background image

 

Greene Graham 

 

Monsignore Kichote 

 

background image

 

 

Jak ojciec Kichote został prałatem. 

 
A było to tak: ojciec Kichote pojechał do spółdzielni znajdującej się o osiem kilometrów od 
El  Toboso  na  drodze  do  Walencji  po  wino  do  swego  samotnego  obiadu,  który  właśnie 
szykowała  mu  gospodyni.  Był  jeden  z  tych  upalnych  dni,  kiedy  żar  leje  się  z  nieba  i 
rozprażone  powietrze  drga  nad  wyschniętymi  polami,  a  przecież  mały  seat  600,  który 
proboszcz  kupił  już  używany  osiem  lat  temu,  nie  miał  klimatyzacji.  Siedząc  za  kierownicą, 
ksiądz  z  ogromnym  zatroskaniem  myślał  o  dniu,  kiedy  będzie  zmuszony  rozejrzeć  się  za 
nowym  autem.  Lata  psie  mnożone  przez  siedem  dorównują  ludzkim  i  przy  takiej  kalkulacji 
jego  samochód  byłby  jeszcze  w  średnim  wieku,  ale  w  oczach  parafian  seat  uchodził  za 
sędziwego starca. .Niech ksiądz mu nie ufa” - ostrzegali, on zaś mówił na jego obronę: „Był 
mi wiernym towarzyszem w wielu trudnych chwilach, toteż proszę Boga, żeby mnie przeżył". 
Mnóstwo jego modlitw pozostało nie spełnionych, miał więc nadzieję, że może ta jedna tkwi 
w uchu Wiekuistego jak woskowina. 
Widział, którędy biegnie główna szosa, gdyż przejeżdżające nią samochody wzbijały obłoczki 
kurzu.  Jechał  w  jej  kierunku  i  nie  przestawał  się  martwić  o  los  samochodziku,  który  przez 
pamięć  swojego  przodka  nazwał  Rosynantem.  Nie  mógł  wprost  znieść  myśli,  że  jego  seat 
będzie rdzewiał na kupie żelastwa. Niekiedy zastanawiał się, czyby nie kupić małego skrawka 
pola  i  nie  zapisać  go  w  spadku  któremuś  z  parafian  pod  warunkiem,  że  ten  przeznaczy 
osłonięty  kącik  na  miejsce  spoczynku  samochodu,  ale  nie  widział  nikogo,  komu  mógłby 
zaufać, że spełni tę jego wolę. 
No a skoro powolna śmierć pod zębami rdzy była nie do uniknięcia, więc może zgniatacz na 
złomowisku  obiecywał  mniej  okrutny  koniec?  Po  raz  setny  przeżuwając  te  myśli,  mało  nie 
wpadł na czarnego mercedesa, zaparkowanego tuż za wjazdem na szosę.  Przypuszczając, że 
czarno ubrana postać odpoczywa w długiej drodze z Walencji do Madrytu, nie zatrzymał się i 
pojechał do spółdzielni, gdzie kupił dzban wina. Dopiero kiedy wracał, rzuciła mu się w oczy 
biała  koloratka,  jak  chusteczka  wzywająca  pomocy.  „Jakim  cudem  -  pomyślał  -  któregoś  z 
moich braci-księży stać na kupno mercedesa?" Jednak gdy podjechał bliżej, zobaczył poniżej 
koloratki  fiolet  świadczący  o  tym,  że  w  samochodzie  znajdował  się,  jeśli  nie  biskup,  to 
przynajmniej  prałat.  Ojciec  Kichote  nie  bez  powodu  obawiał  się  biskupów,  doskonale 
bowiem  zdawał  sobie  sprawę,  do  jakiego  stopnia  nie  lubił  go  jego  własny  biskup,  który  nie 
uznając  dystyngowanych  przodków  księdza,  uważał  go  J  za  coś  niewiele  lepszego  od 
prostego chłopa. „Jak on może pochodzić od fikcyjnej postaci?" - zapytał w pewnej prywatnej 
rozmowie, która została szybciutko powtórzona proboszczowi. 
Człowiek, z którym biskup prowadził tę rozmowę, wyraził zdziwienie: „Fikcyjna postać?” 
„Tak,  postać  z  powieści  przecenianego  pisarza  nazwiskiem  Cervantes,  w  dodatku 
zawierającej mnóstwo odrażających ustępów, które w dobie generalissimusa Franco nigdy by 
nie przeszły przez cenzurę”. 
„Ależ ekscelencjo, przecież w El Toboso stoi dom Dulcynei! 
Na płycie wyryto słowa: dom Dulcynei!” 
„Pułapka  dla  turystów.  Zresztą  I  ciągnął  biskup  szorstkim  tonem  -  Kichote  nie  jest  nawet 
hiszpańskim  nazwiskiem.  Sam  Cervantes  utrzymywał,  że  brzmiało  ono  prawdopodobnie 
Quijada  czy  Quesada  lub  nawet  Quejana,  a  na  łożu  śmierci  Don  Kichote  sam  siebie  nazwał 
Quijano". 
„Z tego widzę, że ekscelencja przeczytał tę książkę". 
„Nigdy  nie  przebrnąłem  poza  pierwszy  rozdział.  Chociaż,  oczywiście,  rzuciłem  okiem  i  na 
ostatni. To mój normalny system czytania powieści”. 
„Może któryś z przodków księdza nazywał się Quijada lub Quejana?" 

background image

 

„Ludzie z tej sfeiy nie mają przodków”. 
Ojciec  Kichote  z  drżeniem  przedstawił  się  wysokiemu  dostojnikowi  Kościoła  w  eleganckim 
mercedesie: 
Jestem ojciec Kichote, monsignore. Czy mogę w czymś pomóc? 
- Oczywiście, przyjacielu. Jestem biskupem Motopo - mówił z silnym włoskim akcentem. 
- Biskup Motopo? 
In partibus injidelium, przyjacielu. Czy jest tu gdzieś w pobliżu warsztat samochodowy? 
Mój wóz odmawia dalszej jazdy. No i może znajdzie się także restauracja, gdyż mój żołądek 
zaczyna dopominać się o jedzenie. 
- W miasteczku jest warsztat, ale zamknięty z powodu pogrzebu, zmarła teściowa właściciela. 
-  Niech  z  Bogiem  spoczywa  -  powiedział  biskup  automatycznie,  dotykając  krzyża  na  piersi. 
Po czym dodał: - Co za pioruńska przykrość! 
- Właściciel wróci za parę godzin. 
- Za parę godzin! A gdzie jest restauracja? 
- Jeśli ekscelencja zechce uczynić mi zaszczyt i podzielić ze mną mój skromny posiłek... 
Restauracji w El Toboso nie mogę polecić ani pod względem jedzenia, ani wina. 
- W mojej sytuacji szklaneczka wina jest nieodzowna. 
-  Mogę  poczęstować  dobrym  miejscowym  winkiem.  Jeżeli  ekscelencję  zadowoli  zwykły 
stek... Gospodyni szykuje zawsze więcej, niż jestem w stanie zjeść... 
- Przyjacielu, na pewno Jesteś moim aniołem stróżem w przebraniu. Jedźmy! 
Przednie siedzenie w samochodzie proboszcza zajmował dzban wina, ale biskup uparł się, że 
usiądzie z tyłu - a byłi bardzo wysoki. 
- Nie możemy zakłócać spokoju wina - zdecydował. 
-Nie jest to jakieś szczególne wino, monsignore, a z przodu będzie o wiele wygodniej. 
- Żadnego wina nie wolno uważać za nieszczególne, przyjacielu, od czasu wesela w Kanie. 
Ojciec Kichote przyjął tę uwagę jako naganę, toteż w samochodziku zapadła cisza i trwała aż 
do  chwili,  kiedy  zajechali  pod  domek  obok  kościoła.  Ulżyło  mu  dopiero,  gdy  biskup,  który 
musiał pochylić się, żeby przejść przez drzwi prowadzące wprost do bawialni, oświadczył: 
-To dla mnie zaszczyt być w domu Don Kichote’a. 
- Mój biskup nie aprobuje tej książki. 
- Świątobliwość i znawstwo literatury nie zawsze idą w parze. 
Biskup  podszedł  do  półki,  na  której  ojciec  Kichote  trzymał  swój  mszał,  brewiarz.  Nowy 
Testament, parę zniszczonych podręczników teologii - reliktów jego studiów, oraz kilka dzieł 
ulubionych świętych. 
- Ekscelencja zechce wybaczyć... 
Poszedł  pokonferować  z  gospodynią  do  kuchni,  która  była  jednocześnie  jej  sypialnią;  za 
jedyną  umywalnię  służył  kuchenny  zlew.  Gospodyni,  przysadzista  kobieta  z  wystającymi 
zębami i lekkim wąsikiem, nie dowierzała nikomu z żyjących, ale miała pewne względy dla 
ś

więtych, zwłaszcza płci żeńskiej. Na imię jej było Teresa i nikomu w El Toboso nie przyszło 

do  głowy  przezwać  ją  Dulcyneą,  gdyż  nikt,  z  wyjątkiem  burmistrza,  mającego  reputację 
komunisty, oraz właściciela restauracji, nie czytał książki Cervantesa, a i restaurator zapewne 
nie ujechał wiele dalej poza walkę z wiatrakami. 
-Tereso, mamy gościa na obiedzie. Proszę szybko podać do stołu. 
-Jest tylko jeden stek i sałata, no i resztka sera manchego. 
- Mój stek zawsze wystarczy na dwóch, a biskup jest człowiekiem wyrozumiałym. 
- Biskup? Ja mu nie usłużę. 
- Nie nasz biskup. Włoch. Bardzo uprzejmy człowiek. 
Wytłumaczył, w jakich okolicznościach spotkał biskupa. 
- Ale stek... - zaczęła Teresa. 
- Co z tym stekiem? 

background image

 

- Ksiądz nie może dać biskupowi końskiego mięsa! 
- Mój stek jest z koniny? 
-  Jak  zawsze.  Albo  to  mogę  księdza  karmić  wołowiną  za  te  grosze,  które  mi  daje  na 
gospodarstwo? 
- Nie mamy nic innego? 
- Nie. 
-  O,  Boże!  O,  Boże!  Pozostaje  tylko  modlić  się,  żeby  nie  poznał.  W  końcu  ja  też  nigdy  nie 
zauważyłem... 
- Bo ksiądz nigdy nie jadł nic lepszego. 
Ojciec  Kichote  wrócił  do  biskupa  speszony,  niosąc  pół  butelki  malagi.  Był  szczęśliwy,  gdy 
biskup zechciał wypić najpierw jedną szklaneczkę, potem drugą. Może wino wpłynie na jego 
gruczoły  smakowe?  Biskup  ulokował  się  wygodnie  w  jedynym  fotelu  proboszcza.  Ojciec 
Kichote  obserwował  go  z  niepokojem.  Gość  nie  wyglądał  groźnie.  Proboszcz  pożałował,  że 
się nie ogolił po mszy porannej, którą odprawił w pustym kościele. 
- Ekscelencja jest na urlopie? 
Niezupełnie,  chociaż  muszę  przyznać,  że  cieszy  mnie  ten  wyjazd  z  Rzymu.  Ojciec  Święty 
powierzył  mi  drobną  poufną  misję  ze  względu  na  moją  znajomość  hiszpańskiego. 
Przypuszczam, ojcze, że macie tu w El Toboso wielki napływ turystów? 
Niezbyt wielki, monsignore, gdyż nie ma tu wiele do oglądania, jeśli nie liczyć muzeum. 
- Jakie to muzeum? 
- Bardzo maleńkie, monsignore, zaledwie jeden pokój. Nie większy od mojej bawialni. 
Nie ma tam nic ciekawego, z wyjątkiem podpisów. 
-  Co  ksiądz  ma  na  myśli?  Jakie  podpisy?  Czy  mógłbym  dostać  jeszcze  jedną  szklaneczkę 
malagi?  Siedzenie  w  słońcu,  w  tym  zepsutym  samochodzie,  przyprawiło  mnie  o  szalone 
pragnienie. 
- Proszę wybaczyć, ekscelencjo. Nie mam żadnej wprawy w pełnieniu roli gospodarza. 
- Nigdy dotąd nie słyszałem o muzeum podpisów. 
- To było tak: pewien burmistrz El Toboso wiele lat temu zaczął wypisywać listy do szefów 
państw, prosząc ich o przekłady Cervantesa opatrzone ich podpisem. Kolekcja jest naprawdę 
godna  uwagi.  Oczywiście,  jest  tam  podpis  generała  Franco,  który  nazwałbym  wzorcowym, 
jest  też  Mussoliniego  1  Hitlera  -  tego  ostatniego  bardzo  cieniutki,  jakby  mucha  upstrzyła  -  i 
Churchilla,  i  Hindenburga,  i  kogoś,  kto  się  nazywał  Ramsay  MacDonald,  zdaje  się,  że  był 
premierem Szkocji. 
- Anglii, ojcze. 
Weszła Teresa niosąc steki, więc księża usiedli do stołu i biskup odmówił modlitwę. 
Ojciec  Kichote  napełnił  szklaneczki  i  z  niepokojem  obserwował,  jak  biskup  bierze  do  ust 
pierwszy kawałek mięsa, które szybko spłukał winem - może dla zabicia smaku. 
-  To  całkiem  pospolite  wino,  monsignore,  ale  my  tu  jesteśmy  z  niego  dumni;  nazywa  się 
manchegańskie. 
-  Wino ma  przyjemny  smak  -  stwierdził  biskup -  ale  stek...  ale  ten  stek...  -  wpatrywał  się  w 
talerz, gdy tymczasem gospodarz oczekiwał najgorszego - stek... - powtórzył po raz trzeci, jak 
gdyby  szukając  w  odległych  wspomnieniach  dawnych  rytuałów  odpowiedniego  terminu  na 
anatemę. Teresa w progu prze- stępowała z nogi na nogę, także pełna napięcia. - Nigdy, przy 
ż

adnym  stole  nie  jadłem...  tak  miękkiego,  tak  smakowitego,  wprost  kusi  mnie  bluźniercze 

określenie, tak boskiego steku. Chciałbym pogratulować wspaniałej gospodyni. 
- Ona tu jest, monsignore. 
-Moja  dobra  kobieto,  pozwól  mi  uścisnąć  twoją  dłoń.  -  Wyciągnął  upierścienioną  rękę 
palcami  do  dołu,  jak  gdyby  spodziewa!  się  raczej  pocałunku  niż  uścisku.  Teresa  Spiesznie 
wycofała się do kuchni. - Czyżbym powiedział coś niewłaściwego? 
- zapytał biskup. 

background image

 

- Bynajmniej, ekscelencjo. To tylko dlatego, że ona nie jest przyzwyczajona do przyrządzania 
posiłków dla biskupa. 
-  Ma  prostą  i  uczciwą  twarz.  W  dzisiejszych  czasach  we  Włoszech  niezwykle  trudno  o 
gospodynię,  że  tak  powiem,  pośłubialną,  ale  niestety,  aż  za  często  takie  właśnie  kobiety 
znajdują mężów. 
Teresa wpadła jak huragan niosąc kawałek sera i wypadła z tą samą szybkością. 
-Trochę naszego ąueso manchego, monsignore? 
-A do niego może jeszcze szklaneczkę wina? 
Ojcu  Kichote  zaczęło  się  robić  ciepło  i  przyjemnie.  Nabrał  odwagi,  żeby  zadać  pytanie, 
którego  nigdy  nie  ośmieliłby  się  skierować  do  swego  biskupa.  W  końcu  rzymski  biskup  był 
bliższy  krynicy  wiary,  a  jego  zachwyt  nad  stekiem  z  koniny  wręcz  zachęcał.  Nie  na  próżno 
proboszcz  nazwał  swój  samochód  Rosynantem  i  prędzej  mógł  się  spodziewać  pomyślnej 
odpowiedzi, jeżeli będzie o nim mówił jak o koniu. 
Monsignore  -  zaczął  -  mam  pewne  pytanie,  które  nieraz  sobie  sam  zadawałem.  Należy  do 
tych, które mogą nurtować raczej mieszkańca wsi niż miasta. - Zawahał się Jak pływak przed 
skokiem  do  zimnej  wody  z  wysokiego  urwiska.  -  Czy  ekscelencja  uważałby  za  herezję 
modlenie się do Boga o życie konia? 
-  O  ziemskie  życie  -  odparł  biskup  bez  chwili  namysłu  -  niel  Modlitwa  byłaby  w  pełni 
dozwolona.  Ojcowie  Kościoła  uczą  nas,  że  Bóg  stworzył  zwierzęta  na  użytek  ludzi  i  długie 
ż

ycie  konia  w  służbie  człowieka  jest  w  oczach  Boga  tak  samo  pożądane  Jak  długie  życie 

mojego mercedesa, który, obawiam się, kiedyś mnie zawiedzie. Jednakże muszę przyznać, ze 
o ile nie ma rejestru cudów związanych z przedmiotami nieożywionymi, o tyle w przypadku 
zwierząt  mamy  przykład  oślicy  Balaama,  która  z  łaski  Boga  odznaczyła  się  w  stosunku  do 
swego pana czymś więcej niż zwykłą przydatnością. 
-  Myślałem  nie  tyle  o  pożytku  z  konia  dla  jego  pana,  ile  o  modlitwie  za  jego  szczęście,  a 
nawet za dobrą śmierć. 
- Nie widzę przeszkód w modleniu się o jego szczęście, może uczyni go to posłuszniejszym i 
przydatniejszym  dla  właściciela,  ale  nie  jestem  pewien,  co  ojciec  ma  na  myśli  mówiąc  o 
dobrej śmierci w przypadku konia. Dobra śmierć dla człowieka oznacza śmierć w pojednaniu 
z  Bogiem,  obietnicę  wieczności.  Możemy  modlić  się  o  ziemskie  życie  dla  konia,  ale  nie  o 
jego żywot wieczny. to na pewno byłoby odchyleniem w stronę herezji. 
Co  prawda  istnieje  w  Kościele  prąd  zmierzający  do  zapewnienia  psu  czegoś,  co  można  by 
nazwać  zalążkiem  duszy,  ale  ja  osobiście  uważam  ten  pomysł  za  sentymentalny  i 
niebezpieczny. Nie powinniśmy otwierać niepotrzebnych drzwi nierozważnymi spekulacjami. 
Jeżeli duszę ma pies, to dlaczego nie nosorożec czy kangur? 
- Albo komar? 
- Otóż to. Widzę, ojcze, że jesteście po właściwej stronie. 
- Nigdy nie potrafiłem zrozumieć, ekscelencjo, jak komar mógł zostać stworzony na pożytek 
człowieka? 
- Ależ ojcze, pożytek jest oczywisty! Komara można przyrównać do bicza w ręku Boga. Uczy 
nas  wytrzymywać  ból  z  miłości  do  Niego.  To  nieznośne  brzęczenie  w  uchu  może  jest 
brzęczeniem Boga? 
-  Taki  sam  pożytek  można  przypisać  pchle.  -  Ojciec  Kichote  miał  niefortunne 
przyzwyczajenie samotnego człowieka: wypowiadał swoje myśli na głos. 
Biskup  przyjrzał  mu  się  uważnie,  ale  w  spojrzeniu  proboszcza  nie  dostrzegł  nawet  cienia 
kpiny. Sprawiał wrażenie człowieka głęboko pogrążonego w swoich myślach. 
- To są niedocieczone tajemnice - powiedział biskup. - Co by się stało z naszą wiarą, gdyby 
nie tajemnice? 
-  Zastanawiam  się  -  rzekł  ojciec  Kichote  -  gdzie  postawiłem  butelkę  koniaku,  którą  ten 
człowiek  z  Tomelloso  przyniósł  mi  jakieś  trzy  lata  temu.  Teraz  nadarza  się  odpowiednia 

background image

 

chwila,  żeby  ją  napocząć.  Ekscelencja  zechce  wybaczyć...  może  Teresa  wie.  -  Poszedł  do 
kuchni. 
Wypił zupełnie dość jak na biskupa - zawyrokowała Teresa. 
- Ććć... Nie tak głośno. Biedny biskup martwi się ogromnie swoim samochodem. 
Zawiódł się na nim... 
-  Moim  zdaniem  to  jego  własna  wina.  Kiedy  byłam  młodą  dziewczyną,  mieszkałam  w 
Afryce. Murzyni i biskupi zawsze zapominają o zatankowaniu benzyny. 
Teresa  naprawdę  tak  myśli?  Racja,  on  nie  stąpa  po  ziemi.  Wierzy,  że  brzęczenie  komara... 
Proszę mi dać koniak. Podczas gdy będzie pił. zobaczę, co się da zrobić z tym jego wozem. 
Wydostał  z  bagażnika  Rosynanta  kanister  z  benzyną.  Nie  wierzył  wprawdzie,  żeby  sprawa 
mogła  być  aż  tak  prosta,  ale  co  szkodziło  spróbować.  Zwłaszcza  że  bak  był  rzeczywiście 
pusty.  Dlaczego  biskup  tego  nie  zauważył?  A  może  zauważył,  ale  wstydził  się  przyznać 
prowincjonalnemu  księdzu  do  czegoś  tak  głupiego?  Zrobiło  mu  się  przykro  za  gościa.  W 
przeciwieństwie do jego własnego biskupa Włoch był sympatycznym człowiekiem. Napił się 
młodego wina bez grymasów, delektował się końskim stekiem... 
Ojciec Kichote nie chciał go upokarzać. Ale co zrobić, żeby biskup zachował twarz? Dłuższą 
chwilę namyślał się, oparty o maskę mercedesa. Jeżeli biskup nie zwrócił uwagi na wskaźnik 
paliwa,  to  nic  łatwiejszego,  jak  udać.  że  on.  ojciec  Kichote.  ma  jakie  takie  wiadomości 
techniczne,  których  w  rzeczywistości  nie  miał.  W  każdym  razie  trochę  smaru  na  rękach  nie 
zaszkodzi... 
Biskup  z  rozkoszą  popijał  koniak  z  Tomelloso.  Z  półki  wziął  stojący  pomiędzy  innymi 
książkami  egzemplarz  dzieła  Cervan-  tesa,  który  ojciec  Kichote  kupił  jeszcze  jako  młody 
chłopiec, i uśmiechał się czytając jakiś fragment, czego własny biskup proboszcza na pewno 
by nie zrobił. 
- Trafiłem na niesłychanie celny ustęp i właśnie go czytałem, kiedy ojciec wszedł. Cóż to za 
moralny  pisarz,  ten  Cervanies.  cokolwiek  tutejszy  biskup  o  ninjjiauog.  .Obowiązkiem 
lojalnych  wasali  jest  mówienie  swoim  panom  całej  prawdy  we  właściwej  formie,  nie 
rozszerzając jej przez pochlebstwo ani nie łagodząc z Jakichkolwiek niskich pobudek. Musisz 
wiedzieć,  Sancho,  że  gdyby  do  uszu  książąt  trafiała  naga  prawda,  nie  przystrojona  w 
pochlebstwa, byłyby to inne czasy”. W jakim stanie ojciec znalazł mercedesa? Czyżby zaklął 
go jakiś czarownik w tej niebezpiecznej okolicy La Manchy? 
- Samochód jest gotów do jazdy, monsignore. 
- Stał się cud? Czy mechanik wrócił z pogrzebu? 
-  Mechanik  jeszcze  nie  wrócił,  więc  sam  rzuciłem  okiem  na  silnik.  -  Wyciągnął  ręce  przed 
siebie. - Brudna robota. Benzyny było bardzo mało, ale temu mogłem zaradzić, zawsze mam 
zapas w kanistrze. Zastanawiam się tylko, co było prawdziwą przyczyną uszkodzenia? 
- A więc to chodziło nie tylko o benzynę! - zawołał biskup z zadowoleniem. 
-  Musiałem  w  silniku  naprawić  to  i  owo,  nigdy  nie  pamiętam  technicznych  nazw  tych 
urządzeń,  sporo  się  przy  nich  namajstrowałem,  ale  teraz  wszystko  chodzi  jak  trzeba.  Może 
przydałoby się, żeby w Madrycie jakiś fachowiec przejrzał... 
- Więc mogę ruszać? 
- Chyba że ekscelencja miałby ochotę na małą sjestę. Teresa przygotowałaby moje łóżko. 
-Nie, nie, ojcze, czuję się całkowicie orzeźwiony doskonałym winem i stekiem - och, ten stek! 
Poza tym czekają na mnie w Madrycie z kolacją, a w ogóle nie lubię prowadzić po ciemku. 
Kiedy tak szli w kierunku szosy, biskup zapytał księdza: 
- Od ilu lat ojciec mieszka w El Toboso? 
Od dzieciństwa, monsignore. Z wyjątkiem okresu studiów. 
- Gdzie? 
- W Madrycie. Wolałem w Salamance, ale tam był za wysoki standard dla mnie. 

background image

 

-  Pomyśleć,  te  człowiek  o  takich  zdolnościach  marnuje  się  w  El  Toboso...  Na  pewno  wasz 
biskup... 
- Niestety, mój biskup wie, jak nikle są moje zdolności. 
- Czy biskup potrafiłby naprawić samochód? 
- Mam na myśli zdolności duchowe. 
-  W  Kościele  potrzebni  nam  są  ludzie  o  praktycznych  uzdolnieniach  także.  W  dzisiejszym 
ś

wiecie astuzia, w sensie mądrości świeckiej, musi łączyć się z modlitwą. 

Kapłan,  który  potrafi  podjąć  niespodziewanego  gościa  dobrym  winem,  dobrym  serem  i 
wspaniałym  stekiem,  jest  kapłanem,  który  potrafi  zachować  swoją  godność  w  najwyższych 
kręgach.  Musimy  doprowadzać  grzeszników  do  pokuty,  a  przecież  więcej  ich  jest  wśród 
burżuazji niż wśród chłopstwa. Chciałbym, żeby ojciec piął się do góry jak jego przodek Don 
Kichote po szerokich traktach świata... 
- Ekscelencjo, to był wariat! 
-  To  samo  mówią  o  świętym  Ignacym.  Ale  już  widzę  szeroki  trakt,  którym  muszę  jechać, 
widzę swój samochód... 
-Jak twierdzi mój biskup, on był fikcją, która się zrodziła tylko w umyśle pisarza. 
Może my wszyscy jesteśmy fikcją w umyśle Boga? 
- Więc miałbym walczyć z wiatrakami? 
-  Tylko  dzięki  walce  z  wiatrakiem  Don  Kichote  odkrył  prawdę  na  łożu  śmierci  -  odrzekł 
biskup i siadając za kierownicą mercedesa zaintonował akcentując jak w Gregorianum: - „Nie 
ma w tym roku ptaków w zeszłorocznych gniazdach". 
Piękne zdanie - stwierdził ojciec Kichote - ale co on chciał przez to powiedzieć? 
- Sam do końca tego nie przeniknąłem, ale na pewno wystarczy, źe jest piękne. 
Kiedy  samochód  z  delikatnym,  zdrowym  pomrukiem  odjeżdżał  drogą  na  Madryt,  ojciec 
Kichote stwierdził powonieniem, że na krótką chwilę biskup pozostawił po sobie przyjemny 
zapach: mieszankę młodego wina. koniaku i manchegartsklego sera. Gdy te wonie zawisły w 
powietrzu, ktoś obcy mógł je wziąć za egzotyczne kadzidło. 
Parę  tygodni  minęło  w  niczym  nie  zakłóconym,  spokojnym  rytmie  poprzednich  lat.  Teraz, 
kiedy proboszcz już wiedział, że podawany mu od czasu do czasu stek był z koniny, witał go 
niewinnym  uśmiechem  -  wszak  nie  musiał  wyrzucać  sobie  rozrzutności  -  przez  pamięć  na 
włoskiego biskupa, który okazał tyle dobroci, tyle uprzejmości i taki sentyment do alkoholu. 
Wydawało  mu  się,  że  to  jeden  z  tych  pogańskich  bożków,  o  których  uczył  się  na  lekcjach 
łaciny,  gościł  przez  godzinę  czy  dwie  pod  jego  dachem.  Czytał  teraz  bardzo  mało,  z 
wyjątkiem  brewiarza  i  gazety,  w  której  nikt  go  nie  poinformował,  że  czytanie  brewiarza  nie 
jest  już  obowiązkowe.  Interesowały  go  szczególnie  doniesienia  o  kosmonautach,  bowiem 
nigdy  nie  potrafił  wyzbyć  się  myśli,  że  gdzieś  w  bezmiarach  przestrzeni  istnieje  królestwo 
boże, toteż od czasu do czasu zaglądał do starego podręcznika teologii, chcąc się upewnić, iż 
krótka  homilia,  jaką  zamierza  wygłosić  na  niedzielnej  mszy,  będzie  całkowicie  zgodna  z 
nauką Kościoła. 
Raz  w  miesiącu  otrzymywał  także  z  Madrytu  periodyk  teologiczny.  Zawierał  on  słowa 
krytyki  pod  adresem  niebezpiecznych  poglądów,  wypowiadanych  nawet  przez  jakiegoś 
kardynała  w  Holandii  czy  Belgii,  zapomniał  imienia,  albo  wypisywanych  przez  księdza  o 
niemieckim nazwisku przypominającym mu Lutra, ale przykładał mało wagi do tych krytyk, 
jako że było nieprawdopodobieństwem, żeby musiał bronić prawowierności Kościoła wobec 
rzeźnika,  piekarza,  mechanika  czy  nawet  restauratora,  który  był  najbardziej  wykształconym 
człowiekiem w El Toboso z wyjątkiem burmistrza, ale ponieważ burmistrz uważany był przez 
biskupa  za  ateistę  i  komunistę,  można  go  było  spokojnie  pominąć  w  sprawach  dotyczących 
doktryny  Kościoła.  W  gruncie  rzeczy  proboszcz  bardziej  lubił  pogwarzyć  na  rogu  ulicy  z 
burmistrzem niż z którymkolwiek z parafian. W towarzystwie burmistrza nie czuł się czymś 
w  rodzaju  oficjalnego  zwierzchnika;  równało  ich  wspólne  zainteresowanie  postępami  w 

background image

 

opanowaniu  przestrzeni  kosmicznej,  w  dodatku  zachowywali  się  wobec  siebie  taktownie. 
Ojciec  Kichote  nie  wspominał  o  możliwości  spotkania  się  sputnika  z  go  ściem  ze  sfer 
anielskich,  burmistrz  zaś  wykazywał  naukową  bezstronność  w  stosunku  do  rosyjskich  czy 
amerykańskich osiągnięć. Ojciec Kichote także nie widział różnicy pomiędzy tymi załogami z 
chrześcijańskiego punktu widzenia; sądził, źe jedne i drugie składają się z ludzi poczciwych, 
prawdopodobnie  dobrych  ojców  i  dobrych  małżonków,  ale  w  hełmach  i  skafandrach 
kosmonautów, które mogły pochodzić z tej samej firmy, nie umiał wyobrazić sobie żadnego z 
nich w towarzystwie archanioła Gabriela czy Michała, a już w żadnym razie w towarzystwie 
Lucyfera,  gdyby  zamiast  unieść  się  ku  królestwu  bożemu  ich  statek  kosmiczny  zrobił 
gwałtownie korkociąg w kierunku czeluści piekielnych. 
Przyszedł  list  -  powiedziała  Teresa  patrząc  na  proboszcza  podejrzliwie.  -  Nie  wiedziałam, 
gdzie ojca szukać. 
- Byłem w miasteczku, rozmawiałem z burmistrzem. 
- Z tym heretykiem? 
- Tereso, gdyby nie było heretyków, księża nie mieliby wiele do roboty. 
- List od biskupa - warknęła gospodyni. 
O,  Boże!  O,  Boże!  -  Przez  dłuższą  chwilę  siedział  z  listem  w  ręku  i  nie  miał  odwagi  go 
otworzyć. Nie przypominał sobie ani jednego pisma biskupa, które by nie zawierało takiego 
czy innego zarzutu. Kiedyś, na przykład, odwrócił kierunek wielkanocnych datków płynących 
do jego kieszeni i trafiły one do działacza towarzystwa dobroczynnego o szacownej łacińskiej 
nazwie „In Vinculis”, powołanego rzekomo do troszczenia się o duchowe potrzeby biednych 
więźniów.  Ten  akt  prywatnej  dobroczynności  księdza  dotarł  do  uszu  biskupa,  kiedy  ów 
działacz  został  aresztowany  za  zorganizowanie  ucieczki  pewnych  uwięzionych  wrogów 
Generalissimusa.  Biskup  nazwał  go  wariatem  -  terminem,  który  Chrystus  potępił.  Burmistrz 
natomiast  poklepał  go  po  plecach  i  nazwał  godnym  potomkiem  wielkiego  przodka,  który 
uwolnił galerników. 
A  potem  były  czasy...  potem  znów  Inne  czasy...  chętnie  wypiłby  szklaneczkę  malagi  dla 
dodania sobie animuszu, gdyby po wizycie biskupa Motopo pozostała bodaj kropelka. 
Z  westchnieniem  złamał  czerwoną  pieczęć  i  otworzył  kopertę.  Jak  się  tego  obawiał,  list 
wydawał  się  pisany  w  napadzie  zimnej  wściekłości.  „Otrzymałem  najzupełniej  niepojęte 
pismo  z  Rzymu  -  pisał  biskup  -  które  w  pierwszej  chwili  uznałem  za  żart  w  najgorszym 
guście,  naśladujący  eklezjastyczny  styl  i  zapewne  inspirowany  przez  członka  owej 
komunistycznej  organizacji,  której  popieranie  Ksiądz  uznał  za  swój  obowiązek  z  powodów 
nadal  dla  mnie  niejasnych.  Kiedy  zwróciłem  się  o  potwierdzenie,  nadeszło  dzisiaj  zwięzłe 
pismo potwierdzające to pierwsze i nakazujące mi niezwłocznie zakomunikować Księdzu, iż 
Ojciec Święty uznał za stosowne, za jakimś dziwnym wstawiennictwem Ducha Świętego 
-  nie  do  mnie  należy  dochodzić,  jakim  -  podnieść  Ojca  do  godności  prałata,  zdaje  się,  że  z 
rekomendacji  jakiegoś  biskupa  z  Motopo,  o  którym  nigdy  nie  słyszałem,  bez  zasięgnięcia 
mojej opinii, a przecież to ode mnie taka rekomendacja powinna była, rzecz jasna, wyjść; nie 
muszę  dodawać,  że  byłoby  to  z  mojej  strony  całkiem  nieprawdopodobne.  Posłuszny  Ojcu 
Ś

więtemu, przekazuję Księdzu tę nowinę; mogę  się tylko modlić, żeby Ksiądz nie przyniósł 

wstydu  godności,  jaką  Ojciec  Święty  zechciał  Go  obdarzyć.  Niektóre  skandale,  wybaczone 
tylko  dlatego,  że  spowodowała  je  ignorancja  proboszcza  z  El  Toboso,  miałyby  znacznie 
większy  rozgłos,  gdyby  spowodowała  je  nierozwaga  prałata.  A  więc  rozwagi,  drogi  Ojcze, 
rozwagi,  bardzo  o  nią  proszę.  Jednakże  napisałem  do  Rzymu,  chcąc  zwrócić  uwagę  na 
absurdalność faktu, że tak mała parafia jak El Toboso znajdzie się w gestii prałata, albowiem 
nadana  godność  urazi  wielu  zasłużonych  kapłanów  w  La  Manchy,  i  prosząc  o  pomoc  w 
znalezieniu  obszerniejszego  pola  działania  dla  Księdza,  może  w  innej  diecezji  czy  nawet  na 
niwie misyjnej”. 
Złożony list upadł na podłogę. 

background image

 

-Co pisze? - zapytała Teresa. 
- Chce mnie wypędzić z El Toboso. - W głosie proboszcza zabrzmiała nuta takiej rozpaczy, że 
Teresa szybko wycofała się do kuchni, nie mogąc znieść jego smutnego wzroku. 
 

background image

 

10 

 

Jak monsignore Kichote wyruszył w podró

ż

 
W jakiś tydzień po otrzymaniu przez ojca Kichote'a listu od biskupa w prowincji La Mancha 
odbyły  się  lokalne  wybory  i  burmistrz  El  Toboso  poniósł  niespodziewaną  porażkę.  „Siły 
prawicy zwarły się - uświadomił proboszcza - i szukają drugiego Generalissimusa", po czym 
opowiedział  o  pewnych  intrygach,  o  których  miał  dokładne  informacje,  knutych  przez 
właściciela I warsztatu samochodowego, rzeźnika i właściciela drugorzędnej restauracji, który 
chciał  rozszerzyć  swój  zakład.  Właśnie  wtedy  jakiś  tajemniczy  nieznajomy  pożyczył 
restauratorowi  pieniądze,  co  pozwoliło  mu  w  rezultacie  kupić  nową  zamrażarkę.  W  dziwny 
sposób,  którego  ojciec  Kichote  absolutnie  nie  umiał  pojąć,  miało  to  poważnie  wpłynąć  na 
wyniki wyborów. 
- Umywam ręce od El Toboso - oświadczył eks-burmistrz. 
-  A  ja  zostaję  wygnany  przez  biskupa  -  zwierzył  się  ojciec  Kichote  i  opowiedział  swoją 
smutną historię. 
Powinienem był księdza ostrzec. To są skutki zaufania do Kościoła. 
-  Tu  nie  chodzi  o  Kościół,  lecz  o  biskupa.  Mało  mnie  on  obchodzi,  niech  mi  Bóg  wybaczy. 
Ale pan - to inna sprawa. Jest mi niesłychanie przykro za pana, drogi przyjacielu. 
Partia pana zawiodła, Sancho. 
Burmistrz  nosił  nazwisko  Zancas,  tak  jak  oryginalny  Sancho  Pansa  w  prawdziwej  historii 
Cervantesa, a chociaż na chrzcie otrzymał imię Enrique, pozwalał swemu przyjacielowi ojcu 
Kichote’owi przekomarzać się z sobą i nazywać siebie Sancho. 
- Partia nie ma nic do tego. To robota ludzi, i Znowu wymieni! rzeźnika, mechanika i sprawę 
zamrażarki. - W każdej partii są zdrajcy. W waszej także, ojcze. Mieliście przecież Judasza... 
- A wy Stalina... 
- Nie wywlekajmy tej zwietrzałej historii. 
- Historia Judasza jest jeszcze starsza. 
- Aleksander VI... 
-  Trocki.  Chociaż  przypuszczam,  że  teraz  wolno  panu  mieć  o  nim  inną  opinię.  -  W  ich 
argumentach mało było logiki, ale kłótnia wisiała w powietrzu. 
- A jaka jest księdza opinia o Judaszu? W Kościele etiopskim jest on świętym. 
- Sancho, Sancho, różnimy się zbyt zasadniczo, żeby prowadzić dyskusję. Chodźmy lepiej do 
mnie na szklaneczkę malagi... Och, zapomniałem, przecież biskup ją wykończył. 
Biskup? Ojciec pozwolił, żeby ten łobuz... 
-To był inny biskup. Dobry człowiek, niemniej jednak stał się przyczyną moich kłopotów. 
- No to chodźmy do mnie na kieliszek uczciwej wódki. 
- Wódki? 
- Polskiej wódki. Z katolickiego kraju. 
Ojciec Kichote jeszcze nigdy w życiu nie miał w ustach wódki. Pierwszy kieliszek wydał mu 
się bez smaku, ale drugi wprawił go w radosny nastrój. 
-Będzie panu brakowało obowiązków burmistrza - powiedział. 
-Zamierzam  wziąć  urlop.  Nie  wysunąłem  nosa  poza  El  Toboso  od  śmierci  tego  łajdaka 
Franco. Gdybym tylko miał samochód... 
Ojciec Kichote pomyślał o Rosynancie i coś mu zaświtało w głowie. 
-  Moskwa  jest  za  daleko  -  ciągnął  dalej  burmistrz.  -  No  i  byłoby  za  zimno.  Wschodnie 
Niemcy... Nie mam ochoty tam jechać, za dużo Niemców widzieliśmy w Hiszpanii. 
„Przypuśćmy 1 rozmyślali ojciec Kichote - że zostanę wydalony do Rzymu. Rosynant nigdy 
w świecie nie wytrzyma takiej podróży. Biskup wspomniał nawet o niwie misyjnej. Rosynant 
zbliża  się  do  końca  swoich  dni.  Przecież  nie  mogę  dopuścić,  żeby  zmarł  gdzieś  na  poboczu 

background image

 

11 

afrykańskiej  szosy,  gdzie  zostanie  rozebrany  na  kawałki  dla  głupiej  skrzyni  biegów  czy 
klamki". 
San Marino jest najbliższym państwem, w którym rządzi partia. Jeszcze kieliszek, ojcze? 
Proboszcz bezmyślnie wyciągnął rękę. 
- Co ojciec będzie robił z dala od El Toboso? 
- Wykonam rozkaz. Udam się tam, dokąd mnie poślą. 
Wygłaszać kazania do nawróconych? Tak jak tutaj? 
To niewybredna kpina, Sancho. Wątpię, czy ktokolwiek bywa w pełni nawrócony. 
- Nawet papież? 
Może  nawet  papież,  biedaczysko.  Kto  wie,  o  czym  myśli  po  nocach  w  swoim  łóżku  po 
odmówieniu wszystkich pacierzy? 
- A ojciec? 
-  Cóż,  jestem  takim  samym  ignorantem  jak  każdy  w  parafii.  Tyle  że  przeczytałem  więcej 
książek w czasie studiów, ale to się zapomina... 
A jednak ojciec wierzy w cały ten nonsens. Bóg, Trójca Święta, Niepokalane Poczęcie... 
Bo chcę wierzyć. I chcę, żeby inni wierzyli. 
- Dlaczego? 
Gdyż pragnę, żeby byli szczęśliwi. 
Niech się napiją trochę wódki. To lepsze niż narzucanie wiary. 
- Wódka wietrzeje. Czuję to już teraz. 
- Wiara także. 
Ojciec  Kichote  spojrzał  zdziwiony.  Patrzył  z  niejakim  rozmarzeniem  na  ostatnie  krople  w 
kieliszku. 
- Pańska wiara? 
- I ojca też. 
- Dlaczego pan tak myśli? 
- Bo takie jest życie, ojcze, z jego brudnymi machinacjami. Wiara wygasa tak jak pragnienie 
kobiety. Wątpię, czy ojciec stanowi wyjątek od ogólnej reguły. 
- Jak pan uważa, czy byłoby źle, gdybym wypił następny kieliszek? 
Wódka jeszcze nigdy nikomu nie zaszkodziła. 
- Byłem wprost zdumiony, ile potrafił wypić biskup Motopo. 
Gdzie jest Motopo? 
- In partibus injidelium 
- Już dawno zapomniałem tej odrobinki łaciny, którą kiedyś znałem. 
Nie przypuszczałem, że znał ją pan kiedykolwiek. 
-  Rodzice  chcieli,  żebym  został  księdzem.  Nawet  studiowałem  w  Salamance.  Nigdy  ojcu  o 
tym nie mówiłem. In vodka ventas. 
- A więc dlatego wiedział pan o Kościele etiopskim! Byłem trochę zaskoczony. 
-  Są  takie  małe  strzępki  nieprzydatnych  wiadomości,  które  przysysają  się  do  mózgu,  jak 
ś

limaki  do  dna  łodzi.  Ale,  ale,  czytał  ksiądz,  że  kosmonauci  radzieccy  pobili  rekord 

przebywania w kosmosie? 
- Tak, coś takiego słyszałem wczoraj w radio. 
- I przez cały ten czas nie spotkali ani jednego anioła. 
- A pan czytał o czarnych dziurach w kosmosie, Sancho? 
-  Wiem,  co  ojciec  chce  powiedzieć.  Ale  słowo  „dziury”  używane  jest  tylko  jako  metafora. 
Jeszcze kieliszek? Niech ojciec nie obawia się żadnego biskupa. 
- Pańska wódka budzi we mnie nadzieję. 
- Na co? 
- Rzekłbym - utraconą nadzieję. 
- Słucham, proszę mówić. Jaką nadzieję? 

background image

 

12 

- Nie mogę powiedzieć. Pan by mnie wyśmiał. Może przyjdzie taki dzień, że panu opowiem o 
swojej nadziei. Jeżeli Pan Bóg da mi czas. No i panu także, oczywiście. 
Powinniśmy się częściej spotykać, ojcze. Może nawrócę cię na Marksa. 
- Ma pan Marksa na półce? 
- Oczywiście! 
- „Kapitał”? 
- Tak. Między innymi. O, proszę. Nie zaglądałem do niego od dłuższego czasu. Jeśli mam być 
szczery,  to  zawsze  uważałem,  że  pewne  partie  są...  przestarzałe...  wszystkie  te  statystyki 
dotyczące  angielskiej  rewolucji  przemysłowej.  Wyobrażam  sobie,  że  ksiądz  uważa  pewne 
partie Biblii także za nudne. 
-  Dzięki  Bogu  nie  musimy  studiować  Księgi  Liczb  ani  Księgi  Powtórzonego  Prawa,  ale 
Ewangelia nie jest nudna. O, Boże, jak późno! Czy to wódka sprawia, że czas tak ucieka? 
-  Ojciec  przypomina  mi  swego  przodka.  Tamten  wierzył  w  te  wszystkie  powieści  rycerskie, 
zupełnie przestarzałe nawet w jego czasach... 
- Nigdy w życiu nie przeczytałem ani jednej powieści rycerskiej. 
-  Ale  nadal  ksiądz  czyta  te  stare  księgi  teologiczne.  To  są  ojca  powieści  rycerskie.  Ojciec 
wierzy w nie akurat tak samo. Jak tamten w swoje księgi. 
- Głos Kościoła jest ponadczasowy, Sancho. 
- Wcale nie, ojcze. Wasz Drugi Sobór Watykański zdezaktualizował nawet świętego Jana. 
- Co za bzdury pan wygaduje! 
- Na zakończenie mszy już nie czyta się tych słów świętego Jana: „Na świecie był, a świat był 
przez Niego stworzony i świat Go nie poznał". 
- Dziwne, że pan to wie. 
- Och, czasami zaglądam do kościoła pod koniec mszy, żeby się upewnić, że żaden z moich 
ludzi tam nie uczęszcza. 
- Ja nadal mówię te stówa. 
-  Aie  nie  na  glos.  Wasz  biskup  by  na  to  nie  zezwolił.  Ojciec  jest  jak  Jego  przodek,  który 
czytał  powieści  rycerskie  po  kryjomu.  tak  że  wiedziała  o  tym  tylko  jego  siostrzenica,  no  i 
doktor, dopóki... 
- Plecie pan strasznie dużo głupstw, Sancho. 
- ... dopóki nie uciekł na swoim Rosynancie, ażeby dokonywać czynów rycerskich w świecie, 
który już nie wierzył w te stare bajeczki. 
-  I  to  w  towarzystwie  ignoranta  imieniem  Sancho.  -  Ojciec  Kichote  odparował  cios  z 
odcieniem złośliwości, której natychmiast pożałował. 
-W towarzystwie Sancha - powtórzył burmistrz. - Czemu nie? 
- Biskup nie może mi odmówić krótkiego urlopu. 
- Ojciec musi pojechać do Madrytu i kupić nowy mundur. 
- Mundur? Jaki mundur? 
-  Fioletowe  skarpetki,  monsignore,  oraz  fioletową...  jak  nazywacie  ten  interesik,  który  oni 
noszą poniżej kołnierza? 
- Pechera. To brednie. Nikt mnie nie zmusi do noszenia fioletowych skarpetek i fioletowej... 
- Ojciec należy do armii Kościoła i nie może odmówić noszenia oznak swojej godności. 
- Nigdy nie prosiłem o mianowanie mnie prałatem. 
- Oczywiście, ksiądz może wycofać się z armii. 
- A pan mógłby wycofać się z partii? 
Wypili jeszcze po jednym kieliszku i zapadli w przyjazne milczenie; w milczenie, w którym 
ich marzenia mogły się rozwijać swobodnie. 
- Myśli ojciec, że jego samochód dałby radę zawieźć nas aż do Moskwy? 
-  Na  to  Rosynant  jest  za  stary.  Zepsułby  się  w  drodze.  Zresztą,  biskup  nie  uznałby  chyba 
Moskwy za odpowiednie dla mnie miejsce spędzania urlopu. 

background image

 

13 

- Monsignore nie jest już w służbie biskupa. 
- Ale Ojciec Święty... Wie pan, może Rosynant mógłby dojechać do Rzymu. 
- Rzym wcale mnie nie nęci. Nic innego nie widać na ulicach, jak tylko fioletowe skarpetki. 
- Sancho, Rzym ma komunistycznego burmistrza. 
- Nie nęci mnie eurokomunizm, tak samo jak ojca nie nęci protestantyzm. O co chodzi, ojcze? 
Coś cię gnębi? 
- Wódka zrodziła we mnie marzenie i wódka mi je odebrała. 
- Nie martw się, ojcze. Nie jesteś przyzwyczajony do wódki, poszła ci do głowy... 
- Czemu tak się dzieje? Najpierw radosne marzenie... a potem rozpacz. 
-  Rozumiem,  co  ksiądz  ma  na  myśli.  Wódka  czasem  tak  działa  i  na  mnie,  jeżeli  wypiję 
odrobinę za dużo. Odprowadzę ojca do domu. 
Rozstawali się przy drzwiach plebanii. 
- Ojciec musi się na chwilę położyć. 
- Teresie wyda się to raczej dziwne o tej porze. I jeszcze nie czytałem brewiarza... 
- To już nie obowiązuje, prawda? 
Ciężko  przychodzi  mi  przełamywanie  nawyków.  Mogą  one  dawać  pewną  pociechę,  nawet 
jeżeli są trochę nudne. 
- Sądzę, że rozumiem. Mnie się z kolei zdarza zagłębiać w „Manifest komunistyczny”. 
- Też daje pociechę? 
Czasem, ale niewiele, niezbyt dużo. Tylko troszkę... 
- Musi mi pan to kiedyś pożyczyć. 
- Może w czasie naszej podróży. 
- Pan nadal wierzy w naszą podróż? Bardzo wątpię, czy jesteśmy odpowiednimi kompanami, 
pan i Ja. Dzieli nas olbrzymia przepaść, Sancho. 
-  Olbrzymia  przepaść  dzieliła  także  protoplastę  księdza  od  tego,  kogo  ksiądz  nazywa  moim 
przodkiem, a Jednak... 
- Słusznie, a jednak... 
Ojciec Kichote Spiesznie odszedł. W domu sięgnął po brewiarz z półki, ale zanim przeczytał 
parę  zdań  -  zasnął,  a  kiedy  się  zbudził,  jedyne,  co  zdołał  zapamiętać,  to  to,  że  właził  na 
wysokie  drzewo  i  strącił  gniazdo,  puste,  zasuszone  i  kruche,  pozostałość  po  roku,  który 
przeminął. 
 
Wielkiej  odwagi  wymagało  od  księdza  napisanie  listu  do  biskupa,  a  jeszcze  większej  - 
otworzenie  koperty  z  odpowiedzią,  która  nadeszła  we  właściwym  czasie.  Zaczynała  się 
krótko: „Monsignore", a brzmienie tego tytułu miało smak octu. „El Toboso - pisał biskup - 
jest  jedną  z  najmniejszych  parafii  w  mojej  diecezji,  toteż  trudno  mi  uwierzyć,  żeby 
wykonywane  przez  Księdza  obowiązki  stanowiły  tak  wielki  ciężar.  Jednakże  gotów  jestem 
spełnić prośbę o udzielenie urlopu i deleguję młodego kapłana, ojca Herrerę, żeby czuwał nad 
parafią podczas Jego nieobecności. Mam nadzieję, że Ksiądz zechce odroczyć swój urlop do 
chwili  nabrania  absolutnej  pewności,  iż  ojciec  Herrera  poznał  wszystkie  problemy,  jakie 
mogą  istnieć  w  tej  parafii,  tak  że  proboszcz  będzie  mógł  opuścić  swoich  wiernych  z 
całkowitym  zaufaniem  do  zastępcy.  Porażka  burmistrza  El  Toboso  w  niedawno 
przeprowadzonych wyborach wydaje się wskazywać na to, iż prąd zaczyna płynąć nareszcie 
we właściwym kierunku, więc może młody kapłan, obdarzony bystrością umysłu i dyskrecją 
ojca Herrery  (otrzymał najwyższe oceny i zrobił doktorat z teologii moralnej w Salamance), 
zdoła lepiej wykorzystać te tendencje niż człowiek starszy. Jak się Ksiądz zapewne domyśla, 
napisałem do arcybiskupa w sprawie Jego przyszłości i jestem prawie pewien, że do powrotu 
z  urlopu  znajdziemy  dla  Niego  strefę  działalności  odpowiedniejszą  niż  El  Toboso  i  o 
mniejszym ciężarze obowiązków dla kapłana w Jego wieku i Jego rangi...” 

background image

 

14 

List  był  nawet  gorszy  niż  to,  czego  się  proboszcz  spodziewał,  toteż  z  narastającym 
niepokojem  oczekiwał  przybycia  ojca  Her-  rery.  Nakazał  Teresie  natychmiast  zainstalować 
swego zastępcę w sypialni i prosił ją o zdobycie, jeśli się da, składanego łóżka do bawialni. 
-  Gdyby  Teresa  nie  zdołała  znaleźć  czegoś  takiego  -  dodał  -  to  fotel  będzie  dla  mnie 
wystarczająco wygodny. Nieraz sypiałem w nim po południu. 
- Jak jest młody, to niech on śpi w fotelu. 
- Na razie jest moim gościem, Tereso. 
- Co to ma znaczyć „na razie"? 
-  Obawiam  się,  że  biskup  chętnie  mianuje  go  moim  następcą  w  El  Toboso.  Ja  się  starzeję, 
Tereso. 
- Jeżeli ksiądz jest taki stary, to nie powinien wybierać się na włóczęgę. Pan Bóg jedyny wie, 
dokąd. Tak czy owak, proszę nie liczyć, że będę pracować u innego księdza. 
-  Trzeba  mu  dać  szansę,  Tereso,  trzeba  dać  szansę.  Ale  w  żadnym  wypadku  proszę  nie 
zdradzać tajemnicy swoich wspaniałych steków. 
Po  trzech  dniach  przybył  ojciec  Herrera.  Proboszcz,  który  poszedł  uciąć  pogawędkę  z  eks-
burmistrzem,  po  powrocie  do  domu  zastał  w  progu  młodego  księdza  z  elegancką  czarną 
walizką w ręku. Teresa zagradzała wejście, uzbrojona w ścierkę. Ojciec Herrera był zapewne 
blady  z  natury,  w  dodatku  wyglądał  na  zdenerwowanego;  w  jego  koloratce  odbijał  się 
promień słońca. 
- Monsignore Kichote? - zapytał. - Jestem ojciec Herrera. Ta kobieta nie chce mnie wpuścić. 
-  Tereso,  Tereso,  jak  nieładnie!  Gdzie  się  podziały  dobre  maniery?  Przecież  to  nasz  gość! 
Proszę iść i przygotować dla ojca Herrery filiżankę kawy. 
- Broń Boże! Nigdy nie piję kawy! Nie mogę po niej w nocy spać! 
W bawialni ojciec Herrera bez wahania zawładnął jedynym fotelem. 
-  Cóż  to  za  narwana  kobieta  -  stwierdził.  -  Powiedziałem  jej,  że  jestem  przysłany  przez 
biskupa, na co odpowiedziała czymś bardzo ordynarnym. 
- Jak każdy z nas, ma swoje uprzedzenia. 
- Biskupowi by się to nie podobało. 
- Cóż. on nie słyszał, a my mu nie powiemy, prawda? 
- Byłem całkiem zaszokowany, monsignore. 
- Wolałbym, żeby mnie ksiądz nie nazywał monsignorem. Proszę mówić do mnie 
„ojcze”, jeśli łaska. Jestem dostatecznie stary, żeby nim być. Czy ksiądz ma doświadczenie w 
pracy parafialnej? 
-  Niebezpośrednio.  Byłem  przez  trzy  lata  sekretarzem  Jego  Ekscelencji.  Odkąd  opuściłem 
Salamankę. 
- Na początku mogą być trudności. W El Toboso jest dużo takich Teres. Ale jestem pewien, 
ż

e ksiądz nauczy się szybko. Z czego ojciec robił doktorat?... Niech sobie przypomnę... 

