background image

 

Uraza 

 

 

Niedola  nie  żyje  bez  urazy.  Istnieje  powszechna  zgoda  co  do  tego,  że  między  płciami 

toczy  się  walka,  ale  tak  jak  w  wypadku  większości  faktów,  z  którymi  nie  śmiemy  zmierzyć 

się  otwarcie,  najczęściej  mówimy  o  tym  z  przymrużeniem  oka.  A  jednak  ta  walka  jest 

powszechna  i  śmiertelnie  poważna,  w  przeciwieństwie  do  pojedynczych  potyczek  ruchu 

wyzwolenia  kobiet  z  męskim  establishmentem.  Bez  względu  na  to,  czy  walka  toczy  się  w 

domu, czy poza domem, w zwarciu przeciwników nie obowiązują żadne zasady ani przepisy i 

chodzi  o  to,  żeby  zabić.  Obserwujemy  to  zjawisko  nieustannie,  ale  rzadko  udaje  nam  się 

rozpoznać,  z  czym  naprawdę  mamy  do  czynienia,  nawet  jeśli  właśnie  znajdujemy  się  w 

samym  środku  bitwy  i  walczymy  na  śmierć  i  życie.  Ponieważ  mężczyźni  zawsze  są  górą, 

zazwyczaj poczynają sobie na polu walki z większym wdziękiem niż kobiety. Mężczyźni też 

nie mają pojęcia, że biorą udział w walce na śmierć i życie, chyba że przegrają i przyjdzie im 

zmierzyć  się  z  miażdżącą  klęską  w  sądzie  rozwodowym;  będą  tam  wyrzucać  sobie  głupotę, 

która  nie  pozwoliła  im  wykorzystać  wszystkich  możliwości  obrony,  i  będą  głęboko  prze-

konani  i  nie  będą  ukrywać,  że  świat  kręci  się  wokół  tego  mniemania  korzyści  drapieżnych, 

bezlitosnych kobiet. Ale triumfująca kobieta wie, że odniosła pyrrusowe zwycięstwo. 

 

Mimo iż on o tym nie wie, już kilka razy byłam na jego pogrzebie. Za każdym razem wyglądam cudownie 

w czarnym obcisłym kostiumiku i welonie z hiszpańskiej koronki. I za każdym razem, gdy upłynie odpowiednia 

ilość czasu, ponownie wychodzę za mąż za niezmiernie bogatego mężczyznę i wszyscy mówią o tym, jaki mam 

subtelny, nieuchwytny wyraz mej pięknej, bladej twarzy. 

Christine Billson, You Can Touch Me {Możesz mnie dotknąć), 1961, str. 20

 

 

Kobieca uraza znajduje bardzo bogaty wachlarz ekspresji, w tym publicznej. Świetnie się 

ją  demonstruje  np.  w  sytuacji  przyjęcia.  Obyczaj  jest  taki,  że  na  przyjęciach  rzadko  kiedy 

chodzi  o  spontaniczną  zabawę.  Zazwyczaj  urządza  się  je  w  pewnym  określonym  celu:  żeby 

przyjąć kogoś do grupy, podkreślić wagę jakiegoś wydarzenia lub zostać sobie przedstawio-

nym. Przyjęcie jest jak apel, podczas którego będziemy policzeni. A ponieważ to mężczyźni 

zabierają kobiety na przyjęcia, dlatego już od początku stoją na przegranej pozycji. Spójność 

grupy  zależy  od  związków  między  mężczyznami,  a  określony  porządek  zostaje  zachowany 

background image

dzięki  przestrzeganiu  niuansów  hierarchii.  Co  do  kobiet,  to  oczekuje  się  od  nich,  że 

podchwycą  owe  niuanse  i  subtelnie  wzmocnią  pozycję  swoich  mężczyzn  w  grupie.  Każda 

kobieta  przybywająca  na  przyjęcie,  wspierająca  się  na  ramieniu  swojego  męskiego  towa-

rzysza dobrze zna wyznaczoną jej rolę, a mimo to tradycyjnie już wywraca do góry nogami i 

kompletnie  zaburza  określoną  sytuację  towarzyską,  używając  zdumiewająco  różnorodnych  i 

