1
Shepard Sara
Pretty Little Liars 01
Kłamczuchy
Alison, szkolna gwiazda, znika w
niewyjaśnionych okolicznościach. Rok później jej
przyjaciółki: Emily, Aria, Spencer i Hanna,
zaczynają otrzymywać niepokojące SMS-y. Ktoś
zna sekrety, które chciały pogrzebać wraz z
pamięcią o Ali. Jak wiele dziewczyny są w stanie
poświęcić, by prawda nie wyszła na jaw?
2
TAK TO SIĘ ZACZĘŁO
Wyobraź sobie wakacje kilka lat temu, między siódmą a ósmą
klasą. Jesteś opalona, bo cały czas wylegujesz się na kamiennym
brzegu basenu, masz na sobie nowe dresy marki Juicy
(pamiętasz, jak wszyscy je nosili?), a w głowie ci tylko chłopak z
innej podstawówki, w którym się zabujałaś i którego imienia nie
wymienimy, ale powiemy tylko, że pakuje dżinsy w sklepie
Abercrombie w centrum handlowym. Jesz płatki czekoladowe,
dokładnie tak, jak lubisz — rozciapane w chudym mleku — i
widzisz twarz dziewczyny na zdjęciu w gazecie. ZAGINĘŁA.
Jest ładna — pewnie ładniejsza od ciebie — i ma w oczach coś
zadziornego. Myślisz sobie: „Hmm, może ona też lubi płatki
czekoladowe rozciapane w mleku". I założyłabyś się, że i ona
uważałaby tego chłopaka z Abercrombie za ciacho. Zastanawiasz
się, jak ktoś tak... no cóż, tak podobny do ciebie mógł zaginąć.
Wydawało ci się, że w rubryce „Poszukiwani" kończą tylko
uczestniczki konkursów piękności.
Okazuje się, że nie tylko.
3
Aria Montgomery zanurzyła twarz w trawie przy domu swojej
najlepszej przyjaciółki Alison DiLaurentis.
— Pysznie — mruknęła.
— Wąchasz trawę? — zawołała zza jej pleców Emily Fields,
popychając długą, piegowatą ręką drzwi wielkiego volvo swojej
mamy.
— Ładnie pachnie. — Aria odgarnęła włosy z różowymi
pasemkami i odetchnęła ciepłym powietrzem wczesnego
wieczoru. — Jak lato.
Emily pomachała mamie na do widzenia i podciągnęła swoje
byle jakie dżinsy, które wisiały na jej chudych biodrach. Od
wczesnego dzieciństwa brała udział w zawodach pływackich i
chociaż świetnie wyglądała w kostiumie kąpielowym, nigdy nie
nosiła tak obcisłych i uroczych ubrań, jak większość dziewczyn
w siódmej klasie. Jej rodzice uważali bowiem, że charakter
buduje się od wewnątrz. (Choć Emily była prawie pewna, że
zmuszanie jej do tego, żeby ukrywała swój obcisły T-shirt z
napisem IRLANDKI ROBIĄ TO LEPIEJ z tyłu szuflady na
bieliznę, nie polepszało zbytnio jej charakteru).
— Hej, dziewczyny! — Alison zrobiła kilka piruetów na
trawniku przed domem.
Włosy niedbale związała w kucyk i nadal miała na sobie
spódniczkę do hokeja na trawie, bo po południu była na imprezie
z okazji zakończenia sezonu. Alison jako jedyna z siódmej klasy
należała do hokejowej reprezentacji szkoły i podwoziły ją do
domu starsze dziewczyny z Rosewood Day, w których autach na
cały regulator śpiewał Jay-Z. Spryskiwały Alison perfumami od
stóp do głów,
4
żeby nie śmierdziało od niej papierosami, które razem paliły.
— Przegapiłam coś? — zawołała Spencer Hastings, prze-
ciskając się przez szparę w płocie Ali i dołączając do reszty.
Spencer odrzuciła na plecy jasne włosy uczesane w koński
ogon i pociągnęła łyk z fioletowej butelki. Jesienią nie przeszła,
razem z Alison, do reprezentacji i musiała grać w drużynie
siódmoklasistek. Od roku z obsesyjnym uporem trenowała
hokeja na trawie, żeby udoskonalić umiejętności, i dziewczyny
wied zia ł y, że zanim przyjechały, ćwiczyła dryblowanie na
podwórku za domem. Spencer nie znosiła sytuacji, gdy ktoś robił
coś lepiej od niej. Szczególnie Alison.
— Zaczekajcie na mnie!
Odwróciły się i zobaczyły Hannę Marin, która gramoliła się z
mercedesa swojej mamy. Potknęła się o dużą torbę i machała
rękami jak wariatka. W ubiegłym roku jej rodzice się rozwiedli,
odtąd stopniowo przybierała na wadze i przestała się mieścić w
starych ubraniach. Tylko Ali przewróciła oczami, reszta
dziewczyn udawała, że niczego nie zauważyła. Tak postępują
prawdziwe przyjaciółki.
Alison, Aria, Spencer, Emily i Hanna zaprzyjaźniły się
zeszłego lata, kiedy rodzice zgłosili je do charytatywnej pracy
ochotniczej w sobotnie popołudnia — wszystkie oprócz Spencer,
która zgłosiła się sama. Miały rozwozić posiłki dla biednych.
Nieważne, co Alison wiedziała na temat czterech pozostałych —
ważne, co one wiedziały o Alison. Była idealna. Piękna,
dowcipna, inteligentna. Popularna. Chłopcy chcieli się z nią
całować, a dziewczyny — nawet te starsze — chciały nią b yć.
Więc kiedy po raz pierwszy Ali zaśmiała się z jakiegoś żartu Arii,
zadała
5
Emily jakieś pytanie dotyczące pływania, powiedziała
Hannie, że ma śliczną bluzkę, czy zauważyła, że Spencer ma
zn a czn i e ładniejszy charakter pisma niż ona, mogły poczuć się
tylko... olśnione. Zanim ją poznały, czuły się jak marszczone
dżinsy z wysokim stanem, jakie nosiły ich mamy, dżinsy
dziwaczne i rzucające się w oczy z niewłaściwych powodów. Ali
sprawiła, że poczuły się jak dżinsy od Stelli McCartney, na które
żadnej z nich nie było stać.
Teraz, ponad rok później, w ostatnim dniu nauki, były nie
tylko najlepszymi przyjaciółkami, ale także najpopularniejszymi
dziewczynami w szkole Rosewood Day. Stało się tak z wielu
powodów. Każda całonocna impreza, każda wycieczka
zamieniała się w nową, wielką przygodę. Każdy apel szkolny
zapadał w pamięć, jeśli tylko wszystkie były obecne (w
Rosewood Day do legendy przeszedł dzień, w którym przez
radiowęzeł odczytano czuły liścik od kapitana żeńskiej drużyny
lekkoatletycznej do nauczyciela matematyki). Ale kilka spraw
chętnie wymazałyby z pamięci. A o j e d n y m sekrecie nie mogły
nawet rozmawiać. Ali powiedziała, że to właśnie tajemnice wiążą
ich piątkę na zawsze. Jeśli to prawda, to musiały zostać
przyjaciółkami na całe życie.
— Tak się cieszę, że ten dzień się skończył — jęknęła Alison,
a potem delikatnie przepchnęła Spencer przez dziurę w płocie. —
Idziemy do twojej stodoły.
— Tak się cieszę, że już mamy za sobą siódmą klasę —
powiedziała Aria, kiedy razem z Emily i Hanną ruszyła za Alison
i Spencer do odnowionej stodoły, przebudowanej na domek dla
gości, w którym starsza siostra Spencer, Melissa, mieszkała przez
całe liceum. Na szczęście właśnie skończyła szkołę i wyruszała
na rok do Pragi, więc miały domek do swojej dyspozycji na całą
noc.
6
Nagle usłyszały za sobą piskliwy głos.
— Alison! Hej, Alison! Hej, Spencer! Alison spojrzała w
stronę ulicy.
— Tylko nie to — wyszeptała.
— Tylko nie to — powtórzyły za nią jak echo Spencer, Emily
i Aria.
— Cholera — Hanna zmarszczyła brwi.
Alison odgapiła tę zabawę od swojego brata Jasona, który
chodził do czwartej klasy w Rosewood Day. Jason i jego
przyjaciele grali w nią, kiedy obserwowali dziewczyny w czasie
szkolnych imprez na świeżym powietrzu. Ten, kto jako ostatni
powiedział „Tylko nie to", musiał zabawiać przez całą noc
najbrzydszą dziewczynę, podczas gdy jego przyjaciele podrywali
jej seksowne koleżanki. Oznaczało to, że jesteś tak beznadziejny i
nieatrakcyjny jak ona. W wersji Ali dziewczyny mówiły „Tylko
nie to", kiedy w pobliżu znajdował się ktoś brzydki, żałosny lub
nieszczęśliwy.
Tym razem była to Mona Vanderwaal - mieszkająca na tej
samej ulicy wieśniara, której ulubionym zajęciem były
desperackie próby zaprzyjaźnienia się ze Spencer i Alison - oraz
jej dwie świrowate przyjaciółki, Chassey Bledsoe i Phi
Templeton. Chassey włamała się kiedyś do szkolnego systemu
komputerowego, a potem p o wi e d zia ł a dyrektorowi, jak go
lepiej zabezpieczyć. Phi Templeton nie ruszała się nigdzie bez
swojego jo-jo. To chyba mówi samo za siebie. Cała trójka gapiła
się na dziewczyny ze środka pustej podmiejskiej ulicy. Mona
siedziała na swoim skuterze, Chassey na czarnym rowerze
górskim, a Phi szła, oczywiście ze swoim jo-jo.
— Ej, dziewczyny, chodźcie z nami oglądać Nieustraszo-
nych!. — zawołała Mona.
7
— Dzięki! — odkrzyknęła Alison. — Mamy coś do zrobienia.
Chassey uniosła brwi.
— Nie chcecie obejrzeć, jak ludzie jedzą karaluchy?
— Ohyda! — wyszeptała Spencer do ucha Arii, która na-
tychmiast zaczęła udawać, że je jak małpa niewidzialne wszy z
głowy Hanny.
— Jasne, że byśmy chciały — Ali przekrzywiła głowę. — Ale
od dawna planowałyśmy to party piżamowe. Może następnym
razem?
Mona wbiła wzrok w chodnik.
— Jasne, w porządku.
— Na razie — rzuciła Alison, odwróciła się, przewróciła
oczami, a pozostałe dziewczyny zrobiły to samo.
Poszły do tylnej furtki w ogrodzie Spencer. Po lewej stronie
widać było podwórko Alison, gdzie jej rodzice budowali altanę
na dwadzieścia osób, żeby w niej organizować wystawne pikniki
na świeżym powietrzu.
— Dobrze, że nie ma robotników — powiedziała Ali, rzucając
okiem na żółty buldożer.
Emily zesztywniała.
— Znowu cię zaczepiali?
— Spokojnie, morderco — uspokoiła ją Alison. Dziewczyny
zachichotały. Czasem nazywały Emily
„mordercą", jakby była pitbulem Ali, który miał jej bronić.
Emily kiedyś też uważała, że to zabawne, ale ostatnio jakoś
dziwnie nie śmiała się razem z pozostałymi.
Stodoła była mała i przytulna. Przez jej wielkie okno było
widać olbrzymią, ruchliwą farmę Spencer. Stał na niej nawet
mały młyn. Tu, w Rosewood, w stanie Pensylwania, miasteczku
oddalonym od Filadelfii o jakieś
8
czterdzieści kilometrów, o wiele częściej mieszkało się na
farmie w domu z dwudziestoma pięcioma pokojami niż w
mrówkowcu z płyty. Rosewood w lecie pachniało bzem i świeżo
skoszoną trawą, a w zimie czystym śniegiem i dymem z pieców
opalanych drewnem. Wokół olbrzymich staromodnych farm
prowadzonych przez całe rodziny rosło mnóstwo bujnych,
wysokich sosen. Żyły tu prześliczne lisy i zajączki. W budynku z
epoki kolonialnej ulokowano wspaniałe centrum handlowe. W
licznych parkach można było świętować urodziny albo zdanie
matury i organizować pikniki. A promienni, zdrowi chłopcy
wyglądali tak, jakby zeszli ze stron katalogu firmy odzieżowej
Abercrom-bie. Mieszkały tu stare dobre rodziny, z dziedzicznymi
majątkami i długą historią skrywanych skandali.
Kiedy podeszły do stodoły, usłyszały dochodzące ze środka
śmiechy.
- Przestań! — zawołał ktoś.
- O Boże - jęknęła Spencer. - Co ona tu robi?
Kiedy Spencer popatrzyła przez dziurkę od klucza, zobaczyła
Melissę, swą wymuskaną, doskonałą w każdym calu starszą
siostrę, i lana Thomasa, jej apetycznego chłopaka, jak mocują się
na kanapie. Spencer kopniakiem otworzyła drzwi. W stodole
pachniało mchem i trochę przypalonym popcornem. Melissa
odwróciła się.
- Co jest, ku...? — urwała, widząc pozostałe dziewczyny. —
O, cześć.
Dziewczyny wbiły wzrok w Spencer. Zawsze narzekała, że
Melissa to pełna jadu super suka, więc od razu stawały się czujne,
kiedy wydawała się przyjazna i słodka.
Ian wstał, przeciągnął się i posłał Spencer szeroki uśmiech.
9
-Hej.
— Hej, Ian — odpowiedziała Spencer znacznie
radoś-niejszym głosem. - Nie wiedziałam, że tu jesteś.
— Ależ oczywiście, że wiedziałaś — łan uśmiechnął się
zalotnie. — Przecież nas szpiegowałaś.
Melissa poprawiła swoje długie blond włosy i czarną
jedwabną opaskę. Popatrzyła na siostrę.
— Co tam? - zapytała nieco oskarżycielskim tonem.
— Wiesz... Nie chciałam ci przeszkadzać... — powiedziała
Spencer. — Ale miałyśmy tu dziś spędzić całą noc.
łan niby żartem poklepał Spencer po ramieniu.
— Tylko się z ciebie nabijałem — rzucił zaczepnie.
Na karku Spencer pojawiła się czerwona plama, Ian miał
burzę jasnych włosów, rozmarzone orzechowe oczy i silne
mięśnie brzucha, których od razu chciało się dotknąć.
— Wow - powiedziała trochę za głośno Ali. Wszystkie oczy
zwróciły się na nią. - Melisso, razem z łanem jesteście parą jak z
obrazka. Nigdy wam tego nie mówiłam, ale tak myślę. Co nie,
Spence?
Spencer zamrugała oczami.
— Uhm — wyjąkała.
Melissa gapiła się przez chwilę na Ali, kompletnie
zdezorientowana, a potem odwróciła się w stronę Iana.
— Możemy porozmawiać na zewnątrz?
Ian skończył swoje piwo. Dziewczyny nie spuszczały z niego
wzroku. One mogły pić tylko potajemnie z butelek
przechowywanych w barku rodziców. Odstawił pustą butelkę i
wychodząc za Melissą na zewnątrz, posłał im szeroki uśmiech.
— Zegnam panie.
10
Zanim zamknął za sobą drzwi, mrugnął do nich. Alison zatarła
ręce.
- No i kolejny problem z głowy dzięki Ali D. Masz zamiar mi
podziękować, Spence?
Spencer nic nie odpowiedziała, zbyt pochłonięta wypa-
trywaniem czegoś przez okno. Na fioletowym niebie zaczęły
migotać ogniki świetlików.
Hanna podeszła do stojącej na stole miski z popcornem i
wzięła całą garść.
— łan to takie ciacho. Nawet większe niż Sean — po-
wiedziała.
Sean Ackard był jednym z najprzystojniejszych chłopaków w
jej klasie oraz przedmiotem jej najdzikszych fantazji.
- Wiesz, co słyszałam? - zapytała Ali, opadając na kanapę. -
Sean bardzo lubi dziewczyny z dużym apetytem.
Twarz Hanny pojaśniała.
— Naprawdę?
— Żartowałam — parsknęła Alison.
Hanna powoli wrzuciła całą garść popcornu z powrotem do
miski.
- Wiecie co, dziewczyny — powiedziała Alison — jest taka
jedna rzecz, którą mogłybyśmy zrobić.
- Chyba nie będziemy znowu biegać na golasa? —
zachichotała Emily.
Zrobiły to jakiś czas temu — na przerażającym mrozie -i choć
Hanna nie chciała rozebrać się do naga i została w podkoszulku i
w majtkach, inne dziewczyny biegały po pobliskim, pustym polu
po kukurydzy, jak je pan Bóg stworzył.
— Trochę za bardzo wam się to spodobało — mruknęła Ali.
Emily natychmiast przestała chichotać.
11
- Na zakończenie roku mam dla was coś specjalnego.
Nauczyłam się hipnotyzować ludzi.
- Hipnotyzować? — powtórzyła Spencer.
- Nauczyła mnie siostra Matta - ciągnęła Ali, oglądając stojące
w ramce na komodzie zdjęcie Melissy i lana.
- Jak to się robi? - zapytała Hanna.
- Wybacz, ale przysięgłam dochować tajemnicy - powiedziała
Ali, odwracając się. - Chcecie zobaczyć, jak to wygląda?
Aria uniosła brwi, siadając na lawendowej poduszce leżącej na
podłodze.
- Nie wiem...
- Czemu nie? — Oczy Ali powędrowały w stronę świnki
pacynki, która wystawała ze zrobionej na drutach, fioletowej
torby Arii.
Aria nosiła przy sobie dziwne rzeczy: pluszowe zwierzątka,
strony wyrwane na chybił trafił ze starych powieści, pocztówki z
miejsc, w których nigdy nie była.
- Czy pod wpływem hipnozy nie mówi się przypadkiem
rzeczy, których nie chce się powiedzieć? - zapytała Aria.
- Jest coś, czego nie możesz nam powiedzieć? I po co
wszędzie chodzisz z tą zabawką? - Ali pokazała palcem na
świnkę.
Aria wzruszyła ramionami i wyciągnęła z torby pluszową
maskotkę.
- Swinulę dostałam od taty, przywiózł mi ją z Niemiec. Daje
mi dobre rady w sprawach sercowych - powiedziała i nałożyła
pacynkę na dłoń.
- Wkładasz jej rękę do tyłka - pisnęła Ali, a Emily zaczęła
chichotać. - A poza tym, czemu nie rozstajesz się z czymś, co dał
ci wła s n y o j c ie c ?
12
- To nie jest śmieszne - odwarknęła Aria, gwałtownie
odwracając głowę w stronę Emily.
Na kilka sekund zapadła głucha cisza. Dziewczyny patrzyły
po sobie. Ostatnio często powtarzała się taka sama sytuacja:
któraś - zazwyczaj Ali - mówiła coś, żeby innej zrobić przykrość,
ale żadna nie miała odwagi zapytać, o co, do diabła, chodzi.
W końcu Spencer przerwała milczenie.
- Hipnoza, hm, to brzmi trochę jak żart.
- A ty co niby o tym wiesz? — powiedziała szybko Alison. —
Daj spokój, mogę nagle zrobić to tobie.
Spencer podciągnęła spódnicę w pasie. Emily z sykiem
wypuściła powietrze. Aria i Hanna wymieniły porozumiewawcze
spojrzenia. Ali zawsze je namawiała, żeby wypróbowywały
nowe rzeczy - zeszłego lata chciała na przykład palić nasiona
mleczy, żeby sprawdzić, czy ma się po nich halucynacje. A
poprzedniej jesieni pojechały pływać w Pecks Pond, choć kiedyś
znaleziono tam martwe ciało. Tymczasem nie zawsze miały
ochotę robić to, do czego namawiała je Alison. Kochały ją na
zabój, ale czasem też jej nienawidziły - bo okropnie się rządziła i
rzuciła na nie czar. Czasem w jej obecności czuły się tak, jakby
nie były prawdziwe. Jakby były lalkami, a Ali kontrolowała
każdy ich ruch. Każda marzyła o tym, żeby choć raz powiedzieć
Ali „nie".
- Błaaagam cię - powiedziała Ali. - Emily, ty chcesz, prawda?
- Yyy... - głos Emily się trząsł. - No cóż...
- Ja chcę — wcięła się Hanna.
- Ja też — dodała natychmiast Emily.
Spencer i Aria niechętnie skinęły głowami. Zadowolona
Alison jednym ruchem zgasiła wszystkie światła, a potem
13
zapaliła mnóstwo ustawionych na stoliku do kawy świec
słodko pachnących wanilią. W końcu wstała i mruczała coś pod
nosem.
— Dobrze, teraz wszystkie musicie się rozluźnić — za-
komenderowała, a dziewczyny usadowiły się na dywanie. —
Wasze tętno zwalnia. Wyciszcie się. Policzę od stu do jednego, a
kiedy dotknę każdej z was, będziecie w mojej mocy.
— Straszne — Emily zaśmiała się nerwowo. Alison zaczęła.
— Sto... dziewięćdziesiąt dziewięć... dziewięćdziesiąt osiem...
D wadzi eś ci a d wa.. .
Jed ena ści e...
P i ę ć...
C z t e r y...
Tr z y. ..
Dotknęła czoła Arii opuszkiem kciuka. Spencer rozprostowała
nogi. Aria poruszyła lewą stopą.
— Dwa... — powoli dotknęła Hanny, potem Emily i ruszyła w
stronę Spencer. — Jeden.
Spencer nagle otworzyła oczy, zanim Alison zdążyła do niej
podejść. Zerwała się na równe nogi i podbiegła do okna.
— Co ty wyprawiasz — wyszeptała Ali. — Wszystko ze-
psułaś.
— Tu jest za ciemno. — Spencer jednym ruchem rozsunęła
zasłony.
— Nie. — Alison opuściła ramiona. — Musi być ciemno. Tak
to działa.
14
- Daj spokój, wcale nie.
Roleta się zacięła. Spencer westchnęła, gdy zdołała ją
odblokować.
- Właśnie że tak.
Spencer położyła dłonie na biodrach.
- Chcę, żeby było jaśniej. Może wszystkie chcą - powiedziała.
Alison popatrzyła na pozostałe dziewczyny. Wciąż siedziały z
zamkniętymi oczami. Spencer nie rezygnowała.
- Dlaczego zawsze ma być tak, jak ty chcesz, Ali? Alison
roześmiała się.
- Zasłoń okno! - zawołała z naciskiem. Spencer przewróciła
oczami.
- Boże, weź na wstrzymanie.
- Niby j a mam wziąć na wstrzymanie? - zapytała Alison.
Spencer i Alison wbiły w siebie wzrok na dłuższą chwilę.
Taka niedorzeczna kłótnia mogłaby wybuchnąć o to, kto
pierwszy zobaczył sukienkę Lacoste w sklepie Neiman Marcus,
albo o to, czy zaznaczanie fragmentów w książce miodowym
markerem wyglądało zbyt krzykliwie. Ale tym razem chodziło o
coś zupełnie innego. Znacznie poważniejszego.
Wreszcie Spencer wskazała na drzwi.
- Idź sobie.
- Świetnie — i Alison wymaszerowała z domu.
- No i dobrze!
Ale po kilku sekundach Spencer ruszyła za nią. Na zewnątrz
była granatowa ciemność, a w domu nie paliło się
15
żadne światło. Nagle zrobiło się zupełnie cicho — zamilkły
nawet cykady - i Spencer słyszała tylko swój oddech.
— Poczekaj chwilę! — krzyknęła po chwili, z trzaskiem
zamykając za sobą drzwi. — Alison!
Ale Alison już nie było.
Kiedy Aria usłyszała trzaśnięcie drzwiami, otworzyła oczy.
— Ali? — zawołała. — Dziewczyny? Nikt się nie odzywał.
Rozejrzała się. Hanna i Emily siedziały nieruchomo na
dywanie, a drzwi były otwarte. Aria wyszła na ganek. Nikogo
tam nie było. Na palcach podeszła do granicy posesji. Przed nią
rozpościerał się las, w którym panowała zupełna cisza.
— Ali? — wyszeptała. Żadnej odpowiedzi. — Spencer? W
domku Hanna i Emily przecierały oczy.
— Właśnie miałam przedziwny sen — powiedziała Emily. —
To znaczy, wydaje mi się, że to był sen. Wszystko działo się w
nim tak szybko. Alison wpadła do bardzo głębokiej studni, w
której środku rosły ogromne rośliny.
— Mnie się śniło to samo - powiedziała Hanna.
— Naprawdę? — zapytała Emily. Hanna przytaknęła.
— To znaczy, prawie. Też mi się śniła wielka roślina. I też
chyba widziałam Alison. Może to był tylko cień, jednak na
pewno j e j cień.
— Ale numer — wyszeptała Emily. Wpatrywały się w siebie
szeroko otwartymi oczami.
16
— Dziewczyny? — Aria stanęła w drzwiach. Była blada jak
ściana.
— Wszystko w porządku? - zapytała Emily.
— Gdzie Alison? - Aria zmarszczyła brwi. - A Spencer?
— Nie wiemy — powiedziała Hanna.
I nagle do domku wpadła Spencer. Wszystkie dziewczyny
podskoczyły.
— Co się dzieje? — spytała.
— Gdzie Ali? - zapytała cicho Hanna.
— Nie wiem — wyszeptała Spencer. — Myślałam... Nie
wiem.
Zapadła cisza. Słychać było tylko drapanie gałęzi w okna.
Jakby ktoś długim paznokciem przesuwał po szybie.
— Chyba chcę iść do domu — powiedziała Emily.
Następnego ranka po Alison nadal nie było śladu. Dziewczyny
zadzwoniły do siebie, choć tym razem była to telekonferencja na
cztery, nie na pięć osób.
— Myślicie, że się na nas wściekła? — zapytała Hanna. -Przez
cały wieczór była jakaś dziwna.
— Pewnie siedzi u Katy - powiedziała Spencer.
Katy była jedną z koleżanek Ali z drużyny hokejowej.
— A może jest u Tiffany, tej dziewczyny z obozu? —
zastanawiała się Aria.
— Gdziekolwiek jest, na pewno świetnie się bawi — cicho
powiedziała Emily.
Każda z nich po kolei odebrała telefon od pani Di Laurentis,
która pytała, czy nie wiedzą, gdzie jest Ali. Najpierw wszystkie
zaczęły ją kryć. Taka była ich niepisana
17
zasada: kryły Emily, kiedy wbrew zakazowi wymykała się z
domu po jedenastej wieczorem, skłamały dla Spencer, kiedy
pożyczyła sobie płaszcz Melissy od Ralpha Laurena i zostawiła
go w pociągu, i tak dalej. Ale kiedy każda z nich skończyła
rozmowę z panią Di Laurentis, poczuły dziwne zdenerwowanie.
Po południu pani Di Laurentis znowu zadzwoniła, tym razem
w panice. Wieczorem Di Laurentisowie zawiadomili policję, a
następnego ranka przed ich domem, na zazwyczaj nieskazitelnym
trawniku, pojawiły się samochody policyjne i furgonetki
telewizyjne. Właściciele stacji telewizyjnych marzyli o czymś
takim: śliczna, bogata dziewczyna zaginęła w jednym z
najbezpieczniejszych miast, którego mieszkańcy należeli do
wyższej klasy średniej.
Hanna zadzwoniła do Emily, gdy wieczorem w telewizji
podano pierwszą informację na temat Ali.
— Rozmawiała dziś z tobą policja?
— Tak — wyszeptała Emily.
— Ze mną też. Nie mówiłaś im o... - urwała. — O sp ra wi e
Jen n y, prawda?
— Nie! - westchnęła Emily. - Czemu pytasz? Myślisz, że coś
wiedzą?
— Nie... nie ma takiej możliwości — wyszeptała Hanna po
chwili. - Tylko my o tym wiemy. My cztery... i Alison.
Policja przesłuchała dziewczyny - tak jak właściwie
wszystkich mieszkańców Rosewood, począwszy od instruktora
aerobiku z drugiej klasy, a na facecie, który kiedyś sprzedał
Alison paczkę marlboro w sklepie spożywczym, skończywszy.
Działo się to tego lata przed ósmą klasą, kiedy dziewczyny
powinny flirtować ze starszymi chłopakami w czasie imprez nad
basenem, jeść popcorn w ogrodzie
18
i cały dzień robić zakupy w centrum handlowym. Tymczasem
płakały w samotności na swoich łóżkach albo gapiły się tępo na
ściany pokryte zdjęciami. Spencer zaczęła obsesyjnie sprzątać
pokój, próbując dojść do tego, o co tak napra wd ę pokłóciła się z
Ali, i myśląc o tym, co jako jedyna z wszystkich dziewczyn o niej
wiedziała. Hanna całymi godzinami siedziała na podłodze,
ukrywając puste torby po chipsach pod materacem. Emily nie
mogła przestać myśleć o liście, który wysłała do Ali tuż przed jej
zaginięciem. Czy Ali go dostała? Aria siedziała przy biurku ze
Swinulą. Dziewczyny coraz rzadziej do siebie dzwoniły.
Wszystkie borykały się z tymi samymi myślami, ale sobie nie
miały nic do powiedzenia.
Lato się skończyło, potem nowy rok szkolny przeszedł w
następne lato. Ali nie odnaleziono. Policja kontynuowała
poszukiwania, ale po cichu. Media straciły zainteresowanie
sprawą i zajmowały się teraz wyłącznie potrójnym
samobójstwem w Center City. Nawet DiLaurentisowie
wyprowadzili się z Rosewood prawie dwa i pół roku po znik-
nięciu Alison. Coś się też zmieniło w Spencer, Arii, Emily i
Hannie. Kiedy szły ulicą, przy której niegdyś mieszkała Ali, i
spoglądały na jej dom, nie wybuchały automatycznie płaczem.
Nie, czuły coś zupełnie innego.
Ulgę.
Jasne, Alison to była po prostu Aliso n . Ryła ramieniem, na
którym można się było wypłakać, tylko ona mogła zadzwonić do
chłopaka, w którym podkochiwała się jej przyjaciółka, żeby
dowiedzieć się, co o niej myśli, i miała ostatnie słowo w istotnej
kwestii, czy w nowych dżinsach tyłek nie wygląda za grubo. Ale
jednocześnie dziewczyny się jej bały. Ali wiedziała o każdej z
nich więcej niż
19
ktokolwiek inny na świecie, łącznie z rzeczami, o których
wolałyby zapomnieć, zakopać je jak martwe ciało. Myśl, że Ali
może nie żyć, przerażała je wszystkie, ale... jeśli nie żyła,
przynajmniej ich tajemnice były bezpieczne. I były. Przynajmniej
przez trzy lata.
20
1
POMARAŃCZE, BRZOSKWINIE I CYTRYNY, O RANY!
— Ktoś wreszcie kupił stary dom DiLaurentisów — po-
wiedziała mama Emily Fields.
Było sobotnie popołudnie. Pani Fields siedziała przy stole w
kuchni w okularach na nosie i cicho robiła rachunki.
Emily poczuła, że waniliowa cola, którą właśnie piła, podeszła
jej bąbelkami do nosa.
— Wprowadziła się tam dziewczyna w waszym wieku —
ciągnęła dalej pani Fields. — Miałam im dziś zanieść ten koszyk.
Może chcesz pójść za mnie? — Wskazała na monstrualny
pakunek w celofanie stojący na stole.
— Boże, mamo, w ż yciu .
Od kiedy w ubiegłym roku mama Emily przestała uczyć w
szkole podstawowej i przeszła na emeryturę, stała się
nieoficjalnie jednoosobowym komitetem powitalnym miasta
Rosewood w Pensylwanii. Zbierała miliony
21
dupereli - suszone owoce, to płaskie, gumowe coś, czego się
używa do otwierania słoików, ceramiczne kurczątka (mama
Emily miała bzika na punkcie kurczątek), przewodnik po
gospodach w Rosewood i inne bzdury - i pakowała je do
wielkiego wiklinowego kosza powitalnego. Była wzorem matki z
przedmieść, brakowało jej tylko dużego sportowego auta.
Uważała, że są ostentacyjne i za dużo palą, więc jeździła jakże
praktycznym volvo kombi.
Pani Fields wstała i przesunęła palcami po zniszczonych
chlorem włosach Emily.
- Boisz się tam pójść, kochanie? Może powinnam posłać
Carolyn?
Emily spojrzała na swoją o rok starszą siostrę Carolyn, która
siedziała wygodnie, rozparta na sofie w salonie, i oglądała serial
w telewizji. Emily potrząsnęła głową.
— Nie, w porządku. Pójdę.
Jasne, od czasu do czasu Emily marudziła i wywracała
oczami. W końcu jednak zawsze robiła wszystko, o co poprosiła
mama. Miała prawie same piątki, cztery razy zdobyła
mistrzostwo stanu w pływaniu motylkiem i była bardzo
posłusznym dzieckiem. Bez trudu przestrzegała reguł i spełniała
prośby.
Jednak tak naprawdę p o trz eb o wa ł a powodu, żeby jeszcze
raz obejrzeć dom Alison. Prawie całe Rosewood pogodziło się ze
zniknięciem Ali trzy lata, dwa miesiące i dwanaście dni temu,
lecz Emily nie należała do większości. Nawet teraz, gdy patrzyła
na swój album z siódmej klasy, ściskał się jej żołądek. Czasami w
deszczowe dni Emily czytała stare notatki Ali, które
przechowywała w pudełku po adidasach, pod łóżkiem. W szafie
trzymała też parę sztruksów, które Ali pożyczyła jej razem z
drewnianym
22
wieszakiem, choć teraz były już na nią o wiele za małe.
Ostatnie kilka lat spędziła samotnie w Rosewood, tęskniąc za
taką przyjaciółką jak Ali, choć przeczuwała, że nikogo takiego
już nie spotka. Ali nie była idealną przyjaciółką, ale mimo
wszystkich wad okazała się niezastąpiona.
Emily wyprostowała się i wzięła kluczyki od volvo z haczyka
obok telefonu.
- Za chwilę wrócę! - zawołała, zamykając za sobą frontowe
drzwi.
Kiedy podjechała do starego, wiktoriańskiego domu Ali na
końcu obsadzonej drzewami ulicy, najpierw zobaczyła ogromny
stos rzeczy na chodniku i wielki napis „ZA DARMO". Zdała
sobie sprawę, że część tych rzeczy należała do Alison.
Rozpoznała stary, za ciasno wypchany biały sztruksowy fotel z
jej sypialni. DiLaurentisowie wyprowadzili się prawie dziewięć
miesięcy temu. Pewnie zostawili to i owo.
Zaparkowała za wielką ciężarówką do przeprowadzek i
wysiadła z volvo.
- O rany - wyszeptała, próbując powstrzymać drżenie dolnej
wargi.
Pod fotelem leżał stos zakurzonych książek. Emily sięgnęła po
nie i przyjrzała się grzbietom. Moby Dick, Książę i żebrak.
Pamiętała, jak czytały je w siódmej klasie na lekcjach literatury z
panią Pierce, jak rozmawiały o symbolizmie, metaforach i
punktach kulminacyjnych. Pod spodem było więcej książek,
między innymi takie, które wyglądały jak stare notatniki. Obok
książek leżały pudełka.
23
Napisano na nich „UBRANIA ALISON" i „STARE PA-
PIERY ALISON". Z pudełka wystawała niebiesko-czerwona
wstążka. Emily pociągnęła ją lekko. Był to medal zdobyty w
szóstej klasie w zawodach pływackich, który dała w prezencie
Alison, kiedy wymyśliły grę „Olimpijskie boginie seksu".
— Chcesz to?
Emily zerwała się na równe nogi. Stała naprzeciw wysokiej,
chudej dziewczyny o śniadej cerze i burzy czarnobrązowych
kręconych włosów. Dziewczyna miała na sobie żółty
podkoszulek na ramiączkach, a spod jednego wystawało
ramiączko biustonosza, pomarańczowo-zielone. Emily nie była
pewna, ale chyba miała taki sam biustonosz w domu. Był od
Victoria's Secret i na miseczkach miał małe pomarańcze,
brzoskwinie i cytryny.
Medal wysunął jej się z rąk i stuknął o chodnik.
— Hm, nie — powiedziała, schylając się po niego.
— Możesz zabrać, co chcesz. Widzisz, co tu jest napisane?
— Nie, naprawdę, dziękuję. Dziewczyna wyciągnęła dłoń.
— Maya St. Germain. Właśnie się wprowadziliśmy.
— Ja... — słowa uwięzły Emily w gardle. — Jestem Emily —
udało jej się wreszcie wydusić.
Chwyciła wyciągniętą dłoń Mai. Uściśnięcie dłoni
dziewczynie wydawało się takie oficjalne — Emily nie była
pewna, czy kiedykolwiek to zrobiła. Czuła się dziwnie słabo.
Może zjadła za mało płatków na śniadanie?
Maya wskazała rzeczy leżące na ziemi.
— Uwierzysz, że cały ten złom był w moim pokoju? Sama to
wszystko musiałam wynieść. Ale kaszana.
24
— Tak, to wszystko należało do Alison — wyszeptała Emily.
Maya schyliła się, żeby przyjrzeć się książkom. Poprawiła
ramiączko podkoszulka.
— To jest twoja przyjaciółka?
Emily zawahała się. J est ? Może Maya nie słyszała o
zniknięciu Ali?
-Uhm, b ył a. Dawno temu. Przyjaźniłyśmy się z paroma
innymi dziewczynami z okolicy - wyjaśniła, nie wchodząc w
szczegóły tego porwania, morderstwa czy czegoś jeszcze innego,
o czym bała się myśleć. — W siódmej klasie. Teraz chodzę do
jedenastej w Rosewood Day.
Szkoła miała zacząć się po weekendzie. A razem z nią jesienne
treningi pływackie, co oznaczało trzy godziny pływania dziennie.
Emily nawet nie chciała o tym myśleć.
— Ja też chodzę do Rosewood! - uśmiechnęła się szeroko
Maya.
Usiadła na starym sztruksowym fotelu Alison. Sprężyny
zaskrzypiały.
— Przez cały lot tutaj moi rodzice nie mogli przestać gadać o
tym, jakie mam szczęście, że dostałam się do Rosewood i że to
zupełnie coś innego niż moja szkoła w Kalifornii. Założę się, że
nie macie tutaj meksykańskiego jedzenia, no nie? To znaczy,
p ra wd zi we go meksykańskiego jedzenia,
kalifornijsko-meksykańskiego. Dawali takie w naszej stołówce,
mniam, naprawdę pyszne. Będę się musiała przyzwyczaić do
Taco Bell, chociaż od tamtejszych gorditas chce mi się rzygać.
— Och — uśmiechnęła się Emily. Ta dziewczyna naprawdę
dużo gadała. — Tak, żarcie tu jest paskudne.
25
Maya poderwała się z fotela.
— Może to dziwna prośba, bo dopiero co się poznałyśmy, ale
pomogłabyś mi wnieść resztę tych pudeł do pokoju?
Podeszła do kilku pudełek stojących na podłodze ciężarówki.
Emily szeroko otworzyła oczy. Pójść do starego pokoju
Alison? Ale jeśli odmówi, to będzie bardzo niegrzeczne, prawda?
— Tak, jasne — powiedziała drżącym głosem. Korytarz nadal
pachniał mydłem Dove i potpourri, tak
samo jak wtedy, gdy mieszkali tu Di Laurentisowie. Emily
zatrzymała się przy drzwiach i czekała, aż Maya wskaże jej
drogę, choć dawny pokój Ali na końcu korytarza, na piętrze,
znalazłaby z zamkniętymi oczami. Wszędzie leżały pełne pudła,
a dwa smukłe włoskie charty poszczekiwały zza drzwi w kuchni.
-Nie zwracaj na nie uwagi — powiedziała Maya, wchodząc po
schodach do pokoju i otwierając drzwi kolanem.
„Niesamowite, nic się tu nie zmieniło", pomyślała Emily,
kiedy weszła do pokoju. W rzeczywistości sporo się zmieniło.
Maya przestawiła wielkie łóżko do innego kąta, na jej biurku stał
olbrzymi płaski monitor komputerowy i wszędzie powiesiła
plakaty, zakrywając dawną tapetę w kwiaty. C o ś jednak
pozostało, tak jakby Alison gdzieś tu unosiła się w powietrzu.
Emily lekko zakręciło się w głowie i musiała oprzeć się o ścianę.
— Połóż gdziekolwiek — powiedziała Maya.
Emily z trudem oderwała plecy od ściany, postawiła pudełko
obok łóżka i rozejrzała się.
— Fajne plakaty — powiedziała.
26
Przedstawiały głównie piosenkarkę M.I.A. i Black Eyed Peas
oraz Gwen Stefani w kostiumie cheerleaderki.
— Uwielbiam Gwen — dodała.
— Ja też. A mój chłopak zbzikował na jej punkcie. Ma na imię
Justin. Jest z San Francisco, tak jak ja.
— O, ja też mam chłopaka - powiedziała Emily. - Ma na imię
Ben.
— Tak? - Maya usiadła na łóżku. — Jaki jest?
Emily próbowała zobaczyć w myślach Bena, z którym była od
czterech miesięcy. Widziała się z nim dwa dni temu. Oglądali u
niej Doom na DVD. Oczywiście w pokoju obok była jej mama,
która co chwilę do nich zaglądała z pytaniem, czy czegoś nie
potrzebują. Przez jakiś czas się przyjaźnili i byli w tej samej
drużynie pływackiej. Wszyscy koledzy i koleżanki z drużyny
mówili, że powinni się umówić, i tak też zrobili.
— Jest w porządku.
— A czemu już się nie przyjaźnisz z tą dziewczyną, która tu
mieszkała? — zapytała Maya.
Emily założyła za uszy blond włosy o rudawym odcieniu.
Więc Maya naprawdę n ic n i e wied zi a ł a o Alison. Emily bała
się, że gdy zacznie mówić o Alison, to się rozpłacze, a to by było
trochę dziwne. Poza tym prawie nie znała tej całej Mai.
— Nasze drogi się rozeszły. Pewnie bardzo się zmieniłyśmy.
Bard zo ? Mało powiedziane! Spośród pozostałych naj-
lepszych przyjaciółek Emily, Spencer przeszła samą siebie w
dążeniu do hiperperfekcyjności, rodzina Arii nagle wyprowadziła
się na Islandię — jesienią tego roku, kiedy zniknęła Ali, a
dziwaczna, ale urocza Hanna przestała być
27
urocza i zrobiła się z niej nieznośna suka. Tak, Hanna i jej
obecna najlepsza przyjaciółka Mona Vanderwaal przeszły
zupełną transformację w ciągu lata między ósmą a dziewiątą
klasą. Mama Emily widziała ostatnio, jak Hanna idzie do
miejscowego sklepu spożywczego, i powiedziała Emily, że
Hanna wyglądała „bardziej dziwkarsko niż ta Paris Hilton". Po
raz pierwszy Emily usłyszała z ust mamy słowo „dziwkarsko".
— Wiem, jak to jest, gdy drogi się rozchodzą — powiedziała
Maya, kołysząc się do przodu i do tyłu. - Od razu przychodzi mi
na myśl mój chłopak. Okropnie się boi, że go rzucę, teraz gdy
mieszkamy na dwóch krańcach kraju. Ale z niego dzieciak.
— Z moim chłopakiem jesteśmy w drużynie pływackiej, więc
widujemy się cały czas - odpowiedziała Emily, rozglądając się,
gdzie by tu usiąść.
„Może nawet za często", pomyślała.
— Pływasz? — zapytała Maya. Zmierzyła wzrokiem Emily,
która dziwnie się poczuła. — Pewnie jesteś świetna. Masz
ramiona stworzone do pływania.
— Och, nie wiem — zaczerwieniła się Emily i oparła się o
białe drewniane biurko Mai.
— Ależ tak! — uśmiechnęła się Maya. - Ale... skoro taka z
ciebie sportsmenka, to czy zabiłabyś mnie, gdybym sobie zapaliła
jointa?
— Co, teraz? — Emily szeroko otworzyła oczy. — A twoi
rodzice?
— Pojechali na zakupy. Gdzieś tu się kręci mój brat, ale on nie
ma nic przeciwko.
Maya sięgnęła pod materac i wyciągnęła pudełko po
miętówkach. Uchyliła okno, które było tuż obok łóżka,
28
potem wyjęła jointa i zapaliła. Smuga dymu uniosła się na
podwórko i mglistą chmurą otoczyła wysoki dąb. Maya
odwróciła się do Emily.
— Chcesz się sztachnąć?
Emily nigdy w życiu nie próbowała trawki. Zawsze jej się
wydawało, że rodzice jakoś się zorientują, wywąchają to we
włosach, każą jej sikać do filiżanki czy coś w tym stylu. Ale
kiedy Maya wyciągnęła jointa ze swoich wiśniowych ust,
wyglądało to bardzo sexy. Emily też tak chciała wyglądać.
— Uhm, no dobra.
Podeszła do Mai i wzięła jointa. Ich ręce i oczy się spotkały.
Maya miała oczy zielone, lekko żółtawe, jak u kota. Emily trzęsły
się ręce. Zdenerwowała się, ale włożyła jointa do ust i zaciągnęła
się lekko, jakby piła waniliową colę przez słomkę.
To jednak nie smakowało jak waniliowa cola. Poczuła się tak,
jakby wciągnęła cały słoik zgniłych przypraw. Zaczęła kaszleć
niczym stary gruźlik.
— Och — powiedziała Maya, zabierając jointa. — Pierwszy
raz?
Emily nie mogła oddychać i tylko pokręciła głową, ciężko
wciągając powietrze. Z trudem oddychała. Wreszcie poczuła, jak
powietrze z powrotem wdziera się do jej płuc. Kiedy Maya
odwróciła ramię, Emily zobaczyła długą białą bliznę, biegnącą
przez cały nadgarstek. C o t o jest? Wyglądało jak mały wąż
albinos zawinięty wokół przedramienia. Boże, chyba już była
upalona.
Nagle rozległ się szczęk. Emily podskoczyła. Hałas rozległ się
po raz drugi.
— Co to? — syknęła.
Maya zaciągnęła się znowu i pokręciła głową.
29
— Robotnicy. Jesteśmy tu pierwszy dzień, a rodzice już
zaczęli remont. — Uśmiechnęła się szeroko. — Ześwirowałaś,
jakby tu co najmniej weszły gliny. Nakryli cię już kiedyś?
— Nie! — Emily roześmiała się. To było takie niedorzeczne.
Maya uśmiechnęła się i wypuściła powietrze z płuc.
— Muszę już iść — rzuciła Emily. Maya posmutniała.
— Czemu?
Emily zeszła z łóżka.
— Powiedziałam mamie, że wpadnę tu tylko na chwilę. Ale
zobaczymy się w szkole we wtorek.
— Super — powiedziała Maya. — Może mnie oprowadzisz?
Emily uśmiechnęła się.
— Jasne.
Maya uśmiechnęła się raz jeszcze i pomachała jej na
pożegnanie trzema palcami.
— Znajdziesz drogę do wyjścia?
— Chyba tak. — Emily rozejrzała się jeszcze raz po pokoju
Ali, to znaczy po pokoju M a i, a potem zeszła po schodach, które
tak dobrze znała.
Dopiero kiedy potrząsnęła głową na świeżym powietrzu,
przeszła obok starych rzeczy Alison leżących nadal na chodniku i
wsiadła do samochodu rodziców, zobaczyła koszyk powitalny.
„Mam to w nosie — pomyślała, stawiając koszyk między
starym fotelem Alison a pudełkami z książkami. — Komu się
przyda przewodnik po gospodach w Rosewood? Maya już tu
przecież mieszka".
I nagle Emily spodobało się to, co zrobiła.
30
2
DZIEWCZYNY Z ISLANDII (I FINLANDII) SĄ ŁATWE
— O Roże, d rze wa. Ale fajnie, że tu rosną takie wielkie
d rze wa .
Michelangelo, piętnastoletni brat Arii Montgomery,
przypominał wielkiego owczarka, kiedy wysunął głowę przez
okno samochodu. Aria z bratem i rodzicami, Ellą i Ryronem —
którzy pozwalali dzieciom mówić sobie po imieniu — wracali do
domu z lotniska w Filadelfii. Właśnie wysiedli z samolotu, który
przyleciał z Rejkiawiku, stolicy Islandii. Tata Arii był profesorem
historii sztuki, a cała rodzina spędziła ostatnie dwa lata na
Islandii, gdzie Ryron pomagał gromadzić materiały do
telewizyjnego filmu dokumentalnego na temat sztuki
skandynawskiej. Teraz, kiedy już wrócili, Mike zachwycał się
krajobrazem Pensylwanii. Czyli po prostu... wszystkim.
Pochodzącą z siedemnastego wieku, zbudowaną z kamienia go-
spodą, w której sprzedawano ceramiczne wazy, czarnymi
31
krowami gapiącymi się tępo zza ogrodzenia przy drodze,
centrum handlowym w rustykalnym stylu, zbudowanym, gdy ich
tu nie było. Nawet dwudziestoletnią zapuszczoną cukiernią.
— Nie mogę się doczekać, kiedy sobie kupię pączka! —
wykrzyknął Mike.
Aria westchnęła ciężko. Mike przez dwa lata na Islandii
właściwie nie miał towarzystwa — uważał, że wszyscy chłopcy
na wyspie to „mięczaki, które ujeżdżają małe słodkie kucyki".
Natomiast Aria rozkwitła. Z radością przyjęła wiadomość o
wyjeździe. Islandia okazała się dla niej nowym początkiem.
Działo się to jesienią po zaginięciu Alison. Jej przyjaciółki traciły
z sobą kontakt i właściwie nie spotykała się z nikim prócz ludzi
ze szkoły, których znała od zawsze.
Przed wyjazdem do Europy czasem zauważała, jak chłopcy
przyglądają jej się z daleka, ale potem odwracają wzrok. Miała
smukłą sylwetkę tancerki, proste czarne włosy i wydatne usta.
Wiedziała, że jest ładna. Ale co z tego, że wszyscy jej to mówili,
skoro na pierwszą randkę poszła dopiero w siódmej klasie? W
trakcie jednej z ostatnich rozmów ze Spencer - tego lata, kiedy
zaginęła Ali, podczas wszystkich spotkań z dziewczynami
atmosfera była bardzo napięta - Spencer powiedziała jej, że nie
mogłaby się opędzić od chłopaków, gdyby tylko spróbowała
pójść na mały kompromis.
Ale Aria nie wiedziała, co to właściwie znaczy. Rodzice wbili
jej do głowy, że jest indywidualistką, a nie pokorną owcą w
stadzie, i że powinna być sobą. Problem polegał na tym, że sama
nie wiedziała, kim jest. Od kiedy skończyła
32
jedenaście lat, była już Arią punkową, Arią artystką, Arią
reżyserką filmów dokumentalnych, a tuż przed przeprowadzką
próbowała nawet być Arią — idealną dziewczyną z Rosewood,
która jeździ konno, nosi koszulki polo, ma piękną torbę firmy
Coach, dziewczyną, którą kochają wszyscy chłopcy w Rosewood
i którą Aria na pewno nie była. Na szczęście po dwóch
tygodniach tej mordęgi przeprowadzili się na Islandię, a tam
wszystko, wszystko, naprawdę w sz ys tko się zmieniło.
Tuż przed rozpoczęciem roku szkolnego w ósmej klasie jej
ojcu zaproponowano pracę na Islandii. Cała rodzina spakowała
walizki. Aria podejrzewała, że wyjechali tak szybko z powodu
pewnego sekretu taty, o którym wiedziała tylko ona — i Alison
DiLaurentis. Gdy samolot oderwał się od ziemi, postanowiła o
tym więcej nie myśleć. Po kilku miesiącach w Rejkiawiku
Rosewood było tylko mglistym wspomnieniem. Jej rodzice
znowu się w sobie zakochali i nawet jej brat wieśniak nauczył się
islandzkiego i francuskiego. A Aria się zakochała... nawet kilka
razy.
Co z tego, że chłopcy w Rosewood nie rozumieli Arii
dziwaczki? Chłopcy na Islandii — bogaci, światowi, fascynujący
islandzcy chłopcy — na pewno ją rozumieli. Zaraz po
przeprowadzce poznała chłopaka o imieniu Hallbjorn. Miał
siedemnaście lat, był didżejem, miał trzy kucyki i najpiękniejsze
kości policzkowe, jakie w życiu widziała. Obiecał, że pokaże jej
islandzkie gejzery, i kiedy oglądali, jak w jednym z nich pęka
wielki pęcherz powietrza i w górę unosi się para, pocałował ją. Po
Hallbjornie był Lars. Lubił bawić się jej starą pluszową Swinulą
— tą,
33
której Aria radziła się w sprawach sercowych — i zabierał
Arię na najlepsze potańcówki nad zatoką. Na Islandii czuła się
podziwiana i seksowna. Tam stała się islandzką Arią, najlepszą z
wszystkich Arii. Znalazła swój styl — trochę artystyczny, trochę
trendy: ubierała się na cebulkę, nosiła wysokie sznurowane buty i
dżinsy APC, które kupiła w Paryżu, czytała francuskich
filozofów i podróżowała pociągiem tylko ze starą mapą i jedną
zmianą bielizny. Ale teraz widok Rosewood za oknem
przypominał jej
0 przeszłości, którą chciała zostawić za sobą. Zobaczyła
knajpę ze stekami U Ferry, gdzie razem z przyjaciółmi z liceum
spędzała długie godziny. Zobaczyła też miejscowy klub —
wprawdzie jej rodzice do niego nie należeli, ale chodziła tam
czasem ze Spencer. Kiedyś w przypływie odwagi podeszła do
Noela Kahna, chłopaka, w którym się wtedy podkochiwała, i
zaprosiła go na lody. Oczywiście spuścił ją po drucie.