- Teologia moralna. 
-  Och,  zawsze  uważałem,  że  jest  to  bardzo  trudny  temat.  Mało  go  nie  oblałem,  nawet  w 
Madrycie. 
- Widzę na półce książkę ojca Heriberta Jonego. To Niemiec. Niemniej jednak bardzo solidny 
w tym przedmiocie. 
-  Niestety,  nie  miałem  tej  książki  w  ręku  od  wielu  lat.  Jak  ksiądz  może  sobie  wyobrazić, 
teologia moralna nie gra wielkiej roli w duszpasterstwie parafialnym. 
- Ja bym ją uważał za podstawową. W konfesjonale. 
-Kiedy  do  mnie  zgłasza  się  piekarz  czy  mechanik,  i  to  niezbyt  często,  ich  problemy  są 
zazwyczaj bardzo proste. Cóż, muszę zaufać mojemu instynktowi. Nie mam czasu sprawdzać 
u ojca Jonego. 
- Instynkt musi się opierać na zdrowych podstawach, monsignore... przepraszam, ojcze. 

background image

 

15 

-  Niewątpliwie.  Ale  może  tak  jak  mój  przodek,  pokładam  większe  zaufanie  w  starych 
książkach, napisanych zanim się Jone narodził? 
- Książki tego przodka traktowały zapewne o rycerstwie? 
-  Cóż...  może  i  moje,  w  pewien  sposób,  także  traktują  o  rycerstwie.  Święty  Jan  od  Krzyża, 
ś

więta  Teresa,  święty  Franciszek  Salezy.  No  i  Ewangelia,  ojcze.  „Pozwólcie  nam  iść  do 

Jeruzalem i umrzeć z Nim”. Don Kichote nie mógł wyrazić tego lepiej niż święty Tomasz. 
- Oczywiście, rzecz jasna, że każdy uznaje Ewangelię - powiedziane to byto tonem kogoś, kto 
ustępuje  swemu  oponentowi  w  małym  i  nieważnym  punkcie.  1  Niemniej  jednak  Jone  jest 
bardzo mocny w teologii moralnej, bardzo mocny. Ojciec coś mówił? 
-  Och,  nic.  Taki  sobie  truizm,  którego  nie  mam  prawa  używać.  Chciałem  tylko  dodać,  że 
jeszcze jedną zdrową podstawę stanowi miłość Boga. 
Pewnie,  pewnie.  Ale  nie  wolno  nam  zapominać  o  Jego  sprawiedliwości.  Monsignore  się 
zgadza? 
- Tak, tak. Tak przypuszczam. 
- Jone robi wyraźny podział pomiędzy miłością a sprawiedliwością. 
-Czy ojciec ukończył kurs sekretarski? Po Salamance? 
Oczywiście! Piszę na maszynie i nie chwaląc się, jestem bardzo dobrym stenografem. 
Teresa wsadziła głowę w drzwi. 
-Usmażyć dla księdza stek? 
-Proszę o dwa steki, Tereso. 
Padający  promień  słońca  znów  rozjarzył  się  na  koloratce  ojca  Herrery,  kiedy  ten  odwrócił 
głowę.  Błysk  był  jak  gdyby  świetlnym  sygnałem.  Ale  czego?  Ojciec  Kichote  pomyślał,  że 
jeszcze  nigdy  nie  widział  tak  nieskazitelnie  czystej  koloratki  i  w  ogóle  tak  schludnego 
człowieka, w dodatku o twarzy tak gładkiej i białej, że pewnie nigdy nie wymagała maszynki 
do  golenia.  „To  dlatego,  że  tak  długo  przebywam  w  El  Toboso.  stałem  się  nieokrzesanym 
chłopem. Żyję bardzo, bardzo daleko od Salamanki”. 
Wreszcie nadszedł dzień wyjazdu. Mechanik dość niechętnie dokonał przeglądu Rosynanta i 
uznał, że ewentualnie nadaje się do drogi. 
- Ale nie ręczę za nic - dodał. - Ksiądz powinien był odstawić go do lamusa już pięć lat temu. 
W każdym razie chyba dojedziecie nim do Madrytu. 
- Mam nadzieję, że z powrotem także - powiedział ksiądz. 
- To już inna sprawa. 
Burmistrz  z  trudem  panował  nad  zniecierpliwieniem,  tak  bardzo  chciał  jechać.  Nie  miał 
ochoty asystować przy intronizacji swego następcy. 
-To czarny faszysta, ojcze. Niedługo powrócimy do czasów Franco. 
- Wieczny odpoczynek jego duszy - wymruczał ojciec Kichote niejako automatycznie. 
- On nie miał duszy. Jeżeli coś takiego istnieje. 
Rzeczy  wpakowali  do  bagażnika,  na  tylnym  siedzeniu  rozpierały  się  cztery  skrzynki 
uczciwego wina manchegańskiego. 
-Nie można mieć zaufania do wina madryckiego — orzekł burmistrz. - Dzięki mnie mamy tu 
przynajmniej uczciwą spółdzielnię. 
- Po co nam właściwie Madryt? - zapytał ojciec Kichote. - Pamiętam, jak jeszcze za czasów 
studenckich okropnie nie lubiłem tego miasta i od tamtej pory nigdy tam nie byłem. 
Dlaczego nie mielibyśmy jechać szosą do Cuenca? Słyszałem, że jest to piękna miejscowość i 
o wiele bliżej El Toboso. Nie chciałbym przemęczać Rosynanta. 
-Wątpię, czy dostaniemy fioletowe skarpetki w Cuenca. 
- Znów te fioletowe skarpetki! Nie będę kupował żadnych fioletowych skarpetek! Nie mogę 
sobie pozwolić na wyrzucanie pieniędzy na fioletowe skarpetki, Sancho! 

background image

 

16 

- Ojca przodek żywił właściwy respekt dla munduru błędne go rycerza, nawet jeśli musiał się 
zadowolić  miską  golibrody  zamiast  hełmu.  Ksiądz  jest  błędnym  prałatem  i  musi  nosić 
fioletowe skarpetki. 
Podobno  mój  przodek  był  niespełna  rozumu.  To  samo  powiedzą  o mnie.  Znowu  popadnę  w 
niełaskę.  Doprawdy,  chyba  jestem  trochę  pomylony,  zakpiono  ze  mnie  nadając  mi  godność 
prałata, ja zaś zostawiam El Toboso pod opieką tego młodego kapłana. 
-  Piekarz  ma  o  nim  złą  opinię,  a  ja  widziałem  na  własne  oczy,  jak  rozmawiał  z  tym 
reakcjonistą restauratorem. 
Ojciec Kichote uparł się, że będzie prowadzić: 
- Rosynant ma swoje narowy, ja jeden je znam. 
- Ależ jedziemy nie w tę stronę! 
- Muszę jeszcze wrócić do domu. Zapomniałem czegoś. 
Zostawił  burmistrza  w  samochodzie.  Wiedział,  że  młody  ksiądz  jest  w  kościele.  Pragnął  po 
raz ostatni być sam w tym domu, w którym przemieszkał ponad trzydzieści lat. Poza tym nie 
zabrał z sobą dzieła Heriberta Jonego o teologii moralnej. 
Ś

więty  Jan  od  Krzyża  był  w  bagażniku  razem  ze  świętą  Teresą  i  świętym  Franciszkiem 

Salezym.  Obiecał  ojcu  Herrerze,  aczkolwiek  trochę  niechętnie,  że  porówna  te  stare  księgi  z 
bardziej nowoczesnym dziełem teologicznym, do którego nie zajrzał od czasów studenckich. 
„Instynkt musi się opierać na zdrowych podstawach” I słusznie powiedział ojciec Herrera. 
Jeżeli burmistrz zacznie mu cytować Marksa, to Heribert Jone może się przydać jako replika. 
Zresztą, książka była niewielka i łatwo mieściła się w kieszeni. Na parę chwil usiadł w swoim 
fotelu, który miał siedzenie wymodelowane przez te długie lata jego ciałem. 1 ten kształt był 
mu tak dobrze znany, jak wygięcie siodła musiało być znane jego przodkowi. 
Słyszał, jak Teresa w kuchni szura garnkami z gniewnym mamrotaniem,  które było muzyką 
Jego porannej samotności. „Będzie mi brakowało nawet Jej złych humorów” i pomyślał. Na 
ulicy burmistrz niecierpliwie naciskał klakson. 
-  Przepraszam,  że  kazałem  na  siebie  czekać  -  powiedział  ojciec  Kichote.  a  Rosynant  wydał 
głębokie stęknięcie, kiedy włączał bieg. 
Rozmawiali  z  sobą  bardzo  mało.  Tak  jakby  niezwykłość  tej  przygody  ciążyła  na  ich 
umysłach. Raz jeden burmistrz wypowiedział na głos swoją myśl: 
- Jednak coś musi nas łączyć, bo inaczej dlaczego ojciec jechałby ze mną? 
Może przyjaźń? 
- Czy to wystarczy? 
- Dowiemy się w odpowiednim czasie. 
Milczenie trwało ponad godzinę. Wreszcie znowu przemówił burmistrz: 
- Co cię gnębi, przyjacielu? 
- Właśnie opuściliśmy La Manchę i straciłem poczucie bezpieczeństwa. 
- A co z wiarą? 
Na to pytanie ojciec Kichote nie raczył odpowiedzieć. 
 

background image

 

17 

 

Jak zostało rzucone szczególne 

ś

wiatło na 

Ś

wi

ę

t

ą

 Trójc

ę

 
Odległość  pomiędzy  El  Toboso  a  Madrytem  nie  jest  zbyt  wielka,  ale  potykający  się  chód 
Rosynanta oraz sznur ciężarówek przed nimi sprawiły, że podróżni byli jeszcze na szosie, gdy 
słońce zaczęło powoli zachodzić. 
- Chce mi się jeść i pić - poskarżył się burmistrz. 
- I Rosynant jest bardzo zmęczony i dodał proboszcz. 
Gdybyśmy tylko mogli znaleźć jakąś gospodę! Wprawdzie nie mam zaufania do wina, które 
podają w przydrożnych knajpach... 
Przecież mamy z sobą moc dobrego manchegana. 
- A jedzenie? Jestem głodny! 
-  Teresa  uparła  się,  żeby  położyć  na  tylnym  siedzeniu  Jakąś  paczkę.  Powiedziała,  że  to  na 
wypadek  nagłej  potrzeby.  Obawiam  się,  że  ona  tak  samo  nie  ufa  naszemu  biednemu 
Rosynantowi jak ten mechanik. 
Właśnie jesteśmy w nagłej potrzebie! - stwierdził burmistrz. 
Ojciec Kichote otworzył pakunek. 
-  Niech  Bogu  będą  dzięki  -  zawołał.  -  Duży  kawał  manchegańskiego  sera,  trochę  wędzonej 
kiełbasy, nawet dwie szklanki i dwa noże! 
Nie znam się na dziękowaniu Bogu, ale Teresie niech będą dzięki. 
- Och. to na pewno jest jedno i to samo, Sancho. Wszystkie nasze dobre uczynki są dziełem 
Boga, tak jak wszystkie złe - dziełem szatana. 
- W takim razie musisz wybaczyć naszemu biednemu Stalinowi - odparł burmistrz - bo może 
odpowiedzialność spada tylko na szatana? 
Jechali bardzo wolno wypatrując drzewa, które by im dało schronienie od żaru; 
zachodzące słońce ukośnie muskało pola, rzucając plamy cienia stanowczo zbyt małe dla nich 
obu.  Wreszcie  znaleźli  to,  czego  szukali,  pod  walącą  się  ścianą  ustępu  opodal  opuszczonej 
fermy. Na zwietrzałym kamieniu ktoś wymalował jaskrawą czerwienią sierp i młot. 
-  Wolałbym  jeść  pod  krzyżem  -  oświadczył  ojciec  Kichote.  -Jakie  to  ma  znaczenie?  Smak 
sera nie zmieni się ani od krzyża, ani od młota. A zresztą, czy to taka wielka różnica? Jedno i 
drugie stanowi protest przeciwko niesprawiedliwości. 
- Ale rezultaty wypadły trochę odmiennie. Jeden stworzy! tyranię, drugi - miłosierdzie. 
- Tyrania? Miłosierdzie? A co z inkwizycją i naszym wielkim patriotą Torquemadą? 
- Mniej ludzi ucierpiało od Torquemady niż od Stalina. 
-  Jesteś  tego  pewien?  Bierzesz  pod  uwagę  liczbę  ludności  Rosji  za  Stalina  i  Hiszpanii  za 
Torquemady? 
- Nie jestem statystykiem, Sancho. Otwórz butelkę, jeżeli masz korkociąg. 
- Nie ruszam się bez niego. A tu są noże. Obierz mi kiełbaskę, ojcze. 
-Torquemada przynajmniej myślał, że wiedzie swoje ofiary ku wiekuistej szczęśliwości. 
-  Może  Stalin  też.  Dajmy  spokój  pobudkom,  ojcze.  Pobudki  w  ludzkim  umyśle  są  zagadką. 
Wino  powinno  być  chłodniejsze.  Gdybyśmy  tylko  trafili  na  jakiś  strumyk!  Jutro  musimy 
kupić termos, no i te fioletowe skarpetki. 
Sancho, jeżeli mamy sądzić po prostu na podstawie czynów, to trzeba spojrzeć na rezultaty. 
- Parę milionów zabitych i komunizm opanował prawie pól świata. Niezbyt wysoka cena. 
Każda wojna przynosi większe straty. 
- Paręset zabitych i Hiszpania pozostała katolickim krajem. Cena jeszcze niższa. 
- A więc Franco jest następcą Torquemady. 
- A Breżniew następcą Stalina. 

background image

 

18 

- Cóż, ojcze, musimy zgodzić się przynajmniej z jednym, że mali ludzie są zawsze następcami 
wielkich i kto wie, czy z małymi nie żyje się łatwiej. 
- Cieszy mnie, że uznajesz wielkość Torquemady. 
Roześmieli się, wypili wina, było im dobrze pod walącym się murkiem, a tymczasem słońce 
zachodziło, cienie się wydłużały i nim się spostrzegli - siedzieli w ciemnościach, odczuwając 
ciepło rozchodzące się po ciele głównie od środka. 
- Ojciec naprawdę wierzy, że kiedyś katolicyzm zaprowadzi ludzi do szczęśliwej przyszłości? 
- O tak, oczywiście, mam nadzieję. 
- Ale dopiero po śmierci? 
- A czy myślisz, że komunizm, ten prawdziwy komunizm, o którym pisał twój prorok Marks, 
zapanuje kiedykolwiek, nawet w Rosji? 
-Tak,  ojcze,  mam  nadzieję,  mam  niezłomną  nadzieję.  Ale  tak  naprawdę  -  mówię  to  tylko 
dlatego, że ty masz usta zapieczętowane jako kapłan, ja zaś mam je otwarte dzięki winu - tak 
naprawdę, to czasem ogarnia mnie rozpacz. 
Och, rozpacz, ja to rozumiem, znam ją także, Sancho. Ale nie ostateczną, rzecz jasna. 
- Moja rozpacz też nie jest ostateczną, ojcze. Inaczej nie siedzielibyśmy tutaj na trawie obok 
siebie. 
- A gdzie byś był? 
Leżałbym w nie poświęconej ziemi. Tak jak inni samobójcy. 
-Więc napijmy się za nadzieję - powiedział ojciec Kichote unosząc szklankę. 
Wypili. 
Niesłychanie  dziwne,  jak  szybko  można  osuszyć  butelkę,  kiedy  się  dyskutuje  bez 
zacietrzewienia. Burmistrz strzepnął ostatnie krople na ziemię. 
-  Dla  bogów  -  powiedział.  I  Uważaj,  powiedziałem  dla  bogów.  nie  dla  Boga.  Bogowie  piją 
ostro, natomiast twój samotny Bóg musi być abstynentem, jestem tego pewien. 
- Mówisz coś, o czym wiesz, że jest niesłuszne, Sancho. Studiowałeś w Salamance. 
Zatem  dobrze  wiesz,  że  Bóg  -  przynajmniej  ja  w  to  wierzę,  a  może  i  ty  kiedyś  wierzyłeś  - 
dostaje wino każdego ranka i każdego wieczora podczas mszy. 
- Świetnie, więc napijmy się jeszcze wina, które Pan Bóg popiera. Zwłaszcza że manchegan 
jest lepszy od wina mszalnego. Gdzie podziałem korkociąg? 
- Siedzisz na nim. I nie wyrażaj się tak pogardliwie o winie mszalnym. Nie wiem, jakie kupi 
ojciec  Herrera,  ale  ja  używam  całkiem  dobrego  mancheganu.  Oczywiście,  jeżeli  papież 
zezwoli na komunię w obu postaciach, będę musiał kupować jakieś tańsze, ale mam nadzieję, 
ż

e uwzględni ubóstwo stanu kapłańskiego. Piekarz ma ogromne pragnienie. Wypije duszkiem 

cały kielich. 
- Unieśmy w górę jeszcze jedną szklaneczkę, ojcze. Znowu za nadzieję. 
- Za nadzieję, Sancho. - Trącili się szklankami. 
Noc  z  chłodnej  zaczęła  robić  się  zimna,  ale  wino  nadal  ich  rozgrzewało,  ojciec  Kichote  zaś 
wcale nie miał chęci śpieszyć w stronę miasta, którego bardzo nie lubił, ani wdychać spalin z 
ciężarówek nadal jadących szosą; światła ich układały się w łańcuch. 
- Masz pustą szklankę, ojcze. 
- Dziękuję. Jeszcze kropelkę. Zacny z ciebie chłop, Sancho. 
Jeśli dokładnie pamiętam, to obaj nasi przodkowie nieraz spędzali noce pod drzewami. Tutaj 
nie ma drzewa. Tylko mury zamku. Rano poprosimy, żeby nas wpuszczono, ale teraz... Podaj 
mi jeszcze sera. 
-Jestem szczęśliwy, że leżę pod wielkim symbolem sierpa i miota. 
Biedny  sierp  jest  raczej  zaniedbany  w  Rosji,  nie  uważasz?  Inaczej  nie  musieliby  kupować 
takich ilości zboża od Amerykanów. 
Przejściowe braki, ojcze. Jeszcze nie możemy regulować klimatu. 
- A Bóg może. 

background image

 

19 

- Tak ojciec myśli naprawdę? 
- Tak. 
-  Och,  ojcze,  folgujesz  sobie  zanadto  używając  niebezpiecznego  narkotyku,  tak 
niebezpiecznego jak rycerskie powieści Dona. 
- Jakiego narkotyku? 
- Opium. 
-Aha, rozumiem... To stare powiedzonko waszego proroka Marksa, że religia jest opium dla 
ludu. Ale wyrywasz je z kontekstu, Sancho. Tak samo jak heretycy przekręcali słowa naszego 
Pana. 
- Nie rozumiem cię, monsignore. 
Kiedy  jeszcze  studiowałem  w  Madrycie,  zachęcano  mnie,  żebym  sobie  poczytał  z  waszej 
ś

więtej  księgi,  bo  trzeba  znać  swego  wroga.  Pamiętasz,  jak  Marks  bronił  klasztornych 

zakonów w Anglii, potępiając Henryka VIII? 
Nie, z całą pewnością nie. 
- Musisz na nowo zajrzeć do „Kapitału”. Nie ma w nim mowy o opium. 
Wszystko jedno, pisał o tym. Zapomniałem, gdzie. 
-  Tak,  ale  pisał  w  dziewiętnastym  wieku,  Sancho.  Wtedy  opium  nie  uznawano  za  ohydny 
narkotyk, laudanum było tylko trankwilizatorem, niczym  gorszym. Środkiem uspokajającym 
dla  zamożnych,  biedak  nie  mógł  sobie  na  niego  pozwolić.  Religia  jest  valium  dla  biednych, 
tylko to miał na myśli. Lepsze dla nich to niż gorzałka. Może nawet lepsze od naszego wina. 
Nie można żyć bez trankwlizatora. 
- To może napoczniemy następną butelczynę? 
-  Powiedzmy,  półlitrówkę,  jeżeli  mamy  dojechać  cało  do  Madrytu.  Zbyt  duża  dawka  opium 
może być niebezpieczna. 
- Jeszcze zrobimy z ciebie marksistę, monsignore. 
- Zapakowałem parę połówek, żeby wypełnić narożniki. Burmistrz poszedł do wozu i wrócił z 
połówką. 
- Nigdy nie zaprzeczałem, że Marks był dobrym człowiekiem 
- powiedział ojciec Kicho te. - Chciał pomagać biednym i na pewno ta jego chęć uratowała go 
w końcu. 
- Podaj szklankę, monsignore. 
- Prosiłem nie nazywać mnie monsignorem. 
- To dlaczego nie mówisz do mnie „towarzyszu”? Wolę to niż Sancho. 
-W najnowszej historii, Sancho, zbyt wielu towarzyszy zostało zabitych przez towarzyszy. 
Nie  mam  nic  przeciwko  mówieniu  do  ciebie  „przyjacielu”.  Przyjaciele  nie  są  tak  skorzy  do 
zabijania się nawzajem. 
- Czy „przyjaciel” to nie za wiele pomiędzy katolickim księdzem a marksistą? 
- Parę godzin temu powiedziałeś, że jest w nas coś wspólnego. 
-Może tym czymś wspólnym jest manchegańskie wino, przyjacielu? 
W  miarę  jak  ciemności  gęstniały,  narastało  w  nich  uczucie  komfortu  psychicznego,  toteż 
zaczęli  się  przekomarzać.  Reflektory  ciężarówek  przejeżdżających  szosą  odbijały  się  przez 
chwilę tuż przy nich, w dwóch pustych butelkach i w tym, co pozostało w połówce. 
-Łamię sobie głowę, przyjacielu, jak możesz wierzyć w tyle nie dających się ze sobą pogodzić 
idei.  Na  przykład  Trójca  Święta.  Przecież  to  gorsze  od  wyższej  matematyki!  Umiesz  mi 
wytłumaczyć tę Trójcę? Bo nie potrafili nawet w Salamance. 
- Spróbuję. 
- Bardzo proszę. 
- Widzisz te butelki? 
- Oczywiście. 

background image

 

20 

- Dwie butelki jednakowej wielkości. Zawierały takie samo wino, które narodziło się w tym 
samym czasie. Masz tutaj Boga Ojca, Boga Syna, a tu, w połówce - Boga Ducha Świętego. Ta 
sama  substancja,  te  same  narodziny.  Są  nierozłączne.  Kto  czerpie  z  jednej,  czerpie  ze 
wszystkich trzech. 
Nigdy nie mogłem dojrzeć bodaj cienia Ducha Świętego, nawet w Salamance. Zawsze mi się 
wydawał jak gdyby zbyteczny. 
Dwie  butelki  nas  nie  zaspokoiły,  prawda?  Dopiero  połówka  roznieciła  w  nas  iskierkę  życia, 
niezbędną dla nas obu.  Bez niej nie  czulibyśmy  się tak dobrze. Może nawet nie mielibyśmy 
odwagi  kontynuować  naszej  podróży?  Nawet  nasza  przyjaźń  mogłaby  się  skończyć,  gdyby 
nie Duch Święty. 
-Jesteś  ogromnie  pomysłowy,  przyjacielu.  Nareszcie  zaczyna  mi  świtać  w  głowie,  co  ty 
rozumiesz pod pojęciem Trójcy Świętej. Nie miej mi za złe, że i tak nie uwierzę. Co to, to nie. 
Ojciec Kichote siedział milczący, wpatrzony w butelki. Kiedy burmistrz błysnął zapałką, żeby 
przypalić  papierosa,  zobaczył  pochyloną  głowę  swego  towarzysza.  Wyglądał,  jak  gdyby  go 
opuścił Duch, którego tak chwalił. 
- Co się stało, ojcze? - zapytał burmistrz. 
Proszę Boga o przebaczenie - odpowiedział ojciec Kichote - gdyż zgrzeszyłem. 
- To był tylko żart, ojcze. Na pewno twój Bóg zna się na żartach. 
Zawiniłem  herezją  -  odparł  ojciec  Kichote.  -  Myślę,  że  może  nie  jestem  godzien  być 
kapłanem. 
- Co zrobiłeś? 
- Udzieliłem fałszywej Informacji. Duch Święty jest równy pod każdym względem z Ojcem 1 
Synem, ja zaś przedstawiłem Go w postaci pól butelki. 
- Czy to poważny błąd. ojcze? 
- To anatema. Błąd ten został wyraźnie potępiony na nie pamiętam którym soborze. Może w 
Nicei. 
- Nie martw się, ojcze. Można to łatwo naprawić. Wyrzucimy połówkę i zapomnimy o niej, a 
ja przyniosę z wozu całą butelkę. 
- Przebrałem miarę z tym piciem. Gdybym tyle nie pił. przenigdy nie popełniłbym tego błędu. 
Nie ma nic gorszego niż grzech przeciwko Duchowi Świętemu. 
- Zapomnij o nim. Natychmiast naprawimy błąd. 
W  ten  sposób  opróżnili  następną  butelkę.  Ksiądz  doznał  ulgi,  ponadto  wzruszyła  go 
ż

yczliwość towarzysza. Wino manchegańskie było lekkie, ale obaj uznali, że słuszniej będzie 

wyciągnąć  się  na  trawie  i  przespać  noc  pod  gołym  niebem,  a  kiedy  słońce  wzeszło,  ojciec 
Kichote  nawet  śmiał  się  z  wczorajszego  zmartwienia.  No  bo  jak  można  uznać  za  grzech 
drobne zaćmienie pamięci i nierozmyślny błąd? Prawdziwym winowajcą było manchegańskie 
wino, jednak nie tak lekkie, jak przypuszczał. 
Kiedy wsiadali do samochodu, powiedział: 
-Trochę się wygłupiłem wczoraj wieczorem, prawda, Sancho? 
- Uważam, że mówiłeś bardzo dobrze. 
- Czy dzięki temu zrozumiałeś coś niecoś z Trójcy Świętej? 
- Tak, zrozumiałem. Ale nie uwierzyłem. 
-Więc  zechciej  zapomnieć  o  tej  połówce  butelki.  To  błąd,  którego  nie  powinienem  był 
popełnić. 
- Będę pamiętał wyłącznie o trzech pełnych butelkach, przyjacielu. 
 

background image

 

21 

 

Jak z kolei Sancho rzucił nowe 

ś

wiatło na star

ą

 wiar

ę

 
Wprawdzie  wino  było  lekkie,  ale  trzy  i  pól  butelki  sprawiły,  że  następnego  dnia  w 
samochodzie panowało przez pewien czas milczenie. Wreszcie Sancho zauważył: 
-Po dobrym obiedzie samopoczucie się poprawi. 
- Och, biedna Teresa - westchnął ojciec Kichote. - Mam nadzieję, że Herrera doceni jej steki. 
-Co w nich nadzwyczajnego? 
Proboszcz  nie  odpowiedział.  Dochował  tajemnicy  wobec  biskupa  z  Motopo,  na  pewno 
dochowa jej wobec burmistrza. 
Droga skręcała. Nie wiadomo dlaczego Rosynant przyśpieszył zamiast zwolnić biegu i mało 
nie  wpadł  na  owcę.  Szosa  przed  nimi  zapchana  była  tymi  zwierzętami.  Wyglądała  jak 
wzburzone morze pieniące się drobnymi falami. 
- Moglibyśmy z równym powodzeniem dłużej pospać - stwierdził burmistrz. - Nigdy przez to 
nie  przejedziemy.  -  Przybiegł  pies,  żeby  zapędzić  na  miejsce  marudera.  -  Owce  są  głupie  - 
irytował  się  burmistrz  -  nigdy  nie  mogłem  zrozumieć,  dlaczego  założyciel  waszej  religii 
przyrównał je do nas. »Nakarmcie moje owieczki". A może jednak był cynikiem, tak jak inni 
poczciwcy?  „Karm  je  dobrze,  żeby  były  tłuste,  a  wtedy  można  będzie  Je  zjeść".  „Pan  Jest 
moim  pasterzem”.  Ale  skoro  jesteśmy  owieczkami,  to  dlaczego,  u  Boga  Ojca,  mamy  ufać 
naszemu pasterzowi? Oczywiście, że będzie nas strzegł przed wilkami, ale tylko po to, żeby 
nas potem sprzedać rzeźnikowi. 
Ojciec  Kichote  wyciągnął  z  kieszeni  brewiarz  i  zaczął  ostentacyjnie  czytać,  ale  trafił  na 
szczególnie  płytki  i  mało  ważny  ustęp,  który  w  żaden  sposób  nie  mógł  zatrzeć  słów 
burmistrza; bardzo go one zabolały. 
- W dodatku wolał owieczki od kóz i ciągnął dalej burmistrz. 
-  Co  za  niemądry  i  sentymentalny  wybór!  Koza  ma  takie  samo  zastosowanie  jak  owca,  a 
ponadto  wiele  zalet  krowy.  Owszem,  owca  daje  wełnę,  ale  koza  daje  swoją  skórę  na  użytek 
człowieka.  Owca  rodzi  jagnięta,  ale  ja  osobiście  chętniej  jadam  koźlę.  Ponadto  koza  tak  jak 
krowa dostarcza mleka i sera. Owcze sery nadają się tylko dla Francuzów. 
Ojciec Kichote podniósł oczy i stwierdził, że droga jest nareszcie wolna.  Odłożył brewiarz i 
nacisnął gaz. 
- Człowiek pozbawiony wiary nie może bluźnić - powiedział w równym stopniu do siebie, co 
i  do  burmistrza.  Ale  pomyślał:  „Rzeczywiście,  dlaczego  owieczka?  Dlaczego  On  w  swojej 
nieskończonej mądrości wybrał jako symbol owieczkę?” Na to pytanie nie odpowiedział ani 
jeden  ze  starych  teologów,  których  dzieła  trzymał  na  półce  w  El  Toboso,  nawet  święty 
Franciszek  Salezy,  który  dał  tyle  informacji  o  słoniu  i  pustułce,  o  pająku,  o  pszczole  i 
kuropatwie.  Z  całą  pewnością  takie  pytanie  nie  zostało  postawione  w  „Catecismo  de  la 
Doctrina Cristiana” świętego męża Antonia Clareta, dawnego arcybiskupa Santiago de Cuba; 
aczkolwiek  czytał  tę  książkę  jako  dziecko,  wydało  mu  się,  iż  zapamiętał  wśród  ilustracji 
pastucha z jagnięciem. Powiedział bez związku: - Dzieci bardzo lubią jagnięta. 
-A  kozy?  -  zapytał  burmistrz.  -  Nie  pamiętasz  z  naszego  dzieciństwa  małych  wózków 
zaprzężonych  w  kozy?  Skazane  na  wieczny  płomień?  -  Spojrzał  na  zegarek.  -  Proponuję, 
abyśmy przed kupieniem fioletowych skarpetek zjedli dobry obiad u Botina. 
- Mam nadzieję, że nie jest to zbyt droga restauracja, co? 
-  Nie  martw  się,  tym  razem  jesteś  moim  gościem.  Zakład  słynie  i  prosiąt,  nie  będziemy 
musieli jeść Jagniąt dobrych pasterzy, które są ulubioną potrawą w naszym kraju. Restaurację 
Botina bardzo popierała tajna policja w czasach Franco. 
- Niech z Bogiem spoczywa - szybko powiedział proboszcz. 

background image

 

22 

-Chciałbym  wierzyć  w  piekło  -  odparł  burmistrz  -  wtedy  na  pewno  bym  go  umieścił  w 
najgłębszych czeluściach; jestem przekonany, że Dante tak by postąpił. 
- Ludzkie sądy wydają mi się podejrzane, nawet sąd Dantego 
- orzekł ojciec Kichote. - Co innego sąd boży. 
- Mam rozumieć, że umieściłbyś go w raju? 
-Nigdy tego nie powiedziałem, Sancho. Nie przeczę, że popełnił wiele złego. 
- Ach, ale na to wymyśliliście odpowiednią furtkę: czyściec. 
- Niczego nie wymyśliłem, ani piekła, ani czyśćca. 
- Wybacz mi, ojcze, miałem na myśli wasz Kościół. 
-Kościół opiera się na autorytecie słowa pisanego, tak jak wasza partia na Marksie i Leninie. 
- Ale wy wierzycie, że wasze księgi zawierają słowa boże. 
-Bądź fair, Sancho. Czy nie uważasz - może z wyjątkiem tych nocy, kiedy nie możesz spać - 
ż

e Marks i Lenin są tak samo nieomylni jak, powiedzmy. Mateusz czy Marek? 

- A gdy monsignore nie może spać? 
-  Myśl  o  piekle  nieraz  nęka  mnie,  kiedy  nie  mogę  spać.  Może  tej  samej  nocy  i  ty  w  swoim 
łóżku  zastanawiasz  się  nad  Stalinem  i  obozami?  Czy  Stalin  musiał  mieć  rację,  albo  Lenin? 
Może  zadajesz  sobie  to  pytanie  w  tej  samej  chwili,  kiedy  ja  pytam  siebie  samego,  czy  jest 
możliwe...?  Jak  może  miłosierny  i  kochający  Bóg...?  Tak,  ja  się  uczepiłem  moich  starych 
ksiąg,  ale  mam  także  swoje  wątpliwości.  Wczoraj  wieczorem,  kiedy  Teresa  powiedziała  mi 
coś  na  temat  żaru  jej  pieca,  na  nowo  przeczytałem  całą  Ewangelię.  Czy  wiesz,  że  święty 
Mateusz wymienił piekło piętnaście razy na pięćdziesięciu stronicach mojej Biblii, natomiast 
ś

więty Jan ani razu? Święty Marek dwa razy na trzydziestu jeden stronach, a święty  Łukasz 

trzy  razy  na  pięćdziesięciu  dwóch?  Oczywiście,  święty  Mateusz  był  poborcą  podatkowym, 
biedaczysko,  i  prawdopodobnie  wierzył  w  skuteczność  kary,  ale  to  mnie  skłoniło  do 
refleksji... 
-1 bardzo słusznie. 
- Myślę, przyjacielu, że i ty czasem wątpisz. To ludzka cecha 
- zwątpienie. 
- Staram się nie wątpić i powiedział burmistrz. 
- Och, ja również, ja również. W tym względzie jesteśmy na pewno podobni do siebie. 
Burmistrz  położył  na  chwilkę  swoją  dłoń  na  ramieniu  proboszcza  i  ojciec  Kichote  odczuł w 
tym  dotyku  prąd  sympatii.  .Dziwne  -  pomyślał  -  jak  podzielenie  się  uczuciem  zwątpienia 
potrafi  ludzi  połączyć,  bardziej  nawet  niż  podzielenie  się  wiarą.  Wierzący  będzie  zwalczał 
drugiego wierzącego z powodu cienia odmienności; wątpiący walczy tylko z samym sobą". 
- Gdy myślę o prosiaku u Botina - odezwał się burmistrz - przypomina mi się bajeczka o synu 
marnotrawnym. Oczywiście zdaję sobie sprawę z różnicy, gdyż w tej powiastce ojciec chyba 
zarżnął cielę, tak, utuczone cielę. Mam nadzieję, że nasz prosiak także będzie tuczony. 
- Piękna przypowieść  -  proboszcz powiedział to z odcieniem nieufności.  Nie był pewien, co 
po tym nastąpi. 
-  Istotnie,  zaczyna  się  pięknie  -  przytaknął  burmistrz.  -  Jest  tam  bardzo  zamożne 
gospodarstwo,  ojciec  i  dwóch  synów.  Można  by  opisać  ojca  jako  bogatego  rosyjskiego 
kułaka, który traktuje swoich chłopów jak tyle to a tyle posiadanych dusz. 
- W przypowieści nie ma ani słowa o kułakach czy duszach. 
- Bajeczka, którą czytałeś, była zapewne trochę skorygowana, tu i tam podretuszowana przez 
duchownych cenzorów. 
- Co masz na myśli? 
- Że mogło to być opowiadane na różne sposoby, i może było. Mamy tutaj młodzieńca, który 
przez jakiś zbawienny figiel dziedziczności i wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu czuje 
w sobie nienawiść do odziedziczonego bogactwa. Może Chrystus miał na myśli Hioba? 

background image

 

23 

Chrystus był bliższy w czasie autora Hioba niż ty jesteś swego wielkiego przodka, Dona. Jak 
pamiętasz,  Hiob  był  obrzydliwie  bogaty,  posiadał  siedem  tysięcy  owiec  i  trzy  tysiące 
wielbłądów.  Syna  dławi  to  burżujskie  otoczenie,  może  nawet  rodzaj  mebli  czy  obrazów  na 
ś

cianach,  tłuste  kułactwo  rozparte  w  czasie  swoich  sabatowych  uczt,  stanowiących  smutny 

kontrast  z  ubóstwem,  jakie  dostrzega  wokół  siebie.  Musi  uciec  dokądkolwiek.  Prosi  więc  o 
część swego spadku, który przypadnie bratu i jemu po śmierci ojca, i opuszcza dom rodzinny. 
-I trwoni ten spadek na hulaszcze życie - przerwał ojciec Kichote. 
-Och,  to  wersja  oficjalna.  Moja  natomiast  mówi,  że  odczuwał  taki  wstręt  do  burżujskiego 
ś

wiata,  w  którym  wzrósł,  że  pozbył  się  bogactwa  w  możliwie  najszybszy  sposób,  może  je 

nawet rozdał i w Tołstojowskim geście został chłopem. 
- Przecież wrócił do domu. 
-Bo  zabrakło  mu  odwagi.  Czuł  się  bardzo  samotny  na  tej  świńskiej  fermie.  Nie  istniała  tam 
komórka  partyjna,  w  której  mógłby  szukać  pomocy.  „Kapitał"  nie  został  jeszcze  napisany, 
więc  on  nie  mógł  się  włączyć  do  walki  klasowej.  Co  w  tym  dziwnego,  że  biedny  chłopiec 
wahał się przez pewien czas? 
- Tylko przez pewien czas? Jakeś do tego doszedł? 
W  waszej  wersji  przypowieść  jest  ucięta  raczej  ostro,  czyż  nie  tak?  Bez  wątpienia  przez 
duchownych  cenzorów,  może  nawet  przez  Mateusza,  poborcę  podatkowego.  Cóż,  w  domu 
panuje  radość,  to  zupełnie  prawdopodobne,  zabija  się  utuczone  cielę,  syn  jest  pewnie 
szczęśliwy  przez  parę  dni.  ale  potem  znowu  odczuwa  przytłaczającą  atmosferę  burżujstwa, 
które  go  wypędziło  z  domu.  Ojciec  robi,  co  może,  żeby  wyrazić  swoją  miłość,  ale  meble  są 
nadal ohydne, fałszywy Ludwik XV czy Jakiś ekwiwalent na owe czasy, na ścianach te same 
obrazy przedstawiające dostatnie życie, jest zgorszony bardziej niż kiedykolwiek służalstwem 
swoich  sług  i  luksusem  potraw,  no  i  zaczyna  tęsknić  do  atmosfery  koleżeństwa,  która  go 
otaczała wśród biedaków na świńskiej fermie. 
-  Czy  się  nie  przesłyszałem,  że  nie  było  tam  komórki  partyjnej  i  że  on  się  czuł  bardzo 
osamotniony? 
-  Pewnie  przesadziłem.  Miał  tam  jednego  przyjaciela,  no  i  pamiętał  słowa  wypowiedziane 
przez  starego  brodatego  chłopa,  który  pomagał  mu  nosić  pomyje  dla  świń,  zaczął  je 
przeżuwać  w  myśli  -  słowa,  nie  świnie  -  gdy  znalazł  się  z  powrotem  w  swoim  luksusowym 
łożu, gdzie kości jego tęskniły za twardym klepiskiem chaty na fermie. W końcu trzy tysiące 
wielbłądów wystarczy, żeby wywołać bunt w duszy wrażliwego młodzieńca. 
-  Masz  zdumiewającą  wyobraźnię,  Sancho,  nawet  jak  jesteś  trzeźwy.  Cóż,  u  Boga  Ojca, 
powiedział ten stary chłop? 
-  Powiedział,  że  każde  państwo,  w  którym  istnieje  prywatna  własność  ziemi  i  środków 
produkcji, w którym rządzi kapitał, I pomimo że nazywa się demokratycznym, jest państwem 
kapitalistycznym,  machiną  wynalezioną  i  używaną  przez  kapitalistów  j  do  trzymania  klasy 
robotniczej w niewolnictwie. 
- Twoja opowieść zaczyna być tak samo nudna jak mój brewiarz. 
-  Nudna?  Ty  to  nazywasz  nudna?  Przecież  ja  cytuję  samego  Lenina!  Czy  nie  rozumiesz,  że 
pierwsza  myśl  o  walce  klasowej  wtłoczona  jest  do  umysłu  syna  marnotrawnego  przez  tego 
starego chłopa (widzę go z brodą i w binoklach jak Karola Marksa)? 
- I co on robi? 
- Po tygodniu rozczarowań opuszcza dom o zmroku (czerwonym zmroku), żeby powrócić na 
ś

wińską fermę i do starego brodatego chłopa, podjął bowiem ostateczną decyzję: 

weźmie  udział  w  walce  proletariatu.  Stary  brodaty  chłop  widzi  go  nadchodzącego  z  oddali, 
biegnie do niego, zarzuca mu ramiona na szyję, całuje go, a syn marnotrawny mówi: „Ojcze, 
zgrzeszyłem, nie jestem godzien nazywać się twoim synem". 
-Zakończenie brzmi jak coś znanego - powiedział ojciec Kichote. - Cieszę się, żeś nie opuścił 
ś

wiń. 

background image

 

24 

-Skoro  się  zgadało  o  świniach,  czy  nie  mógłbyś  jechać  szybciej,  ojcze?  Nie  wydaje  mi  się, 
ż

ebyśmy przekraczali jakieś trzydzieści kilometrów na godzinę. 

-To ulubiona prędkość Rosynanta. Jest bardzo stary, nie mogę go przemęczać w tym wieku. 
-Wyprzedza nas każdy samochód. 
-Jego przodek nigdy nie osiągnął trzydziestu kilometrów na godzinę. 
-A twój przodek nigdy w swoich podróżach nie dotarł dalej niż do Barcelony. 
-1  co  z  tego?  Mógł  się  znajdować  nie  dalej  niż  na  odległość  głosu  od  La  Manchy,  ale  jego 
umysł odbywał dalekie podróże. Tak samo Sancho. 
- Nie wiem, jak mój umysł, ale mój żołądek czuje się tak, jakbyśmy spędzili cały tydzień w 
drodze. Kiełbasa i ser zostały w odległych wspomnieniach. 
Było parę minut po drugiej, kiedy wchodzili do Botina. Sancho zamówił dwie porcje prosiaka 
i butelkę wina Marqués de Murrieta, co wywołało uwagę ze strony ojca Kichote’a: 
-Dziwię się, że faworyzujesz arystokrację. 
-Można ją czasowo akceptować tak dla dobra partii, jak księży. 
-Nawet księży? 
-Tak.  Pewien  niepodważalny  autorytet,  którego  nie  będę  wymieniał  -  omiótł  szybkim 
spojrzeniem  stoliki  dookoła  -  napisał,  że  ateistyczna  propaganda  może  być  w  pewnych 
okolicznościach niepotrzebna, a nawet szkodliwa. 
-Czy to naprawdę są słowa Lenina? 
-Tak, tak, oczywiście, ale tutaj lepiej nie wymawiać tego nazwiska. Nigdy nie wiadomo. 
Mówiłem,  jaki  rodzaj  klientów  przychodził  tutaj  w  czasach  naszego  nieodżałowanego 
przywódcy. Lampart me zmienia plam na skórze. 
-Tb po coś mnie tu przyprowadził? 
-Bo  to  najlepsze  miejsce  na  prosiaki.  W  dodatku  koloratka  czyni  z  ojca  w  pewnym  sensie 
ochronę. Będzie jeszcze skuteczniejsza przy fioletowych skarpetkach i fioletowej... 
Przerwało mu pieczone prosię i przez pewien czas nie mieli okazji rozmawiać inaczej niż na 
migi, których żaden policjant nie mógłby zrozumieć opacznie, na przykład uniesienia widelca 
na cześć Marquesa de Murietty. 
Burmistrz stęknął z rozkoszy. 
-Jadłeś kiedykolwiek lepsze prosię? 
- W ogóle nigdy dotąd nie jadłem prosięcia - odparł ojciec Kichote z pewnym zażenowaniem. 
-Co jadasz w domu? 
-Zazwyczaj steki, mówiłem już, że Teresa bardzo dobrze je przyrządza. 
-Rzeźnik jest reakcjonistą i oszukańcem. 
- Ma doskonałe steki z koniny - zakazane słowo wyśliznęło się, zanim zdołał je powstrzymać. 
Może  to  sprawiło  wino,  ale  ojciec  Kichote  znalazł  w  sobie  dość  doczesnej  siły,  żeby  się 
sprzeciwić  burmistrzowi.  Sancho  bowiem  chciał  wynająć  pokoje  w  „Pałace  Hotel”  i  sam  za 
obu zapłacić, ale jeden rzut oka na lśniący od klejnotów, zatłoczony hol wystarczył księdzu w 
zupełności. 
-Jak możesz, ty, komunista...? 
-Partia  nigdy  nie  zabraniała  korzystać  z  burżuazyjnego  komfortu  tak  długo,  dopóki  on  się 
utrzymuje.  No  i  na  pewno  tutaj  lepiej  niż  gdziekolwiek  obserwować  naszych  wrogów. 
Ponadto  przypuszczam,  że  ten  hotel  jest  niczym  w  porównaniu  z  hotelem  zbudowanym  w 
Moskwie  na  Placu  Czerwonym.  Komunizm  nie  jest  przeciwny  komfortowi  ani  nawet  temu, 
co można by nazwać luksusem, dopóki na dłuższą metę korzysta z niego robotnik. Jednakże, 
jeśli chcesz cierpieć niewygody i się umartwiać... 
Odwrotnie,  jestem  gotów  skorzystać  z  komfortu,  ale  tutaj  bym  go  nie  miał.  Komfort  jest 
stanem umysłu. 

background image

 

25 

Pojechali do uboższej dzielnicy miasta ulicami wybieranymi na chybił trafił. Nagle Rosynant 
stanął i za żadne skarby nie chciał ruszyć z miejsca. O jakieś dwadzieścia metrów przed sobą 
zobaczyli wywieszkę albergue i brudną sień. 
- Rosynant wie najlepiej - oświadczył ojciec Kichote. - Tu się zatrzymamy. 
- Nie wygląda zbyt czysto - zaoponował burmistrz. 
-  Niewątpliwie  oberża  należy  do  bardzo  biednych  ludzi.  Jestem  pewien,  że  przyjmą  nas 
dobrze. Jesteśmy im potrzebni. W „Pałace Hotel” nikomu nie jesteśmy potrzebni. 
W ciasnej sieni powitała ich z wyraźnym niedowierzaniem stara kobieta. Chociaż nigdzie nie 
było śladu klientów, powiedziała, że ma wolny tylko jeden pokój, ale o dwóch łóżkach. 
- Czy przynajmniej jest łazienka? 
-  No,  niezupełnie  -  powiedziała  -  ale  na  górnym  piętrze  jest  prysznic,  a  w  ich  wspólnym 
pokoju zlew z zimną wodą. 
- Bierzemy - zadecydował ojciec Kichote. 
-  Ksiądz  zwariował  -  rzucił  się  burmistrz,  kiedy  się  znaleźli  w  pokoju,  który,  jak  przyznał 
proboszcz,  był  raczej  obskurny.  -  Przyjeżdżamy  do  Madrytu,  gdzie  są  dziesiątki  dobrych  i 
niedrogich hoteli, a ksiądz nas pakuje do tego obskurnego zajazdu. 
- Rosynant był zmęczony. 
- Będziemy mieli szczęście, jeżeli nam tu nie poderżną gardła. 
Nie, nie, ta staruszka jest uczciwa, ja wiem. 
-Skąd? 
- Z oczu jej to patrzy. 
Burmistrz uniósł ręce gestem rozpaczy. 
-  Po  tym  świetnym  winie  -  powiedział  ksiądz  -  zaśniemy  jak  kamień,  gdziekolwiek 
przyłożymy głowę. 
- Ja nie zmrużę oka. 
- Przecież to jedna z waszych... 
- Co. u licha, ojciec ma na myśli? 
- Biedna... - I dodał szybko: 1 Oczywiście, jest to także moja owieczka. 
Ojcu Kichote'owi ulżyło, gdy burmistrz położył się na łóżku kompletnie ubrany (obawiał się, 
ż

e  łatwiej  poderżną  mu  gardło,  jeśli  się  rozbierze),  albowiem  ojciec  Kichote  nie  był 

przyzwyczajony  do  rozbierania  się  przy  drugiej  osobie  i  wierzył,  że  coś  musi  się  stać,  nim 
zapadnie  zmrok,  i  to  koniecznie,  żeby  go  wybawić  z  kłopotliwej  sytuacji.  Leżał  na  wznak  i 
nasłuchiwał,  jak  gdzieś  na  dachu  wydziera  się  kot.  „Może  -  myślał  -  Sancho  zapomni  o 
fioletowych  skarpetkach?”  Oddał  się  półsennym  marzeniom  o  tym,  jak  będą  jechać  dalej  i 
dalej, jak ich przyjaźń będzie się pogłębiać, wzajemne zrozumienie rosnąć, a nawet o zgodzie 
pomiędzy  ich  odrębnymi  wiarami.  „Może  -  pomyślał  jeszcze,  nim  zapadł  w  sen  -  burmistrz 
nie  myli  się  tak  całkiem  na  temat  syna  marnotrawnego.  Bo  to  szczęśliwe  zakończenie, 
powitanie  w  domu,  utuczone  cielę...”  Wniosek  z  tej  przypowieści  wydawał  się  nieco 
nieprawdopodobny...  „Nie  jestem  godzien  nazywać  się  Twoim  prałatem”  -  wymamrotał 
tracąc świadomość. 
Zbudził  go  burmistrz.  Ojciec  Kichote  popatrzył  na  niego  w  ostatnim  błysku  gasnącego  dnia 
jak na obcego i zapytał raczej z zaciekawieniem niż ze strachem: 
- Kim pan jest? 
- Jestem Sancho. Czas iść na zakupy. 
- Jakie zakupy? 
-  Zostałeś  pasowany  na  rycerza.  Teraz  musimy  znaleźć  szablę,  ostrogi  i  hełm,  nawet  jeżeli 
będzie nim tylko miska golibrody. 
- Miska golibrody? 

background image

 

26 

-  Monsignore  spał,  a  ja  przez  trzy  godziny  czuwałem  na  wypadek,  gdyby  ktoś  chciał  nam 
poderżnąć  gardła.  Tej  nocy  twoja  kolej  na  czuwanie.  W  tej  brudnej  kaplicy,  do  której  nas 
wpakowałeś. Z szablą w pogotowiu, monsignore. 
- Monsignore? 
- Musiałeś spać bardzo mocno. 
- Miałem sen, okropny... 
- Że poderżnęli ci gardło? 
- Nie, nie. O wiele gorzej. 
- No już, wstawaj! Musimy poszukać fioletowych skarpetek. 
Ojciec  Kichote  nie  protestował.  Dalej  był  pod  dręczącym  wrażeniem  snu.  Zeszli  ciemnymi 
schodami  na  ciemną  ulicę.  Gdy  przechodzili,  starucha  spojrzała  na  nich  z  błyskiem 
przerażenia w oku. Czyżby i ona śniła? 
- Nie podoba mi się jej wygląd - stwierdził burmistrz. 
- Nie sądzę, żeby jej się podobał nasz wygląd. 
- Musimy złapać taksówkę. 
- Najpierw spróbujmy z Rosynantem. 
Ledwie trzy razy nacisnął starter, a już silnik się zbudził. 
- Widzisz - powiedział ojciec Kichote - nic się na dobre nie popsuło. Był po prostu zmęczony, 
to wszystko. Znam Rosynanta. Dokąd jedziemy? 
- Nie wiem. Myślałem, że ty będziesz wiedział. 
- Co miałbym wiedzieć? 
- O krawcu dla duchownych. 
- Skąd mam wiedzieć? 
- Jesteś księdzem. Masz sutannę. Przecież jej nie kupiłeś w El Toboso. 
- Ona sobie liczy blisko czterdzieści lat. 
- Jeżeli ty sam i twoje skarpetki wytrzymają tak długo jak sutanna, przekroczysz setkę, nim je 
zniszczysz. 
- Dlaczego muszę kupować te skarpetki? 
-  Drogi  w  Hiszpanii  są  nadal  kontrolowane,  ojcze.  Tkwiąc  w  El  Toboso,  nie  zdajesz  sobie 
sprawy,  jak  dalece  duch  Franco  dalej  patroluje  hiszpańskie  szosy.  Te  skarpetki  będą  naszą 
ochroną. Guardia Civil respektuje fioletowe skarpetki. 
- Ale gdzie się je kupuje? 1 Zatrzymał Rosynanta. - Przecież nie mogę męczyć go na próżno! 
- Poczekaj tu chwilę. Złapię taksówkę i poproszę kierowcę, żeby nas zawiózł. 
- Robimy się okropnie rozrzutni, Sancho. Nawet chciałeś stanąć w .Pałace Hotel". 
- Pieniądze nie są najważniejszą sprawą. 
-  El  Toboso  jest  małą  mieściną,  a  ja  nigdy  nie  słyszałem,  żeby  burmistrzom  płacono  zbyt 
hojnie. 
- El Toboso jest małą mieściną, ale partia jest wielka. Co więcej, jest ona teraz partią legalną. 
Poza tym bojownikowi zezwala się na pewną swobodę I dla jej dobra. 
- To po co ci ochrona moich skarpetek? 
Jednak  pytanie  padło  zbyt  późno.  Burmistrz  był  już  poza  zasięgiem  głosu  i  ojciec  Kichote 
został sam na sam z koszmarem, który go dręczył. Bywają sny, o których myśli się nawet w 
jasny dzień: był to sen czy jawa, zdarzenie w jakiś dziwny sposób prawdziwe? Śniło mi się, a 
może jednak przytrafiło? 
Burmistrz otworzył drzwiczki z jego strony i powiedział: 
-Jedź  za  taksówką.  Kierowca  zapewnił,  że  nas  zawiezie  do  najelegantszego  sklepu  z 
ubraniami  dla  duchownych,  jaki  istnieje  poza  Rzymem.  Ubiera  się  tam  nawet  nuncjusz  i 
arcybiskup. 
Gdy  dojechali  na  miejsce,  ojciec  Kichote  uwierzył  w  te  słowa  bez  trudu.  Serce  w  nim 
zamarło,  gdy  uświadomił  sobie  wytworność  sklepu  i  zobaczył  ciemne,  doskonale 

background image

 

27 

odprasowane  ubranie  sprzedawcy,  który  powitał  go  z  zimną  uprzejmością  dostojnika 
kościelnego.  Księdzu  przyszło  na  myśl,  że  taki  człowiek  musi  być  prawie  na  pewno 
członkiem Opus Dei - klubu intelektualnych aktywistów katolickich, którym nie miał nic do 
zarzucenia,  a  jednak  nie  budzili  w  nim  zaufania.  Czuł  się  kmiotkiem,  oni  zaś  należeli  do 
wielkiego świata. 
- Monsignore życzy sobie kupić fioletowe skarpetki - odezwał się burmistrz. 
Służę, monsignore, proszę tędy. 
- Chciałem sprawdzić, czy nie zażąda jakichś dokumentów - szepnął burmistrz. 
Jak  diakon  przygotowujący  ołtarz  do  mszy,  sprzedawca  wyłożył  na  kontuar  kilka  rodzajów 
fioletowych skarpetek. 
Te  są      nylonu  i  powiedział.  -  A  to  czysty  jedwab.  Te  są  z  bawełny.  Oczywiście  najlepsza 
bawełna Sea Island. 
- Zwykle noszę wełnę. 
Mamy  oczywiście  także  i  wełnę,  ale  na  ogół  klienci  wolą  nylon  lub  jedwab.  To  kwestia 
odcieni, jedwab i nylon mają żywszą barwę. Wełna raczej gasi fiolet. 
- Dla mnie najważniejsze, żeby były ciepłe - powiedział ojciec Kichote. 
- Zgadzam się z tym panem — przerwał szybko burmistrz. - Prosimy o fiolet, który biłby w 
oczy nawet z daleka. 
Sprzedawca zrobił zdziwioną minę. 
- Z daleka? - zapytał. - Niezupełnie... 
- Nie chcemy byle jakiego fioletu. A już na pewno nie chcemy nieduchownego fioletu. 
-  Nikt  nigdy  nie  miał  zastrzeżeń  do  naszego  fioletu.  Nawet  w  wełnie  -  dodał  sprzedawca  z 
niechęcią. 
- Dla naszych celów - rzekł burmistrz rzucając ostrzegawcze spojrzenie na księdza - najlepszy 
jest  nylon.  Ma  połysk...  -  po  czym  dodał  -  no  i  oczywiście...  jak  się  nazywa  ten  rodzaj 
ś

liniaka, jaki noszą prałaci? 

