WIERSZE Z LAT 1914 - 1939
WIELKA NIEDŹWIEDZICA (CZ. I)
List do domu
|
WIOSNA I WINO:
Wiosna i wino
" Wiosna i wino: dwa płuca oddechem
Młodym wezbrane i w ślepym zachwycie
Wyśpiewujące pogańskim swym śmiechem
Ziemię, panteizm, człowieka i życie.
Wiosna i wino: dwie wargi, co swymi
Pocałunkami mieszają sny w głowie,
Że się zawraca do góry i dymi!...
O, przyjaciele! Piję wasze zdrowie!"
[Hej! Świat się kręci!]
Hej! Świat się kręci! Kroki coś podrywa!
Chwieją się w oczach domy kwadratowe!
Ulicą idziesz żywa i prawdziwa,
Na białej szyi niesiesz lekką głowę.
Suknia owija twe okrągłe nogi.
Chód twój jest z woni, muzyki i pluszu,
Świat się zatracił, wszystko znikło z drogi,
Jest tylko rajer na twym kapeluszu.
Zbliżasz się, zbliżasz. W uszach grają szumy.
Twarz twoja, woal, włosy, uśmiech, zęby...
I wy najszybciej lecące perfumy,
Niezrozumiałe, nieme dziewosłęby!
[Zielono nam w głowie...]
Zielono mam w głowie i fiołki w niej kwitną,
Na klombach mych myśli sadzone za młodu,
Pod słońcem, co dało mi duszę błękitną
I które mi świeci bez trosk i zachodu.
Obnoszę po ludziach mój śmiech i bukiety
Rozdaję wokoło i jestem radosną
Wichurą zachwytu i szczęścia poety,
Co zamiast człowiekiem, powinien być wiosną.
WRÓBLE NA DACHU:
Ballada o Kartaginie
To było w erze marek i atlasów,
Pierwszej radości i pierwszego żalu,
Kiedym w różowej mgle zamierzchłych czasów
Kochał się w tobie, biedny Hannibalu.
Gimnazjum stało w Syrii czy w Atenach,
A ja nocami, w smutnej twojej glorii,
Grywałem główne role w wszystkich scenach
Śpiącej pod głową powszechnej historii.
Te śmieszne lata, gdym indyjskie skalpy
Zdobywał w złotych preriach drohobyckich,
Tyś wziął i poprzez Hiszpanię i Alpy
Zaniósł w balladę trzech wojen punickich.
Ach, ile czaru miało twoje imię,
Dydo, królowo fenickiej fregaty!
W świętych wyprawach mściłem się na Rzymie
I źle pisałem łacińskie dyktaty.
Wklejony w notes, jak talizman walki,
Ślepy, bez źrenic portret Hazdrubala,
Dziś mi się jeszcze przez mgłę sinej kalki
Czasem wśród wspomnień pokazuje z dala.
Finał był smutny! Na pustej ruinie
Historia inne rozpoczęła czasy.
Epilog scen mych zgubił się w kurtynie
I rolę swoją skończyły atlasy.
Gimnazjum przeszło, prześniło się dawno,
Dziś nikt nie cieszy się z końca godziny,
Wojny punickie są bajką zabawną
I już na zawsze nie ma Kartaginy.
Lato
Leżę na łące.
Nikogo nie ma, ja i słońce.
Ciszą nabrzmiałą i wezbrana
Napływa myśl to pachnie siano.
Wiatr ciągnie po trawach z szelestem
A u góry siostry moje
Białe chmury, wędrują na wschód.
Czy nie za wiele mi, że jestem?
Filozofia
Dziś drugi raz się urodziłem.
Sylabizuję: a, b, c,
Na śliwki chodzę, puszczam bańki
I marcepanów mi się chce.
Jakby na drożdżach rosnę, rosnę
Na łeb, na szyję, dzień po dniu,
Mam gimnazjalną czapkę z daszkiem,
Mam pierwsze w życiu rendez - vous.
Umiem już pływać, gram w football,
Ćmię papierosy w biały dzień,
Noszę binokle, kocham Staffa
I jestem pono starszy leń.
A potem, - potem piszę wiersze,
I mówią do mnie już przez pan:
„Panie Wierzyński, co to będzie,
Jaki na przyszłość ma pan plan?”
