background image

JADWIGA 

COURTHS-MAHLER 

 
 

Miłość rodzi miłość 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 

background image

—  Zofio!  Ludwiko!  Zuziu!  Gdzież  jesteście?  Szukam  was  po 

wszystkich pokojach. 

— Tu mamo! Wszystkie trzy w całej okazałości! — wołała, śmiejąc 

się Zuzia. 

Majorowa Randolf weszła zirytowana do pokoju swych córek. 
— Czy nie wiecie, gdzie są moje klucze? 
Trzy prześliczne dziewczęce główki zwróciły się do niej. 
— Nie mamo! — zabrzmiało chórem. 
— Pomóżcie mi szukać, biegam po całym mieszkaniu i nie mogę ich 

znaleźć. To straszne, jak ja się męczę, a wy siedzicie najspokojniej w 
świecie. 

Mówiąc to, ocierała chustką spoconą twarz. Zofia, najstarsza z sióstr, 

nie ruszyła się z krzesła, ziewnęła i polerowała dalej swoje paznokcie. 

— Gdzieś je mamo ostatnio miałaś? — spytała niedbale. " Majorowa 

żachnęła się. 

— Gdybym to wiedziała, nie szukałabym. 
—  Ależ  ty  mamusiu  nigdy  nie  wiesz,  gdzie  podziewasz  klucze  — 

zauważyła z przekąsem Zuzia, najmłodsza, śliczny podlotek, siedząc 
jak przykuta do krzesła. 

—  Boże,  mój  Boże!  Jakbym  nie  miała  o  czym  innym  myśleć,  ty 

wścibskie stworzenie! 

Ludwika  wstała  natychmiast  z  krzesła,  skoro  matka  weszła.  Pow-

strzymując  westchnienie,  podeszła  do  niej  i  łagodnie  umieściła  ją  w 
wygodnym fotelu. 

 

background image

—  Siedź  spokojnie  mamusiu,  ja  ci  poszukam  kluczy.  To  rzekłszy, 

wyszła z pokoju. 

Majorowa odetchnęła swobodnie i rozparła się w fotelu. 
— Ach, w głowie mi się mąci. Pośpiesz się Ludko, muszę bowiem 

dać kucharzowi pieniądze na zakupy. Wyobraź sobie, że ten bezczelny 
rzeźnik  nie  chce  wydać  mięsa  na  kredyt!  —  wołała  za  odchodzącą 
córką. 

Ludwika zarumieniła się po uszy i westchnęła głęboko. Siostry jej nie 

przywiązywały  wielkiej  wagi  do  słów  matki.  Zofia  czyściła  dalej 
paznokcie,  a  Zuzia  wierciła  się  na  krześle  i  czytając,  bez  większego 
zainteresowania książkę, wyciągnęła z kieszonki swego ładnego szla-
froczka cukierki i wkładała je w usta, jeden po drugim. 

Majorowa spoglądała to na jedną, to na drugą. 
— Co wy powiecie na tę bezczelność rzeźnika?  — pytała rozdraż-

niona. 

Zofia  ze  znudzoną  miną  wzruszyła  tylko  ramionami,  Zuzia  zaś 

skrzywiła się szyderczo. 

—  No,  wiesz  mamusiu,  nie  można  mu  tego  wziąć  za  złe,  wszak 

dziesięć razy musi się upominać, zanim mu się zapłaci. Inni dostawcy 
czynią to samo, dlaczego więc jemu się dziwić? 

Majorowa zwróciła się do niej z gniewem. 
— Jesteś przemądra, Zuziu. Zachowaj tę mądrość dla siebie. 
— Wszak pytasz o nasze zdanie, mamusiu, a wobec tego, że Zofia we 

wszystkich językach milczy, muszę przynajmniej ja odpowiedzieć. 

Dąsając  się,  Zuzia  włożyła  cukierek  do  różowych  usteczek  i  po-

prawiła  swe  bujne,  złociste  włosy,  spadające  na  jej  rumianą  twa-
rzyczkę. 

— Przestań w końcu gryźć te cukierki! Skąd w ogóle masz te łakocie? 

— spytała matka opryskliwie. 

Zuzia wykrzywiła usteczka. 
— Rozumie się, że kupiłam, pieniądze wzięłam ze swojej skarbonki. 
— To dziwne, ile słodyczy możesz mieć za swoje pieniądze — do-

rzuciła szyderczo Zofia. 

Zuzia wystawiła koniuszek różowego języczka. 
—  Pilnuj  swoich  spraw,  wszak  ja  się  do  twoich  nie  wtrącam  — 

odparła nadąsana. 

 

background image

— Zuziu, nie bądź zuchwała! 
— Ach, nie wywyższaj się. Mnie nie zaimponujesz miną królewny. 

Majorowa załamała ręce. 

—  To  niesłychane!  W  jakim  wy  tonie  rozmawiacie  —  rzekła 

oburzona. Już była gotowa prawić im morały, gdy weszła Ludwika. 

— Oto są klucze, mamo. 
Matka ujęła je w swoją białą dłoń, a na jej jeszcze pięknej twarzy znać 

było ogromną ulgę. 

— Bogu dzięki, Ludko! Gdzie one leżały? 
— W koszu, mamo, między papierami. ; Majorowa zrobiła zdziwioną 

minę. 

— Jak się tam dostały? Dziękuję ci Ludko. Jesteś jedyną, która mi 

pomaga. Zofia i Zuzia wkrótce nie będą się mogły ruszyć z lenistwa. 

Po tych słowach majorowa wybiegła. Zofia popatrzyła z szyderczym 

uśmiechem na Ludwikę. 

—  Jak  się  sobie  przedstawiasz,  ty  wzorze  niewieści?  Czy  chcesz 

zasłużyć na aureolę świętości? 

Ludwika  zignorowała  to  pytanie.  Przystąpiła  do  okna,  spoglądając 

smutno w dal. 

—  Jakież  to  wszystko  straszne  —  pomyślała  zmartwiona.  —  Była 

jedyną, która ze wstydem i niepokojem  myślała o przykrych stosun-
kach w domu rodzicielskim. Siostry nie brały sobie tego do serca. Zofia 
była zajęta sobą, a Zuzia to jeszcze dziecko. Ona jedna czuła, że lada 
chwila  wszystko  może  runąć.  W  gospodarstwie  domowym  nie  było 
ładu,  interesy  majątkowe  również  nie  były  uporządkowane.  Nieraz 
wydawano  rozrzutnie,  innym  razem  brak  było  najniezbędniejszych 
rzeczy. Choć o wszystkim wiedziała, nie mogła temu zapobiec. 

Były chwile, w których pragnęła objąć rządy w swe ręce i przynaj-

mniej w gospodarstwie domowym zaprowadzić ład. Czuła jednak, że 
brak jej doświadczenia i zmysłu praktycznego. 

Matka, tak mało zważająca na utrzymanie porządku domowego, nie 

wpoiła w córki zmysłu ładu. Gdy Ludwika próbowała matce pomóc, ta 
ją  odpędzała,  a  siostry  z  niej  szydziły.  Szczególnie  Zofia  drwiła  tak 
nielitościwie, że twarz Ludwiki oblewała się rumieńcem. 

 

background image

Siostry  różniły  się  nie  tylko  zewnętrznie,  ale  też  pod  względem 

charakteru  i usposobienia. Zofia była smukła i gibka.  Czarne  włosy, 
ciemne, podłużne jak migdał oczy, cera jak brzoskwinia i rysy, jakby 
rzeźbione, przypominały typ Włoszki. Była stanowczo najpiękniejszą 
z  sióstr.  Ale  charakter  jej  nie  odpowiadał  urodzie.  Była  złośliwa, 
kapryśna, szydercza i bez serca. Mijała się z prawdą, gdy wychodziło 
to  na  jej  korzyść.  Była  też  próżna  i  zarozumiała  ze  swej 
powierzchowności.  Wdzięków  swych  używała  umiejętnie  do 
podbijania  serc  mężczyzn,  słowem  była  mistrzynią  w  prowadzeniu 
flirtu.  Dotąd  jednak,  poza  licznymi  wielbicielami,  nie  znalazła 
odpowiedniego  kandydata,  który  mógłby  sprostać  jej  wygórowanym 
ambicjom.  Pragnęła  bowiem  zrobić  tak  zwaną  świetną  partię,  więc 
choć  uprawiała  flirty,  żadnego  ze  swych  adoratorów  nie  ośmielała 
zbytnio.  Zofia  była  zupełnie  podobna  do  ojca,  który  jeszcze  zawsze 
zasługiwał na miano „pięknego Randolfa". 

Zuzia zaś była wiernym obrazem matki. Kręte, złociste włosy, śmie-

jące się błękitne oczy, cera jak kwiat jabłoni, tworzyły wiele obiecującą 
całość. Można było przewidzieć, że Zuzia wyrośnie na czarującą pannę 
i że skoro się rozwinie, postać jej będzie smukła i powiewna. 

Zuzia  była  w  gruncie  rzeczy  dobra  i  szczera.  Ale  żeby  się  obronić 

przed szyderstwem i despotyzmem Zofii, przyzwyczaiła się do szorst-
kich odpowiedzi. Przed kilkoma tygodniami wróciła do domu rodzi-
cielskiego z pensjonatu, w którym przebywały jej siostry. Nie nabrała 
jednak  tej  ogłady  co  one.  Matka  nie  zajmowała  się  wychowaniem 
swych dzieci, a ojciec, zbyt sobą zajęty, nie troszczył się wcale o córki. 
Gdy  był  w  dobrym  humorze,  żartował  z  nimi,  w  towarzystwie 
odgrywał  wobec  córek  rolę  galanta,  ale  na  tym  koniec.  W  domu 
Randolfów każdy żył według swego upodobania i życzenia. 

Dwudziestoletnia  Ludwika  nie  była  podobna  do  rodziców  ani  do 

sióstr. Zdaniem matki wdała się ona do dziadka, odziedziczywszy po 
nim „osobliwy wzrok". A oczy te niepokoiły niekiedy matkę. 

W istocie miała Ludwika niezwykle piękne, błękitne oczy, ocienione 

frędzlami  czarnych  rzęs  i  łukiem  ciemnych  brwi.  Dziwnie  miękko  i 
marzycielsko nimi spoglądała i wówczas nabierały one barwy niemal 
czarnej.  Najczęściej  jednak  patrzyły  jasno  w  świat,  zdradzały  silną 
wolę i stanowczość. Świeciły wówczas stalowym blaskiem. Ludwika 
nie była 

background image

tak  piękna  jak  Zofia,  uroda  jej  gasła  przy  siostrze.  Największą  jej 

ozdobą były włosy koloru brunatnego — rozpuszczone, sięgały niżej 
kolan. Zofia zazdrościła jej tej wspaniałej ozdoby, u Zuzi jednak bu-
dziły te włosy podziw. Ludwika nie miała tak regularnych rysów jak 
Zofia, nosek był nieco za krótki, pięknie wykrojone usta zbyt szerokie. 
Na  ustach  tych  zakwitał  nieraz  pogodny  uśmiech,  świadczący  o  jej 
dobrym sercu. 

Powodzenie Zofii nie budziło w Ludwice cienia zazdrości. Ludwiki 

nie nęciły hołdy adoratorów, wydawały się jej czcze i płytkie. Bolało ją 
tylko, że „ten jeden" nie obdarzał jej nawet spojrzeniem, że wzrok jego 
spoczywał jedynie na Zofii. Jednak ten ból ukrywała w głębi duszy. 
Dziewczęca duma nie pozwalała jej okazywać cierpienia. 

Zofia  uśmiechnęła  się  szyderczo,  po  czym  wiercąc  się  na  krześle, 

rzekła z niechęcią: 

— Jak strasznie piłujesz mnie swym wzrokiem. Tak samo spogląda 

ciotka Klara, ten postrach rodziny, gdy jej się coś nie podoba. W ogóle 
jesteś bardzo podobna do tej nieznośnej starej panny. 

Ludwika zarumieniła się, ale zachowała pozorny spokój. 
—  Ciotka  Klara  nie  jest  ani  postrachem  rodzinnym,  ani  nieznośną, 

starą panną. A jeśli sądzisz, że mnie tym porównaniem zmartwisz, to 
się mylisz. Pragnęłabym i byłabym dumna, gdybym zdołała dorównać 
jej w sile charakteru i stanowczości w dążeniu do celu. 

Zofia  wzruszyła  ramionami,  a  Zuzia  roześmiała  się.  Ludwika 

odgarnęła włosy z czoła. 

—  Gdyby  te  zaczepki  dotyczyły  tylko  mnie,  nie  robiłabym  z  tego 

kwestii.  Ale  ciotki  Klary  nie  pozwolę  szkalować,  zanadto  ją  cenię  i 
kocham. 

Zuzia znów się zaśmiała. 
— Ależ Ludwiko, pragnęłabym się dowiedzieć, co w tej pannicy jest 

tak godnego szacunku. Proszę was, nie mówcie już o niej, gotowa się 
nagle zjawić jak wilk w bajce, a to byłoby okropne. 

Ludwika zwróciła się ku Zuzi. 
—- Nie możesz tego znieść, że ciotka Klara mówi zawsze prawdę i 

strofuje cię za twe zachowanie. 

—  Innych  to  samo  spotyka.  Zresztą  Zofia  ma  rację,  że  ciotka  nie-

potrzebnie wścibia swój nos. Ona nie ma prawa mnie krytykować. 

 

background image

Ludwika ocierała z kurzu swą toaletkę. Po tych słowach spojrzała z 

powagą na swą młodszą siostrę. 

— Zuziu, nie ulegaj wpływowi Zofii, przykro mi słuchać, jak szpetnie 

się wyrażasz. Czyś zapomniała, co mamy ciotce Klarze do zawdzię-
czenia? Czy nie sprawiają ci przyjemności kosztowne podarki, które 
przesyła każdej z nas na urodziny i na gwiazdkę? 

Zuzia zarumieniła się, ale odpowiedziała jak niesforny podlotek: 
—  Ależ  od  czego  ma  się  bogatą  ciotkę?  Chyba  po  to,  by  nas  ob-

darzała! — zawołała unikając wzroku Ludwiki. 

—  Wstydź  się  Zuziu,  tego  nawet  nie  powinnaś  pomyśleć,  a  tym 

bardziej wypowiedzieć. 

— Zofia czyni to samo, mówi jeszcze znacznie więcej, czego nawet 

nie chcę powtórzyć. 

— Nie daj sobie w kaszę napluć, Zuziu, w gruncie rzeczy Ludwika 

myśli to samo co i my i pragnie tylko przypodobać się ciotce. 

Zuzia popatrzyła z ciekawością w twarz Ludwiki. 
Ta nie podniosła głowy od roboty, rzekła tylko spokojnie: 
— Nie mogę ci zabronić Zofio mieć tak niskie wyobrażenie o mnie i 

wypowiedzieć je. Lubisz wszystko przedstawiać w ujemnym świetle i 
pragnęłabyś nastroić Zuzię przeciw mnie. Muszę się z tym pogodzić i 
wcale nie mam zamiaru się bronić. 

— Byłby to zresztą daremny trud — odpowiedziała niedbale Zofia. 
Zuzia skoczyła z kanapki, wyprostowała się, spoglądając na Ludwikę 

i zamierzała ująć się za nią. Ale Zofia spojrzała na nią drwiąco i dobre 
chęci Zuzi uleciały. Rzekła tylko, dąsając się: 

— Ach moje kochane, wasze ustawiczne sprzeczki są nader przykre. 

Wszak możemy wszystko spokojnie załatwić. Musimy się namyślić, w 
jaki  sposób  zdobyć  trochę  pieniędzy.  W  mojej  kieszeni  kompletne 
pustki,  mama  nie  wydobędzie  grosza  dla  nas  ze  swej  pustej  kasetki. 
Jeśli  ojciec  nie  wygra  w  karty,  jak  to  miało  miejsce  w  zeszłym 
miesiącu, gdy każdej z nas  wręczył  dziesięć  marek, to będę  musiała 
przez  cały  miesiąc  odmówić  sobie  cukierków.  Może  któraś  z  was, 
siostrzyczki, zlituje się nade mną i ofiaruje mi coś ze swej prywatnej 
szkatuły? 

— Nie musisz codziennie pędzić do cukierni i żywić się cukierkami 

— rzekła Zofia.   

Zuzia stanęła przed nią gotowa do walki. 

background image

- A ty nie musisz co dnia kupować nowych wstążek i tym podobnych 

fatałaszków.  To  więcej  kosztuje  niż  moje  łakocie,  a  mniej  z  nich 
pożytku. 

— Wielki będziesz miała pożytek z tych cukierków! Jak skończysz 

dwadzieścia lat, będziesz wyglądać jak beczka — zadrwiła Zofia. 

Zuzia wyprostowała się i objęła rękami swą talię: 
— No, nie mam potrzeby odmawiać sobie cukierków, jak to czynisz, 

aby nie przytyć. 

Zofia  skoczyła  na  równe  nogi.  Zuzia  ugodziła  ją  dotkliwie.  Zofia 

bowiem  musiała  mieć  się  na  baczności,  by  nie  stracić  swej  smukłej 
figurki. 

— Wstrętne stworzenie, z dnia na dzień stajesz się gorsza! — zawo-

łała. Zofia gniewnie. 

Zuzia odparła z przekąsem: 
—  Nic  dziwnego,  mając  tak  dobry  przykład.  Ludwika  z  lekkim 

westchnieniem spojrzała na siostry. 

Jakże  okropne  były  te  ustawiczne  sprzeczki  sióstr!  Dlaczego  tak 

rzadko  panowała  między  nimi  zgoda?  Wszak  nigdy  nie  było 
serdecznego porozumienia. Dopóki Ludwika była sam na sam z Zuzią, 
nie było  między nimi niesnasek. Zuzia umiała być  miła i serdeczna. 
Obecność  Zofii  wywoływała  burzę,  siostra  podniecała  Zuzię 
dokuczliwym, drwiącym usposobieniem.           

Tymczasem majorowa pośpieszyła ze znalezionym pękiem kluczy do 

biurka,  by  stamtąd  wyjąć  pieniądze.  Znajdowało  się  tam  kilka 
niklowych monet. 

Było to znamienne, że majorowa nie znała zawartości swej kasy, jak 

w  ogóle  nie  miała  wyobrażenia  o  stosunkach  finansowych.  Dopóki 
były pieniądze w kasie, czerpała z niej pełną garścią, gdy zaś znikały, 
odczuwała bezradne zdziwienie. 

Przez  chwilę  spoglądała  na  tych  kilka  groszy,  niewystarczających 

naturalnie  na  zakupy.  Po  czym,  zostawiając  biurko  otwarte, 
pośpieszyła do gabinetu męża. 

 

background image

Wilhelm  Randolf  spoczywał  na  fotelu  i  palił  papierosa.  Majorowa, 

odgarniając rękę gęste kłęby dymu, zawołała: 

— Co za okropne powietrze w twoim pokoju! Otwórz nareszcie okno. 

Dym z twoich papierosów osiada na włosach i sukniach. — Podbiegła 
do okna i otworzyła je. Mąż ani się ruszył z miejsca. 

— Co cię tu sprowadza, Elżbieto? Wszak niepotrzebnie trudzisz się 

do mnie. 

—  Niestety  —  odpowiedziała,  stanąwszy  przed  nim  —  potrzebuję 

koniecznie pieniędzy. 

Zwrócił się ku niej: 
— Pieniędzy? 
— Tak, tak!   
Zaśmiał się głośno. 
—  Słuchaj,  Elżbieto,  jeśli  znajdziesz  coś  w  mojej  kasie,  dokażesz 

cudu. Jestem goły jak święty turecki. 

Patrzyła  w  jego  piękną  twarz,  której  jedynie  cera,  jakby  z  brązu, 

nadawała nieco energii. Jego duże, ciemne oczy miały wyraz zimny, 
podobny do wyrazu twarzy Zofii, gdy nie maskowała swych uczuć. 

— Czy to ma znaczyć, że mi nie dasz pieniędzy? Zdmuchnął leniwie 

popiół z papierosa. 

— Żałuję, że muszę ci odmówić. 
—  Na  Boga,  Wilhelmie!  Kucharka  ma  zrobić  zakupy  i  czeka  na 

pieniądze. 

— Wszak dałem ci dopiero przedwczoraj dwieście marek? 
—  Tak,  ale  spłaciłam  nimi  część  drobnych  długów.  Zaśmiał  się 

cynicznie. 

—  Co  za  lekkomyślność  płacić  długi!  Wszak  nie  na  to  dałem  ci 

pieniądze. 

— Nie można było inaczej, musiałam to zrobić. Modystka nie chciała 

mi  wydać  kapelusza,  dopóki  nie  wyrównam  bodaj  części  dawnego 
rachunku. Koniec końcem — muszę mieć pieniądze. Poszukaj, a może 
znajdziesz coś jeszcze. 

Wyjął z kieszeni portmonetkę i podał ją. 
— Masz, Elżbieto, wysyp całą zawartość i weź, co znajdziesz. Dużo 

tam nie ma. 

Otworzyła skwapliwie torebkę. Dziesięć marek, nieco drobnej 
 

background image

monety  srebrnej  i  niklowej,  razem  ze  czternaście  marek  —  tyle 

wszystkiego. 

— Czy nie masz doprawdy, więcej, Wilhelmie? — zapytała rozcza-

rowana. 

— Naprawdę. 
— To musisz się zaraz postarać o pieniądze. 
—  Łatwiej  powiedzieć  jak  wykonać,  przy  naszym  nadwyrężonym 

kredzie. 

Tupnęła nogą. 
—  Znów  się  zgrałeś.  Przedwczoraj  było  jeszcze  kilkaset  marek  w 

portfelu, gdyś mi wręczył pieniądze. 

Skinął głową. 
— Słusznie. Zostało mi wtedy jeszcze trzysta marek. Wiedziałem, że 

to  nie  wystarczy  na  długo.  Chciałem  więc  poprawić  nasze  finanse  i 
zasiadłem  do  stolika  w  nadziei,  że  podwoję  przynajmniej  te  trzysta 
marek. Ale nie wiodło mi się, przegrałem wszystko, wyjąwszy te czter-
naście marek, które wyjęłaś z portmonetki. 

— Ta przeklęta gra! — wykrztusiła ze złością. — Doprowadzisz nas 

do ostatecznej ruiny. 

Uśmiechnął się ironicznie. 
— I tak dalej, i tak dalej, znam już całą tę litanię — odrzekł oschle, a 

piękna  jego  twarz  przybrała  nieprzyjemny  wyraz.  —  Ciągle  wy-
mawiasz  mi  karty,  gdy  przegrywam,  a  gdy  przynoszę  do  domu 
wygraną,  jesteś  zadowolona.  A  jeśli  nasza  ruina  jest  nieuchronna, 
ponosisz tę samą winę co ja. Nie powinniśmy sobie nawzajem czynić 
wyrzutów. 

Elżbieta zamilkła na chwilę, wpatrując się w twarz  męża. Jakże go 

ongiś kochała! Wbrew woli ojca dopięła celu, wyszła za mąż za lek-
komyślnego,  zadłużonego  porucznika.  A  wobec  tego,  że  sama  była 
lekkomyślna  i  żądna  zabaw,  rzucili  się  oboje  w  wir  życia,  nie 
zwracając uwagi na skromne środki, jakimi dysponowali. 

Ojciec Elżbiety był wówczas zamożny, dał córce sto tysięcy marek w 

posagu, a w dodatku spłacał długi jej męża. 

Posag ten starczył aż do śmierci ojca. W spadku po nim otrzymała 

Elżbieta  osiemdziesiąt  tysięcy  marek.  Część  ich  użyto  na  spłacenie 
nowo  narosłych  długów,  reszta,  przy  wystawnym  życiu,  które 
prowadzili, 

background image

wyczerpała  się,  mimo  że  dochody  Randolfa,  który  w  międzyczasie 

został majorem, znacznie wzrosły. 

Poza  tym  gospodarstwo  domowe  z  powodu  niedbalstwa  Elżbiety 

pożerało znaczne sumy. Wśród zabaw płynęło życie tych dwojga lek-
komyślnych ludzi, nie myślących o przyszłości. 

Gdy kapitał się wyczerpał, porywał ich chwilami lęk. Dziwili się, że 

wydali tyle pieniędzy. 

Lekkomyślność  ich  była  jednak  nie  do  wykorzenienia.  Zamiast 

zmniejszyć wydatki, brnęli w długach, szukając różnych sposobów na 
zaspokojenie swych potrzeb. 

W tym położeniu myśl o jedynej siostrze Elżbiety dodawała im otu-

chy. Była nią ciotka Klara, o której niedawno rozmawiały trzy siostry. 

Klara  była  niezamężna,  a  majątek  jej,  odziedziczony  po  ojcu,  był 

nienaruszony. Poza tym znała się na prowadzeniu interesów. Pieniądze 
swe ulokowała w bardzo pewnym przedsiębiorstwie, co przynosiło jej 
niemały zysk. Gdy zaś przedsiębiorstwo poczęło się chwiać, wycofała 
swój kapitał i zakupiła papiery wartościowe, które przynosiły wpraw-
dzie mniejszy, ale pewny procent. 

Małżeństwo Randolfów liczyło więc na pomoc Klary, która otaczała 

swą siostrę niemal macierzyńską czułością. Była o kilka lat starsza od 
Elżbiety  i  gdy  obie  przebywały  jeszcze  w  domu  rodzicielskim,  po 
zgonie matki, starała się ją Elżbiecie zastąpić. 

Klara Arnstetten mieszkała w D. w odziedziczonym po ojcu domu. 

Elżbieta uważała to za rzecz zupełnie naturalną, że po roztrwonieniu 
przez nich majątku, Klara ma jej pomagać. Uważała to niemal za obo-
wiązek starszej siostry, a mąż utrzymywał ją w tym mniemaniu. 

Lekkomyślna para już kilka razy zapożyczała się u Klary, która bez 

zastrzeżeń posyłała im wymagane pieniądze. 

Przez  chwilę  oboje  milczeli.  Elżbieta  patrzyła  rozżalona  na  te  kil-

kanaście marek. 

— A zatem — rzekła — wzajemne wyrzuty nie prowadzą do celu. 

Pieniądze te wystarczą nam co najwyżej na dzisiaj. 

— Trzeba więc kupić za nie rzeczy najniezbędniejsze  — odpowie-

dział major spokojnie. 

— No, a co potem? Dziś jakoś to będzie, ale jutro? Major usiadł w 

fotelu i zapalił nowego papierosa. 

 

background image

—  Kochana  Elżbieto,  musimy  się  znów  udać  do  Klary.  Miałem 

właśnie zamiar napisać do niej czuły list. Ale wobec tego, że wskazany 
jest pośpiech, może zatelegrafujemy? 

— Nie, telegrafować nie można, Klara nie znosi telegramów. 
— Hm! W takim razie nie pozostaje nic innego, jak napisać, co też 

natychmiast zrobię. 

— Ależ to potrwa kilka dni, zanim nadejdą pieniądze — zauważyła 

Elżbieta. 

— No, tak! Gdybym przypuszczał, że tak prędko wydasz te dwieście 

marek, byłbym już wcześniej napisał. 

— A gdybym wiedziała, że ty w jednym dniu przegrasz trzysta ma-

rek, byłabym niektórych rzeczy nie kupowała — odparła rozgniewana. 

Zaśmiał się drwiąco. 
— Kochana Elżbieto, nieraz przegrywałem więcej. 
— Po co więc grasz? 
—  Ponieważ  często  wygrywałem,  spodziewałem  się  tego  i  tym 

razem. Z postanowieniem przegrania nie siadałem do kart. Ale co nam 
po tych wyrzutach. Naradźmy się lepiej, co zrobić, aby się wydostać z 
tej matni i jeszcze kilka dni przetrzymać, aż nadejdzie pomoc od Klary. 
Może nasze dzieci mają trochę pieniędzy? 

Elżbieta wzruszyła ramionami. 
— Wątpię. Zuzia zanosi każdy grosz do cukierni, a Zofia na pewno 

nie  ma,  bo  jeszcze  wczoraj  prosiła  mnie  o  zasiłek.  Dałam  jej  pięć 
marek, poszła z nimi na zakupy. 

— A Ludwika? — zapytał major. — Wszak ona już kilka razy nam 

pożyczała. 

Elżbieta uśmiechnęła się. 
— Ludwika jest rzeczywiście oszczędna, odziedziczyła zmysł prak-

tyczny po moim ojcu i Klarze. Możliwe, że Ludwika ma nieco uciu-
łanego grosza. Ale wiesz, mam zawsze niemiłe uczucie, gdy muszę jej 
wyjawić nasze przykre położenie majątkowe. Wydaje mi się wówczas, 
że spogląda na mnie karcącymi oczyma mego ojca — rzekła Elżbieta z 
niesmakiem. 

Major powstał. 
— No, to ja się z nią rozmówię. 
Stanął przed lustrem, przesunął szczotką po włosach, poprawił sur- 
 

background image

dut i spojrzał z zadowoleniem na swą piękną, niemal młodzieńczą po-

stać. Otworzywszy drzwi, puścił żonę naprzód i sam poszedł za nią. 

Elżbieta  udała  się  do  kuchni,  aby  wysłać  nareszcie  kucharkę  po 

zakupy, a major wszedł do pokoju córek. 

— Dzień dobry, dzieci — zawołał wesoło. 
— Dzień dobry, tatusiu! 
— No, co tam u was słychać? Zuzia rzuciła się mu na szyję. 
— Nudzimy się gwałtownie i stale — wołała Zuzia — dobrze, żeś do 

nas zajrzał.   

— A jakie macie zamiary na dzisiaj? 
— Zofia i Ludwika wybierają się do teatru, a ja jak zwykle  muszę 

pozostać w domu i gnić z nudów. To niesłychane, że się mnie traktuje 
jak małe dziecko, w oddaleniu od wszelkich zabaw towarzyskich. 

— Daj pokój, Zuziu, masz jeszcze dość czasu na bywanie w towa-

rzystwie. 

Zuzia westchnęła. 
— Gdybym przynajmniej miała kilka pralinek na pocieszenie! Ale nie 

mam grosza przy duszy. Daruj mi kochany ojczulku kilka mareczek. 

Major roześmiał się i dał jej szczutka w nos. 
— Toś się wybrała w porę! Miałem właśnie zamiar zaciągnąć u was 

pożyczkę — rzekł żartobliwie. 

—  Niestety!  —  westchnęła  Zuzia  i  spuściła  główkę.  Zofia 

spojrzawszy wymownie na ojca, odezwała się: 

—  I w  mojej kasie dziś pustki. I ja liczyłam na ciebie. 
Major rzucił ukośne spojrzenie na Ludwikę, siedzącą ze spuszczoną 

głową nad robotą. 

— Więc w tobie jeszcze nasza nadzieja, Ludwiko. Ty jesteś małym 

ministrem finansów, masz zawsze w zapasie trochę pieniędzy, gdy my 
wszyscy jesteśmy goli. Czy możesz mi pomóc? Tylko na kilka dni, aż 
nadejdą pieniądze od ciotki Klary. Zwrócę ci je z odsetkami. 

Mówiąc  to  tonem  na  pół  żartobliwym,  zbliżył  się  do  Ludwiki. 

Rumieniec  wstydu  wystąpił  na  twarz  dziewczyny.  Wstała  i  odłożyła 
robótkę. 

—  Posiadam  jeszcze  sto  dziesięć  marek,  ojcze  —  rzekła 

bezdźwięcznym głosem. 

 

background image

-Patrzcie!  Co  za  kapitalistka!  —  zawołał  wesoło,  nie  dbając  o 

wrażenie, jakie robi na córce. 

Ta zaś wyjęła kluczyk z kieszonki i otworzyła szafę. Zuzia aż klasnęła 

w dłonie i zawołała: 

—  Skąd  masz  Ludwiko  tyle  pieniędzy?  Sto  dziesięć  marek!  No, 

gdybym o tym wiedziała, byłabyś może i mnie cośkolwiek pożyczyła. 

Ludwika złożyła pieniądze w ręce ojca. Pogłaskał ją po twarzy i rzekł, 

śmiejąc się: 

— Za kilka dni zwrócę ci je, Ludwiko. Potrząsnęła głową. 
—  Nie,  nie,  zostaw  to.  Te  pieniądze  są  mi  niepotrzebne  —  rzekła 

skwapliwie. 

—  Nie  bądź  głupia,  Ludwiko!  —  zawołała  Zuzia  zdziwiona  — 

przecież nie darujesz tych pieniędzy rodzicom? 

Major uderzył się w piersi i zapewniał: 
—  Rozumie  się,  że  otrzymasz  je  z  podziękowaniem,  wszak  nie 

obrabuję cię, Ludwiko, a w nagrodę ponadto dziesięć marek. 

Ludwika żachnęła się. 
— Nie, nie, w takim razie tylko pożyczone pieniądze. 
— Dobrze — rzekł — niech i tak będzie, skoro jesteś za dumna, by 

wziąć odsetki. Dostanie je Zuzia. 

— O jak to dobrze! — zawołała radośnie Zuzia, całując ojca. 
—  No,  a  ja  ojczulku?  —  zapytała  Zofia  z  odcieniem  kokieterii. 

Patrzył na nią z upodobaniem, ciesząc się jej urodą. 

—  Ty,  mała  czarodziejko,  czy  chcesz  i  ojca  zawojować  swymi 

wdziękami? 

Pewna zwycięstwa, uśmiechając się zalotnie, rzekła: 
— Nie bądź okrutny, tatusiu. 
—  A  więc  dobrze,  i  ty  dostaniesz  dziesięć  marek,  gdy  nadejdą 

pieniądze od ciotki. Ale teraz dajcie mi spokój. 

Żartując,  pociągnął  Zuzię  za  warkocz,  z  galanterią  ucałował  białą 

dłoń Zofii, musnął lekko główkę Ludwiki i wyszedł. 

Na  korytarzu  spotkał  się  z  żoną.  Spojrzała  nań  pytająco.  Skinął 

głową. Gdy weszli do buduaru Elżbiety, wręczył jej sto marek. 

— Na szczęście Ludwika miała sto dziesięć marek. Uważaj więc, by 

tych sto marek starczyło, zanim nadejdą pieniądze od Klary. W tej 

 

background image

chwili  napiszę  list.  Musimy  utrzymywać  ją  w  życzliwości  dla  nas. 

Ostatnio przysłała nam znacznie mniej, niż chcieliśmy. Trzeba będzie 
zażądać  od  niej  więcej,  niż  nam  chwilowo  potrzeba,  bo  na  pewno 
uszczknie coś z obiecanej sumy. 

Śmiali się serdecznie, bez troski o jutro. 
Od tego czasu minęły trzy dni. Rodzina majora znajdowała się w ja-

dalni. Rodzice byli w złym humorze, gdyż pieniądze, wypożyczone od 
Ludwiki, były na wyczerpaniu, a od Klary nie było dotąd odpowiedzi. 

Zofia,  krusząc  bułeczkę  w  swej  białej  dłoni,  znudzona  ziewała  po 

kryjomu. Ludwika siedziała ze spuszczoną głową, spoglądając na swą 
nietkniętą  kawę.  Zuzia  z  przyjemnością  zajadała  smaczne  śniadanie. 
Major czytał gazetę, Elżbieta mieszała w zamyśleniu swą czekoladę. 

Nikt  nie  przerywał  milczenia,  każde  z  nich  zajęte  było  swymi 

myślami.  Jasne  i  ciepłe  promienie  słoneczne  przedzierały  się  przez 
otwarte okna, jakby pragnęły wlać radość w serca ludzkie. Zuzia po 
śniadaniu odeszła, aby dokończyć czytanie nader zajmującego roman-
su. Starsze siostry zostały w jadalni, pragnęły bowiem omówić z matką 
sprawy toalet. 

Zaledwie Zuzia opuściła pokój, wszedł służący w liberii i wniósł na 

srebrnej tacy list, który wręczył majorowi. 

Randolf  sięgnął  skwapliwie  po  list  w  wielkiej  kopercie,  na  której 

odczytał swój adres nakreślony energiczną ręką. 

— Od Klary! — zawołał. 
Małżonkowie  spojrzeli  na  siebie  zdziwieni.  Cóż  to  miało  znaczyć? 

Zamiast pieniędzy otrzymali list! 

Major,  rozerwawszy  pośpiesznie  kopertę,  wyjął  list  i  czytał.  Skoń-

czywszy, podał go z uśmiechem żonie. Oto dosłowne brzmienie listu: 

Kochana Siostro i Drogi Szwagrze! 
Na  Wasz  ostatni  list  dam  Wam  odpowiedź  ustną.  Wydaje  mi  się,  że 

musimy  rzecz  dokładnie  omówić,  zanim  coś  postanowimy.  Przyjadę 
pojutrze, południowym pociągiem, jeśli się nie mylę, około drugiej. 

Na razie ślę Wam wszystkim, moi kochani, serdeczne pozdrowienia. 
Wasza Klara 
 

background image

Majorowa odłożyła list. 
- Co ty na to, Wilhelmie? — zapytała po chwili Elżbieta. 
Zapanowawszy nad przykrym uczuciem, major wzruszył ramionami i 

uśmiechnął się nienaturalnie. 

— Ha, musimy być przygotowani, że tym razem nie obejdzie się bez 

prawienia morałów. Widocznie Klara chce nam utrudnić zaciąganie w 
przyszłości  pożyczek.  No, właściwie nie należy brać  jej tego za złe. 
Dziwię się tylko, że przy jej usposobieniu obeszło się dotychczas bez 
przestróg i wywodów moralizatorskich. Nie obawiaj się jednak, jestem 
pewny, że uda mi się ją udobruchać. Dam ja sobie z nią radę! 

Gładził brodę z uśmiechem i pewnością siebie. Był święcie przeko-

nany, że Klara nie mogąc wyjść za niego, wolała zostać starą panną i że 
do dziś żywiła dlań głębokie uczucie, które starannie ukrywała na dnie 
serca. 

Mylił  się  jednak.  Klara  Arnstetten  nie  miała  zaufania  do  szwagra  i 

poznała się na nim dawno, na jego płytkiej naturze i niesumienności. 

Piękność jego nie czyniła na niej żadnego wrażenia i dziwiła się tym 

wszystkim, którzy się nim zachwycali. 

Inny był powód, dla którego Klara nie wyszła za mąż. Mimo, że nie 

była ładna, wielu ubiegało się o jej rękę ze względu na jej majątek, ale 
Klara,  zbyt  rozsądna,  nie  chciała,  by  ją  uważano  w  małżeństwie  za 
przykry dodatek. W  młodości swej miała i ona swój romans. Młody, 
uzdolniony lekarz zakochał się w niej dla jej niezwykłych zalet cha-
rakteru.  Klara  odwzajemniała  mu  się  bezgraniczną  miłością.  Młody 
lekarz  miał się oświadczyć ojcu o jej rękę. Losy jednak pokierowały 
inaczej.  Młodzieniec  padł  ofiarą  swego  zawodu,  umarł  na  zakażenie 
krwi. 

Prócz ojca nikt o miłości Klary nie wiedział, tajemnicę tę zachowano 

do śmierci.  Klara  nie  mogła  zapomnieć ukochanego, po jego zgonie 
postanowiła nie wyjść nigdy za mąż. 

Majorowa, mimo zapewnienia męża, że wszystko się dobrze skończy, 

była przygnębiona. 

— Nie wiem dlaczego — wyznała — ale jakiś lęk mnie ogarnia, gdy 

myślę o wizycie Klary. 

Zofia jakby się obudziła z zamyślenia. 
— Co? Ciotka Klara przyjeżdża? — zapytała przerażona. 
— Tak, jutro w południe — odpowiedziała matka. 

background image

 
— Boże drogi, cóż to za klęska! Działa ona człowiekowi na nerwy 

tym  swoim  ustawicznym  krytykowaniem.  W  tej  staromodnej  sukni, 
jakby z zeszłego stulecia, nie można pokazać się z nią na ulicy. 

— Nie irytuj się, Zofio! Wszak niedługo zabawi u nas — uspokajała 

ją matka. 

— Zjawienie się jej wystarczy, by mi zepsuć humor na dłuższy czas. 

Szczęście, że nie przyjeżdża dziś, zepsułaby nam zabawę ogrodową u 
radcy komercjalnego, Walentyna. 

Oczy  Ludwiki  nabrały  osobliwego  wyrazu.  W  jej  sercu  kłębiły  się 

sprzeczne  uczucia:  obawa  przed  bystrym  wzrokiem  ciotki  i  radość 
spędzenia bodaj kilku dni z tą czystą i szlachetną duszą. 

Major  wstał.  Obowiązki  służbowe  nagliły  go  do  odejścia.  Matka  i 

córki omawiały sprawy dotyczące zabawy ogrodowej, po czym Zofia i 
Ludwika  udały  się  do  swego  pokoju.  Zastały  tam  Zuzię  leżącą  na 
kanapce z książką w ręku. Majorowa udała się do gościnnego pokoju, 
aby wszystko przygotować na przyjęcie siostry. Gdy Zofia i Ludwika 
weszły,  Zuzia  nawet  nie  podniosła  oczu,  tak  była  zajęta  czytaniem. 
Zofia stanęła przed nią i zakryła ręką otwartą książkę. 

—  Nie  przeszkadzaj  mi,  właśnie  oświadczył  się  jej  —  zawołała  z 

niecierpliwością Zuzia, chcąc usunąć dłoń Zofii. 

— Za chwilkę Zuziu. Przynoszę ci radosną nowinę — rzekła Zofia 

ironicznie. 

Zuzia spojrzała jej w oczy.   
— No, więc mów! 
— Jutro przyjeżdża ciotka Klara! Zuzia skoczyła na równe nogi. 
— Nieszczęście! Tego mi jeszcze brakowało. Ani grosza przy duszy! 

Dziś muszę samiuteńka zostać w domu i nudzić się, podczas gdy wy 
dwie  będziecie  się  zabawiać  na  festynie  u  Walentynów.  A  na  sam 
koniec  przyjazd  ciotki  Klary.  Okropność  nad  okropnościami!  Boże 
mój,  Boże!  Czuję  już  na  sobie  wzrok  ciotki,  przenikający  mnie  do 
szpiku kości. Okropna rzecz! Na to nie byłam przygotowana. 

Ludwika spojrzała na nią z wyrzutem. 
— Ach, Zuziu, jesteś niesprawiedliwa. Pomyśl tylko: od dwóch lat 

żyjemy niemal jedynie z jej łaski — rzekła z naciskiem. 

Zuzia poprawiła się w krześle. 
 

background image

- To chyba nie moja wina. Jeśli rodzice nie umieją gospodarować, 
to ja mam ponosić konsekwencje? — wołała krnąbrnie. 
—  To  nie  twoja  wina  —  odparła  Ludwika  —  ale  jeśli  masz  takie 

mniemanie o ciotce, nie powinnaś przyjmować od niej podarków. 

— To śmieszne  — rzekła Zuzia  —jakaś ty przesądna. A cóż by ta 

stara  panna  poczęła  ze  swoimi  pieniędzmi,  gdyby  na  nas  nie 
wydawała? 

Ludwika ściągnęła brwi i westchnęła. 
— Ty, Zuziu, wzorujesz się niestety we wszystkim na Zosi. Wolała-

bym, żebyś szła za popędem swego dobrego serca. 

— Albo raczej kierowała się zbawiennymi radami Ludwiki — drwiła 

Zofia. 

Ludwika  nie  odpowiedziała  na  ten  ironiczny  przytyk.  Zuzia  przez 

chwilę patrzyła w smutną twarz Ludwiki, po czym rzekła z pewnym 
wahaniem: 

— Masz słuszność Ludwiko, o ile to dotyczy ciotki Klary. W istocie 

nieładnie, że ją tak wykorzystujemy, skoro jej nie lubimy. Ale co na to 
poradzić?  Mrowie  mnie  przechodzi,  ile  razy  spojrzę  w  jej  surowe, 
przenikliwe oczy. W takiej chwili skryłabym się do mysiej dziury. Jak 
nazwiesz to uczucie? 

— Powiedz mi, Zuziu, skąd czerpiesz tyle doświadczenia, skąd wiesz, 

co się mężczyznom podoba, a co nie? 

Zuzia zarzuciła tiulowy szal Zofii, zaglądając w lustro, czy jej w nim 

do twarzy. 

— No, wiesz Ludwiko, wszak nie jestem już dzieckiem i mam oczy 

otwarte.  Wy  obie  z  waszymi  adoratorami  dajecie  mi  sposobność  do 
spostrzeżeń. W tym celu wybrałam sobie kącik do moich obserwacji, 
którego  wam  nie  zdradzę  z  obawy,  że  mnie  stamtąd  wypłoszycie. 
Podsłuchując więc, mogę dowiedzieć się ciekawych rzeczy. Jeśli któ-
ryś z panów adoruje Ludwikę, to nie na długo, gdyż ona szybko się go 
pozbywa.  Gdy  Zofia  tylko  obok  niej  stanie,  zrobi  oczko,  okrasi 
usteczka czarującym uśmiechem i rzuci kilka dowcipnych słówek, już 
wzięła faceta na wędkę tak, że ten ma dla Ludwiki tylko kilka błahych 
frazesów, a chodzi jak cień za Zofią, ona zaś z gracją wodzi go za nos. 

Zofia  uśmiechając  się,  poprawiła  włosy  i  wyginając  się  zalotnie, 

powiedziała: 

 

background image

— Chyba nie  moja w tym  wina, że  się  podobam  mężczyznom?  W 

każdym razie nie staram się odbić Ludwice jej wielbicieli. Czy się z 
tym nie zgadzasz, Ludwiko? 

Przy  ostatnich  słowach  spojrzała  na  siostrę,  a  spojrzenie  jej  miało 

wyraz chytrości. 

Ludwika,  nie  podnosząc  oczu,  odpowiedziała  spokojnie,  lekko 

drżącymi ustami: 

— Odnoszę wrażenie, że Zuzia paple głupstwa. Że ty się lepiej ode 

mnie podobasz, to rzecz naturalna, wszak jesteś piękniejsza i bardziej 
zajmująca. Nie mogę i nie chcę współzawodniczyć z tobą. Nie zależy 
mi na rzeszy adoratorów. 

Zuzia uśmiechnęła się filuternie i rzekła: 
— Tobie zależy tylko na jednym, o tym wiem już od dawna. Ludwika 

zarumieniła się po uszy i schyliła się, aby rzekomo poprawić kokardki 
u pantofli. 

Zofia zwróciła się ku niej, patrząc jej badawczo w oczy. 
— Któż to ten jedyny? — zapytała ciekawie, choć dobrze wiedziała, o 

kogo chodzi. 

Zuzia tymczasem zanosiła się od śmiechu. 
—  Nie  udawaj  Zosiu,  chyba  wiesz  o  kogo  chodzi.  Może  chcesz 

Ludwiko, bym jej zdradziła, kto ten jedyny, by go uwolniła ze swych 
sieci? 

Ludwika wyprostowała się i zacisnęła usta. Zdołała jednak zapano-

wać nad sobą. Mierząc Zuzię poważnym, surowym wzrokiem, rzekła 
skwapliwie: 

— Zabraniam ci Zuziu, łączyć moje imię z imieniem któregokolwiek 

z panów. 

Zuzia pochyliła się nieco i skrzywiła się. 
—  Nie  masz  powodu  do  gniewu.  Przecież  możemy  tu  swobodnie 

rozmawiać. Nie miałam złej myśli. Radzę ci, byś sama wyjawiła Zofii 
nazwisko tego pana. Wtedy ona zwolni go ze swych sideł, czego jestem 
pewna.  Jeśli  tego  nie  uczynisz,  źle  będzie,  gdyż  Zofia  właśnie  tego 
jedynego wyróżnia. 

Ludwika układała starannie rzeczy w szafie. Silny rumieniec zastąpiła 

bladość, a oczy jej nabrały wyrazu dumy. 

— Pleciesz same głupstwa, Zuziu. A wreszcie, cóż by mi mogło za- 
 

background image

leżeć  na  mężczyźnie,  który  tak  mało  ma  uczucia  dla  mnie,  że  w 

towarzystwie innej zapomina o mnie? 

- Masz słuszność, Ludwiko — rzekła Zofia. — Nie warto ubiegać 
się o względy mężczyzn. Nie można ich w ogóle brać na serio. Trzeba 

się nimi bawić, aby oni się nami nie bawili. Ale Zuzia ma rację; jeśli 
który z nich szczególnie cię zajmuje, wymień mi jego imię, abym nie-
świadomie nie zaprzęgła go w mój rydwan. 

Ludwika, nie spojrzawszy na nią, odpowiedziała spokojnie: 
— Nie mam żadnego nazwiska do wymienienia. Powtarzam raz je-

szcze: nie starałabym się za żadne skarby świata pozyskać mężczyzny. 
Po tych słowach uważam temat w tej kwestii wyczerpany. 

Zuzia  w  międzyczasie  włożyła  szal  Zofii  na  głowę,  co  wywołało 

złość właścicielki, bo wstała i wyrwała go Zuzi z ręki. 

— Głupie stworzenie, co za pomysły? Zostaw moje rzeczy w spoko-

ju. Nie znoszę, gdy mi je kto rusza. 

—  Dla  Boga!  Nie  irytuj  się  tak  —  wołała  Zuzia,  wdziewając  pan-

tofelki  Ludwiki.  Były  jakby  dla  niej  zrobione.  Podnosząc  nieco 
sukienkę, patrzyła na nie z zachwytem. 

—  Ach,  jakie  śliczne!  Patrz  Ludwiko,  jak  leżą.  Prawda,  że  się  nie 

gniewasz, gdy próbuję twoje rzeczy? 

— Nie, Zuziu. 
Zuzia od pięknie obutych nóg, przeszła wzrokiem na rozłożoną, po-

wiewną suknię Ludwiki. Odetchnąwszy głęboko, zawołała: 

— Ludwiko! 
— Co takiego, Zuziu? 
—  Ludko,  pragnęłabym  zobaczyć  choć  raz,  jak  mi  do  twarzy  w 

dekoltowanej, wieczorowej sukni? Czy wolno mi przymierzyć twoją? 

Ludwika  patrzyła  uśmiechnięta  w  zafrasowaną  twarz  Zuzi.  Z  całą 

gotowością pomogła jej włożyć sukienkę. 

Ta  drżała  z,  radości,  gdy  lekkie  falbanki  układały  się  dokoła  jej 

wiotkiej  postaci.  Ludwika  śmiała  się  serdecznie,  patrząc  na 
rozradowaną Zuzię, a Zofia siedziała jak niemy widz arcymiłej sceny. 
Na  ustach  Zofii  widniał  ironiczny  uśmiech.  Nie  mogła  pojąć,  że 
Ludwika spełniła życzenie Zuzi. 

Uszczęśliwiony  podlotek  stał  z  palącymi  policzkami  i  lśniącymi 

oczyma przed lustrem. 

 

background image

— Ta chwila zostanie mi długo w pamięci, Ludko! Będę się starała 

nie  sprawiać  ci  już  żadnych  przykrości.  A  teraz  pomóż  mi  odpiąć 
suknię, nie chcę jej bowiem rozszerzyć w pasie. Wprawdzie Zofia jest 
piękniejsza od ciebie, ale nie posiada tak cudnych włosów jak twoje i 
gdyby nie przypinała obcych loczków, wyglądałaby źle. 

Zofia spojrzała gniewnie na Zuzię, ale ta pokręciła tylko noskiem na 

dowód, że sobie z tego nic nie robi. 

* * * 
Willa  radcy  komercjalnego  Walentyna  znajdowała  się  za  miastem. 

Kilku bogatych ludzi wybudowało sobie wille w pobliżu, dość odda-
lone od siebie, tak że każda znajdowała się w zacisznym miejscu. 

Willa Waleńtynów stała jakby w lesie, otaczały ją zaś rozległe ogro-

dy. Czyniła ona wrażenie pałacu — wspaniały park o olbrzymich egzo-
tycznych  krzewach  oraz  różnobarwne  kwiatowe  dywany  tworzyły 
uroczą całość. 

Radca  komercjalny  Walentyn  mieszkał  dawniej  w  śródmieściu,  w 

starym domu, odziedziczonym po rodzicach. Tam też znajdowały się 
jego magazyny i biura. Przez małżeństwo podwoił majątek. Walentyn 
rozszerzył więc interes, zbudował nowe fabryki i założył towarzystwo 
akcyjne. Po wybudowaniu wielkiego domu dla robotników, otrzymał 
od rządu tytuł radcy komercjalnego. 

Niebawem szary dom w śródmieściu wydał mu się ponury, postawił ' 

więc za miastem wspomnianą willę, pełną zieleni i słońca. 

Cokolwiek przedsięwziął, wiodło mu się wyjątkowo, tylko szczęście 

w życiu rodzinnym mu nie dopisywało, nie zagościło nawet w tej sło-
necznej willi pełnej kwiatów  i woni. Dwa lata po przeprowadzce do 
nowej siedziby, jego córka  zachorowała na febrę i po upływie kilku 
miesięcy zmarła. Syn Walentynów, Robert, krótko po śmierci siostry 
zachorował na zapalenie płuc. 

Zapalenie  minęło,  ale  lekarze  uważali  za  konieczne  wysłać  go  na 

dłuższy pobyt do ciepłych krajów, aby nadwątlone płuca mogły się cał-
kowicie wygoić. 

Od pięciu łat przebywał Robert Walentyn na południu, ostatnie 
 

background image

dwa lata w Kairze. W czasie letnich miesięcy rodzice bawili razem z 

nim w południowej Szwajcarii, ale przez przeciąg pięciu lat nie był ani 
razu w domu rodzinnym, z powodu zbyt ostrego klimatu. 

Osamotnieni rodzice zajmowali sami wspaniałą willę, żyjąc w ciągłej 

obawie o zdrowie i życie jedynego syna. 

Nareszcie  tego  lata  lekarze  pozwolili  Robertowi  powrócić  do 

ojczyzny. Uznali go za zupełnie zdrowego, radzili tylko, by zimowe 
miesiące  spędzał  w  ciepłych  krajach,  zanim  się  przyzwyczai  do 
północnego klimatu. 

Od  kilku  tygodni  bawił  młody  Walentyn  w  domu.  Na  jego  prośbę 

rodzice urządzili zabawę ogrodową, na którą zaproszono liczne grono 
znajomych pań i panów. 

Początek zabawy był naznaczony na godzinę piątą po południu. W 

programie były gry towarzyskie, koncert, przedstawienie amatorskie, 
sztuczne ognie, w końcu kolacja i tańce. 

Randołfowie  wyjechali do  Walentynów o godzinie piątej.  Ludwika 

była pewna, że spotka się na tej zabawie z Henrykiem Rotmanem i że 
ten może nawet nie zwróci na nią uwagi, gdy zobaczy Zofię. 

Henryk Rotman był porucznikiem w pułku jej ojca. Był to człowiek 

zdolny,  poważny,  o  niezłomnych  zasadach  i  stałym  charakterze. 
Dopiero przed rokiem został przeniesiony do C. 

Zofii nie było wówczas w domu, wyjechała w gościnę do koleżanki, 

której rodzice posiadali dobra ziemskie w Turyngii. 

Henryk Rotman bywał w domu Randolfów, gdzie poznał Ludwikę, 

która  uczyniła  na  nim  głębokie  wrażenie.  Przebywał  w  jej 
towarzystwie jak najczęściej. Tańczyli, rozmawiali chętnie, a że mieli 
pokrewne myśli i ideały, czuli się z sobą dobrze i cenili się wzajemnie. 
W sercu Ludwiki zakwitła miłość. Czuła się szczęśliwa, że przypadek 
sprowadził na jej drogę tak godnego człowieka. Uczucie to zawładnęło 
jej  duszą  całkowicie.  Henryk  Rotman  dzielił  uczucie  Ludwiki.  Gdy 
spotykał się z nią, oczy świeciły mu dziwnym blaskiem, a głos brzmiał 
miękko i czule. Był jednak bardzo skryty i pewnie dlatego nie zdradzał 
swych uczuć. Henryk był niezamożny, wiedział, że i Randolfowie nie 
posiadali majątku. Nie mógł więc myśleć o ożenieniu się, wobec tego 
nie chciał budzić w sercu dziewczęcia nadziei, których nie mógł ziścić. 
W danej chwili rozum brał jeszcze górę nad uczuciem. 

 

background image

Ludwika  czuła  się  szczęśliwa  i  zadowolona.  Nie  pragnęła  oświad-

czyn,  wystarczyło  jej  przekonanie,  że  była  kochaną  i  w  tę  miłość 
święcie wierzyła. 

Tymczasem powróciła Zofia i w oka mgnieniu wszystko się zmieniło. 
Zofia  spostrzegła  bystrym  okiem,  jak  serdeczne  nici  zawiązały  się 

między Henrykiem a Ludwiką. Dziwnym trafem w Zofii, zazwyczaj 
zimnej, rozgorzało serce dla pięknego porucznika. 

Nie zwykła sobie odmawiać czegoś lub krępować się względami, gdy 

chodziło  o  jej  siostrę.  Używała  wszelkich  sposobów  kokieterii,  by 
pozyskać młodego porucznika. Jej piękność, fascynujący wzrok, urok i 
tryskający dowcip opętały Henryka. Zofia umiała ujarzmić mężczyznę, 
a w tym wypadku zależało jej na tym bardzo, pragnęła bowiem odnieść 
zwycięstwo nad Ludwiką. 

