background image

Przekleństwa 

chodzą 

parami

KOMUNIZM 

FASZYZM

ERNST  NOLTE  DO  FRANCOIS  FURETA,  BERLIN,  20  LUTEGO  1996,  FRANCOIS  FURET  DO 

ERNSTA NOLTEGO, PARYŻ, 3 KWIETNIA 1996; MAREK RAPACKI, ANNA RUBINOWICZ; Tłum. 

Ewa 

Michnowska

Gazeta  Wyborcza  nr 285,  wydanie  z  dnia  05/12/1998GAZETA  ŚWIĄTECZNA,  str. 12

Wielki spór historyków 

Ernst Nolte, Niemiec: Dlaczego moi rodacy poszli za Hitlerem? Niczego nam nie wyjaśnią 

slogany  typu  "szalone  idee"  czy  "naród  zbrodniarzy".  Katastrofę  nazizmu  poprzedziło 

zwycięstwo bolszewików. 
Francois Furet, Francuz: Traktuje Pan faszyzm jako reakcję na komunizm. Ja zaś w obu 

ruchach widzę dwie strony ostrego kryzysu nowoczesnej demokracji, które wyłaniają się z 

tej samej historii. 

 

W  swojej  ostatniej  książce  "Przeszłość  pewnego  złudzenia",  będącej  syntezą  XX-

wiecznego  komunizmu,  zmarły  przed  rokiem  wybitny  francuski  historyk  Francois  Furet 

zamieścił  obszerny  przypis,  poświęcony  historykowi  niemieckiemu  Ernstowi  Noltemu i  jego 

poglądom na temat faszyzmu. Ferdinando Adornato, redaktor naczelny włoskiego miesięcznika 
"Liberal",  poprosił  Noltego,  by  ustosunkował  się  do  analizy  Fureta.  Nolte  wysłał  wówczas  do 

Fureta  list,  na  który  ten  odpowiedział.  Od  lutego  1996  do  stycznia  1997  r.  obaj  historycy 

wymienili w sumie osiem listów, które ukazały się we włoskim piśmie. Na przełomie 1997 i 

1998  r.,  już  po  śmierci  Fureta, przedrukował  je  francuski  kwartalnik  "Commentaire"  (nr  79  i 
80); następnie opublikowało w postaci książkowej francuskie wydawnictwo Plon. 

Szokująca, niesłuszna, znakomita 

O  interpretacji  faszyzmu,  zaproponowanej  przez  Ernsta  Noltego  -  z  książki  "Przeszłość 
pewnego złudzenia" 
Francois Furet do Ernsta Noltego 
 

Pierwsza  wojna  światowa  jest  wydarzeniem  równie  fundamentalnym  dla  naszego 

stulecia,  jak  rewolucja  francuska  dla  wieku  XIX.  Wyrosły  z  niej  bezpośrednio  wydarzenia  i 
ruchy  będące  źródłem  trzech  "tyranii".  Wystarczy  przyjrzeć  się  chronologii:  Lenin  obejmuje 

władzę w 1917 r., Mussolini w 1922; w 1923 r. Hitler ponosi co prawda porażkę, lecz w dziesięć 

lat  później  odnosi  sukces.  Pozwala  to  dostrzec  właściwą  owej  epoce  wspólnotę  społecznych 

namiętności  pobudzanych  przez  nieznane  dotąd  reżimy,  które  z  politycznej  mobilizacji 
dawnych żołnierzy uczyniły dźwignię całkowitej dominacji jednej partii. 
 

Przed  historykiem  otwiera  się  nowa  szansa  porównywania  dyktatur  XX  wieku.  Nie 

chodzi  już  o  to,  by  w  momencie,  kiedy  osiągnęły  swój  zenit, analizować  je  za pomocą  jednej 

kategorii, lecz by prześledzić ich tworzenie się i rozkwit; tylko w ten sposób można dostrzec to, 
co w każdej z nich specyficzne i co dla wszystkich wspólne. Warto wreszcie zdać sobie sprawę, 

co  zawdzięcza  historia  każdej  z  owych  dyktatur  naśladowaniu  i  zwalczaniu  podobnych  sobie 

reżimów.  Imitacja  i  wrogość  nie  muszą  być  zresztą  nie  do  pogodzenia.  Mussolini  naśladuje 

strategię  Lenina,  by  zwalczyć  włoski  komunizm;  stosunki  Hitlera  i  Stalina  dostarczają  wielu 

przykładów wojennego porozumienia. 
 

Ten punkt widzenia, niejako naturalna przesłanka opisu idealnego typu "totalitaryzmu", 

background image

pozwala  lepiej  przyjrzeć  się  wydarzeniom,  skazuje  jednak  na  ryzyko  interpretacji  zbyt 
uproszczonej,  podporządkowanej  linearnej  logice  wyjaśniania  zdarzeń  późniejszych  - 

wcześniejszymi. 
 

Tak  więc  faszyzm  Mussoliniego  z  1919  r.  można  traktować  jako  "reakcję"  na  groźbę 

włoskiego bolszewizmu, tworzącego się po wojnie według wzorów bolszewizmu rosyjskiego. 
Była  to  reakcja  jedynie  w  sensie  najogólniejszym,  ponieważ  Mussolini,  podobnie  jak  Lenin, 

wyszedł z ultrarewolucyjnego socjalizmu; tym łatwiej było mu naśladować Lenina, by walczyć z 

nim jego własną bronią. Zwycięstwo rosyjskiego bolszewizmu w październiku 1917 r. można 

by więc potraktować jako początek łańcucha "reakcji"; włoski faszyzm, następnie zaś nazizm 
byłyby  jedynie  odpowiedzią  na  komunistyczne  niebezpieczeństwo,  wszelako  odpowiedzią  w 

typowym  dla  komunizmu  rewolucyjnym  i  dyktatorskim  stylu.  Tego  typu  interpretacje  mogą 

prowadzić,  jeżeli  nie  do  usprawiedliwienia,  to  przynajmniej  do  częściowego  uniewinnienia 

nazizmu - jak pokazuje niedawny spór historyków niemieckich na ten temat, Historikerstreit. 
Nawet Ernst Nolte, jeden z najlepszych znawców faszyzmu, uległ pokusie takiej interpretacji. 
 

Od 20 lat, a szczególnie od początków dyskusji na temat interpretacji nazizmu, w którą 

zaangażowali  się  w  1987  r.  historycy  niemieccy,  poglądy  Noltego  były  w  Niemczech  i  na 

Zachodzie  przedmiotem  totalnego  potępienia:  z  tego  powodu  należy  im  się  jeszcze  jeden 
komentarz. 
 

Jedną  z  zasług  Noltego  było  nieliczenie  się  już  od  dawna  z  dyrektywą,  by  nie 

porównywać  komunizmu  z  nazizmem;  dotyczyła  ona  całej  Europy  Zachodniej,  szczególnie 

Włoch i Francji - głównie jednak obowiązywała w Niemczech. W książce "Faszyzm w swojej 

epoce" (1963 r.) Nolte naszkicował w głównych zarysach historyczno-filozoficzną interpretację 
XX  wieku.  System  liberalny,  dzięki  swojej  perspektywie  zarazem  wewnętrznie  sprzecznej  i 

otwartej, stał się matrycą dwóch wielkich ideologii - komunistycznej i faszystowskiej. Pierwsza, 

zapoczątkowana  przez  Marksa,  doprowadziła  do  skrajności  "transcendencję"  nowożytnego 

społeczeństwa;  autor  rozumiał  przez  to  abstrakcyjną  ideę  demokratycznego  uniwersalizmu, 
który  ludzkie  myśli  i  działania  sytuuje  poza  granicami  natury  i  tradycji.  Faszyzm,  wręcz 

przeciwnie,  chce  te  granice  umocnić,  by  uniknąć  niepokojów  nieograniczonej  wolności. 

Czerpie swe odległe inspiracje z Nietzschego; stąd właśnie bierze się jego wola ochrony "życia" 

i "kultury" przed "transcendencją". 
 

Nie  można  więc  rozpatrywać  obu  tych  ideologii  osobno:  wspólnie  obnażają  one 

radykalnie sprzeczności liberalizmu.  Ich  wzajemne uzupełnianie się i rywalizacja wypełniają 

cały  nasz  wiek.  Tworzą  zresztą  razem  pewien  porządek  chronologiczny:  zwycięstwo  Lenina 

poprzedziło  zwycięstwo  Mussoliniego  oraz,  rzecz  jasna,  sukces  Hitlera.  Pierwsze  warunkuje 
dwa następne. (...) W sferze ideologicznej skrajny uniwersalizm bolszewicki wyzwolił skrajny 

nazistowski  partykularyzm.  W  sferze  praktycznej  -  dokonana  przez  Lenina,  w  imię 

abstrakcyjnego  społeczeństwa  bezklasowego,  eksterminacja  burżuazji  wywołała  panikę  w 

kraju Europy najbardziej podatnym na groźbę komunizmu: skutkiem tego był triumf Hitlera i 

terror - tym razem nazistowski. 
 

Jednak walka Hitlera z przeciwnikami jest z góry skazana na niepowodzenie: on także 

uwikłał się w ideę "techniki" i przejmuje metody wroga. Podobnie jak Stalin rozwija przemysł. 

Jednocześnie  postanawia  zniszczyć  judeo-bolszewizm  -  owo  dwugłowe  monstrum 

"transcendencji" społecznej, chcąc zjednoczyć ludzkość pod przywództwem "rasy" germańskiej. 
Ta  zaprogramowana  wojna  nie  może  więc  być  wygrana;  tak  oto  rozwój  nazizmu  zanegował 

jego podstawową logikę. W tym właśnie duchu Nolte w jednej ze swoich ostatnich książek (...) 

wyjaśnia  i  usprawiedliwia  krótki  okres  zaangażowania  Heideggera,  swojego  późniejszego 

mistrza,  po  stronie  nazizmu.  Filozof  miał  swoje  racje,  by  stać  się  entuzjastą  narodowego 
socjalizmu, później zaś, by się nim rozczarować. 
 

Można  zrozumieć,  w  jaki  sposób  i  dlaczego  dzieła  Noltego  szokowały  powojenną 

background image

generację, pogrążoną w poczuciu winy lub obawiającą się, by próby wyjaśnienia faszyzmu nie 
osłabiły  żywionej  doń  nienawiści,  a  może  po  prostu  nastawioną  konformistycznie.  Dwa 

pierwsze powody wydają się szlachetne, więc historyk powinien je uszanować. Lecz zapewne 

nie  odważyłby  się  rozważać  sowieckiego  terroru  jako  podstawowej  przyczyny  popularności 

faszyzmu  lub  nazizmu  w  latach  20.  i  30.  Pominąłby  też  zapewne  to,  co  sukces  Hitlera 
zawdzięczał  wcześniejszemu  zwycięstwu  bolszewizmu  i  leninowskiej  idei  przemocy 

przekształconej  w  system  rządów  oraz  co  zawdzięczał  obsesji  Międzynarodówki 

Komunistycznej,  by  rozszerzyć  rewolucję  na  Niemcy.  Tego  typu  interpretacyjne  ograniczenia 

uniemożliwiają  jednak  napisanie  porządnej  historii  faszyzmu;  system  sowiecki  staje  się 
synonimem  antyfaszyzmu.  Nie  dopuszczając  do  krytyki  komunizmu,  antyfaszystowska 

historiografia  utrudnia  także  samo  zrozumienie  faszyzmu.  Nolte  był  pierwszym  historykiem, 

który zerwał z owym tabu. 
 

