background image

Rudolf Steiner 

Zdrowy rozwój 

człowieka 

CZ.

 1 

Wprowadzenie w antropozoficzną 

pedagogikę i dydaktykę 

WYDAWNICTWO GENESIS 

background image

Zdrowy rozwój człowieka 

Kurs Bożonarodzeniowy 

część I 

background image

Rudolf Steiner 

Zdrowy rozwój człowieka 

Kurs Bożonarodzeniowy 

część I 

Wprowadzenie w antropozoficzną 

pedagogikę i dydaktykę 

Cykl wykładów dla nauczycieli 

wygłoszony w Dornach 

od 23 grudnia 1921 do 7 stycznia 1922 

WYDAWNICTWO GENESIS 

Gdynia 2007 

background image

Rudolf Steiner: 

„Zdrowy rozwój człowieka" cz. I 

Niniejsze wydanie jest zgodne z oryginałem niemieckim 

„Die gesunde Entwickelung des Menschenwesens" 

(tom GA 303 w katalogu Dzieł Zebranych Rudolfa Steinera) 

wydanym w 1987 r. przez Rudolf Steiner Verlag, 

Dornach/Szwaj caria 

Tłumaczenie 

Ewa Łyczewska 

Redakcja 

Michał Waśniewski 

Copyright © 1969 by Rudolf Steiner-NachlaBverwaltung 

Dornach/Schweiz 

Copyright © for the Polish édition by 
Wydawnictwo Genesis, Gdynia 2007 

ISBN 978-83-86132-63-8 tom 1-2 
ISBN 978-83-86132-61-4  t o m i 

Wydawnictwo Genesis 

81-532 Gdynia, ul. Wzgórze Bernadowo 300/1 

tel.fax: 058-6201650; e-mail: genesis@oknet.com.pl 

Druk: „Poligrafia" Bydgoszcz 

I * 

Spis treści 

Wstęp do wydania polskiego 

Wykład I, Dornach, 23 grudnia 1921 

Powitanie. Trzy fazy rozwoju ruchu antropozoficznego: działania 
zaspokajające tęsknoty duszy; włączenie działań o charakterze 

artystycznym; praktyczne działania w wielu dziedzinach życia. O za­
łożeniu Szkoły Waldorfskiej. 

Wykład II, Dornach" 24 grudnia 1921 

Herbert Spencer jako reprezentant współczesnego sposobu myślenia 

i jego poglądy na wychowanie. Intelektualistyczno-przyrodniczy 
obraz świata, w którym nie ma miejsca dla człowieka. Wpływ ta­
kich poglądów na uczucia i wydarzenia historyczne. Konieczność 
rozwijania innego poznania. 

Wykład III, Dornach, 25 grudnia 1921 

Karol Darwin, Ernst Haeckel, Du Bois-Reymond: darwinizm i po­
stawa jego przedstawicieli wobec istniejących granic. Rozwijanie 

umiejętności wyćwiczonych w trakcie obserwacji naukowych i do­
chodzenie do świata nadzmysłowego. Cechy zwykłego poznania. 
Sport zastępujący dawne życie religijne. Użyteczność a potrzeba oz­
dabiania. Rozważania o śnie. 

Wykład IV, Dornach, 26 grudnia 1921 

Procesy rozgrywające się w czasie. „ Gotowe " zwierzę i „ niegotowy " 
człowiek. Przedwczesne wnikanie starości w środkowy okres życia. 

Wnikanie cech wieku dziecięcego w dalsze życie. Medytacja w sen­

sie antropozoficznym. 

Wykład V, Dornach, 27 grudnia 1921 

Poznanie osiągane dzięki imaginacji, inspiracji i intuicji. Tableau 
życia. Ciało eteryczne. Działanie pamięci. Pogłębianie zdolności po­
znawczych nauczyciela dzięki pełnemu poznaniu dziecka - poznanie 
nadzmysłowe. O skutkach nadmiernego i niedostatecznego angażo­
wania pamięci dziecka. 

background image

Wykład VI, Domach, 28 grudnia 1921 

Rozczłonowanie organizacji człowieka: organizacja głowy, organiza­
cja przemiany materii i kończyn, organizacja rytmiczna. Przykłady 

żywych, przeobrażających się wyobrażeń odzwierciedlający orga­
nizm ludzki. Sny dziecięce. Poznanie człowieka a układanie planu 
lekcji. Wpływ zajęć ruchowych na naukę w klasie. 

Wykład VII, Dornach, 29 grudnia 1921 

Bardzo male dziecko czyni to, co leży w jego woli. Przemiana sil 
około 7. roku życia. Wolność nauczyciela. O ciele eterycznym. Trzy 

etapy rozwoju do 7. roku życia. Naśladowanie. Rozwój pamięci i fan­
tazji dziecięcej. O budzącej się wrażliwości dziecka na napomnienia 
i autorytet. 

Wykład VIII, Dornach, 30 grudnia 1921 

O nauczaniu duszno-ekonomicznym. Omówienie godzin porannych 
w Szkole (lekcja główna i nauczanie w cyklach) i przedpołudniowych 

(języki obce, prace ręczne, lekcje religii). Kompromisy zawierane 

przy powstawaniu Szkoły Waldorfskiej. Dyscyplina w szkole. Lekcje 

południowe (gimnastyka, eurytmia, zajęcia artystyczne). Niedzielna 

uroczystość religijna. O świadectwach. 

Wykład IX, Dornach, 31 grudnia 1921 

Dziecko jako rzeźbiarz, dziecko jako muzyk. Trzy etapy rozwoju 
w drugim siedmioleciu. Male dziecko jako narząd zmysłowy. O pra­
widłowym uczeniu botaniki. Podręczniki szkolne. O wprowadzaniu 

liter. Nauka rachowania. Zasada autorytetu i rozwijanie się we­
wnętrznej wolności człowieka. 

Wstęp do wydania polskiego 

Szkolnictwo państwowe, powszechnie akceptowane i obejmują­

ce znaczny obszar oświaty, stoi dzisiaj w obliczu narastającej fali 

problemów: przemoc, zaburzenia zachowania dzieci i młodzie­

ży, osłabiona motywacja, brak perspektyw. Ta sytuacja sprawia, że 

w wielu krajach Europy wzrasta zainteresowanie reformami, ja­

kie podejmowano w pedagogice na początku XX wieku. Szkoły 

działające według zasad stworzonych przez Marię Montessori, 

Celestina Freineta, Petera Petersena (szkoły według Planu Jenaj­

skiego) czy tzw. wolne szkoły działające pod patronatem rodzi­

ców są coraz częściej postrzegane jako obiecująca alternatywa 

i jest ich coraz więcej. Do szkół z nurtu reformy należą także in­

stytucje działające według zasad pedagogiki Rudolfa Steinera: 

szkoły i przedszkola waldorfskie oraz placówki pedagogiki spe­

cjalnej. W ostatnich dziesięcioleciach rozwijały się one ze zdu­

miewającym rozmachem. Obecnie na świecie istnieje około 900 

szkół waldorfskich, 1400 przedszkoli waldorfskich i ponad 500 

placówek pedagogiki specjalnej wywodzących się z pedagogiki 

Rudolfa Steinera

1

Pedagogika Rudolfa Steinera, dając nowe uzasadnienie filo­

zoficzne, przypisuje znaczące miejsce uczeniu się z wykorzysta­

niem wszystkich zmysłów, uczeniu się poprzez sztukę i pracę 

rękoma, uczeniu się z wykorzystaniem nie tylko matematyczno-

logicznych uzdolnień człowieka, lecz wszystkich jego „inteligen­

cji" (tu spotyka się ze znaną teorią inteligencji wielorakiej Howar­

da Gardnera

2

). Przede wszystkim jednak wychodzi z założenia, 

1

 Obecną sytuację pedagogiki waldorfskiej na świecie przedstawia w niezwykle 

interesujący sposób obszerna publikacja Waldorfpädagogik wetlweit: Ein über­
blick über die Entwicklung der Waldorfpädagogik sowie der antroposophischen Heil­

pädagogik und Sozialtherapie, opracowana i wydana przez Freunde der Erziehungs­

kunst Rudolf Steiners, Berlin 2001. Jest ona dostępna także w języku angielskim. 

2

 Howard Gardner, Inteligencje wielorakie: teoria w praktyce, Media Rodzina, 

Poznań 2000. 

background image

że jako nauczyciele i wychowawcy nie jesteśmy uprawnieni do 

tego, by determinować kierunek rozwoju młodych ludzi. „Nie na­

leży pytać - pisze Rudolf Steiner w 1919 roku, na krótko przed 

założeniem pierwszej szkoły waldorfskiej - co człowiek powinien 

umieć i wiedzieć zgodnie z wymaganiami istniejącego porządku 

społecznego, lecz: Jakie są predyspozycje człowieka i co można 

w nim rozwinąć"

3

Do tego jednak potrzebne jest spełnienie dwóch warunków. 

Z jednej strony nauczyciele i wychowawcy powinni potrafić z peł­

ną bezinteresownością i otwartością wniknąć w to, co przejawia 

się w powierzonych im dzieciach; w szerokim zakresie szkolić 

swoje umiejętności postrzegania

4

; ufać temu, co codziennie do­

konuje się w dziecku w niekończącym się procesie powstawania. 

Z drugiej strony potrzebna jest nowa, nie ograniczona przez re­

dukcjonizm współczesnej nauki antropologia pedagogiczna. 

Steiner przedstawił zarys takiej antropologii w swoich podsta­

wowych pismach antropozoficznych, a przede wszystkim w kur­

sach, które prowadził dla kolegium nauczycieli pierwszej szkoły 

waldorfskiej w latach 1919-1923. Po powstaniu stuttgarckiej 

Szkoły Waldorfskiej zapoznawał z tym także szeroką publicz­

ność w Niemczech, Szwajcarii, Holandii i Anglii podczas cykli 

publicznych wykładów. Najobszerniejszym i według Steinera naj­

ważniejszym z tych cykli jest tzw. Kurs Bożonarodzeniowy, wy­

głoszony w Goetheanum w Dornach koło Bazylei na przełomie 

1921 i 1922 roku, dobre dwa lata po założeniu szkoły stuttgarc­

kiej. Kurs ten po raz pierwszy jest teraz publikowany po polsku. 

Miał on dla Steinera tak podstawowe znaczenie, że od razu zlecił 

on Albertowi Steffenowi, jednemu ze swoich najbliższych współ­

pracowników, opracowanie ich obszernego streszczenia, które 

ukazało się najpierw w nowo założonym tygodniku „Das Goethe­

anum", a następnie w wydaniu książkowym. Do udziału w tym 

Zob.: RudolfSteiner: Texte zur Pädagogik. Quellentexte für die Wissenschaften, 

pod redakcją J. Kierscha, tom 2, Rudolf Steiner Verlag, Dornach 2004 (tekst 33). 

Zob.: J. Kiersch, Becoming a Teacher. Steiners Indications for Teacher Educa­

tion, Development and Training, Waldorf Resource Book No. 5, Forest Row 2006. 

kursie zgłosiło się tak wielu chętnych, że wszystkie wykłady mu­

siały być wygłaszane dwukrotnie. Stenografowano tylko drugi 

z nich, ten, w którym uczestniczyli goście zagraniczni (między 

innymi 30 osób z Anglii). Książka, którą mają Państwo w ręku, 

jest tłumaczeniem tych wykładów. 

W następnych latach Steiner przedstawił wiele treści zawar­

tych w tym kursie - różnie rozkładając punkty ciężkości - także 

w innych miejscach: w Oksfordzie

5

, Ilkley i Torquay (Anglia), 

w Arnheim (Holandia), w Bernie (Szwajcaria). 

Jednak Kurs Bożonarodzeniowy z przełomu 1921/22 roku 

nie ma sobie równych, gdy chodzi o zakres przedstawionego pod­

łoża antropologicznego. Zawiera on wytyczające nowe drogi idee 

z zakresu fizjologii i psychologii dziecka i młodego człowieka, 

o których Steiner nie wspomina jeszcze we wczesnych wykładach 

pedagogicznych, takich jak na przykład znany wykład wprowa­

dzający „Wychowanie dziecka z punktu widzenia wiedzy ducho­

wej". Wieloma z tych idei zajął się psycholog i pedagog specjalny 

Hans Muller-Wiedemann. W książce „Mitte der Kindheit"

6

 przed­

stawił je w powiązaniu z nowszymi badaniami psychologii peda­

gogicznej. 

Studiując dokładniej wykłady zawarte w Kursie Bożonaro­

dzeniowym, znajdziemy pewne związane z tamtym czasem wątki, 

które współcześnie nie są już tak interesujące. A jednocześnie 

nie odnajdziemy wielu zagadnień, które w obejmującym dziś 

cały świat ruchu waldorfskim są współcześnie dyskutowane, sta­

nowiąc element współczesnej praktyki

7

Z kolei są tu też wątki zaskakująco nowe, jak na przykład 

stwierdzenie Steinera, że, wychodząc od ducha antropozoficznego, 

5

 Zob.: Rudolf Steiner, Duchowe podstawy sztuki wychowania. Wykłady oksfordz-

kie, wydawnictwo Genesis, Gdynia 2005. 

" Hans Müller-Wiedemann, Mitte der Kindheit. Das neunte bis zwölfte Lebensjahr. 

Eine biographische Phänomenologie der kindlichen Entwicklung, Verlag Freies 

Geistesleben, Stuttgart 1973. 

7

 Dobrym wprowadzeniem może być Wychowanie do wolności pod redakcją Fran-

sa Carlgrena, wydawnictwo Genesis, Gdynia 1994. 

background image

najchętniej zakładałby banki

8

 (wykład I); że sport stał się dzisiaj 

namiastką religii (wykład III); że forma zabawki wpływa na for­

my myślenia, jakie dziecko rozwija w późniejszym okresie (wy­

kład VII); że holistyczno-ekologiczne myślenie, które dzisiaj tak 

pilnie jest nam potrzebne w życiu publicznym, zaczyna się kształ­

tować od pierwszej lekcji wprowadzającej w botanikę i zoologię 

(wykład X); zaskakuje też, że nauczyciele powinni się troszczyć 

o odżywianie dziecka i doradzać w tym względzie rodzicom (wy­

kład XV) lub że wychowania moralnego nie da się osiągnąć, ucząc 

dzieci dogmatycznych treści - do tego potrzebne jest pielęgnowa­

nie życia uczuciowego, rozwijanie wdzięczności, miłości i duty 

(wykład XVI). 

Niezmiennie aktualny i coraz bardziej znaczący jest wkład 

R. Steinera polegający na oparciu wychowania i nauczania na 

antropologii pedagogicznej, a także na rozwijaniu nowej wiedzy 
0 człowieku uwzględniającej ciało, duszę i ducha, wiedzy, która 

na wszystkich poziomach stwarza dziecku przestrzeń rozwojową 

1 żywo przeciwdziała coraz powszechniejszemu dzisiaj zawężeniu 

środków pedagogicznych do działań czysto kognitywnych i uzna­

waniu jedynie względów czysto utylitarnych. 

Johannes Kiersch 

8

 Bank GSL-Gemeinschaftbank w Bochum, działający w duchu idei Steinera, 

uchodzi obecnie za jeden z najbardziej postępowych etyczno-ekologicznych ban­
ków świata. 

10 

Wykład I 

Dornach, 23 grudnia 1921 

Szanowni państwo! 

Pierwsze wypowiedziane przeze mnie słowa winny być sło­

wami serdecznej radości i głęboko odczuwanego zadowolenia 

z przyjazdu państwa do nas. Ten, kto z największym entuzjaz­

mem odnosi się do ruchu, który pragnie wychodzić stąd, z Goethe-

anum

1

, musi być ogromnie uradowany i odczuwać najgłębsze za­

dowolenie wobec zainteresowania, jakie w tak niezwykły sposób 

objawił przyjazd państwa do nas. Proszę pozwolić, bym w duchu 

tej radości i tego zadowolenia, na wstępie dzisiejszego, wprowa­

dzającego wykładu powitał państwa tutaj jak najserdeczniej. 

Chciałbym serdecznie powitać zwłaszcza panią profesor 

Mackenzie

2

, której wysiłkom zawdzięczamy inaugurację tego 

kursu i której z tego powodu winien jestem, w imieniu ruchu an-

tropozoficznego, szczególne podziękowanie. Ale do wszystkich 

państwa kieruję jak najserdeczniejsze powitanie płynące z całe­

go ducha i zamysłu naszego ruchu. A tutaj, drodzy państwo, jest 

przecież tak, że wita państwa nie tylko pojedyncza osoba, lecz 

przede wszystkim wita państwa ta budowla, samo Goetheanum. 

1

 Goetheanum - zaprojektowana przez Rudolfa Steinera i wzniesiona w latach 

1913-1919 dwukopułowa budowla. Spłonęła ona w noc sylwestrową 1922/1923. 

Później - wykorzystując model zewnętrznej strony budynku wykonany przez R. Stei­
nera - wzniesiono na tym samym miejscu drugie Goetheanum, które, tak samo jak 
pierwsze, stało się od razu ośrodkiem różnorodnej działalności. O Goetheanum zob. 

Informator Towarzystwa Antropozoficznego w Polsce, nr 55, 56 lub Barbara Wiś-
niewska-Paź, Społeczny wymiar Goetheanum w Dornach i jego sensy edukacyjne, 
Oficyna Wydawnicza Arboretum, Wrocław 2002. (przyp. tłum.) 

2

 Millicent Mackenzie była od 1910 roku profesorem nauk pedagogicznych na 

University College w Cardiff (Walia). [Z jej inicjatywy dr R. Steiner został zapro­
szony później, w 1922 roku, na kongres do Oksfordu, gdzie wygłosił cykl wykła­

dów pedagogicznych. Zob.: Duchowe podstawy sztuki wychowania. Wykłady oks-

fordzkie, wydawnictwo Genesis, Gdynia 2005.] 

11 

background image

Potrafię bardzo dobrze zrozumieć, że wśród państwa znajdą 

się osoby, które będą miały coś do zarzucenia Goetheanum jako 

budowli, jako dziełu sztuki. Przecież wszystko, co w ten sposób 

pojawia się na świecie, podlega oczywiście krytyce i każdy sprze­

ciw wyrażony w dobrej wierze będzie, zwłaszcza przeze mnie, na­

prawdę mile widziany. Niemniej jednak wita państwa to Goethe­

anum, którego forma i ukształtowanie artystyczne ukażą państwu, 

że tu nie chodzi jedynie o zainicjowanie pojedynczej dziedziny 

praktycznego działania, czy nawet jednostronne zainicjowanie sa­

mej tylko pedagogiki

3

. Cały duch tej budowli i jej istnienie mogą 

państwu pokazać, że tu chodzi o ruch na rzecz całej naszej cywi­

lizacji, ruch wywiedziony myślą i czynem z ducha naszego cza­

su. I w takiej mierze, w jakiej wychowanie i nauczanie stanowią 

istotne części cywilizacji ludzkiej, trzeba z tego miejsca odpowie­

dnio zadbać w szczególności także i o nie. 

Ścisłymi związkami między impulsem antropozoficznym 

a kwestiami dotyczącymi wychowania i nauczania będziemy 

mogli zająć się szczegółowo w następnych dniach. Dzisiaj zaś 

proszę pozwolić, że do najserdeczniejszego powitania, jakie kie­

ruję do państwa, dodam coś, co na gruncie ruchu, który stanowi 

przecież także ruch społeczny, jest w pewnym sensie czymś zupeł­

nie oczywistym. 

Przybyli tutaj państwo poniekąd po to, by się dowiedzieć, jak 

to jest z tymi ruchami

4

 wychodzącymi z Goetheanum w Domach. 

Serdecznie witając państwa w Goetheanum jako mile oczekiwa­

nych gości, czuję się zarazem zobowiązany - jak to zresztą zaw­

sze obowiązuje w kontaktach społecznych w podobnej sytuacji 

- przedstawić państwu przede wszystkim ów rozchodzący się z te­

go miejsca ruch. 

i

 We wcześniejszym wydaniu w tym zdaniu jest nie zainicjowanie, lecz odnowie­

nie (ew. zreformowanie), które zdaje się lepiej pasować do wywodzonej przez dr. 
Steinera myśli. Wydawca szwajcarski nie zamieścił komentarza do tej zmiany, 
(przyp. tłum.) 

4

 Oprócz ruchu pedagogicznego powstał też m. in. ruch medyczny, rolniczy, spo­

łeczny, architektoniczny, wiele gałęzi ruchu artystycznego, (przyp. tłum.) 

12 

To, do czego w ruchu antropozoficznym dążono już od same­

go początku, dwadzieścia lat temu, objawia się powoli właściwie 

dopiero teraz. Zasadniczo rzecz biorąc, przekonają się państwo 

0 tym z następnych wykładów, ruch ten był od samego początku 

pomyślany tak, jak dzisiaj jawi się on światu - a ten przyjmuje go, 

akceptując, a także, przede wszystkim, odrzucając. Dopiero dzi­

siaj zaczyna się mówić o ruchu antropozoficznym tak, jak o nim 

pierwotnie myślano. Niemniej ruch antropozoficzny przechodził 

najróżniejsze fazy i będę mógł go państwu najłatwiej przedstawić, 

najpierw w czysto zewnętrzny sposób, charakteryzując te poszcze­

gólne fazy. 

Początkowo ruch antropozoficzny został przyjęty przez mały 

krąg opowiadających się za nim ludzi jako pewien rodzaj, uję­

tego w ścisłym sensie, światopoglądu religijnego. Na początku do 

ruchu antropozoficznego przyszli ludzie, którzy w niewielkim sto­

pniu troszczyli się o uzasadnienia naukowe, którzy w niewielkim 

stopniu troszczyli się o tworzenie artystycznych środków wyrazu 

1 konsekwencje praktycznych działań antropozoficznych dla ca­

łego życia społecznego. Przyszli ludzie, którzy przede wszystkim 

czuli, że nie wystarcza im to, co przynosiły im współczesne, tra­

dycyjne wyznania religijne; ludzie, którzy szukali tego, [ku cze­

mu prowadziło ich to,] co wynurzało się z najgłębszych ludz­

kich tęsknot związanych z wielkimi pytaniami ludzkiej duszy 

i ludzkiego ducha; ludzie, którzy w odniesieniu do tych pytań 

czuli, że naprawdę nie wystarcza im to, co przynoszą tradycyjne 

wyobrażenia istniejących wyznań religijnych. Przyszli do tego 

ruchu i początkowo przyjmowali go swoim uczuciem, swoim 

odczuciem. 

Często patrzyłem ze zdumieniem, jak to, co mówiłem o antro-

pozofii - gdy chodziło o jej uzasadnienie - właściwie zupełnie nie 

było rozumiane także przez jej zwolenników, a jednocześnie jak ten 

ruch antropozoficzny zyskiwał sympatię i zwolenników za sprawą 

prostych, elementarnych odczuć ludzkich. Z tego, co od samego 

początku miało w zasadzie ukierunkowanie naukowe, ci pierw­

si zwolennicy słyszeli to, co przemawiało do ich serc, co prze­

mawiało do ich bezpośrednich uczuć, do ich odczuć. I można 

13 

background image

powiedzieć, że był to najspokojniejszy czas - chociaż tego rodza­

ju spokój nie zawsze jest pożądany - był to najspokojniejszy czas 

ruchu antropozoficznego. 

Ponieważ tak właśnie było, ruch antropozoficzny w swojej 

pierwszej fazie mógł początkowo zostać przyjęty - wprawdzie 

czysto zewnętrznie, w zakresie czysto administracyjnego współ­

istnienia - przez ów ruch, który, być może, znają państwo jako 

ruch Towarzystwa Teozoficznego

5

, i mógł iść razem z nim. 

Ludzie, którzy w opisany sposób, z impulsu swych prostych 

serc szukają odpowiedzi na pytania o to, co wieczne w naturze 

ludzkiej, doznają w końcu ukojenia duszy - gdy właśnie pominą 

niektóre istotne i podstawowe sprawy - zarówno w ruchu teozo-

ficznym, jak i w ruchu antropozoficznym. Jednak ruch teozofi-

czny od samego początku przyjął pewne wyłącznie teoretyczne 

ukierunkowanie. Ruch teozoficzny chce być nauką wypowiada­

jącą się przez słowa, nauką która obejmuje kosmologię, filozo­

fię i religię i chce realizować swoją działalność o tyle, o ile kos­

mologię, filozofię i religię można przekazywać poprzez słowa. 

Ludzie, którzy w odniesieniu do pozostałych sfer życia są właś­

ciwie zadowoleni ze swojej sytuacji życiowej i tylko w kwestii 

wieczności chcą usłyszeć coś innego, niż mogą zaoferować tra­

dycyjne wyznania religijne, tacy ludzie często w ten sam sposób 

dochodzą do zaspokojenia swoich pragnień zarówno w jednym ru­

chu, jak i w drugim. I dopiero kiedy okazało się - chociaż wtedy 

zauważano to w niewielkim stopniu - że antropozofia chce być 

ruchem, który nie zamierza jedynie teoretycznie rozwodzić się 

o kosmologii, filozofii i religii, lecz zgodnie z wymaganiami du­

cha współczesnych czasów ma podjąć realne działania praktycz­

ne we wszystkich obszarach życia, wtedy stopniowo, za sprawą 

3

 Towarzystwo Teozoficzne zostało założone w 1875 roku przez H. P. Bławatską 

i H. Olcotta w Nowym Jorku, potem przeniosło swoją główną siedzibę do Indii. 
Szybko stało się ruchem międzynarodowym i tworzyło sekcje w wielu krajach, tak­
że w Niemczech. R. Steiner wstąpił do Towarzystwa w 1902 roku, zastrzegając sobie 

prawo do głoszenia poglądów wynikających z jego własnych badań duchowych. 
W 1904 roku został Sekretarzem Generalnym sekcji niemieckiej, a w 1904 roku 
objął kierownictwo działającej w jej obrębie szkoły ezoterycznej. W 1913 opuścił 

14 

przyczyn wewnętrznych, wyszło na jaw, że nie jest możliwe dal­

sze współdziałanie ruchu antropozoficznego z ruchem teozofi-

cznym. Dzisiaj bowiem - to także pokażą dalsze wykłady - każdy 

ruch, który na tych trzech obszarach, w kosmologii, filozofii i re­

ligii, ogranicza się głównie do rozważań teoretycznych, degene­

ruje się do kłótni dogmatycznych, stających się w końcu nie do 

zniesienia. I kłótnia dogmatyczna, która w zasadzie obracała się 

wokół błahostek, była tym, co potem zewnętrznie doprowadziło do 

odłączenia się ruchu antropozoficznego od ruchu teozoficznego. 

Dla każdego rozsądnego człowieka o wykształceniu typowym 

dla świata zachodniego owe dogmaty, jakie pojawiły w Towarzy­

stwie Teozoficznym wtedy, gdy Towarzystwo Antropozoficzne 

odłączyło się od niego

6

, taka dogmatyczna kłótnia o to, czy więk­

sze znaczenie ma światopogląd indyjski, czy światopogląd zacho­

dni, dyskusja prowadzona tak, jak ją wtedy prowadzono, a przede 

wszystkim spór dogmatyczny o indyjskiego chłopca jako przyszłe­

go Chrystusa

7

, są oczywiście czymś, czego nie można brać na 

serio, są czymś, co w żadnym razie nie może mieć poważnego 

charakteru, tylko kończy się w gruncie rzeczy na błahostkach. 

Natomiast ruch antropozoficzny, zgodnie z jego pierwotnymi 

założeniami, nie powstał po to, by skończyć pośród teoretycznych 

sporów - ruch ten chce wkroczyć bezpośrednio w życie, chce dzia­

łać w życiu. I dlatego - gdy zgodnie z podstawowymi założenia­

mi ruchu antropozoficznego konieczne stało się stopniowe prze­

chodzenie do działań artystycznych, społecznych, naukowych, a 

przede wszystkim także do działań pedagogicznych - doszło do 

Towarzystwo wraz z liczną grupą osób, które zaraz potem założyły Towarzystwo 
Antropozoficzne. Towarzystwo Teozoficzne działa do dziś. (przyp. tłum.) 

6

 Zob. „Denkschrift über die Abtrennung der Anthroposophischen Gesellschaft 

von der Theosophischen Gesellschaft" w: Mitteilungen für die Mitglieder der An­
throposophischen Gesellschaft (Theosophischen Gesellschaft), red. M. Scholl, 
Kolonia, czerwiec 1913, No III. 

7

 R. Steiner nawiązuje tu do propagowanego wówczas przez Annie Besant i C. W. 

Leadbeathera ponownego przyjścia Chrystusa, który miałby objawić się, jak po­
dawali, przez indyjskiego chłopca Krishnamurtiego. Krishnamurti zdystansował się 
później od tej przypisywanej mu roli. 

15 

background image

wewnętrznego oddzielenia się od Towarzystwa Teozoficznego. 

Nie nastąpiło to od razu; lecz w gruncie rzeczy wszystko, co zda­

rzyło się w obrębie ruchu antropozoficznego po 1912 roku, jest 

dowodem na to, że ruch ten musiał wywalczyć sobie samodziel­

ną pozycję w świecie jako ruch nierozerwalnie związany z życiem 

praktycznym. 

Pierwszy ważny sygnał wskazujący, że ścisłe współdziałanie 

z ruchem wyłącznie teozoficznym nie jest możliwe, dostrzegłem 

w 1907 roku, gdy Towarzystwo Teozoficzne zorganizowało kon­

gres w Monachium. Obowiązek ustalenia programu kongresu spo­

czywał wtedy na mnie i na moich przyjaciołach z niemieckiej sek­

cji ruchu teozoficznego. Do tradycyjnych programów, z jakimi 

miało się do czynienia w ruchu teozoficznym, włączyliśmy przed­

stawienie sztuki misteryjnej Edwarda Schurego „Święty dramat 

z Eleusis"

8

. Tym samym dokonaliśmy przejścia od ruchu jedynie 

teoretyczno-religijnego do bardziej wszechstronnego ruchu świa­

towego, który także sztukę musi przyjąć w siebie jako niezbęd­

ny czynnik. 

Stojąc na gruncie antropozoficznym, traktowaliśmy wysta­

wienie dramatu z Eleusis - co się bardzo szybko ujawniło - ja­

ko coś, co ma charakter artystyczny. Natomiast osoby szukające 

w tym ruchu tylko zaspokojenia uczuć religijnych - uczucia te 

mogą być niekiedy bardzo egoistyczne - potraktowały także tę 

pierwszą próbę działań artystycznych jedynie jako materiał do 

interpretacji teoretycznej. Pytano przeto: Co znaczy ta postać dra­

matu? Co znaczy tamta postać? I ostatecznie sprowadzano cały 

dramat - cieszono się, gdy można było to zrobić - do pewnego 

rodzaju czystej terminologii. 

Ale ruch, który rozwija się w sposób tak jednostronny, że nie 

może przyjąć w siebie całego praktycznego życia, i który obejmu-

8

 Edward Schure, 1841-1929. Święty dramat z Eleusis z prologiem „Porwanie Pro-

zerpiny", przetłumaczony przez Marię Steiner-von Sivers, zaadaptowany z użyciem 
swobodnego rytmu przez R. Steinera; wydany w Dornach w 1939 roku. 

16 

je [tylko] scharakteryzowany obszar, musi z konieczności, sam 

z siebie, stać się ruchem sekciarskim, musi stać się sektą. Nato­

miast ruch antropozoficzny od początku nie miał w sobie predy­

spozycji do stania się ruchem sekciarskim, ponieważ w swoich 

założeniach ma to wszystko, co musi prowadzić do czegoś prze­

ciwnego. W swych założeniach ma to wszystko, co musi go kształ­

tować jako ruch w pełni ogólnoludzki i bezpośrednio związany 

z życiem praktycznym. I w zasadzie to, co nastąpiło teraz w dru­

giej fazie ruchu antropozoficznego, którą chcę nazwać wchodze­

niem w sztukę, było wydobyciem się z sekciarstwa. 

Potem stopniowo doszło do tego, że większa liczba przyłą­

czających się zwolenników odczuła potrzebę także „zobaczenia" 

tego, co jako filozofię, jako kosmologię, jako treści religijne ujmo­

wano jedynie myślą. To zaś, o ile ma ostatecznie przyjąć zado­

walającą postać, może dokonać się tylko w sposób artystyczny. 

I tak stanąłem wtedy wobec konieczności wyrażenia w swoich 

dramatach misteryjnych

9

 - w sposób artystyczny, najpierw poe­

tycko - tego, o czym dotychczas w obrębie takich ruchów zwykło 

się słuchać właściwie tylko teoretycznie. 

Tych dramatów misteryjnych nie powinno się interpretować 

w sposób abstrakcyjno-teoretyczny. Wymagają one bezpośrednie­

go, artystycznego sposobu oglądania. I żeby ów bezpośredni, arty­

styczny sposób oglądania pielęgnować wśród naszych antropozo-

fów, wystawiano te misteria w Monachium, w latach 1910-1913, 

w scenerii zwykłych teatrów. To wszystko wywołało potrzebę 

zbudowania własnego domu dla ruchu antropozoficznego. A różne 

okoliczności, które wtedy pokazały, że wybudowanie tego domu 

w Monachium nie będzie możliwe, doprowadziły nas ostatecznie 

tutaj, na wzgórze w Domach, gdzie powstało Goetheanum, by sto­

pniowo stać się odpowiednią siedzibą ruchu antropozoficznego. 

" Dramaty misteryjne, R. Steiner: „Die Pforte der Einweihung" (Wrota wtajemni­

czenia) wystawiony po raz pierwszy w 1910 roku; „Die Prüfung der Seele" (Próba 
duszy) - rok 1911; „Der Hüter der Schwelle" (Strażnik progu) - 1912; „Der Seelen 
Erwachen" (Przebudzenie dusz) - 1913. Wydane w GA 14. [Dotychczas dramaty te 
nie zostały wydane w języku polskim.] 

17 

background image

Ale właśnie przy tym okazało się, że ten ruch antropozofi-

czny, zgodnie z całym jego założeniem, musi być pojmowany ja­

ko coś ogólnoludzkiego i że takim też trzeba chcieć go uczynić. 

Co by się działo, gdyby jakiś inny, teoretyczno-religijny ruch był 

zmuszony do wybudowania sobie własnego domu? Ruch ten - w 

takiej sytuacji nie dałoby się przecież tego niestety uniknąć - naj­

pierw zebrałby oczywiście pieniądze wśród swoich przyjaciół, 

potem zwrócono by się do budowniczego, który postawiłby bu­

dynek w stylu antycznym czy renesansowym, gotyckim czy baro­

kowym bądź też innym tego rodzaju stylu tradycyjnym. 

Takie postępowanie w momencie, gdy ruch antropozoficzny 

miał tyle szczęścia, że doszedł do własnego domu, jawiło mi się 

jako coś całkowicie niemożliwego [do zaakceptowania]. To bo­

wiem, co wewnętrznie i organicznie jest pełne życia, nigdy nie 

składa się z dwóch, czy z większej ilości, niejednorodnych ka­

wałków. Cóż wspólnego miałoby słowo, które z ducha antropo-

zofii wypowiadane byłoby w budynku barokowym, antycznym 

czy renesansowym, z formami, jakie zewsząd otaczałyby wtedy 

człowieka? Ruch teoretyczny potrafi wypowiadać się właśnie 

jedynie przez idee, przez abstrakcje. Ruch pełen życia wnika 

charakterystycznymi dla siebie impulsami we wszystkie obszary 

życia. I to, czym jest antropozofia jako praktyka obejmująca ży­

cie, sferę duszy i sferę ducha, wymaga, żeby wychodząca ku 

człowiekowi forma, tworząca [architektoniczną] obudowę, żeby 

jaśniejące ku niemu ze ścian malarstwo, żeby wychodzące mu 

naprzeciw kolumny, żeby wszystkie te formy i kolory mówiły tą 

samą mową która rozbrzmiewa w wyrażanych teoretycznie ide­

ach, w abstrakcyjnych myślach. Każdy taki zdolny do życia ruch, 

który pojawił się na świecie, był w taki właśnie sposób wszech­

stronny. Antyczny styl budowy nie jest czymś obcym w stosunku 

do kultury antycznej. Wyrósł z tego, co było zarówno teorią jak 

i praktyką życiową. Tak samo renesans, a szczególnie na przykład 

gotyk, także barok. 

Jeśli antropozofia nie miała pozostać czymś sekciarskim, 

czymś teoretycznym, musiała dojść do własnego stylu architekto­

nicznego, [w ogóle] do własnego stylu artystycznego. Ten styl ar-

18 

chitektoniczny, styl artystyczny - jak już mówiłem - może dzisiaj 

wydać się komuś jeszcze niedostateczny czy wręcz paradoksalny, 

lecz pozostaje faktem, że antropozofia, zgodnie ze wszystkimi 

swoimi predyspozycjami, nie mogła postąpić inaczej, niż stwo­

rzyć sobie swoją własną charakterystyczną dla siebie obudowę. 

Pozwolą państwo, że użyję porównania, które pozornie jest try­

wialne, lecz wyraża istotę rzeczy. Proszę sobie wyobrazić orzech. 

Mają państwo jądro orzecha, mają państwo łupinę. Nie jest mo­

żliwe, żeby przy organicznym tworzeniu się orzecha łupina po­

wstała w wyniku działania innych sił niż te, z których wyłoniło 

się jądro. Te same siły, które tworzą jądro, tworzą też łupinę, po­

nieważ łupina i jądro stanowią całość. Gdyby antropozoficzny 

impuls działania został obudowany, osłonięty obcym stylem ar­

chitektonicznym, to byłoby właśnie tak, jakby orzech pojawił się 

w obcej łupinie. To, co ma charakter organiczny, a taki charakter 

ma antropozoficzny sposób widzenia, tworzy i jądro, i łupinę, a je­

dno i drugie niesie ten sam przekaz. Tak też miało się stać i tutaj. 

Antropozoficzny impuls działania musiał wpłynąć bezpośrednio, 

ale nie w symbolikę, nie w alegorię, lecz w bezpośrednie twór­

cze działanie artystyczne. Gdy wypowiada się tutaj myśli, to nie 

powinny one mieć innego stylu niż ten, który jako styl architek­

toniczny, jako styl artystyczny obecny jest w Goetheanum. Tak oto 

ruch antropozoficzny, niejako sam z siebie, włączył się w nurt dą­

żeń artystycznych. 

Było to dość trudne, ponieważ tendencje sekciarskie silnie 

dają znać o sobie właśnie dzisiaj, właśnie w pragnącym religij­

nych wyjaśnień sercu ludzkim. Właśnie u osób szczerze i z odda­

niem szukających w scharakteryzowany sposób zaspokojenia 

pragnień swej duszy rzadziej może znajduje się ową wewnętrzną 

wolność i otwartość duszy, dla której czymś samo przez się zro­

zumiałym jest szukanie przejścia od tego, ku czemu dusza dąży 

dla religijnego zaspokojenia, do zewnętrznego, także artystycz­

nego, przejawienia się tego, co duchowe, i tego, co duszne. Ale 

ruch antropozoficzny nie kieruje się sympatiami i antypatiami 

tych czy innych ludzi - ruch antropozoficzny może kierować się 

jedynie tym, co leży w jego własnych założeniach, które przecież 

19 

background image

są ściśle związane z potrzebami i tęsknotami ducha czasu, czemu 

także przyjrzymy się bliżej w następnych dniach. 

I tak zabraliśmy się do wprowadzania antropozofii w ten 

obszar praktycznego działania, który zrazu był dla nas dostępny. 

W czasach, gdy nasza praca wkraczała w obszar sztuki, nieraz 

w kręgu zwolenników ruchu antropozoficznego wypowiadałem 

paradoksalne słowa. Mówiłem: „Antropozofia dąży do praktycz­

nego działania w każdej dziedzinie. Dzisiaj na razie nie pozwala 

się nam wejść w świat z działaniem naprawdę praktycznym - do­

stępne są jedynie te dziedziny, które przedstawiają świat, na sce­

nie lub co najwyżej w sztuce, chociaż tam także zamyka się wiele 

drzwi". Mówiłem jednak: „Wychodząc z ducha antropozofii, naj­

chętniej zakładałbym banki". Mogło to brzmieć paradoksalnie; na 

swój paradoksalny sposób miało to tylko wskazywać, że antro­

pozofia, tak jak ją postrzegałem, nie powinna być teoretycznym 

czy jednostronnie religijnym ruchem sekciarskim, lecz powinna, 

i w moim przekonaniu także może, wnikać swym zapładniającym 

oddziaływaniem we wszystkie obszary życia. 

W ten sposób dochodzimy do tego czasu, który z powszech­

nego, katastrofalnego chaosu panującego wśród ludzi wydobył 

zupełnie szczególne potrzeby współczesnej ludzkości. Docho­

dzimy do straszliwej katastrofy wojennej. W 1913, we wrześniu, 

położyliśmy kamień węgielny pod tę budowlę. W 1914 zajęci by­

liśmy początkowym stadium budowy, kiedy na ludzkość spadła 

katastrofa wojenna. W związku z tym chcę tylko powiedzieć, że 

w czasie, gdy Europę rozrywały dążenia narodowe, które miały ze 

sobą niewiele - i coraz mniej - punktów styczności, w tym czasie 

tutaj, w Dornach, podczas całej wojny, udało się nam stworzyć 

miejsce, w którym ludzie ze wszystkich narodów mogli spotkać 

się, a także w ogromnej mierze naprawdę jednoczyć się, by pra­

cować razem w pokoju i w duchu

10

. Było to coś, co z pewnego 

punktu widzenia mogło napawać głębokim zadowoleniem: że 

tutaj, w Goetheanum, było miejsce, w którym - gdy gdzie indziej 

1U

 Przy budowie pierwszego Goetheanum, w latach  1 9 1 3 - 1 9 1 8 , pracowali także 

Polacy. Wśród nich najwybitniejszą postacią była lwowska rzeźbiarka i malarka 

20 

narody rozszarpywały się i wykrwawiały - spotykali się zwolen­

nicy ze wszystkich narodów europejskich, żeby prowadzić poko­

jową przenikniętą duchem wspólną pracę. I tak opisałem państwu 

drugą fazę naszego ruchu antropozoficznego. 

Podczas wojny zewnętrzne działanie ruchu antropozoficznego 

było pod wieloma względami sparaliżowane. W obrębie samego 

ruchu starano się jednak dokonać tyle, ile było można. Całkiem 

pominąwszy jednak te wydarzenia zewnętrzne, przez cały czas 

wojny można było obserwować, jak w szerokich kręgach społe­

cznych rosła potrzeba takiego poznania, jakie, w moim przekona­

niu, może dać antropozofia. I można powiedzieć, że po tym, jak 

w 1918 katastrofa wojenna została zrazu zakończona zewnętrz­

nie, zainteresowanie takim ruchem, jakim chce być ruch antro-

pozoficzny, wzrosło w nieograniczonej mierze. Potem zaś, gdy 

nadeszła jesień 1918 i początek 1919, przyszła do mnie najpierw 

grupa przyjaciół z Niemiec", zwłaszcza ze Stuttgartu, i dążenia 

tych przyjaciół zainicjowały w zasadzie trzecią fazę naszego ru­

chu antropozoficznego. Bowiem dążenia te niejako wezwały ruch 

antropozoficzny do tego, żeby swoimi impulsami wniknął on te­

raz także, w najszerszym zakresie, w życie społeczne ludzkości. 

Do innego obszaru niż Niemcy, a zwłaszcza Niemcy połu­

dniowe, Wirtembergia, ruch antropozoficzny nie miał w tym cza­

sie dostępu. Istniała jednak wola, by działać na takim obszarze, 

na jakim było to możliwe. I działanie to, wkraczając na obszar 

społeczny, nabrało naturalnie pewnego zabarwienia pod wpływem 

tego, co właśnie tam, w południowych Niemczech, wywierało wte­

dy decydujący wpływ. A tym, co wywierało decydujący wpływ, 

był właściwie chaos społeczny. Można wręcz powiedzieć, że nad 

Luna Drexler, której dr Steiner powierzył kierowanie grupą rzeźbiarzy w drewnie. 
Przy szlifowaniu okien pracowali polscy malarze Jadwiga i Franciszek Siedleccy, 
(przyp. tłum.) 

11

 Byli to panowie: E. Molt, dr R. Boss i Kiihn. Zob. wykład z 15 lutego 1919 

w Die soziale Frage ais BewuJJtseinsfrage, GA 189. 

21 

background image

Europą Środkową zaciążyła wtedy nieopisana bieda, także w wy­

miarze fizyczno-materialnym. Lecz dla kogoś, kto potrafi obser­

wować takie rzeczy bez uprzedzeń, nawet ta bezgranicznie wielka, 

fizyczno-materialna bieda była właściwie mała wobec ubóstwa 

duszy Owo ubóstwo duszy sprawiło także, że właśnie w działa­

niach społecznych zapanował na tym obszarze pewnego rodzaju 

chaos. Czuło się, że w odniesieniu do życia społecznego ludz­

kość stanęła wobec najbardziej pierwotnych kwestii dotyczących 

jej rozwoju. Pytania, które kiedyś postawił Rousseau

12

, pytania, 

które potem przybrały zewnętrzny kształt w czasie Rewolucji Frari-; 

cuskiej, nie dotykały tak silnie najbardziej pierwotnych, najbar­

dziej elementarnych tęsknot i potrzeb, jak owe pytania, istniejące 

w 1919 roku na obszarze, na którym właśnie mieliśmy działać. 

Wszystko, co od stuleci konstytuowało ukształtowany z róż­

nych mniejszych społeczności organizm społeczny zostało zakwe­

stionowane. I z tego nastroju zrodziła się zarówno moja krótka 

„Odezwa do narodu niemieckiego i do świata kultury"

13

 o trój-

członowości organizmu społecznego, jak i moja książka „Sedno 

kwestii społecznej"

14

; i z tego nastroju zrodziły się potem wszy­

stkie te działania, które zostały podjęte, zrazu w Niemczech po­

łudniowych, na rzecz kwestii społecznej. Wówczas było w za­

sadzie konieczne, ale niesamowicie trudne, nawiązanie do ele­

mentarnych tęsknot ludzkiego serca. Fizyczna i psychiczna bieda 

zmuszała ludzi do abstrakcyjnego poszukiwania czegoś wyższe-

J/

 Jean Jacques Rousseau, 1712-1778, francuski pisarz i filozof, jego dzieło Du 

contrat social, ouprincipes du droit politique miało decydujący wpływ na Rewo­
lucję Francuską. 

13

 „Odezwa do narodu niemieckiego i do świata kultury" została napisana i odczy­

tana przez R. Steinera w lutym 1919 roku, a następnie wydrukowana jako ulotka 
w marcu 1919 r. Znaleźć ją można w tomie Aufsätze über die Dreigliederung des 

sozialen Organismus und zur Zeitlage 1915-1921, GA 24. 

14

 R. Steiner, Die Kernpunkte der sozialen Frage in den Lebensnotwendigkeit der 

Gegenwart und Zukunft, GA 23. [Pierwsze polskie wydanie ukazało się staraniem 

Polskiego Towarzystwa Antropozoficznego w Warszawie w 1938 roku. Współcze­
sny przekład niektórych rozdziałów można znaleźć w Informatorze Towarzystwa 
Antropozoficznego w Polsce, nr 47-50.] 

22 

go, a ze względu na charakter czasu nie byli oni do tego zdolni. 

I niejednokrotnie na zakończenie tego czy innego mojego wy­

stąpienia słyszałem: „Może to wszystko i piękne, ale zajmuje się 

tym, jak w przyszłości powinny wyglądać stosunki międzyludz­

kie; w ostatnich latach tak często stawaliśmy w obliczu śmierci, że 

myślenie o przyszłości stało się nam obojętne. Dlaczego teraz 

mielibyśmy interesować się przyszłością bardziej, niż mogliśmy 

się nią interesować wtedy, gdy w nasze ciała były wycelowane 

armaty!"

1 5

. Tak mniej więcej ciągle opisywano wynikły z biedy 

i z [wewnętrznego] ubóstwa brak zainteresowania tym, co w roz­

woju ludzkości jest w najwyższym stopniu konieczne. 

Z tego, co wtedy poruszało serca i dusze moich przyjaciół, 

powstało coś, co chcę tu nazwać specjalnym obszarem działania 

społecznego. Powstało, gdy powiedziano sobie: „Być może, dla 

przyszłości można pracować w efektywny sposób tylko wtedy, 

gdy człowiek skieruje się ku młodzieży, ku dzieciom". I nasz przy­

jaciel ze Stuttgartu, Emil Molt

1 6

, który sam jest przemysłowcem 

i przedsiębiorcą stanął w służbie takiego właśnie impulsu woli. 

Założył on w Stuttgarcie, zrazu dla dzieci [pracowników] swojej 

fabryki Waldorf-Astoria, Szkołę Waldorfską a mnie powierzo­

no pokierowanie całym tym przedsięwzięciem przede wszystkim 

od strony pedagogiczno-dydaktycznej. 

W czasach poprzedzających katastrofę wojenną podejmowa­

no wiele różnych inicjatyw wychowawczo-pedagogicznych. Tu­

taj jednak nie chodziło o założenie wiejskich domów wychowa­

nia

1 7

 ani jakichś szkół o specjalnym charakterze wynikającym 

z oczekiwań konkretnych stronnictw, tutaj chodziło o coś, co nale­

ży do całokształtu społecznych dążeń ludzkości. W najbliższych 

dniach będziemy mówić o tych wszystkich podstawach pedagogiki 

15

 W tych wykładach nie ma cytatów w ścisłym znaczeniu tego słowa poza, ewen­

tualnie, przytaczanymi własnymi wypowiedziami dr. Steinera. Mimo to czasem uży­
wam cudzysłowu dla większej przejrzystości tekstu, (przyp. tłum.) 

16

 Emil Molt, 1876-1936, radca handlowy, właściciel fabryki papierosów Waldorf-

Astoria w Stuttgarcie. W 1919 roku założył w Stuttgarcie Wolną Szkołę Waldorfską. 

17

 Landeserziehungsheimen - dr Steiner nawiązuje do „wiejskich domów wycho­

wania" zakładanych od 1898 roku przez Hermana Lietza (1868-1919), a później 

23 

background image

Szkoły Waldorfskiej. Teraz chcę powiedzieć tylko tyle, że antro-

pozofia także na tym polu, tak jak i wszędzie poza nim, musiała 

liczyć się z rzeczywistością, z pełną rzeczywistością. Nie mogliś­

my założyć wiejskiego domu wychowania - gdzieś poza miastem, 

wśród pięknej, dzikiej przyrody leśnej - w którym można robić, 

co się komu podoba; mieliśmy zrazu określone, całkiem konkret­

ne warunki. Mieliśmy dzieci z małego miasta, musieliśmy zało­

żyć szkołę w małym mieście; to, co za sprawą tej szkoły winno się 

osiągnąć (także, być może, odnośnie do społecznie najważniej­

szych celów), mogliśmy osiągnąć jedynie na bazie czysto peda-

gogiczno-dydaktycznej - na to byliśmy zdani. Nie mogliśmy wy­

brać sobie ani lokalizacji, ani uczniów - na przykład ze względu 

na status społeczny czy klasę. Mieliśmy ściśle określone warunki 

i musieliśmy tak postępować, żeby to, co mogliśmy uczynić, czy­

nić z ducha. Tak oto, jako całkowicie nieodzowna konsekwen­

cja ruchu antropozoficznego, powstało jego działanie na obszarze 

pedagogiczno-dydaktycznym. Działaniem tym mamy się inten­

sywnie zająć w następnych dniach. 

Szkoła Waldorfska w Stuttgarcie - która już dawno nie jest 

tym, czym była na początku, czyli placówką szkolną dla dzieci 

[pracowników] fabryki papierosów Waldorf-Astoria - szybko stała 

się szkołą dla wszystkich warstw społecznych i dziś już ze wszy­

stkich stron przychodzą prośby o umieszczenie dzieci w tej szko­

le. Zakładając ją, mieliśmy 140 dzieci, teraz ich liczba wzrosła do 

600, a zgłoszeń napływa ciągle coraz więcej. W ostatnich dniach 

musieliśmy położyć kamień węgielny pod nowy budynek szkolny 

i mamy nadzieję, że pomimo wszelkich trudności, jakie dzisiaj sta­

ją na drodze takim właśnie działaniom, będziemy jednak potra­

fili stworzyć szkole możliwość rozwoju. 

Muszę jednak podkreślić z naciskiem, że sedno tej szkoły 

stanowi pedagogika i dydaktyka, dopasowanie tej pedagogiki i dy­

daktyki do tego, co naprawdę istnieje w życiu, trzymanie się w ży­

ciu bezpośredniego, praktycznego działania. Gdy można wybrać 

przez jego współpracowników. (Za: Michał Głażewski, O witalności szkoły, WSP, 
Zielona Góra 1996). (przyp. tłum.) 

2 4 

sobie klasę społeczną, z której bierze się uczniów, gdy można wy­

brać sobie lokalizację szkoły, wtedy łatwo jest za jej pomocą prze­

prowadzić jakąś pozorną czy może nawet prawdziwą reformę 

szkolną. Gdy jednak podstawą założenia i prowadzenia takiej 

szkoły mają być zasady czysto pedagogiczno-dydaktyczne, to 

człowiek staje wobec zadań związanych znowu z najgłębszymi 

impulsami dotyczącymi wszystkich ludzi. 

Tym samym nasz ruch antropozoficzny rozszerzył się, w swej 

trzeciej fazie, na obszar społeczny i pedagogiczny. I właśnie ze 

względu na ten ostatni obszar przybyli państwo tutaj; będziemy 

się nim intensywnie zajmować przez następne dni. Proces budo­

wania w zewnętrznej rzeczywistości ńa tym, co od samego po­

czątku, dzięki założeniom ruchu antropozoficznego, stanowiło 

fundament tego ruchu, faktycznie dopiero się rozpoczął. 

Do wydarzeń, jakie potem nastąpiły, należy i to, że w ostat­

nich latach znalazło się wielu ludzi z wykształceniem naukowym 

i z naukowymi dążeniami, którzy zdali sobie sprawę, że ruch 

antropozoficzny może zapłodnić także czysto naukowe życie 

czasów nowożytnych. Znaleźli się lekarze-klinicyści, którzy byli 

przeświadczeni o tym, że nauki przyrodnicze, trzymające się je­

dynie zewnętrznych obserwacji i zewnętrznych eksperymentów, 

nie są w stanie całościowo ogarnąć i pojąć zdrowego i chorego 

organizmu ludzkiego. Znaleźli się lekarze-praktycy, którzy [także] 

w ten sposób głęboko odczuwali owe wymagające przezwycięże­

nia granice obowiązującej dzisiaj medycyny, a przede wszystkim 

głęboko odczuwali ową istniejącą dzisiaj w oficjalnie uznawanej 

medycynie przepaść między patologią a terapią. Patologia i terapia 

stoją dzisiaj obok siebie tak, jakby nie były ze sobą związane. 

Antropozofia - która dążąc do poznania, posługuje się nie samym 

zewnętrznym eksperymentem, obserwowaniem i szukającym lo­

gicznych związków intelektem, lecz takimi środkami, które przed­

stawię w następnych dniach - rozpatruje człowieka z punktu wi­

dzenia ciała, duszy i ducha i potrafi uchwycić żywe przejawianie 

się ducha, a nie tylko abstrakcyjne (jako sumę myśli), jak to się 

zazwyczaj czyni w czasach nowożytnych. Dzięki temu antropozo­

fia mogła wyjść naprzeciw dążeniom właśnie takich ludzi, którzy 

25 

background image

działając na przykład w medycynie, pilnie szukają dzisiaj impul­

sów zdolnych zapłodnić tę dziedzinę. I tak doszło do tego, że dla 

lekarzy akademickich i lekarzy prowadzących praktykę wygłosi­

łem tutaj, w Dornach, dwa cykle wykładów o tym, co antropo-

zofia jest w stanie zrobić dla patologii i terapii

18

. Zarówno tutaj 

w Domach - obok w Arlesheim - jak i w Stuttgarcie powstały 

instytuty medyczno-terapeutyczne, stosujące własne środki lecz­

nicze, a przede wszystkim starające się, żeby w praktyce zaowo­

cowało to, co antropozofia może wnieść w leczenie człowieka, 

w jego zdrowie i chorobę. 

Także inne dyscypliny naukowe poszukiwały zapładniające-

go impulsu antropozofii. Trzeba było prowadzić kursy z zakresu 

fizyki, z zakresu astronomii

19

. Wychodząc od antropozofii, trze­

ba było w odniesieniu do najróżniejszych dziedzin nauki dokonać 

tego, czego można dokonać dla dzisiejszej nauki, biorąc za pod­

stawę prawdziwe poznanie duchowe. 

Tę trzecią fazę ruchu antropozoficznego charakteryzuje wła­

śnie to, że tam, gdzie żąda się ściśle naukowego uzasadnienia, 

stopniowo odkrywa się - pomimo że dzisiaj jest to jeszcze często 

kwestionowane - że pielęgnowana tutaj nauka duchowa może 

spełnić każde takie wymaganie, że antropozofia, o której tu mowa, 

potrafi pracować całkowicie ściśle i w pełnej zgodzie z każdym 

wymaganiem naukowym. Pojmując to coraz lepiej, zrozumie się, 

jakie możliwości niósł w sobie ruch antropozoficzny właściwie 

od samego początku, przynajmniej od dwudziestu lat. 

To, że antropozofia może zapłodnić najprzeróżniejsze dzie­

dziny, widać także w tym, że potrafiliśmy zainicjować szczególną 

18

 Geisteswissenschaft und Medizin, dwadzieścia wykładów (Domach, 21 marca 

- 9 kwietnia 1920), GA 312; Geistesswischenschaftliche Gesichtspunkte zur The­
rapie,
 osiem wykładów (Dornach,  8 - 1 1 kwietnia 1921), GA 313. 

19

 Geisteswissenschaftliche Impulse zur Entwicklung der Physik, pierwszy i drugi 

kurs z zakresu nauk przyrodniczych, dziesięć i czternaście wykładów wygłoszonych 
w Stuttgarcie (23 grudnia 1919-3 stycznia 1920 i 1-14 marca 1920), GA 320 i GA 
321; Das Verhältnis der verschiedenen naturwissenschaftlichen Gebiete zur Astro­
nomie,
 osiemnaście wykładów wygłoszonych w Stuttgarcie (1-18 stycznia 1921), 
GA 323. 

26 

sztukę ruchu - eurytmię - sztukę, która swoim środkiem wyrazu, 

swoim instrumentem uczyniła samego człowieka i przez to właś­

nie stara się dojść do efektywnego, sobie właściwego oddziaływa­

nia. - Także w innych dziedzinach, na przykład w sztuce recyta­

cji i deklamacji, staramy się działać zapładniająco dzięki temu, 

co mamy prawo nazwać nie antropozoficzną teorią, lecz antropo-

zoficznym życiem - będę jeszcze o tym mówił w ciągu następ­

nych dni. 

Zatem ta ostatnia faza ruchu antropozoficznego, wkraczają­

ca w pedagogikę, w medycynę, w sztukę, chyba jednak przedsta­

wia to, co jest najbardziej charakterystyczne dla antropozofii. An­

tropozofia znalazła zwolenników; znalazła przeciwników, zacie­

kłych przeciwników; ale przecież obecnie weszła w to stadium 

swego działania, do którego musi w istocie dążyć. Toteż sprawiło 

mi prawdziwą satysfakcję, że w czasie mojego pobytu w Chris-

tianii

2 0

, od 23 listopada do 4 grudnia tego roku, można było 

mówić o życiu antropozoficznym w kręgach związanych z peda­

gogiką, w kręgach związanych z ekonomią państwową, w kręgu 

norweskich studentów, a także w najszerszych kręgach, takich krę­

gach, które na wskroś przenika wola przyjęcia nie samej teorii, 

czegoś religijno-sekciarskiego, lecz przyjęcie tego, co z bezpośre­

dniego ducha naszych czasów pragnie się dzisiaj objawić w świe­

cie jako wielkie wyzwanie dla ludzkości. 

W rozwoju ruchu antropozoficznego widzimy te trzy fazy. 