Henryk szybko uległ czarowi Zofii zapominając, czym była dla niego 

Ludwika przed przyjazdem siostry. 

Ludwika  odczuła  głęboko  zmianę,  która  zaszła  w  usposobieniu 

Henryka. Unikał jej, odkąd poznał Zofię. Ludwika była zbyt dumna, by 
okazać swe cierpienie, szczególnie wobec Henryka, który nie powinien 
się  był  tego  domyślić.  Ilekroć  się  z  nim  widywała,  była  pozornie 
spokojna, choć nieco chłodniejsza i tak dzielnie panowała nad sobą, że 
Henryk przypuszczał, iż Ludwika go nie kocha. Odetchnął swobodnie. 

Henryk  był  tak  opanowany  wdziękiem  i  kokieterią  Zofii,  iż  cały 

płonął  namiętnością.  Nie  miał  serca  dla  innej  kobiety,  przy  Zofii 
wszystkie  inne  pozostawały  w  cieniu.  Nie  przeczuwał,  że  zamienił 
klejnot  na  błyskotkę.  Zofia  bowiem,  nie  zdradzając  swego  istotnego 
charakteru, umiała przybierać pozory szlachetności. 

Gdy  dorożka  Randolfów  zatrzymała  się  przed  willą  Walentynów, 

dochodziły już wesołe głosy z ogrodu. Było to dowodem, że wiele osób 
bawiło w tym gościnnym domu. 

Randolfowie złożyli rzeczy w garderobie, a panie poprawiły toalety, 

po czym weszli do sali ogrodowej, gdzie ich przyjmowali gospodarze 

background image

domu.  Randolfów  przyjęto  nader  uprzejmie,  ci  zaś  złożyli 

Walentynom życzenia z powodu powrotu i wyzdrowienia ich syna. 

Gdy major szukał oczyma młodego Walentyna, radczyni rzekła: 
- Mój syn znajduje się w ogrodzie, gdzie bawi się młodzież. Państwo 

przypominacie  sobie  może  mego  syna,  córki  wasze  były  jeszcze 
małymi dziećmi, gdy on wyjechał. 

Wszystko  to  wypowiedziane  było  uprzejmie  ale  chłodno.  W  ogóle 

sztywne  ruchy  Walentynowej  stanowiły  przeciwieństwo  żywych 
ruchów jej męża. Ta para małżeńska składała się z samych kontrastów. 
Ludzie ci związani byli powierzchownymi więzami i nie rozumieli się 
zupełnie.  Dopiero  w  ostatnich  latach  zbliżyła  ich  troska  o  jedynego 
syna i żal za córką, utraconą w kwiecie wieku. 

Gdy Zofia i Ludwika w towarzystwie rodziców i gospodarzy weszły 

na  taras,  uderzył  je  obraz  pełen  barw  i  ruchu.  Grupy  młodych  pań  i 
panów  śmiały  się  i  rozmawiały  w  kolorowych  namiotach.  Delikatne 
barwy toalet pań mieszały się z jaskrawymi mundurami wojskowych, a 
czarne  fraki  rzucały  na  nie  silne  cienie.  Wszystko  to  na  tle  zieleni, 
przepojonej promieniami słońca, tworzyło czarujący obraz. 

Służba  roznosiła  na  srebrnych  tacach  orzeźwiające  napoje,  cukry  i 

owoce,  w  jednym  z  dalej  stojących  namiotów  słychać  było  muzykę 
orkiestry  wojskowej,  za  chwilę  bowiem  miał  się  rozpocząć 
zapowiedziany koncert. 

Na  tarasie  stał  oparty  o  słup  porucznik  o  smagłej  cerze  i  pięknych 

rysach.  Spoglądał  w  dół  i  dostrzegł  wśród  nadchodzących  Zofię. 
Spojrzenia  obojga  skrzyżowały  się  w  błogim  zachwycie.  Porucznik 
Henryk  Rotman  przystąpił  szybko  do  Randolfów,  by  się  z  nimi 
przywitać.  Przed  majorem  salutował,  majorową  ucałował  w  rękę,  a 
witając  się z Ludwiką, rzucił na nią przelotne spojrzenie. Na koniec 
zwrócił się ku Zofii z nietajoną radością. 

Utopiła w nim namiętne spojrzenie, która zdawało się mówić o bez-

granicznej miłości. 

Henryk drżąc na całym ciele, przesłał jej równie znaczące spojrzenie. 

Ludwika,  która  to  zauważyła,  pobladła,  a  serce  jej  wezbrało  bez-
dennym smutkiem. Podążyła, na pozór spokojna, za rodzicami. Henryk 
i Zofia pozostali sami w pewnym oddaleniu, mogli więc zamienić ze 
sobą kilka słów. 

 

background image

— Bogu dzięki, że cię nareszcie widzę, moje kochanie — wyszeptał 

Henryk. — Tęsknota za tobą pożerała mnie. - 

Odrzekła z uśmiechem, pełnym wdzięku: 
— Dawno nie widzieliśmy się, Henryku! 
— Wieki całe, a mam ci tyle ważnego do powiedzenia. Musimy dziś 

spędzić bodaj godzinkę na osobności. Ta zabawa ogrodowa jest jakby 
zrządzeniem boskim. Wszak znajdzie się sposobność. Może spotkamy 
się niespostrzeżenie w parku? 

Zofia obejrzała się z trwogą. 
— Tak, tak, Henryku, pozwól mi zastanowić się. Zaklinam cię, bądź 

ostrożny i trzymaj się w pewnym oddaleniu ode mnie. 

Westchnął. 
—  To  wieczne  ukrywanie  się  jest  okropne,  moja  kochana,  droga 

Zofio. 

— Wszak i ja cierpię razem z tobą — rzekła ze wzruszeniem. 
— Nie patrz tak na mnie, kochana, i tak z biedą mogę panować nad 

sobą. 

—  Nie  może  być  inaczej.  Pomyślę  i  powiem  ci  później,  gdzie  się 

spotkamy. 

— Dziękuję ci, ty moja jedyna. 
Po czym rozmowa ich przybrała charakter zdawkowych uprzejmości. 
Tymczasem  Robert  Walentyn  przedstawił  się  Randolfom.  Ludwika 

spojrzała ze współczuciem na śniadą, szczupłą twarz młodzieńca, który 
nie  czynił  wrażenia  zupełnie  zdrowego.  Wychudła  jego  postać  była 
nieco pochylona a ruchy ociężałe jak po ciężkiej chorobie. Robert był 
podobny do matki i jak ona mówił powoli, ale wyraźnie. Tylko w sta-
lowych oczach płonęła gorąca chęć życia i tęsknota za czymś niezna-
nym. Te żywe oczy nie odpowiadały jego powolnym ruchom. Ludwika 
rozmawiała z nim serdeczniej, niż to zazwyczaj czyniła. Serdeczność 
ta była dla Roberta wytchnieniem po błahych rozmowach panien, które 
kokietowały go, chcąc pozyskać w nim konkurenta. Pragnął usunąć się 
z gwaru, który panował dokoła i porozmawiać dłużej z Ludwiką. Rzekł 
więc do niej z czułością w głosie: 

— Pragnąłbym nieco dłużej być w towarzystwie łaskawej pani. Czy 

wolno mi poprosić panią, by mi pozwoliła usiąść obok siebie? 

 

background image

Ludwika skinęła przyjaźnie głową. W tej chwili zbliżył się do syna 

radca komercjalny Walentyn z Zofią Randolfówną. 

- Kochany Robercie — przemówił — pozwól, że cię przedstawię 
siostrze panny Ludwiki, pannie Zofii. 
Robert obejrzał się i utkwił wzrok w czarującym obliczu dziewczęcia, 

które  się  ku  niemu  zwróciło  z  uśmiechem  pełnym  wdzięku.  Przez 
chwilę Robert wpatrywał się w nią jak w cudowne zjawisko. Krew mu 
napłynęła  do  serca  gorącą  falą.  Z  zapartym  tchem  i  rozszerzonymi 
źrenicami wchłaniał jej obraz. Zofia odczuła, że udało jej się znowu 
zawładnąć  sercem  mężczyzny.  Pomyślała  z  radością,  że  serce  to 
należało  do  jedynego  syna  milionera.  Chodziły  jej  po  głowie  różne 
myśli  i  z  wdziękiem  uśmiechała  się  do  Roberta.  Szukając  oparcia, 
objęła ramieniem Ludwikę. Wydało się, że szukała u siostry schronie-
nia przed czymś nieznanym, co stanęło na jej drodze. Zmieszana spoj-
rzała na Roberta. 

Robert  nie  mógł  oderwać  od  niej  oczu.  Gdyby  stanęła  przed  nim 

dumna  i  pewna  siebie,  nie  uczyniłaby  na  nim  tego  wrażenia.  Jej 
rzekoma bezradność wywołała w nim radosne uczucie przewagi. 

— Czuję się zaszczycony i cieszę się bardzo z poznania łaskawej pani 

— rzekł drżącym głosem. 

Rumieniec  opromienił  jej  uroczą  twarzyczkę.  Świadomość,  że  stoi 

przed nią tak wielce upragniony, bogaty konkurent, wywołała to zaru-
mienienie. Skupiwszy swe myśli, przypomniała sobie mały epizod z lat 
dziecinnych,  który  mógł  się  jej  obecnie  przydać.  Po  chwili  wahania 
rzekła półgłosem: 

— Znamy się właściwie już dawno. Spojrzał na nią z zachwytem. 
—  Proszę  pomóc  mej  pamięci,  nie  wiem  niestety,  kiedy  to  było. 

Westchnęła głęboko, uśmiechając się doń słodko. 

--Gdy chodziłam jeszcze do szkoły, byliśmy pewnego razu na 
ślizgawce. Pan, który tak długo przebywał w wielkim świecie i miał 

tyle wrażeń, nie przypomina sobie tego, ale ja to pamiętam dobrze. 

Zofia spojrzała nań tak wymownym wzrokiem, że serce jego zabiło 

żywiej. O Ludwice już ani pomyślał. 

Ludwika przywykła do tego. Uważając się za niepotrzebną, uwolniła 

się z uścisku Zofii. Odchodząc spojrzała z współczuciem na roz- 

 

background image

gorączkowaną twarz Roberta i pomyślała z drżeniem: jeśli Zofia i z 

nim zechce się tylko zabawiać, to popełni niemal zbrodnię. Tego jej nie 
wolno uczynić. 

Ludwika  postanowiła  poprosić  siostrę,  by  w  sercu  Roberta  nie 

wzniecała nadziei, której by nie mogła spełnić, przeczuwała bowiem, 
że Zofia poczyniła Henrykowi przyrzeczenia dotyczące przyszłości, a 
czysta jej dusza nie mogła wyobrazić sobie, by Zofia zdolna była do 
takiego czynu. 

Dziwne uczucie ogarnęło Ludwikę, gdy spostrzegła Zofię opartą na 

ramieniu Roberta. 

Radca Walentyn rozmawiał z porucznikiem Rotmanem. Zwrócił się 

też kilka razy do Ludwiki pragnąc, by i ona wzięła udział w rozmowie. 
Z  przybyciem  nowych  gości  odwołano  radcę.  Henryk  i  Ludwika 
pozostali  sami.  Było  to  po  raz  pierwszy  od  powrotu  Zofii.  Ludwika 
byłaby  najchętniej  odeszła,  ale  widząc,  że  to  nie  wypada  i  by  nie 
okazać  swego  zmieszania,  wypowiedziała  kilka  frazesów  o  zabawie 
ogrodowej. 

Henryk podjął skwapliwie ten temat, ale gdy spojrzał na bladą twarz 

Ludwiki i drżące jej usta, ogarnął go żal. Przypomniał sobie, jak droga 
mu była ta blada dziewczyna, zanim się nie zjawiła tamta. Dręczyła go 
myśl, że Ludwika cierpi z jego powodu. 

Już miał na ustach słowa współczucia, gdy Ludwika zapanowawszy 

nad sobą, spojrzała nań zimnym i przenikliwym wzrokiem. 

—  Dawno  nie  rozmawialiśmy  z  sobą,  panno  Ludwiko  —  rzekł 

Henryk uspokojony jej chłodem. 

— Nie było sposobności ku temu, panie poruczniku — odpowiedziała 

zimno.  —  To  prawda,  początkowo  korzystałem  może  nadmiernie  z 
miłego towarzystwa pani — rzekł pragnąc usprawiedliwić swe nagłe 
oddalenie. Zarumieniła się, ale odparła z niewzruszonym spokojem: 

— No, tak, trzeba się wżyć w nowe warunki i nowe otoczenie. Teraz, 

gdy pan poznał tutejsze towarzystwo, czuje się pan znacznie lepiej niż 
początkowo. 

— To prawda — odrzekł — ale brak mi tych miłych pogawędek z 

panią,  dla  której  od  pierwszej  chwili  naszego  poznania  żywię  tak 
serdeczną  sympatię.  Przyznaję,  że  trudno  mi  było  obyć  się  bez  jej 
przyjaźni. 

Głos jego brzmiał serdecznie. 

background image

Serce  jej  zadrżało  ze  wzruszenia.  Zachowując  z  trudnością  spokój, 

przemówiła nieco stłumionym głosem: 

-Wszak nie odmawiam panu tej przyjaźni. 
Spojrzał na nią uradowany. 
-. Wiec pani raczy mnie obdarzać przyjaźnią? 
Oczy jej nabrały serdecznego blasku. 
-  Może  pan  liczyć  na  moją  przyjaźń  —  rzekła  ciepło  i  ze  sta-

nowczością. 

Zdawało się Ludwice, że ciężar spadł z jej serca. Porucznik, ująwszy 

jej dłoń, złożył lekki pocałunek. 

—  Dziękuję  pani,  dziękuję,  będę  się  starał  być  godnym  przyjaźni 

pani. 

— Nietrudno to panu przyjdzie — rzekła uśmiechając się. 
Usta jej drżały, a serce biło gwałtownie, omal nie krzyknęła z  nad-

miernego cierpienia. Podając mu rękę, przemówiła doń serdecznie: 

— A więc będziemy przyjaciółmi — na zawsze. 
— Na zawsze, droga pani! A teraz mojej najlepszej przyjaciółce w 

dowód zaufania, powierzę ważną tajemnicę, o której nikt jeszcze nie 
wie. Wyjeżdżam stąd niebawem. 

Z lękiem spojrzała na niego. 
— Pan zostaje przeniesiony? — zapytała skwapliwie. 
—  Nie,  droga  pani.  Mam  inne  zamiary,  ale  o  tym  jeszcze  dziś  nie 

można mówić. Przypuszczam, że w najbliższych dniach, może nawet 
jutro, pomówię z rodzicami pani, a wtedy spodziewam się, że znajdę 
sposobność panią o wszystkim zawiadomić. 

Zdjęta  przeczuciem,  zaniepokoiła  się.  Nie  myślała  o  sobie,  tylko  o 

nim, o jego przyszłości. 

— Do każdego przedsięwzięcia życzę panu sukcesu — rzekła z po-

wagą. 

Spoglądał  na  nią  przez  chwilę  w  milczeniu.  Po  czym  odparł  z  po-

wagą: 

—  Dziękuję  za  pani  żywy  udział  we  wszystkim,  co  mnie  dotyczy. 

Uśmiechnęła się, ale uśmiech ten był dziwnie smętny. 

— Wszak jesteśmy przyjaciółmi — rzekła nieco niepewnym głosem. 

Po  czym  udali  się  ścieżką  na  taras,  rozmawiając  o  sprawach  po-
tocznych. Przechodzili obok namiotu, w którym siedzieli odosobnieni 

 

background image

Zofia i Robert. Zofia miała na ustach uśmiech pełen czaru, a Robert 

jakby zapomniał o całym świecie, wpatrując się w jej oblicze. 

Ludwika  mimo  woli  spojrzała  na  Henryka  i  zauważyła,  że  widział 

Zofię z Robertem i utkwił w niej spojrzenie pełne tęsknoty. Ta podno-
sząc  zaledwie  oczy,  uśmiechnęła  się  do  niego.  Henryk  głęboko 
westchnął. 

Ludwice ścisnęło się serce. Pomyślała, że Zofia uprawia flirt z Ro-

bertem i z Henrykiem. 

Trzeba jej powiedzieć, by zaniechała tego z chorym Robertem, który 

mógł silne wzruszenie przypłacić życiem. Tak zła chyba nie jest, by 
sprowadzić nieszczęście na człowieka, który uległ jej czarowi. 

Wszyscy  zaproszeni  goście  byli  już  zebrani  i  wojskowa  orkiestra 

rozpoczęła koncert wesołym marszem. Dokoła widziano same wesołe 
twarze.  Szczególnie  rozbawiony  był  Robert  Walentyn,  który  wraz  z 
Zofią przystąpił do grupy zebranej młodzieży. Zofia, aby nie zwracać 
zbytniej  uwagi,  przerwała  rozmowę  z  Robertem,  ten  jednak  nie  spu-
szczał z niej oka. 

Rodzice cieszyli się, widząc jak Robert ożywił się w towarzystwie. 

Spojrzeli na siebie porozumiewawczo, jak gdyby chcieli powiedzieć: 
„Możemy nareszcie odetchnąć swobodnie i radować się, że nasz syn 
wrócił do zdrowia". 

Pergaminowa  cera  radczyni  nabrała  nieco  koloru,  a  na  jej  twarzy 

malował  się  spokój.  Matczyne  serce  zapomniało  o  długich  latach 
cierpień. 

Majorowa spostrzegła z radością, że Robert Walentyn nie odstępuje 

Zofii. Nie było to wprawdzie dla niej nic nowego, że Zofia więcej się 
podobała  od  innych  panien,  syn  milionera  miał  jednak  większe 
znaczenie  od  innych  wielbicieli.  Była  przekonana,  że  Zofia  potrafi 
wyzyskać sytuację, zresztą nie ukrywała przed matką swych zamiarów 
zrobienia  bogatej  partii.  Że  Zofia  była  silnie  zaangażowana  z 
Rotmanem, tego majorowa nie przeczuwała. 

Zofia sama nie wiedziała, jak to się stało, że zabrnęła z Henrykiem, 

czyniąc mu zbyt daleko idące przyrzeczenia. Zakochała się w pięknym 
poruczniku, a młoda jej krew domagała się swych praw. Nie myślała 
jednak nigdy poważnie o tym, by zostać żoną Rotmana, poza tym nie 
mogła  sobie  wyobrazić,  by  Henryk  mógł  się  ożenić  z  ubogą  panną. 
Zdawało się jej, że nadejdzie chwila, w której zakończy się ich flirt. 

background image

Gdy  Zofia  czyniła  starania,  by  rozniecić  ogień  w  sercu  Roberta 

Walentyna, którego dla znacznego majątku uważała za odpowiedniego 
konkurenta, wzrok jej szukał Henryka, wpatrującego się w nią z wyra-
zem smutku i niepokoju. 

Raz jedyny przystąpił do niej, szepcąc jej do ucha kilka namiętnych 

słów. Ani nie drgnęła, rozmawiając o obojętnych rzeczach. Po chwili 
rzekła doń przyciszonym głosem: 

- Proszę cię Henryku, bądź ostrożny, ze wszystkich stron na nas 
patrzą. 
Westchnął głęboko. 
— Męczysz mnie dziś niemiłosiernie, Zofio. Dlaczego się zajmujesz 

tak  wiele  młodym  Walentynem  i  dlaczego  pozwalasz  na  taką 
natarczywość? — rzekł podrażniony, a zazdrość patrzyła mu z oczu. 

Uśmiechnęła się do niego, jak gdyby jej coś zabawnego powiedział. 
— Czy nie pojmujesz — odpowiedziała —że muszę wszystko czynić, 

by odwrócić od nas uwagę moich rodziców i ciekawych? Proszę cię, 
odejdź teraz, spotkamy się później w parku. 

— Gdzie i kiedy? — zapytał szybko. 
Obejrzała się, czy nikt ich nie podsłuchuje, po czym rzekła z cicha: 
—  Za  namiotem,  w  którym  się  znajduje  orkiestra  wojskowa,  pro-

wadzi wąska, jak mi się zdaje, mało używana ścieżka w głąb parku. Nie 
rozwieszono tam lampionów, będzie więc ciemno. 

Gdy rozpoczną się sztuczne ognie i uwaga wszystkich będzie na nich 

skupiona, będę tam na ciebie czekać. Będziemy mieli dość czasu, gdyż 
fajerwerki  nie  skończą  się  tak  szybko.  Ale  na  miłość  boską,  bądź 
ostrożny. 

—  Nie  obawiaj  się,  kochanie  —  odparł  uspokojony  jej  przyrze-

czeniem. 

— A teraz chodźmy do reszty towarzystwa — prosiła. 
—  Zaraz  pójdziemy,  ale  powiedz  mi  jeszcze  coś  miłego,  Zofio. 

Obrzuciła go na chwilę płonącym spojrzeniem. 

— Henryku, mój kochany Henryku! 
— Moja najdroższa — szeptał namiętnie. 
— Bądź rozsądny — prosiła cichutko. 
— Dobrze, dobrze. Ale nie zapomnij o przyrzeczeniu. 
— Przyjdę na pewno — odpowiedziała. 

background image

Zofia  wraz  z  Henrykiem  przystąpiła  do  Ludwiki,  która  siedziała  w 

pobliżu z kilku pannami przed jednym z namiotów. Służący podawał 
właśnie lody w srebrnych pucharach. 

Po chwili Ludwika skorzystała z okazji i odciągnęła siostrę na bok. 
— Zosiu — zwróciła się do niej serdecznie.  — Proszę cię, nie rób 

sobie zabawki z Roberta. Wiesz, że on jest chory. 

— Stajesz się sentymentalna, Ludwiko. Uspokój się, nie zamierzam, 

wcale urządzać sobie z niego igraszki. Przeciwnie, mam wobec niego 
poważne zamiary. 

Ludwika stanęła jak wryta. 
— Czy to ma znaczyć, że... że ty, że ty... 
— Że chcesz wyjść za niego? Dokończ to zdanie, wszak to chyba nie 

jest ani lekkomyślnym żartem ani okrucieństwem. 

Ludwika, ująwszy jej dłoń, zapytała zdławionym głosem: 
— A co zamyślasz, Zofio, z Henrykiem Rotmanem? 
Twarz  Zofii pobladła, ale wzrok jej  był zimny i spokojny, gdy od-

powiedziała: 

— A cóż ma być z Rotmanem, on mnie nie obchodzi. 
— Zofio, on cię kocha. Zofia wzruszyła ramionami: 
— Tego mu nie mogę zabronić.   
— Ale ty, czy go nie kochasz, a on czy nie wierzy w twoją miłość? 

Czy między wami nic nie zaszło?   

Cichy śmiech Zofii przerwał jej dalsze badania. 
—  Między  nami  nic  nie  zaszło.  Flirtujemy  tylko,  a  ten  flirt  może 

każdej chwili ustać, zależy to w zupełności ode mnie. Nic mnie z nim 
nie  wiąże,  niepotrzebnie  się  oburzasz.  A  jeśli  masz  zamiar  go 
pocieszyć, możesz to uczynić, ja ci nie przeszkodzę. 

Ludwika zdjęła rękę z ramienia Zofii. Blada, spojrzała z pogardą na 

siostrę i rzekła: 

—  Nie  znasz  mnie,  jeśli  sądzisz,  że  podejmę  rolę,  jaką  mi  wyzna-

czasz. 

Po tych słowach odwróciła się i odeszła. 
Zofia  obejrzała  się  za  nią.  Po  czym,  wzruszywszy  ramionami,  po-

myślała sobie, idąc ku domowi: 

— Po co się miesza do moich spraw?   

background image

Gdy wróciła do towarzystwa, obejrzała z dumą i radością wspaniale 

urządzone mieszkanie, będąc niemal pewna, że w najbliższym czasie 
obejmie rządy tego domu. 

- A teraz trzeba być rozsądną — powiedziała sobie. — O, ja nią 
będę. 
* **   
Robert Walentyn odszukał Zofię. 
— Bogu dzięki, słońce wzeszło — zawołał uradowany. — Gdy pani 

nie było, wydawało mi się wszystko szare. 

I wzrok jego nabrał namiętnego wyrazu, gdy spoczął na jej uroczej 

postaci. 

— To w wielkim świecie nauczył się pan komplementów — żarto-

wała, grożąc mu paluszkiem. 

Robert podał jej ramię. 
— Nie, komplementów nie umiem mówić. Powiedziałem tylko to, co 

myślę. Pani jest dla mnie promieniem słońca, które rozjaśnia życie i 
darzy radością. Bije od pani jasność i ożywcze tchnienie. A ja kocham 
słońce, ono jest dla mnie koniecznością życia. Czy pani się na mnie 
gniewa? — zapytał półgłosem. 

Podniosła  główkę  i  utkwiła  wzrok  w  młodzieńcu,  który  poczuł  się 

oszołomiony.  Zofia  znała  siłę  tego  spojrzenia,  wiedziała,  że 
zawładnęła sercem Roberta. 

— Czy się gniewam? Jakżeż mogłabym mieć żal do pana. Od zarania 

młodości... 

Jakby przestraszona, urwała i szepnęła zmieszana: 
— Nie, nie — tego nie wolno mi powiedzieć. Ujął jej dłoń. 
— A jednak, ja proszę, błagam o to, proszę mi powiedzieć, czego pani 

nie chciała dokończyć. 

— Nie, nie, kobiecie nie zawsze wolno powiedzieć, czym jej serce 

jest wypełnione. 

— Ponawiam moją serdeczną prośbę; niech pani dokończy to zdanie. 
 

background image

Zdawało się, że Zofia walczy z sobą, udawała zmieszaną, spojrzała 

nań, po czym jakby spłoszona, spuściła oczy. Nareszcie odetchnąwszy 
głęboko, rzekła jakby w hipnozie: 

—  Od  zarania  młodości,  od  lat  dziecinnych,  zachowałam  pana  w 

pamięci i modliłam się o jego zdrowie, jak o swoje własne. 

Słuchał z zapartym tchem. Gdy skończyła, rzekł wzruszony: 
— Dziękuję pani za te słowa, które mnie uszczęśliwiają. Skoczyła, 

jakby obudzona ze snu. 

— Boże mój, co ja uczyniłam, proszę zapomnieć, ja, ja uległam pana 

woli. 

  Przycisnął jej dłoń do serca. 
— Jakże piękny ten świat! Słońce moje opromienia mi życie! — za-

wołał uszczęśliwiony. 

Przerwano ich rozmowę. Grono pań i panów przyłączyło się do nich. 
Zofia  była  zadowolona  z  wyniku  tej  wymiany  zdań.  Przypomniała 

sobie przypadkowo, że gdy Robert uczęszczał jeszcze do gimnazjum, 
spotkali się pewnego razu na ślizgawce. Robert pokonawszy swą nie-
śmiałość,  przystąpił  do  niej  i  ślizgał  się,  rozmawiając  o  szkole. 
Wspomnienie to wykorzystała obecnie, wiedząc o tym, że mężczyźni 
są nieraz bardziej próżni od kobiet i że kto schlebia ich próżności, ten 
może ich owinąć dokoła palca. 

Wesoły, radosny śmiech Roberta dolatywał do uszu jego rodziców. 

Spoglądali na siebie uszczęśliwieni, ciesząc się jego dobrym humorem 
i zdrowym wyglądem. 

Henryk  Rotman,  oczekiwał  niecierpliwie  spotkania  z  Zofią.  Jej 

ustawiczne przebywanie w towarzystwie Roberta niepokoiło go moc-
no, mimo wyjaśnienia przez nią przyczyny. 

Ludwika  patrzyła  zmartwiona  w  jego  bladą,  strapioną  twarz.  Była 

pewna, że Henryk kochał Zofię i że pragnął połączyć się z nią węzłem 
małżeńskim. Nie wyobrażała sobie, jaki stosunek zaszedł między sio-
strą a Rotmanem. Nie wiedziała, że między nimi zawiązał się nie flirt, 

 

background image

lecz  stosunek  miłosny.  Była  pewna,  że  cierpieć  będzie  jedynie 

Henryk, a to niezmiernie ją trapiło. 

Była zadowolona, gdy się nareszcie ściemniło. Chciała oddalić się od 

gwaru towarzystwa, by spędzić kilka chwil w samotności. 

Nie  przypuszczając,  że  i  ktoś  inny  zechce  skorzystać  z  ciszy  wie-

czornej,  udała  się  boczną  ścieżką  do  parku,  gdzie  nie  dochodziło 
światło  lampionów.  Natknęła  się  na  ławkę,  umieszczoną  wśród 
krzewów. Usiadła tam, dając wodze swym smutnym myślom. 

Zaledwie pierwsza rakieta wystrzeliła ku niebu, usłyszała zbliżające 

się  szybkie  kroki.  Podniósłszy  wzrok,  spostrzegła  zarysy  smukłej 
postaci męskiej, zbliżającej się do ławki, na której siedziała. Refleksy 
świetlne odbijały się w metalowych guzikach uniformu, a po chodzie i 
ruchach  poznała  Henryka  Rotmana  —  zadrżała.  Czy  i  on  znękany, 
smutny, szukał samotności? 

To pewne, że nie powinien jej tu zastać. Wstała cichutko i skryła się 

wśród krzewów. Czekała, by minął ławkę, mniemając, że będzie mogła 
wymknąć się niespostrzeżenie. W ciemności, jaka go otaczała, Henryk, 
który  przybył  z  jasno  oświetlonej  części  parku,  nie  widział 
odchodzącej  Ludwiki.  Zbliżał  się  powoli  do  ławki,  nie  minął  jej 
jednak, lecz usiadł, wyczekując przybycia Zofii. 

Ludwika  namyślała  się,  co  uczynić.  Czy  zaczekać  aż  Rotman  się 

oddali, czy szybko przebiec obok niego, by jej nie spostrzegł. 

Zanim  się  zdecydowała,  jak  postąpić,  usłyszała  lekkie  kroki  na 

ścieżce i gdy zaniepokojona wyjrzała spoza krzaków, spostrzegła ko-
biecą postać w bieli, zbliżającą się również do ławki. 

Rotman pośpieszył jej naprzeciw. 
— Zofio! Kochanie moje! Nareszcie! 
Słyszała te słowa i zarazem ujrzała, jak padli sobie w objęcia. 
Ostry ból przeszył serce Ludwiki. Ręce odgarniające gałęzie opadły 

bezsilne. Omal nie krzyknęła z bólu. Nie mogła ruszyć się z miejsca, 
musiała pozostać w ukryciu i być świadkiem ich uścisków i gorących 
słów miłości. 

Para usiadła na ławce i Henryk, głosem pełnym namiętności, szeptał 

Zofii na ucho najczulsze wyrazy, ujmując jej dłoń i przyciskając ją do 
serca. 

 

background image

— Jestem szczęśliwy, że mam cię przy sobie. Oczekiwałem cię z bez-

graniczną niecierpliwością, obawiałem się, że już nie przyjdziesz. 

— Nie  mogłam przybyć wcześniej. Patrz, jak  mi serce bije z wiel-

kiego  pośpiechu.  Tych  kilka  chwil  szczęścia  okupuje  się  ciężkimi 
ofiarami — odpowiedziała Zofia. 

Henryk objął ją czule ramieniem. 
— To ukrywanie — rzekł — musi się skończyć. Nie chcę i nie mogę 

cię  nadal  na  nie  narażać.  To  dziś  ostatni  raz.  Aby  ci  oznajmić,  co 
zamierzam uczynić, poprosiłem cię o wyznaczenie mi tej schadzki. 

Zofia rozejrzała się dokoła, czy nikt nie nadchodzi. 
— Co chcesz mi powiedzieć, Henryku? Mów zwięźle, mamy zaled-

wie kilka chwil czasu. 

— Wiem o tym kochana. A więc słuchaj: wniosłem podanie o zwol-

nienie mnie ze służby wojskowej. Oczekuję lada dzień odpowiedzi. 

Zofia zalękniona zapytała: 
— Zwolniłeś się ze służby wojskowej? Ale z jakiej przyczyny? 
— Będąc porucznikiem nie mogę cię poślubić. Wszak jesteśmy oboje 

ubodzy. 

Słowa  Henryka  przejęły  ją  lękiem.  Myśl  jej  szukała  gorączkowo 

sposobu wydostania się z tej matni. 

— Poprosiłeś o zwolnienie ze służby wojskowej? Jakże mogłeś tak 

nierozważnie postąpić, Henryku? Musisz cofnąć to podanie — rzekła 
skwapliwie. 

Uścisnął  ją  serdecznie,  nieświadomy  myśli  krążącej  po  jej  główce. 

Zofia wyrwała się z jego uścisku. 

— Puść mnie, Henryku! Rozpacz mnie ogarnia. Jak mogłeś być tak 

lekkomyślny? 

— Lekkomyślny? To że pragnę się uwolnić z więzów, które mi nie 

dają  możności  poślubienia  ciebie,  nazywasz  lekkomyślnością?  Czyż 
zasługuję za to na wyrzuty? 

Zofia opanowawszy się, pomyślała: teraz trzeba być rozsądną. Licząc 

się z gwałtownym usposobieniem Henryka, obawiała się przykrych dla 
siebie  następstw  z  nagłego  z  nim  zerwania.  Zresztą  żal  jej  było 
kochającego ją młodzieńca, którego i ona darzyła uczuciem, na jakie ją 
było stać. Próżność nie pozwalała jej wyjawić swych zamiarów. 

Odetchnęła głęboko, rzekomo wielce stroskana. 
 

background image

-Henryku, czyż nie muszę ci czynić wyrzutów, widząc, że niszczysz 

swą  przyszłość?  Nie  zniosę,  byś  dla  mnie  ponosił  tak  ciężką  ofiarę. 
Wolę  raczej  zrzec  się  swego  szczęścia,  aniżeli  wtrącić  ciebie 
nieszczęście. Nie zrzekaj się ulubionego zawodu i kariery. 

Uśmiechnął się uszczęśliwiony, wierząc w jej gorącą miłość. 
- O, moja najdroższa! Wszak nie ponoszę żadnej ofiary. Mylisz 
się,  mniemając,  że  kocham  swój  zawód.  Jedynie  na  życzenie  mej 

matki  zostałem  w  wojsku  i  dosłużyłem  się  stopnia  porucznika.  Od 
dzieciństwa pragnąłem zostać architektem. Jutro oświadczę się twoim 
rodzicom, po czym wyjadę na studia. 

Zofia  była  tą  propozycją  wprost  skonsternowana.  Takiej  ewentual-

ności  nie  mogła  przewidzieć.  Połączenie  z  Rotmanem  węzłem 
małżeńskim było, jej zdaniem, niemożliwe i chciała mu pewnego dnia 
oświadczyć, że  muszą się rozłączyć.^ Obecnie, dowiedziawszy się o 
jego zamiarach, chcąc ukryć przed nim swój sposób myślenia, musiała 
udawać, że rozważy, co należy uczynić. 

W  rzeczywistości  ani  chwili  nie  myślała  o  urzeczywistnieniu  jego 

planów. Spędzić w smutku i odosobnieniu lata młodości, aby doczekać 
się skromnej i niepewnej egzystencji! Jej miłość nie była tak potężna, 
szczególnie teraz,  gdy zjawił się bogaty konkurent. Nie, stokroć nie! 
Musi za jakąkolwiek cenę wydostać się z tej matni. 

Ale ostrożność jest tu konieczna, należy uniknąć skandalu. Umysł jej 

pracował  gorączkowo,  zanim  zdołała  znaleźć  odpowiednie  wyjście. 
Westchnęła głęboko. 

— Henryku, mój najdroższy Henryku, czuję się nieszczęśliwa, że dla 

mnie przedsięwziąłeś tak trudne zadanie do wykonania. Nie zgadzam 
się na tak wielką ofiarę z twej strony — rzekła ze smutkiem. 

— Uspokój się Zofio. Wszak powiedziałem ci, że nie mam zamiło-

wania do mego obecnego zawodu. 

—  Ale  jak  ciężką  walkę  masz  przed  sobą,  Henryku.  Uścisnął  ją 

serdecznie. 

— Nie troszcz się kochanie i nie przypisuj sobie winy. Dla mnie to 

wystąpienie z wojska jest wyzwoleniem. Bądź więc zupełnie spokojna 
i pozwól mi wtajemniczyć rodziców w nasze plany. 

Ujęła skwapliwie jego dłoń. 
— Nie, nie, tego nie możesz uczynić. Ojciec zabroniłby nam wszel- 
 

background image

kiej  korespondencji,  nie  pozwoliłby  mi  na  żadną  styczność  z  tobą. 

Dopóki  nie  osiągniesz  wytkniętego  celu,  lepiej  rodzicom  o  tym  nie 
wspominać.  A  jeśli  rzeczywiście  nie  dla  mnie  chcesz  zmienić  swój 
zawód, serdeczne moje życzenia będą ci towarzyszyć aż do spełnienia 
twych pragnień. Ale aż do tego czasu nie będziemy związani słowem. 
Będziesz wolny, mój Henryku, nie chcę w żaden sposób zmusić cię do 
tak  poważnego  kroku,  jakim  jest  małżeństwo.  Objął  ją  ramieniem  i 
przycisnął do serca. 

— Czy wolno mi będzie pisywać do ciebie, kochana Zofio i donosić 

ci o moim sposobie życia? A ty, czy mi odpowiesz na moje listy, czy 
mi napiszesz, jak spędzasz czas? 

Przytuliła się do niego. Jego pocałunki wznieciły płomień w jej sercu. 
— Będziemy po kryjomu pisywali do siebie, Henryku. 
— Ale w jaki sposób moje listy dojdą do ciebie? 
Zofia odetchnęła. Zyskała na czasie. Wyjazd Henryka przyda się jej 

planom. Nie będzie miała żadnej przeszkody w pozyskaniu Roberta. Z 
tego, że oszukuje obu, nie czyniła sobie wyrzutów. Z czasem zerwie z 
Henrykiem. Korespondencja była tajemna, mogła więc pisać o tym, co 
odpowiadało jej planom. 

— Adresować będziesz do mnie na poste restante  — rzekła po na-

myśle. 

— Czy będziesz mogła odbierać moje listy niespostrzeżenie? 
— Już ja to jakoś urządzę. Musimy tylko oznaczyć dzień, w którym 

będziemy do siebie pisywać. 

— Nie zapomnisz o mnie, najdroższa? 
— Obrażasz mnie tym przypuszczeniem, Henryku! 
I  znów  padli  sobie  w  objęcia.  Na  chwilę  zapanowało  milczenie. 

Ludwika przysłuchując się ich rozmowie, klęczała skryta w krzakach, 
pełna  niemej  rozpaczy.  Z  parku  dochodziły  odgłosy  zachwytu  na 
widok wspaniałych ogni bengalskich. 

Zofia wyrwała się z ramion Henryka. 
—  Muszę  odejść,  najwyższy  czas,  bym  wróciła  do  towarzystwa, 

inaczej spostrzegą moją nieobecność. 

Henryk westchnął. 
— Tak, kochanie, musimy się rozstać. Po raz ostatni, na długi prze- 
 

background image

ciąg czasu, przyciskam cię do serca. Nie mogę się jeszcze z tą myślą 

pogodzić.  Odejdź,  Zofio,  ale  ucałuj  mnie  raz  jeszcze  na  pożegnanie. 
Objęła  go  serdecznie  i  obsypała  gorącymi  pocałunkami.  Ogarnął  ją 
szczery żal — wszak wiedziała, że to rozłąka na zawsze. 

—  Żegnaj,  Henryku!  Życzę  ci  szczęścia  na  nową  drogę.  -  Żegnaj, 

kochanie, do widzenia! 

Zofia oddaliła się szybkim krokiem, oglądając się na wszystkie stro-

ny. Rotman pozostał  na  miejscu, czekając aż  Zofia go znacznie  wy-
przedzi. Nareszcie powstał i zdążał wąską ścieżką ku ożywionej części 
parku. 

Po jego odejściu Ludwika wydostała się z ukrycia. Złamana na duszy 

i ciele padła jak zemdlona na ławkę. Skryła płonącą twarz w dłonie i 
wybuchnęła  spazmatycznym  płaczem.  Pogrążona  w  bezgranicznym 
bólu, nie zauważyła, że Henryk wrócił tą samą ścieżką. Szukał zgu-
bionych rękawiczek, które mogły zdradzić jego schadzkę w tym miej-
scu. W głębokiej  zadumie zbliżał się do ławki. Nagle usłyszał spaz-
matyczne łkanie. Przelękniony stanął. W pierwszej chwili myślał, że to 
Zofia  wróciła,  by  wypłakać  się  z  powodu  bliskiej  rozłąki.  Ale 
przypomniał sobie, że gdyby to ona była, byłby ją niezawodnie spotkał. 
Któż więc znajdował się na ławce, którą przed chwilą opuścił, kto tak 
serdecznie  płacze?  Chciał  się  przekonać,  kim  była  ta  nieszczęśliwa, 
która w samotności wylewała gorzkie łzy. Była na pewno świadkiem 
jego  schadzki  z  Zofią,  musiał  się  dowiedzieć,  w  czyich  rękach 
spoczywała ich tajemnica. 

Cichutko stanął za krzakiem, czekając, aż nieznajoma wyjdzie z tej 

ciemni. Tam, gdzie stał, było jasno, wytężył więc wzrok. 

Wreszcie płacz jej przycichł. Dolatywały go westchnienia i stłumione 

łkanie.  Uczuł  serdeczną  litość  dla  tej  nieszczęśliwej  istoty.  Nagle 
usłyszał ciche stąpanie. Z głębi wychyliła się z krzaków smukła, jasna 
postać. Widział, jak przyciskała chustkę do oczu, by zatrzeć ślady łez. 
Zbliżała się z wolna, a Henryk patrzył za nią. Gdy przechodziła obok 
niego,  padł  na  jej  oblicze  promień  światła,  dobywający  się  przez 
gałęzie. Przerażony, utopił wzrok w zapłakanych oczach. 

— Ludwika Randolfówna! — omal nie wymienił głośno tego imie-

nia. Zacisnąwszy usta zamilkł. Stał jak zdrętwiały, a myśli jego krążyły 
dokoła Ludwiki. Ona we łzach na tej ławce, gdzie przedtem siedział 

 

background image

z  Zofią  w  uściskach.  Pomyślał,  że  była  pewnie  świadkiem  jego 

schadzki z Zofią. Dowiedziała się o wszystkim, a jej łzy, te krwawe, 
rozpaczliwe łzy, płynęły ze wzgardzonej miłości, tej miłości, którą on 
przez swoje zachowanie się obudził i rozniecił. 

Wracając do parku przemyśliwał, jakie następstwa mogły wynikać z 

tego, że Ludwika dowiedziała się o jego miłości do Zofii. Namyślał się, 
czy powiedzieć Zofii, że jej siostra wie o wszystkim. Ale odrzucił tę 
myśl.  Wydało  mu  się  niewłaściwe  zdradzić  Zofii  miłość  Ludwiki, 
którą  ona  z  tak  szlachetną  dumą  ukrywała.  Wyczuwał,  że  musi  ją 
przynajmniej ochronić przed litością siostry, przypuszczał bowiem, że 
Zofia odczuje głęboko cierpienie Ludwiki. Nie przeczuwał, że Zofia 
wiedziała o miłości siostry do niego. 

Znając czysty i szlachetny charakter Ludwiki, był przekonany, że ona 

nie zdradzi przypadkowo odkrytej tajemnicy. 

Po ustaniu fajerwerków udano się do wielkiej sali jadalnej na kolację. 

W tym czasie Robert Walentyn szukał wzrokiem Zofii. Dopiero przy 
samym końcu spostrzegł ją za szerokimi plecami jednego z gości. 

Pośpieszył do niej natychmiast. 
— Łaskawa pani — odezwał się — przypadł mi w udziale zaszczyt 

prowadzenia pani do stołu. 

Oczy  Zofii  zajaśniały  dziwnym  blaskiem.  Przed  niespełna  godziną 

zakradła się do wspaniale nakrytej jadalni, by zobaczyć, jakie miejsce 
wyznaczono  jej  przy  stole.  Zauważyła,  że  sąsiadem  po  prawej  ręce 
miał być asesor Helbig, po lewej zaś kapitan Tresow. Rozradowana, 
dowiedziała się obecnie, że Robert zamienił miejsca, by móc siedzieć 
przy niej. 

Z uśmiechem pełnym wdzięku rozmawiała z Robertem. On zaś czuł 

się szczęśliwy, siedząc obok swej pięknej sąsiadki. 

Majorowie Randolfowie zauważyli z zadowoleniem, że młody Wa-

lentyn  wyróżnia  ich  córkę.  Inaczej  się  na  to  zapatrywali  rodzice 
Roberta.  Matka  ze  zdziwieniem  spostrzegła,  że  Robert  zmienił  swe 
miejsce, przeznaczyła mu bowiem na sąsiadkę młodą panienkę, córkę 

 

background image

bogatego  kupca,  przyjaciela  radcy  Walentyna.  Rodzice  Roberta 

pragnęli by syn pojął ją za żonę. Ale Robert tego dnia ani się na nią 
obejrzał, zajęty nieustannie Zofią, która mimo swej piękności i dow-
cipu, nie cieszyła się sympatią jego rodziców. 

Walentyno wie spojrzeli na siebie porozumiewawczo. 
Rozumiem i podzielam twoją obawę — rzekł Walentyn. 
- Musimy się mieć na baczności — odpowiedziała Walentynowa. 
Uspokoiła ich myśl, że w tej sprawie są tego samego zdania. 
Ci, którzy się coraz bardziej od siebie oddalali, mieli zgodne zapa-

trywanie, gdy chodziło o syna i wspólnymi siłami dążyli, by go uszczę-
śliwić. 

Robert ani przeczuwał obaw rodziców. Z rozjaśnioną twarzą zabawiał 

się z Zofią, coraz bardziej ulegając jej czarowi, którym tak umiejętnie 
działała na serca mężczyzn. 

Henryk Rotman nie mógł ze swego miejsca obserwować Zofię i Ro-

berta, siedział bowiem w dużej od nich odległości. Naprzeciw niego 
siedziała Ludwika z jednym z jego kolegów. Patrzył ze współczuciem 
w blade i smutne oblicze dziewczęcia. Nie było śladu łez na jej twarzy, 
a  siwe  oczy,  które  umiały  tak  czule  patrzyć,  miały  wyraz  zimny  i 
dumny.  Wiedział,  jaki  ogrom  cierpienia  ukrywał  się  pod  tym 
wejrzeniem. Zauważył też lekkie drżenie jej koralowych ust. Nie mógł 
oderwać od niej oczu. 

Ludwika unikała jego wzroku. Mimo to nieraz ich oczy się spotkały, a 

wtedy gorący rumieniec oblewał jej policzki. 

Przez wzgląd na zdrowie syna, Walentynowie starali się, by jak naj-

mniej  czasu  pozostało  na  tańce.  Robert  nie  chciał  zrezygnować  z 
zabawy tanecznej, lekarze zaś zalecali jak najmniej ruchu, aby się nie 
zgrzał, gdyż mógłby się łatwo przeziębić. Wobec tego rodzice postarali 
się, by tańce trwały jak najkrócej. 

Skoro tylko zabrzmiała muzyka w sali ogrodowej, rozochocone pary 

puściły się w wir tańca. 

Robert tańczył z Zofią pierwszego walca. 
Po pierwszej turze Zofia oświadczyła, że jest zmęczona. Uczyniła to 

Po pierwsze przez wzgląd na Roberta, oddychał bowiem ciężko, a po 
wtóre wolała z nim rozmawiać. 

Robert udał się ze swą piękną tancerką do przyległej sali. Po raz 
 

background image

pierwszy był przejęty radością życia. Zofia obudziła w nim te radosne 

uczucia. Chęć do życia była w nim dotychczas jakby uśpiona. Obecnie 
odżył,  potrącony  czarodziejską  różdżką.  Cudu  tego  dokazały  piękne 
oczy Zofii. 

Henryk Rotman przystąpił do Zofii i zaprosił ją do walca. W tańcu 

szeptał czułe, namiętne słowa. Była dlań serdeczna, a nie chcąc w nim 
wzbudzić podejrzenia, ubolewała, że się wkrótce rozłączą. 

Po odtańczeniu walca z Zofią, poprosił Ludwikę o jedną turę. Naj-

chętniej byłaby podziękowała, ale obawiając się, że to zwróci uwagę, 
powstała. Stanęli wśród tańczących, Ludwika poruszała się jak odręt-
wiała. 

Początkowo oboje milczeli, po czym Henryk odezwał się pierwszy: 
—  Dlaczego  pani  taka  blada,  czy  się  źle  czuje,  czy  może  się  pani 

nudzi? 

Ludwika odparła zimno: 
— Przeciwnie, panie poruczniku, bawię się doskonale, wszak mamy 

dziś niemało odmiany. 

Spojrzał na nią ze smutkiem. 
—  Bolałoby  mnie  to,  gdyby  pani  nie  była  wesoła  —  rzekł  cicho. 

Podniosła ku niemu wzrok. Tajone cierpienie malowało się w jej 

oczach.  Ale  wyraz  ten  znikł  w  oka  mgnieniu  i  znów  patrzyła 

spokojnie i zimno. 

— Powinno być panu obojętne, w jakim jestem humorze — odparła 

krótko i ostro, jakby z obawy, że z twarzy jej można było wyczytać, 
jaki był stan jej duszy. 

Zamilkł  na  chwilę.  Ale  nie  czuł  się  dotknięty  jej  szorstką  odpo-

wiedzią,  wiedział  bowiem,  co  ukrywała  z  taką  dumą  i  godnością. 
Wreszcie zapytał: 

— Czyż Ludwika nie obdarzyła  mnie swoją przyjaźnią? Czy przy-

jacielowi nie wolno się troszczyć o wszystko, co dotyczy jego przyja-
ciółki? 

Zarumieniła  się  z  lekka  i  pomyślała,  że  może  wkrótce  będzie  mu 

potrzebna jej przyjaźń. Spojrzała nań serdecznie. 

— Tak — odrzekła — zapewne, wolno troszczyć się o przyjaciela. 

Przepraszam pana za me ostre słowa. Ja w tej chwili zapomniałam, że 
jesteśmy przyjaciółmi. 

 

background image

Ucałował  jej  rękę.  Przerwali  taniec.  Uśmiechając  się,  cofnęła  rękę. 

Miedzy  przyjaciółmi  wystarcza  podanie  ręki  —  starała  się  wy-
powiedzieć żartobliwie. 

Głos jej drżał, a poprzez żartobliwy ton przebijało cierpienie. 
Opowiadał jej o swych planach na przyszłość, choć o nich wiedziała, 

tylko nie wspominał o Zofii. 

Słuchała  ze  spuszczonymi  oczyma,  a  twarz  jej  mocno  pobladła. 

Raniło  to  serce  Henryka.  Gdy  skończył,  zapytała  bezdźwięcznym 
głosem: 

--Czy wyjazd pana nastąpi niebawem? 
— Tak, oczekuję  każdego dnia wiadomości  o zwolnieniu  mnie, po 

czym natychmiast wyjadę. Każdy dzień ma dla mnie znaczenie, gdyż i 
tak może jest za późno rozpocząć nowy zawód. 

Siliła się, aby spojrzeć nań z uśmiechem. 
— Dla mężczyzny nie powinno istnieć słowo „za późno", dopóki mu 

starczy sił, by osiągnąć wytknięty cel. 

Jego oczy nabrały blasku. 
— Jakże jestem wdzięczny pani za te słowa. Ma pani słuszność, nie 

będzie to dla mnie za późno. 

Muzyka zagrała polkę, a jeden z młodych ludzi zaprosił Ludwikę do 

tańca. 

Henryk spotkał ją dopiero przed samym odejściem i szepnął jej kilka 

słów: 

— Spodziewam się, że będę miał jeszcze sposobność pożegnać się z 

panią, panno Ludwiko. 

— W każdym razie będzie pan u moich rodziców, wtedy się pożeg-

namy.  Gdybyśmy  się  jednak  nie  widzieli,  to  życzę  panu  szczęśliwej 
drogi i spełnienia swych projektów. 

— Serdecznie pani dziękuję. A jeśli się po latach zobaczymy, spo-

dziewam  się,  że  los  obdarzy  panią  tak  wielkim  szczęściem,  na  jakie 
pani zasługuje. 

Uśmiechnęła się. 
— Na szczęście nie można „zasługiwać" — rzekła z rezygnacją. — 

Zresztą powiadają, że szczęście jest tylko marzeniem. Spróbuję więc 
marzyć o szczęściu. 

 

background image

Starała  się  nadać  swym  słowom  ton  żartobliwy,  ale  gorycz 

dźwięczała z każdej nuty. Spojrzał na nią czule. 

— Czy zachowa pani dla mnie swą przyjaźń, gdy powrócę za kilka 
lat? 
Spojrzała nań swymi wymownymi oczyma. 
— Ilekroć zechcesz się zwrócić do wiernego przyjaciela, znajdziesz 

go we mnie — rzekła z rzewnym uczuciem. 

Podali  sobie  dłonie  i  Ludwika  z  rozrzewnieniem  popatrzyła  na 

Henryka,  jakby  żegnała  się  z  nim  na  zawsze.  On  był  również 
wzruszony, zdawało mu się, że rozłącza się z drogą istotą. Rozeszli się 
w milczeniu, 

Henryk pożegnał się z Randolfami, zamieniwszy jeszcze kilka czu-

łych słów z Zofią. Randolfowie byli jedni z ostatnich, którzy opuścili 
gościnne progi Walentynów. Robert Walentyn żegnał się z uśmiechem 
na ustach, śniąc o pięknej Zofii. 

* ** 
Następnego  dnia  rodzina  Randolfów  siedziała  przy  śniadaniu.  Po 

nieprzespanej nocy byli w kwaśnym humorze, oczekiwano przybycia 
ciotki Klary. 

Pożyczone od Ludwiki pieniądze były na wyczerpaniu. Major i ma-

jorowa żywili nadzieję, że Walentyn oświadczy się o Zofię i w swoim 
optymizmie budowali już na tej podstawie zamki na lodzie. Na razie 
jednak jedynie Klara mogła im przyjść z pomocą. Gdyby obecnie nie 
przywiozła  znaczniejszej  sumy  pieniędzy,  ich  sytuacja  byłaby 
rozpaczliwa. 

Zofia była zamyślona, Ludwika siedziała blada ze schyloną głową i 

milczała, a Zuzia dąsała się, bo siostry nie zdały jej dokładnej relacji z 
zabawy u Walentynów, poza tym wzbudzało w niej niepokój przybycie 
ciotki Klary. 

Majorowa wypiła kilka szklanek silnej kawy, by się orzeźwić i łamała 

sobie  głowę  nad  dyspozycją  obiadu,  godnego  tak  ważnej  osoby  jak 
Klara.  Major  narzekał,  że  musi  odejść,  by  spełnić  obowiązek 
służbowy. 

 

background image

— Nie zapomnij — rzekła doń żona — że masz oczekiwać Klary na 

dworcu kolejowym. 

Skinął głową i odszedł. 
Około dwunastej zajechał Robert Walentyn, by się dowiedzieć, jak 

się panie miewają. Naturalnie, że chodziło mu tylko o Zofię. Twarz jej 
rozpogodziła  się  natychmiast.  Wyglądała  prześlicznie,  a  z  jej  oczu 
tryskała radość życia. Robert siedział wpatrzony w nią jak w tarczę sło-
neczną i kosztowało go niemało wysiłku zamienić kilka słów z majoro-
wą  i  Ludwiką.  Zuzia,  zakradłszy  się  do  salonu,  usiadła  w  kąciku  i 
czyniła swe spostrzeżenia. 

Walentynowie nie mieli pojęcia, że ich syn zamyśla udać się naza-

jutrz po zabawie do Randolfów, gdyby to przypuszczali, staraliby się 
temu przeszkodzić. Młody Walentyn nie mógł się doczekać chwili wi-
dzenia się z Zofią. 

Ta,  jakby  od  niechcenia,  zaczęła  mówić  o  wystawie  obrazów,  przy 

czym  zauważyła,  że  wystawę  tę  często  odwiedza.  Dla  uniknięcia 
ścisku przychodzi między trzecią a czwartą, o tej porze bowiem nie ma 
tam prawie nikogo i można swobodnie oglądać obrazy. 

Robert  spojrzał  na  nią  badawczo,  zachował  w  pamięci  naznaczoną 

przez nią godzinę, z zamiarem odwiedzenia o tej porze wystawy. 

Zuzia uśmiechnęła się znacząco, słysząc powiedzenie Zofii. Znając 

dobrze swą siostrę, wiedziała, że ona takich uwag nie rzuca na wiatr. 

Stosując się do zwyczajów przestrzeganych przy pierwszej wizycie, 

Robert zabawił krótko. 

Majorowa zwróciła uprzejmie jego uwagę, że co czwartku przyjmują 

gości od godziny piątej i że będzie im miło i jego zaliczyć do ich grona. 
Robert  uradowany  zapewnił,  że  bardzo  często  będzie  korzystał  z  jej 
uprzejmości. 

