Nowak Zdzisław Zagadkowa ucieczka Hodży Nasreddina


ZDZISŁAW NOWAK

ZAGADKOWA UCIECZKA HODŻY NASREDDINA

UCIECZKA Z BAGDADU

Opowieść pierwsza o nie spełnionej karierze łucznika

w służbie bagdadzkiego wezyra, a także o tajemniczej

przeprawie przez nurty Dżejchun - Wścieklej Rzeki

Czajchana czcigodnego Temudżyna była prawdopodobnie jedy­ną herbaciarnią w muzułmańskim świecie, z której pchły, nigdy nie zaznając dobrodziejstw gościnności, powynosiły się do konku­rencji. Tutaj drapanie umęczonych pleców nie było więc ową przykrą, codzienną koniecznością, owym surowym przymusem natury gnębiącym rodzaj ludzki od stuleci; odwrotnie, czynność tę zaliczano tu do rządu najzacniejszych przyjemności dnia po­wszedniego.

I to chyba było głównym powodem - oczywiście, jeśli nie li­czyć aromatu herbacianego naparu i zawsze do połysku wyszo­rowanych piaskiem miedzianych kumganów, dzbanów o pękatych brzuchach - dla którego lśniąca od czystości gospoda, sędziwego Tatarzyna, zarówno w dni, upalne, jak i drżącego od chłodu, nie mogła narzekać na los pustelni

Można przypuszczać, iż ścisku u Temudżyna nie rozładowałoby nawet niespodziewane pojawienie się Proroka na miejscowym bazarze. Bo prawdą jest, co starcy doświadczeni powiadają: lu­dziom, którzy raz zasmakowali w miodzie, nie zastąpi go już wy­war z gryki, a życie bez pcheł, choćby przez jedną tylko noc, warte więcej niźli odległa wieczność z świątobliwymi mułłami w raju przyobiecanym.

Dzisiejszego wieczoru w herbaciarni tłok był jeszcze większy niż zazwyczaj. Oczekiwano opowieści Hodży Nasreddina, który niedawno powrócił do Buchary z dalekiej wyprawy do Samarkandy, Szachrisjabzu oraz Karszy. Młodzi niecierpliwili się. Siwobrodzi aksakałowie gryźli wolno pestki słonecznika, na znak szacunku dla Temudżyna wypluwając wilgotne resztki w dłoń, a nie, jak zwykle, na klepisko podłogi. Oni znali wartość czasu Wiedzieli, że drzewo cierpliwości jest kwaśne i gorzkie, lecz słod­kie są jego owoce.

Wreszcie doczekali się.

Zaledwie mędrzec bucharski pojawił nic; w progu, natychmiast opadły go dziesiątki pytań:

- Opowiedz nam, o afandi, co widziałeś w czasie niezliczonych wędrówek po świecie? Wiele długich miesięcy spędziłeś na grzbiecie osła lub wielbłąda. Wiele pustyń przemierzyłeś i dawniej, i ostatnio. Opowiedz, coś przeżył w Samarkandzie, w Szachrisjabzie, w Kitabie i w Karszy? Jakich przygód doznałeś poprzednio wśród ludzi o innym kolorze skóry? W krajach znanych nam tylko ze słyszenia, a leżących hen, za siedmioma górami, za sied­mioma stepami?

Hodża Nasreddin nie dał się długo prosić. Siadł wygodnie na podwiniętych nogach, przysunął bliżej siebie imbryk z wrzątkiem zielonej herbaty, aby miał czym zwilżyć gardło, kiedy przeschnie od przydługiej opowieści, i rozpoczął:

- Pewnego razu los nakazał mi zamieszkać w mieście, w któ­rym panował władca okrutniejszy od dziesięciu zgłodniałych, krwiożerczych tygrysów. Władca, na dźwięk imienia którego trzę­śli się z trwogi ludzie, drżały rumaki w stajniach, bladły róże w ogrodach i kwiaty polne przy drogach. W mieście tym żył rów­nież kupiec imieniem Pirmuchammad. Człowiek zamożny i praw­dziwie szczęśliwy. Jego niezliczone karawany przemierzały bez­droża pustynne i szlaki stepowe, wożąc towary w dalekie kraje, na bazary Kabulu, Heratu, Bagdadu i Damaszku, gdzie z naj­wyższą niecierpliwością oczekiwano na bucharskie jedwabie we wszystkich barwach tęczy i misternie tkane kobierce, na przepysznie inkrustowaną broń i jubilerskie kunsztowne wyroby, dzieła rąk wielkich mistrzów Wschodu.

W odległej dzielnicy miasta Pirmuchammad wystawił wspa­niały dom z ogrodem, w którym przechowywał największy swój skarb: Firuzę, Medinę, Mochliko i Okilę. Cztery młodziutkie cór­ki prześlicznej urody, podobne do siebie jak cztery krople po­rannej, świeżej rosy. Dopóki dziewczęta były dziećmi, szczęścia kupca nie mąciła nawet chmurka. Spokój ojcowski zaczął jednak topnieć, kiedy dziewczęta zbliżyły się do wieku dojrzałego. Od tej pory Pirmuchammad musiał strzec córek przed wzrokiem szpiegów emirowych, poszukujących rozrywek dla swego pana. Niestety, nie ustrzegł.

Wiadomość o czterech migdałowookich krasawicach któregoś dnia dotarła na dwór okrutnego władcy, do Arku. Emir, urado­wany z nieoczekiwanej nowiny, wyraził życzenie, aby ślicznookie co rychlej stały się ozdobą jego haremu. Życzenie krwiożerczego tygrysa dla nędznych szakali zwykle jest rozkazem. Bez chwili zwłoki gromada zbrojnych strażników pognała w kierunku od­ległego kwartału - machałły.

Cztery czerwone wozy zaprzężone w siwe argamaki zajechały pod domostwo Pirmuchammada w asyście wrzeszczącej czeredy. Na próżno kupiec podparł drągiem furtę. Nadaremnie błagał strażników o litość. Furtę wyłamano, kupca oraz jego wiernego sługę za stawianie oporu skopano i pobito do nieprzytomności, po czym zgraja strażników emirowych rozbiegła się po pokojach. Węsząc i myszkując wszędzie grabiła przy okazji co cenniejsze przedmioty. Złotem i klejnotami upychała sobie kieszenie. Dzie­wczęta znaleziono dopiero w iczkari - żeńskiej połowie domu. Z wrzaskiem triumfalnym uwięziono je do pałacu.

Mroczna noc zapadła nad grodem. Następnego ranka cztery czarne arby na wysokich kołach, zaprzężone w cztery kłapouche osły, powoli opuściły wrota twierdzy. Mieszkańcy dobrze wiedzieli, co to znaczy. Dziewczęta nie chciały ulec emirowi i na jego rozkaz zostały zamordowane.

Szalejący z rozpaczy ojciec postanowił uczcić pamięć nieszczęsnych córek. Sprzedał dom wraz ze wspaniałym ogrodem i wszystkim, co ocalało po grabieżczej wizycie strażników spieniężył stada wielbłądów i koni, zaś za uzyskane srebro kazał wybudować muzułmańską uczelnię - medresę uwieńczoną czterema wysokimi kopułami, podobnymi do siebie jak cztery topole posadzone o jednej godzinie. A ponieważ córki jego były piękne, jeszcze dziś urzekają przechodniów swą niezwykłą urodą cztery turkusowe kopuły budowli...

Zaledwie przebrzmiały stówa Nasreddinowe, z ciemnego kąta wyprysnął mułła w śnieżnobiałym zawoju na głowie. Wściekły niczym głodny szerszeń doskoczył do mędrca i młócąc rękoma powietrze, zaczął wrzeszczeć na całe gardło;

- Cztery minarety? Cztery turkusowe kopuły podobne do siebie jak cztery topole posadzona o jednej godzinie? Afandi, wszakże to medresa Czor-Minor, która od dawna sterczy w Bucharze, niedaleko stąd, pośrodku dzielnicy zamieszkanej przez ludzi prostych, tkaczy i siodlarzy. A ten bezwzględny władca, okrutniejszy od dziesięciu zgłodniałych, krwiożerczych tygrysów, to przecież emir bucharski, pradziad naszego miłościwego pana i władcy. Afandi, za takie gadanie oprawca więzienny powinien wyrwać ci jęzor wraz z korzeniami. A jeszcze lepiej postąpiłby, gdyby uciął ci tę bluźnierczą głowę i wystawił ją na widok pu­bliczny na Bazarze Powroźniczym ku przestrodze innym podob­nym zuchwalcom.

- Cztery turkusowe kopuły w Bucharze? Czor-Minor? Pra­dziad naszego pana okrutniejszy od dziesięciu krwiożerczych ty­grysów? - Hodża Nasreddin zdumiał się. - Ja tego nie powie­działem. Wszyscy słyszeli. To ty powiedziałeś. A trudno, abym ja odpowiadał przed władcą za słowa, które nie z moich, lecz z two­ich ust wypłynęły. Na drugi raz, bacz, co mówisz, nierozważny sługo Allacha. Za podobną paplaninę wierne pachołki emira w każdej chwili mogą pochwycić cię i wtrącić do więzienia. Do lo­chów zindana, z których człowiekowi za życia niełatwo się wydo­stać z powrotem. Powinieneś być znacznie ostrożniejszy, jeśli pragniesz w zdrowiu doczekać się wnuków i prawnuków.

Mułłę o wielkich uszach znano doskonale w całej Bucharze. Wiedziano, że niebezpieczny ten szpicel, zaprzysiężony sługus naczelnika policji, wydał w ręce kata niejednego z ludzi porząd­nych, których jedynym przewinieniem było to, że w trudnej chwili nie zdołali utrzymać języka na wodzy. Nic zatem dziw­nego, że ze wszystkich stron odezwały się głosy popierające Hodżę Nasreddina:

- Słusznie powiada afandi. Niepotrzebnie szkalujesz pradzia­da naszego emira. Niepotrzebnie porównujesz go do zgłodniałego, krwiożerczego tygrysa. A nawet dziesięciu. Za podobne ględzenie może cię spotkać kara najsroższa. Oprawca emirowy z uciechą pozbawi cię szalonej głowy. Niebezpieczną grę prowadzisz, zuch­wały sługo Allacha.

Zaskoczony mułła zaniemówił. Bez słowa toczył wściekłym wzrokiem wokoło i nic nie pojmował. Ani rusz nie mógł zrozu­mieć, w jaki sposób bluźniercze słowa Hodży Nasreddina obróci­ły się nagle przeciwko niemu. Kwadrans przeminął, zanim wre­szcie pojął, iż sytuacja, w jakiej nieoczekiwanie się znalazł, może się dla niego bardzo smutno skończyć. Wobec wielu mężczyzn, świadczących za tym przemądrzałym bucharskim filozofem? w pojedynkę nie zdoła przecież przekonać głównego sędziego emiratu o dowodach winy Hodży Nasreddina.

Niespokojnie rozejrzał się dookoła, jak gdyby chciał natrafić choćby na jednego świadka, który stanąłby po jego stronie. Ale takiego nie znalazł. Burcząc więc pod nosem mało zrozumiałe wyrazy, przytrzymał ręką zawój opadający na oczy i chyłkiem wysunął się z czajchany. Umykającego pożegnały głośne śmiechy i żartobliwe docinki.

- Teraz, kiedy pozbyliśmy się już tego skorpiona w ludzkiej skórze, możesz spokojnie mówić dalej, afandi. Nikt nam więcej przeszkadzać nie będzie w biesiadzie i w opowieściach - odezwał się sędziwy Ibrachim, złotnik o najzręczniejszych palcach w Bucharze, nalewając do czarki mędrca kilka łyków gorącej jak piekło, zielonej herbaty.

- Niechętnie powracam myślami do chwil młodości, o czci­godni. Niechętnie zawracam bieg języka w kierunku jednej z przedziwnych stronic księgi mojego żywota. Skoro nalegacie, opowiem - rozpoczął Hodża opowieść przyobiecaną jeszcze przed wędrówką do Samarkandy. - Działo się to w Bagdadzie w owych latach, gdy na widok hebanu mojej czupryny kruki sza­rzały z zawiści, a nogi moje poruszały się lekko nie pomnąc, iż dźwigają niemałą przecież kopułę tułowia.

Bagdad, kołyska wielu marzeń młodzieńczych, to miasto z set­kami łaźni i kąpielisk, miasto baśniowych pałaców, meczetów, medres i bazarów, stolica świata, w której zachowały się niezli­czone ślady minionego przepychu i tak jeszcze niedawnego bo­gactwa. Czy wiecie, o czcigodni, że w samym tylko pałacu kalifa Al Mamuna znajdowało się trzydzieści osiem tysięcy drogocennych kobierców i dwadzieścia dwa tysiące nie mniej wspaniałych dywanów, ręcznie tkanych przez Persów, zaś w stajniach tegoż kalifa, w Samarkandzie, rżało niegdyś sto tysięcy czystej krwi wierzchowców?

A jednak musiałem Bagdad opuścić. Porzucić, i to jak najry­chlej.

Pytacie o skorpiona przyczyny, czcigodni? Siądźcie wygodniej, opowiem.

Znęcony beztroskim i sprawiedliwym losem wojaka - wy­baczcie, tak naiwne wyobrażenie miałem naówczas o świecie i o życiu - a chyba jeszcze bardziej poganiany biczem niedo­statku, zjawiłem się któregoś poranka na dziedzińcu pałacowym w nadziei, że los poda mi natychmiast szkarłatne, bufiaste szara­wary żołnierza.

Powiada się, iż szczęście jest najwierniejszym sprzymierzeń­cem śmiałości. Widocznie w owej chwili musiał sterczeć przy mnie ten sprzymierzeniec, skoro wzrost mój i postawa utkwiła w oku wezyra, dowodzącego oddziałami łuczników całej środko­wej Persji.

Tak więc, choć nie posiadałem krewnych ani znajomych, którzy mogliby szepnąć za mną słowo w wysoko zawieszone ucho, zostałem dopuszczony do egzaminu.

Chcecie wiedzieć, na czym polegał ów sprawdzian bojowego ducha? Posłuchajcie zatem, o czcigodni.

Egzamin odbywał się w obecności ministra wojny oraz świty dworskiej, spragnionej męskiej rozrywki. Spośród chętnych do przywdziania żołnierskiego stroju namiestnik straży pałacowej wywołał mnie pierwszego. A kiedy wyłuskałem się z tłumu ochotników, rozkazał:

- Stań tutaj, młodzieńcze. I nie ruszaj się z miejsca, jeśli chcesz zakosztować radości oglądania jutrzejszego wschodu słońca.

Oddalony o kilkanaście kroków łucznik, z gębą zadumanego dromadera, sięgnął do kołczana. Strzelanie do żywej tarczy w służbie wielkiego wezyra było dlań chlebem powszednim, dla mnie chleb ten miał jednakże smak strąka pieprzu, faszerowa­nego ozorem wściekłego szakala.

Wierzcie mi, czcigodni przyjaciele, nie bałem się łucznika. No­sił na głowie fez z zielonym chwastem - co było oznaką pierw­szego strzelca w całym sułtanacie. Wierzyłem głęboko, że taki nigdy nie chybia. Obawiałem się jedynie jego strzały, która, jak każda istota rodzaju żeńskiego, mogła mieć przecież własne ka­prysy.

“Osadź rumaka bojaźni, Hodżo. Nie daj się ponieść” - powta­rzałem nieustannie w myślach. Ha, niestety. W momencie, w któ­rym ujrzałem łuk skierowany w moją stronę, rumak ów stanął dęba, po czym gnany batogiem strachu zaczął wyprawiać prze­dziwne harce. Serce podbite kopytem bachmata lęku podskoczyło do góry, grzęznąc aż w gardle. Zmartwiałem.

Łucznik naciągnął cięciwę.

Pierwsza strzała przedziurawiła mi chałat z prawej strony, druga z lewej. Trzeci pocisk porwał mi nowiuteńki fez z głowy i unosząc kilkanaście kroków, wpakował go w stertę wielbłądzie­go nawozu.

Głos ministra wojny nakazał powrócić do przytomności.

- Bałeś się, młodziku?

- O tak, panie - wyjąkałem z trudem.

Wezyr zaprotestował:

- Nie łżyj. Tak nie zachowuje się człowiek o naturze smrodliwej hieny. Obserwowałem cię uważnie. Ani jeden muskuł niej drgnął na twym obliczu nawet w chwili, gdy łucznik z mojego rozkazu wymierzył ci w oko.

Czyż miałem przekonywać wezyra, że trudno poruszać muskułami człowiekowi skamieniałemu z trwogi? Minister wojny ciągnął dalej:

- Cieszysz me źrenice, młodzieńcze. Jeśli rękę masz równie twardą jak serce, będzie z ciebie wkrótce znakomity żołnierz. A kiedyś i agą może zostaniesz. Potrzeba mi ludzi nieustraszo­nych. Przyjmuję cię na służbę, gołowąsie. Pospiesz teraz do pała­cu i zgłoś się do strażnika pieczęci, wielmożnego Salema Ibn Wardżaniego. Łucznik zmarnował zupełnie twoją odzież, niechaj w zamian z mojego rozkazu wydadzą ci w pałacu nowy chałat i fez nowy.

- I spodnie, wielki wezyrze.

Minister zdumiał się:

- Przecież łucznik nie zniszczył ci spodni?

- Łucznik nie, ja sam.

I to był koniec świetnie zapowiadającej się kariery w służbie wezyra do spraw wojny. Moja odpowiedź obuchem wściekłości zdzieliła w głowę dostojnika, a oburzenie odjęło mu na moment dar wymowy.

Chwilę tę wykorzystałem w sposób najwłaściwszy. Cóż, w tru­dnej sytuacji ucieczka jest po prostu zwykłym aktem przezor­ności.

Strzała wypuszczona z łuku wydawała się być kulawym żół­wiem w porównaniu z chyżością nóg mojego wiernego kłapoucha. Zwierzęcia, które nozdrzami przeczucia pochwyciło zapach śmierci.

Wielokroć słońce przegnało księżyc z powały niebios, nim pę­dzony kańczugiem lęku ujrzałem w oddali kresę Wściekłej Rze­ki. Dżejchun, czyli Amudaria, matka wód naszych, w nieskończo­nej swojej wędrówce spieszyła od Hindukuszu aż do Jeziora Aralskiego, po drodze pracowicie obdzielając wodą wydrążone kory­tarze aryków, kanałów niosących wilgoć ziemi.

Wyczerpany z głodu i pragnienia, popychany resztkami sił, stanąłem wreszcie nad brzegiem Amu-darii. Rozlewne wody wściekłej rzeki z lekkim, ledwie zarysowanym garbem zakrętu tworzyły w tym miejscu trudną do przebycia miedzę, szeroką na dwa do trzech lotów strzały.

Jak przeprawić się na brzeg przeciwległy? Czyżby tu miał nastąpić kres mojej ziemskiej wędrówki? Z troską w oku myszkowałem wśród rozrzuconych odłamów skalnych. Co czynić, jeśli naukę pływania za późno? Ha, tak już jest na tym nie najlepiej urządzonym świecie, że jeśli Allach podstawi komuś nogę, temu i Prorok nie omieszka przyłożyć swą laską. W tym momencie gruby Czarogbaj, siedzący naprzeciwko Hodży, odezwał się ze złośliwym uśmiechem:

- Najwidoczniej lęk przed pogonią spętał twoje myśli i pozbawił kompletnie rozsądku, afandi. Zamiast zwalać winę na Allacha i jego Proroka, trzeba było po prostu zbić choćby lichą tratwę z kilku kloców drewna.

Hodża Nasreddin pokiwał smętnie głową.

- Każdy jest mędrcom w cudzej sprawie, czcigodny Czarogbaju. Wokoło nie było nawet nędznego patyka, na którym mysz mogłaby przedostać się na brzeg przeciwny. Z piasku zaś, którego było wielkie mnóstwo, jedynie dżiny - duchy pustynne - miały uciechę, złośliwie utrudniając umęczonym nogom moim i długouchego poruszanie się po okolicy.

A jednak źrenice opatrzności czuwały nad losem istot prześladowanych. Pod urwiskiem nadbrzeżnym znajdowała się łódka, chytrze ukryta przed niepożądanym wzrokiem. Niewielka ta łupina mieściła z trudem jedną tylko osobę. Sandały, acz nieporadne, musiały zastąpić wiosła. Z najwyższym wysiłkiem udało się nam obu przedostać przez rzekę.

Tak, tak, o siwobrodzi. Powiedziałem obu i niechaj słowo to nikogo nie dziwi. Zapomniałem bowiem uprzedzić was, iż nad W ściekła Rzeką znalazło się w czasie, którego dotyczy wątek opowieści, dwóch uciekinierów. Ja oraz młody Pers, płatnerz z zawodu. Młodzieniec ten, co później z rozmowy wynikło, musiał czmychnąć z Karszy przed zemstą zakochanego naczelnika tamtejszej straży miejskiej. Powód zemsty? Chłopak ośmielił się zerwać pieczęć najstarszej córce sędziego. I za to oczekiwała go kara.

Po przeprawieniu się przez rzekę; ruszyliśmy uspokojeni na osiołkach w dalszą drogę. Za Amu-durią macki pościgu sięgnąc nie powinny. Wkrótce potem przyłączyłem się do napotkanej na szlaku karawany kupieckiej i za radą poczciwego karawanbaszy dotarłem w te okolice. Oto źródło tajemnicy mojego powrotu do Buchary przed wielu laty...

Hodża zamilkł. Zajął się zieloną herbatą usłużnie podsuniętą przez Temudżyna. Wysuszone gardło dopominało się kilku łyków wilgoci.

Zasłonę przedłużającej się ciszy zerwał Kamal, syn sędziwego Babanazara, młodzik kąpany we wrzątku:

- Afandi, wielce zajmująca była dzisiejsza opowieść. Obieca­łeś wszakże, iż będzie to jedna z przedziwnych stronic żywota Nasreddinowego. Tymczasem w słowach opowieści nic tajemni­czego nie dojrzałem. Z wartkiego nurtu słów twoich, Hodżo-aka, nie udało mi się wyłowić najlichszego nawet karaaka niezwy­kłości.

Mędrzec uśmiechnął się wyrozumiale.

- Młody jeszcze jesteś i zapewne ucho rośnie ci do wewnątrz, Kamalu. A może rozmyślałeś o czarnobrewej Dżulbar, zamiast podążać ścieżką mojej opowieści? Wiedz, ucho jest bezużytecz­ne, gdy umysł trwa w roztargnieniu. Była w moich słowach rzecz niezwykła, rzecz - chyba nie przesadzam ani odrobinę - wręcz niewiarygodna. Przypomnę ją. Niechaj zatem słowa moje staną się raz jeszcze kolczykami dla uszu waszych, o czcigodni. Powiedziałem przecież, że nad Wściekłą Rzeką znalazło się nas dwóch, a łódka mieściła zaledwie jedną osobę, a i tę z wielkim trudem. Mówiłem, iż sztuki pływania nie zgłębiłem do dnia dzi­siejszego. Umiejętność utrzymywania się na wodzie była także obca Persowi uciekającemu przed sprawiedliwością wyroku. A mimo to przeprawiliśmy się przez Amudarię. Azali nie wydaje się wam, czcigodni, ta rzecz przedziwną i tajemnicy pełną?

Zaległa w herbaciarni cisza, przerywana sapaniem ludzi za­myślonych, była jedyną odpowiedzią na pytanie bucharskiego mędrca.


- Czcigodni, a cóżeście tak nagle zamilkli? Cicho tu niczym w mysiej jamie - roześmiał się Hodża Nasreddin po dłuższej chwili. - Języki z gorąca przyschły wam zapewne do podnie­bienia. Czym prędzej przepłuczcie usta gorącą herbatą.

- Lepiej milczeć, afandi, niźli głupstwo strzelić - odezwał się ostrożnie Kamal.

- Milcząc, niewiele zgrzeszysz. Tak przynajmniej powtarzał mój pradziad. I w życiu dobrze na tym wychodził - poparł go Czarogbaj.

Uwagi swoich gości skwitował właściciel herbaciarni, Tatarzyn Temudżyn. Nachylając się nad uchem Hodży, rzekł krótko:

- Słusznie obydwaj powiadają, o afandi. Wszak to milczenie sprawia, że nawet głupek wśród uczonych może ujść za człeka roztropnego,

- Ba, lecz nie w naszym gronie - mędrzec uśmiechnął się po­nownie. - Cisza niezłą jest wymówką w trudnej sytuacji, nie zastąpi jednakże odpowiedzi na zadane wam pytanie. A czekam na nie przecież już od kilku minut.

*

Czy także i ty, człowieku o głowie rozumnej, nie możesz prze­dostać się przez wrota rozwiązania zagadki Nasreddinowej? Czyżbyś był bliskim krewnym Kamala, syna Babanazara z Bu­chary?

DAR SUŁTANA ZIEMI EGIPSKIEJ

Opowieść druga o mędrcu bucharskim występującym

na dworze emira w roli cudotwórcy

oraz o niezwykłym rozmieszczeniu rumaków

w przegrodach Stajni Błękitnej

Dwie rzeczy wprawiły dzisiaj Hodżę Nasreddina w doskonały humor. Pierwsza, to utarcie nosa wielkiemu wezyrowi w obec­ności emira i jego świty, zaś druga, to otrzymanie sakwy pełnej srebra w nagrodę za pomoc udzieloną dworskiemu koniuszemu przy rozwiązywaniu tajemniczego zlecenia, z którym nikt sobie poradzić nie potrafił.

Już ranek rozpoczął się obiecująco.

Hodża Nasreddin śpieszący zatłoczoną uliczką w stronę bazaru w pewnej chwili omal nie zderzył się z pomocnikiem głównego sędziego Buchary. Ostatecznie w fakcie tym nie byłoby nic szcze­gólnego, gdyby nie przedziwne zachowanie się kulawego Abumuslima. Pomocnik głównego sędziego dźwigał przed sobą na brzuchu olbrzymią otwartą księgę, przystawał co chwilę, czytał kawałek pod nosem, po czym kwiczał ze śmiechu, jakby go kto umyślnie łaskotał gęsim piórem pod pachami. Potem ruszał kil­ka kroków, znów przystawał, znów czytał i znów rżał na cały głos z wielkiej uciechy.

Przechodnie mijali go obojętnie zajęci własnymi sprawami. Tylko niektórzy pukali się dyskretnie palcem w czoło albo kiwali głowami ze współczuciem.

Pierwszym, który przystanął zaintrygowany niezwyczajnym za­chowaniem się sądowego pisarczyka, był właśnie mędrzec bucharski.

- Co tam czytasz, Abumuslimie? - zagadnął Hodża, na wszel­ki wypadek przytrzymując pomocnika kadiego za rękaw. - ”Czło­wiek wesoły podobny jest do słońca, albowiem rozjaśnia miejsce, w którym się znajduje” - powiedział niegdyś Poeta znający dobrze życie. Przeczytaj, proszę, kilka zdań na głos, abym i ja mógł rozpocząć dzionek w radosnym nastroju.

- Fantastyczna to księga, o afandi. Pełna wiadomości, o jakich nie śniło się ludziom najmądrzejszym z mądrych. Posłuchaj choć­by tego fragmentu: “W miejscach niedostępnych dla nóg czło­wieka rosną czarodziejskie drzewa, których olbrzymie owoce łu­dząco podobne są do ludzi. Nocą opuszczają się z gałęzi na zie­mię, a z nastaniem świtu znowu wdrapują się na swoje miejsce, aby wisieć tam do wieczora. W odróżnieniu od normalnych ludzi. są one jednakże całkowicie pozbawione rozumu”.

- Rzeczywiście interesujące. Ale cóż w tych niezwykłościach wesołego, Abumuslimie? - zdumiał się mędrzec.

- Rzecz po prostu w tym, czcigodny Hodżo-aka, że idę wol­niutko ulicą, wypatruję w tłumie znajomych i próbuję sobie wy­obrazić, kto z nich jest właśnie takim owocem bezrozumnym, pło­dem czarodziejskiego drzewa - wyjaśnił pisarczyk i znów parsk­nął śmiechem.

- Hm, trudno domyślić się, o kim mówisz, Abumuslimie. Mógłbym jednak przysiąc, iż nasz wielki wezyr jest owocem z czarodziejskiego drzewa. Tylko jakim cudem płód taki trafił do Buchary i został prawą ręką emira? Nie, to nie mieści się nawet w najpojemniejszej czaszce.

I również roześmiał się głośno. Kulawy Abumuslim natomiast spoważniał. Popatrzył Popatrzył przerażony na Hodżę Nasreddina, a następnie rozejrzał się uważnie dookoła. Zastanowił się przez moment, wystękał kilka mało zrozumiałych sylab, jeszcze raz spojrzał na mędrca, po czym już bez słowa, klapiąc sandałami na bosych nogach, pokuśtykał pośpiesznie w kierunku Arku, siedziby władcy. Donos dostarczony w odpowiednim czasie może obro­dzić garścią srebrnych monet. A takich owoców nie zbiera się przecież co dzień.

Oczywiście dla nikogo w Bucharze nie było tajemnicą, że kuszbega stojący na czele rady wezyrów należał do najgłupszych dostojników w całym emiracie. Nikt mu jednak nie śmiał tego powiedzieć otwarcie w obawie przed zemstą, jaką mógłby ściągnąć na własny kark za czyn nierozważny. Wszyscy wiedzieli, że nawet kapuściana głowa raz odcięta, nie odrasta. A cóż do­piero ta wypielęgnowana na szyi. Na kilku słów szczerości wobec pierwszego wezyra mógł sobie pozwolić jedynie Hodża Nasreddin. Co zresztą potwierdziło się w scence, jaka rozegrała się o pięćdziesiąt kroków dalej.

Na skraju ogrodu, letniej rezydencji wielkiego wezyra, krzą­tała się armia pracowitych mrówek - ludzi szczęśliwych, że tra­fiła im się sposobność zarobienia choćby kilku miedziaków. A mo­że nawet całej srebrnej tańgi?

Siedmiu pomocników murarskich w pocie czoła mieszało staran­nie glinę z sieczką nakrojoną z jęczmiennej słomy. Czterdziestu murarzy z tej mieszaniny lepiło ogrodzenie wokół ogrodu i pałacu pierwszego ministra. Zgodnie ze zwyczajem Hodża Nasreddin najpierw uprzejmie pozdrowił pracujących, a dopiero potem zagad­nął:

- Na taką wysoką ścianę trzeba zużyć mnóstwo gliny i wiele worków sieczki. Czyż nie byłoby oszczędniej uczynić ją trochę niższą? Po cóż ciągnąć mur tak wysoko?

Nadzorca pilnujący roboty i murarzy spojrzał na mędrca z góry. Warknął:

- Głupiś. Mur musi być wysoki, ażeby złodzieje tak łatwo nie przeleźli.


A na to Hodża, który kątem oka dostrzegł kuszbegę wypoczy­wającego w cieniu rozłożystego drzewa:

- Przepraszam, ale chciałbym cię, mistrzu murarski, jeszcze zapytać o jedno, bo nie jestem pewien, czy cię zrozumiałem? Żeby nie leźli w tę czy w tamtą stronę? Z ulicy do pałacu czy z pałacu wielkiego wezyra do miasta?

Huknęli śmiechem ludzie przysłuchujący się rozmowie mędrca z nadzorcą. Pokładali się z radości murarze i ich pomocnicy. I śmiano by się zapewne aż do samego wieczora, gdyby nie wrzask okrutny i pracowita pałka nadzorcy. Wierny pachołek kuszbegi wolał nie słuchać dalszych bezeceństw, głoszonych przez bezczelnego zuchwalca. Na wszelki wypadek i on rów­nież pośpieszył potem do Arku, aby opowiedzieć komu należy o złośliwym języku Hodży Nasreddina.

Nic zatem dziwnego, że pierwszy minister, który ze zrozu­miałych powodów nigdy nie darzył mędrca sympatią, czekał tylko na jakieś potknięcie z jego strony, na okazję do słod­kiej, a zarazem najstraszliwszej zemsty. Wydawało mu się na­wet, że taka chwila nadeszła właśnie dzisiaj, w dniu wielkiego święta w Bucharze.

Pierworodny syn panującego ukończył oto lat piętnaście i z podbródkiem mchem pierwszego zarostu obrastającym wkroczył na ścieżkę dojrzałego wieku. W pałacu emira już od tygodnia skarbnik padał ze zmęczenia, dzień i noc przyjmując da­ry od poddanych. Ale jakich prezentów można spodziewać się po wiernych, którym drogę do wrót cytadeli wskazywały batogi straży miejskiej?

Były też i dary szlachetne. Na dziedzińcu pałacowym uwiąza­ny u mosiężnej klamry rżał i sypał iskrami kopyt wspaniały podarunek sułtana ziemi egipskiej. Szesnaście samarkandzkich tancerek nie pląsałoby wdzięczniej od pełnej krwi bachmatów o tak szlachetnej budowie i ruchach, iż zdawać by się mogło, że ojcem ich był huragan, a matką kwiat lilii. Chytry sułtan Egiptu znał wszelkie słabostki bucharskifgo władcy. Wiedział, że emir uwielbia rumaki wynosząc je ponad wszelkie rozkosze tego świata. Nie darmo wszakże nawet w najbardziej odległych pro­wincjach mawiano, że gdy jakiś wierzchowiec raz, dostanie się do emirowych stajen, choćby miał tylko trzy i pół nogi zamiast czterech, już tam ugrzęźnie do ostatnich dni swoich.

Szesnaście lotnych niczym strzała wyścigowych arabów to tak­że dar napełniający radością wzrok wszystkich mężczyzn i eunuchów słonecznej Buchary. Czas gonitw konnych zapowiadał się zatem wspaniale.

Napęczniały dumą i syty zadowoleniem, bo któż śmiałby zwątpić w niedalekie już zwycięstwa arabów, emir rozkazał.

- Niechaj nadworny koniuszy strzeże tych wierzchowców jak źrenic własnych oczu, niech troszczy się o nie jak samica orła birkuta o swe pisklęta, niech dba o ich wygląd nie skąpiąc nigdy chyżonogim czystego owsa i trzciny cukrowej. I niechaj umieści rumaki w Stajni Błękitnej przy pałacu tak, aby mogły wywoły­wać radość - o każdej porze dnia i nocy - na obliczu mego najstarszego syna.

Naczelnik stajen emirowych przerażony niefortunnym dlań obrotem sprawy usiłował nieśmiało oponować:

- O prześwietny ośrodku wszechświata, w Stajni Błękitnej jest zaledwie piętnaście przegród, a koni jest przecież szesnaście. Nie mogę spełnić twojego życzenia, o władco. Błagam cię, racz zgodzić się, abym jednego wierzchowca mógł umieścić gdzie in­dziej...

- Uważaj, co mówisz, nędzniku. Język twój igra z głową two­ją. Czyżbyś nie wiedział, iż dzielenie prezentu to zła wróżba dla pierworodnego? Jak śmiesz przeciwstawiać się mądrości moich poleceń? Wiesz, co cię czeka, marny robaku, jeśli nie wypełnisz rozkazu?

Zaiste, ustawienie szesnastu pełnych ognia rumaków w pię­tnastu przegrodach stajni tak, aby każdy z nich stał osobno, nie mogło należeć do spraw zwykłego rozumu. Wielki koniuszy oczy­ma wyobraźni widział już swą głowę toczącą się z Łagodnego Pagórka Skazańców.

Biedak pojął, iż pozostała mu ostatnia szansa. Ułamek szansy. Cień szansy. Płocha nadzieja, że uda się zmiękczyć serce tyrana. Tylko czy kto kiedy zmiękczył kamień? Jak długi runął na zie­mię. Plackiem rozpłaszczył się przed tronem.

- O władco świata, ja cudów robić nie potrafię - wyjęczał tłukąc czaszką o płytę kamienną, aż zadudniło. - jedynie Pro­rok, a i to za zgodą Allacha, mógł czynić cuda. Panie szlachetnego serca, ostojo wyrozumiałości, nie żądaj cudów od zwykłego śmiertelnika.

- Phi, cuda, jakie robili dawniej prorocy potrafi dziś każdy śmiertelnik. Byle miał głowę na karku - zauważył Hodża Nasreddin głosem tubalnym tak, aby usłyszano go w najodleglejszym kącie komnaty tronowej.

Na dźwięk słów mędrca premier rady wezyrów podskoczył gwałtownie, jakby mu skorpion wlazł na duży palec.

- Władco dostojny, słyszałeś? Słyszałeś bluźniercę? - zwrócił się w kierunku monarszego krzesła i, nie czekając na odpowiedź, wrzasnął na Hodżę Nasreddina: - Jesteś śmiertelnikiem, prawda? Tego nie możesz zaprzeczyć, prawda? A więc i ty mógłbyś zrobić cud?

Mędrzec skinął głową.

- Naturalnie mógłbym.

Dostojnicy nadstawili uszu. Rozmowa między tymi dwoma za­powiadała się interesująco. Ciekawe powinna mieć też i zakończenie.

- I wskrzesić umarłego potrafisz? - pytał dalej gorączkowo wielki wezyr w nadziei, że wreszcie udało mu się dopaść Hodżę Nasreddina. Dokuczliwego mąciciela spokoju, przez którego figle i psikusy nabawił się czterdziestu dolegliwości. I chronicznego kataru kiszek, i bezsenności, i bólów głowy, i braku apetytu na najlepsze nawet smakołyki.

Tymczasem mędrzec wzruszył tylko ramionami i odpowiedział spokojnie jednym słowem:

- Potrafię.

- Łżesz. Nikt ci nie uwierzy.

- Ależ to wcale nie takie trudne, jak się może wydawać lu­dziom ciężko myślącym, pozbawionym odrobiny wyobraźni.

Dusza premiera rady wezyrów skakała z radości. Nasreddin wpadł w pułapkę. W sidła, z których sam diabeł nie zdoła go wydostać za żadną cenę.

- Wielki emirze - zawołał dostojnik triumfalnie nie tając uciechy - przykaż temu blagierowi, temu bezczelnemu zuch­walcy porównującemu się do świętych proroków islamu, uczy­nić cud tutaj, wobec wszystkich.

- Jeśli pan nasz wyrazi łaskawie zgodę, mogę uczynić cud choćby zaraz.

To mówiąc, Hodża Nasreddin zbliżył się do naczelnika nukierów stojącego nieruchomo tuż przy tronie. Bez słowa wyciągnął mu szablę z pochwy, zaś do sługi sterczącego z ogromnym wachlarzem za plecami emira rzekł głośno:

- A ty pędź szybko do kuchni pałacowej i powiedz, aby mi co rychlej przygotowano miskę klajstru z miałko zmielonej jęcz­miennej mąki.

Następnie skłonił się przed tronem.

- Jestem gotów, panie wielki - oświadczył. - A teraz każ pierwszemu wezyrowi uklęknąć tu na kobiercu.

- A po co? - zainteresował się emir.

- Wszyscy zobaczą za chwilę. Jednym uderzeniem tej oto szabli odrąbię głowę kuszbedze. Po kwadransie posmaruję jęcz­miennym klajstrem i przylepię z powrotem do karku. Pierwszy wezyr ożyje natychmiast. Przekonasz się o tym, panie wielki, na własne źrenice.

Władca zwrócił się do premiera rady wezyrów:

- Ten pomysł mi się nawet podoba. A co ty na to, mój wier­ny kuszbego?

Wielmoża zzieleniał -z przerażenia. Oczy rozbiegły mu się ze­zem na wszystkie strony. Wyjąkał pośpiesznie, z trudem łapiąc oddech:

- O szlachetny władco świata, ja ani przez chwilkę nie myśla­łem poważnie o tej próbie. Żartowałem tylko. Doskonale wiedzia­łem, że Nasreddin rzeczywiście potrafi czynić cuda. Wspaniałe cuda. Fantastyczne cuda. Szkoda więc czasu na doświadczenia, które nic nowego nie wniosą. A poza tym boję się, że klej może być nie najlepszej jakości i głowa mi przyrośnie krzywo. Kto wie, czy nie nosem do tyłu?

Tymczasem Hodża Nasreddin ponownie skłonił czoło przed tronem. Nie chciał opuścić Arku, zanim nie zdoła uratować nie­szczęsnego naczelnika stajen. Wielki koniuszy nie zasługiwał przecież na los skazańca.

- Panie wielki, pozwól, abym zamiast cudu z jęczmiennym klajstrem i czerepem pierwszego wezyra dokonał rzeczy stokroć praktyczniejszej. A mianowicie zajął się rozmieszczeniem ruma­ków egipskiego sułtana w Stajni Błękitnej,

Emir skinął głową przyzwalająco.

- Spróbuj, Hodżo. Jeśli ci się uda, otrzymasz sakwę pełną srebrnych dirhemów.

Mędrzec skrzyżował ręce na piersiach i zaczął wyjaśniać wolno i wyraźnie:

- Zawieś ucho na słowach moich, o sprawiedliwy władco Wschodu i Zachodu, Południa i Północy. Odtrąć myśli niepoko­ju, zbudzone przez wielkiego koniuszego. Gdzież on był, gdy obdzielano wszystkich rozumem? Rozkaz twój, panie wielki, roz­jaśnił mi umysł. Oto źrenicami rozsądku ujrzałem właściwe wy­konanie dostojnego polecenia. Posłuchaj tylko. Postępować nale­ży w taki sposób: do pierwszej przegrody trzeba wprowadzić dwa rumaki. Nie marszcz brwi, o prześwietny. Dwa bachmaty arab­skie pozostaną w tej przegrodzie zaledwie tyle czasu, ile wymaga przygotowanie najprostszego posiłku z bakłażanów przez zręcz­nego kucharza. A więc, do drugiej przegrody niechaj słudzy wprowadzą rumaka trzeciego, do trzeciej - czwartego, do czwar­tej - piątego, do piątej przegrody - wierzchowca szóstego, do szóstej - siódmego, do siódmej - ósmego, do ósmej - dziewią­tego, do dziewiątej - dziesiątego, a do dziesiątej przegrody nie­chaj będzie wprowadzony rumak jedenasty.

Uff, racz wybaczyć, o władco, iż język twego wiernego sługi nie nadąża za myślą, zasapałem się... A zatem dalej, do przegro­dy jedenastej niech słudzy wprowadzą bachmata dwunastego, do dwunastej przegrody - konia trzynastego, do trzynastej - czternastego, i wreszcie do przegrody czternastej niechaj wpro­wadzą piętnastego wierzchowca. Wolna pozostała już tylko prze­groda piętnasta, nieprawdaż? Do niej więc wprowadzić należy szesnastego rumaka, przebywającego - jak wszyscy doskonale pamiętamy - chwilowo w przegrodzie pierwszej. Tym prostym sposobem szesnaście bachmatów - wielki dar sułtana ziemi egip­skiej - znajdzie się w Stajni Błękitnej o piętnastu przegrodach. Czy sprawiedliwy władca świata jest zadowolony z rozmieszcze­nia chyżonogich przez jego pokornego sługę?

Emir skinął głową na znak, że zgadza się z rozwiązaniem za­proponowanym przez mędrca Buchary. Dworacy zacmokali głoś­no, pełni uznania dla niepospolitych zalet rozumu Nasreddinowego. A głowa naczelnika stajen poczuła się znów bezpieczna na swym przyrodzonym miejscu.

Po powrocie do domu Hodża Nasreddin zamknął starannie fur­tę od ulicy, woreczek nabity srebrem ukrył w tajemnym schow­ku w ciemnym kącie pod dywanem i dopiero wówczas wyszedł na podwórze. Legł wygodnie w cieniu baldachimu z winogrono­wych liści, aby odsapnąć po wrażeniach, jakich nie szczędził mu dzień dzisiejszy.

Z drzemki wyrwało go uporczywe, głośne stukanie. Dźwignął się i poszedł otworzyć. Za furtą stał Bababułła, piekarz bucharski od dawna zaprzyjaźniony z mędrcem.

-Salam alejkum, pokój z tobą, afandi.

- Waalejkum salam, i z tobą pokój, przyjacielu. Dawno cię nie widziałem - Hodża ucieszył się. - Wejdź, proszę, do środ­ka. Zaraz podam zieloną herbatę i wszystko co trzeba.

- Przybiegłem, bo niepokoję się o ciebie, afandi. Podobno zno­wu zadrwiłeś publicznie z emira i z jego prawej ręki, kuszbegi, łotra spod najciemniejszej gwiazdy?

- Już słyszałeś?

- Przed chwilą ludzie opowiadali na bazarze o głowie pierw­szego wezyra podlepionej jęczmiennym klajstrem. Radowali się z figla, jakiego spłatałeś znienawidzonemu kuszbedze. A sam wiesz, iż dobre wieści skrzydeł nie potrzebują. Lecą szybciej od najśmiglejszego sokoła.

Mędrzec uśmiechnął się tylko.

- Powinieneś postępować rozważniej - ciągnął dalej piekarz.

- Władca ma wielkie oczy, ogromne uszy i bardzo długie ręce.

Wiem, wiem doskonale, że nie jesteś strachliwy Ale pamiętaj, co mówi przysłowie: “W Bucharze więcej się zyska lisim ogo­nem niźli lwim pazurem”.

- Nie obawiaj się o całość mojej skóry, Bababułło ,,Męstwo jest cnotą, dopóki nim rozum kieruje” - powiada przecież inne przysłowie.

- Widziałem raz pole bitwy usiane wojownikami. Po śmier­ci trudno było odgadnąć, kto z nich za życia wyróżniał się męst­wem, a kto miał serce zajęcze - Bababułła pokiwał smętnie gło­wą. - Mówisz jednak o rozumie, to dobrze. Tu bardzo dobrze. Pamiętasz, prosiłem cię przed tygodniem, abyś wykazał rozwagę i zniknął na pewien czas z oczu emira i zawistnych wielmożów. Na rok, na pół roku albo choćby na miesiąc. Zrób tak, może wte­dy dostojnicy zapomną o zemście?

Hodża Nasreddin uścisnął gorąco dłonie przyjaciela i wyjaśnił;

- Ja zaś powiedziałem ci wówczas, Bababułło, że dopóki żyje obecny władca, najmniejszy włos nie spadnie mi z głowy. Posta­rał się o to mój wierny druh, Muchammad Astrolog. Przed pięciu laty udało mu się wmówić emirowi, że w siedemnaście dni po moim zgonie także i władca przeniesie się na wieki do nieba albo do piekła. A zatem w interesie władcy jest, abym żył jak najdłużej. O własną głowę jestem absolutnie spokojny.

- A jeżeli któregoś dnia szatan porwie emira z krzesła mo­narszego i wrzuci do piekła? Co wtedy, afandi? - zaniepokoił się ponownie poczciwiec.

- Jeśli diabli porwą na własność emirową duszę, nie będę mieć innego wyjścia poza szybką ucieczką. Natychmiast zniknę z Buchary i starannie pozacieram wszelkie ślady, by uniemożli­wić pościg naczelnikowi sarbazów. Rozum tak dyktuje. Zresztą, zgodnie z przysłowiem, które wspomniałem przed chwilą: “Mę­stwo jest cnotą, dopóki rozum nim kieruje”.

- Jeszcze jedno, afandi. Na bazarze ludzie powiadali, że roz­mieściłeś szesnaście rumaków w piętnastu przegrodach stajni pa­łacowej tak, aby w każdej stał samotny wierzchowiec. Czy to możliwe? Zastanawiałem się nad rozwiązaniem niezwykłego pro­blemu przez całą drogę, ale niczego rozsądnego nie wymyśliłem.

- Daję ci jeszcze kilka minut do namysłu, Bababułło. Zaraz tutaj wrócę. Jeśli sam nie rozwikłasz zagadki, wyjaśnię ci wszystko.

Po tych słowach mędrzec roześmiał się wesoło, a następnie przeprosił piekarza na moment i zniknął w drzwiach domu. W imbryku z herbatą pojawiło się dno. Pora najwyższa, ażeby zaparzyć kolejną porcję kok-czaju ułatwiającego dysputę dwóm dorosłym mężom.

*

Zanim Hodża Nasreddin powróci z wrzątkiem zielonej herbaty może i ty, człowieku o głowie pełnej oleju, zdążysz rozwiązać zagadkę, która dziś uratowała życie wielkiemu koniuszemu emi­ratu?

HODŻA POSZUKUJĄCY UKRYTEGO SKARBU

Opowieść trzecia o niegodziwym postępku Jangibaja

wobec biednego cholewkarza,

o trzech dostojnikach bez sumienia

o figlu najsprytniejszego z bucharczyków

Filozofowie znający doskonale wszelkie nauki powiadają, że mrówka jest wzorem pracowitości na tym świecie. Jeśli prawdą jest, co mówią najmądrzejsi z mądrych, to cholewkarz Mamajusup z pewnością był mrówką pośród ludzi. I to mrówką nie byle jaką, lecz taką, która haruje każdego dnia od świtu do północy, a często jeszcze dłużej.


Przez całe swoje skromne życie cholewkarz Mamajusup wyra­biał chodaki z twardej skóry, zaś w wolnej chwili sadził, podle­wał, przycinał i pielęgnował drzewka owocowe na kawałeczku ziemi odziedziczonej po ojcu, który przedtem odziedziczył ją po dziadku, a który z kolei odziedziczył ją po pradziadku. Z cza­sem cholewkarz doczekał się sadu, przynoszącego co roku kosze złocistych moreli, dorodnych śliw, brzoskwiń, jabłek i soczystych granatów.

Nic zatem dziwnego, że dla cholewkarza Mamajusupa sad był wszystkim w życiu. Natomiast dla jego sąsiada, zamożnego i chci­wego Abdurasuła Jangibaja, był po prostu łakomym kąskiem, niczym więcej. Bogacz o sercu maleńkim, a i to toczonym przez robaka zawiści, od dłuższego czasu marzył o przyłączeniu sąsiedz­kiego sadu do własnych posiadłości. Spać nie mógł spokojnie roz­myślając po nocach nad sposobem, w jaki dałoby się zawładnąć ogrodem upartego niczym kozioł cholewkarza. Kłopot bowiem polegał na tym, że ilekroć bogacz wyrażał chęć zakupienia ka­wałka ziemi z owocowymi drzewami, tylekroć biedak kręcił głową przecząco i odpowiadał niezmiennie:

- Nie chcę nawet słyszeć o sprzedaży sadu, czcigodny Jangibaju. To, co prawda, niezbyt wielki ogród, ale nie masz pojęcia, jakich trudów i ilu wyrzeczeń, ile żmudnej pracy kosztowało mnie, zanim doprowadziłem go do obecnego stanu. Dzisiaj sad ten stanowi całe moje bogactwo, jest mi najdroższy ze wszyst­kiego na świecie. Przedstaw sobie, czcigodny Jangibaju, codzien­nie spaceruję po jego ścieżynkach i jestem w pełni szczęśliwy. Lata biegną, a przecież każdego dnia radują się w sadzie moje oczy, niestety, coraz gorzej widzące i serce bijące coraz słabiej.

Po roku bezskutecznych nagabywań bogacz zrozumiał, iż z bie­dakiem nigdy nie zawrze oficjalnej umowy o kupno jego sadu. Musi więc znaleźć jakieś inne wyjście, które pozwoliłoby mu za­władnąć skrawkiem ziemi oraz drzewkami sąsiada upartego jak kulawy kłapouch. Naturalnie wbrew woli i bez zgody dotych­czasowego właściciela.

O chytrym podstępie Abdurasuł Jangibaj myślał nieustannie. Aż w środku którejś bezsennej nocy wreszcie zniósł długo ocze­kiwane jajko.