skomplikowanych taktyk. Najbardziej popularna, stosowana przez kobiety, które nie są zbyt 

głęboko  zaangażowane  w  związki  ze  swoimi  mężczyznami,  to  flirt,  mniej  czy  bardziej 

subtelny,  który  podsyca  męską  rywalizację.  Może  się  wydawać,  że  kobieta  wdaje  się  weń 

nieświadomie i rzadko ma nad nim całkowitą kontrolę, a jednak ta technika działa ogromnie 

skutecznie.  Grając  w  tę  grę,  kobieta  może  wykorzystać  napięcia,  które  już  istnieją  w  grupie 

mężczyzn,  i  wzmocnić  je.  Najlepszy  chwyt  polega  na  wyzyskaniu  męskiego  szowinizmu, 

który  spowodował,  że  jej  towarzysz  demonstruje  ją  jako  swoje  trofeum,  aby  je  ocenili  inni 

faceci.  Kobieta  może  dyskretnie  dać  do  zrozumienia,  że  jej  towarzysz  jest  chamem  (bo, 

powiedzmy,  jej  kieliszek  jest  pusty  już  od  kilku  godzin),  że  jest  kochanym  słodkim  misiem 

(czyli  pantoflarzem),  może  śmiać  się  z  tych  anegdot,  które  godzą  prosto  w  niego,  a  jeśli  w 

ogóle  o  niego  nie  dba,  może  go  demonstracyjnie  odrzucić,  najlepiej  na  rzecz  najlepszego 

przyjaciela  lub  największego  rywala.  Kobieta  mocniej  związana  z  partnerem  tych  ostrych 

sposobów  używa  jedynie  do  pewnego  stopnia,  a  poza  tym  ma  cały  arsenał  środków  artyle-

ryjskich o mniejszym kalibrze - nie zabija raz a dobrze - rozkłada śmierć na raty, na tysiące 

zadraśnięć i cięć nieustannie zadawanych ofierze. Gdyby mąż chciał opowiadać dowcipy, to 

byłoby  to  przedsięwzięcie  dość  ryzykowne,  bo  jego  żona  z  pewnością  będzie  wzdychać  lub 

powie,  że  wszyscy  to  już  słyszeli  jakieś  tysiąc  razy  albo  że  Max  Bygraves  opowiada  to 

znacznie lepiej. Jakkolwiek by było, na pewno nie będzie się śmiała. Jeśli jej mąż jest duszą 

towarzystwa,  będzie  stroić  fochy  i  utyskując,  żądać,  by  zabrał  ją  do  domu,  albo  upije  się 

błyskawicznie i to tak, żeby zrobić z siebie pamiętne widowisko. Jeśli mąż dobrze się bawi, to 

syknie  mu  do  ucha,  że  jest  pijany  i  robi  z  siebie  durnia;  przypomni  mu,  że  przecież  ma 

prowadzić  wóz,  a  jeśli  on  nie  da  się  sprowokować,  naskoczy  na  niego  za  to,  że  gapi  się  na 

kobiety na sali. Źródłem tych destrukcyjnych zachowań jest przygnębiające poczucie, że ona 

sama  figuruje  tam  jako  dodatek  do  męża,  a  nie  jest  to  sytuacja  sprzyjająca  swobodnej 

zabawie.  Jedyne  wyposażenie,  jakie  dostała,  kiedy  jeszcze  nie  była  zamężna,  miało  ją 

doprowadzić do tego, żeby się z kimś związała. Teraz, gdy już dokonała tego wyczynu, barwy 

jej dowcipu i umiejętność błyskotliwej konwersacji spełzły. Czuje się głupia i marudna — tak 

naprawdę  nigdy  nie  cieszyła  się  sobą,  chyba  że  stawała  się  obiektem  rywalizacji  i 

komplementów,  zresztą  sama  nie  wiedziała,  z  jakiej  to  przyczyny.  Pogardza  swoim 

background image

partnerem,  który  bawi  się  tuż  obok.  Mogłaby  się  założyć,  że  bawiłby  się  znacznie  lepiej, 

gdyby jej tu nie było, co zresztą często jest prawdą. Grają w złośliwego ping-ponga, inaczej 

jej energia nie znajdzie żadnego ujścia. Jej po prostu nie ma - została wymazana, usunięta z 

tła,  a  starzy  znajomi  szepczą,  że  od  kiedy  wyszła  za  mąż,  przestała  być  sobą,  i  tak  dalej. 

