background image

"Do 100 metrów", ale to nie koniec 
Nasz Dziennik, 2011-03-02 

Dysponując wiedzą na temat warunków 
pogodowych panujących 10 kwietnia 2010 roku, 
kontrolerzy lotniska Siewiernyj bezwzględnie 
powinni zabronić załodze Tu-154M lądowania. 
Niezrozumiała jest także przerwa w 
korespondencji Rosjan, która nastąpiła dwa 
kilometry przed progiem pasa. Mając do 
dyspozycji radar precyzyjny i prowadząc według 
jego odczytów samolot, zamiast milczeć, powinni 

informować załogę o położeniu samolotu i w razie potrzeby korygować lot. 
 
Lot do Smoleńska 10 kwietnia 2010 roku był realizowany na lotnisko wojskowe, gdzie 
samolot sprowadzany był do lądowania przez wojskową służbę ruchu lotniczego. - W takich 
przypadkach kierownik lotów powinien zabronić lądowania, nawet więcej, powinien zabronić 
chęci podejmowania lądowania w tych warunkach - ocenia pilot, ekspert doświadczony w 
badaniu okoliczności katastrof lotniczych. Tymczasem kontroler starał się doprowadzić 
samolot do lądowania. - To podpowiadanie, że są dwa reflektory ustawione na progu pasa... 
On pokazywał możliwości lądowania. Z punktu widzenia lotnika kontroler chciał mu pomóc 
w lądowaniu, doprowadzić, zachęcić go - dodaje nasz rozmówca. Jak przyznał, przyjmując 
tezę Rosjan, że był to lot międzynarodowy, pasażerski, to faktycznie w lotnictwie cywilnym 
ostateczną decyzję o lądowaniu podejmuje dowódca statku powietrznego i na jego barki 
spada odpowiedzialność. Jednak w każdym przypadku - jeśli tylko kontroler może określić 
wysokość samolotu i zauważa jakieś odchylenia - powinien reagować. 
W ocenie Michała Wilanda, doświadczonego pilota cywilnego, Tu-154M był podprowadzany 
przez rosyjskich kontrolerów, którzy informowali załogę, że są na kursie i ścieżce, a to 
oznacza, że na Siewiernym pracował radar precyzyjny, na którego monitorze zaznaczona jest 
zarówno ścieżka schodzenia, jak i ścieżka kierunku. - Jeżeli kontroler stwierdzał, że samolot 
jest na ścieżce i na kierunku, to znaczy, że go obserwował. Dlaczego więc kontroler krzyknął: 
"horyzont", dopiero wtedy, gdy samolot mu zginął z radaru? - pyta kapitan Wiland. Zaznacza, 
że wbrew ocenom rosyjskich ekspertów kontrolerzy nie mogli "myśleć, że samolot odejdzie". 
Nie powinni też przerywać korespondencji radiowej, co nastąpiło właściwie od 2. kilometra 
od progu pasa. - Nie powinno być takiej ciszy. Kontroler, który sprowadza samolot, informuje 
na przykład, że samolot będzie prowadzony na radar precyzyjny. Taki zresztą radar był na 
wieży. Zatem kontroler nie powinien ani na chwilę zamilknąć, powinien cały czas prowadzić 
korespondencję, informować o położeniu samolotu i w razie potrzeby korygować lot - 
podkreśla Wiland. Jego zdaniem, kontroler z pomocą radaru precyzyjnego może sprowadzić 
samolot nawet w złych warunkach pogodowych, a jak przyznał, sam miał okazję awaryjnie 
lądować właśnie w ten sposób, przy podstawie chmur poniżej 60 metrów. - To można zrobić, 
ale kontroler musi prowadzić samolot, a nie zostawić go samemu sobie. Tymczasem 
kontrolerzy ustalili: "sprowadzamy go do 100 metrów, a dalej niech sam...". Tak być nie 
może. Jeśli kontroler ma samolot na radarze i go prowadzi, to czyni to do końca. Jeśli 
lądowanie jest niemożliwe, daje komendę odejścia i powodem może być tu zarówno zła 
pogoda, jak i np. przeszkoda na pasie - dodaje. W ocenie kapitana Wilanda, w przypadku lotu 
z 10 kwietnia 2010 roku nie można też mówić o lądowaniu samolotu, bo wykonywane było 
podejście. - Pilot podchodził za zgodą kontrolera, a on mu powiedział: "lądowanie 
warunkowo". Oznacza to, że jeśli wszystko będzie w porządku, pilot na wysokości decyzji 
będzie widział pas, to wówczas da mu zgodę na lądowanie, jeśli nie, to samolot odchodzi na 

background image

drugi krąg. I tak było 10 kwietnia. Samolot nie miał zgody na lądowanie, ale na podejście, i 
padła komenda dowódcy: "odchodzimy". Załoga rozpoczęła tę procedurę, ale nie odeszli. 
Trzeba zbadać dlaczego - dodaje pilot. Jego zdaniem, komenda dowódcy statku powietrznego 
"odchodzimy" jest jednoznaczna ze zwiększeniem mocy silników do zakresu startowego. 
Wówczas kapitan ciągnie za wolant, przełamuje autopilota i odchodzi ręcznie. - Takie 
czynności zostały wykonane przez załogę. Dlaczego stało się tak, że samolot, zamiast się 
podnieść, pikował? W mojej ocenie, właśnie ten fragment lotu wymaga bardzo dokładnego 
zbadania - zaznacza kapitan Wiland. 
 
  

Marcin Austyn