
niewyobrażalny ból. 
 

— To byli zawodowcy, nie amatorzy. Słyszałem głos ich 

szefa, tego wysokiego faceta. Był bardzo spokojny, a jednocześnie 
jakiś szalony. Sposób, w jaki zastrzelił Pitbulla... 
 

Wpakował piętnaście kul w ciało zwierzaka. 

 

— To wszystko z powodu tego skurwiela — gorzko 

zauważył Amerykanin. Zatrzymał się gwałtownie, albowiem zdał 
sobie sprawę, że mówił tak o jeszcze ciepłym trupie. A Malko 
dodał: — To Fox jest prawdziwym sprawcą, to on pociąga za 
wszystkie sznureczki. Inni są tylko wykonawcami. To dzikie bestie 
pozbawione mózgu. Mają w sobie coś ze zdyscyplinowanych 
wojskowych. Cała akcja została zakończona w niecałe cztery 
minuty. Oczywiście nie odnaleziono samochodu? 
 

George Hammond, wciśnięty za biurko, wydawał się 

background image

mniejszy niż zwykle. 
 

— Nie — przyznał. — Mieszkanie Burtona zostało 

okradzione godzinę później. Pojechali tam natychmiast po zasadzce. 
Weszli przez podziemny parking, nikt ich nie widział. 
 

— Co zabrali? 

 

— Trudno powiedzieć. Myślę, że Burton nie był na tyle 

szalony, aby trzymać ważne dokumenty u siebie. 
 

— Zastanawiam się, czy on nie wiedział czegoś więcej, niż 

nam powiedział. Nic nie mówił o ewentualnej wymianie broni. 
 

Amerykanin podskoczył. 

 

— Na jakiej podstawie tak uważasz? 

 

— Po pierwsze, na parkingu przed supermarketem był 

bardzo nerwowy. Wydawało mi się, że spodziewa się czegoś. Po 
drugie, gdyby Fox chciał odciąć ślady prowadzące do niego, to po 
prostu nie przyszedłby na spotkanie. Praktycznie nie ma jak do 
niego dotrzeć. Nie musiał zabijać Burtona, chyba że wiedział on coś 
bliższego o mordercach. 
 

— Ale skąd mógł coś wiedzieć? 

 

— Nie wiem, lecz Burton umierał ze strachu. W każdym 

razie odzyskanie broni graniczy teraz z cudem. Fox jest 
nieosiągalny, nie znamy jego nazwiska. Jeżeli chodzi o innych, jest 
jeszcze gorzej. Swoją drogą to ciekawe, że belgijskie służby 
specjalne kryją grupę morderców tego pokroju. 
 

George Hammond ze zmarszczonym czołem przecierał 

okulary. Na pierwszy rzut oka analiza sytuacji nie zajmowała go 
zbytnio. Powrócił do swojej idee fixe. 
 

— Trzeba odnaleźć tę broń, a jeśli to możliwe, sprawić, 

żeby te typy już więcej nam nie zaszkodziły. 
 

Malko uśmiechnął się ironicznie. 

 

— Nie jestem Zorro. W tym kraju istnieje policja, której za 

to płacą. — Jest do niczego — odparł Amerykanin — 
zdezorganizowana, bez żadnych środków. Zresztą nie chcę jej 
wtajemniczać. 
 

— W takim razie załatw sobie kryształową kulę — 

background image

podsumował Malko. 
 

George Hammond wyprostował się. 

 

— Nie, jest jeden człowiek, który zna Foxa: Gustav Meyer. 

Trzeba go zmusić do mówienia. 
 

— Jak? 

 

— Grożąc mu. Jeżeli wyciągnę historię z bronią przekazaną 

dla Contras, straci pracę w fabryce broni. 
 

— A jeżeli będzie mówił, straci życie — zareplikował 

Malko. — Może jednak jest jakieś wyjście? Według Burtona niejaki 
Amin Habbache zna go dosyć dobrze. 
 

Przez chwilę myślał, że szef komórki CIA skoczy mu do 

gardła, jego twarz stała się fioletowa. 
 

— Znasz go? 

 

— Widziałem go jeden raz, w towarzystwie Burtona. 

 

Malko opowiedział, jak i kiedy poznał Amina. George 

Hammond zaczynał być na pograniczu apopleksji. 
 

— Nie wiedziałem, że ten złamaniec Burton zaangażował go 

jako „goryla” i we wszystko wtajemniczył — wydarł się — a my 
się dziwimy, że mamy kłopoty. Wiesz, kim jest ten typek? 
 

— Nie — odparł Malko. 

 

— To psychopata, szmata, najgorszy rodzaj zabójcy. Był 

snajperem w Armii Libańskiej na Zielonej Linii. To znaczy, że za 
dwieście dolarów miesięcznie, nie licząc premii za wydajność, 
zabawiał się strzelaniem do biedaków, którzy usiłowali przedostać 
się z zachodniej części Bejrutu do wschodniej. Wieczorem 
spokojnie wracał do domu i rżnął swoją żonę. Miał wtedy 
dwadzieścia dwa lata. Potem go wyrzucili, bo przez pomyłkę 
zastrzelił ich kierowcę taksówki. Ludzie z Agencji zatrudniali go do 
drobnych prac. Pewnego dnia jakiś kretyn miał genialną myśl, żeby 
zlecić mu podstawienie samochodu-pułapki; miało to być 
wyrównanie rachunków z Ormianami z Asali. Ormianie zaczęli go 
ścigać, a ten bydlak Amin po prostu zostawił range-rovera razem z 
dwustu kilogramami materiału wybuchowego w dzielnicy 
robotniczej w zachodnim Bejrucie. Skończyło się to śmiercią 

background image

pięćdziesięciu osób i pogrzebaniem jego kariery. Wyjechał z 
Bejrutu, a po piętach deptali mu ludzie mający ochotę pokroić go 
żywcem. 
 

Musieli się zadowolić poderżnięciem gardła żonie i 

synkowi. 
 

Od tamtego momentu włóczy się po Brukseli. 

 

— Jak poznał go Filip? 

 

— Przez mały przemyt broni. Amin utworzył drogę 

przerzutu dosyć wyszukanych rzeczy do Bejrutu. Stamtąd 
sprowadzał między innymi haszysz, dzięki temu przeżył. 
 

Malko przypomniał sobie niewinną twarz Libańczyka. 

 

— Może go wykorzystamy — zaproponował. — Jeżeli sam 

przyjdę do Meyera, ten będzie się bał i zamknie się w sobie jak 
ostryga. 
 

Na twarzy Hammonda pojawił się wyraz dezaprobaty. 

 

— Habbache to fanatyk. Jest niebezpieczny, nie można mu 

ufać. 
 

— Nie mamy wyboru. Meyer wie, że zlikwidowano 

Burtona, dla niego spotkanie ze mną oznacza samobójstwo. 
 

— Dobra, jeśli chcesz, weź Amina. Bądź jednak ostrożny i 

nie dawaj mu za dużo pieniędzy. Wiesz, gdzie go znaleźć? 
 

— Myślę, że tak. 

 

Amerykanin obszedł biurko i uścisnął mu rękę. 

 

— Postaramy się nie mącić. Jeżeli będziesz chciał się ze 

mną skontaktować, zadzwoń do sekretarki w imieniu Freda. Będzie 
to oznaczało, że spotykamy się tego samego dnia o godzinie 
dziewiętnastej w Królewskiej Galerii. Jest tam kawiarenka. Zgoda? 
 

— Tak. 

 

Wypożyczony mercedes 190 stał na dziedzińcu ambasady. 

 

Kiedy Malko wyjechał na bulwar Regent, zauważył starego 

białego forda z długą anteną, który przykleił się do niego. Był to 
pospolity samochód Królewskiej żandarmerii. Zdjął nogę z pedału 
gazu. Nie miał ochoty zaprowadzić ich do Amina. 
 

Po zasadzce w Nivelles żandarmi, odkrywszy tożsamość 

background image

Filipa, zaczęli zadawać dużo pytań. Fakt, że Malko nosił 
kuloodporną kamizelkę, wydawał się im dziwny. Sam George 
Hammond musiał interweniować w Ministerstwie Sprawiedliwości 
i przedstawić mgliste tłumaczenie o jakimś kontrolerze z 
Waszyngtonu, który przyjechał w związku z przemytem broni. 
Belgowie nie uwierzyli w to wyjaśnienie i zastanawiali się, co 
faktycznie robi Malko. Z pewnością jego telefon w hotelu był na 
podsłuchu. Im więcej o tym wszystkim myślał, tym bardziej był 
przekonany, że Burton znał morderców. Włamanie do jego 
mieszkania już po zasadzce było dziwne. Amerykanin mógł 
trzymać tam jakieś papiery mogące naprowadzić na ślad zabójców. 
 

Dotarł na wysokość Ogrodu Botanicznego. Naprzeciw 

widział wjazd do nieskończenie długiego tunelu, prowadzącego na 
północ miasta — do Heysel. Skręcił gwałtownie kierownicą i 
wjechał do niego, cisnąc gaz do dechy. Mercedes pomknął do 
przodu. Malko szybko zmieniał pasy jezdni, kątem oka pilnując 
białego forda. Jego kierowca robił, co mógł. 
 

Malko jednak uzyskał kilkusetmetrową przewagę. W końcu 

tamten wystawił na dach „koguta”, ale było już za późno. Kiedy 
Malko wydostał się przed Katedrę Sacre-Coeur, „kogut” migotał 
daleko za nim. Jak szalony przejechał przez Park Elżbiety i 
ponownie wjechał do tunelu, tylko w przeciwnym kierunku. Gdy 
parkował samochód na placu Sablon, był pewien, że zgubił 
śledzących. 
 

Oby tylko Amin Habbache był u swojej ponętnej kochanki o 

porcelanowych oczach. 
 

* * * 
Na trzecim piętrze starego, małego domku po remoncie 

znalazł drzwi, na których na przyczepionym kawałku papieru były 
wykaligrafowane dwa nazwiska: Cristel Tilmant i Amin Habbache. 
 

Malko zapukał kilka razy. Bez skutku. Właśnie miał odejść, 

kiedy usłyszał głośny okrzyk przez drzwi: — Spieprzaj, gnojku! 
 

Zdziwiony, zapukał ponownie. Tym razem drzwi otworzyły 

się szeroko. Stała w nich Cristel Tilmant. Nosiła dwunasto-

background image

centymetrowe szpilki, piersi miała równie agresywne jak głos. 
Minisuknia ledwo zakrywała jej pupę, miała zaczerwienione oczy, 
była rozczochrana, a po policzkach spływały jej łzy, Widząc Malka, 
otworzyła ze zdziwienia usta i wybełkotała: — Och, przepraszam, 
myślałam, że to Amin wraca. 
 

Można by przypuszczać, że w tej chwili Amin nie był mile 

widzianym gościem. Malko wykorzystał zaskoczenie kobiety i 
wszedł do mieszkania. Duży pokój przedstawiał krajobraz po 
bitwie. Wszystko było na kupie, szuflady leżały na ziemi wśród 
szczątków szklanek, stół był przewrócony. Ciężka popielniczka, 
która rozbiła lustro na drobne kawałeczki, tkwiła wśród jego 
szczątków. 
 

— Co tu się stało? - zapytał Malko. — Szukam Amina. 

Cristel Tilmant zmierzyła go swymi błękitnoszklanymi oczami, 
pełnymi nienawiści. 
 

— To pana kumpel? 

 

— Niezupełnie — uspokoił ją Malko — a dlaczego? 

 

— Wie pan, co zrobił mi ten chłystek? Ukradł mi dziesięć 

tysięcy franków

10

, żeby sobie kupić broń. 

 

— To nieładnie — uspokoił ją Malko. — Myśli pani, że 

wróci? 
 

Młoda Flamandka zakrztusiła się. 

 

— Wróci? Ależ ja go uduszę, tę świnię! A pan niech stąd 

spieprza! 
 

Skierowała na niego ogromny nóż kuchenny, zagarnięty ze 

stołu. 
 

— Utnę mu jaja, o tak!!! 

 

Ostrze równo przecięło nieszczęsny kaktus. Malko usunął 

się przed tą furią. Zastanawiał się, gdzie mógłby znaleźć Amina. 
 

— Niech pan zaczeka — odezwała się nagle Cristel. — Ależ 

ze mnie idiotka. Proszę zostać. 
 

Wyraz jej porcelanowo-błękitnych oczu nagle się zmienił. 

10  10 000 franków belgijskich to równowartość około 1600 franków 

francuskich. 

background image

 

Opierała się o framugę drzwi, kołysząc się i wypinając do 

przodu piersi, jakby chciała mu je podać. 
 

— Chce pan go odnaleźć? 

 

— Tak — odparł Malko. — Wie pani, gdzie on jest? 

 

Wydała dźwięk zbliżony do gruchania. 

 

— Może są szanse. Pójdziemy razem. Ale najpierw mała 

formalność. 
 

— Jaka? Chce pani dziesięć tysięcy franków? 

 

Cristel wzruszyła ramionami. 

 

— Nie, naciągnę moich rodziców. Chodź! 

 

Odwróciła się i skierowała w głąb pokoju, kołysząc powoli 

biodrami. Dotarła do ściany, odwróciła się i zbliżyła do Malka. Na 
szpilkach była równa z nim. 
 

— Chcę jedynie, żeby mnie pan zerżnął — powiedziała z 

prostotą. — Potem opowiem temu bydlakowi, jak się dałam 
przelecieć. 
 

Malko zrobił niezdecydowaną minę, więc dodała szybko: — 

Proszę się nie bać, to nie będzie pańszczyzna. Ma pan oczy, które 
doprowadziłyby do szału każdą kobietę. Proszę pozwolić mi pana 
pocałować. 
 

Jej pocałunek rozpaliłby nawet biskupa. To był uścisk 

kobiety-pająka, od nóg aż po jędrne wargi, które wpiły się w jego 
usta. Jej szalony język buszował, docierając prawie do migdałków. 
Cristel przyciskała władczo swój brzuch do ciała Malka. Wariatka. 
Przerwała pocałunek jedynie po to, by powiedzieć chrapliwym 
głosem: — Pieść mnie wszędzie. 
 

Wystarczyło sięgnąć po jej piersi przez mocno wycięty 

dekolt. Ciepłe, białe i niewiarygodnie jędrne. Naprężone sutki były 
twarde jak ołówki. Cristel zamknęła oczy i cicho jęknęła. 
 

— Boże, jak dobrze. Jakże się cieszę, że mogę zdradzić tę 

świnię. 
 

Ocierała się o Malka, kręcąc biodrami; ramionami 

obejmowała jego szyję. Niezła mała kurewka. Powoli jej działania 
zaczęły przynosić efekty... Cristel poczuła to, wsunęła swą dłoń 

background image

pomiędzy nich i masowała jego podbrzusze ze zręcznością 
dowodzącą determinacji. Wsparta o ścianę, wysunęła biodra do 
przodu, zaczynała oddychać coraz szybciej, uwolniła członek 
Malka. Trzymając zaciśnięte palce wokół jego maczugi, patrzyła 
nań i uśmiechała się prowokująco. Jej oczy zgubiły swoją 
naiwność. 
 

— Chodź, ten bydlak Amin nie pozwala mi nosić majtek. To 

go podnieca. Ciebie też to musi podniecać, prawda? 
 

Czekała na niego z szeroko rozchylonymi nogami. 

 

Zaledwie Malko jej dotknął, zaczęła jęczeć, coraz mocniej 

pieszcząc trzymany w dłoni członek i przyciągając go do siebie. 
Malkowi pozostało jedynie lekko ugiąć nogi i jednym silnym 
pchnięciem nadziać ją do końca. Przygwożdżona do ściany jak 
motyl, Cristel wydała ochrypłe westchnienie. Podniosła lewą nogę i 
oplotła nią jego biodra, przyciskając go do siebie. 
 

— Dobrze, jesteś głęboko, rozerwij mnie. 

 

Pomimo niewygodnej pozycji Malko wchodził w nią coraz 

mocniej, aż zaczęła jęczeć i dyszeć. Błękitne oczy były szklane, a 
jej noga opadła w tym samym momencie, w którym Malko 
wybuchnął w jej wnętrzu. Wbiła mu w kark paznokcie, podczas gdy 
on eksplodował w niej. Potem westchnęła: — Jakie to było dobre. 
 

Czasem zemsta jest rozkoszą. 

 

Cristel odsunęła się, pochyliła i skromnie pocałowała 

członek, który dopiero co w niej był. Wygładziła suknię, piersi 
wsunęła za dekolt i powiedziała wesoło: Chodź, powiemy tej świni, 
że jest rogaczem. 
 

— Gdzie on jest? 

 

— O tej porze daje lekcje strzelania z pistoletu w „Practical 

Shooting” w Etterbeek. 
 

* * * 
Około dwunastu osób w ochronnych słuchawkach strzelało 

do celów z pistoletu. Cele ukazywały się i znikały w 
nieoczekiwanych miejscach. Stanowiska strzeleckie znajdowały się 
na krańcach terenów sportowych i przylegały do wielokilometrowej 

background image

skarpy. Po drugiej stronie biegła linia kolejowa. Malko natychmiast 
zauważył młodego Libańczyka, który tłumaczył grubemu, 
dziobatemu facetowi, w jaki sposób należy trzymać broń. Cristel 
zdążyła znowu się rozzłościć, więc zawarczała: — Jest ta świnia. 
Chodźmy, przekażemy mu dobrą nowinę... 
 

Szła wprost na Amina, który w tej chwili dostrzegł ich. 

 

Cristel stanęła przed swym amantem i powiedziała w 

obecności osłupiałego ucznia: — Ten facet właśnie mnie przeleciał. 
— Wskazywała przy tym na Malka. 
 

Libańczyk przewrócił oczami, uśmiechnął się zażenowany i 

powiedział miękkim głosem: — Kończę lekcję, zaraz do was 
przyjdę. 
 

Cristel tupnęła nogą, wbijając obcas szpilki w trawę. 

 

— Rogacz! Mówię ci, że jesteś rogaczem. Odtąd będę 

zaliczała wszystkich facetów, którzy mi się nawiną. 
 

Amin Habbache słuchał jej niewzruszenie. Pryszczaty nie 

spoglądał na cel, tylko na piersi Cristel i zastanawiał się, czy może 
miałby jakieś szanse. Wtem Amin spoliczkował dziewczynę 
brutalnie, aż głowa odskoczyła jej do tyłu. Na twarzy młodej 
Flamandki pojawił się czerwony odcisk jego dłoni. 
 

Cristel wrzasnęła: — Świnia, zabiję cię! 

 

Amin odwrócił się do osłupiałego Malka i rzekł z 

niewinnym uśmiechem: — Proszę poczekać na mnie w barze, 
przyjdę tam za pięć minut. 
 

Zajął się swoim uczniem: zgiął mu ramię i tłumaczył, w jaki 

sposób powinien trzymać odbezpieczony pistolet. Przy okazji 
Malko dostrzegł, że był to automatyczny sieg, prawdopodobnie 
kupiony za pieniądze Cristel. 
 

Dziewczyna szlochała cichutko, broda jej drżała. Malko 

wziął ją pod ramię i odeszli. Mały barek był pusty, nie licząc 
jakiegoś starszego strzelca, który napełniał swój magazynek. 
 

Malko zamówił dla siebie kieliszek wódki, a dla Cristel 

kieliszek Cointreau. Alkohol postawił ją na nogi. Wytarła nos i 
powiedziała wyzywająco: — Ten cham mi nie wierzy. Następnym 

background image

razem zrobimy to na jego oczach. 
 

Malko nie zdążył odpowiedzieć, gdyż dołączył do nich 

Amin, który zachowywał olimpijski spokój. 
 

— Jedno piwo — zamówił u barmana. 

 

Jak gdyby Cristel w ogóle nie istniała, uśmiechnął się do 

Malka porozumiewawczo i rzekł poważnie: — Być może uratował 
mi pan życie. Czytałem gazety. Nosi pan kuloodporną kamizelkę? 
 

Zadał to pytanie rzeczowym tonem, jak kolega po fachu. 

 

— Tak — odparł Malko. — Czy wie pan, dlaczego 

zastrzelono Filipa Burtona? 
 

Libańczyk pociągnął lekko swe cienkie wąsy, zamyślił się. 

 

— Chciał odzyskać broń, nieprawdaż? To była głupota. 

 

— Tak — przyznał Malko — ale zastanawiam się, czy on 

nie znał tych, którzy go sprzątnęli... Czy nigdy nie wspominał panu 
o Foxie? 
 

— Trochę, to chyba facet ze służb specjalnych. 

 

— Zgadza się. Czy spotkał go pan kiedyś? 

 

— Nie. 

 

— A Gustav Meyer? 

 

W czarnych oczach Libańczyka pojawił się błysk niepokoju. 

Miętosił lewą ręką gruby krzyż ze złota. 
 

— Dlaczego pan pyta? 

 

— On wie, kim jest Fox. A to Fox dał rozkaz zlikwidowania 

Burtona. Chcę wiedzieć, kim on jest. 
 

Libańczyk delikatnie upił pianki ze swego piwa. Cristel 

skończyła swoje Cointreau i twarz jej złagodniała. Malko ze 
zdziwieniem zauważył pełen ciepła wzrok, którym spoglądała na 
Amina. Jakże kobieta potrafi być zmienna... 
 

— To nie będzie łatwe — odpowiedział Libańczyk. — 

Meyer jest nieufny. To niebezpieczni ludzie, którzy dawno już 
pojęli: nie ma świadków — nie ma problemów! 
 

Przyzwyczajony do walki o przetrwanie, Amin podziwiał 

ich. Malko spojrzał w jego niewinne oczy. 
 

— Czy może mi pan pomóc? 

background image

 

— Słuchaj pan, tutaj jestem spokojny. Chwilowo nie mogę 

wrócić do Bejrutu. Nie chcę mieć problemów. Wolałbym, żeby 
działał pan sam. 
 

Malko utkwił swój złocisty wzrok w ciemnych oczach 

Libańczyka. 
 

— Niech pan posłucha, jeżeli powiemy Belgom, kim pan 

jest, nie zostanie pan nawet pięciu minut w tym kraju. 
 

Libańczyk milczał jakiś czas, z nieobecnym wzrokiem. 

 

Wypił mały łyk piwa i w końcu skinął głową. 

 

— No, jeśli pan tak do tego podchodzi. Ale trudno będzie 

zmusić Meyera do mówienia. On również się boi. 
 

Piękny przykład orientalnej elastyczności: żadnych pretensji, 

żadnego narzekania. Jedynie pragmatyczne rozeznanie sytuacji, co 
oczywiście w innym przypadku nie przeszkodziłoby Aminowi 
wsadzić mu z równą obojętnością całego magazynku w plecy. Aby 
ułatwić Libańczykowi przełknięcie tej pigułki, Malko szybko dodał: 
— Dysponujemy znacznym budżetem w tej sprawie. Jeżeli zdobędę 
informacje, zarobi pan szesnaście tysięcy franków francuskich. 
 

Amin docenił ten problematycznie szeroki gest kiwnięciem 

głowy. 
 

— Postaram się, ale po tym wszystkim, co się stało... 

 

— Wie pan, gdzie można spotkać Meyera? 

 

— Jeżeli jest w Belgii, to tak. Mieszka w Overijse w 

Brabancji, około pięćdziesięciu kilometrów od fabryki broni. 
 

Gdzie mogę pana złapać? 

 

— W hotelu Metropol — odparł Malko — ale proszę nic nie 

mówić przez telefon. 
 

Amin uśmiechnął się z tego żartu. Cristel zbliżyła się do 

nich i czekała jak wytresowane zwierzątko. Nieśmiało, ze 
spuszczonymi oczami, powiedziała do Libańczyka: — Wiesz, to, co 
ci powiedziałam przed chwilą, nie było prawdą. 
 

Niespokojnie oczekiwała na potwierdzenie Malka, który z 

przesadą rzekł: - Myślę, że Cristel była na pana trochę zła. 
 

Amin, który dobrze znał swoją Flamandkę, słowo „zła” 

background image

potraktował wyrazistą mimiką twarzy. Wstał i podniósł walizeczkę 
z pistoletami sportowymi. Malko zapłacił rachunek. 
 

Cristel uwiesiła się na ramieniu Amina. Malko szedł z tyłu i 

z nostalgią spoglądał na apetyczne kołysanie jej pośladków. 
 

Zdecydowanie tworzyli ładną parę. 

 

* * * 
Na łóżku rozłożone były wszelkie ziemskie dobra Filipa 

Burtona. Malko zabrał się do niewdzięcznego zadania znalezienia 
jakiegoś śladu. Nic nie znalazł. Jedynie listy, dokumenty, fotografie 
bez wartości. Burton wydawał się pasjonatem strzelectwa. Prawie 
na wszystkich zdjęciach figurował z bronią w ręku, paradował 
przed tarczami na różnych strzelnicach świata. Malko wciąż tkwił w 
miejscu. Minęły trzy dni, a policja nie natrafiła na najmniejszy ślad 
morderców z supermarketu Colruyt w Nivelles. Gazety coraz mniej 
o tym pisały. 
 

Ciało Filipa Burtona wysłano do USA, a tajemniczy Fox 

siedział sobie w cieplutkiej norce. Na nic zdały się wysiłki szefa 
komórki CIA. Fox w dalszym ciągu był nieuchwytny, Malko, 
znużony poszukiwaniami, włączył stojący w pokoju telewizor. 
Zdążył zobaczyć istny horror. Leżące ciała, wśród nich jakieś 
dziecko, krew na ścianach, mundury policjantów, wszędzie migały 
„koguty”. Wzmocnił głos. 
 

...Nowa masakra — anonsował spiker łamiącym się głosem. 

 

— Dziś rano trzech mężczyzn, uzbrojonych w pistolety i 

karabiny riot-gun, zamordowało małżeństwo księgarzy. Kobieta 
otrzymała trzy strzały w korpus, a następnie trzy kolejne w głowę. 
Jej mąż został postrzelony za ladą serią z pistoletu maszynowego, a 
potem dobity dwoma strzałami w głowę”. 
 

Ukazało się zbliżenie jakiegoś żandarma, wyraźnie 

przerażonego. 
 

„Nie rozumiemy tego. W księgarni nie było nic do 

zrabowania. Jej właściciel miał mgliste powiązania ze sprawą 
KKW, to znaczy był związany z ich drukarnią”. 
 

Koniec wiadomości. 

background image

 

Trzydzieści sekund później zadzwonił telefon. Malko 

usłyszał zmieniony głos George'a Hammonda: — Oglądałeś 
telewizję? 
 

— Tak — odparł. — Fox wciąż działa. Amerykanin 

westchnął ciężko do słuchawki. Malko wyczuł, że jest na granicy 
wybuchu. 
 

— Do diabła, sądząc po użytej broni, to muszą być ci sami 

ludzie. To straszne. Musimy absolutnie... 
 

— Robię, co mogę — odparł Malko. 

 

Siniaki na jego plecach zaledwie się zmniejszyły. Jemu 

również zależało na tym, aby znaleźć się przed obliczem trzech 
zamaskowanych morderców, którym umknął o włos. 
 

Zaledwie odłożył słuchawkę, ponownie rozległ się dźwięk 

telefonu. Tym razem odezwał się nieśmiały głos Amina: — Jestem 
na dole w kawiarni. 
 

Malko rzucił się do starej, skrzeczącej i powolnej windy. 

 

Hotel Metropol liczył sto lat i to było widać. Czasami widać 

było kilka goniących się szczurów, a szum dobiegający z placu 
Brouckere zmuszał do użycia zatyczek do uszu. Znalazł Libańczyka 
w sali z boazerią z 1900 roku, właśnie wsypywał sobie cukier do 
kawy. 
 

— Meyer się boi — rzucił Amin od razu. 

 

— Widział go pan? 

 

— Tak, przez trzydzieści sekund. Wielokrotnie dzwoniłem 

do niego, ale nie odpowiadał. Próbowałem dostać się do fabryki 
broni, jednakże nie wpuszczono mnie. Sekretarka twierdziła, że 
wyjechał, lecz samochód stał na dziedzińcu. Tak więc poczekałem 
na niego, żeby złapać go przy wyjściu. 
 

— Mówił mu pan o Foxie? 

 

— Nie, nie miałem na to czasu. Bał się. Kilka razy pytał 

mnie, czy Burton powiedział coś przed śmiercią. Mocno się tym 
martwił. 
 

— Czy był zaprzyjaźniony z Burtonem? 

 

— Bardzo. Filip mówił mi, że prowadzili wiele wspólnych 

background image

interesów. 
 

— Myśli pan, że jest w jakiś sposób związany z tą historią? 

 

Amin podrapał się w czoło. 

 

— To on dostarczył broń, a teraz się boi. Mówiłem mu, że 

chciałbym się z nim spotkać w sprawie zamówienia, ale stwierdził, 
że już nie handluje na lewo. Wyłącznie oficjalnie. 
 

Myślę, że nie możemy nic więcej zrobić. Gdyby chciał pan 

się z nim zobaczyć, nie przyjmie pana. 
 

— Wie pan, co się dzisiaj stało? 

 

— Nie. 

 

Malko opowiedział. Przyzwyczajony do tragedii w Bejrucie, 

Libańczyk nie wydawał się zbulwersowany. 
 

Ci ludzie czyszczą teren z powodu, którego nie znamy. 

 

Kiedyś w Libanie zaczęto zabijać wszystkich członków 

partii komunistycznej, niekiedy łącznie z ich rodzinami. Nigdy nie 
dowiedziano się, kto to zlecał. A przecież był jakiś powód. 
 

Zawsze jest jakiś powód — dorzucił z uśmiechem. 

 

Malko zastanawiał się, czy Amin nie zwariował. Po 

dokonaniu tylu okropieństw wydawał się taki obojętny, taki daleki. 
 

— A pana przyjaciółka? Jest spokojniejsza? 

 

— Cristel? Czuje się dobrze, jest trochę postrzelona, ale 

bardzo we mnie zakochana. Może ją poślubię. 
 

Widząc zdziwienie Malka, Amin uśmiechnął się anielsko. 

 

— Rozumie pan, potrzebuję belgijskiego paszportu. 

 

Potem zamieszkam w Afryce lub w Ameryce Południowej. 

 

W końcu Cristel nie jest szkaradna, może trochę 

masochistyczna. Czasami przywiązuję ją do wanny, biję, udaję, że 
duszę. 
 

Przeżywa orgazm, zanim jej dotknę. — Mówiąc to, 

wydawał się rozbawiony. 
 

— Wie pan, jak odnaleźć morderców?—zapytał Malko. 

 

Twarz Amina przybrała wyraz dezaprobaty. 

 

— To nie będzie łatwe. W Brukseli nie znam nikogo. Z 

pewnością mają jakieś żony czy przyjaciółki. Jeżeli pan chce, 

background image

można spróbować. 
 

— Czego? 

 

— Pojedziemy do Meyera i poczekamy, aż wróci z fabryki. 

Mieszka w domku na odludziu. To się uda. W domu jest tylko żona. 
Jeśli go pan nastraszy, będzie mówił. Znam go, on nie wie, co to 
prawdziwa przemoc. 
 

Malko wahał się. Wdepnął w nieciekawą sprawę. Libańczyk 

znów uśmiechnął się niewinnie. 
 

— Jeżeli ich pan nie odnajdzie, będą działali dalej. Nie 

rozumiem pana Hammonda. Przecież nie on jest za to 
odpowiedzialny. To nie broń zabija, lecz ludzie. 
 

Cóż za znakomite kazuistyczne stwierdzenie. 

 

— Dobra myśl, pojedziemy do niego. — Potrzebuję 

dziesięciu tysięcy franków, czy może mi je pan wypłacić? 
 

Dam je panu dziś wieczorem — przyrzekł Malko. Trzeba 

było Libańczyka czymś zachęcić. 
 

* * * Dochodziła dwudziesta pierwsza, a wciąż było jasno. 

Willa Gustava Meyera znajdowała się przy małej wiejskiej drodze, 
niedaleko wyjazdu z Overijse. Był to nieduży kwadratowy dom, 
otoczony ogrodem, wokół którego rozciągały się pola. 
 

Malko zaczął się niecierpliwić, czekając za kierownicą 

swego mercedesa. 
 

— Myśli pan, ze przyjedzie? - zapytał siedzącego obok 

Amina. 
 

Libańczyk spojrzał na zegarek i skinął głową. 

 

— Telefonowałem do jego żony, nie przedstawiając się. 

 

Powiedziała mi, że wraca na kolację. To dziwne, normalnie 

wychodzi z fabryki o dwudziestej i przyjeżdża po kwadransie. 
 

Może miał jakieś spotkanie. 

 

Malko przeczuł nagle, że Gustav Meyer jest w 

niebezpieczeństwie. 
 

— Czy on ma telefon w samochodzie? 

 

— Sądzę, że tak. 

 

Malko otworzył drzwi wozu. 

background image

 

— Chodźmy porozmawiać z żoną. Chciałbym go dopaść. 

 

Jest w tym coś nienormalnego. 

 

W ogrodzie stał pomarańczowy sportowy saab, parter domu 

był oświetlony. Mężczyźni weszli po schodach,   Malko nacisnął 
dzwonek. Po długiej chwili drzwi się otworzyły. Pani Meyer była 
podobna do Inkaski. Miała czarne włosy, związane z tyłu, kościstą 
twarz, złagodzoną zarysem ust, których zmysłowość zawdzięczała 
jakimś hiszpańskim przodkom. Miała zadziwiające bladozielone 
oczy, podkreślone czarną kreską. Jej wzrok mógłby zamrozić nawet 
Etnę. 
 

— Czego panowie sobie życzą? 

 

Wzorzysta dżersejowa suknia opinała jej prowokujące i 

pełne kształty. Amin Habbache uśmiechnął się rozbrajająco. 
 

— Dobry wieczór pani, to ja dzwoniłem, nazywam się Amin 

Habbache. Jesteśmy umówieni z pani mężem. 
 

Zielone oczy nie zmieniły wyrazu. 

 

— Mąż jeszcze nie wrócił. 

 

— Zapewne niedługo nadjedzie. Dzwoniłem do fabryki. 

 

Opuścił ją dobre pół godziny temu. Wie, że mamy 

przyjechać. 
 

Amin kłamał z godną podziwu pewnością siebie. Na 

pierwszy rzut oka widać było, że pani Meyer miała taką ochotę ich 
przyjąć, jak się powiesić. Jednak nalegający uśmiech Libańczyka 
położył kres jej wahaniom. — Proszę wejść, zadzwonię do niego do 
samochodu. 
 

Weszła przed nimi do luksusowo urządzonego małego 

salonu. W dużym meblu z czarnej laki, projektu Claude'a Dalle'a, 
mieściły się barek i telewizor. Dziełem tego samego autora był niski 
stolik o szklanym blacie, podtrzymywanym przez kły słonia; na 
stoliku było wiele fotografii: jej i męża. Na jednej z nich widniał 
Meyer na stanowisku strzelniczym, z pistoletem w dłoni. 
 

Pani domu podeszła do konsolety, na której stał telefon. 

 

Malko podziwiał jej sylwetkę. Była seksowną 

czterdziestoletnią kobietą o krągłych biodrach i zaznaczonej pupie, 

background image

poruszającą się zmysłowo. Wykręciła numer i czekała. 
Telefonowała z aparatu z wbudowanym głośnikiem, więc Amin i 
Malko słyszeli sygnał. W końcu ktoś podniósł słuchawkę i męski 
głos powiedział „halo”. W głosie tym słychać było takie napięcie, 
że Malko natychmiast wyczuł, iż coś tu nie gra. Połączenie nie było 
czyste. 
 

— Mówi Sandra, czy już wracasz? 

 

— Tak, dlaczego pytasz? 

 

Gustav Meyer robił wrażenie wyczerpanego. 

 

— Jacyś ludzie czekają na ciebie. 

 

Nastąpiła długa cisza, przerywana pogłosem. 

 

— Gustavie, słyszysz mnie? Gdzie jesteś? 

 

— Na autostradzie, właśnie z niej wyjeżdżam. 

 

Nagle umilkł, słychać było jakieś urywane słowa. Gustav 

rozmawiał z kimś. 
 

— Co mam im powiedzieć? naciskała Sandra. — To... 

 

Gustav Meyer przerwał jej głosem oszalałym ze strachu: — 

Nie chcę ich widzieć-! Nie chcę nikogo widzieć! 
 

Malko skoczył i wyrwał jej z rąk słuchawkę. — Panie 

Meyer, jestem przyjacielem Filipa Burtona, muszę koniecznie z 
panem porozmawiać. 
 

— Nie! Ja... 

 

Suchy trzask przerwał jego zdanie. Sekundę trwało, zanim 

Malko pojął, że był to wystrzał. Sandra Meyer usłyszała to również 
i zaczęła krzyczeć: — Gustavie! Gustavie! 
 

Jedyną odpowiedzią było pięć kolejnych wystrzałów. Malko 

czuł się sparaliżowany. Po chwili usłyszał przerywany sygnał 
odłożonej słuchawki. Twarz Sandry Meyer stała się kredowobiała. 
Wargi jej drżały, oczy były zamglone. Nagle kobieta wyskoczyła z 
pokoju do ogrodu. Wsiadła do odkrytego pomarańczowego saaba... 
 

Oni również przebiegli trawnik. W tym momencie saab 

mijał właśnie bramę. Malko wskoczył za kierownicę mercedesa. 
Prawie wgniótł pedał gazu, żeby nadążyć za pomarańczowym 
samochodem. Obydwa wozy pędziły z szybkością stu dwudziestu 

background image

kilometrów na godzinę po spokojnych wiejskich drogach Brabancji. 
Przejechali most nad autostradą Bruksela — Namur, zjechali po 
drugiej stronie. Pani Meyer skręciła w wąską drogę, równoległą do 
autostrady, prowadzącą do wjazdu na nią. 
 

Amin Habbache nagle powiedział: — Tam jest samochód 

Meyera. 
 

Szary mercedes stał zaparkowany poniżej, naprzeciw 

okrągłego trawnika, pokrytego kopczykami, z których wystawały 
zielone proporczyki z wizerunkami psów: był to cmentarz dla 
zwierząt. 
 

Sandra Meyer wyskoczyła z samochodu i podbiegła do 

mercedesa, którego lewe przednie drzwi były uchylone. Kobieta 
znieruchomiała. Kiedy Malko dołączył do niej, tkwiła wciąż w tej 
samej pozycji. Gustav Meyer siedział oparty o kierownicę, z szyi 
skapywały mu krople krwi, zaznaczając ślady na podłodze. Pocisk 
wyrwał mu połowę nosa. Pozostałe pociski trafiły go w kark. 
 

Sandra Meyer zaczęła histerycznie krzyczeć, dłońmi objęła 

skronie i kręciła się w kółko. Malko poczuł gęsią skórkę. Próbował 
odciągnąć kobietę od samochodu — bezskutecznie. 
 

Sandra wciąż krzyczała: — Zabili go! Zabili! 

 

Jej krzyk był nie do wytrzymania. Amin rozejrzał się 

wokoło, niespokojny. Po szosie jechały samochody, ich pasażerom 
ta scena mogła wydawać się małżeńską kłótnią. Gliny mogły w 
końcu nadjechać. Szukając jakiegoś śladu, Malko otworzył prawe 
drzwi. Ze skrytki wyjął automatycznego herstala. Odbezpieczył go i 
ujrzał połyskujący mosiądz naboju w lufie. Gustav Meyer znał 
swoich zabójców i nie obawiał się ich. Na siedzeniu obok leżał 
neseser. Malko otworzył go i szybko przeszukał. Nie było żadnego 
kalendarzyka. Przeszukał również kieszenie ofiary, ale niczego nie 
znalazł. Ktoś zrobił to wcześniej. Mordercy nie zostawili nic 
przypadkowi. 
 

— Amin pociągnął go za rękaw. 

 

— Niech pan idzie ze mną. 

 

Sandra Meyer przestała krzyczeć. Stała oparta o drzwi 

background image

samochodu, wzrok miała nieobecny. Wydawało się, że jest o całe 
wieki stąd. Malko starał się nakłonić ją do mówienia. 
 

— Pani Meyer, czy zna pani tych, którzy zamordowali pani 

męża? Oni popełnili już wiele zbrodni. Proszę nam pomóc ich 
odnaleźć. 
 

Pokręciła przecząco głową i powiedziała złamanym głosem: 

— Proszę odejść i nigdy więcej nie wracać. Trzydzieści sekund 
później mercedes wyjeżdżał na autostradę, kierując się do Brukseli. 
Amin Habbache, niewzruszony, międlił w zębach zapałkę. Malko 
odwrócił głowę w jego kierunku. 
 

— On wiedział, kim był Fox. Myśleli, że może będzie 

mówił. 
 

Libańczyk jednym ruchem złamał zapałkę. 

 

— Powinien pan to sobie odpuścić. Ci ludzie są tacy jak u 

nas. Potrafią „zamykać za sobą drzwi”. Ktoś ich chroni, inaczej nie 
mogliby działać w taki sposób. Pana również dopadną. 
 

Malko nic nie odpowiedział. CIA nieświadomie stworzyła 

jakieś monstrum. Należy je złapać za wszelką cenę. Przez całą 
drogę do centrum Brukseli nie zamienili ani słowa. Malko podwiózł 
Libańczyka na plac Sablon. 
 

Amin, uśmiechając się zimno i zwodniczo, powiedział: — 

Widzę, że nie ma pan zamiaru posłuchać moich rad. 
 

A więc kiedy ich pan odnajdzie, i będzie mnie potrzebował, 

pomogę panu, ale co się tyczy roboty dla glin, musi pan sobie radzić 
sam. Mnie to nie bawi. 
 

* * * George Hammond bezwiednie bawił się okularami. 

Szef komórki CIA opóźnił spotkanie z dowódcami NATO, aby 
spotkać się z Malkiem. Poranne gazety pisały jedynie o Gustavie 
Meyerze. Ta sprawa pogrążyła George'a w otchłani rozmyślań. 
 

— To musi być coś innego, niż sądziliśmy. Znam służby 

belgijskie. Oni nie są szaleńcami. Nie wdaliby się w taką serię 
zabójstw. Fox działa na własny rachunek. — W takim razie 
powinno nam się udać zidentyfikować go — podsumował Malko. 

background image

 

— Teoretycznie tak — rzekł Amerykanin — ale UB

11

 zależy 

od jednej osoby, która piastuje to stanowisko od dwudziestu lat. 
Nawet jeżeli ktoś od niej utworzył równoległą komórkę, nigdy nie 
wyrazi zgody na interwencję. W tej sprawie nic nie jest jasne. I 
jeszcze coś, co przekazała mi PJ

12

 dziś rano. 

