248 Odczytać rzeczywistość
zwiedzający tym się nie martwi. Wie, że nawet gdyby mógł kupić obrabiarkę, to i tak nie przydałaby mu się ona na nic. Przedmioty te bowiem, w odróżnieniu od tych, o których była mowa wyżej, funkcjonują tylko wtedy, gdy można je kumulować. Tysiąc popielniczek jest bezużyteczny, tysiąc obrabiarek tworzy wielki przemysł. Pod koniec wizyty przeciętny zwiedzający uważa, że dokonał wyboru. Pragnie przedmiotów pięknych, dostępnych i nie podlegających akumulacji, odrzuca zaś przedmioty brzydkie i dające się kumulować (ale za to niedostępne). W rzeczywistości trudno tu mówić o wyborze, zaakceptował bowiem jedynie fakt bycia użytkownikiem dóbr konsumpcyjnych, ponieważ nie może zostać właścicielem środków produkcji. Mimo to jest zadowolony. Jutro zabierze się raźniej do pracy, aby móc kupić pewnego dnia fotele i lodówki. Będzie pracował przy tokarce, która nie jest jego własnością, ponieważ (Targi go o tym przekonały) nie chce jej mieć.
1970
Lady Barbara
Zdarza się coraz częściej, że w głowie pobrzmiewa mi refren jakiejś piosenki, co przytrafia się na ogół wszystkim. Ale od kilku lat refren ten pojawia się przy akompaniamencie szumu, pomruku tłumu, braw — i wszystko to tworzy specyficzną dynamikę. Nie jest to normalny refren — tzn. taki, jaki usłyszeć można na płycie albo wydedukować z partytury. To refren pojawiający się niespodzianie, wybuchający z telluryczną mocą niczym wulkan. Przedtem nie było nic, długi tektoniczny sen pozbawiony pragnień, potem nagle ryk, początek rozwijający się spiralnie, trzmiel, który najpierw lata gdzieś daleko, a następnie przybliża się z hukiem rakiety i oto refren, coś więcej niż refren, to stosunek erotyczny, głęboka rozkosz. Bzz, bzz, wrr, wr — i zaraz po-tern wielki wybuch uczuć „Lady Barbara to ty...” (Mówię Lady Barbara, ponieważ Barbara to pierwsze imię, jakie przychodzi mi do głowy, ale odnosi się to do wszystkich piosenek włoskich, pisanych z myślą o festiwalach, płytach na lato itp.).
Dowodzi to, że na styl konkursowych piosenek wpłynął pewien telewizyjny obyczaj: nadejście kulminacyjnego momentu — w komediowym gagu czy w piosence — powinno zostać podkreślone za pomocą braw. Ale brawa nie mogą nastąpić po decydującym momencie (jak działo się to kiedyś), lecz przed nim. Muszą go poprzedzać, zapowiadać, towarzyszyć mu. Brawa są faktem natury muzycznej, nie stanowią oceny czy sprawdzianu widowiska, ale jeden ze sposobów, do którego ucieka się twórca owego widowiska, aby wywołać porywające wrażenie i entuzjastyczny sąd.
Brawa nie służą jednym słowem do tego, aby publiczność mogła objawić swoje zadowolenie, lecz do tego, aby nakazać publiczności: „Musicie być zadowoleni, wręcz nie posiadać się z zachwytu... Posłuchajcie tylko, co zaraz nastąpi”. Jest to w gruncie rzeczy zarzut, który Poe czynił powieści popularnej Sue’ego, kiedy twierdził, że brakuje mu ars ce~ lamii ortem i że, przeciwnie, lubi on uprzedzać czytelnika: „Uważaj, wkrótce wydarzy się coś nadzwyczajnego, coś, co cię zadziwi”. Jak wywołać brawa poprzedzające kulminację? Są na to dwa sposoby. Jeden jest bardzo banalny i zupełnie mechaniczny: trzeba, żeby przed gośćmi zapalił się napis świetlny „brawa”. Stosuje się go w telewizji, ale tylko w przypadku widowisk dla zaproszonych gości: publiczność zachęcana jest dyskretnie do współpracy, żeby mogła zasłużyć na darmowy bilet. System ten, który okazał się nader skuteczny, musiał zostać wykorzystany — już bez takich prymitywnych chwytów — przy wszelkich innych okazjach, kiedy to publiczność sama płaci za bilet, np. podczas festiwali w San Remo. Nie trzeba już wydawać rozkazu bicia brawa za pomocą środków zewnętrznych, rozkaz taki po-