Gdyby  mogła  odwrócić  tradycyjny  przebieg  przyjęcia  i  zaćmić  męża  swoim  blaskiem 

(kosztem jego pozycji), to później czekałaby ją sroga zemsta, nie mniej sroga niż to wszystko, 

co mogłaby wymyślić sama. Lepiej więc przesiedzieć, przeczekać albo spróbować ostatniego 

sposobu  -  szantażu  -  wymknąć  się  do  domu,  a  on  niech  się  domyśla,  co  się  z  nią  stało. 

Większość kobiet separuje się od mężczyzn i jest to ich metoda prowadzenia wojny - otwiera 

się ogień z osłoniętego terytorium. 

Sama widywałam już bardziej spektakularne sposoby stosowane przez kobiety na forum 

publicznym. Kiedy jedna z ofiar mojego znajomego nie radziła już sobie z sytuacją, wycho-

dziła  do  toalety,  rozbijała  kieliszek  i  z  krzykiem  tarzała  się  w  rozbitym  szkle,  dopóki  jakiś 

silny  mężczyzna  nie  wyważył  drzwi  i  nie  wyniósł  jej  stamtąd,  podrapanej,  potarganej,  w 

malowniczo  pomiętoszonej  sukni.  Inna  dziewczyna  tak  długo  prowokowała,  drąc  się 

niemiłosiernie, aż dostawała w twarz - o co jej od początku chodziło - a wtedy resztę energii 

zużywała na to, by tak się stoczyć z trzech kondygnacji schodów, żeby wszyscy zgromadzeni 

tam  mężczyźni  musieli  ją  powstrzymywać.  Inna  znów  panienka  reagowała  podejrzanie 

szybko  na  niewielką  ilość  alkoholu,  a  potem  rwała  na  sobie  ubranie;  jej  partner  usiłował  ją 

powstrzymywać,  a  cała  reszta  zgromadzonych  gości  udawała,  że  oto  mają  do  czynienia  z 

bezpruderyjnym  i  wyzwolonym  zachowaniem.  W  kołach  bohemy  dozwolony  jest  prowo-

kujący  flirt,  podczas  którego  można  lekko  sugerować,  że  starszy  mężczyzna  nie  sprosta 

wymaganiom kobiety. 

Niewiedza i życie w izolacji w wypadku większości kobiet oznaczają, że nie są w stanie 

prowadzić  towarzyskiej  konwersacji,  a  ich  rozmowy ze współmałżonkami są przedłużeniem 

walki  o  władzę.  Toteż  kiedy  na  proszone  kolacje  przychodzą  żony,  często  przekształcają 

cywilizowaną rozmowę o rzeczywistych problemach w czysto osobiste kłótnie. Wiele gospo-

dyń  organizujących  przyjęcia  wolałoby  zapraszać  mężów  bez  żon.  Jest  wiele  pań,  które 

najchętniej zapraszają mężczyznę na kolację, jeśli tylko jego żona gdzieś wyjedzie (bo biedny 

facet sam sobie przecież nie poradzi). Wszystko to nie znaczy, że mężczyźni nie mają w tej 

walce  swojej  roli.  Lubią  stosować  takie  taktyki,  jak  łaskawe  i  protekcjonalne  podejście  do 

podejmowanych  przez  kobietę  prób  włączenia  się  w  dyskusję,  zwyczajne  pomijanie  lub 

ignorowanie jej uwag, przesadną grzeczność wobec innych kobiet, wychwalanie pod niebiosa 

kuchni gospodyni (tak, jakby w domu ciągle głodowali lub byli truci), słodkie kpinki z małej 

background image

kobietki,  i  tak  dalej.  Nie  muszą  się  uciekać  do  sposobów  brutalnych,  obscenicznych  czy 

aspołecznych, bo i tak są na pozycji silniejszego i już sam ten fakt może doprowadzić kobietę 

do  szału  i  nie  ukrywanej  agresji.  Pamiętam,  jak  jedna  z  moich  studentek,  która  nie 

wytrzymywała już protekcjonalnego traktowania, z jakim miała do czynienia na spotkaniach 

związku  studentów,  wylała  kufel  piwa  na  prezesa.  Satysfakcja,  jaką  odczuła,  prędko  ją 

opuściła, gdy okazało się, że jej akcje spadły niemal do zera. 

