background image

 

 
 

Frid Ingulstad 

Wybranka 

Przekład Lucyna Chomicz-Dąbrowska 

 
 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

 

 

Rozdział 1 

Oslo, dzień przed odpustem świętej Katarzyny, 25 listopada 1353 roku 

Ingebjorg najchętniej zapadłaby się pod ziemię i zniknęła bez śladu. 
W uszach dźwięczały jej słowa, które Ture cisnął jej w twarz, nim opuścił ją w 

gniewie.  Straciła  go,  być  może  na  zawsze.  Gdzie  indziej  zamierzał  szukać 
pocieszenia i nie była to raczej tylko czcza pogróżka. Nie zauważyła stojącego za 
jej plecami Bergtora. Poczuła tylko, że chwycił ją delikatnie za ramię. 

—  Zaprowadzę  cię  do  tkalni,  Ingebjorg.  Tam  się  zebrały  kobiety  — 

powiedział.  —  Nie  możesz  tu  tak  stać,  bo  jeszcze  ktoś  cię  zobaczy.  Wciąż 
zjeżdżają się nowi goście. 

— Och, Bergtorze. Taki wstyd... — odezwała się, z trudem wydobywając glos 

z gardła. 

— Może nikt się nie dowie. Przecież pan młody nie powinien pokazywać się w 

domu panny młodej dzień przed ślubem. 

— Nie wiadomo, czy w ogóle wróci — westchnęła z drżeniem Ingebjorg. 
— Wróci — odparł z przekonaniem Bergtor. 

Wieczór  ciągnął  się  w  nieskończoność,  a  Ingebjorg  przeżywała  prawdziwe 

katusze, starając się ukryć swą rozpacz. Poczuła wielką ulgę, gdy Gisela i goście 
uznali wreszcie, że czas udać się na spoczynek. Sama nie myślała o nawet o tym, 
by się położyć. Uznała, że musi poczekać, aż wróci Ture. 

Krótko  po  tym,  gdy  kobiety  opuściły  tkalnię,  otworzyły  się  drzwi  i  wszedł 

Bergtor. 

— Musisz się trochę przespać, Ingebjarg. 
— Nie mogę — odparła i wpatrując się w niego, z trudem powstrzymywała się 

od płaczu. 

Siadł przy niej i choć widziała, że jest wściekły, rzekł, siląc się na spokój: 
— Powiedz mi, o co właściwie poszło? 
— W sali biesiadowali członkowie orszaku królewskiego — zaczęła powoli. 

— Gdy stamtąd wychodziłam, książę Al— gotsson udał się za mną i zmusił, bym 
otworzyła  drzwi  do  pracowni,  gdzie  przepisuję  księgi.  Chciał  pożyczyć  jakąś 

TLR

background image

księgę od ochmistrza. — Zamilkła, zagryzła wargę i dopiero po chwili wyszeptała: 
— I tam próbował mnie wziąć siłą. 

Bergtor zacisnął dłonie w pięści, aż pobielały mu kłykcie. 
—  Błagałam  Boga  o  pomoc  —  dodała  pośpiesznie,  by  powstrzymać  gniew 

opiekuna. — I Bóg nie zostawił mnie w potrzebie. Nagle rozpętała się straszliwa 
burza i piorun uderzył w stajnię. Rozległy się krzyki, że wybuchł pożar. Książę 
wybiegł  w  pośpiechu,  a  ja  pozostałam  półnaga  na  podłodze.  Nim  zdążyłam  się 
ogarnąć, ujrzałam w drzwiach młodego króla Hakona. 

Bergtor  wpatrywał  się  w  nią  z  zaciśniętymi  zębami,  po  czym  pochylił  się  i 

oparł łokciami o kolana. Utkwiwszy wzrok w podłodze, odezwał się w końcu z 
goryczą: 

— Oni nie są tacy jak my, Ingebjorg. Przywykli bez najmniejszych skrupułów 

spełniać  swoje  zachcianki.  —  Zamilkł,  a  po  chwili  poderwał  się  i  oznajmił:  — 
Muszę wracać do izby i wygarnąć żar. 

— Pójdę z tobą — odparła pośpiesznie, bo nagle ogarnął ją strach, że miałaby 

pozostać sama. 

W  izbie  wszystko  już  było  przygotowane  do  uczty  weselnej.  Na  długich 

stołach, przykrytych białymi obru-

sami, stała srebrna zastawa. Bergtorowi chyba dobrze się wiedzie w handlu, 

skoro stać go na srebra, pomyślała  Ingebjorg  mimochodem, zamykając  za sobą 
drzwi. 

Bergtor tymczasem podszedł do paleniska i zaczął wyśmiać żar do popielnika, 

by utrzymał się do następnego dnia. 

Ingebjorg, rozejrzawszy się wokół, zachodziła w głowę, co zrobią, jeśli Ture 

nie  wróci.  Przekonany,  że  go  zdradziła,  może  odmówić  ożenku.  Kto  chciałby 
poślubić  kobietę  okrytą  niesławą  i  do  tego  z  niechlubną  przeszłością?  Ture  z 
pewnością  rozpowie  wszystkim  o  jej  niewierności.  A  gdy  przestanie  być 
potrzebna  ochmistrzowi  do  przepisywania  ksiąg  i  dokumentów,  straci  jedyne 
źródło  utrzymania.  W  Saemundgard  pola  zdążyły  porosnąć  chwastami,  a  puste 
zabudowania niszczeją. Nie udało się pozyskać służby, pomimo usilnych starań, 
nie może więc wrócić do rodzinnego dworu. Bergtor z pewnością nie wyrzuci jej 
za drzwi, ale jeszcze trochę, a Gisela dosypie jej trucizny do jedzenia, byleby się 
jej pozbyć. 

Nagle Ingebjorg wytężyła słuch i odwróciła się do drzwi. 
— Wydaje mi się, że coś słyszałam. Chyba ktoś jest na dziedzińcu. 
Bergtor wyprostował się i zamarł na moment w bezruchu. 

TLR

background image

— No, zdaje się, że wrócił — oznajmił po chwili. Odłożył pogrzebacz, zmusił 

się do uśmiechu, by ją uspokoić i dodał: — Pewnie się upił gdzieś w gospodzie. 
Zajmę się nim. 

Rumor ustąpił miejsca głośnym złorzeczeniom i przekleństwom. 
Bergtor, kierując się do drzwi, ostrzegł Ingebjorg: 
— On cię nie może teraz pod żadnym pozorem zobaczyć. Zgodnie z tradycją 

pan młody nie powinien oglądać panny młodej na dzień przed ślubem. 

Ingebjorg pokiwała głową, domyślając się, że Bergto- rowi nie chodzi jedynie 

o wierność tradycji, a raczej o to, by uchronić ją przed pijanym Turem. 

— Zaprowadzę go do sypialni na poddaszu i powiem, że położyłaś się spać w 

sypialni Giseii. A ty tu poczekaj, póki nie wrócę. 

Wyszedł, pozostawiając ją samą w półmroku izby. Paliła się jedynie lampka 

łojowa na beczce przy drzwiach. Wsłuchując się w podniesione głosy na zewnątrz, 
modliła się w duchu, by nie doszło do bójki. Trudno jej było wprawdzie wyobrazić 
sobie  Turego  i  Bergtora,  okładających  się  pięściami,  ale  też  nigdy  nie  widziała 
jeszcze  Turego  w  takim  stanie  i  nie  miała  pojęcia,  jak  się  zachowa.  Słyszała 
zagniewane  głosy.  Bergtor  zareagował  gwałtowniej  niż  się  spodziewała, 
dowiedziawszy  się  o  tym,  co  zaszło  w  izbie,  gdzie  przepisywała  dokumenty. 
Oburzyły go zwłaszcza cyniczne oskarżenia księcia Algotssona i to, że Ture dał 
tym oskarżeniom wiarę. Przecież zdążył na tyle poznać Ingebjorg, by wiedzieć, iż 
nie jest równie rozwiązła jak Gisela. 

Na dziedzińcu ucichło. Miała nadzieję, że Bergtorowi udało się zaprowadzić 

Turego do sypialni. 

Sypialnia dla nowożeńców... Przyozdobiona na najważniejszą noc w ich życiu. 

Ingebjorg zagryzła wargi, by powstrzymać się od płaczu. Nagle przypomniało jej 
się późne lato ubiegłego roku: matka, która promieniejąc z radości, wyjmowała ze 
swej skrzyni posażnej ręczniki, lniane prześcieradło i powłokę, którą chciała oblec 
dla młodej pary. Wtedy pościel okazała się niepotrzebna. Czy teraz się przyda? 

Pokręciła głową i z trudem przełknęła ślinę. 
Nasłuchiwała jeszcze przez chwilę, po czym zdmuchnęła płomyk lampki i po 

cichu  uchyliła  drzwi.  Na  pogrążonym  w  mroku  dziedzińcu  panowała  cisza.  Na 
galerii poddasza, gdzie mieściła się sypialnia dla nowożeńców, w mdłym świetle 
ukazała  się  ciemna  sylwetka.  Mężczyzna  szedł,  nie  oświetlając  sobie  drogi, 
zapewne po to, 

by nie zostać zauważony przez gości, gdyby przypadkiem wyszli za potrzebą. 
Czekała, nie ruszając się z miejsca, ciekawa, co Bergtor jej powie. 

TLR

background image

—  Teraz  możesz  kłaść  się  spać,  Ingebjorg  —  rzekł  cicho,  gdy  już  podszedł 

blisko. 

— Jak poszło? — zapytała zalęknionym głosem. 
— Jest pijany i skory do waśni. Nie panuje nad sobą. Miejmy nadzieję, że jak 

się prześpi, to mu minie. 

— Dowiedziałeś się, gdzie był? 
— Nie. Nie myśl o tym, Ingebjorg. Chodźmy na górę. Już dawno powinniśmy 

być w łóżkach. 

Stąpając po cichu po schodach, weszli do sypialni Giseli i Bergtora. 
Ingebjorg  niechętnie  przypomniała  sobie  tę  noc,  kiedy  musiała  zatkać  sobie 

uszy, by nie słyszeć odgłosów miłosnego aktu w łożu małżeńskim. Miała nadzieję, 
że teraz Gisela już zdążyła zasnąć. 

—  Dobranoc,  Ingebjorg  —  wyszeptał  Bergtor,  udając  się  w  stronę  swojego 

posłania. 

— Dobranoc, Bergtorze, i dziękuję. 
Ułożyła się pod przykryciem całkiem wyczerpana, a jednak wiedziała, że nie 

zdoła zasnąć. Zastanawiała się, czy mogła zachować się inaczej wtedy, gdy książę 
Al— gotsson wdarł się do pracowni. Może powinna była wzywać pomocy? Ale 
czy ktoś by ją w ogóle usłyszał? 

Jak Ture  mógł pomyśleć, że zwabiła księcia, do pustej pracowni, by  mu się 

oddać? I dlaczego król Hakon potwierdził, że widział ją sam na sam z księciem, 
skoro wiedział, co się stało? Pani Bothild przecież zapewniała ją, że król domyślił 
się prawdy, gdy zwróciła mu uwagę na zachowanie księcia. 

Rozmyślania przerwał jej cichy śmiech Giseli. 
— Ależ, Bergtorze — usłyszała w ciemnościach jej głos. — Nie możesz się tak 

ode mnie po prostu odwrócić. Nie rozumiesz, że cię pragnę? 

—  Jestem  zmęczony,  Giselo.  Miałem  ciężki  dzień,  a  już  niebawem  znów 

trzeba będzie wstać. Poza tym, nie chcę zaszkodzić dziecku. To nie jest dobre dla 
niego. 

— Ale jest dobre dla mnie — zachichotała Gisela. 
Na chwilę zapadła cisza. 
— Mmm... Tak, teraz lepiej. Tym razem ja mogę być na górze. 
Ingebjorg  słyszała  jęki,  mimo  że  zatkała  sobie  uszy  poduszką,  ale  wróciła 

myślami  do  Turego.  Jeśli  ladacznice  przy  ulicy  wschodniej  potrafią  tak  kusić 
swymi wdziękami jak Gisela, to z pewnością znalazł pocieszenie w ich ramionach. 

TLR

background image

Nawet Bergtor nie był w stanie się oprzeć bujnym kształtom swej żony, choć 

na pewno czuł się zakłopotany wiedząc, że Ingebjarg wszystko słyszy. Jak każdy 
mężczyzna, dawał upust swej chuci. 

Arystokraci, jak się okazuje, bywają jeszcze gorsi. Uważają bowiem, że mają 

prawo brać to, na co mają chęć. Sama się o tym przekonała. 

Przewracała  się  z  boku  na  bok  i  przyciskając  ucho  do  poduszki,  a  drugie 

zakrywając dłonią, czekała, aż małżonkowie zakończą miłosny akt. 

Następnego ranka obudziła się ociężała i zmęczona. Słyszała, jak Bergtor się 

ubiera, a po chwili wymknął się po cichu, pozostawiając uchylone drzwi, przez 
które  wniknął  do  pomieszczenia  jesienny  chłód.  Na  zewnątrz  panowała  jeszcze 
ciemność. 

Oto nadszedł dzień jej ślubu, nie czuła jednak radości. Zresztą wcale nie była 

pewna, czy w ogóle dojdzie do zaślubin. 

Nie podniosła się z posłania, mimo że dolatujące odgłosy zdradzały, iż dwór 

budzi się do życia. Służące poszły do obory doić krowy, ktoś wszedł do budynku z 
paleniskiem,  by  rozpalić  ogień.  Zastanawiała  się,  czy  Bergtor  spróbuje  ocucić 
Turego, czy też pozwoli mu się wyspać. 

Na schodach, prowadzących na poddasze, usłyszała kroki, po czym do sypialni 

weszła służąca, oświetlając sobie drogę. 

— Panno Ingebjorg. Przyniosłyśmy gorącą wodę — oznajmiła, a za nią weszły 

dwie inne służące z balią. 

W  głębi  pomieszczenia,  w  małżeńskim  łożu  Gisela  spała  twardym  snem. 

Ingebjorg usiadła na łóżku niechętnie, bo w sypialni panował taki chłód, że z ust 
unosił się obłoczek pary. Miała się wykąpać poprzedniego dnia wieczorem, była 
jednak zbyt wzburzona i w końcu z Bergtorem postanowili, że poczeka z kąpielą 
do rana. 

Trzęsąc się z zimna, weszła do balii z gorącą wodą. Służąca umyła jej włosy 

wodą z ługiem, od którego zapiekła ją głowa. Kąpiel poprawiła jej nastrój, choć 
nadal  krępowało  ją  pokazywanie  pokrytych  bliznami  pleców.  Nie  miała  jednak 
siły się teraz tym przejmować. Przyjrzała się sobie uważnie i ucieszyła się widząc, 
że  przytyła.  Spokojne  dni  w  Akersborg  i  dobre  jedzenie  uczyniły  swoje. 
Powiększyły jej się piersi, zaokrągliły biodra i brzuch. Gdyby nie wiedziała, jak 
jest naprawdę, mogłaby pomyśleć, że znów jest przy nadziei. 

Służące wysuszyły dokładnie jej włosy i wytarły ciało, po czym sięgnęły po 

ślubny strój. Właściwie powinny ją przyodziać tuż przed uroczystością w sypialni 

TLR

background image

dla nowożeńców, ale Bergtor — zapewne z powodu Turego — polecił im uczynić 
to tutaj. Później nie miałyby czasu, tyle je czekało pracy. 

By lepiej widzieć, służące zapaliły dwie świece, co niestety obudziło Giselę. 
— A co się tutaj dzieje? — rzuciła zdumiona gospodyni Belgen, wspierając się 

na  poduszkach.  —  Przenieśliśmy  się  z  mężem  tutaj,  na  górę,  by  uniknąć 
zamieszania.  Opuściłam  ciepłą  izbę,  choć  nastały  już  chłody,  a  i  tak  nie  mam 
spokoju. 

Popatrzyła na Ingebjorg naburmuszona, gdy nagle w jej wzroku pojawiła się 

ciekawość. 

— Czyżbyś była brzemienna? — zapytała. 
— Nie — odparła Ingebjorg, zaczerwieniwszy się po cebulki włosów. 
— Przytyłaś? 
— Tak, w Akersborg podaje się tyle smacznego jedzenia. 
— Ture wrócił w końcu? 
— Tak — odparła, unosząc ręce, a złota, jedwabna suknia spodnia z długimi, 

szerokimi rękawami spłynęła, otulając i przyjemnie chłodząc rozgrzane ciało. 

—  Pewnie  będzie  zadowolony,  gdy  zobaczy,  że  zaokrągliły  ci  się  kształty. 

Może znów nabierze ochoty na ciebie? 

Ingebjorg aż odjęło mowę. Jak Gisela może rozmawiać o takich sprawach przy 

służących? 

—  Nie  powinnaś  się  tak  przejmować,  że  wczoraj  wieczorem  poszedł  się 

zabawić.  To  nic  nie  znaczy.  Takiemu  ognistemu,  pełnemu  temperamentu 
mężczyźnie niełatwo trzymać się z dala od kobiet. 

Ingebjorg serce zabiło gwałtownie, słuchając cynicznej do bólu Giseli. 
—  Wrócił  pijany  z  gospody,  nic  poza  tym  się  nie  wydarzyło  —  odparła 

ochryple, zła na siebie, że nie zdołała w porę ugryźć się w język. 

— I tak ci nie uwierzę — roześmiała się Gisela. — Zbyt dobrze go znam! Kto 

wie, czy nie lepiej niż ty. 

Ingebjorg zagryzła wargę i postanowiła się nie odzywać. 
Tymczasem służące włożyły jej przez głowę purpurową suknię wierzchnią bez 

rękawów,  którą  na  zamówienie  Bergtora  uszył  pewien  krawiec  w  mieście, 
zdjąwszy uprzednio miarę ze starej sukni Ingebjorg. Na szyi zawiesiły jej piękny 
złoty naszyjnik, pożyczony od Giseli, podobnie jak złote pierścienie i bransolety. 
Tylko relikwiarz był jej własnością, ten sam, który wraz z listem odnalazła przy 
zmarłym  ojcu.  W  relikwiarzu,  który  stanowił  najcenniejszą  pamiątkę  ojca, 
znajdowała się drzazga z krzyża Chrystusowego. Odzyskała go dzięki Bergtorowi. 

TLR

background image

Usiadła, by służące wyszczotkowały jej długie, gęste włosy. Świtało już i jedna 

z dziewcząt otworzyła drzwi szeroko, by Ingebjorg mogła się przejrzeć w lustrze z 
polerowanej miedzi. 

Gisela tymczasem zdecydowała się wstać. Wyglądała okropnie grubo, jakby 

dziecko miało się urodzić lada dzień. 

Służące śpieszyły się, bo musiały wracać do izby i podać śniadanie gościom 

weselnym. Obiecały Ingebjorg przynieść coś do jedzenia na górę, tak by na razie 
nikt jej nie zobaczył w ślubnym odzieniu. Otuliły ją dużym, zimowym szalem. 

Ingebjorg  stanęła  przy  szparze  w  drzwiach,  pilnując  się,  by  nikt  jej  nie 

zobaczył. Zapowiadał się pogodny, choć dosyć rześki dzień. Na dziedzińcu zaroiło 
się od gości, którzy już wstali i kierowali się do izby na śniadanie. Rozglądała się 
za znajomymi twarzami. 

Późnym  wieczorem  poprzedniego  dnia  przybyła  rodzina  Turego:  matka, 

ojciec, siostry i jacyś krewni. Po kłótni z Turem była tak roztrzęsiona, że nie miała 
siły  pójść  się  z  nimi  przywitać.  Bergtor  przeprosił  w  jej  imieniu.  Mężczyzn 
zapewne to nie zabolało, bo zgodnie z tradycją i tak nie mogli zobaczyć panny 
młodej. Gorzej z matką Turego. Ta zapewne się zdziwiła. 

Gisela  na  pewno  zaprosiła  wszystkich  swoich  znajomych  i  krewnych, 

podobnie jak na uroczystość zaręczyn. Może przybył też Hallstein. Ciarki przeszły 
jej po plecach na myśl, że Ture mógł zrezygnować z małżeństwa, odrzuciła jednak 
pośpiesznie te obawy. Gdyby się rozmyślił, nie wróciłby na noc do Belgen, tylko 
udał się wprost na pokład swojego żaglowca. 

— Nie martw się, Ingebjorg — usłyszała nagle za plecami głos Giseli, który 

zabrzmiał dość przyjaźnie. — Jak się wyśpi, na pewno znów będzie miły. Musisz 
przywyknąć  do  takiego  zachowania  teraz,  gdy  przyjdzie  ci  żyć  pośród 
arystokratów. 

Ingebjorg odwróciła się. Gisela włożyła nową suknię z purpurowego aksamitu. 

Suknia opinała jej się na brzuchu, jakby zaraz  miała pęknąć w szwach. Jeszcze 
nigdy nie widziała, by ciężarna kobieta w taki sposób eksponowała swój brzuch i z 
przerażeniem pomyślała, co na to powie matka Turego. 

— O czym ty mówisz? 
—  Musisz  przywyknąć  do  tego,  że  twój  mąż  weźmie  sobie  nałożnicę,  albo 

nawet dwie. Taki jest ich styl życia. 

— Ty byś przywykła? — wyrwało się Ingebjorg, nim zdołała pomyśleć. 
Gisela zaśmiała się. 

TLR

background image

— Bardzo bym chciała należeć do  tego  świata i spędzać dni w królewskich 

komnatach  lub  w  zamkach  magnatów,  gdzie  co  wieczór  odbywają  się  uczty  i 
tańce. Nawet nie masz pojęcia, jak ci się udało. 

— Byłoby ci przyjemnie, gdyby to twój mąż sprawił sobie nałożnicę, a nawet 

dwie? 

—  Owszem.  Pod  warunkiem,  że  ja  zrobiłabym  to  samo  —  zaśmiała  się  i 

obróciła. 

Ingebjorg czekała w sypialni Giseli, gdy przyszły dwie służące przymocować 

jej na głowie ślubną koronę, należącą do rodu Turego. Przywiózł ją z Varberg. 
Chyba nie widziała jeszcze czegoś równie pięknego. Po raz pierwszy tego dnia 
zapragnęła, by była tu teraz z nią matka. Przykre słowa, jakie usłyszała z ust swego 
narzeczonego,  popsuły  jej  nastrój  oczekiwania  i  zburzyły  radość.  Kiedy  jednak 
służące  wniosły  koronę,  zrozumiała,  że  wszystko  odbędzie  się  tak,  jak 
zaplanowano. Jaka szczęśliwa byłaby matka, gdyby ją ujrzała w ślubnej koronie, 
należącej do rodu szwedzkiej arystokracji! 

Trochę się przeraziła, gdy poczuła jej ciężar na głowie. Dziewczęta ostrożnie 

umocowały koronę, zawiązały tasiemki i podały jej miedziane lustro. Panna młoda 
przyjrzała się swemu odbiciu, opadającym miękko lokom i dużym oczom w bladej 
twarzy. Wystające kości policzkowe przydają mi urody, pomyślała Ingebjorg. 

Matka miała takie same. Gdybym tak jeszcze była podobna do niej pod innymi 

względami, westchnęła. 

Oddała służącej lustro i wstała ostrożnie, by nie upuścić korony. Druga służąca 

wyprowadziła ją na galerię. 

Goście już czekali na dziedzińcu. Wypatrywali jej /. podniesionymi głowami, a 

gdy ją zauważyli, przez zgromadzenie przeszedł szmer. 

Ingebjorg  uśmiechnęła  się  i  pokiwała,  wypatrując  jednej,  konkretnej  osoby, 

której jednak nie dostrzegła. Przez moment znów zdjął ją lęk, ale szybko wytłuma-
czyła  sobie,  że  Ture  nie  przekazałby  jej  korony  ślubnej,  gdyby  zmienił  swe 
zamiary. 

W tej samej chwili rozległo się rżenie i tętent końskich kopyt od strony ulicy 

Zachodniej,  a  także  okrzyki  i  nawoływania.  Zarówno  Ingebjorg,  jak  i  goście, 
zwrócili spojrzenia w stronę ulicy, na której wkrótce pojawił się pan młody wraz z 
drużbą.  Ingebjorg  westchnęła  z  drżeniem,  i  poczuła,  jak  jej  twarz  oblewa  się 
rumieńcem. 

Ture wjechał konno na dziedziniec, zatrzymał się pod galerią, po czym spojrzał 

w górę na Ingebjorg. Na jego dyskretny ruch dłonią, Ingebjorg skierowała się ku 

TLR

background image

schodom. A kiedy zeszła na dół, Ture zsiadł z konia i z uśmiechem wyszedł jej na 
spotkanie.  Ku  swemu  zdumieniu  stwierdziła,  że  jest  taki  jak  zwykle.  Nie 
dostrzegła  wściekłości,  która  wykrzywiała  mu  twarz  poprzedniego  wieczoru. 
Ubrany był w purpurową, aksamitną tunikę z długimi językami u dołu, przepasaną 
na biodrach szerokim, złoconym pasem, na głowie miał czapkę z tej samej tka-
niny,  a  do  tego  obcisłe,  błękitne  rajtuzy  i  sięgającą  niemal  do  stóp  pelerynę  z 
aksamitu w kolorze nieba, wykończoną futrem z gronostaja. 

Wygląda jak królewicz, pomyślała Ingebjorg zdumiona tym przepychem. 
Ture  tymczasem  podszedł  do  niej  i ucałował  jej  dłoń.  Spojrzawszy  na  nią  z 

wesołym błyskiem w granatowych oczach, rzucił cicho: 

—  Jesteś  piękna,  Ingebjorg.  Przepełnia  mnie  duma,  że  zostaniesz  moją 

małżonką. 

Ingebjorg zarumieniła się i poczuła przenikającą ją radość. Z ulgą uświadomiła 

sobie, że znów jest między nimi dobrze. 

Gisela okryła ją aksamitną peleryną, a następnie pannę młodą poprowadzono 

na bok, by się przywitała z matką Turego, jego siostrami i krewnymi. 

Przyszła świekra była wysoką, dumnie wyprostowaną kobietą. Ubrana w długą 

do kostek, błękitną suknię z jedwabiu i aksamitną pelerynę z trenem, prezentowała 
się bardzo wytwornie. Na głowie miała hennin, stożkowaty czepiec z identycznej 
tkaniny jak peleryna, ozdobiony białym muślinem. 

Gdy  Ingebjorg  skłoniła  się  nisko,  matka  Turego  zmierzyła  ją  krytycznym 

wzrokiem i oznajmiła niechętnie: 

— A więc to jest Ingebjorg Olavsdatter. — Przechylając lekko głowę, uważnie 

studiowała rysy twarzy przyszłej synowej. — Mój syn zawsze przejawiał słabość 
do urodziwych kobiet. Masz piękne włosy, ale jesteś chuda jak służka. 

Ingebjorg  oblała  się  gorącym  rumieńcem.  Właściwie  nie  spodziewała  się 

wiele,  ale  nie  przyszło  jej  do  głowy,  że  ze  strony  matki  Turego  spotka  ją  taka 
potwarz. 

—  Mam  nadzieję,  że  mieliście  dobrą  podróż,  pani  Margareto  —  rzekła  z 

uśmiechem, usiłując nie dać po sobie poznać, jak bardzo ją dotknęły te słowa. 

— Okropną! — odparła dama, a jej twarz przybrała jeszcze bardziej surowy 

wyraz.  —  Pierwszy  i  ostatni  raz  weszłam  na  pokład  o  tej  porze  roku.  Gdybym 
jeszcze płynęła na południe, to gotowa bym była to znieść, ale na to zapomniane 
przez Boga odludzie... — urwała, zaciskając usta. 

Dwie siostry Turego, panny Anna i Benedykta podeszły także, by przywitać się 

z Ingebjorg. Obie niezamężne, były nieco starsze od brata, i zdawały się spoglądać 

TLR

background image

na wszystkich z wyższością. Popatrzyły na Ingebjorg wyraźnie zaciekawione, jej 
jednak ciarki przeszły po plecach, gdy pomyślała, że będzie dzielić dom z tymi 
trzema  kobietami.  Całe  szczęście,  nie  nastąpi  to  tak  prędko.  Na  początek 
zamieszka z Turem w Akersborg. 

Ojciec Turego, głośny i rozmowny na przyjęciu zaręczynowym, zachowywał 

się  teraz  zupełnie  inaczej.  Najwyraźniej  w  tej  rodzinie  to  żona  decyduje  o 
wszystkim, domyśliła się Ingebjorg, podając mu dłoń. Ujął ją sztywno i skłonił się 
dwornie,  mamrocząc  coś  pod  nosem.  Pamiętała,  jak  ostatnio  wyściskał  ją 
serdecznie. 

Nagle  Ingebjorg  poczuła  na  sobie  czyjeś  spojrzenie,  a  gdy  się  odwróciła, 

stanęła  oko  w  oko  z  bratem  Bergto—  ra,  Hallsteinem.  Gisela  wspomniała,  że 
został  zaproszony,  Ingebjorg  miała  jednak  nadzieję,  że  nie  przybędzie  na  ślub. 
Skinęła  mu  tylko  na  przywitanie,  po  czym  pośpiesznie  skierowała  się  w  stronę 
właśnie przybyłych gości, ochmistrza z małżonką, panią Bothild. 

Ochmistrz rozprawiał coś głośno i śmiał się rozbawiony, natomiast jego żona 

wydawała  się  bardzo  skrępowana.  Z  pewnością  nie  cieszyła  jej  perspektywa 
udziału w weselnym przyjęciu u Giseli. Objęła Ingebjorg serdecznie i rzekła: 

— Niech Bóg cię błogosławi, moje dziecko. Mam nadzieję i modlę się o to, 

byście byli szczęśliwi. 

Gdy wreszcie przywitała się ze wszystkimi, zaczęto tworzyć orszak weselny. 

Ceremonia  ślubna  miała  się  odbyć  w  Katedrze  Świętego  Hallvarda.  Dla  gości, 
którzy przybyli do Oslo statkami ze Szwecji, wynajęto konie. Odwróciła się, by 
poszukać  wzrokiem  Turego.  Zauważyła,  że  przytrzymuje  wodze  rumaka, 
przeznaczonego dla niej. Obok stał Bergtor w dużej, brązowej czapce ze skóry i w 
złoconym  stroju  z  aksamitu,  wykończonym  futrem.  Ledwie  poznała  swego 
opiekuna. 

Podniósł wzrok i uchwycił jej spojrzenie. Uśmiechnął się, by dodać jej odwagi, 

po czym skierował się w jej stronę. 

— Pięknie wyglądasz w ślubnej koronie — rzekł cicho, a potem chwycił ją za 

rękę  i  powoli  poprowadził  w  kierunku  Turego.  Ten  z  uśmiechem  pomógł  jej 
dosiąść  ko  nia,  po  czym  dosiadł  swojego.  Przez  chwilę  czekali  na  pozostałych 
gości, a potem wyruszyli powoli. Na czele orszaku znajdowali się muzykanci, za 
nimi młoda para, a dalej duchowni, sira Jon i sira Hallvard. Następnie ustawili się 
parami drużbowie i druhny, Bergtor i Gisela, rodzice Turego, jego siostry, a za 
nimi pozostali goście. 

TLR

background image

Ture  odwrócił  się  do  Ingebjorg  i  znów  się  do  niej  uśmiechnął,  ona  zaś, 

uszczęśliwiona, odpowiedziała mu także uśmiechem. Wszystko to, co działo się 
teraz,  wydawało  jej  się  jakieś  nierzeczywiste.  Trudno  jej  było  uwierzyć, że  oto 
siedzi  na  koniu  w  pięknej,  ślubnej  koronie,  a  towarzyszy  jej  przystojny 
młodzieniec, którego wkrótce poślubi. 

Ulica zwęziła się, i zrobiło się za ciasno, by jechać obok siebie. Ludzie, których 

mijali po drodze, zatrzymywali się, by popatrzeć na orszak. Ze zdziwieniem wpa-
trywali się w grajków i młodą parę z arystokratycznego rodu. Niektórzy kłaniali 
się nisko, jakby to przejeżdżał sam król. 

Klęcząc obok Turego przed ołtarzem podczas mszy ślubnej, Ingebjorg trudno 

było się skupić. Myślała o tym wszystkim, co przeżyła od pamiętnego dnia, gdy 
opuściła  Sasmundgard.  Poczuła,  że  wreszcie  zostały  jej  przebaczone  grzechy, 
minęło to, co złe, i może spokojnie wyruszyć na spotkanie przyszłości. 

Nie potrafiła zrozumieć, jak  mogła być tak nierozważna i zaślepiona, że nie 

myślała  o  skutkach  swoich  czynów  i  zupełnie  nie  lękała  się  boskiego  gniewu. 
Chyba naprawdę Eirik rzucił na mnie czar, pomyślała. Jakże dotkliwa okazała się 
kara  za  tę  lekkomyślność:  począwszy  od  urodzenia  dziecka  w  zimnej  celi 
klasztornej, a skończywszy na tym, że mały Eirik umarł zaledwie dwa tygodnie 
wcześniej,  nim  go  odnalazła.  Przypomniały  jej  się  zasłyszane  niegdyś  słowa: 
„Grzech ciężki rodzi śmierć..." 

Zamknęła  oczy  i  pomodliła  się  gorąco,  by  Pan  otoczył  opieką  jej  synka. 

Przyrzekła  równocześnie,  że  nigdy  więcej  nie  ulegnie  pokusom  szatana,  i  nie 
popełni równie ciężkiego grzechu. Zaniosła też modły, by żyli wraz z Turem w 
miłości i bojaźni Bożej, nie raniąc się nawzajem. 

Kiedy orszak weselny wracał z powrotem do Belgen, nad miastem zaświeciło 

listopadowe  słońce.  Tłum  ludzi  zgromadził  się,  by  popatrzeć  na  niecodzienny 
widok. Nieczęsto trafiała się okazja, by oglądać weselny orszak na ulicach Oslo. 
Gapili  się  więc  na  pannę  młodą  w  złotej  koronie,  na  gości  wystrojonych  w 
aksamity  i  jedwabie.  Dzieciaki  biegły  za  nimi,  pokrzykując  głośno,  oszalałe  z 
zachwytu nad przepychem, którego blask dane im było zobaczyć. 

W Belgen na dziedzińcu udekorowanym złotymi, klonowymi liśćmi, kiściami 

czerwonej jarzębiny i gałązkami świerkowymi, czekała podekscytowana służba. 

W  izbie,  gdzie  przygotowano  ucztę  weselną,  w  wysokich  fotelach,  na 

honorowych miejscach posadzono młodą parę. Muzykanci przygrywali na flecie, 
harfie i gęślach, a goście zasiadali przy długich stołach. 

Ture uścisnął ukradkiem dłoń Ingebjorg i wyszeptał: 

TLR

background image

— Moja żona. 
Ingebjorg zakręciło się w głowie ze szczęścia. Wciąż nie mogła uwierzyć, że 

naprawdę poślubiła Turego i pozostanie jego żoną, póki śmierć ich nie rozdzieli. 
Uśmiechnęła się do niego, ze wzruszenia nie mogąc wydobyć słowa. 

Kiedy  już  wszyscy  znaleźli  się  na  swych  miejscach,  Bergtor,  który  siedział 

obok  Ingebjorg,  wstał  i  uroczyście  oznajmił,  że  Ingebjorg  i  Ture  są  od  teraz 
prawowitymi  małżonkami,  a  dla  niego  było  prawdziwą  przyjemnością  być  jej 
swatem. Życzył młodej parze wszystkiego najlepszego. Głos mu się jednak zaczął 
łamać, pośpiesznie więc wzniósł toast za młodą parę, a kiedy już usiadł, zwrócił 
się do Ingebjorg ze słowami: 

— Bardzo mi przykro, powinienem powiedzieć więcej, ale nie dałem rady. 
— Nic nie szkodzi — pocieszyła go, kładąc dłoń na je go dłoni. 
Jako  następny  podniósł  się  Ture  i  wygłosił  swoją  mowę,  utrzymaną  w 

żartobliwym  tonie.  Opowiedział  o  dniu,  gdy  przybył  do  Oslo,  aby  dokładniej 
przyjrzeć się pannie. Nie łudził się specjalnie, że przypadnie mu do gustu, sądził 
bowiem,  że  Norweżki  nie  są  tak  piękne  jak  Szwedki.  Jego  ojciec  zaklaskał  i 
przyjął te słowa głoś nym śmiechem. 

—  Ale  —  ciągnął  Ture  —  panna  okazała  się  nie  tylko  urodziwa,  ale  miała 

również to, co ceni u kobiety każdy mężczyzna: pokorę, dostojność, skromność i 
cnotę. 

Ojciec Turego znów zaklaskał, a gdy Ingebjorg zerknęła ukradkiem na matkę 

męża, zauważyła, że siedzi wyprostowana, jakby połknęła kij, a jej zaciśnięte usta 
przypominają wąską kreskę. 

Podano jedzenie, a do kielichów i pucharów nalewano trunki. Ingebjorg była 

oszołomiona  ilością  smakowitych  potraw  z  mięsa,  a  także  ryb  oraz  drobiu.  Do 
picia zapewniono piwo,  miód i wino w wysokich stągwiach. Nastrój stawał się 
coraz weselszy, a i Ture coraz bardziej się ożywiał. 

Naprzeciwko młodych siedziała Gisela, a po jej lewej ręce Hallstein. Ingebjorg 

zdziwiła się, że gospodyni, która decydowała o usadzeniu gości, nie zadbała o to, 
by  siedzieć  obok  ojca  Turego  lub  któregoś  z  jego  krewnych  albo  Orma 
Oysteinssona.  Hallstein  nie  należał  ani  do  rodziny  panny  młodej  ani  pana 
młodego, nie należało mu się więc tak dostojne miejsce przy stole. 

Giseli tymczasem trunki najwyraźniej uderzyły do głowy. Ingebjorg poczuła 

zdenerwowanie, znała ją bowiem na tyle, by wiedzieć, że podchmielona Gisela 
bywa  wulgarna  i  wysuwa  często  nieprzyzwoite  propozycje.  Ku  swemu 
zmartwieniu zauważyła, że Gisela kokietuje -Hallsteina. Oparta o niego, szepcze 

TLR

background image

mu wciąż coś do ucha i, nie przestając chichotać, całuje go co chwila w policzek. 
Jak  zwykle  pozostawiła  niezapięte  dwie  ostatnie  luhki  w  staniku  sukni,  której 
dekolt  i  bez  tego  był  głęboki.  Nietrudno  było  zauważyć,  że  jej  umizgi  nie 
pozostawiły  Hallsteina  obojętnym.  Przypomniała  sobie,  co  brat  Bergtora 
opowiadał jej kiedyś o swobodnym prowadzeniu się Giseli. 

Tych dwoje było coraz bardziej pochłoniętych sobą. Goście, którzy siedzieli 

blisko, spoglądali na siebie znacząco. Ingebjorg zauważyła też, że Bergtor chrząka 
i  posyła  żonie  ostrzegawcze  spojrzenia.  Nawet  Ture  zaczął  okazywać  objawy 
niepokoju. Ingebjorg była szczęśliwa, gdy posiłek dobiegł końca. 

Uprzątnięto ze stołów i wyniesiono z izby te, których nie dało się zaczepić o 

ścianę. 

Ingebjorg poplamiła jeden z trzewików i postanowiła zapytać Giselę, czy nie 

pożyczyłaby jej jakichś innych, równie eleganckich, bo jej własne nie były dość 
ładne  do  ślubnego  stroju.  Rozejrzała  się  wokół  za  gospodynią  dworu,  ale  gdy 
nigdzie jej nie zauważyła, zapytała służącą. Ta oznajmiła, że widziała, jak pani 
udawała się w stronę tkalni, żeby trochę odpocząć. Ruszyła więc pośpiesznie we 
wskazanym kierunku. 

W pobliżu budynku usłyszała głosy i zrozumiała, że Gisela nie jest w tkalni 

sama.  Przystanęła  raptownie,  nie  chcąc  przeszkadzać.  Zaraz  jednak  pomyślała 
sobie, że Giseli towarzyszy Bergtor, postanowiła więc wejść do środka. Uznała, że 
przekaże  mu  przy  okazji  cenną  ślubną  koronę,  by  nie  musiała  jej  dźwigać  na 
głowie przez resztę wieczoru. 

Zapewne nie było słychać, jak wchodzi, bo nagle rozpoznała głos Hallsteina: 
— Chciałaś mnie tylko rozochocić, ty mała suko. 
Giseła zaśmiała się cicho i zagruchała: 
— I udało mi się, prawda? 
— Nie powinnaś się raczej uspokoić, w twoim stanie? 
Gisela znów cicho się zaśmiała: 
— Martwisz się o moje dziecko, Hallsteinie? 
Nie odpowiedział. Na chwilę zapadła cisza, a potem znów odezwała się Gisela: 
— Ależ, Hallsteinie, co będzie, jeśli ktoś wejdzie? 
— Powinnaś sama o tym pomyśleć, nim mnie rozochociłaś. 
Ingebjorg  usłyszała  dość.  Z  palącymi  policzkami  odwróciła  się  na  pięcie  i 

wybiegła. 

TLR

background image

Rozdział 2 

 
Dopiero  gdy  Ingebjorg  znalazła  się  w  izbie  i  zobaczyła  wszystkich  gości, 

odzyskała jasność myślenia. Nie powinna tu teraz wchodzić. Obawiała się, że ktoś 
ją  zapyta  o  gospodynię,  a  tego  wstydu  wolała  oszczędzić  Bergtorowi,  który 
pośpiesznie zdążał w jej stronę. 

— Ingebjorg, co ci jest? — Chwycił ją za ramię i stanowczo wyprowadził z 

izby, a gdy tylko znaleźli się na zewnątrz, zapytał: — Co się dzieje? 

Pokręciła głową, czując bezsilność. Przecież nie może mu powiedzieć, czego 

właśnie była świadkiem. 

Ścisnął ją mocniej za ramię i potrząsnął: 
— Pytam, co się dzieje? 
Usłyszeli  trzask  drzwi,  a  po  chwili  doleciały  ich  jakieś  głosy  i  śmiech. 

Odwrócili się oboje i zauważyli Giselę pod rękę z Hallsteinem, którzy kierowali 
się w ich stronę. 

Ingebjorg zerknęła z niepokojem na Bergtora. Tymczasem Hallstein zawołał: 
— Powinieneś lepiej pilnować żony, Bergtor. Zakręciło jej się w głowie i omal 

nie upadła. Całe szczęście, że akurat przechodziłem obok. 

Bergtor puścił ramię Ingebjorg i pośpiesznie wyszedł żonie naprzeciw. 
— Uderzyłaś się, Giselo? — zapytał z troską w głosie. 
—  Nie,  wszystko  się  dobrze  skończyło,  dzięki  Hall—  steinowi.  Poszłam  do 

tkalni, żeby trochę odpocząć, ale całkiem zapomniałam, jak tam jest ślisko. 

Pozostawiwszy Giselę z Bergtorem,  Hallstein  wrócił do gości, a tymczasem 

zjawił się Ture. 

— Gdzie ty się podziewasz, Ingebjorg. Zaczynają się tańce. 
Ingebjorg odparła zakłopotana: 
—  Poplamiłam  trzewiki  i  pomyślałam,  że  zapytam  Giselę,  czy  by  mi  nie 

pożyczyła swoich. 

— Nie przejmuj się — rzekł i objąwszy ją ramieniem, pocałował w policzek. 

— Pośpieszmy się. Zanim zaczną się tańce, musisz przyjąć podarki ślubne. 

Wracając z mężem do izby, nie mogła przestać myśleć o Giseli i Hallsteinie, 

ale  gdy  tylko  pojawili  się  w  drzwiach,  ożywieni  goście  pociągnęli  ją  w  stronę 
przygotowanego dla niej fotela, przy którym stali dumnie wyprężeni drużbowie, 
trzymając w rękach halabardy. Sira Hallvard uroczyście rozwinął rulon i odczytał 

TLR

background image

umowę  zawartą  pomiędzy  swatem  Ingebjorg,  a  rodem  Turego  w  sprawie  jej 
wiana. Następnie złożono jej na kolana podarki i worki z pieniędzmi. 

Ingebjorg nie potrafiła się skupić na darach, bo wciąż była wzburzona tym, co 

usłyszała w tkalni. Na co oni sobie pozwalają we dworze pełnym gości? Gisela, w 
jej stanie! 

Grajkowie zaczęli przygrywać do tańca. Ture uścisnął jej dłoń i pocałował w 

policzek,  a  potem,  radosny  i  zwinny,  pociągnął  ją  za  sobą  do  wspólnego  koła. 
Widząc jego zakochane spojrzenie i troskę, powoli rozluźniła się. W końcu to nie 
moja sprawa, co robi Gisela, usiłowała przekonać samą siebie, ale w głębi serca 
współczuła Bergtorowi. 

Państwo młodzi nie opuścili żadnego tańca i wtórowali wspólnym śpiewom. 

Ingebjorg,  rozgrzana  i  zdysza  na,  całkiem  zapomniała  o  wcześniejszych 
przykrościach. Z rozkoszą słuchała głosu Turego, bawiły ją słowa przyśpiewek i 
kołysała  się  w  takt  muzyki.  Giseli  nie  widziała  nigdzie,  Bergtora  zaś  ujrzała 
dopiero, gdy przyszedł zaprosić wszystkich na dziedziniec na fajerwerki na cześć 
młodej pary. 

Gdy  już  wszyscy  ustawili  się  w  podkowę  na  dziedzińcu,  rozsypał  proch  na 

płaskich kamieniach i podpalał kolejno pochodnią. Ogień rozniecił się i kaskada 
iskier  wystrzeliła  w  górę,  wywołując  zachwyt  i  oklaski  gości.  Ingebjorg 
początkowo  trochę  się  przelękła,  że  zjawią  się  strażnicy  miejscy  i  nałożą  na 
Bergtora karę za to, że naraża zabudowania na pożar, dowiedziała się jednak, że 
otrzymał on specjalne pozwolenie. Poza tym zadbał o bezpieczeństwo: wyznaczył 
dodatkowych służących do pilnowania i nakazał, by wokół ustawiono więcej be-
czek z wodą. Zbliżała się północ i młoda para ruszyła od jednego zabudowania do 
drugiego,  by  pozdrowić  swoich  gości.  Na  jednym  z  poddaszy  zebrali  się  starsi 
panowie  i  gawędzili,  zakrapiając  trunkami,  w  innym  budynku  z  kolei  siedziały 
starsze  panie,  które  nie  miały  ochoty  na  tańce.  Wszędzie  toczyły  się  wesołe 
rozmowy, którym towarzyszyły przyśpiewki i gromki śmiech. 

Ture przyciągnął ją mocno do siebie i pocałował gorączkowo w usta. 
— Wkrótce pójdziemy do sypialni dla nowożeńców — szepnął jej do ucha i 

przytulił mocniej. 

Naraz usłyszeli wołanie Giseli: 
— Ingebjorg, Ture, już czas! 
Roześmiani i podchmieleni goście skupili się  wokół nich, po czym podeszli 

drużbowie  z  pochodniami  i  odprowadzili  ich  do  schodów.  Tam  Ture  miał 

TLR

background image

poczekać,  aż  druhny  zaprowadzą  Ingebjorg  do  sypialni  i  ją  rozbiorą.  Bergtor 
przyniósł koronę ślubną i podał jednej z druhen. 

Druhny ostrożnie zdjęły kosztowną suknię wierzchnią oraz złocistą, jedwabną 

suknię spodnią i nagą pannę młodą poprowadziły do łóżka. Pomogły jej się ułożyć 
i przykryły do talii, a następnie włożyły jej na głowę ślubną koronę, którą Ture 
miał  zdjąć,  gdy  zostaną  sami.  Siedzia  ła  tak  wsparta  na  poduszkach,  a 
rozpuszczone włosy zakrywały jej nagie piersi, gdy sypialnię opuściły druhny, a 
do środka weszli drużbowie, prowadząc pana młodego. 

Jeden z nich odpiął mu złoty pas z mieczem i powiesił na ścianie nad łóżkiem. 
Ingebjorg oblała się rumieńcem, gdy mąż spojrzał na nią, zatrzymując wzrok 

na wysokości piersi. Zorientowała się bowiem, że niedokładnie się okryła. 

Drużba  pomógł  panu  młodemu  zdjąć  tunikę,  ściągnął  ostrogi  i  buty.  Ture, 

odwrócony w jej stronę, uśmiechał się pod nosem, gdy zdjęto zeń obcisłe rajtuzy. 
Chciała odwrócić wzrok, sądząc, że nie ma nic pod spodem, ale zorientowała się, 
że na biodrach ma przepaskę. 

Gdy  tylko  drużbowie  wyszli  z  sypialni,  Ture  zrobił  krok  w  jej  stronę. 