Teraz wjechali na słoneczną ulicę obsadzoną drzewami, przy
której kiedyś mieszkała Alison DiLaurentis. Kiedy samochód
zatrzymał się przed znakiem stop, Aria wbiła wzrok w drugi dom
od skrzyżowania. Na chodniku leżały jakieś śmieci, ale budynek
wydawał się cichy i spokojny. Musiała zasłonić oczy. Na Islandii
bywały takie dni, że w ogóle nie myślała już o Ali, o ich
wspólnych sekretach
i o wszystkim, co się zdarzyło. Ryła z powrotem w Rosewood
dopiero od dziesięciu minut, a już na każdym zakręcie słyszała
głos Ali, w każdym oknie balkonowym widziała jej odbicie.
Skuliła się w fotelu, żeby się nie rozpłakać.
Tata minął jeszcze kilka przecznic i zatrzymał się przy ich
starym domu: wielkiej, brązowej, ponurej postmoder-
34
nistycznej kostce, z tylko jednym kwadratowym oknem po-
środku. Wyglądał żałośnie w porównaniu z ich domem na
Islandii, w kolorze wyblakłego błękitu, stojącym w szeregowej
zabudowie w pobliżu jeziora. Aria weszła do środka za rodzicami
i każdy udał się do swojego pokoju. Słyszała, jak Mike rozmawia
na zewnątrz przez telefon. Dłonią przecięła unoszącą się w
powietrzu smugę kurzu.
— Mamo! — Mike wbiegł przez frontowe drzwi. — Roz-
mawiałem właśnie z Chadem. Dziś są pierwsze eliminacje do
lacrosse'a.
Lacrosse, sport podobny do hokeja na trawie, był największą
pasją życiową Mike'a.
— Lacrosse? — Ella wyszła z jadalni. — Teraz?
— Tak — powiedział Mike. — Wychodzę.
Popędził po schodach z poręczą z kutego żelaza do swojej
dawnej sypialni.
— Aria, kochanie, zawieziesz go na trening?
Aria odwróciła się w stronę, z której dobiegał głos matki, i
zaśmiała się cicho.
— Mamo, nie mam prawa jazdy.
— I co z tego? W Rejkiawiku cały czas jeździłaś. Boisko do
lacrosse'a jest tylko parę kilometrów stąd. W najgorszym razie
potrącisz krowę. Poczekaj na niego parę minut.
Aria milczała. Głos mamy już brzmiał tak, jakby była
wyczerpana. Aria słyszała, jak tata w kuchni otwiera i zamyka
szafki, i mamrocze coś pod nosem. Czy jej rodzice nadal będą się
kochać, tak jak na Islandii? A może wszystko będzie tak jak
przed wyjazdem?
— Dobra — mruknęła.
35
Rzuciła torby na półpiętrze, wzięła kluczyki i siadła za
kierownicą. Obok usiadł jej brat, już ubrany, jak za sprawą
zaklęcia. Wystukiwał rytm na swoim kiju do lacrosse'a i posłał
Arii tajemniczy uśmieszek.
— Cieszysz się, że wróciliśmy?
Aria tylko westchnęła. Przez całą drogę Mike przyciskał
dłonie do szyby, krzycząc:
— O, dom Caleba! Rozmontowali tor dla deskorolek. Albo:
— Krowie placki wciąż pachną tak samo!
Gdy tylko Aria zatrzymała się przy olbrzymim, dobrze
utrzymanym boisku, Mike otworzył drzwi i wyskoczył.
Wyciągnęła się w fotelu, popatrzyła w górę przez szyberdach i
westchnęła.
— F a j n i e, że wróciliśmy — powiedziała pod nosem. W
chmurach unosił się wielki balon. Kiedyś tak lubiła
je obserwować, a dziś tylko wbiła w niego wzrok, zamknęła
jedno oko i udawała, że miażdży balon między kciukiem i palcem
wskazującym.
Grupka chłopców w białych T-shirtach Nike, workowatych
szortach i czapeczkach bejsbolowych założonych tyłem do
przodu przeszła powoli obok jej samochodu do domku przy
boisku. Wid zis z? Wszyscy chłopcy w Rosewood wyglądali jak
zrobieni od sztancy. Aria zamrugała. Jeden z nich miał nawet taką
samą koszulkę z nadrukiem Uniwersytetu Pensylwanii jak Noel
Kahn, chłopak, któremu zaproponowała lody i w którym się
kochała. Zaraz. To... o n? O Boże. Tak. Aria nie mogła uwierzyć,
że miał na sobie ten sam T-shirt, co w wieku trzynastu lat. Pewnie
myślał, że przynosi mu szczęście. A może jest jeszcze jakiś inny,
dziwny sportowy przesąd.
36
Noel popatrzył na nią pytająco, potem podszedł do samochodu
i zapukał w szybę. Opuściła ją.
— To ty jesteś tą dziewczyną, która pojechała na biegun
północny? Masz na imię Aria? Przyjaźniłaś się z Ali? - Pytania
padały jedno po drugim.
Aria poczuła, jak ściska się jej żołądek.
— Uhm — zająknęła się.
— Nie, kolego - rozległ się głos Jamesa Freeda, drugiego na
liście najprzystojniejszych chłopaków w Rosewood, który
pojawił się za Noelem. - Nie na biegun, tylko do Finlandii. To
stamtąd pochodzi Świetlana, ta modelka. Ta, która wygląda jak
Hanna.
Aria podrapała się w głowę. Hanna? Chodzi im o Hannę
M ar in ?
Rozległ się gwizdek. Noel wsunął dłoń do auta i dotknął
ramienia Arii.
— Zostaniesz i pooglądasz trening, Finko?
— Uhm... Ja — odparła Aria.
— Co to znaczy? Finowie wydają takie odgłosy, gdy
uprawiają seks? — James wyszczerzył zęby w uśmiechu.
Aria przewróciła oczami. Ja oznaczało „tak" po fińsku, ale
skąd oni mogli to wiedzieć.
— Bawcie się dobrze swoimi kijami - uśmiechnęła się leniwie.
Chłopcy trącili się łokciami, a potem pobiegli, machając
kijami do lacrosse'a, póki nie dotarli do boiska. Aria patrzyła
przez okno. Co za ironia losu. Po raz pierwszy flirtowała z
chłopakiem w Rosewood - i to właśn i e z Noelem — a tak mało
ją to teraz obchodziło.
Ponad drzewami wyrastała iglica kaplicy w Hollis College, w
małej szkole, gdzie uczył jej tata. Na głównej ulicy
37
w Hollis był bar z bilardem. Wyprostowała się i popatrzyła na
zegarek. Wpół do trzeciej. Może już otwarte. Może wypije piwo
albo dwa i trochę się zabawi.
I może jak piwo zamgli jej wzrok, to i chłopcy z Rosewood
zrobią się atrakcyjni.
Bary w Rejkiawiku pachniały świeżo uwarzonym piwem,
starym drewnem i francuskimi papierosami. Tutaj śmierdziało
padliną, nieświeżymi hot dogami i potem. Poza tym to miejsce,
jak wszystko w Rosewood, przywodziło jej na myśl wiele
wspomnień. Pewnej piątkowej nocy Alison DiLaurentis rzuciła
Arii wyzwanie, by poszły do tego baru i zamówiły drinka
Krzyczący Orgazm. Aria czekała w kolejce za grupką chłopców z
college'u, a kiedy ochroniarz jej nie wpuścił, zawołała:
- Al e tam w środku miałam dostać Krzyczący Orgazm!
Dopiero chwilę potem zdała sobie sprawę, co powiedziała, i
uciekła do przyjaciółek, które schowały się za samochodem na
parkingu. Tak się śmiały, że dostały czkawki.
- Amstel - powiedziała do barmana, kiedy już przeszła przez
szklane drzwi wejściowe.
Najwyraźniej w sobotę o wpół do trzeciej po południu me
potrzebowali tu ochroniarzy. Rarman popatrzył na nią pytająco,
ale w końcu postawił przed nią kufel i odwrócił się. Aria
pociągnęła wielki łyk. Piwo nie miało smaku, było wodniste.
Wypluła je z powrotem do kufla.
- Wszystko w porządku? - usłyszała czyjś głos.
38
Odwróciła się. Trzy krzesła od niej siedział facet z burzą blond
włosów i zimnymi niebieskimi oczami, jak u psa husky. Trzymał
szklankę z grubym dnem.
Aria uniosła brwi.
— Tak, tylko zapomniałam, jak smakuje tutejsze piwo.
Ostatnie dwa lata spędziłam w Europie. Piwo mają tam znacznie
lepsze.
— W Europie? — Facet uśmiechnął się. Miał uroczy uśmiech.
— Gdzie?
— Na Islandii — Aria odwzajemniła uśmiech. Jego oczy
pojaśniały.
— Zatrzymałem się na kilka dni w Rejkiawiku, w drodze do
Amsterdamu. Nad zatoką była wielka impreza, fantastyczna.
Aria chwyciła kufel w obie dłonie.
— Tak — powiedziała z uśmiechem. — Tam są najlepsze
imprezy.
— Widziałaś zorzę polarną?
— Oczywiście — odparła. — I słońce o północy. W lecie
robiliśmy najlepsze imprezy... ze świetną muzyką. — Spojrzała
na jego szklankę. — A ty co pijesz?
— Szkocką — powiedział, przywołując barmana. — Chcesz?
Skinęła głową. Facet przesiadł się o trzy stołki w jej kierunku.
Miał ładne dłonie z długimi palcami i trochę zaniedbanymi
paznokciami. Na sztruksowej kurtce zauważyła przypinkę z
napisem: MĄDRE KOBIETY GŁOSUJĄ!
— Więc mieszkałaś na Islandii? — Znowu się uśmiechnął. —
Zrobiłaś sobie roczną przerwę w nauce?
39
— Nie — odparła.
Barman postawił przed nią szkocką. Pociągnęła duży łyk,
jakby piła piwo. Natychmiast poczuła pieczenie w gardle i klatce
piersiowej.
— Byłam na Islandii, bo... - Zamilkła na chwilę. - Tak, to była
roczna przerwa w nauce. - Niech sobie myśli, co chce.
— Super — pokiwał głową. — A gdzie byłaś wcześniej?
Wzruszyła ramionami.
— No... tutaj, w Rosewood. — Uśmiechnęła się i szybko
dodała: — Ale tam o wiele bardziej mi się podobało.
Kiwnął głową.
— Jak wróciłem do Stanów z Amsterdamu, to złapałem
depresję.
— Ja płakałam przez całą drogę powrotną — zwierzyła mu się
i po raz pierwszy od powrotu poczuła się jak nowa, lepsza Aria z
Islandii. Nie tylko rozmawiała z przystojnym, inteligentnym
facetem o Europie, ale może był to jedyny facet w Rosewood,
który nie znał jej jako Arii z Rosewood, dziwacznej koleżanki tej
dziewczyny, która zaginęła. — Studiujesz tu?
— Właśnie skończyłem. - Wytarł usta serwetką i zapalił
camela. Zaproponował jej, ale pokręciła głową. — Chcę zacząć
uczyć.
Aria znów napiła się szkockiej i zorientowała się, że opróżniła
szklankę. Nieźle.
— Też bym chciała uczyć. Jak już skończę szkołę. Albo pisać
sztuki.
— Tak? Sztuki? A jaki jest twój ulubiony przedmiot?
— Hm, literatura?
Barman postawił przed nią kolejną whisky.
40
- Tego właśnie uczę! - powiedział nieznajomy.
Kiedy to mówił, położył dłoń na kolanie Arii. Dziewczyna tak
się zdziwiła, że odskoczyła i o mało nie przewróciła mu drinka.
Odsunął dłoń. Zaczerwieniła się.
- Przepraszam - powiedział, trochę spłoszony. - A tak w ogóle,
jestem Ezra.
- Aria.
Nagle jej własne imię wydało jej się śmieszne. Zachichotała i
zachwiała się.
- Ej - Ezra chwycił ją za rękę i pomógł odzyskać równowagę.
Trzy szkockie później Aria i Ezra ustalili, że spotkali tego
samego barmana, starego żeglarza, w barze Borg w Rej kiawiku.
Oboje uwielbiali ospałość, która towarzyszyła kąpielom w
bogatych w minerały gorących źródłach na błękitnej lagunie, i
lubili nawet zapach siarki, woń zgniłych jajek wydzielaną przez
gorącą wodę termalną. Oczy Ezry z każdą sekundą robiły się
coraz bardziej niebieskie. Aria chciała zapytać, czy ma
dziewczynę. Czuła w środku ciepło i była prawie pewna, że to nie
tylko wpływ szkockiej.
- Chyba muszę iść do łazienki - powiedziała. Ezra uśmiechnął
się.
- Mogę iść z tobą?
Cóż, to chyba była odpowiedź na pytanie o dziewczynę.
- To znaczy, hm... - Potarł dłonią kark. - Jestem za szybki? -
zapytał, marszcząc brwi.
Jej mózg pracował na przyspieszonych obrotach. Podrywanie
obcych nie było jej ulubionym zajęciem, przynajmniej nie w
Ameryce. Ale czyz nie powiedziała, że chce być islandzką Arią?
41
Wstała i wzięła go za rękę. Idąc do łazienki, nie odrywali od
siebie wzroku. Na podłodze leżał papier toaletowy i pachniało tu
gorzej niż w całym barze, ale Aria miała to gdzieś. Kiedy Ezra
posadził ją na umywalce, a ona owinęła nogi wokół jego bioder,
czuła tylko jego zapach - pomieszanie szkockiej, cynamonu i
potu. Nigdy wcześniej nic nie pachniało tak słodko.
Jak mówią w Finlandii, a może gdzieś indziej -ja.
42
3
PIERWSZA BRANSOLETKA HANNY
— I podobno uprawiali seks w łazience rodziców Rethany!
Hanna Marin patrzyła na swoją najlepszą przyjaciółkę Monę
Vanderwaal, siedzącą naprzeciwko. Za dwa dni miała zacząć się
szkoła, a teraz obie były w centrum handlowym King James, w
Rive Gauche — stylizowanej na francuską kawiarni z ogródkiem,
piły czerwone wino, porównywały „Vouge'a" do „Teen Vouge'a"
i plotkowały. Mona zawsze znała najciemniejsze sprawki
wszystkich ludzi. Hanna napiła się wina i zauważyła faceta po
czterdziestce, który obleśnie się na nie gapił. „Po prostu Humbert
Humbert", pomyślała, ale nie powiedziała tego na głos. Mona nie
zrozumiałaby aluzji literackiej. Co z tego, że Hanna była
najpopularniejszą dziewczyną w Rosewood Day? Przecież to nie
znaczy, że od czasu do czasu nie przeczytała jakiejś książki z listy
lektur zaleconych na wakacje. Szczególnie że oprócz
wylegiwania się przy basenie
43
nie miała nic do roboty. Poza tym Lolita wyglądała na cu-
downie sprośną powieść.
Mona podążyła za wzrokiem Hanny, żeby zobaczyć, na kogo
patrzy. Jej usta wygięły się w złośliwym uśmiechu.
— Powinnyśmy mu pokazać majtki.
— Na trzy? - bursztynowe oczy Hanny rozszerzyły się. Mona
przytaknęła. Na „trzy" obie podniosły w górę
i tak już bardzo kuse spódniczki mini i pokazały majtki.
Humbert wybałuszył oczy i przewrócił kieliszek pinot noir na
swoje spodnie khaki.
— Cholera! — zawołał i pobiegł do łazienki.
— Pięknie — powiedziała Mona.
Rzuciły serwetki na niedojedzone sałatki, wstały i wyszły.
Zaprzyjaźniły się latem, między ósmą a dziewiątą klasą, kiedy
ich nie przyjęto do drużyny cheerleaderek. Obiecały sobie, że uda
im się za rok. Chciały schudnąć i wyglądać jak inne śliczne,
szczupłe dziewczyny, które chłopcy podrzucają w górę. Ale
kiedy już stały się szczupłe i przepiękne, uznały, że drużyna
cheerleaderek jest passe, a cheerleaderki to frajerki, więc nie ma
sensu pchać się do ich drużyny.
Od tego momentu dzieliły się wszystkim, no, prawie
wszystkim. Hanna nie powiedziała Monie, jak udało jej się tak
szybko schudnąć. To był zbyt obrzydliwy temat. Może i
odchudzanie było sexy i godne podziwu, ale nie było nic,
absolutnie nic atrakcyjnego w pożeraniu ton tłustego, byle
jakiego jedzenia, najlepiej z serem, i wymiotowaniu. Ale Hanna
już się pozbyła tego złego przyzwyczajenia, więc nie miało to
znaczenia.
-Ale mu stanął - wyszeptała Mona, zbierając czasopisma. —
Co Sean sobie pomyśli?
44
— Uśmieje się — odparła Hanna.
— Nie sądzę.
— Może jednak — Hanna wzruszyła ramionami.
— No jasne, przecież pokazywanie majtek nieznajomym
pasuje do zaprzysięgłej dziewicy — parsknęła Mona.
Hanna spojrzała na swoje fioletowe buty na koturnach od
Michaela Korsa. Zaprzysięgła dziewica. Sean Ackard, niezwykle
lubiany i niewiarygodnie przystojny chłopak Hanny, w którym
bujała się na zabój od siódmej klasy, ostatnio trochę dziwnie się
zachowywał. Zawsze był Pierwszym Skautem Ameryki.
Pracował jako ochotnik w domu starców i w Święto
Dziękczynienia rozdawał bezdomnym indyka. Ale zeszłej nocy,
kiedy Hanna, Sean, Mona i kilka innych osób siedziało w ciepłym
basenie z jacuzzi u Jima Freeda, potajemnie popijając piwo, Sean
pokazał nowe oblicze skauta. Z dumą ogłosił, że podpisał
ślubowanie dziewictwa i przyrzekł, że nie będzie uprawiał seksu
przed ślubem. Wszyscy, z Hanną włącznie, byli tak zszokowani,
że nie powiedzieli nic.
— Nie mówił poważnie — rzekła Hanna poufnym tonem. No
bo co? Parę osób podpisało to ślubowanie. Hanna
uważała, że to tylko przemijająca moda, jak kolorowe gu-
mowe bransoletki albo ćwiczenia yogalates.
— Tak myślisz? — Mona uśmiechnęła się, odgarniając długie
włosy z oczu. — Zobaczymy, co się stanie na imprezie u Noela za
tydzień w piątek.
Hanna zacisnęła zęby. Mona chyba stroiła sobie z niej żarty.
— Chcę iść na zakupy — powiedziała, wstając.
— Może do Tiffany'ego? — zapytała Mona.
— Świetnie.
45
Przechadzały się po nowej, luksusowej części centrum
handlowego, gdzie były butiki Burberry, Tiffany'ego, Gucciego i
Coacha. W powietrzu unosił się zapach najnowszych perfum
Michaela Korsa. Roiło się tu od ślicznych dziewczyn, ubranych,
jakby miały zamiar wrócić do podstawówki, w towarzystwie
równie ślicznych matek. Kilka tygodni wcześniej Hanna robiła tu
zakupy i zauważyła swoją starą przyjaciółkę Spencer Hastings,
jak ogląda torebki Kate Spade. Przypomniała sobie, jak Spencer
zamawiała w Nowym Jorku nylonowe torby na ramię i chodziła z
jedną przez cały sezon.
Hanna pomyślała, że to dziwne wiedzieć takie rzeczy o kimś, z
kim już się nie przyjaźniło. Kiedy patrzyła, jak Spencer ogląda
skórzane walizki i torby od Kate Spade, zastanawiała się, czy jej
przyjaciółka myślała o tym samym: że nowe skrzydło w centrum
handlowym było miejscem, które pokochałaby Ali DiLaurentis.
Hanna często myślała, co ominęło Ali: pokaz sztucznych ogni
podczas zeszłorocznego balu absolwentów, impreza z karaoke na
szesnaste urodziny Lauren Ryan, powrót butów z okrągłymi
noskami, skórzane pokrowce na iPoda nano od Chanel...
I w ogóle iPody nano. A najważniejsza rzecz, która ominęła
Ali, to oczywiście przemiana Hanny. Szkoda, że Ali nie mogła jej
teraz zobaczyć. Czasem kiedy Hanna przechadzała się przed
wielkim lustrem w swoim pokoju, wyobrażała sobie, że Ali siedzi
obok i krytykuje jej ubrania, jak kiedyś. Zmarnowała tyle lat jako
gruba, zależna od innych frajerka, ale teraz wszystko się
zmieniło.
46
Razem z Moną weszły do Tiffany'ego krokiem modelek.
Wszędzie było pełno szkła, chromu i białych świateł, w których
brylanty bez skazy błyszczały jeszcze mocniej. Mona obejrzała
wszystkie gabloty i popatrzyła na Hannę spod uniesionych brwi.
— Może naszyjnik?
— A może bransoletka? — wyszeptała Hanna.
— Idealnie.
Podeszły do gabloty i obejrzały srebrną bransoletkę z
zapięciem w kształcie serca.
— Ale śliczna — westchnęła Mona.
— Podoba ci się? — zapytała elegancka, starsza sprze-
dawczyni.
— Och, nie wiem — odparła Hanna.
— Pasuje do ciebie. — Kobieta otworzyła gablotę i przesunęła
palcami po bransoletce. — Pokazują ją we wszystkich
czasopismach.
— Przymierz — Hanna szturchnęła łokciem Monę, która
włożyła bransoletkę na nadgarstek.
— Naprawdę piękna.
Sprzedawczyni zwróciła się do kolejnego klienta. Mona
zsunęła bransoletkę z nadgarstka do kieszeni. Tak po prostu.
Hanna wyszczerzyła zęby w uśmiechu i dłonią przywołała
kolejną sprzedawczynię, miodową blondynkę z koralowymi
ustami.
— Mogę przymierzyć tę bransoletkę z okrągłym zapięciem?
— Jasne! — Dziewczyna otworzyła gablotkę. — Sama mam
taką.
47
— I może jeszcze kolczyki do kompletu? — Hanna wskazała
na nie dłonią.
— Oczywiście.
Mona przeszła do gabloty z diamentami. Hanna wzięła do ręki
kolczyki i bransoletkę. Razem kosztowały trzysta pięćdziesiąt
dolarów. Nagle ladę otoczyła grupka Japonek. Wszystkie
wskazywały na jeszcze jedną bransoletkę leżącą pod szybą.
Hanna sprawdziła, czy na suficie są kamery, a w drzwiach
detektor.
— Och, Hanna, chodź, popatrz na Lucidę! — zawołała Mona.
Hanna zamarła. Czas jakby się zatrzymał. Ścisnęła
bransoletkę w garści i wsunęła ją w rękaw. Wsadziła kolczyki do
swojej portmonetki z wiśniowym logo Louis Vuitton. Serce jej
waliło. Właśnie dlatego kradła. Czuła wtedy, że żyje.
Mona pomachała do niej pierścionkiem z diamentem.
— Popatrz, ładnie mi w nim.
— Chodź — Hanna chwyciła ją za rękę. — Idziemy do
Coacha.
— Nie chcesz jeszcze czegoś przymierzyć? — Mona wydęła
usta. Zawsze zwlekała, kiedy wiedziała, że Hanna już wykonała
robotę.
— Nie — odparła Hanna. — Wołają nas torebki. Czuła, jak
srebrny łańcuszek bransoletki wbija się jej
lekko w rękę. Musiała wyjść, póki Japonki jeszcze tłoczyły się
przy ladzie. Sprzedawczynie nawet nie patrzyły w jej kierunku.
— No dobrze — powiedziała Mona teatralnym głosem.
Wręczyła pierścionek z powrotem sprzedawczyni, trzymając
48
go za diament. Nawet Hanna wiedziała, że tak się nie robi. —
Te diamenty są za małe. Przykro mi.
— Mamy też inne — kusiła sprzedawczyni.
— Chodź — powiedziała Hanna, chwytając Monę za rękę.
Serce waliło jej jak młotem, kiedy przepychały się przez sklep
do wyjścia. Zapięcie bransoletki uderzało ją w nadgarstek, ale
wciąż miała spuszczony rękaw. Hanna stała się właściwie
profesjonalną złodziejką. Najpierw kradła cukierki na wagę w
sklepie Wawa, potem płyty kompaktowe, potem podkoszulki dla
dzieci w butiku Ralpha Laurena. Za każdym razem czuła się
lepsza i ostrzejsza. Zamknęła oczy i przekroczyła próg, gotowa
na dźwięk alarmu.
Ale nie rozległ się żaden dźwięk. Alarm był wyłączony.
Mona ścisnęła jej dłoń.
— Też Wzięłaś jedną?
— Oczywiście — pokazała bransoletkę na nadgarstku. — I
jeszcze to. — Otworzyła portmonetkę i pokazała Monie kolczyki.
— Cholera — Mona otworzyła szeroko oczy.
Hanna uśmiechnęła się. Czasem dobrze było przebić w czymś
przyjaciółkę. Żeby nie zapeszyć, szybkim krokiem oddaliła się od
sklepu Tiffany'ego i nasłuchiwała, czy ktoś jej nie goni. Słychać
było tylko gulgotanie fontanny i piosenkę Oops! I did it again w
wersji Muzaka.
„O tak, znowu się udało", pomyślała Hanna.
49
4
SPENCER NA ROZPALONYM BLASZANYM DACHU
— Kochanie, muli nie je się rękami. To nieładnie.
Spencer Hastings spojrzała na siedzącą z nią przy stoliku
matkę, która nerwowo gładziła dłonią włosy idealnie
zafarbowane na popielaty blond.
— Przepraszam — powiedziała Spencer, biorąc niedorzecznie
mały widelec do jedzenia muli.
— Naprawdę uważam, że Melissa nie powinna mieszkać w
domu w tym zakurzonym mieście — powiedziała Weronika
Hastings do męża, zupełnie ignorując przeprosiny Spencer.
Peter Hastings odgiął głowę do tyłu. Kiedy tylko nie siedział
w swojej kancelarii prawniczej, zawzięcie uprawiał kolarstwo na
drogach Rosewood, w obcisłej kolorowej koszulce i spodniach
kolarskich, wygrażając pięścią mijającym go samochodom. Z
powodu jazdy na rowerze chronicznie bolał go kark.
50
— Ten wieczny hałas! Nie wiem, jak ona zdoła się czegoś
nauczyć — ciągnęła pani Hastings.
Spencer siedziała z rodzicami w Moshulu, restauracji na
pokładzie żaglowca zacumowanego w zatoce w Filadelfii.
Czekali na Melissę, siostrę Spencer. Mieli co świętować. Melissa
ukończyła o rok wcześniej Uniwersytet Pensylwanii i dostała się
do szkoły biznesu Wharton. Właśnie remontowano dom w
centrum Filadelfii, który dostała w prezencie od rodziców.
Za dwa dni Spencer miała zacząć trzecią klasę w Rosewood.
Jej plan zajęć pękał w szwach: pięć razy w tygodniu lekcje
aktorstwa, trening kierowniczy, organizacja charytatywna,
przygotowanie albumu rocznego, kółko teatralne, treningi hokeja
i wysłanie zgłoszenia do szkoły letniej, najszybciej jak się da.
Każdy wiedział, że aby dostać się na dobrą uczelnię, najlepiej
było wziąć udział w jednym z ich pilotażowych programów
letnich. Na jedną rzecz Spencer czekała najbardziej: na
przeprowadzkę do przerobionej na mieszkanie stodoły, na tyłach
posiadłości jej rodziców. Jej rodzice uważali, że to najlepsze
przygotowanie przed college'em. Przecież Melissa tak dobrze na
tym wyszła! Ohyda. Ale w tym wypadku Spencer z radością
pójdzie w ślady starszej siostry, tym razem bowiem prowadziły
do spokojnego, wypełnionego światłem domku gościnnego,
dzięki któremu Spencer mogła uciec od rodziców i ich stale
szczekających labradorów.
Siostry od niepamiętnych czasów po cichu z sobą ry-
walizowały, ale to Spencer zawsze przegrywała. W szkole
podstawowej Spencer zwyciężyła w Prezydenckim Turnieju
Fitnessu cztery razy, Melissa — pięć razy. W siódmej klasie
Spencer zajęła drugie miejsce w konkursie
51
geograficznym, Melissa — pierwsze. Spencer zawsze przy-
gotowywała album roczny, grała we wszystkich przedsta-
wieniach i brała pięć lekcji aktorstwa tygodniowo. Melissa robiła
to wszystko w trzeciej klasie, a prócz tego pracowała na farmie
mamy i trenowała do maratonu na rzecz badań nad białaczką.
Nieważne, jak wysoką średnią miała Spencer i ile zajęć
pozalekcyjnych — i tak nigdy nie osiągnęła poziomu perfekcji
Melissy.
Spencer wzięła w palce kolejną mulę i włożyła ją sobie do ust.
Jej tata uwielbiał tę restaurację. Ciemne deski podłogi były
przykryte orientalnymi dywanami, a w powietrzu unosił się
ciężki zapach masła, czerwonego wina i soli. Siedząc pośród
masztów i żagli, wręcz chciało się wskoczyć przez burtę do
wody. Spencer patrzyła na drugi brzeg rzeki Delaware, na wielkie
oceanarium w Camden, już w stanie New Jersey. Obok
przepłynęła wielka łódź udekorowana lampkami świątecznymi.
Odbywało się na niej przyjęcie. Na przednim pokładzie ktoś
wystrzelił żółtą petardę. Widać na tamtej łodzi było znacznie
weselej niż na tej.
— Przypomnij mi, jak ma na imię przyjaciel Melissy —
szepnęła mama.
— Chyba Wren — odrzekła Spencer.
A w myślach dodała: „Kojarzy się z wroną".
— Mówiła, że studiuje medycynę — powiedziała mama z
podziwem. — Na Uniwersytecie Pensylwanii.
— Oczywiście — odrzekła Spencer śpiewnym tonem.
Poczuła między zębami kawałek skorupki muli i wykrzywiła
się. Melissa miała przyprowadzić na obiad chłopaka, z którym
chodziła od dwóch miesięcy. Musiał na jakiś czas wyjechać do
rodziców, dlatego jej siostra nie
52
mogła go wcześniej przedstawić - ale wszyscy jej chłopcy byli
identyczni: przystojni jak z obrazka i z nienagannymi manierami.
Poza tym grali w golfa. Melissa nie miała w sobie krzty
kreatywności, a chłopaków dobierała na zasadzie podobieństwa.
- Mamo! - Spencer usłyszała za plecami znajomy głos.
Melissa podeszła do rodziców i ucałowała ich. Nie zmieniła
się od liceum. Jej popielate blond włosy lekko opadały na
ramiona. Nie miała makijażu, tylko trochę podkładu. Włożyła
zwyczajną żółtą sukienkę z dekoltem w karo, różowy sweterek
zapinany na perłowe guziczki i takie sobie buty na niewielkim
obcasie.
- Kochanie! - krzyknęła mama.
- Mamo, tato, to jest Wren. - Melissa pociągnęła za rękę
kogoś, kto stał koło niej.
Spencer o mało nie opadła szczęka. Wren wcale nie
przypominał wrony ani typowego przystojniaka. Był wysoki,
smukły i miał na sobie świetnie skrojoną koszulę od Thomasa
Pinka. Czarne włosy, obcięte w niedbałym, ba-łaganiarskim
stylu. Piękna cera, wysokie kości policzkowe i migdałowe oczy.
Wren uścisnął dłonie rodzicom i usiadł przy stole. Melissa
zapytała mamę, gdzie przesłać rachunek od hydraulika, a Spencer
czekała, aż ją ktoś przedstawi. Wren udawał, że jest ogromnie
zainteresowany wielkim kieliszkiem do wina.
- Jestem Spencer - powiedziała wreszcie. Zastanawiała się,
czy jej oddech pachnie mulami. - Ta druga córka. -Spencer
skinęła głową w stronę siostry. - Ta, którą trzymają w piwnicy.
- O, świetnie — odparł Wren.
53
Czy to brytyjski akcent?
— Nie dziwi cię, że o nic cię nie zapytali? — Spencer zrobiła
gest w stronę rodziców.
Teraz rozmawiali o ekipie remontowej i o tym, jakie deski
wybrać na podłogę w salonie. Wren wzruszył ramionami.
— Trochę - szepnął i mrugnął do niej. Nagle Melissa chwyciła
go za rękę.
— O, już się poznaliście — zaszczebiotała.
— Tak — uśmiechnął się. — Nie mówiłaś, że masz siostrę.
Oczywiście, że nie mówiła.
— Melisso — powiedziała pani Hastings — zastanawialiśmy
się z tatą, gdzie mogłabyś zamieszkać na czas remontu. I mam
pomysł. Może wrócisz do nas, do Rosewood, na kilka miesięcy?
Będziesz mogła dojeżdżać na uniwersytet. To nie takie
kłopotliwe.
Melissa zmarszczyła nos.
„Błagam, powiedz »nie«, błagam, powiedz »nie«", powtarzała
w myślach Spencer.
— No cóż...
Melissa poprawiła ramiączko żółtej sukienki. Im dłużej
Spencer przyglądała się jej ubraniu, tym bardziej siostra
przypominała jej pacjentkę oddziału chorób zakaźnych.
Melissa spojrzała na Wrena.
— Chodzi o to, że... Wren i ja wprowadzimy się do domu...
razem.
— Och! — Mama uśmiechnęła się do obojga. — No to Wren
może chyba zamieszkać razem z nami... Jak myślisz, Peter?
54
Spencer musiała objąć swoje piersi, żeby serce nie wy-
skoczyło jej z klatki piersiowej. Mieli się wprowadzić razem? Jej
siostra miała tupet. Już sobie wyobrażała, co by się stało, gdyby
to o n a rzuciła w nich taką bombą. Wtedy n ap r a wd ę
zamknęliby ją w piwnicy, a może w staj -ni. Mogłaby otworzyć
sklep w zagrodzie dla kóz, tuż obok boksów dla koni.
- Nie mam nic przeciwko - odparł tata. „Niewiarygodne!"
- Będzie bardzo cicho - ciągnął. - Mama spędza cały dzień w
stajni, a Spencer będzie cały czas w szkole.
- Chodzisz do szkoły? - zapytał Wren. - Gdzie?
- Jest w liceum - wtrąciła się Melissa. Patrzyła długo na
Spencer, jakby mierzyła ją wzrokiem. Od sukienki do tenisa
Lacoste w kolorze ecru, przez jej długie jasnobrązo-we włosy, po
kolczyki z dwukaratowymi brylantami. - Do tego samego co ja.
Spencer, jesteś w tym roku przewodniczącą klasy? Chyba jeszcze
nie pytałam.
- Wiceprzewodniczącą — mruknęła Spencer. Na pewno
Melissa o tym wiedziała.
- Och, musisz się z tego bardzo cieszyć, prawda? - zapytała
Melissa.
- Nie - odpowiedziała Spencer głucho.
W wyborach zeszłej wiosny ubiegała się o główne stanowisko,
ale przegrała i musiała się zadowolić funkcją wi-
ceprzewodniczącej. Nienawidziła przegrywać.
Melissa potrząsnęła głową.
- Nie masz pojęcia, Spence, ile to wymaga pracy! Kiedy byłam
przewodniczącą, ledwo miałam czas na inne rzeczy!
55
— Ale robisz przecież kilka dodatkowych rzeczy, Spencer —
powiedziała cicho pani Hastings. — Album roczny i cały ten
hokej...
— Poza tym jak przewodniczący umrze, to możesz przejąć
jego funkcje - Melissa puściła do niej oko, jakby obie niezwykle
bawił ten żart.
Ale Spencer nie było do śmiechu. Melissa odwróciła się w
stronę rodziców.
— Mamo, mam świetny pomysł. Może zamieszkamy z
Wrenem w domku gościnnym? Nie zawracalibyśmy wam głowy.
Spencer poczuła się tak, jakby ktoś ją kopnął w jajniki. W
d o m ku g ośc i n n y m?
Pani Hastings przyłożyła palec z francuskim manikiurem do
idealnie uszminkowanych ust.
— Hmm - zaczęła. Z niepokojem spojrzała na Spencer. -
Poczekasz kilka miesięcy, kochanie? Potem domek będzie
należał już tylko do ciebie.
— Och! — Melissa odłożyła widelec. - Nie wiedziałam, że
chcesz się tam wprowadzić, Spence! Nie zamierzamy robić
problemów...
— W porządku — przerwała Spencer. Wzięła szklarikę z
wodą z lodem i wypiła porządny łyk. Zmusiła się, żeby nie zrobić
sceny w obecności rodziców i Idealnej Melissy. — Poczekam.
— Naprawdę? - zapytała Melissa. - Jak to miło z twojej
strony!
Mama ścisnęła swoją szczupłą, chłodną dłonią rękę Spencer.
-Wied zia ła m, że zrozumiesz - powiedziała z dumą.
56
- Przepraszam - Spencer chwiejnie odsunęła krzesło od stołu i
wstała. - Zaraz wrócę.
Przeszła po deskach pokładu, przez wyłożone dywanem
schody i główne wejście na zewnątrz. Chciała poczuć pod
nogami twardy grunt.
Filadelfijskie niebo jaśniało gwiazdami. Spencer usiadła na
ławce przy deptaku i zrobiła kilka ognistych oddechów, które
znała z zajęć jogi. Potem wyciągnęła portfel i zaczęła układać
pieniądze. Odwróciła wszystkie jedno-, pięcio- i
dwudziestodolarówki w tym samym kierunku i ułożyła je
zgodnie z długą kombinacją liter i cyfr wydrukowanych w rogu
na zielono. To zawsze sprawiało, że czuła się lepiej. Kiedy
skończyła, spojrzała na pokład statku. Rodzice patrzyli na rzekę,
więc jej nie widzieli. Z brązowej torby wyjęła paczkę marlboro,
którą zawsze miała na wszelki wypadek.
Zaciągała się głęboko, gniewnie. Zajęcie jej domku było
dostatecznie złośliwe, ale robienie tego w tak uprzejmy sposób
było dokładnie w stylu Melissy. Jedynie Spencer wiedziała, jak
złośliwy charakter kryje się pod miłą powierzchownością jej
siostry.
Tylko raz, kilka tygodni przed zakończeniem siódmej klasy,
udała się jej zemsta na Melissie. Któregoś wieczoru Melissa i jej
ówczesny chłopak łan Thomas uczyli się do egzaminów
końcowych. Kiedy łan wyszedł, Spencer dopadła go przy jego
samochodzie zaparkowanym za rzędem sosen przed domem jej
rodziców. Chciała z nim tylko poflirtować - łan był
zdecydowanie zbyt przystojny dla jej pospolitej, tanio
sentymentalnej siostry - i pocałowała lana na pożegnanie w
policzek. Ale kiedy przycisnął ją do
57
drzwi od strony pasażera, nie próbowała uciekać. Przestali się
całować dopiero, kiedy włączył się alarm.
Gdy Spencer opowiedziała o tym Ali, ta orzekła, że to
paskudna rzecz i że powinna wyznać wszystko Melissie. Spencer
podejrzewała, że Ali się wkurzyła, bo przez cały rok
rywalizowały o to, która wyrwie starszego chłopaka. Całowanie
się z łanem dawało Spencer niekwestionowane prowadzenie.
Spencer odetchnęła głęboko. Nienawidziła przypominać sobie
o tamtym okresie. Ale dom Di Laurentisów stał tuż obok jej
domu, a jedno okno pokoju Alison wychodziło na okna Spencer.
Czuła się tak, jakby Ali nawiedzała ją przez dwadzieścia cztery
godziny na dobę. Wystarczyło wyjrzeć przez okno, żeby
zobaczyć Ali z siódmej klasy, jak wiesza strój do hokeja
dokładnie tak, żeby Spencer go widziała, albo przechadza się po
pokoju, plotkując przez telefon.
Spencer lubiła myśleć, że bardzo się zmieniła od siódmej
klasy. Były wtedy takie złośliwe — szczególnie Alison — ale
n ie t ylko ona. Ale najgorsze ze wszystkich wspomnień
dotyczyło tej sp ra w y... Sprawy Jenny. Na samą myśl o tym
czuła się tak okropnie, że miała ochotę wymazać to wspomnienie,
jak w filmie Zakochany bez pamięci.
— Nie powinnaś palić.
Odwróciła się. Obok niej stał Wren. Spencer popatrzyła na
niego zdumiona.
— Co tu robisz?
— Oni... — Dłońmi pokazał gadające usta. - A ja dostałem
wiadomość.
Wyciągnął telefon.
-Och — powiedziała Spencer. — To ze szpitala? Słyszałam,
że jesteś prawdziwym lekarzem.
58
- Nie, tak naprawdę jestem tylko studentem pierwszego roku
medycyny - odparł Wren, a potem wskazał na papierosa. —
Mogę się zaciągnąć?
Spencer rozciągnęła usta w uśmiechu.
- Właśnie powiedziałeś mi, żebym nie paliła - rzekła,
wręczając mu papierosa.
- No cóż - Wren zaciągnął się głęboko. - Wszystko w
porządku?
- Nieważne. — Spencer nie miała zamiaru omawiać całej
sytuacji z nowym chłopakiem jej siostry, z którym ta zamierzała
mieszkać i w tym celu ukradła jej domek. -Skąd jesteś?
- Z północnego Londynu. Ale mój tata pochodzi z Korei.
Przeprowadził się do Anglii, żeby studiować na Oksfordzie, i już
został. Wszyscy o to pytają.
- Och, nie zamierzałam - odparła Spencer, choć właściwie
myś l ał a o tym. - Jak poznałeś moją siostrę?
- W Starbucksie. Stała przede mną w kolejce.
- Och — westchnęła Spencer. Ale taniocha.
- Kupowała latte - dodał Wren, kopiąc brzeg chodnika.
- To miło. - Spencer bawiła się paczką papierosów.
- To było kilka miesięcy temu. - Ponownie głęboko się
zaciągnął. Trzęsły mu się ręce i miał rozbiegany wzrok.
-Podobała mi się, zanim dostała dom w mieście.
- No tak - powiedziała Spencer i zdała sobie sprawę, że Wren
się trochę denerwuje. Może to z powodu spotkania z rodzicami. A
może perspektywa wspólnego mieszkania z Melissą tak go
stresowała? Gdyby Spencer była chłopakiem i musiała
zamieszkać z Melissą, rzuciłaby się z pokładu Moshulu wprost do
rzeki Delaware.
59
Oddał jej papierosa.
— Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko temu, że z wami
zamieszkam.
— Hm, jasne, że nie. Wren oblizał wargi.
— Może pomogę ci rzucić nałóg. Spencer zesztywniała.
— Nie jestem uzależniona.
— No jasne — uśmiechnął się. Spencer energicznie
potrząsnęła głową.
— Nigdy do tego nie dopuszczę.
To akurat była prawda. Spencer nienawidziła tracić kontroli.
Wren uśmiechnął się.
— Mówisz tak, jakbyś wiedziała, co robisz.
— Bo wiem.
— Zawsze tak postępujesz? — zapytał z błyszczącymi
oczami.
Powiedział to w taki lekki, zadziorny sposób, że Spencer na
chwilę zamilkła. To był... flirt? Patrzyli na siebie przez kilka
sekund.
Ze statku zeszła na ulicę duża grupa ludzi.
— Chyba najwyższa pora wracać — powiedział Wren.
Spencer zawahała się i spojrzała na ulicę pełną taksówek,
gotowych zawieźć ją, dokąd tylko zechce. Chciała nawet
poprosić, żeby Wren wsiadł z nią do jednej z nich i pojechał na
mecz bejsbola do Citizen Bank Park. Kupiliby hot dogi,
wrzeszczeli do grających i liczyli, ile piłek wygrała drużyna
Filadelfii. Mogłaby użyć wejściówek taty do najlepszego sektora
— i tak się marnowały — i na pewno Wrenowi by się podobało.
Po co wracać, skoro cała rodzina
60
i tak będzie ich tylko ignorować? Na światłach, zaledwie kilka
metrów dalej, zatrzymała się taksówka. Spencer popatrzyła na
nią, a potem znowu na Wrena.
Nie, tak nie wolno. Kto by zastąpił przewodniczącego, gdyby
umarł, a ona zginęła z ręki siostry?
- Idź przodem - powiedziała Spencer i przytrzymała mu drzwi,
żeby mogli wrócić do stolika.
61
5
MIŁE ZŁEGO POCZĄTKI
— Hej! Finlandia!
We wtorek, pierwszego dnia szkoły, Aria szła szybko na
pierwszą lekcję literatury. Odwróciła się i zobaczyła, jak w jej
kierunku biegnie Noel Kahn, pod krawatem i w bezrękawniku z
napisem „Rosewood Day".
— Hej — skinęła głową Aria, nie zwalniając kroku.
— Uciekłaś z naszego treningu — powiedział Noel, zrów-
nując się z nią.
— Miałam was oglądać? — Aria popatrzyła na niego kątem
oka. Wyglądał na podekscytowanego.
— Zagraliśmy sparing. Zdobyłem trzy bramki.
— Gratuluję — powiedziała Aria beznamiętnie. Miała paść na
kolana z zachwytu?
Szła dalej korytarzem Rosewood Day, który niestety śnił jej
się o wiele za często na Islandii. Nad sobą miała te same łukowe
sklepienia w kolorze brudnokremowym. Po obu stronach wisiały
oprawione w ramki zdjęcia zupełnie nieintere-
62
sujących absolwentów, a po lewej wciąż stały nierówne rzędy
metalowych szafek z powyginanymi drzwiczkami. Z głośników
sączyła się nawet ta sama piosenka, Uwertura 1812. W
Rosewood na przerwach puszczano muzykę, bo to „stymuluje
intelektualnie". Obok niej przechodzili ci sami ludzie, których
znała od stu milionów lat... i wszyscy się na nią gapili.
Aria schowała głowę w ramiona. Od kiedy pojechała na
Islandię na początku ósmej klasy, po raz ostatni widziano ją jako
członkinię pogrążonej w rozpaczy grupki dziewcząt, których
przyjaciółka zniknęła w niewyjaśnionych okolicznościach. Od
tego momentu gdziekolwiek się pojawiła, ludzie zaczynali do
siebie szeptać.
A teraz czuła się tak, jakby nigdy stąd nie wyjechała. I jakby
Ali wciąż tu była. Wstrzymała oddech na widok blond kucyka,
który mignął jej za rogiem, niedaleko sali gimnastycznej. A kiedy
przeszła obok pracowni plastycznej, gdzie razem z Ali zawsze
spotykały się na przerwach, żeby wymienić się ploteczkami, w
uszach rozbrzmiewał jej okrzyk Ali: „Hej, poczekaj!".
Przycisnęła dłonie do skroni, żeby sprawdzić, czy nie ma
gorączki.
— Jaką masz pierwszą lekcję? — zapytał Noel, który wciąż
szedł z nią krok w krok.
Spojrzała na niego zdumiona, a potem zerknęła na swój grafik.
— Literaturę angielską.
— Ja też. Pan Fitz?
— Tak — mruknęła. — Fajny jest?
— Nie wiem. Jest nowy. Podobno miał stypendium naukowe
Fulbrighta.
Aria spojrzała na niego podejrzliwie. Od kiedy to Noel Kahn
interesował się naukowymi kwalifikacjami nauczycieli?
63
Kiedy skręciła, za rogiem zobaczyła dziewczynę stojącą w
drzwiach sali do literatury. Wyglądała znajomo, a zarazem obco.
Była szczupła jak modelka, miała długie rudo-brązowe włosy,
plisowaną spódniczkę od mundurka, fioletowe buty na koturnie i
bransoletkę od Tiffany'ego.
Serce Arii zaczęło mocniej bić. Tak się martwiła, jak
zareaguje, kiedy znowu zobaczy stare przyjaciółki. I oto spotkała
Hannę. Ale co si ę z n i ą s ta ło ?
- Hej — powiedziała Aria łagodnie.
Hanna odwróciła się i zmierzyła Arię od stóp do głów, od
długich zmierzwionych włosów, przez białą koszulę z em-
blematem szkoły i grube plastikowe bransoletki, po brązowe
znoszone buty. W pierwszej chwili jej twarz była zupełnie bez
wyrazu, ale nagle się uśmiechnęła.
- O Boże! - powiedziała. Przynajmniej miała ten sam wysoki
głos. - Jak było w... Gdzie ty w ogóle byłaś? W Czechach?
- Uhm, tak - odpowiedziała Aria. Ciepło, ciepło.
- Super! — Hanna posłała Arii nerwowy uśmiech.
- Kirsten wygląda, jakby właśnie wróciła z plaży -przerwała
im dziewczyna stojąca obok Hanny.
Aria przekrzywiła głowę, bo nie mogła sobie przypomnieć,
kim ona jest. Mona Vanderwaal? Kiedy Aria widziała ją po raz
ostatni, wplatała we włosy tysiące wstążeczek, jak typowa
nastolatka, i jeździła na skuterze. Teraz była jeszcze bardziej
odstrzelona niż Hanna.
- Prawda? - zgodziła się Hanna.
Potem przepraszającym tonem zwróciła się do Arii i Noela,
który n ad al stał obok:
- Przepraszam was na moment.
Aria weszła do klasy i usiadła w pierwszej wolnej ławce.
Schyliła głowę i oddychała ciężko.
64
„Piekło to inni", powtarzała w myśli. Tak brzmiał jej
ulubiony cytat z francuskiego filozofa egzystencjalisty
Jea-na-Paula Sartre'a i najlepsza mantra w Rosewood.
Przez kilka sekund kiwała się na krześle, jakby była totalnym
świrem. Nastrój poprawiało jej tylko wspomnienie o Ezrze,
facecie poznanym w barze. Poszedł z nią do łazienki, objął jej
twarz i pocałował. Ich usta pasowały do siebie jak ulał. Ani razu
nie zderzyli się zębami. Jego dłonie przesuwały się po jej plecach,
brzuchu i nogach. To się nazywa „przyciąganie". No dobra, okej,
ktoś mógłby powiedzieć, że... że przyciągały się ich języki... Ale
Aria wiedziała, że to coś więcej.
Poprzedniej nocy myślała o tym tak intensywnie, że musiała
napisać haiku o Ezrze, aby wyrazić swoje uczucia. Haiku były jej
ulubionymi wierszami. A potem, zadowolona z efektu, wpisała
tekst do telefonu i wysłała na numer, który podał jej Ezra.
Aria westchnęła ciężko i rozejrzała się po klasie. Pachniało tu
książkami i płynem do czyszczenia. Olbrzymie, czterodzielne
okna wychodziły na południe, za nimi rozciągał się trawnik, a
dalej zielone wzgórza. Liście na niektórych drzewach zaczęły się
już robić żółte i pomarańczowe. Obok tablicy wisiał plakat z
cytatami z Szekspira i przylepiona przez kogoś wlepka: ŹLI
LUDZIE SĄ BEZNADZIEJNI. Sprzątaczka chyba próbowała ją
zdrapać, ale już w połowie dała za wygraną.
Czy wysyłanie do Ezry SMS-a o wpół do trzeciej nad ranem
było oznaką obsesji? Nadal nie odpowiedział. Aria wyciągnęła z
torby telefon. Na ekranie pojawił się napis: NOWA
WIADOMOŚĆ. Poczuła ucisk w żołądku i jednocześnie ulgę,
podekscytowanie i zdenerwowanie. Ale kiedy nacisnęła przycisk
OTWÓRZ, usłyszała za sobą głos:
65
— Przepraszam. W szkole nie wolno używać telefonów
komórkowych.
Aria zasłoniła telefon dłonią i spojrzała w górę. Ten, kto to
powiedział — pewnie nowy nauczyciel — stał tyłem do klasy i
pisał na tablicy. Na razie napisał tylko „Ezra Fitz". W ręce
trzymał jakąś ulotkę z emblematem Rosewood. Od tyłu wyglądał
młodo. Kilka dziewczyn w klasie spojrzało na niego z podziwem.
Hanna, teraz tak wspaniała, zagwizdała.
— Wiem, że jestem nowy — powiedział, dopisując pod
swoim nazwiskiem nazwę przedmiotu: „literatura angielska" —
ale dostałem tę ulotkę z sekretariatu. Piszą tu, że w szkole nie
wolno używać telefonów komórkowych.
Potem się odwrócił. Ulotka spadła na podłogę.
Nagle Aria poczuła suchość w ustach. Na środku klasy stał
Ezra z baru. Ezra, adresat haiku. Jej Ezra, szczupły i śliczny, w
marynarce i w krawacie z emblematem Rosewood, uczesany,
zapięty pod samą szyję, z oprawionym w skórę terminarzem pod
pachą. Stał pod tablicą i pisał... „Ezra Fitz, literatura angielska".
Gapił się na nią, a z twarzy odpłynęła mu cała krew.
— O, cholera.
Cała klasa odwróciła się, żeby zobaczyć, na kogo patrzy. Aria
nie chciała spojrzeć mu w oczy, więc popatrzyła na wiadomość.
Aria: Niespodzianka! Ciekawe, co by o tym powiedziała twoja
pluszowa świnka...
A.
O, cholera.
66
6
EMILY TEŻ JEST FRANCUZKĄ!
We wtorek po południu, po ostatnim dzwonku, Emily stała
przed swoją zieloną metalową szafką. Nadal miała na niej stare
naklejki z zeszłego roku: logo narodowej drużyny w pływaniu,
Liv Tyler jako Arwena z Władcy pierścieni i magnes NAGA
NIMFA LICEALISTKA. Obok kręcił się jej chłopak Ren.
- Chcesz iść do sklepu? - zapytał. Przez muskularne ramię
przewiesił strój kąpielowy.
— Nie, niczego nie potrzebuję — odparła Emily.
Mieli trening o wpół do czwartej, dlatego pływacy zazwyczaj
zostawali w szkole i wysyłali kogoś do sklepu, żeby kupił im
cukierki, chipsy, chrupki albo wafelki, zanim będą musieli
przepłynąć tysiąc długości basenu.
Grupka chłopców przybiła piątkę z Benem, kiedy przechodzili
w stronę parkingu. Spencer Hastings, która chodziła z Benem na
zajęcia z historii, pomachała z daleka. Emily też do niej
pomachała, ale natychmiast zdała sobie
67
sprawę, że Spencer witała się z Benem, a nie z nią. Trudno
uwierzyć, że po wszystkim, co razem przeszły, i po wszystkich
tajemnicach, które je łączyły, zachowywały się tak, jakby się nie
znały.