Natychmiast wyskoczył spod kołdry i na bosaka popędził do gościnnej komnaty, do schowka pod podłogą. Z tajemnej skrytki wydobył pieniądze przeznaczone na kupno, Mamajusupowego sa­du, podzielił je na trzy nierówne części, po czym wsypał do trzech sakiewek z jagnięcej skórki. A z samego odział się w atłasowy chałat malinowej barwy i udał się z wizytą do waż­nych osobistości grodu.

Pierwszą sakiewkę ze szczerozłotymi monetami Abdurasuł Jangibaj wręczył głównemu sędziemu Buchary, drugą, dwa razy cięższą od poprzedniej, naczelnikowi miasta, zaś ostatnią, aż trzykrotnie cięższą, ofiarował w pałacu wielkiemu wezyrowi, jed­nookiemu Muzaffarowi. Każdemu z nich opowiedział przy tym następującą bajeczkę:

- Śniło mi się wczoraj w nocy, że zmarły ojciec mojego są­siada był winien mojemu zmarłemu ojcu sto monet w złocie. Dług rzecz święta. Żądam zatem w imię sprawiedliwości, aby sąsiad mój, cholewkarz Mamajusup, zwrócił mi te ojcowskie mo­nety, arabskie dinary, bite z czystego złota. Jeśli natomiast nie stać go na podobnie wysoką sumę, gotów jestem okazać dobre serce i w zamian wziąć jego niewielki sad. Co mówię, jaki sad? Wszakże to marny sadzik z marnymi drzewkami dodzącymi rów­nie marne owoce. Czcigodni, czy mam rację?

- Oczywiście - odpowiedział główny sędzia Buchary nie mrugnąwszy nawet powieką.

- Oczywiście - odpowiedział naczelnik miasta i wydął po­gardliwie policzki.

- Oczywiście - odpowiedział Muzaffar, pierwszy minister emiratu i, podobnie jak jego obydwaj poprzednicy, wsunął sa­kiewkę ze złotem do kieszeni bufiastych szarawarów, Dziewięć­dziesiąt monet ze szlachetnego kruszcu miało swoją wagę. Po­zwalało wielkiemu wezyrowi złożyć podpis pod najbzdurniejszym nawet wyrokiem.

W najbliższy piątek wezwano cholewkarza Mamajusupa przed oblicze głównego sędziego Buchary. Na próżno nieszczęśnik opo­wiadał kadiemu o narodzinach sadu, na próżno błagał go o odro­binę sprawiedliwości, o okruszynkę serca, o ździebełko sumienia, na próżno zaklinał się na Allacha, że mówi szczerą prawdę, naj­szczerszą. Wszystko nadaremnie. Albowiem nie zdarzyło się jesz­cze na tym lichym świecie, żeby szczera prawda wygrała ze szczerym złotem.

Po wysłuchaniu obydwu stron sędzia ogłosił przygotowany za­wczasu wyrok. A na wyroku przystawił olbrzymią, urzędową pieczęć. I klamka zapadła. Od tej chwili ogród z owocowymi drzewami cholewkarza Mamajusupa miał należeć na wieki do wielmożnego Abdurasuła Jangibaja.

Natychmiast po usłyszeniu wyroku Mamajusup pobiegł co tchu do naczelnika miasta. Wręczył mu nowe buty w darze, a potem opowiedział dzieje swojej krzywdy. Naczelnik prezent przyjął, skargi wysłuchał jednym uchem, po czym oświadczył, iż wyrok jest jak najbardziej słuszny, i bez ceregieli kazał sługom wyrzu­cić biedaka na ulicę.

Cóż miał robić nieszczęsny Mamajusup? Resztki nadziei kryły się jeszcze w monarszej łasce. Oczywiście, jeśli władca zechce ją okazać. Od tego momentu zaczął czatować na przejazd emira przez miasto. Dzień i noc warował w pobliżu bram twierdzy. Któ­regoś popołudnia poszczęściło mu się. Natrafił na władcę powra­cającego z polowania w wyśmienitym humorze. Dobry nastrój sprawił, iż emir wysłuchał łaskawie skargi przedstawionej przez cholewkarza klęczącego w piasku, a następnie polecił wielkiemu wezyrowi, aby sprawdził, kto ma rację, stary właściciel sadu czy nowy?

Naturalnie pierwszy minister ani myślał zajmować się spra­wą, która nieco wcześniej przyniosła mu w zysku sakiew­kę szczerozłotych monet. Przed władcą pochylił jednak głowę na znak szacunku i zgody, bo inaczej nie mógł. Zaś Mamajusupowi kazał stawić się w urzędzie za dwadzieścia cztery godziny.

Nazajutrz jednooki Muzaffar zbeształ cholewkarza najgorszymi słowy za to, że niesłusznymi pretensjami zawraca głowę dostoj­nemu władcy, głowę pełną trosk o losy całego państwa, a nie kilku nędznych drzewek. I nakazał strażnikom, aby czym prę­dzej wyrzucili biedaka za bramę obdarowując na drogę kilkoma kopniakami.

Na szczęście dla cholewkarza Mamajusupa jeszcze tego samego wieczora wraz z karawaną kupiecką powrócił z bazaru w Giżduwanie jego drugi sąsiad. Szlachetny i rozumny, niezwykle uczynny, nigdy nie opuszczający w potrzebie innych biedaków. A ponadto lubiący płatać figle wszelakiej maści wielmożom, za­dufanym dostojnikom dworskim oraz wezyrom. Krótko mówiąc, afandi. Czyli Hodża Nasreddin.

Kiedy tylko Mamajusup usłyszał znajomy głos dobiegający zza ogrodzenia, bezzwłocznie pobiegł do furtki sąsiada, by zakołatać z całej siły. Rozgoryczony niepowodzeniami, a zarazem i uszczęśliwiony z nieoczekiwanej odsieczy, cholewkarz wyściskał najpierw mędrca serdecznie, a następnie opowiedział mu dokła­dnie wszystko, co go ostatnio w Bucharze spotkało. Nie ominął najdrobniejszego szczegółu.

- Nic nowego mi nie powiedziałeś, przyjacielu. Od dawna wiedziałem, iż z Abdurasułem Jangibajem nie można się równać najdzikszy szakal ani hiena. Miałem już z nim do czynienia, znam go zatem dobrze - odparł Hodża przelewając z dzbanka do bezuchych filiżanek napar zielonej herbaty. - Lecz nie przejmuj się, zacny druhu. Nie damy się pożreć żywcem temu szakalowi w ludzkiej skórze. Ani tym dostojnym łotrom. Na wszelkie zło wcześniej czy później musi przecież znaleźć się skuteczne le­karstwo.

- Ale gdzie je znaleźć, o afandi? - jęknął cholewkarz Mama­jusup.

- Tutaj. Najlepszy środek na łotra mieści się tutaj - Hodża Nasreddin puknął się palcem w czoło. - Jutro o świcie zajrzyj, proszę, do mnie. Wybierzemy się we dwóch do letniej rezyden­cji emira. Złożymy mu poranną, nie czekana wizytę. Aha, jesz­cze jedno: nie zapomnij zabrać ze sobą motyki. Największej. Na zdrowym drzewcu. Bo ciężka robota nas czeka.

- Mam przyjść z motyką? - zdumiał się cholewkarz. - Afan­di, a po co?

- Będzie nam potrzebna. Zobaczysz na miejscu - odpowie­dział mędrzec i roześmiał się głośno.

Następnego dnia wraz ze wschodem słońca dwaj mężowie z ciężkimi motykami na ramionach pomaszerowali na skraj mia­sta, gdzie w rozległym parku mieście się niezbyt wielki, lecz śliczny pałacyk. Letnia rezydencja władcy, wykładana białym marmurem i przyozdobiona mozaiką ułożoną z wielobarwnych kamyków i płytek. Pałac został wystawiony przed kilkoma laty przez najznakomitszych mistrzów budownictwa oraz sztuki uzbec­kiej.

Po przybyciu na miejsce Hodża Nasreddin rozejrzał się uważnie, pomedytował, pomruczał coś niezrozumiałego pod nosem. Wresz­cie zdecydowanym krokiem podszedł do jednej z pałacowych ścian i oświadczył:

- Tutaj będziemy pracować, przyjacielu.

To mówiąc uniósł ciężką motykę wysoko ponad głowę i opuścił z całej siły. Ostre żelazo wbiło się głęboko w ziemię.

- A ty na co czekasz? Kop dziurę, zacny druhu - mędrzec skinął na cholewkarza nic nie pojmującego z tego, co się tu działo. - Przekonasz się na własne oczy, że najdalej za godzinę z tej oto jamy wylezie twój piękny sad w całej okazałości. Wraz z drzewami owocowymi i łozami winorośli.

Mamajusup popatrzył na Hodżę Nasreddina z przerażeniem i współczuciem.

“Mędrzec z pewnością stracił rozum od wielkiego gorąca na pustyni. W piekielnym słońcu zdarza się to często. Niepotrzebnie biedak jeździł do Giżduwanu” - przyszło mu do głowy. I aż się przeraził straszliwej myśli.

Hodża roześmiał się na głos:

- Ha-ha-ha, sądzisz, żem zbzikował? Nie denerwuj się, jestem przy zdrowych zmysłach. Moja głowa dawno nie pracowała tak trzeźwo jak obecnie. Jeszcze raz powtarzam, przyjacielu, jeśli pragniesz odzyskać swój sad, bierz motykę i kop. Bo w pojedynkę nie dam sobie rady.

Cholewkarz ujął oburącz drzewce ciężkiego ketmenia i ile sił w ramionach oraz tchu w płucach zaczął pomagać Hodży Nasreddinowi w niezwykłej pracy. Odgłosy uderzeń motykami roznosiły się po całym ogrodzie. Dziura z każdym uderzeniem stawała się coraz głębsza, coraz okazalsza.

Donośna praca motyk tuż pod ścianą sypialni rozbudziła emira. Uniósł głowę znad poduszki i nic nie rozumiejąc, począł nadsłu­chiwać. Wreszcie zniecierpliwiony zawołał zbrojnego strażnika drzemiącego pod drzwiami i polecił mu sprawdzić, co dziwnego dzieje się tam na zewnątrz.

Łucznik wrócił po dwóch minutach i dysząc od szybkiego biegu wykrztusił:

- Panie dostojny, pod murami pałacu dwóch szalonych ludzi robi podkop. W dziurze, jaką do tej pory zdążyli wydrążyć, z pewnością zmieściłby się największy ze słoni, przysłanych ci wiosną w darze przez indyjskiego księcia. Panie dostojny, do podkopu w każdej chwili może osunąć się ściana pałacu, przy , której stoi twoje łoże.

- Kto śmiał? Jakim prawem? - wrzasnął władca zrywając się na równe nogi.

- Jednym z nich jest dobrze znany ci Hodża Nasreddin. Dru­gim jakiś oberwaniec z siwą brodą.

Emir czym prędzej wsunął złociste pantofle na bose stopy, na grzbiet zarzucił chałat wyhaftowany złotą oraz srebrną nicią i pośpieszył do ogrodu. Chciał się przekonać naocznie, co nowego wyczynia pod murami jego pałacu filozof, znany w całej Bucharze z dziwacznych pomysłów i jeszcze dziwaczniejszych uczyn­ków.

Na widok dwóch spoconych robaków dziabiących motykami w głębokiej jamie, władca krzyknął:

- Afandi, zbaraniałeś? Cóż ty tam wyrabiasz? Czyżby jado­wity skorpion albo kobra ukąsiła cię w czaszkę dzisiejszej nocy? A może wczorajszy upał rozpuścił ci rozum na podobieństwo zjełczałego masła?

- A, to ty, panie szlachetny? Czyżbyś chciał delikatnymi sło­wy dać mi do zrozumienia, że zbzikowałem? Niestety, muszę cię rozczarować. Nic takiego się nie stało - odkrzyknął mędrzec nie wyłażąc z dołu. - Po prostu śniło mi się ostatniej nocy, że mój zmarły ojciec zakopał pod tą właśnie ścianą siedem dzbanów ze złotem i szlachetnymi klejnotami, rubinami, szmaragdami oraz perłami z Indii. Nie gap się więc tam na górze, niczym sroka w dziurawy gnat barani, lecz złaź tu do nas. Weź motykę i kop także. Połowa tego, co tutaj znajdziemy, będzie należeć do ciebie, władco Wschodu. Druga połowa nam obu przypadnie w udziale.


- Tere-fere - emir zawiosłował gwałtownie rękami. - Prze­stań błaznować i wyłaź z dziury, boś nie wnuk kreta ani polnej myszy. Ten pałac wybudowano zaledwie przed kilkoma laty. Do­brze wiesz, iż wówczas twojego ojca, mądralo, nie było już od dawna między żyjącymi.

- Oczywiście, że wiem o tym, panie szlachetny. Skleroza mi jeszcze nie zagraża - odpowiedział spokojnie Hodża Nasreddin, gramoląc się z gliniastej dziury.

- Hodżo, jeśli naprawdę wiesz, to czemu po próżnicy machasz motyką w moim ogrodzie? I drążysz w ziemi nikomu niepotrze­bną jamę?

- Przecież ci już wyjaśniłem, panie szlachetny. Nie jesteś chyba głuchy? Kopię dlatego, że miałem taki sen. Śnił mi się olbrzymi skarb ukryty w głębi tejże dziury.

- Przestań, mądralo niepojęta, bo stracę cierpliwość. Co za dureń sprawy ze snu przenosi na jawę? Co wspólnego może mieć sen z rzeczywistością?

Hodża Nasreddin pochylił się głęboko i podał rękę cholewkarzowi, aby wyciągnąć go z jamy.

- Słyszałeś, Mamajusupie, co powiedział przed sekundą spra­wiedliwy emir? Najświatlejszy następca Allacha na ziemi. Za­pamiętałeś jego słowa? Słusznie, bo wielka mądrość wypłynęła z dostojnych ust.

- Nie pojmuję, o czym teraz mówisz, afandi? - władca prze­stąpił z nogi na nogę, gubiąc przy tym złocony pantofel. - Na Allacha, jeśli nie wyjawisz mi tego idiotycznego sekretu, mogę stracić cierpliwość. A ty możesz stracić głowę.

- Wszystko ci wyjaśnię, panie sprawiedliwy - odparł mę­drzec. Po czym słowo po słowie opowiedział emirowi nieszczęsną historię sadu owocowego, odebranego podstępnie cholewkarzowi Mamajusupowi przez Jangibaja przy pomocy bucharskich wiel­możów. Opowieść zakończył pytaniem:

- A teraz, szlachetny władco, ty mi wyjaśnij rzecz, której mój rozum ogarnąć nie zdołał. Dlaczego wśród dostojników i bogaczy sen zmienia się w rzeczywistość, zaś u biedaków w puste marze­nia i w głupotę?

Emir zmarszczył czoło. Milczał. Nie bardzo wiedział, co odpo­wiedzieć.

Wówczas Hodża Nasreddin podniósł z ziemi motykę i skierował się w stronę wykopanej jamy.

- Panie wielki - rzekł odwracając na moment głowę - albo natychmiast unieważnisz niesprawiedliwy wyrok ogłoszony przez nieuczciwego sędziego, ukarzesz winnych i zwrócisz Mamajusupowi jego własny sad, albo będę kopać dziurę pod twoim pałacem tak długo, dopóki nie natrafię na siedem dzbanów wypełnionych złotem i drogocennymi klejnotami.

Emir machnął ręką zrezygnowany i roześmiał się. Na kawałku samarkandzkiego papieru, podsuniętym mu skwapliwie przez mędrca, napisał kilka słów zmieniających orzeczenie sędziego, zaś u dołu przycisnął starannie swoją pieczęć. Papier bez słowa zwrócił Hodży Nasreddinowi, który również w milczeniu przeka­zał go Mamajusupowi. W tym momencie niewątpliwie najszczę­śliwszemu człowiekowi pod słońcem.

*

Żarłoka poznaje się po wzgórzu brzucha, człeka rozumnego por pojemności czaszki. Zanim rozstaniemy się z cholewkarzem, któ­ry sad odzyskał dzięki roztropności Hodży Nasreddina, spróbuj obliczyć, młodzieńcze myślący, ile złotych monet stracił bogacz Jangibaj na przekupienie - na szczęście daremne - sędziego, naczelnika miasta oraz wielkiego wezyra?


POJEDYNEK ZE SŁOŃCEM ALLACHA

Opowieść czwarta o człowieku

oddanym Allachowi duchem i ciałem,

o zdechłej kozie, o śnie prawdziwym,

a także o zagadce ukrytej w sakiewce ze srebrem

Prawdziwy mężczyzna leje łzy rzadko albo wcale. Płaczącego Hodży Nasreddina nie widział nikt nigdy. I nagle, ku wielkiemu zdumieniu bucharczyków, Hodża popłakał się rzewnymi łzami podczas piątkowego kazania wygłaszanego w świątyni przez mułłę, który przed tygodniem powrócił z Mekki, po trzyletnim po­bycie w ojczyźnie Mahometa.

A trzeba tu dodać, iż mułła Szamsułła miał o sobie niezwy­kle dobre mniemanie. Od dawna zadufany w własną mądrość i talenty uważał się, za kaznodzieję złotoustego, który kilkoma odpowiednio dobranymi zdaniami potrafi wywołać wśród słucha­czy nastrój, jaki zechce. Uśmiech, płacz, gniew lub wzburzenie...

Usłyszawszy Hodżę Nasreddina szlochającego na głos mułła ura­dował się w głębi duszy. “Moje słowa musiały wywrzeć na tym człowieku głębokie wrażenie, skoro nie jest w stanie powstrzy­mać się od łkania; musiały wzruszyć go do łez, skoro kułakiem nieustannie przeciera powieki” - pomyślał. I nie chcąc, aby na­darzająca się szczęśliwie okazja umknęła bez śladu, natychmiast zwrócił się do wiernych zgromadzonych w meczecie:

- Spójrzcie wszyscy, oto jak płacze prawowierny muzułma­nin w godzinie modlitwy. Człowiek oddany Allachowi ciałem i duszą tak właśnie powinien reagować na słowa kazania. A teraz, zacny przyjacielu, powstrzymaj się od szlochu na chwilę i obja­śnij wiernych, które ze słów mojego kazania tak cię wzruszyły, żeś musiał zapłakać rzewnymi łzami.

- O świątobliwy, nie tyle słowa twoje, ile nastrój w świątyni wycisnął mi łzy z oczu. Posłuchaj. Wczoraj zdechła mi koza. Moja ulubiona. Ach, co za mleko dawała, smaczne i tłuste, pa­chnące świeżą trawą i ziołami. Widząc, jak energicznie potrzą­sasz swoją bródką i słysząc twój beczący głos, przyszła mi na myśl moja zdechła ulubienica i po prostu zapłakałem z żalu po niej - odpowiedział Hodża Nasreddin, pracowicie trąc palcami zaczerwienione powieki.

Mężczyźni zgromadzeni w meczecie z najwyższym trudem utrzymali powagę. Zagryzali wargi, szczypali się w uda, dep­tali sobie po odciskach, byle tylko nie parsknąć głośnym śmie­chem. Pofolgowali sobie dopiero po opuszczeniu murów świąty­ni. Jeszcze przez długie minuty na uliczkach wokół meczetu nie milkły śmiechy i wesołe okrzyki naśladujące beczący głos mułły.

,,Zemsta najczęściej bywa i głucha na obydwoje uszu, i ślepa na obydwoje oczu. Niedowidząc i niedosłysząc wymachuje mie­czem i nieraz samą sobie ogon przycina”. Tak przynajmniej twierdzili od niepamiętnych czasów ludzie bogaci nie w majątki i w złoto, lecz w lata i w doświadczenie. Tylko kto dzisiaj słucha rad prawdziwie rozumnych?

Po pamiętnym starciu w meczecie głowa mułły Szamsułły nabita była myślami o zemście. Nic dziwnego, bo wbrew czcigod­nemu imieniu świątobliwy sługa muzułmańskiej świątyni mie­ścił pod chałatem duszę czarną i serce dziurawe, bardziej dziu­rawe od zużytego rzeszota.

W śnieżnobiałej czałmie nawiniętej na łeb, olbrzymiej niczym bocianie gniazdo, mułła kroczył w kierunku hali złotników, sław­nej Taki-Sarrafon. Szedł wolno, nadęty, bacznie rozglądając się wokoło. Na tłum prostych ludzi spoglądał z góry. Zresztą, ina­czej nie potrafił. Ze swym długim nosem i wiecznie ruchliwymi źrenicami przypominał czaplę na wysokich nogach, wypatrującą w bajorze żabiej ofiary.

Na widok Hodży Nasreddina rozprawiającego z nosiwodą Bachmenjarem-bobo u stóp minaretu Kaljan, najwyższego z minare­tów Azji, mulle zaświeciły się oczy. Z tym mędrkiem bucharskim - wielbionym nie wiedzieć czemu przez wszystkich pro­staków i nędzarzy - miał wszakże porachunki nie wyrównane od tygodnia. To już siedem dni minęło od godziny, w której zwario­wany ten filozof ośmielił się w meczecie porównać go do zdech­łej kozy, ośmieszając wobec ludzi wielu.

Chcąc w rewanżu zakpić sobie z Hodży, mułła z kilkoma siwobrodymi przyjaciółmi z sąsiednich świątyń wydumał pytanie, na które nikomu z istot żyjących na tym święcie z pewnością nie uda się znaleźć rozsądnej odpowiedzi. Nadeszła pora, by przygo­towaną pułapkę odpowiednio wykorzystać w działaniu.

- Mądralo, posłuchaj. I poradź mi, bo problem niełatwy mam do rozstrzygnięcia - Szamsułła wlazł na kamień leżący tuż obok i wskazując palcem na Hodżę Nasreddina specjalnie pytał gło­śno, tak aby ujrzeli go i usłyszeli wszyscy wierni zgromadzeni na placu. - Przyśniło mi się dziś w nocy, że na drodze wiodącej do meczetu nastąpiłem na zardzewiały gwóźdź. Rano, kiedy obu­dziłem się, noga bardzo mnie rozbolała, mimo że rany żadnej nie było wcale widać. Jeszcze teraz, gdy tylko przypomni mi się tamten sen, noga zaczyna rwać mnie przeraźliwie, łupać potwor­nie od stopy aż po kolano. Sądzisz, że na ból ten można znaleźć jakieś skuteczne lekarstwo? Jeśli prawdą jest, iż połknąłeś kie­dyś siedem rozumów, z pewnością dopomożesz mi w potrzebie.

Mędrzec nie zastanawiał się ani sekundy. Natychmiast odpo­wiedział z powagą i równie głośno, by nie być gorszym od sługi meczetu:

- Naturalnie, że ci dopomogę. Wiesz przecież doskonale, że wszystkie osły w okolicy przychodzą do zdrowia tylko po moich lekach. Dam ci znakomite lekarstwo, o świątobliwy. Bardzo sku­teczne właśnie na tę dolegliwość. Wysłuchaj mnie uważnie i uczyń, jak ci radzę. A mianowicie: dzisiaj w nocy połóż się do łóżka w butach z solidnymi podeszwami.

Otaczający ich tłum prostych garncarzy, farbiarzy, cholewkarzy, tkaczy, kowali, siodlarzy i nosiwodów huknął wielkim śmiechem. Mułła Szamsułła od razu pojął, iż tym razem zemstę diabli wzię­li. Bo najwidoczniej nie kto inny, lecz sam szejtan z dna piekieł pokrzyżował mu tak dobrze obmyślane plany, stając po stronie tego prześmiewca i bezbożnika. Poczerwieniał na gębie, prychnął pogardliwie i odwrócił się na pięcie, ażeby odmaszerować jak najszybciej i nie narażać się na dalsze kpiny, aby nie służyć za tarczę dla ostrych strzał Nasreddinowego języka. Ale odejść nie zdołał. W tej samej bowiem chwili poczuł, iż ktoś pochwycił go za rękaw i przytrzymał mocno. Odwrócił się gwałtownie, by zbesz­tać zuchwalca, gdy ujrzał przed nosem uśmiechnięte oblicze Hodży Nasreddina.

- Stój! Zaczekaj momencik, o świątobliwy. Czemu śpieszysz się niczym miły pędzący na spotkanie z miłą przy blasku księży­ca? - zapytał uprzejmie mędrzec, nie wypuszczając Szamsułłowego chałata z dłoni. - Nie wypada tak czcigodnej osobie odejść bez pożegnania. No i bez dania mi okazji do rewanżu. Bo wi­dzisz, ja też mam za pazuchą pytanie przeznaczone dla ciebie. Sprawę znam, co prawda, już od kilku dni, ale dopiero dziś w nocy przyśniło mi się, że jedynie ty możesz ją wyjaśnić. Wysłu­chaj zatem zagadkowej sprawy, po czym natrzyj balsamem od­powiedzi ciekawość mej duszy.

Mułła Szamsułła popatrzył spode łba na Hodżę Nasreddina. Milczał chwilę, aż wreszcie rozumiejąc, iż nie zdoła wyrwać się z ciasnego kręgu bez dania satysfakcji temu upartemu mędrko­wi, warknął:

- Mów.


- Posłuchaj uważnie, o świątobliwy - rozpoczął Hodża bez pośpiechu. - Dwaj ojcowie, farbiarze, znani mi doskonale miesz­kańcy kwartału Czor-Minor, dali swoim synom pieniądze. Jeden dał swojemu synowi sto monet w czystym srebrze, zaś drugi swojemu wręczył znacznie mniej, bo tylko pięćdziesiąt monet, również srebrnych dirhemów.

- Bzdurzysz, barania głowo! To zupełnie niemożliwe - za­protestował mułła, pukając się wymownie palcem w czoło. - Wszyscy bucharczycy wiedzą, że w twojej dzielnicy żyją sami nędzarze. Ubodzy garncarze, nosiwodowie, farbiarze, kowale, cholewkarze, tkacze i podobni im mężowie bez całych portek. Skąd by oni wzięli tyle srebrnych monet? Człowieku, sto pięćdziesiąt dirhemów nędzarze ci nie ujrzą na oczy w ciągu wszystkich dni swoich, od kołyski aż po mogiłkę.

- Czyżbyś, o świątobliwy, nigdy nie słyszał o dzbanach peł­nych monet odnalezionych w ruinach starych warowni? W gli­nianych pałacach i zamkach dawnych władców? Palców u rąk nie wystarczyłoby ci, ażeby obliczyć wszystkie twierdze porzu­cone niegdyś przez ludzi w okolicach Buchary - wyjaśnił spo­kojnie Hodża Nasreddin. - Słuchaj zatem dalej i nie przerywaj. Ja ci wszakże nie przeszkadzałem, kiedy skarżyłeś się nam tutaj na swój sen niezwykły i bolejące pięty. Słuchaj więc uważnie. Wkrótce potem okazało się, że obydwaj ci synowie mają wspólnie nie sto pięćdziesiąt dirhemów, jak powinno wynikać z rachunku, lecz tylko sto. Sto srebrnych dirhemów, nie więcej. Przysięgają przy tym, że nic nie kupowali na bazarze, nikomu nie zwracali ani miedziaka długu, ani miedziaka też nikomu nie pożyczali. I ani miedziaka nie zgubili na drodze, strzegli bowiem sakiewek niczym źrenicy własnych oczu. O świątobliwy, znajdź teraz ja­kieś skuteczne lekarstwo na duszę moją umierającą z ciekawości i spróbuj mi wyjaśnić, jakże to się stać mogło? Abdułła, sędziwy sługa sąsiedniego meczetu, od dawna rozpowiada po mieście - podobno za twoją namową? - że głowę masz większą od indyj­skiego słonia. Dla człowieka o tak wielkim rozumie rozgryzienie zagadkowego problemu będzie z pewnością łatwiejsze od rozgry­zienia zwyczajnej arbuzowej pesteczki.

Mułła Szamsułła zasępił się. Nie przypuszczał, że z kota czyhającego na ofiarę nagle w mysz się przemieni. Dumał więc, dumał, ale niczego rozsądnego wydumać nie zdołał. Z wysiłku pokraśniał na obliczu, zezem spoglądał wokoło. Nadal nic jednak nie przychodziło mu do głowy.

- Człowieku poczciwy, na srebrnych dirhemach się nie znam i żadnymi pieniędzmi w ogóle się nie interesuję... - zaczął wre­szcie, lecz w tym momencie przerwał mu gwałtowny wybuch śmiechu. Wrzask był tak przeogromny, że z gniazda zawieszonego na kopule medresy Miri-Arab poderwała się para przerażonych bocianów i machając pośpiesznie skrzydłami poczęła wzbijać się pod chmury.

Słowa mułły Szamsułły wywołały niepohamowaną wesołość wśród ludzi zgromadzonych na placu przed minaretem Kaljan. W Bucharze stał się cud. Największy z największych. Pojawił się oto świątobliwy mułła, który w ogóle nie interesował się pieniędzmi. Jak świat światem o czymś takim nie słyszano ani tutaj, ani za siedmioma pustyniami, ani za siedmioma morzami.

- Ze swym durnym pytaniem lepiej zwróć się do poborcy podatków. Urzędnik skarbowy z cudzymi pieniędzmi ma do czy­nienia na co dzień - dokończył Szamsułła, wrzeszcząc z całej siły, aby przekrzyczeć rozradowany tłum rzemieślników. Zaraz potem wyrwał rękaw chałata z dłoni Nasreddinowej i żegnany wesołymi okrzykami oraz pacynami gliny puścił się biegiem w kierunku wejścia do medresy Miri-Arab.

Kiedy opadł już kurz wzniecony piętami uciekającego i ucichła wesołość hucząca ponad placem, pośród ludzi prostych poczęły rodzić się wątpliwości.

- Afandi, czy nie pomyliłeś się w rachunkach? A może ucho spuchło ci od wewnątrz i nie dosłyszałeś, gdzie wetknięto pięć­dziesiąt brakujących monet? Nie ma już między nami Szams­ułły, możesz zatem bez obawy ujawnić sekret, kryjący się w słowach twojej opowieści.

Hodża Nasreddin słuchał w milczeniu nieśmiałych pytań pod­rzucanych z różnych stron i tylko uśmiechał się dobrotliwie pod nosem. Wreszcie odpowiedział:

- W. słowach mojej opowiastki nie tkwiła żadna tajemnica, żaden sekret. Przysięgam na brodę mojego dziada, że nie kryło się tam nic nadzwyczajnego. Zrozumiecie wszystko, o czcigodni, gdy tylko usłyszycie imiona ojców, którzy przekazali owe pie­niądze swoim synom. Albowiem znacie ich doskonale...

Hodża zawiesił głos, a kiedy cisza pełna napięcia zapanowała na placu, dokończył:

- Ojcami tymi są doświadczeni farbiarze, Said i Salim, zna­komici mistrzowie w swoim fachu, zaś synowie ich to Salim i Karim, o czcigodni.

Tłum prostych garncarzy, farbiarzy, nosiwodów, tkaczy i siodlarzy westchnął z ulgą. Nagle wszystko stało się jasne. Oczywi­ście, że w rachunku Hodży nie było pomyłki. Oczywiście, że tak właśnie mogło się zdarzyć.

*

Kto nie chce być gorszy od bucharskich rzemieślników, ten co rychlej powinien wyjaśnić zagadkę pięćdziesięciu brakujących monet. A ty, o głowie osadzonej na właściwym miejscu, czy dłu­go będziesz zastanawiać się nad Nasreddinowym problemem?

PODSTĘP NIECNEGO TILLIABAJA

Opowieść piąta o szukających sprawiedliwości

walecznych mężach:

Iskanderze sprzed stuleci oraz Iskanderze Szachrijarze,

przyjacielu Hodży Nasreddina

Ze znalezieniem sprawiedliwości na tej marnej ziemi zawsze były przeogromne kłopoty. Tak przynajmniej od dawien dawna mawiali doświadczeni uzbeccy aksakałowie. O sprawiedliwości słyszy już co prawda małe dziecko w kołysce, słyszy potem człek dojrzały, słyszy wreszcie starzec przegięty nad mogiłą, ale czy kto kiedy zetknął się z nią tak naprawdę bliżej? Oko w oko? Nos w nos?

Abdułwahhab-hodża żyjący niegdyś na ziemiach Uzbeków i Ta­dżyków spisał w księdze pod wiele mówiącym tytułem “Klucz do sprawiedliwości” niezwykłe dzieje Iskandera Zulkarnajna wielkiego wodza o sile lwa albo słonia i rozumie dziesięciu najmądrzejszych mędrców. Iskandera, którego sława lotem błyska­wicy mknęła przed wiekami po szerokim świecie.

Posłuchajcie zatem Abdułwahhab-hodży.

Pewnej złocistej jesieni, po wielu dniach wędrówki wiodącej przez bezludne pustynie, armie niezwyciężonego Iskandera dotarły do cudownej oazy zagubionej pośrodku Czerwonych Piasków, da­leko od spławnych rzek i szlaków podróżnych. Wielki wódz podążający na czele oddziałów nieoczekiwanie ujrzał przed sobą ogromne stada kóz i baranów, wielbłądów oraz wiatronogich ko­ni. Zwierzęta pasły się swobodnie. Nigdzie nie było widać ani śladu stróżujących czabanów. Nieco dalej zobaczył przepięknie utrzymane sady z mnóstwem dorodnych owoców. Po dojrzałe granaty, figi, jabłka, ajwy czy brzoskwinie wystarczyło sięgnąć ręką. Nikt ich nie pilnował. Iskander rozglądał się zdumiony wo­koło i nic nie pojmował z tego, co obserwowały oczy. Wreszcie kazał wezwać do siebie najlepszego z zaciężnych turkmeńskich zwiadowców. A kiedy Turkmen Ałłaberdy w ogromnej futrzanej czapie zrównał się z jego wierzchowcem, polecił:

- Pośpiesz między ludzi tutejszych i nie wracaj, dopóki nie zorientujesz się, w czym tkwi tajemnica przedziwnych widoków. Dowiedz się też koniecznie, co za plemię ludzkie żyje w tej oazie. I kto nim rządzi?

Zdumiony i zachwycony zarazem wielki Macedończyk wyznał ku grodu. Bez przeszkód dotarł do bramy miejskiej. Długo włó­czył się wąziutkimi uliczkami, aż trafił na główny bazar, gdzie stragany pełne były towarów, przepięknych wyrobów mistrzów złotniczych i tkackich, smakowitego jadła i wschodnich słodyczy. Także i na bazarze nikt niczego nie pilnował. Kto potrzebował cokolwiek, brał sobie ze straganu, ile uważał za stosowne. Nie mniej, ale i nie więcej. Turkmen Ałłaberdy przez kilka godzin nadstawiał szeroko uszu i wytrzeszczał oczy, zanim zdecydował się oznajmić mieszkańcom oazy o przybyciu niezwyciężonego Iskandera na czele potężnej armii. Usłyszawszy nowinę mężczyźni nie przerazili się wcale, lecz wraz ze swym naczelnikiem, wysokim starcem o szlachetnych rysach, wyruszyli natychmiast do obozu Iskandera. Przywiedli ze sobą również siedemdziesiąt siedem mułów obładowanych pod chmury żywnością i napojami, a także podarkami godnymi sławnego wodza.

Po wymianie powitalnych grzeczności Iskander zagadnął siwobrodego męża o to, co intrygowało go od chwili, kiedy przekro­czył granicę oazy:

- Dlaczego nikt tu nie pilnuje nagromadzonych bogactw? Ani w domu, ani w sadzie, ani na polu, ani nawet na bazarze? W żadnym ze znanych mi krajów ludzie tak nie postępują. Tam darmo - poza złym słowem - nikt nikomu niczego nie ofiaru­je. Wszędzie człowiek targuje się z bliźnim o byle miedziaka, oszukuje - jeśli się tylko da - nawet samego Allacha. Tutaj wszystko na odwrót. Wyjaw mi, proszę, skąd się wzięły i jakim cudem utrzymują się w oazie przedziwne obyczaje, niepojęte dla umysłu ukształtowanego w świecie pełnym ułomności?

Naczelnik rzecz całą wyjaśnił w kilku zdaniach:

- To proste, szlachetny Iskanderze. Każdemu z nas, kto tyl­ko znajdzie się w chwilowym kłopocie, wszyscy bezzwłocznie śpieszymy z pomocą. Oddając mu po cząsteczce własnego mająt­ku sprawiamy, iż jego bogactwo zrównuje się na powrót z na­szym. Oto dlaczego wśród podległego mi ludu nie spotkasz ani zawistnika z wątrobą pełną zgniłej żółci, ani złodzieja o brud­nych rękach i brudnym sumieniu.

Zdumiony i zachwycony zarazem wielki Macedończyk wyznał wówczas:

- Wyruszyłem na podbój świata z marzeniami pielęgnowa­nymi na dnie serca. Chciałem stworzyć taki właśnie kraj. I ta­kie społeczeństwo. Żyjące w pokoju, sprawiedliwości i dostatku. Dlatego proszę cię, o czcigodny starcze, pójdź ze mną. Bądź mi druhem i nauczycielem. A wkrótce oddam ci świat we wła­danie.


Naczelnik pokręcił przecząco głową. Odmówił grzecznie, lecz stanowczo:

- Nie byłbym w stanie panować sprawiedliwie nad wieloma narodami, często różniącymi się pomiędzy sobą jak dzień i noc, jak ogień i woda. Co innego jednak oaza pośród pustyni, co in­nego świat cały, nieograniczony. Nie potrafiłbym utrzymać go w swoich dłoniach, Iskanderze.

- Żałuję. Żałuję z całego serca. Ale pojmuję cię chyba, szla­chetny przyjacielu - odpowiedział niezwyciężony wódz. Potem uściskał przywódcę plemienia serdecznie, życząc wszystkim mie­szkańcom oazy długich lat zdrowia. Szczęścia im nie życzył, bo tam gdzie zapanowała prawdziwa równość i sprawiedliwość, tam szczęście być musi. Następnie dał znak trębaczom, aby za­dęli w surnaje. Najwyższa pora ruszać w dalszy pochód.

Po wielu tygodniach wędrówki pełnej przygód i niespodzia­nek, o jakich nie śniło się największym bajarzom, Iskander wraz ze swymi armiami dotarł pod mury perskiego grodu, silnie ob­warowanego Hamadanu. I jak to było naówczas w powszechnym zwyczaju, zażądał wysokiej daniny od Dara, władcy miasta. Za­miast odpowiedzi dumny Pers przysłał mu przez gońca worek, na którego dnie leżała garść zgniłych fig. Miało to znaczyć, iż ani myśli o płaceniu haraczu.

Wybuchła długa, krwawa wojna. Od świtu do zmierzchu z mu­rów obronnych na atakujących lała się roztopiona smoła, waliły się ciężkie głazy i kłody drewniane, spadała chmura strzał i kamieni miotanych procami. Minął tydzień, potem drugi i trze­ci, a do zwycięstwa było równie daleko, jak i w pierwszym dniu bitwy.

Nie wiadomo, ile jeszcze czasu Iskander musiałby tkwić pod ścianami Hamadanu, gdyby nie rada pierwszego wezyra, mini­stra z głową wielką jak karszyński melon. Spryciarz wyznawał zasadę, że nie ma na świecie muru, którego nie dałoby się rozwalić taranem ze złota. Podpowiedział więc swemu panu, aby zwrócił się do dwóch beków o czarnym charakterze, przebywa­jących stale na dworze Dara, z żądaniem, ażeby usunęli wodza Persów, w zamian gwarantując im wszystko, co tylko zapragną. Iskander przystał na propozycję wielkiego wezyra.

Pod osłoną ciemności do obozu przeciwnika wyruszył Turk­men Ałłaberdy, zwiadowca doświadczony, zręczniejszy od jasz­czurki. Jeszcze tej samej nocy w namiocie Iskandera zjawili się dwaj bekowie.

- Jeśli usuniecie Dara z mojej drogi, zajmiecie najwyższe miejsca pośród zwycięskich wojsk - usłyszeli z ust wodza Ma­cedończyków.

O świcie, kiedy obie armie zaczęły przygotowania do kolejne­go boju, bekowie na podobieństwo jadowitych żmij zakradli się do komnaty Dara z zatrutymi sztyletami, ukrytymi w fał­dach strojnych chałatów. Po zamachu czmychnęli cichcem do obozu Iskandera, pozostawiając za sobą uchylone wrota twier­dzy.

Konnica Iskandera ruszyła pełnym galopem. Zaskoczeni obroń­cy nie mogli stawić skutecznego oporu. Miasto padło. Po bitwie wielki Macedończyk rozkazał pochować Dara z hono­rami należnymi dostojnemu władcy, a u jego mogiły polecił wznieść dwie wysokie szubienice i powiesić na nich obydwu zdrajców.

Kiedy bekowie usłyszeli wyrok, zaczęli wrzeszczeć jeden przez drugiego:

- To chyba nieporozumienie? Fatalna omyłka. Zapomniałeś, coś mówił dzisiaj przy księżycu? Przypomnieć ci? Przyrzekłeś nam najwyższe stanowiska w swojej armii, a teraz łamiesz dane słowo, jakby to był suchy badyl nikomu niepotrzebny? Czyżbyś nie wiedział, wodzu Macedończyków, że niedotrzymy­wanie obietnic jest cechą podłych tyranów, ciemięzców bez serc i sumienia? Ale ty wszakże uważasz się za władcę najsprawiedliwszego pod słońcem? Czyż nie tak?

Iskander wysłuchał zarzutów z kamienną twarzą, po czym od­powiedział surowo:

- Nie mam zamiaru łamać danego raz słowa. Nie cofnę go nawet wobec was, nędznych sprzedawczyków, podstępnych hien obleczonych w człowieczą skórę. Od wielu lat nieszczęsny Dar trzymał was na swym dworze, odnosił się z pełnym zaufaniem i przyjaźnią, a wy zamiast odpłacić mu podobną monetą, postą­piliście gorzej niż dwa wściekłe dżiny. Niczym jadowite gady ukąsiliście z zasadzki. Wiem, jeśli przyjdzie kiedyś odpowiednia pora, nie zawahacie się podobnie postąpić i ze mną. Doświadcze­nie uczy, iż zdrajcom ufać nie wolno. A zwłaszcza zdrajcom wła­snej ojczyzny, najnikczemniejszym z nikczemnych. Obiecałem wam wysokie stanowiska pośród zwycięskich wojsk i słowa nie cofam. Spójrzcie, oto szubienice wznoszące się pod same obłoki, szczelnie otoczone przez zbrojne oddziały. Czyż można sobie wy­obrazić wyższe stanowiska pośród moich wojsk?

I skinął na straż, aby wykonała wyrok,

Ciekawy czytelnik zapyta zapewne w tym miejscu, dlaczego przytoczono tu z księgi Abdułwahhab-hodży ,,Klucz do sprawie­dliwości” dwie przygody niezwyciężonego Iskandera Zulkarnajna? Odpowiedź będzie niesłychanie prosta. Opowiedziano je dla­tego, że Iskander Szachrijar, sędziwy naczelnik wojsk bucharskich, a zarazem serdeczny przyjaciel Hodży Nasreddina, po­chodził - co potwierdzali najwybitniejsi historycy emiratu - w prostej linii od wielkiego Iskandera Macedończyka, boha­tera księgi Abdułwahhab-hodży. I podobnie jak jego sławny prapradziad przez całe życie marzył o jednym: o sprawiedli­wości.

Rzeczywiście. O sprawiedliwości w emiracie Buchary można było sobie co najwyżej pomarzyć. A los naczelnika wojsk bucharskich potwierdzał tę prawdę w sposób oczywisty.

“Kto wstaje ze złością, siada ze stratą” - powiada stare uzbec­kie porzekadło. O wadze tych słów przekonał się ostatnio siwo-brody, pełen blizn i zasług dla emiratu sprawiedliwy dowódca, kurbasza Iskander Szachrijar. Na naradzie wielmożów sędziwy wódz z najwyższym oburzeniem sprzeciwił się projektowi prze­kształcenia oddziałów wojskowych pilnujących bezpieczeństwa granic emiratu, strzegących spokoju rolników i pasterzy przed zachłannością pustynnych plemion rozbójniczych, w oddziały poli­cyjne. W żandarmów zajmujących się ściąganiem danin i podat­ków pod okiem okrutnego i bezwzględnego Tilliabaja, pupilka premiera rady wezyrów.

Tego nieostrożnego wystąpienia Tilliabaj nie mógł i nie chciał wybaczyć siwobrodemu wodzowi. Już następnego dnia po nara­dzie poprosił władcę o audiencję. Z lisim uśmiechem na gębie podsunął emirowi fałszywy dokument sporządzony w głębokiej tajemnicy przez swoich zauszników. Dowód świadczący, jakoby Szachrijar nie dopełnił obowiązku nakazanego tradycją. Z ze­znań złożonych na łożu śmierci przez nikomu nie znanego Dustmata wynikało, że wielki wódz przed siedemnastu laty po wy­prawie przeciwko chanowi Kokandu nie oddał do emirowego skarbca odpowiedniej ilości zdobycznego srebra.

Podstęp powiódł się. Na próżno Iskander przysięgał przed tro­nem, iż jest niewinny, że nigdy nikogo nie oszukał, że nawet mu na myśl nie przyszło, aby przywłaszczyć sobie choć odrobinę z wojennego trofeum. Na próżno błagał władcę o sprawiedli­wość. Słowa nieszczęśnika wpadały do studni, która pozbawiona była dna. Nic dziwnego, emir zawsze wolał wierzyć dowodom pomnażającym zasoby skarbca. I wydał wyrok skazujący.

Iskander Szachrijar powinien niezwłocznie zwrócić dług pod groźbą kary gardła najstarszego swego syna, Abubakra. Tak oto brzmiało polecenie władcy. A dokładniej: naczelnik skarbca w obecności głównego sędziego przed upływem czterech dni ma przejąć od sędziwego kurbaszy tyle ozdobnych naczyń ze srebra, ile waży największy z bojowych dromaderów znajdujących się w emirowych stadninach.

Jak przekonać się, ile ważył ów wielbłąd? To proste. Wystarczy wybrać największe spośród zwierząt, zarżnąć je, poćwiarto­wać i ważyć częściami. W taki sposób bez najmniejszego trudu można poznać dokładną wagę wielbłąda. A nawet słonia, gdyby się to okazało konieczne.

Iskander Szachrijar tak właśnie miał zamiar uczynić. Myśląc o prostym rozwiązaniu pobiegł szybko - na ile tylko pozwalały mu stare, wciąż rozwierające się blizny - do naczelnika zarzą­dzającego wierzchowcami bucharskiego władcy. Zgodnie z tra­dycją obowiązującą od początku świata wśród urzędników pań­stwowych najpierw przemówił mu do ręki wciskając dyskretnie złotą monetę, a dopiero potem poprosił o odsprzedanie największego dromadera.

Niestety, w tym momencie odsłoniła się kurtyna prawdziwego Iskanderowego dramatu. Oto okazało się, że największy wielbłąd w stadach emirowych jest zarazem ulubieńcom władcy. Tego ryżowłosego wierzchowca emir dosiadał zawsze podczas wypraw pustynnych na pobliskie Czerwone Piaski. Wiadomo, że w całym emiracie Buchary nie znajdzie się waga tak olbrzymia, aby można było na niej zważyć żywe zwierzę w całości. O po­ćwiartowaniu ulubieńca władcy nie mogło być mowy. Na samą myśl o takim rozwiązaniu naczelnik stadnin ze strachu dostał zeza i drżączki. Co zatem należało uczynić, ażeby ocalić życie pierworodnemu? Gdyby było nieco więcej czasu, można by po­wędrować z wielbłądem do Damaszku lub Bagdadu w poszuki­waniu odpowiedniej wagi. Na to jednak potrzeba nie czterech dni, lecz czterech miesięcy...

Szachrijar szedł zataczając się na nogach spętanych arkanem przerażenia. Serce ojca skruszałe wiekiem nie było już tak od­porne na przeciwieństwa losu jak niegdyś. Przykry to był wi­dok dla oczu uczciwych. Człowiek, który przez dziesiątki lat nie znał uczucia lęku, zawsze dotrzymywał placu wrogowi szczer­biąc damasceńską szablę na jego karku, teraz wlókł się i zawo­dził głosem pełnym rozpaczy i bólu:

- Biada mi, biada. O, ja nieszczęsny, cóż mi przyjdzie po­cząć? Jak ocalić głowę syna ukochanego?

Gromada sługusów emirowych z wrzaskiem uciechy opadła nieboraka, nie bacząc na jego jeszcze do wczoraj wysoko cenione zasługi wojenne. Rada, że wreszcie, po tylu latach obaw i niepo­koju żywionych przed sprawiedliwymi wyrokami i prawymi za­rządzeniami dowódcy, może pofolgować sobie, ile tylko wlezie na nieszczęśniku popadłym w niełaskę.

Iskander Szachrijar nie odpowiadał jednak w ogóle na zaczep­ki i ordynarne wyzwiska dworaków. Zatopiony w głębokiej roz­paczy, nie miał ani siły, ani woli na opędzanie się przed okru­cieństwem pałacowych hien, dostojnych lisów i szlachetnie uro­dzonych szakali.

- Gdy wąż się zestarzeje, żaby jeżdżą na nim jak na łysej kobyle - mruknął do siebie Hodża Nasreddin, mimowolny świa­dek okrutnej sceny. Ukryty za jaśminowym krzewem, gdzie za­żywał godzin wypoczynku, począł rozmyślać nad znalezieniem właściwego wyjścia z niezwykle trudnej sytuacji, W jakiej zna­lazł się jego serdeczny przyjaciel.

Łagodny spokój panujący jeszcze przed chwilą w ogrodzie let­niej rezydencji wielkiego wezyra prysnął bez śladu. Niepokój, niczym gniewny zefir, poruszył wierzchołkami platanów. Pła­ska złocona łódź o burtach wykładanych ozdobami z zielonkawego malachitu, kołysząca się w olbrzymim pałacowym basenie na podobieństwo gigantycznego łabędzia, drgnęła gwałtownie. Na odgłos wrzawy, wywołanej przez gromadę przeklinających dwo­raków, łódź służąca do przejażdżek małżonkom pierwszego ministra, pędzona siłą wioseł eunuchów odpłynęła pośpiesznie kana­łem w kierunku wejścia do komnat niewieścich. Podpatrujący kobiety z ukrycia rozczarowani i zawiedzeni urzędnicy dworscy przyłączyli się do tłumu otaczającego Iskandera Szachrijara. Nie­mały i bez nich tumult wzrósł siedmiokrotnie.

Wrzask bijący pod niebiosa wywabił z pobliskiej łaźni straż­nika pieczęci. Leciwy dostojnik omotany w szeroki ręcznik, bo­sy i ociekający wodą, dopłynął raczej niż dobiegł do wrzaskli­wego zgromadzenia.

- Precz, łajdaki, bo każę wam grzbiety wychłostać! Cisza, powiadam. O co chodzi, zacny Iskanderze, przyjacielu mój? - strażnik pieczęci pomny na lata wspólnych wypraw wojennych starał się dodać otuchy stroskanemu. Niestety, w sytuacji bez wyjścia niewiele pociechy mogły przynieść słowa najbliższego nawet druha.

W pewnej chwili zwarty kordon spleciony z wrzaskliwych sługusów dworskich i przypadkowych gapiów począł uginać się, by wkrótce pierzchnąć na wszystkie strony pod wpływem sil­nych pięści kilkunastu byłych żołnierzy Iskandera Szachrijara. Stara gwardia nie zapominała o swym wodzu, w trudnym mo­mencie przybywała mu z pomocą.