Choć  w  sytuacjach  towarzyskich  można  zobaczyć  wiele  okropności,  prawdziwym 

teatrem wojny między płciami jest ognisko domowe, gdzie walka wre bezustannie. Ponieważ 

kobieta  nie  ma  równej  z  mężczyzną  pozycji  i  nie  może  podjąć  rzeczywiście  skutecznego 

działania,  musi  zrzucić  z  serca  ciężar  nie  wypowiedzianych  słów  i  bluznąć  przekleństwami 

jak kuchenny wycirus, gdyż, jak stwierdził na własnym przykładzie Hamlet, brak jej odwagi, 

by  zdobyć  się  na  coś  bardziej  stanowczego.  Agresja  werbalna  bynajmniej  nie odzwierciedla 

zazdrości o penisa, jest tylko nieuniknionym rezultatem doświadczanej od początku związku 

niemocy. Ale ponieważ jej gderanie jest zupełnie jałowe, a fałszywe oskarżenia powtarzane w 

koło (fałszywe, jako że kobieta nie ma pojęcia, czego rzeczywiście dotyczy jej gniew), to jej 

zrzędzenie  samo  siebie  napędza,  staje  się  coraz  bardziej  wrzaskliwe  i  namolne,  i  nikt  nie 

okaże  szacunku  dla  prawdziwej  wymowy  jej  słów.  Jej  ataki  stają  się  niewybaczalnym 

burzeniem,  aż  wreszcie  bezsilna  agresorka  zaczyna  rozumieć,  że  niszczy  swoje  domostwo 

własnymi rękami, ale jest już nazbyt bezsilna, żeby mogła postawić tamę własnej brutalności, 

którą  zalewa  otoczenie.  Sama  słyszy  wszystkie  te  wiązanki  typu  „Ty  nigdy..."  i  „Ty 

zawsze..." i zdaje sobie sprawę z tego, że większość tego, co mówi, to słowa niesprawiedliwe 

i mało znaczące, ale przecież w jej życiu coś nie gra, a jak inaczej ma to wyrazić? Ma coraz 

większe  poczucie  winy,  a  ta  siła,  która  mogłaby  ją  popchnąć  do  urwania  sytuacji,  która  ją 

postarza  i  degraduje  nie  do  poznania,  zanika.  Od  czasu  do  czasu  kobieta  załamuje  się  i 

wyznaje, że nie wie, co jest z nią nie w porządku. Mąż radzi, żeby zażyła pigułkę, ona znów 

zauważa jego głupotę, brak serca i to, że nie chce dostrzec swojej części odpowiedzialności za 

jej pożałowania godny stan — i zajadła walka rozpoczyna się od nowa. 

Gospodyni domowa akceptuje życie na drugim planie jako swój naturalny los i wyobraża 

sobie,  że  będzie  podporą  i  ostoją  swego  męża  oraz  jego  szlachetnych  dokonań,  jednak 

zazdrość,  do  której  się  nie  przyznaje,  uniemożliwia  jej  zdolność  doceniania  jego  ambicji  i 

trudu.  Pomniejsza  go,  na  pół  świadomie  podważa  jego  trudne  decyzje,  naigrawa  się  z  jego 

lęków  i  porażek,  aż  wreszcie  mąż  przestaje  jej  mówić  o  swoim  życiu.  Jej  pytania  o  to,  „jak 

było w biurze", są już wyłącznie formalnością. I tak puszcza jego odpowiedzi mimo uszu, tak 

jak  on  niemal  nie  słucha  jej  opowieści  o  nudnym  dniu  spędzonym  w  domu.  W  końcu 

background image

rozmowy  zamierają  na  dobre.  Po  prostu  nie  warto  ich  prowadzić.  On  nie  jest  w  stanie 

zrozumieć  jej  frustracji  —  przecież  ona  ma  takie  łatwe  życie!  Ona  czuje,  że  on  nie  potrafi 

zrozumieć,  jak  potworne  jest  jej  życie.  Każda  rozmowa  zamienia  się  w  walkę  o  znaczenie  i 

władzę. Ona siłą przyzwyczajenia staje w opozycji. Dlaczego on miałby mieć zawsze rację? 