Powolnym ruchem zdjął przepaskę z bioder i stanął przed nią nagi. Stał tak przez 
chwilę, nie spuszczając z niej wzroku, dumny z siebie i swej męskości. W końcu 
podszedł powoli, wpatrując się w nią intensywnie. 

Uroczyście rozwiązał jedwabne wstążki i zdjął jej z głowy ślubną koronę, którą 

odłożył  na  krzesło.  Następnie  pochylił  się  nad  nią  i  odgarnął  na  bok  włosy,  by 
odsłonić piersi, a dopiero potem odsunął przykrycie. 

Nie  padło  między  nimi  ani  jedno  słowo.  Ingebjorg  czuła,  że  serce  wali  jej 

młotem.  Pragnęła  by  Ture  się  położył,  objął  ją  i  pocałował,  ale  on  działał 
nieśpiesznie.  Muskał  palcem  sutki,  a  potem  sunął  w  dół,  po  brzuchu  i  po 
wewnętrznej części uda. 

— Jesteś piękna, Ingebjorg — wyszeptał, a ją przeniknął gorący prąd. 
Nie powiedział, że jest za chuda, tylko że jest piękna. Przez moment lękała się, 

że stanie się tak jak w Akersborg, że nagle odejdzie go ochota. Bała się też, że 
zacznie z nią dziwną grę, tak jak ostatnio, każąc jej udawać, że jest mu niechętna, 
lub,  by  bawiła  się  z  nim  w  chowanego.  Tak  bardzo  pragnęła,  by  bez  żadnych 
dziwactw  czerpali  rozkosz  ze  swej  wzajemnej  bliskości.  Tęskniła  za  jego 
pocałunkami, dotykiem nagiego ciała męża. Chciała poczuć, jak w nią wnika... 

—  Pragniesz  mnie...  —  wyszeptał  z  uśmiechem  i  nakrył  ją  swym  ciałem. 

Niedługo potem oboje miarowo poru szali biodrami, zdyszani niczym galopujący 
jeźdźcy. 

TLR

background image

— Cudnie jest dzielić z tobą łoże, Ingebjorg — szepnął jej do ucha, gdy osunęli 

się znużeni. 

Ogarnęła  ją  nieopisana  radość.  Chyba  nie  mógłby  powiedzieć  jej  milszych 

słów. Tak się przecież obawiała, że nie sprosta jego oczekiwaniom. 

Zasnęła wtulona w jego ramię, nasycona i zadowolona. 
Obudziło  ją  pianie  koguta  i  uświadomiła  sobie,  że  przespali  całą  noc  w  tej 

samej pozycji. Poczuła coś twardego na brzuchu. 

— Obudziłaś się wreszcie? — szepnął Ture wtulony twarzą w jej włosy. — 

Bałem się poruszyć, by cię nie obudzić za wcześnie. 

— Od dawna nie śpisz? 
— A jak myślisz? — zaśmiał się cicho i, pochylony nad nią, wszedł mocnym 

posunięciem w jej łono. Potrzebowała więcej czasu, by poczuć rozkosz, podobną 
do tej z minionej nocy, ale w końcu mu się poddała. 

Usłyszawszy głosy dolatujące z dziedzińca, Ingebjorg domyśliła się, że goście 

udają się na śniadanie. 

— Musimy wstawać — wyszeptała. 
Ture zaśmiał się. 
— Myślisz, że ktoś się spodziewa, że młoda para już się obudziła? 
Roześmiała  się  także  i  odpowiedziała  szeptem,  napotykając  jego  usta  w 

głębokim pocałunku: 

— Jeszcze długo nie... 
Gdy  wreszcie  zdołali  się  od  siebie  oderwać,  Ingebjorg  zauważyła  pod 

drzwiami jasną smugę. Wysunęła się z ramion Turego i boso podeszła po cichu do 
drzwi, by je uchylić i wpuścić do środka trochę światła. Ture przyglądał się, jak 
nalewa wody do miski i obmywa dokładnie całe  ciało, a gdy chciała się ubrać, 
podszedł do niej, oparł ją o ścianę i zaczął gwałtownie pieścić. 

—  Myślisz,  że  mogłem  pozostać  obojętny,  patrząc  na  twe  nagie  ciało?  — 

wyszeptał chrapliwie i nie ruszając się z miejsca, znów wziął ją w posiadanie. 

Ingebjorg  zaśmiała  się  w  duchu,  uradowana,  że  Ture  jej  pożąda  i  że  tak  im 

razem  dobrze.  Wszystko  wskazywało  na  to,  że  stworzą  wspólnie  szczęśliwy 
związek. 

Suknia przeznaczona na ten dzień, uszyta z jednego kawałka delikatnego sukna 

w kolorze niebieskim, była u dołu przyozdobiona tkanymi bordiurami. Sięgała jej 
do samej ziemi i pięknie się prezentowała z białą, lnianą koszulą pod spodem. Do 
tego pasowało nakrycie głowy, biała chustka ułożona i przypięta na okrągłym i 

TLR

background image

obcisłym  czepeczku  z  takiej  samej  tkaniny  jak  suknia  i  także  wykończonym 
bordiurą. 

Ture przyglądał się, jak wiąże włosy i upina chustkę, która przypominała nieco 

welon zakonnic z Nonnesetter. 

—  Pomyśleć,  że  już  nie  będziesz  nosić  rozpuszczonych  włosów  i  ja  jako 

jedyny będę je mógł oglądać w całej krasie — rzekł z dumą w głosie. 

Ingebjorg uśmiechnęła się zadowolona. 
On  tymczasem  przechylił  lekko  głowę  i  obejrzawszy  ją  od  stóp  do  głów, 

stwierdził: 

—  Suknia  jest  piękna,  ale  przydałoby  się  nieco  głębsze  rozcięcie  z  przodu. 

Powinnaś też założyć szerszy pas, by podkreślił twoje piękne kształty. Szkoda je 
zakrywać. 

Ingebjorg stała nieruchomo, a rumieńce na jej policzkach zdradzały, ile radości 

sprawiły jej te słowa. 

Kiedy weszli do izby, poczuła na sobie badawcze spojrzenia gości. Jedni już 

się  posilili,  inni  dopiero  zasiadali  do  stołu.  Unikała  ich  wzroku,  starając  się 
zachowywać zwy czaj nie, ale policzki ją paliły i miała ochotę uśmiechać się do 
całego świata. Wiedziała jednak, że to nie uchodzi. 

Gisela pośpieszyła w ich stronę i obrzuciwszy ich zaciekawionym spojrzeniem, 

oświadczyła: 

—  Wygląda  na  to,  że  mieliście  dobrą  noc.  Ale  czy  nie  nazbyt  forsowną, 

Ingebjorg? 

Uśmiechnęła się do Giseli, postanawiając, że nie da sobie zepsuć radości. 
Podszedł do nich też ojciec Turego, poklepał syna po plecach i spytał: 
— I co? Czy dziewica była niechętna, jak to dziewice? 
Ryknął śmiechem, rozbawiony własnym żartem, po 
czym przyjrzał się uważnie Ingebjorg, mówiąc: 
— Wyglądasz na zmęczoną. Co robić, trafił ci się ognisty małżonek. Ma to po 

ojcu. 

Zamilkł  gwałtownie,  bo  w  tej  samej  chwili  do  izby  wkroczyła  jego  żona  i 

skierowała się ku nim ze słowami: 

— Straszny hałas był tu w nocy! Ludzie trzaskali drzwiami, zbiegali na dół i 

rozmawiali głośno na schodach. Oka nie zmrużyłam! 

— Hałasy? — Ture spojrzał na nią zdziwiony. — Nic nie słyszałem. 
— Domyślam się — zarechotał jego ojciec. — Młoda para ma co innego do 

roboty, niż nasłuchiwać odgłosów w obejściu. 

TLR

background image

Następnie podszedł Orm Oysteinsson. 
— I jak, pani Ingebjorg? Jak się miewasz? — zagrzmiał swojsko. 
Po  raz  pierwszy  ktoś  się  do  niej  zwrócił  per  pani.  Wiedziała,  że  ten  zwrot 

przysługuje  mężatkom  z wyższych sfer i kobietom wysokiego urodzenia. Jakoś 
dziwnie jej się zrobiło, gdy pomyślała, że i ona zalicza się teraz do tego grona. 

— Dziękuję, panie Orm, mam się dobrze — odpowiedziała dwornie. 
Tymczasem w drzwiach stanął Hallstein i oznajmił: 
— Zerwał się wiatr, pogoda się zmienia. 
—  Szkoda  —  odparła  Gisela.  —  Bo  zamierzaliśmy  zabrać  gości  do  dworu 

królewskiego.  —  Zaśmiała  się  jednak  zaraz  i,  biorąc  pod  rękę  brata  Bergtora, 
dodała:  —  Cóż,  pozostają  nam  w  takim  razie  zabawy  pod  dachem.  Prawda, 
Hallstein? 

Ingebjorg zerknęła ukradkiem na Orma Oysteinssona, zastanawiając się, co tu 

się właściwie dzieje. Gisela jawnie kokietowała Hallsteina, mimo że po kryjomu 
była  nałożnicą  ochmistrza.  Orm  Oysteinsson  nie  pozostał  obojętny  na  jej 
zachowanie. Czy celowo chciała go w ten sposób podniecić? A może zależało jej, 
by nastawić obu mężczyzn wrogo wobec siebie nawzajem? 

Ciarki  jej  przeszły  po  plecach  i  pomyślała,  że  Gisela  jest  niebezpieczna, 

podjudzając jednego kochanka przeciwko drugiemu. 

—  Usiądźmy  już,  może  —  mruknęła,  po  czym,  oswobodziwszy  się  z  objęć 

męża, podeszła do stojącej z boku pani Bothild i zagadnęła: 

— Mam nadzieję, że dobrze pani spała w nocy. 
Żona ochmistrza popatrzyła na nią wzrokiem zdradzającym głęboką rozpacz, 

zaraz jednak opanowała się i, siląc się na uśmiech, odrzekła: 

— Dziękuję, panno Ingebjorg, to znaczy pani Ingebjorg — zaśmiała się. — 

Chyba będzie mi się trudno przyzwyczaić. 

Ingebjorg także się uśmiechnęła. 
Pani Bothild tymczasem rzekła po chwili wahania: 
—  A  może  będę  się  do  pani  zwracać  po  imieniu?  Będziemy  się  przecież 

spotykać codziennie. 

— Byłoby mi bardzo miło — odparła radośnie Ingebjorg. 

Przy  posiłku  panował  radosny  gwar.  Ture  uśmiechał  się  do  Ingebjorg,  był 

wesoły i ugodowy. Opowiadał zabawne historie z czasów, gdy był drużynnikiem 
na  królewskim  dworze,  wywołując  salwy  śmiechu  wśród  siedzących  przy  stole 
gości. 

TLR

background image

Na  zewnątrz  tymczasem  nasiliła  się  wichura  i  lunął  deszcz.  Na 

wybrukowanych  drewnem  ulicach  i  dziedzin  cu  utworzyły  się  kałuże,  a  z 
darniowych  dachów  wraz  zc  strugami  deszczu  spływały  kępki  mchu  i  grudki 
ziemi. 

W  pomieszczeniach  na  poddaszu  i  w  największej  izbie  weselnej  zapalono 

lampy i świece. Ogień trzaskał w palenisku, przy którym gromadzili się goście, by 
się ogrzać. Z oddali raz po raz rozlegały się grzmoty. 

Ingebjorg zerknęła na Bergtora, który nie krył zatroskania. 
—  Dziwną  mamy  jesień  —  rzucił  gromkim  basem  Orm  Oysteinsson.  —  W 

Akersborg  niedawno  uderzył  piorun,  choć  już  niebawem  odpust  świętego 
Klemensa. Jak żyję, nie pamiętam czegoś takiego. 

—  A  przypominacie  sobie  te  wszystkie  dziwne  znaki  przed  wybuchem 

epidemii dżumy? — zapytała Anna, najstarsza siostra Turego. — Przez trzy zimy 
pod  rząd  panowały  mrozy,  jakich  nie  pamiętali  najstarsi  ludzie,  i  spadły 
niespotykane  ilości  śniegu.  Potem  nastała  sucha  wiosna,  a  latem  znienacka 
przyszło ochłodzenie i zniszczyło zbiory zbóż. Napadało tyle deszczu, że łąki stały 
w wodzie. 

Pani Bothild pokiwała głową. 
—  Tak,  to  były  wyraźne  znaki  od  Boga.  Przestroga,  co  się  stanie,  jeśli  nie 

przerwiemy naszego grzesznego życia. 

Popatrzyła na swojego męża. 
— A ja widziałam spadającą gwiazdę — dodała zgodnie druga siostra Turego, 

Benedykta. — Nasz ksiądz mówił, że spadające gwiazdy i błyski w powietrzu to 
właśnie Boże znaki. 

Ingebjorg  przypomniała  sobie  uderzenie  pioruna  w  Akersborg.  Odebrała  to 

wówczas, jako pomoc z nieba teraz jednak zaraził ją niepokój innych. 

Ture podniósł puchar i oznajmił głośno: 
—  Zapomnijmy  o  niepogodzie  i  wypijmy  za  najpiękniejszą  pannę  młodą  w 

całym królestwie Norwegii. 

Goście przyłączyli się do toastu i wznieśli kielichy. Wraz z litrami wypitych 

trunków nabierali animuszu. Gisela była już znowu mocno podchmielona. 

Ture wyjął z kieszeni skórzany mieszek, który uroczyście wręczył Ingebjorg. 
— Czas najwyższy na prezent ślubny ode mnie, Ingebjorg. Otwórz, proszę. 
Wszyscy przyglądali się z zaciekawieniem, gdy Ingebjorg otworzyła woreczek 

i wyjęła ze środka piękny złoty pierścień z umocowanymi misternie szafirowymi 
oczkami. 

TLR

background image

— Podobno należał do królowej Margret, małżonki Magnusa, zwanego Bosym 

— wyjaśnił z dumą Ture. — Mój pradziadek otrzymał go od Hakona Hakonssona. 

Gisela  nachyliła  się,  by  zobaczyć  dokładnie,  i  uśmiechając  się  nieszczerze, 

rzuciła głośno: 

— No, to teraz możesz mi już oddać moje pierścienie. 
Ingebjorg poczerwieniała ze wstydu, że goście usłyszeli, iż musiała pożyczyć 

pierścienie  na  swój  ślub.  Własny  pierścień  oddała  biednej  wdowie,  której  mąż 
został poddany torturom i stracony na wzgórzu szubienicznym. 

— Coś podobnego — usłyszała pełen pogardy głos matki Turego. 
Zdjęła  pośpiesznie  pierścienie  i  oddała  Giseli,  po  czym  włożyła  na  palec 

pierścień,  otrzymany  w  prezencie  od  męża,  mamrocząc  pod  nosem 
podziękowanie. 

Nachylił się i całując ją w policzek, zapewnił: 
— Zasługujesz na niego, Ingebjorg. 
Uśmiechnęła się do męża. 
Gisela zaś kiwnęła na służącą i zarządziła: 
— Dolej wina panu młodemu! 
A kiedy puchar był pełen, uniosła własny, mówiąc: 
—  Zdrowie  wspaniałomyślnego  pana  młodego  i  wszystkich  szczodrych 

mężczyzn! 

— Na zdrowie, piękna pani Giselo! 
Ture uniósł kielich i wypił parę łyków, patrząc Giseli prosto w oczy. 
Chciał go odstawić, ale Gisela zaprotestowała głośno: 
— O, nie, Ture, wypij do dna! Inaczej toast się nie liczy. 
Nie uszło uwagi Ingebjorg, że Gisela zwraca się do jej 
męża po imieniu, zerknęła ukradkiem na jego matkę, zastanawiając się, czy i 

ona to zauważyła. 

Ture tymczasem ze śmiechem opróżnił kielich, który służąca znów napełniła. 
—  A  teraz  pijemy  zdrowie  naszej  niewinnej  panny  młodej  —  oświadczyła 

głośno  Gisela.  —  Cóż  bowiem  może  się  równać  z  widokiem  młodej  i  czystej 
dziewicy. 

Wszyscy wznieśli kielichy, a Ingebjorg, wzburzona cynizmem Giseli, zmusiła 

się do uśmiechu. 

Kolejny  toast  Gisela  postanowiła  wznieść  za  dziecko,  którego  oczekuje. 

Patrząc Turemu prosto w oczy, wypowiedziała uroczyście: 

— Za jego zdrowie na całe długie życie. 

TLR

background image

W tej samej chwili podszedł do stołu Bergtor, a Gisela zwróciła się do niego z 

uśmiechem: 

— I żeby był podobny do swojego ojca, który jest wzorem cnót. 
— O czym ty mówisz? — zapytał Bergtor zdezorientowany. 
— Wznosimy toast za naszego syna, Bergtor. Chodź i napij się z nami, mój 

drogi. Tęskniłam za tobą. 

Ingebjorg zerknęła na Turego, który zmrużył oczy i pochylił się nad stołem, 

jakby  uszły  z  niego  siły.  Ma  już  dość,  pomyślała.  Gisela  niepotrzebnie  go 
zmuszała, by tyle wypił. Niebawem pojawią się muzykanci. Bergtor zamówił też 
kuglarzy, którzy zamierzali bawić weselników swoimi sztuczkami, a jeden z gości 
przeczyta na głos fragmenty sagi rycerskiej. Szkoda by było, gdyby to wszystko 
ominęło Turego. 

Małżonek jednak osunął się na blat stołu i zasnął. 
—  Matko  święta  —  wyrwało  się  Giseli.  —  Pan  młody  chyba  naprawdę 

niewiele spał tej nocy. 

Wstała  z  miejsca  i  kiwnęła  na  służących,  którzy  stawiali  na  stole  kolejne 

kielichy z winem, dając im znak, by pomogli wynieść Turego. 

— Trzeba go położyć na dole w starym budynku z sypialniami. Pokażę wam 

drogę — wyjaśniła i wstała od stołu. 

— Deszcz pada, Giselo — zaprotestował Bergtor. — Lepiej ja pójdę. 
— Nie ma mowy — oburzyła się. — Nie wiesz, gdzie położyłam poduszki i 

koce. Poza tym zgrzałam się i chętnie się trochę ochłodzę. Muszę też rozprostować 
nogi. 

Ingebjorg popatrzyła niespokojnie na Bergtora, który siadł na miejscu Giseli, 

ale sprawiał wrażenie, że najchętniej pobiegłby za nią. 

Niebawem służący wrócili przemoczeni. 
— Gdzie Gisela? — spytał pośpiesznie Bergtor. 
— Została, żeby pomóc panu — odparł młodzieniec. 
Bergtor wstał gwałtownie, ale ojciec Turego chwycił 
go za ramię, mówiąc: 
—  Usiądź,  Bergtorze  Masson.  Leje  deszcz.  Zresztą  mój  syn  woli,  żeby 

pomogła mu kobieta. 

Zaśmiał się, ale nikt przy stole mu nie zawtórował. 
Bergtor siadł ciężko z powrotem. 
Ingebjorg  ogarnął  lekki  niepokój.  Co  prawda  nie  obawiała  się,  by  ze  strony 

Turego doszło do czegoś nieprzyzwoitego, zwłaszcza że był pijany, równocześnie 

TLR

background image

jednak nie wierzyła, że Gisela odprowadziła go jedynie powodowana troską. Znała 
ją już na tyle, by wiedzieć, że każde jej działanie ma jakiś cel. Ale czego ona chce? 
Nie wystarczy, że zastawiła sidła na Hallsteina i ochmistrza? Musi udowodnić, że 
może też zbałamucić pana młodego? A może chodzi jej po prostu o to, by obudzić 
we mnie zazdrość i zepsuć mi przyjęcie weselne? 

Rozmowa się nie kleiła. Odnosiło się wrażenie, że wszyscy czekają, aż wróci 

Gisela. 

W końcu panna Anna podniosła się z miejsca i oznajmiła: 
— Pójdę zobaczyć, co z moim bratem. Zdaje się, że przestało padać. 
Ojciec chciał zaprotestować, ale powstrzymała go żona. 
— Niech idzie. Zwykle mu pomaga. 
„Zwykle mu pomaga", zdumiała się w duchu Ingebjorg. Czy to znaczy, że Ture 

często się upija? 

Zapadła cisza i wszyscy skierowali wzrok ku drzwiom. 
Kiedy panna Anna wreszcie wróciła, Bergtor wstał gwałtownie i spytał: 
— Gdzie jest moja żona? 
— Ture śpi, a ona siedzi sobie w fotelu i odpoczywa. Powiedziała, że zmęczył 

ją gwar w izbie. 

Bergtor  poczerwieniał,  ale  nic  nie  odpowiedział.  Zapewne  uznał,  że  żona 

powinna raczej położyć się w swojej sypialni, ale milczał w obawie, że mógłby 
urazić rodziców Turego. 

Niepokój narastał. Ingebjorg starała się przekonać samą siebie, że nie dzieje się 

nic poza tym, że Ture śpi, a Gisela odpoczywa, słyszała jednak i widziała dość, by 
wiedzieć, na co stać Giselę. Z nią coś jest nie tak, pomyślała. Zachowuje się, jak 
suka w okresie rui, nigdy nie ma dość. 

Bergtor  kręcił  się  niespokojnie,  wreszcie  nie  wytrzymał  dłużej  i  bez  słowa 

opuścił towarzystwo. 

Ingebjorg  nie  miała  wątpliwości,  dokąd  się  udał.  Nagle  przestraszyła  się, że 

Ture się zdenerwuje, i od słowa do słowa skończy się bójką. Nierzadko tak właśnie 
kończyły się wesela. Kiedy mężczyźni się upiją, to łatwo sięgają po nóż. Wstała po 
chwili, wymamrotała coś na usprawiedliwienie i pośpieszyła za Bergtorem. 

TLR

background image

 

Rozdział 3 

Nisko  nad  budynkami  unosiła  się  mgła,  kapało  z  darniowych  dachów,  a 

wyludniony dziedziniec lśnił mokry od deszczu. Służba zapaliła pochodnie, które 
rozświetliły zapadający mrok. 

Ingebjorg przeszła na ukos w kierunku starego budynku z poddaszem. Już w 

połowie drogi dosłyszała podniesione głosy i poczuła, że strach ściska ją za gardło. 

Weszła bez pukania. Na środku pomieszczenia stał rozwścieczony Bergtor, na 

łóżku  zaś  siedział  Ture,  którego  siostra  obejmowała  ramieniem,  jakby  chciała 
osłonić  przed  gniewem  Bergtora.  Nieco  dalej  z  niewinną  miną  siedziała, 
wyprostowana dumnie, Gisela. 

Usłyszawszy  trzask  otwieranych  drzwi,  Bergtor  obrócił  się  gwałtownie,  a 

pozostali także skierowali wzrok w tę samą stronę. 

— Co tu robisz? — ryknął Bergtor. 
Ingebjorg  popatrzyła  przerażona,  nie  rozumiejąc,  dlaczego  opiekun  na  nią 

krzyczy, on zaś westchnął ciężko i dorzucił już przyjaźniej: 

— Wracaj do gości, Ingebjorg. To nie jest twoja sprawa. 
— Ale co tu się dzieje? — zapytała niepewnie. 
—  Nic  takiego  —  wtrąciła  odpychającym  głosem  panna  Anna.  —  Bergtor 

Masson po prostu błędnie ocenił sytuację. Znam  mojego brata.  Miewa okropne 
migreny. Pani Gisela była tak miła, że zechciała pomasować mu kark, tymczasem 
wasz opiekun obraził mojego brata, zarzucając mu cudzołóstwo. 

—  Jestem  pewna,  że  panna  Anna  się  nie  myli  —  zwróciła  się  do  Bergtora 

Ingebjorg i z ulgą stwierdziła, że chyba jej uwierzył, bo wzruszywszy ramionami, 
bez słowa opuścił pomieszczenie. Gisela także się podniosła, a mijając Ingebjorg, 
posłała  jej  piorunujące  spojrzenie.  Ostatnia  wyszła  siostra  Turego,  rzucając  na 
odchodnym: 

— Proszę się dobrze opiekować moim bratem, pani Ingebjorg. On wiele się w 

życiu nacierpiał. 

Ingebjorg  skinęła  głową  i  zamknęła  za  nią  drzwi.  Podeszła  do  Turego, 

pogładziła go po włosach i zapytała: 

— Bardzo cię boli, Ture? 
—  Teraz,  kiedy  trochę  odpocząłem,  już  mniej.  —  Uśmiechnął  się  do  niej  i, 

usiłując ją do siebie przyciągnąć, poprosił: — Usiądź mi na kolanach, Ingebjorg. 

TLR

background image

— Ależ, Ture — zaśmiała się, zerkając ku drzwiom, po czym podeszła zasunąć 

zasuwę. 

A kiedy jakiś czas później powrócili do izby weselnej, muzykanci już grali, a 

weselnicy  utworzyli  duże  koło.  Ture  nie  miał  nastroju  do  tańca,  ale  przed 
Ingebjorg skłonił się Bergtor. 

Najchętniej usiadłaby obok męża, ale nie chciała zranić opiekuna. Nie odzywał 

się  wiele,  domyśliła  się  więc,  że  złość  nie  całkiem  mu  przeszła.  Westchnęła 
bezgłośnie.  Wesele  było  naprawdę  wspaniałe,  wolałaby  jednak,  by  te  trzy  dni 
dobiegły już końca, i by mogli wraz z Turem przenieść się do Akersborg. 

Byli  już  bardzo  zmęczeni,  kiedy  wreszcie  udali  się  na  spoczynek.  Ture, 

dziwnie milczący, pocałował ją tylko i natychmiast zasnął. 

Właściwie odczuła ulgę. Oboje potrzebowali snu. 
Następnego  ranka  pogoda  się  poprawiła.  Po  gwałtownych  ulewach  i 

przenikliwych  podmuchach  wiatru  z  północy  napłynęło  łagodne  powietrze  z 
południa.  Niebo  się  rozchmurzyło,  nad  przemoczonymi,  darniowymi  dachami 
zaświeciło słońce i rozbłysło w kościelnej wieży. Rozbrzmiały ptasie trele. 

Gościom weselnym wyraźnie poprawiły się humory. Przez otwarte na oścież 

drzwi  sączyła  się  muzyka  i  dolatywały  strzępki  wesołych  rozmów,  przerywane 
wybuchami śmiechu. 

Ture  nie  odstępował  Ingebjorg  na  krok.  Miły  i  troskliwy,  zabawiał  ją  i 

rozweselał. Pił jedynie wodę lub słabe piwo. 

Kiedy już obeschły kałuże, Bergtor zaproponował gościom ze Szwecji konną 

przejażdżkę  przez  miasto  w  stronę  rynku.  Ingebjorg  i  Ture  postanowili  się 
przyłączyć. 

Na rynku goście koniecznie chcieli zajrzeć do kupieckich kramów i pooglądać 

wystawione na sprzedaż towary. O tej porze roku handlowało tu znacznie mniej 
kupców niż latem, ale i tak panował ożywiony ruch. Przy straganach stali chłopi, 
zachwalając swój towar, a z klatek i skrzynek dolatywało gdakanie kur i meczenie 
kóz. 

Matka Turego zażyczyła sobie, by syn pomógł jej wybrać rękawiczki dla męża, 

a gdy Ingebjorg została z boku sama, podszedł do niej Bergtor. 

—  Pamiętasz,  co  ci  powiedziałem,  Ingebjorg?  Jeśli  będziesz  miała 

jakiekolwiek kłopoty, zawsze możesz się do mnie zwrócić. 

— Pamiętam — odparła i pokiwała głową. 
Przyglądał się jej uważnie, ale ona uśmiechnęła się, by go uspokoić. 

TLR

background image

— Nie mam żadnych kłopotów, Bergtorze. A jeśli wciąż nie daje ci spokoju 

wczorajsze zajście, to chcę ci powiedzieć, że się mylisz. Między Giselą a Turem 
do niczego nie doszło. Ale przykro mi z twojego powodu, bo Gisela nie zachowuje 
się jak inne kobiety. 

Bergtor milczał, a po chwili westchnął z rezygnacją, mówiąc: 
— Mam nadzieję, że masz rację. Niestety, tyle jest spraw, których nie pojmuję. 
Ingebjorg popatrzyła na niego ze współczuciem. Odwróciła się, by dołączyć do 

pozostałych  gości,  gdy  nagle  zauważyła  Turego.  Stał  pod  murem  cmentarza, 
pochłonięty  rozmową  z  dwoma  mężczyznami,  których  strój  wskazywał  na 
przynależność do wyższych sfer. 

Ingebjorg zapytała zdziwiona: 
— Znasz tych wielmożów, z którymi rozmawia Ture? 
Bergtor odwrócił się i uważnie popatrzył we wskazanym kierunku. 
— Jeden wydaje mi się znajomy — odparł, marszcząc czoło — ale nie mogę 

sobie przypomnieć, gdzie go widziałem. Nie sądziłem, że Ture zna tu kogoś. 

— Ja też nie. 
Ture tymczasem się odwrócił. Widział, że mu się przyglądają, więc podszedł 

do nich z ociąganiem. 

— Spotkałeś znajomych? — zapytała Ingebjorg, nim się z nimi zrównał. 
— Nie, ci panowie pytali o drogę do dzielnicy szewców. 
— Wiedziałeś, gdzie to jest? — zaśmiała się Ingebjorg. 
Pokiwał głową w milczeniu, a po chwili dodał: 
— A ty nie chcesz też sobie czegoś kupić? 
—  Bergtor  uważa,  że  moglibyśmy  się  wybrać  na  przejażdżkę  na  wzgórze 

Eikaberg.  Widać  je  w  oddali  —  rzekła,  wskazując  palcem.  —  Z  zachodniego 
zbocza rozciąga się piękny widok na fiord i wyspy. 

— Dobry pomysł — stwierdził z uśmiechem Ture, kierując się w stronę koni. 
Ingebjorg zauważyła, że Bergtor przygląda się Ture— mu, marszcząc brwi, a 

potem spojrzała w stronę dwóch mężczyzn pod cmentarnym murem. 

Nad czym on się znowu tak zastanawia? — pomyślała zdziwiona. 

Jak zawsze, gdy jechała w stronę Koziego Mostu, tym razem także prześliznęła 

spojrzeniem po zabudowaniach Flugubiten, gdzie mieszkała kiedyś pani Thora, i 
ciarki jej przeszły po plecach. A kiedy zastanawiała się, gdzie zniknął sira Joar, 
znów chłód przemknął jej po krzyżu. Przypuszczała, że sira Joar nie odważy się 
raczej zbyt szybko wrócić do Oslo, ale pewności nie miała. W rozumieniu prawa 
nie popełnił żadnego przestępstwa. Nie było dowodu, że to on zamknął ją w lochu. 

TLR

background image

A za to, że pomógł w ucieczce pani Thorze, nie dostałby pewnie surowszej kary 
niż solidna grzywna, na którą z pewnością go stać. 

Przez  most  jechali  pojedynczo.  Słońce  połyskiwało  w  wodach  rzeki.  Na 

drugim brzegu zauważyła dym, unoszący się z królewskiej cegielni i z klasztoru 
franciszkanów. 

Zawsze krzepiła ją myśl o bracie Audunie i rodzicach małego Sigurda. Nawet 

jeśli są na świecie źli ludzie, to przecież dobrzy stanowią większość. Na zawsze 
zachowa w pamięci ten dzień, gdy szewc i jego żona odzyskali syna. Chyba trudno 
wyobrazić sobie większą radość. 

Droga  pięła  się  teraz  stromo  w  górę.  Matka  Turego  zatrzymała  się  nagle  i 

zażądała, by syn zawrócił z nią do Belgen. 

— W takim razie ja też wracam — rzekła pośpiesznie Ingebjorg. 
—  Nie  sądzę  —  sprzeciwiła  się  stanowczo  matka  Turego.  —  Powinnaś 

dotrzymać towarzystwa moim córkom. Musi z nimi jechać jakaś kobieta, która jest 
obeznana w okolicy. 

Ingebjorg nie odważyła się zaprotestować, choć wolałaby nie rozstawać się z 

Turem. Obawiała się, że mąż po powrocie do Belgen będzie wychylał trunki przez 
resztę  dnia,  a  potem  zrobi  jej  awanturę  o  to,  że  pojechała  razem  z  Bergtorem. 
Wciąż miała świeżo w pamięci przykrość, jakiej doświadczyła w sobotę. Stanęło 
jednak na tym, że grupa się rozdzieli. 

Ojciec Turego i stryj wraz z Bergtorem ruszyli przodem wąską ścieżką, za nimi 

obie siostry Turego i Ingebjorg. Po ulewnym deszczu było dość grząsko, dlatego 
Ingebjorg ucieszyła się, gdy cało i zdrowo dotarli na miejsce. 

Zatrzymali  się,  a  Bergtor,  wskazując  na  stary  dwór  położony  na  szczycie 

wzgórza, wyjaśnił: 

—  To  jest  właśnie  dwór  Eikaberg.  Obecnie  należy  do  biskupstwa  w  Oslo. 

Podobno  przed  blisko  dwustu  lat\  tu  właśnie  więziono  córkę  króla  Magnusa 
Erlingssona, syna Erlinga Skakke. 

Panna Anna popatrzyła zafascynowana na dwór, do magając się, by Bergtor 

opowiedział coś więcej. Jej na burmuszona mina zniknęła jak ręką odjął. 

Bergtor uśmiechnął się. 
— Nazywała się Kristina i zakochała się w hovdingu Reidarze Posłańcu, który 

był zwolennikiem biskupa w sporze z królem, i należał do Birkebeinerów. 

—  Zakochała  się  w  jednym  z  wrogów  ojca?  —  zapytała  panna  Anna  z 

niedowierzaniem. 

Bergtor potwierdził. 

TLR

background image

—  Okazało  się  to  dla  niej  brzemienne  w  skutki.  Sprzymierzeńcy  biskupa 

Nicholasa  pod  jego  wodzą,  zajęli  dwór  królewski  w  Oslo.  A  kiedy  Kristina 
przybyła tam, by odszukać Reidara Posłańca, nie zaufali jej i wzięli ją do niewoli. 
Osadzono ją w ciemnicy, a następnie po kryjomu przewieziono tu, do Eikaberg, i 
zamknięto  w  ciemnym  alkierzu,  przylegającym  do  izby  z  paleniskiem.  Myślała 
już, że wybiła jej ostatnia godzina. Spędziła w tym zamknięciu wiele dni i nocy, 
ale w końcu przyjacielowi Reidara Posłańca udało się ją uwolnić. Uciekli razem 
do  Hamar,  gdzie  później  Kristina  i  Reidar  wzięli  ślub.  —  Zwróciwszy  się  do 
Ingebjorg,  Bergtor  dodał  z  uśmiechem:  —  Zdarzyło  się  to  w  dniu  świętej 
Katarzyny. Potem udali się na pielgrzymkę do Ziemi Świętej, a Reidar wstąpił na 
służbę do cesarza Konstantynopola. 

— Moglibyśmy obejrzeć tę izdebkę, gdzie więziono Kristinę? — zapytała, z 

nadzieją w głosie, panna Anna. 

—  Z  pewnością  —  odparł  z  uśmiechem  Bergtor.  —  Znam  tutejszego 

gospodarza. 

Ingebjorg  od  dawna  miała  ochotę  odwiedzić  dwór  Eikaberg.  Bergtor  często 

opowiadał o przyjaznym gospodarzu i jego żonie, którzy mieszkali w tych starych 
nlnidowaniach o długiej historii. Budynek mieszkalny i kamieni otoczaków, miał 
spadzisty dach, schodzący ukośnie niemal do samej ziemi, a jedna z szop chyliła 
się n.1 bok, jakby miała lada chwila runąć. 

Zsiedli z koni i Bergtor zastukał do drzwi. Długo nikt nie otwierał. Ingebjorg 

rozejrzała się wokół i uderzyła ją dziwna cisza. 

W taki słoneczny i ciepły dzień można by się spodziewać, że gospodarze będą 

się  kręcić  po  obejściu.  Przed  nadejściem  zimy  w  każdym  gospodarstwie  jest 
zawsze wiele do zrobienia. 

Wreszcie  usłyszeli  kroki  i  stary  gospodarz  wytknął  głowę  przez  uchylone 

drzwi.  Popatrzył  zrazu  z  niechęcią  w  stronę  Ingebjorg  i  gości  ze  Szwecji,  ale 
uśmiechnął się, rozpoznawszy w gromadzie Bergtora. 

— Niech będzie pochwalony, Ragnvaldzie Brusesson — przywitał się Bergtor. 

— Przybywam z gośćmi ze Szwecji i rad bym pokazać im twój dwór. 

Ragnvald pokręcił głową, tłumacząc: 
— Spadły na mnie kłopoty, Bergtorze Masson. Źle z moją najmłodszą córką. 

Nie  wiemy,  co  jej  dolega.  Żona  ze  starszą  córką  pojechały  do  klasztoru 
franciszkanów, by sprowadzić pomoc. Na dodatek krowa też zaniemogła, biegam 
więc od izby do obory. 

— Nie ma ci kto pomóc? — przeraził się Bergtor. 

TLR

background image

Gospodarz pokręcił głową. 
— Ostatni parobek odszedł wczoraj. W tych czasach coraz trudniej o służbę. 

Jedni  wolą  raczej  nająć  się  na  królewskim  dworze  w  mieście  lub  w  domach 
bogatych panów, inni znów obejmują zagrody po tych, których zabrała dżuma. 

Zerknął na osoby towarzyszące Bergtorowi i zapytał niepewnie, jakby z góry 

znał odpowiedź: 

— Pewnie nikt z państwa nie zna się na dziecięcych chorobach? 
Bergtor, wskazując na Ingebjorg, odparł: 
— Jest wśród nas była nowicjuszka z klasztoru. Mo/r mogłaby pomóc? 
Gospodarz rozpromienił się i rzekł nabożnie: 
— Bóg wysłuchał moich modlitw, przysyłając was tutaj. 
Krewni Turego stali z boku, w milczeniu przysłu 
chując  się  rozmowie.  Kiedy  jednak  Ingebjorg  zrobiła  krok  w  stronę  drzwi, 

panna Benedykta odezwała się zdenerwowana: 

— Nie możesz tam pójść, póki nie wiadomo, co dziec ku dolega. Może złapało 

jakąś zarazę? 

Ingebjorg, widząc desperację gospodarza, nie dała się tak łatwo przestraszyć. 
—  Będę  ostrożna.  Potrafię  szybko  ocenić,  co  dolega  dziecku  —  odrzekła 

spokojnie i stanowczym krokiem weszła po schodkach. 

—  Ale  przecież  mieliśmy  obejrzeć  tę  izdebkę,  w  której  więziono  królewską 

córkę — sprzeciwiła się panna Anna. 

— Co zamierzasz? — zawołał do Ingebjorg ojciec Turego. 
Bergtor wyjaśnił: 
— Ingebjorg pracowała w klasztornym lazarecie i pielęgnowała chore dzieci. 

Zna się na leczeniu, jak mało kto. 

— Ale to nie powód, by nas narażać — oburzył się ojciec Turego. 
Ingebjorg nie słyszała, co odpowiedział Bergtor, bo zdążyła już przekroczyć 

próg domu. Gospodarz wskazał na czarną od sadzy izbę z paleniskiem, w której 
było tak ciemno, że musiała poczekać chwilę, aż jej wzrok przywyknie do mroku. 
Powoli ukazały się zarysy ław przy ścianach, stół i dwie typowe skrzynie. Kubki i 
inne naczynia umieszczono na wiszących półkach, a na stojaku nad paleniskiem 
wisiały jakieś brudne, skórzane błamy. 

Usłyszała jakby jęk i zauważyła, że na ławie w głębi izby coś się poruszyło. 

Gospodarz  poprowadził  ją  do  posłania,  na  którym  ujrzała  bladą  dziewczynkę, 
dwu-, może trzyletnią. Leżała z zamkniętymi oczami, a kręcone włosy były mokre 
od potu. To ona pojękiwała cichutko. 

TLR

background image

Ingebjorg  dotknęła  ostrożnie  jej  czoła,  które  jednak  nie  było  bardzo  gorące. 

Dziewczynka podniosła powieki i popatrzyła zalękniona na gościa. 

Ingebjorg uśmiechnęła się do niej. 
— Nic się nie bój. Jestem tu, żeby ci pomóc. — Następnie zwróciła się do ojca 

dziecka: — Dawno choruje? 

— Nie, to stało się dzisiaj. Weszła do chaty, narzekając, że wszystko ją boli, a 

najwięcej noga. Zaraz potem zaczęła wymiotować. Ma straszne dreszcze, jakby 
marzła. Dlatego pomyślałem, że może... 

Urwał, ale Ingebjorg wiedziała, o co mu chodzi. Bał się, że to dżuma. 
Ingebjorg  odkryła  ostrożnie  dziewczynkę,  wzięła  ze  stołu  lampkę  łojową  i 

przyświeciła  sobie,  by  dokładnie  obejrzeć  dziecko.  Mała  miała  nogi  powalane 
ziemią i trawą. 

— Biegała boso po dworze? 
— Dziś jest tak ciepło — mruknął gospodarz, jakby się usprawiedliwiaj ąc. 
Poświeciła na chudziutkie nożyny i od razu zauważyła to, czego szukała. Nad 

kostką widniały dwa niewielkie punkciki, tuż obok siebie, noga była spuchnięta i 
obolała. Dziecko zaczęło głośniej jęczeć, gdy tylko uchwyciła nóżkę. 

— Wydaje mi się, że ukąsiła ją żmija — orzekła spokojnie. — Możesz mi dać 

sznurek i ostry nóż? 

Mruczał pod nosem, że niemożliwe, by o tej porze roku były żmije, ale zrobił, 

co mu kazała. 

Ingebjorg chwyciła nóż i przytrzymała przez chwilę nad ogniem, tak jak się 

nauczyła  w  klasztorze,  po  czym  obwiązawszy  nóżkę  ciasno  sznurkiem,  zrobiła 
niewielkie nacięcie. Wyssała krew rany i wypluła na podłogę. Dziecko nawet nie 
zapłakało. 

— Przydałaby mi się teraz kocimiętka — mruknęła sama do siebie. 
— Zdaje się, że gdzieś mamy — odpowiedział gospodarz. 
— Naprawdę macie w domu zioła? 
—  Stara  Sigrid  znała  się  na  zielarstwie.  Zdaje  się,  że  zostało  trochę  jej 

zapasów. 

— Możesz przynieść to, co masz? 
Mężczyzna podszedł do skrzyni, pogrzebał w środku przez chwilę i przyniósł 

kilka woreczków. 

Ingebjorg  powąchała  zawartość  i  ku  swemu  zdziwię  niu  rozpoznała 

kocimiętkę. 

TLR

background image

— Zagotuję wody i spróbuję jej podać trochę naparu, a ty w tym czasie zajrzyj 

do krowy. 

Wyszedł trochę niechętnie, wciąż najwyraźniej nie wierząc, że o tej porze roku 

dziecko mogła ukąsić żmija. 

Ingebjorg  przygotowała  zaś  napar  i  pozostawiła  do  ostygnięcia,  a  potem 

sięgnęła  po  czyste  szmatki  i  obmyła  ranę.  Zadbała,  by  dziewczynka  leżała 
spokojnie,  tak  jak  ją  uczono  w  Nonneseter,  a  kiedy  już  opatrzyła  ranę,  łyżką 
podawała dziewczynce napar. Na szczęście dziecko otwierało buzię i piło chętnie. 
Ingebjorg odetchnęła z ulgą. Dobrze wiedziała, jak groźne  może być ukąszenie 
żmii i jak ważne jest podanie naparu z kocimiętki. 

Już  po  chwili  zauważyła,  że  dziewczynka  się  ożywiła.  Nie  zwymiotowała 

naparu, a nóżka chyba ją już mniej bolała. Ingebjorg usiadła przy niej i trzymając 
za rękę, śpiewała jej piosenki dla dzieci. Między innymi tę, którą królowa Blanka 
ułożyła  dla  swoich  synów,  gdy  byli  mali:  „Ride  ride  ranka,  koń  ten  zwie  się 
Blanka". 

Dziewczynka śmiała się i klaskała w rączki. 
Otworzyły się drzwi i wszedł Bergtor. 
— Mała wyzdrowiała? — zdziwił się. 
Ingebjorg pokiwała głową zadowolona, mówiąc: 
— Niebawem będzie całkiem zdrowa. Ukąsiła ją żmija. 
— O tej porze roku? 
— Zdarza się, że żmije wypełzają, gdy się nagle ociepli. Gdzie pozostali? 
— Wrócili do domu. 
Popatrzyła na niego zdumiona. 
— Przecież planowaliśmy dłuższą wycieczkę. 
— Też tak myślałem — odparł Bergtor, zaciskając usta. 
— Ojciec Turego rozgniewał się, że weszłam do środka? 
— Tak. Uważa, że powinnaś bardziej się troszczyć o nich, niż o jakieś obce 

dziecko biedaków. 

Ingebjorg poczuła, jak wzbiera w niej gniew. 
— Przecież to dziecko mogło umrzeć. 
Usłyszeli głosy i po chwili otworzyły się drzwi. Do środka wszedł gospodarz z 

żoną i córką. Z wahaniem podeszli bliżej. 

— Już jest lepiej — oznajmiła Ingebjorg głośno. — Ale mała powinna leżeć i 

trzeba jej podawać napar oraz zmieniać opatrunki, żeby rana nie ropiała. 

Gospodarz pokręcił głową z niedowierzaniem. 

TLR

background image

— Ależ to prawdziwe czary — wymamrotał z nabożnym lękiem w głosie, nie 

przestając wpatrywać się w dziecko, a żona i córka przeciskały się, bliżej posłania. 

Ingebjorg pokręciła głową. 
—  Żadne  czary.  Małą  ukąsiła  żmija.  Podałam  jej  napar  z  kocimiętki,  który 

pomaga w takich przypadkach. 

— Niech Bóg was błogosławi — wyszeptała gospodyni. — Nie wiem, jak wam 

dziękować. 

—  Wasza  radość  jest  dla  mnie  najlepszym  podziękowaniem  —  odparła 

Ingebjorg, wychodząc z budynku. 

W powrotnej drodze aż do stromizny Krossbrekka, Ingebjorg i Bergtor jechali 

obok siebie w milczeniu. Zerknąwszy na niego, Ingebjorg zagadnęła: 

— Jak się dowiedzą, że to było tylko ukąszenie żmii, na pewno się uspokoją, 

prawda? 

Pokiwał głową roztargniony. 
— O co chodzi, Bergtor? 
Pokręcił głową. 
— Nie wiem, Ingebjorg. Nie daje mi spokoju to, co widzieliśmy na rynku. 
— Chodzi ci o tych dwóch dostojników, z którymi rozmawiał Ture? 
Przytaknął. 
— On im tylko wskazał drogę do dzielnicy szewców. 
— Odniosłem wrażenie, że coś omawiali. Poza tym jestem pewien, że jednego 

z  nich  już  kiedyś  widziałem.  Usiłuję  sobie  przypomnieć  gdzie,  ale  nie  mogę. 
Kojarzę go jednak z jakimś nieprzyjemnym wspomnieniem. 

Ingebjorg popatrzyła na niego zaniepokojona. 
— Sądzisz, że Ture skłamał, mówiąc, że ci mężczyźni pytali go o drogę? 
— Nie wiem — odparł, zagryzając wargę. 
Dotarli  do  wąskiej  ścieżki  i  musieli  jechać  teraz  pojedynczo.  Poruszali  się 

jedno za drugim, zamyśleni i milczący. 

Kiedy wjechali na dziedziniec, wyszła im naprzeciw Gisela, a jej gwałtowne 

ruchy zdradzały, że jest zagniewana. 

— Co wyście znowu wymyślili? Ojciec Turego jest wściekły, matka zamknęła 

się w sypialni, a siostry lamentują, że ty, Ingebjorg poszłaś do chorej i tym samym 
sprowadzisz na nas zarazę. Lękają się, że dżuma znów zaatakowała. 

Bergtor ześliznął się z konia i kierując się w stronę stajni, wyjaśnił: 
— To nie żadna zaraza, Giselo. Małe dziecko ukąsiła żmija i to wszystko. 

TLR

background image

— A skąd to możesz wiedzieć? Jestem pewna, że Ture ma inne zdanie. Gdzie 

on właściwie jest? — dodała, odwracając się w stronę ulicy. 

Ingebjorg popatrzyła na nią zdumiona. 
— Nie ma go tutaj? 
—  Nie!  —  odparła  Gisela,  odwracając  się  do  niej  gwałtownie.  —  Wrócił 

wcześniej z matką, a kiedy pozostali przybyli bez was, dosiadł konia i pojechał. — 
Posłała  Ingebjorg  zagniewane  spojrzenie  i  dodała:  —  Na  pewno  mu  się  nie 
spodobało, że urządzacie sobie z Bergtorem przejażdżkę we dwoje. Rzeczywiście 
to smutne, by panna młoda przedkładała towarzystwo swego byłego narzeczonego 
nad  towarzystwo  świeżo  poślubionego  małżonka.  Szczególnie,  gdy  były 
narzeczony wciąż do niej coś czuje. 