- Sądzę, że pan ma na myśli pechera. Przypuszczam, że ma być także nylonowa, pasująca do 
skarpetek. 
- Zgodziłem się na skarpetki - odezwał się proboszcz - ale kategorycznie odmawiam noszenia 
fioletowej pechera. 
- Tylko w nagłej potrzebie, monsignore - zaoponował burmistrz. 
Sprzedawca patrzył na nich z narastającą podejrzliwością. 
- Nie rozumiem, o jaką nagłą potrzebę... 
- Już ojcu tłumaczyłem, stan dróg w obecnych czasach... 
Gdy  sprzedawca  pakował  zakupione  rzeczy  i  starannie  zaklejał  pakunek  przezroczystym 
przylepcem  w  odcieniu  tej  samej  duchownej  barwy,  co  skarpetki  i  pechera,  burmistrz,  który 
najwyraźniej poczuł do niego antypatię, rozpoczął rozmowę w uszczypliwym tonie. 
-  Przypuszczam  -  powiedział  -  że  dobrze  zaopatrujecie  Kościół  we  wszystko,  co  mu  jest 
potrzebne w zakresie dekoracji. 
- Jeżeli pan ma na myśli ubiory - to tak. 
- A kapelusze? Birety i tym podobne? 
- Oczywiście. 
-  A  kapelusze  kardynalskie?  Monsignore  jeszcze  nie  dostąpił  tego  zaszczytu,  ale  pytam  po 
prostu z ciekawości... Trzeba być przygotowanym... 
- Kapelusz kardynalski zawsze otrzymuje się z rąk Jego Świątobliwości. 
Rosynant był w jednym ze swych złych humorów i nie od razu ruszył. 
-  Obawiam  się,  że  się  posunąłem  zbyt  daleko  -  powiedział  burmistrz  -  i  że  wzbudziłem 
podejrzenia. 
- Co masz na myśli? 
- Facet wyszedł przed drzwi. Pewnie zapisał numer wozu. 

background image

 

28 

- Nie chcę być złośliwy - odparł ojciec Kichote - ale wyglądał mi na człowieka, który może 
należeć do Opus Dei. 
- Chyba cały sklep należy do nich. 
-  Oczywiście,  jestem  przekonany,  że  na  swój  sposób  robią  mnóstwo  dobrego.  Tak  jak 
Generalissimus. 
- Pragnąłbym uwierzyć w piekło tylko po to, żeby w nim umieścić członków Opus Dei razem 
z Generalissimusem. 
- Modlę się za niego - powiedział ojciec Kichote i zacisnął palce na kierownicy Rosynanta. 
- Jeżeli piekło istnieje, nie wystarczą mu twoje modlitwy. 
-  Ponieważ  piekło  istnieje,  wystarczy  modlitwa  jednego  sprawiedliwego,  żeby  zbawić 
któregokolwiek  z  nas.  Jak  z  Sodomą  i  Gomorą  -  dodał  niezbyt  pewien,  czy  prawidłowo 
zastosował statystykę. 
Wieczór  był  gorący.  Burmistrz  zaproponował  kolację  „U  Poncjusza  Piłata”;  ale  ojciec 
Kichote odmówił stanowczo. Stwierdził: 
- Poncjusz Piłat był złym człowiekiem. Świat o mało go nie kanonizował za jego neutralność, 
ale nie można zachować neutralności, gdy idzie o wybór pomiędzy dobrem a złem. 
-  On  nie  był  neutralny  -  zareplikował  szybko  burmistrz.  -  Był  niezaangażowany,  jak  Fidel 
Castro, z odchyleniem w słuszną stronę. 
- Co uważasz za „słuszną stronę?” 
- Imperium rzymskie. 
- Ty, komunista, jesteś za rzymskim imperium? 
- Marks poucza, że po to, aby rewolucyjny proletariat osiągnął możliwości rozwojowe, trzeba 
przejść przez okres kapitalizmu. Imperium rzymskie rozwijało się w kierunku społeczeństwa 
kapitalistycznego. Żydów ich religia powstrzymywała od uprzemysłowienia, więc... 
Burmistrz wysunął nową propozycję, żeby zjedli w „Homo de Santa Teresa”. 
-  Nie  znam  jej  kuchni,  ale  była  to  święta  wielce  podziwiana  przez  twego  przyjaciela 
Generalissimusa. 
Ojciec  Kichote  nie  widział  powodu,  dla  którego  jedzenie  miało  być  łączone  z  religią,  toteż 
zirytowała go następna propozycja przyjaciela, żeby pójść do „San Antonio de la Florida"; o 
tym  świętym  nie  miał  żadnych  wiadomości.  Podejrzewał,  że  burmistrz  się  z  nim  droczy.  W 
końcu  zjedli  raczej  kiepski  posiłek  w  „Los  Porches",  gdzie  stoliki  na  otwartym  powietrzu 
trochę nagradzały braki w jadłospisie. 
Osuszyli  jedną  butelkę  wina  czekając  i  drugą  dojedzenia.  Jednak  kiedy  burmistrz  podsunął 
myśl, żeby uzupełnić Świętą Trójcę, proboszcz odmówił. Powiedział, że jest zmęczony, że ta 
krótka  sjesta  nic  mu  nie  dała,  ale  to  były  wykręty,  w  rzeczywistości  leżał  mu  na  sercu  jego 
sen.  Korciło  go.  żeby  się  nim  podzielić  z  przyjacielem,  chociaż  Sancho  nigdy  by  nie 
zrozumiał Jego cierpień moralnych. Gdyby był w domu... a właściwie co za różnica? 
Teresa  by  powiedziała:  „sen-mara.  ojcze”,  zaś  ksiądz  Herrera...  Dziwne,  ale  wiedział 
dokładnie,  że  nigdy  nie  dojdzie  do  porozumienia  między  nim  a  ojcem  Herrerą  w  żadnej 
sprawie  dotyczącej  religii,  którą  obaj  wyznawali.  Ojciec  Herrera  był  za  nową  liturgią,  a 
któregoś  wieczora,  pod  koniec  raczej  milczącej  kolacji,  ojciec  Kichote  popełni!  tę 
nierozwagę,  że  mu  się  przyznał,  jak  to  na  zakończenie  mszy  ma  zwyczaj  wypowiadania  w 
duchu słów z Ewangelii świętego Jana, które usunięto już z liturgii. 
- Och, to poezja - oświadczył ojciec Herrera z odcieniem dezaprobaty. 
- Ksiądz nie lubi świętego Jana? 
-  Ewangelia  znana  pod  jego  imieniem  nie  należy  do  moich  ulubionych.  Wolę  świętego 
Mateusza. 
Ojciec  Kichote  określił  swój  stan  ducha  tego  wieczora  jako  lekkomyślny  i  był  pewien,  że 
sprawozdanie  z  ich  rozmowy  zostanie  już  następnego  dnia  wysłane  do  biskupa.  Niestety,  za 
późno! Prałata może zdegradować tylko sam papież, osobiście. 

background image

 

29 

- Zawsze uważałem, że Ewangelia według świętego Mateusza różni się od innych tym, że jest 
Ewangelią strachu - odpowiedział. 
- Dlaczego? Cóż za niezwykły pomysł, monsignore! 
- Święty Mateusz piętnaście razy powołuje się na piekło. 
- No to co? 
- Rządzenie strachem... na pewno Bóg może to pozostawić Stalinowi czy Hitlerowi. Ja wierzę 
w cnotę odwagi. Nie wierzę w cnotę tchórzostwa. 
- Dziecko należy wychowywać za pomocą dyscypliny. A przecież wszyscy jesteśmy dziećmi, 
monsignore. 
- Nie sądzę, żeby kochający rodzice wychowywali strachem. 
- Mam nadzieję, że nie jest to pogląd, którego ksiądz naucza swoich parafian. 
- Och, to nie ja ich nauczam. Oni nauczają mnie. 
-  Piekło  nie  jest  monopolem  świętego  Mateusza,  monsignore.  Czy  ksiądz  tak  samo  odbiera 
inne Ewangelie? 
-To  ogromna  różnica!  -  Ojciec  Kichote  zawahał  się,  gdyż  zdał  sobie  sprawę,  że  w  tym 
momencie znalazł się rzeczywiście na śliskim gruncie. 
I  jaka  różnica?  1  Może  ojciec  Herrera  miał  nadzieję  usłyszeć  prawdziwie  heretycką 
odpowiedź, o której mógłby donieść, oczywiście odpowiednimi kanałami, do Rzymu. 
Ojciec Kichote powiedział ojcu Herrerze to samo, co burmistrzowi: 
-  Święty  Marek  zaledwie  dwa  razy  powołuje  się  na  piekło.  (Oczywiście,  miał  swoją 
specjalność,  był  apostołem  litości).  Święty  Łukasz  1  trzy,  to  wielki  bajkopisarz.  Od  niego 
pochodzi większość wspaniałych przypowieści. Natomiast święty Jan... Teraz twierdzi się, że 
to  najstarsza  Ewangelia  ze  wszystkich,  starsza  niż  świętego  Marka.  To  bardzo  dziwne...  - 
zawahał się. 
- I co ze świętym Janem? 
- W jego Ewangelii piekło nie jest wspomniane ani razu. 
- Ale monsignore chyba nie kwestionuje istnienia piekła? 
- Wierzę z posłuszeństwa, ale nie z serca. 
Jak gdyby ktoś postawił kropkę, skończyła się rozmowa. 
Ojciec Kichote zahamował na ciemnej i ponurej ulicy. 
-  Im prędzej stąd się wyniesiemy, tym lepiej - orzekł burmistrz. - Pomyśleć, że moglibyśmy 
wygodnie spać w .Pałace". 
Kiedy  wchodzili  po  schodach,  otworzyły  się  drzwi  któregoś  pokoju  i  w  płomyku  świecy 
zamajaczyła podejrzliwa i wystraszona twarz staruchy. 
Czego, u licha, ta baba jest taka przerażona? - zapytał burmistrz. 
- Może nasz strach jest zaraźliwy - odparł ojciec Kichote. 
Na  pół  rozebrany,  jak  tylko  mógł  najprędzej  wsunął  się  pod  prześcieradło,  burmistrz 
natomiast  się  nie  spieszył.  Staranniej  poskładał  spodnie  i  marynarkę  niż  ojciec  Kichote.  ale 
został  w  koszuli  i  kalesonach,  jak  gdyby  on  także  chciał  być  przygotowany  na  wszelką 
ewentualność. 
- Co. u licha, masz w kieszeni? - zapytał odsuwając marynarkę księdza. 
-  Och.  to  dzieło  Heriberta  Jonego  o  teologii  moralnej.  Wsadziłem  je  do kieszeni  w  ostatniej 
chwili. 
- Też mi książka na urlop! 
- Widziałem, jak kładłeś do wozu tomik Lenina 1 coś z Marksa. 
- Bo chciałem cię podkształcić i dać do przeczytania. 
- Cóż, jeśli masz ochotę, pożyczę cl ojca Heriberta, też dla podszkolenia. 
-  Przynajmniej  prędzej  zasnę  -  oświadczył  burmistrz  i  wyciągnął  mały  zielony  tomik  z 
kieszeni prałata. 

background image

 

30 

Leżąc na wznak ojciec Kichote słyszał, jak jego towarzysz przewraca kartki. Raz nawet wydał 
z siebie coś jakby chichot. Proboszcz nie przypominał sobie nic śmiesznego w tej książce, ale 
od  czasu,  kiedy  czytał  „Teologię  moralną",  minęło  czterdzieści  lat.  Nie  mógł  zasnąć, 
natomiast  koszmarny  sen,  który  śnił  w  czasie  sjesty,  nadal  piskliwą  nutą  świdrował  jego 
mózg. 
Przyśniło mu się wtedy, że Chrystus został uratowany przez legion aniołów, do których mógł 
się  zwrócić  za  wcześniejszym  przyzwoleniem  diabla.  W  ten  sposób  nie  było  ostatecznego 
konania ani ciężkiego głazu do odsunięcia, ani też odkrycia pustego grobu. 
Ojciec  Kichote  stał  i  patrzył  na  Golgotę,  kiedy  Chrystus  schodził  z  krzyża  triumfujący  i 
gorąco  witany.  Rzymscy  żołnierze,  nawet  centurion,  uklękli,  żeby  Go  uczcić,  a  ludność 
Jerozolimy  biegła  na  wzgórze,  żeby  oddać  Mu  hołd.  Uczniowie  pełni  szczęścia  tłoczyli  się 
wokół  Niego.  Matka  uśmiechała  się  poprzez  łzy  radości.  Nie  było  niejasności,  nie  było 
miejsca  ani  na  zwątpienie,  ani  na  wiarę.  Cały  świat  wiedział  z  niezachwianą  pewnością,  że 
Chrystus jest Synem Bożym. 
Był  to  tylko  sen,  no  tak,  tylko  sen,  niemniej  jednak  ojciec  Kichote  obudził  się  z  dreszczem 
rozpaczy,  jaką  odczuwa  człowiek,  kiedy  nagle  uświadamia  sobie,  że  obrał  zawód,  który 
nikomu  na  nic  nie  może  się  przydać,  że  musi  nadal  żyć  jakby  na  Saharze,  na  pustyni,  bez 
zwątpienia  i  bez  wiary,  gdzie  każdy  ma  pewność,  że  tylko  jego  racje  są  słuszne.  Ocknął  się 
szepcząc:  „Boże,  zbaw  mnie  od  takiej  pewności!”  Słyszał,  jak  burmistrz  wierci  się 
niespokojnie na sąsiednim łóżku, i dodał nie myśląc: „Zbaw 1 jego od tej pewności". Dopiero 
potem znowu zasnął. 
U  dołu  schodów  czekała  na  nich  starucha.  Ostatni  drewniany  stopień  był  pęknięty,  ojciec 
Kichote  potknął  się  i  mało  nie  upadł.  Starucha  przeżegnała  się  i  zaczęła  coś  mamrotać, 
wymachując świstkiem papieru. 
- O co jej chodzi? - zapytał burmistrz. 
- O nasze nazwiska i adresy, skąd przyjechaliśmy i dokąd jedziemy. 
-To nie jest hotelowa fiszka. Po prostu arkusik wyrwany z notesu. 
Mamrotanie nasilało się grożąc przejściem w krzyk. 
- Nie rozumiem ani słowa - stwierdził burmistrz. 
-  Bo  nie  masz  takiego  doświadczenia  jak  ja  w  konfesjonale.  Mówi,  że  miała  już  kiedyś 
nieprzyjemności z policją, gdyż nie prowadziła rejestru gości. A to byli komuniści, w dodatku 
poszukiwani przez policję. 
- Dlaczego nie zażądała tego, jakeśmy przyjechali? 
-  Myślała,  że  nie  weźmiemy  tego  pokoju,  a  potem  zapomniała.  Pożycz  mi  długopisu.  Nie 
warto się z nią spierać. 
- Jeden gość wystarczy. Zwłaszcza jeśli jest nim ksiądz. I nie zapomnij wpisać 
„monsignore”. 
- A dokąd mam podać, że jedziemy? 
- Pisz „Barcelona”. 
- Nie było między nami mowy o Barcelonie. 
-  Kto  wie?  Może  tam  pojedziemy.  Jak  twój  przodek.  Tak  czy  owak,  nigdy  nie  lubiłem 
powierzać osobistych spraw policji. 
Ojciec Kichote usłuchał, aczkolwiek niechętnie. Czy ojciec Jonę uznałby to za kłamstwo? 
Pamiętał,  że  ojciec  Jone  podzielił  kłamstwa  dość  dziwnie  na  występne,  grzecznościowe  i 
ż

artobliwe.  Kłamstwa  grzecznościowe  popełnia  się  dla  własnej  lub  czyjejś  korzyści.  Nie 

widział niczyjej korzyści we wprowadzaniu ludzi w błąd. Może to wcale nie było kłamstwo? 
Całkiem możliwe, że wędrówka zaprowadzi ich pewnego pięknego dnia do Barcelony. 
 

background image

 

31 

 

Jak monsignore Kichote i Sancho odwiedzili 

ś

wi

ę

te miejsce. 

 
- Chcesz jechać na północ? - zapytał ojciec Kichote. - Myślałem, że skręcimy choć troszkę w 
kierunku Barcelony. 
-  Prowadzę  cię  do  takiego  świętego  miejsca  -  odparł  bur-  I  mistrz  -  że  na  pewno  zechcesz 
odmówić tam swoje pacierze. 
Jedź drogą na Salamankę, powiem, kiedy mamy skręcić. 
Było  coś  w  słowach  burmistrza,  co  przyprawiło  księdza  o  lekkie  zaniepokojenie.  Zamilkł, 
jego koszmarny sen powrócił na I nowo. Wreszcie przemówił: 
-  Sancho,  czy  ty  naprawdę  wierzysz,  że  nadejdzie  dzień,  kiedy  cały  świat  stanie  się 
komunistyczny? 
- Wierzę, oczywiście. Tylko nie wiem, kiedy, rzecz jasna. 
- Zwycięstwo proletariatu będzie całkowite? 
-Tak. 
- Cały świat będzie taki jak Rosja? 
-Tego nie twierdzę. Rosja jeszcze nie jest komunistyczna. 
Tyle  że  na  drodze  do  komunizmu  zaszła  dalej  niż  inne  kraje.  -  Przyjaznym  ruchem  położył 
dłoń  na  ustach  księdza.  -  Ty,  katolik,  nie  zaczynaj  mi  mówić  o  prawach  człowieka,  a  ja 
obiecuję,  że  nie  będę  mówił  o  inkwizycji.  Gdyby  Hiszpania  była  cała  katolicka,  nie  byłoby 
inkwizycji, ale Kościół musi się bronić przed wrogami. Ludzie muszą wybierać mniejsze zło, 
a mniejsze zło - to państwo, obozy dla więźniów, możesz nawet dodać, jeśli chcesz, szpitale -
psychiatryczne. Państwo czy  Kościół są w defensywie. ale kiedy dojdziemy do komunizmu, 
państwo  zejdzie  na  dalszy  plan.  Tak  samo,  gdyby  twojemu  Kościołowi  udało  się  stworzyć 
katolicki świat. Święte Oficjum usunęłoby się w cień. 
przypuśćmy, że nadejdzie era komunizmu, a ty wciąż jeszcze będziesz żył. 
- To niemożliwe. 
-  Dobrze,  więc  wyobraź  sobie,  że  masz  prapraprawnuka  podobnego  z  charakteru  do  ciebie  i 
ż

e on dożyje chwili końca państwa. Nie będzie niesprawiedliwości ani nierówności. 

Jak też spędzi swoje życie, Sancho? 
- Pracując dla dobra ogółu. 
-Ty  na  pewno  posiadasz  wiarę,  Sancho,  niezłomną  wiarę  w  przyszłość.  Ale  o  n  nie  będzie 
miał wiary. Przyszłość znajdzie się tuż przed jego oczami. Czy człowiek może żyć bez wiary? 
Nie  rozumiem,  co  chcesz  powiedzieć:  bez  wiary.  Zawsze  ma  się  coś  do  zrobienia  dla 
człowieka. Odkrycie nowej energii. A choroby? Zawsze będą choroby do zwalczania. 
-Jesteś  pewien?  Medycyna  posuwa  się  wielkimi  krokami  naprzód.  Przykro  mi  za  twojego 
prapraprawnuka. Sancho. Wydaje mi się, że jego jedyną nadzieją będzie śmierć. 
Burmistrz się uśmiechnął. 
- Może nawet pokonamy śmierć za pomocą przeszczepów? 
Niech  Bóg  broni!  i  zawołał  ojciec  Kichote.  -  Wówczas  żyłby  w  bezkresnej  pustyni.  Bez 
wiary. Życzyłbym mu raczej szczęśliwej śmierci. 
- Co nazywasz szczęśliwą śmiercią? 
Mam na myśli nadzieję na jakiś dalszy ciąg. 
- Wizja zbawienia i cały ten nonsens? Przekonanie, że istnieje jakieś życie wieczne? 
-  Nie.  Niekoniecznie  przekonanie.  Nie  możemy  trwać  w  przekonaniu.  Po  prostu  posiadać 
wiarę.  Tak  Jak  tyją  masz,  Sancho.  Och,  Sancho.  drogi  Sancho.  jakie  to  okropne  żyć  bez 
wątpliwości.  Przypuśćmy,  że  wszystko,  co  napisał  Marks,  okaże  się  absolutną  prawdą,  i 
dzieła Lenina też. 
- Pewnie, że byłbym szczęśliwy. 

background image

 

32 

- Wątpię. 
Przez  jakiś  czas  jechali  w  milczeniu.  Nagle  Sancho  wybuchnął  tym  swoim  szczekliwym 
ś

miechem, który ojciec Kichote słyszał już poprzedniego wieczora. 

- Z czego, Sancho? 
- Wczoraj, zanim zasnąłem, czytałem tego twojego Heriberta i jego .Teologię moralną". 
Zapomniałem, że onanizm zawiera tak bogatą gamę grzechów. Myślałem o nim po prostu jak 
o odmiennym określeniu masturbacji. 
-  Pospolity  błąd.  Ale  ty  powinieneś  wiedzieć  lepiej,  Sancho.  Przecież  studiowałeś  w 
Salamance. 
-  Tak.  I  właśnie  przypomniałem  sobie  wczoraj  wieczorem,  jak  wszyscy  ryczeliśmy  ze 
ś

miechu czytając o onanizmie. 

- Nie pamiętałem, że Jone jest taki komiczny. 
-  Więc  pozwól,  że  ci  przypomnę  jego  uwagi  na  temat  coitus  inlemiptus.  Według  niego  to 
jedna  z  form  onanizmu,  ale  nie  jest  ona  grzechem,  jeśli  zachodzi  nieprzewidziana 
konieczność, na przykład (to jego własny przykład) wkroczenie trzeciej osoby na scenę. 
Jeden  z  moich  kolegów-studentów,  Diego,  znał  bardzo  bogatego  i  pobożnego  maklera 
giełdowego,  nawet  zapamiętałem,  jak  się  nazywał  -  Márquez.  Miał  ogromną  posiadłość  po 
drugiej strome rzeki, nie opodal klasztoru świętego Wincentego. Nie wiem, czy jeszcze żyje. 
Jeżeli  nawet  żyje,  kontrola  urodzin  przestała  być  problemem,  ma  na  pewno  ponad 
osiemdziesiątkę.  Ale  wtedy  był  to  dla  niego  naprawdę  wielki  problem  jako  dla  kogoś 
ogromnie  gorliwego  w  sprawach  Kościoła.  Na  jego  szczęście  Kościół  zmienił  pogląd  na 
lichwę,  w  maklerstwie  jest  mnóstwo  z  lichwy.  To  zabawne,  ale  Kościół  zmienia  swoje 
poglądy na pieniądze znacznie łatwiej niż na sprawy seksu. 
- Wy też macie swoje niezmienne dogmaty. 
-Tak, ale u nas najbardziej niepodatne na zmiany są właśnie dogmaty dotyczące pieniędzy. 
My  się  nie  przejmujemy  coitus  interruptus,  lecz  środkami  produkcji,  nie  mam  na  myśli 
seksualnych.  Na  następnym  zakręcie  jedź  w  lewo.  Widzisz  przed  nami  tę  wysoką  skalę  z 
ogromnym krzyżem na wierzchołku? Tam właśnie jedziemy. 
- A więc to naprawdę święty przybytek! Myślałem, że ze mnie kpisz. 
-Ależ skąd, monsignore! Zanadto cię lubię, żeby kpić. 
O  czym  to  mówiłem?  Już  wiem,  señor  Márquez  i  jego  straszne  problemy.  Miał  pięcioro 
dzieci. On naprawdę uważał, że spełnił swój obowiązek wobec Kościoła, ale jego żona była 
szalenie płodna, on zaś lubił seks. Mógłby sobie  znaleźć kochankę, ale nie sądzę, żeby Jone 
zezwalał  na  kontrolę  urodzin  nawet  w  cudzołóstwie.  To,  co  u  was  się  nazywa  naturalną 
kontrolą  urodzin,  a  co  ja  nazywam  nienaturalną,  stale  go  zawodziło.  Może  termometry  w 
Hiszpanii zostały sfałszowane pod wpływem Kościoła? Otóż mój przyjaciel Diego wspomniał 
przy  nim,  że  stosownie  do  zasad  Heriberta  Jonego  coitus  intemiptus  jest  dozwolony. 
Rozmowa mogła mieć charakter frywolny. Ale, ale, jakim kapłanem był Jone? 
- To Niemiec. Nie sądzę, żeby był kapłanem świeckim, gdyż większość z nich ma zbyt dużo 
pracy, żeby się zajmować teologią moralną. 
-  Márquez  wysłuchał  Diega  i  kiedy  ten  przyszedł  do  niego  następnym  razem,  stwierdził,  że 
makler  zaangażował  lokaja.  Zdziwił  się,  gdyż  Márquez  był  człowiekiem  oszczędnym,  nie 
przyjmował  zbyt  wielu  gości  poza  przypadkowymi  braciszkami  z  klasztoru  świętego 
Wincentego,  toteż  dwie  służące,  niańka  i  kucharka  najzupełniej  wystarczały  w  jego 
gospodarstwie. Po kolacji Márquez zaprosił Diega do gabinetu na kieliszek koniaku, co także 
zdziwiło  mego  kolegę.  „Muszę  panu  podziękować  -  rzekł  Márquez  i  gdyż  bardzo  mi  pan 
ułatwił  życie.  Z  całą  uwagą  przestudiowałem  dzieło  Heriberta  Jonego.  Przyznaję,  że  nie 
całkiem wierzyłem w to, co mi pan powiedział, ale od braci z klasztoru dostałem egzemplarz 
hiszpański  z  Imprimatur  arcybiskupa  Madrytu  i  Nihil  obstat  cenzora  desygnowanego  i  tam 

background image

 

33 

Jest wyraźnie powiedziane, że w przypadku wejścia trzeciej osoby coitus intemiptus staje się 
dozwolony". 
„I to panu pomaga? W jaki sposób?"  zapytał Diego. 
-Widzi  pan.  zaangażowałem  lokaja  i  wyćwiczyłem  go  bardzo  starannie.  Kiedy  dzwonek  z 
mojej  sypialni  rozlegnie  się  w  kredensowym  pokoju,  wówczas  on  zajmuje  posterunek  przy 
drzwiach  sypialni  i  czeka.  Staram  się,  żeby  nie  musiał  czekać  zbyt  długo,  ale  ponieważ 
posuwam  się  w  latach,  niestety  muszę  go  tam  trzymać  niekiedy  przez  kwadrans  czy  nawet 
więcej,  zanim  dam  następny  sygnał,  długi  dzwonek  już  w  przedpokoju.  To  wtedy,  kiedy 
dłużej nie mogę się powstrzymać. Lokaj natychmiast otwiera drzwi, a ja od razu wycofuję się 
z ciała mojej żony. Teraz nie muszę już chodzić do spowiedzi częściej niż raz na kwartał i to z 
drobnymi grzechami powszednimi". 
- Nabijasz się ze mnie - stwierdził proboszcz. 
- Ani trochę. Dochodzę do wniosku, że Jone jest znacznie bardziej interesującym i zabawnym 
pisarzem,  niż  mi  się  wydawało,  kiedy  byłem  studentem.  Niestety,  w  tym  szczególnym 
przypadku istniał pewien szkopuł, a Diego, niedobry chłopak, o nim wspomniał. „Czytał pan 
to dzieło niedbale” - powiedział do Marqueza. „Jone kwalifikuje wejście trzeciej osoby jako 
nieprzewidzianą  okoliczność.  Obawiam  się,  że  w  pana  przypadku  wtargnięcie  lokaja  jest  aż 
nadto do przewidzenia". Biedny Marquez był wstrząśnięty. Och, ci teologowie moralni są nie 
do  pokonania.  Zawsze  biorą  górę  nad  człowiekiem  tymi  swoimi  kruczkami.  Lepiej  ich  w 
ogóle nie słuchać. Dla własnego dobra lepiej oczyścić regały z tych wszystkich starych ksiąg. 
Pamiętaj, co kanonik powiedział twemu szlachetnemu przodkowi: 
„To  nierozsądne,  żeby  ktoś  taki  jak  pan,  mający  pana  inteligencję,  pana  reputację  i  talenty, 
akceptował ekstrawaganckie absurdy zawarte w tych śmiesznych powieściach rycerskich jako 
rzeczywiście prawdziwe". 
Burmistrz umilkł i zerkał z ukosa na ojca Kichote’a. Wreszcie znowu się odezwał: 
I  w  ojca  rysach  można  niewątpliwie  dostrzec  pewne  podobieństwo  do  twarzy  jego  przodka. 
Jeżeli ja jestem Sancho, to ojciec jest na pewno Monsignore Smętnego Oblicza. 
Jeśli chcesz, ze mnie możesz się wyśmiewać, ile dusza zapragnie, drogi Sancho. 
Przykrość sprawia mi jedynie wykpiwanie moich ksiąg, gdyż są one dla mnie ważniejsze ode 
mnie samego. W nich bowiem jest zawarta cała moja wiara i nadzieja. 
W  zamian  za  ojca  Heriberta  pożyczę  ci  ojca  Lenina.  Kto  wie,  czy  też  nie  natchnie  cię 
nadzieją. 
-Może nadzieją na tym padole, ale mój głód jest większy i dotyczy nie tylko mnie samego. I 
ciebie,  Sancho,  i  całego  świata.  Wiem,  że  jestem  błędnym  kapłanem  wędrującym  Bóg  wie 
dokąd. Wiem, że niektóre moje książki zawierają bzdury, tak samo jak zawierały je powieści 
rycerskie,  które  kolekcjonował  mój  przodek.  Ale  to  nie  znaczy,  że  całe  rycerstwo  było 
absurdem.  Niezależnie  od  tego,  jakie  nonsensy  wygrzebiesz  w  moich  książkach,  ja  nadal 
posiadam wiarę... 
- W co? 
- W fakt historyczny, że Chrystus umarł na krzyżu i że zmartwychwstał. 
- Największy absurd ze wszystkich. 
- Świat w ogóle opiera się na absurdzie, inaczej nie bylibyśmy tutaj razem. 
Wyjechali  na  szczyty  Guadarramy  -  ciężka  wspinaczka  dla  Rosynanta  -  i  teraz  zjeżdżali  w 
kierunku  doliny  położonej  pod  wysokim  ponurym  wzgórzem,  zwieńczonym  ogromnym 
ciężkim  krzyżem  wysokości  prawie  stu  pięćdziesięciu  metrów.  Przed  sobą  mieli  parking 
zatłoczony  i  bogatymi  cadillacami,  i  małymi  seatami.  Właściciele  seatów  rozstawiali  przy 
samochodach stoliki na piknik. 
Czy chciałbyś żyć w całkowicie zracjonalizowanym świecie? 
Zapytał ojciec Kichote. - Cóż to byłaby za nuda! 
- Tu przemówił twój protoplasta. 

background image

 

34 

-Spójrz na tę gilotynę na szczycie wzgórza, czy szubienicę, jeśli wolisz. 
-Widzę krzyż. 
-To mniej więcej to samo, czyż nie tak? Gdzie jesteśmy, Sancho? 
-W Dolinie Poległych, ojcze. Tutaj twój przyjaciel Franco chciał być pochowany jak faraon. 
Ponad tysiąc więźniów zmuszono do wykopania jego grobowca. 
- Ach tak, przypominam sobie, w zamian za co ich uwolniono. 
- Dla setek była to wolność śmierci. Chcesz się tu pomodlić? 
- Oczywiście. Dlaczegóż by nie? Nawet gdyby to był grób Judasza czy Stalina, odmówiłbym 
modlitwę. 
Zaparkowali  samochód  kosztem  sześćdziesięciu  peset  i  podeszli  do  wejścia.  „Jakaś  skała 
byłaby potrzebna, żeby zamknąć ten ogromny grób!” - pomyślał ojciec Kichote. Przy wejściu 
- metalowa krata udekorowana posągami czterdziestu hiszpańskich świętych, wewnątrz hala o 
rozmiarach  nawy  katedralnej,  ściany  pokryte  czymś  przypominającym  szesnastowieczne 
gobeliny. 
-Generalissimus chciał koniecznie mieć całą brygadę świętych - powiedział burmistrz. 
Zwiedzających oraz ich głosy pomniejszał ogrom hali, daleką wydawała się droga do ołtarza 
zbudowanego w głębi pod gigantyczną kopułą. 
- Niecodzienny wyczyn inżynierski - znowu odezwał się burmistrz - niczym piramidy. 
Ż

eby go dokonać, potrzebna była praca niewolników. 

-Jak w twoich syberyjskich obozach. 
-Rosyjscy  więźniowie  pracują  przynajmniej  dla  przyszłości  swego  kraju.  Tu  zaś  chodziło  o 
chwałę jednego człowieka. 
Wolnym  krokiem  szli  w  kierunku  ołtarza,  mijając  jedną  kaplicę  po  drugiej.  W  bogato 
dekorowanej hali nikt nie czuł potrzeby ściszania głosu, a jednak brzmiały one tak delikatnie 
jak szepty w nieskończoności. Trudno było wprost uwierzyć, że szli wnętrzem góry. 
I  o  ile  wiem  -  powiedział  ojciec  Kichote,  to  było  pomyślane  jako  świątynia  zgody  mająca 
upamiętnić wszystkich poległych po obydwu stronach. 
Po jednej stronie ołtarza znajdował się grób Franco, po drugiej I grób José Antonia Primo de 
Rivery, założyciela Falangi. 
Nie ma tu nawet pamiątkowej tablicy poległych republikanów - stwierdził burmistrz. 
W milczeniu kroczyli powrotną drogą do wyjścia, skąd rzucili ostatnie spojrzenie na wnętrze. 
-  Trochę  to  przypomina  hol  w  „Pałace  Hotel"  -  zauważył  burmistrz  -  ale  oczywiście 
wspanialszy,  z  mniejszą  liczbą  gości.  „Pałace  Hotel"  nie  mógłby  sobie  pozwolić  na  takie 
gobeliny.  Tam  na  końcu  widać  koktajlbar,  barman  może  zaraz  przyrządzić  drinka, 
specjalnością  zakładu  jest  koktajl  z  czerwonego  wina  i  do  tego  wafle.  Jesteś  milczący, 
monsignore. To sprawia wielkie wrażenie, prawda? Czy coś się stało? 
- Modliłem się, tylko tyle - odparł ojciec Kichote. 
- Za Generalissimusa pochowanego ze splendorem? 
- Tak. Ale również za ciebie i za siebie. I za mój Kościół - dodał. 
Kiedy  odjeżdżali,  ojciec  Kichote  przeżegnał  się.  Sam  dobrze  nie  wiedział,  dlaczego,  może 
prosił  o  ochronę  przed  niebezpieczeństwem  jazdy,  a  może  przed  zbyt  pochopnymi  sądami 
albo po prostu była to nerwowa reakcja? 
-  Mam  wrażenie,  że  jesteśmy  śledzeni  -  odezwał  się  burmistrz.  Oparł  się  o  ojca  Kichote’a, 
ż

eby spojrzeć w lusterko. - Wszystkie samochody nas wyprzedzają, z wyjątkiem jednego. 

Dlaczego mieliby nas śledzić? 
Kto wie? Prosiłem, żebyś włożył ten fioletowy śliniak. 
- Włożyłem skarpetki. 
- To nie wystarczy. 
- Dokąd teraz jedziemy? 

background image

 

35 

- Przy tej szybkości nie zdążymy na wieczór do Salamanki. Lepiej zatrzymajmy się w Avili. - 
Patrząc w lusterko burmistrz dodał: - No, nareszcie nas wyprzedzają. - Samochód przejechał z 
dużą prędkością. 
- Widzisz, Sancho? Nie o nas chodziło. 
- To był dżip. Dżip Guardii. 
- Tak czy owak, nie nas mieli na uwadze. 
-  Wszystko  jedno,  wolałbym,  żebyś  nosił  na  sobie  ten  fiolet  -  upierał  się  burmistrz.  -  Nie 
mogą przecież dojrzeć skarpetek. 
Siedząc  przy  drodze  na  zwiędłej  trawie  posilili  się  resztkami  kiełbasy.  Zdążyła  trochę 
obeschnąć, a i manchegańskie wino straciło na smaku. 
-  Kiełbasa  przypomniała  mi  -  oznajmił  burmistrz  i  że  w  Avili  będziesz  mógł  popatrzeć  na 
serdeczny palec świętej Teresy, natomiast w Alba de Tormes, w pobliżu Salamanki, mogę ci 
pokazać  całą  jej  rękę.  Przynajmniej  sądzę,  że  już  ją  zwrócono  tamtejszemu  klasztorowi,  z 
którego na pewien czas wypożyczył ją Generalissimus. Podobno trzymał ją na swoim biurku, 
oczywiście  z  należytym  szacunkiem.  No  i  w  Avili  znajduje  się  konfesjonał,  przy  którym 
lubiła  rozmawiać  ze  świętym  Janem  od  Krzyża.  To  był  wielki  poeta,  więc  nie  będziemy  się 
spierać co do jego świętości. Kiedy przebywałem w Salamance, często wpadałem do Avili. 
Wiesz,  nawet  odczuwałem  coś  w  rodzaju  czci  dla  tego  serdecznego  palca,  chociaż  główną 
atrakcją była prześliczna dziewczyna, córka tamtejszego aptekarza. 
- Co cię skłoniło do porzucenia studiów, Sancho? Nigdy mi o tym nie mówiłeś. 
- Wydaje mi się, że głównym powodem były jej długie złote włosy. To był bardzo szczęśliwy 
okres.  Widzisz,  jako  córka  aptekarza,  w  dodatku  tajnego  członka  partii,  miała  możność 
zaopatrywać  nas  w  zakazane  środki  antykoncepcyjne.  Nie  musiałem  stosować  coitus 
interruptus.  Ale  wiesz,  natura  ludzka  jest  dziwna,  potem  szedłem  i  przepraszałem  serdeczny 
palec świętej Teresy. - Wpatrywał się posępnie w szklankę wina. - Dzisiaj śmieję się z twoich 
przesądów, ale w owych czasach podzielałem niektóre z nich. Czyżbym dlatego szuka! teraz 
twojego  towarzystwa?  Żeby  ponownie  odnaleźć  swoją  młodość?  Tę  młodość,  kiedy  prawie 
wierzyłem  w  waszą  religię,  a  wszystko  było  takie  skomplikowane,  takie  pełne  sprzeczności 
i... interesujące? 
- Nigdy nie uważałem, że sprawy są tak skomplikowane. Zawsze znajdowałem odpowiedź w 
książkach, którymi tak gardzisz. 
- Nawet u ojca Heriberta Jonego? 
Nigdy nie byłem za mocny w teologii moralnej. 
Wiele kłopotów sprawił mi fakt, że ojciec dziewczyny, ten aptekarz, zmarł i już nie mogliśmy 
więcej  zdobywać  środków  antykoncepcyjnych.  Dzisiaj  nie  miałbym  z  tym  trudności,  ale  w 
owych czasach... Wypij jeszcze szklaneczkę, ojcze. 
-Obawiam  się,  że  jeśli  nie  będę  uważał,  to  w  twoim  towarzystwie  stanę  się,  słyszałem  takie 
określenie, kapłanem-moczymordą. 
Mogę powtórzyć za moim przodkiem Sanchem, że nigdy w życiu nie piłem z nałogu. 
Piję,  kiedy  mam  ochotę  lub  za  zdrowie  przyjaciela.  Twoje  zdrowie,  monsignore.  Co  ojciec 
Jone mówi na temat picia? 
-Opilstwo  kończące  się  całkowitą  utratą  rozumu  jest  grzechem  śmiertelnym,  chyba  że 
zaistnieje  dostateczny  po  temu  powód;  namawianie  innych  do  picia  jest  takim  samym 
grzechem, chyba że zaistnieje dostateczne po temu wytłumaczenie. 
- Jak on to kwalifikuje, co? 
-Ciekawe,  że  według  niego  łatwiej  można  wybaczyć  namawianie  do  pijaństwa  -  czym 
grzeszysz w tej chwili - na przykład na bankiecie. 
Czy możemy naszą ucztę uważać za bankiet? 
Nie  jestem  pewien,  czy  można  bankietować  we  dwójkę,  w  dodatku  mam  wątpliwości,  czy 
naszą  obeschniętą  kiełbasę  można  uważać  za  danie  bankietowe.  -  Ojciec  Kichote  roześmiał 

background image

 

36 

się  trochę  nerwowo  (dowcipkowanie  było  niezupełnie  na  miejscu)  i  pomacał  w  kieszeni 
różaniec. - Tobie wolno śmiać się z ojca Heriberta - powiedział - lecz i ja się wyśmiewałem 
razem  z  tobą.  Niech  mi  Bóg  wybaczy.  Ale,  Sancho,  teologia  moralna  nie  jest  Kościołem.  I 
ojciec  Jone  nie  figuruje  pomiędzy  moimi  starymi  powieściami  rycerskimi.  Jego  dzieło  ma 
charakter  regulaminu  wojskowego.  Święty  Franciszek  Salezy  napisał  osiemsetstronicową 
książkę o miłości Boga. Słowo „miłość” nie znajduje miejsca w regulaminach ojca Heriberta, 
a  i  myślę,  choć  może  się  mylę,  że  nie  ma  pojęcia  „grzech  śmiertelny”  w  książce  świętego 
Franciszka. Był on biskupem i księciem Kościoła Genewy. 
Nie mogę sobie wyobrazić, że on i Kalwin by się ze sobą zgodzili. Kalwin lepiej by się czuł z 
Leninem  czy  nawet  ze  Stalinem.  Albo  z  Guardia  Civil  -  dodał  zauważywszy  powracający 
dżip,  jeżeli  to  był  ten  sam.  Jego  protoplasta  wyszedłby  na  drogę  i  może  wyzwał  go  na 
pojedynek. Uświadomił sobie własną nieudolność i ogarnęło go poczucie winy. 
Dżip  zwolnił  mijając  ich  samochód.  Obaj  doznali  ulgi,  kiedy  zniknął  z  pola  widzenia,  i 
dłuższą  chwilę  leżeli  w  milczeniu  wśród  szczątków  posiłku.  Pierwszy  odezwał  się  ojciec 
Kicho te: 
- Nie popełniliśmy nic złego, Sancho. 
- Oni sądzą po pozorach. 
-  Przecież  wyglądamy  niewinnie  jak  baranki  -  stwierdził  ojciec  Kichote  i  zacytował  swego 
ulubionego  świętego:  -  „Nic  tak  nie  uspokaja  rozwścieczonego  słonia  jak  widok  małej 
owieczki i nic tak nie osłabia siły kul armatnich jak owcze runo”. 
-  Ktokolwiek  to  napisał  -  powiedział  burmistrz  -  okazał  ignorancję  w  dziedzinie  historii 
naturalnej i dynamiki. 
- To pewnie wino, ale jest mi strasznie gorąco. 
-  Nie  mogę  powiedzieć,  żebym  odczuwał  upał.  Temperatura  wydaje  mi  się  ogromnie 
przyjemna. Oczywiście, ja nie noszę tej idiotycznej koloratki. 
- Trochę celuloidu. Wcale tak bardzo nie grzeje, zwłaszcza jak się pomyśli, co ta cała Guardia 
Civil musi na sobie dźwigać. Przymierz, a zobaczysz sam. 
Dobrze, spróbuję. Daj mi ją. Jeżeli dokładnie pamiętam. Sancho został gubernatorem wyspy, 
więc ja z twoją pomocą mogę zostać gubernatorem dusz. Jak ojciec Jone. - Owinął koloratkę 
dookoła  szyi.  1  Masz  rację,  specjalnie  nie  grzeje.  Trochę  dusi,  nic  więcej.  Ociera  bolesne 
miejsce na moim karku. Jakie to dziwne, ojcze, ale bez koloratki nigdy bym cię nie wziął za 
księdza, a już na pewno nie za prałata. 
Kiedy sługa zabrał mu lancę i wyciągnął Don Kichote’a z jego zbroi, nikt by go nie wziął za 
błędnego rycerza. Jedynie za wariata. Oddaj mi koloratkę, Sancho. 
-  Pozwól  mi  być  gubernatorem  jeszcze  przez  chwilę.  Może  w  tej  koloratce  mógłbym 
wysłuchać jednej czy dwóch spowiedzi. 
Ojciec  Kichote  wyciągnął  rękę,  żeby  odebrać  koloratkę,  kiedy  rozległ  się  jakiś  urzędowy 
głos: 
- Proszę okazać dokumenty. 
Był to gwardzista, prawdopodobnie zostawił samochód za zakrętem szosy i zbliżył się do nich 
piechotą. Tęgi chłop pocił się z wysiłku i ze strachu palce jego bawiły się kaburą. Może bał 
się, że trafił na baskijskiego terrorystę? 
- Mam portfel w samochodzie - powiedział ojciec Kichote. 
- Pójdziemy po niego razem. A wasz, ojcze? - zwrócił się do Sancha. 
Sancho sięgnął do wewnętrznej kieszeni po dowód osobisty. 
- Co to za ciężki przedmiot macie w kieszeni? 
Ręka  gwardzisty  dalej  spoczywała  na  kaburze,  gdy  Sancho  wyciągał  mały  zielony  tomik 
zatytułowany „Teologia moralna". 
- Nie ma zakazu czytania, szefie. 
- Nic nie mówiłem o zakazie, ojcze. 

background image

 

37 

Nie jestem księdzem, szefie. 
To dlaczego nosi pan ten kołnierzyk? 
-  Pożyczyłem  go  na  chwilę  od  mego  przyjaciela.  Proszę  spojrzeć,  nawet  nie  jest 
przymocowany, tylko nałożony. Mój przyjaciel jest prałatem. 
- Prałatem? 
- Może się pan przekonać po Jego skarpetkach. 
Gwardzista spojrzał na fioletowe skarpetki. 
- Ta książka należy do pana? I ta koloratka? 
- Tak - potwierdził ojciec Kichote. 
- Ojciec pożyczył je temu panu? 
- Tak. Widzi pan. zrobiło mi się gorąco... 
Gwardzista wskazał ręką, żeby szli do samochodu. 
Ojciec  Kichote  sięgnął  do  przedniego  schowka.  Przez  chwilę  nie  mógł  znaleźć  swego 
dowodu. Za nim ciężko sapał gwardzista. Wreszcie ojciec Kichote znalazł to, czego szukał: 
zapewne  wskutek  nierównego  oddechu  zmęczonego  Rosynanta  dowód  wsunął  się  pomiędzy 
czerwone  okładki  książki  pozostawionej  przez  burmistrza.  Wyciągnął  ją.  Wielkimi  literami 
widniało na mej nazwisko autora: LENIN. 
- Lenin! - zawołał gwardzista. - Czy to wasza książka? 
- Nie, nie. Moja jest tylko „Teologia moralna”. 
To wasz samochód? 
-Mój. 
- A książka nie jest wasza? 
- Należy do mojego przyjaciela. 
- Do tego, któremu pożyczyliście koloratkę? 
- Zgadza się. 
Burmistrz szedł za mmi do wozu. Na dźwięk jego głosu gwardzista drgnął. Niewątpliwie miał 
nerwy w kiepskim stanie. 
- Nawet Lenin nie jest teraz zakazany, szefie. To bardzo wczesne dzieło, jego eseje o Marksie 
i  Engelsie.  Napisane  w  większości  w  czcigodnym  mieście  Zurychu.  Można  by  rzec,  mała 
bomba zegarowa w mieście bankierów. 
- Bomba zegarowa! - wykrzyknął gwardzista. 
- Mówię metaforycznie. 
Gwardzista  ostrożnie  odłożył  książkę  na  siedzenie  i  odsunął  się  nieco  od  samochodu. 
Powiedział do ojca Kichote'a: 
- W waszym dowodzie nie ma nic o tym, że jesteście prałatem. 
On podróżuje incognito - wtrącił się burmistrz. 
Incognito? Dlaczego incognito? 
Bo odznacza się tego rodzaju pokorą, jaką często się spotyka u świętych. 
- Skąd przyjechaliście? 
- Modli! się przy grobie Generalissimusa. 
- Czy to prawda? 
- Tak, zmówiłem kilka pacierzy. 
Gwardzista znowu zaczął studiować dowód. Wydawał się trochę uspokojony. 
- Nawet dużo pacierzy 1 odezwał się burmistrz. - Jeden by nie wystarczył. 
- Co to ma znaczyć: „nie wystarczył"? 
Bóg  może  mieć  przytępiony  słuch.  Ja  sam  nie  jestem  wierzący,  ale  o  ile  się  orientuję,  to 
właśnie musiał być powód, dla którego odprawiono tyle mszy za Generalissimusa. Modląc się 
za takiego jak on, trzeba wrzeszczeć, żeby być usłyszanym. 
- Macie dziwne towarzystwo - zwrócił się gwardzista do ojca Kichote’a. 
- Och, niech pan nie zwraca uwagi na jego słowa. W głębi serca to dobiy człowiek. 

background image

 

38 

- Dokąd teraz jedziecie? 
Pierwszy odezwał się burmistrz: 
Monsignore chce odmówić jeszcze jedną modlitwę do serdecznego palca świętej Teresy. 
Wie pan, palec jest przechowywany w klasztorze poza murami Avili. Prałat pragnie uczynić 
co tylko w jego mocy dla Generalissimusa. 
- Pan za dużo gada. W pańskim dowodzie stoi, że Jest pan burmistrzem El Toboso. 
-Byłem  burmistrzem,  ale  straciłem  zajęcie.  Prałat  natomiast  został  wyawansowany  ze 
swojego stanowiska... 
- Gdzie spędziliście ostatnią noc? 
- W Madrycie. 
Gdzie? W jakim hotelu? 
Ojciec Kichote patrzył na burmistrza oczekując pomocy. Wybąkał: 
- W małym hoteliku... nie pamiętam... 
- Na jakiej ulicy? 
Burmistrz przerwał stanowczo: 
- .Pałace Hotel". 
- To nie jest mały hotelik. 
-  Wielkość  jest  rzeczą  względną  -  stwierdził  burmistrz.  -  .Palące  Hotel"  jest  mały  w 
porównaniu z grobowcem Generalissimusa. 
Zapadło  kłopotliwe  milczenie  -  może  to  anioł  przeleciał  nad  ich  głowami?  Wreszcie 
gwardzista zdecydował: 
- Zostaniecie tu, dopóki nie wrócę. Nie próbujcie odjechać, bo może was spotkać przykrość. 
- Jaką przykrość miał on na myśli? 
- Chyba to, że będzie strzelał, jeżeli ruszymy. 
- Więc zostańmy tu. 
- Zostańmy. 
- Dlaczego skłamałeś o hotelu? 
- Wahanie pogorszyłoby sprawę. 
- Ale mogą sprawdzić meldunek. 
- Nie zechcą zawracać sobie głowy, a w każdym razie to potrwa. 
- Dla mnie - stwierdził ojciec Kichote  - taka sytuacja jest nie do pojęcia.  Przez te wszystkie 
lata w El Toboso... 
-  Dopiero  po  opuszczeniu  swojej  mieściny  twój  przodek  napotkał  wiatraki.  Popatrz,  nasze 
zadanie  jest  łatwiejsze.  Nie  mamy  trzydziestu  czy  czterdziestu  wiatraków  do  pokonania,  ale 
zaledwie dwa. 
Tłusty  gwardzista,  który  wracał  właśnie  z  kolegą,  mógł  niewątpliwie  nasunąć  porównanie  z 
wiatrakiem,  tak  energicznie  wymachiwał  rękami,  tłumacząc  temu  drugiemu  dziwne 
sprzeczności, na jakie się natknął. Przez lekki popołudniowy wietrzyk dobiegały jego słowa: 
.monsignore", .Lenin", .fioletowe skarpetki". 
Drugi gwardzista był bardzo szczupły, o stanowczym sposobie bycia. 
-  Otworzyć  bagażnik!  1  rozkazał.  Stał  z  rękami  wspartymi  na  biodrach,  gdy  ojciec  Kichote 
manipulował kluczykiem. 
- Otworzyć torbę! 
Wsadził rękę do torby ojca Kichote’a i wyciągnął pechera. 
- Dlaczego tego nie nosicie? - zapytał. 
- Bo zbyt rzuca się w oczy - wyjaśnił ojciec Kichote. 
- Boicie się tego? 
- Nie boję się... 
Ale szczupły już zaglądał przez tylną szybkę. 
- Co to za skrzynki? 

background image

 

39 

- Manchegartskie wino. 
- Jesteście dobrze zaopatrzeni. 
- Istotnie. Gdyby pan miał ochotę na parę butelek... 
-  Zapisać  -  rzucił  szczupły  do  swego  kolegi  -  że  tak  zwany  prałat  zaproponował  nam  dwie 
butelki manchegańskiego wina. Proszę mi pokazać jego dowód. Zanotowaliście numer? 
- Zaraz to zrobię. 
- Chcę zajrzeć do tej książki. - Zaczął przerzucać kartki leninowskich esejów. - Widzę, żeście 
to  nieźle  studiowali.  Dużo  miejsc  pozaznaczanych.  Wydane  w  Moskwie  po  hiszpańsku.  - 
Zaczął  czytać:  -  „Walka  zbrojna  prowadzi  do  dwóch  różnych  celów:  na  pierwszym  miejscu 
przez  zabijanie  poszczególnych  jednostek,  przełożonych  i  podwładnych  w  armii  i  policji..." 
Czy to są wasze cele, monsignore? O ile, oczywiście. Jesteście monsignorem. 
To nie moja książka. Należy do mego przyjaciela. 
Macie  dziwne  towarzystwo,  monsignore.  Niebezpieczne  towarzystwo.  -  Zamilkł  i  stał 
pogrążony w myślach; w oczach ojca Kichote’a wyglądał jak sędzia rozważający alternatywę: 
wyrok śmierci czy dożywocie. 
Wreszcie ksiądz zaproponował: 
- Jeżeli ma pan ochotę zatelefonować do mojego biskupa... - zatrzymał się w pół zdania, gdyż 
biskup  na  pewno  by  sobie  przypomniał  niefortunną  kolektę  w  kościele  na  towarzystwo  „In 
Vinculis". 
- Macie zapisany numer wozu? i zapytał szczupły grubego. 
- Naturalnie, naturalnie, zanotowałem jeszcze na szosie. 
- Jedziecie do Avili? Gdzie się tam zatrzymacie? 
- W „Paradorze", jeżeli będą tam wolne pokoje I odpowiedział szybko burmistrz. 
- Nie macie rezerwacji? 
- Jeteśmy na urlopie. Jedziemy na los szczęścia. 
- Pamiętajcie, że mam zanotowany numer samochodu - ostrzegł gwardzista. 
Szczupły  zrobił  w  tył  zwrot,  za  nim  gruby.  Kiedy  tak  kroczyli,  ojcu  Kichote'owi  przyszło 
nagle  do  głowy,  że  wyglądają  jak  dwie  kaczki:  jedna  zdatna  już  na  stół,  druga  wymagająca 
jeszcze podtuczenia. Zniknęli za zakrętem szosy, może tam był jakiś staw? 
- Zaczekamy, aż odjadą - powiedział burmistrz. 
- Czy coś z nami jest nie w porządku? Dlaczego są tacy podejrzliwi? 
-  Musisz  przyznać,  że  niezbyt  często  się  zdarza,  żeby  prałat  pożyczał  swoją  księżowską 
koloratkę... 
- Pojadę za nimi i wytłumaczę... 
-  O,  nie!  Lepiej  zaczekać  na  miejscu.  Oni  też  czekają.  Chcą  się  upewnić,  czy  rzeczywiście 
jedziemy do Avili. 
- Może raczej ominąć Avilę... 
- Dlaczego? 
- Bo pewnie ostrzegli tamtejszą Guardię. 
- My zakłócamy spokój ich umysłów. Niech się zmęczą czekaniem. Uważam, że powinniśmy 
otworzyć następną butelkę. 
Znowu  rozsiedli  się  wśród  resztek  posiłku  i  burmistrz  wziął  się  do  wyciągania  korka.  Po 
chwii zauważył: 
Gdybym  nawet  potrafił  zawiesić  moją  głęboką  niewiarę  w  Boga  i  tak  trudno  przyszłoby  mi 
uwierzyć,  że  On  rzeczywiście  pragnął  przyjścia  na  świat  tych  dwóch,  nie  mówiąc  już  o 
Hitlerze  i  Generalissimusie,  no  i  jeśli  chcesz,  o  Stalinie.  Gdybyż  to  ich  biednym  rodzicom 
pozwolono używać środków antykoncepcyjnych... 
- Byłby to bardzo poważny grzech, Sancho. Zabijanie ludzkiej duszy. 

background image

 

40 

Czy  sperma  ma  duszę?  Kiedy  mężczyzna  bierze  w  posiadanie  kobietę,  zabija  miliony 
milionów plemników minus jeden. To szczęście dla niebios, że się tyle tego marnuje, inaczej 
byłyby okropnie przeludnione. 
Ależ to jest przeciwne prawom natury, Sancho! 
Korek wyskoczył z pyknięciem - wino było bardzo młode. 
-  Zawsze  miałem  wątpliwości  co  do  prawa  natury  -  rzekł  Sancho.  -  Jakie  prawo?  Jakiej 
natury? 
Jest  to  prawo,  które  zostało  włożone  do  naszych  serc  w  chwili  przyjścia  na  świat.  Sumienie 
mówi nam, kiedy to prawo łamiemy. 
Moje milczy. Albo nie zwróciłem uwagi. Kto wymyślił to prawo? 
- Pan Bóg. 
No  tak,  oczywiście,  musisz  tak  mówić,  ale  pozwól  mi  to  sformułować  inaczej.  Jaka  ludzka 
istota pierwsza nauczała nas, że to prawo istnieje? 
Od najwcześniejszych dni chrześcijaństwa... 
Daj  spokój,  monsignore.  Czy  możesz  znaleźć  cokolwiek  na  temat  prawa  natury  u  świętego 
Pawła? 
Niestety, Sancho, starzeję się. nie pamiętam, ale Jestem pewien... 
Prawo natury, tak jak je widzę, polega na tym. że kot ma naturalne pragnienie zabicia ptaszka 
czy myszy. To Jest dobre dla kota, ale mniej dobre dla ptaszka czy myszy. 
- Kpiny nie są argumentem, Sancho. 
- Och. ja nie neguję sumienia tak zupełnie, monsignore. Przypuszczam, że czułbym się przez 
pewien czas nieprzyjemnie. 
gdybym  zabił  człowieka  bez  uzasadnionego  powodu,  ale  myślę  też,  że  czułbym  się 
nieprzyjemnie przez całe życie, gdybym spłodził niechciane dziecko. 
- Musimy ufać miłosierdziu boskiemu. 
-  Nie  jest  On  zawsze  taki  miłosierny,  weźmy  dla  przykładu  Afrykę  czy  Indie.  A  nawet  w 
naszym  własnym  kraju,  jeżeli  dziecko  ma  żyć  w  ubóstwie,  nękane  chorobami, 
prawdopodobnie bez żadnych szans... 
- Szansą jest wiekuista szczęśliwość - przerwał proboszcz. 
-  Tak,  tak,  no  i  zgodnie  z  waszym  Kościołem  szansą  jest  także  wiekuista  męka.  Jeżeli 
okoliczności skłonią go do tego, co nazywacie złem. 
Aluzja  do  piekła  zamknęła  usta  księdzu.  „Wierzę,  wierzę"  -  powtarzał  w  duchu.  „Muszę 
wierzyć". Ale pomyślał także o milczeniu świętego Jana, podobnym do ciszy w oku cyklonu. 
I  czy  to  diabeł  przypomniał  mu,  iż  Rzymianie,  według  świętego  Augustyna,  mieli  boga 
nazwanego Vaticanus, „boga płaczu dzieci”? Powiedział: 
- Sobie nalałeś szklankę wina, ale mnie nie. 
- To podstaw swoją szklankę. Czy zostało trochę sera? 
Ojciec Kichote szukał wśród resztek. 
- Człowiek może powściągnąć swój apetyt - stwierdził. 
- Chodzi o ser? 
- Nie, mam na myśli apetyt seksualny. 
-  Czy  taka  powściągliwość  jest  naturalna?  Może  dla  ciebie  i  papieża  w  Rzymie,  ale  nie  dla 
dwojga  ludzi,  którzy  się  kochają  i  razem  mieszkają,  i  ledwie  starcza  im  na  jedzenie,  nie 
mówiąc już o małym brzdącu z apetytem... 
Był to argument stary jak świat, na który ksiądz nie miał przekonywającej odpowiedzi. 
-Istnieją sposoby naturalne - odparł, jak mawiał setki razy dotąd, zdając sobie sprawę jedynie 
z ogromu swojej ignorancji. 
-Kto oprócz teologów moralistów nazwie je naturalnymi? 
Przez  wiele  dni  w  miesiącu  wolno  się  kochać,  ale  najpierw  trze  ba  wsadzić  termometr  i 
zmierzyć temperaturę... Nie Jest to sposób na pożądanie. 

background image

 

41 

Ojciec Kichote przypomniał sobie zdanie z jednej z najbardziej przez niego cenionych starych 
ksiąg,  z  „Miasta  Boga"  świętego  Augustyna.  Autor  stwierdził,  że  popęd  może  być  niekiedy 
natarczywy  wbrew  woli,  lecz  także  zanikać,  kiedy  się  go  pragnie,  pozostawiając  płomień  w 
umyśle i lodowaty chłód w ciele. W taki to cudowny sposób żądza opuszcza człowieka. „Na 
tej nadziei nie można polegać” - pomyślał. 
- Przypuszczam, że wasz ojciec Heribert Jone uznałby bezpieczne uprawianie miłości z żoną 
po jej wieku przejściowym za formę masturbacji. 
- Może by i uznał, biedaczysko. 
Biedaczysko?  Przyszło  mu  do  głowy,  że  przynajmniej  święty  Augustyn  pisał  o  seksie  z 
doświadczenia, a nie teoretycznie, był grzesznikiem i świętym, nie teologiem moralnym. Był 
poetą, a nawet humorystą. Jako studenci pękali ze śmiechu czytając w „Mieście Boga”, iź są 
tacy,  co  potrafią  puszczać  wiatry  tak  umiejętnie,  że  można  pomyśleć,  iż  śpiewają.  Jakiego 
zdania  byłby  o  tym  ojciec  Heribert  Jone?  Trudno  sobie  wyobrazić  teologa-  -moralistę  przy 
jego porannym wypróżnieniu. 
- Daj mi jeszcze kawałek sera - powiedział ojciec Kichote. 
- Posłuchaj. Nadjeżdża dżip. 
Samochód  przejechał  obok  nich  wolniutko.  Przy  kierownicy  siedział  tłusty  gwardzista, 
szczupły  zaś  patrzył  przenikliwie  w  ich  stronę,  jak  gdyby  był  przyrodnikiem  obserwującym 
dwa rzadkie owady, które musi zapamiętać, żeby je później dokładnie opisać. Ojciec Kichote 
cieszył  się,  że  znowu  miał  na  sobie  swój  kapłański  kołnierzyk.  Nawet  wysunął  nogę  do 
przodu, żeby pokazać znienawidzone fioletowe skarpetki. 
- Zwyciężyliśmy wiatraki - odezwał się burmistrz. 
- Wiatraki? 
- Guardia Civil obraca się za każdym podmuchem wiatru. Była przy Generalissimusie. 
Jest  teraz.  Gdyby  moja  partia  doszła  do  władzy,  byłaby  nadal  czynna,  obracając  się  za 
wiatrem od wschodu. 
- Możemy jechać dalej, skoro się już wynieśli? 
- Jeszcze nie. Wolę się upewnić, czy nie wrócą. 
- Jeżeli nie chcesz, żeby wlekli się za nami do Avili, to którędy mamy jechać? 
- Przykro mi, że muszę  cię pozbawić serdecznego palca świętej Teresy, ale sądzę, że lepsza 
będzie  Segovia.  Jutro  odwiedzimy  w  Salamance  większą  świętość  niż  przybytek,  w  którym 
modliłeś się dzisiaj. 
Przejął  ich  pierwszy  wieczorny  chłód.  Burmistrz  niespokojnie  kręcił  się  pomiędzy  szosą  a 
biwakiem: ani śladu Guardii. 
- Nigdy nie byłeś zakochany w kobiecie, ojcze? - zapytał. 
- Nigdy. Przynajmniej w taki sposób, jaki masz na myśli. 
- Nigdy nie doznałeś pokusy? 
- Nigdy. 
- Dziwne i nieludzkie. 
- Wcale nie aż tak dziwne czy nieludzkie - odparł ojciec Kichote. - Jak wielu innych, byłem 
chroniony. To coś w rodzaju maleńkiego tabu kazirodztwa. Nieliczni są skłonni złamać zakaz. 
- Słusznie, ale przecież zawsze istnieje możliwość alternatywy w przypadku kazirodztwa. 
Na przykład siostra przyjaciela. 
- Miałem i ja swoją alternatywę. 
- Kto to był? 
- Dziewczyna, nazywała się Martin. 
- Była twoją Dulcyneą? 
-  Tak,  jeśli  chcesz,  ale  żyła  bardzo  daleko  od  El  Toboso.  Tyle  że  jej  listy  trafiały  do  mnie, 
były  mi  wielką  podporą,  kiedy  miałem  trudności  z  biskupem.  Napisała  takie  jedno  zdanie, 

background image

 

42 

myślę  o  nim  prawie  co  dzień:  „Zanim  umrzemy  od  miecza,  możemy  umrzeć  od  ukłuć 
szpilek”. 
- Twój protoplasta wolałby miecz. 
- Co za różnica? Może w końcu umarł od ukłuć szpilek? 
- Martin? Ze sposobu, w jaki wymawiasz to nazwisko, wnioskuję, że nie była Hiszpanką. 
Nie, pochodziła z Normandii. Żeby uniknąć nieporozumień: zmarła wiele lat wcześniej, nim 
ją poznałem i pokochałem. Może o niej słyszałeś, tylko pod innym imieniem. Żyła w Lisieux. 
Karmelitanki mają tam specjalne zadanie, modlą się za księży. Mam nadzieję, a raczej myślę, 
ż

e ona modli się za mnie. 