Po  jego  odejściu  majorowa  i  Zofia  zamieniły  znaczące  spojrzenia, 

które  Zuzia  zaraz  podchwyciła.  Po  czym  matka  i  córka  podeszły  do 
okna, a ukrywszy się za firanką, przypatrywały się eleganckiemu autu, 
czekającemu na Roberta. 

Zbliżała  się  chwila,  w  której  trzeba  było  wyruszyć  na  dworzec  po 

ciotkę Klarę. 

Major, po ukończonej służbie, wrócił do domu w jeszcze gorszym 
 

background image

humorze niż uprzednio. Przebrał się szybko i wyruszył na dworzec w 

nadziei, że Klara przywiezie żądane pieniądze. 

Doczekał się wreszcie przybycia pociągu. Wyprostował się, podkręcił 

wąsa, pragnąc uczynić jak najlepsze wrażenie na Klarze. 

Panie  tymczasem  starały  się  o  jaki  taki  porządek  w  mieszkaniu. 

Najwięcej zajmowała się tym Ludwika, ona jedna bowiem wiedziała, 
jak zaniedbane było domowe gospodarstwo. 

Zofia nie przykładała ręki do tych zajęć gospodarskich. Huśtając się 

w bujaku, czyniła drwiące uwagi. 

Zuzia w pocie czoła przyszywała guziki do rękawiczek, bo w czasie 

ostatniej wizyty ciotka zwróciła jej uwagę na brak guzików. 

Rozległ się głos dzwonka i służący, wyczekujący napiwku od gościa, 

wybiegł otworzyć drzwi. 

Major  kazał  mu  wnieść  pakunki  ciotki  do  przeznaczonego  dla  niej 

pokoju. 

Klara  Austetten  padła  w  objęcia  przybiegającej  na  jej  przywitanie 

siostry. Nie można sobie wyobrazić większego kontrastu niż te dwie 
siostry.  Od  eleganckiej  majorowej  dziwnie  odbijała  Klara  w  starej 
sukni podróżnej, którą Zofia nazwała uszczypliwie przedpotopową. 

Podczas przywitania sióstr, Zofia uśmiechnęła się znacząco do ojca. 

Major  wzrokiem  zdawał  się  prosić  o  współczucie,  że  z  takim 
straszydłem na ptaki musiał przejeżdżać przez miasto. 

Zofia przywitała ciotkę z uprzedzającą grzecznością. Zuzia skłoniła 

się,  całując  jej  ręce.  Ludwika  zbliżyła  się  ostatnia.  Nie  raziła  jej 
niemodna  suknia  ciotki  ni  fryzura,  wyglądająca  spod  starego 
kapelusza.  Patrzyła  prosto  w  jej  twarz,  z  której  biła  prawość  cha-
rakteru. 

Złożywszy kapelusz i rękawiczki, udała się ciotka Klara w towarzy-

stwie rodziny Randolfów do salonu. 

— Klaro, odpocznij nieco, zanim zaniosą rzeczy do twego pokoju — 

nalegała majorowa, pociągając siostrę za sobą na kanapę. 

Klara usiadła przy niej. 
— Nie jestem zmęczona — rzekła. Możemy jeszcze chwilę pogawę-

dzić, zanim się przebiorę. 

— Tak, tak, gawędźmy. Nie masz pojęcia, Klaro, jak się ucieszyłam, 

żeś przyjechała, wszak tak długo cię nie widziałam. 

 

background image

Klara pogładziła niemal z macierzyńską czułością jasną główkę sio-

stry, a oczy jej przez chwilę patrzyły serdecznie. 

— Dwa lata — rzekła — minęły od moich ostatnich odwiedzin. Bogu 

dzięki wszyscy dobrze wyglądacie. 

Elżbieta westchnęła. 
—  Tak  się  tylko  wydaje,  teraz  to  z  radości  widzenia  z  tobą.  Gdy 

zobaczysz mnie jutro, po moich zajęciach gospodarskich, przekonasz 
się, jak gwałtownie się postarzałam. 

— Czy zawsze jeszcze zapodziewasz klucze? — zapytała Klara we-

soło. 

— Ach dobrze znasz moją słabą stronę — odpowiedziała Elżbieta. Za 

dużo dźwigam na mej biednej głowie, bywam nieraz tak roztargniona, 
jak nasz nauczyciel. 

Ciotka  Klara,  spoglądając  uważnie  na  siostrzenice,  siedzące  na-

przeciw niej, odezwała się: 

— Zofia dziś piękniejsza, niż przed dwoma laty, chociaż trudno po-

myśleć, by to było możliwe. 

Zofia  na  znak  podziękowania  skinęła  główką,  uśmiechając  się  z 

wdziękiem. 

— Każdy komplement z twoich ust, cioteczko, waży podwójnie  — 

odpowiedziała z lekką ironią. 

Klara spojrzawszy na nią, rzekła spokojnie: 
— To nie komplement, zwłaszcza dla ciebie, Zofio. Jest to szczęście 

być piękną — ale nie zasługa. 

Zofia zarumieniła się i pomyślała: 
— Jakże nieznośna ta stara panna — ale przezwyciężyła się i rzekła: 
— Masz słuszność, cioteczko. 
Wzrok Klary spoczął na twarzy Zuzi, oczekującej ostrzejszej perory. 
— Zuzia już ciebie przerasta, Elżbieto — przemówiła Klara. —Tyś 

ogromnie wyrosła, Zuziu, wkrótce twe zwisające warkocze trzeba bę-
dzie upiąć na głowie. 

Zuzia  zajrzała  ciotce  w  oczy,  chcąc  z  nich  odczytać,  czy  ciotka 

Powiedziała to poważnie, czy też sobie z niej żartowała. 

— Wszak ja już kończę siedemnaście lat, cioteczko. 
-—  Ach,  prawda!  Uważasz  się  już  chyba  za  dorosłą  pannę?  Zuzia 

wyprostowała się i z minką kapryśnego podlotka, zapytała: 

 

background image

— Czy uważałabyś to za rzecz karygodną, ciociu? I znów serdeczny 

uśmiech okrasił usta Klary. 

—  Nie,  Zuziu.  W  twoim  wieku  uważałam  się  również  za  dorosłą 

pannę  i  miałabym  innym  za  złe,  gdyby  myśleli  inaczej.  Byłam  tego 
samego wzrostu, ale nie tak ładna jak ty. 

Zuzia  skoczyła,  jak  zelektryzowana,  a  chwyciwszy  rękę  Klary,  za-

wołała: 

— Ciociu! Czy rzeczywiście uważasz mnie za ładną? 
— Owszem, za bardzo ładną — odpowiedziała Klara. 
— Bogu dzięki! Jeśli ty tak mówisz, to musi być prawda  — rzekła 

Zuzia z niekłamaną radością. 

Skoczyła nagle, rzuciła się ciotce na szyję i ucałowała ją serdecznie. 
— Kochana ciociu — zawołała z żywością — nie jesteś tak zła, za 

jaką miałyśmy cię. 

Matka i siostry zarumieniły się zmieszane. 
— Ależ Zuziu — zawołała matka z gniewem. Zofia szepnęła: 
— Co za nieznośne dziecko! 
Ludwika  zacisnęła  kurczowo  dłonie,  spoglądając  na  ciotkę,  jakby 

chciała ją za wszystkich przeprosić. 

Lekkie  drgnienie  przebiegło  po  twarzy  Klary,  po  czym,  objąwszy 

Zuzię, uścisnęła ją serdecznie. 

— Staraj się, mój mały trzpiocie, poznać mnie lepiej — rzekła — a 

wtedy będziesz mogła osądzić, czy jestem tak zła, jak się wydaje. 

Usunęła  na  bok  Zuzię  i  przez  chwilę  przypatrywała  się  z  uwagą 

Ludwice. 

— Teraz na ciebie kolej, Ludwiko, muszę i o tobie wypowiedzieć swe 

zdanie. 

—  Rozumie  się  —  odezwała  się  Zofia,  niby  żartobliwie,  ale  z  do-

mieszką  ironii.  —  I  Ludwice  słusznie  coś  się  od  ciebie  należy, 
rozdzielaj i nie skąp twych mądrych rad, cioteczko! 

Klara udawała, że nie słyszy drwiącej mowy Zofii. 
— Ludwika, zdaje mi się — rzekła Klara po dłuższym namyśle — 

należy do rzędu kobiet, o których się nie mówi. Zdaniem mego ojca, 

 

background image

mądrego  człowieka,  kobiety,  o  których  się  najmniej  mówi,  sa 

najlepsze. Zresztą uważam Ludko, że jesteś bardzo podobna do twego 
dziadka. Podobieństwo to występuje najwyraźniej w spojrzeniu. 

- Ludwika ma twoje oczy, Klaro — rzekła skwapliwie majorowa, 
zadowolona, że nierozważne słowa Zuzi poszły w zapomnienie. 
Powstając z kanapki, Klara zauważyła: 
- Jeśli chcecie, odwzajemniając się, krytykować mnie, nie mam nic 
przeciw temu. 
Oczy wszystkich zwróciły się ku Klarze. Postać jej chuda, koścista w 

niemal ubogiej, skromnej sukni, przedstawiała się nader niekorzystnie. 
Złoty łańcuch od zegarka był jedyną jej ozdobą. Na palcu prawej ręki 
widniał  pierścień,  pamiątka  po  matce.  Bujne  włosy,  gładko  przy-
czesane i ułożone w węzeł, uwydatniały jeszcze bardziej jej kościste 
policzki. 

— Ale teraz chyba najwyższy czas udać się do przeznaczonego dla 

mnie pokoju, by się umyć i strzepać kurz z sukni. 

Wszyscy powstali. 
—  Ludwiko,  odprowadź  ciotkę  do  jej  pokoju  —  odezwała  się  ma-

jorowa. 

—  Bardzo  chętnie  to  uczynię,  mamo.  Chodźmy  cioteczko.  Klara 

udała się z Ludwiką do przeznaczonego dla niej pokoju. 

Zaledwie  drzwi  się  przymknęły,  Zofia  rzuciła  się  z  westchnieniem 

ulgi na krzesło i podnosząc dłonie ku niebu, zawołała: 

— Boże, mój Boże! Cóżeś nam za plagę zesłał! 
— Ależ Zofio! — upomniała matka. 
Zofia westchnęła po raz wtóry. v 
— Nie zechcesz  mi chyba wmówić, że ta wizyta jest dla nas  miła. 

Zuzia, szarpiąc nerwowo chusteczkę, odezwała się: 

— Wiesz Zofio, że ciotka nie jest tak przykra, jak mi ją przedstawiłaś.   
- To rozumne zdanie wyraziłaś już uprzednio — zadrwiła Zofia. 
—  To  mi  się  tak  wymknęło,  sama  nie  wiem  jak.  Ale  nie  będę  już 

ulegać twemu wpływowi, postaram się sama wyrobić sobie sąd. 

— Ależ owszem! — odparła Zofia. — Niechaj ciotka Klara będzie 

twym ideałem. Ludwika już od dawna wzoruje się na niej. 

Zuzia, wzruszając ramionami, odeszła do swego pokoju.   

background image

Klara z  Ludwiką  weszły do gościnnego pokoju. Randolfowie  mieli 

tylko ten jeden pokój gościnny, bardzo skromnie urządzony. Ludwika 
postarała  się  o  bukiet  róż  i  postawiła  go  na  okrągłym  stoliku,  przy-
krytym białą serwetą. Miła woń napełniła pokój. Gdy Ludwika poło-
żyła torebkę ciotki na stoliku, zauważyła dziurę w serwecie, zarumie-
niła się i szybko zakryła ją torebką. 

Ale bystre oczy ciotki spostrzegły, że serweta była podarta. 
—  Czy  pozwolisz  cioteczko,  bym  ci  pomogła  przy  wypakowaniu 

twych rzeczy? — zapytała Ludwika. 

— Dziękuję ci, dziecko. Uporam się z tym sama. 
— Więc mogę odejść? 
— Za pół godziny będę gotowa i przyjdę do salonu. 
Ludwika  odeszła,  wielce  zakłopotana  stanem  serwety.  Zaraz  po  jej 

odejściu Klara wyjęła z torebki podróżnej igłę i nici i naprędce zace-
rowała serwetę, a torebkę postawiła na dawne miejsce. 

Gdy  ciotka  po  wypakowaniu  rzeczy  weszła  do  salonu,  Ludwika 

zaopatrzona  w  igłę,  nitkę  i  nożyczki  zakradła  się  do  gościnnego 
pokoju.  Spostrzegłszy  już  naprawioną  serwetkę,  zarumieniła  się  i 
zawstydzona wróciła do salonu. 

Była  tam  już  zebrana  cała  rodzina.  Major  w  szykownym  ubraniu 

usiadł  naprzeciw  szwagierki  i  nadskakiwał  jej  w  swój  natarczywy 
sposób.  Klara  z  trudem  ukrywała  niesmak  z  powodu  tych  starań 
majora, by się jej przypodobać. 

Majorowa nie mogła usiedzieć na miejscu, co chwila wybiegała do 

kuchni, by zajrzeć, czy obiad już gotowy. 

Klara dotychczas ani słówkiem nie nadmieniła celu swego przybycia. 

Major  wyczekiwał  niecierpliwie  tego  wyjaśnienia.  By  ukryć  swe 
zniecierpliwienie, silił się na żarty z córkami i odgrywał rolę czułego 
ojca rodziny. 

Nareszcie służący oznajmił, że waza na stole. 
Major podał z galanterią ramię szwagierce i poprowadził ją do stołu. 

Na  pierwszym  miejscu  siedziała  Klara,  po  jej  lewej  ręce  major,  po 
prawej majorowa. Na dalszych miejscach siedziały trzy siostry. 

Służący obnosił dokoła zupę. Gdy ciotka Klara rozłożyła serwetkę, 

Ludwika zauważyła ze zgrozą, że była podarta. Wystraszony wzrok 

 

background image

Ludwiki zwrócił uwagę Klary, która spostrzegłszy uszkodzenie ser-

wetki, opuściła ją szybko na kolana. 

Z  rozrzewnieniem  patrzyła  Klara  na  miłą  twarzyczkę  Ludwiki. 

Najchętniej  uścisnęłaby  ją,  ale  twarz  jej  nie  zdradzała  wzruszenia,  a 
wyraz jej oczu był, jak zwykle, zimny i spokojny. Ludwika wiedziała, 
jak  bardzo  ciotka  zważa  na  porządek.  Wstyd  ją  ogarnął  na  myśl,  że 
odniesie przykre wrażenie na widok nieładu w gospodarstwie domo-
wym.  Co  pomyśli  o  nich,  widząc  trzy  dorosłe  panny  i  taki  nieład. 
Ludwika starała się nieraz zaprowadzić porządek w domu, ale w końcu 
j ona się zaniedbała tak jak jej otoczenie. 

Rozmawiano o błahych rzeczach. Major opowiadał anegdoty z życia 

wojskowego, naśladował swych przełożonych, przedstawiając siebie w 
najkorzystniejszym świetle.  Zuzia  pobudzała wszystkich do śmiechu 
swymi  zabawnymi  uwagami.  Zofia  dorzucała  tu  i  ówdzie  jakiś 
ironiczny zwrot. Jedynie Ludwika milczała. Na bladej, smutnej twarzy 
spoczywał chwilami wzrok ciotki z głębokim współczuciem. 

Klara ze spokojem i pewnością wypowiadała swe zdanie o rzeczach 

poznanych,  gdy  zaś  nie  była  czegoś  pewna,  prosiła,  by  jej  sprawę 
wyjaśniono. Przy całej pewności siebie nie uważała się za nieomylną. 

Po obiedzie Klara wyraziła życzenie udania się na godzinkę do swego 

pokoju. 

Major nie bardzo był z tego zadowolony, spodziewał się bowiem, że 

Klara nareszcie poruszy sprawę tak żywo ich obchodzącą. 

— Jeśli chcesz się przedrzemać, Klaro — przemówiła majorowa — 

to wejdź do mego pokoju, tam jest znacznie spokojniej. W gościnnym 
pokoju słychać rozmowy służby oraz stuk talerzy i garnków. 

Klara zaprzeczyła głową. 
— Nie, kochanie, nie sypiam po obiedzie, pragnę jednak odpocząć na 

chwilę i przeczytać gazetę. U siebie w domu nieraz przez cały dzień nie 
mówię tyle, co tu przez godzinę. 

— Więc usiądź w salonie, tam znacznie przyjemniej. W gościnnym 

pokoju nie będzie ci tak wygodnie  — odezwała się ponownie majo-
rowa. 

Mnie tam bardzo wygodnie — odpowiedziała Klara. — Nie rób 
 

background image

zresztą  takich  ceremonii  ze  mną.  A  więc  do  widzenia.!  Nie 

przeszkadzajcie sobie w niczym, ja zastosuję się do was. 

— A więc czyń, jak ci przyjemnie, Klaro! Klara uścisnęła siostrę, a 

wychodząc, rzekła do Ludwiki: 

— Przynieś mi za chwilę gazetę. 
— Bardzo chętnie, ciotuniu — odpowiedziała Ludwika. 
Klara  odeszła  do  swego  pokoju.  Przysunęła  sobie  krzesło  do okna, 

obok stolika, na którym stały róże. Krzesło było niewygodne, szukała 
jakiejś  poduszeczki,  ale  nie  było  żadnej.  Wyjęła  więc  z  łóżka 
poduszkę,  przyozdobioną  haftami.  Gdy  odwróciła  poduszkę, 
zobaczyła, że poszewka była w dwóch miejscach podarta. 

Była  niemile  tym  dotknięta,  gdy  weszła  Ludwika.  Ta  spostrzegła 

natychmiast, że ciotka ma znów w ręku coś uszkodzonego. Rumieniec 
wystąpił na jej twarz. 

—  Ach!  cioteczko  —  zawołała  stłumionym  głosem  —  jakiż  mnie 

wstyd ogarnia, nie mogę ci spojrzeć w oczy. 

Klara odłożyła poduszkę, a przystąpiwszy do Ludwiki, rzekła: 
— Cieszę się, moja droga, że się wstydzisz tego niedbalstwa. Ładnie 

to  nie  jest,  że  taki  nieład  panuje  w  domu,  w  którym  są  trzy  dorosłe 
panny. Popatrz, to kosztowna powłoczka. Gdyby się ją w czas napra-
wiło, byłoby się zapobiegło tym wielkim dziurom. Teraz nie wystarczy 
już  cerówka,  trzeba  będzie  wstawić  łatę,  a  to  już  brzydko  wygląda. 
Chodź Ludko, zabierzmy się do roboty. 

Klara zdjęła powłoczkę. Ludwika usiadła przy niej zasmucona. 
— Naprawiłaś już cioteczko serwetkę, leżącą na stoliku, chciałam to 

zrobić, ale gdy miałam się zabrać do naprawy, serwetka była już cała. 

Klara wyjęła swoje pudełko z przyborami do szycia. 
— Zdaje się, moja Ludko — zauważyła — że wasza szafa z bielizną 

smutno wygląda. 

Ludwika odezwała się ze łzami w oczach: 
— Nie tylko w szafie z bielizną, ale gdziekolwiek spojrzysz, wszędzie 

nieład. Tyle razy już zamierzałam to zmienić. 

Klara uśmiechnęła się ukradkiem. Był to uśmiech pobłażliwy, który 

nie zgadzał się z surowym wyrazem jej oczu. 

 

background image

- Czy chciałabyś się nauczyć gospodarki domowej? — zapytała 
Klara  łagodnie,  ująwszy  Ludkę  za  ręce.  Ludwika  spojrzała  na  nią 

błagalnie. 

—  Szalenie  cioteczko,  czuję  braki  tego  na  każdym  kroku.  I  może 

dlatego to nasze życie jest tak ponure. Nie mówiłabym o tym, gdybyś 
sama nie zauważyła, co się u nas dzieje. Wstydzę się za siebie i za nich 
wszystkich.  Przy  tobie  czuję  się  dobrze,  jakiś  dziwny  spokój  mnie 
ogarnia, pragnęłabym serdecznie być taka, jaka ty jesteś cioteczko. Ale 
nie osiągnę nigdy tego ideału. Gdy odjedziesz, nie będzie nikogo, kto 
by mną pokierował i powrócę znów do dawnego stanu. - 

Klara ciągle trzymała ręce Ludwiki w swych dłoniach. 
— Spójrz mi w oczy, Ludwiko — rzekła z powagą. 
Ludwika podniosła wzrok, a Klara wyczytała w jej spojrzeniu głęboki 

smutek. Czy przyczyną tego były tylko przykre stosunki domowe? 

— Powiedz mi otwarcie, Ludwiko — rzekła Klara — czy wiadomo 

ci, jaki jest wasz stan majątkowy? 

Ludwika skinęła głową potakująco. 
— Znam go dość dobrze, cioteczko. Rodzice mówią o tym całkiem 

otwarcie przed nami. Ach! To wszystko takie straszne! Gdybyś wie-
działa, ciotuniu, jak mnie to przytłacza. Trwoni się pieniądze na rzeczy 
zbędne, a potem brak ich na najpotrzebniejsze. 

Klara zamyśliła się. 
— Tak, tak i ja to samo zauważyłam. Chociaż tak rzadko bywam u 

was,  jest  wszystko  tak  jasne,  jak  gdybym  stałe  z  wami  przebywała. 
Zdaje mi się, że czas najwyższy pomówić o tym poważnie z twoimi 
rodzicami.  Dlatego  przyjechałam.  Ale  nie  chcę  ci  jeszcze  zaprzątać 
umysłu tymi sprawami. Musimy pomówić o rzeczy bliżej cię obcho-
dzącej. Czy masz do mnie zaufanie, Ludwiko? 

— O tak, cioteczko, bezgraniczne zaufanie. Czuję to, że jesteś dobra, 

rozsądna  i  energiczna.  Jesteś  człowiekiem  w  całym  tego  słowa  zna-
czeniu. 

Blady rumieniec oblał twarz Klary. 
—  No,  no,  nie  osądzaj  mnie  tak  pochlebnie.  Ale  odpowiedz  mi  na 

Pytanie, czy chcesz pojechać ze mną do mego dworku — na jak długo 

 

background image

zechcesz, w każdym razie na rok lub dwa lata. Spodziewam się, że 

gdy  poproszę  o  to  twych  rodziców,  zgodzą  się  na  to.  Ilekroć  byś 
zatęskniła,  mogłabyś  odwiedzić  swoich  najbliższych  .  Postarałabym 
się wyuczyć cię gospodarki domowej — o ile mogę sądzić, wyrobisz 
się na dobrą gospodynię. 

Klara oczekiwała w naprężeniu odpowiedzi Ludki. 
Twarz Ludki wyrażała niekłamaną radość. Chwilę namyślała się, po 

czym ująwszy dłoń ciotki, oznajmiła, że z wdzięcznością zgadza się na 
jej propozycję. 

Kto wie, jakby wypadła odpowiedź Ludwiki, gdyby Henryk pozostał. 

Ale obecnie nic jej nie wstrzymywało od wyjazdu. 

— Ależ cioteczko, czy rzeczywiście chcesz mnie zabrać ze sobą? 
— Tak, dziecino. Ale namyśl się jeszcze. Nie urządzam tak wesołych 

zebrań towarzyskich jak twoi rodzice. Mój dom odwiedza co najwyżej 
kilka osób. Miałabyś sposobność bywania dość często w teatrze i na 
koncertach, a ze względu na ciebie, odwiedziłabym kilka tańcujących 
wieczorów.  Ale  to  wszystko  w  porównaniu  z  tym,  co  spotykasz  w 
domu rodzicielskim, jest drobnostką. Poza tym musiałabyś się zabrać 
pilnie do pracy. A muszę się przyznać, że jestem dość surowa i niczego 
nie przepuszczam. Gdybyś się dostała w moje ręce, zajęłabym się tobą 
z całą właściwą mi energią. 

Ludwika ucałowała ręce ciotki. 
—  Jeśli  mnie  zabierzesz  i  zadasz  sobie  tyle  pracy  ze  mną,  będę  ci 

serdecznie  wdzięczna,  kochana  cioteczko.  Nie  wiem  czy  rodzice 
zezwolą na mój wyjazd. 

— Pozostaw to mnie, ja ci wyjednam ich pozwolenie. Ale czy ci nie 

będzie zbyt ciężko rozłączyć się z nimi? 

Ludwika odpowiedziała stanowczo: 
— To nie powinno mnie powstrzymać od wyjazdu. Pragnę się nau-

czyć czegoś, by stać się podporą matki. 

— Więc dobrze, Ludwiko, namyśl się jeszcze. Muszę dziś omówić 

wiele  ważnych  spraw  z  rodzicami,  więc  i  tę  rzecz  poruszę.  Jeśli  nie 
zmienisz swego postanowienia i będziesz trwać w zamiarze wyjazdu 
do mnie, wyruszymy z końcem tygodnia. Pozostanie ci więc jeszcze 
sześć dni na przygotowanie do podróży. 

 

background image

-Sześć dni mi wystarczy, a moje postanowienie nie ulegnie zmianie 

Wyjeżdżam z tobą, cioteczko. Klara skinęła głową. 

Ciotka i Ludka rozmawiały jeszcze długo ze sobą. Klara cieszyła się 

na myśl o pobycie Ludwiki w swym domu. Była dotychczas tak samot-
na teraz rozjaśni się jej życie, młoda dziewczyna będzie jej słonecznym 
promieniem. 

    * ** 
Gdy Klara z Ludwiką wróciły do salonu, dowiedziały się, że major 

musiał odejść w sprawie służbowej. Wrócił, gdy panie już były po pod-
wieczorku. Ukrywając swój zły humor, usiadł przy stole i poprosił o 
filiżankę herbaty. 

Po chwili zabrała głos Klara: 
— Jeśli nie jesteś bardzo zmęczony, Wilhelmie, moglibyśmy poru-

szyć kilka ważnych spraw. 

Major wstał. 
— Nie jestem znużony, do twoich usług, Klaro. Może przejdziemy do 

mego pokoju, tam nikt nam nie przeszkodzi. 

Klara  skinęła  głową  na  znak  zgody,  a  ujmując  ramię  majorowej, 

rzekła: 

— Chodźmy, Elżbieto, i ty musisz być obecna przy tej rozmowie. I 

odeszli do pokoju majora. 

Klara  Arnsteten  usiadła  wyprostowana  naprzeciw  majora.  Długie 

wahanie  nie  było  jej  zwyczajem,  gdy  chodziło  o  załatwienie  jakiejś 
sprawy. Uderzyła od razu w sedno rzeczy: 

— A więc, drogi szwagrze i kochana siostro, prosiliście mnie znów 0 

zasiłek  pieniężny.  Wilhelm  pisał,  że  potrzeba  wam  dwu  do  trzech 
tysięcy marek. Wolałam tym razem sama przywieźć te pieniądze. 

Para  małżeńska  odetchnęła  swobodniej,  zamieniwszy  wymowne 

spojrzenia. 

Major ucałował rękę Klary. 
— Jesteś wspaniałomyślną istotą, kochana, droga Klaro — zawołał 

major — nie umiem nawet wyrazić, jak ci jesteśmy wdzięczni. 

 

background image

Nadużywaliśmy  niestety  już  kilka  razy  twej  dobroci,  a  ty  w  swej 

szlachetności  nie  odmawiałaś  nam  pomocy.  Dziękuję  ci  dziś 
serdecznie i będę ci wiecznie za to wdzięczny, możesz być tego pewna. 

Trzymał jej rękę w swej dłoni i podniósł ją ponownie do ust, ale Klara 

cofnęła ją szybko. 

— Nie masz powodu być mi wdzięczny Wilhelmie, gdyż wszystko to 

uczyniłam  dla  siostry  i  jej  dzieci.  O  tobie  nie  myślałam  —  rzekła 
zimno. 

Zbiło go to z tropu i zachwiało jego pewność siebie. Trwało to tylko 

chwilę, gdyż znów konwencjonalny uśmiech zaigrał na jego ustach. 

Stare panny lubią się zawsze drożyć. Najprawdopodobniej nie chce 

przyznać się, jak bardzo jej na mnie zależy. Daremnie Elżbieta obrzuca 
mnie swym triumfującym spojrzeniem. 

Majorowa uścisnęła siostrę. 
—  Tyś  zawsze  była  dobra  i  ofiarna,  Klaro  —  rzekła  Elżbieta 

wzruszona  —  nigdy  nie  umiałam  być  ci  tak  wdzięczna,  jak  na  to 
zasługujesz. 

—  Zostaw  to  kochanie  —  mówiła  Klara  —  wszak  nie  mam  prócz 

ciebie i twoich dzieci nikogo na świecie. Ale teraz posłuchajcie. Celem 
mej  podróży  nie  było  doręczenie  wam  żądanych  pieniędzy,  pragnę 
pomówić  z  wami  o  bardzo  ważnej  sprawie.  Aby  wam  wyłuszczyć 
powody, skłaniające mnie do tego kroku, muszę sięgnąć wstecz. Nie 
może być nadal tak jak dotychczas. 

Po chwili zamilkła. 
Major,  który  mniemał,  że  cała  sprawa  już  załatwiona,  poruszył  się 

niespokojnie na krześle i strwożony popatrzył na Klarę. Ta zaś mówiła 
dalej: 

— Musicie sobie uprzytomnić, że w ciągu ostatnich 3 lat posłałam 

wam dwadzieścia pięć tysięcy marek. Za pierwszym razem piętnaście 
tysięcy — pisaliście wówczas, że tyle wam potrzeba na spłacenie dłu-
gów. Po czym posyłałam, w różnych odstępach czasu mniejsze sumy. a 
dziś  przywożę  wam  trzy  tysiące  marek.  To  wszystko  razem  wynosi 
dwadzieścia pięć tysięcy! Gdyby to tak dalej postępowało, mój majątek 
wkrótce wyczerpałby się całkowicie. 

—  Boże  mój!  Więc  tyle  jesteśmy  ci  dłużni  —  zawołała  ze 

zdziwieniem majorowa. 

 

background image

- Nic nie jesteście mi dłużni, Elżbieto. Nie liczę na to, byście mogli 
nu zwrócić te pieniądze — rzekła Klara spokojnie. 
- Jesteś zaiste aniołem! — zawołał major z udanym entuzjazmem. 
Klara spojrzała nań zimno. 
-- Dzięki Bogu, nic mnie nie łączy z aniołami, Wilhelmie. Czuję 
się  we  własnej  skórze  tak  dobrze,  że  nie  pragnę  zamienić  jej  na 

anielską. Ale wróćmy do rzeczy. Nie mogę was nadal wspierać takimi 
sumami. Jak to się stało, żeście tyle wydali — jest to dla mnie zagadką. 
Musieliście, darujcie mi tę przykrą uwagę, roztrwonić te pieniądze. 

Major westchnął, a wznosząc oczy ku górze, rzekł: 
—  Elżbieta  nie  posiada  niestety  cnót  gospodarskich,  poza  tym  na 

toalety jej i naszych córek wydajemy szalone sumy. 

Majorowa zarumieniwszy się, odparła w gniewie: 
— Nie w tym sęk, Wilhelm gra i to bardzo wysoko w karty. A choć 

czasem  wygrywa,  przegrane  jednak  przewyższają  znacznie  wygrane 
sumy. 

Klara rzuciła zdziwione spojrzenie na majora, który nie mogąc znieść 

jej widoku, odwrócił głowę. 

— Ty grasz? — rzekła Klara poważnie. —  Teraz  rozumiem wszy-

stko.  Otóż  właśnie  to  jest  waszą  ruiną.  Wiedząc  o  tym,  łatwiej  mi 
będzie  powiedzieć  wam,  co  zamierzam.  Nie  uważajcie  tego  za  nad-
użycie mych praw, jeśli się mieszam w wasze intymne sprawy. Muszę 
to uczynić, aby rzeczy jasno wyłożyć. A nie chcąc niczego przed wami 
ukrywać, przedstawię  wam  mój stan majątkowy. W tym celu  muszę 
sięgnąć wstecz. Wszak macie dość czasu, aby mnie wysłuchać? 

Małżonkowie z ciężkim sercem skinęli głową. Klara westchnąwszy 

głęboko, zaczęła: 

— Elżbieta dostała sto tysięcy marek w posagu, a dwadzieścia tysięcy 

ojciec  ofiarował  na  spłacenie  twych  długów,  Wilhelmie.  Ojciec,  w 
swym poczuciu sprawiedliwości, złożył w banku równą sumę na moje 
'mię.  Po  śmierci  ojca  Elżbieta  otrzymała  w  spadku  osiemdziesiąt 
tysięcy marek, co razem z posagiem stanowiło dwieście tysięcy. Nie 
wliczono Pieniędzy wydanych na jej wyprawę, gdyż ja, pozostając w 
domu rodzicielskim, miałam tam całe utrzymanie. Mój spadek wynosił 
sto tysięcy 

 

background image

marek  w  gotówce,  poza  tym  pozostał  dla  mnie  dom  z  obszernym, 

pięknym ogrodem, co równało się także sumie stu tysięcy marek. To 
wszystko chyba pamiętacie? 

— Tak, Klaro — rzekła Elżbieta. 
— A więc dobrze. Ojciec zakończył życie przed dwunastu laty. Po 

jego zgonie nie mieliście już grosza z posagu Elżbiety, zostały tylko 
długi, które spłaciliście odziedziczonymi pieniędzmi. Pozostała reszta 
nie  starczyła  na  długo.  Ja  zaś  utrzymałam  się  przy  całym  spadku. 
Ojciec nauczył mnie obracać korzystnie pieniędzmi, nie narażając się 
na straty. Operowałam więc przez lat dziesięć moim kapitałem, który 
urósł  do  stu  pięćdziesięciu  tysięcy  marek.  Przed  dwoma  laty 
wycofałam  je  z  przedsiębiorstw  i  ulokowałam  w  papierach 
wartościowych,  przynoszących  mi  pięć  od  sta.  Wydaję  z  tego  na 
utrzymanie  pięć  tysięcy  marek  rocznie.  Remonty  i  pensje  służby 
pokrywam sprzedażą owoców i jarzyn z ogrodu, wszak wiecie, jak są 
doskonałe. 

—  O,  tak,  Klaro.  Gdy  nadchodzi  twoja  każdoroczna  przesyłka, 

wspominam  dziecięce  lata,  gdy  biegając  po  sadzie,  zrywałam  nieraz 
niedojrzałe owoce. 

Klara ujęła rękę siostry. 
— Cieszę się bardzo  —  rzekła  —  że wam owoce smakują. Ale do 

rzeczy. Z  mego  majątku wydałam dwadzieścia pięć tysięcy dla was, 
zostało  mi  więc  jeszcze  sto  pięćdziesiąt  tysięcy  i  dom  z  ogrodem. 
Majątek  mój  przynosi  mi  siedem  tysięcy  pięćset  marek  rocznego 
dochodu.  Zawiadamiam  was,  że  niedawno  sporządziłam  testament. 
Zdradzę  wam  jego  treść,  jeśli  mnie  zapewnicie  słowem  honoru,  że 
zachowacie tę moją ostatnią wolę w tajemnicy przed córkami. 

Major  i  majorowa  przyrzekli  jej  to  solennie.  Dręczył  ich  oboje 

niepokój, pragnęli dowiedzieć się, do czego Klara zmierza. 

—  W  moim  testamencie  mianowałam  spadkobierczyniami  mego 

ruchomego  majątku  wasze  córki,  tak  że  każdej  z  nich  przypadnie  w 
udziale pięćdziesiąt tysięcy marek. 

Małżonkowie spojrzeli na siebie z niepokojem. 
— Zamierzasz zapisać swój majątek na imię naszych córek, na wy-

padek,  gdybyś  nas  przeżyła  —  rzekł  major  układając  już  w  myśli, 
jakby mógł na podstawie tego spadku po Klarze zaciągnąć pożyczkę. 

Klara zaprzeczyła energicznie skinieniem głowy. 

background image

- Nie tylko w tym przekonaniu pominęłam was w testamencie, 
chcąc zapewnić swym siostrzenicom majątek, który po mnie zostanie, 

jeśli Elżbieta mnie przeżyje, odziedziczy po mnie dom rodzicielski z 
ogrodem. Gdyby zaś zakończyła życie przede mną, to i te nierucho-
mości przypadną w udziale waszym córkom. Same potem osądzą, czy 
chcą  ten  dom  zatrzymać,  czy  sprzedać.  Ciebie,  drogi  szwagrze, 
ominęłam w testamencie, masz bowiem zawód, który ci daje pokaźne 
dochody,  a  potem  pensję  emerytalną,  która  powinna  wystarczyć  na 
życie. Nadto mój testament zabezpiecza przyszłość twych córek, co — 
spodziewam  się  —  jest  dla  ciebie  korzystniejsze,  niż  gdybym 
pomyślała o tobie w testamencie. 

Klara wypowiedziała te słowa spokojnie i rzeczowo, bez przykrych 

docinków. Lecz major musiał wprzód przełknąć swą pigułkę goryczy 

i złości, zanim skinął potakująco głową. 
— Spodziewam się — rzekła Klara, spoglądając badawczo na majora 

—  że  jesteście  przekonani,  że  wedle  najlepszej  myśli  i  chęci  roz-
porządziłam majątkiem. 

Major odchrząknął, a poprawiając kołnierz, jakby mu dolegał, zabrał 

głos: 

— Zapewne, zarządziłaś wszystkim rozsądnie. Nasze córki powinny 

ci być wdzięczne. 

I Elżbiecie nie przypadło do serca zarządzenie Klary. Bolało ją to, że 

siostra nie mianowała jej uniwersalną spadkobierczynią. Sądziła, że jej 
się  to  należało,  a  przywykła  do  tego,  że  Klara  przede  wszystkim 
myślała  o  siostrze.  W  każdym  razie  cieszyło  ją,  że  Klara  cały  swój 
majątek zapisała jej córkom, a nie — jak to miała prawo uczynić — 
obcym ludziom. Ujęła więc dłoń Klary i uścisnęła ją. 

Major obawiał się, że w przyszłości trudno będzie wydostać od Klary 

sumę  takiej  wysokości,  jaka  im  będzie  potrzebna.  Cała  sprawa  nie 
przedstawiała  mu  się  jeszcze  jasno.  To,  że  córki  Jego  będą 
spadkobierczyniami  Klary,  nie  cieszyło  go  chwilowo.  Był  egoistą, 
przede wszystkim myślał o sobie, chociaż nieraz udawał czułego ojca. 
Fakt,  że  córki  były  piękne  i  ogólnie  się  podobały,  schlebiał  jego 
próżności. Z niepokojem zastanawiał się, co mu przyniesie przyszłość. 

Jednak Klara przywykła kończyć rzecz rozpoczętą i ciągnęła dalej: 
 

background image

 
—  Nie  życzę  sobie,  by  wasze  córki  znały  treść  mego  testamentu. 

Byłoby mi przykro, by wdzięczność dla mnie uważały za swój obowią-
zek. Z tego powodu przypominam wam dane mi słowo, że wszystko, 
cośmy omówili, pozostanie w tajemnicy. 

Po czym Klara wyjęła ze swej torebki trzy tysiące marek, a kładąc je 

na stole, rzekła: 

— Po tej przydługiej przedmowie,  przystępuję do właściwego celu 

naszej  konferencji.  Gdy  podjęłam  dla  was  te  trzy  tysiące  marek, 
powiedziałam  sobie:  To  są  ostatnie  pieniądze,  które  podejmuję. 
Pozostałych stu pięćdziesięciu tysięcy marek nie wolno mi naruszyć. 
Uważam już dziś te pieniądze za własność moich siostrzenic. I dałam 
sobie słowo, że ich nie naruszę. Dlatego oznajmiam wam, że owe trzy 
tysiące  marek  są  ostatnią  znaczniejszą  kwotą,  którą  oddaję  wam  do 
dyspozycji.  Na  przyszłość  postaram  się  zaoszczędzić  ze  swoich 
dochodów  dwa  tysiące  marek  i  te  wam  będę  mogła  corocznie 
przysyłać. Jeśli je doliczycie do dochodów Wilhelma z wojska, to wam 
wystarczy na skromne życie. Rozumie się, że na tak wysokiej stopie 
jak  dotychczas,  nie  będziecie  mogli  żyć.  Starajcie  się  więc  wasze 
stosunki  finansowe  uregulować  i  ograniczać  się  w  wydatkach, 
zaprowadzić  pewne  oszczędności  i  nie  zaciągać  żadnych  długów. 
Ponad te dwa tysiące rocznie nie będę mogła przysyłać, musi wam to 
wystarczyć. Jeśli Wilhelm dostanie awans, będziecie mogli wydawać 
więcej. 

Major odezwał się z niezadowoloną miną. 
—  Tak,  kochana  Klaro,  mam  nadzieję,  że  w  czasie  tegorocznych 

manewrów otrzymam awans, ale  może to i później nastąpi, a  mamy 
jeszcze wiele drobnych dłużków. Musimy być od nich uwolnieni, po 
czym  dopiero  będzie  można  urządzić  się  tak,  aby  moje  pobory  z 
zasiłkiem pieniężnym, który nam ofiarowujesz, wystarczyły na życie. 
Ale jeśli chcesz nas wydobyć z matni, raczysz jeszcze — po raz ostatni 
—  spłacić  nasze  długi,  wynoszące  około  piętnastu  tysięcy  marek. 
Dopiero wtenczas będziemy mogli dzięki tobie rozpocząć nowe życie. 

Major  przypuszczał,  że  tym  sposobem  uda  mu  się  zmienić  posta-

nowienie Klary. Ani na chwilę nie myślał o ograniczeniu swych wy-
datków. 

 

background image

—- Gdybym to uczyniła, naruszyłabym kapitał zostawiony waszym 

dzieciom.  Nie  mogę  sobie  wyobrazić,  żebyś  chciał  ograbić  własne 
córki. 

Major chwycił się za głowę: 
Mój Boże! Mogę ci z łatwością spłacić te wyłożone pieniądze, gdy 

zostanę  pułkownikiem  —  rzekł,  chcąc  nakłonić  Klarę  do  nowej 
pożyczki. 

A jeśli nie będzie awansu? — zapytała. Wszak niejednemu się zda-

rzyło nie przekroczyć rangi majora. 

— Wilhelm jest bardzo ceniony przez swych przełożonych  — ode-

zwała  się  Elżbieta,  pragnąc  pomóc  mężowi,  gdyż  i  jej  zależało,  aby 
wydostać jak najwięcej pieniędzy od siostry. 

W rzeczywistości w kancelarii wojskowej wiedziano, ile major miał 

długów, że często zgrywa się po nocach w karty — więc jego widoki 
na awans przedstawiały się niekorzystnie. 

—  Życzę  wam  obojgu,  by  Wilhelm  awansował,  ale  mego  posta-

nowienia to nie zmieni. Namyślam  się długo, zanim coś postanowię. 
Rozważyłam  wszystko  dokładnie,  zanim  się  zdecydowałam  na 
dzisiejszą  konferencję  z  wami,  która  jest  dla  mnie  dość  przykra. 
Gdybym się w sprawach pieniężnych zastosowała do waszych życzeń, 
wasze  dzieci  w  najkrótszym  czasie  byłyby  wyzute  z  całego  mienia. 
Rozważ  to,  Elżbieto,  zanim  się  przyłączysz  do  prośby  swego  męża. 
Apeluję do twej macierzyńskiej miłości. Z całą energią, na jaką mnie 
stać, nie dopuszczę, by waszym dzieciom stała się krzywda, kocham je 
bowiem, tak jak ciebie Elżbieto. 

Major w rozdrażnieniu podkręcał wąsy, po czym odezwał się: 
—  Dam  ci  wszelką  gwarancję,  Klaro,  że  spłacę  dług  zaciągnięty  u 

ciebie. 

Zaprzeczyła, skinąwszy głową z niedowierzaniem. 
— Ty grasz — w tym mieści się wszystko. Nie trudź się, aby nakłonić 

mnie do pożyczki. Jeśli macie długi, ułóżcie się z wierzycielami, by się 
zgodzili na częściowe spłaty. Mniemam, że to się da przeprowadzić, 
naturalnie,  że  będziecie  musieli  jeszcze  bardziej  ograniczać  się  w 
Wydatkach. 

Elżbieta  westchnęła.  Chociaż  była  przekonana,  że  siostra  miała 

najlepsze  zamiary  zabezpieczenia  dzieciom  przyszłości,  żyła  tylko 
teraź- 

background image

niejszością i tylko myślała o tym, jak sobie uprzyjemnić każdą chwilę 

życia. 

— Ach Klaro — rzekła, żaląc się — ty nie wiesz nawet, jaka tu panuje 

drożyzna. Jesteś sama jedna, więc nie wydajesz tak wiele. Ale nas jest 
pięcioro, to pieniądze ulatują, jakby miały skrzydła. 

— Uznaję, że musicie więcej wydawać ode mnie, ale zaradzić temu 

nie  mogę.  Musicie  sami  coś  w  tym  względzie  postanowić,  inaczej 
lecicie w przepaść. Macie tu trzy tysiące marek, będziecie więc mogli 
spłacić  pilne  długi.  Przyrzeczony  zasiłek  pieniężny  będę  wam 
przysyłać  w  ratach  kwartalnych  po  pięćset  marek.  Aby  wam  ulżyć, 
przyślę pierwszą ratę już pierwszego lipca. 

Major z wyraźną niechęcią spoglądał w twarz swej szwagierki, której 

teraz nienawidził. 

— Po cóż jej nadskakiwałem — pomyślał. Mści się na mnie, żem się 

z nią nie ożenił, z tym straszydłem na ptaki. Naturalnie, że ona się do 
tego nie przyzna, udaje jeszcze naszą dobrodziejkę. 

Elżbieta pierwsza wróciła do równowagi. Przed nią leżały trzy tysiące 

marek.  Brak  pieniędzy,  który  w  ostatnich  dniach  dawał  się  jej  tak 
srodze  odczuwać,  był  usunięty.  Uspokoiło  ją  to,  gdyż  nie  myślała  o 
przyszłości ani o przykrościach, jakie ją jeszcze czekały. Ująwszy dłoń 
Klary, rzekła: 

— W każdym razie dziękuję ci, Klaro, za hojny dar i troskliwość o 

nas. Bogu dzięki, mamy znów pieniądze! Byłam w rozpaczy, bo po-
siadam tylko osiemdziesiąt groszy. Będę się starała, by nam te pienią-
dze wystarczyły na dłuższy czas. A najdotkliwsze długi będą co rychlej 
spłacone. 

Klara spojrzała ze wzruszeniem na siostrę i rzekła: 
—  Aby  wam  nieco  ulżyć  w  spłacie  długów,  pozwólcie  mi  zabrać 

jedną  z  waszych  córek.  W  ten  sposób  zmniejszą  się  wasze  wydatki. 
Będzie miała u mnie całe utrzymanie wraz z ubraniem, w ogóle dołożę 
wszelkich starań, by ją zadowolić. 

Małżonkowie spojrzeli na się niedowierzająco. Twarz majora miała 

wyraz ironiczny. Pomyślał, że żadna z córek nie zdecyduje się żyć z tą 
gderliwą starą panną pod jednym dachem. 

—  Czy  myślisz  o  tym  na  serio?  —  spytała  majorowa  głosem  nie-

pewnym, była bowiem tego samego zdania, co jej mąż. 

background image

—  Mówiłam  już  z  Ludwiką  i  ona  skłania  się  do  wyjazdu  ze  mną. 

pragnie  nauczyć  się  gospodarki  domowej,  by  ci  być  pomocną, 
Elżbieto.  0dy  ona  do  was  wróci,  zabiorę  na  jej  miejsce  Zuzię.  Tym 
sposobem  będziesz  miała  mniej  kłopotów,  Elżbieto.  Zofii  nie  chcę 
nawet zaproponować tego, jako że stworzona jest na wielką damę i nie 
czułaby się dobrze w tak skromnych warunkach, jakie panują w mym 
domu. Więc, co myślisz, Elżbieto, o wyjeździe Ludwiki? 

Majorowa odpowiedziała nie bez pewnego wahania: 
— Zapewne,  można by oszczędzić  w ten sposób, a przy tym córki 

mogłyby  skorzystać  wiele  u  ciebie,  o  tym  jestem  przekonana. 
Przyznaję  otwarcie,  że  nie  posiadam  zdolności  gospodarskich  ani 
wychowawczych. Zgadzam sie z tobą w zupełności, że o Zofii mowy 
tu być nie  może.  Zuzia  wróciła  niedawno z pensji, pragnęłabym, by 
została  z  nami.  A  jeśli  Ludwika  życzy  sobie  tego  —  jak  się  na  to 
zapatrujesz,  Wilhelmie?  W  każdym  razie,  sądzę,  że  możemy 
spróbować. 

Major nie był już tak uprzedzająco grzeczny dla Klary. Wydało mu 

się zbyteczne silić się na uprzejmość wobec szwagierki. 

— Czyń, jak uważasz, Elżbieto — rzekł zimno — pozostawiam ci to 

do rozstrzygnięcia. Wybaczcie mi — rzekł po chwili — muszę odejść, 
mam dziś jeszcze konferencję z pułkownikiem. 

Majorowa spojrzała nań ze zdziwieniem. 
— Sądziłam, że zostaniesz dziś w domu? 
Major miał zamiar rzeczywiście na cześć Klary spędzić ten wieczór z 

rodziną,  ale  wobec  lekceważenia,  jakie  mu  okazała,  nie  uważał  za 
potrzebne zanudzać się w jej towarzystwie. 

—  Miałem  zamiar  zostać  z  wami,  ale  niestety,  nie  mogę.  Wiesz 

przecież, Elżbieto, że skoro przełożony rozkaże, podwładny musi się 
podporządkować. Wybacz więc, droga Klaro, że odchodzę. 

— Nie przeszkadzaj sobie, Wilhelmie. A co do Ludwiki, czy nie masz 

nic przeciw temu, by wyjechała ze mną, jeśli Elżbieta na to zezwoli? 

— Nie, wcale nie, załatwcie to beze mnie — rzekł pośpiesznie. 
—  A  więc  chodźmy,  Elżbieto  —  rzekła  Klara  —  pomówimy  z 

Ludwiką. 

Majorowa skinęła głową. 
—  Dobrze,  idź  naprzód  Klaro,  muszę  zostać,  aby  jeszcze  omówić 

niektóre sprawy z Wilhelmem. 

background image

 
Klara wyszła z pokoju ze świadomością, że jej dobra, wola nie została 

doceniona. 

Major rzucił za nią gniewne spojrzenie. 
— Co za nieznośne stworzenie! — szepnął. 
Gdy Elżbieta sięgnęła po trzy tysiące marek leżące na stole, przystąpił 

do niej pośpiesznie. 

— No, a ja gdzie? — zawołał. Spoglądając nań, zapytała: 
— Czy ci na dziś wieczór potrzebne pieniądze? 
  Zaśmiał się szyderczo.   
—  Zaiste,  naiwne  pytanie!  Wszak  wiesz,  że  nie  mam  grosza  przy 

duszy. Daj mi jeden z tych papierków. 

— Może poślemy rozmienić? — rzekła majorowa. 
— Nie psuj mi — odparł major — tak rzadkiej dla mnie przyjemności 

rozmienienia tysiączka. To podniesie na nowo mój kredyt. 

  — Przyrzeknij mi, Wilhelmie, że nie będziesz grał. 
— A więc dobrze, przyrzekam, że grać nie będę. Ale teraz odejdź, bo 

muszę się przebrać. A nie daj się przez nadobną siostrzyczkę zanudzić. 

— Nie mów o niej tak opryskliwie, wszak ma najlepsze chęci, aby 

nam pomóc. 

Mruczał coś pod nosem, Elżbieta zaś podążyła za Klarą. 
 
W salonie panie omawiały wyjazd Ludwiki. Zofia i Zuzia były zdu-

mione  postanowieniem  Ludki.  Zofii  wydawało  się  niemożliwością 
dobrowolne zamieszkanie pod jednym dachem z ciotką Klarą. Dla niej 
byłoby to skazaniem na wygnanie. Gdy ciotka jeszcze raz tłumaczyła 
Ludwice,  że  zamieni  swe  obecne  życie,  pełne  rozrywek,  na  żmudną 
pracę, Zofię przejmował dreszcz. Była zadowolona, że jej ten los nie 
spotyka, ogarnęło ją nawet współczucie dla Ludki. 

Gdy  siostry  udały  się  wieczorem  na  spoczynek,  Zofia  przemówiła 

łagodnie do Ludwiki: 

 

background image

- Czyś się dokładnie zastanowiła, Ludko, nad poniesieniem tej 
ofiary? 
Ludwika, uśmiechając się, odpowiedziała: 
- Nie ma mowy o ofierze, nic i nikt mnie do tego nie zmusza. To 
moja wolna, nieprzymuszona wola. 
— Ależ Ludko — zawołała Zuzia — ty się zanudzisz na tej prowincji. 
Ludwika zaprzeczyła ruchem głowy. 
—  Mylisz  się,  Zuziu,  D.  nie  jest  tak  małą  mieściną,  nie  o  wiele 

mniejszą  od  C.  Dworek  ciotki  Klary  jest  ślicznie  położony.  Czy  nie 
przypominacie sobie, jak wesoło przed laty spędziłyśmy u ciotki wa-
kacje? Co tam ze wspaniały sad! Jakie cieniste aleje i jakie prześliczne 
kwiaty. 

—  No  tak,  dziecku  wydaje  się  rajem  sad,  w  którym  wolno  mu 

bezkarnie  zrywać  owoce  —  rzekła  Zofia,  uśmiechając  się  ze  współ-
czuciem. — Ale dziś, gdy jesteś dorosłą panną, cóż cię nęci, chyba nie 
gderliwa ciotka? 

—  Pragnę  się  nauczyć  tego,  czego  w  domu  nie  nabyłam,  a  moim 

dążeniem będzie dorównać ciotce, która mi imponuje. 

— Mój Boże! Spodziewam się, że ci się to pobożne życzenie nie ziści, 

inaczej wyparłabym się ciebie! — zawołała Zofia ze zgrozą. 

Gwarząc  wesoło,  Zuzia  rozpuściła  włosy  Ludwiki,  które  okryły  ją 

królewskim płaszczem. 

— Co za wspaniałości! Patrz Zosiu. Włosami Ludki można by okryć 

całe moje łóżko. Ach Boże! Wyrzekłabym się chętnie raz na zawsze 
cukierków, byle mieć tak cudowne włosy. 

—  Nie  wytrzymałabyś  bez  cukierków,  łakomczuchu  —  żartowała 

śmiejąc się Ludwika. 

Wreszcie Ludwika udała się na spoczynek. 
Zofia  spoglądała  na  nią  na  wpół  przymkniętymi  oczyma,  nie  spała 

bowiem, gdyż światło lampy ją raziło. Po raz pierwszy odczuła jakby 
żal, że skokietowała Henryka Rotmana, którego jej siostra tak szczerze 
kochała. Ale niezbyt długo trawiło ją to uczucie. 

Może tak i lepiej — pomyślała — kto wie, czy nie powstrzymałam Jej 

od  nierozważnego  kroku.  Ona,  która  tak  każdą  rzecz  poważnie 
Pojmuje, zostałaby jego żoną. 

 

background image

Ludwika przerwała na chwilę myśli Zofii, życząc jej dobrej nocy, po 

czym zgasiła światło. 

Zupełna cisza zapanowała w pokoju. 
Zofia  snuła  w  dalszym  ciągu  swe  myśli.  Myślała  o  Robercie 

Walentynie,  spodziewając  się  zastać  go  nazajutrz  w  pałacu  sztuki. 
Zwycięski  uśmiech  krążył  dokoła  jej  ust  w  przekonaniu,  że  zdołała 
zawładnąć  sercem  młodego  milionera.  Robert  nie  podobał  się  jej, 
przeciwnie, jego wątła postać i powolne ruchy raziły ją. Ale miliony, 
które posiadał, dodawały mu wdzięku. Jako jego żona, mogłaby Zofia 
urządzić sobie życie wedle własnego upodobania. 


Major  wrócił  do  domu  dopiero  późną  nocą.  Nazajutrz  siedział 

skwaszony przy śniadaniu. Grał początkowo szczęśliwie, później jed-
nak nie tylko że stracił to, co wygrał, ale dołożył jeszcze sto marek z 
otrzymanych  od  Elżbiety  pieniędzy.  A  że  siedemset  marek  zwrócił 
kapitanowi  Tressow,  zostało  mu  tylko  dwieście  marek.  Złożył  całą 
winę na Klarę. Gdyby nie jej wczorajsze oświadczenie, pozostałby w 
domu i miałby w kieszeni więcej o sto marek. 

Klara była zbyt dobrą znawczynią ludzi, by nie zauważyć, że major 

żywił do niej urazę. Zignorowała jego zły humor, nie mając sobie nic 
do zarzucenia. Majorowa była rzewnie usposobiona z powodu wyjazdu 
Ludwiki. Jedynie myśl, że Ludka może nauczy się wiele od ciotki i że 
jest do niej przywiązana, uspakajała ją nieco. Poza tym wyjazd Ludki 
ułatwiał jej wprowadzenie Zuzi na bale, gdyż ukazywanie się z trzema 
córkami wydawało się jej niemożliwe. 