Należy  jednak  żałować,  że  w  dyskusji  z  historykami  niemieckimi  na  temat  nazizmu 

osłabił  on  swą  interpretację,  głosząc  skrajną  tezę:  potraktował  Żydów  jako  zorganizowaną 
grupę przeciwników Hitlera, ponieważ byli sprzymierzeni z jego wrogami. Nie dlatego, by był 

"negacjonistą" ["negacjoniści", "rewizjoniści" - politycy, naukowcy, publicyści, którzy twierdzą, 

że  hitlerowcy  nie  popełnili  zbrodni  ludobójstwa,  w  komorach  gazowych  nie  dokonywano 
eksterminacji itp. - przyp. red.]. Wielokrotnie dawał wyraz uczuciu zgrozy, jakie ogarniało go na 

myśl  o  nazistowskiej  eksterminacji  Żydów  i  o  niespotykanej  w  dziejach,  dokonanej  na  skalę 

przemysłową, likwidacji całej rasy. Twierdził co prawda, że jej pierwo-wzorem była likwidacja 

klasy  burżuazyjnej  przez  bolszewików,  idea  Gułagu  zaś  utorowała  drogę  obozom  w 

Oświęcimiu. Ale wymordowanie Żydów nie było, jego zdaniem, jedynie środkiem wiodącym do 
zwycięstwa:  było  zarazem  przerażającym  celem  samym  w  sobie,  efektem  zwycięstwa,  które 

miało doprowadzić do "ostatecznego rozwiązania" [kwestii żydowskiej]. 
 

Nie zmienia to faktu, że próbując rozszyfrować antysemicką paranoję Hitlera, Nolte (w 

jednej ze swych niedawnych prac) znalazł rodzaj jej "racjonalnego" uzasadnienia w deklaracji 
Chaima  Weizmanna  z  września  1939  r.,  kiedy  ten  w  imieniu  Światowego  Kongresu  Żydów 

nawoływał rodaków, by przyłączali się do walki po stronie Anglii. Jest to argument całkowicie 

fałszywy i szokujący. Bez wątpienia u jego podłoża tkwi - i krytycy Noltego zarzucają mu to od 

20  lat - płynąca z urażonej godności narodowej frustracja; stanowi ona jedną z głównych osi 
książek  niemieckiego  historyka.  Ale  nawet  z  taką  skazą  są  one  jednymi  z  najgłębszych  dzieł, 

jakie powstały na ten temat w ciągu ostatniego półwiecza. 

Slogany zamiast namysłu 

Ernst Nolte do Francois Fureta 
 

Drogi Kolego, 

 

(...) Z ogromnym zainteresowaniem przeczytałem Pańską książkę "Przeszłość pewnego 

złudzenia".  Bardzo  szybko  zorientowałem  się,  że  ustrzegł  się  Pan  ograniczeń,  które  w 
Niemczech  zawężają  jakąkolwiek  refleksję  na  temat  XX  wieku,  czyniąc  ją  tym  samym 
bezowocną. W moim kraju refleksja ta skupiła się niemal wyłącznie na narodowym socjalizmie, 

a ponieważ oczywiste są jego katastrofalne skutki, nader często zdarzało się, że trud głębszego 

namysłu zastępowano hasłami typu "szalone idee", "specyficzna niemiecka droga" lub "naród 

zbrodniarzy".  (...)  "Stalinizmem"  kłopotano  się  tylko  przy  okazji  omawiania  tzw.  światowego 
ruchu komunistycznego. 
 

Pan natomiast w swojej książce wychodzi od "ideału komunistycznego", widząc w nim 

najsilniejszą  ideologię  XX  wieku.  Nie  ogranicza  Pan  jednak  jej  znaczenia  do  terytorium  Rosji, 

lecz  pisze  Pan  o  "uniwersalnym  uroku  Października",  który  zwłaszcza  we  Francji  wzbudził 
entuzjazm wielu intelektualistów. (...) Rewolucję październikową i jej światowe oddziaływanie 

uważa Pan za fundamentalne wydarzenie polityczne XX wieku. Śledzi Pan owo zjawisko aż do 

background image

chwili, gdy (...) traci ono swą wewnętrzną siłę i zostaje ostatecznie uznane za to, czym było od 
początku ze względu na swój utopijny charakter - za "złudzenie". 
 

Stawia Pan też inną, równie ważną tezę. Otóż o ile fundamentalne wydarzenie XX wieku 

okazuje  się  ostatecznie  złudzeniem,  to  gwałtownych  reakcji,  jakie  wzbudziło,  nie  można 

sytuować poza wszelkim zrozumieniem ani całkowicie pozbawiać uzasadnienia historycznego. 
Zaś pogląd, zgodnie z którym na drugą wielką fascynację wieku należy patrzeć wyłącznie jak na 

zbrodnię, trzeba traktować jako pozostałość interpretacji komunistycznej. Taka ocena "innego 

wielkiego mitu wieku", tzn. mitu faszyzmu, narazi Pana na ostrą krytykę nawet we Francji, w 

Niemczech  natomiast  może  Pan  stać  się  kimś,  z  kim  nie  utrzymuje  się  stosunków 
towarzyskich. (...) 
 

Na  innej  drodze  niż  Panu  udało  mi  się  pokonać  wspomniane  ograniczenia  oraz 

opracować koncepcję ideologicznej wojny domowej XX wieku. Ja także skłonny byłbym zawęzić 

krąg  swoich  zainteresowań  do  narodowego  socjalizmu  i  jego  "niemieckich  korzeni",  gdybym 
przypadkiem  nie  odkrył  wpływu,  jaki  na  myśl  młodego  Mussoliniego,  wówczas  socjalisty, 
wywarli Marks i Nietzsche. (...) 
 

Pana  zdaniem  smutne  jest,  że  poprzez  swoją  skrajną  interpretację  znalazłem 

"racjonalne  uzasadnienie  dla  antysemickiej  paranoi  Hitlera".  W  rozmowie  z  Panem  nie 
potrzebuję  chyba  podkreślać,  że  jedyne  w  swoim  rodzaju  wydarzenie,  jakim  była  masowa 

zagłada  całego  narodu  -  "ostateczne  rozwiązanie  kwestii  żydowskiej",  dostarczyło  istotnego 

usprawiedliwienia badaczom niemieckim, którzy skupili swą uwagę wyłącznie na narodowym 

socjalizmie. (...) Chciałbym też dodać, że masowa zbrodnia nie jest mniej przerażająca i godna 

potępienia  przez  to,  że  można  ją  racjonalnie  i  w  sposób  zrozumiały  uzasadnić.  (...) Sądzę,  że 
"ostatecznego  rozwiązania"  nie  sposób  zrozumieć  bez  odwołania  się  do  "mesjanizmu 

żydowskiego" i do wyobrażenia, jakie miał o nim Adolf Hitler, a także wielu jego zwolenników. 

(...) 
 

Wszystko wskazuje na to, że moje wypowiedzi posłużą w Niemczech, by Pana oczernić, 

czy  wręcz  oskarżyć,  gdyż  sukces  Pana  książki  cieszy  mnie  prawie  tak  samo  jak  Pana.  Myślę 

jednak, że w Pana kraju przesądy i histeria nie są tak silne jak w moim. 

Trochę Pan przesadził 

Francoise Furet do Ernsta Noltego 
 

Drogi Kolego, 

 

Doskonale zdawałem sobie sprawę, że poświęcając Panu ten długi przypis, wyzwolę w 

Pana  kraju,  a  także  poza  nim,  uczucia  wrogie  wobec  mojej  książki.  Na  sam  fakt,  że  Pana 

cytowałem,  kręgi  lewicowe  reagują  niczym psy  Pawłowa.  (...)  Pora  zerwać  z  tym magicznym 
myśleniem i nie żałuję, że to zrobiłem. (...) W swoich książkach porusza Pan problemy, które dla 

zrozumienia XX wieku mają znaczenie podstawowe, i potępianie Pana prac wynika wyłącznie z 
zaślepienia. 
Obsesja nazizmu 
 

(...) Zbrodnie nazizmu były tak wielkie, a pod  koniec wojny stały się tak oczywiste, że 

podtrzymywanie  w  celach  pedagogicznych  wspomnienia  o  nich  jest  konieczne.  Opinia 

publiczna uświadomiła sobie, że było w nich coś nowoczesnego i że nie pozostawały one bez 

związku z pewnymi cechami naszych społeczeństw. Tym bardziej trzeba strzec się, by znowu 
do nich nie doszło. To właśnie uczucie strachu przed nami samymi uformowało podłoże obsesji 

antyfaszystowskiej, stając się jednocześnie jej najlepszym uzasadnieniem. 
 

Ale  strach  ten  był  od  początku  instrumentalizowany  przez  ruch  komunistyczny.  Owa 

instrumentalizacja  była  najbardziej  widoczna  tuż  po  II  wojnie,  kiedy  wraz  z  klęską  Hitlera 

background image

historia zdaje się przyznawać certyfikat demokracji Stalinowi, jak gdyby sam antyfaszyzm był 
gwarancją  wolności.  Obsesja  antyfaszystowska  czyniła,  jeśli  nie  niemożliwym,  to  w  każdym 

razie arcytrudnym zadaniem analizę systemów komunistycznych. (...) Należy poddać krytyce tę 

wizję, która nabrała mocy teologicznej, by ostatecznie wejść do rzeczywistej historii faszyzmu i 

komunizmu. Pan wskazał drogę i za dziesięć czy 50 lat stanie się to oczywiste dla wszystkich. 
 

Pochodzę  z  innego  kraju,  ale  podobnie  jak  Pan  staram  się  zrozumieć  przedziwną 

fascynację, jaką  wzbudzały  faszyzm i  komunizm,  dwa  wielkie  ruchy  ideologiczne  i  polityczne 

XX  wieku.  Pan  skupia  uwagę  na  faszyzmie,  podczas  gdy  ja  szukałem  odpowiedzi  na  pytanie, 

dlaczego umysły ludzkie uwiodła idea komunistyczna. Jednak nie można pojąć żadnego z tych 
dwóch  obozów,  nie  uwzględniając  drugiego,  gdyż  pozostają  od  siebie  zależne  w  swoich 

przejawach,  emocjach  i  rzeczywistości  historycznej.  (...)  Ruch  faszystowski  żywił  się 

antykomunizmem,  komunistyczny  zaś  -  antyfaszyzmem,  ale  oba  łączy  nienawiść  do  świata 

burżuazyjnego. (...) 
 