Och, mówisz o świętej Teresie, to Martin mnie zmyliło. 
- Cieszę się, że jest komunista, który o niej słyszał. 
- Wiesz, że nie zawsze byłem komunistą. 
Cóż,  może  prawdziwy  komunista  jest  czymś  w  rodzaju  kapłana  i  w  takim  przypadku  ona 
niewątpliwie modli się za ciebie. 
- Robi się zbyt zimno, żeby tu sterczeć. Jedźmy. 
Jakiś  czas  jechali  w  milczeniu  z  powrotem  drogą,  którą  przybyli.  Dżipa  nie  było  ani  śladu. 
Minęli drogowskaz do Avili i skierowali się na Segoviç. Pierwszy odezwał się burmistrz: 
- Więc tak wyglądała twoja historia miłosna. Moja jest inna, z wyjątkiem tego, że ta kobieta 
też nie żyje, jak twoja. 
-  Niech  z  Bogiem  spoczywa,  i  Te  słowa  ojciec  Kichote  wypowiedział  automatycznie, 
odruchowo, ale w milczeniu, jakie znów zapanowało w samochodzie, modlił się do nieznanej 
kobiety, tak jak miał zwyczaj modlić się do dusz w czyśćcu: „Jesteś bliżej Boga niż ja. Módl 
się za nas obu". 
Wielki  rzymski  akwedukt  Segovii  wyłonił  się  przed  nimi,  rzucając  w  wieczornym  świetle 
długi cień. 
Znaleźli  nocleg  w  małej  albergue  nie  opodal  kościoła  świętego  Marcina;  znów  to  imię.  to 
imię,  którym  ją  w  myślach  zawsze  nazywał.  W  ten  sposób  zdała  mu  się  bliższa  niż  w 
ozdobnym  stroju  świętej  czy  pod  sentymentalnym  przezwiskiem  „Kwiatuszek".  Nawet 
niekiedy  w  swoich  modlitwach  zwracał  się  do  niej  jako  do  senority  Martin,  jak  gdyby  to 
nazwisko mogło dotrzeć do jej uszu poprzez tysiące błagalnych próśb kierowanych do niej we 
wszystkich językach przy blasku świec przed jej gipsową podobizną. 
Wypili  dosyć  na  poboczu  drogi  i  żaden  nie  miał  nastroju  do  szukania  restauracji,  jak  gdyby 
dwie zmarłe kobiety towarzyszyły im w samochodzie przez ostatnie kilometry. Ojciec Kicho- 
te ucieszył się ogromnie, że dostał pokój dla siebie samego, choć była to klitka. 
Wydawało  mu  się,  że  w  tej  podróży  objechał  już  całą  Hiszpanię,  chociaż  wiedział,  że  nie 
oddalili  się  wiele  ponad  dwieście  kilometrów  od  La  Manchy.  Powolność  Rosynanta 
sprawiała,  że  odległość  sprowadzała  się  do  absurdu.  Cóż,  najdalszym  punktem,  do  którego 
dotarł  jego  przodek  z  La  Manchy  w  trakcie  wszystkich  swoich  podróży,  było  miasto 
Barcelona,  a przecież każdy, kto czytał prawdziwą jego historię, miał prawo myśleć, iż Don 
Kichote  objechał  całe  ogromne  terytorium  Hiszpanii.  Powolne  tempo  było  zaletą,  którąśmy 
zatracili. Dla prawdziwego podróżnika Rosynant miał więcej walorów niż odrzutowiec. 
Odrzutowce - to dobre dla ludzi interesu. 
Przed udaniem się na spoczynek ojciec Kichote chciał poczytać, żeby zapomnieć o dręczącym 
ś

nie. Swoim zwyczajem otworzył świętego Franciszka Salezego na chybił trafił. 

Jeszcze  przed  narodzeniem  Chrystusa  ludzie  uważali  sortes  Virgilianae  za  coś  w  rodzaju 
horoskopów, ale on wierzył bardziej świętemu Franciszkowi niż Wergiliuszowi, temu poecie 
zaprzątającemu  raczej  umysł.  To,  co  wyczytał  w  „Miłości  Boga”,  lekko  go  zdziwiło,  ale 
jednocześnie  zachęciło.  „Obok  refleksji  i  postanowień  dobrze  jest  robić  użytek  z  rozmów, 
toteż  zwróćcie  się  czasem  do  naszego  Pana,  czasem  do  aniołów,  do  świętych  i  do  siebie 
samych, do własnego serca, do grzeszników i nawet do tworów nieożywionych...” 

background image

 

43 

Powiedział więc pod adresem Rosynanta: 
- Przebacz mi. Prowadziłem cię za ostro. - Po czym zapadł w sen bez snów. 
 

background image

 

44 

 

Jak monsignore Kichote i Sancho odwiedzili inny 

ś

wi

ę

ty przybytek. 

 
-  Bardzo  mnie  cieszy,  odezwał  się  burmistrz,  gdy  jechali  w  stronę  Salamanki  -  że  nareszcie 
zgodziłeś się włożyć ten śliniak; jak go nazywasz? 
-Pechera. 
- Obawiałem się, że możemy wylądować w więzieniu, jeżeli ten gwardzista zechce za szybko 
sprawdzać w Avili. 
-Dlaczego? Za co? 
- Powód jest bez znaczenia, liczą się tylko fakty. Miałem trochę doświadczenia z więzieniami 
podczas wojny domowej. W więzieniu zawsze panował pewien stan napięcia, wiesz? Któryś z 
przyjaciół wyszedł i nigdy nie wrócił... 
-Przecież teraz nie ma wojny. Sytuacja się poprawiła. 
-  Może.  Tylko  że  w  Hiszpanii  dochodzi  się  do  wniosku.  Iż  wszyscy  najlepsi  ludzie  musieli 
kiedyś  przesiedzieć  się  w  więzieniu.  Bardzo  możliwe,  że  nigdy  byśmy  nie  słyszeli  o  twoim 
wielkim  protoplaście,  gdyby  Cervantes  kilkakrotnie  nie  odbywał  takiej  kary.  Więzienie  daje 
nawet więcej możliwości do rozmyślania niż klasztor, gdzie ci biedacy budzeni są o różnych 
bezbożnych  godzinach  na  modlitwę.  W  więzieniu  nigdy  nie  budzono  mnie  przed  szóstą, 
ś

wiatła zaś gaszono zazwyczaj o dziewiątej. Oczywiście, przesłuchania potrafiły być bolesne, 

ale odbywały się zawsze w rozsądnych  godzinach. Nigdy w czasie sjesty. Ważna sprawa do 
zapamiętania, monsignore: śledczy lubi uciąć drzemkę o swojej zwykłej porze. 
W  Arevalo  na  nnirach  wisiały  stare  plakaty  cyrkowe.  Mężczyzna  w  trykotach  eksponował 
ramiona i uda kolosalnych rozmiarów. Nazywał się El Tlgre, „Wielki zapaśnik z Pirenejów". 
-Jak mało zmienia się Hiszpania - stwierdził burmistrz. 1 We Francji nigdy nie odczujesz, żeś 
się  znalazł  w  świecie  Racine'a  czy  Moliera,  ani  w  Londynie,  że  jesteś  blisko  czasów 
Szekspira.  Tylko  w  Hiszpanii  i  w  Rosji  czas  się  zatrzymał.  Będziemy  mieli  w  drodze 
przygody,  tak  jak  je  miał  twój  przodek.  Już  stoczyliśmy  walkę  z  wiatrakami  i  o  tydzień  lub 
dwa spóźniliśmy się na spotkanie z Tygrysem. Wyzwany, na pewno okazałby się oswojony, 
tak jak to było z twoim przodkiem i lwem. 
- Ale ja nie jestem Don Kichote’em. Sancho. Bałbym się wyzwać kogoś takiego kalibru. 
- Nie doceniasz się, ojcze. Twoją włócznią jest wiara. Gdyby Tygrys ośmielił się powiedzieć 
coś uwłaczającego o twojej ukochanej Dulcynei... 
- Przecież wiesz, że nie mam Dulcynei, Sancho. 
- Oczywiście miałem na myśli senoritę Martin. 
Inny plakat, który wpadł im w oczy, przedstawiał wytatuowaną kobietę prawie tak ogromną 
jak Tygrys. 
-  Hiszpania  zawsze  miała  zamiłowanie  do  potworów  -  stwierdził  Sancho  i  wydał  ten  swój 
dziwny,  szczekliwy  chichot.  -  Co  byś  zrobił,  ojcze,  gdybyś  musiał  asystować  przy 
narodzinach potwora o dwóch głowach? 
- Ochrzciłbym go, rzecz jasna. Głupie pytanie! 
- I nie miałbyś racji, monsignore. Pamiętaj, że ja czytałem ojca Heriberta. Naucza on, że jeżeli 
wątpisz,  czy  masz  do  czynienia  z  jednym  potworem,  czy  z  dwoma,  musisz  wyprowadzić 
ś

rednią i ochrzcić jedną głowę bezwzględnie, drugą zaś warunkowo. 

- Doprawdy, Sancho, ja nie odpowiadam za ojca Heriberta. Wydaje mi się, że przeczytałeś go 
o wiele dokładniej niż ja... 
- A przy ciężkim porodzie, jeżeli wychodzi najpierw inna część ciała niż głowa, też musisz ją 
ochrzcić, toteż przypuszczam, że w przypadku porodu pośladkowego... 
- Obiecuję ci, Sancho, że wieczorem rozpocznę studiowanie Marksa i Lenina, jeżeli zostawisz 
w spokoju ojca Heriberta. 

background image

 

45 

Zacznij  od  Marksa,  i  to  od  „Manifestu  komunistycznego".  Jest  krótki,  a  Marks  to  o  wiele 
lepszy pisarz niż Lenin. 
Przejechali  przez  rzekę  Tormes  i  wczesnym  popołudniem  znaleźli  się  w  starym  mieście 
Salamance. Ojciec Kichote nie miał pojęcia o celu ich pielgrzymki, ale czul się z tą niewiedzą 
doskonale. Jako miody chłopiec marzył o studiach w tym mieście. Nareszcie mógł zwiedzić 
aulę, gdzie wielki święty Jan od Krzyża słuchał wykładów teologa, brata Luisa de Léon, ten 
zaś  mógł  doskonale  zawrzeć  znajomość  z  jego  własnym  protoplastą,  gdyby  podróże  Dona 
zawiodły  go  do  Salamanki.  Patrząc  na  wielką  kutą  bramę  uniwersytetu,  z  wyrzeźbionym 
papieżem  w  otoczeniu  kardynałów,  z  medalionami  przedstawiającymi  głowy  wszystkich 
katolickich  królów,  wśród  których  znalazło  się  nawet  miejsce  dla  Wenus  i  Herkulesa,  nie 
mówiąc o malej żabce, wyszeptał pacierz. Żabkę pokazały mu dzieci, żądając za to datku. 
- Coś powiedział, ojcze? 
- Że to święte miasto, Sancho. 
-Człowiek czuje się tu jak w domu, nieprawdaż? W tutejszej bibliotece są wszystkie pierwsze 
wydania powieści rycerskich, butwiejące w starych oprawach z cielęcej skóry. 
Wątpię, czy jakiś student wyciąga któryś tom, żeby go otrzepać z kurzu. 
- Miałeś szczęście. Sancho, żeś tu studiował. 
-Szczęście?  Nie  jestem  wcale  pewien.  Czuję  się  teraz  wygnańcem.  Może  byłoby  lepiej, 
gdybyśmy pojechali na wschód, w kierunku domu, którego nigdy nie znałem. Ku przyszłości, 
nie ku przeszłości. Nie do domu, który opuściłem. 
-Przez tę właśnie bramę wchodziłeś na wykłady. Usiłuję wyobrazić sobie małego Sancha... 
Nie były to wykłady ojca Heriberta Jonego. 
Czyżbyś nie trafił tu na ani jednego profesora, którego chętnie słuchałeś? 
-  Ależ  taki  W  owych  dniach  miałem  jeszcze  połowiczną  wiarę.  Nigdy  nie  mógłbym  przez 
dłuższy  czas  słuchać  wykładów  kogoś  w  pełni  wierzącego,  ale  był  tu  profesor  na  pół 
wierzący,  którego  słuchałem  przez  dwa  lata.  Może  byłbym  wytrwał  dłużej  w  Salamance, 
gdyby  on  został,  ale  poszedł  na  wygnanie,  tak  jak  to  kiedyś  już  zrobił  przed  laty.  Nie  był 
komunistą, wątpię nawet. czy był socjalistą, ale nie mógł ścierpieć Generalissimusa. Dlatego 
przyjechaliśmy tutaj, byłem ciekaw, co po nim zostało. 
Na  maleńkim  skwerku,  ponad  bezładnym  zwaliskiem  zielono-czamych  kamieni,  energiczna 
twarz ze spiczastą bródką patrzyła ku górze, na okiennice małego domku. 
-  Tutaj  zmarł  -  powiedział  Sancho  -  w  pokoju  na  pięterku,  siedząc  z  przyjacielem  przed 
piecykiem na węgiel drzewny. Chciał się rozgrzać. Nagle przyjaciel zauważył, że jeden ranny 
pantofel  jest  w  ogniu,  ale  Unamuno  się  nie  poruszył.  Dotychczas  pozostał  ślad  spalonego 
kapcia na drewnianej podłodze. 
- Unamuno - ojciec Kichote powtórzył nazwisko i z szacunkiem popatrzył na kamienną twarz 
o oczach wyrażających zawziętość i butę właściwe silnym indywidualnościom. 
- Wiesz, jak kochał twego przodka i jak studiował jego życie? Gdyby żył w owych czasach, 
może  pojechałby  za  Donem  na  mule  zamiast  Sancha.  Wielu  księży  odetchnęło  z  ulgą 
dowiedziawszy się o jego śmierci. Może nawet papież w Rzymie poczuł się swobodniej bez 
niego.  Franco  też,  jeżeli  był  dostatecznie  inteligentny,  żeby  ocenić  siłę  wroga.  W  pewnym 
sensie był także moim wrogiem,  gdyż przytrzymał mnie w Kościele przez kilka lat tą swoją 
półwiarą, którą przez pewien czas podzielałem. 
- A teraz posiadasz całkowitą wiarę, prawda? W proroka Marksa. Nie musisz już sam myśleć. 
Izajasz przemówił. Jesteś w rękach historii przyszłościowej. Jakiż musisz być szczęśliwy z tą 
twoją  całkowitą  wiarą!  A  przecież  zawsze  będzie  ci  brakować  tej  jednej  jedynej  rzeczy  - 
godności  rozpaczy.  -  Ojciec  Kichote  mówił  z  niezwykłym  gniewem  -  może  -  pomyślał  -  to 
zawiść?” 
- Czy mam całkowitą wiarę? - zapytał Sancho. - Czasem nie jestem pewien. Prześladuje mnie 
duch mojego profesora. Marzę, że siedzę w jego sali wykładowej, a on nam czyta z jednej ze 

background image

 

46 

swoich książek. Słyszę, jak mówi: Jest taki przytłumiony głos, głos niepewności, który szepce 
do ucha wierzącego. Kto wie, czy moglibyśmy żyć bez tej niepewności?’' 
- On to napisał? 
-Tak. 
Wrócili do Rosynanta. 
- Dokąd pojedziemy teraz, Sancho? 
- Na cmentarz. Zobaczysz jego grób, nieco odmienny od grobu Generalissimusa. 
Do cmentarza położonego na krańcach miasta prowadziła droga wyboista, a nie gładka jak dla 
karawanów.  Kiedy  Rosynant  warczał  przy  zmianie  biegów,  ojcu  Kichote’owi  przyszło  na 
myśl,  że  zwłoki  musiały  nieźle  podskakiwać,  nim  dotarły  do  równego  terenu:  ale  jak  się 
przekonał niebawem, równy teren dla nowych nieboszczyków w ogóle nie istniał, całkowicie 
zajęty przez dumne groby poprzednich pokoleń. Przy bramie otrzymali numerek jak w szatni 
muzeum czy restauracji i poszli wzdłuż długiego białego muru ze skrzyniami wpuszczonymi 
weń w sześciu rzędach, aż dotarli do numeru 340. 
- Wolę to niż górę Generalissimusa - stwierdził Sancho. - Kiedy jestem sam, lepiej mi się śpi 
w wąskim łóżku. 
Gdy szli z powrotem do samochodu, zapytał: 
- Zmówiłeś modlitwę? 
- Oczywiście. 
- Tę samą, co za Generalissimusa? 
-Jest tylko jedna modlitwa, którą musimy odmawiać za każdego zmarłego. 
- Więc odmówiłbyś ją i za Stalina? 
- Rzecz jasna. 
-I za Hitlera? 
Są  pewne  stopnie  zła,  Sancho,  tak  jak  i  dobra.  Możemy  stosować  dyskryminację  wobec 
ż

ywych, ale nie wolno dyskryminować umarłych. Oni tak samo potrzebują naszej modlitwy. 

 

background image

 

47 

 

Jak w Salamance monsignore Kichote kontynuował swoj

ą

 edukacj

ę

 
Hotel,  w  którym  zatrzymali  się  w  Salamance,  znajdował  się  w  bocznej  ulicy.  Ojcu 
Kichote’owi wydała się ona zaciszna i przyjazna. Jego znajomość hoteli była ograniczona, ale 
w  tym  dostrzegł  parę  rzeczy,  które  mu  przypadły  do  gustu,  toteż  nie  omieszkał  wyrazić 
zadowolenia  siedząc  na  łóżku  w  pokoju  San-  cha  na  pierwszym  piętrze.  Ojca  Kichote’a 
ulokowano na trzecim, „gdyż będzie tam spokojnie", jak powiedziała hotelarka. 
-  Patrona  powitała  nas  ze  szczerą  radością  -  stwierdził  proboszcz  -  zupełnie  inaczej  niż  ta 
biedna starucha w Madrycie, no i jak na tak mały hotel jakiż mają liczny personel, składający 
się w dodatku z uroczych młodych kobiet! 
- W mieście uniwersyteckim zawsze bywa moc gości - mruknął Sancho. 
-A jak czysto!  Zauważyłeś ten stos bielizny przed każdym pokojem, kiedy  wchodziliśmy na 
trzecie  piętro?  Muszą  chyba  zmieniać  ją  codziennie  po  sjeście.  Gdy  tylko  weszliśmy, 
stwierdziłem  z  przyjemnością,  że  panuje  tu  atmosfera  rodzinna,  cały  personel  siedział  przy 
wczesnej kolacji, na honorowym miejscu patrona, która chochlą rozlewała zupę do talerzy. 
Doprawdy, wyglądała jak matka otoczona córkami. 
- Wejście prałata sprawiło na niej duże wrażenie. 
-Zwróciłeś  uwagę,  że  całkiem  zapomniała  o  wręczeniu  nam  fiszki  do  wypełnienia? 
Troszczyła się wyłącznie o naszą wygodę. 
Rozległo  się  pukanie  do  drzwi.  Weszła  dziewczyna  niosąc  butelkę  szampana  w  kubełku  z 
lodem. Obdarzyła ojca Kichotem nerwowym uśmiechem i szybko wybiegła z pokoju. 
- Zamówiłeś szampana, Sancho? 
- Nie, nie lubię szampana. Ale to są obyczaje domu. 
-Może powinniśmy wypić choć troszkę, żeby pokazać, że doceniamy ich uprzejmość. 
- Och, wstawią go do rachunku. Uprzejmość też. 
-Sancho, nie bądź cyniczny. Dziewczyna posłała nam bardzo uroczy uśmiech. Przecież za taki 
uśmiech nie można płacić! 
-Cóż,  jeżeli  chcesz  koniecznie,  to  otworzę  szampana.  Nie  będzie  tak  dobry  jak  nasze 
manchegańskie  wino.  i  I  Sancho  rozpoczął  mozolną  walkę  z  korkiem,  odwróciwszy  się 
plecami do księdza, żeby w niego tym korkiem nie strzelić. 
Ojciec  Kichote  skorzystał  z  okazji,  żeby  dokonać  małej  inspekcji  pokoju.  Wreszcie 
powiedział: 
- Co za świetny pomysł! Jest tu nawet kąpiel nożna! 
-O jakiej kąpieli nożnej mówisz? Przeklęty korek nie daje się wyciągnąć! 
-Widzę na twoim łóżku książeczkę Marksa. Mogę ją pożyczyć? Poczytałbym przed snem. 
-Oczywiście. To „Manifest komunistyczny”, który ci polecałem. Lepiej się czyta niż 
„Kapitał”. Nie sądzę, żeby im zależało, abyśmy wypili szampana. Nie mogę wyciągnąć tego 
cholernego korka. I tak policzą nam za tę butelkę. 
Ojciec Kichote był zawsze dociekliwy w drobiazgach. Największą pokusą, jakiej doznawał w 
konfesjonale,  było  zadawanie  niepotrzebnych  pytań.  Jakżeby  mógł  oprzeć  się  chęci 
otworzenia  małej  kwadratowej  kopertki  leżącej  na  nocnym  stoliku?  Przypomniała  mu  ona 
dzieciństwo i liściki, które jego matka zostawiała niekiedy, żeby przeczytał przed zaśnięciem. 
Rozległ  się  huk,  korek  rąbnął  o  ścianę,  fontanna  szampana  nie  trafiła  do  szklanki.  Sancho 
zaklął i odwrócił się przodem. 
- Co, u licha, robisz, ojcze? 
Ojciec Kichote nadmuchiwał balonik w kształcie kiełbaski. Zacisnął koniec palcami. 
-  Jak  zatrzymać  w  nim  powietrze?  -  zapytał.  -  Na  pewno  powinno  tu  być  coś  w  rodzaju 
zaworu. - Dalej nadmuchiwał, aż balonik trzasnął, niemal z takim hukiem, z jakim wyskoczył 

background image

 

48 

korek z szampana. - O, Boże, jak ml przykro, Sancho, nie chciałem zepsuć ci balonika! Czy to 
był prezent dla dziecka? 
- Nie, ojcze, to był prezent dla dziewczyny, która przyniosła szampana. Nie przejmuj się. 
Mam jeszcze parę. - Po czym dodał z lekką irytacją: - Nigdy nie widziałeś prezerwatywy? 
Chyba rzeczywiście nigdy... 
- Prezerwatywa? Co możesz zrobić z czymś tej wielkości? 
- Nie byłaby tej wielkości, gdybyś jej nie nadmuchał. 
Ojciec Kichote ciężko usiadł na łóżku burmistrza. 
- Dokąd mnie przyprowadziłeś, Sancho? - zapytał. 
-  Do  domu,  który  znałem  jeszcze  jako  student.  Zdumiewające,  jaką  zdolność  przetrwania 
mają tego rodzaju zakłady. Są znacznie bardziej stabilne niż dyktatury, wojna ich nie narusza, 
nawet wojna domowa. 
- Nigdy w życiu nie powinieneś był przyprowadzać tutaj mnie, kapłana... 
-  Nie  martw  się,  nikt  ci  się  nie  będzie  narzucał.  Wytłumaczyłem,  jak  sprawy  stoją.  Patrona 
rozumie... 
- Ale dlaczego, Sancho, dlaczego? 
-  Pomyślałem  sobie,  że  dobrze  będzie  uniknąć  wypełniania  fiszki,  przynajmniej  dziś.  Ta 
Guardia Civil... 
- A więc ukryliśmy się w burdelu? 
- Tak. Można by to określić i tak. 
Z łóżka rozległ się nieoczekiwany dźwięk. Był to odgłos powstrzymywanego chichotu. 
-Ja chyba nigdy nie słyszałem twego śmiechu - powiedział Sancho. - Co cię tak ubawiło? 
-Przepraszam.  Rzeczywiście  ten  śmiech  jest  zupełnie  niestosowny.  Ale  akurat  pomyślałem 
sobie,  co  by  też  powiedział  biskup.  gdyby  się  dowiedział?  Prałat  w  burdelu!  Dlaczego  nie? 
Chrystus wchodził pomiędzy celników i grzeszników. Tak czy owak, lepiej będzie, jak sobie 
pójdę na górę i zamknę drzwi na klucz. Ale bądź ostrożny, drogi Sancho, bądź ostrożny. 
-Właśnie po to są te zabawki, które nazwałeś balonikami. Dla ostrożności. Przypuszczam, że 
ojciec Heribert Jone uznałby, iż do onanizmu dodaję jeszcze nierząd. 
- Proszę cię, Sancho, nie mów mi, nigdy ml nie mów o takich rzeczach. To sprawa osobista, 
należy tylko do ciebie, chyba że, oczywiście, chcesz się wyspowiadać. 
- Jaką pokutę wyznaczyłbyś ml, ojcze, gdybym rano przyszedł do ciebie? 
-To  śmieszne,  nieprawdaż,  ale  w  El  Toboso  miałem  bardzo  małe  doświadczenie  z  tego 
rodzaju sprawami. Obawiam się, że może ludzie krępują się mówić ze mną o czymś istotnym, 
bo spotykają mnie codziennie na ulicy. Wiesz - na pewno nie wiesz - ale ja bardzo nie lubię 
smaku pomidorów. No i przypuśćmy, że ojciec Heribert Jone napisał, iż jedzenie pomidorów 
jest  grzechem  śmiertelnym,  a  jakaś  starsza  pani  mieszkająca  w  sąsiednim  domu  przyszłaby 
wyspowiadać  się,  że  zjadła  pomidora.  Jaką  bym  jej  wyznaczył  pokutę?  Ponieważ  sam  nie 
jadam pomidorów, nie byłbym w stanie wyobrazić sobie głębi jej grzechu. 
Oczywiście, złamała zakaz... zakaz... nie można tego wymazać ze świadomości... 
Unikasz mego pytania, ojcze. Jaka pokuta? 
- Może raz ojcze nasz i raz zdrowaśkę. 
- Tylko po jednym razie? 
Jeden  pacierz  odmówiony  jak  należy  znaczy  tyle,  co  setka  klepanych  bezmyślnie.  Nie 
przywiązuję znaczenia do ilości. Nie pracujemy jak sklepikarze. - Ciężko wstał z łóżka. 
- Dokąd idziesz, ojcze? 
Przygotować się do snu z prorokiem Marksem. Chciałbym móc życzyć ci dobrej nocy. 
Sancho, ale wątpię, czy twoja noc będzie taką. jaką mógłbym nazwać dobrą. 
 

background image

 

49 

 

Jak monsignore Kichote’owi przytrafiło si

ę

 ciekawe spotkanie w Valladolid. 

 
Bez  wątpienia  Sancho  był  w  bardzo  ponurym  nastroju.  Nie  wykazywał  najmniejszej  chęci 
wypowiadania  się  na  temat  dalszej  podróży  z  Salamanki.  Może  ten  kwaśny  humor 
spowodowała  długa  noc  spędzona  w  domu  jego  młodości?  Jakże  niebezpieczną  bywa  chęć 
odtworzenia w średnim wieku jakiejś sceny z lat młodzieńczych! A może czuł urazę do ojca 
Kichote’a  za  jego  nie  ukrywany,  niezwykle  radosny  nastrój?  Nie  mając  żadnego 
przekonującego argumentu za jazdą dokądkolwiek, ojciec Kichote zaproponował Valladolid, 
gdyż  pragnął  zobaczyć  dom,  w  którym  wielki  biograf  Cervantes  zakończył  życiorys  jego 
przodka. 
- Chyba że - zawahał się - uważasz, że możemy spotkać w drodze więcej wiatraków. 
-Mają ważniejsze rzeczy na głowie niż nas. 
-Co? 
- Nie czytałeś dzisiejszej gazety? W Madrycie zastrzelono jakiegoś generała. 
-Kto to zrobił? 
- Dawniej zwaliliby winę na komunistów. Dzięki Bogu teraz mają zawsze Basków i ETA. 
- Wieczne odpoczywanie - mruknął ojciec Kichote. 
-Nie musisz się litować nad generałem. 
-Ja  się  nad  nim  nie  lituję.  Nigdy  się  nie  lituję.  Nigdy  się  nie  lituję  nad  zmarłymi.  Ja  im 
zazdroszczę. 
Humor Sancha się nie poprawił. Na przestrzeni następnych dwudziestu kilometrów burmistrz 
odezwał się tylko raz jeden, ostro atakując księdza: 
Dlaczego nie wypowiadasz się, nie mówisz, co masz na myśli? 
- Na jaki temat? 
- Tej nocy, oczywiście. 
-  O  tej  nocy  porozmawiamy  w  czasie  obiadu.  Bardzo  mi  się  podobał  Marks,  któregoś  mi 
pożyczył.  To  był  w  głębi  serca  naprawdę  dobry  człowiek.  Byłem  zupełnie  zaskoczony 
niektórymi jego wypowiedziami. Nic z ekonomicznego nudziarstwa. 
- Nie mówię o Marksie. Mówię o sobie. 
- O tobie? Mam nadzieję, że dobrze spałeś. 
- Wiesz doskonale, że nie spałem. 
Mój drogi Sancho, nie opowiadaj mi, żeś nie spał całą noc. 
- Pewnie, że nie całą. Ale o wiele za długo. Przecież dobrze wiesz, co robiłem. 
- Nie wiem nic. 
- Powiedziałem ci dość jasno. Zanim poszedłeś do łóżka. 
- Och, Sancho, jestem wyćwiczony w zapominaniu tego, co usłyszałem. 
- Ale to nie było w konfesjonale. 
- Nie, lecz jeśli ktoś jest księdzem, wówczas jest mu o wiele łatwiej traktować jako spowiedź 
wszystko, co usłyszy. Nigdy nie powtarzam tego, co mi ktoś powie, nawet sobie samemu, w 
miarę możności. 
Sancho  chrząknął  i  zapadł  w  milczenie.  Ojciec  Kichote  pomyślał,  że  sprawił  swojemu 
przyjacielowi coś w rodzaju zawodu, i poczuł się trochę winnym. 
W restauracji „Walencja” nie opodal Plaża Mayor, siedząc w małym patio za barem i sącząc 
ze  szklanki  białe  wino,  stwierdził,  że  powraca  mu  dobry  nastrój.  Zadowolony  był  ze 
zwiedzenia  domu  Cervantesa,  co  kosztowało  ich  po  pięćdziesiąt  peset  od  osoby  (nie  był 
pewien, czy ucieszyłoby go bezpłatne wejście. 
gdyby podał przy kasie swoje nazwisko). Niektóre meble rzeczywiście należały do biografa: 

background image

 

50 

własnoręczny  list  adresowany  do  króla  w  sprawie  podatku  od  oliwy  wisiał  na  pobielonej 
wapnem  ścianie,  którą  umiał  sobie  doskonale  wyobrazić  pochlapaną  krwią  owej  strasznej 
nocy,  kiedy  zbroczone  ciało  Don  Gaspara  de  Ezpeleta  wniesiono  do  domu  i  Cervantesa 
aresztowano pod fałszywym zarzutem udziału w morderstwie. 
- Oczywiście został wypuszczony za poręką - odezwał się ojciec Kichote - ale pomyśl tylko, 
jak mógł kontynuować życiorys mego protoplasty pod ciężarem takiego zagrożenia? 
Czasem zastanawiam się, czy miał na myśli właśnie tę noc, kiedy opisywał. jak twój przodek, 
po tym jak został wielkorządcą, rozkazał pewnemu chłopcu przespać noc w więzieniu, na co 
tamten odpowiedział: „Nie macie, panie, dostatecznej mocy, żeby sprowadzić na mnie sen w 
więzieniu”. Może właśnie te słowa wypowiedział Cervantes pod adresem stróża prawa? 
„Przypuśćmy, że wsadzi mnie waść do więzienia i zakuje w kajdany, i zamknie w celi; i tak, 
jeżeli nie będę chciał zasnąć, nie masz waść takiej siły, żeby mnie do tego zmusić”. 
-  W  dzisiejszych  czasach  gwardzista  z  Guardia  Civil  wiedziałby,  co  na  to  odpowiedzieć. 
Jeden  cios,  a  zasnąłbyś  natychmiast  -  stwierdził  Sancho.  -  Przydałoby  mi  się  trochę  snu  - 
dodał ponuro. 
- Ale twój przodek, Sancho, był człowiekiem dobrotliwym i puścił chłopca wolno. To samo 
zrobił stróż prawa z Cervantesem. 
Teraz w patio, kiedy promień słońca zabarwił na złoto białe wino w szklance, ojciec Kichote 
powrócił myślami do Marksa. 
-Wiesz co? Przypuszczam, że mój przodek zgadzałby się z Marksem - powiedział. - Biedny 
Marks. Miał także swoje „powieści rycerskie” należące do przeszłości. 
- Marks patrzył w przyszłość. 
- Tak, ale bolał cały czas nad przeszłością, i to przeszłością ze swojej wyobraźni. 
Posłuchaj,  Sancho  -  ojciec  Kichote  wydobył  z  kieszeni  „Manifest  komunistyczny”  - 
„Burżuazja,  tam  gdzie  doszła  do  władzy,  zburzyła  wszystkie  feudalne,  patriarchalne, 
idylliczne  stosunki...  Świątobliwe  dreszcze  pobożnego  marzycielstwa,  rycerskiego  zapału, 
mieszczańskiego 

sentymentalizmu 

zatopiła 

lodowatej 

wodzie 

egoistycznego 

wyrachowania”.'  Czy  nie  słyszysz  tu  głosu  mojego  przodka,  opłakującego  minione  dni? 
Kiedy  byłem  małym  chłopcem,  nauczyłem  się  jego  słów  na  pamięć  i  mam  je  w  głowie 
dotychczas,  chociaż  może  niezbyt  dokładnie.  .Teraz  lenistwo  triumfuje  nad  pracowitością, 
występek nad cnotą, zarozumialstwo nad dzielnością, teoria zaś nad użytkiem broni, który żył 
i  rozkwitał  tylko  w  złotym  wieku  błędnych  rycerzy.  Amadis  de  Gaula,  Palmerin  Angielski, 
Roland...”  A  teraz  posłuchaj  znowu  „Manifestu  komunistycznego",  a  nie  będziesz  mógł 
zaprzeczyć,  że  ten  Marks  był  prawdziwym  naśladowcą  mojego  protoplasty:  „Wszystkie 
stężałe,  zaśniedziałe  stosunki  wraz  z  nieodłącznymi  od  nich,  z  dawien  dawna  uświęconymi 
wyobrażeniami i poglądami ulegają rozkładowi, wszystkie nowo powstałe starzeją się, zanim 
zdążą  skostnieć”.  On  był  prawdziwym  prorokiem,  Sancho.  Nawet  przewidział  Stalina. 
„Wszystko, co stanowe i zastałe, ulatnia się, wszystko, co święte, ulega sprofanowaniu..." 
Jakiś człowiek, który jadł obiad w małym patio, zamarł z widelcem w pół drogi do ust. 
Kiedy  Sancho  popatrzył  na  niego  od  stolika,  tamten  spuścił  głowę  i  zabrał  się  żwawo  do 
jedzenia. Sancho powiedział: 
Wolałbym,  żebyś  nie  czytał  tak  głośno,  ojcze.  Intonujesz,  jak  gdybyś  się  znajdował  w 
kościele. 
- Wiele napisano świętych słów, których nie znajdzie się ani w Biblii, ani u Ojców. 
Słowa  Marksa  wymagają  w  pewnym  sensie  intonowania.  „Świątobliwe  dreszcze  pobożnego 
marzycielstwa... rycerskiego zapału...” 
- Wprawdzie Franco nie żyje, ale błagam cię o odrobinę ostrożności. Tamten facet, widzisz? 
Przysłuchuje się każdemu słowu. 
- Oczywiście, jak wszyscy prorocy. Marks także popełnia błędy. Nawet święty Paweł nie był 
od nich wolny. 

background image

 

51 

- Nie podoba mi się teczka tego gościa. To oficjalny rodzaj teczek. Poznam tajniaka nosem na 
odległość trzydziestu metrów. 
-  Pozwól,  że  przeczytam  ci  to,  co  uważam  za  jego  największą  pomyłkę.  Źródło  jego 
wszystkich późniejszych błędów. 
- Na miłość boską, ojcze, jeżeli musisz czytać, to przynajmniej po cichu! 
Ż

eby  sprawić  przyjemność  przyjacielowi,  ojciec  Kichote  prawie  szeptał.  Sancho  musiał 

pochylić  się  bliziutko  ku  niemu,  żeby  coś  słyszeć,  i  w  ten  sposób  na  pewno  wyglądali  na 
dwóch spiskowców. 
-  „Proletariusz  pozbawiony  jest  własności;  jego  stosunek  do  żony  i  dzieci  nie  ma  już  nic 
wspólnego z burżuazyjnymi stosunkami rodzinnymi; nowoczesna praca przemysłowa... 
starła zeń wszelki charakter narodowy". Może to było słuszne wtedy, gdy to pisał, Sancho, ale 
z całą pewnością świat obrał zupełnie inną drogę. Posłuchaj i tego: „...nowoczesny robotnik, 
zamiast się podnosić wraz z postępem przemysłu, coraz bardziej stacza się poniżej warunków 
istnienia  własnej  klasy.  Robotnik  staje  się  nędzarzem”.  Wiesz,  kiedyś,  kilka  lat  temu 
pojechałem  na  urlop  z  przyjacielem,  także  księdzem,  nazywał  się...  o.  Boże,  jak  też  się 
zapomina nazwiska po jednej szklance wina czy dwóch! Miał parafię na Costa Brava (to było 
wtedy, kiedy Rosynant był jeszcze bardzo młody) i tam widziałem angielskich nędzarzy, jak 
ich  nazywa  Marks,  wylegujących  się  na  słonecznych  plażach.  A  co  do  zatraty  charakteru 
narodowego, to zmusili oni miejscowych kupców do otwierania kramików z Fish and chips, 
w  przeciwnym  bowiem  razie  zawieźliby  swoje  obyczaje  gdzie  indziej,  może  do  Francji  czy 
Portugalii. 
- Och, ci Anglicy! - zauważył Sancho. - Nie wspominaj o Anglikach, oni nigdy nie stosują się 
do  żadnych  praw,  nawet  ekonomicznych.  Rosyjski  proletariat  już  także  nie  składa  się  z 
nędzarzy.  Świat  nauczył  się  czegoś  od  Marksa  i  od  Rosji.  Rosyjski  proletariat  spędza 
bezpłatne urlopy na Krymie. To równie dobre jak Costa Brava. 
-Proletariat, który spotkałem na Costa Brava, sam opłacał swoje urlopy. Jeśli chcesz znaleźć 
teraz  nędzarzy,  musisz  szukać  w  trzecim  świecie.  Ale  tak  jest  nie  z  powodu  triumfu 
komunizmu. Czy nie sądzisz, że wszystko to by się stało i bez komunizmu? Przecież się już 
zaczynało,  kiedy  Marks  pisał,  tylko  że  on  tego  nie  zauważył.  Właśnie  dlatego  komunizm 
trzeba  wprowadzać  siłą,  i  to  użytą  nie  tylko  przeciwko  burżuazji,  ale  także  przeciwko 
proletariatowi.  To  humanizm,  a  nie  komunizm,  zmienił  nędzarzy  w  burżujów,  a  za 
humanizmem zawsze majaczy cień religii - religii Chrystusa, tak samo jak religii Marksa. 
Dziś wszyscy jesteśmy burżujami. Nie mów mi, że Breżniew nie jest w takim samym stopniu 
burżujem jak ty i ja. Jeżeli cały świat stanie się burżuazyjny, czy to będzie aż tak źle? 
Oczywiście nie dla takich marzycieli jak Marks czy mój przodek. 
- Twoja wizja świata przypomina mi „Utopię", ojcze. 
-O, nie, humanizm i religia nie zlikwidowały ani nacjonalizmu, ani imperializmu. A przecież 
tu  leżą  przyczyny  wojen.  Wojny  prowadzi  się  nie  tylko  z  powodów  ekonomicznych, 
wywołują je także emocje ludzi takie jak miłość, wywołuje kolor skóry czy rodzaj mowy. A 
także przykre wspomnienia. Dlatego jestem szczęśliwy, że mam krótką pamięć kapłana. 
- Nigdy nie myślałem, że się zajmujesz polityką. 
Nie  zajmuję  się.  Ale  jesteś  moim  przyjacielem  od  dłuższego  czasu,  Sancho,  dlatego 
chciałbym cię zrozumieć. „Das Kapitał" zawsze sprawiał mi zawód. Ta mała książeczka jest 
inna. Jest dziełem dobrego człowieka. Tak dobrego jak ty i... tak samo błądzącego jak ty. 
- Czas pokaże. 
Czas nigdy nie może pokazać. Życie jest o wiele za krótkie. 
Gość  1  teczką  odłożył  widelec  i  nóż  i  gestem  poprosił  o  rachunek.  Kiedy  mu  go  podano, 
zapłacił śpiesznie nie sprawdzając poszczególnych pozycji. 
-  Sancho.  teraz  możesz  odetchnąć  swobodnie  -  powiedział  ojciec  Kichote.  -  Ten  człowiek 
wyszedł. 

background image

 

52 

- Miejmy nadzieję, że się nie zjawi z powrotem prowadząc za I sobą policję. Bardzo uważnie 
popatrzył przed wyjściem na twój ślimak. 
Ojciec Kichote poczuł, że nareszcie może podnieść głos i mówić śmielej. 
- Oczywiście, ponieważ jestem oczytany w dziełach świętego Franciszka Salezego i świętego 
Jana od Krzyża, uważam przypadkowy zachwyt Marksa nad burżuazją za nieco przesadzony. 
- Zachwyt nad burżuazją? Co, u licha, masz na myśli? 
-  Rzecz  jasna,  że  ekonomista  obowiązany  jest  patrzeć  na  sprawy  z  jak  najbardziej 
materialistycznego punktu widzenia i przyznaję, że ja może zbytnio zatrzymuję się myślą na 
sprawach duchowych. 
- Przecież on nienawidził burżuazji! 
Wiemy  dobrze,  że  nienawiść  bywa  często  odwrotną  stroną  miłości.  Może  ten  biedak  został 
odrzucony przez to, co ukochał? Posłuchaj, Sancho: „W ciągu swego stuletniego zaledwie 1 
panowania  klasowego  burżuazja  stworzyła  siły  wytwórcze  bardziej  masowe  i  kolosalne  niż 
wszystkie poprzednie pokolenia razem. Ujarzmienie sił przyrody, rozpowszechnienie maszyn, 
zastosowanie  chemii  w  przemyśle  i  rolnictwie,  żegluga  parowa,  koleje  żelazne,  telegrafy 
elektryczne, przysposobienie pod uprawę całych części świata, uspławnienie rzek, całe rzesze 
ludności  jakby  wyczarowane  spod  ziemi...”  Przecież  można  być  prawie  dumnym  z  tego,  że 
się  jest  burżujem,  czyż  nie  tak?  Jakim  znakomitym  gubernatorem  kolonii  byłby  Marks! 
Gdyby  tylko  Hiszpania  zrodziła  takiego  człowieka  jak  on,  może  nigdy  nie  stracilibyśmy 
naszego  imperium.  Biedaczysko  musiał  gnieździć  się  w  przeludnionym  mieszkaniu,  w 
ubogiej dzielnicy Londynu, i pożyczać pieniądze od przyjaciół. 
- Patrzysz na Marksa pod dziwnym kątem, ojcze. 
-Byłem  do  niego  uprzedzony,  pomimo  że  bronił  klasztorów,  ale  nigdy  nie  czytałem  tej 
książeczki. Pierwsze czytanie jest czymś szczególnym, jak pierwsza miłość. Chciałbym trafić 
teraz przypadkiem na świętego Pawła i przeczytać go po raz pierwszy. Gdybyś tylko zgodził 
się na takie doświadczenie z jedną, jak je nazywasz, z moich powieści rycerskich! 
- Uznałbym twój gust za tak samo absurdalny, jak Cervantes gust twego przodka. 
Pomimo sprzeczki obiad przebiegł w przyjaznej atmosferze i po drugiej butelce wina zgodzili 
się  jechać  w  kierunku  na  León,  pozostawiając  do  późniejszej  decyzji,  może  nawet  rzucając 
kostki, czy udać się na wschód ku terytorium Basków, czy na zachód w stronę Galicji. 
Opuścili  restaurację  trzymając  się  pod  rękę,  ale  kiedy  zbliżali  się  do  miejsca,  gdzie 
zaparkowali Rosynanta, proboszcz poczuł, że przyjaciel przyciska jego ramię. 
- Co się stało, Sancho? 
- Tajniak. Idzie za nami. Nic nie mów. Skręć za pierwszym rogiem, do którego dojdziemy. 
- Ale Rosynant stoi dalej! 
- On chce zapisać numer naszego samochodu. 
- Jak poznałeś, że to tajniak? 
-  Po  teczce  -  odparł  Sancho  i  rzeczywiście,  gdy  skręcali  za  najbliższy  róg  i  ojciec  Kichote 
rzucił okiem za siebie, facet stał jeszcze w tym samym miejscu, trzymając w ręce szkaradne 
insygnia swego zawodu. 
- Nie odwracaj się więcej - nakazał Sancho - niech pomyśli, żeśmy go nie zauważyli. 
- W jaki sposób mu się wymkniemy? 
-  Znajdziemy  jakiś  bar  i  zamówimy  drinka.  On  będzie  się  pętał  na  zewnątrz.  Wyjdziemy 
tylnymi drzwiami, zdobędziemy nad nim przewagę. Wtedy popędzimy do Rosynanta. 
- A co, jeżeli nie będzie zapasowych drzwi? 
- Wtedy pójdziemy do następnego baru. 
Tylnych drzwi nie było. Sancho wypił koniak, ojciec Kichote rozważnie poprosił o kawę. 
Kiedy wyszli, mężczyzna dalej stał o jakieś dwadzieścia metrów od baru, oglądając wystawę 
sklepową. 
-Zanadto rzuca się w oczy jak na tajniaka - stwierdzi! proboszcz, kiedy szli do innego baru. 

background image

 

53 

-To jeden z ich trików - odparł Sancho. i Chce nas zdenerwować. - Zaprowadzi! 
przyjaciela do drugiego baru i zamówi! drugi koniak. 
-Jeżeli napiję się jeszcze kawy, nie będę spał w nocy - wyraził obawę ojciec Kichote. 
- Poproś o tonik. 
- Co to jest? 
- Taka woda mineralna z odrobiną chininy. 
- Bez alkoholu? 
-  Bez,  bez.  -  Koniak  wzbudzi!  w  burmistrzu  wojowniczość.  -  Mam  wielką  ochotę  spuścić 
facetowi lanie, ale on jest pewnie uzbrojony. 
- Ten tonik jest doprawdy znakomity - powiedział ojciec Kichote. - Dlaczego nigdy dotąd go 
nie piłem? Prawie mógłbym zrezygnować z wina. Myślisz, że można go dostać w El Toboso? 
- Nie wiem. Wątpię. Jeżeli trzyma spluwę w teczce, to może zdążyłbym go powalić, zanim ją 
wyciągnie. 
- Wiesz co? Ja chyba zamówię następną butelkę. 
-Idę poszukać tylnego wyjścia - oświadczył Sancho i ojciec pozostał w barze zupełnie sam. 
Była  to  godzina  sjesty  i  jeden  obracający  się  pod  sufitem  wentylator  wcale  nie  ochładzał 
salki;  w  regularnych  odstępach  czasu  dmuchało  chłodem,  po  czym,  przez  kontrast,  buchała 
fala  jeszcze  gorętszego  powietrza.  Ojciec  Kichote  wysączył  swój  tonik  i  szybko  zamówił 
trzeci, żeby zdążyć wypić, zanim powróci Sancho. 
Czyjś  głos  z  tyłu  wyszeptał  „monsignore”.  Odwrócił  się.  Za  nim  stał  gość  z  teczką,  mały 
szczupły  człowieczek  w  czarnym  ubraniu  i  czarnym  krawacie  pasującym  do  teczki.  Miał 
czarne przenikliwe oczy w okularach w stalowej oprawie i cienkie. 
mocno  zaciśnięte  wargi.  Ojciec  Kichote  pomyślał,  że  nadawał  się  doskonale  na  zwiastuna 
złego  losu,  a  może  na  Wielkiego  Inkwizytora  we  własnej  osobie?  Gdybyż  tylko  wrócił 
Sancho! 
Czego pan sobie życzy? - zapytał ojciec Kichote głosem, który miał być surowy i brzmieć jak 
poważne ostrzeżenie, ale bąbelki w toniku okazały się zdradliwe i prałat dostał czkawki. 
- Chciałbym pomówić z monsignorem w cztery oczy. 
- Jestem sam. 
Człowieczek wskazał na plecy barmana i powiedział: 
- To ważne. Nie możemy rozmawiać tutaj. Proszę wyjść tamtymi, tylnymi drzwiami. 
Ale tam było dwoje drzwi i ojciec Kichote nie wiedział, którymi wyszedł Sancho. 
- Na prawo - pokierował człowieczek. 
Ojciec Kichote usłuchał i trafił do krótkiego korytarzyka, w którym było znowu dwoje drzwi. 
- Tędy, w te pierwsze. 
Ojciec Kichote znalazł się w klozecie. W lustrze nad umywalką zobaczył, że facet, który  go 
wziął  do  niewoli,  gmera  przy  zamku  teczki.  Chce  wydostać  broń?  Położyć  go  strzałem  w 
kark? Spiesznie, zbyt śpiesznie, zaczął odmawiać szeptem akt skruchy: 
- O, Boże, przepraszam, proszę o przebaczenie za wszystkie moje... sprawki... 
- Monsignore! 
Słucham,  przyjacielu  -  powiedział  ksiądz  do  odbicia,  które  śledził  w  lustrze.  Jeżeli  ma  być 
zastrzelony,  to  woli  w  tył  głowy  niż  w  twarz,  gdyż  twarz  jest  w  pewnym  sensie  odbiciem 
obrazu Boga. 
- Chciałbym się wyspowiadać... 
Ojciec Kichote czknął. Drzwi się otworzyły, do klozetu zajrzał Sancho i zawołał: 
- Ojcze Kichote! 
Wyjdź! i nakazał ksiądz. - Słucham spowiedzi. - Odwrócił Się do nieznajomego, starając się 
odzyskać godność duchownego. - Nie jest to odpowiednie miejsce. Dlaczego wybrałeś mnie, 
a nie swojego proboszcza? 

background image

 

54 

-Właśnie  go  pochowałem  -  odparł  człowieczek,  i  Jestem  przedsiębiorcą  pogrzebowym.  - 
Otworzył teczkę i wyciągnął z niej duży mosiężny uchwyt. 
-Nie jestem w swojej diecezji 1 powiedział ojciec Kichote. - Nie mam tu uprawnień. 
-  Prałat  nie  podlega  takim  przepisom.  Kiedy  zobaczyłem  wielebnego  ojca  w  restauracji, 
pomyślałem zaraz: „To jest moja szansa". 
Ojciec Kichote nie dawał za wygraną: 
-Jestem prałatem od bardzo niedawna. Czy ma pan pewność co do przepisów? 
-Tak czy inaczej, w nagłych przypadkach każdy kapłan... A tu zachodzi nagły przypadek. 
- Przecież w Valladolid jest dużo księży. Niech pan się uda do któregokolwiek kościoła. 
- Księdzu z oczu patrzy, że jest tym, który mnie zrozumie. 
- Co zrozumie? 
Człowieczek  zaczął  szybko  mamrotać  akt  skruchy,  ale  przynajmniej  wypowiadaj  właściwe 
słowa.  Ojca  Kichote'a  ogarnęło  zakłopotanie.  Jeszcze  nigdy  nie  wysłuchiwał  spowiedzi  w 
takim  otoczeniu.  Prawie  automatycznie  skorzystał  z  jedynego  dostępnego  boksu  i  usiadł  na 
zamkniętej  muszli  klozetowej.  Nieznajomy  chciał  uklęknąć,  ale  ojciec  Kichote  powstrzymał 
go, gdyż podłoga nie była zbyt czysta. 
- Niech pan nie klęka - powiedział. - Wystarczy stać tu, gdzie pan stoi. 
Człowieczek podsunął duży mosiężny uchwyt i zaczął mówić: 
-  Zgrzeszyłem,  i  za  twoim  pośrednictwem  proszę  Boga  o  przebaczenie,  ojcze.  A  raczej 
monsignore. 
-W tym lokalu nie jestem monsignorem - zauważył ojciec Kichote. - W konfesjonale nie ma 
rang. Coś popełnił? 
-Ukradłem ten uchwyt. I jeszcze jeden, taki sam. 
-Więc musisz je zwrócić. 
Właściciel zmarł, pochowałem go dziś rano. 
Ojciec Kichote osłonił oczy dłonią, tak jak to jest w zwyczaju dla zachowania tajemnicy, ale 
wizja  ciemnej  lisiej  twarzy  wyraźnie  rysowała  się  w  jego  umyśle.  Należał  do  kapłanów 
lubiących  wysłuchiwać  szybkiej  spowiedzi  w  prostych,  oderwanych  słowach  zazwyczaj 
używanych przez penitentów, którzy rzadko wymagali więcej niż jednego pytania - ile razy? 
Popełniłem  cudzołóstwo...  Zaniedbałem  wielkanocne  obowiązki...  Zgrzeszyłem  przeciwko 
czystości...  Nie  był  przyzwyczajony  do  grzechu  w  postaci  mosiężnego  uchwytu.  Na  pewno 
taki przedmiot nie przedstawiał większej wartości. 
Powinieneś zwrócić uchwyt spadkobiercom. 
Ojciec Gonzalez nie pozostawił spadkobierców. 
-Ale co to są za uchwyty? Kiedy je ukradłeś? 
Wstawiłem je do rachunku, a potem zdjąłem z trumny, żeby ich użyć jeszcze raz. 
- Często tak postępujesz? - Ojciec Kichote nie umiał powstrzymać swojej fatalnej ciekawości, 
będącej wciąż na nowo powtarzanym błędem w konfesjonale. 
- Och, to powszechna praktyka. Wszyscy moi konkurenci tak postępują. 
Ojciec  Kichote  zastanowił  się.  co  by  napisał  Heribert  Jone  na  temat  takiego  postępku.  Na 
pewno zaliczyłby go do grzechów przeciwko uczciwości, czyli do kategorii, do której zaliczył 
także  cudzołóstwo.  Nagle  spowiednikowi  błysnęło  w  pamięci,  że  w  przypadku  kradzieży 
ciężar  grzechu  określany  jest  wartością  skradzionego  przedmiotu  i  jeżeli  stanowi  ona 
ekwiwalent  jednej  siódmej  miesięcznych  poborów  właściciela,  wówczas  sprawę  należy 
traktować  poważnie.  Gdyby  właściciel  był  milionerem,  grzech  nie  istniałby  w  ogóle, 
przynajmniej nie przeciwko uczciwości. Ile mógł zarabiać miesięcznie ksiądz Gonzalez i czy 
rzeczywiście był prawowitym właścicielem, skoro wszedł w posiadanie  uchwytu dopiero po 
ś

mierci? Trumna z całą pewnością należy do ziemi, do której się Ją składa. 