- Nie ma sprawiedliwości na tym świecie. To wszystko przez tego łotra bez sumienia, Tilliabaja - skarżył się półgłosem Iskander, kierując słowa ni to do siebie, ni do osób zaprzyjaźnio­nych. - Jego to sprawka. Niecny łgarz i oszczerca myślący je­dynie o własnej kiesie i własnej karierze utopiłby nawet rodzo­nego brata w łyżce wody.

- Spokojnie, Iskanderze. I na niego przyjdzie kiedyś kolej. Wczesnej czy później zaciągnięte długi spłacić będzie musiał. Sztylet cierpliwości ostrzejszy jest od stalowego - uspokajał wzburzonego wodza Hodża Nasreddin. - Żyjemy w emiracie Buchary, gdzie życie ludzkie niewarte jest złamanego miedzia­ka. Dobrze wiesz, że tutaj głowy niewinne sypią się jak mak na silnym wietrze. Tu nawet los sławnego wodza wisi na języku byle łgarza. Emirat Buchary to nie kraina sprawiedliwości za­mieszkana przez ludzi uczciwych i prawych, jaką napotkał nie­gdyś twój prapradziad pośród Czerwonych Piasków. Czasy się zmieniły, zło zapanowało nad światem, Iskanderze. Bucharą wła­da dzisiaj krwiożerczy tygrys, wysługujący się na każdym kroku wilkiem, szakalem lub hieną.

Otoczeni bezpiecznym pierścieniem przez kilkunastu rosłych zuchów trzej dostojni mężowie, Iskander Szachrijar, strażnik pie­częci oraz Hodża Nasreddin zaczęli naradzać się, co czynić dalej, aby ocalić niewinną głowę Abubakra.

- Zdaje się, że mam doskonały pomysł - szepnął w pewnej chwili Hodża. I dorzucił głośniej: - Zacny Iskanderze, każ czym prędzej swoim dżygitom zbierać kamienie.

- Zwyczajne kamienie, afandi?

- Tak, tak, kamienie. Dużo jak największych, zwyczajnych kamieni.

- O, świetnie. Kamieniami powybijamy wszystkie okna Tilliabajowi. Dach mu połamiemy na drobne kawałki. To mu się słusznie należy. Sprawiedliwości wreszcie stanie się zadość - uradował się jeden z byłych wojaków i podbiegł pod mur, aby dźwignąć leżący tam okazały otoczak.

- Prędzej tobie z głowy podobne pomysły powybijam tymi kamieniami - roześmiał się na głos mędrzec bucharski. - Ale to trochę później, bo teraz są mi one potrzebne do czegoś zupeł­nie innego.

To mówiąc Hodża pociągnął Iskandera Szachrijara oraz straż­nika pieczęci w stronę ogrodowej sadzawki, ażeby nad wodą wyłuszczyć im strategię planu, dopiero co zrodzonego pod skorupą czaszki.


*

,,Ptakowi dano skrzydła, by wysoko latał. Człowiekowi rozum, aby go przegonił” - powiedział Poeta. Rozwiń więc i ty, o światłogłowy, szerokie skrzydła myśli, ażeby odkryć rozwiązanie Nasreddinowe, pozwalające poznać wagę największego wielbłąda spośród stadnin emirowych oraz ocalić nić żywota pierworodne­mu potomkowi zacnego Iskandera Szachrijara.

ŻOŁNIERZE I DERWISZ

Opowieść szósta o dżygitach podobnych do siebie

jak dwie krople kobylego mleka oraz o derwiszu,

który uważał się za. krewniaka wszystkich władców świata

Wrota każdego pałacu stoją otworem nawet przed osłem dźwi­gającym złoto. Ludzie prości, pozbawieni szlachetnego kruszcu, szukają schronienia nie w cieniu murów pałacowych, lecz pod gęstym drzewem, jak najdalej od domostw wielmożów, dygnita­rzy i zamożnych kupców.

Szeroko rozrosły, olbrzymi platan, którego listowie zapewnia­ło mocny, przyjemny zapach i bezpieczną osłonę przed słońcem, od dawna stał się miejscem biesiadnym dla mężczyzn najbied­niejszej dzielnicy Buchary. W godzinach spiekoty ubodzy garn­carze, farbiarze, tkacze, kowale, siodlarze i szewcy gromadzili się tu, by ukropem zielonej herbaty ratować nadwerężone orga­nizmy przed zbytnim wysuszeniem. Tutaj najczęściej w dni słoneczne, a więc od narodzin wiosny aż do zmierzchu jesieni, wy­słuchiwali słów swego ulubieńca, Hodży Nasreddina. Mędrca, który nigdy nie żałował czasu ani języka w obnażaniu przy­war i łotrowskich zamysłów emira oraz jego wiernych zauszni­ków.

Ale nie tylko dorosłym przynosił Hodża swoje opowieści. Tak­że i dla dzieci miał zawsze coś w zanadrzu. Kochały go za to. Raz wyczyniał przedziwne sztuczki z jedną i tą samą dziurawą monetą, udając nadętego naczelnika skarbca, kiedy indziej przy­chodził z jagnięciem upchanym pod chałatem, aby pokazać, jak beczy i “jęczy brzuszysko władcy po sutym obiedzie. Do ,,czajchany pod platanem” mędrzec zachodził przy każdej okazji. Nic dziwnego, zawsze najlepiej czuł się wśród ludzi bliskich mu du­chem i ciałem. No i brakiem majątku.

Dzisiejszy dzień był wyjątkowo upalny. Żar słoneczny prze­gnał wszystkich z uliczek miasta. Nawet kłapouche osiołki, zwy­kle kochające włóczęgę przy bezchmurnym niebie, wolały nie wysuwać zbytnio pysków z cienia. Natomiast pod rozłożystym platanem już dawno nie było tak rojno, bzyczały nie tylko osy podkradające czajcziemu spod ręki okruszynki cukru. Ku zasko­czeniu ludzi odpoczywających w rozkosznym chłodzie ciągną­cym od aryku z wodą, tym razem Hodża Nasreddin pojawił się nie sam, lecz w towarzystwie dwóch sympatycznych żołnierzy. Młodzieńców podobnych do siebie niczym dwie pestki wydłuba­ne z tego samego owocu granatu.

Jak zawsze mędrzec bucharski z szacunkiem powitał zgromadzonych przykładając prawą dłoń do serca i nisko pochylając głowę. Podobnie uczynili postępujący za nim obydwaj młodzi sarbazowie.

- Assalam alejkum - rzekł Hodża. - Witajcie w pokoju, czcigodni.

- Waalejkum assalam, afandi, I ty nam witaj, Hodżo-aka - odpowiedział mu pierwszy Temudżyn, sympatyczny właściciel herbaciarni.

- Niechaj dobry los pobłogosławi drogę, która cię do nas przywiodła w najlepszym zdrowiu, afandi. Oby szczęście i brak ludzkiej zawiści towarzyszyły nieustannie tobie i twoim przyja­ciołom w wędrówce po świecie - odezwały się zewsząd głosy. - Prosimy, siadajcie wszyscy trzej między nami. Napijemy się zie­lonej herbaty i pogawędzimy trochę o sprawach interesujących prawdziwych mężczyzn.

- Nie teraz, czcigodni. Niestety, teraz nie możemy - Hodża pokręcił przecząco głową i uśmiechnął się tajemniczo. - Czeka nas pilna sprawa. Najpierw wszyscy trzej musimy dostać się do cytadeli przed oblicze władcy. Słyszeliście zapewne, że emir obiecał garść srebra temu, kto go zadziwi? Popatrzcie na tych dwóch młodzieńców przybyłych wczoraj z Kermine, z twierdzy tamtejszego beka. Na Sabira i Muchtara, braci identycznych, jak­by jeden był kopią drugiego. Co mówię? Nie kopią, lecz wiernym odbiciem w lustrze. Oto zagadka, za pomocą której mam za­miar zdobyć srebro obiecane przez władcę, aby wykupić z dłu­gów nieszczęsnego Pirmata Szermuchammada, kaligrafa, pod­stępnie oskarżonego przez pierwszego wezyra o kradzież jego sre­bra i wtrąconego do lochów.

Następnie mędrzec pochylił się nad przyjaciółmi popijającymi orzeźwiający kok-czaj i półgłosem zaczął im wyjaśniać strategię genialnego w swej prostocie planu. Kiedy skończył, wyprostował się i rzucił na pożegnanie:

- Opowiedziałem wam wszystko. No, prawie wszystko. Nie ujawniłem jedynie, kim są w istocie dwaj młodzieńcy z Kermine. Nie chciałbym, ażeby rozwiązanie zagadki dotarło do pałacu prze­de mną, chodzi wszakże o sakwę srebra, i wykupienie z fałszy­wych długów poczciwego Pirmata i jego najbliższych. Na odnale­zienie prawidłowego rozwiązania niezwykłego problemu macie za­tem dość czasu. O zagadce porozmawiamy, gdy tylko wrócimy tu­taj z Arku. Tymczasem trzymajcie za nas mocno kciuki, abyśmy zdołali powrócić z nagrodą.

Po czym Hodża wraz z żołnierzami pomaszerował żwawym kro­kiem w stronę placyku, na którym rozsiadła się medresa Czor-Minor z czterema charakterystycznymi minaretami. Minął ją i zapuścił się w cienistą uliczkę wiodącą wprost na Plac Piaszczy­sty, ku cytadeli Ark.


Na widok Hodży Nasreddina postępującego w towarzystwie dwóch sarbazów podobnych do siebie jak dwie krople kobylego mleka strażnik u wrót twierdzy zamienił się w słup soli. W bied­nej czaszce ani rusz nie mogło pomieścić się to, co obserwowały źrenice. Bo czyż widział kto kiedykolwiek, aby Allach stworzył jednego człowieka w dwóch egzemplarzach?

Przed wejściem do komnaty tronowej mędrzec gestem zatrzy­mał obydwu młodzieńców.

- Zaczekajcie tu na mnie chwilkę - rzekł. - Zaraz po was wrócę. Muszę zapowiedzieć naszą wizytę. Aby poddać kaprysy władcy zagadkowej próbie, trzeba wpierw sprawdzić, czy humor emirowy planów nam nie pokrzyżuje.

To mówiąc mędrzec zniknął za ciężką atłasową kotarą, bogato przetykaną złotem.

Emir spojrzał niecierpliwym wzrokiem na wchodzącego.

- Nudzę się, Hodżo - wystękał. - Nie bawią mnie ani walki zapaśników dworskich, ani grajkowie, ani pląsy tadżyckich tan­cerek. Spać też mi się nie chce...

- Ale, ale - przypomniał sobie - miałeś mi dzisiaj dostar­czyć problem trudny do rozwiązania. Nie zapomniałeś chyba? Wytłumacz się, dlaczego przyszedłeś do pałacu z pustymi rę­kami?

- Zagadkę płodzą nie ręce, lecz głowa - odpowiedział spo­kojnie mędrzec. - Mój orzech niełatwy do rozgryzienia już cze­ka, a właściwie dwa niemałe orzeszki oczekują w pierwszej komnacie na wezwanie.

- Co to znaczy: czekają? - ożywił się władca. - Czyżbyś, Hodżo, mówił o niejednym problemie?

- Myślę o jednym problemie, ale występującym w dwóch młodych osobach. Czy pozwolisz, panie, abym przedstawił ci te­raz moich dżygitów?

Emir, nieco zaskoczony, skinął głową.

- Słyszałeś, czego pragnie władca? - zwrócił się mędrzec do strażnika sterczącego z nagą szablą przy wejściu. - Każ natych­miast wprowadzić oczekujących.

Sługa podążył pośpiesznie z poleceniem władcy. Po chwili cięż­ka kotara uchyliła się i nagle przed obliczem emirowym, zamiast dwóch młodzieńców w żołnierskich strojach, pojawił się samot­ny, przygarbiony człowieczek o twarzy pomarszczonej jak suszo­na śliwka. Spiczasta wełniana krymka pokryta haftowanymi cy­tatami z Koranu pozwalała domyślać się, iż przybyły był derwi­szem, zwyczajnym żebrakiem z zakonu kałandarów, od jakich roiło się we wszystkich miastach Wschodu. Emir ściągnął brwi.

- Czy zdawało mi się tylko, Hodżo, czy rzeczywiście mówi­łeś przed sekundą o dwóch młodych osobach - zapytał gniew­nie. - Tutaj zaś wyraźnie widzę jednego człowieka. Kto jest więc tym drugim? A może chcesz mnie przekonać, filozofie, iż wzrok mój zawodzi? Jeśli tak, to uważaj, ażeby cię kat nie do­strzegł. Wszakże wiek tego zwiędłego stworzenia nawet maddach-fantasta opowiadający baśnie pod murami medresy nie od­ważyłby się porównać do rozkwitłej rośliny.

Mędrzec, równie zaskoczony co i władca, zaprotestował na­tychmiast:

- Panie mój, tego derwisza spotykam po raz pierwszy w ży­ciu. Najwidoczniej przyszedł do pałacu we własnych sprawach. Zapewniam, że nie ma nic wspólnego z zagadkowym problemem do rozwiązywania ani z dwoma dżygitami z Kermine, którzy przybyli tu ze mną.

Emir wycelował palcem w nieznajomego.

- Kim zatem jesteś, przybyszu? - burknął. - Po cóż nie wołany, zabierasz nam bezcenne chwile i mącisz zasłużony spo­kój?

Derwisz pochylił nisko głowę i wyseplenił:

- Przyszedłem do pałacu po wsparcie, o władco najszlachet­niejszy z prześwietnych. A jestem, jak widzisz, pokornym sługą Allacha.

- Wszyscy nimi jesteśmy - padła odpowiedź z wysokości tronu. - Nie widzę w tym jeszcze przyczyny, dla której powi­nienem napełnić ci sakiewkę złotem. Sądzisz, barania głowo, że szlachetny kruszec dobywa się na polu motyką?

Derwisz mamrotał dalej nie podnosząc głowy:

- Rzekłeś, władco Wschodu. Ale wiedz, żem nie tylko sługą Allacha, jestem ponadto twoim dalekim krewnym. I dlatego przy­puszczam, o najszlachetniejszy z prześwietnych, iż kuzynowi twa hojność nie odmówi wsparcia.

Emir, w pierwszej chwili osłupiał. Minęła minuta, zanim głos odzyskał.

- Co takiego? Krewnym, powiedziałeś? Dalekim kuzynem? A z jakiegoż to rodu wywodzisz się, niezwykły przybyszu? Mów wyraźnie, niechaj usłyszę godność twoich przodków. Kimże był twój rodzic?

- Ojciec mój pochodził z bagdadzkiego rodu Dżamali Mocar­nych, o najszlachetniejszy z prześwietnych.

Emir zastanowił się.

- Z bagdadzkiego rodu Dżamali Mocarnych, powiadasz? Hm, nie pamiętam, abym był spowinowacony z tym rodem. Ale jeśli tak twierdzisz, nie zaprzeczę. Siadaj tedy z nami, drogi kuzy­nie - zwrócił się łaskawie do derwisza, po czym szeptem cisnął w ucho nadwornemu pisarzowi: - A ty, gryzipiórku, wyszukaj co rychlej w księgach rodowodowych miejsce, w którym gałąź mojego rodu splata się z bagdadzkimi Dżamalami.

Minęła długa chwila ciszy, przerywana od czasu do czasu siorbaniem słodkich napojów, zanim w otworze wejściowym pojawił się pisarz. Już z daleka kręcił pracowicie głową i rozkładał sze­roko ręce.

Na widok oczywistych gestów emir obruszył się. Warknął gniewnie:

- Zdaje się, że chciałeś mnie wyprowadzić w pole, derwiszu? W moich księgach rodowodowych nie znaleziono nawet śladu pokrewieństwa z Dżamalami Mocarnymi z Bagdadu. Wytłumacz się, duszo robaczywa, z plugawego postępku. Spiesz się, bo za­raz postanowię, jak należy ukarać cię za próbę nikczemnego oszu­stwa. A wtedy będzie już za późno na wyjaśnienia.

- Wcale nie łgałem, o najszlachetniejszy z prześwietnych - derwisz wyciągnął obydwie ręce ku górze, jakby niebiosa chciał przywołać na świadka. - Wiadomo ci przecież, że wszyscy lu­dzie na świecie wywodzą się od dwojga wspólnych przodków Czyż więc nie jesteśmy krewnymi, skoro tam gdzieś głęboko w pradziejach mamy wspólnych prarodziców?

Władca zacisnął zęby. Żuchwy zaczęły mu drgać niczym u tygrysa szykującego się do skoku na upatrzoną ofiarę. W tym sa­mym momencie do tronu przysunął się Hodża Nasreddin i szep­tem począł coś gorąco tłumaczyć. Emir spojrzał zaskoczony na mędrca. Wreszcie machnął ręką i zwrócił się do derwisza już znacznie spokojniej:

- A czy masz przy sobie jakiś worek? Sługa Allacha wyciągnął zza koszuli próżną” sakiewkę i z ra­dością wysunął dłoń w kierunku monarszego krzesła.

- Oto on, o najszlachetniejszy z prześwietnych.

- Wstydź się, derwiszu. Jak mogłeś z takim małym workiem stanąć przed obliczem wielkiego i hojnego władcy - wtrącił mędrzec bucharski. - Każ mu wydać bezzwłocznie, o szlachet­ny, sakwę znacznie większą. W przeciwnym razie staruszek nie będzie miał w czym zmieścić monet, jakie zostaną mu ofiarowa­ne na własność.

Emir kazał słudze pośpieszyć po worek jak największy. Od tej chwili naczelnik skarbca z rosnącym niepokojem zaczął śle­dzić dalsze poczynania mędrca.

Kiedy dworak wręczył człowieczkowi o gębie pomarszczonej śliwki olbrzymią sakwę z owczej skóry, Hodża Nasreddin wyjął dwie monety z rąk naczelnika skarbca. Jedną ukrył w kieszeni, zaś drugą wrzucił do torby derwisza, prosząc, aby emir poszedł jego śladem.

Władca bez słowa wyciągnął dwa srebrne dirhemy, jednego wręczył mędrcowi, drugiego wrzucił do derwiszowego worka.

Nic nie rozumiejący żebrak z zakonu kałandarów tkwił po­środku komnaty z rozwartymi szeroko ustami i olbrzymim wor­kiem, na którego dnie spoczywały zaledwie dwie maleńkie mo­nety.

Tymczasem Hodża skinął ręką.

- Oddal się, dobry człowieku. No, idżże już. Nie ogłuchłeś chyba z nadmiaru szczęścia? Otrzymałeś przecież to, czego żąda­łeś. Zostałeś obdarowany przez emira sakwą i pieniędzmi. Na cóż więc jeszcze czekasz? Czyżby twoja chciwość, o świątobliwy mę­żu, przekraczała pojemność tego worka?

Na słowa mędrca derwiszowi powrócił dar mowy. Zaseplenił znowu:


- Panie, chyba sobie żartujesz z wiernego sługi Allacha? Po coś kazał wydać mi wór olbrzymi, skoro monet weń wrzuconych trzeba by tam szukać z ogarkiem w dłoni co najmniej przez ty­dzień?

- To dlatego, ażebyś miał gdzie zmieścić monety otrzymane od pozostałych twoich krewnych, o świątobliwy mężu - wyjaś­nił Hodża Nasreddin z całkowitą powagą. - W samej tylko Bucharze powinieneś znaleźć ich kilkanaście tysięcy. Drugie tyle znajdziesz w Samarkandzie. Obawiam się, że nawet ten wór nie wystarczy na zebrane od wszystkich krewnych miedziane tańgi i srebrne dirhemy.

Sługa Allacha z zakonu żebrzących kałandarów chciał jeszcze coś powiedzieć, ale już nie zdążył. Dzban cierpliwości emirowej wypełnił się właśnie po brzegi.

- Powyżej uszu mam tego krewniaka w derwiszowych ła­chach - wrzasnął władca głosem, od którego rozdzwoniły się zę­by strażników sterczących nieruchomo po obu stronach tronu. - Kuszbego, wskaż mu natychmiast drogę do wyjścia. Niechaj jak najszybciej zniknie mi z oczu, jeśli poza monetami nie chce wziąć na drogę czterdziestu pałek.

Przerażony derwisz opuścił komnatę równie szybko, jak się pojawił. Natomiast władca życia i śmierci spojrzał na Hodżę i zadumał się. Pamiętał, że miał go o coś zapytać, lecz zapomniał o co?

- Jednego nie pojmuję zupełnie, mędrcze - przypomniał so­bie wreszcie. - Czemu spośród czterech srebrnych monet dwie zabrałeś dla siebie?

- Ponieważ nie chciałem być gorszym krewnym wobec cie­bie, panie, niż ten świątobliwy włóczęga - wyjaśnił spokojnie Hodża Nasreddin. - Gdybym nie wziął obydwu monet, mógł­bym cię dotknąć boleśnie. Udowodniłbym wszakże, iż jestem dla ciebie człowiekiem znacznie dalszym niźli jakiś obcy natręt, derwisz w łachmanach, całymi latami żebrzący po świecie.

- O, to mi nie przyszło do głowy. Ale masz słuszność - wład­ca bez zastrzeżeń zgodził się z argumentami Hodży. - Nie wy­padało, abyś był mi dalszym człowiekiem niż lichy derwisz włó­czący się za jałmużną.

I znów zagłębił się w rozmyślaniach.

- Bardzo to mądre, coś uczynił z derwiszem, afandi. To był naprawdę doskonały żart - śmiał się po chwili, gdy sens uczyn­ku Nasreddinowego dotarł wreszcie pod złocistą czałmę. - Proś mnie, o co chcesz, jeśli tylko będę mógł, uczynię.

- Jeżeli możesz, spróbuj mi dopomóc, o najszlachetniejszy z prześwietnych - Hodża uśmiechnął się szeroko. - Oto dwaj żołnierze z oddziału beka Kermine. Twierdzą, że nie są bliźnia­kami. A przecież jedna rodziła ich matka.

Po tych słowach mędrzec wskazał dłonią na dwóch młodych braci, którzy wprowadzeni przez strażnika przed majestat wład­cy, znieruchomieli przy wejściu w głębokim ukłonie.

- Wyprostujcie grzbiety, przyjaciele - ciągnął dalej Hodża - A ty, panie, popatrz uważnie na ich twarze. Widziałeś kiedy­kolwiek w życiu dwóch ludzi bardziej podobnych do siebie? Je­den jest lustrzanym odbiciem drugiego. Weź ścierkę i przetrzyj oblicza obydwu, o sprawiedliwy, jeśli sądzisz, że to nie natura, lecz ręka człowiecza upodobniła ich w tak zadziwiający sposób

Władca wybałuszył oczy. Bez słowa spoglądał to na jednego, to na drugiego. Wreszcie przetarł palcem powieki, znów spojrzał na wojaków i dopiero wtedy wystękał niepewnie:

- Nie są bliźniakami, powiadasz? Jeżeli to nie bliźniacy, Hodżo, to może mają trzeciego brata, który tutaj z nimi nie przy­szedł? A może mają nie jednego, ale jeszcze dwóch, trzech albo i czterech braci?

- Nie, panie. Młodzieńcy nie mają ich więcej. I wiem dosko­nale, że nigdy nie mieli - pokręcił głową Hodża Nasreddin i lek­ko się uśmiechnął. - Wiem również, iż tego samego dnia, w tym samym miesiącu i roku Sabir oraz Muchtar ujrzeli świat i rodzi­ców swoich.

- Święta prawda, afandi. Tylko dwóch jest nas synów w do­mu. I to jest zresztą korzeniem zgryzoty u naszego ojca. Chciał­by mieć nas dużo, dużo więcej - zgodnym chórem poświadczyli żołnierze słowa mędrca.

Emir po raz trzeci utonął w głębinach myśli. Minuty mijały, a jego wzrok błądził w poszukiwaniu rozwiązania po ścianach komnaty tronowej, wybiegał dalej przez otwór okienny ku kopułom medres i meczetów, ku strzelistym sylwetkom bucharskich minaretów. Nadaremnie. Mimo wysiłków głowy i upływu czasu władca jakoś nie potrafił wyłuskać jądra zagadki z sensu słów dopiero co usłyszanych.

A tymczasem przy wyjściu z pałacowego korytarza na Plac Piaszczysty strażnik odprowadzający derwisza przytrzymał go za ramię. I wyszczerzył zęby w lisim uśmiechu:

- Czyż nie jestem dla ciebie, derwiszu żebrzący, takim sa­mym krewnym, jak i wielki emir? Jednakże ty dostałeś dwie srebrne monety jak zaś nie posiadam nawet połowy marnej tańgi. Godzi się więc, ażebyś podzielił się ze mną sprawiedliwie, kuzyneczku. Wszak są to twoje własne słowa, prawda? No, nie zastanawiaj się dłużej, mój ty krewniaku nieoczekiwany, tylko dawaj jednego dirhema i ruszaj precz! I pamiętaj, żeby cię tu więcej moje źrenice nie oglądały. O, bo takie spotkania nie wróżą ci wesołego przyjęcia. Dobrze będzie, jeśli na worku kuk­sańców sprawa się zakończy.

*

Kim więc byli dwaj bracia podobni do siebie jak dwie krople kobylego mleka? Nie bliźniacy, a przecież urodzeni tego samego dnia i w tej samej godzinie? Pomyśl, człowieku z głową otwartą. Może uda ci się wyłowić karaska rozwiązania z sadzawki nie­zwykłej opowieści, zanim Hodża Nasreddin powróci z pałacu do czajchany pod platanem i ujawni tajemnicę dwóch młodych dżygitów, Sabira i Muchtara?

SYN BAJA WYSTRYCHNIĘTY NA DUDKA

Opowieść siódma o przygodzie ubogiego Użangi-bobo,

o złośliwym synalku bogatego baja

i o przedziwnej monecie

wypłaconej przez bucharskiego mędrca

W bucharskiej dzielnicy ubogich rzemieślników, tuż za medresą Czor-Minor - uczelnią muzułmańską wybudowaną w indyj­skim stylu - w samym końcu ślepego zaułka sterczała lepianka sędziwego farbiarza Dżangi-bobo. Od dnia, w którym opasły Mardżanbek, bardzo chytry i bardzo bogaty kupiec, zajmujący się również paserstwem i lichwą, zabrał mu za długi skromniuteńką farbiarnię, starzec żył z marnych grosików uzyskanych ze sprzedaży nazbieranego chrustu.

Codziennie rano, jeszcze przed wytoczeniem się na niebo zło­cistej kuli słońca, Dżangi-bobo wyruszał za miasto, na skraj Czerwonych Piasków, aby tam pośród wydm pustynnych szukać zeschniętych krzewów saksaułu. Rąbał suche badyle, wiązał je rzemieniem w pęk, następnie taszczył na bazar w Sucharze, gdzie poszukiwany przez wielu opał zamieniał na kilka garści ryżu, na jęczmienne placki, na kawałek wyschniętej baraniny albo zwyczajnie na dwa miedziaki. No i z trudem wiązał jakoś ubożuchny koniec z końcem.

Dziś od samego rana starzec czuł się nie najlepiej. Ledwie zwlókł się z łóżka.

Czerstwy kawałeczek jęczmiennego placka popity filiżanką przegotowanej wody na śniadanie, potem kilka godzin marszu, a jeszcze później pracowite wymachiwanie ciężkim toporem, no i słońce wyjątkowo dzisiaj dokuczliwe sprawiły, że w drodze po­wrotnej Dżangi-bobo stąpał z najwyższym wysiłkiem. Maszero­wał coraz wolniej dźwigając na ramionach okazałą wiązkę drew­na. A zmęczył się przy tym jak rzadko kiedy.

,,Szkoda wielka, że nie mam osiołka. Z przyjazną duszą i z silnym pomocnikiem życie byłoby z pewnością znacznie lżej­sze - marzył Dżangi-bobo w głębi serca. - Gdybym miał kłapoucha do pomocy, zawiózłbym na bazar od razu aż siedem ta­kich wiązek chrustu. A wtedy mógłbym nareszcie zwrócić dług piekarzowi Bababulle. Niestety, nie mam osiołka. Poczciwy Bababułła - oby Allach zachował go w zdrowiu jak najdłużej - będzie musiał poczekać co najmniej tydzień na swoje miedziaki”.

W pewnej chwili siły opuściły farbiarza tak, że dalej już iść nie mógł. Musiał trochę odpocząć. Choć odrobinę. Zwalił więc na ziemię suchy ciężar i siadł obok. Kiedy nieco odsapnął i chciał ru­szyć w dalszą drogę, okazało się, że sprawa nie jest wcale taka prosta. Mimo wysiłków nie był w stanie dźwignąć wiązki chru­stu z powrotem na plecy. Drewno było zbyt ciężkie, a on zbyt osłabiony.

“Starość nie radość. Sił ubywa mi z dnia na dzień. A nawet z godziny na godzinę. Słabym niczym mysz siedmiodniowa - rozmyślał markotnie Dżangi-bobo. - Nie ma się co łudzić, wi­dzę, że nie dam rady bez czyjejś pomocy. Może nadejdzie wkrót­ce jakaś życzliwa dusza. W przeciwnym razie część drewna bę­dę musiał tu porzucić”.

Zaledwie to sobie pomyślał, zza ruin glinianego grobowca ja­kiegoś zapomnianego muzułmańskiego świętego wyjechał mło­dzian w bogatych szatach, na ślicznym koniu, karym achałtekinie stąpającym po piasku lekko niczym tancerka na dworze emira.

- O, wszechwiedzący Allach zsyła cię tutaj w odpowiedniej porze, szlachetny młodzieńcze - starzec zastąpił drogę jeźdźco­wi i pokłonił mu się głęboko. - Dopomóż, bardzo proszę, człe­kowi w potrzebie, jeśli serce masz pod koszulą i odrobinę sza­cunku dla siwej brody.

- A o co chodzi? - spadło pytanie z wysoka, spod złociste­go turbanu.

- Nie potrafię sam zarzucić ciężaru na ramiona. Przeogrom­ny wysiłek oraz upalne słońce najwidoczniej pozbawiły mnie resztek sił.

- Zgoda, siwa brodo. Jednakże pod warunkiem, że mi za to zapłacisz. Albo coś dasz. Cokolwiek.

- A cóż ja ci mogę dać, szlachetny młodzieńcze? - Dżangi-bobo rozłożył bezradnie ręce. - Nic.

- Zgoda, siwa brodo. Niech i tak będzie.

To rzekłszy bajbacza - syn zamożnego baja, bo nim był ów młodzian - uśmiechnął się tajemniczo pod nosem, po czym zlazł z wierzchowca i w milczeniu podniósł z ziemi wiązkę chrustu, jakby to było piórko łabędzie. I zwalił na plecy starca. Następ­nie wskoczył na siodło i bez słowa pożegnania odjechał w swoją stronę.

Jakież było zdumienie ubogiego Dżangi-bobo, kiedy po czterech godzinach przed bramą Kukeldasz wiodącą w głąb miasta ujrzał synalka baja w asyście siedmiu strażników uzbrojonych po zęby w łuki, kindżały i zakrzywione szable. Na widok zbliżającego się starca bajbacza wrzasnął:

- Oto on! Siwobrody powsinoga, o którym mówiłem wam przed godziną. Wojownicy, zatrzymajcie go natychmiast. Jest mi winien zapłatę.

- Zapłatę? A za co? - zdumiał się Dżangi-bobo, przystając pokornie na moment. - Mylisz mnie zapewne z kim innym, szla­chetny młodzieńcze.

- Jak to, za co? Jeszcze się wykręcasz, pniu stuletniej wierz­by? Czyżby starcza skleroza pozbawiła cię zupełnie pamięci? Oczywiście, że za pomoc - synalek bogacza doskoczył do siwobrodego i dźgnął palcem w wiązkę chrustu. - Dopomogłem ci dźwignąć ten ciężar? Dopomogłem. A ty w zamian obiecałeś mi przecież zapłatę.

- Obiecałem? - Dżangi-bobo zdumiał się jeszcze bardziej. - A jaką, na Allacha?

- Nie udawaj bezmózgiego głupka, pniu stuletniej wierzby, tylko dawaj mi tu zaraz to, coś przyrzekł na drodze - krzyczał nadal młodzik. - Obiecałeś “nic”? Obiecałeś, przysięgam na bro­dę mego pradziada. Oddaj więc, bo szkoda czasu i mielenia jęzo­rem po próżnicy.

Tymczasem Dżangi-bobo uginający się coraz głębiej pod cięża­rem saksaułu począł prosić gorąco bajbaczę:

- Drogi chłopcze, szlachetny młodzieńcze, czegóż ty naprawdę chcesz ode mnie? Czy nie możesz mnie zostawić w spokoju? Po cóż drwisz z siwej brody? Masz chyba sumienie? Puść, błagam, bo siły tracę z każdą minutą. Spójrz, nogi drżą mi już jak choremu w indyjskiej febrze.

Ale synalek bogacza ani myślał zrezygnować z wyśmienicie roz­wijającej się zabawy. Zaczął szarpać farbiarza za rękaw chałata, wrzeszcząc przy tym na całe gardło:

- Jak to czego chcę, marny robaku? Śmiesz jeszcze pytać bezczelnie? I cóż mnie może obchodzić twoja indyjska febra, malaria czy drżączka? Zagadnąłem cię wszakże na pustynnej drodze, co mi dasz, jeśli włożę ci na ramiona tę oto wiązkę suchego saksaułu? A tyś mi odpowiedział wówczas jednym sło­wem: ,,nic”. Pomogłem ci, a zatem zgodnie z umową, pniu stu­letniej wierzby, musisz mi teraz wręczyć przy świadkach owe “nic”.

Im dłużej ubogi Dżangi-bobo błagał bajbaczę, aby go prze­puścił przez bramę, tym bardziej upierał się przy swoim sy­nalek baja. Nawet nie zamierzał słuchać wyjaśnień starca. Wrzeszczał jedynie, ile sił w młodych płucach, podskakując i wymachując groźnie kułakami. Niecodzienny harmider powięk­szali strażnicy trzymający się za brzuchy i ryczący wniebogłosy z wielkiej wesołości.

Nie wiadomo, jak by zakończyło się to awanturnicze spotka­nie biednego Dżangi-bobo z synalkiem zamożnego baja i sied­mioma strażnikami bez sumienia, gdyby w pewnym momencie u wrót miejskich nie pojawiły się dwie ważne osobistości. Z le­wej strony na srokatym wierzchowcu nadjechał sędzia bucharski w śnieżnobiałym zawoju na głowie, z prawej zaś Hodża Nasreddin na swym burym kłapouchu.

- Ej, ty tam. Zbliż się i wyjaśnij mi dokładnie, co się tu dzieje? - zapytał gniewnie główny sędzia Buchary wskazując palcem na młodzika.

- I czemu wrzeszczysz pod niebiosa, płosząc niewinne syno­garlice na dachach? - dorzucił mędrzec siedzący na ośle.

Bajbacza opowiedział wszystko po kolei. Naturalnie opowie­dział po swojemu. Jak to dopomógł starcowi spotkanemu na pustynnej drodze, jak ten obiecał mu wynagrodzenie za oka­zaną przysługę i jak teraz łotr ów wykręca się nie chcąc do­trzymać słowa danego przed czterema godzinami.

Sędzia miejski nie złażąc z siodła wysłuchał cierpliwie re­lacji bogaczowego synalka, a potem zagłębił się w rozmyśla­niach. Wszyscy zamarli w oczekiwaniu na wyrok. Niestety, minuty umykały jedna po drugiej, a nic jakoś nie wskazywało na to, by kadi mógł natrafić na ścieżkę prowadzącą do roz­wikłania kłopotliwego problemu.

- Widzę, o sprawiedliwy, że masz niejakie trudności z roz­supłaniem dziwacznego węzełka - szepnął mu na ucho Ho­dża. - Szkoda twojej szlachetnej głowy i drogocennego czasu na takie błahostki. Zgódź się, abym cię wyręczył. Mam pewien pomysł.

Na oblicze sędziego wypłynął szeroki uśmiech.

- Ej, wy tam. Nadstawcie uszu i wysłuchajcie uważnie tego oto człowieka, który czaszkę ma wielką jak sagan i serce nie mniejsze! - krzyknął ucieszony. - W moim imieniu mąż ten osądzi rzecz całą i wyda sprawiedliwy wyrok. Zaczynaj, drogi przyjacielu.

Hodża Nasreddin zwrócił się najpierw w stronę gromadki strażników:

- Kto z was jest tu najstarszy rangą?

Stróż prawa i porządku przepasany zieloną chustą wysunął się bez słowa przed innych.

- Doskonale - skinął głową Hodża. - Przynieś mi bez­zwłocznie ze strażnicy modlitewny dywanik.

Stróż porządku publicznego pognał na wartownię, ażeby po chwili wrócić ze zwiniętym w rulon dywanikiem, na którym zgodnie z nakazami religii pięć razy dziennie modlił się, bijąc pokłony w kierunku Mekki, świętego miasta wszystkich prawo­wiernych.

Hodża Nasreddin zsunął się z oślego grzbietu. W milczeniu rozłożył niewielki kobierczyk na glinianym klepisku, wygła­dził starannie, po czym dopiero rzeki do bajowego synalka:

- Słuszność jest po twojej stronie, bajbaczo. Naturalnie, zga­dzam się z tobą całkowicie. Allach mi świadkiem, że inaczej być nie może.

- Ojejej! - jęknął głośno w tym momencie Dżangi-bobo, chwytając się za serce.

Ale Hodża Nasreddin nie zwrócił na starca najmniejszej uwa­gi i jak gdyby nigdy nic ciągnął dalej:

- Obiecane musi być dotrzymane. Tak właśnie nakazuje spra­wiedliwość. Z łachmanów Dżangi-bobo można jednak wywniosko­wać, iż nie stać będzie biedaka na spłatę ziemskich zobowiązań Czy pozwolisz więc, zacny młodzieńcze, abym “go zastąpił w tej sprawie?

Synalek bogacza skinął głową na znak zgody.

Wtedy Hodża Nasreddin uniósł odrobinę róg dywanika i po­wiedział:

- Bajbaczo, wsuń rękę pod ten kobierczyk i przekonaj się, co tam leży.

Młodzik pogmerał dłonią pod dywanikiem, lecz oczywiście ni­czego nie wymacał.

- No i na co tam natrafiłeś, bajbaczo? - zapytał Hodża z cie­kawością.

Synalek baja zamiast odpowiedzi wzruszył tylko drwiąco ra­mionami.

- Coś ty taki w gorącej wodzie kąpany? - skarcił go mę­drzec. - Powinieneś wiedzieć, iż zbyteczny pośpiech jest wy­mysłem szatana. Poszukaj starannie.

Naburmuszony młodzik nadął się niczym ropucha w maju, ale nie rzekł nic. Jeszcze raz wsunął rękę pod dywanik. Z takim samym skutkiem, co i poprzednio.

- No i co znalazłeś tym razem? - zagadnął znów Hodża Nasreddin z całą powagą.

- Nic - odburknął bajbacza.

- O, znakomicie - ucieszył się mędrzec bucharski. - Bo to jest właśnie tamto “nic”, które obiecał ci na drodze czcigodny Dżangi-bobo. Zabieraj je sobie na własność i zmykaj nam precz z oczu, jeśli nie chcesz kilku pałek dodatkowej zapłaty za czas, jaki przez ciebie zmitrężyliśmy tutaj niepotrzebnie wraz ze szlachetnym sędzią Buchary.

*

“Kto pod kim dołki kopie, sam w nie wpada” - mówi przy­słowie znane i na Wschodzie, i na Zachodzie. I rzeczywiście. Synalek zamożnego baja dostał znakomitą nauczkę od Hodży Nasreddina. Popamięta ją chyba długo. Nas jednak interesuje teraz zupełnie coś innego. Czy potrafisz obliczyć, ty, który głowę bystrą masz i oko spostrzegawcze, ile monet był winien far­biarz Dżangi-bobo piekarzowi Bababulle?

GŁODNY WILK, GŁODNY SZAKAL I GŁODNA WYDRA

Opowieść ósma o szkrabach z sąsiedztwa,

o trzech stepowych głodomorach,

a także o podziale krasnopiórek,

rybek nieczęsto trafiających do garnka

Podejrzany szmer w ogrodzie nakazał Hodży ostrożność w po­stępowaniu.

“Na Allacha, któż tam może być? Złodzieje? E, chyba nie. Tyle jest przecież bogatszych domów w Bucharze, że tylko nai­wni szukaliby łupu tutaj. Hm, a może to szpiedzy wielkiego wezyra? Dostojnik lubi wszakże wiedzieć, co się dzieje nawet w mysiej norze”.

Tak rozmyślając mędrzec cichutko wysunął się spod kołdry, na palcach dotarł do okna i wyjrzał dyskretnie.


Wyjrzał i roześmiał się na głos.

Pod baldachimem z winorośli stała gromadka wyrostków w różnym wieku i coś się między sobą naradzała.

- Ej, młodzieniaszkowie, jeśli przyszliście z samego rana, by pobawić się z moimi chłopcami, to przyszliście nadaremnie - zawołał Hodża. - Guldżachon pojechała na wieś w odwiedziny do krewniaków i chłopców zabrała ze sobą.

Przed gromadkę bosonogich basałyków w krótkich majtkach wystąpił Askad, jeden z wnuków Nasreddinowego sąsiada, cholewkarza Mamajusupa.

- Wujku, myśmy nie przyszli bawić się z Erkinem i Radżabem. Zresztą, wiemy dobrze, że ich nie ma. Myśmy przyszli specjalnie do ciebie.

- Do mnie? - zdumiał się mędrzec. - O, to coś nowego. Poczekajcie chwileczkę, młodzieniaszkowie. Już do was idę.

I nie zwlekając nasypał do miseczki cztery garście suszonych winogron, garść morelowych pestek wydłubanych ze skorupek oraz parę bryłek chałwy domowej roboty, do drugiej włożył kilka owoców granatu i wyszedł przed dom.

- Częstujcie się, czym chata bogata - zaprosił. - A przy okazji wyjawcie mi, proszę, co was tu sprowadza?

- Bajka. Opowiastka. Zagadka. Jakaś przygoda - z ust peł­nych smakołyków posypały się spieszne odpowiedzi. - Najlepiej opowiedz nam bajkę. Radżab mówił, że znasz ich bardzo wiele. A Erkin, że jeszcze więcej.

Hodża roześmiał się.

- Zgoda, młodzieniaszkowie. Opowiem z przyjemnością - przystał bez oporu. - Tylko siądźcie wygodnie wokoło i nie prze­szkadzajcie mi pod żadnym pozorem, bo boję się, że wątek utracę. A teraz słuchajcie uważnie.

Pewnego razu nad brzegiem Amu-darii, na ścieżce wydeptanej przez stepowe antylopy - szybkonogie dżejrany ciągnące do wodopoju, spotkał się szakal z wilkiem. I każdy z nich coś pod pachą dźwiga.

- Ej, sąsiedzie, a dokąd ci tak pilno? I co tam kryjesz pod łokciem? - zapytuje wilk szakala i staje pośrodku dróżki, aby mu kmotr nie czmychnął bokiem.

- Do domu śpieszę, bracie wilku - odpowiada uprzejmie szakal sąsiadowi i kłania się nisko, niziutko. - Suseł dał mi w prezencie dwie marchewki. Najwyższa pora, bo w kiszkach aż mi piszczy z głodu. Nie udało mi się polowanie na żółwia, zęby sobie stępiłem o jego pancerz twardszy od żelaza. Nie udało mi się polowanie na jeża, pysk mam cały w kolcach. Chyba więc sobie ugotuję zupkę z marchwi. Cały garnek smakowitej polewki. Zupy, sytej, cieplutkiej, pachnącej listkiem mięty i szczyptą dzi­kiego kopru.

- Znakomicie się składa, bo i ja do domu idę w takim samym celu - powiada wilczysko i szczerzy zęby na samo wspomnie­nie tego, co go wkrótce czeka. - Wyobraź sobie, że i mnie suseł poczęstował marchewką. Dał mi jednak nie dwie, ale cztery sztuki. Najwidoczniej mnie bardziej miłuje. Upiekę marchewkę w ognisku. Hm, a może lepiej ugotować z niej zupkę? Równie sma­kowitą jak i twoja?

- Dostałeś cztery, boś silniejszy - mruknął pod nosem sza­kal. A że chytry był to zwierz, wystarczyło mu zerknąć jednym ślepiem na zdobycz wilkową, aby zorientować się, że marchew sąsiada jest większa, okazalsza. Pomyślał więc sobie, iż oto na­darza się doskonała okazja, by kosztem basiora najeść się do syta. I szybko powiada:

- Mam wyśmienity pomysł, bracie wilku. Naprawdę wyśmie­nity. Po co mamy rozpalać dwa ogniska? Po co ciągnąć dwie kupy chrustu? Po co brudzić dwa kociołki? Po co dwa razy wodę taszczyć z rzeki? Wspólnie, zupę ugotujmy. I wspólnie ją zjedz­my. Nawet najgłupsze zwierzę wie, że w zacnym towarzystwie każdy posiłek smakuje siedem razy lepiej.

Wspólny posiłek przypadł do gustu także i wilkowi. Nie zwle­kając zwierzęta nałamały suchego saksaułu na pobliskich wy­dmach i rozpaliły olbrzymie ognisko, jakiego dawno nad Amu-darią nie widziano. Ogień trzeszczał i parskał wesoło, zupa bul­gotała radośnie. Nie mogły doczekać się zwierzęta. Już-już miały zabrać się do jedzenia, gdy nagle z sitowia wylazła wydra, calu­teńka ociekająca wodą.

- Witaj, bracie wilku. Witaj, bracie szakalu - powiada wy­dra i zadowolona merda energicznie ogonem, aż krople pryskają wokoło. - Cóż to tak u was smakowicie pachnie? Zupkę gotujecie? Widzę, że w samą porę przyszłam w gości. Czemu marsz­czysz pysk, bracie szakalu? Czemu krzywisz się, bracie wilku, jakbyś zgryzł przez nieuwagę ziarnko afgańskiego pieprzu? Czyżbyście nie wiedzieli, że Allach każe gościa przyjąć nie go­rzej niż najbliższego krewniaka?

- Patrzcie ją, co za spryciara. Na samego Allacha się powo­łuje - powarkuje szakal pod nosem, po czym głośno zaprasza: - Siadaj, siostro wydro, siadaj, skoro los skierował cię do naszego ogniska. Dostaniesz trochę zupy. Dostaniesz, żebyś nie myślała, że nie mamy serca. Ale i tyś zwierzęciem bożym, musisz i ty mieć serce. Czym nas zatem poczęstujesz w zamian za gościnę?

- Rybek dam wam obu na deser - mówi wydra. - Mam ze sobą cały worek krasnopiórek. Swieżuteńkich. Dopiero co wyło­wiłam je w rzece.

Gadu, gadu, no i zwierzęta dogadały się. Siedli wszyscy razem w zgodnym kręgu. Bardzo głodny wilk, bardzo głodny szakal i nie mniej głodna wydra. Naleli zupę do trzech misek. Równo, równiutko. I zjedli.

Wydra wylizała starannie swoje naczynie i swoje wąsy, a po­tem wyciągnęła z sakwy sześć rybek o srebrzystej łusce i płe­twach barwy cynobru.

- Za pyszną zupkę z marchewki, którą zjadłam z apetytem, pozostawiam wam sześć krasnopiórek. Podzielcie się sprawie­dliwie, bracie wilku i bracie szakalu - powiedziała, gładząc się po pełnym brzuchu. Po czym sakwę z resztą połowu zarzuciła na plecy i smyk w trzcinę. Tyle ją widzieli.

No i dopiero wtedy zaczęły się spory, swary.

Szakal chciał pochwycić rybkę, ale wilk zdążył złapać go za łokieć.

- O co ci chodzi? Puszczaj, bo to boli - wrzeszczy szakal, na próżno usiłując wyrwać się z żelaznego uścisku. - Dlaczego nie pozwalasz mi zjeść krasnopiórki na deser? Wszakże to nie twoja zdobycz, lecz pracowitej wydry. A ona zostawiła poczęstu­nek dla nas obu, a nie tylko dla ciebie. Oddaj mi moją część, samolubie.

- Co nagle to po diable. Powinieneś wiedzieć, iż pośpiech bardzo źle wpływa na trawienie. A złe trawienie to ból głowy i brzucha - wilk na to z całym spokojem. - Trzeba się wpierw zastanowić, bratku stepowy, jak powinniśmy podzielić sześć rybek ofiarowanych nam przez wydrę.

- A nad czym się tu zastanawiać? Przecież sprawa jest nie­słychanie prosta. Zupę podzieliliśmy na jednakowe porcje? Na jednakowe. No to i rybki podzielimy dokładnie w taki sam spo­sób. Na porcje j-e-d-n-a-k-o-w-e. Jest sześć rybek? Sześć. A ża­lem dla ciebie wypadają trzy krasnopiórki. I dla mnie trzy krasnopiórki. No, a teraz puszczaj, bracie wilku, bo rybki zjeść muszę, póki jeszcze świeże. Nie ma nic smaczniejszego nad mięsko ryb prosto z wody.

Ale wilk ani myśli puścić łapę szakala. Szczerzy zęby gniew­nie, powarkuje i zastanawia się, jak podzielić krasnopiórki. A że nigdy nie odznaczał się zbyt szybkim myśleniem, trwało to dość długo. Wreszcie powiada:

- O nie, bratku stepowy. Taki podział wcale nie byłby spra­wiedliwy. Przecież do zupy włożyłem cztery marchewki, a ty zaledwie dwie. Cztery i dwie to sześć, prawda? Popatrz, rybek też sześć. A zatem i dzielić tak należy. Dla mnie cztery kra­snopiórki, dla ciebie, bratku stepowy, jedynie dwie. Właśnie tak będzie sprawiedliwie. Sądzę, że sam wszechmogący Allach nie podzieliłby inaczej daru wydry.

- Bzdura, bracie wilku - wrzeszczy nadal szakal i tupie trzema łapami o ziemię, wzniecając popłoch w pobliskim mro­wisku. - Trzy i trzy oto sprawiedliwość. Cztery i dwie to zwy­czajny rozbój!

Na próżno jednak szakal wściekał się, nadaremnie protestował odwołując się do wilczego sumienia. Stało się tak, jak to w po­dobnych wypadkach dzieje się wśród ludzi. Krasnopiórki zostały podzielone zgodnie z wolą silniejszego. Cztery dla jednego, dwie dla drugiego.

Jakież było zdziwienie wilka nazajutrz, gdy dowiedział się od wszędobylskiego jeżozwierza, że szakal od samiutkiego rana bie­ga z wywieszonym jęzorem po Czerwonych Piaskach i plecie niestworzone historie. Każdemu, kto tylko chce go słuchać, opowiada, jak to zdołał wyprowadzić w pole naiwnego basiora, zjadając dwie rybki krasnopiórki z porcji, która mu się w ogóle nie należała...

Hodża Nasreddin zakończył swą opowieść. Potem sięgnął po owoc granatu, wycisnął trochę soku wprost między zęby, popa­trzył na zasłuchane buziaki i baśń uzupełnił pytaniem:

- Jak przypuszczacie, basałyki, kto lepiej wyszedł na podziale krasnopiórek, wilk czy szakal?

Nikt z chłopców nie zdążył ust otworzyć, albowiem w tej sa­mej chwili mały Azam siedzący okrakiem na wysokim murze krzyknął z całej siły:

- Wujku, chowaj się! Jadą po ciebie!