Kiedy krótko je państwu naszkicowałem, moi szanowni słuchacze, 

to zrazu, być może, jedynie bardziej szczegółowo ponazywałem 

różne rzeczy związane z ruchem antropozoficznym. Ale właśnie 

to chciałem uczynić. Dzisiaj chciałem najpierw w ogólnym za­

rysie przedstawić państwu ruch antropozoficzny, to znaczy wy­

mienić państwu te nazwy, a od jutra pozwolę sobie przejść do 

naszego właściwego tematu. - Ruch antropozoficzny jako taki, 

zwłaszcza zaś [ten ruch razem] z jego pedagogiczno-dydaktyczny-

mi następstwami, chciał dzisiaj jako pierwszy przywitać państwa, 

ciesząc się z głębi duszy z państwa przyjazdu. 

Dawna nazwa Oslo (do 1924 roku), (przyp. tłum.) 

27 

background image

Wykład II 

Domach, 24 grudnia 1921 

Sztuka wychowania i nauczania, o jakiej będzie mowa w tych 

wykładach, opiera się całkowicie na poznaniu człowieka, na wie­

dzy o człowieku. Dogłębne poznanie człowieka może jednak po­

wstać tylko wtedy, gdy wychodzi się z wszechstronnego poznania 

świata, ponieważ człowiek - z wszystkimi swoimi uzdolnienia­

mi, wszystkimi siłami, jakie w sobie nosi - jest zakorzeniony, 

ogólnie biorąc, w świecie; w gruncie rzeczy prawdziwe pozna­

nie człowieka może wywodzić się tylko z poznania świata. Dla­

tego też zawsze będzie się mówić, że dana epoka ma w sprawach 

wychowania i nauczania takie poglądy i idee, jakie wyłaniają się 

z jej wiedzy o świecie. Dlatego też tylko wtedy będzie można we 

właściwy sposób ocenić to, co obecnie trzeba mówić o wychowa­

niu i nauczaniu, gdy środki i metody stosowane we współczes­

nym wychowaniu i nauczaniu zbada się w świetle współczesnej 

ogólnej wiedzy o świecie. I tu ważne staje się skierowanie wzro­

ku na pewnego reprezentanta współczesnych idei, na człowieka, 

który jest całkowicie zanurzony w takim życiu wyobrażeniowym, 

w takim poglądzie na świat, jaki ukształtował się w ciągu ostat­

nich stuleci, jaki w obecnych czasach ludzkość przyjęła za swój 

własny. Nie ulega przecież najmniejszej wątpliwości, że ludzkość, 

aż po obecne czasy, była nadzwyczaj dumna - i w większości 

jeszcze dzisiaj jest dumna - z tego, co pod wpływem intelektua-

lizmu, jeśli możemy użyć tego określenia, wyłoniło się w okresie 

nowożytnym. 

Wykształcona część ludzkości, choć nie zawsze chce to przyz­

nać, jest w gruncie rzeczy całkowicie zdominowana przez intelekt. 

Wszystko na świecie rozpatruje przy użyciu owego instrumentu, 

jakim jest intelekt. I właśnie skierowanie spojrzenia na nazwis­

ka, jakie się nasuwają, gdy mówi się o początkach nowożyt­

nego sposobu myślenia, prowadzi do ludzi, którzy dzięki wierze 

w intelekt stworzyli podstawy nowożytnej filozofii i nowożytnego 

28 

spojrzenia na życie. Prowadzi do takich postaci jak Galileusz, 

Kopernik, Giordano Bruno

1

 i inne i w ten sposób dochodzi się 

do wyobrażeń, o których dzisiaj, i to często, mniema się, że żyją 

one jedynie w kręgach naukowych; nie jest to jednak mniema­

nie słuszne. 

Ten, kto dzisiaj potrafi naprawdę bezstronnie obserwować, 

jakie impulsy, wywierające decydujący wpływ na życie, istnieją 

w najszerszych kręgach społecznych, wszędzie odnajdzie w nich 

nutę myślenia naukowo-przyrodniczego; a z kolei w myśleniu 

naukowo-przyrodniczym żyje przecież intelektualizm. - Uważa 

się, że w odniesieniu do wyobrażeń i impulsów moralnych, w od­

niesieniu do idei i uczuć religijnych człowiek może być niezależ­

ny od tego, co myśli i odczuwa w sposób naukowo-przyrodniczy. 

Bardzo szybko okazuje się jednak, że człowiek, gdy tak po pro­

stu zdaje się dzisiaj na to, co za pośrednictwem wszystkich ga­

zet i popularnych publikacji płynie od ludzi wykształconych do 

szerokich kręgów społecznych, gdy obcuje z tym wszystkim, po­

zostaje pod wpływem wyobrażeń tak nastrojonych, że ciągle pod­

chwytują one dźwięk struny nastrojonej w sposób naukowo-przy­

rodniczy. 

Kto nie potrafi pojąć, że współczesny człowiek zasiada ran­

kiem do śniadania z wyobrażeniami naukowo-przyrodniczymi, 

a wieczorem kładzie się z nimi spać, że kierując się wyobrażenia­

mi naukowo-przyrodniczymi, prowadzi interesy, że kieruje się 

nimi, wychowując swoje dzieci, ten nie rozumie życia, ponieważ 

wierzy, że porusza się w życiu zupełnie niezależnie od myślenia 

naukowo-przyrodniczego. Tak jednak nie jest. Nawet do kościo­

ła idziemy z wyobrażeniami naukowo-przyrodniczymi i gdy z am­

bony głoszone są najstarsze, najbardziej konserwatywne poglądy, 

słuchamy ich naukowo-przyrodniczo nastrojonym uchem. Ale 

nauki przyrodnicze nie mogą żyć bez intelektuąlizmu. 

Wprawdzie nauki przyrodnicze podkreślają przy każdej oka­

zji, że wszystko budują na obserwacji, na eksperymencie i na 

1

 Galileusz, 1564-1642; Mikołaj Kopernik, 1473-1543; Giordano Bruno, 1548-

1600. 

29 

background image

doświadczeniu zdobytym w świecie zewnętrznym. Jednak instru­

ment duszny, jakim człowiek się posługuje, kierując teleskop ku 

gwiazdom, instrument, jakim się posługuje, przeprowadzając w la­

boratorium doświadczenia chemiczne czy fizyczne, ten instrument 

jest właśnie intelektualistycznym narzędziem duszy ludzkiej. I to, 

jak człowiek podchodzi do całej Natury, wynika z jego intelektu. 

Sprawy zatem przedstawiają się tak, że właśnie w najnow­

szych czasach społeczność wykształconego świata zachodniego 

jest ogromnie zachwycona wszystkimi wynikami, jakie za sprawą 

intelektualizmu stały się własnością całej cywilizacji. Nauczono 

się teraz myśleć tak: „Wcześniejsze epoki rozwoju ludzkości 

były bardziej czy mniej nieinteligentne, oddawały się dziecinnym 

wyobrażeniom o świecie. Teraz doszliśmy do inteligentnego poj­

mowania świata". I doszło do tego, że uważa się, iż jedynie to in­

teligentne pojmowanie świata opiera się na mocnych podstawach. 

Człowiek popadł w pełne lęku przekonanie, że porzucając grunt 

intelektualizmu, wchodzi w fantazje

2

Ten, kto myśli w duchu obecnych czasów - duch ten był rów­

nież duchem ostatnich stuleci - mówi sobie: „Do prawdziwego 

pojmowania życia dochodzę jedynie wtedy, gdy trzymam się in­

telektu; w przeciwnym razie popadam w niebezpieczeństwo odda­

nia się jakimś fantastycznym wyobrażeniom o przyrodzie i życiu". 

Ta idea została już współcześnie powszechnie zaakceptowana; to 

z jednej strony. 

Mamy tu jednak do czynienia z czymś naprawdę godnym 

uwagi. To, co z jednej strony uważa się za najbardziej wartoś­

ciowe, za najbardziej znaczące dla całej nowożytnej cywilizacji, 

' Współcześnie (gdy powszechnie jest już znane pojęcie inteligencji emocjonalnej 

oraz coraz głośniej jest wyrażane przekonanie, że wymiar intelektualny nie jest je­
dynym wymiarem, który warto i należy brać pod uwagę) może się wydawać, że 
dalsze rozważania dr Steinera, oparte na tym poglądzie, straciły już na aktualności. 
Gdy jednak od deklarowanych zapatrywań przejdzie się do praktyki, do rzeczywis­
tości, okazuje się, że intelekt nadal zajmuje niekwestionowaną i uprzywilejowaną 
pozycję. Dobrym tego przykładem jest wprowadzona kilka lat temu reforma 
szkolna stopnia podstawowego i średniego oraz nauka wchodząca do przedszkola, 
(przyp. tłum.) 

30 

staje się z drugiej strony - właśnie w dzisiejszej dobie - proble­

mem, i najczęściej staje się problemem dla tych, którzy poważnie 

traktują wychowanie i sztukę nauczania. Z jednej strony trzeba 

dostrzec, że ludzkość osiągnęła swą wielkość dzięki intelektualiz-

mowi, a z drugiej strony widzi się dzisiaj wychowawcze i oświato­

we rezultaty intelektualizmu i mówi się: „Gdy dzieci wychowuje 

się jedynie intelektualistycznie

3

, marnieją ich uzdolnienia, mar­

nieją ich ludzkie siły". I tęskni się do tego, żeby właśnie w sztuce 

wychowania i nauczania wprowadzić coś innego w miejsce inte­

lektualizmu. Apeluje się do uczuć, do instynktu, apeluje się do 

impulsów moralnych, do impulsów religijnych dziecka. Usilnie 

poszukuje się czegoś, co leży z dala od intelektu. Ale czego po­

trzeba, żeby znaleźć to, czego się tu szuka? Potrzeba właśnie do­

głębnego poznania człowieka, które z kolei może powstać jedy­

nie jako wynik dogłębnego poznania świata. To, jak współczesne 

poznanie świata myśli o wychowaniu, można szczególnie dobrze 

zobaczyć - wspomniałem już o tym na wstępie - przypatrując się 

pewnej reprezentatywnej postaci. Taką reprezentatywną postacią 

gdy rozważy się wszystko, co wchodzi tutaj w rachubę, wydaje się 

Herbert Spencer

4

Wymieniam Herberta Spencera nie dlatego, na przykład, że 

uważam, iż jego poglądy wychowawcze zasługują dziś na szcze­

gólną uwagę pedagogów; wiem, jak wiele można im zarzucić 

i w jak dużym stopniu - z uwagi na to, że sprawiają wrażenie 

3

 W tych wykładach dr Steiner wielokrotnie używa tego określenia. Jeśli intelekt 

potraktujemy bardzo szeroko (jako myślenie, jako tę władzę duszy, którą przeciwsta­
wić można woli, zmysłom, emocjom, uczuciom), to można też mówić o węższym 
obszarze tej sfery, w którym myślenie, wchodząc na poziom teorii, schematów, 
definicji i stając się ściśle logiczne, przyczynowo-skutkowe, odrywa się od pul­
sującej życiem, ciągle zmiennej rzeczywistości. W tym kierunku wskazuje używa­
ne przez dr. Steinera określenie intelektualistyczny.
 W wychowaniu intelektualis-

tyczne jest na przykład uczenie dzieci pojęć i definicji bez żywego zapoznania ich 
ze zjawiskami, procesami, istotami, których te pojęcia i definicje dotyczą, nie mó­
wiąc już o zbyt wczesnym uczeniu ich w ten sposób, (przyp. tłum.) 

4

 Herbert Spencer, 1820-1903, angielski filozof. W dalszych rozważaniach R. Stei­

ner nawiązuje do dzieła H. Spencera Education (1861). 

31 

background image

niefachowych - trzeba je jeszcze rozwinąć. Jednak z drugiej stro­

ny Herbert Spencer jest człowiekiem, który całym swoim życiem 

wyobrażeniowym mocno osadzony jest w tym wszystkim, co 

w ciągu ostatnich stuleci weszło do ogólnej kultury, do ogólnego 

wykształcenia ludzkości. Emerson

5

, mówiąc o reprezentatywnych 

dla rozwoju ludzkości postaciach, wymienił wśród nich Sweden-

borga, Szekspira, Goethego i Dantego. Trzeba jednak powie­

dzieć, że dla czasów współczesnych, dla tego, co współczesność 

czuje, doznaje i myśli, reprezentatywnym człowiekiem jest prze­

de wszystkim właśnie Herbert Spencer. I chociaż myślenie ludzi 

myślących w duchu współczesnej cywilizacji, ma - w zależnoś­

ci od ich narodowości - zabarwienie francuskie, włoskie, rosyj­

skie, to sposób myślenia, jaki odnajdujemy u Herberta Spencera, 

wyrasta ponad takie zabarwienia, staje się reprezentatywne dla 

całej współczesności. Wyniki, do jakich Herbert Spencer doszedł 

w swoich licznych książkach zajmujących się większością dzie­

dzin życia, mają mniej reprezentatywny charakter. Natomiast 

sposób, w jaki Spencer myśli, w niesamowitym stopniu żyje w za­

sadzie we wszystkich współczesnych wykształconych ludziach, 

którzy pozostają pod wpływem nauki i chcą zgodnie z nią kształ­

tować życie. Dlatego komuś, kto stanowisko, jakie dzisiejsi wy­

kształceni ludzie zajmują wobec pedagogiki i dydaktyki, chce 

ocenić nie z wycinkowego, szkolnego punktu widzenia, lecz 

z ogólnoświatowego, sąd Herberta Spencera musi jawić się jako 

szczególnie reprezentatywny. 

U niego wszystko wyrasta przecież z intelektualistycznych 

nauk przyrodniczych. Jakie więc są jego sądy wyrastające z tych 

nauk? Herbert Spencer - który oczywiście skupia uwagę przede 

wszystkim na tym, jak człowiek stopniowo rozwinął się z niż­

szych istot żywych i jak związany jest z nimi teraz, gdy jest już 

w pełni ukształtowany - zadaje sobie pytanie: Czy dzisiaj wycho­

wuje się dzieci i młodzież zgodnie z naukowo-przyrodniczym 

sposobem myślenia? I odpowiada na to pytanie przecząco. 

Ralph Emerson, 1803-1882, amerykański pisarz; Representative Men (1850). 

32 

W swoim eseju o wychowaniu i oświacie Herbert Spencer 

poruszał najważniejsze kwestie dzisiejszej pedagogiki, na przy­

kład: Jaki rodzaj poznania jest najbardziej wartościowy. Porusza 

kwestię kształcenia intelektualnego, kształcenia moralnego, kwe­

stię fizycznego rozwoju człowieka. Ale niejako w centrum tych 

wszystkich rozważań stoi coś, do czego można dojść tylko wtedy, 

gdy jest się, że tak to określę, człowiekiem myślącym w całkowi­

cie współczesny sposób. Spencer mówi: Dzisiaj wychowujemy 

nasze dzieci tak, że uczą się one posługiwać swoim ciałem w od­

powiedni sposób, że potrafią posługiwać się nim w życiu zgodnie 

z jego możliwościami. Wychowujemy ludzi tak, żeby byli dopa­

sowani do wykonywanej pracy, do swojego zawodu. Wychowu­

jemy ich tak, żeby mogli być dobrymi obywatelami. Być może 

wychowujemy ich również, według naszych przekonań, na moral­

nych, religijnych ludzi, ale nie uczymy ich jednego: ich samych 

nie wychowujemy na wychowawców. 

Tego właśnie brakuje dzisiaj Herbertowi Spencerowi we 

wszystkich pedagogikach i dydaktykach - tego, że wychowanie 

w gruncie rzeczy nie rozwija w ludziach umiejętności wychowaw­

czych. Wyraża to, mówiąc: Wychowujemy ludzi tak, żeby mogli 

fizycznie posługiwać się swoim ciałem, żeby mogli dobrze wy­

konywać swój zawód, żeby mogli być ważnym członem w pań­

stwie; ale nie wychowujemy ich na rodziców i wychowawców. 

I teraz, jako prawdziwy myśliciel z nurtu naukowo-przyrod-

niczego, mówi: Tak jak zwieńczeniem zgodnego z naturą rozwoju 

człowieka jest to, że człowiek ma potomstwo, że staje się zdol­

ny do rozrodu, tak zwieńczeniem wychowania powinno być to, że 

człowiek zdobywa umiej ętność właściwego wychowywania i pro­

wadzenia rozwijających się dzieci. - Jest to zupełnie poprawny 

sposób myślenia współczesnego człowieka. 

Ale do jakiego sądu dochodzi Herbert Spencer, gdy kieruje 

wzrok na współczesną praktykę wychowawczą? Wyraża go w dra­

stycznym obrazie; w moim przekonaniu jest to bardzo dobry 

obraz. Spencer mówi: „Mamy wspaniałe postulaty wychowawcze, 

ideały wychowawcze" - te ideały wychowawcze, te postulaty 

wychowawcze, te reguły ocenia on w pełni sprawiedliwie; na 

33 

background image

przykład także Pestalozziego

6

 ocenia sprawiedliwie - ale potem 

nie pyta: „Czy od strony teoretycznej są one piękne, czy wzbu­

dzają sympatię?", lecz: „Jaka jest praktyka wychowawcza, co 

dzieje się w szkole?". I szukając odpowiedzi, dochodzi do dras­

tycznego obrazu. Mówi: Wyobraźmy sobie przyszłego archeolo­

ga, żyjącego za jakieś pięćset, sześćset lat, który z dokumentów, 

z archiwów wydobędzie to, co działo się w naszych czasach - tak 

jak nasi archeolodzy zwykli wydobywać to, co działo się we 

wcześniejszych epokach. Powiedzmy, że temu archeologowi 

wpada w ręce opis dzisiejszej praktyki szkolnej. Zobaczy tam: 

dzieci zapoznają się z językiem, ucząc się gramatyki. Ale to, cze­

go uczą się z gramatyki, wcale się nie przyczynia, to przecież wi­

dać, do sprawnego posługiwania się mową w życiu. A potem 

odkrywa, że duża część tych dzieci musi uczyć się greki i łaciny, 

musi uczyć się innych dawno wymarłych języków. Zatem są to re­

guły wychowawcze ludu, który nie ma własnej literatury, który nie 

może wiele się nauczyć czy doświadczyć, zajmując się własną 

literaturą dlatego musi się zajmować literaturą dawną. I chociaż 

wiele się mówi, że wychowanie powinno wprowadzać w życie, to 

we wszystkim, co uprawia się w tej szkole, widać, w jak małym 

stopniu, na dobrą sprawę, przygotowuje ona do życia. Ach - my­

śli sobie ów archeolog - to nie mogła być powszechna praktyka 

szkolna tego pokolenia! Przypadkiem - przecież te czy inne do­

kumenty oczywiście wpadają archeologom w ręce przypadkiem 

- wpadł mi w ręce opis metod kształcenia prowadzonego w za­

konie mnichów! 

Tak drastycznie wypowiada się bądź co bądź współczesny 

obywatel świata o wrażeniu, jakie w nim powstaje, gdy przyglą­

da się praktyce szkolnej. I mówi, naturalnie ze swojego punktu 

widzenia: To, że ci tak wykształceni ludzie, już jako dorośli, nie 

postępują w życiu jak wyobcowani z niego mnisi, wynika tylko 

i wyłącznie stąd, że życie stawia swoje surowe wymagania. Ale 

ö

 Johann Heinrich Pestalozzi, 1746-1827, szwajcarski pedagog i pisarz; twórca 

nowożytnego systemu i metody nauczania początkowego, zwany ojcem szkoły lu­
dowej, (przyp. tłum.) 

34 

ludzie ci i tak zachowują się w życiu nieporadnie, ponieważ byli 

w zasadzie wychowywani jak mnisi, a teraz mają dać sobie radę 

w świecie. - Można tu już zobaczyć, jakie wrażenie wywołuje 

realizowane w praktyce nauczanie i wychowanie na takim ot­

wartym na świat człowieku. 

Z tego, co nasze współczesne poglądy, z których jesteśmy tak 

dumni, mogą dać człowiekowi, gdy chodzi o jego własne poz­

nanie, można najlepiej zdać sobie sprawę, odpowiadając sobie, 

zgodnie z praktyką życiową na pytanie: Jakie spojrzenie na war­

tość własnego życia powstaje w człowieku, gdy zewsząd otoczony 

jest on wyobrażeniami wywodzącymi się z intelektualistyczno-

naukowo-przyrodniczego ujęcia życia? Wystarczy przecież tylko 

raz uzmysłowić sobie, jaka z tego powstaje wiedza o świecie, 

a odczuje się, jaka może powstać z tego wiedza o człowieku. 

W naszych prawach przyrody potrafimy wspaniale uchwycić 

to, co istnieje w przyrodzie nieożywionej. Oddajemy się wszak­

że iluzji, że dzięki nim zyskujemy także zrozumienie tego, co 

ożywione, zrozumienie organizmu. Dzisiaj nie chcę mówić o tej 

iluzji; prawdą jest jednak, że zgodnie z dzisiejszą cywilizacją od­

dajemy się właściwie głównie tym wyobrażeniom, które nas po­

wiadamiają o tym, co leży poza człowiekiem. Tworzymy sobie 

wspaniałe fizyczno-chemiczne wyobrażenia i potem nie potrafi­

my zrobić nic innego, jak rozciągnąć je - choć zrazu tylko hipo­

tetycznie - na cały świat. Dzisiaj, bez wątpienia, wielu ludzi 

kwestionuje już prawo wykorzystywania tego, czego uczymy się 

w laboratoriach, co przekazują nam teleskopy i mikroskopy, do 

tworzenia sobie ogólnego obrazu całego świata. Ale człowiek nie 

potrafi postąpić inaczej, jak tylko w ten sposób to wszystko wy­

korzystać. I nie potrafi też inaczej, jak tylko pozwolić temu, co tak 

powstaje, oddziaływać potem na swoje uczucia, na swoje odczu­

cia. A do czego się dochodzi, gdy owe zdobyte w laboratorium 

i obserwatorium astronomicznym wyobrażenia rozciąga się po­

tem - choćby tylko hipotetycznie, jak powiedziałem - na począ­

tek Ziemi i świata, na koniec Ziemi i świata? 

35 

background image

Chociaż dzisiaj tak zwana teoria Kanta-Laplace'a

7

 została 

wielokrotnie zmodyfikowana, to koncepcja ogólna jednak obo­

wiązuje: dochodzi się do początkowego stanu Ziemi i świata, jaki 

stanowi owa znana pramgławica. Tę pramgławicę można jednak 

pojąć tylko wtedy, gdy zastosuje się prawa aeromechaniki. I tak 

też czynimy. Patrzymy na początek świata czy Ziemi, który daje 

się zrozumieć tylko zgodnie z tym, czego uczy nas aeromecha-

nika. W tym zaś nie ma nic z duszy, nie ma nic z ducha. Gdy po­

tem, zgodnie z potrzebami swojego serca i duszy, ludzie muszą 

wyobrazić sobie coś innego, dochodzą do przeróżnych istot dusz-

no-boskich czy duchowo-boskich, które także tam były - oprócz 

tego, co przyjmuje się zgodnie z aeromechaniką- i które posiada­

ją że tak powiem, kosmiczną zręczność, żeby plastycznie kształ­

tować, czy w inny sposób formować, istniejącą tam pramgławicę. 

[Zgodnie zaś z naukowym światopoglądem] w tej pramgławicy 

nie ma człowieka, mianowicie człowieka posiadającego duszno-

duchowe siły i umiejętności - zostaje on niejako wyrzucony z te­

go, co obejmuje ten światopogląd i ta opisująca świat filozofia. 

Ktoś, kto poza tym całkowicie przywykł do myśli, że tylko inte-

lektualistyczne nauki przyrodnicze dają pewność, popadnie natu­

ralnie w bolesne zwątpienie, gdy oprócz tego, do czego czuje się 

uprawniony zgodnie z prawami aeromechaniki, będzie musiał 

na początku Ziemi, czy na początku świata, umieścić jeszcze isto­

ty duszne czy duchowe. 

Zatem gdy człowiek hipotetycznie wyobraża sobie koniec 

Ziemi i koniec świata, musi postępować zgodnie z prawami fizy­

cznymi. A wtedy ma do czynienia z tak zwanym drugim prawem 

mechanicznej teorii ciepła

8

. Mówi ono, że wszystkie [działające 

w świecie] żywe siły przekształcają się w siebie wzajemnie, przy 

czym jednak, gdy siły te przemieniają się w ciepło, lub ciepło się 

w nie przemienia, proces ogólny zawsze przebiega tak, że ciepło 

Teoria ta wywodzi się z dzieła Kanta (1724-1804) Naturgeschichte und Theorie 

des Himmels (1755) i opartych na nim dzieł Laplace'a (1749-1827) Nebularhypo-
these
 i Exposition du Systeme du monde (1796). 

8

 Dzisiaj: II zasada termodynamiki, (przyp. tłum.) 

36 

pozostaje; tak że ostatecznie w procesach obejmujących całą Zie­

mię musi dojść do takiego stanu, w którym wszystkie inne żywe 

siły przeobrażają się w siły cieplne. Nie będzie już żadnych in­

nych sił poza zróżnicowanymi stanami cieplnymi. [W końcu] 

wszystko ogarnie tak zwana śmierć cieplna. Patrzymy wtedy na 

koniec Ziemi jak na jakieś wielkie cmentarzysko, w którym zo­

staną pogrzebane wszystkie idee intelektualne, idee moralne, 

impulsy religijne, jakip kiedykolwiek zrodziły się w duszach ludz­

kich. Wszystko to jawi się jako iluzja, która powstaje w człowieku 

niczym mgła, ba, nawet mniej niż mgła; człowiek zaś wstawiony 

jest między początek Ziemi, nie zawierający nic ludzkiego, a ko­

niec Ziemi, też nie zawierający nic ludzkiego. W świetle tego 

intelektualistyczno-naukowo-przyrodniczego spojrzenia wszyst­

ko, czym jest człowiek, okazuje się iluzją. 

W teorii wygląda to zrazu tak, jakby tego wszystkiego moż­

na było nie brać pod uwagę, jakby można było sobie powiedzieć: 

„To przecież tylko teoria". A jednak: chociaż dzisiaj ludzie nie 

przechodzą jeszcze tych wszystkich etapów, które od tej teorii pro­

wadzą stopniowo do uczuć doznawanych wobec życia, to w ogól­

nych odczuciach współczesnej ludzkość wobec życia, żyje prze­

cież konsekwencja tych założeń. Myślimy o życiu tak, jak gdyby 

Ziemia rozpoczęła się od pramgławicy, w której nie było ludzi, 

i zmierzała do stanu śmierci cieplnej, w którym znów wszystko, 

co ludzkie, ulegnie zagładzie. Brakuje odwagi, by jasno uzmy­

słowić sobie, skąd biorą się te dzisiejsze odczucia. Jednak to 

właśnie te odczucia stają się dzisiaj wyznacznikami także dla 

najprostszych ludzi; a dzieje się tak dlatego, że poprzez nasze 

czasopisma i książki wpływają one w ludzkość, często napraw­

dę nie dającymi się określić drogami, dochodząc aż do najszer­

szych kręgów. 

I opierając się na tym odczuwaniu, wychowujemy nasze dzie­

ci. Wprawdzie wychowując je, czasem sięgamy też do wyobrażeń 

religijnych, ale wtedy już naprawdę dochodzimy do przepaści. Gdy 

bowiem w zestawieniu z tym początkiem - który musimy mieć 

w swoich wyobrażeniach o życiu i który żyje także w naszych od­

czuciach - gdy obok [wyobrażenia] tego początku wprowadzamy 

37 

background image

teraz wyobrażenia religijne, to popadamy przecież w nieprawdę. 

A nieprawda mści się nie tylko w sposób, który można uchwy­

cić intelektualnie, patrząc od zewnątrz - nieprawda mści się za 

sprawą własnej siły wewnętrznej. Nieprawda działa niszcząco na 

życie także wtedy, kiedy nie wychodzi na jaw, kiedy nie może 

się objawić, kiedy pozostaje tylko w nieświadomości. 

Popadamy w nieprawdę, gdy nie staramy się naprawdę jas­

no uzmysłowić sobie, co wywołuje te nasze dzisiejsze odczucia. 

Takie jasne uzmysłowienie sobie ukazuje nam właśnie to, że po­

sługując się współczesnymi wyobrażeniami, możemy zdobyć wie­

dzę o świecie, w której nie ma miejsca dla człowieka. 

Popatrzmy na naukowo-przyrodnicze poznanie, które jako 

takie słusznie napawa nas dumą: śledzimy ciąg rozwojowy istot 

żywych - od najprostszej, najbardziej niedoskonałej, poprzez bar­

dziej doskonałe aż do człowieka, którego uważamy za istotę naj­

doskonalszą. Gdy jednak potem zadajemy sobie pytanie: „Kim 

jest człowiek zgodnie ze swoją istotą?", odpowiadamy sobie na 

nie, mówiąc: „Człowiek jest punktem końcowym ciągu rozwojo­

wego zwierząt, jest najdoskonalszym zwierzęciem". Nie wnikamy 

w istotę człowieka. Odpowiadamy tylko na pytanie: Do jakiego 

stopnia człowiek jest najdoskonalszym zwierzęciem? I właśnie 

w uznawaniu takich zapatrywań współczesna ludzkość zaszła 

najdalej. Pozwoliła tym zapatrywaniom najsilniej oddziaływać 

na swoje odczucia. 

W tej dziedzinie mogę znów odwołać się do Herberta Spen­

cera, ponieważ cały jego sposób odczuwania jest charakterysty­

czny dla tendencji, której działanie w całej sferze wychowania, 

w całej sferze pedagogicznej widzi się właśnie wtedy, gdy ludzie 

zaczynają dzisiaj przeprowadzać reformy zgodnie ze współczes­

nym sposobem myślenia. Wprowadzają reformy, wychodząc z re­

guły od wyobrażeń, w których nie ma człowieka. Herbert Spen­

cer jest tu znowu reprezentatywny dla tego, co praktyka życiowa 

ukazuje nam dzisiaj na każdym kroku. Herbert Spencer mówi na 

przykład: Należałoby skończyć z tym powszechnym dzisiaj wpły­

waniem przez dorosłych, przez rodziców czy wychowawców na 

dziecko. Z dawniejszych czasów pozostał nam taki zły nawyk: 

38 

gdy dziecko zrobi coś niewłaściwego, ogarnia nas gniew, karze­

my je, pokazujemy mu, że złościmy się z tego powodu. Jednym 

słowem: robimy coś, co nie ma żadnego związku z tym, co dzie­

cko uczyniło. Dziecko, być może, folgując sobie, poprzewracało 

wszystko w pokoju. Widzimy to, jako wychowawcy, ogarnia nas 

gniew, być może bijemy dziecko - chcę ująć rzecz od razu drasty­

cznie. Jaki związek przyczynowy - a przyrodnik musi przecież 

pytać o związek przyczynowy - istnieje między biciem, które 

pojawia się tutaj jako skutek, a zrobieniem nieporządku? Nie ma 

najmniejszego! 

Herbert Spencer mówi zatem: Jeżeli chcemy wychować 

dzieci we właściwy sposób, musimy stać się misjonarzami przy­

czynowo ujętych procesów przyrodniczych. Gdy, na przykład, 

widzimy chłopca, którego zaciekawia, jak spalają się w płomie­

niu małe kawałeczki papieru, musimy powiedzieć sobie: „Ten 

chłopiec jest żądny wiedzy". Nie możemy się złościć o to, że, być 

może, zrobi sobie krzywdę lub ewentualnie podpali nam pokój, 

lecz przede wszystkim musimy uświadomić sobie, że jest on żąd­

ny wiedzy, i musimy postarać się możliwie łagodnie doprowadzić 

go do sparzenia się; wtedy w tym, czego dozna, będzie miał praw­

dziwy związek przyczynowy. W ten sposób powinniśmy wszę­

dzie dbać o to, by pojawiał się właściwy związek przyczynowy, 

i powinniśmy stać się misjonarzami związków przyczynowych 

w przyrodzie. 

Dzisiaj wszędzie można usłyszeć - właśnie tam, gdzie jest 

wola reformowania - że jest to jedyna możliwa maksyma. A ktoś, 

kto nie ma uprzedzeń, powie: Tak, tylko ona jest możliwa, jeśli 

nasze podstawowe intelektualistyczno-naukowo-przyrodnicze 

odczucie jest jedynym właściwym. Jeśli tym prawdziwym kie­

runkiem jest kierunek naukowo-przyrodniczo-intelektualistyczny, 

to tylko tak można myśleć o nauczaniu i wychowaniu. 

Ale do czego dochodzi się w sztuce wychowania i nauczania, 

gdy postępując w ten sposób, dociera się aż do skrajności, gdy 

takie wychowanie i nauczanie prowadzi się całkowicie zgodnie 

z takim podejściem? Do cna wprzęga się człowieka, z całym je­

go odczuwaniem, z całym jego myśleniem, w procesy dokonujące 

39 

background image

się w Naturze. I to, co człowiek myśli i odczuwa, nie wykracza 

już poniekąd poza to, co dzieje się w przyrodzie, co dzieje się sa­

mo z siebie, co dzieje się, gdy człowiek, właśnie w sposób mo­

żliwie nieświadomy, tylko uczestniczy w życiu przyrody. W ten 

sposób człowiek zostaje całkowicie wprzęgnięty w zewnętrzną 

przyrodę, nie wydobywa się go ponad nią, czyni się z niego nie­

jako ogniwo łańcucha konieczności przyrodniczych. 

Widzą tu państwo odwrotną stronę tego, o czym wspomina­

łem przed chwilą. Powiedziałem przed chwilą że współczesna 

filozofia przyrody wyrzuca człowieka ze świata. Widzi się w nim 

jeszcze tylko ostatni człon rozwoju naturalnego, ale już nie widzi 

się w nim człowieka. Wyrzuca się go, ponieważ nic się o nim nie 

wie; a nie potrafiąc o nim samym nic powiedzieć, wstawia się go 

znowu w przyrodę. I także w praktyce nie powinno się go wy­

dobywać z przyrody - ma być włączony w porządek przyrody, 

w konieczność władającą przyrodą. Ma się stać istotą na wskroś 

urzeczywistniającą związek przyczynowy. 

Taki pogląd, takie myślenie o przyrodzie wyrzuca człowieka. 

Taka sztuka wychowania i nauczania wstawia człowieka w obszar 

pozaludzki. Całkowicie gubi się człowieka. Ludzie nie uświada­

miają sobie tej sytuacji jedynie dlatego, że nie mają na to odwa­

gi. Jednak dzisiaj jesteśmy w punkcie zwrotnym [biegu] świata, 

gdy musimy mieć odwagę, żeby sięgnąć spojrzeniem aż do tych 

najgłębszych impulsów rozwojowych ludzkości - bowiem czło­

wiek musi w końcu także odczuwać to, co sobie wyobraża. 

Przecież dzisiaj spotykamy ludzi, którzy z pełnym wiary na­

stawieniem patrzą na hipotezy naukowe i mówią sobie: „Nie 

można wręcz mieć innych wyobrażeń o świecie niż takie: po­

czątek Ziemi = pramgławica, którą można pojąć dzięki aerome-

chanice; koniec Ziemi = śmierć cieplna, cmentarz. W środku: 

człowiek, który biorąc sobie świat pozaludzki za punkt wyjścia, 

dochodzi do swojej własnej iluzji, w którym powstają żeby go 

oszukiwać, iluzje idei moralnych, impulsów religijnych, najróż­

niejszych innych ideałów, i który ostatecznie rzeczywiście czuje 

się przez nie oszukany, gdyż wszystko to musi się przecież skoń­

czyć ogólnym cmentarzyskiem". 

40 

Takich ludzi ogarnia wtedy tragiczny nastrój. Ale oni tylko 

w szczególnie drastyczny sposób doznają tego, co na dobrą spra­

wę osiadło w podświadomości przeważającej części współczes­

nej ludzkości. A z tego tragicznego nastroju wyrasta to, co wi­

dzimy dzisiaj w ogólnej cywilizacji. 

Mając ten nastrój, nie możemy wychowywać, ponieważ te­

mu nastrojowi brakuje poznania świata, które samo w sobie by­

łoby tak silne, że potrafiłoby dotrzeć do poznania człowieka - do 

takiego poznania, w którym człowiek odnajduje swoją wartość 

i swoją istotę, [i odczuwa je] tak, jak musi je odczuwać, jeśli na­

prawdę ma postrzegać siebie w świecie jako człowieka. Możemy 

dzisiaj wychowywać człowieka zgodnie z prawami przyczyno-

wości wziętymi z przyrody. Wtedy jednak nie możemy sprawić, 

by stał się wolnym, prawdziwie wolnym człowiekiem. Gdy widzi­

my, że wyrasta on na prawdziwie wolnego człowieka, to w grun­

cie rzeczy dzieje się tak nie dlatego, że kształciliśmy go prawidło­

wo, lecz pomimo błędnego wykształcenia, jakie od nas otrzymał. 

Dzisiaj nie można o świecie wyłącznie myśleć. Dzisiaj czło­

wiek musi tak myśleć o świecie, żeby myślenie przechodziło sto­

pniowo w ogólne odczuwanie świata. Bowiem z odczuć powsta­

ją impulsy do reformowania, do dalszej pracy. Antropozofia chce 

być takim poznaniem świata, które nie pozostaje na poziomie 

abstrakcji, lecz wnika w odczuwanie i żyje w nim, i dzięki temu 

może stać się podłożem pedagogiki i dydaktyki. 

To, co przez długi czas tworzyliśmy w życiu wyobrażenio­

wym, obecnie przychodzi do nas w zewnętrznym życiu już jako 

wydarzenie historyczne. Człowiek został wyrzucony ze świata 

przez idee, jakie tworzył o świecie, przez swoje objaśnianie świa­

ta. Na to, co jako wyobrażenie ukształtowało się w wyższych war­

stwach cywilizacji ludzkiej, odpowiada dzisiaj echo [utworzone] 

z impulsów [płynących od] niezliczonych milionów ludzi z klasy 

robotniczej. Cywilizowany świat nie chce pojąć związku między 

tym, co myśli, a tym, co w odpowiedzi na to płynie dzisiaj z uczuć 

proletariatu. To, co w pojedynczym człowieku może żyć jako 

odczucie, jako tragiczny nastrój - tak że mówi on sobie: „Pow­

stające w człowieku idee moralne, impulsy religijne, są w gruncie 

41 

background image

rzeczy iluzjami wciśniętymi między wyłaniający się z mgławicy 

początek Ziemi a śmierć cieplną Ziemi" - spotykamy dzisiaj w fi­

lozofii życiowej wielomilionowej rzeszy proletariuszy. W tej filo­

zofii życiowej za rzeczywiste uznaje się tylko i wyłącznie to, cze­

go człowiek dokonuje i czego doświadcza w życiu gospodarczym. 

Według światopoglądu proletariackiego, według filozofii 

proletariackiej jedyną rzeczywistością ma być to, jak w kolej­

nych epokach rozwoju ludzkości prowadzono życie gospodarcze, 

jak pracowano w życiu gospodarczym, jak produkowano, jak ku­

powano, sprzedawano, jak przez to produkowanie, kupowanie, 

sprzedawanie zaspokajano potrzeby życiowe. Natomiast wszyst­

ko to, co w zajętym gospodarką człowieku powstaje jako pogląd 

moralny, idee religijne, impulsy artystyczne, jako ideały odno­

szące się do państwa, jest ideologią, jest czymś w gruncie rzeczy 

iluzorycznym, jest nierzeczywistą nadbudową [powstałą na ba­

zie] jedynie rzeczywistych procesów produkcyjnych. W tej for­

mie to, co w wyższych warstwach społecznych pozostało raczej 

jako przekonanie teoretyczne, a co najwyżej jeszcze religijne, 

w warstwach proletariackich stało się nie tylko praktyczną mą­

drością życiową, lecz rzeczywistością życiową stało się zasadą 

według której się działa. 

Człowiek jest [teraz] zanurzony w takim życiu. Chce wy­

chowywać i musi wychowywać, czerpiąc przy tym impulsy z te­

go życia. Jeżeli jednak chce wychowywać, jeżeli chce uczyć, musi 

umieć patrzeć na nie obiektywnie. 

Charakterystyczne jest to, że właśnie intelektualizm, które­

go konsekwencją jest naturalistyczny sposób pojmowania życia, 

właściwie nie poprowadził ludzi głębiej w rzeczywistość, lecz 

wyprowadził ich z rzeczywistości. Proszę z tego punktu widze­

nia prześledzić wcześniejsze filozofie [zajmujące się sprawami] 

życia: wszędzie znajdą państwo myśli, które zdolne są nawiązać 

w jakimś punkcie do życia, myśli, w odniesieniu do których 

człowiekowi nie przyszłoby do głowy, żeby potraktować je je­

dynie jako ideologię. Ludzie byli wtedy osadzeni w życiu i dlate­

go nie przychodziło im do głowy, że ich myśli nie są niczym 

42 

więcej, jak tylko jakimś dymem wydobywającym się z życia. 

Dzisiaj pogląd ten stał się praktyką życiową znacznej części wy­

kształconego świata. I ludzkość wzdycha ciężko, doznając skut­

ków tego, co się tu stało. Ale nie chce jeszcze zrozumieć, że to, 

co się dzieje w Rosji i co nadal będzie się dziać na świecie, jest 

rezultatem tego, co wykłada się na naszych uniwersytetach, cze­

go uczy się w naszych szkołach. To się wykłada, tego się uczy -

w jednym miejscu ludzie nie mają odwagi, żeby zgodnie z tym 

działać, w innym miejscu, urzeczywistniając to, dochodzą aż do 

najbardziej zewnętrznych skutków. Nie będzie można zatrzymać 

tego toczącego się koła, jeśli właśnie na tym obszarze nie będzie 

się dążyć do prawdziwego rozpoznania przyczyny i skutku, jeśli 

nie zrozumie się, że człowiek zanurzony jest w rzeczywistości, 

w której nie będzie się w stanie poruszać, jeśli ujmie ją tylko in­

telektualnie. Intelektualizm jest instrumentem, który nie ma siły, 

żeby uchwycić rzeczywistość. 

Znałem kiedyś poetę

9

, który już parę dziesiątków lat temu 

wytworzył sobie najbardziej gorzkie wyobrażenia o tym, co 

musiałoby stać się z człowiekiem, gdyby ten tylko coraz bardziej 

zapędzał się w intelektualizm. W stronach, gdzie żył ów poeta, lu­

dzie mieli drastyczne wyobrażenie o inteligentnych, nastawionych 

intelektualistycznie ludziach. Nazywano ich tam „groBkopfet", 

to znaczy uważano, że mają oni, mówiąc w przenośni, wielkie gło­

wy. Poeta ów przetworzył to w iście drastyczny obraz. Powie­

dział: Rozwój ludzkości ma charakter intelektualistyczny; musi 

więc w końcu dojść do tego, że ludzie będą mieli coraz większe 

głowy, a pozostałe części ciała będą doczepione do głów już tylko 

jako organy szczątkowe - szczątkowe ramiona, maleńkie rączki, 

szczątkowe nogi, maleńkie stopki - i wtedy ludzie będą się to­

czyć. Będzie się miało do czynienia z wielkimi kulami, w któ­

rych ręce i nogi będą narządami szczątkowymi. W prawdziwie pe­

symistyczny nastrój wprawiło tego poetę rozważanie, do czego 

9

 Hermann Rollett, 1819-1904. O spotkaniu z nim R. Steiner wspomina także 

w wykładzie wygłoszonym 13 października 1922 roku (w: Geistige Wirkenskräfte 

im Zusammenleben von alter undjungen Generation, GA 217). 

43 

background image

ludzie muszą doprowadzić, jeśli nadal będą w ten sposób, aż do 

toczenia się, podążać drogą intelektualizmu. 

Można powiedzieć, że to, co się nam tutaj ukazuje jako in-

telektualizm, oddala człowieka od samego siebie, wyprowadza 

człowieka z rzeczywistości. Dlatego jedyną rzeczywistością sta­

je się dla niego to, co proletariusz uważa za rzeczywistość, to, cze­

mu nie można zaprzeczyć, ponieważ człowiek albo się z tym 

zderza i wtedy (zgodnie z naszym systemem wychowawczym -

także tym o tendencjach reformatorskich) ponosi konsekwencje 

wynikające ze związku przyczynowego i nabija sobie guzy, albo 

jest głodny, czyli znów ponosi konsekwencje wynikające ze związ­

ku przyczynowego. Wtedy dokładnie odczuwa rzeczywistość, 

widzi ją dotyka jej. Ale już nie wnika w tę rzeczywistość. 

A oddalając się coraz bardziej od rzeczywistości, dziwnym 

trafem staje się w sobie coraz bardziej „z gruba ciosany". Faktycz­

nie staje się - jest to wprawdzie wyrażone obrazowo, ale prze­

cież prawdziwie - ową toczącą się kulą. Człowiek będzie musiał 

zdać sobie sprawę z tego, jak na uniwersytetach i w szkołach ho­

duje to, przed czym cofa się z przestrachem, gdy potem - jak to 

już dzisiaj dzieje się w dużej mierze - spotyka to w życiu jako 

rzeczywistość, jako praktykę. Ludzie krytykują to, co ich spoty­

ka, nie wiedzą jednak, że sami to wyhodowali. Ludzie Zachodu 

patrzą na Rosję i są wstrząśnięci. Nie wiedzą że to ich nauczy­

ciele zaszczepili to najpierw na Zachodzie. 

Intelektualizm, jak powiedziałem, nie jest instrumentem, któ­

rym można uchwycić rzeczywistość. W wychowaniu musimy 

uchwycić rzeczywistość człowieka. Jeśli intelektualizm nie jest 

instrumentem, którym można uchwycić rzeczywistość, to pow­

staje doniosłe pytanie: Czy w wychowaniu w ogóle możemy coś 

zrobić w sposób intelektualistyczny? 

To doniosłe pytanie stoi teraz przed nami, stanowiąc punkt 

wyjścia naszego cyklu wykładów. Musimy sięgnąć po inne środ­

ki niż te, które daje nam do ręki intelektualizm. A do tego może­

my przecież najlepiej zebrać siły, ponownie przyglądając się po­

jedynczemu obszarowi [wyodrębnionemu] z całości powiązań 

życiowych. 

44 

Zatem, w czym właściwie dzisiejsi ludzie są naprawdę dob­

rzy i co ich najbardziej zachwyca? Kongresy w życiu publicznym. 

Zachwyca ich nie spokojne zapoznawanie się z istotą jakiejś 

sprawy, lecz pójście na kongres i dyskutowanie tam o tych rze­

czach. Ostatecznie bowiem intelektualizm jest związany z dys­

kutowaniem. Nie wnika się w istotę. Istotę już się ma i dyskutu­

je się o niej. Ludzie schodzą się i dyskutują na każdy temat. Ten 

kongresowy zwyczaj, konieczność dyskutowania, wynika z inte­

lektualizmu i, z drugiej strony, prowadzi do wyobcowania ze 

świata. To pozwala już odczuć, że w zasadzie wszystkie nasze 

kongresy unoszą się ponad rzeczywistością jako coś iluzorycz­

nego. Tam w dole, w życiu, przydarzają się przeróżne rzeczy, a na 

kongresach pięknie się o tym mówi, mówi się o tym także z po­

lotem. Wcale nie oceniam kongresów negatywnie. Uważam, że 

kongresy mają to do siebie, że pada tam bardzo wiele niezwykle 

bystrych wypowiedzi. Z reguły jest tak, że można zgodzić się 

z tym, co powiedział A, i można zgodzić się z tym, co powiedział 

B; nawet wtedy, gdy jest to wypowiedź przeciwna do poprzedniej, 

to także z nią można się zgodzić z pewnego punktu widzenia. Tak 

samo z [tym, co powiedział] C. Na kongresach można właściwie 

zawsze, z pewnego punktu widzenia, zgadzać się ze wszystkim. 

Dlaczego? Ponieważ w intelektualizmie wszystko „szybuje ponad 

światem", a on sam nic nie mówi o rzeczywistości. Zatem nasza 

dzisiejsza rzeczywistość mogłaby właściwie przebiegać tak, jak 

przebiega, także bez odbywających się kongresów. Można by 

się świetnie obejść bez tego, co mówią uczestnicy kongresów -

chociaż można jak najszczerzej, jak najprawdziwiej radować się 

całą tą dochodzącą tam do głosu inwencją gdyż w gruncie rzeczy 

wszystko to jest dobre. 

W ciągu ostatnich pięćdziesięciu-sześćdziesięciu lat w najróż­

niejszych dziedzinach słyszeliśmy najwspanialsze wywody teo­

retyczne, a do tego często, patrząc bez uprzedzenia, mogliśmy ob­

serwować życie i widzieć, że biegnie ono w odwrotnym kierunku. 

Na przykład: Gdy jakiś czas temu w poszczególnych krajach za­

częto dyskutować kwestię waluty opartej na złocie, naprawdę 

powiedziano o tym wspaniałe rzeczy. Wystarczy wspomnieć, że 

45 

background image

w izbach handlowych, w parlamentach - naprawdę nie mówię iro­

nicznie, rzeczywiście tak myślę - wygłaszano najbardziej świa­

tłe mowy o zbawiennych następstwach waluty opartej na złocie. 

Niezwykle bystrzy, światli ludzie, a także praktycy, dowodzili 

w szczególności: „Gdy wprowadzi się walutę opartą na złocie, bę­

dzie musiał też rozpocząć się wolny handel; jedno jest konsekwen­

cją drugiego". I proszę bardzo: w większości krajów, w których 

wprowadzono walutę opartą na złocie, rozpoczęła się koszmarna 

polityka barier celnych, czyli zniewolenie handlu! To powiedzia­

ła rzeczywistość, życie. Owa przenikliwość umysłu wyrastająca 

z intelektualności powiedziała - zmyślnie rzecz ujmując, mówię 

to bez ironii - coś przeciwnego. Ludzie musząjasno uświadomić 

sobie, że intelektualizm wychodzi poza sferę życia, że czyni czło­

wieka „wielkogłowym". 

To jest właśnie to, co wyprowadza nas z poznania człowieka, 

co sprawia, że człowiek staje się dla nas kimś obcym, i co z tego 

względu nigdy nie będzie mogło być podstawą pedagogiki i dy­

daktyki. Wszystko bowiem, co dzieje się w pedagogice, w dydak­

tyce sprowadza się przecież do wzajemnej relacji ludzi, do stosun­

ku nauczyciela, wychowawcy, do dziecka, do ucznia. Pedagogi­

kę i dydaktykę musimy kształtować, biorąc za punkt wyjścia za­

chodzące między ludźmi relacje. Może się to stać jedynie za 

sprawą prawdziwego poznania człowieka, a takie prawdziwe 

poznanie człowieka chce dać antropozofia. 

46 

Wykład III 

Domach, 25 grudnia 1921 

Kiedy takie rozważania, jakie przedstawiłem wczoraj, będzie się 

coraz bardziej poszerzać, zauważy się, że współczesne wyjaśnia­

nie świata rzeczywiście musi się zatrzymać przed istotą ludzką że 

staje się ono bezsilne, gdy chodzi o wyjaśnienie samej istoty czło­

wieka. A to, o czym tutaj mogłem jedynie wspomnieć, wszędzie 

będzie można potwierdzić właśnie dzięki wchodzeniu w szcze­

góły. Właśnie wtedy, gdy z wyjątkową dokładnością wniknie się 

w konkretne zagadnienia życiowe, będzie się coraz bardziej od­

krywać, jak trafne jest to, co musiałem w ten sposób wyrazić. 

Do tego zaś specyficznego faktu, że współczesne wyjaśnia­

nie świata nie potrafi dotrzeć do człowieka, ono samo odnosi się 

w swoisty sposób; nie chce uświadomić sobie całej doniosłości 

tego faktu. Nie chce przyznać, że mamy tu do czynienia z nie­

doskonałością współczesnego światopoglądu. Lecz właśnie zro­

zumienie tej niedoskonałości pozwala także zrozumieć zasadność 

badań antropozoficznych. 

To, co powiedziałem, możemy szczególnie wyraźnie zoba­

czyć, rozważając reprezentatywne przykłady. O Herbercie Spen­

cerze mówiłem nie z chęci udowodnienia czegoś, lecz dla zobra­

zowania współczesnego sposobu myślenia. 

Herbert Spencer sformułował swoje najważniejsze, swoje pod­

stawowe idee, zanim jeszcze rozwinął się darwinizm. Ale właśnie 

przyglądając się rozwojowi darwinizmu, można zobaczyć, jaką 

postawę przyjmuje naukowo-przyrodniczo-intelektualistyczny 

sposób myślenia wobec tych problemów i pytań, które powstają 

z głębokiej tęsknoty duszy ludzkiej. 

Można już powiedzieć, że dzieło Karola Darwina

1

, które uka­

zało się w 1859 r., „O powstawaniu gatunków", stało się swoistym 

1

 Karol Darwin, 1809-1882, angielski przyrodnik, twórca teorii ewolucji biologicz­

nej; The Origin of Species by Means of Natural Selection; Or, the Preservation of 

47 

background image

wzorcem w obrębie współczesnego życia duchowego. Sposób, 

w jaki Darwin prowadzi obserwacje, to, jak wiąże je ze sobą, sto­

sując wnioskowanie, jak potem całość, obserwowanie i nieco roz­

wlekłe formułowanie wniosków, przedstawia w dziele „O pow­

stawaniu gatunków", stanowi wzór dla współczesnego sposobu 

myślenia. Można powiedzieć, że Karol Darwin jest niezwykle 

wiemy, gdy chodzi o obserwacje zmysłowe, i że w obrębie tego, 

co obserwuje zmysłowo, w wybitny sposób poszukuje praw wią­

żących ze sobą obserwowane zjawiska. Szuka praw tak, jak czyni 

to człowiek, który uwzględnia to wszystko, czego uczy nas sa­

ma obserwacja - czego uczy ona nasz rozum. Postępuje tak, jak 

przyzwyczajony jest postępować człowiek, który nie pozwala, 

żeby różne subiektywne czynniki wpływały na jego rozmyślania 

o świecie zewnętrznym, tylko właśnie w samym świecie zewnę­

trznym pobiera nauki dla swojego ja rozumowego

2

, uczy się spo­

sobu, w jaki rozum

3

, intelekt, powinien działać w życiu. 

Stosując tego rodzaju metodę studiowania życia, Darwin 

w prawdziwie wzorcowy sposób dochodzi do powiązania naj­

prostszych, najbardziej niedoskonałych organizmów, z najwyż­

szym organizmem na Ziemi, z człowiekiem. Cały ciąg, od począt­

ku do końca, rozważa przejrzyście, w sposób naukowo-przyrod-

niczo-intelektualistyczny. Wszelako to, co tak rozważa, stanowi 

obszar pozaludzki. Obszar ten nie zawiera ani samej istoty czło­

wieka, ani też przeżywanej przez człowieka tęsknoty za tym, co 

nadzmysłowe. 

Favored Races in the Struggle for Life, Londyn 1859 [pierwsze wyd. pol. O po­
chodzeniu gatunków drogą naturalną,
 1873; późniejsze wydanie: O powstawaniu 
gatunków drogą doboru naturalnego czyli o utrzymaniu się doskonalszych ras w wal­
ce o byt,
 (w:) Dzieła Zebrane, tom II, 1959 (przyp. tłum.)]. 

2

 ja rozumowe - jest to możliwy, choć nie całkiem pewny, sposób odczytania ste­

nogramu. [Wykłady te, jak większość późniejszych wykładów dr Steinera, były ste­
nografowane. Zazwyczaj teksty wykładów nie były przed wydaniem konsultowane 
przez dr. Steinera. (przyp. tłum.)] 

3

 Tłumaczę Verstand jako rozum (czasem intelekt), a Vernunft jako rozsądek. Ta 

uwaga może być pomocna Czytelnikom, którzy przywykli do odwrotnego tłumacze­
nia tych słów. (przyp. tłum.) 

48 

Niezwykle charakterystyczne jest to, jak Darwin dochodzi do 

pewnej granicy, a szczególnie, jak zachowuje się na tej granicy. 

Mianowicie - po tym, jak w swojej książce przedstawił owe 

znakomite wnioski - mówi: Dlaczego Boskiemu Stwórcy miało­

by się mniej podobać stworzenie kiedyś małej liczby stosunkowo 

niedoskonałych praform życia organicznego (a potem stopniowe 

przekształcanie ich, czy pozwolenie im, by same się przekształ­

cały, w formy coraz doskonalsze) niż od razu na początku wy­

czarowanie na świecie całego bogactwa i całej różnorodności form 

organicznych? 

Co znaczy takie zatrzymanie się na pewnej granicy? Znaczy, 

że człowiek przyjmuje w siebie intelektualistyczno-naukowo-

przyrodnicze myśli, prowadzi je tak daleko, jak pozwala mu na to 

wewnętrzne uczucie, wewnętrzne odczucie, a potem zatrzymuje 

się na pewnej granicy i dalej nie docieka ani tego, czy jest to rze­

czywiście granica, ani tego, czy można by ją też ewentualnie prze­

kroczyć, tylko niejako naturalnie zatrzymuje się na niej i przyj­

muje to, co mocą tradycji zachowało się z dawnych czasów. 

Zatem na obszarze pozaludzkim człowiek taki prowadzi ba­

dania we współczesny intelektualistyczno-naukowo-przyrodniczy 

sposób, a na granicy, do której dochodzi, przyjmuje to, co daje tra­

dycja, to, co dają dawne wyznania religijne. Ten sposób rozwa­

żania świata niewiele zmienił się również w kolejnym dziele Dar­

wina zatytułowanym „O pochodzeniu człowieka"

4

. Odnośnie do 

tego, co teraz opisałem, u samego Darwina nie doszło właściwie 

nic nowego. 

To, co teraz przedstawiłem, jest charakterystyczne nie tylko 

samo w sobie, lecz także ze względu na to, w jaki sposób - w za­

leżności od różnych narodowych punktów widzenia - przyjęły 

to narody bardziej zachodnie, mianowicie anglo-amerykańskie, 

a jak przyjęto to w Europie Środkowej. Rozważając współczes­

ny świat w sposób żywy, można się wiele nauczyć także o tych 

różnicach narodowych. 

4

 The Descent of Man and Selection in Relation to Sex, Londyn 1871 [pierwsze 

wyd. pol. O pochodzeniu człowieka i doborze płciowym, 1874]. 

49 

background image

W Niemczech, jak można było zobaczyć, darwinizm spotkał 

się z entuzjastycznym przyjęciem. Przyjmowano go jednak w dwo­

jaki sposób. Po pierwsze był tam przede wszystkim Ernst Hae-

ckel

5

, który z młodzieńczym zapałem przyswoił sobie cały sposób 

patrzenia Darwina, ale pod wpływem zabarwienia charakterysty­

cznego dla narodu niemieckiego nie zatrzymał się na owej gra­

nicy w tak naturalny sposób jak Darwin; nie zatrzymał się przed 

tradycyjnymi prawdami wiary, żeby mówić o Stwórcy, który stwo­

rzył pewną liczbę niedoskonałych praform. Przeciwnie, Ernst 

Haeckel przyjął to, co tak znakomicie pasuje do świata pozaludz-

kiego, i skonstruował z tego także nową religię, rozciągnął to, co 

okazało się tak trafne dla obszaru pozaludzkiego, także na czło­

wieka i na Boga. Zatem nie zatrzymał się na granicy, lecz prze­

kroczył ją, ale przekroczył, posługując się tymi samymi środkami, 

którymi Darwin chciał posługiwać się jedynie wewnątrz obszaru 

pozaludzkiego. 

Inaczej podszedł do darwinizmu Du Bois-Reymond

6

. Powie­

dział: „Jest tak, że naturalistyczno-intelektualistycznym sposobem 

myślenia człowiek może posługiwać się tylko w obszarze poza-

ludzkim. Lecz musi też w tym obszarze pozostać". Du Bois-Rey­

mond nie zatrzymał się w naturalny sposób pod wpływem wewnę­

trznego odczucia, lecz z samego zatrzymania się uczynił teorię. 