 

Nie znaleziono nic poważnego przeciwko tym czworgu 

zamordowanych, nie licząc faktu, że prawdopodobnie należeli do 
ruchu KKW. Nie ma też żadnego śladu przygotowywania zamachu, 
z wyjątkiem materiałów wybuchowych znalezionych u małżeństwa 
księgarzy, ale i tam jest coś dziwnego. Nie były nawet 
rozpakowane. Pochodziły z przesyłki przeznaczonej dla Contras, a 
dostarczonej przez Meyera. 
 

— Zdaje się, że Meyer jest zadziwiającą blisko związany z 

mordercami rzekł Malko. — Te materiały wybuchowe musieli 
przynieść mordercy. Chcieli w ten sposób skompromitować 
zabitych. Meyera zlikwidowali, bo mógł doprowadzić do Foxa. 
Kiedy został wyeliminowany, jedynym tropem pozostała Sandra. 
Jestem pewien, że zna zabójców męża. 
 

— Ona nie ma w tym żadnego interesu, aby rozmawiać z 

nami zauważył Amerykanin. — Szczególnie teraz. Ale znam 
pewnego wolnego strzelca, który może nam pomóc. To dziennikarz 
z „Soir”, tutejszej dużej gazety codziennej. Ma dobre kontakty z 
glinami. Dam panu jego namiary. Nazywa się Eric Bontemps. — 
Naskrobał numer telefonu na kartce i podał ją Malkowi. — W 
dzienniku „Soir” prowadzi rubrykę zabójstw. 
 

Proszę do niego zadzwonić i powołać się na Freda; ma zbyt 

wiele linii telefonicznych, żeby były na podsłuchu. 
 

— Dziękuję — odparł Malko. — Jednakże pani Meyer jest 

sprawą pilniejszą. Jeśli ten Bontemps wiedziałby coś, to już by panu 
przekazał. 
 

* * * 
Jasne słońce oświetlało spokojne okolice Brabancji. Jadąc 

11  UB Urząd Bezpieczeństwa Państwa. 
12  PJ Police Judiciaire   policja kryminalna.

background image

samochodem, Malko przez ciekawość odtworzył trasę pomiędzy 
fabryką broni w Her stal a miejscem zamordowania Gustava 
Meyera. Składały się na nią mało uczęszczane drogi, na których 
były handlarz bronią spotkał swych morderców i nikt tego nie 
zauważył. 
 

Zwolnił przy wyjeździe z Overijse. 

 

Pomarańczowy saab z otwieranym dachem stał przed 

domem. Malko wjechał do ogrodu i zaparkował obok niego. 
 

Nie zdążył jeszcze wejść po schodach, kiedy otworzyły się 

gwałtownie drzwi, w których ukazała się Sandra Meyer. Bardziej 
niż kiedykolwiek przypominała niedostępną Inkaskę. 
 

Oczy miała zaczerwienione od płaczu, rysy twarzy 

ściągnięte, a wzrok wściekły. Zapytała lodowatym tonem: — Co 
pan tu robi? 
 

— Chcę z panią porozmawiać — odpowiedział Malko. — 

Wiem, że dla pani to trudne, ale... 
 

Kim pan jest? — przerwała mu. 

 

— Przyjacielem Filipa Burtona, który został zamordowany z 

tych samych powodów, co pani mąż. 
 

Sandra Meyer zmieszała się. 

 

— Co pan chce przez to powiedzieć? 

 

— To, że znał nazwisko człowieka, którego ja znam jako 

Foxa — odparł Malko. Sandra Meyer wpatrywała się w niego 
niewidzącym wzrokiem. 
 

— Nie wiem, o czym pan mówi. Proszę mnie zostawić w 

spokoju. 
 

Malko usłyszał zbliżający się samochód, odwrócił się. Na 

parking podjechał szary saab. Wysiadł z niego postawny 
mężczyzna, ubrany w skórzaną kurtkę. Przeciwsłoneczne okulary 
zakrywały mu oczy. Grube, czarne wąsy okalały jego górną wargę; 
wyglądał na policjanta. Reakcja Sandry Meyer zadziwiła Malka. 
Kobieta sprawiała wrażenie, jakby uderzył w nią piorun, krew 
odpłynęła jej z twarzy, prawie zaniemówiła. 
 

Ku wielkiemu zdumieniu Malka nieznajomy zbliżył się do 

background image

niej i czule pocałował ją w oba policzki, po czym szepnął coś do 
ucha. Kobieta zaczęła powracać do rzeczywistości, odwróciła się do 
Malka — Nie mam panu nic do powiedzenia. Proszę odejść. 
 

Jeżeli chce pan dowiedzieć się czegoś więcej, proszę 

zwrócić się do policji. 
 

Nieznajomy podjął temat: — Proszę zostawić panią Meyer 

w spokoju. Byłem kolegą Gustava. To, co się stało, jest straszne. 
Ona potrzebuje spokoju, a wy, dziennikarze, nie szanujecie niczego. 
 

Malko przyjrzał mu się. Mężczyzna zdjął okulary. Miał 

czerwoną twarz, zimne oczy i szerokie ramiona; biła z niego 
pewność siebie. Wszystko wskazywało na to, że był to człowiek, 
któremu nieobce jest życie. 
 

— Przykro mi — odparł Malko. — Nie jestem 

dziennikarzem, a jeden z moich przyjaciół również został 
zamordowany. Myślę, że w obu przypadkach byli to ci sami 
mordercy. 
 

Nieznajomy kiwnął głową. 

 

— Rozumiem pana, ale pani Meyer nie może panu pomóc. 

 

Jest w szoku. Trzeba to zostawić policji, w końcu dopadnie 

ich. Do widzenia. 
 

Wprowadził Sandrę do domu i szybko zamknął drzwi. 

 

Oprócz wywołania awantury Malko nie miał wielu 

możliwości. Wycofał się, zanotowawszy numer rejestracyjny 
nieznajomego: HRG 738. Tu ślad się urywał. 
 

Bolało go całe ciało. To przypomniało mu, że wciąż był 

narażony na niebezpieczeństwo. Mordercy wiedzieli już, że żyje, 
ale nie wiedzieli, czy może ich rozpoznać. Dobrze, że powstrzymał 
się przed podaniem rysopisów żandarmom. Pozostał mu jedynie 
wolny strzelec CIA. 
 

* * * 
— Chciałbym rozmawiać z Erikiem Bontempsem. 

 

— To ja, kto mówi? — usłyszał zniecierpliwiony głos. 

 

— Przyjaciel Freda. 

 

Minęła chwila, po której dziennikarz odezwał się cieplej. 

background image

 

— Ach tak, Fred mówił mi o panu. Możemy wypić aperitif 

w barze na tyłach redakcji, bar nazywa się „Danish Tavern”, mieści 
się na ulicy Congres. Powiedzmy, za pół godziny. 
 

— Wspaniale — odparł Malko. 

 

Zaprzyjaźniony z CIA dziennikarz niewątpliwie będzie mógł 

dostarczyć nazwisko właściciela szarego saaba. Malko nie chciał 
teraz niczego zaniedbać, zbrodnicze otoczenie handlarza bronią 
było a priori podejrzane. 
 

Przypomniał mu się obraz ponętnej Cristel. Pewnie dała się 

przelecieć również Amerykaninowi. Może ona mogłaby dostarczyć 
jakichś informacji? 
 

 Wsiadł do swojego mercedesa. Z trudem poruszał się w 

labiryncie jednokierunkowych uliczek centrum Brukseli. W końcu 
odnalazł „Danish Tavern” o zachwycającej błękitnej fasadzie. Sala 
była zadymiona, stały w niej drewniane stoliki i szafa grająca, a za 
kontuarem urzędowała postawna Flamandka. 
 

— Szukam Erica Bontempsa. 

 

— Jestem tutaj — usłyszał za sobą głos. 

 

Wolny strzelec CIA był podobny do hipisa. Miał długie 

włosy, powyciągane ubranie i przekrzywione okulary. W ręku 
trzymał ogromny pakiet gazet i rękopisów. Jego twarz usiana była 
krostami, w ustach miał peta gauloise'a. Usiadł ciężko na krześle i 
zawołał kelnerkę. 
 

— Proszę stek amerykański i piwo. 

 

Malko zadowoli! się mocno osłodzoną kawą, cukier 

dodawał mu energii. Dziennikarz zapytał cicho: — Pracuje pan nad 
sprawą Meyera? I nad zabójstwami lewicowców również? 
 

— Tak, ma pan jakieś informacje? 

 

Dziennikarz potrząsnął rozczochraną czupryną, wchodzącą 

mu w oczy. 
 

— Niezupełnie... gliny i urzędasy krążą po omacku. 

Królewski prokurator powiedział mi, że to coś niejasnego. Oni 
poruszają się jak baletnica na czubkach palców. W Belgii nie 
jesteśmy przyzwyczajeni do tak zwyrodniałych zabójstw, w 

background image

dodatku bez powodu. Ci zabici lewicowcy to małe pionki, biedni 
intelektualiści. Nie byliby zdolni do podkładania bomb. 
 

Gliny o tym wiedzą i nie pojmują, dlaczego ich zabito. 

 

— A co pan o tym myśli? 

 

Podano tatara na grzankach i dziennikarz zaczął opychać się 

mięsem. 
 

 — Nie wiem, doprawdy — powiedział. — Wkrótce 

odbędzie się proces KKW. Może ci ludzie wiedzieli coś i 
zlikwidowano ich, aby nie mogli mówić? 
 

— A zabójcy, czyżby byli niedobitkami z KKW? 

 

— To całkowita tajemnica. Jedno jest pewne: może są 

szaleńcami, lecz nie kretynami. Ich obydwie operacje były świetnie 
przeprowadzone. Oni jakby czerpią przyjemność z samego 
zabijania. 
 

— Ja również ich widziałem — rzekł Malko. — Odniosłem 

wrażenie, że to byli komandosi. 
 

— Tak — odparł dziennikarz w zamyśleniu. — To mi 

przypomina ludzi z WNP. Tego samego rodzaju wariaci. 
 

Malko nadstawił ucha. 

 

— Co to jest WNP? 

 

— Westland New Post — grupa skrajnej prawicy, która 

została rozwiązana, a jej założyciel popełnił samobójstwo. To był 
narwaniec. Jednak w Belgii z powodu Leona Degrelle'a, szefa 
nazistów, jest jeszcze wielu neonazistów. Oni również palili się do 
zamachów, ale do tego nie doszło. Mieli sympatyków w policji, 
bezpiece, żandarmerii. Tak więc śledztwo nigdy daleko nie zaszło... 
 

— Czy słyszał pan o agencie służby bezpieczeństwa, 

którego pseudonim brzmi „Fox”? — zapytał Malko. 
 

Jego rozmówca pokręcił głową. 

 

— Nie, dlaczego? 

 

— To mógł być człowiek, który kierował mordercami — 

wyjaśnił Malko. George Hammond nie upoważnił go do ujawnienia 
kradzieży broni przeznaczonej dla Contras. 
 

Ręka Erica, trzymająca widelec, zawisła w powietrzu. 

background image

 

— Nie, nic mi to nie mówi, ale czy to nie ten facet z 

bezpieki, który cztery lata temu przeniknął bez rozkazu do 
szeregów WNP? 
 

— Czy znane jest jego nazwisko? 

 

— Nie, tylko pseudonim — „Pułkownik”. 

 

Malko zanotował to w pamięci. W jego głowie zaczynały się 

łączyć poszczególne elementy układanki, chociaż brakowało 
jeszcze wielu fragmentów. Fox stanowił centrum wszystkiego, ale 
motywy jego działania nie były jasne. 
 

— Czy może pan odnaleźć właściciela samochodu, którego 

numer rejestracyjny panu dałem? — zapytał Malko. 
 

Eric uśmiechnął się porozumiewawczo. 

 

— Będzie mnie to kosztowało jedno piwo, może dwa. 

 

Dam odpowiedź dziś wieczór, odpowiada to panu? 

Spotkajmy się tutaj o dwudziestej, dobrze? 
 

— Wspaniale — zgodził się Malko. 

 

* * * 
Człowiek, nazywany przez niektórych Foxem, palił w 

zadumie papierosa i przez taflę kuloodpornego szkła obserwował 
drzewa na skwerze Meeus. Znajdował się w swoim biurze. Już od 
dawna wyzbył się wszelkich emocji, igrał z ludźmi tak, jakby 
przestawiał pionki na szachownicy. Przewidział reakcję CIA i 
ubiegł ją. Teraz czuł się w miarę spokojny, za kilka godzin zniknie 
ostatni ślad, mogący doprowadzić do niego. Potem nastąpi jeszcze 
jedna akcja i cała operacja zostanie zakończona. Miał dość 
przewagi nad ścigającymi, aby nikt nie zdążył nic powiedzieć. 
 

Zadzwonił telefon. To zdarzało się niezmiernie rzadko. 

 

Oczywiście wszystkie połączenia były nagrywane. — Halo? 

 

Dobrze znany głos zakomunikował spokojnie: — Wszystko 

w porządku. Jutro rano o szóstej. 
 

— Wspaniale — pochwalił Fox. 

 

Odłożył słuchawkę. Jak zawsze, realizował swoje plany bez 

przeszkód. Spokojnie zgarnął kilka dokumentów i zamknął w 
neseserze na zamek szyfrowy, następnie skierował się do windy. Na 

background image

podziemnym parkingu odnalazł swój samochód. O dwudziestej 
wybierał się na koncert, a musiał się jeszcze przebrać. 
 

* * * 
Eric Bontemps pracował właśnie nad korektą artykułu o 

wyścigach, kiedy do baru wszedł Malko. 
 

— Mam dla pana informacje. Tylko jest w nich coś 

dziwnego. Pański saab należy do pewnego handlarza z Nivelles, ale 
musiał się pan pomylić co do numeru. 
 

— Dlaczego? — zapytał zdziwiony Malko. 

 

— Dlatego, że samochód miał poważny wypadek i od 

piętnastu dni znajduje się w warsztacie. Telefonowałem do 
właściciela pod jakimś pretekstem, żeby sprawdzić, czy go nie 
sprzedał. Był zdumiony. 
 

— Nie pomyliłem się — zapewnił Malko. 

 

Dziennikarz pokręcił głową. 

 

— W takim razie jest coś innego. Saab w tym samym 

kolorze został skradziony miesiąc temu z salonu sprzedaży w 
Waterloo. Mogli założyć tablice rejestracyjne z numerami tego 
drugiego... — Spojrzał na zegar. — Muszę wracać, zamykamy 
skład. Czy te informacje panu wystarczą? 
 

— Dziękuję, będę kontynuował moje śledztwo. To, co mi 

pan powiedział, jest bardzo cenne. 
 

Wyszli z baru razem. Zrezygnowany Malko wsiadł do 

mercedesa. A więc gość Sandry Meyer prowadził samochód z 
fałszywymi tablicami rejestracyjnymi. Dziwne. George Hammond 
będzie uszczęśliwiony, gdy się o tym dowie. 
 

* * * 
Nie musiał szukać kontaktu z szefem komórki CIA. W 

hotelu Metropol czekała na niego pilna wiadomość. Miał spotkać 
się z George'em w kawiarni hotelowej. 
 

Amerykanin bębnił palcami po stole, siedząc przed pustym 

kuflem, był załamany. 
 

— Mam dwie wiadomości —- zaanonsował. — Po 

pierwsze, ludzie z Langley są wściekli. W NATO krążą plotki, 

background image

jakoby za tymi morderstwami stała CIA z powodu wyrównywania 
rachunków. Nie możemy ustalić, skąd się one wzięły. 
 

— A po drugie? 

 

— Sandra Meyer zniknie jutro rano. Wsiada w pierwszy 

samolot Air France odlatujący o godzinie siódmej piętnaście do 
Paryża, a następnie w concorde'a lecącego do Nowego Jorku, z 
przesiadką w Meksyku. Nie czeka nawet na pogrzeb męża. 
Dostałem tę informację od naszego pośrednika z lotniskiem 
Zaventem. Chyba naprawdę się boi. 
 

— Myślę, że wiem, dlaczego. Ja również mam informacje... 

 

Opowiedział Hammondowi o sprawie tablic rejestracyjnych 

saaba. George wysłuchał go w zamyśleniu. 
 

— Jeszcze jedna ciekawostka. Jeżeli Sandra wyjedzie, nie 

pomoże nam tego rozwikłać. Mam wrażenie, że nigdy nie 
dopadniemy tych morderców. Środowisko ultraprawicowców jest 
hermetyczne, a bezpieka jeszcze bardziej. 
 

— Spróbuję popertraktować po raz ostatni z Sandrą — 

zaproponował Malko. — W jaki sposób? 
 

— Pojadę się z nią spotkać. Jeżeli jutro wyjeżdża, może 

odważy się mówić. 
 

— Uważaj na siebie, czy masz chociaż broń? 

 

— Broń? Nie, ale mam goryla. 

 

— Tego porąbanego Libańczyka? 

 

— Czy mam inny wybór? 

 

Amerykanin westchnął, zawiedziony. 

 

— Dobra. To istny koszmar. Jeżeli dowiesz się czegoś, 

zadzwoń do mnie bez względu na porę. 
 

* * * 
Amin Habbache wyjął ze skrytki swój nowy pistolet sieg i 

położył go na kolanach. 
 

— Idziemy! 

 

Mercedes stał zaparkowany niedaleko domu zmarłego 

Meyera. Okolica była wyludniona i ciemna. Sprawiała wrażenie, 
jakby setki kilometrów dzieliły ją od Brukseli. Jedno było pewne: 

background image

nie byli śledzeni ani przez żandarmerię, ani przez tajemniczych 
przeciwników. Malko otworzył drzwi samochodu, wysiadł i zaczął 
zbliżać się do willi, idąc po trawiastym poboczu drogi. Zatrzymał 
się, obserwując dom. Pomarańczowy saab stał wciąż na parkingu. 
Na parterze domu paliło się światło. Malko otworzył furtkę, 
przeciął ogród i pokonawszy schody, zadzwonił do drzwi. 
Trzykrotnie nacisnął dzwonek — bez odpowiedzi. Nagle usłyszał 
za sobą kobiecy głos: — Proszę się nie ruszać! 
 

Odwrócił się i dostrzegł sylwetkę z wycelowanym w niego 

karabinem, który wydał mu się ogromny. Kobieta odsunęła się na 
bok i weszła w pas światła latarni na ganku. Malko rozpoznał 
Sandrę. Rysy miała twarde, oczy zapadnięte. Poznała go i usta jej 
wykrzywiły się w jadowitym uśmiechu. 
 

— Świnia! To przez pana zginął Gustav. 

 

Mówiąc to, nacisnęła spust karabinu, prawie przytkniętego 

do jego głowy. 
 

W momencie kiedy Sandra naciskała cyngiel, Malko 

skoczył, jak gracz w rugby, z wyprostowanymi ramio   nami i 
napiętymi wszystkimi mięśniami. Ogłuszająca detonacja karabinu 
zahuczała mu w bębenkach, gorący strumień powietrza smagnął 
jego plecy i kark. Padł brutalnie na ziemię. Dłonie zamknął na 
kostkach nóg młodej kobiety. 
 

Szarpnęła się gwałtownie i udało się jej oswobodzić prawą 

nogę, lecz Malko trzymał lewą w żelaznym uścisku. 
 

Kiedy Sandra Meyer po raz drugi zaczęła naciskać spust, 

Malko ze wszystkich sił pociągnął ją do siebie. Pozbawiona 
równowagi, upadła do tyłu, a strzał, który miał rozwalić jego głowę, 
roztrzaskał część drzwi. Obydwie detonacje zabrzmiały w mrocznej 
ciszy jak grzmoty. Malko puścił kostkę Sandry i rzucił się na 
kobietę, zanim się podniosła. Zaczęła się bezładna walka, w końcu 
udało mu się odebrać broń. 
 

Sandra krzyczała i wyrywała się. Malko usłyszał kroki na 

żwirze. Kobieta krzyknęła po raz ostatni i nagle zamilkła. 
 

Obejrzał się. Amin Habbache przyciskał właśnie lufę sięga 

background image

do karku kobiety. Spokojnie patrzył na Malka. 
 

— Damy jej kulkę? 

 

— Nie! 

 

Nie mógł powstrzymać się od krzyku, czując, że Libańczyk 

gotów jest ją zabić. Amin odsunął pistolet, a Malko wziął Sandrę za 
ramiona i odsunął od Libańczyka. Pociągnął ją za sobą do domu. 
Włożył rękę w otwór drzwi, rozwalonych pociskiem, otworzył je i 
popchnął kobietę do środka. Sandra łkała konwulsyjnie. Malko 
odwrócił się do Amina. 
 

— Będziesz pilnował na zewnątrz. 

 

W korytarzu obok torby podróżnej stała duża waliza. Sandra 

Meyer opadła na krzesło, oparła głowę na dłoniach. Malko stanął 
naprzeciw niej. 
 

— Teraz powie mi pani prawdę. 

 

— Proszę wyjść — powiedziała zmęczonym głosem — 

złamał mi pan życie. śałuję, że pana nie zabiłam. 
 

Nagle wyprostowała się, jej zielone oczy błyszczały z 

wściekłości. Długą chwilę patrzyli na siebie. Przypominała mu 
panterę, gotową rozerwać na strzępy swą ofiarę. Mięśnie szyi miała 
napięte jak struny. 
 

— Chcę znać prawdę — powtórzył Malko. 

 

Miał wrażenie, że skoczy mu do gardła. Nagle wyraz jej 

twarzy zmienił się, złagodniał, ramiona opadły, broda zaczęła 
drgać. 
 

— Proszę mi wybaczyć, że do pana strzelałam — 

wybełkotała. — Nie czuję się dobrze. To, co się wydarzyło, jest tak 
straszne. 
 

Wybuchnęła gwałtownym płaczem i rzuciła się w ramiona 

Malka. Zawsze kiedy unikał śmierci o włos, odczuwał gwałtowną 
potrzebę kochania się. Kontakt z kształtnym ciałem Sandry Meyer 
podniecił go natychmiast. 
 

— Chciałabym się położyć — wyszeptała, jakby niczego nie 

poczuła. 
 

Objął ją ramieniem, a ona pociągnęła go do pokoju. Malko 

background image

nie wiedział, jak to się stało, że znaleźli się, spleceni ramionami, na 
ogromnym łożu Tiffany'ego, pokrytym czystym jedwabiem. Gorące 
usta wpiły się w jego wargi, biodra przywarły do niego. Sandra 
Meyer oddawała mu się bez żenady. Przez dżersej sukni dotknął jej 
piersi — zajęczała, nie wiedział: z bólu czy z rozkoszy? Odczuwał 
trochę sadystyczne zadowolenie, kiedy zachowywał się jak 
grubianin wobec tej samicy, która właśnie próbowała go zabić. 
Ocierała się o niego z mieszaniną gwałtowności i 
podporządkowania, suknia jej uniosła się, ukazując długie, czarne 
pończochy. Zerwał nylonowy trójkąt chroniący łono Sandry i 
popchnął ją na łóżko, z suknią uniesioną aż do bioder. Zielone oczy 
wydawały się go nie dostrzegać. Krzyżując ramiona na piersiach, 
nie przeszkadzała mu. Wszedł w nią jednym mocnym pchnięciem, 
nie pieszcząc jej nawet. Skręciła się pod ciałem Malka i wyprężyła 
prawe ramię, strącając nocną lampkę. Jej ręka zniknęła w otwartej 
szufladzie i wyskoczyła jak sprężyna, uzbrojona w duży browning. 
 

Malko zdążył chwycić ją za nadgarstek. Z wściekłością 

uderzył nim o brzeg nocnego stolika, aż Sandra z krzykiem 
wypuściła broń. 
 

Zadyszany spojrzał na nią. 

 

— Jesteś jak wściekłe zwierzę! 

 

Szerokie usta wykrzywiły się w nienawistnym grymasie. 

 

Malko wciąż w niej tkwił, ale jakby tego nie dostrzegała. 

Nagle przestała się wyrywać. 
 

— Możesz mnie pieprzyć do woli — odezwała się 

opanowanym głosem. — Korzystaj z tego, ponieważ oni cię zabiją. 
 

Malko wahał się chwilę, po czym bardzo wolno zaczął ją 

przewiercać okrężnymi pchnięciami, jakby chciał ją jeszcze 
bardziej otworzyć. Oddawała mu się beznamiętnie. Poczuł, że w 
rzeczywistości nie była obojętna. Pomyślał sobie, że skoro tak 
daleko zabrnął, mógłby pełniej wykorzystać kobietę, która 
dwukrotnie w ciągu pół godziny usiłowała go zabić. Wyszedł z niej 
i odwrócił ją na brzuch. Sandra nie miała nawet czasu zareagować. 
Krótko walcząc, krzyknęła „świnia”, ale nie mogła mu 

background image

przeszkadzać w sforsowaniu jej lędźwi. Ciało kobiety wygięło się 
pod nim, jakby ona chciała go odrzucić, lecz Malko powoli gwałcił 
ją zachłannie, aż fala rozkoszy wyrwała mu okrzyk i wybuchnął w 
niej. 
 

Trochę później jego wściekłość opadła. Wstydząc się trochę, 

pozwolił Sandrze uciec od siebie. Stała obok łóżka i patrzyła na 
niego lodowatym wzrokiem. 
 

— Dostał pan, czego chciał, teraz proszę odejść. 

 

Malko podniósł się. Spotkanie przyjęło obrót, jakiego się nie 

spodziewał. Zaciągnęła go do pokoju jedynie po to, aby go zabić. 
 

— Wie pani, kto zamordował pani męża. Dlaczego nic pani 

nie mówi? 
 

Sandra nie odpowiedziała, wycierając sobie chusteczką 

rozmazany makijaż. 
 

— Czy pani boi się tego człowieka, którego spotkałem u 

pani? — naciskał Malko. 
 

Niewidoczny skurcz przeszedł jej po twarzy, w końcu 

powiedziała: — Jest pan idiotą. To był najlepszy przyjaciel mego 
męża. 
 

Przyszedł mnie pocieszyć. 

 

Malko kuł żelazo, póki gorące. 

 

— To ciekawe, prowadził skradziony samochód, w dodatku 

z fałszywymi tablicami rejestracyjnymi. 
 

Tym razem wdowa zniecierpliwiła się. 

 

— Z pewnością nie. On... 

 

Przerwała nagle, po czym dodała zmęczonym głosem: — 

Jest pan winien śmierci mojego męża, zgwałcił mnie pan, czego pan 
jeszcze chce? śebym i ja zarobiła kulkę? To było prawie wyznanie. 
Przez chwilę mierzyli się wzrokiem, w końcu Malko ją poprawił: 
— Tak naprawdę nie zgwałciłem pani. Na początku wydawało mi 
się, że ma pani na to ochotę. 
 

Wzruszyła ramionami. 

 

— Nieważne, nie wiem, co robię. Jestem pod wpływem 

środków uspokajających. Teraz proszę mnie więcej nie męczyć. Nic 

background image

panu nie powiem. 
 

— Proszę posłuchać, za kilka godzin będzie pani o tysiące 

kilometrów stąd. Jeżeli pani ze mną porozmawia, nikt się nie dowie, 
a pani będzie już bezpieczna. Dotychczas zostało zamordowanych 
siedem osób, bez widocznego powodu, a ja sam ledwo uszedłem z 
życiem. Czy pani nie chce, żeby ta masakra się skończyła? 
 

Sandra, rozczarowana, wytarła oczy. 

 

— To nie mój problem. Niech pan to zostawi. Proszę 

opuścić Belgię, inaczej zabiją pana. Nie może pan nic zrobić 
przeciwko ludziom odpowiedzialnym za tę sprawę. 
 

— Czy pani ich zna? 

 

Odwróciła się nie odpowiadając. 

 

Chciał już zrezygnować, kiedy zauważył oprawione zdjęcie 

stojące na toaletce. Zbliżył się i wziął je do ręki. W tym momencie 
Sandra skoczyła jak tygrysica i wyrwała mu fotografię z rąk. Malko 
zdążył zauważyć, że widniał na niej człowiek, którego poznał, i 
Meyerowie, ujęci przed wiejskim zajazdem o nazwie „Zajazd 
Templariuszy”. 
 

Sandra zmierzyła go wściekłym z nienawiści wzrokiem. 

 

— Proszę wyjść! 

 

Dlaczego z taką gwałtownością wyrwała mu fotografię na 

pierwszy rzut oka tak niewinną? Malko czuł, że więcej nic z niej nie 
wyciągnie, wyglądała na zbyt przerażoną. Ci, których kryła, byli 
potężni i dobrze zorganizowani. Z furią wypchnęła go z pokoju. 
Szła za nim korytarzem i zamknęła drzwi na podwójny zamek. 
Ogarnął wzrokiem ciemny ogród. Natychmiast obok pojawił się 
Amin. 
 

— Skończył pan? 

 

— Tak, wracamy. 

 

Libańczyk nie skomentował tego. 

 

— Znasz miejsce, które nazywa się „Zajazd Templariuszy”? 

— zapytał Malko, kiedy wyjechali na autostradę. 
 

Amin pokręcił przecząco głową. 

 

— Nie, a dlaczego? 

background image

 

— Tak sobie. 

 

To był jedyny ślad, jaki mu został. I jeszcze ten tajemniczy 

kierowca skradzionego szarego saaba. 
 

* * * 
Bruksela była spowita gęstą mgłą. Malko zaparkował 

samochód na ulicy Royale i poszedł na piechotę do „Danish 
Tavern”. Godzinę wcześniej zadzwonił, ot tak sobie, do willi 
Sandry Meyer, telefon nie odpowiadał. Wdowa wsiadła do 
samolotu lecącego do Meksyku i zabrała ze sobą swoją tajemnicę. 
Malko musiał dopasować jedynie kilka elementów, aby odnaleźć 
ślad morderców oraz broń należącą do CIA. Pierwszy element to 
lekko utykający olbrzym, który chciał go zabić. 
 

Belgia jest krajem liczącym dziesięć milionów ludzi, jak go 

odnaleźć? Kolejny element to człowiek zauważony u Sandry, ów 
kierowca saaba z fałszywymi tablicami rejestracyjnymi. 
 

Niestety, kobieta zniknęła, a Malko w pojedynkę musiałby 

długo szukać, to było zbyt trudne. Pozostał samochód, lecz jak go 
odnaleźć bez pomocy służb belgijskich? Następnie Fox — 
człowiek, którego imienia nawet nie znał. Był chroniony przez 
służbę bezpieczeństwa. Ci, którzy go znali, nie żyli. Sprawa została 
całkowicie i niepokojąco zablokowana przez bezdusznego 
zawodowca, który nie wahał się zlikwidować wszystkich 
świadków. Misję Malka jeszcze bardziej komplikował brak motywu 
tych zabójstw. Na pierwszy rzut oka ofiary nie były znaczącymi 
terrorystami. Dlaczego dokonano aż takiej manipulacji, by potem 
zabić je z wielkim okrucieństwem? 
 

Ucieczka Sandry Meyer dowodziła, że ta kobieta umierała 

wprost ze strachu. Dlaczego więc nie zwróciła się z prośbą o 
ochronę do policji? 
 

Pozostawało jeszcze zdjęcie, które wyrwała mu z rąk. Jakie 

ono miało znaczenie? 
 

Pchnął drzwi kawiarni, nie znalazłszy odpowiedzi na te 

wszystkie pytania. Eric Bontemps czytał, mając oczy zakryte 
włosami. Malko usiadł obok niego na zniszczonej drewnianej 

background image

ławce. 
 

— Sandra Meyer wyleciała dziś rano — oznajmił Malko. 

 

— Wiem o tym — potwierdził dziennikarz. — Poleciała 

samolotem Air France. O mało co nie dostałaby miejsca. Loty są 
obłożone z powodu taryf młodzieżowych; to kosztuje tylko trochę 
drożej niż bilet kolejowy, a obsługa obejmuje całą Europę. 
Ciekawe, nie? Jej mąż jest jeszcze ciepły... 
 

— Znała jego zabójców, prawie mi to powiedziała — 

przerwał Malko. 
 

Dziennikarz wzruszył ramionami. 

 

— Wszystko dzieje się w zamkniętym środowisku ludzi 

zajmujących się bronią i jej przerzutem. Rozmawiałem z glinami, są 
o tym święcie przekonani. A propos, mam nowiny w sprawie 
szarego saaba skradzionego w salonie Waterloo. 
 

— Jakie? 

 

— Samochód został odnaleziony nad ranem przez patrol 

żandarmerii w lesie Soignes, na południe od Brukseli. Spalił się 
całkowicie, żadnych śladów. Dziwny zbieg okoliczności, prawda? 
 

Nadal wszystko szło jak po grudzie. 

 

Malko opisał domniemanego kierowcę, a dziennikarz 

przyrzekł mu poszukać, z pomocą glin, przyjaciół Gustava Meyera, 
lecz obiecał to bez większej wiary w sukces. Dysponował tylko 
dość pospolitym rysopisem, pozostawała jednak jakaś minimalna 
nadzieja. 
 

— Czy mówi panu coś nazwa „Zajazd Templariuszy”? 

 

— Tak, to bardzo przyjemne miejsce, za zamkiem Beersel. 

 

Wielu brukselczyków jeździ tam na weekendy. Dlaczego 

pan pyta? 
 

Malko opowiedział mu historię zdjęcia. Eric zdumiał się. 

 

— Dziwne, że zareagowała w taki sposób, tam nie ma nic 

ciekawego. Do zajazdu często jeżdżą kochankowie, zanim udadzą 
się do jakiegoś spokojnego motelu. 
 

Malko spojrzał na zegarek. 

 

— Czy możemy tam pojechać na obiad? 

background image

 

* * * 
Wnętrze przypominało zajazd angielski: okna zrobione 

jakby z małych witraży, połączonych ołowianą ramką, blisko 
schodów zbroja, na suficie drewniane belki, meble podrabiane na 
stare. W środku znajdowało się dosyć dużo ludzi, w szczególności 
bardziej lub mniej flirtujące pary. Było to cudownie spokojne 
miejsce. Malko zastanawiał się, dlaczego wdowa po Gustavie 
Meyerze wyrwała mu to niewinne zdjęcie. 
 

Eric Bontemps jadł jak szalony, korzystając z darmowej 

butelki szampana, ofiarowanej przez Malka. Dochodziła piętnasta, 
byli ostatnimi klientami. Czekano jedynie, aby zapłacili rachunek. 
Kelnerzy zaczęli porządkować stoły. Z kuchni wyszedł postawny, 
łysy mężczyzna i zaczął układać czyste sztućce. Eric Bontemps 
przypatrywał mu się uważnie. 
 

— Ciekawe — powiedział cicho — zastanawiałem się, co 

się z nim stało. 
 

— Z tym łysym? — zapytał Malko. 

 

— Tak, nazywał się Walter Peeters. Robiłem z nim wywiad 

dawno temu, w czasach WNP. Należał do nich i to on znalazł ciało 
ich przywódcy, który powiesił się w piwnicy. To były członek 
sekcji SS Leona Degrelle'a. Wtedy był bardzo młody. Nadal 
odwiedza środowisko skrajnej prawicy. Respektują go z powodu 
jego przeszłości i znajdują mu małe robótki. 
 

Przed dwoma laty zniknął z horyzontu. 

 

Łysy zbliżył się do nich. Eric Bontemps uśmiechnął się do 

niego i zagadnął: — Cześć Walterze, pracujesz w restauracji? 
 

Walter Peeters zatrzymał się, poznał dziennikarza i 

uśmiechnął się szeroko. 
 

— Pan Bontemps! Co pan tu robi? 

 

— Nic specjalnego, jem lunch z moim przyjacielem, a ty? 

 

Walter Peeters uśmiechnął się zakłopotany, ukazując mało 

pociągające pniaki zębów. 
 

— Pomagam trochę i stróżuję. Mam pokój na górze, 

uspokoiłem się. 

background image

 

— Już nie strzelasz? 

 

— Nie, nie, to skończone. 

 

Przestępował z nogi na nogę, niezdecydowany, jego wzrok 

kierował się cały czas na Malka, którego Eric nie przedstawił. 
 

Bontemps zrobił to teraz. 

 

— Oto Malko Linge, kolega po fachu i przyjaciel z Niemiec. 

To kraj, który bardzo lubisz, prawda? Czy mówisz jeszcze po 
niemiecku? 
 

— Jawohl — dumnie potwierdził Walter Peeters. 

 

 Malko wykorzystał sytuację. 

 

— Gdzie nauczył się pan niemieckiego?—zapytał w tym 

języku. 
 

Stróż uśmiechnął się z zakłopotaniem. 

 

— To stare dzieje. Pan Bontemps opowie panu moją 

historię. Teraz muszę dokończyć pracę. 
 

— Napij się z nami kieliszek—zaproponował dziennikarz. 

 

— Nie tutaj — odmówił były esesman z przerażeniem. 

 

— Więc gdzie? Ciągle chadzasz do „Bachusa”? 

 

— No wiecie, ale ma pan pamięć! Tak, od czasu do czasu 

tam chodzę. Ale nie ma już wielu kumpli... 
 

— Czy chcesz napić się tam drinka wieczorem? Postawię ci 

jeden „Nagły zgon”. 
 

— Postaram się przyjechać, jeśli mi samochód zapali. 

 

Mężczyźni zapłacili rachunek i uścisnąwszy Peetersowi 

rękę, wyszli z zajazdu. 
 

— Myśli pan, że on coś wie? — zapytał Malko. 

 

— Zna wielu ludzi spośród członków Practical Shooting 

Club, do którego należał Gustav Meyer. To miejsce jest najeżone 
członkami WNP — wyjaśnił Eric Bontemps. — Kiedy Walter 
wypije dosyć piwa, rozwiązuje mu się język. 
 

Dał mi w czasach WNP cenne namiary. W każdym razie nie 

będzie nas to drogo kosztowało. 
 

* * * 
Młody, atletycznie zbudowany chłopak, ostrzyżony na jeża, 

background image

bawił się swastyką zawieszoną na piersiach i rozmawiał grzecznie z 
kelnerką o jasnozłotych włosach. „Bachus” mieścił się na końcu 
uliczki Saint Michel. Był zadymiony i gwarny, wokół baru cisnęło 
się tyle samo ludzi, co przy stolikach. 
 

Malko i Eric z trudem znaleźli wolne miejsca. Bar mieścił 

się we wschodniej dzielnicy Brukseli, obok ronda Schumana i 
budynków Wspólnoty Europejskiej. W lokalu przebywali sami 
mężczyźni, raczej młodzi, ruchliwi, pogrążeni w ożywionych 
dyskusjach. Malko pochylił się do ucha Erica. 
 

— Ciekawe miejsce. 

 

— Zawsze przychodzili tutaj ultraprawicowcy, ci z WNP i 

flamandzcy naziści z VMO. Niech pan spojrzy na tamtych. 
 

Przy sąsiednim stoliku, pogrążeni w tajemniczej rozmowie, 

toczonej przyciszonym głosem, dwaj młodzi ludzie bez 
skrępowania demonstrowali nazistowskie insygnia, naszyte na 
kurtkach. Ściany baru były pokryte plakatami wojskowymi i 
zdjęciami z czasów wojny. Za kontuarem wisiała duża fotografia 
właściciela — był to chudzielec o białej, zwiotczałej skórze i 
opadających wąsach, w dłoni trzymał pistolet i stał na stanowisku 
strzelniczym. 
 

— Myśli pan, że przyjdzie? 

 

Eric uśmiechnął się. 

 

— Walter jeszcze nigdy nie odmówił piwa. Inna sprawa, co 

nam powie. 
 

Kilka minut później były esesman wszedł do „Bachusa”. 

 

Uścisnął kilka dłoni, przyjął szklaneczkę w barze oraz 

gratulacje od młodych ludzi, których w 1945 roku nie było jeszcze 
na świecie. W końcu dotarł do stolika Malka i Erica. 
 

— Jeden „Nagły zgon” — krzyknęła kelnerka. Dobrze znała 

jego zwyczaje. 
 

Grubas pogładził łysą głowę. Czuł się niepewnie, często 

zerkał na drzwi wejściowe. 
 

— Opowiedz mi o sobie — poprosił Bontemps. — Wciąż 

widujesz swoich starych kumpli? 

background image

 

— Prawie nie — odparł Walter. 

 

Kelnerka przyniosła mu drinka. Wypił go jednym haustem. 

Dyskretnym gestem Eric kazał ponownie napełnić szklaneczkę. 
Rozmawiali o banałach. Malko zastanawiał się, jaki związek istniał 
pomiędzy tym biedakiem a mordercami. 
 

Prawdziwych zabójców, takich jak olbrzym, nie znajduje się 

w barze, pełnym nostalgicznych zwolenników Trzeciej Rzeszy. Eric 
Bontemps taktownie kontynuował przepytywanie. 
 

— Czy znałeś niejakiego Gustava Meyera, który został 

zamordowany? To facet z fabryki broni. 
 

— Meyer? Widziałem go kilka razy w zajeździe. 

 

— A Amerykanin, ten z Colruyt? 

 

Walter Peeters zawahał się chwilę. 

 

— Niewiele mogę powiedzieć, ale wydaje mi się, że 

widziałem go również w Etterbeek. Dużo strzelał i miał zawsze 
piękną broń. Nadziany gość. 
 

— Czy znał twoich dawnych kumpli? 

 

Były esesman nastroszył się. 

 

— Nie, nie sądzę. 

 

Na dyskretne znaki Erica Bontempsa „Nagłe zgony” 

powtarzały się jeden po drugim, a Walter chłonął je jak gąbka. 
 

Twarz zaróżowiła mu się, a oczy zaczęły nabiegać krwią. 

 

Rozmowa przeplatana była to ciszą, to niezliczonymi 

dygresjami. Malko był coraz bardziej przekonany, że traci swój 
czas. 
 

Nagle Eric zapytał: — A zabójstwa lewicowców, co o tym 

sądzisz? 
 

Walter udał, że nie usłyszał pytania. Dziennikarz powtórzył 

je. Mężczyzna uczynił wykrętny gest. 
 

— Nie wiem naprawdę, to wariaci... 