Zerwał się mędrzec na równe nogi, lecz zanim pomyślał, gdzie skryć się, furtka z hukiem wyleciała z zawiasów i na podwórzec wtargnęła banda opryszków. A może tylko straży miejskiej? Wy­jąc z radości zbrojni dopadli Hodży, pochwycili go za ręce oraz nogi i wynieśli na ulicę. Tam wsadzili na konia luzaka, po czym okładając wierzchowca batogami pognali, skąd przybyli. Chmura gliniastego pyłu wzniesiona kopytami przed domostwem mędrca była oczywistym dowodem, że zawitali tu nieoczekiwani goście. Drugim dowodem byli świadkowie - gromada chłopców onie­miałych z przerażenia.

*

Każdą dobrą baśń morał wieńczyć musi. W Nasreddinowej opo­wieści kryje się on w końcowym pytaniu. Kto lepiej wyszedł na podziale krasnopiór ofiarowanych głodomorom przez najedzoną wydrę? Basior z wilczym apetytem i takimże sumieniem, czy szakal, zwierz sprytny i liczyć potrafiący jak mało który miesz­kaniec pustyni? Cóż, pytanie niełatwe i odpowiedź trudna.

...a pisał kiedyś wielki Saadi: “brzuch pusty ciąży do pierw­szego posiłku, głowa pusta ciąży lata całe”.

TAJEMNE JĄDRO

Opowieść dziewiąta o konkursach na największą bzdurę

oraz na pomniejszenie tajemniczej linii,

a także o ponownych przestrogach

zacnego piekarza Bababułły

Niezbadane są labirynty dróg, jakimi krążą pomysły zrodzone pod czerepem wielkiego pana. Na stronicach Księgi Doświadczeń widnieje kanon: im wyżej zasiadł władca, tym trudniej uchwycić lot jego myśli. A emirat Buchary to fotel dostatecznie wysoki, by kaprysy pana życia i śmierci spędzały sen z powiek wszyst­kich sług jego.

Fanaberie dziwacznych pytań przeplatały się z pomysłami z “Tysiąca i jednej nocy”, szatańskie zadania podążały za fanta­stycznymi wskazówkami, cudaczne polecenia deptały po piętach idiotycznym rozkazom. Tak oto ścieżki udręczeń, na których pod­dani emira trawili życie, przechodziły nieustannie jedna w drugą nie znajdując nigdy kresu.

W czwartek ogłoszono nowy rozkaz emira Buchary. Wszyscy dostojnicy pałacowi w samo południe mają stawić się w twier­dzy, przed obliczem pana.

Nastały przeraźliwie długie godziny niepokoju i trwogi. A po nich środek południa.

- Kto potrafi opowiedzieć nieprawdopodobną historię, jakiej w życiu jeszcze nie słyszałem, ten z rąk naczelnika skarbca otrzyma sakiewkę z antylopiej skóry, a w niej czterdzieści sre­brnych dirhemów nagrody - oświadczył emir spoglądając z ucie­chą na wielmożów przybyłych na drżących nogach do wielkiej sali tronowej Arku. Potem odczekał chwilkę i dorzucił: - Uprze­dzam jednak, łby baranie, że jeśli przytoczone kłamstwo obiło mi się choćby tylko raz o uszy, opowiadający zamiast srebrników dostanie z rąk naczelnika straży wypłatę w postaci siedemnastu pałek na gołe plecy.

Na początku znalazło się kilku naiwnych dworaków, wielmo­żów pozbawionych krzty wyobraźni, którym wydawało się, że obracaniem języka zdobędą bez najmniejszego wysiłku sławę emirowego bajarza oraz czterdzieści sztuk srebra na dodatek. Oczywiście przeliczyli się. Żaden z nich nie zdołał napełnić kiesy monetami wydobytymi ze skarbca. Bowiem za każdym razem po wysłuchaniu bzdurnej opowiastki władca rzucał krótko:

- Tę blagę znam z dzieciństwa. Opowiadała mi ją już pia­stunka nad kołyską. Siedemnaście pałek!

Lub:

- Opowieść ta jest równie stara jak pradziad wiekowego Mameda. Porcja pałek!

Kiedy zabrakło dalszych amatorów pobierania pieniędzy albo cięgów, emir wskazał palcem na Hodżę Nasreddina siedzącego nieruchomo pod ścianą w towarzystwie dwóch strażników z go­łymi szablami i zapytał:

- A ty czemu milczysz, Hodżo? Chyba nie po to wysłałem ludzi zbrojnych do twego domostwa, abyś teraz kulił się i trząsł niczym chuda mysz w kącie? Ejże, zapomniałeś języka w gębie, czy może resztki oleju wyparowały ci ze łba na skutek czerwco­wych upałów?

- Ani jedno, ani drugie, o sprawiedliwy - odpowiedział spokojnie mędrzec. - Siwobrodzi powiadają: “Jadowitej kobrze siłą jadu nie zaimponuje ani falanga, ani karakurt”. Ja zaś dodam: także kłamcy nie zaimponujesz byle kłamstwem. A tym bardziej na dworze bucharskiego władcy, gdzie trudno jest zadziwić ko­gokolwiek blagą najniemożliwszą z niemożliwych. Właśnie dla­tego nie mam najmniejszej ochoty uczestniczyć w dziwacznym konkursie. Zresztą, wszyscy wiedzą, że w pałacu znacznie łatwiej jest zarobić pałki niźli srebro. Natomiast w chwili gdy uznasz konkurs blagierów za zakończony, będę mieć do ciebie jeszcze pewną sprawę. Przyjechałem do Arku specjalnie, aby przypo­mnieć ci o niewielkim długu. Bo widzisz, panie szlachetny, osta­tnio u mnie się nie przelewa.

- Ejże, o jakim długu pleciesz? Gorączka cię trapi? A może Osioł kopnął cię w czubek głowy? Nie jestem ci niczego winien - odrzekł emir marszcząc brwi. - I nigdy nie byłem.

- Tym razem najwidoczniej pamięć ci nie dopisała, o spra­wiedliwy. Nie martw się jednak. To zdarza się również ludziom normalnym. Przypomnę ci więc sprawę pokrótce. Niedawno w szkatule pozostawionej przez mojego zmarłego ojca natrafiłem na papier, w którym przed kilku laty byłeś łaskawy napisać, iż obiecujesz oddać naszemu rodowi we władanie połowę Buchary, letni pałac, a mnie dodatkowo także swoją najstarszą córkę, księżniczkę Medinę-Chanym.

Emirowi krew uderzyła do głowy. Podskoczył z wściekłością na tronie, aż jęknął marmurowy postument, i jak nie wrzaśnie z całej siły:

- Coś ty powiedział, barania głowo? Ja, emir błogosławionej Buchary, miałbym obiecywać cokolwiek twojemu ojcu, zwyczaj­nemu garncarzowi? Lepiglinie, którego nogi nigdy nie stanęły w żadnej z pałacowych komnat? Łotrze, jak śmiesz kłamać tak bez­czelnie? To największa bzdura ze wszystkich blag, jakie kiedy­kolwiek wpadły mi w uszy.

Mędrzec natychmiast dźwignął się z kobierca i wyciągnął rękę w kierunku tronu.

- Jestem dokładnie tego samego zdania, o sprawiedliwy - rzekł z lekkim uśmiechem. - I właśnie dlatego każ naczelniko­wi skarbca czym prędzej pośpieszyć po czterdzieści srebrnych dirhemów. Jesteś mi je winien zgodnie z przyrzeczeniem złożo­nym tutaj zaledwie przed godziną.

Dopiero w tym momencie władca zorientował się, że Hodża Nasreddin przechytrzył go. Nie miał jednak innego wyjścia, zbyt wiele uszu słyszało tę obietnicę. Wykrzywił się, jakby zgryzł nieopatrznie ziarno indyjskiego pieprzu, po czym bez słowa wy­słał dostojnika po srebro do skarbca.

Od czwartku do piątku droga niedaleka. Przeminęło zaledwie kilkanaście godzin, gdy kolejny rozkaz władcy nakazał wielmo­żom stawić się w pałacu.

- Wezwałem was ponownie, słudzy wierni, aby ucieszyć serca wasze nowym poleceniem. Wysłuchajcie zatem uważnie moich słów. Oto namalowałem tuszem na tej płachcie jagnięcej skóry zwykłą, prostą kreskę. Ten, kto potrafi zmniejszyć ją dwukro­tnie, otrzyma z rąk naczelnika skarbca sakwę pełną bagdadzkich dinarów - oznajmił emir dostojnikom tłoczącym się w sali przyjęć. Po czym dodał tonem nie wróżącym niczego dobrego: - Jeśli jednak nikt tego nie zdoła uczynić, wszyscy otrzymają od­powiednią nagrodę z rąk miejskiego hycla. Aha, jeszcze jedno. Abyście nie mieli żalu, iż obdarowuję was zbyt łatwym polece­niem, niegodnym doświadczonych umysłów, stawiam dodatkowe warunki: linię należy pomniejszyć dwa razy bez dotykania jej, bez wymazywania, bez cięcia i przełamywania skóry na połowę. Niemożliwe stanie się możliwym, jeśli wystarczy wam fantazji i dowcipu. Niechże więc zapłodni waszą myśl duch wielkiego matematyka arabskiego, Tabita Ibn Kurracha. Mędrca, dla któ­rego nie istniały zadania i problemy nie do rozwiązania. A teraz do dzieła, słudzy wierni, niechaj przekonam się wreszcie, co wartościowego ukrywacie pod zwojami czałm i turbanów złocistych.

“Chcąc otworzyć usta, otwórz wpierw szeroko oczy” - po­wiada przezorne przysłowie. Dzisiaj spełniło się ono zaledwie do połowy. Wszyscy co prawda wybałuszyli źrenice na bielejącą kartę skóry jagnięcej z wyraźnie widocznym wizerunkiem linii, potem jednak zaczęli spoglądać po sobie, wiercić się, niespokojnie przestępować z nogi na nogę. Dostojnicy pałacowi jak gdyby nagle nabrali w usta kwaśnego mleka. Ani jedno słowo nie za­brzęczało w powietrzu.

Nikt z wielmożów nie chciał pierwszy przyznać się do porażki. Na niego bowiem mogła uderzyć najwyższa fala gniewu okrut­nego władcy. A któż chciałby, aby kłębek nici jego żywota wy­snuł się wcześniej, niż mu zaplanowano? Zwłaszcza że każdy z dostojników z łaski Allacha miał na tej ziemi niejedną żonę i wiele dziatek.

Nie wiadomo, jak długo wielmożowie trwaliby tak w milcze­niu, gdyby nie premier rady wezyrów, który w końcu szepnął coś do ucha bibliotekarzowi. Na oblicze zarządzającego księgo­zbiorem pałacowym wypłynął księżyc nadziei.

Tak, to była właściwa ścieżka czynu.

Trzeba bez zwłoki posłać po Machmuda Kurbanbaja. Niechaj spieszy ocalić niewinne dusze.

Wezwano czym prędzej z pobliskiej medresy Miri-Arab wiel­kiego uczonego, profesora biegłego w Koranie, w filozofii, w ma­tematyce i w siedemdziesięciu jeszcze innych naukach. Na próż­no. Machmud Kurbanbaj był już człowiekiem bardzo leciwym, kruczej barwy jego brody nie pamiętali nawet najstarsi miesz­kańcy słonecznej stolicy emiratu. Ciężar wieku przygniótł plecy starca, nie pozwalał mu rozwinąć skrzydeł myśli pętając je silnie powrozami sklerozy. Czas świetności uczonego rozumu minął bezpowrotnie. Z rzadkiego iłu jego odpowiedzi trudno było dzi­siaj wyłowić tłustego karasia rozsądku.

Jad zwątpienia zaczął przenikać wielkiego wezyra, strażnika pieczęci, zarządcę pałacu, potem namiestnika straży pałacowej, a także straży miejskiej, nadwornego bibliotekarza, naczelnika skarbca emirowego, głównego koniuszego, i tak po kolei, wędru­jąc od dostojnika do dostojnika dotarł wreszcie do najniższego - szefa kuchni pałacowej, który nie rozumiejąc wiele z tego, czego żądał od swych sług władca Buchary, pojął jedno: jest źle. Bar­dzo źle.

Jeśli Machmud Kurbanbaj, najmądrzejszy uczony medresy Miri-Arab, człowiek, który przez długie lata życia zajmował- się rozplątywaniem wszystkiego, co islam tak genialnie ukrył przed oczyma niewtajemniczonych, nie potrafił znaleźć właściwego roz­wiązania, ba, nie natrafił nawet przecież na ślad cienia cie­niów tajemnicy szatańskiej linii, to gdzież oni, zwyczajni pachoł­kowie emirowi, mają szukać pomocy?

Powie ktoś, że nagrody można się wyrzec? Oczywiście, ale niech powie także, jak ustrzec się kary? Ręka bucharskiego wład­cy sięga daleko. Biada temu, kto ucieknie, biada także i temu, kto nie ucieknie.

Wieczności przeminęły, zanim do karty na drżących nóżkach przysunął się Ibrachim Ma'asiobek, główny układacz mozaik, człowieczek o czaszce pełnej nieoczekiwanych pomysłów. Ujął skórę jagnięcą za dwa przeciwległe krańce i pochylił ukośnie, tak że powierzchnia karty, a wraz z nią i linia, zmalały na mo­ment o połowę.

- Spójrz, o sprawiedliwy władco muzułmańskiego świata. Zmniejszyłem ją po dwakroć - rzekł z dumą wypinając pierś szczuplutką jak u dziecka.

Emir zerknął na kartę ze zdziwieniem. Ściągnął brwi. Zasta­nowił się, po czym szeptem cisnął jakiś rozkaz naczelnikowi skarbca. Ten zniknął natychmiast. Po dłuższej chwili pojawił się w komnacie z podręczną malachitową szkatułą. Uchylił jej wieko skłaniając się ku Ma'asiobekowi, ale zanim ten zdążył wy­ciągnąć rękę po srebro, zatrzasnął wieko szkatułki i cofnął się poza tron monarszy.

Ibrachim Ma'asiobek nic nie rozumiejąc pozostał tak z wy­ciągniętą dłonią i rozwartą gębą.

Emir roześmiał się i wyjaśnił:

- Ukazałeś nam, w jaki sposób można skrócić linię tylko na moment. Taką i otrzymałeś nagrodę. Widziałeś przecież srebro przez chwilkę. A teraz odejdź. Myśl o rozwiązaniu trwalszym, a nie takim, przy którym trzeba nadwerężyć szyję, by dostrzec to, co chcesz pokazać światu.

Nieoczekiwanie z mroku korytarza wypłynęła doskonale wszystkim znana sylwetka mędrca Buchary.

- O prześwietny i potężny, każ swemu urzędnikowi wyciąg­nąć zza monarszego krzesła szkatułę z bagdadzkimi dinarami. Ja zmniejszę tę linię dwakroć.

Głos Hodży Nasreddina natarł balsamem nadziei dusze za­trwożonych.

Emir wydął wargi w grymasie powątpiewania.

- Uczynisz to? - zapytał. - Zastanów się wpierw, Hodżo. Wielu próbowało, nawet mądry mudarris Kurbanbaj usiłował dopomóc moim dostojnikom. Nikt jednak nie zdołał wyłuskać ziarna prawdy ze strąka dzisiejszego zlecenia.

Hodża Nasreddin uśmiechnął się i odpowiedział:

- O panie, Wahid z Kazwinu już przed laty rzekł, iż ślepiec widzi jedynie na odległość własnego kostura.

- Śmiało przemawiasz, Hodżo - osądził emir. - Czy aby nie za śmiało?

- Jeśli głowa otwarta, to i język śmiały - wyjaśnił spokoj­nie mędrzec.

- Pojmuję. Wiedz jednak, że język z mięsa, w którą stronę nie poruszysz, obraca się.

- Rozsądek winien być korbą języka, panie.

- Mądrość płynie z ust twoich, Hodżo. Dlatego wierzę ci i powtarzam raz jeszcze warunki: bez dotykania linii, bez wymazy­wania, bez cięcia i przełamywania skóry.

- Rzekłeś, panie.

Na znak dany przez władcę Hodża Nasreddin zbliżył się do niziutkiego stolika z laki z jaśniejącą nań płachtą skóry jagnię­cej.

Jeden ruch ręki i orzech zadania pękł na dwoje ukazując swe tajemne jądro.

Emir spojrzał na skórę i zdumiał się.

- Niezwykłe znalazłeś rozwiązanie, Hodżo.

- Z niełatwych problemów prowadzą czasami niełatwe ścieżki rozwiązań, o sprawiedliwy.

I tym razem władca nie odpowiedział ani słówkiem. Tłumiąc uczucie rozczarowania i wzbierającego gniewu skinął na skarbni­ka, ażeby podał Hodży Nasreddinowi nagrodę. Urzędnik odsypał ze szkatuły co trzeba i pobiegł natychmiast do mędrca z sakwą napęczniałą od bagdadzkich dinarów. Tłum dostojników niepo­mny, że jeszcze przed minutą stał na progu życia i śmierci, ze­zował z zawiścią na objawy łaski emirowej wobec marnego czło­wieka, który nie był wszakże ani dobrze urodzonym wielmożą, ani naczelnikiem wojsk łupiących sąsiadów ku chwale wielkiego władcy, ani nawet zamożnym kupcem wspierającym częścią swo­ich bogactw skarbiec państwowy.

Hodża Nasreddin opuścił pałac lekkim krokiem, choć z nielekkim sercem i z ciężką sakiewką. Czterdzieści srebrnych dirhemów zdobytych wczoraj za dokuczliwą blagę oraz bagdadzkie dinary wygrane dzisiaj za pomniejszenie linii to smakowity ką­sek dla wszelkiego rodzaju złodziei, pospolitych łupieżców i urzęd­ników podatkowych. Gdzie ukryć skarb, ażeby nie wpadł w niewłaściwe ręce? Naturalnie, nie u siebie w domu, bo tam ra­busie będą szukać w pierwszej kolejności. Najlepiej byłoby wy­wieźć srebro i złoto gdzieś poza miasto i oddać pod opiekę za­ufanemu człowiekowi. W Kermine mieszkał taki człowiek. Nadżaf, przyjaciel z lat dziecięcych. Tkacz dywanów o sercu szlachetnym i nierobaczywym sumieniu. U niego monety będą bezpieczne i jutro, i za rok, i za lat dwadzieścia.

Tak rozmyślając mędrzec bucharski minął powoli Szir-Garan, wrota w murach obronnych miasta wiodące w kierunku pustyn­nych Czerwonych Piasków, po czym dopiero piętami zmusił długouche zwierzę do żwawszego truchtu. Zdawał sobie doskonale sprawę, że im prędzej zniknie z oczu strażnikom miejskim, tym lepiej dla niego i dla obydwu sakiewek.

Po godzinie zjechał z głównego traktu karawanowego na ście­żynę ledwie widoczną między piaszczystymi wydmami. Skierował osiołka na drogę co prawda znacznie żmudniejszą, ale i znacznie bezpieczniejszą.

Słońce, które przez długi czas prażyło niemiłosiernie, troszecz­kę zelżało. Na piasku pojawiły się drobne różnobarwne jaszczurki i duże stepowe, agamy. Widomy znak, iż do wieczora już nie­daleko.

Z lewej strony ukazała się brył; mazaru o ścianach ulepionych z surowej żółtej gliny. Miejsce spoczynku kości jakiegoś świętego czy pielgrzyma od niepamiętnych lat służyło wędrowcom za dro­gowskaz pustynny: stąd do Koksaju pozostała zaledwie godzina jazdy.

Na gałązkach dzikiej akacji rosnącej samotnie tuż przy gro­bowcu pełno było zawieszonych kolorowych szmatek, kawałków szarf i wstążek. Powiewające na wietrze gałgankowe wota świadczyły najwyraźniej, iż wierni muzułmanie docierali jednak w to odludzie, aby pokłonić się świętemu, którego imienia tak naprawdę nikt już nie pamiętał.

Hodża zamyślił się nad marnościami tego świata, gdy nagle zza opuszczonych murów wyskoczył zbir w czarnej masce wrzesz­czący ile sił w płucach:

- Stój! Stój, mówię!

Przerażony osioł stanął w miejscu takiego dęba, że Hodża Nasreddin wyleciał ogromnym łukiem w powietrze i grzmotnął jak długi na ziemię. Znieruchomiał. Zaś kłapouch rycząc prze­raźliwie odskoczył w bok, po czym z podniesionym sztywno ogo­nem, wierzgając kopytami na wszystkie strony pogalopował przed siebie. Po kilkunastu sekundach oszalałe ze strachu zwie­rzę zniknęło pomiędzy piaskowymi barchanami.

Tymczasem zamaskowany mężczyzna dobiegł do Nasreddina. Ukląkł. Pochylił się nisko nad leżącym bez przytomności. Czarny szal osłaniający mu twarz spadł na ramiona i dopiero wtedy okazało się, że był nim dobry znajomy Hodży Nasreddina, bucharski piekarz Bababułła.

Piekarz ostrożnie odwrócił mędrca na plecy. Starannie otarł mu twarz z piasku. Na widok guza rosnącego błyskawicznie na czole Hodży wyciągnął nóż z pochwy. Delikatnie przyłożył chło­dne ostrze do bolejącego miejsca. Leżącemu najwidoczniej trochę ulżyło, gdyż kurze jajo poczęło się zmniejszać. Z kurzego zamie­niło się w gołębie.

Niefortunny upadek na kamień ukryty w piasku mógł mieć paskudne skutki. Na szczęście grubo nawinięta czałma osłoniła głowę i wszystko skończyło się na przestrachu i potężnym sińcu. Oszołomienie spowodowane upadkiem i bólem zaczęło przemijać. Mędrzec uniósł powieki. Rozpoznał przyjaciela.

- Bababułło, po coś sobie łeb omotał czarną szmatą? Co ci strzeliło do głowy, ażeby bawić się ze mną w przebierańca na takim odludziu? - jęknął krzywiąc się z bólu. - Nic dziwnego, że mój wierny kłapouch przeraził się śmiertelnie. Nie poznał cię, bo niby po czym miał rozpoznać? Najwyraźniej wziął ciebie za zamaskowanego zbója. Za rozbójnika dybiącego na życie i ma­jątek podróżnych.


- Za zamaskowanego zbója? - piekarz otworzył szeroko oczy ze zdziwienia. - Ależ ja tylko głowę osłoniłem chustą przed piaskiem. Wiatr tnie nim straszliwie po twarzy. Mimo chusty pełno go mam w uszach i w ustach. Mówić nie mogę, bo zgrzyta mi bez ustanku w zębach. Nie słyszysz?

- A czemuś wrzasnął tak nieoczekiwanie? Nie mogłeś za­wołać nieco spokojniej? Widziałeś, Bababułło, osioł o mało nie dostał ataku serca z przerażenia. Mnie zrzucił, co mu się prze­cież nie zdarza, a sam pognał galopem w pustynię i nie wiadomo, kiedy się zatrzyma. Żeby tylko nie dopadły go tam szakale lub wilki - zaniepokoił się Hodża Nasreddin. - Mądry to i doświad­czony kłapouch, ale w spotkaniu ze stadem drapieżników skóry cało nie uniesie.

- Długo czekałem na ciebie i sen powieki mi zlepił - po­śpieszył piekarz z wyjaśnieniem. - Mijałeś już mnie, kiedy się ocknąłem. Przestraszyłem się, że mnie nie zauważysz. I dlatego krzyknąłem z całej siły.

- Kto tu się mocniej przestraszył? - westchnął boleśnie mędrzec. - Popatrz tylko na moją głowę. I na ten siniak. I na to ogromne jajo.

- Przykro mi, afandi, lecz naprawdę nie miałem innego wyj­ścia. Musiałem się z tobą spotkać jak najszybciej - tłumaczył się nadal piekarz. - Dlatego popędziłem na przełaj nie szczę­dząc mojego wierzchowca. Afandi, mam bardzo niedobre wiado­mości. Lepiej, żebyś je poznał wcześniej, niż za późno. Siądź wygodniej i spokojnie wysłuchaj nowiny. A może wolisz, abym odprowadził cię do Kermine i po drodze opowiedział wszystko?

- Wyjaw mi, choć w kilku słowach, co się stało?

- Źle się stało. Bardzo źle - w głosie piekarza pojawił się ton lęku. - Śmierć zawiesiła ostrze szabli katowskiej nad twoją szyją, afandi.

- Opanuj się, Bababułło. Człowiek przerażony zawsze widzi podwójnie. Zresztą, kostucha nieraz zaglądała mi w oczy. Opo­wiedz, proszę, dokładnie i po kolei, o co chodzi tym razem?

- O astrologa. Nowego astrologa na dworze emira - wy­rzucił z siebie jednym tchem Bababułła.

- Co? Czyżby Muchammad...

Hodża Nasreddin chciał zerwać się na równe nogi, lecz ból mu nie pozwolił. Usiadł ciężko z powrotem na piasku i znowu jęknął.

- Nie masz już między żywymi twojego serdecznego przy­jaciela, Muchammada Astrologa - ciągnął tymczasem piekarz. - Zginął na pustyni w drodze powrotnej ze świętej Mekki. Jedni powiadają, że zamordowali go afgańscy rozbójnicy, inni zaś, że ludzie nasłani przez naszego kuszbegę. Jednooki Muzaffar miał z nim od dawna na pieńku. Wielu spraw nie mógł mu darować. Także i tego, że uchronił twoją głowę przed spotkaniem z emirowym oprawcą. Wszystko to słyszałem z ukrycia, zza worków z mąką, które przywiozłem do domu wielmożnego Bachira Wafy. Bachir Wafa z zausznikiem wielkiego wezyra rozmawiał co praw­da szeptem, ale słuch mam jeszcze dobry. Wymawiali twoje imię, obiecując słodką zemstę za tyle lat kłopotów, jakich im przy­sparzałeś i nadal przysparzasz. Wielmoże rechotali z uciechy opowiadając o nowym astrologu na dworze emira. Afandi, oni knują coś złego. Strzeż się, przyjacielu,

Hodża zmarszczył brwi.

- Hm, a czy nie wymienili imienia nowego astrologa? Może go znam?

- Nie wymienili. Tego jestem pewny - piekarz nie zawa­hał się ani na moment. - Ale żebyś ty słyszał, co ten Bachir Wafa wygadywał na ciebie. A jeszcze nie tak dawno w domu strażnika pieczęci przysięgał, iż jest twoim najwierniejszym przy­jacielem. Przebrzydły oszust i smrodliwy zdrajca.

- To mnie wcale nie dziwi, Bababułło. Wiadomo, jaszczurka jest pstra na wierzchu, a człowiek od wewnątrz. Bachir Wafa to człowieczek o słabym charakterze, po nim można się więc spodziewać wszystkiego. Szkoda tylko, że jego zacny ojciec ob­darzył syna takim wspaniałym imieniem. Bachir Wafa w języku Arabów znaczy ,,Olśniewająca Wierność”. Oto jak los potrafi płatać figle najzacniejszym nawet rodzicom.

- Niechaj złe dżiny pustynne porwą Bachira Wafę - zde­nerwował się piekarz. - Nie chodzi przecież o niego. Pomyśl lepiej, co teraz zrobić ze sobą, afandi.


- Najpierw rozejrzę się za moim os...

W tym momencie zza węgła glinianego grobowca wychyliła się para długich uszu, a wraz z nią znajoma morda. Poczciwy osiołek ochłonął już najwyraźniej z przestrachu. Wrócił, aby sprawdzić, co stało się z jego panem.

Na widok wiernego kłapoucha westchnienie ulgi uleciało z piersi mędrca.

- Podejdź bliżej, przyjacielu - skinął na iszaka. - No chodź, nie obawiaj się niczego. Niepotrzebnie zmykałeś na podobieństwo stepowego królika. Bo popatrz, to wszkaże nie żaden okrutny zbójca z szablą czy maczugą, lecz piekarz Bababułła. Nasz dobry znajomy.

Osiołek zbliżał się pomaleńku. Krok po kroku, na nogach sztywnych niczym kołki, z wyciągniętą daleko szyją. Niby wi­dział, niby poznawał, ale wciąż jeszcze nie ufał własnym oczom i nozdrzom.

Piekarz wydobył rumiany placek z dna sakwy i podał długouchemu zwierzęciu.

- Weź świeżutki obi-non z jęczmiennej mąki, obsypany hojnie makiem - zachęcił. - To zamiast przeprosin. No, a poza tym należy ci się nagroda za chwile strachu. A także za to, żeś sam tutaj powrócił. W przeciwnym razie aż do Kermine musielibyś­my tłoczyć się we dwóch na grzbiecie mojego rumaka.

Uradowany Hodża Nasreddin pochylił się gwałtownie do przo­du, żeby pocałować poczciwą mordę, gdy nagle pomarkotniał. Wyciągnięte radośnie ręce opadły bezsilnie.

- Co się znów dzieje? - zapytał niespokojnie piekarz, na wszelki wypadek rozglądając się uważnie wokoło.

- Niedobrze. Bardzo niedobrze. Nie widzę sakiewek z mone­tami zdobytymi w pałacu. Dwa razy przegrał ze mną bucharski tyran, stracił wiele srebra. Ale i osioł posiał je gdzieś w pu­styni - objaśnił mędrzec. - Oszalały ze strachu nie myślał przecież o moim skarbie. Zresztą, dla niego skarb ten niewart garści owsa. Nie ma innej rady, Bababułło, musimy pójść jego śladami, zanim zmierzch ich nie pochłonie. Spójrz na słońce, nie mamy zbyt wiele czasu. Pośpieszmy się zatem, przyjacielu. A o Bachirze Wafie i o nowym astrologu emira pogadamy sobie jeszcze po drodze. Na każdą dolegliwość da się znaleźć skuteczne lekarstwo. Trzeba tylko ruszyć głową.

Nie zwlekając ani chwili dłużej obydwaj mężowie dosiedli swoich wierzchowców. Skierowali się pomiędzy pustynne bar­chany. Czekało ich trudne zadanie. Coraz dłuższe cienie kładące ,się na piasku nie ułatwiały poszukiwań.

*

Nim Hodża z Bababułłą odnajdą sakiewki pełne srebra, minie co najmniej godzina. Wystarczająco dużo czasu, by raz jeszcze zastanowić się nad niezwykłym pomniejszeniem linii.

Bądź przekonany, człowieku myślący, że rychlej wielbłądowi ogon do ziemi urośnie, niż wielu pojmie sekret dowcipnego roz­wiązania ujawniony źrenicom emira wielkiej Buchary przez Hodżę Nasreddina, ulubieńca prostych ludzi,


NAMIESTNIK KERMINE I JEGO NIEODRODNY SYNALEK

Opowieść dziesiąta o najgrubszej prawicy emira

na uzbeckich ziemiach,

o wykwintnej potrawie

oraz o wielkiej przezorności i wielkiej rozwadze

Na widok młodzieńca grubego niczym beczka baraniego łoju, szarpiącego ze wszystkich sił kilkunastoletniego chłopca w po­dartej odzieży, Hodża Nasreddin mocnym prztykiem w ucho zmusił osiołka do przyśpieszenia kroku, niemal do galopu. I zaczął wołać już z daleka:

- Młody człowieku, o sercu szlachetnym, zlituj się i puść tego biedaka, bo urwiesz mu ucho!

Antałek tłuszczu odwrócił się gwałtownie w kierunku nad­jeżdżającego i nie wypuszczając chłopca z rąk, wrzasnął na całe gardło:

- A ty czego się wtrącasz do nie swoich spraw, przybłędo na ośle? To syn mojego sługi i nic ci do tego, co zadrą tkwi mię­dzy nami dwoma.

- Oczywiście, że wasze sprawy mnie wcale nie obchodzą - odparł mędrzec spokojnie. - Interesuje mnie tylko ucho nie­szczęśnika. Zresztą, sam pomyśl, jeśli masz odrobinę czystego oleju pod turbanem. Cóż to będzie za sługa o jednym zaledwie uchu? Czyżbyś nie wiedział, iż śmieszny chałat ośmiesza również właściciela, który dźwiga go na grzbiecie? Podobnie bywa z pa­nem i z jego sługą, młody przyjacielu.

- Nie jestem żadnym twoim przyjacielem, przybłędo na ośle - obruszył się grubas, w dalszym ciągu pracowicie tarmosząc wy­rostka za ucho.

- To i lepiej - odrzekł z uśmiechem Hodża Nasreddin. - Bo gdybyś nim był, musiałbym ci teraz powiedzieć po przyjacielsku, co myślę o podobnym postępowaniu na środku ulicy. Przyjacie­lowi oświadczyłbym bez wahania, że tak czyniąc, nie różni się wiele od cuchnącej hieny, która pastwi się nad królikiem po­chwyconym podstępnie. Albo od wściekłego szakala znęcającego się tylko dla przyjemności nad niewinną jaszczurką. Tobie jednakże tego powiedzieć nie mogę. Nie znam cię przecież zupełnie, młodzieńcze.

- Ejże, kpisz sobie ze mnie, przybłędo na ośle?

- Skądże - odpowiedział niewinnie Hodża. - Ani mi to w głowie. Staram się wyjaśnić ci po prostu różnicę, jaka dzieli mo­ich bliskich przyjaciół od ludzi nieznajomych, nawet jeśli na­leżą oni do rodu wielmożów.

- Zgadłeś, przybłędo podobny do swego osła jak jedna połów­ka rzepy do drugiej - wrzasnął znów młodzik i nadął się ni­czym indor na własnym weselu. - Jestem synem samego na­miestnika miasta i okręgu Kermine. Prawicy emira na tych ziemiach.

- To widać - odrzekł spokojnie mędrzec bucharski. - I nic, dziwnego, albowiem niedaleko spadło tym razem jabłko od jabłoni. Tak przynajmniej powiadają mieszkańcy Kermine. Podobno apetytem i wagą niewiele ustępujesz swojemu ojcu, dostojnemu namiestnikowi emira na cały okręg?

Indor w bogatych szatach nadął się jeszcze bardziej. Zagulgotał:

- Jest właśnie tak, jak powiedziałeś, przybłędo na ośle. To chyba naturalne, że syn bywa podobny do własnego ojca. Za­równo pod względem zalet ciała, jak i zalet umysłu. Nie są­dzisz?

- Myślę podobnie, młody człowieku. Dobry ojciec powinien w życiu postępować tak, aby co dnia dawać właściwy przykład synom. Zaś synowie biorący wzór z takiego ojca. pewnością wyrośliby na ludzi szlachetnych i prawych. Niestety, w życiu by­wa rozmaicie. Pewnie dlatego tak trudno spotkać dziś ludzi uczciwych wśród dostojników.

- Znowu coś zmyślasz, coś kręcisz, przybłędo na ośle?

- Nie, nie. Mówię jedynie słowa, w które szczerze wierzę - zapewnił Hodża namiestnikowego synalka. - Nie interesuje mnie teraz stosunek ojca do syna, ani syna do ojca, lecz coś zupełnie innego. Chciałbym mianowicie poznać przyczynę, która rozpa­liła gniew w twoim sercu. Powiedz, czym zawinił wobec ciebie chłopiec wyglądający tak niewinnie?

- Drwił sobie ze mnie w żywe oczy. I z moich umiejętności. I z mojego wieku.

- Możesz mi to wyjaśnić dokładniej?

- To szczenię szakala ma całkowicie przewrócone we łbie. Czy wiesz, że wczoraj przyłapałem go w pałacowej bibliotece czyta­jącego potajemnie książki? Czy możesz mi powiedzieć, przybłędo na ośle, po co słudze znajomość ksiąg z astronomii, z prawa, z matematyki?

- Samo czytanie książek nie może być przejawem drwiny. Zapewne chodziło ci o coś innego?

- Rzeczywiście - potwierdził grubas. - Poszło o umiejęt­ność posługiwania się liczbami. Aby przekonać sługę, że daleko jego kapuścianej głowie do mojej, powiedziałem, iż swój wiek potrafię zapisać za pomocą pięciu cyfr, samych jedynek. Wtedy on stwierdził, że może uczynić dokładnie to samo ze swoimi lata­mi. A to przecież niemożliwe. Kiedy hultaj przyszedł na świat, obchodziłem właśnie dziesiąte urodziny. Pomyśl, jestem od niego dokładnie o dziesięć lat starszy. Jakże więc może zapisać liczbę swoich lat za pomocą tych samych pięciu jedynek? Ten syn szakala najwyraźniej kpi sobie ze mnie. Zresztą, zaraz cię o tym przekonam, przybłędo na ośle.

To mówiąc grubas puścił na moment ucho biedaka i zaginając palce zaczął rachować. Wyrostek, nie czekając na rezultat, sko­czył pomiędzy wielbłądy spoczywające wraz z bagażami na pla­cu i tyle go było widać.

Dwudziestokilkuletni synalek namiestnika rozumiejąc, iż zo­stał wystrychnięty na dudka, przerwał liczenie i z wrzaskiem wściekłości ruszył w pogoń za zbiegiem.

Spotkanie z młodym obżartuchem przypomniało Hodży Nasreddinowi, że pomału zbliża się pora wieczerzy. Nie zwlekając ani minuty zawrócił osiołka w kierunku domu Nadżafa, znako­mitego tkacza dywanów, przyjaciela jeszcze z lat dziecinnych, u którego zatrzymał się na czas pobytu w Kermine.

Zaledwie uchylił znajomą furtkę, ujrzał pana domu biegające­go w tę i we wtę i biadolącego głośno:

- Co ja, biedny, pocznę? Aj, aj, aj, co ja teraz pocznę? Skąd wezmę jutro jadło niezwyczajne?

Hodża przytrzymał Nadżafa za rękaw.

- Uspokój się, przyjacielu - rzekł. - I wyjaśnij mi, co ci się przydarzyło w godzinach, które spędziłem z przyjemnością na tutejszym bazarze? Od kiedy to dorosły mężczyzna trapi się zawartością garnka, pyrkoczącego nad ogniem? Po cóż nam, na Allacha, jadło niezwyczajne? Zje się po prostu to, co zęby zgryzą, a żołądek strawi. Czyżbyś naprawdę nie miał większych zmart­wień od zapychania kiszek luksusami?

- Nic nie pojmujesz, afandi. Nie o nasze kiszki tu chodzi, lecz o żołądek namiestnika. - Nadżaf otarł kułakiem zaczerwienione powieki i począł wyjaśniać: - Mówiłem ci już, że przed dwoma miesiącami przybył do nas z Buchary nowy namiestnik emira wraz ze swoją rodziną. Wiesz doskonale, druhu mój, że na tym świecie rzadko zdarza się oglądać dostojnika pozbawionego reprezentacyjnego brzucha, nowo przybyły bije jednakże wszelkie rekordy. Wygląda niczym sułtan obżartuchów całego Wschodu. Łeb ma jak kocioł do warzenia płowu, a brzuch sterczący pod złocistym chałatem przypomina przedgórza Tien-szanu. O niczym innym grubas ten myśleć nie potrafi, tylko o jedzeniu. Żarcie mu nieustannie w głowie. Zapełnię jakby zamiast czaszki dźwi­gał na szyi dodatkowy żołądek.

- W dalszym ciągu nie rozumiem, Nadżafie, co cię obchodzą kiszki namiestnika?

- Zrozumiesz, afandi, gdy ci wszystko opowiem. Zaraz pierw­szego dnia urzędowania namiestnik wezwał przed swoje oblicze co ważniejszych mieszkańców grodu i polecił im sporządzić wy­kaz wszelkich potraw, jakie znali oni, ich rodzice oraz rodzice ich rodziców. Potem według tego spisu kazał sobie dostarczać na obiad co smakowitsze dania. Za najlepsze wyznaczył nawet nagrodę: sakiewkę pełną srebrnych monet. Od dwóch miesięcy obżera się cudzym jadłem, a pieniędzy nikt jeszcze nie widział. I prędzej zobaczy własne plecy niźli jego srebro.

Hodża uśmiechnął się pod nosem.

- Nie zależy ci chyba aż tak na srebrze dostojnika? Pozbądź się złudzeń, przyjacielu. Sakiewki tej nikt nie ujrzy na oczy. Po cóż zatem zamartwiać się daremnie? Po co myśleć o nienasy­conym żołądku namiestnika?

- Po to, że jutro na mnie kolej wizyty w pałacu - wykrzyk­nął Nadżaf zrozpaczonym głosem. - Przed chwilką był tutaj strażnik dworski, by zawiadomić, że na jutro mam przygotować wymyślną potrawę na stół dostojnika. A czym ja nakarmię ob­żartucha? Zupą? Pierożkami? Szaszłykiem? Smażoną baraniną z ryżem i korzeniami? Druhu mój, to go z pewnością nie zado­woli...

Hodża machnął lekceważąco ręką.

- Nie przejmuj się. Jutro nie wstaniesz z łóżka udając cho­rego, a do pałacu ja pójdę za ciebie.

- Pójdziesz? Naprawdę? - uradował się tkacz dywanów i za­raz się zaniepokoił: - Afandi, a skąd weźmiesz potrawę godną namiestnikowego podniebienia?

- Danie mi wcale niepotrzebne - odrzekł spokojnie bucharski mędrzec, a na jego obliczu znowu pojawił się uśmiech. - Nie sądzisz chyba, Nadżafie, że będę dźwigać do pałacu garnki pełne jadła? Nie jestem wszakże jucznym wielbłądem. Wystar­czy mi sam przepis.

- Szczęśliwy jestem, żeś pozostał aż do dziś w Kermine. Naj­widoczniej sam Allach podpowiedział ci ten krok w trosce o mo­ją biedną głowę - tkacz dywanów promieniał radością. Gdy­byś przedwczoraj wraz z piekarzem Bababułłą wyruszył w drogę powrotną do Suchary, nie byłoby dla mnie ratunku. Z pewno­ścią wylądowałbym w lochu namiestnikowej twierdzy.

Hodża Nasreddin, znający ludzi jak nikt inny w Azji Środko­wej, pojął od razu, iż namiestnikowi Kermine można zaimpono­wać jedynie czymś, czego jeszcze w życiu nie próbował. A czego taki wielki pan jeszcze nie mógł mieć w ustach? Naturalnie te­go, czego w ogóle nie było na świecie. Od pomysłu do wykonania droga raz długa, raz krótka. Mędrzec bucharski tym razem cza­su nie zmarnował. Po godzinie, a może po dwóch wymyślił nowe danie. Zupełnie nowe.

Nazajutrz pod eskortą dwóch strażników Hodża stawił się w sali przyjęć.

- Cóż mi powiesz, człowieku występujący w imieniu Nadżafa, tkacza szlachetnych kobierców? - spadło pytanie z wysoka, z olbrzymiej sterty poduszek.

- Niechaj Allach zachowa cię w doskonałym zdrowiu aż do ostatnich dni twoich, sprawiedliwa prawico emira - odpowie­dział uprzejmie Hodża Nasreddin i, jak nakazywał dworski ce­remoniał, z szacunkiem pochylił głowę przed dostojnikiem. - Zamiast karmić cię potrawami, które inni już dawno przetrawi­li, wymyśliłem przepis na zupełnie nowe danie, jakiego do tej pory nie było jeszcze ani na Wschodzie, ani na Zachodzie. Prze­znaczyłem je specjalnie dla ciebie.

- Nowe? Specjalnie dla mnie? A jakie? Mów szybko - za­interesował się namiestnik. Wychylony niecierpliwie do przodu kilka razy przełknął głośno ślinę.

- Znakomite. Wykwintne. Posłuchaj tylko - odrzekł mę­drzec bucharski. - Nazwałem je sarimsok-chan, co znaczy “czos­nek władcy”. To, naturalnie, na. cześć naszego emira.

Akurat w tym momencie do sali zajrzał namiestnikowy synalek. Na widok Hodży Nasreddina podbiegł do ojca i coś mu za­czął szeptem wyjaśniać.

Ale dostojnik, z którego głowy wiadomość o cudownej potra­wie wypchnęła wszystkie inne myśli, machnął ręką raz i drugi, jakby opędzał się przed natrętną muchą, a w końcu krzyknął:

- Później mi to zdarzenie opowiesz dokładnie. Świat się dzi­siaj nie kończy. Czy nie widzisz, że teraz jestem bardzo zajęty sprawami o państwowej wadze?

Obrażony antałek baraniego łoju spojrzał zezem na mędrca i w milczeniu opuścił komnatę. Zaś namiestnik pochylił się jesz­cze bardziej i krzyknął:

- A tyś czemu zaniemówił? Gadaj dalej. Język odgryzłeś przy ostatnim słowie? Stoisz tak z gębą otwartą podobny do dziuplastej wierzby. Wolałbym, abyś był bardziej podobny do normal­nego człowieka.

Hodża nie przejął się grubiaństwem dostojnika. Wielmożów poznał przecież doskonale w Bucharze i w Samarkandzie, w Bag­dadzie i w Damaszku, w Mekce i w Medynie. Wiedział, iż nieza­leżnie od krańca świata dostojnicy pałacowi wszędzie są jednacy. Zachłanni, ordynarni, okrutni. Jak gdyby nigdy nic, ciągnął nić przepisu:

- Sarimsok-chan to przecudowne danie. Przepyszne. I co nie­mniej ważne, przygotowuje się je w bardzo prosty sposób. Zro­zumiały dla każdego.

- A w jaki? - namiestnikowi zaświeciły się oczy niczym kocurowi przed mysią dziurą. - Nie, nie, lepiej zaczekaj momencik z podaniem szczegółów. Straże, wezwać mi tu natych­miast głównego kuchmistrza. I niechaj przyniesie ze sobą pióro oraz kartę papieru.

Kiedy zdyszany mistrz patelni rozłożył płachtę samarkandzkiego papieru na podłodze i legł przed nią wygodnie na brzuchu z gęsim piórem w dłoni, Hodża Nasreddin począł dyktować swój przepis głośno i wyraźnie:

- Na początek trzeba wziąć czterdzieści ząbków czosnku, naj­lepiej tego sprowadzanego z Szachrisjabzu. Każdy z ząbków po­winno się pokroić ostrym nożem na siedem części, a następnie starannie przemieszać w kociołku napełnionym do połowy wiosennym miodem, najlepiej tym sprowadzanym z Fergańskiej Kot­liny. Roztopionym na nie za silnym ogniu. Po przelaniu do misy z chińskiej porcelany i po ochłodzeniu całość należy posypać samarkandzkim kiszmiszem z ciemnych winogron. Danie to wy­śmienicie nadaje się do spożycia na wieczerzę. Gwarantuje sen bez koszmarów, pogodny, cały w różowych kolorach.

- Rozmaite potrawy proponowali mi miejscowi wielmożowie po przybyciu do Kermine, nikt jednak nie wymyślił dla mnie całkowicie nowej. Jesteś pierwszy. Widzę, że głowę nie na dar­mo dźwigasz na karku, człowieku o rozumie filozofa i duszy prawdziwego poety. Należy ci się za to stosowna nagroda. Za­raz dostaniesz ode mnie dwa złote dinary. Albo nawet trzy - oświadczył namiestnik, po czym wskazał palcem na sterczącego z boku Karamatułłę, kupca najzamożniejszego w całym wilajacie. I rozkazał: - Handlarzu, ty mu wypłać nagrodę w moim imieniu. Odliczę ci te pieniądze z podatków, jakie od jutra zacz­nie zbierać w mieście i w okręgu mój główny poborca.

Karamatułła nie próbując oponować sięgnął za atłasowy pas, gdzie zwykle trzymał sakiewkę. Drżącą dłonią wysupłał z wo­reczka trzy monety i podał je mędrcowi.

Tymczasem emirowy namiestnik nie mógł usiedzieć spokojnie w miejscu. Wiercił się i kręcił, jakby co najmniej czterdzieści pcheł urządziło mu gonitwę pod koszulą. Kucharzowi polecił przygotować bezzwłocznie nową potrawę o cudownej nazwie i po­dać na najbliższą wieczerzę. Powstrzymując rumaka niecierpli­wości z trudem doczekał do zmierzchu. Wraz z pojawieniem się pierwszych gwiazd na niebie, na obrusie rozesłanym w najwięk­szej z pałacowych komnat pojawiła się misa ze złocistą zawarto­ścią, piegowatą z wierzchu.

Zaledwie dostojnik przełknął dwie łyżki potrawy zachwala­nej przez Hodżę Nasreddina, poczuł, iż wulkan jego brzucha wzbiera rozpaloną lawą. Z najwyższym wysiłkiem przezwycię­żając mdłości, ostrożnie, bez czynienia gwałtownych ruchów, ski­nął na sługę, by czym prędzej podał mu dzban z zimną wodą. Przepłukał starannie usta raz i drugi, po czym, z gębą czerwoną jak dojrzały arbuz, kazał Sprowadzić do pałacu Nadżafowego go­ścia. Szybko. Jak najszybciej.

Kiedy straże przywlokły Hodżę przed oblicze emirowego na­miestnika, ten wrzasnął:

- Rozkazuję ci dokończyć to danie!


Cóż innego Hodża Nasreddin mógł zrobić w przymusowej sy­tuacji? Wziął łyżkę i usiłował przegryźć kilka ząbków czosnku namokłego w miodzie.

- No i co? Znakomite? Wykwintne? Gwarantujące sen bez koszmarów, pogodny, cały w różowych kolorach? - zabulgotał namiestnik. - Na próżno rozglądasz się na strony, barania gło­wo. Nie uciekniesz i nie wykręcisz się. I na nikogo własnej winy nie zwalisz. Tyś sam przecież wymyślił dziwaczną potrawę. Nie mylę się chyba

- Prawda to najczystsza, prawico emira. Sam ją wymyśli­łem - Hodża Nasreddin wystękał z niemałym wysiłkiem. - Sarimsok-chan zrodziła teoria, której podniebienie jeszcze spraw­dzić nie zdążyło. Niestety, teraz widzę wyraźnie, że praktyka nie nadąża u mnie za teorią.

- Precz mi z oczu, barania głowo, bo jeśli... - wrzasnął namiestnik. Więcej powiedzieć nic już nie zdążył. Zatkał dłonią usta, zerwał się gwałtownie ze stosu poduszek i popędził do są­siedniej komnaty. Najwyraźniej zmuszony do pośpiechu przez nowe okoliczności.

Młody grubas, który z olbrzymim batogiem uniesionym nad głową oczekiwał za drzwiami na wyjście mędrca, na widok sta­rego grubasa wybiegającego w popłochu z sali, zapomniał na moment o porachunkach z Hodża Nasreddinem i zaniepokojony co sił pognał za ojcem.

“Grzechem byłoby nie skorzystać z okazji, którą sam Allach podsuwa mi oto wspaniałomyślnie w najodpowiedniejszej porze” - pomyślał sobie mędrzec bucharski. Wolał nie czekać na po­wrót dostojnika i jego mściwego synalka. W powstałym zamie­szaniu wymknął się niespostrzeżenie na korytarz, a potem szyb­kim krokiem dotarł do bramy. Z westchnieniem ulgi wmieszał się w wrzaskliwy tłum handlujący czym się tylko dało na głów­nym bazarze, tuż przed twierdzą namiestnika Kermine.

Dalszy pobyt w mieście nie gwarantował bezpieczeństwa gło­wie. To było jasne nawet dla człeka o czaszce nadmuchanej po­wietrzem, a do takich Hodża nigdy nie należał. Zatem czas w drogę. Ludzie doświadczeni nie darmo powiadają, że “wycofanie się z gry we właściwym momencie jest dowodem i wielkiej przezorności, i wielkiej rozwagi”. Dla nikogo na Wschodzie nie było tajemnicą, iż pod turbanem Hodży Nasreddina nie brakowało ani jednego, ani drugiego...

Księżyc z jasnym obliczem wyjrzał ciekawie zza obłoków, by ze zrozumieniem pokiwać głową na widok znajomej sylwetki jeźdźca na osiołku, akurat znikającej pośród ciemnych zarośli. Gęste zagajniki saksauiowe rozsiadłe na skraju stepu nie raz, nie dwa i nie dziesięć razy ułatwiały ucieczkę ludziom, którzy nie pragnęli spotkania ze zbrojnymi zbirami działającymi w imie­niu emirowej władzy.