Tam, gdzie u Darwina była, że tak to ujmę, nieokreślona możli­

wość pójścia dalej, Du Bois-Reymond wprowadza aut-aut (albo-

albo) i konstatuje: „Jest tak: gdy kierujemy spojrzenie na świat 

zewnętrzny, napotykamy materię. Nie potrafimy wniknąć w isto­

tę materii - to jest jedna granica naszego poznania. Kiedy kieru­

jemy spojrzenie w siebie, napotykamy świadomość. Metodą zwy­

kłych naturalistyczno-intelektualistycznych rozważań nie możemy 

3

 Emst Haeckel, 1834-1919, niemiecki biolog, filozof, podróżnik. Zob. m.in. Die 

Welträtsel. Gemeinverständliche Studien über monistische Philosophie, Bonn 1899 

(pierwsze wyd. pol. Zarys filozofii monistycznej, 1905) 

6

 Emil Du Bois-Reymond, 1818-1896, niemiecki fizjolog i filozof. Por. „Darwin 

versus Galiani" - przemówienie wygłoszone przez niego na otwartym posiedze­
niu królewskiej pruskiej Akademii Nauk zwołanym w Berlinie 6 lipca 1876 roku 
z okazji obchodów rocznicowych ku czci Leibniza. 

50 

poznać świadomości - to jest druga granica. Nie możemy zatem 

wznieść się do tego, co nadzmysłowe". Du Bois-Reymond uczy­

nił z tego teorię. Powiedział: „Należałoby wznieść się do supra-

naturalizmu. Lecz tam, gdzie zaczyna się supranaturalizm, kończy 

się nauka". Dlatego to wszystko, co wykracza poza obszar zmy­

słowy, pozostawił religiom, ale wszystkiemu, do czego można 

w nich dojść, odmówił naukowości i dopuścił jedynie, żeby czło­

wiek uzupełnił sobie swój obszar poznania obszarem wiary - czy 

to w swobodny, mistyczno-fantastyczny sposób, czy też przyj­

mując to, co przekazuje nam tradycja. 

W ogóle charakterystyczna różnica między ludźmi Europy 

Środkowej a ludźmi Zachodu polega na tym, że ludzie Zachodu 

postępują bardziej praktycznie, ujmując myśli tak, że [nie kończą 

się one czymś konkretnym, a] przechodzą w coś nieokreślonego, 

tak jak samo życie przechodzi w coś nieokreślonego. W Europie 

Środkowej ludzie predysponowani są bardziej do podejścia nie­

praktycznego, ale teoretycznie bardziej konsekwentnego - do­

prowadzają myśli do albo-albo. I widzimy to szczególnie tam, 

gdzie takie [tworzące] podwaliny życia [predyspozycje] manifes­

tują się w związku z najwyższymi zagadnieniami ludzkiego bytu. 

Ale oto Darwin napisał jeszcze trzecią książkę, która komuś, 

kto poważnie zajmuje się zagadnieniami duszy, wydaje się zna­

cznie ważniejsza zarówno od „O powstawaniu gatunków", jak 

i od „O pochodzeniu człowieka". Dzieło to haktuje o mchach wy­

woływanych przez uczucia, zawiera subtelne obserwacje tego, 

jak wyrażają się poruszenia duszy ludzkiej, obserwacje ruchów 

człowieka wywoływanych przez uczucia

7

. Gdy człowiek poz­

woli, żeby dzieło to oddziaływało na niego, to odchodzi właści­

wie bardzo usatysfakcjonowany i mówi sobie na koniec: Zatem 

dzięki temu, co można rozwinąć w sobie, prowadząc obserwac­

je w sposób naturalistyczno-intelektualistyczny, dochodzi się do 

7

 The Expression of the Emotions in Man and Animals, Londyn 1872 [Pierwsze 

wyd. pol. Wyraz uczuć u człowieka i zwierząt, 1873. Przedstawione w niej „ruchy 
człowieka wywołane przez uczucia"
 to mimika, gesty i zachowania wyrażające 
uczucie lub towarzyszące uczuciu, (przyp. tłum.)]. 

51 

background image

umiejętności, które bardzo dobrze nadają się do obserwowania 

także dusznego i duchowego życia człowieka. - Naturalnie Dar­

win doszedł jedynie tak daleko, jak pozwalały mu jego instynkty. 

Ale właśnie subtelność tych obserwacji stanowi dowód, że owe­

mu nawykowi, owej wyćwiczonej umiejętności, które człowiek 

wyrabia sobie, prowadząc naukowo-przyrodnicze i intelektualis-

tyczne obserwacje, udaje się wniknąć także w życie duszne. 

I na tym fakcie opiera się nadzieja badania antropozoficznego. 

Badanie antropozoficzne nie chce na jakimkolwiek etapie swo­

jego postępowania zaprzeczać temu absolutnie ścisłemu wyszko­

leniu, jakie daje współczesny, materialistyczno-intelektuahstyczny 

sposób myślenia. Jednocześnie jednak chce pokazać, jak ten spo­

sób myślenia można dalej rozwijać i dzięki temu dojść do prze­

kroczenia owej granicy, którą Darwin nakreślił przez sam swój 

sposób postępowania, Haeckel najodważniej przekroczył, sto­

sując naturalizm, a Du Bois-Reymond ustanowił teoretycznie, do 

przekroczenia jej w sposób rzeczowy i dokładny, i jak można 

dotrzeć do świata nadzmysłowego, żeby w ten sposób powstało 

prawdziwe poznanie człowieka. 

Pierwszego kroku na tej drodze nie stawia się jednak od razu 

w tej dziedzinie, która w następnych dniach będzie naszym głów­

nym tematem - ten krok to usilne staranie o przerzucenie pomos­

tu od zwykłych, współczesnych wyobrażeń i odczuć do poznania 

nadzmysłowego. Człowiek może budować ten pomost, gdy uświa­

domi sobie - zrazu jedynie przy pomocy środków, które wcale nie 

należą do obszam badań nadzmysłowych - z czego właściwie 

wynika naturalistyczno-sensualistyczne ujęcie świata, co jest je­

go istotą. 

Żeby móc mówić o jego istocie, chcę hipotetycznie przedsta­

wić państwu dwie różne sytuacje. Przyjmijmy najpierw, że od 

dziecka rozwijamy się tak, że cała sfera bytu materialnego jest dla 

naszego umysłu „odkryta". Przyjmijmy, że materia wokół nas nie 

jest czymś ciemnym, czymś, do czego docieramy wzrokiem, ale 

czego nie możemy przeniknąć spojrzeniem; i przyjmijmy, że zew­

nętrzny wzrok i zastanawiający się rozum całkowicie przenika 

wszelki byt materialny, tak że czysto naturalistyczno-intelektualis-

52 

tyczny ogląd świata przynosi nam myśli ujmujące najbardziej 

wewnętrzne aspekty materii. Załóżmy zatem, że materia nie jawi 

się nam jako nieprzejrzysta, ale jest całkowicie przejrzysta. Mogli­

byśmy wtedy w pełni zrozumieć to, co w minerale jest materialne 

i co byłoby niejako całkowicie przeniknięte wewnętrznym świa­

tłem myśli. Wtedy zaś moglibyśmy w pełni zrozumieć także to, co 

w sensie materialnym widzimy na przykład w człowieku. Patrząc 

na człowieka zmysłowymi oczami, nie widzielibyśmy nieokreślo­

nej materii, lecz w pełni wnikalibyśmy wzrokiem w tę na wskroś 

przejrzystą istotę ludzką - o ile jest ona materialna. 

Gdy na moment przyjmą państwo hipotetycznie, że świat tak 

się jawi, to muszą państwo usunąć myślowo coś, bez czego nie 

do pomyślenia jest życie, w którym rozwija się nasza zwykła 

świadomość - muszą państwo z tego życia odjąć w myślach to 

wszystko, co ujmujemy słowem miłość. Co bowiem jest podłożem 

miłości, jaką darzymy - może tylko w [formie] ogólnej miłości 

ludzkiej

8

 - dmgiego człowieka czy jeszcze inne istoty na świe­

cie? Podłożem jest to, że stajemy wobec dmgiego człowieka, wo­

bec drugiej istoty, dysponując zrazu jeszcze innymi siłami niż 

owe wszystko prześwietlające myśli. Gdyby w tym samym mo­

mencie, gdy stajemy wobec drugiej istoty, od razu rozbłyskiwa­

ły abstrakcyjne, jasne myśli, dzięki którym owa istota stawałaby 

się dla nas całkowicie przejrzysta, każda miłość zamierałaby już 

w swym najwcześniejszym zarodku; nie moglibyśmy kochać. 

Wystarczy tylko przypomnieć sobie, jak w zwykłym życiu miłość 

się kończy, gdy zaczyna się abstrakcyjna, oświetlająca wszystko 

myśl. Wystarczy tylko przypomnieć sobie, jak uzasadnione jest 

mówienie o chłodzie abstrakcyjnego świata myśli, jak kończy się 

całe wewnętrzne ciepło, gdy zbliżamy się do takiej myśli. Zatem 

to ciepło, które objawia się w miłości, wcale nie mogłoby powstać, 

gdybyśmy mogli stanąć wobec zewnętrznego życia materialnego, 

8

 Dr Steiner często używa określenia ogólna miłość ludzka, które oznacza zdol­

ność człowieka do kochania, do miłowania wszystkiego. To, co potocznie nazywa się 
miłością, jest tylko fragmentem, szczególną postacią tej ogólnej miłości ludzkiej, 

(przyp. tłum.) 

53 

background image

dysponując pełnym zrozumieniem intelektualistycznym. Miłość 

byłaby więc wymazana z naszego świata. 

A teraz proszę na moment przyjąć hipotetycznie, że mogli­

by państwo w pełni wejrzeć w siebie, w to, kim państwo są jako 

istota ludzka; że odwracając spojrzenie od świata zewnętrznego 

i kierując je ku sobie samemu, widzieliby państwo, że tak to uj­

mę, rozświetlone siły i „materię" swojego wnętrza - tak jak zja­

wiska świata zewnętrznego rozbłyskują ku nam kolorami, roz­

brzmiewają ku nam dźwiękami. W momencie, w którym tak by 

było, ciągle mogliby sobie państwo uzmysławiać swoją własną 

wewnętrzną istotę. Wszakże musieliby państwo znów coś myś­

lowo usunąć, coś, bez czego obdarzona osobowością istota ludz­

ka w ogóle nie mogłaby egzystować w zwykłym świecie. Co bo­

wiem rozbłyskuje z wewnątrz, gdy w zwykłym świecie starają się 

państwo tak wejrzeć w siebie? Wtedy rozbłyskują oparte na pa­

mięci wyobrażenia tego, czego doświadczyli państwo w świecie 

zewnętrznym. Wtedy nie przychodzi do państwa to, czym w isto­

cie są państwo wewnętrznie, lecz przychodzą obrazy, pamięcio­

we obrazy przeżyć zewnętrznych; to przychodzi do państwa. 

Gdy zastanowią się państwo nad tym, że bez zdolności przy­

pominania sobie, bez pamięci nie byłoby możliwe życie osobiste, 

że wyobrażając sobie ten pełny ogląd samych siebie w zwykłym 

życiu, musieliby państwo myślowo odjąć wszystko, co ma charak­

ter pamięci, powiedzą sobie państwo: Tutaj dochodzimy w pe­

wien sposób do wyższej granicy, którą można wyjaśnić po prostu 

tym, co jest konieczne w organizacji ludzkiej. - Przy poznaniu, 

które coraz bardziej odsłaniałoby istotę materii, człowiek byłby 

pozbawiony miłości. Przy poznaniu, które nieustannie odsłania­

łoby wewnętrzną istotę, człowiek nie rozwinąłby właściwej sobie, 

ludzkiej umiejętności przypominania sobie, ludzkiej pamięci. 

Wychodząc od tego, zaczynamy rozumieć, że dla zwykłego 

życia i zwykłego poznania, które przecież chce pozostawać tyl­

ko w obrębie tego życia, obie te granice są po prostu czymś konie­

cznym z uwagi na naturę ludzką. Ponieważ miłość musi istnieć 

ze względu na życie społeczne, ponieważ pamięć musi istnieć ze 

względu na osobiste życie wewnętrzne, więc muszą istnieć dwie 

54 

granice poznania. I pozostaje jedynie pytanie, czy możliwe jest 

wejście w obszar [poznania], który poprowadzi nas w świat nad-

zmysłowy, a mimo to nie zniszczy życia społecznego i osobistego. 

Antropozofia ma odwagę otwarcie powiedzieć, że za sprawą 

naturalistyczno-intelekmalistycznego poznania nie dojdzie się do 

rzeczy nadzmysłowych. Lecz ma też odwagę zapytać, czy istnieją 

środki, które prowadzą w świat nadzmysłowy z taką samą ścis­

łością z jaką środki intelektualistyczno-naturalistyczne prowadzą 

w świat zmysłowy. Antropozofia ma odwagę nie mówić: „Tam, 

gdzie zaczyna się supranaturalizm, kończy się nauka" - antro­

pozofia otwiera drogi, które pozwalają nam wnikać w świat nad­

zmysłowy w tak samo dokładny sposób, w jaki za sprawą natura-

listycznego, intelektualistycznego sposobu patrzenia wnika się 

w świat zmysłowy. To sprawia, że antropozofia rzeczywiście jest 

prawdziwą kontynuatorką współczesnej drogi, całego współczes­

nego życia. Nie chce być buntownikiem, chce dać właśnie to, 

czego owo współczesne życie potrzebuje z powodów tkwiących 

w jego własnych podstawach, ale czego własnymi środkami nie 

może sobie dać. 

Takie rozważania pozwalają wyrobić sobie pewien pogląd 

na to niezbędne wzniesienie się do świata nadzmysłowego. Ten 

pogląd możemy teraz jednak uzupełnić o dwa inne i, jak mi się 

wydaje, ważkie punkty widzenia, które wyłaniają się ze współ­

czesnego życia i rzucają znaczące światło na sprawy oświaty i wy­

chowania. 

Trzeba mianowicie powiedzieć, że intelektualistyczno-natu-

ralistyczny sposób myślenia współczesnego życia, choć dokłada 

wielu starań, by w pełni wyświetlić powiązanie zjawisk zmysło­

wych, to przecież z drugiej strony prowadzi do wielu [spraw], któ­

re istnieją we współczesnym życiu, a pozostają poza świadomoś­

cią. Chciałbym na dwóch przykładach zilustrować owo wpływa­

nie w to, co nierozeznane, instynktowne we współczesnym życiu. 

Patrząc na Darwina w ten sposób, jak to właśnie uczyniliś­

my, można by powiedzieć tak: „Więc dobrze, jeśli musi być tak, 

że stosując owe dające pewność metody naukowe, człowiek za­

trzymuje się w obszarze fizyczno-zmysłowym, a chcąc zbliżyć się 

55 

background image

do tego, co nadzmysłowe, musi przejść do tego, co niesie tradyc­

ja wyznań religijnych, to przecież trzeba to zaakceptować, to prze­

cież nic nie można na to poradzić". Ale wtedy trzeba by zgodzić 

się na coś, co w żadnym razie nie służyłoby ludzkości. Ktoś, kto 

z odrobiną psychologicznego nastawienia śledzi historię, stwier­

dzi mianowicie, że w dawnych czasach wyobrażenia religijne 

uważano nie za wyobrażenia wynikające z wiary, takimi stały się 

one dopiero w czasach nowożytnych, lecz za poznanie równie na­

ukowe jak poznanie zewnętrznego świata zmysłowego. Dopiero 

czasy nowożytne zawęziły wiedzę do świata zmysłowego. Dlatego 

nie dochodzą one do wiedzy o świecie nadzmysłowym; przejęły 

wiedzę nadzmysłową w starej, tradycyjnej formie i nie wytworzy­

ły nowej. A z iluzji, w jakiej żyje się pod tym względem, powstało 

przekonanie, że w odniesieniu do świata nadzmysłowego można 

w ogóle dojść jedynie do wyobrażeń wynikających z wiary. Gdy 

jednak pozna się sposób, w jaki to, co nadzmysłowe, żyło w daw­

nych religiach, zobaczy się zarazem, że ten sposób wewnętrznego 

uchwycenia tego, co nadzmysłowe, oznacza wzmocnienie czło­

wieka, że prowadzenie głębokiego, poznawczego życia religij­

nego przepaja człowieka wewnętrznie siłą, przepaja go siłą aż po 

fizyczność; i zobaczy się, że współczesna cywilizacja nie potrafi 

dać człowiekowi tej siły, która w dawny sposób przychodziła do 

człowieka z życia religijnego. Gdy bowiem życie religijne zostaje 

przytłumione do wyobrażeń wynikających z wiary, przestaje być 

pełną mocy siłą, nie przenika swym działaniem aż do fizyczności. 

Wprawdzie w czasach nowożytnych ludzie czują to instynktownie, 

ale nie rozpoznają całego znaczenia tego [faktu]. Pod wpływem 

tego instynktownego odczucia współczesna ludzkość zwróciła się 

ku czemuś, czego szuka się instynktownie, czego zaistnienia we 

współczesnej cywilizacji właściwie w ogóle się nie rozumie - a cho­

dzi o to wszystko, co związane jest ze sportem. 

Religia straciła wewnętrzną moc wzmacniania fizyczności 

człowieka. Dlatego rozwinął się instynkt uzyskiwania tej siły z ze­

wnątrz. A że wszystko w życiu działa biegunowo, mamy tu taki 

fakt: to, co człowiek stracił w obszarze religii, chce instynktownie 

uzyskać z zewnątrz. Z całą pewnością nie zamierzam jednak wy-

56 

głaszać żadnej filipiki potępiającej sport, nie chcę powiedzieć ani 

słowa przeciw zasadności sportu, jestem też przekonany, że dalej 

będzie się on rozwijał w zdrowy sposób. W przyszłości jednak 

zajmie on w życiu ludzkim inne miejsce, podczas gdy dzisiaj jest 

namiastką religii. Takie rzeczy, wypowiadane dzisiaj, wydają się 

paradoksalne. Ale właśnie prawda jawi się dzisiaj jako coś para­

doksalnego, ponieważ w tak wielu sprawach zaplątaliśmy się we 

współczesnej cywilizacji. 

A jeszcze inną charakterystyczną cechą naturalistyczno-inte-

lektualistycznej cywilizacji jest to, że wszędzie prowadzi ona nie 

do tego, co jest pełne życia, lecz do sprzeczności, które niszczą 

życie. Intelektualizm zaplątuje się, dochodzi do najróżniejszych 

„sieci" myślowych, nie zdając sobie sprawy z ich pogmatwania, 

z zamętu, w jaki wprowadzają z ich chaotycznego charakteru. Po 

prostu nie zauważa tego. 

I tak współczesny naturalistyczny intelektualizm staje zdu­

miony wobec faktu, że dziecko jest dzisiaj niejako powtórzeniem 

dzikiego

9

, barbarzyńskiego stanu całej ludzkości. Ludzkość prze­

szła w rozwoju od dawniejszych czasów do obecnych, od dzikoś­

ci, od barbarzyństwa do cywilizacji. Dziecko w swej całej istocie 

powtarza znów coś z tego barbarzyństwa, z tej dzikości. Przecież 

współczesny myśliciel z nurtu naturalistycznego patrzy na dzie­

cko tylko tak: patrzy na zadarty nos dziecka z nieco do góry skie­

rowanymi nozdrzami, na położenie oczu - oczy są rozstawione 

szerzej niż w późniejszym okresie życia - patrzy na ukształtowa­

nie czoła, na jego charakterystyczną wypukłość, na ukształtowa­

nie ust; wszystko to przypomina mu dziki, barbarzyński stan. 

Dziecko jest barbarzyńcą człowiekiem dzikim. 

Z drugiej jednak strony pewne podejście wywodzące się od 

Rousseau

10

, pozostając w swoistej sprzeczności z tym, co właśnie 

9

 Określenia dziki, barbarzyński (wild, barbarisch) były wówczas, w takim kon­

tekście, emocjonalnie równie neutralne jak dzisiejsze określenie pierwotny; nie 
miały tego dodatkowego, negatywnego znaczenia, jakie mają dzisiaj. Takich okre­

śleń używano wówczas także w nauce, (przyp. tłum.) 

10

 Jean Jacques Rousseau, 1712-1778, francuski pisarz, filozof, muzyk; starał się 

chronić człowieka przed zgubnymi, jak uważał, wpływami cywilizacji, (przyp. tłum.) 

57 

background image

przedstawiłem, wywołuje zamieszanie we współczesnym cywili­

zowanym człowieku. Rousseau chciał, żeby zarówno w fizycz­

nym wychowaniu, jak i moralnym znów zacząć prowadzić czło­

wieka ku temu, co jest zgodne z naturą

11

. Ale ten współczesny 

człowiek tkwi przecież w intelektualizmie. A intelektualizm pro­

wadzi w myśleniu do logiki. Współczesny człowiek widzi wiele 

nielogiczności w wychowaniu, chce więc wprowadzić logikę do 

wychowania. Chce wychowanie kształtować logicznie. Tak nie 

można uchwycić naprawdę całego dziecka

12

. Współczesnemu 

człowiekowi wydaje się czymś naturalnym, że rzeczy rozwijają 

się logicznie. W ten sposób nie można uchwycić naprawdę całego 

dziecka. I jeszcze: gdy patrzymy wstecz na owe barbarzyńskie, 

dzikie czasy, których powtórzenie ma się przejawiać w dziecku, 

to nie można powiedzieć, że archeolodzy uczą nas, iż barbarzyń­

cy, ludzie pierwotni myślą - w naszym rozumieniu - szczególnie 

logicznie. 

I tak współczesny człowiek wierzy, że dochodzi do postępo­

wania zgodnego z naturą, gdy chce nauczyć dziecko czegoś, cze­

go ono nie może posiąść, o ile jest prawdziwie dzikim człowie­

kiem, prawdziwym barbarzyńcą. Poglądy, których prekursorem 

był Rousseau, wchodzą w godną uwagi sprzeczność z intelektu-

alizmem. Dążenia do natury nie da się w pełni zgrać z ukierunko­

waniem na intelektualizm. A gdy dochodzi do kształcenia woli, 

to wtedy dopiero współczesny, intelektualistycznie nastawiony 

myśliciel naprawdę nie może się rozeznać. Z jego sposobu my­

ślenia wynika, że człowiek musi dążyć przede wszystkim do tego, 

co jest użyteczne

13

. Już dziecko należałoby do tego przyuczać. 

11

 Zobacz jego rozprawę o szkodliwości kształcenia Discours sur les sciences et 

les arts z 1750 roku [wyd. pol. Rozprawa o naukach i sztukach, 1959] oraz Emile, ou 
de l'éducation
 [wyd. pol. Emil, czyli o wychowaniu, 1.1-2, 1930-33], w której przed­
stawia swoje ideały wychowawcze. 

12

 das Kinderwesen: przekładając bardziej opisowo, można by powiedzieć: Tak nie 

można uchwycić tego, co w dziecku jest natury duchowo-dusznej; to zajmuje się tylko 
tym, co w dziecku jest natury fizyczno-cielesnej.
 (przyp. tłum) 

13

 das Nützliche: to, co przydatne, pożyteczne w praktyce, użyteczne, korzystne, 

utylitarne. Dla zachowania ciągłości myśli tłumaczę to pojęcie ciągle w ten sam spo­
sób, (przyp. tłum.) 

58 

A [jednocześnie] ten współczesny, nastawiony intelektualistycz­

nie myśliciel niestrudzenie odkrywa, że ludzie noszą niewygod­

ne ubrania, które nie są użyteczne, że w życiu oddają się przeróż­

nym działaniom, które nie są użyteczne. Odkrywa, że na to, aby 

dojść do postępowania zgodnego z naturą, konieczne jest napraw­

dę dobre wpojenie przez wychowanie zasady użyteczności. Właś­

nie z tego punktu widzenia reformatorzy oświaty szczególnie mo­

cno ganią wychowanie dziewcząt. 

Tu jednak znowu stajemy wobec zagadki. Czy barbarzyńcy, 

czy ludzie dzicy, którzy mają się powtarzać w dzieciach, dążyli 

do użyteczności? Z całą pewnością nie. Współczesny, intelektual­

nie nastawiony myśliciel widzi, że z jednej strony czuje się zmu­

szony do tego, żeby w wyobrażeniach dążyć do logiki, z drugiej 

strony do tego, żeby w sferze woli dążyć do użyteczności. A bar­

barzyńcy, ludzie dzicy, których powtórzeniem mają być przecież 

dzieci, niewiele (jak nas pouczają archeolodzy) zabiegali w swym 

myśleniu o logikę, niewiele zabiegali o użyteczność, którą, gdy 

chodziło o najpilniejsze potrzeby, zaspokajali instynktownie. 

A o co zabiegali? O ozdoby. 

Ubranie powstało nie z zaspokojenia potrzeb człowieka, lecz 

z tęsknoty do przyozdabiania się. Wszystko, co człowiek pierwot­

ny wkłada na siebie, lub raczej, czego nie wkłada, co tylko ma­

luje sobie na ciele - czego przecież także nie można zaliczyć do 

rzeczy użytecznych - pokazuje, że wychodzi on nie od czegoś 

logicznie prawdziwego czy logicznie poprawnego, nie od czegoś 

użytecznego, lecz od czegoś, co zdobi, od czegoś pięknego, w tam­

tym rozumieniu piękna. 

To widzi się w zasadzie także u dzieci. Tu jednak ktoś, kto 

z jednej strony myśli intelektualistycznie - co zmusza go [w my­

śleniu] do tego, co jest logicznie poprawne, a w życiu do tego, co 

jest użyteczne - a z drugiej strony odczuwa na sposób Rousseau 

i pragnie powrotu do natury, popada w osobliwą sprzeczność. Chce 

w zasadzie narzucić dziecku to, co jako dorosły, wychodząc od 

intelektualizmu, uznaje za logiczne, użyteczne, właściwe. Zaś 

dzieci, one rzeczywiście dążą do czegoś, co było kiedyś - tylko 

w inny sposób niż ujmuje to Rousseau - mianowicie dążą do 

59 

background image

ozdabiania, do czegoś, co nie jest dla nich ani wyrazem dobra, 

z jednej strony, ani wyrazem użyteczności, z drugiej strony, lecz 

do tego, co jest piękne. 

Uchwycenie w ten sposób tego, co we współczesnym życiu 

jest niedoskonałe, a także pełne sprzeczności, może pobudzić do 

sformułowania pytania: „Zatem z czego właściwie biorą się te 

niedoskonałości i sprzeczności?". Zajęcie się bez uprzedzeń tym 

pytaniem będzie nam dawało coraz mocniejszy impuls do uświa­

domienia sobie, jak jednostronnie musi człowieka rozważać 

intelektualistyczno-naturalistyczny sposób myślenia. Przy takim 

sposobie myślenia rozważa on przecież nie całego człowieka, nie 

całe życie ludzkie, lecz tylko jedną jego stronę. Rozważa miano­

wicie jedynie życie na jawie i nie dochodzi do uświadomienia 

sobie, że całe życie ludzkie obejmuje zarówno to, co dzieje się od 

zaśnięcia do przebudzenia, jak i to, co dzieje się od przebudzenia 

do zaśnięcia. Wprawdzie można powiedzieć, że współczesny 

intelektualistyczno-naturalistyczny sposób myślenia rozważa tak­

że życie we śnie i że istnieją rozmaite interesujące hipotezy do­

tyczące istoty snu, dotyczące istoty marzeń sennych, lecz wszyst­

ko to poznaje się jedynie z punktu widzenia człowieka, który jest 

w stanie czuwania. 

Człowiek, gdy czuwa, zajmuje się nie tylko poznawaniem, 

lecz także przeżywa, uczestniczy w życiu. W życiu we śnie czło­

wiek początkowo nie uczestniczy świadomie. Może je rozważać 

z tej perspektywy, z jakiej jawi mu się ono w życiu na jawie, ale 

nie może bezpośrednio uczestniczyć w nim zwykłą świadomością. 

Żeby rozważać życie w sposób pełny, człowiek musi nie tylko po­

znawać coś abstrakcyjnie, lecz musi też móc w pełni uczestniczyć 

w tym, co poznaje. Współczesny, intelektualistyczny myśliciel tak 

stoi wobec życia we śnie - jeśli nie ma uprzedzeń i jest przy tym 

wystarczająco poważny - że z tego życia wprawdzie prześwieca 

ku niemu wiele prawdziwie zadziwiających i wywołujących zdu­

mienie rzeczy, lecz poza to zdumienie i zadziwienie nie wycho­

dzi on w sposób, jakiego wymagała na przykład filozofia grecka 

od każdego poglądu na życie. W poglądzie na życie, tak mówiła 

filozofia grecka, wszystko zaczyna się od zadziwienia się świa-

60 

tem, od zdumiewania się faktami, z którymi człowiek się styka. 

Ale potem człowiek musi pójść dalej. Od zadziwienia i zdumie­

nia musi przejść do poznania. 

Człowiek współczesny, posługując się dostępnymi mu środ­

kami, zrazu nie potrafi tego zrobić w odniesieniu do życia w głę­

bokim śnie i do życia w marzeniach sennych. A pierwszy krok, 

jaki powinien zostać zrobiony w świat nadzmysłowy, nie może 

polegać na tym, że od razu dąży się do poznania nadzmysłowego 

jako takiego. Pierwszy krok polega na tym, że buduje się pomost 

prowadzący od zwykłego, zmysłowo-fizycznego poznania do po­

znania nadzmysłowego. Można to osiągnąć w ten sposób, że owe 

uzdolnienia wyszkolone dzięki obserwacji świata zmysłowo-fizycz­

nego w pełen życia sposób rozszerzy się na to, co ze snu i marzeń 

sennych przebija się do zwykłego życia. Człowiek współczesny 

faktycznie potrafi obserwować; samo obserwowanie jednak nie 

wystarczy - chodzi o to, że obserwacjom należy nadać pewne 

określone kierunki, o ile ma się objawić istota danej rzeczy. Cho­

dzi o to, jak się obserwuje. 

Parę przykładów powinno pokazać państwu, jak powinno 

się stosować obserwację do tej drugiej strony życia, która prze­

bija się do życia dziennego, ale której zazwyczaj nie obserwuje 

się z tych samych punktów widzenia co zwykłe, codzienne życie 

na jawie. 

Są ludzie, którzy wprawdzie postrzegają różnicę między co­

dziennym życiem na jawie a życiem we śnie, ale tylko w bardzo 

niewielkim stopniu. Niemniej można powiedzieć, że niektórzy 

ludzie o prostej, naturalnej uczuciowości mają świadomość te­

go, że podczas życia na jawie człowiek jest kimś innym niż pod­

czas snu. Dlatego ci prości ludzie - gdy ktoś chce im wykazać 

na przykład bezwartościowość snu, to, że człowiek jest leniwy, 

gnuśny, gdy za dużo śpi - mówią często: „Kto śpi, nie grzeszy; 

nie jest się wtedy grzesznikiem". I w ten sposób chcą wyrazić to, 

że od zaśnięcia do przebudzenia się człowiek absolutnie nie jest 

tym, kim jest od przebudzenia do zaśnięcia, nie jest grzeszną is­

totą. W tym prostym, naiwnym poglądzie dochodzi do głosu bar­

dzo dobry instynkt. 

61 

background image

Jednak to, z czym w tej dziedzinie ma się właściwie do 

czynienia, można poznać jedynie wtedy, gdy odpowiednio wy­

ćwiczy się umiejętność obserwowania. I tu chciałbym powiedzieć 

na przykład rzecz następującą: Niewątpliwie niektórzy z państwa, 

być może wszyscy, mieli tego rodzaju sny, które pod względem 

treści stanowią wyraźnie reminiscencję z zewnętrznego, fizycz-

no-zmysłowego życia. Ktoś może śnić na przykład, że dochodzi 

do rzeki i musi się przez nią przeprawić. We śnie szuka łodzi. 

Przeżywa we śnie cały trud poszukiwania łodzi. Potem znajduje 

ją - wszystko to może się człowiekowi przyśnić - i teraz musi wy­

tężać siły przy każdym uderzeniu wiosła. Śniąc, czuje wysiłek, 

jaki wkłada w uderzenia wiosła, i wreszcie z najwyższym trudem 

przeprawia się na drugą stronę, mniej więcej tak, jak uczyniłby to 

także w zwykłym życiu na jawie. 

Wiele jest takich snów. Są to sny, które, przynajmniej ze 

względu na swoją treść, mają postać wyraźnych reminiscencji 

z życia fizyczno-zmysłowego. Inne sny nie mają postaci takich 

reminiscencji z życia fizyczno-zmysłowego. Także takie sny na 

pewno państwo znają. Ktoś może śnić na przykład, że dochodzi 

do rzeki, przez którą ma się przeprawić; we śnie zastanawia się 

nad tym... krótko mówiąc, rozpościera skrzydła i przelatuje na 

drugi brzeg. Nie można powiedzieć, że jest to reminiscencja z ży­

cia fizyczno-zmysłowego, ponieważ, o ile mi wiadomo, w fizycz-

no-zmysłowym życiu większość ludzi nie ma zwyczaju przepra­

wiania się przez rzekę w ten sposób; zatem we śnie mamy do 

czynienia z czymś, czego człowiek naprawdę nie robi w życiu 

fizyczno-zmysłowym. 

Tu jednak pojawia się coś bardzo osobliwego, coś, na co czło­

wiek zwraca uwagę dopiero wtedy, gdy naprawdę przypatruje się 

związkowi między życiem we śnie, życiem w marzeniach sennych, 

a zewnętrznym, zmysłowo-rzeczywistym życiem na jawie. Kto 

na tym obszarze dokładnie obserwuje, zobaczy mianowicie rzecz 

następującą. Zauważy, że po takim śnie czy takich snach, które 

nakładają na niego wszystkie trudy i znoje życia codziennego, 

po snach, które są reminiscencjami z życia fizyczno-zmysłowego, 

budzi się zmęczony. Gdy się budzi, ma ciężkie kończyny i przez 

62 

cały dzień pozostaje w takim nastroju zmęczenia. Zatem człowiek 

tak budzi się ze snu odtwarzającego zmysłowo-fizyczną rzeczy­

wistość, że w zwyczajnym życiu, na jawie, jest osłabiony. Proszę 

zaobserwować, jak działa sen, który nie jest reminiscencją z życia 

fizyczno-zmysłowego: gdy latali państwo we śnie, tak z prawdzi­

wą radością z lekkością gdy szybko i sprawnie przebyli państwo 

rzekę na skrzydłach, których przecież w fizycznym życiu wcale 

państwo nie mają budzą się państwo wypoczęci i pogodni, ma­

jąc lekkie kończyny. Takie różnice oddziaływania życia we śnie 

i życia na jawie musimy obserwować tak dokładnie, jak poza tym 

zwykliśmy obserwować w matematyce czy fizyce. Gdyby w tych 

dziedzinach nie obserwowano dokładnie, także nie osiągnięto by 

rezultatów. W dziedzinie, którą omawiamy, obserwacje nie są jed­

nak prowadzone w ten sposób; dlatego właśnie nie dochodzi się 

ani do zadowalających wyników, ani do impulsów pobudzających 

do głębszego poznawania i oddziałujących na życie. 

I nie jest tak, że można przedstawić tylko pojedyncze przy­

kłady, zdające się potwierdzać to, na co właśnie wskazałem. Im 

głębiej wchodzi się w te sprawy, tym bardziej widać, że istnieje 

taki związek - i można go przeczuć - między tym, co dzieje się 

w życiu we śnie, a życiem na jawie. Istnieją przecież sny, które 

przebiegają na przykład tak, że we śnie ma się przed sobą bardzo 

sympatyczne potrawy i je się je, z olbrzymim apetytem i dużo. 

Gdy jedli państwo we śnie, zauważą państwo z reguły, że budzą 

się bez apetytu, z jakąś niestrawnością że przez cały dzień nie 

mają państwo ochoty na jedzenie. Jeśli natomiast rozmawiali 

państwo we śnie z aniołem i jeśli naprawdę zagłębili się państwo 

w tę rozmowę, zobaczą państwo, że w nadzwyczaj pobudzający 

sposób działa to na państwa apetyt w ciągu dnia. Nie muszę prze­

cież wyraźnie mówić, czy też wręcz dokładnie udowadniać, że 

jedzenie we śnie jest reminiscencją z życia fizyczno-zmysłowego, 

gdyż w świecie nadzmysłowym nie je się i nie pije. Co do tego na 

pewno zgodzą się państwo ze mną także bez dowodu. Gdy zatem 

we śnie je się i pije, to treść snu jest reminiscencją z życia fizycz­

no-zmysłowego, a gdy rozmawia się z aniołem - co też przecież 

zdarza się garstce ludzi w fizyczno-zmysłowym życiu - to jest to 

63 

background image

wydarzenie, które pod względem treści nie może być jeszcze re­

miniscencją z życia fizyczno-zmysłowego. 

Widać zatem, nawet przy bardziej abstrakcyjnym sposobie my­

ślenia, że między zaśnięciem a przebudzeniem dzieje się z człowie­

kiem coś zrazu zupełnie nieznanego, co swym działaniem sięga 

w obszar jawy, w życie między przebudzeniem a zaśnięciem. I nie 

można powiedzieć, że na tym obszarze właściwie nie sposób dojść 

do wyraźnie wyodrębnionych wyobrażeń. Bo przecież mamy coś 

wyraźnie wyodrębnionego, gdy musimy powiedzieć: Kiedy śnimy 
0 tym, co w życiu fizyczno-zmysłowym jest rzeczywistością gdy 

sen staje się tym, do czego przez pewien czas dążyli naturalistyczni 

poeci czy naturalistyczni artyści - którzy ciągle tylko chcieli na­

śladować życie, którzy nie chcieli wprowadzać w życie niczego ze 

sfery nadzmysłowej - gdy sen staje się takim naturalistą wtedy 

niezdrowo oddziałuje na życie na jawie. Oddziałuje, wywołując 

chorobę. Jeżeli zatem, śniąc, człowiek wnosi w sen zwykłe życie 

zmysłowe, to oddziałuje to na zwykłe życie chorobotwórczo, nie­

zdrowo. A z drugiej strony, gdy we śnie pojawia się to, co nie jest 

rzeczywiste w świecie fizyczno-zmysłowym, co skostniały filister 

uzna za fantazję, za coś mistycznego, za twór, którym rozsądny 

człowiek, prawdziwy intelektualista nie chciałby się zajmować, 

gdy pojawia się to we śnie, to właśnie to sprawia, że człowiek jest 

potem rześki, wypoczęty, zdrowy. - Można więc obserwować 

osobliwe oddziaływanie tego, co dzieje się z człowiekiem między 

zaśnięciem a przebudzeniem, na zwykłe życie na jawie. 

I ponieważ te rzeczy daje się wyraźnie wyodrębnić, to można 

faktycznie powiedzieć: Z człowiekiem musi się dziać coś, co jest 

niezależne od cielesności, ponieważ działanie to odciska się w cie­

lesności, gdy człowiek śpi; a sen jest tym, co - zrazu ku zdumieniu 
1 zadziwieniu zwykłej świadomości - wnika swym działaniem, 

tym, czego człowiek wtedy, w owym niezwykłym dla swej zwy­

kłej świadomości stanie, nie przeżywa [świadomie], lecz w czym 

nieświadomie uczestniczy. Im bardziej będą się państwo starali 

zbierać przykłady, tym bardziej będą państwo odkrywali, że rze­

czywiście istnieje taki realny związek między życiem na jawie 

a życiem we śnie. 

64 

A teraz proszę jeszcze raz popatrzeć na sen. Różni się on is­

totnie od tego, co jest treścią duszy w życiu na jawie. W życiu na 

jawie funkcjonujemy tak, że posługując się swoją wolą łączymy 

wyobrażenie z wyobrażeniem, rozdzielamy wyobrażenie od wy­

obrażenia. Tego wszystkiego nie potrafimy robić, gdy śnimy. Ob­

raz marzenia sennego powstaje tak, jak powstają zjawiska obiek­

tywne - bez udziału naszej woli. Ta aktywność duszy, działająca 

w życiu na jawie, w obszarze marzeń sennych jest obezwładniona, 

przechodzi w pasywność. 

Gdy potem studiujemy sen z pewnego bardzo szczególnego 

punktu widzenia, znów zadziwiająco zdradza on tajemne strony 

istoty ludzkiej. Proszę tylko zaobserwować, jak czasem spotyka­

ją państwo w życiu jakiegoś człowieka i oceniają go, kiemjąc się 

względami związanymi z życiem. Nie pozwalają sobie państwo 

na to, żeby całe ich życie wewnętrzne wpłynęło w tę ocenę. Oce­

niają państwo tak, że nadal jeszcze mają wzgląd na to, że dana 

osoba na przykład posiada jakiś tytuł, że kogoś, kto posiada taki 

tytuł, zwykle trzeba traktować w pewien określony sposób lub 

też, że osoba ta zajmuje jakąś pozycję społeczną krótko mówiąc, 

w życiu na jawie dochodzą państwo do pewnego sądu. Natomiast 

w życiu we śnie spotyka państwa niekiedy rzecz następująca: śnią 

państwo, że stoją przed tym człowiekiem i zaczynają go solidnie 

okładać - odbiega to od sądu, który wytworzyli sobie państwo 

w życiu na jawie, ale wskazuje na głębiej leżące sympatie i an­

typatie, na które nie pozwalają sobie państwo w życiu na jawie, 

a które sen wyczarowuje w obrazie przed państwa duszą. Zatem 

coś, do czego człowiek nie przyznaje się w życiu na jawie, a co 

jednak nosi w sobie, podczas snu z marzeniami zostaje przez 

podświadomą imaginację postawione przed duszą w sposób 

obrazowy. To można jeszcze stosunkowo łatwo zaobserwować. 

Natomiast gdybyśmy, z drugiej strony, zajęli się różnymi poja­

wiającymi się w życiu na jawie nastrojami, humorami czy też 

niewyjaśnioną rześkością których nie można zrozumieć na pod­

stawie zjawisk zaobserwowanych w życiu, zobaczylibyśmy, o ile 

nie zapomnielibyśmy snów, jakie wtedy mieliśmy, że to one do­

prowadziły człowieka albo do tego nastroju, albo do tej rześkości; 

65 

background image

że to, co człowiek przeżywa między zaśnięciem a przebudzeniem, 

a co sen może odsłonić, przeniknęło do nieświadomości, do na­

stroju. W ogóle nie można całościowo ogarnąć i zrozumieć życia, 

jeśli dokładnie nie uwzględni się tej drugiej strony życia toczącej 

się między zaśnięciem a przebudzeniem. 

Ale to wszystko toczy się bez współdziałania człowieka. Nie­

mniej także to, co w nieświadomy sposób toczy się tam mimo­

wolnie, można podnieść do aktywności, którą będziemy prowa­

dzić z pełną świadomością można to podnieść do tak w pełni 

świadomej aktywności, jaką jest jedynie aktywność rozwijana 

na przykład w trakcie dociekań matematycznych lub w trakcie 

badań naukowych. I kiedy człowiek to czyni, przechodzi od cze­

goś nieokreślonego, na co może patrzeć, gdy powiąże życie we 

śnie z życiem na jawie, ku temu, co może wtedy przyjść do nie­

go za sprawą świadomie rozwiniętej imaginacji, inspiracji i in­

tuicji

14

Dopiero to umożliwia potem prawdziwe poznanie człowieka. 

Zatem to, na co świat, że tak powiem, wskazuje milcząco, gdy 

daje nam życie we śnie, zostaje w świadomy sposób rozwinięte 

za sprawą metod, do których dąży antropozofia, chcąc prawdzi­

wie poznać świat i człowieka. 

14

 Imaginacja, inspiracja i intuicja będą dalej omówione dokładniej (Wykład IV). 

Zob. też: Jak osiągnąć poznanie wyższych światów?, wydawnictwo Genesis, Gdy­
nia 2000. 

66 

Wykład IV 

Domach, 26 grudnia 1921 

Wszelkie współczesne rozważania - które później, za sprawą 

intelektualistyczno-naturalistycznego wyjaśniania świata znajdu­

ją wyraz w sferze poznania, a także w praktyce życiowej - oparte 

są w zasadzie na obserwacji tego, co jest dostępne człowiekowi 

w danym momencie. Z pozom może się wydawać, że jest inaczej. 

Jednakże w toku tych wykładów okaże się, że w nich naprawdę 

chodzi tylko o sprawy zewnętrzne. Badamy człowieka, jego orga­

nizację, zwykłymi metodami biologii, fizjologii, anatomii i właś­

ciwie ciągle zajmujemy się wtedy tylko tym, co przynosi nam bie­

żący moment. Z początku wygląda to co prawda inaczej. Badamy 

na przykład płuca dziecka, płuca dojrzałego człowieka, płuca star­

ca i stwierdzamy, jaki jest stan rzeczy w danym momencie. Potem 

wyciągamy wnioski dotyczące przebiegu życia ludzkiego. Ze 

zmian, jakie od dzieciństwa do starości zachodzą w płucach, 

wnioskujemy coś o rozwoju człowieka. Jednak to, co wtedy czy­

nimy dla uchwycenia procesu, który rzeczywiście zachodzi, nie 

polega na wniknięciu w proces dokonujący się w czasie, lecz jest 

zatrzymaniem się na tym, co przestrzenne, a o procesie dokonu­

jącym się w czasie wnioskujemy jedynie na podstawie zmian 

przestrzennych. Postępujemy tak jak wtedy, gdy, powiedzmy, 

obserwujemy zegar. Obserwujemy układ wskazówek zegara, na 

przykład rano, i na podstawie czegoś, co ma charakter przestrzen­

ny, odczytujemy czas. Potem patrzymy na zegar w południe i znów 

coś, co jest przestrzenne, daje nam orientację w czasie. Z czegoś 

przestrzennego wyciągamy wnioski dotyczące czasu. Ten sposób 

funkcjonowania w życiu stał się w ogóle naszym zwykłym sposo­

bem postępowania. Obserwujemy moment, którego doświadcza­

my. Doświadczamy

1

 go poprzez aspekt przestrzenny. Natomiast 

1

 Czasownik erleben, powtarzający się w tym rozdziale wielokrotnie w waż­

nych miejscach, można przełożyć zarówno jako przeżywać, jak i doznawać czy 

67 

background image

wewnętrznego stawania się czasu nie doświadczamy w ten sam 

sposób. Tylko dzięki temu można prawidłowo ocenić to wszys­

tko, czym w rzeczywistości jest bieg życia ludzkiego pomiędzy 

narodzinami a śmiercią, że potrafi się wejść w czas w sposób 

równie żywy, jak przyzwyczailiśmy się wchodzić w przestrzeń. 

To, co właśnie wyraziłem teoretycznie, chciałbym wyjaśnić na 

kilku przykładach odnoszących się do życia ludzkiego. Bowiem 

właśnie dla tych, którzy chcą uprawiać sztukę wychowania i na­

uczania, to wżycie się w przebieg dokonujący się w czasie jest nad 

wyraz ważne. Widać to na następujących przykładach. 

Załóżmy, że dziecko przejawia szczególny szacunek dla do­

rosłych. - Zdrowe odczucie uzna za coś zdrowego w dziecku 

właśnie to, co prowadzi je do takiego samo przez się zrozumiałe­

go szacunku dla dorosłych, gdy cechy dorosłego uzasadniają ten 

szacunek - a tak przecież powinno być. W dalszych wykładach 

będziemy mówić o tym od strony sztuki wychowania i nauczania. 

Teraz chcę przedstawić to jedynie jako przykład. 

Zazwyczaj ludzie ograniczają się do stwierdzenia, że istnieją 

dzieci przejawiające taki szacunek. Przypisują to pewnym właś­

ciwościom niektórych dzieci i poprzestają na tym [uchwyconym] 

momencie. Nigdy nie uda się poznać pełnego znaczenia takiego 

szacunku, jeśli nie rozważy się całego życia ludzkiego. Mając mo­

żliwość stopniowej obserwacji tego czy innego człowieka w póź­

niejszym, być może mocno zaawansowanym wieku, odkryje się, 

że istnieją ludzie, którzy mają tę właściwość, że w samo przez się 

zrozumiały sposób pocieszają tych, którzy potrzebują pociechy, 

a innych, którzy z powodu tmdnej sytuacji życiowej potrzebują 

podniesienia na duchu, podbudowują. Często naprawdę nie cho­

dzi nawet o treść tego, co mówią ci pocieszający, podnoszący na 

duchu ludzie; rzecz w tembrze głosu, w jego brzmieniu, w sposo­

bie, w jaki mówią. Gdy cofamy się do ich dzieciństwa, widzimy, 

doświadczać. I tu pojawia się poważna trudność, ponieważ przeżywać zbyt mocno 
kieruje myśl ku samym przeżyciom emocjonalnym, zaś doświadczać
 zdaje się być 
zbyt „rzeczowe". Mam nadzieję, że możliwość samodzielnej zmiany przekładu 
ułatwi zrozumienie, (przyp. tłum.) 

68 

że są to ludzie, którzy w dzieciństwie szczególnie silnie przeja­

wiali poważany i głęboki szacunek dla dorosłych. To pełne czci 

odnoszenie się do dorosłych, które zanika potem z biegiem cza­

su, żyje w głębinach, u podstaw biegu życia, i pojawia się znów 

w wieku dojrzałym jako dar podnoszenia na duchu. 

To, co teraz przedstawiłem w pewien sposób, można też wy­

razić następująco: Gdy dziecko nauczyło się prawdziwie modlić 

z serca, gdy nauczyło się rozwijać nastrój modlitwy, to w środko­

wym okresie życia nastrój ten, jak powiedziałem, schodzi w głębiny 

życia i w bardzo późnym wieku wyłania się ponownie, przejawia­

jąc się wtedy jako odczuwany przez innych ludzi dar błogosła­

wienia. A z kolei właśnie u tych ludzi, którzy w późniejszym wie­

ku sami sobą oddziałują na bliźnich błogosławiąco, odkryje się, 

że w dzieciństwie przyswoili oni sobie nastrój modlitwy. - Takie 

rzeczy odkrywa się tylko wtedy, gdy człowiek nauczy się tak samo 

żyć z czasem, jak przyzwyczailiśmy się żyć z przestrzenią. I mu­

si też istnieć wiedza, która żyje w czasie tak samo jak w przes­

trzeni, czyli bezpośrednio, a nie poprzez wnioskowanie z tego, co 

ma charakter przestrzenny - jak to czynimy z zegarem. 

To, co w odniesieniu do życia moralno-wewnętrznego zilus­

trowałem państwu tutaj na kilku przykładach, musimy jednak 

także - jeśli ma dojść do prawdziwej sztuki wychowania i nau­

czania - zastosować już na samym początku ogólnych rozważań 

o człowieku. A można to zrobić w następujący sposób. 

Gdy porównujemy człowieka - ujętego całościowo, tak jak 

staje przed nami w życiu - ze zwierzęciem, stwierdzamy, że zwie­

rzę, zwłaszcza wyżej rozwinięte zwierzę, rodząc się, od razu po­

siada potrzebne mu w życiu sprawności. Kurczątko po wykluciu 

się jest już w pełni przystosowane do otoczenia, nie potrzebuje 

się dalej uczyć

2

; jego narządy posiadają już ściśle określony sto-

2

 Współczesne badania życia zwierząt, przede wszystkim obserwacje prowadzone 

latami w naturalnym środowisku, pokazują, że wyższe zwierzęta nabywają róż­
nych sprawności już po urodzeniu i czynią to w dużej mierze tak jak dzieci, tzn. 
przez naśladowanie. Obserwacje te nie podważają jednak głównego wątku wywodu 
- zasadniczej różnicy między „gotowym" zwierzęciem a „niegotowym" człowie­
kiem, (przyp. tłum.) 

69 

background image

pień plastyczności

3

, jaki potrzebny jest danemu zwierzęciu zgod­

nie z jego przynależnością gatunkową W przypadku człowieka 

jest inaczej. Człowiek rodzi się nieporadny, dopiero poprzez 

[wejście w] świat zewnętrzny musi zdobyć swoje specyficzne 

umiejętności w jakiejś dziedzinie. Człowiek zawdzięcza to tej 

okoliczności, że w przebiegu jego życia ziemskiego najważniej­

szy jest etap środkowy, między dzieciństwem a szeroko rozumia­

ną starością. Ten etap środkowy, czas dojrzałości, jest dla życia 

człowieka tutaj, na Ziemi, ze wszech miar najważniejszy. Wtedy, 

zdobywając umiejętności, dostosowuje on swoją organizację do 

życia zewnętrznego. Wtedy przez doświadczenie wchodzi w zwią­

zek ze światem zewnętrznym. Tego środkowego etapu, kiedy na­

rządy mają jeszcze bardzo duży zakres plastyczności, właściwie 

całkowicie brakuje zwierzęciu. Zwierzę przychodzi już na świat 

takie, jakimi my, ludzie, stajemy się w zasadzie dopiero na starość, 

gdy nasze formy sztywnieją gdy przestają być plastyczne. Jeże­

li chce się zrozumieć naturę zwierzęcą pod kątem jej związku ze 

światem, to zrozumie się ją prawidłowo w zasadzie tylko wtedy, 

gdy porówna się ją do starości u człowieka. 

Wtedy jednak może pojawić się pytanie: Czy zwierzę nie 

przejawia od razu cech starości także w swoich właściwościach 

dusznych? Nie, tak nie jest, ponieważ w zwierzęciu istnieje jeszcze 

drugi biegun, który przeciwdziała takiemu starzeniu się, a stanowi 

go zdolność rozrodcza. Zdolność rozrodcza działa także odmła-

dzająco na posiadającego ją człowieka czy na inną posiadającą ją 

istotę. I podczas gdy zwierzę z jednej strony rozwija cechy sta­

rości, to, z drugiej strony, w to starzenie się wpływa jednak zdol­

ność rozrodcza chroniąca zwierzę w pewien sposób przed zbyt 

wczesnym zestarzeniem się - dopóki jest ono zdolne do rozrodu. 

Jeżeli jednak potrafią państwo bez uprzedzeń rozważać zwie­

rzę czy gatunek zwierząt, to powiedzą sobie: w momencie, gdy 

zwierzę osiąga zdolność płodzenia potomstwa, właściwie nabiera 

już cech starości. Specyficzne dla człowieka jest właśnie to, że 

i

 Plastyczność - tu: zdolność organizmu do reagowania zmiennością funkcji i kształ­

tów (w tym wewnętrznych) na zmienne warunki otoczenia, (przyp. tłum.) 

70 

zarówno starość jak i dzieciństwo - bowiem w okresie dzieciń­

stwa zdolność rozrodcza pomału się rozwija - ustawione są na 

końcach życia, a w środku jest etap organiczno-plastyczny [etap 

plastyczności narządów], który za sprawą związku ze światem 

zewnętrznym może się dostosować do tego świata. I to, że ten 

środkowy etap występuje u człowieka w prawidłowy sposób, 

można w pewnym sensie nazwać normalnym przebiegiem życia 

ludzkiego. Wtedy ludzie niejako w prawidłowym czasie będą 

dziećmi, w prawidłowym czasie przestaną być dziećmi, wejdą 

w wiek dojrzały i w prawidłowym czasie przejdą także z wieku 

dojrzałego w starość. 

Gdy tę całą drogę życiową człowieka rozważa się, przenosząc 

się bezpośrednio w to, co rozgrywa się w czasie, to właśnie wy­

chodząc od tego, dochodzi się także do rozważania anomalii. 

Mianowicie, u pewnych ludzi można zobaczyć, jak nie potrafią 

oni, jeśli wolno mi tak powiedzieć, wystarczająco długo powstrzy­

mać starzenia się. Nie myślę tu wcale o tym starzeniu się, które 

przynosi siwe włosy czy wczesną łysinę, nie to starzenie się mam 

na myśli - można bowiem, mając łysą czaszkę, długo jeszcze po­

zostawać dużym dzieckiem; myślę o starzeniu się objawiającym 

się bardziej wewnętrznie, organicznie, i widocznym jedynie przy 

wewnętrznym obserwowaniu życia, przy intymnym obserwowa­

niu życia: o starzeniu się dusznym, jeśli możemy je tak nazwać, 

wnikającym swym działaniem w życie wtedy, gdy zewnętrznie 

jest ono całkowicie na etapie plastyczności. 

Może jednak zdarzyć się też rzecz odwrotna: człowiek może 

w toku życia nie wyjść w prawidłowym czasie z cech wieku dzie­

cięcego. Wtedy cechy wieku dziecięcego wnikają swym działa­

niem w środkowy okres życia; wtedy człowiek wnosi w wiek 

średni to, co powinien mieć wewnętrznie-dusznie właściwie tyl­

ko jako dziecko. To sprawia, że w toku życia człowieka powstaje 

coś bardzo specyficznego, co przyjdzie nam dzisiaj, dość ogólnie, 

rozważyć. 

Gdy z tego punktu widzenia rozważa się życie ludzkie, pa­

trząc na nie jako na proces rozgrywający się w czasie, to można 

od tak zwanego normalnego życia ludzkiego dojść do różnych 

71 

background image

anomalii. Gdy [w prawidłowym czasie] wchodzimy w starość, 

wtedy zwłaszcza nasza organizacja głowy traci wewnętrzną ru­

chliwość, żywą plastyczność. Gdy chodzi o organizację głowy, 

pod koniec życia stajemy się bardziej sztywni, mniej plastyczni. 

A wszystkie te umiejętności, które sobie zdobyliśmy i nadal zdo­

bywamy w życiu, stają się w okresie starości bardziej duszne, 

bardziej duchowe. Ale dzieje się to kosztem animalizacji naszej 

organizacji głowy. Fizycznie stajemy się tacy, jak zwierzę jest od 

samego początku. Podlegamy niejako animalizacji. Ten duchowo-

duszny związek z życiem - który przy prawidłowym wychowaniu 

moglibyśmy mieć, być może, jeszcze przez całe życie - okupu­

jemy w ten sposób, że w tym późniejszym okresie życia to, co 

duchowo-dusznie przeżywamy w kontakcie ze światem, nie wcho­

dzi już poniekąd tak dobrze w naszą organizację. Czaszka jest zbyt 

sztywna, zbyt twarda pod względem plastycznym. Przeto na sta­

rość jesteśmy zajęci bardziej tym, co dusznie-duchowo łączy nas 

ze światem zewnętrznym. Tego, czego doświadczamy w świecie 

zewnętrznym, nie przyjmujemy już w siebie równie intensywnie 

jak wcześniej. Następuje animalizacja naszej górnej organizacji. 

Ta animalizacja naszej górnej organizacji może wystąpić -

wtedy jednak nie na swoim miejscu - już we wczesnym okresie 

wieku dojrzałego; występuje wtedy w sposób wewnętrzny, jak to 

już powiedziałem. Ponieważ jednak człowiek oczywiście zawsze 

pozostaje człowiekiem - czyli jest nim także wtedy, gdy w „orga­

nizacji głowy" ulega niejako animalizacji - więc to, co wchodzi 

tu w rachubę, przejawia się nie w cechach zewnętrznych, lecz wła­

śnie we właściwościach wewnętrznie-dusznych. Przebiega to tak: 

Gdy ten szczególny sposób wchodzenia w kontakt ze światem 

zewnętrznym, jaki ma starzec czy staruszka, pojawia się zbyt 

wcześnie - może się on pojawić już nawet w dzieciństwie - to 

cofa się on [przenika] do organizacji fizycznej, ponieważ oczy­

wiście plastyczność przeważa jeszcze wtedy w pozostałym czło­

wieku, i człowiek w sposób wewnętrzny wcześniej doznaje tego, 

czego w zdrowym związku ze światem zewnętrznym doznaje wte­

dy, gdy udaje mu się zestarzeć we właściwym czasie. Wiąże to ze 

swoją fizycznością Przyjmuje to w swoją fizyczną organizację, 

72 

co powoduje powstanie właściwości, które wykazują większe 

podobieństwo do cech zwierzęcych niż właściwości normalnie 

rozwijających się ludzi. 