Mówiono wiele o wyjeździe Ludki. Majorowa żałowała szczerze, że 

Ludwika ich opuszcza i była dla niej tego wieczoru bardzo czuła. 

Major  był  również  rozmowniejszy.  Przypomniał  sobie,  że  uprzed-

niego dnia spotkał się w kasynie z Rotmanem. 

— Ach zapomniałem — rzekł major — podanie porucznika Rotmana 

zostało  uwzględnione,  otrzymał  zwolnienie  ze  służby  wojskowej. 
Wyobraźcie sobie, obiera nowy zawód, pragnie się kształcić na archi-
tekta. Prosił mnie, bym was uprzedził, że przyjdzie dziś pożegnać się z 
wami. 

 

background image

Wzrok Klary spoczął przypadkowo na twarzy Ludwiki, która nieco 

zarumieniona,  spuściła  oczy.  Gdy  Zuzia  to  zauważyła,  Ludka 
zarumieniła się jeszcze silniej. 

Klara  podchwyciła  również  znaczące  spojrzenie  Zuzi,  rzucone  w 

stronę Ludwiki. Scena ta zastanowiła Klarę. 

—  Tracicie  doskonałego  dansera  i  miłego  towarzysza  —  rzekła 

majorowa  do  córek,  zwracając  się  specjalnie  do  Zofii,  wiedziała 
bowiem o jej flircie z Rotmanem. Znając Zofię, nie obawiała się złych 
następstw* tego flirtu. Żal jej było, że Rotman wyjeżdża, ale osądziła, 
że może to i lepiej wobec tego, że młody Walentyn był obecnie zajęty 
Zofią. 

—  To  inny  go  zastąpi,  nie  odczujemy  braku  danserów  —  odpo-

wiedziała Zofia z wyniosłą miną. 

Klara  nie  znała  porucznika  Rotmana,  ale  zainteresowała  się  nim, 

wyczuła bowiem, że łączyło go coś z Zofią i Ludwiką. 

Rumieniec  Ludwiki,  udana  obojętność  Zofii  i  znaczące  spojrzenia 

Zuzi zwróciły jej uwagę. 

Gdy służący oznajmił przybycie porucznika Rotmana, znajdowały się 

w salonie tylko Klara i Ludwika. 

Majorowa kończyła swą toaletę, Zofia była w swoim pokoju również 

zajęta strojem, a Zuzia wyszła na zakupy nut i cukierków. 

Klara  zauważyła,  że  Ludka  była  bledsza  niż  zazwyczaj  i  bardzo 

roztargniona. Dziwny niepokój nią zawładnął. Gdy oznajmiono przy-
bycie Rotmana, Ludwika siedziała spokojna, tylko jej twarz oblała się 
żywym rumieńcem. 

Ludwika  przywitawszy  się  z  Rotmanem,  przedstawiła  go  ciotce. 

Charakterystyczna  twarz,  spokojny  i  szczery  ton  mowy  Rotmana, 
uczyniły na Klarze wielce korzystne wrażenie. Ukradkiem spoglądała 
na rozmawiającą z nim Ludwikę. Zaraz po pierwszych słowach, które 
zamienili z sobą, zauważyła, że Ludwika wiedziała o tym, że Rotman 
wniósł podanie o zwolnienie ze służby wojskowej, podczas gdy inne 
Panie  dowiedziały  się  tego  dopiero  z  ust  majora.  Wynikało  to  z  na-
stępujących słów Ludwiki: 

—  Ojciec  powiedział  nam  dziś  rano,  że  otrzymał  pan  pozwolenie 

Wystąpienia ze służby wojskowej. A więc odpowiedź nadeszła rychlej, 
niż pan się spodziewał. 

 

background image

—  Tak  łaskawa  pani,  gdy  mówiłem  o  tym  z  panią  w  sobotę,  nie 

przeczuwałem, że wypadnie mi już dziś pożegnać panią. 

Ludwika — pomyślała Klara — dziś rano nie wspomniała o tym, że 

wie o postanowieniu Rotmana. 

— Czy pan wyjeżdża wprost do Berlina? — zapytała Ludwika. 
— Tak, jutro rano wyjeżdżam. W drodze do Berlina wstąpię do mego 

wuja w Wittenbergu. To jedyny z moich krewnych, a że jest starym 
kawalerem  i  po  trosze  dziwakiem,  żyjącym  w  nader  skromnych 
warunkach,  uważam  za  swój  obowiązek  odwiedzać  go  od  czasu  do 
czasu. 

—  Czy  pan  zamierza  uczęszczać  na  studia,  panie  poruczniku?  — 

zapytała Klara. 

Skłoniwszy się grzecznie, odpowiedział: 
—  Tak  jest,  łaskawa  pani.  Wprawdzie  dość  późno  zaczynam  się 

kształcić w tym zawodzie, ale — dodał z uśmiechem — lepiej późno, 
niż nigdy. 

Klara patrzyła z zaciekawieniem w energiczne oblicze Rotmana. 
— Rzadko to się zdarza, ale nie uważam, by pan był za stary. 
Henryk wyjaśnił pokrótce Klarze, dlaczego zmienia zawód, nie wy-

mieniając  naturalnie  właściwej  przyczyny  tego  kroku.  Ludwika 
przyjęła  tę  wiadomość  spokojnie,  ale  oczy  jej  błądziły  w  dali,  a  na 
ustach igrał gorzki uśmiech. 

Wreszcie weszła majorowa. Przywitała uprzejmie porucznika i roz-

mawiała z nim o jego planach na przyszłość. 

Henryk co chwila patrzył na drzwi w oczekiwaniu Zofii. Ludwika to 

zauważyła, a zwróciwszy się do matki, rzekła: 

—  Zdaje  się,  że  nie  zawiadomiono  Zofii,  że  mamy  gościa.  Pan 

porucznik Rotman chciałby się z nią na pewno pożegnać. 

Henryk odetchnął i w duchu podziękował Ludwice, że odgadła jego 

myśli. 

—  W  istocie  —  odezwał  się  Henryk  —  pragnąłbym  przed  mym 

wyjazdem widzieć się z pani siostrą. 

— Pójdę po nią — rzekła Ludwika bezdźwięcznym głosem. A gdy 

zwracając się ku drzwiom, przechodziła obok ciotki, ta przelękła się 
niemal wyrazu jej marmurowej twarzy. 

Coś tu się rozgrywa między nimi — pomyślała Klara. 
 

background image

Dość długo trwało, zanim Zofia weszła. Klara spostrzegła, że twarz 

porucznika rozjaśniła się i że nie spuszczał z niej oczu. 

Nie  zgadzało  się  to  z  przypuszczeniem  Klary.  Zdawało  się  jej  bo-

wiem, że jakaś tajemna nić  wiązała Henryka z Ludwiką, tymczasem 
teraz odnosiła wrażenie, że Henryka łączy miłość z Zofią. 

Zofia  miała  się  na  ostrożności.  Rozmowa  z  Henrykiem  toczyła  się 

konwencjonalnie,  ale  gdy  porucznik  na  pożegnanie  ujął  dłoń  Zofii, 
spojrzała  nań  tak  wymownie,  że  Klara  przeniknęła  swym  bystrym 
wzrokiem ich stosunek. 

Ludwika wróciła jeszcze bledsza i smutniejsza niż uprzednio. Rotman 

pożegnał  się  i  z  nią  serdecznie,  ale  w  końcu  rzucił  jeszcze  jedno 
płomienne spojrzenie na Zofię, która odwzajemniła mu się znaczącym 
uśmiechem. 

Po  odejściu  porucznika,  gdy  Klara  pozostała  z  Ludwiką  w  salonie, 

ciotce ścisnęło się serce na widok zbolałej twarzy siostrzenicy. 

Czyżby obie kochały się w pięknym poruczniku? — zapytywała sama 

siebie Klara. — W takim razie — pomyślała — on raczej kocha Zofię. 
Ludka  dlatego  tak  szybko  się  zdecydowała  na  wyjazd  ze  mną, 
ponieważ Henryk również opuszczał to miasto. 

* **   
Tego samego dnia po obiedzie Zofia udała się na wystawę obrazów. 

Majorowa  odwiedziła  pułkownikową  Werdern,  która  mając  zaufanie 
do gustu Elżbiety, uprosiła ją, by z nią poszła kupić kapelusz. Elżbiecie 
przykro  było  odejść,  ale  Klara  namówiła  siostrę,  by  pomogła  pani 
Werdern w zakupach. 

Klara,  po  całogodzinnym  odpoczynku  w  swym  pokoju,  weszła  do 

salonu. Nie zastawszy tam nikogo, usiadła przy oknie i czytała gazetę. 
Po  chwili  usłyszała  w  przyległym  pokoju  głosy  Ludwiki  i  Zuzi. 
Przysłuchiwała się z przyjemnością szczebiotaniu Zuzi. Coraz to nowe 
dowcipy padały z ust tej figlarki, wywołując uśmiech na ustach ciotki. 
Ciotka  nie  czyniła  sobie  wyrzutów  z  podsłuchiwania  ich  rozmowy, 
będąc  pewną,  że  żadna  z  nich  nie  poczyni  zwierzeń.  Nagle  ich 
rozmowa Przybrała charakter nie do przewidzenia. 

 

background image

 
—  Czy  wiesz  Ludwiko,  dlaczego  Zofia  udała  się  dziś  na  wystawę 

obrazów? — zapytała Zuzia. 

— Najprawdopodobniej po to, by obejrzeć obrazy — odpowiedziała 

Ludka. 

—  Mylisz  się,  tak  sądząc.  Udała  się  tam  na  schadzkę  z  Robertem 

Walentynem. 

— Ależ, Zuziu, jakże można coś podobnego przypuszczać? 
—  Nie  udawaj  głupiej,  Ludko,  wszak  sama  wczoraj  słyszałaś,  jak 

Zofia  oznajmiła  Robertowi,  że  wybiera  się  do  salonu  sztuki.  Znamy 
przecież  naszą  siostrzyczkę.  A  jak  się  stroiła  przed  lustrem,  zanim 
odeszła. 

— To tylko przypuszczenie, które nie upoważnia do takiego twier-

dzenia — rzekła Ludwika. 

— Więc udowodnię ci, że się nie mylę. Mama, żegnając się z Zosią, 

zapytała: „Czy sądzisz, że spotkasz się na wystawie z Walentynem?" 
Zosia  odpowiedziała:  „Jestem  tego  pewna,  jeśli  nie  dziś,  to  jutro". 
Wtedy mama wyszeptała półgłosem: „Spraw się dobrze, taka sposob-
ność  tylko  raz  w  życiu  się  zdarza."  Nie  słyszałam,  co  Zosia  na  to 
odpowiedziała,  gdyż  zobaczyły  mnie  i  jeszcze  tylko  kilka  słów 
zamieniły ze sobą cichym szeptem. No i cóż ty na to, Ludko? 

— Że jeśli coś podobnego dostało się przypadkowo do twoich uszu, 

nie powinnaś tego wypaplać — odpowiedziała Ludwika. 

— Nie bądź tak przesadna! To nie jest paplanie, jeśli ci to powierzam, 

jestem pewna, że nie uczynisz z tego użytku. Ciekawa jestem, jakich 
sposobów użyje Zofia, by zdobyć sobie tego milionera. 

— Wstydź się Zuziu! Nie powinnaś się tak wyrażać o siostrze. 
— Jesteś tak przesadnie cnotliwa, Ludko. Nie uważam tego za coś 

karygodnego, że Zofia chce wyjść dobrze za mąż, by wydostać się z 
naszych  opłakanych  warunków.  Co  prawda,  nie  powinna  była  upra-
wiać flirtu z Rotmanem, skoro wiedziała, że jest ubogi. 

— Proszę cię Zuzieńko, nie mów o rzeczach, których nie rozumiesz i 

które  istnieją  tylko  w  twej  wyobraźni  —  upominała  Ludwika  sio-
strzyczkę, siląc się na spokój. 

—  Istnieją  w  mojej  wyobraźni,  powiadasz.  Mylisz  się  Ludko. 

Powinnaś wiedzieć, że nie opieram takich rzeczy na złudzeniu. Wiedz 
o tym, że Zofia i Rotman całowali się. Tak jest — nie chciałam ci tego 

background image

powiedzieć, bo wiedziałam, że kochałaś Rotmana i on ciebie kochał, 

zanim  Zofia  wróciła.  Siostrzyczce  naszej  podobał  się  piękny 
porucznik, zaczęła go kokietować, a że jej nikt oprzeć się nie może, 
zdobyła jego serce. On w niej zakochany po uszy i gdy pewnego razu 
byli u nas goście, widziałam na własne oczy, jak ją w kąciku całował. 
Gdybyś się  Zosi zwierzyła, że kochasz Henryka,  może by z nim nie 
flirtowała. 

— A ty sądzisz,  Zuziu, że  mnie zależy na  mężczyźnie, który  mnie 

opuszcza, by pokochać inną? 

—  Nie  wiem,  Ludko,  które  uczucie  u  ciebie  silniejsze,  miłość  czy 

duma? To jedno muszę ci powiedzieć, że gdybym ja kogoś kochała, a 
Zofia pragnęłaby mi go zabrać, broniłabym się z całej siły, nie tak, jak 
ty: usunęłaś się z dumnie podniesioną głową. 

—  Proszę  cię,  Zuziu,  nie  łącz  mego  imienia  z  Rotmanem.  Jest  on 

tylko moim przyjacielem i jedynie tobie zwierzam się z tego, że łączy 
nas przyjaźń. 

—  A  może  istnieje  jaki  inny  powód,  dla  którego  nieprzymuszona 

wyjeżdżasz do ciotki? 

— Przecież wymieniłam ci już powód, który mnie do tego skłania. 

Pragnę się u ciotki nauczyć gospodarstwa, by móc u nas w domu za-
prowadzić porządek. Czy nie widzisz, że u nas straszny nieład? 

Zuzia westchnęła. 
— Jest mi tu miło, w każdym razie milej, niż u ciotki. Może ona nie 

jest tak zła, za jaką ją uważa Zosia, nawet przyznam ci się, że obecnie 
ciotka podoba mi się bardziej niż dawniej. Ale nie chciałabym żyć z nią 
pod jednym dachem i podlegać wiecznej krytyce — brr... mróz mnie 
przechodzi, gdy o tym pomyślę. 

— Gdybyś ciotkę tak znała, jak ja, nie lękałabyś się jej. Znajdujemy 

się tu w otoczeniu ludzi, którzy coś innego mówią, a o czym innym 
myślą. Ciotka jest osobą szczerą i ma dla nas więcej uczucia, niż nam 
to okazuje. Kto wie, ile ona cierpiała w życiu i czy nie z tego powodu 
bywa nieraz zbyt ostra. W każdym razie osądza samą siebie najostrzej. 
Wcale się nie lękam przebywania w jej towarzystwie. Pragnę, by ciotka 
wiedziała o tym, że ją kocham i tak ją cenię, że chciałabym się na niej 
Wzorować. Moim celem będzie ją zadowolić, nauczyć się czegoś, by 
móc  być  wam  użyteczną.  Gdy  wrócę  od  ciotki,  zajmę  się  gospodar-
stwem i zaprowadzę w domu ład. 

background image

 
—  Życzę  ci  Ludko,  byś  dopięła  celu.  Jesteś  rzeczywiście  godna 

podziwu. Będzie mi cię na każdym kroku brakowało, bo z Zosią nie 
zawsze można żyć w zgodzie. 

Klara  słyszała  najdokładniej  ich  rozmowę.  Próbowała  kilka  razy 

odejść,  ale  obawiała  się  ruszyć  krzesłem.  Wreszcie,  gdy  za  portierą 
usłyszała przesuwanie szafy, powstała i wymknęła się z pokoju. Nie 
chciała, by siostrzenice wiedziały, że przysłuchiwała się ich rozmowie. 

Obecnie nabrała pewności, że Ludwika kochała Rotmana i że z po-

wodu  obrażonej  dumy  ukrywała  tę  miłość  na  dnie  serca.  Że  Zofia, 
podobna z usposobienia do  majora,  była kokietką, o tym  Klara wie-
działa. Ludwika zaś była najszlachetniejszą i najpoważniej myślącą z 
sióstr. Cieszyło to Klarę, że będzie mogła wspierać ją radą i przyczynić 
się  do  rozwoju  jej  zdolności.  Uwagi  Zuzi  wywołały  pobłażliwy 
uśmiech na ustach Klary. Była przekonana o jej dobrym serduszku i 
przypuszczała,  że  rozwinie  się  na  rozsądną  kobietę,  trzeba  by  tylko 
wykorzenić złe nawyczki. 

Klara  postanowiła,  że  gdy  Ludwika  nabierze  już  praktycznego 

doświadczenia, pokierować Zuzią.   

Wróciwszy do swego pokoju, namyślała się, jak postąpić z Ludwiką, 

po tym, czego się o niej dowiedziała. Będąc pewna, że kocha Rotmana 
bez  wzajemności,  odczuła  jej  ból,  postanowiła  więc  ulżyć  jej 
cierpieniu.  W  takich  warunkach  praca  jest  jedynym  lekarstwem,  nie 
leczy  ona  wprawdzie  zadanej  rany,  ale  przynosi  pewną  ulgę.  O  tym 
przekonało Klarę własne doświadczenie. 

Wychodząc z pokoju, zastała Zuzię siedzącą na ziemi przed otwartą 

szafą. Na kolanach trzymała rozmaite drobiazgi, które jedne po drugich 
podawała Ludwice, ta zaś układała je w szafie. 

Klara zaśmiała się serdecznie na ten widok. 
— Zuziu, wyglądasz jak kramarz uliczny, gdy zachwala swój towar 

— zawołała Klara. 

Zuzia podniosła główkę. 
— Cioteczko, tak ci ładnie, gdy się śmiejesz, powinnaś zawsze być 

uśmiechnięta. 

—  Skądże  to  przypuszczenie,  Zuziu.  Stare  panny  mają  prawo  być 

brzydkie i przykre, wszak uważa się je przeważnie za nieznośne. 

 

background image

Zuzia  patrzyła  ze  zdziwieniem  na  ciotkę,  po  czym  rzuciwszy  cały 

swój kram na podłogę, skoczyła na równe nogi. 

— I ja tak myślałam, cioteczko. Ale omyliłam się. I stare panny mogą 

korzystnie wyglądać, jak ty w tej chwili. 

Klara objęła ją ramieniem, a ucałowawszy serdecznie, rzekła: 
—  Nie  wydawaj  jeszcze  ostatecznego  sądu  o  starych  pannach,  bo 

możesz go jeszcze zmienić. 

Zuzia spojrzała na ciotkę zakłopotana. 
— Czy to ci sprawia przykrość, gdy cię ktoś nazywa starą panną? — 

zapytała Zuzia ze zdziwieniem. 

Klara odparła z uśmiechem: 
— Nie biorę tego nikomu za złe, gdyż jestem w istocie starą panną, 

tak jak ty jesteś młodą. Wszak tego nie uważasz za obrazę? 

— No nie, ale to przecież coś innego. 
—  Czy  sądzisz,  że  to  nazwanie  jest  pogardliwe?  Zuzia  skinęła 

potakująco. 

— Nieraz szydziłam ze starych panien, ale to niesłuszne — tak mi ; 

się dopiero dziś wydaje. 

Ciotka pogładziwszy ją, zwróciła się ku Ludwice z pytaniem: , 
— Co robisz Ludwiko? 
—  Pragnę  przed  wyjazdem  uporządkować  szafy  —  odpowiedziała 

Ludwika. 

— Gdyby się tym nie zajęła, żadna z nas nie wiedziałaby, gdzie co 

leży. Nie wiem, co poczniemy, gdy ona wyjedzie — zawołała Zuzia. 

— Trzeba się nauczyć — rzekła Klara z naciskiem. — Spróbujemy 

natychmiast. Uporządkuj tę szafę, Zuziu. Ludwika i ja pomożemy ci. 

Zuzia  z  niechęcią  zabrała  się  do  roboty.  Z  początku  czyniła  to 

niezgrabnie, później coraz lepiej, a po skończeniu ciotka wręczyła jej 
pięć marek w srebrze. Zarumieniona krzyknęła z radości: 

—  Cioteczko  kochana!  To  moje  pierwsze  zarobione  pieniądze,  ale 

czy mi się rzeczywiście należą? Muszę jeszcze kilka szaf uporządko-
wać — wołała, ściskając Klarę. 

Z zapałem zabrała się Zuzia do następnej szafy. To nowe zajęcie 
 

background image

sprawiało jej wielką przyjemność, a ciotka patrzyła z zadowoleniem 

na swą siostrzeniczkę. 

Zofia  udała  się  śpiesznie  na  wystawę  obrazów.  Przybyła  tam  kilka 

minut po czwartej. Stanęła przed jednym z większych obrazów. Wtem 
usłyszała czyjeś kroki. 

— Łaskawa pani pozwoli, że się z nią przywitam. 
Udając  zdziwienie,  odwróciła  się,  a  jej  przecudne  oczy  zajaśniały 

radością. 

— Ach cóż to za niespodzianka, panie Robercie! — zawołała wesoło. 
Spojrzał  na  Zofię  płomiennym  wzrokiem.  Wydała  mu  się  jeszcze 

piękniejsza od tej, którą zachował w pamięci. 

— Może to z mojej strony zbyt wielka śmiałość, jeśli się przyznam, że 

przyszedłem tu jedynie po to, żeby zobaczyć się z panią. 

Zofię  ogarnęło  dziwne  uczucie.  Zdawało  się  jej,  że  Robert  swym 

płonącym wzrokiem pragnąłby spalić ją na popiół. Zadrżała i bladość 
okryła jej twarz. Robert odczytał to jako wyraz uczucia dla siebie. 

—  Czy  pani  ma  mi  to  za  złe?  —  pytał  z  zapartym  tchem.  Zofia, 

zapanowawszy nad przykrym wrażeniem, uśmiechnęła się 

słodko, rzucając nań spojrzenie pełne czaru. 
— Czy mam panu to za złe? O nie, na pana się gniewać nie mogę — 

szepnęła jakby mimo woli. 

Ujął jej dłoń i złożył palący pocałunek. 
— Gdyby droga, łaskawa pani wiedziała, jak spędziłem ostatnie dwa 

dni!  Odkąd  panią  poznałem,  stałem  się  innym  człowiekiem.  Świat 
wydaje mi się rajem, czuję się zdrowy, raduję się życiem. Jestem upo-
jony pani czarem i proszę o pobłażliwość, jeśli nieraz nie  mogę nad 
sobą zapanować. 

— Pojmuję pana radość, Bogu dzięki, że pan wyzdrowiał — rzekła 

czułym głosem. 

Właśnie  w  tej  chwili  usłyszeli  szelest  jedwabnej  sukni  i  gdy  się 

odwrócili,  stała  przed  nimi  radczyni  Walentynowa,  sztywna  jak 
zwykle. 

background image

— Więc tu cię spotykam, Robercie — przemówiła do syna oschłym, 

bezdźwięcznym  głosem.  —  Gdybym  przypuszczała,  że  chcesz 
zwiedzić galerię obrazów, pojechalibyśmy razem. 

Zofia i Robert przelękli się. Pierwsza opamiętała się Zofia i skłoniw-

szy się nisko, ucałowała dłoń radczyni, po czym odezwała się z miłym 
uśmiechem: 

— Co za szczęśliwy przypadek! Przed chwilą spotkałam się z panem 

Robertem przed tym obrazem, a teraz mam przyjemność witać łaskawą 
panią. 

Oczy radczyni, jakby szklane, spoczęły zimno na uśmiechniętej twa-

rzy Zofii. 

— W istocie, osobliwy przypadek, zwłaszcza, że jesteśmy jedynymi 

odwiedzającymi o tej porze wystawę — rzekła pani Walentynowa po-
wolnie, nie zdradzając, że nie wierzy w przypadkowość tego spotkania. 
Po wyjeździe Roberta, chciała załatwić niektóre sprawunki. Wsiadając 
do auta, zapytała szofera, skąd wraca. Ten odpowiedział, że odwiózł 
pana Roberta do galerii obrazów. 

Zastanowiło  ją,  że  Robert  okazał  nagle  chęć  zwiedzenia  wystawy, 

przecież obrazy nigdy go specjalnie nie interesowały. Nie namyślając 
się długo, podążyła za nim z dziwnym uczuciem niepokoju. 

Jeszcze wcześniej Robert wyznał, że odwiedził rodzinę Randolfów. 

Tak ona jak i mąż byli niemile zdziwieni jego pośpiechem w składaniu 
tej wizyty. Nie odezwawszy się ani słówkiem, postanowili mieć baczne 
oko na syna. 

Jakby  tu  przeszkodzić  temu,  nie  irytując  Roberta?  —  zapytywała 

radczyni sama siebie. — Było niemożliwością nadzorować go jak małe 
dziecko, poza tym ustawiczna troska o zdrowie syna niecierpliwiła go. 
Było to o tyle pocieszającym znakiem, że czuł się zdrowy. Ale znów 
jakie nieszczęście popaść w sidła tej niebezpiecznej kokietki! Biedna 
matka widziała już nieszczęśliwego syna u boku Zofii Randolfówny. 

* *   
Następnego dnia Robert stał ponownie u wejścia do galerii obrazów. 

Udał się tam na piechotę, zostawiwszy auto u wylotu ulicy. 

 

background image

Spoglądał  w  lewo  i  prawo,  oczekując  z  naprężoną  uwagą,  z  której 

strony  nadejdzie  Zofia.  Minęło  już  dwadzieścia  minut,  a  Zofia  nie 
pojawiała się. 

A może już była na sali? 
Udał  się  śpiesznie  do  wnętrza,  przebiegł  wszystkie  sale,  ale  nada-

remnie — Zofii nie było. W ogóle nie spotkał tam ani żywej duszy z 
wyjątkiem drzemiącego w kącie służącego, który na jego widok sko-
czył jak oparzony. 

Zdenerwowany  wrócił  na  swój  poprzedni  posterunek.  Był  pełen 

nadziei, że się dziś spotka z Zofią. Uważałby to za szczęśliwą wróżbę, 
gdyby  ją  dziś  zastał.  A  obecnie  wydawało  mu  się,  że  nadzieja  jego 
spełzła na niczym. Już się zabierał do odwrotu, gdy wtem rozjaśniła mu 
się twarz; ujrzał Zofię zdążającą ku bramie, prowadzącej do galerii. 

Wybiegłszy  na  jej  spotkanie,  przywitał  ją  z  niekłamaną  radością. 

Udawała zdziwioną. 

— Jak to? Pan znów na wystawie? Czy pan również jest wielbicielem 

sztuki malarskiej? — rzekła uśmiechając się, a w duchu była dumna ze 
swego zwycięstwa. 

— Zostały mi jeszcze dwie sale do obejrzenia. Zofia obejrzała się, jak 

gdyby kogoś szukała. 

— Gdzie pańska matka? Pragnęłabym ją przywitać. Uśmiechnął się 

wesoło. 

— Mama jest dziś zajęta w domu. Tak mi smutno było wczoraj po 

odejściu pani! 

Twarz Zofii przybrała wyraz smutku. 
— Ach, panie Robercie, jestem może zbyt wrażliwa, ale zdawało mi 

się, że matce zależało pozostać z panem sam na sam. 

Robert ucałował dłoń Zofii. 
— Matki są zazwyczaj w swej miłości egoistkami. Ale nie mówmy 

już o tym. Czuję  się  szczęśliwy,  że  znów panią widzę. Czy pozwoli 
pani, bym jej towarzyszył? 

Westchnąwszy z lekka, uśmiechnęła się i rzekła: 
— Panu niczego odmówić nie mogę. 
Szli powolnym krokiem przez salę, zatrzymując się pozornie przed 

niektórymi obrazami. 

 

background image

Robert spoglądał z zachwytem na swą towarzyszkę. Każda drobno-

stka dotycząca jej osoby czarowała go, a każde słowo przez nią wy-
powiedziane  nabierało  dlań  znaczenia.  Przepojony  pragnieniem 
oświadczenia jej swej miłości, nie umiał znaleźć odpowiednich słów. 
A Zofia swą kokieterią podniecała płomień tej miłości. 

Gdy  się  rozeszli,  po  całogodzinnym  pobycie  na  wystawie,  Zofia  z 

pewnością  siebie  pożegnała  Roberta,  wiedząc,  że  on  bez  zastrzeżeń 
uległ jej czarowi. 

—  Spodziewam  się,  że  niebawem  zobaczę  łaskawą  panią  —  rzekł 

Robert, żegnając się. 

Spojrzała nań z filuterną minką. 
— Nie tak rychło odwiedzę galerię obrazów. Ale przyrzekł pan mej 

matce bywać na naszych czwartkowych przyjęciach. 

Spojrzał na nią uradowany. 
— Więc do miłego zobaczenia pojutrze. 
Skinęła głową, po czym westchnęła i zmieszana spuściła oczy. 
— Chciałam pana o coś poprosić, panie Robercie — rzekła jakby z 

wahaniem. 

—  Zanim  pani  wypowie  jakąkolwiek  prośbę,  będzie  ona  z  góry 

spełniona — zapewniał z żywością. 

Zdawało się, że ciężko jej było wypowiedzieć ową prośbę. 
— Chciałam, to jest, proszę pana, żeby nie wspominał u nas w domu, 

że  dziś  ponownie  odwiedziłam  wystawę.  Mogłoby  to  zwrócić  ich 
uwagę,  że...  że  pana  tam  dwa  razy  spotkałam.  A  właściwie...  tak, 
właściwie nie powinnam tu była dzisiaj przyjść. 

Spojrzał na nią z zachwytem. 
— Droga moja pani, czy nie będzie to z mej strony zarozumiałością 

przypisać tym słowom znaczenie, które by mnie mogło uszczęśliwić? 

Rzekoma bezradność i nieśmiałość malowały się na jej twarzy. 
— Jakie znaczenie? — zapytała półgłosem. 
— Że pani, podobnie jak ja, przybyła na wystawę w celu spotkania si? 

ze mną. 

Odwróciła się, jakby mocno zmieszana. 
— Muszę już odejść. 
Drżącymi palcami ujął jej dłoń. Mimo woli przypomniała sobie 
 

background image

Zofia  jak  ciepłą  i  silną  ręką  ściskał  jej  dłoń  Henryk  i  przeszedł  ją 

dreszcz.  Robert  zauważył  jej  drżenie  i  tłumaczył  je  sobie 
wzajemnością. 

— Niech mi pani odpowie — prosił stłumionym głosem — proszę, 

odpowiedz mi. 

Podniosła wzrok i spojrzała nań z powagą. 
—  Korzysta  pan  ze  swej  władzy  nade  mną,  by  mnie  skłonić  do 

wyznania — odpowiedziała cicho. 

—  Więc  przyszła  tu  pani  dla  mnie?  Czy  tak?  —  zawołał  radośnie. 

Udając  zawstydzoną,  wyrwała  rękę  z  jego  dłoni  i  szybko  wybiegła. 
Stał jakby wryty w ziemię, patrząc za nią jak daleko wzrok sięgał. 

—  Dzięki  ci,  kochanie  moje,  żeś  mnie  obudziła  do  nowego  życia. 

Jakże jestem szczęśliwy — szeptał jak we śnie. 

Zatopiony  w  swych  marzeniach  opuszczał  gmach  wystawy  powol-

nym krokiem. 

Gdyby rodzice Roberta przypuszczali, co się działo w jego sercu, nie 

mieliby odwagi odebrać mu tego szczęścia. 


We  czwartek  o  godzinie  piątej  państwo  Randolfowie  oczekiwali 

gości. I ciotka Klara w srebrzystej, jedwabnej sukni znajdowała się w 
salonie, gdzie był już ustawiony stolik z przyborami do herbaty. 

Ludwika  dziś  po  raz  ostatni  przed  swym  wyjazdem  objęła  rolę 

gospodyni. Krzątała się zgrabnie koło nakrytego stołu. 

Jednym  z  pierwszych  gości  był  Robert  Walentyn.  Zofia  zamieniła 

triumfujące spojrzenie z matką. 

Przybyło jeszcze kilku oficerów, kapitan Tressow z młodą małżonką i 

pułkownikowa  Werdern  z  córką.  Pułkownikową  sprowadziła  tu 
ciekawość. Na zabawie u radców Walentynów zauważyła, jak bardzo 
Robert  wyróżniał  Zofię  Randolfównę.  Od  dłuższego  czasu  piękne 
córki majora, szczególnie Zofia, były jej solą w oku, gdyż na jej córkę 
bez  wdzięku  i  dowcipu,  mało  kto  w  towarzystwie  zwracał  uwagę. 
Tylko  młodzi  oficerowie,  podwładni  pułkownika,  tańczyli  z  nią 
obowiązkową  turę,  a  spełniwszy  swój  obowiązek,  oddalali  się. 
Życzeniem pułkownikowej było wydać córkę bogato za mąż, gdyż ani 
ona, ani mąż jej nie 

 

background image

posiadali majątku. Robert Walentyn wydał się jej odpowiednim kan-

dydatem i przed ogrodową zabawą u Walentynów, umówiła się z cór-
ką, jak  ma  zachowywać. Ale Randolfówny i tu wyróżniano, a  Zofia 
była  królową  tego  wieczoru.  Pułkownikowa  pragnęła  przekonać  się, 
Czy Robert będzie na wieczorku u Randolfów. 

Mówiono  wiele  o  Rotmanie,  wiedziano,  że  już  wyjechał.  Koledzy 

żałowali, że wystąpił z wojska, lubili go bowiem bardzo. Zastanawiano 
się, dlaczego zmienił swój zawód, jedni chwalili jego postanowienie, 
inni uważali, że źle postąpił, opuszczając służbę wojskową. 

Pułkownikowa  obserwowała  Zofię,  zatopioną  w  rozmowie  z  Ro-

bertem. Wreszcie przystąpiła do niej, a uśmiechając się mile, rzekła z 
naciskiem: 

— Pani chyba najbardziej żałuje, że porucznik Rotman nas opuścił. 

Robert słuchając tych słów ze zdziwieniem, zauważył, że Zofia się 

zarumieniła i rozgorzała w nim zazdrość. 
Zofia odczuła, że pułkownikowa pragnęła tym powiedzeniem spra-

wić  jej  przykrość.  Ale  opanowawszy  się,  odpowiedziała  spokojnie  i 
chłodno: 

— Dlaczego miałabym bardziej żałować od innych? Pułkownikowa 

uśmiechnęła się szyderczo. 

— Wszak był z panią zaprzyjaźniony. Spodziewaliśmy się, że lada 

dzień otrzymamy zawiadomienie o zaręczynach pani z porucznikiem 
Rotmanem. 

Robert zbladł. Jednak Zofii, uzbrojonej przeciw wszelkim pociskom, 

nie wytrąciło to z równowagi. Odpowiedziała wesoło: 

— To zabawne! Ciekawa jestem, komu taka myśl przyszła do głowy. 

Byliśmy wprawdzie zaprzyjaźnieni z porucznikiem, ja i moja siostra, 
ale  z  tego  nie  wynikało,  że  się  mamy  zaręczyć.  Bardzo  żałuję,  że 
sprawiłam zawód pani pułkownikowej. 

Pułkownikowa nie dała jeszcze za wygraną. 
— Wszak przyjaźń nie wyklucza zaręczyn. Przypuszczaliśmy nawet, 

że Rotman wybiera inny zawód dlatego, że jako porucznik nie mógł się 
ożenić z panną bez posagu. 

Zofia  wzruszyła  obojętnie  ramionami.  Czując  na  swej  twarzy  ba-

dawczy wzrok Roberta, była ostrożna i odpowiedziała: 

— Pani pułkownikowa jest lepiej poinformowana od nas. Nam po- 
 

background image

rucznik  Rotman  powiedział,  że  tylko  na  życzenie  matki  wstąpił  do 

wojska, po jej zgonie jednak obiera zawód architekta, do którego ma od 
dzieciństwa zamiłowanie. 

Pułkownikowa  uważała  za  stosowne  przerwać  tę  rozmowę.  Spo-

strzegłszy zmianę w twarzy Roberta, była pewna, że słowa jej wywo-
łały upragnione przez nią wrażenie. 

—  Jeśli  tak,  to  co  innego  —  rzekła  pułkownikowa  pojednawczo. 

Czego  też  ludzie  nie  wymyślą.  Ale  nie  będę  państwu  dłużej  prze-
szkadzać. 

Po tych słowach odeszła zadowolona z siebie. 
Po tej scenie panowało napięcie między Zofią a Robertem. Rozmowa 

nie kleiła się. Robert był roztargniony i smutny. 

Zofia nie mogła wybaczyć pułkownikowej, że wprowadziła ją w tak 

niemiłą sytuację. Rozmyślała, jakby zaradzić złemu. Zanim się zdecy-
dowała, co należy uczynić, Robert rzekł nagle smutnym, stłumionym 
głosem: 

— Pozwoli pani, że ją pożegnam. Spojrzała nań, a wzrok jej wyrażał 

żal. 

— Pan już odchodzi? — zapytała półgłosem. 
— Czy to pani sprawia przykrość? — szepnął. 
Szukała  gorączkowo  sposobności,  by  go  zatrzymać.  Nie  mogła 

pozwolić,  by  odszedł  w  takim  usposobieniu,  bo  to  mogło  oznaczać 
koniec wszystkiego. 

Utkwiła w nim wzrok rzekomo pełen rozpaczy, po czym stanąwszy 

przed nim z wyrazem obrażonej dumy, zawołała: 

— Nie, nie! Niech pan odejdzie. Nie upokorzę się przed panem. Pan 

należy do mężczyzn dumnych z tego, że zawładnęli sercem bezbronnej 
kobiety. Godność kobiety nie pozwala mi na poniżenie się przed sobą. 
— I zmierzyła go dumnym spojrzeniem od głowy do stóp. 

Z jego twarzy odgadła, że odniosła zwycięstwo. 
—  Zofio!  Droga  Zofio!  —  szeptał  nerwowo,  na  wpół  przytomny. 

Wydało mu się potworne, że przez chwilę mógł w nią wątpić. 

— Czego sobie pan jeszcze życzy? Zabraniam panu nazywać mnie po 

imieniu  —  odezwała  się  szorstko  —  zauważyła  bowiem,  że  ten  ton 
czynił na nim wrażenie. 

 

background image

— Niech mi pani wybaczy. Byłem zdenerwowany. Nie chciałem pani 

zasmucić,  ale  nie  należę  do  tych  mężczyzn,  do  których  pani  mnie 
zaliczyła. Chciałem odejść, bo byłem smutny i podrażniony. 

Udawała,  że  ją  tymi  słowami  rozbroił  i  spojrzała  na  niego  jakby  z 

troską o jego zdrowie. 

— Co panu? — zapytała niby wzruszona. Odetchnął swobodnie. 
—  Była  to  nieuzasadniona  obawa,  ale  to  już  minęło,  jeśli  mi  pani 

wybaczy. 

— Pod jednym warunkiem — rzekła szybko. 
— Pod jakim warunkiem? 
— Jeśli pan jeszcze zostanie. 
— Czy pani rzeczywiście zależy na moim towarzystwie? Proszę mi 

odpowiedzieć. " 

Oczy jej zabłysnęły filuternie. 
— Próżności! Tobie na imię... mężczyzna. 
—  To  nie  odpowiedź  na  moje  zapytanie  —  prosił  natarczywie. 

Spuściła oczy. 

— Niech mnie pan nie dręczy. Kobiecie nie przystoi przyznać się do 

tego, co czuje. 

— Jeśli nie wypada wypowiedzieć słowem, to wzrokiem — błagał. 

Podniosła z wolna powieki i spojrzała na niego. Jej spojrzenie paliło 

go żywym ogniem. Uległ jej czarowi, był jej oddany duszą i ciałem. 

Uczucie zazdrości, które wznieciła pułkownikowa, pierzchło pod wra-
żeniem płomiennej miłości. Jeszcze chwilę rozmawiali półgłosem, jak 
to zwykle czynią zakochani, którzy jeszcze nie wyznali sobie miłości. 
Nagłe Zofia przerwała rozmowę, udając zaniepokojenie. 

— Pułkownikowa obserwuje nas przez lornetkę, gorsząc się naszym 

zachowaniem. Z tego znów urosną jakieś niedorzeczne plotki. 

Robert był uszczęśliwiony. Niech sobie pułkownikowa myśli co chce. 

Wkrótce  Zofia  będzie  moją  narzeczoną  —  pomyślał  zaślepiony 
młodzieniec. Udali się razem do majorowej. 

Ciotka  Klara  siedziała  obok  kapitanowej  Tressow,  która  jej  opo-

wiadała szczegółowo o ząbkowaniu swego synka. Podczas tego Klara 
miała sposobność czynić swe spostrzeżenia dotyczące Zofii i Roberta. 

 

background image

Ludwika  spoglądając  na  Zofię,  myślała  ze  smutkiem  o  Henryku 

Rotmanie,  który  wierząc  w  miłość  Zofii,  wyruszył  w  świat,  by 
stworzyć  swej  ukochanej  ognisko  domowe.  Gdyby  przeczuwał,  jak 
szybko  Zofia  o  nim  zapomniała,  czy  dążyłby  do  ukończenia  swych 
studiów? — Lepiej, że o tym nie wie. 

Zofia  nadmieniła  Robertowi  w  ciągu  rozmowy,  gdzie  mogliby  się 

spotkać, a choć mu nie naznaczyła schadzki, zachwyt malował się na 
twarzy Roberta i wzrokiem dziękował jej za tyle szczęścia. 

W sobotę Klara z Ludwiką odjechały. 
Pożegnanie  ich  było  nader  czułe.  Ludwika  nie  sądziła,  że  jej  tak 

ciężko przyjdzie rozłączyć się ze swoimi siostrami. Każda z nich miała 
łzy w oczach. 

Zuzia rozpłakała się na dobre, a całując Ludwikę, wymówiła łkając: 
—  Na  każdym  kroku  będzie  mi  brak  ciebie,  Ludko!  Majorowa, 

również  wzruszona,  uściskała  Ludwikę  serdecznie.  Przed  samym 
wyjazdem Zofia rzekła: 

— Bardzo  mi żal,  Ludko,  żem  ci  nieraz  dokuczyła,  proszę  cię,  nie 

miej do mnie żalu. 

Ludwika ujęła ją za obie ręce, mówiąc: 
— Nie mam żalu do ciebie, Zosiu. Ale w tej ostatniej chwili, przed 

moim wyjazdem, pozwól mi zwrócić ci uwagę, że w twoich dłoniach 
spoczywa  szczęście  dwojga  ludzi:  Henryka  Rotmana  i  Roberta 
Walentyna. Nie igraj z ich losem, czyń tak, byś w przyszłości nie miała 
czego żałować. 

Zofia zmarszczyła czoło. Patrząc posępnie, odpowiedziała: 
—  Czynię,  co  muszę,  Ludko!  Różnimy  się  bardzo.  Każda  z  nas 

postępuje,  jak  jej  nakazuje  indywidualność.  Sama  raz  powiedziałaś: 
„mimo to możemy się kochać jak siostry". Nieprawdaż? 

Wieczór już zapadał, gdy Klara z Ludwiką stanęły w D. Na peronie 

oczekiwał  ich stary ogrodnik, który  jeszcze  za  życia ojca Klary pia-
stował ten urząd. Był on ogrodnikiem, służącym i kierownikiem domu 
w jednej osobie. Na jego pomarszczonej twarzy widniał uśmiech, gdy 
przystąpił do Klary. 

 

background image

— Jak to dobrze, że pani już wróciła. Hania, Kasia i ja tęskniliśmy 

bardzo za naszą panią — rzekł dobrodusznie. 

Klara, uśmiechnąwszy się, złajała go żartobliwie: 
— Zachowujecie się jak troje małych dzieci. 
— Tak, tak, gdy pani odjeżdża, wydaje nam się, że nie mamy matki. 

Tak nam smutno, nie wiemy co począć z czasem, nie ma komu nami 
rządzić. 

— Otóż obejmuję już rządy. Proszę żeby Jan nasze ręczne pakunki 

zaniósł  do  dorożki,  a  tu  jest  kwit  na  nadane  kufry.  Wielkie  bagaże 
zawiezie się wózkiem do domu. Czy wózek został zamówiony? 

—  Tak,  łaskawa  pani,  wszak  w  liście  do  Hani  pisała  pani,  kiedy 

mamy jej oczekiwać i że będzie potrzebny wózek. 

Klara, ująwszy ramię Ludwiki, podążyła z nią do dorożki. Stary sługa 

poukładał ręczne pakunki, zamknął drzwiczki i konie ruszyły. 

Jechali  przez  miasto.  Ludwice  wydawało  się  spokojniejsze  od  ro-

dzinnego  miasta,  oglądała  z  zaciekawieniem  piękne  wille  okolone 
ogrodami. Dorożka zboczyła w jedną z ulic najbardziej stromych. 

Na  samym  szczycie  znajdował  się  dom  Klary.  Tam  zatrzymali  się. 

Dwie służące, schludnie ubrane w granatowe sukienki i białe fartuszki 
wybiegły na przywitanie swej pani. Były to kucharka Hania i pokojów-
ka Kasia. Hania liczyła lat czterdzieści, a i Kasia przeżyła już z trzy-
dzieści wiosen, ale przez starego sługę i kucharkę traktowana była jak 
dziecko. 

Obie służące cieszyły się powrotem swej pani. Spoglądały ciekawie 

na  Ludwikę,  której  smukłą  postać  korzystnie  uwydatniała  skromna 
suknia podróżna. 

— To moja siostrzenica Ludwika, pozostanie dłuższy czas z nami — 

rzekła  Klara.  Przygotowałyście  zapewne  dla  niej  dwa  pokoje  na 
drugim piętrze. 

— Tak proszę pani, wszystko w porządku — rzekła Kasia uprzejmie, 

a Hania dodała: 

— Przygotowałam ciepłą kolację. 
Klara skinęła głową na znak zadowolenia. 
Na drugim piętrze znajdowały się pokoje przeznaczone dla Ludwiki. 

Nie były tak modnie i elegancko urządzone jak w domu rodziców. 

 

background image

—  Jak  tu  ślicznie  cioteczko!  —  zawołała  Ludwika.  .  Klara 

uśmiechnęła się. 

— W tych pokojach mieszkała twoja matka za panieńskich czasów. 

Nic się tu od tego czasu nie zmieniło. 

Uczucie  błogiego  spokoju  ogarnęło  Ludwikę  i  tuląc  się  do  ciotki, 

objęła ją ramieniem. 

— Ach! cioteczko, jak mi dobrze u ciebie! Klara odrzekła miękkim, 

łagodnym głosem: 

— Zobaczymy, czy nadal będziesz tego samego zdania. Uścisnąwszy 

Ludwikę serdecznie, dodała wesoło: 

—  Pół  godziny  zostaje  ci  na  odświeżenie  swej  toalety,  po  czym 

pójdziemy na kolację. Zapamiętaj sobie Ludko, że u mnie panuje we 
wszystkim punktualność. 

— Bądź przekonana, cioteczko, że będę punktualna, postaram się nie 

psuć porządku domowego. — Klara uścisnęła raz jeszcze siostrzenicę i 
wyszła z pokoju. 

Ludwika ułożyła starannie swe rzeczy w szafie, umyła twarz i ręce, a 

wyszczotkowawszy włosy, włożyła czystą, białą bluzkę i była gotowa 
w umówionym czasie. 

Gdy zeszła na dół, Kasia już na nią czekała. 
Na parterze na prawo, znajdował się salon, a obok jadalnia, na lewo 

zaś  dwa  małe  pokoje:  salonik  i  pracownia  Klary.  W  małym,  niskim 
budynku,  połączonym  długim  korytarzem  z  głównym  budynkiem, 
mieściła się kuchnia i pomieszczenia gospodarcze. 

Kasia uśmiechnęła się pogodnie i poufale do Ludwiki. Służyła dzie-

sięć lat w domu ciotki. 

— Panienka będzie łaskawa wejść do tego pokoju — rzekła, otwie-

rając drzwi, prowadzące do jadalni: 

Ludwika podziękowawszy, weszła do jadalnego pokoju. 
Klara czekała już, stojąc przy oknie. Przywitała Ludwikę skinieniem 

głowy i wskazała jej miejsce przy okrągłym stole jadalnym. 

Stół  przykryty  był  śnieżnym  obrusem.  Srebrne  nakrycie,  dwie 

szklanki na wodę, dwa kieliszki na wino, białe porcelanowe talerze ze 
złoconymi  brzegami,  dwie  serwetki  w  srebrnych  pierścieniach 
tworzyły zastawę. 

Zaledwie ciotka i siostrzenica zasiadły do stołu, Kasia wniosła wazę. 
 

background image

Klara nalała zupę i obie panie spożywały ją, milcząc. 
—  Czy  moja  obecność  nie  będzie  nieraz  przykra?  —  zapytała 

Ludwika. 

Wzrok Klary spoczął na twarzy Ludwiki. Po czym z miłym uśmie-

chem odpowiedziała: 

— Zdaje mi się, że nie, Ludko. 
Ta odpowiedź nie wyjaśniała wiele, ale Ludwika zadowoliła się nią, 

wiedząc, że Klara unikała wszelkich frazesów. 

Po zupie podano pieczeń z młodą jarzynką, potem leguminę, w końcu 

Kasia  ustawiła  małe  talerzyki  i  przysunęła  płytę  z  czereśniami. 
Wszystko było doskonale przyrządzone i ładnie podane. 

Inne panowały tu obyczaje, niż w domu rodzinnym, co Ludka od razu 

zauważyła. 

Po obiedzie obie panie udały się do saloniku Klary. W pokoiku tym 

znajdowały się stare, wygodne meble. Na kanapie leżały wielkie jed-
wabne  poduszki,  ozdobione  ręcznym  haftem.  Był  też  kominek,  przy 
którym  zimową  porą  można  było  mile  gwarzyć.  Dziś  przez  szeroko 
otwarte okna wnikała woń kwiatów. 

Klara, usiadłszy w szerokim fotelu naprzeciw okna, prosiła Ludwikę, 

by usiadła obok niej. 

— Teraz Ludko, chcę cię zaznajomić z naszym rozkładem zajęć, do 

którego masz się zastosować. Aby nie tracić czasu, trzeba ułożyć sobie 
dokładny plan, co należy każdego dnia przedsięwziąć. 

Po czym Klara rozwijała swój program. 
Gdy  Ludwika  wieczorem  weszła  do  swego  pokoju,  opanowała  ją 

tęsknota  za  siostrami.  Cisza  panowała  dokoła,  ulica  była  wymarła. 
Myślała o Henryku. Gdzie on obecnie przebywa? 

Czy rana w jej sercu zabliźni się kiedyś? 

Henryk Rotman w myśl swego postanowienia odwiedził wuja. Był to 

stary kawaler i dziwak. Unikał kobiet, odkąd zawiódł się na tej, którą 
ukochał. 

Justyn Wend mało stykał się z ludźmi, gdyż liche zdrowie i stosunki 
 

background image

materialne nie pozwalały mu na to. Obeznany był z nowszą beletry-

styką  i  literaturą  naukową.  Najbardziej  jednak  zajmowały  go  dzieła 
medyczne. Wskutek tego odkrywał w sobie coraz to nowe choroby, co 
czyniło go nerwowym i oddalało coraz bardziej od świata. 

Henryk  Rotman  nie  był  dokładnie  obeznany  ze  stosunkami  mająt-

kowymi  wuja,  ale  z  tego,  że  ten  narzekał  na  drożyznę  i  złe  czasy, 
przekonany był, że wuj jest ubogi. 

Prowadził  on  do  spółki  jakiś  interes  kupiecki.  Ale  gdy  zaczął  cho-

rować, wycofał się z interesu, żaląc się, że stracił prawie cały majątek, 
tak że zostało mu zaledwie na kawałek chleba. 

Gdy  Henryk  go  odwiedził,  zastał  go  siedzącego  w  wielkim  fotelu, 

otulonego  w  gruby  pled.  Jak  zwykle  narzekał  na  złe  czasy,  a  twarz 
jego,  pożółkła  i  poorana  zmarszczkami,  świadczyła  o  lichym 
odżywianiu. 

Henryk patrzył nań z politowaniem. 
— Nie rozpaczaj wuju — pocieszał go siostrzeniec — doczekasz się 

jeszcze  lepszych  czasów.  Przybyłem  tu  dziś  z  ważną  wiadomością: 
zwolniłem się ze służby wojskowej. 

Starzec spojrzał nań zdziwiony i zapytał: 
— Jak to, nie jesteś już oficerem? 
— Nie, wuju — odpowiedział Henryk. Ironiczny uśmiech przebiegł 

po twarzy wuja. 

— Co by powiedziała na to matka? Tak się cieszyła, że jej syn jest 

porucznikiem. 

Henryk westchnął. 
— Była to słabostka nieboszczki matki. 
— Sądziłem — rzekł z wzrastającym zdziwieniem wujaszek — że ty, 

podobnie jak matka, byłeś próżny i cieszyłeś się barwnym mundurem. 
Ale widzę, że się omyliłem. 

— Tak wuju, omyliłeś się. 
— I dlaczegoś nigdy mi się z tego nie zwierzył? 
— Przez wzgląd na matkę — odrzekł Henryk.   
— Ale teraz powiedz mi, Henryku, jaki obrałeś zawód? 
— Chcę zostać architektem. 
— Czy nie za późno rozpoczynasz studia? 
Słuchając  opowiadania  Henryka,  staruszek  ożywił  się.  Henryk  ob-

jaśnił mu, w jaki sposób zamierza osiągnąć swój cel. 

background image

A  gdy  skończył  swe  opowiadanie,  wuj  spojrzał  z  uwagą  w  twarz 

Henryka i powiedział z namysłem: 

—  Dziwnie  przedstawiasz  mi  się,  mój  Henryku.  Matka  zważała 

jedynie  na  twą  powierzchowność,  sądziła,  że  w  barwnym  mundurze 
zdobędziesz  serce  bogatej  panny,  którą  poślubisz.  Teraz  widzę,  że 
jesteś człowiekiem w całym znaczeniu tego słowa. Ale jak sobie dasz 
radę przez tych kilka lat studiów, nie zarabiając ani grosza? 

— Posiadam jeszcze — odpowiedział Henryk — dwadzieścia tysięcy 

marek odziedziczonych po matce. 

Starzec, rzuciwszy się z żywością na fotel, zapytał: 
—  Więc  nie  roztrwoniłeś  tych  pieniędzy?  Henryk  odrzekł  z 

uśmiechem na ustach: 

— Nie wujaszku. Dopóki żyła matka, dodawała mi z pensji po ojcu 

nieco grosza. Po jej zgonie, odsetki z pozostałego po niej majątku wraz 
z moją pensją musiały wystarczyć na życie. Było to nieraz, co prawda, 
przykre.  Ale  kapitału  nie  chciałem  w  żaden  sposób  naruszyć, 
przeznaczyłem go bowiem na umożliwienie mi studiów. Gdy osiągnę 
cel  swych  pragnień  i  zacznę  zarabiać,  postaram  się,  kochany  wuju  i 
tobie życie uprzyjemnić, byś nie musiał się liczyć z każdym groszem. 

Justyn  Wend  zadrżał  ze  wzruszenia,  a  spoglądając  na  siostrzeńca 

rozczulonym wzrokiem, zawołał: 

— Co? Czy dobrze słyszałem? Ty chcesz się mną zająć, ty chcesz mi 

pomóc? 

— Wszak to chyba nic dziwnego, już dawno myślę nad tym, jakby ci 

ulżyć. Nie umiem powiedzieć, jak mi przykro, że pędzisz tak smutne 
życie. Dotychczas nie mogłem temu zaradzić, ale nastaną lepsze czasy, 
wujaszku.  Czuję  się  na  siłach,  jestem  pełen  nadziei,  że  dopnę  celu. 
Muszę cię wydobyć z tego ponurego środowiska, zamieszkasz blisko 
mnie, bym mógł jak najczęściej cię odwiedzać. Przeczekaj cierpliwie 
jeszcze parę lat. 

Staruszek zakrył ręką oczy. Nie odczuwał dotychczas ujemnych stron 

swego otoczenia, wszak z własnej woli prowadził takie życie. Narzekał 
na  swoje  ubóstwo  z  obawy,  by  Henryk,  którego  uważał  za 
marnotrawcę, nie zażądał od niego pieniędzy. Tymczasem siostrzeniec 
ofiarowuje mu swą pomoc z sercem pełnym przywiązania do starego 

 

background image

wujaszka. Dziwne uczucie ogarnęło starego dziwaka — żal mu było, 

że  przez  swą  podejrzliwość,  pozbawił  się  tylu  słonecznych  chwil  w 
życiu. 

— Mój dobry, kochany chłopcze, dziękuję ci serdecznie za twą dobrą 

wolę. Chwila ta zostanie mi na zawsze w pamięci. Ale nie troszcz się 
mój Henryku, o twego starego wujaszka. Jestem starym, połamanym 
dziadem i nie mogę już korzystać z życia. Na kleiki i szklaneczkę wina 
wystarczą  mi  moje  dochody.  Nie  zaprzątaj  sobie  myśli  moją  osobą, 
masz  i  tak  wiele  do  przebycia.  Ale  widzisz,  czego  mi  było  brak  — 
przywiązania  i  miłości.  Dlatego  jestem  ci  wdzięczny,  boś  mnie 
przekonał, że istnieje na świecie istota, która mi sprzyja i troszczy się o 
mnie. 