Nie podzielam Pana poglądu w istotnej kwestii. Traktuje Pan faszyzm przede wszystkim 

jako  REAKCJĘ  na  komunizm,  akcentując  to,  że  pojawił  się  później  niż  on  oraz  że  był 

zdeterminowany  przez  precedens  Października.  Ja  w  obu  ruchach  widzę  dwa  potencjalne 

oblicza nowoczesnej demokracji, które wyłaniają się z tej samej historii. (...) 
 

Strach  przed  komunizmem  dał  pożywkę  partiom  faszystowskim,  ale  słabością  tej 

interpretacji  jest  okoliczność,  że  zaciera  ona  to,  co  każdy  z  reżimów  faszystowskich  ma 

endogenicznego  (własnego)  i  specyficznego,  na  korzyść  tego,  co  oba  zwalczają.  Elementy 

kulturowe,  które  systemy  te  wykorzystują,  tworząc  swoją  "doktrynę",  istniały  jeszcze  przed  I 

wojną, a zatem poprzedzały rewolucję październikową. Mussolini nie czekał do roku 1917, by 
dokonać mariażu idei rewolucyjnej i narodowej. Skrajna prawica niemiecka, a właściwie cała 

prawica,  nie  potrzebowała  komunizmu,  by  nienawidzić  demokracji.  Narodowi  socjaliści 

podziwiali Stalina. Zgadzam się, że Hitler żywił szczególną nienawiść do bolszewizmu, ale jako 

do produktu końcowego demokratycznego świata burżuazji. Zresztą niektórzy jego zausznicy, 
jak Goebbels, nie ukrywali, że bardziej nienawidzą Paryża i Londynu niż Moskwy. 
 

Sądzę  więc,  że  teza  traktująca  ruch  faszystowski  jako  reakcję  na  komunizm  może 

stanowić tylko częściowe wyjaśnienie. Nie sprawdza się, gdy chce się zrozumieć wyjątkowość 

faszyzmu  włoskiego  i  niemieckiego,  a  z  pewnością  nie  pokazuje  źródeł  tych  dwóch  postaci 
faszyzmu  ani  ich  cech  wspólnych  ze  znienawidzonym  reżimem.  Wskazując  na  związek 

przyczynowy  wynikający  z  wcześniejszego  pojawienia  się  bolszewizmu,  naraża  się  Pan  na 

zarzut,  że  próbuje  Pan  w  pewien  sposób  usprawiedliwić  nazizm.  Gułag  istotnie  poprzedzał 

Oświęcim, ale nie należy w tym fakcie upatrywać związku przyczynowo-skutkowego. 
 

Nie  zgadzam  się  również  z  Pańską  analizą  "racjonalnych  motywacji",  jakie  przypisuje 

Pan  antysemityzmowi  Hitlera.  Obecność  wielkiej  liczby  Żydów  w  kierownictwach 

poszczególnych  partii  komunistycznych,  z  rosyjską  na  czele,  jest  faktem  bezspornym.  Hitler i 

naziści nie potrzebowali jednak tego faktu, by nadać treść swojej nienawiści do Żydów, bo była 
ona  starsza  niż  rewolucja  październikowa.  (...)  Różnimy  się  w  kwestii  źródeł  nazizmu,  bo  ja 
uważam, że należy ich szukać w samych Niemczech. Przy tym zanim Żydów uczyniono kozłami 

ofiarnymi bolszewizmu, byli już kozłami ofiarnymi demokracji. I jeśli prawdą jest, że narażają 

się  oni  na  to  przekleństwo  ze  względu  na  szczególny  stosunek  do  nowoczesnego 

uniwersalizmu, to występują tu w obu rolach - jako przedstawiciele burżuazji i jako komuniści, 
przy  czym  pierwsza  z  nich  jest  wcześniejsza.  (Zresztą  sam  Pan  podkreśla,  że  choć  Żydzi  są 

licznie  reprezentowani  w  szeregach  komunistycznych,  można  ich  też  spotkać  w  pierwszym 

szeregu tych, którzy komunizm zwalczali.) 
 

W  ten  sposób  ponownie  dochodzimy  do  kwestii  szczególnej  agresywności,  jaką 

wykazywała  kultura  niemiecka  wobec  nowoczesnej  demokracji  -  agresywności,  która  jest 

starsza  niż  bolszewizm.  To,  co  określa  Pan  jako  "racjonalne  jądro"  nazistowskiego 

background image

antysemityzmu,  wynika  raczej  z  urojonego  nakładania  się  na  siebie  dwóch  kolejnych,  nie 
wykluczających  się  obrazów  nowoczesności,  ucieleśnianych  przez  Żydów.  Wydaje  mi  się,  że 

lektura  "Mein  Kampf"  potwierdza  tę  interpretację.  Bolszewizm  jest  tam  jedynie  ostateczną 

formą żydowskiego planu zapanowania nad światem. (...) 

Najpierw Gułag, potem Oświęcim 

Nolte do Fureta 
 

(...)  Nikt  nie  zmuszał  Pana,  by  wypowiadał  się  Pan  pozytywnie  o  moich  pracach, 

poświęcając  mi  tak  długi  przypis  w  swojej  książce.  Sądzę,  że  najbardziej  negatywne 
emocjonalne  reakcje  nie  znalazłyby  w  niej  pożywki,  gdyby  nie  Pańska  wzmianka  o  autorze, 

uznawanym przez europejską lewicę za "szatańskie nasienie". (...) Czasami zadziwiają mnie, a 

nawet  śmieszą,  przejawy  agresji  z  jej  strony.  (...)  Cóż  bowiem  innego  podkreślali  zawsze 

wszyscy  teoretycy  marksizmu,  jeśli  nie  to,  że  faszyzm  był  rozpaczliwą  i  skazaną  na  klęskę 

reakcją burżuazji na zwycięski pochód ruchu socjalistycznego i proletariackiego? (...) 
W komunizmie było coś wielkiego 
 

Z drugiej strony, nie kwestionuję tych wrogich mi reakcji, które wydają się zrozumiałe. 

Odwoływanie się do marksizmu implikuje, w gruncie rzeczy, pewne zbliżenie do interpretacji 

faszystowskiej, która w sposób oczywisty jest głęboko zależna od analizy marksistowskiej. Jeśli 
ruchowi  komunistycznemu  odmówimy  prawowitości  lub  wręcz  potraktujemy  go  jako  swego 

rodzaju zamach na "cywilizację zachodnią", to waga sprawiedliwości historycznej wychyli się 

jednoznacznie  na  korzyść  faszyzmu.  Ale  ja  tak  NIE  UWAŻAM.  Sugeruje  Pan  ("Le  Debat", 

marzec-kwiecień 1996), że będę czynił Panu zarzut z tego, iż kiedyś działał Pan we Francuskiej 
Partii Komunistycznej. Nie będę. 
 

Gdyby  w  XIX  w.  nie  było  ruchu  robotniczego  wraz  z  jego  buntem  przeciw  okrutnym 

formom wczesnej gospodarki rynkowej i konkurencji, gdyby I wojna wzbudziła tylko refleksje 

pragmatyczne i gdyby nie pojawił się walczący pacyfizm, należałoby zwątpić w ludzkość. Nawet 
jeśli  historia  zadała  kłam  utopiom  głoszonym  przez  ruch  marksistowsko-komunistyczny,  to 

przecież było w nim coś wielkiego - i ci, którym pozostał obcy, powinni mieć dzisiaj większe 

wyrzuty sumienia niż ci, którzy się w niego zaangażowali. (...) 
 

Zawsze  postrzegałem  marksizm  jako  ruch  bardziej  pierwotny,  głębiej  zakorzeniony,  a 

faszyzm  jako  reakcję  o  charakterze  wtórnym,  w  dużej  mierze  sztuczną.  Dlatego  niesłusznie 

zarzucano  mi,  jakoby  motorem  mego  działania  był  "antykomunizm".  Kierowałem  się  raczej 

antyabsolutyzmem,  rozumianym  jako  brak  zgody  na  czyjekolwiek  pretensje  do  posiadania 

prawdy absolutnej. Natomiast pretensje Hitlera do posiadania takiej prawdy i jego przekonanie, 

że Żydzi "pociągają za sznurki światowej historii", nie zasługują nawet na zaprzeczenie - należy 
je po prostu zignorować. (...) 
Słowa budują szafot 
 

Ma  Pan  całkowitą  rację,  twierdząc,  że  źródeł  narodowego  socjalizmu  nie  można 

upatrywać  wyłącznie  w  reakcji  na  ruch  bolszewicki  i  że  jeszcze  przed  I  wojną  istniał 
bezwzględny  niemiecki  nacjonalizm.  Wyraźny  zamiar  eksterminacji  Żydów  został  nawet 

zapisany  w  programie  nazistów.  Rzut  oka  na  dziedzinę,  w  której  Pan  się  specjalizuje  -  na 

rewolucję francuską - pomógłby zapewne rozjaśnić tę kwestię. 
 

Na  długo  przed  rokiem  1789,  w  Niemczech  również,  pojawiały  się  głosy  krytyczne 

wobec  nurtu  oświeceniowego,  zarzuty  podobne  do  tych,  jakie  później  kierowali  pod  jego 

adresem jakobini. Jednak tendencje te nabrały innego charakteru  w  momencie, gdy stracono 

króla Ludwika XVI. Sprawy przybrały wówczas "naprawdę poważny obrót". Podobnie sprawy 

przybrały  dla  Hitlera  "naprawdę  poważny  obrót"  w  momencie,  gdy  został  skonfrontowany  z 

background image

tym, co nazywał "krwawą rosyjską dyktaturą" i "niszczeniem narodowej inteligencji". Jedynie w 
tej  perspektywie  możliwe  jest  ustanowienie  "związku  przyczynowego"  między  Gułagiem  i 

Oświęcimiem. (...) 
 

Twierdzenie,  że  Żydzi  byli  w  historii  zawsze  u  źródeł  wszelkiej  niesprawiedliwości 

społecznej, należy uznać za irracjonalne lub wręcz śmieszne, porównywalne do tez pierwszych 
socjalistów  i  marksistów,  piętnujących  destrukcyjny  charakter  własności  prywatnej.  Jednak 

"racjonalne jądro" nazistowskiego antysemityzmu zasadza się na fakcie rzeczywistym: w łonie 

ruchu  komunistycznego  i  socjalistycznego  dużą  rolę  odgrywała  pewna  grupa  działaczy 

pochodzenia  żydowskiego,  niewątpliwie  ze  względu  na  tradycje  uniwersalistyczne  i 
mesjanistyczne  właściwe  historycznemu  judaizmowi.  "Racjonalne"  nie  oznacza  koniecznie 

"prawowite" - może znaczyć również "pojmowalne rozumowo" (...). 
 