Mężczyźni najczęściej są nieświadomi istoty sytuacji, nie mieści im się w głowie, że kwestia, 

o  którą  toczy  się  bój,  jest  tylko  pretekstem,  że  chodzi  o  konfrontację  innego  rodzaju. 

Pamiętam,  jak  kiedyś  między  moimi  rodzicami  rozpętał  się  spór  na  temat  zalet  i  wad 

wielkiego  drzewa,  które  rosło  w  pobliżu  domu  i  właśnie  zaczynało  marnieć.  Ojciec, 

zastanawiając się, rozważył wszystkie za i przeciw i zdecydował, żeby drzewo jeszcze trochę 

się  pomęczyło,  jako  że  zostało  naruszone  przy  rozbudowie  domu  i  może  jeszcze  odbić  w 

ciągu następnego roku. Matka rzucała się trochę, nie chciała powiedzieć wprost, co uważa, aż 

ojciec  zdecydowanie  oznajmił,  że  jest  przeciwny  ścinaniu  drzewa.  Następnego  dnia  matka 

odarła je z kory. Potem drzewo zupełnie zmarniało i musiało zostać ścięte.  

Nasz ojciec dość wcześnie uznał, że nie da się przebywać w domu, i oddalał się od niego 

coraz bardziej, spędzając czas w klubie, a do domu przychodził spać. Matka nie protestowała, 

bo dzięki temu mogła tyranizować dzieci i zapewniła sobie ich pomoc w procesie zupełnego 

zdetronizowania ojca. Wiele żon z czystej zazdrości nakłada surowe restrykcje na wolny czas 

swoich mężów. Nie zgadzają się na to, żeby mężowie spędzali czas poza domem, znajdując 

różne wymówki: a to z powodu wydatków, a to osamotnienia (często prawdziwego), z obawy 

przed  intruzami  albo  dlatego,  że  konieczna  jest  pomoc  w  sprawach  domowych.  Żony  ro-

botników  surowo  ograniczają  wolny  czas  mężów  i  skoro  już  zarekwirowały  pensję  w  dniu 

wypłaty,  kiedy  mężulkowie  wreszcie  doturlali  się  do  domu,  to  potem  skąpo  wydzielają  im 

każdy  grosz.  Jednym  z  aktów  oporu  wobec  państwa  opiekuńczego  jest  hazard,  który 

symbolicznie  odrzuca  bezpieczeństwo  i  przewidywalność.  Żony  zażarcie  opierają  się 

tejformie rozrywki i odgrywają tym samym ustaloną rolę w procesie zakotwiczania mężów w 

obowiązującym  systemie.  Kobiety  z  całych  sił  sprzeciwiają  się  też  wyżywaniu  się  w 

pijaństwie  i  niekiedy  stoją  za  tym  słuszne  racje,  jednak  najczęściej  nie.  Kobiety  krytykują 

każdą  formę,  nawet  zupełnie  niewinną,  picia  alkoholu.  Przemoc,  jakiej  pijani  mężczyźni 

dopuszczają  się  na  kobietach,  często  jest  wywoływana  wypowiedzianymi  i  nie 

wypowiedzianymi wymówkami. Żony nie chcą uznać, że ich mężowie mają potrzebę rozłado-

wania  się,  bo  i  tak  jest  im  lepiej  niż  kobietom,  które  przecież  nie  szukają  rozładowania,  a 

przynajmniej nie otwarcie. Najstraszniejszym aspektem domowej walki jest wykorzystywanie 

dzieci jako broni i pola bitwy. Nie wszystkie kobiety pozwolą sobie w swojej desperacji na to, 

co  moja  matka,  która  cedziła  do  mnie  przez  zęby,  że  ojciec  jest  „głupim,  starym  capem". 

background image

Zwykle  dzieci  używane  są  jako  broń  i  powód  sprzeczek  w  formach  bardziej  subtelnych. 