Henryk rozczulony uścisnął starca i rzekł: 
— Choć wydawałeś mi się nieraz dziwnym, kochałem cię, wujaszku. 

Przyjeżdżałem do ciebie, kiedy tylko mogłem. 

— A teraz, czy będziesz mnie częściej odwiedzał? Z Berlina do mnie 

niedaleko. 

Henryk uśmiechnął się z zadowoleniem. Po raz pierwszy wuj zapra-

szał go do siebie. 

— O ile tylko czas  pozwoli, będę przyjeżdżał choćby tylko na go-

dzinkę.  Chcąc  osiągnąć  swój  cel,  muszę  się  energicznie  zabrać  do 
pracy. 

— Jestem o ciebie spokojny — rzekł wuj — zmieniłeś się na korzyść, 

słowem, stałeś się innym człowiekiem. 

—  Przez  długie  lata  byłem  z  siebie  niezadowolony,  wegetowałem 

tylko. Obecnie pragnę żyć i walczyć; wytężę całą swą energię i zgotuję 
sobie nowe życie. 

Po kilku godzinach Henryk pożegnał wuja serdeczniej niż zazwyczaj. 

Uważał to za dobrą wróżbę na przyszłość, że zdołał wzniecić żywsze 
uczucie w jego sercu. Pełen dobrej myśli wyjechał do Berlina. 

Justyn Wend posłał nazajutrz swego starego sługę po notariusza. A 

gdy  ten  przybył,  spisał  z  nim  testament,  mianując  uniwersalnym 
spadkobiercą swego siostrzeńca, Henryka Rotmana. 

Henryk  ani  przypuszczał,  jak  dalece  zaskarbił  sobie  serce  wuja, 

okazaniem mu swego przywiązania. Nie przypuszczał nawet, że mógł 
go czekać dość znaczny spadek. 

 

background image

Mijał  tydzień  za  tygodniem.  W  rodzinie  Randolfów  wszystko  szło 

zwykłym  trybem,  tylko  Zuzię,  uważaną  za  podlotka,  postanowiono 
wprowadzić do towarzystwa. 

Brak Ludwiki odczuwała cała rodzina. 
Major  był  zazwyczaj  w  złym  humorze.  Majorowa  postanowiła  za-

prowadzić oszczędności, ale nie umiała się do tego zabrać. Skarżyła 
się, że nie może sobie dać rady i narzekała, że nie ma znikąd pomocy. 

Zuzia pragnęła zastąpić Ludwikę, ale nie mając wytrwałości, doszła 

do przekonania, że jej wszelki trud jest nadaremny. 

Jedynie  Zofia  była  w  świetnym  humorze.  Wychodziła  często  na 

przechadzki i nie troszczyła się wcale o dom. 

Uspokoiwszy  się  po  owym  ataku  zazdrości,  Robert  był  znów  pod 

wpływem  czaru  Zofii.  Jedynym  jego  życzeniem  było  zdobyć  jej 
miłość. 

Mimo, że rodzice strzegli troskliwie syna, nie udało im się zapobiec 

spotykaniu się Roberta z Zofią. 

Pewnego  dnia  Robert  znalazł  sposobność  wyznania  swej  miłości 

Zofii. Ze spuszczonymi oczyma wyszeptała, że jest mu wzajemna, a on 
zbliżył się do niej, by ją ucałować. Obejrzała się zalękniona, czy ktoś 
nie  nadchodzi,  znajdowali  się  bowiem  w  parku.  Byli  sami,  nie  było 
nikogo w pobliżu, jednakże Zofii nie było spieszno do pocałunków. 

— Ucałujesz mnie, Robercie, gdy będę i przed światem twą narze-

czoną. Winnam to moim rodzicom, sobie i tobie Robercie — rzekła z 
powagą. 

Zadowolił się ucałowaniem jej ręki. 
Przyrzekł Zofii pomówić ze swymi rodzicami, a gdy zezwolą na ich 

związek, przyjdzie oficjalnie prosić rodziców Zofii o jej rękę. 

Po czym rozeszli się. Zofia była dumna ze swego zwycięstwa, twarz 

jej jaśniała od szczęścia. 

Upojona zwycięstwem, oczekiwała nazajutrz jego wizyty. Ale dzień 

minął, a Roberta nie było. Powtórzyło się to i następnego dnia. Zaczęła 
odczuwać  niepokój.  Czyżby  rodzice  Roberta  nie  chcieli  zezwolić  na 
ich związek? Wiedziała, że Robert był od nich uzależniony. 

Zofia  nie  rozmawiała  jeszcze  ze  swoimi  rodzicami.  Wyobrażała 

sobie, jak się ucieszą, gdy Robert poprosi o jej rękę. Była zadowolona, 
że  nie  wtajemniczyła  ich  we  wszystko,  bo  wtedy  zwłoka  Roberta 
byłaby dla niej jeszcze przykrzejsza. 

background image

O Henryku Rotmanie ani pomyślała, choć korespondowała z nim  i 

cieszyła się jego listami, pełnymi gorących słów miłości. Na każdy z 
owych  listów  odpowiadała  serdecznie.  Bawiło  ją,  że  podbiła  serca 
dwóch młodzieńców. Nie mogła się jeszcze zdecydować na zerwanie z 
Henrykiem. Będzie na to czas — myślała — gdy zostanie narzeczoną 
Roberta.  Wtedy  napisze  mu,  że  zaślubiając  Roberta,  uczyniła  to  dla 
swej rodziny, by ją uratować od niechybnej ruiny. Brzmieć to będzie 
pięknie i na pewno go wzruszy. Henryk na pewno zachowa to w ta-
jemnicy — tego była pewna. Pocieszała sama siebie, że wychodząc za 
Roberta,  nie  zdradza  właściwie  Henryka  —  wszak  przy  pożegnaniu 
powiedziała mu, że tak on, jak i ona nie są niczym krępowani, że oboje 
są wolni. 

Przez te dwa dni czekania na Roberta znosiła istne katusze. Co się 

stało, że nie przychodzi? — zapytywała sama siebie. 

* * 
Robert wyznał rodzicom, że kocha Zofię i że pragnie ją poślubić. W 

wymownych  słowach  przedstawił  rodzicom,  czym  była  dla  niego  ta 
miłość — uzdrowiła go, obudziła w nim na nowo chęć do życia, sło-
wem, uszczęśliwiła go. 

Słowa Roberta wzruszyły rodziców, i kto wie, czy pod ich wpływem 

nie zezwoliliby na jego związek z Zofią, gdyby nie opowiadania puł-
kownikowej o flirtach Zofii, które wzbudziły w matce Roberta głęboką 
nieufność. 

Gdy Robert skończył, matka spojrzała na niego, z wyrazem bolesnego 

smutku i rzekła: 

— Kochany synu, to niemożliwe; nie wolno nam dopuścić do tego 

małżeństwa. Zofia Randolfówna nie jest odpowiednią dla ciebie żoną. 
Byłbyś w pożyciu z nią nieszczęśliwy. Ona nie ciebie kocha, ale twoje 
pieniądze. 

Robert zbladł jak ściana. 
—  Mamo  —  odezwał  się  z  gwałtownością  —  jeśli  mi  odbierzesz 

wiarę w miłość Zofii, odbierzesz mi życie. Namyśl się dobrze, jakie 

 

background image

następstwa mogą wyniknąć z zaszczepienia w mym sercu niewiary i 

zwątpienia. 

Radczyni zamilkła, skonsternowana przemówieniem syna. Ale radca 

Walentyn, który nie wierzył, by wypowiedzenie prawdy mogło synowi 
zaszkodzić, rzekł spokojnie i z pewnością siebie: 

—  Kochany  Robercie,  panna  Randolfówna  oczarowała  cię  swą 

pięknością, ale jej dusza nie odpowiada powierzchowności. Nie mogę 
sobie wyobrazić, byś mógł u jej boku zaznać szczęścia. 

— Co macie jej do zarzucenia? — zapytał Robert nerwowo. 
—  Właśnie  chcę  ci  to  powiedzieć  —  rzekł  radca.  Zanim  zaczął 

mówić,  radczyni  ujęła  jego  dłoń,  spoglądając  nań  błagalnym 
wzrokiem. Ale radca mówił dalej: 

— Nie, nie, on musi się o tym dowiedzieć, nie wolno nam tego przed 

nim ukrywać. A więc, Robercie, Zofia Randolfówna już od dłuższego 
czasu ma stosunek z porucznikiem Rotmanem. Spotykano ich często o 
zmierzchu  na  odległych  spacerach.  Zauważono  już  na  zabawie 
ogrodowej u nas, że znikli podczas ogni bengalskich. Przypuszczają, że 
Rotman dla niej wystąpił z wojska. Ile w tym prawdy, nie wiem, ale w 
porządku to nie jest. 

Twarz Roberta okryła się trupią bladością. Słowa ojca wznieciły w 

nim  uśpioną  zazdrość.  Obiema  rękami  chwycił  się  oparcia  krzesła, 
patrząc dokoła zdrętwiałym wzrokiem. 

Po chwili zawołał z rozpaczą: 
— To nie może być, to omyłka! 
Po tych słowach udał się do swego pokoju, zamykając drzwi na klucz. 

Rodzice spojrzeli na siebie bezradnie. 

— Co poczniemy? — rzekła matka z westchnieniem. — Co za nie-

szczęście,  że  Robert  zakochał  się  właśnie  w  Zofii!  Boże!  Jakże  się 
lękam o jego życie! 

Radca,  również  zrozpaczony,  starał  się  jednak  pocieszyć  żonę 

słowami: 

—  Bądź  spokojna,  Robert  wróci  do  równowagi.  Każdy  młody 

człowiek  przechodzi  takie  koleje.  Lekarstwo  było  gorzkie,  ale 
skuteczne. Ta przebiegła kokietka przeliczyła się. Zostaw go na razie w 
spokoju, nie drażnij go. Gdy się uspokoi, pomówię z nim rozsądnie i 
serdecznie. 

 

background image

Mówił  to  szybko,  patrząc  na  żonę,  której  twarz  wyrażała  głęboki 

smutek i rozpacz. 

Zamyślili się oboje. Co im było po tych dostatkach, kiedy nie mogli 

nimi okupić szczęścia jedynego syna. 

Robert padł na wpół żywy na fotel. Owładnęła nim do tego stopnia 

zazdrość,  że  uwierzył  we  wszystko,  co  usłyszał  od  ojca,  o  stosunku 
Zofii  z  Rotmanem.  Po  czym  przywołał  na  pamięć  każdą  chwilę 
przeżytą  z  Zofią.  I  powoli  nadzieja  wstąpiła  w  jego  serce  —  wszak 
niemożliwością  było,  aby  ukochana  Zofia  mogła  go  oszukać.  Zbyt 
silnie  działał  jej  czar,  jej  czuły  głos,  niewinny  uśmiech  i  szlachetna 
duma w jej płomiennych oczach. 

— Nie, ona nie kłamie! Nie, stokroć nie. Nie powinienem i nie mogę 

w to wierzyć. 

W końcu ogarnęła go szalona tęsknota, która przytłoczyła wszelkie 

inne myśli. 

Spędził bezsenną noc, a gdy rano słońce zajrzało przez okno do jego 

pokoju, powziął postanowienie: zapyta Zofię, jaki stosunek łączył ją z 
Rotmanem. 

Gdy  Robert  wszedł  rano  blady  i  znękany  do  jadalni,  a  ojciec  ujął 

łagodnie  jego  dłoń  i  chciał  z  nim  pomówić,  Robert  zagadnął  go 
ochrypłym głosem: 

— Ojcze, nie mów teraz ze mną o sprawie, którą wczoraj poruszyłeś. 
Rodzice spojrzeli na siebie w milczeniu. Byli szczęśliwi, widząc syna 

spokojnego. Mieli nadzieję, że się wszystko dobrze skończy. 

Robert cały ranek spędził na poszukiwaniu Zofii. Ona zaś nie ruszyła 

się z domu, sądząc, że Robert może w każdej chwili nadejść. 

Wieczorem  następnego  dnia  Robert  nie  mógł  już  wytrzymać,  pod-

szedł pod dom, w którym mieszkali Randolfowie i chodził tam i z pow-
rotem  spodziewając  się,  że  Zofia  go  spostrzeże.  I  nie  zawiodła  go 
nadzieja. Zofia stojąc w salonie przy oknie, dostrzegła go. Nie namy-
ślając się długo, zarzuciła płaszcz, włożyła kapelusz i wyszła na ulicę. 

 

background image

Zuzia  z  nudów  zbliżyła  się  do  okna  i  spoglądała  na  ulicę.  Nagle 

spostrzegła Roberta i zdążającą za nim szybkim krokiem Zofię. 

Klasnęła z lekka w dłonie i odeszła od okna. W ostatnich tygodniach 

wiele rzeczy obiło się o jej uszy. Nie mając z kim podzielić się wra-
żeniami, donosiła o tym listownie Ludwice. 

Zofia pobiegła za Robertem aż do rogu ulicy i gdy ten się odwrócił, by 

na nowo rozpocząć swój spacer, spostrzegł ją. 

—  Zofio!  —  zawołał  —  nareszcie  cię  widzę!  Ujął  jej  dłoń  w  swe 

drżące ręce. 

Gdy spojrzała na niego, przelękła się jego trupiobladej twarzy. 
— Co się stało? Czekam na ciebie od dwóch dni. Każda minuta była 

dla  mnie  wiecznością.  Dlaczego  mnie  dręczysz?  —  pytała  w  naj-
wyższym rozdrażnieniu. 

Tym razem nie potrzebowała udawać. Jej niepokój podziałał na niego 

uspokajająco. 

— Wyjaśnię pani wszystko, przejdźmy się. O zmierzchu nikt nas nie 

pozna — mówił ochrypłym głosem. 

Zastanowiło ją, że mówił do niej „pani". 
Objawiała się,  że  jej zaręczyny nie  dojdą do skutku. Odpędzała od 

siebie  myśl  o  tej  możliwości,  usiłując  oddalić  od  siebie  niepokój. 
Przemówiła do Roberta drżącym głosem: 

— Stojąc przy oknie spostrzegłam cię na ulicy, zwolniłam się więc w 

domu na kilka chwil. Rodzice moi na szczęście nie wiedzą, co między 
nami  zaszło,  inaczej  obecna  sytuacja  byłaby  męczarnią  nie  do 
zniesienia. 

Mówiła  to  skwapliwie  z  płonącymi  oczyma.  Robertowi  wydawało 

się, że nigdy nie widział jej tak pięknej. Serce jego biło gwałtownie. 

Szli obok siebie powolnym krokiem. 
— Zofio! Ukochana Zofio! Jak pani wczoraj przyrzekłem, mówiłem z 

rodzicami, prosząc ich o zezwolenie na nasz związek małżeński. Ale 
muszę niestety wyznać, że nie zgodzili się na mą prośbę. 

Zofii jakby serce przestało bić. Zdrętwiała. 
—  A z  jakiego powodu? — wykrztusiła złamanym głosem. 
— Chcę i muszę pani otwarcie wszystko wyznać. 
Zofio, nie umiem powiedzieć, jaka rozpacz miotała mną w ostatnich 

dniach. Już uwagi pułkownikowej Werdem wznieciły we mnie 

 

background image

zazdrość. Pani wówczas zdołała mnie uspokoić. Po rozmowie z rodzi-

cami  zazdrość  wybuchła  gwałtowniej.  Cierpię  nieskończenie, 
pozostała  mi  jeszcze  ostatnia  nadzieja,  że  pani  mnie  wyzwoli  z  tej 
męki. Muszę dowiedzieć się prawdy, Zofio, i tej domagam się od pani. 
Czy tak jest w istocie, jak doniesiono moim rodzicom, że pani zostaje 
w zażyłych stosunkach z porucznikiem Rotmanem, że go pani kocha i 
że  zdecydowała  się  zostać  moją  żoną,  bo  jestem  synem  bogatych 
rodziców? 

Od tych słów Zofia zadrżała na całym ciele. Wiedząc jednak, że od tej 

odpowiedzi  zależy  jej  przyszłość,  nie  dała  za  wygraną.  Myśl  jej 
pracowała i błyskawicznie postanowiła rozwiać podejrzenia Roberta. 

Stanęła  przed  nim  obrażona  i  mierząc  go  dumnym  spojrzeniem, 

rzekła: 

— I uwierzył pan w te ohydne plotki, po tym co między nami zaszło, 

po moim wyznaniu, że pana kocham? O, jak mało mnie pan zna i jak 
niskie wyobrażenie ma pan o mnie. 

Głos jej drżał, a twarz miała wyraz zbolały. 
— Zofio, najdroższa Zofio! Więc to nieprawda? Wlewasz we mnie 

nowe życie... 

— Biada  mi, że  zwątpiłeś  w  moją  miłość  do ciebie,  że jej nie wy-

czuwasz i musisz o to pytać — mówiła zdławionym głosem. 

Ujął jej rękę i zatrzymał w swej dłoni. 
— Wybacz mi pani, ale muszę dowiedzieć się całej prawdy. Widzia-

no  panią  na  odległych  spacerach  z  Rotmanem.  Zauważono  również 
zniknięcie pani z nim na zabawie ogrodowej podczas ogni bengalskich. 
Ja sam szukałem pani i spostrzegłem ją dopiero po skończonych fajer-
werkach.  Czyż  pani  tego  nie  pojmuje,  że  szaleję  na  myśl  utracenia 
ciebie? 

Tymczasem Zofia z naprężeniem nerwów snuła plan, który  miał ją 

oczyścić z czynionych zarzutów. Zarysował się w jej myśli ów plan 
tego  wieczoru,  gdy  pułkownikowa  przez  swe  natarczywe  pytania 
wprawiła ją w tak niemiłą sytuację. Obecnie zamierzała go wykonać. 
Należała bowiem do osób, które nie przebierały w środkach. 

Westchnęła głęboko a w jej oczach stanęły łzy. 
—  Uważam  —  rzekła  łagodnie  —  że  bez  potrzeby  cierpiał  pan  z 

powodu tych plotek. Gdyby mi pan natychmiast to powiedział, oba- 

 

background image

liłabym jednym słowem wszelkie pana wątpliwości i przywróciła mu 

spokój. 

Ściskał jej dłonie i oddychał ciężko.   
—  Wyzwól  mię  Zofio,  wyzwól  z  niewymownej  udręki  —  mówił 

złamanym głosem, a jego wzrok nie schodził z jej twarzy. 

— Tu nie chodzi o rzekome tajemnice — rzekła — ale nie czas się 

nad  tym  zastanawiać,  gdy  chodzi  o  nasze  szczęście.  Zanim  jednak 
przystąpię  do  rzeczy,  niech  mi  pan  da  słowo  honoru,  że  nie  zdradzi 
tego, co mu obecnie powierzę. 

— Ręczę słowem honoru — rzekł skwapliwie. 
Zofia  obejrzała  się  dokoła,  czy  nikt  ich  nie  podsłuchuje,  po  czym 

spojrzawszy nań czule, przemówiła: 

— Więc słuchaj, Robercie. Siostra moja Ludwika i Henryk Rotman 

kochają się od dawna. Gdy wróciłam z podróży, zwierzyli mi się ze 
swej miłości. Zaręczyć się nie mogli, gdyż tak Henryk, jak i Ludwika 
są ubodzy. I właśnie dlatego Rotman wystąpił z wojska, pragnie zostać 
architektem i ma nadzieję, że zarobi tyle, by móc zapewnić byt Lud-
wice. Czy dopnie swego celu — nie wiadomo. W każdym razie wyje-
chał,  a  siostra,  by  nie  odczuwać  tak  boleśnie  rozłąki  z  ukochanym, 
wyjechała do ciotki. To wszystko, co ci miałam powiedzieć, Robercie. 
Rozumiesz chyba, do jakiego nieszczęścia doprowadzić mogą te plotki 
o Rotmanie. 

Robert, nie mogąc wymówić słowa, chwycił dłoń Zofii, ściskając ją 

kurczowo. 

— Zofio, moja jedyna, szlachetna i dumna, wybacz mi, wybacz, że 

mogłem choć na chwilę stracić wiarę w ciebie. Bogu dzięki! Wszystko 
minęło. Ciężar, który mnie przygniatał, spadł mi z serca. Odżyłem i na 
nowo  jestem  szczęśliwy.  Jakżeś  ty  musiała  cierpieć!  Powiedz, 
najdroższa,  co  mam  uczynić,  by  cię  przeprosić  za  tyle  zadanej  ci 
udręki? 

—  Zbyt  cię  kocham,  Robercie,  by  się  gniewać  na  ciebie.  Ale  na 

przyszłość miej do mnie więcej zaufania i nie wierz niecnym plotkom. 
Wszystkie  one  pochodzą  najpewniej  z  ust  pułkownikowej,  która  nie 
może mi wybaczyć, że jej córka jest brzydsza ode mnie. Niedobry, ale 
kochany Robercie, czy przyrzekasz mi poprawić się na przyszłość? — 
-pytała Zofia z filuternym uśmiechem. 

 

background image

— Tak, moja najukochańsza! — odpowiedział z powagą. — Sam nie 

wiem co czynić, taki jestem szczęśliwy. Pragnąłbym zostać przy tobie, 
to  znów  chciałbym  pomówić  z  rodzicami  i  przekonać  ich  o  twej 
niewinności  i  że  to  wszystko,  co  o  tobie  mówiono,  było  potwarzą. 
Wszak wobec nich zwalniasz mnie od danego ci słowa? 

Westchnęła, a po chwilowym namyśle rzekła: 
—  Prócz  nas  nikt  nie  wie  o  miłości  Ludwiki  z  Rotmanem,  nie 

wyłączając nawet moich rodziców. Byłoby to dla mnie okropne, gdyby 
Ludwika z tego powodu mogła mieć jakiekolwiek przykrości. 

—  Ręczę,  Zofio,  za  moich  rodziców,  że  zachowają  tajemnicę.  Ale 

uznajesz, że oni powinni się o tym dowiedzieć? 

— Niech i tak będzie; wszak tu nie tylko chodzi o moje szczęście, ale 

i twoje, które mi bardziej leży na sercu — wyszeptała czule. 

— Dziękuję ci, kochanie. A teraz spieszę, by jak najprędzej zasłużyć 

na twój pocałunek. W każdym razie powiedz mi, gdzie mógłbym z tobą 
pomówić jutro po południu, gdyby mi coś przeszkodziło rano udać się 
do  twych  rodziców,  by  ich  prosić  o  twoją  rękę.  Po  tym,  co 
przecierpiałem, jestem ostrożniejszy, chociaż pewny, że  moi  rodzice 
nie będą mi teraz robili żadnych trudności. 

— Jakżeż to dla mnie upokarzające! Cóż ja złego uczyniłam twym 

rodzicom, że odnoszą się do mnie tak wrogo? — pytała obrażona. 

— Nie są wrogo usposobieni, chcą być tylko pewni mego szczęścia. 

Ich  troskliwość  i  czułość  dla  mnie  jest  tak  wielka,  że  wymagają  od 
mojej  przyszłej  żony  niebywałej  doskonałości.  Ale  ty  przewyższasz 
jeszcze ich wymagania. 

Odetchnęła głęboko. 
— Gdybym cię tak nie kochała, wydałoby mi się to nie do zniesienia. 

Więc jeśli jutro nie przyjdziesz do moich rodziców, to spotkamy się po 
obiedzie w pałacu sztuki. 

—  Dziękuję  ci,  najdroższa!  Nie  smuć  się.  Wynagrodzę  ci  w  przy-

szłości  stokrotnie  twe  obecne  cierpienia  z  powodu  moich  rodziców. 
Choć  nasze  oficjalne  zaręczyny  są  odłożone,  już  dziś  jesteś  moją 
narzeczoną.  Słyszysz,  kochanie?  Już  dziś  jesteś  moją,  moją  narze-
czoną! 

Uścisnęła jego dłoń, mówiąc: 
 

background image

— Tak mój Robercie — twoją narzeczoną. Czuję się szczęśliwa! /Ue 

teraz odejdź, bo mógłby w końcu ktoś nadejść. Do zobaczenia jutro, 
mam nadzieję, że u nas w domu. 

— I ja się tego spodziewam. Gdyby nie przed południem, to w każ-

dym razie w galerii obrazów o czwartej. 

Złożył  pocałunek  na  jej  dłoni.  Spojrzeli  na  siebie  czule,  nieco  za-

smuceni. On pragnął ją nazwać swoją na wieki, ona myślała o zdobyciu 
majątku i pozycji. 

Robert  wskoczył  do  najbliżej  stojącej  dorożki  i  pojechał  do  domu. 

Zastał  rodziców  w  jadalni.  Oczekiwali  go  z  niepokojem.  Z  lękiem 
zauważyli jego rozgorączkowaną twarz. Robert dał znak służącemu, by 
wyszedł z pokoju. Po czym z radością w oku opowiedział im całą roz-
mowę z Zofią. Wierzył święcie w bajkę, którą wymyśliła. 

Rodzice również w to uwierzyli. Za dowód prawdy posłużył im wy-

jazd Ludwiki. A choć Zofia nie cieszyła się ich zaufaniem, nie przy-
puszczali,  żeby  dla  uniewinnienia  siebie  mogła  rzucić  cień  na 
Ludwikę.  Sądzili  jednak,  że  nie  tyle  miłość  do  Roberta,  ile  jego 
majątek  skłaniają  do  tego  małżeństwa.  Na  wszelki  wypadek  radca 
porozumiał się w ciągu dnia z lekarzem Roberta. 

Trzeba zyskać na czasie  — pomyślał. Z żoną również omówił całą 

sprawę. 

Błagania  Roberta,  by  rodzice  zezwolili  na  małżeństwo,  odniosły 

skutek.  Po  długim  wahaniu  ojciec  przyrzekł  zgodzić  się  na  ten 
związek, jeśli lekarz uzna to za możliwe. 

Jeszcze tego samego wieczora Robert wezwał lekarza. Ten zamienił 

porozumiewawcze spojrzenie z radcą. Gdy Robert zapytał go, czy stan 
jego zdrowia pozwala, by się ożenił, lekarz spojrzawszy nań dobrodu-
sznie przez swe okulary, odpowiedział z uśmiechem: 

—  Ależ  naturalnie,  może  się  pan  żenić.  Mam  tylko  jedno  za-

strzeżenie; jeszcze przez rok musi się pan szanować. Zimę winien pan 
spędzić  na  południu  i  powoli  się  przyzwyczajać  do  północnego 
klimatu.  Nie  wolno  z  lekkomyślnością  narazić  się  na  ewentualną 
recydywę,  wszak  rok  nie  jest  wiecznością.  Bądźmy  rozsądni  i  prze-
czekajmy. 

Wobec  tego  radca  stanowczo  odmówił  prośbie  syna,  odkładając 

zaręczyny na rok. 

 

background image

Robert  musiał  się  zadowolić  przyrzeczeniem  ojca,  że  po  tym  roku 

próby zezwoli bezwarunkowo na ślub z Zofią. 

— Chcę wam jeszcze wyznać, kochani rodzice, że już od dzisiejszego 

dnia uważam Zofię za narzeczoną, co jej też oświadczyłem. Ciężko mi 
będzie  czekać  jeszcze  cały  długi  rok  na  ogłoszenie  moich  zaręczyn. 
Byłbym  wam  bardzo  wdzięczny,  gdybyście  zezwolili  obecnie  na 
oficjalne zaręczyny, przez wzgląd na Zofię, którą zatajenie tego może 
wprowadzić w przykrą sytuację. 

Radca jednak nie chciał ustąpić. 
Zofia czekała na próżno na przybycie Roberta. 
Odpokutowała za to Zuzia, której na wszelkie pytania dawała szor-

stkie, opryskliwe odpowiedzi. 

Mocno  zaniepokojona,  udała  się  po  obiedzie  do  galerii  obrazów. 

Chociaż przyszła o cały kwadrans wcześniej, zastała tam już Roberta. 
Dał służącemu suty napiwek, by ten zostawił go sam na sam z Zofią. 
Usiadł obok niej na kanapce i opowiedział jej pospiesznie, że rodzice 
po  upływie  roku  wymaganego  przez  lekarza,  powitają  ją  z  radością 
jako synową. 

Zofia nie była zadowolona z tej zwłoki. Wszak rok długi — pomy-

ślała. W każdym razie nie straciła nadziei, że Robert i po upływie tego 
czasu będzie w niej zakochany. Zamyśloną i smutną Robert pocieszał: 

— Nie smuć się kochanie i ten rok jakoś minie. Nikt i nic nie zdoła 

nas rozłączyć, a niech cię to nie martwi, że świat się później dowie o 
naszych zaręczynach. Będziemy się często widywali, nieprawdaż? 

Powiedziała mu, że przynajmniej matce powie, że są zaręczeni, gdyż 

nie mogłaby jej zwodzić. 

Robert zgodził się na to. Wreszcie,  zamieniwszy jeszcze jedno pło-

mienne spojrzenie, rozeszli się. 

Zofia  była  przygnębiona,  bo  nie  wszystko  ułożyło  się  wedle  jej 

życzenia.  Nienawiść  do  rodziców  Roberta  wkradła  się  do  jej  serca, 
gdyż odłożenie zaręczyn było ich dziełem. 

Gdy wróciła do domu, wtajemniczyła matkę w cały przebieg sprawy, 

prosząc ją, by ani ojcu, ani Zuzi o tym nie wspomniała, nie chce się 
bowiem narazić na ich krytykę. 

Matka przyrzekła nie wydać nikomu jej tajemnicy. Była zresztą tego 

samego zdania, by zachować milczenie o całej sprawie, na którą 

 

background image

zapatrywała się dość sceptycznie, straciła bowiem nadzieję, że Robert 

po całorocznej rozłące zachowa dla Zofii to samo uczucie. 

Nie taiła swych wątpliwości przed Zofią, którą to mocno przygnębiło, 

gdyż i ona nie miała pewności, czy małżeństwo z Robertem dojdzie do 
skutku. 

Mściła się na Zuzi i dokuczała jej jak mogła. 
* * * 
Lato zbliżało się ku końcowi. Po manewrach, major, który spodzie-

wał się awansu, został zwolniony. Na tym zakończyła się jego kariera 
wojskowa. 

Wiadomość ta spadła jak grom z jasnego nieba. 
W  tym  położeniu  wierzyciele  napierali  na  Randolfów  ze  zdwojoną 

siłą.  Dotychczas  liczyli  się  ze  stanowiskiem,  które  zajmował  major, 
obecnie obawiając się, że przepadną im pożyczone mu pieniądze, nie 
przebierali w środkach. 

Nastały smutne czasy. Wszyscy chodzili z zachmurzonymi twarzami; 

nawet służba nie umiała ukryć swego niezadowolenia. 

Zuzia zapłakała serdecznie, gdy ją doszła wieść o kłopotach ojca. Nie 

mogła liczyć na powodzenie na balach. Kto będzie ubiegał się o córkę 
spensjonowanego  majora,  wszak  żaden  z  wojskowych  nie  poczuwał 
się  już  do  obowiązku.  Nie  uważała  się,  w  porównaniu  z  Zofią,  za 
piękną,  chociaż  z  dnia  na  dzień  była  bardziej  ponętna  i  miała  tyle 
wdzięku, że nie było obawy o brak wielbicieli. 

Zofia nie dzieliła zmartwień Zuzi, miała dość własnych kłopotów i 

bardziej  niż  kiedykolwiek  pragnęła  wydostać  się  z  domu  i  stworzyć 
sobie życie pełne rozrywek i luksusu. 

Robert ubóstwiał ją niemal i nieraz musiała go upominać z powodu 

jego  wybuchów  namiętności.  Wkrótce  miał  wyjechać  i  myśl  o  tym 
niepokoiła  ją  bardzo,  obawiała  się  bowiem,  by  z  dala  od  niej  jego 
miłość nie wygasła. 

Mimo  wszystko  korespondowała  z  Henrykiem  Rotmanem,  utwier-

dzając go nadal w mniemaniu, że jest mu wierna. Nie chciała się poz-
bywać jego czułych listów, aż nie zajdzie konieczna potrzeba. 

 

background image

Major,  mocno  dotknięty  ciosem,  który  go  spotkał,  składał  w  swej 

próżności  całą winę na intrygę i zawiść  swych przełożonych, którzy 
mieli go usunąć rzekomo z powodu jego wybitnych zdolności. Krocząc 
z marsem na czole ciężkim krokiem po pokoju, wymyślał na niespra-
wiedliwość i zawiść swoich władz. 

Majorowa  była  niepocieszona  zwolnieniem  męża,  mieniąc  je  kata-

strofą. Bezradna wobec tego nieszczęścia, czując się upokorzona, uni-
kała towarzystwa, zwłaszcza że ich uszczuplone dochody nie wystar-
czały na wystawne życie. 

Była to sytuacja nie do pozazdroszczenia i Zuzia nie bez racji czuła 

się nieszczęśliwa. 

Major,  po  zwymyślaniu  przełożonych,  narzekał  na  Klarę,  której 

zarzucał, że przeznaczyła im marnych dwa tysiące marek rocznie jako 
dodatek do ich dochodów. W końcu zapewniał, że gdyby nie wzgląd na 
rodzinę, palnąłby sobie w łeb. 

Początkowo rodzina, biorąc sobie do serca powyższe słowa, lękała się 

o jego życie, ale ustawiczne powtarzanie groźby osłabiło znacznie to 
współczucie.  Dziwne,  że  majorowi  nie  przyszło  do  głowy  poszukać 
jakiegoś nowego zajęcia. Za jedyne wyjście z tego położenia uważał 
karty. Wygrał kilka razy znaczniejsze sumy i tą wygraną zaspokoił naj-
dotkliwszych  wierzycieli.  Wobec  tego  chwilowego  powodzenia  w 
grze,  puszczał  się  na  hazard,  pragnąc  od  razu  zagarnąć  znaczniejszą 
sumę. 

Majorowa odważyła się raz zwrócić mu uwagę, że dobrze by było, 

gdyby się postarał o jakieś zajęcie. 

Skoczył jak oparzony i zawołał: 
—  Dość  już  namęczyłem  się  w  życiu,  by  wam  zapewnić  byt.  Jeśli 

sądzisz, że intratne posady lub interesy bujają w powietrzu, to się grubo 
mylisz.  Gdzie tylko jaka posada wolna, zajmują ją przede  mną inni. 
Może byś uznała za odpowiednie, bym został agentem asekuracyjnym 
lub komiwojażerem? 

Elżbieta podniosła ręce ze zgrozą, wołając: 
— Na miłość boską, nie! To niemożliwe, żadna z naszych córek nie 

mogłaby wyjść odpowiednio za mąż. 

Zaśmiał się gorzko. 
— O tym mowy być nie może, by nasze córki dobrze wyszły za mąż. 

Miałem nadzieję, że Robert Walentyn oświadczy się o rękę Zofii. 

background image

Ale widać nie doczekam się zięcia, który by mi pomógł wydostać się 

z tej beznadziejnej sytuacji. 

I ponownie zaczął kląć  i żalić się  na świat  i ludzi. Tylko sobie  nie 

przypisywał żadnej winy. Z tego powodu żona i córki znosiły katusze, 
gdy major zostawał w domu. Dopiero wieczorem, gdy odchodził, czuły 
się swobodniejsze. 

Ludwika, bawiąc już od pół roku u ciotki Klary, czuła się tam dobrze, 

pomimo  że  ciotka  nie  przepuszczała  jej  w  najdrobniejszej  rzeczy. 
Ludwika nie zrażała się tym wcale i pracując wytrwale, czyniła z dnia 
na dzień postępy. 

Zwolnienie ojca zmartwiło ją, a gdy Zuzia donosiła jej, co się w domu 

działo, ciężka troska ogarniała ją na myśl o rodzicach i rodzeństwie. 
Mówiła już nieraz z ciotką o nieszczęściu, jakie spotkało jej rodzinę. 
Klara zbywała to milczeniem, ale jednego razu odezwała się: 

—  Nie  troszcz  się,  Ludko,  jakoś  to  będzie.  W  najgorszym  razie 

możecie na mnie liczyć. 

Ludwika  nie  rozumiała  dobrze,  co  ciotka  ma  na  myśli.  Ale  powie-

dzenie to uspokoiło ją nieco. 

Zbliżało się święto Bożego Narodzenia. Klara zapytała Ludwikę, czy 

chce  odwiedzić  rodziców,  czy  też  woli  pozostać  u  niej.  Ludwika 
niedługo namyślała się z odpowiedzią. W domu chyba jedynie Zuzia 
pragnęła  jej  przyjazdu,  a  ciotce  byłoby  bez  niej  smutno  i  samotnie. 
Odpowiedziała więc, że woli z nią pozostać. Nie zauważyła, że twarz 
Klary zajaśniała radością. 

Pewnego dnia Ludwika siedziała nad stosem bielizny, starając się jak 

najlepiej  naprawić  uszkodzone  poszewki  i  obrusy.  Na  dworze  było 
zimno i mimo że kalendarz nie zwiastował jeszcze zimy, ziemię pokry-
wał śnieżny puszek. 

Po  chwili  weszła  ciotka  ze  swej  pracowni,  gdzie  zajęta  była  po-

rządkowaniem  księgi  gospodarczej.  Zbliżyła  się  do  Ludwiki  z  py-
taniem: 

— Czy będziesz wkrótce gotowa? 
—  Za  chwilę,  cioteczko.  Ale  przejrzyj  naprawioną  bieliznę.  Klara 

przeglądała jedną sztukę po drugiej, nie mówiąc ani słowa, 

tylko od czasu do czasu spoglądała z miłością na spuszczoną główkę 

Ludwiki, uginającą się pod koroną wspaniałych splotów. 

 

background image

Wreszcie gdy Ludwika odłożyła robotę, ciotka bez słowa pochwały 

przemówiła: 

— Ubierz się, Ludko, załatwimy kilka sprawunków na święta. 
— Dobrze, cioteczko. Ale powiedz mi wprzód, czy bielizna dobrze 

naprawiona? 

— Czy pragniesz z próżności usłyszeć słowa pochwały? — zapytała 

Klara. 

—  Nie,  cioteczko  —  odpowiedziała  Ludwika  —  chciałam  tylko 

wiedzieć, czy jesteś zadowolona. 

— Gdybym nie była, otrzymałabyś naganę — odparła Klara i wyszła 

z pokoju. 

Gdy  Ludwika  wyszła  w  skromnym  kostiumie  angielskim,  spotkała 

już ciotkę, gotową do wyjścia. 

Klara spojrzała z zadowoleniem na Ludwikę, nie zdradzając jednak, 

jak bardzo jest do niej przywiązana. 

Z  trzech  wąskich  kamiennych  stopni  zeszła  Klara  z  Ludwiką  do 

ogrodu, skąd szeroka furtka prowadziła na ulicę, gdzie znajdowało się 
kilka domów okolonych ogrodami. Robiły one imponujące wrażenie. 

Najpiękniejsza  była  willa  ciotki  Klary,  najwyżej  położona  i  domi-

nująca nad innymi. Latem cała ta okolica wyglądała malowniczo, ale 
zimową porą, gdy śnieg się bielił na dachach i okiściach drzew, był to 
obraz wyjątkowo uroczy. 

Klara i Ludwika zdążały do śródmieścia, by zrobić zakupy. 
Po  drodze  spotkały  radczynię  Wiesel,  koleżankę  Klary  z  ławy 

szkolnej. 

— Dzień dobry, Klaro, dzień dobry, panno Ludwiko — przywitała je 

radczyni.  Masz  szczęśliwą  rękę,  Klaro,  wszystko  u  ciebie  ładniejsze 
niż u innych, kwiaty, owoce i ludzie. Dokąd panie zdążacie? Pewnie na 
zakupy świąteczne. Nie zapomnij, Klaro, że ty i siostrzenica jesteście 
drugiego dnia świąt moimi gośćmi. 

—  Odwiedzimy  cię  z  przyjemnością,  Małgosiu.  Czy  twoja  córka, 

Helena, przyjeżdża? 

—  Nie,  Klaro,  wszak  wiesz,  że  ma  wątłe  maleństwo  i  obawia  się 

zostawić je samo w domu. 

— Ale zapomniałam ci oddać pozdrowienia od Marii. Na Wiel- 
 

background image

kanoc przyrzekła mnie odwiedzić, przegawędzimy we trójkę niejedną 

godzinę. 

— Bardzo się z tego cieszę — rzekła Klara serdecznie. 
Maria była siostrą Małgorzaty,  mieszkała w Berlinie, a mąż jej był 

fabrykantem mebli. 

Po  tej  rozmowie  panie  pożegnały  się  serdecznie.  Klara  i  Ludwika 

załatwiły  szybko  sprawunki,  gdyż  Klara  miała  spisane  na  kartce 
wszystko, czego było potrzeba. 

Ludwika była pełna podziwu dla zmysłu gospodarczego ciotki. Czuła 

się w jej domu nadzwyczaj dobrze. Nie tęskniła za rodzicami i Zofią, 
tylko za Zuzią. Ciotka, dowiedziawszy się o tym, przyrzekła zaprosić 
Zuzię na letnie wakacje. 

Ludka uspokoiła się też znacznie, choć obrazu Henryka Rotmana nie 

zdołała wykreślić z serca. A gdy Zuzia doniosła jej o postępach, jakie 
czyniła Zofia z Robertem Walentynem, bolała nad losem Henryka. 

Gdy obie panie wróciły z zakupów, podała Kasia Ludwice list, który 

przyniósł przed chwilą listonosz. Ludwika pochwyciła list. 

— To od Zuzi! — zawołała rozradowana. 
—  Więc  przeczytaj  go  prędzej,  a  gdy  skończysz,  przyjdź  tutaj  — 

rzekła Klara. 

Ludwika wybiegła szybko na górę do sypialni i usiadłszy przy biurku, 

otworzyła  kopertę,  z  której  wypadło  kilka  zapisanych  arkusików.  Z 
zaciekawieniem zaczęła czytać: 

Najdroższa moja Ludwisiu! 
Bądź  zadowolona,  że  jesteś  u  ciotki.  Odkąd  ojciec  złożył  ubranie 

wojskowe  i  włożył  cywilne  ani  razu  się  nie  uśmiechnął.  Jest  w  złym 
humorze i wszystkim dokucza. Mamcia jest kłębkiem nerwów i z jednej 
ostateczności wpada w drugą. A Zosia! O niej tomy można pisać. Jest 
w okropnym humorze. Pomyśl tylko: mimo trudów, które sobie zadała, 
by  pozyskać  Roberta  Walentyna,  nie  dopnie  swego  celu.  Słyszałam 
przypadkowo,  że  Walentyn  wyjechał  przed  kilku  dniami  na  południe, 
tak bowiem zarządził lekarz. Odjechał nie oświadczywszy się, kto wie, 
czy i kiedy powróci, a jak wróci, czy jeszcze będzie rozkochany w Zosi. 

 

background image

Liczyłam na pewno, że będzie moim szwagrem i że pojadę nieraz jego 

wspaniałym  autem  na  przechadzkę.  Ale  zdaje  się,  że  wszystko 
skończone, mimo że do ostatniej chwili asystował Zosi. Zasłużyła na to, 
by  ją  porzucił,  za  swe  znalezienie  się  wobec  Henryka,  z  którym 
dotychczas  koresponduje.  Niedawno  wpadł  mi  przypadkowo  w 
ręce—przysięgam,  że  przypadkowo  —  list  adresowany  do  Zosi  z 
podpisem: „twój Henryk", z datą 28 listopada. List leżał przy toaletce 
Zosi,  pewnie  nie  zauważyła,  że  wypadł.  Donosi  on  w  tym  liście,  że 
pilnie studiuje architekturę i że spodziewa się dopiąć celu. Współczuje 
Zosi, że tak długo musi czekać i pociesza ją, że w przyszłości powetują 
sobie  stracony  czas.  Biedak  nie  przeczuwa  nawet,  że  ma  następcę, 
który jak się zdaje, należy już do przeszłości. 

Tak, tak, Ludko, życie jest tragedią i ja już straciłam humor. Kto wie, 

czy będę uczęszczać na bale. Od zwolnienia ojca otrzymujemy mniej 
zaproszeń, a zresztą nie ma pieniędzy na balową suknię. 

Cóż  słychać  u  Ciebie,  Ludko?  Czy  bywasz  na  zabawach?  Czy  nie 

możesz się pocieszyć po stracie Rotmana? Ja na Twoim miejscu dawno 
bym o nim zapomniała, gdyż jest tak głupi, że daje się Zofii wodzić za 
nos. 

Na  święta  Bożego  Narodzenia  nie  przyjeżdżasz,  widocznie  wolisz 

zostać z ciotką. Choć mi tęskno za Tobą, muszę przyznać, że niczego 
przez to nie tracisz. U nas niewymownie smutno! Ojciec powiada, że w 
tym roku nikt nie otrzyma podarków, a mamusia ma tylko jedno słowo 
na ustach: ,,oszczędzać". Słyszymy je w coraz innej odmianie. Ojciec 
wieczory spędza poza domem — zdaje mi się, że gra bardzo wysoko i 
przegrywa.  Wszystko  go  drażni,  a  wobec  mamy  zachowuje  się 
brutalnie. Biedaczka ma nieraz oczy nabrzmiałe od płaczu. Kucharka i 
pokojówka  zachowują  się  bezczelnie,  świadome  tego,  co  się  u  nas 
dzieje. 

Przerzucając  naszych  klasyków,  myślę,  czy  nie  drzemie  we  mnie 

ukryty  talent  aktorski.  Tak  bardzo  bym  pragnęła  zdobyć  sławę  i  być 
bogatą, by ulżyć rodzicom i nam wszystkim. Cóż by to było za szczęście, 
Ludko, gdybym została aktorką. Na wszelki wypadek uczę się kilku ról 
na pamięć. Cieszę się niezmiernie, że ciotka Klara jest tak dobra dla 
Ciebie. Mogłabyś przy sposobności, Ludko, dać jej do zrozumienia, że 
najmilszym podarkiem świątecznym byłaby dla mnie suknia balowa. A 
może lepiej będzie, gdy sama ją o to poproszę? Odpowiedz mi rychło, 

background image

gdyż  Boże  Narodzenie  już  u  progu.  Chciałabym  suknię 

jasnoniebieską,  jak  najjaśniejszą.  Byle  tylko  nie  białą.  Kolor  biały 
przypomina gęsi i owieczki. Zapewne będę pietruszkować na balu, na 
samo wspomnienie przechodzą mnie dreszcze. Z początkiem stycznia 
mój pierwszy występ, naturalnie, jeśli nie zajdzie jakaś przeszkoda. 

Wiesz, Ludko, w tej chwili zrobiłam nowe odkrycie — Zofia i Robert 

jeszcze nie zerwali zupełnie. Henryk pisuje do niej na poste restante co 
dwa tygodnie, a listy nadchodzą we wtorek. O tym dowiedziałam się z 
jego listu. 

Oto tak, Ludko, skończył się znów jeden arkusik papieru. Kup mi na 

święta pudełko papieru listowego. 

Kończąc nareszcie ten mój przydługi list, zapewniam Cię, że mi nie-

zmiernie tęskno za Tobą, nawet za twoją nieraz surową naganą. Wysłu-
chałabym  jej  bez  szemrania.  Odkąd  wyjechałaś,  nikt  się  mną  nie 
zajmuje. Odpisz mi jak najrychlej i obszernie. Pozdrów ode mnie ciotkę 
Klarę  i  ucałuj  ją,  bo  taka  dla  Ciebie  dobra.  Przeproś  ją  w  moim 
imieniu za wszystkie grzechy wobec niej, wina w tym po części Zosi. A 
nie zapomnij, że suknia ma być jasnoniebieska. 

Tysiąc całusów od Twej 
Zuzi 
Ludwika z westchnieniem odłożyła list Zuzi. 
—  Biedna  moja  siostrzyczka!  —  wyszeptała.  —  Jakiż  to  smutek 

panuje w naszym domu. 

Wydawało  jej  się,  że  krzywdzi  rodzinę,  wiodąc  u  ciotki  życie  bez 

troski, gdy w domu rodziców panuje smutek. Co z ich położenia wy-
niknie? — pomyślała — czy rodzice nie zdołają się już nigdy wydobyć 
z kłopotów finansowych? 

Odczuła głęboką wdzięczność dla ciotki. 
To, co Zuzia pisała o Henryku, bolało ją serdecznie. A zatem wierzył 

jeszcze w miłość Zofii i żywił nadzieję, że ją poślubi. A może... może 
ziszczą  się  jego  marzenia,  gdy  zostanie  architektem,  a  Zofia  nie 
znajdzie  innego  konkurenta  i  nie  mając  innego  wyboru,  wyjdzie  za 
niego. Widocznie trzyma go w rezerwie, skoro z nim  dotychczas nie 
zerwała.  Ale  czy  Henryk  poślubiając  ją,  znajdzie  wymarzone  przez 
siebie  szczęście?  Byłoby  to  szczęście  zbudowane  na  kłamstwie. 
Ludwika schowała list do torebki i udała się do jadalni. 

 

background image

Stół  już  był  nakryty  i  wszystko  przygotowane  do  kolacji.  Woda  w 

samowarze kipiała. Czekano tylko na zjawienie się  Klary. Po chwili 
weszła, a zwracając się do Ludwiki, zapytała: 

— Jakie masz wiadomości z domu? 
— Ach, cioteczko — odpowiedziała Ludwika — list Zuzi jest smu-

tny, zdaje się, że z nimi bardzo źle. 

Zasiadły obie do stołu w milczeniu. 
Po chwili Ludwika, uśmiechając się z lekka, rzekła: 
—  Udało  ci  się,  cioteczko,  dobrać  dla  Zuzi  odpowiedni  podarek. 

Wyobraź  sobie,  Zuzia  prosi,  bym  ci  nadmieniła,  że  życzyłaby  sobie 
mieć niebieską suknię balową. 

Klara odparła z zadowoleniem: 
— Jak to dobrze, żeśmy się zdecydowały na niebieską suknię. 
— Mnie się początkowo podobała bardziej biała — rzekła Ludwika. 

— Ale Zuzia pisze, że panienka w białej sukni balowej przypomina jej 
gąskę albo owieczkę. 

— Napisz tej trzpiotce — zauważyła Klara — by sama poprosiła 
0 tę suknię. Lubię czytać jej listy, tyle w nich naiwności i z każdego 

słowa wyłania się jej dobre serduszko. 

— Tak, cioteczko, Zuzia ma złote serce, cieszę się, żeś się poznała na 

niej. Ty cioteczko, umiesz zajrzeć w głąb ludzkiej duszy. 

Klara spoglądając badawczo na Ludwikę, zapytała: 
— Czy jesteś o tym przekonana? 
— Tak, cioteczko. 
—  Czy  sądzisz,  że  nie  wiem,  co  ukrywasz  na  dnie  twej  duszy? 

Ludwika zarumieniła się i zapytała ciotkę: 

— Co chcesz przez to powiedzieć? 
Oczy Klary miały wyraz tak łagodny i tyle wyrozumiałości tkwiło w 

jej spojrzeniu, że Ludwikę ogarnęło dziwne wzruszenie. 

— Co chcę przez to powiedzieć? Oto, że nie masz jeszcze do mnie 

pełnego  zaufania.  Czy  nie  wiesz  o  tym,  że  kocham  cię  jak  matka  i 
pragnę dzielić z tobą smutki i radości? Wyznaj mi wszystko, a będzie ci 
lżej na sercu. 

Klara  gładząc  łagodnie  główkę  dziewczęcia,  dała  się  jej  wypłakać, 

wiedziała bowiem, jaką ulgę sprawiają łzy. 

Ludwika wyspowiadała się ciotce ze wszystkiego, co miała na 
 

background image

sercu.  Tym  samym  spadła  ostatnia  zapora  dzieląca  jeszcze  te  dwie 

kobiety. 

Klara dowiedziała się, czym był dla Ludwiki Henryk. Ludwika nie 

zataiła,  że  jej  bardziej  zależy  na  jego  szczęściu,  niż  na  własnym  i 
ogarnia ją niepokój na myśl, co go czeka w małżeństwie z Zofią. 

Klara,  do  głębi  wzruszona,  poznała  szlachetną  duszę  Ludwiki  i 

pomyślała:   

— Jakiż ten Rotman krótkowidzący! Spotkał na drodze życia istotę 

tak  idealną  i  przeszedł  obok  niej,  by  sięgnąć  po  lalkę  salonową  bez 
serca. 


W  kilka  dni  później  Ludwika,  pod  nadzorem  Hani,  przyrządzała 

comber zajęczy. Wtem odezwał się dzwonek u drzwi wejściowych. 

— To goście, panno Ludwiko, chyba nikt z domowych — zawołała 

Hania. 

— Po czym to Hania poznaje? — zapytała uśmiechając się Ludwika. 
— Po głosie dzwonka  — odpowiedziała Hania z pewnością siebie. 

Pan, który obecnie dzwonił, jest widocznie bardzo niecierpliwy — a że 
to mężczyzna, to pewne. 

—  Otworzę  drzwi  do  połowy  i  zajrzę,  czy  Hania  się  nie  myli. 

Ludwika pobiegła do drzwi i wyjrzała. Służący otworzył — do sieni 

wszedł barczysty mężczyzna słusznego wzrostu. 
Ludwika krzyknęła, otworzyła drzwi na oścież i wybiegła naprzeciw. 
— Tatusiu! Tatusiu! co za niespodzianka! — wołała Ludwika. Hania 

zamknęła szybko drzwi od kuchni. 

— Jak to dobrze — pomyślała — że nie powiedziałam, że mężczyz-

na, który dzwoni, jest blagierem, miałam już te słowa na języku. 

Ludwika uścisnęła ojca i spojrzała nań z radością w oku, choć nieco 

wylękniona. 

Przywitawszy się z nią, zapytał skwapliwie: 
— Gdzie ciotka, Ludko? 
Ludwika zauważyła, że ojciec był blady i silnie zdenerwowany. 
— Tatusiu! Na Boga, co się stało w domu? — wołała zalękniona. 
 

background image

— Nic, nic, wszyscy zdrowi, masz od nich serdeczne pozdrowienia. 

Ale proszę cię, zaprowadź mnie do ciotki Klary, muszę z nią pomówić 
o ważnych sprawach. 

Ludwika  pobladła.  Niepewne  ruchy  ojca  i  jego  roztargnienie  nie-

pokoiły ją. Odgadła, że przybył po pieniądze. 

— Zdejmij płaszcz, ojczulku, pójdziemy. 
Oddała  płaszcz  i  kapelusz  ojca  Janowi  i  razem  weszli  do  pokoju 

ciotki. Klara siedziała przy biurku tak zatopiona w czytaniu, że nie zau-
ważyła ich wejścia. 

—  Cioteczko,  tatuś  przyjechał  —  wyszeptała  Ludwika.  Klara 

podniosła wzrok zdziwiona: 

—  Przybyłeś  tak  niespodziewanie,  Wilhelmie!  —  rzekła  Klara, 

wstając, by go przywitać. 

—  Tak,  Klaro  —  odpowiedział  Randolf,  unikając  jej  badawczego 

wzroku — nie miałem czasu cię zawiadomić. 

Ludwika patrzyła trwożliwie to na ojca, to na ciotkę. Ta widząc jej 

wylękniony wyraz twarzy, starała się ją uspokoić, w istocie jednak była 
sama mocno zaniepokojona. Nagłe przybycie szwagra nie wróżyło nic 
dobrego. Zapewne potrzebował jej pomocy. 

— Odpocznij, Wilhelmie, wstałeś chyba bardzo wcześnie, skoro już 

tu jesteś. Ludwiko, postaraj się o posiłek. Niech Hania poda filiżankę 
bulionu, to pokrzepi ojca po nużącej podróży. 

— Wyjechałem około piątej rano, ale nie jestem głodny ani sprag-

niony.  Chciałbym  wprzód  pomówić  z  tobą,  Klaro,  w  bardzo  ważnej 
sprawie — rzekł Randolf, padając niemal na krzesło. 

Ludwika ponownie zatrwożona spojrzała na ciotkę. 
— Odejdź, Ludko — przemówiła Klara łagodnie — po rozmowie z 

ojcem poprosimy cię do nas z powrotem. 

Ludwika odeszła powolnym krokiem. Nogi jak z ołowiu zaledwie ją 

dźwigały. 

Klara i Wilhelm siedzieli przez chwilę w milczeniu, nie przemówiw-

szy słowa do siebie. 

Wreszcie  major  wyprostowawszy  się,  podniósł  głowę  i  spojrzał  na 

Klarę. Promień słońca padł mu na twarz i wtedy Klara spostrzegła, jak 
bardzo się zmienił i postarzał. Zapadłe oczy, twarz zwiędła, zaledwie 
cień pięknego niegdyś Randolfa. 

