background image

 

 

 
 

10 lat Polski w UE

 

 

 
 

Pozytywne i negatywne skutki członkostwa

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

1

 

background image

 

 

Spis treści

 

 

 

 

 

 

 
 

1.  Wprowadzenie  
 
2.  Członkostwo w UE a pozycja międzynarodowa Polski  
 
3.  Polska jako peryferium europejskiego Grossraumu  
 
4.  Demografia i geopolityka a miejsce Polski w Europie  
 
5.  Traktat lizboński i europejski koncert mocarstw  
 
6.  Nieistniejący ekonomiczny bilans członkostwa  
 
7.  Euro i przyszłość Polski w strukturach integracyjnych Zachodu  
 
8.  Pakt fiskalny i przyszłość Polski w strukturach integracyjnych  

 

Zachodu  

 
9.  Zakończenie. Przyszłość Polski w UE  

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
 

2

 

background image

1. Wprowadzenie

 

 

 

 

 

W  maju tego roku obchodzimy 10 lat członkostwa Polski w Unii Europejskiej. 

To  dobry  pretekst,  aby  przedstawić  bilans  naszej  obecności  w  tej  organizacji. 

Jego  potrzeba  jest  tym  bardziej  paląca,  ponieważ  polskie  instytucję  rządowe  i 

pozarządowe do tej pory nie podjęły zadania stworzenia całościowego bilansu. 

Wydawany  sukcesywnie  przez  MSZ  raport  zatytułowany  „Społeczno-

gospodarcze  efekty  członkostwa  Polski  w  Unii  Europejskiej”

1

  niestety  nie 

spełnia  tego  zadania.  Jego  edycja  z  2013  r.  skupia  się  bowiem  na  wąsko 

pojmowanych  skutkach  gospodarczych  członkostwa  oraz  w  zasadzie  opisuje 

jedynie  korzyści  zeń  wypływające.  I  właściwie  nie  zawiera  jednoznacznych 

ocen.  Pod  tym  względem  bardziej  przydatna  jest  jego  poprzednia  edycja: 

„Gospodarczo  -  społeczne  efekty  członkostwa  Polski  w  Unii  Europejskiej,  z 

uwzględnieniem wpływu rozszerzenia na UE-15 (1 maja 2004 – 1 maja 2012) - 

główne wnioski w związku z ósmą rocznicą przystąpienia Polski do UE. Można 

tam znaleźć następującą ocenę:

 

 

„Po  ośmiu  latach  od  akcesji  bilans  członkostwa  Polski  w  UE  pozostawał 
pozytywny”

2

 

 

W  tym  sformułowaniu  zawiera  się  więc  cała  urzędowa  ocena  naszego 
członkostwa.  Trudno  tu  mówić  o  jakimkolwiek  niuansowaniu.  Być  może 
przyczyna po części leży w  metodologii ukierunkowanej przede wszystkim na 
deskrypcję:

 

 

 

 

1

 

W roku 2013 polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych wydało „Społeczno-gospodarcze efekty członkostwa 

Polski  w  Unii  Europejskiej  (1  maja  2004  –  1  maja  2013)  Główne  wnioski  w  związku  z  dziewiątą  rocznicą 

przystąpienia Polski do UE” 

http://www.msz.gov.pl/resource/25ee612b-fb3a-4570-91ee-f2e36f1d4e51:JCR

), a 

przed  rokiem  „Gospodarczo  -  społeczne  efekty  członkostwa  Polski  w  Unii  Europejskiej,  z  uwzględnieniem 

wpływu  rozszerzenia  na  UE-15  (1  maja  2004  –  1  maja  2012)  -  główne  wnioski  w  związku  z  ósmą  rocznicą 

przystąpienia Polski do UE” 

http://www.msz.gov.pl/resource/25ee612b-fb3a-4570-91ee-f2e36f1d4e51:JCR

 

 
2

 

„Gospodarczo  -  społeczne  efekty  członkostwa  Polski  w  Unii  Europejskiej,  z  uwzględnieniem  wpływu 

rozszerzenia na UE-15 (1 maja 2004 – 1 maja 2012) - główne wnioski w związku z ósmą rocznicą przystąpienia 
Polski do UE”, s. 1. 

 

 

3

 

background image

 

„Analiza  prowadzona  od  momentu  przystąpienia  ma  na  celu  dokonanie  oceny 

efektów  członkostwa  Polski  w  UE.  Oszacowanie  tzw.  efektu  unijnego  i 

precyzyjne  uchwycenie  skali  wpływu  członkostwa  na  poszczególne  segmenty 

funkcjonowania  gospodarki  nie  zawsze  jest  jednak  możliwe  we  wszystkich 

aspektach,  dlatego  prezentowana  ocena  skupia  się  na  „mierzalnych”  efektach 

tego  procesu.  W  związku  z  tym,  w  niniejszym  materiale  dokonano  oceny 

wpływu  członkostwa  na  polską  gospodarkę,  tam  gdzie  było  to  możliwe  w 

zestawieniu  z  innymi  państwami  regionu.  Jednocześnie  uwzględniono  wpływ 

rozszerzenia  na  sytuację  gospodarczą  państw  UE-15.  Oszacowano 

makroekonomiczny  wpływ  akcesji  nowych  państw  biorąc  pod  uwagę  wzrost 

przepływów  handlowych  i  migracji.  Przeanalizowano  te  obszary,  w  których 

zmiany  w  największym  stopniu  wynikają  z  obecności  Polski  w  UE,  tj.  przede 

wszystkim:  obecność  na  rynku  wewnętrznym,  co  się  wiąże  z  aktywnością 

handlową  polskich  przedsiębiorstw  oraz  Polaków  podejmujących  zatrudnienie 

za granicą; wpływ transferów finansowych z budżetu UE (w dwóch głównych 

strumieniach:  polityka  spójności  i  polityka  rolna)  oraz  transfery  od  osób 

prywatnych  pracujących  za  granicą.  Oceniono  także  napływ  bezpośrednich 

inwestycji zagranicznych, wychodząc z założenia, że obecność Polski w UE jest 

jednym z dodatkowych czynników przyciągania nowych inwestycji.”

3

 

 

Niestety  ta  rządowa  analiza  nie  bierze  pod  uwagę  skutków  negatywnych 
integracji  polski  z  Unia  Europejską.  Tego  typu  postępowanie  jest  typowe  dla 
podejścia  polskiej  administracji  do  procesów  integracyjnych.  W  dekadę  po 
akcesji nie powstał w Polsce ani oficjalny, ani nieoficjalny, pozarządowy raport, 

którego celem byłby bilans korzyści i strat związanych z członkostwem w UE.

4

 

 

 

3

 

Tamże, s. 2. 

 

 

4

 

W trakcie przygotowania niniejszego raportu zwróciłem się do kilku instytucji rządowych (m.in. do Kancelarii 

Prezesa  Rady  Ministrów  i  Ministerstwa  Środowiska)  z  zapytaniem,  czy  są  w  posiadaniu  całościowego  lub 

częściowego  raportu  podejmującego  problem  zysków  i  strat  wynikających  z  członkostwa  Polski  w  UE.  W 

odpowiedzi poinformowano mnie, że ani całościowy bilans, ani bilans częściowy (np. dotyczący problematyki 

ochrony środowiska lub wdrożenia pakietu klimatycznego autorstwa organizacji rządowej lub pozarządowej nie 
istnieje. 

 

 

4

 

background image

 

Oczywiście  tego  rodzaju  opracowanie,  aby  było  wiarygodne  musiałoby 
charakteryzować  się  własną  oryginalną  metodologią  naukową.  O  ile  bowiem 
łatwo byłoby wskazać na bezpośrednie przepływy finansowe z budżetu UE do 
budżetu  RP  i  z  powrotem,  o  tyle  rachunek  korzyści  i  strat  związany  z 
przepływem  siły  roboczej,  czy  też  z  wdrażaniem  polityki  ochrony  środowiska 
(w tym polityki klimatycznej) wymaga naukowego opracowania szczegółowych 

metodologii.

 

 

Bilansu takiego nie można jednak ograniczać do wartości kwantyfikowalnych. 

Można  bowiem  postawić  kwestię  szeroko  rozumianych  skutków  politycznych 

członkostwa w UE. Realny bilans winien bowiem odpowiedzieć na pytanie, czy 

wskutek członkostwa pozycja Polski na arenie międzynarodowej poprawiła się, 

czy  tez  pogorszyła;  czy  jego  skutkiem  jest  poprawa  bezpieczeństwa 

narodowego,  czy  tez  osłabienie.  Warto  również  byłoby  rozważyć  skutki 

społeczne,  które  wynikają  z  członkostwa  w  UE  w  jej  niekwantyfikowalnych 

przejawach, opisywanych przez socjologię czy psychologię społeczną.

 

 

Ujęcie  całościowe  problematyki  bilansu  członkostwa  jest  zatem  niezwykle 

skomplikowane  i  w  praktyce  na  dzisiejszym  etapie  opracowania  naukowego 

niemożliwe do przedstawienia. Jednakże jest ono konieczne, aby móc poważnie 

odpowiedzieć na pytanie, czy integracja europejska jest w interesie narodowym 

Polskim, czy nie jest. Oczywiście problemem takiego bilansu będzie porównanie 

tego,  co  kwantyfikowalne  z  tym,  co  niekwantyfikowalne,  a  więc  skutków 

ekonomicznych  z  politycznymi  (geopolitycznymi).  To  oczywiście utrudni nam 

jednoznaczną ocenę całościowego bilansu członkostwa. Ta trudność nie pozwala 

jednak na stwierdzenie, że tego rodzaju przedsięwzięcie badawcze nie ma sensu.

 

 

 
 

Celem  niniejszego  opracowania  nie  jest  oczywiście  próba  przedstawienia 
całościowego  bilansu  członkostwa.  Nie  jest  to  możliwe  chociażby  z  tego 
powodu, że nie istnieje metodologia służąca realizacji tego rodzaju zadania.

 

 

5

 

background image

 

Można  sobie  wyobrazić,  że  udałoby  się  to  pod  warunkiem  zaangażowania 

poważnych  środków  i  sił  zarówno  reprezentujących  administrację  jak  i  świat 

nauki.  Pierwszym  krokiem  winno  być  powołanie  zespołu,  który  rozstrzygnie 

kwestie  metodologiczne,  a  następnie  zespołu,  a  właściwie  zespołów,  które 

podejmą  się  określonych  metodologią  badań.  Te  zaś  niewątpliwie  trwałyby 

kilka lat.

 

 

Dlatego  celem  niniejszej  analizy  jest  zwrócenie  uwagi  na  konieczność 
powstania  całościowego  bilansu  jak  również  nakreślenie  najważniejszych 
zagadnień, które musiałyby się nań składać.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
 

6

 

background image

 

 

 

 

 

 

 

 
 

2. Członkostwo w UE a pozycja międzynarodowa Polski

 

 

 

 

 

Panuje przekonanie, że Rzeczpospolita Polska jest niezależnym i samodzielnym 
uczestnikiem  gier  międzynarodowych.  Jakkolwiek  nie  jest  żadnym 
mocarstwem,  to  z  pewnością  -  państwem  średniej  wielkości,  z  którym  muszą 
liczyć się jej europejscy i amerykańscy partnerzy. Członkostwo w UE i NATO 

ma być znakomitym tego dowodem.

5

 

 

Tradycyjna  analiza,  wykorzystująca  instrumentarium  polityki  realnej,  skłania 
jednak  ku  przeciwnej,  pesymistycznej  konkluzji.  A  mianowicie,  że  obecnie 
Polska odgrywa na arenie międzynarodowej rolę państwa zależnego. Co gorsza 

jego  polityczno-gospodarcza  niesterowność  nie  pozwala  nawet  na  odgrywanie 

podrzędnej roli satelity.

 

 

PRL  nie  była  państwem  suwerennym.  O  sprawach  wewnętrznych  i 

zewnętrznych  decydowano  w  Moskwie.  Warszawa  była  mniej  lub  bardziej 

biernym  wykonawcą  rozkazów  z  Kremla.  Nikt  jednak  nie  zastanawia  się,  jaki 

cudem nagle, w ciągu niecałych dwu lat 1989-90, Polska stała się państwem w 

pełni  suwerennym.  Wymiana  głowy  państwa,  rządu,  wybór  460  posłów  i  100 

senatorów  były  tylko  zmianą  sztafażu.  Symbole  suwerenności  i  możność 

posługiwania się nimi uznaliśmy za suwerennością samą.

 

 

Rzeczywistość międzynarodowa –mimo słabnących protestów idealistów-rządzi 
się starymi, zdroworozsądkowymi zasadami. Do realnej poprawy pozycji Polski 
mogło dojść tylko wskutek zmiany układu sił. I to na jeden z dwu

 

 

5

 Por.  Informacja Ministra Spraw Zagranicznych o założeniach polskiej polityki zagranicznej w 2013 r., 20

 

 marca 2013 r. (

http://www.msz.gov.pl/resource/43569e19-908b-4695-9520-19d34407af2a:JCR

 

7

 

background image

 

sposobów:  albo  poprzez  wzrost  potęgi  naszego  państwa  (militarnej, 
gospodarczej, politycznej), albo osłabienie potęgi mocarstw z naszego otoczenia 
międzynarodowego.

 

 

Pierwsza  możliwość  nie  wchodzi  w  grę,  gdyż  pierwsze  lata  transformacji 
wiązały  się  z  spadkiem  efektywności  gospodarczej  (wolny  rynek  musiał 
wyeliminować  dużą  część  nieefektywnych,  socjalistycznych  zakładów  pracy), 
kryzysem  struktur  państwowych  (wymiana  elit  rządzących,  reforma  armii, 
policji i innych służb) itd.

 

 

W  przypadku  drugiej  opcji  trudno  kwestionować,  że  kres  supermocarstwowej 

pozycji  ZSRR,  a  następnie  jego  upadek,  umożliwił  demokratyczno-liberalną 

transformację  państwa  polskiego.  Jednocześnie  jednak  nie  zmienił  w  istotny 
sposób niekorzystnego dla stosunku sił pomiędzy Moskwą a Warszawą.

 

 

Co się więc stało na początku lat dziewięćdziesiątych?

 

 

Przeważająca  część  elit  i  polskiego  społeczeństwa  odpowiada  na  to  pytanie  w 
sposób następujący. W roku 1989 Polacy obalili ustrój komunistyczny. Oznacza 
to,  że  w  polskiej  samowiedzy  istnieje  silne  przekonanie  o  odegraniu 

podmiotowej  roli  w  tych  wydarzeniach.  Niestety,  nie  jest  ono  oparte  na 

prawdzie.

 

 

A  sprowadza  się  ona  do  konstatacji,  że  Zachód  pokonał  Wschód  w  przeszło 
czterdziestoletniej  zimnowojennej  rywalizacji.  Państwa  zależne  od  Moskwy 
odegrały  w  tych  wydarzeniach  drugorzędną  rolę.  Zadecydowała  ogromna 

przewaga  militarno-gospodarcza  Waszyngtonu  i  jego  sojuszników  nad 

rozpadającym się imperium sowieckim.

 

 

Jakkolwiek

 

wskutek   zakończenia   zimnej   wojny   pozycja   geopolityczna

 

 

(geograficzna)  Polski  wyraźnie  się  poprawiła,  to  jej  pozycja  mocarstwowa 
pozostała ta sama lub nawet się pogorszyła: zanotowano nie przyrost, a raczej 
osłabienie potencjału. Te same zatem powody decydowały, że zarówno w

 

 
 

8

 

background image

 

trakcie  zimnej  wojny,  jak  i  po  jej  zakończeniu,  nie  byliśmy  samodzielnym 
podmiotem  polityki  międzynarodowej.  Przełom  lat  80.  i  90  nie  wpłynął  na 
poprawę  statusu  Polski.  De  facto  oznaczał  on  dla  Warszawy  możliwość 
wymiany  patrona;  wybraliśmy  różnorodną  zależność  od  Waszyngtonu,  Bonn 

(potem Berlina) i Brukseli, po to by wreszcie pozbyć się poddaństwa wobec

 

 

Moskwy.

 

 

Należy jednak oddać sprawiedliwość. Ta strategia polityki polskiej początku lat 

90.  był  w  zasadzie  jedyną  możliwą.  Ponieważ  i  tak  znaleźliśmy  się  w  orbicie 

wpływów  Zachodu,  należało  jak  najszybciej  stać  się  członkiem  dwu 

podstawowych  organizacjami  regionalnych:  NATO  i  UE.  O  ile  jako  państwo 

zależne  od  Moskwy  musieliśmy  wypełniać  nawet  najdrobniejsze  rozkazy 

centrali,  o  tyle  sojusz  z  Zachodem  dawał  nam  pewien  margines  swobody,  a 

członkostwo  w  NATO  i  UE  wpływ  na  politykę  Zachodu.  Dzięki  temu 

otrzymaliśmy szansę, by z państwa-satelity Zachodu stopniowo przekształcić się 

w partnera.

 

 

 

 

 

Niestety,  minęło  dziewięć  lat  i  tej  okazji  nie  udało  się  nam  wykorzystać. 

Członkostwo  w  NATO,  które  miało  być  największym  osiągnięciem  polskiej 

polityki  zagranicznej  ostatniej  dekady,  z  całą  jaskrawością  obnażyło  naszą 

chroniczną  słabość.  Nie  jesteśmy  bowiem  w  stanie  wypełnić  zobowiązań 

sojuszniczych  (polityczna  bierność,  niskie  nakłady  finansowe  na  obronność, 

niezdolność do głębokiej restrukturyzacji i modernizacji armii). Stosunki z UE 

są  pokazem  przedziwnej  niemocy.  Najbardziej  niezrozumiałą  decyzją  była 

zgoda  na  zmianę  mechanizmów  decyzyjnych  z  nicejskiego  na  lizboński. 

Niezrozumiałe  jest  to,  że  mimo  słabej  pozycji  jako  państwo  kandydackie 

wynegocjowaliśmy  dla  siebie  korzystne  rozwiązania,  a  w  2008  roku  jako 

pełnoprawnemu członkowi daliśmy zgodę na zapisy degradującą naszą pozycje i 

rolę w UE.

 

 

9

 

background image

 

Do tego dochodzi fatalne zauroczenie polityką zachodniego sąsiada. Nie bacząc, 

że  dzisiejsza  UE  to  28  państw,  wszystko  postawiliśmy  na  jedną,  niemiecką 

kartę.  Co  więcej  namawiamy  Berlin,  by  szedł  hegemonialną  drogą.  Naiwnie 

bowiem  wierzymy,  że,  w  ten  sposób  nie  będąc  członkiem  strefy  euro  Niemcy 

zagwarantują  nam  wpływ  na  decyzje  eurogrupy.  Tym  samym  zamknęliśmy 

sobie pole gry w polityce zachodnioeuropejskiej, gdyż jesteśmy postrzegani np. 

w  Paryżu,  czy  Rzymie  jako  bezmyślni  satelici  Berlina.  Rozpad  Grupy 

Wyszehradzkiej  i  powrót  Kijowa  na  orbitę  wpływów  Moskwy  jest  dowodem 

kompletnego fiaska naszej polityki regionalnej.

 

 

Na  to  nakładają  się  niekorzystne  zmiany  w  polityce  globalnej  spowodowane 

reorientacją polityki zagranicznej USA, dokonaną przez prezydenta Georga W. 

Busha, a potem Baracka Obamy. Marginalizacja Sojuszu Północnoatlantyckiego 

podczas  antyterrorystycznej  krucjaty  była  pierwszym  symptomem  osłabienia 

pozycji  jego  europejskich  członków,  w  tym  również  Polski.  Alians  Obamy  z 

Putinem w ramach tzw. resetu pozbawia sensu gwarancje bezpieczeństwa, jakie 

dawać nam miało NATO. Co więcej, po raz pierwszy od dziesięciu lat znaczenie 

Rosji na arenie międzynarodowej zaczęło w sposób znaczący rosnąć, wyrazem 

tego  jest  kompletnie  nieprofesjonalne  zachowanie  prezydenta  Obamy  i  jego 

administracji  w  sprawie  Snowdena  i  następnie  w  sprawie  ewentualnej 

interwencji zbrojnej w Syrii.

 

 

Co  jest  zatem  przyczyną  mizerii  polskiej  polityki  integracyjnej,  a  właściwie 

polskiej polityki zagranicznej?

 

 

Najkrócej mówiąc jej idealizm, czyli fałszywe rozpoznanie rzeczywistości oraz 
niezrozumienie rządzących nią praw. Polskie elity uwierzyły, że wraz z końcem 
zimnej wojny doszło do rewolucji w stosunkach międzynarodowych.

 

 

Bezwzględnie realizujące swe interesy państwa narodowe miały zanikać dzięki 
dziejowemu zwycięstwu ustroju demokratyczno-liberalnego oraz postępom

 

 

 
 

10

 

background image

 

globalizacji,  regionalizacji,  integracji.  Widmo  „końca  historii”,  krążące  nad 
światem, nad Wisłą poczuło się jak we własnym domu.