Ach, ja na przyszłość po ulicach
Mam zamiar śmiać się, śmiać na głos:
Jakąś niemądrą filozofią
Przesiąkł mi w głowie każdy włos.
Wszystko porywa mnie, rozgrywa,
Rozum pomieszał się, jak czas,
Wyprowadziłem się z siebie,
Mieszkam za darmo w każdym z was.
I tak się weselę, weselę,
Aż się od śmiechu trzęsie glob.
Zygzakiem latam przez powietrze I krzyczę wszystkim wam: hop, hop!
Msza
Wilamowi Horzycy
O, południe niedzielne! Radosna mszo świata!
Nabożeństwo zachwytu! Cudu chwilo boża!
Z ołtarza niebios leje się słoneczna zorza
I łaską swych promieni ziemię w krąg oplata.
Pokłony w uniesieniu nisko biją zboża,
A z duszy łąk modlitwa zapachów skrzydlata
Wyrywa się przez kwiaty, jak kadzidło lata!
W ekstazie padły krzyżem w szary proch rozdroża.
Podniesienie. Jak cicho! Sam Bóg hostie słońca
W białych palcach obłoków nad jasne lazury
Podnosi uroczyście i wolno do góry.
Zamarło serce ziemi. Ciszy nic nie zmąca,
Jeno przed nieb ołtarzem dzwonią, dzwonią w dzwonki
Ministranci niebiescy, pobożne skowronki.
Śpiew dionizyjski
|
PAMIĘTNIK MIŁOŚCI:
Miłość
Oto jest ziemia moja, oto niebo moje,
Oto dni, co minęły, i dni, które miną,
Z gwiazdami twoich imion pośród świata stoję,
Niosę je, jak me szczęście i jak niepokoje,
Imiona twe pachnące i słodkie, jak wino.
Oto jest wiedza wszystka, która mi wiadoma,
Cała prawda z mądrości dobyta wszelakiej,
Powoli ją do góry podnoszę rękoma
Tej ziemi, co zaległa mi świat nieruchoma,
Temu niebu, co w jasne rozbłysło się znaki.
Naprzeciw ciebie idę, święto zwiastowane,
Które mi płoniesz groźnie w przestrzeni milczącej,
Wszelkie szczęście mam w sercu otwarte, jak ranę,
Usta mi ją zadały, usta ukochane,
Otwierając w nim miłość, zakon wojujący.
LAUR OLIMPIJSKI:
Skok o tyczce
Już odbił się, już płynie! Boską równowagą
Rozpina się na drzewcu i wieje jak flagą,
Dolata do poprzeczki i nagłym trzepotem
Przerzuca się, jak gdyby był ptakiem i kotem.
Zatrzymajcie go w locie, niech w górze zastygnie,
Niech w tył odrzuci tyczkę, niepotrzebną dzwignię,
Niech tak trwa, niech tak wisi, owinięty chmurą,
Rozpylony w powietrzu, leciutki jak pióro.
Nie opadnie na siłach, nie osłabnie w pędzie,
Jeszcze wyżej się wzniesie nad wszystkie krawędzie.
Odpowie nam z wysoka, odkrzyknie się echem,
Że leci prosto w niebo, jest naszym oddechem.
ROZMOWA Z PUSZCZĄ:
PIEŚNI FANATYCZNE:
Pieśń ze środka miasta
O Boże, zbaw mnie ze Świętokrzyskiej,
Ze środka miasta, z potopu kamieni,
Z wilgoci murów słotnej i śliskiej,
Z posuchy skwarów, z dusznej agonii,
Z szarości życia i monotonii,
Z gwałtu, pośpiechu, który nie zmieni
Tego, do czegośmy przeznaczeni
I który w uszach, jak popłoch, dzwoni.
Zbaw mnie od wystaw z starymi książkami,
Z markami, mapami i globusami,
Od statystyk importu, eksportu,
Od szkieletu z wykresem krążenia krwi -
Ratuj nas żywcem zamurowanych,
Na wiecznie to samo skazanych,
W każdym oknie zapatrzonych,
W każdej ulicy zgubionych,
Szalonych i obłąkanych
Od tylu dni.