Kiedy wszyscy przeszli, Ben odwrócił się do niej i zmarszczył
brwi.
— Czemu masz na sobie kurtkę? Nie idziesz na trening?
— Uhm. — Emily zamknęła szafkę. — Pamiętasz tę
dziewczynę, którą dziś oprowadzałam? Odprowadzam ją do
domu, bo to jej pierwszy dzień.
Ben uśmiechnął się.
— Jesteś taka słodka. Rodzice przyszłych uczniów płacą za
takie oprowadzanie, a ty to robisz za darmo.
— Daj spokój — Emily uśmiechnęła się z przymusem. — To
dziesięciominutowy spacer.
Ben popatrzył na nią i niemal niezauważalnie pokiwał głową.
— Co? Po prostu próbuję być miła!
— To super — odparł i uśmiechnął się, potem pomachał
Caseyowi Kirschnerowi, kapitanowi drużyny zapaśniczej.
Maya zjawiła się dokładnie minutę po tym, jak Ben zbiegł na
parking bocznymi schodami. Miała na sobie białą dżinsową
kurtkę, pod nią koszulę z emblematem Rosewood, a na nogach
klapki. Nie polakierowała paznokci u nóg.
— Hej — przywitała się.
— Hej — Emily próbowała mówić radośnie, ale czuła się
spięta. Może powinna była iść na trening z Benem. To takie
dziwne, że chciała odprowadzić Mayę, a potem wrócić?
— Gotowa? — zapytała Maya.
68
Przeszły przez kampus, na którym stały głównie stare budynki
z czerwonej cegły, zbudowane kiedyś na rogatkach Rosewood.
Była tu nawet gotycka wieża z zegarem, który wybijał godziny.
Wcześniej Emily pokazała Mai przede wszystkim standardowe
wyposażenie prywatnej szkoły. Pokazała jej też to, co w
Rosewood Day najfajniejsze, a co trzeba odkryć na własną rękę.
Na przykład niebezpieczną ubikację dla dziewczyn na pierwszym
piętrze, która czasem lubiła wybuchać niczym gejzer. Tajemne
miejsce na wzgórzu, dokąd chodzili wszyscy uciekający z WF-u
(choć Emily akurat nigdy się to nie zdarzyło). A także jedyną w
szkole maszynę, która sprzedawała waniliową colę, ulubiony
napój Emily. Żartowały nawet na temat sztywnej modelki ze
świętoszkowatą miną z plakatu przestrzegającego przed skutkami
palenia, który wisiał obok gabinetu higienistki. Tak dobrze było z
kimś znowu żartować w ten sposób.
Teraz, kiedy przechodziły przez puste pole po kukurydzy do
domu Mai, Emily dokładnie przyjrzała się jej twarzy. Maya miała
zadarty nos i cerę o odcieniu kawy z mlekiem. Kołnierzyk
marszczył się wokół jej szyi. Kiedy maszerowały ręka w rękę, ich
dłonie uderzały o siebie.
- Tu jest zupełnie inaczej - powiedziała Maya, oddychając
głęboko. - Wszędzie pachnie leśnym odświeżaczem powietrza.
Zdjęła dżinsową kurtkę i podwinęła rękawy koszuli. Emily
przeczesała dłonią włosy, zniszczone od chloru, jasne z rudym
odcieniem. Chciałaby mieć takie włosy jak Maya, ciemne i
faliste. Emily poczuła nagle, że trochę się wstydzi swojego ciała,
które było silne i muskularne, nie
69
tak szczupłe jak kiedyś. Zazwyczaj nie czuła się skrępowana,
nawet kiedy na pływalni stała prawie naga, w samym kostiumie
kąpielowym.
— Każdy ma jakieś hobby — mówiła dalej Maya. — Na
przykład Sarah, chodzę z nią na fizykę. Chce założyć zespół i
zaprosiła mnie do niego.
— Naprawdę? Na czym grasz?
— Na gitarze. Tata mnie nauczył. Mój brat jest o wiele lepszy.
— Bomba!
— O Boże! — Maya chwyciła Emily za rękę. W pierwszej
chwili Emily zesztywniała, ale potem się rozluźniła. — Ty też
powinnaś do nas dołączyć! Byłoby super. Sarah chce, żebyśmy
miały próby trzy razy w tygodniu. Ona gra na basie.
— Ale ja gram tylko na flecie — powiedziała Emily, zdając
sobie sprawę, że mówi jak Kłapouchy z Kubusia Puchatka.
— Flet. To fantastycznie! — Maya klasnęła w dłonie. — I
perkusja!
Emily westchnęła
— Nie dam rady. Mam treningi pływania codziennie po
szkole.
— Hmm. A nie możesz opuścić jednego dnia? Założę się, że
byłabyś świetną perkusistką.
— Rodzice by mnie zabili.
Emily zadarła głowę i popatrzyła na stary żelazny most, pod
którym przechodziły. Pociągi już po nim nie jeździły, więc
szwendały się tu dzieciaki, które chciały się napić w tajemnicy
przed rodzicami.
— Czemu? To taka poważna sprawa?
Emily milczała. Co miała odpowiedzieć? Że jej rodzice
chcieli, aby nadal trenowała pływanie, bo selekcjonerzy
70
z Uniwersytetu Stanforda już obserwowali postępy Carolyn?
Że jej starszy brat Jake i starsza siostra Beth byli na
Uniwersytecie Arizony i mieli stypendia dla najlepszych
pływaków? Że jeśli nie dostanie się na żadną prestiżową uczelnię
ze stypendium pływackim, to rodzina uzna to za sromotną
porażkę? Maya nie bała się palić trawy, kiedy jej rodzice
pojechali na zakupy. Rodzice Emily wydawali się starymi,
konserwatywnymi strażnikami moralności ze Wschodniego
Wybrzeża. Zresztą tacy właśnie byli. Ale nie o to chodzi.
- Tędy prowadzi skrót - Emily wskazała przez ulicę na wielki
kolonialny dom z trawnikiem. Z przyjaciółkami zawsze
przechodziły tędy w zimowe dni, żeby szybciej znaleźć się w
domu Ali.
Szły przez trawę, obchodząc szerokim łukiem spryskiwacze,
które zraszały krzewy hortensji. Kiedy przechodziły pod
gałęziami morwy do ogródka przy domu Mai, Emily zatrzymała
się. Z jej ust wyrwał się krótki, gardłowy dźwięk.
Od lat nie była w tym ogródku, w starym ogródku Ali. Na
trawniku wciąż stał podest z drewna tekowego, na którym bez
końca grały w remika. W miejscu, gdzie tańczyły do muzyki
płynącej z iPoda podłączonego do kolumn, trawa nadal była
przerzedzona. Po lewej rósł ten sam dąb o powyginanych
konarach. Domek na drzewie zniknął, ale na korze pnia nadal
widniały inicjały: „EF + AD". Emily Fields + Alison
DiLaurentis. Zaczerwieniła się. Wtedy jeszcze nie wiedziała,
dlaczego wycięła ich inicjały na drzewie - chciała pokazać Ali,
jak bardzo się cieszy, że są przyjaciółkami.
Maya, która szła przed nią, spojrzała przez ramię.
- Wszystko w porządku?
71
Emily wbiła dłonie w kieszenie kurtki. Przez chwilę
zastanawiała się, czy nie powiedzieć o wszystkim Mai. Ale obok
przeleciał koliber i nagle straciła całą odwagę.
~ Tak — odparła.
- Wejdziesz na chwilę? - zaproponowała Maya.
- Nie... Muszę... Muszę wrócić do szkoły. Pływanie.
- Och - Maya zmarszczyła czoło. - Nie musiałaś mnie
odprowadzać do domu, głuptasie.
- Tak, ale nie chciałam, żebyś zgubiła drogę.
- Jesteś taka słodka. - Maya założyła ręce z tyłu i kołysała
biodrami.
Emily zastanawiała się, co ma na myśli, mówiąc „słodka".
Może tak się mówi w Kalifornii?
- No to miłego pływania. I dzięki za oprowadzenie.
- Nie ma sprawy. - Emily zrobiła krok w przód, a ich ciała
zetknęły się w uścisku.
- Mmm - mruczała Maya, ściskając ją mocniej.
Zrobiły krok w tył i uśmiechały się do siebie przez kilka
sekund. Potem Maya nachyliła się i pocałowała Emily w oba
policzki.
- Cmok, cmok! Jak we Francji.
- No to ja też zachowam się jak Francuzka - zachichotała
Emily, zapominając na chwilę o Ali i drzewie. -Cmok! -
Pocałowała Mayę w gładki lewy policzek.
Potem Maya znów ją pocałowała, tym razem w prawy
policzek i odrobinkę bliżej ust. I bez cmokania.
Usta Mai pachniały bananową gumą do żucia. Emily odchyliła
się do tyłu i chwyciła swoją torbę z rzeczami na basen, która
zsuwała jej się z ramienia. Kiedy spojrzała w górę, Maya
uśmiechała się szeroko.
- Do zobaczenia - powiedziała Maya. - Bądź grzeczna.
72
Po treningu Emily złożyła ręcznik i schowała go do torby.
Całe popołudnie chodziła jak we śnie. Gdy Maya weszła do
domu, Emily pobiegła z powrotem do szkoły, jakby bieg miał jej
pomóc w rozproszeniu wszystkich kłębiących się w niej uczuć.
Kiedy wskoczyła do wody i pokonywała kolejne długości
basenu, wciąż widziała te złowieszcze napisy na pniu drzewa.
Gdy trenerka zagwizdała i przeszli do ćwiczenia skoków i
zwrotów, czuła zapach gumy bananowej i słyszała radosny,
beztroski śmiech Mai. Kiedy stała przy szafce, zdała sobie
sprawę, że dwa razy umyła włosy. Większość dziewczyn zosta-
wała dłużej w sali z prysznicami i plotkowała, ale Emily czuła się
tak rozkojarzona, że nie miała na to najmniejszej ochoty.
Sięgnęła po dżinsy i T-shirt, złożone równo na dnie szafki, i
wtedy spomiędzy nich wypadł liścik. Widniało na nim jej imię,
napisane charakterem pisma, którego nie rozpoznawała. Nie
rozpoznała też papieru, kartki z zeszytu. Podniosła liścik z
zimnej, mokrej podłogi.
Hej, Em
Będę płakać! Ktoś mnie zastąpił! Teraz całujesz kogoś
innego!
A.
Emily podkurczyła palce stóp na gumowej wykładzinie
pokrywającej podłogę szatni i na chwilę wstrzymała oddech.
Rozejrzała się. Nikt na nią nie patrzył.
„Czy to się dzieje naprawdę?"
Gapiła się na liścik i próbowała myśleć racjonalnie.
73
Stały razem z Mayą na wolnym powietrzu, ale nikogo nie było
w pobliżu.
Poza tym... „Ktoś mnie zastąpił! Teraz całujesz kogoś
innego!" Trzęsły się jej ręce. Znowu spojrzała na podpis. Śmiech
innych pływaków odbijał się echem od ścian.
Emily pocałowała wcześniej tylko jedną przyjaciółkę. Dwa
dni po tym, jak wycięła ich inicjały na pniu dębu. Półtora
tygodnia przed końcem siódmej klasy.
Alison.
74
7
SPENCER CHWYCIŁ SKURCZ (MIĘŚNIA
NARAMIENNEGO)
- Spójrz na jego tyłek!
- Zamknij się! - Spencer stuknęła swoją przyjaciółkę Kirsten
Cullen kijem do lacrosse'a w ochraniacz na szczękę.
Miały trenować uderzenia defensywne, ale - razem z resztą
drużyny - zajęły się dokładnymi oględzinami nowego asystenta
trenera. Był nim nie kto inny, tylko łan Thomas.
Spencer czuła przypływ adrenaliny. Co za ironia losu. Melissa
mówiła chyba kiedyś, że łan wyjechał do Kalifornii. Ale jak się
okazało, wiele osób wracało do Rosewood, choć nikt by ich o to
nie podejrzewał.
- Twoja siostra musiała zgłupieć, żeby z nim zerwać
-powiedziała Kirsten. - On jest taki cudny.
- Ciii - zachichotała Spencer. - Zresztą to nie moja siostra z
nim zerwała, tylko on z nią.
75
Rozległ się gwizdek.
— Ruszać się! — zawołał łan, podbiegając.
Spencer schyliła się, żeby zasznurować but, jakby miała go w
nosie. Czuła na sobie jego wzrok.
— Sp en c er ? Spencer Hastings?
— O, łan, prawda? - Spencer podniosła się powoli, łan
uśmiechał się tak szeroko, że Spencer dziwiła się,
że dotąd nie zwichnął sobie szczęki. Nadal wyglądał jak
chłopiec z obrazka, który w wieku dwudziestu pięciu lat przejmie
firmę po tatusiu. Tylko włosy miał teraz dłuższe, zwichrzone.
— Ale wyrosłyście! — zawołał.
— No tak — Spencer wzruszyła ramionami, łan przesunął
dłonią po karku.
— Co słychać u twojej siostry?
— W porządku. Niedawno się obroniła. Idzie do Wharton.
łan schylił głowę.
— A jej narzeczeni nadal cię podrywają?
Spencer opadła szczęka. Zanim zdołała odpowiedzieć,
trenerka, pani Campbell, zagwizdała i zawołała lana. Kiedy tylko
się odwrócił, Kirsten złapała Spencer za ramię.
— Podrywałaś go, prawda? To widać.
— Zamknij się! — warknęła Spencer.
Kiedy łan biegł na środek boiska, rzucił jej spojrzenie przez
ramię. Spencer odetchnęła głęboko i zaczęła sprawdzać, czy
dobrze zawiązała but. Nie chciała, żeby sobie pomyślał, że się na
niego gapi.
Kiedy wróciła z treningu do domu, bolało ją całe ciało, od
ramion przez tyłek po małe palce u stóp. Przez całe lato
organizowała różne zbiórki, kuła do egzaminów i grała
76
główne role w amatorskim teatrze Muesli: pannę Jean Brodie
w Pełni życia panny Brodie, Emilkę w Naszym mieście i Ofelię w
Hamlecie. Nie miała czasu na trenowanie hokeja na trawie i teraz
to czuła.
Chciała tylko pójść na górę, wpełznąć do łóżka i nie myśleć o
następnym dniu i czekającym ją nadmiarze obowiązków: o
śniadaniu w klubie francuskim, odczytywaniu porannych
ogłoszeń, pięciu lekcjach rozszerzonej literatury, próbach w
teatrze, krótkim posiedzeniu redakcji albumu rocznego i
kolejnym, morderczym treningu hokeja z łanem.
Otworzyła skrzynkę na listy przy wjeździe do domu, licząc na
to, że znajdzie tam list z wynikami konkursu naukowego. Już
powinny nadejść i spodziewała się dość dobrego wyniku. Prawdę
mówiąc, nigdy wcześniej nie miała tak wielkich oczekiwań.
Niestety, w skrzynce znalazła tylko stos rachunków, informacje z
kilku rachunków inwestycyjnych taty oraz zaadresowaną do
panny Spencer J. (czyli Jill) Hastings broszurę z Appleboro
College w Lancaster, w stanie Pensylwania. Tak jakby
zamierzała tam zdawać.
Weszła do domu. Położyła pocztę na marmurowym blacie w
kuchni, rozmasowała ramiona i pomyślała: „Gorąca kąpiel w
ogrodowej balii. Relaks w wodzie. O, tak".
Przywitała się z Rufusem i Beatrice, dwoma labradorami, i
rzuciła im do ogrodu kilka zabawek, żeby miały za czym gonić.
Potem powlokła się po kamiennej posadzce do przebieralni obok
basenu. Stanęła przy drzwiach i już miała wziąć prysznic i
włożyć bikini, kiedy nagle pomyślała: „Kogo to obchodzi?". Była
zbyt zmęczona, żeby się przebrać, a przecież w domu nikogo nie
było. Balię
77
z gorącą wodą i tak otaczały krzewy róż. Kiedy podeszła,
woda zabulgotała, jakby już na nią czekała. Rozebrała się do
stanika, majtek i długich skarpet do hokeja. Zrobiła głęboki
skłon, żeby rozluźnić plecy, i weszła do parującej wody. O to
właśnie chodziło. -Och.
Spencer odwróciła się. Obok krzewu różanego stał półnagi
Wren. Miał na sobie najseksowniejsze na świecie bokserki.
— Ups — powiedział, zasłaniając się ręcznikiem. — Prze-
praszam.
— Miałeś tu przyjechać dopiero jutro — wypaliła, choć
przecież stał przed nią, właśnie teraz, dziś, a nie jutro.
— Miałem. Ale razem z twoją siostrą byliśmy we Frou —
powiedział Wren, krzywiąc się lekko. Frou był ekskluzywnym
sklepem w pobliskim mieście, gdzie za byle poszewkę na
poduszkę trzeba było zapłacić jakieś tysiąc dolarów. — Miała
jeszcze coś do załatwienia i powiedziała mi, że mam się sobą
zająć.
Spencer miała nadzieję, że to było jakieś nieznane jej, dziwne
brytyjskie wyrażenie.
— Och — westchnęła tylko.
— Dopiero co wróciłaś?
— Byłam na treningu hokeja — powiedziała Spencer,
rozpierając się leniwie. — Pierwszym w tym roku.
Spencer spojrzała na swoje ciało, którego kontur rozmywał się
w wodzie. O Boże, miała na sobie skarpetki. A także przepocone
majtki z wysokim stanem i sportowy stanik! Przeklęła samą
siebie w myślach za to, że nie włożyła żółtego bikini, które
właśnie kupiła, ale w tym
78
samym momencie zdała sobie sprawę, że to absurdalna myśl.
— No więc miałem zamiar trochę się pomoczyć, ale jeśli
chcesz być sama, to sobie pójdę — powiedział Wren. —
Pooglądam telewizję w domu.
Już miał się odwrócić, kiedy Spencer poczuła lekkie
rozczarowanie.
— Nie — powiedziała. Wren się zatrzymał.
— Możesz wskoczyć. Nie mam nic przeciwko.
Kiedy się odwrócił, szybko zdjęła skarpetki i wrzuciła je w
krzaki. Wylądowały z plaskiem.
— Skoro tak mówisz, Spencer — odparł Wren. Bardzo się jej
podobał sposób, w jaki wymawiał jej imię
z brytyjskim akcentem: Sjen-saaah.
Wstydliwie wsunął się do wody. Spencer podkuliła nogi po
drugiej stronie. Wren oparł głowę o brzeg balii i westchnął.
Spencer zrobiła to samo i próbowała nie myśleć o tym, że w tej
pozycji cierpną jej nogi. Wyciągnęła jedną ostrożnie i dotknęła
umięśnionej łydki Wrena.
W tym samym momencie noga sama jej odskoczyła.
— Przepraszam.
— Nic się nie stało. Hokej na trawie, co? W Oksfordzie
pływałem na kajakach.
— Naprawdę? — zapytała Spencer, obawiając się, że za-
brzmiało to nazbyt entuzjastycznie. Kiedy była w Filadelfii,
uwielbiała oglądać treningi męskich drużyn kajakowych na rzece
Schuylkill.
— Tak. Uwielbiałem to. Lubisz hokeja?
— Hm, niespecjalnie.
79
Spencer rozwiązała kucyk i potrząsnęła głową. Od razu
przyszło jej na myśl, że pewnie Wrenowi wydało się to tanie i
niedorzeczne. Pewnie sobie tylko wyobrażała, że wtedy, w
Moshulu, trochę z nią flirtował.
Ale przecież siedział z nią w gorącej kąpieli.
— Skoro nie lubisz, to czemu grasz?
— Bo dają za to punkty przy egzaminach na studia. Wren
podniósł się trochę, rozchlapując wodę.
— Naprawdę?
— No tak.
Spencer przesunęła się nieco i skrzywiła. Poczuła skurcz w
ramieniu, aż po samą szyję.
— Wszystko w porządku? — zapytał Wren.
— Tak, to drobiazg — odparła.
Nagle ogarnęła ją fala rozpaczy. Pierwszy dzień szkoły, a ona
już była wypalona. Pomyślała nagle o wszystkich zadaniach
domowych, które miała zrobić, listach do napisania i tekstach,
których miała nauczyć się na pamięć. Była zbyt zajęta, żeby
zbzikować — tak, tylko brak czasu trzymał ją przy zdrowych
zmysłach.
— Boli cię ramię?
— Chyba tak — powiedziała, próbując nim poruszyć. —
Podczas gry w hokeja cały czas trzeba się schylać. Chyba je
naciągnęłam...
— Na pewno uda mi się je nastawić.
Spencer wbiła w niego wzrok. Nagle poczuła chęć prze-
czesania palcami jego zmierzwionych włosów.
— Nie, dzięki.
— Naprawdę. Nie ugryzę.
Spencer nienawidziła, gdy tak do niej mówiono.
— Jestem lekarzem. To na pewno deltoid. Tylny.
80
— Aha, dobra...
— Mięsień naramienny. — Gestem poprosił, żeby się zbliżyła.
— Przysuń się. Serio. Trzeba go rozluźnić.
Spencer próbowała nie doszukiwać się w tym drugiego dna. W
końcu był lekarzem. I zachowywał się jak lekarz. Przysunęła się
do niego, a on przycisnął dłonie pośrodku jej pleców. Wbił palce
w drobne mięśnie wokół kręgosłupa. Spencer zamknęła oczy.
— Niesamowite — zamruczała.
— Zebrał ci się jakiś płyn w kaletce maziowej — zawyro-
kował.
Spencer powstrzymała śmiech na dźwięk słowa „kaletka".
Kiedy włożył palce pod jej biustonosz, przełknęła ślinę.
Przywoływała w myślach obrazy, które nie mogły kojarzyć się z
seksem: włosy w nosie wujka Daniela, wyraz twarzy mamy,
która w czasie jazdy konnej wygląda, jakby miała zatwardzenie,
martwego kreta, którego kiedyś jej kot Kitten przyniósł jej do
pokoju z ogródka.
„To lekarz — powtarzała w myślach. — To rutynowa pro-
cedura".
— Masz też przykurcz mięśni piersiowych — dodał Wren.
Ku jej przerażeniu przesunął dłoń na przód jej ciała. Znowu
wsunął palce pod jej stanik i pocierał tuż ponad klatką piersiową.
Nagle zsunęło jej się ramiączko. Spencer nabrała powietrza, ale
nie drgnęła.
„To badanie lekarskie", przypomniała sobie znowu. I wtedy
zdała sobie sprawę, że Wren jest dopiero na pierwszym roku
studiów. „Ale będzie lekarzem. Kiedyś. Za dziesięć lat".
— Gdzie jest moja siostra? — zapytała cicho.
81
— Chyba w sklepie.
— W supermarkecie? — Spencer w jednej chwili odsunęła się
od Wrena i poprawiła ramiączko biustonosza. — To jakieś dwa
kilometry stąd! Jeśli tam pojechała, to pewnie po papierosy albo
inną pierdołę. W każdej chwili może tu przyjść!
— Ona chyba nie pali — powiedział Wren, pytająco
przekrzywiając głowę.
— Wiesz, co mam na myśli.
Spencer stanęła w wodzie, chwyciła swój ręcznik od Ralpha
Laurena i zaczęła szybko wycierać włosy. Było jej gorąco. Jej
skóra, kości — a nawet narządy wewnętrzne i nerwy — były jak
wygotowane we wrzątku. Wyszła z balii i uciekła do domu.
Potrzebowała wielkiej szklanki wody.
— Spencer! — zawołał za nią Wren. — Nie chciałem...
Próbowałem pomóc.
Ale Spencer nie słuchała. Pobiegła do domu i rozejrzała się.
Jej rzeczy wciąż były spakowane, gotowe do przeprowadzki do
domku. Nagle ogarnął ją szał porządków. W pudełku z biżuterią
poukładała wszystko wedle koloru kamieni. W komputerze miała
prace z literatury z dwóch lat. Choć dostała za nie piątki, to
pewnie były żenująco słabe i zasługiwały na wykasowanie.
Gapiła się na książki ułożone w pudełkach. Powinny być ułożone
tematycznie, a nie wedle nazwisk autorów. Oczywiście
wyciągnęła je i zaczęła układać na półkach. Pod „z" jak „zdrada"
ustawiła Szkarłatną literę.
Kiedy skończyła, wcale nie poczuła się lepiej. Włączyła
komputer i przycisnęła do karku bezprzewodową mysz. Była
przyjemnie chłodna.
82
W skrzynce mailowej zobaczyła nieodczytaną wiadomość.
Nagłówek brzmiał: Słownictwo do egzaminu. Otworzyła
zaciekawiona.
Spencer
Pragnienie to proste stówo. Kiedy się czegoś pragnie, to
bardzo chce się to dostać. Zazwyczaj to coś nieosiągalnego. Ale
przecież na tym zawsze polegat twój problem, co nie?
A.
Spencer poczuła kamień w żołądku. Rozejrzała się.
Kto. Do. Cholery. Mógł. To. Widzieć?
Otworzyła na oścież największe okno w pokoju, ale podjazd
przed domem był pusty. Rozejrzała się wokół. Ulicą przejechało
kilka aut. Przed domem sąsiadów ogrodnik kosił trawnik. Jej psy
goniły się w ogródku. Na słupie wysokiego napięcia usiadło kilka
ptaków.
I nagle w jednym z okien na piętrze w domu sąsiadów coś
zauważyła: błysk blond włosów. Ale przecież ci nowi sąsiedzi
byli czarnoskórzy. Poczuła na plecach zimny pot. To było okno w
pokoju Ali.
83
8
GDZIE TE PRZEKLĘTE HARCERKI, KIEDY SIĘ ICH
POTRZEBUJE?
Hanna zatonęła jeszcze głębiej w miękkich poduszkach
kanapy i próbowała rozpiąć dżinsy Seana.
— Ale... — próbował protestować Sean. — Nie możemy...
Hanna uśmiechnęła się tajemniczo i położyła palec na
ustach. Zaczęła całować Seana po szyi. Pachniał proszkiem do
prania i — co trochę dziwne — czekoladą. Jego nowa fryzura tak
pięknie podkreślała ostre rysy twarzy. Kochała się w nim od
szóstej klasy, a on z każdym rokiem robił się coraz
przystojniejszy.
Kiedy się całowali, mama Hanny, Ashley, otworzyła frontowe
drzwi i weszła do domu, rozmawiając przez swój malutki telefon
LG z otwieraną klapką.
Sean próbował oprzeć się na poduszkach.
— Zobaczy nas! — wyszeptał, szybko wkładając swoją
jasnoniebieską koszulkę polo do dżinsów.
84
Hanna wzruszyła ramionami. Mama pomachała im niedbale i
poszła do innego pokoju. Bardziej niż Hanną interesowała się
swoim terminarzem. Jej harmonogram był tak napięty, że
właściwie obie nie miały dla siebie chwili. Czasem tylko pytała
ją, czy odrobiła lekcje, w których sklepach są najkorzystniejsze
wyprzedaże i czy posprzątała pokój, na wypadek gdyby jej
koledzy z pracy, zaproszeni na przyjęcie, chcieli skorzystać z
łazienki na piętrze. Ale Hannie to nie przeszkadzało. W końcu to
praca mamy pozwalała jej spłacać co miesiąc kartę kredytową -
n ie z a ws ze kradła — a także płacić wysokie czesne w Rose-
wood Day.
— Muszę już iść — mruknął Sean.
— Przyjdź w sobotę — cicho powiedziała Hanna. — Mama
przez cały dzień będzie w spa.
— Zobaczymy się w piątek, na imprezie u Noela. Wiesz, że to
dla mnie dość trudne.
Hanna jęknęła.
— Wcale nie musi być — powiedziała. Sean nachylił się, żeby
ją pocałować.
— Do jutra.
Po wyjściu Seana zanurzyła głowę w poduszkach na kanapie.
Chodzenie z Seanem nadal wydawało jej się spełnieniem snów.
W czasach, kiedy była jeszcze tłusta i beznadziejna, tak bardzo
się jej podobał. Rył wysoki, dobrze zbudowany, zawsze miły dla
nauczycieli i kolegów, nawet tych mniej lubianych, potrafił się
ubrać, w przeciwieństwie do wszystkich tych snobów
daltonistów. Nigdy nie przestała go lubić, nawet wtedy, gdy
pozbyła się ostatnich zbędnych kilogramów i odkryła produkty
do układania
85
włosów. Zeszłego roku nieopatrznie wyszeptała w obecności
Jamesa Freeda w czytelni, że Sean jej się podoba, a trzy przerwy
później Colleen Rink powiedziała jej, że Sean do niej zadzwoni
wieczorem, po treningu piłki nożnej. I znowu Hanna żałowała, że
nie ma przy niej Ali.
Chodzili z sobą od siedmiu miesięcy i Hanna była w nim coraz
bardziej zakochana. Jeszcze mu tego nie powiedziała — przez
tyle lat dusiła to w sobie — ale teraz była pewna, że go kocha.
Czyż seks nie jest najlepszym sposobem na wyrażenie miłości?
Dlatego to całe zaprzysiężenie dziewictwa nie miało
najmniejszego sensu. Rodzice Seana nie byli bynajmniej
fanatycznie wierzący, a jego zachowanie nie zgadzało się z
wyobrażeniami Hanny o facetach. Może kiedyś nie wyglądała
najlepiej, ale teraz każdy musiał przyznać, że była niezła: miała
kasztanowe włosy, kształtne ciało i cerę bez skazy, bez jednego
pryszcza. Każdy by się w niej zakochał. Czasem zastanawiała się,
czy Sean przypadkiem nie jest gejem — miał przecież tyle
ładnych ubrań — albo czy nie boi się zobaczyć waginy.
Hanna zawołała swojego pinczera miniaturkę, żeby wskoczył
na kanapę.
— Tęskniłeś za mną? — powiedziała cienkim głosikiem, a
Dot polizał jej dłoń.
Hanna złożyła w sekretariacie szkoły pisemną prośbę o
pozwolenie na przynoszenie Dota do szkoły w dużej torbie od
Prądy — tak robiły wszystkie dziewczyny w Reverly Hills — ale
administracja szkoły nie wyraziła zgody. Żeby nie cierpiał w
samotności, kupiła mu najdroższą kołderkę u Gucciego i
zostawiała telewizor włączony na kanale z telezakupami.
86
Mama weszła do salonu w tweedowym kostiumie i brązowych
butach na niewielkim obcasie.
— Przyniosłam sushi — oznajmiła.
— Maki Toro? — Hanna podniosła wzrok.
— Nie wiem, wybrałam mnóstwo różnych gatunków. Hanna
weszła do kuchni, gdzie leżał laptop mamy i jej
telefon, który właśnie dzwonił.
— Co znowu? — warknęła pani Marin do słuchawki. Hanna
usłyszała za sobą chrobot pazurów Dota na
posadzce. Po przeszukaniu torby z sushi wyjęła kawałek
sashimi z serioli, jednego maka z węgorzem i małą miskę zupy
miso.
— Z tym klientem rozmawiałam dziś rano — mówiła mama.
— Wt ed y jeszcze był zadowolony.
Hanna z gracją zanurzyła kawałek serioli w sosie sojowym i
od niechcenia przerzucała strony w katalogu J. Crew. Jej mama
była wicedyrektorem agencji reklamowej McManus & Tate w
Filadelfii i miała zamiar zostać pierwszą kobietą stojącą na czele
tej firmy.
Pani Marin odniosła wielki sukces zawodowy i była bardzo
ambitna. A poza tym każdy facet w Rosewood zgodziłby się, że
jest także bardzo atrakcyjna: miała długie złotorude włosy,
gładką cerę i niesamowicie giętkie ciało, dzięki codziennym
ćwiczeniom jogi.
Hanna wiedziała, że mamie daleko do ideału, ale i tak nie
mogła zrozumieć, czemu rodzice rozwiedli się cztery lata temu,
ani czemu tata zaczął niemal natychmiast umawiać się z dość
pospolitą pielęgniarką o imieniu Isabel z Annapolis w stanie
Maryland. Zamienił stryjek siekierkę na kijek.
Isabel miała nastoletnią córkę Kate, a pan Marin orzekł, że
Hanna ją p o ko ch a. Kilka miesięcy po rozwodzie zaprosił
87
Hannę na weekend do Annapolis. Tak się denerwowała przed
spotkaniem z przyszywaną siostrą, że poprosiła Ali, żeby jej
towarzyszyła.
— Nie martw się, Han — zapewniała ją Ali. — I tak prze-
bijemy tę całą Kate. — A kiedy Hanna popatrzyła na nią z
niedowierzaniem, przypomniała Hannie swoje główne hasło. —
Jestem Ali i jestem wspaniała!
Teraz wydawało jej się to głupie, ale wtedy Hanna mogła
sobie tylko wyobrażać, jak czuje się ktoś tak pewny siebie. Ali
była dla niej swoistym zabezpieczeniem — jej obecność
dowodziła, że Hanna nie była ostatnią frajerką, której unikał
nawet własny ojciec.
Dzień w Annapolis okazał się jedną wielką katastrofą. Kate
była najśliczniejszą dziewczyną, jaką Hanna widziała w życiu, a
tata w jej obecności nazwał Hannę świnką. Szybko się
zreflektował i powiedział, że to żart, ale wtedy widziała go ostatni
raz... I był to pierwszy raz, kiedy zmusiła się do wymiotów.
Ale Hanna nie znosiła rozpamiętywania i rzadko to robiła.
Poza tym teraz nauczyła się już tak patrzeć na facetów, z którymi
umawiała się mama, żeby nie myśleli sobie od razu, że szuka
nowego ojca. A czy tata pozwoliłby jej wracać do domu o drugiej
nad ranem i pić wino? Mało prawdopodobne.
Mama zamknęła klapkę telefonu i wbiła w Hannę spojrzenie
szmaragdowych oczu.
— To twoje nowe buty do szkoły?
— Tak — Hanna przełknęła kęs. Pani Marin pokiwała głową.
— Pewnie wszystkim się podobają.
88
Hanna przekręciła stopę w kostce, żeby przyjrzeć się
fioletowym koturnom. Zapłaciła za nie ze strachu przed ochroną
w sklepie Saks.
-Tak.
— Pożyczysz kiedyś?
— No jasne, jeśli tylko chce... Podskoczyła, kiedy telefon
znowu zadzwonił.
— Carson? Tak, przez całą noc próbowałam się z tobą
skontaktować... Co się, do cholery, dzieje?
Hanna zagwizdała na Dota i dała mu kawałeczek węgorza.
Kiedy pies wypluł go na podłogę, rozległ się dzwonek do drzwi.
Jej mama ani drgnęła.
— Muszą to dostać d ziś wi e cz o re m — powiedziała do
słuchawki. - To twój projekt. Mam cię cały czas prowadzić za
rączkę?
Znowu rozległ się dzwonek. Dot zaczął szczekać, a mama
wstała, żeby otworzyć.
— To pewnie znowu te harcerki.
Przez trzy dni z rzędu odwiedzały je harcerki, próbując
sprzedać im ciasteczka w porze kolacji. W tej dzielnicy były
prawdziwą zmorą.
Po kilku sekundach była z powrotem w kuchni z młodym,
brązowowłosym i zielonookim oficerem policji.
— Ten pan chce z tobą porozmawiać.
Na złotej plakietce na kieszonce widniało nazwisko WILDEN.
— Ze mną? — Hanna wskazała na siebie palcem.
— Ty jesteś Hanna Marin? — zapytał. Krótkofalówka przy
jego pasku wydała jakiś dźwięk.
89
Nagle Hanna przypomniała sobie, kim jest ten facet. Darren
Wilden. Kiedy była w siódmej klasie, on chodził do czwartej
klasy liceum. Ten Darren Wilden, którego znała, podobno spał z
całą żeńską drużyną pływacką i o mały włos nie wyleciał ze
szkoły za to, że ukradł dyrektorowi jego zabytkowy motor marki
Ducati. A teraz przychodził jako policjant — trudno było
zapomnieć te zielone oczy, nawet po czterech latach. Miała
nadzieję, że to strip-tizer, którego Mona przysłała dla żartu.
— O co chodzi? — zapytała pani Marin, patrząc wyczekująco
na telefon. — Dlaczego niepokoi nas pan w czasie kolacji?
— Otrzymaliśmy wiadomość ze sklepu Tiffany'ego. Ich
kamera zarejestrowała, jak kradniesz w ich sklepie. Dzięki
kamerom z centrum handlowego widzieliśmy, do którego
samochodu wsiadasz. Odnaleźliśmy cię po tablicach rej estr acyj
nych.
Hanna zaczęła szczypać się w dłoń. Zawsze tak robiła, kiedy
czuła, że traci kontrolę.
— Hanna nie zrobiłaby czegoś takiego — rzuciła pani Marin.
— Prawda, Hanno?
Hanna otworzyła usta, ale nie wydobył się z nich żaden
dźwięk. Serce biło jej jak młotem. Wilden skrzyżował ręce na
piersi. Hanna zauważyła, że przy pasku ma kaburę z pistoletem.
Pistolet wyglądał jak zabawka.
— Proszę tylko, żeby Hanna pojechała ze mną na posterunek.
Być może to pomyłka.
— Oczywiście, że to pomyłka! — wykrzyknęła pani Marin. Z
torebki Fendi wyjęła pasujący do niej portfel. — Ile to będzie
kosztowało, żeby zostawił nas pan w spokoju i pozwolił nam
dokończyć kolację?
90
— Proszę pani — w głosie Wildena pobrzmiewała troska. —
Pojedzie pani z nami, dobrze? Obiecuję, że nie potrwa to całą
noc. — Posłał jej ten seksowny uśmiech, dzięki któremu pewnie
nie wyrzucili go z Rosewood.
— No dobrze — powiedziała mama Hanny. Patrzyli na siebie
z Wildenem przez dłuższą chwilę. — Wezmę tylko torebkę.
— Będę musiał cię skuć — powiedział Wilden do Hanny.
— Skuć? — westchnęła Hanna.
No dobra, bez przesady. Zabrzmiało to tak sztucznie, jakby
powiedział to jeden z sześcioletnich bliźniaków sąsiadów w
czasie zabawy. Jednak Wilden wyjął prawdziwe, stalowe
kajdanki i delikatnie założył je Hannie na nadgarstki. Hanna
miała nadzieję, że nie zauważył, jak trzęsą jej się ręce.
W tym momencie Wilden powinien przywiązać ją do krzesła i
puścić jakąś starą, zmysłową melodię z lat siedemdziesiątych.
Niestety nie zrobił tego.
Na posterunku pachniało przypaloną kawą i starym drewnem.
Jak większość budynków w Rosewood była to dawna posiadłość
magnata kolejowego. Wokół Hanny krążyli policjanci,
odbierając telefony, wypełniając formularze i poruszając się na
krzesłach z kółkami. Myślała, że spotka tu Monę i jej mamę,
która pewnie owinęłaby jej skute nadgarstki szalikiem od Di ora.
Chyba jednak Mony nie złapali.
Pani Marin sztywno siedziała obok niej. Hanna była spięta.
Mama na wiele jej pozwalała, jednak Hanny nigdy
91
wcześniej nie uczono moresu pod przymusem, na komisa-
riacie. Nagle mama nachyliła się do niej.
— Co wzięłaś? — zapytała cicho.
— Hm? — mruknęła Hanna.
— Tę bransoletkę?
Hanna spojrzała w dół. Piękn ie. Zapomniała ją zdjąć. Teraz
błyszczała na jej nadgarstku jak koronny dowód. Schowała ją do
rękawa. Sprawdziła, czy w uszach ma kolczyki. Tak, też je
założyła. Idiotka do kwadratu!
— Daj mi to — wyszeptała mama.
— Co? — piskliwie spytała Hanna. Pani Marin wyciągnęła
dłoń.
— Daj. Wiem, jak z tego wybrnąć.
Hanna niechętnie pozwoliła mamie, żeby rozpięła
bransoletkę. Potem sama odpięła kolczyki i oddała. Pani Marin
nie drgnął ani jeden mięsień na twarzy. Wrzuciła biżuterię do
torebki i położyła dłonie na metalowym zapięciu.
Do pokoju weszła blondynka, która podała Hannie
bransoletkę w sklepie. Kiedy tylko zobaczyła Hannę w
kajdankach, kiwnęła głową.
— Tak, to ona.
Darren Wilden wbił gniewny wzrok w Hannę, a jej mama
podniosła się.
— To chyba pomyłka — podeszła do biurka Wildena. — Zle
pana zrozumiałam u nas w domu. Cały ten dzień spędziłam z
Hanną. Kupiłyśmy to. W domu mam rachunek.
— Sugeruje pani, że kłamię? — sprzedawczyni spojrzała na
nią zmrużonymi oczami.
— Nie — powiedziała pani Marin słodkim głosem. — Myślę,
że się pani pomyliła.
92
Co ona wyprawia? Hanna poczuła w głębi ukłucie, prawie
poczucie winy.
— Jak pani wyjaśni to, co zarejestrowały kamery? — zapytał
Wilden.
Mama zamilkła. Hanna zauważyła, jak drgnął jej mięsień na
szyi. Ale zanim zdołała ją powstrzymać, mama wyjęła z torebki
skradzione przedmioty.
— To wszystko moja wina — powiedziała. — Nie Hanny.
Pani Marin odwróciła się do Wildena.
— Pokłóciłyśmy się z Hanną o tę biżuterię. Zabroniłam jej ją
kupić i w ten sposób nakłoniłam do kradzieży. Dopilnuję, by
nigdy się to nie powtórzyło.
Hanna gapiła się na nią oszołomiona. Nigdy nie rozmawiała z
mamą o Tiffanym, a już na pewno nie dyskutowały na temat tego,
co Hannie wolno kupić. Wilden potrząsnął głową.
— Pani córka będzie musiała popracować społecznie.
Zazwyczaj taka jest kara.
— A nie możemy zapomnieć o całym zajściu? — pani Marin
zamrugała niewinnie oczami.
Wilden patrzył na nią przez dłuższą chwilę, unosząc
szelmowsko kącik ust.
— Proszę usiąść — powiedział wreszcie. — Zobaczę, co da
się zrobić.
Hanna próbowała nie patrzeć na mamę. Wilden pochylił się
nad biurkiem. Stała na nim figurka komisarza Wigguma z
Simpsonów i metalowa sprężyna slinky do zabawy. Polizał palec
wskazujący, żeby przewrócić stronę w dokumentach, które
przeglądał. Hanna siedziała jak sparaliżowana. Co to za papiery?
Czy lokalne gazety publikowały raporty o przestępstwach? Było
źle. Bardzo źle.
93
Hanna nerwowo kołysała stopą. Nagle zachciało jej się
miętowych dropsów. A może orzeszków. Nie pogardziłaby
nawet wafelkiem, który leżał na biurku Wildena.
Widziała wszystko oczyma wyobraźni: wszyscy się dowiedzą,
a ona zostanie sama, bez przyjaciół i chłopaka. I znowu będzie
wieśniarą, Hanną z siódmej klasy, Hanną zdegradowaną. Obudzi
się i znowu jej włosy nabiorą tamtego pospolitego odcienia
spranego brązu. Wykrzywią jej się zęby i znowu założą jej aparat.
Nie zmieści się w swoje dżinsy. A reszta stanie się sama. Do
końca życia pozostanie tłustym, brzydkim i żałosnym
popychadłem, takim jak kiedyś.
— Mam krem do rąk, jeśli kajdanki cię uwierają — po-
wiedziała pani Marin, wskazując na nadgarstki Hanny. Zaczęła
grzebać w torebce.
— Nie trzeba — odparła Hanna, wracając do rzeczywistości.
Wzdychając, wyjęła telefon komórkowy. Skute ręce jej tego
nie ułatwiały, ale musiała się upewnić, że Sean wpadnie do niej w
sobotę. Chciała wiedzieć na pewno. Kiedy gapiła się tępo na
ekran, nagle otrzymała nową wiadomość. E-mail. Otworzyła go:
Hej, Hanna
Od więziennego żarcia strasznie się tyje, więc domyśl się, co
powie na to Sean. Tylko nie to!
A.
Aż wstała ze zdumienia. Wydawało jej się, że ktoś ją
obserwuje z drugiego końca sali. Ale nikogo tam nie było.
Zamknęła oczy, próbując się domyślić, kto mógł zobaczyć
samochód policyjny przed jej domem.
94
Wilden spojrzał znad swoich papierów.
— Wszystko w porządku?
— Hm... Tak. — Hanna powoli usiadła.
„Tylko nie to"? Co jest grane? Sprawdziła adres, z którego
przysłano mail, ale pokazał się tylko rządek liter i cyfr.
— Hanno — szepnęła pani Marin. — Nikt nie może się o tym
dowiedzieć.
— Tak, jasne — Hanna zamrugała nerwowo.
— Dobrze.
Hanna przełknęła ślinę. No tak... Ale ktoś j uż się dowiedział.
95
9
NIETYPOWE KONSULTACJE Z NAUCZYCIELEM
W środę rano Byron, ojciec Arii, przeczesał dłonią gęste
czarne włosy i wysuwając rękę przez okno swojego Subaru, dał
znak, że skręca w lewo. Zeszłej nocy migacze przestały działać.
Miał zamiar odwieźć Arię i Mike'a do szkoły i odstawić auto do
warsztatu.
— Cieszycie się z powrotu do Ameryki? — zapytał. Mike,
który siedział z tyłu, obok Arii, uśmiechnął się szeroko.
— Tu jest fantastycznie — odpowiedział i wrócił do stukania
w klawisze ręcznej gry elektronicznej. Urządzenie wydało
pierdzący dźwięk, a Mike zacisnął pięść w powietrzu.
Ojciec Arii ostrożnie przejechał po jednopasmowym moście,
machając sąsiadowi.
— No dobrze, ale co ci się tutaj tak podoba?
— Lacrosse — odparł bez wahania Mike, nie spuszczając
wzroku z ekranu urządzenia. — I fajniejsze laski. I bary dla
motocyklistów.
96
Aria się zaśmiała. Tak jakby Mike był kiedykolwiek w barze
dla motocyklistów. Chyba że... o Boże, a może był?
Nagle przeszedł ją dreszcz, choć miała na sobie gruby,
turkusowozielony sweter z alpaki. Spojrzała przez okno, poprzez
gęstą mgłę. Jakaś kobieta w długiej bluzie z czerwonym
kapturem i napisem MAMA CHEERLEADERKA próbowała
powstrzymać owczarka niemieckiego, by nie wybiegł na jezdnię
za wiewiórką. Na rogu stały dwie blondynki z nowoczesnymi
wózkami dziecięcymi i plotkowały.
Wczorajszą lekcję angielskiego można określić jednym
słowem: masakra. Kiedy Ezrze wyrwało się „O, cholera",
wszyscy w klasie wbili wzrok w Arię. Hanna Marin, siedząca
przed nią, teatralnym szeptem zapytała:
— Spałaś z nim?
Przez chwilę Aria zastanawiała się, czy to Hanna napisała do
niej SMS-a na temat Ezry. Przecież jako jedna z niewielu osób
wiedziała o Swinuli. Ale niby czemu miałaby to robić?
Ezra — to znaczy pan Fitz — szybko uciął wszystkie śmiechy.
Wymyślił najbardziej idiotyczne usprawiedliwienie przeklinania
w klasie.
— Wydawało mi się, że do spodni wleciała mi pszczoła i chce
mnie użądlić, więc krzyknąłem ze strachu.
Kiedy Ezra zaczął omawiać plan zajęć i listę lektur, Aria nie
mogła się skupić. To ona była pszczołą, która wleciała mu do
spodni. Nie mogła oderwać wzroku od jego wilczych oczu i
jędrnych, różowych ust. Kiedy spojrzał na nią kątem oka, jej
serce podskoczyło i wylądowało w żołądku.
Ezra był facetem dla niej, a ona była stworzona dla niego. W i
e d z i a ł a to. Co z tego, że był nauczycielem? To się powinno
jakoś udać.
97
Ojciec podjechał pod kamienną bramę szkoły. Aria z daleka
zobaczyła starego jasnoniebieskiego volkswagena garbusa
zaparkowanego na parkingu dla nauczycieli. Tego samego, który
stał wtedy przed barem. Należał do Ezry. Spojrzała na zegarek.
Lekcja za piętnaście minut.
Mike wybiegł z samochodu. Aria otworzyła drzwi, ale ojciec
dotknął jej ramienia.
— Poczekaj chwilę — powiedział.
— Ale muszę... — tęsknie spojrzała na auto Ezry.
— Tylko minutę. — Ojciec przyciszył radio. Aria oparła się na
siedzeniu. — Jesteś jakaś... — Wykonał niezdecydowany gest.
— Wszystko gra?
— Niby co? — Aria wzruszyła ramionami.
— Hmm — westchnął tata. — No nie wiem. Powrót. Nie
rozmawialiśmy o... No wiesz... już od dawna.
— O czym niby mielibyśmy rozmawiać? — Aria bawiła się
suwakiem kurtki.
Byron włożył do ust papierosa, którego wcześniej sobie
skręcił.
— Nie mogę sobie nawet wyobrazić, jak ci jest ciężko
milczeć. Dochować sekretu. Ale kocham cię. Wiesz o tym,
prawda?
Aria spojrzała znowu w kierunku parkingu.
— Tak, wiem. Muszę już iść. Zobaczymy się o trzeciej.
Nie czekając na jego reakcję, wyskoczyła z auta. Czuła, jak
czerwienieją jej uszy. Jak niby miała pozostać Arią z Islandii,
skoro na każdym kroku musiała stawać twarzą w twarz z
najgorszymi wspomnieniami z Rosewood?
To stało się w maju, w siódmej klasie. Z powodu zebrań z
rodzicami uczniowie wyszli wcześniej do domu. Aria razem z Ali
pojechały do Sparrow, do dużego sklepu
98
z płytami w tamtejszym kampusie, żeby kupić kilka albumów.
Kiedy przechodziły przez jedną z alejek, Aria zauważyła starą
brązową hondę civic swojego taty zaparkowaną w odległym
kącie parkingu. Kiedy podeszły do samochodu, żeby zostawić mu
liścik, zauważyły, że ktoś jest w środku. A właściwie dwie osoby:
ojciec Arii i dwudziestoletnia dziewczyna, która całowała go w
szyję.
Wtedy Byron podniósł wzrok i spojrzał na Arię. Uciekła,
zanim zdążyła zobaczyć więcej i zanim on zdążył ją zatrzymać.
Ali wróciła z Arią do domu, ale nie protestowała, kiedy Aria
powiedziała, że chce być sama.
Tego samego wieczoru Byron przyszedł do pokoju Arii, żeby
się wytłumaczyć. Powiedział, że to nie to, co ona myśli. Ale Aria
nie była głupia. Co roku ojciec zapraszał do domu studentów na
wieczorek zapoznawczy. Tamta dziewczyna była wtedy u nich.
Aria pamiętała nawet, że miała na imię Meredith. Trochę się
wstawiła i ułożyła swoje imię z liter z magnesami na drzwiach
lodówki. Kiedy Meredith wychodziła, nie podała ojcu ręki, jak
inni studenci, ale pocałowała go w policzek.
Byron błagał Arię, żeby nie mówiła mamie. Obiecał, że to się
już nie powtórzy. Zdecydowała się mu uwierzyć i dochowała
tajemnicy. Choć ojciec nigdy się do tego nie przyznał, była
pewna, że to z powodu Meredith wziął urlop.
„Obiecałaś, że nie będziesz o tym myśleć", przypomniała
sobie samej, patrząc w tył przez ramię. Ojciec znowu
sygnalizował dłonią, że skręca, wyjeżdżając z parkingu.
Aria weszła w wąski korytarz w budynku szkoły. Na jego
końcu znajdował się gabinet Ezry. Tuż obok jego drzwi, pod
oknem, stała mała, wygodna kanapa. Aria zatrzymała się
99
w drzwiach i przez chwilę patrzyła, jak Ezra pisze coś na
komputerze.
Wreszcie zapukała. Ezra otworzył szeroko oczy, kiedy ją
zobaczył. Wyglądał rozkosznie w białej koszuli, niebieskiej
marynarce z emblematem Rosewood, zielonych sztruksach i
czarnych, rozdeptanych mokasynach. Jego usta rozciągnęły się
lekko w nieśmiałym uśmiechu.
— Hej — przywitał ją. Aria stanęła na progu.
— Możemy porozmawiać? — zapytała nieco piskliwie. Ezra
zawahał się, odsuwając znad oka kosmyk włosów.
Aria zauważyła, że mały palec ma owinięty plastrem z po-
dobizną Snoopy'ego.
— Jasne. Wejdź.
Weszła do jego gabinetu i zamknęła drzwi. Pokój był
właściwie pusty. Stało w nim tylko szerokie, ciężkie drewniane
biurko, dwa składane krzesła i komputer. Siadła na jednym z
nich.
— Hm, no... cześć.
— Cześć — odpowiedział Ezra z uśmiechem.
Spuścił wzrok i upił łyk kawy z kubka z herbem szkoły.
— Słuchaj... — zaczął.
— Jeśli chodzi o wczoraj... — powiedziała Aria jednocześnie.
Zaśmiali się.
— Panie pierwsze — uśmiechnął się.
Aria podrapała się w kark pod kucykiem, w który spięła
włosy.
— Chciałam porozmawiać o... o nas.
Ezra przytaknął, ale nic nie powiedział. Aria wierciła się
niespokojnie.
100
- Pewnie to dla ciebie był szok, gdy po tym, co się stało w
barze, okazało się, że jestem twoją uczennicą. Ale jeśli nie masz
nic przeciwko temu, to ja też nie mam.
Ezra objął dłońmi kubek. Aria słuchała, jak tyka wiszący na
ścianie zegar.
- Nie wiem, czy to dobry pomysł — powiedział cicho.