W  średniowieczu  "antysemityzm"  żywił  się  opowieściami  o  rytualnych  mordach, 

dokonywanych  rzekomo  przez  Żydów  na  chrześcijanach,  ale  za  racjonalne  jądro  pogromów 
można  uznać  zmonopolizowanie  przez  Żydów  pożyczek.  Można  wytłumaczyć  racjonalnie  te 
bunty  przeciw  "lichwiarzom",  ale  nie  można  ich  usprawiedliwiać,  ponieważ  zagrażały 

rozwojowi  gospodarki  kupieckiej.  W  tym  też  sensie  można  mówić  o  racjonalnym  jądrze 

nazistowskiego  "antysemityzmu".  Trudno  jednak  mówić  w  tym  przypadku  o  "prawowitości", 
gdyż  istnienie  owego  jądra  zagrażało  procesowi  przejścia  od  ruchu  robotniczego  do 

socjaldemokracji,  w  której  łonie  niektórzy  Żydzi,  jak  Otto  Bauer  czy  Leon  Blum,  odgrywali 

istotną rolę. Właśnie z tego powodu wydaje mi się nieuzasadnione twierdzenie, jakoby apologią 

nazizmu było uznanie, że był on przede wszystkim reakcją na bolszewizm. (...) 

Niemieckie korzenie zła 

Furet do Noltego 
 

(...)  Jedyna  poważna  metoda  badania  (...)  komunizmu  oraz  faszyzmu  polega  na  ich 

jednoczesnym  rozpatrywaniu  jako  dwóch  stron  ostrego  kryzysu  liberalnej  demokracji,  który 
objawił się w czasie I wojny. Stary zwyczaj, zakorzeniony w europejskiej kulturze politycznej, 

nakazuje  poddawać  krytyce  nowoczesną  abstrakcyjną  demokrację  w  imię  dawnego 

społeczeństwa  "organicznego"  na  prawicy  oraz  "przyszłego"  społeczeństwa  socjalistycznego 

na lewicy. 
 

Po  I  wojnie,  za  sprawą  leninizmu  i  faszyzmu,  następuje  skrajna  radykalizacja  tej 

podwójnej krytyki. (...) Od momentu pojawienia się na scenie europejskiej homo democraticus 

cierpi  z  powodu  pozbawienia  go  przez  cywilizację  liberalną  udziału  w  prawdziwej 

społeczności  ludzkiej,  której  najsilniejszym  wyobrażeniem  jest  powszechny  związek 

producentów  lub  narodowa  wspólnota  obywatelska.  Oba  te  obrazy  pojawiają  się  w  historii 
rzeczywistej z końcem I wojny. (...) 
 

Obie  ideologie  głoszą,  że  pozostają  w  zasadniczym  konflikcie,  nie  przeszkadza  im  to 

jednak wzmacniać się wzajemnie właśnie poprzez ową wrogość: komunista znajduje dla swej 
wiary pożywkę w antyfaszyzmie, a faszysta - w antykomunizmie. Obaj zaś zwalczają wspólnego 
wroga, jakim jest burżuazyjna demokracja. (...) 
 

O ile jednak zgodzę się, że bolszewizm i faszyzm są współzależne, to nie sądzę, by można 

było  je  interpretować  jedynie  na  płaszczyźnie  następowania  po  sobie  w  historii.  Komuniści 

czynili  tak,  by  podkreślić  całkowicie  oryginalny  charakter  rewolucji  październikowej,  w 
opozycji do pochodnego charakteru faszyzmu, ostatniego wcielenia kapitalistycznej dominacji. 

(...) 
 

Pan natomiast był podejrzewany przez swoich adwersarzy o próby usprawiedliwiania 

faszyzmu,  a  zwłaszcza  nazizmu,  poprzez  wywodzenie  go  niejako  ze  strachu  przed 
bolszewizmem.  W  swoim  drugim  liście  odrzuca  Pan  te  oskarżenia,  przytaczając  dwa 

background image

argumenty. Pierwszy opiera się na stwierdzeniu, że w złudzeniu marksistowsko-leninowskim 
było  coś  "wielkiego"  -  coś,  co  wynikało  z  jego  uniwersalizmu  i  usuwało  na  drugi  plan  ideę 

faszystowską, "wtórną i po części sztuczną". Drugi argument polega na tym, że uznaje Pan, iż 

istnieją  wcześniejsze  niż  I  wojna  i  niezależne  od  bolszewizmu  kulturowe  korzenie  faszyzmu. 

Pomniejsza Pan jednak ich znaczenie, porównując je do idei kontrrewolucyjnych we Francji w 
okresie ich inkubacji przed egzekucją Ludwika XVI. 
Rewolucja kontra rewolucja 
 

(...)  Najbardziej  istotne  w  naszej  dyskusji  wydaje  się  to,  że  uznając  istnienie  trzonu 

doktryny  faszystowskiej  przed  rokiem  1914,  znacznie  osłabia  Pan  tezę,  zgodnie  z  którą 
faszyzm miał być czystą reakcją na bolszewizm. Jeśli zaś będzie się Pan starał tej tezy bronić, 

dokonując  rozróżnienia  pomiędzy  ukrytą  potęgą  idei  i  siłą  historyczną,  jaką  staje  się  ona  w 

wyniku określonego splotu okoliczności, (...) odpowiem, że w "aktualizacji" faszyzmu I wojna 

odgrywa prawdopodobnie większą rolę niż rewolucja październikowa. 
 

Jak  inaczej  wyjaśnić  udział,  jaki  miała  w  tej  "aktualizacji"  klęska  Niemców  czy  też 

narodowe upokorzenie Włochów? Przywiązuję ogromną wagę do tezy o autonomii politycznej 

faszyzmu  w  stosunku  do  bolszewizmu  lub,  jeśli  Pan  woli,  o  endogenicznym  charakterze 

faszyzmu  w  kulturze  europejskiej,  gdyż  w  moim  przekonaniu  -  w  porównaniu  z 
ograniczeniami, jakie kryły się w idei kontrrewolucyjnej - faszyzm jest wreszcie "dostępnym" 

rozwiązaniem.  Pozwala  wykorzystać  na  nowo  urok  rewolucji  w  służbie  radykalnej  krytyki 

zasad z 1789 roku. (...) 
Przekleństwo ciąży nad Niemcami 
 

Masakrze  Żydów  europejskich  dokonanej  przez  Hitlera  chce  Pan  nadać  "racjonalne 

jądro". Nadal jednak nie potrafię zrozumieć, co oznacza dla Pana "racjonalne". Jeśli ma Pan na 

myśli "pojmowalne rozumowo", to chciałbym zwrócić uwagę, że termin ten może odnosić się 

do  najbardziej  szalonych  idei.  Przypisywanie  Żydom  odpowiedzialności  za  wszelkie 

niesprawiedliwości  społeczne  jest  równie  "irracjonalne",  co  teoria  bolszewizmu  jako  spisku 
Żydów. W obu przypadkach wychodzimy od prawdziwej przesłanki, jaką jest istnienie wielkich 

kapitalistów  żydowskich  czy  też  obecność  pewnej  liczby  Żydów  w  pierwszym  kierownictwie 

partii bolszewickiej, aby następnie wyciągnąć absurdalne wnioski, które mogą otworzyć drogę 

zbrodni. 
 

W  oczach  Hitlera  i  jego  zauszników  Żydzi  to  uosobienie  bolszewizmu  -  ale  także 

bezpaństwowego  kapitalizmu.  Dzięki  istnieniu  Żydów  naziści  mogą  zjednoczyć  magicznie  w 

jednej  nienawiści  jeden  naród,  który  ma  być  nosicielem  dwóch  idei  i  dwóch  sprzecznych  ze 

sobą systemów społecznych. 
 

Historyk może tu dostrzec źródło owego potężnego i zarazem perwersyjnego urojenia, 

że Żydzi są w nowoczesnym świecie narodem najbardziej podatnym na uniwersalizm, a więc na 

liberalizm i komunizm jednocześnie - po tym, jak byli narodem najbardziej prześladowanym i 
izolowanym  przez  chrześcijańską  Europę,  a  zarazem  (w  swym  przeświadczeniu,  dzięki 

któremu  przetrwali)  narodem  wybranym.  Jednak  ta  wyjątkowa  cecha  nowoczesnego 
(zasymilowanego)  judaizmu  europejskiego,  obecna  przed  II  wojną,  nie  pozwala  przypisywać 

jakiegoś "racjonalnego  jądra" przekonaniu, że  eliminując Żydów, będzie się można za jednym 

zamachem uwolnić od komunizmu i kapitalizmu. (...) 
 

Gdy  mowa  o  zagładzie  Żydów  dokonanej  przez  nazistowskie  Niemcy,  należy  unikać 

dwuznaczności  -  bardziej  niż  w  jakiejkolwiek  innej  sferze.  Nie  podejrzewam  Pana  ani  o 

antysemityzm,  ani  o  chęć  ukrycia  zbrodni  ludobójstwa,  którego  ofiarą  padli  Żydzi,  o  czym 

dobitnie  świadczą  Pana  książki.  Ale  po  cóż  wobec  tego  stwarza  Pan  wrażenie,  że  szuka  Pan 

wyjaśnienia we wcześniejszym wydarzeniu, które miało miejsce w innym systemie, w innym 
kraju? (...) Antysemityzm jest uczuciem obcym rewolucji rosyjskiej (nawet jeśli Stalin je później 

background image

wykorzystał)  i  nie  sądzę,  byśmy  w  wypowiedziach  Hitlera  mogli  znaleźć  porównanie 
eksterminacji  kułaków  i  Żydów.  (...)  Nie  potrzebował  on  sowieckiego  precedensu,  aby 

wymyślić, zaplanować i nakazać likwidację Żydów. (...) 
 

Charakterystyczną  cechą  nazizmu  jako  idei  i  jako  systemu  jest  próba  przekształcenia 

nienawiści  do  Żydów,  uczucia  politycznego  powszechnego  wówczas  w  Europie,  w  masową 
zagładę Żydów, fizyczną likwidację całego narodu jako nie przynależącego rzekomo do gatunku 

ludzkiego.  Nie  oznacza  to,  że  niezwykłą  historię  judaizmu  można  sprowadzić  do  tragedii 

narodu, który stał się kozłem ofiarnym i ofiarą czasów nowożytnych, ani że uczucia narodowe 

są  czymś  niegodnym,  a  rola  narodów  w  rozwoju  kultury  się  wyczerpała.  Zmusza  to  jednak 
historyka do rozpatrywania "absolutyzacji" uczuć narodowych jako specyficznego przekleństwa 

ciążącego  nad  historią Niemiec.  Pozostaje  ono  dla  mnie  najbardziej  zagadkowym zjawiskiem 

XX wieku. (...) 