 

background image

Westchnąwszy głęboko, rzekł: 
— Kochana Klaro, krótko mówiąc, masz przed sobą rozbitka. Klara 

odpowiedziała z powagą: 

— Jesteś już od wielu lat tym rozbitkiem, Wilhelmie. Źle pokiero-

wałeś łódką życia. Nie starałeś się utrzymać równowagi, puściłeś łódkę 
na szerokie morze, fale porwały ją i rozbiły, pozostały tylko szczątki. 

W  głosie  Klary  dźwięczała  powaga  i  smutek.  Major  zakrył  dłonią 

oczy. 

— Czy jedynie mnie przypisujesz całą winę? — wyszeptał złamany. 
—  Nie,  Wilhelmie,  i  Elżbieta  ponosi  część  winy.  Ale  ty,  jako 

mężczyzna, powinieneś był wpłynąć na nią — ona cię tak kochała, że 
zastosowałaby  się  do  twych  życzeń.  Jedyną  jej  wadą  była 
niegospodarność.  Ale  ty  byłeś  lekkomyślny  i  żądny  zabaw.  Nie 
troszczyliście  się  nawet  o  to,  by  córkom  zapewnić  przyszłość. 
Roztrwoniliście posag Elżbiety; spuścizną po ojcu spłaciliście długi, a 
gdy zostaliście bez grosza, przypomniała się wam stara ciotka. 

— Tak, Klaro, to prawda, że liczyliśmy na twą wspaniałomyślność — 

wykrztusił. 

— I gdybym nie położyła tamy tej pomocy i mój majątek poszedłby w 

strzępy. Co by się w takim razie stało z waszymi córkami? Myśl o ich 
przyszłości skłoniła mnie do wyznaczenia tej granicy, której przekro-
czyć nie wolno. A jeśli dziś przybyłeś po pieniądze, to na darmo się 
trudziłeś, bo ani grosza nie dam ponad to, co przyrzekłam. 

Randolf zerwał się z krzesła. 
— Klaro! Zlituj się — wołał błagalnym głosem — tylko dziś jeszcze 

zrób wyjątek. 

Przysięgam, że to będzie po raz ostatni. Postaram się o jakąś posadę, 

nawet  mam  już  jedną  na  widoku.  Wówczas  dochody  nasze  zrów-
noważą wydatki i wszystko będzie w porządku. 

Klara skinęła głową przecząco. 
— Na tym właśnie polega wasz błąd, że liczycie na większe dochody, 

zamiast stosować się do tego, co macie. Życie nad stan zawiodło was 
nad brzeg przepaści. 

— Zapewniam cię Klaro, że wszystko się zmieni, skoro nam dziś, Po 

raz ostatni, dopomożesz. Klara ani drgnęła. 

— Nie, mój drogi. Tobie nikt pomóc nie może. Gdybym uczyniła 
 

background image

zadość  twej  prośbie,  niebawem  znowu  zażądałbyś  ode  mnie 

pieniędzy. Krótko i węzłowato: oświadczam ci, że nie dam ani grosza. 
Dopiero pierwszego stycznia otrzymasz przeznaczone dla was pięćset 
marek. Padł na krzesło i załamując ręce, błagał zdławionym głosem: 

— Klaro, miej litość nade mną, to dług honorowy, musi być spłacony. 
Klara powstała z krzesła i z gniewem powtórzyła: 
— Dług honorowy? Więc grałeś! — Domyśliłam się tego. Popełniłeś 

zbrodnię wobec swej rodziny. 

— Nigdy już nie dotknę kart — zapewniał Randolf. Klara wzruszyła 

ramionami. 

— Przy najbliższej sposobności złamiesz dane słowo — zauważyła 

zimno. 

Spojrzał na nią rozżalony. 
—  Dlaczego  mnie  nienawidzisz,  Klaro?  Utkwiła  weń  swe  stalowe 

źrenice: 

— Ciebie nienawidzić? Przenigdy, tak silnego uczucia nie trwoni się 

dla człowieka tak lichego jak ty. Gardzę tobą! 

Blady jak trup zerwał się z krzesła. 
—  Jesteś  kobietą,  jestem  więc  bezbronny  wobec  takiej  obelgi  — 

mówił ochrypłym głosem. 

Może nic w życiu nie dotknęło go tak boleśnie, jak słowa tej kobiety, 

o której myślał, że go kocha. Klara żachnęła się, mówiąc: 

— Sam obrzucasz się błotem, a pragniesz, by cię poważano? Zaśmiał 

się gorzko. 

— Nigdy me słyszałem od ciebie tak obelżywych słów. 
— Bo nigdy nie byliśmy sami, a w obecności żony oszczędzałam cię, 

by  tym  samym  nie  sprawić  jej  zmartwienia.  Kocham  moją  siostrę 
serdecznie — dla ciebie jednak nie mam najmniejszego szacunku i nie 
miałam go nigdy. Swą córkę i jej majątek ojciec złożył drżącą dłonią 
pod  twą  opiekę  i  co  zrobiłeś?  Nawet  o  swe  dzieci  nie  potrafiłeś  się 
zatroszczyć. Czym więc zasłużyłeś na szacunek? Od kiedy cię znam, 
byłeś egoistą nie dbającym ani o żonę, ani o dzieci, tylko o siebie. 

Major spuścił oczy. Coś jakby w nim zadrgało pod wrażeniem 
 

background image

ostrych słów Klary. Miał nóż na gardle. Zupełnie złamany, wykrztusił 

cichym, zdławionym głosem: 

— Może masz słuszność, Klaro, że brakło mi siły moralnej w życiu. 

Ale  wszyscy  jesteśmy  grzeszni.  Twoje  twarde,  choć  sprawiedliwe 
słowa  ocknęły  mię.  Daję  ci  słowo  honoru,  że  od  dzisiejszego  dnia 
wszystko  się  u  nas  zmieni.  Doszedłem  do  przekonania,  żeśmy  byli 
lekkomyślni i źle gospodarzyli, zwłaszcza wtedy, gdy ty byłaś u nas. 
Zadłużony  sądziłem,  że  będzie  mi  w  grze  sprzyjać  szczęście  i  tym 
sposobem  spłacę  długi.  Zrazu  wygrywałem  i  spłaciłem 
najdokuczliwszych wierzycieli, ale później odwróciło się koło fortuny 
tak, że dziś winien jestem dziesięć tysięcy marek, a to dług honorowy, 
który  muszę  wyrównać.  Jeśli  mi  nie  pomożesz,  Klaro,  nie  wiem,  co 
pocznę.  W  słowach  jego  dźwięczała  smutna  prawda  i  skrucha. 
Szlachetne  serce  Klary  wezbrało  litością  dla  tego  nieszczęśliwca. 
Jednak  myśl  o  siostrzenicach  powstrzymała  ją  od  okazania 
współczucia,  zresztą  była  prawie  pewna,  że  Wilhelm  mimo  danego 
słowa, znów wróci do kart. 

— Nie mogę i nie chcę ci pomóc — rzekła ze stanowczością. 
— Czy to twoje ostatnie słowo? 
— Tak, Wilhelmie. 
— Przypisz więc sobie następstwa, które z tego wynikną — powie-

dział dramatycznym głosem. 

— To zwyczaj niedołęgów — rzekła rozgniewana Klara — zwalać na 

drugich własne winy. Jakiekolwiek następstwa tego kroku składasz na 
moją  głowę,  nie  napawają  mnie  one  lękiem.  Wasza  ruina  jest  nie-
unikniona, nic nie zdoła jej uchylić, można ją tylko opóźnić. Jedynym 
sposobem  uniknięcia  katastrofy  jest  zmiana  stylu  życia  —  a  to  jest 
niemal  wykluczone.  Po  cóż  więc  ponosić  nowe  ofiary?  Dla  mojej 
siostry  i  jej  dzieci  mój  dom  stoi  otworem,  uczynię,  co  tylko  w  mej 
mocy, by im zapewnić skromny byt. Więc ze względu na rodzinę, by ją 
uchronić  od  nędzy,  odmawiam  z  całą  stanowczością  pożyczki.  Na 
mnie liczyć nie możesz. Musisz sam sobie pomóc. 

— Klaro! — zawołał z rozpaczą —jeśli mi nie pomożesz, pozostaje 

mi tylko palnąć sobie w łeb. 

— Wstydź się — rzekła ze wzgardą. — Jesteś tchórzem, chcesz się 

Pozbawić  życia,  bo  ono  ci  ciąży.  Po  stokroć  wstydź  się  tej  groźby, 
której

background image

ja  się  nie  lękam.  Nie  zmienię  tego,  co  postanowiłam,  bo  nie  chcę 

obarczać swego sumienia. 

Słowa  te  oblały  twarz  nieszczęśliwego  rumieńcem  wstydu.  Z  po-

chyloną głową stał przed Klarą. 

— Jesteś zimna jak głaz — jęknął i zakrył twarz rękoma. Mimo woli 

Klara odczuła litość. Wzruszyła ją iskra prawdy, która w nim tkwiła. 
Ale broniła się przed uczuciem litości. 

— Muszę być nieustępliwa. Nie chodzi tu o mnie, lecz o Elżbietę i jej 

dzieci.   

— A jeśli stracą męża i ojca? Spojrzała z powagą w jego trupiobladą 

twarz. 

— Czyż ten mąż i ojciec opiekował się nimi? — zapytała, a oczy jej 

ciskały gromy. 

— Jeśli zaniedbywałem wobec nich swoje obowiązki, to pokutuję za 

to w tej godzinie — odparł bezdźwięcznym głosem. 

I znów odezwał się w sercu Klary głos litości. Stał przed nią człowiek 

w  najwyższej  udręce.  Nieludzkie  wydało  się  jej  odrzucenie  jego 
prośby.  A  jednak  obowiązek  nakazywał  nie  ustępować  z  wytkniętej 
drogi. 

Ale  co  będzie,  gdy  sobie  odbierze  życie?  —  zapytała  sama  siebie. 

Wstrząsnął nią dreszcz. Zacisnęła usta i oparła się o biurko. 

— On — albo cała rodzina. Czy nie ma wyboru? 
Stała  chwilę  niezdecydowana.  Nagle  wydało  się  jej,  że  słyszy  głos 

ojca, przemawiającego do niej w te słowa: 

„Klaro, czyś obliczyła wszelkie możliwości? To obowiązek człowie-

ka utrzymać bliźniego przy życiu. Czy nie istnieje możliwość pomocy 
bez łamania danego słowa? Zastanów się — wszak major jest ojcem 
rodziny i nie tobie go sądzić." 

Tak by postąpił jej ojciec. Tego Klara była pewna i szukała wyjścia z 

tej ciężkiej opresji. 

I długo trwało między nimi milczenie. 
Wilhelm Randolf czynił w tej godzinie obrachunek sumienia i po raz 

pierwszy,  zajrzawszy  w  głąb  duszy,  oskarżał  siebie.  Po  chwili 
przemówiła Klara, odetchnąwszy głęboko: 

— Spróbuj  w  inny  sposób postarać  się  o  pieniądze. Zobowiążę  się 

pisemnie  spłacać  te  dziesięć  tysięcy  marek  przez  pięć  lat  z 
przyrzeczonej 

background image

wam renty dwu tysięcy. Przez cały ten czas nie będę mogła was wspo-

magać. Musisz się więc postarać, Wilhelmie o jakieś zajęcie, by wypeł-
nić  braki.  Rozumie  się,  że  musicie  na  każdym  kroku  oszczędzać. 
Możecie i Zuzię przysłać do mnie, pozostanie was wtedy tylko troje. 
Trzeba  będzie  zmienić  wasze  obszerne  mieszkanie,  wystarczy  też 
jedna służąca. Trochę dobrej woli, a można naprawić zło. Wtedy nie 
zajdzie potrzeba, jak tchórz, uciekać od życia. Jesteś w sile wieku, przy 
dobrej i silnej woli możesz jeszcze wszystko naprawić. 

Zastanowił  się  nad  planem  Klary.  Zabłysła  mu  iskra  nadziei.  Na 

pisemne zobowiązanie Klary dostanie pożyczkę. Zapewne będzie im 
ciężko  przez  pięć  lat  bez  zasiłku  Klary,  ale  było  to  jedyne  wyjście. 
Chwycił się więc tej deski ratunku. 

Klara  omówiwszy  z  nim  wszystko  dokładnie,  dała  mu  pisemne 

oświadczenie i radę, w jaki sposób może zaciągnąć pożyczkę. Postę-
powanie Klary podziałało nań zbawiennie, wstąpiła w niego nadzieja, 
pragnął zabrać się do pracy i zmazać dawne grzechy. 

Zaraz  po  załatwieniu  tej  sprawy  Randolf  chciał  wyjechać,  jednak 

Klara go zatrzymała przez wzgląd na Ludwikę. 

—  I  tak  —  rzekła  Klara  —  najbliższy  pociąg,  którym  chcesz  wy-

jechać, zatrzymuje się zbyt długo na każdej stacji. Jeśli wyjedziesz stąd 
o piątej, będziesz tylko o dwie godziny później w domu. Spraw pie-
niężnych  i  tak  nie  możesz  dziś  załatwić.  Pomyśl,  jak  niespokojna 
byłaby Ludwika, gdybyś natychmiast odjechał. 

Wilhelm zgodził się na prośbę Klary i pozostał. 
Wieczorem nadszedł następujący list Zuzi do ciotki: 
Droga moja Cioteczko! 
Ludwika  dodała  mi  odwagi  do  napisania  listu  z  prośbą.  Szóstego 

stycznia mój pierwszy występ na balu. Mamusia wobec braku pieniędzy 
nie może mi sprawić nowej sukni i radzi, bym sobie przerobiła jedną ze 
starych sukien Zosi. Nie chcę w przenoszonej sukni wystąpić na balu. 
Wolę  nie  iść  na  bal,  lepiej  od  razu  wstąpić  do  klasztoru.  Poza  tym 
suknie 

 

background image

Zosi są na mnie za krótkie, przerosłam ją bowiem o głowę. Wolę już 

nosić swoją batystową, aniżeli jedwabną, obcą. Nie mogłabym nikomu 
w  oczy  spojrzeć  w  tej  przenoszonej  sukni.  Obawiam  się 
pietruszkowania. Bo któż zechce ze mną tańczyć? 

A  zatem  Ciotuniu  —  jeśli  chcesz  mi  sprawić  wielką  radość,  obdarz 

mnie  niebieską  suknią  balową.  Ludwika  powiada,  żeś  dobra  i 
szlachetna, a jeśli dotychczas byłam niewdzięczna i nie lubiłam Cię — 
wyznaję  to  szczerze  —  to  odtąd  będę  żywiła  dla  Ciebie  uczucie 
wdzięczności. 

Pozdrów Ludkę serdecznie ode mnie i powiedz jej, że zaraz po świę-

tach napiszę. 

Z serdecznym pozdrowieniem i ucałowaniem rączek 
Twoja siostrzenica Zuzia   
Klara odłożyła list, uśmiechając się. 
— Poczekaj, ty mały trzpiocie — pomyślała — pokochasz ty mnie 

jeszcze. 

Nazajutrz Klara kupiła rękawiczki, wachlarz, jedwabne pończoszki, 

słowem wszystko, co należy do kompletnej toalety balowej. Dołożyła 
to do sukni balowej i wysłała pocztą. Równocześnie odeszły podarki 
dla majorowej i Zofii. 

Na wigilię Bożego Narodzenia Klara otrzymała od Randolfa list, w 

którym donosił, że na jej pisemne oświadczenie otrzymał pieniądze i 
spłacił  nimi  swój  honorowy  dług.  Poza  tym  pisał,  że  czyni  usilne 
starania  o  posadę.  List  kończył  się  słowami:  Moim  dążeniem  będzie 
zdobyć Twój szacunek. Ostatnie Twe słowa skierowane do mnie, prze-
śladują mnie — nie mogę ich zapomnieć. 

Długo spoglądała Klara na list szwagra i słowa w nim zawarte robiły 

na niej silne wrażenie. Obawiała się jednak, że jego skrucha nastąpiła 
za późno. 

Drugiego  dnia  świąt  Klara  i  Ludwika  były  zaproszone  do  radców 

Wizelów.  Radczyni  starała  się  uprzyjemnić  gościom  pobyt  w  swym 
domu. 

 

background image

Siostra  radczyni,  Maria,  przysłała  prócz  innych  podarków  świą-

tecznych fotografie: swoją, męża i syna. Ludwika oglądała je z uwagą, 
nie przeczuwając, jaką rolę w jej życiu odegra ta rodzina. 

W drugi dzień świąt Klara otrzymała list od Zuzi, pełen zachwytu i 

serdecznych podziękowań za królewski dar ciotki. W dalszym ciągu 
listu opisała Zuzia smutną wigilię w ich domu. 

Panuje u nas grobowa cisza, nikt się nie zaśmieje, ani jednej kolędy 

nie  zaśpiewano.  Gdy  zaczęłam  śpiewać:  ,,Anieli  się  radują"  — 
mamusia się rozpłakała, a ojciec wyszedł z pokoju. Pieśń ugrzęzła mi w 
gardle.  Dziś  mamcia  ma  migrenę,  a  ojciec  od  samego  rana  nie 
opuszcza  swego  pokoju.  Zosia  obojętna  na  wszystko  chwilami 
ironizująca, bywa podniecona i nerwowa. Mój Boże! Za tydzień włożę 
tę prześliczną błękitną suknię i wyruszę na mój pierwszy bal. Na samo 
wspomnienie robi mi się gorąco, to znów zimno. To jedno wiem, że tego 
wieczora będę albo najnieszczęśliwszą albo nad wyraz szczęśliwą  — 
coś pośredniego wykluczone. 

Po  upływie  dwóch  tygodni  nadszedł  list  od  Zuzi  do  Ludwiki,  w 

którym  donosiła,  że  rodzice  wypowiedzieli  mieszkanie  i  szukają 
mniejszego. Bal wypadł nadzwyczajnie, Zuzia tańczyła do upadłego i 
czuła się najszczęśliwsza w świecie. 

Kolega wojskowy zaprosił ojca do swych dóbr, gdzie ma się odbyć 

wielkie  polowanie.  Major  przyjął  zaproszenie  w  nadziei,  że  nawiąże 
nowe stosunki towarzyskie, ułatwiające mu otrzymanie posady. 

W dalszym ciągu Zuzia pisała: 
Zosia otrzymuje częste listy od Roberta, a na święta przysłał jej kosz 

egzotycznych  kwiatów.  Zosia  zapewniała  wprawdzie,  że  nie  wie  od 
kogo pochodzą te kwiaty, ale jej dobry humor i niezwykłe ożywienie 
wskazywały, że to od Roberta. 

List kończył się doniesieniem: 
Panuje u nas smutek. Mamusia najchętniej wyprowadziłaby się stąd. 

W towarzystwie spoglądają na nas z litością, a pod jej płaszczykiem 
kryje się radość z naszego nieszczęścia. To jest okropne. Ach Ludko! 
Gdybym miała możność wystąpienia na scenie, postarałbym się, żeby 
było inaczej. Mam nadzieję, że coś z tego będzie. Przerabiam teraz rolę 
Marii  Stuart.  Najlepiej  mi  idzie  scena  z  Elżbietą.  Przed  lustrem 
nauczyłam się przy- 

 

background image

bierać pozę królowej. Zosia wczoraj podsłuchiwała, gdy odegrałam 

scenę  Elżbiety  z  Marią  Stuart.  Skrytykowała  mnie  za  zbytni  patos  i 
powiedziała, że królewska mina czyni wrażenie arcykomiczne. Ale sąd 
Zosi  nie  jest  dla  mnie  miarodajny.  Pragnę  zasięgnąć  rady  naszej 
najlepszej  artystki  dramatycznej.  Poproszę  ją  o  wypowiedzenie  mi 
otwarcie swego zdania i dowiem się, czy mam rzeczywiście talent. 

Ludwika pokazała ciotce list Zuzi. Obie śmiały się serdecznie z za-

pału Zuzi do sztuki dramatycznej, ale w tym śmiechu nie było ironii, 
tylko życzliwość i zrozumienie dla dzielnej dziewczyny, która pragnie 
spełnić swoje marzenia i przyczynić się do poprawy losu rodziny. 

—  Ciekawe  czy  Zuzia  ma  rzeczywiście  talent,  cioteczko  —  rzekła 

Ludwika. 

Klara wzruszyła ramionami. 
—  Któż  to  może  wiedzieć,  Ludko.  Nieraz  zdolności  drzemią  w 

ukryciu i budzą się do życia nagle, niespodzianie. Niech Zuzia poradzi 
się doświadczonej aktorki, dowie się od niej prawdy i wtedy będziemy 
wiedzieli, co dalej robić. 

* * * 
Pewnego dnia Zuzia udała się do primabaleriny teatru miejskiego w 

D. 

Szczęśliwy przypadek zrządził, że zastała ją w domu w dobrym hu-

morze. Panna służąca wprowadziła Zuzię do buduaru artystki. 

Na ścianie wisiały wieńce wawrzynowe ż długimi szarfami, na któ-

rych widniały złote napisy, głoszące chwałę artystki. Dreszcz uwiel-
bienia wstrząsnął Zuzią i zaparł jej oddech. Była mocno zmieszana i 
nie umiała wypowiedzieć przygotowanej przez siebie mowy. Ukłoniła 
się  nisko,  po  czym,  zarumieniona  po  same  uszy,  odezwała  się 
nieśmiało: 

— Łaskawa pani! Należę do najgorętszych pani wielbicielek, a mój 

zachwyt dla jej gry nie ma granic. 

Tu nastąpiła pauza, gdyż głos odmówił Zuzi posłuszeństwa. 
Artystka  przyjęła  ją  z  miłym  uśmiechem,  pełnym  łaskawości.  Ta 

blondyneczka z różową buzią zrobiła na niej mile wrażenie, pomyślała 
sobie, że chętnie oddałaby swą sławę w zamian za młodość i świeżość 
tego dziewczęcia. 

 

background image

— Cieszę się, że umiałam wzbudzić w pani emocje dla naszej sztuki 

— rzekła artystka — proszę, niech pani siądzie i powie, czym mogę 
służyć. 

— Łaskawa pani, pragnę gorąco poświęcić się scenie. 
—  Ach  tak!  Chciałaby  pani  zostać  aktorką?  —  zapytała  heroina, 

spoglądając w wiośnianą, pełną wdzięku twarzyczkę dziewczęcia. 

Zuzia odetchnęła swobodniej. Czuła się już nieco pewniej. 
—  Tak,  proszę  łaskawej  pani.  Pragnę  z  całej  duszy  poświęcić  się 

sztuce dramatycznej. 

Artystka, spoglądając na Zuzię ciekawie, zapytała: 
— I aby  mi to oznajmić, przychodzi pani do  mnie?  Na twarz Zuzi 

wystąpił żywy rumieniec. 

— Ośmieliłam się przyjść do pani z prośbą, by mi pozwoliła wygłosić 

jeden  z  monologów  Marii  Stuart  i  osądzić,  czy  posiadam  talent 
sceniczny.  Rodzice  nie  wiedzą,  że  zamierzam  wstąpić  do  teatru.  Od 
pani  dowiem  się,  co  mnie  czeka,  od  jej  sądu  zależy  bowiem  moja 
przyszłość. 

Słowa te wymówiła z zapałem, a wyglądała tak uroczo, że artystka 

nie mogła oczu od niej oderwać. 

—  A  więc  dobrze.  Mam  godzinkę  czasu,  chętnie  wysłucham  pani. 

Proszę wybrać odpowiedni fragment według własnego uznania. 

Zuzia rzuciła płaszcz na fotel, a poprawiwszy czapeczkę, powiedziała 

po krótkim namyśle: 

— Zadeklamuję monolog Marii Stuart z pierwszego aktu. 
—  Proszę  zacząć  —  rzekła  artystka,  usiadłszy  wygodnie  na  fotelu. 

Zuzia stanęła w odpowiedniej pozycji i rozpoczęła z patosem 

monolog. 
Artystka całą siłą woli powstrzymywała się od śmiechu. Zuzia miała 

tak zabawną minę i na niektóre słowa kładła tak fałszywe akcenty, że 
sztuką było nie roześmiać się na głos. 

Po skończonej deklamacji Zuzia zamilkła i z niepokojem oczekiwała 

sądu artystki. Ta przybrała poważną minę i rzekła: 

— Dziękuję, to wystarczy. A teraz proszę o inną scenę z Marii Stuart. 
Zuzia wybrała dialog Marii Stuart z Elżbietą. 
W chwili, gdy Maria dotknięta do żywego słowami Elżbiety, odpo- 
 

background image

wiada jej z dumą i goryczą, Zuzia wpadła w taki patos, że formalnie 

krzyczała, przybierając niezwykłe pozy obrażonej królowej. 

Tego  już  było  za  wiele!  Artystka  wybuchnęła  gwałtownym  śmie-

chem, który długo wstrzymywany, nie ustawał, mimo wszelkich wy-
siłków. 

Zuzia była zdruzgotana. Na to nie była przygotowana. Być wyśmianą 

przez tę artystkę, którą podziwiała, do której miała tyle zaufania — to 
okropne! 

Wielka aktorka podeszła do Zuzi i ujmując jej dłoń, rzekła łagodnie: 
— Wybacz  mi, drogie dziecko. Tak zabawnie wyglądałaś z tą kró-

lewską miną, że nie mogłam się powstrzymać od śmiechu. Bardzo mi 
przykro, że cię zmartwiłam. Chcąc naprawić wyrządzoną ci krzywdę, 
będę zupełnie szczera. Mogłabym cię zbyć kilkoma frazesami, ale nie 
zrobię tego. A więc, mówiąc otwarcie, nie radzę pani obrania kariery 
scenicznej.  Nie  nadaje  się  pani  na  artystkę,  chyba  do  parodii  sztuk 
klasycznych,  by  wywołać  salwy  śmiechu.  Ale  nie  o  to  pani  chyba 
chodzi. 

Zuzia zaprzeczyła energicznie ruchem głowy, a ocierając łzy, rzekła: 
— Nie, jeśli nie mam talentu, wolę nie myśleć o scenie. 
— Nie martw się tym. Wierz mi, że w karierze teatralnej więcej jest 

cierni i goryczy, niż sukcesów i szczęścia. Trzymaj się z dala od sceny, 
nie zaglądaj za kulisy, patrz na nas z widowni, wtedy scena wyda ci się 
nęcąca. Jeśli mój uśmiech wyleczył cię z teatromanii, spełniłam dobry 
uczynek i nie żałuję, że cię trochę zmartwiłam. Wracaj do domu, do 
swych rodziców i zapomnij o scenie. 

Wielka  artystka  mówiła  z  przejęciem  i  serdeczną  życzliwością  dla 

Zuzi, a ta uścisnęła jej rękę i dziękując za dobrą radę, pożegnała ją bez 
gniewu. 

Gdy Zuzia wyszła z domu artystki, nie odważyła się podnieść oczu, 

zdawało jej się, że każdy przechodzień patrzy na nią z ironią. 

Po chwili jednak uspokoiła się nieco i podniosła główkę, a oczy jej 

spotkały się  ze  wzrokiem  młodego porucznika, z którym  najczęściej 
tańczyła  na  balu.  Spoglądając  na  nią  z  zachwytem,  ukłonił  się  jej 
uniżenie, a ona, choć ucieszona jego widokiem, oddała mu ukłon 

 

background image

uprzejmy lecz chłodny, jak przystoi na młodą panienkę i pomyślała 

sobie: 

Może to lepiej, że nie mam zdolności scenicznych, może mnie czeka 

szczęście na innym polu. 

Idąc szybkim krokiem snuła dalej swoje marzenia: — Jestem zado-

wolona, że tak się stało, uczenie się tych ról dałoby mi się porządnie we 
znaki. Więc żegnaj mi śnie o sławie i fortunie! Na pocieszenie kupię 
sobie za moje ostatnie pieniądze trochę pralinek. 

I weszła do cukierni. 
Wieczorem napisała następujący list do Ludwiki: 
,,A  więc  rozwiały  się,  Ludko,  moje  marzenia  o  laurach  i  skarbach. 

Nasza  heroina  spłakała  się  z  gwałtownego  śmiechu,  gdy  odegrałam 
przed nią scenę Marii Stuart z Elżbietą. Odsądziła mnie od wszelkiego 
talentu i radziła zaniechać myśli poświęcenia się scenie. Zastosuję się 
do jej rady i przynajmniej z dziesięć lat nie spojrzę na książki, z których 
się uczyłam ról. Ale do czego się zabrać, żeby zaradzić biedzie, która 
się  wkradła  do  naszego  domu?  Jakaś  ty  szczęśliwa,  Ludko,  że 
przebywasz u ciotki, jakbym pragnęła być z Wami! 

Ludwika pokazała list ciotce. Klara uśmiechnęła się. 
—  A  więc  pierzchnął  sen  o  sztuce.  Biedna  Zuzia,  musiała  się  tym 

zmartwić, choć nie okazuje tego — zauważyła ciotka. 

— Jakże smutno musi być u nas w domu — odezwała się Ludwika. 

Gdy wyjeżdżałam, Zuzia mi współczuła, a dziś mi zazdrości. Wpraw-
dzie  nabrała  teraz  innego  mniemania  o  tobie,  cioteczko,  ale,  to,  że 
chciałaby opuścić dom rodzicielski, daje wiele do myślenia. 

Klara, gładząc włosy Ludwiki, zapytała: 
— A cieszyłabyś się, gdyby Zuzia do nas przyjechała? Łzy stanęły w 

oczach Ludwiki. 

— Jeszcze pytasz  o to, cioteczko  — rzekła Ludwika.  — Pomijając 

moją osobę, jakie to byłoby dla niej szczęście. Jak wiele mogłaby się 
nauczyć od ciebie. Człowiek staje się w twoim towarzystwie lepszy. 

— Powiedziałam szwagrowi, Ludko, żeby nam przysłał Zuzię. Ale 

matce ciężko się rozłączyć z drugą córką. 

 

background image

— Zuzia mogłaby wtedy dopiero przyjechać, gdybym ja wróciła do 

domu. Czy pozostaje mi jeszcze wiele do nauczenia się, cioteczko? 

— Czy chciałabyś mnie już opuścić?  — zapytała Klara półgłosem. 

Ludwika rzuciła się ciotce na szyję a w oczach jej stanęły łzy. 

—  Chyba  w  to  nie  wierzysz,  cioteczko.  Całe  życie  pragnęłabym 

spędzić przy tobie, tak mi tu dobrze. Ale przybyłam do ciebie, by się 
czegoś nauczyć, a dziś mogę już być pomocna matce. Teraz będzie to 
potrzebniejsze niż kiedykolwiek. Nie jestem egoistką, by tylko myśleć 
o sobie. Czyż jedynie ja mam korzystać z twojej wspaniałomyślności? 

Klara uścisnęła Ludwikę. 
— Nie pora teraz o tym mówić. Musisz tu pozostać jeszcze cały rok, 

Ludko, aby się przyuczyć do podjęcia tak odpowiedzialnego zadania. 
A jestem też o tyle egoistką, że cieszę się na samą myśl, że zostaniesz u 
mnie jeszcze przez jakiś czas. Odkąd tu przebywasz, kochanie, czuję 
się  tak  szczęśliwa,  jaka  nie  byłam  od  zgonu  mego  nieodżałowanego 
ojca. 

— Moja ty najdroższa cioteczko! — wołała Ludwika, całując Klarę. 
Po tych czułych słowach i uściskach Klara odezwała się spokojnie: 
— A teraz zabierzmy się do pracy, Ludko. 
 
W  tydzień  później  Klara  otrzymała  telegram.  Właśnie  zajęta  była 

wydawaniem dyspozycji na obiad, gdy wszedł służący z depeszą. 

Zdenerwowana  otworzyła  ją  nerwowo  a  twarz  jej  pobladła,  gdy 

odczytała wiadomość: 

Tatuś  na  polowaniu  ciężko  ranny.  Przygotować  Ludwikę,  niech 

natychmiast wyjeżdża do H. My również jedziemy. Zofia. 

Przerażona Klara opuściła kuchnię, a w myśli jej tkwiło pytanie: 
— Czy Wilhelm sam przyłożył do tego rękę, czy też w istocie był to 

nieszczęśliwy przypadek? 

Gdy Klara weszła do pokoju, zastała Ludwikę składającą bieliznę 
 

background image

do szafy. Z uśmiechem na ustach zwróciła się do ciotki, ale na widok 

jej bladej twarzy uśmiech zastygł na ustach Ludwiki. 

— Co tobie cioteczko? Co się stało? — pytała zaniepokojona. Klara 

przytuliła Ludwikę do siebie i objęła ją ramionami, jakby 

chciała ją uchronić od nieszczęścia. 
— Bądź dzielna, Ludwiko  — rzekła Klara — przynoszę ci smutną 

wiadomość. 

Wyjęła telegram. Ludwika spojrzała nań z trwogą. 
— Telegram? Czy z domu? — zapytała blednąc. 
— Tak, Ludko. 
— Powiedz, ciotuniu, co się stało, mów prędzej, cioteczko. 
— Ojciec twój uległ przykremu wypadkowi na polowaniu. Ludwika 

zachwiała się, nogi się pod nią uginały, starała się jednak 

zachować spokój.   
— Ojciec? Na polowaniu? Czy grozi niebezpieczeństwo? 
— Poniekąd — odpowiedziała Klara.   
— Wyjaw mi całą prawdę, cioteczko, nie lękaj się, zniosę wszystko 

spokojnie. 

Klara podała jej telegram.   
Tłumione łkanie wydarło się z piersi Ludwiki. 
Po chwili zapytała bezdźwięcznym głosem:   
— O której odchodzi pociąg? 
Klara poszła z nią do swego pokoju i tam zajrzała do rozkładu jazdy. 
—  Za  godzinę  odchodzi  kurier.  Czy  będziesz,  Ludko,  gotowa  z 

przygotowaniami do podróży? 

— Tak, cioteczko. 
— Pojadę z tobą. 
Ludwika ucałowała rękę ciotki na znak wdzięczności. 
Klarze wydało się, że jej obecność będzie w H. potrzebna. Poza tym 

pragnęła  nabrać  pewności,  czy  Wilhelm  uległ  nieszczęśliwemu 
wypadkowi, czy też chciał popełnić samobójstwo. 

W  sam  czas  przybyły  obie  panie  na  dworzec  kolejowy.  Po  chwili 

Pociąg  ruszył.  Za  cztery  godziny  miały  przybyć  do  H.  a  stamtąd 
dorożką do pałacu. 

Nareszcie stanęły w LŁ, ugoszczone przez przyjaciół Wilhelma. 
 

background image

Dowiedziały  się,  że  majorowa  z  dwiema  córkami  przybyły  przed 

kilku godzinami i znajdują się u łoża nieszczęśliwego. 

Gospodyni domu odprowadziła Ludwikę do matki i sióstr, Klara zaś 

została kilka chwil z właścicielem H. 

Pan  H.  relacjonował  ze  wzruszeniem  okoliczności  towarzyszące 

nieszczęściu.  Otóż  major  potknąwszy  się  w  lesie,  upadł  na  strzelbę, 
którą trzymał w ręku, tak nieszczęśliwie, że strzelba wypaliła, a kula 
dostała mu się do płuc. 

Lekarze  nie  dają  niestety  żadnej  nadziei  i  wyczekują  lada  chwila 

końca. 

Klara, blada jak ściana, przysłuchiwała się na pozór spokojnie, choć 

serce jej biło gwałtownie. 

— Czy to był rzeczywiście tylko nieszczęśliwy wypadek — zapyty-

wała sama siebie — czy może zamierzał odebrać sobie życie? 

Po  chwili  weszła  Zuzia.  Z  płaczem  rzuciła  się  ciotce  na  szyję, 

szepcąc: 

— Ojciec wie o tym, żeś przyjechała, cioteczko, pragnie się z tobą 

zobaczyć i prosi, byś weszła do niego. 

Klara  powstała  i  drżąc  na  całym  ciele  udała  się  z  Zuzią  do  pokoju 

chorego. 

U stóp jego klęczała majorowa, a opodal stały Ludwika i Zofia blade i 

milczące. Wilhelm Randolf miał wzrok skierowany ku drzwiom. Gdy 
Klara weszła, spojrzał na nią rozpłomienionymi oczyma. Widać było, 
że trawi go gorączka, a na jego bladej twarzy znać było cierpienie. 

— Chciałbym z Klarą... kilka słów... pomówić sam na sam  — wy-

mówił łamanym głosem. 

Wzruszające było powitanie sióstr. Elżbieta złożyła głowę na ramie-

niu Klary jak dziecko, co w zbliżeniu szuka dla siebie ratunku. Klara 
łagodnie gładziła tę biedną głowę, nie mogąc przemówić. 

Na znak dany ręką ojca, Zuzia i Zofia wraz z matką i Ludwiką wyszły 

z pokoju. 

Gdy Klara przystąpiła do łoża chorego, ten zatopił płonące źrenice w 

jej twarzy i odezwał się słabym głosem: 

—  Jak  to  dobrze...  Klaro...  żeś  przybyła...  mogłaś  pomyśleć...  że... 

że... ja sam. 

Pochyliła się i ujęła drżącą dłoń chorego. Spojrzała nań serdecznie. 
 

background image

— Więc to nieszczęśliwy wypadek, Wilhelmie? Bogu dzięki, spadł 

mi kamień z serca. 

Uśmiechnął się pomimo dotkliwego bólu, jak przystało na żołnierza. 
— Daję ci słowo honoru, Klaro, że to tylko przypadek, nieszczęśliwy 

przypadek  i  to  w  chwili,  gdy  wszystko  mogło  się  obrócić  na  dobre. 
Wyobraź  sobie...  właśnie  wczoraj  jeden  z  wielkich  przemysłowców, 
również proszony na polowanie, zaangażował mnie jako przedstawi-
ciela... swej firmy z roczną płacą dziesięciu tysięcy marek. Cieszyłem 
się już tak bardzo, tak bardzo. Musiałabyś  cofnąć to straszne słowo, 
którego nie mogę zapomnieć. Być wzgardzonym przez kobietę, jaką ty 
jesteś to... to gnębi i niewymownie boli. Ale za późno, już nie mogę, za 
późno. 

Uścisnęła mu rękę, a łzy spłynęły z jej oczu. 
—  Wilhelmie,  twoje  wyznanie  zmazuje  wszystko,  nawet  moją 

wzgardę. To, że nie mogłeś zapomnieć moich słów jest dowodem, że 
ziarno szlachetności tkwiło na dnie twego serca. Cofam moje słowa, 
które w owej chwili wymówiłam. Wyzdrowiejesz jeszcze i obejmiesz 
swoją posadę, a wtedy rozpoczniesz nowe życie. Nieprawdaż? 

Uśmiechnął się boleśnie. 
— Za późno, czuję to. A chętnie naprawiłbym wszystko złe. Dziękuję 

ci za dobre słowa. Koniec mój się  zbliża. Zaopiekuj się  moją żoną i 
dziećmi, przyrzeknij mi to. 

— To się rozumie samo przez się. Dla twojej żony i dzieci mój dom 

stoi otworem. 

— Wierzę ci. Tyś dobra... energiczna i dumna... dziękuję ci. Wybacz 

mi... wszystko złe. 

Twarz Klary  miała wyraz współczucia. Widziała przed sobą śmier-

telnie  chorego  człowieka,  pełnego  skruchy.  Takiemu  się  wszystko 
wybacza  —  pomyślała  —  ma  się  dlań  współczucie,  dobrą  wolę  i 
obowiązek pocieszania go. 

— Nie mam do ciebie żalu, wszystko ci wybaczyłam. Nie mów o tym, 

bo to cię męczy i sprawia bóle. W czym mogę ci pomóc. 

Skinął głową przecząco. 
— Powiedz Elżbiecie i dzieciom, by weszły — poprosił stłumionym 

głosem. 

Na pożegnanie podali sobie ręce w serdecznym uścisku. 
 

background image

Gdy Klara otworzyła drzwi, Elżbieta z córkami weszły w towarzy-

stwie lekarza. Chory omal nie zemdlał z boleści. Po zażyciu lekarstwa, 
podanego przez lekarza, usnął, trzymając rękę żony w swej dłoni. 

Zapomniane zostały wszelkie krzywdy, dawna miłość odżyła w sercu 

Elżbiety. 

Zuzia  płakała  w  kąciku  przytulona  do  Ludwiki,  Zofia  z  wybladią 

twarzą patrzyła zdrętwiałym wzrokiem przed siebie. Klara oparła gło-
wę siostry o poduszkę. Chory spał jak w narkozie, nie czując żadnych 
bólów. 

W sąsiednim pokoju nakryto do stołu. Gospodyni prosiła usilnie, by 

panie  się  posiliły.  Nie  chcąc  jej  sprawić  przykrości  wychodziły, 
zmieniając  się  jedna  po  drugiej.  Przy  chorym  siedziała  żona  i  stale 
jedna z córek. 

Pan H. był zrozpaczony, że stary przyjaciel w jego domu uległ tak 

nieszczęśliwemu  wypadkowi.  Okazało  się,  że  pan  H.  zaprosił 
Randolfa,  by  wyjednać  dlań  posadę  u  przemysłowca,  który  również 
uczestniczył w polowaniu. Pan H. opowiadał, jak Randolf się cieszył 
myślą, że obejmię tę posadę, zapewniając żonie i dzieciom byt na pięć 
lat. 

Posiliwszy  się  nieco,  panie  wróciły  do  pokoju  chorego.  Właśnie 

obudził się i powiedział kilka słów do żony i córek. Uśmiechnął się raz 
jeszcze, po czym ułożył się do snu. 

—  Jest  mi  znacznie  lepiej  —  wymówił  i  zamilkł.  To  były  jego 

ostatnie  słowa.  Jeszcze  jedno  westchnienie  wydarło  się  z  piersi 
chorego, oczy znieruchomiały — Randolf już nie żył. 

Majestat śmierci wygładził zmarszczki z oblicza majora. Na ustach 

zastygł uśmiech — pozostał pięknym Randolfem. 

* * 
W tej stanowczej chwili dom Klary stał się przytułkiem dla rodziny 

Randolfów. Klara wedle możności starała się ulżyć w cierpieniu, wszy-
stko  spoczywało  w  jej  energicznej  dłoni.  Po  całodziennej  pracy, 
siadając obok siostry, pocieszała ją, jak mogła. 

Pierwsza z rodziny ocknęła się Ludwika, widząc, że ciotka ugina się 

pod ciężarem pracy, pomagała jej dzielnie. 

 

background image

Zofii  nic  nie  obchodziło.  Nie  była  zdolna  do  głębszego  uczucia,  a 

zresztą major nie umiał sobie zaskarbić miłości swych dzieci. Nawet 
Ludwika i Zuzia, obie bardzo uczuciowe, nie były zbyt dotknięte stratą 
ojca,  raczej  tragiczny  wypadek,  któremu  uległ,  zrobił  na  nich 
wstrząsające wrażenie. 

Wreszcie trzeba było się zastanowić, jak urządzić sobie dalsze życie. 

Przede  wszystkim  należało  oddać  mieszkanie.  Przypadkowo  znalazł 
się  dobry  odbiorca,  a  właściciel  domu  zgodził  się  na  tego  nowego 
lokatora. Sprzedano meble a za uzyskane pieniądze spłacono drobne 
długi. 

* * *  
Klara nie chcąc obarczać służby pracą, postanowiła wyznaczyć każ-

dej z pań jakąś robotę. Zuzia okazała się chętna do objęcia lżejszego 
działu gospodarstwa domowego. 

—  Będę  robiła  co  każesz,  cioteczko.  Pragnę  ci  być  pomocna,  jak 

Ludwika  —  zapewniała  Zuzia.  Zadowolona  Klara,  uśmiechając  się, 
pochwaliła ją. 

— To mi się podoba, Zuziu. Przy dobrej woli nauczysz się tak samo, 

jak Ludka, gospodarstwa. A zwracając się do Zofii, zapytała: 

— A co ty zamyślasz? 
Zofia, spoglądając na swe starannie wypielęgnowane ręce i na wy-

polerowane paznokcie, odezwała się: 

— Spodziewam się, cioteczko, że nie wyznaczysz mi pracy, która by 

mi zniszczyła ręce. 

— Bądź o to spokojna — odparła Klara.  — Postaram się zająć się 

czymś odpowiednim dla ciebie. 

— Będę ci wielce zobowiązana za to — rzekła Zofia uprzejmie ale 

zimno. Uważała bowiem pobyt w domu ciotki za rzecz przejściową i 
nie uważała za konieczne okazywanie wygórowanej wdzięczności. 

W cichym zazwyczaj domu Klary panował obecnie ruch i gwar. Gdy 

przechodziła  ulicą  ze  swymi  siostrzenicami,  sąsiedzi  oglądali  się  za 
nimi, podziwiając ich piękność i okazując Klarze wielki szacunek za 
jej ofiarność. 

 

background image

W  domu  panował  wzorowy  porządek:  Elżbieta  i  Zofia  spełniały 

lżejsze roboty, jak nakrywanie do stołu, układanie kwiatów, owoców 
itp.  Ludwika  i  Zuzia  pomagały  kucharce  i  pokojówce  a  Klara  jak 
zwykle kierowała wszystkim. 

Zuzia zniechęcała się nieraz do pracy  pod kontrolą Klary, która jej 

skąpiła zasłużonej pochwały. 

— Ciotka gani mnie tylko, a nigdy nie pochwali — skarżyła się Zuzia 

Ludwice. 

Ta uśmiechnęła się pobłażliwie: 
— Ciotka nie chwali, ale jeśli nie gani, to znaczy, że jest zadowolona. 
Klara, choć w trudnym położeniu, nie stała się pesymistką, owszem, 

spoglądała pogodnie w przyszłość, wszak miała wytknięty cel życia: 
dążeniem jej było sprostać trudnemu zadaniu, a to napawało ją dumą i 
zadowoleniem. 

Po chwili do pokoju weszła Ludwika. 
— Czy masz wolną chwilę? 
— Tak, cioteczko, skończyłam już swoją robotę. 
— Pomóż mi więc przejrzeć rachunki, chciałabym być z tym gotowa 

jeszcze przed obiadem. 

Ludwika zasiadła do biurka, a gdy zaczęła zliczać wydatki, zdziwiła 

się ich wzrostem od przybycia matki i sióstr. 

Ukończywszy podliczanie rachunków, westchnęła głęboko. 
— Co tobie, Ludko? — zapytała Klara. 
— Ach cioteczko, jakżeż my cię wyzyskujemy! Przecież nie można 

tak nadużywać twojej dobroci — rzekła Ludwika prawie szeptem. 

—  Nie  martw  się,  Ludko,  już  ja  sobie  dam  radę,  a  cieszy  mnie 

niewymownie, że mogę się wam na coś przydać. 

— Chciałam ci coś powiedzieć, cioteczko. 
— O co ci chodzi, Ludko? 
—  Powiedz  mi  przede  wszystkim,  czy  mogłabym  już  objąć  samo-

dzielnie gospodarstwo? 

— Jak widzę, pragniesz pochwał — zauważyła Klara żartobliwie. 
— O nie, pragnę tylko usłyszeć odpowiedź na moje pytanie. 
—  Byłaś  chętną  i  zdolną  uczennicą,  nauczyłaś  się  wiele,  a  resztę 

nabędziesz przez praktykę. Czyś zadowolona z tej odpowiedzi? 

 

background image

— Tak, cioteczko.   
— A dlaczego ci zależało na moim zdaniu? Ludwika ujęła dłoń ciotki. 
—  Pragnę  zużytkować  to,  czego  się  nauczyłam  —  odpowiedziała 

Ludwika. — Nie chcę nadal cię wyzyskiwać i tak zbyt wiele dźwigasz 
na swych barkach. Musisz liczyć się z każdym groszem i to mnie boli. 
Pragnę znaleźć posadę, która by mi zapewniła byt. Z tym, czego się 
nauczyłam u ciebie i czego nabyłam w pensjonacie, mogłabym objąć 
posadę gospodyni lub damy do towarzystwa. Jak się na to zapatrujesz, 
cioteczko? 

Klara zamyśliła się. 
— Żal mnie ogarnia na myśl, że mnie opuścisz, Ludko. Ludka ułożyła 

główkę na ramieniu Klary. 

— Czy sądzisz, że nie smucę się na samą myśl rozłączenia się z tobą? 

Ale to musi być. Ani Zosia, ani Zuzia nie dadzą sobie rady w życiu. Ja 
zaś zawdzięczam ci to, co umiem. Postaram się zapewnić sobie byt a 
zarazem ulżyć ci choć w części w spełnianiu obowiązków, którymi się 
sama  obarczyłaś.  Przemyślałam  wszystko  dokładnie  i  nie  staraj  się 
mnie odwieść od podjętej decyzji. 

Klara  uznała  za  słuszne  postanowienie  Ludwiki,  aby  własną  siłą 

przebić się przez świat. Mogło to zahartować ją na dalszą drogę życia i 
wyjść jej na dobre. 

— Choć mnie to niezmiernie boli, że mnie opuścisz, uważam twoje 

postanowienie  za  słuszne.  Omówimy  to  z  matką.  Przestrzegam 
jedynie, byś w pośpiechu nie objęła pierwszej lepszej posady i byś mój 
dom zawsze uważała za swój. 

—  Nie  boję  się  przeciwności  losu,  mając  świadomość,  że  znajdę 

schronienie pod twoim dachem, gdy mi nie starczy siły. Powrócę do 
ciebie, gdy Zosia i Zuzia wyjdą za mąż. 

Klara, uścisnąwszy Ludwikę, zapytała tonem żartobliwym. 
—  A  co  będzie,  Ludko,  jeśli  ty  przed  nimi  wyjdziesz  za  mąż? 

Ludwika zaprzeczyła ruchem głowy, a spoglądając na ciotkę ze 

łzami w oczach, odpowiedziała cichym głosem: 
—  Wszak  wiesz  cioteczko  że  ten,  którego  kocham,  jest  dla  mnie 

stracony i że z tym uczuciem w sercu nie wyjdę za innego. 

— Więc chcesz jak ja pozostać starą panną? 
 

background image

Ludwika, uśmiechając się przez łzy, odparła: 
— O ile możności, chcę być taka, jak ty jesteś. " Przy stole omawiano 

plan Ludwiki. 

Majorowa  spojrzała  wylękniona  na  Ludwikę,  gdy  ta  oświadczyła 

stanowczo, że pragnie objąć posadę. 

— Powiedz, Klaro, czy to konieczne? — zapytała Elżbieta. 
— To nie moja myśl, Elżbieto — odpowiedziała Klara. — Ludwika 

pragnie być samodzielna i stworzyć sobie niezależny byt. Sądzę, że nie 
powinnyśmy jej w tym przeszkadzać, świadczy to bowiem dobrze o jej 
charakterze  i  jest  dowodem,  że  czuje  się  na  siłach,  by  dopiąć 
wytkniętego sobie celu. 

— Podziwiam odwagę Ludki — odezwała się Zuzia — ale smutno 

nam będzie bez niej. 

Ludwika ujęła jej rękę: 
—  Nie  smućcie  mnie.  Dochody  ciotki  zaledwie  mogą  starczyć  na 

pokrycie  obecnych  wydatków,  a  że  ja  już  tak  długo  korzystam  z  jej 
gościnności, muszę pierwsza opuścić dom ciotki, by jej nieco ulżyć. 

Elżbieta spojrzała na siostrę wylęknionym wzrokiem. Dotychczas nie 

zastanawiała się nad tym, że one mogły być ciężarem dla Klary. Klara 
uśmiechnęła się wesoło: 

— Dlaczego z takim lękiem patrzysz na mnie, Elżbieto? Zapewniam 

cię,  że  nie  jesteście  mi  ciężarem,  owszem  czuję  się  szczęśliwa,  że 
jesteśmy razem. 

Zofia przysłuchiwała się tej rozmowie w milczeniu, nie odezwawszy 

się ani słówkiem. Nie mogła się nadziwić ofiarności Ludwiki. Chętnie 
by jej powiedziała: poczekaj trochę, a ja ci ustąpię miejsca. Ale oba-
wiała się, że gdyby przedwcześnie wyjawiła swe matrymonialne plany, 
to ślub z Robertem nie doszedłby może do skutku. Dlatego też zacho-
wała to w tajemnicy. 

Majorowa nie mając właściwie innego wyboru, zgodziła się na po-

stanowienie Ludwiki. Pocieszała się tylko, że nie tak prędko znajdzie 
się dla niej odpowiednie miejsce, a gdy Robert powróci, rozstrzygnie 
się los Zofii, a wówczas Ludwika zostanie u ciotki. 

 

background image

Święta  Wielkanocne,  spóźnione  w  tym  roku,  przyszły,  gdy  ziemia 

okryła się zielenią i kwiatami. 

W pierwszy dzień świąt Klara odwiedziła radczynię W., ta bowiem 

zawiadomiła ją, że przyjeżdża z Berlina jej siostra Maria. 

Wróciwszy z tych odwiedzin, poprosiła Ludwikę do swego pokoju i 

przywitała ją słowami: 

— Ludko! Nadarza się posada, która wydaje mi się dla ciebie odpo-

wiednia. Czy masz ochotę wyjechać do Berlina? 

Ludwice na chwilę zabrakło tchu. 
— Do Berlina? — powtórzyła. W oka mgnieniu pomyślała, że tam 

przybywa  Henryk  Rotman.  Wprawdzie  mieszka  w  Charlottenburgu, 
ale  to  przedmieście  Berlina.  Co  prawda  to  Berlin  jest  tak  wielkim 
miastem, że trudno się tam spotkać. Lecz sama myśl znalezienia się w 
pobliżu Henryka wzburzyła ją niewymownie. 

—  Tak,  Ludko,  do  Berlina  —  odpowiedziała  Klara  —  czy  ci  to 

sprawia przykrość? 

— Nie, cioteczko. Ale powiedz mi, jaka to posada i u kogo. 
— Oto moja przyjaciółka z ławy szkolnej Maria, siostra radczyni W., 

skarżyła się, że gospodarstwo domowe zabiera jej zbyt wiele czasu i 
nie ma wolnej chwili. Czyni więc starania, by znaleźć pannę z dobrego 
domu, która by jej pomogła w gospodarstwie i była zarazem jej towa-
rzyszką. Nie zdołała jednak dotychczas znaleźć odpowiedniej osoby. 
Pomyślałam więc o tobie, Ludko, i powiedziałam Marii, że masz za-
miar objąć taką posadę. Radczyni nie miała dość słów pochwały dla 
ciebie,  poza  tym  pokazałam  jej  fotografię,  przedstawiającą  ciebie  i 
Zuzię.  Marii  podobałaś  się  niezmiernie  i  ucieszyła  się  myślą,  że  ty 
obejmiesz  u  niej  posadę  gospodyni  i  towarzyszki.  Przyjdzie  dziś  po 
obiedzie do nas, by cię zapytać, czy pojechałabyś z nią w następnym 
tygodniu  do  Berlina.  Zaprosiłam  Marię  i  radczynię  na  kawę,  obie 
pragną widzieć się z twoją matką, którą znają od dziecka. Ta posada, 
Ludko, wydaje mi się dla ciebie odpowiednia. Maria jest dobrą, mądrą 
i inteligentną osobą. Mąż jej jest fabrykantem mebli i posiada znaczny 
majątek.  Syn  ich,  dwudziestokilkuletni  młodzieniec,  mieszka  u 
rodziców.  Zresztą  widziałaś  u  radczyni  ich  zdjęcia  i  wyraziłaś  się 
wówczas, że muszą to być bardzo sympatyczni ludzie. Maria prowadzi 
dom otwarty, zmusza ją do tego interes męża. Pracy 

 

background image

będziesz miała pod dostatkiem. Teraz wiesz wszystko, więc namyśl 

się, Ludko, i podejmij decyzję. 

Klara cieszyła się, że powierzy Ludkę swoim dobrym znajomym. 
Po obiedzie przyszły obie panie, a Ludwika poczuła wielką sympatię 

do Marii, ta zaś była pełna zachwytu dla piękności trzech sióstr, tak że 
najchętniej zabrałaby wszystkie do Berlina. 

Jeszcze dziesięć dni miała Ludwika pozostać w gronie rodziny. Zuzia 

nie  opuszczała  jej  ani  na  chwilę  i  najbardziej  smuciła  się  wyjazdem 
Ludwiki.   

*** 
Ludwika  wyjechała  z  Marią  H.  do  Berlina.  Klara  i  radczyni  W. 

odprowadziły je na dworzec.  Maria  przyrzekła  Klarze, że będzie się 
obchodziła z Ludwiką jak z własną córką. 

Przy  pożegnaniu  Klarze  i  Ludwice  stanęły  łzy  w  oczach.  Ludwika 

zdobyła serce ciotki, a tej smutno było, że to ukochane dziewczę opu-
szcza jej dom. 

W Berlinie oczekiwał panie na dworcu Karol H., mąż Marii. Był już 

zawiadomiony,  że  z  żoną  przybędzie  Ludwika  w  roli  towarzyszki. 
Przywitawszy  żonę  serdecznie,  spojrzał  życzliwie  na  Ludwikę  i 
przemówił do niej kilka słów. 

Zdążali  autem  ludnymi  ulicami  Berlina  do  domu.  Ludwika,  nie 

przywykła  do  takiego  ruchu,  przymykała  z  lękiem  oczy,  gdy  auta 
krzyżowały się na rogach ulic. 