Kobieta widzi swój interes w tym, żeby trzymać dzieci na pozycjach bobasów, a one, nawet 

gdy są płci męskiej, nie mogą się od niej oderwać, bo potrzebują jej opieki. Matka kpi z ojca, 

kiedy  on  okazuje  brak  rozeznania  w  potrzebach  dzieci,  krzyczy,  gdy  w  deszczowy  dzień 

zabiera  je  na  mecz  futbolowy,  czeka  na  nie,  dopóki  nie  wrócą  do  domu,  a  wszystko  to  z 

zazdrości o ich wolność, która zawsze wydaje się jej większa niż ta, której zaznała ona sama, 

a także z chęci udowodnienia, ze dzieciom potrzeba jej porad i nadzoru. Kobiety rzadko wy-

korzystują  dzieci  w  skrajny  sposób,  ale  wtedy  jest  to  tym  bardziej  uderzające.  Najbardziej 

oczywistym zabiegiem jest postawienie syna na miejscu męża, co zdarza się w biedniejszych 

rodzinach,  w  których  wady  ojca  tym  bezwzględniej  można  wypunktować.  Syn  przyjmuje 

wtedy  wersję  matki,  która  rzekomo  cierpi  pod  jarzmem  ojca  brutala,  i  syn,  niczym  Saturn, 

usiłuje zająć miejsce ojca w jego własnym domu. Jeśli sytuacja edypalna nie jest aż tak gęsta, 

matka pośrednio uderza w ojca, atakując syna. Moja matka kiedyś przygniotła kolanami pierś 

mojego brata i na oczach ojca waliła go pięścią w twarz, aż ojciec zagroził, że zaraz ją zabije. 

Był  to  jedyny  przypadek,  jaki  pamiętam,  kiedy  ojciec  złapał  się  na  jej  przynętę.  Brat  miał 

wtedy trzy latka. 

Kobieta  nigdy  się  do  tego  nie  przyzna,  ale  oziębłość  żony  j  często  jest  wyrazem  chęci 

ukarania  męża  przez  pozbawienie  go  przyjemności.  Podobnie,  z  potrzeby  czynienia  innym 

wyrzutów,  a  nie  z  przyczyn  organicznych,  kobiety  często  przesadzają  co  do  swoich 

dolegliwości,  aż  stają  się  słabowite,  chorowite  i  hipochondryczne.  Subtelniejsza  wersja  tej 

sytuacji  polega  na  tym,  że  biedna  kobietka  trzyma  się  jakoś  na  nogach  pomimo  ataków 

choroby,  tak  że  wszyscy  czują  się  winni,  a  już  chyba  najbardziej  wtedy,  gdy  widzą,  że 

przymuszono ich do oglądania grubymi nićmi szytego męczeństwa, co ich oczywiście złości. 

Dawkowanie  lub  odmawianie  względów  seksualnych  to  istotna  broń  pomagająca  wyrazić 

pogardę  dla  mężczyzny.  Nawet  w  stosunkowo  wysokich  warstwach  angielskiego  społe-

czeństwa (mam na myśli przykład żon moich kolegów) seks przyznaje się mężowi w nagrodę 

za jakieś osiągnięcie lub jako pocieszenie. Szantaż polega na tym, że ona nic z tego nie ma, 

więc jej mąż przeważnie czuje się jak bestia. Z drugiej strony, kiedy żona pozwoli mu wresz-

cie  dorwać  się  do  „małżeńskiego  otworu”,  jest  jej,  oczywiście,  wdzięczny.  Dziś,  prowadząc 

takie  pertraktacje,  kobiety  uciekają  się  do  zastępczo  traktowanego  zagadnienia  kontroli 

urodzeń  -  żona  nie  może  używać  żadnej  postaci  antykoncepcji  albo  twierdzi,  że  nie  czerpie 