Nie każda rewizja to skandal 

Nolte do Fureta 
 

(...) Jeśli dobrze rozumiem, prawdziwa irracjonalność miałaby, Pana zdaniem, polegać na 

tym,  że  Żydów  obarczono  odpowiedzialnością  za  dwa  całkowicie  przeciwstawne  systemy 

społeczne  jednocześnie:  za  bolszewicką  gospodarkę  planową  oraz  za  kapitalistyczną 
gospodarkę  rynkową.  Pozwolę  sobie  jednak  przypomnieć,  że  już  w  XIX  wieku  umysły  jak 

najbardziej  poważne  i  rozsądne  wyznawały  pogląd,  że  socjalizm  i  kapitalizm  są  dwiema 

stronami  tego  samego  medalu,  ponieważ  obie  te  idee  przeciwstawiają  się  państwu 

chrześcijańskiemu, ukształtowanemu w tradycji europejskiej. Czy w naszych czasach islamscy 
fundamentaliści,  a  także  pionierzy  "drogi  azjatyckiej",  nie  wysuwają  w  gruncie  rzeczy  tego 

samego argumentu? 
 

Poza  tym,  czy  dokonane  na  Zachodzie  przez  wielu  lewicowych  intelektualistów 

rozróżnienie  między  bolszewizmem,  który  mimo  wszystko  miał  odwoływać  się  do  "ideału 
humanistycznego",  i  faszyzmem,  który  nadał  kształt  ideologii  wrogiej  ludzkości,  nie  odwołuje 

się do tejże koncepcji? (...) 
 

Interpretacja  irracjonalna  nie  ma,  moim  zdaniem,  korzeni  "niemieckich".  Nie  pojawiła 

się też dopiero w roku 1917. Nie podzielam też w żadnej mierze przekonania, że faszyzm był 
"wyłącznie  reakcją  na  bolszewizm".  Prawie  połowę  książki  "Faszyzm  w  swojej  epoce" 

poświęciłem  prehistorii  faszyzmu  i  nazizmu.  Jej  przedmiotem  nie  jest  jednak  tradycja 

"niemiecka", ale tradycja "kontrrewolucyjna", wspólna całej Europie - i sądzę, że Gobineau jest 

ważniejszy niż np. Heinrich von Treischke. [Joseph Gobineau  - XIX-wieczny pisarz francuski, 

m.in. autor tezy o  wyższości rasowej i kulturowej Germanów; Heinrich von Treitschke  - XIX-
wieczny niemiecki historyk i polityk, jeden z ideologów niemieckiego nacjonalizmu, antysemita 

- red.] (...) 
 

Znam  dobrze  zarzut,  że  wybranie  na  temat  badań  faszyzmu  "w  swojej  epoce"  i 

traktowanie  go  jako  zjawiska  europejskiego  jest  równoznaczne  z  "usprawiedliwianiem 
Niemiec".  Uznałem  jednak  -  i  nadal  tak  uważam  -  że  błądzimy,  gdy  chcemy  zamknąć  w 

granicach jednego państwa i jednej tylko tradycji narodowej główny nurt epoki. (...) 
 

Twierdzi Pan, że nie podejrzewa mnie Pan o antysemityzm ani o chęć usprawiedliwiania 

zbrodni ludobójstwa popełnionej na Żydach, ale, jak się wydaje, nie uważa Pan tego podejrzenia 
za  całkowicie  absurdalne,  ponieważ  szukałem  przyczyn  ludobójstwa  w  innym  kraju,  a  nie  w 

ojczyźnie  zbrodniarzy  -  w  Niemczech.  Ale  przecież  trudno  uznać  za  rewolucjonistę  historyka 

badającego  rewolucję  amerykańską,  angielską  czy  francuską  -  podobnie  trudno  uznać  za 

antysemitę  historyka,  który  antysemityzm  bada.  (...)  Niestety,  pojęcie "antysemityzmu"  jest  w 
naszych czasach jednym z najbardziej wypaczonych i traktowanych instrumentalnie terminów. 

background image

(...) 
Od Mojżesza do Lenina 
 

(...)  Przekonanie,  że  marksistowski  socjalizm,  a  nawet  leninowski  bolszewizm  były 

całkowicie  różne  od  faszyzmu  i  całkowicie  mu  przeciwstawne,  utrzymuje  się  pod  różnymi 

postaciami,  w  złagodzonej  formie,  wśród  reformowanych  komunistów,  a  nawet  w  obozie 
liberalnym. Należy przyznać, że przekonanie to ma również pewne "racjonalne jądro". Jednak 

spór  osiąga  apogeum,  gdy  pojawia  się  kwestia  rzeczywistych  rozmiarów  "holocaustu",  bądź 

jego  zaistnienie  zostaje  wręcz  podane  w  wątpliwość.  Gniew  i  oburzenie  są  tu  jak  najbardziej 

zrozumiałe, gdyż rewizjonistom chodzi jedynie o bezwstydne zanegowanie namacalnych, ściśle 
udokumentowanych faktów. Oburzenie to może dotyczyć również postawy, która na argumenty 

rewizjonistów każe odpowiadać za pomocą argumentów, a nie procesów. (...) 
 

Ale  najpierw  chciałbym  wyjaśnić,  dlaczego  w  ostatnich  latach  kwestia  rewizjonizmu 

nabrała  dla  mnie  takiego  znaczenia.  (...)  Gdy  na  początku  lat  60.  pracowałem  nad  książką 
"Faszyzm w swojej epoce" (...), znałem tylko najważniejsze źródła pisane, jak np. oświadczenia 
komendanta  obozu  w  Oświęcimiu  Rudolfa  Hoessa  czy  opublikowane  akta  procesu 

norymberskiego.  (...)  Studiowałem  pierwsze  źródła  "koncepcji  świata"  Hitlera,  jego  pierwsze 

listy,  przemówienia,  pisma  Dietricha  Eckarta,  dawno  zapomnianego  poety,  w  którym  Hitler 
widział  swego  mentora,  czy  wreszcie  artykuły  [czołowego  nazistowskiego  ideologa]  Alfreda 

Rosenberga. (...) 
 

Odkryłem  wówczas  broszurę  autorstwa  Eckarta,  zatytułowaną  "Bolszewizm  od 

Mojżesza do Lenina. Dialog pomiędzy Adolfem Hitlerem i mną". (...) Lektura ta utwierdziła mnie 

w  przekonaniu,  jakiego  nabrałem  po  lekturze  "Mein  Kampf",  że  Hitler  był  prawdziwie 
fanatycznym  ideologiem,  dla  którego  antykomunizm  i  antysemityzm  tworzyły  jedność,  w 

stopniu  wcześniej  nie  spotykanym.  Hitler  -  socjobiolog,  dla  którego  narody  i  rasy  stanowiły 

rzeczywistość fundamentalną i ostateczną, "żywe substancje z ciała i krwi" - nie mógł wymyślić 

niczego innego niż Oświęcim. (...) 
 

Na  tym  podstawowym  założeniu  opieram  całą  interpretację  epoki.  Gdyby  skrajni 

rewizjoniści  mieli  rację,  twierdząc,  że  nie  było  "holocaustu"  rozumianego  jako  powszechne  i 

systematyczne  środki  eksterminacji  podjęte  na  szczytach  państwa  (...),  musiałbym  wówczas 

złożyć następujące, unieważniające moją własną interpretację, wyznanie: uważałem Hitlera za 
ideologa powodowanego żądzą eksterminacji; tymczasem był on politykiem, który - tak jak inni 

politycy  -  rzucał  w  celach  psychologicznych  poważne  groźby  pod  adresem  swoich 

przeciwników, ale jeśli chodzi o "kwestię żydowską", nie chciał niczego innego niż syjoniści  - 

rozstania się dwóch narodów po nieudanej próbie wspólnego życia. W czasie ostatniej wojny - 
musiałbym  przyznać  -  to  nie  dwa  państwa  powodowane  ideologią  stanęły  przeciwko  sobie, 

zdecydowane  na  wzajemną  eksterminację,  ale  chodziło  po  prostu  o  przedłużenie  walk 

pomiędzy wielkimi mocarstwami I wojny; nazizm nie był "zniekształconą kopią bolszewizmu", 

ale  walczył  jedynie  o  przetrwanie  Niemiec  zepchniętych  do  defensywy  w  wyniku  polityki 
światowej. 
 

Żaden autor nie godzi się chętnie, by jego dzieło legło w gruzach, i mam żywotny interes 

w tym, by rewizjoniści - w każdym razie ci skrajni - NIE MIELI racji. Ale właśnie dlatego czuję 

się przez nich sprowokowany (...). Właśnie dlatego czuję się zmuszony do postawienia pytania, 

czy dysponują dowodami, czy też w istocie są to jedynie spętani kłamstwami agitatorzy. (...) 
 

W  1984  r.  odbył  się  w  Stuttgarcie  kongres,  w  którym  wzięli  udział  najwięksi  znawcy 

problematyki Holocaustu. (...) Jeden z nich skrytykował tezę obowiązującą wtedy w Niemczech i 

uchodzącą  za  nienaruszalną,  zgodnie  z  którą  eksterminacja  Żydów  została  "postano-wiona" 

podczas tzw. konferencji w Wannsee. Inny zauważył, że w Oświęcimiu nie mogło zginąć  - jak 
wówczas oficjalnie podawano - 2,5 mln Żydów; liczba ta nie mogła przekroczyć miliona. (Kilka 

background image

lat  później  istotnie  na  pamiątkowych  tablicach  w  Oświęcimiu  liczbę  "cztery  miliony" 
zastąpiono  liczbą  "od  jednego  do  półtora  miliona".) Jeszcze  inny  zwrócił  uwagę,  że  cyklon  B, 

"co często bywa pomijane", był często stosowany do zwalczania robactwa, a jego użycie było 

niezbędne w obozach, gdzie panował tyfus. (...) 
 

Podobne  szczegółowe  poprawki  nie  różnią  się  istotnie  od  pewnych  stwierdzeń 

"rewizjonistów",  np.,  że  pierwsze  zeznania  komendanta  obozu  w  Oświęcimiu  Hoessa  zostały 

wymuszone w drodze tortur, czy że warunki techniczne nie pozwalały na codzienną kremację 

24  tys.  zwłok,  a  w  kostnicach  przy  obozowych  krematoriach  w  czasie  epidemii  tyfusu 

odnotowywano codziennie blisko 300 "naturalnych" zgonów. (...) 
 

Pojawiają  się  też  twierdzenia  innego  rodzaju:  ich  autorzy  zaprzeczają,  jakoby  w 

komorach gazowych w ogóle dokonywano eksterminacji. (...) Jednak nawet jeśli zostałyby one 

definitywnie  odrzucone,  nie  wystarczyłoby  to, by  uchylić  pytanie,  czy  rewizjonizm  opierający 

się  na  dowodach  nie  jest  skrajną  formą  korekt  w  istocie  uzasadnionych?  Jestem  skłonny 
odpowiedzieć  na  to  pytanie  twierdząco,  bo  czymże  byłaby  nauka,  jeśliby  zrezygnowała  z 
przysługującego jej prawa krytyki (...)? 
 