Zapytał raczej, żeby zyskać czas do namysłu, niż z jakiegokolwiek innego powodu: 
- Czy spowiadałeś się już kiedyś z tego grzechu przy innych okazjach? 

background image

 

55 

- Nie. Jak już mówiłem, monsignore, jest to uznana praktyka w moim zawodzie. 
Doliczamy  ekstra  za  mosiężne  uchwyty,  to  prawda,  ale  traktujemy  to  jak  coś  w  rodzaju 
pożyczki. Dopóki się nie skończy pogrzeb. 
-Więc dlaczego spowiadasz mi się teraz? 
- Może jestem przesadnie skrupulatny, monsignore, ale wydawało mi się, że sprawa wygląda 
trochę  inaczej  w  przypadku  pogrzebu  księdza  Gonzaleza.  Byłby  niesłychanie  dumny  z 
mosiężnych  uchwytów.  Widzi  ojciec,  to  stanowiłoby  dowód,  jak  bardzo  go  poważano  w 
parafii, gdyż oczywiście rachunek płaci parafia. 
-A tyś się dołożył? 
- Naturalnie! Bardzo lubiłem księdza Gonzaleza. 
-A więc w pewnym sensie okradłeś samego siebie? 
- Nie kradłem, monsignore. 
- Mówiłem już, żebyś mnie nie nazywał monsignorem. Powiedziałeś, żeś nie ukradł, że wśród 
kolegów po fachu praktykuje się zabieranie uchwytów... 
-Tak. 
-Więc co niepokoi twoje sumienie? 
Człowieczek wykonał gest, który mógł oznaczać zmieszanie. Ojciec Kichote pomyślał: 
„Ileż  to  razy  czułem  się  winnym  nie  wiedząc  dlaczego,  tak  jak  on”.  Zazdrościł  niekiedy 
pewności  siebie  tym,  którzy  potrafili  ustalać  niezachwiane  reguły  jak  Heribert  Jone,  jego 
biskup, a nawet papież. On sam żył we mgle, niezdolny dostrzec ścieżki, potykający się. 
Powiedział: 
- Nie zadręczaj się o taki drobiazg. Idź do domu i śpij dobrze. Może ukradłeś... Czy sądzisz, 
ż

e Pan Bóg zwraca wiele uwagi na takie drobnostki jak ta? Stworzy! wszechświat, nie wiemy, 

Ile gwiazd, ile planet i światów. 
Ty ukradłeś dwa mosiężne uchwyty i wydaje ci się, że jesteś taki ważny. Powiedz, że żałujesz 
za swoją pychę i idź do domu. 
Jednakże człowieczek odparł: 
- Ale proszę o rozgrzeszenie. 
Ojciec Kichote niechętnie wymruczał odpowiednią formułkę. Grzesznik wsadził z powrotem 
uchwyt  do  teczki,  zamknął  ją  i  zanim  wyszedł,  skinął  głową  w  kierunku  księdza.  Ojciec 
Kichote  siedział  na  muszli  klozetowej  z  uczuciem  wyczerpania  i  pewnego  niedosytu.  Robił 
sobie  wyrzuty:  „Nie  wypowiedziałem  właściwych  słów.  Dlaczego  nigdy  nie  znajduję 
właściwych słów? Człowiekowi potrzebna była pomoc, a ja wyrecytowałem formułkę. Boże, 
przebacz mi. Czy ktoś także wypowie czczą formułkę, gdy przyjdzie mi umierać?” 
Po chwili wrócił do baru. Sancho czekał na niego, pijąc następny kieliszek koniaku. 
- Na miłość boską, coś tam robił? 
- Spełniałem swoją powinność - odparł ojciec Kichote. 
- W klozecie? 
- W klozecie, w więzieniu, w kościele. Co za różnica? 
- Pozbyłeś się tego faceta? 
-  Przypuszczam,  że  tak.  Jestem  trochę  zmęczony,  Sancho.  Wiem,  że  to  rozrzutność,  ale  czy 
mógłbym dostać jeszcze Jedną butelkę toniku? 
 

background image

 

56 

 

Jak monsignore Kichote zobaczył dziwne widowisko. 

 
Pobyt  w  Valladolid  przedłużył  się  z  powodu  zdecydowanej  niechęci  Rosynanta  do 
ponownego  ruszenia  w  drogę,  wobec  czego  trzeba  było  zostawić  go  w  warsztacie  do 
przeglądu. 
- Nie ma się czemu dziwić - stwierdził ojciec Kichote - wczoraj zrobił ogromną trasę. 
Ogromną trasę! Znajdujemy się niecałe sto dwadzieścia kilometrów od Salamanki! 
- Jego zwykła norma wynosi dziesięć, kiedy wpadam po wino do spółdzielni. 
-  To  świetnie  się  stało,  że  postanowiliśmy  nie  jechać  do  Rzymu  czy  Moskwy.  Jeżeli  chcesz 
znać  moją  opinię,  to  ty  go  rozpaskudziłeś.  Samochodów,  tak  jak  kobiet,  nie  należy 
rozpieszczać. 
-  Ależ  on  jest  bardzo  stary,  Sancho!  Prawdopodobnie  starszy  od  nas.  W  końcu  bez  jego 
pomocy... Czy zdołalibyśmy przejść pieszo całą tę odległość od Salamanki? 
Ponieważ  na  werdykt  w  sprawie  Rosynanta  musieli  czekać  do  następnego  rana,  Sancho 
zaproponował pójście do kina. Po pewnym wahaniu ojciec Kichote się zgodził. Swego czasu 
przedstawienia  teatralne  były  kapłanom  zabronione  i  pomimo  że  ten  zakaz  nie  dotyczył 
kinematografów,  które  podówczas  jeszcze  nie  istniały,  jednakże  w  umyśle  proboszcza 
pozostała obawa pewnego niebezpieczeństwa związanego z wszelkimi widowiskami. 
-Nigdy nie byłem w kinie - zwierzył się towarzyszowi. 
- Jeżeli chcesz nawracać świat, musisz go najpierw poznać - odparł Sancho. 
Czy nie uznasz mnie za hipokrytę, jeżeli zdejmę to, co nazywasz śliniakiem? - zapytał ojciec 
Kichote. 
- W ciemności wszystkie kolory są jednakowe - orzekł Sancho - ale rób, jak chcesz. 
Po  chwilowym  namyśle  ojciec  Kichote  pozostawił  na  sobie  pechera.  To  mu  się  wydało 
uczciwsze. Nie chciał być posądzony o hipokryzję. 
Poszli do małego kina, w którym wyświetlano film pod tytułem „Modlitwa dziewicy”. 
Tytuł  zachęcił  ojca  Kichote’a  w  takim  stopniu,  w  jakim  zniechęcił  burmistrza,  który 
przewidywał  wieczór  pełen  nudziarstwa  i  pobożności.  Bardzo  się  pomylił.  Film  nie  był 
arcydziełem, niemniej jednak uznał go za całkiem przyjemny, aczkolwiek obawiał się trochę 
reakcji proboszcza, gdyż film na pewno nie był dziewiczy, on zaś powinien był zauważyć, że 
plakat na zewnątrz był oznaczony ostrzegawczą literą „S". 
W  istocie  modlitwą  dziewicy  okazał  się  bardzo  przystojny  młodzieniec,  którego  przygody  z 
całą serią młodych dziewczyn kończyły się zawsze, z monotonną regularnością, w łóżku. W 
tych momentach zdjęcia stawały się zamglone i mylące, nawet trudno było ustalić, czyje nogi 
do  kogo  należą,  ponieważ  dyskretne  okolice,  pozwalające  odróżnić  mężczyznę  od  kobiety, 
były starannie przez kamerę omijane. Kto się znalazł na górze, mężczyzna czy kobieta? Czyje 
organy były całowane i przez kogo? W takich sytuacjach brakło dialogów, które by pomogły 
widzom, tylko od czasu do czasu rozlegało się ciężkie sapanie lub niekiedy stękanie albo pisk, 
co  mogło  pochodzić  zarówno  od  mężczyzny,  jak  i  od  kobiety.  Dodatkowe  utrudnienie 
stanowił fakt. że sceny były najwidoczniej kręcone dla małego ekranu (może dla domowego 
kina?),  toteż  obrazy  nabierały  abstrakcyjności  i  powodu  powiększenia.  Nawet  przyjemność 
burmistrza  przybladła:  wolałby  bardziej  Jawną  pornografię,  w  dodatku  trudno  mu  było 
zidentyfikować głównego aktora, który miał lśniące czarne włosy i bokobrody. Wydawało mu 
się, źe rozpoznaje modela, reklamującego w telewizji dezodorant dla panów. 
Zakończenie  filmu  było  niewątpliwie  zaskakujące.  Młodzieniec  zakochał  się  po  uszy  w 
jedynej  dziewczynie,  która  się  oparła  jego  zalotom.  Odbył  się  ślub  kościelny,  niewinny 
pocałunek  przed  ołtarzem,  kiedy  narzeczony  wsuwał  na  palec  narzeczonej  ślubną  obrączkę, 
po czym szybkie przejście na plątaninę rąk i nóg w łóżku. Sancho pomyślał, że ze względów 

background image

 

57 

oszczędnościowych  powtórzono  jedną  z  wcześniejszych  scen  z  anonimowymi  członkami 
ciała,  a  może  był  to  cień  inteligentnej  ironii  ze  strony  reżysera?  Zapalono  światło  i  ojciec 
Kichote powiedział: 
- Bardzo interesujące. A więc to się nazywa filmem? 
- Przykład nie był najlepszy. 
- Ileż ćwiczeń wszyscy oni wykonali! Aktorzy muszą być wyczerpani. 
- Oni tylko symulowali, ojcze. 
- Jak to „symulowali”? A cóż udawali, że robią? 
- Że uprawiają miłość, rzecz jasna. 
-  A  więc  to  tak  się  odbywa!  Zawsze  wyobrażałem  sobie,  że  to  coś  o  wiele  prostszego  i 
zabawniejszego. Wyglądali, jak gdyby okropnie cierpieli. Sądząc po wydawanych odgłosach. 
- Udawali, że to im sprawia niewysłowioną rozkosz, ojcze. Na tym polega gra. 
- Wcale nie robili wrażenia, że im to sprawia rozkosz, a może po prostu źli aktorzy? 
Wciąż tylko cierpieli. No i nie widziałem baloników, Sancho. 
- Bałem się, że będziesz zgorszony, ojcze, ale sam wybrałeś ten film. 
-Tak. Z powodu tytułu. Jednego nie mogę zrozumieć: co miał tytuł do tego, cośmy zobaczyli? 
-  Cóż,  przypuszczam,  że  dziewica  odmawiała  modlitwę  po  to,  żeby  znaleźć  przystojnego 
chłopca do kochania. 
-  Znów  to  słowo  „kochanie".  Nie  wierzę,  żeby  señorita  Martin  modliła  się  o  coś  w  tym 
rodzaju. Tak czy owak. duże wrażenie sprawiła na mnie cisza na sali. 
Widzowie traktowali to tak poważnie. że naprawdę bałem się roześmiać. 
- A miałeś ochotę? 
Tak. Z trudem się powstrzymywałem. Tylko że nie lubię urażać nikogo, kto traktuje sprawy 
poważnie.  Śmiech  nie  jest  argumentem.  Potrafi  być  głupio  obelżywy.  Może  patrzyli  na  te 
sprawy  inaczej  niż  ja?  Może  widzieli  w  tym  piękno?  Wszystko  jedno,  chwilami  marzyłem, 
ż

eby  ktoś  się  roześmiał,  bodaj  ty,  tak  żebym  i  ja  mógł  się  dołączyć.  Ale  obawiałem  się 

zakłócić  tę  głęboką  ciszę.  Cisza  ma  w  sobie  coś  świętego.  Czułbym  się  dotknięty,  gdyby  w 
kościele, przy Podniesieniu, ktoś się zaśmiał. 
- A gdyby wszyscy w kościele zaczęli się śmiać? 
Ach. to byłoby całkiem co innego. Wtedy pomyślałbym - oczywiście mógłbym się mylić - że 
słyszę śmiech radości. Samotny śmiech bywa często śmiechem wyższości! 
Tego  wieczora,  leżąc  w  łóżku,  ojciec  Kichote  otworzył  toin  świętego  Franciszka  Salezego. 
Wciąż  jeszcze  dręczyły  go  sceny  łóżkowe  w  filmie,  dręczyła  niemożność  odczucia 
jakiejkolwiek emocji poza rozbawieniem. Wierzył zawsze, że miłość ludzka jest tego samego 
rodzaju, co miłość Boga. nawet jeśli stanowi słabiutkie odbicie tej miłości, ale gimnastyka, z 
której  miał  ochotę  śmiać  się  w  głos.  te  stękania  i  piski...  .Czyżbym  nic  byl  zdolny  odczuć 
ludzkiej  miłości?”  -  zastanawiał  się  w  duchu.  ..Bo  skoro  tak.  to  pewnie  także  nie  jestem 
zdolny odczuć miłości do Boga". Ogarnął  go strach, że ten okropny pytajnik może pozostać 
jak  niezatarte  piętno  w  jego  umyśle.  Rozpaczliwie  potrzebował  pociechy,  więc  powrócił  do 
utworów,  które  Sam  bo  nazywał  powieściami  rycerskimi,  jednakże  nie  mógł  wymazać  z  pa 
mięci  faktu,  że  Don  Kichote  ostatecznie  wyrzekł  się  ich  na  łożu  śmierci.  Może  i  on.  kiedy 
nadejdzie koniec... 
Otworzył na chybił trafił  »Miłość Boga", ale sortea Virgtlianae nie przyniosły mu pociechy. 
Próbował trzy razy. aż wreszcie znalazł ustęp, który wydał mu się znaczący w związku z tym. 
co zobaczył w klnie. Nie żeby go uszczęśliwił, nie, ale zmusił do zastanowienia, czy aby nie 
jest  mniej  zdolny  do  miłości  niż  kawał  żelaza?  .Żelazo  cechuje  taki  pociąg  do  magnesu,  że 
skoro tylko go poczuje, zwraca się ku niemu, podnieca się i drga, i lekko podskakuje, dając w 
ten sposób dowód zadowolenia, po czym przesuwa się, przenosi bliżej, starając się za wszelką 
cenę  połączyć  z  nim”.  A  potem  pytanie,  które  zadało  mu  cios  w  serce:  „Czyż  nie  widzisz 

background image

 

58 

wszelkich  elementów  żywej  miłości  mieszczących  się  w  nieożywionym  kamieniu?”  O,  tak, 
widział mnóstwo podrygów, ale nie doświadczył żywej miłości. 
Przerażający pytajnik dalej wbijał się w jego mózg, kiedy wyruszali następnego dnia. 
Rosynant,  zdecydowanie  spłoszony  pobytem  w  warsztacie,  nawet  nie  stawiał  oporu,  kiedy 
szybkość osiągała  czterdzieści czy  czterdzieści pięć kilometrów na  godzinę, na co pozwalali 
sobie jedynie dlatego, że ojciec Kichote był głęboko pogrążony w niewesołych myślach. 
- Co się stało? - zaniepokoił się Sancho. - Dzisiaj znów jesteś Monsignore Smętnego Oblicza. 
-  Stwierdzam  -  oby  mi  Pan  Bóg  wybaczył  -  że  doznałem  szczególnej  łaski,  gdyż  nigdy  nie 
nękały mnie żądze seksualne. 
- Nawet we śnie? 
- Nawet we śnie. 
- Jesteś bardzo szczęśliwym człowiekiem. 
„Czyżby?” - zapytywał sam siebie. „A może najbardziej nieszczęśliwym?" Nie mógł wyznać 
siedzącemu  obok  przyjacielowi  swoich  myśli  ani  zadawanego  sobie  pytania.  „Jak  mogę 
modlić się o to, bym oparł się złu, jeżeli nawet nie doznaję pokusy? W takiej modlitwie brak 
cnoty!”  Czuł  się  całkowicie  osamotniony  w  swoim  milczeniu.  Jak  gdyby  przestrzeń 
konfesjonału i zawarte w niej tajemnice sięgały poza konfesjonał, poza penitenta, ogarniając 
samochód, w którym siedział, a nawet kierownicę w jego ręku, kiedy tak jechali do León. 
Pod osłoną milczenia modlił się: „O, Boże, uczyń mnie ludzkim, pozwól doznać pokusy. 
Wybaw mnie od mojej obojętności!". 
 

background image

 

59 

 

Jak monsignore Kichote stan

ą

ł twarz

ą

 w twarz ze Sprawiedliwo

ś

ci

ą

 
Zatrzymali się na drodze do León w polu, nad brzegiem rzeki, w pobliżu miasteczka Mansilla 
de las Mulas, gdyż burmistrz skarżył się na dręczące go pragnienie. Mała kładka dla pieszych 
rzucała cień, w którym postawili samochód, ale tak naprawdę, to pragnienie burmistrza było 
wybiegiem, potrzebnym do przełamania milczenia ojca Kichote’a, które okropnie grało mu na 
nerwach.  Mając  nadzieję,  że  trochę  alkoholu  otworzy  usta  przyjacielowi,  wpuścił  do  rzeki 
butelkę manchegana na sznurku, wzbudzając zainteresowanie paru krów na drugim brzegu. 
Gdy wrócił, zastał ojca Kichote’a wpatrzonego ze smutkiem w swoje fioletowe skarpetki. Nie 
był w stanie już dłużej znosić niepojętego milczenia, więc odezwał się: 
Na litość boską, jeżeli złożyłeś śluby milczenia, to wstąp do jakiegoś klasztoru. W Burgos są 
kartuzi, a w Osera - trapiści. Proszę wybrać, monsignore. do których jedziemy. 
Przepraszam cię, Sancho - odpowiedział ojciec Kichote - to tylko z powodu moich myśli... 
-  A  więc  przypuszczasz,  że  twoje  myśli  są  zbyt  wzniosłe  i  uduchowione,  żeby  zwykły 
marksista mógł Je zrozumieć? 
- Nie, wcale niel 
-Przypomnij  sobie,  ojcze.  Jakim  dobrym  wielkorządcą  okazał  się  mój  przodek.  Don  Kichot, 
przy całej swej rycerskości i odwadze. nigdy by tak dobrze nie rządził. Cóż za święty bałagan 
-  rozmyślnie  tak  to  nazwałem  -  zaprowadziłby  na  wyspie!  Mój  przodek  zabrał  się  do 
rządzenia akurat tak samo, jak Trocki do dowodzenia armią. Trocki nie miał doświadczenia, a 
jednak  rozgromił  białych  generałów.  Cóż,  jesteśmy  materialistami,  wiem,  wieśniakami  i 
marksistami, ale nie musisz gardzić nami z tego powodu. 
- Czy kiedykolwiek gardziłem tobą, Sancho? 
- Dzięki Bogu, żeś zaczął znowu rozmawiać. Napocznijmy butelkę. 
Wyłowione z rzeki wino nie było dość chłodne, ale burmistrzowi zależało na szybkiej kuracji. 
Wypili po dwie szklanki w przyjaznym już teraz milczeniu. 
- Czy zostało trochę sera, ojcze? 
- Chyba odrobina. Pójdę zobaczyć. 
Ojca Kichote’a nie było przez dłuższą chwilę. Czyżby miał trudności ze znalezieniem sera? 
Burmistrz zerwał się na równe nogi, gdy ojciec Kichote wyłonił się spod mostku z wyrazem 
całkowicie usprawiedliwionego niepokoju na twarzy, albowiem towarzyszył mu gwardzista. 
Z jakiegoś powodu, którego burmistrz nie był w stanie zrozumieć, ksiądz szybko przemawiał 
do  swego  towarzysza  po  łacinie,  po  czym  gwardzista  także  zdradzał  zaniepokojenie.  Ojciec 
Kichote właśnie mówił: 
- Es to mihi in Deum protectorem et in locum refugit. 
- Zdaje się, że biskup jest cudzoziemcem - powiedział gwardzista do burmistrza. 
- On nie jest biskupem, lecz prałatem. 
- Czy to pański samochód stoi pod mostkiem? 
- Samochód należy do prałata. 
- Powiedziałem mu, że powinien był go zamknąć. Zostawił nawet kluczyk w stacyjce. 
To niebezpieczne. Zwłaszcza w tych stronach. 
- Okolica wyglądała bardzo spokojnie. Nawet krowy... 
-  Nie  widzieliście  mężczyzny  z  dziurą  po  kuli  w  nogawce  spodni  i  z  fałszywymi  wąsami? 
Chociaż myślę, że je wyrzucił. 
-Nie. Nikogo takiego. 
I scio cui credidi -  przemówił proboszcz. 
I włoski? - zapytał gwardzista. - Papież jest wielkim papieżem. 
- Nie ulega wątpliwości. 

background image

 

60 

- Bez kapelusza i marynarki. Koszula w paski. 
- Nikogo takiego nie widziałem w pobliżu. 
-Tę  dziurę  od  kuli  złapał  w  Zamora.  Cudem  uszedł  z  życiem.  Strzelał  jeden  z  naszych.  Jak 
długo tu jesteście? 
- Około kwadransa. 
- Skąd jedziecie? 
- Z Valladolid. 
- Nie spotkaliście kogoś takiego w drodze? 
- Nie. 
- W tym czasie nie mógł uciec dalej. 
- Co zrobił? 
-  Obrabował  bank  w  Benavente.  Zastrzelił  kasjera.  Uciekł  na  hondzie.  Znaleźli  porzuconą, 
mam na myśli hondę, o pięć kilometrów dalej. Dlatego nie jest bezpiecznie zostawiać otwarty 
samochód z kluczykiem w stacyjce. 
- Laąueus contritus est - powiedział ojciec Kichote - et nos liberati sumus. 
- Co monsignore mówi? 
- Nie jestem lingwistą - odparł burmistrz. 
- Jedziecie do León? 
-Tak. 
Miejcie oczy otwarte i nie zabierajcie do wozu nikogo nieznajomego. - Zasalutował prałatowi 
uprzejmie, acz z pewną rezerwą, i odszedł. 
- Dlaczego przemawiałeś do niego po łacinie? - zapytał Sancho. 
- Wydawało mi się, że tak będzie lepiej. 
- Ale dlaczego? 
-  Chciałem  w  miarę  możności  uniknąć  kłamstwa  -  wyjaśnił  ojciec  Kichote.  i  Nawet 
grzecznościowego,  jeśli  nie  występnego,  że  użyję  rozróżnienia  stosowanego  przez  ojca 
Heriberta. 
- Na jaki temat miałbyś kłamać? 
- Stanąłem nagle wobec możliwości, chciałoby się rzec, wobec pokusy... 
Burmistrz westchnął. Wino na pewno przełamało małomówność ojca Kichote'a, ale burmistrz 
zaczynał tego żałować. Zapytał: 
- Znalazłeś ser? 
- Tak, nawet spory kawał, ale dałem go jemu. 
- Gwardziście? Dlaczego, u licha... 
- Nie, człowiekowi, którego on szukał. 
- Chcesz powiedzieć, że widziałeś tego człowieka? 
- Och tak, dlatego bałem się pytań. 
- Na litość boską, gdzież on jest teraz? 
-  W  bagażniku.  Byłoby  niedbalstwem  z  mojej  strony  po  tym,  co  powiedział  gwardzista, 
zostawiać kluczyk... Ktoś mógłby z nim odjechać. No, ale niebezpieczeństwo już minęło. 
Burmistrzowi na dłuższą chwilę odjęło mowę. Wreszcie ją odzyskał. 
- Coś zrobił z winem? - zapytał. 
- Razem przestawiliśmy je na tylne siedzenie. 
- Dziękuję Bogu, że zmieniłem tabliczkę z numerem w Valladolid - westchnął burmistrz. 
- Co to znaczy, Sancho? 
-Tamci gwardziści na pewno podali twój numer do Avili. Mają go teraz w komputerze. 
- Ale dokumenty wozu... 
- Dostałeś nowe. Oczywiście, to trochę trwało. Dlatego tak długo zabawiliśmy w Valladolid. 
Mechanik w warsztacie jest moim starym przyjacielem i członkiem partii. 
- Sancho, Sancho, ile zarobiliśmy lat więzienia? 

background image

 

61 

-  Mniej  niż  połowę  tego,  co  dostaniesz  za  ukrywanie  zbiega  przed  wymiarem 
sprawiedliwości. Co cię podkusiło? 
- Prosił mnie o pomoc. Powiedział, że został fałszywie oskarżony i wzięty za kogoś innego. 
-Z dziurą po kuli w nogawce? Bandzior, który napadł na bank? 
I  cóż,  nic  nie  lepszy  był  wasz  lider  Stalin.  W  końcu  dużo  zależy  od  pobudek.  Gdyby  Stalin 
przyszedł do mnie do spowiedzi i wyłuszczył swoje pobudki uczciwie, nakazałbym mu może 
odmawiać  różaniec  przez  dekadę,  chociaż  tak  surowej  pokuty  nie  zadałem  nikomu  w  El 
Toboso. Pamiętasz, co mój przodek powiedział do galerników, zanim ich uwolnił? „Jest Bóg 
w  niebie,  który  nie  zaniedba  ukarania  niegodziwca  ani  wynagrodzenia  dobrego  człowieka,  i 
nie  uważam  za  słuszne,  żeby  uczciwi  ludzie  byli  oprawcami  drugich”.  To  dobra 
chrześcijańska  doktryna.  Dekada  różańca  stanowi  karę  dostatecznie  surową.  Nie  jesteśmy 
oprawcami  ani  śledczymi.  Dobry  Samarytanin  nie  przeprowadzał  dochodzenia  co  do 
przeszłości rannego człowieka, który dostał się między złodziejów, nim mu udzielił pomocy. 
Może to był celnik, któremu złodzieje tylko odbierali to, co on im zabrał? 
- Ty tu gadasz, monsignore, a nasz ranny prawdopodobnie umiera z braku powietrza. 
Pobiegli  do  wozu  i  zastali  mężczyznę  w  dość  kiepskim  stanie.  Fałszywe  wąsy,  obluzowane 
przez pot, zwisały po jednej stronie górnej wargi. Na szczęście był on małego wzrostu i skulił 
się  dosyć  łatwo  w  niewielkiej  przestrzeni,  którą  Rosynant  mógł  dla  niego  przeznaczyć. 
Niemniej jednak gorzko narzekał, kiedy go wypuścili: 
- Myślałem, że umrę! Czegoście się tak długo grzebali? 
Robiliśmy dla pana, co tylko mogliśmy  - ojciec  Kichote wymówił prawie te same słowa, co 
Jego protoplasta. - Nie Jesteśmy pańskimi sędziami, ale sumienie powinno panu podszepnąć, 
ż

e niewdzięczność Jest niecnym grzechem. 

- Zrobiliśmy dla ciebie o wiele za dużo - wtrącił się Sancho. 
Teraz  zmiataj!  Gwardzista  poszedł  w  tamtą  stronę.  Radziłbym  trzymać  się  pól,  zanim 
będziesz mógł zgubić się w mieście. 
Jak  mogę  trzymać  się  pola  w  tych  butach  odłażących  od  zelówki  i  jak  mogę  zgubić  się  w 
mieście z tą dziurą po kuli w nogawce? 
- Obrabowałeś bank. stać cię na nową parę butów. 
-  Kto  powiedział,  że  obrabowałem  bank?  -  Wywrócił  puste  kieszenie.  -  Obszukaj  mnie  - 
dodał. I wy nazywacie siebie chrześcijanami? 
- Ja nie - odparł burmistrz. Jestem marksistą. 
- Bolą mnie plecy. Nie mogę zrobić kroku. 
-  Mam  w  wozie  trochę  aspiryny  -  powiedział  ojciec  Kichote.  -  Otworzył  drzwiczki  i  zaczął 
szperać  na  półeczce.  Usłyszał  za  sobą  dwukrotne  kaszlnięcie.  -  Mam  także  parę  innych 
tabletek,  może  w  bagażniku  był  przeciąg.  -  Kiedy  odwrócił  się  z  lekarstwami  w  ręku, 
zobaczył ku swojemu zdumieniu, że nieznajomy trzyma rewolwer. 
- Nie powinieneś celować czymś takim, to niebezpieczne - stwierdził. 
- Jaki macie numer butów? - zapytał obcy. 
- Doprawdy nie pamiętam. Chyba trzydziesty dziewiąty. 
- A wy? 
- Czterdziesty - odpowiedział Sancho. 
- Proszę oddać mi swoje - rozkazał księdzu. 
- Są mniej więcej tak samo zniszczone jak twoje. 
-  Nie  dyskutować!  Zabrałbym  także  spodnie,  gdyby  pasowały.  Teraz  obaj  odwróćcie  się 
tyłem. Jeżeli któryś się poruszy, zastrzelę obydwu. 
-  Nie  rozumiem,  dlaczego  idąc  obrabować  bank,  jeżeli  to  rzeczywiście  zrobiłeś,  wziąłeś 
podarte buty - dziwił się ojciec Kichote. 

background image

 

62 

-  Przez  omyłkę  włożyłem  niewłaściwą  parę.  Dlatego.  Teraz  możecie  się  odwrócić  w  moją 
stronę. Właźcie do samochodu obaj. Ja siadam z tyłu i jeżeli zatrzymacie się gdziekolwiek z 
jakiegokolwiek powodu - będę strzelał. 
Dokąd chcesz jechać? - zapytał Sancho. 
- Wypuścicie mnie przy katedrze w León. 
Ojciec Kichote wyprowadził wóz z pola z pewną trudnością. 
Jesteście fatalnym kierowcą - stwierdził obcy. 
-To Rosynant. Nie lubi jechać do tylu. Obawiam się, że nie masz za dużo miejsca obok tego 
wina. Czy mam się zatrzymać i włożyć z powrotem skrzynkę do bagażnika? 
- Nie. Jedź! 
Co się stało z twoją hondą? Gwardzista mówił, żeś ją porzucił. 
- Skończyła się benzyna. Zapomniałem zatankować. 
-  Nie  ta  para  butów.  Brak  benzyny.  Naprawdę,  wygląda,  źe  Pan  Bóg  był  przeciwny  twoim 
planom. 
- Czy mógłbyś jechać trochę prędzej? 
-  Nie.  Rosynant  jest  bardzo  stary.  Przy  prędkości  ponad  czterdzieści  kilometrów  może 
wysiąść.  -  Spojrzał  w  lusterko  i  zobaczył  wycelowany  rewolwer.  -  Wolałbym,  żebyś  się 
odprężył  i  odłożył  broń.  Rosynant  zachowuje  się  niekiedy  jak  wielbłąd.  Jeżeli  nagle 
podskoczy,  ta  pukawka  może  wypalić.  Nie  byłbyś  zbyt  szczęśliwy,  mając  jeszcze  jedną 
ś

mierć człowieka na sumieniu. 

- Jeszcze jednego człowieka? Kogo masz na myśli? 
- Tego biedaka w banku, którego zabiłeś. 
- Nie zabiłem. Chybiłem. 
- Stanowczo Pan Bóg musiał pracować w godzinach nadliczbowych, żeby cię uchronić przed 
ciężkim grzechem - stwierdził ojciec Kichote. 
- W dodatku to nie był bank. Sklep samoobsługowy. 
- Gwardzista mówił, że bank. 
-  Och,  oni  twierdziliby,  że  bank,  nawet  gdyby  to  był  ustęp  publiczny.  W  ten  sposób  dodają 
sobie znaczenia. 
Gdy  wjeżdżali  do  miasta,  ojciec  Kichote  zauważył,  źe  rewolwer  zawsze  znika  z  pola 
widzenia,  gdy  się  zatrzymują  pod  światłami.  Może  mógłby  wyskoczyć  z  wozu,  ale  w  ten 
sposób  zostawiłby  Sancha  w  niebezpieczeństwie,  a  Jeżeli  coś  podkusi  bandytę  do  dalszych 
gwałtownych czynów, wówczas podzieli z nim jego grzech. W każdym razie nie miał ochoty 
stać się narzędziem ludzkiej sprawiedliwości. Z wielką ulgą stwierdził, że nie BI spotkali ani 
gwardzistów, ani karabinierów, nim dojechali tak blisko katedry, jak tylko mogli. 
- Pozwól, że się rozejrzę, czy tu jest bezpiecznie - zaproponował. 
-Jeżeli mnie oszukujesz - zagroził obcy - zastrzelę twego przyjaciela. 
Ojciec Kichote otworzył drzwi. 
- Wszystko w porządku - powiedział. - Możesz iść. 
- Jeżeli kłamiesz - ostrzegł pasażer - pierwsza kula będzie dla ciebie. 
-  Odpadły  ci  wąsy  -  rzekł  proboszcz.  -  Przylepiły  się  do  twojego...  chciałem  powiedzieć  do 
mojego buta. 
Patrzyli za pasażerem, jak im ginął z oczu. 
-  Przynajmniej  nie  napadł  na  mnie  jak  galernicy  na  mojego  przodka  -  stwierdził  ojciec 
Kichote. 
- Zostań w samochodzie, a ja pójdę kupić ci buty. Mówiłeś, że nosisz trzydzieści dziewięć? 
-  Nie  miałbyś  nic  przeciwko  temu,  żebym  najpierw  wstąpił  do  katedry?  To  był  ogromny 
wysiłek,  powstrzymać  Rosynanta  od  skoków.  Gdyby  nas  zabił,  biedak  popadłby  w  wielkie 
tarapaty. Chciałbym posiedzieć chwilkę w chłodzie i pomodlić się. To długo nie potrwa. 
- Myślałem, żeś odmówił całą masę modlitw w czasie jazdy. 

background image

 

63 

- Istotnie, ale to były modlitwy za tego biedaka. Teraz chciałbym podziękować Bogu za nasze 
ocalenie. 
Przez  skarpetki  przenikał  chłód  kamiennych  płyt.  Pożałował,  że  w  Salamance  nie  kupił 
wełnianych. Poczuł się karłem w niezwykle wysokiej nawie, a strumienie światła płynące ze 
stu  dwudziestu  okien  mogły  być  spojrzeniem  Boga.  Wydało  mu  się,  że  jest  nieskończenie 
małym tworem na szkiełku mikroskopu. Przebiegł do bocznego ołtarza i ukląkł. Nie wiedział, 
co mówić. Kiedy pomyślał „dziękuję Ci”, słowa miały pusty dźwięk jak echo, nie odczuwał 
najmniejszej wdzięczności za ratunek, może odczułby jej troszkę, gdyby kula go dosięgła: to 
koniec. Zabrali by jego ciało z powrotem do El Toboso, tam byłby znowu u siebie w domu, a 
nie na tej idiotycznej pielgrzymce - dokąd? I po co? 
Uznał  za  stratę  czasu  usiłowania  i  niemożność  odmówienia  modlitwy,  więc  zaniechał  prób, 
zmusił się natomiast do wyłączenia wszelkiej myśli, żeby nie zdawać sobie sprawy z niczego, 
wkroczyć w absolutną ciszę, i po dłuższej chwili rzeczywiście poczuł, że jest na stopniach do 
Niczego, że wystarczy zrobić tylko jeden krok. Nagle stwierdził, że duży palec u lewej nogi 
bardziej  niż  pozostałe  odczuwa  chłód  kamiennej  posadzki,  i  pomyślał:  „Mam  w  skarpetce 
dziurę”.  Skarpetki...  Dlaczego  nie  uparł  się  przy  wełnianych?  Te  nie  były  warte  pieniędzy 
zapłaconych w tym wielkim magazynie pod patronatem Opus Dei. 
Przeżegnał się i dołączył do Sancha. 
-No co, namodliłeś się do syta? 
-Wcale się nie modliłem. 
Zaparkowali Rosynanta i poszli ulicami na chybił trafił. Zaraz za Burgo Nuevo znaleźli sklep 
z  obuwiem.  Gorące  chodniki  parzyły  stopy  ojca  Kichote’a,  palec  wyłaził  z  dziury,  która  się 
wyraźnie powiększała. Sklep był mały, a właściciel spoglądał na nogi klienta ze zdziwieniem. 
-Szukam czarnych butów numer trzydzieści dziewięć - zwrócił się do niego ojciec Kichote. 
-Proszę usiąść. 
Sprzedawca  wydobył  parę  butów  i  ukląkł  przed  klientem.  Proboszczowi  przemknęła  przez 
głowę myśl: „Jestem jak posąg świętego Piotra w Rzymie. Czy ucałuje mój paluch?” 
Roześmiał się. 
-Co cię tak ubawiło? i zapytał burmistrz. 
-Och, nic takiego. Coś mi się przypomniało. 
Skórę tych butów ekscelencja uzna bez wątpienia za dostatecznie miękką i elastyczną. 
- Nie jestem biskupem, lecz tylko prałatem - sprostował ojciec Kichote - niech mi Pan Bóg to 
wybaczy. 
Sprzedawca włoży! but na nie uszkodzoną skarpetkę. 
- Gdyby monsignore zechciał przejść parę kroków... 
-Już przeszedłem znacznie więcej niż parę w Leon. Macie bardzo twarde bruki. 
- Z pewnością wydają się twarde, monsignore, kiedy się chodzi bez butów. 
- Te są bardzo wygodne, biorę je. 
- Mam zapakować, czy monsignore zechce w nich od razu pójść? 
- Oczywiście chcę w nich pójść. Czy sądzi pan, że chcę chodzić boso? 
- Pomyślałem sobie... No tak, pomyślałem, że to może pokuta. 
-Nie, nie, obawiam się, że nie jestem świętym. 
Znowu usiadł pozwalając sprzedawcy wciągnąć drugi but na stopę z wyłażącym ze skarpetki 
paluchem, który ten potraktował delikatnie, z odcieniem szacunku, wpychając go z powrotem 
do skarpetki. Nie ulegało wątpliwości, że kontakt z obnażonym paluchem prałata stanowił dla 
niego całkiem nowe doświadczenie. 
- A tamte buty? Monsignore nie życzy sobie, żebym je zapakował? 
- Jakie „tamte” buty? 
- Te, które monsignore zrzucił. 

background image

 

64 

-  Ja  ich  nie  zrzuciłem.  To  one  odrzuciły  mnie  -  odparł  prałat.  -  Nawet  nie  wiem,  gdzie  się 
znajdują. Daleko stąd. Chyba 1 już daleko. Były stare, nie takie dobre jak te. 
Sprzedawca odprowadzi! ich do drzwi sklepu. Poprosił: 
- Czy monsignore nie zechciałby udzielić mi błogosławieństwa? 
Ojciec Kichote nakreśli! znak krzyża i coś wymamrotał. Na ulicy skomentował wydarzenie: 
- Ten sprzedawca stanowczo okazywał zbyt wiele szacunku jak na mój gust. 
Okoliczności odbiegały od normy i obawiam się, że sobie nas dobrze zapamiętał. 
Przechodzili obok urzędu pocztowego. Ojciec Kichote przystanął. 
- Jestem niespokojny - powiedział. 
-  I  nie  bez  powodu.  Jeżeli  ten  uratowany  przez  ciebie  łajdak  został  złapany  i  zacznie 
ś

piewać... 

- Nie o nim myślałem.  Myślałem o Teresie. Coś jak błyskawica w  głowie ostrzega mnie, że 
dzieją się rzeczy niedobre. Jesteśmy już tak długo poza domem. 
- Cztery dni. 
- Niemożliwe! Wydaje mi się, że co najmniej miesiąc. Proszę, pozwól mi zatelefonować. 
- Dobrze, ale uwijaj się. Im prędzej znajdziemy się poza Leon, tym lepiej. 
Telefon odebrała Teresa. Zanim zdążył powiedzieć słowo, warknęła wściekłym tonem: 
- Ojca Herrery nie ma i nie wiem, kiedy wróci. - Rzuciła słuchawkę. 
-  Coś  jest  nie  w  porządku  -  stwierdził  ojciec  Kichote.  Jeszcze  raz  zadzwonił  i  tym  razem 
zaczął mówić nie zwlekając: - Tu ojciec Kichote, Tereso. 
- Niech Bogu będą dzięki - usłyszał. - Gdzie ksiądz jest? 
- W Leon. 
- Gdzie to jest? 
- Nie powinieneś był jej tego mówić - wtrącił się burmistrz. 
- Co ojciec tam robi? 
- Dzwonię do ciebie. 
- Ojcze, biskup jest w okropnym stanie. 
- Co, chory, biedaczysko? 
- Wściekły jak licho! 
- Co się stało, Tereso? 
- Dwa razy dzwonił do ojca Herrery. Rozmawiali po pół godziny za każdym razem, nie licząc 
się wcale z kosztami. 
- Ale o czym mówili? 
-  Oczywiście  o  księdzu!  Powiedzieli,  że  ksiądz  zwariował.  Powiedzieli,  że  księdza  trzeba 
zamknąć w domu wariatów, żeby ratować honor Kościoła. 
- Ale dlaczego? Dlaczego? 
- Guardia poszukuje księdza w Avili. 
- Wcale tam nie byłem. 
- O tym wiedzą. Powiedzieli, że ksiądz jest w Valladolid. I powiedzieli, że ksiądz zamienił się 
na ubrania z czerwonym burmistrzem, żeby uciec. 
- To nieprawda. 
- Myślą, że ksiądz jest zamieszany w sprawy tych zwariowanych Basków. 
- Skąd to wszystko wiesz, Tereso? 
-  Księdzu  się  zdaje,  że  pozwolę  im  korzystać  z  naszego  telefonu  i  nie  zostawię  drzwi  do 
kuchni otwartych? 
- Daj mi do telefonu ojca Herrerę. 
- Nie zdradzaj się z niczym - szepnął Sancho. - Z niczym. 
- Ojca Herrery nie ma. Wyjechał wczoraj przed świtem na spotkanie z biskupem. Biskup jest 
w takiej furii, że nie dziwiłabym się,  gdyby zadzwonił do samego Ojca Świętego w sprawie 
księdza.  Ojciec  Herrera  powiedział  do  mnie,  że  to  był  okropny  błąd,  który  popełnił  Ojciec 

background image

 

65 

Ś

więty  mianując  księdza  prałatem.  Odpowiedziałam  mu,  że  to  bluźnierstwo.  Że  Ojciec 

Ś

więty nie może popełniać błędów. 

-  Och  tak,  Tereso,  ale  drobne  błędy  -  może.  Sądzę,  że  zrobię  najlepiej,  jeżeli  natychmiast 
wrócę do domu. 
-  Tego  księdzu  nie  wolno.  Guardia  na  pewno  zaraz  capnie  i  ksiądz  zakończy  życie  w  domu 
wariatów. 
- Ależ nie jestem bardziej obłąkany niż ojciec Herrera! Albo biskup, jak już się zgadało. 
-  Oni  będą  twierdzić,  że  tak.  Słyszałam,  jak  ojciec  Herrera  mówił  do  biskupa:  „Trzeba  go 
trzymać  z  dala  od  możliwości  popełniania  głupstw!  Dla  dobra  Kościoła".  Niech  ojciec  nie 
wracał 
- Do widzenia, Tereso. 
- Ojciec nie wróci? 
Muszę to przemyśleć, Tereso - zakończył rozmowę. Następnie wyjaśnił burmistrzowi: 
Guardia skontaktowała się z biskupem, a biskup z ojcem Herrerą. Uważają, że zwariowałem. 
Nie  ma  w  tym  nic  złego.  Twierdzono,  że  twój  przodek  także  był  wariatem.  Może  ojciec 
Herrera zachowa się jak kanonik i zacznie palić twoje książki? 
- Niech Bóg broni. Powinienem wrócić do domu, Sancho. 
To będzie dowodem, że jesteś istotnie nienormalny. Musimy zmywać się stąd prędziutko, ale 
nie do El Toboso. Za nic na świecie nie powinieneś był mówić Teresie, że jesteśmy w León. 
Będzie  milczała  jak  grób.  Nie  martw  się.  Przecież  nigdy  nie  pisnęła  słówka  o  końskich 
stekach - nawet mnie. 
- Mamy znacznie więcej powodów do zmartwień. Te ich komputery pracują jak błyskawice. 
Przez  chwilę  mogą  być  w  kłopocie  z  powodu  zmiany  tabliczki  rejestracyjnej,  ale  jeżeli 
Guardia wsadzi do maszyny twój tytuł, będziemy mieli się z pyszna. Trzeba znowu ściągnąć 
ś

liniak  i  skarpetki.  Sądzę,  że  prałatów  Jeżdżących  starym  seatem  600  nie  ma  tak  wielu.  - 

Kiedy  szli  szybkim  krokiem  w  kierunku  zaparkowanego  Rosynanta,  dodał:  -  Myślę,  że 
powinniśmy zostawić wóz i wsiąść do autobusu. 
- Nie zrobiliśmy nic złego! 
- Niebezpieczeństwo leży nie w tym, cośmy zrobili, ale w tym, co oni myślą, żeśmy zrobili. 
Jeżeli nawet czytanie Marksa nie jest przestępstwem, to na pewno jest nim ukrywanie kogoś, 
kto obrabował bank. 
- Nie obrabował banku. 
-  No  to  sklep  samoobsługowy.  Przestępstwem  było  ukrycie  go  w  bagażniku  twego 
samochodu. 
- Nie porzucę Rosynanta. 
Doszli  do  wozu  i  proboszcz  opiekuńczym  gestem  położył  rękę  na  masce,  na  której 
wyczuwało się zadrapanie powstałe wtedy, kiedy otarł się o wóz rzeźnika w El Toboso. 
- Czy znasz sztukę Szekspira „Henryk VM”? 
- Nie, wolę Lopego de Vegę, i to znacznie bardziej. 
-  Nie  chciałbym,  żeby  Rosynant  robił  mi  wyrzuty,  jak  kardynał  Wolsey  królowi.  ...gdybym 
Bogu służył  Z połową tylko takiej gorliwości,  Z jaką służyłem mojemu królowi. Nagiego w 
starych nie wydałby latach Na pośmiewisko mym nieprzyjaciołom.  
Widzisz tę rysę na masce? To było siedem lat temu, czy nawet więcej; ucierpiał z mojej winy. 
Mea culpa, mea culpa, mea maxima culpa. 
Wyjechali  z  León,  jak  mogli  najszybciej,  ale  ponieważ  szosa  się  wznosiła,  Rosynant  zaczął 
okazywać  zmęczenie.  Góry  Leon  wyrosły  przed  nimi  szare,  skaliste,  poszarpane.  Burmistrz 
rzekł: 
- Powiedziałeś mi, że pragniesz milczenia. Teraz nadszedł czas wyboru pomiędzy milczeniem 
w Burgos a milczeniem w Osera. 
- Burgos nasuwa złe skojarzenia. 

background image

 

66 

-  Brawo,  monsignore!  Przypuszczałem,  że  pamięć  o  kwaterach  głównych  Generalissimusa 
stanowi dla ciebie pewną atrakcję! 
-Wolę  ciszę  pokoju  niż  ciszę,  która  następuje  po  zwycięstwie,  bo  ta  jest  jakby  stałą  ciszą 
ś

mierci. I to niedobrej śmierci. Ale czy ciebie, Sancho, nie odstręcza myśl o klasztorze? 

-Dlaczego? Przecież klasztor może nas bronić przed większym złem, jak napisał Marks. 
W  dodatku  klasztor  ma  dla  nas  takie  same  zalety  jak  burdel.  Jeżeli  nie  zatrzymamy  się  tam 
zbyt długo. Nie dają fiszek do wypełnienia. 
 
A więc Osera, Sancho, i trapiści. 
I  przynajmniej  tam  będziemy  mogli  się  napić  dobrego  galicyjskiego  wina.  Nasz  manchegan 
jest na ukończeniu. 
Piknik składał się z samego wina, albowiem ser ulotnił się razem z bandytą, a kiełbasę dawno 
zjedli.  Znajdowali  się  na  wysokości  blisko  tysiąca  metrów,  pod  nimi  rozciągał  się  pustynny 
krajobraz,  lekki  wiaterek  ochładzał  powietrze.  Szybko  uporali  się  z  jedną  butelką  i  Sancho 
otworzył drugą. 
- Czy to mądrze? 1 zapytał ojciec Kichote. 
Mądrość  nie  jest  czymś  absolutnym  i  odparł  Sancho.  -  Mądrość  jest  względna,  zależnie  od 
sytuacji.  Zmienia  się  także  w  indywidualnych  przypadkach.  Dla  mnie  mądrością  jest  wypić 
jeszcze  pół  butelki  w  sytuacji  takiej  jak  nasza,  kiedy  nie  mamy  jedzenia.  Oczywiście  dla 
ciebie może to być szaleństwem. Jeśli tak. to we właściwym czasie będę musiał zdecydować, 
jak najmądrzej postąpić z twoją połową butelki. 
-  Taka  chwila  chyba  nie  nadejdzie  -  odparł  ojciec  Kichote.  -  Moja  mądrość  nakazuje  mi 
uchronić  cię  od  wypicia  większej  ilości  wina,  niż  na  ciebie  przypada.  -  Nalał  sobie 
szklaneczkę i dodał: 1 Nie widzę, dlaczego brak jedzenia miałby wpływać na mądrość. 
To  oczywiste  i  stwierdził  Sancho.  -  Wino  zawiera  cukier,  który  jest  bardzo  wartościowym 
pożywieniem. 
A zatem, gdybyśmy mieli dość wina, nigdy byśmy nie umarli z głodu. 
Właśnie,  ale  w  każdym  argumencie  można  znaleźć  słaby  punkt,  nawet  w  rozumowaniu 
waszego  świętego  Tomasza  z  Akwinu.  Gdybyśmy  jedzenie  zastąpili  winem,  musielibyśmy 
pozostać na miejscu i w ten sposób nasze wino mogłoby się skończyć. 
Dlaczego mielibyśmy pozostać na miejscu? 
- Bo żaden z nas nie byłby w stanie usiąść za kierownicą. 
- Też racja. Logiczne myślenie prowadzi często do absurdalnych sytuacji. W La Manchy jest 
taka  popularna  święta,  która  straciła  dziewictwo,  zgwałcona  przez  Maura  w  swojej  własnej 
kuchni, przy czym on był nieuzbrojony, ona zaś miała w ręku nóż kuchenny. 
- Przypuszczam, że chciała być zgwałcona. 
-  Nie,  nie,  myślała  najzupełniej  logicznie.  Jej  dziewictwo  stanowiło  mniejszą  wartość  niż 
zbawienie Maura. Zabijając go w tym momencie, pozbawiłaby go wszelkich szans zbawienia. 
Absurd, ale kiedy się dokładnie rozważy - piękna historia. 
- Pod wpływem wina stajesz się gadatliwy, monsignore. Zastanawiam się, jak sobie poradzisz 
z milczeniem w klasztorze. 
- My nie musimy zachowywać milczenia, Sancho; i zakonnicy mają zezwolenie na rozmowę 
z gośćmi. 
- Jak szybko zniknęła druga butelka! Pamiętasz - to się wydaje bardzo odległe w czasie 
- jak usiłowałeś wytłumaczyć mi istotę Trójcy Świętej? 
-  Tak,  i  popełniłem  szkaradny  błąd,  pozwoliłem,  aby  pół  butelki  reprezentowało  Ducha 
Ś

więtego. 

- Teraz już nie popełnimy tego błędu - oświadczył Sancho otwierając trzecią butelkę. 
Ojciec  Kichote  nie  zaprotestował,  chociaż  wino  zaczęło  działać  na  jego  mózg  w  sposób 
drażniący. Gotów był obrazić się przy pierwszej okazji. 

background image

 

67 

- Cieszę się - powiedział burmistrz - że w przeciwieństwie do swego protoplasty nie gardzisz 
winem.  Don  Kichote  często  zatrzymywał  się  przy  karczmach,  co  najmniej  cztery  z  jego 
przygód  zdarzyły  się  w  pobliżu  karczmy,  ale  nigdy  nikt  nie  słyszał,  żeby  wypił  więcej  niż 
jedną  szklankę  wina.  Tak  jak  i  nasz,  jego  posiłek  wiele  razy  składał  się  z  sera  na  świeżym 
powietrzu, ale nigdy ze szklanki dobrego manchegana do popłukania. Jako towarzysz podróży 
wcale by mi nie odpowiadał. Dzięki Bogu, że wbrew świętym księgom potrafisz ostro pić, jak 
masz ochotę. 
- Dlaczego wciąż obarczasz mnie odpowiedzialnością za mego przodka? 
- Tylko porównywałem... 
Mówisz  o  nim  przy  każdej  okazji,  utrzymujesz,  że  moje  święte  księgi  są  podobne  do  jego 
powieści rycerskich, przyrównujesz naszą drobną przygodę do jego przygód. Guardia - to byli 
gwardziści, a nie wiatraki. Ja jestem księdzem Kichote'em, a nie Don Kichote'em. 
Zapewniam cię, że ja istnieję. Moje przygody są moimi własnymi, nie jego przygodami.  Idę 
swoją  drogą,  swoją,  nie  jego.  Mam  wolę  i  nie  jestem  przywiązany  postronkiem  do  przodka, 
który zmarł jakieś czterysta lat temu. 
Przepraszam,  ojcze,  sądziłem,  że  jesteś  dumny  ze  swego  protoplasty,  przez  myśl  mi  nie 
przeszło, że mogę cię urazić. 
Och,  dobrze  wiem,  co  myślisz.  Myślisz,  że  mój  Bóg  jest  złudzeniem  jak  wiatraki.  Ale  On 
istnieje. Mówię ci. Ja nie tylko w Niego wierzę, ja Go dotykam. 
-Jaki jest, miękki czy twardy? 
Ojciec Kicho te gniewnie zerwał się z trawy. 
-  Ależ,  ojcze,  przepraszam.  Wcale  nie  chciałem  robić  kpin.  Szanuję  twoją  wiarę,  tak  jak  ty 
szanujesz  moją.  Tyle  że  Jest  pewna  różnica.  Ja  wiem,  że  Marks  i  Lenin  istnieli.  Ty  tylko 
wierzysz. 
Powtarzam, nie jest to sprawa wiary. Ja Go dotykam. 
- Ojcze, było nam z sobą dobrze. To jest trzecia butelka. Wznoszę szklankę na cześć Trójcy 
Ś

więtej. Nie możesz odmówić spełnienia tego toastu ze mną. 

