Marzena Lizurej (32 lata) mieszka we Wrocławiu razem ze swoją partnerką Magdą. Z wykształcenia polonistka (niedawno obroniła doktorat na Uniwersytecie Wrocławskim), interesuje się teorią i praktyką queer.
Anna Laszuk: Opowiedz mi o tym, co to jest queer i nienormatywna seksualność, tylko takim językiem „dla ludzi”.
Marzena: Nie akademickim?
A.L. : W żadnym razie.
Marzena: Hmm... akademickim byłoby lepiej, bo to są dość precyzyjnie opisywane problemy filozoficzne, dotyczące istnienia w świecie. Ale „dla ludzi” to by było mniej więcej tak: funkcjonujemy wśród kulturowych norm związanych z płcią i seksualnością, i mamy z tego więcej krzywdy niż pożytku. Zanim się człowiek urodzi, już zostaje wpisany w zewnętrzny, sztywny porządek, do którego będzie się go potem przykrawać. Na przykład do sztucznych kategorii hetero-, bi- i homoseksualności, czy do obowiązującego (jako najlepszy) modelu „prawdziwej kobiecości” i „prawdziwej męskości”, albo modelu życia w heteroseksualnej rodzinie typu „mama, tata plus dzieci”. Z punktu widzenia zdrowia psychicznego jednostek, ich autentyczności i potrzeb, te wszystkie normy są bardzo represyjne i w najlepszym wypadku mogą powodować frustracje. Nie każdy ma dość siły, żeby szukać szczęścia pod prąd, walczyć o swoją indywidualność, zwłaszcza że w kulturze europejskiej dobro indywidualne zaczęło się liczyć dopiero w XIX stuleciu. Wcześniej bezwzględnie najważniejsze były zasady reprezentowane przez grupę społeczną, jej cele, normy i wartości. Jeśli ktoś nie był uprzejmy się do nich dostosować, wyrzucano go na margines. Oczywiście, nadal to się dzieje, ale „ruch oporu” przeciwko normatywnemu myśleniu o seksualności i płci jest już bardzo prężny.
A.L.: O co walczy „ruch oporu”?
Marzena: Między innymi o prawo do różnorodności, do wyboru, do zmiany. Weźmy prosty przykład: nie jest tak, że człowiek od urodzenia wie, czy interesują go chłopcy czy dziewczynki, ale otoczenie wie za niego lepiej i popycha go w określoną stronę, jak trzeba, to siłą. Wybór polega na tym, żeby ten człowiek sam się dowiadywał i stawał tym, kim chce.
A.L.: Ty wiedziałaś od razu, kto cię interesuje?
Marzena: Ja nie zakładałam istnienia żadnej określonej seksualno-Jak miałam 15, 16, 18 lat, to mi się wydawało, że świat jest bardzo ^prosty: ludzie podobają się innym ludziom. Model biseksualny jawił mi się jako oczywisty, wpisywał się w moje przekonanie, że ważna jest osoba, a nie jej płeć. Nie chodziło o to, że ja miałam jakieś doświadczenia erotyczne tego rodzaju. Po prostu nie miałam barier w głowie. Ale, mimo wszystko, byłam wychowana - jak wszyscy - w kulturze he-teronormatywnej i jak sobie wyobrażałam swoje życie, swoje wybory, to myślałam tymi kalkami: mężczyzna, dom, pięcioro dzieci. Potem przyszły jakieś zakochania w rozmaitych chłopcach, aż pewnego dnia zobaczyłam na konkursie polonistycznym dziewczynę, która tak zwróciła moją uwagę, że... szok! Nie szkodzi, że nie zamieniłam z nią ani jednego słowa, ale przez cały czas ją pamiętałam. Później, przypadkiem, spotkałam ją na studiach. Ona była po prostu... totalna!
A.L.: Co znaczy „totalna”?
Marzena: Miała absolutnie fascynującą twarz, w żadnym razie nie klasycznej urody, ale dla mnie to była najpiękniejsza dziewczyna, jaką w życiu widziałam. Grube, gęste brwi, duże usta, zresztą nie chodziło o detale, tylko o jakąś całość, kompletną ekspresję tej twarzy. Ona była „totalna” dla mnie, bo kiedy mówiłam komuś, że to jest taka piękna dziewczyna, słyszałam: „No, skąd! Gdzie piękna? Są ładniejsze!”, ale ona mi się podobała i koniec. Kiedy się poznałyśmy i zaprzyjaźniłyśmy, byłam nią tak zafascynowana, że wreszcie zdałam sobie sprawę: czuję pociąg erotyczny i już. Nie bardzo wiedziałam, jak przez to przejść, co zrobić, co powiedzieć? Ona nie podejrzewała niczego, a ja miałam nadzieję, że coś się stanie, samo. Ale jakoś się nie stawało, mimo, że w różnych sytuacjach mówiłam jej: „Wiesz, kocham cię”, a ona na to: „Ja ciebie też”, oczywiście nie rozumiejąc, o co tak naprawdę mi chodzi.
Kiedy po kilku latach tej męki wydusiłam z siebie bez ogródek całą prawdę, była bardzo zdziwiona. Ale też zdobyła się wobec mnie na takie akty czułości, na jakie nie zdobyła się wcześniej.
A.L.: Nastąpił happy end?
Marzena: Niestety, była związana z pewnym chłopakiem. Za to w moim życiu nastąpił przełom. Zaczęłam sobie zdawać sprawę, że to nie jest tylko taka teoria, że „wszyscy mogą się kochać” (płeć nieważna, niech żyje uczucie), wynikająca z lektur romantyczno-modernistycz-nych, tylko moje życie. I wybór, na ile będę wolna, czy pokonam barierę
195