Nareszcie wjechali w najpiękniejszą dzielnicę Berlina. Auto mknęło 

po  asfaltowej  jezdni.  Przed  oczyma  Ludwiki  ćmiły  się  pałace, 
ekwipaże, automobile, eleganckie panie i panowie przechadzający się 
ulicą. Maria opowiadała mężowi, jak spędziła czas w D. Ludwika zaś 
obawiała się, czy zdoła się nagiąć do wymagań wielkiego miasta. 

Wtem  auto  przystanęło  przed  jednym  z  najpiękniejszych  pałaców. 

Gdy brama się otworzyła, weszli na marmurowe schody, okryte wspa-
niałymi  smyrneńskimi  chodnikami.  Ludwika  była  oszołomiona 
przepychem i wytwornością. 

Zatrzymali się na drugim piętrze. Mieszkanie państwa H. składało 
 

background image

się  z  dwunastu  pokoi  urządzonych  z  całym  komfortem.  Maria 

wprowadziła  Ludwikę  do  przeznaczonego  dla  niej  pokoju,  który  nie 
był wielki, ale czynił miłe wrażenie, gdyż miał widok na ogródek. 

Maria  odchodząc,  powiedziała  Ludwice,  by  w  razie  potrzeby  za-

dzwoniła na pokojówkę dwa razy i prosiła, by za godzinę była gotowa, 
gdyż o tej porze podadzą obiad. Ludwice pozostało więc dość czasu do 
wypakowania  swych  rzeczy  i  do  rozejrzenia  się  w  swym  nowym 
położeniu. Ogarnęło ją dziwne uczucie. Po raz pierwszy znajdowała się 
u obcych, na płatnej posadzie. Ale powiedziała sobie, że musi się dziel-
nie  zabrać  do  pracy,  by  zadowolić  panią  Marię  i  nie  zrobić  ciotce 
wstydu. 

Wszystko  poszło  gładko.  Ludwika  weszła  szybko  w  tok  zajęć 

domowych. 

Państwo H. byli skromni, nie mieli wygórowanych potrzeb. Jednak 

ich interesy i pozycja towarzyska obligowały ich do życia na szerokiej 
stopie. 

Służba  składała  się  z  dwóch  pokojówek,  kucharki  i  służącego. 

Mieszkanie było umeblowane ze smakiem i elegancją. Był to rodzaj 
reklamy dla firmy, którą prowadził pan H. 

Nie  urządzano  w  ich  domu  wielkich  przyjęć.  Małe,  dobrane  kółko 

przyjaciół  odwiedzało  ich  często,  a  wśród  nich  znajdowali  się  też 
koledzy pana H. 

Fryderyk, syn państwa H., który kształcił się na architekta, spraszał i 

swoich znajomych na te zebrania. 

Zaraz pierwszego dnia pobytu Ludwiki w domu państwa H., przed-

stawiono jej Fryderyka. Matka oznajmiła mu już przedtem, że Ludwika 
jest  siostrzenicą  jej  najlepszej  przyjaciółki  i  że  życzy  sobie,  by  ją 
uważano za członka rodziny. 

Ludwika  miała  moc  zajęcia,  ale  dawała  sobie  ze  wszystkim  radę, 

nawet służba, która ją początkowo uważała za niepotrzebnego intruza, 
polubiła ją z czasem i spełniała chętnie jej polecenia. Ludwika starała 
się  zwolnić  Marię  od  cięższych  obowiązków,  tak  że  po  niedługim 
czasie Maria nie mogła się bez niej obejść. 

W kilka dni później Maria oznajmiła Ludwice, że Fryderyk zaprosił 

kilku  znajomych  na  kolację.  Dała  jej  pieniądze,  by  załatwiła  kilka 
sprawunków. 

background image

Wieczorem Ludwika wniosła do pokoju jadalnego na stół prześliczne, 

własną  ręką  ułożone  kwiaty.  Uśmiechnęła  się  z  zadowoleniem, 
spojrzawszy na dzieło swych rąk, po czym udała się do pokoju Fryde-
ryka, by przygotować papierosy i przybory do palenia. Maria nie była 
jeszcze gotowa z toaletą, a panów nie było jeszcze w domu, mieli za 
chwilę przybyć. Wtem dał się słyszeć głos  Fryderyka, który śmiejąc 
się, coś opowiadał. 

Ludwika  była  przekonana,  że  Fryderyk  powrócił  razem  z  ojcem, 

pozostała  więc  na  miejscu,  nie  przerywając  dalszych  przygotowań. 
Ustawiła  flaszki,  kieliszki  i  szklanki  na  małym  stoliku.  Wtem  ktoś 
wszedł do pokoju. Ludwika podniosła oczy i stanęła jak wryta. Gorący 
rumieniec wystąpił na jej twarz, a nogi pod nią drżały. Przed nią stał — 
Henryk Rotman. 

I  na  jego  twarzy  malowało  się  zdziwienie.  Nie  dowierzając,  że  to 

Ludwika, spoglądał na piękne dziewczę w ciężkiej żałobie. 

Ludwika opierając się o krzesło, wyszeptała: 
— Henryk Rotman! Bezwiednie z jej ust padło to imię. 
Henryk zbliżył się do Ludwiki i radość zajaśniała w jego oczach. 
— A więc nie omyliłem się, to rzeczywiście pani — mówił ucieszo-

ny, ujmując jej drżącą dłoń. 

Ta drżąca ręka przywiodła mu na pamięć Ludwikę, łkającą na ławce 

w parku Walentynów. Wzruszony do głębi, nie mógł od niej oderwać 
oczu.  Wydała  mu  się  jeszcze  piękniejsza,  a  oczy  jej,  pełne  wyrazu, 
które zdawały się mówić o minionych chwilach szczęścia, dziwnie go 
nastrajały. 

Nareszcie Ludwika na tyle zapanowała nad sobą, że mogła przemó-

wić kilka słów. 

—  Wielka to dla  mnie niespodzianka, panie poruczniku, nie, panie 

Henryku, że go tu spotykam. 

Ucałował jej rękę. 
— I ja niemało jestem zdziwiony, że panią tu zastaję. Przyszedłem z 

moim  przyjacielem,  Fryderykiem,  do  którego  dość  często  zaglądam. 
Czekałem  w  tym  pokoju,  aż  się  przebierze.  I  tu  zastaję  moją  miłą, 
dawną  znajomą,  więcej,  moją  przyjaciółkę  Ludwikę.  A  może  nie 
wolno mi nazywać się przyjacielem pani? — zapytał. 

 

background image

Lekki uśmiech zawitał na ustach Ludwiki. Starając się usilnie zapa-

nować nad sobą, odpowiedziała spokojnie: 

— Owszem, może się pan nazywać moim przyjacielem, jeśli pan tego 

pragnie, wiedząc, że pełnię obowiązki towarzyszki pani domu. 

Ostatnie słowa wywołały na twarzy Henryka smutek. 
— Łaskawa pani! Zapomniałem, że straciła pani ojca. Po jego śmierci 

nastały dla pań ciężkie czasy. 

Zofia w swych listach przedstawiła mu ich położenie w najciemniej-

szych  barwach,  by  go  przygotować  na  ofiarę,  którą  rzekomo  będzie 
musiała ponieść. Ale o tym, że Ludwika będzie zmuszona objąć płatną 
posadę, nie wspomniała. 

Ludwika, widząc strapioną twarz Henryka, rzekła: 
— Po śmierci ojca nasze warunki materialne pogorszyły się. Ciotka 

Klara  w  swej  szlachetności  zabrała  nas  do  siebie.  Wobec  tego,  że 
jestem  młoda  i  silna  i  mogę  zarobić  na  chleb,  nie  chciałam  być  dla 
ciotki ciężarem i objęłam posadę. 

Westchnął  głęboko  na  myśl,  że  jego  ukochana,  dumna  Zofia  jest 

obecnie na łasce ciotki. Postaram się, by się to jak najrychlej skończyło 
— pomyślał — wytężę wszystkie siły, by ją wyzwolić z tego przykrego 
położenia. Równocześnie jednak obudziło się w nim żywe współczucie 
dla Ludwiki, która tak dzielnie zabrała się do pracy. 

— A teraz pragnę się dowiedzieć, co porabia pani rodzina? Ludwika 

doznała jakby ukłucia szpilką. 

— Pragnie dowiedzieć się o Zofii — pomyślała. — Nie mogę mu nic 

dobrego o niej powiedzieć, jeśli nie mam minąć się z prawdą. 

Odpowiedziała mu więc tylko ogólnikowo na pytanie. 
Z  wytężoną  uwagą  przysłuchiwał  się  jej  słowom,  a  na  twarzy  jego 

malowało się niezadowolenie, pragnął bowiem coś bliższego usłyszeć 
o Zofii. 

Po chwili wszedł Fryderyk. 
—  Znajduję  cię  w  towarzystwie  naszego  opiekuńczego  ducha. 

Gdybym  wiedział  o  tym,  nie  byłbym  się  tak  śpieszył  —  zauważył 
Fryderyk. 

—  Jest  to  dla  mnie  nader  miła  niespodzianka,  zastać  tu  pannę 

Ludwikę. Znamy się od dawna i łączą nas węzły przyjaźni. Major 

 

background image

Randolf, ojciec panny Ludwiki, był moim przełożonym i miałem za-

szczyt  być  częstym  gościem  w  ich  domu,  gdy  byłem  w  wojsku. 
Fryderyk zbliżył się do Ludwiki i przemówił z uśmiechem: 

—  No  niech  pani  powie:  dziękuję  panu  ślicznie,  że  zaprosiłeś  tu 

miłego mi przyjaciela. 

Uśmiechnąwszy się filuternie, odpowiedziała: 
— Zapraszając pana Henryka, nie myślał pan chyba o mnie. 
— W każdym razie ucieszyła się pani, gdy go ujrzała, a ma to pani 

mnie do zawdzięczenia. 

— Więc jeśli panu o to chodzi — dziękuję. 
—  Tak,  to  rozumiem.  A  teraz  niech  mi  pani  zdradzi,  jaka  będzie 

kolacyjka. 

I znów uśmiech okrasił usta Ludwiki. 
— Dziś są  same specjały  —  mówiła z naciskiem jak  młoda, zapo-

biegliwa gospodyni. 

— Nie przesadzać — groził Fryderyk, przekomarzając się. 
Henryk  zauważył  z  przykrością,  że  panuje  między  Ludwiką  a  Fry-

derykiem poufały ton. Te drobne żarciki, padające z ich ust, drażniły 
go. 

Buntował  się  na  samą  myśl,  że  któryś  z  mężczyzn  mógł  jej  być 

bliższy od niego. Nie życzył sobie tego i uważał, że nikt nie ma prawa 
wymagać od niej więcej względów. 

Tak już bywa na świecie. Z obawy utraty danej osoby podnosimy jej 

wartość i dokładamy wszelkich starań, by jej nie stracić. 

Ludwika,  przeprosiwszy  panów,  wyszła  z  pokoju.  Henryk  nie  spu-

szczał z niej oka, aż drzwi się za nią zamknęły. 

— Odpowiedz mi otwarcie, Henryku, czy wy się kochacie? Henryk, 

nie przerywając toku swych myśli, odparł: 

— Nie, łączy nas tylko przyjaźń. 
—  Jeśli  tak  mówisz,  musi  to  być  prawda.  Ale  zdawało  mi  się,  że 

rozmawiając z nią, byłeś silnie wzruszony. 

Henryk spojrzał badawczo na Fryderyka. 
—  To  cię  widocznie  mocno  obchodzi?  —  zauważył  jakby  z  za-

zdrością. 

— Naturalnie, iż mnie to zajmuje. Wszak jesteś moim przyjacielem, 

znasz wszystkie tajniki mego serca. A panna Ludwika jest nam tak 

 

background image

droga, jakby należała do rodziny. Matka jest nią zachwycona, nie ma 

dość słów pochwały dla niej, ojciec jest wobec niej pełen względów, 
tak go sobie pozyskała opieką, którą go otacza. A i ja również ją bardzo 
lubię. Więc teraz chyba zrozumiesz, dlaczego chcę wiedzieć, co was 
oboje łączy. 

— Przypuszczam, że domyśla się wszystkiego, choć byliśmy  zmu-

szeni ukrywać swą miłość. 

— Teraz pojmuję, Henryku, dlaczego pracujesz bez wytchnienia, by 

dopiąć celu. 

— Tak, Fryderyku, teraz wszystko wiesz. 
— Zakochałeś się w ubogiej dziewczynie, Henryku, jesteś idealistą. 
— Czy nie uważasz mnie za zdolnego dać żonie utrzymanie i zgo-

tować jej dostatni byt? 

— Znam twoją wartość  — odpowiedział Fryderyk.  — Nie bez po-

wodu pragnę zawrzeć z tobą spółkę. Jesteś człowiekiem o niezwykłych 
zdolnościach, prawie genialnym. Już dziś  zwróciłeś  na siebie uwagę 
profesorów. Jeden z nich powiedział mi: „Pański przyjaciel, Rotman, 
odegra  chlubną  rolę  w  przyszłości,  a  spółka  z  nim  będzie  dla  pana 
szczęściem". Więc widzisz Henryku, że umiemy cię cenić. 

— Nie przyrzekaj sobie zbyt wiele z tej spółki. 
— Zobaczysz, Henryku, jak nam będzie dobrze razem. 
Udali się ramię w ramię do prześlicznie urządzonego buduaru pani 

domu. W tej samej chwili zaanonsowano nowych gości. 

Maria H. przywitała Rotmana nader serdecznie, prosząc, by przy niej 

usiadł. Gawędzili wesoło, a Henryk opowiedział jej o niespodziance, 
jakiej doznał, zastawszy u nich Ludwikę.   

Maria, uśmiechając się, rzekła: 
—  Ludwika  zawiadomiła  mnie  już  o  tym  radosnym  spotkaniu.  Po 

chwili podano kolację. 

Henryk siedział naprzeciw Ludwiki, która była tego wieczoru nader 

ożywiona. Chwytał każde jej słowo, śledził każdy jej ruch. Byl zły na 
siebie, że wciąż się nią zajmował. Miotała nim zazdrość, gdy pomyślał 
o jej poufałości z Fryderykiem. Że i pan domu z nią żartował, mniej go 
to  obchodziło.  Nie  mógł  się  nadziwić,  jak  powabny  był  jej  figlarny 
uśmiech, gdy żartowała. Najsilniejsze na nim wrażenie robiły jej oczy, 
lśniące blaskiem młodości i szczęścia. 

 

background image

Pragnąc przyćmić to wrażenie, przywoływał pełen czaru obraz Zofii, 

lecz  nadaremnie  —  nie  zdołał  uprzytomnić  sobie  jej  rysów  i 
płomiennych oczu. 

Te  oczy,  które  go  czarowały,  wydały  mu  się  dziś  zimne.  I  po  raz 

pierwszy zapytał sam siebie: czy Zofia posiada taką głębię uczucia, jak 
Ludwika? 

Podczas  kolacji  podchwycił  spojrzenie  Ludwiki,  spoczywające  z 

czułością na jego twarzy. Zadrżała, gdy spotkały się ich oczy i żywy 
rumieniec okrył jej twarz. Jakby przestraszona cofnęła wzrok, a usta jej 
przybrały  bolesny  wyraz.  Przejęło  to  Henryka  niezmierną  radością, 
wydało mu się, że odzyskał skarb, który uważał za stracony. Spojrzenie 
Ludwiki zdradziło mu, że nie był dla niej obojętny. 

Henryk  nie  zdawał  sobie  tego  wieczoru  sprawy  ze  swych  myśli  i 

uczuć.  Nie  zastanawiał  się,  dlaczego  było  w  nim  tyle  wesela  i 
szczęścia. 

0 Zofii ani pomyślał, pamięć o niej była jakby zatarta. 
Wśród  towarzystwa  panował  wesoły  nastrój.  Świetny  humor  Fry-

deryka działał na całe otoczenie. Jego rodzice wyróżniali najbardziej 
Rotmana, cieszyli się, że ich syn zaprzyjaźni! się z tak zdolnym 

1 szlachetnym człowiekiem. 
Po kolacji pani domu i Ludwika udały się do swoich pokojów, pan 

domu zaś pozostał jeszcze chwilę z gośćmi, po czym i on się usunął. 
Fryderyk ze swymi kolegami gwarzyli i zabawiali się do pierwszej po 
północy. 

Ludwika widywała się bardzo często z Henrykiem, gdyż był on nie-

rozłącznym towarzyszem Fryderyka, pracowali razem, rysowali plany 
i czytali. Po skończonej pracy pani domu zapraszała Henryka na her-
batkę  lub  kolację.  Nie  uważając  go  za  gościa,  zaliczano  niemal  do 
rodziny. Henryk doniósł Zofii o swym spotkaniu z Ludwiką. Czuł się 
trochę winny wobec niej, a choć walczył z tym uczuciem, nie mógł się 
go pozbyć. 

Gdy  pewnego  razu  zauważył,  że  Fryderyk  bardzo  swobodnie  roz-

mawiał z Ludwiką, postanowił rozmówić się z przyjacielem. 

— Mój drogi Fryderyku  — rzekł Henryk  —jesteś na zbyt poufałej 

stopie z Ludwiką. Nie zapominaj o tym, że będzie ona moją szwagierką 
i że znajduje się poniekąd pod moją opieką. 

Fryderyk wzruszył ramionami. 

background image

—  Ależ  Henryku  —  cóż  ci  przyszło  do  głowy.  Nie  przypuszczasz 

chyba, bym chciał nawiązać jakiś flirt z panną Ludwiką? Zbyt ją cenię, 
bym coś podobnego zamierzał. Twoja przestroga jest zbyteczna. 

—  A  jednak  wydaje  mi  się,  że  jesteś  nią  zbyt  zajęty  —  obstawał 

Henryk przy swoim. 

Fryderyk  posuwał  niecierpliwie  linią  po  rozłożonym  papierze.  Po 

czym odezwał się z powagą: 

—  Nic  by  mi  nie  dało  to  zajmowanie  się  nią.  Nie  jestem  dla  niej 

niczym  innym,  jak  tylko  synem  jej  chlebodawców.  Jest  ona  trochę 
młodszą siostrą, z którą chętnie żartuję, by ją pobudzić do czarującego 
uśmiechu. Nie chcę przez to powiedzieć, że gdybym zauważył u niej 
nieco  żywsze  uczucie  dla  mnie,  pozostałbym  spokojny  i  zimny. 
Przypuszczam nawet, żebym się w niej zakochał. Nie miałbyś chyba 
nic przeciw temu, bym został twym szwagrem? 

Henryka nie uspokoiły słowa Fryderyka. Przeciwnie, to wyjaśnienie 

dręczyło go jeszcze bardziej. 

—  A  więc  tak  poważnie  traktujesz  tę  sprawę?  —  zapytał  Henryk. 

Fryderyk uśmiechnął się. 

—  Na  Boga  żywego!  Nie  układaj  romansu,  który  się  nawet  nie 

rozpoczął. Panna Ludwika i ja jesteśmy zadowoleni, że nasz stosunek 
jest  przyjacielski.  Chciałem  cię  tylko  zapewnić,  że  twoja  przyszła 
szwagierka nie jest narażona na żadne niebezpieczeństwo. Gdyby ktoś 
poważył  się  jej  ubliżyć,  stanąłbym  w  jej  obronie,  jakbym  był  jej 
bratem. 

Henryk musiał się zadowolić tą odpowiedzią. 
Na tym się zakończyła rozmowa Henryka z Fryderykiem. 
*** 
Mijały tygodnie i miesiące. Nastało gorące lato, które w tak wielkim 

mieście jak Berlin, niezmiernie dokuczało. Zuzia pisywała często do 
Ludwiki. Z początkiem lipca otrzymała następujący list: 

Moja Najdroższa Ludko! 
Dziś  otrzymujesz  ode  mnie  obszerny  list.  Jesteśmy  wszyscy  zdrowi. 

Zosia  dumna  jak  paw,  ma  uzasadnioną  nadzieję  zostać  panią 
Walentynową.  Robert  już  dawno  powrócił  z  południa  do  C.  i  Zosia 
otrzymuje odeń 

 

background image

co dzień listy. Sprzeczam się z nią, a powodem tego jest jej arogancki 

i niewdzięczny sposób wyrażania się o ciotce, której tyle zawdzięczamy 
i która nam pomaga. Gdyby ciotka nawet nie była tak anielsko dobrą 
istotą, jaką jest, zachowanie Zofii byłoby też karygodne. Skoczyłabym 
w  ogień za ciotką, tak ją teraz  ubóstwiam. Gdy mnie czasem  skarci, 
chwytam ją za szyję i całuję tak długo, aż się roześmieje i przebaczy. 
Wtedy patrzy na mnie tak czule, jak nieraz ty. Ale nigdy nie wypowie 
słowami swych uczuć — tego nie umie. Kocham ją bezgranicznie. 

Dlaczego  nic  nie  piszesz  o  Henryku  Rotmanie?  Czy  się  z  nim  nie 

widujesz? 

O Fryderyku H .  donosisz mi zawsze tak wiele. Musi on być bardzo 

miły, pragnęłabym go poznać. Tak bym chciała być w Berlinie, może 
poproszę o to ciotunię. 

Mamusia i ciotka cieszą się ogromnie, że zadowolona jesteś ze swej 

posady.  Wpadłam  na  genialny  pomysł.  W  ogrodzie  naszym  kwitną 
wspaniałe róże. Poradziłam ciotce, by napisała do kwiaciarni w Ber-
linie, by zamówili je u nas. Wyczytałam bowiem, że tam kwiaty bardzo 
drogie. Myśl ta podobała się ciotce, napisała więc do Berlina i wkrótce 
otrzymała  zamówienie  na  znaczną  ilość  róż,  za  które  nam  suto 
zapłacono.  Cieszę  się,  że  bodaj  raz  w  życiu  przydał  się  mój  pomysł. 
Obecnie zrywamy wiśnie i porzeczki. Ach Ludko, smażone wiśnie z bitą 
śmietanką  —  cóż  to  za  pycha!  Hania  mi  powiedziała  wczoraj  kom-
plement. „Panno Zuziu —powiedziała — byłaby pani już dziś równie 
dzielną  pomocą  jak  panna  Ludwika,  gdyby  była  pani  mniej 
roztargniona.  Słuszna  uwaga  —  myślę  nieraz  przy  pracy  o  innych 
rzeczach. Ale się poprawię. 

Od mamusi, ciotki i Zosi serdeczne pozdrowienia — również od Hani, 

Kasi i Jana. 

A  teraz  kończę,  całując  Cię  po  niezliczone  razy.  Spodziewam  się, 

najukochańsza moja Siostrzyczko, że się wkrótce zobaczymy. 

Twoja Zuzia 
Ludwika cieszyła się listem Zuzi, nikt jej tak dokładnie nie donosił o 

wszystkim, jak Zuzia. Zofia dopisywała zaledwie słów kilka, tak samo 
matka, nie mogąca pokonać lenistwa do pisania. I listy ciotki 

 

background image

były krótkie, choć zawierały przy końcu czułe słowa, zdradzające, jak 

tęskniła za Ludwiką. 

Robert  Walentyn  powrócił  z  południa  zaraz  po  Wielkiej  Nocy. 

Rodzice cieszyli się jego czerstwym wyglądem i dobrym humorem. 

Początkowo  nie  wspominał  o  Zofii.  Rodzice  sądzili,  że  miłość 

Roberta dla Zofii ostygła, byli zadowoleni, że Randolfowie wyprowa-
dzi się z C. 

Robert wyczekiwał stosownej chwili, by pomówić z rodzicami, co do 

ślubu  z  Zofią.  Pragnął  kilka  tygodni  poświęcić  wyłącznie  rodzicom. 
Tak minęły Zielone Święta. Jednego dnia, gdy przebywał z rodzicami 
w altance ogrodowej, zaczął mówić nieco drżącym głosem: 

— Kochani rodzice, pragnąłbym z wami pomówić o moich planach 

na przyszłość. Podczas mej nieobecności zastanawiałem się nad tym i 
doszedłem do przekonania, że jedynie połączenie się z Zofią może mi 
zapewnić szczęście. Miłość moja jest głęboka i trwała. Wzmogła się 
jeszcze w oddaleniu od niej. Gdyby nie jej częste i miłe listy, nie wy-
trzymałbym tej rozłąki. Mam radosną pewność, że ona mnie również 
kocha. Jest  moją  narzeczoną, choć  nie  jesteśmy oficjalnie zaręczeni. 
Proszę  was  jako  najdroższych  i  najczulszych  rodziców:  nie 
odmawiajcie mej prośbie i zezwólcie na poślubienie ukochanej Zofii. 
Błagam was, w imię naszego szczęścia. 

Przez chwilę trwało milczenie. Rodzice ponieśliby wszystkie ofiary, 

by uszczęśliwić syna, ale nie mogli się wyzbyć nieufności do Zofii. Nie 
byli bowiem przekonani o jej miłości do syna. 

Pierwszy odezwał się ojciec: 
—  Daliśmy  ci  słowo,  że  po  upływie  roku  nie  będziemy  ci  stawiali 

żadnej  przeszkody.  I  choć  nam  ciężko,  dotrzymamy  jednak  danego 
słowa. Jeśli nie możesz żyć bez Zofii, to oczywiście, wyrazimy zgodę 
na wasz ślub. 

—  Ale  obstajecie  przy  tym,  bym  ogłosił  dopiero  po  upływie  roku 

moje zaręczyny z Zofią? Przecież to niepotrzebna męka, którą mi za-
dajecie, kochani rodzice. Całym sercem i duszą pragnę tego połącze- 

 

background image

nia, a wy chcecie, bym na to szczęście czekał  jeszcze przez długie 

miesiące. 

Ale ojciec odmówił stanowczo prośbie syna. 
— Ani godziny prędzej nie zezwolimy  na to, ze względu na  twoje 

zdrowie. Wytrzymajcie więc tę próbę, ty i twa ukochana, i dojdziecie 
do upragnionego celu. 

Robert  doszedł  do  przekonania,  że  rodzice  nie  ustąpią,  musiał  się 

więc poddać ich woli. Napisał do Zofii, by była cierpliwa. 

Czułe,  pełne  tęsknoty  listy  Zofii  przekonywały  go  o  jej  miłości. 

Wierzył ukochanej i czuł się nad wyraz szczęśliwy. 

Z początkiem sierpnia Robert doniósł Zofii, że przybędzie do D., by 

oficjalnie prosić majorową o jej rękę. 

Czas upływał szybko, ale Zofii wydał się wiecznością. 
Gdy  Robert  podał  jej  nareszcie  dzień  czwartego  sierpnia,  jako  datę 

swego  przybycia,  popadła  w  silne  rozdrażnienie.  Ogarnął  ją  lęk,  by 
znowu coś nie stanęło na przeszkodzie w ich spotkaniu. I  majorowa 
była mocno podenerwowana wiadomością o wizycie Roberta. 

Wreszcie nadeszła chwila, w której Zofia miała zerwać z Henrykiem. 
Usiadła do biurka i wystylizowała, po dłuższym namyśle, pożegnalny 

list. 

Ciężko jej było na sercu, gdy go pisała. Iskra miłości tliła się jeszcze 

w  jej  sercu  dla  Henryka.  Dla  Roberta  nie  miała  ani  krzty  uczucia. 
Nieraz obawiała się nawet jego nadmiernych czułości. Zanim napisała 
list, który ją zadowolił, zniszczyła kilka arkusików papieru. Treść jego 
była następująca: 

Kochany Henryku! 
Po raz ostatni tak Cię nazywam. Jakże ciężko mi pisać o tym, co mi 

leży  na  sercu.  Zdaje  mi  się,  że  spoglądam  w  otwarty  grób,  w  który 
zawarłam  swe  szczęście.  Chcę  Ci  w  krótkich  słowach  wszystko 
wypowiedzieć  otwarcie  —  choć  sprawia  mi  to  niewysłowioną  mękę. 
Musimy się rozstać, Henryku, rozstać na zawsze. Muszę się zdobyć na 
ofiarę, choćby mi serce pękło z bólu, muszę ocalić matkę i siostry. 

Robert Walentyn, syn radcy komercjalnego, oświadczył się matce o 

moją rękę. Małżeństwo z nim uratuje moją rodzinę od całkowitego 

 

background image

upadku.  W  moim  ręku  spoczywa  los  mej  najbliższej  rodziny. 

Wolałabym umrzeć, niż zostać żoną Roberta Walentyna, ale czy moja 
śmierć pomoże w czymś moim bliskim? 

Obawiam się też, że Ty mój drogi, nie mógłbyś zrobić kariery, gdyż 

musiałbyś zarabiać na chleb powszedni dla nas obojga. Rozważywszy 
to, zdobyłam się na odwagę zadać Ci ten ból, który sama jeszcze głębiej 
odczuwam.  W  niewymownym  żalu  zwracam  Ci  wolność,  bo  choć  nie 
związani  słowem,  byliśmy  związani  miłością.  Piszę  te  słowa,  zanim 
przyrzekłam  Walentynowi  zostać  jego  żoną.  Jutro,  gdy  będę 
narzeczoną  Roberta,  wyślę  ten  Ust.  Gdy  go  otrzymasz,  nie  będę  już 
wolna. 

Bądź  mężny,  pogódź  się  z  nieodzownym  losem  i  staraj  się  o  mnie 

zapomnieć. 

Życzę Ci szczęścia na dalszą drogę życia i pozdrawiam ze zbolałym 

sercem.  Nie  pisz  więcej  do  mnie,  nie  wolno  mi  już  otrzymywać  od 
Ciebie listów, a choć tamtego nie kocham, nie chcę go oszukiwać. 

Żegnaj mi i wybacz 
Twoja nieszczęśliwa Zofia 
Robert Walentyn przybył punktualnie o oznaczonym czasie do D. Na 

jego  twarzy  malowało  się  szczęście.  Patrzył  na  Zofię  rozkochanym 
wzrokiem.  Oddychał  ciężko,  a  policzki  jego  pałały  jak  w  gorączce. 
Nigdy Zofia nie wydawała mu się tak piękna, jak tego dnia, gdy stała 
przed nim blada, w żałobnej sukni, uwydatniającej jej posągową po-
stać. Majorowa przywitała Roberta z całą uprzejmością i przyjęła jego 
oświadczyny, zostawiając młodą parę sam na sam. 

Zaledwie za majorową zamknęły się drzwi, Robert spragniony uści-

sków Zofii, objął ją ramieniem i przycisnął do piersi. Całując ją na-
miętnie, przemawiał do niej najczulszymi słowami. Dreszcz przebiegł 
po ciele Zofii, omal, że go nie odtrąciła, miała wrażenie, że krew ścina 
się  w  jej  żyłach.  Zamknęła  oczy  i  myślała  o  Henryku.  Wyobrażała 
sobie, że to Henryk ją objął i całuje i z tym kłamstwem w sercu została 
narzeczoną Walentyna. 

Gdy  ciotka  Klara  z  Zuzią  weszły  do  pokoju,  Zofia  z  dumnie  pod-

niesioną głową przedstawiła im Roberta jako swego narzeczonego. 

Klara  spojrzała  ze  współczuciem  na  zapadłą,  wydłużoną  twarz 

Roberta, z którego oczu biło szczęście. Było coś wzruszającego w jego 

 

background image

miłości do Zofii, Klara litowała się nad nim wiedząc, że Zofia go nie 

kocha.  Zuzia  była  wbrew  swemu  zwyczajowi  cicha  i  zmieszana. 
Zdawało jej się, że i ona oszukuje Roberta. Jej życzenia były krótkie i 
wymuszone. 

Zofia  odzyskała  swój  humor.  Była  nareszcie  narzeczoną  Roberta. 

Myśl o bogactwie i przepychu łagodziła przykre wrażenie, odniesione 
z pierwszych pieszczot Roberta. Pragnęła być szczęśliwa i wmawiała 
w siebie, że nią jest. Na widok milczącej Zuzi, zapytała z uśmiechem: 

— Czego Zuziu jesteś taka smutna? Czy się nie cieszysz, że będziesz 

szwagierką Roberta? 

Zuzia spoglądając na Zofię, odpowiedziała z powagą: 
—  Nie,  Zosiu,  mam  wyrzuty  sumienia,  że  wraz  z  wami  grając  ko-

medię, oszukuję twego narzeczonego. 

— Komedię? Co chcesz przez to powiedzieć? 
— To ty chyba wiesz najlepiej, w każdym razie tak dobrze, jak ja, że 

uprawiałaś flirt równocześnie z dwoma mężczyznami. 

— Czy chcesz wstąpić w ślady Ludwiki i prawić mi morały? 
— Nie, do tego nie mam ani ochoty, ani talentu, choć obecnie inaczej 

się na te rzeczy zapatruję aniżeli dawniej. Zapewniam cię Zosiu, że za 
żadne skarby świata nie chciałabym być w twojej skórze. 

Zofia wzruszyła lekceważąco ramionami. 
— Zawiść klasy pracujących — rzekła z ironią. 
— Tobie zazdrościć? Nie wiesz, że jesteś godna litości? Życzę ci, byś 

tego nigdy nie odczuła. Ale już późno, chodźmy spać. Dobranoc. 

Zofia  i  Zuzia  udały  się  do  swego  pokoju.  Zofia  nie  mogła  zasnąć. 

Teraz, gdy nareszcie osiągnęła swój cel, nie czuła zadowolenia — co 
chwila  wstrząsał  mą  dreszcz.  Gdy  przymknęła  oczy,  widziała  przed 
sobą roznamiętnioną twarz Roberta i jego płomienne oczy — wydał jej 
się chory. Nie miała dlań ani krzty współczucia. 

W tej godzinie udręki, jedyną jej pociechą było przekonanie, że ich 

przyszły dom będzie domem otwartym, w związku z tym nie będzie 
skazana na wyłączne obcowanie z niezbyt atrakcyjnym mężem. 

Następnego dnia Robert w towarzystwie swej narzeczonej i przyszłej 

teściowej wyjechał do C. 

Zofia tak dobrze odegrała rolę zakochanej narzeczonej i tak umiała 

się przystosować do upodobań jego rodziców, że ci czynili sobie wy- 

 

background image

rzuty z powodu zwlekania z pozwoleniem na ten związek. Starali się 

to wynagrodzić uprzejmym zaproszeniem, by pozostała u nich wraz z 
matką  przez  dłuższy  czas.  Może  chcieli  poznać  bliżej  przyszłą 
synową? 


Henryk  Rotman  otrzymał  decydujący  list  Zofii.  Uderzony  niespo-

dziewanym zwrotem spoglądał na papier, nie rozumiejąc o co chodzi. 
Przesunął ręką po czole, jak gdyby chciał się przekonać, że nie śni. Po 
czym  odczytał  raz  jeszcze  list,  zatrzymując  się  nad  każdym  słowem. 
Opanowało go uczucie bólu i goryczy. 

— Odtrąciła mnie, bo jestem biedny — pomyślał. 
Zmierzył szybkimi krokami swój ciasny pokoik studencki, po czym 

rzucił się bezwładnie na łóżko i osłupiałym wzrokiem patrzył w dal. 
Jakie myśli i uczucia przenikały jego duszę, nikt się nie dowiedział. 

I znów wziął do rąk list Zofii, czytał go powoli, słowo za słowem. 

Wydał mu się zimny i sztuczny, miał wrażenie, że składa się z bezdu-
sznych frazesów. A jednak nie mógł jej czynić wyrzutów. To fatalne 
warunki bytu skłaniały ją do tego kroku. Zewsząd  napierano na nią, 
więc w końcu uległa i poniosła ofiarę z siebie i swej miłości. Głębokie 
współczucie wzięło w nim górę nad goryczą i raz jeszcze rozgorzała w 
jego sercu miłość do Zofii. 

Co też ona cierpi, czyż wolno mi wobec tego myśleć o bólu, który 

mnie przenika? — pytał sam siebie. 

Było  mu za ciasno i duszno w pokoju. Chwycił więc za kapelusz i 

wybiegł  na  ulicę.  Nie  mógł  się  zabrać  do  pracy.  A  zresztą  po  co? 
Wszak  pośpiech  był  już  niepotrzebny.  Co  go  czeka  po  ukończeniu 
studiów? 

Bez planu i celu pędził ulicami i sam nie wiedział, jak się znalazł nad 

brzegiem rzeki. 

Po  chwili  ujrzał  w  pobliżu  smukłą  postać  dziewczyny,  zastępującą 

mu  drogę.  Poznał  Ludwikę.  Zaparło  mu  oddech,  serce  przestało  na 
chwilę bić. 

—  Spotkała  mnie  zasłużona  kara  za  Ludwikę,  której  wyrządziłem 

krzywdę — pomyślał spoglądając na nią osłupiałym wzrokiem. 

 

background image

Ludwika poznała go również i zadrżała. Wiedziała już o wszystkim z 

listu Zuzi. List ten niemało rozdrażnił Ludwikę. Jak Henryk przyjmie 
ten cios? Przez cały dzień myślała tylko o tym, jak powinna postąpić. 
Sądziła, że dopiero wieczorem go zobaczy, gdyż za dnia bardzo rzadko 
przychodził.  Była  zadowolona,  że  miała  sprawunki  do  załatwienia. 
Wtem spostrzegła Henryka, o którym nieustannie myślała. W pierw-
szej chwili chciała uciec, czuła bowiem, że nie zdoła mu donieść o tym, 
co zaszło. Dlaczego ona to miała uczynić, dlaczego ona miała zburzyć 
jego marzenia o szczęściu? Zbliżyła się do niego drżąca, a on stał blady 
i wyczerpany. Gdy na niego spojrzała, była pewna, że już o wszystkim 
wie. 

Przez  chwilę  spoglądali  na  siebie  w  milczeniu.  Wreszcie  Henryk 

wymówił prawie szeptem:               

— To dziwne, że ja panią właśnie teraz spotykam. 
Podniosła  na  niego  wzrok,  a  w  jej  oczach  malowała  się  miłość. 

Patrzył na nią długo i dostrzegał w jej duszy wielki, łagodny smutek. 

Teraz dopiero pojął, jak okropnie cierpiała od chwili, gdy ją opuścił, 

zarazem jednak zdało mu się, że kładzie miękką dłoń na jego zbolałe 
serce i że to mu ulgę przynosi. 

— Pan wie, pan się już dowiedział, że... że... 
Nie mogła dokończyć. Głębokie współczucie i palący ból zamknęły 

jej usta. 

— Tak, już wiem. Siostra pani zaręczyła się z panem Walentynem. 

Domyśla się pani, jakie to dla mnie okropne. Niech mi pani pozwoli w 
tej stanowczej chwili otwarcie ze sobą pomówić. Pani wiedziała o mej 
miłości do Zofii. 

Drżąc na całym ciele, Ludwika spuściła oczy. 
—  Tak,  wiedziałam  o  tym  —  szepnęła.  Zdjął  kapelusz  i  przesunął 

ręką po czole. 

—  Panno  Ludwiko,  wiedziałem,  że  pani  w  ogrodzie  Walentynów 

była świadkiem ostatniej rozmowy z Zofią. 

— Wiedział pan o tym? — pytała drżąca, a gorący rumieniec pokrył 

jej bladość. 

— Tak — odpowiedział cichym głosem  — wiedziałem o tym, i co 

więcej, gdy wróciłem raz jeszcze w to miejsce, usłyszałem bolesne łka-
nie,  którego  nigdy  nie  zapomnę,  byłem  świadkiem  pani  łez,  tak  jak 
pani 

background image

mego  spotkania  z  Zofią.  I  —  odtąd  wiedziałem,  co  dawniej  tylko 

przeczuwałem,  że  zadałem  pani  dotkliwy  ból.  Tego  wieczoru 
zajrzałem  w  dumną,  zbolałą  duszę  pani  i  od  tego  czasu  czuję,  jak 
mocno  wobec  pani  zawiniłem.  Za  tę  moją  winę  pokutuję  obecnie, 
odbieram zapłatę tą samą miarą Ludwiko, jesteś pomszczona. 

Ludwika  wyciągnęła  dłonie,  jakby  chciała  coś  odeprzeć,  po  czym 

ręce jej opadły bezsilnie i stanęła przed nim ze spuszczoną głową. A po 
jej twarzy spłynęły łzy, łzy żalu i bólu. 

Ujął jej dłoń i uścisnął ją. 
— Ludwiko, te łzy oskarżają mnie, wybacz mi. Podniosła wzrok. Jej 

oczy pełne łez spoczęły na jego twarzy. 

— Nie płaczę z żalu nad sobą, ale wzrusza mnie pana nieszczęście. 

Jakże głęboko panu współczuję, jak bardzo mi pana żal... 

Przycisnął jej rękę do ust. 
— Jest pani aniołem dobroci, wiedziałem o tym. I to ośmieliło mnie 

starać  się  o  twą  przyjaźń.  Miłość  do  Zofii  nie  zaciemniła  mi  twej 
osoby, była  mi pani zawsze droga. A że obecnie mogę o wszystkim 
otwarcie z tobą mówić, jest to dla mnie wielkie dobrodziejstwo. Zdaje 
mi się, że lżej mi na sercu, odkąd wiem, że uważasz mnie za godnego 
twego współczucia. Dziękuję ci za to serdecznie. 

Oczy  Ludwiki  zajaśniały  miłością.  Pierś  jej  wznosiła  się,  czuła,  że 

zbolałe serce Henryka doznało ulgi, zwierzając się jej ze swych udrę-
czeń. Odrzuciła dumę i wyznała mu, nie ukrywając dłużej, czym był 
dla niej i jak go kocha. 

— To wszystko minie, Henryku. Znajdziesz zapomnienie w pracy i w 

swych dążeniach do wytkniętego celu. 

Ucałował jej dłoń. 
— Tak, pani, nie dam się zawstydzić przez dwie szlachetne kobiety. 

Pani  dała  mi  przykład,  z  jaką  godnością  należy  znosić  cierpienia.  A 
Zofia  —  czyż  nie  znosi  większych  ode  mnie  katuszy?  A  jednak  nie 
waha się ponieść ofiary, by matce zgotować znośny byt. Nie wolno mi 
jej  czynić  wyrzutów,  że  się  mnie  wyrzekła,  wszak  miną  długie  lata, 
zanim dopnę swego celu. Zresztą przyszłość moja jest niepewna, może 
moje słabe siły nie starczą do pokonania trudności życia i osiągnięcia 
upragnionego celu. 

Twarz Ludwiki oblał rumieniec wstydu, domyśliła się bowiem, że 
 

background image

Zofia  napisała  mu,  iż  zaręczając  się  z  Robertem,  poświęca  się  dla 

matki — a Henryk uwierzył w to kłamstwo. 

Ludwika nie chciała mu odebrać wiary w Zofię. Może to kłamstwo 

będzie dla niego większą pociechą, aniżeli gorzka prawda. Zamilkła, 
nie mogąc mu jednak spojrzeć w oczy. Podając mu rękę, rzekła: 

— Muszę odejść, mam jeszcze kilka ważnych spraw do załatwienia. 

Byłby ją najchętniej zatrzymał. Przy niej czuł się spokojniejszy. 

— Czy wolno mi panią odprowadzić? — zapytał z nieśmiałą prośbą 

w głosie. 

Zawahała się. Po chwili odrzekła: 
— Owszem, proszę, ale tylko do tramwaju, gdyż spieszę się do domu. 
Szli obok siebie w milczeniu aż do przystanku. 
— Do widzenia! — zawołała Ludwika ze znaczącym uśmiechem. 
Gdy Henryk wszedł do państwa H., przywitał go Fryderyk z radością, 

wołając: 

— Gdzieś ty się przez cały dzień ukrywał? Odkąd cię znam, pierwszy 

raz opuściłeś wykłady. Obawiałem się, żeś chory. Usiądź, mój drogi. 
Co się z tobą dzieje, mów natychmiast — pytał Fryderyk, badawczo 
patrząc na przyjaciela. 

—  Nie  zważaj  na  mnie,  Fryderyku  —  odpowiedział  skwapliwie 

Henryk. Jestem dziś wytrącony z równowagi. I abyś sobie nie łamał 
głowy z jakiego powodu straciłem panowanie nad sobą, powiem ci co 
się  stało.  —  Zofia  zawiadomiła  mnie  dziś  o  swych  zaręczynach  z 
milionerem. 

— A do stu piorunów! Wszystko między wami zerwane. Jakże mi cię 

żal! 

— Nie, nie, nie lituj się nade mną. Proszę cię, mój drogi, nie mówmy 

o tym. 

— A więc dobrze, nie mówmy o tym. Jedno tylko muszę ci powie-

dzieć, że ta Zofia w niczym nie jest podobna do swej siostry Ludwiki. 

Henryk odparł zniecierpliwiony. 
 

background image

— Nie osądzaj Zofii fałszywie. Uczyniła to, by wyzwolić swą rodzinę 

z przykrych warunków materialnych. 

Fryderyk wzruszył ramionami, po czym odezwał się z żalem: 
—  W  takim  razie  panna  Ludwika  nas  opuści.  To  oczywiste,  że 

powróci  do  swoich,  skoro  siostra  wybawi  ich  z  kłopotliwego 
położenia. Byłoby to bardzo przykre. 

— Nie wiem, co uczyni Ludwika — szepnął Henryk. 
—  Moja  matka  będzie  zrozpaczona,  przywiązała  się  do  niej  tak 

serdecznie. 

— A ty? — zapytał Henryk z niepokojem. Fryderyk uśmiechnął się. 
— Ja? Wiesz Henryku, Ludwika ma taki dziwny sposób oblewania 

mnie zimną wodą, gdy zaczynam nieco ogniściej do niej przemawiać. 
Mnie się wydaje, Henryku, że ona w kimś zakochana. A ja z taką się 
nie wdaję. Ale ją bardzo lubię i szanuję i pragnąłbym, ze względu na 
moją matkę, by u nas pozostała. 

Nastało milczenie. 
Wreszcie przerwał je Fryderyk słowami: 
—  Jak  widzę,  nie  zabierzemy  się  dziś  do  nauki.  Zejdźmy  więc  do 

salonu, może tam się rozerwiesz. 

Gdy zbliżyli się do drzwi salonu, dolatywały ich dźwięki fortepianu. 
— To gra panna Ludwika. Czy masz ochotę posłuchać?  — zapytał 

Fryderyk. 

— Jeśli nie przeszkadzam, chętnie posłucham. Panna  Ludwika jest 

doskonałą pianistką, wiem o tym od dawna. 

— Ty nigdy w niczym nie przeszkadzasz, Henryku. 
Weszli  do  salonu,  zamykając  cichutko  za  sobą  drzwi.  Pani  domu 

skinęła  z  uśmiechem  głową,  oni  zaś  przeczekali  przy  drzwiach  aż 
Ludwika przestała grać. 

To z myślą o Henryku grała tęskny nokturn Chopina, a było w jej grze 

tyle  uczucia  i  subtelności,  że  uczyniła  silne  wrażenie  na  jej  słu-
chaczach. Gdy wstała od fortepianu, spostrzegła obu panów i przywita-
ła się z nimi. 

Ani Ludwika, ani Henryk nie nadmienili, że się już tego dnia widzą 

po raz wtóry. 

 

background image

Ludwika  nieco  zarumieniona  spoglądała  promiennymi  oczyma  na 

Henryka,  który  wpatrując  się  w  jej  uroczą  postać,  czuł  ulgę  w 
cierpieniu — wydawało mu się, że anioł pokoju wstąpił w jego duszę.   

 
Zofia  zawiadomiła  listownie  Ludwikę  o  swych  zaręczynach, 

podpisując się: 

Twoja szczęśliwa 
Zofia 
Długo wpatrywała się Ludwika w to zakończenie. Czyż mogła być 

„szczęśliwa", wiedząc, że unieszczęśliwia człowieka? 

I od ciotki Klary otrzymała Ludwika bardzo serdeczny list. Donosiła 

w nim, że zamierza wkrótce przybyć z Zuzią do Berlina. Zuzia — pisze 
ciotka  —  tęskni  za  Tobą  bardzo,  pragnęłabym  sprawić  jej  jakąś 
przyjemność,  zasługuje  na  to  w  zupełności,  gdyż  w  ostatnim  czasie 
przykłada się chętnie i pilnie do pracy. Zofia z matką pozostają jeszcze 
u Walentynów, Robert bowiem nie chce się rozłączyć z narzeczoną. Za 
dwa miesiące odbędzie się ich ślub. 

W kilka dni później pani H. zawiadomiła Ludwikę, że Klara z Zuzią 

przybędą  do  Berlina,  z  uśmiechem  nadmieniając,  że  Klara  zażądała 
kategorycznie,  by  dla  niej  zamówiono  pokoje  w  hotelu,  gdyż  dla 
nikogo nie chce być ciężarem. 

— Taka to już moja ukochana cioteczka — odpowiedziała Ludwika, 

ciesząc się niezmiernie zapowiedzianą wizytą. 

— Taka bez konwenansów i frazesów była już za młodu. Charakter 

ma  kryształowy,  liczyć  można  na  nią  jak  na  Zawiszę.  Dla  siebie 
niczego  nie  wymaga,  dla  drugich  jest  ofiarna  i  współczująca  w  nie-
szczęściu.  Zastosuję  się  do  jej  życzenia  i  poproszę  mego  męża,  by 
zamówił pokoje w hotelu. Będziemy się starali zatrzymać Klarę i sio-
strzyczkę pani jak najdłużej w Berlinie. Pani zapewne cieszy się przy-
jazdem ich? 

Ludwika skinęła głową z radosnym uśmiechem. 
— Ach tak! Zuzia jest najmilszą siostrą, a ciotkę kocham serdecz- 
 

background image

nie. Tak wiele jej zawdzięczam — właściwie my wszyscy — a mogę 

się  jedynie  odwdzięczyć  szczerym  przywiązaniem.  Maria  objęła 
Ludwikę ramieniem. 

— Wobec tego, że siostra tak świetnie wychodzi za mąż, obawiam 

się, że nas pani opuści. Niech mi pani szczerze powie, czy zostanie pani 
z nami? 

— Zamążpójście mej siostry nie wywrze żadnego wpływu na moje 

położenie — odpowiedziała Ludwika — a jeśli jestem pani użyteczna, 
chętnie pozostanę. Wszak ciotka  ma i tak dość  kłopotu z  mamusią i 
Zuzią. 

— Cieszę się niezmiernie, że pani zostaje u nas. Jesteś mi prawą ręką, 

moja droga. Czy pani matka nie zamieszka u Zofii? 

— O ile ja wiem, młode małżeństwo zamieszka u rodziców Roberta, a 

moja  matka  czuje  się  tak  dobrze  u  ciotki  Klary,  że  najchętniej  tam 
pozostanie. 

W pierwszych dniach sierpnia Maria z Ludwiką wyjechały autem na 

dworzec na przywitanie Klary i Zuzi. 

Zaledwie pociąg stanął, Zuzia wyskoczyła z wagonu i pełna radości 

padła w objęcia Ludwiki. Przechodnie patrzyli z ciekawością na dwie 
piękne panny. Wreszcie wyrwawszy się z objęć Zuzi, Ludwika przywi-
tała ukochaną ciotkę. 

Maria  H.  była  ponownie  zachwycona  pięknością  Zuzi  i  jej  pogod-

nym, wesołym usposobieniem. 

Od chwili, gdy ciotka zawiadomiła Zuzię o wyjeździe do Berlina, nie 

wiedziała, co z sobą począć. Nie mogła ani spać, ani jeść z wielkiej 
uciechy. 

— Jakżeś ty wyładniała, Zuziu — odezwała się Ludwika — a jaka z 

ciebie elegantka, prezentujesz się, jak wielka dama. 

— Więc sądzisz, Ludko, że będę się mogła pokazać w Berlinie, że nie 

poznać po  mnie, że jestem  z prowincji?  —  zapytała rozpromieniona 
Zuzia. 

Maria ucałowawszy Zuzię w oba policzki, dodała: 
— Taka „panna z prowincji" podoba mi się, panno Zuziu. 
— Ach mój Boże! Cóż to za ruch, co za życie w tym Berlinie! Ludzie 

są jak zelektryzowani, ruszają się szybko i swobodnie, jak fale morskie 
i ja chciałabym płynąć wśród nich. 

 

background image

— Nie daleko byś zapłynęła, Zuziu — zauważyła Klara, śmiejąc się. 
Auto zatrzymało się przed hotelem, w którym zamówione były po-

koje dla Klary i Zuzi. Panie złożyły tam swoje walizki i przebrawszy 
się, pojechały do państwa H. 

Przybyły tam na podwieczorek. Ludwika zajęła się przygotowaniami 

do herbaty. Gdy wracała z kuchni, spotkała się z Fryderykiem, który 
zapytał: 

— Czy ciotka i siostry przyjechały? 
—  Tak.  Objechałyśmy  cały  Berlin  dokoła.  Matka  pańska  była 

uprzejma zarządzić, by moja siostrzyczka poznała uroki Berlina. 

Uśmiechnął się.  W tej samej chwili otworzyły się  drzwi i  z salonu 

matki Fryderyka wybiegło młode dziewczę o złocistych, krętych wło-
sach i świeżej, pełnej wdzięku twarzy. 

—  Ludko,  usłyszałam  twój  głos.  Ciotka  i  pani  Maria  opowiadają 

sobie  o  różnych  sprawach,  moja  obecność  jest  tam  zbyteczna, 
przybiegłam więc do ciebie. Czy nie mogłabym ci w czymś pomóc? — 
zapytała. Wtem spostrzegła Fryderyka — zarumieniwszy się, chciała 
wrócić do pokoju. 

Ludwika ujęła jej dłoń. 
—  Nie  odchodź,  Zuziu.  Przedstawię  ci  pana  Fryderyka  H.,  a  panu 

moją siostrzyczkę, Zuzię. 

Skłonili się oboje. Fryderyk spoglądał z zachwytem w figlarną twa-

rzyczkę Zuzi. 

—  Więc  to  jest  ta  mała  siostrzyczka,  panno  Ludwiko?  —  zapytał 

żartobliwie. 

Zuzia  spojrzała  nań  swymi  błękitnymi  oczyma  i  rzekła  z  filuterną 

minką: 

— Pana sobie również inaczej wyobrażałam. 
— A któż pani o mnie opowiadał? — zapytał, śmiejąc się. 
— Rozumie się, że Ludka. Ona mi o wszystkim donosiła, więc i o 

panu — odpowiedziała skwapliwie. 

— O mnie też? — pytał zaciekawiony, nie spuszczając z niej oczu. 

Skinęła energicznie głową. 

— Zapewne, przecież muszę być poinformowana, z kim moja siostra 

codziennie obcuje. 

 

background image

— Naturalnie, że tak powinno być. Ale czy wolno zapytać, jak mnie 

panna  Ludwika  odmalowała,  czy  w  szarych  kolorach,  czy  w  różo-
wych? — pytał żartobliwie, zwracając się do Ludwiki. 

Zuzia uśmiechnęła się, zaczerpnąwszy szybko powietrza, jak to za-

zwyczaj czynią dzieci, gdy mają coś ważnego do powiedzenia, i rzekła: 

— Ani w szarych, ani w różowych odcieniach, ale wymalowała pana 

w  kolorze  niezupełnie  odpowiadającym  rzeczywistości.  A  może  źle 
pojęłam opis Ludwiki. Wyobrażałam sobie pana nie tak smukłego i o 
ciemniejszych włosach. 

Skłonił się niby zmartwiony. 
— Przepraszam panią, że ją rozczarowałem. Mam nadzieję, że będzie 

pani łaskawa dla mnie, choć jej się mniej podobam. 

— Przeciwnie — podoba mi się pan bardziej — wyrwało się jej. Po 

czym spąsowiała i zakryła dłonią usta. 

— Czy pani po raz pierwszy w Berlinie? 
— Tak. 
— A to  musimy się postarać, by pani poznała wszystko, co tu jest 

godne zobaczenia. 

Zuzia westchnęła. 
— Ciotka Klara przed  chwilą powiedziała, że najchętniej zabawi z 

nami w domu. Ruch wielkiego miasta ją denerwuje — rzekła Zuzia ze 
smutkiem w głosie. 

— Jeśli tak, to zostawimy ciotkę z matką w domu — a my, młodzi, 

wyruszymy. A jeśli panie nie chcą się powierzyć mej wyłącznej opiece, 
zaprosimy w takim razie Henryka Rotmana, który jest dawnym zna-
jomym i przyjacielem obu pań. Oprowadzimy panią po Berlinie, aby 
go zobaczyła w całej okazałości. 

Zuzia aż klasnęła w dłonie z radości. 
— Ależ to cudownie! 
Gdy pan domu powrócił z biura, zastał całe towarzystwo rozbawione. 

Zuzia na ogólne życzenie musiała jeszcze coś zaprodukować ze swego 
repertuaru, by i pan domu się zabawił. Nie dała się długo prosić i znów 
uzyskała  nadzwyczajny  sukces,  całe  towarzystwo  zanosiło  się  od 
śmiechu. 

Fryderyk był tak zachwycony, że najchętniej objąłby młode, czaru-

jące stworzenie i ucałował. Od tej chwili serce jego należało do Zuzi. 