Ojciec Kichote patrzył w swoją szklankę ze smutkiem. 
- Nie, nie mogę odmówić, ale... - Wypił i tym razem poczuł, że gniew się rozprasza, a na jego 
miejsce narasta w nim wielki smutek. - Myślisz, że jestem cokolwiek pijany, Sancho? 
Burmistrz dostrzegł w jego oczach łzy. 
- Ojcze, nasza przyjaźń... 
Tak, tak, nic nie jest w stanie tego zmienić. Pragnę tylko znaleźć właściwe słowa... 
- Na co? 
- I wiedzę także. Jestem wielkim ignorantem. Miałem w El Toboso nauczać mnóstwa rzeczy, 
których sam nie rozumiałem. 
Nie zastanawiałem się Jak należy. Trójca Święta. Prawa Natury. Grzech śmiertelny. Uczyłem 
słowami z podręczników. Nigdy nie zadawałem sobie pytania, czy ja w to wierzę? Wracałem 
do  domu  i  czytałem  swoich  świętych.  Pisali  o  miłości.  To  mogłem  zrozumieć.  Inne  sprawy 
nie wydawały się ważne. 
- Nie pojmuję, co cię martwi, ojcze? 
- Ty mnie martwisz, Sancho. Martwią mnie te cztery dni w twoim towarzystwie. 
Przypominam  sobie,  jak  się  śmiałem,  nadmuchując  balonik.  Tamten  film...  Dlaczego  nie 
byłem zgorszony? Dlaczego nie wyszedłem? El Toboso wydaje się odległe o sto lat. Nie czuję 
się tym samym człowiekiem. W głowie mi się kręci. 
- Jesteś trochę zalany, ojcze. To wszystko. 
- Czy to są zwykłe objawy? 
- Gadatliwość... zawrót głowy... tak. 
-1 smutek? 
- Na niektórych to tak działa. Inni stają się hałaśliwi i weseli. 

background image

 

68 

- Lepiej poprzestałbym na toniku. Nie jestem w stanie prowadzić. 
- Mógłbym ja. 
-  Rosynant  nie  lubi  obcej  ręki.  Chciałbym  się  zdrzemnąć,  teraz,  zanim  ruszymy.  Gadałem 
byle co, żeby cię dotknąć, Sancho, przebacz mi. To przemawiało przeze mnie wino, nie ja. 
- Nie powiedziałeś nic złego. Połóż się na moment, ojcze, ja będę czuwał. Moją mocną głowę 
zawdzięczam wódce. 
Ojciec Kichote znalazł skrawek miękkiej darni pomiędzy głazami i tam się wyciągnął, ale sen 
nie przyszedł tak zaraz. 
- Ojciec Heribert Jone uważał opilstwo za większy grzech niż obżarstwo - powiedział. - Nie 
mogę tego zrozumieć. Lekkie zamroczenie zbliżyło nas, Sancho. Pomaga na przyjaźń. 
Obżarstwo  jest  na  pewno  grzechem  samotnym.  Pewną  formą  onanizmu.  A  przecież 
pamiętam,  że  ojciec  Jone  pisał  o  tym,  iż  jest  to  tylko  grzech  powszedni,  „nawet  jeżeli 
wywołuje wymioty". To są dokładnie jego słowa. 
- Nie zaakceptowałbym ojca Heriberta jako autorytetu w sprawach moralności, tak samo jak 
nie zaakceptowałbym Trockiego jako autorytetu w sprawach komunizmu. 
Czy naprawdę ludzie wyczyniają jakieś brewerie, kiedy są pijani? 
-  Może  czasem,  gdy  tracą  kontrolę  nad  sobą.  Ale  to  nie  zawsze  jest  złe.  W  pewnych 
sytuacjach dobrze jest stracić samokontrolę. Na przykład w miłości. 
- Jak ci na filmie? 
- Może i tak. 
- Czy gdyby wypili więcej, zaczęliby nadmuchiwać baloniki? 
Dziwny odgłos dobiegł spośród głazów. Po pewnej chwili burmistrz rozpoznał w nim śmiech. 
-Jesteś moim moralnym teologiem, Sancho - usłyszał głos przyjaciela. 
Po dalszej chwili zamiast śmiechu rozległo się delikatne chrapanie. 
Mieli za sobą męczący dzień, tęgo popili, więc wkrótce burmistrz także zasnął. Przyśniło mu 
się - a był to jeden z tych późnych snów krótko przed przebudzeniem, z których nawet drobne 
szczegóły utrzymują się natrętnie w pamięci - że szukał ojca Kichote’a, bo mu gdzieś zaginął. 
Burmistrz  niósł  fioletowe  skarpetki  i  bardzo  się  martwił,  gdyż  wznosząca  się  pod  górę 
kamienista  ścieżka,  którą  poszedł  ojciec  Kichote,  była  ogromnie  ostra  dla  bosych  stóp.  I 
rzeczywiście,  to  tu,  to  tam  dostrzegał  ślady  krwi.  Parę  razy  usiłował  coś  krzyknąć  do 
przyjaciela,  ale  dźwięk  zawsze  zamierał  mu  w  gardle.  Nagle  wyszedł  na  duży,  wyłożony 
marmurem plac przed kościołem w EJ Toboso, z którego dobiegały dziwne dźwięki. Wszedł 
do kościoła niosąc te fioletowe skarpetki i zobaczył ojca  Kichote'a, który przycupnął u  góry 
ołtarza jak figura świętego i płakał, a wszyscy zgromadzeni śmiali się. Burmistrz obudził się z 
uczuciem ostatecznego, nieodwracalnego nieszczęścia. Zapadły ciemności. Był sam. 
Tak  jak  we  śnie.  udał  się  na  poszukiwanie  przyjaciela  i  doznał  wielkiej  ulgi,  gdy  na  niego 
trafił. Ojciec Kichote przeniósł się nieco niżej, może po to, by być bliżej Rosynanta, a może 
darń  była  tu  bardziej  miękka.  Ściągnął  skarpetki,  zrobił  z  nich  jasiek  pod  głowę.  podłożył 
także buty i leżał pogrążony w głębokim śnie. 
Burmistrz nie miał serca go budzić. Godzina była zbyt późna, żeby jechać bocznymi drogami 
do Osera, on zaś uznał, że o wiele bezpieczniej będzie nie wracać do León. Zszedł na swoje 
miejsce  opodal  ojca  Kichote’a,  poza  zasięgiem  jego  wzroku,  i  niebawem  zasnął  nie  nękany 
więcej żadnymi snami. 
Kiedy  się  obudził,  słońce  już  wzeszło  i  leżał  w  jego  promieniach.  „Czas  ruszać  i  poszukać 
kawy  w  najbliższym  miasteczku”  -  pomyślał.  Koniecznie  musiał  napić  się  kawy.  Po  wódce 
nigdy  nie  odczuwał  najmniejszych  sensacji,  ale  zbyt  wiele  wina  wprawiało  go  w  stan 
przygnębienia,  jak  prelekcja  reformatora-  -nudziarza  na  zebraniu  partyjnym.  Poszedł  budzić 
ojca Kichotem, jednak nie zastał go tam, gdzie z wieczora zostawił, chociaż skarpetki i buty 
leżały  jeszcze  na  miejscu.  Zawołał  parę  razy,  ale  bez  skutku,  i  dźwięk  własnego  głosu 
przypomniał  mu  jego  sen.  Usiadł  i  czekał  przypuszczając,  że  przyjaciel  poszedł 

background image

 

69 

prawdopodobnie w ustronne miejsce uwolnić się od wina. Jednakże mogło to trwać najwyżej 
dziesięć minut, żaden pęcherz nie wytrzymałby większej ilości płynu. A może ojciec Kichote, 
po  opróżnieniu  pęcherza,  szukał  miejsca  noclegu  przyjaciela?  Więc  burmistrz  wrócił  tam 
trzymając  w  ręku  fioletowe  skarpetki,  co  znowu  przywiodło  mu  na  myśl  sen,  i  to  w  sposób 
niepokojący. Nigdzie nie mógł dostrzec księdza. 
Pomyślał, że przyjaciel poszedł sprawdzić, czy Rosynant stoi bezpiecznie. Poprzedniego dnia, 
idąc  za  radą  burmistrza,  zjechał  trochę  z  drogi  i  postawił  go  za  kupką  piachu  pozostałą  po 
jakiejś  dawnej  naprawie  szosy,  tak  że  z  przejeżdżających  samochodów  Guardii  nie  było  go 
prawie widać. 
Ojca  Kichote’a  nie  zastał  przy  wozie,  ale  Rosynant  miał  towarzystwo:  obok  niego  stało 
renault, a wśród skał jakaś młoda para w dżinsach pakowała do plecaków talerze, filiżanki 1 
spodki  po  bardzo  obfitym  śniadaniu,  sądząc  po  resztkach.  Na  ten  widok  burmistrz  poczuł 
głód.  Młodzi  wydawali  się  przyjaźni,  powitali  go  uśmiechem,  on  zaś  po  chwili  wahania 
zapytał: i Czy nie moglibyście poczęstować mnie bułką? 
Popatrzyli na niego, jak mu się wydało, dziwnie. Wtedy sobie uświadomił, że jest nie ogolony 
i  w  rękach  trzyma  fioletowe  skarpetki.  Stwierdził  także,  że  natrafił  na  cudzoziemców,  gdyż 
mężczyzna odezwał się z amerykańskim akcentem: 
- Przykro mi, ale nie rozumiem po hiszpańsku. Parlez-vous français? 
- Un petit peu - odpowiedział burmistrz - très petit peu. 
- Comme moi - stwierdził mężczyzna i zapadło kłopotliwe milczenie. 
-  J’ai  faim  -  powiedział  burmistrz.  Poziom  jego  francuszczyzny  sprawiał,  że  czuł  się  jak 
ż

ebrak. - J’ai pense, si vous avez Jini votre... - na próżno szukał odpowiedniego słowa - votre 

desayuno... 
- Desayuno? 
„To  zdumiewające  -  pomyślał  burmistrz  -  jak  wielu  zagranicznych  turystów  udaje  się  w 
podróż po Hiszpanii nie znając nawet najbardziej podstawowych słów”. 
-  Ronaldzie  -  odezwała  się  dziewczyna  w  swoim  niezrozumiałym  języku  -  pójdę  do 
samochodu po słownik. 
Kiedy wstała, burmistrz zauważył, że ma długie, ładne nogi, i dotknął swego policzka gestem 
wyrażającym smutek z powodu uciekającej młodości. 
-  Il  faut  me  pardonner,  señorita...  je  n’ai  pas...  -  powiedział  i  uświadomił  sobie,  że  nie  zna 
francuskiego słowa na „golenie”. 
Obaj  mężczyźni  stali  naprzeciwko  siebie  w  milczeniu,  dopóki  nie  wróciła  dziewczyna.  Ale 
nawet teraz rozmowa nie przestała być trudna. 
-Jeżeli...  skończyliście...  wasze  śniadanie...  mówił  bardzo  wolno  burmistrz  robiąc  przerwy 
pomiędzy  każdym  ważniejszym  słowem,  żeby  dać  Jej  czas  na  szukanie  w  kieszonkowym 
słowniku. 
-  Desayuno  znaczy  śniadanie  -  dziewczyna  oznajmiła  to  swemu  towarzyszowi  z  miną 
wyrażającą zachwyt z powodu tego odkrycia. 
...czy mógłbym dostać bollo? 
-  Bollo  to  buika  za  pensa,  tak  jest  napisane  -  tłumaczyła  dziewczyna  -  ale  nasza  kosztuje 
znacznie więcej niż pensa. 
-  Słowniki  są  zawsze  przestarzałe  -  stwierdził  jej  towarzysz,    Nie  należy  oczekiwać,  że 
nadążają za inflacją. 
- Jestem bardzo głodny - burmistrz wymawiał starannie główne wyrazy. 
Dziewczyna przerzuciła parę stroniczek. 
- Ambriento, prawda? Nie mogę znaleźć. 
- Spróbuj przez „h”. Zdaje się, że oni nie wymawiają „h". 
- Och, mam! „Ochoczy, skory”. Ale do czego on jest skory? 
- Nie ma tam jeszcze innego znaczenia? 

background image

 

70 

-  Oczywiście!  Jaka  ze  mnie  gapa!  „Głodny".  To  musi  być  to.  Jest  głodny  na  bułeczkę  za 
pensa. 
-  Zostały  nam  dwie,  daj  mu  obie.  No  i  daj  temu  biedakowi  jeszcze  to.  -  Wyciągnął  do  niej 
banknot stupesetowy. 
Burmistrz  przyjął  bułki  i  odmówił  pieniędzy.  Chcąc  wytłumaczyć  powód,  pokazał  na 
Rosynanta, potem na siebie. 
- O mój Boże! - zawołała dziewczyna. - To jego samochód, a my ofiarowujemy mu sto peset. 
- Złożyła dłonie i uniosła je w raczej wschodnim geście. 
Burmistrz się uśmiechnął. Zrozumiał, że to był gest przepraszający. 
- Skąd mogłem wiedzieć? - odezwał się z ponurą miną jej towarzysz. 
Burmistrz zaczął pałaszować bułkę. Dziewczyna dalej szukała w słowniku. 
- Mantequilla? - rzuciła. 
- Man te co? - zapytał niemiłym tonem młody mężczyzna. 
- Pytam, czy nie chciałby trochę masła. 
- Ja je wykończyłem. Nie warto było przechowywać. 
Burmistrz pokręcił przecząco głową i skończył bułkę. Drugą schował do kieszeni. 
- Para mi amigo - wyjaśnił. 
Och,  to  zrozumiałam  -  z  zachwytem  stwierdziła  dziewczyna.  1  To  dla  jego  ukochanej.  Nie 
pamiętasz z łaciny? Arno - kocham, amas - kochasz. Zapomniałam, jak to idzie dalej. Założę 
się, że robili w krzakach to samo, co my. 
Burmistrz przyłożył ręce do ust i znowu krzyknął, ale nie otrzymał odpowiedzi. 
-  Skąd  możesz  wiedzieć,  że  to  kobieta?  -  zapytał  mężczyzna.  Postanowił  utrudniać.  -  Po 
hiszpańsku jest tak jak po francusku. Ami może dotyczyć obu płci, chyba że zobaczy się na 
piśmie. 
-  O,  Boże!  -  zlękła  się  dziewczyna.  -  Czy  myślisz,  że  to mógł  być  ten  nieboszczyk,  którego 
nieśli? 
-  Nie  wiemy,  czy  to  był  nieboszczyk.  Gdyby  to  był  nieboszczyk,  po  co  chowałby  dla  niego 
bułkę? 
- Zapytaj go. 
- Jak? Przecież ty masz słownik. 
Burmistrz znowu zawołał, ale odpowiedziało mu słabe echo. 
- Wyglądał zupełnie jak nieboszczyk - upierała się dziewczyna. 
- Może oni nieśli go właśnie do szpitala? 
- Ty zawsze tak nieciekawie wszystko tłumaczysz. A w ogóle, po co byłaby potrzebna bułka 
w szpitalu? 
- W gospodarczo zacofanych krajach rodziny często muszą przynosić jedzenie pacjentom. 
- Hiszpania nie jest krajem gospodarczo zacofanym. 
- To ty tak twierdzisz. 
Sprawiali  wrażenie,  że  się  o  coś  sprzeczają,  więc  burmistrz  powędrował  z  powrotem  na 
miejsce  noclegu  przyjaciela.  Tajemnica  jego  zniknięcia  i  wspomnienie  snu  ciążyły  mu  Jak 
kamień na sercu, wrócił więc do Rosynanta. 
Podczas jego nieobecności młodzi przestudiowali słownik z pewnym rezultatem. 
-  Camilla  -  oznajmiła  dziewczyna  wymawiając  dość  dziwnie,  tak  że  w  pierwszej  chwili 
burmistrz nie mógł pochwycić sensu słowa. 
- Jesteś pewna, że dobrze przeczytałaś? 1 zapytał jej towarzysz. - To brzmi raczej jak kobiece 
imię niż jak nosze. Zresztą, nie wiem. po co szukałaś tego wyrazu. Oni nie mieli noszy. 
- Ale czy nie uważasz, że to uzmysławia znaczenie? - upierała się dziewczyna. - Czy potrafisz 
znaleźć w słowniku jedno słowo, opisujące przenoszenie kogoś obok nas za głowę i za nogi? 
- A gdyby po prostu poszukać „niesiony”? 
-W słowniku podają tylko bezokoliczniki czasowników, ale spróbuję, skoro chcesz. 

background image

 

71 

Transportar camilla - powiedziała. 
Burmistrz nagle zrozumiał wymawiane z trudem słowa, ale dalej nic nie kojarzył. 
- Donde? - zapytał z rozpaczą. - Donde? 
-Wydaje mi się, że on ma na myśli „dokąd” - odezwał się mężczyzna i nagle wstąpiło w niego 
natchnienie informatora. Pobiegł do swego wozu, otworzył drzwi, zgiął się wpół i udawał, że 
wpycha  coś  ciężkiego  do  środka.  Potem  machnął  rękami  w  kierunku  Leon  i  powiedział:  - 
Przeminęło z wiatrem. 
Burmistrz  usiadł  na  głazie.  „Co  się  mogło  stać?  Czyżby  Gu-  ardia  go  wytropiła?  Ale  na 
pewno  zaczekaliby,  żeby  schwytać  także  jego  towarzysza?  I  dlaczego  mieliby  dźwigać  ojca 
Kichote’a  na  noszach?  Może  go  postrzelili  i  zlękli  się  swego  czynu?"  Pochylił  głowę  pod 
ciężarem tych myśli. 
-  Biedak  -  szepnęła  dziewczyna  -  boleje  nad  swoim  zmarłym  przyjacielem.  Chyba  lepiej, 
ż

ebyśmy się po cichutku wynieśli. 

Podnieśli plecaki i na palcach poszli do wozu. 
-To ogromnie podniecające - stwierdziła dziewczyna, kiedy się już usadowili - ale okropnie, 
strasznie smutne, oczywiście. Mam wrażenie, że się znalazłam w kościele. 
 

background image

 

72 

 

Monsignore Kichote spotyka si

ę

 z biskupem. 

 
Ojciec  Kichote  otworzył  oczy  i  ze  zdziwieniem  stwierdził,  że  krajobraz  po  obu  stronach 
ucieka z dużą szybkością, gdy tymczasem on leży sobie spokojnie prawie w tej samej pozycji, 
w  jakiej  zasnął.  Pędziły  obok  niego  drzewa  i  domy.  Pomyślał,  że  ma  zaburzenia  wzroku  po 
wypitym  winie,  więc  wyrzucając  sobie  z  westchnieniem  brak  rozsądku  i  obiecując  większą 
wstrzemięźliwość na przyszłość, zamknął oczy i natychmiast ponownie pogrążył się w sen. 
Po  raz  drugi  zbudziły  go  niezwykle  wstrząsy,  które  nagle  ustały,  i  poczuł,  że  jego  ciało 
zawisło w powietrzu, a potem spoczęło na czymś w rodzaju chłodnego prześcieradła, a nie na 
chropowatym gruncie, na którym się ułożył. Wszystko to sprawiało dziwne wrażenie. 
Wyciągnął  ramiona  za  głowę,  żeby  poprawić  jasiek,  który  sobie  zrobił  z  fioletowych 
skarpetek, i trafił na prawdziwą poduszkę. Kobiecy glos przemówił z oburzeniem: 
Panienko Przenajświętsza, cóźeście zrobili biednemu księdzu? 
Nie martw się, kobieto. Za chwilę się zbudzi. Idź i zaparz mu filiżankę dobrej mocnej kawy - 
odpowiedział inny głos. 
On zawsze pije herbatę. 
-Niech będzie herbata, ale mocna. Zostanę tu. dopóki się nie zbudzi, i w ten sposób... 
Ale  ojciec  Kichote  znowu  pogrążył  się  w  spokoju  i  rozkoszy  snu.  Śniły  mu  się  trzy  balony, 
które  nadmuchał  i  wypuścił  w  powietrze:  dwa  były  duże,  trzeci  mały.  To  go  zmartwiło. 
Chciał  schwytać  ten  mały  i  nadmuchać  go  do  wielkości  pozostałych.  Znowu  się  zbudził, 
mrugnął  ze  dwa  razy  i  uświadomił  sobie  z  całą  jasnością,  że  się  znajduje  w  domu,  w  El 
Toboso, i że leży w swoim własnym łóżku. Czyjeś palce macały mu tętno. 
- Doktor Galvan! - zawołał. - To pan! Co pan robi w El Toboso? 
-  Proszę  się  nie  martwić  -  powiedział  doktor  uspokajająco.  -  Niebawem  ojciec  wróci  do 
przytomności. 
- Gdzie Sancho? 
- Sancho? 
- Burmistrz. 
- Zostawiliśmy faceta w pijackim uśpieniu. 
- A Rosynant? 
- Księdza wóz? Na pewno przyprowadzi go tu. Chyba że umknie przez granicę. 
- Jak się tu dostałem? 
- Uznałem, że lepiej dać mały zastrzyk. Dla uspokojenia. 
- Byłem niespokojny? 
-  Ojciec  spał,  ale  pomyślałem  sobie,  że  w  tych  okolicznościach  reakcją  na  nasze  przybycie 
może być... podniecenie. 
- Kim był ten drugi? 
- Kogo ojciec ma na myśli? 
- Pan powiedział „nasze przybycie”. 
- Och, dobry przyjaciel księdza, ojciec Herrera był ze mną, oczywiście. 
-1 przywieźliście mnie tu wbrew mojej woli? 
-Przecież  to  twój  dom,  stary  przyjacielu,  El  Toboso!  Gdzie  ksiądz  znajdzie  lepsze  warunki 
pobytu i odpoczynku, chwilowo. 
-Nie potrzebuję odpoczynku! Wyście mnie nawet rozebrali! 
- Zdjęliśmy tylko zewnętrzne odzienie. 
-Moje spodnie! 
I proszę się nie denerwować, to może zaszkodzić. Proszę mi zaufać, krótki wypoczynek jest 
niezbędny.  Sam  biskup  zwrócił  się  do  ojca  Herrery,  żeby  księdza  odnalazł  i  sprowadził  do 

background image

 

73 

domu,  zanim  sprawy  przybiorą  gorszy  obrót.  Ojciec  Herrera  zatelefonował  do  mnie  do 
Ciudad  Real.  Teresa  podała  mu  moje  nazwisko,  a  ponieważ  mam  kuzyna  w  Ministerstwie 
Spraw  Wewnętrznych,  Guardia  okazała  dużo  zrozumienia  i  pomocy.  Co  za  szczęście,  że 
ksiądz dzwonił do Teresy z León! 
Teresa weszła do pokoju z filiżanką herbaty. 
-  Ojcze  drogi  -  powiedziała  -  to  prawdziwe  błogosławieństwo  widzieć  ojca  żywym  i  w 
dobrym zdrowiu. 
Niezupełnie  dobrym,  Tereso  -  skorygował  doktor  Galvân  -ale  po  paru  tygodniach 
spokojnego... 
Tygodnie spokoju, rzeczywiście! Muszę wstać natychmiast. 
- Chciał się dźwignąć, ale opadł z powrotem na poduszkę. 
- Trochę odurzony, co? Proszę się nie martwić, to przede wszystkim od zastrzyku. W drodze 
zrobiłem jeszcze dwa. 
Promień słońca rozjarzył się na koloratce i w drzwiach stanął ojciec Herrera. 
- Co z nim? - zapytał. 
- Poprawia się ślicznie, ślicznie. 
- Obaj jesteście winni czynu kryminalnego - orzekł ojciec Kichote. - Uprowadzenie i zabiegi 
medyczne bez zgody pacjenta... 
-  Otrzymałem  wyraźne  instrukcje  od  biskupa  -  odparł  ojciec  Herrera  -  żeby  księdza 
sprowadzić do domu. 
Que le den por el saco al obispo - rzekł ojciec Kichote i po jego słowach zapadła śmiertelna 
cisza. Ojciec Kichote sam był zaszokowany. Gdzież, u licha, nauczył się tego zdania, w jaki 
sposób tak szybko i niespodziewanie trafiło do Jego ust? Z Jakiego zakątka pamięci? 
Nagle ciszę przerwał chichot. Pierwszy raz w życiu ojciec Kichote słyszał śmiech Teresy. 
- Muszę natychmiast wstać. Gdzie się podziały moje spodnie? - zapytał. 
-  Zaopiekowałem  się  nimi  -  oświadczył  ojciec  Herrera.  -  Słowa.  które  ksiądz  przed  chwilą 
wypowiedział...  Nic  by  mnie  nie  mogło  zmusić,  żeby  je  powtórzyć...  takie  słowa  w  ustach 
kapłana. prałata... 
Ojca  Kichote'a  ogarnęła  dzika  pokusa  użycia  znów  tych  słów  nie  do  powtórzenia  dla  kogoś 
piastującego godność prałata, ale oparł się jej. 
- Proszę przynieść mi natychmiast moje spodnie - powiedział - chcę wstać. 
- Te sprośne słowa świadczą, że ksiądz nie jest przy zdrowych zmysłach. 
- Powiedziałem, żeby ojciec przyniósł moje spodnie! 
-  Cierpliwości,  cierpliwości  -  wtrącił  się  doktor.  -  Za  parę  dni,  teraz  trzeba  leżeć.  Przede 
wszystkim unikać zdenerwowania. 
- Spodnie! 
-  Pozostaną  pod  moją  opieką,  dopóki  ksiądz  nie  poczuje  się  lepiej  -  sprzeciwił  się  ojciec 
Herrera. 
- Tereso! - ojciec Kichote odwoływał się do jedynej życzliwej duszy. 
- Zamknął je do szuflady. Niech mi Bóg wybaczy, ojcze, nie wiedziałam, jakie miał zamiary. 
- Ksiądz się spodziewa, że co będę robił leżąc w łóżku? 
-  Trochę  medytacji  by  nie  zaszkodziło  -  odpowiedział  ojciec  Herrera.  -  Ksiądz  zachowywał 
się w bardzo dziwny sposób. 
- Co ojciec ma na myśli? 
- Guardia z Avili doniosła, że ksiądz zamienił się na ubranie ze swoim towarzyszem i podał 
fałszywy adres. 
- Totalne nieporozumienie. 
- Sprawca napadu na bank zatrzymany w León zeznał, że ksiądz oddał mu swoje buty i ukrył 
go w swoim wozie. 
- Napad był nie na bank, tylko na sklep samoobsługowy. 

background image

 

74 

- Jego Ekscelencja i ja mieliśmy kupę kłopotów, nim wyperswadowaliśmy Guardii, żeby nie 
wszczynano  postępowania.  Biskup  musiał  nawet  telefonować  do  Jego  Ekscelencji  w  Avili  z 
prośbą  o  interwencję.  Kuzyn  doktora  Galvâna  także  okazał  dużą  pomoc.  No  i  sam  doktor 
Galvân  też,  oczywiście.  Przynajmniej  udało  się  nam  przekonać  wszystkich,  że  ksiądz  cierpi 
na zaburzenia nerwowe. 
To bzdura. 
-  Najbardziej  oględne  tłumaczenie  zachowania  się  księdza  ze  wszystkich  możliwych.  W 
każdym  razie  uniknęliśmy  groźnego  skandalu  w  Kościele.  -  Złagodził  swoje  stwierdzenie:  - 
Przynajmniej na razie. 
- Teraz trzeba pospać I zalecił doktor, i Trochę zupy w południe - instruował Teresę I i może 
omlet na kolację. Chwilowo żadnego wina. Wpadnę wieczorem, żeby zobaczyć, jak się nasz 
pacjent miewa, ale proszę go nie budzić, jeżeli będzie spal. 
Bawialnia ma być sprzątnięta - dodał ojciec Herrera zwracając się do Teresy 1 w czasie, kiedy 
będę odprawiał mszę poranną. Nie wiem, o której przyjedzie biskup. 
Biskup?! - zawołała Teresa, a ojciec Kichote jak echo powtórzył jej pytanie. 
Ojciec  Herrera  nie  pofatygował  się.  żeby  odpowiedzieć.  Wyszedł  zamykając  za  sobą  drzwi 
nie z trzaskiem, ale można by rzec z klapnięciem. Ojciec Kichote obrócił głowę na poduszce 
w stronę doktora i powiedział: 
-Doktorze, jest pan starym przyjacielem. Czy pamięta pan. jak leżałem z zapaleniem płuc? 
-Oczywiście! Chwileczkę... to musiało być jakieś trzydzieści lat temu. 
- Tak. w owym czasie bardzo się bałem, że umrę. Miałem tyle na sumieniu... Sądzę, że pan 
zapomniał, co mi wtedy mówił. 
- Chyba kazałem pić tyle wody, ile się da. 
- Nie, nie to. - Szukał w pamięci, ale nie mógł znaleźć właściwych słów. - Coś w tym rodzaju: 
pomyśl o milionach, które umierają pomiędzy jednym Łyknięciem zegara a drugim - zbiry i 
złodzieje,  i  oszuści,  i  nauczyciele  szkolni,  i  dobrzy  ojcowie  i  matki,  dyrektorzy  banków  i 
doktorzy, aptekarze i rzeźnicy - czy naprawdę wierzysz, że On ma czas, by kłopotać się albo 
wydawać wyroki? 
- Faktycznie tak powiedziałem? 
- Mniej więcej. Wcale pan nie wie, doktorze, jak ogromnym to było dla mnie pocieszeniem. 
Słyszał  pan,  co  teraz  mówił  ojciec  Herrera,  że  nie  Bóg,  ale  biskup  przybędzie  mnie 
odwiedzić. Pragnę słów pocieszenia w związku z jego wizytą. 
-To  znacznie  trudniejsza  sprawa  -  odparł  doktor  Galvan  -  ale  ksiądz  już  chyba  sam 
oświadczył, że pieprzy biskupa. 
Ojciec  Kichote  ściśle  wypełniał  zalecenia  doktora  Galvana.  Spal,  ile  się  dało,  zjadł  zupę  w 
południe  i  pół  omleta  wieczorem.  Doszedł  do  wniosku,  że  ser  o  wiele  lepiej  smakował  na 
ś

wieżym powietrzu popijany manchegańskim winem. 

Następnego ranka z przyzwyczajenia zbudził się kwadrans po piątej (przez ponad trzydzieści 
lat  odprawiał  mszę  o  szóstej  w  prawie  pustym  kościele).  Leżał  w  łóżku  czekając  na  odgłos 
zamykanych  drzwi,  sygnalizujący  wyjście  ojca  Herrery,  ale  dochodziła  już  siódma,  gdy 
wreszcie  drzwi  trzasnęły.  Zapewne  ojciec  Herrera  zmienił  godzinę  mszy.  Proboszcz  zdał 
sobie sprawę, że przykrość, jaką odczuł, była całkiem nierozsądna, gdyż dzięki takiej zmianie 
ojciec Herrera mógł przecież powiększyć liczbę wiernych o dwie lub trzy osoby. 
Ojciec  Kichote  odczekał  pięć  minut  (no  bo  ojciec  Herrera  mógł  czegoś  zapomnieć,  na 
przykład  chustki  do  nosa),  po  czym  zakradł  się  na  palcach  do  bawialni.  Na  fotelu,  pod 
poduszką,  zobaczył  starannie  złożone  prześcieradło.  Ojciec  Herrera  był  niewątpliwie 
obdarzony cnotą schludności, o ile schludność jest cnotą. Proboszcz rzucił okiem na półkę z 
książkami.  Niestety,  swoją  ulubioną  lekturę  pozostawił  pod  opieką  Rosynanta.  święty 
Franciszek  Salezy,  jego  zwykły  pocieszyciel,  tułał  się  gdzieś  po  drogach  Hiszpanii. 
Wyciągnął „Wyznania świętego Augustyna" i „Listy duchowe” osiemnastowiecznego jezuity 

background image

 

75 

ojca  Caussade'a,  które  kiedyś,  gdy  był  jeszcze  seminarzystą,  przynosiły  mu  czasem  ulgę.  i 
wrócił do łóżka. Teresa usłyszała go i przyniosła filiżankę herbaty oraz bułkę z masłem. Była 
w bardzo złym humorze. 
-Co on sobie myśli, że ja to kto? - zrzędziła. - Kazał sprzątać, kiedy odprawia mszę! Czy nie 
sprzątałam u księdza dwadzieścia lat albo i więcej? Niepotrzebny mi jest ani on. ani biskup. 
ż

eby mnie uczyć moich obowiązków! 

-Myślisz, że biskup naprawdę przyjedzie? 
-Och,  teraz  to  papużki-nierozłączki,  ci  dwaj.  Ten  tutaj  wiecznie  wisi  na  telefonie,  rano,  w 
południe  i  wieczór,  odkąd  ksiądz  wyjechał.  Wciąż  tylko  ekscelencjo,  ekscelencjo, 
ekscelencjo. Można pomyśleć, że rozmawia z samym Panem Bogiem. 
-  Mojemu  przodkowi  przynajmniej  został  oszczędzony  widok  biskupa,  kiedy  tamten  ksiądz 
sprowadził  go  do  domu  -  powiedział  ojciec  Kichote.  -  I  ja  wolę  doktora  Galvana  od  tego 
głupiego  golibrody,  który  naopowiadał  mojemu  przodkowi  bajeczek  o  wariatach.  Jak  mogły 
bajeczki  o  wariatach  wyleczyć  go,  gdyby  był  faktycznie  nienormalny,  w  co  nie  wierzę  ani 
przez moment? Ale Tereso, musimy zachować pogodę ducha. Nie sądzę, żeby chcieli spalić 
moje książki. 
-Może  i  nie  spalą,  ale  ojciec  Herrera  nakazał  mi  zamykać  gabinet.  Nie  chcę,  mówił,  żeby 
ksiądz męczył umysł książkami. 
W każdym razie nie przed wizytą biskupa. 
-Aleś nie zamknęła, Tereso. Widzisz, wziąłem sobie dwie książki. 
- A co, mam zamykać przed księdzem Jego własny pokój? 
Już  dość  mnie  drażni  to,  że  ten  młody  ksiądz  rozpiera  się  tu,  jakby  wszystko  należało  do 
niego.  Jednak  lepiej  schować  te  książki  pod  prześcieradło,  jak  przyjdzie  biskup.  Wart  jeden 
drugiego. ci dwaj... 
Słyszał, jak ojciec Herrera wrócił z mszy, słyszał, jak szczękały talerze przy jego śniadaniu i 
Teresa robiła w kuchni dwa razy więcej hałasu niż wtedy, gdy szykowała dla niego. Powrócił 
do  ojca  Caussade'a,  który  dawał  więcej  ukojenia  niż  Heribert  Jone.  Udawał  przed  sobą,  że 
ojciec Caussade siedzi przy łóżku i słucha jego spowiedzi. Ile dni minęło, cztery czy pięć? 
Ojcze, od mojej ostatniej spowiedzi przed dziesięcioma dniami..." Zmartwił się, przypomniał 
sobie śmiech przy oglądaniu filmu w Valladolid, a także brak najmniejszego bodaj pożądania, 
które  by  świadczyło  o  posiadaniu  ludzkich  cech  i  spowodowało  uczucie  wstydu.  Czy  to 
możliwe,  że  właśnie  w  kinie  pochwycił  owo  ordynarne  zdanie,  którego  użył  w  stosunku  do 
biskupa? Ale na filmie nie było biskupa! Sprośne słowa rozśmieszyły Teresę, a doktor Galvan 
nawet  się  nimi  posłużył...  Zwierzył  się  ojcu  Caussade’owi:  „Jeżeli  jej  śmiech  był  grzechem, 
tak jak uwaga doktora Galvana, to grzech ten spada tylko i wyłącznie na mnie”. Ale miał na 
sumieniu jeszcze gorszy grzech: pod wpływem wina pomniejszył znaczenie Ducha Świętego, 
porównując go do pól butelki manchegana. Naturalnie, ten czarny rejestr spotka się z naganą 
biskupa,  ale  tak  naprawdę  to  bał  się  nie  biskupa. Bał  się  samego  siebie.  Czuł  się,  jak  gdyby 
musnęło go skrzydło największego grzechu - rozpaczy. 
Na  chybił  trafił  otworzył  „Listy  duchowe”  ojca  Caussade’a.  Pierwszy  ustęp,  jaki  przeczytał, 
był  w  ogóle  bez  żadnego  związku,  o  ile  dobrze  zrozumiał.  „Moim  zdaniem,  zbyt  częste 
kontakty z nader licznymi krewnymi i innymi ludźmi w świecie stanowią główną przeszkodę 
w awansie”. To prawda, ojciec Caussade pisywał do pewnej zakonnicy, ale i tak... 
Ksiądz i zakonnica są z sobą ściśle związani. „Nigdy nie chciałem awansować - zaprotestował 
w przestrzeń i nigdy nie chciałem zostać prałatem i nie mam żadnych krewnych poza dalekim 
kuzynem w Meksyku". 
Bez  wielkiej  nadziei  znowu  otworzył  książkę,  ale  tym  razem  został  wynagrodzony,  chociaż 
ustęp, na który padło jego spojrzenie, zaczynał się raczej zniechęcająco. „Czy kiedykolwiek w 
ż

yciu odbyłem gruntowną spowiedź? Czy Pan Bóg mi wybaczył? Czy jestem w dobrym czy 

też  w  złym  stanie?"  Kusiło  go,  żeby  książkę  zamknąć,  ale  czytał  dalej.  „Odpowiadam 

background image

 

76 

natychmiast: Pan Bóg zechce ukryć to wszystko przede mną, tak abym mógł ślepo zawierzyć 
Jego  łasce.  Nie  pragnę  wiedzieć  tego,  czego  On  nie  chce  mi  ukazać,  pragnę  kroczyć  do 
przodu  w  najgęstszych  ciemnościach,  w  jakich  On  mnie  pogrąży.  Jego  sprawą  jest  oceniać 
stopień moich postępów, moją - zajmować się tylko Nim. On zatroszczy się o wszystko inne: 
pozostawiam to Jemu". 
- Pozostawiam to Jemu - powtórzył ojciec Kichote na głos. 
W tym momencie drzwi się otworzyły i ojciec Herrera zaanonsował: 
- Jego Ekscelencja przybył. 
Ojciec  Kichote  miał  przez  chwilę  niedorzeczne  wrażenie,  że  to  ojciec  Herrera  nagle  się 
postarzał: koloratka tak samo oślepiająco biała, ale i włosy także. Oczywiście ojciec Herrera 
nie mógł mieć na palcu pierścienia biskupiego ani wielkiego krzyża na szyi. Jednak przyjdzie 
czas, że będzie nosił i jedno, i drugie... 
„Z całą pewnością będzie nosił" - pomyślał ojciec Kichote. 
Przepraszam,  ekscelencjo.  Jeśli zechce  mi  ekscelencja  udzielić  parominutowej  zwłoki,  zaraz 
przybędę do gabinetu. 
Proszę pozostać na miejscu, monsignore - powiedział biskup. (Wymawiał tytuł 
„monsignore"  z  wyraźną  goryczą).  Wyciągnął  z  kieszeni  białą  jedwabną  chustkę  i  odkurzył 
krzesło stojące przy łóżku, uważnie przyjrzał się chustce, żeby sprawdzić, jak dalece została 
pobrudzona, rozsiadł się na krześle i położył rękę na prześcieradle. Ale ponieważ pozycja, w 
jakiej  znajdował  się  ojciec  Kichote,  nie  pozwalała  mu  uklęknąć,  więc  pomyślał,  źe  może 
sobie  darować  pocałunek  i  po  krótkiej  chwili  cofnął  rękę.  Następnie  zacisnął  wargi  i  po 
namyśle wydmuchnął z siebie jedno słowo: - Więc? 
Ojciec Herrera stał w drzwiach Jak strażnik. Biskup zwrócił się do niego: 
-  Ojciec  może  zostawić  samych  mnie  i  prałata.  -  To  ostatnie  słowo  zdało  się  parzyć  go  w 
Język, aż się skrzywił. - Chcemy odbyć małą rozmówkę bez świadków. - Ojciec Herrera się 
wycofał. 
Biskup  dotknął  krzyża  na  swojej  fioletowej  pechera,  jak  gdyby  szukając  mądrości  wyższej 
ponad ludzką. Nieoczekiwane było dla ojca Klchote’a następne zdanie: 
- Ufam. źe ksiądz czuje się lepiej. 
-Czuję się doskonale - odparł ojciec Klchote. - Ten urlop zrobił mi znakomicie. 
-Jeżeli otrzymane przeze mnie sprawozdania są prawdziwe, to raczej nie. 
- Jakie sprawozdania? 
- Kościół zawsze walczy o to, żeby być ponad polityką. 
- Zawsze? 
-Ksiądz  doskonale  wie,  co  sądziłem  o  jego  niefortunnym  uwikłaniu  się  w  organizację  „In 
Vinculis”. 
-  To  był  spontaniczny  akt  miłosierdzia,  ekscelencjo.  Przyznaję,  że  się  rzeczywiście  nie 
zastanowiłem.  Może  w  sprawach  miłosierdzia  nie  należy  się  zastanawiać?  Miłosierdzie,  tak 
jak miłość, powinno być ślepe. 
-  Z  powodów  absolutnie  przekraczających  moją  zdolność  rozumienia  został  ojciec 
podniesiony do rangi prałata. Prałat musi zawsze myśleć. Musi dbać o godność Kościoła. 
-  Nie  prosiłem  o  ten  awans.  Wcale  mi  nie  sprawił  przyjemności.  Godność  proboszcza  w  El 
Toboso jest dostatecznie ciężka do dźwigania. 
- Nie przywiązuję wagi do każdej pogłoski, monsignore. Sam fakt, że ktoś jest członkiem 
„Opus  Dei”  nie  musi  czynić  zeń  wiarygodnego  świadka.  Jeżeli  ksiądz  da  mi  słowo,  że  nie 
wchodził do pewnego sklepu w Madrycie i nie chciał kupić kardynalskiego kapelusza, ja mu 
uwierzę. 
- Nie ja, ale mój przyjaciel pozwolił sobie na ten niewinny żart. 
- Niewinny? Tym przyjacielem jest, jak sądzę, dawny burmistrz El Toboso. Komunista. 
Wybierasz sobie bardzo nieodpowiednich przyjaciół 1 towarzyszy podróży, monsignore. 

background image

 

77 

Nie muszę przypominać Waszej Ekscelencji, że nasz Pan... 
-Tak,  tak,  wiem,  co  ksiądz  chce  powiedzieć.  Tekst  o  celnikach  i  grzesznikach  był  zawsze 
bardzo niedbale używany dla usprawiedliwienia całej masy nierozważnych postępków. 
Ś

więty  Mateusz,  wybraniec  naszego  Pana,  był  poborcą  podatkowym,  celnikiem,  należał  do 

pogardzanej  klasy  społecznej.  To  prawda,  ale  przecież  cały  świat  różnic  dzieli  poborcę 
podatkowego od komunisty! 
-  Wydaje  mi  się,  że  w  pewnych  wschodnich  krajach  można  być  równocześnie  jednym  i 
drugim. 
-  Chciałbym  przypomnieć  wam,  monsignore,  że  nasz  Pan  był  synem  Boga.  Dla  Niego 
wszystko  było  możliwe,  ale  dla  biednego  duchownego  jak  ojciec  czy  ja  czyż  nie  jest 
bezpieczniej  kroczyć  śladami  świętego  Pawła?  Wszak  monsignore  wie.  co  on  napisał  do 
Tytusa: „Jest wielu krnąbrnych, gadatliwych i zwodzicieli... trzeba im zamknąć usta". 
Biskup zamilkł, żeby usłyszeć odpowiedź proboszcza, ale się jej nie doczekał. Może uznał to 
za  dobry  znak,  bowiem  w  dalszym  przemówieniu  opuszczał  „monsignore"  i  używał 
przyjaznego, koleżeńskiego zwrotu „ojciec”. 
-  Twój  przyjaciel,  ojcze  -  powiedział  -  był  prawdopodobnie  pod  wpływem  wielkiej  ilości 
wypitego alkoholu, kiedy was obu znaleziono. Nawet się nie zbudził, gdy do niego mówiono. 
Ojciec Herrera zauważył także, że w samochodzie mieliście ogromnie dużo wina. 
Zdaję  sobie  sprawę,  że  w  twoim,  ojcze,  stanie,  wino  musiało  stanowić  poważną  pokusę.  Ja 
osobiście zawsze zostawiam wino na czas mszy. Wolę wodę. Lubię udawać przed sobą, kiedy 
napełniam szklankę, że jest to czysta woda z Jordanu. 
Może nie taka znów czysta - zauważył ojciec Kichote. 
- Co to znaczy? 
Ekscelencjo, nie mogę uwolnić się od myśli, że Naaman, Syryjczyk, siedem razy kąpał się w 
rzece Jordan i zostawił w Jej wodzie cały swój trąd. 
- To stara żydowska legenda, z zamierzchłych czasów. 
-  Wiem,  ekscelencjo,  a  Jednak...  przecież  to  mogła  być  praw  dziwa  historia,  trąd  zaś  jest 
chorobą  bardzo  tajemniczą.  Iluż  zacnych  żydowskich  trędowatych  mogło  pójść  za 
przykładem  Naamana?  Oczywiście,  zgadzam  się.  że  święty  Paweł  jest  odpowiedzialnym 
przewodnikiem, i ekscelencja na pewno pamięta, co on jeszcze pisał do Tytusa, przepraszam, 
mylę  się,  do  Tymoteusza:  .Samej  wody  już  nie  pij,  używaj  natomiast  po  trosze  wina  ze 
względu na żołądek i częste twe słabości!” 
W  sypialni  zapanowała  dłuższa  cisza.  Ojciec  Kichote  myślał,  że  może  biskup  szuka  jeszcze 
innego  cytatu  ze  świętego  Pawła,  ale  się  mylił.  Pauza  była  spowodowana  zmianą  tematu, 
bardziej niż zmianą nastroju. 
-  Nie  mogę  zrozumieć  pewnego  faktu,  monsignore.  Mianowicie  Guardia  wykryła,  iż 
zamieniał się ksiądz na ubrania z... z eks-burmistrzem, tym komunistą. 
Chodziło nie o ubranie, ekscelencjo, tylko o koloratkę. 
Biskup przymknął oczy. Zniecierpliwienie? A może modlił się o wyrozumiałość? 
- Ale dlaczego, nawet jeśli to była tylko koloratka? 
-  On  myślał,  że  w  taki  upał  dokucza  mi  ten  rodzaj  kołnierzyka,  więc  mu  go  dałem  do 
przymierzenia.  Nie  chciałem,  aby  mnie  posądzał,  że  pretenduję  do  szczególnej  zasługi.  W 
czasie  upału  trudniej  znieść  mundur  wojskowy  czy  gwardyjski  niż  koloratkę.  Mamy 
szczęście, ekscelencjo. 
-  Do  uszu  pewnego  proboszcza  w  Valladolid  doszła  wiadomość,  że  widziano  biskupa  czy 
prałata,  jak  wychodził  ze  skandalicznego  filmu,  ksiądz  wie,  z  tego  rodzaju  filmu,  jakie 
wyświetlają teraz, odkąd zmarł Generalissimus. 
Może ten biedny prałat nie wiedział, na jaki film trafił? Tytuły niekiedy wprowadzają w błąd. 
-  Najbardziej  szokującym  w  tej  sprawie  był  fakt,  że  ten  biskup  czy  prałat,  ksiądz  wie,  jak 
myląca jest pechera, którą obaj nosimy, wychodził z tego haniebnego filmu ze śmiechem. 

background image

 

78 

Nie ze śmiechem, ekscelencjo. Tylko z uśmiechem. 
- Nie mogę pojąć obecności księdza na takim filmie. 
Wprowadzi! mnie w błąd niewinny tytuł. 
- Jak brzmiał? 
- „Modlitwa dziewicy”. 
Biskup westchnął głęboko. 
Niekiedy  pragnąłbym,  żeby  miano  dziewicy  było  zastrzeżone  tylko  dla  Naszej  Pani,  no  i 
może dla członkiń zakonów religijnych. Rozumiem, że ksiądz prowadził bardzo odosobniony 
tryb życia w El Toboso  i nie orientuje się, że słowo „dziewica" używane  w naszych dużych 
miastach w jego czysto świeckim znaczeniu służy często do pobudzania pożądliwości. 
- Przyznaję, ekscelencjo, że to mnie ominęło. 
à Oczywiście, są to sprawy bardzo małej wagi w oczach Guardia Civil, jakkolwiek mogą się 
wydawać  skandaliczne  w  oczach  Kościoła.  Ale  ja  i  mój  kolega  z  Avili  mieliśmy  ogromne 
trudności  z  wyperswadowaniem  im,  żeby  przymknęli  oczy  na  to,  co  uznali  za  poważne 
przestępstwo kryminalne. Musieliśmy zwrócić się do wysokiego dygnitarza w Ministerstwie 
Spraw Wewnętrznych, na szczęście członka „Opus Dei"... 
- I jak mi się zdaje, kuzyna doktora Galvâna? 
- To nie ma nic do rzeczy. Od razu zorientował się, że Kościół może ponieść niepowetowaną 
szkodę,  gdyby  prałat  stanął  za  barierą  dla  podsądnych,  oskarżony  o  pomoc  w  ucieczce 
mordercy... 
S Nie mordercy, ekscelencjo. On chybił. 
- Więc rabusiowi bankowemu. 
Nie, nie, to był sklep samoobsługowy. 
- Prosiłbym, żeby ksiądz nie przerywał nieistotnymi szczegółami. Guardia w Leon schwytała 
go w butach księdza mających wewnątrz wyraźnie wypisane ojca nazwisko. 
-  Ten  idiotyczny  zwyczaj  Teresy!  Biedaczka  ma  dobre  intencje,  ale  nie  dowierza  szewcowi, 
ż

e zwróci właściwą parę po pod- zelowaniu. 

-  Nie  wiem.  czy  to  działanie  rozmyślne,  monsignore.  ale  zawsze  usiłuje  on  wprowadzić  do 
naszej poważnej dyskusji banalne i błahe szczegóły. 
-  Przepraszam,  to  nie  było  moim  zamierzeniem:  obawiałem  się,  że  ekscelencja  uzna  za 
dziwactwo takie oznakowanie moich butów. 
-  Dziwaczną  wydaje  mi  się  pomoc  okazana  kryminaliście  w  ucieczce  przed  wymiarem 
sprawiedliwości. 
-  Naprawdę  to  on  miał  broń,  ale  na  pewno  by  jej  nie  użył.  Zastrzelenie  nas  niewiele  by  mu 
pomogło. 
-  Guardia  w  końcu  uznała  to  wyjaśnienie,  chociaż  napastnik  pozbył  się  broni  i  zaprzeczył, 
jakoby  ją  kiedykolwiek  posiadał.  Tak  czy  inaczej,  chyba  zdołali  ustalić,  że  najpierw  ksiądz 
ukrył  bandytę  w  swoim  bagażniku  i  okłamał  gwardzistę.  Tego  przecież  ksiądz  nie  mógł 
zrobić pod groźbą... 
-Nie kłamałem, ekscelencjo. Może... cóż, może pozwoliłem sobie na małą dwuznaczność. 
Gwardzista  przecież  nigdy  nie  zapytał  mnie  wprost,  czy  ten  człowiek  jest  w  bagażniku 
samochodu. Oczywiście mogłem użyć „obszernego myślowego zastrzeżenia”. Ojciec Heribert 
Jone  podkreśla,  że  oskarżony  kryminalista,  a  byłem,  wyrażając  się  językiem  prawniczym, 
kryminalistą, może twierdzić, że jest niewinny, co jest tylko umownym sposobem wyrażenia 
myśli,  że  „jestem  niewinny  wobec  prawa,  dopóki  moja  wina  nie  zostanie  udowodniona”. 
Pozwala  nawet  zbrodniarzowi  powiedzieć,  że  oskarżenie  jest  kalumnią,  i  że  może  on 
przedstawić  dowody  swojej  domniemanej  niewinności,  ale  tutaj  moim  zdaniem  ojciec 
Heribert Jone posuwa się trochę za daleko. 
- Kimże, u Boga Ojca, jest ten Heribert Jone? 
- Wybitny niemiecki teolog moralny. 

background image

 

79 

Dzięki Bogu, że to nie Hiszpan! 
Ojciec Herrera darzy go wielkim szacunkiem. 
- Zresztą, nie przyszedłem tutaj, żeby rozmawiać o teologii moralnej. 
-  Zawsze  uważałem,  że  jest  to  bardzo  niejednoznaczny  temat,  ekscelencjo.  Na  przykład  nie 
mogę się nadziwić koncepcji Prawa Natury. 
 Nie  przyszedłem  także  rozprawiać  o  Prawie  Natury.  Monsignore  ma  niezwykły  talent 
odwracania uwagi od właściwego tematu. 
- A jest nim, ekscelencjo? 
- Spowodowane przez księdza skandale. 
-Ale skoro jestem oskarżony o kłamstwo... na pewno zahacza to o teologię moralną. 
-  Bardzo,  ale  to  bardzo  usilnie  starałem  się  uwierzyć  -  tu  biskup  wydał  ponownie  długie 
westchnienie, aż ojciec Kichote pomyślał pełen litości, nie satysfakcji, czy gość przypadkiem 
nie  cierpi  na  astmę  -  powtarzam,  bardzo  usilnie,  że  monsignore  jest  zbyt  chory,  żeby 
uświadomić sobie, w jakiej się znalazł niebezpiecznej sytuacji. 
- No cóż, przypuszczam, że to się odnosi do nas wszystkich. 
- Do nas wszystkich? 
- Kiedy zaczynamy myśleć... 
Biskup wydał dziwny odgłos - proboszczowi przypomniała się któraś z kur Teresy anonsująca 
zniesienie jajka - i powiedział: 
a  No,  właśnie,  o  tym  chciałem  mówić.  To  ten  komunistyczny  towarzysz  niewątpliwie 
naprowadził księdza na tego rodzaju myśli... 
-  To  nie  on  mnie  naprowadził,  ekscelencjo.  On  mi  tylko  dał  okazję.  Ekscelencja  zna  El 
Toboso.  Bardzo  lubię  mechanika  (znakomicie  konserwuje  Rosynanta).  rzeżnik  jest  trochę 
łobuzem  (nie  chcę  przez  to  powiedzieć,  że  w  łobuzach  tkwi  coś  głęboko  złego),  no  i 
oczywiście  są  tu  zakonnice  wypiekające  smakowite  ciasta,  ale  na  tym  urlopie  doznałem 
swobody... 
- Zdaje się. że bardzo niebezpiecznej swobody. 
Wszak On nam ją dał, tę swobodę, czyż nie tak? Dlatego Go ukrzyżowano. 
Swobodę?  -  ryknął  biskup.  Jego  głos  rozległ  się  Jak  wybuch.  -  Swobodę  w  łamaniu  prawa? 
Komu. prałatowi? Swobodę chodzenia na filmy pornograficzne? Pomagania mordercom? 
- Alei nie. przecież powiedziałem, że nie trafił. 
- I ten towarzysz podróży, komunista! Rozprawiający o poli, tyce... 
- Ach nie, dyskutowaliśmy o znacznie poważniejszych problemach niż polityka. 
Chociaż, przyznaję, nie zdawałem sobie sprawy, że Marks tak szlachetnie bronił Kościoła. 
- Marks? 
- Zupełnie nie zrozumiany człowiek, ekscelencjo, zapewniam. 
- Jakie książki ksiądz czytał na tej... niezwykłej wyprawie? 
Zawsze  zabieram  z  sobą  świętego  Franciszka  Salezego.  Żeby  sprawić  przyjemność  ojcu 
Herrerze,  zabrałem  z  sobą  także  Heriberta  Jonego.  A  mój  przyjaciel  pożyczył  mi  „Manifest 
komunistyczny", nie, nie, ekscelencjo to wcale nie jest to, co ekscelencja myśli. Oczywiście, 
nie mogę się zgodzić ze wszystkimi jego tezami, ale jest wśród nich niezwykle  wzruszający 
hołd złożony religii: „Świątobliwe dreszcze pobożnego marzycielstwa"... 
-  Nie  mogę  tu  dłużej  siedzieć  i  wysłuchiwać  bredni  chorego  umysłu  -  oświadczył  biskup  i 
wstał. 
- Zatrzymałem ekscelencję o wiele za długo. Był to wielki akt miłosierdzia, odwiedzenie mnie 
w El Toboso. Doktor Galvan zapewni ekscelencję, że stan mojego zdrowia jest doskonały. 
- Może jeśli chodzi o ciało. Sądzę, że tu potrzebny jest inny specjalista. Oczywiście, poradzę 
się doktora Galvana, zanim napiszę do arcybiskupa. I będę się modlił. 
- Jestem ogromnie wdzięczny za modlitwy - powiedział ojciec Kichote. Zauważył, że biskup 
nie podstawił mu swego pierścienia przed odejściem. Ojciec Kichote robił sobie wyrzuty, że 

background image

 

80 

przemawiał  tak  swobodnie.  „Zmartwiłem  biedaka"  -  pomyślał.  „Biskupi,  tak  samo  jak 
najbiedniejsi i nieuczeni, powinni być traktowani ze szczególnymi względami”. 
Za  drzwiami  dały  się  słyszeć  szepty.  Potem  przekręcenie  klucza  w  zamku.  „A  więc  jestem 
więźniem” - stwierdził ksiądz. „Jak Cervantes". 
 

background image

 

81 

 

Druga podró

ż

 monsignore Kichote’a. 