Pozostaje  jednak  dowód  według  mnie  nieporównanie  bardziej  przekonujący  niż 

wszystkie  argumenty  rewizjonistów  -  owo  stwierdzenie  z  testamentu  politycznego  Hitlera: 
winny, to znaczy judaizm, poniósł zasłużoną karę. 
 

Chciałbym, aby choć jeden ze znanych ekspertów lub badaczy archiwów - wyznawców 

poglądów  ustalonych  raz  na  zawsze  -  napisał  książkę,  w  której  bez  widocznego  gniewu  czy 

oburzenia  spisałby  argumenty  rewizjonistów  i  szczegółowo  je  przeanalizował.  W  rezultacie 

doszlibyśmy  do  wyniku  porównywalnego  z  wcześniejszymi  badaniami  argumentów 
rewizjonistów,  podanego  w  następującej  formie:  "Z  pewnością  należy  stwierdzić,  że...,  ale  w 

najmniejszym stopniu nie zmienia to sedna sprawy". 
 

Natomiast  za  całkowicie  fałszywy  uważam  pogląd,  że  jeśli  istota  sprawy  jest 

niepodważalna,  to  twierdzenia  szczegółowe  nie  wymagają  już  badań,  a  wszelkie  wątpliwości 
wynikają ze złych intencji. (...) 

Niemcy spełniły wolę Hitlera 

Furet do Noltego 
 

(...) Element "racjonalny", o którym Pan mówi, polega na tym, że Żydzi tworzą na całym 

świecie  grupę  ludzi  szczególnie  podatnych  na  uniwersalizm  demokracji  zarówno  na 

płaszczyźnie  politycznej,  jak  filozoficznej.  (...)  Fakt  ten  jest  bezdyskusyjny  i  może  stanowić 

przedmiot  racjonalnych  dociekań.  (...)  Pozwala  jednocześnie  uchwycić  szczególną  naturę 

nowoczesnego  antysemityzmu  w  porównaniu  z  antysemityzmem  średniowiecznym.  Obie 
wymienione formy nienawiści do Żydów nie wykluczają się i mogą kumulować swoje skutki. 
 

Jednak  najdawniejsza  nienawiść  ma  swoje  korzenie  w  chrześcijaństwie  -  w  odmowie 

uznania  przez  Żydów  boskości  Chrystusa,  podczas  gdy  ta  najświeższa  ma  inną  treść,  gdyż 

polega  na  oskarżaniu  Żydów  o  ukrywanie  za  fasadą  abstrakcyjnego  i  uniwersalnego  świata 
pieniędzy i praw człowieka, woli panowania nad światem; by ją urzeczywistnić, zaczynają oni 

od spisku przeciwko poszczególnym narodom. (...) 
 

Zgadzam  się,  że  wyobrażenie  antysemity  o  Żydach  kształtuje  nie  tylko  dziedzictwo 

historyczne, ale także suma obserwacji dotyczących ich udziału w gospodarce kapitalistycznej, 
ich  uczestnictwa  w  ruchach  lewicowych  oraz  w  sferze  duchowej  w  krajach  demokratycznej 

Europy. Wydaje mi się jednak, że przejście od myślenia racjonalnego do irracjonalnego polega 

właśnie  na  przemianie  tego  rodzaju  osądu  -  który  można  nazwać  "racjonalnym"  nawet 

wówczas, gdy służy tylko ubolewaniu nad takim stanem rzeczy  - w ideologię wykluczenia czy 

background image

eksterminacji. Zmiana dokonuje się niedostrzegalnie, poprzez podkreślanie roli, jaką odgrywają 
Żydzi  w  mobilizacji  mas  i  w  działaniach  politycznych.  W  ten  sposób  Żydzi  przestają  być 

przedstawiani  i  analizowani  ze  względu  na  to,  kim  są,  ale  zaczynają  być  postrzegani  jako 

aktywni  uczestnicy  antynarodowego  spisku.  Przeciwnicy  liberalnej  demokracji  mogą  ich 

wybrać na kozła ofiarnego. 
Kiedy nauka wiedzie do zbrodni 
 

Traktowanie rewolucji październikowej jako wyniku międzynarodowego spisku Żydów 

zaliczyć  wypada  do  tego  typu  wyobrażeń.  W  pierwszym  kierownictwie  partii  bolszewickiej 

było  istotnie  wielu  Żydów  (...),  ale  jest  to  spostrzeżenie,  z  którego  nie  sposób  wydedukować 
istnienia  spisku.  Oskarżenie  to  nie  ma  nic  wspólnego  z  racjonalnym  myśleniem  i  analizą 

historyczną. 
 

Pisze  Pan,  że  w  naszym  stuleciu,  nie  posuwając  się  do  idei  spisku,  analizowano 

kapitalizm i bolszewizm jako dwie strony tego samego medalu: nowoczesności opętanej myślą 
o twórczym indywidualizmie w opozycji do  wspólnoty chrześcijańskiej lub narodowej. Myślę, 
że  jest  to  jedna  z  tych  konstrukcji  filozoficznych,  które  mogą  prowadzić  do  ideologii 

antysemickiej, gdyż Żydzi są tu syntetycznym wcieleniem kapitalizmu i bolszewizmu. (...) Należy 

zachować jak największy dystans pomiędzy myślą naukową a ideologią. 
 

Z  filozoficznego  punktu  widzenia  demokrację  kapitalistyczną  i  socjalistyczną  krytykę 

owej demokracji można rozpatrywać jako wywodzące się z tej samej historii, wyrosłe z tego 

samego podłoża. Nie sposób jednak wyprowadzić stąd ani nazistowskiego antysemityzmu, ani 

jedynej w swoim rodzaju tragedii europejskiej XX wieku, w której przypadku Hitler okazał się 

najbardziej skutecznym wspólnikiem bolszewizmu. Jednym z najtrudniejszych zadań historyka 
jest  próba  zrozumienia,  w  jaki  sposób  wyobraźnia  polityczna  homo  democraticus  dosłownie 

poddaje się szaleństwu. 
Co nazistowskie, co niemieckie 
 

(...)  Czytając  Pana  dzieła,  zawsze  czułem,  jak  bardzo  historia  Niemiec  rani  Pana 

patriotyzm  (...).  Hitlerowska  apokalipsa  jest  wydarzeniem  bez  precedensu,  a  potępienie 

moralne,  jakie  dotknęło  Niemcy  po  ostatniej  wojnie,  nie  ma  odpowiednika  w  historii  innych 

narodów. Bez trudu zatem potrafię sobie wyobrazić podłoże egzystencjalne, na którym wyrosło 

Pana dzieło historyczne; rozumiem też pasję, z jaką próbował Pan oddzielić w zbrodniach III 
Rzeszy to, co nazistowskie, od tego, co niemieckie. 
 

Zgadzam  się,  że  osobowość  Hitlera  odegrała  tu  kluczową  rolę.  Bez  niego  i  bez  jego 

geniuszu  politycznego  ukierunkowanego  na  zło  historia  mogła  potoczyć  się  inaczej.  (...)  Ale 

niemiecka machina wojenna do końca wypełniła misję, jaką wyznaczył jej Fuehrer. Nie można 
też  zapominać,  że  kultura  niemiecka  przed  i  po  I  wojnie  światowej  była  nośnikiem 

nacjonalistycznej, rewolucyjnej i "antynowoczesnej" przemocy. Oczywiście idee tego typu były 

wówczas w Europie powszechne, jednak nie ulega wątpliwości, że w Niemczech weimarskich 
trafiały  na  szczególnie  podatny  grunt.  Jeśli  upadek  nazizmu  przybrał  w  Niemczech  postać 

apokalipsy,  to  nie  tylko  ze  względu  na  "totalny"  charakter  wojny,  ale  również  dlatego,  że 
dyktatura nazistowska WYKORZENIŁA Niemcy z ich tradycji, wykorzystując zarazem pewne jej 

elementy dla swoich potrzeb. (...) 
Krwawi heroldowie, fałszywi prorocy 
 

To,  że  faszyzm  i  komunizm  nie  są  potępiane  w  równym  stopniu,  wynika  przede 

wszystkim  z  odmiennego  charakteru  obu  ideologii  (...).  Pokonany  faszysta,  herold  dominacji 

silnych, pozostawia po sobie tylko swoje zbrodnie - podczas gdy komunista, prorok wyzwolenia 

ludzi,  nawet  w  chwili  swego  politycznego  i  moralnego  upadku  ciągnie  zyski  ze  szlachetności 

swych intencji. (...) Poza tym komunizm rozpadł się od wewnątrz, nie został zaś pokonany. Jego 

background image

ofiarami  są  przede  wszystkim  narody  byłego  ZSRR,  podczas  gdy  nazistowskie  Niemcy 
dokonywały  zbrodni  głównie  poza  swymi  granicami.  Zachód  okazał  niewiele  współczucia 

dalekim narodom Europy Wschodniej, natomiast prześladowania nazistowskie odczuł w sposób 

konkretny. 
 

W  ten  sposób  dochodzimy  do  eksterminacji  Żydów,  która  stanowi  punkt  kulminacyjny 

zbrodni popełnionych w naszym stuleciu w imię ideologii politycznej. Nie usprawiedliwia ona 

innych zbrodni: ani masakry "kułaków" w latach 30., ani mordu w Katyniu, ani też potworności 

"wielkiego skoku" w Chinach czy ludobójstwa w Kambodży. Jednak zasadnicza różnica między 

Holocaustem  a  innymi  politycznymi  postaciami  Zła  polega  na  tym,  że  zamiar  eksterminacji 
Żydów dotyczy mężczyzn, kobiet i dzieci jedynie dlatego, że URODZILI SIĘ Żydami, niezależnie 

od jakichkolwiek zrozumiałych powodów wynikających z walki o władzę. Terror antysemicki 

pozbawiony był jakiegokolwiek związku ze sferą polityki, w której się narodził. 
 

Druga grupa powodów związana jest z rolą odgrywaną przez naród żydowski w historii 

ludzkości, a zwłaszcza Europy. Historii tego biblijnego ludu nie da się oddzielić ani od dziejów 
starożytnych, ani od dziejów chrześcijaństwa. Przetrwał on jako prześladowany świadek innej 

niż  chrześcijańska  obietnicy  w  średniowieczu.  Ma  nieproporcjonalny  w  stosunku  do  liczby 

swych członków udział w kształtowaniu się nowoczesnych narodów i formowaniu demokracji. 
Skazując Żydów na męczeństwo, próbując ich zgładzić, naziści niszczą cywilizację europejską 

rękami  jednego  z  najbardziej  cywilizowanych  narodów  Europy.  My,  Europejczycy  -  nie  tylko 

Niemcy - wciąż nie potrafimy się otrząsnąć z tego nieszczęścia. (...) 