Pod czaszką dachów blaszaną
Wysechł nam mózg i sypie się kurzem,
Ciężko w kamieniach budzimy się rano,
Udławieni, jak kneblem, każdym podwórzem,
I nie ma już sił, by dzwignąć te mury,
W piwnice się zaprzeć, oddychać kominem,
Kręcić windami jak wiatrakami, jak młynem,
Kołować, wirować tą panoramą
I wiedząć codziennie o tem
Od rana do nocy z powrotem
Bez krzyku, bez słowa, bez skarg,
Powtarzać to samo, to samo
I tylko w upalny wieczór niedzieli
Rykowiskiem napełniać na karuzeli
Rozkołysany luna-park.
Ratuj nas
Z konwulsji zastygłych kamieni,
Pozwól zdjąć z pleców mury,
Wyjść z tej ulicy, co pali nam stopy
Asfaltem wszystkich placów Europy,
Pozwól wyzwolić, ocalić człowieka
Z gorączki, z popłochu, z nieprzytomności.
Niech stąd uchodzi, niech stąd ucieka,
Niech wszystkich zwoła i wyprowadzi
Bezludnym, pustym wieczorem
Z miasta kamiennym tkniętego pomorem
Na emigrację wolności.
...I potem, gdy wróci zwykły przechodzień
Tą samą drogą w wąwóz ulicy,
Którą wlókł stopy kamienne co dzień,
Potem wśród pustki, bezludzia i ciszy
Zedrzyj przed nim znad miasta zasłony,
Poświeć i olśnij go ostrym błyskiem -
Niech wtedy stanie nagle zdumiony
I niech w radości wielkiej i wszystkiej
Zapach poczuję swobody słonej
I niech zobaczy, - usłysz nas, Boże! -
Morze, - morze, - morze -
Na Świętokrzyskiej!
GORZKU URODZAJ:
Rozmowa w bibliotece
Weź mnie stąd, z górnej półki, zza szkła biblioteki,
Wyjmij z opraw skórzanych i wyprowadź z ksiąg.
Chcę wrócić, jak emigrant, z podróży dalekiej,
Z papieru, z martwych liter, żywy, do twych rąk.
Zawołaj mnie po prostu, imię moje wymów,
Gorącym głosem roztrąć szkielety mych słów,
Wyprowadź mnie z tych książek, uwolnij mnie z rymów
I z potrzasku oswobódź zatrzaśniętych strof.
Chcę iść ulicą nocną pod dawne twe okno,
Gdzie ongi przez rolety twój wzywał mnie cień,
Raz jeszcze być samotny tą nocą samotną
I jeszcze raz szczęśliwy obudzić się w dzień.
Nie umieć nazwać oczu twych ani postaci,
Ani smutku wysłowić w zawiłości zdań,
Naprawdę czuć, że jeśli się ciebie utraci,
Rozpacz słów nie wykrztusi przez ściśniętą krtań.
Naprawdę wrócić w ciemność, przez którą ogromem
Powietrze ślepych natchnień, jak huragan, szło.
O szczęście, uderz we mnie wielkim niewiadomem,
Zniszcz książki bezrozumne, rozbij zimne szkło!
WOLNOŚC TRAGICZNA:
Ojczyzna chochołów
Park dziwów starożytnych, wiatr, który szeleści
Wokół śpiących pałaców, grobowców bez treści,
Te lampy i posągi, księżyc gdzie się słania
Geniusz twego narodu, duch zapominania,
Te rany wielkiej dumy, inne wielkie rzeczy,
W których tyle jest prawdy, ile się złorzeczy,
Wszystkie cnoty parszywe - to nas nie przejedna.
To pustką zarażona Polska jeszcze jedna.
Z czego budujesz ten kraj?
Z czeczoty, z jesionu,
Kruchy antyk i rzewność od wielkiego dzwonu?
Ojczyznę w kolumienkach z widokiem na ule,
Gdzie miód słodyczą swojską zasklepia się czule,
Nad rzeką stoją wierzby, na łąkach bociany,
Słyszysz, Basiu, to nasi biją w tarabany -
A wyszydzony chochoł, sobowtór symbolu,
Starym się obyczajem kokoszy na polu,
Słoma trzeszczy zapchlona, gzi dziewki w podołku,
Szumy chmielu, alkowa z pałaszem na kołku
I ta krzepa: wieś w malwach, szkorbut, dzieci kopa,
Święta ziemia praojców.
Twój naród - bez chłopa!
Z czego budujesz kraj ten?
Z ludzi, których nie ma,
Znów jeden za miliony, rękami aż dwiema?