Zwierzę prześciga człowieka - można tak ewentualnie po­

wiedzieć - posiadając pewien instynkt, wiążący je z otoczeniem 

w większym stopniu niż ten, w jakim człowiek jest w normalnym 

stanie związany ze swoim otoczeniem. To, że pewne zwierzęta, 

gdy zbliżają się zagrażające ich życiu zjawiska przyrody, odcho­

dzą z miejsc, w których owo niebezpieczeństwo mogłoby się wy­

darzyć, wcale nie jest legendą tylko w pełni zgadza się ze spe­

cyficznymi właściwościami życia zwierzęcego. Zwierzęta mają 

pewien instynktowny, proroczy dar, gdy chodzi o zachowanie ży­

cia. W pełni poprawne jest także stwierdzenie, że zwierzę w o wie­

le wyższym stopniu niż człowiek współodczuwa bieg pór roku. 

Zwierzę odczuwa zbliżanie się czasu, w którym, jeśli jest zwierzę­

ciem wędrownym, [ptakiem wędrownym,] musi odlecieć, by wy­

szukać inne miejsca. Zwierzę ma zatem intymny, instynktowny 

związek z otoczeniem. I gdyby ktoś potrafił wejrzeć w to, co dzie­

je się w zwierzęcym życiu dusznym, zobaczyłby, że zwierzę po­

siada - wprawdzie całkowicie osłoniętą nieświadomością ale 

jednak obecną - instynktowną mądrość życiową która objawia 

się jako życie w ścisłym powiązaniu z całym biegiem przyrody. 

Gdy u człowieka starość we wspomniany sposób przed­

wcześnie wnika w jego życie, to pojawia się - aczkolwiek nie od 

razu tak jak u zwierzęcia, gdyż w człowieku wszystko podniesio­

ne jest do poziomu ludzkiego - niemniej pojawia się owo instyn­

ktowne przeżywanie otoczenia. I to, co dzisiaj jest znane i nieraz 

poprawnie, a nieraz też fałszywie opisywane jako niższe jasno­

widzenie, jako telepatia, jako teleplastia, jako telekineza

4

, czyli 

rzeczy, które w życiu człowieka pojawiają się anormalnie, nie jest 

niczym innym jak wnikaniem działania starości we wcześniejsze 

4

 Telepatia - porozumiewanie się z drugą istotą bez pośrednictwa mowy, obrazu 

czy w ogóle jakichkolwiek dostępnych w świecie fizycznym środków komunika­
cji; teleplastia - zdolność medium do formowania postaci z ektoplazmy; telekine­
za - poruszanie lub odkształcanie przedmiotów na odległość, tj. bez dotykania ich 
i bez stosowania metod znanych nauce, (przyp. tłum.) 

73 

background image

doznawanie człowieka. Można bowiem doświadczyć starości we 

właściwym czasie, wtedy doświadcza się jej w zdrowy sposób. 

Doświadczając starości już w wieku dwudziestu lat, człowiek 

staje się jasnowidzącym w niższym sensie. Wtedy rzeczy, które 

występują jako przejaw przedwczesnej starości i stanowią ano­

malie w życiu, objawiają się nie tyle w cechach zewnętrznych, 

co w wewnętrznych. Znacznie głębiej wniknięto by w owo niż­

sze jasnowidzenie, telepatię, telekinezę, teleplastię, które do pew­

nego stopnia zostały już przecież bardzo dobrze zbadane, gdyby 

potrafiono właściwie docenić ten punkt widzenia, mianowicie to, 

że ma się tam do czynienia z przedwczesnym, wewnętrznym ze­

starzeniem się. 

To jednak wymaga przejścia do prawdziwego rozpatrywania 

życia. W danym momencie trzeba widzieć nie tylko to, co staje 

przed człowiekiem w przestrzeni, lecz trzeba umieć tak to zinter­

pretować, żeby wiedzieć: gdy rozpatruje się człowieka w danym 

momencie i objawia on te czy inne specyficzne właściwości, to 

bierze się to stąd, że to, co w zasadzie powinno być później, wni­

ka swym działaniem w to, co jest wcześniej. 

W następnych dniach zobaczymy, jak za sprawą takiego 

wglądu w naturę ludzką prowadzonego w ścisły sposób, można 

uruchomić procesy lecznicze. - Zatem naprawdę możliwa jest pe­

wnego rodzaju animalizacja człowieka, która wtedy nie objawia 

się jednak zewnętrznym starzeniem się, lecz tym, że te związki 

z otoczeniem, które poza tym pojawiają się w instynkcie zwierzę­

cym w sposób zwierzęcy, zostają przetransformowane we właś­

ciwości ludzkie - ale w takie właściwości, które należą do niższej 

natury ludzkiej. 

Dla wolnego od uprzedzeń rozpatrywania świata specyficz­

ne właściwości telepatii, telekinezy, teleplastii nie tracą naturalnie 

swojego znaczenia, gdy w ten sposób rozpatruje się je nie jako 

przejaw czegoś nadzmysłowego, lecz jako coś, co powstaje za 

sprawą wnikania tego, co jest późniejsze, we wcześniejsze okre­

sy ludzkiego życia. Właśnie dzięki takiemu rozpatrywaniu istoty 

ludzkiej w czasie poznajemy także jej podstawowy charakter; bo­

wiem rozpatrywanie w czasie polega nie na chwytaniu różnych 

74 

momentów życia i wyciąganiu z nich wniosków dotyczących pro­

cesów zachodzących w życiu, lecz właśnie na wewnętrznym 

współodczuwaniu czasu, a także na umiejętności zobaczenia, jak 

to, co późniejsze, zamiast objawić się później, zaczyna działać 

wcześniej. Przypatrywanie się czemuś w czasie oznacza ogarnia­

nie spojrzeniem czasu, umiejętność zobaczenia w teraźniejszym 

momencie przeszłości i przyszłości. 

Sami państwo odczują jak bardzo nasze współczesne podej­

ście jest właściwie dalekie - choć zewnętrznie wygląda to inaczej 

- od tego wewnętrznego sposobu patrzenia, odpowiadającego 

naturze czasu i jego przebiegowi. Dlatego powstają potem owe 

niezadowalające interpretacje tego, co występuje w życiu. Tych 

niezadowalających interpretacji pełno jest dzisiaj w tak zwanym 

poznaniu naukowym i w jego oddziaływaniu na życie. 

Może jednak zdarzyć się też odwrotny przypadek: cechy 

wieku dziecięcego mogą wniknąć swym działaniem w późniejsze, 

dojrzałe życie człowieka. Wiek dziecięcy charakteryzuje się tym, 

że organizacja głowy nie tylko w sposób instynktowny doświad­

cza tego wszystkiego, co zachodzi w otoczeniu, lecz intensywnie 

doświadcza też w przemianie materii to, co zachodzi pod wpły­

wem związku przemiany materii z otoczeniem. Gdy dziecko wi­

dzi kolory, to zachodzą w nim ożywione procesy przemiany 

materii. Dziecko niejako konsumuje wrażenia zewnętrzne, [wpro­

wadzając je] także aż do swojej przemiany materii. Można bez 

wątpienia powiedzieć, mówiąc nie obrazowo, lecz zupełnie kon­

kretnie, że funkcje żołądka dziecka dostosowują się nie tylko do 

smaku i strawności pokarmów, lecz także do wrażeń barwnych 

płynących z otoczenia. Dostosowują się do tego, co dziecko prze­

żywa pod wpływem otoczenia. Można zatem powiedzieć: U czło­

wieka starego mamy animalizację życia w sferze fizycznej, u dzie­

cka mamy całe życie wypełnione wielką wrażliwością procesów 

wegetatywno-organicznych. 

U dziecka proces wegetatywno-organiczny - nie animalno-

organiczny, tylko wegetatywno-organiczny - współprzeżywa 

wszystko, czego dziecko doświadcza w świecie zewnętrznym. 

I idzie to tak daleko, że obejmuje również właściwości duszne. 

75 

background image

Toteż nigdy nie dojdziemy do pełnego poznania dziecka, jeśli nie 

zadamy sobie też pytania: Jak dziecko konsumuje, aż do prze­

miany materii, swoje wrażenia? - Tak zwane normalne życie ludz­

kie polega przecież na tym, że potem, w późniejszym, dojrzałym 

wieku, człowiek pozostawia swoją przemianę materii bardziej 

samej sobie, że z kolei w bardziej samodzielny sposób doświad­

cza kontaktu ze światem zewnętrznym, że temu, co w sposób 

duszno-duchowy przeżywa w kontakcie ze światem zewnętrz­

nym, nie daje tak przenikać w dół w przemianę materii, jak czyni 

to dziecko; że nie zawsze wszystkim zewnętrznym kontaktom ze 

światem zewnętrznym towarzyszy tak intensywne, wewnętrzne 

wydzielanie gruczołów, jak to jest w przypadku dziecka. 

Dziecko konsumuje to, czego doświadcza w świecie zewnę­

trznym, poniekąd jak pożywienie. A późniejszy, dojrzały czło­

wiek pozostawia przemianę materii samej sobie. W normalnym 

życiu jest on dojrzałym człowiekiem właśnie tylko dzięki temu, 

że wszystko to nie wchodzi tak głęboko w jego procesy wegeta-

tywno-organiczne. Jednak u poszczególnych osób ten stan może 

się nadal utrzymywać. Pewne osoby mogą wnieść cechy wieku 

dziecięcego do późniejszego życia. Wtedy właśnie zachowują 

one tę właściwość, że łączą zewnętrzne doznania ze swoimi pro­

cesami organicznymi, że także przeżycia duszy łączą jeszcze ze 

swoimi procesami organiczno-wegetatywnymi. 

Weźmy przykład: Ktoś, kto osiągnął już pewien wiek dojrza­

ły, w szczególny sposób pokochał, powiedzmy, psa. Zdarza się 

przecież, że ludzie intensywnie miłują psa. I właśnie takie umiło­

wanie jest często związane z bardzo intensywnym przeżywaniem. 

Jeżeli taki człowiek przeniósł coś z owych cech wieku dziecięce­

go do późniejszego wieku dojrzałego, czy też w dzieciństwie 

doznawał owych cech dziecięcych w podwyższonym stopniu, to 

w przypadku tej miłości nie kończy się tylko na dusznym związ­

ku ze światem zewnętrznym, lecz miłość ta wywołuje procesy 

organiczne, wegetatywne. Organizm współprzeżywa tę miłość. 

Przy żywym odczuwaniu tej miłości coś zawsze dzieje się rów­

nież w procesach przemiany materii. Procesy przemiany materii 

przyzwyczajają się wtedy nie tylko do normalnego trawienia, do 

76 

normalnego funkcjonowania w świecie, do służenia pozostałemu 

zwykłemu życiu, lecz pewien obszar, pewna określona część prze­

miany materii przyzwyczaja się, że zachodzą w niej także takie 

procesy wydzielania i takie procesy regeneracji, jakie w tym szcze­

gólnym przypadku związane są z intensywnie odczuwaną miłością 

do psa. Pewna określona część organizacji potrzebuje tej szcze­

gólnej zmiany, jaka wewnętrznie i czysto organiczno-wegetatyw-

nie zachodzi w niej w następstwie miłości do psa. 

A teraz załóżmy, że pies umiera. Zewnętrzny związek, jaki ist­

niał w życiu, nie może się już dalej rozwijać, już nie istnieje. Pies 

zmarł; ale pewna wewnętrzna część wegetatywno-organicznego 

systemu przyzwyczaiła się do rozwijania takich procesów. Docho­

dzi do tego, że ów proces organiczny, który teraz nie jest już zaspo­

kajany, któremu brakuje płynącego z zewnątrz doznania, działa 

dalej w człowieku, lecz właśnie nie jest już zaspokajany, gdyż nie 

istnieje już jego zewnętrzny korelat. Takie procesy organiczne ce­

chuje wewnętrzna bezwładność; one nie przestają działać. To wy­

wołuje zamęt we wnętrzu człowieka. I mogą wystąpić najdziwniej­

sze zaburzenia, gdy na przykład miłość do psa zostaje tak przyjęta 

w procesy organiczno-wegetatywne, a potem pies umiera. 

Cóż zrobiłby wtedy rozsądny człowiek, posiadający też trochę 

doświadczenia życiowego? Zapewne zabiegałby o to, żeby ku­

piono innego psa, a potem postarałby się, żeby ów opisany właś­

ciciel psa mógł tak samo pokochać nowego psa. Gdyby to osiąg­

nął, to jego działanie byłoby właściwie działaniem leczniczym; 

teraz bowiem ów wewnętrzny proces organiczny mógłby znów 

znaleźć zaspokojenie dzięki zewnętrznym doznaniom. W trakcie 

tych wykładów zobaczymy wprawdzie, że istnieją także bardziej 

roztropne metody niesienia pomocy w takich przypadkach, ale 

średnio rozsądny człowiek postąpiłby, jak sądzę, mniej więcej tak. 

W kontakcie ze światem zewnętrznym możemy mieć także 

takie doznania, które nie są tak jaskrawe jak miłość do psa. W kon­

takcie ze światem zewnętrznym możemy doznawać niezliczo­

nych przeżyć. I kiedy osoba przeżywająca je zachowała w sobie 

żywe cechy wieku dziecięcego, czyli owo konsumowanie świata 

zewnętrznego, to w jej organizmie wegetatywnym powstanie 

77 

background image

pewnego rodzaju zamęt, gdy zostanie ona pozbawiona tych doz­

nań, czyli gdy w świecie zewnętrznym nie będzie już mogła do­

znawać tego, w powiązaniu z czym powstały te wewnętrzne pro­

cesy. W życiu ludzkim występują takie sytuacje, kiedy trzeba 

szukać, skąd bierze się tego rodzaju wewnętrzny stan, wynurza­

jący się z ludzkich głębi w sposób trudny do wyjaśnienia. Czło­

wiek staje się przez to niezadowolony, nieruchliwy, hipochon­

dryczny, doświadcza najróżniejszych następstw. Gdy się to bada, 

stwierdza się, że życie, czy cokolwiek innego, odebrało temu 

człowiekowi coś, co w zasadzie znalazło już korelat w jego pro­

cesach wegetatywno-organicznych. Gdy taki człowiek, posługu­

jąc się swoją świadomością patrzy na świat zewnętrzny, nie 

może już zaspokoić tego, co wywołuje zamęt w jego organizmie. 

W jego organizmie dzieje się coś, co w zasadzie chce być [pod 

postacią swojego korelatu] oglądane na zewnątrz czy przynajm­

niej pomyślane, a o czym człowiek ten nie potrafi myśleć, po­

nieważ nie ma do tego sposobności. 

I znów znajdujemy ludzi praktycznych życiowo, którzy mają 

tę właściwość, że instynktownie wyczuwają takie stany u doświad­

czającego ich człowieka i wtedy znajdują okazję, żeby powiedzieć 

mu wiele rzeczy wydobywających te stany z nieokreślonych głębi 

wegetatywno-organicznych i wprowadzających je w życie myś­

lowe, w życie wyobrażeniowe - tak że człowiek ten może myś­

leć, może wyobrażać sobie to, o czym w zasadzie bardzo pragnie 

myśleć, co pragnie sobie wyobrażać. Kto potrafi obserwować ży­

cie, odnajdzie w nim niezliczoną ilość takich pocieszeń, takich 

słownych perswazji, gdy po prostu jakaś wegetatywno-organiczna 

treść, wywodząca się z wcześniejszego rozczarowania, z wcześ­

niejszej utraty pewnej treści przynoszonej przez życie, zostaje 

uleczona, zostaje inaczej ukierunkowana dzięki temu, że przy­

najmniej podchodzi się do tego człowieka z przekonującą siłą 

ludzkiej perswazji i także wprowadza się do jego świadomości to, 

czego on potrzebuje. 

Ponieważ obecnie, za sprawą szczególnego charakteru na­

szej cywilizacji, istnieje naprawdę bardzo wielu ludzi, u których 

cechy wieku dziecięcego wnikają działaniem w wiek dojrzały, 

78 

więc to, co teraz przedstawiłem, często zauważa się w lekkiej lub 

ciężkiej postaci. - Podczas gdy w zwykłym życiu nie nadaje się 

temu [podnoszeniu na duchu] zbytniego rozgłosu - mówi się 

0 pocieszeniu, perswadowaniu, które dzięki serdecznemu, pełne­

mu oddania nastawieniu jednej osoby do drugiej może mieć pew­

ne uzdrawiające działanie - to włączono to także, pod wieloma 

względami słusznie, do naukowo-psychologicznego sposobu 

postępowania. Psycholog ma wtedy przed sobą takich ludzi, u któ­

rych występuje ten wewnętrzny zamęt. Wiemy teraz, że ten we­

wnętrzny zamęt wywodzi się z wegetatywno-organicznych pro­

cesów będących pozostałością po rozczarowaniach życiowych 
1 temu podobnych. Psycholog ma przed sobą takich ludzi. Wte­

dy naturalnie musi również - przechodząc z tym w obszar nauki 

- używać języka naukowego. Bada potem tego człowieka. I z prze­

biegu jego dotychczasowego życia - który odtwarza sobie na 

podstawie jego wyznań, jego snów czy jeszcze z czegoś [innego] 
- odkrywa, co jest niezbędne, by do świadomości tego człowie­

ka wprowadzić właśnie to, czego pożądają podświadome procesy 

wegetatywno-organiczne. Nazywa się to potem psychologią ana­

lityczną lub psychoanalizą. Mówi się wtedy, naturalnie używając 

języka naukowego, o „ukrytych obszarach duszy". To nie są „ukry­

te obszary duszy", lecz procesy wegetatywno-organiczne, które, 

jak to opisałem, są pewną pozostałością i pragną być dopełnione 

od zewnątrz. I psycholog szuka takiego dopełnienia, które można 

by zaoferować temu człowiekowi. Mówi: „Umożliwiamy odrea­

gowanie tych stłumionych procesów". - W tym, co teraz naszki­

cowałem, jest to, co jest uzasadnione w tak zwanej psychologii 

analitycznej czy psychoanalizie. 

Wobec takich rzeczy, które przecież na swoim obszarze są 

bez wątpienia uzasadnione, antropozofia jest zawsze w szczegól­

nym położeniu. Antropozofia sama z siebie w zasadzie nie szuka 

zwady. Chętnie uznaje to wszystko, co występuje w granicach, 

w których jest uzasadnione. Zatem w granicach, w których psy­

choanaliza jest uzasadniona, będzie oczywiście ją także uznawa­

ła. Jednak antropozofia musi starać się [zrozumieć] te rzeczy 

z perspektywy całościowo ujętej natury ludzkiej i całościowego 

79 

background image

wyjaśniania świata, zatem musi owe, że tak to ujmę, małe kręgi, 

którymi naukowcy zajmują się dzisiaj w nieco dyletancki, a tak­

że niefachowy, sposób, włączać w większe kręgi. Dlatego nie 

ma ona powodu do prowadzenia sporów. Włącza jedynie to, co 

interpretowane jest jednostronnie, w większy krąg. Dlatego z re­

guły sama z siebie nie rozpoczyna sporów. Inni jednak wszczy­

nają spór, ponieważ chcą pozostać przy swoim małym kręgu. To, 

co jest w tym małym kręgu, widzą tylko na swój sposób. A po­

nieważ nieszczególnie nęci ich to, co ma szersze granice i co, 

zasadniczo rzecz biorąc, wspomaga ich, więc wściekle to odrzu­

cają. Tak że z reguły antropozofia jest tylko przymuszona do 

bronienia się przed atakującymi ją jednostronnymi ujęciami. 

Trzeba to powiedzieć szczególnie w obliczu takich współczes­

nych kierunków jak psychoanalityczny. 

Szczególne jest zwłaszcza to, że widzimy rzecz następującą: 

kiedy z człowiekiem dzieje się tak, że koniec życia zbyt silnie 

wciąga on w środkowy etap życia, powstają anormalne związki 

ze światem zewnętrznym, telepatia, jasnowidzenie niższego ro­

dzaju. Taki człowiek w instynktowny sposób rozszerza swoje 

granice poza ten zakres, w którym normalnie żyje. - Gdy czło­

wiek idzie w odwrotnym kierunku, gdy to, co na początku jego 

życia należy do cech wieku dziecięcego, przesuwa w późniejszą 

epokę życia, wtedy zbyt głęboko wnika swą istotą w swoją cie­

lesność, wtedy cielesność wyrzuca ku górze fale, wtedy powstają 

anormalne stany wewnętrzne; wchodzi on poniekąd w zbyt blis­

ki związek ze swoim własnym organicznym wnętrzem. I związki 

te przejawiają się wtedy właśnie tak, jak opisuje je psychologia 

analityczna, która wszakże musiałaby w zasadzie zejść do orga-

nologii, żeby je naprawdę uchwycić. 

Dla pełnego poznania człowieka naprawdę niezbędne jest 

włączenie czasowego ujęcia biegu życia pomiędzy narodzinami 

i śmiercią. I dlatego takie pełne poznanie człowieka musi skie­

rować całą uwagę na uchwycenie biegu życia w czasie, na współ-

przeżywanie biegu życia w czasie. Właśnie dlatego antropozofia 

- chcąc za sprawą swoich specyficznych metod wniknąć w obszar 

nadzmysłowy, a przez to w pełne poznanie człowieka - musi 

80 

umieć wchodzić w to, co rozgrywa się w czasie. Człowiek, w myśl 

dzisiejszej cywilizacji, nie zważa na ten wymiar czasowy. Imagi-

nacja, inspiracja, intuicja, które są specyficznymi metodami poz­

nania stosowanymi przez antropozofię, muszą być budowane cał­

kowicie na doświadczaniu bytu w czasie. 

Imaginacja, inspiracja i intuicja nie powinny być jednak 

czymś, co wkracza w życie człowieka jako coś zupełnie obcego 

i co, jako coś obcego, miałoby prowadzić do poznania nadzmy-

słowego, lecz powinny być czymś, do czego się dochodzi, rozwi­

jając dalej zwykłe uzdolnienia ludzkie. Antropozofia nie zakłada 

zatem, że trzeba by dysponować jakimiś szczególnymi uzdolnie­

niami

5

, by dojść do imaginacji, inspiracji i intuicji - zakłada, że 

człowiek może uświadomić sobie pewne głębiej leżące w nim 

zdolności, które może odpowiednio rozwinąć. Punktem wyjścia 

musi być ten rodzaj poznania, jaki w zwykłym życiu przyswajamy 

sobie za sprawą dzisiejszego poznania naukowego i przez włas­

ne doświadczenie życiowe. 

Jak bowiem postępujemy, gdy stajemy się ludźmi zdobywa­

jącymi poznanie? Mówiąc teraz o ludziach zdobywających poz­

nanie, mam na myśli nie tylko ludzi zdobywających poznanie 

naukowe, lecz takich, jakimi musimy być, żeby sensownie pro­

wadzić swoje codzienne życie. Wokół nas mamy to, co nazwie­

my kobiercem zmysłowym: świat barw, świat dźwięków, świat 

stosunków cieplnych i tak dalej - wszystko, co jako wrażenia zmy­

słowe oddziałuje na nasze narządy zmysłowe. Oddajemy się tym 

wrażeniom zmysłowym i przeplatamy je tym, co myślimy, prze­

platamy je myślami. Gdy zastanowią się państwo - korzystając 

z pamięci i zagłębiając się nieco w swoje własne życie wewnętrzne 

- co stanowi wtedy treść życia duszy, okaże się, że są to wrażenia 

zmysłowe wplecione w myśli. Żyjemy całkowicie dzięki temu

6

że przyjmujemy w nasze dusze wrażenia zmysłowe i myśli, przy 

czym te wrażenia i myśli są posplatane ze sobą niczym tkanina. 

5

 W oryginale Begnadigungen (ułaskawienie), ale z toku wywodu widać, że jest to 

błąd stenogramu. Powinno być raczej Begnadungen (talenty, coś, czym jesteśmy 

obdarzeni), (przyp. tłum.) 

81 

background image

Co się wtedy właściwie dzieje? Niech na tym schematycznym 

rysunku linia a - b oznacza kobierzec zmysłowy, owe roztaczają­

ce się wokół nas barwy, dźwięki, zapachy i tak dalej. Człowiek od­

daje się swojej obserwacji, temu kobiercowi zmysłowemu, i prze­

plata wrażenia zmysłowe swoimi myślami, które rysuję tutaj jako 

czerwoną wężykowatą linię. Oddając się życiu zmysłowemu, czło­

wiek myślowo łączy wszystko, czego doświadcza w świecie zmy­

słowym. Interpretuje świat zmysłowy, posługując się myślami. 

a. 

Wskutek tego, że poniekąd wszystkie myśli, które tworzy, wkła­

da w świat zmysłowy, świat ten stanowi dla niego granicę, ścianę, 

przez którą nie może przejść. Człowiek niejako zapisuje wszyst­

kie swoje myśli na tej ścianie, ale przy dzisiejszej normalnej świa­

domości nie przebija tej ściany. Myśli zatrzymują się na tej ścia­

nie i piszą na niej. 

Poza to zatrzymanie się na ścianie wychodzi się w ten spo­

sób, że rozwija się najpierw poznanie imaginatywne, stosując to, 

Jest to dosłowne tłumaczenie oryginału. W swobodnym tłumaczeniu można by 

powiedzieć np.: Immanentną cechą naszego ludzkiego życia jest to, że ... (przyp. 
tłum.) 

82 

co można nazwać medytacją prowadzoną w sposób systematycz­

ny i oparty na pewnych regułach. Tę medytację można rozwinąć 

jako wewnętrzną metodę badawczą tak samo, jak można rozwinąć 

zewnętrzną chemiczną czy astronomiczną metodę opartego na 

doświadczeniu badania naukowego. Na podstawie mojej książki 

Jak osiągnąć poznanie wyższych światów?

7

 i drugiej części mojej 

Wiedzy tajemnej w zarysie

8

 mogą się państwo wręcz przekonać, że 

metody poruszania się w tej medytacji nie są w żadnym razie pro­

ste i wymagają nie mniej czasu niż metody, jakie trzeba sobie 

przyswoić, by stać się astronomem czy chemikiem - gdy chce się 

dojść do ostatecznych wyników. Niemniej stosunkowo łatwo jest 

oddawać się lekturze takich dzieł, które dają wskazówki do od­

powiednich ćwiczeń, i potem zajść tak daleko, że posługując się 

zdrowym myśleniem, można się też rzeczywiście przekonać 

wewnętrznie o prawdziwości tego, o czym mówi badanie antro-

pozoficzne. Nie trzeba przyjmować tego ze względu na autorytet. 

Nawet wtedy, gdy samemu nie można tego zbadać, można to zwe­

ryfikować, jeśli tylko wniknie się w szczególny charakter tej me­

tody badawczej. 

Całe to ćwiczenie polega na tym, że człowiek rezygnuje z wej­

ścia we wrażenia zmysłowe. Medytując, nie oddaje się wrażeniom 

zmysłowym, oddaje się wyłącznie życiu myślowemu. Ale to ży­

cie myślowe - przez spokojne, głębokie zanurzenie się w pewne 

łatwo dające się przeniknąć myśli

9

 - musi doprowadzić do ta­

kiego ożywienia, do takiej intensywności, jakie poza tym ma je­

dynie zewnętrzne życie zmysłowe. Wiedzą państwo przecież, że 

gdy oddajemy się zewnętrznym wrażeniom zmysłowym, to jest 

zupełnie inaczej niż wtedy, gdy swoją zwykłą świadomością odda­

jemy się jedynie naszemu blademu, pozbawionemu życia światu 

7

 GA 10, wydawnictwo Genesis, Gdynia 2000. 

8 GA 13, wydawnictwo Genesis, Gdynia 2005. 

9

 Niem.: leicht überschaubare Gedanken - tutaj oznacza to takie myśli, które nie 

niosą w sobie ukrytych treści poruszających podświadomość. Nieco więcej na ten 
temat: wykład dodatkowy w cyklu wykładów dr. Steinera Duchowe podstawy sztuki 
wychowania,
 GA 305, wydawnictwo Genesis 2005. (przyp. tłum.) 

83 

background image

myśli. Wrażenia zmysłowe działają na nas intensywnie, żywo. 

Oddajemy się im. Myśli bledną stają się abstrakcyjne, stają się 

zimne. Istota medytowania polega jednak właśnie na tym, że ćwi­

cząc, dochodzimy do tego, że w samym myśleniu żyjemy z taką 

intensywnością i żywością z jaką poza tym żyjemy w zewnętrz­

nym świecie zmysłowym. Gdy człowiek potrafi w medytacji 

uchwycić myśl z taką samą wewnętrzną żywością jaka występu­

je wtedy, gdy oddaje się on jakiejś barwie, to we właściwy spo­

sób wprowadza medytowaną myśl w [swoje] życie. Temu wszy­

stkiemu musi jednak towarzyszyć taka wewnętrzna wolność, jaka 

towarzyszy zwykłym rozmyślaniom i zmysłowemu postrzeganiu. 

Tak jak nie poddajemy się mglistym nastrojom czy mistycznemu 

rozmarzeniu, gdy obserwujemy świat zewnętrzny, tak jak nie po­

padamy wtedy w egzaltacje i fantazje, tak też nie możemy tego 

czynić wtedy, gdy w ten sposób prawidłowo medytujemy. W tym 

medytowaniu trzeba utrzymać dokładnie ten sam nastrój, jaki nor­

malnie występuje przy zewnętrznym postrzeganiu zmysłowym. 

Szczególną cechą metody antropozoficznej jest to, że pos­

trzeganie zmysłowe bierze ona wręcz za wzór. Spotyka się mglis­

tych mistyków, którzy mówią: „Postrzeżenia zmysłowe mają zni­

komą wartość! Trzeba je porzucić. Trzeba wejść w stan podobny 

do snu, w stan mistyczny, nie związany ze zmysłami!". Natural­

nie w ten sposób dochodzi do skutku tylko półsen, a nie praw­

dziwe medytowanie. Antropozofia podąża odwrotną drogą: pos­

trzeganie zmysłowe - jego jakość, intensywność, żywość - bierze 

sobie wręcz za wzór. Tak że w tym medytowaniu człowiek poru­

sza się tak swobodnie, jak poza tym pomsza się w postrzeganiu 

zmysłowym. Przy tym wcale się nie obawia, że stanie się os­

chłym, prozaicznym człowiekiem. Rzeczy, które przeżywa w ten 

sposób w pełni obiektywnie, chronią go przed oschłym filister-

stwem i nie potrzebuje - właśnie za sprawą obiektów, które prze­

żywa - wchodzić w senno-mglisty stan, żeby przezwyciężyć sza­

rzyznę dnia. 

Kiedy więc człowiek w odpowiedni sposób medytuje, docho­

dzi do swobodnego pomszania się w myślach. Przez to jednak sa­

me myśli zostają oswobodzone z ich poprzedniego, abstrakcyjnego 

84 

charaktem, stają się obrazowe. I dzieje się to teraz przy pełnej 

świadomości dziennej, przy zachowaniu tego innego [zwykłego] 

zdrowego myślenia. Tego nie wolno bowiem człowiekowi zatra­

cić. Człowiek ulegający halucynacjom, fantasta jest w tym mo­

mencie, gdy ma halucynacje, gdy fantazjuje, całkowicie owład­

nięty halucynacjami, fantazjami, wtedy całkowicie odkłada na bok 

zdrowy ludzki rozum; tego nie wolno robić komuś, kto stosuje się 

do opisanych tu metod. Ma on zawsze przy sobie zdrowy ludzki 

rozum. Ma go ze sobą we wszystkim, czego doświadcza w ob­

razowym życiu myślowym. I co pojawia się dzięki temu? Otóż 

w stanie pełnej jawy pojawia się to, co poza tym tylko owo życie 

pozostające poza świadomością kształtuje w obrazowej substan­

cji snu. [Pojawiają się obrazy]. Ale właśnie na tym polega różnica 

między imaginacją i snem: we śnie wszystko zostaje w nas stwo­

rzone; przebija się to wtedy z nieznanych głębin do życia na ja­

wie, a my możemy to tylko później obserwować. W imaginacji, 

w przygotowaniu do imaginacji, w treści medytacyjnej sami do­

konujemy tego, co w innym wypadku zostaje w nas dokonane. 

Uznajemy się za twórcę obrazów, które nie są zwykłymi obraza­

mi fantazji - swą intensywnością żywością tak samo różnią się 

od obrazów fantazji, jak obrazy senne różnią się od zwykłych 

obrazów fantazji. Wszystko to jednak tworzymy sami - i o to cho­

dzi. A kiedy sami je tworzymy, jesteśmy też wolni od pewnej 

podstawowej iluzji, polegającej mianowicie na tym, że człowiek 

bierze to, co w ten sposób sam tworzy, za przejaw obiektywnego 

świata zewnętrznego. [W tym wypadku] człowiek tego nigdy 

nie zrobi, ponieważ ma świadomość, że sam wytworzył ten cały 

świat obrazów. Człowiek, który ma halucynacje, bierze swoje 

halucynacje za rzeczywistość. Bierze obrazy za rzeczywistość, 

ponieważ nie wytworzył ich sam, ponieważ wie, że zostały wy­

tworzone. To sprawia, że popada w złudzenie, iż są one rzeczywis­

tością. Ten, kto przez medytację przygotowuje się do imaginacji, 

nie może się w ogóle znaleźć w takiej sytuacji, że to, co sam uk­

ształtował, uznaje za prawdziwe obrazy. Pierwszy stopień na dro­

dze do nadzmysłowego poznania będzie polegał właśnie na tym, 

że człowiek uwalnia się od iluzji dzięki temu, że cały ten świat 

85 

background image

obrazów - który teraz rozwija poprzez wewnętrzną zdolność 

wywoływania obrazów tak żywych, jak żywe są poza tym obra­

zy senne - kształtuje całkowicie podług swojej woli. I teraz natu­

ralnie musiałby być pomylony, gdyby brał je za rzeczywistość! 

Następny etap w tym medytowaniu polega na tym, że czło­

wiek zdobywa z kolei umiejętność całkowitego usuwania ze świa­

domości tych obrazów - mają one w sobie coś fascynującego i mo­

gą rzeczywiście zagnieździć się jak pasożyty, jeśli człowiek nie 

rozwija ich tak, jak to się dzieje w medytacji, w pełnej wolności 

- że z kolei uzyskuje też wewnętrzną swobodę całkowitego usu­

wania tych obrazów, kiedy zechce. Ten drugi etap jest równie 

konieczny jak pierwszy. Tak jak w życiu zapominanie jest konie­

czne wobec zapamiętywania - w przeciwnym razie chodzilibyś­

my, mając zawsze wszystko w pamięci - tak na tym pierwszym 

stopniu poznania odrzucanie obrazów imaginatywnych jest rów­

nie konieczne jak tworzenie, jak kształtowanie tych obrazów. 

Kiedy człowiek przechodzi przez to wszystko, kiedy to ćwi­

czy, wykonuje w sferze duszy coś, co można by porównać z ciąg­

łym używaniem jakiegoś mięśnia: gdy ciągle się go ćwiczy, staje 

się on silny. Człowiek wykonywał w duszy ćwiczenie w ten spo­

sób, że uczył się tworzyć obrazy, kształtować obrazy, a potem je 

z kolei tłumić, i że wszystko to odbywało się całkowicie w sfe­

rze jego wolnej woli. Przez to, że człowiek rozwija imaginację, 

dochodzi do świadomej umiejętności kształtowania obrazów (tak 

jak poza tym kształtuje je nieświadomie życie snu, tam, po drugiej 

stronie, w świecie, do którego człowiek nie sięga zwykłą świa­

domością), obrazów, które [poza tym] występują w stanach mię­

dzy zaśnięciem a przebudzeniem. Teraz człowiek świadomie roz­

wija tę samą aktywność po tej stronie. Zatem w owej medytacji, 

która zmierza do poznania imaginacyjnego, człowiek rozwija wo­

lę zdobycia umiejętności świadomego tworzenia obrazów, a potem 

umiejętności świadomego usuwania obrazów ze świadomości. To 

powoduje rozwijanie się innej umiejętności. 

Jest to taka umiejętność, jaka w zwykłym życiu, nie podle­

gając naszej woli, występuje nie podczas snu, lecz w momencie 

budzenia się i zasypiania. Moment budzenia się i zasypiania może 

86 

tak przebiegać, że to, co człowiek przeżywał od zaśnięcia do prze­

budzenia, przenosi on na tę stronę w resztkach snu i, opierając 

się na nich, ocenia potem to, co jest „po tamtej stronie". Ale to, 

na co otwieramy się przy przebudzeniu, może nas też od razu tak 

zaskoczyć, że wszelkie wspomnienie snu się zapada. Ogólnie 

można powiedzieć: w marzeniu sennym przebija się coś chaotycz­

nego, coś jak twór „naniesiony" w życie na jawie z obszaru leżą­

cego poza życiem na jawie. Przebija się dzięki temu, że człowiek 

podczas snu rozwija obrazową tworzącą imaginację aktywność. 

Gdy człowiek w życiu na jawie rozwinie aktywność tworzącą 

imaginację i aktywność usuwającą imaginację, gdy zatem może 

przejść od przygotowywania się do imaginacji do stanu pustej 

świadomości, to jest to niczym przebudzenie się i wtedy jestes­

twa, które są z tamtej strony kobierca zmysłowego - co zazna­

czyłem teraz na rysunku czerwonym kołem - przenikają w nas 

poprzez ów kobierzec zmysłów po rozwiniętych w medytacji 

drogach myślowych. Przebijamy ten kobierzec zmysłów, gdy po 

tym, jak tworzyliśmy obrazy, trwamy z pustą świadomością wte­

dy dzięki inspiracji przychodzą obrazy spoza świata zmysłowego. 

Wchodzimy w ten świat, który leży poza światem zmysłowym. 

Poprzez życie imaginatywne przygotowujemy się do inspiracji. 

A inspiracja polega na tym, że świadomie możemy doświadczać 

czegoś takiego jak to, czego poza tym doświadczamy nieświa­

domie w momencie budzenia się. Tak jak w momencie budzenia 

się w nasze obudzone życie duszne wchodzi coś spoza obudzone­

go życia dusznego, tak [w naszą świadomość] wchodzi coś spoza 

„świadomości kobierca zmysłów", gdy poprzez imaginację roz­

winiemy nasze życie duszne tak, jak to opisałem. 

W ten sposób doświadczamy świata duchowego, który jest 

poza światem zmysłowym. To, co zdobywa się jako taką zdol­

ność nadzmysłowego poznania, jest w pełni kontynuacją zdol­

ności, jaką człowiek posiada już w zwykłym życiu. I antropozo-

fia polega na tym, że człowiek te zdolności dalej rozwija. Przy 

tym jednak antropozofia musi w pełni oprzeć się na tym, co czło­

wiek zdobywa sobie dzięki uchwyceniu dokonującego się w cza­

sie biegu życia i świata. 

87 

background image

Dlatego czytając i rozważając bez uprzedzeń to, co jako ćwi­

czenia przygotowujące do imaginacji, inspiracji i intuicji znajdą 

państwo w mojej książce „Jak osiągnąć poznanie wyższych świa­

tów?" czy w mojej „Wiedzy tajemnej w zarysie", zobaczą pań­

stwo, że wszystko to zmierza do jednego, zmierza do umiejętności 

doświadczania procesów w czasie. Zwykle człowiek żyje w swo­

im życiu, po kolei, w dziecięcym ujmowaniu świata, w dojrzałym 

ujmowaniu świata, żyje we właściwym starym ludziom ujmowa­

niu świata lub doświadcza anormalnego wnikania jednego [sta­

nu] w inny. Nie sama imaginacja, lecz to, co w prawidłowy spo­

sób przygotowuje do niej, musi dążyć do tego, żeby całe życie 

wynurzyło się z pełnego człowieka; żeby człowiek oddawał się 

światu [wychodząc] z [sił] całego biegu życia; żeby zatem zosta­

ło zharmonizowane to, co w dziecku szczególnie nadaje się dla 

świata, to, co w wieku dojrzałym szczególnie nadaje się dla świa­

ta, i to, co w wieku podeszłym szczególnie nadaje się dla świata; 

w światopoglądzie, który dochodzi do świata nadzmysłowego, 

musi to płynąć razem i musi zostać zharmonizowane. W kontak­

cie ze światem cały człowiek musi działać także jako organizm 

czasowy. W postrzeganie nadzmysłowe człowiek musi wnieść 

poniekąd świeżość i żywość wieku dziecięcego; musi wnieść jas­

ność myśli wieku dojrzałego i musi wnieść owo oddanie się ży­

ciu, zdobyte w prawidłowo przebiegającym życiu ludzkim, pełne 

miłości oddanie się życiu. I wszystko to: świeżość i żwawość przy 

pojmowaniu, jasność w ocenianiu oraz pełne miłości oddanie się 

temu, co się objawia, człowiek musi przynieść jako przygotowa­

nie, żeby imaginacja, inspiracja oraz intuicja mogły rozwijać się 

w odpowiedni sposób. 

88 

Wykład V 

Domach, 27 grudnia 1921 

Zgodnie z opisem, jaki dotychczas przedstawiłem, tak zwane 

poznanie imaginatywne osiąga się dzięki temu, że ową aktyw­

ność, która we śnie z marzeniami sennymi przebiega nieświado­

mie, poza wolą podnosi się do pełnej świadomości. Chcąc do­

kładniej to ująć, muszę powiedzieć tak: do świadomości podnosi 

się nie samo śnienie wraz z sennymi treściami - przez to przecież 

doszłoby się tylko do czegoś nierzeczywistego - lecz ową aktyw­

ność, która w czasie, gdy śnimy, w nieświadomy sposób doko­

nuje czegoś, czego teraz nie będziemy dalej definiować; podnosi 

się ją do aktywności w pełni podlegającej woli, do aktywności, 

która dokonuje się w świetle świadomości i dzięki temu staje się 

podstawą poznania imaginatywnego. Aktywność ta różni się is­

totnie od zwykłego tworzenia marzeń sennych. Gdy powstają ma­

rzenia senne, uważamy to, co staje przed naszą świadomością za 

zewnętrzną rzeczywistość, ponieważ aktywność ta dokonuje się 

bez naszego czynnego udziału. Gdy jednak tę wywołującą ma­

rzenia senne aktywność wprowadzimy do świadomości, to przede 

wszystkim wiemy, że pierwszym, do czego dochodzimy, są ob­

razy stworzone przez nas samych. Zatem, jak już o tym wspomi­

nałem, nigdy nie będziemy ich w tej formie uważać za rzeczy­

wistość - w przeciwnym bowiem razie nie bylibyśmy badacza­

mi antropozoficznymi, lecz ludźmi ulegającymi halucynacjom. 

Do tej aktywności, realizowanej jako medytacja i prowadzącej 

do życia w takich obrazach, musi teraz dołączyć się inna, która 

z kolei potrafi stłumić te obrazy, która musi zatem opróżnić świa­

domość z tych obrazów. Gdy człowiek przyswoi sobie tę aktyw­

ność, a nadto potrafi - po tym, jak tworząc obrazy i usuwając je, 

spotęgował siły duszy - żyć wtedy [po usunięciu obrazów] w peł­

nej świadomości, to staje właśnie pośród świata duchowego. Ro­

zwija aktywność, będącą aktywnością duchowo-duszną niezależ­

nie od ciała. Postrzega zatem nie poprzez narządy cielesne. Myśli 

89 

background image

nie za pomocą ciała, myśli za pomocą tego, co duchowo-duszne, 

a przecież doświadcza czegoś w świadomości; ta doświadczana 

w świadomości treść jest wtedy natury duchowej. 

Powiedziałem wczoraj, że wzorem dla duchowego postrze­

gania badacza antropozoficznego nie są senne przeżycia świado­

mości, lecz właśnie wolne, podlegające samodzielnym decyzjom 

człowieka przeżycia postrzeżeń zmysłowych. Wprawdzie w pos­

trzeganiu nadzmysłowym nie postrzegamy za pomocą zmysłów; 

jednak wolność, z jaką poruszamy się w postrzeżeniach zmysło­

wych, niezależność od własnej osobowości podczas postrzegania 

zmysłowego, traktujemy jako pewną umiejętność. Możemy to 

sobie szczególnie dobrze uprzytomnić, rozważając właśnie kon­

kretne szczegóły. 

Proszę przyjrzeć się temu narządowi postrzegania zmysłowe­

go, który w najbardziej charakterystyczny sposób przedstawia 

zdolność postrzegania zmysłowego - oku. Oko obwieszcza pań­

stwu swoją względną niezależność organiczną zrazu choćby przez 

to, że siedzi ono w oczodole niczym zamknięta całość, połączona 

z pozostałym organizmem jedynie wąskim pomostem. Zatem już 

nawet wtedy, gdy patrzymy tylko zewnętrznie, przestrzennie, mo­

żemy postrzegać oko jako coś stosunkowo samodzielnego w orga­

nizmie ludzkim. 

Pomińmy zrazu sam wewnętrzny proces, rozgrywający się 

w oku przy postrzeganiu zmysłowym, i pozostańmy przy czymś 

na pozór zewnętrznym. Tuż obok oka znajdują się gruczoły łzo-

we. Nieustannie wydzielają one płyn, który składa się głównie 

z wody i soli. Gdy czuwamy, płyn łzo wy wydziela się nieustan­

nie. Opływa oko, opływa też tę część, która przy rozwartych po­

wiekach jest wystawiona na działanie świata zewnętrznego. To 

sprawia, że płyn łzowy nieustannie obmywa oko, zmywa kurz 

dochodzący do oka z zewnątrz. A gdy spełni to swoje higienicz­

ne zadanie, gdy obmyje oko, wpływa przez delikatne kanaliki 

łzowe do nosa i w ten sposób zostaje wydalony. Wszystko to na­

leży do normalnego działania organizmu oka. Ale zgodzą się pań­

stwo, że w zwykłym życiu człowiek nie bardzo uświadamia sobie 

to higieniczne działanie w obrębie oka, że wszystko to dokonuje 

90 

się całkowicie poza jego świadomością. Mamy więc do czynienia 

z czysto organiczną aktywnością - z sensowną pełną mądrości, 

ale całkowicie nieuświadamianą sobie aktywnością organiczną. 

Otóż aktywność ta może przybrać na sile. Może tak się stać 

dlatego, że coś, powiedzmy, uderzy w oko lub podrażni je zimno. 

Może to być także spowodowane nawet tym, że samo oko czy ca­

ły pozostały organizm się zmęczy; wtedy płyn łzowy będzie się 

wydzielał obficiej. Gdy zastanawiają się państwo nad tym, co wte­

dy zachodzi, muszą sobie państwo powiedzieć, że bodziec, który 

wyzwala płyn łzowy, bardziej już wtedy przenika do świadomoś­

ci, że wtedy już uświadamiają sobie państwo nieco ten bodziec, 

a także coś z jego następstw, z wydzielania płynu łzowego. Ale ca­

ła ta aktywność może zostać jeszcze bardziej wzmocniona, a dzie­

je się to wtedy, gdy człowiek uświadamia sobie swój osobisty 

związek ze światem. Dzieje się to wtedy, gdy człowiek przeżywa 

coś o charakterze moralno-dusznym, coś smutnego, coś bolesne­

go i z tego powodu zaczyna płakać - wtedy powodem wydziela­

nia się płynu łzowego jest owo moralno-duszne przeżycie. Widzą 

państwo, że jest to przybranie na sile, które przebija się w górę do 

świadomości. Pewna aktywność - wydzielanie płynu łzowego -

dokonująca się zrazu całkowicie w sferze pozostającej poza świa­

domością podnosi się następnie coraz bardziej do sfery świado­

mości, chciałoby się powiedzieć, do sfery duszno-moralnej. 

Na tym prostym fakcie, który rozgrywa się w stosunkowo 

samodzielnej części organizmu ludzkiego, można uzmysłowić so­

bie, co się dzieje, gdy człowiek poprzez medytacje wznosi się do 

niezależnego od ciała życia dusznego i duchowego. Gdy państwo 

płaczą ponieważ przyszedł zasmucający list, to będą państwo 

musieli sobie powiedzieć: „To, czego doświadczam tu za sprawą 

listu, jest na dobrą sprawę poza organizacją oka, zrazu nie jest 

wewnętrznie związane z organizacją oka. Niemniej oddziałuje na 

oko". Łzy nie muszą płynąć z powodu samego tylko czytania -

może o tym przekonać fakt, że będą państwo tak samo wylewać 

łzy, gdy ktoś ten list państwu przeczyta. Zatem naprawdę chodzi 
0 to, że można wykazać: tutaj jest coś, co dzieje się na zewnątrz, 

1 co poprzez idące od zewnątrz oddziaływanie wywołuje proces 

91 

background image

organiczny. Wszelako ten organiczny proces jest ciągle jeszcze 

tego rodzaju, że wywołuje go coś, co jest poza nim. 

Ale mogą sobie państwo wyobrazić tę rzecz w jeszcze więk­

szym nasileniu. Mogą sobie państwo mianowicie wyobrazić, że 

wytrenowali się państwo, wyćwiczyli, żeby nie zalewać się od ra­

zu łzami, żeby trudne doświadczenia życiowe tak przeżywać, że 

w duszy odczuwają państwo ból nie mniejszy niż ktoś, kto od ra­

zu wylewa łzy; lecz że ten ból przeżywa się jedynie w duszy i nie 

dochodzi do łez. Naprawdę nie muszą państwo z tego powodu stać 

się zimniejsi - przeżywają państwo w sposób duchowo-duszny, 

przy którym to, co zachodzi w samej duszy, oddziela się od or­

ganizmu fizycznego. To, co zachodzi w duszy, nie odciska się od 

razu w organizmie. 

Gdy to, do czego mogą państwo dojść tutaj na przykładzie 

z życia, rozciągną państwo w myślach na to wszystko, czego do­

znaje się w imaginującej, w inspirowanej świadomości, gdy wy­

obrażą sobie państwo takie samodzielne, duchowo-duszne doś­

wiadczenia, które wcale nie wywierają wpływu na organizm, które 

przebiegają całkowicie poza organizmem - tak jak ów ból duszy 

doznawany bez łez, bez przepływania w organizm oczny - to będą 

państwo mieli obraz tych doświadczeń, które wprowadzają pań­

stwa w świat duchowy. Widać z tego, że można, gdy postępuje się 

właściwie, tak przedstawić ową aktywność w świecie duchowym, 

w świecie po tamtej stronie kobierca zmysłów, że jasno widać: 

jest ona jedynie kontynuacją tego, co w jakiś sposób występuje już 

u normalnego, zwykłego człowieka. Konieczne jest tylko wyko­

nywanie ćwiczeń duszno-duchowych, by w ten sposób dojść do 

niezależności od ciała. 

Jeśli ćwicząc się w tym kierunku, poczynili państwo takie 

postępy, że doszli do tłumienia samodzielnie wytworzonych ima-

ginacji, do opróżnienia świadomości, a mimo to przeżywają real­

ną, duszno-duchową treść, to pierwsze, czego państwo doświad­

czą, będzie tableau

1

 państwa dotychczasowego życia ziemskiego 

Tableau (franc.) - dosłownie: obraz, malowidło. We współczesnym słowniku ję­

zyka polskiego znajdziemy wyjaśnienie: „tableau - pamiątkowe zdjęcie grupy osób, 

92 

sięgające wstecz mniej więcej do narodzin. Nie widzą państwo 

przy tym ciała fizycznego. Ciało fizyczne znika [z pola widzenia], 

gdy dochodzi się do postrzegania niezależnego od ciała. Natomiast 

przed duszą wciąż stoi to wszystko, czego człowiek doświadczył, 

i co poza tym stanowi nieświadomy strumień wspomnień, z które­

go wynurzają się poszczególne wspomnienia. Przystępuje to teraz 

do duszy, ale nie tak, jak w zwykłym wspomnieniu, lecz tak, że 

wszystko występuje tam jednocześnie, że tworzy niejako organizm 

czasowy, obdarzony wewnętrznym mchem organizm czasowy. 

Organizm przestrzenny, który nosimy na sobie, jest dzięki te­

mu organizmem, że jego poszczególne człony oddziałują na sie­

bie, że zależą one od siebie wzajemnie, że wszystko tworzy spójną 

całość. To, co dzieje się w żołądku, zależy od tego, co dzieje się 

w głowie, a to, co dzieje się w głowie, zależy od tego, co dzieje się 

w żołądku. W organizmie wszystko jest od siebie wzajemnie zależ­

ne. Tak samo jest też w tym organizmie czasowym: to, co człowiek 

przeżył później, organicznie wiąże się w całość z tym, co przeżył 

wcześniej. Przed naszą duszą staje naraz całościowe tableau. 

Jeśli człowiek przez spotęgowanie owej siły, za sprawą której 

wcześniej stłumił wytworzone przez siebie imaginacje, dopro­

wadzi teraz do tego, że stłumi także to tableau pamięciowe - czy­

li że nie tylko nie widzi już swojego własnego ciała, lecz sprawia, 

że całe to tableau staje się dla niego wewnętrznie niewidzialne -

a przy tym pozostaje w stanie czuwania, to dochodzi do stopnia 

poznania odsłaniającego ów duchowo-duszny [obszar], przez 

który człowiek przeszedł przed narodzinami czy, powiedzmy, 

przed poczęciem. Ten duchowo-duszny świat, w którym przeby­

waliśmy, zanim zstąpiliśmy w byt ziemski, nosimy w sobie pod­

czas bytu ziemskiego. Działa on i żyje w nas, lecz działa i żyje 

w nas tak, jak w wodzie działa wodór w tlenie. Podczas życia 

ziemskiego, pomiędzy narodzinami i śmiercią nie można badać 

elementu duchowo-dusznego jako takiego, tak samo, jak nie można 

składające się z wielu mniejszych zdjęć przedstawiających te osoby", tu jednak nie 
chodzi o takie pokawałkowane przedstawienie, a o całościowe, rozgrywające się 
w czasie, uchwycenie całego życia, (przyp. tłum.) 

93 

background image

badać wodoru, gdy w wodzie związany jest z tlenem. Najpierw 

tlen musi zostać usunięty z wody [wtedy wyłania się wodór]; tak 

samo musi wyłonić się element duchowo-duszny. Wtedy jednak 

człowiek nie wchodzi w teraźniejszość, lecz zostaje przeniesio­

ny właśnie w byt poprzedzający obecne życie. Zatem naprawdę 

postrzega się to, co schodziło w dół ku ziemskiej formie bym. 

W ten sposób zdobywa się ogląd tego, w czym żyje się przed 

przyjściem na Ziemię. 

Teraz naturalnie ktoś mógłby powiedzieć, że nie chce się 

przygotowywać w ten sposób do badania tego, co wieczne w czło­

wieku. Człowiek oczywiście ma wolny wybór i może też tego 

nie chcieć. Wtedy jednak wiara, że zwykłym poznaniem można 

uchwycić to, co duchowo-duszne, równałaby się naiwnej wie­

rze, że wodór, gdy jest związany w wodzie, można badać bez 

uprzedniego wydzielenia go. Nie sposób przecież zaprzeczyć, że 

zwykłą świadomością po prostu nie da się dotrzeć do tego, co 

duchowo-duszne. Jeśli zatem nie chce się przyjąć wyników ba­

dania duchowego, to nie ma innego wyjścia, jak milczeć o tym, 

co duchowo-duszne, i zajmować się jedynie materialną stroną 

bym. To może niektórych dzisiejszych ludzi wprowadzać w zły 

humor, ale naprawdę istnieją konieczności życiowe, do których 

człowiek musi się stosować. 

Tak dochodzimy stopniowo do poznania inspiratywnego. Bo­

wiem to jest już poznanie inspiratywne - człowiek jest inspiro­

wany przez coś, co zwykle nie wchodzi do naszej świadomości, co 

jednak ciągle oddziałuje na nas tak głęboko, jak przy oddychaniu, 

czy za sprawą oddychania, oddziałuje na nas tlen, który przyjmu­

jemy w sposób materialny z zewnętrznego powietrza. Zostajemy 

niejako napełnieni tym inspiratywnym poznaniem, świadomie 

napełnieni treścią naszego przedurodzeniowego, poprzedzające­

go nasze obecne życie bytu, tak jak przy oddychaniu zostajemy 

napełnieni materialnym tlenem. Wdychamy to, co jest naszym 

duchowo-dusznym [elementem]

2

. Wznosimy się do inspiracji. Ta 

1

 Wir atmen unserer Geistig-Seelisches; dosłownie: Wdychamy nasze duchowo-

duszne. (przyp. tłum.) 

94 

nazwa nie została nadana dowolnie, lecz została wybrana spośród 

rzeczywistych właściwości tego poznania. 

Poznanie to ma wszakże jeszcze jedną cechę charakterystycz­

ną. Także na ten temat znajdą państwo wyjaśnienia w mojej książ­

ce „Jak osiągnąć poznanie wyższych światów?" Człowiek musi 

mianowicie przyswoić sobie coś jeszcze, jeśli chce dojść do po­

znania inspiratywnego. Chodzi o przytomność umysłu. Człowiek 

ma tę przytomność umysłu, gdy, znalazłszy się w jakiejś sytua­

cji życiowej, potrafi szybko zadziałać, nie rozważając jej najpierw 

i nie oceniając, aż okazja do działania przeminie. Człowiek musi 

się ćwiczyć właśnie przez takie rzeczy, które zmuszają go do szyb­

kiego działania, do szybkiego wkraczania - ponieważ to, co po­

jawia się za sprawą inspiracji, szybko znika; w status nascendi, 

w momencie powstawania, już także znika. Człowiek musi umieć 

szybko skierować na to uwagę. 

Zatem, jak państwo widzą: Gdy człowiek staje wobec zwy­

kłego, zewnętrznego świata zmysłowego, świat ten rozciąga się 

w przestrzeni. Gdy staje wobec tego, co jako następne wychodzi 

mu na przeciw, wobec tableau własnego życia, ma nagle przed so­

bą czas, a teraz, w poznaniu inspiratywnym, wychodzi poza czas. 

Jest zdany na uchwycenie postrzeżenia w mgnieniu oka. Wycho­

dzi poza czas. Dla tego, co człowiek zdobywa w poznaniu inspi­

ratywnym, czas w ogóle nie ma już wewnętrznego znaczenia. 

Gdy człowiek oswoi się z tym tableau życia, stwierdza, że jest 

w nim coś znacznie bardziej realnego niż w zwykłym wspomnie­

niu. Wyobrażenia, jakie przynosi pamięć, są neutralne, nie mają 

wewnętrznej siły, są niejako do dyspozycji, możemy je wziąć, lecz 

nie mają one wewnętrznej siły. To, co jest zawarte w tableau życia, 

ma wewnętrzną siłę i zawiera jednocześnie te siły, które kształ­

tują człowieka, które wewnątrz działają kształtująco, które na 

przykład w dziecku - mózg dziecka zrazu nie jest jeszcze w pełni 

wymodelowany, kształtuje się on dopiero w pierwszych latach 

życia - działają jako nadzmysłowe siły kształtujące. Te nadzmy-

słowe siły kształtujące poznaje się teraz dzięki temu, że są one 

zawarte w tableau życia. Zatem człowiek nie chwyta czegoś tylko 

abstrakcyjno-wyobrażeniowego, lecz rzeczywistość, pełen siły 

95 

background image

strumień czasu: i to jest owo bardziej subtelne ciało, o którym 

mówimy, ciało eteryczne, zwane również ciałem sił kształtują­

cych, którego obraz przestrzenny jest jedynie chwilowym obra­

zem uchwyconym w nieustannym płynięciu. Ciało eteryczne jest 

w nieustającym mchu. I gdy próbuje się je namalować, maluje się 

właściwie coś nierzeczywistego, coś, co mogłoby trwać jedynie 

przez mgnienie, ponieważ następny stan jest od razu inny i wcześ­

niejszy był inny. Jest to właśnie na wskroś ciało czasowe, które 

jednak jako ciało sił, jako ciało sił kształtujących, leży u podstaw 

wzrastania, a także u podstaw przemiany materii w ludzkim orga­

nizmie; ciało sił, o którym mówimy jako o ciele bardziej subtel­

nym, bardziej eterycznym. Przy czym słowo „eteryczny" nie mo­

że przywodzić nam na myśl znaczenia, jakie nadaje się mu w fi­

zyce, a tylko to, co właśnie przed chwilą scharakteryzowałem i tak 

nazwałem. 