 

 

Idealizm,  propagowany  na  początku  lat  90.  ubiegłego  wieku  przez  wpływową 

część  elit  zachodnich,  znalazł  w  Polsce  szczególnie  oddanych  admiratorów. 

Zakwestionował  bowiem  rolę  instynktu  państwowego,  zasady  równowagi  sił, 

popędu  władzy,  egoizmu  w  realizacji  interesów  narodowych,  a  więc  „prawo 

naturalne”  stosunków  międzynarodowych.  Prawo,  któremu  Polacy  z 

patologicznym uporem nigdy nie potrafili się podporządkować.

 

 

Po raz pierwszy w historii nasza niedojrzałość miała stać się cechą pozytywną; 

nie  my  musieliśmy  się  naginać  do  rzeczywistości,  to  sama  natura  stosunków 

międzynarodowych  zmieniła  się  w  sposób  dla  nas  korzystny.  Od  tej  pory 

rywalizacja  na  arenie  międzynarodowej  miała  mieć  co  najwyżej  charakter 

szlachetnego  sportowego  współzawodnictwa  zgodnego  dżentelmeńskim  „fair 

play”,  a  nie  bezpardonowej  walki  o  władzę  wedle  machiavellistyczno-

leninowskiego „кто кого” Dla Polaków, i chyba tylko dla nich, „koniec historii” 

oznaczał  dziejowy  tryumf  nad  pryncypiami  polityki  realnej,  której  mistrzami 

byli tacy pogromcy polskości jak Fryderyk Wielki, Katarzyna II, Metternich,

 

 

Bismarck i Stalin.

 

 

Niestety,  wydarzenia  drugiej  połowy  lat  90.  ubiegłego  wieku,  m.in.  konflikt 

bałkański,  ujawniły  utopizm  wyznawców  międzynarodowego  idealizmu. 

Chwilowo wyklęte zasady polityki realnej zaczęły znowu zdobywać akceptację 

na  salonach  dyplomatycznych.  Z  tą  na  szczęście  różnicą,  że  w  nowoczesnym 

wydaniu nie jest ona już tak brutalna; ponieważ mocarstwa bardzo dbają o to, by 

świetnie  skrojone  rękawiczki  ich  dyplomatów  zawsze  utrzymywały 

nieskazitelną biel.

 

 

Realpolitik stała się dziś bardziej pragmatyczna, ponieważ suwerenności nadano 
inny sens, aniżeli w wieku XIX. Państwa nie dążą już do osiągnięcia absolutnej 
niezależności od czynników zewnętrznych i wewnętrznych (niezależności od

 

 

11

 

background image

 

wszelkiej  władzy  w  stosunkach  z  innymi  państwami  oraz  samodzielną  i 
najwyższą władzą na własnym terytorium).

 

 

Coraz  większa  współzależność  powoduje,  że  w  grach  międzynarodowych 

przestaje bezwzględnie obowiązywać zasada, że zysk jednego z jej uczestników 

musi  koniecznie  pociągać  za  sobą  stratę  innego.  Jest  wiele  przykładów 

(integracja  europejska!),  że  podczas  gry,  jakkolwiek  w  różnym  stopniu, 

korzystać  mogą  wszyscy.  Dlatego  na  arenie  międzynarodowej  nie  chodzi 

obecnie o  osiągnięcie  władzy  absolutnej  na  innymi  (ostatnim  tego przykładem 

były  zmagania  Hitlera  i  Stalina),  lecz  o  zdobycie  przez  państwo  możliwie 

najwyższej pozycji w hierarchii władzy i dobrobytu.

 

 

Polityka  realna  utraciła  swoją  absolutystyczną  pretensję,  stała  się  bardziej 
relatywistyczna.  Relatywizacji  uległo  również  pojęcie  suwerenności,  które 

oznacza  dzisiaj  zdolność  państwa  do  artykułowania  i  realizacji  swoich 

interesów. Ze zreformowanym zasadami Realpolitik Polska radzi sobie również 

fatalnie.

 

 

Po  pierwsze,  narodowa  duma  nie  pozwala  na  realną  ocenę  naszej  faktycznej 

pozycji  na  arenie  międzynarodowej.  Próbujemy  zachowywać  się  jak  średnie 

mocarstwo  europejskie,  gdy  tymczasem  jesteśmy  co  najwyżej  satelitą.  Będąc 

członkiem UE, wierzymy w partnerstwo z możnymi tego świata, i zapominamy, 

że  tak  naprawdę  jesteśmy  petentem  pukającym  do  drzwi  tego  ekskluzywnego 

klubu.

 

 

Po  drugie,  brak  nam  zupełnie  instynktu  państwowego.  Nie  przypadkiem  w 
polityce  wobec  Unii  trudno  dostrzec  jakąś  spójną  myśl  strategiczną.  Decyzje 
podejmowane są niezgodnie z naszymi elementarnymi interesami. Jak bowiem 
można było zgodzić się na pakiet klimatyczny, który dla gospodarki opartej na 
węglu jest po prostu zabójczy.

 

 

Po trzecie, historia naszego członkostwo w UE dowodzi, że nadal nie posiadamy 
naturalnego instynktu gry, charakteryzującego każdego poważnego uczestnika

 

 

12

 

background image

 

sceny  międzynarodowej.  Negocjacje  traktatu  lizbońskiego  poddaliśmy  na 
samym wstępie. Nasi negocjatorzy bowiem uznali pozycje negocjacyjne, które 
wypracowywali miesiącami, przystępując do stołu negocjacyjnego za nierealne.

 

 

Zgody na niekorzystne zapisy nie „sprzedaliśmy” za realizację jakiego ważnego 

interesu.  A  przecież  można  było  próbować  w  zamian  za  Lizbonę  próbować 
targować  pakiet  klimatyczny  (np.  próbować  negocjować  derogację  w 

odniesieniu do Polski).

 

 

Po  czwarte,  odrzucając  egoizm,  jako  normę  zachowania  na  scenie 

międzynarodowej,  nie  dostrzegamy,  że  nasi  partnerzy  konsekwentnie  się  nim 

kierują.  Zamykamy  oczy  na  fakt,  że  ustępstwa  polityce  unijnej,  są  najczęściej 

ustępstwami  wobec  naszego  najsilniejszego  zachodniego  partnera,  czyli 

Republiki  Federalnej  Niemiec.  W  ciągu  ostatniej  dekady  wielokrotnie  polscy 

politycy  popierali  rozwiązania  zgodne  z  interesami  Niemiec,  ale  niestety 

niezgodne  z  interesami  Polski.  Wymieńmy  najbardziej  kluczowe:  traktat 

lizboński,  pakiet  klimatyczny  czy  też  pakt  fiskalny.  Czy  powinno  nas  dziwić 

fakt, że Francuzi traktują nas jako klienta Niemców?

 

 

Altruizm  stanowi  wygodny  pretekst,  aby  lekceważyć  własne  interesy. 

Specjalnością  Polski  miała  być  polityka  wschodnia,  dzięki  specyficznemu 

„pomostowemu”  położeniu  pomiędzy  Wschodem  i  Zachodem.  Owładnięci 

misją okcydentalizacyjną robienie interesów pozostawiamy innym. Od lat trwają 

rozmowy  pomiędzy  UE  a  Rosją  na  temat  zawarcia  strategicznego  sojuszu 

energetycznego.  Chodzi  o  wielkie  dostawy  gazy  i  ropy  naftowej  dla  Zachodu; 

dokładniej  uniezależnienie  od  coraz  to  mniej  pewnych  złóż  Zatoki  Perskiej. 

Rzut oka na mapę przekonuje, że ze względu na swoje położenie geograficzne

 

 

Polska  powinna  w  tych  rozmowach  silnie  forsować  swoje  interesy;  część 
rurociągów  przecina  nasz  kraj.  Tymczasem  nasi  najważniejsi  partnerzy 
strategiczni, czyli Berlin wybudowali omijający Polskę gazociąg, który podważa 
w ogóle sens wspólnotowej polityki dotyczącej dostaw najważniejszych

 

 
 

13

 

background image

surowców  energetycznych.  To  lekceważenie  dowodzi  pewności  Moskwy  i

 

 

Berlina, że po tym jak dobiją one miedzy sobą targu, bez problemu narzucą nam 

wynegocjowane warunki.

 

 

Po piąte, fiasko polityki regionalnej świadczy, że zasada równowagi sił jest dla 

nas  nadal  czarną  magią.  Przez  dwadzieścia  lat  zakładaliśmy,  że  Polska  będzie 

tzw.  środkowoeuropejskim  liderem,  czyli  najsilniejszym  mocarstwem 

regionalnym,  które  pod  swoimi  skrzydłami  skupi  mniejsze  państwa  i 

artykułować  będzie  interesy  regionu  przede  wszystkim  wobec  Zachodu. 

Przytłaczającą  przewagę  ówczesnej  Piętnastki  w  negocjacjach  członkowskich 

można  było  neutralizować  łącząc  siły  państw  środkoweuropejskich.  Byłby  to 

klasyczny  przykład  zastosowania  zasady  równowagi.  Jednak  działo  się  tak,  że 

im dalej w negocjacjach, tym gorzej z jednością. Gdy rozpoczęły się dyskusje o 

sprawach  zasadniczych,  czyli  o  pieniądzach,  Grupa  Wyszehradzka,  nasz 

podstawowy  instrument  polityki  regionalnej,  po  prostu  się  rozpadła. 

Przeoczyliśmy bowiem podstawowy fakt, że Europa Środkowo-Wschodnia ma 

już  od  dawna  swojego  lidera  -  RFN.  Obecnie  wszystkie  państwa 

środkowoeuropejskie są, niestety, w mniejszym lub większym stopniu klientami

 

 

Berlina.

 

 

Polska  mogłaby  być  regionalnym  liderem  tylko  pod  jednym  warunkiem,  że 
wzięłaby 

na 

siebie 

ciężar 

budowy 

takiej 

konstelacji 

państw 

środkowoeuropejskich,  która  równoważyłaby  wpływ  niemieckie  w  regionie. 
Można  oczywiście  pytać,  czy  miałaby  w  ogóle  na  to  stosowne  siły.  Jednak 
sprawdzić to można tylko w praktyce.

 

 

Zasada równowagi sił jest nieubłagana; wobec Hegemona  regionalnego można 
się  zachować  dwojako:  albo  mu  się  podporządkować,  albo  wraz  ze  słabszymi 
partnerami budować konkurencyjne centrum władzy regionalnej. W Warszawie, 
nie wiedzieć w ogóle czemu, wierzy w to, że można jednocześnie zjeść ciastko i 
mieć ciastko.

 

 

14

 

background image

 

 

Tych  kilka  przykładów  nie  powinno  pozostawiać  najmniejszej  wątpliwości.

 

 

Kluczowym problemem polityki zagranicznej III Rzeczypospolitej jest nie tylko 
słabość państwa, lecz świadoma lub nieświadoma, bierność i obojętność

 

 

Polaków wobec tego stanu rzeczy.

 

 

Można zatem zaryzykować tezę, że znaleźliśmy się w sytuacji gorszej, aniżeli w 

okresie międzywojennym. W pierwszej dekadzie swojego istnienia odradzająca 

się II Rzeczpospolita odnotowała na swoim koncie kilka poważnych sukcesów: 

dyplomatycznych  (konferencja  wersalska),  militarnych  (wojna  polsko-

sowiecka), czy gospodarczych (wojna handlowa z Niemcami w drugiej połowie 

lat dwudziestych).

 

 

Dziś  o  takich  osiągnięciach  możemy  tylko  pomarzyć.  Stąd  analogii  trzeba 
szukać w schyłkowym okresie Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Wówczas

 

 

Polacy  wierzyli,  że  jeśli  nie  będą  dla  innych  potencjalnym  zagrożeniem,  to 
Rosja,  Prusy  i  Austria  pozostawią  nas  w  spokoju.  Słabość  państwa  miała  być 
najlepsza gwarancja zewnętrznego bezpieczeństwa.

 

 

Elity  nie  rozumiały  logiki,  rządzącej  nowożytnym  systemem  państw 
narodowych, ukształtowanym po pokoju westfalskim (1648). Spośród mocarstw 
europejskich  tylko  Polska  nie  przyswoiła  sobie  podstawowej  lekcji  kardynała 
Richelieu, że w polityce zagranicznej należy kierować się wyłącznie jedną racją

 

 

– egoistyczną racją stanu (państwa), a wszystkie inne: religijne, cywilizacyjne, 
moralne,  ekonomiczne,  społeczne,  sentymentalne  etc.,  muszą  zostać  jej 
podporządkowane.

 

 

Na  efekty  nie  trzeba  było  długo  czekać.  Jan  III  Sobieski,  wybierając 
przebrzmiałe racje wyznaniowe, uwikłał się w działalność Świętej Ligi (1684-

 

 

1699) i na polach bitewnych roztrwonił resztki potęgi Rzeczypospolitej.

 

 

 

 

 

 

15

 

background image

 

W  dwadzieścia  lat  po  jego  śmierci,  po  Sejmie  Niemym  (1717)  utraciliśmy  de 
facto suwerenność, godząc się na rosyjski protektorat. Rozbiory były już tylko 
formalnością.

 

 

Polacy  nie  wyciągnęli  jednak  wniosków  z  upadku  własnego  państwa, 
wydarzenia  bez  precedensu  w  historii  nowożytnej  Europy.  Skupili  się  na 
apologii  status  quo.  Tak  oto  fałszywa  historia  stała  się  mistrzynią  fałszywej 

polityki.

 

 

Swój  najdoskonalszy  i  najbardziej  popularny  wyraz  znalazła  w  ideologii 
polskiego  romantyzmu.  Skoro  nie  udało  się  zbudować  nowożytnego  państwa, 
przyjęliśmy, że podmiotem historii, a więc i polityki jest naród.

 

 

Następnie,  naród  ubezwłasnowolniliśmy,  uznając,  że  rzeczywistością  rządzą 
obiektywne „prawa dziejowe”, których żadna wola poza boską nie jest w stanie 
zmienić.

 

 

Potem działaniu tych praw nadaliśmy charakter celowy, twierdząc, że zmierzają 
one  do  realizacji  idei  wolności  rodzaju  ludzkiego.  W  końcu  wystarczyło 
ogłosiliśmy,  że  zostaliśmy  wybrani  spośród  innych  narodów,  by  ów  wzniosły 
ideał wprowadzić w życie.

 

 

Nieuchronny  koniec  historii  –  powszechny  tryumf  idei  wolności,  byłby  zatem 

równoznaczny z dziejowym zwycięstwem Polaków. W ten sposób abstrakcyjna 
spekulacja czyniła politykę zupełnie zbędną.

 

 

 
 

***

 

 

 

 
 

Jakie  wnioski  należy  wyprowadzić  z  tych  rozważań?  Członkostwo  w  UE  w 
niewątpliwy sposób poprawiło pozycję  międzynarodową Polski w stosunku do 
tej,  w  jakiej  znajdował  się  PRL.  Niestety,  mimo  prawie  10  lat  członkostwa 
pozycja Rzeczpospolitej jest nadal słaba. Mimo deklaracji elit polityki

 

 

16

 

background image

 

zagranicznej  nie  udało  się  nam  osiągnąć  znaczącej  pozycji  w  regionie  (lider 
regionalny). Przyczyna tego była słabość wewnętrzna ujawniona szczególnie w 
procesie gospodarczej transformacji, ale także zmiany z najbliższym otoczeniu. 
A  przede  wszystkim  wzrost  potęgi  mocarstwowej  Niemiec  i  stopniowa 

reorientacja polityki Berlina.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

17

 

background image

 

 

 

 

 

 

 

 
 

3. Polska jako peryferium europejskiego Grossraumu

 

 

Niemcy  znaleźli  sensowniejszą,  z  punktu  widzenia  własnych  interesów, 
odpowiedź  na  wyzwania  nowej  eurazjatyckiej  konstelacji.  Skutkiem 

marginalizacji  geopolitycznej  Europy  Zachodniej  jest  wzrost  mocarstwowej 

potęgi Niemiec.

 

 

Słabsza Europa to automatycznie silniejsza Republika Federalne Niemiec, która 
krok  po  kroku  staje  się  dominującym  mocarstwem  na  obszarze  pomiędzy 
Atlantykiem i Bugiem. Swą moc wiążącą objawiła stara zasada doskonale znana 
politykom  francuskim  od  de  Gaulle’a  do  Mitteranda:  im  mniej  Europy  tym 
więcej Niemiec.

 

 

Co  ciekawe,  od  kilku  lat  sami  Niemcy  i  to  raczej  politologowie  niż  politycy 

zaczęli  używać,  pojęcia  dominacji  do  opisu  pozycji  swojego  kraju  w  Europie. 
Oczywiście  w  Polsce  tego  rodzaju  diagnozy  są  zakazane  przez  dominującą  w 
mediach i na uniwersytetach germanofilską poprawność.

 

 

Dominacja  ta  to,  z  jednej  strony,  efekt  poluzowania  struktur  integracyjnych 

przez  traktat  lizboński.  Jego  zapisy  prowadzą  do  naruszenia  równowagi  w 

procesie  decyzyjnym  pomiędzy  dużymi  i  małymi  krajami  UE,  czego 

największym  beneficjentem  będą  właśnie  Niemcy.  Z  drugiej  strony,  jest  ona 

skutkiem kryzysu, który zaraził i osłabił kraje, które mogłyby być przeciwwagą 

dla Niemiec, czyli Hiszpanię, Włochy i Francję.

 

 

Niemieccy politologowie tłumaczą, że do dominacji doszło mimo woli samego 
zainteresowanego.  Największe  państwo  Unii  prowadziło  skuteczną  politykę 
gospodarczą i to owa roztropność jest przyczyną obecnej pozycji RFN.

 

 

 

18

 

background image

 

Forsowana  przez  Niemcy  europejska  polityka  antykryzysowa  prowadzi  do 

redefinicji  pojęcia  suwerenności.  Szczególnie  dotyczy  to  najbardziej 
dotkniętych kryzysem państw peryferyjnych UE.  W przypadku Grecji i Cypru 
kluczowe  decyzje  zapadały  poza  ich  granicami,  głównie  w  Berlinie,  i  były 
narzucane rządom i parlamentom via Bruksela.

 

 

Unia  Europejska  stopniowo  przestaje  być  związkiem  równych  w  swojej 
suwerenności  państw  narodowych.  Zaczyna  przypominać  zhierarchizowaną 
strukturę  podobną  do  modelu  koncentrycznych  kręgów,  w  którym  to  właśnie 
centrum  nadal  cieszy  się  największym  stopniem  suwerenności  a  peryferia 

najmniejszym.

 

 

Trudno  oprzeć  się  wrażeniu,  że  po  przeszło  70  latach  na  Starym  Kontynencie 

urzeczywistnia  się  teoria  niemieckiego  prawnika  Carla  Schmitta

6

.  Schmitt 

przewidywał,  że  społeczność  międzynarodowa  składająca  się  z  równych  w 
suwerenności  państw  narodowych  przestanie  istnieć.  Zastąpią  ją  szersze 
struktury,  które  nazwał  Grossraeumen  (wielkimi  przestrzeniami),  centrum 

których tworzyć będą imperia (Reich), podporządkowujące sobie inne państwa.

7

 

 

Wiele wskazuje na to, że wizje najwybitniejszego prawnika międzynarodowego 
Trzeciej Rzeszy będą miały szansę urzeczywistnić się dzięki Republice

 

 

Federalnej Niemiec.

 

 

Pozycja  III  Rzeczypospolitej  w  porównaniu  ze  swą  poprzedniczką  uległa 
degradacji. Zaważył na tym przede wszystkim taki a nie inny wybór sojuszy w 
trakcie II wojny światowej, czego konsekwencją było totalne zniszczenie kraju, 
ludobójstwo  i  likwidacja  narodowej  elity  a  następnie  trwająca  bez  mała 
półwiecze sowietyzacja kraju.

 

 

Polska  odrodziła  się  dzięki  temu,  że  Zachód  zwyciężył  Moskwę  w  „zimnej 
wojnie”. Wbrew temu co myślimy o sobie, nasz realny wpływ na losy tego

 

 
 

6

 

Mariusz Muszyński, Państwo w prawie międzynarodowym, s. 

 

 
7

 

Carl Schmitt, 

 

 

19

 

background image

 

konfliktu  był  nikły.  Odzyskaliśmy  co  prawda  niepodległość,  ale  zamiast 
budować nowe silne państwo i wspólnotę narodową z zapałem godnym lepszej 
sprawy naprawialiśmy i reformowaliśmy „Peerel”.

 

 

Największym beneficjentem wśród zwycięzców zimnowojennych zmagań stała 
się Republika Federalna Niemiec. Po zjednoczeniu została desygnowana przez 
światowego Hegemona, jakim wówczas jawiły się Stany Zjednoczone, do

 

 

„partnerstwa w przywództwie”.