Ingebjorg puściła mimo uszu uwagi Giseli. 
— Sądzisz, że Ture pojechał za nami na Eikaberg? 
— Oczywiście. Przecież to człowiek honoru. 
— Ale nie spotkaliśmy go po drodze. 
Gisela  nagle  straciła  pewność  siebie.  Zmrużyła  oczy  i  popatrzyła  na  nią 

podejrzliwie. 

—  Nie  zauważył  czasem  czegoś,  co  mogłoby  go  wzburzyć?  Czegoś,  co 

sprawiło, że odjechał w gniewie? 

Ingebjorg nie miała siły jej odpowiadać. Odwróciła się na pięcie i pobiegła do 

stajni, wołając: 

— Bergtor, Ture zniknął! 

Rozdział 4 

Szukali  Turego,  póki  nie  zapadł  zmrok.  Bergtor  wraz  z  dwoma  parobkami 

pojechali konno na wzgórze Eikaberg, a jego ojciec i wuj w dół na przystań, gdzie 
stał  zacumowany  żaglowiec  Turego.  Kilku  gości  zaofiarowało  się  przeszukać 
wyszynki i gospody, mówiąc, że mógł pójść się upić, i popatrzyli z wyrzutem na 
Ingebjorg. Gisela rozpowiedziała wszem i wobec, że Ture się rozgniewał, gdyż 
Ingebjorg wolała przejażdżkę z Bergtorem niż towarzystwo swego męża. Goście 
byli oburzeni. Nie spotkali się jeszcze z czymś takim, by panna młoda już podczas 
uroczystości  weselnych  sprawiła  taki  zawód  mężowi.  Wciąż  na  nowo  jej  to 
wypominali. 

W końcu Ingebjorg nie wytrzymała tego powszechnego potępienia i zamknęła 

się w sypialni małżeńskiej. 

TLR

background image

Położyła  się  do  łóżka  i  zalała  łzami.  Nie  potrafiła  pojąć,  dlaczego  Ture 

odjechał. Przecież było im ze sobą tak dobrze przez te ostatnie dni. Był dobry i 
miły, wyznawał miłość, zachwycał się jej urodą, a nawet chwalił, że jest wspaniałą 
kochanką.  Sądziła,  że  przestał  ją  już  podejrzewać  o  to,  że  kokietowała  księcia 
Algotssona. Przeciwnie, zdawało jej się, że wszystko mu wyjaśniła. 

Leżała  w  łóżku  i  płakała,  całkiem  straciwszy  poczucie  czasu.  Gdy  wreszcie 

usłyszała ciężkie kroki na stromych schodach, prowadzących na poddasze, usiadła 
i pośpiesz nie otarła łzy. Nie chciała, by Ture widział ją w takim stanie. 

Równocześnie do jej serca zakradł się niepokój. Oby tylko nie był pijany i nie 

zaczął  znów  jej  posądzać.  Wsta  ła  z  łóżka,  wygładziła  suknię  i  wsunęła  pod 
chustkę niesforne kosmyki. 

Rozległo  się  pukanie  do  drzwi  i  do  sypialni  wkroczyła  Gisela.  Zasapana, 

oznajmiła: 

— Zaraz służące wniosą na stoły potrawy. Musisz zejść, bo goście całkiem się 

obrażą. 

Ingebjorg posłuchała Giseli, ale gdy tylko weszła do izby, zauważyła krytyczne 

spojrzenia  gości  i  znaczące  miny.  Najwyraźniej  to  jej  przypisano  winę  za 
zniknięcie Turego. 

Wrócił Bergtor. Niestety, nigdzie nie natknął się na zaginionego, podobnie jak 

inni, którzy wyruszyli na poszukiwania. 

Matka  Turego  zalewała  się  łzami,  przekonana,  że  syn  padł  ofiarą 

rzezimieszków, a starsza siostra utrzymywała, że przestraszył się zarazy. 

— Nie minęły przecież nawet trzy lata, gdy dżuma pozbawiła życia wielu jego 

przyjaciół — denerwowała się, posyłając Ingebjorg karcące spojrzenie. 

Ingebjorg pomyślała, że wszyscy stracili kogoś podczas epidemii dżumy, ale 

nie powiedziała tego na głos. 

Przy stołach zapanował ponury nastrój. Wielu miejscowych gości postanowiło 

się pożegnać i wrócić do swych domów. Ochmistrz z żoną też ich opuścili. Graj-
kom podziękowano, uznawszy, że już nie są potrzebni, w izbie umilkł śmiech i 
wesołe rozmowy, mało kto się w ogóle odzywał. 

Zdążyli właśnie zjeść deser, gdy nagle otworzyły się drzwi i stanął w nich Ture. 

Nie był pijany. Rozejrzał się wokół i rzekł: 

— Wybaczcie mi, proszę. 
Po czym skłonił się nisko i powoli skierował się na miejsce obok Ingebjorg, 

odprowadzony zdumionymi spojrzeniami gości. 

TLR

background image

Służące  pośpiesznie  przyniosły  mu  gorący  posiłek  i  nalały  wina.  Wszyscy 

siedzieli w milczeniu, czekając na jakieś wyjaśnienie, które jednak nie nastąpiło. 
Ojciec Tu rego zagrzmiał więc swym donośnym basem: 

— Wypijmy zdrowie pana młodego! 
Goście unieśli kielichy i przyłączyli się do toastu. 
— Na zdrowie, Ture! — zawołała panna Anna z końca stołu. — Rozumiem 

cię. Dość się już nacierpiałeś. Powinno ci się tego oszczędzić. 

Znów  napełniono  kielichy,  rozmowy  się  ożywiły  i  nastrój  wyraźnie  się 

poprawił. Ingebjorg czekała, aż Ture szepnie jej coś do ucha i wytłumaczy, co się 
stało, ale on zachowywał się jakby nigdy nic. 

Gdzie był? — zastanawiała się. — Przecież nie zna nikogo tu w mieście. Nie 

było go ani na pokładzie statku, ani w  żadnej gospodzie. Co robił o tak późnej 
porze? 

W końcu nic wytrzymała i odezwała się cicho: 
— Strasznie się o ciebie martwiłam. 
— Wybacz, Ingebjorg — odparł, kiwając głową. 
W  jego  głosie  nie  pobrzmiewało  rozdrażnienie,  ale  też  nie  próbował  się  w 

żaden sposób tłumaczyć. 

Ingebjorg zerknęła na Giselę, która uśmiechając się do Turego, rzekła głośno, 

tak by przekrzyczeć gwar: 

— Rozumiemy cię, Ture. Niełatwo być na twoim miejscu. 
Ingebjorg poczuła się tak, jakby ktoś wymierzył jej cios prosto w brzuch. 
Co  ja  takiego  uczyniłam?  —  zastanawiała  się.  Dlaczego  wszyscy  wykazują 

tyle zrozumienia dla Turego? I gdzie on w ogóle był? 

Miała nadzieję, że Ture porozmawia z nią, kiedy już zostaną sami, on jednak 

tylko ziewnął głośno, rozebrał się pośpiesznie, okrył się kocem i mruknął: 

— Dobranoc, Ingebjorg. 
I zamknął oczy. 
Ingebjorg poczuła się tak przytłoczona tymi wszystkimi, bolesnymi myślami, 

że nie wytrzymała. 

—  Mógłbyś  mi  przynajmniej  wyjaśnić,  dlaczego  tak  trudno  być  na  twoim 

miejscu? Wszyscy mnie obwiniają za to, że uciekłeś z własnego wesela. 

Westchnął ciężko. 
— Nie przejmuj się tym, co gadają ludzie, Ingebjorg. Gisela i moje siostry są 

po prostu o ciebie zazdrosne. 

TLR

background image

—  Ale  chyba  mnie  możesz  powiedzieć,  gdzie  byłeś?  —  rzuciła 

zniecierpliwiona. 

— Opowiem  ci,  ale nie teraz, bo jestem zmęczony. Dobranoc, Ingebjorg — 

powtórzył i jeszcze raz ziewnął, po czym nakrył głowę kocem. 

Następnego ranka Ture znów był towarzyski i miły, żartował z gośćmi i ich 

zabawiał. Nikt nie wspomniał nawet słowem tego, co wydarzyło się poprzedniego 
dnia, a Ingebjorg miała wrażenie, że jest jedyną osobą, która o tym pamięta. 

Odprowadzili rodzinę Turego na przystań i poczekali, aż wszyscy ulokują się 

wygodnie  na  pokładzie  żaglowca.  Ojciec  i  stryj  Turego  tryskali  humorem  i 
wyraźnie cieszyli się na czekający ich rejs do Varberg. Natomiast matka Turego 
zdawała  się  dziwnie  milcząca  i  wciąż  z  lękiem  spoglądała  na  nadciągające 
chmury.  Starsza  siostra  pożegnała  się  chłodno  z  Ingebjorg,  natomiast  uściskała 
czule Turego, pogłaskała go po policzku i wyraziła nadzieję, że życie w Norwegii 
nie będzie dla niego zbyt uciążliwy. Druga siostra wydawała się również bardzo 
zatroskana. 

Ingebjorg  mimowolnie  zaczęła  się  zastanawiać,  co  dolega  Turemu,  skoro 

wszyscy  tak  się  o  niego  martwią.  Postanowiła  przy  okazji  zapytać  o  to  Giselę, 
która wiedziała chyba o Turem znacznie więcej od niej. Na myśl o tym poczuła 
ukłucie  w  sercu,  zwłaszcza,  że  Ture  nie  kwapił  się  do  zwierzeń  wobec  swojej 
świeżo poślubionej żony. 

Jako ostatni opuścił Belgen brat Bergtora, Hallstein. Po pierwszym wieczorze, 

kiedy to wprawił w zgorszenie gości swoimi dość nieprzyzwoitymi zalotami do 
Giseli, uciszył się. Ingebjorg domyślała się, że Bergtor przywołał go do porządku, 
bo Hallstein pilnował się później z  piciem alkoholu i nie odzywał się za wiele. Kto 
wie, czy Bergtor mu nie zagroził, że będzie handlował z innymi, jeśli nie zmieni 
swego  zachowania,  a  Hallsteinowi  zależało,  by  sprzedać  mięso,  masło,  skóry 
licowe i futra. 

Tuż  przed  wyjazdem  nie  zdołał  się  jednak  powstrzymać.  Gdy  przez  chwilę 

Ingebjorg została z nim na dziedzińcu sama, spojrzał na nią tym swoim szatańskim 
spojrzeniem i rzekł: 

—  Życie  wśród  arystokratów  nie  zawsze  bywa  usłane  różami,  prawda, 

Ingebjorg?  A  co  dopiero,  gdy  ma  się  za  męża  lubieżnika.  Chociaż  ty  pewnie 
przywykłaś. 

Popatrzyła na niego zdziwiona: 
— O co ci chodzi? 
— Cóż, o ile pamiętam, Eirik też nie dochowywał ci raczej wierności. 

TLR

background image

Ingebjorg poczuła, że krew odpłynęła jej z twarzy, odparła jednak spokojnie: 
— Nie pojmuję, że możesz opowiadać takie rzeczy o zmarłych. 
Hallstein zaśmiał się i dodał: 
— Jak już tak sobie rozmawiamy, Ingebjorg, to twoim zdaniem do kogo będzie 

podobne dziecko Giseli? 

Tym razem spąsowiała i bez słowa odwróciła się do niego plecami. 

Kiedy  już  wszyscy  goście  opuścili  Belgen,  Ingebjorf,  i  Ture  również 

przygotowali się do powrotu do Akersborg. 

Słońce świeciło na bezchmurnym niebie i nadal było wyjątkowo ciepło, jak na 

tę porę roku. 

—  Mam  nadzieję,  że  razem  będziemy  świętować  tu  Boże  Narodzenie  — 

odezwał się z nadzieją Bergtor. 

—  Ingebjorg  na  pewno  przyjedzie,  ale  ja  wolałbym  raczej  spędzić  święta  z 

moimi najbliższymi — odparł Ture. 

Bergtor zmarszczył czoło, ale nic nie odpowiedział. 
Nie  zamierza  spędzić  świąt  Bożego  Narodzenia  razem  ze  swoją  żoną?  — 

pomyślała Ingebjorg i popatrzyła zdruzgotana na Turego, który się tylko do niej 
uśmiechnął. Porozmawiam z nim o tym później, postanowiła. 

W pobliżu rynku zauważyła tłum  ludzi, zmierzający  w stronę Martestokker, 

szubienicznego  wzgórza.  Słychać  było  krzyki  i  nawoływania,  a  gdy  podjechali 
bliżej, usłyszała, jak jakiś wyrostek wrzasnął: 

— Powiesić złodzieja! Powiesić złodzieja! 
Mignęła jej przed oczyma wykrzywiona strachem twarz Eirika i jego błagalne 

oczy. „Pomóż mi, Ingebjorg. Powiedz im, że nie zrobiłem nic złego! Powiedz, że 
jestem szanowanym człowiekiem i ojcem twojego dziecka!" 

Eirik  leży  pochowany  gdzieś  u  stóp  szubienicy,  a  jego  syn  spoczywa  w 

poświęconej ziemi na cmentarzu w Aker. Czy postąpiłaby inaczej, gdyby przed 
rokiem wiedziała to, co wie teraz? 

Jej rozmyślania przerwał Ture, który zatrzymał się znienacka. 
— Poczekaj tu chwilę, Ingebjorg? Muszę zamienić z kimś parę słów. 
I  nie  czekając  na  odpowiedź,  spiął  konia  i  skierował  się  w  stronę  bramy, 

prowadzącej do Katedry Świętego Hallvarda. 

Ingebjorg została z towarzyszącymi im drużynnikami. Czekała cierpliwie, ale 

czuła coraz większy niepokój. Przypomniała sobie rozmowę z Bergtorem, który 
podejrzewał,  że  Ture  ich  okłamał,  i  kojarzył  jednego  z  mężczyzn,  z  którym  go 
widzieli, z jakimiś nieprzyjemnymi okolicznościami. 

TLR

background image

Dlaczego  Ture  nie  wyjaśnił  jej,  gdzie  właściwie  był  poprzedniego  dnia?  W 

przebłyskach zazdrości podejrzewała, że spotkał się z jakąś kobietą, choć w głębi 
serca w to nie wierzyła. 

Nagle doleciały do niej strzępy rozmowy jeźdźców, którzy czekali wraz z nią. 
— To ci sami, z którymi się spotkał wczoraj? 
— Tak mi się zdaje. 
— Jeden to chyba człowiek Erengisle Sunessona, jarla z Orkadów, prawda? 
— Podobny, ale nie jestem pewien. 
Ingebjorg wyostrzyła słuch, ale już nic więcej się nie dowiedziała. Usiłowała 

sobie przypomnieć, gdzie słyszała to nazwisko — Erengisle Sunesson — ale nie 
była  w  stanie.  Najpewniej  to  jakiś  Szwed,  próbowała  się  uspokoić.  Może  Ture 
spotkał się z rodakami, by omówić sprawy ze ściąganiem podatków dla króla, nie 
mogła się jednak pozbyć wrażenia, że kryje się za tym coś podejrzanego. 

Omiotła  spojrzeniem  rynek,  gdzie  jak  zwykle  panował  ruch  i  gwar.  Służące 

kupowały  przyprawy  i  zaglądały  do  krawców.  Ci  zaś  nabywali  zagraniczne 
tkaniny  od  kupców,  którzy,  nie  bacząc  na  jesienne  sztormy,  płynęli  dalej  na 
północ, gdzie zima już straszyła mrozem. Trzy arystokratki oglądały strój, uszyty 
zgodnie  z  najnowszą  modą,  zagraniczne  ozdoby  i  buty.  Kalecy  kuśtykali  w 
pobliżu lub czołgali się na czworakach w nadziei, że ktoś, komu zbywa, rzuci im 
miedziaka  lub dwa. Ulewa sprzed dwóch dni zmyła najgorszy brud, ale z jatek 
rzeźników snuł się mdły zapach krwi. Pod cmentarnym murem znów urosła sterta 
odpadków,  w  której  rył  tłusty  wieprzek.  Z  głośnym  gęganiem  przemieściło  się 
stado  gęsi.  Wszystko  wydawało  się  znajome  i  zwyczajne,  ale  Ingebjorg  miała 
przeczucie, że to tylko złudzenie. 

Znów dajesz się ponieść wyobraźni, upomniała samą siebie i, zrezygnowana, 

skierowała wzrok na bramę kościoła. W tej samej chwili zauważyła wracającego 
wreszcie  Turego,  który  z  ożywieniem  machał  do  niej.  Gdy  był  radosny  i 
zadowolony, tak jak teraz, miał w sobie chłopięcy urok, który czynił go jeszcze 
bardziej  pociągającym.  Uśmiechnęła  się  do  niego,  gdy  podjechał  bliżej,  on  zaś 
oświadczył wesoło: 

— No, to teraz możemy ruszać w dalszą drogę. 
Popatrzyła na niego w nadziei, że dowie się, kim byli mężczyźni, z którymi 

chciał porozmawiać, ale on się nie odezwał. Chyba jednak zrozumiał, że oczekuje 
jakiegoś wyjaśnienia, bo rzucił pośpiesznie: 

— Uzgodniłem, że mój statek może cumować na nabrzeżu królewskim przez 

całą zimę. 

TLR

background image

Ingebjorg  nie  uwierzyła,  że  miało  to  jakiś  związek  ze  spotkanymi 

mężczyznami, postanowiła jednak poczekać z dalszymi pytaniami aż zostanie z 
mężem sam na sam. 

Przejechali  pod  wiaduktem,  łączącym  Katedrę  Świętego  Hallvarda  i 

biskupstwo i wjechali do dzielnicy szewców. Jak zwykle Ingebjorg rozglądała się 
za małym Sigurdem, ale i teraz nigdzie go nie widziała. Nagle zwróciła uwagę na 
gromadkę chłopców, goniących za kotem pomiędzy kramami i zdawało jej się, że 
rozpoznaje jasnowłosego brzdąca. 

— Sigurd! — zawołała. 
Zatrzymał się i odwrócił w kierunku, skąd dolatywało wołanie. 
Ingebjorg zsunęła się z końskiego grzbietu i pośpieszyła mu na spotkanie. 
— Sigurd? — powtórzyła. — Nie poznajesz mnie? 
Wpatrywał się w nią nieruchomo, a kiedy podeszła do niego, spuścił głowę. 
Ukucnęła i chwyciła chłopczyka za ręce. 
— Sigurd, maleńki. Tak się cieszę, że widzę cię zdrowego. O, mam coś dla 

ciebie  —  rzekła,  wyjmując  z  kieszeni  miodowy  przysmak,  który  wzięła  na 
wypadek, gdyby spotkała chłopca. 

Zerknął niepewnie, ale w końcu pokusa okazała się silniejsza. 
W  tej  samej  chwili  usłyszała  za  plecami  kroki,  a  gdy  podniosła  wzrok, 

zauważyła Gyrid, matkę chłopca. Zagadnęła ją zadowolona: 

— Nie jestem pewna, czy mnie poznał. 
Gyrid uśmiechnęła się promiennie. 
— On was nie zapomniał, panno Ingebjorg. Wciąż opowiada o swojej miłej 

opiekunce z klasztoru. 

— Wypatrywałam tu was, ilekroć przejeżdżałam przez Miklagard. 
—  Mieszkamy  w  tej  chacie  —  wyjaśniła  Gyrid,  pokazując  palcem  nowo 

zbudowany budynek z drewnianych bali, stojący w pobliżu. — Następnym razem 
zapraszam do nas, żeby Jeremiasz też się mógł z panią przywitać. 

— Dziękuję, chętnie do was zajrzę. 
Odwróciła się do  Turego, by  mu przedstawić  mamę Sigurda, ale widząc, że 

siedzi wyprostowany w siodle i patrzy na nią wzburzony, pośpiesznie pożegnała 
się z Gyrid i dosiadła z powrotem konia. 

— Na co ty sobie pozwalasz? — odezwał się zagniewany. — Kucasz w błocie 

i rozmawiasz z biedotą, jakbyś była jedną z nich. 

—  Pielęgnowałam  tego  chłopca  po  pożarze  miasta  —  usiłowała  się 

wytłumaczyć. 

TLR

background image

— Nie jesteś już siostrą Ingebjorg — odparł surowo — tylko żoną arystokraty i 

musisz się zachowywać tak, jak przystoi kobiecie z twoją pozycją. 

Ingebjorg nie odpowiedziała, ale wszystko się w niej burzyło. Nie zamierzała 

mijać  obojętnie  Gyrid  i  Sigurda,  nawet  jeśli  jej  mąż  będzie  się  gniewał  z  tego 
powodu. 

Ture ruszył przodem, a Ingebjorg poznała po jego wy prężonej sylwetce, że z 

trudem tłumi wściekłość. Po chwili jednak odwrócił się do niej i uśmiechnął, jakby 
ulotnił się z niego wszelki gniew. 

— Rozmawiałem z Ormem Oysteinssonem, żeby usta lić, gdzie zamieszkamy 

w Akersborg — rzucił miłym gło sem. — Uważam, że Wieża Dziewicy się nie 
nadaje,  zaproponowałem  więc  komnaty  Komory  Królewskiej  nad  archiwum,  w 
którym przechowuje się listy królewskie i rachunki. Co o tym sądzisz? 

Ingebjorg  popatrzyła  na  niego  zdumiona.  Wiedziała,  że  dwie  komnaty  na 

piętrze są przeznaczone dla gości ochmistrza, nie przyszłoby jej jednak do głowy, 
że Orm Oysteinsson zechce im obie odstąpić. Ture  musiał zrobić na nim dobre 
wrażenie, skoro tak ich uhonorował. 

Mimowolnie przypomniała sobie tamten dzień, gdy w jednej z tych komnat za 

zasłoną  natknęła  się  na  ochmistrza  z  półnagą  Giselą  na  kolanach.  Pośpiesznie 
otrząsnęła się z przykrych wspomnień i odparła: 

—  Najwyraźniej  przypadliście  sobie  z.Ormem  Oysteins—  sonem  do  gustu. 

Nigdy  bym  nie  przypuszczała,  że  odda  do  naszej  dyspozycji  aż  dwie  własne 
komnaty, zwłaszcza, że nie zabawimy tu zbyt długo. 

— Jesteś pewna? — spytał i uśmiechnął się tajemniczo. 
—  Przecież  masz  zbierać  podatki  dla  króla  Magnusa  we  wschodniej  części 

Szwecji, nie możesz więc tak długo przebywać poza krajem. 

— A kto powiedział, że nie mam szans otrzymać innego stanowiska i innych 

zadań? — odparł lekko. 

Ingebjorg  popatrzyła  na  niego  zdumiona,  a  on  tylko  się  roześmiał,  po  czym 

uderzył konia cuglami i ruszył galopem. 

 

Rozdział 5 

Minęli  Nonneseter  i  przejechali  przez  las,  nie  niepokojeni  ani  przez  dziką 

zwierzynę, ani przez rozbójników. Kiedy wjechali na zwodzony most i znaleźli się 
w Wieży Dziewicy w Akersborg, Ingebjorg odetchnęła z ulgą, szczęśliwa, że cało 
i zdrowo dotarli do celu. 

TLR

background image

Cieszyła  się,  że  zamieszka  w  twierdzy  z  Turem  i  nie  musi  się  już  obawiać 

księcia Algotssona, psa Malcanisa i ochmistrza. Mając u boku męża, będzie odtąd 
bezpieczna. Poza tym, skoro Orm Oysteinsson pozwolił im zająć dwie komnaty w 
Komorze Kulowskiej, to znaczy, że puścił w niepamięć stare urazy, związane z 
listem.  Pewnie  przekonał  się,  że  strach,  iż  król  pozna  treść  listu,  był 
nieuzasadniony, i że w tym wszystkim nie ma winy Ingebjorg. 

Co się zaś tyczy księcia Algotssona, to przebywa obecnie wraz z królami w 

Tunsberg, i raczej nieprędko zawita znów w Akersborg. 

Na dziedzińcu twierdzy natknęli się na rycerza Losne, który właśnie opuszczał 

Wieżę Śmiałków. Przywitał się serdecznie i życzył im szczęścia, wyrażając przy 
tym zdumienie, że już wrócili. Powiadomił ich także, że ochmistrz wyjechał, a w 
twierdzy jest tylko jego żona. 

Ingebjorg i Ture zapukali do drzwi, prowadzących do komnat, zajmowanych 

przez panią Bothild. Usłyszeli pośpieszne kroki, a po chwili pojawiła się w nich 
żona ochmistrza, której blade lico rozpromieniło się na ich widok. 

— Ingebjorg — zawołała i uściskała ją serdecznie. — Nie mogłam się już was 

doczekać. 

Uśmiechnąwszy się przepraszająco do Turego, dodała: — Trochę to potrwa, 

nim przywyknę, by zwracać się do pańskiej żony, używając tytułu pani. Traktuję 
ją zresztą niemal jak córkę. 

Ingebjorg ucieszyła się, widząc, że Ture odwzajemnił uśmiech i odpowiedział: 
—  Bardzo  mnie  radują  twe  słowa,  pani.  Doskonale  zresztą  was  rozumiem. 

Trudno nie pokochać tak dobrotliwej istoty, jak moja żona. 

Ingebjorg  spodziewała  się,  że  pani  Bothild  uśmiechnie  się  równie  ciepło  i 

serdecznie, ale ku swemu zdumieniu zauważyła, że ta zachowała dystans. 

—  Kazałam  służącym  przygotować  dla  was  obie  komnaty.  Wprawdzie 

spodziewałam się waszego powrotu naj wcześniej jutro rano, ale myślę, że zdążyły 
ze wszystkim. 

—  Miło,  że  będziemy  sąsiadami  —  odrzekła  wesoło  Ingebjorg.  —  No  i  nie 

będę musiała co rano i co wieczór przechodzić Ciemnym Korytarzem. 

Pani Bothild zawtórowała jej śmiechem. 
— Tak, teraz rozdzielać nas będzie tylko jedna para drzwi, Ingebjorg. Chyba 

traficie  sami?  Każcie  służącym  wnieść  bagaże,  to  ja  w  tym  czasie  zaordynuję 
posiłek. Nie ma dziś gości, więc możemy zjeść kolację nieco wcześniej. 

Gdy Ingebjorg weszła do komnat, które miała odtąd zajmować wraz z mężem, 

rozpoznała  salon  z  kominkiem  i  zasłoną  po  przeciwnej  stronie  pomieszczenia. 

TLR

background image

Pamiętała dobrze niewielkie okna, wychodzące na dziedziniec i piękny stolik przy 
kominku.  Z  uczuciem  niechęci  poszła  odsunąć  kotarę,  za  którą  stała  ława 
wyściełana barwnymi poduszkami i mały stolik. 

—  Nie  pojmuję,  po  co  ta  kotara  —  zdziwił  się  Ture.  —  Całkiem  zasłania 

przecież ciepło, bijące od kominka. 

Ingebjorg  nie  miała  ochoty  mu  wyjaśniać,  że  ochmistrz  urządził  sobie  tam 

miłosne gniazdko. 

. Ture tymczasem objął ją i powiedział: 
Będzie  nam  tu  dobrze,  Ingebjorg.  Kiedy  zmęczy  nas  obecność  ochmistrza  i 

jego gości, w każdej chwili możemy się wycofać do siebie i robić to, czego zaprag-
niemy. 

Pocałował  ją  w  usta,  a  gdy  odwzajemniła  pocałunek,  chwycił  ją  na  ręce  i 

wniósł do sypialni na szerokie łoże, gilzie niecierpliwie zadarł jej suknię i posiadł 
ją po krótkich pieszczotach. 

Ochłonąwszy  nieco  z  miłosnego  upojenia,  zsunął  się  z  niej  i  położył  obok 

nieruchomo.  Słysząc  jego  spokojny  oddech,  sądziła,  że  zasnął,  tymczasem  on 
znienacka uniósł się na łokciach i oznajmił: 

— Możliwe, że jutro znów będę musiał udać się do miasta, Ingebjorg, ale ty 

zapewne będziesz zajęta przepisywaniem. 

Otworzyła oczy i popatrzyła na niego zdumiona. 
— Znów musisz jechać do miasta? 
Pokiwał głową. 
Zrozumiała,  że  mąż  nie  ma  ochoty  się  tłumaczyć,  pod—  trzymała  jednak 

wątek, pytając: 

— Czy to ma jakiś związek z twoim wczorajszym zniknięciem? 
—  Nie  pytaj,  Ingebjorg.  I  tak  nie  mogę  ci  nic  powiedzieć,  zresztą  to  nie  są 

sprawy dla kobiet. 

Leżała w milczeniu, nie spuszczając z niego wzroku. 
—  Chodzi  o  sprawowanie  rządów  w  unii  obu  królestw  —  wyjaśnił, 

zorientowawszy się, że jego odpowiedź jej nie zadowoliła. 

— Dlatego rozmawiałeś wczoraj z tymi wielmożami na rynku i dziś za bramą 

Katedry Świętego Hallvarda? 

— Tak. Musiałem skłamać z powodu twego opiekuna. Gdybyśmy wtedy byli 

tylko we dwoje, powiedziałbym ci prawdę. 

— A co takiego by się stało, gdyby Bergtor się o tym dowiedział? Przecież on 

jest zwykłym kupcem i nie bywa w dworskich kręgach. 

TLR

background image

Ture nie odpowiedział, zauważyła jednak, że zmarszczył czoło. 
Chyba  znów  go  rozgniewałam,  pomyślała  z  poczuciem  winy,  przypomniała 

sobie bowiem, że mąż jest chorobliwie zazdrosny o Bergtora. 

— Uważam, że powinieneś powiedzieć, co naprawi!., się stało. Goście weselni 

nie wiedzieli, gdzie się podziałeś. Myśleli, że się na mnie rozgniewałeś. Przecież 
nikogo  z  nich  by  nie  zdziwiło,  że  masz  do  wykonania  jakąś    misję  w  służbie 
królowi, skoro należysz do jego najbliższego otoczenia. 

Ture odwrócił się, podszedł do drzwi i oznajmił: 
— Pani Bothild nas oczekuje, Ingebjorg. 
Popatrzyła na niego zdziwiona. 
— Przynajmniej mnie, swojej żonie, możesz o tym powiedzieć. 
Przeraziła  się,  gdy  Ture  odwrócił  się  raptownie  i  powiedział  podniesionym 

głosem: 

— Nie rozumiesz? Nie mogę o tym mówić! 
Ingebjorg poczuła, że oblewa ją gorąco. 
— Przepraszam — mruknęła i zagryzła wargę. 
W  drodze  do  Wieży  Śmiałków  zastanawiała  się  znowu,  czy  powinna 

opowiedzieć mężowi o liście, o walce jaką toczył ojciec, by utrzymać na tronie 
króla  Magnusa,  o  sirze  Joarze  i  pani  Thorze  oraz  o  ochmistrzu,  po  stanowiła 
jednak ostatecznie zachować to wszystko dla siebie. Zauważyła, że mąż nie może 
znieść kobiet, które wtrącają się do spraw mężczyzn, a ostatnie, czego pragnęła, to 
go znów rozgniewać. 

Czy list zachował ważność? Jeśli okazałoby się prawdą, że Orm Oysteinsson 

postępuje wbrew interesom króla Magnusa, to wcześniej czy później wyjdzie to na 
jaw. A może przez te parę lat, jakie minęło od napisania listu, ochmistrz zmienił 
poglądy? 

Dziwnie  się  siedziało  przy  stole  w  tak  kameralnym  gronie.  Ostatnio,  gdy  tu 

była, sala była wypełniona gośćmi z królewskiego dworu, z kręgów arystokratów, 
rycerzy i innych. 

Ture,  który  był  taki  czarujący  przy  powitaniu,  teraz  nieoczekiwanie  znów 

sposępniał,  a  Ingebjorg  zachodziła  w  głowę,  czy  to  z  powodu  jej  dociekliwych 
pytań w sypialni. Nie potrafiła pojąć, dlaczego nie mógł jej powiedzieć, z kim i w 
jakim celu się spotkał. Mimo że większość kobiet takie sprawy nie interesowały, 
ona bardzo pragnęła by mąż chciał się jej zwierzyć, tak jak podobno zwierzał się 
królowej Blance król Magnus. Jej zdaniem kobiety z urodzenia wcale nie są mniej 
mądre niż mężczyźni, brakuje im tylko po prostu niekiedy potrzebnej wiedzy. 

TLR

background image

Aby mieć o czym rozmawiać, opowiedziała pani Bothild o wizycie we dworze 

Eikaberg  i  o  dziewczynce,  która  mimo  tak  późnej  pory  roku  została  ukąszona 
przez  żmiję.  Pani  Bothild  przeraziła  się  i  pokiwała  głową  z  uznaniem,  gdy 
Ingebjorg opowiedziała jej, jak nacięła skórę w miejscu ukąszenia i wyssała jad, a 
potem  podała  dziecku  kocimiętkę.  Dopiero  gdy  skończyła,  zauważyła 
naburmuszoną  minę  Turego.  Nie  uwierzyła  Giseli,  która  twierdziła,  że  Turego 
rozgniewało to, że została we dworze Eikaberg sama z Bergtorem, teraz jednak 
nabrała podejrzeń, że tak właśnie było. Pożałowała natychmiast, że przypomniała 
mu o tej wyprawie. 

Ledwie zdążyli zjeść deser, gdy Ture wstał od stołu, ukłonił się dwornie żonie 

ochmistrza i tłumacząc się zmęczeniem, skierował do wyjścia. Ingebjorg wyszła 
za nim. 

Ledwie  zdążyli  przekroczyć  próg  własnych  komnat,  gdy  mąż  odwrócił  się 

gwałtownie i wysyczał, ciskając z oczu błyskawice: 

— Musiałaś przypominać mi swą zdradę? 
Ingebjorg wpatrywała się w niego, czując jak ręce jej opadają z bezsilności. 
— O czym ty mówisz? 
— Nie udawaj! Wiem, dlaczego zostałaś we dworze. 
Ingebjorg usiłowała zachować spokój. 
—  W  takim  razie  wiesz  także,  że  nie  miałam  wyjścia.  Dziecko  umarłoby, 

gdybym nie usunęła jadu. 

Zaśmiał się krótko i oschle. 
— Ukąszenie żmii — rzucił szyderczo. — Spodziewasz się, że uwierzę w takie 

kłamstwo? 

— To nie kłamstwo. 
Gdy  jego  dłoń  ze  świstem  przecięła  powietrze,  Ingebjorg  poczuła  ostre 

pieczenie policzka. 

— Nie kłam mi, Ingebjorg! 
Spojrzała mu w oczy bez lęku, czując, że koniecznie musi go przekonać, aby 

jej uwierzył. 

— Nie kłamałam. Nie potrafię wyjaśnić, dlaczego od razu mi przyszło na myśl, 

że dziewczynkę ukąsiła żmija, bo podobnie jak ty, nigdy nie słyszałam, by się to 
zdarzyło o tej porze roku. Wydaje mi się, że kierowała mną jakaś siła, zresztą już 
wcześniej doświadczyłam czegoś podobnego. Mogę przysiąc na świętego Olafa, 
Najświętszą  Panienkę  i  innych  świętych,  że  mówię  prawdę.  Możliwe,  że 

TLR

background image

powinnam  się  była  obawiać  zarazy,  ale  widząc  rozpacz  gospodarza,  po  prostu 
musiałam spróbować uratować życie małego dziecka. 

Jakaż była jej ulga, gdy mroczne spojrzenie Turego złagodniało. Pogłaskał ją 

po policzku i mruknął coś pod nosem niezrozumiale, a jego twarz rozpromienił 
uśmiech. 

— Może powinienem być wdzięczny, że ożeniłem się z kobietą, która cieszy 

się przychylnością świętych. Kto wie, czy mi się to kiedyś nie przyda? 

Następnie zaśmiał się głośno i skierował się do sypialni. 
Ingebjorg pokręciła głową i dotknęła piekącego policzka. Mężczyźni już tacy 

są: porywczy i zapalczywi. Postanowiła odtąd zawsze się wpierw zastanowić, nim 
coś powie. Zapewne inne kobiety też muszą uciekać się do takiej strategii. 

Następnego ranka przed śniadaniem, Ture opuścił twierdzę, nie tłumacząc się 

Ingebjorg,  dokąd  się  udaje,  ani    z  kim  zamierza  się  spotkać.  Zresztą  na  to  nie 
liczyła. 

Ponieważ  Orm  Oysteinsson  nie  zdążył  jeszcze  wrócić,  Ingebjorg  zjadła 

śniadanie tylko z panią Bothild. 

— Nie sądziłam, że pan Ture zna w Oslo kogoś poza tobą i twoimi opiekunami 

— odezwała się ostrożnie pani Bothiild i popatrzyła na nią wyczekująco. 

— Ja też nie — odpowiedziała Ingebjorg z uśmiechem. 
Przez chwilę siedziały w milczeniu. 
Ingebjorg  czuła,  że  żona  ochmistrza  spodziewa  się  bardziej  wyczerpującej 

odpowiedzi. 

— Mężczyźni są dziwni — dodała z krótkim śmiechem. — Im się zdaje, że my, 

kobiety, nie znamy się na niczym poza sprawami domowymi. 

Zauważywszy  badawcze  spojrzenie  pani  Bothild,  Ingebjorg  uznała,  że 

powinna wyjaśnić, co miała na myśli. 

—  Wczoraj  i  przedwczoraj  Ture  rozmawiał  z  jakimiś  obcymi  wielmożami, 

kiedy  go  jednak  zapytałam,  o  czym  rozmawiali,  rozgniewał  się  na  mnie  i 
oświadczył, że kobiety nie powinny się do takich spraw wtrącać. 

Żona ochmistrza milczała, ale Ingebjorg poznała, że słucha jej z uwagą. 
— Nie sądzisz, pani, że mężczyźni i kobiety mają taki sam rozum? Uważam, że 

gdybyśmy tylko miały możliwość zdobyć taką samą wiedzę, mogłybyśmy rządzić 
równie dobrze jak mężczyźni. 

— Zgadzam się — odparła pani Bothild ze spokojem. — Królowa Blanka jest 

tego najlepszym dowodem. Król Magnus omawia z nią sprawy królestwa, a ona go 
wspiera i udziela mu rad. 

TLR

background image

Ingebjorg pokiwała głową z zapałem. 
—  Właśnie.  Ja  też  tak  myślę.  Ale  arystokraci  podziwiają  u  kobiet  chyba 

bardziej urodę i pokorę, a nie zainteresowanie poważniejszymi sprawami. 

— Możliwe. 
— Ale ty, pani, myślisz inaczej. 
— Mój ojciec należał do szwedzkiej rady królewski  — odparła pani Bothild. 

— Brał udział w pogrzebie starego króla Hakona w 1319 roku i przybył do Oslo 
między  innymi  z  biskupem  Karlem  z  Linkóping,  sędzią  Knutem,  i  Erykiem 
Turessonem.  Nie  miałam  braci,  więc  od  dzieciństwa  ojciec  dzielił  się  ze  mną 
swymi troskami i poglądami. Dobrze pamiętam, jak opowiadał o swym pobycie w 
Oslo.  Szczególnie  interesowały  mnie  jego  opowieści  o  spotkaniu  z  rycerzem 
Knutem Porse, faworytem królowej Ingebjorg, który akurat wtedy został skazany 
na banicję. 

Uśmiechnęła się, a Ingebjorg odwzajemniła uśmiech 
—  Ojciec  spędził  tamtego  roku  dwa  miesiące  w  Oslo.  Po  pogrzebie 

uczestniczył  w  najważniejszych  spotkaniach  pomiędzy  magnatami  Norwegii  i 
Szwecji, podczas których uchwalono, że król Magnus zostanie władcą obu krajów. 
Od tej pory, aż do swej śmierci, wiernie służył królowi Magnusowi. 

Wypowiadając ostatnie zdanie, popatrzyła znacząco na Ingebjorg. 
Ta zaś pokiwała głową i odparła: 
— Domyśliłam się, pani, że jesteś gorącą zwolenniczką króla Magnusa. 
—  Owszem,  jestem.  Potrzebujemy  króla,  który  by  sprawował  rządy  w  obu 

krajach,  dbał  o  sprawiedliwość  i  pilnował  przestrzegania  praw.  Jeśli  magnaci 
przejmą władzę w swoje ręce, to nie sądzę, by troszczyli się też o los zwykłych 
ludzi, tak jak to czyni król. 

—  Jestem  tego  samego  zdania  —  przytaknęła  jej  Ingebjorg.  —  Zresztą  mój 

ojciec  myślał  podobnie.  Moi  bracia  zmarli  w  dzieciństwie  i  byłam  jedynym 
dzieckiem, jakie pozostało moim rodzicom. Ojciec zabierał mnie w swe podróże i 
przekazywał swą wiedzę i poglądy. 

— Które skrzętnie ukrywałaś — rzekła cicho pani Bothild i uśmiechnęła się. 
Ingebjorg poczuła, że się czerwieni. 
— To prawda, pani Bothild, ale powodował mną strach. Wiedziałam, że list, 

który znalazłam w tunice ojca jest ważny zarówno dla przeciwników króla, jak i 
jego zwolenników. Obiecałam mamie, że pokażę go wyłącznie temu, kto będzie 
miał na palcu identyczny sygnet, jaki nosił mój ojciec, dlatego pomimo nacisków, 
nie zamierzałam ustąpić. 

TLR

background image

— Może także z tego powodu, że podzielasz poglądy swojego ojca — dodała 

pani Bothild cicho, czujnie spoglądając w stronę drzwi. 

Ingebjorg  pokiwała  głową,  nie  spuszczając  wzroku  z  pani  Bothild,  która 

ścisnęła jej dłoń i rzekła: 

—  Obie  znalazłyśmy  się  w  takiej  samej  sytuacji,  Ingebjorg.  Jesteśmy 

kobietami, nie mamy żadnej władzy i nie wolno nam nawet zdradzić się ze swoimi 
poglądami. A równocześnie wiemy to i owo, i z zatroskaniem spoglądamy na to, 
co dzieje się wokół nas. 

Ingebjorg zdobyła się na odwagę i zapytała: 
— Masz na myśli, pani, tych, którzy inaczej niż my zapatrują się na rządy króla 

Magnusa i podejmują jakieś działania przeciwko niemu? 

— Tak — odparła pani Bothild, patrząc jej prosto w oczy. 
— Sądzisz, pani, że list mojego ojca traktował właśnie o tym? 
Zona ochmistrza uśmiechnęła się. 
—  Rozumiem  twoją  ostrożność.  Skąd  możesz  wiedzieć,  czy  nie  próbuję  cię 

wciągnąć w pułapkę, ale... — Ścisnęła mocno jej dłoń i dodała żarliwie: — W imię 
świętej  Panienki,  daję  ci  moje  słowo,  że  mówię  prawdę.  Jestem  gorącą 
zwolenniczką króla Magnusa i wierzę całym sercem, że spisek przeciwko niemu 
zostanie w porę odkryty. — Zmarszczyła czoło, a gdy mówiła dalej, w jej oczach 
pojawił się lęk. — Boję się jednak, Ingebjorg. Nigdy nie wiadomo, kto się znajduje 
po tej drugiej stronie. To może być ktoś, kogo kochamy, i nie chcielibyśmy, aby 
zost.il wtrącony do lochu lub, co gorsza, skrócony o głowę. 

Ingebjorg przeszły dreszcze, domyślając się, o czym mówi żona ochmistrza. 

Gdyby  wiedziała,  po  której  stronie  opowiedział  się  Orm  Oysteinsson,  lub  że 
namówił albo zmusił syna, by go poparł, wtedy... 

—  W  takiej  sytuacji  trudno  by  mi  było  przekazać  ten  lisi.  —  Pani  Bothild 

przytrzymała jej spojrzenie. — Tak się właśnie stało, prawda? Wiesz, co jest w 
tym liście, a kiedy rozpoznałaś niektóre nazwiska, nabrałaś wątpliwości i z ulgą 
przyjęłaś wiadomość o tym, że list nie dotarł do rąk króla. 

Ingebjorg zwiesiła głowę i przytaknęła. 
Pani Bothild poklepała ją po dłoni. 
— Wszystkiego się domyśliłam, ale nie mogłam o tym mówić. Ja też niczego 

nie wiem na pewno, Ingebjorg. Mam oczy i uszy otwarte i wciąż kolejne zdarzenia 
dostarczają  mi  powodów  do  zmartwień.  —  Zamilkła,  a  po  chwili  dodała:  — 
Ciebie tymczasem dręczy wciąż strach, że coś się może stać królowi Magnusowi. 
Myślisz równocześnie o obietnicy, którą złożyłaś swej matce. Domyślam się, że 

TLR

background image

prosiła cię nie o to, byś dostarczyła dokument królowi, ale byś zadbała o to, aby 
nie wpadł w ręce jego przeciwników. 

Oczy  Ingebjorg  napełniły  się  łzami.  Przytaknęła.  Jakąż  ulgą  było  dla  niej 

wiedzieć,  że  żona  ochmistrza  domyśliła  się  wszystkiego  i  podziela  jej 
wątpliwości. 

Pani Bothild spuściła wzrok i strzepnęła okruszek z kolan. 
— Mojego męża dziś tu nie ma, nie ma też twojego... 
Wydawało  się,  że  chce  powiedzieć  coś  więcej,  ale  urwała  i,  raptownie, 

podnosząc się z krzesła, doradziła: 

— Najlepiej, jeśli od razu zabierzesz się do pracy. Porozmawiamy później. 
Ingebjorg  także  wstała,  przyznając  rację  pani  Bothild.  Czas,  by  zajęła  się 

przepisywaniem. 

W nowej izbie, która teraz miała jej służyć jako pracownia, było przyjemnie 

ciepło. Turemu właściwie nie lurdzo się podobało, że jego żona pracuje, ale bał się 
temu  zdecydowanie  sprzeciwić.  Jej  zaś  brakowałoby  codziennego  obcowania  z 
księgami. Brat Eilif obiecał nauczyć ją malowania miniatur. Wydawało jej się, że 
takie zajęcie przystoi nawet żonie arystokraty. 

Pani Bothild nie przeszkadzała jej, mimo że nie gościła w twierdzy nikogo, kto 

mógłby dotrzymać jej towarzystwa. 

Ingebjorg  przepisywała  aż  do  zmroku,  kiedy  to  pani  Bothild  zawołała  ją  na 

kolację. Martwiła się, że Ture jeszcze nie wrócił. Żona ochmistrza chyba się tego 
domyśliła, bo zerknąwszy na nią, uśmiechnęła się i uspokoiła ją: 

— Pan Orm też jeszcze nie powrócił. Myślę, że być może są w tym samym 

miejscu. 

Ingebjorg popatrzyła zdumiona i zapragnęła usłyszeć jakieś wyjaśnienie. 
—  Nie  jestem  tego  pewna,  ale  coś  mi  mówi, że  uczestniczą  w  tych  samych 

obradach — rzuciła lekko. 

— Wraz z Radą Królewską? 
Pani Bothild unikając jej wzroku, odparła: 
—  Nie,  nie  sądzę.  Bądź  spokojna,  Ingebjorg.  Nawet  jeśli  nie  wrócą 

dzisiejszego  wieczoru,  nie  powinnaś  się  zamartwiać.  Widziałam,  że  pan  Ture 
pojechał z eskortą. 

Ingebjorg  pokiwała  głową.  Podejrzewała,  że  żona  ochmistrza  coś  przed  nią 

ukrywa, ale nie chciała wymuszać na niej żadnych wyjaśnień. 

—  A  co  sądzisz  o  krewnych  męża?  —  zapytała  pani  Bothild,  najwyraźniej 

starając się skierować rozmowę na inne tory. 

TLR

background image

Ingebjorg pokręciła się niepewnie i odparła: 
— Wydali mi się nieco dziwni, ale to z pewnością dlatego, że nie przywykłam 

do obcowania z arystokracją. 

— W tych sferach, podobnie jak w innych, trafiają się także różni ludzie — 

rzuciła  ostro  żona  ochmistrza.  —  Ale  rozumiem,  o  czym  mówisz.  Byłam 
zażenowana  tym,  jak  matka  pana  Turego  zachowywała  się  względem  swej  sy-
nowej. Zresztą jego siostry także nie wydawały się zbyt przychylne. Pomyślałam 
sobie, że dobrze, iż zamieszkacie na początek tu, w Akersborg. Poznacie się bliżej, 
zanim przyjdzie ci żyć wśród trudnych krewnych męża i znosić ich fochy. 