 
Tut-tut-tut,  odezwał  się  samochód  i  zbudził  ojca  Kichote'a.  Nawet  we  śnie  rozpoznał 
niepowtarzalne  tony  Rosynanta:  żałosne,  bez  cienia  złości,  opryskliwości  czy 
zniecierpliwienia wielkiego wozu, tony, które po prostu przemawiały zachęcająco: „Jestem tu, 
jeżeli  mnie  potrzebujesz”.  Natychmiast  podszedł  do  okna  i  wyjrzał,  ale  Rosynant  musiał 
stanąć  gdzieś  poza  polem  widzenia,  gdyż  jedyny  samochód,  jaki  mógł  dostrzec,  był 
jasnoniebieski,  a  nie  rdzawoczerwony.  Skierował  się  do  drzwi,  zapominając  zupełnie,  że  są 
zamknięte na klucz, i nacisnął klamkę. Odpowiedział mu głos Teresy: 
- Cicho, ojcze. Proszę mu dać jeszcze chwilę. 
- Komu mam dać chwilę? 
a Ojciec Herrera poszedł spowiadać, ale nigdy długo nie siedzi w konfesjonale, jeżeli nikt nie 
czeka,  no  to  kazałam  temu  młodemu  chłopakowi  z  warsztatu  szybko  pobiec  do  kościoła, 
zanim ojciec Herrera wyjdzie, i zatrzymać go długą rozmową. 
Ojcu Kichote’owi zrobiło się jakoś nieswojo. Nie było to życie, które znał od tylu dziesiątków 
lat w El Toboso. Co sprawiło taką zmianę? 
- Czy możesz otworzyć drzwi, Tereso? Rosynant wrócił. 
-  Tak.  wiem.  Nigdy  bym  go  nie  poznała,  drogiego  biedactwa,  w  tej  jasnoniebieskiej  farbie  i 
nawet z nowym numerem. 
- Proszę, Tereso, otwórz drzwi. Muszę zobaczyć, co z Rosynantem. 
- Nie mogę, ojcze, nie  mogę, nie mam klucza,  ale proszę się nie martwić, on już to załatwi, 
tylko potrzeba mu jeszcze paru chwil. 
- Komu? 
- Burmistrzowi, oczywiście. 
- Burmistrzowi? Gdzie on jest? 
- W gabinecie, gdzież by miał być? Ojciec Herrera zamknął szafę, więc włamuje się do niej 
za pomocą mojej szpilki do włosów i buteleczki oliwy. 
- Po co oliwa? 
- Nie wiem, ojcze, ale mam do niego zaufanie. 
- A co jest w szafie? 
- Ojca spodnie, no i całe ubranie. 
-Jeżeli potrafi otworzyć szafę, to dlaczego nie otwiera tych drzwi? 
- To mu właśnie powiedziałam, ale mówił o czymś, co nazywa priorytetem. 
Ojciec  Kichote  starał  się  czekać  cierpliwie,  komentarze  płynące  z  ust  Teresy  były  słabą 
zachętą. 
- Och, myślałam, że już się udało, ale trzyma się mocno i teraz wziął żyletkę ojca Herreiy. 
Będzie  piekło,  bo  ojciec  Herrera  liczy  je  dokładnie,  wie,  ile  ma...  O,  złamał  żyletkę,  niech 
Bóg  nas  ma  w  swojej  opiece,  ale  wziął  nożyczki  ojca  Herreiy  do  paznokci...  Jeszcze 
chwilka...  cierpliwości...  Bogu  dzięki,  już  się  otwiera!  Mam  tylko  nadzieję,  że  z  drzwiami 
pójdzie  prędzej,  inaczej  będziemy  mieli  ojca  Herrerę  na  karku,  chłopak  z  warsztatu  nie  ma 
tyle wyobraźni. 
- Dobrze się czujesz, ojcze? - rozległ się głos burmistrza z drugiej strony drzwi. 
- Ja czuję się dobrze, ale co zrobiłeś z Rosynantem? 
- Zatrzymałem się u mojego przyjaciela w Valladolid i załatwiłem auto tak, że Guardia go nie 
pozna, przynajmniej nie na pierwszy rzut oka. Teraz zabieram się do twoich drzwi. 
- Wcale nie musisz. Mogę wyjść przez okno. 
Co  za  szczęście  -  pomyślał  1  że  nie  ma  w  pobliżu  nikogo,  kto  by  widział,  jak  proboszcz 
wyskakuje oknem w piżamie i stuka do własnych frontowych drzwi”. 

background image

 

82 

Teresa wysunęła się dyskretnie do kuchni i ojciec Kichote szybko ubrał się w gabinecie. 
- Na pewno rozwaliłeś zupełnie te drzwi od szafy - powiedział. 
- Trudniej było je otworzyć, niż przypuszczałem. Czego szukasz? 
- Koloratki. 
- Tu jest jedna. Sliniak został w samochodzie. 
- Już miałem z jego powodu dość przykrości. Nie chcę go więcej wkładać, Sancho. 
- Ale zabierzmy go z sobą. Może się przydać. Nigdy nie wiadomo. 
- Nie mogę znaleźć skarpetek. 
- Mam twoje fioletowe skarpetki. I nowe buty także. 
- Och, przepraszam, szukałem starych. Oczywiście, zniknęły na zawsze. 
- Są w rękach Guardii. 
-  Tak,  zupełnie  zapomniałem.  Biskup  mi  wspominał.  Sądzę,  że  musimy  już  iść.  Mam 
nadzieję, że biednego biskupa nie trafi szlag. 
Nagle  jego  spojrzenie  padło  na  kopertę.  Powinien  był  zauważyć  ją  wcześniej,  gdyż  stała 
oparta  o  któryś  z  seminaryjnych  podręczników  i  rozpierała  się  na  dwóch  sąsiednich 
książkach.  Piszący  chciał  prawdopodobnie,  żeby  rzuciła  się  w  oczy.  Proboszcz  popatrzył  na 
list i schował go do kieszeni. 
- Co to? - zapytał burmistrz. 
- Chyba list od biskupa. Aż za dobrze poznaję jego pismo. 
Nie chcesz przeczytać? 
i złe nowiny mogą zaczekać, aż będziemy mieli butelkę manchegana. 
Poszedł do kuchni pożegnać się z Teresą. 
- Doprawdy nie wiem, jak to wszystko wytłumaczysz ojcu Herrerze. 
-  Prędzej  on  będzie  musiał  się  tłumaczyć.  Z  jakiej  racji  ośmielił  się  zamknąć  ojca  w  jego 
własnym pokoju, w jego własnym domu i schować jego własne ubranie? 
Pocałował Teresę w czoło, czego nigdy nie ważyłby się zrobić przedtem, przez te wszystkie 
lata spędzone pod jednym dachem. 
-  Niech  cię  Bóg  błogosławi,  Tereso  1  powiedział.  1  Byłaś  dla  mnie  niezwykle  dobra.  I 
cierpliwa. Przez bardzo długi czas. 
- Proszę mi powiedzieć, dokąd jedziecie? 
- Lepiej, żebyś nie wiedziała. Wszyscy będą cię o to wypytywać. Mogę cię tylko zapewnić, że 
z boską wolą udaję się na długi odpoczynek w spokojnym miejscu. 
- Z tym komunistą? 
- Nie mów tak jak biskup, Tereso. Burmistrz był mi wiernym przyjacielem. 
- Nie widzę, żeby tacy jak on mogli długo odpoczywać w zacisznym miejscu. 
- Nic nie wiadomo, Tereso. Dziwniejsze przygody spotykały nas w drodze. 
Odwrócił się, ale jej głos przywołał go z powrotem. 
- Ojcze, mam takie uczucie, jak gdybyśmy się żegnali na zawsze. 
- Nie, nie, Tereso, dla chrześcijanina nie ma czegoś takiego jak żegnanie się na zawsze. 
Z przyzwyczajenia uniósł rękę, żeby pobłogosławić znakiem krzyża, ale tego nie wykonał. 
„Wierzę w to, co Jej powiedziałem” I myślał w duchu, gdy szedł, by dołączyć do burmistrza. 
„Rzecz jasna, że wierzę, ale jak to się dzieje, że kiedy mówię o wierze, zawsze uświadamiam 
sobie, że jakiś cień niewiary pada na moją wiarę?". 
 
I pokąd pojedziemy? 1 zapytał burmistrz. 
I czy musimy robić plany, Sancho? Ostatnio jeździliśmy to tu, to tam. na los szczęścia. 
Oczywiście zaraz zaoponujesz, ale w pewien sposób oddaliśmy się w ręce Boga. 
Nie  byl  On  zbyt  rzetelnym  przewodnikiem.  Sprowadzono  cię  tutaj,  do  El  Toboso,  jako 
więźnia. 

background image

 

83 

Istotnie,  ale  kto  wie?  Pan  Bóg  działa  bardzo  zagadkowo,  może  chciał,  żebym  się  spotkał  z 
biskupem? 
- Z uwagi na biskupa, czy na ciebie? 
Bo  ja  wiem?  Przynajmniej  ja  nauczyłem  się  czegoś  od  biskupa,  chociaż  wątpię,  czy  on 
nauczył się czegokolwiek ode mnie. Ale któż może wiedzieć na pewno? 
- No więc dokąd twój Bóg proponuje jechać? 
a Dlaczego byśmy nie mieli wrócić na naszą starą trasę? 
 Guardia  Civil  może  wpaść  na  ten  sam  pomysł.  Zwłaszcza  kiedy  biskup  ich  zawiadomi,  że 
znowu jesteśmy na wolności. 
- Nie całkiem na starą trasę. Nie mam ochoty wracać do Madrytu ani do Valladolid. Te miasta 
nie pozostawiły mi zbyt dobrego wspomnienia, z wyjątkiem domu historyka. 
- Historyka? 
- Wielkiego Cervantesa. 
-  Musimy  szybko  podjąć  decyzję,  ojcze.  Na  południu  Jest  zbyt  gorąco,  jedźmy  raczej  na 
północ, ale dokąd? Do Basków, czy do Galicjan? 
- Zgadzam się. 
- Z czyni? Nie odpowiedziałeś na moje pytanie. 
- Pozostawmy szczegóły Panu Bogu. 
- Kto prowadzi? Jesteś pewien, że Bóg zdał egzamin na prawo jazdy? 
-  Na  pewno  Ja  muszę  prowadzić.  Rosynant  nigdy  by  nie  zrozumiał.  dlaczego  siedzę  w 
samochodzie Jako pasażer. 
- Jedźmy przynajmniej z jakąś rozsądną szybkością. Mój przyjaciel w Valladolid powiedział, 
ż

e się da spokojnie wyciągnąć osiemdziesiątkę czy nawet setkę. 

- On nie może wydawać sądu o Rosynancie na podstawie krótkiego przeglądu. 
-Nie będę się teraz sprzeczał. Czas jechać. 
Ale  nie  sądzone  im  było  tak  łatwo  opuścić  El  Toboso.  Ledwie  proboszcz  włączył  pierwszy 
bieg, kiedy usłyszał, jak ktoś woła: .Ojcze! Ojcze!" Za nimi biegł szosą młody chłopak. 
- Nie zwracaj uwagi - nakazał burmistrz. - Trzeba się stąd wydostać. 
- Muszę się zatrzymać. To chłopak, który pracuje przy pompie benzynowej. 
Chłopak był bez tchu, gdy ich dopędził. 
-Co się stało? - zapytał ojciec Kichote. 
- Ojcze! - powtarzał przerywanym głosem. - Ojcze! 
-Pytałem, co się stało? 
-Nie otrzymałem rozgrzeszenia, ojcze! Czy pójdę do piekła? 
-  Bardzo  wątpię.  Co  zrobiłeś?  Zamordowałeś  ojca  Herrerę?  Wcale  nie  twierdzę,  że 
poszedłbyś za to do piekła. Bo gdybyś miał dostateczny powód... 
- Jak mógłbym go zamordować, kiedy to właśnie on mi odmówił? 
- To brzmi logicznie. Dlaczego odmówił? 
-Powiedział, że robię kpiny z konfesjonału. 
-  O,  Boże,  zapomniałem!  To  właśnie  ciebie  Teresa  posłała...  duży  błąd  z  jej  strony.  Jednak 
miała najlepsze intencje, toteż sądzę, że obojgu wam będzie wybaczone. Ale twierdziła, że nie 
masz  wyobraźni.  Dlaczego  ksiądz  Herrera  odmówił  rozgrzeszenia?  Co,  u  Boga  Ojca, 
wymyśliłeś? 
- Nic takiego, powiedziałem tylko, że spałem z mnóstwem dziewczyn. 
-  Nie  ma  ich  znów  tak  dużo  w  El  Toboso,  jeśli  nie  liczyć  zakonnic.  Chyba  mu  nie 
powiedziałeś, u licha, żeś spad z zakonnicą, co? 
- Czegoś takiego nigdy bym nie powiedział, ojcze. Jestem sekretarzem „Dzieci Maryi”! 
I ojciec Herrera na pewno skończy w „Opus Dei" - wtrącił się burmistrz. - Na miłość boską, 
jedźmy! 
- Co dokładnie mówiłeś ty, a co on? 

background image

 

84 

- Powiedziałem: „Pobłogosław mnie, ojcze, bo zgrzeszyłem”. 
- Nie, nie, opuść te wszystkie wstępy. 
- Dobrze, więc powiedziałem, że spóźniłem się na mszę, on zapytał, ile razy, powiedziałem, 
ż

e  dwadzieścia,  i  potem  powiedziałem,  że  trochę  nakłamałem,  on  zapytał,  ile  razy, 

powiedziałem że czterdzieści pięć. 
- Obrałeś sobie jako zasadę duże liczby, prawda? I co potem? 
- Potem nie potrafiłem wymyślić nic innego i balem się, że Teresa będzie na mnie zła, jeżeli 
go nie zatrzymam dłużej. 
- Przekaż jej ode mnie, że jutro powinna się wyspowiadać na klęczkach. 
-  I  wtedy  on  mnie  zapytał,  czy  zgrzeszyłem  przeciw  czystości,  i  to  mi  dało  pomysł,  więc 
powiedziałem,  że  tak,  że  spałem  z  paroma  dziewczynami,  to  on  zapytał,  ile  ich  było,  więc 
powiedziałem, że około sześćdziesięciu pięciu, i właśnie wtedy on się rozzłościł i przepędził 
mnie od konfesjonału. 
- Wcale się nie dziwię. 
- Czy pójdę do piekła? 
Jeżeli ktokolwiek ma pójść do piekła, będzie to Teresa i możesz jej powtórzyć moje słowa. 
- Nagadałem mnóstwo kłamstw przy konfesjonale. Tylko jeden raz spóźniłem się na mszę. i 
to z ważnego powodu, miałem kupę turystów po benzynę. 
- A co z kłamstwami? 
- Dwa, może najwyżej trzy. 
- A dziewczyny? 
- Nie znajdzie się w El Toboso ani Jednej, która by zrobiła coś złego, tak się boją zakonnic. 
-Widzę ojca Herrerę, idzie ulicą z kościoła - odezwał się burmistrz. 
- Posłuchaj - wydał decyzję ojciec Kichote - uczyń akt skruchy i przyrzeknij mi, że więcej nie 
będziesz kłamał przy spowiedzi, nawet jeżeli cię o to poprosi Teresa. 
Milczał, kiedy chłopak coś mamrotał pod nosem. 
-A przyrzeczenie? - przypomniał w końcu. 
-  Och,  przyrzekam,  ojcze.  Dlaczego  nie?  I  tak  nie  chodzę  do  spowiedzi  częściej  niż  raz  do 
roku. 
- Powtórz: „Przyrzekam wobec ciebie, ojcze, Panu Bogu...” 
Chłopak powtórzył te słowa i ojciec Kichote udzielił mu rozgrzeszenia w dużym pośpiechu. 
- Ten cholerny klecha jest o jakieś sto kroków, ojcze; idzie coraz prędzej! - ostrzegł burmistrz. 
Ojciec Kichote włączył silnik i Rosynant wykonał skok niczym antylopa. 
- W samą porę - stwierdził burmistrz. - Ale on biegnie prawie tak szybko jak Rosynant. 
Och, ten chłopak to prawdziwy skarb! Podstawił nogę i ten się wywalił! 
-Jeżeli w tej spowiedzi było coś nie tak, to wina spada na mnie - powiedział ojciec Kichote. 
Do  kogo  kierował  te  słowa,  do  siebie,  do  Boga  czy  do  burmistrza  -  pozostanie  na  zawsze 
tajemnicą. 
-  Przynajmniej  puść  Rosynanta  pięćdziesiątką!  Nawet  nie  wypróbowałeś  możliwości 
staruszka. Ten klecha znajdzie się na posterunku w okamgnieniu! 
-  Nie  ma  takiego  pośpiechu,  jak  ci  się  zdaje  -  odparł  ojciec  Kichote.  -  Najpierw  nagada,  ile 
wlezie,  temu  chłopcu,  potem  będzie  chciał  porozumieć  się  z  biskupem  i  nie  zastanie  go  w 
domu przez dłuższy czas. 
- A co, jeżeli najpierw zechce porozmawiać z Guardią? 
- Nigdy w życiu. Ma ostrożną duszę sekretarza. 
Dojechali do szosy na Alicante i burmistrz przerwał milczenie. 
-Skręcaj w lewo - zakomenderował. 
-Ale na pewno nie do Madrytu? Gdziekolwiek, byle nie do Madrytu! 

background image

 

85 

Nie ma mowy o miastach - odrzekł burmistrz. - Gdy tylko zobaczymy boczną drogę, zaraz w 
nią  skręcamy.  Poczujesz  się  bezpieczniejszy,  kiedy  dotrzemy  do  gór.  Pewnie  nie  masz 
paszportu? 
- Nie. 
- W takim razie Portugalia odpada jako schronienie. 
- Przed kim? Przed biskupem? 
Chyba  nie  zdajesz  sobie  sprawy,  ojcze,  jak  groźne  popełniłeś  przestępstwo.  Uwolniłeś 
galernika! 
-  Biedaczysko!  Jedyne,  co  zdobył,  to  moje  buty,  niewiele  lepsze  od  jego  własnych.  Był 
skazany na porażkę. Zawsze mi się zdaje, że ci, co stale ponoszą porażki, bo nawet benzyny 
mu zabrakło, są bliżsi Boga niż my. Naturalnie, że się pomodlę za niego do mojego przodka. 
Jakże często Dona spotykały niepowodzenia! Nawet z wiatrakami. 
Lepiej pomódl się do niego za nas dwóch, i to gorąco! 
O, robię to, robię! Dotychczas nie doznaliśmy większej porażki, Sancho. I ty, i ja, i Rosynant 
znowu jesteśmy razem w podróży, no i na wolności. 
Stracili  ponad  dwie  godziny,  nim  okrężnymi  drogami  dotarli  do  małego  miasta  o  nazwie 
Mora. Stąd musieli jechać główną szosą na Toledo, ale tylko przez kilka minut. 
- Trzeba dostać się do Gór Toledariskich - orzekł burmistrz - ta droga jest nie dla nas. 
Więc krążyli i zawracali, aż na bardzo stromej szosie mieli przez chwilę wrażenie, oceniając 
według słońca. że zatoczyli półkole. 
Czy orientujesz się. gdzie Jesteśmy? - zapytał proboszcz. 
- Mniej więcej - odparł burmistrz nieprzekonująco. 
- Nic nie poradzę, ale zaczynam być głodny. Sancho. 
- Teresa dała nam tyle kiełbasy i sera. że starczy na tydzień. 
- Na tydzień? 
- Dla nas hotele nie wchodzą w grę. Ani autostrady. 
Wysoko  w  Górach  Toledartsklch  znaleźli  miejsce,  gdzie  mogli  wygodnie  rozłożyć  się 
zjedzeniem, a zjechawszy z szosy, ukryć i siebie, i Rosynanta. Płyną! 
tu  także  strumyk  potrzebny  do  chłodzenia  wina  i  wpadał  do  jeziora  leżącego  poniżej,  które 
burmistrz z trudem zidentyfikował na mapie jako Torre de Abraham. 
- Nie wiem, po co nazwali je na cześć tego starego łotra - powiedział. 
- Dlaczego nazywasz go łotrem? 
- Czy nie zamierzał zabić rodzonego syna? Oczywiście był ktoś od niego jeszcze gorszy, ten, 
kogo nazywasz Bogiem, i On dokonał tego ohydnego czynu. Dał przykład, a Stalin naśladując 
Go  pozabijał  swoich  duchowych  synów.  Niewiele  brakowało,  a  razem  z  nimi  zabiłby 
komunizm, tak samo jak kuria zabiła Kościół katolicki. 
- Nie całkiem, Sancho. Tutaj, u twojego boku, żyje na złość kurii co najmniej jeden katolik. 
-  Tak,  i  jest  tutaj  także  jeden  komunista,  który  żyje  na  złość  politbiuru.  Pozostaliśmy  przy 
ż

yciu, ty i ja, ojcze. Więc wypijmy na to konto. - Co rzekłszy wyłowił ze strumyka butelkę. 

- Za dwóch pozostałych przy życiu - odpowiedział ojciec Kichote i uniósł szklankę. 
Lubił  zdrowo  popić,  toteż  zawsze  dziwiło  go,  jak  rzadko  biografowie  jego  protoplasty 
wspominali  o  winie.  Trudno  przecież  brać  pod  uwagę  przygodę  z  bukłakami,  które  Don 
poprzekłuwał,  gdyż  wziął  je  za  wrogów.  Znowu  napełnił  szklankę.  -  Wydaje  mi  się  - 
powiedział - że bardziej wierzysz w komunizm niż w partię, Sancho. 
-  Właśnie  chciałem  powiedzieć  prawie  to  samo,  że  ty,  ojcze,  chyba  bardziej  wierzysz  w 
katolicyzm niż w Rzym. 
-  Wiara,  wiara...  Kto  wie,  czy  nie  masz  racji,  Sancho.  A  może  to  nie  wiara  jest 
najważniejsza... 
- Co chcesz powiedzieć, ojcze? Myślałem... 

background image

 

86 

-  Czy  Don  rzeczywiście  wierzył  w  Amadisa  de  Gaula,  w  Rolanda  i  wszystkich  swoich 
bohaterów, a może wierzył tylko w cnoty, o które walczyli? 
- Puszczamy się na niebezpieczne wody, ojcze. 
-Wiem,  wiem.  W  twoim  towarzystwie,  Sancho,  myśl  moja  biegnie  swobodniej,  niż  kiedy 
jestem  sam.  Kiedy  jestem  sam,  czytam,  chowam  się  w  moje  książki.  Mogę  w  nich  znaleźć 
wiarę  ludzi  lepszych  niż  ja,  a  kiedy  stwierdzam,  że  z  wiekiem  moja  wiara  słabnie  tak  jak  i 
ciało, wtedy powiadam sobie, że muszę się mylić. Moja wiara mówi mi, że muszę się mylić, a 
może jest to tylko wiara tych lepszych ludzi? Co do mnie przemawia: moja własna wiara czy 
wiara  świętego  Franciszka  Salezego?  I  czy  wreszcie  ma  to  tak  wielkie  znaczenie?  Daj  mi 
kawałek sera. Wino wyzwala we mnie potworne gadulstwo. 
-Wiesz, co mnie do ciebie pociągnęło w El Toboso, ojcze? 
Nie  to,  że  byłeś  jedynym  wykształconym  człowiekiem  w  miasteczku.  Wcale  nie  przepadam 
tak  bardzo  za  ludźmi  wykształconymi.  Nie  mów  mi  o  inteligencji  czy  kulturze.  Pociągnęło 
mnie to, że jak mi się wydało, stanowiłeś moje przeciwieństwo. Człowiek zaczyna być sobą 
zmęczony, nawet twarzą, którą widzi codziennie przy goleniu, a moi wszyscy przyjaciele byli 
akurat tego samego pokroju, co ja. Uczęszczałem na zebrania partyjne w Ciudad Real; kiedy 
to  przestało  być  niebezpieczne  po  śmierci  Franco,  mówiliśmy  do  siebie  „towarzyszu"  i 
trochęśmy się bali jeden drugiego, bo znaliśmy każdego tak dokładnie jak samego siebie. 
Cytowaliśmy  sobie  nawzajem  Marksa  i  Lenina  jak  hasła  na  dowód,  że  możemy  mieć  do 
siebie  zaufanie,  ale  nigdy  nie  rozmawialiśmy  o  zwątpieniach  nachodzących  nas  w  bezsenne 
noce. Pociągnęło mnie do ciebie to. że myślałem, iż Jesteś kimś pozbawionym wątpliwości. 
Przypuszczam, że pewną rolę odegrała tu zawiść. 
jak  bardzo  myliłeś  się,  Sancho.  Jestem  cały  Jak  sito  podziurawiony  wątpliwościami.  Nie 
jestem  pewien  niczego,  nawet  istnienia  Boga,  ale  zwątpienie  nie  Jest  zdradą,  jak  to  wy, 
komuniści, sądziliście. Zwątpienie Jest czymś ludzkim. Chcę wierzyć, BI że to wszystko jest 
prawdą, i ta chęć jest jedyną pewną rzeczą jaką  czuję. Chcę także, żeby  inni wierzyli, może 
cząsteczka ich wiary ukruszy się i dla mnie. Myślę, że piekarz wierzy. 
- O taką właśnie wiarę posądzałem ciebie. 
-  O,  nie,  Sancho,  bo  może  wtedy  spaliłbym  moje  książki  i  żyłbym  rzeczywiście  w 
osamotnieniu wiedząc, że wszystko jest prawdą. .Wiedząc?” Jakie by to było okropne! 
Zaczekaj,  czy  to  mój  przodek,  czy  twój  zwykł  był  mawiać:  „Cierpliwości  i  przetasujmy 
karty"? 
- Kawałek kiełbasy, ojcze? 
- Chyba dzisiaj poprzestanę na serze. Kiełbasa jest dla silniejszych ludzi. 
- To ja też. 
- Otworzyć następną butelkę? 
- Czemu nie? 
Po tej drugiej butelce, kiedy słońce zaczynało chylić się ku zachodowi, Sancho powiedział: 
- Muszę ojcu coś wyznać. Nie w konfesjonale! Nie zwracam się o przebaczenie do tego mitu, 
twojego czy mojego, tam w górze, tylko do ciebie... - Zamyślił się nad swoją szklanką. 
- Gdybym po ciebie nie przyjechał, co by się stało? 
-  Nie  wiem.  Biskup  z  pewnością  uważa  mnie  za  pomyleńca.  Może  usiłowałby  wpakować 
mnie  do  domu  wariatów,  chociaż  nie  przypuszczam,  żeby  doktor  Galvan  zgodził  się  mu  w 
tym  pomóc.  Jaka  jest  prawna  sytuacja  człowieka  bez  stosunków?  Czy  może  być  usunięty 
wbrew  woli?  Może  biskup  przy  pomocy  ojca  Herrery...  No  i  oczywiście,  na  dalszym  planie 
jest  jeszcze  arcybiskup...  Nigdy  mi  nie  zapomną,  że  kiedyś  dałem  trochę  pieniędzy  na  „In 
Vinculis”. 
- Moja przyjaźń do ojca wtedy się zrodziła, chociaż nie zamieniliśmy prawie ani słowa. 
- To tak jak z nauką odprawiania mszy. Nauka wyniesiona z seminarium głosi, że nie wolno 
nigdy zapominać. Och, Boże, zupełnie zapomniałem... 

background image

 

87 

- O czym? 
Biskup zostawił dla mnie list. - Ojciec Kichote wyciągnął go z kieszeni i obracał w rękach. 
Dalej, człowieku! Otwórz go. Wszak to nie wyrok śmierci! 
- Skąd wiesz? 
- Czasy Torquemady już minęły. 
Dopóki istnieje Kościół, zawsze będą istnieć mali Torquemadowie. Proszę o szklankę wina. ! 
Pił wolno, żeby odwlec moment spojrzenia prawdzie w oczy. 
Sancho wziął od niego list i otworzył. 
- W każdym razie jest krótki - orzekł. - Co znaczy Suspension a Diuinis? 
-  Tak  jak  myślałem,  jest  to  wyrok  śmierci.  Daj  mi  ten  list.  -  Ojciec  Kichote  odstawił  nie 
dopitą  szklankę.  -  Przestałem  się  bać.  Po  śmierci  nic  mi  nie  mogą  zrobić.  Pozostaje  tylko 
łaska boska. - Zaczął czytać na głos: - „Drogi Monsignore. Z ogromną przykrością usłyszałem 
od  Ojca  potwierdzenie  słuszności  oskarżenia,  gdyż  byłem  prawie  pewien,  że  polega  ono  na 
nieporozumieniu, przesadzie czy złośliwości". Co za hipokryta! Ale jak sądzę, hipokryzja jest 
u  biskupa  prawie  nieodzowna  i  ojciec  Heribert  Jone  uznałby  ją  za  grzech  powszedni. 
„Niemniej  jednak  w  tych  okolicznościach  jestem  gotów  uwierzyć,  że  zamiana  ubrań  z 
komunistycznym towarzyszem nie była symbolicznym aktem wyzwania w stosunku do Ojca 
Ś

więtego,  lecz  wynikła  z  ciężkiego  zaburzenia  psychicznego,  które  także  skłoniło  Ojca  do 

udzielenia  przestępcy  pomocy  w  ucieczce  i  do  pójścia  bez  wstydu,  w  fioletowej  pechera 
ś

wiadczącej  o  godności  prałata,  na  ohydny  pornograficzny  film,  wyraźnie  opatrzony  literą 

»S«  dla  zaznaczenia  jego  prawdziwego  charakteru.  Przedyskutowałem  ten  przypadek  z 
doktorem  Galvanem,  który  zgodził  się  ze  mną,  że  wskażemy  jest  długi  wypoczynek,  więc 
napiszę  w  tej  sprawie  do  arcybiskupa.  Tymczasem  uważam  za  swój  obowiązek 
zakomunikować o Suspension a Diuinis”, 
Co to zdanie dokładnie znaczy? 
- Znaczy, że nie wolno mi odprawiać mszy, ani publicznie ani prywatnie. Ale w zaciszu mego 
pokoju będę ją odprawia! gdyż jestem niewinny. Nie wolno mi także wysłuchiwać spowiedzi, 
chyba że w skrajnej potrzebie. Pozostaję kapłanem, ale tylko dla siebie. 
Bezużyteczny  kapłan  z  zakazem  służenia  innym.  Cieszę  się,  żeś  po  mnie  przyjechał.  Jak 
mógłbym znieść takie życie w El Toboso? 
- Odwołałbym się do Rzymu. Jesteś prałatem. 
- Nawet prałata można zagubić w zakurzonych rejestrach kurii. 
-  Powiedziałem,  że  muszę  ci  coś  wyznać,  ojcze.  Niewiele  brakowało,  a  byłbym  nie 
przyjechał. - Teraz burmistrz wypił, żeby sobie dodać odwagi do dalszych zwierzeń. - Kiedy 
stwierdziłem,  żeś  zniknął  -  było  tam  dwoje  Amerykanów,  którzy  widzieli,  co  się  stało,  i 
uważali,  że  jesteś  nieboszczykiem,  ale  ja  wiedziałem  lepiej  -  pomyślałem  sobie:  „Pożyczę 
Rosynanta  i  zwieję  do  Portugalii".  Tam  mam  wypróbowanych  przyjaciół  w  partii,  więc 
pozostanę jakiś czas u nich, dopóki cały ten bałagan nie minie. 
- Ale tego nie zrobiłeś! 
-  Pojechałem  do  Ponferrada,  potem  szosą  na  Orense.  Na  mapie  znalazłem  boczną  drogę,  w 
którą chciałem skręcić, gdyż stamtąd miałbym niecałe sześćdziesiąt kilometrów do granicy. - 
Wzruszył ramionami. - No i trafiłem na tę boczną drogę, ale zawróciłem, pojechałem znów do 
Valladolid i poprosiłem mojego kumpla w garażu, żeby przemalował wóz i zmienił numer. 
- Dlaczego nie jechałeś dalej? 
- Popatrzyłem na te cholerne fioletowe skarpetki, na ten śliniak i nowe buty kupione w León i 
nagle przypomniało mi się, jak nadmuchałeś balonik... 
- Twoje racje nie wydają mi się przekonujące. 
- Mnie wystarczyły. 

background image

 

88 

Cieszę  się,  żeś  przyjechał,  Sancho.  Tutaj,  z  tobą  i  z  Rosynantem,  czuję  się  bezpieczny, 
bezpieczniejszy  niż  tam,  znowu  z  ojcem  Herrerą.  El  Toboso  przestało  być  moim  domem,  a 
nie mam żadnego innego, z wyjątkiem tego skraweczka ziemi tutaj, z tobą. 
Musimy znaleźć dla ciebie nowy dom, ojcze, tylko gdzie? 
B Coś spokojnego, gdzie ja i Rosynant moglibyśmy trochę odpocząć. 
No i gdzie ani Guardia, ani biskup by cię nie znaleźli. 
Jest  jeszcze  klasztor  trapistów,  o  którym  mówiłeś,  w  Galicji...  Ale  ty  nie  umiałbyś  się  tam 
zadomowić, Sancho. 
Mógłbym cię tam zostawić, wynająć w Orense samochód i prysnąć przez granicę. 
Nie  chcę,  żeby  nasza  podróż  się  skończyła.  Nie  zanim  umrę,  Sancho.  Mój  przodek  umarł  w 
swoim  łóżku.  Może  żyłby  dłużej,  gdyby  pozostał  na  drodze.  Jeszcze  nie  jestem  gotów  na 
ś

mierć, Sancho. 

-  Niepokoją  mnie  komputery  Guardii.  Rosynant  jest  dość  dobrze  przebrany,  ale  na  granicy 
mogą poszukiwać nas obydwu. 
Myślę, Sancho, że przez tydzień lub dwa będziesz musiał pozostać u trapistów, czy ci się to 
podoba, czy nie. 
- Jedzenie będzie pod psem. 
- Wino pewnie też. 
- Lepiej zaopatrzmy się po drodze w wino galicyjskie. Man- chegan jest prawie wykończony. 
 

background image

 

89 

 

Jak monsignore Kichote prze

ż

ył swoj

ą

 ostatni

ą

 przygod

ę

 w

ś

ród Meksykanów. 

 
Trzy  noce  spali  pod  gołym  niebem,  w  dzień  jechali  mało  uczęszczanymi  drogami  od  Gór 
Toledańskich  przez  Sierra  de  Guadalupe;  Rosynant  musiał  wytężyć  wszystkie  siły,  żeby 
wdrapać  się  na  wysokość  ponad  ośmiuset  metrów,  po  czym  czekał  go  jeszcze  większy 
wysiłek, kiedy dotarli do Sierra de Gredos, gdzie droga wspinała się powyżej tysiąca pięciuset 
metrów. W ten sposób omijali Salamankę i zdążali w kierunku rzeki Duero dzielącej ich od 
bezpiecznej  Portugalii.  Posuwali  się  bardzo  wolno  przez  góry,  ale  burmistrz  wolał  je  niż 
Równinę Kastylijską z uwagi na daleką perspektywę, w której urzędowy dżip byłby widoczny 
z dużej odległości, mieściny zaś były zbyt małe na utrzymanie posterunków Guardii. 
Więc  wlekli  się  krętymi  szosami  trzeciej  kategorii,  gdyż  omijali  nawet  żółto  zaznaczone  na 
mapie,  niebezpieczne  dla  nich  drogi  drugiej  kategorii.  Czerwone  linie  autostrad  w  ogóle  nie 
wchodziły w grę. 
Gdy  zapadał  zmrok,  zawsze  robiło  się  chłodno,  toteż  z  przyjemnością  zamieniali  wino  na 
whisky pod kiełbasę i ser. Potem z trudem zasypiali, niewygodnie skuleni w aucie. Kiedy w 
końcu  musieli  zjechać  na  równinę,  burmistrz  z  tęsknotą  popatrzył  na  drogowskaz  do 
Portugalii. 
- Gdybyś tylko miał paszport, pojechalibyśmy do Bragancy. Wolę tamtejszych towarzyszy od 
hiszpańskich. Cunhal jest lepszy od Carriilo. 
Mywałem, że Carrillo jest odpowiednim człowiekiem w ocenie komunistów. 
-Nie można dowierzać eurokomuniście. 
- Na pewno nie jesteś stalinistą, Sancho? 
-  Nie  jestem  stalinistą,  ale  z  nimi  człowiek  przynajmniej  wie,  czego  się  spodziewać.  Nie  są 
jezuitami. Nie obracają się, jak wiatr powieje. Jeżeli są okrutni, to są okrutni także względem 
siebie  samych.  Kiedy  się  dochodzi  do  końca  najdłuższej  w  życiu  drogi,  trzeba  się  położyć  i 
odpocząć,  odpocząć  od  sporów,  od  teorii  czy  mody.  Można  powiedzieć:  „Nie  wierzę,  ale 
akceptuję" i zapaść w milczenie, jak to robią trapiści. Trapiści są stalinista- mi Kościoła. 
- Z ciebie byłby dobry trapista, Sancho. 
- Może, chociaż nie lubię zrywać się rano. 
Kiedy  się  znaleźli  na  terenie  Galicji,  zatrzymali  się  w  jakimś  miasteczku,  gdzie  burmistrz 
chciał się przepytać o winnicę, w której mogliby nabyć dobrego wina, gdyż opróżnili ostatnią 
butelkę  manchegana,  on  zaś  nie  dowierzał  winom  z  etykietkami.  Nie  było  go  przez  pełne 
dziesięć  minut,  a  kiedy  wrócił,  minę  miał  tak  ponurą,  że  ojciec  Kichote  zapytał 
zaniepokojony: 
- Złe nowiny? 
-  Dostałem  pewien  adres  -  odpowiedział  i  opisał  drogę,  którą  mu  doradzono  jechać.  Przez 
następne  pół  godziny  nie  odezwał  się  ani  słowem,  wskazując  odpowiednie  zakręty  ręką,  ale 
jego milczenie było tak ciężko naładowane, że ojciec Kichote postanowił przebić ten mur. 
Jesteś zmartwiony. I Coś z Guardią? 
Co  tam  Guardia!  i  zawołał  burmistrz.  -  Umiemy  sobie  z  nimi  radzić.  Alboż  to  nie 
poradziliśmy sobie, i to wcale nieźle, w pobliżu Avili i na drodze do León? Pluję na Guardię. 
- No to co cię trapi? 
Nie lubię tego, czego nie mogę zrozumieć. 
- Co się stało? 
Te wiejskie nieuki z tym ich koszmarnym akcentem! 
- To Gallcjanle. Sancho. 
- Wiedzą, że jesteśmy obcy. Myślą, że można nam wszystko wmówić! 
- Coś usłyszał? 

background image

 

90 

- Udawali wielkie zatroskanie sprawą wina. Kłócili się między sobą o trzy winnice: w jednej 
ma być lepsze białe, czerwone w drugiej, a ich ostatnie słowa brzmiały jak ostrzeżenie 
-  podchodzili  do  tego  bardzo  poważnie.  Traktowali  mnie  jak  wariata,  bo  jestem  obcy.  Ta 
izolacja  Galicjan!  Tu  mamy  najlepsze  wino  w  Hiszpanii,  twierdzili,  jak  gdyby  nasz 
manchegan był końskimi szczynami. 
- Ale przed czym ostrzegali? 
- Jedna z winnic leży w pobliżu miejscowości zwanej Learig. Ostrzegali: „Trzymajcie się od 
niej z daleka. Są tam wszędzie Meksykanie”. To były ich ostatnie słowa. Wrzeszczeli za mną: 
„Trzymaj się z daleka od dzielnicy Meksykanówl Ich księża psują nawet wino!" 
- Meksykanie? Jesteś pewien, żeś dobrze usłyszał? 
- Nie jestem głuchy. 
- Co mogli mieć na myśli? 
- Przypuszczam, że Pancho Villa zmartwychwstał i dokonuje rzezi Galicji. 
Po półgodzinie znaleźli się w krainie winnic.  Z  prawej strony południowe stoki zieleniły się 
od  winorośli,  z  lewej  zaś  rozciągała  się  nędzna  wioska  przypominająca  porzuconego  trupa: 
wzdłuż  zbocza  skalnego  to  tu,  to  tam  rozpadająca  się  chałupa,  jak  usta  z  wyszczerbionymi 
zębami. 
-  Nie  dojedziemy  do  samej  wioski.  Jeszcze  z  pięćdziesiąt  metrów,  zostawimy  wóz  i 
pójdziemy pieszo pod górę - zdecydował burmistrz. 
- Dokąd? 
- Nazwali go señor Diego. W końcu te głupki przyznały, że jego wino jest najlepsze. 
Meksykanie jeszcze tu nie dotarli. 
- Znowu Meksykanie! Zaczyna mnie to trochę denerwować. 
I odwagi, ojcze! Nie odstraszyły cię wiatraki, czemu mieliby odstraszyć Meksykanie? To na 
pewno ta ścieżka, więc zostawmy tutaj wóz. 
Zaparkowali  Rosynanta  obok  mercedesa,  który  zajął  już  najlepsze  miejsce.  Kiedy  zaczęli 
wdrapywać się pod górę, jakiś krzepki mężczyzna w szykownym ubraniu i ekstrawaganckim 
krawacie w paski szybko zbiegał w dół. Pod nosem mamrotał coś z wyraźną złością. Ledwo 
umknęli zderzenia, kiedy zatrzymał się raptownie i zagrodził im drogę. 
- Idziecie na górę kupić wina? - warknął. 
-Tak. 
- Lepiej dajcie spokój. To wariat. 
- Kto? - zapytał burmistrz. 
- Señor Diego, rzecz jasna, któż by inny? Ma pełną piwnicę tam na  górze i nie chce dać mi 
skosztować nawet jednej szklanki, chociaż byłbym gotów wziąć ze dwanaście skrzynek. 
Powiedział, że mu się nie podoba mój krawat. 
-  Na  temat  pańskiego  krawata  może  powstać  różnica  zdań  -  powiedział  dyplomatycznie 
burmistrz. 
-  Sam  jestem  handlowcem  i  mogę  pana  zapewnić,  że  nie  jest  to  metoda  robienia  interesów. 
Teraz już za późno, żeby zdobyć wino gdzie indziej. 
- Dlaczego taki pośpiech? 
Bo  obiecałem  księdzu.  Zawsze  dotrzymuję  obietnicy.  Przyrzekłem  księdzu  kupić  wino.  To 
obietnica dana Kościołowi. 
- Co Kościół zamierza robić z dwunastoma skrzynkami wina? 
Chodzi nie tylko o obietnicę. Mogę utracić miejsce w procesji. Chyba że  ksiądz przyjmie  w 
zamian gotówkę. Czeków nie bierze. Zejdźcie mi, panowie, z drogi, bardzo proszę. Nie mogę 
tkwić tu i gadać, chciałem was tylko ostrzec. 
Nie rozumiem, o co tu idzie - odezwał się ojciec Kichote. 
- Ani Ja. 

background image

 

91 

Gdy  doszli  do  końca  ścieżki,  zobaczyli  dom  pilnie  wymagający  remontu,  a  pod  drzewem 
figowym  stół,  na  którym  leżały  resztki  Jakiegoś  posiłku.  Młody  mężczyzna  w  dżinsach 
ś

piesznie podszedł do nich mówiąc: 

- Señor Diego nikogo nie życzy sobie dzisiaj widzieć. 
- Chcielibyśmy kupić tylko trochę wina - powiedział burmistrz. 
- Obawiam się, że to niemożliwe. Nie dzisiaj. I nie ma co mówić o odpuście. Señor Diego nie 
chce mieć nic do czynienia z tą uroczystością. 
- Nie chcemy wina na odpust. Jesteśmy po prostu podróżnymi, którym skończyły się zapasy. 
- Nie jesteście Meksykanami? 
- Nie, nie, nie jesteśmy żadnymi Meksykanami - zapewnił ojciec Kichote z przekonaniem. - Z 
łaski swojej, ojcze... Tylko parę butelek. Jesteśmy w drodze do trapistów w Osera. 
- Do trapistów? Skąd wiecie, że jestem księdzem? 
- Jak ojciec będzie tak długo w stanie duchownym jak ja, natychmiast rozpozna kolegę. 
Nawet bez koloratki. 
- To monsignore Kichote z El Toboso - przedstawił burmistrz. 
- Monsignore? 
- Proszę zapomnieć o „monsignore", ojcze. Zwykły ksiądz, jak zapewne ojciec. 
Młody mężczyzna pobiegł w stronę domu wołając: 
- Señor Diego! Monsignore! Mamy u siebie prałata! 
- Czy to taka rzadkość widzieć tutaj prałata? - zapytał burmistrz. 
- Rzadkość? Ależ oczywiście! Księża w tej okolicy są wszyscy przyjaciółmi Meksykanów! 
- Czy ten człowiek, któregośmy spotkali na ścieżce, to też Meksykanin? 
- Naturalnie! Jeden z najgorszych. Dlatego señor Diego nie chciał sprzedać mu wina. 
Myślałem, że z powodu jego krawata. 
Jakiś stary pełen godności pan wyszedł na taras. Miał smutną i znużoną twarz kogoś, kto zbyt 
wiele  widział  w  zbyt  długim  życiu.  Przez  chwilę  wahał  się  pomiędzy  burmistrzem  a  ojcem 
Kichote'em, aż wreszcie wyciągając obydwie ręce do burmistrza dokonał mylnego wyboru. 
-Witam, monsignore, w moim domu. 
Nie, nie - zawołał młody ksiądz - to ten drugi! 
Señor Diego zwrócił najpierw dłonie, a potem dopiero oczy w stronę proboszcza. 
Proszę  mi  wybaczyć  I  powiedział  1  mój  wzrok  już  nie  jest  taki,  jaki  był.  Widzę  żle,  nawet 
bardzo źle. Chodziłem z tym moim wnukiem dzisiaj rano po winnicy i zawsze on dostrzegał 
zielsko, nie ja. Siadajcie, panowie, bardzo proszę, zaraz przyniosę coś do jedzenia i wino. 
- Oni jadą do Osera, do trapistów. 
-Trapiści są zacnymi ludźmi, ale myślę, że ich wino nie jest takie dobre, co zaś do likieru ich 
wyrobu... Musicie zabrać skrzynkę wina dla nich. no i oczywiście dla siebie. Nigdy dotąd nie 
gościłem jeszcze prałata pod moim figowcem. 
Proszę  posiedzieć  z  nimi.  señor  Diego  -  odezwał  się  młody  ksiądz  -  a  ja  przyniosę  szynki  i 
wina. 
-  Białego  i  czerwonego,  no  i  puchary  dla  nas  wszystkich.  Będziemy  mieli  lepszą  ucztę  niż 
Meksykanie.  -  Kiedy  wnuk  oddalił  się  tak,  że  nie  mógł  słyszeć,  dodał:  -  Gdyby  wszyscy 
tutejsi  księża  byli  tacy  jak  mój  chłopiec...  Mogę  11111  zawierzyć  nawet  winnicę.  Szkoda 
tylko,  że  wybrał  stan  duchowny.  To  z  winy  jego  matki.  Mój  syn  nigdy  by  się  na  to  nie 
zgodził. Gdyby nie umarł... Patrzyłem dzisiaj, jak José wyrywał chwasty, ale Już nie mogłem 
ich dojrzeć, więc pomyślałem sobie: „Czas na mnie i na moją winnicę. Musimy odejść". 
- Czy to jest parafia pańskiego wnuka? - zapytał ojciec Kichote. 
- O nie, nie. Mieszka o czterdzieści kilometrów stąd. Tutejsi księża wypędzili go z jego starej 
parafii.  Stanowił  dla  nich  zagrożenie.  Biedacy  kochali  go.  bo  nie  brał  od  nich  pieniędzy  na 
wypominki,  gdy  ktoś  umarł.  Wypominki,  co  za  nonsens!  Wy  mamrotać  parę  słów  i  żądać 
tysiąca peset! Więc księża napisali do biskupa i chociaż znaleźli się przyzwoici Meksykanie, 

background image

 

92 

którzy wzięli go w obronę, został wydalony. Gdybyście zatrzymali się tutaj dłużej, na pewno 
byście zrozumieli. 
Przekonalibyście  się  sami,  jak  zachłanni  są  duchowni  na  pieniądze,  które  Meksykanie 
przywieźli w te biedne okolice. 
- Meksykanie, Meksykanie! Ale kim są ci Meksykanie? 
Młody  ksiądz  wrócił  pod  figowiec  niosąc  tacę  z  talerzami  szynki,  czterema  dużymi 
glinianymi kubkami i dzbanami czerwonego i białego wina. 
-  Zacznijcie  od  białego  -  powiedział.  -  Czujcie  się  jak  u  siebie  w  domu.  Señor  Diego  i  ja 
jedliśmy,  nim  przybył  ten  Meksykanin.  Proszę  spróbować  szynki,  jest  smaczna,  własnego 
wędzenia. Takiej nie dostaniecie u trapistów. 
- Ale ci Meksykanie... Bardzo proszę wytłumaczyć, ojcze. 
- Cóż, przyjeżdżają tu i budują bogate domy, a księża są skorumpowani ich pieniędzmi. 
Myślą, że można przekupić nawet Matkę Boską. Nie mówmy o nich, są ciekawsze tematy. 
- Lecz kim są ci Meksykanie? 
-  Oczywiście,  trafiają  się  wśród  nich  przyzwoici  ludzie.  Nie  przeczę.  Nawet  sporo 
przyzwoitych,  a  jednak...  Po  prostu  nie  rozumiem.  Mają  za  dużo  pieniędzy  i  za  długo  byli 
poza krajem. 
- Za długo poza Meksykiem? 
- Za długo poza Galicją. Monsignore nie bierze szynki? Proszę bardzo... 
-Jestem  szczęśliwy  -  powiedział  gospodarz  -  że  mogę  pod  tym  figowcem  powitać  prałata... 
Monsignore...? 
- Kichote - podpowiedział burmistrz. 
- Kichote? Czy to nie... 
- Niegodny potomek - przerwał proboszcz. 
- A wasz przyjaciel, monsignore? 
-Co  do  mnie  -  poinformował  burmistrz  -  to  nie  mogę  pretendować  do  tego,  że  jestem 
prawdziwym  potomkiem  Sancho  Pansy.  On  i  ja  mamy  to  samo  nazwisko,  nic  więcej,  ale 
zapewniam  pana,  że  monsignore  i  ja  mieliśmy  parę  ciekawych  przygód.  Nawet  jeżeli  nie 
zasługują na porównanie... 
-To bardzo dobre Avino - przerwał señor Diego - ale. José, Idź przynieś tego z drugiej baryłki 
po  lewej...  wiesz,  z  której...  tylko  najlepsze  godne  jest  monsignore  Kichote’a  i  jego 
przyjaciela  Sancha.  I  tylko  najlepszym  ze  wszystkich  wypijemy  za  wieczne  potępienie 
tutejszych księży. - Kiedy José się oddalił, gospodarz dodał z odcieniem smutku: - Nigdy nie 
spodziewałem  się,  że  mój  wnuk  zostanie  księdzem.  1  Ojciec  Kichote  dostrzegł  łzy  w  jego 
oczach.  -  O,  ja  nie  pomniejszam  znaczenia  kapłaństwa,  monsignore,  jak  bym  śmiał!  Mamy 
dobrego papieża, ale cóż za cierpienia musi znosić codziennie przy odprawianiu mszy nawet 
on, jeżeli dają mu tak kiepskie wino jak to, które kupuje stary proboszcz Joségo! 
-  Łyka  się  zaledwie  kroplę  -  wyjaśnił  ojciec  Kichote  -  trudno  nawet  poczuć  smak.  Nie  jest 
gorsze od wina przystrojonego wymyślną etykietą, jakie podają w restauracjach. 
-  Słuszna  uwaga,  monsignore.  Co  tydzień  rozmaite  łajdaki  zjawiają  się  tutaj  po  moje  wino, 
ż

eby  potem  zmieszać  je  z  innym;  nazywają  je  „Rioja"  i  obstawiają  reklamami  wszystkie 

szosy w Hiszpanii, okłamując w ten sposób nieszczęsnych cudzoziemców, co nie odróżniają 
dobrego wina od złego. 
- Jak pan odróżnia łajdaków od uczciwych ludzi? 
-Po ilości, którą chcą kupić, i jeszcze po tym, że często nawet nie proszą o szklankę wina do 
spróbowania.  -  Po  czym  dodał:  -  Gdyby  tylko  José  był  się  ożenił  i  miał  syna!  Zacząłem  go 
uczyć  winnicy,  kiedy  miał  sześć  lat,  i  teraz  wie  prawie  tyle,  co  ja,  w  dodatku  wzrok  ma  o 
wiele lepszy ode mnie. Niebawem zacząłby uczyć swego syna. 
- Nie mógłby pan znaleźć dobrego zarządcy, señor Diego? - zapytał burmistrz. 

background image

 

93 

To  niemądre  pytanie,  señor  Sancho,  czegoś  takiego  można  się  spodziewać  tylko  po 
komuniście. 
- Ja Jestem komunistą. 
-  Przepraszam,  nie  mówię  nic  złego  na  komunistów,  gdy  są  na  swoim  miejscu,  ale  ich 
miejscem nie jest winnica. Wy, komuniści. moglibyście ustanowić zarządców we wszystkich 
hiszpańskich fabrykach cementu, gdybyście mieli ochotę. 
Moglibyście mieć dyrektorów w cegielniach i fabrykach zbrojeniowych czy  w  gazowniach i 
elektrowniach, ale nie wolno ich dopuszczać do prowadzenia winnic. 
- Dlaczego, señor Diego? 
- Bo wino jest żywe jak kwiat czy ptak. To nie jest coś zrobionego przez człowieka, człowiek 
może  mu  tylko  pomóc  żyć.  Albo  umrzeć  -  dodał  z  tak  wielką  melancholią  że  jego  twarz 
straciła  wszelki  wyraz.  Zamknął  swoją  twarz,  jak  człowiek  zamyka  książkę,  której  nie  ma 
ochoty czytać. 
-  To  jest  najlepsze  wino  ze  wszystkich  -  odezwał  się  ojciec  José,  który  zbliżył  się 
bezszelestnie i zaczął nalewać do kubków z dużego dzbana. 
- Jesteś pewien, że utoczyłeś z właściwej beczułki? - zapytał señor Diego. 
- Oczywiście, z drugiej po lewej. 
- No to możemy wypić za wieczne potępienie tutejszych księży. 
- Mam naprawdę ogromne pragnienie, pozwoli pan, że wypiję łyczek tego znakomitego wina, 
zanim wzniesiemy toast? 
- Naturalnie, monsignore. I najpierw wznieśmy inny toast: za Ojca Świętego. 
- Za Ojca Świętego i jego intencje - powiedział ojciec Kichote wprowadzając lekką korektę. - 
To rzeczywiście wspaniałe wino, señor Diego. Muszę przyznać, że spółdzielnia w El Toboso 
nie potrafi takiego wyprodukować, chociaż to nasze jest także uczciwym winem. 
Ale pańskie jest więcej niż uczciwe, jest piękne. 
- Zauważyłem - stwierdził señor Diego - że przyjaciel księdza nie spełnił razem z nami toastu. 
Przecież nawet komunista może wypić za intencje Ojca Świętego. 
-  Czy  wypilibyście  za  intencje  Stalina?  -  zapytał  burmistrz.  -  Nikt  nie  może  znać  intencji 
człowieka,  a  więc  nie  może  za  nie  pić.  Czy  pan  sądzi,  że  protoplasta  ojca  Kichote’a 
rzeczywiście  reprezentował  rycerstwo  Hiszpanii?  Taka  może  i  była  jego  intencja,  ale  my 
wszyscy robimy okrutne parodie z naszych intencji. 
W  głosie  jego  zabrzmiała  nutka  smutku  i  żalu,  która  zaskoczyła  proboszcza.  Zdążył  się 
przyzwyczaić do agresywności przyjaciela, będącej, być może, pewną formą samoobrony, ale 
ż

al  był  niewątpliwie  pewną  formą  rozpaczy,  porażki,  może  nawet  przemiany?  Pomyślał  po 

raz pierwszy: „Dokąd też ta nasza wspólna podróż zaprowadzi?” 
Señor Diego odezwał się do wnuka: 
- Powiedz im, kim są ci Meksykanie. Przypuszczałem, że cała Hiszpania już wie. 
- Nie słyszeliśmy o nich w El Toboso. 
- Meksykanie - wyjaśnił ojciec José - przybyli z Meksyku, ale wszyscy urodzili się tutaj. 
Opuścili Galicję, żeby uciec od ubóstwa, i to im się udało. Pragnęli pieniędzy i zdobyli je, no i 
wrócili, żeby je wydawać. Dają pieniądze księżom i są przekonani, że dają je Kościołowi. 
Księża zrobili się zachłanni i żądają coraz więcej, żerują na biedakach i żerują na zabobonach 
bogaczy.  Są  gorsi  od  Meksykanów.  Może  niektórzy  Meksykanie  szczerze  wierzą,  że  mogą 
sobie  kupić  drogę  do  nieba?  Ale  czyja  to  wina?  Ich  księża  wiedzą  lepiej  i  handlują  Matką 
Boską.  Gdybyście  widzieli  odpust,  który  organizują  dzisiaj  w  pobliskim  mieście!  Księża 
wystawiają Matkę Boską na licytację. Czterej Meksykanie, którzy najwięcej zapłacą, będą Ją 
nieśli na procesji. 
Nie do wiary! - zawołał ojciec Kichote. 
Możecie sami zobaczyć, monsignore. 
Ojciec Kichote odstawił kubek. 

background image

 

94 

Musimy ruszać, Sancho. 
- Procesja jeszcze się nie zaczęła. Dokończcie najpierw wino - zachęcał señor Diego. 
Prrykro mi. señor Diego, ale straciłem smak nawet do pana najlepszego wina. Przypomniał mi 
pan o moim obowiązku: „Możecie sami zobaczyć”. 
- Co na to poradzić, monsignore? Nawet biskup ich popiera. 
Ojcu  Kichote’owi  przypomniało  się  zdanie,  którego  użył  przeciwko  własnemu  biskupowi,  i 
ledwo  oparł  się  pokusie  powtórzenia  go;  dalej  korciły  go  słowa  wypowiedziane  przez  jego 
przodka: „Pod moim płaszczem pokazują figę królowi”. 
- Dziękuję za szczodrą gościnność, señor Diego - powiedział 
- ale muszę iść. Sancho, pójdziesz ze mną? 
-  Chętnie  napiłbym  się  jeszcze  znakomitego  wina  señora  Diego,  ojcze,  ale  nie  mogę  puścić 
cię samego. 
-  Chyba  lepiej  będzie,  jeżeli  tym  razem  pojadę  sam  Rosynantem.  Wrócę  po  ciebie.  Tutaj 
wchodzi w grę honor Kościoła, więc nie widzę powodu, byś ty... 
-  Ojcze,  wystarczająco  długo  włóczyliśmy  się  po  różnych  drogach  razem,  żeby  się  teraz 
rozłączać. 
-  José,  wstaw  dwie  skrzynki  najlepszego  wina  do  ich  samochodu  -  zarządził  señor  Diego.  - 
Zawsze  będę  pamiętał,  że  pod  tym  figowcem  miałem  możność  przez  krótką  chwilę  gościć 
potomka wielkiego Dona. 
Poznali,  że  zbliżają  się  do  miasta,  kiedy  zaczęli  mijać  na  swej  drodze  tłumy  wieśniaków 
ś

pieszących  na  odpust.  Miasto  okazało  się  bardzo  małe,  właściwie  była  to  większa  wieś, 

kościół  na  wzgórzu  widać  było  już  z  daleka.  Przejechali  obok  banku  hiszpańsko  - 
amerykańskiego, zamkniętego jak wszystkie sklepy. 
- Duży bank jak na taką dziurę - orzekł burmistrz. Nieco dalej zobaczyli przy szosie jeszcze 
pięć innych. - Dla meksykańskich pieniędzy - stwierdził. 
- Bywają chwile - powiedział ksiądz ! kiedy miałbym ochotę mówić do ciebie compañero, ale 
jeszcze nie teraz, nie teraz. 
-Co proponujesz robić, ojcze? 
-Nie wiem. Boję się, Sancho. 
-Czego? Ich? 
- Nie, nie, boję się samego siebie. 
- Dlaczego się zatrzymujesz? 
Podaj  mi  pechera.  Leży  za  tobą,  pod  oknem.  I  koloratkę.  Wysiadł  z  wozu,  na  ulicy 
natychmiast  zebrała  się  grupka  gapiów,  żeby  popatrzeć,  jak  się  ubiera.  Czuł  się  jak  aktor, 
którego przyjaciele obserwują w garderobie. 
- Idziemy w bój, Sancho. Potrzebna mi moja zbroja. Nawet jeżeli to jest bez sensu, jak hełm 
Mambrina.  -  Usiadł  z  powrotem  za  kierownicą  i  powiedział:  i  Teraz  czuję  się  lepiej 
przygotowany. 
Przed  kościołem  tłoczyła  się  jakaś  setka  ludzi,  w  większości  biedaków,  którzy  skromnie 
rozstąpili  się,  żeby  ojciec  Kichote  i  burmistrz  mogli  zająć  lepsze  miejsca  przy  wejściu,  tam 
gdzie  stała  już  grupka  dostatnio  ubranych  kobiet  i  mężczyzn,  zapewne  rodziny  kupców  czy 
urzędników bankowych. W przejściu ojciec Kichote zapytał jednego z tych biedniejszych: 
- Co tu się dzieje? 
- Licytacja skończona, monsignore. Teraz wyniosą Matkę Boską z kościoła. 
Lepiej poszło niż w zeszłym roku - dodał drugi. - Trzeba było widzieć tę furę pieniędzy, którą 
zapłacili! 
- Zaczęli licytację od tysiąca peset. 
- Ten, co wygrał, dał czterdzieści tysięcy, i Nie, nie, tylko trzydzieści. 
- To była druga najwyższa stawka. Kto by pomyślał, że mamy tyle forsy w Galicji? 
- A ten, który wygrał? Co wygrał? - zapytał ojciec Kichote. 