Z kim pieniactwo wielkości twoje tu się kłóci,
Gdy wszyscy jedzą dzień swój wolni i rozkuci,
Na wszystko wasza zgoda spływa narodowa
Anhellicznym natchnieniem wypchana, jak sowa.
Duchem są albo diabły albo namaszczeni
Gołębim ochędóstwem astrale z przestrzeni,
Blade twarze w gorączce, biblijni studenci,
Bractwo westchnień, cierpliwcy, wszyscy polscy święci.
Przelicz jeszcze i dodaj czterdzieści i cztery
Sposoby wybawienia od wszelkiego licha,
By wolność jak tabakę zażyć z tabakiery,
Potem zdrowo i głośno na wszystko się kicha -
I ten rachunek w prawdę sumuj oczywistą,
Niech ci do romantycznej znów uderzy głowy -
To jest twój sen upiorny, Wielki Realisto:
Państwo w kamieniach młyńskich, naród niegotowy.
Buduj teraz, wydzwigaj nas śród świata, nad dziejów przesmykiem,
Wyjdz pierwszy na piedestał i rozgłoś naokół
Tę wielkość wymuszoną batem albo krzykiem,
Święć przemienienie tłuszczy i chrzcij nowe czasy
Z kropielnicy, co wyschła i krwią już nie chlusta,
Starym herbem sarmackim w popuszczone pasy
Zatkaj gęby krzyczące i zgłodniałe usta -
I komu teraz jeszcze otuchy za mało
A przeszłość jesionowa praojców nieśliczna,
Niech stanie pod cokołem i porwany chwałą
Tworzy wolność.
Masz rację. Jakże jest tragiczna!
KURHANY:
Kurhany
Żywych tu nie pogrzebię ani wskrzeszę zmarłych,
Ale wiatr, co ich owiał, mym słowom zaświadczy -
Wyszli z tych ram, powstali kostniejący w karłach,
Rozejrzeli się wokół po smutnym teatrze
I słyszą, jak czas dzwoni, jak z wieży się zrywa
I jak niepowtarzalnie bije swą godzinę:
Miłość raz jeszcze pragnie ukochać szczęśliwa,
A wolność chce zwyciężać.
Ja tym wiatrem płynę.
Mógłbym do snów powrócić, wejść w nie niby w lustro,
Co rozstąpi się szkliście i wchłonie mnie lekko;
Ponad platyną morza, ponad chmurą pustą
Unosić się widziadłem, pamięcią urzekła
I płoszyć tam komety, rozbijać ich miotłą
Kurze mlecznych gościńców. Lecz niebo i piekło
Pułapem niedosięgłym i bezdnem głębokim
Jak dwoma biegunami ten świat mi przygniotło
I zamknęło planetę ojczystą z widokiem
Na przeszłość zapomnianą i przyszłość niezgadłą.
Tędy błądzę, to moje wieczyste widziadło
Nie objęte doczesnym rozumem i okiem.
Pasterzu bladych Plejad, niskiego Syriusza,
Który mi lampą błyska z brzegów nieboskłonu
I światłem niebieścieje, ciemności rozprószą!
Słyszę z dwunastu pierwsze uderzenie dzwonu,
Na stromej wieży stoję i ku ziemi patrzę,
Jak stygną moje słowa, uśpione kurhany,
Miecz zardzewiały w każdym leży pogrzebany,
Próchnieją żółte czaszki. Tylko w mym teatrze,
Śród tych rymów i dźwięków, tylko w mej muzyce
Stąpa duch, opuszczoną podnosi przyłbicę,
Szuka wyjścia i węzły chce rozcinać wiersza,
I ściany rozstąpiły się jego samotni,
Duch, co nim noc zwycięży, z świtem się ulotni.
Więc zostaje mi jesień. Nawłoć pozłocista
Mazowiecką mimozę po ogrodach przędzie,
Na spocone inspekty rosa siąpi dżdżysta,
Szałwia czerwone szale rozwija na grzędzie
I ciepło się ostatnie w rezedach wygrzewa.
Już słychać nocne chóry. Ponadziemskim graniem
Już skrzypce pełne wiatrów, oddychają drzewa,
Topole szumią lękiem, buki zadumaniem
I każda brzoza płacze po raju jak Ewa.