 

 

Ogromna  różnica  potencjałów  zdeterminowała  stosunki  polsko-niemieckie.  W 
ciągu  ostatnich  dwóch  dekad  Polska  stała  się,  używając  terminologii  polityki 
realnej,  satelitą  Niemiec.  Dziwne,  że  tego  typu  określenie,  wypychane  jest  ze 
świadomości  polskich  elit  politycznych,  zarówno  tych  germanofilskich  jak  i 

germanosceptycznych.

 

 

Realia  jednak  mówią  same  za  siebie.  Przede  wszystkim  ogromne  uzależnienie 

naszej gospodarki od gospodarki Niemiec. W roku 2010, podaję za „Rocznikiem 

Statystyki Międzynarodowej 2012” opublikowanym przez GUS, udział Niemiec 

w polskim imporcie wynosił 22% (udział zajmujących drugie i trzecie miejsce 

Rosji  i  Chin  wynosił  po  ok.  10%),  natomiast  ich  udział  w  polskim  eksporcie 

wynosił 26% (druga i trzecia Francja i Wielka Brytania osiągnęły po ok. 6%). 

Dysproporcja  polega  na  tym,  że  jeśli  dla  Polski  Niemcy  to  partner  handlowy 

numer  jeden,  to  dla  Niemiec  Polska  zajmuje  miejsce  na  początku  drugiej 

dziesiątki.

 

 

Za  uzależnieniem  gospodarczym  idzie  uzależnienie  polityczne.  Przez  15  lat  z 

entuzjazmem  godziliśmy  się,  by  najpierw  Bonn  a  potem  Berlin  pełniły  rolę 

naszego adwokata na drodze do struktur euroatlantyckich. Potem w ciemno

 

 

żyrowaliśmy  niekorzystne  z  punktu  widzenia  polskiego  interesu  narodowego 
niemieckie  inicjatywy  na  arenie  międzynarodowej.  Przede  wszystkim  traktat 
lizboński, który drastycznie osłabił pozycji Polski w Unii Europejskiej,

 

 

 
 

20

 

background image

 

redefiniując w niezgodzie z interesami narodowymi sens naszego członkostwa 

w UE.

 

 

Dziś  entuzjastycznie  popieramy  bezsensowną  politykę  antykryzysową  i  pakt 
fiskalny, który oznacza utratę ostatnich resztek suwerenności gospodarczej. Do 
rangi symbolu urastają wezwania polskiego ministra spraw zagranicznych, aby 
Berlin bardziej zdecydowanie dominował w Europie.

 

 

Trudniej  zdefiniować  naturę  obecnych  stosunków  polsko-rosyjskich.  A  jest  to 
konieczne.  Ponieważ  nasza  pozycje  w  Europie  determinuje  nie  tylko 
członkostwo  w  UE  i  relacje  z  Niemcami,  ale  także  trudne  sąsiedztwo  z 
Federacją  Rosyjską.  Integracja  z  Zachodem  miała  wzmocnić  naszą  pozycję 

wobec Moskwy.

 

 

W  ciągu  dwóch  dekad  Polska  realizowała  strategie  skierowane  przeciwko 
fundamentalnym  interesom  Federacji  Rosyjskiej.  Najpierw  starała  się  o 
członkostwo państw środkowoeuropejskich w NATO i UE, następnie dążyła do 

kolejnego  rozszerzenia  struktur  euroatlantyckich  na  wschód,  o  czynnym 

wsparciu „pomarańczowej rewolucji” nie wspominając.

 

 

Nie znaczy to, że wpływy moskiewskie w Polsce są małe. Wręcz przeciwnie.

 

 

Jakkolwiek Polska przeszkadza Rosji w realizacji interesów geopolitycznych, to 
zezwala  na  ekspansję  geoekonomiczną  na  swoim  terytorium.  Jaskrawym 
przykładem jest historia porozumień na dostawy rosyjskiego gazu ziemnego.

 

 

Wszystkie polskie rządy, niezależnie od deklarowanego stosunku do Moskwy, 
podopisywały umowy, które dla naszego kraju były jawnie niekorzystne. Innym 
mniej  nagłaśnianym  faktem  jest  nasza  zależność  od  dostaw  rosyjskiej  ropy 

naftowej.

 

 

W przypadku relacji z Rosją można więc mówić o zależności geoekonomicznej

 

 

Polski  (przede  wszystkim  w  dziedzinie  dostaw  surowców  energetycznych).

 

 

Oczywiście,  dzieje  się  to  cichą  za  zgodą  Berlina,  który  dostaje  od  Moskwy 
swoją działkę, czy to w postaci udziałów w Gazociągu Północnym, czy też w

 

 

21

 

background image

 

preferencyjnej cenie za rosyjski gaz, która jest o 10-20% mniejsza od tej, którą 
płaci Polska.

 

 

Ów  stan  zależności  część  środowisk  prawicowych  mylnie  utożsamia  się  z 
pojęciem  „niemiecko-rosyjskiego  kondominium”.  Wynika  to  zupełnego 

niezrozumienia  tego  ostatniego  pojęcia,  o  czym  można  się  przekonać  sięgając 

do  podręczników  prawa  międzynarodowego  lub  w  najgorszym  razie  nawet  do 

Wikipedii.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
 

22

 

background image

4. Demografia i geopolityka a miejsce Polski w Europie

 

 

Słabość  międzynarodową  Polski  w  najprostszy  sposób  tłumaczą  zasady 
klasycznej  polityka  realnej.  Zgodnie  z  nimi  pozycja  państwa  na  arenie 
międzynarodowej  zależy  od  trzech  czynników:  demografii,  gospodarki  i  sił 

zbrojnych.

 

 

W  ciągu  dwóch  dekad  sprowadziliśmy  na  siebie  demograficzną  zapaść,  którą 

potęguje  największa  w  historii  emigracja.  Gospodarka  wskutek  tzw. 

transformacji została poważnie zredukowana, a to co pozostało wpadło w obce 

ręce.  Prywatyzacja  w  gruncie  rzeczy  oznaczała  wywłaszczenie  Polaków, 

wskutek którego powstał „kapitalizm bez kapitalistów”. Armię zredukowaliśmy 

do  stanu  nędznych  kilkudziesięciu  tysięcy  żołnierzy,  zdolnych  do  udziału  w 

interwencjach  organizowanych  przez  mocarstwa,  ale  nie  do  obrony  terytorium 

kraju.

 

 

Trzeba więc sobie jasno i szczerze powiedzieć: kraj, który w ciągu dwóch dekad 
tak  zredukował  swój  własny  potencjał  jak  Polska,  nie  może  odgrywać 
podmiotowej  roli,  znajdując  się  niczym  w  kleszczach  pomiędzy  dwoma 
potęgami: Niemcami i Rosją.

 

 

Czy  sytuacja  jest  już  bez  wyjścia?  Czy  jesteśmy  skazani  na  marginalizację  i 
powolne  wymieranie  narodu?  Nie,  pod  warunkiem,  że  wykorzystamy 
koniunkturę zewnętrzną i dokonamy rewolucji wewnętrznej.

 

 

Należy zauważyć, że może nam sprzyjać nowy układ równowagi tworzący się w

 

 

Eurazji;  szczególnie  rywalizacja  dwóch  największych  terytorialnie  mocarstw

 

 

Rosji i Chin.

 

 

W  ostatnich  latach  Pekin  uznał  Europę  Środkowo-Wschodnią  obszarem  swojego 

szczególnego  zainteresowania  i  zawiązał  strategiczne  partnerstwo  z  Polską. 

Chińczycy zasygnalizowali, że interesuje ich współpraca w wydobyciu gazu

 

 

łupkowego.  Ten  gest  można  interpretować  jako  sygnał,  że  polsko-chińskie

 

 

 

23

 

background image

 

partnerstwo strategiczne może być wymierzone przeciwko Rosji. Ale nie tylko, 
geoekonomiczne  rozpychanie  się  Pekinu  w  regionie  musi  również  ograniczyć 
wpływy Berlina.

 

 

Realne  geopolityczne  i  geoekonomiczne  zaangażowanie  Chin  w  Europie 
Środkowo-Wschodniej mogło być zatem naszą najważniejszą szansą na szybką 
poprawę pozycji międzynarodowej.

 

 

Jednak  kalkulacje  te  będą  mrzonkami,  jeśli  nie  odbudujemy  najważniejszego 
zasobu,  czyli  potencjału  ludnościowego.  W  oficjalnych  raportach  rządowych 

sytuacja demograficzna przedstawiana jest w następujący sposób:

 

 

„W  okresie  transformacji  Polska  przechodzi  fazę  gwałtownych  zmian 

demograficznych.  Skutkiem  malejącej  dzietności  jest  bliski  zeru  przyrost 

naturalny.  Wraz  ze  zwiększaniem  się  długości  życia  zmienia  się  struktura 

wiekowa  ludności.  Co  prawda,  Polska  pozostaje  krajem  relatywnie  młodym  w 

sensie  demograficznym,  ale  sytuacja  ta  zmieni  się  w  ciągu  następnych  20  lat. 

Kurczenie  się  odsetka  ludności  w  wieku  produkcyjnym,  przekładające  się  na 

negatywne zmiany w poziomie wskaźnika obciążenia demograficznego, będzie 

stwarzać poważne wyzwania społeczno-ekonomiczne.

 

 

Negatywne  zmiany  w  sferze  dzietności  wynikają  przede  wszystkim  z  dwóch 

czynników. W kategoriach demograficznych mamy do czynienia z odraczaniem 

bądź odrzucaniem związków małżeńskich, rosnącą liczbą rozwodów, wzrostową 

tendencją do wchodzenia w związki nieformalne, co prowadzi do destabilizacji 

oraz  deinstytucjonalizacji  tradycyjnych  struktur  rodzinnych.  W  kategoriach 

ekonomicznych  rośnie  znaczenie  modelu  rodziny  z  dwojgiem  partnerów 

aktywnych na rynku pracy. Osiągnięcie wysokiego poziomu dzietności jest w tej 

sytuacji warunkowane likwidacją barier o charakterze strukturalnym (możliwość 

łączenia  kariery  zawodowej  kobiet  z  aktywnością  prokreacyjną)  oraz 

kulturowym (stereotypowe postrzeganie ról kobiety i mężczyzny).

 

 

(…)

 

 

24

 

background image

 

Postępujący  proces  starzenia  się  ludności  stwarza  konieczność  znacznego 

wydłużenia  okresu  aktywności  zawodowej  Polaków.  Jest  to  uzasadnione  tym 

bardziej,  że  –  jak  pokazują  badania  –  kondycja  zdrowotna  polskich  seniorów 

jest relatywnie dobra (przeciętna liczba lat spędzanych w złym zdrowiu należy 

w Polsce do najniższych wśród krajów UE) i powinna ulegać dalszej poprawie 

w przyszłości.

 

 

Jednym  z  kluczowych  warunków  zwiększenia  aktywności  zawodowej  i 

zatrudnienia  zarówno  osób  starszych,  jak  i  młodszych,  jest  odpowiednio 

zaprojektowany  system  emerytalny.  Wprowadzany  od  1999  roku  powszechny 

system  emerytalny  ma  wbudowane  mechanizmy  zachęcające  do  wydłużania 

aktywności  zawodowej,  a  począwszy  od  2014  r.  zapewni  automatyczne 

dostosowanie  wydatków  na  nowo  przyznawane  świadczenia  emerytalne  do 

zmieniających się warunków demograficznych. Od systemu tego istnieje jednak 

wiele  wyjątków  w  postaci  subsystemów  oferujących  świadczenia  aktuarialnie 

niezbilansowane.  Ich  reformowanie  w  kierunku  wytyczonym  przez  system 

powszechny jest nie tylko koniecznym  warunkiem dalszej  modernizacji Polski, 

lecz 

także 

nieuniknionym 

następstwem 

zachodzących 

procesów 

demograficznych.”

8

 

 

Polska nie będzie odgrywała podmiotowej roli na arenie międzynarodowej bez 

sanacji  demograficznej.  Przypomnijmy,  jeszcze  w  latach  90.  XX  wieku 

wydawało się, że nasza dobra sytuacja ludnościowa w porównaniu ze słabnącą

 

 

Niemiec  i  Rosji  wykreuje  nas  na  politycznego  lidera  regionu.  Niestety,  ten 

najważniejszy  z  naszych  narodowych  zasobów  został  bezprzykładnie 

zmarnotrawiony.

 

 

Aby go odtworzyć, zostało nam tylko kilka lat. Kobiety należące do ostatniego 
wyżu  demograficznego  lat  80.  XX  w.  przekroczyły  bowiem  30  rok  życia.  W 
najbliższych latach w polska rodzinę musimy więc zainwestować setki

 

 

 

8

 Polska 2030. Wyzwania rozwojowe, Warszawa 2009, s. 82.

 

 

25

 

background image

 

miliardów  złotych.  Jeszcze  większą  pracę  trzeba  wykonać  nad  mentalnością 

Polaków. Niska dzietność ma przede wszystkim przyczyny kulturowe. Wypływa 

z  egoistycznego  konsumpcjonizmu  stanowiącego  quasi-religię  większości 

Polaków.  Dziecko  bowiem  stanowi  największa  przeszkodę  z  zaspokajaniu 

potrzeby  konsumpcji.  To  oznacza  de  facto  pro-rodzinną  rewolucję 

kontrkulturową.

 

 

Geopolityczny los Polski, jej przyszłość pomiędzy Niemcami i Rosją rozstrzyga 
się  właśnie  teraz,  a  o  sukcesie  lub  o  porażce  Rzeczypospolitej  w  ostatecznym 

rozrachunku zadecyduje polska rodzina.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
 

26

 

background image

5. Traktat lizboński i europejski koncert mocarstw

 

 

 

 
 

Największe zagrożenie dla przyszłości procesu integracji Europy stanowią dziś 
tzw.  duże  państwa  UE  -  Niemcy,  Francja  i  Włochy.  Ich  polityka  nie  służy 

bowiem wzmacnianiu europejskiej wspólnoty, lecz zaspokajaniu egoistycznych 

interesów.

 

 

Przez ostatnie dwie dekady wmawiano nam, że problemem w Europie są małe i 

średnie  państwa.  To  one  wskutek  prymitywnego  nacjonalizmu  i  narodowego 

partykularyzmu miały destabilizować sytuację na starym kontynencie. Można by 

mnożyć  wiele  ostatnich  przykładów  dowodzących  jednak,  że  prawdziwym 

kłopotem dla UE jest polityka Niemiec, Francji, czy Włoch, a nie Polski, Czech 

lub Litwy.

 

 

Najbardziej  znany  to  „słynna  rura”,  którą  po  dnie  Bałtyku  płynąć  będzie  do 
Niemiec rosyjski gaz. O nią Berlin rozbija energetyczna solidarność UE. A dziś 
to Europa jest głównym i jedynym faktycznym rynkiem zbytu dla Gazpromu.

 

 

Gazociągi do Chin i innych wielkich odbiorców to odległa przyszłość. Pozycja 

konsumenta-monopolisty  stanowiła  potencjalną  siłę  Unii,  która  mogłaby 

skutecznie  i  długo  opierać  się  cenowemu  dyktatowi  Kremla.  Ale  tylko  pod 

warunkiem  jedności.  Jednak  Berlin  wybrał  własny  interes.  To  on  -  budując 

rurociąg bałtycki  -  korzystać będzie w przyszłości z ogromnych zysków, jakie 

przynosi  europejski  rynek  gazu,  żerując  wspólnie  z  Moskwą  na  swoich 

partnerach z UE.

 

 

Kolejną  ilustracją  problemu  jest  Traktat  Lizboński.  Efektem  wprowadzenia  w 
nim nowego, opartego na podwójnej większości, systemu głosowania w Radzie 

i  jednoczesnego  rozszerzenia  z  23  na  44  liczby  obszarów,  w  których  decyzje 

będą  podejmowane  większością  głosów,  będzie  wzmocnienie  pozycji  dużych 
państw unijnych.

 

 
 

27

 

background image

 

W  ten  sposób  złamana  została  jedna  z  podstawowych  zasad  integracji 

europejskiej  -  równowaga  między  wielkimi  i  małymi  państwami  UE  –  co  w 

dalszej perspektywie może nawet zagrozić istnieniu Unii. Cóż z tego?

 

 

Największe kraje UE, w szczególności Niemcy, były zdeterminowane w swym 
egoizmie i tak silne, że zablokowały w procesie reform jakąkolwiek dyskusję w 
tej materii. Polska, która jako jedyny kraj, wskazywała na to niebezpieczeństwo, 
została poddana bezprecedensowej nagonce w europejskich mediach.

 

 

Innym  przykładem  jest  Kosowo.  Zamiast  wskazać  perspektywę  integracyjną 

niepodzielonej Serbii i szukać rozwiązania problemu narodowościowego już na 

podstawie prawa unijnego, wielkie państwa UE wsparły secesje Prisztiny.

 

 

Wcale nie w imię Europy. Każde z nich kierowało się tu swoimi partykularnymi 
interesami.  Efekt  jest  oczywisty.  Bałkany  w  przewidywalnej  przyszłości  znów 
będą źródłem destabilizacji w Europie.

 

 

Wreszcie  ostatnim  chronologicznie  przykładem  istnienia  mocarstwowego 

dyktatu  w  Europie  jest  stosunek  do  członkostwa  Ukrainy  w  NATO.  Francja, 

Niemcy i Włochy są mu przeciwne, ponieważ łączy je sieć interesów z Rosją. I 

za  nic  mają  geopolityczną  oczywistość,  że  szybkie  członkostwo  Kijowa  w 

Sojuszu  jest  w  żywotnym  interesie  Europy  jako  całości. Jego skutkiem  będzie 

bowiem  rezygnacja  Rosji  z  prób  powrotu  do  polityki  imperialnej,  a  więc 

likwidacja  jedynego  potencjalnego  zagrożenia  dla  stabilizacji  na  naszym 

kontynencie.

 

 

Podobno  historia  się  nie  powtarza.  A  jednak  nietrudno  zauważyć,  że  polityka 
europejska początku XXI wieku zaczyna przypominać wiek XIX, czyli epokę, 
jak  definiuje  ją  znawca  tego  okresu  Piotr  Wandycz,  „hegemonii  wielkich 
mocarstw, które poczuwały się do odpowiedzialności za losy Europy i uważały 

się za uprawnione do narzucania swej woli”

9

 („Pax Europea. Dzieje systemów 

międzynarodowych w Europie 1815-1914”). Kluczową regułą ich postępowania

 

 

9

 Piotr Wandycz, Pax Europea. Dzieje systemów międzynarodowych w Europie 1815-1914,

 

 

28

 

background image

 

była  zasada  równowagi  sił.  Chodziło  o  to,  by  żadne  z  nich  nie  zdobyło 
dominującej pozycji.

 

 

Kiedy  w  połowie  XIX  w.  Rosja,  a  ponad  pół  wieku  później  Niemcy,  chcieli 
uzyskać pozycje hegemonialną, powstały przeciwko nim na tyle silne koalicje, 
by  przywrócić  równowagę  przy  pomocy  wygranej  wojny  (w  pierwszym 
przypadku krymskiej, a w drugim I wojny światowej).

 

 

Problem  w  tym,  że  skuteczna  polityka  równowagi  sił  służy  wyłącznie 
zaspokajaniu  doraźnych  interesów  mocarstw  i  to  kosztem  innych  krajów.  Jej 

ostatecznym  owocem,  co  pokazuje  historia,  jest  militarny  konflikt  na 

kontynencie.  Tym  samym  jest  ona  sprzeczna  z  celem  i  podstawową  ideą 

integracji europejskiej.

 

 

Zgodnie  z  nią  bowiem  państwa  wchodzące  w  skład  UE  powinny  starać  się 

rozwiązać  konflikt  interesów  wskazując  na  strategiczny  interes  wspólnotowy. 

Chodzi  więc  o  politykę,  w  której  nie  ma  jednoznacznych  wygranych  i 

przegranych,  lecz  zawierany  jest  korzystny  dla  wszystkich  kompromis.  Nie 

obowiązuje  zatem  zasada,  że  zwycięża  silniejszy,  czyli  ten  kto  ma  większy 

potencjał demograficzny, gospodarczy i militarny.

 

 

Traktat  Lizboński  wzmacnia  pozycję  wielkich  mocarstw  europejskich  w 

procesie decyzyjnym UE. Stwarza możliwość dyktatu opartego na demografii i 

ekonomii. Tym samym utrzymanie stworzonego w nim prawnego status quo nie 

leży  w  interesie  Polski  i  innych  krajów  środkowoeuropejskich,  ponieważ  nie 

tylko  w  znaczący  sposób  ogranicza  ich  wpływ  na  sprawy  kontynentu,  ale 

pozwala  egoizmowi  wielkich  osłabiać  Wspólnotę.  Siłą  rzeczy  szkodzi 

procesowi integracji.