Gdy w poznaniu imaginatywnym człowiek poczyni takie po­

stępy, że znajduje się w duchowo-dusznym świecie zewnętrznym 

i dochodzi zrazu do postrzegania tableau własnego życia, czyli 

postrzegania ciała eterycznego bądź ciała sił kształtujących, to za­

chodzi w nim pewna przemiana, pewna transformacja życia po­

znawczego. To, co człowiek musi zrobić, żeby poznać ten byt ete­

ryczny, jest podobne, a zarazem jednak bardzo niepodobne, ale 

nie do zwykłego naturalistyczno-abstrakcyjnego sposobu pozna­

nia, lecz do aktywności artystycznej. Człowiek musi rozwinąć 

raczej myślenie kształtujące, myślenie, które pod pewnym wzglę­

dem przypomina już ów szczególny sposób, w jaki artysta tworzy 

wyobrażenia. Ale z drugiej strony jest to też zupełnie niepodobne 

do artystycznego sposobu tworzenia wyobrażeń. To bowiem, co 

tworzy artysta, pozostaje w obrębie fantazji. Pełna fantazji aktyw­

ność twórcza jest w najwyższym stopniu związana ze specyficzny­

mi właściwościami naszego ciała, nie jest aktywnością niezależną 

od ciała. Aktywność, którą rozwija się w poznaniu imaginatywnym, 

jest niezależna od ciała i dlatego też chwyta ona to, co jest rzeczy­

wiste. Dzieła artysty nie są tego rodzaju, by mogły wejść w świat 

jako coś rzeczywistego

3

. Nigdy przecież nie będą państwo mieli 

96 

takiego wyobrażenia o Wenus z Milo, że zaczyna ona iść i zbli­

żać się do państwa. To, co tworzy artysta, nie jest wszak rzeczy­

wistością. Także, widząc na jakimś obrazie diabła, w równie 

małym stopniu mogliby państwo odczuwać obawę, że ten nama­

lowany diabeł mógłby państwa porwać. Sposób, w jaki artysta 

wchodzi w rzeczywistość, jest związany z ludzką rzeczywistoś­

cią fizyczną nie zanurza się jednak w rzeczywistość duchowo-

duszną. To, co zdobywa się w poznaniu imaginatywnym, zanurza 

się w prawdziwą rzeczywistość, w toczący się proces. 

Można oczywiście powiedzieć, można by logicznie, zgodnie 

z teorią poznania udowodnić, że poznanie w ogóle nie powinno 

wznosić się aż do działań artystycznych. Bowiem poznawanie 

oznacza logiczne przechodzenie od jednego pojęcia do drugiego 

za pomocą pojęć dyskursywnych; a gdy przechodzi się do tego, 

co artystyczne, wykracza się poza obszar dozwolonego [sposobu] 

poznania. Długo, bardzo długo można w ten sposób filozofować, 

jak powinno się zdobywać poznanie, czy też jak nie powinno się 

go zdobywać: jeśli Natura jest artystką jeśli świat jest artystą to 

nie otworzy się on przecież przed czysto logicznym poznaniem. 

Nie dotrze się [w ten sposób] do niego

4

; umyka on poznaniu czy­

sto logicznemu. Dlatego, choćby się najbardziej logicznie udo­

wadniało, że poznanie nie powinno być artystyczne, poznaniem 

nieartystycznym nie wniknie się w rzeczywistość eteryczną. Cho­

dzi o to, jaki świat jest, a nie o to, jakie powinno być poznanie, nie 

o to, żebyśmy uznawali coś, wychodząc z jakichś logicznie popra­

wnych założeń. Trzeba więc powiedzieć: gdy od zwykłego poz­

nania przedmiotowego wznosimy się do poznania imagina-

cyjnego, pojawia się aktywność artystyczna. 

3

 ... daß sie sich als Reales in die Welt hineinstellen können. W potocznym zna­

czeniu są one, naturalnie, rzeczywiste. Kiedy jednak będziemy na nie patrzeć od 
strony aktywnych w nich sił - tak jak przed chwilą patrzyliśmy na tableau życia i na 
wspomnienia - to w tym sensie dzieła artysty nie są rzeczywistością. Nie ma w nich 
sił, którymi one same oddziaływałyby na rzeczywistość, byłyby z tą rzeczywistością 
w realnym kontakcie, (przyp. tłum.) 

4

 W oryginale sie (ona) odnosi się zarówno do Natury, jak i do świata. Dr Stei­

ner wyraźnie użył słowa świat jako dopowiedzenia, uściślenia. Zob. wykład XIV, 
cz. II. (przyp. tłum.) 

97 

background image

A gdy wzniesiemy się do poznania inspiracyjnego, wtedy in­

spiracje, które niesiemy [wtedy] w świadomości, będą takie, że 

znowu będziemy mogli porównać je do przeżyć, które są do nich 

podobne, a z drugiej strony przecież niepodobne; chodzi o prze­

życia moralne i o chwytanie idei moralnych. Inspiracje ze świata 

duchowego dlatego są podobne do idei moralnych, że człowiek, 

przeżywając inspirowane wyobrażenia, czyni jakościowo to sa­

mo, co czyni wtedy, gdy ideom i ideałom moralnym pozwala za­

istnieć w swojej świadomości. Ze względu na ten jakościowy 

aspekt przeżycia wewnętrznego także inspiracje podobne są do 

przeżywania ideałów moralnych; ale z drugiej strony różnią się 

od nich całkowicie tym, że uchwycony przez nas ideał moralny 

nie ma wewnętrznej aktywności, w wyniku której urzeczywistnia 

się on dzięki swojej własnej sile. Nasz ideał moralny jest w świe­

cie zrazu pozbawiony siły, omdlały. Musimy urzeczywistnić go, 

angażując w to naszą fizyczną osobę. Musimy go wprowadzić 

w świat na okrężnej drodze poprzez naszą fizyczną osobę. Ideał 

moralny, sam w sobie, pozostaje jedynie myślą. Inspiracja tym nie 

jest. Osiągamy ją tak, że jest ona jakościowo podobna do wyob­

rażenia moralnego, do impulsu moralnego; lecz ze względu na 

sposób przejawiania się w świecie okazuje się ona czymś rzeczy­

wistym, czymś potężnym, czymś, co działa tak, jak działają siły 

natury. Człowiek zanurza się zatem w świat, który musi tak ujmo­

wać myślą jak ujmuje świat moralny, lecz który za sprawą swej 

własnej siły jest od samego początku światem rzeczywistym. 

I gdy w inspiracji człowiek zaszedł tak daleko, że znajduje się 

w świecie duchowo-dusznym, że świat duchowo-duszny daje mu 

pewną treść, wtedy do pełnego przeżycia tego duchowo-duszne-

go świata jest potrzebne coś jeszcze. Wtedy do tego duchowo-

dusznego świata człowiek musi wnieść coś, czego w ogóle nie ma 

w naszym abstrakcyjnym świecie myśli. Musi wnieść oddanie się 

obiektowi. W świecie duchowo-dusznym nie pozna się całkowicie 

jakiegoś jestestwa czy jakiejś siły, jeśli nie potrafi się w miłości 

przenieść się w pełni, wpłynąć w pełni swoją istotą w to, co przy­

chodzi w inspiracji. Inspiracja jest zrazu niejako tylko objawia­

niem się tego, co duchowo-duszne. Wewnętrzna istota odsłania się 

98 

przed człowiekiem, gdy on sam w pełnym miłości oddaniu wy­

leje się w to, co go inspiruje. I gdy w ten sposób, wznosząc się do 

pełni życia, człowiek przeżywa duchowo-duszną rzeczywistość, 

wchodzi w intuicję. 

To jest poznanie intuitywne. Cienie intuicji obecne są także 

już w zwykłym życiu; cienie intuicji przejawiają się w odczuciu re­

ligijnym, w uczuciu religijnym. To, co w doznawaniu uczuć reli­

gijnych jest tylko wewnątrz - człowiek nie wchodzi wtedy w jakiś 

szczególny świat - w intuicji duchowej jest na wskroś wypełnione 

rzeczywistością. Tak że intuicja duchowa jest podobna do zwy­

kłego odczuwania religijnego i zarazem zupełnie od niego różna. 

Zwykłe odczuwanie religijne pozostaje subiektywne. W intuicji 

duchowej wewnętrzna istota [człowieka] wpływa w to, co istnieje 

obiektywnie, żyje w duchowo-dusznej rzeczywistości, tak że moż­

na powiedzieć: Intuitywny sposób nadzmysłowego poznania jest 

podobny i niepodobny do życia w wyobrażeniach religijnych. 

Jeżeli zatem chcemy w pewien sposób usystematyzować te 

stopnie wyższego poznania, możemy powiedzieć tak: Mamy naj­

pierw owo występujące w zwykłym życiu poznanie przedmioto­

we; ono jest naturalistyczne. Potem dochodzimy do poznania 

przez imaginację; ono jest artystyczne. Potem dochodzimy do 

poznania przez inspirację; ono jest moralne. A potem dochodzimy 

do poznania przez intuicję; ono jest religijne, w scharakteryzowa­

nym wyżej sensie. 

Otóż, szanowni państwo, to, co tu rzeczywiście można uch­

wycić w wyobrażeniach podobnych do wyobrażeń artystycznych, 

moralnych i religijnych, działa przecież w człowieku, jest w nim. 

Jedynie usuwa się przed zwykłą świadomością. Dlatego pozna­

jąc te przeżycia nadzmysłowej świadomości, można uchwycić ca­

łego człowieka. W szczególności zaś - ponieważ to, co ze świata 

duchowego wchodzi

5

 w świat fizyczny, potężnie działa przecież 

w dziecku - można poznać naturę dziecięcą znając wyższe człony 

jestestwa ludzkiego: to, co w człowieku daje się poznać za spra­

wą imaginacj i, inspiracji i intuicji. Konieczna jest jednak umiejęt­

ność prawidłowego wniknięcia w związek, jaki zachodzi między 

tym, co nadzmysłowe, a tym, co fizyczno-cielesne. 

99 

background image

Szczególnie dobrze można to zrobić na przykładzie pamię­

ci, przypominania sobie. Przypominanie sobie bez wątpienia an­

gażuje ciało fizyczne. Ciało fizyczne bierze udział w działaniu 

pamięci. Można to wykazać, posługując się całkiem zwykłym 

doświadczeniem. Gdy dzisiaj uczymy się jakiejś roli czy jakie­

goś wiersza i ten tekst zupełnie nie chce w nas „wejść", a potem 

przesypiamy noc, to następnego dnia zapamiętywanie idzie szyb­

ko, jakby samo z siebie. Ciało, regenemjąc się, przygotowało się 

do wykonania pracy, właśnie pracy cielesnej, która musi być wy­

konana w procesie zapamiętywania. 

Ale także poza tym można przecież naprawdę szczegółowo 

wykazać, korzystając z naszej zwykłej anatomii czy fizjologii, jak 

pewne obszary systemu nerwowego mogą zostać sparaliżowane, 

oddzielone, i jak przez to gasną także pewne obszary pamięci. 

Krótko mówiąc, naprawdę można zdać sobie sprawę z powiąza­

nia pamięci z organizacją cielesną. Gdy działa pamięć, ciało też 

działa w pewien sposób. Ale, jak to już z tego wynika, to dzia­

łanie pamięci, ta aktywność przypominania sobie różni się cał­

kowicie od tego, czego doświadcza się w imaginacji, w inspiracji, 

w wyższej świadomości; to bowiem jest niezależne od ciała. To, 

czego człowiek doświadcza wtedy nadzmysłowo, nie może wkra­

czać w cielesność. I to także uwidacznia się przy tych doznaniach, 

mianowicie nie można ich sobie w zwykły sposób przypomnieć, 

one nie odciskają się w zwykłej pamięci. 

U tego, kto prowadzi badania w sposób antropozoficzny, zwy­

kłe przypominanie sobie wszystkich innych doznań musi zawsze 

toczyć się całkowicie równoległym nurtem; musi być nienaruszone. 

Człowiek ten musi ciągle mieć niejako obok siebie tę drugą oso­

bowość, którą jest w życiu codziennym. Wie on jednak bardzo 

dobrze, że poza tym żyje w tym, co poznaje nadzmysłowo, a to 

w ogóle nie odciska się w zwykłej pamięci. Tak samo nie niosą 

państwo w swoim wspomnieniu rzeczywistej ryby, którą państwo 

widzieli: niosą ją państwo w sobie w obrazie; gdy chcą państwo 

3

 W oryginale czasownik hineinleben, wskazujący, że chodzi o oddziaływania 

zachodzące w sferze procesów życiowych, (przyp. tłum.) 

100 

postrzegać tę rybę, muszą państwo znów do niej powrócić. Do­

świadczenia nadzmysłowe dają postrzeżenia, nie wyobrażenia, 

dlatego trzeba do nich ciągle na nowo powracać. Można jednak 

przypomnieć sobie, co się zrobiło, żeby dojść do oglądu nadzmy-

słowego. Gdy się to powtórzy, pojawia się on znowu, lecz pasyw­

nie; nie sięga on swym działaniem do pamięci. Dlatego można 

do niego ponownie dotrzeć tylko tak, że człowiek sam staje się 

aktywny. To pozostawanie poza pamięcią stanowi szczególną ce­

chę charakterystyczną tego, co poznaje się nadzmysłowo, nad-

zmysłowej wiedzy. Można ją znów mieć, ale najpierw trzeba ją 

właśnie znów sprowadzić w ten sam sposób, w jaki sprowadziło 

się ją za pierwszym razem. Można przypomnieć sobie drogę, któ­

ra prowadziła do jej sprowadzenia, a nie po prostu samo nadzmy­

słowe przeżycie. 

Właśnie to pokazuje, że doświadczenie nadzmysłowe jest 

czymś innym niż to, co zawiera się w zwykłym doświadczeniu. 

Przy tym zawsze trzeba się trzymać tego, że zdrowa ludzka siła 

przypominania sobie musi iść równolegle z wszystkimi prawid­

łowymi doznaniami nadzmysłowymi. Ten, kto w nadzmysłowych 

przeżyciach zatraciłby zwykły strumień swojej pamięci, przelałby 

całą swoją osobowość w przeżycie nadzmysłowe. Nie byłby żad­

nym badaczem antropozoficznym, byłby człowiekiem ulegającym 

halucynacjom, żyjąc całkowicie w swoich wizjach, w swoich ob­

razach, w swoich halucynacjach. 

Chodzi jednak właśnie o to, żeby wykluczyć wszystko, co jest 

tylko halucynacją żeby wszystko, czego doświadcza się w świecie 

nadzmysłowym, stało obok tego, czego dusza w zdrowy sposób 

doświadcza w zwykłym życiu. Trzeba się koniecznie tego trzy­

mać, gdy chce się we właściwy sposób ocenić poznanie nadzmy­

słowe. Kto stawia zarzuty, że imaginacje i inspiracje, które przynosi 

antropozofia, mogłyby także być jedynie halucynacjami, kto tak 

mówi, ten nie poznał jeszcze charakterystycznych właściwości 

drogi antropozoficznej i rozprawia o tym, czego nie zna. 

Ważne jest, żeby rozpoznać, jaka jest zależność między tym, 

co nadzmysłowe, a pamięcią. Bowiem, drodzy państwo, wszyst­

ko to realnie istnieje w życiu ludzkim. To, co nadzmysłowe, co za 

101 

background image

sprawą imaginacji, inspiracji stawiamy przed swoją duszą istnie­

je przecież. My jedynie przywołujemy to do naszej świadomości. 

Natomiast nad tym, co stanowi wspomnienie, nie tylko my sami 

pracujemy aktywnie - pracuje nad tym także to, czego sobie w nas 

nie uświadamiamy. Zatem to, co przeżywamy w imaginacji, po­

zostaje w świecie duchowym, a tylko niejako przystępuje do czło­

wieka, łączy się z nim; to, co staje się wspomnieniem, spływa 

w niego, ogarnia organizację fizyczną i sprawia, że organizacja 

fizyczna aktywnie w tym uczestniczy. Przenika to w dół w orga­

nizację fizyczną. Właśnie porównując to, co imaginatywne, ze 

wspomnieniem, można dokładnie zauważyć różnicę między tym, 

co wchodzi w ciało, a tym, co nieustannie, także pomiędzy naro­

dzinami a śmiercią żyje w nas jako rzeczywistość nadzmysłowa, 

co jednak umyka zwykłej świadomości i dlatego musi zostać od­

słonięte przez badanie antropozoficzne. 

Właśnie dopiero wtedy, gdy zagłębimy się we współdziałanie 

tej dającej się doświadczyć tylko w świecie nadzmysłowym isto­

ty ludzkiej z człowiekiem fizyczno-cielesnym, poznajemy pełne­

go, całego człowieka. A gdy wzywamy się w to, co odsłania po­

znanie nadzmysłowe, wtedy również dziecko, rozwijającego się 

człowieka, poznajemy tak, że dzięki sztuce wychowania i naucza­

nia możemy naprawdę odpowiednio z nim postępować. Właśnie 

na takim konkretnym przykładzie jak związek tego, co nadzmy­

słowe, z tym, co działa w pamięci, w przypominaniu sobie, można 

niejedno jasno przedstawić. 

Przyjmijmy, że w jakiejś szkolnej klasie jest dziecko, które 

nauczyciel uczy od pewnego czasu. Początkowo nauczyciel postę­

puje w ogólnie przyjęty sposób i wierzy, że czyni dobrze. Od jakie­

goś momentu zauważa jednak, że pewne dziecko robi się coraz 

bledsze. Nie musi to być od razu bladość gwałtownie rzucająca się 

w oczy - może to być bladość zauważalna, być może, właśnie tyl­

ko dla kogoś, kto specjalnie się wyszkolił, ażeby móc zauważać 

takie rzeczy. Ale cechą nauczyciela i wychowawcy musi być prze­

cież ukierunkowanie się na subtelne zauważanie oraz obserwo­

wanie życia. 

102 

Takie rzeczy, jakie będę teraz opisywać, zależą naturalnie, 

od najróżnorodniejszych czynników; niemniej nauczyciel czy 

wychowawca, który poznając drogi antropozoficzno-nadzmysło-

we, dochodzi także do poznania człowieka, będzie poprzez to 

pełne życia poznanie istoty ludzkiej pogłębiał, potęgował swoje, 

w naturalny sposób elementarne, instynkty wychowawcze i nau­

czycielskie. Pedagogika i dydaktyka, która swoje reguły ujmuje 

w abstrakcyjne zasady, jest dla wychowawcy-praktyka i nauczy-

ciela-praktyka naprawdę czymś, co w życiu z wolna wprowadza 

go w takie położenie, jakby, chcąc iść, jednocześnie sam sobie 

stale przydeptywał stopy; niszczy ona całą jego naturalność. 

Gdyby człowiek miał się ciągle zastanawiać: „Jak właściwie po­

winno się wychowywać? Jakie reguły zaleca pedagogika i dydak­

tyka?", to straciłby naturalność, straciłby to, co jest uzasadnione 

w zachowaniach instynktownych. Nie tak działa pedagogika i dy­

daktyka zbudowana na podłożu antropozoficznym; znacznie sub­

telniej wplata się ona w całe życie ludzkie i nie podkopuje elemen­

tarnych instynktów wychowawczych, tylko je właśnie rozpala, 

ożywia, rozgrzewa, wzmacnia. Człowiek nie traci naturalności, 

lecz ją pogłębia, ożywia. To właśnie chce przynieść pedagogika 

i dydaktyka antropozoficzna nauczycielowi i wychowawcy. Dla­

tego, choćby warunki były tak różnorodne, jak w życiu wszystko 

jest różnorodne: gdy ma się przed sobą takie coraz bledsze dzie­

cko... Gdy staje się ono blade z innych powodów, niż teraz przed­

stawię, to wychowawca, nauczyciel rozpozna to swoim natural­

nym instynktem; jednak równie dobrze może się zdarzyć taki 

przypadek, jaki teraz opisuję: to dziecko staje się coraz bledsze. 

Jeśli uwzględnię wtedy wszystko, posługując się pogłębionymi 

przez antropozoficzny wgląd instynktami pedagogicznymi, dojdę, 

być może, do konkluzji: przekarmiłem to dziecko materiałem 

pamięciowym; zbyt wiele wymagałem od jego pamięci, od jego 

zdolności przypominania sobie. 

Dlatego, drodzy państwo, antropozofia chce kierować uwagę 

na wzajemne oddziaływanie na siebie tego, co duszno-duchowe, 

i tego, co fizyczno-cielesne. Antropozofii chodzi nie o to, by w ja­

kikolwiek sposób przynosić człowiekowi tylko wiadomości o tym, 

103 

background image

co duchowe, lecz pragnie ona móc zrozumieć żywe działanie du­

cha także w materii. I już samo to może sprawić, że człowiek sta­

je się dobrym praktykiem; już samo to może go mocno osadzić 

w świecie, w którym ma przecież do spełnienia swoje zadanie. 

A zatem będzie można zauważyć, gdy nie uchwyci się tego 

we właściwym czasie, że przeciążając dziecko materiałem pamię­

ciowym, wywołało się u niego bladość, że to się potem nasila. 

Gdy kontynuuje się przekarmianie dziecka materiałem pamię­

ciowym, to następnym etapem będzie przejaw w sferze duszy: 

dziecko stanie się bojaźliwe, lękliwe, dojdzie u niego do różnych 

stanów lękowych. Także i to nie musi wystąpić tak wyraźnie, 

żeby można to było zauważyć przy powierzchownej obserwacji 

- wyraźnie zauważy się to tylko przy subtelnym obserwowaniu, 

które artysta wychowania i nauczania musi sobie przyswoić. A os­

tatnim etapem, gdy z [powodu] jakichś teoretycznych założeń kon­

tynuuje się wpychanie w dziecko coraz większej ilości materiału 

pamięciowego, są zaburzenia procesu wzrastania. Dziecko może 

nawet w jakiś sposób nie wzrastać we właściwym tempie. 

Tutaj widzimy wzajemne oddziaływanie na siebie tego, co du-

chowo-duszne, i tego, co fizyczno-cielesne. Tutaj uczymy się poj­

mować, jak niezbędne jest dla artysty wychowania i dla artysty 

nauczania wytworzenie sobie wyobrażenia o tym, jak należy po­

stępować z ludzkimi skłonnościami do powracania do zdrowia i do 

chorowania. Poważne przypadki chorobowe będą naturalnie na­

dal przekazywane lekarzowi, ale w wychowaniu mamy nieustan­

nie do czynienia z pojawianiem się tych bardziej subtelnych skłon­

ności do powracania do zdrowia i do zachorowania. Nauczyciel, 

wychowawca musi być ich ciągle świadomy, ciągle musi mieć 

możliwość uchwycenia ich świadomością

6

. Nauczyciel, wycho­

wawca musi zawsze wiedzieć, jak ludzka natura - przez to wszy-

" .. .ciągle musi... - ten końcowy fragment zdania można by odczytać tylko jako 

dopowiedzenie. Tu jednak dr Steiner poprawia swoje poprzednie słowa, koryguje je, 
ponieważ rzeczywiste ciągłe uświadamianie ich sobie
 uniemożliwiłoby taką na­
ukę, o jaką tu chodzi. Takie korygowanie własnej wypowiedzi nie jest rzadkością 
w wykładach dr. Steinera. (przyp. tłum.) 

104 

stko, czym jest - przejawia skłonność do tego, żeby pod wpływem 

jednego czynnika iść ku zdrowiu, a pod wpływem innego iść ku 

chorobie; jak powstają przyczyny zachorowania, na przykład 

w takiej sytuacji, jaką właśnie państwu przedstawiłem. Dzięki 

tego rodzaju świadomości nauczyciel we właściwy sposób zaprze­

stanie przekarmiać pamięć i podejdzie do dziecka w inny sposób. 

I zobaczy, że dziecko znów nabiera zdrowych kolorów, gdy w na­

stępnym okresie, zamiast zbyt mocno odwoływać się do jego pa­

mięci, będzie odwoływać się bardziej do tego, co jest związane 

z przeżyciem. Jednego dnia, powiedzmy, przedstawi mu coś pięk­

nego, co bezpośrednio wywoła jego radość, a następnego dnia coś 

innego, też pięknego, lub to, co poprzednio, w jakimś wariancie. 

Zatem w najbliższym czasie nie odwołuje się do jego pamięci. 

Albo też nauczyciel ma przed sobą chłopca, którego także 

uczy od pewnego momentu. Po jakimś czasie, obserwując w ten 

bardziej subtelny sposób, zauważa, że chłopiec lekko się zaczer­

wienił. Nie jest to rumieniec wstydu, tylko dające się zauważyć 

zarumienienie się związane z jego całym stanem zdrowotnym. To 

nie musi pojawić się wyraźnie - ale subtelna, wnikliwa obserwa­

cja ujawnia, że skóra chłopca ma teraz bardziej czerwonawy od­

cień, niż miała przedtem. Naturalnie powody tego mogą znów być 

najróżniejsze; ale to ustali przecież szczegółowo zdrowa sztuka 

wychowania i nauczania. Natomiast może być tak, że właśnie 

u tego chłopca za mało wymagałem od jego pamięci, że za mało 

odwoływałem się do jego pamięci. To spowodowało jego zaru­

mienienie się i muszę to naprawić od drugiej strony, zaczynając 

teraz zatrudniać jego zdolność przypominania sobie. 

I znów to, co tak objawia się łagodnym rumieńcem, może 

przybrać na sile. Następny jest przejaw duszny: chłopiec zaczyna 

mieć lekkie - ale jako skłonność już znaczące - napady gniewu, 

napady złości. Całkiem możliwy jest taki związek, że dziecko, 

które nie używa zdolności przypominania sobie, przejdzie do na­

padów złości, do chorobliwych, lekkich wybuchów gniewu, które 

z kolei w szkodliwy sposób działają na organizm; bowiem pomię­

dzy narodzinami i śmiercią zachodzi w człowieku nieustanne, 

wzajemne oddziaływanie między tym, co duszno-duchowe, i tym, 

105 

background image

co fizyczno-cielesne. - A najwyższe nasilenie, do jakiego może 

przez to dojść u dziecka, o którym mówimy, polega na tym, że 

jego oddychanie i krążenie krwi stają się intensywniejsze, stają się 

nieregularne. Mogę wręcz zaszczepić dziecku naprawdę niedobre 

predyspozycje w tym kierunku, nie rozeznając się w tym, co wy­

raża się najpierw przez nieco mocniejsze zaczerwienienie skóry, 

a potem w lekkich napadach złości i gniewu, aż wreszcie w lekko 

przybierających na sile procesach oddychania i krążenia. - Pod­

łożem niektórych predyspozycji, które tkwią w człowieku - i do­

piero po latach, gdy wystąpią inne, umchamiające je przyczyny, 

doprowadzają, być może, do bardzo ciężkich zachorowań - jest 

zastosowanie chybionej sztuki wychowania i nauczania we wcześ­

niejszym okresie życia. 

Zatem ktoś, kto chce być wychowawcą i artystą nauczania, 

naprawdę musi posiadać wiedzę o drogach prowadzących naturę 

ludzką do zdrowia lub do choroby, do nabywania predyspozycji 

chorobowych. Jak powiedziałem, ekstremalne przypadki mogą 

być powierzane lekarzowi, ale gdy człowiek rozwija się, ciągle 

wchodzi na drogi prowadzące do predyspozycji zdrowotnych 

i chorobowych. Artysta wychowania i nauczania musi je znać. 

Musi umieć wręcz zaobserwować ich subtelniejsze przejawianie 

się. Są to rzeczy dotyczące dochodzenia do zdrowia i zapadania 

na choroby, o których nauczyciel i wychowawca musi wiedzieć 

przede wszystkim. 

By przedstawić to jeszcze jaśniej, użyję drastycznego przy­

kładu, który wprawdzie jest sporny, lecz w życiu wszystko prze­

cież może przyjąć najbardziej różnorodną postać. Dlatego też to, 

co przedstawię, w innych wypadkach może oczywiście wynikać 

z czegoś zupełnie innego. Gdy człowiek głęboko wzywa się w pe­

dagogikę antropozoficzną przyzwyczaja się właśnie do szukania 

najrozmaitszych przyczyn tego, co się pojawia; niemniej ten 

związek może być właśnie taki, jaki chcę teraz przedstawić. 

Przyjmijmy, że mamy w klasie pewnego chłopca albo pew­

ną dziewczynkę. Dziecko to przez długi czas zupełnie naturalnie 

skupiało uwagę, byłem całkowicie zadowolony z jego uważności. 

Ale ono zaczyna być lekko obojętne, przestaje być dostatecznie 

106 

uważne. Pewne rzeczy, które wprowadzam, przechodzą obok nie­

go niezauważone. Może się wtedy zdarzyć, że niewyszkolony ar­

tysta wychowania, zależnie od swojego światopoglądu, sięgnie, 

być może, do bicia czy użyje jakiejś innej kary, żeby dziecko znów 

zaczęło uważać. Ten, kto w odniesieniu do dróg prowadzących do 

zdrowia i choroby zna związek między tym, co jest w człowieku 

duchowo-duszne, a tym, co jest w nim cielesno-fizyczne, sięgnie 

po coś zupełnie innego. Powie on temu chłopcu lub dziewczyn­

ce: „Musisz we właściwym czasie obcinać paznokcie u rąk czy 

u nóg; za długo zwlekasz z obcięciem sobie paznokci u rąk czy 

u nóg". To bowiem, co manifestuje się tu jako siła wzrastania, to, 

co przechodzi we wzrastanie, w rośniecie paznokci u rąk czy nóg, 

jest przecież też przeniknięte duszą przeniknięte duchem. I gdy 

paznokcie u rąk czy u nóg stają się zbyt długie, wtedy ta siła wzra­

stania spiętrza się, nie może wpłynąć w paznokcie u rak czy u nóg, 

zostaje zatrzymana. I to spiętrzenie wzrastania - które dopiero 

wtedy znowu zostaje uwolnione, gdy obetnie się paznokcie, czyli 

gdy znów mamy swobodną małą powierzchnię - to spiętrzenie 

zahamowuje także, z drugiej strony, to, co w uważności jest na­

tury duchowo-dusznej. Uważność może się bowiem rozwijać je­

dynie przy pełnym, swobodnym, niehamowanym życiu, które 

płynie przez organizm. U dzieci, które tak się prowadzi, by we 

właściwy sposób obcinały paznokcie u rąk i nóg, w większości 

wypadków nie zauważy się takich zmian w uważności, takich 

metamorfoz uważności. 

Przedstawiam taki przykład tylko dlatego, żeby państwo zo­

baczyli, że antropozoficznej pedagogice i dydaktyce nie chodzi 

o to, by zaniedbać stronę fizyczną i wznieść się jedynie w mglisto-

duchowy świat, lecz że kieruje ona spojrzenie na ducha właśnie 

po to, żeby we właściwy sposób zrozumieć życie i tak też do nie­

go podchodzić. 

Zatem nauczyciel, wychowawca, dzięki temu, że w ten spo­

sób, poznając, uczy się wnikać w naturę ludzką dostanie do rąk 

- właśnie w odniesieniu do dróg [prowadzących] człowieka do 

zdrowia, do choroby - to, czego potrzebuje w swoim zawodzie. 

107 

background image

Wykład VI 

Dornach, 28 grudnia 1921 

Wczorajsze i dzisiejsze rozważania nie mają na celu konkretne­

go przedstawienia nauki o zdrowiu i chorobie. Na razie chcę po­

wiedzieć tylko to, co pozwoli zobaczyć, że nauczyciel musi pójść 

drogami, które poprowadzą go do poznania tego, co sprzyja zdro­

wiu człowieka, i tego, co wywołuje chorobę. Artysta nauczania 

i wychowania musi przede wszystkim umieć uchwycić naprawdę 

całą organizację ludzką, musi umieć w nią wejrzeć. A przy tym 

nie może pozwolić, żeby przeróżne abstrakcyjne reguły pedago­

giczne i dydaktyczne zaburzyły mu bezstronne, niejako instynkto-

wo-intuicyjne zrozumienie całej organizacji ludzkiej. Reguły te 

sprawiają, że podchodzi on do dziecka stronniczo. Nauczyciel, sta­

jąc wobec dziecka, musi być zupełnie wolny. 

Bardzo często - szczególnie w Europie Środkowej, nie wiem, 

czy tak jest też w Europie Zachodniej - słyszy się takie zdanie: Ist­

nieje tylko jedno zdrowie i bardzo, bardzo wiele chorób. To po­

wiedzenie, w które ludzie niejednokrotnie wierzą, nie wytrzymuje 

jednak konfrontacji z prawdziwą wiedzą o człowieku. Każdy czło­

wiek jest bowiem ukształtowany tak indywidualnie, tak swoiście, 

że właściwie każdy, i także każde dziecko, ma w gruncie rzeczy 

swoje własne zdrowie, specyficznie zmodyfikowane zdrowie. 

Można powiedzieć: Ilu jest ludzi, tyle jest układów zdrowotnych 

i układów chorobowych. - To już wskazuje nam, że ciągle musi­

my kierować naszą uwagę na poznanie specyficznej, indywidual­

nej natury człowieka. 

Będzie to jednak możliwe tylko wtedy, gdy człowiek, rozpa­

trując to, co ma przed sobą w drugim człowieku, będzie w sta­

nie uchwycić to naprawdę całościowo. W człowieku, gdy stajemy 

wobec niego w życiu, mamy przed sobą wzajemne oddziaływa­

nie na siebie tego, co duchowo-duszne, i tego, co fizyczno-ciele-

sne - tak jak w wodzie mamy przed sobą tlen i wodór. I tak jak 

w wodzie nie możemy bezpośrednio obserwować wodom i tlenu, 

108 

tak samo w stojącym przed nami człowieku nie możemy bezpo­

średnio obserwować tego, co duchowo-duszne, i tego, co fizyczno-

cielesne. 

Żeby prawidłowo uchwycić związek obu tych członów istoty 

ludzkiej, musimy je najpierw poznać. Wychodząc od zwykłego 

poznania, które zdobywamy w życiu, nie można ich poznać. Dzi­

siaj przecież rozpatruje się człowieka w ten sposób, że, z jednej 

strony, w fizjologii i anatomii rozważa się go tak, jak staje on przed 

nami jako istota cielesna; a tworząc tę fizjologię i anatomię, ze 

szczególnym upodobaniem bierze się za podstawę już nie kon­

kretnego, żywego człowieka, lecz zwłoki, z których odeszło to, co 

duchowo-duszne. 

A z drugiej strony rozważa się człowieka, biorąc za podstawę 

to, czego może on w sobie doświadczyć. Gdy jednak w naszej 

materialistyczno-intelektualnej epoce człowiek patrzy w siebie, 

zauważa właściwie już tylko abstrakcje, tylko bardzo „rozrze­

dzone"

1

, zimne wyobrażenia. Rozgrzewa się tylko wtedy, gdy 

w niezrozumiały dla siebie sposób przechodzi potem do uczuć 

i do impulsów woli. Te z kolei nie są jednak dla niego przejrzys­

te. Wydobywają się z jego wnętrza niczym nieokreślone fale. 

Patrząc w siebie, człowiek wyraźnie postrzega jedynie bardzo 

„rozrzedzone", zimne myśli. 

To, że człowiek, patrząc w siebie i postrzegając te zimne, wy­

blakłe, „rozrzedzone" myśli, nie ma [w odniesieniu do nich] po­

czucia rzeczywistości, nie ma poczucia realności, jest właściwie 

zupełnie zrozumiałe. Powiem teraz coś, co dzisiejszemu sposo­

bowi ujmowania życia wyda się paradoksalne, ale co właśnie 

w pełni odpowiada prawdzie. Mianowicie dzisiejsze materialis-

tyczne nastawienie wynika ze zbyt wysokiego, to znaczy zbyt 

„rozrzedzonego" życia duchowego [umysłowego]

2

, gdyż to, co 

1

 W oryginale dttnn (cienki, mizerny), (przyp. tłum.) 

2

 W oryginale Geistigkeit - dosłownie: duchowość - co można tu przełożyć 

jako życie duchowe, a jeszcze precyzyjniej (i zgodnie z wywodem dr. Steinera) 
jako życie umysłowe. Zob. Wykład 1, str. 26, gdzie [zwykłe] myślenie zostało naz­

wane abstrakcyjnym przejawianiem się ducha, (przyp. tłum.) 

109 

background image

człowiek postrzega w sobie naprawdę nie ma już charakteru cze­

goś rzeczywistego. W naszym okresie kulturowym największymi 

materialistami stali się właśnie ci ludzie, którzy żyją w abstrak­

cyjnych myślach. Właśnie wskutek dzisiejszego życia umysło­

wego ludzie stają się materialistami. I odwrotnie: ci, którzy są 

mniej dotknięci ową powstającą w naszych czasach „bladością" 

myśli, którzy mniej wdrożyli się we współczesne myślenie szkol­

ne, myślenie naukowe, którzy bardziej trzymają się zewnętrznych, 

materialnych procesów, przeczuwają w tych procesach wystar­

czająco dużo tajemnic. Dzisiaj w naszych myślach mało co osnu­

te jest tajemnicą. Myśli są naprawdę „rozrzedzone", przezroczys­

te, przede wszystkim obrzydliwie zrozumiałe - ale to sprawia, że 

nie są one osadzone w rzeczywistości. Natomiast procesy mate­

rialne, rozgrywające się na zewnątrz, są pełne tajemnic; można je 

nie tylko ze zrozumieniem obserwować, lecz można je też podzi­

wiać, także uczucie może się z tym związać. Dlatego ci, którzy 

w niewielkim stopniu zarazili się dzisiejszym życiem umysłowym, 

którzy nie skazali siebie na niewygody studiowania współczesnej 

nauki, trzymają się bardziej tego, co materialne i pełne tajemnic. 

A gdy potem tęsknią do dowiedzenia się czegoś o duchu, to rów­

nież tego ducha chcą mieć w materialnej postaci. I stają się spiry-

tystami. Wychodząc od współczesnego, abstrakcyjnego poznania 

naukowego, człowiek staje się nie spirytystą lecz materialistą 

natomiast skłaniając się ku temu, co materialne, człowiek staje 

się dzisiaj spirytystą Osobliwość, paradoks naszych czasów po­

lega na tym, że ludzie przywiązani do materializmu i odczuwa­

jący ponadto tęsknotę do ducha, stają się spirytystami. Chcą że­

by duch przyjmował także materialną formę, żeby przejawiał się 

materialnie. A ci, którzy wdrażają się we współczesną naukę, sta­

ją się materialistami. Ale człowieka nie można poznać ani za 

sprawą materializmu, ani spirytyzmu - człowieka można poznać 

tylko wtedy, gdy w tym, co przed nami stoi, potrafi się zobaczyć 

przenikanie się sfery duchowo-dusznej i sfery fizyczno-cielesnej, 

gdy w każdym narządzie i w całym człowieku zawsze widzi się 

głębokie wzajemne przenikanie się tego, co fizyczno-cielesne, 

i tego, co duszno-duchowe. 

110 

Prawdą jest, że człowiek mówi dzisiaj o duszy oraz duchu; 

mówi o ciele i organizmie. A potem formułuje wielkie filozofie 

opisujące związek między duszą a ciałem. Powstają wówczas 

szczegółowe teorie, tworzone przez najtęższe umysły. Teorie te są 

bardzo inteligentne, świetnie przemyślane, lecz nie są one w sta­

nie dotknąć rzeczywistości - z tego prostego powodu, że rzeczy­

wistość odsłania się jedynie wtedy, gdy w bezpośrednim oglądzie 

jesteśmy w stanie w pełnym człowieku, w całym człowieku, na­

prawdę zobaczyć te wzajemnie przenikające się sfery: to, co du-

chowo-duszne, oraz to, co fizyczno-cielesne. I kto dobrze zasta­

nowi się nad dzisiejszą wiedzą o człowieku, zobaczy również, jak 

szare i mgliste jest poznanie człowieka zarówno od zewnątrz, jak 

i od wewnątrz. 

Gdy człowiek rozważa dzisiaj stojącego przed nim człowieka, 

mówi: „To jest całość". Człowieka uważa się za całość, za jed­

ność, ponieważ jest pięknie zamknięty w skórze. Niewiele uwagi 

zwraca się jednak na to, że człowiek jest tą jednością właściwie 

tylko dlatego, że najrozmaitsze narządy współdziałają w niej ze 

sobą. Tę jedność można uchwycić tylko wtedy, gdy widzi się, jak 

najrozmaitsze narządy współdziałają ze sobą tworząc ją. A gdy 

dzisiaj ktoś mówi, że człowieka nie można tak od razu uważać za 

całość, to przychodzą oponenci i mówią: „Psujecie jednolitość 

człowieka; człowiek musi być traktowany jako całość". Ale prze­

cież ta jednolitość pozostaje myślą całkowicie abstrakcyjną jeśli 

sami nie potrafimy wytworzyć jej we własnym wyobrażeniu, har­

monijnie wiążąc konkretne, istniejące w człowieku człony. 

A patrząc z kolei w siebie, do wewnątrz, człowiek ujmuje su­

marycznie to, co w nim żyje, mówiąc do siebie: ja. Ludzie o wiel­

kich uzdolnieniach, jak John Stuart Mili

3

, z wielkim wysiłkiem 

tworzyli teorie, żeby wyjaśnić, co właściwie zawiera się w tym 

wewnętrznym, wszystko obejmującym poczuciu, które wyraża 

się jako ja. Człowiek powinien wreszcie naprawdę skierować 

uwagę na to, jak mgliste jest owo „punktowe" wyobrażenie , ja" 

i co właściwie w tym ma. Zobaczy, że to, co określa słowenya, nie 

3

 John Stuart Mili, 1806-1873, główny przedstawiciel współczesnego empiryzmu. 

111 

background image

jest już dla niego niczym konkretnym. W niemieckim są to z re­

guły trzy litery i człowiek nie wychodzi poza te litery. W angiel­

skim nie ma nawet trzech liter - jakby jeszcze mniej ujmowano 

w ja. Zatem, jak państwo widzą dzisiejsze poznanie człowieka 

jest mgliste, gdy patrzy się do wewnątrz, jest mgliste, gdy patrzy 

się na zewnątrz, wnikając w cielesność. 

A właśnie łączne rozpatrywanie tego, co duchowe, i tego, co 

fizyczne, jest tym, co działa zapładniająco na sposób, w jaki czło­

wiek myśli i postrzega. Ludzie dzisiaj czują się niezwykle dob­

rze, gdy słyszą wypowiadane słowa Goethego: „Materia w duchu, 

duch w materii"

4

. To pięknie, że ludzie czują się wtedy dobrze, 

bo słowa te naprawdę odpowiadają rzeczywistości. Ale dla ko­

goś, kto przyzwyczajony jest wszędzie patrzeć jednocześnie na 

duchowość i fizyczność, wzywanie go do uznania czegoś tak 

oczywistego może być również czymś trywialnym. A to, że ludzie 

tak dobrze się czują gdy mówi się im coś takiego teoretycznie, 

dowodzi jedynie, że nie mają tego w praktyce. Historia pokazuje, 

że bardzo stanowczo sformułowane teorie są z reguły dowodem 

na to, że tego, czego dotyczą nie ma w praktyce. Ludzie zaczęli 

teoretycznie dyskutować o Eucharystii dopiero wtedy, gdy w prak­

tyce przestali już odczuwać ją wystarczająco mocno. Teorie są bu­

dowane z reguły w odniesieniu do tego, czego się nie ma, a nie 

tego, co się w życiu ma. 

To jest właśnie to wewnętrzne nastawienie, z którym ten, kto 

chce być prawdziwym artystą wychowania i nauczania, może 

zacząć zgłębiać wiedzę o człowieku. Wtedy jednak zostaje on 

poprowadzony do uchwycenia - w bardzo konkretny, rzeczowy 

sposób - rozczłonowanej budowy człowieka, a nie mętnego, ca­

łościowego twom; całościowe ujęcie też przyjdzie na koniec, ale 

4

 Słowa Goethego: „Ponieważ jednak materia nigdy nie może ani istnieć, ani dzia­

łać bez ducha, a duch bez materii, przeto także materia potrafi wznieść się [do du­
cha], tak jak duch nie daje sobie odebrać zdolności do przyciągania i odpychania 

[materii]", „Komentarze do aforystycznej rozprawy Natura". Zob. tom II, str. 64 

Pism naukowych Goethego zredagowanych i skomentowanych przez R. Steinera 
w Deutsche National-Literatur Ktirschnera. 

112 

z zespolenia rozczłonowania. I wtedy nie można uczynić nic in­

nego, jak dać się najpierw poprowadzić do owego rozczłonowania 

człowieka na trzy różniące się w swej organizacji człony, o któ­

rym wspomniałem po raz pierwszy w mojej książce „Von Seelen­

rätseln"

5

. Wystarczy, że patrzymy na organizację głowy tylko 

od zewnątrz, a już przedstawia się ona zupełnie inaczej niż, po­

wiedzmy, organizacja kończyn i przemiany materii. Mówię o or­

ganizacji kończyn i przemiany materii, ponieważ przemiana ma­

terii przejawia się charakterystycznie wtedy, gdy człowiek działa, 

posługując się swoimi kończynami. Także od strony morfologicz­

nej przemiana materii jest niejako kontynuacją - kontynuacją do 

wewnątrz - nie człowieka pozostającego w spoczynku, lecz czło­

wieka poruszającego się; dlatego przemiana materii jest bardziej 

ożywiona, gdy człowiek jest w mchu. Istnieje ścisły związek, któ­

ry można także bardzo szczegółowo udowodnić - tutaj chcę go 

jedynie zasygnalizować - między organizmem kończyn a orga­

nizmem przemiany materii, zatem początkowo mówię tu o pew­

nej całości, o organizmie kończyn i przemiany materii. Ale same 

w sobie są to dwie przeciwstawne organizacje

6

Weźmy choćby tylko to, co zewnętrzne, samą postać. Gło­

wa, gdy pominiemy włosy - ale one idą na zewnątrz i właściwie 

są czymś, co odłącza się od żywego organizmu, są czymś mar­

twym (rozważanie włosów jest interesujące, ale w tym momencie 

zaprowadziłoby nas za daleko) - jest otoczona szkieletową osło­

ną a ta jest najbardziej masywna na peryferiach; natomiast to, 

co jest w głowie miękkie, żywe, leży wewnątrz. Dla porównania 

proszę przyjrzeć się organizacji człowieka na przeciwnym bie­

gunie, proszę przyjrzeć się organizacji kończyn. Mają tam pań­

stwo kości długie, a wewnątrz nich szpik, którego zwykle niemal 

się nie zauważa, któremu nie przypisuje się takiego znaczenia dla 

5

 GA 21; pierwsze wydanie ukazało się w 1917 roku. Tytuł polski mógłby brzmieć 

0 zagadkach duszy, (przyp. tłum.) 

6

 W tym zdaniu, po wtrąceniu na temat związku kończyn z przemianą materii, 

dr Steiner powraca do swojej głównej myśli, przeciwstawności organizacji głowy 
1 organizacji przemiany materii, (przyp. tłum.) 

113 

background image

całego organizmu jak wnętrzu głowy; natomiast to, co jest ważne 

dla organizmu [same kończyny], widzą państwo przyłączone od 

zewnątrz. Zatem widzimy, że ukształtowała się tu przeciwstaw-

ność. Wynika ona z całej natury ludzkiej. Możemy więc mówić 

0 dwóch przeciwstawnych naturach: o organizacji nerwowo-zmy-

słowej, która głównie - mówię: głównie, nie: wyłącznie - zlokali­

zowana jest w głowie, i o organizacji aktywności przemiany ma­

terii, która zlokalizowana jest w organizmie przemiany materii 
1 kończyn. Naturalnie człowiek rzeczywiście jest całością. Nie 

możemy zapominać, że nie wolno nam teraz, pod wpływem 

skłonności do schematyzowania, wprowadzić z kolei trzech częś­

ci i definiować ich szczegółowo (organizacja nerwowo-zmysłowa, 

druga, którą zaraz poznamy, oraz organizacja przemiany materii 

i kończyn), a potem wprowadzać szczegółowych definicji, jak 

gdyby były to pooddzielane części. To nie sąpooddzielane części. 

W mięśniach głowy i w głowie zachodzi nieustanna przemiana 

materii, a także aktywność mchowa; ale głowa jest głównie or­

ganizacją nerwowo-zmysłową. A z kolei siły myślowe przeni­

kają organizm przemiany materii i kończyn. Ale organizm prze­

miany materii i kończyn jest właśnie przede wszystkim organiz­

mem przemiany materii i kończyn. 

A między nimi znajduje się to wszystko, co można nazwać 

rytmicznym organizmem człowieka. Jest on zlokalizowany w or­

ganizmie klatki piersiowej. Tu mamy najważniejsze rytmy, rytm 

oddechu i rytm krążenia krwi, różniące się między sobą rytm 

oddechu - wolniejszy, rytm krążenia krwi - szybszy; rytm odde­

chu przejawia się w nabieraniu i wydychaniu powietrza, rytm krą­

żenia krwi - w uderzeniach pulsu. Ten organizm stoi między tam­

tymi dwoma biegunami, pośredniczy między nimi, sprawia, że 

pozostają we wzajemnej równowadze. Chętnie omówiłbym to 

wszystko szczegółowo, lecz gdy przedstawia się te rzeczy w okre­

ślonym celu, jak tutaj w celu pedagogiczno-dydaktycznym, nie 

zawsze jest to możliwe. Gdy jednak rozwiną sobie państwo zmysł 

pozwalający dobrze przyjrzeć się organizacji klatki piersiowej, 

wtedy w ukształtowaniu szkieletu, w ukształtowaniu narządów, 

w ogóle wszędzie znajdą państwo przejście od ukształtowania 

114 

narządów głowy do ukształtowania narządów kończyn, narządów 

przemiany materii. Wszystko to, co jest w organizacji klatki pier­

siowej, stoi pośrodku - także pod względem formy - między ty­

mi dwoma biegunami ludzkiej organizacji. Do tego sposobu 

rozpatrywania poprowadzi nas droga, na której rozważamy czło­

wieka rzeczywiście zgodnie z jego wewnętrzną konfiguracją a nie 

stawiamy przed sobą po prostu owego mglistego tworu, jakim jest 

„człowiek całościowy". 

Sięga to jednak znacznie dalej. Wnika także w sposób fun­

kcjonowania całego człowieka. I na to także chciałbym podać 

państwu przykład. Można byłoby podać niezliczoną ilość takich 

przykładów, ale właśnie na jednym z nich zobaczą państwo, jak 

konieczne jest, żeby artysta nauczania i wychowania poszedł ta­

ką drogą jak ta, którą tu przedstawiam. Załóżmy, że mają państwo 

przed sobą człowieka cierpiącego na napady złości. Łatwość wy­

buchania gniewem, napady złości mogą pojawić się już u dziec­

ka. Nauczyciel, wychowawca musi dawać sobie z tym radę. Otóż, 

gdy ktoś, kto wychodzi od dzisiejszej fizjologii i anatomii, zasta­

nawia się nad człowiekiem, to, z jednej strony, rzeczywiście bę­

dzie jeszcze badać abstrakcyjnie to, jak przejawia się dusza, gdy 

popada w złość, jak objawia się gniew, który stał się nawykiem. 

To będzie mieć z jednej strony. Z drugiej strony stwierdzi także, 

być może, że u ludzi łatwo wpadających w gniew żółć wydziela 

się w anormalnych ilościach. Nie patrzy jednak na te dwie rze­

czy jednocześnie, nie łączy ich. Przy takim podejściu nie łączy 

się w spójną całość tego, co stanowi duchowo-duszną stronę gnie­

wu, złości, z tym, co stanowi cielesno-fizyczną stronę, z wydzie­

laniem żółci. U normalnego człowieka wydzielanie żółci jest 

konieczne, ponieważ musi ona mieszać się z substancjami, które 

organizm przyswaja sobie w procesie odżywiania. Gniewliwy 

człowiek zbyt intensywnie przeprowadza to, co w normalnym 

organizmie jest zupełnie prawidłową aktywnością - wydziela 

zbyt dużo żółci. I jeśli ten stan trwa, to, jak państwo wiedzą czło­

wiek zapada w końcu na żółtaczkę. 

Patrząc jednocześnie na to, co duchowo-duszne, oraz na to, 

co fizyczno-cielesne, łącząc to ze sobą widzimy powstawanie 

115 

background image

skłonności chorobowej. To jednak nie wystarczy, by wyrobić so­

bie sąd o naturze ludzkiej. Gdy w organizmie przemiany materii 

wydziela się żółć, to w organizmie głowy zawsze zachodzi zwią­

zany z tym, biegunowo przeciwny proces. Rozpatrywanie natury 

ludzkiej nie jest w żadnym razie pełne, gdy teraz z kolei zwraca 

się uwagę tylko na żółć i na jej wydzielanie, gdy się nie wie, że 

wtedy, gdy w organizmie przemiany materii wydzielana jest żółć, 

w organizmie głowy zachodzi proces biegunowo przeciwny. Tam 

odbywa się przyjmowanie podobnego do mleka płynu przygoto­

wanego w pozostałym organizmie. Gdy zatem w organizmie prze­

miany materii wydzielają się nadmierne ilości płynu żółci, głowa 

przyjmuje mlekopodobny płyn, wsysając go z pozostałego orga­

nizmu. To sprawia, że człowiek gniewliwy rozwija skłonność do 

zaopatrywania głowy w ten płyn; gdy jednak napad złości przemi­

ja, czuje, jakby głowa miała mu pęknąć. I kiedy, z jednej strony, 

za sprawą wydzielania żółci coś może być mu dane w mlekopo-

dobnym płynie, to z drugiej strony, gdy gniew opada, okazuje się, 

że człowiek robi się zupełnie siny wskutek tego, co zebrało się 

w jego głowie. Zatem także wtedy, gdy nie patrzymy tylko na 

kształt, ale również na procesy, widzimy biegunowość między 

organizacją głowy, czy organizacją nerwowo-zmysłową a orga­

nizacją przemiany materii i kończyn. Między nimi znajduje się 

organizacja rytmiczno-regulująca, właśnie organizacja rytmiczna, 

na którą składają się oddech i krwiobieg. 

Zatem niejako pośrodku natury ludzkiej, w rytmie oddechu, 

w rytmie krążenia, mamy organizację rytmiczną. Jeżeli próbuje­

my rozwijać nasze poznanie człowieka nie tak wygodnie, że kie­

rujemy je na narządy w stanie spoczynku i, opisując te narządy, 

chcemy dojść do jak najostrzejszych konturów, lecz próbujemy 

nasze poznanie człowieka uczynić wewnętrznie ruchliwym [plasty­

cznym]

7

, to naszą uwagę przyciągnie przede wszystkim związek 

Chodzi o poznanie (a potem - myślenie), które stanowi przeciwieństwo poznania 

sztywnego, skostniałego, schematycznego, czyli takie, które jest mobilne (w zna­
czeniu: zdolne do sprawnego, elastycznego działania, dające się łatwo wprowadzić 

w ruch), plastyczne (dające się formować w dowolne kształty), giętkie czy elastyczne 
(oba w znaczeniu: dające się dostosować do danej sytuacji). Wszystko to dr Steiner 

116 

istniejący między tymi trzema wymienionymi członami natury 

ludzkiej. Kierując spojrzenie na rytmiczną aktywność oddecho­

wą zobaczymy, jak przy wdechu uderzenie oddechu, że tak to 

ujmę, prowadzone jest aż do płynu wypełniającego kanał rdzenia 

kręgowego. Ten płyn przenosi otrzymany rytm oddechu aż do 

płynu mózgowego, który wypełnia różne komory mózgowe. To 

uderzenie oddechu o mózg sprawia, że oddech nieustannie po­

budza to, co czyni człowieka gotowym do działania przez orga­

nizację nerwowo-zmysłową przez organizację głowy. Jest to jak 

przeniesienie procesu oddechowego przez kanał rdzenia kręgo­

wego, za pośrednictwem płynu mózgowo-rdzeniowego, do głowy 

- ciągłe przenoszenie bodźców z tego członu środkowego, z czło­

nu oddechowego, do głowy. 

Gdy zaś idziemy w dół, widzimy, jak rytm oddechu bardziej 

dopasowuje się do rytmu pulsu, jak wpływa on na rytm krążenia 

krwi. I wtedy uczymy się kierować wzrok na to, jak z kolei przy 

wydechu - gdy płyn mózgowo-rdzeniowy uderza w dół - rytm 

krążenia krwi działa na aktywność przemiany materii; i widzi­

my, jak rytm krążenia krwi wnika swym działaniem w organizm 

nerwowo-zmysłowy i w organizm przemiany materii i kończyn 

i pozwala im w siebie wnikać - widzimy to, idąc okrężną drogą 

przez żywe, plastyczno-artystyczne rozważanie organizacji odde­

chowo-krążeniowej. Widzimy, jak z jednej strony, na jednym 

biegunie, organizacja ta sięga do mózgu, do organizacji głowy, 

a z drugiej strony zupełnie inaczej, na przeciwnym biegunie, prze­

jawia się w organizmie przemiany materii i kończyn. Ale gdy już 

pójdziemy drogą która w ten sposób żywo ujmuje człowieka, to 

potem idziemy dalej. Potem kiemjemy spojrzenie na rytm odde-

chowo-krążeniowy i tworzymy sobie wyobrażenia, które niejako 

pokrywają się z rytmem oddechowo-krążeniowym. Te wyobra­

żenia nie są tak wygodne, aby można je było narysować, ale to 

zawiera w przymiotniku beweglich (ruchliwy, ale też: zręczny, sprawny), który, prze­
łożony dosłownie, prowadzi do mylących skojarzeń: ruchliwy, czyli np. ciągle się 
ruszający, a więc także: niespokojny, chaotyczny itp. Żeby uniknąć takich nieporo­
zumień dodaję czasami dodatkowe określenie lub tłumaczę beweglich
 jako plastycz­
ny, (przyp. tłum.) 

117 

background image

rysowanie i rozdzielanie jest w ogóle czymś problematycznym 

wobec pozostającej w ciągłym mchu natury ludzkiej. 

Kiedy poznanie antropozoficzne i praktykę antropozoficzną 

rozwijaliśmy jeszcze w obrębie Towarzystwa Teozoficznego -

niech mi wolno będzie o tym wspomnieć - to, przychodząc do 

oddziałów Towarzystwa, natrafiało się wszędzie, na tabele, jed­

ną, dwie, trzy, cztery, pięć, czasem na mnóstwo liczb i wszędzie 

na związane z tymi liczbami terminy. Wszystko było porozdzie­

lane i uporządkowane. Stosowano jak gdyby schematyczną dra­

binę. Po niej można było wejść w najwyższe sfery bytu. Niektó­

rzy podchodzili do czegoś takiego jak do wspinaczki ze świata 

fizycznego w najwyższe sfery bytu. Wszystko było tak pięknie 

poszufladkowane. Dla kogoś, kto wiedział, że tę pozostającą w 

ciągłym mchu naturę ludzką można naprawdę uchwycić nadzmy-

słowo tylko wtedy, gdy zachowa się plastyczność swojego życia 

wyobrażeniowego, było to tak..., cóż, człowiek strasznie dygo­

tał, przychodząc tam, nie można było w ogóle tego wytrzymać, 

chciało się zawsze od razu wychodzić - jedynie z powodu tych 

nawyków myślowych. Krótko mówiąc, chodzi o to, że droga do 

prawdziwego poznania człowieka prowadzi przez wyrobienie 

sobie pozostających w ciągłym mchu, giętkich [plastycznych] 

wyobrażeń. To zaś sprawi, że, wychodząc od tego, co już przed­

stawiłem, postąpi się o krok dalej. 