Ingebjorg roześmiała się. 
— Czyżbyś pani uważała Turego także za osobę trudną? 
Pani Bothild posłała jej niepewne spojrzenie i zapytała: 
— A nie jest tak? 
Ingebjorg poczerwieniała i poczuła potrzebę, by wziąć męża w obronę. 
— Rzeczywiście,  dość łatwo ulega zazdrości i jest dość porywczy, ale  poza 

tym to dobry człowiek. 

Pani  Bothild  nic  na  to  nie  odpowiedziała.  Przez  dłuższą  chwilę  jadły  w 

milczeniu. 

—  Dowiedziałaś  się,  co  się  z  nim  działo  tego  dnia,  gdy  tak  nieoczekiwanie 

zniknął? 

— Tak. Musiał coś załatwić... coś, co ma związek ze sprawowaniem rządów w 

unii. Tak mówił. 

Nie patrząc na Ingebjorg, pani Bothild skinęła głową, a na jej twarzy pojawił 

się wyraz przygnębienia. 

— A jak zareagowali jego rodzice, gdy zniknął bez powiadomienia? 
— Bronili go. Jego starsza siostra mówiła, że przeżył wiele złego i że muszę 

być dla niego dobra. Uważa, że zasługuje na lepsze życie niż tu, w Norwegii. 

— Czyżbyś nie była dla niego dość dobrą partią? — Pani Bothild prychnęła z 

pogardą i westchnęła ciężko: — Niektórym doprawdy przewraca się w głowach z 
dobrobytu. Pani Losne prosiła, by cię pozdrowić — dodała lżejszym tonem. — 
Jest  tobą  zachwycona.  Ucieszyła  się,  gdy  się  dowiedziała,  że  poślubiłaś 
szwedzkiego arystokratę. 

Jej się marzy, by wydać swoją córkę za króla Hakona — dodała ze śmiechem. 
Ingebjorg  też  się  zaśmiała.  Więcej  już  nie  rozmawiały  o  Turem.  Ingebjorg 

nakłoniła żonę ochmistrza, by opowiedziała o swym dzieciństwie w Szwecji. Było 
im tak miło, że zupełnie nie zauważyły, kiedy minął czas. Z przerażeniem odkryły 

TLR

background image

nagle, że w twierdzy ucichło, gdyż wszyscy udali się na spoczynek i że one też 
powinny już położyć się spać. 

Turego wciąż nie było. Ingebjorg próbowała przekonać samą siebie, że nie ma 

powodu do niepokoju. Skoro pani Bothild się nie martwi, to i ona nie musi. 

Trochę niechętnie myślała o tym, że będzie spać całkiem sama w komnatach 

Komory  Królewskiej,  do  której  prowadzi  wejście  zarówno  od  strony  pokoi 
królowej w północnym skrzydle, jak i od Wieży Śmiałków oraz z dziedzińca. Na 
dole w północnym skrzydle znajdowała się izba czeladna, gdzie sypiali mężczyźni 
pracujący  w  twierdzy.  Raczej  się  nie  obawiała,  by  ktoś  ośmielił  się  przemknąć 
ukradkiem do jej komnaty, bo takie czyny były surowo karane. 

Mimo to... Wciąż się słyszało o jakichś rzezimieszkach, o dokonywanych przez 

nich rabunkach i gwałtach... 

Zmusiła się, by myśleć o czymś innym. Przypominając sobie rozmowę, jaką 

odbyła z panią Bothild, wstrzymała nagle oddech. Jak mogła się wcześniej tego 
nie domyślić? Ochmistrz udał się na tajne obrady, a pani Bothild zasugerowała, że 
Ture na pewno jest w tym samym miejscu. Rano zaś powiedziała, że nie wiadomo, 
kto  stoi  po drugiej  stronie:  może  ktoś,  kogo  kochamy,  i  kogo  nie  chcielibyśmy 
oglądać w więziennych lochach. 

Czy to możliwe, aby...? 
Siadła  na  łóżku  i  popatrzyła  w  mrok.  Nagle,  jakby  wszystkie  elementy 

układanki znalazły się na właściwym miejscu. Ture zniknął podczas wesela, nie 
tłumacząc  się  ani  gdzie,  ani  z  kim  był.  Twierdził,  że  nie  mógł  jej  powiedzieć 
prawdy przy Bergtorze. Dziwnie szybko wkradł się w łaski Orma Oysteinssona. 
Ten przydzielił mu nawet komnaty w Komorze Królewskiej. Turemu przestało się 
nagle  śpieszyć  do  powrotu  do  swych  obowiązków  w  Szwecji.  Oświadczył,  że 
otrzymał  nowe  zadanie  tu,  w  Akersborg.  Może  nieprawdą  jest,  jakoby  pełnił 
funkcję królewskiego skarbnika i zbierał podatki we wschodniej części Szwecji. 
Może wcale nie służy królowi Magnusowi. 

Zrobiło  jej  się  na  przemian  zimno  i  gorąco.  To  szaleństwo,  upomniała  ze 

złością samą siebie. Jak mogę podejrzewać własnego męża o to, że jest zdrajcą? 

Ale  wyłuskała  z  pamięci  różne  wypowiedzi.  Przypomniała  sobie  zatroskaną 

minę Bergtora, gdy wracali z dworu Eikaberg. Mówił, że nie daje mu spokoju to, 
co widzieli na rynku. Bergtor przypuszczał, że Ture skłamał, ona zaś zyskała teraz 
co do tego pewność. Bergtor mówił też, że gdzieś już kiedyś widział jednego z 
mężczyzn, z którymi rozmawiał Ture, i że jakoś źle mu się kojarzy. Wielokrotnie 

TLR

background image

wyłapywała badawcze spojrzenia, jakie Bergtor posyłał Turemu, a pani Bothild 
dziś zdradziła się, że ma takie same podejrzenia. 

—  Święta  Maryjo,  Jezu  Chryste  —  wyszeptała.  —  Co  ja  zrobię,  jeśli  to  się 

okaże prawdą? 

Nie, z pewnością się mylę. To niemożliwe! Ture nigdy nie powiedział złego 

słowa na króla Magnusa! Nigdy się nie zdradził, że chciałby, aby do władzy doszli 
magnaci. 

Dlaczego jednak zareagował tak ostro, gdy nalegała, by powiedział, gdzie był? 
„Nie pytaj mnie, Ingebjorg. Nie mogę ci tego powiedzieć." 
Może  wcale  nie  dlatego,  że  uważa,  iż  kobiety  nie  powinny  się  mieszać  do 

męskich spraw? Może miał inny powód? 

Złożyła dłonie i pomodliła się w pogrążonej w mroku sypialni: 
— Święty Olafie, ty, który władałeś naszym krajem mądrze i szlachetnie, uproś 

za  mną  u  Boga,  aby  mi  dopomógł.  A  jeśli  rzeczywiście  Ture  zbłądził,  niech 
odwróci się od zdrajców i zrozumie, co jest słuszne. 

Trzęsła  się  jak  osika,  nakryła  się  więc  futrzanym  nakryciem  i  kocami  aż  po 

brodę. Chłód jednak nie ustępował, dygotała jak w gorączce. 

Jak zdołam żyć u boku Turego? Mam go kochać i szanować, jak przystoi żonie, 

skoro  on  po  kryjomu  spiskuje  przeciwko  królowi?  Byłoby  to  zdradą  nie  tylko 
wobec króla, ale też wobec ojca i matki. Nie dam rady... 

Wiedziała  równocześnie,  że  nie  ma  wyboru.  Poślubiła  Turego,  przyrzekła 

przed Bogiem i ludźmi, że go nie opuści w zdrowiu i w chorobie, póki śmierć ich 
nie rozdzieli... 

Rozdział 6 

Po długiej, nieprzespanej nocy Ingebjorg postanowiła odbyć z panią Bothild 

szczerą rozmowę. Nie miała już żadnych wątpliwości, po czyjej stronie stoi żona 
ochmistrza, i upewniła się, że może jej zaufać. Wystarczająco długo zachowywały 
ostrożność, czas najwyższy porozmawiać otwarcie o wszystkim. 

Znów  zrobiło  się  chłodno.  Lodowaty,  północny  wiatr  gwizdał  w  załomach 

kamiennej twierdzy, wciskając się do wnętrza przez szpary w oknach i drzwiach. 

Ingebjorg  zatęskniła  za  widokiem  na  fiord,  jaki  rozpościerał  się  z  okna  jej 

poprzedniej  pracowni.  Tego  dnia  na  fiordzie  kołysało  pewnie  gwałtownie,  a 
spienione fale uderzały o brzeg. 

TLR

background image

Przy porannej toalecie Ingebjorg okropnie przemarzła. Służącym przykazano 

bowiem, by nie paliły w kominku, skoro i tak przez cały dzień nikt nie przebywa w 
tym  pomieszczeniu.  Drżąc  z  zimna  pobiegła  przez  wychłodzony  korytarz  do 
ciepłej komnaty pani Bothild. 

Zastała żonę ochmistrza stojącą przy oknie. Błądząc myślami gdzieś daleko, 

wpatrywała się w mroczny kraj obraz sztormowy. 

— Chyba nie stało się nic złego? — zagadnęła ją Ingebjorg. 
Pani Bothild odwróciła się powoli i odparła: 
— Nie wiem, Ingebjorg. Taka jestem niespokojna. Nie mogłam spać w nocy. 

Nie  byłam  do  końca  szczera,  mówiąc,  że  się  nie  martwię.  Tyle,  że  moje 
zmartwienie nie dotyczy tego, gdzie oni są, lecz czym się zajmują. 

Ingebjorg pokiwała głową. 
— Chyba wreszcie zaczynam rozumieć. 
Pani Bothild popatrzyła na nią wyczekująco. 
— Powinnam się była już wcześniej tego domyślić. — Zerknęła przez ramię i 

zniżywszy  głos,  dodała:  —  Zapytam  cię,  pani,  wprost:  uważasz,  że  Ture 
przyłączył się do przeciwników króla, prawda? 

Pani Bothild powoli skinęła głową. 
— Obawiam się, że niestety tak. 
— I podejrzewasz, pani, o to samo pana Orma? 
— Tak, choć nie mam na to żadnych dowodów. 
—  Jego  nazwisko  zostało  wymienione  w  liście,  który  miał  przy  sobie  mój 

ojciec. 

Pani  Bothild  popatrzyła  na  nią  szeroko  otwartymi  oczyma  i  wyszeptała 

chrapliwie: 

— Tego się właśnie obawiałam. Gdzie jest teraz ten list, Ingebjorg? 
— Ja już go nie mam. 
— Oddałaś go rycerzowi Darre, kiedy stąd odjeżdżał? 
— Tak, ale skąd wiesz, pani? — wzdrygnęła się Ingebjorg. 
— Domyśliłam się. Wspomniałaś, że przekazałaś go przyjacielowi, a wiem, że 

zaprzyjaźniłaś się z rycerzem Darre. Wiesz może, co on zrobił z listem? 

—  Nie,  nie  wiem.  Miał  oddać  go  królowi  Magnusowi...  Wybacz  mi,  pani, 

proszę  —  rzekła,  spoglądając  na  żonę  ochmistrza  wyraźnie  skruszona.  —  Nie 
znałam  cię  wówczas  jeszcze  tak  dobrze.  Byłam  przerażona  tym,  iło  czego  są 
zdolni sira Joar i pani Thora, by zdobyć ten list. 

TLR

background image

Odetchnęła  z  drżeniem  i  dodała:  —  Kiedy  pani  Thora  postanowiła  się  mnie 

ostatecznie  pozbyć,  opowiedziałam  o  wszystkim  rycerzowi  Darre.  On  zaś 
zaofiarował się zabrać list do Fredrikstad. Byłam szczęśliwa, że się uwolniłam od 
niewygodnego dokumentu. 

— I co dalej? — zapytała niecierpliwie pani Bothild. 
—  Ogarnęło  mnie  przerażenie,  gdy  się  dowiedziałam,  że  rycerz  Darre  nie 

powrócił.  Tego  dnia,  gdy  przyjechałam  z  Ssemundgard  do  Akersborg  wraz  z 
Turem i pan Orm powitał mnie zagniewany, byłam przekonana, że rycerz Darre 
został pojmany, a ochmistrz dowiedział się o liście. 

— Dowiedział się, tyle że nie od rycerza Darre. To od niego dostałaś kołek z 

wyrytymi runami? 

Ingebjorg potwierdziła. 
—  Tak  właśnie  myślałam.  Poczułam  ulgę,  gdy  mi  wyjaśniłaś,  że  przyjaciel 

powiadomił cię, iż nie zdołał wykonać zadania. 

—  W  ten  sposób  zrozumiałam  przekazany  mi  przedmiot,  nie  mam  jednak 

pewności, czy się nie mylę. 

— Gdyby list dotarł do króla Magnusa, ten natychmiast by zbadał sprawę, a 

wówczas Orm albo zostałby pojmany, albo wezwano by go na przesłuchanie. Nic 
takiego  się  jednak  nie  wydarzyło.  Nie  zauważyłam  też  żadnej  zmiany  w 
zachowaniu króla Magnusa, gdy bawił tu ostatnio. Przez jakiś czas Orm chodził 
wzburzony i zdenerwowany, ale teraz już się uspokoił. Najwyraźniej uwierzył w 
to, co mu powiedziałaś. Jest przekonany, że spaliłaś list i nikt go nie przeczytał. — 
Zamilkła, po czym zapytała ostrożnie: — Opowiedziałaś Turemu o liście? 

— Nie. 
—  Czy  nie  byłoby  naturalne,  żebyś  w  tak  ważnej  spra  wie  zwierzyła  się 

mężowi? 

Ingebjorg poczuła rumieniec wstydu na policzkach i przyznała się: 
— Samej mi trudno wyjaśnić, co mnie przed tym powstrzymało. 
— Nie ufasz mu — stwierdziła stanowczo żona ochmistrza. — Powiadasz, że 

powinnaś się była domyślić prawdy. To znaczy, że jakieś jego wypowiedzi lub 
czyny obudziły w tobie niepokój. 

— Wcześniej nie zauważyłam niczego podejrzanego, dopiero podczas wesela. 

Wydało  mi  się  dziwne,  że  nie  chce  mi  powiedzieć,  kogo  spotkał  na  rynku.  — 
Dygocząc, zapytała: — Co ja mam robić, pani Bothild? 

Zona ochmistrza pogłaskała ją matczynym gestem po policzku i odparła: 
— Nie trać nadziei i módl się, Ingebjorg. To wszystko, co możesz zrobić. 

TLR

background image

— Ale jak ja mam żyć z kimś, kto zdradza własnego króla i sprzeniewierza się 

tym wartościom, które od dzieciństwa mi wpajano? 

Pani Bothild westchnęła głęboko. 
— Nie masz wyboru. Z tym, kogo poślubiłyśmy, jesteśmy związane do końca 

życia.  Możesz  próbować  wpłynąć  na  Turego,  ale  zachowaj  dużą  ostrożność. 
Żaden mężczyzna nie pogodzi się z tym, by jego żona miała inne poglądy niż on. 
— Westchnęła i drżącym głosem dodała: — Ciesz się, że przynajmniej nie masz 
syna, którego mąż może pociągnąć za sobą w nieszczęście. 

— Obawiasz się, pani, o swojego syna, Oysteina? 
— Tak. 
— Nabrałam wątpliwości, czy postępuję właściwie, właśnie wtedy, kiedy mi o 

nim opowiedziałaś. 

— Poznałam to po tobie. 
—  Zdaje  się,  że  domyśliłaś  się,  pani,  wszystkiego  —  uśmiechnęła  się 

Ingebjorg. 

Pani Bothild odpowiedziała jej zmęczonym uśmiechem. 
Przez  chwilę  stały  w  milczeniu,  pogrążone  w  rozmyślaniach,  w  końcu 

Ingebjorg przerwała ciszę, mówiąc: 

— Ucieszyłam się, że rycerz Darre nie dostarczył listu. Wytłumaczyłam sobie, 

że przecież przez tych parę lat, które upłynęły od jego napisania, mogło się wiele 
zmienić. Liczni sygnatariusze tego listu pomarli w czasie epidemii dżumy, także 
przeciwników  króla  niewielu  pozostało  przy  życiu,  a  pan  Orm  mógł  zmienić 
poglądy. Teraz jednak wszystko wydaje mi się takie trudne. 

—  Sądzę,  Ingebjorg,  że  powinnaś  udawać,  że  o  niczym  nie  masz  pojęcia. 

Przykro  mi  to  mówić,  ale  nie  ufam  twojemu  mężowi.  Jeśli  się  dowie,  że 
próbowałaś złożyć doniesienie na ochmistrza, pomyśli, że nie zawahasz się po-
stąpić podobnie wobec niego. A to może być dla ciebie niebezpieczne. 

Ingebjorg  poczuła,  że  krew  odpływa  jej  z  twarzy.  Niebezpieczne?  — 

pomyślała przerażona. Mam się obawiać własnego męża? 

Przez następne dni czuła się rozdarta pomiędzy nadzieją a strachem. Z jednej 

strony tęskniła za Turem i łudziła się, że niebawem wróci, a równocześnie bała się. 
Wiedziała, że odtąd musi ważyć słowa, nie wolno jej o nic pytać i nie może się 
zdradzić,  co  wie.  Chwilami  chwytała  ją  taka  rozpacz,  że  żałowała,  że  w  ogóle 
przeczytała ten list. Wolałaby nie poznać jego treści i być jak inne kobiety, które 
nie  interesują  się  sprawami  mężczyzn.  Żyłaby  wówczas  w  słodkiej  niewiedzy, 

TLR

background image

cieszyła się wraz z Turem, nie podejrzewając męża, że zdradza króla, a jedynie 
rozkoszowała się jego miłością i radowała się tym, że jest jego żoną. 

Wielkim wsparciem była jej w tych dniach pani Bothild. Świadomość, że żona 

ochmistrza znalazła się dokładnie w takiej samej sytuacji, było jej pociechą. Pani 
Bothild,  dużo  od  niej  starsza,  odznaczała  się  wielką  mądrością.  Ingebjorg 
podziwiała jej rozwagę i cierpliwość Obawiała się, że sama w chwili wzburzenia 
może stracie panowanie nad sobą i wykrzyczeć wszystko, co wie. 

Każdego dnia rozmawiały o tym, co im leży na sercu. Pani Bothild opowiadała 

też chętnie o swoim synu, o różnych zabawnych zdarzeniach z jego życia. Nie kry 
ła, że bardzo za nim tęskni i ma pretensje do męża, że wbrew jej woli odesłał syna. 

Czwartego dnia zasiedziały się przy kolacji. Za oknem sypał gęsty śnieg i na 

dziedzińcu utworzyła się dość gru ba warstwa białego puchu. 

—  Mam  tylko  nadzieję,  że  poruszają  się  konno  z  roz  wagą  —  rzekła 

nieoczekiwanie pani Bothild i odwróciła się w stronę okna. 

Ingebjorg zerknęła na nią zdumiona i zapytała: 
— Wiesz, pani, kiedy wrócą? 
— Nie, nie wiem, ale przeczucie mi mówi, że niebawem, a ono na ogół mnie 

nie myli. 

Ingebjorg  zdziwiła  się.  Pani  Bothild  często  dawała  wyraz  swojej  złości  i 

rozgoryczenia  wobec  męża,  musi  go  jednak  wciąż  darzyć  miłością,  inaczej  nie 
niepokoiłaby się o niego tak bardzo. 

Niebawem z dziedzińca doleciały jakieś hałasy i dało się słyszeć podniesione 

głosy. Kobiety wymieniły spojrzenia i wybuchły śmiechem. 

Po chwili na korytarzu rozległy się kroki i usłyszały pukanie do drzwi. 
— A cóż on dziś taki subtelny? — uśmiechnęła się pani Bothild i podniosła się 

z miejsca. — Na ogół nie ma zwyczaju do mnie pukać. 

Otworzyła drzwi i wydała z siebie zdumiony okrzyk: 
— Rycerz Darre? 
Ingebjorg  odwróciła  się  natychmiast,  czując,  jak  rozpiera  ją  radość  i  palą 

policzki. 

— Siedzicie tu, panie, same? — zapytał rycerz Darre z niedowierzaniem. 
— Tak, mamy tu cicho i spokojnie — odparła radośnie pani Bothild. 
Ingebjorg  domyśliła  się,  że  żona  ochmistrza  też  bardzo  lubi  tego  młodego 

rycerza. 

— Odkąd opuściłeś twierdzę, rycerzu, wiele się tu wydarzyło — dodała pani 

Bothild. — Ingebjorg nie jest już panną. 

TLR

background image

Rycerz Darre wszedł do środka i posłał jej zaciekawione spojrzenie. 
— Czyżby podczas mojej nieobecności odbył się ślub i wesele? 
Ingebjorg  z  uśmiechem  pokiwała  głową,  uszczęśliwiona  jego  powrotem. 

Dobrze było znów mieć blisko siebie tak oddanego przyjaciela. 

— A mimo to siedzicie tu, panie, samotnie? 
—  Pan  Orm  i  pan  Ture  wyjechali  w  ważnych  sprawach.  Jak  to  dobrze,  że 

wróciłeś,  rycerzu  Darre.  Królowie  i  królowa  pojechali  do  domu  w  Tunsberg,  a 
junkier  Eryk  po—  żeglował  z  powrotem  do  Varberg.  Możni  panowie  wraz  z 
żonami  także  opuścili  Akersborg  i  po  tych  wszystkich  ucztach  z  tańcami,  przy 
muzyce i w towarzystwie elegancko odzianych gości, zrobiło się tu nagle cicho i 
pusto. Mnie to nie przeszkadza, bo mam swoje lata i niebawem poczuję przesyt 
życiem, ale Ingebjorg znosi to gorzej. 

— Król Magnus tu był? 
Ingebjorg wyczuła w jego głosie lekkie napięcie. 
— Tak, nic o tym nie wiedziałeś, panie? Sądziłam, że spotkaliście się z nim w 

Fredrikstad? 

Rycerz Darre umknął spojrzeniem i wyjaśnił: 
—  Nastąpiły  pewne  zmiany  we  wcześniejszych  planach.  Nim  dotarłem  do 

Fredrikstad, skierowano mnie do Nidaros. 

— Do Nidaros? Czyżby i tam dochodziło do zamieszek? 
—  Kłopoty  ze  ściąganiem  dziesięciny  —  mruknął  pod  nosem  rycerz  Darre, 

unikając jej wzroku. 

— Chłopi zapewne nie mają z czego płacić. 
—  Tłumaczą  się,  że  brakuje  żniwiarzy  i  nie  mieli  jak  zebrać  zboża  na 

dziesięcinę. 

— Co na to Kościół? 
— Biskup nakłonił króla Magnusa do wystosowania listu, nakłaniającego lud 

do płacenia dziesięciny. 

Ingebjorg  przysłuchiwała  się  im  w  milczeniu.  Miała  wrażenie,  że  rozmowa 

tylko z pozoru dotyczy dziesięciny. 

Wreszcie pani Bothild wskazała rycerzowi miejsce przy stole, mówiąc: 
—  Zapewne  nie  jadłeś  kolacji,  rycerzu.  Zawołam  służącą,  by  przyniosła 

jedzenie. 

Żona  ochmistrza  opuściła  pomieszczenie.  Ingebjorg  była  niemal  pewna,  że 

uczyniła to celowo, by umożliwić jej rozmowę bez świadków z rycerzem Darre. 
Zerknęła na niego w napięciu, ale nie miała odwagi przejść od razu do rzeczy. 

TLR

background image

— Dobrze cię znów widzieć — odezwała się cicho. — Bardzo się niepokoiłam 

o ciebie, póki nie otrzymałam kołka z wyrytymi runami. To ty mi go przysłałeś, 
prawda? 

Pokiwał głową z uśmiechem. 
Zerknęła czujnie w stronę drzwi i zapytała: 
— Nie dostarczyłeś listu? 
— Przykro mi — odrzekł, kręcąc głową. 
— Nic nie szkodzi. Oddałeś go może komu innemu? 
Znów pokręcił głową. 
— Ani nie dałeś nikomu innemu do przeczytania? 
— Nie. Wiesz, że nigdy bym tego nie uczynił. 
Ingebjorg odetchnęła z ulgą. 
— Cieszę się, że nie dostarczyłeś listu królowi. Wiele się wydarzyło od czasu, 

gdy się ostatnio widzieliśmy. Wszystko ci opowiem. 

Rycerz wsunął dłoń za pazuchę tuniki i wyjął pożółkły i przybrudzony zwój 

pergaminu. 

— Trochę się podniszczył, ale po takiej wyprawie... — urwał i dodał po chwili 

—  najlepiej  będzie,  jeśli  go  weźmiesz  ode  mnie  z  powrotem,  Ingebjorg.  To 
znaczy... — Urwał znów i poczerwieniał gwałtownie. 

Ingebjorg roześmiała się, uspokajając rycerza: 
— Nie jesteś jedyny, któremu trudno przywyknąć, by nazywać mnie panią. Ale 

mów mi nadal po imieniu, kiedy jesteśmy sami. 

Uśmiechnął się, zaraz jednak spoważniał. 
— Wydaje mi się, że dokument będzie teraz bezpieczniejszy u ciebie, skoro 

możesz liczyć na pomoc męża — rzekł, podając jej list. 

Przeraził się jednak, gdy w drzwiach zjawiła się nagle pani Bothild. 
— Spokojnie, rycerzu! — Po cichu rozwiała jego obawy Ingebjorg. — Zona 

ochmistrza wie o wszystkim. 

Nie krył zaskoczenia. Trudno zresztą było mu się dziwić, skoro wiedział, że w 

liście zostało wymienione nazwisko ochmistrza. 

Nagle Ingebjorg doznała niemiłego uczucia, że ktoś ją obserwuje. Odwróciła 

się gwałtownie i obok pani Bothild zauważyła w drzwiach Turego. 

Rozdział 7 

TLR

background image

Ture wszedł do komnaty powolnym krokiem, mierząc wzrokiem na przemian 

rycerza Darre i swoją małżonkę. Sparaliżowana strachem Ingebjorg, wstrzymała 
oddech  i  zastanawiała  się  gorączkowo,  co  robić.  Usiłowała  znaleźć  naprędce 
jakieś wiarygodne wyjaśnienie, bo na ukrycie listu było już za późno. 

— Z kim mam przyjemność? — zapytał Ture na pozór spokojnie, ale z jego 

oczu wyzierała zazdrość. 

Rycerz Darre wstał i skłoniwszy się, wyjaśnił, kim jesi. 
— Wykonywałem pewne zadania w imieniu króla Magnusa. Dosłownie przed 

chwilą wróciłem do Akersborg. 

— Należycie do garnizonu tutejszej twierdzy? 
— Tak, przydzielono mnie tu wiosną, panie. 
— To znaczy, że widywaliście już wcześniej moją żonę? 
— Tak, poznaliśmy się latem. 
— Czyżbyś otrzymała list, Ingebjorg? — Ture zwróci! się do niej. 
W tym momencie zupełnie nieoczekiwanie wkroczy ła pani Bothild. Podeszła 

pośpiesznie do stołu i chwy ciwszy dokument, wyjaśniła: 

— To do mnie. Posłaniec przyniósł list, gdy wyszłam na chwilę. — Przybrała 

smutną  minę  i  dodała:  —  Obawiam  się,  niestety,  że  to  niedobre  wieści.  Moja 
siostra  zachorowała  w  niedzielę  Świętego  Krzyża.  Wybaczcie  mi,  proszę  — 
rzuciła, oddalając się w stronę drzwi. 

Ture  zmarszczył  czoło,  patrząc  to  na  nią,  to  na  Ingebjorg.  Czuła,  że  nie 

uwierzył w wyjaśnienie pani Bothild, ale póki co, większy niepokój budził w nim 
nieznajomy rycerz. 

—  Nie  przypominam  sobie,  byś  wspominała  kiedyś  o  rycerzu  Darre  — 

odezwał się cicho. 

Ingebjorg zmusiła się do uśmiechu. 
—  Pewnie  zapomniałeś.  Rycerz  Darre  był  mi  wielką  podporą.  To  on  mnie 

uratował, kiedy matka przełożona próbowała mnie zgładzić. 

— Tak? A gdzie to się stało? 
Ingebjorg poczuła, że blednie, i wydukała: 
— W mojej... sypialni. 
Ture odwrócił się do rycerza Darre ze słowami: 
— A co ty, rycerzu, robiłeś w sypialni mojej narzeczonej? 
Rycerz Darre uśmiechnął się, sądząc najwyraźniej, że 
Ture żartuje, ale zaraz zreflektował się, że się myli. 

TLR

background image

Panna  Ingebjorg  wspominała  mi,  że  obawia  się  matki  przełożonej.  Kiedy 

któregoś dnia odprowadziłem ją do 

Wieży Dziewicy, poczułem nagły niepokój i postanowiłem wrócić. Gdybym 

tego nie uczynił, pani Ingebjorg nie byłoby dziś wśród żywych. 

Ture  nie  słyszał  tego  ostatniego,  uczepił  się  natomiast  początkowych 

wyjaśnień rycerza: 

— Mieliście w zwyczaju, rycerzu, odprowadzać moją narzeczoną do łóżka? 
Rycerz usiłował się znów uśmiechnąć, ale natychmiast spoważniał. 
— Odprowadzałem ją przez Ciemny Korytarz, ponieważ bała się Malcanisa, 

upiora psa, który tam straszy — dodał pośpiesznie. 

Ture zwrócił się znów do żony: 
—  Okropnie  jesteś  lękliwa,  moja  droga.  Bałaś  się  czyhającej  na  twe  życie 

matki przełożonej, także upiór psa budził twój strach. Dobrze było mieć u swego 
boku pomocnego rycerza, prawda? 

— Owszem — odparła spokojnie Ingebjorg, patrząc mężowi prosto w oczy. 

Przekora okazała się w niej silniejsza od strachu. 

Na zewnątrz rozległy się ciężkie kroki i do środka wszedł Orm Oysteinsson. 
— Mamy gości? — zapytał jowialnie. — Wróciłeś wreszcie rycerzu Darre? To 

dobrze.  Zostało  dla  nas  coś  do  jedzenia?  Jestem  taki  głodny,  że  pochłonąłbym 
konia z kopytami. 

—  Pani  Bothild  zaraz  przyjdzie  —  odezwała  się  pośpiesznie  Ingebjorg.  — 

Dopiero co skończyłyśmy posiłek, ale pozostało jeszcze dość jedzenia. 

— Posłaniec przyniósł jej list i obawiała się, że są w nim złe wieści — wtrącił 

Ture. 

— Złe wieści o czym? 
— O jej siostrze, która choruje od niedzieli Świętego Krzyża. 
— Tak? Nic mi nie wiadomo. 
W tej samej chwili weszła pani Bothild. 
— Jesteś wreszcie — powitała swego męża. — Tak się bałam, że będziecie 

mieli kłopoty w tej śnieżycy. 

—  Kłopoty  w  śnieżycy  —  powtórzył  ochmistrz  i  zaśmiał  się  szyderczo.  — 

Ach, to babskie gadanie. 

Usiadł,  a  Ture  za  jego  przykładem  uczynił  to  samo.  Wkrótce  pojawiła  się 

służąca, niosąc gorące dania dla trzech mężczyzn. 

Ingebjorg zauważyła, że rycerz Darre jest skrępowany. Ona zresztą także czuła 

się  nieswojo.  Skoro  Ture  pała  zazdrością,  widząc  ją  w  braterskich  objęciach 

TLR

background image

Bergtora, to co dopiero sobie wyobrażał, usłyszawszy, że rycerz Darre zwykł ją 
odprowadzać przez Ciemny Korytarz. 

Ochmistrz zwrócił się do swej żony: 
— Podobno dotarły do ciebie jakieś złe wieści? 
Pani Bothild, unikając jego wzroku, odpowiedziała: 
— Na szczęście moje obawy okazały się nieuzasadnione. Siostra wróciła do 

zdrowia. 

— Nic nie wspominałaś o jej chorobie. 
—  Owszem,  kochanie  —  zaśmiała  się  krótko.  —  Musiałeś  zapomnieć  albo 

niezbyt uważnie mnie słuchałeś. 

— Hmm — mruknął ochmistrz. 
—  A  gdzie  wy  spędziliście  te  ostatnie  dni?  —  zapytała  pani  Bothild.  — 

Mniemam, że byliście razem, skoro wróciliście równocześnie? 

— Tylko dziś — odparł wymijająco ochmistrz. Jak już ci mówiłem, pan Ture 

przez jakiś czas będzie wykonywał pewne obowiązki dla mnie. W związku z tym 
często  przyjdzie  nam  jeździć  do  miasta  na  rozmowy  z  kanclerzem  i  Radą 
Królewską. 

Pani Bothild uśmiechnęła się do Turego. 
— Jak to dobrze ze względu na panią Ingebjorg. Przynajmniej pozostaniecie w 

Akersborg  na  dłużej.  Pańska  żona  jest  taka  uzdolniona!  Brat  Eilif  z  klasztoru 
cystersów na wyspie Hovedoen z wielką radością oczekuje, kiedy zacznie ją uczyć 
malowania miniatur. 

Ture tylko coś mruknął, nie przerywając jedzenia i nawet nie spojrzał w stronę 

żony ochmistrza. Gdy tylko skończył się posilać, wstał od stołu i oznajmił: 

— To był długi dzień. Dobranoc wszystkim. 
Ingebjorg podniosła się równocześnie z nim i na moment 
uchwyciła  spojrzenie  pani  Bothild,  która  kiwnęła  głową,  jakby  chciała  jej 

dodać odwagi. Następnie z walącym sercem ruszyła za mężem, spodziewając się 
nieprzyjemności. 

Gdy tylko zamknęły się za nimi drzwi ich komnaty, Ture odwrócił się do żony 

i mocno ścisnął jej ramię. 

— No, to teraz mów, co cię łączy z rycerzem Darre! 
Ingebjorg zmusiła się, by zachować spokój. 
— Nic poza tym, że uratował mi życie i mam wobec niego dług wdzięczności. 
— Nie wierzę ci! 
— To zapytaj panią Bothild. Przyjaźnimy się, więc wie o wszystkim. 

TLR

background image

Zaśmiał się. 
— Jeśli się przyjaźnicie, to wątpliwe, by zechciała zdradzić mi twoje romanse, 

nie sądzisz? 

— Z nikim nie romansowałam. Mam męża. 
— Kłamiesz! 
Ingebjorg spuściła wzrok, tłumacząc: 
— Nie mówię o tym, co było kiedyś. 
Znów się zaśmiał, tym swoim suchym, dziwnym śmiechem. 
— Nie mówisz o tym, co było kiedyś — powtarzał kpiąco. — Kiedy? Latem? 

Na jesieni? 

Westchnęła głęboko. 
— Jakie będzie nasze małżeństwo, skoro mi nie wierzysz? Rycerz Darre nigdy 

mnie  nie  interesował  jako  mężczyzna,  ale  byłam  zadowolona,  że  mnie 
odprowadza przez Ciemny Korytarz, bo bałam się tamtędy chodzić. 

Ture wymierzył jej ze świstem mocny policzek. Mimowolnie cofnęła się. 
—  Jak  śmiesz  mi  się  sprzeciwiać?  —  ryknął.  —  Jakież  to  otrzymałaś 

wychowanie,  skoro  pozwalasz  sobie  na  taką  zuchwałość  wobec  swojego  pana. 
Zdaje się, że będę się musiał za ciebie wziąć. Zachowujesz się jak nieokrzesana 
przekupka. 

Ponownie  ją  szarpnął,  ale  Ingebjorg  zacisnęła  zęby  i  postanowiła  się  nie 

odzywać,  póki  nie  minie  mu  atak  wściekłości.  Nieraz  już  doświadczyła 
zmienności nastrojów męża. 

— Czemu nic nie mówisz, suko? Wypluj to z siebie! Ile razy go wpuściłaś do 

swojego łoża? 

Ingebjorg milczała, zaciskając usta. On zaś pociągnął ją za sobą do sypialni, 

popchnął na łóżko, zadarł jej suknię i, gdy leżała naga od pasa w dół, wdarł się w 
nią gwałtownie. 

— Tak było? — jęczał zdyszany. — Tak ci robił, a może brał cię od tyłu? 
— Ture, proszę — chlipała. — Nie miałam innego mężczyzny prócz ciebie, od 

czasu gdy wtedy z Eirikiem... 

—  Miał  na  imię  Eirik?  —  wycedził,  desperacko  próbując  ugasić  pożądanie. 

Wdzierał  się  w  nią  gwałtownymi  posunięciami,  przyprawiając  ją  o  ból,  ale  w 
końcu się poddał. 

— Widzisz — warknął. — Nie mogę się kochać z niewierną kobietą. 
Ingebjorg  z  trudem  powstrzymywała  się  od  płaczu.  Odwróciła  się  od  niego, 

rozebrała i wsunęła pod przykrycie. O dziwo, zasnęła. Nie wiedziała, jak długo 

TLR

background image

spała, gdy w nocy obudził ją chłód. Ture zdarł z niej koce, po czym zwalił się na 
nią  ciężko  i  ją  wziął.  Odbyło  się  to  szybko  i  gwałtownie,  bez  pocałunków  i 
pieszczot. Nie padło między nimi ani jedno słowo. Skończywszy, przewrócił się 
na bok na brzeg łóżka i natychmiast zasnął. 

Ingebjorg tymczasem długo leżała z otwartymi oczami, czując gulę w gardle. 

Przypomniała sobie noc poślubną, gdy było im obojgu tak dobrze ze sobą. Ture 
zachwycał  się  wówczas  jej  urodą  i  mówił,  że  cudownie  jest  dzielić  z  nią  łoże. 
Teraz zaś nie wierzył jej słowom i wymierzał karę. 

Musiała  się  chyba  nad  ranem  zdrzemnąć,  ponieważ  obudził  ją  jego  głos, 

twardy i nieprzejednany. 

— Jestem pewien, że mnie okłamujesz, Ingebjorg. I mam podejrzenie, że pani 

Bothild cię kryje. Co to był za list, który trzymałaś w ręce? 

Ingebjorg pomrugała w mroku powiekami, z trudem strząsając sen z oczu. 
— List do pani Bothild. Posłaniec przyniósł go, gdy nie było jej w pokoju — 

odpowiedziała.  Jej  głos  brzmiał  niepewnie,  jakby  sama  nie  wierzyła  w  to,  co 
mówi. 

—  Posłaniec  przybył,  żeby  ją  powiadomić,  że  siostra  już  wyzdrowiała? 

Spodziewasz  się,  że  uwierzę  w  takie  bzdury?  Posłańcy  nie  jeżdżą  konno  po 
zmroku, chyba, że w grę wchodzi czyjeś życie. 

Ingebjorg, zlana potem, rzekła: 
— Nie wiem nic poza tym, co powiedziała pani Bothild. 
Ture zamilkł. 
Ingebjorg czuła narastający w niej niepokój. Jeśli Ture zdobędzie ten list, to 

marny  los  czeka  je  obie,  a  może  również  rycerza  Darre.  Przyłapawszy  je  na 
kłamstwie, ani Ture, ani Orm Oysteinsson nie uwierzą, że nie poznały treści listu. 

—  W  takim  razie  pewnie  ona  coś  ukrywa  przed  swoim  mężem  —  mruknął 

Ture  pod  nosem.  —  Chyba  muszę  zamienić  parę  słów  z  naszym  miłościwym 
Ormem Oysteinssonem. 

Usłyszeli,  jak  do  sąsiedniej  komnaty  służące  weszły  rozpalić  w  kominku. 

Drzwi były niedokładnie zamknięte i pasmo światła przenikało przez szparę. Po 
chwili służąca wyszła, pozostawiając zapaloną lampkę łojową. 

Ture uniósł się na łokciach i zwrócił się gwałtownie do Ingebjorg: 
— Oświadczam ci, że nie życzę sobie widzieć cię więcej w towarzystwie tego 

rycerza.  Podczas  posiłków  masz  siadać  od  niego  jak  najdalej  i  zakazuję  ci 
jakichkolwiek z nim kontaktów. Jeśli choć raz zobaczę was razem na osobności, 

TLR

background image

nawet  jeśli  będzie  cię  odprowadza!  przez  Ciemny  Korytarz,  to  gorzko  tego 
pożałujesz. 

Nie odezwała się, ale górująca nad nią w półmroku postać wywoływała w niej 

lęk. 

— Słyszałaś, co powiedziałem? — powtórzył groźnie. 
— Tak, słyszałam, co powiedziałeś, Ture. Będę się trzymała od niego z daleka, 

na ile to możliwe. 

— O czym ty mówisz? 
— Jeśli przyjdzie mnie o coś zapytać, to nie wyrzucę go za drzwi, zanim mu nie 

odpowiem. Nie chcesz chyba, by twojej żonie ktoś zarzucił brak ogłady. 

— Kpisz sobie ze mnie? 
— Nie, nie kpię — westchnęła ciężko. — Staram się jedynie, byśmy się mogli 

pogodzić i aby było nam ze sobą tak dobrze jak kiedyś. 

O dziwo, nie odpowiedział. Chyba jej słowa go nieco wyciszyły. 
Gdy  już  się  ubrali  i  byli  gotowi  do  wyjścia,  Ture  nagle  podszedł  do  niej  i 

objąwszy, wyszeptał jej do ucha: 

— Wybacz mi, Ingebjorg. Nie narażaj mnie więcej na takie nerwy, bo całkiem 

oszaleję. Chcę cię mieć tylko dla siebie, posiadać cię bez reszty. Nigdy nie rzucaj 
spojrzeń na innych! Tańczyć możesz też tylko ze mną. I marzyć ci wolno jedynie o 
mnie. Jesteś moja, rozumiesz? 

Skinęła głową i pogłaskała go po włosach, mając wrażenie, że pociesza duże 

dziecko. 

Pocałował ją w usta, uchwycił jej pierś, po czym spytał, na powrót stając się 

sobą: 

— Potrafisz doznać rozkoszy ze mną po tym wszystkim? 
Pokiwała głową. 
Wziął ją na ręce i zaniósł z powrotem do łóżka. 

Kiedy wreszcie zeszli na śniadanie, pozostali zdążyli już zjeść. Rycerz Darre, 

jak im powiedziano, opuścił twierdzę i udał się z jakąś sprawą do gospodarza we 
dworze Aker. 

Ture tryskał humorem, Ingebjorg powoli więc się odprężyła. Nie wspominał 

już o liście ani o siostrze pani Bothild. Ingebjorg zauważyła, że żona ochmistrza 
jest bardziej milcząca niż zazwyczaj, zapewne obawiając się dalszych pytań, ale i 
ona w końcu nieco odtajała. 

Po  skończonym  posiłku  Ingebjorg  udała  się  do  swojej  nowej  pracowni, 

niewielkiej  izdebki,  sąsiadującej  z  komnatą  żony  ochmistrza,  zaś  Ture  wraz  z 

TLR

background image

Ormem  Oysteins—  sonem  wyszli  przez  Wieżę  Śmiałków.  Wybierali  się  na 
spotkanie  Rady  Królewskiej,  które  miało  się  odbyć  w  północnym  skrzydle. 
Niebawem na dziedzińcu rozległ się  gwar.  Ingebjorg domyśliła się, że przybyli 
magnaci i pomyślała z ulgą, że przynajmniej Ture skupi się na innych sprawach. 

Równocześnie dziwiła się, jak to możliwe, że ochmistrz i Ture uczestniczą w 

ważnych  obradach  z  Radą  Królewską,  a  w  rzeczywistości  podejmują  działania, 
zmierzające do obalenia króla. 

Zdążyła  przepisać  kawałek,  gdy  oto  usłyszała  za  drzwiami  odgłos  lekkich 

kroków pani Bothild. 

— Mogę ci przeszkodzić, Ingebjorg? 
— Oczekiwałam cię, pani — odparła Ingebjorg. 
Żona ochmistrza podeszła do pulpitu i wyszeptała: 
— Musimy się zastanowić, co zrobimy z listem. 
Ingebjorg odłożyła pióro i podniosła wzrok. 
— Pewnie życzyłabyś sobie, pani, abym go spaliła? 
Pani Bothild wykręcała nerwowo palce. 
—  Tak  by  było  najlepiej,  ale  nie  możesz  tego  uczynić.  Twoja  matka 

pozostawiła  ci  ten  dokument,  ufając, że  zadbasz  o  to,  by  przekazać  go  królowi 
Magnusowi, bądź któremuś z oddanych mu ludzi. Nie mogę cię prosić o coś, co 
byłoby niezgodne z twoim sumieniem. 

Urwała,  a  po  chwili  wahania  dodała:  —  Mnie  samej  zresztą  też  by  to  nie 

dawało  spokoju.  Gdybym  się  dowiedziała,  że  król  Magnus  został  wtrącony  do 
więzienia  albo  stracony,  dręczyłaby  mnie  świadomość,  że  mogłam  temu 
przeszkodzić, a nic nie uczyniłam. Równocześnie jednak nie mogę przedsięwziąć 
niczego, co by zagrażało Ormo— wi. Mimo wszystko jest moim mężem, chociaż 
czasami... 

— urwała i zagryzła wargi. — Najgorsze, że nie wiem, po czyjej stronie stoi 

mój syn. Nigdy nie ukrywałam swojej sympatii do króla Magnusa, wątpię jednak, 
by przejmował się moimi poglądami, za to przed ojcem czuje strach i respekt. — 
Znów  zamilkła  i  popatrzyła  uważnie  na  Ingebjorg.  —  Dla  ciebie  to  równie 
niełatwe. Dopiero co poślubiłaś swojego małżonka i, jak się domyślam, uczyniłaś 
to z miłości, choć mógł ci się trafić znacznie lepszy mąż. 

Ingebjorg otworzyła usta, by zaprotestować. Nawet nie marzyła, że wyjdzie za 

mąż  za  wysoko  urodzonego  i  wpływowego  mężczyznę,  który  będzie  przy  tym 
młody i przystojny. 

Pani Bothild uśmiechnęła się i dodała pośpiesznie: 

TLR

background image

—  Wybacz,  widzę,  że  się  ze  mną  nie  zgadzasz.  —  Zaraz  jednak  znów 

spoważniała, mówiąc: — Tym bardziej powinnaś się z tym jakoś uporać. 

— Ukryłaś list bezpiecznie, pani? 
Żona ochmistrza pokiwała głową. 
— Tak, ale wolałabym nie brać na siebie tej odpowiedzialności. 
— Ależ, oczywiście, to ja jestem odpowiedzialna za list 
— zapewniła szybko Ingebjorg i z ciężkim westchnieniem dodała: 
— Toczę walkę sama ze sobą. Raz sobie tłumaczę, że po upływie tak długiego 

czasu list nie ma żadnego znaczenia. Innym znów razem czuję na sobie surowe 
spojrzenie mamy. Przecież gdyby uważała, że list można spalić, uczyniłaby to od 
razu, gdy go znalazłam przy ojcu. 

Pani Bothild pokiwała głową, przyznając jej rację. 
—  Uważam,  że  powinnaś  go  schować.  Zobaczymy,  co  czas  przyniesie. 

Będziemy uważnie przyglądać się temu, co się wydarzy. Ale na Boga, ukryj go w 
bezpiecznym miejscu, tak żeby nie znalazł go twój mąż! 

Ingebjorg  zmarszczyła  czoło.  Już  w  nocy  zastanawiała  się  nad  tym,  gdzie 

schować list, ale nic jej nie przyszło Jo głowy. 

Rozejrzała się po izdebce. 
Pani Bothild, jakby czytając w jej myślach, pokręciła głową. 
—  Nie  tu,  Ingebjorg.  Musisz  znaleźć  taką  kryjówkę,  co  do  której  nikt  nie 

dopatrzy się związku z tobą ani ze mną. 

Odwróciła się i kierując ku drzwiom, oświadczyła: 
—  Najlepiej  przyniosę  go  od  razu,  póki  nasi  mężowie  są  zajęci.  Upłynie 

jeszcze sporo czasu, nim skończą obradować. 

Gdy wróciła, Ingebjorg stała już gotowa do wyjścia. Wsunęła zwój pergaminu 

za  ubranie  i  nie  tłumacząc  się  żonie  ochmistrza  ze  swych  planów,  pośpiesznie 
opuściła izbę. 

Po raz pierwszy od dawna skierowała swe kroki do Ciemnego Korytarza. Serce 

waliło  jej  w  piersi  jak  szalone.  Wszyscy  w  twierdzy  zaklinali  się,  że  Malcanis 
znów straszy. Nawet Ture przestał kpić, gdy usłyszał, co niektórzy przeżyli. 

Pamiętała  dokładnie,  w  którym  miejscu,  wraz  z  rycerzem  Darre,  usłyszeli 

groźne warczenie, a potem ujrzeli w ciemnościach lśniące, żółte ślepia. Wszyscy 
w twierdzy wiedzą, gdzie to jest, równocześnie jest to ostatnie miejsce w całym 
Akersborg, gdzie komukolwiek przy— szłoby do głowy szukać dokumentu. 