*

Hodża Nasreddin z pewnością na swym wiernym kłapouchu dobrnie do Buchary, ale czy ty, o myślący, dobrniesz do rozwią­zania odpowiadając na niełatwe pytanie: ile lat miał synalek namiestnikowy, a ile chłopiec, syn jego sługi?


PRZEPRAWA PRZEZ CZERWONE PIASKI

Opowieść jedenasta o nowym astrologu przy tronie emira,

a również o pewnym podstępie umożliwiającym Hodży

Nasreddinowi unieść cało głowę z piekła Kyzył-kumów

Siwobrodzi Uzbecy, którzy wiele już na tej ziemi doświadczy­li w długim życiu, powtarzają nieustannie swoim dzieciom i wnukom: “Człowieka nie sądź ani po brodzie; ani po języku, ani po duszy. I kozioł ma brodę, i papuga ma język, i osioł ma duszę. Człowieka sądzić należy po uczynkach”.

Wkrótce po tajemniczej śmierci Muchammada Astrologa no­wym wróżbitą u boku emira Buchary został wierny sługa Al­lacha Sadriddin-iszan. Kościsty staruch z capią bródką, zawsze paradujący w czałmie z białej materii kilka razy omotanej wo­kół głowy, ogromnej niczym bocianie gniazdo zawisłe na jednym z czterech minaretów Czor-Minor. Sługa boży o duszy czarnej jak smoła z samego dna piekieł w pamięci mieszkańców Buchary zapisał się uczynkami godnymi Czyngis-chana.

Najpierw namówił władcę, aby skazał na śmierć wszystkich nieboraków pokutujących za długi państwowe w podziemnych lochach zindana. Następnie do opróżnionych cel kazał wtrącać kupców i rzemieślników, którzy niezbyt pilnie oddawali się modłom w świątyniach, a ich majątki przekazywał na użytek me­czetów i medres.

Astrolog bez odrobiny serca i sumienia ponadto co wieczora odczytywał w gwiazdach imiona ludzi niebezpiecznych dla tronu. Oczywiście wybierał mężów sprawiedliwych i mądrych usiłują­cych przeciwstawić się złu, jakie królowało w całym emiracie na podobieństwo dżumy lub cholery. I za przyzwoleniem władcy pod oszczerczym pretekstem wpychał ich w ręce kata.

Azraił, Anioł Śmierci rozhulał się w Bucharze, jak nigdy przedtem.

W piątek, choć to dzień świąteczny piekarz Bababułła przy­biegł do domostwa Hodży z samiutkiego rana. Zdenerwowany i zadyszany z trudem wykrztusił kilka zdań gwałtownych:

- Afandi, podsłuchałem rozmowę dwóch mułłów w naszej czajchanie. Podobno Sadriddin-iszan - oby Allach co prędzej uwolnił świat od tej jadowitej żmii, zsyłając ją na zawsze w cze­luście piekielne - natrafił wczoraj pośród gwiazd także i na twoje imię. Niedobry to znak. Paskudny. Strzeż się więc, afandi. A jeszcze lepiej: uciekaj z nieszczęsnej Buchary. Czym prędzej przebierz się w szaty niewieście i ukryty szczelnie pod parandżą znikaj, gdzie pieprz rośnie.

- Nie denerwuj się zbytnio, przyjacielu. Raczej wspomnij przysłowie naszych pradziadów: “Mimo że nietoperz nie kocha słońca, słońce świecić nie przestanie” - odpowiedział spokojnie Hodża Nasreddin i sięgnął po imbryk z wrzątkiem zielonej her­baty, aby podjąć gościa jak należy.

Zaledwie umilkł, furtka od ulicy z hukiem wypadła z zawiasów. Na podwórze wtargnęło kilkunastu sarbazów z gołymi sza­blami w dłoniach. Wrzeszcząc opętańczo pochwycili mędrca pod ręce i powlekli ku wyjściu.

Zapłakanej i lamentującej Guldżachon Hodża zdążył jeszcze wrzucić w ucho szeptem:

- Nie martw się o mnie, miła. Skrzywdzić drabom się nie pozwolę. Dbaj o dzieci. I do zobaczenia w Chodżencie. Pamiętaj, w Chodżencie.

- Ej, ty tam, piegusie. Wyciągnij również jego osła z obór­ki - krzyknął naczelnik sarbazów na jednego z żołdaków. - Mądrala nie będzie przecież człapać za nami na własnych szczu­dłach z wlokącym się na piechotę nie dotarlibyśmy do celu na­wet przed końcem świata.

Kawalkada jeźdźców pomknęła z kopyta. Przecięła miasto, minęła medresę Miri-Arab pełną wiernych o tej porze, potem minęła Ark, emirową cytadelę na wzgórzu usypanym niegdyś pośrodku grodu rękoma tysięcy niewolników, wreszcie minęła cmentarz ze świętym mauzoleum Samanidów i przez wrota Telipacz pośpieszyła w kierunku pustyni.

Biedny kłapouch Hodży Nasreddina z najwyższym wysiłkiem nadążał za rumakami żołnierzy. Sapiąc i prychając przebierał szybciutko nogami, aby nie pozostać zbyt daleko w tyle. Bo to groziło batami.

- Hej, czcigodni, dokąd właściwie jedziemy? - zagadnął w pewnej chwili mędrzec. - I po cóż ten zwariowany pośpiech? Nic jestem przecież babką od porodów.

- Nie zadawaj głupich pytań, mądralo. Wszystkiego dowiesz się o odpowiedniej porze i w odpowiednim miejscu - warknął naczelnik sarbazów w odpowiedzi. - A teraz poganiaj staranniej swego wyliniałego kłapoucha, bo coś mi się wydaje, że to bezrozumne bydlę opóźnia marsz umyślnie.

- Tempo marszu nie zależy od pojemności czaszki lecz długo­ści nóg zwierzęcych - wyjaśnił Hodża nie przejmując się zbytnio słowami naczelnika. - A kłapouch nogi ma krótsze od końskich. To wie każdy osioł.

Naczelnik wojaków nie pojął aluzji. Warknął tylko:

- Nie rezonuj po próżnicy, mądralo. Lepiej chwyć za batog albo badyl ostu i poganiaj zwierzę, jeśli nie chcesz, abyśmy wzięli je na arkan.

Po dziesięciu kilometrach szalonej jazdy orszak towarzy­szący Hodży Nasreddinowi dotarł do sporej kępy drzew na skra­ju pustyni. Kilkanaście jurt z białego wojłoku zdobionego złotym haftem świadczyło o miejscu postoju emira i jego świty. Druży­na Kirgizów na koniach, z tresowanymi orłami na ramionach zdradzała cel wyprawy.

Przed najokazalszą z jurt na stosie poduszek siedział władca w stroju podróżnym. Otaczała go gromada wysokich dostojni­ków emiratu. Obok premiera rady wezyrów, strażnika pieczęci i ministra skarbu sterczał także Sadriddin-iszan. Na widok przy­byłych staruch wyciągnął przed siebie kościste szpony i wy­krzyknął z ulgą:

- Dobrze, że już jesteś, marny człowieku. Gwiazdy nakazują ci wyruszyć niezwłocznie w pustynię. W pojedynkę musisz do­trzeć do wioski Kokbułbul leżącej po drugiej stronie Czerwonych Piasków. Na drogę dostaniesz wodę i żywność na dwanaście dni. Ani kropelki, ani okruszyny więcej.

- Ależ czcigodny, do Kokbułbulu dwadzieścia cztery dni dro­gi na zdrowym kłapouchu, ty zaś dajesz mi wodę wystarczającą zaledwie na połowę trasy. Chcesz, abym skonał z pragnienia po­środku pustyni?

- Tak chciały gwiazdy, marny człowieku. Ja z tym nie mam nic wspólnego - zaskrzeczał znów kościsty staruch. - Nie oba­wiaj się przesadnie o swój los w Kyzył-kumach. Prawdziwemu mężczyźnie to nie przystoi. Allach miłościw dla swoich wiernych sług, z pewnością nie pozwoli ci zginąć. W połowie drogi ześle gwałtowną ulewę, która cię ocali. Tak przynajmniej powiadają gwiazdy.

Mędrzec bucharski spojrzał astrologowi prosto w oczy. I wy­cedził wolno:

- Rzęsista ulewa w końcu lata na pustyni? Pleciesz chyba baj­ki albo wierzysz w cuda?

- Znowu rezonujesz, mądralo. Chcesz być mądrzejszy od własnego losu? - wtrącił się naczelnik sarbazów z wysokości końskiego grzbietu. - Nadaremnie sprzeciwiasz się gwiazdom. Mówiłem ci już, że szkoda na to wszystko czasu. Bierz bukłak z wodą, kilka jęczmiennych placków i ruszaj w swoją drogę. I niechaj prowadzą cię dżiny pustynne.

Tak się stało.

Emir zajęty łowami na śmigłonogie dżejrany, antylopy o sma­kowitym mięsiwie i futerku delikatniejszym od indyjskiego aksa­mitu, nawet nie spostrzegł, iż minął tydzień od chwili, w której mędrzec bucharski zniknął - oby na zawsze - pomiędzy pu­stynnymi barchanami Kyzył-kumów.

Ósmego dnia, późnym wieczorem już przy świetle księżyca, ku zaskoczeniu wszystkich, w obozie pojawił się Hodża Nasreddin na swym wiernym kłapouchu. W poszarpanej odzieży, po­kryty warstwą piaskowego pyłu ośmielił się nie wezwany sta­nąć przed obliczem władcy.

- Wybacz, panie wielki, ale szakale złodziejskie napadły mnie nocą - rzekł przygnębionym głosem. - Powróciłem więc do obozowiska. Czy mogę wziąć po raz drugi i wodę i żywność, aby o wschodzie słońca raz jeszcze spróbować szczęścia w pu­styni pełnej złych dżinów i dzikiego zwierza?

Emir bez słowa spojrzał na pierwszego ministra rady wezy­rów. Pierwszy minister przeniósł wzrok na strażnika pieczęci, strażnik pieczęci zezował na głównego tabiba, tabib na rachmi­strza dworu, rachmistrz zaś na astrologa. Szachriddin-iszan po­czuł się niesłychanie ważny. Nadął się niczym indor w zalotach i z sykiem wypuścił powietrze:

- Weź.

- I obyś żył wiecznie - dorzucił emir z przyzwyczajenia. Naturalnie, mówiąc to myślał “jak najdłużej”. Nie przypuszczał, iż słowa jego nabiorą proroczego sensu. Nie mógł przecież prze­widzieć, że jeszcze w wiele, wiele lat po tym wydarzeniu najsędziwsi Uzbecy i Tadżycy opowiadać będą swoim wnukom wesołe przypowieści o przygodach bucharskiego mędrca, ci zaś, kiedy z dziecięcych pąków przeobrażą się w mężów siwobrodych, po­wtarzać je będą znowu swoim wnukom. Ze w anegdotach prze­kazywanych z ust do ust Hodża Nasreddin żyć będzie aż do koń­ca świata. Albo jeszcze dłużej.

Tymczasem minął kolejny tydzień. Ósmego dnia przed wieczorem do obozowiska przygalopował jeździec na spienionym achałte-kinie. Na widok świty, stojącej nieruchomo przed namiotem wład­cy, począł wrzeszczeć już z daleka:

- Panie najdostojniejszy, Hodża Nasreddin zwariował od wiel­kiego żaru. Słońce wypaliło mu rozum. Zamiast podążać co spie­szniej do celu, on tutaj zawraca. Głupek pustogłowy mitręży czas na drogę, która oddala go od wioski Kokbułbul. Zaraz tu przybędzie.

Rzeczywiście. Po godzinie przed jurtą wyszywaną złotą nicią ponownie pojawił się Hodża Nasreddin. Tym razem w jeszcze gorszym stanie niż poprzednio.

Na obliczu emirowym zakwitł grymas uśmiechu.

- Znów szakale?

- Nie, panie wielki - odpowiedział spokojnie mędrzec. - Odwiedziły mnie hieny pręgowane z grzywami jak u łysiejących koni. Obrzydliwe i cuchnące potwory. Żerujące przy blasku gwiazd i księżyca.

Emir wyciągnął przed siebie rękę. Gdyby Hodża Nasreddin nie zdążył cofnąć gwałtownie głowy, z pewnością wpakowałby mu palec w oko.

- Przyznaj się, marna istoto, może to nie szakale i hieny, lecz najzwyklejszy strach pęta ci nogi i nie pozwala samotnemu zagłębić się, w Czerwone Piaski? Wiem, to się często zdarza lu­dziom o sercach zajęczych.

- Zające też mają swój rozum - mruknął na to pod nosem mędrzec bucharski.

- Coś powiedział? Powtórz, bo nie dosłyszałem. Bluźnisz pew­nie?

- Skądże, panie wielki. “Po prostu nie śmiałem zbyt głośno prosić cię o nowy zapas wody i żywności na dwanaście dni wę­drówki, którą rankiem chciałbym rozpocząć od nowa. Może teraz dopisze mi szczęście?

Emir skinął na Rizamata, naczelnika straży przybocznej. Ten zaś wezwał kucharza. Wkrótce Hodża otrzymał, czego pragnął. Mógł zasnąć spokojnie. O świcie ściągnął brzuch mocno satyno­wym belbogiem - chustą zastępującą pasek - aby głód za wcześ­nie nie nawiedził nadwątlonych kiszek, po czym odprowadza­ny głośnymi drwinami wielmożów wyruszył w pustynię.

Przeminęło siedem dni. A i ósmy zamierzał już wsunąć się pod kołdrę nocy, gdy nagle śpiew cykad zagłuszył narastający tętent. Do obozowiska dostojników bucharskich wpadł jeździec wrzeszczą­cy wniebogłosy:

- Znowu tu jedzie! Znowu tu jedzie!

Dobrze wszystkim znana sylwetka mędrca na kłapouchym iszaku ukazująca się w świetle dziesiątków pochodni zburzy­ła godziny wypoczynku. Co robić z uparciuchem? Premier rady wezyrów pochylił się w stronę władcy i wycedził pół­głosem:

- Chyba skorpion nocą użądlił łotra w czaszkę, bo do cna mu rozum odjęło. Spójrz, panie wielki, na Hodżę. Gania w po­płochu tam i z powrotem, niczym lisica pojmana i zamknięta w klatce.

Emir spojrzał spode łba na przybyłego. Ściągnął brwi. Wre­szcie zazgrzytał zębami:

- Szakale i hieny już były. Co teraz?

- Lisy stepowe, panie wielki. I dwa borsuki o workach bez dna zamiast żołądków. I jeszcze waran nienasycony, jaszczur olbrzymich rozmiarów - odpowiedział Hodża Nasreddin na do­stojne pytanie pochylając nisko głowę. Pokrwawione resztki odzieży zwisające na nim w strzępach świadczyły dobitnie, że mi­nione dni należały do naprawdę trudnych.

Stało się jak poprzednio. Następnego ranka, a dokładniej to już przed wschodem słońca, z nowym zapasem wody oraz z kilkoma jęczmiennymi obi-non mędrzec bucharski po raz czwarty znik­nął na swoim kłapouchu w piekle Czerwonych Piasków. Zaś pierwszy minister rady wezyrów, który przez caluteńką noc ła­mał sobie głowę usiłując zrozumieć cokolwiek z tajemniczego postępowania Hodży, tak rano tłumaczył emirowi rozciągnięty plackiem przed jego łożem:

- Panie szlachetny, wiem wszystko. Pojąłem wszyściuteńko. Hodża Nasreddin zawraca tu ciągle, ażeby oddalić od siebie bo­lesne chwile konania. Liczy z pewnością na to, że wcześniej czy później serce twoje zmięknie. Oto prawdziwy powód, dla którego ten smrodliwy nędznik krąży wokół obozowiska. Ucapił się nas, niczym rzep miotełki oślego ogona. Panie szlachetny, przysięgam na brodę mojego ojca i dziada, ten łotr przebiegły gra wyraźnie na zwłokę.

Emir zmarszczył groźnie brwi i wrzasnął na naczelnika straży, a kiedy ten przybiegł, zdecydował:

- Jeśli Hodża Nasreddin przybędzie tutaj jeszcze raz, nie daj­cie mu ani kropelki wody, ani okruszynki chleba, lecz od razu poszczujcie go wygłodniałymi psami, najlepiej wilkodławami. Nawet bliskiemu krewniakowi nie pozwoliłbym drwić z wyda­nych poleceń, a cóż dopiero nędznemu mędrkowi, nad którym zgasła na zawsze szczęśliwa gwiazda. Bałwanowi, któremu wy­daje się, że pod brudnym zawojem kryje siedemdziesiąt siedem wspaniałych rozumów.

Nie wiadomo, czy jakaś życzliwa dusza uprzedziła Hodżę o dodatkowym niebezpieczeństwie zawisłym nad jego głową, czy też sam domyślił się, że naciągniętej struny szarpać mocniej nie wolno. Dość, że więcej przed jurtą emira nie stanął. Za to po pewnym czasie do obozowiska przygalopował kolejny sarbaz z za­skakującym meldunkiem:

- Panie najdostojniejszy, dni mijają, a Hodża Nasreddin wę­druje na osiołku przez pustynne barchany i śpiewa wesoło piosen­ki, których słów nigdy bym się nie ośmielił powtórzyć w twojej obecności.

- Niczego nie przeoczyłeś w gwiazdach, Sadriddin-iszanie? - emir zdenerwował się na myśl, że Hodża może uniknąć zasta­wionych sideł. - Ponownie spróbuj odczytać los Nasreddinowy na niebie. Bo minęło dni o wiele za dużo, a mądrala wciąż je­szcze żyje. I drwi sobie z nas w najlepsze.

- Już niedługo, panie szlachetny. Już niedługo - premier rady wezyrów tłukł czołem o podnóżek przenośnego tronu, aż dudniło. - Jeszcze się taki spryciarz nie narodził, co by pokonał Czerwone Piaski bez odpowiedniego zapasu wody oraz jadła. Wierz mi, panie szlachetny, godziny Hodży Nasreddina zostały dokładnie policzone. Zadbał o to Sadriddin-iszan z pomocą gwiazd i wszechmogącego Allacha.


Uspokojony emir wydał polecenia. Pora szykować się do polo­wań na dziką zwierzynę. Dosyć czasu zmarnowano na zajmowa­nie się nędznym robakiem, który nie miał odwagi walczyć o swe życie. Nastał czas męskich rozrywek. Czas łowów na tęponose suhaki i stepowe lisy.

Dni pogoni za antylopami pozwoliły zapomnieć o losie marnej istoty człowieczej zmagającej się z siłą lotnych piasków gdzieś tam w pępku Kyzył-kumów.

Niestety, czas męskich rozrywek zakłócił piorun spadający z bezchmurnego nieba. Któregoś dnia do obozowiska przygalopował wojak na czarnym achałtekinie okrytym gęstą pianą. Osadził ru­maka przed jurtą władcy i wrzasnął pełnym głosem:

- Panie najdostojniejszy, stała się rzecz niesłychana! Hodża Nasreddin to nie człowiek śmiertelny, lecz czarnoksiężnik, syn wściekłego dżina i pustynnej giurzy. Panie najdostojniejszy, łotr ów przebył Czerwone Piaski i w najlepszym zdrowiu dotarł do wioski Kokbułbul.

Wszyscy zdrętwieli z przerażenia. Bali się oddychać. Nawet mu­chy zamarły na moment na wojłokowych ścianach jurty.

Emirowi krew napłynęła do głowy. Poczerwieniał straszliwie, otworzył szeroko gębę, niczym dziki karp wydobyty nagle z rze­ki przez rybaka i zabulgotał coś niezrozumiałego. Zanim struchlali ze strachu dostojnicy zdążyli doskoczyć, aby go podtrzymać, wład­ca osunął się bezwładnie z monarszego krzesła. Znieruchomiał na kobiercu. Nieoczekiwany atak apopleksji zerwał nędzną nić ży­wota.

Śmierć władcy sprawiła, że Hodża Nasreddin drogę powrotu do rodzinnej Buchary miał odciętą na zawsze. Następca zmarłego, emir Salim-chan o przydomku Okrutny, wydał polecenie siepa­czom, ażeby pochwycili mędrca i nie zwlekając ani sekundy pod­dali najwymyślniejszym torturom. A potem odcięli mu język, na­lali do brzucha roztopionego ołowiu i wreszcie oddzielili głowę od tułowia. A wszystko, co z niego jeszcze zostanie, porzucili w pu­styni szakalom i hienom na uciechę.

Nikt nie chciałby służyć dzikiej zwierzynie za przekąskę. Hodża Nasreddin pojął od razu, że jedynym skutecznym sposobem oca­lenia życia jest zniknięcie z oczu prześladowcom i staranne zatarcie śladów. Szybka ucieczka poza granice emiratu była najlep­szym wyjściem z trudnej sytuacji. Zaś rozumne komórki pod skorupą zagrożonej czaszki, a także zdrowe nogi wiernego kłapoucha pozwalały wierzyć, iż ucieczka się powiedzie.

*

“Na cudzych skrzydłach latać się nie da. Cudzą głową myśleć równie trudno” - powiadają przewodnicy karawan przemierza­jący pustynię od stuleci.

Samemu zatem spróbuj odgadnąć, człowieku śledzący nurt ni­niejszej opowieści, w jaki sposób Hodża Nasreddin przetrzymał dwadzieścia cztery dni w Czerwonych Piaskach? Na ulewę w po­rze bezdeszczowej i na inne cuda ze strony Allacha liczyć przecież me mógł. Liczyć mógł jedynie na siebie.


PRZY OGNISKU

Opowieść dwunasta o spotkaniu z dwoma czabanami

zdążającymi do Samarkandy,

sprzeczce upartego swata z niedoszłym żonkosiem

oraz nieoczekiwanej wizycie Bababulły

Księżyc cienki, z równie jak u filozofa pustym brzuchem, drep­tać począł po niebie oświetlając drogę zgłodniałym wędrowcom, gdy ścieżynka wijąca się przez tugaj, dzikie zarośla skarłowaciałych krzewów o szarych i suchych liściach, doprowadziła Hodże Nasreddina i jego kłapoucha do polanki, na której płonęło nie­wielkie ognisko. W krwawych odblaskach poruszały się leniwie dwa cienie. Trzaskające w żarze badyle wybuchały pękami iskier. Noc szemrała mieszaniną przeróżnych odgłosów.

Mędrzec zlazł ostrożnie z osła i przystanął na skraju zarośli, aby posłuchać, kim są nieznajomi. Ludźmi dobrymi czy szakalami w skórze człowieczej, którym lepiej w drogę nie wchodzić. Jednakże z tej odległości, mimo wysiłków uszu, trudno było cokolwiek rozróżnić. Delikatnie stąpając podszedł kilka kroków do j przodu. I jeszcze kilka. Słowa dobiegające od ogniska nabrały teraz sensu. Hodża Nareddin słyszał wyraźnie rozmowę dwóch mężczyzn.

- Jeżeli nie chcesz chyżonogiego achałtekina, Ibrachimie, weź chociaż młodą żonę. Jeśli i tego nie uczynisz, kup sobie futro, żeby ci było ciepło. Ale najlepiej zrobisz przyjmując do swego domu Dżamilę, córkę Dustmata, właściciela farbiarni. Dżamila w języku Arabów znaczy “Przepiękna”. I rzeczywiście, natura j musiała być w doskonałym nastroju, gdy tworzyła tę dziewczynę. Znam ją dobrze i dlatego, przyjacielu, radzę ci ze szczerego serca, pojmij Dżamilę za żonę, a nie pożałujesz. Kałym - narzeczeński okup - rodzicom dasz nie za wielki, kilka kóz albo owiec wy­starczy w zupełności. Powiadał mi stary Dustmat, iż czarnobrewa cię miłuje. Znakomicie się zatem składa, Ibrachimie. Będziesz mieć prawdziwy raj w domu.

Odpowiadał drugi:

- Ależ co mówisz, Babadżanie. Jaki raj? Przecież to niemowa od urodzenia.

- Świetnie, Ibrachimie. Spokój to wielki dar w rodzinie, nie każdemu dostępny za życia. Długi język kobiety wielu już wciągnął w przepaść nieszczęścia. Czyżbyś nie wiedział, że język niewiasty bywa groźniejszy od kleszczy kata urzędującego w bucharskich lochach?

- I głucha jest jak pień wiekowej wierzby.

- Wspaniale. Bo czyż może być coś milszego nad małżonkę, która nigdy od nikogo niczego nie usłyszy o interesach i sprawkach swego pana i męża?

- A do tego kulawa na prawą nogę.

- Ciesz się, przyjacielu. Taka znacznie lepsza od innych. Nie będzie wałęsać się po próżnicy, będzie ci zawsze pilnować domu i dobytku.

- Ależ Dżamila widzi na jedno oko.


- I zębów nie ma.

- Znakomicie. I bez tego ci się nie przelewa.

- Babadżanie, czy zauważyłeś przynajmniej, że Dżamila, ta twoja “Przepiękna”, jest garbata?

- Aj, aj, wymagający jesteś, przyjacielu. I kapryśny jak ksią­żę. Chciałbyś natrafić na kobietę zupełnie bez skazy? Zastanów się. Jedna drobna wada na tyle zalet nie może przecież zaważyć na szczęściu małżeńskim. Ulubionego wielbłąda oddam ci za po­łówkę oślego ogona, jeśli choć jedną bez skazy pokażesz mi w całym bucharskim emiracie.

Hodża Nasreddin doszedł do przekonania, ze zbliżył się odpo­wiedni moment, aby wkroczyć na arenę przyjacielskiej zwady. Wystąpił z mroku ze słowami:

- Assalaro alejkum, pokój z wami, czcigodni. Przyjmijcie do kompanii zmordowanego długą drogą wędrowca i jego osła le­dwie powłóczącego nogami. Słyszałem ostatnie zdania z waszej rozmowy. Rozumiem doskonale młodego człowieka. Ukąszony przez żmiję boi się później nawet suchego patyka. Może on już ma jedną małżonkę, w domu. i teraz tylko przezorność przemawia przez usta doświadczone?

Młodszy z pastuchów spojrzał z wdzięcznością na przybysza. Szybko odrzucił pakunki do tyłu robiąc mu miejsce przy ognisku. O tej porze chłód nocy dawał się dobrze we znaki i ludziom, i zwierzętom. Potem sięgnął do torby, rozłożył przed Hodża kilka jęczmiennych placków, garść fig na wpół ususzonych i skórzany bukłak z wodą.

- Wybacz skromny poczęstunek, wędrowcze. Długo już jed­nak stado owiec karakułowych pędzimy na sprzedaż do Samarkandy - objaśnił mędrca. - Rodzinny kiszłak pozostał daleko za nami. Zapasy mają się więc ku końcowi, a głodne dno sakwy widać coraz wyraźniej. Całe szczęście, że zaledwie dzień drogi dzieli nas od celu.

- Z pełnym brzuchem nikt od stołu nie wstanie, gdy głodny gości głodnego - mruknął z zażenowaniem starszy z czabanów, spoglądając na zapadnięte policzki przybysza.

- A samym dobrym słowem kiszek napełnić się nie da - do­rzucił młodszy.

- Brzucha nie, ale serce można - odpowiedział Hodża Nasreddin uśmiechając się dobrotliwie, po czym rozwinął serwetkę, w której zwykle przewoził garść soli. Przed oczyma pasterzy w blasku migotliwych płomieni pojawił się napis wyhaftowany ręką Guldżachon:

“Gdy chcesz uniknąć cierpienia I ujść lekarskiej grabieży, Na głodno siądź do jedzenia I nim się najesz, wstań świeży”.

- Oto słowa Dżamiego. wielkiego Tadżyka żyjącego przed laty w Heracie. Wielkiego poety i wielkiego uczonego. A zarazem najwierniejszego druha Aliszera Nawoi. Mądrego człowieka, któ­ry wiedział, co mówi. Dobrze mi z jego radami i w domu, i w drodze. Zapewniam was, czcigodni.

Smakowite odgłosy towarzyszące skromnej uczcie zagłuszyło w pewnej chwili poszczekiwanie rozbójników nocy, zgłodniałych szakali. Zaniepokojony Ibrachim wyciągnął z ogniska płonącą żagiew i gwizdnął na psy, cztery ogromne wilkodławy. Pojętne brytany błyskawicznie przygnały obydwa wielbłądy i owce bli­żej ognia i pokładły się między stadem a zaroślami.

Chwilową nieobecność młodzika wykorzystał Babadżan, aby zagadnąć mędrca:

- Poradź, wędrowcze doświadczony, jak mam postąpić z Ibrachimem? Ani małżonki, ani wierzchowego konia nabyć sobie nie chce. I to ma być mężczyzna? Najpierw proponowałem mu ku­pno wiatronogiego achałtekina z turkmeńskiej hodowli, znanej w całych Kara-kumach. Nie zgodził się. Żeby choć żonę chciał wziąć. Dżamila, najstarsza córka Dustmata, to naprawdę wspaniała dziewczyna. Krew z mlekiem. Źródło samych zalet. Gdzież on drugą taką znajdzie? Ech, trudno dziś młodym dogodzić.

- Zbytek troski, Babadżanie. Sam sobie poszukam odpowie­dniej dziewczyny. Obejdę się bez swata, który znacznie lepiej pojmuje interesy siwobrodego Dustmata, niźli pragnienia mło­dzieńczego serca.

To Ibrachim obruszył się, kiedy wracając zdążył usłyszeć końcowe zdania,

Nie wiadomo, jak zakończyłaby się sprzeczka dwóch pasterzy, gdyby nagle gdzieś w pobliżu nie rozległ się trzask przydeptanego chrustu. Wszyscy trzej zerwali się na równe nogi.

- Na Allacha, to chyba nie szakale? - wykrzyknął Ibrachim rozglądając się pośpiesznie za jakimś tęgim drągiem. - I chyba nie niedźwiedź?

- Jaki tam ze mnie szakal? A tym bardziej niedźwiedź. W świetle ogniska pojawiło się roześmiane okrągłe oblicze Bababułły, piekarza z Buchary, a zarazem serdecznego przyjaciela Hodży Nasreddina.

Mędrzec nie wytrzymał. Skoczył przybyszowi naprzeciw z ra­dosnym wołaniem:

- To naprawdę ty, Bababułło? Pójdź, niech cię uściskam. Och, uszczypnij mnie mocno, bo nadal oczom nie dowierzam. Skąd się tutaj wziąłeś? Co za szczęśliwa gwiazda doprowadziła cię do ogniska zagubionego w zaroślach, pełnych dzikiego zwie­rza i niedobrych dżinów?

Długo tańczyli obydwaj mężowie wokół ogniska spleceni w serdecznym uścisku. Dopiero kiedy zmęczyli się nieco, przysiedli na derce. Nadeszła pora wyjaśnień.

- Pytasz, skąd jadę? Oczywiście ze stołecznej Buchary. A do­kąd? Do Samarkandy. Z pieczywem własnego wypieku. Cztery worki świeżutkich obi-non załadowałem na konia, pożegnałem się z żoną i z dziećmi i wyruszyłem na szlak wielkich nadziei. Nie ukrywam, iż u kresu wyprawy spodziewani się zacnego po­łowu. Majątku. Sakwy pełnej srebrnych monet.

- Jedziesz ze świeżym pieczywem z Buchary do Samarkandy? Taki kawał drogi? - zdumiał się Ibrachim. - Czcigodny, a po co? Czyżby wszystkich piekarzy w Samarkandzie pomór zabrał z tego świata?

- Najwidoczniej nie odróżniasz smaku chleba dobrego od złego, młodzieńcze. Gdybyś podniebienie miał w należytym porządku, nie pytałbyś o sprawy oczywiste dla każdego - odpowiedział piekarz i mrugnął do Hodży.

Mędrzec zorientował się w mig, o co chodzi, i szybciutko zmie­nił temat rozmowy. Jak przystało na troskliwego kompana za­pytał o zdrowie wędrowca i jego najbliższej rodziny, także dal­szych krewnych, a dopiero potem o Bucharę i przygody w po­dróży. Jeszcze co najmniej godzinę Bababułła rozwijał motek opowieści o wędrówkach przez bezludne stepy i gęste tugaje. O bucharskich plackach jakby zapomniano.

Na koniec Babadżan obłożył ognisko wysuszonym wielbłądzim łajnem, aby utrzymało ciepło do samego rana. A kiedy wszyscy legli na spoczynek, powrócił do sprawy, która zasnąć mu nie pozwalała:

- Zastanów się raz jeszcze Ibrachimie. Brakuje mi tylko jed­nej drachmy. Gdybym ją miał, sam kupiłbym dorodnego wierz­chowca. Widziałem odpowiedniego achałtekina w stadzie Kamala Suchraba. Powiadam ci, młodziku, ani smok skrzydlaty, ani dżin pustynny nie dognałby go w pełnym galopie.

- Przecież już mówiłem, że konia nie pragnę. Wielbłąd mi pod siodło wystarczy w zupełności. Zresztą, Babadżanie, do ceny wyznaczonej za rumaka brakuje mi sporo, dwudziestu monet w srebrze.

- A gdybyśmy złożyli się i kupili wierzchowca za wspólne pieniądze? - Babadżan nie zwracał uwagi na słowa młodzieńca obstając przy swoim. - Jakoś się potem pogodzimy, dosiadając wiatronogiego rumaka na przemian.

- I to się na nic nie zda, bo nie wystarczy nam obu pienię­dzy. Musisz obyć się smakiem - Ibrachim machnął ręką. - A wierzchowca kupi jakiś wielmoża. Dla niego nie będzie to ża­den wydatek. Jeden koń więcej, jeden mniej w stajniach wiel­kiego pana nic nie znaczy.

- Zapewne, zapewne. Bogacze posiadają mnóstwo rzeczy, o których nawet pojęcia nie mają. I nie tylko w stajniach - po­twierdził uprzejmie słowa młodzika Hodża Nasreddin i podciąg­nął derkę do samej brody. Ciepło dnia umknęło pod gwiazdy, zaś chłód nocy wciskał się pod koszulę najdrobniejszą szparką.

Wkrótce nad obozowiskiem unosiło się lekkie pykanie ogniska i pochrapywanie śpiących.

Młody Ibrachim śnił o rozkoszach miejskich oczekujących go niebawem w Samarkandzie, Babadżan o sakwie srebrnych monet, które mógł otrzymać od starego Dustmata za wydanie nieudanej córki za mąż, piekarz bucharski Bababułia o szczęśliwej sprze­daży całego towaru, natomiast Hodża Nasreddin o wygodnej ma­cie rozłożonej pod drzewem morelowym w ogrodzie teściów mieszkających w dalekim Chodżencie, gdzie ręka nowego emira dosięgnąć go już nie powinna.

*

Zanim zbudzą się ze snu podróżni wypoczęci i gotowi do dal­szej wędrówki, pomyśl bez pośpiechu, człowieku umiejący rachować, ile właściwie kosztował ów achałtekin ze stadniny Kamała Suchraba, na którego miał taką chrapkę Babadżan, starszy z. dwóch czabanów?


JAJECZNICA CHCIWEGO MUSY

Opowieść trzynasta o dziejach

nieszczęsnego księcia uczonych,

a także o jajecznicy z dziesięciu jaj kurzych

oraz o przedziwnych argumentach bucharskiego mędrca

Dwaj jeźdźcy utytłani w mące, jeden na koniu, drugi na zwie­rzęciu długouchym, zbliżali się do Samarkandy nie za wolno, ale i nie za szybko od strony wzgórz Czupan-ata. U podnóża najwyż­szego ze wzniesień zatrzymali wierzchowce.

W dali, w prześwicie między wzniesieniami, widać było miasto. Olbrzymie ściany meczetu Bibi-Chanym, nadwerężone przez trzęsienie, ziemi, mimo pokaźnych szczerb robiły na przybyszach imponujące wrażenie, nawet z tej odległości.

- Siądźmy tu i odpocznijmy trochę. Poczekamy na większą karawanę zdążającą do grodu. W tłoku łatwiej niepostrzeżenie przedostać się przez bramę miejską. Strażnicy zajęci przetrząsa­niem pakunków na wielbłądach nie będą zwracać specjalnej uwagi na ubogich jeźdźców, których jedynym bogactwem są worki zwyczajnego pieczywa.

Mówiąc to Hodża Nasreddin rozesłał derkę w cieniu samotnego drzewa, karagacza zasadzonego nie wiadomo kiedy i przez kogo u podstawy wzgórza.

Bababułła przysiadł obok mędrca. Wyciągnął jajowatą taba­kierkę sporządzoną ze zdrewniałego owocu tykwy. Wysypał na dłoń dużą szczyptę wilgotnego naswaja, tytoniu o barwie głębo­kiej zieleni, i uniósł do ust. Żuł długo.

Tymczasem Hodża rozejrzał się uważnie dookoła i rzekł:

- Tutaj, gdzieś na jednym z tych wzgórz, może nawet na tym, pod którym wypoczywamy, ślepy fanatyzm i głupota znisz­czyły na długie stulecia uzbecką naukę, kulturę i myśl swobodnie szybującą pod niebiosa.

Ale posłuchaj po kolei, Bababułło.

Po śmierci Timura, zwanego przez wszystkich “Żelaznym Ku­ternogą”, na tronie mocarstwa zajmującego połowę ówczesnego świata zasiadł jego syn Szachruch, który przeniósł stolicę do Heratu. Samarkandę pozostawiając we władanie swojemu syno­wi Uługbekowi. Kiedy sędziwy Szachruch zmarł po trudach wy­prawy wojennej przeciwko własnemu wnukowi, zuchwałemu Sułtanowi Muchammedowi, w kraju rozgorzały krwawe walki o spadek. Synów, wnuków, a nawet dalszych krewnych ogarnęła wściekła gorączka. Mieczem lub trucizną usiłowali utorować so­bie drogę do niezmierzonych bogactw i potęgi. I do władzy nad innymi.

W przeciwieństwie do swego okrutnego dziada, “Żelaznego Kuternogi”, sypiącego piramidy z głów jeńców, aby “przechowały imię zwycięzcy na wieczne czasy”, Uługbek nie marzył o pochodach wojennych, d łupach oczekujących go w sąsiednich krajach, o sławie grabieżcy i rozbójnika. Pociągała go nauka. Matematyka i astronomia wskazywały mu drogę postępowania w życiu. Budował medresy - uczelnie muzułmańskie - w Bucharze i w Samarkandzie, zapraszał w gościnę najwybitniejszych uczonych Wschodu i Zachodu. Na jednym ze wzgórz poza Samarkandą kazał wybudować niezwykłą budowlę. Wysoki, oka­zały cylindryczny budynek, w którym ustawił kilkudziesięcio­metrowej długości łuk z marmuru, instrument nazywany przez astronomów sekstansem. Za jego pomocą w bezchmurne noce ustalał położenie gwiazd, sporządził mapę nieba, jakiej do tej pory nie było na świecie.

To nieustanne grzebanie się w niebie, “królestwie Allacha”, nie mogło podobać się duchowieństwu. Jątrzyło rozfanatyzowane umysły. Święci imamowie, szejkowie i ulemowie - wszelkiej maści słudzy Allacha - wciągnęli do spisku przeciwko własne­mu ojcu jego najstarszego syna Abdułłatifa. Młodzieńca wojow­niczego, lecz o sercu robaczywym, pełnym zawiści i chorobli­wych ambicji.

Wielkie armie pod zielonymi sztandarami Proroka z Abdułłatifem na czele wyruszyły potajemnie przeciw wojskom pra­wowitego władcy Samarkandy. Przekupstwo i zdrada dokonały reszty. Uługbek poniósł porażkę w bitwie. Naczelnik cytadeli zamknął przed nim bramę. Nieszczęsny musiał zdać się na łaskę zawistnego syna i jego zauszników.

Za radą duchowieństwa postanowiono nakłonić Uługbeka do odbycia pielgrzymki do Mekki, do świętego miejsca wszystkich muzułmanów, aby tam “modlitwami zmazał swoje grzechy”. Oczywiście nie chodziło o żadne modlitwy. Szło po prostu o to, by opuścił Samarkandę, gdzie nadal miał zbyt wielu swoich stronników, gdzie wielu lubiło go i ceniło.

Tajemny sąd duchowieństwa za cichym przyzwoleniem Ab­dułłatifa wydał wyrok śmierci na wciąż niebezpiecznego, choć pozbawionego władzy Uługbeka. Pewnej nocy pielgrzyma odpo­czywającego na skraju pustynnej wioski dognał zawodowy oprawca Abbas ze swymi zbirami. Przy świetle pochodni wy­wleczono nieszczęśnika z chaty, obalono na kolana, zaś Abbas jednym cięciem szabli odrąbał mu głowę.

Tłum rozhisteryzowanych mułłów, wyjąc z radości, wyruszył na wzgórze Czupan-ata, gdzie wznosił się ósmy cud ówczesnego świata, obserwatorium astronomiczne nieszczęsnego księcia. Grzeszne dzieło urągające potędze Allacha wkrótce przestało istnieć. Głupota i zaślepienie zrównały je z ziemią. Kamień na ka­mieniu nie pozostał z dzielą, którym ludzkość powinna szczycić się i wtedy, i później.

Resztki obserwatorium Uługbeka śpią tu pewnie gdzieś pod piaskami. Lata zatarły wszelkie ślady. Pozostały jedynie legen­dy powtarzane przez czabanów, pasterzy owiec i wielbłądów, w gwiaździste noce przy ogniskach.

Hodża Nasreddin skończył swą opowieść. Z nie ukrywanym wzruszeniem rozejrzał się po wzgórzu. W tej samej chwili z od­dali dobiegły go dźwięki dziesiątków dzwonków. Najpierw ciche, potem coraz głośniejsze. Muzyka dzwonków zawieszonych, na wielbłądzich szyjach świadczyła, że zbliżająca się karawana musiała być niemała.

- Bababułło, szykuj się do drogi. Ładuj szybko sakwy na ko­nia i osła. Ja zaś zwinę derkę i pozbieram naczynia. Z karawaną spróbujemy przeniknąć do miasta.

Piekarz zerwał się z ziemi i czym prędzej zaczął wiązać worki na grzbiecie kłapoucha. Z wrażenia omal nie połknął przeżutego tytoniu, który w ostatniej sekundzie zdążył splunąć osłu pod nogi.

Stało się tak, jak przewidział Hodża.

Na widok trzystu wielbłądów obładowanych bogactwami pod same obłoki strażnicy miejscy u bramy Szachi-Zinda poszaleli. Z wypiekami na gębach rzucili się do sprawdzania zawartości skrzyń, worków i pakunków. Na ubogich włóczęgów nie zwró­cili najmniejszej uwagi.

Przebrani za piekarzy, ubieleni mąką od stóp aż po tiubie-tiejki na głowach, obydwaj wędrowcy bez przeszkód dotarli do domostwa Jusupa Madrasuła, złotnika o dłoniach pracowitych i sercu szlachetnym.

Zaskoczony pan domu ż radością powitał przyjaciela z lat mło­dzieńczych nie widzianego w Samarkandzie od roku. Natych­miast rozesłał obrus na wspaniałym kobiercu. Ludziom zdrożonym podróżą należał się wszakże odpoczynek i solidne jadło Gorąca herbata, słodycze i mnóstwo owoców, a zaraz potem za­wiesista szurpa z kluskami, pierożki manty oraz baranie sza­szłyki z rożna przywracały gościom siły i chęć do snucia wspo­mnień z ostatnich wędrówek.

- A co macie w tych sakwach? Z towarem jeździcie po świe­cie? - Jusup przypomniał sobie worki, które zrzucili z grzbie­tów zwierzęcych w rogu podwórka. - Czyżbyś na stare lata, afandi, zabrał się do kupieckiego rzemiosła? To jakoś do ciebie nie pasuje.

- I słusznie, przyjacielu - mędrzec uśmiechnął się smutno. - Worki z pieczywem są jedynie pretekstem do wędrówki z ba­zaru na bazar, coraz bliżej granicy z chanatem kokandzkim. Pe­wnie jeszcze nie wiesz, że oddziały sarbazów z rozkazu nowego władcy poszukują Hodży Nasreddina w całym emiracie? Muszę więc umknąć do Taszkientu, zanim któryś z oprawców emirowych wyciągnie po mnie krwawą łapę.

Jusup otworzył usta, aby o coś zapytać, gdy w tej samej chwili w furtę od ulicy ktoś mocno załomotał.

Pan domu spojrzał z niepokojem na Hodżę, na furtę, i znowu na mędrca.

- Kto to może być? - jęknął. - O tej porze? Chyba nie ludzie emira?

Hodża Nasreddin rozłożył bezradnie ręce.

- Otwórz, a przekonasz się. I nie zwlekaj, jeśli nie chcesz, i żeby wyważono furtkę siłą.

Gospodarz, ile tylko tchu w płucach, popędził do wyjścia. Trzęsącymi się dłońmi odsunął rygiel. Wyjrzał. Na ulicy sterczał jednooki Musa Manuczer, właściciel dużej czajchany przy Regislanie.

- Assalam alejkum, pokój z tobą, czcigodny Jusupie - rzekł przybysz i na wszelki wypadek wsunął natychmiast stopę za furtkę, aby gospodarz nie mógł Jej zamknąć zbyt wcześnie. - i dobre nowiny lecą szybciej od strzały. Słyszałem, że gościsz pod własnym dachem wędrowca o głowie wielkiej jak chorezmijski nelon? Tego, który przed rokiem będąc tu ośmieszył nie raz, nie dwa razy, wszechwładnego Muchammadorifa Kamalbeka, uważającego się za pępek Samarkandy. Powiedz, na Allacha, czy to prawda, że mędrzec ów zatrzymał się u ciebie?

Jusup Madrasuł spojrzał podejrzliwie na natręta. Odpowiedział powoli:

- Może. A co chciałbyś od niego, gdyby to rzeczywiście była prawda.

Jednooki wyciągnął zza pazuchy sakiewkę i postukał w nią palcem.

- Jest mi winien pieniądze. Przed rokiem zjadł u mnie ja­jecznicę z dziesięciu jaj i nie zapłacił. Obiecał zwrócić monety nazajutrz, ale zaraz potem rozpłynął się w powietrzu. Nikt go więcej w Samarkandzie nie widział. Pojawił się tutaj dopiero teraz, po dwunastu miesiącach. Niechaj zatem włóczęga odda dług, bo nie lubię, gdy moje monety pętają się tak długo w cu­dzej kieszeni.

- Za jajecznicę? Z dziesięciu jaj? Przez okrągły rok pamię­tałeś o niewielkim długu? Przyjacielu, zadziwiasz mnie. - Jusup roześmiał się, po czym pogmerał za pasem, za barwnym jedwab­nym belbogiem, skąd wydobył monetę. - Masz tu srebrną tańgę. Reszty nie trzeba. A teraz żegnaj, przyjacielu, bo obowiązki go­spodarza wzywają mnie do gościnnej komnaty.

- Ejże, chciałbyś się wykpić jedną tanga? Po roku? - Musa podnosił głos z każdym słowem. -Dzisiaj za jajecznicę należy mi się co najmniej sto monet w czystym srebrze.

- Zbzikowałeś? Sto monet za jajecznicę? Sakwę srebra za smażone jajka? Puknij się wpierw w czoło - na krzyk Jusup od­powiadał równie głośno. - A może wytrąbiłeś bukłak kumysu na pusty żołądek i myśli ci się plączą? Przyjdź zatem ponownie, kiedy wytrzeźwiejesz.

I zatrzasnął furtkę ze złością,

- Nie daruję! Ani miedziaka nie popuszczę - wrzeszczał jednooki na ulicy. - Spotkamy się jutro u sędziego. Główny kadi Samarkandy osądzi, kto z nas ma rację. Sprawiedliwość nakazują zwrot długów, niezależnie od tego, kto jest dłużnikiem, mądrala czy głupek.

Tymczasem Jusup machając rękoma, jakby chciał opędzić się od wściekłej osy lub szerszenia, podbiegł do gości siedzących za dastarchanem.

- Słyszałeś, afandi, po co przyszedł ten łupieżca? - mówił, z trudem panując nad gniewnym językiem. - Sto tang w sre­brze zażądał za jajecznicę z dziesięciu jaj kurzych. Co robić dalej, afandi? Poradź, bo z pewnością jednooki z samego rana pogna ze skargą do sędziego.

Hodża Nasreddin zastanawiał się tylko przez moment.

- Zdaje się, że wiem, o co chodzi temu przebiegłemu lisowi. Damy mu nauczkę. Przyjacielu, czy masz w domu trochę psze­nicy lub prosa?

Gospodarz spojrzał zdziwiony na Hodżę, ale odpowiedział szybko.

- Niejeden worek, afandi.

- Znakomicie. Wystarczy duży dzban. Ugotuj ziarno na mięk­ko i rankiem przez sługę poślij sędziemu w prezencie. Resztę mnie pozostaw. I nie kłopocz się więcej o dzień jutrzejszy, Jusu­pie. Zbyteczne troski popsuć nam mogą dzisiejszą biesiadę. A ponadto nie najlepiej wpływają na trawienie.

Pan domu postąpił, jak mu gość doradził. Z wieczora postawił na kuchni sagan pszenicznego ziarna, a z samego rana ugotowane krupy przesłał kadiemu.

Około południa wezwani przez strażnika Hodża Nasreddin i Ju­sup Madrasuł stawili się w urzędzie głównego sędziego Samar­kandy. W komnacie poza kadim i pisarczykiem oczekiwał ich również Musa Manuczer.

Na widok wchodzących właściciel czajchany podskoczył, jakby nadepnął na kobrę, i wrzasnął na całe gardło:

- Oto włóczęga i darmozjad, który przed rokiem zeżarł ja­jecznicę z dziesięciu jaj i do dziś zapłacić nie chce. Panie spra­wiedliwy, każ mu zwrócić sto monet w czystym srebrze, bo tyle jest mi winien.

- Za jajecznicę z dziesięciu jaj żądasz stu monet? - zdumiał się sędzia i na wszelki wypadek przetarł palcem ucho. - Dla­czego? Czyżby twoje kury niosły złote jaja?

- Panie sprawiedliwy, wysłuchaj uważnie skargi człowieka poszkodowanego. Darmozjad rok temu w mojej czajchanie zeżarł dziesięć jaj. Z tych dziesięciu jaj wyklułoby się dziesięć piskląt. Po sześciu miesiącach pisklęta przemieniłyby się w kury. A dziesięć kur przez dalsze pół roku zniosłoby tysiąc jaj. Za dziesięć dorodnych kur i tysiąc jaj na bazarze dostałbym z pewnością sto monet. Właśnie tyle, w imię sprawiedliwości, żądam od darmozjada i włóczęgi bez krzty uczciwości.

- Hm, hm - mruknął pod nosem sędzia, nie bardzo wiedząc, co myśleć o argumentach wyłożonych starannie przez m właściciela jadłodajni.

Wtedy do przodu wystąpił Hodża Nasreddin. Pochylił głowę z szacunkiem i rzeki:

- O sprawiedliwy kadi, zanim ogłosisz wyrok, odpowiedz na pytanie: czy otrzymałeś dziś rano dzban pełny dorodnej psze­nicy? Kiedy każesz wysiać ją w polu? Ze znakomitego ziarna zbierzesz z pewnością znakomite plony.