 

 

Z tej tezy wyłania się program polityki polskiej na najbliższą dekadę. Naszym 
głównym zadaniem powinno być wyjście z inicjatywą wynegocjowanie nowego 
traktatu europejskiego, którego celem będzie rzeczywiste wzmocnienie struktur 

integracji europejskiej. To nic nowego ani dziwnego w unijnej praktyce. Jeszcze

 

 

29

 

background image

 

przed wejściem w życie traktatu z Maastricht czy z Amsterdamu podejmowano 
działania na rzecz ich przyszłych zmian.

 

 

Dziś  Polska  powinna  postulować  stworzenie  europejskiej  armii  (ta  w 
konsekwencji spowoduje większe, aniżeli do tej pory uwspólnotowienie polityki 
zagranicznej), sprzeciwiać się renacjonalizacji polityki rolnej, wspierać wszelkie 
przedsięwzięcia  służące  finalizacji  procesu  liberalizacji  wspólnego  rynku 

(dyrektywa Bolkesteina) etc.

 

 

Równolegle  winniśmy  promować  proces  dalszego  rozszerzenia  UE,  przede 
wszystkim  o  Ukrainę  i  Turcję.  W  efekcie  wróci  kwestia  mechanizmu 
decyzyjnego  i  nowego  bardziej  korzystnego  dla  krajów  małych  i  średnich 
podziału głosów.

 

 

Aby  zrealizować  te  cele,  dyplomacja  polska  musi  budować  silne  koalicję. 

Naturalnymi  partnerami  są  państwa  regionu  środkowoeuropejskiego.  To  one 

zawsze  były  ofiarami  polityki  mocarstw  i  dlatego  najlepiej  rozumieć  będą 

polską strategię. Koniecznym warunkiem sukcesu jest jednak konsekwencja. A 

tej  jak  na  razie  polskiej  polityce  zagranicznej  brakuje.  Część  jej  twórców  nie 

potrafi  wyzwolić  się  z  kompleksu  unijnego  potakiwacza,  czego  dowodzi 

uznanie  secesji  Kosowa,  za  którym  nie  stał  żaden  polski  interes.  Są  jednak  i 

pozytywne przebłyski. Szczyt NATO w Bukareszcie dowiódł, że Polska potrafi 

budować szerokie koalicje państw środkowoeuropejskich. I chodzi właśnie o to, 

by tę linię konsekwentnie kontynuować.

 

 

Nawet  jeśli  traktat  z  Lizbony  wejdzie  w  życie,  to  i  tak  Wspólna  Polityka 

Zagraniczna  i  Bezpieczeństwa  UE  będzie  dalej  iluzją.  Mimo  szumnej  nazwy, 

jego  rozwiązania  pozostawiają  ją  nadal  poza  obszarem  uwspólnotowionym, 

utrzymując  status  współpracy  międzyrządowej,  skazującej  państwa 

członkowskie  na  jednomyślne  decyzje.  Jak  pokazała  reakcja  Unii  na  agresję 

Moskwy na Gruzję, w dzisiejszej rzeczywistości międzynarodowej to o wiele za 

mało.

 

 

30

 

background image

 

Wspólna Polityka Zagraniczna i Bezpieczeństwa UE rodziła się w bólach. Mimo 

pozatraktatowej  systematycznej  współpracy  dyplomacji  krajów  EWG  już  od 

przełomu  lat  60.  i  70.  XX  w.,  została  ona  przyjęta  jako  rodzaj  formalnego 

współdziałania dopiero w traktacie z Maastricht (1992). Postanowiono wtedy, że 

proces  integracji  wykroczy  poza  dziedzinę  gospodarki.  Jednak  pod  nazwą 

„wspólna polityka” nie kryło się wiele. Jako jej cele do traktatu wpisano ogólne 

frazesy  m.in.  ochronę  pokoju,  umacnianie  wspólnych  wartości,  popieranie 

współpracy międzynarodowej itp.

 

 

Jeszcze  gorzej  było  ze  sposobem  ich  realizacji.  Wśród  traktatowych  narzędzi 

znalazły  się  jedynie:  wzajemne  informowanie  się,  uzgadnianie  tych  kwestii, 

które  stanowią  przedmiot  wspólnego  zainteresowania,  oraz  koordynowanie 

stanowisk  na  konferencjach  i  w  organizacjach  międzynarodowych.  Jeśli  Rada 

UE  uznała  za  celowe,  Unia  mogła  też  przyjąć  wspólne  stanowisko  w 

interesującej ją sprawie lub uzgodnić ogólna strategię działania.

 

 

Tego  rodzaju  dyplomatyczne  przedszkole  trwało  w  praktyce  do  szczytu  z 
Lizbony  (2007).  Dopiero  przyjęty  tam  traktat  wprowadza  do  WPZiB  szereg 
nowych rozwiązań.

 

 

I  tak  np.  ustanawia  funkcję  Wysokiego  Przedstawiciela  Unii  ds.  polityki 
zagranicznej i bezpieczeństwa, który ma połączyć w jedno istniejące już funkcje

 

 

Wysokiego  Przedstawiciela  ds.  WPZiB  i  komisarza  ds.  stosunków 

zewnętrznych;  powołuje  Europejską  Służbę  Działań  Zewnętrznych,  jako 

zaplecze  Wysokiego  Przedstawiciela;  tworzy  Agencję  ds.  rozwoju  zdolności 

obronnych,  badań,  zakupów  i  uzbrojenia  (Europejska  Agencja  Obrony); 

rozszerza też zakres tzw. misji petersberskich o wojskowe doradztwo i wsparcie, 

czy zapobieganie konfliktom.

 

 

Wreszcie  przyjmuje  tzw.  klauzulę  sojuszniczą,  dzięki  której  państwa 
członkowskie mają obowiązek udzielenia „pomocy i wsparcia przy

 

 

 
 

31

 

background image

 

zastosowaniu wszelkich dostępnych środków” temu państwu UE, które „stanie 
się ofiarą agresji na własnym terytorium”.

 

 

Z  punktu  widzenia  doświadczeń  historycznych  Polski  zmiany  te  mogą  na 
pierwszy  rzut  oka  wydawać  się  interesujące.  Szkopuł  w  tym,  że  w 
rzeczywistości nie niosą ze sobą żadnego przełomu.

 

 

Wysoki  Przedstawiciela  nie  ma  praktycznie  żadnych  kompetencji  do 

prowadzenia  prawdziwej  polityki  zagranicznej  UE.  To  uprawnienie  pozostaje 

nadal  przy  państwach  członkowskich.  Będzie  on  jedynie  koordynatorem 

indywidualnych  polityk  narodowych.  Nawet  Rada,  jeśli  podejmie  decyzję 

określającą stanowisko UE wobec jakiegoś zdarzenia międzynarodowego, musi 

to  uczynić  jednomyślnie.  Dodatkowo  każde  państwo  może  zastrzec,  że  w 

planach  tych  nie  będzie  uczestniczyć,  co  pozwoli  mu  na  dalszą  indywidualną 

dyplomację. A z perspektywy niewydolnego Przedstawiciela, ustanowienie

 

 

Europejskiej Służby Dyplomatycznej mija się z celem. Powstanie znów kolejna 
kasta urzędników i finansowe obciążenie budżetu UE.

 

 

Przypadek  Europejskiej  Agencji  Obrony  to  z  kolei  piarowski  chwyt.  Traktat 

powołuje coś, co w rzeczywistości funkcjonuje już od 2004 r. Wtedy to Agencja 
ustanowiona została na podstawie tzw. wspólnego działania Rady UE (nr

 

 

2004/551).

 

 

Nawet  tzw.  klauzula  sojusznicza  to  przerost  nazwy  nad  treścią.  W 
rzeczywistości  jest  ona  obwarowana  szeregiem  zastrzeżeń  utrudniających  jej 

faktyczne stosowanie.

 

 

Po  pierwsze,  odsyła  do  art.  51  Karty  ONZ,  który  podkreśla  szczególne 

uprawnienia  Rady  Bezpieczeństwa  w  dziedzinie  międzynarodowego  pokoju  i 

bezpieczeństwa. Tak więc poza samoobroną, wszelkie sankcje, włącznie z akcją 

militarną,  będą  musiały  uzyskać  zgodę  tego  organu.  Czy  w  obecnym  składzie 

jest to możliwe? Przecież ta norma ma potencjalnie chronić niektóre kraje UE 

przed zagrożeniem właśnie ze strony Rosji – stałego członka Rady

 

 

32

 

background image

 

Bezpieczeństwa  posiadającego  prawo  weta.  Inna  norma  pozwala  na 
przerzedzenie  szeregów  wspólnej  samoobrony.  Część  państw  członkowskich 
może po prostu odmówić zaangażowania się ze względu na „specyfikę polityki 
bezpieczeństwa”. Zakłada się, że to ukłon w stronę neutralnej Austrii, Irlandii,

 

 

Szwecji i Finlandii. Czy jednak inne kraje nie skorzystają z tej furtki ogłaszając 
taką politykę w obliczu groźby konfliktu z Moskwą?

 

 

Mitem  jest  również  opowiadanie  o  solidarności  w  obszarze  unijnej  polityki 

zagranicznej. Tzw. klauzula solidarności jest formułą proceduralną. Nie tworzy 

materialnych  zobowiązań,  a  jedynie  atmosferę  postępowania  -  nakazuje,  by 

współpraca  między  państwami  członkowskim  odbywała  się  „w  duchu 

solidarności”.  Wprawdzie  kiedy  jedno  z  państw  członkowskich  stałoby  się 

przedmiotem  ataku  terrorystycznego  lub  klęski  żywiołowej,  bądź  katastrofy 

spowodowanej  przez  człowieka,  na  jego  prośbę  pozostałe  kraje  powinny 

udzielić mu pomocy.

 

 

Jednak  w  traktacie  nie  ma  normy  mówiącej,  jak  taka  pomoc  ma  wyglądać. 

Decyzja  w  tym  względzie  pozostaje  w  granicach  narodowych  kompetencji 

każdego  z  zainteresowanych.  Pomoc  nie  musi  więc  przekładać  się  na  zbrojne 

czy  nawet  ekonomiczne  wsparcie.  Może  też  ograniczyć  się  do  słów 

politycznego 

poparcia 

i  to  wygłoszonych  przez  rzecznika  rządu 

solidaryzującego się kraju.

 

 

Traktat  z  Lizbony  wprowadza  ponadto  możliwość  podjęcia  w  ramach  WPZiB 

tzw. „wzmocnionej współpracy”. W praktyce stanowi to wpuszczenie na obszar 

polityki  zagranicznej  „Unii  kilku  prędkości”.  Na  dodatek  grupa  państw 

mających „większą wydolność obronną” dostała możliwość ustanowienia „stałej 

współpracy strukturalnej”. Te konstrukcje traktatowe oznaczają de facto prawo 

do wewnątrzunijnych sojuszy dyplomatyczno-obronnych dla wybrańców.

 

 

Te  rozwiązania  mają  uchronić  Polskę  przed  losem  Gruzji.  Tak  przynajmniej 
uważają niektórzy polscy politycy, którym wydarzenia na Kaukazie dały asumpt

 

 

33

 

background image

 

do  publicznego  żądania  od  prezydenta  natychmiastowej  ratyfikacji  traktatu 

lizbońskiego.  Problem  w  tym,  że  nowy  traktat  nie  zawiera  żadnych 

mechanizmów  dających  podstawy  do  takich  wniosków.  Dlatego  właśnie 

prezydent Polski powinien odmówić jego ratyfikacji. Odrzucając go, uczyni to 

paradoksalnie dla dobra zjednoczonej Europy. Unia wróci do punktu wyjścia, co 

pozwoli  dokonać  głębszych  zmian  w  normach  WPZiB.  W  przeciwnym  razie 

ratyfikacyjny  sukces  stanie  się  w  rzeczywistości  unijną  klęską.  Europa 

zintegrowana  na  polu  gospodarczym,  pozostanie  z  zaściankową  polityką 

zagraniczną szarpaną narodowymi egoizmami jej największych członków.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
 

34

 

background image

 

 

 

 

 

 

 

 
 

7. Nieistniejący ekonomiczny bilans członkostwa

 

 

W najbliższej perspektywie finansowej Polska ma otrzymać ponad 100 mld euro

 

 

środków  unijnych.  Rząd  polski  potraktował  to  jako  wielki  sukces.  To 

oczywiście  czysta  propaganda,  którą  rząd  od  lat  wbija  w  głowy  Polaków.  Ma 

ona  ukryć  jedną  z  najbardziej  kompromitujących  tajemnic  skrywanych  przez 

polityczno-medialne elit III RP. Tę mianowicie, że Polska do unijnego interesu 

sporo  dokłada  a  za  zaszczyt  przynależności  do  elitarnego  zachodniego  klubu 

płaci rezygnacją z szans rozwoju.

 

 

Aby to udowodnić, trzeba zastosować metodę księgowego. Dokonać prostego i 
bardzo przybliżonego bilansu. Po jednej stronie zsumować przychody, czyli to, 
co otrzymujemy z tytułu członkostwa w UE, natomiast po drugiej wydatki z nim 
związane.

 

 

W latach 2014-2020 z budżetu unijnego Polska winna dostać 105 mld euro

 

 

(podaję  za  kancelarią  premiera)

10

.  A  zatem  po  stronie  prawej,  po  stronie 

przychodu zapisujemy tę właśnie kwotę. I na tym premier Tusk oraz sprzyjające 
mu  media  kończą.  Jest  to  nieuczciwe,  ponieważ  ażeby  dostać  wypłaty  z 
unijnego budżetu, najpierw nań musimy się złożyć (wpłat dokonujemy „z dołu”, 

a dotacje otrzymujemy „z góry”).

 

 

Wysokość  składki  zależy  od  wysokości  PKB.  Każde  państwo  płaci  do 
wspólnego budżetu ok. 1% PKB. A to znaczy, że nasza składka uzależniona jest 
od  tempa  wzrostu.  W  ostatnich  latach  Polska,  notując  wzrost  gospodarczy,  z 
roku na rok płaciła coraz więcej. Eksperci różnią się w swoich prognozach.

 

 
 

10

 Por. oficjalną prezentację zawartą na stronach internetowych KPRM

 

https://www.premier.gov.pl/wydarzenia/aktualnosci/premier-o-wykorzystaniu-srodkow-eu.html

 

 

35

 

background image

 

Szacują, że nasza składka w latach 2014-2020 może wynieść od 32 mld euro do 

nawet 40 mld.

 

 

Krótko mówiąc, premier nie skłamałby, gdyby stwierdził, że otrzymamy kwotę 
w przybliżeniu pomiędzy 65 mld a 73 mld euro, czyli o około 1/3 mniej, aniżeli 
ogłosił.

 

 

Bilansu  naszego  członkostwa  nie  wyczerpuje  prosty  rachunek  przepływów  z 
jednego  budżetu  do  drugiego.  Wstępując  do  UE  zgodziliśmy  się  na  szereg 
zobowiązań. Unia wymaga od nas dostosowań w wielu dziedzinach, co kosztuje 
nas przecież dziesiątki milionów euro.

 

 

Od  momentu  dojścia  do  władzy  PO  instytucje  rząd  zaprzestał  robić  zbiorcze 

bilanse  kosztów  koniecznych  dostosowań.  Premier  Tusk  podczas  negocjacji 

budżetowych  w  Brukseli  nie  dysponował  prognozą  kosztów  członkostwa  w 

latach  2014-2020.  Stąd  wniosek,  że  skoro  poszczególne  ministerstwa  nie  są  w 

stanie  przedstawić  konkretnych  prognoz,  to  premier  RP  nie  mógł  dysponować 

zbiorczym  zestawieniem  wydatków  związanych  z  naszym  członkostwem.  A 

jeśli  tak,  to  powstaje  problem,  czy  premier  w  Brukseli  cokolwiek  negocjował. 

Kupił bowiem kota w worku. Nota bene, Tusk jest pierwszym premierem III RP, 

który podejmował ważne decyzje dotyczące przyszłości Polski w UE nie znając 

ich skutków finansowych.

 

 

Na szczęście istnieją cząstkowe prognozy. Niewątpliwie najwięcej wydamy na 
ochronę środowiska. Dosyć dobrze policzone są koszty pakietu klimatycznego 
(ograniczenie emisji CO2). Paweł Szałamacha z Instytutu Sobieskiego wyliczył, 
że do roku 2020 utracimy wskutek realizacji zobowiązań zawartych w pakiecie 

ok. 40 mld euro. Kluczowy fragment jego analizy brzmi:

 

 

„Polska  energetyka  jest  oparta  na  węglu,  dlatego  skutki  finansowe  pakietu  są 
znacznie wyższe niż w pozostałych krajach Unii. Koszty finansowe pakietu dla

 

 

Polski (za opracowaniem firmy Energsys Sp. Z o.o) to:

 

 

 
 

36

 

background image

 

 

wzrost  średnich  kosztów  wzrost  kosztów  wytwarzania  energii  wyniesie 

65-80% w latach 2015 – 2020 i będzie 2-3 wyższy od średniego wzrostu 
kosztów w EU 

 

w liczbach bezwzględnych wzrost rocznych kosztów wytwarzania energii 

wyniesie  ok.  8-12  mld  zł  rocznie  (  ze  względu  na  koszty  zakupu  praw 

emisji) 

 

wzrost  cen  energii  spowoduje  wzrost  udziału  kosztów  energii  w 
budżetach domowych z 11% w roku 2005 do ok. 14,1 – 14,4% w latach 

2020 – 2030 

  Wydatki  roczne  za  kwoty  emisji  CO2  po  roku  2020,  czyli  po 

wprowadzeniu pełnego aukcjoningu w wysokości 34 mld zł 

 

Powyższe  koszty  są  pozycjami  twardymi,  policzalnymi  z  dużą  dokładnością. 
Szacowany jest także ubytek PKB w wysokości 7,5%, czyli ca 150  mld zł do 
2020  roku.  Z  drugiej  strony,  Polska  może  uzyskać  wsparcie  finansowe 
inwestycji w sektorze elektroenergetycznym o wartości 60 mld zł w latach

 

 

2013-2020 (tzw. mechanizm solidarnościowy).

11

 

 

Do  tego  trzeba  dodać  koszty  oczyszczalni  ścieków,  utylizacji  śmieci  i 
różnorodnych  odpadów  itd.  Ministerstwo  Środowisko  nie  potrafiło  ocenić 
kosztu tych przedsięwzięć.

 

 

Janusz  Szewczak,  główny  ekonomista  SKOK,  twierdzi,  że  może  chodzić  o 
kwotę  co  najmniej  25  mld  euro.  A  zatem  w  latach  2014-20  na  szeroko 
rozumiane dostosowanie do unijnych standardów ochrony środowiska wydamy 

tyle samo, co w tym samym czasie otrzymamy z Brukseli.

 

 

Te  wyrwane  dane  pozwalają  stwierdzić,  że  w  latach  2014-2020  zobowiązania 
Polski związane z członkostwem UE przekroczą kwotę wynegocjowaną przez

 

 

 

 

11

 Paweł Szałamacha, Pakiet klimatycznych do nowelizacji,  

http://www.sobieski.org.pl/pakiet-

energetyczno- klimatyczny-do-nowelizacji/

 

 

37

 

background image

 

premiera  Tuska  w  Brukseli.  Pewne  jest  więc,  że  do  unijnego  interesu 
dokładamy. Bez dokładnych prognoz rządu nie będziemy wiedzieli ile.

 

 

Na argument, że finansowy bilans naszego członkostwa w UE jest niekorzystny, 
euroentuzjaści odpowiadają, że jesteśmy przecież członkami klubu skupiającego 
najbogatsze  gospodarki.  W  ciągu  ostatnich  dwóch  dekad  udało  nam  się 

przystosować  do  gospodarek  zachodnich,  a  skoro  tak  to  panuje  w  Polsce 

zachodni dobrobyt.

 

 

To niestety kolejna wersja tej samej propagandy uprawianej przez polskie elity 

od lat. I nic to, że nie ma ona nic wspólnego z rzeczywistością. Fakty i liczby 

mówią same dla siebie. Przez ostatnie dwie dekady bezrobocie utrzymywano na 

stałym  kilkunastoprocentowych  poziomie.  Jak  zauważył  profesor  Kowalik  w 

swojej książce „ 

www.polska.transformacja.pl

” to jedyny wskaźnik, zawarty w 

planie Balcerowicza, który udało się osiągnąć i następnie utrzymać. Taka skala 

bezrobocia skutkuje niewiarygodna pauperyzacją.

 

 

Dane  są  nieubłagane.  W  latach  1996-2005  liczba  osób  żyjących  poniżej 

minimum egzystencji biologicznej systematycznie wzrastała z 4,3 proc. do 12,3 

proc.  (podajemy  za  Kowalikiem).  Obecnie  poniżej  tego  poziomu  żyje  mniej 

więcej  taki  sam  procent  Polaków  ale  z  jednego  tylko  powodu;  od  lat  nie 

indeksuje  się  odpowiedniego  wskaźnika  i  dlatego  liczba  żyjących  poniżej 

minimum egzystencji gwałtownie się nie zwiększa.