Szczękała  zębami  ze  strachu,  ręce  jej  drżały  i  uginały  się  pod  nią  kolana. 

Parokrotnie  bliska  była  tego,  by  zawrócić  i  uciec  w  popłochu,  coś  ją  jednak 

TLR

background image

powstrzymywało. Czy to przekora, czy posłuszeństwo wobec matki, sama tego nie 
wiedziała. 

Celowo  nie  wzięła  zapalonej  pochodni,  chociaż  zimową  porą  wolno  było  to 

uczynić.  Za  niewielkimi  otworami  strzelniczymi  panował  półmrok,  a  powietrze 
było  ciężkie.  Po  gwałtownej  śnieżycy  znów  się  ociepliło  i  padał  deszcz.  W 
korytarzu posuwała się po omacku w kompletnych ciemnościach. Musiała stąpać 
ostrożnie, by się nie potknąć na nierównych kamieniach. 

Było dziwnie cicho... 
Zwykle  dolatywały  tu  chyba  odgłosy  ze  stajni?  Głosy  z  dziedzińca?  Jęki  z 

lochów? Teraz słychać było jedyni, jej stąpanie i nerwowy oddech. 

Liczyła kroki, wiedziała więc, że zbliża się do celu Z rycerzem Darre, po części 

dla  żartu,  a  po  części  ze  strachu,  liczyli  zawsze,  ile  jest  kroków  od  wejścia  z 
dziedzinca do miejsca, w którym ukazywał się Malcanis. Rycerz Darre nigdy by 
się nie przyznał do tego, że się boi, zwruciła jednak uwagę, że zawsze milknął, gdy 
podchodzili do tego miejsca, i nie odzywał się, póki go nie minęli. 

Dzięki tej wypracowanej rutynie, wiedziała przynajmniej dokładnie, gdzie się 

znajduje. 

Wsunęła dłoń pod pelerynę i zgrabiałymi z zimna palcami sięgnęła po zwój. 

Pozostały jeszcze trzy kroki. 

Zatrzymała  się.  Serce  biło  jej  mocno,  szumiało  w  uszach.  Drżącymi  dłońmi 

obmacywała zimną, wilgotną ścianę z ka mieni, między którymi znajdowały się 
szerokie szpary. 

Nagle  korytarz  jakby  wypełnił  się  intensywnym  chłodem.  Jeszcze  nigdy  nie 

przeżyła czegoś równie okropne go, nawet w klasztornej ciemnicy w Nonneseter. 
Chłód,  którego  nie  dało  się  z  niczym  porównać,  nie  mający  nic  wspólnego  z 
mrozem w zimowe dni, przenikał jej ciało, nakłuwając jakby tysiącem lodowatych 
igieł,  i  pozostawiał  strach,  jakiego  dotąd  nigdy  nie  doświadczyła.  Sama  nie 
pojmowała, jak zdołała wcisnąć zwój pergaminu w szparę, a potem odwrócić się 
na pięcie i wybiec na łeb na szyję. Potykała się ze strachu i przewracała, ale zaraz 
zrywała się i biegła dalej, by po chwili znów się potknąć. 

Wydostała się z Ciemnego Korytarza na czworakach, z rękami poobcieranymi 

do  krwi.  Suknię  miała  podartą,  a  chustka  zsunęła  jej  się  z  głowy.  Szlochała  z 
przerażenia. 

Na  zewnątrz  stało  trzech  strażników  z  garnizonu  twierdzy,  pogrążonych  w 

rozmowie. Gdy ją ujrzeli, wykrzyknęli przestraszeni i pośpiesznie rzucili się jej na 
ratunek, wołając: 

TLR

background image

— Pani, co się stało? 
Ingebjorg, która słyszała ich głosy jakby z oddali, zdołała wydobyć z siebie 

tylko jedno słowo: Malcanis. 

— Zawołajcie jej małżonka, tego szwedzkiego arystokratę! — usłyszała. 
Usiłowała zaprotestować, ale język odmówił jej posłuszeństwa. 

Rozdział 8 

Mężczyźni podtrzymali ją i pomogli przejść przez dziedziniec. Właściwie już 

w  połowie  drogi  zdołała  ochłonąć  i  pomyślała  z  nadzieją,  że  nikt  nie  poszedł 
sprowadzić Turego. 

Niestety,  w  tej  samej  chwili  otworzyły  się  drzwi  do  północnego  skrzydła  i 

wybiegł z nich jej małżonek. 

— Co tu się dzieje? — wykrzyknął, zauważywszy Ingebjorg. 
— Nic takiego — usiłowała go uspokoić. 
— Ukazał jej się Malcanis — wyjaśnił rycerz z garnizonu twierdzy. — Ledwie 

żywa wydostała się na czworakach z Ciemnego Korytarza. 

Tuż za Turem pojawił się Orm Oysteinsson. 
— Ukazał ci się Malcanis, Ingebjorg? — spytał z trwogą. — Coś ci zrobił? 
Ingebjorg przemyślała wszystko. Im większy strach wzbudzał Malcanis, tym 

mniej prawdopodobne było, że ktoś będzie tam szukał listu. Nie musiała przy tym 
specjalnie udawać, bo to, co przeżyła, wystarczająco ją przeraziło. 

— Nic mi nie zrobił — odpowiedziała cienkim głosem — Ale to było straszne. 
Wokół niej zgromadziła się gromada gapiów. Z dużej kuchni przybiegł nawet 

kucharz Jens i dwie służące z południowego skrzydła Kirsten, pokojowa. Wzburz, 
ni, przepychali się, by jak najwięcej usłyszeć, i zasypywali ją pytaniami. 

— Miał żółte ślepia? Pobrzękiwał łańcuchem? Warczał? 
Ingebjorg kiwała tylko głową i usprawiedliwiała się w duchu, że przecież nie 

kłamie.  Wtedy  z  rycerzem  Dare  widzieli  żółte  ślepia  i  słyszeli  powarkiwanie. 
Zresztą gdyby powiedziała o cmentarnym chłodzie, jaki ją otoczył, pewnie by jej 
nie uwierzyli. 

— Dlaczego krwawisz, pani? — dopytywała się Kirsten 
— Podrapał, a może ugryzł? 
— Byłam tak przerażona, że niewiele pamiętam. Wiem tylko, że uciekałam w 

panice, potykając się i przewracając, a on mnie gonił. 

Szmer, który przeszedł przez gromadę gapiów, przy prawił ją o dreszcze. 

TLR

background image

— Nie wzięłaś ze sobą pochodni? — zapytał Orm 0ysteisson. 
— Nie, zapomniałam. 
W  tej  samej  chwili  z  Wieży  Śmiałków  wybiegła  pa  ni  Bothild,  która 

usłyszawszy zamieszanie na dziedzińcu, postanowiła sama sprawdzić, co się stało. 
Gdy opowiedziano jej całe wydarzenie, przerażona, zakryła usta dłonią, a potem 
chwyciła Ingebjorg za ramię i rzekła: 

— Chodź, moje dziecko. Nie możesz tu tak stać. Drżysz jak osika. 
Ingebjorg z ulgą podążyła za nią, a gapie rozeszli  się  z powrotem do swych 

zajęć. 

Ostatnie,  co  Ingebjorg  uchwyciła  kątem  oka,  nim  przestąpiła  próg,  to  była 

zamyślona  mina  Turego,  który  nie  odezwał  się  nawet  słowem.  Tylko  Orm 
Oysteinsson  rzucił  coś  o  bezmyślnych  białogłowach,  które  zapominają  wziąć 
zapaloną pochodnię, gdy wchodzą zimową porą do Ciemnego Korytarza. 

Pani  Bothild,  ściskając  ją  za  ramię,  poprowadziła  do  swej  komnaty  i 

wyszeptała z pochwałą: 

— Bardzo mądrze postąpiłaś. 
Ingebjorg odwróciła się do niej zaskoczona. 
— To ostatnie miejsce, gdzie będą szukać — ciągnęła szeptem pani Bothild, a 

po chwili dodała już normalnym głosem: — Opowiedz mi dokładnie, co się stało. 

Ingebjorg  opowiedziała  wszystko  od  momentu,  gdy  podjęła  decyzję,  gdzie 

ukryje list, do chwili, gdy licząc kroki, dotarła blisko miejsca, w którym straszy. 

— Nie przyszło ci do głowy, że upiór Malcanisa może ci się naprawdę ukazać? 

— spytała pani Bothild. 

— Owszem — pokiwała głową Ingebjorg. — Już kiedyś słyszałam warczenie i 

widziałam  żółte  ślepia.  Zdecydowałam  się  jednak  tam  pójść,  gdyż  uznałam,  że 
właśnie tam jest najlepsza kryjówka. 

Pani Bothild pokręciła głową z niedowierzaniem, mówiąc: 
— Jesteś dzielniejsza niż sądziłam. 
Na twarzy Ingebjorg przemknął uśmiech. 
—  Mama  zawsze  powtarzała,  że  jestem  uparta.  —  Skrzywiła  się  i 

wzdrygnąwszy,  dodała:  —  To  było  okropne  przeżycie,  zupełnie  inne  niż 
poprzednio, choć udawałam przed wszystkimi, że widziałam to samo co ostatnio. 
Wątpię,  by  ktokolwiek  się  domyślił,  że  wykorzystałam  Ciemny  Korytarz  jako 
kryjówkę. 

Pani Bothild pokiwała głową. 

TLR

background image

— Też tak sobie pomyślałam, gdy zrozumiałam, dokąd poszłaś. Ale powiedz, 

co tym razem widziałaś? 

Ingebjorg popatrzyła jej prosto w oczy i odparła: 
— Nic. Nie dotarły do mnie też żadne odgłosy, a mimo to jeszcze nigdy tak się 

nie bałam. 

Pani Bothild popatrzyła na nią zalękniona. 
— Otulił mnie znienacka przenikliwy chłód. Ale to nic był przeciąg ani zimno, 

jakie daje się odczuć w mroźn\ dzień. Lodowaty ziąb przeniknął mnie do szpiku 
kości i napełnił trudnym do opisania lękiem. Zdawało mi się. jakby mnie dosięgło 
tchnienie śmierci. 

— Tchnienie śmierci? — jęknęła pani Bothild. 
— Tak, Asta, zielarka z mojej rodzinnej wsi Dal, opowiadała mi kiedyś, że coś 

takiego  przeżyła  w  starej,  opuszczonej  chacie,  zamieszkanej  niegdyś  przez 
człowieka, niesłusznie powieszonego za przestępstwo, którego nie popełnił. Był 
wdowcem i sam wychowywał dwoje dzieci. Ludzie powiadali, że nie może zaznać 
spokoju i wciąż powraca, żeby sprawdzić, co się dzieje z jego dziećmi. Nawet gdy 
już  dorosły  i  dawno  się  stamtąd  wy  prowadziły,  w  chacie  słyszano  kroki.  Asta 
postanowiła  sprawdzić,  ile  prawdy  jest  w  krążących  plotkach,  i  wtedy  właśnie 
doświadczyła  tego  dziwnego  uczucia.  Wokół  niej  zrobiło  się  nagle  zupełnie 
zimno. Była pewna, że w środku był duch, ale nie chce się ujawnić. 

— Uważasz, że Malcanis uczynił to samo? Był tam, ale nawet szmerem nie 

zdradził swej obecności? 

Ingebjorg przytaknęła. 
— On nie chce mi zrobić nic złego. Gdybym to od razu zrozumiała, to bym się 

nie przestraszyła. 

— Ja bym umarła ze strachu — odparła pani Bothild, wzdrygając się. — Chyba 

nie odważę się odtąd przechodzić tamtym korytarzem bez licznej straży. 

— On mi nic nie zrobił, pani Bothild i myślę, że następnym razem też mnie nie 

skrzywdzi. Wyczuwa widocznie, że nie ja ponoszę winę za to, że został żywcem 
zamurowany. 

Pani  Bothild  umilkła,  ale  sądząc  po  jej  minie,  słowa  Ingebjorg  jej  nie 

przekonały.  Odwróciła  się  w  stronę  drzwi  i  nerwowo  rozejrzawszy  się  po 
pomieszczeniu, zapytała szeptem: 

— Ukryłaś list? 
Ingebjorg pokiwała głową. 
— Dość głęboko? Nie wypadnie? 

TLR

background image

Ingebjorg znów przytaknęła. Zagryzła wargę i zamyślona spuściła wzrok. 
— Ture zapyta mnie, po co poszłam do Ciemnego Korytarza, a ja nie wiem, co 

mu odpowiedzieć. 

— Powiedz po prostu, że wybrałaś się do stajni popatrzeć na konie albo coś 

takiego. 

Ingebjorg pokręciła głową. 
— Nie uwierzy mi. — Posłała żonie ochmistrza zrezygnowane spojrzenie. — 

Jest chorobliwie zazdrosny. Podejrzewa, że coś mnie łączy z rycerzem Darre. 

Pani Bothild poklepała ją po dłoni, próbując pocieszyć: 
— Wszyscy młodzi mężczyźni, zakochani w swych żonach, tak się zachowują. 

Możesz się z tego jedynie cieszyć. — Westchnęła ciężko i dodała: — Niestety, 
dość szybko stają się zbyt obojętni, by odczuwać zazdrość. 

Ingebjorg przyjęła jej słowa w milczeniu. 
Pani Bothild tymczasem oddaliła się w stronę drzwi, mówiąc: 
— Mogą wrócić lada chwila. Lepiej, żeby mnie tu nie zastali. 
Po  wyjściu  żony  ochmistrza  Ingebjorg  pogrążyła  się  w  rozmyślaniach.  Nie 

wzięła pod uwagę tego, że będzie musiała się tłumaczyć Turemu. 

Gdybym nie uciekała w popłochu, o niczym by się nie dowiedział, pomyślała 

zła na samą siebie. 

Tymczasem  w  komnacie  obok  rozległy  się  głosy,  wśród  których  rozpoznała 

głos  Turego.  W  pewnym  sensie  cieszyła  się,  że  nie  jest  teraz  sama  w 
pomieszczeniach  komory  królewskiej,  które  zajmowali  wspólnie,  zdana 
wyłącznie na siebie. 

— Gdzie Ingebjorg? — rzucił niecierpliwie. 
— Siedzi i przepisuje. 
Niemal natychmiast stanął w drzwiach, pytając od progu: 
— No i co z tobą? 
— Już lepiej — odparła, podnosząc wzrok na męża, ale nie wytrzymała jego 

spojrzenia. 

Podszedł całkiem blisko, mówiąc: 
— Chyba nie wierzysz w te przesądy, Ingebjorg? Krew na twoich rękach to 

zwykłe zadrapania. Upadłaś i się, skaleczyłaś. 

— Może — wyszeptała, wpatrując się w kartki księgi. 
— Skoro jesteś taka strachliwa, to czemu poszłaś tam bez pochodni? 
— Sama nie potrafię pojąć, jak mogłam być aż tak nierozsądna. 
— Chyba, że był tam z tobą ktoś jeszcze... 

TLR

background image

Zmusiła się, by popatrzeć mu prosto w oczy i odparła. 
— Byłam sama. 
— Może wracałaś od kogoś? 
Pokręciła głową, wyjaśniając: 
— Nie mogłam znaleźć jednego z moich fletów i pomyślałam, że zapomniałam 

go zabrać z Wieży Dziewicy. 

Kłamstwo miało cierpki smak. 
Ture usiadł na brzegu pulpitu i patrzył na nią wyczekująco. 
Zdenerwowała się. 
—  To  piękny  flet,  wyrzeźbiony  z  kła  morsa.  Ojciec  kupił  mi  go  w  jakimś 

obcym kraju. 

— A kogo spotkałaś w Wieży Dziewicy? 
— Nikogo. 
— Szkoda,  że  rycerz  Darre nie  miał odwagi cię odprowadzić przez Ciemny 

Korytarz, tylko kazał ci dla niepoznaki wracać samej. 

— Nie rozumiem, o czym ty mówisz! 
—  Biedna,  mała  Ingebjorg,  która  nic  nie  rozumie.  Darre  pojawił  się  w 

północnym  skrzydle  w  chwilę  po  twoim  okropnym  przeżyciu.  Czy  nie  byłoby 
bardziej rozsądne, gdyby poczekał trochę dłużej? 

Nie widziałam rycerza Darre przez cały dzień. 
— Nie, z pewnością — rzucił znużony Ture i wyszedł. 
— Święta Mario — wyszeptała Ingebjorg. — Znów mi nie uwierzył. 
Nieco  później  do  drzwi  zapukała  pani  Bothild  i  wśliznąwszy  się  do  środka, 

oznajmiła: 

— Wrócili do północnego skrzydła na dalsze obrady. 
Ingebjorg  tylko  skinęła  głową,  bo  jej  myśli  krążyły  wciąż  wokół  podejrzeń 

Turego. 

Pani Bothild przyglądała się jej uważnie, a po dłuższej chwili zapytała: 
— Czy on cię bije, Ingebjorg? 
Pokręciła głową pośpiesznie. 
— Nie, dlaczego pytasz, pani? 
— Zrobiłam coś strasznego. Podsłuchiwałam pod drzwiami. 
Ingebjorg milczała. 
— Postąpiłam tak dlatego, że się o ciebie martwiłam, a po tym, co usłyszałam, 

wcale nie jestem spokojniejsza. 

— Nic mi nie zrobił. 

TLR

background image

— Ale groził ci. Zwracał się do ciebie bardzo nieprzyjemnym tonem. 
— Czasami mówi w taki sposób, ale to nic nie znaczy. Po chwili mnie całuje i 

zachwyca się moją urodą — odparła pośpiesznie, siląc się na uśmiech. 

Pani Bothild spoglądała jednak z powagą. 
— Ture ci nie uwierzył. Jest przekonany, że miałaś schadzkę z rycerzem Darre. 
Ingebjorg przytaknęła. 
— Minie mu, tak jak wczoraj. 
Pani Bothild odwróciła się, mruknąwszy pod nosem: 
— Nie podoba mi się to. Bardzo mi się nie podoba. 
Ingebjorg  zamierzała  już  kończyć  przepisywanie,  gdy  ktoś  wszedł  do  pani 

Bothild i przez ścianę usłyszała głos rycerza Darre. 

— Wiesz może, pani, gdzie jest teraz panna Ingebjorg? 
— Siedzi tu obok, bo w jej pracowni jest za zimno. 
— Mógłbym wejść do środka i zamienić z nią parę słów? 
—  Myślę  że  tak,  ale  proszę  nie  zostawać  tam  długo,  rycerzu  Darre,  bo 

Ingebjorg ma strasznie zazdrosnego męża. 

Ingebjorg  usłyszała,  że  rycerz  się  roześmiał,  sądząc  za  pewne,  że  żona 

ochmistrza sobie żartuje. Po chwili stanął w drzwiach i zapytał: 

— Mogę wejść do środka, panno Ingebjorg? 
— Owszem, pod warunkiem, że przestaniesz nazywać mnie panną. 
Zaśmiał się, po czym podszedł bliżej i zniżył głos: 
—  Mam  nadzieję,  że  wczorajsze  zdarzenie  nie  przysporzyło  ci,  pani, 

kłopotów? 

— Pani Bothild wyratowała nas z opresji — odparła. 
—  Rzeczywiście,  zachowała  się  bardzo  przytomnie.  Czy  możesz,  pani, 

porozmawiać o tym z mężem? 

Ingebjorg pokręciła się niespokojnie i odparła: 
— Na razie nie. Nie mam odwagi nic mówić, póki nie zyskam pewności, po 

czyjej jest stronie. 

— Z pewnością jest to rozsądne, choć raczej mało prawdopodobne, by... 
Urwał i zerkając w stronę drzwi, zwrócił się do niej ponownie, szepcząc: 
— Czy na pewno można ufać pani Bothild? Pamiętasz, pani, że w liście zostało 

wymienione nazwisko pana Orma. 

Popatrzyła mu prosto w oczy i odrzekła: 
— Tak, ufam jej, mimo że wie o tym. 
Widząc jego niedowierzający wzrok, dodała pośpiesznie: 

TLR

background image

—  Mówiłam  ci,  że  wiele  się  wydarzyło,  odkąd  widzieliśmy  się  ostatnio, 

zwłaszcza  w  moich  stosunkach  z  panią  Bothild.  Bardzo  się  zaprzyjaźniłyśmy, 
polubiłam  ją.  Męczy  mnie  myśl,  że  mogłabym  jej  sprawić  ból,  i  sama  już  nie 
wiem, co jest słuszne. Zresztą jej to też nie daje spokoju. Bardzo się boi, że jej syn 
został wciągnięty do spisku, ale nie wie tego na pewno. Tak czy inaczej, dotyczy to 
jej  męża.  Równocześnie  mówi,  że  nigdy  by  sobie  nie  wybaczyła,  gdyby  król 
Magnus został pojmany bądź stracony, a ona nie uczyniłaby niczego, mogąc temu 
zapobiec. 

Rycerz Darre skinął głową i rzekł: 
— Wydaje mi się, że powinnaś, pani, porozmawiać o tym ze swoim mężem. 

On wie więcej niż ja, jest ustosunkowany i zapewne mądry. Jeśli uważasz, pani, że 
tobie jako kobiecie trudno przeprowadzić taką rozmowę, to mogę się tego podjąć 
w twoim imieniu. 

Popatrzyła na niego przerażona i odparła z naciskiem: 
— Nie czyń tego pod żadnym pozorem. 
— Dlaczego? — Zmarszczył czoło, nic nie rozumiejąc. 
Ingebjorg  zerknęła  niepewnie  w  stronę  drzwi,  zdecydowała  się  mu  jednak 

zwierzyć. 

— Mnie się zdaje, że on jest człowiekiem ochmistrza... — Gdy ujrzała jego 

strwożony  wzrok,  dodała  cienko:  —  Proszę  cię,  rycerzu  Darre,  nie  podejmuj 
żadnych działań! Minęły trzy lata od napisania tego listu, większość sygnatariuszy 
już  nie  żyje.  Nie  wiadomo,  ilu  ostało  się  przeciwników  króla.  Może  ich  liczba 
zmalała i skrywają swoje poglądy, zrozumiawszy, że nie są w stanie wpłynąć na 
zmianę sytuacji? 

Darre pokręcił gwałtownie głową. 
—  Wiesz,  że  to  nie  tylko  o  to  chodzi.  W  Szwecji  narasta  opór  przeciwko 

królowi Magnusowi. Póki co, tli się pod powierzchnią, ale w każdej chwili może 
wybuchnąć otwarty konflikt, a wówczas norwescy przeciwnicy króla nie będą się 
przyglądali spokojnie, to pewne. 

— Co mam w takim razie czynić, rycerzu Darre? — zapytała zdesperowana, 

zagryzając wargę. 

—  Nie  wiem  —  odparł,  odwracając  się  do  wyjścia.  —  Spróbuję  dokładniej 

sprawdzić, co się właściwie dzieje. 

— Wiesz może, pani, gdzie jest teraz panna IngebjoiT, 
— Siedzi tu obok, bo w jej pracowni jest za zimno. 
— Mógłbym wejść do środka i zamienić z nią pan; słów? 

TLR

background image

—  Myślę  że  tak,  ale  proszę  nie  zostawać  tam  długo,  ry  cerzu  Darre,  bo 

Ingebjorg ma strasznie zazdrosnego męż.i 

Ingebjorg  usłyszała,  że  rycerz  się  roześmiał,  sądząc  za  pewne,  że  żona 

ochmistrza sobie żartuje. Po chwili sta nął w drzwiach i zapytał: 

— Mogę wejść do środka, panno Ingebjorg? 
— Owszem, pod warunkiem, że przestaniesz nazyw.n mnie panną. 
Zaśmiał się, po czym podszedł bliżej i zniżył głos: 
—  Mam  nadzieję,  że  wczorajsze  zdarzenie  nie  przyspo  rzyło  ci,  pani, 

kłopotów? 

— Pani Bothild wyratowała nas z opresji — odparła. 
—  Rzeczywiście,  zachowała  się  bardzo  przytomnie  Czy  możesz,  pani, 

porozmawiać o tym z mężem? 

Ingebjorg pokręciła się niespokojnie i odparła: 
— Na razie nie. Nie mam odwagi nic mówić, póki nie zyskam pewności, po 

czyjej jest stronie. 

— Z pewnością jest to rozsądne, choć raczej mało prawdopodobne, by... 
Urwał i zerkając w stronę drzwi, zwrócił się do niej ponownie, szepcząc: 
—  Czy  na  pewno  można  ufać  pani  Bothild?  Pamię  tasz,  pani,  że  w  liście 

zostało wymienione nazwisko pa na Orma. 

Popatrzyła mu prosto w oczy i odrzekła: 
— Tak, ufam jej, mimo że wie o tym. 
Widząc jego niedowierzający wzrok, dodała pośpiesz nie: 
—  Mówiłam  ci,  że  wiele  się  wydarzyło,  odkąd  widzie  liśmy  się  ostatnio, 

zwłaszcza  w  moich  stosunkach  z  pa  nią  Bothild.  Bardzo  się  zaprzyjaźniłyśmy, 
polubiłam  ją.  Męczy  mnie  myśl,  że  mogłabym  jej  sprawić  ból,  i  sama  już  nie 
wiem, co jest słuszne. Zresztą jej to też nie daje spokoju. Bardzo się boi, że jej syn 
został wciągnięty do spisku, ale nie wie tego na pewno. Tak czy inaczej, dotyczy to 
jej  męża.  Równocześnie  mówi,  że  nigdy  by  sobie  nie  wybaczyła,  gdyby  król 
Magnus został pojmany bądź stracony, a ona nie uczyniłaby niczego, mogąc tętnu 
zapobiec. 

Rycerz Darre skinął głową i rzekł: 
— Wydaje mi się, że powinnaś, pani, porozmawiać o tym ze swoim mężem. 

On wie więcej niż ja, jest ustosunkowany i zapewne mądry. Jeśli uważasz, pani, że 
tobie jako kobiecie trudno przeprowadzić taką rozmowę, to mogę się tego podjąć 
w twoim imieniu. 

Popatrzyła na niego przerażona i odparła z naciskiem: 

TLR

background image

— Nie czyń tego pod żadnym pozorem. 
— Dlaczego? — Zmarszczył czoło, nic nie rozumiejąc. 
Ingebjorg  zerknęła  niepewnie  w  stronę  drzwi,  zdecydowała  się  mu  jednak 

zwierzyć. 

— Mnie się zdaje, że on jest człowiekiem ochmistrza... — Gdy ujrzała jego 

strwożony  wzrok,  dodała  cienko:  —  Proszę  cię,  rycerzu  Darre,  nie  podejmuj 
żadnych działań! Minęły trzy lata od napisania tego listu, większość sygnatariuszy 
już  nie  żyje.  Nie  wiadomo,  ilu  ostało  się  przeciwników  króla.  Może  ich  liczba 
zmalała i skrywają swoje poglądy, zrozumiawszy, że nie są w stanie wpłynąć na 
zmianę sytuacji? 

Darre pokręcił gwałtownie głową. 
—  Wiesz,  że  to  nie  tylko  o  to  chodzi.  W  Szwecji  narasta  opór  przeciwko 

królowi Magnusowi. Póki co, tli się pod powierzchnią, ale w każdej chwili może 
wybuchnąć otwarty konflikt, a wówczas norwescy przeciwnicy króla nie będą się 
przyglądali spokojnie, to pewne. 

— Co mam w takim razie czynić, rycerzu Darre? — zapytała zdesperowana, 

zagryzając wargę. 

—  Nie  wiem  —  odparł,  odwracając  się  do  wyjścia.  —  Spróbuję  dokładniej 

sprawdzić, co się właściwie dzieje. 

Tak czy inaczej, zgadzam się z tobą. Musimy postępo wać niezwykle ostrożnie 

— dodał z uśmiechem, starając się ją uspokoić. 

Miał ją już opuścić, gdy nagle coś mu się przypom niało. 
—  Z  jakiego  powodu  twój  małżonek  zachowuje  się  tak  dziwnie?  Czyżby 

podejrzewał, że uderzam do ciebie 

w zaloty? 
Ingebjorg poczuła, że się czerwieni, ale przytaknęła, tłumacząc: 
— Jest śmiertelnie zazdrosny nawet o mojego opiekuna. 
— W takim razie powinienem się chyba trzymać od ciebie z daleka — odparł z 

uśmiechem. 

Powiedział  te  słowa  żartem,  ale  poznała  po  jego  mi  nie,  że  się  zaniepokoił. 

Poczuła ulgę, gdy opuścił po mieszczenie. 

Ingebjorg z lękiem myślała o nadchodzącym wieczorze. Wiedziała, że Turego 

nie zadowoliły jej odpowiedzi i zażąda, by mu wyjaśniła, gdzie naprawdę była. 
Kto wie, czy nie zacznie szukać fletów, przyszło jej nagle do głowy i zrobiło jej się 
gorąco na samą myśl o jego chorobliwej podejrzliwości. 

Gotów jest przetrząsnąć rzeczy w mojej skrzyni, by mnie złapać na kłamstwie! 

TLR

background image

Niespokojna,  udała  się  na  kolację.  Okazało  się,  że  na  posiłek  zostali  też 

zaproszeni magnaci, którzy przez cały dzień obradowali w północnym skrzydle 
twierdzy, więc ucztę przygotowano w sali na piętrze. 

Ture  ścisnął  ją  mocno  za  ramię  i  poprowadził  do  stołu.  Uśmiechał  się  i 

wydawał się wesoły, rozmawiając z innymi, domyśliła się jednak, że nadal jest na 
nią zły i ciągle ją podejrzewa. 

Zwróciła się do niego cicho: 
—  Spróbuj  mi  uwierzyć,  Ture.  Nie  mam  przed  tobą  żadnych  tajemnic.  Nie 

spotkałam się ani z rycerzem 

I )arre, ani z nikim innym. W Ciemnym Korytarzu byłam sama. 
Ścisnął  ją  jeszcze  boleśniej,  nie  zaszczycając  jej  nawet  spojrzeniem,  ale 

maskował się świetnie, uśmiechając się wokół. Po chwili rzucił lodowatym tonem: 

— Na pewno też rycerz Darre nie odwiedził cię w ciągu dnia. 
Serce jej stanęło, ale odparła: 
— Przyszedł się tylko dowiedzieć, co ze mną, ale natychmiast wyszedł. 
— Czyżby? Słyszałem całkiem coś innego. 
— W takim razie zapytaj panią Bothild, skoro mi nie wierzysz. Była w swojej 

komnacie  i  dokładnie  wie,  jak  długo  rozmawiałam  z  rycerzem  Darre.  Drzwi 
zresztą były otwarte. 

— Mam pytać twoją przyjaciółkę! — odezwał się szyderczo. 
— Pani Bothild nie kłamie — zdenerwowała się Ingebjorg. 
— Mój pomocnik też nie. 
Ciarki  jej  przeszły  po  plecach.  Ture  sprawił  sobie  „pomocników"  wśród 

służby? Czyżby ktoś przez cały czas ją szpiegował? 

Usiedli. Na stoły wniesiono półmiski pełne smakowitości, polewano piwo lub 

wino. Ingebjorg zapragnęła nagle, by Ture się upił i zasnął natychmiast, gdy się 
położy do łóżka. Wiedziała jednak, że trunki mogą podziałać na niego dokładnie 
na odwrót. Zdążyła już poznać jego gwałtowność. 

Wielmoża  po  drugiej  stronie  stołu  uniósł  kielich  i  przypijając  do  niej, 

powiedział głośno, by przedrzeć się przez gwar: 

—  Słyszałem  o  tobie,  pani  Ingebjorg.  W  pogłoskach  nie  było  ani  cienia 

przesady  —  dodał  z  uśmiechem.  —  Pan  Ture  rzeczywiście  ma  niezwykle 
urodziwą, młodą małżonkę. Na zdrowie! 

Ingebjorg uśmiechnęła się i uniosła kielich. 
— Czy to prawda, że przepisujesz, pani, księgi dla ocli mistrza? 
Ingebjorg pokiwała głową z uśmiechem. 

TLR

background image

—  A  także  i  to,  że  brat  Eilif  z  Hovedoen  zaofiarował  się,  że  nauczy  cię 

malować miniatury? 

Ingebjorg ponownie przytaknęła. 
—  Wspaniale.  Jestem  pod  wielkim  wrażeniem,  pani  In  gebjorg.  Pan  Orm 

Oysteinsson  opowiadał,  że  nie  widział  piękniejszej  kaligrafii  niż  twoja,  a  na 
dodatek piszesz, pa ni, podobno bardzo szybko. Ochmistrz chętnie widział by cię 
w roli pisarza, a nie tylko kopistki, gdyby możli we było powierzenie kobiecie tak 
wysokiego stanowiska. 

Panowie obok przerwali rozmowy i przysłuchiwali się jego słowom, zerkając 

ukradkiem na Ingebjorg. 

Ture udawał, że nie słucha, ale tak naprawdę nastawił uszu. Wyprostował się, a 

na jego twarzy dostrzegła mi nę zwycięzcy. 

Ingebjorg uśmiechnęła się i odpowiedziała: 
— Nauczyłam się kaligrafować w klasztorze Nonnese ter i zachwyciły mnie 

wówczas  przepiękne  miniatury.  Sądzę,  że  kobieta  z  wyższych  sfer  może 
zajmować się malarstwem miniaturowym — dodała z uśmiechem. 

—  Ależ  oczywiście!  Naturalnie,  nie  w  celu  zarobkowania  tylko  dla 

przyjemności. 

— To właśnie miałam na myśli — potwierdziła Ingebjorg. 
Mężczyzna patrzył na nią z niekłamanym podziwem, zagadując dalej: 
— Słyszałem, pani, że dorastałaś w okazałym dworze niedaleko jeziora Mjosa i 

że wraz z matką byłaś zmuszona wykonywać prace gospodarskie, kiedy pomarła 
wam służba. Czy to prawda? 

Ingebjorg, nie patrząc na Turego, odparła głośno: 
—  Owszem.  Wiele  mnie  to  nauczyło.  Cieszę  się,  że  mia  łam  takie 

doświadczenie, bo dzięki pracy jeszcze bardziej pokochałam dwór. 

Wielmoża pokiwał głową. 
—  Byłbym  dumny,  gdyby  moja  córka  mogła  powiedzieć  to  samo.  — 

Zwróciwszy  się  zaś  do  Turego,  rzekł:  —  Szczęściarz  z  was,  panie  Ture 
Gustavsson. Na zdrowie! 

Ture wzniósł toast bez śladu złości i gniewu. Następnie odwrócił się do niej, 

mówiąc: 

— Na zdrowie, Ingebjorg. Bardzo jestem z ciebie dumny. 
Odstawił  kielich  i  uścisnął  jej  dłoń:  —  Przypomnę  panu  Ormowi 

Oysteinssonowi,  by  porozmawiał  z  bratem  Kilifem.  Dobrze  by  było,  abyś  jak 
najszybciej rozpoczęła pobieranie u niego nauk. 

TLR

background image

Ingebjorg  uśmiechnęła  się  do  niego  z  ulgą.  Jak  niewiele  trzeba,  pomyślała. 

Wystarczyło kilka pochwał z ust innego wielmoży, by Ture zmienił swój pogląd. 

Mimo to była dość zdenerwowana, gdy wieczór dobiegł końca i wraz z mężem 

udali  się  do  swych  komnat.  Przekonała  się  już  wiele  razy,  że  Ture  potrafi  być 
nieobliczalny, i w jednej chwili radość zamienia się u niego w gniew. 

Rozbierali się w milczeniu. Ture nie wydawał się ani senny, ani podchmielony. 
Pośpiesznie  wsunęła  się  pod  futrzane  przykrycie  i  kołdrę,  bo  w  sypialni 

panował chłód. 

Ture zdmuchnął płomień lampy i powoli wszedł do łóżka. 
—  Zauważyłem,  że  Sigurd  Haftorsson  był  tobą  oczarowany.  Wiesz,  że  to 

najbogatszy człowiek w tym kraju? 

— Wiem tylko, że sprawuje rządy na terenach Opplandene z polecenia króla. 
Ture zaśmiał się w ciemności. 
—  Różnisz  się  od  innych  kobiet,  Ingebjorg.  One  wiedziałyby,  że  to 

najbogatszy człowiek, nie miałyby jednak pojęcia, jakie piastuje stanowisko. 

Ingebjorg zagryzła wargę, zadowolona, że mąż nie widzi jej twarzy. 
— Nie przestawał o tobie mówić, gdy później popijaliśmy razem trunki. Nie 

może się doczekać, kiedy ujrzy twoje pierwsze miniatury. Zależy mi na dobrych 
sto  sunkach  z  tym  człowiekiem,  Ingebjorg.  Jutro  porozma  wiam  z  Ormem 
Oysteinssonem w sprawie twoich nauk u mnicha. 

Ingebjorg  zmarszczyła  czoło.  A  więc  to  dlatego  Ture  pozwoli  mi  się  uczyć 

malowania miniatur, pomyślała. Chce zrobić wrażenie na Sigurdzie Haftorssonie, 
zięciu potężnego Erlinga Vidkunnsona. 

Przytulił się do niej i, pieszcząc jej ciało, wyszeptał: 
—  Dobrze  nam  było  dziś  rano  ze  sobą,  prawda?  Chcę,  żeby  teraz  było 

podobnie — dodał chrapliwie. Odszukał wargami jej usta, a ona zarzuciła mu ręce 
na szyję i chętnie wyszła mu na spotkanie. 

Rozdział 9 

 
Przez następne dni Ture był zajęty od rana do wieczora. W północnym skrzydle 

twierdzy  trwały  obrady.  Ochmistrz  przemawiał  w  imieniu  króla  zarówno  do 
świeckich  dostojników,  jak  i  do  biskupów.  Król  Magnus,  książę  Algotsson  i 
junkier  Eryk  powrócili  do  Varberg,  natomiast  młody  król  Hakon  pojawił  się  w 
Akersborg  drugiego  dnia  obrad.  Ingebjorg  wraz  z  panią  Bothild  nie  zostały 

TLR

background image

wtajemniczone, o czym rozprawiano w tym dostojnym gronie, ale z pojedynczych 
informacji  domyśliły  się,  że  chodzi  o,  mające  nastąpić  niebawem,  przejęcie 
rządów nad krajem przez króla Hakona. 

Ingebjorg  poświęcała  cale  dnie  na  przepisywanie  księgi  i  była  zadowolona, 

póki Ture zajęty był ważnymi sprawami. Miała cichą nadzieję, że zmieni zdanie w 
sprawie  króla,  gdy  bliżej  pozna  młodego  Hakona  i  zobaczy  pewne  sprawy  z 
perspektywy  Norwegii.  Słyszała,  jak  panowie  przy  stole  chwalą  zapał  młodego 
Hakona, który chce władać krajem zgodnie z wolą ludu, a także dopuścić do głosu 
magnatów tak, by nie doszło do podobnych konfliktów jak w Szwecji. Sama też 
zauważyła,  że  król  Hakon  jest  bardzo  przyjazny,  miły  i  pogodnie  usposobiony. 
Była pewna, że Ture go polubi. 

Pani Bothild zaglądała do niej raz po raz i opowiadała, czego się dowiedziała. 
—  Obawiam  się,  że  w  kraju  narastają  niepokoje,  Ingebjorg  —  rzekła, 

marszcząc z zatroskaniem czoło. — Niektórzy uważają, że przejęcie rządów przez 
króla Hakona wywoła lawinę zdarzeń. Jak z pewnością słyszałaś, potężna Birgitta 
wspiera junkra Eryka w jego żądaniach o dziedziczenie tronu Norwegii. Powiada 
się,  że  magnaci  chcą  wykorzystać  jego  niezadowolenie  jako  pretekst  do 
wzniecenia buntu. 

Ingebjorg odłożyła pióro i popatrzyła na nią z niepokojem. 
—  Miałam  nadzieję,  że  możni  panowie  zmienią  zdanie,  gdy  nieco  lepiej 

poznają króla Hakona. 

Pani Bothild pokiwała głową: 
— Ja też uczepiłam się tej nadziei, to jednak chyba nie zdoła uratować króla 

Magnusa. 

Myślę,  że  będzie  musiał  szukać  sojuszników  gdzie  indziej.  Najbliżej  jest 

duński król Waldemar. Gdyby król Danii miał córkę na wydaniu, to jestem niemal 
pewna,  że  król  Magnus  zaproponowałby  jej  małżeństwo  z  królem  Hakonem, 
niestety  córka  króla  Waldemara  ma  dopiero  dwa  lata.  Nie  będę  ci  dłużej 
przeszkadzać  —  dodała,  zbierając  się  do  wyjścia.  —  Chciałam  jedynie,  byś 
orientowała się w sytuacji. 

Ingebjorg pokiwała głową. 
— Rycerz Darre obiecał, że spróbuje się rozeznać odnośnie zawiązującego się 

sprzeciwu wobec króla Magnusa tu, w Norwegii. 

— Dobrze. W takim razie, póki co, zapomnijmy o liście. 
Ingebjorg,  pełna  sprzecznych  uczuć,  szła  do  sali  uczi,  gdzie  miała  spotkać 

króla Hakona po raz pierwszy od tamtego dnia, gdy piorun trafił w dziedziniec 

TLR

background image

twierdzy.  Trudno  jej  było  uwierzyć,  by  król  potwierdził  Turemu, że  próbowała 
uwieść księcia Algotssona. 

Gdy  obie  z  panią  Bothild  wkroczyły  do  sali,  panowie  byli  już  w  środku,  a 

pierwszą osobą, która stanęła im na drodze, był właśnie młody król Hakon. 

Zaczerwienił się na widok Ingebjorg i, unikając jej wzroku, zagadnął: 
— Doszły mnie słuchy, że od naszego ostatniego spotkania nastąpiła zmiana w 

twoim życiu, pani Ingebjorg. Podobno wyszłaś za mąż. Gratuluję! 

— Dziękuję, wasza wysokość. 
Wydawało się, że król chce coś dodać, ale się po wstrzymał. 
Ingebjorg weszła w głąb sali, a gdy szukała swego miejsca przy stole, odkryła, 

ku swemu przerażeniu, że usadowiono ją obok króla. Odniosła wrażenie, że on 
czuje się tak samo zakłopotany jak ona. 

Przez długą chwilę siedzieli w milczeniu, w końcu król zwrócił się do niej ze 

słowami: 

— Podobno masz, pani, pobierać nauki z malarstwa miniaturowego u jednego 

z mnichów na Hovedoen? 

— Mam taką nadzieję. W każdym razie mnich wyraził chęć, by mnie nauczać. 
— Pan Ture wspomniał, że zaczynasz, pani, od jutra. 
— Tak powiedział? Nic nie wiedziałam. 
Zerknął na nią zdziwiony i szybko dodał: 
— Małżonek jest bardzo dumny z ciebie, pani. 
Ingebjorg pokiwała głową, zarumieniona. 
— Pani Bothild wspominała mi, że bardzo się panie zaprzyjaźniłyście i miło 

wam we wzajemnym towarzystwie. Cieszę się, żywię bowiem głęboki szacunek 
dla  żony  ochmistrza.  Kiedy  byłem  młodszy  i  mieszkaliśmy  w  jednym  miejscu, 
była dla mnie jak matka. 

— Nie wiedziałam. — Ingebjorg uśmiechnęła się zaskoczona. 
— Moi rodzice mieszkali w Szwecji, ale norwescy magnaci życzyli sobie, bym 

dorastał tutaj, skoro z czasem miałem zasiąść na norweskim tronie. 

— Musiało być ci ciężko, królu, z dala od rodziców — rzekła trochę speszona. 
— Owszem, nie zawsze było mi łatwo. 
Rozejrzał  się  wokół,  jakby  sprawdzając,  czy  ktoś  przysłuchuje  się  ich 

rozmowie,  i  rzucił  krótko:  —  Bardzo  ubolewam  nad  tym,  co  się  stało,  pani 
Ingebjorg. Przypominasz sobie, pani, że cię ostrzegałem. 

Ingebjorg  nie  sądziła,  że  król  zechce  o  tym  rozmawiać  i  poczuła,  że  się 

rumieni. 

TLR

background image

—  Tak,  pamiętam  —  odparła  tak  cicho,  że  ledwie  ją  usłyszał.  —  Zażądał, 

żebym otworzyła drzwi. Bałam się, on jednak twierdził, że ochmistrz pozwolił mu 
pożyczyć księgę. 

Król westchnął ciężko, nie miała jednak odwagi na niego spojrzeć. Po tym, co 

usłyszał, jego nienawiść do księcia z pewnością nie zmalała, pomyślała. 

Przez chwilę jedli w milczeniu. 
— Pan Ture dowiedział się o tym? — zapytał niepewnie. 
— Ten, o którym mówimy, powiedział mu o tym. 
Westchnął zrezygnowany. 
W tej samej chwili siedzący obok króla arystokrata, zagadnął go, więcej więc 

już nie podnosili tego tematu. 

Ingebjorg dręczyły mieszane uczucia. Cieszyła się, że król Hakon jej uwierzył i 

domyślił się, co naprawdę się wydarzyło. Równocześnie ogarnęła ją wściekłość na 
Turego,  który  skłamał,  opowiadając,  że  król  Hakon  potwierdził  jej  zdradę.  Co 
prawda,  próbowała  jeszcze  bronić  męża,  równie  dobrze  mógł  skłamać  król,  ale 
jakoś jej to nie przekonało. 

W  uczcie  uczestniczyło  niewiele  dam,  dlatego  też  nie  tańczono.  Po 

skończonym  posiłku  pani  Bothild  i  Inge-  bjorg  wycofały  się  do  siebie,  a 
mężczyźni raczyli się da lej trunkami. 

—  Zauważyłam,  że  rozmawiałaś  szczerze  z  królem  Hakonem  —  zagadnęła 

pani Bothild, gdy tylko wróciły do jej komnaty. 

Ingebjorg pokiwała głową i spuściła wzrok. 
—  Przepraszam,  że  pytam,  ale  czy  miało  to  jakiś  związek  z  księciem 

Algotssonem? 

Ingebjorg znów przytaknęła. 
—  Chodziło  o  coś,  co  się  wydarzyło  w  twierdzy  tuż  po  jego  przybyciu, 

prawda? 

—  Nie  pytaj,  pani  —  odpowiedziała  Ingebjorg  i  posłała  jej  bezradne 

spojrzenie. — Najchętniej wymazałabym z pamięci to zdarzenie. 

Twarz pani Bothild przybrała surowy wyraz. 
— Tego się właśnie obawiałam — rzekła i popatrzyła na nią wzburzona. — 

Mam nadzieję, że nie zrobił ci krzywdy? 

Ingebjorg pokręciła głową. 
— Uratowało mnie uderzenie pioruna — westchnęła zrezygnowana i dodała: 

—  Najbardziej  dręczyło  mnie,  poza  strachem  i  wstydem,  że  nagle  pojawił  się 

TLR

background image

wtedy król Hakon. Obawiałam się, że opacznie zrozumiał całą sytuację, i uznał, że 
sama zawiniłam. Że z własnej woli... 

Zamilkła, bo wstydziła się nawet dokończyć zdanie. 
— Nigdy by w to nie uwierzył — zaprotestowała pani Bothild. — Trochę się 

zna na ludziach, pomimo swego młodego wieku. Ale to na pewno nie poprawiło 
jego sto sunków z księciem — dodała zamyślona. Pokręciwszy gło wą spojrzała na 
Ingebjorg ze współczuciem. — Ileż to cier pień na ciebie spada, dziecko. Odkąd 
opuściłaś rodzinny dwór i przybyłaś do Oslo, spotykały cię samo zło i ból. 

— Wiele w tym mojej winy. 
Zauważyła  zdziwione  spojrzenie  pani  Bothild  i  raptem  postanowiła  jej  o 

wszystkim  opowiedzieć.  Połączyła  je  przecież  bliska  zażyłość.  Uznała,  że  nie 
powinna skrywać przed żoną ochmistrza tak ważnych wydarzeń ze swego życia. 
Już od dawna miała ochotę opowiedzieć jej 

—  Gudrid  Guttormsdatter,  ale  nie  wiedziała  w  jaki  sposób  to  uczynić,  nie 

wyjawiając całej prawdy. 

— O tylu sprawach jeszcze ci nie mówiłam, pani — zaczęła powoli. 
Pani Bothild, wzbraniając się gestem dłoni, odparła: 
— Nie chcę na tobie nic wymuszać. 
—  Ale  ja  pragnę  ci  opowiedzieć,  pani.  Na  pewno  przeżyjesz  wstrząs,  gdy 

usłyszysz prawdę, ale mimo wszystko zależy mi, byś ją poznała. 

Zwilżyła usta i spuściwszy wzrok, po chwili wahania wyznała: 
— Kiedy przebywałam w klasztorze, wydałam na świat dziecko. 
Żona ochmistrza jęknęła. 
— Zakochałam się w synu ubogiego wieśniaka z Dal, ale matka zabroniła mi 

go poślubić. Nie odważyłam się jej powiedzieć, że oczekuję dziecka i, skrywając 
tę tajemnicę, wstąpiłam do klasztoru. To był jeden z powodów, dla którego pani 
Thora tak mnie znienawidziła. Gdy odkryła prawdę, ogarnęła ją wściekłość i odtąd 
wykorzystywała każdy pretekst, by mnie ukarać. 