 

Coś zaniepokoiło Malka. Gość wydawał się czymś przejęty, 

uciekał wzrokiem, był nerwowy, cały czas pilnował drzwi, jakby 
spodziewał się zobaczyć w nich ducha. Malko miał ochotę się 
przesiąść, ale był zablokowany na swojej ławeczce. Ponadto przez 

background image

zmianę miejsca mógłby przerwać tok rozmowy. „Nagły zgon” lał 
się strumieniami. Wymowa Waltera stawała się coraz bardziej 
bełkotliwa. Malko wpadł na genialny pomysł: zaczął mówić po 
niemiecku. Początkowo Walter Peeters z trudem go rozumiał, 
potem wróciła mu pamięć. Zachęcony przez Malka, snuł wojenne 
wspomnienia: od Smoleńska do walk w Berlinie, a na zakończenie: 
o następujących po sobie nieszczęściach, czyli o tym, do czego 
zmierzał Malko. 
 

Stary esesman ufał mu całkowicie. Po chwili ciszy klepnął 

porozumiewawczo Malka i wskazał na Erica Bontempsa. 
 

— Gdybym chciał gadać, to opowiedziałbym historię, która 

sprawiłaby mu cholerną przyjemność. 
 

— Co takiego? — zapytał Malko. 

 

— Coś ohydnego. Należałoby... 

 

Ucichł gwałtownie, skierował wzrok na drzwi znajdujące się 

za plecami Malka. 
 

Kiedy Malko odwrócił się, ujrzał jedynie przeszklone drzwi 

zamykające się za kimś. Popatrzył na Waltera, który spoglądał na 
alkohol rozkojarzonym wzrokiem. Peeters otrząsnął się, spojrzał na 
zegarek i rzekł: — Muszę wracać. Jutro rano wstaję. 
 

— Chciałbym się z panem jeszcze spotkać — zaproponował 

Malko — zna pan wiele interesujących historii. 
 

— Nie wszystkie pan poznał — odpowiedział po niemiecku 

Walter — ale nie należy mu ich powtarzać. 
 

— Oczywiście — przyrzekł Malko. — Kiedy się spotkamy? 

 

— Nie ruszam się zbytnio, wyjątkowo przyjechałem tu, do 

Brukseli. Pracuję do późna. Jeżeli pan chce, proszę wpaść na piwo 
jutro wieczorem, do zajazdu. To dzień wolny i około dwudziestej 
drugiej będę do pana dyspozycji. 
 

Z trudem wstał i poszedł chwiejnym krokiem do drzwi. — 

Czy dowiedział się pan czegoś? — zapytał Eric. 
 

— Jeszcze nie, ale chcę się z nim ponownie spotkać Przed 

chwilą, kiedy drzwi się otworzyły, zaczął się bać. Czy widział pan, 
kto wszedł? 

background image

 

— Nie, nie widziałem, lecz to stary wariat, trochę mitoman. 

Musi pan uważać. Kiedy ma się pan z nim spotkać? 
 

— Jutro wieczorem. 

 

Eric Bontemps pokręcił głową. 

 

— Zdziwiłbym się, gdyby coś wiedział. To skończony facet. 

 

„Bachus” pustoszał. Widać było, że klienci się znali, rzucali 

zaintrygowane spojrzenia w kierunku dwóch nieznajomych. Eric 
pochylił się do Malka. 
 

— Biorą nas za gliny. 

 

Opuścili bar. Uliczka była ślepa, kończyła się schodami 

prowadzącymi na ulicę Cortenberg, była również pusta. 
 

Malko zrozumiał, że jest jedyną osobą, która może 

rozpoznać wąsatego przyjaciela Gustava Meyera. W tej sprawie 
mordowano ludzi za mniejsze rzeczy. 
 

— Czy jutro mam panu towarzyszyć? — zapytał Eric 

Bontemps. 
 

— Nie, to niepotrzebne. To tylko rutynowa wizyta. 

 

Instynkt podpowiadał mu coś wręcz przeciwnego. 

 

Amin Habbache patrzył oskarżycielsko na Malka, kręcąc 

pustą szklanką. Cristel spoglądała na niego z miłością. 
 

   Była jeszcze bardziej sexy niż kiedykolwiek. Nosiła 

fiołkoworóżową suknię, opinającą ciało. Piła Cointreau jak kot 
chłepcący mleko. Pozostali klienci kawiarni na placu Sablon byli 
zafascynowani tą młodą kobietą. 
 

— Czy tym razem to poważna robota? — zapytał 

Libańczyk. 
 

— Tak — odpowiedział Malko. — Może nawet 

niebezpieczna. Myślę, że złapałem jakiś ślad. 
 

Habbache odstawił szklankę. 

 

— Dobra, idę z panem. Spotkamy się w hotelu Metropol. 

Zostawimy Cristel w pańskim pokoju. Obejrzy telewizję, jej aparat 
jest zepsuty. 
 

Cristel przeciągnęła się i posłała Malkowi tęskne spojrzenie. 

Malko skończył przeglądanie archiwum Filipa Burtona — bez 

background image

rezultatu. 
 

* * * 
Droga do zamku Beersel była kręta i źle oświetlona, a 

okolica od zjazdu z autostrady przygnębiająca. Amin Habbache z 
nieufnością przyglądał się restauracji, podczas gdy Malko parkował 
samochód. W głębi parkingu ściana drzew skrywała stary zamek 
obronny. 
 

Malko zapukał do drzwi zajazdu. Słabe światło oświetlało 

salkę, w której wczoraj jedli lunch z Erikiem Bontempsem. 
 

Walter Peeters powinien być gdzieś niedaleko. Amin 

obchodził budynek jak pies myśliwski wietrzący zwierzynę. Zatknął 
swój pistolet za pasek od spodni, w kieszeni miał trzy zapasowe 
magazynki. Był to jednak zbyt mały kaliber przeciwko karabinom. 
Na wszelki wypadek Malko uprzedził George'a Hammonda o 
nocnej wizycie u byłego esesmana. Ponieważ Peeters nie spieszył 
się z otwarciem, Malko spróbował przekręcić klamkę u drzwi, które 
ku jego zdziwieniu otworzyły się. Zostawił Amina na zewnątrz, w 
mroku, a sam wszedł do środka i zawołał: — Walterze, jest pan 
tam? 
 

Nikt nie odpowiedział. Powtórzył po niemiecku, bez 

większego sukcesu. Okrążył bar i wszedł do kuchni. Była tak samo 
pusta jak sala. Stary musiał zasnąć w swoim pokoju. Malko minął 
wspaniałą zbroję stojącą przy schodach, zapalił światło i zaczął 
wchodzić na piętro. Doszedł do niewielkiego podestu, przekręcił 
klamkę u drzwi, nie były zamknięte. Wszedł do małego pokoju 
oświetlonego zwykłą żarówką i zatrzymał się przerażony. 
 

Walter Peeters, były esesman Sekcji Walońskiej, leżał 

rozciągnięty na wąskim żelaznym łóżku. Nogi miał przywiązane do 
oparcia łóżka, a ręce do wezgłowia. Był nagi do pasa, głowę 
nakryto mu maską, która przesiąknięta była krwią. 
 

Przezwyciężając odrazę, Malko zerwał czarną maskę i 

powstrzymał odruch wymiotny. Twarz Waltera stanowiła krwawą 
miazgę. Wielokrotnie przestrzelono mu głowę, w tym dwukrotnie 
strzelono w oczy, przez które mózg rozprysnął się na jasiek. Malko 

background image

dotknął ciała, było jeszcze ciepłe. Morderstwa dokonano zaledwie 
godzinę temu. Przerażony, patrzył na to, co zostało ze starego, i 
myślał o Pitbullu Filipa Burtona. Zabito go z tym samym 
okrucieństwem. A więc zdjęcie znalezione u Sandry Meyer miało 
jakieś znaczenie, podobnie jak „Zajazd Templariuszy” miał związek 
z mordercami. Ale jaki? Człowiek, który mógł to wyjaśnić, leżał 
przed nim... 
 

Przez okno wleciała mucha i zaczęła krążyć wokół 

zmasakrowanej twarzy, aby w końcu usiąść na strużce wpół 
zaschniętej krwi i opijać się nią. Widok był odrażający. Malko 
chciał właśnie przeszukać pokój, mimo że nie wiązał z tym 
większej nadziei, kiedy usłyszał dobiegający z dołu odgłos 
wystrzału z pistoletu. Poczuł gwałtowny przypływ krwi do mózgu, 
skoczył ku schodom i zderzył się z Aminem, przeskakującym po 
kilka stopni i trzymającym w ręku sięga. 
 

— Jest ich trzech — poinformował Libańczyk. — Mają riot-

guny i karabiny. Właśnie wysiedli z golfa. Chyba sprzątnąłem 
jednego, pozostali ukryli się na parkingu, nie są jednak daleko. Czy 
jest tu jakieś zapasowe wyjście? 
 

— Nie tutaj, musimy zejść — odparł Malko. 

 

Gdyby zostali na górze, byliby odcięci. Zbiegli po schodach 

i znaleźli się w ciemnej sali restauracyjnej. Malko wszedł za 
kontuar i podniósł słuchawkę. Nie było sygnału. 
 

Znaleźli się w pułapce. Amin rozejrzał się dookoła. Były 

tylko jedne drzwi wejściowe i małe kwadratowe okienka w 
ołowianym obramowaniu, podobne do witraży. 
 

— Dostałem jednego, mam nadzieję, że ta świnia zdechnie 

— powiedział Amin. 
 

W tym momencie podskoczyli, słysząc gwałtowną 

detonację. Jedno z okien rozprysnęło się. Malko wpatrywał się 
uważnie w ciemność. Dostrzegł trzy postacie okrążające zajazd. 
Jedna z nich wydawała się gigantycznych rozmiarów: to był 
olbrzym, który zabił psa przed supermarketem w Nivelles. Albo 
Amin chybił, albo nosili kuloodporne kamizelki. Nagle zabrzmiała 

background image

seria z karabinu, która odwaliła kawałki tynku i zmiotła połowę 
butelek z baru. Amin Habbache, schowany za barem, wymamrotał 
jakieś arabskie przekleństwo. 
 

— Musimy zwiewać — powiedział cicho. — To zbyt 

poważne. 
 

W tej samej chwili zabrzmiał ogłuszający huk riot-guna, a 

po nim nastąpiła gwałtowna seria wystrzałów. Malko momentalnie 
zrozumiał, że wysadzono drzwi restauracji, które właśnie odbiły się 
od ściany. Amin krzyknął, wyciągnął ramię i trzykrotnie strzelił do 
postaci w drzwiach, ale ona bezbłędnie przekoziołkowała. Nagle 
Malko doznał olśnienia. Przypomniał sobie, że węzły krępujące 
Waltera były węzłami komandoskimi, a cały atak przypominał atak 
żołnierzy. Nie miał zbyt wiele czasu na rozmyślania: nowo 
przybyły, schowany za przewrócony stolik, strzelał metodycznie, 
omiatając tę część sali, w której się znajdowali. 
 

Amin i Malko nie poruszali się, leżeli rozpłaszczeni za 

barem. Pociski z gwizdem latały we wszystkich kierunkach. 
 

Usłyszeli kolejne wystrzały. Malko rozpoznał dźwięk 

karabinu bojowego, którego pancerne pociski przebijały z łatwością 
nawet mury. Okno naprzeciw baru gwałtownie roztrzaskano kolbą 
karabinu. Za chwilę rozległy się wystrzały z trzeciego karabinu: był 
to samopowtarzalny riot-gun. Jego pociski rozrywały podłogę i 
meble, ogłuszając Malka i Amina. Wobec takiego potopu ołowiu 
ich sieg wydawał się śmieszny. Nie mogli nawet dotrzeć do kuchni. 
Zanimby się tam przedostali, zostaliby zamienieni w pasztet. 
Istniało ryzyko, że zastrzelą ich z niewielkiej odległości pod barem. 
I to w krótkim czasie. Faceci strzelali jak szaleńcy. 
 

Metr od nich Malko zauważył uchylone drzwi. Podniósł 

wzrok i zobaczył napis: WC. Być może była to ślepa uliczka, ale w 
barze nie mieli żadnych szans. 
 

— Spróbujmy tędy. 

 

Nie czekając na odpowiedź Amina, rzucił się tam, napinając 

całe ciało, głową otworzył drzwi. Zaskoczył tym manewrem 
czatujących morderców. Drewniane drzwi zostały podziurawione 

background image

dopiero w kilka sekund później. Malko przekoziołkował po 
kafelkach, Amin dołączył do niego pomiędzy dwiema seriami i 
zamknął kopniakiem pozostałość drzwi. 
 

Dawało im to około dziesięciu minut przewagi. 

 

Ustronne pomieszczenie miało troje drzwi, Malko otworzył 

wszystkie. Za jednymi z nich w kabinie WC było malutkie okienko, 
wychodzące na ogród. Malko skoczył ku niemu, mieli mało czasu. 
Któryś z napastników mógł wpaść na pomysł obejścia budynku. W 
tej chwili wszyscy trzej znajdowali się jeszcze w sali. Malko wspiął 
się na brzeg okienka, w mroku na zewnątrz zauważył stos skrzynek, 
na które zsunął się szybko. Skrzynki zwaliły się pod jego ciężarem. 
Amin dołączył do Malka i obaj zaczęli uciekać w kierunku lasku 
otaczającego zamek Beersel. Prawie już tam dotarli, kiedy zza rogu 
zajazdu wyłonił się jeden z morderców, zaczął strzelać z biodra, 
omiatając przestrzeń przed nimi. 
 

Malko i Amin przekoziołkowali w fosie, nie strzelając. 

 

Biegli w kierunku zamku obronnego, pogrążeni w 

ciemności, ścigały ich świszczące wokół kule. Nagle usłyszeli 
wycie zbliżającej się syreny. Przestali uciekać, ktoś musiał 
zawiadomić policję. Przy odrobinie szczęścia może złapią 
morderców. Zawrócili więc, zachowując ostrożność. 
 

* * * 
Samochód combi Królewskiej żandarmerii z szaloną 

szybkością pokonał ostatni zakręt dzielący go od „Zajazdu 
Templariuszy” i z trudem wyhamował. żandarm Marcel van Luit, 
który prowadził samochód, odwrócił się do wachmistrza Lacroix i 
zapytał: — Czy zabrałeś riot-guna? 
 

— Do diabła, zapomniałem! 

 

— Nie szkodzi, pewnie znowu spalimy benzynę 

niepotrzebnie. 
 

Anonimowy telefon uprzedził ich, że w sąsiedztwie zajazdu 

słychać było strzały. Nie mogli nie pojechać, ale sądzili, że chodziło 
o jakiś żart lub pomyłkę. Tym bardziej że był to dzień, w którym 
zajazd był zamknięty. Powiedzieli sobie, że stary Walter z ochotą 

background image

zaoferuje im piwo za fatygę. 
 

Reflektory samochodu żandarmerii oświetliły dwa 

zaparkowane przed zajazdem wozy. Jeden mercedes i jeden ciemny 
golf. Combi z migającym „kogutem” zatrzymało się obok golfa. 
Lacroix otworzył drzwiczki, ale nie zdążył nawet wysiąść. 
Mężczyzna w kominiarce wyskoczył zza golfa, trzymał w ręku riot-
guna. Wystrzelił i trafił Lacroix w brzuch, praktycznie przecinając 
go na pół. Przerażony van Luit chwycił radiotelefon i krzyknął: — 
Lacroix nie żyje, przyślijcie posiłki! Wysunął się na zewnątrz, ale 
inny mężczyzna z pistoletem w ręku stanął za nim i wystrzelił. 
Pierwsza kula drasnęła go w dłoń. Nie zdejmując rękawiczki, 
usiłował uciec na drogę. 
 

Drugi pocisk roztrzaskał mu kostkę. Żandarm upadł na 

ziemię, wyjąc z bólu. Próbował jeszcze się czołgać, lecz morderca 
zamaskowany olbrzym, zbliżył się do niego i wykończył go trzema 
strzałami w tył głowy. Trzeci mężczyzna zbierał broń żandarmów. 
Olbrzym rzucił rozkaz: — Zmykajmy stąd, do diabła z tamtymi! 
 

Dotychczas ostrożność chroniła go przed problemami. 

 

Dzisiaj żandarmi mieli czas na wezwanie posiłków. 

 

Trzej mężczyźni wsiedli do golfa. Samochód ruszył na 

autostradę. Na wszelki wypadek olbrzym usiadł na specjalnie 
przystosowanym fotelu, skąd mógł kryć tyły. W zasięgu ręki miał 
riot-guna oraz fala — ze względu na pościg, mało zresztą 
prawdopodobny. Była to zwykła ostrożność. Silnik turbo zawarczał 
i samochód błyskawicznie zniknął za zakrętem. 
 

* * * 
Malko dobiegł do leżących ciał. Nigdy by nie pomyślał, że 

mordercy zaatakują żandarmów! Zachowywali się jak komandosi w 
obcym kraju, zabijali wszystkich, którzy im stawali na drodze. 
Malko spojrzał na żandarmów i wiedział, że nie można im już 
pomóc. Radio w samochodzie było wciąż włączone i zaniepokojony 
głos wołał: — Marcel, Marcel co się dzieje? 
 

Marcel van Luit leżał w kałuży krwi trzy metry od niego. 

Amin Habbache wsiadł do samochodu, a Malko za nim. 

background image

 

Spotkanie z żandarmerią nie byłoby wskazane. Ruszyli w 

kierunku miasteczka, przejechali przez most kolejowy i wspinali się 
po wyludnionych zakosach drogi prowadzącej do Beersel. Przez 
dwadzieścia minut sunęli pustymi wiejskimi drogami, zanim 
wjechali na autostradę wiodącą do Mons. Aż do samej Brukseli nie 
zauważyli ani jednego samochodu policji czy żandarmerii. 
 

— Było gorąco. Następnym razem musimy wyposażyć się w 

coś cięższego — rzucił spokojnie Amin. Widać było, że zaczyna go 
to bawić. 
 

Malko zastanawiał się, czy będzie ten „następny raz”. Ślad 

urywał się w morzu krwi. Pozostawał jedynie tajemniczy przyjaciel 
Sandry i Gustava oraz związek tych morderstw z zajazdem. Był 
teraz sam i musiał zakończyć wyczyny tej bandy wyjątkowo 
zimnych i odważnych szaleńców. 
 

Amin Habbache ziewał. 

 

— Jestem głodny, może coś zjemy? — zapytał. 

 

— Zgoda — odparł Malko. 

 

Podjechali pod hotel Metropol, aby zabrać narzeczoną 

Libańczyka. 
 

— Idę po nią — rzekł Amin. 

 

Dziesięć minut później wciąż ich nie było. Malko wjechał 

windą na piętro. Klucz tkwił w drzwiach, więc wszedł do pokoju, 
lecz zatrzymał się, gdyż usłyszał jęki. Cristel leżała na dużym 
okrągłym stole, z nogami uniesionymi pod kątem prostym. Amin 
stał przy brzegu stołu i przy koncercie jęków Cristel nadziewał ją 
sumiennie na swój członek. Malko dyskretnie zamknął drzwi i 
zjechał na dół. Kwadrans później pojawili się obydwoje. 
 

— Gdzie jedziemy? — zapytał Malko. — Znam restaurację 

rybną na placu Świętej Katarzyny — odpowiedział Libańczyk. 
 

— Och, uwielbiam ryby — wykrzyknęła Cristel. 

 

* * * 
W restauracji było czysto i „wesoło” jak w szpitalu. Ściany 

pomalowane na biało, na suficie świetlówki, personel sztywny, a 
menu dystyngowanie skomplikowane. Rozmowy toczono 

background image

przyciszonym głosem. Restauracja była pozbawiona nastroju. 
Cristel spojrzała w kartę i westchnęła: — Trzeba mieć forsę, żeby tu 
przychodzić. 
 

Niegdyś plac Świętej Katarzyny stanowił centrum 

popularnej dzielnicy. Teraz pozostał jedynie kościół, opiewany 
przez Brela, i stare, zrujnowane budynki. 
 

Kiedy zjawił się kelner, Cristel natychmiast zapytała: — 

Czy macie matiasy? 
 

Mężczyzna skrzywił się w odrażającym grymasie. 

 

— Niestety, nie prowadzimy tego u nas. 

 

Pełna pogarda. To było zbyt popularne danie. Cristel 

zadowoliła się langustą i fryturą ze świeżo rozmrożonych scampis. 
Wszystko to podlane szampanem Dom Perignon. 
 

Po wieczornych emocjach Malko popadł w przygnębienie, 

jedząc okonia z tymiankiem. Kolejny raz ludzie Foxa ubiegli go, w 
dodatku sprzątnęli dwóch żandarmów. Było to tym poważniejsze, 
że Belgię, jak dotychczas, uznawano za kraj cywilizowany. 
Dlaczego mordercy czuli się tak bezkarni? Nie mógł uwierzyć, że 
Fox jako członek służb specjalnych pozwalał zabijać żandarmów. 
Chyba że był wariatem. Ostatnia masakra pochłonęła dziesięć osób. 
— Widziałeś tę zwette?

13

 Okrzyk Cristel kazał Malkowi odwrócić 

głowę. W drzwiach ukazała się jakaś para i usiadła naprzeciw nich. 
Wysoki, zaróżowiony Flamandczyk o szpakowatych włosach i 
wyglądzie atlety oraz chuda Murzynka o płaskich piersiach, ale 
szerokiej pupie, na której można by postawić talerz. Kobieta była 
ubrana w kostium chanel... Po raz pierwszy Malko widział 
Murzynkę w kostiumie chanel, w dodatku rozciętym. 
 

Rysy twarzy miała delikatne, zadarty nosek, oczy łani i usta, 

które powstały tylko w Afryce; usta te wydawały się gotowe do 
połknięcia wszystkich penisów świata. 
 

— To musi być Zairka — zauważył Amin — pełno tu tych 

studentek. 
 

— Jest trochę podobna do panienki Filipa — stwierdziła 

13  Zwette - w żargonie brukselskim: Murzynka. 

background image

Cristel. 
 

Flamandczyk rozpoczął wędrówkę po udzie swej 

towarzyszki, która z godnością obserwowała salę oczami 
krótkowidza. Kiedy spojrzała na Malka, jej usta zarysowały się w 
uśmiechu. Złociste oczy Austriaka zawsze robiły duże wrażenie na 
przedstawicielkach Trzeciego Świata. Flamandczyk zauważył to 
spojrzenie i z wściekłością, coraz aktywniej gładził hebanowe udo. 
 

— Panienka Filipa miała duży biust — zauważyła Cristel — 

ta zaś jest płaska jak deska. 
 

— Co się stało z tamtą dziewczyną? — zainteresował się 

Malko. 
 

Amin połknął kawałek langusty, zanim odpowiedział. 

 

— Zniknęła. To wielka dziwka. Musiała znaleźć sobie 

faceta, który jej bardziej dogadzał. Filip odchorował jej odejście. 
 

Był z niej bardzo dumny. Trzeba przyznać, że była 

wspaniała. W swoim mieszkaniu Filip porozwieszał wszędzie jej 
zdjęcia: ona nago, w ubraniu, w kostiumie kąpielowym. Zabawiał 
się w ubieranie jej w stroje „pantery”, żeby sprawiała wrażenie 
dzikuski, a to ją podniecało. Była cholerną snobką i chciała mieć 
białą skórę. 
 

— Ta dziewczyna pochodziła z dobrej rodziny — przerwała 

mu Cristel. — Jej ojciec był ministrem, czy kimś takim, sama 
płaciła za ciuchy. Kiedy Filip ustawiał ją na czworakach na skórze 
zebry i pieprzył, a jednocześnie filmował to, lub przebierał ją za 
panterę, wyła z rozkoszy. 
 

Malko przerwał jedzenie. Wciąż jeszcze słyszał odgłosy 

strzałów, wciąż znajdował się jakby w szoku, ale uwaga Libańczyka 
sprawiła, że odebrał sygnał alarmowy. 
 

— Jesteś pewien, że miał te zdjęcia u siebie? 

 

— Jakżeby! Pełne kartony, ale dlaczego pan pyta? Malko 

wolno przeżuwał swego okonia. W rzeczach Filipa Burtona nie 
znalazł ani jednej fotografii czarnej kobiety. Czy to właśnie było to, 
co chcieli zabrać mordercy? 
 

— Dlaczego ta Murzynka tak pana interesuje? — spytał 

background image

zaintrygowany Amin. — Nie ma żadnego związku ze sprawą.  — 
W czasie włamania po śmierci Filipa Burtona zabrano wszystkie 
fotografie — odrzekł Malko. — Zastanawiałem się, co chciano 
ukraść. Być może to jest właśnie odpowiedź. 
 

Amin pociągnął w zadumie wąsa. 

 

— Zdziwiłbym się, gdyby miał pan rację. Ta dziewczyna ma 

pełno forsy i nie zajmuje się polityką, po prostu lubi się pieprzyć. 
Ponadto jest nawiedzona. Ubiera się zawsze od stóp do głów na 
fiołkowo. Filip nie dopuściłby jej do interesów, myślał tylko o 
pieprzeniu jej. 
 

— Możliwe — odparł Malko — ale fakt jest faktem. 

 

Wszystkie jej zdjęcia zniknęły. Muszę odnaleźć tę Zairkę. 

 

Czy znasz jej nazwisko? 

 

— Tylko imię: Mandala. Studiuje w Brukseli. 

 

— Czy wiesz, gdzie mieszka? 

 

— Nie. Najprawdopodobniej w dzielnicy Matange, 

niedaleko bramy Namur; prawie wszyscy Zairczycy tam mieszkają. 
To ona zawsze przychodziła do Filipa. Nie mam pojęcia, jak ją 
spotkał. Nie będzie łatwo odnaleźć tę dziewczynę. Może nawet nie 
ma jej w Brukseli. 
 

— Jest ktoś, kto mógłby, być może, nam pomóc — 

wmieszała  
 

106 się do rozmowy Cristel. — To Kamina. On... 

 

Nie miała czasu dokończyć zdania. Amin spoliczkował ją 

otwartą dłonią. Zbladł jak płótno, rysy miał napięte, oczy szklane. 
Wydawało się, że jest na pograniczu zawału. Oszołomiona Cristel 
nawet nie zapłakała. Kelnerzy odwrócili dyskretnie głowy. Wysoki 
Flamandczyk i jego Zairka spojrzeli zażenowani w kierunku ich 
stolika i utkwili wzrok w swych talerzach. Malko nie wiedział, 
gdzie ma się podziać. 
 

— Nie będziesz mi przypominać tej małpy — zasyczał 

Amin. Odwrócił się do Malka i dodał: — To czarnuch, którego 
przeleciała. Jest muzykiem i na dodatek zabierał jej cały szmal. 
 

— Proszę się uspokoić. To nie powód, aby zachowywać się 

background image

w ten sposób — rzekł Malko. 
 

Amin wzruszył ramionami i ostentacyjnie przestał zauważać 

Cristel. Zakończyli posiłek w napiętej atmosferze. Kiedy opuścili 
„Złotą Syrenę”, Amin odezwał się przymilnie do Malka. 
 

— Myślę, że ma pan coś do załatwienia razem z Cristel. 

 

Ja wracam do siebie. 

 

Nie czekając na odpowiedź, oddalił się dużymi krokami, 

przecinając plac Świętej Katarzyny. Cristel nie przejęła się tym 
zbytnio. 
 

— Amin jest chorobliwie zazdrosny. Kaminę miałam tylko 

dwa razy. Jest cudowny, ma niewiarygodnie gładką skórę i 
ogromny członek. Ponadto ma taką „parę”, że pieprzy jak bóstwo. 
A jego pupa... Gdybym była facetem, miałabym ochotę przelecieć 
go od tyłu. 
 

Malko przerwał ten liryczno-obsceniczny ton. 

 

— Czy zna Mandalę? — Wszyscy Zairczycy się znają 

zapewniła go. — Pójdziemy tam. 
 

— Gdzie? 

 

— Kamina pracuje w restauracji Makutanu, w dzielnicy 

Wavre. Dyryguje orkiestrą. Wszyscy Zairczycy przychodzą tam 
potańczyć. Z pewnością zna dziewczynę Filipa, ale ona nie jest 
znowu taka ładna — dodała z wesołym uśmiechem Cristel. — Ma 
ogromny tyłek. Siłą rzeczy trzeba mieć dużo miejsca przy tych 
czarnuchach i ich ogromnych członkach... 
 

Ale poetka... 

 

— Myślałem, że jesteś zakochana w Aminie. 

 

Wsiadając do mercedesa 190, Cristel westchnęła: — Tak, 

jestem, ale pan też jest do rzeczy. Mam wrażenie, że w swoim życiu 
uczynił pan mnóstwo szaleństw. To właśnie mnie podnieca. Takich 
dobrze pieprzących stonóg mogę mieć na pęczki. 
 

Nie pozostawało im nic innego, jak wrócić do Namur. 

 

* * * 
W dzielnicy murzyńskiej przechadzało się jedynie kilkoro 

Murzynów, reszta to byli biali. Dzielnica Matange przy bramie 

background image

Namur nie miała w sobie nic z folkloru poza kilkoma sklepami 
prowadzonymi przez Afrykańczyków, mówiących z akcentem 
belgijskim. Malko zaparkował samochód naprzeciw „Makutanu”. 
Muzyka wychodziła aż na ulicę i Cristel zaczęła podrygiwać. 
Bardzo lubiła egzotykę... 
 

Kiedy popchnęła drzwi restauracji, ogromny brodacz, 

ubrany w podkoszulek z odznaką Czerwonych Panter, zszedł z 
estrady i podbiegł do niej. Sądząc po oczach, miał za sobą kilka 
dawek haszyszu. Cristel uwiesiła mu się na szyi, w tym samym 
czasie jego ręce sprawdzały, czy tyłek dziewczyny jest wciąż 
okrągły, a piersi jędrne. Uspokojony wynikiem badań, odwrócił się 
do Malka z ogromnym uśmiechem na ustach: — Obywatelu, witaj 
w „Makutanu”. 
 

Powrócił do swojej orkiestry, która zaczęła ponownie grać. 

 

Cristel czuła się tu o wiele lepiej niż w „Złotej Syrenie”. 

 

Dano im stolik w ciemnym boksie, obok parkietu. Malko 

zamówił Cointreau dla Cristel, a dla siebie kieliszek wódki. 
 

Obok nich goście jedli kurczaka w sosie pilipili, ziemniaki, 

nadziewanego tapira i jakieś specjalności zairskie o niepewnym 
pochodzeniu. 
 

— Sympatycznie tutaj, prawda? — zapytała Cristel. 

 

Malko miał to w nosie. Chciał dostać Mandalę, kochankę 

Filipa, której zdjęcia zostały skradzione. Obserwował Murzynki 
wokół siebie: żadna nie odpowiadała opisowi Amina. 
 

— Trzeba dowiedzieć się czegoś o Mandali — 

zaproponował. 
 

Cristel tylko na to czekała. Natychmiast skoczyła na parkiet. 

 

— Zaczekaj, zajmę się tym! 

 

Trzydzieści sekund później, przyklejona do swego muzyka, 

kiwała się w powolny rytmie monotonnych dźwięków toure 
kounda. 
 

Kamina sprawiał wrażenie, że ma wszędzie ręce. Zatrzymali 

się na końcu parkietu w zupełnej ciemności i miętosili się, 
obserwowani przez żartujących muzyków, którzy brali Malka za 

background image

ostatniego naiwniaka. Kamina pochylił się z wyszczerzonymi 
zębami nad piersiami Cristel, jakby przygotowywał się do tego, by 
je ugryźć. Malko zastanawiał się, czy to wszystko było rzeczywiście 
potrzebne. Czarna bywalczyni tego miejsca przysiadła się do niego i 
spojrzała pytającym wzrokiem, skierowała przy tym na Malka swe 
sterczące piersi, ale odprawił ją. Byłoby głupio złapać AIDS w 
Brukseli. Dziewczyna potulnie odeszła. Cristel powróciła prawie na 
pograniczu orgazmu. Miała błyszczące oczy i była zasapana. 
 

— On ją zna — poświadczyła, sadowiąc się obok Malka. 

 

Serce zaczęło mu bić mocniej. 

 

— Czy wie, gdzie ją można znaleźć? 

 

— Nie bardzo — przyznała dziewczyna. — Przychodzi tu 

czasami, prawie zawsze z białymi. Ma dużo pieniędzy, ale uwielbia 
oddawać się białym. Czarni nie bardzo ją lubią. Podobno bywa w 
takim jednym sympatycznym miejscu: to „Jonathan”, niedaleko alei 
Louise. Nie będzie łatwo tam wejść. 
 

— Dlaczego? 

 

— To prywatny klub. Mówią, że odbywają się tam śmieszne 

rzeczy. Jeżeli ciebie nie znają, nie wpuszczą cię tam. 
 

Malko rozważał w myślach ten problem. Była jedna osoba, 

która mogła im pomóc. 
 

— Poczekaj na mnie, idę zadzwonić. 

 

Telefon znajdował się w podziemiu. Szczęśliwie Eric 

Bontemps był u siebie. Malko wytłumaczył mu, o co chodzi. 
 

— Spróbuję to załatwić — zapewnił dziennikarz. — 

Oddzwonię do „Makutanu”... 
 

Malko powrócił do Cristel, która była już przy trzecim 

Cointreau. Zamówił mocną kawę z dużą ilością cukru, albowiem 
zapowiadała się długa noc. Eric Bontemps oddzwonił dwadzieścia 
minut później. 
 

— Proszę iść do „Jonathana”, zapytać o Josse'a i 

powiedzieć, że przychodzi pan z mego polecenia. 
 

* * * 
Aleja Louise była ponura, z ciemnymi witrynami sklepów. 

background image

 

Słuchając wskazówek Cristel, Malko skręcił w przecinającą 

ją ulicę. Pośrodku, przed jednym z mieszczańskich budynków 
zauważył portiera w uniformie, stojącego przed różowym neonem 
„Jonathan”. Portier podszedł do nich. 
 

— To prywatny klub, proszę pana. 

 

— Chciałbym się widzieć z Josse'em — rzekł Malko. 

 

Twarz portiera rozjaśnił szeroki uśmiech, skłonił się. 

 

— Proszę wejść, uprzedzę go. 

 

Minęli drzwi i szli korytarzem obitym czerwonym welurem, 

korytarz łączył się z dużą, lecz słabo oświetloną salą, wypełnioną 
głębokimi ławami, pośrodku stał czarny bar, a z głośników 
dobiegała dyskretna muzyka. Malko zamówił dla siebie kieliszek 
szampana, a dla Cristel, jak zwykle, Cointreau i rozejrzał się po sali. 
Nie widział tu żadnej Murzynki. Obok nich stała para BCBG

14

. 

Kobieta miała rude włosy, długie nogi, była raczej sexy i nosiła 
zielony kostium. Jej partner był szpakowaty, trochę tłusty, sprawiał 
wrażenie przemysłowca. 
 

Nieco dalej tkwił samotny krępy mężczyzna o błękitnych 

oczach pod czarnymi brwiami. Po ich lewej stronie stała młoda, 
szczupła dziewczyna o długich blond włosach, nogi miała 
obciągnięte siatkowymi pończochami. Na barowych stołkach 
siedziała kolejna para: brunetka o arystokratycznym profilu, z 
włosami upiętymi w kok, ubrana w nienaganny czarny kostium, jej 
partner z lekkim brzuszkiem wyglądał na inteligentnego faceta, 
świetnie ubrany w garnitur w paski. Wszyscy ci ludzie odzywali się 
mało, wydawali się znudzeni. Przyszedł kelner i nachylił się do 
ucha mężczyzny towarzyszącego rudowłosej. Oboje podnieśli się i 
zniknęli w drzwiach w głębi salki. 
 

W tej samej chwili przed Malkiem pojawił się krągły 

kierownik sali z handlowym uśmiechem na twarzy. 
 

— Dobry wieczór panu. Wydaje mi się, że chce pan zostać 

członkiem naszego klubu. 

— Oczywiście. 

14  BCBG — bon chic bon genre  — dobrze wychowana, elegancka.

background image

 

— Nie ma problemu, uprzedzono mnie. Składka wynosi pięć 

tysięcy franków od osoby. — Wstydliwie odwrócił głowę w 
momencie, kiedy Malko liczył banknoty. Potem schował je i rzekł: 
— Dziś wieczór wyświetlamy filmy w małej salce projekcyjnej, jak 
tylko będzie miejsce, przyjdę po państwa. 
 

Pary otaczające Malka jedna po drugiej znikały w drzwiach 

na końcu sali. Zostali praktycznie sami. Wreszcie przyszedł po nich 
szef sali. Przeszli przez ciemny korytarz i przeżyli szok, widząc 
ogromny ekran całkowicie wypełniony członkiem jakiegoś 
Murzyna, pieszczonego różowym języczkiem. 
 

— Miłego wieczoru — wyszeptał szef sali — proszę zająć 

dowolne miejsca. 
 

Sala była mała, pochylona, znajdowało się w niej sześć 

rzędów dwuosobowych głębokich kanap. Cristel i Malko usiedli w 
ostatnim rzędzie. Na ekranie widać było białą kobietę, którą 
posiadało dwóch osobników o hebanowej skórze. 
 

Oczy Malka powoli przyzwyczaiły się do mroku, dostrzegł 

wiele par wciśniętych w kanapy, niewiarygodnie wymieszanych, 
poruszających się w ciemności. Kiedy muzyka się urwała, słychać 
było jęki, krzyki, dyszenie i plaskanie ciał. Niedaleko od niego 
jakaś kobieta powiedziała głosem zawierającym strach i zarazem 
zadowolenie: — Och nie, nie tam, proszę. — Zaraz po tym 
krzyknęła. 
 

Malko spojrzał w jej stronę, to była rudowłosa. Opierała się 

o oparcie poprzedniego rzędu, w wyuzdanej pozycji, z podciągniętą 
suknią; jakiś mężczyzna brał ją od tyłu, trzymając za biodra. Oparł 
się mocniej i kobieta ponownie krzyknęła. 
 

Malko widział jej ręce zaciśnięte na oparciu i piersi 

wysunięte ze stanika, na jej twarzy malował się wyraz ekstazy 
pomieszanej z bólem. Jakaś postać przesunęła się przed nim. 
Ubrany facet trzymał swój gruby członek, wystający z rozporka. 
Zbliżył się do kobiety i brutalnie wepchnął jej członek do ust. 
Malkowi wydawało się, że rozpoznał mężczyznę z baru. 
 

— To niesmaczne — szepnęła Cristel zmienionym głosem. 

background image

— Chodźmy stąd! 
 

Nie ruszyła się jednak. Na ekranie jakiś Pakistańczyk czy też 

Hindus, rozciągnięty na macie, wolno się masturbował. 
 

Jego członek musiał mierzyć dobre trzydzieści centymetrów, 

był gruby jak przegub ręki. Teraz pojawiła się młodziutka 
dziewczyna, prawie dziecko, jej jedynym okryciem były długie 
czarne włosy. Uklękła z pokorą i kontynuowała masturbację, 
pieszcząc ogromny członek swymi małymi i zwinnymi ustami. 
Widok gigantycznego fallusa wywołał na sali wzmożone chuci 
różnych partnerów. Światowa kobieta, którą sodomizowano, nie 
krzyczała już z bólu, ale błagała swego partnera, żeby mocniej w 
nią wchodził. Blondynka w siatkowych pończochach, leżąca w 
pierwszym rzędzie, krzyknęła ostro. 
 

Nogami oplatała plecy mężczyzny, który szybko ją brał. 

 

Dziewczynka z ekranu z dostojną powolnością stanęła nad 

swym partnerem i zaczęła nadziewać swe wątłe ciało na 
monstrualny członek. Cristel krzyknęła: — Ależ on ją zabije! 
 

Nie doszło jednak do tego. Mała z uśmiechem na ustach 

pochłaniała członek centymetr po centymetrze. Mężczyzna nie 
ruszał się. W sali przestano baraszkować. Odezwało się kilka 
głosów podziwu, kiedy pośladki dziewczynki dotknęły jego 
podbrzusza: cały członek był w niej pogrążony. Opierając się na 
kostkach uniosła się, odkrywając ponownie członek. Było to 
imponujące. Malko pochwycił wzrok Cristel. 
 

— To ohydne — powiedziała. Trzymała jednak wciąż rękę 

na nabrzmiałym członku Malka. Musiałby być z drewna, aby 
pozostać niewzruszonym. 
 

Dotknął jej myszki i przekonał się, że jest mokra. 

 

— Kłamczucha — zamruczał. 

 

Nie odpowiadając, dziewczyna zsunęła się przed nim na 

kolana i Malko poczuł jej usta. Orgia toczyła się dalej. Malko 
uważnie obserwował kolejno wszystkie uczestniczki. Czy 
tajemnicza Mandala znajdowała się tutaj? W trzecim rzędzie 
dostrzegł jakąś Murzynkę, lecz zwrócona była plecami, zajęta 

background image

facetem, który brał ją od tyłu. 
 

Cristel, pozbywszy się już wstydu, usiłowała doprowadzić 

do wytrysku w usta. Ale nagle zmieniła zamiar, podniosła się i 
niewiele myśląc przyjęła tę samą pozycję, co dziewczynka na 
ekranie, nadziewała się głęboko na członek Malka. Wpatrywała się 
cały czas w ekran. Jakaś kobieta zagłębiła się w fotelu obok. Malko 
rozpoznał arystokratyczny profil, kok i kostium kobiety z baru. 
Zerkała na niego zachęcająco. Nie doczekawszy sie reakcji ze 
strony Malka, wzięła jego rękę i położyła na guzikach swego 
kostiumu. Odpiął je, żakiet rozchylił się, ukazując jędrne piersi. 
Cristel jęczała, skręcając się na nim jak mokry pies. Nie miał czasu, 
aby zainteresować się piękną nieznajomą. Jakieś dłonie opadły na 
jej piersi. Stojący za nią człowiek obmacywał je, szczypał i pieścił 
sutki ze spokojną bezczelnością. To był szpakowaty 
przemysłowiec, ubrany jedynie w koszulę. Okrążył fotel i usiadł 
obok kobiety. 
 

Jedną rękę położył na jej prawym kolanie i podciągnął 

spódnicę, odsłaniając koniuszek pończoch, podwiązki, kawałek 
gołej skóry i w końcu ciemny trójkąt. Wyszeptał coś do jej ucha i 
wolno rozsunął nogi w nylonowych pończochach. Zaspokojona 
Cristel leżała na Malku jak rozkojarzona lalka i obserwowała tę 
scenę. 
 