-Twierdziłaś, że jesteś starsza.
Aria zaśmiała się. Nie była pewna, czy mówi poważnie.
- Nigdy nie mówiłam, ile mam lat. — Spuściła wzrok. — Po
prostu zgadywałeś.
- Tak, ale ty to zasugerowałaś — odparł Ezra.
- Każdy ukrywa swój prawdziwy wiek - powiedziała cicho
Aria.
Ezra przeczesał dłonią włosy.
- Ale ty... - popatrzył jej w oczy i westchnął. - Słuchaj, ja...
Myślę, że jesteś fantastyczna, naprawdę. Kiedy cię spotkałem w
tamtym barze, pomyślałem... kurczę, kt o to jest? Nigdy nie
spotkałem kogoś takiego.
Aria spuściła wzrok. Czuła dumę pomieszaną z zaże-
nowaniem.
Ezra wyciągnął rękę przez biurko i dotknął jej dłoni -dotyk
jego ciepłej, suchej dłoni był kojący - szybko jednak ją cofnął.
- Ale między nami nie może do niczego dojść. Jesteś moją
uczennicą. Mógłbym wpaść w poważne tarapaty. A tego chyba
byś nie chciała, prawda?
- Nikt się nie dowie - powiedziała Aria słabym głosem. Nie
mogła jednak opędzić się od myśli o tym SMS-ie
z wczoraj. Może ktoś ju ż się dowiedział?
Ezra długo milczał. Wyglądał tak, jakby się namyślał. Patrzyła
na niego pełna nadziei.
101
- Przykro mi, Ario - mruknął wreszcie. - Musisz już iść. Aria
wstała z płonącymi policzkami.
- Oczywiście.
Położyła dłonie na oparciu krzesła. Czuła się tak, jakby ktoś
wrzucił do jej brzucha rozpalone węgle.
- Do zobaczenia na lekcji - wyszeptał Ezra.
Zamknęła ostrożnie drzwi. W korytarzu mijała nauczycieli,
którzy zmierzali do klas. Postanowiła, że przejdzie przez
dziedziniec, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza.
Na zewnątrz dobiegł ją znajomy dziewczęcy śmiech. Na
chwilę zamarła. Kiedy wreszcie przestanie się jej wydawać, że
ws zęd zie słyszy Alison? Zamiast iść wybrukowaną ścieżką,
przeszła przez trawnik. Poranna mgła była tak gęsta, że Aria
ledwo widziała w niej swoje stopy. Siady jej stóp pozostawały w
trawie tylko na kilka sekund.
Świetnie. To doskonały moment, żeby zniknąć na dobre.
102
10
SINGIELKI TO MAJĄ ŻYCIE
Tego popołudnia Emily stała na parkingu dla uczniów,
pogrążona w myślach, kiedy nagle ktoś zakrył jej dłońmi oczy.
Podskoczyła.
— Ej, wyluzuj! To tylko ja!
Emily odwróciła się i odetchnęła z ulgą. To Maya. Od kiedy
dostała tę przedziwną wiadomość zeszłego popołudnia, czuła się
zupełnie rozkojarzona, jakby wpadała w paranoję. Teraz miała
zamiar otworzyć drzwi samochodu — mama pozwoliła jej wziąć
auto, żeby razem z Carolyn pojechały do szkoły, pod warunkiem
że „będzie ostrożnie jechała i zadzwoni, jak już dojadą" — i
wziąć torbę z rzeczami na trening.
— Przepraszam — powiedziała Emily. — Myślałam... Zresztą
nieważne.
— Tęskniłam dziś za tobą — uśmiechnęła się Maya.
— Ja za tobą też — Emily odwzajemniła uśmiech. Zadzwoniła
do Mai rano, bo chciała ją podrzucić do szkoły,
103
ale jej mama powiedziała, że Maya już wyszła. - Jak się masz?
- Mogłoby być lepiej.
Dziś Maya odsunęła swoje niesforne, ciemne włosy od twarzy
za pomocą uroczych, różowych fluorescencyjnych spinek w
kształcie motylków.
- Naprawdę? - Emily przekrzywiła głowę.
Maya wydęła usta i wysunęła stopę z sandała. Tak jak Emily,
miała drugi palec dłuższy od palucha.
- Poczułabym się lepiej, gdybyś poszła gdzieś teraz ze mną.
- Mam trening - wytłumaczyła Emily. Znowu słyszała w
swoim głosie Kłapouchego.
Maya wzięła ją za rękę i potrząsnęła nią.
- A gdybym ci obiecała, że w pewnym sensie pójdziemy
popływać?
Emily zmrużyła oczy.
- Co masz na myśli?
- Musisz mi zaufać.
Choć przyjaźniła się bardzo blisko z Hanną, Spencer i Arią, to
i tak najlepsze wspomnienia dotyczyły jej wypadów z Ali. Kiedyś
ubrały się w grube, narciarskie spodnie i poszły zjeżdżać z
jednego z okolicznych wzgórz. Opowiadały sobie o swoich
wymarzonych chłopakach i płakały z powodu sprawy Jenny,
pocieszając się nawzajem. Kiedy spędzały czas tylko we dwie,
Ali pokazywała inną, mniej idealną twarz - co zresztą sprawiało,
że ostatecznie wydawała się jeszcze bardziej idealna - a Emily
czuła, że może być sobą. Wydawało jej się, że nie była sobą od
wielu dni, tygodni, nawet lat. A teraz miała wrażenie, że znowu
może się tak poczuć w towarzystwie Mai. Tak bardzo
potrzebowała bliskiej przyjaciółki.
104
Ben z pozostałymi chłopakami pewnie już się przebierali,
bijąc się mokrymi ręcznikami po nagich pośladkach. Pani
Lauren, trenerka, wypisywała program treningu flamastrem na
wielkich tablicach i wynosiła odpowiednie płetwy, boje i wiosła.
Dziewczyny z drużyny marudziły, że wszystkie jednocześnie
dostały okres. Czy odważy się opuścić trening po raz drugi?
Emily ścisnęła w dłoni breloczek z plastikową rybą.
— Chyba mogę powiedzieć Carolyn, że muszę komuś pomóc
w zadaniu z hiszpańskiego — mruknęła.
Wiedziała, że Carolyn nie da się nabrać, ale nie puści pary z
ust.
Sprawdziła trzy razy, czy ktoś ich nie obserwuje, uśmiechnęła
się i otworzyła drzwi samochodu.
— Dobra, jedźmy.
— Razem z bratem znaleźliśmy to miejsce w czasie weekendu
— powiedziała Maya, kiedy Emily zatrzymała samochód na
wysypanym żwirem parkingu.
Emily wysiadła i przeciągnęła się.
— Zupełnie o nim zapomniałam — powiedziała. Przed nimi
rozciągał się szlak Marwyn. Ciągnął się
prawie dziesięć kilometrów wzdłuż głębokiego kanionu.
Razem z przyjaciółkami jeździły tu na rowerach — Ali i Spencer
na ostatnim odcinku pedałowały zawzięcie i jednocześnie
dojeżdżały do mety — na końcu zatrzymywały się przy małym
barze przy kąpielisku na ciasteczka i colę light.
Kiedy szła za Mayą po błotnistym zboczu, Maya chwy ciła ją
za rękę.
105
— Och! Zapomniałam ci powiedzieć. Twoja mama od-
wiedziła nas wczoraj, jak byłyśmy w szkole. Przywiozła nam
brownie.
— Serio? — odpowiedziała Emily, zdezorientowana. Cie-
kawe czemu mama nie wspomniała o tym przy kolacji.
— Pyyyszne było. Zjedliśmy całe razem z bratem! Dotarły do
szlaku. Gałęzie rosnących po obu stronach
drzew tworzyły tunel. W powietrzu unosił się świeży zapach
zieleni i wydawało się, że temperatura spadła nagle o dwadzieścia
stopni.
— Jeszcze trochę.
Maya chwyciła ją za rękę i poprowadziła ścieżką do
niewielkiego kamiennego mostu. Dziesięć metrów niżej nurt
rzeki płynął szeroko. Spokojna woda połyskiwała w
popołudniowym słońcu.
Maya podeszła do krawędzi mostu i rozebrała się. Stała teraz
w bladoróżowym staniku i takich samych majtkach. Rzuciła
ubrania niedbale na ziemię, pokazała Emily język i skoczyła.
— Czekaj! — Emily rzuciła się do krawędzi mostu. Czy ona
wie, jak tu jest głęboko? Po kilku o wiele za
długich sekundach Emily usłyszała plusk. Maya wynurzyła
głowę.
— Mówiłam, że popływamy! Dalej, rozbieraj się!
Emily spojrzała na leżące w nieładzie ubranie Mai. Naprawdę
nienawidziła rozbierać się w obecności innych, nawet przy
dziewczynach z drużyny, które widywała codziennie. Powoli
zdjęła plisowaną spódniczkę, krzyżując uda, żeby Maya nie
zobaczyła, jak są muskularne. Potem podciągnęła podkoszulek
na ramiączkach, który miała pod bluzką. Zdecydowała jednak, że
go nie zdejmie. Spojrzała
106
w dół na rzekę i skoczyła. Kilka chwil później woda otuliła jej
ciało. Była przyjemnie ciepła i gęsta od mułu, a me chłodna i
czysta, jak w basenie. Biustonosz wszyty w podkoszulek
wybrzuszył się na powierzchni wody.
- Jak w saunie - powiedziała Maya.
- Tak - Emily popłynęła w płytsze miejsce, gdzie stała Maya.
Zauważyła, że Mai widać sutki przez biustonosz i gwałtownie
zamknęła oczy.
- Jak mieszkałam w Cali, to cały czas nurkowaliśmy z
Justinem przy klifie - powiedziała Maya. - On zawsze stał na
górze przez dziesięć minut, jakby się musiał zastanowić, czy
skoczyć. Podobało mi się, że się nie zawahałaś.
Emily unosiła się w wodzie na plecach z uśmiechem. Nic nie
mogła na to poradzić - smakowała komplementy od Mai jak
najlepszy tort.
Maya nabrała wody w dłonie i opryskała Emily. Trochę wody
dostało jej się do ust. Woda z rzeki smakowała dziwnie,
metalicznie, zupełnie inaczej niż chlorowana woda w basenie.
- Chyba jednak zerwę z Justinem - oświadczyła Maya. Emily
podpłynęła do brzegu i stanęła.
- Naprawdę? Dlaczego?
- Związek na odległość strasznie mnie stresuje. On do mnie
dzwoni bez przerwy. Nie było mnie ledwo parę dni, a już przysłał
mi dwa listy!
- Hm - odpowiedziała Emily, wodząc dłonią w mulistej
wodzie.
Zaświtała jej nagła myśl. Odwróciła się do Mai.
- To ty włożyłaś mi wczoraj liścik do szafki? Maya
zmarszczyła czoło.
107
- Kiedy? Po szkole? Nie... przecież odprowadziłaś mnie do
domu, pamiętasz?
- No tak.
Nie przypuszczała, że to Maya napisała liścik, ale gdyby tak
było, wszystko byłoby o wiele łatwiejsze.
- Co w nim było napisane? Emily pokręciła głową.
- Nieważne. Nic takiego. - Zakaszlała. - Wiesz co, ja chyba też
zerwę ze swoim chłopakiem.
Ale n u mer. Emily nie byłaby bardziej zaskoczona, gdyby z
jej ust wyfrunął nagle skowronek.
- Naprawdę? - zdziwiła się Maya. Emily wytarła wodę z oczu.
- Nie wiem, może.
Maya wyciągnęła ramiona nad głową, a Emily zauważyła
ponownie bliznę na jej nadgarstku. Odwróciła wzrok.
- Walić kreta — powiedziała Maya. Emily uśmiechnęła się.
-Co?
- To takie moje powiedzonko. To znaczy... „mam to w nosie"!
- Odwróciła się i wzruszyła ramionami. - Trochę to głupie.
- Nie, mnie się podoba - powiedziała Emily. - Walić kreta.
Zachichotała. Dziwnie się czuła, kiedy przeklinała, jakby
mama, siedząc w kuchni dwadzieścia kilometrów stąd, mogła ją
usłyszeć.
- Powinnaś zerwać ze swoim chłopakiem. Wiesz czemu?
- Czemu? — zapytała Emily.
- Bo wtedy obie byłybyśmy singielkami.
108
— I co z tego?
W lesie panował absolutny spokój. Maya zbliżyła się do
Emily.
— To z tego, że... wtedy... mogłybyśmy się... zab a wi ć ! —
Maya chwyciła ją za ramiona i zanurzyła jej głowę w wodzie.
— Hej! — zapiszczała Emily.
W odwecie opryskała Mayę, uderzając ramionami w wodę i
wywołując ogromną falę. Chwyciła Mayę za nogę i zaczęła ją
łaskotać w stopę.
— Na pomoc! — wrzeszczała Maya. — Tylko nie stopy!
Mam łaskotki!
— Znalazłam twój słaby punkt! - wyła Emily jak wariatka,
ciągnąc Mayę do wodospadu.
Maya wyrwała stopę z jej uścisku i rzuciła się na Emily od
tyłu. Jej ręce powędrowały po bokach Emily w dół, w kierunku
brzucha. Zaczęła ją łaskotać. Emily zapiszczała. Wreszcie
wepchnęła Mayę do małej jaskini.
— Oby nie było tu nietoperzy! — krzyknęła Maya. Promienie
słońca przechodziły przez niewielkie otwory
w skale. Tworzyły aureolę wokół wilgotnych włosów Mai.
— Musisz tu wejść — powiedziała Maya, wyciągając rękę.
Emily stanęła obok niej. Pod palcami czuła gładką, chłodną
skałę. Każdy jej oddech odbijał się echem od ścian. Dziewczyny
patrzyły na siebie z uśmiechem.
Emily zagryzła wargi. To był jeden z tych idealnych
momentów z przyjaciółką. Nagle poczuła przypływ melancholii i
tęsknoty. Maya spojrzała na nią z troską.
— Co się stało?
Emily westchnęła głęboko.
109
— Wiesz... ta dziewczyna, która mieszkała w twoim domu,
Alison...
-Tak?
— Zaginęła. Kiedy skończyłyśmy siódmą klasę. Nigdy jej nie
odnaleziono.
Ciało Mai przeszedł dreszcz.
— Słyszałam o tym.
Emily objęła się ramionami. Jej też zrobiło się zimno.
— Byłyśmy bliskimi przyjaciółkami. Maya zbliżyła się do
Emily i objęła ją.
— Nie wiedziałam.
— Tak — Emily trząsł się podbródek. — Chciałam, żebyś
wiedziała.
— Dzięki.
Stały objęte przez dłuższą chwilę. Nagle Maya zrobiła mały
krok do tyłu.
— Nie powiedziałam do końca prawdy. O tym, dlaczego chcę
zerwać z Justinem.
Emily uniosła brwi z zaciekawieniem.
— Nie... nie jestem pewna, czy podobają mi się faceci —
powiedziała cicho Maya. — To dziwne. Uważam, że są słodcy,
ale jak zostaję z nimi sam na sam, mam ochotę uciec. Wolałabym
być z kimś, no wiesz, takim jak ja — uśmiechnęła się krzywo. —
Rozumiesz?
Emily przetarła dłonią twarz, wygładziła włosy. Nagle
spojrzenie Mai wydało jej się takie przenikliwe.
— Ja... — zaczęła. Nie, nie rozumiała.
Coś się poruszyło w krzakach ponad nimi. Emily drgnęła.
Mamie nie podobało się, że tu przychodzi. Uważała, że w takich
miejscach roi się od porywaczy i morderców.
110
W lesie przez chwilę panowała cisza, ale nagle stado ptaków
wzbiło się w niebo. Emily oparła się o skałę. Ktoś je obserwował?
Kto to się śmiał? Śmiech brzmiał znajomo. Potem Emily
usłyszała ciężkie dyszenie. Dostała gęsiej skórki i wyjrzała zza
załomu skał.
Zobaczyła tylko grupkę chłopców. Razem wskoczyli do rzeki,
wymachując kijami jak mieczami. Emily oddaliła się od Mai i od
wodospadu.
— Dokąd idziesz? — zawołała Maya.
Emily spojrzała na Mayę, a potem na chłopców, którzy
porzucili już kije i teraz rzucali w siebie kamieniami.
Rozpoznała, że jeden z nich to Mike Montgomery, młodszy brat
jej dawnej przyjaciółki Arii. Sporo urósł, od kiedy widziała go
ostatnim razem. Zaraz, zaraz — czy Mike chodził do Rosewood?
Rozpoznałby ją? Emily wyszła z wody i zaczęła biec pod górę.
Odwróciła się do Mai.
— Muszę wrócić do szkoły, zanim Carolyn skończy trening.
— Włożyła spódniczkę. — Rzucić ci ubrania?
— Jak chcesz.
Maya wyszła spod wodospadu i brodziła w wodzie. Prze-
zroczyste majtki oblepiały jej pośladki. Powoli wchodziła na
brzeg, nie zakrywając dłonią piersi ani krocza. Pierwszoklasiści
przerwali swoją zabawę i gapili się na nią.
I choć Emily wcale tego nie chciała, też się gapiła, wbrew
sobie.
111
11
SŁODKIE ZIEMNIAKI MAJĄ DUŻO WITAMINY A
— Ta. Ta na pewno — wyszeptała Hanna, pokazując palcem.
— Nie, ma za małe! — szeptem odpowiedziała Mona.
— Ale zobacz, jak jej się wydęły u góry! Zupełnie sztucznie
— dowodziła Mona.
— A tamta chyba zrobiła sobie tyłek.
— Ohyda.
Hanna zmarszczyła nos i przesunęła dłońmi po swoich
kształtnych, idealnie okrągłych pośladkach, żeby sprawdzić, czy
aby na pewno są idealnie idealne. Było późne środowe
popołudnie. Za dwa dni miało się odbyć doroczne przyjęcie pod
gołym niebem organizowane przez Noela Kahna. Razem z Moną
relaksowały się na tarasie kawiarni Yam, w klubie, do którego
należeli jej rodzice. Z wysoka patrzyły, jak grupa chłopców z
liceum gra rundkę golfa przed kolacją. One grały jednak w inną
grę: w znajdź
112
sztuczne cycki. Albo cokolwiek sztucznego. Wokół nie
brakowało sztuczności.
- Oj, tej to chirurg spaprał robotę - mruknęła Mona. -Moja
mama gra z nią chyba w tenisa. Zapytam.
Hanna przyjrzała się dokładniej podobnej do elfa, trzy-
dziestoletniej kobiecie stojącej przy barze. Jej tyłek wyglądał
podejrzanie apetycznie w porównaniu z resztą jej wychudzonego
ciała.
— Prędzej umrę, niż sobie coś zoperuję.
Mona bawiła się zapięciem bransoletki od Tiffany'ego, której,
jak się okazało, nie musiała oddać.
— Myślisz, że Aria zrobiła sobie piersi?
— Dlaczego? - Hanna spojrzała na nią zdumiona.
- Jest taka chuda, a piersi ma idealne. Była w Finlandii, tak?
Podobno w Europie operacja cycków kosztuje grosze.
- Nie sądzę, żeby sobie zrobiła - powiedziała pod nosem
Hanna.
— Skąd wiesz?
Hanna żuła słomkę. Aria zawsze miała dobre piersi. Tylko ona
i Alison zaczęły nosić biustonosze już w siódmej klasie. Ali
zawsze się chwaliła swoimi, ale Aria zauważyła, że w ogóle ma
piersi, dopiero wtedy kiedy w prezencie świątecznym zrobiła dla
wszystkich biustonosze na drutach i sobie musiała zrobić o numer
większy.
- To nie w jej stylu - odparła Hanna.
Nie czuła się swobodnie, kiedy rozmawiała z Moną o swoich
dawnych przyjaciółkach. Nadal miała wyrzuty sumienia z
powodu wszystkich drwin, którymi częstowały Monę w siódmej
klasie. Ale to chyba nie był dobry moment, żeby o tym
porozmawiać.
113
Mona gapiła się na nią.
— Wszystko w porządku? Wyglądasz dziś jakoś inaczej.
Hanna zrobiła zdziwioną minę.
— Naprawdę? To znaczy jak?
Na twarzy Mony pojawił się wymuszony uśmiech.
— Oj! Ktoś ma zły dzień!
— Nie mam złego dnia - powiedziała Hanna szybko. Tak
naprawdę miała. Wizyta na posterunku policji
i ten dziwny mail z zeszłego wieczoru wywołały jej panikę.
Rano jej oczy miały kolor bladobrązowy, a nie zielony. Miała
wrażenie, że spuchły jej ramiona. Naprawdę wydawało jej się, że
w jednej chwili przeobrazi się w siebie z siódmej klasy.
Podobna do żyrafy kelnerka o blond włosach przerwała jej
rozmyślania.
— Co panie wybrały? Mona spojrzała na menu.
— Ja poproszę azjatycką sałatkę z kurczakiem, bez sosu.
Hanna odkaszlnęła.
— Proszę sałatkę ogrodnika z kiełkami i podwójną porcję
frytek ze słodkich ziemniaków. Na wynos.
Kiedy kelnerka zabrała menu, Mona zsunęła okulary
przeciwsłoneczne na czubek nosa.
— Frytki ze słodkich ziemniaków?
— Dla mamy — odpowiedziała Hanna szybko. — Nie je nic
innego.
Na polu golfowym zbierała się grupka starszych panów.
Wśród nich był też młody, przystojny facet w szortach. Nie
pasował do swoich towarzyszy, z burzą brązowych włosów,
krótkimi spodniami i... zaraz, czy to... koszulka z emblematem
policji? Niestety tak.
114
Wilden spojrzał w kierunku tarasu i chłodnym skinieniem
przywitał Hannę. Schowała głowę w ramiona.
— Kto to? — mruknęła Mona.
— Yyy... — zająknęła się Hanna.
Najchętniej schowałaby się pod stolikiem. Darren Wilden grał
w go l fa? Bez jaj. Gdy chodził do szkoły, rzucał zapalonymi
zapałkami w chłopaków grających w szkolnej drużynie golfowej.
Czy cały świat się zmówił przeciwko niej?
Mona rzuciła na niego okiem.
— Chwileczkę. Czy on nie chodził do naszej szkoły? —
Wyszczerzyła zęby w uśmiechu. — O Boże. To ten, co zaliczył
wszystkie dziewczyny z drużyny pływackiej. Hanna, ty mała
suko! Skąd on cię zna?
— On... — Hanna zamilkła. Poprawiła pasek w dżinsach. —
Spotkałam go na szlaku Marwyn. Biegałam tam kilka dni temu.
Staliśmy razem przy fontannie.
— Pięknie. On tam pracuje?
Hanna znowu zamilkła. Nie chciała tego ciągnąć.
— Hm... Mówił chyba, że jest gliną — rzuciła nonszalancko.
— Żartujesz. — Mona wyciągnęła swój błyszczyk marki Shu
Uemura ze skórzanej niebieskiej torby i posmarowała dolną
wargę. — Jest taki śliczny, że mógłby pozować do kalendarza z
policjantami. Już go widzę. Chłopak Kwietnia. Chodź, zapytamy
go, czy nam pokaże swoją pałkę.
— Ciii — syknęła Hanna.
Przyniesiono ich sałatki. Hanna przesunęła na bok sty-
ropianowe pudełko z frytkami i wzięła do ust kawałek pomidora
bez sosu.
Mona nachyliła się do niej.
115
— Założę się, że mogłabyś go wyrwać.
— Kogo?
— Chłopaka Kwietnia! Niby kogo innego?
— No jasne — parsknęła Hanna.
— Bez problemu. Powinnaś go zaprosić na imprezę u Kahna.
Podobno w zeszłym roku przyszli jacyś gliniarze. Dlatego nigdy
nikt nie składa skarg.
Hanna oparła się na krześle. Impreza u Kahna stała się już
tradycyjnym, legendarnym wręcz wydarzeniem. Rodzina
Kahnów miała jakieś osiem hektarów gruntu, a ich synowie — z
których Noel był najmłodszy — co roku organizowali imprezę w
stylu retro. Goście przetrząsali doskonale zaopatrzoną piwniczkę
z alkoholami i zawsze wybuchał jakiś skandal. W zeszłym roku
Noel strzelił z pistoletu pneumatycznego w gołe pośladki
swojego najlepszego przyjaciela Jamesa, bo ten chciał się
całować z Alyssą Pennypacker, ówczesną dziewczyną Noela.
Byli tak pijani, że w drodze na pogotowie cały czas się śmiali i
nie mogli sobie przypomnieć, co i dlaczego się wydarzyło. Rok
wcześniej parę osób wypaliło za dużo marihuany i chciało zmusić
jednego z koni pana Kahna, żeby zaciągnął się z fajki wodnej.
— Nie — Hanna włożyła do ust kolejny kawałek pomidora.
— Chyba pójdę z Seanem.
Mona skrzywiła się.
— Po co marnować taką imprezę z Seanem? Przysiągł, że
zachowa dziewictwo! Pewnie nawet nie pójdzie.
— Ślubowanie dziewictwa nie oznacza, że przestaje się
imprezować.
Hanna napchała sobie do ust sałatki i żuła suche, niesmaczne
warzywa.
116
- No dobra, skoro nie chcesz zaprosić Chłopaka Kwietnia na
imprezę do Noela, to ja to zrobię.
Mona wstała od stolika. Hanna chwyciła ją za ramię. -Nie!
— Czemu? Daj spokój. Będzie fajnie. Hanna wbiła paznokcie
w ramię Mony.
— Powiedziałam „nie". Mona usiadła i wydęła usta.
— Czemu?
Serce Hanny prawie wyskoczyło z piersi.
- No dobra. Możesz to rozpowiedzieć, komu chcesz.
-Odetchnęła głęboko. - Spotkałam go na posterunku policji, a nie
na szlaku. Przesłuchiwali mnie z powodu tego wydarzenia u
Tiffanyego. To nic wielkiego. Nie zamkną mnie.
— O mój Boże! — wykrzyknęła Mona. Wilden znowu na nie
popatrzył.
— Ciii — syknęła Hanna.
- Wszystko w porządku? Co się stało? Opowiedz mi o
wszystkim — prosiła szeptem Mona.
- Nie ma wiele do opowiadania. — Hanna rzuciła serwetkę na
talerz. - Zawieźli mnie na posterunek, mama pojechała ze mną,
chwilę czekałyśmy. Udzielili mi pouczenia i zwolnili do domu.
Nieważne. Wszystko trwało może dwadzieścia minut.
-Oj .
Mona spojrzała na Hannę w dziwny sposób. Hanna za-
stanawiała się, czy w jej spojrzeniu była litość.
- Nie działo się nic wielkiego - powiedziała Hanna, próbując
się usprawiedliwić. Miała sucho w gardle. - Większość gliniarzy
gadała przez telefon. Cały czas wysyłałam SMS-y.
117
Zamilkła. Zastanawiała się, czy powiedzieć Monie o
wiadomości, którą dostała od A., kimkolwiek był A. Szkoda
śliny. Przecież to nie miało żadnego znaczenia, prawda?
Mona napiła się wody mineralnej.
— Myślałam, że nigdy cię nie złapią. Hanna przełknęła głośno
ślinę.
— No cóż...
— Mama pewnie chciała cię zabić.
Hanna odwróciła wzrok. W drodze do domu mama zapytała
ją, czy naprawdę chciała ukraść bransoletkę i kolczyki. Kiedy
Hanna zaprzeczyła, pani Marin powiedziała tylko:
— W takim razie sprawa załatwiona.
I otworzyła telefon, żeby znowu zadzwonić. Hanna wzruszyła
ramionami i wstała.
— Właśnie mi się przypomniało, że muszę wyprowadzić
Dota.
— Na pewno wszystko w porządku? — zapytała Mona. -Masz
plamy na twarzy.
— Nic wielkiego.
Posłała Monie eleganckiego całusa i ruszyła w kierunku
drzwi. Wyszła spokojnym krokiem z restauracji, ale kiedy dotarła
do parkingu, zaczęła biec. Wsiadła do swojej toyoty prius —
mama kupiła to auto dla siebie w ubiegłym roku, ale niedawno
dała je Hannie, bo jej się już znudziło —
I spojrzała do lusterka wstecznego. Na policzkach i czole
miała ohydne jasnoczerwone plamy.
Od czasu transformacji Hanna z neurotyczną pedanterią dbała
nie tylko o to, żeby przez cały czas wyglądać super i cool, ale
także, żeby b yć super i cool. Bała się, że
118
najdrobniejsze potknięcie wepchnie ją z powrotem w otchłań
wieśniactwa. Dlatego dbała o każdy szczegół, począwszy od
drobiazgów — takich jak najfajniejszy nick na czacie czy
najlepszy zestaw przebojów w iPodzie w aucie — po ważniejsze
rzeczy — takie jak właściwy skład osobowy w czasie imprez
poprzedzających ważne wyjścia czy najlepszy chłopak (na
szczęście była to ta sama osoba, w której kochała się od siódmej
klasy). Czy przyłapanie jej na kradzieży w sklepie niszczyło
idealny wizerunek zrównoważonej Hanny, którą wszyscy znali?
Nie wiedziała, jak odczytać wyraz twarzy Mony, kiedy ta
powiedziała „Oj". Czy to znaczyło: „Oj, to nic wielkiego!", czy
raczej: „Oj, ale frajerka!"?
Może nie trzeba było mówić o wszystkim Monie. Ale
przecież... i tak już ktoś o tym wiedział. A. „Co powie na to Sean.
Tylko nie to!"
Oczy Hanny na moment przesłoniła mgła. Przez chwilę
ściskała kierownicę, potem wbiła kluczyk do stacyjki i wyjechała
z klubowego parkingu na wysypaną żwirem ślepą alejkę,
biegnącą kilka metrów od głównej drogi. Czuła, jak krew pulsuje
jej w skroniach. Wyłączyła silnik i oddychała głęboko. Wiatr
pachniał sianem i świeżo skoszoną trawą.
Zacisnęła powieki. Kiedy je otworzyła, zobaczyła pudełko
frytek. „Nie", pomyślała. Ulicą przejechał samochód.
Hanna wytarła dłonie o dżinsy. Jeszcze raz rzuciła okiem na
pudełko. Frytki pachniały przepysznie. „Nie, nie, nie".
Sięgnęła po nie i otworzyła pokrywkę. Słodki, ciepły zapach
uderzył ją w twarz. Zanim zdążyła się zorientować,
119
już wpychała do ust jedną frytkę za drugą. Nadal były tak
gorące, że parzyły ją w język, ale nie dbała o to. Poczuła ogromną
ulgę — tylko to mogło poprawić jej nastrój. Zjadła wszystkie. A
potem jeszcze wylizała pojemnik z soli, która zebrała się na dnie.
Najpierw poczuła się o wiele spokojniejsza. Ale kiedy tylko
dojechała pod dom, wezbrało w niej znane jej uczucie paniki i
wstydu. Zdziwiła się, że choć minęły całe lata od kiedy po raz
ostatni to robiła, czuła się dokładnie tak samo jak wtedy. Bolał ją
żołądek, spodnie były za ciasne i chciała tylko pozbyć się tego, co
miała w środku.
Zignorowała nerwowe szczekanie Dota, które dobiegało z jej
sypialni. Wpadła do łazienki na górze, zatrzasnęła drzwi i osunęła
się na posadzkę. Dzięki Bogu, mama jeszcze nie wróciła z pracy.
Na szczęście nie dowie się, co Hanna ma zamiar zrobić.
120
12
MNIAM, UWIELBIAM ZAPACH MOICH WYNIKÓW Z
EGZAMINU
Okej. Spencer musiała się uspokoić.
W środę wieczorem zaparkowała swojego mercedesa klasy C
typu hatchback - auto w spadku po siostrze, która kupiła sobie
nowego, „bardziej praktycznego" mercedesa SUV - przed
domem. Spotkanie samorządu uczniowskiego bardzo się
przeciągnęło i teraz zdenerwowana Spencer jechała ciemnymi
ulicami Rosewood. Przez cały dzień czuła się tak, jakby ktoś ją
obserwował, jakby ten, kto napisał do niej tego dziwnego maila,
miał ją napaść w najmniej spodziewanym momencie.
Z niepokojem myślała o tym znajomo wyglądającym kucyku,
który mignął w oknie pokoju Alison. W myślach wracała do Ali,
która wiedziała o Spencer tak wiele. Nie, to jakiś obłęd. Alison
zaginęła trzy lata temu i najprawdopodobniej nie żyje. Poza tym
w jej domu mieszka teraz jakaś inna rodzina, prawda?
121
Spencer podbiegła do skrzynki na listy i wyciągnęła stos
kopert. Te niezaadresowane do niej wrzuciła niedbale z
powrotem. I nagle ją zobaczyła. Długą kopertę, ani grubą, ani
cienką, ze swoim imieniem i nazwiskiem wydrukowanymi po
prawej stronie. Nadawcą była Rada College'u. Nareszcie!
Spencer rozerwała kopertę i przebiegła wzrokiem stronę.
Przeczytała wynik egzaminu sześć razy, zanim to do niej dotarło.
Dostała 2350 punktów na 2400 możliwych.
— Taaaak! — krzyknęła i ścisnęła list tak mocno, że aż go
zmięła.
— O! Ktoś jest szczęśliwy! — dobiegł głos od strony ulicy.
Spencer spojrzała w tamtym kierunku. Z okna po
stronie pasażera w czarnym mini cooperze wyglądał Andrew
Campbell, wysoki, piegowaty, długowłosy chłopak, który
pokonał Spencer w wyborach na przewodniczącego. Byli najlepsi
w klasie z prawie wszystkich przedmiotów. Szli łeb w łeb. Ale
zanim Spencer zdążyła pochwalić się swoim wynikiem — dzięki
czemu poczułaby się o niebo lepiej — auto odjechało. Świru s.
Spencer wróciła do domu.
Podekscytowana wbiegła do środka. Nagle coś kazało jej się
zatrzymać. Przypomniała sobie bardzo dobry wynik swojej
siostry i szybko przeliczyła go ze skali 1600 punktów, którą
wtedy stosowano, na obecną skalę 2400 punktów. Melissa
dostała o całe 100 punktów mniej niż Spencer. A podobno teraz
zaostrzyli kryteria.
No i kto jest geniuszem?
Godzinę później Spencer siedziała przy kuchennym stole,
czytając opasłą powieść Middlemarch, pozycję z listy
122
„lektur zalecanych" na jej rozszerzonym kursie literatury.
Nagle zaczęła kichać.
— Melissa i Wren przyjechali — poinformowała Spencer jej
mama. Właśnie weszła do kuchni z całą pocztą, którą Spencer
zostawiła w skrzynce. - Przywieźli wszystkie bagaże!
Uchyliła piekarnik, sprawdziła kurczaka z rożna i bułeczki
wieloziarniste, a potem wróciła do salonu.
Spencer znowu kichnęła. Jej mamę zawsze spowijała chmura
Chanel No. 5 - choć cały dzień pracowała w stajni - a Spencer
miała na to chyba alergię. Już miała ogłosić wszem wobec wynik
swojego egzaminu, ale powstrzymał ją pretensjonalny głosik
rozbrzmiewający w korytarzu.
— Mamusiu? — zawołała Melissa.
Razem z Wrenem weszli do kuchni. Spencer wlepiła oczy w
okładkę Middlemarch, choć nie była zbyt atrakcyjna.
— Cześć — usłyszała nad sobą głos Wrena.
— Cześć — odpowiedziała chłodno.
— Co czytasz?
Spencer zawahała się. Lepiej było trzymać się od niego z
daleka, szczególnie teraz, kiedy się tu wprowadził.
Melissa przeszła bez przywitania i zaczęła wypakowywać
fioletowe poduszki z torby na zakupy.
— To na kanapę w domku — prawie krzyczała. Spencer
skrzywiła się. Do tej gry trzeba dwóch osób.
— Och, Melisso! - zawołała. - Zapomniałam ci powiedzieć!
Nie zgadniesz, na kogo ostatnio wpadłam!
Melissa nadal wypakowywała poduszki.
— Na kogo?
— Na lana Thomasa! Jest teraz trenerem mojej drużyny
hokejowej!
123
Melissa zamarła.
— On... Tak? Naprawdę? Tu t aj ? Pytał o mnie? Spencer
wzruszyła ramionami i udawała, że się zastanawia.
— Nie, chyba nie.
— Kto to jest łan Thomas? — zapytał Wren, opierając się o
marmurowy blat w kuchni.
— Nikt — rzuciła Melissa i wróciła do swoich poduszek.
Spencer z trzaskiem zamknęła książkę i powędrowała
do salonu. Proszę bardzo. Od razu lepiej.
Usiadła przy długim, stylizowanym na dziewiętnastowieczny
stole. Przesunęła palcem po kieliszku, który Candace, ich
służąca, napełniła właśnie czerwonym winem. Jej rodzice
pozwalali córkom pić w domu alkohol, pod warunkiem że nie
prowadziły samochodu. Chwyciła kieliszek w obie dłonie i
chciwie wypiła wielki łyk. Kiedy spojrzała w górę, Wren
uśmiechał się do niej znacząco z drugiego końca stołu, gdzie
sztywno siedział na krześle.
— Hej — powiedział.
W odpowiedzi uniosła brwi.
Melissa i pani Hastings zajęły miejsca. Tata Spencer zapalił
świece w świeczniku i również usiadł. Przez chwilę panowała
cisza. Spencer położyła dłoń na liście z wynikami egzaminu,
którą trzymała w kieszeni.
— Zgadnijcie, co mi się przytrafiło — zaczęła.
— Jesteśmy ci naprawdę wdzięczni, że pozwoliłaś nam tu
zostać! — powiedziała jednocześnie Melissa, chwytając Wrena
za rękę.
Pani Hastings uśmiechnęła się do Melissy.
— Jestem taka szczęśliwa, kiedy mam wkoło całą rodzinę.
124
Spencer zagryzła wargi. Burczało jej z nerwów w brzuchu.
— Tato, dostałam...
— Oho — przerwała Melissa, patrząc z podziwem na dania,
które Candace wnosiła z kuchni. — Jest coś oprócz kurczaka?
Wren próbuje nie jeść mięsa.
— Nie ma sprawy — rzucił szybko Wren. — Chętnie zjem
kurczaka.
— Och! — pani Hastings prawie wstała. — Nie jesz mięsa?
Nie wiedziałam! W lodówce jest jeszcze sałatka z makaronem,
ale chyba dodałam do niej szynkę...
— Naprawdę wszystko w porządku. — Wren z zażenowaniem
drapał się w głowę, mierzwiąc jeszcze bardziej swoje czarne
włosy.
— Ale mi głupio — powiedziała pani Hastings. Spencer
przewróciła oczami. Kiedy rodzina zbierała się
w pełnym składzie, mama chciała, by każdy posiłek, nawet
jeśli składała się nań tylko owsianka, przebiegał zgodnie z
przewidzianym przez nią scenariuszem. Pan Hastings spojrzał
podejrzliwie na Wrena.
— Ja na przykład jestem fanem steków — powiedział.
— To świetnie. — Wren podniósł kieliszek tak gwałtownie, że
trochę wina rozlało się na obrus.
Spencer zastanawiała się, jak płynnie przejść do swojego
obwieszczenia, kiedy tata położył widelec na stole.
— Mam doskonały pomysł. Skoro wszyscy się zebraliśmy,
może zagramy w gwiazdę dnia?
— Och, tato — Melissa wyszczerzyła zęby. — Nie. Ojciec
uśmiechnął się.
— Ależ tak. Miałem cudowny dzień w pracy. Skopię wam
tyłki.
— Co to jest gwiazda dnia? — zapytał Wren, unosząc brwi.
125
Spencer poczuła w żołądku nerwowy skurcz. Tę grę wymyślili
jej rodzice, kiedy były jeszcze małe, ale zawsze podejrzewała, że
podpatrzyli ją na jakimś korporacyjnym wyjeździe
integracyjnym. Zasady były proste. Trzeba było podzielić się z
wszystkimi największym osiągnięciem dnia, a cała rodzina
wybierała gwiazdę dnia. Gra miała dać uczestnikom poczucie
dumy i spełnienia, ale w rodzinie Hastingsów zamieniała się w
bezlitosną rywalizację.
Z drugiej strony właśnie dzięki tej grze Spencer mogła w
najbardziej spektakularny sposób ogłosić wyniki egzaminu.
— Szybko się zorientujesz, Wren — powiedział pan Hastings.
— Ja zacznę. Dziś przygotowałem tak doskonałą linię obrony
klienta, że ten chce mi wi ę c ej zapłacić.
— Imponujące — pochwaliła mama, biorąc do ust trochę
buraczków. — Ja wygrałam dziś z Eloise w tenisa w dwóch
setach do zera.
— Eloise to twarda zawodniczka! — wykrzyknął tata, a potem
napił się wina.
Spencer patrzyła na siedzącego naprzeciwko niej Wrena.
Postanowił dokładnie obrać udko kurczaka ze skóry, byle tylko
nie spojrzeć jej w oczy.
Mama wytarła usta serwetką.
— Melisso?
Melissa złożyła dłonie z obgryzionymi, ale polakierowanymi
paznokciami.
— Hmm. Pomogłam robotnikom ułożyć kafelki w całej
łazience. Tylko w ten sposób mogłam dopilnować, żeby zrobili to
idealnie.
— Wspaniale, kochanie! — powiedział tata.
126
Spencer nerwowo przebierała nogami. Pani Hastings
skończyła pić wino.
— Wren?
— Tak? — Wren popatrzył na nią zaniepokojony.
— Twoja kolej.
Wren obracał w dłoniach kieliszek.
— Nie wiem, co powiedzieć...
— Gramy w gwiazdę dnia — zaćwierkała pani Hastings,
jakby ta gra była tak dobrze znana jak warcaby. — Jaką
wspaniałą rzecz pan dziś zrobił, panie doktorze?
— Aha — Wren zamrugał. — No cóż, nic wielkiego. Miałem
dziś wolne na uczelni i w szpitalu, więc poszedłem do pubu z
przyjaciółmi z pracy i oglądaliśmy mecz.
Zapadła cisza. Melissa rzuciła Wrenowi spojrzenie pełne
rozczarowania.
— Bomba — Spencer podchwyciła wątek. — Drużyna Fi-
ladelfii grała bosko, aż przyjemnie było popatrzeć.
— Wiem, to beznadziejna drużyna, prawda? — Wren
uśmiechnął się do niej z wdzięcznością.
— No dobrze — pani Hastings przerwała ich rozmowę. —
Melisso, o której zaczynasz zajęcia?
— Zaraz — wtrąciła się Spencer. Nie mogą o niej zapomnieć!
— Ja też gram w gwiazdę dnia.
Widelec mamy zawisł w powietrzu. — O, przepraszam.
— Ups! — tata przyłączył się radosnym tonem. — Mów,
Spence.
— Dostałam wyniki egzaminu. No i sami popatrzcie. Wyjęła
list i podała tacie. Kiedy tylko wziął go do ręki,
wiedziała już, co się stanie. Nikogo to nie zainteresuje. Bo
127
jakie znaczenie miał dla nich ten egzamin? Zaraz wrócą do
swojego wina, do Melissy i Wharton, i na tym się skończy.
Poczuła wypieki na twarzy. Czemu w ogóle tak jej na tym
zależało?
Wtedy tata odstawił kieliszek i zaczął dokładnie czytać list.
— Niesamowite — gestem przywołał panią Hastings. Kiedy
mama przeczytała list, westchnęła.
— Więcej punktów już się chyba nie da zdobyć, prawda? —
zapytała.
Melissa wyciągnęła szyję, bo też chciała zobaczyć. Spencer
ledwo mogła złapać oddech. Siostra wbiła w nią nienawistny
wzrok, ponad wazonem z bzem i peoniami. Patrzyła tak, że
Spencer przyszło na myśl, że może to ona napisała do niej
wczoraj tego przerażającego maila. Ale kiedy spojrzała jej prosto
w oczy, Melissa uśmiechnęła się.
— Musiałaś się dużo uczyć, co?
— To dobry wynik, prawda? — zapytał Wren, rzucając okiem
na list.
— Fantastyczny! — poprawił go pan Hastings.
— To wspaniale! — zakrzyknęła pani Hastings. — Jak chcesz
to uczcić? Kolacja na mieście? Masz coś na oku?
— Kiedy ja dostałam wyniki, kupiliście mi pierwsze wydanie
powieści Fitzgeralda na aukcji, pamiętacie? — pochwaliła się
Melissa.
— Faktycznie! — zapiała pani Hastings. Melissa zwróciła się
do Wrena.
— Spodobałoby ci się. Licytacja jest taka ekscytująca.
— Zastanów się nad tym — powiedziała pani Hastings do
Spencer. — Niech to będzie jakaś pamiątka, taka, jaką dostała
Melissa.
128
Spencer powoli usiadła.
— Właściwie to mam coś na oku.
— Co takiego? — Tata pochylił się nieco. „Raz kozie śmierć",
pomyślała Spencer.
— Naprawdę bardzo, bardzo bym chciała wprowadzić się do
domku teraz, a nie za kilka miesięcy.
— Ale... — zaczęła Melissa i natychmiast zamilkła. Wren
chrząknął. Ojciec zmarszczył brwi. Żołądek
Spencer zaburczał przeciągle z głodu. Położyła dłoń na
brzuchu.
— Naprawdę tego chcesz? — zapytała mama.
— Tak — odparła Spencer.
— Dobrze — powiedziała pani Hastings, patrząc na męża. —
W takim razie...
Melissa głośno odłożyła widelec na stół.
— A co ze mną i z Wrenem?
— Sama powiedziałaś, że remont nie potrwa długo — pani
Hastings wzięła ją pod brodę. — Możecie przecież spać w twoim
dawnym pokoju, prawda?
— Ale tam jest małe łóżko — powiedziała Melissa niety-
powym dla siebie, dziecinnym głosem.
— Poradzimy sobie — powiedział szybko Wren. Melissa
rzuciła mu mordercze spojrzenie.
— Możemy przenieść duże łóżko z domku do pokoju Melissy,
a w jego miejsce wstawić łóżko Spencer — zaproponował pan
Hastings.
Spencer nie wierzyła własnym uszom.
— Zrobisz to dla mnie? — spytała. Pani Hastings uniosła
brwi.
— Melisso, jakoś to przeżyjesz, prawda? Melissa odsunęła
włosy z twarzy.
129
— Chyba tak. Ja sama miałam ogromną frajdę z tego
pierwszego wydania Fitzgeralda i całej aukcji, no ale może
jestem dziwna.
Wren dyskretnie łyknął wina. Kiedy Spencer złapała jego
wzrok, puścił do niej oko.
— A zatem załatwione — pan Hastings zwrócił się do
Spencer.
Spencer wstała i zaczęła ściskać rodziców.
— Dziękuję, dziękuję, dziękuję! Mama nie posiadała się z
dumy.
— Powinnaś wprowadzić się jutro.
— Spencer, zostałaś dziś gwiazdą, bez dwóch zdań. — Tata
podniósł w górę list z wynikami, teraz trochę poplamiony winem.
— Powinniśmy to oprawić na pamiątkę!
Spencer uśmiechnęła się szeroko. Nie musiała niczego
oprawiać. Wiedziała, że zapamięta ten dzień do końca życia.
130
13
AKT PIERWSZY: DZIEWCZYNA KUSI CHŁOPAKA
— Chcesz pójść ze mną na wernisaż w galerii Chester Springs
w poniedziałek wieczorem? — zapytała mama Arii, Ella.
Był czwartek rano. Ella siedziała naprzeciw Arii przy stole,
rozwiązując czarnym długopisem krzyżówkę w „New York
Timesie". Jadła płatki śniadaniowe. Właśnie wróciła do pracy na
pół etatu w galerii sztuki współczesnej przy głównej ulicy w
Rosewood i dostawała zaproszenia na wszystkie ważne imprezy.
— Tata z tobą nie idzie? — zapytała Aria. Mama wydęła usta.
— Ma dużo pracy z przygotowaniem swoich zajęć.
— Aha.
Aria skubała nitkę wystającą z rękawiczek bez palców, które
kiedyś zrobiła na drutach w czasie długiej podróży pociągiem do
Grecji. Czy w głosie mamy wyczuła
131
podejrzliwość? Aria zawsze się bała, że mama dowie się o
Meredith i nie wybaczy jej, że trzymała to w tajemnicy.
Aria mocno zacisnęła powieki. „Nie myśl o tym", powtarzała
w duchu. Nalała sobie do szklanki soku grejpfrutowego.
— Ella? Potrzebuję porady w sprawach sercowych.
— Sercowych? — prowokacyjnie zapytała mama i spięła
czarne włosy w kok za pomocą leżącej na stole pałeczki do
chińskiego jedzenia.
— Tak. Podoba mi się pewien facet, ale jest jakby... nie-
osiągalny. Brak mi już pomysłów, jak go przekonać, że powinien
mnie polubić.
— Bądź sobą! Aria jęknęła.
— Już próbowałam.
— Umów się z kimś osiągalnym! Aria przewróciła oczami.
— Chcesz pomóc czy nie?
— O, ktoś tu jest przewrażliwiony! — uśmiechnęła się Ella i
pstryknęła palcami. — Właśnie przeczytałam artykuł o pewnym
badaniu. — Podniosła w górę „New York Timesa". —
Próbowano ustalić, co mężczyznom najbardziej podoba się w
kobietach. I wiesz, co się okazało? Na pierwszym miejscu jest
inteligencja. Zaraz to znajdę...
Otworzyła gazetę na odpowiedniej stronie i podała Arii.
— Ktoś się podoba Arii? — Mike wszedł do kuchni i porwał
pączka z lukrem z pudełka stojącego na stole.
— Nie! — zaprotestowała Aria.
— Ktoś za to lubi cieb ie — powiedział Mike. — Choć to
ohydny pomysł. — Udał, że wymiotuje.
— Kto? — zapytała Ella podekscytowana.
132
- Noel Kahn - odpowiedział Mike, przeżuwając ogromny kęs
pączka. - Pytał o ciebie na treningu lacrosse'a.
- Noel Kahn? - powtórzyła jak echo Ella, patrząc to na Mike'a,
to na Arię. - Który to? Bywał u nas trzy lata temu? Znam go?
Aria znowu jęknęła i przewróciła oczami.
- To nikt.
- Nikt? - Mike był zdegustowany. - To najfajniejszy facet z
twojego rocznika.
- To ty tak myślisz - powiedziała Aria, całując mamę w czubek
głowy.
Ruszyła z kawałkiem gazety w dłoni w kierunku przedpokoju.
A więc faceci lubili mądre kobiety? Aria z Islandii potrafiła być
mądra.
- Czemu nie lubisz Noela Kaima? - Aria aż podskoczyła na
dźwięk głosu Mike'a. Stał kilka kroków od niej z kartonem soku
pomarańczowego w dłoni. — To super-koleś.
Aria westchnęła.
- Jak ci się tak podoba, to się z nim umów.
Mike napił się wprost z kartonu, wytarł usta i wlepił w nią
wzrok.
- Dziwnie się zachowujesz. Upaliłaś się? Dasz się sztachnąć?
Aria parsknęła z pogardą. Na Islandii Mike cały czas chciał
spróbować narkotyków i dostał małpiego rozumu, gdy jakiś facet
nad zatoką sprzedał mu odrobinę trawy. Okazało się, że towar
niesamowicie śmierdzi, ale Mike i tak z dumą wypalił wszystko.
Mike podrapał się po brodzie.
- Chyba wiem, czemu świrujesz.
133
— Masz w głowie siano. — Aria odwróciła się do szafy.
— Tak myślisz? To nieprawda. Wiesz co? Sprawdzę, czy
moje podejrzenia są słuszne.
— Powodzenia, Sherlocku.
Aria włożyła kurtkę. Wiedziała, że Mike ma w głowie siano,
ale miała też nadzieję, że nie usłyszał drżenia w jej głosie.
Kiedy inni uczniowie wchodzili do klasy na lekcję literatury -
większość chłopaków miała kilkudniowy zarost, a większość
dziewczyn wyglądała jak klony Mony i Hanny, w sandałach na
koturnie i bransoletkach z ozdobnym zapięciem - Aria
przeglądała swoje notatki. Na dziś mieli przygotować referat na
temat Czekając na Godota. Aria uwielbiała referaty — na ich
użytek wypracowała specjalny, idealny, seksowny i chropawy
głos. Sztukę znała doskonale. Kiedyś spędziła w pewnym barze
w Rejkiawiku całą niedzielę, kłócąc się na jej temat z jakimś
facetem przypominającym Adriena Brody'ego... sącząc pyszną
wódkę jabłkową z martini i niby przypadkiem dotykając go nogą
pod stołem. Był to nie tylko doskonały dzień, żeby pokazać się
jako uczennica idealna, ale również żeby udowodnić wszystkim,
jaka super jest Aria z Islandii.
Ezra wszedł do klasy, cały wymięty, zblazowany, prosto do
schrupania. Klasnął w dłonie.
— Słuchajcie, mamy dziś mnóstwo roboty. Proszę o ciszę.
Hanna Marin odwróciła się i posłała Arii znaczący
uśmieszek.
— Jak myślisz, jaką nosi bieliznę?
134
Aria odpowiedziała słabym uśmiechem - oczywiście, że
bawełniane bokserki w paski - ale natychmiast skierowała uwagę
z powrotem na Ezrę, który podszedł do tablicy.
- Wszyscy przeczytali zadane teksty? Wszyscy przygotowali
referat? Kto pierwszy?
Aria natychmiast podniosła rękę. Ezra skinął na nią głową.
Podeszła do tablicy, poprawiła włosy, żeby rozkosznie
rozsypywały się na ramionach, i upewniła się, że naszyjnik z
wielkich korali nie zahaczył o kołnierzyk bluzki. Szybko
przeczytała kilka zdań streszczenia.
- W zeszłym roku oglądałam inscenizację Czekając na Godota
w Paryżu - zaczęła właściwy referat.