Herezja stała się komunałem 

Nolte do Fureta 
 

(...)  Zgadzam  się  z  Pana  stwierdzeniem,  że  w  oczach  opinii  publicznej  komunizm 

zajmuje uprzywilejowaną pozycję w stosunku do swego najbardziej zajadłego przeciwnika - ale 

czy  nie  należałoby  ruchu,  którego  intencje  wydają  się  szlachetne,  a  który  w  rzeczywistości 
wszędzie, gdzie zapanował przy użyciu przemocy, pochłonął gigantyczną liczbę ofiar, oceniać 

surowiej niż partię, której intencje z góry można określić jako złe? (...) 
Zwalczać imperializm 
 

Główną  tezę  książki  "Faszyzm  w  swojej  epoce"  można  sformułować  tak:  nawet  w 

okresie  międzywojennym  Niemcy  stanowiły  część  Europy,  a  ich  zejście  na  złą  drogę  było 

jedynie nadaniem skrajnej postaci ówczesnej ogólnej tendencji; w tym momencie powinny były 

szukać linii przewodniej swej historii, nie ulegać presji zewnętrznej i odrzucić nacjonalistyczną 

pokusę. 
 

Wśród  niemieckich  historyków  nie  było  znacznych  różnic,  jeśli  chodzi  o  taką  ocenę 

wydarzeń,  ale  pokolenie  roku  1968  postanowiło,  że  musi  zwalczać  "zachodni  imperializm". 

Postulowało również "uznanie NRD", a zatem akceptację podziału Niemiec na dwa państwa. Ci 
młodzi  ludzie  byli  zapewne  przekonani,  że  NRD  jako  państwo  socjalistyczne  uosabia  mimo 

pewnych  "deformacji"  najlepsze  możliwości  Niemiec  i  że  kiedyś  stanie  się  fundamentem,  na 
którym zbuduje się zjednoczone, socjalistyczne Niemcy w łonie socjalistycznej Europy (...). Nie 

utożsamiano  się  co  prawda  z  NRD,  ale  kierowano  uwagę  prawie  wyłącznie  na  "zbrodnie 

nazizmu";  koncepcję,  zgodnie  z  którą  ruchy  i  reżimy  totalitarne  miały  dwojaką  postać, 

uznawano za przestarzałą - więcej, uchodziła ona za wynaturzenie albo wręcz nikczemność. 
 

Akceptacja  podziału  Niemiec  stała  się  zatem  nakazem  moralnym.  Do  jakiego  stopnia 

moje stanowisko było sprzeczne z powszechnym konsensem obowiązującym w RFN, stało się 

jasne, gdy we "Frankfurter Allgemeine Zeitung" ukazał się 6 czerwca 1986 r. mój artykuł ["O 

przeszłości,  która  nie  chce  przeminąć",  głośny  tekst,  sugerujący,  że  okrucieństwa  faszyzmu 
były w dużym stopniu odpowiedzią na okrucieństwa bolszewizmu - red.]. Wywołał on prawie 

background image

powszechne oburzenie, które z czasem zyskało miano "sporu historyków". W artykule tym nie 
odnosiłem się do "kwestii niemieckiej", którą w tym kontekście uważałem za drugorzędną. (...) 

Ówczesny  prezydent  RFN  [Richard  von  Weizsaecker],  jak  się  zdawało,  położył  kres 

kontrowersji, zajmując oficjalne stanowisko, w którym ostatecznie opowiedział się po stronie 

moich  adwersarzy.  Tymczasem  zaledwie  rok  później  rozpadł  się  system  komunistyczny  w 
Europie  Wschodniej.  (...)  Stawianie  obok  siebie  Hitlera  i  Stalina,  czy  też  Oświęcimia  i  Gułagu, 

stało się wkrótce komunałem. W ten sposób doszliśmy do sytuacji obecnej. (...) 
Kapitalizm spuszczony z łańcucha 
 

Dotychczasowy  skrajnie  autorytarny  system  gospodarki  planowej,  bez  etapu 

przejściowego  czy  wyjaśnień,  został  zastąpiony  systemem  konkurencji  i  pluralizmu 

politycznego.  Niemcy  z  Zachodu  doszli  do  wniosku,  że  "kapitalizm"  (...),  pozbawiony 

historycznego przeciwnika, zatraca cechy charakterystyczne, które sprawiały, że jako "system 

liberalny"  i  rzeczywista  demokracja  był  godny  obrony,  a  nawet  cieszył  się  powszechną 
sympatią.  W  sytuacji  gdy  przeciwnicy  tego  systemu  nie  mieli  już  do  zaoferowania 
alternatywnej  propozycji,  odżyły  debaty  na  temat  jego  monstrualności  i  charakteru 

sprzecznego  z  naturą  ludzką.  Nasiliło  się  wrażenie,  zresztą  nie  tylko  w  Niemczech,  że 

prawdziwe  decyzje,  dotyczące  np.  unii  walutowej  czy  kwestii imigrantów, podejmowane  są w 
Brukseli  i  w  Waszyngtonie  pod  presją  anonimowych  procesów,  bez  najmniejszego  udziału 

zwykłych obywateli. (...) 
 

Obawiam się,  że  "kapitalizm"  spuszczony  z  łańcucha,  dominujący  nad  całym  światem, 

pozostawi  pustkę,  która  może  zostać  z  kolei  zapełniona  przez  upraszczający  i  deformujący 

historię  "antyfaszyzm",  podobnie  jak  system  ekonomiczny  uniformizuje  świat.  Jednak  tak 
długo,  jak  przyszłość  taka  może  być  odczuwana  jako  zagrożenie,  dozwolony  jest  sprzeciw 

wobec  niej.  Nie  chodzi  tu  o  narzucenie  jakiejś  innej  wizji  przyszłości,  ale  o  przekonanie,  że 

świadomości,  iż  ludzie  mogą  potrzebować  refleksji  historycznej,  nie  dostarczy  nikomu 

komputer i nie zastąpią informatyczne banały. (...) 

Nie bawmy się w proroków 

Furet do Noltego 
 

(....)  Na  tyle,  na  ile  historyk  jest  więźniem  swoich  czasów,  wyrośliśmy  z  dwóch 

odmiennych  sytuacji.  We  Francji  powojennej,  w  czasie  moich  studiów,  dominowała  w  życiu 

intelektualnym  marksistowska  filozofia  historii.  (...)  Koniec  II  wojny,  któremu  towarzyszyło 

odkrycie przez opinię publiczną zbrodni nazistowskich, zdawał się oznaczać wyrok trybunału 

Historii,  a  Armia  Czerwona  otrzymała  kredyt  zaufania,  gdyż  złożyła  najwyższą  daninę, 

spełniając wielki obowiązek ludzkości, jakim było pokonanie Hitlera. 
W komunizmie ratunek 
 

(...)  Francja  została  militarnie  zmiażdżona  przez  Niemcy  w  1940  r.;  nastał  niesławnej 

pamięci  reżim  Vichy.  Ciążyło  to  nad  wyzwolonym  krajem  w  latach  1944-45.  Dla  młodego 

Francuza  mógł  być  wówczas  pocieszeniem  rozkwit,  co  prawda  późny,  ruchu  oporu  wobec 
nazistowskiej okupacji. Ruch ten przynosił jednak, w stosunku  do czasów Trzeciej Republiki, 

której upadek był ostateczny, tylko dwie nowe idee: gaullistowską i komunistyczną. 
 

Słabością  pierwszej  z  nich,  w  stosunku  do  tradycji  lewicowej,  było  wąskie,  narodowe 

spojrzenie (tendencja niebezpieczna, jak pokazała historia dopiero co pokonanego faszyzmu) 
oraz  uciekanie  się  do  osoby  męża  opatrznościowego  (postawa  w  oczach  wyznawców  idei 

republikańskich  bardzo  podejrzana).  Druga  kryła  w  sobie  projekt  narodowego  odrodzenia 

poprzez  uniwersalizm  demokracji.  Oferowała  -  albo  zdawała  się  oferować  -  lekarstwo 

zdruzgotanemu i zdradzonemu przez swoje elity narodowi. Młody Francuz z mojego pokolenia, 
który  dorastał  w  czasie  wojny,  nie  biorąc  w  niej  udziału,  mógł  żywić  złudzenie,  że  idea 

background image

komunistyczna to kwintesencja demokracji, a zarazem sposób, by przyczynić się do odrodzenia 
narodowego. Tak było w moim przypadku. 
 

Sytuacja młodego Niemca (jak Pan wówczas) wydaje się całkowicie odmienna. Niemcy 

po  wojnie  musiały  przemyśleć  narodową  katastrofę  nazizmu,  który  sprowadził  na  nie 

potępienie całego świata, były natomiast - jako kraj częściowo podbity przez Armię Czerwoną 
-  odporne  na  urok  idei  komunistycznej.  (...)  We  Francji  antykomunizm  jest  odrzucany  ze 

względów ideologicznych, natomiast w Niemczech w grę wchodzą wymuszone przez sytuację 

ostrożność i umiarkowanie. 
 

Tak więc punktem wyjścia były dla nas dwie całkowicie odmienne sytuacje polityczne i 

odmienny  klimat  intelektualny.  Ale  nie  trwało  to  długo,  gdyż  w  połowie  lat  50.  znalazłem  się 

wśród tych francuskich intelektualistów zaangażowanych w komunizm, którzy jako pierwsi się 

z nim rozstali. (...) 
Antykomunistyczna lewica 
 

Nasza sytuacja staje się porównywalna, ale w latach 60., po rewolcie studenckiej, nasze 

drogi  znów  się  rozchodzą.  Wspomniał  Pan,  że  ruch  ten  doprowadził  do  potępienia 

"zachodniego  imperializmu",  a  jednocześnie  do  swego  rodzaju  rehabilitacji  NRD  w  oczach 

młodych  ludzi.  W  ten  sposób  komunizm  znalazł  się  w  Pana  kraju  pod  ochroną,  zyskał  z 
opóźnieniem swego rodzaju immunitet, którym cieszył się od 15 czy 20 lat we Francji. W moim 

kraju "rewolucja" 1968 roku miała odwrotne skutki. (...) Znamienne jest, że w połowie lat 70. 

przyjęto w nim entuzjastycznie dzieło Sołżenicyna; uczyniło tak nawet wielu byłych maoistów. 

Innymi  słowy,  wydarzenia  z  roku  1968  przyczyniły  się  we  Francji  do  wzmocnienia 

antykomunizmu. (...) 
Melancholia 
 

Trafnie  zauważył  Pan,  że  -  paradoksalnie  -  upadkowi  sowieckiego  komunizmu 

towarzyszyło  przesunięcie  się  sympatii  europejskiej  opinii  publicznej  na  lewo.  Im  bardziej 

kapitalizm triumfuje, tym bardziej wydaje się znienawidzony. Wraz z upadkiem ZSRR stracił on 
jeden  ze  swych  najmocniejszych  atutów,  który  czynił  z  niego  znak  firmowy  wolnego  świata. 

Pozbawiony  został  swego  najlepszego  argumentu  -  antykomunizmu.  Krytyka  wyrządzanych 

przezeń szkód jest bardziej swobodna, otwarta i prostsza, odkąd stała się wolna od obowiązku 

równoczesnego sławienia policyjnego socjalizmu. 
 