— Popieść ją — szepnęła — to mnie podnieca. Malko 

dotknął piersi kobiety. Mężczyzna pieścił jej łechtaczkę. Raptem 
obrócił ją na bok. Malko usłyszał dźwięk otwieranego suwaka i po 
drgnięciu kobiety zorientował się, że nieznajomy wszedł w nią. 
Poruszał się w niej bez słowa. Kobieta mocno ściskała rękę Malka. 
 

Nagle w sali zapadły ciemności i cisza, film się skończył. 

 

Malko słyszał przyspieszony oddech sąsiadki. 

 

— Tak, dobrze, bierz mnie, proszę. 

 

Nastąpił ciąg ochrypłych dźwięków. Malko miał tego dosyć. 

Zapaliło się światło. Dostrzegł obok siebie cudowną Murzynkę, 
rozciągniętą w przejściu, opierała się na łokciach i nadziewała na 
krępego mężczyznę. Jej delikatna twarz krzywiła się z rozkoszy. 

background image

Zauważył, że nosiła fiołkową suknię. 
 

Cristel ospale odpierała ataki ciemnowłosego mężczyzny, 

ubranego w skórzaną kurtkę, który zamierzał wsadzić swój członek 
pomiędzy jej piersi. 
 

— Spójrz na tę dziewczynę w przejściu, czy to Mandala? 

 

Cristel udało się odeprzeć atak i pochylając się w kierunku 

przejścia, wymamrotała: — Możliwe. 
 

Nie mogła nic więcej powiedzieć, albowiem facet w kurtce 

wepchnął jej członek w usta, podczas gdy inny wcisnął jej swój do 
ręki. Podeszła jakaś kobieta i zaczęła delikatnie pieścić jej piersi. 
Malko podniósł się. Przechodząc obok nieznajomej o 
arystokratycznym profilu, zaspokojonej porcją nasienia swego 
partnera, usłyszał: — Niedobry, już pan idzie? 
 

Szef sali uśmiechnął się do niego lubieżnie. 

 

— Czy podobało się panu przedstawienie? 

 

— Dość żywe, czy jest tu tylko jedno wyjście? 

 

Nie rozumiejąc sensu jego słów, kelner uśmiechnął się od 

ucha do ucha: — Tak, ale nie musi się pan niczego obawiać. Nigdy 
nam nie przeszkadzano. 
 

Uspokojony Malko, wciąż z rozpalonym podbrzuszem, 

wsiadł do mercedesa. Biedna Cristel. Zanosiło się na to, że będzie 
używana aż do świtu. Włączył radio i czekał. Trzy kwadranse 
później przed „Jonathanem” zatrzymało się radiotaxi. Wiele par 
opuściło już klub. Teraz w drzwiach ukazała się Murzynka, którą 
zauważył podczas orgietki. Wsiadła do taksówki. Malko ruszył za 
nią. 
 

Postanowił nie dopuścić do zamordowania swego ostatniego 

świadka, jeśli to była Mandala. 
 

Taksówka mknęła na południe aleją Louise. Następnie 

skręciła w lewo, na bulwar Louis Schmidt,  kierując się na północ. 
Malko dostrzegł tablicę z napisem „Etterbeek” — było to 
przedmieście Brukseli. Minął kilka ulic. Śledzony samochód 
zatrzymał się przed domem w uliczce Erables. 
 

Zairka wysiadła z taksówki, zapłaciła i zniknęła w budynku. 

background image

Prawie natychmiast zapaliło się światło w oknie na drugim piętrze. 
 

Malko zatrzymał się trochę dalej, wysiadł z wozu i poszedł 

sprawdzić nazwiska przy domofonie. Jedno z nich brzmiało: 
Mandala Cabindo. Wrócił do samochodu. Odjechał do centrum. Był 
zadowolony, odnalazł kochankę Filipa Burtona. Czy była 
zamieszana w tę sprawę, czy też była tylko niewinnym świadkiem? 
Musiał dowiedzieć się czegoś więcej. Pozostawała jedna metoda: 
dyskretne śledzenie. Amin Habbache będzie chciał się wykręcić od 
tego za wszelką cenę. Chyba że podsunie mu odpowiednią 
motywację. 
 

Kiedy Malko parkował samochód przed „Metropolem”, 

wciąż się zastanawiał, czy istniał jakiś związek między Zairką a 
serią morderstw. 
 

* * * 
— Do tej pory nie wychodziła poinformował przez 

krótkofalówkę spokojnym głosem Amin. Albo umarła, albo śpi... 
 

Jeśli wziąć pod uwagę jej wczorajsze wyczyny, nie było w 

tym nic dziwnego. Malkowi udało się przekonać Amina do tego 
zadania dzięki temu, że wynajął mu wyśniony motor BMW. Jakiś 
czas później cała sprawa wydała się Libańczykowi mniej śmieszna. 
Wciąż trawił swą wściekłość na Cristel, która wróciła o świcie 
wycieńczona i usiłowała tłumaczyć, że spędziła noc na tańcach. 
Malko zataił fakt uczestnictwa w orgii, na którą ją zaciągnął. Kiedy 
tylko przyszedł do Amina, Cristel szepnęła mu: — Gdy wyszedłeś, 
było jeszcze pięciu lub sześciu, którzy chcieli mnie wziąć od tyłu. 
 

— No i co? 

 

— Dałam im wszystkim radę. 

 

Podczas gdy Cristel dochodziła do siebie, Amin trzymał 

straż na ulicy Erables w Etterbeek. 
 

— Nie ruszaj się stamtąd — prosił go Malko — ona 

wyjdzie. Przyjadę po ciebie za dwie godziny. 
 

Utrzymywał z nim kontakt dzięki dwóm krótkofalówkom, 

pożyczonym od George'a Hammonda. Wolał się nie pokazywać, nie 
wiedział bowiem, z kim miała się spotkać Zairka. 

background image

 

Mordercy znali go i mogliby szybko zareagować. Z 

pewnością widzieli Amina dzień wcześniej w Beersel, ale w tych 
czarnych okularach był nie do poznania. Amin zrzędząc powrócił 
na stanowisko, a Malko pomknął na spotkanie z szefem komórki 
CIA. Gazety pełne były informacji o masakrze w „Zajeździe 
Templariuszy” i o zamordowaniu dwóch żandarmów. Pierwsze 
wiadomości wskazywały na to, że w grę wchodzili ci sami ludzie i 
ta sama broń. Malko dołączył do Amerykanina w barze hotelu 
Amigo w pobliżu Grandę Place. George Hammond był pochłonięty 
lekturą grubego sprawozdania. Naprzeciw niego stała duża butelka 
Johnny Walkera. Nie wyglądał na radosnego. 
 

— Jak dałeś sobie wczoraj radę? — zapytał. 

 

— To był cud — odparł ponuro Malko. Opowiedział całe 

zajście i ciąg dalszy z Zairką. 
 

— Słyszałem o tej dziewczynie od Burtona! — wykrzyknął 

szef komórki. 
 

— Czy możesz się czegoś o niej dowiedzieć? 

 

— Spróbuję przez policję, ale to będzie trudne. 

 

— A o klubie Jonathan? 

 

— To powinno być łatwiejsze. Jest wiele tego typu klubów 

w Brukseli. Gliny wiedzą o nich i wszędzie mają swych 
informatorów, ale nie zamykają ich. Nie widzę jednak związku z 
naszą sprawą. 
 

— W każdym razie ma związek z Mandalą, inaczej nie 

zabraliby wszystkich jej zdjęć. Ona może zaprowadzić nas do 
morderców. 
 

— Albo do Foxa. 

 

— Kto wie... 

 

* * * 
— Odsłoniła zasłony — triumfalnie zaanonsował Amin. 

 

Nieźle, była druga po południu... Amin miał tego dosyć. 

 

Śledzenie kogoś nie było jego specjalnością. Czekali jeszcze 

około godziny. Mieli właśnie zrezygnować, kiedy przed domem 
zatrzymał się samochód, za kierownicą siedział jakiś mężczyzna. 

background image

Nacisnął klakson i trzydzieści sekund później ukazała się Mandala, 
spowita w fiołkową tunikę. Usiadła obok kierowcy, który ruszył z 
kopyta. — Inch Al ah! zamruczał Amin i przystąpił do testowania 
swego BMW. 
 

Libańczyk umiał prowadzić. Udało mu się nie zgubić na 

zatłoczonych ulicach południowych dzielnic Brukseli. Malko 
zapamiętał numer samochodu: CUV 165. Znaleźli się w dzielnicy 
Ixelles, śledzona santana skierowała się na ulicę Souveraine i 
wjechała na parking numer pięć. Był tam mały trzypiętrowy domek. 
Amin pojechał dalej aleją Ixelles i zatrzymał się na rogu, naprzeciw 
kawiarni o dziwnej różowej fasadzie. Nazywała się „Flora”. 
 

Malko zostawił BMW swemu losowi i poszedł na piechotę 

do budynku, w którym zniknęła santana. Na sześciu mieszkańców, 
wisiały jedynie dwie wizytówki z nazwiskami, które zapamiętał. 
Nie chciał zbyt długo zostawać w okolicy domu i szybko powrócił 
do motoru. Czekał z Aminem. Niczym nie ryzykowali, gdyż ulica 
Souveraine była jednokierunkowa. Godzinę później pojawiła się 
znów santana i pojechała aleją Ixelles. 
 

Kolejny przystanek, tym razem przy bramie Namur. 

Mandala wysiadła i ruszyła na piechotę. Wstąpiła do fryzjera. 
Santana odjechała, kierując się ponownie do Ixelles. Samochód 
skręcił w ulicę Beau Site i zniknął pod numerem siódmym. 
 

Amin pojechał dalej i zatrzymał się. Kwadrans później wóz 

pojawił się i zjechał aleją Louise. Skręcił na prawo, w kierunku 
centrum miasta. Wjechał w ulicę Louvain i zwolnił przed szarym 
ośmiopiętrowym budynkiem. Naprzeciw niego stały zaparkowane 
białe golfy, otoczone pomarańczową taśmą. 
 

Kierowca santany pokazał mundurowemu jakąś kartkę i 

wjechał do podziemnego garażu w budynku. Amin zagwizdał 
zdziwiony. 
 

— Przecież to siedziba brukselskiej BSR

15

. Cholera, to glina. 

Mandala jest jego informatorką. 
 

Naturalnie musiała mieć ciekawe rzeczy do opowiedzenia 

15  BSR Brygada Specjalna do Spraw Poszukiwań. 

background image

po wczorajszej rozpuście... 
 

Malko gorączkowo rozmyślał. Mając numer rejestracyjny 

santany, mogą odnaleźć „pośrednika” Zairki. W każdym razie 
należałoby nawiązać z nią bezpośredni kontakt, i to szybko. 
 

— Jedziemy po Cristel — rzekł Malko. 

 

— Dlaczego? 

 

— Musimy wysłać ją do tego fryzjera, którego odwiedza 

Zairka. 
 

Amin kierował się już w stronę Sablon. Kiedy przejeżdżali 

ulicą Royale, Malko zapytał: — Czy żandarmi mają sieć 
informacyjną? 
 

— Oczywiście, to państwo w państwie. Nienawidzą glin i są 

najsilniejsi w Królestwie. Wręcz nietykalni, mają teczki wszystkich. 
 

Kiedy Amin poszedł po Cristel, Malko skorzystał z okazji, 

by zatelefonować z kabiny na placu Sablon do George'a 
Hammonda. 
 

Cristel wyglądała jak przeciągnięta przez wyżymaczkę, z 

pewnością fryzjer się jej przyda. Amin opowiedział jej wszystko, 
Malko jedynie dorzucił swoje polecenia: — Przede wszystkim bądź 
ostrożna, żadnych wzmianek o mnie czy Aminie. Spróbuj tylko 
zbliżyć się do niej. Musisz dowiedzieć się, jak brzmi nazwisko 
faceta, który z nią żyje. 
 

Cristel odgarnęła swe rozczochrane włosy do tyłu. 

 

— Musi mieć wielu facetów. 

 

— To nic, będziemy działali przez eliminację. Spojrzał na 

nią, kiedy wchodziła do zakładu fryzjerskiego. — Amin, zostań tu i 
zabierz ją. Ja idę po samochód i jadę do ambasady. Potem wracam 
do hotelu i czekam na wieści. 
 

* * *
Słuchając relacji Malka, George Hammond robił notatki 

ładnym pismem. Szczególnie interesowała go santana. Odłożył 
długopis. 
 

— Im więcej o tym myślę, tym bardziej jestem przekonany, 

że mamy do czynienia z manipulacją, w której maczają palce faceci 

background image

z sił porządkowych. Oni są zbyt pewni swej bezkarności. 
 

— Wydaje mi się, że Fox reguluje swe osobiste porachunki, 

które nas nie dotyczą, a Burtona zlikwidował, ponieważ 
przeszkadzaliśmy mu — odpowiedział Malko. 
 

— Używał jednak broni należącej do Agencji. 

 

— Aby odwrócić podejrzenia, to wszystko. Jestem prawie 

pewien, że to wewnętrzna sprawa między Belgami. 
 

— A KKW? 

 

— To było również mydlenie oczu. Zabici nie należeli do 

niebezpiecznych morderców. Istotnie byli członkami ruchu KKW, 
ale jedynie formalnie. Nie byli zamachowcami. Mimo to zostali 
brutalnie zamordowani. Istnieje jakiś inny motyw, o którym nic nie 
wiemy. 
 

George Hammond westchnął, zrezygnowany. 

 

— Nie bardzo nadążam za tobą, ale jeśli dzięki Zairce 

odkryjesz ślad tych szaleńców, to moje gratulacje. Ja zajmę się 
santaną. 
 

* * *   

 

Od dwudziestu minut Malko czekał w hotelu na telefon. 

 

Kiedy wreszcie zadzwonił, agent usłyszał w słuchawce 

wyczerpany głos Amina: — Mam tego dosyć, jestem w kawiarni 
naprzeciw Giełdy, niedaleko „Metropolu”. 
 

— A Cristel? 

 

— Siedzi dziesięć metrów ode mnie ze swoją nową 

koleżanką — gorzko zabrzmiał głos. — Paplają jak sroki, wyszły 
razem od fryzjera. To jej nowa przyjaciółka z dzieciństwa. 
 

Trzeba przyznać, że dwie takie dziwki mają sobie dużo do 

opowiedzenia. 
 

Malko był już w windzie. Bez trudu odnalazł kawiarenkę 

naprzeciw komisariatu policji. Amin sączył na tarasie szklaneczkę 
whisky. Malko zauważył w środku dwie gadające kobiety. 
Libańczyk pociągnął cienki wąsik. 
 

— Zleca mi pan rzeczywiście okropną robotę — żalił się. 

 

— U nas, w Bejrucie, zajmują się tym dziesięciolatki. A 

background image

ponadto... 
 

— Dotrzymam ci towarzystwa — zapewnił go Malko. 

 

Zamówił kieliszek Stolicznej i obserwował kobiety. Nigdy 

by nie przypuszczał, że nawiązanie kontaktu mogło być takie łatwe. 
Minęła godzina. Amin, zniechęcony, spojrzał na zegarek. 
 

— Mam lekcję strzelania. Z facetem, którego uczę. Nie 

mogę go wystawić do wiatru. Zostawiam pana. Cześć! 
 

Oddalił się miękkim krokiem w kierunku placu Brouckere. 

 

Malko miał to w nosie. Teraz nie musiał już śledzić 

Mandali. 
 

Wiedział, gdzie mieszka, a Cristel miała z nią kontakt. 

Zagłębiony w lekturze „Le Soir” cierpliwie czekał. Panie zamówiły 
sobie Cointreau, które sączyły jak dwie przyjaciółki. W końcu 
podniosły się. Malko poczuł perfumy oddalającej się młodej 
Murzynki, spowitej w fiołkową tunikę. Dziewczyna powoli 
kołysała biodrami. Cristel odprowadziła ją do taksówki. Pocałowały 
się na pożegnanie i Zairka wsiadła do samochodu. Cristel dopadła 
Malka i z błyszczącymi oczami usiadła obok niego. 
 

— Jakaż ona sympatyczna. Miałam szczęście i znalazłam się 

obok niej u fryzjera. Rozpoznała mnie natychmiast po wczorajszym 
wieczorze w „Jonathanie”. Powiedziała, że zauważyła mnie, bo 
wyłam jak wariatka. Była cholernie zadowolona ze spotkania. 
 

— Nie powiedziałaś jej, kim jesteś? 

 

Cristel roześmiała się. 

 

— Pan oszalał? Powiedziałam, że spotkałam faceta w barze 

Amigo i że poderwał mnie. No i że po raz pierwszy robiłam te 
rzeczy, nie uwierzyła mi. 
 

— Opowiedz mi o niej. 

 

Cristel z rozbawieniem wydęła wargi. 

 

— No cóż, jest napalona. Powiedziała, że jej ojciec był trzy 

razy ministrem w Zairze, że wysłał ją tutaj na studia, ale ona 
gwiżdże na to. 
 

— Dobra, a jej życie prywatne? 

 

Cristel parsknęła śmiechem. 

background image

 

— Chce pan powiedzieć: jej faceci. Ma wielu, według mnie 

chyba przeleciała połowę mieszkańców Brukseli. Kiedy wychodzi z 
jakimś facetem, nie potrafi powiedzieć „nie”, pewnie przez 
grzeczność. 
 

Spotkanie z nimfomanką nie dawało mu dużej nadziei. 

 

Malko poczuł, że ogarnia go zwątpienie. 

 

Zanim Cristel zaczęła opowiadać o rozmiarze bezeceństw 

Mandali, upiła łyk Cointreau. 
 

— Myślę nawet, że jest jakiś mężczyzna, który podpala ją 

bardziej niż inni. Facet, którego widuje zawsze tete-a-tete. 
 

Była dosyć tajemnicza na jego punkcie. Nazywa go King 

Kongiem. 
 

— Dlaczego? — To ogromny mężczyzna — wyjaśniła 

Cristel — ma prawie dwa metry wzrostu i proporcjonalną całą 
resztę. 
 

Malko poczuł skurcz w żołądku. Przypomniał sobie 

zamaskowanego olbrzyma, który dwukrotnie usiłował go zabić. 
 

Tym razem nareszcie wygrał swoją pulę, ale Zairka, 

nieświadoma niczego, była w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Za 
wszelką cenę należało dowiedzieć się czegoś więcej. 
 

Malko przyznał, że dzięki swej zaciekłości zbliżył się 

wreszcie do celu. 
 

 — Co ci powiedziała o tym facecie? — naciskał. 

 

Cristel Tilmant zmarszczyła czoło jak uczniak szukający 

bezowocnie odpowiedzi na zadanie matematyczne. 
 

— Prawie nic, z wyjątkiem tego, że ponoć z nim doznaje 

nadzwyczajnych uniesień, chociaż jest zblazowana. 
 

— W jaki sposób go poznała? 

 

— Chyba przez wspólnego kumpla, ale nie precyzowała 

tego. W końcu to nie jest jedyna miłość jej życia. Nie mieszkają 
razem, spotyka się z nią, kiedy ma ochotę. Powiedziała mi, że nigdy 
do niego nie dzwoni, zabronił jej. Niekiedy przyjeżdża po nią do 
„Jonathana”, zanim zacznie swe orgietki... 
 

— Czy poza wzrostem nie opisała go dodatkowo? 

background image

 

— Nic ponad to, że jest górą mięśni. 

 

Przed oczami Malka pojawiła się ponownie sylwetka 

zamaskowanego olbrzyma. Niezależnie od swej masy poruszał się 
miękko, miał spadziste ramiona sportowca. Malko czuł, że płonie w 
środku. 
 

— Kiedy ją ponownie zobaczysz? 

 

— Mamy się zdzwonić. Chciała, żebym wpadła 

do„Jonathana”. Wydaje mi się, że ma fioła na punkcie pieprzenia 
się. Nawet nie każe płacić typom, które ją przelatują. Powiedziała 
mi, że razem to może być jeszcze bardziej ekscytujące. Czy chce 
pan, abym zaproponowała przedstawienie mi King Konga? 
 

— Tylko nie to! — podskoczył Malko. — Trzeba by się 

jednak dowiedzieć, kiedy się z nim zobaczy. 
 

— Dobra, idę się położyć... Powiedziała mi, że wyjdziemy 

razem jutro wieczorem. Pójdziemy gdzieś, gdzie według niej jest 
wielu wspaniałych facetów. Podniecają ją tylko biali... 
 

Od momentu powrotu od fryzjera Cristel, pomimo szarych 

sińców pod oczami, ponownie poczuła się podniesiona na duchu. 
Malko zastanawiał się, z iloma mężczyznami kochała się jeszcze 
wczorajszego wieczoru. Jakby odgadując jego myśli, obciągnęła 
sweter, aby uwydatnić swe piersi, i posłała gorące spojrzenie 
facetowi jedzącemu śledzia; wstała i odeszła krokiem rozpalającym 
wszystkich mężczyzn, w ściśle opinającej pośladki minispódniczce. 
Wszyscy faceci odwracali się za nią. 
 

Trzeba było teraz poinformować George'a Hammonda. 

 

Okrzyk triumfu, jaki wydają myśliwi, czując zbliżającą się 

zwierzynę, wydawał się bliski. 
 

* * * 
Szef komórki CIA w Brukseli robił się coraz mniejszy. 

 

— Mam informacje dotyczące santany — oświadczył. — 

Prowadzi donikąd. 
 

— Dlaczego? 

 

— To samochód operacyjny brukselskiej BSR, nie 

przyznawany personalnie. Jest prawie niemożliwe, aby dowiedzieć 

background image

się, kto używał go dziś rano. Mój informator, wysokiej rangi 
urzędnik, wyjaśnił mi, że byłoby potrzebne wewnętrzne śledztwo, 
zarządzone przez samego ministra sprawiedliwości. To tak, jakbyś 
chciał namówić górę, żeby się ruszyła. Na dodatek zadaniem sekcji 
BSR, używającej tego samochodu, jest zbieranie tzw. gorących 
informacji, dotyczących pewnych środowisk. To coś na kształt 
wewnętrznej policji, która gromadzi dane o osobistościach tego 
kraju. Kierujący nią pułkownik żandarmerii zazdrośnie strzeże 
sekretu swych operacji. 
 

Malko przestał go słuchać. To, że taka dziewczyna jak 

Zairka pracuje dla policji, było w porządku. Dziwne jednak, że 
nigdy nie przekazała informacji o mordercach, jeśli ich znała. 
 

Może nigdy ich nie spotkała. 

 

— Myślę, że znalazłem dowód na to, iż Filip Burton znał 

morderców. 
 

— Nie?! — wykrzyknął George Hammond. 

 

Ze zdziwieniem i niedowierzaniem wysłuchał informacji 

zebranych przez Cristel. 
 

— Chcesz powiedzieć, że Burton był wspólnikiem? 

 

— Niekoniecznie — sprostował Malko. — Chyba poznał 

przynajmniej jednego z nich w zupełnie innych okolicznościach, a 
kiedy dokonano morderstw, zaczął dedukować, opierając się na 
elementach, których my nie znamy. Ta hipoteza opiera się na 
kradzieży zdjęć Mandali. Inaczej, dlaczego by je ukradli? Przecież 
nie był to wielbiciel. 
 

— A Fox? 

 

— Tutaj nie mam nic. Mandala z pewnością go nie zna, a 

jeśli tak, to nie wie, z kim ma do czynienia. 
 

— To by mnie zdziwiło, gdyby go znała. Taki facet jak on 

jest zbyt ostrożny, aby ocierać się o tego rodzaju dziewczynę.— 
Hammond nieuważnie przeglądał akta, które przyniosła mu 
sekretarka. — Znów mówi się o KKW. Członkowie organizacji 
RAF

16

 ogłosili, iż nie mają z nimi nic wspólnego i uważają ich za 

16  RAF — Rote Armee Fraktion  — Frakcja Czerwonej Armii, niemieccy 

background image

frajerów. 
 

— Jak to rozumiesz? — zapytał Malko. 

 

— Jeszcze nie mam opinii — wyznał Amerykanin. — Tylko 

ci to sygnalizuję, gdyż oni wchodzą w naszą sprawę. W zasadzie 
Fox wydaje się zbyt zaciekły, aby ich zniszczyć. 
 

— Miejmy nadzieję, że ta nowa przyjaźń między Mandalą a 

Cristel nie będzie słomianym ogniem i że dostaniemy informacje, 
których poszukujemy. Oczywiście nie możemy założyć podsłuchu u 
Mandali, prawda? 
 

Amerykanin wzniósł oczy do nieba. 

 

— Chyba nie mówisz poważnie? Faceci zajmujący się tego 

rodzaju usługami są w większości eksglinami, mają kontakty ze 
swoją byłą administracją, a w ogóle są okropny mi łobuzami. Jeżeli 
chcesz, żeby wszystkie tajemnice Agencji dotarły do wiadomości 
publicznej... 
 

* * * 
Pozostawały dwadzieścia cztery godziny niepokoju. Dla 

zabicia czasu Malko popatrywał na ruch uliczny na placu 
Brouckere. Zmuszał się wręcz do przeglądania wszelkich 
kosztorysów prac naprawczych swego zamku w Liezen, ale nie 
mógł się skoncentrować. Zaprzestał śledzenia Zairki, grając kartą 
jej nowej przyjaźni z Cristel. Ten dzień powinien być  decydujący. 
Za kilka godzin Cristel będzie jadła kolację z Murzynką. Co z tego 
wyniknie? Mogą upłynąć tygodnie, zanim doprowadzi ich do King 
Konga. A ten z kolei może nie mieć żadnego związku z 
mordercami, których Malko poszukuje. Zadźwięczał telefon, to była 
Cristel. 
 

— Dzisiejsza kolacja została odwołana — oświadczyła 

zmartwiona — właśnie dzwoniła Mandala. 
 

Malko zaklął pod nosem. Taka dziewczyna jak Mandala to 

koszmar. 
 

— Dlaczego zmieniła zdanie? — zapytał machinalnie. 

 

— Je kolację z jakimś facetem. Może to ten tajemniczy King 

lewicowcy.

background image

Kong. 
 

— Gdzie? — dociekał Malko. 

 

— Nie wiem. Powiedziała, że spotkamy się później w 

„Jonathanie”, ponieważ facet nie spędzi z nią całej nocy... Chce 
pan, żebym tam poszła? 
 

— Oczywiście — odparł Malko. — Czy Amin jest z tobą? 

 

— Tak. 

 

— Daj mi go. 

 

Miał przed sobą cały dzień na zorganizowanie kryjówki. 

 

Nie mógł teraz pozwolić sobie na zgubienie Zairki. W 

słuchawce rozległ się zaspany głos Amina. 
 

— Czy lubisz prowadzić motor? — zapytał Malko. 

 

Libańczyk obudził się natychmiast. 

 

— Uwielbiam, dlaczego pan pyta? 

 

— Spotkamy się u Hertza i wynajmiemy najpiękniejszą 

maszynę, jaką dysponują. 
 

— Jedziemy do Zoute?

17

  — zaśmiał się Libańczyk. 

 

— Niezupełnie, raczej będziemy pilnować Mandali. 

Wytłumaczę ci to później. 
 

* * * 
Malko spoglądał na oddalającego się Amina, siedzącego na 

wspaniałym motorze Yamaha, którego silnik imponująco warczał. 
Na tej maszynie pokonanie drogi do Etterbeek, gdzie mieszkała 
Zairka, zajmie mu mniej niż dziesięć minut. Malko wrócił do swego 
pokoju w hotelu Metropol i zmusił się do odczekania kwadransa. 
Potem nakręcił numer Cristel. 
 

— Zadzwoń pod jakimkolwiek pretekstem do Mandali, chcę 

być pewien, że jeszcze jest u siebie. 
 

Pięć minut później odezwała się Cristel. 

 

— Zastałam ją, jeszcze spała, nie jest rannym ptaszkiem. 

 

Czy to wszystko? 

 

— Na razie tak — odparł Malko. 

 

Libańczyk powinien właśnie parkować motor. Z pewnością 

17  Knokke-le-Zoute — belgijski odpowiednik Saint-Tropez.

background image

nie uda mu się sprawdzić ogromnych możliwości maszyny podczas 
śledzenia taksówki. Motor był o wiele poręczniejszy do śledzenia 
niż samochód. Szczelny kask ochronny uniemożliwiał rozpoznanie 
twarzy kierowcy. Nie było to bez znaczenia. Malko miał wrażenie, 
że nareszcie zbliża się do końca. Pozostawało zadać ostateczny cios, 
no i dotrzeć do tajemniczego Foxa. 
 

Oby tylko Mandala spotkała się z King Kongiem i oby jej 

kochanek był tym zabójcą... 
 

* * * 
Malko z roztargnieniem oglądał „Wiadomości”. Była 

godzina dwudziesta i żadnej nowej wieści od Amina. W ciągu dnia 
Libańczyk dostał za swoje: Mandala odwiedziła swego fryzjera, a 
potem włóczyła się po alei Louise, kupując ciuchy na 
wyprzedażach. Następnie spędziła godzinę w sklepie z komiksami, 
zanim udała się do siebie. Kupiła całą pakę komiksów i musiała je 
teraz pochłaniać. Zmieniła tunikę na płócienny kostium tego 
samego koloru. Amin zauważył, że pod nim nosiła jedynie 
dopasowany gorset, oferując swe czekoladowe piersi jakby na tacy. 
Przynajmniej tak opowiadał, zdając Malkowi swój kolejny raport... 
 

W końcu zadzwonił telefon. Głos Amina drżał z 

podniecenia. 
 

— Jestem tam, gdzie diabeł mówi dobranoc, po stronie 

Waterloo. Facet przyjechał po nią. Właśnie jedzą kolację w 
restauracji o nazwie „Gospoda pod Trzema Kaczkami”. 
 

— Jaki facet? Widziałeś go? 

 

— Tak, ten sam, co poprzednio, i samochód ten sam: 

santana z BSR, numer rejestracyjny — CUV 165. 
 

— Shit!— wykrzyknął Malko. 

 

Całe jego podniecenie opadło. Zairka opowiedziała swej 

nowej koleżance byle co, ponieważ nie chciała się przyznać, że 
miała zjeść kolację z gliną, który był jej zleceniodawcą, — Jest pan 
tam? Chce mi się pić, co mam robić? 
 

— Gdzie jest ta gospoda? 

 

— W Ohain, przy wiejskiej drodze obok równiny Waterloo, 

background image

to około dwudziestu kilometrów od Brukseli. Podobno jest to 
cholernie modne miejsce. Dzwonię z automatu, jakieś dwieście 
metrów od Waterloo. 
 

— Jadę tam. 

 

* * * 
Malko klął, zagubiwszy się na wiejskich drogach, plotących 

się wokół Ohain. Odkąd opuścił autostradę Bruksela — Mons, 
zaczął się koszmar. Wszedł do kawiarni i po raz setny kazał sobie 
tłumaczyć drogę. Przy wyjeździe z Ohain zjechał w dół krętą 
uliczką, która kończyła się rozwidleniem. Instynktownie skręcił w 
prawo i po ujechaniu dwudziestu metrów dostrzegł biały fronton z 
napisem „Gospoda pod Trzema Kaczkami”. Mały parking 
zapakowany był samochodami. 
 

Zauważył też szarą santanę brukselskiej BSR. Amin 

Habbache znajdował się trochę dalej, na polu obok kabiny 
telefonicznej, stał pochylony nad swą yamahą. 
 

— Są tam od trzech kwadransów. Chce pan, żebym tam 

poszedł? 
 

— Tylko nie to! Jeżeli to facet, którego poszukujemy, 

najmniejsze niecodzienne zdarzenie może obudzić jego czujność. 
Musimy zaczekać. Znalazłem miejsce, skąd możemy pilnować 
wyjścia. 
 

Parking był dobrze oświetlony, to powinno wystarczyć do 

zidentyfikowania go. 
 

— Zabawimy się w kmiotków—westchnął zrezygnowany 

Amin. 
 

* * * 
Była godzina dwudziesta trzecia dziesięć. Cztery pary 

opuściły już „Gospodę pod Trzema Kaczkami”, na parkingu zostały 
jeszcze dwa samochody. Malko z Aminem czekali ukryci za gęstym 
żywopłotem, okalającym podwórko farmy, gdzie zaparkowali 
mercedesa i motor — dokładnie na wprost restauracji. Otworzyły 
się drzwi i ukazała się jakaś postać: to była Mandala, z gracją 
obnosiła swój kostium, rozpięta marynarka ukazywała opinający ją 

background image

gorset. Za nią pojawił się mężczyzna. 
 

Miał prawie dwa metry wzrostu, krótkie jasne włosy, był 

atletycznej budowy i lekko kulał. Malko wyobraził go sobie z 
kominiarką na twarzy. To jego Zairka nazywała King Kongiem, to 
on był mordercą, którego Malko spotkał dwukrotnie. Był to również 
ten sam facet, który prowadził samochód operacyjny 
Królewskiejżandarmerii. Olbrzym otworzył drzwi Mandali, sam 
usiadł za kierownicą. 
 

— To facet, który chciał mnie zabić — wyszeptał Malko do 

Amina. 
 

— Cholera! — zaklął Libańczyk. 

 

King Kong wyjechał z parkingu. Malko odczekał chwilę, 

aby nabrać dystansu. Ruszył w kierunku autostrady i przyspieszył, 
za nim sunął na motorze Amin. Kilka kilometrów dalej dogonił 
jadącą wolno santanę. Obydwa samochody objechały Brukselę 
obwodnicą. Santana wyjechała przez wiadukt alei Houba de 
Strooper na północy miasta, w dzielnicy Heysel. Na prawo 
niewyraźnie rysowały się duże kopuły obserwatorium. Nie było 
prawie ruchu. Malko był zmuszony zwiększyć dystans i ustąpić 
miejsca Aminowi. 
 

Kierowca santany skręcił w aleję Thiriar, spokojną uliczkę z 

nowoczesnymi domami, i zatrzymał się przed małym budynkiem z 
białej cegły, obok Domu Starców imienia królowej Fabioli. Malko 
zatrzymał się trochę dalej i wrócił na piechotę. 
 

Para zniknęła, Malko podniósł głowę i zobaczył, że w oknie 

na trzecim piętrze zapaliło się światło. Pochylił się nad tabliczką z 
nazwiskiem przy domofonie i przeczytał: Robert Martens — trzecie 
piętro na lewo. Wycofał się i podszedł do czekającego przy swoim 
motorze Amina. W końcu poznał nazwisko jednego ze zbirów 
Foxa. 
 

— Człowiek, który chciał mnie zabić, jest członkiem 

żandarmerii i nazywa się Robert Martens —  oświadczył Malko 
Aminowi. — Co robimy? — zapytał Libańczyk. 
 

— Na razie nic, wracaj do siebie. 

background image

 

Zależało mu, aby Cristel złapała swą koleżankę, nawet 

gdyby to nie miało nastąpić dziś wieczór. Na podstawie tego, co 
wiedział, należało ją uprzedzić, by nie popełniła jakiejś gafy, która 
mogłaby okazać się dla niej śmiertelna. 
 

Przemknął przez Heysel i Jette i wjechał do tunelu alei 

Leopolda II, dotarł do alei Louise. Portier w „Jonathanie” 
uśmiechnął się do niego porozumiewawczo, a szef sali szepnął mu 
do ucha: — Dziś wieczór nie ma przedstawienia, ale jest kilka 
kobiet. 
 

— Czekam na kogoś. 

 

Cristel jeszcze się nie pojawiła. Fagas zaprowadził go do 

baru i usadził w pobliżu okazałej rudowłosej kobiety o 
szmaragdowych oczach. Malko widział ją poprzednio. Spojrzała na 
niego wzrokiem, który wyraźnie wskazywał, iż nie przyszła tu, aby 
jedynie wypić lampkę szampana. Wolno skrzyżowała nogi, 
ukazując końcówkę pończoch. Nie była kurwą, raczej napaloną 
mieszczką. Nosiła prawdziwą biżuterię i suknię od znanego krawca 
Azzedine Alaya. Zeźlony Malko spojrzał na zegarek. Gdzie się 
podziewała Cristel? W każdym razie Mandala z pewnością spędzi tę 
noc u swego amanta. Pragnął, żeby już było jutro: George 
Hammond, mając kontakty z policją, bez trudności namierzy 
Roberta Martensa. Co prawda Malko nigdy nie widział jego twarzy, 
ale cała reszta pasowała. Drzwi prowadzące do sali projekcyjnej 
otworzyły się i Malko machinalnie tam spojrzał. 
 

Miał wrażenie, że jego serce się zatrzymało: w drzwiach stał 

mężczyzna ubrany w białą koszulę i ciemny garnitur, spokojnie 
lustrował salę. To był przyjaciel wdowy po Gustavie Meyerze, ten 
sam, który prowadził skradzionego saaba. Malko nie zdążył 
otrząsnąć się z zaskoczenia, kiedy mężczyzna zamknął drzwi i 
zniknął. Przechodził właśnie szef sali, Malko zaczepił go. 
 

— Kim jest ten mężczyzna? Powiedział mi pan, że dziś 

wieczór nie ma przedstawienia. 
 

— Ten facet to co innego, to pan Filip, szef lokalu. 

 

Malko zaniemówił z wrażenia. Tak więc wszystko do siebie 

background image

pasowało. Gustav Meyer znał właściciela „Jonathana”, z którym 
spotykała się Zairka, kochanka zarówno Burtona, jak i Roberta 
Martensa. Zaczynał rozumieć, dlaczego skradziono zdjęcia Mandali 
Cabindo. Burton jednak był związany z mordercami. Pozostaje 
teraz pytanie, czy Filip rozpoznał go. Opanowała go jedna myśl: 
zmyć się stąd, zanim nadejdzie Cristel. 
 

Nie mógł jej skompromitować. Wstał i skierował się ku 

drzwiom, zostawiając sfrustrowaną rudowłosą. 
 

* * * 
Robert Martens nie odbierał telefonu, nie lubił kiedy 

przeszkadzano mu w środku nocy. W końcu podniósł słuchawkę 
lewą ręką, drugą przesuwał po kręgosłupie leżącej na brzuchu 
Mandali. — Robert? Muszę się z tobą natychmiast zobaczyć. To 
pilne! 
 

Robert Martens nie odpowiedział natychmiast. Nie był 

rozmowny przez telefon, a jego rozmówca wydawał się 
zaniepokojony. Zapytał go: — Gdzie? 
 

— W zwykłym miejscu. 

 

— Dobra, za pół godziny. 

 

Odłożył słuchawkę i podniósł się. Zairka spoglądała na 

niego z nieukrywanym podziwem. 
 

— Idziesz gdzieś? 

 

— Tak, mam coś do załatwienia. 

 

Każda inna kobieta zaraz zadałaby masę pytań. Coś do 

załatwienia o drugiej w nocy! 
 

Mandala jednak została odpowiednio wyszkolona przez 

swego amanta. Posłała mu jedynie rozkochane spojrzenie. 
 

— Wrócisz? 

 

Zawahał się. Zwykle nikogo nie zostawiał u siebie, ale miał 

jeszcze na nią ochotę. 
 

— Tak, wrócę za godzinę, zostań tu. 

 

Delikatnie klepnął ją po pupie i wstał. Ubrał się i wkrótce 

mknął ulicami Heysel. Zastanawiał się, czego chciał Filip. O tej 
godzinie nie był to zapewne żart... 

background image

 

Spotkał się z nim na opuszczonym postoju taksówek na 

placu Louise. Filip dał sygnał światłami. Robert Martens wsiadł do 
jego starego mercedesa-kabrioletu. 
 

— Co się dzieje? 

 

— Dziś wieczór widziałem kogoś, to brzydko pachnie. 

 

Robert Martens w milczeniu wysłuchał jego opowieści. A 

więc pierwsza wpadka. Gorączkowo myślał, szukał przecieku i 
sposobu obrony. — Wczoraj wieczorem śledzono mnie — rzekł. — 
Teraz to zrozumiałem. To był jakiś typ na motorze. 
 

— Co robimy? — zapytał go, nie kryjąc zaniepokojenia, 

Filip. 
 

— Zajmę się tym — odparł Martens. — Nie ruszaj się, ten 

facet nie ma nic konkretnego, nawet na ciebie. Nie można mu 
jedynie pozwolić posunąć się dalej. Trzeba się również dowiedzieć, 
jak mu się udało zajść tak daleko. 
 

Jego spokojny głos działał kojąco. Jak dotychczas, nie mylił 

się nigdy. Kumpel Martensa odjechał uspokojony. Ich metody pracy 
eliminowały wraz z niewygodnymi świadkami wszelkie ryzyko. 
Pozostawało jedynie trzymać się przyjętej linii. 
 

* * * 
Robert Martens, zamyślony, rozbierał się powoli. Podszedł 

do łóżka i napotkał wzrok Mandali. Kobieta uklękła i przybliżyła 
twarz do umięśnionego podbrzusza swego kochanka. 
 

— Chciałam, żebyś szybko wrócił, zostawiłeś mnie nie 

zaspokojoną. 
 

Wzięła do ręki jego na wpół wyprężony członek i lizała go. 

 

Przesunęła palec pomiędzy jego umięśnionymi udami i 

wsadziła powoli w odbyt. Robert drgnął, przepadał za tą pieszczotą. 
Rzadko zdarzało mu się spotkać tak dobrą kochankę. Mandala 
przerwała na chwilę i spojrzała na niego wzrokiem pełnym 
uległości. 
 

Spotkałam kogoś, kto ci się spodoba. 

 

Martens poczuł lodowaty powiew w mózgu. 

 

— Tak, kogo? 

background image

 

— Taka dziewczyna, była kiedyś w „Jonathanie”. Pieprzyła 

się jak wariatka. Facet, który ją pieprzył, miał o połowę mniejszy 
członek niż ty. Z tobą pewnie by oszalała. 
 

Robert uwielbiał doprowadzać kobiety do krzyku rozkoszy 

za pomocą swego ogromnego członka. Kiedy to nie podniecało ich 
wystarczająco, odwracał je i sodomizował. W takich przypadkach 
zawsze krzyczały. Niekoniecznie z rozkoszy. 
 

Myśl o tym nie zrobiła na nim najmniejszego wrażenia. 

 

— Mówiłaś jej o mnie? — zapytał obojętnym głosem. 

 

— Niezupełnie. Powiedziałam, że znam faceta, którego 

nazywają King Kongiem i który ma imponujący korzeń. To 
wszystko, może chcesz ją spotkać? 
 