 

 

Jeszcze  bardziej  przerażający  jest  inny  wskaźnik.  W  ostatnim  dziesięcioleciu 

poniżej  minimum  socjalnego  żyje  zdecydowanie  powyżej  50  proc.  proc. 

Polaków. Być może nawet 60 proc, ale tego nie wiemy, albowiem GUS od kilku 

lat przestał publikować dane na ten temat. Dla wszystkich, dla których obydwa 

wskaźniki pozostają abstrakcją, spieszymy wyjaśnić, że oznaczają one, iż co 8 

Polak  nie  potrafi  zaspokoić  na  minimalnym  poziomie  elementarnych  potrzeb 

dotyczących  jedzenia  i  mieszkania,  a  co  drugi  minimalnych  potrzeb  bytowo-

konsumpcyjnych; w tym także potrzeby posiadania i wychowywania dzieci.

 

 

38

 

background image

 

Ukrywanie liczby Polaków żyjących poniżej socjalnego minimum powoduje, że 

nie  potrafimy  dostrzec  najważniejszej  przyczyny  katastrofy  demograficznej. 

Polska się zwija, tzn. Polaków więcej umiera, aniżeli się rodzi, z tego właśnie 

powodu:  biedy.  Potwierdzają  to  wyniki  dzietności  Polek  w  Wielkiej  Brytanii, 

które  w  dobrych  warunkach  (m.  in.  większe  dochody  niż  w  Polsce  oraz  np. 

zerowa stawka VAT na artykuły dla dzieci) stały się tą grupą narodową, która w 

Wielkiej  Brytanii  rodzi  najwięcej  dzieci.  Demografowie  na  tej  podstawie 

twierdzą, że nie jest prawdą, do czego kilka lat temu przekonywali nas rządowi 

eksperci  raporcie  „Polska  2030”  ,  że  Polki  nie  chcą  rodzić  ze  względów 

kulturowych. To było dobre alibi dla bezczynności rządu i rezygnacji z polityki 

prorodzinnej. No bo skoro przyczyną słabej dzietności są czynniki kulturowe, to 

bodziec  finansowy  (polityka  prorodzinna  polegająca  na  świadczeniach 

finansowych i ulgach podatkowych) na nic się nie zda.

 

 

Kolejną  katastrofalną  reakcją  Polaków  na  coraz  większą  biedę  jest  emigracja. 

Wiemy  o  niej  mało,  bo  GUS,  aby  nie  psuć  propagandy  rządzącym,  nie 

uwzględnia  jej  w  swoich  prognozach  demograficznych.  To,  co  wiemy  dzięki 

dociekliwym  demografom,  uprawnia  do  czarnowidztwa.  Za  granicą  przebywa 

ok. 2 mln, z czego połowa według wszelkiego prawdopodobieństwa pozostanie 

tam już na stałe. Co więcej, w najbliższych latach za chlebem  może wyjechać 

nawet  milion  młodych  Polaków.  Wybitny  polski  demograf,  profesor  Krystyna 

Iglicka,  porównała  emigracje  ostatnich  lat  do  emigracji  z  czasów  stanu 

wojennego.

 

 

Polska się zwija. Ale co ma do tego Unia? A może dzięki integracji europejskiej 

ten proces jest znacząco spowolniony? Takie wątpliwości z pewnością podniosą 

euroentuzjaści.

 

 

Prounijna  propaganda  nie  pozwala  nam  dostrzec  widocznych  jak  na  dłoni 
związków  pomiędzy  członkostwem  w  UE  a  pauperyzacją  Polski.  My,  Polacy, 
mamy generalnie idealistyczną wizję stosunków międzynarodowych.

 

 

39

 

background image

 

Wierzymy,  że  w  stosunkach  między  państwami  istotną  rolę  odgrywa  honor, 

moralna racja i dziejowa sprawiedliwość. Przez ten pryzmat patrzymy na Unię. 

Nasze  w  niej  członkostwo  jest  rodzajem  sprawiedliwości  dziejowej.  Polska  w 

1989  roku  miała  osiągnąć  swój  „koniec  historii”.  Zapłatą  za  rozbiory  i 

hekatombę  XX  wieku  było  członkostwo  w  najbardziej  ekskluzywnym  klubie 

Zachodu.  Fundusze  spójności  i  rolne  to  próba  zadośćuczynienia  za  dziejowe 

nieszczęścia nie przez nas zawinione.

 

 

Ta  piękna,  bajkowa  wizja  nie  ma  niestety  nic  wspólnego  z  rzeczywistością 
międzynarodową. Ta bowiem rządzi się nie zasadami dekalogu, a - darwinizmu. 

A jedna z podstawowych brzmi: nikt nic nie daje nikomu za darmo.

 

 

Nie chcemy dostrzec, że za członkostwo w UE zapłaciliśmy takim a nie innym 

modelem  transformacji.  Przypomnijmy,  rozmowy  o  stowarzyszeniu  z  EWG 

zaczęliśmy  już  w  1990  roku,  a  układ  stowarzyszeniowy  podpisaliśmy  rok 

później.  Transformacja  społeczno-gospodarcza  jest  więc  przystosowaniem  się 

do konkretnego modelu gospodarczego: modelu integracji europejskiej. Zachód 

chciał opanować prawie 40 milionowy rynek konsumentów.

 

 

Chodziło  o  to,  aby  na  polskim  rynku  uplasować  możliwie  wielką  ilość 
produktów  wyprodukowanych  w  krajach  zachodnich.  Mogło  się  to  dokonać 
tylko  pod  warunkiem  bardzo  silnego  ograniczenia  polskiego  potencjału 
produkcyjnego  przez  likwidację  przedsiębiorstw  oraz  drastyczne  zmniejszenie 

rynku pracy.

 

 

Przedsiębiorstwa  likwidowano  pod  płaszczykiem  rzekomej  powszechnej 

prywatyzacji. Polegała ona na tym, że kapitał zachodni mógł po bardzo niskiej 

cenie kupić polskie przedsiębiorstwa i banki. Próbę podsumowania wyprzedaży 

polskiego majątku dokonał prof. Kazimierz Poznański w wydanej w 2000 roku 

książce „Wielki przekręt. Klęska polskich reform”. Wyliczył on realna wartość 

kapitału  banków  i  przemysłu  na  240-360  mld  dolarów  a  wpływy  z  ich 

prywatyzacji na 18-23 mld dolarów. Straty wyniosły więc przeszło 90 proc.

 

 

40

 

background image

 

Nawet  jeśli  część  ekonomistów  uważa,  że  wyliczenia  te  są  przesadzone,  to 
wynik profesora Poznańskiego korygują tylko o 10-20 punktów procentowych.

 

 

Ale nie ten koszt transformacji jest najważniejszy. Kluczową bowiem stratą jest 

koszt ograniczenia polskiego rynku pracy.

 

 

Już Adam Smith mówił, że dobrobyt narodów bierze się z pracy. Na wspólnym 
rynku polski pracownik byłby niezwykle konkurencyjny. Gdyby tak po prostu 
mógł  on  na  nim  pracować,  to  zabrałby  pracę  robotnikowi  niemieckiemu, 
francuskiemu, czy włoskiemu. Aby zapewnić dobrobyt Niemiec, Francji czy np. 
Włoch, trzeba było drastycznie ograniczyć rynek pracy w Polsce.

 

 

Wybitny badacz polskiego rynku pracy, profesor Mieczysław Kabaj napisał, że 

„W latach 1990-2005 [w Polsce] zlikwidowano 5 mln miejsc pracy, a ludność w 

wieku produkcyjnym zwiększyła się o ponad 2 mln osób. W rezultacie Polska 

pobiła  wszelkie  niechlubne  rekordy:  zmniejszyła  się  gwałtownie  stopa 

zatrudnienia z 80% do 54%.” I to jest kluczowa dana definiująca koszty naszego 

dostosowania  do  Zachodu.  Na  początku  transformacji  nie  pracował  co  piąty 

Polak, obecnie nie pracuje co drugi. Z tego właśnie powodu na początku lat 90. 

ojciec neoliberalizmu Milton Friedman uważał, że „głównym problemem Polski 

jest niewykorzystanie pracy ludzkiej”.

 

 

W  jaki  jednak  sposób  liczyć  straty  z  tytułu  „niewykorzystania  pracy”.  Janusz 
Kobeszko z Instytutu Sobieskiego starał się wyliczyć stratę z powodu emigracji 
2 miliony osób do krajów europejskich:

 

 

„Odpływ Polaków i wyjazd z kraju na stałe to znacząca i rozłożona na lata strata 

dla  krajowego  PKB.  Polscy  emigranci  w  liczbie  ok.  2  mln  pomagają  obcym 

rządom w tworzeniu ich własnego PKB, niewiele z tego transferując do Polski.

 

 

Skumulowany rachunek strat Polski, a zysków innych krajów, to 85 mld euro (w 
długoletniej perspektywie np.6-letniej, wg cen polskich z 2010 r.). Gdyby kwotę 
jeszcze zrelatywizować tym, że PKB innego kraju wytwarzane na miejscu (np. 
w Wielkiej Brytanii) jest więcej warte niż polskie PKB (wytwarzane w Polsce),

 

 

41

 

background image

 

to  mogłoby  się  okazać,  że  Polacy  wytwarzają  dla  innych  nawet  130  mld  euro 
PKB przez 6 lat, licząc wg parytetu Eurostatu za 2011 r. (polskie PKB per capita 
równa się 65% średniej dla 27 krajów UE). (…)

 

 

Po pierwsze, w 2010 r. policzalny PKB na głowę statystycznego Polaka wynosił 

37.116 zł przy liczbie bodaj 38.167.300 odnotowanych w statystykach Polaków. 

Liczba  ok.  38,2  mln  stałych  mieszkańców  kraju  jest  podawana  przez  GUS 

wielokrotnie  od  1992  r.,  jak  gdyby  nie  istniało  zjawisko  stałej  oraz  czasowej 

emigracji.  Liczby  wyjeżdżających  czasowo  w  statystykach  GUS-u  w  latach 

2004-2010 wynoszą od 1 mln do 2,2 mln osób, z czego 85% emigrantów kieruje 

się głównie do Europy.

 

 

Po  drugie,  gdyby  liczbę  statystycznych  Polaków  skorygować  o  ok.  2  mln 

emigrantów (średnia GUS-u z ostatnich lat), PKB per capita wynosiłoby 39.168 

zł. Jednakże rachunek ten działa również w drugą stronę, tzn. 2 mln emigrantów 

„nie wytworzyło” w 2010 r. w Polsce PKB na kwotę ok. 74,2 mld zł (licząc wg 

mniejszego z tych przeliczników, czyli 37.116 zł), co równa się 18,6 mld euro 

(średni kurs euro wynosił wtedy 3,99 zł).

 

 

Po trzecie, np. sześcioletnie niedoszacowanie PKB (tylko w latach 2013-2018) z 

powodu emigracji sięgałoby więc ok. 111,6 mld euro (licząc według cen z 2010 

r.). Rachunek ten należałoby oczywiście skorygować o transfery od emigrantów 

do  kraju,  tj.  średnio  w  ostatnich  latach  ok.  4,5  mld  euro  rocznie  (oficjalne 

statystyki  NBP),  co  daje  27  mld  euro  przez  okres  6  lat.  W  długiej  6-letniej 

perspektywie  pozostaje  kwota  84,6  mld  euro  „niedoboru  PKB”  z  powodu 

emigracji.

 

 

Po czwarte, wpłaty polskiej składki do budżetu Unii Europejskiej przez ok. 101 
miesięcy członkostwa od maja 2004 r., wg oficjalnych danych Ministra

 

 

Finansów wynosiły rocznie średnio po ok. 3,1 mld euro, co dawałoby 18,6 mld 
euro przez okres 6 lat. Wpływy z transferów z UE średnio rocznie od maja 2004 
r. wynosiły ok. 8,69 mld euro. Kwota ta daje w rozkładzie na lata (np. 2013-

 

 

42

 

background image

 

2018)  w  sumie  52,14  mld  euro  (przy  założeniu,  że  UE  będzie  nam  tak  samo 
transferować  środki,  jak  robi  to  w  latach  2004-2012).  Zatem  rachunek  salda 
transferów z UE przez 6 lat może wynieść 52,14 mld euro minus 18,6 mld euro 
składki, co daje 33,54 mld euro.

 

 

Po  piąte,  uproszczony  rachunek,  nieuwzględniający  wszystkich  niuansów 

statystyki  (wg  MF,  NBP,  GUS-u  czy  MRR),  czyli  84,6  mld  euro  „straty 

emigracyjnej  6-letniej  w  PKB”  oraz  33,54  mld  euro  statystycznego  transferu 

dotacji z UE (na plusie), daje Polsce w okresie 6 lat „stratę per saldo” wysokości

 

 

51,06  mld  euro.  Rozłożona  w  latach  np.2013-2018  (w  cenach  z  2010  r.) 
równałaby się ona aż 8,51 mld euro rocznie.

 

 

Pierwszy  wniosek  dla  rządu  jest  następujący:  negocjowane  obecnie  i 

fetyszyzowane  kwoty  uzyskane  z  dotacji  UE  przy  obecnym  (optymistycznym) 

stanie transferów z UE to zaledwie 40% wartości straty, jaką Polska ponosi w 

PKB z powodu nieobecności w kraju 2 mln swoich obywateli.”

12

 

 

Korzystając ze wskaźników dotyczących roku 2010 Kobeszko obliczył, że strata 
roczna wyniosła ok. 14 mld euro. Przy założeniu, że emigracja utrzyma się na 
obecnym poziomie do końca obecnej dekady, straty z jej tytuły w okresie 2014-

 

 

2020 (przyszła perspektywa budżetowa) wyniosą więc ok. 100 mld euro. Ale jak 
przewidują  demografowie  w  najbliższych  latach  liczba  emigrantów  może 
wzrosnąć  nawet  o  1  milion,  a  to  oznaczać  będzie,  że  strata  z  tytułu  emigracji 

wyniesie 150 mld euro.

 

 

„Niewykorzystanie pracy ludzkiej” to również horrendalne bezrobocie. Obecnie 
wynosi ono prawie 15% (2,3 mln bezrobotnych). Gdyby wynosiło ono 5%, to na 
polskim  rynku  pracy  znalazłoby  się  ok.  1.5  mln  osób  więcej.  Jeśli  dokonać 

analogicznych  wyliczeń  jak  w  stosunku  do  emigracji,  to  okazałoby  się,  że 

wskutek ponadnormatywnego bezrobocia tracimy kolejne 75 mld euro.

 

 

Reasumując, ograniczenie polskiego rynku pracy wskutek emigracji do państw

 

 

 

12

 Janusz Kobeszko, Wizja Polski 2014-20,  

http://www.sobieski.org.pl/wizja-polski-2014-2020/

 

 

43

 

background image

 

UE  i  bezrobocia  oznacza  stratę  ok.  225  mld  euro.  A  przypomnijmy  Premier 
przywiózł nam tylko 100 mld.

 

 

Oczywiście to są bardzo grube i bardzo niedokładne wyliczenia. Być może skala 

błędu jest bardzo duża. Ale innych wyliczeń nie ma, ponieważ od kilka lat po 

prostu  ich  się  nie  robi.  Gdyby  Polska  była  rzeczywistym  beneficjentem 

członkostwa 

UE, 

mielibyśmy 

zalew 

różnorodnych 

ekspertyz 

wyprodukowanych  w  Brukseli,  w  krajowych  instytucjach  rządowych  i 

pozarządowych. Na co jak na co ale na propagandę Unia szczędzi środków i na 

pewno  wykorzystałaby  policzalny  argument,  ze  Polska  jest  faktycznym 

beneficjentem  członkostwa  w  UE.  Takich  badań  jednak  nie  ma,  a  więc  teza 

ogólna,  że  słono  przepłacamy  za  członkostwo  w  zachodnioeuropejskim  klubie 

integracyjnym jest prawdziwa.

 

 

Niestety  racje  miał  profesor  Witold  Kieżun,  który  zrównał  transformację 
ustrojową  III  Rzeczpospolitej  kolonizacją  w  białych  rękawiczkach  państw 

afrykańskich po 1945 roku.

13

  W  obydwu  przypadkach  pazerne  elity,  które  nie 

identyfikowały  swojego  interesu  z  interesem  swojego  państwa  i  narodu,  za 
bezcen  rozprzedały  najważniejsze  bogactwa.  My  też  pozbyliśmy  się  swojego 
najbardziej  wartościowego  zasobu:  pracy  milionów  młodych  i  stosunkowo 
dobrze  wykształconych  ludzi.  Emigracja  i  wysokie  bezrobocie,  bieda  i 
katastrofa  demograficzna  spowodowały,  że  roztrwoniliśmy  nasz  narodowy 

skarb.

 

 

W  Polsce  do  tej  pory  w  ogóle  nie  badaliśmy  kwestii  kolonializmu  względnie 
neokolonializmu i integracji społeczno-gospodarczej z Zachodem. Problematyka 
badań  neokolonialnych  w  polskim  dyskursie  naukowym  jest  w  zasadzie 
nieobecna. Jednym z nielicznych wyjątków są badania profesor Ewy Thompson 

z  Rice  University.

14

  Dotyczą  one  kulturowego  wymiaru  neokolonializmu. 

Konieczny jednak byłby do zbadania kolonializm gospodarczo-polityczny po

 

 

13

 

Por. Witold Kieżun, Patologia transformacji, Warszawa 2012 

 

 
14

 

Por. Ewa Thompson, Trubadurzy imperium. Literatura rosyjska i kolonializm, Kraków 2000. 

 

 

44

 

background image

 

roku  1989.  Nie  ulega  wątpliwości,  że  Zachód  zwyciężając  w  „zimnej  wojnie” 
traktował kraje EŚW na sposób kolonialny. Świadczy o tym opanowanie sektora 
bankowego, czy też przejecie i likwidacja wielu gałęzi polskiego przemysłu.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

45

 

background image

 

 

 

 

 

 

 

 
 

8. Euro i przyszłość Polski w strukturach integracyjnych Zachodu

 

 

 

 
 

Rząd  Tuska  uczynił  z  polityki  zagranicznej  jeden  z  najważniejszych 

instrumentów propagandowych. Racja stanu została zepchnięta na dalszy plan, 

ponieważ celem dyplomacji stało się przekonanie Polaków, że fajnie jest. Aby 

taka  operacja  była  skuteczna,  konieczne  jest  ukrycie  prawdy  o  wielu 

przedsięwzięciach  rządu,  w  tym  o  istniejących  nadal  różnorodnych 

możliwościach  odmowy  przyjęcia  unijnej  waluty,  jak  i  negatywnych  skutkach 

jej przyjęcia.

 

 

O euro napisano w Polsce już wiele. Były to jednak teksty pełne superlatywów i 

postulatów,  by  do  niej  jak  najszybciej  dołączyć.

15

  Kiedy  w  Unii  Europejskiej 

pojawił się kryzys, którego jedną z głównych przyczyn jest właśnie posiadanie 
wspólnej waluty, dla wielu Polaków był to zimny prysznic. Racjonalne wydają 
się  więc  opinie,  że  na  traktatowy  projekt  unii  walutowej  należy  spojrzeć 
ponownie,  tym  razem  bez  różowych  okularów  polityczno-salonowego  wishful 

thinking.

 

 

Unia walutowa wystartowała 1 stycznia 1999 r.

16

 Uczestniczyło w niej jedynie 

11  krajów  ówczesnej  unijnej  „piętnastki”.  Ten  podział  wynikał  z  faktu,  że 
członkostwo  w  unii  walutowej,  jakkolwiek  było  traktatowym  obowiązkiem, 
zostało uzależniona od spełnienia określonych kryteriów ekonomicznych. Na tej 
podstawie  w  jej  skład  weszły:  Austria,  Belgia,  Finlandia,  Francja,  Hiszpania, 

Holandia, Irlandia, Luksemburg, Portugalia, RFN, Włochy. Poza nią do

 

 

15

 

Wawrzyniec  Smoczyński,  Eurorozterki.  Warto  wstępować  do  strefy  euro?,  Polityka” 

19.01.2009, 

 http://www.polityka.pl/swiat/analizy/280020,1,warto-wstepowac-do-strefy-euro.read 

 

 
16

 

Por. M. Muszyński (red.), Unia Europejska…, wyd. cyt., s.331-351. 

 

 

46

 

background image

 

momentu  wypełnienia  tych  kryteriów  pozostały:  Grecja  i  Szwecja.  Natomiast 
Wielka  Brytania  i  Dania  odmówiły  w  niej  uczestnictwa,  uzyskując  na  to 
traktatową zgodę od swoich partnerów.