Zamilkła  i  podniosła  wzrok.  W  spojrzeniu  pani  Bothild  dostrzegła  zarówno 

współczucie, jak i trwogę. 

— Powiedziano mi, że dziecko urodziło się martwe, nawet zaprowadzono mnie 

na jego grób poza murami klasztoru — rzekła z goryczą, zagryzając wargę. — Ja 
jednak  słyszałam  tuż  po  rozwiązaniu  ciche  popłakiwanie  i  podejrzewałam,  że 
zatajono przede mną prawdę. 

— Ale, jak... — Pani Bothild zmarszczyła czoło. 

TLR

background image

— Dla pani Thory, która chlubiła się tym, że do jej zgromadzenia należą siostry 

cnotliwe i posłuszne, hańbą byłoby się przyznać, że jedna z zakonnic zbłądziła. 

Pani Bothild pokręciła głową wzburzona. 
— Co zrobiły z dzieckiem? Wystawiły, by umarło? 
—  Tak  najpierw  sądziłam,  ale  modląc  się  przy  grobie,  przeżyłam  coś 

dziwnego.  Doznałam  objawienia  i  zrozumiałam,  że  mój  syn  żyje.  Ale  dopiero 
mniej więcej przed  trzema tygodniami dowiedziałam się całej prawdy. 

— Wezwano cię wówczas do klasztoru. 
Ingebjorg pokiwała głową. 
— Umierająca zakonnica zdążyła mi zaledwie wyszeptać nazwisko, po czym 

wydała ostatnie tchnienie. Za pewne ciążyły jej wyrzuty sumienia. Okazało się, że 
mój  synek  został  oddany  na  wychowanie  bezdzietnemu  małżeństwu  z  dworu 
Aker. Gdy ich odwiedziłam, dziecko od dwóch tygodni nie żyło. 

Głos jej się załamał. Pochyliła głowę i siłą powstrzymywała łzy. 
Pani Bothild wstała pośpiesznie i, objąwszy ją mocno przytuliła do siebie. 
— To okropne — wyszeptała. — Serce mi się kraje. 
Ciepło i współczucie żony ochmistrza całkiem ją rozczuliło i rozszlochała się 

na dobre. 

Pani Bothild pozwoliła jej się wypłakać i pocieszała, głaszcząc ją po głowie. 
— Tłumiłaś to wszystko w sobie, nie okazując smutku. Nie pojmuję, jak sobie 

z tym poradziłaś. 

Ingebjorg osuszyła łzy rękawem sukni i zduszonym głosem rzekła: 
—  Dla  Gudrid  Guttormsdatter,  przybranej  matki  mojego  synka,  to  jeszcze 

większa rozpacz.  Straciła  wiele dzieci, a  moje pokochała jak własne.  Tłumaczę 
sobie,  że  i  tak  bym  nie  odzyskała  synka.  Ture  nie  zniósłby  tego,  gdyby  się 
dowiedział o dziecku. Mogłabym je odwiedzać po kryjomu, nie wiadomo jednak, 
czy jego przybrany ojciec by się na to zgodził. Jest przekonany, że matka dziecka 
zmarła w połogu. Gudrid Guttormsdatter nie miała odwagi wyjawić mu prawdy. 
W każdym razie, kiedy mnie tu odwiedziła, jej mąż nie miał o niczym pojęcia. 

—  Słyszałam,  że  ktoś  cię  odwiedzał,  sądziłam  jednak,  że  to  któraś 

nowicjuszka, z którą służyłaś w zakonie. 

—  Kiedy  odwiedziłam  Aker,  nie  powiedziałam  Gudrid  całej  prawdy,  ona 

jednak nabrała podejrzeń. Rozmawiałam z nią, zdecydowałam się na szczerość. 
Wspólnie poszłyśmy na grób dziecka, dzieląc razem rozpacz. 

W oczach pani Bothild zalśniły łzy. Wyszeptała: 
— Cieszę się, że mi o wszystkim opowiedziałaś, Ingebjorg. 

TLR

background image

— Teraz zapewne rozumiesz, pani, dlaczego powiedziałam, że jestem sobie po 

części sama winna, iż po przybyciu do Oslo spotkało mnie tyle przykrości. 

Pani Bothild nie od razu się wypowiedziała. 
—  Pokochałaś  młodego  mężczyznę  i  poddałaś  się  uczuciom  —  rzekła  po 

chwili. — Tysiące dziewcząt przed tobą uczyniło to samo. 

— I wiele także z tego powodu cierpiało. 
— Owszem, w ten czy inny sposób. 
Zapatrzyła  się  przed  siebie,  jakby  myślami  krążyła  gdzieś  daleko,  wreszcie 

zapytała, zmieniając temat: 

— Poprawiło się trochę między tobą a panem Ture? — zapytała. 
Ingebjorg uśmiechnęła się. 
— Był bardzo dumny, gdy pan Sigurd Haftorsson pochwalił moją kaligrafię, a 

dziś  wieczorem  dowiedziałam  się,  że  podobno  od  jutra  rozpoczynam  naukę 
malowania  miniatur  u  brata  Eilifa.  Król  Hakon  słyszał,  jak  Ture  się  tym 
przechwalał. 

Pani Bothild uśmiechnęła się krzywo i z westchnieniem stwierdziła: 
— Mężczyźni nigdy całkiem nie dorosną. 

Kiedy Ingebjorg i Ture wrócili do siebie tego wieczoru, Ture był w dobrym 

nastroju i przyjaźnie nastawiony do świata. 

— Ustaliłem, że od jutra zaczniesz pobierać nauki u mnicha w klasztorze na 

Hovedoen, Ingebjorg. Sigurd Haftorsson nie  może się doczekać, kiedy  zobaczy 
twoją pierwszą miniaturę. Obiecałem go powiadomić, gdy będzie gotowa. 

Ingebjorg posłała mu przestraszone spojrzenie, tłumacząc: 
— Raczej nie nastąpi to szybko. Każdy obrazek wymaga wiele pracy, a ja się 

przecież muszę tego najpierw nauczyć. 

— Pan Orm mówi, że jesteś szybka i zdolna, więc pewnie nie potrwa to tak 

długo. 

— Ale on mówi o przepisywaniu. Miniatur nigdy jeszcze nie malowałam. 
— Na pewno szybko się nauczysz — rzucił lekko. Zresztą nie masz wyjścia, 

skoro obiecałem to Sigurdowi Haftorssonowi — dodał ze śmiechem. — Wiesz, że 
zależy mi na dobrych stosunkach z nim. 

Ingebjorg  usiadła  na  krześle  przy  kominku  i  potarła  dłonie.  W  sali,  gdzie 

ucztowano, panował tego wieczoru nieprzyjemny chłód, wszyscy więc szybciej 
niż zwykle powrócili do swych komnat. 

Ture uklęknął przy niej i położył głowę na jej kolanach. 
— Pomasuj mi kark — poprosił. — Strasznie mnie boli głowa. 

TLR

background image

Ingebjorg była pewna, że mężowi chodzi po prostu o pieszczoty, a ból głowy 

tylko wymyślił. Pogładziła go po włosach, mówiąc: 

— Pewnie zmęczyły cię te ostatnie dni, kiedy od rana do wieczora musiałeś 

przysłuchiwać się obradom. 

Przytaknął i dodał: 
—  Zwłaszcza  gdy  słuchałem  tych  wszystkich  idiotów.  Trudno  uwierzyć,  że 

dorośli ludzie mogą mieć takie skostniałe poglądy. 

— A co, kłócą się o dziesięcinę i należności dla korony? 
—  Nie,  chodzi  raczej  o  ważniejsze  sprawy.  Nie  zawracaj  jednak  sobie  tym 

głowy, moja Ingebjorg. 

Starannie dobierając słowa, zagadnęła go: 
—  Wydaje  mi  się,  że  król  Hakon  jest  jak  na  swój  wiek  bardzo  dojrzały. 

Przysłuchiwałam się dziś rozmowom wielrnożów i odniosłam wrażenie, że chce 
dopuścić magnatów do rządów krajem. Nie znam się jednak na tym, więc może 
coś źle zrozumiałam 

Podniósł głowę. 
— Też odniosłaś takie wrażenie? — zaśmiał się. — Król Hakon nie jest głupi. 

Myślę, że może być całkiem dobrym władcą Norwegii. 

Ingebjorg  nie  miała  odwagi  powiedzieć  nic  więcej.  Lepiej,  by  Ture  trwał  w 

przekonaniu, że żona nie ma pojęcia o takich sprawach. 

— Pomasuj mocniej, Ingebjorg — prosił, wtulając twarz w jej kolana. — Tak 

pięknie pachniesz i jesteś taka ciepła. Najchętniej tkwiłbym w takiej pozycji przez 
cały dzień, a ty mogłabyś mi iskać włosy... zupełnie jak w tej baśni o księżniczce i 
trollu  —  dodał  ze  śmiechem.  —  Zasnąłbym  pewnie  tak  jak  troll.  Wolałbym 
jednak, żebyś się nie wymykała chyłkiem i nie zabrała klucza od wieży, tak jak to 
było w baśni. 

Ingebjorg roześmiała się serdecznie ubawiona. 
—  A  po  co  mi  klucz  do  wieży.  Mój  książę  jest  tutaj,  z  głową  opartą  na 

kolanach. 

— Najchętniej leżałbym tak w łóżku przez całą noc. 
— Możemy tak zrobić. 
— Teraz, od razu? 
Ingebjorg zaśmiała się, dobry nastrój i jej się udzielił. 
— Tak, chodź. 

Kiedy  obudziła  się  w  nocy,  Ture  nadal  leżał  skulony,  z  głową  opartą  na  jej 

ramieniu. Zasnął, rozkoszując się jej pieszczotami. Nie miała serca budzić męża. 

TLR

background image

Nad ranem jednak poczuła, że jej ciało całkiem skostniało po nocy spędzonej w 
jednej pozycji. 

Zaspany  i  ociężały  Ture  nie  chciał  wstawać,  póki  Ingebjorg  „na  powrót  nie 

uczyni go mężczyzną", jak się wyraził, prowadząc jej dłoń w odpowiednie rejony. 
Zajęło  to  chwilę,  by  odzyskał  swą  męskość,  i  przeżyli  chwile  prawdziwej 
rozkoszy, nim wreszcie zdecydowali się zacząć dzień. 

Gdy  już  byli  ubrani  i  mieli  wyjść  z  sypialni,  Ture  od  wrócił  się  do  niej 

znienacka i oświadczył tonem, które go nauczyła się lękać: 

—  Wyjeżdżam  na  jakiś  czas,  Ingebjorg.  Ale  umówiłem  się  z  dwoma 

strażnikami,  którzy  będą  cię  wozić  łodzią  na  wyspę  Hovedoen  i  z  powrotem. 
Przykazałem im, by cię dokładnie pilnowali. Nie wolno im się z nikim zamienić, 
nawet gdyby dopadła ich choroba lub inne nie szczęście. Mają też sprawdzać, czy 
trzymasz się z dala od rycerzy i innych mężczyzn poza mnichami. 

— Dokąd jedziesz? 
— Nie twoja sprawa. 
— Długo cię nie będzie? 
— Dlaczego pytasz? 
— Ponieważ będę za tobą tęsknić. 
Stał nieruchomo i przyglądał się jej, marszcząc brwi. 
— Jesteś pewna, że tylko dlatego? 
— A dlaczego by jeszcze? 
Zacisnął wargi i popatrzył na nią ponuro: 
— Może węszysz? 
Ingebjorg westchnęła ciężko. 
—  Proszę  cię,  Ture.  Było  nam  tak  miło.  Nie  wiedziałam,  że  znów  masz 

wyjechać, dlatego się zasmuciłam. Tobie nie jest smutno wyjeżdżać ode mnie? 

Zauważyła, że złagodniał. Pośpiesznie pogłaskał ją po policzku i zapewnił: 
— Ależ tak, Ingebjorg. 
Wkrótce  pokiwała  mu  na  pożegnanie,  patrząc  jak  wraz  z  ochmistrzem  i 

kilkoma drużynnikami opuszcza twierdzę. Nie miała pojęcia, dokąd jedzie, ani co 
będzie robił, nie dowiedziała się też, kiedy wróci. Niepokoiło ją to, ale nie mogła 
tego  okazać.  Równocześnie  czuła  ulgę.  Rozdarta  targającymi  nią  skrajnymi 
uczuciami, pośpieszyła do Wieży Śmiałków, a stamtąd do pracowni. Nikt jej nie 
powiedział,  kiedy  ma  się  udać  na  Hovedoen,  ani  kogo  wyznaczono  na  jej 
strażników. 

 

TLR

background image

Rozdział 10 

Ledwie zdążyła zacząć przepisywanie, gdy usłyszała, że ktoś stuka do drzwi. 

Okazało się, że przybył po nią jeden ze strażników, a na dziedzińcu czekał już jego 
towarzysz. 

Potężnie  zbudowani  mężczyźni,  ubrani  na  ciemno,  w  kapturach  na  głowie, 

mieli za szerokimi pasami zatknięte toporki i noże w pochwie. Popatrzyli na nią 
spode łba i nawet słowem nie odezwali się na powitanie. Zastanawiała się, skąd 
Ture ich wytrzasnął, i co to za jedni. 

Próbowała  nawiązać  z  nimi  rozmowę,  gdy  płynęli  łodzią  na  wyspę,  ale 

odpowiadali jej tylko monosylabami, więc w końcu zrezygnowała. 

Dotarłszy do celu, Ingebjorg doznała dziwnego uczucia. 
Egzotyczne  drzewa  liściaste  wystawiały  swe  nagie  konary  ku  zimowemu 

niebu,  zniknęły  kwiaty,  a  wraz  z  nimi  słodkie  wonie.  Ziemię  przykryła  gruba 
warstwa listowia, szeleszczącego pod stopami. Nad zabudowaniami klasztornymi 
wisiały ciężkie, ołowiane chmury. 

Brat  Eilif  czekał  na  nią  przed  niewielkim,  murowanym  budynkiem, 

znajdującym  się  poza  klauzurą.  Inny  zakonnik  z  tonsurą,  w  szarym  habicie 
odprowadził strażników do pomieszczenia, gdzie mieli czekać na Ingebjorg. 

Zupełnie  jakbym  była  więźniem  albo  królewską  córką,  której  strażnicy  nie 

odstępują ani na chwilę, pomyślała. 

Dobrze  było  znów  ujrzeć  niewysokiego  wzrostem  brata  Eilifa,  o  łagodnym 

spojrzeniu, który ukłonił się jej z szacunkiem i odezwał się swym nieco piskliwym 
głosem: 

— Myślałem, że panna zjawi się wcześniej. Martwiłem się, że coś mogło się jej 

przydarzyć. 

— Bardzo mi przykro z tego powodu, bracie Eilifie. Ale wiele się zmieniło w 

moim życiu od naszego ostatniego spotkania. Wyszłam za mąż. 

Przemilczała, że sira Joar uwięził ją w lochu w krótce po ostatniej wizycie w 

klasztorze. 

Mnich  skłonił  się  i  mruknął  coś  niezrozumiale,  po  czym  otworzył  ciężkie, 

dębowe drzwi. 

Ingebjorg zastanawiała się, czy ktoś jeszcze będzie im towarzyszył, słyszała 

bowiem, że mnich naucza wędrownych miniaturzystów, ale z ulgą stwierdziła, że 
pomieszczenie  jest  puste.  Pewnie  nie  może  udzielać  nauk  równocześnie 
mężczyznom  i  kobietom,  pomyślała.  Zresztą  raczej  wątpliwe,  by  jeszcze  jakieś 

TLR

background image

kobiety  skierowano  tu  na  naukę.  Zakonnice  uczyły  się  przecież  tej  sztuki  we 
własnych klasztorach. 

Jej wzrok przykuł obraz na jednej ze ścian i zachwyciła się, bo nie widziała 

dotąd  piękniejszego  malowidła.  Przypomniała  sobie,  że  Orm  Oysteinsson 
wspomniał,  iż  brat  Eilif  ozdobił  w  całości  jedną  ze  ścian  w  klauzurze,  a  także 
wykonał wiele rzeźb w kości słoniowej. 

— Piękny! — odezwała się, wpatrując się w obraz zauroczona. 
Brat Eilif uśmiechnął się. 
— Też się tego nauczysz. Pamiętasz, panienko, co ci powiedziałem? Nie ma 

komu przejąć warsztatu iluminatora w Oslo. Po jego śmierci stoi pusty, podobnie 
jak wiele innych domów i warsztatów rzemieślniczych. 

Ingebjorg uśmiechnęła się. 
—  Niestety,  wątpię,  by  mi  pozwolono  prowadzić  własny  warsztat.  Mój 

małżonek należy do arystokracji szwedzkiej. 

Brat Eilif popatrzył na nią zatrwożony, jakby oznajmiła, że poślubiła kata. 
— Ale otrzymałaś zgodę na naukę malowania miniatur? 
—  Tak.  Mąż  jest  nawet  dumny,  że  będę  malować.  Oczywiście  dla 

przyjemności,  nie  dla  zarobku.  Namiestnik  króla  w  Opplandene,  Sigurd 
Haftorsson, już wyraził ochotę obejrzenia moich pierwszych prac. 

Twarz łagodnego mnicha sposępniała. 
— Ów potężny i buntowniczy krewny króla Magnusa? 
— Krewny? To on wywodzi się z królewskiego rodu? 
— Nie wiedziała panienka? Jest synem nieślubnej córki starego króla. Przed 

piętnastu laty był panem na Akersborg. 

Ingebjorg otworzyła usta ze zdumienia. 
— Nikt mi nie powiedział. 
W  myślach  połączyła  różne  fakty.  Turemu  zależy  na  dobrych  stosunkach  z 

Sigurdem Haftorssonem, który, jak się okazuje, już wcześniej podburzał do buntu. 
Nie miała pojęcia, że ten człowiek miał taką władzę. Przecież ten, kto był panem w 
twierdzy, panował w całej Norwegii. 

— Nie wiedziałam, że święty Hakon miał nieślubną córkę. Zawsze sądziłam, 

że byli z królową Eufemią wzorowym małżeństwem. 

Brat Eilif uśmiechnął się i popatrzył na nią ciepło. 
—  Tak  żyją  możni  tego  świata,  panno  Ingebjorg.  Wybacz  —  dodał 

pośpiesznie.  —  Jestem  starym  człowiekiem.  Przyzwyczaiłem  się  zwracać  do 
ciebie  „panno"  i  wolałbym  tego  nie  zmieniać.  Dla  mnie  jesteś  jak  te  święte 

TLR

background image

dziewice,  dla  których  mam  tyle  podziwu:  pożądane  przez  pogańskich  wodzów, 
heroicznie  im  się  opierały.  Na  pewno  słyszałaś  o  Katarzynie  Aleksandryjskiej, 
królewskiej  córce,  wychowanej  w  wiedzy  i  pobożności.  Sprzeciwiła  się 
pogańskim ofiarom, składanym przez cesarza. Ten zwołał pięćdziesięciu mędrców 
niechrześcijańskich,  którzy  mieli  udowodnić  jej  błąd,  ale  w  dyspucie  religijnej 
okazała się od nich wszystkich bieglejsza, większość z nich nawracając. 

Ingebjorg oblała się rumieńcem. 
— Nie jestem taka, bracie Eilifie. W Nonneseter, gdzie uczono nas pobożności 

i bo jaźni bożej, byłam najmniej posłuszna spośród sióstr. 

Brat Eilif powstrzyma! ją gestem dłoni. 
— Nie musisz nic mówić, wiem prawie wszystko. Słyszałem o tej heretyczce 

pani  Thorze  i  sirze  Joarze,  Dowiedziałem  się  też  pokrótce,  przez  co  musiałaś 
przejść,    ale  to  nie  zmienia  mojej  opinii.  Dla  mnie  liczy  się  to,  że  doznałaś 
objawień, jednego, które uratowało cię w ciemnicy i drugiego, że twój syn żyje. 

— Ale... Kto bratu o tym wszystkim powiedział 
Pokręcił głową z uśmiechem. 
— To bez znaczenia. Ważne jest jedynie to, że jesteś wybranką. 
— Rozmawiał brat z sirą Jacobem. 
— Nie rozmawiałem z nikim, panno Ingebjorg. 
Ciarki jej przeszły po plecach. Czyżby brat Eilif widział wszystko, co jej się 

przydarzyło? 

Odwróciła się i skierowała zamyślona w stronę pulpitu 
—  No  to  zaczynamy,  panno  Ingebjorg,  bo  inaczej  przegadamy  cały  dzień. 

Pamiętaj jedno: Maria też pozostała dziewicą, mimo że powiła syna. Była łagodna 
i  miłosierna,  jedyna  w  swoim  rodzaju,  wybrana.  W  jednej  z  mych  ksiąg,  jest 
napisane: „Inni święci błyszczą niczym srebro i czyste złoto, ale to dusza Maryi 
odbija Boże światło". Porównałbym to do szkła, które samo w sobie jest ni czym, 
ale pozwala przenikać światłu, nic do niego nie dodając. 

Ingebjorg poczuła się nagle nieswojo. Przybywa tu jako jedna z największych 

grzesznic,  z  sumieniem  skalanym  rozpustą,  kłamstwami  i  próbą  pozbycia  się 
dziecka, a ten stary mnich opowiada jej, że jest wybranką, niczym święci, którym 
nauczyła się oddawać cześć. I mówi to, znając dokładnie listę jej grzechów. 

Brat Eilif ponownie odwrócił się do niej z uśmiechem: 
—  A  słyszałaś  o  tej  zakonnicy,  która  uciekła  z  klasztoru,  żeby  odnaleźć 

kochanka?  Po  jakimś  czasie  opamiętała  się  i  nawróciła.  I  wtedy  doznała  cudu. 
Przez cały ten czas nikt nie zauważył jej nieobecności w klasztorze. Bo mimo swej 

TLR

background image

grzeszności zakonnica nigdy nie przestała się modlić do Maryi, a święta panienka 
zastąpiła ją w jej klasztornej posłudze. 

Ingebjorg znów oblała się purpurą i zastanawiała się, ni jeszcze o niej wie brat 

Eilif. 

Dał  znak,  by  usiadła,  po  czym  sięgnął  po  pióro  i  podał  jej,  zanurzywszy  w 

złotej farbie. 

— Zaczniesz od malowania inicjałów w tym rękopisie — wyjaśnił. — A potem 

wypełnisz linie drobnymi figuralni zwierząt albo czym ci się spodoba. 

— Ale ja nie potrafię — sprzeciwiła się. — Masz mnie tego dopiero nauczyć, 

bracie. 

— Potrafisz, panno Ingebjorg. Tylko zacznij, a sama się przekonasz. 
Z  ociąganiem  zaczęła  malować  inicjały.  Same  litery  nie  stanowiły  dla  niej 

trudności,  ale  gdy  miała  narysować  wzory  na  liniach,  odkryła  ku  swemu 
zdumieniu,  że  same  jakby  wychodzą  spod  jej  pióra.  Narysowała  drzewa  z 
Hovedoen, tak jak je zapamiętała, potem obwiodła je ornamentami, podobnymi do 
tych, jakie widywała na drzwiach w klasztorze w Nonneseter. 

Brat Eilif zaśmiał się cicho. 
—  Widzisz?  Rozumiesz  teraz  dlaczego  z  taką  niecierpliwością  cię  tu 

oczekiwałem? 

Ingebjorg podniosła na niego wzrok i pokręciła głową z niedowierzaniem. 
— Nie pojmuję, jak to możliwe. 
—  Nigdy  nie  próbowałaś,  ale  nosiłaś  w  sobie  te  zdolności.  Dziś  narysujesz 

tyko  te  drobne  wzory.  Następnym  razem  pokażę  ci,  jak  się  tworzy  obraz. 
Większość miniaturzystów nie potrafi wydobyć głębi. Kiedy rysują na stole jakiś 
przedmiot,  wygląda  on  tak,  jakby  miał  spaść.  Ja  cię  nauczę  różnych  sztuczek. 
Spójrz  na  ten  obraz  na  ścianie.  Krajobraz  w  tle  należy  namalować  tak,  by  nie 
wydawał się płaski. Chodzi o to, by ten, który mu się przygląda, miał wrażenie, że 
patrzy w dal. 

Ingebjorg pokiwała głową, utkwiwszy wzrok w obrazie. 
— Jesteś wielkim  artystą, bracie  Eilifie — rzekła, on tylko się uśmiechnął i 

odparł: 

— Ty też będziesz. 
Ingebjorg, zmęczona ale szczęśliwa, wracała po podwieczorku do Akersborg. 

Cieszyła  się,  że  do  kolacji  siądzie  tylko  z  panią  Bothild  i  będzie  mogła  jej 
opowiedzieć o  tym wszystkim, co przeżyła w klasztorze. Nagle zawstydziła się. 

TLR

background image

Była  świeżo  poślubioną  mężatką,  bo  przecież  od  dnia  świętej  Katarzyny  nie 
minęło wiele czasu, a tymczasem odczuwa ulgę, że małżonek wyjechał. 

Nieprawda, zarzekała się surowo. Miłuję go, dobrze nam ze sobą, przynajmniej 

wówczas, gdy pokazuje się z tej lepszej strony. 

Gdy dotarli do twierdzy, mogła wreszcie opowiedzieć pani Bothild o wizycie u 

cystersów  na  Hovedoen,  o  przepięknych  pracach  brata  Eilifa  i  jego  zdolności 
jasnowidzenia. 

—  Słyszałam  o  jego  wyjątkowych  zdolnościach  —  pokiwała  głową  pani 

Bothild. — Dobrze, że jest mnichem 

chronią go klasztorne mury, bo inaczej łatwo byłoby go oskarżyć o czary. 
— Prawo jest bardzo surowe — potwierdziła Ingebjorg. — Ale Bergtor uważa, 

że duchowni i biskupi patrzą na to trochę przez palce. Podobno w Oslo jeszcze 
nigdy nie ukarano nikogo za czary. 

Pani Bothild popatrzyła na nią z powątpiewaniem, ale nie sprzeciwiła się. 
— Ten brat Eilif nie przypomina cystersa — rzekła po chwili, gdy już posilały 

się  przy  stole  w  komnacie,  rozświetlonej  lampkami  łojowymi,  a  w  kominku 
trzaskał wesoło ogień. — Mnisi z tego zakonu raczej stronią od ludzi. 

— Tak, to pokutnicy, którzy żyją w samotności i w ciszy. Zwykli śmiertelnicy 

nie  mają  wstępu  za  klasztorne  mury  i  nie  mają  okazji  posłuchać  ich  śpiewów  i 
modlitw,  jedynym  wyjątkiem  był  król  Sverre  i  inni  królowie,  którzy  szukali 
schronienia  w  klasztorze.  Swe  modlitwy  mnisi  ofiarowują  Bogu,  prosząc  o 
miłosierdzie  zarówno  dla  braci  zakonnych,  jak  i  ludzi  świeckich.  „Mieszkańcy 
miast powinni być wdzięczni wiejskim gospodarzom za Kiilzienne pożywienie, 
mawia brat Eilif, ale to modlitwy mnichów zapewniają im drogę do raju". Zresztą 
w Nonneseter powtarzano nam to samo. 

Pani Bothild przysłuchiwała się jej z uwagą i zapytała znienacka: 
— Tęsknisz za klasztornym życiem, Ingebjorg? 
—  Nie,  ale  chciałabym  gorliwiej  uczestniczyć  w  mszach  świętych.  Gdy  tak 

przysłuchiwałam  się  dziś  bratu  Eilifowi,  pomyślałam  sobie,  że  większość 
mieszkańców klasztoru to dobrzy ludzie. — Nagle przypomniało jej się. — Brat 
Eilif  wspomniał,  ze  Sigurd  Haftorsson  jest  spokrewniony  z  królem  Magnusem, 
słyszałaś, pani, o tym? 

Pani Bothild umknęła spojrzeniem. 
— Tak. Jest synem Agnes, córki nałożnicy króla Hakona. 
Ingebjorg wyczuła, że pani Bothild z jakiegoś powodu nie ma ochoty poruszać 

tego tematu, mimo to nie wytrzymała. 

TLR

background image

—  Mówił  też,  że  Sigurd  Haftorsson  przed  piętnastoma  laty  był 

najpotężniejszym człowiekiem w kraju, ale zbuntował się przeciwko królowi. 

—  To  prawda,  ale  doszli  potem  z  królem  Magnusem  do  porozumienia. 

Opowiedz więcej o bracie Eilifie i o miniaturach, Ingebjorg. 

Przerwało im stukanie do drzwi. Pokojówka oznajmiła: 
— Przybył posłaniec do pani Ingebjorg. 
Ingebjorg  podeszła  zaskoczona  i  zaciekawiona  do  drzwi  i  zobaczyła  na 

zewnątrz mężczyznę, którego skądś znała, ale nie pamiętała, gdzie go widziała. 

—  Gudrid  Guttormsdatter  kazała  przekazać,  że  prosi  o  spotkanie  z  panią  w 

Gildeskalgard.  Pyta,  czy  odpowiada  wam  wieczór  poprzedzający  dzień  Świętej 
Łucji. 

— Niestety — odparła Ingebjorg. Nie wiedziała bowiem kiedy wróci Ture, a 

nie sądziła, by mogła wyjechać bez zgody męża. 

Pani Bothild wstała tymczasem i podeszła bliżej, mówiąc: 
— Wybacz, że się wtrącę, ale ja zazwyczaj uczestniczę w uroczystościach w 

Gildeskalgard  w  wieczór  świętej  Łucji.  Jestem  pewna,  że  pan  Ture  należał  do 
jakiegoś  bractwa  w  Szwecji  i  tu  zechce  odnaleźć  podobne,  by  się  przyłączyć. 
Możemy więc jechać razem. 

Ingebjorg popatrzyła na nią niepewnie. Pani Bothild jednak uśmiechnęła się 

uspokajająco, po czym zwróciła  się do posłańca ze słowami: 

—  Przekaż  pozdrowienia  Gudrid  Guttormsdatter  i  powiadom  ją,  że 

przybędziemy. 

Posłaniec ukłonił się i zniknął. 
— Widzę, że nie masz orientacji w tej sprawie, wyjaśnię ci więc, o co w tym 

wszystkim chodzi — rzekła tymczasem pani Bothild. — Tak jak duchowni modlą 
się w świątyniach za nas i naszych zmarłych, tak my, świeccy mieszkańcy miasta 
urządzamy spotkania, zwane gildiami, mające charakter wspólnego nabożeństwa. 
Mężczyźni gromadzą się w jednym pomieszczeniu, a kobiety w osobnym. Jak się 
pewnie domyślasz, spotkania przeznaczone są wyłącznie dla ludzi z najbogatszych 
warstw społecznych. Z czasem wytworzył się zwyczaj, że mężczyźni rozprawiają 
głównie o pieniądzach i o rządach w kraju, a my, kobiety, skupiamy się bardziej na 
ceremoniach religijnych. Wygłaszane są mowy, zanoszone modlitwy do świętego 
patrona  gildii  i  pamięta  się  również  w  modlitwie  o  zmarłych  niedawno 
współbraciach i współsiostrach gildii. — Mówiła z takim ożywieniem, że na jej 
policzkach  wystąpiły  czerwone  plamy.  —  Mamy  w  Oslo  cztery  gildie. 
Gildeskalgard jest miejscem spotkań jednej z nich 

TLR

background image

— Ale jeśli Ture nie zechce pojechać? 
— Jestem pewna, że kiedy się dowie, co to takiego, na pewno nabierze ochoty, 

by wziąć udział w spotkaniu. — l Iśmiechnęła się i dodała: — A ja chętnie poznam 
przy okazji Gudrid Guttormsdatter. 

Ingebjorg odwzajemniła uśmiech i spytała: 
—  Ale  czy  nie  obawiacie  się  jechać  do  miasta  w  tę  najdłuższą  noc  w  roku, 

kiedy Lusse wiedzie swe „dzikie łowy", a po niebie dziką kawalkadą pędzi orszak 
zmarłych? 

—  Nadal  kreślimy  znak  krzyża  na  drzwiach,  by  chronić  domostwo  przed 

zmarłymi,  ale  pogański  demon  kobiecy  Lusse  nie  ma  nic  wspólnego  ze  świętą 
Łucją, którą my wszyscy, którzy się wywodzimy z zachodnich rejonów Szwecji, 
czcimy w najdłuższą noc w roku. Jestem pewna, że i Ture przywykł do tej tradycji. 

— Skoro tak mówisz, pani, to niczego bardziej nie pragnę, jak wziąć udział w 

takim spotkaniu. Pomodlę się za tych, których straciłam, a przy okazji spotkam się 
z Gudrid Guttormsdatter — odparła Ingebjorg w przypływie radości. 

Pani Bothild zaśmiała się. 
— Przeżyć będziesz miała znacznie więcej, bo po zakończonych modlitwach 

urządzamy prawdziwą ucztę. 

Ingebjorg jeszcze bardziej się rozpromieniła. Nagle poczuła się szczęśliwa. 
Każdego  dnia  odwiedzała  Hovedoen  i  malowała.  Szczerze  polubiła  starego 

brata Eilifa. Była pewna, że za łagodnym spojrzeniem szarych oczu nie kryje się 
nawet  jedna  zła  myśl.  Ten  człowiek  z  pewnością  nikogo  w  swym  życiu  nie 
skrzywdził. Równocześnie dało się zauważyć, że mnich świetnie się orientuje we 
wszystkim  i  uważnie  śledzi  to,  co  się  dzieje  w  klasztorze,  w  mieście  i  pośród 
magnatów  w  kraju.  Korciło  ją,  by  zapytać,  czy  wie  coś  o  niezadowoleniu 
wielmożów z rządów króla Magnusa, ale czuła, że jeszcze za wcześnie na takie 
rozmowy.  Parę  razy  napomknęła  coś  o  Ormie  Oysteinssonie,  ale  w  twarzy 
staruszka pojawiała się wówczas nic chęć i natychmiast zmieniał temat. Poczekam 
z tym, myślała, na pewno nadarzy się jeszcze okazja. 

Zbliżała się noc świętej Łucji, a Ture i ochmistrz wciąż nie wracali. Ingebjorg 

dzieliła się swym niepokojem z panią Bothild: 

—  A  jeśli  Ture  się  zjawi,  gdy  będziemy  w  mieście?  Na  pewno  nie  będzie 

zadowolony, gdy mnie tu nie zastanie. 

Pani Bothild zaśmiała się. 
— Wydaje mi się, że ty wciąż nie rozumiesz, czym jest noc świętej Łucji dla 

nas,  którzy  pochodzimy  ze  Szwecji.  Ture  na  pewno  nie  opuści  okazji  do 

TLR

background image

świętowania. Pewnie wróci pośpiesznie, żeby cię zabrać na uroczystości, o ile nie 
będzie musiał pozostać tam, gdzie teraz przebywa. 

— Nie sądzisz, pani, że coś długo nie wracają? 
Pani Bothild zmarszczyła czoło i, przybierając surową minę, odrzekła: 
—  Nie  ma  ich  raptem  od  czterech  dni,  Ingebjorg.  Ale  tobie,  młodej  i 

zakochanej  mężatce  wydaje  się  zapewne  dziwne,  że  mąż  nie  przysłał  żadnych 
wieści. 

Przez cały następny ranek Ingebjorg nasłuchiwała w napięciu, mając nadzieję, 

że lada chwila dziedziniec ożyje gwarem, zwiastując powrót Turego, ale gdy nade-
szła pora podwieczorku, nadzieja w niej zgasła. 

Wrócili natomiast rycerze Losne i Galtung, którzy wraz z rycerzem Darre mieli 

towarzyszyć dużej grupie mieszkańców twierdzy, udających się na uroczystości 
świętej Łucji. 

Ingebjorg płonęła z ciekawości, a zarazem dręczył ją niepokój. Nie mogła się 

uwolnić  od  lęku,  że  wywoła  gniew  Turego.  Zabronił  jej  przebywać  w  pobliżu 
innych mężczyzn, a zwłaszcza nakazał unikać rycerza Darre. Jak więc ma jechać 
teraz konno w ich towarzystwie aż do miasta i wracać potem późnym wieczorem? 
Powoli jednak zaraził ją spokój pani Bothild. 

Skoro żona ochmistrza, znając Turego, jest przekonana, że powinnam jechać, 

to  chyba  nic  mi  nie  grozi,  tłumaczyła  sobie  Ingebjorg  i  uczepiła  się  słów  pani 
Bothild, że Ture zdenerwowałby się, gdyby jego małżonka nie wzięła udziału w 
uroczystościach. 

Był piękny, zimowy dzień. Na tle mroźnego, pogodnego nieba mieniły się w 

słońcu wierzchołki świerków, a oszronione drzewa wyciągały swe nagie konary. 
Konie  brodziły  w  nawianych  przez  wiatr  stertach  liści.  Między  drzewami 
przemykały wiewiórki i zające w zimowych futerkach. 

Poruszali  się  dużą  kolumną,  eskortowaną  przez  drużynników  ze  strzałami  i 

łukami,  mieczami  i  toporkami.  Dzikie  zwierzęta  nie  odważyłyby  się  raczej 
zaatakować  takiej  przewagi,  mimo  to  była  zadowolona,  gdy  wyjechali  z  lasu,  i 
skierowali się drogą wzdłuż brzegu rzeki Frysja. 

Nasłuchując  szumu  rzeki,  Ingebjorg  zastanawiała  się,  czy  Gudrid 

Guttormsdatter udała się już do miasta i czy wyznała prawdę swojemu mężowi. 
Bardzo  ją  korciło,  by  zapytać  rycerza  Darre,  jakie  sprawy  załatwiał  we  dworze 
Aker i czy zna tamtejszego gospodarza, ale nie miała odwagi z nim porozmawiać. 
Wiedziała,  że  Akershagen,  teren  pomiędzy  twierdzą,  kościołem  Aker  i  rzeką 
Frysja, należy do Akersborg, a pastwiska wykorzystywane są przez dwór Aker, 

TLR

background image

nie orientowała się jednak, czy obecnie dwór stanowił formalnie jego własność 
czy  Akersborg.  Skoro  jednak  posłano  tam  rycerza  Darrego,  to  zapewne  dwór 
znajduje się w gestii Akersborg. 

Przejechali  przez  most.  Skrzypienie  koła  młyńskiego  i  huk  spadającej  wody 

zagłuszały rozmowy. Po drodze nie zauważyli żadnych jeźdźców ani pieszych. 

Mijając  Nonneseter,  Ingebjorg  powiodła  wzrokiem  w  stronę  zabudowań 

klasztornych, zastanawiając się, czy Solveig nadal jest zadowolona i czy ostatnio 
pojawiły się w klasztorze nowe nowicjuszki. 

Zmierzchało już, gdy wjechali do Miklagard. Szewcy pozamykali swoje budy, 

na ulicy ucichło, a z kominów chat unosił się dym. W taki chłód ludzie siedzieli w 
domach  albo  być  może  udali  się  na  mszę.  Z  oddali  rozbrzmiewała  melodia 
dzwonów kościelnych, zwołujących wiernych na modlitwę. Najpierw dzwoniły te 
w  Katc  drze  Świętego  Hallvarda,  potem  dołączały  się  po  kolei  dzwony  innych 
kościołów, a na samym końcu dzwoni l v równocześnie. Zachwycona pięknym 
brzmieniem Ingebjorg poczuła, że ze wzruszenia ściska ją w gardle. Włas ciwie 
wolałaby uczcić świętą Łucję, uczestnicząc w nabożeństwie w kościele. Nastrój 
modlitwy byłby jej zda niem bardziej odpowiedni. 

W  miarę  zbliżania  się  do  Gildeskalgard  zaostrzała  się  jednak  jej  ciekawość. 

Pani Bothild pokazała jej z daleka zabudowania, do których z obu stron tłumnie 
zjeżdżali jeźdźcy. Przez stojące otworem drzwi płynął na zewnątrz gwar i światło. 

Okazałe budynki dworu wydawały się stosunkowo nowe, bo bale nie zdążyły 

jeszcze  ściemnieć.  Na  dolnych  kondygnacjach  składowano  towary  i  warzono 
piwo. 

Pozostawiwszy  konie  stajennym,  kobiety  weszły  po  stromych  schodach  na 

galerię  górnej  kondygnacji,  skąd  skierowały  się  do  wielkiej  izby,  gdzie  w 
palenisku trzaskał wesoło ogień. Na stołach stały świeczniki i paliły się lampki 
łojowe. Na ścianach zaś były zatknięte pochodnie. Otwarte drzwi prowadziły do 
jeszcze większego pomieszczenia, również z paleniskiem. 

Goście  płynęli  nieprzerwanym  strumieniem.  Ingebjorg  dziwiła  się,  że  w 

mieście ostało się tylu magnatów, mimo strat, jakie poniosła ta warstwa społeczna 
podczas epidemii dżumy, domyśliła się jednak po chwili, że część z nich przybyła 
z najbliższych okolic, by wziąć udział w uroczystościach świętej Łucji. Patrzyła na 
kobiety  w  aksamitach,  obszytych  futrem  z  gronostajów  i  panów  w  barwnych 
tunikach i obcisłych spodniach oraz pelerynach, podszytych futrem. 

Nagle usłyszała, że ktoś woła ją po imieniu, a gdy się odwróciła, stanęła oko w 

oko z Gudrid Guttormsdatter. Radość zalała jej serce. 

TLR

background image

—  Szukałam  cię  na  zewnątrz,  ale  w  końcu  się  domyśliłam,  że  pewnie  już 

weszłaś do środka — zagadnęła ją przyjaźnie. 

Ingebjorg zwróciła się do pani Bothild ze słowami: 
—  To  właśnie  jest  Gudrid  Guttormsdatter  z  dworu  Aker,  o  której  ci 

opowiadałam,  pani.  —  Następnie  znów  zwróciła  się  do  Gudrid:  —  A  to  pani 
Bothild, żona ochmistrza. 

Obie kobiety przywitały się dwornie, po czym pani Bothild odeszła nieco dalej 

do  żony  rycerza  Losne,  po  to  by  nie  przeszkadzać  im  w  rozmowie,  jak  się 
domyśliła Ingebjorg. 

Gudrid wręczyła jej niewielką paczuszkę, owiniętą w miękką, cielęcą skórkę, 

wyjaśniając: 

— Mam dla ciebie podarunek, ale wolałabym, żebyś rozpakowała go dopiero 

w domu. 

Ingebjorg podziękowała i popatrzyła na nią w napięciu. 
— Czy pan Torstein Svarte też tu jest? 
Gudrid pokręciła głową. 
— Co roku biorę udział w uroczystościach ku czci świętej Łucji, ale mój mąż 

nie  przywiązuje  wagi  do  tej  tradycji.  —  Uśmiechnęła  się  nieco  zakłopotana  i 
dodała: — Wydaje mi się, że długo się nie widziałyśmy. 

— Owszem. — Ingebjorg przytaknęła z uśmiechem. — Zdążyłam przez ten 

czas  wyjść  za  mąż,  ale  nadal  mieszkam  w  Akersborg,  bo  mój  małżonek  służy 
ochmistrzowi. — Zawahała się, ale spytała w końcu: — Czy twój mąż poznał już 
prawdę? 

Gudrid pokręciła głową. 
— Jeszcze nie, ale zdecydowałam, że niebawem mu o wszystkim powiem. 
— Dla mnie nie ma to znaczenia. 
— Ale dla mnie to ważne. Czuję się tak, jakbym go zdradzała, skrywając przed 

nim prawdę, póki co jednak brakło mi odwagi. 

— Myślisz, że źle to przyjmie? 
— Nie wiem. Jest nieco... gwałtowny z natury i za pewne zareaguje ostro, gdy 

się dowie, że zakonnice nas okłamały. Boję się, że ucierpi na tym siostra Sigrid, ta 
dobrotliwa zakonnica, która po pani Thorze objęła stanowisko matki przełożonej. 
Była przecież przeoryszą, kiedy to stało, powinna się więc była domyślić. 

— Ale ona o niczym nie wiedziała, pani Gudrid. Rozmawiałam z nią o tym. 

Kiedy jej opowiem prawdę, teraz, gdy już ją poznałam, zapewne przeżyje szok. 
Sądziła bowiem, że to tylko wymysły, gdy się upierałam, że moje dziecko żyje. 

TLR

background image

Wokół  nich  panował  taki  gwar,  że  prawie  się  nie  słyszały,  co  chwila 

przerywały im jakieś głośne wybuchy śmiechu 

Gdy  wreszcie  wszyscy  się  zebrali,  mężczyźni  przenieśli  się  do  większego 

pomieszczenia w głębi, zamykając za sobą drzwi, a kobiety usiadły przy stołach. 
Ingebjoiy, znalazła się pomiędzy panią Bothild i Gudrid, mimo to czuła się obco. 
Onieśmielały ją te wszystkie kobiety z wyższych sfer. Nagle suknia, z której była 
taka dumna, przy innych wydała jej się dość nędzna. 

Pani Bothild nachyliła się i szepnęła jej do ucha: 
—  Zobacz,  jak  niewiele  mają  na  sobie  ozdób.  Kiedyś  obwieszały  się 

bransoletami i naszyjnikami ze złota. 

Ingebjorg popatrzyła na nią zdziwiona, bo nie zrozumiała, o co chodzi żonie 

ochmistrza. Ta zaś wyjaśniła: 

—  Nastały  ciężkie  czasy.  Ceny  ziemi  i  posiadłości  spadły  o  połowę  albo  i 

więcej. Wyprzedają srebra i złoto, by starczyło na to, co najpotrzebniejsze. 

— Ale niektórym powodzi się lepiej — odszepnęła Ingebjorg. 
— Owszem — przytaknęła pani Bothild. — Najemnym gospodarzom, ale nie 

magnatom. 

Musiały  przerwać  rozmowę,  bo  zaczęła  się  ceremonia  religijna.  Zanoszono 

modlitwy  do  patrona  gildii,  modlono  się  za  zmarłych  ostatnio  współbraci  i 
współsiostry, wypito toast, by uczcić ich pamięć. Następnie odczytano nazwiska 
wszystkich żyjących i zmarłych współbraci. Towarzyszyły temu śpiewy psalmów. 
Ksiądz okadził pomieszczenie i poświęcił zebranych wodą święconą. Na koniec 
wygłosił  kazanie  i  skierował  modlitwy  do  świętej  Łucji,  młodej  kobiety,  która 
przed wiekami zmarła męczeńską śmiercią w Syrakuzach. 

Ingebjorg z zainteresowaniem przyglądała się kobietom, które siedziały wokół 

niej. Zastanawiała się, gdzie mieszkają, jakie prowadzą życie, czy są szczęśliwe w 
małżeństwie  lub  czy  szukają  szczęścia  w  ramionach  kochanków.  W  wyższych 
sferach  panował  zwyczaj  aranżowania  małżeństw,  ich  celem  było  bowiem 
pomnożenie  majątku  rodu.  Ileż  to  łez  wylały  młode  panny,  gdy  kazano  im 
poślubić mężczyznę, do którego nie żywiły żadnych uczuć, a bywało, że się nim 
wręcz brzydziły. 

Gdy ceremonia religijna dobiegła końca, służące i służący wnieśli półmiski z 

parującymi  daniami  i  duże  dzbany  z  winem.  Przy  stołach  zapanowało  wesołe 
ożywienie i zagościły głośne rozmowy. 

Przy stole wraz Ingebjorg, panią Bothild i Gudrid siedziała też żona rycerza 

Losne i jakieś starsze wiekiem kobiety, które jednak zamieniły się  miejscami z 

TLR

background image

młodymi  pannami,  by  znaleźć  się  bliżej  znajomych.  Jedna  z  panien  wydała  się 
Ingebjorg  znajoma.  Zastanawiała  się,  gdzie  ją  mogła  wcześniej  spotkać.  Może 
mignęła jej kiedyś na ulicy Zachodniej? Kiedy jeszcze mieszkała w Belgen, często 
widywała przechodniów, zmierzających na rynek. Nagle przypomniała sobie, że tę 
młodą  kobietę  widziała  raz  w  wyszynku  gospodyni  Karine,  krewnej  Isabelle, 
trudno  jej  było  jednak  pogodzić  to  z  obecnością  wystrojonej  panny  w  tym 
nobliwym  gronie.  Zaciekawiona,  nastawiła  uszu,  by  posłuchać,  o  czym 
rozmawiają młode kobiety. Okazało się, że jedna właśnie zaręczyła się z jakimś 
magnatem i ma to szczęście, że darzy swego narzeczonego prawdziwą miłością. 