Zauważyła, że Ezra lekko uniósł brwi.
- Grano ją w małym teatrze nad brzegiem Sekwany. W
powietrzu unosił się zapach brioszek z serem, które pieczono za
ścianą. - Zrobiła pauzę. - Wyobraźcie sobie tę scenę: tłum ludzi
czekających na zewnątrz, jakaś pani głaszcze swoje dwa białe
pudelki, w oddali widać wieżę Eiffla.
Na chwilę podniosła wzrok. Wszyscy słuchali jak
zaczarowani!
-Czuło się energię, podekscytowanie, pasj ę. I nie tylko
dlatego, że wsz ys tk i m, nawet mojemu młodszemu bratu,
sprzedawano piwo.
- Ale super! - wtrącił Noel Kahn. Aria uśmiechnęła się.
- Fioletowe siedzenia obite pluszem pachniały francuskim
masłem, które jest o wiele słodsze od amerykańskiego. Piecze się
z niego pyszne ciasta.
- Aria — upomniał ją Ezra.
- Z takim masłem nawet śli ma k i smakują lepiej!
135
- Aria!
Aria zamilkła. Ezra oparł się o tablicę i założył ręce na piersi.
- Tak? — uśmiechnęła się.
- Muszę ci przerwać.
- Ale... nie dotarłam nawet do połowy!
- Miałaś mówić o sztuce, a nie o pluszowych fotelach i
ciastach.
W klasie rozległy się zduszone chichoty. Aria powlokła się na
swoje miejsce i usiadła. Czy on nie wie, jak się tworzy
at mos fer ę?
Noel Kahn podniósł rękę.
- Noel? - zapytał Ezra. - Teraz ty?
- Nie - odparł Noel. Wszyscy się zaśmiali. - Chciałem tylko
powiedzieć, że bardzo mi się podobał referat Arii.
- Dzięki - powiedziała cicho Aria.
- Naprawdę sprzedają tam alkohol nieletnim? - spytał Noel.
- Nie do końca.
- Chyba pojadę z rodzicami do Włoch w zimie.
- Włochy są super. Spodoba ci się.
- Skończyliście już? - przerwał im Ezra. Popatrzył z
desperacją na Noela.
Aria wbiła pomalowane na różowo paznokcie w blat ławki.
Noel znowu odwrócił się w jej kierunku.
- A mają tam absynt? - wyszeptał do niej.
Skinęła głową, zdumiona, że Noel wie, co to jest absynt.
- Panie Kahn - przerwał im Ezra zniecierpliwiony. Trochę za
bardzo zniecierpliwiony. - Wystarczy.
Czy w jego głosie pobrzmiewała za zd ro ś ć ?
136
— Cholera — Hanna odwróciła się do niej. — Co go ugryzło?
Aria zdusiła chichot. Chyba jakaś idealna uczennica sprawiła,
że pewien nauczyciel się zdenerwował.
Ezra wywołał Devon Arliss, która zaczęła czytać swój referat.
Ezra stanął bokiem, położył palec na brodzie i słuchał. Arii serce
mocniej zabiło. Tak bardzo go chciała, że czuła wibrację w całym
ciele.
Zaraz, chwileczkę. Czy to nie jej telefon w dużej zielonej
torbie leżącej na podłodze?
Komórka wibrowała. Aria ukradkiem sięgnęła po telefon.
Przyszła nowa wiadomość:
Aria, może on ma zwyczaj flirtować z uczennicami. Wielu
nauczycieli tak robi... Zapytaj tatę!
A.
Aria szybko zamknęła telefon. Ale potem otworzyła go i
znowu przeczytała wiadomość. I jeszcze raz. Dostała gęsiej
skórki.
Nikt z siedzących w klasie nie miał w ręku telefonu. Ani
Hanna, ani Noel, ani nikt inny. Nikt na nią nie patrzył. Spojrzała
nawet na sufit i drzwi do klasy, ale nie było tam nic podejrzanego.
Było cicho i spokojnie.
— To się nie dzieje naprawdę — wyszeptała Aria.
Jedyną osobą, która znała historię jej taty, była... Alison. Ale
ona przysięgała n a wł asn y g ró b , że nie piśnie o tym nikomu.
Czyżby w ró ci ł a ?
137
14
TO CIĘ NAUCZY, ŻE ZAMIAST ŚLEDZIĆ KOGOŚ W
NECIE, POWINNAŚ ODRABIAĆ LEKCJE
W czwartek po południu Spencer miała wolną lekcję. Wybrała
się więc do szkolnej czytelni. Było to jej ulubione miejsce na
kampusie. Wysokie pomieszczenie wypełniały po sam sufit
regały z książkami, w rogu stał olbrzymi globus na postumencie,
a w tylnej ścianie był witraż. Stanęła pośrodku pustej sali,
zamknęła oczy i wdychała zapach starych, oprawionych w skórę
tomów.
Dziś wszystko potoczyło się po jej myśli. Nagły atak chłodu
sprawił, że mogła włożyć nowiutki, bladobłękitny, wełniany
płaszczyk od Marca Jacobsa. W szkolnej kawiarni barista zrobił
jej przepyszną podwójną latte na chudym mleku. Egzamin ustny
z francuskiego zdała śpiewająco. Wieczorem miała
przeprowadzić się do domku, Melissa zaś miała spać w swoim
starym ciasnym pokoju.
138
A jednak zawisła nad nią ciężka, ciemna chmura. Cały czas
towarzyszyło jej uczucie, że o czymś zapomniała i że ktoś ją...
obserwuje. Nic dziwnego, że czuła się nieswojo. To przez tego
głupiego maila. I mignięcie włosów Ali w oknie jej pokoju. I
dlatego, że tylko Ali wiedziała o Ianie...
Próbując się pozbyć niepokoju, usiadła przed komputerem i
poprawiła gumkę ciemnogranatowych rajstop we wzory. Weszła
do internetu. Zaczęła zbierać materiały do pracy biograficznej na
kurs z literatury, ale kiedy przebiegła wzrokiem listę tematów
znalezionych przez wyszukiwarkę, wpisała do niej „Wren Kim".
Przeglądając wyniki wyszukiwania, zachichotała. Na stronie
szkoły Mili Hill w Londynie znalazła zdjęcie długowłosego
Wrena stojącego obok palnika Bunsena
i stojaka z probówkami. Kolejny link zaprowadził ją do
college'u Corpus Christi w Oksfordzie. Tutaj Wren miał na sobie
strój Hamleta i trzymał w dłoni czaszkę. Kiedy próbowała
powiększyć zdjęcie, żeby lepiej ocenić, jakiego rozmiaru rajstopy
nosi, ktoś klepnął ją w ramię.
- To twój chłopak?
Spencer poderwała się, zrzucając wysadzany kryształami
telefon komórkowy na podłogę. Za jej plecami stał Andrew
Campbell i szczerzył zęby w uśmiechu.
Szybko zamknęła stronę.
— Oczywiście, że nie!
Andrew schylił się po jej telefon, odgarniając z oczu pasmo
długich do ramion, prostych włosów. Spencer pomyślała, że
może nawet byłby przystojny, gdyby ściął tę lwią grzywę.
139
- Ups - powiedział, wręczając jej telefon. - Diamenty ci
wypadły.
Spencer wyrwała mu telefon z ręki.
- Przestraszyłeś mnie.
- Przepraszam - uśmiechnął się Andrew. - Twój chłopak to
aktor?
- Już mówiłam, że to nie mój chłopak! Andrew cofnął się o
krok.
- Przepraszam, chciałem tylko pogadać. Spencer przyjrzała
mu się podejrzliwie.
- A przy okazji — mówił dalej Andrew, poprawiając szelki
swojego plecaka - tak sobie myślałem, że może jedziesz jutro na
imprezę do Noela? Mógłbym cię podwieźć.
Spencer spojrzała na niego tępo i nagle ją oświeciło: impreza
w plenerze u Noela Kahna. Była na niej rok wcześniej. Niektórzy
pili piwo na wyścigi i wszystkie dziewczyny zdradzały swoich
chłopaków. Tegoroczna impreza zapowiadała się podobnie. I co?
Andrew naprawdę sądził, że pozwoli się podwieźć jego
samochodzikiem? A zmieszczą się w nim oboje?
- Chyba nie — odparła. Andrew posmutniał.
- No tak, pewnie masz mnóstwo innych rzeczy na głowie.
Spencer zmarszczyła brwi.
- Niby co masz na myśli? Andrew wzruszył ramionami.
- Masz chyba mnóstwo roboty. Twoja siostra wróciła,
prawda?
Spencer rozparła się na krześle i zagryzła dolną wargę.
- Tak, przyjechała wczoraj wieczorem. Skąd wiesz...
140
Przerwała. Ch wile c zk ę. Andrew bezustannie jeździł swoim
mini cooperem po jej ulicy. Przecież widziała go wczoraj, kiedy
wyciągała ze skrzynki wyniki egzaminu...
Przełknęła ślinę. Czy przypadkiem nie widziała jego
samochodu również tego dnia, kiedy razem z Wrenem brali
kąpiel? Musiał się stale kręcić wokół jej domu, skoro zauważył,
że Melissa wróciła. A jeśli... jeśli to An d re w ją szpiegował i
podglądał? A jeśli to on napisał tego beznadziejnego maila? To
możliwe, zawsze z nią rywalizował. Może wysyłanie komuś
pogróżek uważał za skuteczną metodę pozbycia się konkurencji
w następnych wyborach na przewodniczącego... A może nawet
chciał ją wyprzedzić w wynikach w nauce na koniec roku? Ma
długie włosy! Może to jego widziała w oknie domu Ali?
Nie wi ar ygo d n e ! Spencer patrzyła na Andrew z
niedowierzaniem.
— Coś się stało? - zapytał Andrew z troską w głosie.
— Muszę już iść.
Zebrała książki i wyszła z czytelni.
— Poczekaj — zawołał za nią.
Spencer nie zatrzymała się, ale w drzwiach czytelni zdała
sobie sprawę, że wcale nie czuła gniewu. Jasne, to dziwne, że
Andrew ją szpieguje, ale jeśli Andrew to A., Spencer mogła
odetchnąć z ulgą. Nawet jeśli miał na nią jakiegoś haka, to i tak
nie wiedział tego, co wiedziała Alison.
Otworzyła drzwi na dziedziniec i wpadła na Emily Fields.
— Cześć - powiedziała Emily. Po jej twarzy przemknął cień
zdenerwowania.
— Cześć — odpowiedziała Spencer.
141
Emily poprawiła plecak Nike. Spencer odgarnęła włosy z
twarzy. Kiedy ostatni raz rozmawiała z Emily?
— Zimno się zrobiło, co? — zapytała Emily.
— Tak — Spencer pokiwała głową.
Emily uśmiechnęła się tak jak ktoś, kto nie wie, co po-
wiedzieć, i wtedy Tracey Reid, koleżanka z drużyny pływackiej,
chwyciła ją za ramię.
— Kiedy dostaniemy pieniądze na kostiumy kąpielowe? —
zapytała.
Gdy Emily jej odpowiadała, Spencer strzepnęła z żakietu jakiś
niewidzialny pyłek i zastanawiała się, czy może sobie już pójść
bez oficjalnych pożegnań. Nagle zauważyła coś na nadgarstku
Emily. Emily nadal nosiła bransoletkę z niebieskiego sznurka.
Alison zrobiła je dla nich wszystkich w szóstej klasie, po
wypadku Jenny.
Najpierw chciały tylko dać nauczkę bratu Jenny, Toby'emu.
To miał być kawał. Kiedy już to zaplanowały, Ali pobiegła na
drugą stronę ulicy, pod domek na drzewie Toby'ego, a one
obserwowały wszystko przez okno. A potem... potem coś
str as zn e go stało się Jennie.
Kiedy ambulans odjechał spod domu Jenny, Spencer
dowiedziała się o całym wypadku czegoś, o czym nie wiedziały
pozostałe dziewczyny: Toby zauważył Ali, ale ona widziała, jak
Toby robi coś ró wn i e zł ego . Nie mógł na nią donieść, bo
wtedy ona doniosłaby na niego.
Wkrótce Ali zrobiła dla wszystkich bransoletki, żeby im
przypomnieć, że są przyjaciółkami na za ws z e i że skoro teraz
mają wspólny sekret, muszą się z a wsz e wspierać. Spencer
myślała, że Ali przyzna się wszystkim, że ktoś ją widział, ale ona
nigdy tego nie zrobiła.
142
Kiedy policjanci przesłuchiwali Spencer po zaginięciu Ali,
pytali, czy miała jakichś wrogów, czy ktoś nienawidził jej tak
bardzo, że chciałby ją skrzywdzić. Spencer powiedziała, że Ali
była bardzo popularna i że kilka dziewczyn jej za to nie lubiło, ale
to była tylko zazdrość.
Kłamała w żywe oczy. Kilka osób szczerze nienawidziło Ali i
Spencer wiedziała, że powinna była powiedzieć policji to, co
wiedziała na temat sprawy Jenny... że może Toby chciał
skrzywdzić Ali... Jak jednak miała im to wytłumaczyć, nie
mówiąc dlaczego? Spencer codziennie mijała dom Toby'ego i
Jenny. Toby'ego wysłano do szkoły z internatem i rzadko
odwiedzał rodzinny dom, więc wydawało jej się, że ich tajemnica
była bezpieczna. Dziewczyny mogły się nie obawiać Toby'ego. A
Spencer nie musiała już nigdy mówić swoim przyjaciółkom tego,
co wiedziała tylko ona.
Kiedy Tracey Reid się pożegnała, Emily odwróciła się.
Zdziwiło ją, że Spencer nadal stoi obok.
- Muszę iść na lekcję. Miło było cię widzieć - powiedziała.
— Na razie — odrzekła Spencer. Obie uśmiechnęły się z
przymusem.
143
15
URAŻONA MĘSKA DUMA TO POCZĄTEK KOŃCA
ZWIĄZKU
— Obijacie się! Musicie wrócić do formy! — krzyczała
trenerka Lauren stojąca obok basenu.
W czwartek po południu Emily w otoczeniu innych pływaków
w kryształowo błękitnej wodzie pływalni imienia Andersona
słuchała krzyków i połajanek ich dość młodej, pływającej
niegdyś w kadrze olimpijskiej trenerki Lauren Kinkaid. Basen
miał dziesięć metrów szerokości, dwadzieścia pięć metrów
długości i niewielką trampolinę. W suficie na całej długości
basenu były szyby, więc kiedy wieczorem pływała na grzbiecie,
oglądała gwiazdy.
Emily chwyciła się krawędzi i naciągnęła czepek na uszy.
Jasne, wrócić do formy. Musiała się skoncentrować.
Wczoraj wieczorem, kiedy wróciła z Mayą znad rzeki, długo
leżała w łóżku, nie śpiąc, przepełniona radością, bo świetnie się z
Mayą bawiły. Radość była jednak przemieszana ze zdziwieniem i
niepokojem z powodu jej
144
wyznania. „Nie jestem pewna, czy podobają mi się faceci.
Wolałabym być z kimś, no wiesz, takim jak ja". Czy próbowała
powiedzieć to, co Emily przeczuwała?
Emily czuła zdenerwowanie na wspomnienie o tym, jak
prowokacyjnie Maya zachowywała się przy wodospadzie, nie
wspominając o tym, jak się łaskotały i dotykały. Po powrocie do
domu przetrząsnęła torbę w poszukiwaniu liściku od A., który
dostała dzień wcześniej. Czytała go w kółko, przyglądając się
każdemu słowu, aż oczy zaszły jej łzami.
W porze obiadowej Emily postanowiła przyłożyć się do
pływania. Żadnego opuszczania treningów. Żadnego
bumelowania. Od teraz będzie idealną pływaczką.
Ben podpłynął do niej i dotknął dłonią ściany basenu.
— Brakowało mi ciebie wczoraj. -Mhm.
Zacznie od nowa z Benem. Przecież był śliczny, prawda? Miał
piegi, przenikliwe błękitne oczy, wydatną szczękę i pięknie
wyrzeźbione ciało pływaka. Wyobraziła sobie, że to Ben skacze z
mostu przy szlaku Marwyn. Śmiałby się z nią czy uznałby to za
dziecinadę?
— Gdzie się podziewałaś? - zapytał, zanurzając w wodzie
okulary do pływania, żeby nie zachodziły mgłą.
— Miałam lekcję hiszpańskiego.
— Wpadniesz do mnie po treningu? Rodzice wrócą dopiero
koło ósmej.
— Nie wiem... czy dam radę.
Emily odepchnęła się od ściany i zaczęła unosić się w wodzie.
Patrzyła na swoje miarowo pracujące nogi i stopy.
— Czemu? - Ren też odepchnął się od ściany.
— Bo... - do głowy nie przychodziła jej żadna wymówka.
145
— Przecież chcesz — wyszeptał Ben.
Nabrał wody w dłonie i ochlapał ją. Wczoraj Maya zrobiła to
samo, ale tym razem Emily się skrzywiła. Ben przestał chlapać.
— Co się stało?
— Nie chlap.
Ben objął ją w pasie.
— Nie? Nie lubisz być ochlapywana? — zapytał dziecinnym
głosem.
-Ni e.
Ben puścił ją.
— W porządku.
Emily westchnęła i popłynęła na drugi koniec toru. Naprawdę
lubiła Bena. Może jednak powinna pojechać do niego po
treningu. Pooglądają telewizję, zamówią pizzę, a on będzie
próbował włożyć jej rękę pod wyjątkowo mało seksowny stanik
sportowy. Nagle do oczu napłynęły jej łzy. Nie miała
najmniejszej ochoty siedzieć z nim na drapiącej, niebieskiej
kanapie w suterenie, nie chciała, żeby wyciągał jej oregano
spomiędzy zębów, nie chciała mu wkładać języka do ust. Po
prostu n ie.
Nie potrafiła udawać. Czy to jednak znaczyło, że chciała z nim
zerwać? Trudno było podejmować decyzje dotyczące chłopaka,
który płynął na tym samym torze, dwa metry przed nią.
Jej siostra Carolyn, płynąca na sąsiednim torze, poklepała ją
po ramieniu.
— Wszystko w porządku?
— Tak — mruknęła Emily, biorąc niebieską deskę.
— Okej — Carolyn wyglądała, jakby chciała coś dodać.
146
Wczoraj, po powrocie znad rzeki, Emily zaparkowała volvo
przy pływalni dokładnie w chwili, kiedy wyszła z niej Carolyn.
Na pytanie, gdzie była, Emily odpowiedziała, że musiała
pojechać na lekcję hiszpańskiego. Carolyn chyba jej uwierzyła,
bo auto wydawało dziwne trzaski, a tak się zachowywało tylko po
dłuższej jeździe.
Siostry były do siebie podobne. Obie miały piegi na nosie,
wyblakłe od chloru, rudobrązowe włosy i musiały używać sporo
tuszu, żeby wydłużyć krótkie rzęsy. Choć dzieliły pokój, nigdy
nie zżyły się z sobą. Carolyn była cichą, ponurą i posłuszną
dziewczyną. Tak jak Emily. Tylko że Carolyn było z tym dobrze.
Trenerka zagwizdała.
— Ćwiczymy nogi! Ustawcie się!
Pływacy ustawili się od najszybszego do najwolniejszego,
trzymając deski w wyciągniętych rękach. Ben stał przed Emily.
Popatrzył na nią i uniósł brew.
— Nie mogę przyjść dziś do ciebie — powiedziała cicho. Nie
chciała, żeby usłyszeli ją inni chłopcy, którzy stali obok w grupie
i wyśmiewali sztuczną opaleniznę Gemmy Curran, która chyba
przysnęła w solarium. - Przepraszam.
Usta Bena zmieniły się w kreskę.
— Jasne. A to niespodzianka.
Na dźwięk gwizdka trenerki odepchnął się od ściany i zaczął
ćwiczyć ruch nóg w motylku. Emily w napięciu czekała na
kolejny gwizdek i ruszyła w ślad za Benem.
Płynąc, obserwowała, jak Ben miarowo porusza nogami. Ale
głupio wyglądał w czepku naciągniętym na bardzo krótkie włosy.
Przed każdymi zawodami wpadał w paranoję i golił całe ciało do
ostatniego włoska, nawet na
147
rękach i nogach. Teraz uderzał stopami w wodę o wiele za
mocno, chlapiąc Emily w twarz. Z gniewem spoglądała na jego
głowę wynurzającą się raz po raz spod wody i mocniej uderzała
nogami w wodę.
Choć ruszyła pięć sekund po nim, na drugim końcu pływalni
znaleźli się prawie jednocześnie. Odwrócił się w jej stronę,
wkurzony. Etykieta w drużynie pływackiej nakazywała, że jeśli
w czasie okrążenia ktoś cię wyprzedzi, musisz puścić go
przodem. Ale Ben odepchnął się od ściany.
— Ben! — zawołała Emily z irytacją w głosie. Stanął po
płytszej stronie basenu i odwrócił się. -Co?
— Puść mnie pierwszą.
Ben przewrócił oczami i popłynął dalej pod wodą. Emily
odepchnęła się od ściany i z dziką werwą go dogoniła. Stanął
przy ścianie i odwrócił się do niej.
— Mogłabyś ze mnie zejść? — prawie krzyczał. Emily
wybuchnęła śmiechem.
— Miałeś puścić mnie przodem!
— Może gdybyś nie wystartowała od razu, nie siedziałabyś mi
na ogonie.
Parsknęła z pogardą.
— Nic na to nie poradzę, że jestem szybsza. Ben otworzył
usta.
Ups.
Emily oblizała wargi.
— Ben...
— Nie... — uniósł rękę w górę. — Proszę, płyń tak szybko, jak
tylko potrafisz.
Rzucił okularki na posadzkę. Odbiły się i wpadły do basenu,
prawie uderzając Gemmę w sztucznie opalone ramię.
148
- Ben...
Wbił w nią wzrok, potem odwrócił się i wyszedł z basenu.
- Mam to w nosie.
Emily widziała, jak szarpnięciem otwiera drzwi do męskiej
szatni.
Pokręciła głową, patrząc, jak drzwi kołyszą się tam i z
powrotem. Potem przypomniała sobie, co wczoraj powiedziała
Maya.
- Walić kreta - powiedziała pod nosem i uśmiechnęła się
lekko.
149
16
NIE PRZYJMUJ ZAPROSZEŃ BEZ ADRESU
ZWROTNEGO
- Przyjdziesz wieczorem? - Hanna mocno ściskała telefon,
czekając na odpowiedź Seana.
Był czwartek po lekcjach. Razem z Moną spotkały się na
kampusie na szybkie cappuccino, ale Mona musiała iść
wcześniej, żeby poćwiczyć uderzenia przed turniejem golfowym,
w którym brała udział z mamą w czasie weekendu. Hanna
siedziała teraz w domu na werandzie, rozmawiała z Seanem i
obserwowała, jak sześcioletnie bliźnięta z sąsiedztwa rysują
zdumiewająco poprawnych anatomicznie chłopców kredą na ich
podwórku.
- Nie mogę - odpowiedział Sean. - Naprawdę mi przykro.
- Ale w czwartek leci Miłość od pierwszego wejrzenia,
przecież wiesz!
Hanna i Sean uwielbiali reality show pod tytułem Miłość od
pierwszego wejrzenia, opowiadające o życiu czterech par, które
spotkały się w internecie. Dzisiejszy
150
odcinek był bardzo ważny, bo dwoje ich ulubionych
bohaterów, Nate i Fiona, mieli to zrobić. Hanna spodziewała się,
że dzięki temu przynajmniej zacznie o tym rozmawiać z Seanem.
— Mam... jeszcze spotkanie.
— Jakie spotkanie?
— No... Klubu D.
Hannie opadła szczęka. Klu b u D? To Klu b Dz ie wic ?
— Nie możesz nie pójść? Sean milczał przez chwilę. -Nie.
— A przyjdziesz przynajmniej jutro na imprezę do Noela?
Znowu milczenie.
— Sean! Musisz! — powiedziała piskliwie.
— No dobrze. Noel chyba by się trochę wściekł.
— Ja bym się wściekła — poprawiła go Hanna.
— Wiem. Do jutra.
— Sean, czekaj... — zaczęła Hanna. Ale on się już rozłączył.
Hanna otworzyła drzwi do domu. Sean mu si ał przyjść jutro
na imprezę. Uknuła romantyczny plan, który nie mógł się nie
powieść. Zaprowadzi go do lasu przy domu Noela, wyznają sobie
miłość i będą uprawiać seks. W Klubie D na pewno nie mieli nic
przeciwko seksowi, jeśli tylko był z miłości. Poza tym lasy
Kahnów otoczone były legendą. Mówiono na nie Lasy Męskości,
bo w czasie dorocznych przyjęć mnóstwo chłopaków straciło tu
dziewictwo. Plotka głosiła, że drzewa opowiadały żółtodziobom
pikantne historie.
151
Zatrzymała się przed lustrem w holu i podciągnęła koszulę,
żeby przyjrzeć się płaskim mięśniom swojego brzucha. Stanęła
bokiem, żeby obejrzeć mały, okrągły tyłeczek. Potem nachyliła
się, żeby przyjrzeć się cerze. Wczorajsze plamy zniknęły.
Wyszczerzyła zęby. Jeden ząb w dolnej szczęce zachodził na
kieł. Zawsze tak miała?
Rzuciła złotą skórzaną torbę z grubym paskiem na podłogę w
kuchni i otworzyła zamrażarkę. Jej mama nie kupowała
prawdziwych lodów, tylko namiastki ze zmniejszoną zawartością
cukru. Ale musiały wystarczyć. Wyjęła trzy porcje i zaczęła
łakomie odpakowywać jedną. Z pierwszym kęsem poczuła jak
zawsze potrzebę, by zjeść więcej.
— Hanno, zjedz jeszcze ptysia — szeptała jej do ucha Ali,
kiedy pojechała razem z nią do taty do Annapolis. Potem
odwróciła się do Kate, córki przyjaciółki jej ojca, i powiedziała:
— Hanna ma szczęście. Może jeść, ile chce, a w ogóle nie tyje!
Oczywiście obie znały prawdę. Dlatego było to takie złośliwe.
Już wtedy nie grzeszyła piękną figurą i wciąż przybierała na
wadze. Kate zachichotała, a Ali - która powinna być po stronie
Hanny — też się zaśmiała.
— Coś ci przyniosłam.
Hanna podskoczyła. Mama stała przy małym stoliku z
telefonem, w seksownym, sportowym staniku Champion i
spodniach do jogi z szerokimi nogawkami.
— Och — powiedziała Hanną cicho.
Pani Marin zmierzyła Hannę wzrokiem, a jej spojrzenie
zatrzymało się na lodowym deserze w jej dłoniach.
— Naprawdę zjesz aż tr z y?
152
Hanna spojrzała w dół. Pierwszą porcję spałaszowała w
dziesięć sekund i nawet nie poczuła smaku. Już odpako-wywała
następną.
Uśmiechnęła się słabo do mamy i szybko wepchnęła pozostałe
opakowania z powrotem do zamrażarki. Kiedy się odwróciła,
mama postawiła na stole niebieską torebkę od Tiffany'ego.
- To ?
— Otwórz.
W środku było niebieskie pudełeczko, a w nim cały zestaw -
bransoletka, okrągłe srebrne kolczyki i naszyjnik. Taki sam
komplet, jak ten, który musiała oddać ekspedientce z Tiffany'ego
na posterunku. Hanna podniosła w górę kolczyki i przyglądała
się, jak połyskują w świetle lampy.
— Wspaniałe.
Pani Marin wzruszyła ramionami.
— Nie ma sprawy.
Potem na znak, że uznaje rozmowę za skończoną, poszła do
salonu, rozwinęła fioletową matę do jogi i włączyła płytę z
ćwiczeniami.
Hanna, zmieszana, powoli włożyła kolczyki do pudełka.
Mama była taka d zi wn a.
Nagle wzrok Hanny spoczął na kremowej kwadratowej
kopercie. Leżała na małym stoliku, obok telefonu. Na kopercie
widniało jej imię i nazwisko napisane na maszynie. Uśmiechnęła
się. Zaproszenie na jakąś fajną imprezę było właśnie tym, co
mogło ją rozweselić.
„Oddychaj przez nos albo przez usta", mówił kojący głos
instruktora jogi z telewizora w salonie. Pani Marin stała
spokojnie z rękami na biodrach. Nawet nie drgnęła,
153
kiedy jej telefon wyćwierkał melodię oznajmiającą nową
wiadomość. To był czas wyłącznie dla niej.
Hanna wzięła kopertę i wspięła się po schodach do swojego
pokoju. Usiadła na łóżku z baldachimem, chwyciła prześcieradło
utkane z miliarda nitek i uśmiechnęła się do Dota, który spał
spokojnie na swoim legowisku.
— Chodź tu, Dot — zawołała cicho.
Pies przeciągnął się, wskoczył na jej łóżko i leniwie wtulił się
w jej ramiona. Hanna westchnęła. Może miała właśnie zespół
napięcia przedmiesiączkowego i to rozedrganie, to nerwowe
uczucie, że świat się rozpada, przejdzie za kilka dni.
Paznokciem rozcięła kopertę i uniosła brwi. To nie było
zaproszenie. List nie miał sensu.
Hanno
Nawet tata nie kocha cię najbardziej!
A.
Co to miało znaczyć? Ale kiedy rozłożyła drugą kartkę
włożoną do koperty, krzyknęła.
Była to kolorowa kopia z newsletteru jednej z prywatnych
szkół. Hanna spojrzała na znane jej twarze na fotografii. Podpis
głosił: „Kate Randall z Barnbury School przemawiała podczas
balu charytatywnego. Na zdjęciu z matką Isabel Randall i
narzeczonym matki Tomem Marinem".
Hanna mrugała szybko. Ojciec wyglądał tak samo jak tego
dnia, gdy widziała go po raz ostatni. I chociaż serce jej stanęło,
gdy przeczytała słowo „narzeczony" — kiedy t o się stało? — to
widok Kate sprawił, że skóra zaczęła ją swędzić. Kate wyglądała
idealnie jak nigdy. Jej cera
154
jaśniała. Miała perfekcyjną fryzurę. Radośnie obejmowała
mamę i pana Marina.
Hanna nigdy nie zapomniała chwili, kiedy po raz pierwszy
zobaczyła Kate. Razem z Hanną wyszły z pociągu w Annapolis i
najpierw Hanna zobaczyła tylko ojca opierającego się o maskę
samochodu. Potem otworzyły się drzwi i z auta wysiadła Kate. Jej
długie, kasztanowe włosy były proste i lśniące. Miała postawę
dziewczyny, która od najmłodszych lat tańczyła w balecie. Hanna
w pierwszym odruchu chciała się schować za jakimś słupem.
Spojrzała na swoje byle jakie dżinsy, rozciągnięty kaszmirowy
sweter i chciała zapaść się pod ziemię ze wstydu.
„To dlatego tata nas zostawił — pomyślała. — Chciał mieć
córkę, której by się nie wstydził".
- O Boże - wyszeptała Hanna, szukając, czy na kopercie
znajduje się adres zwrotny.
Nic. Zaświtała jej myśl. Jedyną osobą, która wiedziała o Kate,
była Alison. Spojrzała na literę A w liście.
Lody zabulgotały jej w żołądku. Pobiegła do łazienki
i chwyciła zapasową szczoteczkę stojącą w ceramicznym
kubku obok umywalki. Uklękła przed sedesem i czekała. W
kącikach jej oczu pojawiły się łzy.
„Nie zaczynaj znowu - mówiła sobie, przyciskając
szczoteczkę do podniebienia. - Jesteś od tego silniejsza".
Wstała i spojrzała do lustra. Miała czerwoną twarz i
skołtunione włosy. Jej oczy były czerwone i spuchnięte. Powoli
włożyła szczoteczkę z powrotem do kubka.
— Mam na imię Hanna i jestem boska — powiedziała do
swojego odbicia w lustrze.
Ale nie brzmiało to przekonująco. Wcale.
155
17
GĄSKI, GĄSKI, DO DOMU!
— No dobra — Aria dmuchnęła, odsuwając długie włosy
sprzed oczu. — W tej scenie masz nosić na głowie durszlak i
mówić dużo o dziecku, którego nie mamy.
Noel uniósł brwi i dotknął kciukiem różowych, wygiętych w
łuk ust.
— Czemu mam nosić na głowie durszlak, Finko?
— Bo to dramat absurdu. Więc musi być, no wiesz, po-
kręcony.
— A, rozumiem — uśmiechnął się szeroko Noel.
Był piątek rano. Siedzieli w sali do literatury. Po wczorajszym
beznadziejnym referacie o Czekając na Godota Ezra wyznaczył
kolejne zadanie polegające na tym, by dobrać się w grupy i
napisać sztukę egzystencjalistyczną. „Egzystencjalistyczny"
znaczy „głupi i od czapy". Jeśli istniał ktoś, kto potrafił napisać
sztukę głupią i od czapy, była to właśnie Aria.
156
- Moglibyśmy zrobić coś naprawdę absurdalnego - za-
proponował Noel. - Ta postać mogłaby jeździć limuzyną i po
kilku piwach wjechać nią do stawu z kaczkami. Ale w trakcie
zasypia i nie zauważa, że wpadła do stawu, aż do następnego
poranka. W limuzynie mogłyby chodzić kaczki.
Aria zmarszczyła czoło.
- Niby jak to wystawimy? To niemożliwe.
- Nie wiem - Noel wzruszył ramionami. - Ale coś takiego
zdarzyło mi się w zeszłym roku. To było naprawdę absurdalne. I
niesamowite.
Aria westchnęła. Bynajmniej nie wybrała Noela na swojego
partnera dlatego, że uważała go za świetnego pisarza. Rozglądała
się za Ezrą, który niestety w ogóle na nią nie patrzył, pewnie z
zazdrości.
- A może jedna z postaci będzie myślała, że jest kaczką?
-zasugerowała. - Mogłaby ni stąd, ni zowąd zacząć kwakać.
- Hm, jasne - Noel napisał to na kartce w linie obgryzionym
piórem Montblanc. - A może nakręcimy to wszystko cyfrową
kamerą mojego taty? I zrobimy z tego film, a nie nudną sztukę.
Aria milczała przez chwilę.
- Właściwie to świetny pomysł - powiedziała po chwili.
- Wtedy moglibyśmy nagrać scenę z limuzyną—uśmiechnął
się Noel.
- Pewnie tak. — Aria zastanawiała się, czy Kahnowie
naprawdę mieli na zbyciu jakąś limuzynę. Zapewne.
Noel szturchnął łokciem Masona Byersa, który pracował w
parze z Jamesem Freedem.
- Stary. W naszej sztuce będzie limuzyna! I efekty
pirotechniczne!
157
— Zaraz. Efekty pirotechniczne? — zapytała Aria.
— Ale fajnie! — powiedział Mason.
Aria zacisnęła usta. Naprawdę nie miała na to siły. Zeszłej
nocy prawie nie zmrużyła oka. Wczorajsza tajemnicza
wiadomość tak ją wytrąciła z równowagi, że pół nocy w dzikim
zapale robiła na drutach fioletową czapkę z na-usznikami i
rozmyślała.
Nawet nie chciała myśleć o tym, że ktoś wie nie tylko o niej i
Ezrze, ale także o historii jej ojca. A jeśli ten A. wyśle też
wiadomość jej mamie? A może już to zrobił? Aria nie chciała,
żeby mama się dowiedziała. Nie teraz i nie w taki sposób.
Aria nie mogła też opędzić się od myśli, że wiadomość mogła
przysłać Ali so n . O sprawie wiedziało niewiele osób. Pewnie
jacyś koledzy ojca z wydziału. No i oczywiście Meredith. Jednak
oni nie znali Arii.
Jeśli wiadomość przysłała Alison, to może jednak żyła. A
może... n i e. A jeśli wysyłał je duch Ali? Duch mógł bez trudu
wśliznąć się do damskiej ubikacji w tamtym barze. Duchy
umarłych często kontaktowały się z żywymi, żeby odkupić winy,
prawda? To było ich ostatnie zadanie domowe przed pójściem do
nieba.
Jeśli Ali chciała odkupić grzechy, to jednak Aria znała lepsze
kandydatki. Na przykład Jenna. Aria zasłoniła dłońmi oczy,
przeganiając wspomnienie. Terapeuci może i każą konfrontować
się z własnymi demonami. Ona próbowała wyprzeć z pamięci
całą sprawę Jenny, a także sprawę swojego taty i Meredith.
Aria westchnęła. W takich momentach żałowała, że drogi jej i
przyjaciółek się rozeszły. Hanna siedziała kilka ławek dalej.
Gdyby tylko Aria mogła podejść do Hanny
158
i porozmawiać z nią o tym, zadać jej kilka pytań na temat Ali.
Ale czas zmieniał ludzi nieodwracalnie. Zastanawiała się, czy nie
łatwiej byłoby jej porozmawiać ze Spencer albo Emily.
— Witaj.
Aria wyprostowała się. Przed jej ławką stał Ezra.
— Cześć — powiedziała piskliwie.
Spojrzała w jego niebieskie oczy i poczuła ukłucie w sercu.
Ezra jakoś dziwnie wypiął biodra.
— Jak się miewasz?
— Hm... świetnie. Naprawdę wyśmienicie.
Usiadła wyprostowana. W czasie lotu z Islandii przeczytała w
czasopiśmie znalezionym w kieszeni fotela, że chłopakom
podobały się dziewczyny pełne entuzjazmu i pozytywnej energii.
A skoro błyskotliwość nie sprawdziła się wczoraj jako wabik, to
czemu nie wypróbować optymizmu?
Ezra klikał długopisem.
— Słuchaj, przepraszam, że wczoraj przerwałem ci referat w
połowie. Dasz mi swoją kartę egzaminacyjną, żebym mógł na nią
spojrzeć i wpisać ci ocenę?
— Okej. — Ej, czy Ezra zrobiłby coś takiego dla innego
ucznia? — A ty... jak się masz?
— W porządku — Ezra uśmiechnął się. Wydawało jej się, że
chce jeszcze coś powiedzieć. — Nad czym pracujecie?
Położył dłonie na ławce i nachylił się, żeby zajrzeć do jej
zeszytu. Aria przez moment patrzyła na jego dłonie, a potem
przesunęła swój palec, z paznokciem pomalowanym na różowo,
żeby dotknąć jego palca. Chciała, żeby to wyglądało na
przypadek, ale on nie odsunął ręki. Wydawało jej się, że między
ich palcami przeskakuje iskra elektryczna.
159
— Panie Fitz! — Devon Arliss podniosła rękę z tyłu rzędu. —
Mam pytanie.
— Już podchodzę — powiedział Ezra i wyprostował się.
Aria podniosła do ust palec, którym dotknęła Ezry. Patrzyła na
Ezrę przez kilka sekund, bo chciała, żeby do niej wrócił, ale tak
się nie stało.
No dobra, pora na plan Z jak zazdrość. Odwróciła się do
Noela.
— Myślę, że w naszym filmie powinna być scena erotyczna.
Powiedziała to naprawdę głośno, ale Ezra nadal stał nachylony
nad biurkiem Devon.
— Fantastycznie! — zawołał Noel. — Zagra w niej facet,
któremu wydaje się, że jest kaczką?
— Tak. Z kobietą, która całuje jak gęś. Noel zaśmiał się.
— A jak całuje gęś?
Aria spojrzała w kierunku ławki Devon. Ezra patrzył teraz na
nich. Dobrze. -Tak.
Nachyliła się i cmoknęła Noela w policzek. Nie spodziewała
się, że Noel tak ładnie pachnie. Chyba kremem do golenia Blue
Eagle.
— Ale fajnie — wyszeptał.
Cała klasa zajęta była swoimi zadaniami i nikt nie zauważył
gęsiego pocałunku. Poza Ezrą, który nadal stał przy biurku
Devon jak wryty.
— Wiesz, że robię dziś wieczorem imprezę? — Noel położył
Arii dłoń na kolanie.
— Tak, coś mi się obiło o uszy.
160
— Przyjdź koniecznie. Będzie morze piwa. I innych rzeczy...
Na przykład, szkocka. Lubisz szkocką? Mój tata ma taką
kolekcję, że...
- Uwielbiam szkocką. - Aria czuła na plecach palący wzrok
Ezry. Nachyliła się do Noela i powiedziała: — Oczywiście, że
przyjdę.
Kiedy usłyszała dźwięk długopisu spadającego na podłogę,
nie miała wątpliwości, że Ezra ich usłyszał.
161
18
GDZIE NASZA STARA, POCZCIWA EMILY -CO Z NIĄ
ZROBILIŚCIE?
— Idziesz na imprezę do Kahna? — zapytała Carolyn,
podjeżdżając pod dom.
Emily przeczesała grzebieniem wilgotne włosy.
— Nie wiem. — Dziś na treningu nie zamieniła z Renem
nawet słowa, więc nie była pewna, czy się wybierają. — A ty?
— Nie wiem. Może pójdziemy z Topherem do Applebee.
Oczywiście Carolyn nie mogła się zdecydować, czy woli
iść do Khana czy do Applebee.
Wysiadły z volvo i podeszły kamienną ścieżką do trzy-
dziestoletniego domu Fieldsów, zbudowanego w stylu ko-
lonialnym. Nie był nawet w połowie tak wielki i efektowny jak
większość domów w Rosewood. Niebieska farba schodziła z
okiennic, a ze ścieżki prowadzącej do drzwi zniknęło kilka
kamieni.
Mama przywitała je w drzwiach. W ręku trzymała słuchawkę
telefonu.
162
— Emily, musimy pomówić.
Emily spojrzała na Carolyn, która spuściła wzrok i pobiegła na
górę. Aha.
— A co się stało?
Mama przesunęła dłońmi po szarych spodniach z zaszewkami.
— Rozmawiałam z panią trener. Twierdzi, że bujasz w
obłokach. I... nie byłaś na treningu w środę.
Emily przełknęła ślinę.
— Pomagałam kolegom w hiszpańskim.
— To samo powiedziała mi Carolyn. Więc zadzwoniłam do
pani Hernandez.
Emily wbiła wzrok w swoje vansy. Pani Hernandez uczyła
hiszpańskiego i koordynowała samopomoc uczniowską.
— Nie kłam, Emily. — Pani Fields uniosła brwi. — Gdzie
byłaś?
Emily weszła do kuchni i ciężko usiadła na krześle. Mama
była bardzo racjonalną osobą. Mogła z nią o tym porozmawiać.
Obracała w palcach kolczyk w górnej części ucha. Wiele lat
wcześniej Ali poprosiła ją, żeby poszła z nią do salonu piercingu,
kiedy przebijała sobie pępek. Obie przebiły sobie wtedy ucho
takimi samymi srebrnymi kolczykami w kształcie pętelki. Emily
nadal go nosiła. Potem Ali kupiła Emily parę nauszników w
leopardzie cętki, żeby mogła nimi zasłonić kolczyk przed
powrotem do domu. Emily nadal ich używała w najmroźniejsze
dni w zimie.
— Mamo — powiedziała wreszcie — poszłam na spacer z
nową dziewczyną, Mayą. Jest naprawdę fajna. Zaprzyjaźniłyśmy
się.
163
Mama patrzyła na nią zdezorientowana.
- A czemu nie umówiłyście się po treningu albo w niedzielę?
- O co tyle hałasu? - zapytała Emily. - Opuściłam jeden
trening. Odrobię go w weekend, obiecuję.
Mama wydęła wąskie usta i usiadła.
- Emily... nie rozumiem. Kiedy zdecydowałaś się trenować
pływanie w tym roku, przyjęłaś na siebie pewną
odpowiedzialność. Nie możesz się umawiać z przyjaciółkami w
czasie treningu.
-Zd ec yd o wa ł a m si ę? - przerwała jej Emily. -Mówisz,
jakbym miała wybór.
- Co się z tobą dzieje? Mówisz dziwnym tonem. Kłamiesz. -
Mama pokręciła głową. - Co się dzieje? Nigdy nie kłamałaś.
- Mamo...
Emily urwała. Zmęczyła ją ta rozmowa. Chciała przyznać, że
owszem, skłamała, i to bardzo. Choć nadal była tamtą grzeczną
dziewczyną z siódmej klasy, to zdarzało jej się robić rzeczy, o
których mama nie chciałaby wiedzieć.
Zaraz po zniknięciu Ali Emily wbiła sobie do głowy, że w
jakiś sposób... w skali kosmosu... była to jej wina, że w ten
sposób ukarano ją za nieposłuszeństwo wobec rodziców. Za ten
kolczyk. Za sprawę Jenny. Od tego momentu próbowała być
idealna i robić wszystko, co kazali rodzice. W środku i na
zewnątrz stała się doskonałą córką.
- Chcę tylko zrozumieć, co się z tobą dzieje - powiedziała
mama.
Emily położyła ręce na obrusie, próbując sobie przypomnieć,
jak stała się tą wersją siebie, którą tak n ap ra wd ę nie była. Ali
nie zniknęła dlatego, że Emily nie wypełniała
164
poleceń rodziców. Teraz zdała sobie z tego sprawę. Tak jak
nie mogła sobie wyobrazić, że siedzi na kłującej kanapie u Bena i
czuje jego śliski język na szyi, tak nie wyobrażała sobie, że przez
kolejne dwa lata, a potem jeszcze przez cztery lata studiów będzie
dzień w dzień spędzać po kilka godzin w basenie. Czemu nie
mogła po prostu być... sobą? Czy nie wykorzystałaby lepiej
czasu, gdyby się uczyła albo — Boże uchowaj — bawiła się?
— Skoro chcesz wiedzieć, co się ze mną dzieje, powiem ci. -
Emily odgarnęła włosy z twarzy. Wzięła głęboki oddech. — Nie
chcę już pływać.
Pani Fields zadrgała prawa powieka. Lekko otworzyła usta.
Potem odwróciła się i wbiła wzrok w magnesy przyczepione do
drzwi lodówki. Milczała, lecz ramiona jej drżały. Wreszcie
odwróciła się z powrotem. Miała zaczerwienione oczy, a jej
twarz zrobiła się nagle obwisła, jakby postarzała się o dziesięć lat.
— Zadzwonię do ojca. Może on przemówi ci do rozumu.
— Już podjęłam decyzję. - Emily zdała sobie sprawę, że to
powiedziała.
— Jeszcze nie. Nie wiesz, co dla ciebie najlepsze.
— Mamo!
Emily poczuła, jak do oczu napływają jej łzy. Była przerażona
i smutna, że mama się na nią złości. Ale gdy podjęła już decyzję,
poczuła się tak, jakby w środku upalnego lata pozwolono jej
zdjąć puchową kurtkę.
Mamie trzęsła się broda.
— To przez tę nową koleżankę? Emily skrzywiła się i wytarła
nos.
— Co? Przez kogo? Pani Fields westchnęła.
165
— Przez tę dziewczynę, która wprowadziła się do domu po
DiLaurentisach. To z nią uciekłaś z treningu, prawda? Co
robiłyście?
— Pojechałyśmy... na szlak — szepnęła Emily. — I roz-
mawiałyśmy.
Mama wlepiła wzrok w podłogę.
— Ta dziewczyna wydaje mi się podejrzana... Tak po prostu.
Zar az. Co takiego? Emily gapiła się na mamę. Czy ona...
wiedziała? Ale jak? Nawet nie spotkała Mai. Chyba że
wystarczyło na nią spojrzeć i wszystko stawało się jasn e.
— Maya jest naprawdę fajna — broniła się Emily. — Za-
pomniałam ci powiedzieć, ale bardzo smakowało jej twoje ciasto.
Kazała ci podziękować.
Mama zacisnęła usta.
— Poszłam do nich. Chciałam być dobrą sąsiadką. Ale to... to
już za wiele. Ona ma na ciebie zły wpływ.
— Ja nie...
— Emily, błagam — przerwała jej mama. Słowa uwięzły
Emily w gardle. Mama westchnęła.
— Różni was przepaść kulturowa... Nie wiem nawet, co
mogłoby was łączyć. Bóg wie, co to za ludzie. Nic o nich nie
wiadomo.
— O czym ty mówisz?
Emily gapiła się na mamę. Ro d z in a Mai? Emily wiedziała,
że jej tata to inżynier lądowy, a mama jest pielęgniarką. Jej brat
chodził do czwartej klasy liceum i grał doskonale w tenisa. Na
tyłach domu budowali dla niego kort tenisowy. Co jej rodzina
miała z tym wszystkim wspólnego?
166
- Po prostu im nie ufam - powiedziała mama. - Wiem, że to
małoduszne, ale im nie ufam.
Emily nagle skamieniała. Rod zi na M ai. P rze pa ść
ku ltu ro wa. Ci lu d zie ? Nagle zdała sobie sprawę z tego, co
właśnie powiedziała mama. O. Mój. Boże.
Pani Fields nie martwiła się tym, że Maya może być lesbijką.
Martwiła się, bo i Maya, i cała jej rodzina była cz arn o skó r a.
167
19
NA OSTRO
W piątek wieczór Spencer leżała na swoim łóżku z klonowego
drewna, pod baldachimem, pośrodku sypialni w jej nowym
domku. Na brzuchu miała słoiczek maści przeciwbólowej i gapiła
się na przepiękny belkowy strop. Kto by pomyślał, że
pięćdziesiąt lat temu spały tu krowy! Pokój był olbrzymi, miał
cztery wielkie okna i stało w nim małe pianino. Poprzedniego
wieczoru po kolacji przeniosła tu wszystkie pudła i meble.
Ułożyła wszystkie książki i płyty wedle nazwisk autorów i
kompozytorów, ustawiła wieżę, a telewizor nastawiła tak, by
odbierał jej ulubiony, najnowszy program na BBC America. Było
wspaniale.
Oczywiście oprócz bólu pleców. Czuła się tak, jakby skoczyła
na bungee bez liny zabezpieczającej, łan kazał im biec sześć
kilometrów sprintem, a potem trenowali uderzenia. Wszystkie
dziewczyny opowiadały, w co się ubiorą na imprezę u Noela, ale
po piekielnym treningu Spencer nie miałaby nic przeciwko temu,
żeby zostać w domu
168
i odrobić zadanie z matematyki. Szczególnie że mieszkała
teraz we własnym małym domku jak z bajki.
Sięgnęła do słoika z maścią 1 zobaczyła, że jest pusty. Powoli
usiadła 1 położyła dłoń na lędźwiach, jak staruszka. Musi
przynieść więcej maści z domu rodziców. Tak jej się to podobało,
że może teraz mówić o domu rodziców. Czuła się taka dorosła.
Kiedy przemierzała wiodący pod górę trawnik przy domu
rodziców, powróciła w myślach do swego ulubionego tematu
dnia - do Andrew Campbella. Poczuła taką ulgę, że A. to Andrew,
a nie Ali. Czuła się sto razy lepiej i milion razy mniej
paranoicznie niż wczoraj. Ale i tak uważała go za szpiega i
intryganta! Jak śmiał zadawać tak intymne, plotkarskie pytania i
wypisywać takie maile! A wszyscy uważali go za słodkie
niewiniątko w idealnie zawiązanym krawacie i z gładką cerą.
Pewnie nosił w plecaku krem do twarzy i zawsze brał prysznic po
wuefie. Dziwak.
Zamknęła za sobą drzwi łazienki na piętrze i znalazła słoiczek
maści w szafce. Zdjęła ciepłe spodnie Nuala Puma i odwróciła
się, żeby zobaczyć się w lustrze. Wcierała maść w plecy i
pośladki. Wokół natychmiast rozszedł się mentolowy zapach, a
ona zamknęła oczy.
Drzwi otwarły się nagle. Spencer próbowała podnieść spodnie
najszybciej jak się da.
- O Boże! - zawołał Wren, otwierając szeroko oczy. -Ja... O,
cholera. Przepraszam.
- Nic się nie stało - powiedziała Spencer, zawiązując
sznurek w pasie.
- Wciąż się gubię w tym domu... - Wren miał na sobie
niebieski, szpitalny strój, który składał się z T-shirtu w serek i
szerokich spodni zawiązywanych w pasie. Wyglądał,
169
jakby miał zamiar położyć się spać. - Myślałem, że to nasz
pokój.
- Zdarza się - powiedziała Spencer, choć oczywiście nie było
to codzienne wydarzenie.
Wren zatrzymał się w drzwiach. Spencer czuła, że na nią
patrzy. Szybko przyjrzała się sobie, czy nie wystaje jej cycek albo
czy nie posmarowała maścią szyi.
- Jak się mieszka? - zapytał Wren.
Spencer uśmiechnęła się i bezwiednie zasłoniła usta dłonią. W
zeszłym roku wybieliła sobie zęby i wyglądały zbyt biało.
Musiała je przyciemniać, pijąc hektolitry kawy.
- Bomba. A tobie jak się mieszka w dawnym pokoju mojej
siostry?
Wren uśmiechnął się drętwo.
- Jest trochę... różowo.
- Tak. I macie tam tyle falbaniastych zasłon.
- Znalazłem też pewną niepokojącą płytę.
- Naprawdę? Jaką?
- Upiór w operze — skrzywił się.
- Myślałam, że lubisz teatr - wypaliła Spencer.
- No tak, Szekspira na przykład. - Wren uniósł brwi. -Skąd
wiesz?
Spencer pobladła. Miałby ją za wariatkę, gdyby przyznała się,
że szukała informacji o nim w internecie. Wzruszyła ramionami i
oparła się o krawędź umywalki. Poczuła w lędźwiach
przeszywający ból i skrzywiła się. Wren spojrzał z niepokojem.
- Co się dzieje?
- No wiesz, znowu hokej na trawie.
- Co zrobiłaś tym razem?
- Chyba coś naciągnęłam. Właśnie się smaruję.
170
Z ręcznikiem w jednej dłoni sięgnęła po słoiczek, nabrała
trochę maści i wsunęła w spodnie, żeby wetrzeć w pośladki.
