128
Stanisław Mlkoląft tyk
munlstami otwarcie. Występujecie pod płaszczem partii robotnic /ty Pch«drn«M w ślepy zaułek. Domagam się zaprzestania tych metod, gdyż zmus/arir naród fa walki w obronie własnej - wy zmuszacie ludzi do zejścia w podziemie".
Gdy skończył, okrzyczano nas „obrońcami kryminalnego podziemia’, a w lub dni później terror osiągnął szczytowe natężenie, kiedy to w ciągu Jednego dnu w Wąwolnicy koło Puław zostało spalonych 333 gospodarstw rolnych.
Na skutek bardzo ostrej cenzury nie mogliśmy opublikować tego w prasie. Walczyliśmy więc za pomocą jeszcze wciąż pozostawionej nam wolności zebrań. Ja przemawiałem w czasie masowych demonstracji w Katowicach, Opolu i Radomiu, i odczułem tam jak bardzo ludzie mieli wstręt do rządów komunistycznych i jak gotowi byli walczyć przeciw nim.
Komuniści robili zdecydowane wysiłki, aby rozbić wszystkie nasze zgromadzenia. W Katowicach wydali rozkaz robotnikom z pobliskich kopami i fabryk, aby zwołali własne zebrania i demonstrowali przeciw mnie. Zapewniono im transport, ale gdy robotnicy przyjechali do miejsca przeznaczenia, tysiące z nich uciekło, by dołączyć do naszego zebrania. Nasza grupa urosła do 50 000, podczas gdy ci, którzy demonstrowali przeciw nam nie przekroczyli 2000. Siły bezpieki próbowały rozpędzić nasz olbrzymi tłum, zgromadzony na ulicach blisko Wyższej Szkoły Technicznej, ale były w znacznej mniejszości i zdawały sobie z tego sprawę. Ubowcy wezwali więc na pomoc oddziały wojskowe. Te zjawiły się w pancernych samochodach i wpakowały się między tłum.
Ale nastrój tego wielkiego zgromadzenia był taki, że komuniści choć uzbrojeni, poczuli strach. Wreszcie komendant miejscowego UB dotarł do mnie i przyrzekł wycofać oddziały, jeżeli dam mu zapewnienie, że utrzymam porządek. Powiedziałem mu, że wierzę iż utrzymam spokój, ale nic nie zrobię dopóki nie wycofa swoich uzbrojonych podkomendnych. Kiedy wreszcie komuniści ustąpili, przeprowadziliśmy wielką demonstrację. Zacząłem przemawiać z balkoniku okna na drugim piętrze szkoły i gdy patrzyłem na to morze głów - głów ludzi, którzy potrafili zachować swój narodowy instynkt, mimo że rządzili nimi od wieków Niemcy - czułem z dumą, że Polska nigdy nie zginie.
W Radomiu nasza gromada była znowu większa niż spodziewali się komuniści. Grupa opryszków, których przysłali przeciw nam, została szybko wchłonięta i obezwładniona rozmiarami tłumu. Jakiś komunista zatelefonował po miejscowy oddział wojska. Ten okazał się jednak prawdziwie polskim i żołnierze jego pobili agitatorów komunistycznych.
W Opolu komuniści zatłoczyli naszą salę zebrania i przerywali bez przerwy naszym mówcom. Nim przyszła kolej na mnie wyszedłem po cichu z sali, podczas gdy jeden z naszych działaczy próbował dokończyć swego przemówienia. Zamknąłem drzwi sali z zewnątrz i z małą towarzyszącą mi grupą wyszedłem na dach budynku. Stały pod nami tysiące ludzi, którzy nie mogli dostać się na salę. Odłączyliśmy na dachu głośniki od mikrofonu, który miał połączenie z salą i założyliśmy inny mikrofon. Mogłem teraz bez przeszkód wygłosić swoje przemówienie, zanim komuniści dowiedzieli się, że ich nabrano.
Byli oni jednak przygotowani na nas w Płocku. Tu zajęli naszą salę w noc przed naszym przybyciem, zaaresztowali strażników, pobili niemiłosiernie wielu naszych członków w tym rejonie i zdołali rozbić zebranie.
Kłopoty Polskiego Stronnictwa Ludowego wzmogły się w dniu 1 maja na skutek podstępu komunistów, który im się nie udał. Chcąc wykorzystać przeciwko mnie czerwone Święto 1 Maja wydano rozkaz, aby komuniści biorący udział w pochodzie