Główny sędzia Samarkandy zmarszczył brwi. Chwilkę się zastanawiał, mruczał coś, wreszcie wzruszył ramionami i roześmiał się głośno:

- Człowieku nieznajomy, brak ci chyba kilku najważniej­szych klepek pod czaszką? Czy słyszałeś kiedykolwiek, ażeby z ziarna rozgotowanego na miękko wyrosła roślina z ziemi? Bro­dę masz pokrytą szronem wieku, a gaworzysz jak małe dziecko. A może... może ty pragniesz zadrwić sobie z nas wszystkich?

Ostrzegam cię, że tego nie lubię.

- Ani mi w głowie kpiny, o sprawiedliwy kadi - odpowie­dział Hodża w głębokim ukłonie. - Chciałem jedynie...

W tym samym momencie w ogrodzie zaryczał przeraźliwie kłapouch sędziego. Zakochane zwierzę na swój sposób wyzna­wało miłość młodziutkiej oślicy sąsiadów. W oślim wrzasku uto­nęły dalsze słowa mędrca z Buchary. Dosłyszał je tylko kadi siedzący najbliżej.

- Masz słuszność, człowieku nieznajomy - sędzia pokiwał dostojnie głową. Po czym odwrócił się i wskazując palcem na Musę Manuczera krzyknął w głąb domu: - Ej, słudzy, wyrzuć­cie natychmiast za bramę tę beczkę chciwości i fałszu! I do­łóżcie łotrowi na drogę kilka pałek, aby zapamiętał, że z sędziego nie wolno robić tarczy dla własnych ciemnych interesów.


*

“Księżyc pożyteczny jest w nocy, słońce w dzień, a rozum o każdej godzinie” - powiada uzbeckie porzekadło.

I słusznie powiada. Mądrość potrzebna jest również przy roz­wiązywaniu dzisiejszej zagadki. Czy zdołasz więc, o myślący, odgadnąć, co Hodża Nasreddin mógł powiedzieć sędziemu, by udo­wodnić bezsens żądań chciwego właściciela herbaciarni?

JAK BAJBACZE EGZAMIN ZDAWALI

Opowieść czternasta o bazarze na samarkandzkim Registanie,

o rajskich dziewczynach

oraz niecodziennej wyprawie Achmada

do Giżduwanu i Rachima do Buchary

Tylko ten, kto choć raz w życiu odwiedził Samarkandę, zaś w Samarkandzie jej centralny plac Registan, a do tego uczynił to w piątek, w dzień świąteczny tygodnia, dzień największego bazaru, może wyobrazić sobie, co działo się tu dzisiaj od samego rana.

Wraz z brzaskiem porannym tysiące mieszkańców okolicznych wiosek i odległych kiszłaków nieustannymi strumieniami poczęło wlewać się do miasta, zdążając w kierunku Registanu. Setki dwukołowych arb zaprzężonych w konie, wielbłądy, woły albo osły zatarasowały ulice i zaułki, od sześciu bram miejskich aż po Plac Piaszczysty.

Tłok i ścisk wszędzie panował ogromny. Zdawało się, że pomiędzy bazarowe stragany szpilki już wetknąć się nie da. A przecież z każdą godziną napływali coraz to nowi goście, zakurzenia niewyspani, ale radośni. I mieścili się jakoś.


Registan przyjmował wszystkich i wszystko. Od orgii barw ludzie nieprzywykli dostawali zeza, od nieustannego hałasu głuchli na obydwoje uszu, a jednak szczęśliwi, że dotarli na czas do sławnego grodu, zwanego przez poetów ,,Jaśniejącym Punktem Ziemi”, nie myśleli umykać stąd przed zapadnięciem zmroku.

Bazar to nie tylko okazja dla handlarzy i przybyszów z wio­sek. Bazar to także okazja dla złodziejaszków i wszelkiego rodzaju kanciarzy. Bazar to również okazja dla duchowieństwa spod znaku Proroka, rozmaitych imamów, iszanów, ulemów, mułłów i derwiszów. Muzułmańskich przepowiadaczy tego, co dziać się będzie jutro na ziemi i po śmierci w niebie.

Najdonioślej ze wszystkich wrzeszczał wróżbita sterczący na olbrzymim głazie przed wejściem do medresy Uługbeka. Cu­downymi słowy zachwalał wiernym drugie życie.

- Wysłuchajcie mnie z uwagą, wierni muzułmanie, albowiem doskonale wiem, co oczekuje was wkrótce w raju - wołał do­nośnie, co chwila podsuwając gapiom wydrążoną połówkę orze­cha kokosowego, imitującą naczynie na datki i jałmużnę. - Od godziny opowiadam o wspaniałych nektarach i smakowitych po­trawach, które z woli Allacha nigdy się w niebie nie wyczerpią. Wciąż nowe i nowe pojawiać się będą na niebiańskich dastarchanach. Dla nikogo nie jest tajemnicą, że po sutym jadle praw­dziwy mężczyzna lubi też solidnie wypocząć. Kiedy zacni mężo­wie napełnią szczelnie kiszki, zza różanych obłoczków wyjdą młode niewolnice, aby każdemu obmyć i ręce i nogi, a całe ciało natrzeć wonnymi olejkami z róży i jaśminu. Następnie pojawią się prześliczne peri w zwiewnych sukniach, rajskie piękności, o jakich na ziemi nikomu się nawet nie śniło. Przecudownej urody dziewczyny, wysokie niczym indyjskie topole, z warkoczami dłu­gości dziesięciu łokci, sięgającymi talii.

- Wyjaśnij mi, o świątobliwy, rzecz, której mój rozum nie pojmuje - wtrącił się Hodża Nasreddin, do tej pory słuchający wróżbity w głębokim milczeniu. - Jeżeli dziesięciołokciowy warkocz sięga zaledwie do talii, to jakiego wzrostu są te rajskie dziewczęta?

- Głupie pytanie - wróżbita klepnął się w czoło. - Oczy­wiście odpowiednio wyższego. Co najmniej z piętnaście łokci.

- Wysłuchajcie mnie teraz z uwagą, wierni muzułmanie - wykrzyknął na to mędrzec z miną niesłychanie poważną. - Pamiętajcie, niechaj nikt z was, kiedy nadejdzie jego pora, nie zapomni wziąć ze sobą na tamten świat siedemdziesięciu siedmiu kawałków drewna.

- Siedemdziesiąt siedem kawałków drewna? Aż tyle? - wy­jąkał zdumiony wróżbita. - A po co? Koran o kawałkach drewna nigdzie nie wspomina.

- Głupie pytanie - mędrzec klepnął się w czoło naśladując gesty wróżbity sprzed chwili. - Aż czego zrobisz w raju drabinę, o świątobliwy, jeśli poczujesz nagle wiosnę w kościach i najdzie cię chętka, by pocałować którąś z niebiańskich śliczno­tek?

Tłum mężczyzn otaczający wróżbitę zahuczał od śmiechu. W tym samym nieomal momencie jakieś ręce pochwyciły mocno Hodżę Nasreddina z tyłu za czapan i wciągnęły do ciemnej wnę­ki przy bramie. Nad uchem mędrca rozległ się głos:

- Uf, dobrze że cię widzę, afandi. Pomożesz mi w kłopotliwej sytuacji. Głowa mi spuchła jak szachrisjabzki melon od nieustan­nego myślenia. Rozum topi się w gorączce nie tylko od słońca. I wszystko nadaremnie. Nie puszczę cię, dopóki mi nie po­możesz. Nie gniewaj się zatem, afandi, żem cię wziął siłą w jasyr, ale naprawdę nie widziałem już innego wyjścia. Bo, przy­sięgam na brodę samego Mahometa, ja z tymi baranami dłużej nie wytrzymam.

W półmroku ciasnego pomieszczenia mędrzec rozpoznał znajo­me rysy. Człowiekiem, który go zatrzymał, był Mustafa Dadabaj, dawny naczelnik bucharskich łuczników, od kilku lat słu­żący w garnizonie samarkandzkim.

- A o co chodzi, przyjacielu? - zdumiał się Hodża Nasreddin. - Czyżbyś przerzucił się na hodowlę owiec? O jakich ba­ranach mówisz?

- O synalkach bajów, samarkandzkich bogaczy - jęknął roz­paczliwie Mustafa. - Dostałem polecenie, aby jednego z nich, najmądrzejszego, mianować swoim zastępcą. Czuję nosem, że gło­wy ich niewiele są warte. Puste jak dojrzałe makówki po przej­ściu wichury. Ale czy można to udowodnić?

- A gdzież ci bajbacze?

- Tam wewnątrz. Na dziedzińcu medresy.

- Pójdźmy więc przekonać się, czy w makówkach ocalała choć odrobina oleju.

Weszli do środka.

Na dziedzińcu uczelni założonej niegdyś przez Uługbeka, pod wschodnią jej ścianą, gdzie cień przyjemny chłód dawał, rozsia­dło się kilkunastu młodzieńców, synów okolicznych obszarników i miejscowych wielmożów. Bajbacze, przepysznie ubrani w atłasy przetykane złotą i srebrną nicią, siedzieli dłubiąc w nosie z nu­dów, albo grając w kości.

Do nich zwrócił się Hodża Nasreddin:

- Wysłuchajcie bacznie, młodziankowie, tego co powiem, a na koniec postarajcie się odpowiedzieć dokładnie na zadane pytanie. Słuchajcie zatem uważnie.

Wczoraj o świcie wyjechał z Buchary do Giżduwanu na rączym rumaku Achmad, powiernik bogatego kupca Rachimbaja. Dokładnie w tym samym czasie z Giżduwanu do Buchary wyruszył ubogi Rachim, który na osiołku jechał trzy razy wolniej od Achmada. Niedaleko przed Babkentem Achmad zatrzymał się w przydrożnej czajchanie, bo wyruszył w podróż bez śniadania. Godzinę - ani sekundy dłużej, ani sekundy krócej - jadł i od­poczywał w herbaciarni, a dopiero kiedy poczuł, iż w brzuch już niczego więcej nie wciśnie, ruszył dalej. Natomiast Rachim je­chał cały czas. Biedakowi żal było minut marnowanych na odpo­czynek. Jęczmienny placek zjadł po drodze, nie schodząc ani na chwilkę z siodła. Po trzech godzinach jeźdźcy spotkali się.

Jak sądzicie, o bajbacze, kto w tym czasie był dalej od Bucha­ry, Achmad na rączym rumaku, czy Rachim na zwierzęciu długouchym, drepczącym trzy razy wolniej od konia?

Synalkowie wielmożów natychmiast podnieśli rumor i wrzask przeokropny. Darli się wszyscy na raz:

- Achmad na rumaku. Oczywiście, że Achmad na rączym rumaku odjechał dużo dalej. Nawet głupek wie przecież, że koń jest znacznie szybszy od marnego osła. Zwierzęcia o długich co prawda uszach, ale nogach krótkich. A poza tym zausznik bogatego Rachimbaja nie mógł być gorszy od jakiegoś tam biedaka w łachmanach z Giżduwanu. Naturalnie Achmed był dalej.

Najgłośniej ze wszystkich wydzierał się kluchowaty młodzik, niski i gruby niczym gliniany tandyr do pieczenia chleba i pie­rożków samsy.

- Ciszej, synu, bo uszy bolą - Hodża bez skutku usiłował uspokoić antałek sadła. - Gdyby wrzask świadczył o rozumie, nadzorca więzienny mógłby zostać profesorem matematyki w medresie, zaś mój osioł jego przełożonym. Olej w czaszce, a sil­ne płuca, to jednak nie to samo.

Dalszy ciąg egzaminów przerwał nieoczekiwanie Jusup Madrasuł wpadając na dziedziniec medresy. Bez słowa pochwycił mędrca za rękę i odciągnął na bok.

- Co się stało, przyjacielu? - zdumiał się Hodża. - Czemu drżysz na całym ciele niczym młodzian przed pierwszą randką? A może febra trzęsie cię w kolanach?

- Nie żartuj, afandi - jęknął półgłosem Jusup, rozglądając się na wszystkie strony. - Daleko mi do śmiechu. Przed chwilą rozpytywał się o ciebie Muchammadorif Kamalbek, bogacz i dusigrosz, łotr bez odrobiny sumienia, szejtan w ludzkiej skórze. Pamiętam, w ubiegłym roku wystrychnąłeś go kilka razy na dudka. Podobno również za twoją namową wydał mnóstwo pie­niędzy na zorganizowanie wyprawy do Grecji, która miała mu przynieść znaczne korzyści, przede wszystkim miliony srebrnych oboli. Tymczasem nie przyniosła ani miedziaka zysku. Za to straty przeogromne. Cała Samarkanda trzęsła się od śmiechu na wieść o wynikach bezrozumnej wyprawy. O, skąpiec nigdy nie daruje ci strat ani kompromitacji. A gdy jeszcze dowie się, że i jego ukochanego kuzynka, tę oto beczułkę łoju, potraktowałeś gorzej niźli zwyczajnego osła, wścieknie się z pewnością. Szale­jący z gniewu Kamalbek zdolny jest do najgorszego łotrostwa.

Afandi, prawdziwe nieszczęścia są jak dwie kulawe owieczki, jedno łazi nieustannie za drugim. Jakby mało nam było kłopo­tów z Kamalbekiem, do Samarkandy przybył dzisiejszej nocy posłaniec z Buchary. Przywiózł list gończy. Za głowę Hodży Nasreddina nowy emir wyznaczył nagrodę: sakwę szczerozłotych monet i dwadzieścia młodziutkich niewolnic z Dagestanu. Gdyby Kamalbek domyślił się, że ubiegłoroczny spryciarz i Hodża Nasreddin to jedna i ta sama osoba, życie twoje niewarte byłoby nawet złamanego miedziaka.

Po tych słowach Jusup złożył błagalnie ręce i szepnął:

- Boję się o ciebie, afandi. Błagam, bierz nogi za pas, póki jeszcze pora. Potem może być za późno.

- Masz chyba rację, przyjacielu - zgodził się mędrzec. - Trzeba mi zniknąć z Samarkandy. Tak przynajmniej nakazuje przezorność. Bo bać się nie ma czego. Nie na darmo powiada przysłowie: “Strach jest bratem śmierci”. Człowiek bojaźliwy traci rozsądek i popełnia błędy. A wtedy znacznie łatwiej wpaść w szpony prześladowcy. Pewnie, żal mi będzie opuścić rodzinne strony. Człowiek bez ojczyzny, jak słowik bez sadu. I żyć mu ciężko, i śpiewać nie ma komu.

- Afandi, a... - Jusup zawahał się - ...a ten naczelnik, który cię tu wciągnął? Czy to człowiek pewny? Widziałem, że się skądś znacie. Czy aby nie wyda cię w ręce emirowych siepaczy dla na­grody, worka złota i dagestańskich niewolnic? Bogactwo w nie­jednym już zatruło sumienie.

- Wykluczone. To Mustafa Dadabaj, człowiek o złotym sercu i takiej samej duszy, a nie żaden zdrajca. Nasi ojcowie przyja­źnili się od kołyski, mieszkali w jednej machalle. Przed kilku laty, szczęśliwy los tak sprawił, ocaliłem życie ojcu Mustafy ranionemu przez rozbójników w piaskach pustynnych niedaleko Chiwy. A zapewniam cię, Jusupie, że wdzięczność dobrego syna warta jest więcej od wszystkich skarbów świata.

- Wierzę ci, afandi. Tym niemniej śpiesz się, nie przeciągaj struny. Zmykaj z grodu, zanim wieści o wyznaczonej nagrodzie złe języki nie rozniosą po ulicach i bazarach Samarkandy. Pie­karza Bababułłę już uprzedziłem. Szykuje zapasy oraz wierz­chowce do podróży.

- Chodźmy mu dopomóc. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, za godzinę powinniśmy być w drodze do granicy.

Nie zwlekając mędrzec bucharski omotał sobie starannie twarz chustą, jak to czynią pasterze lub poganiacze wielbłądów przy­byli z pustyni, po czym dopiero zanurzył się wraz z przyjacie­lem w rozwrzeszczanym tłumie handlarzy, nabywców oraz gapiów kłębiących się na całym Registanie i w czterdziestu przy­legających do placu uliczkach.

*

Do granicy z chanatem kokandzkim droga daleka. Czasu jest przeto dosyć, abyś, człowieku rozumny, zastanowił się i odpowiedział na pytanie zadane bajbaczom przez Hodżę Nasreddina na dziedzińcu samarkandzkiej medresy Uługbeka.

PRZYGODA NA GRANICY

Opowieść piętnasta o przeprawie dwóch piekarzy

z sakwami pełnymi czerstwego pieczywa

przez punkt graniczny emiratu

oraz o kilku figach małego Alima

“Nikt nie potrafi oddychać nosem drugiego człowieka” - po­wtarzają od narodzin świata sędziwi uzbeccy aksakałowie. I mają niewątpliwie rację. Prawdy tej Hodża Nasreddin doświadczył na własnej skórze nie raz, i nie dwa razy. Także i obecnie pojmo­wał doskonale, że kłody problemów rzucane mu pod nogi przez los i nowego emira Buchary musi odsuwać sam, jeśli tylko chce ocalić głowę. Potajemna ucieczka za granicę była chyba najważ­niejszym krokiem na nowej drodze życia. Jednakże wobec listów gończych i srogich poleceń rozesłanych w najodleglejsze zakątki emiratu nie był to krok wcale taki łatwy.


W zamyśleniu mędrzec nawet nie spostrzegł, iż stepowy trakt, udeptany przez ciągnące tędy karawany kupieckie, doprowadził obydwu zbiegów do ubożuchnej wioski, ulepionej z surowej gli­ny przemieszanej z sieczką. Z głębokiej zadumy wyrwał go do­piero głos Bababułły:

- Afandi, może zatrzymalibyśmy się na odpoczynek w którejś z chałup? Słońce praży potwornie. Czuję się, jakbym siedział nie na ośle, lecz we wnętrzu rozpalonego piekarniczego tandyra. Od godziny marzę jedynie o dzbanku zielonej herbaty. A i w brzu­chu burczy mi coraz głośniej.

- Szkoda czasu, przyjacielu. Tu gdzieś w pobliżu powinna być granica. Jeszcze godzina lub dwie i wreszcie znajdziemy się na ziemiach podległych chanowi Kokandu. Bezpieczeństwo gło­wy ważniejsze jest od pełnego żołądka. Nie marudź więc, lecz ­poganiaj długouche zwierzę.

W milczeniu przemierzyli wioskę wyludnioną przez żar spły­wający z nieba. Kto żyw, ukrył się pod dachem albo wlazł w be­czkę z wodą. Nawet psom nie chciało się ujadać na włóczęgów podążających w samym środku słońca.

Niedaleko za kiszłakiem, tuż przy wielbłądzim trakcie, wyro­sła nieoczekiwanie kępa drzew, złożona z kilku wiekowych pla­tanów o gęstych, rozrośniętych koronach. W głębokim cieniu, całkowicie osłonięci przed wzrokiem nadjeżdżających, siedzieli żołnierze. Pięciu wojaków ze straży granicznej emira grało za­pamiętale w kości, skracając czas wyczekiwania na klientów po­zwalających się trochę oskubać, zanim przekroczą granicę.

- Ojeju... - wystękał piekarz Bababułła na widok sarbazów w baranich czapach. Krew odpłynęła mu momentalnie z twarzy, która przez to nabrała barwy dobrze zmielonej mąki z pszenicznego ziarna.

- Tsss, tylko spokojnie, przyjacielu. Opamiętaj się. Nerwy nie są najlepszym doradcą w trudnej sytuacji. Umówiliśmy się, że ja jestem piekarzem, ty zaś moim pomocnikiem. Siedź więc cicho. Mnie pozostaw żołdaków. Jakoś sobie z nimi poradzę.

W tej samej chwili zza potężnego pnia wyskoczyła na drogę sylwetka uzbrojona po zęby. Kukła obwieszona kindżałami roz­maitej wielkości.

- Stać! Kim jesteście? Skąd i dokąd jedziecie? I co wiezie­cie w tych sakwach? Skradzione przedmioty? Broń? A może na­czynia ze złota? - strażnik wskazał końcem szabliska na cztery pękate worki.

- Jestem spokojnym piekarzem, to zaś mój pomocnik. Chłop poczciwy, lecz mało rozgarnięty. A wieziemy skarb stokroć cen­niejszy od szlachetnego kruszcu. Bez złota ludzie obyć się mogą, ale nie bez chleba. Bo widzisz, o wielki naczelniku, wieziemy pieczywo z Samarkandy do Taszkientu. Pyszne samarkandzkie obimon z jęczmiennej mąki, żizzali-non ze skwarkami, zogora-non z kukurydzianej mąki i bogato zdobione szirmoj-non, obsypane makiem albo kminkiem - odpowiedział Hodża Nasreddin jed­nym tchem nie usiłując nawet zleźć z konia.

- Zaraz się przekonam, czy mówisz prawdę - warknął straż­nik.-- Ej, ty na ośle, rozwiąż sznurki. Tylko migiem, czarny gnacie barani.

Bababułła bez słowa zeskoczył z Nasreddinowego kłapoucha i szybko rozwiązał wszystkie cztery worki. Strażnik odepchnął go nieco w bok, tak na wszelki wypadek, aby nie przeszka­dzał mu w służbowych czynnościach, po czym wsunął rękę głęboko do sakwy. Gmerał długo i starannie. Następnie spraw­dził drugi worek, potem trzeci i czwarty. Poza stwardniałymi na kamień plackami nigdzie niczego jednak nie wymacał.

- Po co wam tyle suchego pieczywa? - zdumiał się. - Czy to nie dziwne?

Bababułła odwrócił się .momentalnie i zaczął coś pilnie popra­wiać przy siodle. Jedynie Hodża nie tracił zimnej krwi. Odrzekł bez namysłu:

- Tłumaczyłem ci już, o wielki naczelniku. Jedziemy na ba­zar do Taszkientu. Słyszeliśmy, że taszkientczycy płacą podwójną cenę za suche pieczywo. Świeżego nie lubią. Im twardsze i star­sze, tym dla nich lepsze, smaczniejsze. I tym wyższą można za nie osiągnąć cenę. Dziwny naród ci taszkientczycy. Bardzo dziw­ny.

Strażnik zerknął podejrzliwie na Hodżę.

“Kpi sobie ze mnie ten pomylony piekarz czy mówi serio? - zastanowił się. - E, na drwinę chybaby sobie nie pozwolił. Wi­docznie to po prostu dureń. Półgłówek, od jakich z łaski Allacha roi się na świecie. Brak rozumu nie zwalnia jednakże nikogo od obowiązkowej opłaty”.

Tak rozważając wyciągnął rękę przed siebie i znów warknął:

- Należy się opłata graniczna od dwóch osób.

Hodża Nasreddin wrzucił w nadstawioną dłoń dwie srebrne monety.

Tymczasem strażnik nie opuszczając ręki dodał:

- I jeszcze dwie monety za przejazd wierzchowców. Za konia i za osła.

Hodża dorzucił” kolejne dwie tańgi.

- I jeszcze za przewożony towar.

- Wielki naczelniku, przecież to tylko suche pieczywo. Sam sprawdzałeś - Bababułła nie zdzierżył i pośpieszył z pomocą sa­kiewce przyjaciela. - Zastanów się. Czy widział kto kiedy taki towar?

- Milcz, czarny gnacie barani. Nie do ciebie mówię - straż­nik pogroził piekarzowi szablą, nie spuszczając wzroku z mędr­ca. - Jeśli nie zapłacicie teraz, zarekwirujemy wszyściuteńko. A to z kolei zaoszczędzi wam wyprawy do Taszkientu; No, bo po co mielibyście jechać tak daleko z próżnymi workami?

- Nie czyń tego, błagam cię na Allacha, szlachetny naczelni­ku - jęknął Hodża Nasreddin, udając wielkie przerażenie. - Pozbawieni wartościowego towaru, bylibyśmy także pozbawieni godziwego zysku, w który ciągle wierzę. Nie słuchaj zatem piekarczyka. To naprawdę dobry chłopina, tyle że głowę ma pełną zakalca. W moją stronę raczej nakłoń ucho i rękę, o zastępco emira na granicy. Weź, bardzo proszę, dwie tańgi. Oto należna opłata za towar.

Strażnik wcisnął kolejne monety do sakiewki i mile połechta­ny dostojnymi tytułami odsunął drąg zagradzający drogę, ażeby przepuścić dwóch półgłówków taszczących na drugi kraniec zie­mi zeschnięte pieczywo.

Kiedy utytłani w mące jeźdźcy zniknęli w oddali “szlachetny naczelnik, zastępca emira na granicy” pomaszerował do wioski pogwizdując wesoło. Chciał opowiedzieć właściwemu naczelniko­wi straży o zabawnym spotkaniu z piekarzem i jego pomocnikiem, których Allach najwidoczniej za jakieś grzechy pokarał sprawiedliwie, choć ciężko, na umyśle.

- Przed półgodziną dwóch mężczyzn przekroczyło granicę... - zaczął swą opowieść, zaledwie przestąpił próg glinianej cha­ty, zamienionej przed laty na strażnicę.

- A Hodży Nasreddina między nimi nie było? - przerwał mu dowódca w połowie zdania.

- Skądże. Afandi jest wszakże człowiekiem mądrym. A to dwóch jakichś bezrozumnych przejechało. Udawali się do Taszkientu z czerstwymi lepioszkami. Te baranie głowy wierzą, że w kokandzkim chanacie za suche pieczywo uzyskają znacznie wyższą cenę niż za świeże. Cztery worki czerstwych placków ta­szczyli ostrożnie, jakby to były kruche naczynia z chińskiego szkła albo z giżduwańskiej glinki.

- Coś powiedział? - naczelnik zerwał się gwałtownie ze sto­su poduszek. - Suche pieczywo wieźli z Samarkandy do Taszkientu? Nabrali cię, ośla szczęko. Na Allacha, zakpili w żywe oczy z emirowego urzędnika. Choćby tylko po tym uczynku poznałbym Hodżę Nasreddina nawet wtedy, gdyby był przebrany nie za piekarza, lecz za wielbłąda lub słonia,

Rycząc niczym zraniony tygrys wyskoczył na drogę. Za późno, jak okiem sięgnąć nie było widać żywej duszy. Dwaj zbiegowie znajdowali się już w bezpiecznej odległości, na ziemiach podleg­łych chanowi Kokandu. A więc o zorganizowaniu pościgu trudno było myśleć. Spotkanie z oddziałem kokandzkim mogłoby się zakończyć paskudnie.

Wrócił wściekły do izby. Nagroda umknęła mu sprzed nosa. A kto wie, czy i nie szansa znacznego awansu? Może pozwolono, by mu wreszcie porzucić tę dziurę i przeniesiono z powrotem na służbę do Buchary? Gniewny pochwycił pękaty dzban oleju i wci­snął go strażnikowi wrzeszcząc:

- Masz, ośla szczęko! Natychmiast wypij do dna. Trochę prawdziwego oleju przyda się tej pustej czaszce, nadmuchanej powietrzem niczym kozi pęcherz. Następnym razem może ruszysz mózgownicą na widok groźnego przestępcy, poszukiwanego w całym kraju z rozkazu wielmożnego emira.

Przerażony strażnik przypiął się do dzbana. Wydoił zawartość do połowy. Więcej nie zdołał. Oczy wylazły mu z orbit. Z wy­siłkiem łapiąc powietrze odstawił naczynie. Potem otarł dłonią tłuste usta i jęknął:

- Panie mój, lepiej nie przyznawać się nikomu, że ci dwaj przejechali tędy bezkarnie. Czy wiesz, co by nas spotkało, gdy­by na dworze władcy dowiedziano się któregoś dnia, że mieliśmy ptaszka w ręku i wypuściliśmy go na wolność?

Naczelnik straży granicznej spojrzał na podwładnego szeroko rozwartymi oczyma.

- No widzisz, olej już zaczyna działać - burknął złośliwie. - Dobrze radzisz. Tak właśnie postąpimy. Zapamiętaj więc sobie raz na zawsze, ośla szczęko, co powiem. Nigdy, ale to nigdy, na­wet w mogile, nie wolno ci puścić ani pary z ust o tych dwóch fałszywych piekarzach.

Kiedy tak strażnicy w trosce o własne głowy starali się ustalić strategię dalszego postępowania, obydwaj zbiegowie popędzali i konia, i osła, ażeby jak najszybciej oddalić się od niebezpiecz­nej granicy.

Po czterech lub pięciu godzinach szaleńczej galopady dotarli do grobowca jakiegoś muzułmańskiego świętego, przy którym droga rozwidlała się. Główny, karawanowy trakt biegł dalej, na­tomiast w bok skręcała ścieżyna wydeptana przez owce i poje­dyncze wielbłądy. Pod ścianą mazaru Bababułła zatrzymał zwie­rzę długouche i zaproponował:

- Rozstańmy się tutaj, afandi. Dalej pojedziesz bezpiecznie. Ja zaś muszę wracać do domu, bo nieobecność dostawcy pieczy­wa na dwór emirowy nie może ciągnąć się w nieskończoność. Byłoby to zbytnio podejrzane. Nie, nie obawiaj się o moją skórę, przyjacielu. Pojadę inną drogą, aby nie wpaść w łapy strażni­ków z wartowni granicznej pod platanami. Z pewnością już zwąchali, żeśmy ich wystrychnęli na dudka za pomocą suchych plac­ków. Jedno mnie tylko niepokoi, afandi. Co zrobić ze stwardnia­łym na kamień pieczywem? Grzechem byłoby je wyrzucić. Szko­da też taszczyć ze sobą ciężar bezużyteczny w dalszej drodze.

- Pozbędziemy się wszystkich placków. I to z pożytkiem. Za­raz się przekonasz. Hej, zuchu, zbliż się, proszę, na chwilkę - zawołał Hodża na kilkuletniego brzdąca, przepędzającego w pobliżu stado kóz i owiec, najwidoczniej w poszukiwaniu resztek stepowej roślinności,

Malec podjechał na wychudzonym jak i on osiołku.

- Kim jesteś, synku? - zagadnął mędrzec. - U kogo pracu­jesz? Masz rodzeństwo?'

- Malikszer moje imię, panie. U bogatego baja najmuję się za pastucha, aby wykarmić trzy małe siostrzyczki. Rodzice po­marli z głodu ostatniej zimy. Nie jedli, abyśmy mogli przeżyć do wiosny.

- Jesteś głodny, synku? Może chcesz żizzali-non ze skwarka­mi?. Tyle, że suchy.

- Nie ma nic słodszego nad kawałek czerstwego chleba roz­miękłego w czystej wodzie - westchnął chłopiec, głośno prze­łykając ślinę.

- Synku, oto cztery worki zeschłego pieczywa - Hodża wska­zał na pękate sakwy. - Jeśli będziesz moczyć placki w “wodzie albo w mleku, wystarczy ci ich aż do wiosny. Głodu nie zaznasz, ty i twoje rodzeństwo.

Natomiast poczciwy Bababułła wsunął chłopcu w dłoń srebr­nego dirhema.

- Zatrzymaj srebro na czarną godzinę - rzekł. - Nigdy nie wiadomo, kiedy ci się przyda. I jeszcze jedno zapamiętaj sobie, synku. Bajowi nie piśnij ani słówka z tego, co dziś się tutaj zda­rzyło.

Na koniec obydwaj mężowie pomogli Maliszerowi umocować worki na grzbiecie osiołka, a gdy odjechał uszczęśliwiony, zaczęli się żegnać długo i serdecznie. Rozstawali się z sercami ściśniętymi z bólu. Bo trudno przewidzieć, kiedy kapryśne fatum pozwo­li im znów popatrzeć na swoje oblicza.

Każdy ruszył we właściwą stronę. Piekarz Bababułła pocwa­łował na koniu z powrotem do rodzinnego gniazda, do Buchary, zaś Hodża Nasreddin na wiernym kłapouchu podreptał ku swemu przeznaczeniu, do Taszkientu. Później, jeśli łaskawy los ze­zwoli, z pomocą Allacha i własnych szarych komórek spróbuje przedostać się do stolicy chanatu, do Kokandu, a potem jeszcze dalej, do Chodzeniu, na umówione w domu teściów spotkanie z umiłowaną Guldżachon.

Bez dalszych przeszkód mędrzec bucharski dotarł do Taszkientu. Ostrożnie minął wysokie ściany twierdzy, wzniesionej przez kokandczyków wkrótce po zajęciu grodu i przez Wrota Szeichantaurskie, wybite w murach miejskich dokładnie naprzeciwko cytadeli, wjechał do środka.

Za placem Czorsu zatłoczonym jarmarcznymi straganami, po­między medresą Kukeldasz zdobioną barwną majoliką i znacznie skromniejszą w wystroju medresą Hodży Achrara, wyglądającą przy swojej sąsiadce jak ruda kwoka przy złotopiórym bażancie, mędrzec odnalazł wąziutką uliczkę, zaś w jej głębi domek ka­ligrafa Pirmata Szermuchammada, uciekiniera z Buchary.

Podstępnie oskarżony przez premiera rady wezyrów i wtrąco­ny za wyimaginowane długi do więziennego lochu, a następnie wykupiony przez Hodżę Nasreddina za sakwę srebra kaligraf wo­lał zniknąć ze świętego miasta. Któregoś dnia zabrał rodzinę i nic nikomu nie mówiąc, wyniósł się poza granice emiratu. Dwa ty­godnie wędrował od wioski do wioski, od kiszłaka do kiszłaka, aż wreszcie dobrnął do Taszkientu i tu osiadł na stałe. A że zręcz­nie władał pędzelkiem i tuszem, szybko zdobył sławę mistrza niezrównanego w trudnej sztuce kaligrafii, czyli w sztuce pięk­nego, ozdobnego pisania. Resztki Nasreddinowego srebra oraz zamówienia płynące z pałacu bekliarbeka - namiestnika chana Kokandu w Taszkiencie - a także od niektórych wielmożów po­zwoliły uchodźcy stanąć mocno na nogach.

W niepozornym domku Pirmata Szermuchammada zawsze by­ło rojno i gwarno niczym na pobliskim bazarze. Tutaj szukali i znajdowali schronienie ludzie prześladowani, zbiegli z Buchary przed zemstą krwawego emira i jego siepaczy, pozbawionych całkowicie człowieczych odruchów. Na czas pobytu w Taszkien­cie pod gościnnym dachem Pirmatowego domostwa zatrzymał się również i Hodża Nasreddin, ulubieniec prostych ludzi całego Wschodu.

Wieść o przybyciu człowieka z dalekiej Buchary lotem błyska­wicy rozleciała się wśród uciekinierów z emiratu. Wkrótce dom kaligrafa zapełnił się ludźmi w różnym wieku, młodszymi i star­szymi, lecz jednako złaknionymi nowin z rodzinnego miasta. Mędrzec języka nie szczędził. Jak umiał, odpowiadał na pytania, tłumaczył, wyjaśniał. Godziny mijały niepostrzeżenie, a spragnieni wiadomości mężowie nie pozwalali mu odetchnąć ani przez moment. Nie zwracali uwagi na jadło i napoje, nie zwra­cali uwagi na porę coraz późniejszą. Głód ciekawości był stokroć silniejszy...

Dopiero kiedy na niziutkim stoliczku pojawiła się misa z paru­jącym płowem - narodową potrawą uzbecką z ryżu, baraniny, marchewki i przypraw korzennych, zwykle wieńczącą przyję­cie - Hodża Nasreddin zerwał nić opowieści i nieco odsapnął. Jednym tchem wychylił cały imbryk gorącej, zielonej herbaty, po czym spojrzał z zadowoleniem na mężczyzn siedzących wokół z podwiniętymi nogami i powiedział:

- Pora powrócić już z Buchary, o czcigodni. Możemy tam udać się znów jutro. A teraz zajmijmy się jadłem. Dobrej potrawie zawsze warto dodać jeszcze smaku. Zauważyłem, że w twoim ogrodzie, Pirmacie, pod morelowym drzewkiem w olbrzymim koszyku, leżą wyśmienite figi czterech gatunków: bucharskie, an-diżańskie, samarkandzkie i karszyńskie. Alim - zwrócił się do kilkuletniego syna pana domu - pobiegnij do ogrodu i przynieś mi dwie figi jednego gatunku. Podrobione na kawałeczki i wrzu­cone do ryżu, dodadzą mu aromatu i delikatnego smaku.

- Dwie figi jednego gatunku? - powtórzył chłopiec i rozło­żył bezradnie ręce. - Ależ ja się nie znam zupełnie na figach. Dla mnie one wszystkie niczym się nie różnią, są jednakowo słodkie i jednakowo żółte. Nie wiem, o czym mówisz, wujku, bo nigdy w życiu nie słyszałem ani o figach bucharskich, andiżańskich, samarkandzkich, ani o karszyńskich. Znam tylko figi słod­kie i smaczne.

Hodża roześmiał się:

- No, to przynieś tyle sztuk, aby mieć pewność, że masz przy­najmniej dwie figi tego samego gatunku. Ale, ale... liczyć chyba umiesz?

Mały Alirn nie ruszył się z miejsca. Długo medytował, powta­rzał coś, szeptem, rachował w pamięci. Wreszcie pobiegł w stronę drzwi, wołając radośnie:

- Wiem, wiem, ile sztuk mam przynieść, wujku. Zaraz wracam tu z figami.


*

“Z każdego naczynia to się sączy, co w nim jest” - powiedział niegdyś bardzo wielki poeta i bardzo wielki filozof, Musiiheddm Saadi z Szirazu.

Czy potrafisz przeto, człowieku czytający te słowa, ulać odro­binę rozsądku z własnego naczynia, by odpowiedzieć na pytanie: ile fig powinien przynieść Alim, aby mieć pewność, że ma w garści przynajmniej dwie sztuki tego samego gatunku?

PIĘKNA GULSARA

Opowieść szesnasta o sprzedaży jeziora

oraz smagłolicej Czerkieski,

a także o zagadkowych turbacjach

wynikających z prostej - zdawałoby się - transakcji

W słodkich słowach cukru i prawdy tyle, ile kot napłacze. Ostatnia rozmowa z namiestnikiem chana kokandzkiego w Taszkiencie potwierdziła po raz nie wiadomo który trafność starego przysłowia.

W głębokim zamyśleniu Hodża Nasreddin kiwał się na kłapouchu drepczącym skrajem drogi. Otulony szczelnie w dżubbę, aby wieczorny wiatr - knot chłodu - nie dokuczył zmęczonemu ciału, mędrzec powracał z letniej rezydencji namiestnika, gdzie ku zdumieniu obecnych tam dygnitarzy odmówił przyjęcia państwowej posady. Mimo słodkich słówek płynących strugą z warg namiestnikowych, odrzucił ponętną dla wielu propozycję zostania doradcą pierwszej głowy Taszkientu.


Bez względu na przykrości mogącą dotknąć go za nierozważ­ny krok, Hodża Nasreddin wolał nadal pozostawać w domu ubo­giego kaligrafa Pirmata Szermuchammada, w sąsiedztwie ludzi prostych i pracowitych. Ani myślał zamieniać odpowiadające mu towarzystwo serdecznych przyjaciół na próżność bogaczy i zadufanie pałacowych wielmożów.

Nigdy przedtem, a tym bardziej obecnie, Hodża Nasreddin nie pragnął przenosin na dwór dostojnika. Rozumiał bowiem, iż kto w cudzym cieniu siedzi, sam cienia nie daje. Czy obawiał się braku dostępu do wrót pałacowych w przyszłości? Tu albo gdzie indziej? Nie, albowiem wiedział i to, że władcy bardziej potrze­bują rady ludzi mądrych, niźli ludzie mądrzy zażyłości z wiad­rami.

Zanurzony po czubek nosa w rozmyślaniach mędrzec nie do­strzegł na drodze szybko rosnącego tumanu kurzu. Widomej ozna­ki czyjegoś najwyższego pośpiechu...

Tymczasem, o czcigodni, porzućmy Hodżę Nasreddina i sunące mu naprzeciw przeznaczenie, a przenieśmy się czym prędzej na drugi kraniec Taszkientu, na podwórzec domostwa zamożnego Sabira Bachriddina, gdzie toczył się główny nurt niniejszej opowie­ści .

Sabir Bachriddin, jeden z najbogatszych w chanacie kokandzkim handlarzy brokatami, a zarazem właściciel pięćdziesięciu Persów tkających w ziemi, wielkim był w życiu szczęściarzem. Czego się tylko dotknął, wszystko mu się wiodło, pomnażając nieustannie okazałe dobra. Łaskawa fortuna nie odstępowała go najwidoczniej ani na moment na ścieżce zawiłych spraw dnia po­wszedniego. Wierzono, że gdyby nawet Allach przez omyłkę ob­darował Bachriddina siedmioma ślepymi i kulawymi córkami i tak wszystkie na czas za mąż by wydał. I to za bogaczy.

Ostatnie transakcje, które Sabir Bachriddin przeprowadził w poniedziałek, wtorek i środę, mogły zadziwić każdego. Przy­prawiły też o wielkie bóle głowy i brzucha zawistnego Abbasa, Bachriddinowego sąsiada, współzawodniczącego z nim w handlu jedwabiami, przetykanymi złotem albo srebrem.

Pierwszego dnia Sabir Bachriddin sprzedał niejakiemu Szamsulle za mnóstwo drachm jezioro, a także czarnobrewą piękność, Czerkieskę imieniem Gulsara, przed kilkoma zaledwie miesiąca­mi nabytą w Heracie. Jednakże już nazajutrz odkupił jedno i drugie, po nieco niższej cenie, ażeby w trzecim dniu sprzedać ponownie jezioro i niewolnicę za jeszcze pokaźniejszą ilość mo­net, tym razem nadwornemu malarzowi i układaczowi mozaiki, Raszydowi Erkinbajowi.

Ale zazdrość wiele oczu posiada. Nie minęło czasu więcej, niż potrzeba go na przebycie dziesiątej części drogi dzielącej Samarkandę od Taszkientu, gdy ludzie o sercach nadziewanych zawi­ścią donieśli głównemu poborcy podatków Sajfulle o sprzedaży, odkupieniu i ponownej sprzedaży użytecznych wód oraz pięknej Czerkieski.

Główny poborca podatków w Taszkiencie, nie na darmo no­szący imię pełne grozy, zatarł ręce z uciechą. Końcowe tygod­nie przed pierwszymi zbiorami zawsze były najtrudniejszym okresem dla taszkienckiego skarbca. A każdy marny nawet mie­dziak zdobyty w tym czasie nabierał wartości szlachetnej, srebr­nej drachmy. Nauczony bolesnym doświadczeniem poprzednich lat Sajfułła rozumiał doskonale, że w porze suszy państwowy młyn miele tym, czym mysz nasiusia. Pojmował, iż podatek Bachriddinowy akurat teraz mógłby odegrać ważną rolę załatajdziury w taszkienckim budżecie.

W towarzystwie strażnika obwieszonego od góry do dołu bro­nią tak, że przypominał ruchomy arsenał, oraz trzech pomocni­ków, główny poborca pogalopował przeto bezzwłocznie do domu Sabira Bachriddina, gdzie przez posłańca nakazał stawić się rów­nież Erkinbajowi ż dowodami kupna, kwitem oraz niewolnicą.

Gromadka urzędników skarbowych pędząca co koń wyskoczy w obłokach kurzu w pewnej chwili wytrąciła z rozmyślań Hodżę Nasreddina, jadącego spokojnie i bez pośpiechu od strony bramy miejskiej.

Krótko trwała rozmowa głównego poborcy z filozofem, o którego zaletach rozumu wiele już wiedziano w Taszkiencie, Hodża nie dal się długo prosić. Uległ argumentom Sajfułły i zawró­cił kłapoucha. Wiedziony ciekawością popłynął z prądem interesów taszkienckiego skarbca.

Dwie rzeczy są na ziemi bardzo szpetne, powiadają Uzbecy. Chudy koń i chuda kobieta. Gulsara - “Wspaniały Kwiat” - była jednakże kęskiem niezwykle apetycznym, a ciała w żadnym miejscu jej nie brakowało. Nic zatem dziwnego, że już wkrótce główny poborca podatków i trzej jego pomocnicy, równie jak i on sędziwi mężowie, pod pozorem sprawdzenia jakości sprze­dawanego towaru podszczypywali niewolnicę i mlaskali z zachwytem, czując lube mrówki rozkoszy biegające wokół serc ste­ranych wiekiem i kłopotami urzędowymi.

Raszyd Erkinbaj, nowy właściciel Gulsary, odpędzał natrętnych urzędników od ślicznej niewolnicy, machając nerwowo rękami i wołając nieustannie:

- Wystarczy już tych oględzin, o czcigodni siwobrodzi. Wy­starczy w zupełności. Pozostawcie czarnobrewą w spokoju, a po­biegnijcie teraz do jeziora, które także było przedmiotem han­dlowych transakcji. I jego wód skosztujcie, o czcigodni siwo­brodzi. Wszakże ono jest. znacznie więcej warte niźli ta czerkieska dziewczyna.

Nie słuchano go jednak. Poprzestano na ocenie Czerkieski. Zresztą, dziwić się takiemu postępowaniu nie sposób. Bo trudno przypuszczać, żeby pod skórą urzędnika chanatu kryła się natu­ra zwyczajnego wieśniaka, zawsze wyżej ceniącego wartości wo­dy od wdzięków młodej, najurodziwszej nawet niewolnicy.

- Hej, kupcze, płać podatek za handel czarnobrewą. Zgodnie z prawem połowa zysku z pierwszej i drugiej sprzedaży powinna trafić do taszkienckiego skarbca. Płać więc, i to szybko - pierw­szy napadł na Sabira Bachriddina strażnik towarzyszący głównemu poborcy. Nic dziwnego, dźwigana na plecach zbrojownia do­kuczała mu coraz bardziej.

Handlarz jedwabiami skrzywił się i potrząsnął głową tak gwałtownie, że tiubietiejka haftowana srebrną nicią zsunęła mu się na oczy. Zaprotestował gorąco:


- A dlaczego miałbym płacić podatek od każdej sumy, czci­godni? Nie zaprzeczam, sprzedałem Czerkieskę w poniedziałek za pięćset trzydzieści drachm, odkupiłem zaś we wtorek za pięćset i sprzedałem znów we środę za pięćset pięćdziesiąt srebrnych mo­net. Pomyślcie jednak, jeśli to co nosicie na karkach, można na­zwać nie dekoracją, lecz prawdziwymi głowami. Po pierwszej sprzedaży otrzymałem z powrotem i jezioro, i niewolnicę, które wszakże miałem już przed rozpoczęciem transakcji. Nic mi nie przybyło, nic mi nie ubyło. Od czegóż zatem miałbym płacić podatek? Dopiero od drugiej sprzedaży ewentualnie mógłbym wpłacić kilka miedziaków do sakiewki poborcy. Tak sądzę. Bo przecież wtedy pozbyłem się, jeziora i niewolnicy na zawsze, a w zamian otrzymałem pieniądze.

- A ja ci powtarzam, kupcze, nie zwlekaj i piać podatek za­równo od jednej, jak i drugiej transakcji handlowej. Szkoda cza­su na mielenie jęzorem po próżnicy. Powinieneś wiedzieć, iż skarbiec zapełnia się srebrem, ale nie ględzeniem - ponowił żądanie strażnik, wymownie przesuwając ogromne szablisko boku na sam środek brzucha.

- Wysłuchajcie mnie, czcigodni, bo wiem najlepiej, ile mo­net kupiec powinien wpłacić do kasy - wtrącił się do sprzeczki siwobrody pomocnik poborcy. - Jeśli wielmożny Bachriddin sprzedał czarnobrewą za pięćset trzydzieści monet w srebrze, a odkupił za pięćset, to zarobił na niej trzydzieści drachm, gdyż miał z powrotem swoją niewolnicę i trzydzieści srebrników po­nadto. Ponowna sprzedaż pięknej Gulsary to już tylko wymiana handlowa dziewczyny na pieniądze nie przynosząca ani zysku, ani straty. Nie ma więc nic wspólnego z pierwszą transakcją, w czasie której kupiec zarobił na czysto trzydzieści drachm. A za­tem nie jakieś tam miedziaki, lecz połowę zysku, piętnaście mo­net w srebrze, według mnie Bachriddin powinien wpłacić do taszkienckiego skarbca.

- Od wszystkiego niechaj płaci podatek. Najlepiej od każdej monety. Stać go przecież na to - wrzasnął po raz trzeci straż­nik i ujmując w dłoń rękojeść potężnego szabliska, natarł brzu­chem na kupca.

- Mniemam, iż mój wielce szanowny przyjaciel popełnił maleńką omyłkę - zaoponował drugi pomocnik poborcy, niewiele młodszy od swego kolegi, za to dużo od niego grubszy. - Wiel­możny Bachriddin rozpoczął transakcję czarnobrewą niewolnicą wartości pięciuset trzydziestu drachm, no bo za tyle ją sprzedał. Ponieważ pierwsza sprzedaż ślicznej Gulsary była prostą zamia­ną na monety, nie mogła przynieść ani zysku, ani straty. Ale kiedy odkupił dziewczynę za pięćset drachm, a sprzedał za pięć­set pięćdziesiąt, zarobił na niej na czysto pięćdziesiąt srebrników. Od tej właśnie sumy powinien zapłacić podatek. A więc nie pięt­naście, lecz dwadzieścia pięć monet w srebrze musi wpłacić co rychlej do skarbca.

- Tak, tak. Szybko niechaj pasibrzuch płaci podatek od każdej wymienionej tu sumy. Po co to przelewanie słów z jednych ust do drugich? - jeszcze raz wrzasnął strażnik. I machnął szablą w powietrzu, tnąc na pół motyla niebacznie przelatującego w po­bliżu rębajły.

Hodża Nasreddin nie wytrzymał dłużej, parsknął śmiechem.

A kiedy nieco ochłonął, zapytał:

- Przyjacielu, czyś ty aby nie w szóstym miesiącu na świat przyszedł? Dokąd ci tak spieszno? Trzeba ociupinę rozwagi i cza­su, ażeby z powodzi słów wyłuskać istotny sens. Szabla dobra na wojnie, lecz nie przy rachunkach.

- Nie wtrącaj się, przybłędo. Nie jesteś mądrzejszy ode mnie. Czapki mamy z tego samego wojłoku.

- Hm, to prawda, ale zawartość pod czapką różni nas znacznie.

- Zamilczże wreszcie - fuknął na strażnika główny poborca. - A wy wszyscy wysłuchajcie mnie uważnie, bo choć zgadzam się zarówno z jednym, jak i z drugim moim pomocnikiem, mówić będę o jeszcze wyższym podatku. Słuchajcie zatem. Jeżeli Sabir Bachriddin sprzedał piękną niewolnicę za pięćset trzydzieści , drachm, po czym odkupił ją za pięćset, to zarobił na pierwszej transakcji trzydzieści srebrnych monet. Następnie sprzedał dzie­wczynę po raz drugi, ale już za pięćset pięćdziesiąt drachm, uzyskał więc dalsze pięćdziesiąt monet. Trzydzieści i pięćdziesiąt to razem osiemdziesiąt drachm. Od tej właśnie sumy musisz, Bachriddinie, zapłacić podatek. Połowę zarobku, czyli czterdzie­ści monet w srebrze, powinieneś natychmiast oddać do kasy na­miestnika Taszkientu.

- Aj, aj, aj, staremu przyjacielowi liczysz tak niesprawiedli­wie? - zaczął biadolić Bachriddin w nadziei, że uda mu się zmię­kczyć serce głównego poborcy. - Osiemdziesiąt i czterdzieści drachm, powiadasz? I nie wstydzisz się ludziom spojrzeć w oczy? Czyżbyś serce i resztki sumienia pozwolił sobie ukraść na bazarze? Jakże mógł do tego dopuścić ten arsenał, ta cho­dząca krok w krok za tobą taszkiencka zbrojownia? Srogo się zawiodłem na przyjaźni z tobą. Widzę teraz, że nieszczęsny ten, kto ci dziś zaufa.