Jęknęła cicho i miała nadzieję, że seksownie. No dobra, niech ją
ktoś pozwie za to, że trochę za bardzo dramatyzuje.
- Potrzebujesz pomocy?
Spencer zawahała się. Ale Wren wyglądał na bardzo za-
troskanego. Choć skręcała plecy specjalnie, to i tak czuła się jak
na torturach. No dobrze, po prostu ją bolało.
- Jeśli możesz - powiedziała łagodnie. - Dzięki. Spencer
przymknęła nogą drzwi. Rozsmarowała porcję
maści na jego dużej dłoni, która teraz wydała jej się tak
pięknie ukształtowana. Spojrzała na ich odbicie w lustrze i
przeszył ją dreszcz. Razem wyglądali cudownie.
- Gdzie cię boli? - zapytał.
Spencer pokazała. Mięsień tuż pod pośladkiem.
- Poczekaj — zamruczała.
Wzięła ręcznik z wieszaka, osłoniła się nim i ściągnęła
spodnie. Podsunęła się tak, by wyeksponować bolące miejsce, i
pokazała Wrenowi, żeby sięgnął pod ręcznik.
- Tylko nie pobrudź za bardzo ręcznika - powiedziała.
-Błagałam mamę, żeby zamówiła je parę lat temu z Francji, a
maść je zniszczy. Nawet po praniu będą nią pachniały.
Usłyszała zduszony śmiech Wrena i zdrętwiała. Czy za-
brzmiała teraz jak panna porządnicka? Jak jej siostra?
Wren czystą dłonią odgarnął włosy do tyłu i uklęknął, żeby
rozsmarować maść na jej skórze. Sięgnął pod ręcznik 1 zaczął
powoli, kolistymi ruchami wcierać ją w mięsień. Spencer
rozluźniła się i lekko oparła na nim. Nie cofnął się. Czuła jego
oddech na ramieniu, potem na uchu. Jej skóra płonęła.
- Lepiej? - zapytał cicho Wren.
171
- Bosko. - Nie była pewna, czy powiedziała to na głos, czy
tylko pomyślała.
„Powinnam to zrobić - pomyślała Spencer. - Powinnam go
pocałować".
Przycisnął dłonie mocniej do jej pleców, wbijając lekko
paznokcie. Serce biło jej szybko.
W korytarzu zadzwonił telefon.
- Wren, kochanie? - zawołała z dołu mama Spencer. -Jesteś na
górze? Melissa do ciebie.
Wren podskoczył. Spencer wyrwała mu się i okryła
ręcznikiem. Szybko wytarł dłoń z maści w drugi ręcznik. Spencer
była zbyt spanikowana, żeby temu zapobiec. Wren westchnął
cicho. Spencer odwróciła wzrok.
- Powinieneś... -Tak.
Otworzył drzwi.
- Mam nadzieję, że pomogłem.
- Tak, dzięki - wyszeptała, zamykając za nim drzwi. Potem
stanęła przed umywalką i wpatrywała się w lustro.
Coś się poruszyło w lustrze i przez sekundę wydawało jej się,
że ktoś stoi pod prysznicem. Za chwilę zobaczyła, że to tylko
podmuch z otwartego okna poruszał zasłonką. Spencer odwróciła
się w kierunku umywalki.
Wokół umywalki zostawili ślady maści. Była biała i mazista,
trochę jak lukier na torcie. Palcem wskazującym napisała w niej
imię Wrena. A potem obrysowała je sercem.
Chciała nawet tak to zostawić. Ale kiedy usłyszała, jak Wren
schodzi na dół i mówi do telefonu: „Cześć, kochanie, tęskniłem",
uniosła brwi i wytarła maść dłonią.
172
20
EMILY BRAKUJE TYLKO MIECZA ŚWIETLNEGO I
CZARNEGO HEŁMU
Zapadał zmrok, kiedy Emily wsiadła do zielonego jeepa
cherokee Rena.
— Dzięki, że przekonałeś moich rodziców, żebym zaczęła
odbywać karę od jutra.
— Nie ma sprawy — odparł Ben.
Nawet nie pocałował jej na powitanie. I na cały regulator
puścił Fali Out Boya, choć wiedział, że Emily go nie cierpi.
— Trochę ich wkurzyłam.
— Słyszałem.
Ben nie spuszczał wzroku z jezdni. Ciekawe, czemu nie
zapytał o szczegóły. Może już wiedział.
Jej ojciec przyszedł do jej pokoju i powiedział:
— Ben przyjedzie po ciebie za dwadzieścia minut. Przygotuj
się.
173
No dobra. Emily myślała, że dostanie dożywotni areszt
domowy za obrazę bogów pływania, ale chyba jej rodzice chcieli,
żeby wyszła z Benem. Może on przemówi jej do rozsądku.
Emily westchnęła ciężko.
— Przepraszam za wczorajszy trening. Ostatnio bardzo się
stresuję.
Ben wreszcie przyciszył radio.
— W porządku. Po prostu jesteś zdezorientowana. Emily
oblizała usta, które właśnie posmarowała błyszczykiem.
Zd ezori ent o wana ? Niby czym?
— Tym razem ci wybaczę — dodał Ben i ścisnął jej dłoń.
Emily zdrętwiała. T ym r a ze m? A nie powinien
przypadkiem też jej przeprosić? W końcu jak mały chłopczyk
uciekł do szatni.
Przejechali przez otwartą, kutą w żelazie bramę do posiadłości
Kahnów. Dom był oddalony od szosy, więc droga dojazdowa
ciągnęła się przez kilometr, otoczona wysokimi sosnami. Tu
nawet powietrze wydawało się czystsze. Dom z czerwonej cegły
miał ganek z olbrzymimi doryckimi kolumnami. Nad portykiem
wznosił się posąg konia. Po jednej stronie był wspaniały oszklony
salon. Emily naliczyła czternaście okien na pierwszym piętrze, od
jednego do drugiego końca domu.
Ale dziś wieczorem nie jechali do domu. Jechali na łąki. Od
domu oddzielał je wysoki żywopłot, a potem kamienny mur. Za
nim był olbrzymi, porośnięty trawą teren. Jego połowę
zajmowały stajnie Kahnów. Po drugiej stronie rozciągała się
olbrzymia łąka ze stawem z kaczkami. Teren otaczały wysokie
lasy.
174
Ben zaparkował na prowizorycznym parkingu na trawie i
Emily wysiadła. Zza domu dobiegała muzyka The Killers. Z
jeepów, cadillaków i saabów wysiadały znane im osoby. Kilka
nienagannie umalowanych dziewczyn wyciągnęło papierosy z
pikowanych torebek na łańcuszku i zapaliło. Potem każda wyjęła
malutki telefon i rozpoczęła rozmowę. Emily spojrzała na swoje
sfatygowane trampki i dotknęła byle jak związanego kucyka.
Ben dołączył do niej i przeszli przez las za żywopłotem na
teren przyjęcia. Emily nie znała wielu osób, ponieważ Kahnowie
zaprosili wszystkie najpopularniejsze osoby z prywatnych szkół
w okolicy, a nie tylko z Rosewood. Niedaleko krzewów stał stół z
beczką piwa i napojami. Pośrodku pola ustawiono podest do
tańca, światła i namioty. Po drugiej stronie łąki, tuż obok lasu,
stała staroświecka budka do robienia zdjęć, oświetlona lampkami
choinkowymi. Kahnowie co roku wyciągali ją z piwnicy na swoją
imprezę.
Noel przywitał ich. Miał na sobie szary T-shirt z napisem ZA
JEDZENIE ZRORIĘ WSZYSTKO i spłowiałe dżinsy z
dziurami. Był boso.
— Co słychać? - Wręczył im po piwie.
- Dzięki - Ben wziął kubek i zaczął pić. Bursztynowe piwo
płynęło mu po brodzie. — Fajna impreza.
Ktoś poklepał Emily po ramieniu.
Emily odwróciła się. Aria Montgomery stała za nią w
obcisłym, czerwonym, spłowiałym T-shircie z napisem
UNIWERSYTET ISLANDZKI, obstrzępionej, dżinsowej mini i
czerwonych butach kowbojskich od Johna Fluevoga. Czarne
włosy związała wysoko w kucyk.
175
— O, cześć — powiedziała Emily. Słyszała, że Aria już
wróciła, ale dotąd jej nie spotkała. — Jak było w Europie?
— Bosko — uśmiechnęła się Aria.
Patrzyły na siebie przez kilka sekund. Emily chciała
powiedzieć Arii, że dobrze zrobiła, pozbywając się tego
pretensjonalnego kolczyka z nosa i różowych pasemek, ale nie
wiedziała, czy wspominanie ich dawnej przyjaźni nie
zabrzmiałoby zbyt dziwnie. Napiła się piwa i z zaciekawieniem
wpatrywała się w krawędź kubka.
Aria nie mogła spokojnie ustać.
— Fajnie, że przyszłaś. Chciałam z tobą pogadać.
— Naprawdę? — Emily spojrzała jej prosto w oczy, a potem
wbiła wzrok w ziemię.
— No wiesz... z tobą albo ze Spencer.
— Serio? — Na dźwięk imienia Spencer poczuła, jak ściska ją
coś w klatce piersiowej.
— Obiecaj, że nie weźmiesz mnie za wariatkę. Nie było mnie
tak długo i... — Aria złożyła usta w ciup, zawsze tak robiła, kiedy
ważyła każde słowo.
— No i? — Emily uniosła wyczekująco brwi.
Może Aria chciała, żeby dawne przyjaciółki znowu się zeszły.
Pewnie nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo się od siebie
oddaliły pod jej nieobecność. Nie czułyby się swobodnie w
swoim towarzystwie.
— No więc... — Aria rozejrzała się niespokojnie. — Nie było
żadnych nowych wieści o zniknięciu Ali?
Emily przeszył dreszcz, kiedy z ust jej dawnej przyjaciółki
padło imię Ali.
— Zniknięciu? Co masz na myśli?
— No, odnaleźli porywacza? Wróciła?
— Nie... — Emily nerwowo obgryzała paznokieć kciuka.
176
Aria nachyliła się nieco.
- Myślisz, że ona nie żyje? Emily otworzyła szeroko oczy.
- Nie wiem... Dlaczego pytasz?
Aria zamyśliła się z nieobecnym wyrazem twarzy.
- O co chodzi? - zapytała Emily z bijącym sercem.
- O nic.
Aria spojrzała nagle na kogoś za plecami Emily. Zamilkła.
- Hej — powiedział ktoś lekko zachrypniętym głosem. Emily
odwróciła się. Zobaczyła Mayę.
- Hej — odparła i o mało nie upuściła kubka. — Nie... nie
wiedziałam, że wpadniesz.
- Ja też nie wiedziałam. To brat chciał przyjść. Gdzieś się tu
kręci.
Emily odwróciła się, żeby przedstawić Arię, ale ta już gdzieś
poszła.
- Więc to jest Maya? - Obok pojawił się Ben. - Dziewczyna,
która przeciągnęła Emily na ciemną stronę mocy?
- Ciemną stronę? - piskliwym głosem powiedziała Emily. —
Jaką ciemną stronę?
- Rzuciłaś pływanie - wyjaśnił Ben. - Wiesz, że rzuciła
pływanie? — zapytał Mayę.
-Nap ra wd ę ? - Maya spojrzała na Emily z radosnym,
szerokim uśmiechem.
Emily posłała Benowi gniewne spojrzenie.
- Maya nie miała z tym nic wspólnego. I nie musimy o tym
teraz rozmawiać.
Ben napił się piwa.
- Czemu nie? Przecież to wiadomość dnia.
- Nie wiem...
177
— Nieważne. — Trochę zbyt mocno poklepał ją po ramieniu
swoją ciężką dłonią. — Idę po jeszcze jedno piwo. Chcesz też?
Emily skinęła, choć na imprezach nie piła więcej niż jedno
piwo. Ben nie zapytał Mai, czy chce coś do picia. Kiedy się
odwrócił, zauważyła, że ma workowate dżinsy. Żenada.
Maya ścisnęła dłoń Emily.
— Jak się czujesz?
Emily z rumieńcami na twarzy patrzyła na ich splecione
dłonie, ale nie próbowała wypleść palców z tego dziwnego
uścisku.
— Dobrze. — A może strasznie. Albo jak w złym filmie. —
Mam mętlik w głowie. Ale czuję się okej.
— Mam coś, żeby to uczcić — wyszeptała Maya. Sięgnęła do
plecaczka Manhattan Portage i pokazała Emily szyjkę butelki
whisky. — Ukradłam z barku. Rozpijesz ze mną?
Emily wpatrywała się w Mayę. Miała zaczesane do tyłu włosy,
prosty, czarny podkoszulek na ramiączkach i spódniczkę w
kolorze wojskowej zieleni. Wyglądała radośnie, jak dusza
towarzystwa, w przeciwieństwie do Bena, wystrojonego w
zwisające na tyłku dżinsy.
— Czemu nie? — odparła i ruszyła za Mayą w głąb lasu.
178
21
OSTRE LASKI - TAKIE JAK MY
Hanna napiła się wódki z sokiem cytrynowym i zapaliła
kolejnego papierosa. Nie widziała Seana, od kiedy zaparkowali
samochód na łące Kahnów dwie godziny temu. Mona też
zniknęła. Teraz męczyła się rozmową z najlepszym przyjacielem
Noela, Jamesem Freedem, Zeldą Millings — prześliczną
blondynką, która nosiła ubrania i buty zrobione wyłącznie z
konopi — oraz piszczącym towarzystwem wzajemnej adoracji z
bardzo modnej szkoły Do-ringbell Friends prowadzonej w
pobliskim mieście przez kwakrów. Dziewczyny były na
zeszłorocznej imprezie i choć Hanna bawiła się wtedy razem z
nimi, nie pamiętała imienia żadnej z nich.
James położył swojego marlboro na podeszwie adidasa i napił
się piwa.
— Podobno brat Noela ma wiadro marihuany.
— Erie? — zapytała Zelda. — Gdzie on się podziewa?
— Jest w kabinie do robienia zdjęć — odparł James.
179
Nagle spomiędzy sosen wyszedł Sean. Hanna wstała,
poprawiła swoją sukienkę na ramiączkach, która miała ją
wyszczuplić, i paseczki nowych, jasnoniebieskich sandałków od
Christiana Louboutina. Kiedy próbowała dogonić Seana, obcas
uwiązł jej w miękkiej trawie. Rozpostarła ramiona, upuściła
drinka i upadła na tyłek.
-Ale się wywaliła! — zawołał James pijackim głosem.
Dziewczyny z Doringbell roześmiały się.
Hanna szybko wstała i uszczypnęła się w dłoń, żeby się nie
rozpłakać. Na najważniejszej imprezie w sezonie wszystko szło
nie tak. Czuła, że sukienka za bardzo opina jej biodra. Nie mogła
wymusić na Seanie nawet jednego uśmiechu w czasie jazdy -
choć wyłudził od ojca na dzisiejszy wieczór BMW 760i. Było
dopiero wpół do dziesiątej, a ona wlewała w siebie puste kalorie
pod postacią trzeciej już szklanki wódki z sokiem.
Sean wyciągnął rękę, żeby jej pomóc.
— Wszystko w porządku?
Hanna milczała. Sean miał na sobie biały T-shirt, który
podkreślał jego szeroką klatkę piersiową futbolisty i płaski
brzuch, będący zasługą genów, granatowe dżinsy, w których jego
tyłek wyglądał niesamowicie seksownie, i obdarte, czarne
adidasy Puma. Do tego ciemnoblond włosy w artystycznym
nieładzie, zmysłowe, brązowe oczy i różowe usta, które aż
chciało się całować. Od godziny obserwowała, jak Sean wita się z
wszystkimi kolegami i skutecznie jej unika.
— W porządku - powiedziała, wydymając usta w ten
specjalny, wyćwiczony sposób.
— Co się dzieje?
Próbowała złapać równowagę na obcasach.
180
— Możemy porozmawiać w cztery oczy? Może w lesie?
— Dobra — Sean wzruszył ramionami. Ta k.
Hanna poprowadziła Seana ścieżką do Lasu Męskości.
Drzewa rzucały na nich długie, ciemne cienie. Hanna była tu
wcześniej tylko raz, w siódmej klasie, kiedy jej przyjaciółki
umówiły się potajemnie z Noelem Kah-nem i Jamesem Freedem.
Ali całowała się wtedy z Noelem, Spencer z Jamesem, a ona z
Emily i Arią siedziały na pniakach, częstowały się papierosami i
jak ofiary czekały, aż dobiegnie końca całe to migdalenie.
Obiecała sobie, że dziś wieczorem będzie inaczej.
Usiadła na kępie gęstej trawy i przyciągnęła do siebie Seana.
— Dobrze się bawisz? — Podała Seanowi swojego drinka.
— Tak — Sean upił mały łyk. — Fajna impreza. A ty? Hanna
zawahała się. Skóra Seana lśniła w świetle księżyca. Miał na
koszulce niewielką plamę obok kołnierzyka.
— Ja chyba też.
Dobra, czas na konwersację się skończył. Hanna wyjęła drinka
z rąk Seana, chwyciła go za słodką, kwadratową szczękę i zaczęła
całować. O, p ro szę. Trochę szkoda, że kiedy cały świat wirował
wokół niej, nie czuła smaku ust Seana tylko smak drinka. Ale co
tam.
Po minucie poczuła, że Sean ją odpycha. Może nadeszła pora,
żeby podbić stawkę. Podciągnęła trochę granatową sukienkę,
odsłaniając nogi i malutkie koronkowe stringi w kolorze
lawendy. Leśne powietrze było chłodne. Na jej udzie usiadł
komar.
— Hanno — powiedział Sean łagodnie, próbując zasłonić jej
nogi sukienką. — To nie...
181
Nie był jednak dość szybki. Hanna już zdjęła sukienkę przez
głowę. Sean zmierzył ją wzrokiem. Co dziwne, dopiero po raz
drugi widział ją w bieliźnie. Chyba że doliczyć do tego ten
tydzień, który spędzili w domku nad morzem jego rodziców w
Avalon, kiedy widział ją w bikini. Ale to się nie liczyło.
— Chyba nie chcesz przestać? — Wyciągnęła do niego rękę.
Miała nadzieję, że wygląda ponętnie, ale i pięknie.
— Chyba jednak chcę — Sean złapał ją za rękę. Hanna okryła
się sukienką, najlepiej jak się dało. Ugryzło ją już chyba ze sto
komarów. Szczękała zębami.
— Ale... nie rozumiem cię. Nie kochasz mnie? — Jej słowa
brzmiały tak słabo.
Sean milczał. Hanna słyszała chichoty jakiejś innej pary z
imprezy.
— Nie wiem — powiedział wreszcie.
— Jezu — powiedziała Hanna, odsuwając się od niego. Czuła
w żołądku wszystkie drinki. — Jesteś g eje m? — Zabrzmiało to
trochę bardziej złośliwie niż chciała.
— Nie! — wykrzyknął urażony.
— No to o co chodzi? Nie podobam ci się?
— Oczywiście, że tak — powiedział Sean, nieco zszokowany.
Myślał przez chwilę. - Jesteś jedną z najładniejszych dziewczyn,
jakie znam. Tylko czemu t y o tym nie wiesz?
— O czym ty mówisz? — zapytała Hanna zdegustowana.
— Ja tylko... — zaczął Sean. — Myślę, że mogłabyś się
bardziej szanować...
— Ale ja się szanuję! — krzyknęła mu prosto w twarz.
Przesunęła się i w pośladek wbiła jej się szyszka. Sean
wstał, zgaszony i smutny.
182
- Spójrz na siebie — mierzył ją wzrokiem od stóp do głów. —
Próbuję ci pomóc, Hanno. Zależy mi na tobie.
Hanna czuła łzy w kącikach oczu i próbowała je powstrzymać.
Nie miała zamiaru się teraz rozpłakać.
- Szanuję się — powtórzyła. — Chciałam tylko... okazać ci
swoje uczucia.
- A ja chciałem tylko świadomie podjąć decyzję o seksie. - Nie
mówił tego ani przyjaźnie, ani złośliwie. Po prostu... z
dystansem. - Chcę, żeby to się stało we właściwym czasie z
właściwą osobą. I to chyba nie będziesz ty. - Sean westchnął i
odsunął się od niej na krok. - Przykro mi.
Potem zniknął wśród drzew.
Hanna była tak zażenowana i zła, że nie mogła wydobyć z
siebie słowa. Próbowała wstać i iść za Seanem, ale znowu obcas
uwiązł jej w ziemi i upadła. Wyciągnęła ramiona i patrzyła w
gwiazdy, naciskając palcami na oczy, żeby powstrzymać łzy.
— Chyba zaraz puści pawia!
Hanna otworzyła oczy i zobaczyła dwóch pierwszoklasistów
— którzy chyba weszli na imprezę nieproszeni — jak stoją nad
nią, jakby była dziewczyną, którą stworzyli na ekranie swojego
komputera.
— Spieprzajcie, zboczeńcy — powiedziała do gapiących się
pierwszaków i wstała.
Widziała, jak na łące Sean biega za Masonem Byer-sem z
żółtym kijem do krykieta. Parsknęła pogardliwie, strzepnęła
igliwie z sukienki i skierowała kroki z powrotem na imprezę. Czy
ko mu ko l wie k na niej zależało? Przypomniał jej się list, który
dostała wczoraj. „Nawet tata cię nie kocha!"
183
Nagle Hanna pożałowała, że nie ma numeru do taty. Wróciła
pamięcią do dnia, w którym pojechała z Ali odwiedzić jego,
Isabel i Kate.
Było to w lutym, ale w Annapolis było niezwykle ciepło.
Hanna, Ali i Kate siedziały na ganku i próbowały się opalać. Ali
nawiązywała znajomość z Kate, gadając o swoich ulubionych
odcieniach lakieru do paznokci z MAC, lecz Hanna jakoś nie
potrafiła się do nich przyłączyć. Czuła się dziwnie, ciężko.
Widziała, że kiedy wysiadły z Ali z pociągu, Kate poczuła ulgę.
Zdziwiła się, że Ali jest taka śliczna, a potem spojrzała z ulgą na
Hannę. Wydawało jej się, że słyszy, jak Kate myśli: „No cóż,
żadna konkurencja!".
Hanna nawet nie zauważyła, kiedy zjadła całą miskę serowego
popcornu. Sześć ptysiów. I trochę sera brie, który miał być dla
Isabel i jej taty. Chwyciła się za napchany żołądek, wbiła wzrok
w płaskie brzuchy Ali i Kate i bezwiednie wydała jęk.
— Mała świnka nie czuje się dobrze? — zapytał tata Hanny,
ściskając jej mały palec u nogi.
Hanna poczuła dreszcze na wspomnienie tamtej sytuacji i
dotknęła swojego płaskiego teraz brzucha. A. — kimkolwiek był
— miał rację. Tata z pewnością nie ją kochał najbardziej.
— Wszyscy do stawu! — krzyknął Noel, wyrywając Hannę z
zamyślenia.
Hanna widziała z oddali, jak Sean ściąga T-shirt i pędzi w
kierunku wody. Noel, James, Mason i paru innych chłopaków
również ściągnęło T-shirty, ale Hanna miała to w nosie. Wcale
nie dbała o to, że mogła oglądać najprzystojniejszych chłopaków
z liceum bez koszulek...
184
- Ale ciacha - zamruczała Felicity McDowell, która stała obok
niej i mieszała teąuilę z winogronową fantą. -Co nie?
- Mhm - mruknęła Hanna.
Zacisnęła zęby. Pieprzyć jej szczęśliwego tatusia i jego
idealną pasierbicę, pieprzyć Seana i jego odpowiedzialność!
Chwyciła butelkę wódki ze stołu i wypiła wielki haust. Odstawiła
butelkę na stół, ale w ostatniej chwili postanowiła wziąć ją z sobą.
Seanowi na pewno nie ujdzie na sucho to, że ją porzucił, obraził,
a potem po prostu zignorował. Nie ma mowy.
Stanęła przy stosie ubrań, które na pewno należały do Seana.
Dżinsy złożył w kostkę, a białe skarpetki włożył do butów, jak
ostatni pedant. Upewniła się, czy nikt nie patrzy, i zwinęła dżinsy
w kłębek, a potem odeszła od stawu. Co powiedzą koledzy z
Klubu D, kiedy będzie musiał wracać do domu w samych
bokserkach?
Kiedy szła w kierunku drzew ze spodniami Seana w ręku, coś
spadło z góry i odbiło się od ziemi u jej stóp. Hanna podniosła to
coś i próbowała się zorientować, co to jest.
Kluczyki od BMW.
- Świetnie - wyszeptała, głaszcząc palcem guzik wyłączający
alarm. Potem rzuciła spodnie na ziemię i wsadziła kluczyki do
swojej niebieskiej pikowanej torby Moschino.
Wspaniała noc na przejażdżkę samochodem.
185
22
KĄPIELE W PIWIE ŚWIETNIE DZIAŁAJĄ NA CERĘ
— Popatrz na to — szepnęła podekscytowana Maya. — Takie
coś stało w mojej ulubionej kawiarni w Cali!
Emily i Maya patrzyły na starą budkę fotograficzną, stojącą
tuż pod lasem. Długi pomarańczowy przedłużacz ciągnął się po
trawie od budki aż do domu Noela. Kiedy ją podziwiały, z budki
wypadł Erie, starszy brat Noela, oraz wstawiona Mona
Vanderwaal. Wyjęli swoje zdjęcia i pobiegli dalej. Maya
spojrzała na Emily.
— Chcesz wejść?
Emily skinęła głową. Zanim wcisnęły się do środka, szybko
ogarnęła spojrzeniem przyjęcie. Kilka osób stało wokół beczki z
piwem. Inni tańczyli, trzymając w górze czerwone kubki. Noel z
grupką chłopaków pływali w stawie w bokserkach. Nigdzie nie
widziała Bena.
Emily wcisnęła się do budki, usiadła obok Mai na małej,
pomarańczowej ławeczce i zaciągnęła zasłonkę.
186
Siedziały tak blisko siebie, że ich uda i ramiona się dotykały.
- Masz.
Maya wręczyła Emily butelkę Jacka Danielsa i wcisnęła
zielony przycisk. Emily napiła się whisky, a kiedy robiło się
pierwsze zdjęcie, trzymała triumfalnie butelkę w górze. Potem
zbliżyły twarze i uśmiechnęły się szeroko. Na trzecim zdjęciu
Emily wywróciła oczami, a Maya wydęła policzki jak małpka.
Potem obiektyw złapał je w zwyczajnej pozie, choć wyglądały na
nieco spięte.
- Zobaczmy, jak wyszły — powiedziała Emily. Kiedy po
chwili wstały, Maya złapała ją za rękaw.
- Możemy tu chwilę posiedzieć? To świetna kryjówka.
- Jasne — Emily usiadła z powrotem. Bezwiednie przełknęła
głośno ślinę.
- Jak się czujesz? - zapytała Maya, odgarniając Emily włosy z
twarzy.
Emily westchnęła, próbując rozsiąść się wygodnie na małej
ławce. „Zmieszana. Zła, że moi rodzice to chyba rasiści. Boję się,
że podjęłam złą decyzję, rezygnując z pływania. I chyba mi
odbija, kiedy siedzę tak blisko ciebie".
- W porządku — powiedziała wreszcie. Maya prychnęła i
upiła łyk z butelki.
- Chyba nie sądzisz, że w to uwierzę - powiedziała wreszcie.
Emily przez chwilę milczała. Czuła, że Maya to jedyna osoba,
która ją rozumie.
- Niezbyt dobrze — powiedziała.
- Co się dzieje?
Jednak Emily nagle odeszła ochota na rozmowę o pływaniu,
Benie i rodzicach. Chciała porozmawiać o... o czymś
187
zupełnie innym. O czymś, co świtało jej w głowie od jakiegoś
czasu. Może wywołał to widok Arii. A może uczucie powróciło,
bo teraz znowu miała prawdziwą przyjaciółkę. Emily pomyślała,
że Maya ją zrozumie. Wzięła głęboki oddech.
— Pamiętasz, jak ci mówiłam o Alison, tej dziewczynie, która
mieszkała w waszym domu?
-Tak.
— Przyjaźniłyśmy się blisko i ja, tak jakby, naprawdę ją
kochałam. Całą. — Słyszała, jak Maya wypuszcza powietrze i
nerwowo upija łyk z butelki. — Byłyśmy najlepszymi
przyjaciółkami — dodała Emily, ściskając w palcach przetartą,
niebieską zasłonkę w budce. — Bardzo mi na niej zależało. I
kiedyś, ni z tego, ni z owego, zrobiłam to.
— Ale co?
— Siedziałyśmy z Ali w domku na drzewie w jej ogrodzie.
Często tam chodziłyśmy, żeby pogadać. Siedziałyśmy i
rozmawiałyśmy o jakimś facecie, który jej się podobał, starszym
chłopaku, którego imienia nie chciała zdradzić, a ja czułam, że
już dłużej nie wytrzymam. Więc nachyliłam się... i ją
pocałowałam.
Maya westchnęła cichutko.
— Ale to jej się nie spodobało. A nawet nabrała do mnie
dystansu i powiedziała: „Teraz już wiem, czemu nic nie mówisz,
jak się przebieramy przed WF-em!".
— O Boże — powiedziała Maya.
Emily znów napiła się whisky i poczuła, że kręci jej się w
głowie. Nigdy tyle nie wypiła. A teraz wyznała jeden z
największych sekretów, wystawiła go na pokaz, jak stare majtki
babci wywieszone na sznurku.
— Ali powiedziała, że najlepsze przyjaciółki nie powinny się
całować — mówiła dalej. — Więc próbowałam
188
udawać, że to żart. Ale gdy wróciłam do domu, zdałam sobie
sprawę, jak naprawdę się czuję. Napisałam do niej list, w którym
przyznałam się, że ją kocham. Chyba go nie dostała. A nawet
jeśli, to nie odpowiedziała.
Na nagie kolano Emily spadła łza. Maya zauważyła to i
wytarła ją palcem.
— Nadal dużo o niej myślę — westchnęła Emily. — Jakoś
wyparłam to wspomnienie, wytłumaczyłam sobie, że tylko się
przyjaźniłyśmy, lecz nie łączyło nas... no wiesz... nic in n e go .
Chociaż teraz już sama nie wiem.
Przez kilka minut siedziały w ciszy. Z daleka dobiegały
dźwięki imprezy. Co kilka sekund Emily słyszała odgłos
zapalanego papierosa. Nie dziwiło jej nawet to, co przed chwilą
powiedziała o Ali. Oczywiście, było to przerażające, ale i
prawdziwe. W pewnym sensie poczuła się lepiej, że wreszcie
wszystko poskładała do kupy.
— Skoro powierzamy sobie tajemnice — powiedziała cicho
Maya — to ja też ci coś powiem.
Pokazała Emily białą, wypukłą bliznę na przedramieniu.
— Pewnie zauważyłaś.
— Tak — szepnęła Emily, patrząc na bliznę kątem oka w
półmroku panującym w budce.
— Kiedyś przecięłam się żyletką. Nie wiedziałam, że ostrze
wejdzie tak głęboko. Było tyle krwi. Rodzice zawieźli mnie na
pogotowie.
— Specjalnie się pocięłaś? — wyszeptała Emily.
— No... tak. To znaczy, już tego nie robię. Próbuję nie robić.
— A czemu to robisz?
— Nie wiem. Po prostu czasem... czuję, że muszę. Możesz
dotknąć, jak chcesz.
189
Emily dotknęła blizny. Była wypukła i gładka, inna niż
prawdziwa skóra. Maya znowu pachniała gumą bananową. Emily
wzięła ją w objęcia. Jak to jest, przeciąć się i patrzeć na płynącą
krew? Emily miała niemało swoich problemów, ale nawet
najgorsze wspomnienia — odrzucenie przez Ali czy sprawa
Jenny — które sprawiały, że czuła się straszliwie winna, nigd y
nie wywoływały w niej chęci, by się okaleczyć.
Maya uniosła głowę i spojrzała Emily prosto w oczy. Potem
uśmiechnęła się smutno i pocałowała Emily prosto w usta. Emily
zamrugała ze zdziwienia.
— Najlepsze przyjaciółki czasami się całują — powiedziała
Maya. — Widzisz?
Odsunęły nieco twarze od siebie, tylko ich nosy się dotykały.
Na zewnątrz słychać było dzikie uderzenia kijów do krykieta.
Potem Maya przyciągnęła Emily do siebie. Ich usta stopiły się w
jedno i otworzyły, a Emily czuła miękki język Mai. Emily
oddychała szybko, kiedy przesuwała dłoń w zmierzwionych
włosach Mai, a potem głaskała jej ramiona i plecy. Maya
wsadziła dłonie pod koszulkę Emily i przycisnęła je do brzucha.
Ta odsunęła się w pierwszym momencie, ale potem poddała się.
Czuła się tysiąc razy lepiej, niż gdy całowała się z Benem. Dłonie
Mai przesunęły się wyżej i dotknęły stanika. Emily zamknęła
oczy. Usta Mai miały cudowny smak whisky i lukrecji. Maya
zaczęła całować dekolt i ramiona Emily. Emily odrzuciła głowę
w tył. Na suficie budki namalowany był księżyc i kilka gwiazd.
Nagle ktoś zaczął odsuwać zasłonkę. Emily podskoczyła, ale
było za późno. Wejście do budki stało otworem. Emily
zobaczyła, kto je odsłonił.
190
— O Boże — rzuciła.
— Cholera — zawtórowała jej Maya. Butelka Jacka Danielsa
spadła na podłogę. Ben trzymał w rękach dwa kubki z piwem.
— No cóż. To wszystko wyjaśnia.
— Ben... ja... — Emily wygramoliła się z budki, uderzając
głową we framugę.
— Nie rób sobie kłopotu i nie wstawaj — powiedział Ben
potwornym, drwiącym głosem kogoś urażonego i rozgnie-
wanego. Nigdy nie mówił do Emily w ten sposób.
— Nie... — pisnęła Emily. — Nic nie rozumiesz. Stanęła obok
budki. Maya również wyszła. Kątem oka
Emily zauważyła, jak Maya wyjmuje paseczek ze zdjęciami i
wkłada do kieszeni.
— Nawet nie próbuj — warknął Ben.
Potem odwrócił się i rzucił w nią kubkiem z piwem, które
oblało ciepłą falą jej nogi, buty i szorty. Kubek odbił się od ziemi
i poleciał w stronę lasu.
— Ben! — krzyknęła Emily.
Ben zawahał się, a potem rzucił drugim kubkiem, celując tym
razem w Mayę. Piwo oblało jej twarz i włosy. Maya krzyknęła.
— Przestań! — krzyknęła Emily.
— Pieprzone lesby — powiedział Ben.
Słyszała, jak łamie mu się głos, jakby zaraz miał się rozpłakać.
Odwrócił się i pobiegł chwiejnym krokiem. Wkrótce zniknął w
ciemności.
191
23
ARIA Z ISLANDII DOSTAJE TO, CZEGO CHCE
— Finko! Wszędzie cię szukałem!
Aria wyszła z budki. Przed nią stał Noel Kahn, którego nie
widziała od godziny. Miał na sobie tylko mokre, przyklejone do
ciała bokserki od Cahdna Kleina. W ręce trzymał żółty
plastikowy kubek z piwem i jej zdjęcia, które właśnie wyjął z
kieszeni automatu. Potrząsnął głową, a krople z jego włosów
zrosiły jej mini z APC.
— Czemu jesteś mokry?
— Graliśmy w piłkę wodną.
Aria spojrzała w kierunku stawu. Chłopcy bili się po głowach
różowymi piankowymi rurkami. Na brzegu plotkowała grupka
dziewczyn w prawie identycznych sukienkach mini od Alberty
Ferrari. Pod żywopłotem zauważyła swojego brata Mike'a. Stał
tam z niewysoką dziewczyną w króciutkiej spódniczce i butach
na koturnie. Noel podążył za jej wzrokiem.
— To jedna z tych kwakierek — szepnął. — Te panny mają
nieźle namieszane w głowach.
192
Mike podniósł wzrok i zobaczył Arię z Noelem. Skinął głową
z aprobatą. Noel dotknął palcem paska z fotografiami Arii.
— Śliczne.
Aria spojrzała na nie. Nudziło jej się tak bardzo, że przez
dwadzieścia minut robiła sobie zdjęcia w kabinie. Na tych miała
minę kuszącego, seksownego kociaka.
Ale nudy. Przyszła tu tylko z jednego powodu: myślała, że
Ezra z zazdrości i pożądania przyjedzie, żeby ją porwać. A
przecież on był nauczycielem, a nauczyciele nie przychodzą na
imprezy uczniów.
— Noel! - wołał z daleka James Freed. — Skończyło się piwo!
— Cholera - powiedział Noel i pocałował Arię w policzek. -
To dla ciebie. - Podał jej piwo. - Nie idź jeszcze.
— Dobra — odpowiedziała z rozbawieniem Aria.
Patrzyła, jak biegnie, a jego bokserki zsuwają się, pokazując
blade pośladki, które swój kształt zawdzięczały sportowi.
— Podobasz mu się.
Aria odwróciła się. Kilka metrów od niej na trawie siedziała
Mona Vanderwaal. Jej twarz okalały blond włosy, a olbrzymie
złote okulary przeciwsłoneczne zsunęły jej się na czubek nosa.
Na kolanach trzymała głowę Erica, starszego brata Noela.
— Noel jest super. Fajnie byłoby z nim chodzić. Erie
wybuchnął śmiechem.
— Co? - Mona nachyliła się do niego. - Co cię tak bawi?
— Ale się upaliła - powiedział Erie do Arii.
Aria nie wiedziała, co powiedzieć. Nagle zadzwonił jej
telefon. Wyjęła go z torebki i spojrzała na numer. Ezra. O mó j
B oże , o mó j B oż e !
193
— Słucham — powiedziała cicho.
— Cześć. Aria?
— O, cześć! Co słychać? — starała się, by jej głos brzmiał tak,
jakby wiedziała, co robi, i była wyluzowana.
— Siedzę w domu, piję szkocką i myślę o tobie.
Aria zamilkła. Zamknęła oczy i poczuła przypływ fali ciepła.
— Naprawdę?
— Tak. Jesteś na wielkiej imprezie? -Tak.
— Nudzi ci się?
— Trochę — zaśmiała się.
— Chcesz do mnie wpaść?
— Okej.
Ezra zaczął jej tłumaczyć, jak do niego dojechać, ale Aria
wiedziała, gdzie mieszka. Sprawdziła już jego adres na mapie
internetowej, lecz nie mogła mu przecież tego powiedzieć.
— Super — powiedziała. — Do zobaczenia za moment. Aria
schowała telefon do torebki i tak cicho, jak tylko
mogła, stuknęła obcasami. O tak!!!
— Zaraz, wiem, skąd cię znam.
Aria podniosła wzrok. Erie patrzył na nią kątem oka, podczas
gdy Mona całowała go w szyję.
— Ty się przyjaźniłaś z tą laską, która zaginęła, tak? Aria
spojrzała na niego i odgarnęła włosy z oczu.
— Nie wiem, o kim mówisz — powiedziała i odeszła.
W Rosewood były głównie wielkie wille i odnowione,
dwudziestohektarowe farmy hodowlane. Ale niedaleko
194
uniwersytetu ciągnęło się kilka brukowanych ulic. Wzdłuż
nich stały rozpadające się wiktoriańskie domy. Domy w Old
Hollis pomalowano na jaskrawe kolory: fiolet, róż i turkus,
podzielono na mieszkania i wynajmowano studentom. Rodzina
Arii mieszkała w jednym z domów przy Old Hollis, ale kiedy
miała pięć lat, jej tata dostał pierwszą posadę jako wykładowca
na uczelni.
Kiedy jechała powoli ulicą, na której mieszkał Ezra, za-
uważyła dom z jakimś greckim napisem na elewacji. Drzewo
przed domem udekorowano papierem toaletowym. Na ganku
innego domu stały sztalugi z niedokończonym obrazem.
Podjechała pod dom Ezry. Zaparkowała, wysiadła i za-
dzwoniła. Otworzył drzwi.
— O, cześć, super — powiedział z uśmiechem.
— Cześć — uśmiechnęła się. Ezra zaśmiał się.
— Więc... przyjechałaś. Super.
— Już mówiłeś, że to super — powiedziała prowokacyjnie.
Po skrzypiących schodach, których każdy stopień pokryty był
innym kawałkiem wykładziny, weszli na górę. Po prawej stronie
były otwarte na oścież drzwi.
— To moje mieszkanie.
Aria weszła i zauważyła wannę na szponiastych łapach
pośrodku salonu Ezry. Wskazała na nią palcem.
— Za ciężka, żeby ją przesunąć — powiedział Ezra prze-
praszająco. — Trzymam w niej książki.
— Romba.
Aria rozejrzała się i zobaczyła olbrzymie okno, zakurzone
regały i sofę obitą żółtym pluszem. Pachniało tu
195
makaronem z serem. Z sufitu zwisał kryształowy żyrandol,
kominek zdobiła piękna mozaika, a na palenisku leżało
prawdziwe drewno. Tu podobało się Arii znacznie bardziej niż w
posiadłości Kahnów za milion dolarów, ze stawem, kaczkami i
dwudziestoma siedmioma pokojami.
— Chciałabym tu mieszkać — powiedziała Aria.
— Nie mogę przestać o tobie myśleć — powiedział Ezra w
tym samym momencie.
Aria spojrzała na niego przez ramię.
— Naprawdę?
Ezra stanął za nią i położył jej dłonie na biodrach. Aria
zbliżyła się do niego. Stali tak przez moment, a potem Aria się
odwróciła. Patrzyła na jego gładko ogoloną twarz i pieprzyk na
czubku nosa, i zielone błyski w oczach. Dotknęła znamienia na
jego uchu i poczuła, że Ezra lekko drży.
— Nie mogłem... wytrzymać z tobą w jednej sali — wy-
szeptał. — To były tortury. Kiedy czytałaś referat...
— Dotknąłeś dzisiaj mojej dłoni — drażniła się z nim Aria. —
Patrzyłeś na moje notatki.
— Pocałowałaś Noela — odparł. — Byłem taki zazdrosny.
— Więc osiągnęłam swój cel — wyszeptała Aria.
Ezra westchnął i złapał ją mocno w talii. Ich usta spotkały się
w namiętnym pocałunku. Wtulili się w siebie mocno. Oderwali
na chwilę od siebie usta i patrzyli sobie w oczy, ciężko dysząc.
— Koniec gadania o lekcjach — oznajmił Ezra.
— Dobra.
Zaprowadził ją do małej sypialni, gdzie na podłodze walały się
ubrania, a na nocnym stoliku leżała otwarta paczka chipsów.
Usiedli na jego łóżku. Nie było zbyt
196
szerokie i choć kołdra miała poszwę ze sztywnego dżinsu, a na
prześcieradle były okruchy, pewnie chipsów, Aria nigdy
wcześniej nie czuła się tak wspaniale.
Aria wciąż leżała w łóżku, gapiąc się na rysę na suficie.
Światło latarni wpadało do pokoju i nadawało skórze nagiej Arii
dziwny, różowawy odcień. Mocny, chłodny podmuch z okna
zgasił świecę o zapachu drzewa sandałowego stojącą obok łóżka.
Usłyszała, że Ezra odkręcił wodę w łazience.
Bosko. Bosko, bosko, b o sko !
Czuła, że żyje. Prawie się z sobą przespali... Ale nagle, w tym
samym momencie, zgodnie uznali, że powinni poczekać. Wtulili
się w siebie nadzy i zaczęli rozmawiać. Ezra opowiedział jej, jak
w wieku sześciu lat zrobił z gliny czerwoną wiewiórkę, a jego
brat natychmiast ją rozbił. Jak palił mnóstwo marihuany po
rozwodzie rodziców. Jak musiał uśpić u weterynarza ukochanego
foksteriera. Aria opowiedziała mu, jak w dzieciństwie uważała,
że puszka groszku konserwowego to jej zwierzątko, i płakała,
kiedy mama chciała podać go na obiad. Opowiedziała, że robi na
drutach, i obiecała zrobić mu sweter.
Tak łatwo rozmawiało jej się z Ezrą, że chyba mogłaby robić
to w nieskończoność. Mogliby razem wyruszyć w daleką podróż.
W Brazylii mogłoby być fantastycznie... Spaliby w dziupli,
żywili się wyłącznie bananami i do końca życia pisali sztuki
teatralne...
Zadzwonił jej telefon. Och. To pewnie Noel martwi się o nią.
Przytuliła się do poduszki, która pachniała Ezrą. Czekała, aż
wyjdzie z łazienki i znowu ją pocałuje.
197
Telefon znowu zadzwonił. I znowu.
- Jezu - jęknęła Aria i sięgnęła do torebki. Siedem nowych
SMS-ów. I znowu piknięcie.
Kiedy otworzyła skrzynkę odbiorczą, uniosła brwi. Wszystkie
wiadomości miały ten sam nagłówek: KONSULTACJE Z
NAUCZYCIELEM! Kiedy otworzyła pierwszą, poczuła kamień
w żołądku.
Aria, Dostajesz dodatkowe punkty! Kocham cię. A.
PS Ciekawe, co by pomyślała mama, gdyby dowiedziała się
o twojej, hm, koleżance z klasy... i o tym, że wszystko
wiedziałaś!
Aria przeczytała wszystkie wiadomości. Był y jed n ako we.
Upuściła telefon na podłogę. Usiadła. Nie. Musiała stąd uciekać.
- Ezra?
W panice wyjrzała przez okno. Czy teraz też ją obserwowała?
Czego chciała? To naprawdę o n a ?
- Ezra, muszę iść. To pilne.
- Co? - zawołał Ezra z łazienki. - Wychodzisz?
Aria sama nie mogła w to uwierzyć. Szybko włożyła koszulkę.
- Zadzwonię, dobrze? Muszę iść coś zrobić.
- Czekaj. Co się stało? - zapytał, otwierając drzwi łazienki.
Aria chwyciła torbę i wybiegła na korytarz. Musiała się stąd
wydostać. Natychmiast.
198
24
PO CO SPENCER TAKA WIELKA GARDEROBA?
— Granicą x jest... — powiedziała Spencer pod nosem.
Leżąc na łóżku, podparła się na łokciu i patrzyła na swój nowy
podręcznik do matematyki, który przed chwilą oprawiła w szary
papier. W dole pleców nadal czuła ciepło od maści.
Spojrzała na zegarek. Już po północy. Musiała upaść na
głowę, żeby martwić się zadaniem domowym z matematyki w
piątkowy wieczór. Rok temu Spencer pojechałaby mercedesem
do Kahnów, napiła się niedobrego piwa z beczki i całowała z
Masonem Ryersem lub jakimś innym wyluzowanym kolesiem.
Ale nie dziś. Dziś była gwiazdą, a gwiazda miała do odrobienia
lekcje. Jutro gwiazda miała iść z mamą do sklepu meblowego,
żeby odpowiednio wyposażyć swój domek. A może pójdzie też
do sklepu z rowerami, bo po południu tata pokazał jej kilka
katalogów z rowerami i zapytał, która rama do roweru Orbea
podoba
199
jej się najbardziej. Wcześniej nigdy nie pytał jej o takie rzeczy.
Podniosła głowę. Chyba usłyszała delikatne pukanie do drzwi.
Odłożyła automatyczny ołówek i popatrzyła przez okno. Była
pełnia i księżyc rozsiewał srebrny blask, a z okien domu
rodziców sączyło się ciepłe żółte światło. Ktoś znowu zapukał.
Podeszła do drzwi po drewnianej, skrzypiącej podłodze i uchyliła
je.
— Cześć — wyszeptał Wren. — Nie przeszkadzam?
— Oczywiście, że nie — otworzyła szerzej drzwi.
Wren stał boso, w obcisłym białym T-shircie z napisem
WYDZIAŁ MEDYCYNY UNIWERSYTET PENSYLWANII i
w workowatych szortach khaki. Spojrzała na swój czarny
podkoszulek na ramiączkach z French Connection, szare dresy
Villanova i bose stopy. Włosy miała niedbale związane w kucyk.
Wokół twarzy zwisały nieposłuszne kosmyki. Wyglądała
zupełnie inaczej niż na co dzień, w koszuli od Thomasa Pinka i
dżinsach Citizen. Tamten wygląd mówił: „Jestem elegancka i
seksowna", ten: „Uczę się, ale i tak jestem seksowna".
No dobrze, może i miała nadzieję, że coś takiego się zdarzy.
Ale to dowodzi tylko, że nie powinno się wkładać majtek z
wysokim stanem i starego, przetartego podkoszulka z napisem
KOCHAM PERSKIE KOTY.
— Co słychać? — zapytała.
Kosmyki jej włosów poruszył ciepły podmuch. Z pobliskiej
sosny spadła szyszka i uderzyła o ziemię. Wren stał w drzwiach.
— Chyba powinnaś być na imprezie. Słyszałem, że dziś jest
jakieś wielkie przyjęcie pod gołym niebem.
Spencer wzruszyła ramionami.
200
- Nie kręci mnie to.
- Nie? - Wren spojrzał jej w oczy. Spencer nie mogła wydobyć
słowa.
- Uhm... Gdzie Melissa?
- Śpi. Zmęczona remontem. Pomyślałem, że może
oprowadzisz mnie po tym wspaniałym domku, w którym nie
zamieszkam. Nigdy nie byłem w środku!
- A masz prezent na nowe mieszkanie? - Spencer uniosła brwi.
- Och, ja... - Wren zbladł.
- Żartuję - otworzyła drzwi. - Spencer Hastings wita. Pół
wieczoru spędziła, układając różne scenariusze
spotkania sam na sam z Wrenem. Ale żaden nie mógł się
równać z obecną sytuacją, kiedy stał obok niej. Wren podszedł do
plakatu Thoma Yorke'a i podniósł ręce w górę.
- Lubisz Radiohead?
- Uwielbiam.
Twarz Wrena rozjaśniła się.
- Chyba ze dwadzieścia razy byłem na ich koncertach w
Londynie. Każdy był lepszy od poprzedniego.
Wygładziła kołdrę na łóżku.
- Szczęściarz. Nigdy nie słyszałam ich na żywo.
- Musimy to zmienić - powiedział i oparł się o kanapę. - Jak
przyjadą do Filadelfii, idziemy.
Spencer milczała.
- Ale chyba... - powiedziała wreszcie i ugryzła się w język.
Chciała powiedzieć: „Ale chyba Melissa ich nie lubi", tylko że
przecież... nikt nie zapraszał Melissy. Zaprowadziła go do
garderoby.
201
— To moja garderoba — powiedziała i przez nieuwagę
wpadła na framugę. — Kiedyś dojono w tym miejscu krowy.
— Naprawdę?
— Tak. Tu farmerzy ściskali krowie cycki. Wren zaśmiał się.
— Masz na myśli wy mio n a ?
— No, tak — zaczerwieniła się Spencer. Ups. — Nie musisz
tam wchodzić. Wiem, że facetów nie interesują garderoby.
— Ależ skąd — uśmiechnął się Wren. — Przybyłem z tak
daleka. Muszę się dowiedzieć, co Spencer Hastings trzyma w
garderobie.
— Jak sobie życzysz — Spencer zapaliła w środku światło. W
garderobie pachniało skórą, naftaliną i perfumami
Clinique Happy. Majtki, staniki, piżamy i stroje do hokeja
upchnęła w wiklinowych koszach. Koszule powiesiła w równych
rzędach, uporządkowane kolorami. Wren zachichotał.
— Jak w sklepie!
— Tak — powiedziała nieśmiało Spencer, przesuwając dłoń
po koszulach.
— Nigdy nie widziałem garderoby z oknem — Wren wskazał
na okno po drugiej stronie pomieszczenia. — Zabawne.
— To część stodoły — wyjaśniła Spencer.
— Lubisz, jak ludzie oglądają cię nagą?
— Mam rolety.
— Szkoda — powiedział Wren cicho. — Tak ślicznie wy-
glądałaś w łazience... Miałem nadzieję... że jeszcze kiedyś cię
taką... zobaczę.
202
Spencer zakręciło się w głowie. Co on właśnie powiedział?
Wren patrzył na nią. Wziął w palce brzeg nogawki wiszących
obok spodni Joseph. Spencer bała się coś powiedzieć Przesuwała
tylko w górę 1 w dół swój pierścionek z serduszkiem od
Tiffany'ego. Wren zrobił krok do przodu, a potem kolejny i stanął
obok niej. Spencer widziała każdy pieg na jego nosie. Dobrze
wychowana Spencer z rzeczywistości równoległej wymknęłaby
mu się teraz i kontynuowała oprowadzanie. Ale Wren wbił w mą
swoje wielkie, niesamowite, brązowe oczy. Ta Spencer zacisnęła
usta, bo bała się coś powiedzieć, ale chciała coś... coś zrobić.
I zrobiła. Zamknęła oczy i pocałowała go prosto w usta. Wren
nawet nie drgnął. Odwzajemnił pocałunek, a potem chwycił ją za
kark 1 całował jeszcze bardziej namiętnie Jego miękkie usta
miały lekki zapach papierosów.
Spencer oparła się o stojak z koszulami. Wren przywarł do
niej. Kilka wieszaków spadło na podłogę, ale Spencer nie
zwróciła na to uwagi.
Osunęli się na miękki dywan. Spencer kopniakiem przesunęła
swoje buty do hokeja na trawie. Wren położył się na mej i jęczał
cicho. Spencer chwyciła mocno ]ego koszulkę i ściągnęła mu ją
przez głowę. On zdjął jej koszulkę 1 stopami głaskał jej nogi, z
góry na dół. Przewrócili się 1 teraz ona leżała na nim. Ogarnęła ją
silna fala... no właśnie, czego? Nie wiedziała. Cokolwiek to było,
było tak intensywne, że nawet nie poczuła się winna. Zastygła na
chwilę, oddychając ciężko.