 

 

Od  początku  nad  projektem  wspólnego  pieniądza  wisiała  klątwa  prymatu 

polityki  nad  gospodarką.  Klątwa,  która  w  efekcie  doprowadziła  do  jego 

załamania.  W  momencie  startu,  wymogi  gospodarcze  w  rzeczywistości 

wypełniało  tylko  dziewięć  państw.  Belgia  i  Włochy  miały  znaczny  dług 

publiczny  (124%)  dwukrotnie  przekraczający  wysokość  jednego  z  kryteriów 

przystąpienia  (60%).  Jednak  unia  walutowa  wystartowała  na  poziomie  11 

państw.  Po  prostu,  liczba  jedenaście  wyglądała  wizerunkowo  lepiej  niż 

dziewięć.

 

 

Kolejne rozszerzenie  „klubu euro” odbyło się w roku 2001. Choć z pozostałej 

dwójki  kryteria  konwergencji  spełniała  jedynie  Szwecja,  to  jednak  do  unii 

walutowej  przyjęto  Grecję,  która  nadal  nie  spełniała  tzw.  kryterium  długu 

publicznego  (wynosił  on  104%)  i  deficytu  budżetowego  (8%),  co  potwierdził 

Europejski Bank Centralny. Pomimo to Rada UE uznała, że przystąpienie Aten 

do unii walutowej jest konieczne. Zgodnie z zasadą „nie chcesz mieć gorączki, 

stłucz  termometr”  podjęła  też  19  czerwca  2000  r.  decyzję  o  formalnym 

uchyleniu  wobec  Grecji  procedury  nadmiernego  deficytu,  która  blokowała 

przyjęcie.  Na  skutki  nie  trzeba  było  długo  czekać.  Oba  wskaźniki  rosły  dalej. 

Dług  publiczny  w  momencie  rozpoczęcia  kryzysu  wynosił  120%,  a  deficyt 

budżetowy  9%.  Dziś  dług  sięga  180%,  a  deficyt  koło  10%.  Wspólna  waluta 

transferuje problemy do innych państw, które strefa euro ma przecież na własne 

życzenie.

 

 

Formalnie członkostwo w unii walutowej przysługuje tylko tym państwom UE, 
które  spełniają  cztery  kryteria  ekonomiczne  i  jedno  prawne  (tzw.  kryteria 
konwergencji). Są to:

 

 

 

 

 

47

 

background image

 

 

kryterium  niskiego  poziomu  inflacji  krajowej  waluty  (poziom  musi  być 

zbliżony  do  poziomu  istniejącego  w  trzech  państwach  członkowskich, 
które mają najlepsze rezultaty w dziedzinie stabilności cen); 

 

kryterium  braku  nadmiernego  deficytu,  a  więc  zrównoważony  poziom 

dochodów budżetowych i wydatków; 

 

kryterium  stabilnego  kursu  waluty  krajowej  w  stosunku  do  głównych 

walut  innych  państw  (euro,  dolar,  frank),  a  więc  brak  większych  wahań 

kursowych przez co najmniej dwa lata; 

 

trwały charakter wyżej wymienionych kryteriów. 

 

Z  kolei  w  konwergencji  prawnej  chodzi  o  dopasowanie  prawa  krajowego  do 

rozwiązań unijnych, a więc zapewnienie niezależności bankom centralnym, jak i 
przedstawicielom  krajów  w  Europejskim  Banku  Centralnym,  oraz  zgodności 

ustawodawstwa krajowego z traktatami unijnymi w zakresie monetarnym.

 

 

Z  perspektywy  Polski  oznacza  to  usuniecie  z  konstytucji  dwóch  zapisów.

 

 

Pierwszy  mówi  o  tym,  że  to  złoty  jest  walutą  obowiązująca  na  terytorium 
naszego  państwa,  drugi  nakazuje  NBP  dbanie  o  stabilność  złotówki. 
Przypomnijmy,  że  do  noweli  konstytucji  potrzebna  jest  większość  2/3  głosów. 
Pakiet blokujący w tej kwestii mają dwie partie opozycyjne – przeciwnicy euro: 

PiS i Solidarna Polska.

 

 

I  właśnie  w  tym  temacie  premier  zaczął  swoje  gierki.  W  jednej  z  jego 
przedświątecznych  wypowiedzi  mogliśmy  już  usłyszeć,  że  niektórzy  prawnicy 
twierdzą, iż do przyjęcia euro nie jest potrzebna zmiana konstytucji. To znak, ze 
maszyna propagandy ruszyła.

 

 

Przystępując  do  UE  w  2004  roku  zobowiązaliśmy  się  do  udziału  w  unii 
walutowej w momencie kiedy spełniać będziemy kryteria konwergencji. Jednak 
wejście do niej nie jest automatyczne. Traktaty unijne przewidują tu specjalną, 
kilkuetapową  procedurę,  w  której  decyzję  podejmuje  Rada  UE,  a 
zainteresowane państwo praktycznie nie ma nic do gadania.

 

 

48

 

background image

 

Wniosek  w  sprawie  przyjęcia  państwa  składa  Komisja  Europejska.  To  ona 
bowiem  monitoruje  postępy  państwa  w  zakresie  spełniania  kryteriów 
przystąpienia  i  robi  to,  kiedy  uzna  za  właściwe.  Procedura  decyzyjna  jest 

dwuetapowa.

 

 

Najpierw  działa  Rada  w  składzie  reprezentantów  państw  członkowskich  strefy 

euro. W okresie sześciu miesięcy od otrzymania wniosku Komisji Europejskiej, 

przyjmuje  ona  kwalifikowana  większością  głosów  zalecenie,  które  przekazuje 

Radzie  działającej  w  pełnym  składzie.  Dopiero  w  tym  składzie,  także 

większością  głosów,  następuje  przyjęcie,  oficjalnie  nazywane  uchyleniem 

derogacji.

 

 

Teoretycznie  rzecz  biorąc,  decyzja  o  przystąpieniu  może  więc  zostać  podjęta 
także  wbrew  zainteresowanemu.  Wynika  to  z  faktu,  że  państwu 
członkowskiemu nie przysługuje żadne prawo wyboru, ponieważ przystąpienie 
do  UE  wiąże  się  z  realizacją  celów  traktatowych,  a  jednym  z  nich  jest  unia 

walutowa.

 

 

Skutkiem  przyjęcia  euro  jest  trwałe  ustalenie  kursu  krajowej  waluty  państwa 
przystępującego wobec euro. Decyzje w tej kwestii także podejmuje Rada.

 

 

Prawo  głosu  posiadają  przedstawiciele  państw  strefy  euro  i  zainteresowanego 

kraju. Ponieważ już w tym głosowaniu musi być zachowana jednomyślność, to 

może się wydawać, iż w ten sposób traktaty pozostawiają państwu aplikującemu 

możliwość powstrzymania swego przystąpienia do unii walutowej na ostatnim 

etapie.  Taki  kraj  mógłby  z  różnych  względów  nie  zaakceptować 

proponowanego  kursu  wymiany  waluty  krajowej  na  euro.  Jednak  w  praktyce 

zainteresowanemu nie wolno głosować przeciwko. UE uznaje, że takie działanie 

byłoby  naruszeniem  traktatu,  za  które  państwo  sprzeciwiające  się 

odpowiadałoby przed Trybunałem Sprawiedliwości.

 

 

Czy  wobec  takiej  procedury  jesteśmy  rzeczywiście  skazani  na  euro?  A  może 

jednak wolno jeszcze urządzić w Polsce referendum? Platforma Obywatelska,

 

 

49

 

background image

 

wbrew  swojej  nazwie,  nie  chce  włączać  czynnika  obywatelskiego  w  politykę 
europejską.  Problem  polega  jednak  nie  na  dyktatorskich  zapędach  Tuska 
obawiającego się rozstrzygnięć kapryśnych w końcu wyborców, ale w tym, że 
nie mówi Polakom całej prawdy w tej kwestii.

 

 

Oficjalna wersja brzmi, że referendum już mieliśmy. Przyjęliśmy w ten sposób 

traktat  akcesyjny,  a  ten  stanowi  zgodę  na  przyjęcie  całego  dorobku  prawnego 

UE, a więc także euro. Jednak w rzeczywistości Polska jest nadal władna takie 

referendum urządzić. Pod jednym wszakże warunkiem: w referendum nie wolno 

zadać pytania o zgodę na przyjęcie euro. Decyzja bowiem o przyjęciu traktatu 

akcesyjnego  w  2004  r.  rzeczywiście  stanowiła  zgodę  na  euro.  Gdyby  na  tak 

sformułowane  pytanie  padła  negatywna  odpowiedź,  rząd  miałby  naprawdę 

wielki problem. Znalazłby się między wyborem złamania wyniku referendum, a 

złamaniem zobowiązania traktatowego.

 

 

Rząd  jednak  ukrywa  przed  nami  inne  wyjście.  Po  drodze  do  wspólnej  waluty 

jest etap pośredni. Stanowi go dwuletni pobyt w przedsionku strefy euro, czyli 

w  tzw.  strefie  ERM2  (European  Exchange  Rate  Mechanism).  Jest  on 

miernikiem  spełniania  jednego  z  kryteriów  przystąpienia,  a  mianowicie 

obowiązkiem  utrzymania  stabilnego  kursu  waluty  krajowej  wobec  euro  (3% 

wahań w górę i w dół).

 

 

Będzie  to  trudny  okres.  Kiedy  państwo  ogłosi  ten  krok,  waluta  będzie 

poddawana  presji  spekulantów.  I  państwo  musi  tę  presję  wytrzymać  bez 

względu na ogromne koszty. Dlatego decyzja o przystąpieniu do ERM2 należy 

do politycznych suwerennych decyzji państwa i dlatego w tej sprawie może być 

przeprowadzone  referendum.  Odrzucenie  wejścia  do  ERM2  oznaczać  będzie 

automatycznie brak możliwości wejścia do strefy euro. W ten sposób postępuje 

Szwecja.  Od  2001  r.  spełnia  kryteria  przyjęcia  euro.  Jednak  w  urządzanych 

referendach  obywatele  mówią  „nie”  właśnie  wejściu  do  ERM2.  I  dziś  sobie 

swoją decyzję chwalą.

 

 

50

 

background image

 

W  Polsce  premier  chce  nas  wciągnąć  do  ERM2  nie  wspominając  nawet  o 
referendum.  Musimy  jednak  być  świadomi,  że  po  tym  kroku  odwrotu  już  nie 
będzie.  A  opisana  automatyczna  procedura  przyjęcia,  w  której  zainteresowane 
państw praktycznie nie ma możliwości decyzyjnych, może wręcz doprowadzić 

nas do euro w momencie, w którym nie będzie to dla Polski korzystne.

 

 

Członkostwo  w  strefie  euro  oznacza  przekazanie  na  rzecz  UE  kompetencji 
monetarnych państwa. Oznacza to m.in. prawo do emisji pieniądza i obowiązek 
dbania o jego stabilność.

 

 

Jednak  i  w  tej  kwestii  rząd  nie  mówi  nam  prawdy.  Zgodnie  z  traktatami 
integracyjnymi, po przystąpieniu do strefy euro, Unia Europejska przejmie całe 
rezerwy  walutowe  polskiego  NBP.  Do  nich  zalicza  się:  wszystkie  rezerwy  w 
obcej walucie, zapasy złota, prawa państwa wobec instytucji finansowych np.

 

 

Międzynarodowego Funduszu Walutowego (udziały w tych instytucjach). Kasa 
Polaków wyjedzie więc z Warszawy do Frankfurtu nad Menem.

 

 

Czyją  własność  będzie  wtedy  stanowić?  Traktaty  unijne  literalnie  mówią  o 

„utrzymywaniu  i  zarządzaniu”  rezerwami  państw  strefy  euro  przez  Europejski 

Bank  Centralny,  a  więc  teoretycznie  pozostawiają  kwestię  własności  otwartą. 

Jednak  zarządzanie  nimi  ma  charakter  nieograniczony.  Hipotetycznie 

frankfurccy bankierzy mogą te pieniądze wydać w zależności od potrzeb, np. na 

sfinansowanie deficytów innych państw strefy euro.

 

 

Pojawiają  się  dwa  pytania.  Po  pierwsze,  jak  w  świetle  takiego  rozwiązania 
oceniać korzyści finansowe wynikające z członkostwa w UE, a po drugie, co się 
stanie  z  rezerwami  w  przypadku  wystąpienia  członka  unii  walutowej  z  Unii 
Europejskiej, co przecież umożliwia Traktat o UE?

 

 

Na  przykładzie  Polski  widać,  że  korzyści  wynikające  z  członkostwa  są  coraz 
bardziej  wątpliwe.  Weźmy  pod  uwagę  ewentualny  bilans  przepływów 
budżetowych  na  linii  Bruksela/Frankfurt-Warszawa.  Wg  oficjalnych  danych 
polskiego rządu, z budżetu UE w okresie od połowy 2004 r. do połowy roku

 

 

51

 

background image

 

2012 na czysto (po odliczeniu naszej składki) otrzymaliśmy ok. 40 mld euro. W 

tym czasie rezerwy walutowe NBP wynosiły około 65 mld euro. Jeśli w bilansie 

członkostwa uwzględnimy przekazanie rezerw, to okaże się jak kiepski interes 

zrobiliśmy na UE. Załóżmy, że przystąpilibyśmy do unii walutowej już w 2012 

r.,  i  UE  przejęłaby  nasze  rezerwy  walutowe,  to  bilans  członkostwa 

zamknęlibyśmy  stratą  na  poziomie  25  mld  euro.  Cyfry  nie  kłamią.  Korzyści  z 

unijnej  pomocy  finansowej  Polska  jako  członek  strefy  euro  zaczęłaby  osiągać 

dopiero w 2017 r.!

 

 

Nota  bene,  bilansujemy  tylko  bezpośrednie  przepływy  budżetowe  w 

obliczeniach tych nie uwzględniamy kosztów pośrednich dostosowań Polski do 

standardów unijnych  związanych  z  polityką  klimatyczną,  ochrony  środowiska, 

likwidacją przemysłu etc. W najbliższych dwóch dekadach najprawdopodobniej 

wyniosą one kilkaset miliardów euro! Polskich rząd nie próbuje nawet dokonać 

takich wyliczeń, ponieważ uderzyłoby to w jego propagandę, stanowiącą rację 

istnienia władzy PO w naszym kraju.

 

 

Odpowiedź  na  drugie  pytanie  jest  jeszcze  trudniejsza.  Wystąpienie  z  UE 
odbywa  się  na  podstawie  traktatowej.  Kwestia  zwrotu  rezerw  byłaby  więc 

elementem politycznych negocjacji.

 

 

Ze  względu  na  zawirowania  gospodarcze  i  polityczne,  jakim  byłby  efektem 
wystąpienia  z  Unii,  prawdopodobnie  znacząca  część  tych  środków  byłaby 

utracona i przeznaczona na koszt stabilizacji gospodarki UE. Brak takich

 

 

środków  dla  kraju  występującego  oznaczałby  kłopoty  z  utrzymaniem  kursu 

nowej waluty krajowej.

 

 

W  ten  sposób  przyjęcie  euro  stanowi  skuteczny  hamulec  przed  pomysłami  na 
rozwód  z  Unią.  Dziś  dotyczy  to  Grecji  i  innych  państw  unii  walutowej,  które 
musza  bezkrytycznie  przyjmować  warunki  pomocy  finansowej,  bo  innego 
wyjścia nie mają.

 

 

 
 

52

 

background image

 

Decyzja  o  przyjęciu  euro  mieć  zatem  będzie  dalekosiężne  skutki.  Na  pewno 
dalekie  od  dziecinnej  prounijnej  propagandy  w  wydaniu  rządowym.  Bez 
poważnej  dyskusji  o  polskiej  racji  stanu  i  narodowych  interesach  znowu 
aktualnym okaże się, że Polak mądry jest zawsze po szkodzie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
 

53

 

background image

 

 

 

 

 

 

 

 
 

9. Pakt fiskalny i przyszłość Polski w strukturach integracyjnych Zachodu

 

 

 

 
 

Pakt fiskalny

17

, wbrew zapewnieniom Donalda Tuska, nie jest wcale biletem do 

lepszego,  europejskiego  salonu.  Ten  niewinnie  wyglądający  zbiór  kilkunastu 
artykułów to w rzeczywistości bomba podłożona pod fundament suwerenności 
każdego  państwa  –  jego  prawo  do  samodzielnego  określenia  wpływów  i 
wydatków, czyli budżetowej autonomii. Jest więc kolejnym krokiem rządu PO-

 

 

PSL na drodze do rezygnacji z niezależności, zgodnie z filozofią mniej Polski, 
więcej Europy.

 

 

Na drodze do Europy Donald Tusk wybrał jednak zgoła nieeuropejskie metody: 
propagandę zamiast prawdziwej debaty publicznej, bezwzględną marginalizację 
opozycji zamiast dialogu, nade wszystko świadomą pogardę dla prawa, a przede 

wszystkim dla Konstytucji Rzeczypospolitej.

 

 

Oficjalnie  Pakt  Fiskalny  ma  być  remedium  na  pogłębiający  się  kryzys.  W 

rzeczywistości  wprowadza  on  jednak  szereg  kolejnych  mechanizmów 

ograniczających  niezależność  państw  członkowskich  w  sferze  fiskalnej  i 

gospodarczej.  Zamiast  rozwiązywać  problemy,  politycy  wykorzystali  kryzys  i 

pauperyzację  milionów  Europejczyków  do  wzmocnienia  władzy  Brukseli,  a 

zatem  w  praktyce  kilku  mocarstw  unijnych.  Arogancja  i  zadufanie  elit 

zatryumfowały więc po raz kolejny.

 

 

Aby  wzmocnić  brukselskie  instytucje,  formalnie  należałoby  zmienić  podstawy 
prawne UE, czyli traktaty. Na to nie byłoby zgody europejskich narodów.

 

 
 

17

 Por. Traktat o stabilności, koordynacji i zarządzaniu w Unii Gospodarczej i Walutowej 

http://www.european- council.europa.eu/media/639256/16_-_tscg.pl.12.pdf

)

 

 

54

 

background image

 

Dyktatorzy Europy obeszli więc prawo bokiem. Powstał Pakt fiskalny – umowa, 
która  dotyczy  wprawdzie  integracji,  ale  jest  umową  zawartą  tylko  między 
niektórymi państwami UE i nie należy do unijnego dorobku prawnego.

 

 

Już  sama  ta  konstrukcja  jest  sprzeczna  z  ideą  integracji  europejskiej.  Traktaty 
unijne zakazują przecież krajom członkowskim regulowanie spraw zjednoczonej

 

 

Europy  poza  obszarem  acquis  communautaire  (dorobkiem  prawnym  UE).

 

 

Jednak  eurokraci  nie  mieli  wyjścia.  Już  na  etapie  negocjacji  Wielka  Brytania 
miała  odwagę  odrzucić  ten  eksperyment,  stąd  Bruksela  wymyśliła  Pakt  jako 
wyjście awaryjne.

 

 

W praktyce integracyjnej cel zawsze  uświęcał środki. Nie na darmo Timmothy 

Gordon  Ash,  sławny  politolog  angielski,  stwierdził  publicznie,  że  gdyby  UE 
ubiegała się o przyjęcie do UE, to nie zostałaby przyjęta z powodu niespełniania 
standardów demokracji i praworządności.

 

 

Brukseli  zawsze  chodziło  nie  o  rozwój  państw,  a  jedynie  o  zgarnięcie 
maksymalnej  ilości władzy  na  poziomie  ponadnarodowym.  Stąd  w  przeszłości 
sztuczki tego rodzaju były już stosowane, co najmniej kilkakrotnie.

 

 

Metoda  była  zawsze  taka  sama  –  rozpoczęcie  współpracy  między  niektórymi 

państwami  i  powolne  jej  rozszerzanie  na  inne,  a  w  sprzyjającej  sytuacji, 

inkorporacja tych mechanizmów do dorobku prawnego UE i pogłębienie w ten 
sposób integracji. Jednak starano przynajmniej pozory, a przy okazji korzystali 

na tym ludzie.

 

 

Za  przykład  niech  posłuży  umowa  z  Schengen,  przyjęta  przez  kilka  państw  w 

1986 r., która stała się częścią prawodawstwa unijnego dopiero w 1997 r. Na jej 

podstawie  faktycznie  UE  przejęła  władze  w  szeregu  obszarów  polityki 

wewnętrznej państwa, ale obywatele państw członkowskich przynajmniej mogą 

podróżować  bez  wiz.  Na  początku  XXI  w.  umowy  tego  rodzaju  przyjmowano 

także  w  ramach  tzw.  III  filara  UE,  ingerując  władztwem  ponadnarodowym  w 

system wymiaru sprawiedliwości. Dziś, już bez żadnego skrępowania przy

 

 

55

 

background image

 

pomocy  wynarodowionych  elit,  instrumentem  tym  próbuje  się  uderzać  w 
budżet, stanowiący istotę niezależności państw.

 

 

Pakt  fiskalny  nie  jest  jednorodną  umową  międzynarodową.  Materie  w  nim 

uregulowane  mają  na  tyle  zróżnicowany  charakter,  że  można  go  nazwać 

„zbieraniną  norm”.  Dotyczą  m.in.  koordynacji  państwowych  polityk 

gospodarczych,  zarządzania  strefą  euro,  zadań  organów  unijnych  w  sprawach 

finansów  publicznych,  ale  przede  wszystkim  kwestii  konstruowania  budżetów 

narodowych.