Dobry urzędnik nie powinien mieć ojca ani matki. A co dopiero przyjaciół. Sajfulle nie drgnął najmniejszy mięsień na obliczu podczas odpowiedzi:

- Nie widzę innego wyjścia, kupcze. Tylko to jedno jest spra­wiedliwe i słuszne.

- O, właśnie, właśnie. Rację ma poborca. Zęby zjadł na wy­mierzaniu podatków. Zna swój fach, jak nikt inny. Niechaj za­tem pasibrzuch płaci podatek od jednego i od drugiego zarob­ku - wrzasnął znowu strażnik potrząsając szablą i kindżałem, który również zdążył wyciągnąć z pochwy. - Niech płaci, i to szybko. Zanim moja cierpliwość nie dobiegnie kresu.

- Przyjacielu wojowniczy, przestań machać tym nożykiem w gorączce, bo wąsa sobie przytniesz. I nie krzycz tak przeraźli­wie, gdyż uszy puchną tu obecnym. Jeśli wrzaskiem można by­łoby cokolwiek zrobić, osioł codziennie siedem chałup by posta­wił - Hodża Nasreddin usiłował uspokoić swarliwego strażnika. - Każdą rzecz należy osądzić sprawiedliwie. A tutaj jedno i wydaje się niezbyt jasne. Kto wie, czy podatek nie powinien być jeszcze większy?...

Tymczasem Sabir Bachriddin ani myślał przystać na stawkę wyznaczoną przez poborcę podatków. Najpierw obrzucił wyzwiskami urzędników, a potem wysłał pośpiesznie syna po kadiego. Skoro główny sędzia w sprawach nie cierpiących zwłoki wyjechał do Kokandu i jeszcze nie wrócił, niech przynajmniej sędzia miejski spróbuje rozstrzygnąć kłopotliwy spór o pieniądze.

Przybyły po godzinie kadi wysłuchał cierpliwie wszystkich. Niestety, nie potrafił wybrnąć z labiryntu kilku różnych rozwiązań. Jeden Allach wie, kto ma tutaj rację. Może główny poborca podatków stojący na straży interesów taszkienckiego skarbca? Może jego pomocnicy, chudszy albo grubszy? A może i sam kupiec, choć to człek pazerny na każdą drachmę?

W pewnej chwili wzrok sędziego miejskiego spoczął na Hodży , Nasreddinie. Afandi to podobno człowiek niezwykle doświad­czony przez życie, a jego broda nie w młynie zbielała. Niechaj pomoże, jeśli potrafi,

- Człowieku roztropny, serdeczny przyjacielu kaligrafa Pirimata Szermuchammada, który jest także i moim serdecznym przyjacielem, pomyśl i odpowiedz. Czy wiedza i doświadczenie nagromadzone pod skorupą twej dostojnej czaszki wystarczą, by odszukać właściwe rozwiązanie niełatwego problemu?

- ...właściwe rozwiązanie niełatwego problemu? - powtó­rzyli jak echo za kadim obydwaj pomocnicy głównego poborcy. Jedynie trzeci z pomocników poborcy nie otwierał ust. Od po­czątku dłubał zapamiętale w nosie nie zwracając najmniejszej uwagi na to, co nie dotyczyło bezpośrednio jego osoby. Taki po prostu miał charakter.

- Zapamiętajcie sobie, o czcigodni, moje słowa na zawsze - odrzekł mędrzec bucharski niemal bez namysłu. - “Wiedza jest skarbem, ale kluczem do niej jest pytanie”. Tak powiedział nie­gdyś Poeta. Pytajcie przeto przy każdej okazji, ponieważ aż czworo na tym zyskuje. Człowiek pytający, człowiek wiedzący, człowiek słuchający i człowiek kochający uczonych.

Następnie Hodża Nasreddin wezwał zarządcę majątku Bachriddinowego, który nigdy nie rozstawał się na dłużej ze swoim panem i zadał mu tylko jedno pytanie. I od razu stało się jasne, że bez zaspokojenia ciekawości mędrca, bez odpowiedzi na po­stawione pytanie, nie na wiele zdały się żmudne dociekania taszkienckich urzędników.

Główny poborca podatków i dwaj jego sędziwi pomocnicy zwiesili czaszki napełnione wstydem. Trzeci z pomocników nadal ko­pal pracowicie w nosie. Jedynie sędzia miejski wykazał szybki refleks. Wyciągnął szyję i spojrzał na wszystkich z góry. Po czym skinął aprobująco głową z miną, jakby wiedział od samego początku, że bez tej właśnie wiadomości nie da się obliczyć peł­nego zarobku Bachriddina, a więc i nie można było wyznaczyć sprawiedliwego podatku od dochodu.

*

“Bez owcy nie ma wełny, bez mądrości nie ma przysłowia” - powiadają doświadczeni Uzbecy. Powinni dodać jeszcze: ,,A bez chwili namysłu nie ma i rozwiązania”.

Pomyśl zatem, człowieku rozumny, śledzący pilnie wątek opo­wieści, co byś uczynił, gdyby posadzono cię na niewdzięcznym stołku sędziego? Czy domyślasz się, jak mogło brzmieć pytanie Nasreddinowe, mające umożliwić sprawiedliwe obliczenie pełnego zarobku z dwukrotnej sprzedaży migdałowookiej Gulsary?

WIELKA PRÓBA MYSZY

Opowieść siedemnasta

o zaginięciu sakiewki Karabeka

na głównym bazarze Taszkientu

oraz o dziwacznym egzaminie z uczciwości

złożonym przed obliczem sędziego

“Kiedy złodziej u złodzieja kradnie, biada ostatniemu złodziejowi” - powiedział gdzieś kiedyś Ktoś Bardzo Doświadczony I tak się właśnie stało. Dziś w południe na głównym bazarze Taszkientu, przylegającym do murów sławnej uczelni Kukeldasz, okradzione naczelnika straży miejskiej.

Po kilku godzinach wałęsania się między straganami sakiewka naczelnika, prześwietnego Tachira Karabeka, dzięki szczodrobli­wości miejscowych kupców i przyjezdnych handlarzy napęczniała okazale, upodobniając się do wymienia dorodnej kozy. I na­gle nieszczęście. Katastrofa. Na próżno naczelnik macał się w po­płochu po brzuchu i po plecach, na próżno w nieskończoność przewracał kieszenie i przetrząsał szarawary, wszystko to czy­niąc ku uciesze pilnie podpatrującej go gromady młodych oberwańców. Nie czuł już w pasie lubego ciężaru napchanego miesz­ka. Monety rozpłynęły się w tłumie, niczym mgła w promieniach wschodzącego słońca.

O podobnym wydarzeniu nic słyszano dotąd w Taszkiencie. Owszem, sakiewki na podobieństwo kulawego osła często zmie­niały tutaj właścicieli. No, ale żeby poszkodowanym był sam na­czelnik straży miejskiej? Nie, to nie mieściło się w głowach nawet największym śmiałkom. Istny szczyt zuchwalstwa! Praw­dziwy Ararat bezczelności!

Klepsydra na dworze chanowego namiestnika nie zdążyła prze­sączyć zbyt wiele piasku, gdy straże przywlekły przed oblicze Tachira Karabeka trzech podejrzanych.

Ospowaty Afgańczyk, prawe ramię dowódcy, pośpieszył czym prędzej nad brzeg chauzu, basenu leżącego przed meczetem Dżarni, aby solidnie wymoczyć czernienie batogów. Wkrótce rozpocz­nie się przecież przesłuchanie.

Nadbiegli pierwsi świadkowie. Z miejsca ruszyli do szturmu przekrzykując się wzajemnie:

- To ten, kręcił się przez godzinę wokół mojego straganu ze złotem, oby go szatan porwał do piekła, zanim mu palce na rękach wyrosły.

- Nie, ten złodziejem! Ten drugi, ospowaty. Córkę mi chciał uwieść, oby Allach zamienił mu ręce na nogi i cuchnącej hienie oddał za męża.

- Tamten złodziejem, tamtego ukarzcie! To złodziej, jest mi winien siedem drachm, a zwrócić nie chce. I brodę ma ryżą, to jeszcze jeden dowód.

Rozpętał się wściekły samum awantury. I trwał tak już blisko czterdzieści minut. Świadkowie atakowali zawzięcie, starając się upiec przy tym ogniu choć niewielką dla siebie pieczeń, zaś pochwyceni bronili się uparcie, gasząc wszelkimi sposobami wzniecane płomienie oskarżeń. To jedna, to znów druga strona obejmowała prowadzenie, by po chwili odstąpić zdobyczne pozycje. Potyczka przeciągała się. Wiadomo, kozłu drogie życie - rzeźnikowi jego skóra i mięso.

Mijały długie minuty znaczone po obu stronach coraz to no­wymi guzami, a śledztwo dreptało w miejscu nie mogąc natrafić na wąską ścieżynkę prawdy. I chyba doszłoby w końcu do sa­mosądu, gdyby na drodze wiodącej wzdłuż ścian medresy nie pojawił się Hodża Nasreddin na swym wiernym osiołku.

Mędrzec widząc z daleka szalejący orkan wściekłości zmusił kłapoucha do biegu.

- Czcigodni, co czynicie? Aj, aj, aj, czyżby szatan opętał dzieci ojców waszych? Czemu karcicie pałkami tych trzech niegodnych? Opamiętajcie się choć na chwilę - zaczął wołać napierając osłem na zwartą gromadę. Mięśniami iszaka usiłował rozdzielić dwie strony sczepione kleszczami nienawiści, ale nie było to łatwe. Wołał przy tym nadal: - Co mówicie, skradziono monety naczelnikowi straży miejskiej, prześwietnemu Tachirowi Kara­bekowi? Aj, aj, czyżby w tym mieście zabrakło już ludzi uczci­wych, których w spokoju można pozbawić mieszka i pieniędzy? Kto śmiał wyciągnąć dłoń po własność urzędnika? Ile sakiewek skradziono zacnemu naczelnikowi? Jedną tylko? Czemuż więc, jeśli jeden zawinił, aż trzech podejrzanych zbiera guzy? Czci­godni, ograniczcie swą szczodrość w rozdzielaniu razów. Nie od­bierajcie chleba powszedniego kadiemu Taszkientu. Orzekanie winy do sędziego bowiem należy.

Tego już Karabekowi było za wiele. Odwrócił się w stronę Hodży i wrzasnął z całej siły:

- Czemuż się wtrącasz, mądralo, jeśli nikt cię o pomoc nie prosił? Nie waż się wstrzymywać ręki sprawiedliwości. To, że schwytano nie jednego, a trzech, świadczy po prostu o przezor­ności mojej straży. Gdyby tego nie uczyniła, do wieczora z pew­nością zginęłyby jeszcze dwie sakiewki. I o to, czy między nimi znajduje się główny przestępca, też się nie kłopocz. Znane mi są przemyślne sposoby, które nawet z wielbłąda potrafią wycisnąć pot zeznań. Wierz mi, nie minie tych trzech łotrów schadz­ka z katem. Straże, do lochu z nimi.

Sprawiedliwość jest jak nasz czcigodny sędzia - istotą mocno kulawą - więc się też nigdy nie śpieszy. Tym razem zdążyła w ostatniej chwili.

- Cóż to za zbiegowisko? Kto czyni harmider w spokojnym mieście? - zagrzmiał dobrze znany wszystkim złodziejom i opojom burkliwy głos kadiego. Sędzia miejski nadszedł nie zauwa­żony przez powaśnionych.

Karabek pierwszy pośpieszył z wyjaśnieniami, przedstawiając go swojemu przebieg wydarzeń.

- Przyjacielu, a jakie jest twoje zdanie? - sędzia zwrócił się do Hodży Nasreddina siedzącego na kłapouchu tuż obok na­czelnika straży. - Czy wiesz, który z trzech podejrzanych zasłu­żył na sprawiedliwą karę?

- Jeden Allach wie, czy między nimi naprawdę znajduje się rzeczywisty sprawca - odpowiedział powoli bucharski mędrzec. I natychmiast uzupełnił: - Świadkowie są jak przekupki na ba­zarze. Dużo krzyczą, lecz mówią niewiele. Zaś prześwietnemu Karabekowi utrata złota całkowicie przesłoniła wzrok rozsądku. To niejasna sprawa, o kadi.

- Co zatem radzisz, przyjacielu? - sędzia podrapał się w po­tylicę tak energicznie, że śnieżnobiała czałma zjechała mu prawie na nos.

Hodża Nasreddin zawahał się na moment. Potem uniósł dłoń ku górze i rzekł:

- Jest sposób, o sprawiedliwy. Co byś powiedział, o kadi, gdybyśmy wzorem naszych przodków poddali zatrzymanych Wielkiej Próbie Myszy?

- Hm, jeśli nie ma już innej drogi... Czy zgadzasz się, szla­chetny Karabeku, na przeprowadzenie próby pradziadów wobec podejrzanych?

Naczelnik straży miejskiej skinął przyzwalająco głową, bo już sobie chytrze wydumał, że nazajutrz i tak ściągnie podwójne datki na wszystkich bazarach taszkienckich motywując to dzi­siejszą stratą, a przecież nie ma żadnej pewności, iż kat rozżarzonymi kleszczami wyciągnie z podejrzanych równowartość skradzionego mieszka. Ta trójca nie wyglądała na dostatecznie zamożnych.

- Ruszajmy przeto do urzędu głównego sędziego Taszkientu.

Tylko on ma prawo zastosować wobec podejrzanych Wielką Pró­bę Myszy. A wy wszyscy uspokójcie się. Uszy puchną od ciągłego wrzasku - oświadczył kadi głośno, aby usłyszano go w najodleglejszym kącie bazaru. Potem kiwnął palcem na Hodżę. Z człowiekiem, o którym wiele dobrego słyszał od kaligrafa Pirmata, chciał podzielić się kilkoma wątpliwościami.

- Wszystko będzie w porządku - powiedział półgłosem - jeśli okaże się, że główny sędzia zdążył już powrócić z wypra­wy do Kokandu. Przed dwoma tygodniami wyjechał tam nie­oczekiwanie, nie bardzo wiadomo na jak długo i po co? Hm, a co, zrobimy, jeżeli furtkę jego ogrodu zastaniemy zamkniętą na kłódkę?

- Dojedziemy, zobaczymy. Po co martwić się zawczasu? Zgryzota bez powodu wywołuje niepotrzebne bóle brzucha, szkodzi i również nerwom - uspokoił sędziego mędrzec bucharski. - A może ty w imieniu kadi-kaliana Taszkientu przeprowadzisz Wielką Próbę Myszy? Zastanów się.

Człowieku czytający tę opowieść, jeśli w tym momencie zaswędział cię świerzb ciekawości wywołany słowami Hodży Nasreddina, dowiedz się, że Wielka Próba Myszy była próbą zbli­żoną do tej, jaką niewierni w krajach dalekiej Europy prakty­kowali niegdyś w stosunku do czarownic, dzieci Belzebuba i wy­znawców szatana, znaną w dziejach pod niewinnym mianem “próby wody”. Była więc także egzaminem orzekającym stopień winy człowieka poddanego śledztwu. Wielka Próba Myszy została; wprowadzona prawdopodobnie w czasach Kulawego Timura,; przez któregoś z jego wielkorządców przysłanych ze stołecznej Samarkandy do Buchary, a potem i do Taszkientu.

Pod krwawym panowaniem Timura zbiór przepisów prawnych islamu już nie wystarczał. Czasy wymagały doskonalszego spo­sobu udowadniania winy. Takim sposobem była właśnie Wielka Próba Myszy. Polegała ona...


Wybacz, człowieku czytający te słowa, iż jednak zaoszczędzone ci będzie pokonywanie technicznych szczegółów opisu owej Wiel­kiej Próby Myszy. Pradawna próba służyła - jak się rzekło - do udowadniania winy i niemal wszystko w niej zależało od ka­prysu demona losów ludzkich, a tylko niewielka reszta od umysłu samego skazańca.

Dowiedz się również, człowieku, że podejrzani i sądzeni, któ­rym demon nie podał we właściwej chwili ogona ratunku, prze­kraczali wątłą kładkę między życiem a śmiercią dźwigając wła­sną głowę pod pachą.

Wszystko to jednak rozpadająca się już mumia historii. Nie­chaj jej poświęca swój trud zmurszały badacz dziejów tego świa­ta. Nam pora najwyższa zawrócić na wąskie uliczki starego Tasz­kientu.

Barwny tłum z kadim i Karabekiem na czele, a także z trze­ma więźniami pod zbrojną strażą, podążał w kierunku domostwa głównego sędziego.

Na samym końcu, w obłokach kurzu poderwanego piętami dziesiątków wrzaskliwych piechurów, dreptał kłapouchy iszak unosząc na grzbiecie postać milczącą.

Hodża Nasreddin rozmyślał.

Nadszedł czas pożegnania się z Taszkientem i ruszenia w drogę do Chodżentu. Całe szczęście, że wysłuchał gorących próśb kali­grafa Pirmata i wstrzymał się z odjazdem do jutra, bo gdyby wczoraj opuścił miasto, kto dziś stanąłby w obronie trzech włó­częgów oskarżonych bezpodstawnie przez Tachira Karabeka, na­czelnika o wielkiej głowie, wielkiej sakiewce, lecz sercu maleń­kim? A tak, pierwsze zadanie zostało wykonane. Podejrzani uszli z rąk rozhisteryzowanego tłumu, nie trafili również do lochu miejskiego zindana. Zatem szansa na ocalenie ich skóry wzrosła niepomiernie - medytował mędrzec. - Teraz wszystko zależało od lotności umysłu, od zawartości oleju w czaszkach tej szaco­wnej trójcy. Jeśli potrafią myśleć i wnioskować logicznie, ujdą cało. A jeżeli to dla nich za trudne? Ha, trzeba będzie znów uciec się do jakiegoś fortelu.

Mędrzec ocknął się z zadumy dopiero, gdy piesza karawana ludzkiej ciekawości, zawiści i zemsty dotarła pod bramę siedziby głównego sędziego Taszkientu. i Kadi zniknął w drzwiach domostwa swojego zwierzchnika. Po minucie pojawił się z rozradowanym obliczem.

- Mamy szczęście. Główny sędzia powrócił wczoraj z Kokandu i jest gotów nas przyjąć - oświadczył. - Ty, ty i ty, i jesz­cze wy dwaj pójdziecie teraz ze mną. Pora najwyższa na długo oczekiwaną próbę.

W asyście Hodży Nasreddina, Karabeka i dwóch strażników wprowadzono pierwszego z obwinionych do sędziowskiej komnaty. Żądny sensacji tłum statecznych kupców i obszarpańców ulicznych zgodnie zamarł w oczekiwaniu tego, co z łaski przeznaczenia musiało wkrótce nastąpić.

O Allachu, spraw, ażeby sprawiedliwość dokonała właściwego wyboru.

Tymczasem w komnacie, w której sprawiedliwość miała wska­zać palcem winnego, na niziutkim stoliku stały trzy ciemne, drewniane szkatułki, bogato inkrustowane kością antylop i szłachetnym metalem. Na wieczku każdej z nich widniały sporzą­dzone z malachitu zielonkawe sylwetki dwóch myszy.

Uważny obserwator musiałby dostrzec, iż gryzonie różniły się między sobą jednym, wspólnym dla wszystkich sylwetek dro­biazgiem - kolorem oczu. Oto na wieczku pierwszego pudełka, myszy miały paciorki oczu sporządzone z krwawych rubinów, na drugim z niebieskawych turkusów, wreszcie na trzecim pude­łeczku jedna miała oczy rubinowe, druga zaś turkusowe. We­wnątrz szkatułek ukryto sześć malachitowych myszy, po dwie w każdej. Zgodnie z sylwetkami widniejącymi na wieczkach trzy ukryte myszy miały oczy czerwone, trzy - zielonkawe.

- Nędzny robaku, rylcem uwagi wyryj me słowa w swoim sparciałym mózgowiu - rozpoczął z powagą główny sędzia Tasz­kientu zwracając się do ryżowłosego, pierwszego z oskarżo­nych. - Nadszedł czas decyzji. Wiedz, iż pary myszy znajdujące się w pudełkach różnią się od myszy widocznych na wieczkach. tychże szkatułek. Tobie, z którego zechcesz pudełka, wolno wy­ciągnąć jedynie jedną mysz. Z jej oczu musisz wyczytać, które myszy w jakich ukryte są szkatułkach. Jeśli odpowiesz zgodnie z prawdą, będziesz człowiekiem wolnym. Jeśli nie, zamienisz swoją lepiankę na loch podziemny w murach taszkienckiego zindana.

- Chwileczkę, panie. Oczka myszy na pudełku nie mogą od­powiadać oczkom myszy w środku. Spójrz, na tej tam szkatułce myszy mają oczy rubinowe, a więc oznacza to, że te w środku mają albo oczy turkusowe, albo jedna mysz turkusowe, zaś druga, rubinowe. Czy dobrze cię zrozumiałem, panie?

- Doskonale -... przytaknął głową kadi-kalian Taszkientu. - Pojmujesz wszystko prawidłowo. Dlatego mogę oświadczyć z czy­stym sumieniem: los twój spoczywa teraz w rękach twoich. Ciągnij sprawiedliwie.

Oskarżony wahał się krótko. Sekundę, może dwie. Sprawiedli­wość źrenicami rozsądku wskazała mu właściwą drogę. Sięgnął po mysz. I ogłosił prawdę.

Po nim przyszedł drugi. Również i on dostrzegł kątem oka ledwie zauważalny gest uczyniony przez Hodżę Nasreddina. Sięg­nął więc. Odgadł.

Potem odgadł trzeci.

I rozeszli się do domów ludzie rozczarowani. Gapie spodziewali się większych emocji, nie takich...

Podwórzec sądowy opustoszał. Także i mędrzec bucharski wy­prowadził osiołka na ulicę. Bez słowa wdrapał się na grzbiet i ruszył w kierunku placu Czorsu, tam gdzie znajdował się do­mek Pirmata Szermuchammada, kaligrafa, który udzielił mu go­ściny na czas pobytu w Taszkiencie.

Nagle na widok młodej niewiasty z dwoma roześmianymi urwisami Hodża zatrzymał w miejscu nic nie rozumiejącego kłapoucha. Długo spoglądał w ślad za chłopcami przypominającymi jego urwipołciów. Na sercu zrobiło mu się dziwnie ciepło. Pod powieką zakręciła się łza.

“Guldżachon z chłopcami pewnie dotarła już do teściów - po­myślał mędrzec ze wzruszeniem. - Umówiliśmy się, że do Chodżentu udadzą się wraz z karawaną grubego Muchtara. Szlak handlowy nie tylko krótszy, ale i bezpieczniejszy. Ja zaś dotrę tam drogą okrężną, przez góry. To dla zmylenia śladu”.

*

Dowiedz się, człowieku czytający te słowa, że każdy ma na tym świecie jakąś sakiewkę i każdy ma jakiegoś - prześladującego go - Karabeka. Pomyśl zatem, o rozumny, do której z trzech szkatułek sięgnąłbyś po mysz, by w trudnej chwili ocalić własną skórę na grzbiecie?


W OPARACH HAZARDU

Opowieść osiemnasta o pobycie

Hodży Nasreddina w Chodżencie.

o nieprzyjemnym starciu z Ajubdżanem

oraz o zagadkowej grze płomiennowłosego dżygita

- Uff, nareszcie.

Hodża Nasreddin westchnął głośno z ulgą. Gdyby nie uciążliwe ssanie w dołku, pewnie by nie zauważył czajchany zawieszonej na skarpie gliniastej ponad uliczką, albowiem prawdę mówi przysłowie: “Syty nie dostrzeże pieczonych przy drodze szaszły­ków, głodny potknie się o pestkę słonecznika”.

Po wąziuteńkich stopienkach mędrzec wdrapał się na górę, odnalazł wolne miejsce na kobiercu i przysiadł z podwiniętymi nogami, aby wreszcie odsapnąć choć trochę.

Z tarasu herbaciarni rozciągał się wspaniały widok. Z jednej strony na Syrdarię, przelewającą swoje wody korytem szero­kości co najmniej dwustu pięćdziesięciu kroków. Zaś z drugiej na miasto, na prawie cały Chodzeni. Na płaskie prostokąty da­chów przetykane gęsto smukłymi wieżyczkami minaretów i błękitnymi kopułami muzułmańskich świątyń.

Mędrzec zamyślił się.

Chodżent. Miasto niezwykłe. Pracowite i bohaterskie. Od niepamiętnych czasów leżące na ważnym szlaku karawanowym, na­rażane na nieustanne najazdy wrogów, poszukujących łatwych łupów, bogactw, nowych niewolników i nowych niewolnic, mia­sto trwające na przekór złemu losowi. Deptane przez obcych ty­ranów trwało ku zdumieniu największych dziejopisów Wschodu.

Bo Chodzeni można było splądrować, spalić, zburzyć do ostat­niej cegły. Ale wymazać z mapy świata? Nie, na to nie znalazł skutecznego sposobu żaden z ciemięzców przybyłych tu z mie­czem w dłoni.

Zniszczony całkowicie przez wojska Aleksandra Macedońskie­go zwanego przez swoich i wrogów Wielkim, Chodżent dźwignął się z ruin po latach upartego trudu. Zrównany z ziemią przez watahy arabskie, przybyłe pod wodzą okrutnego Ibn-MusIima, odbudował się znowu. Splądrowany i puszczony z dymem przez drapieżne hordy mongolskie Czyngis-chana, odbudował się raz jeszcze. Jak gdyby tego wszystkiego było nie dość, później również nie zaznał spokoju. Leżąc na pograniczu dwóch skłóconych do cna muzułmańskich mocarstw, bez ustanku musiał odczuwać skutki krwawych wojen, toczących się całymi latami pomiędzy emiratem Buchary a chanatem Kokandu.

Chodżent, niezależnie od umiejętności cudownego odradzania się ze zgliszcz i popiołów, miał także wiele innych zalet. Przede wszystkim szczycił się pracowitymi jak mrówki mieszkańcami,, o sercach ogromnych niczym młyńskie koła. Od stuleci słynął też z wyrobu wspaniałych jedwabiów, poszukiwanych na dwo­rach Kokandu, Buchary, Chiwy, a nawet Heratu, Bagdadu czy dalekiego Kairu Nic zatem dziwnego, że drzewo morwowe było


rośliną najczęściej spotykaną w okolicy, było jej prawdziwym błogosławieństwem. I nic dziwnego, że cała niemal oaza chodżencka utrzymywała się z hodowli jedwabników i produkcji oszała­miającej wręcz ilości kokonów.

Hodża rozmyślał...

Tak. Wszystko to było niesłychanie ważne dla mieszkańców oazy. Natomiast dla niego samego niebagatelne znaczenie miał właśnie ów fakt, iż Chodżent leżał w pobliżu granicy z emira­tem bucharskim, a więc na wieści z rodzinnego grodu nie trzeba było tu oczekiwać całymi miesiącami. Zwłaszcza że karawany kupieckie w godzinach pokoju płynęły nieustannym strumieniem przez miasto. Stąd też w razie zagrożenia można było dać dra­paka i ukryć się bezpiecznie w pobliskim masywie górskim Mogołtau, w jego labiryncie parowów, trudnych przejść i pieczar niedostępnych dla obcych intruzów.

- Przyjacielu czcigodny, poczęstuj się, bardzo proszę, kok-czajem z mojego dzbanka.

Sympatyczny głos zabrzmiały tuż nad uchem wyrwał mędrca z głębokiej zadumy.

Zanim właściciel czajchany oderwał się od kipiących mo­siężnych kumganów zawisłych nad ogniem, Hodża Nasreddin przełknął kilka łyków orzeźwiającej, cierpko smakującej herba­ty z piałki usłużnie podsuniętej przez sąsiada, młodzieńca o czu­prynie barwy niezwykłej w tych stronach. Na głowie młodego człowieka płonęło ognisko. I na nic zdała się przyduża tiubietiejka, mocno wciśnięta na czoło. Ryżego włosa nie da się przecież ukryć pod największą nawet czapką.

Hodża Nasreddin zrewanżował się sąsiadowi miłym słowem oraz garścią samarkandzkich solonych migdałów, a dopiero po­tem zerknął w prawo. Tuż obok hałasowało niemiłosiernie czte­rech graczy. Mężczyźni dojrzali, o brodach gęsto tkanych siwi­zną, wyrzucali co chwilę kości, mieszane starannie w naczyniu złożonym z dwóch piałek, po czym z wrzaskiem rzucali się na nie, by sumować oczka.

Już po kilkunastu minutach mędrzec bucharski wiedział o tych czterech wszystko. Rodowici mieszkańcy Pendżykentu przed siedmioma dniami przybyli nad Syr-darię w jakichś ciemnych sprawach. Teraz grali w asziczki na pieniądze, szastając ogromnymi sumami. Ogarnięci hazardem miotali kości zapamiętale, podawali stawki, co moment kłócąc się i warcząc, niczym psy z czterech różnych wiosek. Wśród grających rej wodził Dżalol Ikromuddin, opasły Tadżyk z potrójnym podbródkiem, w popla­mionym chałacie i w tiubietiejce tak przetłuszczonej, że można było na niej placki smażyć.

W przerwie, w której pomocnik właściciela czajchany zamie­niał puste imbryki na pełne, grubas rozejrzał się wokoło, prychnął pogardliwie i wycedził:

- Wszyscy wiedzą, że gra w kości znakomitą jest rozrywką dla mężczyzn w sile wieku. Ja zaś powiadam wam, iż najbardziej zaciekłego pojedynku na kości nie da się porównać z prawdziwą walką na prawdziwe szable. W. zeszłym roku pod wodzą beka Szachrisjabzu brałem udział w wyprawie wojennej na Herat. Bitwa była tam straszliwa. Chmury strzał lecących z obydwu stron całkowicie zasłoniły słońce. I nastał mrok w środku po­łudnia. W ciemnościach nie spostrzegłem, gdy w pewnej chwili znalazłem się sam pośród tłumu wrogów, walecznych Pusztunów. Któryś dosięgnął mnie szablą i rozwalił mi porządnie gło­wę. Mimo krwawiącej rany nie wycofałem się z pola walki. W dalszym ciągu rąbałem szablą na prawo i lewo. Nieprzyjaciel­skich wojowników kładłem tysiącami, jakby to byli nie żołnierze, lecz mrówki pod stopą słonia. Jakby...

Dłużej chwalipięty Hodża słuchać nie mógł. Przerwał mu w połowie zdania:

- Klnę się na Allacha, że wszystko to święta prawda, co mówisz, dzielny dżygicie. Pamiętam tamten dzień, jakby to było wczoraj. Bo w bitwie z Pusztunami pod Heratem, gdzie cię tak straszliwie pokiereszowano, ja również brałem udział. I także walczyłem jak lew, nie zwracając najmniejszej uwagi na rany. Co więcej, nie przestawałem rąbać wroga nawet wtedy, gdy od­cięto mi zupełnie głowę.

Salwa śmiechu wstrząsnęła czajchaną. Jedynie gruby Dżalol Ikromuddin poczerwieniał, fuknął gniewnie i odwrócił się z powrotem do swoich partnerów. Sięgnął znów po kubek z kośćmi.

- Co sądzisz, czcigodny, o naszych sąsiadach? - zauważył płomiennowłosy, kiedy śmiech już odrobinę przycichł.

- Uhum, niektóre ludy wierzą w wędrówkę duszy człowie­czej. Są przekonane, że po śmierci, w tym drugim życiu, istnieć będą na ziemi w skórze jakiegoś zwierzęcia - odpowiedział gło­śno mędrzec bucharski. I dodał nieco ciszej: - Próbuję odgad­nąć, przyjacielu, w jakich zwierzętach odrodziliby się tamci czte­rej w następnym wcieleniu.

- Ja pewnie przeistoczę się w lisa albo w czerwoną jaszczur­kę. Już teraz niewiele mi do nich brakuje - roześmiał się mło­dzieniec.

Przeciwieństwo cech Ikromuddinowych, Ajubdżan, chudy ka­rzeł z garbem dromadera i uszach wszystko słyszących, odwrócił się raptownie do tyłu i zagadnął Hodżę spode łba:

- Ej, mądralo, myślisz, że dotyczy to każdego człowieka? Mo­ja dusza po śmierci również przemieści się w skórę jakiegoś by­dlęcia?

- Twoja nie potrzebuje - odrzekł Hodża Nasreddin spokoj­nie, nie mrugnąwszy powieką - przecież to jest już twoje drugie życie.

Na sąsiednich kobiercach rozległy się chichoty. Karłowi oczy na wierzch wylazły ze zdziwienia, ale nie odezwał się. Mimo wysiłków głowy, nie mógł pojąć, co mędrzec miał na myśli. Nic dziwnego, darem rozumowania natura nie wszystkich obdzieliła w jednakowej mierze.

Tymczasem Dżalol Ikromuddin pociągnął za rękaw Ajubdżana, besztając go bezceremonialnie przy partnerach i gapiach:

- Nie gadaj z obcymi łazęgami. Czasu i śliny dla nich szkoda. Co za pomysły lęgną ci się we łbie? Serdeńko, pomyśl lepiej o podwojeniu stawki. Bo, na mą brodę, dzisiaj drachmy każde­mu są potrzebne. Karakułów w tym roku nie przybyło za wiele, winorośle zbyt mało wydały owoców. Chwała Allachowi choć za to, że po wstąpieniu na tron obecnego chana czarna ospa zniknęła z naszego kraju bez śladu.

- Allach zbyt łaskawy - dorzucił znów Hodża Nasreddin - ażeby posyłać swym rabom dwa nieszczęścia naraz.

Ognistowłosy młodzieniec, który z uwagą przysłuchiwał się wymianie zdań, na te słowa roześmiał się głośno i zaraźliwie. Wesołość ogarnęła całą herbaciarnię.

Jedynie czterej gracze z Pendżykentu siedzieli naburmuszeni, . w milczeniu, niepewni, z kogo śmieje się czajchana. Potem, kiedy wesołość zatraciła rumieńce, jeden przez drugiego, na wyścigi zaczęli przechwalać się szczęściem w grze w kości, niezwykłymi sukcesami, odnoszonymi nie tylko w czajchanach, lecz i w domach znakomitych wielmożów Kokandu, Andiżanu, Samarkandy, Taszkientu, Buchary, a także dalekiej Chiwy, leżącej hen za Czerwonymi Piaskami.

I znowu roześmiał się głośno zaraźliwym śmiechem młodzie­niec płomiennowłosy, a gdy kolejna fala wesołości przepłynęła przez herbaciarnię, rzekł:

- To, czym przechwalacie się przed nami na podobieństwo papug gadających w ogrodzie chana Kokandu, nie należy do wydarzeń nadzwyczajnych. Każdy, kto choć trochę grał w kości, wie, że takie historie przytrafiały się nieraz. W grze hazardowej najłatwiej odnosić bezkrwawe zwycięstwa, choć i najłatwiej do­znawać bezkrwawych pogromów. Zawsze jeden przegrywa, by wygrać mógł drugi. Wiedzą o tym nawet wielbłądy bezrozumne. Jednakże to, co chcę wam tutaj ujawnić, nie z baśni “Tysiąca i jednej nocy” pochodzi, lecz z życia. Słuchajcie zatem uważnie, spryciarze z Pendżykentu. Kiedyś całą noc graliśmy w sześciu w znakomitym towarzystwie. Było to w emiracie bucharskim, na dworze beka Szachrisjabzu. Słońce żegnało nas siadających do gry, a powitało wstających. Zmęczonych, znużonych, lecz ura­dowanych. Nic dziwnego, okazało się bowiem nad ranem, że każ­dy z nas podnosząc się, miał więcej srebrnych monet, niż w chwili, gdy zasiadał do gry. Trudno się było nie cieszyć, skoro nikt z grających nie czuł się pokrzywdzonym, a tang srebrzy­stych przybyło nam znacznie w sakiewkach.

Po tych słowach młodzieniec z ogniskiem na głowie dopił herbatę, cisnął czajcziemu monetę, podjął oparty o pień drzewa i rebab afgański o trzech strunach, pokłonił się z szacunkiem Hodży i ruszył ku schodkom.

Dżalol Ikromuddin, nie tylko chwalipięta i pyszałek, ale także stary sknera i dusigrosz - bohater niezliczonych kpin od lat i wielu oraz dowcipów zrodzonych ostatnio, zwłaszcza kiedy do­wiedziano się, że napisał i złożył u sędziego testament, w którym siebie samego ustanowił spadkobiercą - zamyślił się głęboko, i Skąpiec łasy na monety, niczym kocur na barani kurdiuk lubił zawsze wiedzieć, ile kto zarobił. W pewnej chwili, gdy zapo­mniano już zupełnie o słowach młodzieńca, cisnął kości o ziemię i skoczył na równe nogi z wrzaskiem:

- O, łotr bez sumienia! Oszust i szachraj o duszy czarnej i na podobieństwo gawroniego brzucha. I równie czarnej mózgownicy.

- Aj, aj, aj, co się stało, przyjacielu? Komu urągasz? Gramy przecież uczciwie. Przywidziało ci się. Przetrzyj lepiej oczy i siedź spokojnie.

- Komu urągam? Jeszcze się pytacie? Oczywiście, że temu niegodziwcowi, którego rodzicielka w niestosownej porze zapa­trzyła się na czerwone szarawary naczelnika kokandzkich sarbazów. Zakpił sobie z nas ten lisi pomiot. Oszukał, omamił i czmychnął. Oby spadł z osła na pierwszym zakręcie i kark so­bie połamał na siedemnaście maleńkich kawałków.

- Uspokój się, Dżalolu. Myśl raczej o kościach, co je posia­łeś gdzieś po podłodze. W jaki sposób nieznajomy młodzik mógł­by nas oszukać, skoro ani przez moment nie siadł z nami do gry? Powiadani, coś ci się pomieszało pod turbanem. To pewnie z gorąca - Ajubdżan zaniepokoił się na serio o przyjaciela. Krzyknął w stronę kuchni: - Gospodarzu, podaj szybko mokrą ścierkę, człowiekowi okład trzeba przyłożyć na głowę.

- Na twój próżny garniec i dziesięć okładów niewiele po­może - wrzeszczał nadal Dżalol Ikromuddin, purpurowy na gębie ze złości. - Nic żeście nie spostrzegli, łby baranie? A ja od razu nosem wyczułem swąd oszustwa, zaśmierdziały w po­wietrzu. Nie wszystko zgadzało się w słowach ryżowłosego. Po­myślcie, na Allacha, jakim cudem ta czerwona jaszczurka ze swymi kompanami mogła zakończyć grę tak, aby każdy z nich wstając miał więcej srebra niźli w chwili, gdy zasiadał do gry? To przecież niemożliwe. Absurd.

- A czy to takie ważne? Nie myśmy uczestniczyli w tamtej grze, nie do naszych kiesek wpadły tamte drachmy. Po co więc


brać sobie do serca słowa byle przybłędy - Ajubdżan usiłował uspokoić kompana. - Machnij na niego ręką. Myśl lepiej o tym, co do ciebie należy. Twój rzut. I nie zapomnij przypadkiem wy­mieszać porządnie alczików, zanim wytrząśniesz je z piałek.

- Jak to nieważne? Zastanów się tylko, próżna makówko. Za­robek większy od możliwego zawsze musi być ważny dla czło­wieka potrzebującego pieniędzy - grubas z purpurowego stał się sinogranatowy. - Chyba szejtan grał z nimi w spółce? A może to wszystko nieprawda? Może łotr wypalił zbyt wiele haszyszu i chorobliwe omamy rozsądek związały mu w supeł?

Przytrzymywany za brokatowy chałat Dżalol Ikromuddin z trudem dał się namówić do powrotu nad kości. Siadł ciężko. Wi­dać było jednak, iż nie gra w alcziki wypełnia rozbolała czaszkę. Przykuty myślami do ryżowłosego, co chwilę podskakiwał w miejscu. Nieustannie powarkiwał pod nosem: “Łotr bez sumie­nia. Opiumojad. Wnuk szachrajów i krętaczy. Oby wieczny liszaj wykwitł mu pośrodku mózgu”.

Jedynie Hodża Nasreddin zaśmiewał się w duchu. Przejrzał sprytnego młodzika od razu. Wiedział doskonale, że właściciel rubaba postąpił uczciwie, nie zełgał ani słówkiem. A czyż można było winić płomiennowłosego za ociężałość umysłu ludzi, którzy myśleli tylko o grze i o pieniądzach?

*

Dzieje każdego ze stąpających po tej ziemi utkane są z czter­dziestu tysięcy kłopotów i utrapień. Dorzucenie do tysięcy jesz­cze jednego nie uczyni chyba nikomu tak wielkiej różnicy, by nie mógł odpowiedzieć na pytanie: w czym tkwiła tajemnica niezwyczajnego dochodu młodzika i jego pięciu towarzyszy?

ZAGADKA KAMALAKARY

Opowieść dziewiętnasta o biesiadzie

w domu rodziców Guldżachon,

o opowieści przechowywanej w pamięci ludu

żyjącego nad Gangesem i o zagadce indyjskiego wampira

Na przyjęcie wyprawione w domu teściów Hodży Nasreddino zwalił się tłum gości. Bo trzeba przyznać, że i pretekst do wy­stawnej uczty był wcale nie najgorszy.

Zanim mędrzec bucharski poprzez Czerwone Piaski przedostał się do Samarkandy, a później i dalej do Taszkientu, skąd zawę­drował w góry. Guldżachon oczekiwała już na niego w Chodżencie. Zjechała tu z dziećmi wprost z Buchary. Zatrzymała się u swoich rodziców, którzy po kilkuletnim pobycie w Margilanie nie tak dawno powrócili na stałe do rodzinnego miasta.

Rodzice Guldżachon przyjęli córkę i wnuków, a potem także i zięcia z otwartymi ramionami. Ludzie dobrzy i serdeczni zawsze marzyli o dłuższej gościnie córki i zięcia wraz z ich dziećmi przemiłymi urwisami, nie na darmo nazywanymi ,,małymi Nasreddinami, synami mądrego Nasreddina”. Teraz, dzięki nowemu emirowi w Bucharze, marzenia staruszków ziściły się. I to w ich życiu było owym promyczkiem, o którym powiada przysłowie:

“Nawet w najczarniejszym nieszczęściu pojawia się błysk słońca oświetlający drogę ludziom, którzy wierzą w lepszy dzień ju­trzejszy”.

Aby radość wraz z nimi dzielili i inni, staruszkowie zdecydo­wali się właśnie urządzić wspaniałe przyjęcie z otwartą furtą: kto wejdzie, będzie witany jako gość najmilszy.

Pierwszy przyczłapał Atabaj, sędzia miejski. Jak zwykle pojawił się w towarzystwie swego pomocnika, pisarczyka Karima, całego w plamach i piegach od inkaustu. Tuż za nim wkroczył nowy iman z dostojną długą brodą i w nowiutkiej śnieżno­białej czałmie na głowie. Przybyli także najbliżsi sąsiedzi, mi­strzowie pożytecznych zawodów. Usto Bułat - siodlarz, usto Ismatułła - garncarz, usto Nazarmuchammad - szewc i usto Sangin - kowal o złotych rękach i żelaznych muskułach. I jeszcze wielu, wielu innych.

Przyjęcie odbywało się na świeżym powietrzu, w ogrodzie, pod listowiem olbrzymiego plątana, przy lampkach oliwnych. Rozpoczęło się zgodnie ze zwyczajem od zielonej herbaty, słody­czy i nowości z różnych krańców świata. Potem zjawiły się pie­rożki manty w śmietanowym sosie, baranie szaszłyki pieczone na węglu drzewnym, bażanty nadziewane figami i jeszcze czter­dzieści siedem innych potraw, równie smakowitych i równie pachnących.

Rozradowani goście zajęci stołem nawet nie spostrzegli, że Hodża Nasreddin zniknął w drzwiach domu, aby po minucie pojawić się w ogrodzie w asyście nie widzianego tu nigdy męż­czyzny. Chyba cudzoziemca? Szczupłego, wysokiego, o oliwko­wej cerze, migdałowych oczach i ujmującym uśmiechu.

Kiedy z bażantów pozostały już tylko wspomnienia i gole kości na półmiskach, Hodża zabrał głos:

- Mądre uzbeckie przysłowie głosi: “Ozdobą pustyni jest wo­da, ozdobą wody łabędź”. Ja zaś dodam od siebie: “Ozdobą uczty jest smakowite jadło, ozdobą jadła przypowieść”. Zanim jed­nakże przejdę do najwartościowszego z klejnotów dzisiejszej biesiady, pozwólcie, że usiądę. Bo je się i gada lepiej na sie­dząco.

- Afandi, siadaj. Bardzo prosimy, spocznijcie obydwaj. Siądź­cie tu, między nami, na miękkich poduszkach.

Mędrzec skinął głową w uprzejmym podziękowaniu i ze skrzyżowanymi nogami przycupnął na kobierczyku, pociągając za sobą cudzoziemca. I natychmiast począł snuć nić opowieści z motka zaczętego przed chwilką na stojąco:

- Niezliczone razy zabawiałem przyjaciół, w tym kiedyś tak­że i was, o czcigodni, opowiadaniami sięgającymi minionych lat chwały, czy też wywodzącymi się z mniej chwalebnych - za to doskonale wam znanych - dni Buchary, Samarkandy, Chiwy, Taszkientu, Kokandu albo Chodżentu. Pozwólcie, że dzisiaj za­stąpi mnie kto inny. Oto przyjaciel mój serdeczny, Hindus imie­niem Kamalakara, przybyły wczoraj z Andiżanu, gdzie mieszka od wielu już lat pośród naszych współplemieńców. Przyprowadzi­łem go na to spotkanie, aby odczytał przypowieść z cudownej księgi indyjskiej, z którą nigdy nie zwykł się rozstawać. Przy­wiązany do umiłowanej ojczyzny wozi ów zbiór ze sobą w naj­dalsze podróże. Wiem, tęsknoty za krajem słowo ojczyste nie zastąpi, ale ukoić ją może nawet na krańcach świata. A teraz, sprawdzeni wysłuchiwaniem cierpliwym mądrości uzbeckich, nadstawcie przychylnie uszu przed mądrościami innego narodu.

- Cieszymy się z niespodzianki, o afandi. Witamy Kamalakarę w naszym gronie z całego serca i prosimy: niechaj czyta i tłu­maczy. Słuchać będziemy pilnie uchem zewnętrznym, ale i ro­zumem.

Hindus odwinął z jagnięcej skórki niewielką księgę, spisaną - co było widać od pierwszego spojrzenia - przez wyśmienitego kaligrafa, położył ją na kolanach i rzekł:

- Przeczytam wam, o przyjaciele mego przyjaciela, jedną z opowieści zagadkowych, od wielu stuleci przechowywanych w pamięci ludu żyjącego nad Świętą Rzeką, Gangesem. Wysłu­chajcie niezwykłej zagadki, jaką wampir okrutny poczęstował króla dawnych Indii, dybiąc na jego życie. Marny los władcy, jeśli nie potrafi jej rozwiązać, jeśli nie dokona właściwego wy­boru.

Posłuchajcie zatem opowieści wampira.

Istniało niegdyś na ziemiach Indii miasto o dźwięcznym imie­niu Madanapura. Grodem tym władał monarcha o równie dźwię­cznym imieniu Madanawira, a jednym z jego poddanych był właściciel niezliczonej ilości składów i karawan, kupiec o imie­niu Chirańjadatta. Kupiec ów poza niezmierzonymi bogactwami miał w domu jeszcze klejnot nad klejnotami, córkę urodziwą, Madanasenę, przy której prawdziwe perły swój blask szlachetny traciły, upodobniając się do ziaren zwyczajnego grochu.

Pewnego razu, gdy urodziwa Madanasena zabawiała się z przy­jaciółkami w gaju niedaleko domu, zobaczył dziewczynę mło­dzieniec kupieckiego stanu, Dharmadatta.

Ujrzawszy szlachetną rzeźbę postaci, szyję łabędzią, czubki dzbanów piersi na wpół odsłonięte, ugodzony celną strzałą Mary - tym imieniem nazywamy naszego boga Miłości - mło­dzian zmysły i rozsądek stracił. Ukrył się natychmiast za gęst­winą magnoliowego krzewu i wzroku od czarnobrewej nie od­rywał ani na sekundę. Dzień cały chwilką ulotną mu przemknął. Po powrocie do domu miotał się na posłaniu, usiłując zapomnieć o cudownej dziewczynie. Nadaremnie. Bo jak słońca na niebie gliną nie zamażesz, tak piękności oblicza nie skryjesz za ciem­ności nocy.

Z bólem głowy i serca doczekał Dharmadatta świtu. O brza­sku porannym zakradł się ponownie do wiadomego gaju. Dostrzegł tam samotną Madanasenę. Czym prędzej zbliżył się do niej, po­chwycił za rękę i przemawiając najczulszymi słowy, błagał o przychylność, o jeden tylko pocałunek.

Odmówiła:

- Nie, twoją być nie mogę. Słowo moje otrzymał kto inny. Za cztery dni ojciec wydaje mnie za mąż za syna zacnego kup­ca Amadatty. Odejdź zatem jak najszybciej i niechaj cię tu nikt nie zobaczy, bo mogłoby to się źle skończyć i dla ciebie, i dla mnie.

Ale młodzieniec słów rozsądnych nic słyszał. W gorączce miłości wołał bez ustanku:

- Naciągając cięciwę brwi, dziewczyno, śmierć mi zadajesz okrutną. Zlituj się, bo żyć bez ciebie nie mogę. Pocałuj choć raz.

Madanasena przeraziła się, aby szaleniec nie porwał jej gwał­tem. Pragnąc go jakoś uspokoić, powiedziała łagodnie:

- Pozwól, proszę, aby moje zaślubiny odbyły się najpierw. Niechaj ojciec mój dotrzyma danego słowa i wyda za mąż córkę niewinną. Potem, piątego dnia po ślubie, przybędę po kryjomu do twego domu i pozwolę się pocałować.

Dharmadatta jęknął boleśnie:

- Po ślubie? Dopiero piątego dnia? Zważ, czy radowałaby się pszczoła kwiatem lotosu, którym się drugi owad nasycił? Nie, nie dopuszczę, by ktokolwiek objął cię i pocałował przede mną.

Zrozumiała Madanasena, że nie ma innego wyjścia. Musiała obiecać oszalałemu z miłości młodzianowi:

- Dobrze, przyjdę do ciebie, gdy tylko umowa o małżeństwie zostanie podpisana wobec świadków i gości, a dopiero potem udam się do prawnie zaślubionego małżonka.

Po złożeniu przysięgi, że słowa dotrzyma, dziewczyna odeszła bez przeszkód.

Kiedy zbliżył się dzień, wskazany przed czasem przez najlep­szych astrologów Kalkuty, w domu kupieckim odbyła się od da­wna oczekiwana ceremonia zaślubin. Następnie goście weselni towarzyszyli Madanasenie do domostwa męża, gdzie ucztowano jeszcze przez dzień cały. O północy młoda para pozostała sama. Madanasena przysiadła na kobiercu zgnębiona i smutna. Nie wie­działa zupełnie, co robić. Od pocałunków usuwała się, unikała mężowskiego wzroku. Wreszcie wybuchnęła głośnym szlochem.