Po  chwili  do  rozmowy  przyłączyły  się  pani  Bothild,  Gudrid  i  żona  rycerza 

Losne, a po krótkiej prezentacji przy stole zawiązała się ożywiona pogawędka. 

Młoda  panna  miała  niezwykłe  imię  i  nazwisko,  Ada  lis  Adami.  Jej  ród 

wywodził  się  pewnie  z  jakiegoś  obcego  kraju,  ale  ona  sama  posługiwała  się 
językiem  norweskim  bez  obcego  akcentu.  Miała  ciemnobrązowe  oczy,  długie, 
gęste rzęsy i ciemne brwi. Czarne, kręcone włosy ozdobiła spinką z drogocennymi 
kamieniami. Twarz miała szczupłą, usta czerwone i pełne, zęby zaś śnieżnobiałe i 
równe. Im dłużej Ingebjorg się jej przyglądała, tym bar dziej była nią zauroczona. 
Panna miała w sobie skromność i pokorę, rzadko spotykaną u córek magnatów, jej 
oczy  zaś  błyszczały  szczęściem.  Ingebjorg  pomyślała,  że  młoda  kobieta  jest 
pewnie bardzo zakochana w swoim narzeczonym. 

Panny przy stole najwyraźniej dobrze się znały. Dużo się śmiały, opowiadały o 

ucztach, tańcach i zabawach, w których uczestniczyły. Ingebjorg dowiedziała się 
więc  trochę  o  świecie,  który  przypominał  życie  w  Akersborg  podczas  pobytu 
króla. Magnaci w miastach bawili się podobnie. 

Po chwili zorientowała się, że młode panny mają jakąś tajemnicę. Żona rycerza 

Losne, dość wścibska z natury, zaczęła je wypytywać, one jednak odpowiadały 
wymijająco,  posyłając  sobie  znaczące  spojrzenia,  i  chichotały.  Powoli  jednak 
Ingebjorg  uświadomiła  sobie,  że  się  myliła.  Panna  Adalis  nie  była  zaręczona. 
Zakochała  się  w  mężczyźnie,  którego  jej  ojciec  jeszcze  nie  zdążył  poznać,  ale 
miała nadzieję, że zaakceptuje jej wybranka serca. 

— Nie musisz się niepokoić, Adalis — usłyszała, jak ją pociesza przyjaciółka. 

— Twój ojciec na pewno będzie zadowolony. W tych czasach niełatwo znaleźć 
młodego,  nieżonatego  mężczyznę  z  poważanego  rodu,  który  posiada  zarówno 
tytuł, jak i dobra. 

Ingebjorg  uśmiechnęła  się  w  duchu.  Mogłaby  się  podpisać  pod  tą 

wypowiedzią. Jej matka wszak straciła na to cały rok i to bez skutku. 

TLR

background image

— Skąd pochodzicie? — zapytała zaciekawiona. 
— Z Sarpsborg — odpowiedziała jedna. — Przybyłyśmy tu, do Oslo, przed 

siedmioma dniami i zostaniemy aż do Bożego Narodzenia. 

— Zatrzymałyście się tu, w mieście? — chciała wiedzieć pani Bothild. 
Potwierdziły. 
— Mieszkamy u jednego z moich krewnych na Placu Świętego Klemensa — 

wyjaśniła najśmielsza z nich. — Adalis jeszcze nigdy nie była w Oslo. Jesteśmy 
już zaproszone na liczne przyjęcia w okresie świąt. 

— Na pewno przystojni  mężczyźni  będą się ustawiać  w kolejce, by z  wami 

zatańczyć — uśmiechnęła się pani Bothild. — Ale macie przyzwoitkę? 

Pokiwały głową. 
— Jest z nami mój brat — pośpiesznie wyjaśniła jedna z nich. 
— Bądźcie ostrożne, moje drogie — radziła pani Bothild z powagą. — Wiecie 

przecież, że nie wolno wam poślubić byle kogo. 

Panny popatrzyły na siebie tajemniczo, a Adalis spłonęła rumieńcem. 
— Adalis poznała kogoś — zachichotała jej przyjaciółka. — Jesteśmy jednak 

pewne, że jej ojciec go zaakceptuje. 

— Będzie wprost zachwycony — wyrwało się drugiej. 
— Opowiadajcie — uśmiechnęła się pani Bothild zachęcająco. 
— Jest przystojny i urodziwy — zaczęła ta śmiała. — Cudownie tańczy i bosko 

śpiewa. 

Pani Bothild roześmiała się. 
— Brzmi dobrze, ale kim on jest? Do jakiego stanu n i leży? 
—  Wiemy  tylko,  że  jest  bogatym  arystokratą  i  nie  mi  żony.  No  i  że  stracił 

głowę dla Adalis. 

Panna Adalis spuściła wzrok zarumieniona. 
— W takim razie jestem pewna, że twój ojciec zgodzi się na zaręczyny, panno 

Adalis — rzekła pani Bothild uśmiechając się ciepło do dziewczyny. 

Musiały  przerwać  rozmowę,  bowiem  zaczęły  su.  wspólne  śpiewy,  a  potem 

ksiądz wygłosił jeszcze p.n słów na zakończenie spotkania. 

Ingebjorg zwróciła się do Gudrid: 
— Bardzo chętnie porozmawiałabym więcej z tobą. Tyle bym chciała od ciebie 

usłyszeć  —  dodała,  myśląc  o  m.i łym  Eiriku,  który  tak  naprawdę  miał  na  imię 
Olav. Zawsze na myśl o tym ściskało ją w gardle. — Nie miałaby, okazji przybyć 
któregoś dnia do Akersborg? Bo chyba lepiej, żebym się nie pojawiała we dworze 
Aker, póki twój mąż nie pozna prawdy. 

TLR

background image

—  Postaram  się.  Najbardziej  zależało  mi,  żeby  przekazać  ci  ten  podarunek. 

Żegnaj Ingebjorg. Niech Bóg cię błogosławi. 

Ingebjorg cieszyła się, że orszak jest tak liczny, gdy późnym wieczorem ruszyli 

z  powrotem  do  twierdzy.  Gdy  pani  Bothild  z  żonami  rycerzy  zniknęła  z 
pomieszczenia, ona poczekała chwilę, aż wyjdą mężczyźni. Chciała wykorzystać 
okazję i zamienić parę słów z rycerzem Darre. 

Skinęła na pożegnanie pannom, które kierowały się do wyjścia, i uśmiechnęła 

się. W tej samej chwili uchwyciła fragment ich rozmowy i była niemal pewna, że 
usłyszała „pan Ture". Wzdrygnęła się. Może ten krewny, u którego mieszkają, zna 
Turego, pomyślała. Może wiedzą, gdzie on teraz przebywa. Pośpiesznie ruszyła za 
nimi i zapytała: 

— Przepraszam, ale usłyszałam, że wymieniłyście imię pana Turego. Czy nie 

chodzi o Turego Gustavssona? zatrzymały się w pół kroku.  

— Owszem — odparły, patrząc na nią ze zdumieniem.  
— Spotkałyście go? Wiecie może, gdzie jest teraz? 
 Zachichotały, mówiąc: 
— To właśnie w nim się zadurzyła Adalis. Ingebjorg uśmiechnęła się. 
— O, to pewnie ktoś inny o tym samym imieniu.  

— Pochodzi ze Szwecji i wspomniał, zdaje się, że jest skarbnikiem królewskim 

— opowiedziała usłużnie śmiała dziewczyna. 

Rozdział 11 

Ingebjorg zakręciło się w głowie, a serce na moment jakby przestało bić. 
— Nie, to na pewno ktoś inny — wymamrotała i odwróciwszy się gwałtownie, 

pośpiesznie opuściła pomieszczenie. 

To  nie  może  być  prawda,  powtarzała  w  duchu.  Na  pewno  chodzi  o  kogoś 

innego,  kto  przypadkowo  podobnie  się  nazywa.  W  Szwecji  często  spotyka  się 
takie imię. Dziewczęta na pewno niedokładnie zrozumiały, czym się zajmuje ów 
Ture. Przecież mówiły wcześniej, że mężczyzna nie ma żony, a panna Adalis liczy 
na to, że otrzyma zgodę ojca, by poślubić kawalera, w którym się zakochała. 

Jakie to szczęście, że na dworze panują ciemności, pomyślała, pilnując się, by 

nie sięgnął jej blask pochodni. Nasunęła na czoło kaptur, a gdy pachołek pomagał 
jej  dosiąść  konia,  odwróciła  się  twarzą  od  niego.  Nie  chciała,  by  ktokolwiek 

TLR

background image

zobaczył jej rozpacz. Z daleka mignęły jej jeszcze poznane panny, które dołączyły 
do orszaku, ale nigdzie nie dostrzegła młodego i urodziwego pana ze Szwecji. 

Oczywiście, że nie, upomniała się w duchu surowo przecież to nie chodzi o 

mojego Turego! Nie o nim opowiadały dziewczęta. 

Tymczasem podjechał do niej rycerz Darre i zapyt. 
— Czy coś się stało, pani Ingebjorg? 
—  Nie,  a  co  miałoby  się  stać  —  odparła  ostro  i  natychmiast  pożałowała 

swojego tonu. Brakowało jej przyjacielskich rozmów z rycerzem. 

— Tak mi się tylko zdawało. 
— Jestem po prostu zmęczona — wyjaśniła, gdy nagle przyszedł jej do głowy 

pewien pomysł. Zawróciła konia i rzuciła: — Mógłbyś poprosić pozostałych, by 
poczekali na mnie chwilę? Przekażę tylko coś znajomym. 

Podjechawszy bliżej gromady gości, którzy ustawiali się do drogi, zawołała: 
—  Panno  Adalis?  —  A  gdy  dziewczyna  odwróciła  się  zdziwiona, 

usprawiedliwiła się: — Coś mi się przypomniało. Chyba jednak mówimy o tym 
samym człowieku. Czy on pochodzi z Varberg? 

— Tak — odparła panna z wahaniem, jakby nabrała jakichś podejrzeń. 
Dla  Ingebjorg  było  to  niczym  dźgnięcie  nożem  prostu  w  serce.  Nie  miała 

pojęcia, jakim cudem zachowała spokój, mówiąc: 

—  Mogłabyś  pozdrowić  go  od  Ingebjorg  Olavsdattei  i  powiedzieć,  że  go 

oczekujemy? 

Panna Adalis odparła zaskoczona: 
— Oczywiście, pozdrowię. Jesteś, pani, z nim spokrewniona? 
— Owszem. Dziękuję, panno Adalis. 
Zawróciła  czym  prędzej  konia  i  oddaliła  się  ku  jeźdźcom,  z  którymi  miała 

wracać do Akersborg. 

Rycerz Darre, który na nią czekał, zagadnął: 
— Chyba nie spodziewałaś się, pani, że w Gildeskalgalrd spotkasz znajomych? 
Pokręciła głową, czując, że cała drży. 
— Co ci jest, Ingebjorg? 
— Nic — odparła zduszonym głosem, z trudem powstrzymując się od płaczu. 
—  Nie  ufasz  mi  już?  Zapomniałaś,  jak  razem  przemierzaliśmy  Ciemny 

Korytarz i zwierzałaś mi się z dręczących cię lęków? 

— Ture jest o ciebie chorobliwie zazdrosny i zabronił mi kontaktować się z 

tobą. 

— Nie ma go dziś tutaj. A właściwie, gdzie jest? 

TLR

background image

— Sama jestem tego ciekawa — odparła z goryczą w głosie. 
Zamilkł  i  w  milczeniu  przypatrywał  się  jej  w  blasku  pochodni, 

rozświetlających dziedziniec dworu, po czym rzekł: 

—  Nie  musisz  mi  nic  więcej  mówić.  Poznaję,  że  jest  ci  ciężko.  Pozostali 

czekają  na  nas  tuż  za  rogiem.  Możemy  trzymać  się  na  końcu  kolumny.  Jeśli 
zechcesz, powiesz mi, co cię gnębi. Wiesz przecież, że możesz mi ufać. 

Bez słowa ruszyła przed siebie, by dołączyć do innych. 
Mijając  ciemne  ulice,  potok  przy  Nonneseter  i  zabudowania  klasztorne,  a 

potem poruszając się wzdłuż brzegu, Ingebjorg miała wrażenie, że znalazła się w 
nierzeczywistym  świecie.  Księżyc  świecił  blado  na  rozgwieżdżonym  niebie, 
odbijał  się  w  ciemnej  powierzchni  wody  i  rzucał  chłodną  poświatę  na 
kruczoczarny  las.  Wśród  szumu  potężnych  świerków  i  parskania  koni,  słychać 
było  głuche  uderzenia  kopyt  o  zmarzniętą  ziemię.  Przypomniały  się  jej  znów 
słowa Bergtora: „Oni nie są tacy jak my, Ingebjorg. Przywykli do zupełnie innego 
życia". 

Pani  Bothild  przyszło  się  pogodzić  z  niewiernością  męża.  To  samo  dotyczy 

zapewne innych żon magnatów. Nie spodziewała się jednak, że spotka ją podobny 
los.  Miała  oczywiście  pewne  obawy,  ale  nie  przypuszczała, że  stanie  się  to  tak 
krótko po ślubie. 

Znów mignęła jej przed oczami naga Gisela na kolanach ochmistrza, kołysząca 

się  w  miłosnym  tańcu.  Daremnie  usiłowała  wyrzucić  ten  obraz  z  pamięci. 
Przypomniał  się jej także drwal Zakarias, pogrążony w takiej samej wy uzdanej 
zabawie z nierządnicą w klasztorze Nonneseter. 

Myśląc  o  pannie  Adalis,  trudno  jej  było  sobie  wyobrazić  to  wstydliwe 

dziewczę  w  podobnej  roli.  Za  to  bez  trudu  wyobraziła  sobie,  jak  dziewczyna 
uśmiecha się z oddaniem do Turego, wpatruje się weń z podziwem, rumieni się, 
gdy jej dotyka, przymyka oczy i odwraca ku niemu swe czerwone, pełne usta. 

Raczej nie będzie miała odwagi mu się oddać, ale gdy znajdzie się z nim sama 

w pokoju, może się to stać nawet wbrew jej woli. Wydaje się być tak zauroczona 
po znanym kawalerem, że gotowa jest na daleko idące ustępstwa, by go zadowolić. 
Może Ture proponował jej już zabawę w kotka i myszkę, a gdy, wciśnięta w kąt, 
nie mogła się ruszyć, sięgnął po zakazany owoc. 

Zazdrość paliła ją niczym ogień. 
Co się stanie, gdy panna Adalis odkryje,  że Ture jest żonaty? Nie będzie go 

mogła przedstawić ojcu, bo ojciec szybko go zdemaskuje. 

Pomimo swej zazdrości, współczuła dziewczynie. 

TLR

background image

— Coś cię gnębi, Ingebjorg — usłyszała w mroku głos rycerza Darre. 
— Skąd możesz wiedzieć? 
— W ogóle się nie odzywasz, słychać tylko twoje głębokie westchnienia. Poza 

tym widziałem wyraz twojej twarzy, nim ruszyliśmy w drogę. 

—  Masz  rację,  ale  nie  mogę  z  tobą  o  tym  porozmawiać.  Zbliżamy  się  do 

Akersborg,  rycerzu  Darre.  Chyba  powinieneś  pojechać  naprzód  i  przysłać  na 
koniec innego strażnika. Jeśli pod naszą nieobecność powrócił Ture,  można się 
spodziewać gromów. 

— A jeśli nie powrócił, to wolno mi będzie przyjść jutro do twej pracowni i 

porozmawiać? 

— Nie sądzę — westchnęła. — Wyczuła jego rozczarowanie, więc dodała: — 

Prawdziwy z ciebie przyjaciel, rycerzu Darre. Dobrze wiedzieć, że jesteś blisko. 
Kiedy  Ture  wyjedzie  na  święta  do  Szwecji,  wtedy  mam  nadzieję,  będę  miała 
okazję porozmawiać z tobą dłużej. 

Pokiwał  głową  i  choć  w  mroku  nie  widziała  jego  twarzy,  wiedziała,  że  się 

uśmiechnął. Wkrótce zamienił się miejscami z innym drużynnikiem i przesunął się 
bardziej na czoło kolumny. 

Ture  nie  wrócił.  Ingebjorg  poczuła  zarówno  ulgę,  jak  i  głęboki  zawód. 

Niecierpliwiła  się,  bo  chciała  zapytać  go  wprost  o  pannę  Adalis,  równocześnie 
bała się, że straci nad sobą panowanie i powie lub zrobi coś, czego będzie potem 
żałowała.  Może  i  dobrze,  że  zyskała  jeszcze  jedną  noc,  by  sobie  dokładnie 
przemyśleć całą sytuację. 

W drodze do sypialni nie była w stanie przestać myśleć o tym, co się dzieje tej 

nocy  w  innym  łożu,  w  innym  domu...  Próbowała  sobie  tłumaczyć,  że  panna  z 
Sarpsborg  wygląda  na  niewinną,  poza  tym  goszcząc  u  krewnych  jednej  z 
przyjaciółek, na pewno nie może sobie pozwolić na to, by wychodzić i wracać, 
kiedy zechce. 

A jak było z tobą? — odzywał się jej wewnętrzny glos. Też cię wychowano na 

szlachetną i czystą pannę, matka surowo cię pilnowała, i wiedziałaś, że nie wolno 
ci  skalać  nazwiska,  a  mimo  to  wymykałaś  się  po  kryjomu  i  dopuszczałaś  się 
grzechu, nawet wtedy, gdy na sąsiednim poddaszu leżał twój narzeczony. 

Nie  było  sensu  kłaść  się  od  razu  do  łóżka.  Wiedziała,  że  i  tak  nie  zaśnie. 

Zapaliła  lampkę  przy  kominku,  w  którym  dopiero  co  służąca  rozgarnęła  żar  i 
sięgnęła po paczuszkę od Gudrid. 

Jak miło z jej strony, pomyślała, zdejmując sznurek i rozwijając cielęcą skórkę. 

Dech  jej  zaparło,  gdy  ujrzała  zawartość.  W  środku  znajdowały  się  dwa 

TLR

background image

przedmioty:  maleńkie  ubranko,  uszyte  z  bordowego  aksamitu  i  mały  futrzany 
króliczek.  Serce  zabiło  jej  mocno  w  piersi.  Lekko  podniszczony  króliczek  był 
zapewne  ulubioną  zabawką  małego  Eirika.  Pewnie  gaworzył,  tuląc  się  do  niej, 
zasypiał.  Z  namaszczeniem  podniosła  króliczka  do  twarzy  i  z  zamkniętymi 
oczami,  wciągnęła  nosem  jej  zapach.  Gdy  poczuła  charakterystyczną  słodkawą 
woń dziecka, ścisnęło ją w gardle, a do oczu napłynęły łzy. 

Zerwała się i pobiegła do sypialni, gdzie rzuciła się na łóżko i przycisnęła do 

twarzy ubranko i zabawkę synka Mały Eirik nie żyje, szlochała. A ja trzymam w 
dłoni  przedmioty,  które  zaświadczają  o  jego  istnieniu.  Zabawka,  którą  lubił  i 
często  tulił,  która  przesiąkła  jego  zapachem.  Czuła  się  niemal  tak,  jakby  przez 
chwilę trzymała synka w ramionach. 

Gdy wreszcie stłumiła płacz, powędrowała myślami do Gudrid, nie przestając 

tulić  do  siebie  ubranka  i  zabawki  małego  Eirika.  Gudrid  oddała  jej  coś,  co  z 
pewnością było bliskie jej sercu, najważniejsze wspomnienie o dziecku, które tak 
bardzo  pokochała  i  które  okrutnym  zrządzeniem  losu  straciła.  W  to  aksamitne, 
odświętne  ubranko  stroiła  pewnie  maleństwo,  gdy  je  pokazywała  gościom. 
Bordowa  czerwień  przeznaczona  dla  królów  i  wielmożów!  Ubierała  synka  jak 
królewskie  dziecko.  A  taką  zabawkę  z  króliczego  futerka  też  nie  każdy  malec 
dostaje do zabawy. Mały Eirik żył jak syn władcy przez ten krótki czas, który mu 
przyszło spędzić na ziemi, i na dodatek miał mamę, która go obdarzyła miłością. 

Bóg  mnie  wysłuchał,  pomyślała  Ingebjorg.  Sama  nie  byłabym  w  stanie 

zapewnić takiego życia synkowi. Złożyła ręce i wyraziła w modlitwie całą swoją 
wdzięczność.  Następnie  rozebrała  się  pośpiesznie  i  wsunęła  pod  futrzane 
przykrycie i kołdrę, tuląc ubranko i zabawkę synka. Wyobraziła sobie, że to jego 
trzyma w ramionach. Niemal widziała, jak malec się do niej uśmiecha, ściskając 
swoją przytulankę. Pod wpływem tych obrazów spłynął na nią taki spokój, jaki 
odczuwała jedynie w Sseinundlnl, pośród swoich ukochanych najbliższych. 

Obudziły  ją  w  nocy  hałasy  dolatujące  z  dziedzińca.  A  jeśli  to  Ture? 

Przestraszyła  się  i  pośpiesznie  zerwała  z  łóżka.  Po  ciemku  włożyła  na  siebie 
ubrania  i  szybko  zeszła  do  komnaty  z  kominkiem.  Zapaliła  lampkę  i  w  lekkiej 
poświacie, jaką rzucał płomień, rozejrzała się za jakimś schowkiem. Usłyszawszy 
w korytarzu ciężkie kroki, wetknęła pośpiesznie podarki od Gudrid do skrzyni ze 
swoimi rzeczami, po czym otuliła się kocem i usiadła. Wkrótce otworzyły się z 
trzaskiem drzwi. 

— Siedzisz tu i przysypiasz? — odezwał się ze śmiechem Ture. 
Ingebjorg nie odpowiedziała. 

TLR

background image

— A co z tobą? Znów walczyłaś z Malcanisem? — dodał rozbawiony, bo od 

początku nie wierzył w to, że w twierdzy straszy upiór psa. 

—  Nie,  byłam  w  mieście  i  świętowałam  noc  świętej  Łucji  razem  z  panią 

Bothild i innymi paniami. 

Uśmiech zgasł na jego wargach, a u nasady nosa pojawiła się głęboka bruzda. 
— Byłaś w mieście, nie pytając mnie o zgodę? 
—  Niestety,  nie  było  cię  tu,  a  pani  Bothild  zapewniała,  że  wszyscy,  którzy 

wywodzą  się  ze  Szwecji  mają  w  zwyczaju  uroczyście  obchodzić  to  święto. 
Powiedziała też, że nie spodobałoby ci się, gdybym nie udała się na uroczystości. 

Podszedł bliżej. Jego twarz pociemniała z gniewu i stężała. 
— Kto o tobie decyduje, Ingebjorg, pani Bothild czy ja? 
— Ty, Ture. Nie miałam ochoty jechać, nie zapytawszy cię o zdanie, ale pani 

Bothild  przypuszczała,  że  wraz  z  Ormem  Oysteinssonem  pojawisz  się  na 
uroczystościach. Tak długo cię nie było — dodała z przyganą w głosie. 

Podszedł jeszcze bliżej i zapytał złowieszczo lodowatym tonem: 
— Z kim pojechałaś? 
— Wyruszył stąd liczny orszak, więc nic nam nie groziło. Dołączyły też do nas 

pani Losne i pani Galtung. 

— A kto was eskortował? 
— Część drużynników. 
— Rycerz Darre także? 
Ingebjorg czuła narastający w niej niepokój. 
— Tak, ale nie miałam z nim nic do czynienia. 
— W którym miejscu kolumny jechałaś ty, a w którym on? 
— W drodze do miasta jechał na samym końcu, a my, kobiety pośrodku. A w 

drodze powrotnej jechał zupełnie z przodu, a ja jechałam prawie na końcu. 

— Rozmawiałaś z nim? 
— Kiedy wracaliśmy, zaniepokoił się o mnie i zapytał, czy dobrze się czuję. 
Zauważyła, że pobladł, a jego oczy pociemniały z gniewu. 
— Źle się poczułam po rozmowie z pewnymi pannami, które siedziały przy 

tym samym stole co ja — dodała więc pośpiesznie. — Jedna z nich nazywała się 
Adalis Adami. 

Ku swemu zdumieniu nie zauważyła na jego twarzy żadnej reakcji. 
—  Jej  przyjaciółki  opowiadały,  że  zakochała  się  w  młodym  arystokracie  ze 

Szwecji o nazwisku Ture Gustavs— son, który ściąga podatki dla króla. 

Ture nadal nie reagował, podszedł tylko o krok bliżej i stanął tuż przed nią. 

TLR

background image

Ingebjorg ogarnął lęk, ale pomyślała, że to raczej on powinien się denerwować, 

nie ona. 

— Byłam roztrzęsiona — dodała drżącym głosem. — Przecież nie jest chyba 

możliwe, by istniały dwie osoby o tym samym imieniu, które na dodatek pełnią 
takie samo stanowisko? 

Uśmiechnął się. 
— A skąd ci przyszło do głowy, że to dwie różne osoby? 
— Myślałam... Wydawało mi się niemożliwe, byś ty... Ona opowiadała, że ów 

pan nie jest żonaty i... miała nadzieję, że jej ojciec wyrazi zgodę, by go poślubiła. 

Udawał, że tego nie słyszy i wpatrując się w nią groźnie, pytał dalej: 
Co jeszcze mówił rycerz Darre? Co robił? Chciał cię pocieszyć? 
Ingebjorg pokręciła gwałtownie głową. 
— Nie, powiedziałam mu, że jestem zmęczona, a gdy chciał jechać obok mnie, 

poprosiłam, by się przesunął na początek kolumny. Odpowiedz mi, Ture — czy 
panna Adalis mówiła o tobie? 

Zmarszczył czoło, poirytowany. 
— Ty śmiesz mnie wypytywać? Ty, kobieta? 
— Jestem twoją żoną. 
— Właśnie. I nic ci do tego, co robi twój mąż, zrozumiałaś? 
— To znaczy, że... 
Nie zdążyła dokończyć, bo szarpnął nią i potrząsając, wrzeszczał: 
— Nie pojmujesz, gdzie jest twoje miejsce? 
— Księża zakazują rozpusty. 
Policzek zapiekł ją jak ogień, gdy mąż wymierzył jej cios. 
—  Taka  jesteś  wścibska?  To,  co  Kościół  i  prawo  mówią  o  rozpuście,  nie 

dotyczy  magnatów.  Jeśli  mam  ochotę  na  inną  kobietę,  to  ją  biorę.  Jutro 
porozmawiam sobie ze strażnikami, którzy towarzyszyli wam w drodze do miasta. 
Dowiem się, czy naprawdę trzymasz się z dala od tego zuchwałego rycerzyny. 

Puścił ją i, wściekły, ruszył do sypialni. 
Ingebjorg  karnie  ruszyła  za  nim,  choć  najchętniej  zostałaby  na  krześle  przy 

kominku przez resztę nocy. 

Zdjął  ubrania  i  ułożył  się  w  łóżku  plecami  do  niej.  Pewnie  gdzie  indziej 

zaspokoił swe żądze, pomyślała, czując upokorzenie. 

Dygotała pod przykryciem, nasłuchując, jak mąż civ ko oddycha przez sen, i 

usiłowała  sobie  przypomnij  jak  długo  rycerz  Darre  jechał  obok  niej  i  czy  ktoś 
zwrócił  na  to  uwagę.  Zastanawiała  się  też,  czy  panna  Adali  pamiętała,  by 

TLR

background image

pozdrowić Turego od „jego krewnej" Ingebjorg i czy mąż był przygotowany na 
wymówki, wracając do domu. 

Najwyraźniej jednak nie ma to dla niego żadnego znaczenia, pomyślała. Nie 

dostrzega w ogóle swojej winy We własnych oczach nie uczynił nic złego. 

Zapragnęła  wziąć  do  ręki  króliczka  małego  Eirika  i  zanurzyć  twarz  w  jego 

miękkim futerku wraz z rozczarowaniem, gniewem i zazdrością. 

Następnego ranka Ture wstał wcześnie. Służące nie zdążyły jeszcze napalić w 

kominku. Zachowywał się hałaśliwie, co zdradzało jego gniew. Teraz pewnie uda 
się' wprost od izby czeladniczej i zapyta, którzy z drużynników ochraniali orszak 
w drodze do miasta, pomyślała Ingebjorg. Jeśli któryś z nich opowie, że rycerz 
Darre  jechał  obok  mnie  i  że  długo  razem  rozmawialiśmy,  to  marny  mój  los, 
pomyślała. 

Mimo że czuła się tak, jakby nie przespała nocy, pod niosła się z łóżka i umyła, 

a  potem  pośpiesznie  włożyła  ubrania.  Wolała  nie  być  z  nim  sam  na  sam,  gdy 
wróci. Nie padło między nimi ani jedno słowo, ale nie wyglą dał na kogoś, kto 
czuje się winny lub odczuwa skruchę. Przeciwnie, był przekonany, że ma prawo 
ukarać  żonę,  która  ośmieliła  się  zamienić  słowo  z  rycerzem  Darre,  bądź  innym 
panem. Uczesała włosy i przykryła głowę białą chustą, po czym wymknęła się z 
pokoju i udała korytarzem do Wieży Śmiałków. 

Pani  Bothild  jeszcze  nie  wstała,  ale  służące  napaliły  już  w  palenisku,  i  w 

komnacie  powoli  się  ocieplało.  Przez  chwilę  Ingebjorg  stała  nieruchomo  na 
środku pomieszczenia, niepewna, co ma robić. Przykro jej było się przyznać do 
tego,  że  obawia  się  własnego  męża.  Ale  pociemniałe  spojrzenie  Turego 
utwierdzało ją w przekonaniu, że jej strach jest uzasadniony. 

Pomyślała  o  pannie  Adalis,  o  jej  rozpromienionych  oczach,  zarumienionych 

policzkach i łagodnej naturze. Jak zareaguje, gdy się dowie, że jej adorator jest 
żonaty? 

A czy ja będę w stanie znieść to, że mój mąż zaspokaja swe żądze w ramionach 

innych  kobiet,  gdy  go  najdzie  na  to  ochota?  Czy  w  ogóle  można  się  do  tego 
przyzwyczaić? 

Pokręciła gwałtownie głową. Nie, nie da się przywyknąć do czegoś, co sprawia 

taki ból. Gdyby był odpychającym starcem, którego poślubiła pod przymusem, za-
pewne  myślałaby  inaczej.  Ale  przecież  doznała  w  jego  objęciach  miłosnych 
uniesień, gasiła jego tęsknotę i czerpała rozkosz z jego pieszczot. Nie da się tego 
tak  po  prostu  przekreślić.  Pomimo  wszystko  nadal  go  kochała,  tęskniła  za  jego 

TLR

background image

bliskością i pragnęła zbudować związek podobny do związku jej rodziców, którzy 
byli sobie wierni, oddani i szanowali się nawzajem. 

Otworzyły się drzwi i Ture oznajmił od progu: 
—  Okłamałaś  mnie,  Ingebjorg.  Dowiedziałem  się  od  strażników,  że  długo 

rozmawiałaś  z  rycerzem  Darre  przed  odjazdem  z  Gildeskalgard,  a  potem 
jechaliście konno obok siebie daleko za innymi, tak pochłonięci rozmową, że poza 
sobą nie widzieliście świata. 

— To nieprawda. Jak ci mówiłam, Darre zapytał tylko, czy coś mi się stało, a ja 

mu  odpowiedziałam,  że  jestem  zmęczona.  Potem  pojechałam  sama  za  panną 
Adalis, by usłyszeć, czy naprawdę jesteś tym mężczyzną, w którym się zakochała. 
A potem... 

Nie dokończyła, bo Ture jej przerwał, pytając podniesionym głosem: 
— Pojechałaś za nią, żeby wypytywać o mnie? 
Ingebjorg  zmusiła  się,  by  popatrzeć  mu  prosto  w  oczy,  i  skinąwszy  głową, 

odrzekła stanowczo: 

— Owszem. 
— Na co ty sobie pozwalasz? 
Twarz mu poczerwieniała. Rozgniewany, skierował Imi niej swe kroki. Podniósł 

rękę i pewnie wymierzyłby jej policzek, gdyby nie powstrzymało go wejście pani 
Bothild 

— A co się tu dzieje? — zapytała ostro żona ochmistrza. 
— Nic takiego, pani. Udzielam jedynie reprymendy mojej małżonce — odrzekł 

drżącym z gniewu głosem. Proszę opuścić z laski swojej komnatę. 

—  Panie  Ture,  zdaje  się,  że  nie  do  końca  zdajesz  sobie  sprawę  z  tego,  że 

znajdujesz się w mojej komnacie. 

— Nie obchodzi mnie to! 
— Ale mnie obchodzi. — Jej głos zabrzmiał tak stanowczo i władczo, że Ture 

na chwilę stracił rezon. 

— Przejdź do swej pracowni, Ingebjorg — rozkazał, wy raźnie poirytowany. 
—  Nic  z  tego,  panie  Ture  —  ciągnęła  pani  Bothild  spoglądając  na  niego  z 

ukosa.  —  Wezwałam  panią  Ingebjorg,  ponieważ  muszę  z  nią  o  czymś  pilnie 
pomówić. 

Odwrócił się zdumiony do żony ochmistrza. 
Ma taką minę, jakby po raz pierwszy się zdarzyło, że ktoś mu się sprzeciwił, 

pomyślała  Ingebjorg,  która  stała  nieruchomo  i  obserwowała  z  rosnącym 

TLR

background image

niepokojem próbę sił pomiędzy tymi dwojgiem. Jakież było jej zdziwienie, gdy 
mąż odwrócił się na pięcie i wybiegł z komnaty, zatrzaskując z hukiem drzwi. 

Pani Bothild odetchnęła z ulgą i zapytała: 
—  Chodziło  mu  o  uroczystości  świętej  Łucji?  Tak  go  zdenerwowało,  że 

pojechałaś do miasta? 

Ingebjorg pokiwała tylko głową, nie miała siły opowiadać o pannie Adalis. 
— To właściwie moja wina. Nakłonię Orma, by z nim porozmawiał i wyjaśnił 

mu, że to ja cię namówiłam, byś pojechała z nami do miasta. 

— Powiedziałam mu o tym, ale nic to nie pomogło. 
Pani Bothild zmarszczyła czoło. 
— Co on sobie w ogóle wyobraża? Że kim jest? 
—  Zakazał  mi  rozmawiać  z  rycerzem  Darre,  tymczasem  od  któregoś  z 

drużynników dowiedział się, że jechaliśmy z Darrem obok siebie i rozmawialiśmy 
w drodze powrotnej. 

Pani Bothild jęknęła. 
— I to wszystko? 
— Tak — odparła Ingebjorg, spuszczając wzrok. 
— Wybierasz się dziś do klasztoru na Hovedoen? 
— Zamierzałam, ale teraz to już nie wiem, czy mi będzie wolno. 
— Oczywiście, że się tam udasz. Brat Eilif cię oczekuje. Nie wypada sprawić 

mu  zawodu.  Myślę  sobie  nawet,  że  będzie  lepiej  dla  ciebie,  jeśli  na  trochę 
znikniesz  z  Akersborg.  Ja  tymczasem  porozmawiam  z  Ormem.  Wyczuwam,  że 
Ture się z nim liczy, w przeciwieństwie do innych, których ma za nic. Poczekaj 
tutaj. Poślę kogoś do stajni i dowiem się, czy twoi strażnicy będą gotowi, żeby 
ruszyć w drogę nieco wcześniej niż zwykle. Każę zapakować jedzenie dla ciebie, 
żebyś nie musiała czekać do śniadania. 

Ingebjorg posłała żonie ochmistrza niespokojne spojrzenie. 
Naprawdę  powinnam  czym  prędzej  opuścić  twierdzę?  —  zastanawiała  się, 

kręcąc lekko głową. Chyba nie jest aż tak źle? 

 

Rozdział 12 

 

Kiedy Ingebjorg weszła do izby gościnnej w klasztorze Hovedoen, brat Eilif 

stał tyłem do niej i czyścił pędzle. 

TLR

background image

—  O,  jesteś  —  odezwał  się,  nie  odwracając  głowy.  —  Bałem  się,  że  nie 

przybędziesz. 

— Dlaczego się obawiałeś, bracie? — spytała Ingebjorg z nagłym niepokojem, 

że mnich „widział" to wszystko, co ją spotkało. 

Odwrócił ku niej twarz i, popatrzywszy łagodnie, rzekł: 
—  Życie  jest  jak  gęsto  zarośnięty  las,  panno  Ingebjorg.  Każdy  musi  sam 

utorować sobie w nim drogę, mimo że ciernie kaleczą i ranią. 

Napotkawszy spojrzenie staruszka, uświadomiła sobie, że przejrzał ją na wylot 

i czyta w niej jak w otwartej księdze. 

— Chcesz powiedzieć, że nie da się obejść trudności? Znaleźć ścieżki, gdzie 

nie kłują ciernie? 

—  Właśnie.  Ale  można  sobie  torować  drogę  różnymi  sposobami.  Jedni  prą 

naprzód, depcząc wszystko, co napotkają, inni stąpają ostrożnie. Nikogo jednak 
nie ominie ten trud. 

Odwrócił się i dodał lżejszym tonem: 
—  Dziś  poświęcimy  czas  na  motywy  zwierząt  i  kwiatów.  Na  początek 

spróbujesz wzorować się na mnie, a potem będziesz mogła malować po swojemu. 
Nie  wolno  ci  jednak  zapominać  o  najważniejszym:  zwierzęta  i  kwiaty  mają 
wyglądać jak najbardziej naturalnie. 

Ingebjorg zasiadła przy pulpicie, on podał jej pergamin, pędzle i farbę. 
— Niektórzy malują ludzi tak, że przypominają drewniane kukiełki — dodał z 

pogardą. — A mnie zależy, by człowiek wyglądał jak człowiek. 

Starała  się  jak  mogła,  odwzorować  kwiaty  i  zwierzęta  namalowane  przez 

mnicha, i ku swej radości stwierdziła, że jej się to udało. 

Brat Eilif pokiwał głową z aprobatą. 
— Pamiętasz, co ci mówiłem, panno Ingebjorg? Nosisz w sobie talent. Używaj 

nieco  mocniejszych  kolorów  na  zewnętrznych  brzegach  płatków,  a  im  bliżej  , 
środka  rozjaśniaj  stopniowo,  wówczas  wydobędziesz  głębię.  Ptak  może  mieć 
nieco ostrzejszy dziób, nieco dłuższy ogon i cieńsze nogi. — A po chwili dodał już 
innym tonem: — Poza tym możesz pozdrowić Sigurda Haftorssona, ale zaznacz, 
że  jeszcze  długo  nic  nie  obejrzy.  Jesteś  zdolna,  co  do  tego  nie  ma  żadnych 
wątpliwości, ale to ja zadecyduję kiedy, kto i gdzie zobaczy twoje dzieła. 

Ingebjorg  zerknęła  na  niego  pośpiesznie  i  z  jego  miny  wywnioskowała,  że 

mnich,  pomimo  wieku,  nie  da  sobą  sterować,  i  nie  ulegnie  naciskom  nawet 
najbogatszych  magnatów  w  kraju.  Nie  dawało  jej  jednak  spokoju,  z  jakiego 

TLR

background image

powodu  oczy  łagodnego  mnicha  ciemnieją  na  wspomnienie  o  Sigurdzie 
Haftorssonie? 

Dzień  upłynął  jej  nie  wiadomo  kiedy.  Zdumiała  się,  gdy  dobiegł  końca. 

Chętnie malowałaby do późnego wieczora. 

— Jest już za ciemno, panno Ingebjorg. O tej porze roku dni są krótkie, ale na 

wiosnę będziesz mogła siedzieć i malować, jak długo zechcesz. Mam nadzieję, że 
pojawisz się jutro? 

Zerknął na nią przelotnie, a Ingebjorg miała odczucie, że w jego pytaniu kryje 

się większa niepewność, niż próbuje temu dać wyraz. 

— Będę przyjeżdżała tak często, jak zechcesz mnie widywać, bracie Eilifie. 
— Tak często, jak ci mąż pozwoli. 
Ingebjorg umknęła spojrzeniem. 
— Ciężko się żegluje pod wiatr, panno Ingebjorg, ale t\ przecież nie należysz 

do tych, co zawracają, gdy zrywa się sztorm. 

W  drodze  powrotnej  do  Akersborg  Ingebjorg  siedziała  w łodzi,  rozmyślając 

nad słowami brata Eilifa. Zatrważają ce, ile ten staruszek o niej wie, a może tylko 
się domyśla. 

Co miał na myśli, mówiąc o sztormie? — zastanawiała się z lękiem. — Czyżby 

potrafił zobaczyć przyszłe zdarzenia i przewidział czekające ją kłopoty? 

Westchnęła ciężko. Co pomoże jej odwaga w żeglowaniu, skoro to Ture ma 

nad nią całkowitą władzę. Brat Eilif oczekuje od niej, że nie zawróci, jednak jak 
będzie  mogła  żeglować  dalej,  skoro  dostrzega  na  horyzoncie  burzę?  Staruszek 
powinien wiedzieć, jakie to niebezpieczne. 

Jej  strażnicy  jak  zwykle  wiosłowali  w  milczeniu,  nie  odzywali  się  też  po 

zejściu  na  ląd.  Wiał  lodowaty  wiatr  od  północnego  wschodu,  a  w  powietrzu 
unosiły się drobne płatki śniegu. Ciężkie, ołowiane chmury nadciągały powoli od 
strony Eikaberg, zapowiadając w nocy śnieżycę. Ingebjorg zatrzęsła się z zimna i 
potarła zlodowaciałe palce. Miała nadzieję, że fiord tak szybko nie zamarznie, bo 
musiałaby przerwać wyprawy do klasztoru na wyspie do czasu, póki lód nie będzie 
dość gruby i mocny, by można po nim chodzić. 

Gdy  strażnicy  wciągali  na  ląd  łódź  i  odkładali  na  miejsce  wiosła,  ruszyła 

powoli  w  górę  ku  twierdzy.  Przystanęła  raptownie,  bo  do  jej  uszu  doleciały 
dźwięki fletu. Jak zauroczona wsłuchiwała się w czyste tony, przenikające przez 
huk  fal  uderzających  o  brzeg  i  poświstywanie  wiatru.  Rozejrzała  się  wokół  w 
nadziei, że zobaczy tego, który gra na instrumencie, ale bezskutecznie. 

TLR

background image

Strażnicy dogonili ją i już miała ruszyć z nimi, gdy nagle rozpoznała melodię z 

dzieciństwa, której nauczył ją ojciec. On zaś usłyszał ją po raz pierwszy jako mały 
chłopiec od staruszka, niewolnika z obcego kraju. Nie 

Iiyla  to  znana  melodia.  Nie  słyszała  jej  nigdzie  poza  N.rmundgard,  a 

odwiedzający ich dwór goście zawsze / podziwem przysłuchiwali się, gdy grał ją 
na flecie ojciec lub ona. Znała zresztą nawet tekst tej pieśni w obcym języku. 

Zrobiło to na niej tak silne wrażenie, że bezwiednie zapytała strażników: 
— Kto to gra? 
Ci  odwrócili  się  i  przysłuchiwali  się  przez  chwilę,  po  czym  wzruszyli 

ramionami i dali znak, by iść dalej. 

— To jest pieśń, której nauczył mnie ojciec, gdy byłam mała. Nie słyszałam tej 

melodii od wybuchu epidemii dżumy. 

Jeden  ze  strażników  wykonał  niecierpliwy  gest,  jakby  chciał  jej  nakazać 

milczenie. 

Ingebjorg  często  się  zastanawiała,  czy  to  Ture  zakazał  im  z  nią  rozmawiać. 

Wiedziała, że nie są niemi ani głusi, bo czasem słyszała z ich ust jakieś pojedyncze 
słowa. Po ich  minach poznała teraz, że czeka ich kara, jeśli nie zaprowadzą jej 
prosto do twierdzy. Niechętnie więc ruszyła za nimi. 

Dźwięki  fletu  zabrzmiały  wyraźniej,  gdy  dotarli  do  mostu  zwodzonego. 

Rozglądała się dokoła w nadziei, że zorientuje się, skąd dochodzą, ale gdy tylko 
weszli do Wieży Dziewicy, dźwięk ucichł. 

W jej głowie jednak nadal pobrzmiewała muzyka, co przedziwnie poprawiło 

jej  nastrój.  Nagłe  nabrała  ochoty,  by  sięgnąć  po  swoje  flety  i  sprawdzić,  czy 
potrafiłaby jeszcze zagrać tę melodię. 

Udała się wprost do Wieży Śmiałków, by dowiedzieć się od pani Bothild, gdzie 

jest Ture. 

Żona ochmistrza siedziała w komnacie sama i szyła coś w blasku dwóch lamp. 
— Za ciemno, pani, byś ślęczała nad tak misternym ściegiem — stwierdziła 

Ingebjorg. 

— To prawda, ale nie znoszę próżnować. 
— Może lepiej byś siadła do krosien? Przy tkaniu nie potrzeba tyle światła. 
— Nigdy nie nauczyłam się tkać. 
Ingebjorg popatrzyła na nią z niedowierzaniem. 
— Nie nauczyłaś się, pani? Sądziłam, że wszystkie kobiety potrafią tkać. 
— W wyższych sferach uważa się, że to zajęcie dla służących. 
— Mogę cię, pani, nauczyć. 

TLR

background image

— Chciałabyś? — Pani Bothild rozpromieniła się. 
Ingebjorg przytaknęła z uśmiechem i dodała po cichu: 
— Wiesz, pani, gdzie oni są? 
Pani Bothild pokręciła głową. 
— Wyjechali rankiem zaraz po tym, jak odpłynęłaś na Hovedoen, i do tej pory 

nie wrócili. 

— Ture coś mówił? 
— Był wściekły. Powiedziałam mu, że to ja kazałam ci jechać, by brat Eilif nie 

musiał na ciebie czekać. 

—  Dziękuję  —  odparła  i  westchnęła  ciężko.  —  Zdaje  się,  że  po  powrocie 

będzie zły na nas obie. 

—  Obawiam  się,  że  masz  rację  —  odparła  pani  Bothild,  odkładając  na  bok 

szycie i podniosła się z krzesła. — Ale nie myślmy teraz o tym. Poproszę służące, 
by nakryły do stołu. Posilimy się. 

— Usłyszałam coś dziwnego, gdy zeszliśmy na ląd — opowiedziała Ingebjorg 

nieco później, gdy już zasiadły do stołu. — Ktoś grał na flecie. 

— Na dworze, w tę śnieżycę? 
—  Też  mnie  to  zdumiało.  Rozglądałam  się  na  wszystkie  strony,  ale  nie 

dostrzegłam grajka. 

— Osobliwe. 
— Ale najdziwniejsze jest to, że rozpoznałam melodię. Nauczyłam się jej w 

dzieciństwie  od  mojego  ojca,  on  zaś  znał  ją  od  starego  niewolnika  z  jakiegoś 
obcego kraju. Nigdy nie słyszałam, by ktoś poza moim ojcem grał tę melodię. 

Pani Bothild przysłuchiwała się z zaciekawieniem i spytała: 
— Czy nadał grywasz na flecie? 
— Ojciec kupił mi dwa, cenne flety zrobione z kłów morsa i na nich uczyłam 

się grać. Ale po jego śmierci nawet ich nie tknęłam. Nie  mogłam nawet  na nie 
patrzeć.  Przypomniałam  sobie  o  nich  dopiero,  gdy  zostały  wymienione  w 
testamencie mamy pośród innych przedmiotów, które otrzymałam w spadku. 

— Może to jakiś znak, żebyś znów zaczęła grać? 
Ingebjorg popatrzyła na nią zdumiona. 
— Znak od Boga? 
— Tak. Nikogo przecież nie widziałaś, a melodię, jaką usłyszałaś, znał tylko 

twój ojciec i ty. 

—  Myślisz,  pani,  że  to  mój  ojciec...  —  umilkła,  czując,  jak  przeniknął  ją 

dreszcz. 

TLR

background image

Pani Bothild przykryła swą dłonią jej dłoń. 
— Zmarli troszczą się o nas, Ingebjorg. Twój ojciec widzi, że nie zawsze jest ci 

lekko, i chce ci pomóc. 

Ingebjorg pokiwała głową. Może pani Bothild ma rację? Trudno znaleźć inne 

wytłumaczenie. Na brzegu i w drodze do Wieży Dziewicy prócz niej i strażników 
nie było żywej duszy. 

— Chyba poszukam moich fletów — mruknęła, uświadamiając sobie powoli, 

że być może znów doznała jakiegoś objawienia. 

Resztę wieczoru spędziła z panią Bothild i opowiedziała jej o swym pobycie u 

brata Eilifa. Żona ochmistrza przysłuchiwała się jej z uwagą i uśmiechała z dumą, 
dowiedziawszy  się  o  tym,  jak  mnich  pochwalił  Ingebjorg.  Ingebjorg  nie 
wspomniała  jedynie  o  tym,  co  brat  Eilif  mówił  o  Sigurdzie  Haftorssonie. 
Właściwie nie wiedziała, z jakiego powodu zatrzymała to dla siebie. 