 

 

Treść norm też jest różnorodna. Niektóre z nich jednoznacznie ingerują w zakres 

praw i obowiązków organów państwa polskiego. Inne z pozoru wydają się nie 

mieć znaczenia dla władztwa krajowego, a inne jeszcze pozostawać całkowicie 

poza  obszarem  funkcjonowania  naszego  państwa  (np.  zarządzanie  strefą  euro). 

Jednak  w  całości  tworzą  sprawny  system  przesuwania  władzy  z  poziomu 

krajowego na ponadnarodowy. W ten sposób, omijając traktaty integracyjne, de 

facto mamy do czynienia z pogłębianiem integracji.

 

 

Wbrew  zapewnieniom  premiera  Tuska  konsekwencje  Paktu  są  ogromne. 

Powstało  prawo,  które  w  różnym  stopniu  i  zakresie  dotyka  konstytucyjnych 

zadań państwa. Wprowadza bowiem nowe kryteria, jakie będzie musiał spełniać 

budżet  oraz  nowe  mechanizmy,  wymuszające  różne  sposoby  uzgadniania  jego 

treści przez organy państwa polskiego z instytucjami unijnymi, w szczególności 

obowiązek  konsultacji  z  Komisją  Europejską.  Umożliwia  wreszcie  kontrolę 

Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości w zakresie wykonywania niektórych 

zobowiązań z Paktu. Czy tak wygląda niezależność?

 

 

Podczas  dyskusji  w  Sejmie  minister  Rostkowski  zapewniał,  że  Pakt  jest  w 
Polskim interesie. Jak argumentował, ma to dać Polsce wpływ na to co dzieje się 

w  strefie  euro.  Megalomania  ministra  nie  znajduje  jednak  podstaw  w 

postanowieniach  traktatowych.  Wprawdzie  traktat  przewiduje  obowiązek 

zwoływani co najmniej dwa razy w roku szczytów tzw. Eurogrupy, jednak w jej

 

 

56

 

background image

 

skład wchodzą tylko państwa strefy euro. Polska i inne kraje spoza tego grona 
będące  stronami  Paktu,  uczestniczą  tylko  w  debatach,  czyli  już  nie  w 
głosowaniu.

 

 

Euroszczyty nie zajmują się wszystkim sprawami strefy euro. Te obsługiwane są 
w  ramach  prac  odpowiednich  organów  Unii  Europejskiej,  i  tak  bez  Polski. 
Szczyty  zinstytucjonalizowane  w  Pakcie  Fiskalnym  zajmą  się  tylko  dwoma 
kwestiami:  zarządzaniem  strefą  euro  i  wytycznymi  strategicznymi  dla 
zwiększenia spójności polityk gospodarczych państw tej strefy.

 

 

Państwa  spoza  strefy  euro  nie  będą  uczestniczyć  w  całości  nawet  w  tych 

dyskusjach,  a  jedynie  przy  wycinkach  z  nich,  tj.  rozmowach  nt. 

konkurencyjności, zmiany ogólnej struktury strefy euro (czyli przystąpienia do 
strefy) oraz przyszłych jej zasad.

 

 

Na  takie  rozmowy  nawet  nie  warto  jeździć,  tym  bardziej  że  przewodniczący 
Euroszczytów  i  tak  ma  obowiązek  informować  szczegółowo  państwa  spoza 
strefy euro o przygotowaniach i wynikach tych posiedzeń.

 

 

Ponadto  minister  twierdził,  że  Pakt  służy  interesom  strefy  euro.  Tu  ma  rację, 
tyle interesy strefy euro nie są zbieżne ciągle jeszcze z interesami Polski.

 

 

Co  ciekawe,  inną  taktykę  argumentacyjna  zastosował  Premier.  Twierdził 

mianowicie, że do wejścia do strefy euro jego zapisy są dla Polski obojętne. Pakt 

rzekomo  niczego  nie  zmienia  w  sytuacji  Polski.  Nie  będzie  on  bowiem 

obowiązywał  państw  spoza  strefy  euro  do  czasu  przyjęcia  wspólnej  waluty, 

„chyba  że  wcześniej  zgłoszą  taką  wolę”.  Donald  Tusk  kilkakrotnie  nie 

omieszkał zapowiedzieć, że tego nie uczyni. Po co więc go ratyfikował? Żeby 

jeździć na pogaduszki na niektórych szczytach eurogrupy? Z głosowań i tak go 

wyrzucą.

 

 

Po pierwsze, tu kluczowy jest zawarty w klauzuli o stosowaniu traktatu zwrot

 

 

„chyba  że”.  Donald  Tusk  w  historii  swego  premierowania  niejednokrotnie

 

 

 

57

 

background image

 

zmieniał zdanie i wycofywał się ze swoich obietnic i zapowiedzi. Po ratyfikacji, 
dla rzeczywistego związania się paktem nie musi już uzyskiwać niczyjej zgody. 
Ani  nawet  publicznie  informować.  Wystarczy,  że  każe  notyfikować  wolę 
związania się w Brukseli.

 

 

Po  drugie, Polska  jako strona  Paktu  (nawet  w  zawieszeniu, a  właściwie  już od 

podpisania) jest nim na swój sposób związana. Zgodnie z konwencją wiedeńską 

o prawie traktatów nie może podejmować żadnych działań które udaremniłyby 

cel i przedmiot traktatu. Tym samym na forum UE będzie musiała głosować w 

sprawach  objętych  Paktem  w  taki  sam  sposób  jak  państwa  strefy  euro.  Nawet 

tych drugorzędnych, bo pierwszoplanowe i tak będą rozstrzygane poza Paktem, 

w ramach przepisów traktatów integracyjnych dotyczących strefy euro. A z tej 

sfery Polska i tak jest wyłączona.

 

 

Po  trzecie,  pakt  zawarty  jest  na  czas  nieokreślony  i  nie  zawiera  klauzuli 
wypowiedzenia. Po ratyfikacji w praktyce trudno będzie od niego odstąpić, co 
zapowiada  już  PiS.  Paradoksalnie,  żeby  odstąpić  od  Paktu  trzeba  najpierw 
będzie go włączyć do traktatów unijnych, na czym zależy Brukseli, a następnie 
wystąpić, ale już z całej UE.

 

 

Po  czwarte  wreszcie,  wiele  zapisów  Paktu  ma  charakter  czeku  in  blanco.

 

 

Stanowią  go  także  normy  typowo  blankietowe.  Student  na  pierwszym  roku 
prawa  uczy  się,  że  są  to  przepisy  bez  własnej  treści  –  odsyłające  do  innych 
norm.  Te,  o  których  piszę,  zawierają  odesłania  nakazujące  stosowanie 
konkretnych,  obowiązujących  norm  prawa  UE.  Tym  samym  konstrukcja 
zobowiązania ma charakter otwarty.

 

 

Dziś  obowiązują  konkretne  rozporządzenia  i  dyrektywy,  a  jutro  można  je 
zmienić. I to większością głosów. A w ten sposób państwa członkowskie będą 
mogły  w  rzeczywistości  dowolnie  manipulować  faktyczną  treścią  Paktu 
fiskalnego. W ten sposób rząd Tuska związał się Paktem, który – literalnie

 

 

 
 

58

 

background image

 

ciągle ten sam - po następnych wyborach będzie mógł mieć de facto już całkiem 
inną treść merytoryczną.

 

 

Co więcej, część norm tego prawa unijnego, do którego Pakt odsyła, powstaje w 
trybie, w którym w ramach prawodawczych na poziomie UE, Polska nie bierze 
udziału. Przepisy odnoszące się do strefy euro wyłączają bowiem udział państw 
spoza strefy w stanowieniu prawa dotyczącego jednolitej waluty.

 

 

Pakt  fiskalny  tego  nie  tylko  niweluje,  ale  właśnie  poprzez  te  odesłania  wręcz 

umożliwia  stosowanie  tak  przyjętego  dorobku  prawnego  państw  strefy  euro, 

wobec  państw  z  walutą  narodową.  Tym  samym  dyrektywa  przyjęta  przez 
państwa  euro,  teraz  nas  nieobowiązująca,  będzie  musiała  zostać  wprowadzona 
do krajowego porządku prawnego.

 

 

Pakt  Fiskalny  podzielił  polską  scenę  polityczną.  Prawica  (PiS  i  Solidarna 

Polska)  sprzeciwiały  się  tak  głębokiej  wiwisekcji  polskiego  systemu  władzy. 
Uznając Pakt za sprzeczny z interesami kraju, naruszający suwerenność, a nawet 
samo prawo UE, rekomendowały jego odrzucenie. Rządząca centrolewica (PO i

 

 

PSL)  z  satelickimi  partiami  lewicującymi  (SLD  i  Ruch  Palikota),  chciały 
związania się Paktem.

 

 

System  konstytucyjny  w  Polsce  na  przyjęcie  takiej  umowy  pozwalał.  To

 

 

Aleksandrowi  Kwaśniewskiemu  zawdzięczamy  istnienie  w  nowej  Konstytucji 

RP  z  1997  r.  artykułu  90.  Na  jego  podstawie  można  przekazać  część  własnej 

suwerenności  na  poziom  ponadnarodowy.  Ale  nawet  postkomunistyczny 

prezydent  nie  odważył  się  na  szerokie  otwarcie  furtki  satelityzmu.  Zgodę  na 

zrzeczenie  się  części  praw  zwierzchnich  na  rzecz  instytucji  ponadnarodowej 

uzależnił  od  świadomej  decyzji  znaczącej  większości  parlamentarnej  lub 

referendum.

 

 

Pakt  niewątpliwie  takiej  większości  wymagał.  O  tym  świadczą  wszystkie 
opisane  wyżej  rzeczy,  a  w  szczególności  wprowadzone  nim  nowe  reguły  i 
warunki o charakterze wymogów materialnych dotyczących kształtowania

 

 

59

 

background image

 

budżetu państwa, stworzenie możliwości kontroli procesu legislacyjnego przez 
Trybunał  Sprawiedliwości,  czy  nadzoru  nad  budżetem  państwa  przez  Komisję 
Europejską.

 

 

Wreszcie  warto  też podkreślić,  że  przyjmując  Pakt  fiskalny  państwo  dokonało 

czegoś więcej niż tylko wiązania się umową międzynarodową zawierająca takie 

reguły.  Zapowiadając  w  Pakcie  włączenie  zawartych  w  nim  regulacji  w  ramy 

prawne  Unii  Europejskiej  w  przeciągu  pięciu  lat,  państwo  zobowiązuje  się  w 

sposób  trwały  do  rezygnacji  z  jakichkolwiek  zmian  własnego prawa będących 

sprzecznych  z  jego  postanowieniami,  tak  na  poziomie  ustawowym,  jak  i 

konstytucyjnym. W ten sposób Pakt narusza autonomię legislacyjną Sejmu jako 

organu  swobodnie  określającego  warunki  tworzenia  budżetu,  jak  i  podmiotu 

tworzącego budżet.

 

 

Takie  stanowiska  były  znane  Platformie  Obywatelskiej  już  w  marcu  2012  r. 

Wtedy to szef ekspertów ds. prawa unijnego Sejmowego Biura Analiz ocenił, że 

jedyną  możliwą  formułą  związania  się  Paktem  jest  przyjęcie  go  w  procedurze 
kwalifikowanej,  przegłosowanego  na  poziomie  2/3  liczby  posłów.  Co  więcej, 
ocenił nawet, że Pakt Fiskalny jest sprzeczny z prawem UE.

 

 

Zgodnie  za  art.  Konstytucji  RP,  Polska  jest  demokratycznym  państwem 

prawnym. Ale czy naszych rządzących taki zapis obchodzi? W ich rozumieniu 

nie  rządzi  w  Polsce  prawo,  lecz  propaganda.  Rozpoczęto  więc  ostrą  i 

zdecydowaną  kampanię  medialną  i  zaczęto  szukać  przychylnych  władzy 

ekspertów.  I  tak  większość  rządząca  przeforsowała  swoje  stanowisko  wbrew 

prawu i interesom Polski.

 

 

Dziwi dezynwoltura, z jaką koalicją rządząca oraz Ruch Palikota i SLD odnoszą 
się do skutków paktu. Wychodzi ona na jaw szczególnie w porównaniu z innymi 
państwami  sygnatariuszami  tej  umowy,  które  uznały,  że  postanowienia  Paktu 
mogą naruszyć ich konstytucję. Do krajów tych należą dwa główne mocarstwa

 

 

UE: Francja i Niemcy.

 

 

60

 

background image

 

Francuska Rada Konstytucyjna dostrzegła w Pakcie zagrożenie dla francuskiej 
państwowości i zażądała uchwalenia specjalnej ustawy o szczególnej mocy

 

 

(tzw.  ustawa  organiczna)  zawierającej  konkretnie  wskazane  przez  nią 
rozwiązania tę państwowość zabezpieczające i wzmacniające.

 

 

Niemiecki  Bundestag  przyjął  Pakt  dopiero  po  burzliwej  dyskusji  i  szeregu 

orzeczeń  Trybunału  Konstytucyjnego.  Najciekawsze  w  niemieckim 

doświadczeniu  jest  jednak  fakt,  że  głosowanie  ratyfikacyjne  odbyło  się 

większością  2/3.  Niemieccy  politycy  i  prawnicy  uznali,  że  rozwiązania  Paktu 

fiskalnego  mogą  prowadzić  do  przekazania  kompetencji  państwa.  Uznali,  że 

takiej  procedury  wymaga  zachowanie  ostrożności  i  poszanowania  własnej 

konstytucji.

 

 

W  Polsce  wręcz  przeciwnie.  Przeciwnicy  państwowości  nawet  nie  chcą 
zachować  pozorów.  Widać  to  wyraźnie  w  tym,  że  rząd,  który  wielokrotnie 
naśladował  zachowanie  Niemiec  w  sprawach  ratyfikacji  np.  przy  ratyfikacji 
traktatów  akcesyjnych  Rumunii  i  Bułgarii,  a  później  Chorwacji,  w  sprawie 
Paktu fiskalnego postąpił dokładnie odwrotnie.

 

 

To  zamieszanie  zafundowane  nam  w  związku  z  ratyfikacją  Paktu  fiskalnego, 

przypomina  smutną  rzeczywistość.  W  procesie  informacji  o  Unii  Europejskiej 

karmi  się  Polaków  szeregiem  pięknych  frazesów  o  demokracji  i  prawach 

obywatelskich, o godności, wolności, równości, poszanowaniu praw człowieka i 

praworządności. A w europejskiej rzeczywistości politycznej jesteśmy natomiast 

świadkami politycznej arogancji i kombinacji władzy, którą fundują nam, na co 

dzień nagradzani i honorowani demokraci. To się nie może dobrze skończyć, ani 

dla Polski, ani dla Unii.

 

 

Rząd  polski  godząc  się  na  pakt  fiskalny  zastosował  znana  europejską  metodę 
zawieszania prawa. Już w trakcie kryzysu widać było wyraźnie swoisty nihilizm 
prawny.  Cała  polityka  antykryzysowa  była  bowiem  sprzeczna  z  zapisami 
traktatowymi. Traktaty bowiem jednoznacznie zabraniały finansowania długu

 

 

61

 

background image

 

jednych  państw  członkowskich  przez  drugie  lub  przez  bank  centralny.  Skoro 
można łamać prawo na poziomie unijnym, to nic nie stoi na przeszkodzie, aby 
go łamać na poziomie krajowym. Tego rodzaju nihilizm zagraża fundamentom

 

 

UE.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

62

 

background image

 

 

 

 

 

 

 

 
 

10. Zakończenie. Przyszłość Polski w UE

 

 

 

 
 

W  2004  roku  wstępowaliśmy  do  UE  po  to,  aby  realizować  nasze  narodowe 
interesy.  Członkostwo  miało  wzmocnić  naszą  pozycję  na  kontynencie  przede 
wszystkim wobec mocarstw. Gwarantowała to nam nicejska metoda określania 

siły  głosów  Polski  w  najważniejszym  decyzyjnym  organie  Unii  Europejskiej, 

czyli Radzie.

 

 

Dziś, kilka lat po Lizbonie, sytuacja zmieniała się diametralnie. Nasz głos waży 
mniej. W historii integracji jak nigdy dotąd króluje zasada koncertu mocarstw; 

przede wszystkim dyktatu Berlina i Paryża.

 

 

Tę  niekorzystna  sytuację  pogłębiła  jeszcze  fatalna polityka obecnego  rządu.

 

 

Polityka  zagraniczna  tandemu  Tusk-Sikorski  oznaczały  znaczące  osłabienie 
międzynarodowej pozycji Polski.

 

 

Polityka ta charakteryzuje się „płynięciem w głównym nurcie”, czyli zgodą na 
to,  by  politykę  naszego  kraju  dopasować  do  kierunku,  który  wyznaczają 

mocarstwa,  przede  wszystkim  Niemcy  oraz  w  pewnej  mierze  Francja.  Przy 

czym  za  to  podporządkowanie  się  mocarstwom  Polska  nie  otrzymuje  nic  w 
zamian, a na pewno nie realizuje żadnych swoich realnych interesów.

 

 

Modelowym przykładem potwierdzającym tę tezę jest polityka wobec Berlina. 
Za wsparcie większości najważniejszych inicjatyw na arenie międzynarodowej 
Niemcy  „płacą”  nam  budową  Gazociągu  Północnego  w  ramach  strategicznej 
współpracy z Rosją i blokadą rozwoju zespołu portowego Szczecin-

 

 

Świnoujście. Berlin rozwija strategię niegodną z interesami swojego partnera w

 

 

 

63

 

background image

 

NATO  i  UE,  forsuje  współpracę  z  Rosją;  państwem,  z  którym  ma  mniejszą 
wymianę handlową, aniżeli z Polską.

 

 

Polska nie ma także koherentnej strategii dotyczącej przyszłości UE i roli w niej 

naszego  kraju.  Wspierając  Niemcy  jako  najważniejsze  mocarstwo  mające 
uratować  strefę  euro  minister  spraw  zagranicznych  RP  Radosław  Sikorski 

jednocześnie deklaruje sprzeciw wobec najważniejszego elementu niemieckiego 
planu  sanacyjnego,  czyli  tzw.  unii  fiskalnej.  W  swoim  słynnym  berlińskim 

przemówieniu  stwierdził  bowiem  jednoznacznie,  że  podatek  dochodowy  i 

podatek VAT winny pozostawać w gestii państw narodowych (nota bene nie jest 

do końca zorientowany w tym względzie, ponieważ UE ma wpływ na określanie 

podatku od wartości dodanej). 

18

 

 

Przykładem braku realizmu jest wezwanie Sikorskiego do federalizacji Europy. 

Tego postulatu nikt obecnie nie bierze poważnie, albowiem nie ma w tej chwili 

państw, które poważnie chciałyby dążyć do stworzenia Stanów Zjednoczonych 

Europy.  Wymagałoby  to,  po  pierwsze,  zmiany  dotychczasowego  modelu 

instytucjonalnego;  nowego  quasi-federalnego  podziału  kompetencji  pomiędzy 

dotychczasowe organy UE lub stworzenie nowych. Ponadto wiązałoby się to ze 

stworzeniem wspólnej europejskiej polityki zagranicznej oraz polityki obronnej

 

 

(wspólna  armia).  Takich  postulatów  nie  stawia  na  porządku  dziennym  żadne 
państwo;  w  tym  również  Polska.  A  zatem  hasło  sfederalizowania  Europy  jest 

koncepcyjnie i politycznie puste.

 

 

Polska  dyplomacja  w  praktyce  nie  przeciwstawia  się  pomysłowi  „rządu 

gospodarczego”,  który  jest  sprzeczny  z  naszymi  interesami  gospodarczymi. 

Unia  Europejska  zmierza  w  kierunku  stworzenia  rządu gospodarczego.  Ma  on 
być receptą na kryzys gospodarczy w strefie euro. To na razie idea dosyć

 

 
 

18

  Por.   Przemówienie  Ministra  Radosława  Sikorskiego  "Polska  i  przyszłość  Unii  Europejskiej"  na  forum

 

 

 Niemieckiego 

Towarzystwa 

Polityki 

Zagranicznej, 

Berlin, 

28 

listopada 

2011 

r. 

http://www.msz.gov.pl/resource/c2a33d88-7b8d-4fa5-8680-a67a4b2b38af:JCR

)

 

 
 

64

 

background image

 

mglista,  jakkolwiek  widać  jej  pewien  zarys.  Składać  się  na  nią  będą  pewne 
elementy  zatwierdzonego  już  „sześciopaku”:  ocena  budżetów  państw 
członkowskich przez KE i ministrów finansów jeszcze przed przedłożeniem ich 

parlamentom narodowym oraz automatyczne sankcje za naruszenie Paktu

 

 

Stabilności i Wzrostu. Ponadto kontrola budżetów wzmocniona została Paktem 
fiskalnym,  nowym  zawartym  poza  reżimem  prawa  europejskiego,  w  reżimie 
zwykłego  prawa  międzynarodowego  publicznego  międzynarodowego 

porozumieniem o wzmocnionej unii gospodarczej.