— Powinnaś była ją przyprowadzić. 

 

— Powiedziałam jej, że będę jadła z tobą kolację, ma na 

mnie czekać w „Jonathanie”. 
 

— Aha. 

 

Udało mu się ukryć swą wściekłość. Zbyt dużo było takich 

przypadków. 
 

— Chciałbym spotkać twoją koleżankę — oznajmił ciepłym 

głosem. — Jutro wieczorem, możesz do niej zadzwonić? 
 

— Tak. 

 

— Nie ma stałego faceta? 

 

— Nie wydaje mi się. 

 

— To chyba nie kurwa? 

 

— Nie. 

 

— Daj mi jej nazwisko i numer telefonu, sprawdzę to. 

 

Udawał, że to kupił. Był prawie pewien, że znalazł przeciek. 

Kobieta pieściła go ze znajomością rzeczy, patrzyła na rosnący 
członek, wiedząc, że wkrótce znajdzie się w niej. 
 

Robert Martens myślami odbiegł już daleko. Był 

zdecydowany na atak, jak zwykle w sposób piorunujący. Chodziło 
o jego życie. Nie miał najmniejszych złudzeń co do swojego szefa: 
przy jakimkolwiek problemie puści go kantem. Takie są reguły gry. 
 

Poczuł, że członek stał się twardy jak żelazo. Odsunął ręce 

background image

Mandali i powiedział tylko: — Odwróć się. 
 

Mandala posłusznie uklękła przed łóżkiem i wystawiła swe 

krągłe pośladki. 
 

— Uważaj, dziś jesteś ogromny. 

 

Z tym większą brutalnością Martens zagłębił się w niej. 

 

Myślał już o jutrzejszym dniu. 

 

* * * 
Po wyrazie twarzy George'a Hammonda Malko poznał, że 

sprawa się komplikuje. Dwie godziny wcześniej przekazali sobie 
informacje pozwalające na lepsze osaczenie przyjaciela Mandali 
Cabindo, jak również Filipa, właściciela klubu „Jonathan”. 
 

— Znalazłeś coś? — zapytał Malko. 

 

— Tak, na obydwu. Zacznijmy od tego, którego nazywasz 

King Kongiem: jest niezwykle wysoko notowanym adiutantem w 
żandarmerii. Klejnocik brukselskiej BSR. Jemu powierzają 
najtrudniejsze zadania. Jest mistrzem strzeleckim, nie było z nim 
żadnego problemu, kawaler, żadnego śladu anormalności w życiu, 
słowem: rzadka perła... 
 

Malko nie przerywał mu. To, co usłyszał, tłumaczyło jednak 

wiele spraw, na przykład czysto wojskową stronę ataku, którego był 
ofiarą. 
 

— Jesteś pewien swoich informacji? — zapytał 

Amerykanin. — W końcu to nie jedyny amant tej dziewczyny i 
wysoko postawiony facet w Brukseli. — Masz rację, ale byłby to 
zbyt wielki zbieg okoliczności. 
 

Ponadto on lekko kuleje, tak jak facet w masce, który zabił 

Filipa Burtona. 
 

— Jesteś jedynym człowiekiem, który go widział — odparł 

George. — I należy do żandarmerii, policja będzie chodziła przy 
nim na paluszkach. Trzeba będzie przedstawić dodatkowe dowody. 
Ponadto czegoś mi tu brakuje: żandarmeria i służby specjalne 
nienawidzą się nawzajem. Ty zakładasz, że on pracuje nad misją 
top secret dla służb bezpieczeństwa państwa. To przecież mało 
prawdopodobne. 

background image

 

— Ja w dalszym ciągu szperam. Mam nadzieję, że Cristel 

powie mi coś więcej. A co znalazłeś na tego drugiego faceta z 
„Jonathana”? 
 

George Hammond uśmiechnął się radośnie. 

 

— Z nim było o wiele prościej. To także żandarm, nazywa 

się Filip Orstall, ale już nie pracuje. Wylano go za coś nie bardzo 
jasnego. Pozostał jednak w dobrych stosunkach ze swymi byłymi 
kolegami. Najlepszy dowód, że założył agencję prywatnych 
detektywów w Ixelles, zajmuje się przeprowadzaniem zabronionych 
przez prawo brudnych spraw dla żandarmerii lub policji 
kryminalnej. 
 

— W Ixelles? Gdzie? 

 

Malko nadstawił ucha. Pamiętał, że zanim santana 

przyjechała po Zairkę i zawiozła ją do fryzjera, zahaczyła o ulicę 
Souveraine w Ixelles. 
 

Amerykanin spojrzał na swoją kartkę. 

 

— Ulica Souveraine numer pięć, dlaczego pytasz? 

 

Malko poczuł ogarniającą go falę euforii. 

 

— Kiedy po raz pierwszy śledziliśmy santanę, pod tym 

właśnie adresem zatrzymała się blisko godzinę. 
 

Koło się zamknęło. 

 

— To oznacza tylko, że obaj mężczyźni się znali — 

zauważył Hammond. — To zresztą normalne, pracowali przecież 
razem. 
 

Malko pomyślał, że największym głuchym jest ten, kto nie 

chce słuchać. Nie oczekiwał od szefa komórki CIA takiego oporu. 
A on, widząc jego zdziwienie, dodał: — Naszym celem jest 
odzyskanie broni. Nie uda nam się to oficjalną drogą i zastanawiam 
się po prostu, czy nie zbaczamy z kursu. 
 

— Dobra, mów dalej o Filipie Orstallu. 

 

— Poza agencją detektywistyczną ma jeszcze klub 

„Jonathan”. To orgiastyczny klub, tolerowany przez policję i 
żandarmerię, gdyż pozwala im na zbieranie informacji o ważnych 
osobistościach Brukseli. 

background image

 

Malko rozmyślał. Dziwnym zbiegiem okoliczności natknęli 

się na dwóch członków żandarmerii. To mogłoby tłumaczyć 
śmiałość posunięć morderców. 
 

George Hammond obserwował Malka. 

 

— Musimy zajmować się tym nadal. Dopóki nie 

zidentyfikujemy Foxa, nic z tej afery nie zrozumiemy. Co zrobisz w 
sprawie Roberta Martensa? 
 

— Postaram się uzyskać dowody — odparł Malko. — 

Jestem gotów podjąć ryzyko. 
 

* * * 
— Czy jesteś wolna dziś wieczorem? — zapytała swym 

zmysłowym głosem Zairka. 
 

— Masz jakieś propozycje? — zaciekawiła się Cristel. 

 

— Mój przyjaciel chciałby cię poznać. Wiesz, King Kong. 

 

Cristel poczuła ogarniające ją podniecenie. Myśl o tym 

brutalu nadzwyczajnie ją emocjonowała, jednocześnie czuła strach. 
— Mam nadzieję, że będę wolna. 
 

— Przyjdź na drinka do „Jonathana” około szóstej po 

południu — zaproponowała Mandala. 
 

Cristel odłożyła słuchawkę, zastanawiała się, czy uprzedzić 

Malka. 
 

* * * 
Robert Martens obserwował salę klubu przez matową szybę. 

Obok niego stał Filip Orstall, żując cygaro. Zairka czekała przy 
stoliku, popijając miętę z wodą, bar był prawie pusty. 
 

— Mam nadzieję, że ta kretynka przyjdzie — zamruczał 

Martens. 
 

Błękitne oczy olbrzyma zrobiły się prawie przezroczyste. 

 

Znaczyło to, że był niesamowicie wściekły. Czekał niezbyt 

długo: w otwartych drzwiach pojawia się Cristel, z piersiami prawie 
na wierzchu. Sunęła w kierunku stolika swej koleżanki. 
Dziewczyny objęły się i pocałowały. Martens westchnął: — Ma 
twarz kurwy. 
 

— Widziałem tę dziewczynę trzy dni temu — odezwał się 

background image

Filip. — Była z blondynem o złocistych oczach, którego nigdy 
przedtem nie widziałem. Zapytałem Josse'a. Powiedział, że tego 
wieczoru blondyn zapłacił składkę. 
 

Robert Martens groźnie strzelił palcami. 

 

— To ten facet, to musi być on, zgniotę go! 

 

— On nic nie wie — zauważył Filip. — To tę świnię 

Murzynkę trzeba zlikwidować. Bez niej... 
 

— Masz rację — odparł olbrzym. — Myślę jednak, że jest 

zbyt głupia, aby mnie świadomie zdradzić. Po prostu manipulowano 
nią. Tak więc rozprawimy się z nimi, będzie niezła zabawa. 
 

— Jak chcesz to zrobić? — Zobaczysz. 

 

Zamknął „judasza” i rozkazał: — Idź i przyprowadź 

Mandalę. 
 

Zairka krzyknęła radośnie, kiedy ujrzała swego amanta 

siedzącego na kanapie w sali projekcyjnej. 
 

— Byłeś tutaj? 

 

— Tak, chciałem zobaczyć twoją koleżankę. Ma ładne 

piersi. 
 

Mandala uśmiechnęła się świńsko. 

 

— I tyłek. Czyli wszystko umówione na dziś wieczór? 

 

— Tak, ale ciebie zabieram teraz, pogimnastykujemy się 

trochę. 
 

— A ona? 

 

— Wytłumaczysz jej, jak ma dojechać do nas około 

dwudziestej drugiej. To niedaleko Waterloo, znajduje się tam 
Country Club, który odwiedzam wieczorami. Zobaczysz, jest tam 
sympatycznie. To niedaleko „Gospody pod Trzema Kaczkami”. 
Łatwo trafi. 
 

Narysował jej plan i rozkazał: — Zanieś jej, ale nie mów, że 

tu jestem. Potem wyjdziesz i poczekasz na mnie na rogu alei 
Louise. 
 

Zairka posłusznie wróciła do sali, a Martens do swojego 

punktu obserwacyjnego. Śledził rozmowę obydwu kobiet. 
 

Widział, jak razem opuściły „Jonathana”. Wyszedł tylnymi 

background image

drzwiami i wsiadł do samochodu zaparkowanego trochę dalej. 
 

Kiedy dojechał do rogu alei Louise, Mandala grzecznie 

czekała na niego na chodniku. 
 

Pułapka była zastawiona. 

 

— Dała mi to — rzekła Cristel Tilmant, pokazując kartkę. 

 

  Malko, zamyślony, spoglądał na plan przekazany przez 

Mandalę, zawierający jedynie kilka nagryzmolonych słów: „Farma 
Papelotte, Ohain, godzina dwudziesta druga”. 
 

Odwrócił się do Libańczyka. 

 

— Co to za farma? 

 

— Historyczne miejsce — wyjaśnił Amin Habbache. — 

Pełno ich w rejonie Waterloo. Farma służyła jako miejsce biwaku 
jakiemuś generałowi w tysiąc osiemset piętnastym roku. Nie wiem, 
co tam jest teraz, być może jakieś muzeum. 
 

Malkowi nie bardzo podobało się spotkanie w muzeum. 

 

Wybór miejsca był dziwny. Zabrał Cristel spod „Jonathana” 

i naradzali się w jej mieszkaniu na placu Sablon. 
 

— Jak zamierzasz tam dotrzeć? — zapytał. 

 

— Powiedziałam Mandali, że mam samochód. 

 

— Czy była naturalna, wyznaczając ci to spotkanie? 

 

— Całkowicie. 

 

Malko czegoś tu nie rozumiał. Jego intuicja podpowiadała 

mu, że to pułapka, której mechanizmów nie pojmował. Jeżeli 
przeciwnicy odkryli rolę, jaką odgrywała Cristel, musieli się też 
domyślać, że Malko się zabezpieczy. O co im chodziło? 
 

Chcieli zabić Cristel? W Brukseli to nie było trudne. Może 

chodziło im o niego. Mogliby równie dobrze zastawić taką pułapkę, 
nie informując go. Czyli znów kolejna zagadka. 
 

Chyba że chodzi po prostu o banalną orgię. W końcu, nawet 

będąc mordercą, Robert Martens mógł lubić ten rodzaj rozrywki. 
 

— Czy mam jechać? — zapytała nieśmiało Cristel. 

 

— Nie — odparł Malko — to zbyt niebezpieczne. My 

pojedziemy zamiast ciebie. 
 

* * * 

background image

— Nie dysponuję sprzętem, jaki jest wam potrzebny — 

oznajmił George Hammond — i nie bardzo wiem, jak go zdobyć, 
teraz kiedy nie ma Gustava Meyera. Tym bardziej tak szybko. 
Policja skonfiskowała całą broń znajdującą się u Filipa Burtona. 
 

— To szaleństwo jechać tam z pustymi rękami — 

zareplikował Malko. — Mamy do czynienia z czysto komandoską 
operacją. 
 

— Bul shit! — zaklął Amerykanin. — Zabraniam wam 

jechać na to spotkanie. Bez wątpienia jest to pułapka, dosyć już 
było ofiar. 
 

— Jeżeli tam nie pojadę, to nie posuniemy się do przodu, a 

nie mam zamiaru spędzić reszty życia w Brukseli. 
 

Mężczyźni zmierzyli się wzrokiem. Malko wiedział, że 

Amerykanin mówił prawdę. Musiał znaleźć jakieś wyjście, by 
zdobyć broń. Może nie odmówi mu pomocy Amin Habbache. 
 

Nagle pomyślał o tym, co powiedział przed śmiercią Filip 

Burton. 
 

— Postaram się dać sobie radę sam — przyrzekł, nie 

mówiąc jak. — Jeżeli mi się nie uda, to nie pojadę tam. Amin 
oczekiwał go w barze hotelu Metropol, popijając piwo. Malko 
wytłumaczył mu sytuację. Libańczyk potrząsnął głową. Od afery w 
„Zajeździe Templariuszy” nabrał zainteresowania dla tej sprawy. 
 

— Potrzebuję broni — tłumaczył Malko — twój sieg jest za 

lekki, brukselska centrala może dać mi jedynie procę. 
 

— Gdybyśmy byli w Bejrucie, zdobyłbym ją w ciągu pięciu 

minut, ale tutaj! 
 

— Lecz jesteśmy w Brukseli — przypomniał Malko — i 

mamy przed sobą zaledwie kilka godzin. 
 

Libańczyk rozmyślał, pociągając za wąsik. Malko wściekł 

się i w końcu wyłożył kawę na ławę: — Przed śmiercią Filip Burton 
powiedział mi, że poprosił Meyera, aby ten wyciągnął z fabryki 
serię broni. Po to, by ewentualnie wymienić ją na tę skradzioną. 
Powiedział też, że to ty ją oficjalnie kupiłeś i że została zakopana w 
ogrodzie u Meyera. Czy wciąż tam jest? 

background image

 

— Aha, więc pan o tym wie! 

 

Libańczyk nie był zadowolony. 

 

Malko naciskał: — Tak czy nie? 

 

— Tak, to prawda. 

 

— Co tam jest? 

 

— Kilka karabinów bojowych Fal i pistolety. Jest też trochę 

amunicji. 
 

— Wiesz dokładnie, gdzie to jest? 

 

Libańczyk uśmiechnął się złośliwie. 

 

— To ja pomogłem zakopać tę broń. Myślałem, żeby ją 

wydostać, kiedy będę miał kupca, ale jeżeli naprawdę pan jej 
potrzebuje... 
 

Malko natychmiast zrozumiał, dlaczego Libańczyk się 

ociąga. — Posłuchaj, Amin, zapłacę ci za tę broń i będziesz mógł ją 
odsprzedać. 
 

Twarz Amina rozjaśniła się natychmiast. 

 

— Kupmy łopatę i fru... jedziemy. 

 

* * * 
Aleja Rosiere była całkowicie wyludniona. Malko zbadał 

kłódkę zamykającą ogrodzenie domu Meyera. Jednym precyzyjnym 
uderzeniem młotka Amin zerwał ją. W pobliżu stał zaparkowany 
mercedes. Dwaj mężczyźni przebiegli przez ogród. Kwadratowy 
dom miał zamknięte żaluzje. Dzięki Bogu nie było tu sąsiadów, 
Malko jednak poczuł się o wiele spokojniejszy, gdy zniknęli z pola 
widzenia od strony drogi. Amin Habbache wskazał na kwadrat 
trawy. 
 

— To tutaj. 

 

Podeszli w to miejsce, Amin chwycił łopatę i zaatakował 

trawnik. Malko pilnował drogi, wciśnięty w kąt domu. Dziesięć 
minut później metal łopaty natrafił na coś twardego. Libańczyk 
dokończył kopanie rękami, wyciągnął podłużny pakunek, owinięty 
w tłusty papier, i podał go Malkowi. Kopiąc dalej, odsłonił dwie 
inne, o wiele mniejsze paczki. Wyjął je, a następnie zasypał dół. 
Zabrali zdobycz i wrócili do mercedesa. 

background image

 

Dopiero później na oddalonym parkingu przy autostradzie 

Bruksela — Mons otworzyli paczki. Największa zawierała trzy 
nowe automatyczne fale, jedna mała — sześć magazynków do nich, 
a druga — cztery czternastostrzałowe browningi i po trzy 
magazynki do każdego pistoletu. 
 

— Niedaleko z tym zajedziemy — westchnął Amin, 

przyzwyczajony do nie oszczędzania amunicji w Bejrucie. 
 

— Nie mamy zamiaru wywoływać wojny, lecz bronić się, 

jeśli to będzie konieczne. Libańczyk wręcz pieścił wzrokiem broń. 
 

— Gdybym wiedział, komu ją sprzedać, już dawno bym ją 

wykopał. Tylko nie mam tu odpowiedniej siatki. Ale nawet tutaj 
jest tylu bandytów, którzy daliby dużo za taki materiał. Niech pan 
sobie wyobrazi jakiś napad z tym... 
 

Tej świni prawie ciekła ślinka na samą myśl. Malko zamknął 

bagażnik. Mieli teraz argumenty do dyskusji. Nie mógł 
powstrzymać się od rozmyślania o przeciwnikach. 
 

Chyba nie sądzili, że przyjdą do nich z pustymi rękami. 

 

* * * 
Reflektory mercedesa oświetliły tablicę z napisem „Ohain”. 

 

— Cholera, zgubiliśmy się — zaklął Amin. 

 

Od pół godziny jeździli w kółko po pustych drogach 

Brabancji, oświetlonych jedynie blaskiem księżyca. W oddali 
rysowała się sylwetka Lwa z Waterloo, ustawionego na małym 
piedestale, dominującego nad smutnym polem, gdzie Napoleon 
poniósł wstydliwą klęskę. Malko zatrzymał samochód, a potem 
cofnął go do miejsca, gdzie zauważyli drogowskaz z napisem 
„Farma Papelotte”. Po dotarciu do niego jechali o wiele wolniej, 
aby nie przegapić skrzyżowania. 
 

Amin spojrzał ze wzruszeniem na dwa fale owinięte w 

pokrowiec. Obaj mężczyźni założyli kuloodporne kamizelki z 
kevlaru, dostarczone im przez marines   z ambasady amerykańskiej. 
Były takie same jak ta, która uratowała życie Malkowi. 
 

W końcu reflektory oświetliły tablicę, niedostrzeżoną przez 

nich przy poprzednim przejeździe. Widniał na niej napis: „Klub 

background image

Kucyka na Farmie Papelotte”. Droga skręciła na prawo, w szczere 
pole. Malko wjechał na nią i znaleźli się naprzeciw dużej, 
kwadratowej farmy, nazywanej w Belgii „zameczkiem”. Przez 
szerokie wrota widać było kamieniste podwórze i końskie boksy, 
nic jednak nie wskazywało na obecność ludzi. Nie było też żadnego 
samochodu. Malko zgasił reflektory i wysiadł z wozu nasłuchując. 
Gdzieś w oddali słychać było szum dochodzący z szosy, która 
prowadziła do Waterloo, ale żaden dźwięk nie docierał z Klubu 
Kucyka. Na wszelki wypadek poszedł sprawdzić pustą drogę, 
gubiącą się gdzieś w polu. Była ślepa. Potem dołączył do Amina 
czekającego przy mercedesie, z falem gotowym do strzału. 
 

— Wystawili nas — rzekł Libańczyk — nie ma tu nikogo, 

albo po prostu chcieli nas tu sprowadzić. Mam nadzieję, że ta 
kretynka Cristel nie otworzy drzwi byle komu. 
 

Strach zmroził Malka. Brak samochodów był bardzo 

dziwny. 
 

— Przeszukamy szybko to miejsce, a potem migiem 

wracamy do Brukseli. 
 

Złapał fala i ruszyli przez bramę wiodącą na obszerne, 

kamieniste podwórze. 
 

* * * 
Do pokoju, w którym znajdowała się Mandala, wszedł 

miękkim, sportowym krokiem Robert Martens. Zairka poczuła 
natychmiast skurcz podbrzusza. Jej żandarm miał na sobie strój, 
który uważała za najbardziej sexy. Był to biały kombinezon z 
lateksu, coś jakby strój płetwonurka, lecz o wiele cieńszy. Opinał w 
szczególnie wyzywający sposób atrybut męskości, podkreślając 
jeszcze jego rozmiar. 
 

Podeszła do Martensa, który wiedział, jakie wywoływał na 

niej wrażenie. Z uwielbieniem rozpięła zamek błyskawiczny aż do 
talii i zaczęła pieścić tors mężczyzny, klejąc się do niego. Olbrzym 
poddawał się jej dysząc. Murzynka miała na sobie jedynie fiołkowe 
podwiązki, pończochy i gorsecik, tak jak jej nakazał. Przebywali w 
pokoju umeblowanym głębokimi, wygodnymi kanapami, okna 

background image

wychodziły na dziedziniec klubu. 
 

W niektóre soboty wieczorem odbywały się tam orgie. 

 

Ofiarowywano wówczas małe dziewczynki najlepiej 

wyszkolonym kucykom w obecności grona amatorów odrobinę 
nienormalnej rozrywki. Wyszukiwał je Filip, właściciel 
„Jonathana”. Były to przeważnie Pakistanki bez dokumentów. 
Jedna z dziewczynek została nawet pochowana na polu za klubem, 
rozerwana przez zbyt jurnego kucyka. Kiedy nie było kucyków, 
zdarzało się, że Martens, z twarzą osłoniętą maską, oddawał się tej 
samej czynności. Wynik był również imponujący. Oczywiście 
właściciel klubu nic nie wiedział o tej działalności. Wyjątek 
stanowił stróż, bliski znajomy Martensa, były żandarm, zwolniony z 
powodu afery narkotykowej. 
 

Tymczasem Zairka pracowała nad swym amantem, zgrabnie 

masując jego korzeń. Najbardziej podniecała się, kiedy czuła, jak 
rośnie ten kawałek rozpalonej skóry. Mandala z uwielbieniem 
błądziła palcami po członku, który urósł do rozmiarów imponującej 
pałki. Oczekiwała na moment uwolnienia go z ubrania. King Kong 
nasłuchiwał dźwięków z zewnątrz. Uwięziony w kombinezonie 
członek zaczynał go boleć. 
 

— Nie skończyłaś — stwierdził bez humoru. 

 

Czekała na niego dwie godziny, podczas gdy jej kochanek 

oddawał się tajemniczym czynnościom. Filip, który przyjechał 
razem z nim, zniknął gdzieś. Zastanawiała się, dlaczego przyjechali 
do tej dziury. Mogliby równie dobrze zostać w Brukseli. Nigdy 
jednak nie dyskutowała o rozkazach King Konga. 
 

Martens osiągnął wreszcie swą maksymalną erekcję. 

Mandala wyjęła z kombinezonu nabrzmiały sokami członek i 
podziwiała go zadowolona. Powoli pieściła swego amanta. Jak 
zwykle, kiedy był podniecony, jego bladobłękitne oczy stawały się 
prawie białe. 
 

Za jej plecami ktoś otworzył drzwi. Odwróciła się, to był 

Filip. Mężczyźni porozumieli się wzrokiem i Filip wycofał się. 
Zairka nie była tym zdziwiona. Często obaj kochali się z nią razem 

background image

albo kolejno. Jedynie trzeci członek bandy nigdy tego nie robił. 
Lubił wyłącznie młode, najwyżej trzynastoletnie dziewczynki. 
 

— Czy przyjechała Cristel? — zapytała. 

 

— Zaraz będzie — uspokoił ją Martens — spotkasz się z 

nią. 
 

Odsunął ją od siebie. Jego członek stał imponująco, jak 

kolumna jońska, znikając w jasno owłosionym podbrzuszu. 
 

Olbrzym chwycił Mandalę za włosy, zbierając je w bezładny 

kok, jego członek znalazł się pomiędzy pośladkami pochylonej 
Zairki. Dziewczyna odwróciła się i błagała ochrypłym głosem: — 
Chodź teraz, zanim ona przyjdzie. 
 

Obawiała się, że kochanek ulegnie pokusie zabawiania się 

najpierw z jej przyjaciółką. Na samą myśl o tym była chora. 
 

— Dobra, lecimy — rzucił Robert Martens. 

 

Prawą ręką chwycił swój monstrualny członek i skierował 

ku pośladkom Zairki, która drgnęła: — Co robisz? 
 

Nie zainteresowany pochwą, King Kong wciskał czubek 

nabrzmiałego członka do jej odbytu i naciskał nieprzerwanie. 
 

Kiedy Mandala pojęła, co zamierzał zrobić, oblała się 

potem. 
 

— Czekaj — błagała — dziś jesteś zbyt duży. — Ależ nie, 

spodoba ci się to. 
 

Był w swym żywiole. Miał szalone oczy. Pchnął mocniej i 

dziewczyna zawyła z bólu. Próbowała mu uciec, ale trzymał ją za 
włosy. Na chwilę puścił ją i otworzył drzwi wychodzące na 
powietrze. Nie rozumiała, dlaczego to robi. Ponownie chwycił ją za 
włosy, jego członek tkwił w niej zaledwie na parę centymetrów. Już 
teraz dziewczynie wydawało się, że jest rozerwana. Martens 
brutalnie przygniótł ją do ściany, trzymając odchyloną do tyłu 
głowę i wyginając jej ciało. 
 

Mandala wpadła w panikę. 

 

— Poczekaj — błagała — rozerwiesz mnie! 

 

W odpowiedzi pchnął z całych sił, prawie całkowicie 

zagłębiając w niej swój ogromny członek. Zairka zawyła jak 

background image

zarzynane zwierzę, nie widziała sadystycznego uśmiechu swego 
oprawcy, który jeszcze nigdy nie był tak podniecony. 
 

Mandala miała wrażenie, że pękną jej pośladki, była 

przekonana, że na zawsze zostanie okaleczona. Po twarzy spływały 
jej łzy. 
 

— Skończ już, to zbyt boli. 

 

Martens puścił włosy dziewczyny i chwycił ją za biodra, 

swym płaskim brzuchem dotykał wypiętego tyłeczka. Podniósł ją z 
ziemi, zawieszoną tylko na jego członku, ustawił w otwartych 
drzwiach tak, że ciało Mandali zasłaniało go w dużym stopniu. 
Trzema pchnięciami wywołał swój orgazm. 
 

Nigdy nie przeżył go tak mocno. Czuł, jak silny strumień 

jego nasienia rozlewa się w środku Murzynki. Zakręciło mu się w 
głowie. Gwałtownie wyszedł z niej, wyrywając z ust kobiety okrzyk 
bólu. Teraz miał nastąpić najzabawniejszy moment. 
 

* * * 
W głębi podwórza Malko zauważył otwierające się drzwi, 

ale było widać w nich nikogo, poczuł bicie serca. Tak więc na 
farmie ktoś był... Amin skierował broń na oświetlone drzwi i 
powiedział: — Czekają na nas. 
 

Nocną ciszę przerwało mrożące krew w żyłach wycie. 

Kogoś torturowano? Malko podziękował sobie w duchu, że nie 
zabrał Cristel. Okrzyki bólu kobiety wzmagały się — no i te otwarte 
drzwi, w których nikt nie stał. Amin pogładził wąsy. 
 

— Chcą, żebyśmy tam poszli — rzekł nerwowo. 

 

Po raz kolejny Malko odniósł wrażenie, że są oni 

niewiarygodnie pewni siebie. Jeszcze głośniejszy okrzyk bólu 
ścisnął mu wręcz żołądek. Należało coś zdecydować. 
 

* * * 
Robert Martens szepnął do ucha dziewczyny: — Przyszła 

twoja koleżanka, idź, przywitaj ją. 
 

— Jak to? — zaprotestowała wciąż jeszcze obolała 

Mandala. Wydawało się jej, że nie jest w stanie zrobić kroku. 
Kochanek popchnął ją, szła jak automat, chwiejąc się na wysokich 

background image

obcasach. Jak tylko wyszła, Martens schylił się i wziął do ręki 
karabin, dotąd ukryty za drzwiami. 
 

Mandala zatrzymała się przed drzwiami prowadzącymi na 

podwórko i spojrzała przed siebie. 
 

  W brzuchu czuła palący ból, miała wrażenie, że 

gigantyczny członek wciąż w niej tkwi. Chciała się cofnąć, lecz 
poczuła pięść amanta popychającą ją do przodu; łagodnym głosem 
ponownie szepnął jej do ucha: — Przyszła twoja koleżanka, idź się 
przywitać. 
 

Zairka zmrużyła oczy, nie widziała nikogo. 

 

— Jesteś pewien? 

 

— Tak, idź! 

 

Popchnął ją w zadek. Podskoczyła, usiłując mu umknąć. 

 

— Będzie mi zimno. Nie widzę jej. 

 

— Jest po drugiej stronie dziedzińca — zapewnił ją Martens 

— idź! 
 

Jego przewaga fizyczna zmusiła Mandalę do wyjścia na 

wybrukowane podwórze. Dziewczyna z trudnością poruszała się na 
szpilkach na nierównych kamieniach. Robert Martens czekał, aż 
pokona kilka metrów, i wycelował fala w jej szyję. 
 

Wciąż trzymał się w cieniu, niewidoczny z dziedzińca. 

Zairka szła jak automat. Martens uśmiechnął się rozbawiony. 
 

Wszystko było tak, jak przewidział. Odwrócił się do 

wspólnika i krzyknął: — Jesteś gotów? 
 

— Tak — odpowiedział Filip Orstall. 

 

* * * 
Malko spostrzegł wychodzącą z budynku Mandalę Cabindo. 

Nie rozumiał, co się z nią dzieje, nie wiedział nawet, czy to ona 
wrzeszczała. Śledził wzrokiem marsz dziewczyny w jego kierunku. 
Amin z palcem na spuście schował się obok niego w cieniu. 
Pilnował oświetlonego prostokąta drzwi, skąd wyszła Mandala. 
Lecz nikt więcej się w nich nie ukazał. 
 

— Idziemy? — zapytał. 

 

Malko nie zdążył odpowiedzieć, gdyż w drzwiach stanęła 

background image

gigantyczna postać. Detonacjom karabinu towarzyszyły małe 
ogniki. Zairka zachwiała się, uniosła ramiona, zrobiła jeszcze parę 
kroków i upadła na bruk, zanim umilkło echo wystrzałów. Malko 
nawet nie miał czasu wystrzelić, kobieta znajdowała się na linii 
strzału. 
 

— Skurwysyn! 

 

Zrobił krok do przodu, ale natychmiast świsnęły wokół 

niego kule, iskrząc bruk. Facet spokojnie opróżniał swój 
magazynek, więc Malko musiał poczekać. 
 

Nagle zapadła cisza; Malko skoczył naprzód, z tyłu Amin 

zaczął strzelać krótkimi seriami w kierunku drzwi, w których teraz 
nie było już nikogo. Malko biegnąc zauważył podziurawione ciało 
Murzynki, z otworami jak talerze na piersiach. 
 

Jedna zwisała, oderwana przez pocisk, pośród kawałków 

fiołkowego gorsetu. Dobiegł do drzwi i wpadł do pokoju, z 
gotowym do strzału falem. Nie było tam nikogo. Przemknął przez 
korytarz, wciąż nie napotykając nikogo, i wybiegł na drugi 
dziedziniec. Usłyszał słaby warkot oddalającego się samochodu. 
Wpatrzywszy się w ciemność, dostrzegł wąską dróżkę wśród pól na 
tyłach farmy, prawdopodobnie prowadziła do głównej drogi, w 
kierunku Waterloo... Mordercy dobrze to wyreżyserowali. Na 
pierwszy rzut oka Klub Kucyka miał tylko jeden wjazd. Malko 
wycofał się i wpadł na Amina. Libańczyk był zdenerwowany. 
 

— Musimy stąd wiać, to wszystko narobiło zbyt dużo 

hałasu. 
 

Malko odwrócił się w stronę trupa Mandali. Zabójcy 

przekroczyli kolejny stopień okrucieństwa. Ohydna scena egzekucji 
służyła jednemu celowi: zadrwieniu z niego. Pokazali mu, że 
odkryli jego związek z Zairką, i zabili Murzynkę na jego oczach. 
Muszą być rzeczywiście pewni siebie. Robert Martens, zwany King 
Kongiem, nie zawahał się mu tego zademonstrować. Wiedział, że 
sylwetka dostrzeżona z odległości trzydziestu metrów w ciemności 
nie stanowiła dla sądu żadnego dowodu. Rozgoryczony Malko 
spojrzał po raz ostatni na Zairkę i wsiadł do mercedesa. 

background image

Podskakując na kamienistej drodze Waterloo zdał sobie sprawę, że 
tym razem nie widzi już żadnej możliwości kontynuowania 
śledztwa. Zidentyfikował, co prawda, jednego z zabójców i 
najprawdopodobniej drugiego — właściciela „Jonathana”, ale nie 
miał ani dowodu, ani wiarygodnego motywu tych morderstw. 
Zjechał na pobocze, ustępując miejsca dwóm samochodom 
żandarmerii, które pruły po wąskiej drodze z ogłuszającym wyciem 
syren. Widocznie ktoś usłyszał serie z karabinów. Zabójcy pewnie 
znajdowali się już w Brukseli. 
 

Amin odwrócił się do Malka i zapytał: — Zrobi to panu 

kłopot, jeśli zatrzymam sprzęt? 
 

— Jak chcesz. 

 

W tej sytuacji George Hammond prawdopodobnie nigdy nie 

odzyska broni. Od momentu zamordowania tych dwóch żandarmów 
sprawa nabierała coraz bardziej katastrofalnych rozmiarów. 
 

* * * 
Dziennik „Le Soir” podał na ośmiu kolumnach informacje o 

zbrodni na farmie Papelotte. Zamieścił też zdjęcie okrytego trupa 
Zairki. „La Derniere Heure” również poświęcił temu zabójstwu 
długi artykuł. 
 

George Hammond był pogrążony w gorzkich refleksjach. 

 

Z ponurą twarzą, bez słowa, palił cygaro. 

 

— Dostałem pierwszy raport z sekcji zwłok — odezwał się 

w końcu. — Dziewczyna została brutalnie zgwałcona w 
nienormalny sposób tuż przed śmiercią. To mi przypomina dwa 
pierwsze morderstwa. Ten sam przypadek, co Alice Dworp. 
 

— Czy zasugerowałeś policjantom porównanie śladów 

spermy? Mając ślady genetyczne, można by zidentyfikować 
mordercę. 
 

— Zrobią to z pewnością, ale to nam nic nie da. Ciągle 

natykamy się na tego olbrzyma, a tylko ty jeden go widziałeś. 
 

Malko wrzucił kostkę cukru do kawy. 

 

— To zależy, jeśli uda im się otrzymać oficjalnie spermę 

Martensa, mogą je porównać. Dzięki, oczywiście, śladom 

background image

genetycznym. 
 

Amerykanin popatrzył na niego zdziwiony. 

 

— Jak chcesz to zrobić? 

 

— A jak się wyciąga spermę od faceta? To nie musi być 

takie trudne. Ten Martens ma, zdaje się, ogromne potrzeby 
seksualne, wiemy, gdzie pracuje i gdzie mieszka. Wystarczy jedynie 
zatrzymać „zbiornik”, czyli dziewczynę. 
 

Amerykanin potrząsnął głową, niezbyt przekonany. — 

Potrzebna byłaby do tego współpraca belgijskiej policji. 
Powiedzmy, że to zaakceptują, twój pomysł wypali i zatrzymają go. 
Następnie odkryją naszą broń i znajdziemy się w gównie po uszy. 
To historia dla naiwniaków. Sami musimy rozwiązać ten problem 
albo go zostawić. Zrobiłeś, co mogłeś. 
 

Oni są nieobliczalni. Niepokoję się bardzo o tę Cristel 

Tilmant. Wiedzą teraz, że się znacie. Jeżeli będą mieli fantazję 
zlikwidować ją... 
 

— Postaram się znaleźć nowy ślad — rzekł Malko. — Ale 

trzeba zidentyfikować Foxa, inaczej nigdy nie zdobędziemy klucza 
do tajemnicy. Przyjdę do ciebie pod wieczór. 
 

Szef komórki CIA długo ściskał mu rękę. Był wyraźnie 

sceptyczny co do szans powodzenia. Malko wyszedł na bulwar 
Regent. 
 

Zastanawiał się, jak odnaleźć ślad Foxa albo jak zmusić 

żandarma do zrobienia fałszywego kroku. Obydwaj mężczyźni 
mieli, niestety, niezłe kontakty. Jak złapać ich w pułapkę? 
 

* * * 
Robert Martens spokojnie odbywał swój codzienny jogging 

po wyludnionych ulicach Heysel. Mijając sklep spożywczy 
prowadzony przez młodą i prowokującą dziewczynę, uśmiechnął 
się do niej. Spoglądała na tę atletyczną sylwetkę, a coś w jej wzroku 
podpowiadało mu, że pewnego dnia wystarczy, aby wszedł do 
sklepu, popchnął ją pod ścianę i wziął ją. 
 

Kochał to oszałamiające uczucie siły tak jak zabijanie. 

 

Żandarm biegł długimi, miękkimi krokami i rozmyślał o 

background image

wczorajszym wieczorze. Zabijanie i gwałcenie było dla niego 
jedyną prawdziwą rozkoszą. Jakby w nagrodę miał dodatkowo to 
rzadkie uczucie wyzwania, rzucanego światu: być silniejszym od 
innych. Codziennie błogosławił ten zbieg okoliczności, który 
pozwolił mu zaspokajać swe instynkty. Zrezygnował z polowania 
na dziki w Ardenach na rzecz polowania na ludzi. Zawsze lubił 
polowania, ale odkąd zaczął ścigać ludzi, ani razu nie zapolował na 
zwierzynę. To, co robił teraz, było znacznie bardziej ekscytujące. 
 

Martens zwolnił bieg, pomyślał o koleżance Mandali. Aby 

zamknąć sprawę, powinien ją zabić, a także mężczyznę, który 
postanowił go dopaść. Nawet jeżeli nie dostanie takiego rozkazu, 
zrobi to. Oddychał głęboko, by dotlenić płuca. Zaczął układać 
śmiały plan, który pozwoli mu jeszcze raz pokazać przeciwnikowi, 
bez ryzykowania przy tym życia, że to Martens pociąga za sznurki. 
 

Zamierzał pracować do końca roku. Później pozbędzie się 

sprzętu, lecz zadba, aby go nie odnaleziono. Po raz kolejny zatrze 
za sobą ślady. Oczywiście ciężko będzie wrócić do urzędniczego 
życia. Będzie jednak uprawiał swój prywatny „ogródek”. Niewielu 
ludzi miało w życiu okazję do bezkarnego czynienia tego, co on 
robił, a na dodatek dostawało awans.   
 

* * * 

 

Miniony dzień jakby jeszcze bardziej przygniótł George'a. 

 

Amerykanin uśmiechnął się smutno do Malka. 

 

— Miałeś rację, laboratorium potwierdziło całkowitą 

zbieżność między śladami spermy na slipkach znalezionych obok 
zamordowanych nauczycieli a tymi pobranymi od Zairki. Był to z 
pewnością ten sam facet. Ma pewne charakterystyczne cechy oraz 
małą infekcję, łatwą do identyfikacji, gdyż niezmiernie rzadką. 
Malko był oburzony. 
 

— A ty myślisz, że mając to, nie można przyskrzynić 

Martensa? Wystarczy spowodować ejakulację do butelki i 
porównać. 
 

Amerykanin pokręcił głową. 

 

— Teoretycznie tak, ale żandarmeria nam odmówi. Nie 

background image

mamy żadnego wiarygodnego dowodu i żadnych konkretów, a 
przede wszystkim najmniejszego motywu. Dlaczegóż to szanowany 
żandarm miałby oddawać się takim strasznym rzeczom? Jest dobrze 
notowany, uważany za asa BSR. Ponadto gdybyśmy się pomylili, 
spadłoby to na nasze głowy. 
 

— Czyli klasyfikujemy tych wszystkich zabitych jako straty 

i zyski, łącznie z tą nieszczęśliwą dziewczyną, a ja wyjeżdżam 
wydać bal na zamku Liezen. 
 

George Hammond zawahał się. 

 

— Nie to chciałem powiedzieć. Przecież broń jest wciąż 

gdzieś „tam”, a to nie pozwala mi spać. Myślę, że się pomyliliśmy. 
Trzeba było najpierw odszukać Foxa. 
 

— Próbowaliśmy — zaprotestował Malko — ale nie ma po 

nim śladu. 
 

Zapadła cisza, Malko myślał intensywnie. Przyszła mu do 

głowy pewna myśl. 
 

— Chyba jednak jest jakaś nić łącząca wszystkich, którzy są 

związani z tą sprawą — zauważył. 
 

— Jaka? 

 

George Hammond chłonął wręcz jego słowa. 

 

— Strzelanie. Filip Burton, Gustav Meyer i Walter Peeters, 

zamordowany w „Zajeździe Templariuszy”, byli członkami tego 
samego klubu strzeleckiego Practical Shooting w Etterbeek. Klub 
służył za przykrywkę tym podniecającym się ultraprawicowcom, 
według słów twego przyjaciela Erica Bontempsa. — To prawda — 
przyznał Amerykanin. — Ale wiemy już, że ci wszyscy ludzie się 
znali. 
 

— Poczekaj, wiemy, że w szeregi WNP wniknął człowiek z 

bezpieki. 
 

— No tak, to prawda. 

 

— Zastanawiam się, czy tym człowiekiem nie był Fox. 

 

— Jak na to wpadłeś? 

 

Malko uśmiechnął się, jego złociste oczy zalśniły. Pomyślał, 

że nareszcie znalazł związek pomiędzy wszystkimi niespójnymi 

background image

elementami tej tajemniczej i krwawej sprawy... 
 