Gdy próbujemy wytworzyć sobie wyobrażenia o tym rytmie 

oddechowo-krążeniowym, o tym, jak on modyfikuje się i meta-

morfozuje ku górze, dochodzimy - rysując teraz nie schematycz­

nie, a tylko z lekka zaznaczając {powstaje rysunek) - do powie­

dzenia sobie: tutaj mamy coś jak wyobrażenia-powrozy, za spra­

wą których człowiek wyobraża sobie w dość zgmbny sposób, 

jakie procesy rozgrywają się wzdłuż dróg oddechowych i dróg 

krążeniowych; i wtedy chwytamy to, co jest materialne w płynie 

krwi i w znacznie subtelniej szym, imponderabilnym płynie ner-

wowo-eterycznym, jak można by powiedzieć. Ale gdy teraz da­

lej wyobrażamy sobie człowieka, kierując wzrok w człowieku od 

organizacji klatki piersiowej w górę, widzimy, że jesteśmy zmu­

szeni rozpleść swoje wyobrażenia, rozdzielić je na włókna, two-

118 

rząc pewnego rodzaju sieć. I dzięki temu dochodzimy do faktycz­

nego uchwycenia swymi ku górze [się kierującymi,] zmodyfi­

kowanymi wyobrażeniami czegoś, co zewnętrznie [w świecie 

fizycznym] jest realne, jest rzeczywiste. Dochodzimy do rozple-

cenia owych zgrubnych, grubych powrozów i przez wyobrażenie 

sobie tego procesu wchodzimy stopniowo w to, co stanowi tak 

zwaną białą włóknistą substancję mózgową leżącą pod szarą 

substancją. Nasze wyobrażenia stają się tak ruchliwe [plastycz­

ne] jak sama natura ludzka. 

A zatem, gdy traktujemy człowieka odpowiednio i nie pa­

trzymy na niego w ten zgmbny sposób: „on jest całością", lecz, 

patrząc na jego klatkę piersiową mamy tutaj te zgrubne wyobra­

żenia, a potem, zbliżając się do głowy, rozplatanie wyobrażeń, to 

właśnie przez to rozplatanie wyobrażeń wchodzimy w material­

ne życie, które potem widzimy, w odbiciu, we włóknach nerwo­

wych i w ich splataniu się i przeplataniu. 

119 

background image

Gdy w wyobrażeniu schodzimy w dół, dochodzimy do tego, 

że nie możemy tego zrobić, nie możemy rozpleść wyobrażeń, tak 

by tworzyły one „tkaninę", którą potem odnajdujemy w systemie 

nerwowym. Próbując prowadzić dalej w dół te zgrubne powro­

zy, dochodzimy do tego, że je gubimy. One się kończą, nie chcą 

dalej iść, zanikają. W procesie wyobrażeniowym dochodzimy do 

momentu, gdy wyobrażenia nie chcą się już dobrze pokrywać 

z tym, co materialne, ponieważ to, co materialne, staje się płyn­

ne. Jest tak: Gdy patrzą państwo na mózg, na to, jak przechodząc 

w rdzeń kręgowy, idzie on dalej przez dwanaście kręgów pier­

siowych, kręgi lędźwiowe, kręgi krzyżowe itd., to [widzą pań­

stwo jak] substancja nerwowa, która teraz jest na zewnątrz biała, 

a wewnątrz szara, zanika w miarę przesuwania się w stronę ob­

szaru przemiany materii. Odczuwając to, niejako zatraca się 

możliwość wyobrażenia sobie tego materialnie. Nie możemy jed­

norodnymi wyobrażeniami ogarnąć całego człowieka. Musimy 

sprawić, żeby życie wyobrażeniowe stało się wewnętrznie pełne 

mchu. Gdy patrzymy na człowieka, kierując spojrzenie ku górze, 

wyobrażenia stają się inne niż wtedy, gdy spojrzenie kierujemy 

w dół. Możliwe jest pewnego rodzaju odtworzenie [w wyobraże­

niu] tego, co w człowieku jest pełne mchu. 

Drodzy państwo, to jest początek artystycznej aktywności, 

która niejako wprowadza osobę poznającą w to, co stanowi ma­

terialną sferę człowieka i co rzeczywiście widzimy na zewnątrz, 

w świecie. To nie jest tak, że po jednej stronie mamy solidny, ma­

terialny, konkretny świat, a po drugiej abstrakcyjne wyobrażanie 

sobie; jest tak, że zanurzamy się [wyobrażeniami] w naturę ludz­

ką. I to, co mamy w wyobrażeniach, samo staje się czymś żywym 

i współprzeżywa życie ludzkie. W inny sposób w ogóle nie mo­

żna poznać - rozważając człowieka - zwłaszcza tego, co jest nie­

zbędne artyście wychowania i artyście nauczania. Żeby naprawdę 

poznać człowieka, musimy sami stać się w ten sposób ruchliwi 

[wewnętrznie aktywni]. Wtedy zaś naprawdę odkryjemy także to, 

jak te trzy człony organizacji ludzkiej muszą ze sobą współdzia­

łać, żeby wytworzyć ludzką zdrową równowagę. I będziemy mo­

gli zacząć zauważać, co w zaburzonej równowadze wywołuje 

120 

skłonności do rozmaitych problemów zdrowotnych. W żywy spo­

sób poznamy drogę prowadzącą do tego, co w człowieku przywra­

ca zdrowie lub wywołuje chorobę. 

Staje się to ważne szczególnie wtedy, gdy patrzy się na bieg 

życia człowieka. Bowiem te trzy człony organizmu ludzkiego 

w inny sposób współdziałają ze sobą w dziecku, w inny sposób 

w wieku dojrzałym i w jeszcze inny na starość. U dziecka jeste­

stwo duchowo-duszne w zupełnie inny sposób wnika swym dzia­

łaniem w jestestwo fizyczno-cielesne, tak że między tymi trzema 

członami powstaje zupełnie inne współdziałanie niż u człowie­

ka dojrzałego i u starca. I tym różnym oddziaływaniom trzeba się 

będzie dokładnie przyjrzeć. Jeśli w ogóle wchodzi się na drogę 

prowadzącą do takich wyobrażeń, to stopniowo dochodzi się do 

tego, że także bieg życia człowieka ujmuje się w inny sposób niż 

ten, do którego się przywykło. 

Miano mi szczególnie za złe, że w mojej książce „Duchowi 

przewodnicy człowieka"

8

 zwróciłem uwagę na to, że dziecko po­

siada mądrość, której dorosły właściwie już wcale nie ma. Natu­

ralnie nie chcę obrażać mądrości czy inteligencji naszych doros­

łych; proszę jednak tylko pomyśleć: gdybyśmy w późniejszym 

życiu musieli sami wprowadzać całą tę mądrość, która (wycho­

dząc od stosunkowo nieukształtowanej substancji mózgowej, nie-

ukształtowanego pozostałego organizmu) potrafi mądrze przenik­

nąć cały organizm - jak czynimy to instynktownie w dzieciństwie 

- źle by się to skończyło. Wprawdzie u dziecka wszystko to po­

zostaje w nieświadomości - jak to plastycznie kształtuje mózg, jak 

to plastycznie kształtuje pozostały organizm; lecz to przecież ist­

nieje. I widzimy, że to istnieje, gdy korzystając ze środków pozna­

nia, jakie przedstawiłem państwu w ostatnich dniach, weźmiemy 

się do rozważenia całego biegu życia ludzkiego; gdy mianowicie 

rozwiniemy prawdziwy zmysł, prawdziwe wyczucie dziecięcych 

snów. Dorośli zazwyczaj odrzucają je dzisiaj jako coś bezsenso­

wnego; ale te sny dziecięce - gdy rozważając je, uchwyci się ich 

8

 Rudolf Steiner, Duchowi przewodnicy człowieka, GA 15, wydawnictwo Genesis, 

Gdynia 2007. 

121 

background image

istotę - są nadzwyczaj interesujące, są zupełnie inne niż sny doro­

słych. W swoich snach dziecko rzeczywiście często śni o ty

m _ 

tylko nie może tego wyrazić, ale my możemy dojść do rozuflMenia 

dziecka pod tym względem - śni w figuralnych przedstawie

m a c n 

o tej mądrości, którą posługując się, plastycznie kształtuje

  s w

° j 

mózg oraz swój pozostały organizm. Gdybyśmy z wewnętrzną 

miłością prześledzili pod tym względem niektóre sny dzie

cl

Cce, 

zobaczylibyśmy, jak dziecko, że tak to ujmę, śni pramądrość, która 

wtedy włada. Z tego punktu widzenia, proszę wybaczyć to moc­

ne stwierdzenie, dziecko jest znacznie mądrzejsze, znaczni^ bys­

trzejsze aniżeli człowiek dorosły. I wychowawca powinien sobie 

w zasadzie uświadamiać, gdy przekracza próg szkolnych drzwi, 

że dziecko pod tym względem posiada o wiele więcej mądrości 

niż on. On to już przecież odłożył i wykształcił [sobie zwykła mo­

drość]; posiadana teraz przez niego, zdobyta później prz^

z

 do­

świadczenie mądrość, inteligencja, nie da się przecież d°brze 

porównać z mądrością jaką miał wtedy. Dlatego też sny człowie­

ka z późniejszego okresu życia nie zawierają już tego, co ma 

śnienie dzieci - sny późniejsze zawierają to, co człowiek wnosi 

w śnienie z życia zewnętrznego. Mówiłem o tym z innego punktu 

widzenia. Gdy śni człowiek dorosły, wnosi swoją mądrość dzien­

ną również w życie nocne; ona zaś znowu oddziałuje na juego, 

podczas gdy na dziecko oddziałuje o wiele wyższa mądrość. Dzie­

cko nie jest tego świadome, ale w nieświadomości odczuwa tę 

mądrość; i kiedy siedzi w szkole, ma nieświadome poczucie, że 

ma w sobie mądrość, której nauczyciel nie ma, którą nauczyciel 

już odłożył. Na zewnątrz nauczyciel uważa siebie za kogoś ° wie­

le mądrzejszego niż dziecko. To naturalne, w przeciwnym

  r a z

i e 

nie mógłby się przecież dobrze czuć jako nauczyciel; ale f

na on 

swoją mądrość właśnie w świadomości. W tym wyprzedza dzie­

cko. Ona nie jest jednak tak rozległa, nie jest tak wspaniała jak 

mądrość dziecka. Gdyby wypowiedzieć tę mądrość, która dzie­

cko nosi w sobie nieświadomie, i ująć w słowa także to, cO utra­

cił nauczyciel, to ujawniłoby się coś bardzo osobliwego, 2 przy 

tym niezwykle ważnego dla prawdziwie imponderabilnego życia 

w szkole. Okazałaby się bowiem rzecz następująca: Gdy do szko-

122 

ły wchodzi nauczyciel posiadający zdobytą w świecie mądrość, 

to ta dzisiejsza, abstrakcyjna mądrość sprawia, że faktycznie 

jest on dość „wysuszonym", filisterskim człowiekiem i po części 

przejawia to nawet także na zewnątrz. Dziecko ma jeszcze całą 

tę żwawość, wesołość, pochodzącą z owej mądrości, o której mó­

wiłem. Zabrania się mu, naturalnie, wyrażania swojego odczucia. 

I tak dochodzi do tego, że w szkole obowiązuje pogląd nauczy­

ciela: „Nauczyciel jest mądry, dziecko jest głupie". Ale w pod­

świadomości jest inaczej. Gdyby w snach była o tym mowa, to 

znów działoby się inaczej. W podświadomości dzieje się tak, że 

dziecko myśli nieświadomie: „Jaki nauczyciel jest jednak głupi", 

a nauczyciel myśli nieświadomie: „Jakie dzieci są jednak mądre!". 

- W całej tej konfiguracji to, co tu włada w klasie szkolnej, od­

grywa przeogromną rolę

9

Trzeba sobie naprawdę jasno uświadomić, że dziecko, przyj­

mując taką postawę, jak przedstawiłem, właściwie zawsze musi 

stawać wobec nauczyciela z odrobiną pewnego rodzaju wewnętrz­

nej dumy, której sobie jednak nie uświadamia, z żartobliwym na­

stawieniem - i dzieje się to w zupełnie naturalny sposób; u podło­

ża swojej dziecięcej natury musi ono bowiem wręcz odczuwać to 

wszystko, co z pełną mądrością buduje człowieka, oraz tę drugą 

stronę, to, jak właściwie mało z tego potem powstaje - co prze­

cież widać; tak ocenia wtedy nieświadoma natura dziecka; gdy 

wchodzi nauczyciel, sztywny, z tą swoją ukształtowaną przez ab-

strakcyjno-intelektualistyczne pojęcia mmkliwą [powierzchow­

nością która stała się jego] sygnaturą w marynarce, która tak 

zakurzyła się w bibliotece, że w ogóle nie można jej już doczyś­

cić, wtedy - czyż tak nie jest - dziecko w najintensywniejszy spo­

sób doznaje tego, co chcę nazwać żartobliwym poznaniem. 

9

 Tłumaczę to zdanie zgodnie z interpunkcją oryginału (In dem ganzen Ensem­

ble spielt dasjenige, was da waltet in einer Schulklasse, eben eine ausserordentlich 

grosse Rolle). Gdyby jednak ustawić przecinek nie po klasie szkolnej, a po włada, 

to sens zdania zmieniłby się zupełnie i znacznie lepiej pasowałby do całego akapitu: 

W całej tej konfiguracji to, co tu włada, odgrywa w klasie szkolnej przeogromną rolę. 

(przyp. tłum.) 

123 

background image

To jest to, co rzeczywiście ciągle się odczuwa, mając do czy­

nienia z dzieckiem, i co z punktu widzenia natury ludzkiej jest 

w pewien sposób w pełni uzasadnione. Dzięki temu dziecko w za­

sadzie ratuje swoje zdrowie; jest bowiem zupełnie pewne, że dzie­

cko nie śni w podniosły sposób o nauczycielach, lecz śni o owej 

przedstawionej przeze mnie mądrości, która je przesnuwa, prze­

nika. W podświadomości nauczyciela rozwija się coś przeciwne­

go, co też może wystąpić pośród imponderabiliów szkolnej klasy. 

Ale to wyraźnie tam istnieje. U dziecka nabiera to bardziej chara­

kteru stosunku poznawczego. U nauczyciela nabiera to charakteru 

pożądania, staje się czymś, co wyraża się w siłach pożądliwości. 

Nauczyciel myśli w podświadomości, a także śni o tym - do czego, 

naturalnie, za nic się świadomie nie przyzna, z uwagi na swoje 

„szkolne ucywilizowanie" - by mieć coś z sił właściwych naturze 

dziecięcej. Gdyby w psychoanalizie czasami z większą bystrością, 

niż dzieje się to dzisiaj, badano dusze ludzkie właśnie pod tym ką­

tem, zobaczono by, jaką rolę w podświadomym życiu nauczyciela 

odgrywają te rześkie, świeże siły wzrostu i inne ludzkie siły dziecka. 

To wszystko działa jednak w imponderabilnym życiu; te siły 

naprawdę rozwijają się w klasie szkolnej. I można naprawdę po­

wiedzieć: Gdy zajrzy się nieco za kulisy zwykłego życia dziecię­

cego, to [widzi się, że] dziecko działa w klasie szkolnej tak, że od­

wraca swoje zainteresowanie od nauczyciela i pyta: „Co w nim 

powstało z tego wszystkiego, co my mamy w sobie?". Natomiast 

u nauczyciela to [wszystko] działa na siły pożądliwości. W pod­

świadomości zaczyna on wampiryzować dzieci. Pod poziomem 

świadomości jest w nim pragnienie przywłaszczenia sobie sił dzie­

ci. I gdyby przyjrzano się dokładnie, zobaczono by, jak często i jak 

silnie to wampiryzowanie działa za kulisami fizycznego bym. Zo­

baczono by, skąd pochodzi słabowitość niektórych dzieci - jednak 

rzeczy te znów trzeba rozważać bardzo subtelnie - i chorobowe 

predyspozycje dzieci z tej czy innej klasy. Wystarczyłoby tylko, 

posiadając umiejętność nieskrępowanego, otwartego obserwowa­

nia tych rzeczy, przypatrzeć się „ukształtowaniu" nauczyciela czy 

nauczycielki, żeby uzyskać pewien wgląd w zdrowotne czy cho­

robowe skłonności dzieci w danej klasie. 

124 

Jako artyści wychowania i nauczania nie przezwyciężymy 

czegoś takiego w inny sposób, jak tylko przepajając się pozna­

niem człowieka, które - ponieważ jest wewnętrznie mchliwe [pla­

styczne], ponieważ ono samo jest duchowo-dusznym organizmem, 

odtwarzającym organizm ludzki w ten sposób, jak to pokazałem -

łączy się zarazem z miłością ludzką, z prawdziwą miłością ludzką, 

przezwyciężającą i harmonizującą różne jednostronne siły natury 

ludzkiej. Dzięki temu, że przyswajamy sobie takie poznanie czło­

wieka, dochodzimy także do tego, że natura ludzka nie tylko wyra­

ża się w różny sposób w poszczególnych ludziach, lecz że wyraża 

się ona w zupełnie inny sposób w dzieciństwie, w wieku dojrza­

łym i na starość. Trzy człony natury ludzkiej bardzo różnie od­

działują na siebie wzajemnie i musimy je do siebie dostroić. 

Bardzo realnie stykamy się z tym na przykład wtedy, gdy 

musimy rozważyć, jak we właściwy sposób podzielić czas, jaki 

mamy do dyspozycji na naukę i wychowanie. Nauczaniem i wy­

chowaniem musimy, naturalnie, ogarnąć całego człowieka - czy­

li zarówno jego „głowę", jak i „kończyny i przemianę materii"-

a ponieważ w każdym z członów zachodzą jeszcze także owe 

inne procesy należące do innych członów, musimy to też uw­

zględnić. W głowie, naturalnie, także nieustannie zachodzą pro­

cesy przemiany materii. 

Jeśli ze względu na samo nauczanie czy z powodów wycho­

wawczych chcemy, żeby dziecko spokojnie siedziało w klasie (bę­

dziemy o tym jeszcze mówić) - powiedzmy, że w higienicznie 

zaprojektowanych ławkach - to postępujemy z nim tak, że siedzi 

ono spokojnie, czyli że aktywność nie odbywa się w organizmie 

przemiany materii i kończyn, lecz całą aktywność trzeba wydoby­

wać z głowy. Wprowadzamy dziecko w działanie jednostronne. 

Doprowadzamy zaś znowu do równowagi, gdy później - słusznie, 

że później - pozwalamy głowie przestać pracować i pobudzamy 

do działania organizm kończyn i przemiany materii, przecho­

dząc z dzieckiem do gimnastyki. 

Gdy uświadomimy sobie, jak biegunowo przeciwstawne są 

procesy w organizmie głowy oraz w organizmie kończyn i prze­

miany materii, to na pewno zrozumiemy, jak ważne jest, żeby także 

125 

background image

pod tym względem zmieniać aktywności w prawidłowy sposób. 

Ale co się dzieje, gdy później prowadzimy z dziećmi zajęcia ru­

chowe, gdy dzieci skaczą, gdy wykonują najróżniejsze ćwiczenia, 

a potem prowadzimy je z powrotem do klasy i w klasie dalej nau­

czamy? 

Otóż, gdy w człowieku jest aktywny organizm przemiany 

materii i kończyn, wtedy owe myśli, które między narodzinami 

i śmiercią zostają sztucznie włożone do głowy, wychodzą z głowy. 

Dziecko skacze, pomsza się, wprowadza w mch organizm prze­

miany materii i kończyn. Myśli, które zostały wprowadzone pod­

czas fizycznego życia na Ziemi, wycofują się. Natomiast to, co 

zwykle występuje w snach, ta ponadzmysłowa mądrość, jest te­

raz w nieświadomy sposób w głowie, wywiera wpływ właśnie na 

głowę. Jeśli więc po gimnastyce prowadzimy dziecko z powro­

tem do klasy, to na miejsce tego, co miało ono przedtem, podczas 

ćwiczeń gimnastycznych, wprowadzamy coś, co w podświado­

mości jest dla dziecka mniej wartościowe. Podczas ćwiczeń gim­

nastycznych działa bowiem wychowawczo na dziecko nie tylko 

to, co zmysłowe, lecz także to, co nadzmysłowe - i co podczas 

ćwiczeń gimnastycznych ma zupełnie szczególną sposobność do 

wniknięcia. Dlatego podczas następnej godziny lekcyjnej dziec­

ko będzie wewnętrznie niechętne. Ta niechęć objawi się, być mo­

że, niezbyt mocno, ale dziecko będzie wewnętrznie niechętne. 

I psujemy je, wszczepiamy w nie skłonność do choroby przez to, 

że po ćwiczeniach gimnastycznych znów pakujemy w nie zwy­

kłą naukę. 

Ten fakt zauważa się już zewnętrznie i to nawet często, jak 

zapewniał mnie pewien fizjolog. Tutaj jednak mają państwo wy­

wiedzione z antropozoficznego badania duchowego podstawy 

pozwalające nam zobaczyć, że rzeczywiście możemy wspierać 

tendencje zdrowotne dzięki temu, że, jako nauczyciele i artyści 

wychowania, we właściwy sposób zdobywamy poznanie czło­

wieka. Kiedy nie robimy tego we właściwy sposób, wywołujemy, 

naturalnie, różnego rodzaju predyspozycje chorobowe. Musimy 

to gmntownie rozważyć. Bowiem... Na pewno zauważyli pań­

stwo, że nie chcę gloryfikować mądrości, jaką człowiek przyswaja 

126 

sobie w ciągu życia; nie wystarczyło by jej przecież, żeby w póź­

niejszych latach plastycznie kształtować organizację człowieka. 

Gdybyśmy jednak w późniejszym, dojrzałym wieku nie mieli już 

tak zesztywniałej organizacji, że wszystko to, co wprowadzamy 

do głowy jako zewnętrzną zdobywaną w naturalistyczno-intelek-

tualistyczny sposób mądrość, nie byłoby we właściwy sposób 

odbijane jako wyobrażenie pamięciowe, to wszystko to spływa­

łoby później w pozostały organizm. A gdy to, co zgodnie z nor­

malną organizacją człowieka powinno pozostać w organizmie 

głowy, przechodzi w organizm kończyn i przemiany materii, to 

- choć znów brzmi to paradoksalnie - czyni człowieka chorym, 

jest jak tmcizna. Mądrość intelektualna jest rzeczywiście pewne­

go rodzaju trucizną gdy tylko wejdzie w niewłaściwe miejsce, 

gdy tylko wejdzie choćby tylko w organizm przemiany materii. 

Tylko dlatego możemy żyć z mądrością intelektualną że ta tm­

cizna - mówię całkowicie w znaczeniu technicznym, bez moral­

nego sądu - że ta tmcizna nie przenika w dół do naszego organiz­

mu przemiany materii i kończyn. Tam działa ona strasznie nisz­

cząco. 

Ale u dzieci nie ma tego zesztywnienia. Gdy więc przycho­

dzimy do nich z naszą dzisiejszą dojrzałą mądrością to ta tmciz­

na przenika w dół i rzeczywiście zatmwa organizm przemiany 

materii i kończyn. Zatem konieczne jest, żeby z bezpośredniej 

praktyki życiowej nauczyć się rozpoznawać, ile wolno wyma­

gać od dziecięcej głowy, żeby nie wtłoczyć zbyt dużo tego, co po­

tem nie będzie już zatrzymywane [w głowie] i przejdzie w dół 

w organizm przemiany materii i kończyn. 

Zatem od nauczyciela i artysty wychowania zależy, czy dzia­

ła on na organizm dziecięcy, wspierając zdrowie, czy wywołując 

chorobę. A gdy chce się, żeby dziecko stało się szczególnie bys­

tre i mądre - zgodnie z dzisiejszą mądrością życiową - gdy każe 

mu się ciągle siedzieć i wpycha się w nie, na siedząco, ile się tylko 

da, wtedy pojawia się to drugie [oddziaływanie]: wtedy przeszka­

dza się temu, żeby w dziecku działała nieświadoma mądrość. Ta 

nieświadoma mądrość działa bowiem właśnie wtedy, gdy dziecko 

pomsza się żwawo, gdy wykonuje mniej czy bardziej rytmiczne 

127 

background image

ruchy; rytm wspiera bowiem łączenie się organizmu z nieświa­

domą mądrością, [a dzieje się to] dzięki szczególnemu środkowe­

mu usytuowaniu, jakie organizm rytmiczny przyjął między orga­

nizacją głowy a organizacją przemiany materii i kończyn. Zatem 

widać już: gdy stosujemy owo wychowanie klasztorne, o którym 

mówi Herbert Spencer - żeby rozwinąć u dzieci i młodych ludzi 

szczególnie dobrą inteligencję - to tak na nich działamy, że wy­

posażamy ich w skłonności chorobowe, które sprawią, że w póź­

niejszym wieku nie potrafią nic więcej zrobić z mądrością, której 

ich uczymy. 

Wszystko to są rzeczy, których naprawdę nie da się odmie­

rzyć na wadze - one odsłaniają się tylko przed tego rodzaju mo­

bilnymi wyobrażeniami, które zawsze dopasowują się do życia, 

takimi wyobrażeniami, jakie można zdobyć właśnie dzięki szko­

leniu antropozoficznemu. Tym samym wskazałem ogólnie na to, 

że nauczyciel i artysta wychowania musi zaznajomić się z podsta­

wowymi, dotyczącymi człowieka zasadami przychodzenia do 

zdrowia i popadania w chorobę. 

I tu istotne znaczenie ma zauważenie, jak dążenie [nauczy­

ciela] do tego, żeby jego poglądy i poznanie świata nie ugrzęzły 

w tym, co zewnętrzne, niemchome, niezmienne, lecz wzniosły się 

do wewnętrznej mchliwości [plastyczności] myślenia, związane 

jest z poznaniem wszystkich tych labilnych stanów, w których ob­

jawia się natura ludzka, idąc w stronę zdrowia lub choroby, i które 

nauczyciel spotyka w szkole jako coś, czym ma się zająć. 

Szczegółami zajmiemy się, przechodząc teraz do przyjrzenia 

się dziecku, rozwijającemu się człowiekowi, w następujących po 

sobie okresach życia. 

128 

Wykład VII 

Domach, 29 grudnia 1921 

Gdy przychodzi nam pełnić rolę wychowawcy-przewodnika bar­

dzo małego dziecka - jako jego rodzic lub osoba pozostająca z nim 

w innej relacji - to właśnie wtedy niezwykle silnie odczuwamy, 

że naszą powinnością wobec niego jest umieć ze zrozumieniem 

wniknąć w bieg całego życia ludzkiego. Dlatego ciągle napawa 

mnie szczególnym bólem to, że do stuttgarckiej Szkoły Waldorf-

skiej możemy przyjmować dzieci dopiero wtedy, gdy osiągają one 

wiek określany w Europie Środkowej jako wiek szkolny. 

Odczuwałbym głębokie zadowolenie, gdybyśmy już także 

młodsze dziecko mogli przyjmować do Wolnej Szkoły Waldorf-

skiej

1

. Ale, pomijając inne trudności, zorganizowaniu pewnego 

rodzaju szkoły dla małych dzieci staje na przeszkodzie przede 

wszystkim to, że we wszystkich obszarach naszego mchu antro-

pozoficznego cierpimy aż nadto na niezwykle dotkliwy brak pie­

niędzy. I ten dotkliwy brak pieniędzy pozwala nam co najwyżej 

mieć nadzieję, że - jeśli w przyszłości odnoszenie się do Szkoły 

Waldorfskiej nie będzie zbyt wrogie - dojdziemy jeszcze do przyj­

mowania do niej także młodszego dziecka. 

Młodsze dziecko to ten człowiek, który jest zrazu najmniej 

dostępny dla świata zewnętrznego - także dla tego, co my, jako 

ludzie stojący na zewnątrz, próbujemy z nim zrobić. Szczególnie 

w najwcześniejszym okresie życia dziecko niejako całkowicie 

1

 Sprawia to wrażenie, jakby dr Steiner chciał jak najwcześniej posłać dzieci do 

szkoły. Tak jednak nie było. Proszę połączyć ten fragment wykładu z fragmentem 
końcowym (poprzedni akapit) i dodać inne wypowiedzi dr. Steinera w tej kwestii. 
Wtedy zamysł stworzenia „pewnego rodzaju szkoły dla małych dzieci" nie wy­
gląda już na chęć wczesnego uczenia ich w sposób szkolny, lecz przedstawia się 

jako chęć stworzenia im odpowiednich warunków rozwojowych. Takich warunków, 

w których bierze się pod uwagę całe życie człowieka, więc np. nie wprowadza się 

za wcześnie nauki szkolnej, pozwalając dzieciom uczyć się przez naśladowanie, 
(przyp. tłum.) 

129 

background image

jeszcze zamyka bramy swego życia dusznego przed światem zew­

nętrznym. A czyni to dzięki temu, co w tych najwcześniejszych 

latach życia rozwija w stosunku do tego wszystkiego, co według 

osób stojących na zewnątrz

2

 powinno się uczynić z dzieckiem. 

W najwcześniejszym okresie życia - można to powiedzieć zupeł­

nie bez zastrzeżeń - człowiek czyni po prostu to, co leży w jego 

woli

3

. Jeżeli dorosły naprawdę przyzna się do tego sam przed so­

bą to pojmie, że wobec tego, co dziecko czyni z impulsu woli, 

jest on w wysokim stopniu bezsilny - zwłaszcza gdy chodzi o to, 

jakim człowiekiem stanie się ono w późniejszym, czasem nawet 

w najpóźniejszym, okresie życia. 

Być może wiedzą państwo, że na początku lat dziewięćdzie­

siątych ubiegłego wieku - na długo zanim zacząłem, w ściślejszym 

sensie, publikować literaturę antropozoficzną - opublikowałem 

moją „Filozofię wolności"

4

. Chodzi w niej o prawdziwe rozważe­

nie, także w wymiarze społecznym, właśnie tego w życiu ludzkim, 

co rozwija się w człowieku w impuls wolności, w impuls [do roz­

winięcia] całej, pełnej osobowości ludzkiej. 

Właśnie wtedy, gdy wychodzi się od takich przesłanek, wzrok 

zostaje bardzo mocno skierowany na to, że związek zachodzący 

między małym dzieckiem a dorosłym jest właściwie taki, iż trze­

ba też zadać pytanie o wolność i, z dmgiej strony, pytanie o los. 

Można nawet powiedzieć: Gdy naprawdę głęboko spogląda się 

w serce ludzkie, zaczyna się dostrzegać, jak od świadomości, jaką 

w odniesieniu do wolności człowiek może mieć w swym sercu, 

zależy przeważająca część jego [poczucia] szczęścia w życiu ziem­

skim, jego poczucia własnej wartości, jako człowieka, i godności. 

1

 die außenstehende Persönlichkeiten - chodzi o wszystkie osoby, które mają kon­

takt z dzieckiem, a nie na przykład teoretyków wychowania, (przyp. tłum.) 

3

 W oryginale: .. .dasjenige, was er will. Potoczne tłumaczenie: (czyni) to, co chce, 

wskazywałoby na jakieś działanie z pobudek osobistych, z własnych upodobań, 
zachcianek, nastrojów, czy choćby z własnego zamysłu. Tu jednak chodzi o coś 
zupełnie innego: bardzo małe dziecko czyni to, do czego popycha go impuls woli-
tywny, leżący jeszcze poza świadomością czy poza osobistymi upodobaniami. 
Ten impuls prowadzi je np. do przyjęcia, poprzez naśladowanie, wyprostowanej 
postawy czy opanowywania języka ojczystego, a także do przyswajania sobie 

130 

A poznanie antropozoficzne pokazuje nam, że cel życia ziemskie­

go polega właśnie na tym, iż człowiek - oprócz rozmaitych właś­

ciwości, które rozwija także wtedy, gdy przed narodzinami czy 

poczęciem kształtuje siebie w świecie duchowo-dusznym, i które 

po śmierci znów przeżywa - w czasie swojego ziemskiego życia, 

i tylko wtedy, dzięki posługiwaniu się swoją cielesnością dzięki 

zanurzaniu się w swoją cielesność, urzeczywistnia impuls wolnoś­

ci. Wolną istotą człowiek może stać się tylko na Ziemi, a do in­

nych światów może przynieść tylko tyle wolności, ile przyswoi 

jej sobie na Ziemi. Gdy z takimi uczuciami - a uczucia są prze­

cież najważniejszymi siłami dla artysty wychowania i nauczania 
- podchodzimy do małego dziecka, to powstaje też pytanie: „Jak 

mamy się zachowywać, żeby małe dziecko mogło kiedyś póź­

niej w pełni dojść do świadomości właściwej wolnemu człowie­

kowi?" A z drugiej strony łatwo pojmiemy - już za sprawą zew­

nętrznego życia, jeśli tylko będziemy wystarczająco obiektywni 

- to, co dzięki wglądowi antropozoficznemu wie się później z ca­

łą pewnością: że mimo swojej wolności człowiek ma los, ma to, 

co określa się, używając orientalnej nazwy karma. 

Przyjmijmy, że w późniejszym okresie życia człowiek spoty­

ka osobę, której przedtem w ogóle nie znał. Przyjmijmy, że potem 

ta osoba głęboko ingemje w jego los, że człowiek w szczególnoś­

ci wchodzi z nią być może, w związek na całe życie. Zrazu wyda­

je się, że to przytrafiające się w życiu przypadki doprowadziły go 

do tej osoby. Kiedy jednak później, nawet zupełnie bez antropozo-

ficznej nauki duchowej, rozpatmjemy życie, cofając się wstecz, 

odkryjemy, o dziwo, że wcześniej wykonaliśmy najróżniejsze 

kroki, które współgrają z tym, co przydarzyło się nam z pozom 

innych, ujawniających się w późniejszym życiu cech i umiejętności. W przypadku 
dorosłych (poprzednie zdanie) działaniem (wolą) kierują także świadome, oso­
biste motywy. Taką wolę dr Steiner nazywa później zewnętrzną wolą wychowaw­
cy, (przyp. tłum.) 

4

 Rudolf Steiner, Filozofia wolności, GA 4, wydawnictwo Spektrum, Warszawa 

2000. Pierwsze niemieckie wydanie ukazało się w 1894 roku; pierwsze polskie wy­
danie ukazało się nakładem wydawnictwa F. Hoesick w Warszawie w 1929 roku. 
(przyp. tłum.) 

131 

background image

zupełnie przypadkowo. Potem rzeczywiście wygląda to tak, jak­

byśmy planowo szukali drogi do tej osoby. I tak stary przyjaciel 

Goethego, Knebel

5

, wypowiedział z głębi duszy taką uwagę 

(w starszym wieku, patrząc wstecz na swoje życie): „Gdy w star­

szym wieku człowiek patrzy wstecz na swoje życie, to właściwie 

wszystko wygląda tak, jakby było ułożone według planu. Wszy­

stko do siebie pasuje". A ponieważ nasza wola wpleciona jest 

w nasze poszczególne działania, więc właściwie wszędzie można 

zobaczyć, jak życie przychodzi do nas zgodnie z losem. Poza Kne­

blem można by zacytować jeszcze wiele osób, które rozważając 

życie w czysto zewnętrzny sposób, doszły do takiego przekonania. 

Zobaczylibyśmy wtedy, że te zewnętrzne rozważania życia całko­

wicie potwierdzają także takie odległe prawdy jak prawda o kar­

mie. Ale właśnie wtedy, gdy wychodzimy z tego punktu widzenia, 

musimy, jako wychowawcy-przewodnicy bardzo małego dziecka, 

zadać sobie pytanie: „Czy to właśnie ty jesteś tym - i pytanie to 

staje przed duszą szczególnie wtedy, gdy prowadzi się dom dzie­

cka, wtedy bowiem trzeba być takim przewodnikiem dla najróż­

niejszych dzieci, które się dostaje - czy to właśnie ty jesteś tym, 

kogo los wybrał do tak ważnej relacji, do tak ważnego związku 

[z dzieckiem], jakim jest związek wychowawcy-przewodnika?". 

I stajemy wobec alternatywy: Co możemy zrobić, żeby jak najin­

tensywniej wycofać siebie, tak by to, co w nas osobiste, jak naj­

mniej wpływało na dziecko

6

, tak żebyśmy nie zepsuli losu dziecka, 

tylko wychowali je na człowieka wolnego w [późniejszym] życiu? 

To, jak głęboko człowiek może ingerować w istotę ludzką 

właśnie w przypadku małego dziecka, ujawni się, gdy najpierw 

3

 Karl Ludwig von Knebel, 1744-1834, patrz: Knebels literarischer Nachlaß und 

Briefwechsel, wydane przez Vernhagen von Ense und Mündt, tom 3, str. 452. 

6

 Mówiąc dokładniej, wycofać się ze swoimi życzeniami, z chęcią kształtowania 

dziecka w ten czy w inny sposób, z naszymi oczekiwaniami wobec niego; w żad­
nym razie nie chodzi o wycofanie się z pełnego miłości i zaangażowania związku 
z dzieckiem, nie chodzi o przyjęcie roli sprawnego, ale zdystansowanego „pracow­
nika placówki wychowawczej". Ten sens wynika z całości tych wykładów. W przy­
padku pojedynczych stwierdzeń dr. Steinera trzeba czasem odwołać się do szerszego 
obrazu, żeby nie dojść do opacznych wniosków, (przyp. tłum.) 

weźmiemy pod uwagę całą specyfikę pierwszego większego okre­

su w życiu ludzkim, obejmującego czas od narodzin - jeśli pomi­

niemy teraz życie embrionalne, o którym będziemy jeszcze mó­

wić później - do zmiany zębów

7

, w przybliżeniu około siódmego 

roku życia. Zmiana zębów stanowi głęboki przełom w całym ży­

ciu człowieka. I ten, kto potrafi obserwować w pełni, zobaczy, że 

po siódmym roku życia występuje u dziecka taka konfiguracja my­

ślenia, uczucia i woli, jakiej wcześniej nie było. - Kiedy zewnętrz­

nie rozpatrujemy procesy materialne, jesteśmy przyzwyczajeni do 

tego, żeby pewne wyobrażenia, które tworzymy, posługując się 

zrazu tylko myśleniem, stosować także w praktyce do życia ludz­

kiego. Gdy widzimy pewne procesy materialne wytwarzające 

w określonym momencie zewnętrznie dostrzegalne ciepło, którego 

poprzednio nie można było dostrzec i które nie jest również do­

starczane z zewnątrz, mówimy: ciepło to było poprzednio utajone 

w materii, a potem się uwolniło. W pełni przyzwyczailiśmy się 

mówić o takich rzeczach, gdy rozważamy zewnętrzne procesy ma­

terialne. Otóż tak jak w procesie materialnym może się wyzwolić 

ciepło, które poprzednio było utajone, tak około 7. roku życia 

w myśleniu, uczuciu i woli dziecka wyzwalają się siły, które po­

przednio były w organizmie-dziecięcym, które przedtem nie dzia­

łały w duszy w sposób wyodrębniony. Teraz, po siódmym roku ży­

cia, wyodrębniają się one i działają w duszy. Wcześniej działały 

one organicznie, były związane z procesami wzrastania, z procesa­

mi odżywiania. Teraz wyzwoliły się z nich; stały się siłami duszy. 

Dzisiaj abstrakcyjna nauka ciągle rozważa związek między 

ciałem i duszą tworzy sobie abstrakcyjne pojęcie duszy, abstrak­

cyjne pojęcie ciała, a potem mówi się o oddziaływaniu ciała na 

duszę, o oddziaływaniu duszy na ciało, o psychofizycznym para-

lelizmie i o wszystkich tych pięknie ponazywanych rzeczach, 

7

 Rudolf Steiner używał określenia „zmiana zębów" dla zaznaczenia początku wie­

loletniego procesu zmiany uzębienia. Wielokrotnie podkreślał, że owa zmiana zębów 

jest dającym się zewnętrznie postrzec przejawem dokonującej się w dziecku tran­

sformacji, która obejmuje całą jego istotę i stanowi swoistą granicę - dopiero wtedy, 
gdy się ona dokona, możemy zacząć uczyć dziecko w sposób szkolny, (przyp. tłum.) 

133 

132 

background image

potem się spekuluje, jak dusza oddziałuje na ciało. Nie prowadzi 

się obserwacji w tej dziedzinie - spekuluje się, filozofuje. Można 

jednak długo w ten sposób filozofować, zupełnie nic z tego nie 

wyniknie. Jeśli bowiem chce się wniknąć w zagadnienia dotyczące 

istoty ludzkiej, trzeba prowadzić obserwacje zgodnie ze standar­

dami obserwacji przyrodniczej. I gdy chodzi o życie od narodzin 

do mniej więcej siódmego roku, to dla spojrzenia ujmującego 

jednocześnie to, co duchowo-duszne, i to, co fizyczno-cielesne, 

sprawa przedstawia się tak, że wewnątrz organizmu są te nie da­

jące się dostrzec siły, które później, począwszy od siódmego roku 

życia, w obcowaniu ze światem zewnętrznym wychodzą na jaw 

jako siły duszne. 

Jeżeli zatem chcemy odpowiedzieć na pytanie: Jak wygląda 

dusza w dzieciństwie do siódmego roku życia?, to musimy spoj­

rzeć na rozwój duszy po siódmym roku życia. Wtedy to, co przed­

tem było w organizmie i działało organicznie, można obserwo­

wać jako siły duszne. A gdy to zobaczymy, pojmiemy, że owa 

szczególna, wewnętrzna, organiczna aktywność dziecka [przeja­

wiająca się] w plastycznym kształtowaniu mózgu, w rozwijaniu 

pozostałego organizmu, oznacza coś bardzo szczególnego. Dzie­

cko wnosi w swoją cielesno-fizyczną organizację to, co przez na­

rodziny czy poczęcie zniosło ze światów duchowo-dusznych. 

Dziecko jest zajęte tą organizacją. Kształtuje ją, idąc za impul­

sem swojej woli; zamyka jeszcze bramy przed światem zewnę­

trznym. A nam nie wolno niepraktycznie i nieporadnie wchodzić 

w to, co dziecko wtedy dokonuje tak, że idzie za impulsem swo­

jej woli, że, w szczególności, nie jest dostępne dla woli [płyną­

cej ze] świata zewnętrznego. 

I kiedy teraz weźmiemy pod uwagę, że wszystko, co czyni­

my w pobliżu dziecka, wywiera na nie wpływ - mimo wszystko 

wywiera wpływ (będziemy to jeszcze przedstawiać dokładniej) -

i rozważymy, że to, co później jest duszne, działa jeszcze w dzie­

cku organicznie, że zatem przyjęte przez dziecko wyobrażenie od­

działuje we właściwy sobie sposób na płuca, żołądek, wątrobę 

i w ogóle na wszystko, wtedy zobaczymy, że podług wrażeń, jakie 

przychodzą od nas do dziecka, [kształtuje ono swój organizm,] 

134 

ponieważ jego siły duszne nie wyzwoliły się jeszcze z organizmu, 

tylko wraz [z innymi siłami] pracują nad jego organizacją; że za­

tem w tym okresie życia dziecka naszym własnym zachowaniem 

decydujemy o jego predyspozycjach zdrowotnych i chorobowych. 

Mogą państwo powiedzieć, że mówi się tutaj tylko o ogól­

nych zasadach wychowania. Ale to właśnie te zasady wychowa­

nia, gdy stosuje się je w praktyce we właściwy sposób, są tym, co 

jest rzeczywiście praktyczne. Tym bowiem, co najbardziej liczy 

się w wychowaniu, są uczucia wobec istoty ludzkiej, z jakimi sta­

jemy obok człowieka. Kiedy za sprawą wglądu w naturę ludzką 

stajemy we właściwy sposób u boku rozwijającego się człowieka, 

jesteśmy dobrymi artystami wychowania. Można nawet wypo­

wiedzieć paradoksalne twierdzenie: Jeśli chodzi o poszczególne 

sytuacje, niech każdy działa z impulsu własnej woli - każdy bę­

dzie wtedy postępował zgodnie z tym, czego sam nauczył się 

w życiu jako wychowawca - niech każdy prowadzi poszczegól­

ne sprawy tak, jak wypływa to z impulsu jego woli; jeśli tylko 

przynosi on to, co weszło w jego serce za sprawą prawidłowego 

wglądu w naturę ludzką, będzie potrafił w taki lub inny sposób 

zrobić to, co właściwe. - Gdy jako duchowy kierownik Szkoły 

Waldorfskiej wchodzę do naszych klas równoległych - ze wzglę­

du na przepełnienie mamy już w Szkole klasy równoległe - gdy 

wchodzę zatem do poszczególnych klas i widzę, jak jeden nau­

czyciel przerabia pewien materiał w ten sposób, a inny nauczyciel 

przerabia dokładnie ten sam materiał zupełnie inaczej, to nigdy 

nie przychodzi mi do głowy, żeby powiedzieć: „Tu muszą pań­

stwo realizować tylko określone sposoby pracy". Przeciwnie, to, 

co wygląda zupełnie odmiennie, może być - naprawdę każde 

działanie - na swój sposób absolutnie poprawne. Gdyby jeden na­

uczyciel naśladował dmgiego, to właśnie to mogłoby być błę­

dem. Dlatego Szkoła Waldorfska nosi nazwę Wolna Szkoła nie ze 

względu na coś zewnętrznego, lecz ze względu na to, co ją naj­

głębiej i w najbardziej wolny sposób konstytuuje. 

W poprzednich dniach zwróciłem uwagę na to, że nadzmysło-

we rozpatrywanie człowieka prowadzi nas do uznania, poza ciałem 

135 

background image

fizycznym, subtelniejszego ciała, które nazwaliśmy ciałem eterycz­

nym, ciałem sił kształtujących. To ciało sił kształtujących - które 

z jednej strony zawiera siły działające we wzrastaniu, w odżywia­

niu, ale również siły działające w pamięci, przypominaniu sobie, 

tworzeniu wyobrażeń - właściwie dopiero wraz ze zmianą zębów 

zostaje w podobny sposób zrodzone z całego jestestwa ludzkiego, 

jak ciało fizyczne człowieka zostaje zrodzone z matki, gdy czło­

wiek wchodzi w byt fizyczny. To znaczy, że do czasu zmiany zę­

bów trzeba szukać tych szczególnych, działających na zewnątrz 

sił ciała eterycznego, ciała sił kształtujących - gdy chodzi o ich 

zasadniczą część - w działaniach organicznych; potem [jest tam] 

jeszcze tylko ich większa część; ale pewien zakres [tych sił] zo­

stanie im odebrany i będzie działał w tworzeniu wyobrażeń, w pa­

mięci i w pozostałych jakościach dusznych, jakie dziecko roz­

wija w duszy od czasu zmiany zębów. 

Dziecku tylko raz wyrastają drugie zęby; trzecie już nie wy­

rastają. Siły w organizmie, które wypychają dmgie zęby, mogą 

tam być, dopóki nie utworzą się dmgie zęby; potem nie będą już 

używane w organizmie. Gdy dmgie zęby są już wypchnięte, wte­

dy owa aktywność ciała eterycznego, która powoduje właśnie 

coś takiego, jak wypchnięcie drugich zębów, nie jest już w orga­

nizmie nieodzowna. Wtedy uwalnia się ona z organizmu. - Ale 

ten punkt końcowy drugiego wyrzynania się zębów jedynie bar­

dzo wyraźnie wyraża owe siły, które także poza tym wypychaniem 

zębów działają wewnątrz organizmu. Pewien obszar takich sił 

uwalnia się [z ciała i siły te stają się czynne] dusznie-duchowo 

właśnie na końcu tego pierwszego okresu życia. 

Całe życie ludzkie można podzielić na takie okresy i pierw­

szy trwa, w przybliżeniu, właśnie do siódmego roku życia. Każdy 

zaś taki okres życia zawiera z kolei trzy dające się wyraźnie odróż­

nić części. Gdy rozważamy owo stopniowe, trwające od momen­

tu narodzin do mniej więcej siódmego roku życia uwalnianie się 

pewnych sił ciała eterycznego, możemy zobaczyć, jak przez mniej 

więcej dwa i pół roku od narodzin to ciało eteryczne zostaje 

uwolnione dla głowy

8

, jak potem w wieku od dwóch i pół roku do 

około pięciu lat zostaje uwolnione dla klatki piersiowej, a potem, 

136 

do zmiany zębów, dla człowieka przemiany materii i kończyn. 

Tak że musimy rozróżnić trzy etapy tego uwalniania się pew­

nych sił ciała sił kształtujących. Dlatego też można wyraźnie 

zauważyć, że ciało sił kształtujących, które także w odniesieniu 

do głowy ukazuje się jeszcze całkowicie wewnątrz [niej], odrzu­

ca zewnętrzną wolę wychowawcy. 

Ale jest to właśnie ten okres życia, w którym uczymy się naj­

ważniejszych rzeczy, a uczymy się tego całkowicie przez pracę 

wewnętrzną [czerpiąc] z tego, co przynieśliśmy sobie z preegzy-

stencjalnego życia. Proszę rozważyć, że w ciągu pierwszych 

dwóch i pół roku dziecko uczy się mówić, uczy się chodzić, czyli 

uczy się tego, co najbardziej wewnętrznie związane jest ze sta­

nięciem na własnych nogach w swoim życiu i w życiu społecz­

nym. To, co najważniejsze, człowiek przyswaja sobie w czasie, 

gdy siły ciała eterycznego pracują jeszcze nad mózgiem, gdy 

promieniują w cały pozostały organizm. Jeśli za mocno promie­

niują w pozostały organizm, tak że zbyt mocno zakłócają tam 

owo jeszcze delikatne działanie przemiany materii czy jeszcze 

delikatne działanie oddechu, działanie krążenia krwi, a zatem 

jeśli wprowadzają zbyt silny zamęt w organizmie dziecka, to już 

w wieku dziecięcym łatwo pojawia się szkarlatyna i podobne cho­

roby dziecięce. To, co wtedy pracuje, jest, zasadniczo rzecz bio­

rąc, niedostępne dla idącego z zewnątrz, świadomego, kierowa­

nego wolą oddziaływania [innej osoby], zamyka drzwi. Dziecko 

chce wewnątrz, w swoim ciele, pracować nad sobą 

Właśnie w ciągu tych pierwszych dwóch i pół roku zupełnie 

szczególne znaczenie ma to, że dziecko nie jest dostępne dla ob­

cej woli, ma natomiast subtelną instynktowną zdolność postrzega­

nia tego wszystkiego, co dzieje się w jego otoczeniu, szczególnie 

zaś tego, co dzieje się w osobach, z którymi jest ono w jakimś 

dusznym kontakcie - a wśród nich jest przecież szczególnie dużo 

8

 To niecodzienne określenie (Jur den Kopf), można zinterpretować zarówno jako: 

w obszarze głowy, jak i dla aktywności związanej z głową, czy, bardziej precyzyjnie, 
dla duszno-duchowej aktywności związanej z głową.
 To samo odnosi się do dwóch 

pozostałych „dla", (przyp. tłum.) 

137 

background image

wychowawców. [Dziecko postrzega to] nie dlatego, że ma już 

szczególnie wyostrzony wzrok zewnętrzny - tak nie jest; sprawia 

to nie wybitnie rozwinięty wzrok, lecz to, że całościowe postrze­

ganie najintymniejszego rodzaju kieruje się ku temu, co dzieje się 

wokół dziecka w świecie zewnętrznym i co nie wynika z zamia­

ru oddziaływania na nie w jakiś szczególny sposób. Dziecko zu­

pełnie mimowolnie broni się przed tym, co chce świadomie na nie 

oddziaływać - broni się szczególnie w ciągu pierwszych dwóch 

i pół roku życia. 

Z tego jednak wynika, że musimy uwzględniać tę wrażliwość, 

która postrzeganie zanurza jeszcze całkowicie w uczuciu. Być 

może uzmysłowimy sobie, co oznacza ta wrażliwość, gdy przej­

dziemy do najbliższej istoty stojącej poniżej człowieka, do zwie­

rzęcia. U zwierzęcia jest ona bowiem szczególnie rozwinięta. To 

nie przeczy temu, co powiedziałem o właściwościach wieku po­

deszłego. Tu właśnie trzeba naprawdę przejść do dokładnego 

obserwowania. U zwierzęcia taka wrażliwość na otoczenie jest 

szczególnie rozwinięta. Nie wiem czy w Anglii i w innych krajach 

europejskich słyszeli państwo o sensacji, jaką kiedyś, parę lat 

przed wojną, wywołały tu tak zwane liczące konie

9

: w Berlinie 

znany koń pana von Ostena, liczące konie w Elberfeldzie. Nic nie 

mogę powiedzieć o liczących koniach z Elberfeldu, ale konia 

pana von Ostena poznałem w Berlinie bardzo dobrze; stąd też 

poznałem ów związek, jaki istniał między panem von Ostenem, 

wychowawcą-przewodnikiem, i tym koniem. Koń bardzo dziel­

nie stukał kopytami: trzy razy trzy jest dziewięć - w każdym ra­

zie liczył, jak na konia, w sposób naprawdę godny szacunku. 

Stworzono najrozmaitsze teorie wyjaśniające, jak ów koń 

w ogóle doszedł do reagowania w ten sposób na pytania pana von 

Ostena. Był też pewien docent. Docenci to bystrzy ludzie. Ten na­

pisał nawet książkę o koniu pana von Ostena; i powiedział: „Ten 

9

 Zob.: Oskar Pfungst, Das Pferd des Herrn Osten (Der Kluge Hans). Ein Beitrag 

zur experimentellen Tier- und Menschen-Psychologie ze wstępem prof. dr C. Stump-

fa, Lipsk 1907 oraz „Der Streit um die rechnende Pferde" wyklad wygłoszony przez 
dr Maxa Ettlingera w Towarzystwie Psychologicznym w Monachium (opubliko­

wany w „Natur und Kultur" nr 6). 

138 

koń, naturalnie, nie potrafi liczyć, ale gdy pan von Osten mówi: 

trzy razy trzy, to zawsze wykonuje przy tym bardzo delikatne 

ruchy. Posługuje się mimiką. I kiedy potem mówi: dziewięć, 

robi przy tym taką minę, że koń stuka kopytem. Mimika - koń 

może ją obserwować". Praca napisana przez tego docenta była 

bardzo uczona. Potem powiedział: „Ja sam" - czyli docent - „nie 

potrafiłem zaobserwować tej mimiki; nie mogę więc skonstato­

wać, że ona naprawdę tam występuje, ale przecież musiała ona 

tam być i koń musiał umieć ją zaobserwować". Dla mnie, nic na 

to nie poradzę, książka ta dowodzi jedynie, że ów docent uznaje, 

że koń umie lepiej obserwować niż on sam, czyli że koń potrafi 

to, czego ów docent, zgodnie z jego własnym wyznaniem, jednak 

nie potrafi. - Dla mnie to, co najważniejsze w tej całej procedu­

rze, zawierało się w związku pana von Ostena i konia - w tym, że 

pan von Osten, który miał wielkie kieszenie, nieustannie, kiedy 

był w kontakcie z koniem, podawał koniowi słodycze, tak że na­

stępowała nieustanna wymiana uczuć, wdzięczność konia za sło­

dycze. Istniał intymny związek między koniem i panem von Os­

tenem; wszystko, co się tam działo, zanurzone było w miłości. 

Zatem cały stosunek konia do jego przewodnika nabrał charak­

teru uczuciowego. A to daje w zwierzęcej naturze coś, co w wy­

sokim stopniu uwrażliwia - lecz nie na jakieś tajemnicze miny, 

a na myśli, na to, co żyje w duszy. I całe procesy rachunkowe, 

obecne w panu von Ostenie, przenosiły się, okrężną drogą po­

przez słodycze, na konia, stanowiąc wyraźną sugestię. - To zja­

wisko nie jest mniej interesujące dlatego, że tak się przedstawia. 

Dzięki niemu dowiadujemy się wiele o związkach istot. Ale nie 

da się go racjonalnie wytłumaczyć, odwołując się do obserwowa­

nia mimiki, którą może zaobserwować koń, lecz nie docent, przyj­

mujący ją jedynie hipotetycznie. 

I tak, w podobny sposób, także dziecko w ciągu pierwszych 

dwu i pół roku życia pozostaje w stosunku do wychowującego 

je przewodnika - gdy zachowuje się on w sposób prawidłowy -

w pewnego rodzaju dusznym, opartym na postrzeganiu kontakcie, 

stając się w niezwykłym stopniu istotą naśladującą imitatorem. 

Wtedy nasze zadanie polega nie na tym, żebyśmy uczyli dziecko 

139 

background image

różnych rzeczy, kierując się swoją wolą, lecz na tym, żebyśmy, 

w sposób trochę bardziej niewygodny, byli przy dziecku tacy, że­

by ono mogło nas naśladować; dziecko jest bowiem wrażliwe na 

wszystko, co robimy, jak się poruszamy. Dziecko wszystko to 

albo naprawdę naśladuje, to może dopiero później, ale rozwija 

w sobie tendencję do naśladowania i wszczepia ją w swoją cie­

lesność za pomocą sił organiczno-dusznych. I jest ono także wra­

żliwe na nasze uczucia, na nasze myśli. Tak że wychowywanie 

w ciągu tych pierwszych dwóch i pół roku może dotyczyć wyłącz­

nie tego, że my sami na tyle wychowamy samych siebie, że w po­

bliżu dziecka myślimy, odczuwamy i czynimy to, czemu dziecko 

może się przyglądać. To niejednokrotnie odnosi się jeszcze do 

następnych lat - ponieważ naśladowanie utrzymuje się, zasadni­

czo rzecz biorąc, do zmiany zębów. Człowiek, który jest prakty­

kiem, całkiem sporo z tego doświadcza. 

Kiedyś na przykład przyszli do mnie zupełnie zrozpaczeni 

rodzice i powiedzieli: „Nasze dziecko zawsze było takim dobrym 

dzieckiem, a teraz ukradło!". Zaraz, czy rzeczywiście ukradło? 

„No cóż, ukradło - po prostu wyjęło pieniądze z szafy, do której 

matka zawsze je kładzie, kupiło słodycze i nawet nie zjadło ich 

samo, lecz jeszcze rozdało je innym dzieciom". Powiedziałem, 

że dziecko wcale nie ukradło. O kradzieży nie może być w ogóle 

mowy! Dziecko widziało codziennie, że matka idzie do tej szafy 

i wyjmuje z niej pieniądze; nie powstało w nim żadne wyobra­

żenie kradzieży. Dziecko jest istotą naśladującą i robi to samo, co 

matka. Zatem także idzie do szafy i coś kupuje. Nie ma to jeszcze 

nic wspólnego z pojęciem kradzieży. A jeżeli chcemy uniknąć 

takiego postępowania dziecka, to musimy się przy nim inaczej 

zachowywać. 

Wszystko to prowadzi do tego, że dziecko staje się takie, ja­

cy my sami przy nim jesteśmy - zwłaszcza w ciągu pierwszych 

dwóch i pół roku. A to wymaga - gdy dziecko na przykład uczy 

się mówić - żebyśmy mu w tej sferze niczego nie narzucali, 

a przede wszystkim nie starali się swoim działaniem skłonić je do 

powiedzenia tego czy tamtego; musimy mówić przy nim w spo­

sób naturalny, żeby miało ono okazje do słuchania, i tylko musimy 

140 

zadbać o to, żeby nasza naturalna mowa była moralna. Dziecko 

przyjmuje to i samo się w to wdraża. 

A gdy się dokładniej przyglądamy, [widzimy, że] dziecko 

nigdy też nie nauczy się chodzić dzięki temu, że czynimy naj­

różniejsze próby stawiania go i tak dalej

10

. Później na lekcjach 

gimnastyki jest to odpowiednie. Podczas nauki chodzenia może­

my jakimś takim niezdarnym „chodzeniem" bardzo łatwo dopro­

wadzić do tego - gdy o wiele za wcześnie rozpoczynamy próby 

chodzenia czy stania - że na całe życie rujnujemy procesy ner­

wowe dziecka. - Dajemy dziecku możliwość obserwowania, że 

dorosły jest wyprostowany. Dziecko, jako istota naśladująca, we 

właściwym czasie samo przyjmie taką postawę. Gdy człowiek roz­

poczyna życie, musimy ujmować go całkowicie jako istotę naśla­

dującą, imitującą, i właśnie do tego dostosować wychowanie. 

Niewątpliwie wynika z tego pewna niedogodność i mogą 

państwo zaoponować: są przecież dzieci, z którymi nic nie da się 

zrobić - które przez cały dzień tak krzyczą, że bębenki w uszach 

pękają, albo są w jakiś inny sposób, jak to się mówi, niegrzeczne. 