Przyciągnął ją do siebie i jeszcze raz pocałował. Potem
pocałował ją w nos i kark. Potem wstał.
— Zaraz wrócę.
- Dlaczego?
203
Oczami wskazał łazienkę.
Kiedy tylko usłyszała, jak zamyka drzwi, odrzuciła głowę do
tyłu i oszołomiona patrzyła na swoje ubrania. Potem wstała i
spojrzała w trójdzielne lustro. Włosy uwolniły się z kucyka i
spadły kaskadą na plecy. Jej naga skóra lśniła, a na twarzy
pojawiły się rumieńce. Uśmiechnęła się do trzech swoich odbić w
lustrze. To. Było. Nie wi a r ygo d n e.
Wtedy w lustrze ujrzała odbicie ekranu komputera.
Coś na nim migało. Odwróciła się, żeby się przyjrzeć. Dostała
mnóstwo wiadomości, jedną po drugiej. Kolejna pojawiła się na
ekranie, napisana olbrzymią czcionką. Spencer zamrugała.
A A A A A A: Ile razy mam powtarzać - NIEŁADNIE jest
catować się z chłopakiem siostry.
Spencer podbiegła do komputera i jeszcze raz przeczytała
wiadomość. Spojrzała na drzwi do łazienki. Widać było spod
nich smużkę światła.
A. to na pewno nie był Andrew Campbell.
Kiedy całowała się z łanem w siódmej klasie, poprosiła Ali o
radę. Ali spojrzała na swoje bardzo zadbane paznokcie u stóp i
rzekła po chwili milczenia:
- Wiesz, że kiedy kłócisz się z Melissą, zawsze jestem po
twojej stronie. Ale to co innego. Powinnaś jej o tym powiedzieć.
- P o w i e d z i e ć j e j ? Nie ma mowy. Zabiłaby mnie.
- A co? Myślisz, że łan zacznie się z tobą umawiać? -złośliwie
zapytała Ali.
204
— Nie wiem. A czemu nie? Ali prychnęła pogardliwie.
— Jeśli ty jej nie powiesz, to ja to zrobię.
— Nie zrobisz.
— Naprawdę?
Spencer milczała przez chwilę. Serce waliło jej w piersi.
— Jeżeli powiesz Melissie, to ja opowiem wszystkim o
sprawie Jenny.
Ali parsknęła śmiechem.
— Ty też to masz na sumieniu. Spencer wbiła wzrok w Ali.
— Ale mnie nikt nie widział.
Ali spojrzała na Spencer z gniewnym błyskiem w oczach.
Spencer jeszcze nigdy jej takiej nie widziała.
— Wiesz, że już się tym zajęłam.
A potem, pod koniec ósmej klasy, miały wszystkie spędzić
noc w domku. Kiedy Ali powiedziała, że Melissa i łan tak słodko
razem wyglądają, Spencer myślała, że Ali zaraz wyjawi jej
tajemnicę. A potem nagle poczuła się lekka i wolna. „A niech
mówi". Nagle przestało jej zależeć. I choć może okropnie to
brzmi, tak naprawdę Spencer chciała uwolnić się od Ali, teraz,
zaraz.
Spencer zrobiło się słabo. Usłyszała dźwięk spuszczanej
wody. Wren wyszedł z łazienki i stanął w drzwiach do garderoby.
— Na czym to stanęliśmy? — zapytał zmysłowym głosem.
Ale Spencer nie mogła oderwać wzroku od ekranu
komputera. Coś się na nim poruszyło, jakaś czerwona plamka.
Wyglądała jak... czyjeś odbicie.
— Co się dzieje? — zapytał Wren.
205
— Cii — syknęła Spencer.
Wytężyła wzrok. Tak, to czyjeś odbicie. Odwróciła się
gwałtownie. Ktoś stał pod oknem.
— Jasna cholera. — T-shirtem zasłoniła nagie piersi.
— Co się dzieje? — zapytał Wren.
Spencer cofnęła się o krok. Czuła suchość w gardle.
— Och — westchnęła.
— Och — zawtórował Wren.
Przy oknie stała Melissa. Z potarganymi włosami i kamienną
twarzą wyglądała jak Meduza. W trzęsącej się dłoni trzymała
papierosa.
— Nie wiedziałam, że palisz — powiedziała wreszcie
Spencer.
Melissa milczała. Zaciągnęła się jeszcze raz, rzuciła
niedopałek w trawę i ruszyła w stronę domu rodziców.
— Idziesz, Wren? — zawołała przez ramię lodowatym tonem.
206
25
ACH, CI DZISIEJSI STUDENCI ZA KIEROWNICĄ!
Mona otworzyła usta ze zdumienia, kiedy dotarła przed dom
Noela.
— Cholera.
W oknie BMW należącego do ojca Seana zobaczyła
uśmiechniętą od ucha do ucha Hannę.
— Podoba ci się?
— Brak mi słów. — Monie zaświeciły się oczy.
Hanna uśmiechnęła się i pociągnęła łyk wódki z butelki z
barku. Dwie minuty wcześniej posłała Monie zdjęcie BMW z
podpisem: „Stoję i czekam, nasmarowana. Wsiadaj".
Mona otworzyła ciężkie przednie drzwi po stronie pasażera i
wsiadła. Rozparła się wygodnie w fotelu i wpatrywała się w logo
BMW na kierownicy.
— Jaki piękny...
Palcem przesunęła po małych niebieskich i białych trójkątach.
Hanna odepchnęła jej rękę.
207
— Bardzo się upaliłaś?
Mona uniosła brodę i popatrzyła na potargane włosy Hanny,
jej pomiętą sukienkę i ślady łez i błota na twarzy.
— Nie wyszło ci z Seanem?
Hanna spojrzała na nią i włożyła kluczyk do stacyjki. Mona
przysunęła się, żeby ją objąć.
— Och, Han, tak mi przykro... Co się stało?
— Nic. Nieważne.
Hanna wyrwała się z jej objęć i założyła okulary prze-
ciwsłoneczne — niewiele przez nie widziała, ale co tam — i
uruchomiła silnik. Warknął, a wszystkie światła na desce
rozdzielczej się zapaliły.
— Jakie śliczne! — zawołała Mona. — Jak światła w Club
Shampoon!
Hanna wrzuciła wsteczny bieg i opony zostawiły ślad w gęstej
trawie. Potem skręciła, wrzuciła jedynkę i ruszyły. Hanna miała
za dużo na głowie, żeby martwić się tym, że podwójna ciągła na
drodze dwoiła jej się w oczach.
— I h a a a! — wrzasnęła Mona.
Otworzyła okno i jej długie blond włosy porwał wiatr. Hanna
zapaliła papierosa i przez chwilę szukała w radiu stacji nadającej
stare rapowe kawałki. Grali właśnie Baby Got Back. Pogłośniła i
całe auto w środku zaczęło drżeć. Oczywiście samochód miał
fantastyczne głośniki.
— O wiele lepiej — powiedziała Mona.
— A żebyś wiedziała.
Kiedy nieco za szybko wzięła ostry zakręt, w jej głowie
zapaliło się czerwone światełko. „Tylko nie to". Aua.
„Nawet tata nie kocha cię najbardziej!"
208
Aua, aua.
Pieprzyć to. Hanna nacisnęła mocniej pedał gazu i prawie
skosiła czyjąś skrzynkę na listy.
- Musimy jechać gdzieś, gdzie się pochwalimy tym
cudeńkiem. - Mona wystawiła nogi na deskę rozdzielczą,
rozsmarowując na niej trawę i błoto. - Może do supermarketu?
Mam ochotę na drożdżówkę.
Hanna zaśmiała się i znów napiła się wódki.
- Ale się spaliłaś.
- Nie spaliłam. Zaledwie ugotowałam. Zaparkowały krzywo
przed supermarketem i wysiadły,
śpiewając: „Lubię wielkie TYŁKI, nie kłamię!". Dwóch
obleśnych dostawców z półlitrowymi kubkami kawy opierało się
o samochody dostawcze i gapiło z otwartymi ustami.
- Dasz mi swoją czapeczkę? - Mona zapytała szczuplejszego z
nich, pokazując na jego czapeczkę z logo supermarketu.
Dał ją jej bez słowa.
- Błe - szepnęła Hanna. - Na pewno ma wszy. Ale Mona już ją
włożyła.
W sklepie Mona kupiła szesnaście ciastek, jakiś brukowiec i
wielką butelkę oranżady, a Hanna lizaka za dziesięć centów.
Kiedy Mona nie patrzyła, włożyła do torebki snickersa i paczkę
m&m'sów.
- Słyszę auto - powiedziała Mona rozmarzonym głosem. —
Krzyczy.
Faktycznie. W pijackim zamroczeniu Hanna przez przypadek
włączyła alarm.
- Ups — zachichotała.
Wyjąc ze śmiechu, pobiegły do auta i wsiadły. Zatrzymały się
na światłach, miarowo kiwając głowami. W sklepie
209
po lewej nie było nikogo, widać było tylko stojące w nieładzie
wózki. Neon z nazwą sklepu oświetlał pustkę. Nawet restauracja
wyglądała jak wymarła.
— Ludzie z Rosewood to tacy frajerzy — Hanna wskazała
ręką ciemność.
Na głównej drodze też było pusto, więc kiedy nagle na
sąsiednim pasie pojawiło się auto, Hanna krzyknęła ze
zdumienia. Srebrne, długie porsche miało przyciemniane szyby i
zimne, błękitne światła.
— Popatrz no — powiedziała Mona, a okruchy ciastka
wypadły jej z ust.
Kiedy tak się gapiły, silnik porsche zawarczał.
— Chce się ścigać — wyszeptała Mona.
— Ale narwaniec — odparła Hanna.
Nie widziała, kto jest w środku. W ciemności migała tylko
czerwona końcówka zapalonego papierosa. Ogarnął ją niepokój.
Silnik auta znowu zawarczał, tym razem niecierpliwie.
Dostrzegła wreszcie zarys sylwetki kierowcy. Kolejne
warknięcie silnika.
— Zrób to - wyszeptała Mona, dotykając brzegu daszka
czapeczki, którą dostała od dostawcy.
Hanna przełknęła ślinę. Zielone światło. Kiedy nacisnęła
pedał gazu, auto ruszyło z kopyta. Porsche mknęło przed nią.
— Nie daj się wyprzedzić, mięczaku! — krzyczała Mona.
Hanna mocniej docisnęła pedał gazu i silnik zaryczał.
Dogoniła porsche. Jechali 140, 150, 160 kilometrów na go-
dzinę. Czuła się jeszcze lepiej niż w czasie kradzieży.
— Skop mu tyłek! — wrzeszczała Mona.
210
Z bijącym sercem Hanna wcisnęła gaz do dechy. Hałas silnika
zupełnie zagłuszał Monę. Kiedy wchodziły w zakręt, nagle na ich
pas wbiegł jeleń. Pojawił się znikąd.
— Cholera! — krzyknęła Hanna.
Jeleń ani drgnął. Chwyciła mocno kierownicę, nacisnęła na
hamulec i skręciła w prawo. Jeleń uciekł. Manewrowała
kierownicą, żeby wrócić na pas, ale auto wpadło w poślizg.
Opony przejechały po paśmie żwiru na poboczu i auto
wyskoczyło z drogi.
Samochód okręcił się wokół swojej osi i uderzył w coś. Nagle
rozległ się trzask, dźwięk tłuczonego szkła i... zapadła ciemność.
Kilka sekund później słychać było tylko syk dochodzący spod
maski.
Hanna powoli obmacała swoją twarz. Nic się jej nie stało.
Mogła poruszać nogami. Odepchnęła się od workowatej tkaniny
poduszki powietrznej. Spojrzała na Monę. Wierzgała nogami,
zablokowana drugą poduszką. Hanna otarła łzy.
— Nic ci się nie stało? — spytała.
— Zabierz to ze mnie!
Hanna wyszła z auta i wyciągnęła Monę. Stały na poboczu
autostrady i oddychały ciężko. Po drugiej stronie, wzdłuż
autostrady ciągnęły się tory kolejowe i w mroku majaczyła stacja
Rosewood. Spojrzały przed siebie. Po porsche i jeleniu nie było
ani śladu. Przed nimi światła stopu migały na żółto i czerwono.
— Dałyśmy czadu — powiedziała Mona trzęsącym się
głosem.
Hanna przytaknęła.
211
— Na pewno nic ci nie jest? — spojrzała na samochód.
Cały przód był zmiażdżony o słup telefoniczny. Zderzak
zwisał i dotykał ziemi. Jeden reflektor przekrzywił się mocno,
drugi migał. Spod maski wydobywał się śmierdzący opar.
— Chyba nie wybuchnie, prawda? — zapytała Mona. Hanna
zachichotała. Rozbawiła ją ta poważna sytuacja.
— Co robimy?
— Zwijajmy się stąd — odparła Mona. — Możemy wrócić do
domu pieszo.
Hanna zdusiła chichot.
— O Boże, Sean się posra!
I wtedy obie zaczęły się śmiać. Hanna dostała czkawki,
obróciła się i rozpostarła ramiona. Stojąc pośrodku
czteropasmowej autostrady, nagle poczuła przypływ siły, jakby
była władczynią Rosewood. Wydawało jej się, że wiruje, ale
może to dlatego, że nadal była wstawiona. Rzuciła breloczek z
kluczykami obok auta. Uderzyły o asfalt i znowu włączył się
alarm. Hanna schyliła się szybko i wyłączyła go.
— Czy to musi tak hałasować?
— Nie wiem. — Mona włożyła ciemne okulary. — Tata Seana
będzie musiał coś z tym zrobić.
212
26
KOCHASZ MNIE? T CZY N?
Zegar dziadka w holu wybił dziewiątą w sobotni poranek,
kiedy Emily po cichu zeszła do kuchni. W weekendy nigdy nie
wstawała tak wcześnie, ale dzisiaj nie mogła spać.
Ktoś zrobił już kawę, a na stole, na talerzu w kurczątka, leżało
kilka drożdżówek. Rodzice poszli chyba na swój poranny spacer.
Jeśli jak zwykle zamierzali obejść okolicę dwukrotnie, mogła
wymknąć się z domu niezauważona.
Zeszłej nocy, po tym jak Ben przyłapał ją z Mayą w kabinie
fotograficznej, Emily uciekła z imprezy i nawet nie pożegnała się
z Mayą. Zadzwoniła do Carolyn, która pojechała jednak do
Applebee, i poprosiła o odwiezienie do domu. Jej siostra
przyjechała po nią z chłopakiem i nie zadawali żadnych pytań,
choć kiedy Emily wsiadła do samochodu, śmierdząc whisky,
Carolyn spojrzała na nią protekcjonalnie. W domu Emily
natychmiast zakopała się pod
213
kołdrą, żeby nie musieć rozmawiać z Carolyn. Ale dziś rano
czuła się fatalnie.
Nie wiedziała, co myśleć o wydarzeniach w czasie imprezy.
Wspomnienia rozmazywały się. Chciała wierzyć w to, że
pocałunek z Mayą był pomyłką i że powinna to wyjaśnić Benowi,
żeby wszystko było jak dawniej. Jednak kiedy przypominała
sobie wszystko, czuła się tak, jakby wczoraj całowała się po raz
pierwszy w życiu.
Ale przecież Emily nie miała w sobie nic, ab so lu tn ie n ic z
lesbijki. Jak typowa dziewczyna kupiła specjalny olejek, żeby
odżywić zniszczone chlorem włosy. Na ścianie powiesiła plakat
przystojnego, australijskiego pływaka lana Thorpe'a. Plotkowała
z koleżankami z drużyny na temat chłopaków w kąpielówkach.
Wiele lat temu pocałowała jeden jedyny raz dziewczynę, ale to
się nie liczyło. A nawet gdyby, to też nic to nie znaczyło, prawda?
Przełamała drożdżówkę i włożyła kawałek do ust. Czuła
pulsowanie w głowie. Chciała, żeby wszystko było jak dawniej.
Chciała wrzucić do torby świeży ręcznik, pojechać na trening i
robić głupie miny do kamery w autobusie. Być zadowoloną z
siebie i z życia, a nie siedzieć na emocjonalnej huśtawce.
Dość. Maya była niesamowita i tak dalej, ale obie miały mętlik
w głowie i były smutne - każda z innego powodu. Jednak nie były
lesbijkami, prawda?
Potrzebowała świeżego powietrza.
Na zewnątrz było pusto. Wprawdzie ptaki głośno ćwierkały i
szczekał pies, lecz wszędzie panował spokój. Dopiero co
dostarczone gazety nadal leżały na trawnikach przed domami,
opakowane w niebieską folię.
214
Jej stary, czerwony rower górski stał oparty o szopę z
narzędziami. Emily chwyciła za kierownicę w nadziei, że zdoła
nią kierować po wczorajszym party. Wyjechała na ulicę, ale
przednie koło wydawało dziwny odgłos.
Emily schyliła się. Kartka z zeszytu wkręciła się w szprychy.
Wyciągnęła ją i przeczytała kilka linijek. Zaraz. To jej charakter
pisma.
... Uwielbiam patrzeć na tyl twojej gtowy w czasie lekcji,
uwielbiam, jak żujesz gumę, kiedy rozmawiamy przez telefon, i
uwielbiam, jak przebierasz stopami w trampkach, kiedy na lekcji
pani Hat zaczyna opowiadać o słynnych rozprawach sądowych, a
ty się potwornie nudzisz.
Emily rozejrzała się po pustym podwórku. Czy to jest to, co
myśli? Nerwowo przebiegła wzrokiem do końca strony. Zaschło
jej w ustach.
... a kiedy zastanowiłam się, dlaczego cię wtedy pocałowałam,
zdałam sobie sprawę, że to nie był żart, Ali. Chyba cię kocham.
Zrozumiem, jeśli już nigdy się do mnie nie odezwiesz, ale muszę
ci to wyznać.
Em.
Na drugiej stronie ktoś coś dopisał. Wydawało mi się, że
chcesz to dostać z powrotem.
Całuję A.
Emily upuściła rower na ziemię.
215
To był ten list, ten, który wysłała do Ali po pocałunku. Ten, o
którym nie wiedziała, czy dotarł do Ali.
„Uspokój się — powiedziała sobie w duchu, kiedy zauważyła,
że trzęsą jej się dłonie. — To się na pewno da jakoś logicznie
wytłumaczyć".
To pewnie Maya. Mieszkała w pokoju Ali. Emily powiedziała
jej o Alison i liście. Może teraz chciała jej go oddać.
Ale przecież... Maya nie podpisałaby się w ten sposób.
Emily nie wiedziała, co zrobić i z kim porozmawiać. Nagle
pomyślała o Arii. Tyle się zdarzyło wczoraj, że zapomniała o ich
spotkaniu. Aria chyba zadała jej jakieś dziwne pytanie. I
wyglądała jakoś dziwnie. Była chyba... zdenerwowana.
Emily usiadła na chodniku i jeszcze raz spojrzała na liścik.
Aria miała chyba podobne pismo.
Kilka dni przed zniknięciem Ali szantażem zmusiła Emily do
zrobienia tego, czego chciała. Może powiedziała o tym
pozostałym dziewczynom. A może...
— Kochanie?
Emily podskoczyła. Stali nad nią rodzice, ubrani w praktyczne
białe adidasy, szorty z wysokim stanem i koszulki polo w
pastelowych kolorach. Tata miał przy pasku małą saszetkę, a
mama wymachiwała w przód i w tył turkusowymi hantlami.
— Cześć — powiedziała Emily zachrypniętym głosem.
— Wybierasz się na przejażdżkę? — zapytała mama. -Tak.
— Masz areszt domowy. — Tata włożył okulary, jakby musiał
przyjrzeć się Emily, zanim zmyje jej głowę. — Puściliśmy cię
wczoraj tylko dlatego, że wychodziłaś z Benem.
216
Myśleliśmy, że uda mu się z tobą porozmawiać. Jednak na
pewno nie pojedziesz na wycieczkę rowerową.
- No cóż - westchnęła Emily, wstając.
Gdyby tylko nie musiała wyjaśniać wszystkiego rodzicom. A
zresztą... Przecież nic nie musiała. Nie teraz. Usiadła na rowerze.
- Muszę gdzieś pojechać - mruknęła i ruszyła w stronę ulicy.
- Emily, wracaj natychmiast! — zawołał ojciec.
Ale Emily po raz pierwszy w życiu po prostu jechała przed
siebie.
217
27
MNĄ SIĘ NIE PRZEJMUJ, PRZECIEŻ JA NIE ŻYJĘ!
Arię obudził dzwonek do drzwi. Tylko że brzmiał jakoś
inaczej, na melodię piosenki American Idiot Green Day.
Ciekawe, kiedy rodzice go zmienili?
Odrzuciła kołdrę, włożyła wyściełane futrem chodaki w
niebieskie kwiaty, które kupiła w Amsterdamie, i poczłapała na
dół zobaczyć, kto przyszedł.
Westchnęła, kiedy otworzyła drzwi. Stała przed nią Alison.
Była wyższa i miała na głowie burzę blond włosów. Jej twarz
nabrała nieco ostrzejszych rysów i była przepiękna.
— Ta-daam! — uśmiechnęła się Ali i otworzyła ramiona. —
Wróciłam!
— A niech to... — Aria urwała i mrugała przez chwilę, jakby
nie wierzyła własnym oczom. — Gdzie się podziewałaś?
Ali przewróciła oczami.
218
— Moi głupi rodzice — odparła. - Pamiętasz ciotkę Camille,
tę naprawdę fajną, urodzoną we Francji, która wyszła za wujka
Jeffa, jak byłyśmy w siódmej klasie? Pojechałam do niej w
odwiedziny do Miami. I tak mi się spodobało, że już zostałam.
Opowiedziałam o wszystkim rodzicom, ale pewnie zapomnieli
wam przekazać.
Aria przetarła oczy.
— Czekaj, więc mieszkałaś w Miami? Wszystko u ciebie w
porządku?
Aria okręciła się.
— Chyba wyglądam lepiej niż w porządku? Podobały ci się
moje listy?
Uśmiech zniknął z ust Arii.
— Hm... prawdę mówiąc, nie. Ali wyglądała na urażoną.
— Czemu? Ten o twojej mamie był n ap ra wd ę zabawny.
Aria gapiła się na nią.
— Boże, aleś ty wrażliwa. — Ali zmrużyła oczy. — Znowu
mnie olejesz?
— Czekaj, o co ci chodzi?
Alison przez chwilę patrzyła na Arię i nagle z nosa zaczęła jej
wypływać czarna, galaretowata substancja.
— Powiedziałam wszystkim. O twoim tacie. Wszystkie cztery
już wiedzą.
— Twój... nos...
Aria pokazała palcem. Nagle czarna galareta zaczęła
wypływać też z oczu Ali. Jakby płakała ropą naftową. Skąpy wała
jej też z paznokci.
— Ach, po prostu gniję — uśmiechnęła się Ali.
219
Aria usiadła w łóżku. Po karku spływał jej pot. Przez okno
wdzierało się słońce, a z pokoju jej brata sączyła się melodia
American Idiot. Sprawdziła, czy ma na rękach czarną maź. Były
czyste.
A niech to.
— Dzień dobry, kochanie.
Aria powlokła się na dół, gdzie jej tata stał w cienkich
bokserkach w kratkę i podkoszulku na ramiączkach, czytając
gazetę.
— Cześć — odpowiedziała niemrawo.
Kiedy podeszła do ekspresu do kawy, przez chwilę patrzyła na
blade ramiona ojca, na których rosły pojedyncze włosy.
Przebierał nogami i mruczał coś pod nosem, z wzrokiem
wlepionym w gazetę.
— Tato? — głos trochę się jej łamał.
— Hmm?
Aria oparła się o kamienny blat.
— Czy duchy mogą wysyłać SMS-y?
Ojciec podniósł wzrok, zupełnie zdezorientowany.
— Co to jest SMS?
Włożyła rękę do otwartego pudełka z płatkami śniadaniowymi
i wyciągnęła pełną garść.
— Nieważne.
— Na pewno? — zapytał Byron.
Nerwowo gryzła płatki. O co właściwie chciała zapytać? „Czy
duch przysyła mi SMS-y?" Bez przesady, znała odpowiedź na to
pytanie. Poza tym niby czemu duch Ali miałby wrócić i jej to
zrobić. Czy to możliwe, że chciała się zemścić?
Ali zachowała się wspaniale tego dnia, kiedy nakryły jej ojca
w samochodzie. Aria uciekła i biegła dopóty,
220
dopóki starczyło jej sił. Poszła do domu na piechotę, bo nie
wiedziała, co robić. Ali obejmowała ją cały czas.
— Nikomu nie powiem — wyszeptała.
Ale następnego dnia zaczęły się pytania. „Znasz tę
dziewczynę? To studentka? Twój tata powie mamie? Myślisz, że
robi to też z innymi studentkami?" Zazwyczaj Aria przymykała
oko na wścibskie pytania Ali i jej uszczypliwe uwagi. Wiedziała,
że wśród przyjaciółek gra rolę „tej dziwnej". Ale tym razem było
inaczej. Zabolało.
Dlatego przez kilka dni przed zniknięciem Alison, Aria jej
unikała. Nie wysyłała jej SMS-ów typu „Nudzi mi się" w czasie
lekcji higieny i nie pomogła jej w sprzątaniu szafki. A już na
pewno nie miała ochoty rozmawiać o tym, co zaszło. Wkurzało
ją, że Ali się wtrąca, jakby chodziło o plotki o znanych aktorach,
a nie o jej życie. Wkurzało ją to, że Ali wie. Kropka.
Teraz, trzy lata później, Aria zastanawiała się, na kogo
właściwie tak się wściekała. Przecież nie na Ali. Na ojca.
— Nieważne — odpowiedziała ojcu, który czekał cierpliwie i
pił kawę. — Nie wyspałam się.
— Okej — powiedział Byron bez przekonania.
Ktoś zadzwonił do drzwi. Nie rozległa się piosenka Green
Day, tylko te dźwięki, co zawsze. Tata podniósł wzrok.
— To chyba do Mike'a — powiedział. — Wiesz, że o wpół do
ósmej przyszła tu jakaś dziewczyna z liceum kwakrów
i go szukała?
— Ja otworzę — powiedziała Aria.
Ostrożnie otworzyła drzwi, ale za nimi stała tylko Emily
Fields. Jej rudoblond włosy były w nieładzie i miała zapuchnięte
oczy.
— Cześć — przywitała się Emily zachrypniętym głosem.
221
— Cześć — odpowiedziała Aria.
Emily wydęła policzki. Zawsze tak robiła, gdy się de-
nerwowała. Przez chwilę stała w milczeniu.
— Chyba muszę już iść — powiedziała nagle i już chciała się
odwrócić.
— Poczekaj — Aria chwyciła ją za ramię. — Co się dzieje?
Emily milczała.
— Hm, okej — powiedziała wreszcie. — Ale... to zabrzmi
dziwnie.
— W porządku. — Serce Arii biło mocno.
— Przypomniało mi się, co powiedziałaś wczoraj na imprezie.
O Ali. Zastanawiałam się... czy Ali powiedziała wam kiedyś coś
o mnie?
Emily mówiła bardzo cicho. Aria odgarnęła włosy spadające
na oczy.
— Co? — zapytała szeptem Aria. — Ostatnio? Emily
otworzyła szeroko oczy.
— Tak, o s t a tn i o .
— Ja...
— W siódmej klasie — przerwała jej Emily. — Powiedziała
wam... coś o mnie... w siódmej klasie? Powiedziała wszystkim?
Aria zamrugała. Wczoraj na imprezie chciała powiedzieć
Emily o tych dziwnych SMS-ach.
— Nie. Nigdy nie plotkowała za twoimi plecami.
— Och — westchnęła Emily i wbiła wzrok w ziemię. — Ale
ja...
— Dostaję ostatnio... — zaczęła Aria jednocześnie. Wtedy
Emily spojrzała za nią i zatrzymała na czymś
wzrok.
— Panna Emily Fields! Witamy!
222
Aria odwróciła się. W salonie stał Byron. Przynajmniej
zarzucił na siebie szlafrok w paski.
— Nie widziałem cię całe wieki! — powiedział.
— Tak. — Emily znowu wydęła policzki. — Co u pana
słychać?
Uniósł brwi.
— Błagam, masz już tyle lat, że możesz mówić mi Byron. —
Krawędzią kubka podrapał się w podbródek. — Co u ciebie?
Wszystko w porządku?
— Jasne — Emily wyglądała tak, jakby zaraz miała się
rozpłakać.
— Chcesz coś zjeść? Wyglądasz na głodną.
— Och. Nie. Dziękuję. Nie spałam za dobrze.
— Oj, dziewczyny — pokręcił głową. — Za mało sypiacie!
Zawsze powtarzam Arii, że powinna spać jedenaście godzin,
żeby na zapas odpocząć przed studiami i całonocnymi
imprezami!
Poszedł po schodach na górę.
Kiedy już zniknął na górze, Aria odwróciła się.
— On jest taki... — zaczęła, ale Emily już szła w kierunku
swojego roweru. — Hej! Dokąd idziesz?
Emily podniosła rower.
— Nie powinnam była przychodzić.
— Poczekaj! Wróć... Musimy pogadać! — zawołała Aria.
Emily zatrzymała się i spojrzała na nią. Aria czuła, że
słowa gromadzą jej się w ustach jak rój pszczół. Emily miała
przerażenie wypisane na twarzy.
Nagle Aria stchórzyła i nie zadała pytania. Jak miała
opowiedzieć o SMS-ach od A., nie zdradzając jednocześnie
swojej tajemnicy. Nadal nie chciała, żeby ktoś się o tym
dowiedział. Szczególnie że na górze była mama.
223
Potem przypomniał jej się Byron w szlafroku. Emily nie czuła
się swobodnie w jego towarzystwie. Zapytała, czy Alison
powiedziała coś o niej w siódmej klasie. O co jej chodziło?
Chyba że...
Aria zaczęła obgryzać różowy paznokieć.
7
A jeśli Emily już
znała jej sekret? Aria zacisnęła usta, sparaliżowana. Emily
potrząsnęła głową.
— Do zobaczenia — mruknęła i zanim Aria zdążyła za-
reagować, wsiadła na rower i pędem odjechała.
224
28
TAK NAPRAWDĘ BRAD I ANGELINA SPOTKALI SIĘ
NA POSTERUNKU W ROSEWOOD
— Miłe panie, odkryjcie same siebie!
Kiedy publiczność w telewizyjnym talk-show zaczęła dziko
klaskać, Hanna wtuliła się w skórzaną sofę koloru kawowego i
położyła pilota na swoim nagim brzuchu. Chętnie odkryłaby
samą siebie tego sobotniego poranka.
Zeszłą noc pamiętała niewyraźnie — jakby przez cały czas
chodziła bez soczewek kontaktowych — i czuła pulsowanie w
głowie. Czy spotkała jakieś zwierzę? W torebce znalazła papierki
po cukierkach. Zjadła je? Ws z ys tki e? Żołądek ją bolał i była
trochę wzdęta. I czemu pamiętała samochód dostawczy stojący
pod supermarketem? Czuła się tak, jakby układała puzzle, tylko
że nigdy nie miała do tego cierpliwości — zawsze próbowała
połączyć z sobą kawałki, które do siebie nie pasowały.
225
Ktoś zadzwonił do drzwi. Hanna jęknęła, zsunęła się z kanapy.
Nawet nie poprawiła swojego podkoszulka moro na ramiączkach,
który zupełnie się przekręcił i odsłaniał jej piersi. Otworzyła
drewniane drzwi i natychmiast je zatrzasnęła.
A niech to. To ten gliniarz, Chłopak Kwietnia. To znaczy
Darren Wilden.
— Otwórz, Hanno.
Spojrzała na niego przez judasza. Stał z założonymi rękami,
bardzo poważny, ale miał nieuczesane włosy i chyba nie miał
pistoletu. Poza tym jaki gliniarz pracował od dziesiątej rano w
bezchmurny sobotni poranek?
Spojrzała do lustra po przeciwnej stronie pokoju. Jezu.
Poduszka odgnieciona na twarzy? Ależ tak. Zapuchnięte oczy,
usta krzyczące o błyszczyk? No pewnie. Szybko przetarła twarz,
związała włosy w kucyk i założyła okrągłe okulary
przeciwsłoneczne Chanel. Otworzyła drzwi na oścież.
— Hej — powiedziała radośnie. — Jak się pan miewa?
— Mama w domu? — zapytał.
— Nie — odpowiedziała Hanna zalotnie. — Nie wróci do
południa.
Wilden wydął usta. Wyglądał na zestresowanego. Hanna
zauważyła, że nad brwią ma malutki, przezroczysty plaster.
— Dostałeś od dziewczyny? — zapytała, wskazując palcem.
— Nie... — Wilden dotknął plastra. — Uderzyłem się o
szafkę, kiedy myłem twarz. — Przewrócił oczami. — Rano nie
jestem zbyt zręczny.
Hanna uśmiechnęła się.
226
— Witamy w klubie. Ja wczoraj wywaliłam się na tyłek. Jak
ostatnia idiotka.
Wilden przybrał nagle poważny wyraz twarzy.
— A samochód ukradłaś przedtem czy potem? Hanna stanęła
jak wryta.
-Co?
Dlaczego Wilden patrzył na nią tak, jakby była dzieckiem
kosmitów.
— Anonimowy informator zawiadomił nas, że ukradłaś
samochód — powiedział powoli.
Hanna otworzyła usta.
— Co zrobiłam?
— Czarne BMW. Należące do pana Edwina Ackarda.
Wjechałaś nim w przydrożny słup? Po wypiciu butelki wódki?
Przypominasz to sobie?
Hanna uniosła okulary na czoło. Zaraz, to się naprawdę
wydarzyło?
— Wczoraj nie piłam — skłamała.
— W samochodzie, na podłodze obok siedzenia kierowcy
znaleźliśmy pustą butelkę. Więc ktoś na pewno pił.
— Ale...
— Muszę cię zabrać na posterunek — przerwał jej Wilden
rozczarowanym tonem.
— Nie ukradłam go — powiedziała Hanna piskliwie. — Sean,
jego syn, powiedział, że mogę nim pojeździć.
Wilden uniósł brwi.
— Więc przyznajesz się, że go prowadziłaś?
— Ja... — zaczęła Hanna. Ch o lera. Cofnęła się o krok. —
Ale mamy nie ma w domu. Nie będzie wiedziała, gdzie jestem.
227
Łzy cisnęły jej się do oczu, choć bardzo się tego wstydziła.
Odwróciła się, rozpaczliwie próbując pozbierać się do kupy.
Wilden kołysał się z prawa na lewo. Nie wiedział, co zrobić z
rękami. Najpierw włożył je do kieszeni, potem gestykulował,
wreszcie założył je na piersi.
— Zadzwonimy do twojej mamy z posterunku, dobrze? Nie
skuję cię. I możesz jechać na siedzeniu dla pasażera.
Podszedł do samochodu i otworzył jej drzwi.
Godzinę później siedziała na posterunku, na tym samym
żółtym krześle z plastiku i oglądała ten sam plakat. Próbowała nie
płakać. Zrobiono jej badanie krwi, żeby sprawdzić, czy nadal jest
pijana. Nie była pewna, czy alkohol zostaje w organizmie tak
długo. Teraz Wilden schylił się nad tym samym biurkiem, na
którym stał pojemnik z długopisami i sprężyna do zabawy.
Uszczypnęła się w dłoń i przełknęła ślinę.
Niestety, wydarzenia poprzedniej nocy zupełnie mieszały jej
się w głowie. Porsche, jeleń, poduszka powietrzna. Czy Sean
naprawdę pozwolił jej pojeździć autem? Chyba nie. Ostatnie, co
pamiętała, to jego przemówienie o szacunku do siebie samej,
wygłoszone tuż przed tym, jak porzucił ją w lesie.
— Hej, byłaś może wczoraj na bitwie rockowej w
Swarthmore?
Chłopak w wieku studenckim z modną fryzurą i zrośniętymi
brwiami siedział obok niej. Miał na sobie podartą flanelową
koszulę i poplamione farbą dżinsy. Był boso i miał skute ręce.
— Nie — odparła Hanna.
Nachylił się do niej i poczuła jego cuchnący piwem oddech.
228
— Aha, a myślałem, że cię tam widziałem. Ja byłem i wypiłem
odrobinę za dużo, a potem zacząłem terroryzować czyjeś krowy.
Dlatego tu jestem! Popełniłem wykroczenie!
— Ale ci fajnie — rzuciła Hanna lodowatym tonem.
— Jak ci na imię? — zadzwonił kajdankami.
— Hm, Angelina. — Nie miała zamiaru podać prawdziwego
imienia.
— Cześć, Angelino. Jestem Brad!
Hanna rozciągnęła usta w uśmiechu. Ale beznadziejna
odzywka.
Wtedy drzwi komisariatu się otwarły. Hanna przywarła do
oparcia fotela i uniosła okulary na czoło. Świetnie. Przyszła
mama.
— Przyjechałam tak szybko, jak mogłam — powiedziała pani
Marin do Wildena.
Tego ranka pani Marin miała na sobie prosty T-shirt, dżinsy
biodrówki, sandałki od Gucciego i takie same okulary Chanel jak
Hanna. Miała promienną cerę — cały ranek spędziła w spa — a
swoje złotorude włosy związała w kucyk. Hanna przyjrzała jej się
badawczo. Wypchała sobie stanik? Jej piersi wyglądały tak,
jakby je od kogoś pożyczyła.
— Porozmawiam z nią — powiedziała pani Marin do Wildena
cicho.
Potem podeszła do Hanny. Pachniała maseczką z alg. Hannie
wydawało się, że wydziela tylko zapach wódki i wafelków
czekoladowych. Chciała się zapaść pod ziemię.
— Przepraszam — powiedziała.
— Zrobili ci badanie krwi? — syknęła mama. Hanna pokiwała
głową.
— Co jeszcze im powiedziałaś?
229
— N-n-nic — wyjąkała.
Pani Marin złożyła swoje zadbane dłonie.
— Dobra, załatwię to, tylko siedź cicho.
— Co zrobisz? — wyszeptała Hanna. — Zadzwonisz do taty
Seana?
— Powiedziałam, że to załatwię.
Mama wstała z żółtego krzesła i nachyliła się nad biurkiem
Wildena. Hanna przetrząsnęła torebkę w poszukiwaniu paczki
cukierków. Miała tylko kilka, na wszelki wypadek, nie całą
paczkę. Musiały gdzieś tu być.
Wyjęła cukierki i usłyszała dźwięk telefonu. A może to Sean
awanturuje się na poczcie głosowej? Albo Mona? Gdzie ona się,
do diabła, podziewa? Pozwolili jej pojechać na turniej golfa? Nie
ukradła samochodu, ale przecież wsiadła do niego. To chyba też
się liczyło.
Telefon pokazywał, że nie odebrała kilku połączeń. Sean
dzwonił... sześć razy. Mona dwa, o ósmej i trzy po ósmej. Dostała
też kilka SMS-ów. Napisało do niej parę osób z imprezy, bez
związku z całą sprawą. Jednego numeru nie rozpoznawała.
Poczuła skurcz żołądka.
Hanno, pamiętasz zieloną szczoteczkę Kate? Tak mi się
zdawało!
A.
Hanna nie wierzyła własnym oczom. Poczuła na karku krople
zimnego potu. Kręciło jej się w głowie. Szczoteczkę Kate?
-Be z jaj — powiedziała trzęsącym się głosem, próbując się
roześmiać.
Spojrzała w stronę mamy, która nadal rozmawiała z
Wildenem, oparta o jego biurko.
230
Kiedy była w Annapolis i tata praktycznie nazwał ją świnią,
Hanna wstała od stołu i wbiegła do domu. Zamknęła się w
łazience i usiadła na sedesie.
Wzięła głęboki oddech, próbując się uspokoić. Czemu nie
mogła być piękna i zgrabna jak Ali czy Kate? Czemu musiała być
tłusta, niezdarna i beznadziejna? Nie wiedziała nawet, na kogo
się tak naprawdę wkurzyła - na tatę, na Kate, na siebie... a może
na Alison?
Kiedy łykała gorące, gniewne łzy, zauważyła trzy oprawione
zdjęcia na ścianie łazienki. Wszystkie trzy pokazywały zbliżenie
czyichś oczu. Od razu rozpoznała nieco zezujące, pełne wyrazu
oczy taty. Drugie zdjęcie pokazywało małe oczy Isabel w
kształcie migdałów. Oczy na trzecim były olbrzymie,
hipnotyzujące, jakby wycięte z reklamy tuszu do rzęs Chanel.
Oczywiście należały do Kate.
Wszyscy ją obserwowali.
Hanna spojrzała do lustra. Z zewnątrz dobiegał śmiech. Czuła,
że zaraz pęknie od popcornu, który zjadła na oczach wszystkich.
Poczuła mdłości i chciała to wszystko natychmiast z siebie
wyrzucić, ale kiedy nachyliła się nad sedesem, nic się nie działo.
Po policzkach płynęły jej łzy. Kiedy sięgnęła po chusteczkę,
zauważyła zieloną szczoteczkę do zębów w porcelanowym
kubku. Wpadła na pomysł.
Dziesięć minut zbierała się, żeby włożyć ją sobie do gardła.
Kiedy wreszcie to zrobiła, poczuła się zarazem gorzej i lepiej.
Zaczęła jeszcze bardziej płakać, ale chciała to zrobić jeszcze raz.
Kiedy włożyła szczoteczkę do ust, drzwi do łazienki się
otworzyły.
Stała w nich Alison. Zmierzyła wzrokiem Hannę klęczącą na
podłodze ze szczoteczką w ręku.
— Nieźle — powiedziała.
231
— Proszę, idź sobie — wyszeptała Hanna. Alison weszła do
łazienki.
— Chcesz o tym pogadać?
Hanna popatrzyła na nią desperacko.
— Przynajmniej zamknij drzwi!
Ali wypełniła polecenie i usiadła na krawędzi wanny.
— Od jak dawna to robisz?
— Co? — Hannie trząsł się podbródek.
Ali zamilkła na chwilę i spojrzała na szczoteczkę. Otworzyła
szeroko oczy. Hanna dopiero teraz zauważyła, że na uchwycie
szczoteczki widniał biały napis: KATE.
Na posterunku zadzwonił telefon i Hanna wróciła do
rzeczywistości. „Pamiętasz zieloną szczoteczkę Kate?" Ktoś
jeszcze wiedział o jej problemach z jedzeniem, a może widział,
jak jedzie na posterunek. Może nawet wiedział o Kate. Ale skąd
mógł wiedzieć o zi elo nej szc zo tec zce ? Wiedziała o tym
tylko jedna osoba.
Hanna wolała wierzyć w to, że gdyby Ali żyła, wspierałaby ją
na każdym kroku na jej nowej drodze. Wciąż wyobrażała sobie te
same sceny. Ali zdumiona jej nowymi dżinsami w rozmiarze
trzydzieści cztery. Ali zachwycona jej nowym błyszczykiem od
Chanel. Ali gratuluje Hannie, że zorganizowała wspaniałe
przyjęcie nad basenem.
Trzęsącymi się dłońmi napisała w odpowiedzi: „Alison, to
ty?".
Hanna podniosła wzrok. Darren Wilden wstał od biurka,
przepraszając mamę Hanny. W ciągu kilku sekund wszyscy
policjanci na posterunku ruszyli do akcji. Z parkingu odjechał
samochód policyjny. Za nim ruszyły trzy kolejne. Telefony
dzwoniły jak oszalałe. Przez salę przebiegło czterech gliniarzy.
232
- Jakaś grubsza sprawa - powiedział Brad, który nadal siedział
obok. Hanna zupełnie o nim zapomniała.
- Skończyły się pączki? - próbowała żartować.
- Coś grubszego - gestykulował skutymi rękami. - Coś o
wiel e grubszego.
233
29
DZIEŃ DOBRY, NIENAWIDZIMY CIĘ
Promienie słońca wpadały przez okno do sypialni Po raz
pierwszy w życiu Spencer obudziło pełne radości ćwierkanie
ptaków, a nie przerażający rmks przebojów techno z lat
dziewięćdziesiątych, który dobiegał z domowej siłowni, gdzie
rano ćwiczył tata. Czuła radość? Nie
Choć zeszłej nocy me wypiła ani kropelki alkoholu bolało ją
całe ciało, miała dreszcze i kaca. Nie spała całą noc to wyjściu
Wrena me mogła się uspokoić. W jego objęciach czuła się...
inaczej. Nigdy wcześniej me czuła czegoś takiego.
A potem ta wiadomość. I przerażająco spokojny wyraz twarzy
Melissy...
Przez całą noc w domku coś skrzypiało i zawodziło. Spencer
nakryła się kołdrą po czubek nosa i trzęsła się ze strachu. Skarciła
sie w myślach za to, że zachowuje si
ę
jak niedojrzała paranoiczka,
ale wcale jej to nie pomogło Rozważyła wszystkie możliwości.
234
Wreszcie wstała i włączyła komputer. Przez kilka godzin
prowadziła poszukiwania w internecie. Najpierw przejrzała
wszystkie strony dla informatyków, próbując dowiedzieć się, jak
namierzyć nadawcę wiadomości. Bezskutecznie. Potem chciała
ustalić, skąd przyszedł pierwszy e-mail. W desperacji modliła się,
żeby trop doprowadził ją do Andrew Campbella.
Znalazła nawet jego blog, ale przejrzała wszystkie wpisy i nie
rzuciło jej się w oczy nic podejrzanego. Dotyczyły głównie
książek, które przeczytał, zawierały trochę kanapowej filozofii i
kilka melancholijnych akapitów o nieodwzajemnionej miłości do
jakiejś nieznanej dziewczyny. Myślała, że Andrew w jakiś
sposób się zdradzi. Jej poszukiwania spełzły na niczym.
Wreszcie wpisała do wyszukiwarki hasło „zaginione osoby" i
dodała „Alison Di Laurentis".
Znalazła tylko informacje sprzed trzech lat - reportaże CNN i
lokalnej gazety, kilka grup poszukujących zaginionych, a także
parę dziwacznych stron, jak choćby ta, na której można było
zobaczyć Ali w różnych fryzurach. Spencer przyjrzała się zdjęciu
Ali z legitymacji szkolnej. Tak dawno nie widziała jej na
fotografii. Czy rozpoznałaby ja, gdyby miała teraz czarne włosy
upięte w kok? Na tym spreparowanym zdjęciu wyglądała
zupełnie inaczej.
Drzwi w domu rodziców zaskrzypiały przeciągle, kiedy je
otwierała. W środku pachniało świeżo zaparzoną kawą. Dziwne,
o tej porze mama zazwyczaj pracowała już w stajni, a tata jeździł
konno albo grał w golfa. Zastanawiała się, co wczoraj zaszło
między Wrenem i Melissą. Modliła się, żeby nie wejść im w
drogę. — Czekaliśmy na ciebie.
235
Spencer podskoczyła. Przy stole w kuchni siedzieli jej rodzice
i Melissa. Mama miała blade, zapadnięte policzki, a tata rumieńce
w kolorze buraka. Zapuchnięte oczy Melissy miały czerwone
obwódki. Nawet psy nie podskakiwały na jej widok, jak zawsze.
Spencer przełknęła ślinę. Tyle znaczą modlitwy.
— Usiądź, proszę — powiedział cicho ojciec.
Spencer odsunęła drewniane krzesło i usiadła obok mamy.
Było tak cicho i spokojnie, że słyszała, jak powoli zaciska jej się
żołądek.
— Nawet nie wiem, co powiedzieć — zaczęła mama
oskarżycielsko. — Jak mogłaś?
Spencer zamarła. Otworzyła usta, ale mama podniosła dłoń.
— Nie udzieliłam ci głosu.
Spencer zamknęła usta i spuściła oczy.
— Naprawdę, wstyd mi, że jesteś naszą córką — powiedział
tata. — Nie tak cię wychowaliśmy.
Spencer skubała skórkę na kciuku i próbowała powstrzymać
drżenie podbródka.
— Co ty sobie wyobrażałaś? To był j e j chłopak. Mieli razem
zamieszkać. Zdajesz sobie sprawę z tego, co zrobiłaś?
— Ja... — zaczęła Spencer.
— Naprawdę nie wiem... — przerwała jej mama. Opuściła
ręce i spuściła wzrok.
— Nie masz jeszcze osiemnastu lat, a to znaczy, że w świetle
prawa to my za ciebie odpowiadamy — powiedział ojciec. —
Jednak gdyby to ode mnie zależało, natychmiast wyrzuciłbym cię
z domu.
— Nie chcę cię więcej widzieć — warknęła Melissa.
236
Spencer zrobiło się słabo. Wydawało jej się, że za chwilę
postawią kubki na stole i powiedzą, że żartowali i wszystko gra.
Ale nie chcieli nawet na nią spojrzeć. W uszach dźwięczały jej
słowa taty: „Wstyd mi, że jesteś naszą córką". Nikt wcześniej tak
do niej nie mówił.
- Jedno jest pewne - ciągnęła mama. - Melissa wprowadza się
do domku. Wyniesiesz wszystkie swoje rzeczy z powrotem do
swojego pokoju. A kiedy w jej domu skończy się remont,
zamienię domek na warsztat garncarski.
Spencer zacisnęła pod stołem pięści, powstrzymując łzy. Nie
chodziło przecież o domek. Tata miał zbudować dla niej regały.
Mama obiecała jej pomóc w wyborze zasłon. Pozwolili jej na
kota i nawet wymyślali dla niego śmieszne imiona. Czuła ich
wsparcie i entuzjazm.
Próbowała dotknąć ramienia mamy.
- Przepraszam...
- Spencer, nawet nie próbuj - mama odsunęła się. Spencer nie
mogła już dłużej powstrzymywać łez, które teraz płynęły jej po
policzkach.
- Zresztą to nie mnie powinnaś przeprosić - dodała mama
cicho.
Spencer spojrzała na Melissę, która pochlipywała na drugim
końcu stołu. Wytarła nos. Choć nienawidziła Melissy z całego
serca, to nie widziała jej w tak żałosnym stanie, od kiedy łan
rzucił ją w liceum. Nie powinna była flirtować z Wrenem, ale
nigdy nie sądziła, że sprawy zajdą tak daleko. Próbowała
postawić się w sytuacji Melissy. Gdyby to ona spotkała Wrena
jako pierwsza, a Melissa się z nim całowała, też czułaby się
zdruzgotana. Ogarnęło ją współczucie.
- Przepraszam - wyszeptała.
237
— Obyś smażyła się w piekle — rzuciła Melissa. Spencer tak
mocno zagryzła wargi, że poczuła w ustach krew.
— Wynieś swoje rzeczy z domku — westchnęła mama. — A
potem zejdź nam z oczu.
Spencer otworzyła szeroko oczy.
— Ale... — pisnęła. Tata wbił w nią wzrok.
— To obrzydliwe — powiedziała cicho mama.
— Jesteś dziwką — dorzuciła Melissa.
Spencer pokiwała głową. Może jak przyzna im rację, to
przestaną. Chciała się skurczyć do rozmiarów małej piłki, a
potem zniknąć. Zamiast tego mruknęła tylko:
— Już idę.
— Świetnie — powiedział tata, napił się kawy i wstał od stołu.
Melissa jęknęła cicho i odsunęła swoje krzesło. Pochlipując,
poszła do swojego pokoju i zatrzasnęła drzwi.
— Wren wyjechał wczoraj w nocy — powiedziała pani
Hastings, stając w drzwiach. — Już nigdy się z nim nie spotkamy.
A jeśli zostało ci choć trochę oleju w głowie, nigdy o nim nie
wspomnisz.
— Oczywiście — wyszeptała Spencer i położyła głowę na
dębowym blacie stołu.
— To dobrze.
Spencer przycisnęła głowę do stołu i zrobiła kilka
relaksujących oddechów, których nauczyła się, ćwicząc jogę.
Miała nadzieję, że ktoś zaraz przyjdzie i powie jej, że wszystko w
porządku. Ale nikt się nie zjawiał. W oddali usłyszała syrenę
karetki. Wydawało jej się, że jedzie w kierunku ich domu.
238
Spencer wyprostowała się. O B o ż e. A jeśli Melissa... Jeśli
coś sobie zrobiła? Nie, to niemożliwe. Syrena wyła coraz
głośniej. Spencer odsunęła gwałtownie krzesło.
Cholera. Co ona zrobiła?
- Melissa! - zawołała, biegnąc po schodach.
- Dziwka! - usłyszała w odpowiedzi. - Pieprzona dziwka!
Spencer zatrzymała się i oparła o poręcz. W porządku.
Więc jednak Melissie nic się nie stało.
239
30
DO MIASTA WRÓCIŁ CYRK
Emily wracała od Arii, jadąc tak szybko, że prawie wjechała w
mężczyznę, który biegł poboczem. — Jak jedziesz! — krzyknął.
Kiedy przejechała obok sąsiada wyprowadzającego na spacer
dwa wielkie owczarki, podjęła decyzję. Musiała pogadać z Mayą.
Tylko to mogła zrobić. Może Maya nie miała złych intencji.
Chciała tylko oddać Emily list, o którym usłyszała zeszłej nocy.
Może Maya chciała jej o nim powiedzieć już wczoraj, a z
jakiegoś powodu tego nie zrobiła. A może A. to tak naprawdę
M.?
Zresztą poza listem miały jeszcze parę spraw do wyjaśnienia.
Choćby to, co stało się w czasie imprezy. Emily zamknęła oczy i
próbowała sobie wszystko przypomnieć. Wciąż czuła na sobie jej
miękkie usta i zapach gumy bananowej. Otworzyła oczy i
skręciła, żeby nie wpaść na krawężnik.
Tak, z pewnością musiały to sobie wyjaśnić. Ale co właściwie
chciała powiedzieć Mai?
240
„Podobało mi się".