— Posłuchaj uważnie, bezpieka państwowa ma dział 

zajmujący się nadzorowaniem nielegalnych lub niebezpiecznych 
działań politycznych, coś w rodzaju CE

18

. Czyli to musiał być 

człowiek z tej sekcji, któremu zlecono pilnowanie WNP... 
 

— To bardzo prawdopodobne — przyznał szef komórki. 

 

— Można przypuszczać, że agent ten dostarczył im dowody, 

że jest ich sympatykiem. 
 

— No i co dalej? 

 

— Jeżeli dobrze zagrał, to musiał zostać w niezłych 

stosunkach ze swymi wspólnikami, nawet po rozwaleniu WNP. 
 

Czyli jeśli ich potrzebował, a w szczególności Martensa, to 

po prostu odnowił swoje kontakty. 
 

— Ale dlaczego miałby je odnowić? WNP już nie istnieje. 

 

A co wskazuje na to, że Martens był członkiem WNP? 

 

— Możliwe, że ten sam człowiek miał za zadanie 

nadzorować KKW, nawet jeśli jego poglądy polityczne były inne. 
 

Jeżeli jest się specjalistą od infiltracji... W tym miejscu 

oczywiście brakuje najważniejszego elementu łamigłówki. Jeśli to 
on, to dlaczego zarządził likwidację aktywistów, zamiast postawić 
ich przed sądem? W każdym razie było mu łatwiej odwołać się do 
swych starych przyjaciół, przekonanych, że pracują z jednym z 
nich. 
 

George Hammond złapał się za głowę. 

 

— Poczekaj, przecież fucha tego faceta polega na infiltracji i 

nadzorowaniu, a nie na masakrze. 
 

— Wiem — przyznał Malko — i tu tkwi problem. Jest coś 

niezrozumiałego. I tylko Fox może to wyjaśnić, oczywiście, o ile go 
zidentyfikujemy. Czy możesz zdobyć schemat organizacyjny 
Urzędu Bezpieczeństwa? Ten człowiek musi być członkiem 
kontrwywiadu. Moglibyśmy działać przez eliminację... 
 

Amerykanin zadumał się. 

 

— Możliwe, że to, co mówisz, jest prawdą, ale w takim 

18  CE Contre espionnuge kontrwywiad.

background image

razie trzeba założyć, że Fox pracuje poza plecami swych 
przełożonych. Znam szefa służb belgijskich, nazywa się Albert 
Raes i nie jest szaleńcem, nie mógłby zarządzić serii takich 
morderstw. 
 

— Nie mówię, że wyjaśniłem wszystko — odparł Malko — 

ale jestem pewien, że znajduję się na dobrej drodze. 
 

— Mogę dostać kilka nazwisk ludzi z kontrwywiadu, nie 

mam pojęcia, czy każdego znamy. Ale to wszystko. Nawet opis ich 
wyglądu nie będzie wystarczający. Nie dadzą mi z pewnością zdjęć. 
 

— Trzeba znaleźć kogoś, kto wszedł już w szeregi WNP i 

będzie mówił. Ale najpierw upewnić się, że Robert Martens 
rzeczywiście należał do tego ruchu. 
 

— W takim razie trzeba jechać do klubu Practical Shooting, 

tam się wszystko zaczęło. W tym klubie trenował Amin Habbache. 
 

— Daję sobie jeszcze osiem dni. Chcę dopaść Martensa i 

dowiedzieć się, dlaczego Fox wypuścił swych morderców na tych 
nieszczęśników. Musiał być jakiś powód. — Gdybyś tylko mógł 
odzyskać naszą broń — westchnął Amerykanin. — Resztę mam w 
nosie. Dla mnie te typy mogą nawet zacząć w Belgii krwawą rzeź, 
to nie moja sprawa. 
 

* * * 
Oczy Cristel Tilmant były zaczerwienione od łez, a twarz 

opuchnięta. Spojrzała zagubionym wzrokiem na Malka i 
wymamrotała: — To straszne, co zrobili z Mandalą. Gdybym tam 
była, mnie również by zabili. 
 

Malko wszedł do mieszkania. Amin leżał na kanapie i 

czyścił swego sięga. Wykonał przyjacielski, a zarazem ironiczny 
gest w stronę agenta. 
 

— No więc kiedy przestaniemy walić kulą w płot? 

 

— Może już wkrótce — odpowiedział Malko. — Pomożesz 

mi, muszę dostać się do archiwum twojego klubu strzeleckiego w 
Etterbeek. 
 

Libańczyk ze zdziwienia pociągnął wąs. 

 

— Do archiwum? Nie powinno być wielkie, klub nie jest 

background image

stary. 
 

— Chciałbym jedynie poznać nazwiska członków, którzy 

tam przychodzili rok lub dwa lata temu — sprecyzował Malko. 
 

Amin pomyślał przez chwilę. 

 

— Co roku odbywa się konkurs strzelecki, wszyscy 

członkowie klubu biorą w nim udział. 
 

— Wspaniale! Chciałbym dostać listę uczestników z 

ostatnich trzech lat. 
 

— W takim razie jedziemy. Dobrze się składa, bo właśnie 

mam lekcję. 
 

— No to ruszajmy, a Cristel niech nikomu nie otwiera drzwi 

podczas naszej nieobecności. — Modus operandi morderców 
budziło jego obawy. 
 

— Może spędzę kilka dni u moich rodziców w Brasschaat 

— zasugerowała Cristel. 
 

* * * 
Do barku klubu strzeleckiego w Etterbeek dochodziło 

stłumione echo wystrzałów. Strzelano wzdłuż nasypu torów 
kolejowych. Amin Habbache wyszedł z biura dyrekcji, trzymając w 
ręku plik papierów. Położył je przed Malkiem. 
 

— Proszę, z ostatnich trzech konkursów strzeleckich, rok 

tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty piąty to był okres WNP. Nie 
znam wszystkich tych ludzi. 
 

Malko przebiegł wzrokiem listę konkursową z 1985 roku. 

 

Pierwsze nazwisko, które dostrzegł, brzmiało: Robert 

Martens. Żandarm zajął drugie miejsce, Filip Orstall — szóste. 
 

Poza innymi, nieznanymi mu osobami figurowali tam: Filip 

Burton, Gustav Meyer i Walter Peeters. 
 

— Czy mogę zatrzymać tę listę? — zapytał Amina. 

 

— Tak, jakoś dam sobie radę — odparł Libańczyk.— Muszę 

już iść, mam lekcję. 
 

Malko zadzwonił z radiotelefonu do dziennika „Le Soir”. 

 

— Czy pan Bontemps? 

 

— Tak, to ja. 

background image

 

— Tu Malko, czy moglibyśmy się spotkać? 

 

— Natychmiast? 

 

— Tak. 

 

— Jestem w trakcie zamykania składu. 

 

— To bardzo pilne. Dziennikarz zawahał się chwilę, w 

końcu zaproponował: — Proszę przyjść do „Danish Tavern” za pół 
godziny. 
 

* * * 
W małej, gwarnej kawiarni unosił się ciężki zapach frytek 

smażonych na oleju. Kelnerka postawiła przed Malkiem i 
dziennikarzem dwie tartinki z siekanym mięsem i zapytała: — Co 
do tego podać? Dwa piwa? 
 

Malko rozłożył listę laureatów konkursu strzeleckiego i 

podsunął ją pod nos dziennikarzowi. 
 

— Chciałbym wiedzieć, którzy spośród nich są członkami 

WNP. 
 

— Nie znam wszystkich — zastrzegł się dziennikarz. Wyjął 

jednak długopis i zaczął zaznaczać nazwiska. Było ich dokładnie 
siedem, pomiędzy nimi: Orstall, Peeters i Meyer. 
 

— A Robert Martens nie należał do nich? 

 

— Mówiło się, że należy, ale nigdy nie znaleziono 

dowodów. 
 

Malko położył swój palec wskazujący na czwartym 

nazwisku, niejakim Stromberku. 
 

— Kto to jest? 

 

— Powiesił się, był niezrównoważony. 

 

— A pozostali? 

 

— Nie znam ich osobiście, tylko z nazwisk podczas 

śledztwa, z wyjątkiem jednego: Josepha van de Puttego. 
 

— Jego pan zna? 

 

— Jakżeby inaczej! 

 

Dziennikarz wziął do ust połowę amerykańskiego steku. 

Zamówili dwie kawy, które podano im razem z ogromną 
cukiernicą. Eric Bontemps kontynuował: — Pracował jako 

background image

dźwiękowiec w telewizji belgijskiej. 
 

Śmieszny typ, raczej mistyk. Początkowo był lewicowcem, 

należał do zgrupowania trockistów. Następnie poznał WNP i 
zupełnie zwariował. Dyscyplina, kary cielesne, biegi kondycyjne, to 
wszystko go pociągało. Kiedy WNP zostało rozwiązane, znaleziono 
u niego tony ulotek, a nawet fotografie Hitlera, lecz nie znaleziono 
broni. Facet miał raczej słabą wolę. Bał się krwi i nie skrzywdziłby 
nawet muchy. 
 

— Ale pozostawał w kontakcie ze wszystkimi członkami 

WNP? 
 

Dziennikarz roześmiał się. 

 

— śartuje pan, żył tylko dla nich. Nawet pokazał mi swoją 

białozłotawą kartę. 
 

— Tak więc jeżeli do WNP przeniknął oficer ze służb 

specjalnych, musiałby go znać. 
 

— Oczywiście. 

 

— Chcę odnaleźć van de Puttego, im szybciej, tym lepiej. 

Jest w śmiertelnym niebezpieczeństwie, o ile już nie gryzie ziemi. 
 

Eric Bontemps spojrzał zdziwiony na Malka — Dlaczego 

miałby gryźć ziemię? 
 

 — Jeżeli Pułkownik — funkcjonariusz kontrwywiadu, który 

przeniknął w szeregi WNP, i Fox to ta sama osoba, to będzie chciał 
zlikwidować świadków mogących go zidentyfikować. 
 

— Może ma pan rację — przyznał dziennikarz. — Aby 

usprawiedliwić się wobec członków WNP, Pułkownik 
podtrzymywał, że jest ich autentycznym sympatykiem i że 
bezinteresownie oddawał im przysługi. 
 

— Czy spotkał go pan? 

 

— Nigdy — odparł dziennikarz, śmiejąc się — ale Joseph 

van de Putte znał go dobrze: był instruktorem strzeleckim razem ze 
starym Peetersem. 
 

— Gdzie jest teraz van de Putte? 

 

Eric Bontemps wykonał nieokreślony gest. 

 

— Nie mam pojęcia. Został wyrzucony z telewizji po tej 

background image

historii. Pracował gdzieś dorywczo, a potem zniknął. Nie wiem 
nawet, czy jeszcze jest w Brukseli. 
 

— Może pan się dowiedzieć? 

 

Dziennikarz spojrzał aa zegarek. 

 

— Tak, ale nie natychmiast, muszę wrócić do roboty. 

Możemy spotkać się za godzinę w barze Archiduc. To dość 
sympatyczny bar przy ulicy Dansaint, pełno tam ludzi z telewizji. 
 

* * * 
Dostojna i dumna Wietnamka, ubrana w zapinaną tunikę, 

siedziała wyniośle obok jakiegoś brodacza, który zajmował się 
miętoszemem jej ud i pociąganiem dużych łyków piwa. 
 

Eric Bontemps ze zniechęconą miną usiadł obok Malka. 

 

— To nie będzie łatwe. Obdzwoniłem setki ludzi. Od 

sześciu miesięcy nikt go nie widział, ale ta Wietnamka zna jego 
dziewczynę, możemy ją zapytać. 
 

Skinął na Wietnamkę, która zostawiła brodacza i dołączyła 

do nich. Ostre piersi napinały jedwab tuniki, a bezpośrednie 
spojrzenie kontrastowało z postawą pełną rezerwy. 
 

— W czym mogę panom pomóc? — zapytała. 

 

Azjatka mówiąca z belgijskim akcentem budziła dziwne 

uczucie. Eric uśmiechnął się zachęcająco. 
 

— Czy znasz dziewczynę Josepha van de Puttego? 

 

— To facet z telewizji? 

 

— Tak. 

 

Na jej twarzy pojawił się nieprzyjemny grymas. 

 

— On jest fagasem, ona krostowatym małym pracusiem. 

 

śałosny kurdupel, a dlaczego pytacie? 

 

— Mój kolega go poszukuje. 

 

Dziewczyna prychnęła. 

 

— Winien jest mu pieniądze? 

 

— Niezupełnie, ale ty możesz zarobić grosz, jeżeli 

znajdziesz adres van de Puttego. 
 

— Fajny kawał. 

 

— Pięć tysięcy — sprecyzował Malko, włączając się w 

background image

rozmowę. Trzeba przyznać, że złociste oczy Malka wzbudziły 
zaufanie Wietnamki. Przez moment zawahała się, potem podniosła i 
skierowała do telefonu umieszczonego w podziemiach. 
 

Upłynęło dwadzieścia minut. Malko zaczął już wątpić, kiedy 

pojawiła się z powrotem, w ręku trzymała kawałek papieru, podała 
mu go. 
 

— Proszę, tylko nie mówcie, że to ode mnie. 

 

Dziennikarz spojrzał szybko na nazwisko i adres: Grete 

Kapelle, aleja Forum 184. 
 

— To na północy miasta. 

 

— Jedźmy tam natychmiast. 

 

Wietnamka odprowadziła ich wzrokiem pełnym żalu, 

jeszcze nigdy nie zapłacono jej tak dobrze za wykonanie jednego 
telefonu. Z chęcią mogłaby coś jeszcze sprzedać Malkowi. 
 

* * * 
Budynek był duży, sprawiał wrażenie zatęchłej nory, pełnej 

bawiących się na dole dzieci. Malko przejrzał skrzynki na listy i 
znalazł to, czego szukał. Grete Kapelle — dziewiąte piętro, 
mieszkanie D. Nie było domofonu, więc wsiedli do windy i 
pojechali na górę. Rozciągał się stamtąd rozległy widok na 
cmentarz Bloemen. Malko nacisnął dzwonek przy drzwiach. Jakaś 
kobieta w szarawej bieliźnie uchyliła drzwi: była to młoda 
dziewczyna o twarzy pełnej krost, niska, sprawiała wrażenie 
kocmołucha. 
 

— Czego chcecie? — zapytała, spoglądając nieufnie. 

 

Przyjemniaczka! 

 

— Szukamy Josepha van de Puttego — wyjaśnił 

dziennikarz. 
 

Malko dostrzegł przez uchylone drzwi telewizor i materac 

ustawione wprost na podłodze. Piszczała tu bieda. — Joseph! Nie 
widziałam tego cholernika co najmniej od trzech miesięcy. Zniknął, 
ale wcześniej sprzedał wszystkie meble. Ukradł mi nawet buty, 
majtki — wszystko. Mam nadzieję, że szukacie go, aby skuć mu 
mordę. 

background image

 

— Jak najbardziej — potwierdził Malko. — Gdzie on jest? 

 

Podrapała się wściekle między nogami, zanim 

odpowiedziała. 
 

— Według mnie jest u swojej matki, o ile ona nie umarła 

wcześniej ze zgryzoty. Mieszka w Colfontaine, to taka dziura w 
Borinage. No to cześć! 
 

Mówiąc to, zatrzasnęła im drzwi przed nosem. Dziennikarz 

skrzywił się. 
 

— Chce pan naprawdę tam jechać? Przecież nie mamy 

pewności, że on tam jest. 
 

— Tak, chcę tam pojechać. 

 

* * * 
Colfontaine mogłoby z powodzeniem służyć jako tło do 

książek Zoli. Borinage biło rekord pod względem największego 
procentu bezrobotnych, którzy wiedli jaką taką egzystencję dzięki 
pomocy społecznej tudzież grabieżom. 
 

Eric i Malko weszli do jakiejś knajpki, gdzie kilku 

bezrobotnych lekką ręką zamieniało swe ostatnie grosiki na butelki 
piwa. 
 

Zamówili dwa piwa, a Eric podszedł do właściciela. 

 

— Szukamy Josepha van de... 

 

Mężczyzna nie pozwolił mu nawet skończyć zdania. 

 

— Ja też — odparł ponuro. — Jeżeli go znajdę, to przez 

jakiś czas nie będzie mógł żreć frytek. Gwizdnął mój motorower i 
kasę. Nawet jego matka nie chce go znać. — Gdzie ona mieszka? 
 

— W baraku na końcu uliczki, po lewej stronie. Uważajcie, 

bo ma psy, a zła jest tak jak i one. 
 

Eric i Malko pomaszerowali główną ulicą, po obu jej 

stronach ciągnęły się zmurszałe rudery, a za nimi pola. 
 

Malko zapukał do drzwi, uchyliła je stara kobieta w czerni. 

 

Wyglądała tak przyjemnie jak tarantula. Miastowy wygląd 

gości wyraźnie pogorszył jej samopoczucie. 
 

— Jeżeli chodzi o forsę, nie musicie się trudzić, wypuszczę 

na was psy. 

background image

 

— Szukamy pani syna, aby dać mu pewną sumę pieniędzy 

— poinformował ją Malko. 
 

W oczach starej kobiety pojawiły się łzy. 

 

— Pieniądze? Ale przecież mój syn nie żyje. Biedny 

Walter... 
 

— Joseph, nie Walter — poprawił ją Malko. 

 

— Joseph! Ten wstręciuch! To nie dla niego macie 

pieniądze, o nie! Wszystko mi ukradł, nawet zegarek swego ojca. 
 

Jeżeli jesteście mu coś winni, to należy się to mnie. — 

Zachłannie wyciągnęła rękę. 
 

— Ale gdzie on jest? 

 

Kobieta wzruszyła ramionami. 

 

— Skąd mogę wiedzieć? Żandarmi wciąż go szukają. Jak 

nie w związku z tymi głupotami politycznymi, to w związku z 
kradzieżą. Ta świnia marnie skończy. Proszę mi dać te pieniądze. 
 

Malko wyjął pięć banknotów tysiącfrankowych, ale trzymał 

je poza zasięgiem pazurów pani van de Putte. 
 

— Chętnie dam pani te pieniądze, ale absolutnie muszę się 

dowiedzieć, gdzie on mieszka. 
 

— On nigdzie nie mieszka, jest włóczęgą. Nie ma żadnego 

adresu, włóczy sie po Brukseli. — Gdzie? 
 

Nie spuszczała wzroku z banknotów, w końcu wykrztusiła: 

— Nie wiem dokładnie, zostawił mi jedynie numer telefonu. 
 

— Da mi go pani? 

 

— Najpierw pieniądze. 

 

Nastąpiła długa chwila wahania. Malko wciąż potrząsał 

banknotami. Pokusa była zbyt wielka. Mamrocząc pod nosem, 
staruszka zaczęła grzebać w kieszeni fartucha, wreszcie wyjęła 
kawałek zmiętego papieru i przeczytała na głos: — 322-37-65. Nie 
wiem, co to jest, nigdy tam nie dzwoniłam, może to więzienie? 
 

Kochająca mamuśka! Malko wręczył jej banknoty i obaj 

mężczyźni odeszli. Sto metrów dalej stała budka telefoniczna. 
 

Malko wykręcił numer i czekał z bijącym sercem. 

 

Słuchawkę podniesiono dość szybko, usłyszał męski głos: 

background image

— Słucham, „Kasai”. 
 

— Szukam Josepha van de Puttego. 

 

W słuchawce zapadła cisza, po chwili zimny głos 

odpowiedział: — Tutaj go pan nie znajdzie. Jest mi winien co 
najmniej tysiąc franków. Nie kwapi się chłoptaś z przyjściem. 
Cześć! 
 

Odłożono słuchawkę. Malko odwrócił się do dziennikarza. 

 

— To bar albo restauracja. Czy mówi coś panu nazwa 

„Kasai”? 
 

— Oczywiście — odpowiedział dziennikarz — to bar 

kawowy w dzielnicy Schaarbeek, spotykają się w niej byli i przyszli 
najemnicy oraz skrajnie prawicowi cudzoziemcy, którzy bawią 
przejazdem w Brukseli. Nie dziwię się, że Joseph tam się 
zakotwiczył. 
 

— Jedziemy! — zdecydował Malko. 

 

* * * 
Za kontuarem w barze Kasai urzędował gruby mężczyzna w 

podkoszulku, z rudymi wąsami a la „armia indyjska”. Pomagała mu 
podwiędła prostytutka o fioletowych włosach. 
 

Wyglądała jak zagubiona dziewica. W barze nie było wielu 

klientów, gruby barman uśmiechnął się z przymusem do dwóch 
nowo przybyłych. 
 

— Piwo? 

 

— Dwa piwa i informację — poprawił go Malko. — 

Szukamy van de Puttego. To my dzwoniliśmy. 
 

Grubas machinalnie nalał dwa piwa, spoglądając ponuro na 

Malka. Za jego plecami wisiały na ścianie pożółkłe zdjęcia 
żołnierzy w kapeluszach na tle afrykańskiej sawanny. 
 

— Mówiłem już panu, że nie wpada tutaj. To nie jest zły 

facet, ale nie bardzo trzeźwo stąpa po ziemi. Chciał zaciągnąć się 
jako najemnik na „Komodora”, lecz Bob

19

 się nie zgodził, a 

przecież Joseph strzela bardzo dobrze. 
 

— Chyba jednak gdzieś się podziewa — naciskał go Malko, 

19  Bob Denard — sławny najemnik. 

background image

szeleszcząc banknotem tysiącfrankowym. 
 

Barman nawet na niego nie spojrzał. 

 

— Myślę, że kradnie, gdzie się da, i chodzi do swojej matki. 

Może kiedyś go spotkam. Jeśli chcecie zostawić jakąś wiadomość... 
 

To byłoby zbyt ryzykowne. Malko umoczył usta w piwie, 

chcąc zyskać na czasie. Nagle chudy wąsacz, wyglądający na 
twardego faceta, usłyszawszy ich rozmowę, odezwał się wolno: — 
Wiem, gdzie często bywa van de Putte. 
 

Pomimo jego odrażającego wyglądu Malko miał ochotę 

uściskać go. 
 

— Gdzie? 

 

Wąsacz wyciągnął rękę po banknot. 

 

— Szwankuje mi pamięć... 

 

Powróciła mu jednak, gdy tylko pieniądze znalazły się u 

niego w kieszeni. 
 

— Musicie bardzo wcześnie wstać — oznajmił. — Zwykle 

około siódmej rano przychodzi na jarmark staroci na plac Balle w 
dzielnicy Marolles. Sprzedaje tam pamiątki z wojny czy coś w tym 
stylu. Ale nie mówcie mu, że to ja was tam skierowałem. 
 

Dla Malka byłoby to o tyle trudne, że nie znał nawet swego 

informatora. Tajemnicza atmosfera panująca w barze Kasai 
przypomniała mu poprzednie zamachy. 
 

Szef baru pochylił się ku nim nieufnie: — Nie jesteście 

czasem glinami? 
 

Eric Bontemps uspokoił go i mężczyzna odzyskał uśmiech. 

 

Nie pozostawało im nic innego, jak czekać do jutra. Malko 

zastanawiał się, czy te wszystkie wysiłki czymś zaowocują. 
 

Miał słabą nadzieję, że odnajdzie diabolicznego Foxa. 

 

* * * 
Plac Balie nie był zbyt urokliwy, wciśnięty pomiędzy remizę 

strażacką a kościół Matki Boskiej Niepokalanej. Malko zaparkował 
samochód blisko placu. Eric Bontemps był nieogolony i sprawiał 
wrażenie wymiętoszonego. — Mam nadzieję, że poznam go — 
westchnął dziennikarz. 

background image

 

— Niezbyt często go widywałem. 

 

Chodniki placu były pokryte straganami pełnymi rzeczy 

poszukiwanych na pchlim targu. Sprawiało to żałosne wrażenie. 
Znajdowali się tu drobni handlarze, bezdomni żebracy, włóczędzy, 
którzy rozłożyli na szmatach starocie, jakich wstydziliby się nawet 
szmaciarze. Brodaty brudas oferował wiszące na sznurku dwa 
garnitury zupełnie w strzępach. 
 

Dziennikarz zatrzymał się nagle i przyglądał się bacznie 

człowiekowi ubranemu w starą kurtkę oraz podarte i brudne dżinsy. 
Mężczyzna siedział przed płachtą, na której znajdowały się jakieś 
zardzewiałe stare noże, gazety z okresu drugiej wojny światowej, 
zapleśniałe torby na naboje i czapka żandarmerii. Włosy miał 
zaczesane do tyłu, oczy głęboko osadzone w wychudłej twarzy — 
sprawiał wrażenie żywego trupa. 
 

— Myślę, że to on — rzekł Eric. 

 

Widząc zbliżających się do straganu mężczyzn, handlarz 

wziął do ręki jeden z noży, któremu brakowało kawałka uchwytu, i 
z uniżonym uśmiechem powiedział: — To prawdziwa pamiątka z 
wojny, spod Stalingradu. 
 

Jeszcze trochę, a zaproponowałby mózg samego Hitlera z 

dzieciństwa. 
 

Z nieruchomym wzrokiem podał im nóż, jak ksiądz 

trzymający krzyż, aby wypędzić szatana. Dziennikarz rozwiał jego 
wątpliwości. 
 

— Joseph, pamiętasz mnie? 

 

Van de Putte, zaniepokojony, uniósł brwi. 

 

— Nie, dlaczego? Kim jesteś? 

 

— Nazywam się Eric Bontemps, jestem z brukselskiej 

gazety „Le Soir”. Zamroczony mózg ludzkiego wraka potrzebował 
kilku minut, by pojąć jego słowa, potem twarz Josepha się 
rozjaśniła. 
 

— To się wspaniale składa, mam masę rzeczy do 

powiedzenia. Wiesz, chciałem do ciebie zadzwonić, ale nie miałem 
numeru telefonu. — Rozejrzał się wokoło i nagle na widok barku 

background image

przy placu zabłysły mu oczy. — Może wypijemy jakieś piwko? Jest 
zimno, a ja prawie wszystko sprzedałem. Ale, ale, jak mnie 
odnalazłeś? 
 

— W „Kasai” był facet, który cię znał. 

 

Handlarz właściwie nie czekał na odpowiedź, zebrał swój 

kramik w starą szmatę i ruszył w kierunku baru. 
 

— To przerażające — stwierdził dziennikarz. — Nie 

przypuszczałem, że jest w takim stanie, spływamy? 
 

— Nie — odparł Malko. — Wychylmy ten kielich do dna. 

 

Może Joseph powie nam coś interesującego. 

 

* * * 
Po piątym piwie Joseph van de Putte stał się wyraźnie 

gadatliwy. Opowiedział jakąś mglistą historię o najemnikach, w 
którą był wmieszany, gdy walczył w Afryce przeciwko okrutnemu 
tyranowi. Brzmiała ona jak zła parodia komiksu Tintin — zwykła 
mitomania. Eric skorzystał z przerwy w opowieści i zręcznie 
nakierował Josepha na interesujący ich temat. 
 

— A twoi kumple z WNP, widziałeś ich? 

 

Van de Putte przybrał tajemniczą minę, nachylił się do ucha 

dziennikarza i odpowiedział, opluwając go przy tym: — Trzeba 
uważać! Faceci z bezpieki depczą nam po piętach. Często mnie 
śledzą, dlatego musiałem cały czas zmieniać mieszkania. Wiedzą, 
że znam różne sztuczki. Wiesz, my wciąż jesteśmy silni, mamy 
nawet magazyny broni — dorzucił cicho. — Czekamy tylko na 
rozkazy, ale nie będą one wydane tutaj — dodał tajemniczo. 
 

— Czy spotkałeś ponownie Pułkownika? — zapytał Eric. 

 

Van de Putte rozejrzał się wokół, przerażony. 

 

— Uważaj, to gruba ryba! Dzwonił do mnie raz lub dwa, 

mam z nim kontakt. 
 

Widać było, że zmyśla. Eric Bontemps naciskał: — Myślę, 

że cię lubił. 
 

Van de Putte nadął się jak paw. 

 

— Jeszcze jak! Nauczył mnie mnóstwa rzeczy. 

Wykonywaliśmy nawet cholernie specjalne zadania. 

background image

 

— Wiesz, co się z nim stało? 

 

Joseph przytknął palec do ust. 

 

— Prowadzi dalej robotę. Działa w cieniu, zwalcza 

komunizm i wszelkich jego agentów będących w Belgii. 
 

— Jak on wygląda? — zapytał Malko. 

 

Van de Putte zamilkł, zaniepokojony precyzyjnością 

pytania. W końcu wybełkotał: — Jest wspaniały, wysoki i 
postawny, cholernie wysportowany. Ma szare oczy i spojrzenie 
typowego przywódcy, zawsze opanowany. Kiedyś zrobiłem mu 
zdjęcie. 
 

Malko poczuł się tak, jakby urodził się na nowo. Tropienie 

Josepha van de Puttego mogło być nagrodzone imponującą pulą. 
Kryjąc zainteresowanie, Malko zapytał: — Ach tak, i dał sobie je 
zrobić? 
 

Van de Putte przybrał sprytną minę. 

 

— Oczywiście, że nie! Zrobiłem je podczas treningu 

strzeleckiego w lasach Houssiere. Poprosiłem kumpla, żeby 
pstryknął je z daleka, teleobiektywem. 
 

Malkowi wydawało się, że siedzi na rozżarzonych węglach. 

— A co się stało z tym zdjęciem? 
 

Były członek WNP pochylił się i zionąc piwem, rzekł 

konfidencjonalnie: — Mogę pana zapewnić, że ani na moment mnie 
nie opuściło. 
 

Malko nie cofnął się przed tym cuchnącym oddechem, ale 

powstrzymał okrzyk radości. Obojętnym głosem zapytał: — Ma 
pan je przy sobie? 
 

— Tutaj — odpowiedział van de Putte, uderzając się w 

okolice serca. 
 

— Czy mogę je zobaczyć? 

 

— Nigdy! 

 

Zareagował jak matka, której chcą odebrać dziecko. 

Zawahał się jednak lekko, co osłabiło kategoryczność jego 
odmowy. Dziennikarz wziął go delikatnie za ramię i cicho coś mu 
tłumaczył, podczas gdy serwowano siódme piwo. 

background image

 

— Joseph, wiesz, że nieprzypadkowo się tu znalazłem. 

 

Mój przyjaciel jest waszym sympatykiem, przybył z Austrii. 

 

Nie obawiaj się go! 

 

Van de Putte zawahał się, w końcu przyjacielski ton oraz 

nowe piwo zmiękczyły go; — Oczywiście, że nie, ale Pułkownik 
nie może się dowiedzieć, że mam to zdjęcie, ukarałby mnie surowo, 
a to zaszkodziłoby mojemu awansowi w organizacji. 
 

Atmosfera ponownie zaczęła trącić komiksem. Joseph wciąż 

się wahał. Dziennikarz ostrożnie odezwał się do Malka: — Nikt się 
o niczym nie dowie, prawda? 
 

— Z całą pewnością! — potwierdził Malko. 

 

Van de Putte już otwierał swój stary, zasmolony portfel. 

 

Wyciągnął z niego różne papiery, pośród nich była 

czarnobiała fotografia, położył ją na blacie. Malko pochylił się nad 
nią. Przedstawiała dwóch mężczyzn: van de Puttego strzelającego 
do celu i starszego, prawie łysego faceta, noszącego przyciemnione 
okulary. Dla van de Puttego był on bohaterem. 
 

— Oto Pułkownik — dodał drżącym głosem Joseph. 

 

— Wygląda w porządku — przyznał poważnie dziennikarz. 

— Ty też nie jesteś zły, ale to zdjęcie jest w opłakanym stanie, 
wkrótce nic nie będzie widać, ono się przeciera. 
 

— Tak? — zaniepokoił się Joseph. 

 

— Można temu zaradzić. Pożyczę je sobie i zrobię odbitkę u 

mnie w gazecie. W ten sposób będziesz je miał jak nowe. 
 

— Nie, nie mogę — sprzeciwił się — to wielka tajemnica. 

 

Dziennikarz objął go prawym ramieniem. 

 

— Joseph, jesteś przyjacielem, a mój kumpel da ci 

gwarancje. W swoim kraju też jest szefem, wie, że robisz dobrą 
robotę. 
 

Podstępnie położył dłoń na fotografii i przesunął ją do 

siebie. Van de Putte nie śmiał zaprotestować, utkwił wzrok w swym 
skarbie. 
 

— Kiedy mi ją oddasz? 

 

— Przyniosę ci ją dzisiaj, gdzie mieszkasz? 

background image

 

— Nie mogę ci powiedzieć, to tajemnica. 

 

Eric nie nalegał, wyczuł bowiem w jego głosie 

zdecydowanie, ponadto fotografia i tak była już u niego w kieszeni. 
 

— W takim razie spotkajmy się jutro rano o tej samej porze. 

 

— Dobrze, ale Pułkownik nigdy się nie dowie? Inaczej 

musiałbym napisać raport. 
 

— Nie martw się, wiemy tylko my trzej. 

 

Malko nie wierzył własnym uszom, spodziewał się 

większego oporu van de Puttego. Joseph połknął jednym haustem 
swe piwo i z błyskiem w oku schował portfel. 
 

— No dobra, chłopaki, muszę już iść. Mam dzisiaj sprawę 

do załatwienia. Coś cholernie tajnego, ma związek z facetami, 
którzy chcą wziąć się do NATO. 
 

— Niech pan zaczeka, dam panu zaliczkę na poczet 

przyszłej misji. 
 

Malko wyciągnął pięć banknotów tysiącfrankowych i 

wsunął mu do ręki. W oczach van de Puttego prawie pojawiły się 
łzy. Uścisnął mu wylewnie rękę i wyszedł z baru zgarbiony, w 
sumie żałosny. Malko spojrzał na zdjęcie. Widniał na nim Fox, 
przywódca morderców z Brabancji. Zdjęcie odpowiadało dokładnie 
opisowi, który podał mu Burton. 
 

Obaj mężczyźni oddalili się ulicą Blaes. Dziennikarz był 

sceptykiem co do zdjęcia. 
 

 — Co pan chce teraz zrobić? 

 

— Muszę oficjalnie zidentyfikować tego człowieka. To 

pierwszy krok, aby przekonać się, czy Pułkownik i Fox to ta sama 
osoba. Czy może mi pan pomóc? 
 

Zaskoczony Eric przebiegł w myślach swoje kontakty. 

 

Dopiero dochodząc do ulicy Haute, odpowiedział: — Być 

może, mam kumpla w żandarmerii, który zajmował się WNP. 
Pracuje w Brygadzie do Spraw Poszukiwań, w Nivelles. Ma jeszcze 
jakieś dokumenty i nie bardzo lubi ludzi z UB. Może uda mu się 
zidentyfikować tego faceta. Nie będzie jednak łatwo nakłonić go do 
zwierzeń, jest ostrożny. 

background image

 

— Może pan do niego zadzwonić? 

 

— Przez telefon nic nie powie. Trzeba do niego pójść. Jeżeli 

się uda, spotkamy się na obiedzie. 
 

— Może o trzynastej w „Metropolu”? 

 

Malko podrzucił swego przewodnika do redakcji gazety i 

pomknął do ambasady amerykańskiej. Nareszcie miał dobre 
wiadomości. Jeżeli Pułkownik był Foxem, to musiał istnieć jakiś 
związek między WNP i Foxem, a więc cała jego hipoteza się 
potwierdzała. 
 

George Hammond był wciąż ponury. Malko wytłumaczył 

mu, na czym polega jego zasadzka, i pokazał fotografię zabraną van 
de Puttemu. 
 

— Czy udałoby ci się dowiedzieć, kim jest ten mężczyzna? 

Pracuje w Urzędzie Bezpieczeństwa, sekcja kontrwywiadu. To 
może być Fox. 
 

— Dowiem się od mych przyjaciół z NATO — odparł szef 

komórki CIA. — Zwykle znają wszystkich Belgów pracujących w 
Urzędzie Bezpieczeństwa. Nie możemy jednak pytać o to naszych 
partnerów, odpowiedzą, żebyśmy poszli w diabły, i zawiadomią go. 
 

— Zrób, co będziesz mógł. 

 

Malko z trudem zabijał czas, jaki pozostawał mu do obiadu. 

Jeżeli dziennikarz wróci z Nivelles z niczym, część jego planu 
legnie w gruzach. Zastanawiał się, czy przeciwnicy zdawali sobie 
sprawę z wysiłków, które czynił, aby ich zidentyfikować. A ten 
Fox, czy wiedział, że Malko podłoży mu bombę z opóźnionym 
zapłonem? 
 

Eric Bontemps przyszedł do baru w „Metropolu” spóźniony 

o kwadrans. Dla Malka było to piętnaście minut istnej tortury. 
 

— Ten żandarm zgadza się z nami spotkać w motelu Toucan 

za trzy kwadranse — oznajmił Bontemps. 
 

Malko miał ochotę go ucałować. 

 

— Nie ma ryzyka, że wygada wszystko swemu kumplowi 

Martensowi? 
 

— Nie, to uczciwy facet — uspokoił go dziennikarz. — 

background image

Wiele razy odbierano mu zbyt delikatne sprawy właśnie dlatego, że 
jest nieprzekupny. 
 

Po raz kolejny znaleźli się na autostradzie łączącej Brukselę 

z Mons. Usytuowany przy wjeździe do Nivelles motel Toucan robił 
wrażenie supernowoczesnej budowli, jego szare mury rozdzielały 
stare domy miasteczka. Przy nim znajdował się ogromny parking, a 
w środku budynku anonimowe pokoje oraz ludzie interesu. 
Dziennikarz zapytał w recepcji: — Pan Vandamme, który pokój? 
 

— Pokój 321 — odparł recepcjonista, sprawdziwszy w 

książce meldunkowej. 
 

Obydwaj mężczyźni weszli po schodach i posuwali się 

korytarzem o koszmarnych, brązowych ścianach. Zapukali do 
numeru 321. Drzwi otworzył im krępy, łysy mężczyzna o 
błękitnych oczach i czarnych brwiach. Wzrokiem świdrował Malka. 
Przywitał się z nimi, zaprosił ich do środka, po czym zamknął 
dokładnie drzwi. Z mężczyzny emanowały solidność i uczciwość. 
Malko natychmiast zapałał do niego sympatią. 
 

— Jest pan jedyną osobą, która może mi pomóc. Jeżeli jest 

jeszcze szansa na powstrzymanie tej masakry. 
 

— Zgadzam się — odparł Vandamme spokojnie — ale nic, 

co powiem, nie może wyjść dalej. Inaczej ryzykuję swą karierę, a 
może nawet coś więcej. 
 

— Oczywiście. 

 

— Malko wyjął z kieszeni fotografię otrzymaną od van de 

Puttego i pokazał ją żandarmowi. 
 

— Czy zna pan tych dwóch mężczyzn? 

 

Adiutant Vandamme obejrzał uważnie zdjęcie i odłożył je na 

stół. 
 

— Tak — odparł. — Jeden z nich to Joseph van de Putte, 

członek WNP, dosyć nawiedzony facet, drugi to agent służby 
bezpieczeństwa, pseudonim „Pułkownik”. Miał za zadanie 
infiltrację ultraprawicowców. Oczywiście pracował dla rządu. 
 

— Czy zna pan jego prawdziwe nazwisko? 

 

śandarm zawahał się przez moment. — Tak, żandarmeria 

background image

zleciła mi podobną misję. Moi przełożeni polecili mi 
zidentyfikować Pułkownika i udało mi się to. 
 

— A co było potem? 

 

— Nic — odparł żandarm, uśmiechając się. — Wszystkie 

raporty dotyczące tej sprawy zostały uznane za top secret i odtąd 
nikt nie miał do nich dostępu. — W jego głosie wyczuwało się żal. 
 

— Według pana dlaczego? 

 

Zanim odpowiedział, wymienił z Erikiem szybkie 

spojrzenie. 
 

— Odkryłem pewne rzeczy. To ciekawe. Po pierwsze, 

Pułkownik tak się wciągnął w grę, że dostarczał infiltrowanej 
grupie broń i amunicję. Po drugie, zachęcał jej członków do 
brutalnych akcji. 
 

— Co się stało z bronią? 

 

— Zabrała ją policja podczas sprawdzania niektórych 

członków WNP. 
 

Malko wręcz wrzał w środku: to, czego się dowiedział, było 

prawdopodobnie początkiem tych wszystkich morderstw. 
 

Elementy układanki zaczęły nareszcie do siebie pasować. 

 

— Czy może mi pan wyjawić nazwisko Pułkownika? 

 

śandarm odpowiedział bez wahania: — To Hans Bever. Jest 

zastępcą dyrektora kontrwywiadu w Urzędzie Bezpieczeństwa. Tam 
zrobił karierę i podlega jedynie swemu dyrektorowi naczelnemu. 
 

— Czy to jest mężczyzna, którego rozpoznał pan na zdjęciu? 

 

— Bez wątpienia. 

 

Malko nareszcie miał precyzyjne informacje. Rozmyślał 

gorączkowo. Po ujawnieniu tych rewelacji żandarm o grubych 
brwiach spokojnie palił papierosa. — Czy odkrył pan coś jeszcze o 
Hansie Beverze? O rzeczywistych związkach łączących go z WNP? 
 

Adiutant Vandamme uśmiechnął się porozumiewawczo. 

 

— Oczywiście, ale nigdy nie udało mi się zdobyć żadnego 

dowodu. Bever był związany z niejakim Filipem Orstallem, byłym 
legionistą, który pracował u nas w żandarmerii. Został on 
dyskretnie wylany w następstwie różnych akcji. Miał do wyboru 

background image

albo to, albo BK 10

20

. Następnie wstąpił do WNP. 

 

Kiedy ruch został zlikwidowany, aresztowano go. Wstawił 

się za nim Hans Bever, oświadczając że sam go zaangażował do 
pomocy w zlokalizowaniu ruchu. 
 

— Filip Orstall, to ten, który prowadzi „Jonathana”? — 

zapytał Malko. 
 

śandarm uśmiechnął się do niego. 

 

— Widzę, że ma pan dobre informacje. Tak, to on. Nieźle 

się z tego wykręcił. 
 

To wszystko było pasjonujące. Nareszcie czarno na białym 

można było udowodnić związek pomiędzy zabójstwami a 
tajemniczym Foxem. 
 

— Czy słyszał pan o Foxie? — zapytał Malko. 

 

Żandarm pokręcił przecząco głową. 

 

— Nie, nigdy. Kto to jest? 