 

 

Przyznanie  Komisji  wpływu  na  kształtowanie  budżetów  narodowych  jeszcze 

przed  decyzjami  parlamentów  narodowych  jest  wzmocnieniem  tendencji  do 

ograniczania procedur  demokratycznych w  funkcjonowaniu  UE. Legitymizacja 

demokratyczna  polityki  budżetowej  i  fiskalnej  jest  fundamentem 

zachodnioeuropejskiej  tradycji  politycznej.  Dlatego  należy  przeciwstawiać  się 

przekazywaniu  kompetencji  w  tak  fundamentalnej  dziedzinie  urzędnikom  i 

organom, które nie pochodzą z demokratycznego wyboru.

 

 

Jedyny  wyraźny  postulat  związany  z  naszymi  narodowymi  interesami,  jaki 
artykułuje polska dyplomacja, sprowadza się do tego, aby być zaproszonym do 
stołu bez prawa głosu podczas spotkań ministrów „eurogrupy”.

 

 

Obecne  propozycje  Niemiec  i  Francji  mające  na  celu  wprowadzenie  w 

europejskiego rządu gospodarczego są niezgodne z interesami Polski. Realizacja 

niemieckiej  koncepcji  unii  fiskalnej  negatywnie  wpłynie  na  konkurencyjność 

polskiej  gospodarki.  Jej  główna  idea  polega  bowiem  na  tzw.  harmonizacji 

podatkowej,  czyli  wyrównaniu  obciążeń  podatkowych  w  obszarze 

integracyjnym.  De  facto  oznaczać  to  będzie  zrównanie  stawek  podatkowych  z 

niemieckimi, po to by zwiększyć konkurencyjność niemieckiej gospodarki. Dla 

Polski,  gdzie  stawki  podatkowe  są  znacznie  mniejsze  realizacja  unii  fiskalnej 

wiązać  się  będzie  ze  wzrostem  obciążeń  podatkowych  i  osłabieniem 

konkurencyjności gospodarki.

 

 

65

 

background image

 

Z  kolei  francuski  pomysł  emisji  euroobligacji  spowoduje  wzrost  ceny  obsługi 
polskiego  długu.  Polskie  papiery  dłużne  będą  musiały  bowiem  konkurować  z 
obligacjami emitowanymi przez eurostrefę.

 

 

Ponieważ  dyskutowane  obecnie  francusko-niemieckie  pakiety  reform  są 
niezgodne zarówno z interesem ogólnoeuropejskim jak i polskim, należy je po 
prostu odrzucić.

 

 

Pogłębianie integracji nie jest receptą na kryzys. Nigdy w historii integracji dwa 
największe państwa kontynentalne, czyli Francja i Niemcy, nie narzucały swojej 

woli innym. Nigdy w historii integracji tak drastycznie nie ograniczono wpływu 

krajów małych i średnich na współdecydowanie o przyszłości Europy.

 

 

Każdy kto chociażby pobieżnie zna historię integracji europejskiej, wie że była 

ona odpowiedzią na katastrofalne skutki, jakie naszemu kontynentowi przyniósł 

koncert  mocarstw  w  pierwszej  połowie  XX  wieku.  Odradzanie  się 

mechanizmów  mocarstwowej  dominacji  jest  nie  tylko  sprzeczne  z  polskimi 

interesami  narodowymi,  ale  również  grozi  destrukcją  całej  budowli 

integracyjnej.

 

 

Obecne  próby  wyjścia  z  kryzysu  polegające  na dalszym  pogłębianiu integracji 

poprzez stworzenie rządu gospodarczego będą bezskuteczne, ponieważ stawiają 

złą  diagnozę.  Rzeczywistym  problemem  jest  bowiem  sama  konstrukcja  strefy 

euro.  Dziś  żaden  z  poważnych  ekonomistów  nie  kwestionuje  oceny  noblisty 

Miltona  Friedmana,  który  prognozował,  że  strefa  euro  nie  przetrwa  dekady. 

Najważniejszy  argument  sprowadzał  się  to  tego,  że  wspólna  waluta  oznacza 

takie same stopy procentowe dla zupełnie różnych gospodarek znajdujących się 

ponadto w różnych fazach cyklu koniunkturalnego.

 

 

Casus Grecji w pełni potwierdził tę diagnozę. Grecy zadłużyli się nadmiernie i 

doprowadzili  w  praktyce  do  bankructwa  państwa,  ponieważ  dzięki  relatywnie 
niskim stopom procentowym mogli korzystać bez ograniczeń z taniego kredytu. 

A zatem problemem strefy euro jest konstrukcja samej strefy. Kryzys nie może

 

 

66

 

background image

 

więc  zostać  rozwiązany  poprzez  centralizację  polityki  fiskalnej  lub  emisje 

euroobligacji.  Budując  strefę  euro  uznano  prymat  polityki  nad  ekonomią.  Do 

tego grona weszły kraje, które nie spełniały warunków ekonomicznych przyjęcia 

wspólnej waluty. A skoro tak to rozwiązaniem jest wyjście ze strefy euro tych 

krajów,  które  nie  powinny  się  w  niej  znaleźć.  Trzeba  doprowadzić  do 

kontrolowanego zmniejszenie liczby członków euro strefy, tak aby w jej skład 

wchodziły  państwa,  które  stworzą  tzw.  optymalny  obszar  walutowy. 

Członkostwo  w  strefie  euro  winno  być  poddane  wyłącznie  kryteriom 

ekonomicznym a nie politycznym.

 

 

Aby umożliwić ograniczenie liczby państw w strefie euro konieczne są zmiany 
traktatowe, chyba że odbędzie się to w trybie norm dotyczących wystąpienia z

 

 

UE.

 

 

Obecne  próby  ratowania  strefy  euro,  które  sprowadzają  się  do  prób 

scentralizowania  (czyli  de  facto  pogłębienia)  polityki  gospodarczej  poprzez 

stworzenie  wspólnej  polityki  budżetowej  będą  bezskuteczne.  A  co  gorsza 

istnieje  prawdopodobieństwo,  że  przyjęcie  złej  diagnozy  może  paradoksalnie 

tylko pogłębić kryzys. Niemiecko-francuskie recepty są zatem próbami leczenia 

anginy za pomocą wywołania zapalenia płuc.

 

 

Polska w obecnej dekadzie nie powinna przyjąć euro. Nie ulega wątpliwości, że 

do  końca  obecnej  dekady  Polska  nie  będzie  spełniała  warunków,  aby  stać  się 

częścią  optymalnego  obszaru  walutowego.  Jeśli  mierzyć  rozwój  gospodarczy 

poziomem  dobrobytu,  to  średnią  unijną,  według  dzisiejszych  prognoz, 

osiągniemy  w  końcu  następnej  dekady.  Wtedy  dopiero  sensownie  można 

prowadzić  rozważania  na  temat  ewentualnego  przystąpienia  do  strefy.  Wtedy 

będzie jasne, czym będzie strefa euro i czy polska gospodarka korzystać będzie 

z uczestnictwa we wspólnej walucie.

 

 

Dlatego  też  błędne  jest  podejmowanie  decyzji  w  tej  materii  w  roku  2015,  jak 

chce tego premier Tusk.

 

 

67

 

background image

 

Polska przede wszystkim  musi jednak dysponować wiarygodnymi prognozami 

dotyczącymi  wpływu  naszego  członkostwa  w  Unii  na  procesy  społeczne  i 

gospodarcze.  Bez  tego  bowiem  nie  sposób  stworzyć  żadnego  sensownego 

bilansu  członkostwa.  W  publicznym  dyskursie  bowiem  bardzo  często 

popełniany  jest  błąd  mieszania  obydwu  porządków  argumentacji.  Mamy 

wchodzić  do  strefy  euro  po  to  aby  zachować  przede  wszystkim  wpływ  na 

decyzje zachodzące w najwęższym gronie decyzyjnym. Rzecz w tym, że jest to 

argument  bez  sensu.  Nie  można  bowiem  porównać  obu  porządków. 

Argumentem  za  euro  winny  być  niezależne  ekspertyzy,  które  dowodziły 

pozytywnych  skutków  dla  polskiej  gospodarki  (wzrost  PKB,  wzrost  obrotów 

handlowych, wzrost zatrudnienia).

 

 

Dlatego  wydaje  się,  że  dopóki  państwo  polskie  nie  stworzy  lub  nie  sfinansuje 
powstania  odpowiednich  zespołów  badawczych,  które  kompetentnie  rozwiążą 

problem  bilansu  członkostwa  Polski  w  Unii  Europejskiej,  to  polska  polityka 

integracyjna będzie ślepa i głucha.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
 

68

 

background image

 

 
 

Załącznik nr. 1.

 

 

Streszczenie rządowego dokumentu zatytułowanego: „Gospodarczo - społeczne 
efekty  członkostwa  Polski  w  Unii  Europejskiej,  z  uwzględnieniem  wpływu 

rozszerzenia  na  UE-15  (1  maja  2004  –  1  maja  2012)  -  główne  wnioski  w 

związku z ósmą rocznicą przystąpienia Polski do UE

 

 

 
 

Wnioski

 

 

1. Po ośmiu latach od akcesji bilans członkostwa Polski w UE pozostawał 

pozytywny.  Podobnie  jak  w  latach  poprzednich  w  okresie  2011  -2012 

członkostwo  Polski  w  UE  było  głównym  czynnikiem  wspierającym  wzrost 
gospodarczy kraju. Główną dźwignią rozwoju były:

 

 

 

najwyższy w historii eksport Polski (135,8 mld EUR, 80% do UE, 

 

ogólny wzrost o 12,8%, w tym do UE o 10,9%); oraz

 

 

 

rekordowo wysokie transfery z budżetu UE: do Polski trafiło netto 

 

10,5 mld EUR, (wzrost o blisko 36% w stosunku do roku 2010), co

 

 

stanowi równowartość blisko 3% polskiego DNB.

 

 

2.  Polska   jest   liderem   wzrostu   gospodarczego   w   Europie   i  

 

konsekwentnie  „dogania”  europejską  średnią  pod  względem  stopnia 
rozwoju. W 2011 r. osiągnęliśmy poziom 65% średniej UE na mieszkańca 

(na  co  wpłynęło  dodatkowo  ogólne  zahamowanie  wzrostu  w  UE).  Bardzo 

dobre wyniki gospodarcze przyczyniły się do wzrostu zaufania do polskiej 

gospodarki.

 

 

3.  Wieloletnia  analiza  bilansu  członkowstwa  Polski  w  UE  na  tle  państw 
regionu,  badanie  wpływu  rozszerzenia  na  państwa  UE-15  oraz  sposobu 
reagowania  poszczególnych  państw  przez  kryzys  ekonomiczny  łącznie 
potwierdzają tezę, że członkostwo w UE to szansa, z której

 

 

69

 

background image

 

trzeba  umieć  skorzystać,  a  nie  automatyczna  gwarancja  dobrobytu  i 

rozwoju.  Ostateczne  koszty  i  korzyści  zależą  od  modelu  rozwojowego  i 

decyzji  politycznych  poszczególnych  państw  –  zarówno  tych  z  niewielkim 

stażem,  jak  i  tych  długo  pozostających  częścią  UE.  Polska  bez  wątpienia 

swoją  szanse  umiejętnie  wykorzystała,  co  powinniśmy  konsekwentnie 

podkreślać budując pozycję Polski jako lidera procesu integracji.

 

 

4.

 

Rozszerzenie  przyniosło  wiele  korzyści  także  państwom  UE-15.

 

 

Największą  premię  za  rozszerzenie  odebrały  państwa  prowadzące 

intensywne kontakty handlowe z państwami naszego regionu oraz te, które 

zdecydowały  się  zliberalizować  dostęp  do  rynku  pracy  dla  nowych 

członków.  Rozszerzenie  przełożyło  sie  m.in.  na  wzrost  przepływów 

handlowych  (np.  o  3%  odpowiednio  dla  Austrii,  Szwecji  i  Niemiec)  i 

zwiększenie konsumpcji gospodarstw domowych, (najbardziej w

 

 

Niderlandach

 

-  1,77%),  zmniejszenie  stopy bezrobocia (przykładowo,

 

 

Niderlandy - 0,56 pp., Szwecja – 0,55 pp, Niemcy – 0,43 pp) i wzrost płac

 

 

(np.  Niderlandy:  1,56%,  Szwecja:  1,06%,  Dania  0,73%).  W  efekcie 
przyczyniło się do wzrostu gospodarczego w państwach UE -15

 

 

(przykładowo Wielka Brytania - 1,36%, Austria - 1,33%, Szwecja - 1,05%).

 

 

 
 

5.  W  ósmym  roku  członkostwa  następował  dalszy  spadek  liczby  osób 

przebywających  i  podejmujących  pracę  za  granicą  oraz  zwiększała  się 

liczba  osób  powracających  do  kraju,  co  potwierdza  tezę  o  stopniowym 

zmniejszaniu  się  potencjału  emigracyjnego  Polaków.  Konsekwentnie 

zmniejszyła się liczba transferów finansowych przekazywanych przez osoby 

fizyczne do kraju, niemniej wciąż pozostała wysoka: do Polski trafiło 3,67 

mld  EUR  od  Polaków  pracujących  w  UE.  Dla  wyjeżdżających  głównym 

kierunkiem pozostają tradycyjnie Wielka

 

 

 

 
 

70

 

background image

 

Brytania, Niemcy i Irlandia. Obawy o wzmożony napływ pracowników do 

Niemiec i Austrii po otwarciu rynku pracy okazały się nieuzasadnione.

 

 

6.  W  momencie  spadku  społecznego  poparcia  dla  integracji  w  całej  UE, 

nadal  postrzeganie  przez  Polaków  korzyści  z  członkostwa  (75%  za,  25% 

przeciw)  znacznie  przewyższa  średnią  unijną.  Mimo  oczywistych 

wątpliwości  Polacy  wierzą  w  skuteczność  działań  antykryzysowych  UE. 

Pozytywne  spojrzenie  na  sens  integracji  polskiego  społeczeństwa  jest 

niezwykle ważne w momencie wdrażania bolesnych reform w UE.

 

 

Duże  poparcie  społeczne  dla  UE  pozostaje  bardzo  dużym  kapitałem  Polski, 
który  należy  wykorzystać  poprzez  aktywne  działania  na  rzecz  pogłębiania 

procesu integracji.

 

 

Przystąpienie Polski do Unii Europejskiej 1 maja 2004 r. wiązało się z wieloma 

oczekiwaniami  dotyczącymi  poprawy  sytuacji  społeczno-gospodarczej  Polski 

oraz  jakości życia  Polaków. Analiza  prowadzona  od  momentu  przystąpienia

 

ma  na  celu dokonanie  oceny  efektów członkostwa Polski w UE.  Oszacowanie 

tzw.  efektu  unijnego  i  precyzyjne  uchwycenie  skali  wpływu  członkostwa  na 

poszczególne  segmenty  funkcjonowania  gospodarki  nie  zawsze  jest  jednak 

możliwe  we  wszystkich  aspektach,  dlatego  prezentowana  ocena  skupia  się 

na  „mierzalnych”  efektach  tego  procesu.  W  związku  z  tym,  w  niniejszym 

materiale  dokonano  oceny  wpływu  członkostwa  na  polską  gospodarkę,  tam 

gdzie    było    to    możliwe    w    zestawieniu    z        innymi        państwami        regionu. 

Jednocześnie  uwzględniono  wpływ  rozszerzenia  na  sytuację  gospodarczą 

państw UE-15. Oszacowano makroekonomiczny wpływ akcesji nowych państw 

biorąc pod uwagę wzrost przepływów handlowych i migracji. Przeanalizowano 

te obszary, w których  zmiany  w największym  stopniu  wynikają  z  obecności

 

Polski  w  UE,    tj.    przede  wszystkim:  obecność  na  rynku  wewnętrznym,  co  się 

Wiąże z aktywnością  handlową polskich przedsiębiorstw   oraz   Polaków

 

podejmujących  zatrudnienie  za granicą; wpływ  transferów finansowych  z

 

 

71

background image

budżetu

 

UE   (w   dwóch   głównych   strumieniach:   polityka   spójności   i

 

 

polityka rolna)  oraz  transfery  od  osób  prywatnych  pracujących  za  granicą.

 

 

Oceniono  także  napływ bezpośrednich inwestycji zagranicznych, wychodząc z

 

 

założenia,  że  obecność  Polski  w  UE  jest  jednym  z  dodatkowych  czynników

 

 

przyciągania

 

nowych 

inwestycji. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
 

72

 

background image

 

 

Załącznik nr 2

 

 

Streszczenie  rządowego  dokumentu  zatytułowanego  „Społeczno-gospodarcze 
efekty członkostwa Polski w Unii Europejskiej (1 maja 2004 – 1 maja 2013)

 

 

Główne wnioski w związku z dziewiątą rocznicą przystąpienia Polski do UE.”

 

 

Wnioski

 

 

1.  Dobra  kondycja  gospodarcza  Polski  w  czasie  kryzysu  przyspieszyła  proces 
wyrównywania poziomu gospodarczego do średniej unijnej (tzw. catching-up).

 

 

W porównaniu do 2007 r. polski PKB był w 2012 r. większy o 18,2%, co było 

najlepszym wynikiem w UE. Drugą najszybciej rozwijającą się gospodarką była 

będąca członkiem strefy euro Słowacja, gdzie nastąpił wzrost o 10,5%. Chociaż 

tempo wzrostu gospodarczego w Polsce było niższe niż w okresie pierwszych lat 

członkostwa  w  UE  (średniorocznie  5,5%  w  latach  2004-2007,  3,4%  w  latach 

2008-2012),  to  wskutek  kryzysu  w  UE,  Polska  szybciej  zbliżała  się  do  średniej 

unijnej.

 

 

2.  W  2012  r.  eksport  towarów  był  filarem  polskiej  gospodarki  i  osiągnął 
historyczną  wartość  141,9  mld  EUR.  UE  pozostaje  najważniejszym  partnerem 
handlowym Polski, pomimo że w 2012 r. ze względu na kryzys spadła dynamika 
eksportu do UE (wzrost jedynie o 0,9%, w porównaniu do wzrostu o 10,9% w

 

 

2011  r.).  W  2012  r.  aż  107,5  mld  EUR  (75,8%)  polskiego  eksportu  trafiło  do 

krajów  UE,  a  34,4  mld  EUR  (24,2%)  do  krajów  trzecich.  Udana  ekspansja 

eksportowa  na  rynki  krajów  trzecich  odpowiada  w  dużej  mierze  za  wzrost 

całkowitego  eksportu  Polski  o  3,8%.  Eksport  do  pozaunijnych  krajów 

rozwiniętych wzrósł o 10,2%, do państw WNP o 22,5%, a do pozostałych krajów 

rozwijających się o 14,8%.

 

 

3. Rok 2012 był rekordowy pod względem transferów z budżetu UE. Do Polski 
napłynęło 11 869,63 mln EUR (wzrost o 13,1% w stosunku do 2011 r.,

 

 
 

73

 

background image

 

równowartość  3,11%  polskiego  PKB).  Do  2  grudnia  2012  r.  KE  wypłaciła  51% 

całości  alokacji  polityki  spójności  na  lata  2007-13.  W  związku  z  tym  można 

oczekiwać, że transfery będą w najbliższych latach na równie wysokim poziomie.

 

 

4. Na nastroje i postawy społeczne względem Unii Europejskiej wpływa szereg 

czynników i zmiennych zależnych – zarówno o charakterze wewnętrznym, jak i 

niezależnych od danego kraju. Jednym z tych najistotniejszych jest niewątpliwie 

kryzys  –  jego  odczuwalne  skutki  oraz  doniesienia  medialne  dotyczące  sytuacji 

określonych krajów strefy euro. W tym kontekście nie powinna dziwić pozorna 

rozbieżność postaw – wysokie poparcie społeczne dla członkostwa Polski w Unii 

(kwiecień  -  78%  „za”  wg  GfK  Polonia,  73%  „za”  wg  CBOS)  w  połączeniu  z 

wysokim  sprzeciwem  wobec  wprowadzenia  wspólnej  europejskiej  waluty  (luty 

2013  r.  -  70%  „przeciw”  wg  GfK  Polonia,  64%  „przeciw”  wg  CBOS)  oraz 

spadającym w porównaniu do okresu sprzed kryzysu zaufaniem do Unii

 

 

Europejskiej  (2007  –  18%  nieufności,  2012  r.  –  42%  nieufności).  Warto 

podkreślić, że na tle nastrojów społecznych w skali całej Wspólnoty, mimo ww. 
wskaźników, Polacy i tak sytuują się znacznie powyżej średniej unijnej.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

74