Bez wątpienia, wamnki zewnętrzne sprawiają, że trzeba z kolei 

przedsięwziąć zewnętrzne kroki, żeby dziecko nie wyrządziło 

szkód przez swoje niegrzeczne zachowanie. Ale w gruncie rze­

czy nie należy to do wychowania. Nieprzyjemnie jest co prawda, 

kiedy dziecko przez cały dzień napełnia nam uszy krzykiem, lecz 

jeśli mimo wszystko będziemy zachowywać się przy nim tak, jak 

to właśnie opisałem, to wchłonie ono nasze zachowanie w swoje 

głębsze, złączone jeszcze z siłami organicznymi siły duchowo-

duszne i później to się przejawi. To, co zawarte jest w krzyku 

dziecka czy w czymś innym, objawia się nieuprzedzonemu obser­

watorowi jako następstwo jego organizacji. Pochodzi z czegoś, 

co przemija wraz z wiekiem dziecięcym - przemijają naturalnie 

nie owe intensywne siły [leżące u podstaw] krzyku, lecz skłonność 

do wyrażania ich krzykiem. Bowiem prawdąjest, że to, co w wieku 

10

 W tych wykładach dr Steiner zajmuje się tylko normalnym rozwojem dziecka. 

W przypadku zaburzeń rozwojowych taka pomoc może okazać się niezbędna. Trze­
ba też uwzględnić, że omawiany jest teraz najwcześniejszy okres życia, (przyp. tłum.) 

141 

background image

dziecięcym przejawia się na przykład jako siły krzyku, ma pewną 

intensywność. Jeżeli za sprawą tego, jacy sami jesteśmy, wycho­

wujemy dziecko na istotę moralną, to siły krzyku z wczesnego 

dzieciństwa przejawią się później jako intensywne siły moralne. 

Taki człowiek ma później dużą siłę moralną - w wieku dziecię­

cym przejawiała się ona w formie intensywnego krzyku. Jeżeli jed­

nak, będąc z dzieckiem, jesteśmy niemoralni, choćby tylko w my­

ślach, to siły krzyku wyrażą się później w siłach niemoralnych. 

Ale to, o co chodzi, można już we właściwy sposób ocenić 

po tych wyjaśnieniach. Istota polega na tym, żebyśmy na przy­

kład nie dali się poprowadzić fałszywemu instynktowi (właściwie 

w ogóle nie jest to instynkt, tylko coś, co ukształtowało się pod 

wpływem pewnych przesądów) - jak czynią to niewyedukowane, 

jeśli mogę tak to ująć, mamki i piastunki - do dawania dziecku 

takiego przykładu, jakiego ono wcale nie powinno naśladować; 

żebyśmy nie próbowali zachowywać się dziecinnie i tak też nie 

mówili przy dziecku, żebyśmy nie starali się mówić jak najdzie-

cinniej. Tego przekładu [naszej mowy na swoją] dziecko samo 

już dokonuje stosownie do swoich możliwości. Czynimy dziecku 

krzywdę, gdy na przykład szczególnie „preparujemy" swój spo­

sób mówienia; dziecko chce bowiem naśladować tego, kto jest 

przy nim i z kim jest ono w określonym kontakcie - naśladować 

to, co czyni on zgodnie ze swoją naturą. Natomiast wewnętrznie 

odrzuca ono w zasadzie wszystko, co wychowawca specjalnie 

przygotowuje, jak na przykład dziecięcy, naiwny język, jakim się 

przy nim posługujemy. Dziecko zmuszone jest znosić ten sposób 

mówienia, ale czuje do niego głęboką wewnętrzną antypatię, 

która w zasadzie powoduje na przykład słabe trawienie, dające 
0 sobie znać przez całe późniejsze życie. Tak że prawdziwą przy­

czynę niejednej przypadłości, diagnozowanej w późniejszym ży­

ciu jako słabe trawienie, odnajduje się, stwierdzając, że człowiek 

ten, jako małe dziecko, miał opiekunkę, która zachowywała się 

zbyt dziecinnie. 

Takie maksymy są niezbędne w odniesieniu do pierwszej 

z trzech części pierwszego okresu życia, do pierwszych dwóch 

1 pół roku życia dziecka. 

142 

Kiedy dziecko ma mniej więcej dwa i pół roku, rozwój orga­

nizacji głowy jest już tak zaawansowany, że uwolniona zostaje 

ta część ciała sił kształtujących, sił ciała eterycznego, która w tych 

pierwszych latach zajmowała się plastycznym modelowaniem 

głowy. Potem proces uwalniania wchodzi w kolejną fazę, która 

aż do piątego roku życia dokonuje się w ciele eterycznym klatki 

piersiowej. Oddech, krążenie krwi zostają wtedy do pewnego sto­

pnia uwolnione z obecnych w nich jeszcze sił eterycznych. Zatem 

to, co jako siły duszno-duchowe uwolniło się z organizmu głowy, 

współdziała potem w dziecku (które nauczyło się już mówić, 

nauczyło się chodzić), zgrywa się potem z tym, co stopniowo 

uwalnia się z organizmu klatki piersiowej. A to objawia się jako 

szczególne formowanie się owej żywej pamięci dziecięcej, której 

rozwijanie się obserwujemy właśnie między dmgim i pół a pią­

tym rokiem życia, i działa zwłaszcza w tym, co właśnie przedsta­

wiłem państwu jako formowanie się, rozwijanie się specyficznej 

fantazji dziecięcej. 

W tym okresie wychowawca-przewodnik musi zupełnie szcze­

gólnie liczyć się z tym dwustronnym oddziaływaniem: z jednej 

strony oddziaływanie kształtującej się w duszy pamięci, z dru­

giej strony - kształtującej się w duszy fantazji. Dziecko nadal 

jeszcze pozostaje przecież istotą naśladującą. I zwłaszcza w od­

niesieniu do formującej się pamięci, do zdolności przypominania 

sobie i pamiętania, musimy jasno zdawać sobie sprawę, że znów 

konieczne jest pozostawienie dziecka możliwie samemu sobie; że 

nie czynimy dobrze, gdy w tym okresie życia uczymy je czegoś, 

licząc na to, że ono sobie to przypomni. Dziecko powinno to so­

bie przyswajać, mając całkowitą swobodę wchodzenia w to, co 

chce zatrzymać, co chce sobie zapamiętać. Z dzieckiem w tym 

wieku nie róbmy niczego, co przypominałoby ćwiczenie pamięci! 

Kto dziecku między dmgim a piątym rokiem życia narzuca coś 

w odniesieniu do zdolności zauważania i pamiętania, ten nie bie­

rze pod uwagę tego, co można zaobserwować, patrząc z kolei na 

całe życie człowieka. 

Można przecież spotkać ludzi, którzy mówią, w wieku 40 lat 

i jeszcze później, że łamie ich w kościach, że mają reumatyzm. 

143 

background image

Może to, oczywiście, wynikać z przeróżnych rzeczy; bezsprzecz­

nie jednak istnieją takie przypadki, w których (o ile tylko bada się 

wystarczająco długo) dochodzi się do tego, że ów reumatyzm, to 

łamanie w kościach, pochodzi z przekarmienia materiałem pa­

mięciowym w tym wczesnym okresie życia dziecka. Tak, powią­

zania występujące w życiu są istotnie skomplikowane i tylko 

ten, kto zajął się ich poznawaniem, może rozwinąć w sobie także 

prawdziwą miłość do wychowywania i w ogóle do prowadzenia 

rozwijającego się człowieka - prawdziwą miłość, która przecież, 

ona jedyna, jest najlepszym środkiem wychowawczym. 

Natomiast dziecięcej fantazji trzeba rzeczywiście już teraz 

wyjść naprzeciw, gdyż chce ona działać, zajmując się tym, co jest 

na zewnątrz, zwłaszcza zabawkami i w ogóle zabawą z innymi 

dziećmi. Wszystko, czego dziecko między dmgim i pół a piątym 

rokiem chce dokonać w zabawie, jest działaniem tej szczególnej 

formy fantazji. Ktoś, kto posiada dar obserwowania tych spraw, 

potrafi już ze szczególnych skłonności, jakie dziecko rozwija 

w zabawie, przewidzieć wiele z późniejszego usposobienia jego 

duszy, z jego charaktem i tak dalej; ze sposobu, w jaki dziecko 

się bawi, można odczytać, jak dalece człowiek ten może być uz­

dolniony w tym czy innym kierunku. Chodzi tylko o to, aby rze­

czywiście zrozumieć, co należy dostarczyć tej dziecięcej fantazji. 

W różnych epokach czyniono to zgodnie z ówczesnym rozumie­

niem tych spraw. 

Nie wiem, czy na Zachodzie też tak jest - w Europie Środ­

kowej nastała w pewnym okresie prawdziwa epidemia obdarowy­

wania wszystkich dzieci, szczególnie zaś na Boże Narodzenie, 

zestawami klocków. Potem musiały one z poszczególnych sześ­

cianów, poszczególnych równoległościennych elementów, składać 

jakieś architektoniczne szkarady. Jest to coś, co bardzo głęboko 

oddziałuje na dziecko, właśnie na rozwój aktywności fantazji 

w tych latach, ponieważ rozwija zmysł atomistyczno-materialis-

tyczny, rozwija zmysł składania całości z poszczególnych elemen­

tów. Natomiast praktyczne wychodzenie naprzeciw prawdziwemu 

życiu polega w tym czasie nie na wspomaganiu zdolności intelek­

tualnych, zdolności składania czy zdolności budowania z atomów, 

144 

lecz na wspomaganiu wewnętrznie żywej, pełnej mchu fantazji 

dziecka, która właśnie odeszła od czegoś, co jest taką pełną ru­

chu, wewnętrznie żywą pracą: od plastycznego formowania móz­

gu. Dlatego też trzeba starać się jak najmniej zamykać tę fanta­

zję w sztywnych, gotowych konturach. 

Załóżmy, że dwie wychowawczynie wychowują dzieci w wie­

ku od dwóch i pół do pięciu lat. Jedna z nich (przyjmijmy, że ona 

może bardzo lubi to dziecko) daje mu - powiedzmy, że jest to aku­

rat dziewczynka - lalkę, „piękną lalkę", w miarę możliwości nie 

tylko z wymalowanymi policzkami i włosami, ale jeszcze poru­

szającą oczami, pomszającą głową niektóre lalki, jak sądzę, mo­

gą nawet mówić. Zatem daje ona dziecku taką lalkę. Dziecko już 

nic nie może tutaj dodać swoją łaknącą mchu fantazją. Do tego 

więzi się tę fantazję, zamykając ją niczym w buty hiszpańskie, 

w jakąś plastyczną szkaradę. Draga wychowawczyni, która jest 

może nieco rozsądniej sza, bierze starą nieprzydatną już do nicze­

go chustkę, obwiązuje ją na górze nitką tak, że powstaje coś w ro­

dzaju głowy i, o ile to możliwe, pozwala samemu dziecku zrobić 

na niej dwa czarne punkty lub jeszcze więcej punktów, oznacza­

jących oczy, usta, nos; i ponieważ pobudza to fantazję dziecka, 

ponieważ może ono coś z tym zrobić, ponieważ nie wciąga to 

jego fantazji w wyraźne formy i kontury, przeto życie wewnętrz­

ne dziecka jest o wiele aktywniejsze, o wiele głębsze niż przy 

zabawie tak zwaną piękną lalką. Zabawki powinny pozostawiać 

fantazji możliwie dużo wolnej przestrzeni. A ponieważ rozum, 

intelekt nie jest fantazją zatem składanie czegoś z różnych ele­

mentów nie jest tym, co sprzyja temu szczególnemu charaktero­

wi cechującemu w tym wieku dziecięcą fantazję. 

Zawsze lepsze jest to, co wywołuje poczucie wewnętrznego 

ożywienia. Na przykład książka z wyciętymi i (nie paskudnie, ale 

ze smakiem) pomalowanymi postaciami, które pociąga się od do­

łu za sznureczki - tak że robią one różne rzeczy, głaszczą się i bi­

ją a dzięki temu dziecko, patrząc na to, może stworzyć sobie 

barwne opowieści - jest nadzwyczaj dobrą zabawką dla dziecka. 

I w podobny sposób swobodna zabawa w swobodnym kontakcie 

z innymi dziećmi nie powinna podlegać zbyt ścisłym regułom, 

145 

background image

lecz powinna jak najlepiej służyć swobodnej fantazji dziecka. 

Wynika to właśnie, jak państwo widzą, z prawdziwego poznania 

człowieka, a to, co jest konieczne - także po to, żeby działać w ży­

ciu - przyswajamy sobie, gdy sami naprawdę jesteśmy nauczycie­

lami i wychowawcami. 

Gdy dziecko dochodzi potem do 5. roku życia, z ciała etery­

cznego uwalniają się siły, które zajmują się krążeniem krwi czy 

oddychaniem [i mogą się uwolnić]. A dalej, aż do czasu zmiany 

zębów, stopniowo uwalniają się te siły ciała eterycznego, które 

mogą się uwolnić z systemu przemiany materii i systemu kończyn. 

Wtedy stopniowo zaczynają już być duchowo-dusznie aktywne 

te siły, które w pełni ujawnią się właściwie dopiero po 7. roku 

życia i które, z tego względu, omówimy dokładniej dopiero póź­

niej. Przebłyskują one jednak już teraz w tym ostatnim, trzecim 

okresie pierwszej dużej epoki w życiu dziecka. Dzięki siłom du-

szno-duchowym, które właśnie wyzwoliły się z klatki piersiowej, 

dziecko staje się wrażliwe na napomnienia, na oddziaływanie 

autorytetu, na to, w co trzeba wierzyć. Wcześniej dziecko nie 

wierzy, nie ma poczucia obowiązku - ma jedynie skłonność do 

naśladowania. 

Dopiero około piątego roku życia można zacząć wprowa­

dzać dziecko w „powinieneś". Dziecko w ciągu tego całego du­

żego odcinka życia, aż do zmiany zębów, jest istotą naśladują­

cą i stopniowo dochodzi do posługiwania się, zrazu delikatnie, 

fantazją i pamięcią moralną wiarą poczuciem autorytetu w sto­

sunku do dorosłych, zwłaszcza do wychowawców, z którymi 

ma kontakt. Gdy weźmiemy to wszystko pod uwagę, to kierując 

się sposobem myślenia i nastawieniem, jakie możemy wyrobić 

sobie dzięki zrozumieniu tych spraw, będziemy wychowywać we 

właściwy sposób, a w każdym razie nie będziemy jeszcze uczyć

11 

11

 W pierwszym momencie zalecenie to może wywołać nieporozumienia, może 

sprawić wrażenie, że w ogóle powinniśmy unikać jakiegokolwiek uczenia dziecka. 
Tak naturalnie nie jest. W ciągu pierwszego siedmiolecia cały czas uczymy je, ko­
rzystając z jego potrzeby naśladowania; dziecko uczy się, biorąc z nas przykład. 

Natomiast to uczenie, jakie R. Steiner ma tutaj na myśli, jest już uczeniem typu 

146 

dziecka w tym okresie życia. Wielkim, ciągle powracającym bó­

lem napawa mnie to, że wprowadzono już obowiązek szkolny dla 

dzieci sześcioletnich. Dzieci powinny pójść do szkoły właściwie 

dopiero w siódmym roku życia. Byłem zawsze naprawdę ogrom­

nie zadowolony - mogą państwo poczytać mi to, powiedzmy, za 

barbarzyństwo - gdy w rodzinach antropozoficznych dzieci oś­

mioletnie naprawdę nie potrafiły jeszcze ani pisać, ani czytać; to 

bowiem, co zgodnie z istniejącymi siłami można opanować do­

piero później, nie niszcząc sobie przy tym organizacji fizycznej, 

nie powinno być wtłaczane na wcześniejszym etapie życia. 

O tym, jak staramy się - bacząc, żeby człowiek nie poniósł 

przy tym szkody - postępować z dziećmi, gdy przychodzą do nas 

do Szkoły Waldorfskiej, będę mówił w następnych dniach; jutro 

zaś rozpocznę od pewnego rodzaju wprowadzenia, przedstawia­

jąc państwu Szkołę Waldorfską naturalnie tylko słowami. 

szkolnego. Oparte jest ono na bezpośrednim odwoływaniu się do pamięci dziecka, 
do jego wyobraźni czy, w pewnym zakresie, do umiejętności myślenia, wykorzys­
tuje polecenia i kierowanie się dziecka do dorosłego jako do autorytetu. I z takim 
uczeniem trzeba jeszcze zaczekać, (przyp. tłum.) 

147 

background image

Wykład VIII 

Domach, 30 gmdnia 1921 

Ze względu na cały tok naszych rozważań jestem zmuszony odejść 

dzisiaj nieco od bieżącego programu i najpierw powiedzieć pań­

stwu o bardziej zewnętrznej stronie funkcjonowania Szkoły Wal-

dorfskiej. Z rozważań, jakie dotychczas prowadziliśmy, na pewno 

państwo rozpoznali myśl leżącą u podstaw Szkoły Waldorfskiej: 

to, że - w najściślejszym sensie - plan nauczania, cel nauczania, 

w ogóle sposób, w jaki Szkoła działa, są poniekąd odczytywane 

z cielesnych, dusznych i duchowych sił istoty ludzkiej, objawia­

jących się w trakcie życia ludzkiego. Wymaga to zupełnie spe­

cyficznego ukształtowania Szkoły Waldorfskiej. Ukształtowanie 

to pod niejednym względem odbiega od tego, do czego jesteśmy 

dzisiaj przyzwyczajeni. 

Najpierw chodzi o to, żeby nauczać i wychowywać w sposób, 

który chciałbym nazwać duszno-ekonomicznym. Dzisiaj, w zwy­

kłym szkolnictwie i wychowaniu, nauczanie jest bardzo silnie 

rozdrobnione i dlatego nie oddziałuje ono w wystarczająco skon­

centrowany sposób na rozwijające się dziecko. Chodzi o rzecz 

następującą. Załóżmy, że ktoś chce przerobić w szkole z dziec­

kiem coś, co potem powinno ono sobie zachować na całe życie. 

Jako przykład wybiorę teraz coś, co znajduje się także w zwykłym 

planie nauczania, mianowicie coś z historii. Powiedzmy, że chce­

my przerobić z dziećmi czasy królowej Elżbiety wraz ze wszyst­

kim, co do tego należy i czego zwykle uczy się dzieci w związku 

z tym okresem. Zgodzą się państwo, że można to zrobić tak, że 

na godzinach historii będzie się przez pół roku omawiało szcze­

góły okresu elżbietańskiego. Można to jednak zrobić także ina­

czej. Można to zrobić tak, że nauczyciel w czasie porządkującego 

i ogarniającego całość przygotowania, rozwinie w sobie najpierw 

subtelne wyczucie faktów, które zasługują na uwagę w tym okre­

sie. Niektóre z nich mają szczególne znaczenie; gdy się je zna, 

gdy się im pozwoli oddziaływać na duszę, wtedy lekko odciskają 

się one w duszy, a inne fakty przyłączają się do nich jakby same 

148 

z siebie. I gdy nauczyciel przychodzi z tym materiałem do szko­

ły, rzeczywiście swobodnie nad nim panując, może ewentualnie 

w trzy, cztery godziny - wcale nie przesadzam - wprowadzić dzie­

ciom nie tylko to, co zwykle wprowadza się im przez pół roku, lecz 

można to nawet wprowadzić lepiej, tak że odciska się to w duszy 

dzieci i pozostaje na całe życie. 

Kto choć raz przyjrzał się temu wszystkiemu, czego nasze 

dzieci mają się nauczyć, ten bez wahania potwierdzi to, na co 

właśnie wskazałem. To bowiem, co w naszych dzisiejszych wa­

runkach cywilizacyjnych nasze dzieci powinny umieć już w wieku 

14 lat, jest czymś - gdy przyjmuje tę powszechną obecnie formę 

nagromadzonego materiału - czego się przecież i tak nie opano­

wuje. Nigdzie się tego nie opanowuje, ale postępuje się tak (a prze­

de wszystkim tak się ustawia plany nauczania i cele nauczania), 

jak gdyby można było i powinno się to opanować. 

Zgodnie z ideą Szkoły Waldorfskiej chodzi o takie ukształto­

wanie całego nauczania, żeby za pomocą najprostszych środków 

w jak najkrótszym czasie nauczyć dzieci jak najwięcej, i tak, żeby 

dziecko nigdy nie straciło wewnętrznie dusznego - wcale nie mam 

tu na myśli rozumowego, lecz wewnętrznie dusznego, odczucio-

wego - orientowania się w tym, ogarniania całości. 

Na pewno rozumieją państwo, że właśnie to stawia specjalne 

wymagania gronu nauczycieli. I, na przykład, na podstawie tego, 

co nazywam nauczaniem duszno-ekonomicznym, doszedłem do 

przekonania

1

, które chcę wyrazić bardzo zdecydowanie - może 

nie zawsze jest ono tak zdecydowanie realizowane - mianowicie: 

Gdy nauczyciel chce w ciągu pół godziny w prawdziwie ekono­

miczny sposób nauczyć dziecko czegoś, tak żeby nie poniosło ono 

żadnych szkód, to na przygotowanie potrzebuje przynajmniej 

dwóch, trzech godzin, żeby wszystko połączyć w taką wewnętrznie 

żywą, organiczną całość, jaką potem trzeba wnieść przez wrota 

1

 Dr Steiner w czasach młodości sam udzielał lekcji. Mówiąc o zasadzie ekonomi­

cznego nauczania, opowiadał czasem o doświadczeniu, jakie zdobył, ucząc chłopca 
z wodogłowiem. Zob. np.: Duchowe podstawy sztuki wychowania. Wykłady oks-

fordzkie, wykład V, wydawnictwo Genesis, Gdynia 2005. (przyp. tłum.) 

149 

background image

szkoły do klasy. Zatem taka zasada wychowawcza rzeczywiście 

stawia wielkie wymagania gronu nauczycieli. Te wielkie wyma­

gania wynikają jednak z samej istoty rzeczy i po prostu, na ile jest 

to możliwe, muszą być spełnione. 

Kiedy jednak te podstawowe myśli pedagogiczno-wychowaw-

cze chce się przetworzyć w rzeczywistość, gdy przed człowie­

kiem staje takie zadanie jak ukształtowanie stuttgarckiej Szkoły 

Waldorfskiej, wtedy wymaga to zupełnie specyficznego ukształ­

towania i rozłożenia nauczania i wychowania. Chciałbym w ogól­

nym zarysie przedstawić państwu, co i jak robimy w Szkole Wal­

dorfskiej. Dzisiaj nie będę jeszcze uzasadniał szczegółów - to 

właśnie będzie przedmiotem naszych następnych rozważań. Naj­

pierw chciałbym w ogólnym zarysie przedstawić państwu, co wła­

ściwie dzieje się w Szkole Waldorfskiej. 

Nauczyciel, przygotowany w opisany sposób, wchodzi zatem 

rano do budynku szkolnego. Dzieci zjawiają się w lecie nieco 

wcześniej, o ósmej, w zimie nieco później. Kiedy zgromadzą się 

w klasach, „zbiera się" je najpierw dzięki temu, że każdy nauczy­

ciel, każda nauczycielka zaczyna w swojej klasie od sentencji, 

która, w miarę możliwości, dotyka tego, co ogólnoludzkie, a tak­

że tego, co religijne. Sentencja ta jest recytowana lub śpiewana 

chórem przez całą klasę, przy czym ma ona w sobie coś z modlit­

wy. Po niej może nastąpić prawdziwa modlitwa. W naszej Szko­

le Waldorfskiej szczegóły przecież zawsze zależą całkowicie od 

indywidualności danego nauczyciela. 

Potem rozpoczyna się tak zwana lekcja główna, ta lekcja, ta 

nauka, która w zwykłych planach lekcji jest często pokawałkowa­

na. Właśnie z zasady duszno-ekonomicznej, na którą zwróciłem 

państwa uwagę, wynika konieczność, gdy przemyśli się tę zasadę 

do końca, całkowitego odstąpienia od zwykłego rozkładu lekcji. 

Do lekcji głównej nie stosujemy rozkładu lekcji w zwykłym sen­

sie. Postępujemy tak, że - w zależności od tego, kiedy można za­

kończyć jakiś dział - dziecko przez cztery do sześciu tygodni uczy 

się [danego działu] w swojej klasie przez pierwsze dwie godzi­

ny, pomiędzy którymi może być przerwa; w przypadku małych 

dzieci musi być przerwa. Zatem przez cztery do sześciu tygodni 

150 

przerabiamy jakiś dział, geografię czy arytmetykę. Po upływie 

tych czterech do sześciu tygodni rozpoczynamy inny dział, na 

który znów przeznaczamy odpowiednią ilość czasu i którego nie 

przerywamy nieustannie, i zgodnie z planem lekcji, czymś innym. 

Zatem w ciągu całego roku w sposób duszno-ekonomiczny 

uczymy dziecko tego, co zgodnie z odpowiednimi zasadami 

powinno znajdować się w planie nauczania. To sprawia, że nie 

stawia się wielkich wymagań, wskutek których dziecko w jakim­

kolwiek momencie miałoby poczucie, że trudno jest mu nadążyć. 

Ono nigdy nie powinno mieć takiego poczucia. To, co dzieje się 

w trakcie nauczania, powinno być tak ukształtowane, żeby dzie­

cko nigdy nie miało poczucia, że posuwanie się naprzód przyspa­

rza mu trudności - przeciwnie, powinno ciągle tęsknić do fakty­

cznego przechodzenia od jednego do drugiego. A to sprawia, że 

dziecko właściwie nigdy nie staje wobec pokusy rozważania cze­

goś w oderwaniu - zawsze trzeba dojść do wzajemnych powiązań. 

Potem zaś, gdy zbliża się zakończenie roku szkolnego, czymś 

oczywistym jest z kolei to, że w pewnego rodzaju powtórzeniu 

- można to zrobić, wszystko pięknie ze sobą łącząc - znów sta­

wiamy przed duszą dziecka to wszystko, czego, jak to się mówi, 

nauczyliśmy je w różnych okresach przez cały rok. 

Zatem wszystko, co jest właściwą lekcją główną należy do tej 

kategorii. I ciągle staramy się, żeby w czasie tych czterech czy 

sześciu tygodni przekazać dziecku pewną całość, która właśnie 

dlatego, że jest całością daje mu coś, co zabiera ono ze sobą w ży­

cie tak, jak powinno te rzeczy zabrać w życie. 

Proszę bowiem tylko pomyśleć: chcąc we właściwy sposób 

dbać o kończyny dziecka, będziemy unikać wciskania ich w takie 

ubranie, które utrudniałoby ich wzrastanie. Będziemy tak dbać 

0 ciało dziecka, żeby człowiek aż do późnej starości mógł swobo­

dnie rozwijać się zgodnie z istniejącymi w nim zasadami wzrostu. 

Tak samo musimy też postępować wobec wszystkich dusznych 

1 duchowych sił dziecka. Jeśli dajemy dziecku gotowe, precyzyj­

ne wyobrażenia, to przecież nie mogą one rosnąć wraz z rozwi­

jającym się życiem [wewnętrznym] człowieka. Z wyobrażeniami, 

odczuciami, impulsami woli, jakie przekazujemy dziecku, musimy 

151 

background image

tak postępować, jak z kończynami człowieka. Nie możemy ich 

„ubierać" w sztywne, abstrakcyjne definicje, które człowiek po­

tem zachowa, tak że w czterdziestym piątym roku życia będzie uj­

mował pojęciowo jakąś rzecz tak samo, jak tego uczono go w ós­

mym roku życia - to nie powinno się zdarzyć tak samo, jak to, że 

w wieku czterdziestu pięciu lat człowiek miałby mały palec taki 

jak w wieku ośmiu lat! Chodzi o to, żebyśmy także dusznie tak 

rozwijali organizm dziecięcy, żeby jego poszczególne człony mo­

gły naprawdę wzrastać, czyli żebyśmy nie uczyli go czegoś tak 

sztywnego, tak mocno uformowanego, że w czterdziestym piątym 

roku życia nadal będzie myślał i odczuwał daną rzecz tak jak 

w ósmym, dziewiątym roku życia. Jest to jednak możliwe tylko 

wtedy, gdy uczymy dzieci tych rzeczy we wspomniany już prze­

ze mnie, duszno-ekonomiczny sposób. 

Dalsza część przedpołudnia poświęcona jest na „bardziej 

swobodne" przedmioty

2

. (Wprawdzie czuję wstręt do używania 

określenia przedmioty, ale cóż, ono jest już powszechnie używa­

ne). Wśród nich największą rolę odgrywają przede wszystkim 

współczesne języki obce. Ponieważ języki te powinny naprawdę 

wniknąć w życie dziecka jako praktyczna umiejętność, wprowa­

dzamy je od momentu przyjścia dziecka do szkoły w szóstym, 

siódmym roku życia i tak je pielęgnujemy, że dziecko może się 

naprawdę wżyć w język obcy, a zatem tak, że w nauce języka ob­

cego unikamy używania mowy ojczystej jako pośrednika. 

Ponieważ dzieci, które mamy teraz przed sobą, są starsze niż 

wtedy, gdy uczyły się mowy ojczystej, musimy naturalnie nieco 

inaczej poprowadzić nauczanie innego języka. Tak to musi być 

właśnie wtedy, gdy zwraca się uwagę na wiek. Ale dzieci muszą 

mimo to tak wżyć się w mowę, żeby wyrażając coś w danym języ­

ku, nie tłumaczyły sobie ciągle po cichu. Tej zasady tłumaczenia 

Ł

 Na przedmiotach objętych lekcją główną (język ojczysty, matematyka, historia 

itp.) dzieci muszą opanować pewną wiedzę, która sama w sobie stanowi istotny ele­
ment tych lekcji. Na „bardziej swobodnych" przedmiotach - jak je tu określił dr Stei-

ner - najistotniejsze są umiejętności, praktyczne wdrażanie się w coś (np. zdobycie 
umiejętności mówienia w języku obcym). Nauczyciel ma wtedy znacznie większą 
swobodę działania, (przyp. tłum.) 

152 

sobie powinno się absolutnie unikać. Kiedy zatem uczymy dzie­

cko jakiegoś słowa lub szyku wyrazów, powiedzmy, w najprost­

szym przypadku: stół, okno, to ten stół [wypowiedziany w innym 

języku] wiążemy nie z niemieckim słowem, lecz z prawdziwym 

stołem; czy okno - z prawdziwym oknem. Języka obcego uczymy, 

bezpośrednio nawiązując do rzeczy, do przedmiotów, tak że dzie­

cko uczy się najpierw mówić, potem uczy się tłumaczyć, o ile to 

ostatnie w ogóle okaże się czymś pożądanym w tym czy w in­

nym wypadku. 

Można rzeczywiście zauważyć, że unikając zwykłej gramaty­

ki i tak dalej, osiąga się tu coś, co dzieci przyswajają sobie w żywy 

sposób. O szczegółach będziemy mówić, omawiając w następ­

nych dniach poszczególne etapy rozwojowe. Teraz chciałbym ra­

czej tylko w ogólnym zarysie przedstawić państwu zewnętrzną 

stronę funkcjonowania Szkoły. 

Na ten czas przypada też jeszcze coś, co trzeba traktować jako 

coś szczególnie ważnego: prace ręczne; a po części także zajęcia, 

które zazwyczaj nazywane są lekcjami rozwijającymi zręczność 

manualną

3

. Prace ręczne są prowadzone jednakowo zarówno dla 

chłopców, jak i dla dziewczynek - zgodnie z zasadą Szkoły Wal-

dorfskiej, łączącą w jednej klasie chłopców i dziewczynki. Lekcje 

prac ręcznych sprawiają człowiekowi wielką radość, gdy [widzi, 

jak] chłopcy i dziewczynki razem robią na dmtach, razem szydeł­

kują i wykonują inne tego rodzaju prace. Na podstawie praktyki 

szkolnej można naprawdę zaręczyć, że chłopiec, choć z robienia na 

dmtach wynosi coś innego niż dziewczynka, to jednak także wie­

le z tego wynosi i przede wszystkim, że robi na dmtach z wielką 

radością. To wspólne pracowanie, jak się dotychczas okazało - tak­

że to będę jeszcze omawiał szczegółowo - jest nad wyraz korzyst­

ne dla ogólnego rozwoju człowieka. Na lekcjach rozwijających 

zręczność manualną dziewczynki muszą z kolei robić dokładnie 

to samo co chłopcy, cięższe prace, tak że wszędzie można zwra­

cać uwagę na zręczność, na rozwijanie zręczności człowieka. 

3

 Z nich rozwinęły się dzisiejsze warsztaty szkoły waldorfskiej, które dr Steiner 

uznałby zapewne za równie ważne jak prace ręczne, (przyp. tłum.) 

153 

background image

Na czas późniejszych lekcji przedpołudniowych przypada tak­

że jeszcze to, co można nazwać właściwym nauczaniem świato­

poglądowym. Tu chciałbym zaznaczyć, że Szkole Waldorfskiej, 

i w ogóle każdej szkole, która wywodziłaby się z ruchu antropo-

zoficznego, nie zależy, naturalnie, na wprowadzaniu dzieciom 

antropozofii w jej dzisiejszej formie. Uważałaby to wręcz za naj­

bardziej opaczną rzecz, jaką można byłoby zrobić. Antropozofię 

bowiem, tak jak się ona dzisiaj przedstawia, trzeba przecież oma­

wiać zrazu z osobami dorosłymi, często już dobrze posiwiałymi. 

Dlatego też literaturze antropozoficznej i sposobowi, w jaki an-

tropozofia zwraca się do ludzi, nadano taką formę, w jakiej mówi 

się do dorosłych. I dlatego musiałbym uznać za coś w najwyż­

szym stopniu opacznego, gdyby chciano jakoś przekazać dziecku 

to, co znajduje się w mojej „Teozofii"

4

 czy w mojej książce „Jak 

osiągnąć poznanie wyższych światów?"

5

. To nigdy nie ma prawa 

się zdarzyć, gdyż wskutek wprowadzenia dziecku czegoś zupełnie 

nieodpowiedniego na ten wiek, doprowadziłoby się je, jak to się 

mówi po niemiecku - proszę mi wybaczyć nieco trywialne okre­

ślenie - do wyjścia z siebie. Nie może ono tego zrobić, ale sie­

dzi w nim ta tęsknota za wyjściem z siebie. 

Nie chodzi więc o to, żeby do samej szkoły wnieść coś, co 

stanowi dzisiaj treść antropozoficzną Chodzi o to, że antropo-

zofia nie jest teorią nie jest teoretycznym, pozostającym tylko 

w sferze idei światopoglądem, lecz jest pełnym życia systemem, 

który angażuje całego człowieka. Kiedy zatem do szkoły przycho­

dzi nauczyciel, który jest antropozofem, to stał się on już zręcznym 

człowiekiem i dysponuje pewną sztuką pedagogiczno-dydaktycz-

ną i o tę sztukę właśnie chodzi. 

Zatem Szkoła Waldorfska powinna być szkołą opartą na pe­

wnej metodyce, a tę metodykę powinno się wywodzić ze świato­

poglądu antropozoficznego. Tak już jest, że gdy człowiek przy­

swaja sobie taki życiowo praktyczny światopogląd, to nie staje 

4

 Rudolf Steiner, Teozofla, GA 9, wydawnictwo Spektrum, Warszawa 2002. 

5

 Rudolf Steiner, Jak osiągnąć poznanie wyższych światów?, GA 10, wydawnictwo 

Genesis, Gdynia 2000. 

154 

się przez to odwróconym od świata teoretykiem, lecz zręcznym 

człowiekiem. Nie twierdzę jednak, że wszyscy, którzy uczestniczą 

w mchu antropozoficznym, urzeczywistniają pod tym względem 

wszystkie ideały. Tak nie jest. Ciągle jeszcze spotykam w mchu 

antropozoficznym mężczyzn, którzy, gdy urwie im się guzik 

w spodniach - proszę mi wybaczyć ten dosadny przykład - nie są 

w stanie samodzielnie przyszyć go z powrotem zgodnie ze wszy­

stkimi regułami sztuki. Nie jest się, naturalnie, pełnym człowie­

kiem, jeśli się tego nie potrafi. I przede wszystkim niejednokrot­

nie brakuje jeszcze wewnętrznej postawy, która, ujęta w słowa, 

brzmi: Nie można być filozofem, jeśli się nie potrafi, gdy jest to 

konieczne, także i buta załatać sobie samodzielnie. Jest to oczy­

wiście powiedziane dość radykalnie, ale wyraża coś, co na pewno 

państwo zrozumieją. 

Ten, kto chce głosić coś teoretycznego, musi być znacznie 

mocniej osadzony w życiu niż ten, kto jest na przykład krawcem 

czy szewcem, inżynierem czy kimś takim. Ujmę to tak: Wypowia­

danie czegoś teoretycznego można wybaczyć tylko komuś, kto 

jest również praktykiem życiowym. W przeciwnym razie wszyst­

kie jego teoretyczne wypowiedzi będą od razu czymś, co właści­

wie nie ma już wiele wspólnego z życiem. 

Dzięki temu, że nauczyciele wnoszą w ten sposób antropo­

zoficzną praktykę życiową do szkoły, powinni, jako artyści, po­

trafić zawsze znaleźć to, co właściwe, czyli to, co trzeba przed­

sięwziąć, kierując się tym, co objawia dziecko. Gdy bowiem 

wniesie się do szkoły sposób działania cechujący artystę wycho­

wania i nauczania, wtedy w poszczególnym wypadku zadziała 

instynkt, podsuwając to, co najlepsze. Dzisiaj w życiu zewnętrz­

nym tak się właściwie w ogóle nie dzieje. 

Mówiąc to, nie chcę nikogo urazić. Ktoś, kto dostaje pracę 

w szkole, sam przecież musi najbardziej odczuwać to, co mówię; 

musi uważać siebie raczej za ofiarę swoich czasów, ponieważ nie 

może inaczej. Nie może inaczej choćby dlatego, że przeszedł 

mękę gimnazjum i szkoły wyższej. Ale praktyczna umiejętność 

nauczania polega na tym, że w każdym momencie potrafimy 

zrobić coś innego - w zależności od tego, co nam dziecko mówi, 

155 

background image

że powinniśmy zrobić

6

. Czy jednak w szerokim świecie tak się 

wychowuje? W szerokim świecie wychowuje się tak, że z góry 

wiadomo: to ma się stać, tego trzeba dziecko uczyć. Często od­

noszę wrażenie, że, z punktu widzenia takiego stanowiska wycho­

wawczego, dziecko wcale nie jest potrzebne przy realizowaniu 

tego wszystkiego. Zgodnie z dzisiejszymi zasadami szkolnymi 

można byłoby równie dobrze, gdy przyjmuje się dzieci do szkoły, 

zrobić ich kopie z masy papierowej, i potem nauczyciel robiłby 

z tymi kopiami to samo - jest to przecież z góry ustalone - zupeł­

nie to samo, co teraz robi z prawdziwymi dziećmi w każdej kon­

kretnej sytuacji. 

Zatem z całą pewnością nie chcemy tworzyć szkoły świato­

poglądowej, jak można by łatwo sobie wyobrażać, słysząc tylko: 

„Antropozofowie założyli tam szkołę". Chodzi o to, żeby wnieść 

antropozofię do praktyki pedagogicznej. 

Dlatego też było dla mnie czymś stosunkowo obojętnym, że 

ów kulminacyjny punkt życia światopoglądowego, światopo­

gląd religijny, po prostu pozostawiliśmy odpowiednim przed­

stawicielom tradycyjnych wyznań religijnych. I tak katolickie 

lekcje religii spokojnie oddaliśmy do dyspozycji katolickiemu 

duchownemu, ewangelickie - ewangelickiemu. Nie obawialiśmy 

się, że coś, co oni popsują mogłoby nie dać się naprawić przez 

coś innego. Przy tym jednak okazało się, gdy nasz przyjaciel Emil 

Molt założył Szkołę Waldorfską w Stuttgarcie, że główną gmpę 

stanowiły zrazu dzieci proletariuszy z jego fabryki. Były to w więk­

szości dzieci dysydentów

7

, które, gdyby poszły do innej szkoły, 

w ogóle nie chodziłyby na lekcje religii, wzrastałyby bez religii. 

Powstała w nich potrzeba - zarówno w samych dzieciach, w spo-

b

 Takie sformułowanie może wywoływać nieporozumienia, gdyż kojarzyć się mo­

że z tzw. bezstresowym wychowaniem, w którym nauczyciel podporządkowuje się 
zachciankom dziecka. Tutaj chodzi jednak o ten sposób mówienia, który nauczyciel 
rozumie dopiero wtedy, gdy zna procesy rozwojowe i z zachowania dziecka potrafi 
odczytać jego potrzeby, (przyp. tłum.) 

7

 Z kontekstu wynika, że dr Steiner miał na myśli nie tyle innowierców, czyli oso­

by należące do innego kościoła niż kościół panujący na danym terenie, co ludzi po­
zostających w ogóle poza kościołami, (przyp. tłum.) 

156 

sób, w jaki może się to objawić u dzieci, jak i w ich rodzicach -

żeby jednak też mieć coś takiego i wtedy musieliśmy zorganizować 

dla nich nasze wolne [pozawyznaniowe] lekcje religii. Prowadzą 

je - podobnie jak lekcje religii ewangelickiej prowadzi pastor, a ka­

tolickiej ksiądz katolicki - nasi nauczyciele, którzy wtedy uważają 

siebie za takich samych nauczycieli religii jak pozostali włączeni 

w plan lekcji nauczyciele religii. Zatem prowadzi się antropozofi-

czne lekcje religii. I doszliśmy do tego, że te wolne, antropozoficz-

ne lekcje religii - dzisiaj obejmujące już także wiele innych dzieci 

- znaczą dla dzieci proletariuszy właśnie coś bardzo obiecującego. 

Pojawia się tu jednak pewna szczególna trudność; mamy bo­

wiem antropozofię dla dorosłych, a nauczyciel, gdy prowadzi 

swoje antropozoficzne lekcje religii, musi się dzisiaj zmagać, by 

stworzyć treści ujmujące to, co powinien przerobić z dziećmi. To, 

co stanowi światopogląd antropozoficzny, trzeba dopiero przelać 

w formę, w jakiej można go przedstawić dziecku. Często pracuje­

my nad opracowaniem dla dziecka owego współczesnego, odpo­

wiedniego dla ducha ludzkiego światopoglądu. Tu rzeczywiście 

jest konieczne głębokie wniknięcie w to, jak dalece oddziałują na 

dziecko na przykład symbole, których trzeba użyć, i jak wchodzą 

tu w grę imponderabilia. O tym będziemy zaraz mówić. 

Takiej szkoły jak Szkoła Waldorfską - nawet jeśli w ogólnoś­

ci musi się ona kierować zasadą odczytywania planów nauczania, 

celów nauczania z istniejącej wiedzy o człowieku - nie można 

jednak ukształtować dzisiaj zgodnie z ideałem; na pewno to pań­

stwo zrozumieją. Konieczne jest zawarcie najróżnorodniejszych 

kompromisów, bowiem nie jest możliwe, żeby dzisiaj na przykład 

w pełni tak wychowywać i uczyć dziecko, jak można by je uczyć, 

realizując pewien abstrakcyjny ideał - powiedzmy, myśl leżącą 

u podstaw Szkoły Waldorfskiej. Zostałoby ono wtedy tak wpro­

wadzone w życie, że po prostu nie mogłoby się w nim odnaleźć. 

Stosunkowo łatwo jest w najrozmaitszy sposób krytykować współ­

czesne życie. Wiele może się w nim nie podobać i można oddawać 

się bardzo przenikliwemu, bardzo inteligentnemu krytykowaniu 

157 

background image

i dowodzeniu, że wszystko powinno być inaczej. Ale nie można 

tak wychowywać ludzi, żeby potem, gdy ze szkoły przejdą w ży­

cie, potrafili jedynie krytykować bezsensowność życia. Choćby 

życie było nie wiem jak niedoskonałe z punktu widzenia abstrak­

cyjnej krytyki intelektualnej, człowiek musi w nim uczestniczyć. 

Dzieci waldorfskie muszą faktycznie wyjść ze szkoły i wejść 

w życie - inaczej Szkoła Waldorfska nie miałaby sensu. W mię­

dzyczasie na ich człowieczeństwo zważa się bardziej, niż zwyk­

le ma to miejsce w naszych dzisiejszych czasach; ale nie wolno 

z nich zrobić ludzi w tym sensie wyobcowanych ze swoich cza­

sów, że wejdą w nie jedynie jako nieprzystosowani do życia, zło­

śliwi krytycy. To chcę zaznaczyć. I dlatego zaraz na początku 

musiało dojść do zawarcia najróżnorodniejszych kompromisów, 

także w odniesieniu do planów nauczania i celów nauczania. Mo­

żna było wprowadzić jedynie to, co było możliwe. Dlatego od 

razu przy zakładaniu szkoły opracowałem memorandum

8

, które 

przedłożone zostało wyższym władzom szkolnym i które miało 

mniej więcej taką treść: Od rozpoczęcia przez dziecko szkoły, od 

szóstego, siódmego roku życia do skończonego dziewiątego roku 

życia, czyli gdzieś do zakończenia trzeciej klasy, dziecko w po­

szczególnych latach będzie w możliwie nieskrępowany sposób 

uczone podług tego, co uważamy za właściwe. W tym czasie de­

cyzje dotyczące rozłożenia materiału nauczania, ustalania celów 

nauczania podejmuje samodzielnie nauczyciel lub też kolegium 

nauczycieli, które jest zorganizowane i działa w sposób całkowicie 

reprezentacyjny

9

. W ogóle wielką wagę przywiązujemy w Szkole 

do tego, żeby poszczególny nauczyciel znał nie tylko swoje dzie­

ci, lecz żeby między gronem nauczycieli a dziećmi mógł powstać 

odpowiedni związek, rozciągający się także na czas pauz, żeby te 

8

 Zob.: „Wprowadzenie" w Konferenzen, GA 300 a-c, tom I. [Zobacz też : Du­

chowe podstawy sztuki wychowania. Wykłady oksfordzkie, GA 305, wykład VIII, 
wydawnictwo Genesis, Gdynia 2005.] 

y

 Członkami kolegium nauczycieli byli wszyscy nauczyciele. Kolegium to sta­

nowiło de facto organ zarządzający Szkołą, reprezentowało więc całą Szkołę. A je­
dnocześnie, jak można odczytać z następnych zdań, także poszczególny nauczyciel 
był postrzegany jako reprezentant całej szkoły, (przyp. tłum.) 

158 

czy inne dzieci szukały rady także u tego nauczyciela, który im się 

akurat spodoba, i tak dalej. Gdy przychodzi się do Szkoły Wal-

dorfskiej, to prawdziwą radość sprawia obserwowanie, jak życzli­

wie poszczególne dzieci odnoszą się do nauczycieli w czasie pauz, 

a także potem, kiedy nie ma już lekcji. 

Zatem w tym czasie, od około szóstego, siódmego roku ży­

cia do dziewiątego, dziesiątego roku życia, nauczanie prowadzo­

ne jest według tej zasady. Zarazem jednak dąży się do tego, by 

po skończeniu III klasy każde dziecko osiągnęło takie postępy 

w nauce, żeby w innej szkole mogło także być przyjęte do IV kla­

sy. Tak że dziecko nie zostaje „wyjęte" z życia, lecz daje mu się 

coś, czym wyprzedza pozostałych, ale też nie tak, żeby nie mo­

gło się ono włączyć w to pozostałe życie. 

Tak samo przestrzega się, żeby od skończenia dziewiątego 

roku życia, od III klasy, do dwunastego roku życia, do ukończe­

nia VI klasy, nauczanie przebiegało ściśle według takiej zasady, że 

po skończeniu 12. roku życia dziecko znowu jest w stanie przejść 

do innej szkoły, do VII klasy, i dobrze tam sobie radzi. Trzeba 

było zawrzeć takie kompromisy, ponieważ nie chcemy być fa­

natykami - w odniesieniu do dążeń Szkoły Waldorfskiej chcemy 

być właśnie ludźmi życiowo praktycznymi. A gdy w 14. roku 

życia dziecko ukończy szkołę powszechną powinno móc rozpo­

cząć naukę w odpowiedniej klasie szkoły realnej, w gimnazjum 

i tak dalej, jak też się nazywają te wszystkie piękne rzeczy przy­

chodzące po szkole powszechnej; tak że naprawdę przestrzega się 

tego wszystkiego, co właśnie naszkicowałem. 

Teraz zaś, po założeniu najpierw pełnej szkoły powszechnej, 

w której dzieci były do ukończenia 14. roku życia, co roku doda­

jemy nową najstarszą klasę i staramy się tak rozwinąć Szkołę, że­

by najpierw naprawdę dojść do tego etapu, do którego dochodzą 

młodzi ludzie, gdy skończą szkołę realną lub gimnazjum, czyli 

gdy chcą wstąpić na uniwersytet czy do jakiejś szkoły wyższej. 

Zatem musimy naturalnie tak ukształtować także całe wycho­

wanie i nauczanie, żeby młodzi ludzie mogli potem zdać, jak mó­

wi się w Austrii, egzamin dojrzałości czy, jak mówi się w Niem­

czech, zdać maturę. W innych krajach te piękne rzeczy nazywają 

159 

background image

się jeszcze inaczej. Ale tak czy inaczej dzieci powinny osiągnąć 

taki poziom, żeby mogły potem wstąpić do jakiejś szkoły wyższej. 

My sami nie mamy jeszcze możliwości założenia własnej szkoły 

wyższej, bowiem cokolwiek czynimy w tym kierunku, absolutnie 

wszędzie ma to charakter prywatny. Żadne państwo nie zezwoliło­

by nam na wystawianie w samodzielnie założonej szkole wyższej 

ważnych świadectw z nieprzeprowadzonych egzaminów - gdyż, 

naturalnie, nie przeprowadzalibyśmy żadnych egzaminów. 

Jesteśmy zatem zmuszeni do ułożenia rzeczywistego planu 

pracy w Szkole Waldorfskiej w sposób kompromisowy i w żadnym 

razie nie chcemy temu zaprzeczać. Chodzi jednak o to, żeby z du­

cha, którego niedawno opisywałem, wprowadzić teraz w te ramy 

tyle, ile tylko się da. Kiedy założyliśmy Szkołę Waldorfską to na­

turalnie dostaliśmy dzieci z najróżniejszych klas szkolnych - po­

nieważ od razu założyliśmy ją jako pełną szkołę powszechną. 

Mieliśmy więc mnóstwo okazji, by u naszych waldorfskich dzieci 

zobaczyć jeszcze owoce owej tak surowej dyscypliny w tych szko­

łach. Teraz mamy już za sobą nieco ponad dwa lata dyscypliny 

waldorfskiej. Później omówię także szczegóły dyscypliny szkol­

nej. Mamy za sobą tę dyscyplinę waldorfską która najczęściej po­

lega na tym, że znosimy dyscyplinę. A jednak odnotowaliśmy na 

przykład coś, o czym chcę wspomnieć, jako o pewnym symptomie. 

Przed kilkoma tygodniami mieliśmy położyć kamień węgiel­

ny pod większy budynek szkolny - bo przecież ciągle byliśmy 

w prowizorycznych pomieszczeniach. Miałem poczucie, że akt 

położenia kamienia węgielnego wymaga uczestnictwa wszyst­

kich dzieci. Ale cóż, w życiu tak już jest, że wszystko trwa dłu­

żej, niż się zazwyczaj zamierza, i tak wszystkie dzieci były już 

na miejscu, gdy my dopiero zaczynaliśmy czynić przygotowania 

do położenia kamienia węgielnego. Najpierw musiałem spotkać 

się z kolegium nauczycieli i z paroma innymi osobami. Ale 

wszystkie dzieci już tam były. My zaś musieliśmy zasiąść razem 

w tak zwanym pokoju konferencyjnym, w pokoju nauczyciel­

skim. Co zrobić z dziećmi? Administrator Szkoły

10

 powiedział 

Verwalter der Schule (zarządca, administrator albo też dyrektor) - w Szkole 

160 

po prostu: „Odeślemy je do klas. One poczyniły już takie postę­

py, że możemy spokojnie odesłać je do klas; będą się tam zacho­

wywać należycie, robiąc coś, co nie będzie nam przeszkadzało". 

To znaczy, że z tą bardzo sporną dyscypliną jaką dzieci przy­

niosły nam ze sobą ze znoszeniem tej dyscypliny w nasz sposób, 

zaszliśmy na tyle daleko, że mogliśmy odesłać dzieci do klas i one 

zupełnie nam nie przeszkadzały. Naturalnie nie można tego brać 

całkiem dosłownie. „Nerwowym uszom" przeszkadzałoby to, być 

może, także jeszcze teraz, ale to przecież nic nie szkodzi. Dzieci, 

które nie przeszkadzają „nerwowym uszom" z reguły właśnie nie 

są chowane w dobrej dyscyplinie. Zatem okazało się, że za spra­

wą imponderabilnego oddziaływania takiej postawy szkoły zmie­

niło się niejedno z tego, co w praktyce szkolnej występuje zwykle 

jako coś oczywistego i czym trzeba się też zajmować. 

I tak, na przykład, w zwykłej praktyce szkolnej, jak państwo 

zapewne też już słyszeli, powinno się mieć [do dyspozycji] pewne 

rodzaje kar. Naturalnie na początku trzeba z nimi także poekspe-

rymentować, żeby dopiero dojść do tego, jak należy postępować. 

I tak kiedyś, gdy coś takiego weszło pod obrady, jeden z naszych 

nauczycieli mógł przekazać nam prawdziwie piękną wiadomość, 

którą chcę państwu tutaj powtórzyć. Chciał on najpierw wypró­

bować, jakie wrażenie zrobią na dzieciach kary określonego ro­

dzaju; działo się to - gdy dzieci zażyły już trochę dyscypliny 

naszej Szkoły - akurat w klasie, w której są okropni hultaje. Otóż 

ci hultaje - tak w Niemczech nazywa się szczególnych nicponi 

- ci nicponie źle postąpili i powinni zostać ukarani, tak trochę we­

dług tego wzorca, który stosuje się też w innych szkołach. Mieli 

pozostać po lekcjach i trochę, jak to się mówi, posiedzieć w kozie 

i robić w tym czasie zadania z rachunków. I gdy tylko kara ta zo­

stała wyznaczona poszczególnym osobom w klasie, to proszę bar­

dzo!, przyszły wszystkie inne dzieci i powiedziały, że one też chcą 

zostać i rachować, bo tak pięknie byłoby sobie porachować. 

Waldorfskiej nie było jednak takiej osoby w ścisłym znaczeniu tego słowa. 
Prawdopodobnie chodziło o kogoś z kolegium nauczycieli, pełniącego te 
obowiązki, (przyp. tłum.) 

161 

background image

Zatem pojęcie kary przeszło całkowitą metamorfozę. Stało 

się czymś zupełnie innym, [kara stała się] czymś godnym pożą­

dania dla całej klasy. To są rzeczywiście rzeczy, których się nie 

osiągnie, gdy zmierza się do nich, że tak powiem, w sposób bez­

pośredni - one przychodzą jako następstwo, gdy inne rzeczy pie­

lęgnuje się we właściwy sposób. Wiem, że o niektórych działa­

niach dyscyplinujących [stosowanych w naszej Szkole] myślano 

by dzisiaj w życiu zewnętrznym dość krytycznie. 

I tak kiedyś miałem możliwość bardzo wyraźnego zaobser­

wowania, ile zależy od tego, jaki jest ów wynikający z różnych 

charakterologicznych cech uczniów i nauczycieli czy wycho­

wawców naturalny kontakt między nauczycielem a uczniem. Mo­

żna rzeczywiście powiedzieć, że od sposobu, w jaki nauczyciel 

- [wynurzając się niejako] z całego ducha życia szkolnego -

wchodzi rankiem do szkoły, od tego, czy dzieci obdarzają go sym­

patią czy antypatią zależy to, czy dzieci w ogóle coś skorzystają 

czy nie. I można wręcz dyskutować, czy bardziej przydatny jest 

niedbały nauczyciel, który w ogóle nie stosuje żadnych prawi­

dłowych zasad, czy nauczyciel, który chce stosować nad wyraz 

dobre, lecz abstrakcyjne, nie przekładające się na praktykę ży­

ciową znakomite zasady pedagogiczno-dydaktyczne. (Takich 

zasad jest dzisiaj pod dostatkiem. Wcale też nie drwię, kiedy na­

zywam je bardzo pomysłowymi). Można o tym dyskutować; ale 

gdy do klasy wchodzi niedbały, opieszały nauczyciel, który jed­

nak ze względu na całą swoją istotę wypromieniowuje na swoją 

klasę coś z miłości, to dzieci wprawdzie też nie będą całkiem 

przykładne, ale wezmą w życie więcej czegoś przydatnego niż 

wtedy, gdy do klasy wchodzi nauczyciel, który ze względu na 

całą swoją istotę wywołuje antypatię i, dysponując znakomitymi 

zasadami wychowawczymi, uczy dzieci swojego przedmiotu. 

Wtedy można doświadczyć, że właśnie za sprawą znakomitych 

zasad wychowawczych - gdy życie nauczyciela wywołuje anty­

patię - dzieci wnoszą w późniejsze życie straszną jak się to dziś 

nazywa, nerwowość. 

O tych wszystkich rzeczach można dyskutować i trzeba dy­

skutować, jeśli poważnie traktuje się sztukę wychowania i nau-

162 

czania. Dlatego znalazłem się kiedyś w szczególnej sytuacji, któ­

ra z niejednej strony zostanie, naturalnie, oceniona jako coś stra­

sznego. Kiedyś, gdy znów byłem w Szkole, opowiedziano mi, że 

pewnego chłopca w jednej z klas absolutnie nie można przywo­

łać do porządku, że dopuścił się on wszelkich możliwych „okrop­

ności" i że nauczyciele uczący w jego klasie nie wiedzą co z nim 

począć. Poprosiłem tego chłopca do siebie, chcąc zobaczyć, jak to 

właściwie z nim jest. Na pewno zgodzą się państwo ze mną że 

w takim przypadku w wielu szkołach zastosowano by tęgie la­

nie czy może łagodniejsze kary lub coś w tym rodzaju. No cóż, 

wypytałem tego chłopca bardzo dokładnie i wynik mojego ba­

dania był taki, że przeniosłem go z klasy, w której był, do klasy 

o rok wyżej; to była jego „kara". Od tego czasu nie słyszałem 

skarg. Jego nauczyciel potwierdził, że teraz jest wręcz wzorowym 

chłopcem. Teraz wszystko jest w porządku - i przecież o to wła­

śnie chodzi. 

Widzą państwo, chodzi o właściwe wejrzenie w dziecięce 

uczucia i spojrzenie na całą dziecięcą naturę. Po prostu nie dało 

się doprowadzić do nawiązania głębszego kontaktu między tym 

chłopcem a jego pierwszym nauczycielem, a ponieważ inteligen­

cja chłopca pozwalała, żeby przenieść go o klasę wyżej - nie by­

ło tu klasy równoległej - to trzeba było to zrobić. Zniszczyłoby się 

go całkowicie, przenosząc go o klasę niżej. 

Kiedy zatem w tych wszystkich rzeczach ma się na uwadze 

dobro człowieka i jego rozwój, to powstają z tego prawidłowe 

działania w wychowaniu i nauczaniu. I dlatego ciągle trzeba przed­

stawiać poszczególne [kwestie] w sposób, że tak powiem, sympto­

matyczny. Szkoła Waldorfska - tego w żadnym razie nie chcemy 

się wypierać - pod wieloma względami faktycznie zbudowana jest 

na kompromisach; ale nauczanie i wychowanie prowadzone jest 

- tak dalece, jak to jest tylko dzisiaj możliwe - zgodnie z prawdzi­

wym poznaniem człowieka. 

Zatem przedpołudnie wypełnione jest tak, jak to już państwu 

naszkicowałem. Pewne rzeczy, na przykład także języki anty­

czne, musimy włączyć do programu z tego powodu, że musimy 

doprowadzić uczniów i uczennice aż do szkoły wyższej. Właśnie 

163 

background image

w nauczaniu języków antycznych konieczne jest szczególne zwró­

cenie uwagi na ekonomię duszną. Zatem także lekcje łaciny i gre­

ki przypadają na godziny przedpołudniowe. 