 

Malkowi nie pozostawało nic innego, jak wyjawić mu swoją 

teorię. Niech diabli porwą tajemnicę. Vandamme wysłuchał go nie 
przerywając i odezwał się nagle: — To, co pan mówi, nie dziwi 
mnie wcale. Ja również interesowałem się tymi zabójstwami. Mam 
teczki wszystkich ludzi z KKW. Ci, których zabito, byli jedynie 
małymi płotkami. 
 

— Więc dlaczego dokonano tych zabójstw? 

 

— Nie mam pojęcia — wyznał Vandamme. — Jeżeli chodzi 

o Bevera, jestem przekonany, że chciał zrobić z WNP coś w rodzaju 
„służby szybkiego działania”, przeznaczonej do tuszowania 
wykroczeń policji lokalnej, a nawet wykonywania operacji 
niezgodnych z prawem. Nagraliśmy jego rozmowy telefoniczne: bał 
się, że instalacje NATO nie są wystarczająco chronione, miał listę 
„podejrzanych” wojskowych i cywilów pozostających w kontaktach 
ze Wschodem. Sporządził listę wszystkich członków KGB i GRU 
przebywających w Belgii. 
 

Nigdy nie udało mi się sprawdzić, czy odpowiadała 

20  Borne kilometrique 10  — w żargonie żandarmerii degradacja i powrót do 

drogówki.

background image

rzeczywistości. 
 

— Ma pan jego adres? 

 

— Oczywiście, wiem ponadto, że jest żonaty, ma dwoje 

dzieci i prowadzi bardzo surowy żywot. Jest obowiązkowy. 
 

— Czy myśli pan, że spotyka się wciąż z Orstallem? 

 

— To możliwe. 

 

Z pewną nerwowością Vandamme spojrzał na zegarek. 

 

— Czy ma pan jeszcze jakieś pytania? 

 

— Na razie nie. Proszę dać mi adres i wszelkie informacje o 

nim. 
 

śandarm zanotował coś na kartce i podał ją Malkowi. 

 

— Proszę. Niech pan to dobrze spożytkuje. Proszę pamiętać: 

nigdy pana nie widziałem i nie rozmawiałem z panem. I uwaga: 
Hans Bever jest bardzo niebezpiecznym człowiekiem, praktycznie 
robi to, na co ma ochotę. 
 

Mężczyźni uścisnęli sobie ręce i żandarm zamknął drzwi za 

Malkiem i Erikiem. Dziennikarz czuł się niezręcznie. 
 

— Wdepnął pan w cholerną sprawę. Co pan teraz zrobi? 

 

Malko właśnie nad tym rozmyślał. Informacje uzyskane od 

żandarma były bardzo cenne, ale trzeba było uczynić coś więcej: 
nastraszyć Foxa i upewnić się, że to on jest Pułkownikiem. 
Oczywiście istniał jego związek z Orstallem, ale to nie znaczy, że 
obaj mężczyźni widywali sę regularnie. Ta sprawa mogła mu zająć 
jeszcze całe tygodnie. Malko spojrzał na papier z numerem telefonu 
Pułkownika; przyszło mu coś na myśl. 
 

* * * 
— Czy pan Hans Bever? 

 

Po drugiej stronie w słuchawce zapadła cisza, która 

wydawała się Malkowi całą wiecznością, w końcu opanowany, 
niski głos zapytał: — Kim pan jest? 
 

— Dzwonię w imieniu Josepha van de Puttego. Ma panu coś 

ważnego do przekazania. Dziś wieczór będzie w barze Kasai od 
godziny dziewiętnastej. 
 

Odłożył słuchawkę i wyszedł z kabiny telefonicznej, 

background image

usytuowanej w dolnej części skweru Meeus. Przez gałęzie drzew 
widział okna w dziwnym pomarańczowym kolorze — była to 
siedziba tajnych służb belgijskich. W którymś z jej biur Hans Bever 
alias Pułkownik rozmawiał z nim przez telefon. Malko wrócił do 
kawiarni, gdzie czekał Amin — wciąż miał ten ogromny motor. 
 

— No i co? — zapytał Libańczyk. — Rozmawiał pan z nim? 

 

— Tak, pozostaje nam jedynie czekać. 

 

Wyszli z kawiarni. Malko zaparkował swego mercedesa w 

dole skweru, zza szyby dostrzegał fundamenty budynku. Od 
wczoraj śledzili Bevera. Belg jeździł czarnym audi 200 o 
przydymionych szybach, mieszkał w Uccle, w małym domku 
położonym w głębi cichej uliczki. Wyglądał tak jak na fotografii. 
Przyciemnione okulary przysłaniały mu oczy. Nie miał szofera. 
Malko próbował odgadnąć jego zamiary. 
 

Ten telefon powinien nieźle wstrząsnąć Beverem, ponieważ 

oznaczał, że poznano jeden z jego pseudonimów. Byłoby więc nie 
do pomyślenia, aby nie zareagował, tylko jak to zrobi? 
 

Mowy nie ma, żeby zadzwonił ze swego biura. Albo chodził 

osobiście na spotkania, albo zlecał je komuś. Z tego budynku było 
tylko jedno wyjście. Malko obserwował je przez lornetkę. Dzięki 
motorowi Amina był pewien, że może śledzić każdy samochód. 
Kontynuowali obserwację. Była siedemnasta piętnaście, wkrótce 
powinno się zacząć. 
 

* * * 
— Oto i on! 

 

Z podziemnego parkingu wyjechało czarne audi. Samochód 

skręcił w lewo i okrążył skwer. Amin Habbache już siedział na 
motorze. Czarny, nieprzezroczysty kask chronił go przed 
ciekawskimi. Malko podążył za nimi w swoim samochodzie, 
walkie-talkie pozwalało mu utrzymać łączność z Libańczykiem. 
Audi zatrzymało się dwieście metrów dalej, naprzeciwko kabiny 
telefonicznej. Bever wysiadł z wozu i wszedł do niej. Nie 
przebywał tam długo i powrócił do samochodu. Jechał nie spiesząc 
się, kierował się na południe Brukseli. Kilkakrotnie udało mu się 

background image

zgubić Malka, ale Amin wciąż się go trzymał. Dzięki 
krótkofalówkom Malko dostawał cały czas sprawozdanie. 
 

— Mam wrażenie, że kręci się w kółko — poinformował go 

Amin. 
 

Istotnie, audi przejechało małą uliczką blisko skweru Meeus 

i zatrzymało się przed budynkiem, na którym widniała tablica z 
napisem „Pokoje na godziny”. Hans Bever wysiadł z samochodu i 
wszedł do budynku. Widać było, że to dom „cichych spotkań”, bez 
portiera. 
 

Trzy minuty później Malko zaparkował swój samochód w 

dole uliczki. Nie czekał zbyt długo, nieco wyżej parkował właśnie 
biały golf. Wysiadł z niego postawny mężczyzna — Filip Orstall. 
Były żandarm zniknął w tym samym budynku. 
 

Jasne, że Orstall i Bever byli ze sobą w bliskich stosunkach. 

 

Ich spotkanie trwało dziesięć minut. Orstall odjechał 

pierwszy. Malko nawet nie próbował go śledzić, zachowywał za to 
przyzwoity dystans do audi, któremu towarzyszył Amin na motorze. 
Hans Bever zaprowadził ich do siebie. Wracał do domu, jak 
porządny obywatel, kupiwszy uprzednio ostatnie wydanie „Le 
Soir”. Wstawił samochód do garażu, dla niego dzień się skończył. 
 

— Zjeżdżamy — powiedział Malko. — Kolejny ruch 

nastąpi w barze Kasai. 
 

Wąska, jednokierunkowa uliczka, przy której znajdował się 

bar Kasai, zapchana była tak, że nie dało  się tu zaparkować. Malko 
zostawił swojego mercedesa na łasce losu, ale Amin zatrzymał 
yamahę kilka metrów od lokalu. Była osiemnasta piętnaście. Od pół 
godziny obserwowali bar. Tego ranka ponownie spotkali się z van 
de Puttem na targu staroci i oddali mu fotografię. 
 

Stojąc przed witryną sklepową, jakieś dwadzieścia metrów 

od baru, Malko obserwował wchodzących i wychodzących 
klientów. Jak dotąd ani Bever, ani Orstall nie pojawił się. 
 

Nagle Malko krzyknął: — Cholera, spójrz! 

 

Jakaś zataczająca się postać szła ulicą Fromagers. To był 

van de Putte. Co tutaj robił? Pchnął drzwi baru, a Malko pomyślał 

background image

w tym momencie o pięciu tysiącach franków, które dał mu wczoraj. 
Van de Putte przyszedł zapłacić swe długi. Nie wiedział, że był w 
śmiertelnym niebezpieczeństwie z powodu pułapki zastawionej na 
Foxa. Malko chciał właśnie pobiec za nim, kiedy zobaczył, że ktoś 
wchodzi za van de Puttem do baru — był to Filip Orstall. Malko nie 
mógł tam wejść. 
 

— Idź i zobacz, co robią — poprosił Amina. 

 

Libańczyk włożył za pasek swego herstala, obciągnął kurtkę 

i przeszedł przez ulicę. Tak więc Fox zareagował błyskawicznie. 
Być może Pułkownik jedynie zaniepokoił się, że odkryto jego 
pseudonim, i wysłał swego zaufanego człowieka, by się zorientował 
w sytuacji. Malko się niecierpliwił. W końcu Filip Orstall wyszedł i 
oddalił się. Chwilę później zjawił się Amin. 
 

— Wszystko w porządku, pogadali sobie trochę. Sprawiali 

wrażenie kumpli. Potem gruby wąsacz spłynął, a ten drugi wciąż 
stoi, uczepiony kontuaru. 
 

— Chodźmy z nim porozmawiać. 

 

W chwili kiedy Malko chciał przejść przez jezdnię, prawie 

otarł się o niego pędzący golf, który zatrzymał się trochę dalej, tuż 
przed barem. Wyskoczył z niego bardzo wysoki mężczyzna z 
karabinem maszynowym w rękach i wpadł do baru. 
 

Pomimo że był zamaskowany, Malko rozpoznał w nim 

Roberta Martensa. Pierwsze wystrzały rozległy się wówczas, gdy 
Malko zaczął biec. Nagle tylne drzwi bagażnika golfa otworzyły się 
i ukazał się zamaskowany mężczyzna, trzymający riot-guna. Malko 
zdążył jedynie rozpłaszczyć się za zaparkowanym samochodem. 
Morderca otworzył ogień i omiatał całą ulicę Fromagers. Jakaś 
kobieta, krzycząc, upadła na chodnik. 
 

Malko zaczął strzelać w kierunku golfa. 

 

— Strzelaj! — wrzasnął do Amina, przycupniętego po 

drugiej stronie ulicy. 
 

Z baru wciąż dochodziło echo wystrzałów. W drzwiach 

ukazał się Martens, szedł tyłem, ciągle strzelając z biodra. 
 

Wskoczył do golfa, który błyskawicznie ruszył. Na 

background image

chodniku pozostało wiele ciał. Malko wpadł do baru z pistoletem w 
dłoni. Ujrzał spustoszenie, jakiego dokonał Martens. Wąsaty gruby 
barman leżał na kontuarze ze strzaskaną połową głowy. 
 

Za nim zwisały ze ściany szczątki fotografii, rozszarpanych 

pociskami. Wszędzie leżały ciała martwych lub rannych ludzi. 
Malko odnalazł Josepha, był wciśnięty za kontuar, miał 
roztrzaskany kark. W barze było co najmniej siedem-osiem trupów. 
 

Malko wyszedł z baru, czując ogarniające go mdłości. 

 

Miał teraz dowód, że Fox i Pułkownik to ta sama osoba. 

Wrócił do samochodu, zły na swą bezsilność. Fox zareagował z 
okrucieństwem i bezwzględnością. Najpierw zmusił do mówienia 
tego nieszczęśnika Josepha, a następnie zlikwidował go. Aby 
zatrzeć ślady, dokonał zamachu wśród niewinnych ludzi. 
 

Amin pojawił się dwadzieścia minut później w pokoju 

hotelowym Malka, twarz miał prawie przezroczystą. 
 

— Zgubiłem ich! Napędzili mi stracha, to są szaleńcy. 

 

Nie wahali się strzelać do mnie w samym środku miasta. 

 

Czekali na mnie w pustej uliczce. Z moim herstalem nie 

miałem żadnych szans. 
 

Przynajmniej teraz wyjaśniły się pewne rzeczy. Van de Putte 

z pewnością się wygadał. Tak więc Fox wiedział, że byli na jego 
tropie, czyli Malko był człowiekiem numer jeden do zabicia. Z 
goryczą pojął, iż wciąż nie ma wiarygodnego dowodu. Fox nigdy 
nie interweniował bezpośrednio. Trzeba znaleźć sposób, aby go 
wypłoszyć. Miał nawet jeden, lecz z wieloma „ale”. 
 

* * * 
Nagłówek gazety „La Derniere Heure” anonsował na ośmiu 

kolumnach: „Masakra w brukselskim barze. Dziewięciu zabitych, 
siedemnastu rannych”. George Hammond, trzymając w ręku 
zgasłego papierosa, spojrzał z przygnębieniem na Malka. 
 

— Wyobrażasz sobie! Jak mam wytłumaczyć w Langley, że 

jestem za to odpowiedzialny, że zbrodni dokonano bronią 
dostarczoną przez nas! Afera Irangate przy tej sprawie okazałaby 
się przyjemnym żartem. Nigdy nie złapiesz Foxa! Przeciw niemu 

background image

nie masz żadnych bezpośrednich dowodów, a on pociąga za sznurki 
z zimną krwią i niespotykanym okrucieństwem. 
 

— Nawet jeżeli dam sobie teraz spokój — rzekł Malko — i 

tak to się źle skończy. Jestem pewien, że podrzucą gdzieś twoją 
broń, aby ją zidentyfikowano. Będą chcieli zatrzeć za sobą ślady, a 
także zemścić się. Wiedzą, że ich ścigamy. 
 

— Masz jakieś wyjście? 

 

— Czego dowiedziałeś się o Foxie? — Malko odpowiedział 

pytaniem na pytanie. 
 

— Nic zachęcającego. Jest w firmie od osiemnastu lat. 

 

Odpowiedzialny za zwalczanie wszelkich ruchów 

dywersyjnych. Jego szef nie przestaje nad nim piać z zachwytu. 
Został odznaczony przez Jeana Gola, byłego ministra 
sprawiedliwości. Jeżeli oskarżysz go o to, że jest owym szaleńcem, 
nikt ci nie uwierzy, chyba że złapiesz go za rękę. 
 

— Więc będę próbował to zrobić. 

 

— W jaki sposób? 

 

— Powiem ci, jak mi się uda. 

 

Uścisnęli sobie ręce i George wyszedł z nim na korytarz. 

 

— Uprzedzam cię, te typy nie cofają się przed niczym, 

wyraźnie to pokazali. Poproszę Langley, aby odpuścili to sobie. 
 

Inaczej będziemy mieli jeszcze jednego trupa: ciebie! 

 

— A broń? 

 

Szef komórki wykonał gest bezradności. 

 

— Cóż chcesz! W tym zawodzie zdarzają się czasami 

wpadki, Po prostu wylecę. W końcu nie rozstrzelają mnie, nie 
jesteśmy w Związku Radzieckim. — Spróbuję jednak zrobić, co 
będę mógł — przyrzekł Malko, zanim wsiadł do windy. 
 

Jego rozumowanie było proste. Zamach w „Kasai” nastąpił 

po południu. Hans Bever był w tym czasie u siebie. Rano Amin 
śledził go na motorze i stwierdził, że pojechał prosto do biura. Czyli 
Bever nie wiedział, co van de Putte wyznał przed śmiercią. Dowie 
się tego z pewnością od zaufanego Filipa Orstalla. Być może 
spotkają się w tym samym domu przy ulicy Parnasse, i to bardzo 

background image

szybko. Fox z pewnością niecierpliwie czeka na wynik akcji. 
 

Odtąd wszelka nadzieja była dozwolona. 

 

* * * 
Malko czekał na ulicy Parnasse, z pistoletem wetkniętym za 

pasek. Nie był widoczny z okien budynku. Amin zadbał o śledzenie 
Foxa. Hans Bever wyszedł z biura o zwykłej porze i udawał, że 
kieruje się do domu. 
 

Podniesiony głos Libańczyka zaskrzeczał nagle w 

krótkofalówce: — Podjeżdża ulicą Parnasse i parkuje w tym samym 
miejscu. 
 

Malko poczuł ucisk w gardle. W końcu dopadł zwierzynę. 

 

Minęło jeszcze dziesięć minut i odezwał się słodki głos 

Amina, wlewający mu balsam do serca: — Idzie Orstall, na 
piechotę, również wszedł do budynku. 
 

— Tylko nie ruszaj się stamtąd — nakazał mu Malko. — 

Uprzedź mnie, jak tylko wyjdzie. 
 

Pułapka została zastawiona. Należało sądzić, że Bever nie 

podejrzewał, iż jest śledzony, albo też nie miał innego miejsca 
spotkania. Kolejny kwadrans oczekiwania upłynął w napięciu, po 
czym Malko ponownie usłyszał Amina: — Nareszcie, gruby 
właśnie wyszedł. 
 

— Zaraz tam będę — odparł Malko. 

 

Przebiegł pięćdziesiąt metrów w rekordowym czasie i 

dołączył do Amina. 
 

— Ten drugi jeszcze nie wyszedł — uspokoił go Libańczyk. 

 

— Zostań tutaj i osłaniaj mnie na wypadek, gdyby tamten 

wrócił. 
 

Malko wszedł do budynku i zatrzymał się na korytarzu. 

 

Zastanawiał się, w którym z pomieszczeń Fox spotkał się ze 

wspólnikiem. Było ich dwadzieścia. Jedyne rozwiązanie to 
zaczekać, aż z niego wyjdzie, i zmusić do ponownego wejścia. Z 
jednego z pokoi wychodziła właśnie jakaś para. Mężczyzna 
odwrócił wzrok, ale kobieta — okazała brunetka, prawdopodobnie 
prostytutka — posłała Malkowi upojne spojrzenie. Ktoś schodził po 

background image

schodach. Widok przyciemnionych okularów, łysej głowy i dużych 
wąskich ust zmroził go lekko. 
 

Czekał schowany za klatką windy. Nagle wyskoczył za 

Beverem, błyskawicznie przycisnął mu lufę pistoletu do szyi. 
 

— Wracamy tam, skąd pan wyszedł, panie Bever — rzekł 

cicho. — Inaczej wpakuję panu kulkę w głowę. 
 

Agent belgijskich służb specjalnych stanął. Nie próbując 

nawet się odwrócić, zapytał: — Kim pan jest? 
 

W jego głosie wyczuwało się lekkie napięcie, ale żadnych 

oznak paniki. Był profesjonalistą i Malko zdawał sobie sprawę, że 
walka będzie ciężka. 
 

— Kimś, kto zna pana bardzo dobrze jako Pułkownika, a 

także jako Foxa — odpowiedział Malko. 
 

— To pan do mnie dzwonił. 

 

Nie było to pytanie, lecz stwierdzenie. Malko popchnął Foxa 

na schody. — Proszę robić to, co mówię, panie Bever. Tak będzie 
lepiej. 
 

Malko czuł, że Belg się zawahał. Jeżeli będzie się bronił lub 

odmówi, wszystko weźmie w łeb. Mógłby go oczywiście sprzątnąć, 
ale to nie rozwiąże problemu. 
 

Nie spiesząc się, Belg zawrócił i zaczął wchodzić po 

schodach. Był tak spokojny, jakby po prostu czegoś zapomniał. 
 

Malko szedł za nim. Dotarli do pierwszego piętra, Fox wyjął 

z kieszeni klucz i otworzył jakieś drzwi, weszli do środka. 
Pomieszczenie służyło wyraźnie „szybkiemu seksowi”. Stało tam 
niskie łóżko, otoczone lustrami, jakiś fotel, kilka mało erotycznych 
grafik, uchylone drzwi prowadziły do maleńkiej łazienki. Hans 
Bever usiadł na łóżku i skrzyżował nogi. Wolnym ruchem zapalił 
papierosa, nie zwracając uwagi na wycelowany w siebie pistolet. 
Wypuszczając dym, odezwał się obojętnym głosem: — Domyślam 
się, kim pan jest. Wiedziałem, że wcześniej czy później spotkam 
pana. 
 

Malko zajął jedyny fotel, naprzeciw drzwi. Belg był starym 

wygą wojny podziemnej, nie należało zbytnio ufać jego pozornej 

background image

obojętności. Byli śmiertelnymi wrogami. Malko wiedział, że Bever 
skorzysta z pierwszej okazji, aby go zabić. 
 

— Czego pan ode mnie oczekuje? — zapytał Belg. — Moi 

odpowiednicy, ludzie, dla których pan pracuje, są ze mną w 
doskonałych stosunkach. Wymieniamy między sobą wiele 
informacji. 
 

— Panie Bever, odkryłem całą pańską, to znaczy Foxa, 

manipulację i likwidację wszystkich niewygodnych świadków. 
Zabił pan Burtona i Meyera, ponieważ znali pana i mogli zdradzić, 
komu oddali broń przeznaczoną dla CIA. Broń, którą przekazał pan 
swoim przyjaciołom: Martensowi i Orstallowi. Oni z kolei mieli 
likwidować osoby, które pan wskaże. 
 

— To są pana przypuszczenia — zauważył grzecznie Belg. 

 

Był wyraźnie przeświadczony, że Malko ma ukryty 

mikrofon. 
 

— Wie pan doskonale, że to prawda — naciskał Malko. — 

Panie Bever, do dzisiaj jest pan odpowiedzialny za dziewiętnaście 
morderstw. Nie wspomnę nawet o rannych ani o dwóch próbach 
zamachu na mnie, przeprowadzonych przez pańskich ludzi. 
 

Hans Bever nagłym ruchem zgasił papierosa w popielniczce. 

 

— To wszystko bajki — powiedział oschłym tonem. — 

Wysłuchałem pana, a teraz proszę pozwolić mi odejść. 
 

Miałem ciężki dzień. 

 

— A propos, po co pan tutaj przyszedł? 

 

Bever nie odpowiedział. 

 

— Powiem panu — ciągnął Malko. — Dostał pan od 

Orstalla raport o zamordowaniu van de Puttego. Kamuflażem dla 
tego morderstwa była masakra w barze Kasai. 
 

Oczywiście zlikwidował pan lub kazał zlikwidować 

wszystkich świadków, ale jak pan widzi, ja żyję. Jeżeli nie zechce 
pan mówić, to szef komórki CIA w Brukseli powiadomi 
Ministerstwo Sprawiedliwości. Przeprowadzą rewizję u Martensa i 
Orstalla i z pewnością znajdą broń, której użyto w tej masakrze. 
Pana wspólnicy przyznają się do wszystkiego i w ten sposób 

background image

skompromitują pana. 
 

Lekkie rumieńce ozdobiły policzki Belga. Machinalnie 

potarł brodę i rzekł: — W takim razie, panie Linge, dowiedzą się, 
że to CIA dostarczyła broń. 
 

Belg powoli gubił swą maskę obojętności i Malkowi 

wyraźne ulżyło. — To prawda — przyznał — ale szef komórki woli 
taki skandal niż kontynuowanie tych okropieństw. 
 

Bever zbył jego słowa nieokreślonym gestem. 

 

— Te operacje są już zakończone — rzekł. — Może pan to 

powiedzieć swoim przyjaciołom. — Mówił ze wspaniałym 
opanowaniem, pewien swych racji, jakby chodziło o banalną 
rozmowę o interesach. Malko nie spodziewał się tak bez 
względnego cynizmu. Bever wyczuł to i uśmiechnął się drwiąco. — 
Panie Linge, wiem, kim pan jest, i mam dla pana wiele szacunku. 
Często walczyliśmy z tym samym przeciwnikiem. Nie chciałem 
nigdy szkodzić interesom pańskich mocodawców, lecz po prostu 
chronić siebie. 
 

— Dlaczego zamordowano tych lewicowców? 

 

Bever machnął z niecierpliwością ręką. 

 

— To nie pański problem. Wie pan, że w naszym zawodzie 

rzadko napotykamy proste sprawy. Myślę, że nie ma podstaw, 
abyśmy przeciwstawiali się sobie. Udało się panu zidentyfikować 
mnie i to jest wspaniała robota. Ci, których wyeliminowano, byli 
jedynie małymi pionkami. — Nagle zamilkł, jakby się nad czymś 
zastanawiał. Podniósł głowę i powiedział: — Za cztery lata idę na 
emeryturę i zobowiązuję się, że nie sprawię panu więcej kłopotów. 
A teraz muszę pana opuścić. 
 

Wstał i skierował się ku drzwiom. Malko poruszył 

pistoletem, trzymając palec na spuście. 
 

— Panie Bever — rzekł spokojnie — dostałem od moich 

„mocodawców”, jak pan powiedział, zlecenie, którego nie mogłem 
wypełnić. 
 

— Zrobił pan, co mógł — odparł Belg. 

 

— Dziękuję — rzucił lodowato Malko — ale jest coś, co 

background image

zrobię bezzwłocznie bez żadnego zlecenia: wpakuję panu dwie 
kulki w głowę. Hans Bever wolnym ruchem zdjął okulary i spojrzał 
mu prosto w oczy. Jego wzrok miał dziwny wyraz, gałki oczne były 
nieruchome. Ten człowiek gotów był zabić. 
 

— Jest pan bardzo wartościowym człowiekiem, lecz istnym 

Don Kichotem. Oczywiście może pan zabić, ale to niczego nie 
zmieni. W naszym zawodzie nie należy próbować zmieniać świata, 
panie Linge. Wskazał mi pan jednak pewien pomysł. Prawdę 
mówiąc, ta myśl już kiedyś wpadła mi do głowy. 
 

— Jaka myśl? 

 

Malko coraz bardziej miał się na baczności. Zastanawiał się, 

jaką pułapkę chce mu zgotować Belg. Jednocześnie czuł, że jego 
groźba, którą wziął na serio, nie przeraża go. 
 

— Chciałbym, aby przekazał pan pewną propozycję panu 

Hammondowi. To inteligentny człowiek i myślę, że ją zrozumie. 
Jeżeli zgodzicie się współpracować ze mną, pozwolę wam odzyskać 
broń, która tak niepokoi waszych mocodawców. śebyście mieli 
dodatkową przyjemność, pozwolę wam wyeliminować ludzi, którzy 
nie są mi więcej potrzebni i dla których nie mam zbyt wiele 
sympatii. 
 

Malko dopiero po kilku sekundach pojął sens tej propozycji. 

 

— Pan oszalał! Chce pan, żebym... 

 

Hans Bever wstał. 

 

— Proszę przekazać moją propozycję — powiedział. — 

Spotkajmy się tutaj jutro o tej samej porze. 
 

Bever, nie przejmując się wycelowaną w niego bronią, 

znowu ruszył do drzwi; wychodząc, odwrócił się. 
 

— Myślę, że dla wszystkich będzie to najlepsze wyjście, 

panie Linge — rzekł poważnie. — Do jutra. 
 

Malko nie pociągnął za spust. Słuchał kroków oddalających 

się po skrzypiących stopniach schodów. Wściekły na siebie, 
wyszedł również. Kiedy znalazł się na zewnątrz, zobaczył spokojnie 
odchodzącego Bevera; nawet się nie obejrzał. 
 

* * * 

background image

— Po prostu proponuje nam zamordowanie jego 

wspólników, a w zamian pomoże nam odzyskać broń. 
 

Głos George'a grzmiał z oburzenia. Ołówek, którym 

zabawiał się Hammond, złamał się z suchym trzaskiem. 
Amerykanin uspokoił się trochę, ssąc kostkę cukru. 
 

— Jest przyparty do muru — rzekł Malko. — Wie, że 

możemy złamać mu karierę. 
 

Szef komórki CIA pokiwał głową z podziwem. 

 

— Odwaliłeś kawał genialnej roboty. Nie przypuszczałem, 

że dotrzesz do końca. Przecież Bever stosował wszelkie środki 
ostrożności. Mogę ci powiedzieć, że służby belgijskie wciąż 
poruszają się po omacku. Jeżeli chodzi o bar Kasai na przykład, to 
policja kryminalna myśli, że były to porachunki. 
 

Oczywiście takie monstrum, jak Hans Bever, uszło ich 

uwagi. 
 

— Rezultat nie był wart całego przedsięwzięcia — rzekł z 

goryczą Malko. 
 

George Hammond zdjął okulary i spojrzał na niego. Bez 

okularów jego oczy wydawały się malutkie. 
 

— Wiem, co czujesz, ale nie jesteśmy tu po to, aby bawić 

się w uczucia. Zdam sprawozdanie w Langley, przedstawię 
propozycję Bevera oraz mój osobisty komentarz. 
 

— W którym doradzisz, aby ją zaakceptowali? 

 

Amerykanin potwierdził kiwnięciem głowy. 

 

— Oczywiście, w tej sprawie nie został zabity żaden 

obywatel amerykański, z wyjątkiem Filipa Burtona. Tak naprawdę 
nie należał on do Agencji i jego śmierć, która jest naturalnie godna 
pożałowania, nie stanowi casus bel i. Natomiast odnalezienie broni 
przez obcych mogłoby mieć nieobliczalne konsekwencje 
polityczne. Nie bawmy się w rycerskich obrońców praw 
pokrzywdzonych. 
 

Trupy z baru Kasai byłyby mu za to niewymownie 

wdzięczne! 
 

Hammond nałożył okulary i odezwał się łagodnie: — 

background image

Otrzymam odpowiedź jutro rano. Jeżeli brzydzisz się dokończyć tę 
sprawę, nie będę miał ci tego za złe, inny agent przypieczętuje 
umowę. 
 

* * * 
Robert Martens leżał wyciągnięty na łóżku i zabawiając się 

myśliwskim nożem, słuchał Orsatalla, który wyjaśniał mu sytuację. 
 

— Nie podoba mi się ostatnia operacja — przerwał Martens. 

— Zbyt duże ryzyko. Nigdy nie należy działać w centrum miasta. 
 

— Nie mogliśmy odmówić — zaoponował Orstall. 

 

Martens zmierzył go zimnym wzrokiem. 

 

— Dlaczego? Teraz on potrzebuje nas bardziej niż my jego. 

 

— Wiesz dobrze, że bez jego ochrony będziemy mieli 

problemy. 
 

— Jakie problemy? Po prostu skończymy z tym, ale zawsze 

będziemy gotowi rozpocząć ponownie. 
 

Orstall nie był zupełnie przekonany. Martens podniósł się i 

powiedział”. 
 

— W każdym razie mamy jeszcze małą sprawę do 

załatwienia. I bardzo mi na niej zależy. Chcę wykończyć tego 
skurwiela, agenta CIA, który wszędzie węszy. Potem ruszamy na 
zieloną trawkę. 
 

— On jest bardzo ostrożny. 

 

— Mam już pewien pomysł — rzekł Martens i rzucił nożem, 

który wbiwszy się w ścianę, zaczął głucho wibrować. 
 

Amin Habbache wsiadł na swój motor i nacisnął starter, 

Cristel usadowiła się za nim. Wolno ruszył  ulicą Sablon, minął 
kościół Matki Boskiej Niepokalanej i wjechał na ulicę Regence. 
Libańczyk szalał na punkcie motoru, więc skorzystał z 
przymusowego odpoczynku i zafundował sobie przejażdżkę do lasu 
Soignes. 
 

Zatrzymał motor na szczycie wzniesienia, przepuszczając 

samochody jadące bulwarem. Zaparkowany przed kościołem 
ciemnoszary golf ruszył powoli i zrównał się z nim. Amin obejrzał 
się, ostatnią rzeczą, jaką zobaczył na tym świecie, była lufa riot-

background image

guna, wycelowana w jego głowę. Człowiek, który trzymał broń, nie 
dał mu żadnej szansy. Z odległości trzydziestu centymetrów 
nacisnął spust. 
 

Ogłuszający wybuch utonął w ulicznych dźwiękach. Pocisk 

oderwał i roztrzaskał głowę Libańczyka, impet wyrwał go z 
siodełka. Ciało upadło, pociągając za sobą motor — zostało 
przygwożdżone do ziemi. Cristel wyleciała z tylnego siodełka i 
wylądowała dwa metry dalej. Nie zdążyła się podnieść, kiedy z 
golfa wyskoczył wysoki zamaskowany mężczyzna, podniósł 
dziewczynę i jak pakunek wrzucił ją do samochodu. Golf ruszył 
natychmiast. Zabójstwo i porwanie nie trwały nawet minuty. Wokół 
trupa zaczęły zatrzymywać się samochody, tarasując aleję. Z 
głuchym warkotem silnika golf pędził na południe ulicą Regence. 
Kiedy na miejscu pojawił się pierwszy samochód policyjny, 
policjanci znaleźli jedynie trupa Amina, uwięzionego wciąż pod 
motorem. Automatyczny pistolet leżał obok niego, z kulą 
wprowadzoną do lufy. Nikt nic nie widział, a żaden świadek nie 
pomyślał, aby poinformować policję o siedzącej na tylnym siodełku 
kobiecie. 
 

* * * 
— Sprzątnęli Amina — oznajmił George Hammond. — W 

środku miasta. Prawdopodobnie porwali jego przyjaciółkę Cristel 
— ona zniknęła. 
 

Malko czuł, że zaraz trafi go szlag. śałował, że nie zabił 

wczoraj Hansa Bevera. Po raz kolejny Fox go wyprzedził. 
 

— Widzisz, co warte są obietnice Foxa — odezwał się do 

szefa komórki. 
 

— Widzę — przyznał Amerykanin. — Otrzymałem jednak 

odpowiedź z Centrali: zgadzają się na układ. 
 

— Nie ma już żadnego układu — rzekł Malko. — Tym 

razem to śmiertelna wojna. Następny na liście jestem ja. 
 

— Nie możemy dopuścić, aby kontynuowano masakrę. 

 

— George, poczekaj do wieczora. 

 

— Czy idziesz na spotkanie z Foxem? 

background image

 

— Tak. 

 

— To szaleństwo! Będą tam na ciebie czekać i zamordują 

cię. 
 

— Może nie — odparł Malko. — Człowiek ostrzeżony wart 

jest dwóch. Mam czas, aby wyposażyć się odpowiednio. 
 

Tym razem Fox nie wystrzeli pierwszy. 

 

Malko wyszedł z biura, prawie trzasnąwszy drzwiami. 

Amerykanin był bezsilny, nie wiedział już, czego naprawdę chce; 
był rozdarty między pragnieniem wyjścia cało z tej sprawy a 
przerażeniem, jakie budziły w nim owe morderstwa. 
 

Malko wrócił do pokoju hotelowego, zostawił tam swojego 

fala z amunicją i otrzymaną od George'a kamizelkę kuloodporną. 
Czuł się trochę jak ostatni rycerz krzyżowy. Nie pałał jakąś szaloną 
sympatią do Libańczyka, ale był przecież jego wspólnikiem. No i 
pozostawała Cristel. Dlaczego ją porwali? 
 

Wyobrażał sobie, jakie wyrafinowane tortury będzie musiała 

znieść. Nie miał najmniejszego pojęcia, gdzie mogła się teraz 
znajdować i czy jeszcze żyła. 
 

Szedł jednak na spotkanie z Hansem Beverem. On mógł stać 

się dobrą monetą przetargową. 
 

* * * 
Ulica Parnasse była spokojna, nieliczni przechodnie 

spieszyli się do swych domów przy niespotykanym o tej porze roku 
lodowatym wietrze. Malko czekał za kierownicą swego mercedesa, 
na jego kolanach leżał fal, przykryty płaszczem. 
 

Malko miał na sobie kamizelkę kuloodporną. Co chwilę 

spoglądał to w lusterko, to na drzwi wejściowe do budynku, w 
którym wyznaczył mu spotkanie Bever. Ulica była 
jednokierunkowa, tak więc jeśli mordercy przyjadą swym golfem, 
będzie miał czas skosić ich ogniem z karabinu. Nagle zauważył 
spokojnie idącego mężczyznę. Był to Hans Bever. Malko nie mógł 
uwierzyć, że człowiek należący do belgijskiej służby 
bezpieczeństwa przyjdzie na to spotkanie po zamordowaniu Amina. 
Jakaż pułapka za tym się kryje? 

background image

 

Fox wszedł do budynku, nie rozglądając się. Malko odczekał 

dobre dziesięć minut, następnie przeszedł przez ulicę, niosąc broń 
owiniętą płaszczem. Cicho wspiął się po schodach. Drzwi pokoju 
były otwarte. Pchnął je kopniakiem. Broń trzymał przy biodrze. 
 

Bever siedział na łóżku, paląc papierosa. Uśmiechnął się 

ledwo i powiedział: — Dzień dobry, spóźnił się pan. 
 

— Niech pan nie udaje — rzekł Malko. — Jeżeli nadejdą 

pańscy ludzie, pan zginie pierwszy. 
 

Stanął w głębi pokoju, przodem do drzwi. Belg znajdował 

się teraz na linii strzału. Z tej odległości pociski fala zmieniłyby go 
w krwawą miazgę. Bever spojrzał na Malka spokojnie i odezwał 
się: — Wiem, co się stało. To przykre, ale oni nie działali na mój 
rozkaz. 
 

Sprawiał niesamowite wrażenie, jakby mówił o błahostkach. 

 

— Gdzie jest Cristel Tilmant? — zapytał Malko ostrym 

tonem. 
 

Bever zdjął okulary, przetarł oczy, jakby go piekły, i rzekł: 

— Przysięgam panu, że nie mam pojęcia. 
 

* * * 
Robert Martens zdjął wełnianą maskę i wytarł spoconą 

twarz. Spojrzał na Cristel, leżącą na polowym łóżku, przykutą 
kajdankami do żelaznego stojaka. Na sobie miała jedynie 
minispódniczkę. Jej twarz była cała w sińcach i zaschłej krwi, było 
to następstwo upadku z motoru. W powrotnej drodze golf długo 
kluczył po Ringu, zanim schronił się w tym dużym baraku, o 
zdalnie otwieranych drzwiach, na ulicy Beau Site w Ixelles. — 
Widziałaś, jak wykończyliśmy tego małego skurwysyna — odezwał 
się żandarm prawie radosnym głosem. 
 

Spokojnie nalał sobie dobrą miarkę Johnny Walkera i 

wychylił jednym haustem. Pozwolił sobie na to rzadkie odstępstwo 
od surowego reżimu. 
 

Cristel nie odpowiedziała. Od momentu kiedy olbrzym zdjął 

maskę, wiedziała, że jest skazana na śmierć. Człowiek tego pokroju 
nie zostawia świadków. Zastanawiała się jedynie, dlaczego od razu 

background image

jej nie zabili. 
 

— Czego chcecie? 

 

Martens uśmiechnął się mile, prawie uspokajająco. Zdjął 

kamizelkę i dresy, został jedynie w slipach. Jego genitalia 
wydawały się Cristel monstrualne, a przecież wiele już widziała. 
Zbliżył się do łóżka i położył swą ogromną łapę na jej piersi. 
Miętosił ją tak mocno, że dziewczyna krzyknęła. 
 

— Połączymy przyjemne z pożytecznym — powiedział 

Martens. — Najpierw zostaniesz zerżnięta tak, jak jeszcze nigdy nie 
byłaś. Potem posłużysz nam jako przynęta, abyśmy mogli 
przyskrzynić tego skurwiela, który założył sobie, że da mi popalić. 
A na koniec połączysz się ze swoim oliwkowym kumplem. 
 

Mówiąc to, cały czas zabawiał się jej biustem. Cristel 

widziała, jak pęczniał mu członek, napinając materiał slipek. 
 

Martens spokojnie usiadł na niej okrakiem, członek, twardy 

jak stal, spoczął pomiędzy jej piersiami. Mężczyzna lewą ręką 
chwycił dziewczynę za włosy, przyciągnął głowę i wepchnął 
końcówkę penisa do jej ust. Cristel zaczęła się dusić, jej oczy 
napełniły się łzami, chciała się cofnąć, ale Martens przyciągnął jej 
głowę z jeszcze większą gwałtownością. 
 

— Ssij albo zaraz cię wykończę — skarcił ją. 

 

Dziewczyna starała się, jak mogła. Dusił ją ten ogromny 

korzeń, który Martens chciał wepchnąć jak najdalej, aż wreszcie z 
zadowoleniem spuścił się do jej gardła. 
 

Ubierał się, nie spoglądając na nią. Opuścił pomieszczenie, 

zszedł krętymi schodkami do boksu, gdzie były ukryte: golf oraz 
skrzynia z bronią i amunicją. Wiedział, że tutaj nikt nie przyjdzie 
szukać Cristel. Wziął neseser i wyszedł z budynku. 
 

Skierował się w stronę zaparkowanego pięćset metrów dalej 

samochodu. W głowie miał zabawny plan zlikwidowania faceta, 
który z takim poświęceniem go ścigał. Potem będzie mógł 
spokojnie kontynuować polowania na ludzi. Nawet bez poparcia 
swego protektora. To było jak narkotyk. Nie mógł bez tego żyć. 
 

* * * 

background image

Trzymając palec na spuście fala, Malko obserwował Belga i 

starał się odkryć, jaką pułapkę tamten mu przygotował. Ale Bever 
był wciąż spokojny, ignorował całkowicie broń, mogącą zrobić z 
niego marmoladę. Malko nadstawił uszu i zastanawiał się, z której 
strony go zaatakują. Nie uwierzył, że Belg będzie szczerze z nim 
współpracował. 
 

Bever nałożył okulary. 

 

— Dużo wczoraj rozmyślałem — rzekł. — Doszedłem do 

przekonania, że większość naszych celów jest wspólna. 
 

— Co pan chce przez to powiedzieć? — zapytał Malko, 

mając się jeszcze bardziej na baczności. Aż świerzbił go palec, aby 
nacisnąć spust. 
 

— Nie przypuszczałem, że moi współpracownicy 

przeprowadzą akcję bez mego rozkazu. Obawiam się, że nie 
całkiem już ich kontroluję. Zatracili poczucie dyscypliny. Popełnili 
jedną ogromną pomyłkę, zabijając żandarmów. Ułatwienia, jakie im 
zapewniłem, odurzyły ich. Najwyższy czas wycofać ich z gry, 
zanim zwrócą się przeciwko mnie. — Wygłaszał swoją kwestię jak 
jezuita. 
 

— Nie wierzę panu — brutalnie przerwał mu Malko. 