przyjemności  ze  współżycia,  jeśli  nie  dochodzi  do  wytrysku  w  pochwie,  albo  też  zmusza 

męża  do  katuszy  coitus  interruptus.  Jeśli  ten  sposób  zawiedzie,  żona  może  powiedzieć,  że 

mąż był nielojalny, że jest samolubną bestią. Istnieje niezliczona liczba wariacji, jeśli chodzi 

background image

o  ten  temat.  W  każdym  przypadku  przegrywa  również  sama  kobieta,  ale  ponieważ  nie  ma 

pojęcia, jak mogłaby coś zyskać, nie jest to dla niej istotne. Ważne, żeby go dostać w swoje 

łapy. 

O  ile  można  jeszcze  pojąć,  że  żona  zagrzewa  męża  do  większych  wysiłków,  gdyż 

Jonesowie  mają  coś  tam,  a  my  nie,  o  tyle  jednak  głównym  powodem  wskazywania  na  to, 

czego  to  posiadaczami  są  Jonesowie,  jest  podkreślenie  kontrastu  między  nimi  a  nami,  a  to 

uwypukla fakt, że mąż się nie sprawdził. Żona tego rodzaju przywiedzie męża do przewidy-

wanej choroby wieńcowej, a sobie zafunduje długi okres wdowieństwa, choć wcale nie o to 

jej chodziło - rzecz w tym, że nie wiedziała, o co jej chodziło, nie znała własnych motywów, 

które powodowały, że popychała męża ku śmierci. To znów kolejny aspekt zazdrości o życie 

męża  poza  domem;  w  skrajnych  przypadkach  żona  zmusza  męża,  by  porzucił  pracę,  którą 

kocha i w której jest dobry, na rzecz czegoś nudnego, ale dochodowego, co pozwoli rodzinie 

wyprzedzić  Jonesów  o  dwie  długości.  To  syndrom  Rosamundy  (gdyż  to  George  Eliot 

nakreśliła  ten  wzorzec  tragicznego  małżeństwa  Lydgate'a  z  tą  zepsutą  panienką)  stanowi 

najbardziej ekstremalną formę kobiecej zazdrości o to, że życie mężczyzny obraca się wokół 

różnych  problemów.  To  ta  zazdrość,  która  ją  skłania  do  wypowiadania  niezapomnianych 

kwestii,  jak:  „Kochasz  tego  stradivariusa  bardziej  niż  mnie”  i  tak  dalej.  Komplementarną 

postacią  tego  dramatu  jest  równie  znany  typ  żony,  która  niegdyś  cisnęła  własnego 

stradivariusa w kąt, by zostać dobrą połowicą swego męża, a wszyscy są zbyt grzeczni wobec 

niego,  by  mu  powiedzieć  otwarcie,  że  i  tak  byłaby  kiepską  skrzypaczką.  Marną  moralnie 

formą tego rodzaju licytacji jest wyliczanie mężczyzn, którzy odnieśli niebotyczny sukces, a 

za których mogła przecież wyjść. Lub też gorzka wymówka: „Oddałam ci najlepsze lata mego 

ż

ycia!”  Mężczyźni  często  sądzą,  że  w  tego  rodzaju  prowokacyjnych  wypowiedziach  kobiet 

chodzi o materialny motyw. Ale w gruncie rzeczy częściej chodzi o coś prostszego - o pogar-

dę, która budzi potrzebę udowadniania, że mąż jest nikim, że stoi moralnie niżej od żony, lub 

i  jedno,  i  drugie.  W  tej  walce  wykorzystuje  się  wszystkich  możliwych  sprzymierzeńców. 

Lekarze,  psychoanalitycy,  przyjaciółki,  dzieci,  a  nawet  sekretarka  szefa  mogą  zostać 

wciągnięci  na  listę  sojuszników,  którzy  przypuszczą  hurmem  atak  na  męża.  Ale  nawet  jeśli 

się to uda, trudno to uznać za zwycięstwo kobiety, jest to tylko gorzki owoc zemsty, do której 

się nie przyznaje. 