Godziny popołudniowe poświęca się potem na zajęcia zwią­

zane ze sferą cielesno-fizyczną: na gimnastykę, na eurytmię, na 

zajęcia, które mają wybitnie artystyczny charakter. Szczegółowo 

omówimy to w następnych dniach. Właśnie element artystyczny 

odgrywa w całym naszym nauczaniu w Szkole Waldorfskiej decy­

dującą rolę. 

Istotne jest, żeby z tym wszystkim, co stanowi, że tak powiem, 

wychowanie przez głowę i nauczanie przez głowę, nauczyciele 

dali sobie radę na lekcjach przedpołudniowych. I dopiero wtedy, 

gdy to już się zakończy, powinni po południu prowadzić z dzie­

ćmi zajęcia odnoszące się do sfery cielesno-fizycznej, na ile nie 

wyładują jej one w wolnych godzinach przed południem. A gdy 

przejdzie się już do tego bardziej cielesno-gimnastycznego wy­

chowania, to potem nie kieruje się dziecka z powrotem do nauki 

przez głowę. Wspomniałem już, że działa to rujnująco na życie; 

w tym czasie bowiem, gdy dzieci oddają się temu, co rozwija sferę 

cielesno-fizyczną- szczegóły będziemy dokładnie omawiać w na­

stępnych dniach - w dziecku, w sposób dla niego nieświadomy, 

pracuje to, co nadzmysłowe, i głowa nie jest już w stanie, po tym, 

jak oddawała się temu cielesno-fizycznemu wychowaniu, powró­

cić po tych zajęciach do pracy umysłowej. Wstawienie godziny 

zajęć gimnastycznych pomiędzy pozostałe lekcje, nawet gdy nie 

jest to pełna godzina, i wierzenie, że takie przeplatanie będzie ko­

rzystne dla nauczania, jest całkowicie błędne. - Ów jednolity 

charakter, jaki dzięki temu uzyskuje nauczanie przedpołudniowe 

i nauczanie popołudniowe, okazuje się czymś naprawdę wspiera­

jącym rozwój człowieka. Gdy w taki sposób wszędzie nawiązuje 

się do tego, co ludzkie, wtedy także ludzkie powinowactwa

11

, te 

ludzkie wewnętrzne skłonności kształtują się w wychowywanym 

człowieku w jak najlepszy sposób. 

11

 Dr Steiner używa tu określenia (Affinitäten) oznaczającego w chemii zdol­

ność pierwiastków do łączenia się ze sobą. Można to tłumaczyć jako zdolność two­
rzenia związków, zdolność wiązania się z czymś, (przyp. tłum.) 

164 

Mówiłem o tym, jak byliśmy zmuszeni wprowadzić także 

pewnego rodzaju antropozoficzne lekcje religii dla dzieci. Ale 

właśnie do tych antropozoficznych lekcji religii bardzo szybko 

dołączyła się też inna potrzeba i musieliśmy następnie wprowa­

dzić uroczystość niedzielną, która ma w sobie coś z kultu i w któ­

rej dzieci uczestniczą z wielką żarliwością religijną. To, co w ob­

rzędzie oddziałuje na człowieka w obrazie, jest naprawdę czymś, 

co od strony wizualnej wnika w uczucia, w religijne odczuwanie. 

I tak ta mała uroczystość religijna, która w każde niedzielne przed­

południe przeprowadzana jest z udziałem dzieci, również ma nie­

zwykle głęboki wpływ na życie uczuciowe dziecka. 

Na zakończenie szkoły powszechnej trzeba to było rozsze­

rzyć. W Niemczech jest zwyczaj, że doprowadza się dzieci do 

konfirmacji - jest to rodzaj bierzmowania, osiągnięcie dojrzałoś­

ci do życia przez ceremonialne działanie, które ma też charakter 

nauczania. My także wprowadziliśmy coś podobnego dla dzieci 

kończących szkołę powszechną i także to wywarło na dzieciach 

nadzwyczajne, a przede wszystkim trwałe wrażenie, co także mo­

żna było już stwierdzić. 

Tego rodzaju praktyka szkolna i wychowawcza, opierająca 

się na wiedzy o człowieku, sprawia, że niejedno, czego się bez 

niej nie zauważa, okazuje się konieczne. Na przykład: w Niem­

czech jest tak, że pod koniec roku szkolnego dzieci dostają świa­

dectwa. No cóż, świadectwa trzeba im dać, żeby w ferie mogły 

zanieść coś do domu. Niemniej byliśmy zmuszeni zająć wobec 

tych świadectw bardzo specyficzne stanowisko. Muszę wyznać, 

że byłoby mi nadzwyczaj trudno odnaleźć się w Szkole Waldorf­

skiej, gdybym musiał uczestniczyć w tej powszechnej w Niem­

czech modzie na świadectwa. Nie mógłbym tego dobrze zrobić 

z prostego powodu: nigdy nie potrafiłem nauczyć się, jaka jest 

różnica między „zadowalającym" osiągnięciem szkolnym, „pra­

wie zadowalającym", „dostatecznym", „prawie dostatecznym", 

„ledwie dostatecznym" i tak dalej. A jeszcze ujmuje się to cy­

frowo, tak że w Niemczech niektóre świadectwa szkolne wyglą­

dają potem tak: tu z jednej strony wypisane są przedmioty, a po­

tem obok nich: 4

1

/2, 3, 3-4 i tak dalej. Przez całe swoje życie nie 

165 

background image

potrafiłem zrozumieć tych „okultnych zależności"! I tak musie­

liśmy inaczej poprowadzić sprawę świadectw szkolnych. 

Dziecko dostaje wprawdzie świadectwo, kiedy po zakończe­

niu roku rozpoczyna wakacje, ale świadectwo to, napisane przez 

nauczyciela całkowicie indywidualnie dla tego dziecka, zawiera 

pewnego rodzaju obraz odzwierciedlający ostatni rok szkolny, coś 

w rodzaju biografii ostatniego roku. I zawsze okazuje się, że dzie­

ci przyjmują to z wielkim zadowoleniem. Czytają tam swój obraz, 

który został nakreślony z odpowiednią życzliwością, ale w ogóle 

bez żadnego podbarwiania, bez jakiegoś na przykład upiększania. 

Dzieci przyjmują go z wielkim zadowoleniem. A potem dodaje­

my sentencję, dobraną indywidualnie dla każdego dziecka, wpisu­

jemy ją każdemu dziecku do świadectwa. I sentencja ta jest przez 

następny rok pewnego rodzaju sentencją towarzyszącą życiu. 

Takie świadectwo już potwierdziło, jak sądzę, swoją wartość i tak­

że jeszcze później ją potwierdzi, chociażby nazwano je namiastką 

świadectwa, używając wyrażenia, które bardzo polubiono w Niem­

czech w ostatnich latach. 

Pod wpływem tego, jak pracuje Szkoła Waldorfska, dzieci 

chętnie w niej przebywają. A przejawem tego, jak chętnie prze­

bywają one w szkole, może być to, co powiedziała mi na przy­

kład pewna matka - chętnie opowiadam szczegóły, żeby charak­

teryzować przez przejawy. Powiedziała: „Mój syn nie nawykł 

w życiu do czułego odnoszenia się do mnie; nie potrafił być czu­

ły. Ale przyszedł do Szkoły Waldorfskiej, chodził do niej przez 

cały rok, wyjechał na wakacje; wakacje dobiegły końca i, pro­

szę zobaczyć, gdy wakacje dobiegły końca i chłopcu - który jest 

jeszcze stosunkowo mały - powiedziano, że będzie mógł znowu 

pójść do szkoły, to on mnie po raz pierwszy pocałował". Jest to 

przejaw tego, co wchodzi w serca tych dzieci, których nauczy­

ciele, wychodząc od poznania człowieka, wychowują w przyjaz­

nym nastawieniu do człowieka, a dawanie świadectw i tak dalej 

także tę atmosferę podtrzymuje. 

Dzisiaj, przed przejściem do opisywania szczegółów, chcia­

łem państwu przedstawić sprawy związane z zewnętrznym ukształ­

towaniem Szkoły Waldorfskiej. Chciałem państwu przedstawić 

166 

poniekąd Szkołę Waldorfska jako taką. Uważałem to za koniecz­

ne i w tym miejscu musiałem odejść od pierwotnie ustalonego 

programu, zgodnie z którym w dzisiejszym wykładzie powinie­

nem był przedstawić opis tego okresu życia dziecka, który nastę­

puje bezpośrednio po zmianie zębów. Nadrobię to jutro. Ale ten 

kolejny opis chciałem już móc wstawić w owe ramy, które od 

zewnątrz, w praktyce, utworzyły się dla Szkoły Waldorfskiej. 

167 

background image

Wykład IX 

Domach, 31 gmdnia 1921 

Kiedy rozpoczyna się zmiana zębów, w człowieku dokonuje się 

doniosła przemiana. Zmiana zębów jest nie tylko fizycznym 

wydarzeniem w życiu ludzkim - to cały człowiek przechodzi 

metamorfozę. Jeśli ktoś chce być artystą wychowania i nauczania, 

musi naprawdę umieć fachowo rozeznać się w tej metamorfozie. 

- To, co w poprzednich rozważaniach nazwałem ciałem eterycz­

nym, subtelniejszym ciałem sił kształtujących, staje się wolne 

(w pewnym zakresie swoich czynności) w czasie między zmianą 

zębów a dojrzewaniem płciowym człowieka. Przedtem funkcjonu­

je ono organiczno-fizycznie, a od tego momentu zaczyna funkcjo­

nować dusznie. To zaś sprawia, że także to, co jest w człowieku 

cielesne, zostaje uchwycone od wewnątrz w zupełnie inny sposób 

niż poprzednio. Wcześniej rzecz ta przedstawiała się w człowieku 

właściwie tak, że ujęcie materialistyczne ma poniekąd rację. Roz­

patruje ono człowieka jako sumę procesów materialnych, a sferę 

duchowo-dusznąjako coś, co wywodzi się ze sfery fizyczno-cie-

lesnej, co jest z nią tak związane jak płomień wychodzący ze świe­

cy. Takie podejście jest mniej więcej poprawne w przypadku 

małego dziecka, do czasu zmiany zębów. Wtedy wszystko, co 

duszno-duchowe, działa w zasadzie w procesach fizyczno-cieles-

nych, a wszystkie procesy fizyczno-cielesne są jednocześnie pro­

cesami duszno-duchowymi; kierowanie wszystkim, co dotyczy 

procesu plastycznego kształtowania własnego ciała, odbywa się 

u dziecka z [obszam] głowy. Kończy się to, gdy w głowie rozpo­

czyna się wypychanie drugich zębów. Wtedy te siły w głowie, któ­

re przedtem były aktywne, muszą w bardzo dużym stopniu prze­

stać być aktywne; wtedy aktywność duszno-duchowa przenosi się 

bardziej w niższe regiony ciała i wnika w rytm oddechu i rytm ser­

ca. Poprzednio siły, które są najbardziej intensywnie zajęte plasty­

cznym kształtowaniem mózgu, ciągle niejako spływają w pozosta­

ły organizm i działają, kształtując plastycznie, rzeźbiąc; wkraczają 

168 

bezpośrednio w to, co w człowieku stanowi substancję, materię. 

Wywołują tam procesy materialne. 

Zmienia się to wraz ze zmianą zębów. Wtedy pewne siły sta­

ją się bardziej duchowo-duszne i wkraczają teraz tylko w te ru­

chy, które objawiają się w rytmie serca, w rytmie oddechu. Nie 

działają już w procesach materialnych w tym samym stopniu co 

poprzednio, natomiast - odłączone od cielesności - działają w sy­

stemie oddychania i krążenia krwi. Można to też zauważyć fizycz­

nie, gdyż w tym okresie życia rytm oddechu i puls krążenia krwi 

stają się mocniejsze. W tym okresie życia dziecko ma wewnętrz­

ną nieodpartą skłonność, wewnętrzny pęd, żeby to, co stopniowo 

rozwija się w nim jako samodzielne [siły] duchowo-duszne, prze­

żywać - choć nieświadomie, instynktownie - jako rytm, jako takt, 

ale jako rytm i takt rozgrywający się zrazu w jego własnym ciele. 

I dziecko pragnie tego rozgrywania się rytmów i taktów w swojej 

własnej organizacji. Koniecznie trzeba zwracać uwagę na to, że­

by wszystko, czego uczymy dziecko po zmianie zębów, kształto­

wać w taki rytmiczny, uwzględniający takt sposób - żeby cała 

nauka włączała się w to, czego dziecko właściwie pragnie. Nau­

czyciel i artysta wychowania musi umieć żyć w elemencie taktu, 

w elemencie rytmicznym, żeby „uderzało" to w dziecko i żeby 

dziecko miało poczucie, że jest w swoim elemencie. 

Tym samym zaczyna się jednak także coś innego. Jeżeli z ryt­

mem oddechu i krążenia krwi nie postępuje się w tym wieku we 

właściwy sposób, niszczy się go w pewien sposób na całe póź­

niejsze życie. Niektóre stany osłabienia, stany chorobowe wystę­

pujące właśnie w narządach oddechowych i narządach krążenia, 

wywodzą się z błędnego wychowania w okresie szkoły powszech­

nej

1

. W tym czasie - za sprawą odmiennego [już teraz] działania 

ciała eterycznego czy ciała sił kształtujących - dziecko rozwija 

1

 Szkoła powszechna miała wówczas 8 klas i była obowiązkowa dla wszystkich 

dzieci. Dlatego dr Steiner często używa określenia „w wieku podlegającym obowiąz­
kowi szkolnemu" (tak jest również tutaj), które czasem tłumaczę „okres szkoły pow­
szechnej". Dalsze wykształcenie nie było już obowiązkowe i mogło być prowadzone 
w ramach szkolenia bezpośrednio przygotowującego do zawodu (przyp. tłum.). 

169 

background image

się również tak, że jego kończyny silnie się wydłużają, że życie 

mięśni i życie kości, życie szkieletu odgrywa w tym czasie szcze­

gólną rolę i chce się dopasować do życia oddechu i krążenia. Dzie­

cko tak rośnie w tym czasie, że mięśnie współwibrują, po części 

ze szczególną intensywnością, z rytmem oddechu i krążenia, że 

wszystko w dziecku chce przyjąć charakter muzyczny. O ile wcze­

śniej dziecko kształtowało swoje ciało plastycznie, teraz zaczyna 

być muzykiem, nieświadomym muzykiem, pracującym nad swo­

im wnętrzem. I właśnie w przypadku dziecka, które przychodzi do 

szkoły, najistotniejsze jest to, żeby wiedzieć: W tym dziecku ma­

my do czynienia z nieświadomym muzykiem. Nauczyciel musi 

wyjść naprzeciw temu istniejącemu w dziecku pędowi, temu, że 

dziecko chce tak postępować ze swoją organizacją, [że będzie się 

ona tak zachowywać,] jak na przykład pod wpływem skrzypka 

zachowują się nowe skrzypce, gdy swoją własną organizacją os­

wajają się z [mocnym falowaniem, z] grzbietami fal i z dolinami 

fal. Tyle że u człowieka wszystko to jest, oczywiście, wzrasta­

niem; skrzypce można co najwyżej raz na zawsze zniszczyć; na­

tomiast człowiekowi można wszczepić błędne zasady wzrastania, 

które potem będą się ustawicznie powiększać i wzmacniać i mo­

gą działać niszcząco w ciągu całego życia. 

Gdy człowiek wejdzie już na drogę [zdobywania] takiej sku­

tecznie wspierającej pedagogikę i dydaktykę wiedzy o człowieku, 

zobaczy, że ta ogólna cecha, którą teraz przedstawiłem, charak­

teryzuje wszystkie lata objęte obowiązkiem szkolnym, od zmiany 

zębów do dojrzałości płciowej. Jednocześnie zobaczy, że także 

ten okres w życiu dziecka dzieli się na trzy dające się wyraźnie od­

różnić etapy. Pierwszy zaczyna się zmianą zębów, a kończy mniej 

więcej w okolicy dziewiątych urodzin, dmgi sięga mniej więcej 

do dwunastego roku, a trzeci trwa potem mniej więcej od trzynas­

tego roku życia do dojrzałości płciowej

2

1

 W innych wykładach R. Steiner bardzo dokładnie określa orientacyjne punkty 

graniczne tych etapów: 7 lat, 9 1/3 roku, 112/3 roku, 14 lat. Ich znajomość pomoże, 
mam nadzieję, lepiej poradzić sobie z tym tekstem. Trzeba tylko zawsze pamiętać, 
że indywidualny rozwój nie przebiega według sztywnego schematu. Zatem bardziej 

170 

Właśnie patrząc na to, czego dziecko doświadcza muzycz­

nie w swoim wnętrzu, można zobaczyć, jak różnią się od siebie te 

trzy etapy. W pierwszym, mniej więcej aż do ukończenia 9. roku 

życia, dziecko pragnie przetwarzać to wszystko, co do niego do­

ciera, na wewnętrzne rytmy i na wewnętrzny takt, splatające się 

z rytmem jego oddechu i serca, a przez to splatające się pośrednio 

z tym, jak kształtują się mięśnie, jak kształtują się kości. A gdy 

nie ma tego splatania się, gdy jedno nie przechodzi niejako w dru­

gie, wtedy człowiek rozwija się - nie widać tego od razu na zew­

nątrz, ale jednak-jako pewnego rodzaju wewnętrzny kaleka. Do 

9. roku życia dziecko dąży do tego, żeby w swoim wnętrzu wszy­

stko zamieniać w rytm, w takt. Kiedy dziecko w tym wieku słyszy 

muzykę - naprawdę można to poznać widzącym wzrokiem, któ­

ry potrafi wniknąć w wewnętrzną, duszną organizację dziecka -

przetwarza właściwie wszystko, co ma charakter muzyki, w we­

wnętrzny element taktu, rytmu. Wibmje wraz z tym. Wewnątrz 

odtwarza to, co postrzega na zewnątrz. 

Bowiem w tym wieku dziecko jest jeszcze trochę tym, czym 

było przedtem. Przedtem, do zmiany zębów, było właściwie w naj­

wyższym stopniu narządem zmysłowym; nie narządem zmysło­

wym działającym w sposób świadomy, ale narządem zmysłowym, 

który - tak jak ostatecznie i inne narządy zmysłowe - nieświado­

mie odtwarza świat zewnętrzny; do czasu zmiany zębów, jak wy­

jaśniałem, dziecko jest na wskroś istotą naśladującą. - Gdy bardzo 

uważnie przyglądają się państwo oku ludzkiemu i pomijają to, co 

za sprawą oka ludzkiego wchodzi do życia wyobrażeniowego, to 

działanie organizacji oka przejawia się przede wszystkim w tym, 

że otoczenie zostaje wewnętrznie odtworzone. Dopiero wtedy ży­

cie wyobrażeniowe bierze te odtworzenia we władanie. Życie 

wyobrażeniowe łączy się tu z życiem zmysłowym. Bardzo małe 

dziecko jest całkiem nieświadomie narządem zmysłowym. Od­

twarza wewnętrznie to, co postrzega, zwłaszcza to, co postrzega 

u ludzi ze swojego otoczenia. Ale te wewnętrzne obrazy są nie 

zgodny z rzeczywistością jest opis posługujący się określeniami „około", „mniej 
więcej" itp. (przyp. tłum.) 

171 

background image

tylko obrazami, są one zarazem siłami, które materialnie, plas­

tycznie kształtują dziecko wewnętrznie. 

Teraz, gdy przychodzi zmiana zębów, te odtworzenia wnika­

ją już tylko w system mchowy, w system rytmiczny, chcą wni­

kać tylko tam [i nie głębiej]. Wprawdzie pozostaje jeszcze coś 

z plastycznego kształtowania, ale do niego właśnie dołącza się 

jeszcze to drugie [kształtowanie], które wcześniej nie występo­

wało w tym samym stopniu. Dlatego dziecko w inny sposób rea­

guje na takt i rytm przed zmianą zębów i po niej. Wcześniej rytm 

i takt były także czymś, co dziecko naśladuje, ale wtedy przetwa­

rza je ono w plastykę

3

. Potem przetwarza je w element wewnętrz­

nie muzyczny. 

I dopiero wtedy, gdy dziecko skończy 9. rok życia, mniej wię­

cej w tym czasie, rozwija się w nim - aż do około 12. roku życia 

- zrozumienie rytmu i taktu jako takich, melodii jako takiej. Te­

raz dziecko nie chce już tak mocno odtwarzać w sobie tego, co 

rytmiczne, tego, co miarowe; pojmuje to jako takie, jako zjawisko 

istniejące poza nim, na zewnątrz. Wcześniej dziecko doświad­

czało rytmu i taktu, przeżywało je w sobie; teraz zaczyna rozwijać 

umiejętność pojmowania ich, uchwycenia ich. Trwa to - nie tylko 

w odniesieniu do tego, co muzyczne, lecz do wszystkiego, z czym 

spotyka się ono w świecie - mniej więcej do 12. roku życia. 

Dopiero gdy dziecko dochodzi do 12. urodzin, a właściwie 

nieco wcześniej, zaczyna się w nim rozwijać zdolność wprowa­

dzania tego, co wcześniej chciało ono tylko przeżywać w sposób 

pełen fantazji, muzycznie, rytmicznie, miarowo, w coś, co jest 

samą myślą. 

Gdy patrzy się widzącym wzrokiem, to można zobaczyć tak­

że zewnętrzne, cielesno-fizyczne skutki, które towarzyszą wszy­

stkiemu, co ogląda się dusznie. Przed chwilą mówiłem, że dzie­

cko chce ukształtować swoje mięśnie, swoje kości podług tego, co 

jest wewnątrz niego. Teraz, dochodząc do 12. roku życia, dziecko 

powoli przestaje pragnąć, by jedynie żyć w rytmie i takcie - za­

czyna pozwalać, żeby poczucie rytmu i taktu przechodziło w coś 

Plastyka - tu: modelowanie w miękkim materiale, (przyp. tłum.) 

172 

abstrakcyjno-myślowego, a jednocześnie w tym czasie stopniowo 

coraz bardziej wzmacnia się ta część mięśnia, która przechodzi 

w samo ścięgno. Przedtem całe pomszanie się jest związane ra­

czej z mięśniem jako takim, później z tym, co przechodzi w samo 

ścięgno. Wszystko, co dzieje się w obszarze duszno-duchowym, 

odnajdujemy zarazem w obszarze cielesno-fizycznym. I to włą­

czenie życia ścięgien, połączenia kości z mięśniami, jest zewnę­

trznym, fizycznym wyrazem przejścia od czysto uczuciowego ele­

mentu taktowo-rytmicznego do tego, co jest tylko logiczne, co nie 

ma już rytmu i taktu. Ale temu, co zdobywa się tu dzięki wiedzy 

o człowieku, trzeba naprawdę wyjść naprzeciw w sztuce wycho­

wania i nauczania. 

Współcześnie tak już jest, że dorośli, większość z nich, gdy 

jakoś bardziej całościowo myślana przykład o zwierzętach czy ro­

ślinach - nie w szczegółach, ale bardziej całościowo, takie całoś­

ciowe ujęcie muszą państwo, jako nauczyciele, też potem przed­

stawić dzieciom - to przypominają sobie botanikę czy zoologię, 

których oni sami uczyli się już w późniejszym okresie życia. 

Ale to, co znajduje się w naszych książkach z zakresu botaniki 

czy zoologii, jest najgorszym materiałem nauczania, jaki można 

wnieść do szkoły. Choćby miał on wielką wartość naukową a za­

zwyczaj jej przecież także nie ma, nie przyda się w szkole dla 

dzieci w tym wieku. 

Wszystkiego, czego uczymy dziecko o roślinach, o zwierzę­

tach, musimy naprawdę uczyć tak, że właściwie działamy przy 

tym jak artyści, że do harmonii, jaka jest w ukształtowaniu roś­

liny, do harmonijnego związku jednego gatunku roślin z innym, 

do tego, co także tu jest rytmiczno-harmonijno-uczuciowe, przy­

wiązujemy znacznie większą wagę niż do tego, co znajduje się 

w książkach z botaniki. Zresztą właśnie w przypadku rośliny jest 

przecież tak, że systematyka roślin taka, jaka jest, ten podział 

świata roślin, jest w zasadzie najbardziej odpychający; najwięcej 

sympatii można jeszcze mieć dla Linneusza

4

, który świat roślin 

4

 Karol Linneusz (Carl von Linné), 1707-1778, szwedzki przyrodnik i lekarz; w roku 

1735 podał pierwszą naukową systematykę zwierząt oraz roślin; stworzył system 

173 

background image

rozważał tylko tam, gdzie świat ten ku górze przestaje już być ro­

śliną i wplata swoje siły w ogólne życie kosmiczne, Linneusza, 

który zajmował się tylko kwiatami rośliny. Jednak w szkole nie 

można posłużyć się żadnym rodzajem systematyki roślin. W dal­

szych rozważaniach zobaczymy, czym należy się tu posłużyć. 

Zresztą nauczyciel, który wkracza do klasy z książką w ręku 

- a książka ta z reguły zawiera dziś niezbyt wartościowy wyciąg 

z wyników badań naukowych - i w szkole powszechnej uczy 

zgodnie z tym, czego sam nauczył się z botaniki czy zoologii, 

jest bez wątpienia strasznym nauczycielem. Straszną postacią jest 

nauczyciel, który wręcz przynosi tę książkę i przechadza się tam 

i z powrotem przed pierwszym rzędem ławek, i dopiero wykłada­

jąc dzieciom, sam przypomina sobie te treści, odświeżając sobie 

wyobrażenia, które przyswoił sobie w znacznie późniejszym okre­

sie życia - a przy tym to, czym wtedy dysponuje, nic przecież nie 

jest warte. 

Naprawdę konieczne jest, żebyśmy o roślinach, o zwierzętach 

nauczyli się tak mówić, jak wymaga tego ujęcie artystyczne. Tylko 

dzięki temu wprowadzamy także i to w sposób muzyczny w ca­

łą istotę dziecięcą. I to właśnie musimy uwzględnić: nauczanie 

musi wychodzić od elementu artystycznego - nie od elementu 

myślowego, a także nie od abstrakcyjnego przyglądania się

5

rozważania, lecz od elementu przenikniętego sztuką i artystycz­

nym odczuwaniem życia. Dziecko tego wymaga. 

Gdy dziecko przychodzi do szkoły, a nam zalecono, żeby jak 

najszybciej nauczyć je na przykład pisać, to może przecież pow­

stać pokusa, żeby uczyć je liter od razu w ich obecnej postaci, że­

by uczyć je tych form liter, jakie w obrębie dzisiejszej cywiliza­

cji płyną spod pióra ludzi pragnących coś utrwalić dla bliźnich. 

Te formy liter są jednak czymś, z czym dziecko, gdy rozpo­

częło zmianę zębów i przychodzi do szkoły powszechnej, nie jest 

dwuimiennego nazewnictwa (nazwa rodzajowa, nazwa gatunkowa); przeciwstawił 
sobie dwie klasy roślin, nazywane obecnie nasiennymi i zarodnikowymi, wydzielił 
gromadę ssaków, włączył człowieka do rzędu naczelnych, (przyp. tłum.) 

5

 Takim abstrakcyjnym przyglądaniem się byłoby np. oglądanie rośliny w zielniku 

czy w ogóle oglądanie pojedynczych roślin, (przyp. tłum.) 

174 

w żaden sposób po ludzku związane. Jak to było wtedy, gdy ludzie 

mieli jeszcze ludzkie [tj. odczuwane przez człowieka] związki 

z pisaniem? Trzeba tylko cofnąć się do dawniejszych okresów kul­

turowych. Gdy istniały jeszcze ludzkie związki z pisaniem, sta­

rożytni utrwalali na tabliczkach lub na pergaminach obrazki, które 

były jeszcze nieco podobne do tego, na co patrzono. Istniał wte­

dy ludzki związek między tworzonym obrazkiem, a tym, co było 

w otoczeniu. Rozwój cywilizacji spowodował, że te, wychodzące 

jeszcze z natury ludzkiej formy, przechodząc przez wszystkie mo­

żliwe formy pośrednie, stopniowo stały się dzisiejszym A czy B, 

czy E, z którymi człowiek nie ma już w ogóle ludzkiego związku. 

Dziecko, w którego skłonnościach pod wieloma względami 

widzimy to, co przynosiły wcześniejsze stopnie rozwoju kulturo­

wego, wymaga ludzkiego związku z tym, czego wymaga się od 

jego woli. Nie możemy uczyć je abstrakcyjnych form, jakie przy­

jęły na przykład litery. Właśnie wtedy, gdy rozpoczyna się zmia­

na zębów i dziecko zostaje przyprowadzone do nas do szkoły, mu­

simy w artystyczny sposób wprowadzać mu to, co ludzkie. 

Chcąc w ludzki sposób wprowadzać dziecku pisanie, trzeba ko­

niecznie wyjść od pewnego związku, który dziecko może prze­

żyć: od związku między tym, co ono widzi, a tym, co powstaje za 

sprawą jego woli i co ono też widzi (nazywamy to pismem). Taką 

potrzebę, taki popęd dziecko nam teraz przynosi: potrzebę do­

świadczania poprzez wolę. Te artystyczne tendencje dziecko po 

175 

background image

prostu przynosi nam do szkoły i musimy je uwzględnić - na przy­

kład tak, że, powiedzmy, najpierw sprawimy, że dziecko porusza 

się po takiej linii (zob. rysunek). Następnie pobudzamy w dziecku 

odczucie tego, co przeżywa się wewnętrznie przy tego rodzaju 

poruszaniu się. Następnie przechodzimy do zwrócenia uwagi 

dziecka na to, że nakreśliło na podłodze tę linię. Możemy je po­

tem poprowadzić do odpowiedniego odtworzenia tej linii ręką. 

A następnie prowadzimy je tak, żeby pomszało się po takiej dro­

dze, i żeby znów naśladowało ją ręką Kształt, który całe ciało 

utworzyło tak w artystycznym wychowaniu [czerpiąc siły] z całe­

go organizmu, polecamy odtworzyć ręką - to jest już aktywność je­

dnostronna. A potem prowadzimy dziecko do wypowiadania słów 

zaczynających się na literę L. Prowadzimy je do [uzmysłowienia 

sobie], że ów dźwięk, stojący na początku słowa zaczynającego 

się na L, ma ono w tym, co wyprowadziliśmy z nakreślenia linii -

z nakreślenia linii, a nie z abstrakcyjnego odtworzenia obecnego 

kształtu L. 

W ten sposób, wychodząc od wewnętrznie doświadczanego 

mchu, można dojść do nakreślenia litery. Można to też zrobić ina­

czej. Dziecko jest przecież nie tylko wewnętrznym muzykiem -

dzięki zmianie zębów - lecz jest także, z wcześniejszego okresu, 

plastykiem. Można więc zrobić rzecz następującą: staramy się na­

rysować dziecku rybę; potem stopniowo przechodzimy artystycz­

nie do takiego przeobrażenia tej formy (zob. rysunek); i prowa­

dzimy dziecko od słowa Fisch (ryba) do F, ze słuchu, i w żywy 

sposób uzmysławiamy mu związek między F i obrazkiem, w ja­

kim przedstawiliśmy rybę. Nawet w pewien sposób odtwarzamy 

176 

tu ów rozgrywający się w rozwoju ludzkości tok powstawania 
litery F ze słowa Fisch. 

Postępując w ten sposób, nie zawsze musimy robić dokładnie 

to, co wydarzyło się w rozwoju ludzkości. Możemy naprawdę po­

zwolić działać naszej swobodnej wyobraźni; chodzi bowiem nie 

o to, żeby dziecko powtarzało prawdziwe dzieje cywilizacji, lecz 

o to, żeby w sposób, który kiedyś się rozgrywał, doszło do ab­

strakcyjnego pisma, także wychodząc od tego, co artystyczne, od 

tego, co rysunkowo-obrazowe. - Kierujemy uwagę dziecka na 

fale (Wellen) tworzone przez wodę. Przedstawiamy to tak: 

potem przekształcamy ten obraz powoli, stopniowo, w taki: 

przechodzimy do słowa Welle (fala), Woge (fala), do W i dopro­

wadzamy do związania Welle, Woge, es woget (faluje), es wellet 

177 

background image

(faluje) z rysunkiem. Tak bierzemy bezpośrednio z życia to, co 

najpierw można narysować, i przekształcamy to w formy liter

6

To naturalnie sprawia, że nie doprowadzimy dziecka do pisa­

nia tak szybko, jak to się zwykle dzieje. - W Szkole Waldorfskiej 

organizujemy wieczorne spotkania, na które przychodzą rodzice 

dzieci, bez dzieci, i tam omawiamy zauważone przez rodziców 

skutki wychowania waldorfskiego. Wtedy niektórzy rodzice przy­

chodzą ze swoim zmartwieniem i stwierdzają że ich ośmioletnie 

dziecko nadal jeszcze nie potrafi porządnie pisać. Musimy wów­

czas wyjaśnić rodzicom, że to szczęście dla dziecka, gdyż dzięki 

temu bardziej splata ono całą sztukę pisania ze swoją istotą że 

wejdzie w pisanie we właściwym wieku i w sposób bardziej ludz­

ki aniżeli wtedy, gdy mu się wprowadza coś zupełnie obcego, coś, 

co jest wynikiem cywilizacji ludzkiej i z czym bez wątpienia dzie­

cko w ogóle nie ma wewnętrznego związku - o ile najpierw nie 

stworzy się tego związku. Naturalnie musimy stopniowo uczyć 

dzieci coraz więcej; ale musimy to robić w sposób odpowiedni 

dla człowieka. 

To włączanie jakiegoś obszam życia w całokształt życia jest 

dzisiaj powszechnie zaniedbywane. W naszej zaawansowanej cy­

wilizacji wszystko się wyspecjalizowało; widzimy, jak poszcze­

gólne rzeczy podlegają specjalizacji. Zaiste, musiało to przez 

pewien czas wprowadzać ludzi w różne jednostronności. Teraz 

jednak rozwinęliśmy specjalizację do takiego stopnia, że dla uz­

drowienia ludzkości koniecznie musimy ponownie związać te po­

szczególne wyspecjalizowane obszary z całym życiem. 

Do tego zaś potrzebne jest poznanie człowieka, które nie wy­

klucza wyników badań duchowych. Błędnie rozumie się to, co 

pod tym względem znajduje wyraz w obrębie mchu antropozofi-

cznego, gdy się sądzi, że w reakcyjny sposób przypuszcza się tu 

atak na jakiekolwiek współczesne zdobycze naszej cywilizacji. 

Tak nie jest. Z dmgiej strony trzeba jednak wszędzie dostrzegać 

6

 W innych wykładach R. Steiner zwraca uwagę na odmienny sposób wprowa­

dzania samogłosek i spółgłosek. Zob. np. Sztuka wychowania. Metodyka i dydaktyka, 
GA 294, wykład V, wydawnictwo Genesis, Gdynia 2005. (przyp. tłum.) 

178 

związki występujące w życiu. Na pewno nie uczynię nawet naj­

mniejszego zarzutu wobec faktu, że istnieją dziś maszyny do pi­

sania. Pisanie na maszynie jest oczywiście jeszcze bardziej nie­

ludzkie niż pisanie odręczne; niemniej - jak powiedziałem, nie 

agituję przeciwko pisaniu na maszynie - musimy poznać aktyw­

ność, która wtedy ma miejsce, ponieważ wszystko, co zachodzi 

w życiu, przebiega w sposób biegunowy. I może darują mi pań­

stwo, jeśli właśnie w odniesieniu do pisania na maszynie przyto­

czę coś z wyższego obszam oglądu antropozoficznego - po to tyl­

ko, żeby coś unaocznić. Kto nie chce tego przyjąć jako czegoś, 

co także jest czymś rzeczywistym w życiu, może to przecież po­

traktować jako rodzaj błazenady i odrzucić. Niemniej naprawdę 

mówię o rzeczywistości. 

Otóż na człowieka obeznanego w przypatrywaniu się pro­

cesom duchowym - które przecież ciągle wokół nas zachodzą 

tak jak i procesy fizyczne - pisanie na maszynie wywiera bardzo 

szczególne wrażenie. Opowiadam państwu moje własne przeży­

cie, kiedy mówię: Jeśli któregoś dnia piszę na maszynie - jak 

państwo widzą nie agituję przeciwko pisaniu na maszynie, tylko 

jestem zadowolony, kiedy sam czasem na niej piszę - jeśli które­

goś dnia piszę na maszynie, to długo to za mną chodzi. Nie jest 

to coś, co by mi samo w sobie przeszkadzało, ale długo za mną 

chodzi. A kiedy potem wyciszam się, to w czasie imaginatyw-

nego oglądu taka aktywność przekształca się w spojrzenie na sa­

mego siebie i ten obraz samego siebie staje wewnętrznie przed 

człowiekiem. To, co rozgrywa się wewnętrznie, widzi się całko­

wicie w świecie zewnętrznym. Wszystko to musi się rozgrywać 

przy pełnej świadomości i człowiek musi widzieć, że to, co 

pojawia się w zewnętrznej imaginacji, jest naprawdę projekcją 

tego, co, być może, znacznie wcześniej rozegrało się wewnętrz­

nie jako aktywność organiczna. To, co dzieje się we wnętrzu czło­

wieka, może szczególnie plastycznie stanąć przed oczami, gdy 

w jasnowidzącej imaginacji widzi się to potem przed sobą: każde 

uderzenie w klawisz staje się uderzeniem pioruna w owym obiek­

tywnym oglądzie tego, co subiektywne. I to, co staje przed nami 

jako serce ludzkie, jest nieustannie przebijane tymi piorunami. 

179 

background image

A w maszynie do pisania klawisze nie są ustawione obok siebie 

zgodnie z zasadą duchową lecz zgodnie z czysto utylitarną za­

sadą [ustawienia obok siebie] liter, które są częściej potrzebne, 

tak żeby można było szybciej pisać. To wszystko sprawia, że nie 

ma tam wiele elementu duchowego. Tak że przebieganie palcami 

od jednego klawisza do dmgiego powoduje nie tylko pojawianie 

się samych piorunów, ale jeszcze do tego wprowadza w nie zamęt. 

Krótko mówiąc, pisanie na maszynie obiektywizuje się jako stra­

szliwa burza. 

Co to znaczy? Nic innego jak to, że mamy tu pewne wyjaś­

nienie, dlaczego tak wielu ludzi, którzy nie dysponują bieguno­

wym środkiem zaradczym przeciwdziałającym skutkom pisania 

na maszynie, ma słabe serce - szczególnie wtedy, gdy zbyt wcze­

śnie uczy się ich posługiwania się maszyną do pisania, kiedy ser­

ce jest jeszcze w całej rozciągłości podatne na zniszczenie. I gdy 

ludzie będą coraz więcej pisać na maszynie, okaże się, że coraz 

bardziej będą się mnożyć różne słabości i choroby serca. 

Takie związki istnieją w życiu. Nie należy w reakcyjny spo­

sób przypuszczać ataku na jakikolwiek środek, stanowiący wy­

twór kultury, tylko należy zdobyć wiedzę o potrzebach i wyma­

ganiach całościowo ujętego życia. Gdy sięga się po jakiś środek 

dany przez kulturę, należy rozpoznać, co trzeba zrobić z dmgiej 

strony. Takie rzeczy mają zupełnie szczególne znaczenie dla wy-

chowawcy-praktyka, ponieważ musi on sprawić, żeby wychowa­

nie było integralnym elementem życia; chodzi przecież nie tylko 

o to, co robimy z dziećmi w szkole czy w jej otoczeniu, lecz cho­

dzi o to, żeby szkołę - żeby w ogóle wszystko, co dotyczy wy­

chowania - we właściwy sposób włączyć w życie; dlatego trzeba 

być znawcą życia, gdy chce się być artystą wychowania czy arty­

stą nauczania. 

Na przykład, w Niemczech - było to w 1835 roku - między 

Furth a Norymbergą zbudowano pierwszą linię kolejową. Wów­

czas do światłego bawarskiego kolegium medycznego zwrócono 

się z pytaniem, czy z medycznego punktu widzenia budowanie 

linii kolejowych jest wskazane, czy nie. Na początku takich przed­

sięwzięć cywilizacyjnych zawsze, naturalnie, żąda się fachowych 

180 

orzeczeń. Wtedy bawarskie kolegium medyczne - ten fakt za­

chował się w dokumentach - wydało następujące orzeczenie

7

Właściwie w ogóle nie powinno się budować linii kolejowych, 

ponieważ system nerwowy ludzi jadących koleją cierpiałby nie­

zwykle. Gdyby jednak mimo to miało się budować linie kolejowe, 

należałoby je przynajmniej ogrodzić wysokimi ścianami z desek 

z lewej i prawej strony, gdyż bez nich wieśniacy, koło których 

przejeżdżałyby pociągi, łatwo doznawaliby wstrząsu mózgu. 

To jest orzeczenie uczonego gremium. Naturalnie wywołuje 

ono śmiech, ponieważ uczone gremia wydały już wiele takich 

orzeczeń i można by przytoczyć mnóstwo innych przykładów 

w tym samym stylu. Wszelako każda rzecz ma dwie strony i w od­

niesieniu do owego bawarskiego kolegium medycznego - które 

wydało swoje orzeczenie przecież nie tak dawno temu, nawet nie 

sto lat temu - równie dobrze można by, w subtelniejszym sensie, 

nie poprzestać na odmówieniu mu słuszności, lecz można by na­

wet z pewnego punktu widzenia przyznać mu rację: mianowicie 

ludzie naprawdę stali się bardziej nerwowi, odkąd jeżdżą koleją 

I kiedy obserwujemy człowieka... - i stworzymy sobie możliwość 

porównania ludzi po zbudowaniu kolei z tymi, którzy podróżo­

wali jeszcze w starych, dostojnych, mieszczańskich dyliżansach 

- to ludzie ci mają inną naturę. System nerwowy wygląda ina­

czej ! Bawarskie kolegium medyczne wprawdzie ośmieszyło się, 

lecz pod pewnym względem wręcz miało rację. 

Naprawdę chodzi o to, że dla pewnych rzeczy, które pojawia­

ją się w cywilizacji, trzeba jednocześnie znaleźć środki zaradcze, 

żeby człowiek, gdy zostaje osłabiony [przez wpływ idący] od ze­

wnątrz, został wzmocniony wewnętrznie. A to może się zdarzyć 

tylko wtedy, gdy naszej coraz bardziej wyspecjalizowanej cywi­

lizacji przeciwstawimy wewnętrznie spójną prowadzoną w myśl 

prawdziwej wiedzy o człowieku sztukę wychowania. 

Korzystne będzie tylko [takie nauczanie], gdy dziecko naj­

pierw uczy się pisać w sposób, jaki przedstawiłem. Cały rozwój 

' Jest o tym wzmianka w Die erste deutsche Eisenbahn R. Hagena, str. 45. Dzisiaj 

jednak zaprzecza się istnieniu takiego orzeczenia. 

181 

background image

dziecka wychodzi bowiem od woli i ten pęd do elementu rytmi­

cznego, do elementu związanego z taktem wyłania się z woli, 

i musimy wyjść naprzeciw temu napieraniu woli dziecka. Wy­

chodzimy mu naprzeciw przede wszystkim przez czynne działa­

nie - nie przez przyglądanie się, nie przez tworzenie wyobrażeń. 

Dlatego nieprawidłowe jest uczenie dziecka najpierw czytania, 

a dopiero potem pisania. Czytanie jest już przejściem z tego, co 

wolitywne, do abstrakcyjnego przyglądania się. Najpierw [powin­

no się] w artystyczny sposób wprowadzić pisanie, a potem przejść 

najpierw do czytania tekstu napisanego i później stopniowo, sko­

ro tak musi być, do czytania tekstu dmkowanego. 

Gdy zatem zdobywamy prawdziwą wiedzę o człowieku i po­

trafimy zastosować ją do rozwoju dziecka, możemy z tego rozwo­

ju odczytać także kolejność obszarów, które chcemy lub musimy 

włączyć w wychowanie. 

Do rachowania dziecko rzeczywiście jest gotowe od razu, gdy 

wejdzie w wiek obowiązku szkolnego. Chodzi jednak o to, że tak­

że przy rachunkach musimy zająć się wewnętrznymi potrzebami 

organizacji dziecięcej. W tej dziedzinie dziecko ma predyspozy­

cje do rytmu, taktu, do opartego na odczuciu chwytaniu czegoś, 

co harmonizuje. Nie odpowiadamy jednak na tę jego predyspo­

zycję* gdy [najpierw] wprowadzamy je, jak chciałbym to nazwać, 

w sumujący i zliczający sposób rachowania. 

Naturalnie dziecko musi się nauczyć liczyć, ale rachowanie 

oparte zrazu na zliczaniu, na sumowaniu liczb nie jest tym, co 

może się połączyć z wewnętrznymi siłami organizacji dziecka. 

W toku rozwoju cywilizacyjnego doszliśmy stopniowo do umie­

jętności posługiwania się rachowaniem w pewien syntetyczny 

sposób. Mamy jedną jednostkę, dmgą jednostkę, trzecią jednost­

kę i staramy się przez obliczanie, przez sumowanie, połączyć je 

razem, tak że wtedy, gdy liczymy, jedno leży obok drugiego. Dzie­

cko, jak można się przekonać, nie wychodzi temu naprzeciw swo­

im wewnętrznym zrozumieniem. W ten sposób to, co elementarnie 

ludzkie, nie sięga z kolei do liczenia. Wprawdzie liczenie wyszło 

182 

[kiedyś] od jedności; jednak dwa nie było zewnętrznym powtó­

rzeniem jedności, lecz było zawarte w jedności. Jeden daje dwa, 

a dwa zawarte jest w jeden. Jeden, po podzieleniu, daje trzy, a trzy 

zawarte jest w jeden. Gdy zaczyna się pisać we współczesny spo­

sób: jeden

8

, to przechodząc do dwójki, nie wychodzi się z jed­

ności. [Kiedyś] dojście do dwa było wewnętrznie organicznym 

kształtowaniem, a dwa było zawarte w jedności; tak samo trzy 

i tak dalej. Jedność obejmowała wszystko, a liczby były organicz­

nymi rozczłonowaniami jedności. 

Także to, co w predyspozycjach dziecka ma charakter mu-

zyczno-rytmiczny, ma nieodpartą potrzebę, żeby tak to odczu­

wać. Dlatego zamiast pedantycznie zaczynać od jakiegoś rodzaju 

dodawania, lepiej jest zacząć tak: wywołujemy jakieś dziecko. Nie 

kładziemy wtedy trzech, czterech i dwóch jabłek, żeby nauczyć je 

sumowania, lecz kładziemy pewną ilość jabłek - naturalnie, kie­

dy się nie ma jabłek, może to być też coś innego - dajemy pewną 

ilość jabłek. To jest to, co dziecko ma najpierw. Teraz wywołu­

jemy jeszcze dwoje innych dzieci i mówimy temu pierwszemu 

dziecku: „Masz tu pewną ilość jabłek, daj trochę jednemu dzie­

cku, trochę drugiemu dziecku i trochę pozostaw sobie, a każdy 

powinien mieć tyle samo, co inni". Prowadzi się dziecko do uch­

wycenia tej procedury i przez to prowadzi się je stopniowo do 

tego, że dochodzi ono do jednej trzeciej wyjściowej ilości ja­

błek. Wychodzi się od całości i dochodzi do zasady dzielenia; nie 

zaczyna się od dodawania. To sprawia, że naprawdę dochodzi się 

do tego, że dziecko rozumie. W Szkole Waldorfskiej, opierając się 

na wiedzy o człowieku, zajmujemy się najpierw nie dodawaniem, 

lecz dzieleniem lub odejmowaniem, i dopiero potem przechodzi­

my do dodawania i do mnożenia, prowadząc w odwrotnym kie­

runku ów naturalny proces, który przechodziliśmy przy dzieleniu 

lub odejmowaniu; podobnie jak dawniej, gdy sposób postępowa­

nia z dzieleniem, z liczbami, także nie był syntetyczny, lecz ana­

lityczny, był posuwaniem się od całości do jedynki. 

8

 Czyli gdy zapisujemy liczbę 1 (cyfrą) na tablicy lub papierze - wtedy mamy 

już od razu jednostkę, a nie całość, (przyp. tłum.) 

183 

background image

Te przykłady ilustrują, jak z rozwoju dziecka można odczytać to, 

co powinno się robić w określonym wieku. System oddechowy, 

system krążenia, czyli cały system rytmiczny człowieka, człowiek 

środkowy, jest tak samo cielesno-fizycznym reprezentantem ży­

cia uczuciowego, jak głowa jest reprezentantem życia wyobraże­

niowego, myślenia. Życie uczuciowe, element uczuciowy, uwal­

nia się w dziecku zwłaszcza wtedy, gdy przychodzi czas zmiany 

zębów. Dlatego także w duszy rozwija się coś, do czego można 

dotrzeć jedynie za pośrednictwem tego, co ma charakter uczucio­

wy. Do dziecka w tym okresie życia naprawdę należy zbliżać się, 

idąc okrężną drogą poprzez artystycznie ukształtowane życie 

uczuciowe. Można to nawet wyrazić bardzo radykalnie, mówiąc 

w ten sposób: Tych innych ludzi, których ruch, mowę, a nawet 

odczucia, dziecko przed zmianą zębów naśladuje w impondera-

bilny sposób, nie odczuwa ono jeszcze tak, żeby mogło wejrzeć 

w ich istotę, w ich wewnętrzną istotę. Jest tak, że dziecko do 7. 

roku życia w zasadzie wcale jeszcze nie odczuwa drugiego czło­

wieka jako naprawdę dmgiego [odrębnego] człowieka, tylko jako 

coś, z czym jest związane jak ze swoją ręką czy nogą. Dziecko nie 

wyodrębniło się jeszcze ze świata. 

Gdy przychodzi zmiana zębów, gdy system uczuciowy za­

czyna samodzielnie działać poprzez oddech, poprzez krążenie, 

dziecko odłącza się od dmgiego człowieka i dlatego drugi czło­

wiek staje się dla niego istotą posiadającą wnętrze. A to sprawia, 

że dziecko z głębokim szacunkiem podnosi wzrok ku dorosłemu, 

który jest duży, że uczy się kierować ku niemu w sposób uczucio­

wy. Czysta zasada naśladowania, która dotyczyła przejawów zew­

nętrznych, po zmianie zębów przechodzi w innaj same potrzeby 

natury ludzkiej sprawiają, że musi się rozwinąć zasada autorytetu. 

Nie mogą państwo spodziewać się po mnie, autorze „Filozo­

fii wolności"

9

, którą napisałem jako młody człowiek na początku 

lat 90., że za tym kiemjącym się autorytetem dzieckiem (między 

zmianą zębów a dojrzewaniem płciowym) wstawiam się powo­

dowany szczególną sympatią dla powszechnego posłuszeństwa. 

Filozofia wolności, GA 4, wydawnictwo Spektrum, Warszawa 2000. (przyp. tłum.) 

184 

Trzeba się jednak za nim wstawić, ponieważ istota ludzka w tym 

wieku wymaga, żeby autorytet odgrywał rolę w jej wychowaniu. 

Do właściwego korzystania ze swojej wolności dochodzimy 

w późniejszym życiu jedynie wtedy, gdy między zmianą zębów 

a dojrzewaniem płciowym poznamy uczucie głębokiego szacun­

ku i poczucie autorytetu. Tu znowu mamy obszar, na którym na­

prawdę dobrze można zobaczyć, że na wszystko, co związane jest 

z wychowaniem, musimy patrzeć jak na coś, co, ujmując rzecz 

ogólnie, zanurzone jest w życiu społecznym - i tak też musimy to 

traktować. Gdy dzisiaj, patrząc wstecz, widzimy, jak ludzkość sta­

ła się dumna ze swojej nowoczesnej oświaty, jak bardzo oświata 

jest wychwalana, to często dochodzimy do osobliwych odczuć. 

W Austrii, gdzie spędziłem połowę życia, często słyszeliśmy po 

1866 roku, że „pruski nauczyciel" odniósł wtedy zwycięstwo

10

Według ówczesnych zapatrywań Austria była jeszcze opóźniona 

pod względem szkolnictwa; swoje ustawodawstwo oświatowe 

otrzymała dopiero później. Pruski nauczyciel wychwalany był 

jako ten, który wywalczył wtedy zwycięstwo. Od 1918 roku nie 

słyszałem już, żeby z tego punktu widzenia tak często powoły­

wano się na pmskiego nauczyciela! Ale to jest tylko jeden przy­

kład tego, jak współczesną oświatę z dumą wychwala się w naj­

różniejszych dziedzinach. 

Dzisiaj widzimy już coś z owoców [takiego stanu rzeczy]: 

chaotyczne życie społeczne, któremu grozi ciągłe popadanie w co­

raz większy chaos; chaotyczne przede wszystkim dlatego, że lu­

dzie stawiają instynkt wolności w miejsce woli wolności i uczucia 

wolności i że w zasadzie oduczyli się we właściwy sposób ko­

rzystać z tej wartości, jaką jest wewnętrzna wolność. Ten, kto po­

trafi obserwować życie, potrafi bez wątpienia zobaczyć związek 

między obecnym chaosem społecznym a tymi zasadami wycho­

wawczymi, które wprawdzie mogą w wysokim stopniu zaspoko­

ić potrzeby intelektualistyczno-naturalistyczne, ale nie pokiemją 

całego człowieka na właściwe drogi. Naprawdę musimy wiedzieć, 

10

 Wypowiedź Oskara Perschela, profesora geografii w Lipsku w artykule „Die 

Lehren der jüngsten Kriegsgeschichte" z 17 czerwca 1866. 

185 

background image

że życie rozwija się w biegunowych przeciwieństwach i że czło­

wiek może w późniejszym życiu we właściwy sposób stać się 

wolny dzięki temu, że we właściwym czasie w dzieciństwie nau­

czył się mówić sobie: „To jest prawda" - wobec tego, co kocha­

ny i szanowany przez niego nauczyciel czy wychowawca przed­

stawił mu jako prawdę. Albo: „To jest błędne, ponieważ on tak 

powiedział!". „To jest piękne! To jest szpetne!" - wobec tego, co 

nauczyciel przedstawił mu jako piękne czy szpetne. „To jest do­

bre, a to jest złe!". Wraz ze zmianą zębów człowiek zdobywa 

nowy związek ze światem, ale świat ten musi przyjść do niego 

najpierw w formie życia dusznego, które dopiero teraz może on 

odczuć jako oddzielone od siebie - musi przyjść jako autorytet 

pedagogiczny. W tym okresie życia dziecka nauczyciel jest [dla 

dziecka] światem. Świat trzeba poznać najpierw jako treść życia 

[duszy] wychowawcy, żeby w późniejszym życiu dojść do rze­

czywistego, prawdziwego korzystania z wolności. Dlatego musi­

my powiedzieć: 

od narodzin do zmiany zębów - pęd do naśladowania; 

od zmiany zębów do dojrzałości płciowej - zasada autorytetu; 

tego samo przez się zrozumiałego autorytetu, nie narzuconego, 

owego autorytetu, który powstaje za sprawą imponderabiliów wy­

wołujących właściwe relacje między dzieckiem i wychowawcą. 

Tu naprawdę władają imponderabilia. Chciałbym pokazać 

państwu na symptomatycznym przykładzie, jak działają impon­

derabilia. Przyjmijmy, że chcemy przekazać dziecku - co jest 

znacznie trudniejsze, niż się zazwyczaj sądzi - pojęcie, wyobra­

żenie nieśmiertelności duszy. W tym wieku, gdy predyspozycje 

dziecka czynią je podatne przede wszystkim na artystyczny ele­

ment w wychowaniu, nie możemy wprowadzać mu takich rzeczy, 

posługując się abstrakcyjnymi pojęciami, wyobrażeniami przypo­

minającymi idee. Musimy to wprowadzić w sposób obrazowy. Jak 

zatem artysta wychowania, który ma pewną słabość do tego, co 

intelektualistyczno-naturalistyczne, przedstawi dziecku nieśmier­

telność, posługując się formą obrazową? Powie on sobie, chociaż 

nie całkiem explicite, tylko w podświadomości: „Jestem bardzo 

mądry, dziecko jest bardzo głupie; dlatego wymyślę obraz, żeby 

186 

przedstawić dziecku nieśmiertelność. Poczwarka, z której wy­

chodzi motyl, to dobry obraz. W poczwarce ukryty jest motyl. 

W ciele ludzkim jest dusza. Motyl wylatuje z poczwarki. W ob­

szarze widzialnym jest to odpowiednik tego, co dzieje się w cza­

sie śmierci, gdy nadzmysłowa dusza opuszcza ciało i ulatuje 

w świat duchowy. Mogę to tak przedstawić dziecku, że najpierw 

- będąc bardzo mądrym, intelektualistycznym człowiekiem - wy­

myślam to sobie, a potem przekazuję dziecku". Gdy mam takie 

nastawienie, to taki obraz nie bardzo trafi do dziecka. Dziecko 

przyjmie go - i z powrotem go zapomni. Nie wnika on wystarcza­

jąco głęboko w życie uczuciowe dziecka. Mogę jednak także ina­

czej posłużyć się tym obrazem. 

Przecież naprawdę nie mogę powiedzieć: „Jestem szczegól­

nie mądry, dziecko jest szczególnie głupie". W toku rozważań 

widzieliśmy przecież, że na innym obszarze dziecko jest mądre, 

a nauczyciel głupi. Mogę to w jakiś sposób mieć w świadomości 

i mogę sam wierzyć w ten obraz. Duchowo ukierunkowane spoj­

rzenie na świat uczy mnie wierzyć w ten obraz, mówić sobie: to, 

co na wyższym poziomie jest procesem wychodzenia duszy z or­

ganizmu, jest na niższym poziomie tym samym, tylko jest to 

prostsze i zmysłowo widzialne. To nie ja wymyśliłem to, co rze­

czywiście dzieje się z poczwarka i motylem - zostało to włożone 

w stworzony świat przez odwieczną mądrość, a ja także na zew­

nątrz, w przyrodzie, w wylatywaniu motyla powinienem zobaczyć 

obraz tego, co dzieje się również na wyższym poziomie, gdy 

dusza opuszcza ciało. Wtedy dochodzę do tego, że gorąco wie­

rzę w swój obraz, że uważam go za prawdziwy. Wtedy zaś na 

dziecko oddziałuje coś, co muszę w pełni zaliczyć do obszaru im­

ponderabiliów dusznych. Gdy przedstawiam ten obraz dziecku, 

wychodząc od ciepła i żarliwości własnej wiary w mój obraz, to 

obraz ten pozostaje, wnika kształtująco w całego człowieka. W ten 

sposób można patrzeć na oddziaływanie autentycznego autory­

tetu. Wtedy widzi się najbardziej uzdrawiające i dobroczynne 

działanie tego autorytetu, tego prowadzenia do posłuszeństwa, do 

najbardziej wewnętrznego posłuszeństwa, i nie kwestionuje się go, 

wychodząc od błędnie pojmowanej wolności. 

187 

background image

I tak wszystko wskazuje nam na to, że nauczyciel, wychowu­

jący artysta, ma stanąć wobec dziecka właśnie jako prawdziwy 

artysta życia, ponieważ dziecko po zmianie zębów idzie ku niemu 

jako działający do wewnątrz artysta-rzeźbiarz, działający do we­

wnątrz artysta-muzyk. 

U poszczególnych ludzi, którzy stają się geniuszami czy wir­

tuozami, umiejętności te rozwijają się potem w szczególny spo­

sób. Pozostają. Niemniej do wewnątrz, nieświadomie, dziecko jest 

wielkim rzeźbiarzem. Przynosi to sobie z czasu sprzed zmiany zę­

bów, a potem muzyczne działanie do wewnątrz splata się z rzeź­

biarskim działaniem do wewnątrz i my sami, jako nauczyciele, 

jako wychowawcy, musimy w żywy sposób wyjść naprzeciw te­

mu wewnętrznemu artystycznie-rzeźbiarskiemu, artystycznie-mu-

zycznemu kształtowaniu. 

Tylko wtedy, gdy tak postępujemy, będziemy w stanie - za­

miast pozwalać człowiekowi „poprzerastać" wewnętrznie - kształ­

tować go wszechstronnie ku pewnej doskonałości, która leży w je­

go predyspozycjach. 

* * * 

• 

• 

188