background image

 

95 

Ktoś z tłumu roześmiał się i splunął na ziemię. 
- Za odpuszczenie grzechów to nieduża cena. 
- Niech go monsignore nie słucha. On się wyśmiewa ze wszystkich świętości. 
Zwycięzca, i słusznie, otrzymuje najlepsze miejsce wśród niosących Matkę Boską. Jest duża 
rywalizacja. 
- Które miejsce ma być najlepsze? 
- Z przodu, po prawej stronie. 
-  W  zeszłym  roku  -  prawił  prześmiewca  -  niosło  wszystkiego  czterech.  W  tym  roku  ksiądz 
powiększył podstawę, tak że będzie ich sześciu. 
- Ostatni dwaj zapłacili tylko po piętnaście tysięcy. 
- Mieli mniej grzechów do wykupienia. Zobaczycie, w przyszłym roku poniesie ośmiu. 
Ojciec  Kichote  przesunął  się  bliżej  drzwi  kościoła.  Ktoś  go  szarpnął  za  rękaw  i  wyciągnął 
dłoń z dwiema pięćdziesięciopesetowymi monetami. 
- Czy monsignore nie zamieniłby ich na stupesetowy banknot? - zapytał. 
- Dlaczego? 
- Chcę go dać Matce Boskiej. 
W kościele rozlegał się hymn, ojciec Kichote wyczuwał w tłumie napięcie i wyczekiwanie. 
- Czy Matka Boska nie przyjmuje bilonu? - zapytał. 
Ponad  tłumem  dostrzegł  głowę  w  koronie  kołyszącą  się  tam  i  z  powrotem,  więc  przeżegnał 
się razem z innymi. Monety wyślizgnęły się z dłoni sąsiada, drapał palcami po ziemi, żeby je 
podnieść.  Ponad  głowami  ludzi  ojciec  Kichote  zdołał  zauważyć  jednego  z  niosących  posąg. 
Był  nim  mężczyzna  w  pasiastym  krawacie.  Tłum  cofnął  się,  żeby  ich  przepuścić,  i  wtedy 
przez chwilę cały posąg znalazł się w polu widzenia. 
Ojciec  Kichote  patrzył  i  nie  wierzył  swoim  oczom:  banalna  figura  z  gipsową  twarzą  i 
niebieskimi  oczami  bez  wyrazu  nie  raniła  jego  uczuć,  ale  posąg  wyglądał,  jak  gdyby  był 
odziany  całkowicie  w  papier.  Jakiś  mężczyzna  odepchnął  go  na  bok  i  powiewając 
stupesetowym  banknotem  dotarł  do  figury.  Niosący  ją  przystanęli,  żeby  mógł  przypiąć 
banknot  do  szat.  których  nie  było  widać  spod  papierowych  pieniędzy,  banknotów  po  sto  i 
tysiąc  peset;  jeden  był  pięćsetfrankowy,  a  na  samym  sercu  -  studolarowy.  Od  posągu  dzielił 
go  tylko  ksiądz  i  dym  z  jego  kadzielnicy.  Ojciec  Kichote  spojrzał  do  góry  na  ukoronowaną 
głowę  i  na  szkliste  oczy.  podobne  do  oczu  kobiety  zmarłej  i  opuszczonej  -  nikt  się  nie 
zatroszczył nawet o to, by jej zamknąć powieki. Pomyślał: „Czy po to patrzyła na Syna, jak 
umierał w męce? Żeby zbierać pieniądze? Żeby kapłan się bogacił?” 
Burmistrz - zupełnie zapomniał, że stoi za nim - odezwał się: 
- Chodźmy stąd, ojcze. 
- Nie, Sancho. 
- Nie rób żadnych głupstw! 
-  To  słowa  tamtego  drugiego  Sancho,  a  ja  ci  odpowiem  tak,  jak  odpowiedział  mój  przodek, 
kiedy  zobaczył  olbrzymów,  a  ty  mu  wmawiałeś,  że  to  wiatraki.  Jeżeli  się  boisz,  to  odejdź  i 
klep swoje pacierze. 
Postąpił dwa kroki do przodu i stanął twarzą w twarz z księdzem, który machał kadzielnicą w 
tył i w przód. 
- To bluźnierstwo - powiedział. 
-  Bluźnierstwo?  -  powtórzył  pytająco  ksiądz.  Wtem  zauważył  koloratkę  i  fioletową  pechera, 
więc dodał: - Monsignore. 
- Tak. Bluźnierstwo. Jeżeli ksiądz wie, co to słowo znaczy. 
-  Co  monsignore  ma  na  myśli?  To  dzień  naszego  święta.  Święta  naszego  kościoła.  Mamy 
błogosławieństwo biskupa... 
- Którego biskupa? Żaden biskup by nie pozwolił... 

background image

 

96 

Ten  człowiek  jest  oszustem!  -  przerwał  właściciel  ekstrawaganckiego  krawata.  -  Widziałem 
go  już  dzisiaj,  wcześniej.  Wtedy  nie  miał  ani  pechera,  sini  koloratki,  kupował  wino  u  tego 
bezbożnika señora Diego. 
-Już zgłosiłeś swój protest, ojcze, chodźmy stąd - nalegał burmistrz. 
Wezwijcie Guardię! - wrzasnął Meksykanin do tłumu. 
-  Wy...  wy...    zaczął  ojciec  Kichote.  ale  ze  złości  zabrakło  mu  właściwego  słowa.  -  Proszę 
odstawić Matkę Boską! Jak ksiądz śmie - zwrócił się do kapłana - ubierać Ją w ten sposób, w 
pieniądze! Lepiej byłoby nieść Ją przez ulicę nagą! 
-  Sprowadźcie  Guardię!  -  powtórzył  Meksykanin,  ale  sytuacja  wzbudziła  zbyt  wielką 
ciekawość w tłumie, żeby ktokolwiek ruszył się z miejsca. 
- Zapytajcie go, dokąd te pieniądze idą! - zawołał głośno prześmiewca. 
- Na litość boską, ojcze, chodźmy stąd! 
- Kontynuujcie procesję - zakomenderował ksiądz. 
- Po moim trupie! - krzyknął ojciec Kicho te. 
- Kim jesteście? Jakie macie prawo przerywać naszą uroczystość? Jak się nazywacie? 
Ojciec Kichote zawahał się. Nie znosił używania tytułu, gdyż czuł, że tak naprawdę to nań nie 
zasłużył. Ale miłość do kobiety, której obraz kołysał się nad nim, zwyciężyła opory. 
-Jestem prałatem Kichote’em z El Toboso - oznajmił stanowczo. 
- To kłamstwo - zaoponował Meksykanin. 
- Kłamstwo czy nie, w tej diecezji nie macie władzy. 
- Mam władzę jak każdy katolik w zwalczaniu bluźnierstwa. 
- Zapytajcie go, co się dzieje z pieniędzmi! - Głos, który brzmiał w jego uszach szczególnie 
arogancko,  znowu  odezwał  się  z  tłumu.  Niestety,  nie  zawsze  można  wybierać  sobie 
sprzymierzeńców. 
Ojciec Kichote postąpił krok do przodu. 
- Słusznie. Uderzyć go. Jest tylko księdzem. Teraz mamy republikę. 
- Wezwijcie Guardię! Ten człowiek jest komunistą - wykrzykiwał Meksykanin. 
Ksiądz starał się machać kadzielnicą pomiędzy posągiem a prałatem, jak gdyby w nadziei, że 
dym może go powstrzyma, i kadzielnica uderzyła ojca Kichote’a w skroń. 
- Ojcze, najwyższy czas odejść - ponaglał burmistrz. 
Ojciec  Kichote  odepchnął  księdza.  Ściągnął  z  posągu  studolarowy  banknot  drąc  suknie  i 
pieniądze.  Zobaczył  przypięte  z  drugiej  strony  pięćset  franków,  które  łatwo  dało  się  zdjąć, 
więc  je  zrzucił.  Parę  stupesetowych  papierków  podarło  się  na  strzępy,  kiedy  je  chwytał. 
Zwinął je w kulkę i cisnął w stronę tłumu. Chłopek-prześmiewca wydał okrzyk na jego cześć, 
trzy  czy  cztery  głosy  dołączyły  się  do  niego.  Meksykanin  obniżył  drążek,  który  trzymał,  i 
podstawa  posągu  pochyliła  się  na  bok,  tak  że  korona  Matki  Boskiej  zsunęła  się  jakby  po 
pijanemu na lewe oko.  Drugi z niosących nie wytrzymał ciężaru i  wypuścił drążek, a  wtedy 
figura Matki Boskiej runęła na ziemię i rozbiła się. Wyglądało to na zakończenie jakiejś orgii. 
Szyderca  poprowadził  do  przodu  grupkę  ludzi,  żeby  uratować  choć  trochę  banknotów,  i 
zaczęła się bezładna szamotanina z niosącymi. 
Burmistrz  chwycił  przyjaciela  za  ramiona  i  wypchnął  z  tłumu.  Zauważył  to  jedynie 
Meksykanin z krawatem i wrzasnął przekrzykując hałas bijatyki: 
- Złodziej I Bluźnierca! Oszust! - Nabrał głęboko powietrza i dorzucił: - Komunista! 
- Na dzisiaj starczy tej rozróby - stwierdził burmistrz. 
-  Dokąd  mnie  prowadzisz?  Wybacz,  mam  w  głowie  zamęt...  -  Ojciec  Kichote  dotknął  ręką 
skroni i zobaczył na palcach krew. 
- Ktoś mnie uderzył? 
- Nie można wszczynać rewolucji bez przelewu krwi. 
- Ale ja wcale nie chciałem... - W swym zmieszaniu pozwolił burmistrzowi zaprowadzić się 
na miejsce zaparkowania Rosynanta. - Czuję się trochę oszołomiony, nie wiem, dlaczego. 

background image

 

97 

Burmistrz obejrzał się za siebie. Zobaczył, że Meksykanin oderwał się od bójki i coś klaruje 
księdzu, wymachując rękami. 
- Wsiadaj szybko - powiedział. - Trzeba wiać. 
Nie z tej strony. Muszę przecież prowadzić Rosynanta. 
Nie możesz prowadzić. Miałeś wypadek. 
- Ale on nie lubi obcej ręki! 
Moje ręce nie są już dla niego obce. Czyż nie prowadziłem przez całą drogę, kiedy wracałem, 
ż

eby cię ratować? 

- Tylko proszę, nie przemęczaj go. Jest stary, i Jest dostatecznie młody, żeby jechać setką. 
Ojciec Kichote ustąpił bez dalszych protestów. Odchylił się na siedzeniu. Jak tylko pozwalał 
na to Rosynant. Gniew go wyczerpywał. a jeszcze bardziej myśli, które go potem opadały. 
- O. Boże! - Co powie biskup, jak usłyszy? 
- Usłyszy na pewno, ale mnie bardziej martwi, co powie Guardia, no i co zrobi? 
Wskazówka na szybkościomierzu zbliżała się do setki. 
-  Sprowokowanie  bijatyki.  Jest  to  największy  grzech,  jaki  dotychczas  popełniłeś.  Musimy 
znaleźć azyl - dodał burmistrz. - Ja bym wolał Portugalię, ale lepszy klasztor w Osera niż nic. 
Jechali w milczeniu przeszło pół godziny, zanim burmistrz znów się odezwał. 
- Spisz? 
- Nie. 
- To do ciebie niepodobne, milczeć. 
-  Cierpię  z  powodu  pewnego  niezaprzeczalnego  aspektu  prawa  natury.  Bardzo  pragnę  sobie 
ulżyć. 
-  Nie  możesz  wytrzymać  jeszcze  z  pół  godziny?  W  tym  czasie  zdążymy  dojechać  do 
klasztoru. 
- Obawiam się, że nie. 
Przejeżdżali obok pola, burmistrz niechętnie zatrzymał Rosynanta przy czymś, co wyglądało 
na  starożytny  celtycki  krzyż.  Kiedy  ojciec  Kichote  opróżniał  pęcherz,  Sancho  przeczytał 
zatarty nieco napis. 
-Teraz jest mi lepiej. Czuję, że odzyskałem mowę - oznajmił po powrocie ojciec Kichote. 
- To bardzo dziwne - stwierdził burmistrz. - Zauważyłeś ten krzyż na polu? 
-Tak. 
-  Nie  jest  taki  stary,  na  jaki  wygląda.  Rok  1928.  Ustawiony  daleko  od  czegokolwiek  dla 
uczczenia pamięci inspektora szkolnego. Dlaczego tu? Dlaczego inspektora szkolnego? 
- Może został zabity w tym miejscu? Albo miał wypadek motocyklowy? 
- A może Guardia? - powiedział burmistrz i spojrzał w lusterko, ale droga za nimi była pusta. 
 

background image

 

98 

 

Jak monsignore Kichote doł

ą

czył do swego przodka. 

 
Wielki  szary  gmach  klasztoru  w  Osera  położony  jest  prawie  na  odludziu,  wtulony  we 
wzgórza  Galicji.  Mały  sklepik  i  bar  przy  samym  wejściu  na  klasztorny  teren  -  oto  cala 
mieścina  Osera.  Szesnastowieczna  rzeźbiona  fasada  budynku  kryje  dwunasto-  wieczne 
wnętrze  z  imponującymi  schodami  szerokości  blisko  dwudziestu  metrów,  po  których  cały 
pluton mógłby wejść ramię przy ramieniu; schody wiodą do długich korytarzy z gościnnymi 
pokojami wychodzącymi na dziedziniec i krużganki. Jedynym chyba dźwiękiem w ciągu dnia 
jest  stukot  brygady  robotników,  walczących  ze  zniszczeniami  dokonanymi  przez  siedem 
wieków. Od czasu do czasu szybko przesuwa się biało odziana postać, spiesząc widocznie z 
jakimś  poważnym  zleceniem,  a  w  ciemnych  zakątkach  straszą  drewniane  figury  papieży  i 
rycerzy, należących do założycieli klasztoru. Kiedy zapada zmrok, nabierają pozorów życia - 
jak przykre wspomnienie. Gość odnosi wrażenie, że się znalazł na zagubionej wyspie dopiero 
co  skolonizowanej  przez  małą  grupkę  awanturników,  którzy  pragną  się  zadomowić  na 
gruzach minionej cywilizacji. 
Drzwi  kościoła  wychodzące  na  mały  placyk  przed  klasztorem  są  zamknięte  z  wyjątkiem 
godzin  zwiedzania  oraz  niedzielnych  mszy,  ale  mnisi  mają  swoje  prywatne  schody 
prowadzące z korytarza wzdłuż pokoi gościnnych wprost do wielkiej nawy, obszernej Jak w 
niejednej katedrze. Tylko w czasie przeznaczonym na zwiedzanie lub kiedy są goście, słychać 
pośród  starych  kamieni  ludzkie  glosy,  jak  gdyby  statek  wycieczkowy  wysadzi!  na  brzeg 
grupkę turystów. 
Ojciec  Leopoldo  wiedział  aż  nadto  dobrze,  że  przygotował  dla  gości  bardzo  niesmaczny 
obiad.  Nie  mial  złudzeń  co  do  swoich  talentów  kulinarnych,  ale  jego  bracia-trapiści  byli 
przyzwyczajeni  do  jeszcze  gorszej  kuchni  i  znosili  to  bez  szemrania,  gdyż  każdy  z  nich  po 
kolei  musiał  się  wykazywać  tym,  co  umiał  najlepiej  czy  najgorzej.  Jednak  większość  gości 
była  niewątpliwie  przyzwyczajona  do  lepszego  jedzenia,  toteż  ojciec  Leopoldo  z  ogromną 
przykrością myślał o podanym obiedzie, tym bardziej iż żywił szczery szacunek dla jedynego 
w  tym  momencie  gościa,  którym  był  profesor  hispanistyki  z  uniwersytetu  Nótre  Dame  w 
Stanach  Zjednoczonych.  Profesor  Pilbeam  nalał  sobie  jedną  czy  dwie  łyżki  zupy,  o  czym 
ś

wiadczyła pozostała zawartość wazy, ryby natomiast prawie nie tknął. Braciszek pomagający 

ojcu Leopoldo w kuchni ostentacyjnie uniósł brwi, kiedy przyniesiono nakrycie profesora do 
zmywania, i mrugnął do ojca Leopoldo. W przypadku ślubów milczenia mrugnięcie może być 
tak  samo  wymowne  jak  słowo,  a  przecież  nikt  tutaj  nie  ślubował,  że  się  powstrzyma  od 
porozumiewania innymi środkami niż głos. 
Ojciec Leopoldo odetchnął z ulgą, kiedy wreszcie mógł opuścić kuchnię i pójść do biblioteki. 
Miał  nadzieję,  że  zastanie  tam  profesora  i  będzie  mógł  wyrazić  słowami,  jak  bardzo  mu 
przykro z powodu nieudanego posiłku. Rozmowa z gośćmi nie podlegała zakazowi, toteż był 
pewien,  że  wytłumaczy  się  wobec  profesora  Pilbeama  ze  swego  roztargnienia  w  związku  z 
solą. Jak mu się to często zdarzało, rozmyślał o Kartezjuszu. 
Obecność  profesora  Pilbeama  -  a  była  to  jego  druga  wizyta  w  Osera  -  przeniosła  ojca 
Leopoldo  ze  spokojnej  rutyny  do  bardziej  skomplikowanego  świata,  mianowicie  do  świata 
intelektualnych spekulacji. Profesor Pilbeam był  chyba największym autorytetem w zakresie 
ż

ycia i prac Ignacego Loyoli, a każda intelektualna rozmowa, nawet na temat tak niemiły dla 

ojca  Leopoldo  jak  święty  jezuicki,  była  niczym  pokarm  podany  konającemu  z  głodu.  Kryło 
się w tym pewne niebezpieczeństwo. Jakże często gośćmi klasztoru bywali ogromnie pobożni 
młodzieńcy, wyobrażający sobie, iż ich powołaniem jest życie trapistów, i zawsze wzbudzali 
w  nim  irytację  swoją  ignorancją  i  przesadnym  szacunkiem  dla  tego,  co  w  ich  pojęciu  było 

background image

 

99 

wielkim  poświęceniem.  Pragnęli  złożyć  ofiarę  ze  swego  życia  w  sposób  romantyczny.  A 
przecież on przybył tu tylko po to, żeby znaleźć niepewny spokój... 
W  bibliotece  nie  zastał  profesora,  więc  usiadł  i  zaczął  znowu  rozmyślać  o  Kartezjuszu.  To 
właśnie  Kartezjusz  wyprowadził  go  ze  sceptycyzmu  i  przywiódł  do  Kościoła,  prawie  w  taki 
sam sposób, w jaki przywiódł do niego królową Szwecji. Kartezjusz na pewno nie wsypałby 
za  dużo  soli  do  zupy  i  nie  przypaliłby  ryby.  Był  człowiekiem  praktycznym,  pracował  nad 
okularami,  żeby  ratować  ludzi  od  ślepoty,  a  także  nad  fotelami  na  kółkach  dla  kalek.  Kiedy 
ojciec Leopoldo był młody, do głowy mu nie przychodziła myśl o powołaniu duchowym. 
Przywiązał  się  do  Kartezjusza  nie  zastanawiając  się,  dokąd  on  go  zaprowadzi.  W 
poszukiwaniu  absolutnej  prawdy  chciał  pytać  o  wszystko  na  sposób  Kartezjusza, 
zaakceptował to, co mu się zdawało najbliższe tej prawdy. Ale właśnie wtedy zrobił większy 
skok niż Kartezjusz, skok do milczącego świata w O sera. Nie czuł się nieszczęśliwy - chyba 
ż

e  pomyślał  o  zupie  czy  rybie  -  a  jednak  cieszył  się  okazją  porozmawiania  z  inteligentnym 

człowiekiem, nawet Jeśli rozmowa miała dotyczyć świętego Ignacego, a nie Kartezjusza. 
Po chwili, kiedy profesora Pilbeama nadal nie było widać, poszedł „gościnnym" 
korytarzem,  potem  schodami  na  dół  do  wielkiego  kościoła,  który  powinien  był  świecić 
pustkami  o  tej  porze,  kiedy  zewnętrzne  drzwi  miał  zamknięte.  Mało  kto  poza  godzinami 
przeznaczonymi  dla  turystów  odwiedzał  kościół  nawet  w  niedzielę,  toteż  dla  ojca  Leopoldo 
stanowił  on  osobisty  dom  rodzinny,  prawie  wolny  od  intruzów.  Tu  mógł  odmawiać  swoją 
indywidualną  modlitwę,  tutaj  właśnie  często  modlił  się  za  Kartezjusza,  a  nawet  niekiedy  do 
Kartezjusza.  Kościół  był  słabo  oświetlony,  toteż  gdy  wszedł  drzwiami  z  klasztoru,  w 
pierwszej  chwili  nie  poznał  postaci  stojącej  i  przypatrującej  się  dość  groteskowemu 
malowidłu,  przedstawiającemu  nagiego  mężczyznę  wepchniętego  w  krzak  cierniowy.  Wtem 
postać przemówiła amerykańskim akcentem: był to profesor Pilbeam. 
-  Wiem,  że  ojciec  nie  przepada  za  świętym  Ignacym  -  powiedział  -  ale  był  on  przynajmniej 
dobrym  żołnierzem,  a  dobry  żołnierz  znalazłby  pożyteczniejszy  sposób  cierpienia,  niż 
wciśnięcie się w kupę cierni. 
Ojca Leopoldo opuściła myśl o modlitwie, w każdym razie rzadka okazja mówienia stanowiła 
większą pokusę. Toteż odezwał się: 
- Nie jestem pewien, czy świętego Ignacego tak bardzo obchodziły rzeczy pożyteczne. 
Ż

ołnierz potrafi być ogromnie romantyczny. Przypuszczam, że z tego właśnie względu jest on 

bohaterem  narodowym.  Wszyscy  Hiszpanie  są  romantyczni,  tak  że  niekiedy  bierzemy 
wiatraki za olbrzymów. 
- Wiatraki? 
- Pan zapewne wie, że jeden z naszych wielkich współczesnych filozofów porównał świętego 
Ignacego do Don Kichote’a. Mieli wiele wspólnych cech. 
- Nie czytałem Cervantesa od szczenięcych lat. Na mój gust jest tam za dużo fantazji. 
Nie  mam  zbyt  wiele  czasu  na  fikcję  literacką.  Lubię  fakty.  Gdybym  mógł  wygrzebać  jeden 
nieznany dokument dotyczący świętego Ignacego, umarłbym pełen szczęścia. 
- Fakt i fikcja... nie zawsze łatwo je rozróżnić. Ponieważ jest pan katolikiem... 
- Obawiam się, że raczej z nazwy, ojcze. Nie zadbałem o to, by zmienić etykietkę, z którą się 
narodziłem. No i oczywiście, to, że jestem katolikiem, pomaga w moich badaniach, otwiera 
,drzwi.  Ale  ojciec  jest  przecież  uczniem  Kartezjusza!  Mogę  sobie  wyobrazić,  że  to  niezbyt 
łatwo otwiera drzwi... Co ojca przywiodło tutaj? 
- Chyba właśnie Kartezjusz doprowadził mnie do punktu, do którego doprowadził siebie: do 
wiary. Fakt czy fikcja, w końcu nie sposób rozróżnić, musi się po prostu dokonać wyboru. 
- Ale żeby zostać trapistą? 
Pan zapewne wie, profesorze, że jeśli ktoś już musi skoczyć do wody, to o wiele bezpieczniej 
jest skakać do głębokiej. 
- I ojciec nie żałuje... 

background image

 

100 

-  Profesorze,  zawsze  mamy  mnóstwo  rzeczy  do  żałowania.  Żałowanie  stanowi  część  życia. 
Nie  można  od  tego  uciec  nawet  będąc  w  dwunastowiecznym  klasztorze.  Czy  potrafi  pan  od 
tego uciec w uniwersytecie Nótre Dame? 
a Nie, ale już dawno doszedłem do wniosku, że nie jestem skoczkiem. 
Uwaga była nie w porę. gdyż w tej właśnie chwili podskoczył, kiedy najpierw jeden wybuch, 
a po paru sekundach dwa następne rozległy się na zewnątrz, a w ślad za nimi potężny łoskot. 
Opona trzasnęła! i zawołał profesor Pilbeam. - Obawiam się, że to wypadek motocyklowy. 
-  To  nie  była  opona  -  odparł  ojciec  Leopoldo.  -  To  strzały.  -  Pobiegł  ku  schodom  wołając 
przez  ramię:  -  Drzwi  kościoła  są  zamknięte,  proszę  za  mną!  -  Pomknął  korytarzem  tak 
szybko, jak mu na to pozwalał habit, i dotarł bez tchu do górnego podestu wielkich paradnych 
schodów.  Profesor  pędził  tuż  za  nim.  -  Proszę  iść  do  ojca  Enrique,  niech  otworzy  drzwi 
kościoła. Jeżeli ktoś jest ranny, nie możemy go ciągnąć po tych schodach. 
Ojciec  Francisco,  który  prowadził  mały  sklepik  przy  wejściu,  porzucił  swoje  pocztówki, 
różańce  i  buteleczki  likieru.  Wydawał  się  przerażony  i  gorliwie  machał  ręką  w  kierunku 
drzwi, nie łamiąc ślubu milczenia. 
O  mur  kościoła  rąbnął  mały  seat.  Dwaj  gwardziści  wyszli  z  dżipa  trzymając  wycelowane 
pistolety. Mężczyzna z zakrwawioną twarzą mocował się z drzwiami swego samochodziku i 
wolał gniewnie w stronę gwardzistów: 
- Chodźcie i pomóżcie, bandyci! Nie jesteśmy uzbrojeni! 
- Jest pan ranny? 1 zapytał ojciec Leopoldo. 
- Oczywiście, ale to drobiazg. Obawiam się, że zabiłem swego przyjaciela. 
Gwardziści schowali broń. Jeden z nich powiedział: 
- Strzelaliśmy tylko w opony. 
- Wykonujemy rozkaz. Ci ludzie są ścigani za spowodowanie bójki 1 tłumaczył się drugi. 
Ojciec Leopoldo przyjrzał się pasażerowi przez strzaskaną szybę i wykrzyknął: 
- Ależ to ksiądz! - I dodał po chwili: - Prałat... 
- Tak - powiedział ze złością kierowca seata - prałat, i gdyby nie zatrzymał się na siusianie, 
bylibyśmy w tej chwili bezpieczni w waszym klasztorze. 
Gwardzistom udało się otworzyć drzwi samochodu. 
- On żyje - stwierdził jeden z nich. 
- To nie wasza zasługa! 
-Jesteście obaj aresztowani. Niech pan wejdzie do dżipa, a my wyciągniemy pana przyjaciela. 
Drzwi kościoła rozwarty się szeroko i do samochodu podszedł profesor Pilbeam. 
- Ci ludzie są ranni. Nie możecie ich zabrać w tym stanie - oświadczył ojciec Leopoldo. 
- Są ścigani za spowodowanie bójki i kradzież pieniędzy. 
-  Bzdura!  Ten  w  wozie  jest  prałatem.  Prałaci  nie  kradną  pieniędzy.  Jak  się  nazywa  pański 
przyjaciel? - zapytał przybysza. 
- Monsignore Kichote. 
- Kichote! Niemożliwe! - wykrzyknął profesor Pilbeam. 
- Monsignore Kichote z El Toboso. Potomek wielkiego Don Kichote’a we własnej osobie. 
- Don Kichote nie miał potomków. Jak zresztą mógł? Wszak to postać wymyślona... fikcyjna. 
- Znowu fakty i fikcja trudne do rozróżnienia... - orzekł ojciec Leopoldo. 
Gwardziści wyciągnęli z rozbitego samochodu ojca Kichote’a i ułożyli go na ziemi. Usiłował 
przemówić. Przyjaciel pochylił się nad nim. 
Jeżeli umrze - zwrócił się do gwardzisty - na Boga, już dopilnuję, żebyście za to zapłacili. 
Jednemu z gwardzistów zrzedła mina, ale drugi zapytał ostro: 
- Pana nazwisko? 
- Zancas, Enrique, lecz monsignore - wymówił tytuł, jak gdyby wybijał werbel honorowy 
- woli nazywać mnie Sancho. 
- Zawód? 

background image

 

101 

- Jestem byłym burmistrzem El Toboso. 
- Dokumenty proszę. 
- Powitam je z radością, jeżeli pan je odnajdzie w tym wraku. 
-  Señor  Zancas  -  odezwał  się  ojciec  Leopoldo  -  czy  domyśla  się  pan,  co  usiłuje  powiedzieć 
monsignore? 
- Pyta, czy Rosynant jest w porządku. 
- Rosynant? - zdumiał się profesor Pilbeam. - Przecież Rosynant był koniem. 
- On ma na myśli samochód. Nie mam odwagi mu powiedzieć. Szok byłby zbyt silny. 
- Panie profesorze, czy zechciałby pan zatelefonować do Orense po doktora? Ojciec Francisco 
zna numer. 
Butny gwardzista orzekł: 
- Zatroszczymy się sami o doktora. Zabierzemy ich do Orense. 
Nie w tym stanie. Zabraniam. 
- Sprowadzimy karetkę. 
-  Możecie  sprowadzić,  jeżeli  chcecie,  ale  będziecie  długo  czekać:  ci  dwaj  zostaną  w 
klasztorze, dopóki lekarz nie zezwoli im się stąd ruszyć. Porozmawiam z biskupem w Orense 
Jestem  pewien,  że  będzie  miał  coś  niecoś  do  powiedzenia  waszemu  komendantowi.  I  nie 
ważcie się celować we mnie z rewolweru! 
- Wracamy złożyć raport - zdecydował drugi gwardzista. Profesor Pilbeam nadszedł z jakimś 
mnichem. Nieśli materac. 
- Ojciec Francisco telefonuje - poinformował profesor. - To musi zastąpić nosze. 
Z  niejaką  trudnością  ułożyli  ojca  Kichote’a  na  materacu  i  cała  czwórka  wniosła  go  do 
kościoła,  w  stronę  nawy.  Mamrotał  coś.  co  mogło  być  równie  dobrze  modlitwą,  jak 
przekleństwem.  Kiedy  przed  ołtarzem  skręcali  ku  schodom,  zrobił  wysiłek,  żeby  się 
przeżegnać,  ale  znak  krzyża  pozostał  nie  dokończony.  Znowu  zemdlał.  Z  trudem  pokonali 
schody i na górnym podeście musieli odpocząć. 
Profesor  Pilbeam  stwierdził:  -  Kichote  nie  jest  hiszpańskim  nazwiskiem.  Nawet  sam 
Cervantes utrzymywał, że prawdziwe nazwisko brzmiało prawdopodobnie Quejana i że jego 
dom nie był w El Toboso. 
- Monsignore Kichote także się tam nie urodził - odparł burmistrz. 
- A gdzie? 
- W pewnym miasteczku w La Manchy, którego nie chcę wymienić. 
- Cała ta historia jest absurdalna. I Rosynant... 
-Trzeba  go  najpierw  ułożyć  bezpiecznie  w  łóżku,  w  gościnnym  pokoju  numer  trzy,  zanim 
przedyskutujemy trudną do uchwycenia różnicę pomiędzy faktem a fikcją - odezwał się ojciec 
Leopoldo. 
Ojciec Kichote otworzył oczy. 
- Gdzie jestem? - zapytał. - Myślałem... myślałem, że jestem w kościele... 
- Monsignore był w kościele, w Osera. Teraz niesiemy go do pokoju gościnnego, gdzie będzie 
mógł przespać się wygodnie, zanim przybędzie doktor. 
- Znowu doktor? O, Boże! O, Boże! Czyżby z moim zdrowiem było aż tak kiepsko?. 
- Trochę wypoczynku i ojciec powróci do sił. 
!  Myślałem...  w  kościele...  tam  były  Jakieś  schody...  Myślałem,  że  gdybym  tylko  mógł 
odprawić mszę... 
-Może jutro, jak ksiądz wypocznie. 
-Zbyt dużo czasu minęło od mojej ostatniej mszy... Chory... W podróży... 
-Proszę się nie martwić, monsignore. Może jutro... 
Donieśli  go  pomyślnie  do  pokoju.  Wkrótce  przybył  lekarz  z  Orense  i  powiedział,  że  jego 
zdaniem to nic poważnego, szok i niewielkie skaleczenie czoła stłuczoną  szybą. Oczywiście 
w  tym  wieku...  Jutro  zbada  dokładniej.  Może  trzeba  będzie  prześwietlić.  Tymczasem  niech 

background image

 

102 

leży spokojnie. To burmistrz wymagał więcej uwagi, i to pod niejednym względem, bo kiedy 
doktor  skończył  go  opatrywać  (chyba  ze  sześć  szwów!),  zadzwonił  komendant  Guardii  z 
Orense.  Posterunek  sprawdził  telefonicznie  dane  ojca  Kichote’a  w  La  Manchy,  tamtejszy 
biskup potwierdził, że jest to istotnie prałat przez jakieś niedopatrzenie Ojca Świętego, ale że 
stan  jego  zdrowia  psychicznego  sprawia,  iż  nie  jest  on  odpowiedzialny  za  swoje  czyny.  Co 
zaś do jego towarzysza - o, to całkiem inna sprawa. 
Faktycznie  był  burmistrzem  w  El  Toboso,  ale  przepadł  w  ostatnich  wyborach,  no  i  jest 
powszechnie znany jako komunista. 
Na szczęście telefon odebrał ojciec Leopoldo i oświadczył: 
-  W  Osera  nie  obchodzą  nas  niczyje  poglądy  polityczne.  Pozostanie  tu  tak  długo,  aż  będzie 
zdolny do podróży. 
Lekarz  dał  ojcu  Kichote’owi  środek  uspokajający,  po  którym  pacjent  spał  do  pierwszej  nad 
ranem. Gdy się obudził, nie mógł się zorientować, gdzie się znajduje. 
-Teresol - zawołał, ale nikt nie odpowiedział. 
Skądś  dochodziły  głosy,  męskie  głosy,  więc  przyszło  mu  do  głowy,  że  to  ojciec  Herrera  i 
biskup siedzą w bawialni i o nim rozmawiają. Wylazł z łóżka, ale nogi się pod nim ugięły i 
opadł z powrotem na pościel, wołając Jeszcze głośniej Teresę. 
Wszedł  burmistrz,  a  tuż  za  nim  ojciec  Leopoldo.  Profesor  Pilbeam  pozostał  w  progu  nie 
wchodząc. 
- Czy coś dolega, monsignore? I zapytał ojciec Leopoldo. 
- Proszę mnie nie tytułować »monsignore", doktorze Galvan. 
Ja nie mam nawet prawa odprawić mszy. Biskup zakazał. Chętnie by spalił moje książki. 
- Jakie książki? 
-  Te,  które  kocham:  świętego  Franciszka  Salezego,  świętego  Augustyna,  senority  Martin  z 
Lisieux.  Nie  wiem,  czy  zostawiłby  mi  świętego  Jana.  -  Dotknął  ręką  bandaża  na  głowie.  - 
Cieszę się, że jestem z powrotem w El Toboso. Ale może właśnie w tej  chwili ojciec Herrera 
pali na dworze moje książki? 
- Proszę się nie martwić, za dzień lub dwa powróci ojciec do ! siebie. Ale tymczasem trzeba 
leżeć spokojnie. 
-To  bardzo  trudne,  doktorze.  Mam  w  głowie  wiele  spraw,  które  pchają  się  do  wyjścia.  Ten 
biały fartuch... chyba nie będzie mnie pan operował, co? 
-  Na  pewno  nie  -  uspokoił  go  ojciec  Leopoldo  -  chcę  tylko  podać  jeszcze  jedną  pigułkę 
nasenną. 
-  Och,  Sancho,  czy  to  ty?  Cieszę  się,  że  cię  widzę.  Trafiłeś  jednak  do  domu?  Co  z 
Rosynantem? 
- Bardzo zmęczony. Odpoczywa w garażu. 
- Jesteśmy parą staruchów! Ja też jestem zmęczony. 
Bez sprzeciwu zażył pigułkę i natychmiast zapadł w sen. 
- Posiedzę przy nim - powiedział Sancho. 
- Zostanę z panem. Ze zmartwienia i tak nie będę spał - odezwał się ojciec Leopoldo. 
-  Ja  się  na  chwilę  położę  -  zwrócił  się  do  nich  profesor  Pilbeam.  -  Wiecie,  który  jest  mój 
pokój. Proszę zbudzić, gdybym mógł się na coś przydać. 
Koło trzeciej nad ranem ojciec Kichote przemówił i wyrwa! obu z lekkiej drzemki. 
-  Ekscelencjo,  owieczka  może  i  potrafi  poskromić  słonia,  ale  prosiłbym  pamiętać  w  swoich 
modlitwach o kozach. 
I g n j t czy bredzi? 1 zdziwił się ojciec Leopoldo. 
-Wydaje mi się, że sobie przypominam... - odrzekł burmistrz. 
-  Ekscelencja  nie  ma  prawa  palić  moich  książek.  Miecz,  bardzo  proszę,  ale  nie  śmierć  od 
ukłuć szpilką. 
Nastąpiła krótka chwila ciszy, po czym ojciec Kichote znów się odezwał: 

background image

 

103 

- Pierdnięcie może być melodyjne. 
- Obawiam się - szepnął ojciec Leopoldo - że jest w gorszym stanie, niż nas zapewniał doktor. 
- Mairbrino I dobiegł głos z łóżka - hełm Mambrina. Dajcie mi go. 
- Co za „hełm Mambrina”? 
-To była miska golibrody - wyjaśnił Sancho - którą nosił Don Kichote. Jego przodek, jak mu 
się zdaje. 
- Profesor chyba uważa to wszystko za nonsens. 
- Tak samo biskup, co skłania mnie do poglądu, iż może to być prawdą. 
- Przykro mi, proszę wybaczyć te pól butelki. Zgrzeszyłem przeciwko Duchowi Świętemu. 
- Co teraz ma na myśli? 
- Zbyt wiele czasu zajęłoby tłumaczenie. 
- Człowiek nauczył się wielu ważnych rzeczy od zwierząt: od bocianów lewatywy, od słonia 
niewinności i lojalności od konia. 
- To brzmi jak święty Franciszek Salezy - szepnął ojciec Leopoldo. 
- Nie, to raczej Cervantes I skorygował profesor Piibeam wchodząc do pokoju. 
Znowu na chwilę zapanowała cisza. 
-  Usną!  z  powrotem  -  wyszeptał  ojciec  Leopoldo.  -  Może  będzie  spokojniejszy,  gdy  się 
zbudzi. 
- Jego milczenie nie zawsze Jest oznaką spokoju - stwierdził Sancho.  - Czasami świadczy  o 
ś

miertelnej męce. 

Głos, który nagle dobiegł z łóżka, był silny i stanowczy: 
- Ja ci nie ofiaruję stanowiska wielkorządcy, Sancho. Ofiaruję ci królestwo! 
- Niech pan do niego mówi - przynaglał ojciec Leopoldo. 
- Królestwo? - powtórzył Sancho. 
- Chodź ze mną, a trafisz do królestwa. 
- Nigdy cię nie opuszczę, ojcze. Za długo podróżowaliśmy razem. 
- W tych podrygach rozpoznaje się miłość... 
Ojciec Kichote usiadł na łóżku i odrzuci! prześcieradło. 
- Ekscelencja skazuje mnie na nieodprawianie mszy nawet prywatnej. To wstyd! 
Albowiem jestem niewinny. Powtarzam ekscelencji otwarcie słowa, którymi się wyraziłem do 
doktora Galvana: „Pieprzę biskupa”. - Postawił nogi na podłogę, zachwiał się przez chwilę, w 
końcu stanął mocno. - W tych podrygach rozpoznaje się miłość... - powiedział raz jeszcze. 
Poszedł ku drzwiom i zaczął manipulować przy klamce. Nagle się obrócił i popatrzył na całą 
trójkę, jak gdyby byli ze szkła. 
- Nie ma baloników - zauważył z głębokim smutkiem. - Nie ma baloników. 
- Proszę iść za nim - nakazał ojciec Leopoldo burmistrzowi. 
- Czy nie powinniśmy go zbudzić? 
- To może być niebezpieczne. Pozwólmy mu odegrać jego sen. 
Ojciec Kichote wyszedł wolno i ostrożnie na korytarz i ruszy! 
w  stronę  wielkich  schodów,  ale  coś  mu  się  przypomniało,  może  droga,  którą  go  nieśli  z 
kościoła,  w  każdym  razie  staną!.  Zwróci!  się  do  jednej  z  drewnianych  malowanych  figur  - 
papieża czy rycerza? - i zapytał całkiem przytomnie: 
- Czy tędy się idzie do waszego kościoła? 
Wydawało się, że otrzymał odpowiedź, gdyż wykręcił się na pięcie i miną! Sancha bez słowa, 
idąc  tym  razem  we  właściwym  kierunku,  do  klasztornych  schodów.  Szli  za  nim  dyskretnie, 
ż

eby nie przeszkadzać. 

- A jeżeli upadnie na schodach? - zapytał szeptem burmistrz. 
- Zbudzenie go może być Jeszcze niebezpieczniejsze. 

background image

 

104 

Ojciec Kichote zaprowadził Ich do ciemnego kościoła, oświetlonego jedynie sierpem księżyca 
zaglądającego przez wschodnie okno. Bez wahania zbliżył się do ołtarza i zaczął wypowiadać 
słowa starej łacińskiej mszy, ale w dziwnie okrojonej formie. Rozpoczął od odpowiedzi: 
- Et introibo ad altare De i, qui laetificat iiwentutem meam. 
- Czy on zdaje sobie sprawę z tego, co robi? - cichutko zapytał profesor Pilbeam. 
- Pan Bóg jeden wie - odpowiedział ojciec Leopoldo. 
Msza szybko postępowała naprzód, bez listów apostolskich, bez Ewangelii, jak gdyby ojciec 
Kichote  pędził  ku  Podniesieniu.  „Czyżby  się  bał,  że  biskup  mu  przerwie?"  -  zastanawiał  się 
burmistrz. „Albo Guardia?” Nawet opuścił długą listę świętych od Piotra do Damiana. 
- Jeżeli nie znajdzie pateny ani kielicha, na pewno się zbudzi 
- powiedział ojciec Leopoldo. 
Burmistrz  postąpił  parę  kroków  w  stronę  ołtarza.  Obawiał  się,  że  kiedy  ta  chwila  nadejdzie, 
ojciec Kichote może upaść, i chciał być dostatecznie blisko, żeby go pochwycić w ramiona. 
Który  w  przeddzień  męki  swojej  wziął  chleb...  -  Ojciec  Kichote  wydawał  się  absolutnie 
nieświadom  tego.  że  na  ołtarzu  nie  ma  ani  hostii,  ani  pateny.  Uniósł  puste  dłonie  -  Hoc  est 
enim  corpus  meum...  -  po  czym  zdążał  wytrwale  i  bez  wahania  do  poświęcenia  nie 
istniejącego wina w nie istniejącym kielichu. 
Ojciec  Leopoldo  i  profesor  z  przyzwyczajenia  uklękli  przy  słowach  na  Podniesienie, 
burmistrz nadal stal. Chciał być w pogotowiu na wypadek, gdyby ojciec Kichote się zachwiał. 
- Hic est enim calix sanguinis mei... - Puste dłonie zdały się modelować kielich z powietrza. 
- Sen? Delirium? Obłęd? - profesor Pilbeam szeptem wyrzucał z siebie pytania. 
Burmistrz  przesunął  się  na  ukos  o  parę  kroków  bliżej  ołtarza.  Bał  się  rozproszyć  skupienie 
ojca  Kichote’a.  Dopóki  wymawiał  łacińskie  słowa,  przynajmniej  był  w  swoim  śnie 
szczęśliwy.  Przez  te  wszystkie  lata,  jakie  upłynęły  od  czasów  jego  młodości  w  Salamance, 
burmistrz  zapomniał  większej  części  mszy  po  łacinie.  W  jego  pamięci  pozostały  jedynie 
pewne  kluczowe  ustępy,  które  przemówiły  do  niego  emocjonalnie  w  owych  odległych 
czasach.  W  głowie  ojca  Kichote’a  powstały  chyba  także  luki  przez  te  wszystkie  lata,  kiedy 
odprawiał  mszę  prawie  mechanicznie,  na  pamięć,  i  teraz  utorowały  sobie  drogę  tylko  te 
zdania, które jaśniały w ciemnościach nawyku jak nocne lampki w dziecinnym pokoju. 
W ten sposób zapamiętał „Ojcze Nasz” i stąd pamięć jego zrobiła skok do „Agnus Dei”. 
-  Agnus  Dei  qui  toüis  peccata  mundi..  -  zrobił  pauzę,  potrząsnął  głową.  Przez  sekundę 
burmistrz  pomyślał,  że  ksiądz  budzi  się  ze  snu.  Szepnął  jednak  tak  cicho,  że  tylko  Sancho 
pochwycił  jego  słowa:  -  Baranku  Boży,  ale  kozy,  ale  kozy!  -  i  przeszedł  bezpośrednio  do 
modlitwy rzymskiego centuriona. - Panie, nie jestem godzien, abyś wszedł pod dach mój, ale 
tylko rzeknij słowo, a będzie zbawiona dusza moja. 
Zbliżała się komunia. 
-Jak nie znajdzie tutaj nic, na pewno się obudzi - powiedział profesor. 
- Wątpię - odparł ojciec Leopoldo. 1 dodał: - Wątpię, czy on się kiedykolwiek zbudzi. 
Przez kilka sekund ojciec milczał. Kiwał się lekko w tył i w przód przed ołtarzem. 
Burmistrz zbliżył się jeszcze o krok, gotów go podtrzymać, ale ksiądz odezwał się ponownie: 
-  Corpus  Domini  nostrt...  -  I  bez  najmniejszego  wahania  wziął  z  niewidocznej  pateny 
niewidoczną  hostię  i  jego  palce  położyły  to  „nic”  na  języku.  Potem  uniósł  niewidoczny 
kielich  i  jak  gdyby  z  niego  pił.  Burmistrz  widział.  Jak  porusza  się  jabłko  Adama,  kiedy 
połykał. 
Po raz pierwszy  chyba zdał sobie sprawę, że nie  Jest w kościele sam. Rozejrzał się wokół z 
zakłopotaniem.  Może  szukał  wiernych  przystępujących  do  komunii?  Zauważył  burmistrza 
stojącego  o  parę  stóp  od  niego  i  wziął  nie  istniejącą  hostię  w  palce;  zmarszczył  brwi,  jak 
gdyby ktoś go wprowadził w błąd, potem na jego twarzy pojawił się uśmiech. 
Compañero  1  powiedział  -  musisz  uklęknąć,  compañero.  -  Postąpił  trzy  kroki  do  przodu  z 
wyciągniętymi dwoma palcami. 

background image

 

105 

I burmistrz ukląkł. „Wszystko, co może przynieść mu spokój” 1 pomyślał. „Wszystko". 
Palce się zbliżyły. Burmistrz otworzył usta i poczuł je jak hostię na języku. 
-  Po  tych  podrygach  -  powiedział  ojciec  Kichote  -  po  tych  podrygach  -  i  nogi  się  pod  nim 
ugięły. 
Burmistrzowi starczyło tylko tyle czasu, żeby go pochwycić i pomóc ułożyć na posadzce. 
a Compañero 1 z kolei powtórzył burmistrz - tu Sancho. - I wciąż na nowo wymacywał bicie 
serca ojca Kichote’a. Bez skutku. 
Brat  opiekujący  się  gośćmi,  bardzo  stary  ojciec  Felipe,  poinformował  burmistrza,  że  jego 
zdaniem może zastać ojca Leopoldo w bibliotece. Były to godziny zwiedzania i ojciec Felipe 
prowadził rozłażącą się wciąż grupę turystów po części klasztoru dostępnej dla publiczności. 
W  grupie  były  starsze  panie,  słuchające  z  głębokim  szacunkiem  każdego  słowa  oraz 
niewątpliwie  paru  mężów,  którzy  swoimi  obojętnymi  minami  celowo  podkreślali  fakt,  że 
dołączyli  do  procesji  jedynie  po  to,  żeby  sprawić  przyjemność  swoim  żonom;  trzej 
młodzieńcy, 

których 

musiano 

powstrzymywać 

od 

palenia, 

sprawiali 

wrażenie 

przygnębionych,  gdyż  dwie  bardzo  ładne  dziewczyny  z  grupy  nie  okazywały  najmniejszego 
zainteresowania  ich  obecnością.  Wyglądało  na  to,  że  ich  męskość  nie  przemawia  do 
dziewczyn,  natomiast  celibat,  no  i  cisza  w  starym  gmachu  były  czymś  w  rodzaju 
podniecających perfum, toteż patrzyły zafascynowane na tabliczkę Clausura, która w pewnym 
miejscu  zatrzymała  je  jak  światła  na  jezdni,  jak  gdyby  za  nią  mogły  się  kryć  tajemnice 
bardziej interesujące i perwersyjne niż wszystko, co ci młodzieńcy mogli im zaoferować. 
Któryś  z  nich  nacisnął  klamkę,  ale  drzwi  były  zamknięte..  Więc  żeby  ściągnąć  na  siebie 
uwagę, zawołał: 
- Halo! Ojcze, co tam jest? 
- Jeden z naszych gości, długo sypia - odparł ojciec Felipe. 
„Bardzo długi i bardzo późny sen” - pomyślał burmistrz. Był to pokój, w którym leżało ciało 
ojca  Kichote’a.  Postał  i  popatrzył  na  grupę  przechodzącą  długim  korytarzem  obok  pokoi 
gościnnych,  po  czym  skierował  kroki  do  biblioteki.  Zastał  w  niej  profesora  i  ojca  Leopoldo 
chodzących tam i z powrotem. 
- Znowu fakt i fikcja - mówił ojciec Leopoldo - nie dadzą się rozróżnić tak, żeby mieć bodaj 
cień pewności. 
- Ojcze, przyszedłem się pożegnać - odezwał się burmistrz. 
- Zapraszam najserdeczniej do pozostania z nami dłużej. 
- Przypuszczam, że ciało ojca Kichote’a zostanie zabrane do El Toboso jeszcze dziś. 
Myślę, że lepiej mi będzie w Portugalii, gdzie mam przyjaciół. Czy ojciec pozwoli skorzystać 
z telefonu, żeby zamówić taksówkę do Orense, bo tam można wynająć samochód? 
-Zawiozę pana, muszę sam być w Orense - zaproponował profesor. 
-Nie chce pan uczestniczyć w pogrzebie księdza? - zapytał ojciec Leopoldo burmistrza. 
- Niezbyt ważne jest to, co się robi z ciałem, prawda? 
- Bardzo chrześcijańska myśl - zauważył ojciec Leopoldo. 
-  Ponadto  -  ciągnął  dalej  burmistrz  1  sądzę,  że  moja  obecność  przeszkadzałaby  biskupowi, 
który na pewno będzie asystował przy ceremonii, jeżeli ma się ona odbyć w El Toboso. 
Ach  tak,  biskup.  Telefonował  z  samego  rana.  Chciał,  żebym  powiedział  przeorowi,  lż  ma 
dopilnować,  aby  ojciec  Kichote  nie  odprawił  mszy  nawet  prywatnie.  Poinformowałem  go  o 
smutnych okolicznościach, które sprawią, że jego polecenie zostanie spełnione, oczywiście w 
przyszłości. 
- Co odpowiedział? 
- Nic, ale wydało mi się, iż usłyszałem westchnienie ulgi. 
- Dlaczego ojciec powiedział „w przyszłości"? To, czego byliśmy świadkami tej nocy, trudno 
nazwać mszą - powiedział profesor. 
- Jest pan tego pewien? - zapytał ojciec Leopoldo. 

background image

 

106 

- Oczywiście! Nie było Podniesienia! 
- Powtarzam, jest pan pewien? 
- Naturalnie, że jestem pewien. Nie było ani hostii, ani wina. 
- Myślę, że Kartezjusz powiedziałby oględniej niż pan, że nie widział ani chleba, ani wina. 
- Ojciec przecież wie tak samo jak ja, że nie było ani chleba, ani wina. 
-  Wiem  tak  samo  dobrze  lub  tak  samo  żle  jak  pan,  z  tym  się  zgadzam.  Ale  monsignore 
Kichote niewątpliwie wierzył w obecność chleba i wina. Który z nas ma rację? 
- My. 
- To bardzo trudne do udowodnienia logicznie, profesorze. Ogromnie trudne, doprawdy. 
- Ojciec uważa, że mogłem przyjąć komunię? - zapytał Sancho. 
a W jego mniemaniu na pewno tak. Czy to sprawia panu różnicę? 
Mnie  nie.  Ale  obawiam  się,  że  w  oczach  waszego  Kościoła  byłem  najbardziej  niegodnym 
odbiorcą. Jestem komunistą. Kimś, kto nie był u spowiedzi trzydzieści lat czy nawet dłużej. 
Co przez te trzydzieści lat robiłem? Na pewno ojciec nie chciałby słyszeć szczegółów. 
- Może monsignore Kichote znał stan pana umysłu lepiej niż pan sam. Byliście przyjaciółmi. 
Podróżowaliście razem. Zachęcił pana do przyjęcia hostii. Nie okazał wahania. 
Słyszałem wyraźnie. Jak powiedział: .Uklęknij, companero". 
-  Nie  było  żadnej  hostii  -  upierał  się  profesor  tonem  głębokiego  poirytowania  -  cokolwiek 
mógłby  powiedzieć  Kartezjusz.  Ojciec  sprzecza  się  dla  samej  przyjemności  sprzeczki. 
Nadużywa Kartezjusza. 
- Czy pan uważa, że trudniej jest zmienić puste powietrze w wino. niż wino w krew? 
Czy  nasze  ograniczone  umysły  mogą  rozstrzygnąć  taką  sprawę?  Stoimy  w  obliczu 
nieskończonej tajemnicy. 
- Wolę myśleć, że tam nie było hostii - powiedział burmistrz. 
- Dlaczego? 
-  Bo  kiedyś,  kiedy  byłem  młody,  częściowo  uwierzyłem  w  Boga  i  odrobina  tego  przesądu 
pokutuje  we  mnie  do  dzisiaj.  Raczej  boję  się  tajemnic,  no  i  jestem  za  stary,  żeby  zmieniać 
plamy na swojej skórze. Wolę Marksa niż tajemnicę, ojcze. 
- Był pan dobrym przyjacielem i jest pan dobrym człowiekiem. Pan sobie nie życzy mojego 
błogosławieństwa,  ale  i  tak  je  otrzyma.  Niech  pan  się  nie  czuje  zażenowany.  To  tylko  taki 
nasz zwyczaj, jak posyłanie kartek na Boże Narodzenie czy Wielkanoc. 
Czekając  na  profesora,  burmistrz  kupił  od  ojca  Felipe  małą  buteleczkę  likieru  i  dwie 
widokówki,  gdyż  zakonnicy  odmówili  przyjęcia  jakiejkolwiek  zapłaty  za  pokój  i  nawet  za 
telefon.  Nie  chciał  długu  wdzięczności  -  wdzięczność  jest  jak  kajdanki,  może  je  zdjąć  tylko 
ten, co je nałożył. Chciał być wolny, ale czuł, że gdzieś na drodze z El Toboso zgubił swoją 
wolność.  Ludzka  rzecz,  zwątpienie,  powiedział  mu  ojciec  Kichote,  ale  wątpić  -  myślał  -  to 
tracić  swobodę  działania.  Wątpiący  zaczyna  wahać  się  pomiędzy  jednym  działaniem  a 
drugim.  To  nie  zwątpieniu  zawdzięcza  się,  że  Newton  odkrył  prawo  ciążenia  czy  Marks 
przyszłość kapitalizmu. 
Podszedł do strzaskanej karoserii Rosynanta. Był zadowolony, że ojciec  Kichote nie widział 
go  w  tym  stanie,  półleżącego  na  boku,  przypartego  do  muru,  z  szybami  w  drobnych 
odłamkach.  Jedne  drzwi  miał  wyrwane  z  zawiasów,  drugie  wgniecione,  opo  ny  sflaczałe  od 
kul Guardii. Nie było dla niego przyszłości, tak samo jak dla ojca Kichote’a. 
Zmarli  w  odstępie  paru  godzin  jeden  po  drugim,  kupa  połamanego  metalu,  roztrzaskany 
mózg...  Zawzięcie  upierał  się  przy  tym  podobieństwie,  chcąc  zyskać  pewność,  że  istota 
ludzka jest także maszyną. Ale ojciec Kichote żywił dla tej maszyny miłość... 
Usłyszał sygnał, odwrócił się od Rosynanta i poszedł w stronę auta profesora Pilbeama. 
Kiedy wsiadł, profesor powiedział: 

background image

 

107 

- Ojciec Leopoldo ma lekkiego bzika na punkcie Kartezjusza. Wydaje mi się, że w milczeniu, 
jakie  muszą  tu  zachowywać,  dziwne  pomysły  znajdują  pożywkę,  jak  pieczarki  w  ciemnej 
piwnicy. 
- Być może. 
Burmistrz nie odezwał się więcej przez całą drogę do Orense: w jego mózgu zagnieździła się 
dziwna myśl: dlaczego tak jest, że nienawiść, nawet do takiego człowieka jak Franco, umiera 
wraz z jego śmiercią, miłość natomiast, taka miłość, jaką zaczął odczuwać do ojca Kichote’a, 
zdała się żyć w nim i rosnąć, pomimo ostatecznej rozłąki i ostatecznego milczenia? Jak długo 
- zastanawiał się z niejakim lękiem - ta jego miłość będzie mogła trwać? I dokąd zaprowadzi?