Nie. Tego by oczywiście nie powiedziała. Powiedziałaby:
„Powinnyśmy zostać przyjaciółkami". Przecież i tak miała
zamiar wrócić do Bena. Jeśli on się zgodzi. Chciała cofnąć czas,
wrócić do momentu, kiedy była zadowolona z życia, a rodzice
byli z niej zadowoleni. Do Emily, która martwiła się tylko swoim
kraulem i zadaniem z algebry.
Przejechała obok parku Myera, gdzie z Ali huśtały się go-
dzinami na huśtawce. Próbowały odpychać się od ziemi mia-
rowo, a kiedy łapały równowagę, Ali zawsze krzyczała: „Wzię-
łyśmy ślub!". Wtedy piszczały i jednocześnie zeskakiwały.
A jeśli to nie Maya zostawiła list w szprychach koła? Kiedy
Emily zapytała Arię, czy Ali opowiedziała wszystkim jej sekret,
Aria odparła: „Ostatnio?". Czemu coś takiego powiedziała?
Chyba że... chyba że Aria o czymś wiedziała. Chyba że Ali
wróciła.
Czy to możliwe?
Emily przejechała przez rozsypany żwir. To szaleństwo. Jej
mama nadal wysyłała pani Di Laurentis pocztówki z wakacji.
Gdyby Ali wróciła, wiedziałaby o wszystkim. Kiedy Ali
zniknęła, mówili o tym w wiadomościach dwadzieścia cztery
godziny na dobę. Rodzice codziennie przy śniadaniu oglądali
wiadomości CNN. A o tej historii na pewno trąbiliby w mediach.
Na samą myśl o tym serce biło jej szybciej. Przez rok po
zniknięciu Ali każdego wieczoru Emily pytała swoją magiczną
kulę, czy jej przyjaciółka wróci. Choć czasem kula odpowiadała:
„Poczekaj, to się przekonasz", to nigdy nie odpowiedziała: „Nie".
Zakładała się też sama z sobą. „Jeśli dziś w szkolnym autobusie
spotkam dwie osoby w czerwonym T-shircie, to znaczy, że Ali
nic się nie stało". „Jeśli
241
na obiad podadzą pizzę, Ali żyje". „Jeśli na treningu będziemy
ćwiczyć skoki i zwroty, Ali wróci". Te małe magiczne czynności
utwierdzały ją zazwyczaj w przekonaniu, że wkrótce znowu
zobaczy Ali. Może to już.
Wjechała pod górę i skręciła, o mało co nie wpadając na znak
prowadzący w stronę pomnika wojny secesyjnej. Jeśli Ali
wróciła, czy miało to jakiś wpływ na jej przyjaźń z Mayą? Chyba
nie da się mieć dwóch najlepszych przyjaciółek... do których
czuła prawie to samo. Ciekawe, czy Ali polubiłaby Mayę. A
jeśliby się znienawidziły?
„Podobało mi się".
„Powinnyśmy zostać przyjaciółkami".
Przejechała obok pięknych domów farmerów, rozpadających
się kamiennych chat i zaparkowanych na poboczu samochodów
dostawczych należących do ogrodników. Właśnie tą drogą
jeździła kiedyś do domu Ali. Ostatni raz przemierzyła ją w dniu,
w którym ją pocałowała. Nie planowała tego wcześniej. Coś ją
naszło pod wpływem chwilowego nastroju. Nigdy nie zapomni
miękkości ust Ali i zdumienia na jej twarzy.
— Czemu to zrobiłaś? — zapytała.
Nagle za jej plecami zawyła syrena. Ledwo zdążyła zjechać na
pobocze, kiedy obok pędem przejechała karetka. Podmuch
powietrza uniósł w górę kłąb pyłu. Przetarła oczy i gapiła się na
karetkę, która wjechała pod górę i zatrzymała się na ulicy, na
której mieszkała Alison.
A teraz skręciła. Emily obleciał strach. Ulica Ali to teraz...
ulica Mai. Ścisnęła mocniej kierownicę roweru.
W całym tym zamieszaniu zapomniała o tajemnicy, którą
wczoraj powierzyła jej Maya. Samookaleczenie.
242
Szpital. Wielka, zakrzywiona blizna. „Czasem czuję, że
muszę", powiedziała Maya.
— O Boże — wyszeptała Emily.
Jechała na złamanie karku i na zakręcie wpadła w poślizg.
„Jeśli syrena zamilknie, kiedy minę zakręt - pomyślała — Mai nic
nie będzie".
Ale karetka zatrzymała się pod domem Mai. Syreny nadal
wyły. Wszędzie stały samochody policyjne.
— Nie — wyszeptała Emily.
Ubrani na biało pielęgniarze wysiedli z karetki i wbiegli do
domu. Na podwórku kręcił się tłum ludzi, niektórzy z kamerami.
Emily zostawiła rower na chodniku i pobiegła w kierunku domu.
— Emily!
Maya wybiegła z tłumu. Emily odetchnęła z ulgą i objęła ją.
Po policzkach płynęły jej łzy.
— Nic ci się nie stało? - łkała Emily. - Bałam się, że...
— Wszystko w porządku - uspokoiła ją Maya.
Mimo to w jej głosie pobrzmiewało przerażenie. Emily
cofnęła się. Maya miała czerwone oczy i mocno zaciśnięte usta.
— Co się stało? - zapytała Emily. - Co jest grane?
— Znaleźli twoją przyjaciółkę - Maya głośno przełknęła ślinę.
-Co?
Emily gapiła się na nią, a potem na scenę rozgrywającą się na
trawniku przed domem. Wyglądała dziwnie znajomo: karetka,
samochody policyjne, tłum ludzi i kamery telewizyjne. Nad nimi
unosił się helikopter z dziennikarzami z wiadomości. Tak samo to
wyglądało trzy lata wcześniej, kiedy zaginęła Ali.
243
Emily wypuściła Mayę z uścisku i uśmiechnęła się z
niedowierzaniem. Miała rację!
Alison siedziała w swoim domu jakby nigdy nic.
— Wiedziałam! — wyszeptała. Maya wzięła Emily za rękę.
— Rozkopywaliśmy teren pod kort tenisowy. Mama to
widziała. Zobaczyła... ją. Z pokoju usłyszałam jej krzyk.
Emily puściła jej dłoń.
— Co takiego?
— Chciałam do ciebie zadzwonić — dodała Maya.
Emily zmarszczyła brwi i patrzyła na Mayę. Popatrzyła na
oddział dwudziestu policjantów, a potem na panią St. Germain
płaczącą przy huśtawce zrobionej z opony. Na taśmę z napisem
NIE MA PRZEJŚCIA okalającą całe podwórko. A potem na
furgonetkę stojącą przed domem. Widniał na niej napis
KOSTNICA ROSEWOOD. Musiała to przeczytać sześć razy,
żeby zrozumieć. Serce waliło jej jak młotem i nagle zabrakło jej
tchu.
— Nie... Nie rozumiem — wykrztusiła wreszcie, robiąc
kolejny krok w tył. — Kogo znaleźli?
Maya spojrzała na nią ze współczuciem. W jej oczach lśniły
łzy.
— Twoją przyjaciółkę Alison — wyszeptała. — Znaleźli jej
ciało.
244
31
PIEKŁO TO NAPRAWDĘ INNI
Byron Montgomery pociągnął spory łyk kawy i trzęsącymi się
dłońmi zapalił fajkę.
- Znaleźli ją, kiedy wykopywali płytę betonową w ogródku Di
Laurentisów, gdzie miał stanąć kort tenisowy.
- Leżała pod nią - powiedziała podekscytowana Ella. -Poznali
ciało po pierścionku. Ale robią jeszcze badania DNA, żeby to
potwierdzić.
Aria czuła się tak, jakby ktoś wbił jej pięść w brzuch.
Przypomniała sobie pierścionek Ali z białego złota. Miał jej
inicjały. Rodzice kupili jej go u Tiffany'ego po operacji wycięcia
migdałków. Ali nosiła go zazwyczaj na małym palcu.
- Czemu robią badania DNA? - zapytał Mike. - Ciało się
rozłożyło?
- Michelangelo! - Byron zmarszczył brwi. - Licz się ze
słowami w obecności siostry.
245
Mike wzruszył ramionami i włożył do ust kawałek gumy
rozpuszczalnej o smaku zielonego jabłuszka. Aria siedziała
naprzeciwko niego. Po policzkach ciekły jej łzy. Bezwiednie
skubała koniuszek ratanowej maty. Była druga po południu, a oni
siedzieli przy stole w kuchni.
— Jakoś to przeżyję — powiedziała Aria przez ściśnięte
gardło. — No więc ciało się rozłożyło?
Rodzice popatrzyli na siebie.
— No cóż, tak - powiedział jej ojciec, drapiąc się w klatkę
piersiową przez małą dziurę w koszuli. - Ciała rozkładają się dość
szybko.
— Ohyda — wyszeptał Mike.
Aria zamknęła oczy. Alison nie żyła. Jej ciało zgniło. Ktoś ją
najprawdopodobniej zabił.
— Kochanie — powiedziała cicho Ella, kładąc dłoń na dłoni
Arii. — Wszystko w porządku?
— Nie wiem — odpowiedziała szeptem Aria, powstrzymując
się od szlochu.
— Chcesz coś na uspokojenie? — zapytał Byron. Aria
pokręciła głową.
— Ja chcę — powiedział szybko Mike.
Aria nerwowo obgryzała paznokieć kciuka. Czuła, jak falami
ogarnia ją ciepło, a potem zimno. Nie wiedziała, co zrobić, co o
tym wszystkim myśleć. Jej nastrój mógł poprawić chyba tylko
Ezra. Mogłaby mu wyjaśnić to, co właśnie czuła. Na pewno
pozwoliłby jej położyć się na swojej dżinsowej kołdrze i płakać.
Odsunęła krzesło i ruszyła do swojego pokoju. Byron i Ella
spojrzeli na siebie porozumiewawczo i poszli za nią po krętych
schodach.
— Żabko? - zapytała Ella. - Możemy coś dla ciebie zrobić?
246
Ale Aria nie odpowiedziała. Weszła do swojego pokoju, który
wyglądał jak pobojowisko. Nie sprzątała go od przyjazdu z
Islandii. Nie należała do najporządniejszych dziewczyn na
świecie. Jej ubrania leżały na podłodze w bezładnych stosach. Na
łóżku walały się płyty, cekiny, którymi chciała ozdobić kapelusz,
farby plakatowe, karty do gry, Świnula, szkice Ezry z profilu i
jakieś skłębione nitki. Szukała telefonu, najpierw wokół łóżka,
potem na biurku. Chciała zadzwonić do Ezry. Ale komórka
zniknęła. Nie było jej też w zielonej torbie, którą miała poprzed-
niej nocy na imprezie.
I wtedy sobie przypomniała. Kiedy dostała tego SMS-a,
upuściła telefon, jakby ją parzył. Pewnie zapomniała go zabrać.
Zbiegła w dół po schodach. Rodzice cały czas na nich stali.
- Biorę samochód - rzuciła w przelocie, biorąc kluczyki z
haczyka przy wejściu.
- W porządku - powiedział tata.
- Nie spiesz się - dodała mama.
Ktoś otworzył drzwi domu, w którym mieszkał Ezra, i podparł
je dużą figurką z metalu przedstawiającą teriera. Aria obeszła ją i
znalazła się na klatce schodowej. Zapukała do drzwi Ezry. Tak
samo się czuła, kiedy bardzo chciało jej się sikać. To straszna
tortura, ale wiadomo, że za chwilę się skończy i poczujesz się o
niebo lepiej.
Ezra otworzył drzwi. Kiedy tylko ją zobaczył, próbował je
zatrzasnąć.
247
- Poczekaj - krzyknęła Aria płaczliwym głosem. Ezra odwrócił
się do niej plecami i wszedł do kuchni.
Poszła za nim.
Ezra nagle spojrzał jej w oczy. Miał nieogoloną, zmęczoną
twarz.
- Czego tu szukasz? Aria zagryzła wargi.
- Chciałam cię zobaczyć. Mam wiadomości... - Na komodzie
zobaczyła swój telefon. Wzięła go. - Dzięki. Znalazłeś.
Ezra wbił wzrok w telefon.
- Dostałaś, co chciałaś. Idź już.
- Co się dzieje? - podeszła do niego. - Dostałam wiadomość.
Musiałam...
- Tak? Ja też dostałem pewną wiadomość - przerwał. Odsunął
się od niej. - Naprawdę, Ario, nie mogę... nie mogę na ciebie
patrzeć.
Do oczu napłynęły jej łzy.
- Co się stało? - Aria patrzyła na niego oczami pełnymi łez.
Ezra spuścił wzrok.
- Przeczytałem w twoim telefonie, co masz do powiedzenia na
mój temat.
Aria zmarszczyła brwi. - W moim telefonie?
Ezra podniósł głowę. Rzucił jej gniewne spojrzenie.
- Masz mnie za idiotę? To była tylko gra? Wyzwanie?
- Co ty...?
Ezra oddychał ciężko.
- Wiesz co? Wygrałaś. Fantastyczny żart. Szczęśliwa? To
wynocha.
248
— Nie rozumiem — powiedziała głośno Aria.
Ezra uderzył otwartą dłonią w ścianę. Zrobił to z taką siłą, że
Aria podskoczyła.
— Nie udawaj głupiej! Nie jestem jakimś chłoptasiem, Ario!
Aria zaczęła się trząść.
— Przysięgam na Boga, nie wiem, o czym mówisz. Wyjaśnij
mi to! Mam mętlik w głowie!
Ezra odsunął dłoń od ściany i zaczął chodzić po pokoju.
— Świetnie. Gdy sobie poszłaś, próbowałem zasnąć. Ale
usłyszałem to... pikanie. Wiesz, co to było? — pokazał palcem jej
telefon. — To. Mogłem go wyłączyć, tylko jeśli otworzyłem
klapkę. I zobaczyłem twoje SMS-y.
Aria wytarła łzy. Ezra założył ręce na piersiach.
— Mam je z a c yt o w ać ?
Wtedy Aria wszystko zrozumiała. Jej SMS-y.
— Czekaj! Nie! Nic nie rozumiesz! Ezra cały się trząsł.
— Ko nsu lta cj e z nau czyc i el em? D od at kow y
p u n k t? Pamiętasz?
— Nie, Ezra — wyjąkała Aria. — Nic nie rozumiesz. Świat
wokół wirował. Aria chwyciła się krawędzi stołu.
— Czekam — powiedział Ezra.
— Zabito moją przyjaciółkę — zaczęła. — Właśnie znaleźli
jej ciało.
Znowu otworzyła usta, lecz nie mogła wydobyć słowa. Ezra
stał daleko od niej, za wanną.
— To głupie — powiedziała wreszcie Aria. — Podejdź do
mnie i mnie obejmij.
Ezra założył ręce na piersi i spojrzał w dół. Stał tak przez
chwilę, która Arii wydała się wiecznością.
249
— Naprawdę cię lubiłem - powiedział wreszcie ponurym
głosem.
Aria powstrzymała łkanie.
— Ja też cię lubię, naprawdę... Podeszła do niego. Ezra cofnął
się.
— Nie. Idź sobie stąd.
— Ale...
Ezra zasłonił dłońmi usta.
— Proszę — powiedział z desperacją w głosie. — Prosz ę,
wyjdź.
Aria otworzyła szeroko oczy. Serce zaczęło jej mocno bić. W
głowie włączył się alarm. Wszystko poszło... n ie tak . Nagle coś
kazało jej ugryźć Ezrę w dłoń.
— Co, do cholery — wrzasnął, odskakując od niej. Aria
cofnęła się, zdumiona tym, co zrobiła. Z dłoni
Ezry kapała krew na dywan.
— Oszalałaś! — krzyknął.
Aria dyszała ciężko. Nie mogła wydobyć z siebie ani słowa,
nawet gdyby chciała. Odwróciła się i podbiegła do drzwi. Kiedy
chwyciła za klamkę, nagle coś przeleciało obok jej ucha,
uderzyło w ścianę i wylądowało u jej stóp. Egzemplarz Bytu i
nicości Jeana-Paula Sartre'a. Aria odwróciła się do Ezry,
zszokowana, z otwartymi ustami.
— Wynoś się! — ryknął Ezra.
Aria zatrzasnęła za sobą drzwi. Ile sił w nogach przebiegła
przez trawnik przed domem.
250
32
UPADŁA GWIAZDA
Następnego dnia Spencer stała w oknie w swoim dawnym
pokoju, paliła marlboro i patrzyła na okna pokoju Alison po
drugiej stronie podwórza. W pokoju było ciemno i pusto. Potem
spojrzała na podwórko Di Laurentisów. Migające światła stały
tam, od kiedy ją znaleźli.
Policja oddzieliła taśmą całe podwórze w dawnym domu
Alison, choć już usunęli ciało z ziemi. Kiedy je wyciągali,
postawili wokół wielkie namioty, więc Spencer niczego nie
widziała. Zresztą wcale nie chciała niczego widzieć. To straszne,
że ciało Ali leżało tuż obok i gniło w ziemi przez trzy lata.
Spencer przypomniała sobie, co się stało, zanim Ali zniknęła.
Tamtej nocy robotnicy wykopali dół obok domu Di Laurentisów.
Wiedziała też, że zasypali go po jej zniknięciu, choć nie była
pewna, kiedy. Po prostu ktoś wrzucił tam ciało.
Zgasiła papierosa o ceglaną ścianę domu i wróciła do
czasopisma, które czytała. Od wczorajszej porannej
251
rozmowy nie zamieniła słowa z żadnym z domowników.
Próbowała się uspokoić, metodycznie studiując całe czasopismo i
zaznaczając wszystko, co chciała sobie kupić, naklejkami z
napisem TAK. Ale nie mogła skupić się na oglądaniu
tweedowych marynarek.
Nawet nie mogła porozmawiać o tym z rodzicami. Po
wczorajszej konfrontacji w trakcie śniadania wyszła na zewnątrz,
żeby zobaczyć, czemu tak wyją syreny. Ten dźwięk przyprawiał
ją o ból głowy, od kiedy wydarzyła się sprawa Jenny i od kiedy
zaginęła Ali. Kiedy przechodziła przez trawnik do domu
DiLaurentisów, poczuła coś i odwróciła się. Rodzice też wyszli,
żeby zobaczyć, co się dzieje. Kiedy ją zobaczyli, szybko
odwrócili wzrok. Policjant kazał jej się cofnąć. Wtedy zobaczyła
furgonetkę z kostnicy i usłyszała szum krótkofalówki jednego z
policjantów, a potem imię Alison.
Zrobiło jej się zimno. Świat wokół wirował. Spencer usiadła
na trawie. Ktoś coś do niej mówił, lecz nie rozumiała.
— Jesteś w szoku — usłyszała wreszcie. — Spróbuj się
uspokoić.
Jej pole widzenia tak się zawęziło, że nie wiedziała, kto do niej
mówi. Na pewno nie mama ani tata. Jakiś facet przyniósł jej koc,
okrył ją i powiedział, żeby się ogrzała.
Kiedy na tyle odzyskała siły, żeby wstać, ten, kto jej pomógł,
już sobie poszedł. Jej rodzice też wrócili do domu. Nawet nie
zapytali, jak się czuje.
Resztę soboty i całą niedzielę spędziła w swoim pokoju.
Wychodziła do łazienki tylko wtedy, gdy miała pewność, że
nikogo nie ma w pobliżu. Miała nadzieję, że ktoś przyjdzie i
zapyta ją, jak się ma, ale kiedy usłyszała delikatne
252
pukanie do drzwi po południu, nie odpowiedziała. Nawet nie
wiedziała dlaczego. Usłyszała tylko, jak ktoś wzdycha i schodzi
po schodach.
Pół godziny temu widziała, jak jaguar taty wyjechał z garażu i
skierował się w stronę głównej ulicy. Na siedzeniu dla pasażera
siedziała mama, a Melissa z tyłu. Nie miała pojęcia, dokąd jadą.
Usiadła przed komputerem i otworzyła pierwszy mail od A.,
ten o jej sekretnych pragnieniach. Przeczytała go kilka razy, a
potem napisała odpowiedź: „Alison, to ty?".
Nie od razu kliknęła WYŚLIJ. Może to światła policyjne
mieszały jej w głowie. Martwe dziewczyny nie miały kont
mailowych. Ani nicków na czacie. Spencer musiała się
pozbierać. Ktoś udawał Ali. Ale kto?
Patrzyła na telefon ozdobiony motywem z Mondriana, który
kupiła w muzeum sztuki współczesnej w Filadelfii. Nagle
usłyszała stuknięcie. I kolejne.
S tu k.
Dźwięk dochodził z bliska. Jakby z okna. Spencer podniosła
głowę, kiedy mały kamyk uderzył w szybę. Ktoś rzucał
kamieniami.
A.?
Kiedy kolejny kamyk uderzył w okno, podeszła do niego.
Westchnęła. Na trawniku przed domem stał Wren. Niebieskie i
czerwone światła z samochodów policyjnych oświetlały jego
policzki. Kiedy ją zobaczył, uśmiechnął się szeroko. Pędem
zbiegła na dół, nie dbając o to, że nie ma zrobionej fryzury i ma
na sobie poplamione sosem spodnie od piżamy. Kiedy wyszła,
Wren podbiegł do niej. Objął ją i pocałował w głowę.
253
— Nie powinieneś tu być — szepnęła.
— Wiem — cofnął się o krok. — Ale zauważyłem, że twoich
rodziców nie ma, i...
Wsunęła dłoń w jego miękkie włosy. Wyglądał na wy-
czerpanego. A może poprzedniej nocy musiał spać w swojej
malutkiej toyocie?
— Skąd wiedziałeś, że będę w swoim dawnym pokoju?
Wzruszył ramionami.
— Przeczucie. Wydawało mi się, że widzę twoją twarz w
oknie. Chciałem przyjść wcześniej, ale stało się... to wszystko —
wskazał ręką samochody policyjne i furgonetki stacji
telewizyjnych. — Wszystko w porządku?
— Tak — odparła Spencer. Podniosła głowę i zagryzła
spierzchnięte wargi, powstrzymując łzy. —A u cieb i e?
— U mnie? W porządku.
— Masz gdzie mieszkać?
— Mogę spać u przyjaciela, póki nie znajdę czegoś dla siebie.
Nie ma problemu.
Gdyby tak Spencer mogła nocować na kanapie u jakiejś
przyjaciółki. Nagle zaświtała jej myśl.
— Między tobą i Melissą wszystko skończone? Wren dotknął
dłonią jej twarzy i westchnął.
— Oczywiście — powiedział łagodnie. — To chyba oczy-
wiste. Z Melissą nie było jak...
Przerwał, ale Spencer wiedziała, co chce powiedzieć. „Nie
było jak z tobą". Uśmiechnęła się lekko i położyła mu głowę na
piersi. Słyszała bicie jego serca.
Spojrzała na dom Di Laurentisów. Ktoś postawił na chodniku
mały ołtarzyk dla Alison, z jej zdjęciami i świecami z podobizną
Matki Boskiej. Pośrodku ułożono napis ALI z liter z magnesów.
Spencer położyła przy nim zdjęcie
254
uśmiechniętej Alison w obcisłym, niebieskim T-shircie i
nowych dżinsach. Pamiętała, kiedy je zrobiły. Były w szóstej
klasie, w noc balu karnawałowego. W piątkę szpiegowały
Melissę, kiedy przyjechał po nią łan. Spencer dostała czkawki ze
śmiechu, kiedy Melissą tak bardzo starała się zrobić powalające
wrażenie, że potknęła się na chodniku przed domem, idąc do
tandetnej, wynajętej limuzyny. To było chyba ich ostatnie
wspólne radosne wspomnienie. Wkrótce miała miejsce sprawa
Jenny. Spencer spojrzała na dom Jenny i Toby'ego. Stał pusty jak
zawsze, ale i tak przyprawiał ją o dreszcze.
Kiedy wytarła oczy grzbietem bladej, szczupłej dłoni, powoli
podjechała jedna z furgonetek telewizyjnych. Wyglądał z niej
facet w czerwonej czapeczce. Schowała głowę w ramiona. To nie
był dobry moment, żeby nagrywać materiał o dziewczynie, która
załamuje się nerwowo na miejscu tragedii.
— Idź już — pociągnęła nosem i popatrzyła na Wrena. — Tu
wszystko stoi na głowie. Nawet nie wiem, kiedy wrócą rodzice.
— Dobrze — wziął ją pod brodę. — Zobaczymy się jeszcze?
Spencer próbowała się uśmiechnąć. Wren schylił się i
pocałował ją. Jedną dłoń położył jej na karku, a drugą w dole
pleców, w miejscu, które tak bolało w piątek wieczorem. Spencer
wyrwała się z jego objęć.
— Nawet nie mam twojego numeru.
— Nie martw się — wyszeptał. — Zadzwonię do ciebie.
Spencer stała przez chwilę na krawędzi trawnika i patrzyła, jak
Wren idzie do samochodu. Kiedy odjechał, jej oczy znowu
napełniły się łzami. Gdyby tylko mogła z kimś
255
porozmawiać, z kimś, kto mógł wejść do jej domu. Spojrzała
na ołtarzyk Ali i pomyślała, jak też jej dawne przyjaciółki sobie z
tym radzą.
Kiedy Wren dojechał do końca ulicy, Spencer zauważyła
światła kolejnego samochodu. Zamarła. To rodzice? Widzieli
Wrena?
Światła zbliżyły się. Nagle Spencer zobaczyła, kto to. Niebo
nabrało już koloru ciemnego fioletu, ale i tak rozpoznała Andrew
Campbella po jego długich włosach.
Schowała się za krzewami różanymi. Andrew powoli
podjechał swoim mini cooperem do jej skrzynki na listy, włożył
coś do niej i zamknął. Potem odjechał.
Poczekała, aż odjedzie, podbiegła do skrzynki i otwarła ją.
Andrew zostawił złożoną na czworo kartkę papieru.
Hej, Spencer. Nie wiedziałem, czy odbierasz telefon. Przykro
mi z powodu Alison. Mam nadzieję, że koc ode mnie pomógł ci
wczoraj.
Andrew
Spencer czytała liścik przez całą drogę do domu. Gapiła się na
niedbałe, chłopięce pismo. Ko c? Ja ki ko c ? Wtedy zdała sobie
sprawę, że to An d re w jej pomógł. Zmięła list w dłoni i znowu
zaczęła płakać.
256
33
KWIAT MŁODZIEŻY Z ROSEWOOD
— Policja wznowiła śledztwo w sprawie Alison Di Laurentis i
obecnie przesłuchuje świadków — oznajmił prowadzący
wiadomości o jedenastej. — Państwo Di Laurentis, teraz
mieszkający w Maryland, będą musieli zmierzyć się z czymś, co,
jak im się zdawało, należy już do przeszłości. Ale tym razem
znamy wszystkie odpowiedzi.
„W wiadomościach uwielbiają wielkie dramaty", pomyślała
Hanna ze złością, pakując do ust kolejną garść chipsów. Tylko
spikerzy w telewizji wiedzieli, jak złą wiadomość zamienić w
jeszcze gorszą. Kamera pokazywała — jak to mówili — ołtarzyk
Ali, świece, laleczki, więdnące kwiaty, najpewniej ukradzione z
ogródka sąsiadów, pianki owocowe — ulubione słodycze Ali — i
oczywiście zdjęcia.
Potem kamera pokazała mamę Ali, której Hanna nie widziała
od dawna. Choć miała łzy w oczach, wyglądała świetnie w
modnej fryzurze i dużych kolczykach.
257
— Nabożeństwo za duszę Alison odbędzie się w Rosewood.
To był jedyny dom, jaki znała — powiedziała pani Di Laurentis
mocnym głosem. — Wszystkim, którzy pomagali nam jej szukać
trzy lata temu, z całego serca dziękujemy.
Prowadzący wiadomości znowu pojawił się na ekranie.
— Msza w kościele w Rosewood odbędzie się jutro. Każdy
może wziąć w niej udział.
Hanna wyłączyła telewizor. Rył niedzielny wieczór. Siedziała
na kanapie w salonie, ubrana w łachmaniarski T-shirt i bokserki
od Calvina Kleina, które kiedyś ukradła z szuflady Seana. Długie
brązowe włosy zwisały jej wokół twarzy jak strąki i czuła, że na
czole rośnie jej pryszcz. Na kolanach trzymała olbrzymią miskę z
chipsami, na stole leżała pusta torebka po hamburgerze, a obok
siebie trzymała butelkę pinot noir. Przez cały wieczór próbowała
powstrzymać się przed jedzeniem, ale jej silna wola najwyraźniej
osłabła.
Znowu włączyła telewizor, choć wolałaby z kimś
porozmawiać... O policji, o A., a przede wszystkim o Alison. Na
pewno nie z Seanem, z oczywistych powodów. Mama — która
teraz poszła na randkę — jak zwykle do niczego się nie nadawała.
Po całym tym zamieszaniu na posterunku Wilden powiedział
Hannie i jej mamie, żeby wracały do domu i że zajmą się jej
sprawą później, bo teraz mają na głowie ważniejsze rzeczy. Nie
wiedziały, co się dzieje. Zrozumiały tylko, że chodziło o
morderstwo.
W drodze do domu pani Marin bynajmniej nie nakrzyczała na
Hannę za to, że, wielkie rzeczy, u kr ad ła au to i je źd z iła n i m
p ijan a w szto k. Powiedziała tylko, że to „załatwi". Hanna nie
miała pojęcia, co mama ma na myśli. W zeszłym roku jakiś
gliniarz mówił w telewizji,
258
że w stanie Pensylwania zaostrzono kary dla osób poniżej
dwudziestego pierwszego roku życia, które prowadzą po
pijanemu. Wtedy zainteresowało to Hannę tylko dlatego, że
policjant był przystojny. Teraz jego słowa rozbrzmiewały w jej
głowie jak poważna groźba.
Hanna nie mogła też zaufać Monie, która zresztą nie wróciła
jeszcze z tego turnieju na Florydzie. Rozmawiały krótko przez
telefon i Mona przyznała, że policja do niej dzwoniła i pytała ją o
samochód Seana, ale Mona udawała głupa i powiedziała tylko, że
razem z Hanną całą noc spędziły na imprezie. Suka miała
szczęście. Na kamerach w supermarkecie widać było tylko tył jej
głowy, bo miała przecież tę głupią czapeczkę. Ale to było
wczoraj. Od tego momentu nie rozmawiała z Moną o Alison.
No i jeszcze... A. Jeśli A., to Alison, to znaczy, że już nie
będzie dostawała wiadomości? Przecież policjanci mówili, że
Alison nie żyła od lat...
Sprawdzając program telewizyjny, Hanna czuła, jak od łez
spuchły jej oczy. Chciała zadzwonić do taty. Pewnie w telewizji
w Annapolis też mówili o tej sprawie. A może on do niej
zadzwoni? Podniosła telefon, żeby sprawdzić, czy nadal działa.
Westchnęła. Cały problem polegał na tym, że ani ona, ani
Mona nie miały innych przyjaciółek. Kiedy oglądała
wiadomości, przypomniała sobie o swoich dawnych przy-
jaciółkach. Owszem, zdarzały im się kłótnie, ale też świetnie się
razem bawiły. W równoległym świecie byłyby teraz razem,
wspominając Ali i śmiejąc się przez łzy. W tym świecie już się
nie przyjaźniły.
Ich drogi rozeszły się z wielu powodów. Zresztą źle się
zaczęło dziać jeszcze przed zniknięciem Ali. Na początku,
259
kiedy rozwoziły posiłki w ramach akcji charytatywnej, bawiły
się cudownie. Ale potem, po sprawie Jenny, coś się popsuło. Tak
bardzo się bały, że ktoś odkryje, że maczały w tym palce. Hanna
wpadała w panikę nawet wtedy, gdy jadąc autobusem, widziała
nadjeżdżający z naprzeciwka samochód policyjny. Potem, zimą i
wiosną, przestały o tym rozmawiać. Któraś zawsze mówiła „Ciii"
i w końcu uznały tę sprawę za niebyłą.
Wiadomości się skończyły i zaczęli się Simpsonowie. Hanna
wzięła do ręki telefon. Nadal pamiętała numer do Spencer. Chyba
nie było za późno, żeby zadzwonić. Kiedy wstukała drugą cyfrę,
podniosła nagle głowę, a jej kolczyki od Tiffany'ego zabrzęczały.
Ktoś skrobał w drzwi.
Dot, leżący u jej stóp, podniósł głowę i warknął. Hanna zdjęła
z kolan miskę z chipsami i wstała.
Czy to... A.?
Na trzęsących się nogach weszła do holu. Długie cienie padały
na tylne drzwi, a odgłos skrobania robił się coraz głośniejszy.
— O Boże — wyszeptała z trzęsącym się podbródkiem.
Ktoś chciał wejść!
Hanna rozejrzała się. Na stoliku w holu leżał okrągły przycisk
do papieru. Ważył chyba z dziesięć kilo. Podniosła go w górę i
odeszła od kuchennych drzwi na trzy kroki.
Nagle drzwi się otworzyły. Hanna odskoczyła. Do kuchni
weszła jakaś kobieta. Gustowną szarą plisowaną spódnicę miała
podciągniętą do pasa. Hanna już miała rzucić przyciskiem do
papieru.
I nagle zobaczyła, że to mama.
Mama wpadła na stolik z telefonem, jakby ledwo trzymała się
na nogach ze zmęczenia. Za nią stał jakiś facet
260
i próbował rozpiąć jej spódnicę, jednocześnie ją całując.
Hanna otworzyła szeroko oczy.
Darren Wilden. Chłopak Kwietnia.
Więc to t a k mama „zajmowała" się jej sprawą?
Hanna poczuła, jak ściska się jej żołądek. Pewnie wyglądała
jak wariatka, z przyciskiem do papieru w uniesionej dłoni. Pani
Marin patrzyła na Hannę przez bardzo długą chwilę, choć nawet
na moment nie wyrwała się z objęć Darrena.
Oczy mamy mówiły: „Robię to dla ciebie".
261
34
FAJNIE CIĘ TU SPOTKAĆ
W poniedziałek rano, zamiast iść na biologię, Emily stała obok
swoich rodziców na marmurowej posadzce w wysokiej nawie
kościoła w Rosewood. Nerwowo obciągała czarną plisowaną i
trochę za krótką spódniczkę, którą znalazła na dnie szafy.
Próbowała się uśmiechnąć. W drzwiach stanęła pani Di Laurentis
ubrana w czarną, zapinaną pod szyję suknię i buty na wysokich
obcasach. Na szyi miała perły. Podeszła do Emily i objęła ją.
— Och, Emily — łkała.
— Tak mi przykro — wyszeptała Emily i poczuła w oczach
łzy.
Pani Di Laurentis wciąż używała tych samych perfum Coco
Chanel. W jednej chwili ich zapach przywołał falę wspomnień:
milion wycieczek do centrum handlowego jej samochodem,
podkradanie jej tabletek na odchudzanie i drogich kosmetyków
La Prairie do makijażu, szperanie w jej gigantycznej garderobie i
przymierzanie jej
262
wszystkich, bardzo seksownych sukienek koktajlowych od
Diora w rozmiarze trzydzieści cztery.
Wokół tłoczyło się mnóstwo uczniów liceum szukających
miejsc siedzących w wysokich ławkach. Emily nie wiedziała, jak
będzie wyglądała msza za Alison. W kościele pachniało
kadzidłem i drewnem. Z sufitu zwisały proste, podłużne
żyrandole, ołtarz ustrojono mnóstwem białych tulipanów,
ulubionych kwiatów Alison. Emily przypomniała sobie, jak
Alison z mamą co roku sadziły je przed domem.
Mama Alison wreszcie puściła ją i wytarła oczy.
- Chciałabym, żebyś usiadła z przodu, z innymi przy-
jaciółkami Ali. Dobrze, Kathleen?
Mama Emily skinęła głową.
- Oczywiście.
Emily dźwięczało w uszach każde stuknięcie obcasów pani Di
Laurentis o podłogę. Słyszała też niezdarne szuranie własnych
mokasynów. Nagle Emily zdała sobie sprawę, czemu tu jest. Ali
ni e żył a.
Emily ścisnęła ramię pani Di Laurentis.
- O Roże.
Przed oczami miała mgłę. Usłyszała szum w uszach, który
zapowiadał, że zaraz zemdleje. Pani Di Laurentis podtrzymała ją.
- Wszystko w porządku. Chodź, usiądź tutaj. Emily usiadła w
ławce.
- Włóż głowę między kolana - usłyszała znajomy głos.
- Powiedz to głośniej, bo nie wszyscy chłopcy słyszeli -dodał
inny znajomy głos.
Emily spojrzała w górę. Obok siedziały Aria i Hanna. Aria
miała bawełnianą sukienkę z dekoltem w niebiesko-fioletowe
paski, granatową zamszową kurtkę i kowbojskie
263
buty. Cała ona. Należała do tych, którzy uważali, że w czasie
pogrzebów należy ubierać się kolorowo, żeby uczcić żyjących.
Hanna wybrała kusą, czarną sukienkę i czarne rajstopy.
— Kochanie, możesz tu podejść?
Nad nią stała pani Di Laurentis ze Spencer Hastings ubraną w
ciemny garnitur i baleriny.
— Cześć, dziewczyny — przywitała się Spencer tym słodkim
głosem, za którym Emily tak tęskniła. Usiadła obok Emily.
— Znowu się spotykamy — powiedziała Aria z uśmiechem.
Cisza. Emily spoglądała na nie kątem oka. Aria obracała
srebrny pierścionek, który nosiła na kciuku. Hanna grzebała w
torebce. Spencer siedziała spokojnie, wpatrzona w ołtarz.
— Biedna Ali — wyszeptała Spencer.
Siedziały w ciszy przez kilka minut. Emily próbowała coś
powiedzieć. W uszach znowu usłyszała szum.
W tłumie szukała wzrokiem Mai, ale jej spojrzenie zatrzymało
się na Benie. Siedział w przedostatnim rzędzie pośród innych
pływaków. Emily uniosła dłoń i pomachała do niego. W
porównaniu z tym tutaj skandal na imprezie niewiele znaczył.
Ale Ben nie pomachał do niej. Wbił w nią wzrok i mocno
zacisnął szczęki. Potem odwrócił głowę.
No dobra.
Emily odwróciła się z powrotem. Czuła gniew. Chciała
krzyknąć: „Właśnie znaleziono ciało mojej zamordowanej
przyjaciółki. Poza tym jesteśmy w kościele! Wiesz, co to jest
przebaczenie?".
264
I nagle ją oświeciło. Wcale nie chciała do niego wracać. Ani
trochę.
Aria położyła jej dłoń na udzie.
- Nic ci się nie stało w sobotę rano? Nie wiedziałaś jeszcze
wtedy, prawda?
- Nie, chodziło mi o coś innego, ale już w porządku -skłamała
Emily.
- Spencer - Hanna uniosła głowę. - Widziałam cię ostatnio w
centrum handlowym.
Spencer spojrzała na Hannę. -Co?
- Wchodziłaś... do sklepu Kate Spade. - Hanna spuściła wzrok.
- Nie wiem, czemu się nie przywitałam. Ale to dobrze, że już nie
zamawiasz tych okropnych toreb z Nowego Jorku. - Odwróciła
wzrok i zaczerwieniła się, jakby powiedziała za dużo.
Emily była zdumiona. Od lat nie widziała u Hanny tego
wyrazu twarzy. Spencer uniosła brwi. A potem na jej twarzy
pojawił się wyraz smutnego współczucia. Przełknęła głośno ślinę
i spuściła wzrok.
- Dzięki — wyszeptała.
Ramiona zaczęły jej się trząść i mocno zacisnęła powieki.
Emily czuła, jak ściska się jej gardło. Nigdy nie widziała
płaczącej Spencer. Aria położyła dłoń na ramieniu Spencer.
- Już w porządku — powiedziała.
- Przepraszam - powiedziała Spencer, wycierając oczy
mankietem. — Ja tylko...
Popatrzyła na nie wszystkie i zaczęła jeszcze bardziej
płakać.
265
Emily objęła ją. Czuła się nieswojo, ale kiedy Spencer ścisnęła
jej dłoń, wiedziała, że właśnie to było jej potrzebne.
Kiedy usiadły, Hanna wyjęła z torebki małą srebrną
piersiówkę i podała Emily, żeby ta przekazała Spencer.
— Proszę — szepnęła.
Spencer nawet nie zapytała, co to jest, ani nie powąchała.
Wypiła wielki łyk. Skrzywiła się i powiedziała:
— Dzięki.
Podała piersiówkę z powrotem Hannie, która napiła się i
przekazała Emily. Ta wypiła i poczuła pieczenie w klatce
piersiowej. Podała alkohol Arii, ale ta, zanim się napiła,
pociągnęła Spencer za rękaw.
— To ci też poprawi nastrój.
Aria odciągnęła dekolt sukienki i pokazała ramiącz-ko
białego, zrobionego na drutach stanika. Emily natychmiast go
rozpoznała. W siódmej klasie Aria zrobiła dla nich wszystkich
staniki na drutach.
— Włożyłam go przez wzgląd na stare dobre czasy. Gryzie jak
cholera.
— O Boże — Spencer nie mogła powstrzymać śmiechu.
— Ale z ciebie wariatka — dodała Hanna z uśmiechem.
— Ja nie mogłabym włożyć mojego — włączyła się Emily. —
Mama uważa, że nawet w szkole wyglądałabym zbyt
prowokacyjnie!
— Jasne! — zachichotała Spencer. — Nic bardziej nie
podnieca niż dziewczyna drapiąca się przez cały dzień po
cyckach.
Dziewczyny parsknęły śmiechem. Nagle zadźwięczał telefon
Arii. Sięgnęła do torebki i sprawdziła, kto dzwoni.
— Co? — Aria poczuła na sobie wzrok wszystkich.
266
Hanna obracała w palcach zapięcie bransoletki.
- Dostałaś SMS-a?
- Tak, i co z tego?
- Od kogo?
- Od mamy - odparła Aria powoli. - A co?
W kościele rozległa się muzyka organowa. Słyszały tylko
szuranie butów na posadzce. Spencer popatrzyła nerwowo na
Emily. Emily czuła bicie swojego serca.
- Nieważne - powiedziała Hanna. - Nie powinnam się wtrącać.
Aria oblizała usta.
- Zaraz. Serio. Dlaczego?
Hanna poczuła, jak zaciska się jej gardło.
- Bo... Bo może wam też ostatnio przytrafiło się coś
dziwnego.
Aria otworzyła szeroko usta.
- Dziwnego to mało powiedziane. Emily skrzyżowała
ramiona.
- Czekajcie, wam też? - wyszeptała Spencer. Hanna pokiwała
głową.
- SMS-y?
- I maile - dodała Spencer.
- O... O tym, co się działo w siódmej klasie? - wyszeptała Aria.
- Mówicie po ważn i e ? - piskliwie zapytała Emily.
Dziewczyny gapiły się na siebie. Ale zanim któraś zdążyła coś
powiedzieć, w kościele znowu rozbrzmiały dźwięki organów.
Emily odwróciła się. Kilka osób podeszło do przodu w
środkowej nawie. Mama i tata Ali, jej brat, dziadkowie i
członkowie rodziny. Na końcu szło dwóch rudych
267
chłopców. Emily poznała kuzynów Ali, Sama i Russella.
Odwiedzali Ali każdego lata. Emily nie widziała ich przez kilka
lat i zastanawiała się, czy nadal są tak łatwowierni.
Rodzina Ali usiadła w pierwszej ławce i czekała na ostatnie
akordy muzyki.
Kiedy Emily na nich patrzyła, zauważyła, że ktoś się porusza.
Jeden z rudzielców, ten z pryszczami, gapił się na nie. Emily była
prawie pewna, że to Sam, ten bardziej odjechany. Patrzył na
dziewczyny, a potem powoli, zalotnie uniósł brew. Emily szybko
odwróciła wzrok.
Hanna dała jej kuksańca w żebra.
— Nie ma mowy — szepnęła.
Emily spojrzała na nią zdziwiona, ale Hanna skierowała wzrok
na kuzynów Ali. Wszystkie w jednym momencie powiedziały:
— Nie ma mowy.
Zachichotały. Emily zastanawiała się, co to ma znaczyć.
Nigdy wcześniej się nad tym nie zastanawiała, ale teraz wydało
jej się to dość złośliwe. Kiedy spojrzała na dziewczyny, żadna już
się nie śmiała. Patrzyły tylko na siebie znacząco.
— Wtedy bardziej mnie to bawiło — powiedziała cicho
Hanna.
Emily poprawiła się na siedzeniu. Może Ali nie wiedziała
wszystkiego. Może to najgorszy dzień w jej życiu. Czuła się
zdruzgotana wieściami o Ali i przerażona historią z A. Jednak
przez chwilę poczuła się swobodnie. Kiedy tak siedziała z
dawnymi przyjaciółkami, poczuła, że coś się znowu zaczyna.
268
35
TYLKO POCZEKAJCIE
Ponura muzyka organowa znowu się rozległa. Rrat Ali z całą
jej rodziną wyszli z kościoła. Spencer, wstawiona po kilku
łyczkach whisky, zauważyła, że jej trzy przyjaciółki wstały i
wychodzą z ławki. Dołączyła do nich.
W zakrystii kościoła zgromadzili się wszyscy, nawet chłopcy
z drużyny lacrosse'a i fani gier wideo, z których Ali na pewno
nabijała się w siódmej klasie. Stary pan Yew - kierujący akcją
charytatywną, podczas której się poznały — stał w rogu i
rozmawiał z panem Kapłanem, nauczycielem plastyki. Nawet
starsze koleżanki Ali z drużyny hokejowej przyjechały z miast, w
których teraz studiowały. Stały w grupie obok drzwi. Spencer
popatrzyła na znajome twarze ludzi, z którymi już nic jej nie
łączyło. I nagle zobaczyła psa. Psa przewodnika. O Bo że .
Chwyciła Arię za ramię. - Przy wyjściu — syknęła.
269
— Czy to...
— Jenna — powiedziała Hanna pod nosem.
— I Toby — dodała Spencer.
Spencer odjęło mowę. Wyglądali tak samo, a jednak inaczej.
On miał teraz długie włosy, a ona wyglądała... po prostu
niesamowicie. Miała długie, czarne włosy i okulary
przeciwsłoneczne od Gucciego.
Toby zauważył, że Spencer ich obserwuje. Na jego twarzy
pojawił się wyraz pogardy. Spencer szybko odwróciła wzrok.
— Nie wierzę, że tu przyszedł — wyszeptała tak cicho, że
dziewczyny jej nie usłyszały.
Kiedy podeszły do ciężkich drewnianych drzwi prowadzących
na kamienne schody do kościoła, Toby'ego i Jenny już nie było.
Spencer spojrzała w górę na idealnie błękitne niebo oświetlone
przez słońce. To był jeden z tych wspaniałych dni wczesną
jesienią, kiedy chce się iść na wagary, leżeć na łące i myśleć tylko
o przyjemnościach. Dlaczego zawsze właśnie w takie dni działo
się coś strasznego?
Ktoś dotknął jej ramienia. Spencer podskoczyła. Za nią stał
dobrze zbudowany, jasnowłosy policjant. Gestem przywołała
Hannę, Arię i Emily.
— Spencer Hastings to ty? — zapytał. Pokiwała głową.
— Współczuję z powodu straty — złożył dłonie. — Przy-
jaźniłaś się blisko z panną Di Laurentis?
-Tak.
— Będę musiał z tobą o tym porozmawiać. — Sięgnął do
kieszeni. — Oto moja wizytówka. Wznawiamy śledztwo. Może
będziesz mogła nam pomóc. Mogę wrócić za kilka dni?
— Jasne — wyjąkała Spencer. — Postaram się pomóc.
270
Jak zombie powlokła się pod wierzbę płaczącą, gdzie
zgromadziły się jej dawne przyjaciółki.
- Czego chciał? - zapytała Aria.
- Ze mną też chcą porozmawiać - powiedziała szybko Emily. -
To chyba nic poważnego?
- Pewnie to, co przedtem - rzekła Hanna.
- Chyba nie zastanawia się nad tym, czy... - zaczęła Aria.
Patrzyła nerwowo na drzwi do kościoła, gdzie przedtem stali
Toby, Jenna i pies.
- Nie - rzuciła Emily. - Chyba nie będą nas teraz ścigać z tego
powodu?
Spojrzały na siebie zmartwione.
- Oczywiście, że nie - powiedziała wreszcie Hanna.
Spencer spojrzała na ludzi rozmawiających przed kościołem.
Na widok Toby'ego poczuła mdłości. Jenny nie widziała od czasu
wypadku. Ale chyba tylko przez przypadek ten gliniarz podszedł
do niej zaraz po tym, jak ich zobaczyła? Spencer szybko wyjęła
dyżurnego papierosa i zapaliła. Musiała czymś zająć ręce.
„Powiem wszystkim o sprawie Jenny". „Jesteś tak samo winna
jak ja". „Ale mn ie nikt nie widział".
Spencer oddychała nerwowo i badawczo przyglądała się
ludziom. „Nie było dowodów". Cześć pieśni. Chyba że...
- To był najgorszy tydzień mojego życia - powiedziała nagle
Aria.
- Mojego też - pokiwała głową Hanna.
- Spójrzmy na to optymistycznie - powiedziała Emily
wysokim, nerwowym głosem. - Gorzej już być nie może.
Kiedy w kondukcie szły na parking, Spencer nagle się
zatrzymała. Jej przyjaciółki też stanęły. Spencer chciała im
271
coś powiedzieć, ale nie o Ali, A., Jennie, Tobym czy policji.
Najbardziej na świecie chciała im powiedzieć, że przez te
wszystkie lata bardzo za nimi tęskniła.
Ale zanim zdążyła to zrobić, zadzwonił telefon Arii.
— Momencik... — powiedziała Aria, szukając telefonu w
torebce. — To pewnie znowu mama.
I nagle telefon Spencer również zawibrował. I zadzwonił. I
zaćwierkał. Nie tylko jej telefon. Odezwały się telefony
wszystkich jej przyjaciółek. Nagłe, wysokie dźwięki brzmiały
jeszcze głośniej w solennej ciszy konduktu. Pozostali żałobnicy
spojrzeli na nie z niesmakiem. Aria wyłączyła w swoim telefonie
głos. Emily próbowała wyłączyć swój. Spencer wyciągnęła
komórkę z kieszeni w torebce.
Hanna przeczytała wiadomość.
— Mam jednego SMS-a.
— Ja też — wyszeptała Aria.
— I ja — potwierdziła Emily.
Spencer też ją dostała. Otworzyły ją jednocześnie. Zamilkły
na chwilę.
— O Boże — wyszeptała Aria.
— To od... — pisnęła Hanna.
— Myślicie, że naprawdę... — mruknęła Aria. Spencer
przełknęła ślinę. Razem przeczytały na głos
SMS-y. Miały jednakową treść:
Wciąż tu jestem, suki. I wiem o wszystkim.
A.
272
W NASTĘPNEJ CZĘŚCI.
Pewnie myśleliście, że Alison to ja? Cóż, przykro mi, ale nie.
Hej, ona nie żyje.
A ja owszem... i jestem bardzo, bardzo blisko. Dla czterech
dziewczyn zabawa dopiero się zaczęła. Dlaczego? Ro ja tak
mówię.
Przecież psoty należy karać. A kwiat młodzieży w Rosewood
powinien się dowiedzieć, że Aria migdaliła się z nauczycielem od
angielskiego, prawda? Nie wspominając o brzydkim rodzinnym
sekrecie, który taiła od lat. Ta dziewczyna to istna katastrofa.
Poza tym muszę chyba wreszcie wyjaśnić rodzicom Emily jej
dziwaczne zachowanie. Witam państwa, jaka piękna pogoda. A
przy okazji, państwa córka wprost ubóstwia całować się z
dziewczynami.
A Hanna. Biedactwo. Znowu zamienia się w totalną wieśniarę.
Broni się przed tym rękami i nogami, ale me martwcie się - już się
nie mogę doczekać, kiedy pomogę
273
jej wcisnąć na rozrastający się tyłek te niemodne dżinsy po
mamie.
O Boże, nie zapominajmy o Spencer. Ta to się wykoleiła! Cała
rodzina uważa ją za śmiecia. Musi się czuć fatalnie. A tak między
nami, będzie jeszcze gorzej. Spencer chowa sekret, który może
zrujnować życie wszystkim czterem dziewczynom. A kto go
wyjawi? Och, nie mam pojęcia. Zgadnijcie. Bingo.
Życie jest takie ciekawe, kiedy wie się wszystko.
Ale skąd ja tyle wiem? Pewnie dalibyście się pokroić, żeby się
dowiedzieć. Spokojnie. Wszystko w swoim czasie.'
Wierzcie mi, tej tajemnicy me mogę jeszcze zdradzić.
Zepsułoby wam to zabawę.
Mam was na oku.
A.
274
PODZIĘKOWANIA
Wiele zawdzięczam grupie wspaniałych ludzi z Alloy
Entertainment. Znam ich od lat i bez ich wsparcia nie na-
pisałabym tej książki. Dziękuję Joshowi Bankowi za jego
poczucie humoru, czar i błyskotliwość... i za to, że wiele lat temu
dał mi szansę, choć wprosiłam się do niego na wigilijną kolację.
Benowi Schrankowi dziękuję za to, że przekonał mnie do tego
pomysłu, a potem udzielał mi cennych rad. Oczywiście dziękuję
Lesowi Morgensteinowi za wiarę we mnie. A mojej fantastycznej
wydawczyni Sarze Shandler dziękuję za przyjaźń i nieustające
wsparcie w czasie pisania tej powieści.
Jestem niezmiernie wdzięczna Elise Howard i Kristin Marang
z wydawnictwa HarperCollins za ich wsparcie, mądrość i
entuzjazm. Ogromne podziękowania należą się Jennifer Rudolph
Walsh i Williamowi Morrisowi za wszystkie ich magiczne
zaklęcia.
275