Co  ciekawe,  nikt  nie  rozlicza  lewicy  europejskiej  z  okazywanej  owemu  socjalizmowi 

życzliwości  i  wsparcia.  Może  się  ona  zadowolić  krytykowaniem  społeczeństwa 

demokratycznego  jako  niedemokratycznego,  to  znaczy  niezdolnego  do  tego,  by  sprostać 

stwarzanym  przez  siebie  oczekiwaniom  bądź  zrealizować  swe  obietnice.  Od  tej  pory  lewica 
oddaje  się  jedynie  odwiecznemu  marzeniu  nowoczesnej  demokracji  o  oddzieleniu  demokracji 

od kapitalizmu, zachowaniu tej pierwszej i wyeliminowaniu tego drugiego - podczas gdy razem 

tworzą tę samą historię. 
 

Oto  melancholijne  tło  końca  naszego  wieku.  Zamknięci  w  jednej  tylko  perspektywie 

historycznej,  zmierzamy  w  stronę  uniformizacji  świata  i  alienacji  jednostek wobec  procesów 
ekonomicznych,  skazani  na  ograniczanie  skutków  tego  zjawiska  i nie mając  wpływu na  jego 

przyczyny. 
 

Historyk  musi  jednak  zawsze  przeciwstawiać  się  temu,  co  w  jego  epoce  zaczyna 

wyglądać na fatalizm, bo wie, że tego rodzaju zbiorowe oczywistości są efemeryczne. Siły, które 
działają  na  rzecz  uniwersalizacji  świata,  są  tak  potężne,  że  stwarzają  nieprzewidziane  i 

niezgodne z prawami historycznymi łańcuchy okoliczności i sploty zdarzeń. Dziś mamy mniej 

powodów  niż  kiedykolwiek,  by  odgrywać  rolę  proroków.  Zrozumienie  i  wyjaśnianie 

przeszłości nie jest już takie proste. 

background image

* Fragment z książki Fureta "Przeszłość pewnego złudzenia" za wydaniem polskim (Warszawa 
1996, Volumen), tłumaczenie Joanny Górnickiej-Kalinowskiej. 
Extraits du livre FASCISME ET COMMUNISME de Francois Furet et Ernst Nolte, A Plon, 1998 

Demitologizator 

 

Francois  Furet  (ur.  1927)  zaczynał  po  II  wojnie  jako  działacz  i  publicysta  Francuskiej 

Partii  Komunistycznej,  ale  opuścił  ją  po  XX  Zjeździe  KPZR  (1956),  gdy  wyszła  na  jaw  skala 

zbrodni  systemu  sowieckiego.  Potem  szukał  jeszcze  "trzeciej  drogi",  uczestniczył  w 

intelektualnych  perypetiach  zwolenników  socjalizmu  z  ludzką  twarzą,  ale  stopniowo  zdawał 
sobie sprawę z  

jałowości tych poszukiwań i oddalał się od lewicy. 

Najpierw, na przełomie lat 70. i 80., jako historyk (profesor w CNRS, francuskim odpowiedniku 

PAN,  oraz  rektor  słynnej  Szkoły  Wyższych  Studiów  Społecznych),  badacz  Wielkiej  Rewolucji 

Francuskiej,  zakwestionował  marksowskie  interpretacje  tego  wydarzenia,  dominujące  w 
historiografii  nie  tylko  jego  kraju.  Postawił  tezę,  że  zburzenie  Bastylii  i  kolejne  epizody 
rewolucyjne  roku  1789  i  następnych  nie  były  rezultatem  narastających  procesów  walki  klas, 

lecz  miały  podłoże  wyłącznie  polityczne,  a  terror  roku  1793  nie  stanowił  wynaturzenia  i 

odstępstwa  od  zbożnych  celów,  lecz  był  logicznym  skutkiem  i  zwieńczeniem  poprzednich 
działań. Pokazywał, jak ambicje i namiętności rewolucjonistów żywiły się utopią społeczną i 

generowały kolejne iluzje, prowadząc do skutków sprzecznych z wyjściowymi przesłankami. 
 

Analiza  utopii  komunistycznej  przywiodła  go  w  głośnej  książce  "Przeszłość  pewnego 

złudzenia"  (1995)  do  wniosku,  że  iluzja  ta  rodziła  zbrodnię  w  sposób  nieunikniony  i  to  od 
samego  początku  prób  jej  urzeczywistnienia,  czyli  od  roku  1917.  Co  więcej,  Furet  opisał 

wzajemne  zależności  między  dwoma  głównymi  formami  reakcji  antydemokratycznej  i 

antyliberalnej  w  XX  wieku,  czyli  między  sowieckim  komunizmem  a  nazizmem.  Doktrynę 

"ostatecznego  rozwiązania"  kwestii  żydowskiej  odczytał  jako  odpowiednik  i  refleks 
leninowskiej  bezwzględności  w  wyniszczaniu  "wroga  klasowego".  Spotkał  się  w  tym  z 

diabolizowanym  wtedy  przez  francuskie  elity  intelektualne  Ernstem  Noltem,  choć  różnili  się 

m.in. w ocenie odpowiedzialności historycznego nacjonalizmu niemieckiego. 
 

Jako  szkodliwą  egalitarystyczną  utopię  traktował  też  Furet  realizowaną  w  Stanach 

Zjednoczonych  ideę  wyrównywania  szans  mniejszości,  przy  pełnym  poszanowaniu  ich 
specyfiki i odrębności ("wielokulturowości"). Bronił wartości uniwersalnych, ukształtowanych 

zwłaszcza  w  tradycji  europejskiej.  Stąd  został  uznany  za  sojusznika  przez  liberalnych 

konserwatystów  amerykańskich  i  jako  kontynuator  linii  Tocqueville'a-Constanta-Arona 

otrzymał w 1985 r. katedrę uniwersytecką w Chicago. 
 

Za oceanem spędzał co roku parę miesięcy, ale mieszkał we Francji i bardzo aktywnie 

uczestniczył  w  jej  życiu  intelektualnym.  Umarł  nagle  12  lipca  zeszłego  roku  na  atak  serca, 

którego  doznał  w  trakcie  partii  tenisa.  Poprzedniego  dnia  odbył  50-kilometrową  wycieczkę 

rowerową. Miał 70 lat, ale czuł się pełen sił i uważał, że najważniejsze swoje dzieła ma jeszcze 
przed sobą. 

Przeciw wszystkim 

 

Ernst  Nolte  to  dla  szerokiej  publiczności  przede  wszystkim  bohater  tzw.  sporu 

historyków, który toczył się w RFN w drugiej połowie lat 80. 
 

W  opublikowanym  w  1986  r.  na  łamach  konserwatywnego  dziennika  "Frankfurter 

Allgemeine  Zeitung"  eseju  "O  przeszłości,  która  nie  chce  przeminąć"  Nolte  postawił 

wstrząsające i prowokacyjne dla znacznej części opinii publicznej kwestie. "Można uznać nie 

tylko  za  dopuszczalne,  ale  wręcz  za  nieuniknione  -  pisał  -  takie  oto  pytanie:  może  naziści,  a 

także Hitler, dokonali aktu >>azjatyckiej dzikości<< dlatego, że sami uważali się za potencjalne 
lub  rzeczywiste  ofiary  >>azjatyckiej  dzikości<<?  Czy  archipelag  Gułag  nie  ma  prawa 

background image

starszeństwa  w  stosunku  do  Oświęcimia?  Czy  >>morderstwo  klasowe<<  dokonane  przez 
bolszewików  nie  jest  logicznym  i  faktycznym  poprzednikiem  >>rasowego  morderstwa<<, 

dokonanego przez narodowych socjalistów?" 
 

Nolte  uważa,  że  strach  przed  powrotem  faszyzmu  jest  bezprzedmiotowy. 

"Przypuszczenie,  że  któregoś  dnia  w  Niemczech  nowy  Hitler  mógłby  zwabić  masy  na 
niebezpieczne  manowce,  a  nawet  urzeczywistnić  nowy  Oświęcim,  zawsze  było 

nieuzasadnione, a dziś jest po prostu głupie" - pisze w przedmowie do swej książki "Europejska 

wojna domowa 1917-1945. Narodowy socjalizm i bolszewizm", wydanej w 1987 r., kiedy spór 

historyków  budził  coraz  gorętsze  emocje.  Stąd  jego  zdaniem  trzeba  wreszcie  zająć  się 
podstawową  kwestią  nazistowskiej  przeszłości  Niemiec  -  a  nie  są  nią  ani  "zbrodnicze 

skłonności" nazizmu, ani jego "antysemicka obsesja" - lecz stosunek do marksizmu, a zwłaszcza 

komunizmu.  To  strach  i  nienawiść  nazistów  do  komunizmu  były,  zdaniem  Noltego,  motorem 

działań Hitlera i źródłem jego ideologii. W ten sposób Hitler miał artykułować dość powszechne 
odczucia  współczesnych  sobie  Niemców,  które  -  według  Noltego  -  były  do  pewnego  stopnia 
zrozumiałe. 
 

Przeciwnicy Noltego, zwłaszcza Juergen Habermas, upatrywali jednak w odwoływaniu 

się  do  bolszewizmu  próby  usprawiedliwienia  czy  też  odciążenia  nazistów,  moralnej 
relatywizacji  zbrodni  nazistowskich.  Zwracali  też  uwagę,  że  sugestia,  iż  Oświęcim  wynikał  z 

Gułagu, podaje w wątpliwość wyjątkowość Holocaustu. 
 

75-letni Nolte jest dziś emerytowanym profesorem Wolnego Uniwersytetu w Berlinie, na 

którym  wykładał  od  1973  r.  Urodzony  w  1923  r.,  po  wojnie  studiował  filozofię,  grekę  i 

germanistykę we Freiburgu. Doktoryzował się nt. alienacji i dialektyki w niemieckim idealizmie 
i  u  Marksa.  W  1963  r.  wydał  swą  pierwszą  książkę  "Faszyzm  w  swej  epoce",  w  której 

porównywał  Action  Francaise,  faszyzm  włoski  i  niemiecki  narodowy  socjalizm.  W  1965  r. 

został  wykładowcą  historii  współczesnej  w  Marburgu,  od  1973  r.  pracował  w  Berlinie 

Zachodnim. Wśród historyków zawsze uchodził za outsidera. Od czasu sporu historyków stał 
się  obiektem  fizycznych  napaści  ze  strony  skrajnej  lewicy:  podpalono  mu  samochód,  innym 

razem - poturbowano. 

ERNST  NOLTE  DO  FRANCOIS  FURETA,  BERLIN,  20  LUTEGO  1996,  FRANCOIS  FURET  DO 
ERNSTA NOLTEGO, PARYŻ, 3 KWIETNIA 1996; MAREK RAPACKI, ANNA RUBINOWICZ; Tłum. 

Ewa 

Michnowska