“Najwidoczniej miła moja nie kocha mnie wcale” - prze­mknęło przez myśl małżonkowi. Rzekł więc z bólem i goryczą:

- Jeśli miłujesz innego, o ślicznooka, nie będę ci czynił wy­mówek, ani zatrzymywał przemocą. Z sercem napełnionym roz­paczą powiadam: miłość jest ważniejsza. Idź do ukochanego bez obawy, o imię jego nawet nie zapytam. I zemsty szukać nie pra­gnę. Bo widocznie taki los zapisany był w księdze przeznacze­nia.

- Miłuję cię nade wszystko, o szlachetny - wyszeptała dzie­wczyna przez łzy - i dlatego błagam, wysłuchaj słów moich uważnie. Wpierw jednak przysięgnij, że nie ukarzesz mnie za to, com uczyniła nieszczęsna.

Kiedy przysiągł, opowiedziała:

- Przed kilkoma dniami syn czcigodnego kupca, młodzian o imieniu Dharmadatta, zaskoczył mnie samotną w gaju i opę­tany przez boga Miłości chciał mnie siłą porwać. Broniąc czci dziewczęcej i honoru ojca, który niewinną za mąż powinien wy­dać, przysięgłam młodzieńcowi, że zaraz po zaślubinach do niego najpierw przyjdę, by mógł mnie pocałować. Nie wolno mi łamać przysięgi. Zgódź się zatem, panie mój, abym wpierw tam poszła, a dopiero później wróciła do ciebie na zawsze.

Nieoczekiwane słowa gromem ugodziły pana młodego w sa­mo serce. Nie umiał odnaleźć języka w ustach. Wreszcie szep­nął:

- Nie mogę cię zmuszać do łamania przysięgi. Idź.

Zapłakana Madanasena zniknęła w drzwiach.

Nocne ciemności są porą odpowiednią dla żeru wszelkiego mrocznego robactwa. Także dla rozbójników, opryszków i zło­dziei. Kiedy tak dziewczyna przemykała się w kierunku domo­stwa Dharmadatty, okrutny los wypuścił kolejną strzałę w jej stronę.

W pewnej chwili, jak spod ziemi, wyrósł przed Madanasena rozbójnik, szakal nocny poszukujący łatwej ofiary i łupu. Schwy­cił ją za rękę.

- Dokąd ci tak spieszno, o szybkonoga? W noc przeraźliwie ciemną i głuchą?

- Przepuść, błagam. Godziny mają dla mnie cenę niezmier­nie wysoką.

- Dla rozbójnika wszystko może mieć wartość niemałą. Prze­konam się, gdy zobaczę, co niesiesz ze sobą.

- Weź mój naszyjnik z pereł i bransolety ze szlachetnego kruszcu, i pierścienie wysadzane drogimi kamieniami. Tylko nie zatrzymuj mnie, proszę.

Tymczasem zaciekawiony księżyc wychylił się spoza obłoku, by zobaczyć, co się stało? Chwila wystarczyła. Rozbójnik ujrzał dziewczynę w pełnym świetle. Wykrzyknął w zachwycie:

- Dla mnie ty jesteś najcudowniejszym klejnotem, jaki kiedykolwiek wpadł w ręce łotrowskie. Oczy błyszczące - turkusy i zielone, usta - rubiny, zęby - najprawdziwsze perły, piersi twarde niczym dwa diamenty. Pomyśl, czy widział ktoś cenniejsze klejnoty na całym Wschodzie? Nie puszczę cię, dopóki nie skradnę ci całusa, dziewczyno.

Po raz drugi tej nocy Madanasena zmuszona była wyjawić swą historię. Opowieść zakończyła słowami:

- Pozwól mi dotrzymać przysięgi. W zamian przyrzekam, iż od Dharmadatty powrócę wpierw do ciebie, jeśli poczekasz wśród tych krzewów na mnie, a dopiero potem pobiegnę do domu.

Kiedy to rozbójnik usłyszał, puścił ją wolno. Bez obawy ocze­kiwał powrotu Madanaseny, wiedząc doskonale, że danego sło­wa nigdy nie złamie.

Syn kupiecki, Dharmadatta, najpierw osłupiał ze zdziwienia, gdy spostrzegł dziewczynę samiuteńką pośrodku nocy, po czym poprosił, aby ujawniła mu wszystko, co działo się z nią ostatnio.

Po raz trzeci Madanasena musiała opowiedzieć historię minionych godzin, a także rozmowę z mężem oraz rozbójnikiem.

Wzruszony młodzieniec padł przed czarnobrewą na kolana.

- Wybacz, o najmilsza, żem naraził cię na gniew małżonka i oddał w ręce okrutnego zbójcy - zaszlochał. - Serce moje pragnie cię nadal, ale rozsądek i szacunek nakazują zwolnić z danego nieopatrznie słowa. Cóż mi po pocałunku żony drugie­go mężczyzny? Wracaj, oby szczęśliwie, do domu.

Przy ścieżce, w umówionym miejscu pośród krzewów, zastała rozbójnika oczekującego cierpliwie na pewną zdobycz.

- Prędko wracasz, dziewczyno. Dlaczego? - zapytał ów za­ciekawiony.

Opowiedziała mu to, co spotkało ją w domu kupieckiego syna.

- Wzruszyłaś mnie do głębi. Nie chcę być gorszy od kupieckiego synalka. Pośpieszaj wolna do młodego męża, dziewczyno. A klejnoty swoje zachowaj na pamiątkę dzisiejszej nocy.

Po tych słowach zbójca, aby osłonić Madanasenę własną maczugą przy spotkaniu z innym łotrzykiem, towarzyszył jej niemal do furty domostwa.

Uszczęśliwiona natychmiast pobiegła do pokoju męża. Po raz ostatni opowiedziała dzieje tej nocy, nieszczęsnej i radosnej zarazem. Małżonek widząc, iż Madanasena dotrzymała przysięgi, a także ocaliła honor, wziął ją w objęcia,

I od tej chwili aż do ostatnich dni swoich żyli w szczęściu pozbawionym wszelkich niepokojów.

Tym zdaniem wampir zakończył swą opowieść i zapytał monarchę:

- Powiedz, o władco, który z trzech mężczyzn postąpił najwspaniałomyślniej wobec dziewczyny? Mąż, syn kupiecki czy, nocny rozbójnik? Pamiętaj, nie odpowiesz, głowa rozleci ci się na sto kawałeczków...

Gość z Andiżanu zamknął księgę. Rozejrzał się uważnie wo­koło i ponowił pytanie. Tym razem kierując je do przyjaciół i znajomych Hodży Nasreddina, zgromadzonych tuż obok.

Cisza zapadła pośród ludzi biesiadujących w ogrodzie świad­czyła najlepiej, że nie ma między nimi nikogo, kto zgodziłby się lekkomyślnie, aby głowa rozpadła mu się w kawałeczki. Każdy usiłował natrafić na właściwą odpowiedź. Gdyby tylko jeszcze swąd baranich szaszłyków pieczonych na węglu uwagi nie mą­cił...

*

Jeśli, człowieku czytający te słowa, nie zdołasz sam wskazać mężczyzny najbardziej wspaniałomyślnego spośród trzech wy­mienionych przez Hindusa, pośpiesz co rychlej po radę do Chodżentu, do ogrodu teściów Hodży Nasreddina, gdzie sklepieniem Swych szerokich liści platan wiekowy osłaniał zamyślonych lu­dzi. Może im uda się odpowiedzieć na pytanie indyjskiego wampira?


NA GŁÓWNYM BAZARZE CHODŻENTU

Opowieść dwudziesta i ostatnia o bogatym Ibrachimie,

który nigdy nie przepuścił okazji, aby pomnożyć majątek,

oraz o mędrcu sprzedającym zwierzęta wełnorodne

Leniwy arbuz słońca dźwignął się dopiero z legowiska, ażeby wstąpić na ścieżkę codziennej wędrówki, kiedy Hodża Nasreddin wjeżdżał w główną bramę chodżenckiego bazaru poprzedzany dwoma beczącymi stworzeniami, owcą i jagnięciem. Nierad zaj­mował się Hodża sprzedażą zwierząt wełnorodnych. I tym razem zżymał się w głębi duszy, gdy żona nakazała mu wyruszyć na tar­gowisko, ale z ust jego nie uleciał najlżejszy jęk protestu. Wiedział, iż nawet wielką mądrością nikt jeszcze nie napełnił choćby najmniejszego garnka.

Hodżę Nasreddina trudno byłoby nazwać człowiekiem handlu. Kupcem trzeba się ponoć urodzić. Pradawny zwyczaj w wielu rodach muzułmańskich nakazywał rodzicom nowo narodzonego kłaść przed kołyską dwie sakiewki. Jeśli maleństwo wybierało mieszek napełniony miedziakami, zostawało z czasem kupcem lub złodziejem. Powszechną tajemnicą było, iż Hodża niemowlę sięg­nął rączką po sakiewkę próżną, co miało oznaczać, że czeka go przyszłość poety albo filozofa.

Nawet mierny filozof nie jest w stanie zgłębić tajników wymia­ny handlowej, a Hodża Nasreddin wielkim był myślicielem. W dusznym powietrzu targowiska uniósł się nieoczekiwanie orzeźwiający zapach niezwykłej okazji,

Tłum handlarzy ciągnący za zyskiem i nędzarzy wiedziony bezinteresowną ciekawością otoczył mędrca ciasnym, gwarnym kordonem.

- Ile żądasz za owcę i jagnię, afandi?

- Zaledwie pięćset pięćdziesiąt dirhemów w srebrze, o czcigodni.

- Coś powiedział? Pięćset pięćdziesiąt monet za półtorej ow­cy? Afandi, czyżby one miały złote runo? A może kryją w sobie jakieś inne cudowne zalety, które trudno dostrzec gołym okiem?

- Ależ nie, o czcigodni. Po prostu to nie są wszystkie moje zwierzęta wełnorodne - wyjaśnił Hodża spokojnie. - Resztę po­zostawiłem w domu. Po cóż miałbym je tutaj pędzić całym sta­dem? Czyż tylko po to, by - jeżeli nie sprzedam - wracać z ni­mi do domu? Wielki to kłopot, czcigodni. A tak, przywiodłem je­dynie próbkę. Jeśli najprzezorniejszy nawet kupiec nabywa bele jedwabiu na podstawie próbki, dlaczego wy nie moglibyście po­stąpić jak ów przezorny? Oto są próbki mojego towaru, a tu mam zapisane, ile ważą wszystkie pozostałe zwierzęta. Jeśli dobijemy targu, nazajutrz przywiodę resztę...

Do pozornych dziwactw i niezwykłych pomysłów wielkiego mę­drca dawno już wszyscy przywykli na calutkim Wschodzie, zaś w to, że Hodża Nasreddin był człowiekiem uczciwym i nigdy da­nego słowa nie łamał, nie zwątpiłby nawet największy z oszustów pośród mieszkańców Chodzeniu.

- Ile ważą twoje owce, afandi? Także i te, które pozostały w domu?


- Ile waży całe stado, afandi?

- Chwilę cierpliwości, dostojni - Hodża gestem dłoni popro­sił o milczenie. - Przychylcie wszyscy uszu, ażebym nie musiał czytać po kilkakroć. Tryk i owca ważą trzysta dziesięć perskich funtów, najstarsze jagnię siedemdziesiąt, dwoje starszych jagniąt sto trzydzieści funtów, średnie jagnię sześćdziesiąt, dwoje młod­szych waży sto dziesięć, zaś najmłodsze pięćdziesiąt funtów per­skich. Oto całe moje stado.

Kupcy zaczęli dodawać wagę owiec, ciężar zwierząt był wszak istotą handlu. Szybsi sumowali wytężając pamięć, przezorniejsi kreślili znaki patykiem na piasku. Jedni i drudzy otrzymali identyczny wynik. Para dorosłych owiec 310 funtów, najstarsza 70, dwoje starszych 130, średnie 60, dwoje młodszych 110 oraz naj­młodsze ze zwierząt wełnorodnych 50 funtów, razem czyniło to 730 funtów perskich. A 730 funtów żywego mięsa warte było nawet najżmudniejszych manipulacji handlowych. Zwłaszcza że w najbliższych miesiącach władca Kokandu miał wyruszyć z wypra­wą wojenną przeciwko dokuczliwym sąsiadom. Plemionom kazachskim łupiącym karawany miejscowych i przyjezdnych kup­ców. Szykowano też w tajemnicy wyprawę po niewolników na ziemie Chorezmu. Wszyscy rozumieli zatem doskonale, że wkrót­ce przed dostawcami dworskimi miały się uchylić wrota wyjąt­kowych zarobków na skórach, wełnie oraz suszonej baraninie przeznaczonej dla wojska.

Pośród dostawców zaopatrujących dwór namiestnika w Chodżencie, a nawet dwór chana w Kokandzie, główną rolę odgrywał już od wielu lat ospowaty I'brachim Mardomkuł. To on na baza­rze dyktował warunki kupcom i hodowcom, ustalał ceny, pośred­niczył we wszelkich transakcjach dotyczących dworu. Do jego kiesy płynął więc bezustannie rwący strumyk arabskich dina­rów, indyjskich i afgańskich rupii, tatarskich ałtynów, chińskich czengów, a także srebrnych talarów i złotych dukatów bitych w odległych frankońskich i germańskich krainach.

Ale Ibrachim Mardonkuł był nie tylko wielkim kupcem, był również wielkim oszustem, największym ze wszystkich kancia­rzy w całym kokandzkim chanacie.

Łotr pozbawiony serca i sumienia bez najmniejszych skrupułów pisał donosy na ludzi uczciwych, wtrącał ich do lochów, a potem grabił podstępnie bezbronne kobiety i dzieci, nieustannie pomnażając swoje bogactwa. Majątek ospowatego szakala obliczono powszechnie na dwadzieścia tysięcy złotych tumanów,

Nie na darmo powiadano, że nawet wielki chan Kokandu liczył się ze zdaniem swego głównego dostawcy, oczywiście szczególną łaską darząc jego kiesę.

Mimo tak niezmierzonych dochodów Mardonkuł przywdziewał szaty, które były zaprzeczeniem jego bogactwa. Maskarada ta by­ła mu wielce użyteczna. Zwykle nędznie ubrany - co należało od , lat do jego strategii kupieckiej - mógł przecież nabywać towary, po cenie niższej, zwłaszcza od przyjezdnych, nie pojmujących taj­ników chytrego manewru.

Jedynie mieszkańcy Chodzeniu wiedzieli, że najnędzniej oble­czony, ale najrychlej liczący z kupców, który teraz zwrócił się do Hodży Nasreddina był samym Ibrachimem Mardonkułem, nie ko­ronowanym monarchą miejscowych naciągaczy i oszustów.

- Kupię twoje stado owiec, afandi, za cenę, którą wymieniłeś. Pójdźmy teraz sporządzić umowę na papierze, a wypłacę ci całą należność, ty zaś resztę zwierząt wełnorodnych przywiedziesz tu jutro. Wierzę ci i ufam, Hodżo. Zresztą, mamy przecież świad­ków.

Magia ostatnich słów Mardonkuła sprawiła, że otaczający mę­drca tłum kupców i żebraków przerzedził się momentalnie. Wy­glądało to, jak gdyby czupryna młodego Hassana zmieniła się raptownie w wyliniałą brodę stuletniego Mohammeda-derwisza. Nic dziwnego, któż, chciałby być świadkiem ciąganym po sądach? Wielka to strata czasu, a pożytku wcale.

Ospowaty Mardonkuł wywodził się z rodu tych kupców, któ­rzy nie gardzili nawet jednym chińskim czengiem, jeśli tylko można go było zarobić na czymkolwiek, choćby na sprzedaży psiej skóry skradzionej hyclowi. A tutaj dochód szykował się znaczny. W miesiącach drożyzny funt baraniny kosztował srebr­nego dirhema. A więc 730 funtów mięsa kupionego od filozofa za 550 dirhemów dawało 180 monet czystego zysku.

Właśnie te 180 monet kazało kupcowi zaciągnąć Hodżę Nasred­dina do sędziego miejskiego, który w cieniu mauzoleum szejka


Muslichetdina grał z pisarzem w kości, co wydatnie skracało obydwóm czas oczekiwania na ludzi potrzebujących pisemnego dowodu zawartej umowy.

Kadi dobrze wiedział, co robi obierając sobie miejsce pod mu­rami sławnego grobowca. Mury mazaru szejka Musłichetdina z barwnymi ornamentami niepowtarzalnej urody oraz przepięk­nymi ozdobami rytymi w śnieżnobiałym alabastrze przez uzbec­kich i tadżyckich mistrzów stanowiły bowiem znakomite tło dla poczynań sędziego. Pieczęć przystawiona na dokumencie w ta­kim otoczeniu nabierała dodatkowej wagi. A w sprawach han­dlowych oprawa zawsze miała niemałe znaczenie.

Tutaj, w cieniu świętego mazaru ospowaty Ibrachim Mardon­kuł wyłuszczył dokładnie, acz w sposób dość zawiły, sprawę, która przywiodła ich obu przed oblicze sędziego. Długą tyradę, mającą na celu zagmatwanie istotnego obrazu transakcji tak, aby sędzia nie zorientował się, iż sprzedający nie ma pojęcia o tajni­kach handlu, zakończył pytaniem skierowanym do mędrca:

- Czy zgadzasz się, afandi, na zawarcie umowy zgodnie z tym, co przedstawiłem kadiemu?

- Rzekłeś, o panie - Hodża Nasreddin skinął głową. - Do­tarły do twoich uszu, sprawiedliwy sędzio, słowa czcigodnego Ibrachima Mardonkuła, każ zatem pisarzowi sporządzić bezzwłocz­nie umowę kupna.

Sędzia spojrzał zdziwiony na mędrca i zapytał:

- Sprzedaży, chciałeś chyba powiedzieć, afandi?

- Nie, o sprawiedliwy. Powiedziałem wyraźnie umowę kupna, gdyż dwa dirhemy za sporządzenie umowy nabycia owiec wpłaci kupujący ode mnie czcigodny Ibrachim Mardonkuł. Nie można spisywać umowy sprzedaży, gdyż nie otrzymałem jeszcze pienię­dzy za wełnorodne, a więc nie miałbym czym wynagrodzić pisa­rza za jego trud. Tylko pod takim warunkiem mogę sprzedać zwierzęta. Przecież to nie ja przyszedłem do ciebie, o kadi, lecz kupiec Mardonkuł tutaj mnie przyciągnął. Kto z nas w takim przypadku ma opłacać pisarza?

Chmura zadumy pokryła oblicze sędziego. Dopiero po dłuższej chwili - a i to poszturchiwany przez pomocnika - kadi otworzył usta:

- Sprawiedliwie powiadasz, afandi. Koszt powinien ponieść kupujący.

Z żalem rozstał się Mardonkuł z dwiema dodatkowymi mone­tami. Nie miał wszakże innego wyjścia. Wiedział doskonale, że gdyby Hodża uparł się obstając przy swoim, pozostałyby mu co prawda te dwa dirhemy, ale reszta czystego zysku czmychnęłaby niechybnie z sakiewki.

Po dopełnieniu formalności obydwaj rozeszli się wielce z siebie zadowoleni. Ibrachim Mardonkuł z umową w garści natychmiast pośpieszył do domu chorego sąsiada, także zamożnego kupca, by nacieszyć oczy zawiścią tamtego, zaś Hodża Nasreddin z sakiewką pełną monet zawrócił w kierunku bazarowej czajchany, ażeby w gronie przyjaciół wychylić uczciwie zapracowany imbryk herba­cianego wrzątku.

Porwali się z miejsca świadkowie niedawnej transakcji i ciskać poczęli w mędrca dzirytami wyrzutów, ledwie się pojawił w pro­gu.

- Afandi, jak to się dzieje, że ty, człowiek światłego rozumu, pozwoliłeś, aby Ibrachim Mardonkuł, największy oszust i sknera całego Wschodu - oby w przyszłym życiu zamieszkał w dziura­wej sakiewce - oszukał cię na sto osiemdziesiąt monet bitych w czystym srebrze? Afandi, nawet najgłupszy z nas nie pozwolił­by się tak oszachrować skąpcowi bez serca i sumienia.

- O, wam nie sprzedałbym zwierząt wełnorodnych na podob­nych warunkach, czcigodni - uspokajał wzburzone umysły Ho­dża, nie mogąc powstrzymać się od śmiechu. - Gdybyście racho­wali uważnie, przekonalibyście się, że zamiast ponieść sto osiem­dziesiąt srebrnych dirhemów straty, zyskałem na czysto sześć­dziesiąt monet. Pieniądze wydobyte podstępem z kieszeni Ibrachima Mardonkuła, oszusta i złodzieja, przydadzą mi się podczas wyprawy do Buchary. Potajemnie, pod przybraną postacią der­wisza, poganiacza wielbłądów lub wędrownego grajka mam za­miar udać się tam wkrótce, bo sercu tęskno za rodzinnym mia­stem, choć rozum przed drogą się wzbrania. Zwlekać z wyprawą nie mogę, muszę bowiem zniknąć na pewien czas z Chodzeniu. Ibrachim mi nie daruje, żem sobie zakpił z niego w oczywisty sposób. Jeżeli zaś nadal, o czcigodni, chcecie litować się nad głupotą, to przelejcie swą litość na rachunek ospowatego szakala.

Odstąpili bucharskiego mędrca ludzie zadumani. Głęboka stu­dnia myśli Nasreddinowych nie pozwalała im dojrzeć dna roz­wiązania. Nie mogli przeto pojąć, czy rzeczywiście filozofia Hodży przyniosła mu 60 srebrnych dirhemów zysku, czy raczej 180 monet straty?

*

A ty, człowieku rozumny, potrafisz odgadnąć, w jaki sposób powita Hodżę Nasreddina jego małżonka, umiłowana Guldżachon, gdy usłyszy cenę, za którą pozbył się na bazarze zwierząt wełnorodnych? Osądź, rzuci weń uśmiech promienny czy miotłę, zdartą i zbrukaną?

WYJAŚNIENIE ZAGADKOWYCH PRZYGÓD HODŻY NASREDDINA

(do których należy zaglądać tylko w ostateczności)

UCIECZKA Z BAGDADU

Opowieść pierwsza

Z treści opowiadania bucharskiego mędrca wynikało, że w pew­nej chwili nad Amu-darią znalazło się dwóch uciekinierów, Hodża oraz młody Pers (ale zauważcie: nigdzie nie było powiedzia­ne, że znaleźli się na tym samym brzegu rzeki). W krza­kach nadbrzeżnych Hodża Nasreddin natrafił na ukrytą maleńką, zaledwie jednoosobową łódkę, wsiadł więc do niej i przeprawił się na przeciwległy brzeg. Tam zaś do łódki wsiadł Pers (uciekający z Karszy, miasta położonego właśnie, po tej stronie Arnu-darii) i także przeprawił się na drugi brzeg rzeki. Po czym każdy pojechał w swoją stronę. Oczywiście w tej sytuacji Hodża musiał dosiąść osiołka Persa, zaś młody Pers w dalszą drogę mu­siał udać się na kłapouchu bucharskiego filozofa.

Naturalnie, gdyby wszyscy wiedzieli, gdzie leży Karszy (do­dajmy, stare handlowe miasto w Azji Środkowej położone na sławnym karawanowym ,,jedwabnym szlaku”), nie byłoby tej zagadki. No, ale kto zna tak dobrze geografię?

DAR SUŁTANA ZIEMI EGIPSKIEJ

Opowieść druga

Po przeczytaniu rozdziału wydaje się początkowo, że Hodża Na­sreddin rozwiązał trudne zadanie za pomocą jakiegoś genialne­go - by nie rzec cudownego - sposobu.

Gdybyście jednak wzięli teraz kawałek papieru i narysowali piętnaście przegród stajennych, po czym postarali się - zgodnie ze słowami bucharskiego mędrca - ustawić w nich po kolei sze­snaście rumaków, wszystko by się wydało. Cudów nie ma. I oczy­wiście w taki sposób koni rozmieścić nikomu się nie uda. Tajem­nica łamigłówki polegała, po prostu, na sprytnym zasugerowaniu emirowi oraz dostojnikom pałacowym przez Hodżę, że rumak drugi jest - nieco później - koniem - szesnastym. Tak -naprawdę, to właściwy rumak szesnasty ani przez chwilkę nie znalazł się w tej stajni. Najważniejsze, że udało się Hodży Nasreddinowi odsunąć niebezpieczeństwo zawisłe nad głową naczelnika emirowych stajen.

HODŻA POSZUKUJĄCY UKRYTEGO SKARBU

Opowieść trzecia

Ile złotych monet stracił niecny bogacz Jangibaj na przekupie­nie nieuczciwego sędziego, naczelnika miasta oraz wielkiego we­zyra, aby wydali niesprawiedliwy wyrok?

Z tekstu opowieści wynikało, że pierwszą sakiewkę ze szczero­złotymi monetami Jangibaj wręczył głównemu sędziemu Buchary, drugą, dwa razy cięższą od poprzedniej, naczelnikowi miasta, zaś trzecią, trzykrotnie cięższą, ofiarował wielkiemu wezyrowi, jednookiemu Muzaffarowi. Natomiast z dalszego ciągu Nasreddinowej przygody dowiedzieliśmy się, że Muzaffar otrzymał sa­kiewkę z dziewięćdziesięcioma monetami. Z tego już nietrudno wywnioskować, iż naczelnik miasta musiał dostać sakiewkę za­wierającą sześćdziesiąt monet, zaś główny sędzia Buchary sa­kiewkę, w której znajdowało się zaledwie trzydzieści monet w złocie. Razem bogacz Jangibaj stracił więc sto osiemdziesiąt mo­net.

POJEDYNEK ZE SŁOŃCEM ALLACHA

Opowieść czwarta

Zadanie to tylko pozornie jest nie do rozwiązania. Lecz jeśli, się odrobinę pomyśli...

Przypomnijmy, o co chodziło w łamigłówce. “Dwaj farbiarze dali dwóm swoim synom pieniądze. Jeden dał swojemu synowi sto monet w czystym srebrze, zaś drugi swojemu synowi wrę­czył znacznie mniej, bo tylko pięćdziesiąt monet”. A jednak oby­dwaj ci synowie mieli wspólnie nie sto pięćdziesiąt dirhemów, jak powinno wynikać z prostego rachunku, ale zaledwie sto. W jaki zatem sposób można wyjaśnić tajemnicę zagadki?

Sprawa okaże się niesłychanie prosta, jeśli zorientujemy się, że bohaterami opowiastki Hodży Nasreddina był dziad, ojciec i syn. Dziad Said wręczył swojemu synowi Salimowi sto mo­net, zaś Salim z tych pieniędzy oddał pięćdziesiąt swojemu synowi Karimowi. Ot i cała tajemnica zagadki została wyjaśniona.

PODSTĘP NIECNEGO TILLIABAJA

Opowieść piąta

W jaki sposób można dowiedzieć się, ile ważył największy wielbłąd, a zarazem ulubieniec władcy? Skoro nie można zwa­żyć go w całości (bo nie ma tak dużej wagi), trzeba mimo wszy­stko zrobić to na raty. No, a ponieważ poćwiartować go nie wol­no, należało znaleźć nieco inny sposób, który to umożliwiłby.

Pamiętacie złoconą łódź kołyszącą się w olbrzymim pałacowym basenie? I dużo zwyczajnych, jak największych kamieni, o które prosił Hodża Nasreddin? Naprawdę nic to wam nie mówi?

Rozwiązanie bucharskiego mędrca było proste. Lecz - przy­znajmy - bardzo pomysłowe.

Aby zorientować się, ile ważył ryżowłosy wierzchowiec emira, należało go wprowadzić na chwilę do łodzi. Pod jego ciężarem łódź musiała się odpowiednio zanurzyć. Wtedy wystarczyło na burcie łodzi kreską zaznaczyć linię zanurzenia, po czym wypro­wadzić dromadera z powrotem na brzeg. Następnie trzeba było do łodzi kłaść kamionkę tak długo, dopóki nie zanurzy się rów­nie głęboko, jak i pod wpływem ciężaru wielbłąda. Na koniec pozostało jeszcze zważyć poszczególne kamienie, podsumować re­zultaty i oto rozwiązanie gotowe.

ŻOŁNIERZE I DERWISZ

Opowieść szósta

Kim byli dwaj żołnierze z oddziału beka Kermine, podobni do siebie jak dwie krople kobylego mleka?


Z tekstu wynikało, że młodzieńcy “nie są bliźniakami. A prze­cież jedna ich rodziła matka”. Wiadomo również, “iż tego samego dnia, w tym samym miesiącu i roku Sabir oraz Muchtar ujrzeli świat i rodziców swoich”.

Młodzi żołnierze musieli więc być braćmi. No, a skoro nie byli bliźniakami, a braci również więcej nie mieli, musieli mieć sio­strę (o którą emir przecież w ogóle nie pytał, interesowali go jedynie bracia). Tę właśnie historię rodzinną trojaczków (dwóch chłopców + dziewczynka) wykorzystał Hodża Nasreddin do ułożenia zagadki dla władcy, aby zdobyć pieniądze na wyku­pienie nieszczęsnego kaligrafa z więziennego lochu oraz z dłu­gów.

SYN BAJA WYSTRYCHNIĘTY NA DUDKA

Opowieść siódma

Nieprzypadkowo w ostatnim zdaniu odwołujemy się do czytel­ników o głowie bystrej i oku spostrzegawczym. Czytelnik spo­strzegawczy z pewnością bowiem zauważył, iż Dżangi-bobo wiąz­kę chrustu przydźwiganą na plecach zamieniał na bazarze bucharskim albo na żywność, “albo zwyczajnie na dwa miedzia­ki”. Z dalszego tekstu opowieści wynikało również, że sędziwy farbiarz na osiołku mógłby przywieźć do miasta naraz aż sie­dem takich wiązek. A po sprzedaniu ich mógłby wreszcie zwró­cić dług piekarzowi Bababulle. Z tego oczywisty wniosek, iż Dżangi-bobo był winien piekarzowi (7 X 2) 14 miedziaków.

GŁODNY WILK, GŁODNY SZAKAL I GŁODNA WYDRA

Opowieść ósma

Ile rybek należało się szakalowi za zupę z marchwi zjedzona przez wydrę? Tak naprawdę to ani jednej.

Rozważmy fakty. Wilk dal do zupy cztery marchewki, szakal dwie. Potem zjedli zupę w trójkę - każdy jednakową porcję. Czyli że wilk zjadł zupę z dwóch marchewek, wydra z dwóch: oraz szakal z dwóch (a zatem zjadł dokładnie tę część, któ­rą włożył do zupy). Natomiast wydra zjadła dwie marchewki wilka i jemu w zamian powinna ofiarować swoje krasnopiórki.

TAJEMNE JĄDRO

Opowieść dziewiąta

Co zrobił mędrzec bucharski, aby zmniejszyć linię o połowę?

Przypomnijmy odpowiedni fragment:

“Na znak dany przez władcę Hodża Nasreddin zbliżył się do niziutkiego stolika z laki z jaśniejącą nań płachtą skóry jagnięcej.

Jeden ruch ręki i orzech zadania pękł na dwoje ukazując swe tajemne jądro.

Emir spojrzał na skórę i zdumiał się.

- Niezwykłe znalazłeś rozwiązanie, Hodżo.

- Z niełatwych problemów prowadzą czasami niełatwe ścieżki rozwiązania, o sprawiedliwy.

Rzeczywiście, rozwiązanie przedstawione przez Hodżę Nasreddina było niecodzienne. I niesłychanie pomysłowe. Choć i odro­binę abstrakcyjne. Mianowicie, obok linii widniejącej już na skó­rze jagnięcej mędrzec bucharski jednym ruchem narysował linię dwa razy od niej dłuższą. Tym sposobem linię emirową o pew­nej długości, dotychczas do niczego nie porównywaną, nagle uczy­nił dwukrotnie mniejszą. Naturalnie w stosunku do nowej linii. Teraz dla oczu patrzących była ona dwa razy krótsza,

Gdyby to nieco filozoficzne rozwiązanie Hodży nie wszystkich przekonywało, spróbujmy jego decyzję podeprzeć jeszcze dodat­kową opowiastką.

W koszarowej izbie pośród grona szeregowców zasiadł pułkownik, szarża wielka i poważna, górujący wyraźnie nad zgromadzo­nymi. W pewnej chwili do izby wkroczył sam generał. I co się okazało? W oczach żołnierzy pułkownik zmalał gwałtownie (choć swego stopnia przecież nie utracił), o ileż większy od niego był teraz generał.

NAMIESTNIK KERMINE I JEGO NIEODRODNY SYNALEK

Opowieść dziesiąta

Przede wszystkim należało odpowiedzieć na pytanie, ile lat miał ów synalek namiestnika Kermine? Z tekstu opowieści wy­nikało, że był to młodzieniec dwudziestokilkuletni. Wiadomo też, że potrafił zapisać swój wiek za pomocą pięciu cyfr, samych jedy­nek. Mógł to więc uczynić tak:

11 + 11 - l = 21

albo tak:

11 + 11 + l = 23

Prawidłowy rezultat to oczywiście nie 21, lecz 23 (bo był to przecież “dwudziestokilkuletni synalek namiestnika”). A zatem syn jego sługi - młodszy dokładnie o dziesięć lat - w tym czasie musiał mieć lat 13. Liczbę tę można również zapi­sać za pomocą pięciu jedynek. Choćby w taki sposób:

11 + l + 1/1 = 13

A o to wszakże chodziło.

PRZEPRAWA PRZEZ CZERWONE PIASKI

Opowieść jedenasta

Przede wszystkim przypomnijmy sobie treść zadania oczeku­jącego Hodżę Nasreddina.

Sadriddin-iszan, zaufany człowiek emira, zwrócił się do bucharskiego mędrca takimi słowy:

“- W pojedynkę musisz dotrzeć do wioski Kokbułbul leżącej po drugiej stronie Czerwonych Piasków. Na drogę dostaniesz wodę i żywność na dwanaście dni. Ani kropelki, ani okruszyny więcej.

- Ależ czcigodny, do Kokbułbulu dwadzieścia cztery, dni na zdrowym i wytrzymałym kłapouchu, ty zaś dajesz mi wodę wy­starczającą na połowę trasy. Chcesz, abym skonał z pragnienia pośrodku pustyni?”

Emirowi Buchary oraz wielmożom o to właśnie chodziło, Hodża Nasreddin nie może przeprawiać się zdrowy i cały przez bez­wodną pustynię, na zawsze powinien złożyć kości gdzieś tam po­śród piasków. A jednak nie na wiele zdały się knowania dostoj­ników emiratu, mędrzec i tak zdołał wyprowadzić ich w pole.

W jaki sposób?

Za pierwszym razem Hodża Nasreddin zniknął z obozu na 8 dni. Z czego można wysnuć wniosek, że 4 dni wędrował w głąb pustyni - gdzie ukrył zapas wody i żywności na 4 dni - i 4 dni wędrował z powrotem.

Jeszcze raz wyruszył mędrzec bucharski z obozu emira w dro­gę przez pustynię. Znów z zapasem produktów na 12 dni. A po­wrócił po 8. Nietrudno domyślić się, że i tym razem ukrył za­pasy na 4 dni.

Za trzecim razem historia dokładnie się powtórzyła. A zatem zapasy wody oraz żywności powiększyły się mędrcowi o kolejne 4 dzienne porcje.

Kiedy za czwartym razem Hodża Nasreddin wyruszył na pu­stynię, jak poprzednio zabierając z obozu produkty na 12 dni, mógł już spokojnie wędrować przez całą pustynię. Niestraszne mu były 24 dni podróży, gdyż na drugą połowę trasy miał od­powiednią rezerwę wody i żywności, schowaną wcześniej w kry­jówce gdzieś na drodze do Kokbułbulu.

PRZY OGNISKU

Opowieść dwunasta

Ile mógł kosztować wierzchowy koń, o którym tak marzył Babadżan, starszy z dwóch czabanów?


Ze słów Babadżana wynikało, iż do ceny rumaka brakowało mu ,,tylko jednej drachmy”.

Natomiast Ibrachim, młodszy z pasterzy, stwierdził otwarcie: ,,do ceny, wyznaczonej za rumaka brakuje mi sporo, dwadzieścia monet w srebrze”.

Ponadto z rozmowy obydwu wynikało, że gdyby nawet złożyli się i chcieli kupić konia za wspólne pieniądze, i tak by im ich nie wystarczyło.

Ile zatem mógł kosztować ów rumak achałtekińskiej rasy?

Spróbujmy teraz przemyśleć wszystko po kolei.

Po pierwsze: wiadomo, że Babadżanowi do ceny konia brako­wało zaledwie jednej drachmy.

Po drugie: wiadomo, że gdyby Ibrachim dołożył swoje pienią­dze do pieniędzy Babadżana, to i tak nie wystarczyłoby im na kupno wierzchowca. .

Z tych dwóch zdań można wyciągnąć ważny wniosek: Ibrachim nie mógł mieć nawet jednej drachmy (no bo gdyby miał, to rumaka by wspólnie nabyli), a więc młodszy z czabanów miał co najwyżej trochę miedziaków.

Rozumujmy dalej:

Jeśli Ibrachim nie miał nawet jednej drachmy (bo to już wie­my, a powiedział, iż do ceny wierzchowca brakuje mu dwudziestu monet w srebrze, czyli drachm, to możemy wyciąg­nąć ostateczny wniosek: rumak musiał kosztować właśnie dwa­dzieścia drachm (ewentualnie dwadzieścia srebrnych drachm i jeszcze trochę miedziaków, ale obiecaliśmy przecież sobie w tekście zadania, że o te grosiki martwić się nie będziemy).

JAJECZNICA CHCIWEGO MUSY

Opowieść trzynasta

Tym razem większych kłopotów ze znalezieniem prawidłowej odpowiedzi chyba nie było? Jeśli, jednak komuś się to nie udało, śpieszymy z pomocą.

Na początek przypominamy słowa sędziego, który na pytanie Hodży, czy zasieje w polu ziarna ugotowanej pszenicy, odpowie­dział z oburzeniem:

“- Człowieku nieznajomy, brak ci chyba kilku najważniejszych klepek pod czaszką? Czy słyszałeś kiedykolwiek, ażeby z ziarna rozgotowanego na miękko wyrosła roślina z ziemi?”

Wyjaśnienie Hodży Nasreddina zagłuszył co prawda przeraźli­wym rykiem kłapouch sędziego, ale domyślić się sensu możemy. Zwłaszcza że nieprzypadkowo przecież mędrzec bucharski posłał nieco wcześniej kadiemu dzban ziarna pszenicy ugotowanej na miękko.

Można domyślić się, że filozof Buchary powiedział coś w tym rodzaju

- Chciałbym jedynie oświadczyć, sprawiedliwy sędzio, że tak jak z ugotowanej na miękko pszenicy nigdy źdźbło nie wyro­śnie i nigdy ziarna człowiek nie otrzyma, tak samo z jajecznicy usmażonej z dziesięciu jaj nigdy chciwy Musa nie otrzymałby ani wesołych kurcząt, ani kur znoszących później jajka. Czy za­tem powinienem, płacić za coś więcej niż tylko za jajecznicę, którą zjadłem?

JAK BAJBACZE EGZAMIN ZDAWALI

Opowieść czternasta

Przypominamy. Z Buchary do Giżduwanu na rączym rumaku pędził Achmad, powiernik bogatego kupca Rachimbaja, zaś z Giżduwanu do Buchary zdążał ubogi Rachim, jadący na osiołku trzy razy wolniej od Achmada. Po trzech godzinach dwaj jeźdźcy spotkali się na drodze.

Tyle mówiło zadanie przedstawione synalkom bajów przez Hodżę Nasreddina.

Zadanie kończyło się jeszcze pytaniem: “Kto w tym czasie był dalej od Buchary, Achmad na rączym rumaku, czy Rachim na zwierzęciu długouchym, drepczącym trzy razy wolniej od ko­nia?”

Odpowiedź jest niezwykle prosta. W chwili spotkania obydwaj jeźdźcy - niezależnie od prędkości, z jaką jechali - znajdowali się w jednakowej odległości od Buchary. Nie mogło być inaczej, prawda?

PRZYGODA NA GRANICY

Opowieść piętnasta

W koszu leżały figi czterech gatunków: bucharskie, andiżańskie, samarkandzkie i karszyńskie. Ile ich powinien przynieść mały Alim, aby mieć całkowitą pewność, że ma przynajmniej dwie sztuki tego samego gatunku?

Pięć fig absolutnie wystarczy. Przy czterech gatunkach jeden z nich musi się przecież powtórzyć.

PIĘKNA GULSARA

Opowieść szesnasta

Piękną czerkieskę Sabir Bachriddin sprzedał dwukrotnie. Raz za pięćset trzydzieści drachm, a potem po odkupieniu za pięćset sprzedał powtórnie, tym razem za pięćset pięćdziesiąt. Po od­kupieniu zarobił na transakcji trzydzieści drachm, zaś po po­wtórnej sprzedaży jeszcze pięćdziesiąt. Wyglądało na to, że na wszystkich tych transakcjach grubas zarobił ostatecznie osiem­dziesiąt monet w srebrze.

Tymczasem Hodża Nasreddin, nie żałując ani przez moment opasłego handlarza, oświadczył wyraźnie, że “każdą rzecz należy osądzić sprawiedliwie. A tutaj jedno wydaje mi się niezbyt ja­sne. Kto wie, czy podatek nie powinien być jeszcze większy?...”

Po czym kazał wezwać “zarządcę majątku Bachriddinowego, który nigdy nie rozstawał się na dłużej ze swoim panem, i zadał mu tylko jedno pytanie”.

Kto potrafi domyślić się, “jak mogło brzmieć pytanie Nasreddinowe, mające umożliwić sprawiedliwe obliczenie pełnego zarobku z dwukrotnej sprzedaży migdałowookiej Gulsary?”

Wszyscy, którzy zwrócili uwagę na fakt, iż handlarz przed kilkoma zaledwie miesiącami nabył Gulsarę w Heracie, mogli odgadnąć, po co Hodża Nasreddin wezwał zarządcę majątku to­warzyszącego zawsze swemu panu. Oczywiście po to, by dowie­dzieć się, ile drachm zapłacił grubas za piękną Gulsarę na baza­rze niewolników w Heracie, bo dopiero wówczas można ustalić. ile zarobił na niej sprzedając ją po raz pierwszy za pięćset trzy­dzieści drachm.

WIELKA PRÓBA MYSZY

Opowieść siedemnasta

No właśnie, do której z trzech szkatułek należało sięgnąć, aby ujawnić tajemnicę ukrytych w nich myszy?

Rozważmy po kolei.

Gdyby oskarżony sięgnął do szkatułki, na której wieczku oby­dwie myszki miały oczka z czerwonych rubinów, i wyjął z niej jedną mysz (na przykład z oczami turkusowymi), wiele by się nie dowiedział. Zgodnie z regułami obowiązującymi w Wielkiej Próbie Myszy druga mysz bowiem mogła mieć zarówno oczy turkusowe, jak i oczy rubinowe.

Podobnym niepowodzeniem mogłaby zakończyć się próba wy­jęcia myszy ze szkatułki, na której obydwie sylwetki miały oczy turkusowe.

Prawidłowe rozwiązanie zagadki dawało tylko sięgnięcie do szkatułki, na której wieczku znajdowały się myszy z różnymi oczami, jedna mysz z turkusowymi, druga z rubinowymi.

Gdyby z tego właśnie pudełeczka wydobyć jedną mysz ze ślepkami na przykład rubinowymi - musiałoby to oznaczać, iż pozostała w szkatułce mysz ma takie same oczy.

A zatem - rozumując prawidłowo - w drugiej szkatułce, na której wieczku obydwie myszki miały oczy rubinowe, w środ­ku muszą znajdować się myszki ze ślepkami turkusowymi. Z te­go zaś płynie kolejny wniosek: w trzecim pudełeczku - musi znajdować się para o różnych oczkach, turkusowych oraz rubi­nowych. Z takim rozumowaniem zgadzacie się chyba?

Podczas rozwiązywania takich i podobnych łamigłówek pole­camy używanie ołówka i kartki. Spoglądanie na rysunek trzech pudełek z odpowiednimi sylwetkami myszy znacznie ułatwia myślenie. Naprawdę.

W OPARACH HAZARDU

Opowieść osiemnasta

Czy jest to w ogóle możliwe, aby sześciu młodzików po cało­nocnym graniu wstało od gry mając więcej pieniędzy, niż w chwili, gdy do niej zasiadali?

To zależy. Naturalnie zależy od tego, co to było za granie. Dżalol Ikromuddin potraktował płomiennowlosego młodzieńca od razu jako niecnego łgarza i oszusta. I nic dziwnego. Stary hazardzista głowę miał nabitą jedynie grą w kości, w popularne na Wschodzie alcziki.

Natomiast Hodża Nasreddin nie dał się nabrać na figiel mło­dzieńca. Może dlatego, że zauważył u niego rebab afgański - instrument muzyczny o trzech strunach? I domyślił się prawdy.

A prawda przedstawiała się następująco. Młodzian wraz z pię­cioma partnerami na dworze beka Szachrisjabzu grał przez calutką noc na... instrumentach muzycznych. No, a że za muzyko­wanie otrzymali z rąk naczelnika okręgu odpowiednie wynagro­dzenie, nie dziwota, iż wstali od gry ze znacznie większą sumą pieniędzy, niż do niej zasiedli,

ZAGADKA KAMALAKARY

Opowieść dziewiętnasta

Wypada tu chyba powtórzyć pytanie wampira z indyjskiej księgi, odczytane przez Kamalakarę, serdecznego przyjaciela Hodży Nasreddina. Brzmiało ono:

“Który z trzech mężczyzn postąpił najwspanialomyślniej wo­bec dziewczyny? Mąż, syn kupiecki czy nocny rozbójnik?”

Przyznajemy ze skruchą, że tym razem podpatrzyliśmy od­powiedź w księdze gościa z Andiżanu. Na pytanie wampira władca odrzekł oto po głębokim namyśle:

- Szlachetnie postąpił młody mąż wypuszczając dziewczynę z domu. Ale nie wypadało mu zatrzymywać czarnookiej, która kochała innego. Szlachetnie postąpił syn kupiecki wypuszczając dziewczynę. Ale może uczucie w nim już nieco zwietrzało, a mo­że zaczął obawiać się późniejszej zemsty męża? Najszlachetniej, najwspaniałomyślniej postąpił jednakże rozbójnik. Nikomu nie znany, działający w ciemnościach mógł się przecież nie obawiać niczego, a mimo to z dobrej woli wypuścił z rąk klejnot nad klejnotami. I jeszcze odprowadził dziewczynę bezpiecznie do domu, by w drodze nie spotkała jej jakaś krzywda. Postąpił jak człowiek najszlachetniejszy ze szlachetnych.

Przyznacie, że z takim rozumowaniem trudno się nie zgodzić?

NA GŁÓWNYM BAZARZE CHODŻENTU

Opowieść dwudziesta

Czy naprawdę sądzicie, że Ibrachim Mardonkuł - największy oszust w całym chanacie kokandzkim, rzeczywiście zarobił na kupnie owiec od Hodży te sto osiemdziesiąt dirhemów? A może sześćdziesiąt monet stracił?

Stracił. Naturalnie, że stracił. Hodża Nasreddin nie pozwoliłby się przecież oszukać nawet największemu z kanciarzy chanatu. Podstęp bucharskiego mędrca polegał po prostu na niezwykle przemyślanym zaprezentowaniu swego stada owiec na chodżenckim bazarze.

Aby zrozumieć sekret stada przeznaczonego na sprzedaż, ozna­czmy owce Hodży Nasreddina kolejnymi literami: tryk (A) i do­rosła owca (B) oraz trzy owieczki (C, D oraz F), z których naj­starsza (C) ważyła osiemdziesiąt funtów, średnia (D) ważyła sześćdziesiąt funtów, zaś najmłodsza (F) ważyła pięćdziesiąt funtów.


A oto pomysłowy sposób, w jaki Hodża Nasreddin przedstawił stado kupcom:

- Tryk i owca (A i B) ważą trzysta dziesięć perskich fun­tów, najstarsze jagnię (C) siedemdziesiąt, dwoje starszych jag­niąt (C i D) sto trzydzieści funtów, średnie jagnię (D) sześćdzie­siąt, dwoje młodszych (D i F) waży sto dziesięć, zaś najmłodsze (F) pięćdziesiąt funtów perskich. Oto całe moje stado.

Nietrudno spostrzec, iż Hodża wymieniając zwierzęta w ten sposób, niektóre z nich liczył po kilka razy. A zatem stado prze­znaczone na sprzedaż nie składało się z dziewięciu zwierząt wa­żących siedemset trzydzieści funtów, jak mniemał Ibrachim Mar­donkuł, lecz zaledwie z pięciu sztuk ważących czterysta dzie­więćdziesiąt funtów. Oczywiście w tej sytuacji Hodża nie tracił stu osiemdziesięciu dirhemów, lecz zyskiwał na czysto sześć­dziesiąt monet w srebrze.

Piętnaście lat to granica wieku pełnoletności męskiej; na Wschodzie dziewczęta uzyskiwały pełnoletność osiągając lat trzynaście, choć były także wypadki zamążpójścia dziewcząt nawet dziewięcioletnich.

Szamsułła po uzbecku znaczy Słońce Allacha

W oryginale kronika ta nosi nazwę “Miftoch-ul-adł”, a powstała w latach 1538-39

W Europie znanego pod imieniem Aleksandra Wielkiego, króla macedonii, żyjącego w latach 356-323 p.n.e., wodza, który podbił ziemie imperium perskiego i Egipt.

Warto tu jeszcze przypomnieć, iż na muzułmańskim Wschodzie wolnym dniem tygodnia była nie niedziela, lecz piątek.

Rzeczywiście w roku 1908 rosyjski archeolog, profesor Wiatkin, posługując się kronikarskim zapiskami, po latach poszukiwań natrafił na głębokie fundamenty zniszczonego obserwatorium i dużą, podziemną część sekstansu Uługbeka.

Perscy tkacze pracowali pod gołym niebem. Warsztaty tkackie ustawiano wprost na ziemi, zaś rzemieślnicy, aby móc wygodnie pracować, sadowili się w wykopanych przed nimi jamach.

Imię Sajfułła w języku arabskim oznacza dosłownie “Miecz Allacha”



Wyszukiwarka

Podobne podstrony:
Nowak Zdzislaw Zagadkowa ucieczka Hodzy Nasredina (SCAN dal 824)
Nowak Zdzislaw Zagadkowa ucieczka Hodzy Nasredina
Zdzisław Nowak Zagadkowa ucieczka Hodży Nasreddina
Nowak Zdzisław Niezwykłe przygody Hodży Nasreddina
NOWAK Zdzisław Niezwykłe przygody Hodży Nasreddina
Nowak Zdzislaw Niezwykle przygody Hodzy Nasreddina
Nowak Zdzisław Zbójecka wyprawa Hodży Nasreddina
Nowak Zdzislaw Zbojecka wyprawa Hodzy Nasredina (SCAN dal 704)
Nowak Zdzislaw Zbójecka wyprawa Hodzy Nasredina
Zdzisław Nowak Niezwykłe przygody Hodży Nasreddina
Zdzislaw Nowak Niezwykle przygody Hodzy Nasreddina
Zdzisław Nowak Zbójecka wyprawa Hodży Nasreddina
Nowak Zdzisław Lwowskie baśnie i legendy
Nowak Zdzisław Lwowskie baśnie i legendy
Baśnie i legendy kurpiowskie Zdzisław Nowak
kryminalne zagadki prl ucieczka przez bałtyk
1 zagadki wiosenne

więcej podobnych podstron