 

background image

Spoglądał z rozjaśnioną twarzą na Zuzię. Z jej złocistych włosów i 

błękitnych  oczu  przelatywały  do  niego  iskry  elektryczne.  Wzniecały 
one ogień, który płonął w jego wzroku. 

I  pod  tym  płomiennym  wzrokiem  zabiło  żywiej  serce  młodego 

dziewczęcia,  ogarnęło  ją  błogie  uczucie  i  pomyślała:  Berlin  nie 
wydałby mi się tak piękny, gdyby tu nie było Fryderyka. 

Gdy  Zuzia  późnym  wieczorem  wracała  z  ciotką  autem  do  hotelu, 

tuląc się do niej, rzekła: 

—  Cioteczko  kochana,  chciałabym  bardzo  zamieszkać  w  Berlinie. 

Jak tu pięknie i miło. 

* * * 
Nazajutrz  o  godzinie  dziewiątej  z  rana  stało  przed  hotelem  auto 

państwa H. Ludwika, Fryderyk i Henryk oczekiwali w nim Zuzi. Po 
chwili ciotka Klara i Zuzia wyszły z hotelu. Zuzia z rozjaśnioną twarzą 
przywitała  się  z  Ludwiką  i  z  panami.  Panowie  wysiedli,  by  ustąpić 
miejsca paniom. 

Wsiedli  wszyscy  do  auta  i  ruszyli  z  miejsca.  Fryderyk  i  Zuzia  ga-

wędzili wesoło, prześcigając się w żartach i Ludwice udzielała się ta 
atmosfera radości, zauważyła bowiem, że Henryk był weselszy i śmiał 
się serdecznie z pociesznych uwag Zuzi. 

Obiad spożywali za miastem w czarującej okolicy. Siedzieli na we-

randzie, skąd roztaczał się widok na jasną toń jeziora. Zuzia wyglądała 
tak  powabnie  na  tle  przepysznej  przyrody,  że  Fryderyk  nie  mógł  od 
niej oderwać oczu. 

Zbliżył się właśnie do nich roznosiciel widokówek. 
— Jak to dobrze. Wyślemy kartki, jedną do mamusi, a drugą do Zosi. 
Henryk  zadrżał,  gdy  wymówiono  imię  Zofii.  Ale  gdy  zauważył 

współczucie  Ludki,  przejęło  go  uczucie  wdzięczności  dla  tej,  która 
żywiła dlań tyle wiernej, szlachetnej miłości. 

Zuzia zaadresowawszy obie kartki, podała jedną Fryderykowi: 
—  Tak,  ta  jest  do  Zosi,  proszę,  niech  pan  podpisze  —  rzekła, 

zwracając się do Fryderyka. 

 

background image

— Pani Zofia niespodzianie się zaręczyła — odezwał się Fryderyk, 

nie przerywając rozmowy z Zuzią.   

Zuzia zaprzeczyła ruchem głowy. 
— Niespodzianie? O nie. Ależ to ciągnie się od roku. 
Ludwika z lękiem spojrzała na Zuzię, starała się jej dać do poznania, 

by przestała mówić o tej drażliwej sprawie. Ale Zuzia nie zauważyła 
tego, a Fryderyk w roztargnieniu powtórzył za nią: 

— A więc — już od roku? 
— Tak — skinęła Zuzia ponownie — byli po słowie od końca lipca 

zeszłego  roku.  Rodzice  Roberta  nie  chcieli  zrazu  zezwolić  na  ten 
związek  ze  względu  na  stan  zdrowia  Roberta  i  dopiero  na  usilne 
nalegania syna zgodzili się po upływie roku na ich zaręczyny. 

Ludwika patrzyła zatrwożona na Henryka, którego twarz pokryła się 

trupią  bladością.  Wymarzony  przezeń  ideał,  do  którego  się  modlił, 
prysnął jak bańka mydlana. 

— Zuziu, jakże możesz mówić z taką stanowczością o rzeczy, której 

nie jesteś pewna — powiedziała Ludwika z wyrzutem. 

I  Fryderyk  spostrzegł  nagłą  zmianę  na  twarzy  Henryka.  Wreszcie 

Zuzia,  zauważywszy  ostrzegające  znaki,  dawane  jej  przez  Ludwikę, 
uznała, że popełniła głupstwo. 

Zapanowała duszna atmosfera.  Ale  Zuzia  należała do osób umieją-

cych wybrnąć z przykrej sytuacji. Odważnie uderzyła w samo sedno 
rzeczy. 

— Kochany panie Henryku, Ludka zwróciła mi uwagę, że wygada-

łam się niepotrzebnie z czegoś, co było dla pana dotychczas tajemnicą.: 
Uważam dalsze ukrywanie sprawy za nierozsądne. 

Henryk, obudzony z zamyślenia, przesunął ręką po czole. 
—  Byłbym  pani  wdzięczny  za  szczerą  prawdę  —  odezwał  się 

Henryk. 

Zuzia skinęła energicznie głową. 
— Tę prawdę pan usłyszy, bo to się panu należy. Przez ukrywanie 

prawdy  stajemy  się  współwinnymi  oszustwa  popełnionego  przez 
innych. 

Zuzia, unikając błagalnego wzroku Ludwiki, patrzyła nieustraszona 

w bladą twarz Henryka. 

Pochylił się ku niej i zapytał półgłosem:       
— Więc pani wie, że ja i siostra jej, że...   

background image

— Wiem od dawna o wszystkim. Nieprawdaż, Ludko, że widziałam 

tę rzecz w prawdziwym świetle? 

— Proszę cię, zamilcz! — wykrztusiła Ludwika. Zuzia prostując się 

odpowiedziała: 

— Nie, Ludko, wbrew twej woli wyjawię prawdę. Wiem, że chcesz 

oszczędzić  Henrykowi  przykrości,  sądzisz  bowiem,  iż  lepiej,  by  nie 
dowiedział się całej prawdy. Ale ja jestem odmiennego zdania. Sądzę, 
że szczera, choć gorzka prawda, będzie dla niego najskuteczniejszym 
lekarstwem.   

Henryk spoglądając na Ludwikę, zawołał:     
— Pani pragnie oszczędzić mi cierpienia? 
Ludwika powstrzymała się całą siłą woli od płaczu. Lęk ogarniał ją na 

myśl, że postępowanie Zofii oddziała zabójczo na Henryka. 

—  Ludwika  jest  niezwykłą  istotą  —  odezwała  się  Zuzia  —  gdy 

chodzi o nią, znosi wszystko z odwagą i stawia czoło wszelkim prze-
ciwnościom, ale gdy chodzi o osobę, którą kocha, lęka się wszystkiego. 

Gdy  spostrzegła  nagłe  zarumienienie  się  Ludwiki,  odczuła,  że  po-

wiedziała straszne głupstwo, dodała więc skwapliwie: 

— Rozumie się, że równy lęk ją ogarnia, gdy chodzi o jej przyjaciół, a 

wszak pan, panie Henryku, należy do nich. 

Fryderyk domyślił się nareszcie, że Ludwika kochała Henryka. Ten 

zaś odpowiedział wzruszony: 

— Tak, panno Zuziu, jestem serdecznym przyjacielem pani siostry. 

Ale teraz niech mi pani okaże, że mi sprzyja i wyjawi całą prawdę. Jak 
długo Zofia jest po słowie z panem Walentynem? 

Zuzia  odetchnęła  głęboko,  a  jej  zazwyczaj  rumiana  twarzyczka 

pobladła: 

— Od lipca zeszłego roku. Tego samego dnia, gdy pan złożył nam 

wizytę  pożegnalną,  Zofia  miała  schadzkę  z  Robertem  w  galerii  ob-
razów — odpowiedziała Zuzia ze stanowczością. 

— To niemożliwe! — wymówił ochrypłym głosem. 
Zuzia pomyślała: Gdy się Henryk przekona, jak go Zofia oszukiwała, 

zapomni o niej, a może Bóg da, pokocha wtedy Ludkę. 

— To co mówię, jest szczerą prawdą. W kilka tygodni później Robert 

oświadczył się Zosi, ale rodzice jego nie zezwolili wtedy na zaręczyny, 
z jakiego powodu, nie wiem dokładnie. Zosia powiedziała to 

 

background image

jedynie matce, prosząc ją, by nikomu, nawet nam siostrom, o tym nie 

wspominała. Że Zosia równocześnie z panem korespondowała — 

O tym ja tylko wiedziałam, a ode mnie dowiedziała się Ludka. 
— A więc i o tym pani wiedziała? — zapytał Henryk bezdźwięcznym 

głosem. 

Zuzia mówiła dalej: 
— Wiedziałam, że Zosia co dwa tygodnie odbierała na poczcie list od 

pana,  listy  zaś  od  Roberta  przychodziły  częściej  i  adresowane  były 
wprost  do  naszego  mieszkania.  Przyznać  się  muszę,  że  raz 
przeczytałam  jeden  z  listów  pana,  który  Zosi  w  pokoju  wyleciał  z 
torebki.  Prócz  Ludwiki  nikt  się  nie  dowiedział  o  treści  tego  listu. 
Ludwice, przed którą się spowiadam z grzechów, opowiedziałam o tej 
mojej karygodnej ciekawości. 

Zuzia odetchnęła, jakby się pozbyła ciężaru. 
Henryk stał jak odrętwiały. Po chwili zapytał słabym głosem: 
—  Wówczas  żył  jeszcze  pani  ojciec,  więc  to  nie  była  ofiara,  którą 

Zofia poniosła po to, aby pani matkę wybawić z przykrego położenia? 
Nie nalegano na nią, by się poświęciła dla rodziny? 

Zuzia zerwała się z krzesła. 
— O! Tak to Zosia panu przedstawiła? Ona i ofiara! Ona ma tylko 

siebie na myśli i tylko siebie kocha. Ona i Roberta nie kocha, nęci ją 
tylko majątek i przepych. Nam było tak dobrze u ciotki, że jej ofiara 
była zbyteczna. Jedynie Ludwika, pragnąc ulżyć ciotce, poniosła ofiarę 

i  objęła  posadę.  Chwała  Bogu,  natrafiła  na  tak  godnych  ludzi,  jak 

państwo H., u których czuje się jak w domu. Działanie Zofii polegało 
jedynie  na  dręczeniu  Ludki  i  obmawianiu  ciotki,  która  jest  aniołem 
dobroci. Mamusia czuje się u ciotki lepiej, niż we własnym domu, dla 
niej na pewno niepotrzebna była ofiara ze strony Zosi. Na razie wszy-
stko  u  nas  pozostaje  bez  zmiany,  jedynie  Zosia  osiągnęła  to,  czego 
przez całe życie pragnęła — majątek. 

Henryk odczytywał każde niemal słowo z twarzy Zuzi. Jego wzrok 

posępny wyrażał rozpacz. 

Ludwika  miała  oczy  spuszczone,  jakby  obawiała  się  spojrzeć  na 

Henryka. Fryderyk współczuł przyjacielowi, ale był również tego zda-
nia, że jedynie szczera prawda może go wyleczyć. 

Nastała cisza. Zuzia spoglądała nieśmiało i błagalnym wzrokiem na 
 

background image

Ludwikę, jakby chciała powiedzieć: uczyniłam to dla ciebie, Ludko, 

niechaj Henryk się nie smuci, że stracił Zofię i niech się przekona, o ile 
ty jesteś bardziej godna jego miłości. 

Fryderyk kazał podać wino i napełnić kieliszki. 
Henryk zerwał się nagle z krzesła. Zaśmiał się szyderczo, a w śmie-

chu tym dźwięczał ból i rozpacz. 

— Weselmy się! — zawołał. — Wychylmy ten kielich na... na wier-

ność w miłości, na... 

Nagle  urwał.  Spostrzegł  wybladłe  oblicze  Ludwiki  i  wyraz  twarzy 

jego złagodniał. Stłumionym głosem mówił dalej: 

—  Istnieje  jeszcze  miłość  zapominająca  o  sobie,  istnieje  wierność, 

która podtrzymuje nas w chwilach rozpaczy. Za tę miłość szlachetnego 
serca wychylam ten .kielich. 

Wychylił go do dna, po czym ująwszy dłoń Zuzi, rzekł: 
— Dziękuję pani za szczerą prawdę, przez całe życie będę jej dłuż-

nikiem. 

Twarz Zuzi zajaśniała radością, odetchnęła swobodnie, jakby ciężar 

spadł jej z serca. 

Henryk zaproponował przechadzkę wzdłuż jeziora. Wszyscy udali się 

nad  błękitne  jezioro,  opromienione  złotem  słońca.  Fryderyk  z  Zuzią 
szli naprzód a za nimi postępowali Henryk z Ludwiką. 

— Rozumnie i szlachetnie postąpiłaś panno Zuziu — rzekł Fryderyk 

półgłosem.  —  Po  tym  rozczarowaniu  nasz  przyjaciel  wróci  do 
równowagi. 

Zuzia spojrzała nań niedowierzająco. 
— Nie wiem czy dobrze postąpiłam, straciłam nagle pewność siebie. 

Ludka taka blada i znękana, a przecież dla niej to zrobiłam. 

—  Dla  panny  Ludwiki?  —  zapytał  ze  współczuciem.  Położyła 

różowe paluszki na ustach. 

— Boże, mój Boże! Co mi się stało, plotę dziś same głupstwa. 
—  Przeciwnie  —  odezwał  się  Fryderyk  —  sądzę,  że  to  co  pani 

powiedziała, było rozsądne i na miejscu. W każdym razie oddała pani 
Henrykowi wielką przysługę. A teraz nie myślmy już o tak poważnych 
i smutnych sprawach. Bądźmy znów weseli i radujmy się życiem. 

Zuzia posłuchała rady Fryderyka. Była znów wesoła i rozmowna. 
 

background image

Okalająca  ich  przyroda,  skąpana  w  złocistych  promieniach  słońca, 

goiła rany. 

W sercach Fryderyka i Zuzi rodziło się młodzieńcze uczucie. Henryk 

szedł obok Ludwiki milczący i znękany. Wreszcie przemówił cichym 
głosem: 

— Niech pani wybaczy, że nie staram się jej zabawić. Jestem mało 

atrakcyjnym towarzyszem. 

— Niepotrzebnie mnie pan przeprasza, wszak wiem, jak pan cierpi. 

Potrząsnął głową. 

— Nie umiem określić uczucia, które mną miota. Pragnę zadać pani 

jedno  pytanie.  Dlaczego  pani  chciała  ukryć  przede  mną  prawdziwy 
stan rzeczy? 

Ciche westchnienie wydarło się z jej piersi. 
—  Bo  to  najmocniej  boli,  gdy  się  przekonujemy,  że  osoba,  którą 

kochamy, niegodna jest tej miłości. 

Drżąc ze wzruszenia, zapytał: 
— Ludwiko, czy pani tego doznała? 
Zaprzeczyła skinieniem głowy, a na jej twarzy wystąpił rumieniec. 
— Nie, obdarzyłam miłością człowieka godnego, choć on nie mógł 

mi się odwzajemnić takim samym uczuciem. 

— A gdyby okazał się niegodny, czy zdołałabyś wyrwać miłość ze 

swego serca? 

—  Tego  nie  wiem,  ale  bolałoby  mnie  to  niewymownie  —  odpo-

wiedziała półgłosem. 

Wtem doleciał ich srebrny śmiech Zuzi. Fryderyk i Zuzia, którzy ich 

wyprzedzili,  czekali  na  nich,  z  ich  twarzy  biła  wesołość.  Żarty  i 
dowcipy sypały się jak iskry i także Henryk i Ludwika, porwani ich 
wesołością, rozjaśnili twarze. 

Wreszcie wszyscy wsiedli do auta i ruszyli z powrotem do Berlina. 

Rozbawieni  wstąpili  do  kawiarni  na  placu  Poczdamskim.  Zuzia  za-
chwycona  była  wielkomiejskim  ruchem,  a  gdy  Ludwika,  z  powodu 
spóźnionej pory, nagliła, by wracać do domu, Zuzia błagała, by pozo-
stać jeszcze chwilkę. 

—  Tak  tu  ślicznie  —  mówiła  rozradowana  —  mogłabym  tu  prze-

bywać całymi dniami. 

Towarzystwo zmęczone, ale w dobrym humorze, wróciło do domu 
 

background image

na kolację. Henryk na prośbę pani domu pozostał z nimi. Zuzia opo-

wiadała  o  cudach,  które  widziała,  w  tak  zabawny  sposób,  że 
wszystkich rozśmieszyła. 

Państwo H., a przede wszystkim Fryderyk, byli zakochani w uroczej 

dziewczynie. 

Gdy Henryk późnym wieczorem wrócił do domu, zastał telegram, w 

którym stary sługa wuja donosił mu, że pan jego ciężko zachorował i 
pragnie widzieć się z siostrzeńcem. 

Henryk  postanowił  wyjechać  nocnym  pociągiem  do  Wittembergii. 

Napisał pospiesznie kilka słów do Fryderyka, usprawiedliwiając się, że 
nie może, jak przyrzekł, odwiedzić go nazajutrz, gdyż został wezwany 
do ciężko chorego wuja. 

Kartkę wrzucił do skrzynki pocztowej, po czym wsiadł do dorożki i 

pojechał na dworzec. Przybył w samą porę. Zaledwie wsiadł do wa-
gonu, pociąg ruszył. O północy przybył do Wittembergii. Stary sługa, 
który  go  oczekiwał,  wprowadził  go  do  pokoju  chorego.  Starzec  ujął 
rozpaloną dłonią rękę siostrzeńca i przemówił: 

—  Dziękuję  ci,  żeś  przybył.  Ciężko  jest  żyć  samotnemu,  a  jeszcze 

ciężej umierać w samotności. 

Henryk, odgarnąwszy rozwichrzone włosy z czoła wuja, starał się go 

pocieszyć. Przypomniał sobie słowa, wypowiedziane przez wuja, gdy 
po przejeździe do Berlina zatrzymał się u niego. 

— Ożeń się —  mówił wtedy. — Jeśli ta, którą kochasz, nie jest ci 

wzajemna, ożeń się z inną. 

Henryk, pewny wzajemności Zofii, odpowiedział wówczas: 
— Moja ukochana kocha mnie i zaczeka na mnie, aż ukończę studia. 
A ona go zdradziła — może nawet tej samej chwili, gdy tak mówił do 

wuja! 

Przez  całą  noc  Henryk  czuwał  przy  łożu  chorego  i  otaczał  go  tro-

skliwą opieką. Służącego zwolnił, by ten po kilku nieprzespanych no-
cach mógł wypocząć. 

 

background image

Gdy lekarz rano odwiedził chorego, spojrzał znacząco na Henryka. 

Gorączka  nagle  ustąpiła,  ale  serce  miało  nader  słabe  tętno.  Tempe-
ratura spadała z każdą minutą. Po południu serce staruszka przestało 
bić.  Ostatnie  spojrzenie  z  dziękczynnym  uśmiechem  zwrócił  ku 
ukochanemu siostrzeńcowi, który go nie opuścił w tej ostatniej chwili. 

Henryk  przygotował  wszystko  do  pogrzebu.  Pozostał  dłużej  w 

Wittemberdze, niż przypuszczał. Gdy mu przedłożono testament wuja, 
dowiedział  się,  ku  wielkiemu  zdziwieniu,  że  ten  mianował  go 
uniwersalnym  spadkobiercą.  Był  zdumiony,  gdy  przeczytał,  że 
odziedziczył sto dwadzieścia tysięcy marek, uważał bowiem wuja za 
ubogiego człowieka. W testamencie był tylko jeden legat, opiewający 
na dwadzieścia tysięcy marek, dla starego sługi. 

Odziedziczony majątek uwalniał Henryka od wszelkich trosk. Mógł 

spokojnie ukończyć swe studia i wnieść do spółki z Fryderykiem po-
kaźny majątek. Życie Henryka ukształtowało się całkiem inaczej. Czy 
Zofia zaręczyłaby się z Robertem — pomyślał przez chwilę — gdyby 
przed wystąpieniem z wojska odziedziczył ten majątek? Po bliższym 
zastanowieniu doszedł do przekonania, że lepiej się stało, iż Zofia nie 
została  jego  żoną,  gdyż  w  małżeństwie  z  nią  nie  zaznałby  trwałego 
szczęścia. 

Zanim Henryk powrócił do Berlina, ciotka Klara z Zuzią wyjechały 

do domu. Daremnie Fryderyk prosił o przedłużenie ich pobytu. Klara 
nie mogła zostać, musiała bowiem poczynić przygotowania do ślubu 
Zofii. 

Uroczystość  ślubna  miała  się  wprawdzie  odbyć  u  Walentynów,  ale 

trzeba było pomyśleć o toaletach weselnych i innych zamówieniach. 

Pożegnanie  z  Berlinem  było  dla  Zuzi  bardzo  przykre,  pozostawiła 

tam swe serce. 

W ostatni dzień przed wyjazdem Zuzi, Fryderyk, ująwszy jej drżącą 

dłoń i patrząc długo w jej oczy, wymówił półgłosem: 

—  Panno  Zuziu,  w  jesieni  odwiedzę  moją  ciotkę,  radczynię  W. 

Zobaczymy się wtedy, nieprawdaż? 

 

background image

Błękitne oczy Zuzi zajaśniały, nie mogąc dobyć głosu, skinęła głową 

na znak potwierdzenia. 

Ludwika pożegnała ciotkę i Zuzię, zapowiadając przybycie za kilka 

tygodni do D., by wraz z całą rodziną udać się na ślub Zofii. 

Gdy Henryk po powrocie odwiedził Fryderyka, zastał go samego w 

domu.  Obie  panie  wyszły,  mając  kilka  spraw  do  załatwienia. 
Przyjaciele przywitali się serdecznym uściskiem dłoni. 

—  Chwała  Bogu,  żeś  już  wrócił,  Henryku.  Brak  mi  cię  było  na 

każdym kroku, szczególnie po wyjeździe naszych gości. 

— Więc panie już wyjechały? 
— Niestety, tak. 
— Czy byliście jeszcze na jakiejś wycieczce? 
—  Prawie  codziennie  —  odpowiedział  Fryderyk  z  uśmiechem.  — 

Panna Zuzia nie mogła się dość nacieszyć Berlinem, a mnie sprawiało 
wielką przyjemność spełnianie jej wszelkich życzeń. 

Henryk spojrzał nań znacząco. 
— Ej, mój drogi, to nieco podejrzane. Fryderyk powstał. 
— Masz słuszność, Henryku. Zuzia zakradła się do mego serca. A że 

znam siebie dobrze, jestem pewny, że to śliczne dziewczę będzie moją 
żoną,  naturalnie  jeśli  na  to  przystanie.  Myślę,  że  nie  będzie  temu 
przeciwna. 

— Życzę ci już dziś szczęścia, mój kochany przyjacielu. Ta mała jest 

czarującym stworzeniem i ma złote serce. 

Fryderyk uścisnął dłoń Henryka i zapytał: 
— A co z tobą? Czyś już przebolał stratę Zofii? 
— Moje serce jest pełne goryczy — odpowiedział — ale spodziewam 

się, że je wyleczę. 

—  Tego  ci  życzę  z  całego  serca.  Ta  trzecia  siostra  nie  warta,  by 

smucić  się  po  jej  stracie.  Co  prawda,  słaba  to  pociecha  i  żal  mi  cię 
niewymownie. Spotkałeś na swojej drodze wspaniałą dziewczynę, ale 
nie doceniłeś jej zalet. 

Henryk, wpatrując się badawczo w przyjaciela, rzekł z powagą: 
— Masz na myśli Ludwikę. 
— Jestem przekonany, że Ludwika cię kocha. 
— Wiem o tym już od dawna. 
— W takim razie nie pojmuję cię. 
 

background image

— Zdziwisz się jeszcze bardziej, gdy ci wyznam, że kochałem Lud-

wikę, zanim poznałem Zofię, której urok tak mnie oszołomił, że pod-
dałem mu się całkowicie. Ale nie zapomniałem o Ludwice. Jej obraz 
spoczywał na dnie mego serca. Nawet w miłości do Zofii zachowałem 
głębokie uczucie dla Ludwiki, która wskutek tej miłości cierpiała. Czy 
możesz rozwiązać tę zagadkę? 

Fryderyk spojrzał nań z uśmiechem. 
Opierając się o biurko i bawiąc się scyzorykiem, odpowiedział: 
—  Rozwiązywanie  zagadek  jest  moją  słabą  stroną,  ale  sądzę,  że 

kochasz Ludwikę całym sercem, a piękniejszą Zofię tylko zmysłami. 
W każdym razie jestem już o ciebie spokojny. Cieszyłbym się, gdybyś 
został moim szwagrem. 

Gdy panie wróciły, służący im oznajmił, że Rotman bawi u Fryde-

ryka. Pani domu kazała go prosić na herbatę. Gdy weszli, obie panie 
przywitały serdecznie Henryka. 

Na  pytanie  Marii,  dlaczego  tak  długo  był  nieobecny,  Henryk  opo-

wiedział  co  zaszło,  nie  wspominając  o  spadku  po  wuju.  Prosił  też 
uprzednio Fryderyka, by o tym nie wspominał. 

Ludwika była uszczęśliwiona powrotem Henryka, wydawało się jej, 

że Henryk wygląda lepiej i że jest weselszy. 

Przy  pożegnaniu  Henryk  zatrzymał  dłużej  rękę  Ludwiki  w  uścisku 

swej dłoni, po czym patrząc jej z czułością w oczy szepnął: 

— Do widzenia, panno Ludwiko! 
Skinęła głową w milczeniu. Serce jej biło radośnie. Kochała go bez 

granic. Wyzbyła się dumy, świadoma cierpień ukochanego. 

W willi Walentynów czyniono wielkie przygotowania do ślubu. W 

chwili, gdy rodzice Roberta zezwolili na jego związek z Zofią, starali 
się  zapomnieć  o  przykrych  wątpliwościach,  które  ich  nawiedzały. 
Cieszyli się szczęściem syna, bo Zofia umiała tak łudząco odegrać rolę 
zakochanej, że przekonała rodziców o swej miłości do Roberta. 

Zbliżał się dzień ślubu. Oczekiwano Zosi i całej jej rodziny w przed-

dzień uroczystości ślubnej. 

 

background image

Ślub młodej pary odbył się z całą okazałością. Jeszcze tego samego 

wieczora  wyjechali  do  Szwajcarii  i  Włoch,  gdzie  mieli  spędzić 
miodowe miesiące. 

Zofia odgrywała nadal rolę kochającej żony, a zaślepiony małżonek 

głęboko wierzył w szczerość jej uczucia. 

Zofia cieszyła się tą podróżą, pragnęła bowiem zajaśnieć w wielkim 

świecie. Oszałamiały ją triumfy, które odnosiła jej uroda i podziw, jaki 
wywoływały jej przepyszne brylanty. Ale były też chwile, w których 
odczuwała pustkę serca i nieraz bolała nad tym, że sprzedała się czło-
wiekowi,  którego  wcale  nie  kochała.  Udawała  nadal  miłość  dla 
Roberta i tak pędziła życie pełne kłamstwa i obłudy. 

Robert  donosił  rodzicom  o  swym  szczęściu,  a  oni  byli  wdzięczni 

Zofii, że opromieniała życie ich synowi. 

Lato chyliło się ku końcowi. Początek jesieni spędził Fryderyk w D. u 

swej  ciotki,  radczyni  W.  i  tam  widywał  się  codziennie  z  Zuzią.  Co 
latem kiełkowało w ich sercach, dojrzało w jesieni, w ogrodzie ciotki 
Klary, gdzie się często widywali. Fryderyk wyjechał jednak z D. nie 
oświadczywszy  się.  Pragnął  bowiem  zaręczyć  się  dopiero  po 
ukończeniu studiów. 

Ludwika pozostała u państwa H., mimo że ciotka prosiła, by zajęła 

miejsce opróżnione przez Zofię. Najprawdopodobniej zgodziłaby się 
na to, gdyby jej nie zatrzymało silne uczucie dla Henryka, który ich 
coraz częściej odwiedzał. Pozornie nic się nie zmieniło w ich stosunku. 
Rozmawiali  z  sobą,  jak  dobrzy  przyjaciele,  ale  im  weselszy  był 
Henryk,  tym  spokojniejsza  stawała  się  Ludwika.  Henryk  zaprzestał 
walki z sobą. Dał się porwać uczuciu. Wspomnienie o Zofii zatarło się 
i  zabliźniła  się  rana,  którą  mu  zadała.  Doszedł  do  przekonania,  że 
uczucie do Zofii było płytkie, bo sercem jego zawładnęła Ludwika. 

Uczył się pilnie, by osiągnąć zamierzony cel. 
Tak minęła zima. 
Na wiosnę Ludwika poprosiła o dwutygodniowy urlop. Udzielono go 

jej z żalem. 

 

background image

Henryk przed wyjazdem przyszedł się pożegnać, wybrawszy chwilę, 

gdy nikogo prócz Ludwiki nie było w domu. 

— Ludwiko! Wybacz mi, że ośmielę się powiedzieć ci wszystko, co 

mi leży na sercu. Kochałem cię, zanim poznałem Zofię i mimo zaśle-
pienia myślałem zawsze o tobie. Szybciej, niż sądziłem, przebolałem 
stratę  Zofii.  Gdy  straciłem  ją  z  oczu,  oprzytomniałem  i  wówczas  to 
uczucie  dla  ciebie,  niczym  nie  tłumione,  wybuchło  z  całą  siłą.  Nie 
wiem  Ludwiko,  czy  uwierzysz  w  prawdę  mych  słów.  Ale  muszę  ci 
wyznać, że kocham cię całą siłą uczucia, na jakie stać człowieka, który 
zwalczył  swoje  zaślepienie  i  odpokutował  je.  Powiedz  jedyna,  czy 
mogę  zatrzymać  twą  rękę  na  zawsze?  Powiedz,  czy  w  swej 
szlachetności możesz mi wybaczyć cierpienia, które ci zadałem? 

Zadrżała.  Utkwiła  swój  wzrok  w  twarzy  Henryka  z  niewymowną 

miłością. Odetchnąwszy głęboko, rzekła wzruszona: 

— Dawniej wydało mi się niemożliwością, wybaczenie ci tej zdrady. 

Ale gdy zobaczyłam, że jesteś nieszczęśliwy, moja duma się załamała, 
a  dziś  —  zniknęła  na  zawsze.  Jeżeli  moja  miłość  przyniesie  ci 
szczęście — to ją masz. 

Do głębi wzruszony, przycisnął ją do serca. 
— Ludwiko, moja Ludwiko! Nie zasługuję na taką miłość, jak twoja. 

Dzięki  ci,  za  twoją  wspaniałomyślność.  Wszelkimi  siłami  będę  się 
starał zasłużyć na szlachetną miłość, którą mnie obdarzasz. 

Uśmiechając się wśród łez, odezwała się żartobliwie: 
—  Czy  zasługujesz,  nie  wiem,  ale  ja  cię  muszę  kochać.  Długo 

pozostali w niemym uścisku. 

Ludwika, drżąca ze szczęścia, tuliła się do niego a usta ich zwarły się 

w gorącym pocałunku. Zanikło wszystko, co ich niegdyś dzieliło, a ich 
Serca  złączyły  się  w  jednym  wielkim  nierozerwalnym  uczuciu 
szczęścia. 

— Wiedz o tym, że na Zielone Świątki będziesz moją żoną. 
—  Nie  zapominaj  o  tym  —  westchnęła  —  że  jesteśmy  biedni. 

Spojrzał na nią rozjaśnionym wzrokiem. 

— Co za lekkomyślne dziewczę z ciebie, jak  mogłaś sobie wybrać 

takiego biedaka? 

—  Kocham  go.  Ale  dlaczego  ty  oświadczyłeś  się  ubogiej  dziew-

czynie? 

Wyprostował się i przybrawszy dumną minę, odpowiedział: 

background image

—  Bo  mogę  sobie  na  to  pozwolić.  Tak,  moja  lekkomyślna  pani, 

jestem znacznie rozsądniejszy od ciebie. 

— Ach, Henryku — rzekła z westchnieniem — mnie się wcale nie 

zbiera  na  żarty.  Życie  jest  strasznie  drogie,  musimy  mieć  bodaj  na 
najskromniejsze urządzenie. 

Ucałował z zachwytem jej zatroskane czoło. 
— A więc krótko i węzłowato: nasz ślub w Zielone Świątki. Studia 

mogę ukończyć po ślubie. Nie będziesz mi przeszkadzać, nieprawdaż? 

Śmiejąc się, westchnęła po raz wtóry. 
—  Nie  sądziłam,  żeś  tak  lekkomyślny.  Z  czego  będziemy  żyli? 

Przecież na założenie domu potrzebne są pieniądze. 

Skinął głową z powagą. 
—  Zapewne.  Urządzimy  sobie  miłe  gniazdko,  nie  będzie  ono  zbyt 

wystawne, ale wygodne i schludne. 

—  Ależ  to  rzecz  ogromnie  kosztowna.  Może  by  nam  ciotka  Klara 

pomogła, ale skoro zobaczy, jak jesteśmy lekkomyślni, nie zechce nas 
wesprzeć. 

—  W  takim  razie  poradzimy  sobie  bez  niej.  Jak  sądzisz,  ile  nam 

będzie potrzeba na początek? 

Ludwika obliczała z powagą. Henryk patrzył na nią uszczęśliwiony. 
— Najskromniejsze urządzenie kosztowałoby ze dwa tysiące. A poza 

tym pomyśl, jak wysokie są czynsze i jak drogie jest życie w Berlinie. 
Musielibyśmy mieć przynajmniej trzy tysiące marek dochodu rocznie. 

— A może i więcej — rzekł niby po namyśle — a Ludwika nie zau-

ważyła, że na jego ustach pojawił się uśmiech. 

—  Masz  słuszność  —  odparła  stroskana  —  może  i  więcej.  Jeśli 

będziemy oszczędni, to trzy tysiące może wystarczą, ale tyle musimy 
mieć, inaczej nie możemy się pobrać. 

Wyglądała  prześlicznie  z  tą  zatroskaną  miną.  Henryk  nie  mpgł  już 

dłużej panować nad sobą. Śmiejąc się, objął ją ramieniem i rzekł: 

—  Moja  ty  słodka,  ukochana  gosposiu  —  nie  łam  sobie  główki. 

Wychodzisz za mąż za Krezusa. Dźwigaj ten los z pokorą. — I opowie-
dział jej o odziedziczonym majątku po wuju. 

—  Ach,  Henryku!  Jak  to  cudownie!  Bez  pomocy  twojego  wuja 

musielibyśmy długo czekać na założenie rodziny. 

 

background image

— A więc zgadzasz się na Zielone Świątki? Podała mu obie ręce. 
— Czyń co chcesz, od dziś twoja wola jest moją — rzekła z miłością. 
Siedząc obok siebie, mieli sobie tyle do powiedzenia, że nawet nie 

spostrzegli, jak szybko minął czas. 

Na święta Wielkiej Nocy Ludwika pojechała w towarzystwie swego 

narzeczonego do D. Henryk pragnął oświadczyć się o rękę Ludwiki nie 
tylko matce, ale i ciotce Klarze. 

—  Bo  i  ciotka  ma  coś  do  powiedzenia  —  zauważyła  Ludwika  z 

uśmiechem. 

Gdy się żegnała z państwem H., Fryderyk przykazywał: 
—  Proszę  pozdrowić  pannę  Zuzię  i  oświadczyć,  że  oczekuję  jej 

przyjazdu do Berlina. 

—  Pierwsze  zlecenie  spełnię,  ale  o  drugim  nie  ma  mowy.  Zuzia 

bowiem gotowa uciec od ciotki i zamieszkać w Berlinie. 

— Proszę wstawić się u ciotki, by pozwoliła pannie Zuzi przyjechać 

razem z panią. 

— To będzie trudne — odpowiedziała Ludwika. Maria spojrzawszy 

na syna, zapytała: 

— Dlaczego ciotka nie miałaby na to pozwolić? Niech pani będzie 

łaskawa ciotkę i w moim imieniu o to poprosić. Wobec tego, że pani 
już wkrótce nas opuści, żądam odszkodowania w osobie panny Zuzi. 

— Doprawdy? — zapytała Ludwika z niedowierzaniem. 
— Zupełnie na serio — odpowiedziała Maria. 
Fryderyk uścisnął tak silnie rękę matki, że aż łzy stanęły jej w oczach. 
— Muszę  ostrożnie o tym powiadomić  Zuzię  —  rzekła Ludwika z 

uśmiechem — gotowa mnie bowiem udusić z radości. 

Gdy  matka  z  synem  pozostali  sami,  Fryderyk  padł  matce  na  szyję, 

całując ją niezliczone razy. 

— To ci się udało, mamusiu! — wołał rozradowany. 
— Muszę się bliżej przypatrzyć — odparła wzruszona — tej małej 

Zuzi, czy będzie dla nas odpowiednią synową. 

— Ale powiedz, mateczko, czy ci się już dziś podoba? 
 

background image

—  No,  tak.  Od  dawna  już  jestem  zakochana  w  tym  uroczym 

dziewczęciu. Ale z was będzie za mało poważna para. 

— A czy w małżeństwie musi się być poważnym?   
Maria uśmiechnęła się. 
—  Rozwaga  przyjdzie  z  czasem.  Komu  Bóg  daje  urząd,  tego  i 

rozumem obdarza. 

 
Dom  ciotki  Klary  przybrał  świąteczny  wygląd  na  przyjęcie  pary 

narzeczonych. Ich twarze promieniały szczęściem. Zuzia, rzucając się 
na szyję Ludwice, śmiała się i płakała z  radości.  Po czym objąwszy 
Henryka, ucałowała go serdecznie. 

— Dość długo trwało, zanim przyszedłeś do rozumu — odezwała się 

Zuzia z figlarnym uśmiechem. 

— Bez twej pomocy, moja szwagierko, trwałoby to jeszcze dłużej — 

odpowiedział Henryk. 

Ciotka Klara nie mogła się dość nacieszyć szczęściem swej ukochanej 

Ludki,  a  majorowa  dziwiła  się,  jak  krętymi  drogami  wije  się  los 
człowieka.  Zdawało  jej  się,  że  ona  jedna  wiedziała  o  stosunku 
łączącym  Henryka  z  Zofią.  Była  ona  w  rzeczywistości  jedyną  w 
rodzinie,  która  nie  miała  świadomości,  jak  nikczemną  rolę  odegrała 
Zofia  w  życiu  Henryka  i  Ludwiki.  Zatajono  to  przed  nią,  by  nie 
pozbawić jej przyjemności, jakiej doznawała z powodu triumfów Zofii 
w wielkim świecie. Ciotka Klara, dowiedziawszy się od Ludwiki, że 
między  Zuzią  a  Fryderykiem  zawiązują  się  ogniwa  przyszłego 
związku, zezwoliła na jej wyjazd do Berlina. Gdy oznajmiono Zuzi, że 
ciotka  się  zgodziła  na  jej  pobyt  u  państwa  H.,  zbladła  i  wybiegła  z 
pokoju. Ciotka i Ludwika spojrzały na siebie ze zdziwieniem. 

Dla Ludwiki nastały dni szczęścia. 
Henryk, wynająwszy pokój w hotelu, postanowił pozostać w D. tak 

długo, jak Ludwika. Od rana do późnego wieczora byli razem i układali 
plany na przyszłość. 

Ciotka  oświadczyła  kategorycznie,  że  wyprawa  Ludwiki  należy  do 

niej. 

 

background image

Ludwika postanowiła pozostać jeszcze miesiąc w domu państwa H., 

pragnęła bowiem pozostawić tam wszystko w największym porządku. 
Maria  sądziła,  że  w  lecie  da  sobie  sama  radę,  a  w  jesieni,  gdyby 
Fryderyk się ożenił, oddano by młodej gospodyni cały zarząd domu. 

Po świętach Wielkanocnych Zuzia wyjechała z Ludwiką i Henrykiem 

do Berlina. 

Fryderyk  coraz  goręcej  kochał  Zuzię.  Całkiem  zawładnęła  jego 

sercem  i  duszą.  Rodzice  Fryderyka  również  polubili  uroczą 
dziewczynę  i  cieszyli  się  niezmiernie  ze  szczęścia  swego  syna. 
Zuzanna  piękniała  w  oczach  i  choć  miłość  zaprzątała  całkowicie  jej 
serce  i  umysł,  bynajmniej  nie  próżnowała.  Pomagała  niemało  w 
gospodarstwie, pragnąc przysłużyć się Ludwice. Szkoła odbyta u ciotki 
nie poszła w las, a pani Maria przekonała się z zadowoleniem, że z Zuzi 
będzie dzielna gospodyni domu. 


Zbliżał  się  dzień  ślubu  Ludwiki.  Od  kilku  tygodni  bawiła  u  ciotki. 

Henryk w tym czasie urządzał mieszkanie dla nich obojga. 

Ciotka Klara postarała się, by ślub jej ukochanej siostrzeniczki miał 

miły i pogodny nastrój. A chociaż nie był on tak wspaniały, jak ślub 
Zofii, panowała większa serdeczność. Towarzystwo weselne nie było 
zbyt  liczne.  Zaproszono  naturalnie  rodzinę  H.  i  Wizelów.  Zofia  naj-
chętniej nie przyjechałaby na ślub, ale obawiała się, że zwróci to uwagę 
jej najbliższego otoczenia. Gdy nadeszło zawiadomienie o zaręczynach 
Ludwiki z Rotmanem, teściowie Zofii pozbyli się ostatniej iskry nie-
ufności do synowej. 

Zofia z Robertem bawiła już w C, gdy majorowa listownie doniosła o 

zaręczynach  Ludwiki.  Na  szczęście  Zofia  była  sama  w  pokoju,  gdy 
odczytywała list. Zbladła na twarzy i szczęśliwe chwile minionych dni 
stanęły jej przed oczyma. Przypomniał jej się ostatni wieczór spędzony 
z Henrykiem w parku. Zimny dreszcz wstrząsał nią na wspomnienie 
pieszczot  męża,  które  musiała  znosić  i  obłudnie  odwzajemniać. 
Siedziała w fotelu jak martwa. Nikt by nie poznał, że to ta sama dama, 
która wzbudzała podziw, bywając w wielkim świecie. 

 

background image

Niedługo  oddawała  się  rozmyślaniom,  gdy  nadeszło  oficjalne  za-

wiadomienie, była tak spokojna, że podając je  mężowi, uśmiechnęła 
się z udaną obojętnością. 

Szczęścia  Roberta  nie  przyćmiewała  najlżejsza  chmurka.  Nikt  nie 

mącił mu jego złudzeń. Rodzice, widząc powrót syna do życia, cieszyli 
się z jego małżeństwa i życzliwie traktowali Zofię. 

Robert, przybywszy z żoną na ślub, obdarzył Ludwikę wspaniałym 

naszyjnikiem pereł z brylantami. Cenił Ludwikę, pragnął więc sprawić 
jej przyjemność. 

Zofia, na pozór spokojna, tłumiła w sercu gorycz, gdy zauważyła, jak 

Henryk czule spoglądał na Ludwikę. A rozpromieniony wzrok siostry 
ranił ją jak ostrze sztyletu. 

Gdy  tylko  natknęła  się  na  Henryka,  odezwała  się  do  niego  opano-

wanym głosem: 

—  Nareszcie  mogę  ci  złożyć  życzenia,  kochany  szwagrze.  Zimno 

spojrzał jej w oczy, które żarzyły się jak rozpalone węgle. 

— Dziękuję pani — wymówił tonem obojętnym. 
Obrzucając go płomiennym wzrokiem, wyrzekła stłumionym głosem: 
— Życzę ci zapomnienia minionych dni. 
Henryk ani drgnął. Odczuła, że straciła nad nim władzę. 
— Niepotrzebne życzenie — rzekł ze stanowczością. — Miłość moja 

dla Ludwiki jest tak potężna, że zapomniałem o wszystkim, co było dla 
mnie udręką. 

Zacisnęła usta. 
— W takim razie mogę ci tylko zazdrościć — rzekła drżącym głosem. 
Wiła  się  w  mękach  poniżonej  dumy.  Tak  szybko  być  zapomnianą 

przez  jedynego,  który  wzniecił  w  niej  miłość,  to  było  zbyt  gorzkie 
nawet  dla  kobiety  tego  pokroju  co  Zofia  Walentynowa.  Uchyliła 
głowę,  by  podnieść  tren  sukni  i  odejść.  Pragnęła  bowiem  szybko 
opuścić to miejsce. 

 

background image

Henryk pochylił się, by jej pomóc. Twarz jego miała wyraz spokojny. 

Zofia, światowa dama, nie czyniła na nim żadnego wrażenia. 

Gdy miała już odejść, zbliżył się Robert. Uśmiechając się, ujął dłoń 

żony, a prawą rękę podał Henrykowi. 

—  Pozwól,  kochany  szwagrze,  że  ci  jeszcze  raz  serdecznie  powin-

szuję. Życzę ci, byś doznał tyle szczęścia z Ludwiką, co ja z Zosią. 

Henryk spojrzał z powagą w rozpromienioną twarz Roberta i rzuci-

wszy przelotne spojrzenie na stojącą przy nim Zofię, odpowiedział: 

— Dziękuję. Życzę ci Robercie wielkiego szczęścia. 
Zofia usiłowała uśmiechnąć się. Robert spoglądając z dumą na swą 

piękną żonę, rzekł do Henryka: 

— Nie damy sobie niczym przyćmić naszego szczęścia. Dość ciężko 

walczyliśmy o nie, nieprawdaż Zosiu? 

— Ależ to Henryka mało obchodzi — przerwała Zofia skwapliwie. 
— Może go to jednak zajmie — odparł Robert — wszak to przecież 

przez niego omal nie straciliśmy naszego szczęścia. 

— Przeze mnie? — zapytał Henryk, patrząc badawczo na Roberta i 

Zofię. 

Byłaby  najchętniej  odeszła  z  mężem,  przeczuwała  bowiem,  co  na-

stąpi. Nie odważyła się jednak na ten krok, obawiając się, że zwróci na 
siebie podejrzenie. Została więc jak przykuta do miejsca, siląc się na 
uśmiech. 

—  Tak,  przez  ciebie  —  odpowiedział  wesoło  Robert.  —  Wyobraź 

sobie, byłem o ciebie zazdrosny. 

Henryk unikając spojrzenia Zofii, zachował spokój. 
—  O  mnie  zazdrosny?  —  zapytał.  Robert  uśmiechając  się,  skinął 

głową. 

— Tak. Szczęście nasze mogło rozpaść się w gruzy. Ludzie lubiący 

plotkować, donieśli moim rodzicom i mnie, że Zofia pozostaje z tobą w 
bliskim  stosunku.  Widywano  was  często  w  odludnych  miejscach  i 
zauważono między wami nadzwyczajną poufałość. To było powodem, 
dla którego rodzice nie chcieli zezwolić na nasze rriałżeństwo. A mnie 
dręczyła  zazdrość,  której  nie  zdołam  opisać.  Na  szczęście  byłem  na 
tyle roztropny, że opowiedziałem całą sprawę Zosi i wtedy zdradziła 
mi waszą tajemnicę. 

 

background image

— Naszą tajemnicę? Jaką tajemnicę? — zapytał zdziwiony Henryk, 

nie rozumiejąc o co chodzi. 

Zofia blada i nieruchoma jak posąg, patrzyła błagalnym wzrokiem na 

Henryka. Serce jej biło gwałtownie, lękała się, że gdy Henryk przekona 
się o jej obłudzie, wyjawi wszystko Robertowi i unieszczęśiiwi ją na 
zawsze. 

Robert nie przeczuwając niczego, mówił dalej, uśmiechając się: 
— Zdradziła mi tajemnicę twoją i Ludwiki. Wyjawiła mi, że byliście 

zaręczeni,  żeś  wskutek  tego  wystąpił  z  wojska  i  że  ona  była  waszą 
powiernicą.  Zosia  musiała  mi  to  wszystko  wyjawić,  bo  inaczej 
naszemu związkowi groziło zerwanie. 

Przy ostatnich słowach spojrzał z czułością na Zofię, która stała ze 

spuszczoną głową. 

— Nie spuszczaj oczu, kochanie, Henryk nie pogniewa się na ciebie, 

żeś mnie wtajemniczyła w ich miłość. 

Henryk  spojrzał  z  pogardą  na  kobietę,  którą  niegdyś  kochał,  a 

odetchnąwszy głęboko, odezwał się z powagą: 

—  Zofia  powiedziała  ci  prawdę,  Robercie,  kochałem  już  wówczas 

Ludwikę  —  od  pierwszej  chwili  naszego  poznania.  Moim 
najgorętszym  życzeniem  będzie  uszczęśliwić  ją  tak,  jak  na  to 
zasługuje. 

Robert  uścisnął  dłoń  Henryka,  a  Zofia  podniósłszy  głowę,  powie-

działa proszącym tonem: 

— Przejdźmy się po ogrodzie Robercie, tak bardzo boli mnie głowa. 
Robert spojrzał na nią z niepokojem i zawołał: 
— Chodźmy! Czegoś mi tego od razu nie powiedziała? Oddalili się 

szybkim krokiem z pokoju. 

Henryk patrzył w zamyśleniu za oddalającą się parą. Wtem stanęła 

przy nim smukła postać w białej sukni ślubnej, spoglądając nań czule i 
badawczo. 

—  Czy  cię  to  zabolało  —  zapytała  Ludwika  półgłosem  —  gdy 

ujrzałeś Zofię u boku męża? 

Objął ją ramieniem i przycisnął do serca. 
— Nie  może  mi już sprawić żadnej przykrości nic, co pozostaje w 

związku z Zofią Walentynową. — Szczęście moje spoczywa jedynie w 
twoich rękach, moja ty najdroższa. W tobie tkwi źródło mej radości 

 

background image

i  losy  dalszych  kolei  mego  życia.  Dwie  rodzone  siostry,  a  tak 

niepodobne do siebie. 

Przerwała mu, tuląc się do niego. 
— Zofia nie jest szczęśliwa, Henryku.   
— I nigdy nią nie będzie — zauważył — szukała szczęścia w prze-

pychu i blasku — a tam go znaleźć nie można. Ale nie psujmy sobie 
naszej radości w tej uroczystej chwili. 

Ucałował  ją  ukradkiem  —  zbliżali  się  bowiem  niektórzy  z  gości  z 

życzeniami. 

Gdy  Zofia  z  Robertem  wracali  z  parku,  Fryderyk  z  Zuzią  żywo 

rozmawiając, poszli niepostrzeżenie w głąb ogrodu, aż do płotu, który 
im zagrodził drogę.  W chwili, gdy  zamierzali  wrócić, ich spojrzenia 
spotkały  się  a  były  tak  wymowne,  że  Fryderyk  objął  ją  nagle 
ramieniem i ucałował namiętnie. I całował bezustannie, a Zuzia stała 
spokojnie, nie broniąc się... 

Fryderyk, zaczerpnąwszy oddechu, powiedział: 
—  Nie  mogłem  dłużej  wytrzymać.  Takie  wesele  działa  na  nerwy. 

Niech panuje nad sobą, komu się to podoba, ale ja nadto cię kocham, 
moja złotowłosa, i ty mnie również, po cóż mamy się więc dręczyć? 

Rozmarzona Zuzia otarła kilka łez z oczu. 
— Ścisnąłeś mnie tak mocno, ty niesforny chłopcze, że aż łzy stanęły 

mi w oczach — rzekła Zuzia, chcąc ukryć swe zmieszanie. 

— Wysuszę twoje łzy i zapewniam, że nigdy nie będziesz płakała z 

mojego powodu. 

I ucałował ją ledwie dotykając oczu, po czym w płomiennej miłości 

okrył gorącymi pocałunkami twarz i głowę swej ukochanej. 

—  Fryderyku,  mam  do  ciebie  prośbę  —  odezwała  się  Zuzia,  trzy-

mając go za obie ręce. 

— Jeśli chcesz całusa — przerwał Fryderyk — uczynię zadość twej 

prośbie. 

—  Bez  żartu,  posłuchaj  —  mówiła  dalej  Zuzia.  Ale  nie  będziesz 

szydził ze mnie? 

— Nie będę. 
—  Pragnęłabym,  by  nasze  zaręczyny  były  choć  na  krótki  czas  w 

tajemnicy.  Wyobrażam  to  sobie  tak  romantycznie.  Przynajmniej  do 
jutra — czy zgadzasz się? 

 

background image

— To ci się tak podoba? Skinęła potakująco główką. 
— Co począć — rzekł po namyśle — spełniam twe życzenie. Na razie 

musisz  poprawić  swą  fryzurę,  obszedłem  się  z  nią  w  istocie  po 
barbarzyńsku. 

— Czy nie masz przypadkiem lusterka? — zapytała Zuzia. 
— Owszem, ale zanim ci je podam, uścisnę cię raz jeszcze i ucałuję. 

Błagając o łaskę, wydostała się nareszcie z jego uścisków. Fryderyk 
potrzymał  lusterko  a  Zuzia  poprawiając  fryzurę,  odezwała  się 
filuternie: 

— To rzecz wielce kłopotliwa — być narzeczoną! 
Fryderyk,  patrząc  na  nią  z  zachwytem,  chciał  ją  objąć,  lecz  Zuzia 

popędziła co tchu ku domowi. 

W pobliżu domu przystanęła, czekając na Fryderyka. Zdążał ku niej 

powolnym krokiem i z nieco nadąsaną miną. 

— Spiszemy umowę — oświadczył z powagą — że gdy zechcę cię 

ucałować,  masz  stać  spokojnie  i  nie  wolno  ci  pod  żadnym  pozorem 
uciekać. 

Z figlarną minką odparła: 
—  A  ja  od  siebie  zaznaczę  w  kontrakcie,  że  wbrew  mej  woli  nie 

wolno ci mnie całować, bo to jest pozbawienie wolności osobistej. 

— Wszak jestem panem domu! Roześmiała się na głos. 
— Nie jestem tak pokorną istotą, jak ci się wydaje. 
— Musisz być posłuszna mej woli! — zawołał surowo. 
— A jeśli nie posłucham? — zapytała z rozgrymaszoną minką. 
— W takim razie w obecności wszystkich ucałuję cię za karę. Zuziu 

— przemówił łagodnie — bądź znów dla mnie dobra. 

Spojrzała nań promiennym wzrokiem: 
— Powiedz mi, Fryderyku, czy mnie kochasz? 
— Szaleję z miłości — odpowiedział — a ty, czy choć trochę mnie 

kochasz? 

—  Bezgranicznie  cię  kocham,  Fryderyku!  Stojąc  u  wejścia, 

pocałował ją jeszcze raz. 

Wbiegła na schody i z góry jeszcze pogroziła mu, wołając: 
— Gniewam się na ciebie. 
 

background image

Przybiegł  i  na  korytarzu  objął  ją  jeszcze  raz  i  przycisnął  do  serca. 

Nagle zjawili się Henryk z Ludwiką. 

— Co to znaczy? — zapytała Ludwika uśmiechając się znacząco. 
— Jesteśmy potajemnie zaręczeni. 
Zuzia pobiegła do swego pokoju, by poprawić fryzurę. Gdy po chwili 

wróciła,  Fryderyk  oczekiwał  ją  przed  drzwiami  jadalni.  Ukłonił  się 
sztywno i zapytał: 

— Czy pozwoli pani, bym wprowadził ją do jadalni? Skinęła głową i 

przybierając poważną minę, odrzekła: 

— Owszem, proszę. Podając jej ramię, szepnął: 
— Wiesz Zuziu, to wielka przyjemność być potajemnie zaręczonym 

— i zamknął jej usta pocałunkiem. 

W  jadalni,  do  której  weszli  i  w  przyległym  pokoju  gromadzili  się 

goście weselni. Zajechały powozy. Uczta weselna miała się odbyć w 
hotelu, dokąd podążyli wszyscy w powozach. 

Minęły trzy lata. Spółka inżynierów Henryka Rotmana i Fryderyka 

Herbiga  miała  już  swoją  markę  w  Berlinie.  Zewsząd  napływały 
zamówienia  i  należało  się  spodziewać,  że  firma  będzie  miała  coraz 
większe powodzenie. 

Przed rokiem odbył się ślub Zuzi z Fryderykiem. Obie siostry mie-

szkały w pobliżu, a stosunek ich był niezwykle serdeczny. 

Od Zofii rzadko dochodziły wiadomości. Odgrywała rolę światowej 

damy, ubóstwiana przez Roberta, który żył w iluzji szczęścia. 

Ciotka  Klara  mieszkała  nadal  z  Elżbietą,  w  swym  miłym,  starym 

dworku. Od czasu do czasu odwiedzały ją siostrzenice z mężami. 

Obie, wiekowe już nieco panie, jeździły co roku na święta Bożego 

Narodzenia do Zuzi lub Ludwiki. 

Zofia święciła triumfy w wielkim świecie. Nie odwiedzała sióstr, ale 

też nikt z rodziny nie odczuwał jej braku. Mimo blasku i przepychu, 
który ją otaczał, nie była tak szczęśliwa jak jej młodsze siostry. 

Na twarzy Ludwiki jaśniał promień cichego szczęścia, a z oczu Zuzi 

biła radość życia i miłość. 

 
KONIEC