 

— Nie ma pan racji — odpowiedział Bever. — Ci ludzie 

nigdy nie oddadzą broni, którą im dostarczyłem. Jedynie ja znam 
sprawy, których ujawnienie spowoduje wielokrotne skazanie 
każdego z nich na śmierć. 
 

— I pana również — dopowiedział Malko. 

 

Belg uśmiechnął się lodowato. 

 

— Może nie. W tej sprawie kryją mnie przełożeni. 

Działałem na ich rozkaz. 
 

— To niemożliwe! 

 

— Możliwe, a ponieważ teraz jesteśmy sprzymierzeńcami, 

wytłumaczę panu, co się stało. Nie muszę przypominać moich 
powiązań z WNP, odkrył je pan. To prawda, że zawsze uważałem, 
iż należy opierać się na zdrowych elementach tego kraju, aby 
zwalczać marksistowską infiltrację. Moi szefowie nie podzielali 

background image

tych poglądów, ale udało mi się zebrać wartościowych ludzi. 
 

— Morderców — sprostował Malko. 

 

— Ludzi z przekonaniem — ciągnął Bever, nie przejmując 

się tą uwagą — którzy teraz zwijają kotwicę. 
 

— Dlaczego kazał pan zabić tych lewicowców? — zapytał 

Malko. — Wciąż tego nie rozumiem. 
 

Bever zawahał się chwilę, nim odpowiedział. 

 

— Prawda nie jest teraz najważniejsza. Chodziło o 

supertajną misję powierzoną mi przez rząd: utworzenie grupy 
lewicowców. 
 

— Słucham? — Malko myślał, że się przesłyszał. 

 

— Muszę panu wytłumaczyć całą sytuację—kontynuował 

Hans Bever. — Zewsząd zbieraliśmy skargi na nieudolność naszej 
służby bezpieczeństwa. Ze względu na siedzibę NATO w Belgii, 
Amerykanie i Niemcy niepokoją się łatwą dostępnością naszego 
kraju dla różnych ugrupowań. Szef mojej komórki postanowił 
wykazać coś wręcz przeciwnego, czyli utworzyć grupę 
lewicowców, a następnie oficjalnie ją zniszczyć, udowadniając tym 
samym naszą skuteczność. 
 

— Czy mówi pan poważnie? 

 

— Jak najbardziej. Nie tylko my to robimy, mistrzami w tej 

materii są Izraelczycy. Czy wie pan, że wiele arabskich grup 
terrorystycznych jest naszpikowanych członkami Mossadu? A 
przecież dokonują zamachów antyżydowskich. U nas zaczęło się w 
ten sam sposób. Wokół Pierre'a Carette'a, szefa KKW, pełno było 
łatwowiernych ludzi, dających sobą łatwo manipulować. 
 

— To ci, których kazał pan zabić? 

 

— Po prostu ich unieszkodliwiliśmy—sprostował Belg. 

 

— Ale dlaczego? 

 

Bever nie odpowiedział od razu. Wydawał się szczerze 

poruszony. W końcu rzekł cicho: — Początkowo wszystko układało 
się dobrze. Uchodziłem za agenta RAF i rekrutowałem lewicowców 
z ruchu „Akcja Bezpośrednia”. Dałem im broń, pieniądze, ulotki 
oraz instrukcje. 

background image

 

— Ale jak udało się panu przeniknąć do tego środowiska? 

 

— zapytał z niedowierzaniem Malko. — Przecież to nie byli 

szaleńcy. 
 

— Oczywiście, że nie — przyznał Bever. — Jeden z nich, 

niejaki Guy Choquet, był moim przybranym bratankiem. To on 
mnie wprowadził. Był więc pierwszym, którego musiałem 
zlikwidować. 
 

— Dlaczego? 

 

— Zbliżał się proces KKW. Ta historia mogła w fatalnym 

momencie wyjść na jaw. Trzeba było wcześniej zrobić porządki. 
Moi przełożeni wpadli w panikę i dali mi wolną rękę. Myśleli, że 
będę negocjował możliwość wyjazdu za granicę lub coś podobnego, 
znalazłem inne wyjście. śywi ludzie mogliby wciąż uciekać się do 
szantażu, musiałem więc chronić swoją komórkę. Moi dawni 
przyjaciele z WNP nie zawahali się przyjść mi z pomocą. 
 

Malko czuł, że jest lodowaty z przerażenia. W swoim życiu 

widział już wiele nieuczciwych manipulacji, ale nigdy takiej jak ta. 
 

— Czy chce pan powiedzieć, że mordercy myśleli, iż chodzi 

o prawdziwych bojowników goszystowskich? 
 

— Oczywiście — spokojnie odpowiedział Bever. — To są 

aktywiści, a nie szaleńcy. Wytłumaczyłem im, że byliśmy 
pozbawieni środków do zniszczenia szkodliwych elementów. 
 

Kiedy szkoliłem ich w WNP, nauczyli się stawiać czoło tego 

typu sytuacjom. Nie wahali się ani chwili. Tym bardziej że 
dostarczyłem im broń i udzieliłem pewnej pomocy: przekazałem im 
kody i procedurę alarmową żandarmerii. Nie ryzykowali wiele. 
 

To było jeszcze bardziej monstrualne, niż Malko sobie 

wyobrażał. 
 

— W każdym razie dali dowód rzadkiego sadyzmu — 

zauważył agent CIA. 
 

— To prawda i skarciłem ich za to. To nie było planowane. 

 

Martens jest szalonym psychopatą, zbyt późno zdałem sobie 

z tego sprawę. On przeraża pozostałych. 
 

Malko nie wierzył własnym uszom. 

background image

 

— Przecież pana sekcją nie kieruje człowiek obłąkany. Nic 

na to nie powiedział? 
 

Bever dostał jakiegoś tiku, który wykrzywił mu wargi. 

 

— Oczywiście, że tak — odparł. — Z końcem roku 

przechodzę na emeryturę. Zostałem całkowicie potępiony. 
 

 Zdaje się, że szczerze uważał to za niesprawiedliwe. Był 

równie zwariowany jak pozostali. Tyle osób zostało zabitych dla tej 
żałosnej manipulacji, mającej na celu krycie nieodpowiedzialnych 
wysokich funkcjonariuszy. Niewiarygodne! 
 

Hans Bever ponownie zdjął okulary i spojrzał na Malka. 

 

Jego oczy były zimne jak lód. 

 

— Potrzebuję pana — rzekł. — Odtąd będziemy 

sprzymierzeńcami. 
 

Zabrzmiało to tak, jakby kobra zaproponowała komuś 

dzielenie łoża. Powstrzymując odrazę, Malko zapytał: — Co to 
znaczy? 
 

— Uprzedziłem dziś Martensa, że muszą oddać broń i że 

cała operacja została zakończona. Wyznaczyłem mu spotkanie. 
Jestem przekonany, iż przyjdzie, aby mnie zabić. Chciałbym, żeby 
pan był tam również. 
 

— Nie może pan się go pozbyć legalnie? Wie pan przecież, 

gdzie jest ich broń, ma pan dowody przeciwko nim. 
 

Hans Bever potrząsnął głową. 

 

— Oczywiście, ale zostawią mnie z tą bronią, a nasze służby 

nie dojdą do siebie po takiej klęsce. W obozach koncentracyjnych 
ludzi palących trupy zabijano, kiedy już nie byli potrzebni. 
 

Czarujące porównanie. Malko spojrzał na niego. Chciał się 

przekonać, czy Bever mówi poważnie. Najwyraźniej tak było. 
 

— Jeżeli przyjmie pan moją propozycję, ta nieprzyjemna 

sprawa zakończy się raz na zawsze dla wszystkich. 
 

— Co z tego będę miał? — zapytał Malko. — Ryzykuję 

życie, oni są szalenie niebezpieczni, pan o tym wie. 
 

Belg uśmiechnął się. 

 

— Nie bardzo niebezpieczni. Zawsze mieli do czynienia z 

background image

łatwymi ofiarami, ludźmi, którzy nie mogli się bronić. To nie są 
prawdziwi bojownicy. Wzięci przez zaskoczenie — załamią się. 
Jest ich zaledwie trzech. W pańskim interesie leży odebranie tej 
broni, która nie dotarła do miejsca przeznaczenia, panie Linge. 
Tego życzy sobie CIA, prawda? Powiem panu, gdzie się znajduje 
główny magazyn. Pozostałą broń będą mieli przy sobie. 
 

To była szalona propozycja, którą musiał przedstawić 

Hammondowi. Ponadto Belg jakby zapomniał, że Malko był sam. A 
przede wszystkim przeszkodę stanowiła Cristel. 
 

— Musimy odnaleźć Cristel, o ile jest jeszcze czas — rzekł 

Malko. — Czy nie wie pan, dlaczego ją porwano? 
 

— Nie mam pojęcia — odparł Bever. — Nie mówili mi o tej 

akcji. To z pewnością pomysł Martensa, ale nie rozumiem jego 
motywów. 
 

— Jak pan myśli, zabili ją? 

 

— Jeżeli tak się stało, szybko się o tym dowiemy. Jak 

zwykle, porzucą ją w jakimś lesie. 
 

— Gdzie jest kryjówka, w której trzymają swój arsenał? 

 

— Belg uśmiechnął się ironicznie. 

 

— Panie Linge, czy ma pan mnie za głupca? Wyjawię adres, 

kiedy przyjdzie pan na nasze ostatnie spotkanie. Przedtem jednak 
musi pan dostać zielone światło od pana Hammonda. 
 

Czy chce pan się spotkać jutro o tej samej porze? 

 

— Zgoda. 

 

Malko wstał i wycofał się tyłem. Zanim wyszedł na ulicę, 

przyjrzał się zaparkowanym samochodom. Nie zauważył nic 
podejrzanego. Fox grał swoją rolę. Pozostawało wykonać jego 
szaleńczy plan. 
 

— Halo! Halo! 

 

W słuchawce była cisza, a przecież telefon zadzwonił. 

Malko miał już ją odłożyć, lecz usłyszał stłumiony męski głos: — 
Pan Linge? Ktoś chce z panem mówić. 
 

Kobiecy głos, przerywany szlochem, krzyknął w słuchawkę: 

— Malko? Tu Cristel, ja... 

background image

 

Rozległ się okropny krzyk i jakieś jęki. W końcu słodki, 

męski głos powiedział: — Domyśla się pan, co właśnie robię z 
pańską przyjaciółką? 
 

Zamilkł i słychać było jedynie kobiece krzyki. W końcu 

usłyszał wycie połączone z krótkim pomrukiem i męski głos 
poinformował Malka: — W lesie Soignes, proszę jechać drogą 
Hulpe. Po lewej stronie zobaczy pan roboty budowlane przy 
Muguets. Trzysta metrów dalej znajduje się polanka ze spalonym 
wrakiem samochodu. Proszę być o trzeciej w nocy, odbierze pan 
swą przyjaciółkę. 
 

Mężczyzna odłożył słuchawkę. Malko nalał sobie kieliszek 

wódki, był poruszony. Masakra trwała. Nie mógł tak zostawić 
Cristel, ale wiedział, że to spotkanie było ewidentną pułapką. 
 

Spojrzał na mapę i z łatwością odnalazł to miejsce, było 

odizolowane, położone w samym środku lasu. Martens dobrze 
wybierał miejsca zasadzek. Ale to byłoby zbyt proste, musiała 
istnieć jeszcze jakaś dodatkowa pułapka. Zostało mu zaledwie parę 
godzin na znalezienie wyjścia. Hans Bever mógłby z pewnością 
uratować Cristel, ale nie troszczył się o jej los. 
 

Malko musiał poradzić sobie sam. 

 

* * * 
— To niesamowita historia — podsumował George. — Ten 

Fox jest równie szalony jak pozostali. Nie podejrzewałbym tak 
debilnego motywu tych zbrodni. 
 

— Daje nam rzadką okazję wyrównania rachunków — 

zauważył Malko. — Teraz jednak pozostaje problem Cristel. 
 

— Sądziłem, że nie popierasz tego układu. 

 

— Zmieniłem zdanie — odparł Malko, nie wyjawiając mu, 

co wymyślił. 
 

— Ja również — przyznał się George. — Nie jestem tak 

szalony jak oni. Nie mogę w żadnym wypadku pozwolić ci na 
podjęcie takiej operacji, już i tak było dość trupów. Ponadto nie 
mamy pewności, że nie jest to jeszcze jedna cholerna manipulacja. 
Ten facet jest wręcz diaboliczny. 

background image

 

— A twoja broń? 

 

— Z tego, co mi powiedziałeś, mogę odtworzyć całą sprawę 

nawet bez dowodów. Będziemy mogli ich uprzedzić. Nasz 
ambasador poprosi o audiencję u ministra sprawiedliwości i wyjawi 
mu całą manipulację służby bezpieczeństwa. Jeżeli nawet ta sprawa 
się rozniesie, zostawią Centralę w spokoju. 
 

Odwaliłeś genialną robotę. Centrala będzie zadowolona. 

 

— A Cristel? 

 

Amerykanin wykonał gest rezygnacji. — Z pewnością już 

nie żyje. To są sadyści, wręcz psychopaci. 
 

Malko wrzał w środku. Z CIA było tak zawsze. Kiedy 

ryzyko okazywało się zbyt wysokie, a żadna z osób należących do 
firmy nie była w aferę uwikłana, przechodzono na poziom polityki i 
nie troszczono się o ofiary. George nie był świnią, zrozumiał, co 
oznaczają zielone błyski w oczach Malka, i powiedział spokojnie: 
— Wiem, co czujesz. Opowiem ci pewną historię. Kiedy byłem w. 
Wietnamie, wysłałem patrol sił specjalnych, około dwunastu ludzi, 
na północ kraju. Zostali zrzuceni na spadochronach. Miałem zabrać 
ich helikopterem osiem dni później. 
 

W tym czasie został ogłoszony rozejm. Otrzymałem 

wyraźny rozkaz, żeby się nie ruszać. śaden amerykański samolot nie 
mógł latać w korytarzu powietrznym północnego Wietnamu. 
 

Wykonałem ten rozkaz. Nigdy się nie dowiedziałem, co się 

z nimi stało. Bardzo często myślałem o tym, jak musieli mnie 
przeklinać. Przez dwa lata nie mogłem spać po nocach. Nie 
zajmujemy się koronkową robotą, Malko. Zadziałałeś wspaniale, 
teraz odpuść sobie — to rozkaz. Weź kąpiel, zgarnij najpiękniejszą 
prostytutkę w Brukseli i przestań myśleć przez kilka godzin. 
 

Malko nic nie odpowiedział. Z chęcią skoczyłby mu do 

gardła. W takich właśnie momentach nienawidził CIA, miażdżyła 
ludzi, traktowała ich, jakby to były części zamienne jakiejś 
maszyny. 
 

— No więc? — zapytał Hammond. 

 

— Zgoda. 

background image

 

Twarz Amerykanina rozjaśniła się. 

 

— Doskonale, nie zostawaj zbyt długo w Brukseli. Chcę 

tylko, abyś dostarczył mi kompletny i szczegółowy raport, zanim 
opuścisz Belgię. Muszę mieć argumenty do dyskusji z Belgami. 
George obszedł biurko i radośnie uścisnął mu rękę. Dla niego 
problem był rozwiązany i odłożony ad acta. 
 

Malko wsiadł do samochodu. Znalazł się na Ringu. Cały 

czas gotował się z wściekłości. Po przejechaniu około dwunastu 
kilometrów uspokoił się i podjął decyzję, która była zgodna z jego 
etyką, a nie z etyką CIA. 
 

* * * 
Cristel poczuła, że uwalniają jej ręce. Otworzyła oczy. Od 

początku jej uwięzienia obydwaj oprawcy nie przestawali gwałcić 
ją na różne sposoby. Trzeci nie zbliżył się ani razu. 
 

Trzymali ją w jakiejś piwnicy, ale nie wiedziała, czy wciąż 

znajduje się w Brukseli. Postawny brunet z opadającym wąsem 
stanął przed nią. Pociągnął ją za włosy, aby uklękła na łóżku. Nie 
czekając na policzek, zabrała się do rozpinania jego rozporka. W 
porównaniu z tym, co przeszła, to była drobnostka. Mężczyzna 
stojąc rozkoszował się jej fellacją, od czasu do czasu wyjmował 
członek z ust Cristel i ocierał się o jej krągłe i jędrne piersi. Cristel 
czuła, że sprowadzono ją do rangi przedmiotu, zwykłej maszyny do 
seksu. 
 

— Szybciej, spieszymy się — ponaglił ją. 

 

Potulnie przyspieszyła rytm. Wkrótce poczuła wytrysk 

nasienia, zakrztusiła się, mężczyzna brutalnie odtrącił ją od siebie. 
 

— No, to był ostatni raz — stwierdził rozbawiony. 

 

Ton, jakim to powiedział, wywołał u niej gęsią skórkę. 

 

Mężczyzna odwrócił Cristel jak naleśnik i rozsunął jej nogi. 

Oczekiwała nowych wyuzdanych okrucieństw seksualnych, 
zamknęła oczy. 
 

— Nie opieraj się, a wszystko będzie dobrze. 

 

Poczuła, że wsadza jej coś do pochwy. Było zimne i miękkie 

jak kit. Zastanawiała się, jakiej jeszcze torturze chcą ją poddać. 

background image

Kiedy skończył, zmusił ją do położenia się na brzuchu i tym razem 
zajął się jej odbytem. Wydawało się jej, że zagłębiał w nią 
metalowe etui do cygar. Krzyknęła, czując rozrywającą się 
śluzówkę, ale facet nie przejął się tym. Chwycił ją za rękę i postawił 
prosto, założył jej kajdanki i opaskę na oczy. 
 

— Pójdziemy na spacer — rzucił wesoło. 

 

* * * 
Malko wjechał do lasu Soignes. Z łatwością odnalazł drogę 

Hulpe, a następnie ścieżkę Muguets. Na podłodze samochodu 
spoczywał jego fal, a obok pistolet. Malko był gotów na wszystko. 
Po lewej stronie zobaczył spalony wrak samochodu. Zaparkował 
wóz w widocznym miejscu, obok wraku, wysiadł wolno. Miejsce 
wydawało mu się opuszczone. Otoczone ogromnymi drzewami o 
prostych pniach, sprawiało trochę sielskie wrażenie. Przy wraku 
Malko zauważył gruby konar i wcisnął się za niego. Stanowiło to 
wręcz śmieszne zabezpieczenie, ale pozwalało uniknąć zaskoczenia. 
W ciszy słychać było szum zbliżającego się samochodu. Spojrzał na 
zegarek: była za piętnaście trzecia. Wprowadził pocisk do lufy fala. 
 

Miał jeszcze trzy magazynki i niezłomną wiarę w 

zwycięstwo. 
 

On, który nienawidził przemocy, czuł się absolutnie 

spokojny i zdecydowany. Było tylko jedno wyjście: on albo oni. 
Usłyszawszy warkot silnika, spiął się. 
 

Jakiś samochód wyłonił się wolno zza ściany lasu. Był to 

ciemny golf, zajmował całą szerokość ścieżki. Samochód, wjechał 
na polankę i zatrzymał się pięćdziesiąt metrów od Malka. 
 

Nikt z niego nie wysiadł. Widocznie obserwowali okolicę 

przez  lornetkę. Gdzie była Cristel? Miał ogromną ochotę opuścić 
kryjówkę, ale z pewnością czekali na to. Oczekiwanie przedłużało 
się, minuty były dla Malka wiecznością. Jego przeciwnicy 
rozumowali widać podobnie. Scena wyglądała irracjonalnie: dwa 
stojące naprzeciw siebie samochody w sielskim plenerze. Kto zrobi 
pierwszy krok? 
 

Nagle drzwi golfa otworzyły się. Malko napiął się, gotów do 

background image

strzału. Z samochodu wyrzucono coś: było to jakieś białe ciało. 
Przerażony Malko pomyślał, że to Cristel. Czyżby chcieli ponownie 
odegrać scenę z farmy Papelotte... 
 

Czekał z palcem na spuście fala. Golf powoli zaczął się 

wycofywać. Malko wyprostował się, zdecydowany nie wypuścić 
ich tak łatwo. W tym momencie ciało wyrzucone z samochodu 
poruszyło się. A więc Cristel żyła. 
 

Malko znieruchomiał ze ściśniętym gardłem. Ludzie z golfa 

wciąż się nie pokazywali. Dziewczyna wolno podniosła się na 
czworaki, potrząsnęła głową, jakby nie zdawała sobie sprawy, gdzie 
się znajduje. Malko zawołał: — Cristel! 
 

Nie usłyszała go. Udało się jej podnieść na kolana i wstać. 

 

Oparła się o konar drzewa. W każdej sekundzie Malko 

spodziewał się usłyszeć strzał. To było nie do wytrzymania. Cristel 
zaczęła iść w jego kierunku, chwiejąc się jak pijana. Z golfa nie 
docierał żaden znak życia. Z miejsca, w którym stał wóz, oprawcy 
mogli strzelić do Cristel, nie wychodząc z samochodu. Malko 
musiał dopaść ich, zanim zdążą zabić dziewczynę. Wpatrywał się w 
samochód, czuł że pocą mu się ręce. 
 

Cristel zatrzymała się, jakby nie wiedząc, dokąd iść. Malko 

ponownie zawołał: — Tutaj, Cristel, tutaj! 
 

Wśród ciszy jego głos zabrzmiał donośnie, nikt jednak nie 

wysiadł z golfa. Niewiarygodne, wręcz niemożliwe, żeby zabójcy 
wybrali to odludne miejsce tylko po to, by oddać zakładniczkę. 
Musiała tu być jakaś pułapka. Rozejrzał się wokół, obawiając się, że 
zaskoczą go od tyłu, ale chronił go pas wolnej przestrzeni, 
musieliby mieć wyborowego strzelca, ustawionego bardzo daleko. 
Cristel ponownie zaczęła iść, obserwował ją bacznie. Dlaczego się 
nie odzywała? Wydawała się niezdolna do biegu i była całkowicie 
naga. Podskoczył nagle, usłyszawszy warkot silnika, samochód 
wolno się wycofywał. Skierował fala w jego kierunku i trzymał wóz 
na muszce. Nie mógł strzelać, Cristel znajdowała się dokładnie na 
linii strzału. Golf cofnął się jeszcze o pięćdziesiąt metrów. Malko 
nie rozumiał tego manewru, jeszcze raz zawołał: — Cristel, odezwij 

background image

się, chodź tutaj! 
 

Cristel nagle się zatrzymała, zaczęła okrutnie i nieludzko 

krzyczeć oraz kręcić się wokół siebie. Malko nie mógł tego znieść. 
Trzymając cały czas fala gotowego do strzału, zaczął ostrożnie 
posuwać się do przodu. Golf wciąż się wycofywał. 
 

Malko zatrzymał się, Cristel ze szlochem wyciągnęła ku 

niemu ramiona. Instynktownie poczuł, że niebezpieczeństwo 
pochodzi od niej. Cofnął się w bok i złożył do strzału. Ludzie w 
samochodzie musieli go obserwować. W momencie kiedy naciskał 
spust fala, samochód schował się za gruby pień drzewa. Seria z 
karabinu zdążyła rozorać maskę wozu i uszkodzić jedno koło. 
Dekiel rozprysnął się, jakby był rzutkiem do strzelania. W kilka 
sekund Malko wystrzelał połowę magazynku. Otarł pot z czoła i 
zastanawiał się, gdzie ulokować drugą połowę. Nie zdążył jednak, 
gdyż ciemny samochód wślizgnął się cały za gruby konar. Nie 
można było go dopaść. 
 

Malko szykował się do biegu, kiedy nastąpił ogłuszający 

wybuch. W pierwszej chwili nie zorientował się, skąd on pochodził. 
Skierował wzrok na miejsce, w którym znajdowała się Cristel, nie 
było tam nikogo. Dziewczyna wyparowała. 
 

* * * 
Minęło kilka sekund, zanim Malko Linge pojął okrutną 

prawdę. Szum silnika coraz bardziej się oddalał. Malko przyjrzał się 
miejscu, w którym zginęła kobieta. Były tam jedynie: spalona 
trawa, mały lej i liczne ludzkie szczątki. Zwalczając wstręt, 
podszedł bliżej. Zwymiotował, opierając się o drzewo. 
 

To było silniejsze od niego, w ustach czuł gorzki smak żółci. 

 

Nigdy nie wpadłby na podobnie podły sposób. Wypełnili 

naturalne otwory kobiety materiałami wybuchowymi i wypuścili ją 
na niego. Liczyli na to, że Cristel rzuci mu się w ramiona i on zginie 
w jej uścisku. Wsiadł do samochodu wstrząśnięty. 
 

Wybuch mógł sprowadzić ludzi. Ruszył tyłem. Był 

absolutnie zdecydowany, aby wyrównać swoje rachunki przed 
opuszczeniem Brukseli. Miał w nosie rozkazy CIA. Przyjmie 

background image

propozycję Bevera bez względu na ryzyko. 
 

Hans Bever wysiadł ze swego audi i ruszył spokojnie ulicą 

Parnasse. Malko zastanawiał się, czy   Bever wie, co wydarzyło się 
w lesie Soignes przed dwiema godzinami. Dla pewności nie 
rozstawał się z falem, mimo że intuicja mówiła mu, iż Bever nie 
miał zamiaru go oszukać. Spotkali się w holu budynku i razem 
weszli do pokoju. 
 

— Spotkanie, o którym panu mówiłem, jest wyznaczone 

dziś na dwudziestą przy supermarkecie Delhaize w Overijse — 
poinformował go Bever. 
 

— Dlaczego tam? 

 

— Z prostej przyczyny — odparł Bever. — Sprawdziłem to 

miejsce. Parking jest zamknięty z trzech stron, ma jeden wjazd, w 
którym ledwie mieszczą się dwa samochody. Wiem, w jaki sposób 
zwykli działać: jeden z nich zjawi się tam dobrą godzinę wcześniej. 
Siedząc w samochodzie, będzie obserwował miejsce, aby upewnić 
się, że nie ma tam nic podejrzanego. Następnie przybędzie Robert 
Martens. Myślę, że mają zamiar mnie zabić. Zrobią tak jak w barze 
Kasai, zabiją wśród tłumu ludzi, aby odsunąć wszelkie podejrzenia. 
 

— Czy pan tam będzie? 

 

— Oczywiście, skąd to pytanie? 

 

— Jak pan ocenia sytuację? 

 

— Musi pan ich śledzić. Z pewnością dotrą autostradą. Pan 

będzie im deptał po piętach. Przyjadą ciemnym golfem, numer 
rejestracyjny nieważny, zmieniają go często. Zauważy mnie pan od 
razu. Następnie zlikwiduje ich pan, nim jeszcze wysiądą z 
samochodu. Będzie ich trzech, nie spodziewających się riposty. 
 

— A przechodnie? 

 

— Martens i reszta skierują się prosto na mnie, ja zaś będę 

na skraju parkingu, tam, gdzie nigdy nie ma ludzi. W końcu jest pan 
odpowiednio przeszkolony. 
 

— A co potem, kiedy przyjedzie policja? 

 

Bever uśmiechnął się słabo. 

 

— Będzie pan już wtedy daleko, autostrada jest niecałe sto 

background image

metrów od parkingu. 
 

Przez chwilę Malko milczał. Fox przeszedł samego siebie. 

 

Chciał bez przeszkód kontynuować karierę urzędniczą i 

oczekiwał od niego, że po prostu popełni potrójne morderstwo. 
 

— No dobrze, a broń? — zapytał Malko. 

 

— Odzyska pan tę z samochodu. W rozgardiaszu nie będzie 

to trudne, pomogę panu. Następnie zawiozę pana do tajnej skrytki, 
gdzie trzymają resztę, na ulicy Beau Site w Ixelles. Martens zawsze 
nosi przy sobie klucz do schowka, przyczepiony do pęku innych 
kluczy przy pasku. 
 

— Dlaczego nie możemy pojechać tam przedtem? 

 

Hans Bever ponownie się uśmiechnął. 

 

— Mogłoby pana coś podkusić i nie wziąłby pan udziału w 

akcji. 
 

— A jeżeli odmówię? 

 

Belg pogładził się po prawie łysej głowie. 

 

— Nie jestem samobójcą. W takim przypadku wyślę do 

Delhaize wystarczającą liczbę żandarmów, aby wspólnicy nie mieli 
żadnej szansy wyjścia cało z tej akcji, ale będzie też wiele trupów. 
Zapadła przygnębiająca cisza. Fox zapalił papierosa, był całkowicie 
spokojny. Spojrzał na zegarek i grzecznie zauważył: — Proszę się 
zdecydować. Jest godzina dziewiętnasta. 
 

Aby tam dojechać, trzeba około trzydziestu minut. Jeśli pan 

odmówi, będę zmuszony postąpić inaczej. 
 

Malko poszukiwał w tym jakiejś pułapki. 

 

— Załóżmy, że wszystko pójdzie dobrze, co będzie potem? 

— zapytał. 
 

Hans Bever uśmiechnął się. 

 

— Nic, mówiłem panu. Za sześć miesięcy idę na emeryturę. 

 

Ponownie zapadła cisza. Malko się wahał. Umierał z ochoty 

znalezienia się twarzą w twarz z Martensem. Miał wciąż przed 
oczami nieszczęśliwą Cristel, która na jego oczach wyparowała w 
lesie Soignes. Okropieństwo. 
 

— Zgadzam się — rzekł nagle. 

background image

 

Belg odetchnął. 

 

— Teraz rozdzielimy się i spotkamy na miejscu przy 

supermarkecie Delhaize. Proszę być tam punktualnie, moje życie 
jest w pańskich rękach. 
 

Malko pochylił się nad podłogą, na której Belg kreślił plan 

okolicy supermarketu. 
 

* * * 
Martens położył swój imponujący palec wskazujący na 

narysowanym na obrusie planie przedstawiającym Delhaize. 
 

— Zastawia na nas pułapkę — rzekł spokojnie. — Ten 

parking to zasadzka. Jest tam tylko jeden wjazd. Kiedy znajdziemy 
się w środku, będziemy zablokowani, jeżeli nadjedzie furgonetka 
żandarmerii. 
 

— No to nie jedźmy — zasugerował Jean Hemmel. 

 

Martens zmierzył go stalowym wzrokiem. — Pojedziemy. 

Po raz kolejny damy im wycisk. Filip i ja weźmiemy golfa i 
odwalimy robotę. Nikt nie będzie miał czasu nas powstrzymać. 
Potem się wycofamy. — Jean —
 

kontynuował Martens — przyjedziesz saabem trochę 

później. 
 

Zostaniesz na zewnątrz parkingu. Weźmiesz fala 

załadowanego granatnikiem. Jeśli będzie wpadka, włączysz się do 
akcji od tyłu i osłonisz nas, wysadzając w powietrze co tylko 
można, a my dołączymy do twego samochodu. Jeżeli wszystko 
pójdzie dobrze, zwiewamy golfem, a ty jedziesz za nami, zgoda? 
 

— OK — odpowiedzieli obydwaj. 

 

Filip Orstall nie czuł się na siłach wejść w pułapkę 

przygotowaną przez takiego typa jak Fox. Nawet Martens nie 
powinien, lecz Orstall nie śmiał mu tego powiedzieć, gdyż tamten 
mógłby go za to zabić na miejscu. 
 

Martens spojrzał na zegarek. 

 

— Jedziemy! Jean, ty zostajesz jeszcze pięć minut. 

 

* * * 
Wokół supermarketu Delhaize kłębił się tłum, jak co 

background image

wieczór o tej porze. Malko wjechał na parking i zatrzymał się na 
końcu, pozostał w samochodzie. Rozejrzał się wokół. Nie 
zobaczywszy nic podejrzanego, opuścił parking. Dostrzegł Bevera 
stojącego obok swego auta. Sto metrów dalej zaczaił się przy 
wyjeździe z autostrady. Nie upłynęło pięć minut, kiedy pojawił się 
szary golf. Malko poczuł ukłucie w sercu na widok Martensa, 
siedzącego obok prowadzącego wóz Filipa Orstalla. Morderca nie 
nałożył jeszcze maski. 
 

Wszystko rozegra się szybko. Normalnie załatwiali sprawę 

krócej niż dwie minuty. Pomyślał o Beverze, który z pewnością 
delektował się swą ostatnią akcją. Zamiast ruszyć natychmiast za 
golfem, Malko dal im dwie minuty przewagi. 
 

Bever nie powinien się niepokoić, wiedząc, że bez niego 

Malko nigdy nie odnajdzie kryjówki broni. W końcu Malko ruszył. 
 

Pierwsze strzały zabrzmiały w momencie, gdy wjeżdżał na 

parking. 
 

* * * 
Hans Bever widział swą śmierć. Golf pojawił się na 

parkingu, warcząc silnikiem turbo, i zatrzymał się dwadzieścia 
metrów od niego. Bever spojrzał do tyłu, pewien, że ujrzy 
mercedesa Malka, ale tam nie było żadnego samochodu. Nie 
wierzył własnym oczom. Czuł, jakby niewidoczna ręka ściskała mu 
serce. Malko nie mógł mu zrobić takiego numeru. 
 

Z samochodu wysiadł Martens. Pierwsza seria powaliła 

jakiegoś mężczyznę z synem, którzy ładowali zakupy do 
samochodu; przesuwała się w kierunku Bevera. Martens trzymał 
broń przy biodrze. Belg chciał dać nura do samochodu, ale nie 
zdążył. Martens już był przy nim. Riot-gun splunął ogniem i ołów 
dosięgną! klatki piersiowej, rozrywając Beverowi płuca. 
 

Belg upadł na ziemię, w ustach miał pełno krwi. Martens 

podszedł bliżej i wpakował mu w głowę dwie kule kalibru 9 mm; 
dobił go, jak dobija się zwierzynę. Następnie kontynuował ostrzał 
wejścia do supermarketu, pośród wrzasków oszalałego tłumu. Na 
dźwięk klaksonu z golfa odwrócił się. Dostrzegł mercedesa 

background image

blokującego wjazd na parking. Wysiadł z niego jakiś mężczyzna z 
bronią w ręku. Na jego widok Martens, pomimo swego 
opanowania, poczuł gęsią skórkę. Mężczyzna trzymał fala z 
podwieszonym wyrzutnikiem granatów. Martens krzyknął z 
wściekłością, odwrócił się i wystrzelił cały magazynek swego 
karabinu w nieruchome i martwe ciało Bevera, które pod wpływem 
kul podrygiwało. Odwrócił się ze złym uśmiechem na ustach. 
Niedługo nadciągnie Jean Hemmel i zajdzie przeciwnika od tyłu, a 
mając granatnik, rozerwie go na kawałki. 
 

* * * 
Kiedy Jean Hemmel miał właśnie wsiąść do swego saaba, 

dostrzegł ją. Była to bardzo młoda prostytutka, uczesana w koński 
ogon. Zamierzała zająć jego miejsce przy sąsiedniej witrynie. W tej 
dzielnicy, pełnej małych kafejek, było takich prostytutek wiele. 
Dziewczynka miała jednak w sobie coś szczególnego. Istna lolita o 
filuternej buźce, dziecięcym ciałku i uśmiechu kurwy. Miała 
wszystko, co lubił. Nastolatka powyżej trzynastu lat nie podniecała 
go. Mała pochwyciła jego wzrok i podeszła do niego. Zanim udało 
mu się wsiąść do samochodu, dziewczynka przykleiła swe chude 
ciało do niego i zapytała dziecinnym głosem: — Spędzisz ze mną 
trochę czasu? 
 

Jej tanie perfumy przyprawiały go o zawrót głowy. Pomacał 

twardą i chudą pupę, twarde i małe piersi. Z szaloną ochotą rzuciłby 
wszystko w diabły, lecz nie miał teraz dla małej czasu, Martens 
zabiłby go. Udało mu się odkleić od niej. 
 

Przyrzekł, że wróci, i wsiadł do samochodu, słysząc za sobą 

złośliwe uwagi dziewczynki. 
 

Ruszył z kopyta, ale duża ciężarówka zablokowała drogę i 

stracił kilka cennych sekund. 
 

* * * 
Ukryty za swym mercedesem, Malko obserwował scenę. 

 

Parking przy Delhaize opustoszał w kilka sekund. Za 

rzędem samochodów dostrzegł ludzi leżących na ziemi przed 
wejściem do supermarketu, usiłowali schronić się przed strzelaniną. 

background image

 

Inni zawracali do środka. Po jego prawej stronie, w pewnym 

oddaleniu od zaparkowanych samochodów, stał golf z 
niezgaszonym silnikiem, gotów do startu. Za kierownicą siedział 
zamaskowany facet — prawdopodobnie Filip Orstall. Trzeci 
morderca powinien znajdować się na tylnym siedzeniu, które 
zasłaniał kierowca. Dwadzieścia metrów dalej leżał Hans Bever, 
rozciągnięty na plecach, w kałuży krwi. On już zapłacił rachunek. 
Kilkoma miękkimi ruchami Martens doskoczył do golfa, którego 
prawe przednie drzwi wciąż były otwarte. 
 

Wrzucił riot-guna i pochylił się do środka, aby wziąć fala. 

 

To była chwila, na którą czekał Malko. Nacisnął spust 

swego granatnika M 79, połączonego z pistoletem maszynowym. 
Czterdziestomilimetrowy pocisk wypalił z głuchym grzmotem, 
przebił przednią szybę i w sekundę później wybuchnął gwałtownie 
w środku samochodu. Z wnętrza wytrysnęła ognista kula, która 
zmiotła szyby, wyrwała drzwi i część dachu oraz odrzuciła maskę 
na wiele metrów. Nagle zapadła cisza, zmącona jedynie trzaskiem 
ognia i okrzykami przerażenia klientów supermarketu, leżących 
przed budynkiem. 
 

Z samochodu wydostawały się języki ognia, nikt się w nim 

nie ruszał. Chyba nie było takiego, który przeżyłby wybuch 
minirakiety. Malko wrzucił fala do mercedesa, zostawił sobie 
jedynie browninga, wetkniętego za pasek. Wydawało mu się, że 
nigdy nie zbliży się do golfa. Z wnętrza wozu wydobywał się także 
duszący, czarny dym. W środku samochodu Malko dostrzegł dwa 
niedające się rozpoznać ciała. Płonęła maska kierowcy, a jego 
spalone ciało należało do Filipa Orstalla. 
 

Malko zastanawiał się, gdzie był trzeci mężczyzna, o którym 

wspomniał Bever. Ludzie zaczynali podnosić się z ziemi. 
 

Malko nie miał zbyt wiele czasu. Wyciągnął rękę i chwycił 

fala uwięzionego pomiędzy ciałami. Szczęśliwie rękawiczki, które 
nałożył, ochroniły go, inaczej jego skóra przykleiłaby się do 
rozżarzonego metalu. Zewsząd wyskakiwały języki ognia. Malko 
pomyślał o zbiorniku paliwa. Wstrzymując oddech, chwycił z 

background image

tylnego siedzenia kolejnego fala i riot-guna bez kolby. Aby 
odzyskać pistolet Orstalla, który upadł na podłogę samochodu, 
musiał podchodzić dwukrotnie. Pistolet Martensa był w zasięgu 
ręki. 
 

Malko cofnął się na kilka minut i oddychał świeżym 

powietrzem. Odór spalonej skóry był koszmarny. Namacał pasek 
Martensa i odnalazł pęk kluczy. Pociągnął mocno, ale 
nieskutecznie. Zaklął przez zęby i dusząc się, ciągnął dalej. W 
końcu udało mu się oderwać klucze razem z nadpalonym paskiem. 
 

Odskoczył do tyłu, trzymając swój łup. Trzy karabiny 

przełożył sobie przez rękę, dwa pistolety trzymał na palcu za spust. 
 

Pobiegł do samochodu, wrzucił to wszystko i spocony 

wyprostował się w momencie, kiedy zbiornik golfa wybuchnął i 
rzucił na ziemię tych, którzy zaczynali się podnosić. 
 

Gdzie się podział trzeci morderca? 

 

W chwili gdy Malko omiatał wzrokiem parking, ukazał się 

szary saab, który z piskiem opon potrącił jego mercedesa. Z wozu 
wyskoczył kierowca i znieruchomiał, wpatrując się z zaskoczeniem 
w golfa. Malko nie znał go: był to wysoki, chudy facet o 
opadających na twarz włosach. Z okrzykiem wściekłości 
zanurkował do saaba i wynurzył się, trzymając w rękach granatnik 
podobny do tego, który miał Malko. Austriak nie miał czasu 
chwycić swojego, wyciągnął tylko zza paska pistolet i wystrzelił. 
Trzeci morderca upuścił broń i upadł obok samochodu. Malko 
podbiegł do jego wozu, po drodze podniósł fala. Z tylnego siedzenia 
zgarnął automatycznego herstala i ruszył do swego mercedesa. Golf 
płonął teraz jak pochodnia. Chwilę później Malko włączył wsteczny 
bieg i potrąciwszy saaba, znalazł się na wjeździe na autostradę. 
Dopiero wiele kilometrów dalej jego serce wróciło do normalnego 
rytmu. 
 

* * * 
Silnik helikoptera „Sea-Stallion” głucho warczał nad 

Morzem Północnym. Poza członkami załogi na pokładzie 
śmigłowca były tylko dwie osoby: George Hammond i Malko. 

background image

 

Helikopter oddalił się jakieś dwanaście mil od brzegów 

belgijskich na wysokości Knokke-le-Zoute i znajdował się nad 
wodami eksterytorialnymi. 
 

— Tobie przypada ten zaszczyt — krzyknął do Malka szef 

brukselskiej komórki CIA, siedzący naprzeciw niego na ławce 
wysłanej materiałem. 
 

Malko chwycił jeden z ośmiu hermetycznie zamkniętych 

worków i zaciągnął do otwartego włazu śmigłowca. Jeden ruch i 
worek znalazł się na zewnątrz. Spadał jak kamień, lecąc w kierunku 
zielonkawej powierzchni wody, w której pogrążył się ostatecznie. 
W tym miejscu dno było na głębokości dwustu metrów. Pozostałe 
worki podążyły tą samą drogą, a helikopter zatoczył półkole, 
kierując się do brzegu. 
 

 

 

KONIEC

\|/

(o o)

+–––––––––––oOO-{_}-OOo–––––––––—+

Zapraszam na TnTTorrent.  Najlepsza darmowa strona !!!   

Zarejestruj się poprzez ten link :

 

http://tnttorrent.info/register.php?refferal=1036847