O  wiele  wymowniejszy  opis  typowej,  godnej  pożałowania,  destrukcyjnej  postawy 

kobiecej  podaje  Charles  M.  Schultz,  przedstawiając  dziewczynkę,  Lucy  van  Pelt,  w 

komicznej sadze rysunkowej pt. Orzeszki. Ciągły zrzędliwy niepokój Lucy, jej nieczułość na 

wszelkie  cierpienie  poza  własnym,  bezlitosne  rozjątrzanie  lęków  Charliego  Browna,  jej 

background image

zadufanie, zazdrość o ukochany kocyk małego Linusa, całkowite niezrozumienie dla muzyki 

Schroedera  przy  groteskowych  próbach  uwodzenia  go,  jej  opryskliwość,  kapryśne 

gospodarowanie  budżetem  i  diaboliczna  zachłanność,  z  jaką  zajmowała  się  domem,  jej 

nieumiejętność  uśmiechania  się,  chyba  że  złośliwie,  jej  wpływ  na  nieszczęsną  drużynę 

baseballową  Charliego  Browna  -  mamy  tu  dosłownie  wszystkie  elementy  obrazu,  a  kobieta, 

która  nie  potrafi  rozpoznać,  choćby  szkicowo  zarysowanego  swojego  obrazu  w  tej  drobnej, 

nieszczęśliwej  twarzy  dziewczynki,  nie  pojęła  w  ogóle  powagi  własnej  sytuacji.  Mimo  to 

nakreślony  przez  Schultza  portret  tej  władczej  istoty  płci  żeńskiej  jest  niekompletny.  By  w 

pełni  zarysować  destrukcyjną  siłę  Lucy,  trzeba  dodać  także  głębsze  twierdzenia  Strindberga 

na temat walki płci z Tańca śmierci, a także mniej dosadne aluzje Ibsena z takich dramatów, 

jak  Hedda  Gabler  czy  Dom  lalki.  Walka,  która  toczy  się  w  świecie  pełnym  zakłamania  i 

hipokryzji,  wśród  wymiany  zdradzieckich  ciosów  i  wzajemnych  zdrad  —  wygląda  niczym 

gra.  Niektóre  z  najbardziej  powierzchownych  taktyk  stosowanych  przez  kobiety  Eric  Berne 

opisał  w  swej  słusznie  chwalonej  książce  „W  co  grają  ludzie”,  lecz  każda  kobieta,  która 

przeczyta rozdział Gry małżeńskie, bez wysiłku doda kilka lub więcej metod walki, których 

nie  uwzględnił  autor.  Komentarz  podsumowujący  tę  gigantyczną  sieć manipulacji, do której 

należy  większość  naszych  relacji,  przede  wszystkim  tych,  które  zachodzą  między 

przedstawicielami różnych płci (ojca i córki, chłopaka i dziewczyny na randce, męża i żony, 

matki i syna), najlepiej niech wyrażą słowa samego Berne'a. „Wiele gier najchętniej prowadzą 

osoby  zaburzone.  Generalnie  rzecz  biorąc,  im  bardziej  zaburzeni  są  ludzie,  tym  chętniej 

grają”.  Alternatywą  dla  gier,  dla  systemu  obron,  które  należą  do  zabawy  w  wojnę,  jest  coś, 

czego już teraz na własny użytek powinna poszukiwać każda kobieta - autonomia. 

Niektórzy szczęśliwcy mają coś, co nie mieści się w żadnych klasyfikacjach zachowania: 

tym czymś jest świadomość; mają też coś innego, co wyrasta ponad wcześniejsze programy, a 

mianowicie  spontaniczność;  i  jeszcze  coś  bardziej  nagradzającego  od  gier,  czyli  intymność. 

Te  trzy  rzeczy  mogą  być  jednak  przerażające,  a  nawet  niebezpieczne  dla  ludzi  nieprzygo-

towanych. Możliwe, że bez nich, tacy jacy są, mają się lepiej, szukając dla siebie rozwiązania 

w  popularnych  technikach  społecznego  działania,  takich  jak  „bycie  razem”.  Być  może 

oznacza  to,  że  nie  ma  nadziei  dla  gatunku  ludzkiego,  a  tylko  dla  poszczególnych  jego 

przedstawicieli.