Rankiem dopiero dzięcioł wesoło zagada,
Szyszki z miecza paproszy, w pień sosnowy stuka
I w locie jakby nagle na powietrzu siada -
Oczy trudno oderwać!
Co tu zmieni sztuka
0 tej porze mijania, zawiniętej chmurą,
Wiecznej jak chleb i woda, tak samo pożywnej
I nie znużonej nigdy? Odpowiedz, naturo,
Gdzie nasz wyrok ukryty, gdzie gwiazdy chaosu,
Czy z urody twej błysną, niezmiennej a dziwnej,
Czy nad człowiekiem stoją w konstelacjach losu?
Nic mi po twojej ciszy, kopcu udeptany,
Głucha komoro serca i śnie nocy letniej,
Elfy i karnawały czarodziejskiej fletni!
Przy mej drodze nie znają spokoju kurhany:
Budzą się, aby wołać, gdy nocą wiatr ciemny
Szumi ponad wzgórzami, kołuje na szczycie
I echem się w głuchocie odbija podziemnej.
Wstają wtedy pochodem, idą w ślepe życie
Zgarbioną karawaną, pielgrzymim tułactwem,
Noc na nich targa chmury, jesień leci ptactwem
I w ziemi coraz głośniej szumi wspomnień nawał:
Na mojej drodze legły ciężko, nieprzebycie,
Bym kładł się tam umarły i z nich zmartwychwstawał.
RÓŻA WIATRÓW:
UTOWRY Z LAT 1939 - 1945
ZIEMIA - WILCZYCA:
RÓŻA WITARÓW (CZ.II):
KRZYŻE I MIECZE:
UTOWRY Z LAT 1946 - 1969
KORZEC MAKU:
Zapach
Wszystko wam oddam tylko nie te trawy
Łąk pokoszonych i cień pod modrzewiem.
Szuwarem pachną zamulone stawy
I coś gadają. Co takiego? Nie wiem.
Cały dzień chodzę, przysiadam w tym cieniu
I to, co widzę, powtarzam bez związku:
Piasek, zielone kamyki w strumieniu,
Łąki i stawy - i znów od początku.
Dopiero nocą, gdy idziemy skrajem
Rzęs ponadwodnych w blady księżyc z wosku
Zgaduję nagle, że idę mym krajem
I trawy pachną i więdną po polsku.
Archiwum
Czas nas ułoży, rozsądzi,
Ułoży nas w kartotekach
Archiwista może zabłądzi
Do naszych losów po wiekach...
Jeżeli dojdzie do litery W,
Radzę mu niech się nie trudzi,
Niech zawoła swych asystentów,
Najlepiej parę studentów,
Dwoje młodych ludzi.
I niech mi powie:
Ten archaiczny poeta.
Niewart jest odkurzenia.
Macie dziś wszystko.
SIEDEM PODKÓW:
TKANKA ZIEMI:
Tkanka ziemi
|
KUFER NA PLECACH:
CZARNY POLENEZ:
SEN MARA:
Kwiat pomarańczy
Wiosna tanagra
Tyle lat, tyle wieków
To samo powtarza:
Bez końca
Tańczy.
Nie widzi, nie wie,
Że wszystko się wykruszyło,
Wszystko się wyludniło,
Cały świat -
Jej wystarczy
Kwiat pomarańczy.
Nie wie nic,
Nikogo się nie boi,
Żadnej Kassandry
Ani stu innych wróżek:
Zapach jej zmysły pomieszał,
Rozum odebrał,
Kwiat ją urzekł.
W czarnym kamieniu
Maniak jasności,
Przepycham się w czarnym kamieniu,
W niskiej komorze,
Korytarzem który prowadzi,
Mówmy po męsku,
Nie wiadomo dokąd.
Jeśli co widzę
To lampy nad głową
Górników kopiących
Tak samo jak ja
Pod nieprzebitą ścianą
Za którą jest nowa ciemność,
Za którą jest nowe
Nie wiadomo co.
Chodzi o to
By nie dać się udusić
Niskim sufitom czarnego kamienia
Czy dokopiemy się do wyjścia,
Maniacy światła,
Czy też zasypie nas wybuch
I potłucze na gruz.
Złotoróżowe owoce
Kołysze między kwiatami
Na jednym i tym samym drzewie:
Gdzie to wszystko się dzieje,
Na jakim jesteśmy świecie,
Co to za wielkie szczęście,
Które o sobie nic nie wie.
1