Zmęczone po poprzednim dniu, postanowiły wcześniej położyć się spać. 
Kiedy Ingebjorg wróciła do siebie, była mile zaskoczo na, bo służące napaliły 

w kominku, mimo, że pomieszczenie stało cały dzień puste. Nabrała ochoty, by od 
razu poszukać instrumentów. Ożywiona podeszła do skrzy ni, uklękła i podniosła 
wieko. Jej wzrok padł na białego króliczka i ubranko z bordowego aksamitu, które 
należało  do  małego  Eirika.  Wzięła  do  ręki  obydwa  przedmioty  i  całkiem 
zapomniała  o  fletach.  A  więc  taki  był  duży,  pomyślała  rozkładając  ubranko  na 
kolanach  i  przyglądając  się  mu  uważnie.  Następnie  uniosła  i  przybliżyła  do 
twarzy, by wciągnąć w nozdrza zapach dziecka. 

— A czym ty się zajmujesz? 
Usłyszawszy  głos  Turego,  Ingebjorg  była  tak  zaskoczona,  że  na  moment 

zamarła.  A  gdy  się  odwróciła,  ujrzała  męża,  który  przyglądał  jej  się  ukryty  za 
kotarą. Musiał wrócić, nie zawiadomiwszy o tym nikogo, i skierował się wprost do 
sypialni. 

Podniosła się powoli, nie wiedząc, co mu odpowiedzieć. 
— Pytam się, co robisz? — powtórzył głosem zwiastującym gniew. 
— Ja... szukałam tylko moich fletów ale... zaintrygowało mnie coś innego. 
Z twarzą wykrzywioną ze złości zbliżył się do niej. 
— To zabawka i ubranko z dzieciństwa, które schowałam... 
Bez słowa wyrwał jej z rąk czerwone ubranko i obejrzawszy, stwierdził: 
— Ubierali cię jak chłopca? 
— To... ubranko po moim zmarłym starszym bracie... 
Sama słyszała, jak mało wiarygodnie to zabrzmiało. 

TLR

background image

Ludzie o takiej pozycji społecznej jak jej rodzice nie ubieraliby swej jedynej 

córki w ubranka po starszym bracie. 

— Spodziewasz się, że ci uwierzę? 
— To prawda. 
Jego pięść wylądowała na jej ustach i nosie. 
Potrząsając nią, wykrzykiwał: 
— Kłamiesz! Nic tylko mnie okłamujesz, od pierwszego naszego spotkania nie 

robisz nic innego. Nie zapomniałaś zabrać fletów z Wieży Dziewicy. Pokojowa 
Kirsten mówiła, że nigdy ich nie miałaś w swojej sypialni. Nie trzymałaś się też z 
dala  od  tego  twojego  rycerzyny  w  drodze  powrotnej  z  miasta,  a  przed 
Gildeskalgard długo z nim rozmawiałaś, mimo że ci tego zabroniłem. Ile jeszcze 
muszę znieść? 

Ingebjorg była tak wzburzona, że zapomniała ostrożności. 
— Kto ci powiedział, że rozmawiałam z nim przed Gildeskalgard? 
— A jak myślisz? 
— Mogła to być jedynie panna Adalis lub ktoś z towarzyszących jej osób. 
— I co z tego? 
Ingebjorg zacisnęła mocno zęby i zatrzęsła się z gniewu. 
— Od teraz zabraniam ci opuszczać  mury Akersborg,  a jeśli choć jeden  raz 

usłyszę, że rozmawiałaś z rycerzem Darre lub innymi rycerzami, wymierzę ci karę 
cielesną, tak byś to boleśnie odczuła. 

Ingebjorg  wiedziała,  że  się  naraża,  ale  nie  mogła  się  powstrzymać  przed 

stwierdzeniem: 

— Natomiast ty będziesz sobie robił to, na co ci przyjdzie ochota. 
Kolejny cios był tak silny, że z nosa i z ust popłynęła jej krew. 
— Na co ty sobie pozwalasz? Wciąż do ciebie nie dotarło, że jestem twoim 

panem  i  mistrzem?  Że  mogę  robić  z  moją  żoną,  co  mi  się  żywnie  podoba? 
Rozbieraj się! Pokażę ci, jak należy karać niepokorne niewiasty. 

Ingebjorg zrozumiała, że opór nie ma sensu, Ture jest zbyt silny. Nikt zresztą 

nie odważy się wtrącić 

skrytykować go za to, jak traktuje swoją żonę. Podobnie postępowali wszak 

inni magnaci. Pani Bothild wykazała dużą odwagę, przywołując go do porządku, 
ale miała prawo, bo działo się to w jej komnatach. I raz Ture jest u siebie i może 
robić, co mu się żyw m. podoba. 

Dygocząc,  ściągnęła  z  siebie  ubrania  i  stanęła  przed  nim  naga  w  lodowatej 

sypialni,  oczekując  kary.  Drzwi  do    komnaty  z  kominkiem  zostały  zamknięte. 

TLR

background image

Wychłosta  ją.    Mimowolnie  przypomniała  sobie  rozmównicę  pani  Thory  i 
wywołujące  straszny  ból  razy.  Zacisnęła  powieki,  próbując  odgrodzić  się  od 
przeraźliwego wspomnienia. 

— Kładź się do łóżka! — rozkazał, a ona nie odważyła się sprzeciwić. 
Siadł na niej okrakiem, a ona doznała zdumienia, wyczuwając wybrzuszenie u 

dołu  tuniki.  Ostatnie,  czego  by  się  spodziewała,  to  że  może  jej  teraz  pożądać. 
Uniósł tunikę i zauważyła, że nie ma nic pod spodem. Wdarł się w nią brutalnie. 
Nie  widziała  go  jeszcze  tak  rozochoconego,  zupełnie  jakby  gniew  i  zazdrość 
wyostrzyły mu zmysły. Jej ciało jednak zupełnie nie reagowało na jego bliskość. 
Zziębnięta i przerażona wiła się z bólu i pojękiwała, ale to tylko wzmagało jego 
pożądanie. Dysząc i charcząc, wbijał się w nią, a ona pragnęła jedynie, by doznał 
spełnienia i skończył się ten koszmar. 

Ku  jej  przerażeniu  to  nie  nastąpiło.  Klnąc  i  złorzecząc,  wysunął  się  z  niej  i 

położywszy  się  na  wznak,  zmusił,  by  go  dosiadła  i  dalej  posuwał  ją  boleśnie  i 
gwałtownie. Ingebjorg nie potrafiła pojąć, że kiedykolwiek było jej z nim dobrze. 

Ponieważ  nadal  nie  udało  mu  się  dokończyć  stosunku,  zażądał,  by  wstała  z 

łóżka i oparła się o ścianę. Zmusił, by trzymała ręce na plecach i zacisnęła uda, a 
gdy doznał spełnienia, zaśmiał się tym swoim zimnym, bezdusznym śmiechem i 
skwitował: 

— Najlepiej brać je siłą. 
Po czym otwartą dłonią wymierzył jej parę klapsów i odgarnąwszy jej włosy, 

szepnął do ucha: 

— To tylko przedsmak tego, co cię czeka, jeśli nie zaczniesz wreszcie słuchać 

swojego pana. 

Następnie odwrócił się od niej i wyszedł z sypialni. 
Ingebjorg usiłowała się ubrać, nie chciała leżeć w łóżku nago. Bała się, że Ture 

zaraz  wróci  i  dalej  będzie  ją  dręczył.  Dygotała  na  całym  ciele,  bolało  ją 
podbrzusze, a ręce trzęsły jej się tak, że ledwie zdołała włożyć na siebie suknię. 
Jeśli  tak  ma  wyglądać  moje  życie,  to  wolę  umrzeć,  pomyślała  w  chwili 
bezsilności. 

Łzy  jej  popłynęły  po  policzku,  gdy  przypomniała  sobie  słowa  brata  Eilifa: 

„Ciężko się żegluje pod wiatr, panno Ingebjorg, ale ty przecież nie należysz do 
tych, co zawracają, gdy zrywa się sztorm". 

Uniosła  głowę  i  wpatrując  się  w  półmrok,  poczuła,  jak  rodzi  się  w  niej 

przekora. 

TLR

background image

Nie pozwolę mu zniszczyć swojego życia! — postanowiła. — Będę wytrwale 

pracować  i  nauczę  się  tak  dobrze  malować,  że  będę  się  mogła  sama  utrzymać. 
Może przejmę warsztat iluminatora w mieście. A jeśli prawo nie zezwoli mi odejść 
od niego, to będziemy żyli osobno, każdy sobie. 

Równie szybko, jak rozbłysła w niej iskra odwagi, tak i zgasła. 
Ture nigdy mi nie pozwoli mieszkać osobno. Nie zrezygnuje ze mnie, nawet 

jeśli  będzie  się  zabawiał  z  innymi  kobietami.  Jeśli  nie  z  innego  powodu,  to 
zatrzyma mnie po to, by demonstrować swą władzę. 

— Muszę znaleźć jakieś wyjście — wymamrotała, w ubraniach kładąc się pod 

kołdrę. 

Leżała  tak  dość  długo,  przewracając  się  z  boku  na  bok,  i  dopiero  wtedy 

przypomniała sobie melodię zagraną na flecie. Trudno jej było uwierzyć, że się 
przesłyszała,  że  to  wyobraźnia  spłatała  jej  figla.  Jakoś  też  nie  dopuszczała  do 
siebie  myśli,  że  to  znak  z  Niebios.  To  nie  było  objawienie,  tak  jak  wtedy  w 
klasztorze czy przy grobie synka. Cała melodia została dograna do końca. Była 
przekonana, że to człowiek z krwi i kości wydobywał dźwięki z instrumentu. Skąd 
jednak znał tę rzadką melodię? Była pewna, że ojciec nie nauczył jej grać nikogo 
innego Kto tu, w twierdzy, może więc ją znać? Tu nie ma niewolników z dalekich 
krajów, są co najwyżej poddam króla Szwecji. 

Wpatrywała się w mrok. 
— Muszę się tego dowiedzieć — mruknęła do siebie. Niezależnie od tego, co 

zrobi Ture, zbadam tę tajemnicę 

Ta myśl przyniosła jej pociechę. 

Rozdział 13 

 
Kiedy Ingebjorg wstała następnego ranka, nie spotkała Turego. Najwyraźniej 

spędził noc poza małżeńską sypialnią. 

Nie pojmowała zachowania męża. Zarówno tym razem, jak i poprzednio, nie 

dążył do tego, by sobie wszystko wyjaśnili. Nawet nie próbował się dowiedzieć, 
gdzie  naprawdę  była,  gdy  wybiegła  przerażona  z  Ciemnego  Korytarza.  Nie 
zadawał  wielu  pytań  o  zabawkę  i  dziecinne  ubranko.  On  chciał  ją  przede 
wszystkim ukarać. 

TLR

background image

Gdy tylko weszła do komnaty, pani Bothild odwróciła się natychmiast w jej 

stronę  i  marszcząc  brwi,  przyjrzała  się  uważnie.  W  oczach  żony  ochmistrza 
Ingebjorg dostrzegła smutek. 

— Muszę przyznać, Ingebjorg, że od początku nie miałam o nim najlepszego 

mniemania, ale obawiam się, że jest o wiele gorszy, niż myślałam. 

Ingebjorg spuściła wzrok, a policzki zapłonęły jej ze wstydu. 
— Bił cię? 
— Nie tak mocno. 
— Domyślam się, że wolisz o tym nie mówić, ale twoja twarz zdradza rozpacz. 

Mogę cię pocieszyć, że przez jakiś czas będziesz miała spokój. Twój mąż pojechał 
dziś do Szwecji i wróci dopiero po świętach. 

Ingebjorg podniosła głowę i zapytała zdumiona: 
— Już pojechał? 
—  Tak,  łaska  boska.  Ale  przykazał  surowo  strażnikom,  by  pilnowali  cię  na 

każdym kroku i uważali, z kim rozmawiasz. 

— Zupełnie jakbym była więźniem. 
— Pomyślałam sobie dokładnie to samo — odparła, patrząc nieco łagodniej. — 

Miejmy nadzieję, że twój mąż z czasem się zmieni, Ingebjorg. Może, gdy urodzisz 
mu dziecko. 

Ingebjorg znów się zarumieniła. 
Pani Bothild uniosła brwi i zapytała: 
— Czyżbyś miała przede mną jakieś tajemnice? 
— Nie wiem, trochę opóźnia mi się miesięczne krwawienie. 
—  W  takim  razie  módlmy  się,  by  to  była  prawda.  Mężczyźni  są  pod  tym 

względem dość dziwni. Zwykle łagodnieją, dowiedziawszy się, że pojawi się na 
świecie ktoś, kto jest ich częścią. 

Rozległo się pukanie i przez uchylone drzwi zajrzał strażnik, mówiąc: 
— Mam list dla pani Ingebjorg. 
Obie kobiety popatrzyły na niego zdumione. 
— Może to od brata Eilifa — rzuciła pani Bothild. 
— Mam nadzieję, że się nie rozchorował — mruknęła Ingebjorg, odbierając 

list.  Byłaby  zawiedziona,  gdyby  nie  mogła  odwiedzać  mnicha.  W  napięciu 
przeczytała list: 

„Wybacz mi. Już za tobą tęsknię. Twój oddany małżonek, Ture". 
Ingebjorg  wpatrywała  się  w  wykaligrafowany  list    nie  pojmując  zrazu  tych 

paru słów. Po chwili jednak jej ciało przeniknęła fala ciepła. Ture żałuje, prosi o 

TLR

background image

wybaczenie  i  wyznaje,  że  za  nią  tęskni.  Nie  jest  z  gruntu  zły,  tylko  po  prostu 
strasznie zazdrosny i nie może znieść nawet myśli, że inni mężczyźni mogliby jej 
pożądać. 

— Jakieś złe wieści? — zapytała zatroskana pani Bothild. 
Ingebjorg uśmiechnęła się i zwinąwszy pergamin, powiedziała: 
— Nie, to od Turego. Pisze, że już za mną tęskni. 
Pani  Bothild  nie  skomentowała  tego,  ale  Ingebjorg  zdążyła  zauważyć  jej 

ponurą  minę,  zanim  żona  ochmistrza  odwróciła  się,  by  zawołać  jedną  ze 
służących. 

Ona  tego  nie  rozumie,  ponieważ  nie  wie,  jaki  cudowny  potrafi  być  czasem 

Ture, pomyślała ze smutkiem. 

Śnieg padał przez całą noc, ale strażnicy z garnizonu twierdzy pilnowali, by 

dziedziniec  był  odśnieżony.  Ingebjorg  obawiała  się,  że  jej  „opiekunowie" 
odmówią wiosłowania w taką pogodę, ale na szczęście czekali na nią przy moście 
zwodzonym. 

Zmarzli i przemokli, płynąc przez fiord. Mokry śnieg zwiastował ocieplenie. 
Do brzegu dopłynęli niemal równocześnie z inną łodzią, wypełnioną rybami. 

Strażnicy  znali  chyba  rybaka,  bo  ucięli  sobie  z  nim  pogawędkę.  Przygarbiony 
starzec z twarzą porytą zmarszczkami i naznaczoną wiatrem, aż posiniał z zimna. 
Ingebjorg miała nadzieję, że biedak ogrzeje się trochę w klasztorze, zanim ruszy w 
drogę powrotną. 

Gdy  weszła  do  izby  dla  gości,  opowiedziała  o  tym  bratu  Eilifowi,  który 

uśmiechnął się i odpowiedział: 

— Stary rybak Jonas na pewno tu chwilę zabawi. Dostarczane przez niego do 

klasztoru  ryby,  to  opłata  za  dzierżawę  wyspy,  na  której  mieszka,  a  która  jest 
własnością klasztoru. 

Chodzi o Wyspę Wilków w Bunnefjorden. 
— Są tam wilki? 
Zaśmiał  się.  Rzadko  widywała  roześmianego  brata  l.ilifa.  Jego,  poryta 

zmarszczkami,  twarz  wydawała  się  jeszcze  bardziej  pomarszczona,  a  uśmiech 
obnażał braki w uzębieniu. 

— Owszem są. Kiedyś nawet Jonas musiał się skryć pod odwróconą do góry 

dnem łodzią, by ratować życie przed wilkami, które goniły za nim po lodzie. 

Ingebjorg wzdrygnęła się. 
— Mieszka sam na wyspie? 

TLR

background image

— Nie, jest tam jeszcze jedna rodzina rybaków. Wyspa jest porośnięta w dużej 

części przez rośliny, które przywieźli ze sobą na wyspę mnisi. Nawet wiązy się 
tam przyjęły. Masz dobre serce, panno Ingebjorg — dodał jednym tchem. — Nie 
każdy okazałby współczucie staremu, zziębniętemu rybakowi. 

Wyjął skrzynkę, w której przechowywał farby, ołówek, liniał, różne pędzle i 

maleńki nożyk do mieszania farb, po czym oznajmił: 

—  Dziś  spróbujemy  namalować  literę  i  ozdobimy  ją  obrazkiem.  Może 

zaczniemy od A. 

Szukał wśród zrolowanych pergaminów i rozwinął jeden z nich. 
Ingebjorg zdziwiła się, gdy ujrzała inicjał. Była pewna, że już gdzieś widziała 

takie A, ozdobione roślinami i liśćmi, które wypluwał z pyska straszny potwór. 
Między  nóżkami  litery  znajdował  się  obraz  mężczyzny,  podającego  dokument 
innemu. 

Czyżbym widziała taki inicjał w jakiejś księdze w Nonneseter? — zastanawiała 

się,  i  nagle  ją  olśniło.  Przecież  takim  A  zaczynał  się  list,  który  znalazła  przy 
zmarłym ojcu! Uświadomiwszy to sobie, poczuła, jak krew jej uderza do głowy. 
Przez  moment  zastanawiała  się,  czy  powiedzieć  o  tym  mnichowi.  Może  to 
przypadek, a może dowód na to, że brat Eilif wie o liście? 

Mimowolnie  powiodła  wzrokiem  na  jego  palce,  ale  nie  zauważyła  sygnetu. 

Pewnie  mnichom  nie  wolno  nosic  pierścieni,  pomyślała  natychmiast  o  tym,  że 
opat  Arnulf  cieszy  się  łaską  króla,  było  powszechnie  wiadomo.  To  on  wraz  z 
innymi  dostojnikami  kościelnymi  zaświadczył  o  ślubnym  podarunku  króla 
Magnusa  dla  królowej  Blanki  i  odnowił  zobowiązani.  Norwegii,  że  ów  dar 
zostanie  przekazany  na  jej  korzyść  On  także  w  imieniu  króla  był  wysyłany  z 
różnymi misja mi do obcych krajów, a jego poprzednik, opat Laurenty, przebywał 
przez  dłuższy  czas  na  dworze  papieskim  jako  królewski  wysłannik.  Królowie 
zawsze ufali opatom, traktowali ich z szacunkiem i powierzali im różne zadania. 
Wykluczone  więc,  by  opat  Arnulf  zawiódł  króla  i  okazał  się  nielojalny  wobec 
niego. Podobnie brat Eilif. 

— Widziałam już kiedyś takie A — rzuciła ostrożnie. 
Zauważyła, że mnich zastygł i spojrzał na nią czujnie. 
— Było namalowane w  liście, który kiedyś  miał  mój  ojciec — ciągnęła. — 

Zwróciłam uwagę na ten inicjał, bo zaintrygowały mnie dwie postaci u dołu — 
zaśmiała się lekko. — Ci mężczyźni wyglądali mi na złych ludzi, ale kiedy im się 
teraz przyglądam, widzę, że nie są źli, tylko bardzo poważni. 

— A cóż to był za list, panno Ingebjorg? — spytał lekko zmienionym głosem. 

TLR

background image

Nie miała odwagi zaryzykować. Jeszcze nie. Odpowiedziała więc: 
— Nie pamiętam. 
— Ojciec miał ten list przy sobie, gdy go znaleziono martwego? 
Ingebjorg zerknęła na niego pośpiesznie. Jak zwykle, gdy mnich wykazywał 

się swoimi zdolnościami jasnowidzenia, ogarniało ją nieprzyjemne uczucie. 

Pokiwała głową, uznawszy, że nie warto kłamać, skoro brat Eilif i tak wszystko 

wie, ale nie mogła pozbyć się niepokoju. 

—  Mędrzec  powiedziałby,  że  tajemnica  jest  jak  ostryga,  która  ginie,  gdy  ją 

otworzyć. Ale może ktoś mógłby skorzystać na jej otwarciu? 

Ingebjorg bez słowa spuściła wzrok. 
Poklepał ją po ramieniu i dodał: 
—  Pozostaw  sprawy  wielmożów  im  samym,  panno  Ingebjorg.  Zdaje  się,  że 

masz dość swoich kłopotów. 

Więcej nie rozmawiali o liście, ale w głowie Ingebjorg wciąż tłukły się słowa 

brata Eilifa, gdy w inicjale malowała według wzoru potwora i dwóch poważnych 
mężczyzn. Skoro mnich naprawdę wie o istnieniu listu, a jest wierny królowi, co 
do czego Ingebjorg nie miała wątpliwości, to czy nie powinien jej doradzić, by jak 
najszybciej oddała list? Nawet jeśli martwi się o nią, to wzgląd na króla powinien 
przeważyć. 

Próbowała przestać o tym myśleć i skupić się na pracy, która była fascynująca. 

Ku swej wielkiej radości zauważyła, że to, co namalowała, niemal nie różni się od 
pierwowzoru. 

Brat  Eilif  uśmiechnął  się  zadowolony  i  pokiwał  głową  z  uznaniem,  mówiąc 

tylko: 

— Wiedziałem. 
Jak  zwykle  czas  upłynął  stanowczo  za  szybko.  Ingebjorg  była  zawiedziona, 

gdy mnich uznał, że pora kończyć, ale gdy wyszła na dwór zauważyła, że zapadł 
już.  zmierzch.  Śnieżyca  ustąpiła,  a  na  ciemnym  niebie  lśnił  blady  księżyc. 
Zastanawiała  się,  gdzie  jest  teraz  Ture,  czy  kieruje  się  ku  Szwecji,  czy  może 
zatrzymał się najpierw przy Placu Świętego Klemensa. Myśl ta sprawiła jej taki 
ból, że odsunęła ją pośpiesznie. 

W  drodze  przez  fiord  ułożyła  dłonie  na  brzuchu.  Nie  tak  dawno  nosiła  pod 

sercem małego Eirika, ale w przeciwieństwie do tamtego czasu teraz miała szczerą 
nadzieję,  że  się  nie  myli.  Może  Ture  się  zmieni,  gdy  mu  urodzę  dziecko, 
rozmyślała. Pani Bothild mówiła, że to się zdarza. 

TLR

background image

Strażnicy  pomogli  jej  zejść  na  ląd  i  wciągnęli  łódź  na  piaszczysty  brzeg, 

następnie jak zwykle odprowadzili ją pod górę do twierdzy. 

Nagle Ingebjorg przypomniały się dźwięki znajomej melodii, wygrywanej na 

flecie. Odwróciła się do jednego ze strażników i zagadnęła go: 

—  Wiem,  że  zakazano  wam  ze  mną  rozmawiać,  ale  chyba  wolno  wam 

odpowiedzieć, gdy o coś zapytam? 

Strażnik milczał, co uznała za potwierdzenie. 
—  Wczoraj,  gdy  wracaliśmy,  zatrzymałam  się  na  chwilę,  bo  usłyszałam,  że 

ktoś gra na flecie. Słyszeliście także, prawda? 

Strażnik szedł dalej, nie odpowiadając. 
W Ingebjorg aż zagotowało się od złości. 
— Musieliście chyba słyszeć dźwięki fletu! 
Strażnik przystanął, schylił głowę i czubkiem buta pogrzebał w piasku. 
— Nic nie słyszeliśmy — mruknął. 
Ingebjorg popatrzyła na niego z niedowierzaniem. 
— Nie słyszeliście? Przecież dźwięki dolatywały głośno i wyraźnie. 
Strażnik milczał. 
Ingebjorg  odwróciła  się  i  skierowała  się  w  stronę  Wieży  Dziewicy.  Czyżby 

pani  Bothild  miała  rację?  Skoro  na  flecie  nie  grał  człowiek  z  krwi  i  kości,  to 
oznacza, że był to znak z Niebios. Przesłanie. 

Postanowiła  wyjąć  flety  ze  skrzyni,  gdy  tylko  wejdzie  do  swojej  komnaty. 

Zapragnęła znów zacząć grać. Może brat Eilif, uczony mnich, pomoże jej ustalić, z 
jakiego kraju pochodzi pieśń i co oznaczają jej słowa. 

Weszła  od  razu  do  Wieży  Śmiałków,  tak  jak  miała  w  zwyczaju,  i  szybkim 

krokiem skierowała się wprost do komory królewskiej, którą obecnie zajmowała 
wraz z Turem. 

Służące  dopiero  co  napaliły  w  kominku,  a  na  stole  stała  zapalona  lampka. 

Niecierpliwym  ruchem  podniosła  wieko  skrzyni,  odłożyła  na  bok  zabawkę  i 
ubranko  małego  Eirika,  i  przeszukała  zawartość.  W  skrzyni  leżała  złożona 
starannie  zielona  suknia,  przetykana  czerwonym  jedwabiem,  którą  Ingebjorg 
miała  na  weselu  Solveig,  a  także  to  wszystko,  co  odziedziczyła  zgodnie  z 
testamentem  mamy: pozłacana i czarna szkatułka, diadem i francuskie nakrycie 
głowy,  jak  również  wiele  drobiazgów,  które  budziły  miłe  wspomnienia  i  miały 
wartość  sentymentalną,  a  które,  jak  się  obawiała,  Ture  po  prostu  by  wyśmiał. 
Jedyne, co mu pokazała, to diadem i nawet z tego sobie pokpiwał. 

TLR

background image

Klasztor Nonneseter oddał jej wszystko, czym się „zaopiekowała" pani Thora, 

nawet list z darowizną dwóch mórg, należących do Sasmundgard. Wszystko jest 
moje, pomyślała zadowolona. 

Wreszcie  odnalazła  flety.  Z  namaszczeniem  przyłożyła  instrument  do  ust  i 

zagrała  parę  dźwięków.  Ku  jej  radości  poszło  lepiej,  niż  zrazu  sądziła.  Nie 
zapomniała, jak się gra.  Wstała zadowolona, usiadła na krześle przy kominku i 
zaczęła grać jedną melodię po drugiej. 

Kiedy  już  zagrała  wszystkie  proste  melodie  ludowe,  odważyła  się  zagrać 

melodię, którą usłyszała poprzedniego wieczoru, pieśń, której przed wielu, wielu 
laty nauczył jej ojca stary niewolnik. Pamiętała trudne słowa tej smutnej pieśni. 
Ojciec nie wiedział dokładnie, co one znaczą, ale przypuszczał, że opowiadają o 
tęsknocie za ojczyzną i smutku z powodu rozstania z tymi, których się kochało. 
Postanowiła zabrać nazajutrz flet do brata Eilifa, zagrać mu melodię i zaśpiewać 
pieśń.  Może  szczęśliwym  zbiegiem  okoliczności  mnich  będzie  umiał  prze-
tłumaczyć słowa pieśni. 

Jakież było jej rozczarowanie, kiedy następnego ranka, stawiwszy się w Wieży 

Śmiałków,  dowiedziała  się,  że  nadeszła  wiadomość  z  Hovedoen,  by  nie 
przybywała. Mnich, który o tym powiadomił, nic nie wyjaśnił, powiedział jedynie, 
że da znać, kiedy brat Eilif będzie mógł wznowić nauki. 

Mimo rozczarowania, przeważył niepokój o to, co się mogło stać. Skoro brat 

Eilif, który z takim zapałem uczył ją miniatury, odwołał spotkanie, to musiał mieć 
ważny powód. 

Natychmiast pomyślała o arkuszu pergaminu z namalowanym dużym A. Może 

mnich wiedział o liście ojca i ogarnął go lęk, że i ona widziała dokument? 

Nie, to mało prawdopodobne. Wątpliwe, by stary mnich mieszał się do spraw 

magnatów i hovdingów. Z pewnością słuchał, miał swoje opinie, ale pozostawiał 
działanie  tym  „na  zewnątrz",  jak  mawiał.  Jego  królestwem  był  klasztor  na 
Hovedoen i tam miał wszystko, co było mu potrzebne. Tak jak i inni cystersi. Ich 
działaniem była modlitwa. 

— Taki ziąb, mógł się nabawić przeziębienia — usiłowała uspokoić Ingebjorg 

pani Bothild, widząc, jak się martwi. — To już staruszek, a jak sama mówiłaś, w 
klasztorze  jest  bardzo  chłodno  o  tej  porze  roku.  Jeszcze  chłodniej  niż  w 
korytarzach  twierdzy  —  dodała  i  się  zatrzęsła.  —  Ale  mnisi  mają  zioła,  które 
pomagają na takie dolegliwości, więc brat Eilif na pewno szybko wyzdrowieje. — 
Popatrzyła niepewnie na Ingebjorg i zapytała: — A może zechciałabyś mnie przez 
ten czas nauczyć tkać? 

TLR

background image

— Masz, pani, krosna? — zdumiała się Ingebjorg i otworzyła szeroko oczy. 
Pani Bothild uśmiechnęła się. 
— Pokojowa Kirsten postarała mi się o warsztat tkacki. 
— Dobrze. W takim razie zaczniemy od razu. 
Każdego dnia, od rana do podwieczorku, Ingebjorg towarzyszyła pani Bothild 

przy  krosnach  i  uczyła  ją,  jak  przetykać  wełnę  pomiędzy  nitkami  osnowy,  jak 
przekładać  czółenko  i  poruszać  bidłem.  Przy  pracy  gawędziły  sobie  o 
najróżniejszych  sprawach:  o  zbliżających  się  świętach  Bożego  Narodzenia,  jak 
zapamiętały  te  święta  z  dzieciństwa...  Jakby  trzymając  się  ustaleń  niepisanej 
umowy,  unikały  tematu  przeciwników  króla,  zachowania  Turego  i  romansów 
Orma Oysteinssona. Ingebjorg nie wspomniała dotąd o pannie Adalis i wahała się 
pomiędzy potrzebą zwierzenia się dojrzałej kobiecie, a lojalnością wobec Turego. 
Poza tym nie chciała, by pani j Bothild jeszcze bardziej zraziła się do Turego, o 
którym już teraz miała niedobre mniemanie. Bergtor powiadomił, że ją serdecznie 
zaprasza na wspólne obchody świąt Bożego Narodzenia. Ucieszyła się, że znów 
zobaczy swojego opiekuna, choć nade i wszystko pragnęła spędzić święta razem z 
Turem. Nie mogła pojąć, dlaczego nie zabrał jej ze sobą do Szwecji. 

Pani  Bothild  wybierała  się  do  Ranrike,  by  spędzić  święta  wraz  z  synem 

Oysteinem i jego opiekunami. Czy i Orm Oysteinsson przybędzie, tego Ingebjorg 
nie wiedziała. Nie zamierzała też pytać, by nie poruszać drażliwego tematu. 

Dopiero po czterech dniach nadeszły wieści z Hovedoen. Przypłynął mnich i 

oznajmił, że panna Ingebjorg może się znów stawić na nauki do klasztoru, o ile jej 
pasuje, Do wigilii pozostały cztery dni. Na dworze sypał gęsty śnieg i panował 
mróz, jakiego o tej porze roku ludzie nie pamiętali. 

Ingebjorg ubrała się ciepło i szybkim krokiem ruszyła przez Ciemny Korytarz, 

nie myśląc ani o Malcanisie, ani o liście. Cieszyła się, że znów spotka brata Eilifa i 
będzie mogła dalej malować. 

Ku swemu zdumieniu nie zastała strażników w zwykłym miejscu, mimo że, jak 

wiedziała, otrzymali stosowne polecenie. Stała przez chwilę niepewnie, ale gdy 
nikt się nie zjawił, postanowiła zejść w dół do stajni i dowiedzieć się, czy ich tam 
nie widziano. 

Niestety,  nikt  nie  potrafił  jej  pomóc.  Może  postanowili  dziś  odmówić 

wypłynięcia na fiord, zastanawiała się. Na cztery dni przed świętami hula czereda 
dzikich  łowców.  Kto  się  na  nią  natknie  ryzykuje  bijatykę  lub  śmierć,  lub  co 
najgorsze zostanie zmuszony, by się przyłączyć do tej czeredy upiorów. 

TLR

background image

Zawiedziona zawróciła. Nie miała nawet jak powiadomić brata Eilifa, dlaczego 

nie przybędzie. W taką pogodę nikt nie chciał płynąć na wyspę. 

Dowiedziała  się, że  pani  Bothild  wybiera  się  w  drogę  już  następnego dnia  i 

zdecydowała się dołączyć do orszaku, by nie musiała potem sama jechać konno 
przez las. 

—  Przykro  mi,  że  nie  spędzisz  świąt  z  mężem  —  rzekła  pani  Bothild,  gdy 

zasiadły tego wieczora do kolacji. 

—  Ture  pewnie  się  obawiał,  że  nie  spodoba  się  to  je  go  matce  —  odparła 

Ingebjorg,  próbując  znaleźć  jakie,  wytłumaczenie.  —  Nie  zaakceptowała  mnie 
jako syno wej. Wciąż nie może zapomnieć jego poprzedniej na rzeczonej. 

Pani Bothild prychnęła z pogardą. 
— To z tobą się przecież ożenił! Dopiero co wzięliście  ślub, a on wyjechał i 

pozostawił cię tu samą. 

Ingebjorg wahała się nieco, w końcu zdecydowała się zapytać: 
— A czy pan Orm będzie z tobą, pani? 
— Oczywiście. 
— Zastanawiałam się jedynie, czy nie jest zbyt zajęty. 
Pani Bothild umknęła spojrzeniem i odparła: 
— Owszem, Orm pomimo natłoku obowiązków pojedzie ze mną do Ranrike. 
— Jak długo cię nie będzie, pani? 
—  Córka  opiekunów  Oysteina  wychodzi  za  mąż,  a  jak  ci  wiadomo,  wesele 

można urządzić najwcześniej trzynaście dni po Bożym Narodzeniu. Wrócę, gdy 
tylko dobiegną końca uroczystości weselne. 

— Jakoś dziwnie mi tu będzie bez ciebie, pani. 
— Nie zostaniesz przez ten czas w Belgen? 
Ingebjorg pokręciła głową. 
—  Nie  sądzę,  by  to  się  spodobało  Giseli.  Poza  tym  chciałabym  możliwie 

najszybciej podjąć dalszą naukę miniatury w klasztorze cystersów. 

Pani Bothild wahała się nieco, ale w końcu spytała: 
— Chyba już niebawem pora? 
Ingebjorg  nie  zorientowała  się,  o  co  chodzi  żonie  ochmistrza,  ta  więc 

wyjaśniła: 

— Niebawem pani Gisela będzie rodzić.  Nigdy nie pojmowałam, nawiasem 

mówiąc, czemu się ją tytułuje per pani, skoro nie jest żoną magnata. 

TLR

background image

— Ale bardzo lubi udawać, że jest — uśmiechnęła się w odpowiedzi Ingebjorg. 

Spoważniała  jednak  zaraz  i  spojrzawszy  ze  współczuciem  na  panią  Bothild, 
dodała: — Rzeczywiście, zbliża się czas rozwiązania. Męczy cię to, pani? 

Mimo że tyle ze sobą rozmawiały, nigdy nie poruszały tego drażliwego tematu. 

Pani Bothild napotkała jej spojrzenie i pokiwała głową. 

— Nauczyłam się jakoś żyć z tym wstydem i upokorzeniem i staram się nie 

dopuszczać do siebie złych myśli. Jeśli jednak dziecko pani Giseli będzie podobne 
do mojego męża, to nie wiem, jak to zniosę. 

Ingebjorg  pomyślała  o  pannie  Adalis,  ale  zaraz,  podobnie  jak  pani  Bothild, 

odpędziła tę myśl, a na głos rzekła: 

— Wcale nie jest pewne, że to on jest ojcem. Gisela, w odróżnieniu od innych 

kobiet, żyje dość swobodnie. 

Pani  Bothild  pośpiesznie  otarła  dłonią  oczy,  a  na  jej  twarzy  zagościło 

zmęczenie. 

— Grywasz ostatnio na flecie? — zapytała po chwili. 
Ingebjorg przytaknęła z zapałem. 
—  Ćwiczę  codziennie.  Niebawem  znów  zagram  bez  pomyłki  całą  melodię, 

której  nauczył  mnie  ojciec.  Pomyślałam,  że  może  brat  Eilif  będzie  umiał  mi 
przetłumaczyć słowa pieśni. 

— Wciąż je pamiętasz, mimo że ich nie rozumiesz? 
— Tak, nie wiem tylko, czy wymawiam je właściwie. 
Jednym tchem wyrecytowała z pamięci pierwszą strofę. 
— Brzmi jak język galijski — uznała pani Bothild. 
— Galijski? 
— W tym języku porozumiewają się mieszkańcy Irian dii, skąd pochodzi wielu 

niewolników, porwanych z własnego kraju i sprzedanych na targowiskach. Nawet 
królewskie  córki  siłą  zabierano  z  dworów  królewskich  n.i  pokłady  okrętów  i 
uprowadzano  do  obcych  krajów.  Sły  szałam  o  pewnej  młodej  księżniczce  z 
Irlandii,  którą  ku  pił  islandzki  hovding  i  zabrał  do  swojego  dworu.  Nazwał  ją 
Melkorka, co znaczy „Niema", bo dziewczyna przesta la mówić na skutek strachu 
i przeżytego wstrząsu. Kiedy islandzki hovding zrozumiał, że to królewska córka, 
zaczął ją traktować lepiej niż innych niewolników, a gdy dorosła, podarował jej na 
własność dwór. Ten dwór nadal istnieje. Nosi nazwę Melkorkastad. 

— Księżniczka nigdy nie powróciła do swych rodziców? 
Pani Bothild pokręciła głową. 

TLR

background image

— Nie, do końca życia pozostała w tym pogańskim kraju. Ale 01av Pa, syn jej 

i  islandzkiego  hovdinga,  stał  się  jednym  z  najpotężniejszych  mężów  w  całej 
Islandii. 

— A więc poślubiła hovdinga? 
Pani Bothild uśmiechnęła się z pobłażaniem. 
—  Niewolników  traktowano  gorzej  jak  zwierzęta.  Ktoś,  kto  sobie  kupił 

niewolnika, mógł z nim zrobić co tylko chciał. 

Ingebjorg ciarki przeszły po plecach. 
— Może ta pieśń, której nauczył mnie ojciec, opowiada o losie niewolników? 
—  Możliwe,  że  oddaje  smutek  i  lęk,  wziętego  do  niewoli  człowieka  — 

zgodziła się z nią pani Bothild. 

Ingebjorg wstała od stołu i oznajmiła: 
— Pójdę na górę się spakować. Wyruszasz pani pewnie wczesnym rankiem? 
— Tak, chciałabym dotrzeć na miejsce, nim zapadnie zmrok. 
— Pan Orm nie będzie ci towarzyszył w drodze? 
— Nie, spotkam się z nim dopiero w Haukaby, w naszym dworze w Ranrike. 
Ingebjorg zamilkła zamyślona, a po chwili zapytała ostrożnie: 
— Wiesz, pani, gdzie byli nasi mężowie? 
Pani Bothild zerknęła nerwowo ku drzwiom i zniżywszy głos, odparła: 
— Wydaje mi się, że tuż przy granicy ze Szwecją spotkali się z magnatami o 

podobnych co oni zapatrywaniach. 

Ingebjorg  poczuła,  jak  jej  ciało  przenika  lodowaty  chłód.  Jeśli  się  wyda,  że 

Ture  zdradził  króla,  może  się  z  nim  stać  to,  co  z  innymi  spiskowcami,  którym 
skonfiskowano majątki i jako zdrajców skazano na banicję. 

Pani Bothild musiała dostrzec strach w jej oczach, bo szybko zmieniła temat. 
— Słyszałaś o królewskim dworze Haukaby, Ingebjorg? 
Zaprzeczyła, domyśliła się jednak, że pani Bothild 
próbuje skierować jej myśli w innym kierunku. 
—  Dawno  temu  rządził  krajem  01av  Kyrre,  nazywany  Spokojnym,  bądź 

Olavem Gospodarzem, najchętniej bowiem przebywał w swoim wiejskim dworze 
Haukaby  w  Ranrike.  Ten,  nastawiony  pokojowo  władca,  zapewnił  Norwegii 
długie  lata  pokoju.  Jego  żona,  królowa  Inge—  rid,  była  córką  króla  Danii.  Za 
każdym razem, gdy przybywam do Haukaby, myślę o niej. Zabudowania, w któ-
rych mieszkała, dawno już zostały rozebrane i na ich miejsce wzniesiono nowe, 
ale krajobraz wokół dworu pozostał niezmieniony: drzewa, las, pola, pagórki. 

Ingebjorg przysłuchiwała się z zainteresowaniem i zapytała: 

TLR

background image

— Dlaczego myślisz o niej, pani? 
—  Ponieważ  nie  miała  chyba  lekkiego  życia.  Należała  wprawdzie  do  tych 

nielicznych kobiet, które wyszły za mąż z miłości, ale jej nieszczęście polegało na 
tym, że nie mogła mieć dzieci. Podobno król 01av miał nałożnicę, która mieszkała 
w królewskim dworze, gdy Ingerid przybyła jako świeżo poślubiona małżonka do 
kraju męża. 

Ta nałożnica, Brygida z Orkadów oszalała z zazdrości, gdy król 01av ożenił się 

z Ingerid i poprzysięgła zemstę. Nakłoniła jakąś wiedźmę, która rzuciła urok na 
młodą królową, by ta nigdy nie zaszła w ciążę. 

Ingebjorg jęknęła. Przez moment mignęła jej przed oczami stara wiedźma Heid 

znad jeziora Mjosa. 

— Królowa Ingerid wiedziała, że Olav musi mieć następcę tronu — ciągnęła 

pani Bothild. — Nie chcąc dopuścić do tego, by ją porzucił i ożenił się z inną, jak 
to uczynił jego ojciec, zaproponowała  mu, by 01av uczynił brzemienną służącą 
Torę, która według powszechnej opinii była bardzo podobna do królowej. 

Ingebjorg wpatrywała się w panią Bothild z napięciem i przyszło jej na myśl, 

że nie jest jedyną kobietą, która musi pogodzić się z tym, że jej mąż dzielił loże z 
inną. 

— I co? — zapytała. — Król się zgodził? 
— Tak. Tora urodziła syna, Magnusa, późniejszego króla Magnusa, zwanego 

Bosym. Często się zastanawiałam, jak czuła się w Haukaby królowa Ingerid w tym 
czasie,  gdy  Tora  zajmowała  komnatę  w  królewskim  dworze,  wiedząc,  że  01av 
odwiedza  służącą  wieczorami.  Zapewne  czuła  równie  silną  zazdrość,  jak 
wcześniej nałożnica Brygida. 

Ingebjorg westchnęła głośno i stwierdziła: 
—  Wciąż  się  powtarza  to  samo,  prawda?  Kobieta  i  mężczyzna  zostają 

zmuszeni do małżeństwa, mimo że w tajemnicy kochają kogoś innego. 

Pani Bothild pokiwała głową w zamyśleniu. 
— Tak jednak nie było ani z tobą, ani ze mną, czyż nie? Należymy do tych 

szczęśliwych, które poślubiły ukochanych mężczyzn. A mimo to coś nie wyszło. 

Ingebjorg spuściła wzrok. 
— Mężczyźni już tacy są, Ingebjorg. Magnaci nie stosują się ani do przepisów 

prawa, ani do przykazań Kościoła. 

Ingebjorg odwróciła się przygnębiona i skierowała ku drzwiom. 
Wróciwszy do siebie wyjęła flet, siadła na krześle przy kominku i raz jeszcze 

zagrała melodię, której nauczyła się od ojca. W myślach przemieniła się w młodą, 

TLR

background image

irlandzką księżniczkę, brutalnie porwaną z dworu ojca, zaciągniętą na nabrzeże i 
siłą  wepchniętą  na  pokład  obcego  okrętu.  Czuła  niemal  jak  drży  ze  strachu. 
Melancholijna  melodia  pasowała  do  tej  historii,  zwłaszcza  do  późniejszego 
smutku młodej księżniczki i jej tęsknoty za krajem ojczystym, za ludźmi, których 
kochała.  Ingebjorg  ujrzała  oczyma  wyobraźni  kraj,  z  którego  wywodziła  się 
Melkorka, chrześcijański kraj pełen kościołów, żyznych pól i łąk. Jak wyglądało 
jej  spotkanie  z  pogańskim  krajem  o  surowym  klimacie  i  naturze?  Może  ludzie 
wciąż mieszkali tam w ziemiankach lub w niewielkich domach, zbudowanych z 
otoczaków. Dla Melkorki, która dorastała na królewskim dworze, musiała to być 
niepojęta zmiana. Mężczyzna, który kupił ją na targu niewolników w jednym z 
wielkich miast, traktował ją jak zwierzę, bral, kiedy chciał, a ona z przerażenia 
oniemiała na resztę życia. 

Rozmyślała  o  królewskiej  córce,  a  gdy  starała  się  wczuć  w  jej  koszmarną 

sytuację,  uświadomiła  sobie  nagle,  że  w  porównaniu  z  Melkorką,  sama  nie  ma 
powodów do narzekań. 

Tej samej nocy śniło jej się, że piraci zaatakowali twierdzę i zaciągnęli ją na 

pokład okrętu, na którym przewozili niewolników. Przemierzyli morze, a gdy do-
tarli do przeciwległych brzegów, sprzedali ją na targu wraz z innymi. Skuta na szyi 
i w kostkach, poraniona od chłosty, strasznie cierpiała. 

Obudziła się mokra od potu i dopiero po chwili uświadomiła sobie, że nie grozi 

jej niebezpieczeństwo. Siadła w łóżku i przetarła oczy. 

Nie powinnam narzekać — mruknęła do siebie. — Mam to szczęście, że nie 

muszę  głodować,  marznąć  czy  cierpieć  bólu.  Mam  męża,  którego  kochani  i  za 
którym tęsknię, więc nie warto pamiętać o przykrościach, jakie mi się przytrafiają. 

Pośpiesznie  umyła  się  i  ubrała,  po  czym  z  zapakowaną  torbą  udała  się  na 

posiłek. 

Kiedy już dosiadała konia, uświadomiła sobie, że nie zabrała fletów. A tak się 

cieszyła,  że  będzie  mogła  zagrać  Bergtorowi!  Była  ciekawa,  czy  słyszał  może 
wcześniej tę melodię. 

— Zapomniałam czegoś, poczekacie na mnie chwilę? 
—  Pośpiesz  się,  proszę,  Ingebjorg.  Przejedziemy  przez  most  zwodzony  i 

zatrzymamy się przy wale. 

Ingebjorg biegiem przemierzyła Ciemny Korytarz i wróciła do stajni zziajana i 

spocona. Szybko dosiadła konia i wyjechała z twierdzy. 

Z daleka zauważyła orszak pani Bothild, gdzie już jej wszyscy niecierpliwie 

wyczekiwali. 

TLR

background image

Nagle  usłyszała  melodię.  Ściągnęła  gwałtownie  wodze,  zatrzymując  konia. 

Pośród klarownego, mroźnego poranka słychać było delikatne dźwięki fletu. 

Nasłuchiwała  intensywnie  i  z  uczuciem  nierzeczywi—  stości  rozpoznała 

znajomą pieśń niewolnika. 

Rozdział 14 

Był piękny, grudniowy dzień, do świąt Bożego Narodzenia pozostały trzy dni. 

Śnieg skrzył się w słońcu, a pokryte szronem gałęzie drzew błyszczały niczym ob-
sypane klejnotami. Lekkie, białe obłoki płynęły po klarownym, mroźnym niebie, a 
ciężkie świerki stały nieruchomo jakby tkwiły tak od zarania dziejów. Gdzieś w 
oddali rozległo się wycie wilka, a zmarznięte sikorki podfruwały pośród krzewów. 
Poza tym panował osobliwy spokój. 

Na  początku  wyprawy  Ingebjorg  rozmyślała  o  dźwiękach  fletu,  ale  gdy 

usłyszała szum rzeki Frysja i dolatujące z oddali skrzypienie młyńskich kół, jej 
myśli  powędrowały  w  innym  kierunku.  Powinna  podziękować  Gudrid  za 
podarunek. Może uda jej się namówić Bergtora, aby się z nią wybrał któregoś dnia 
do dworu Aker. 

Tylko  jak  mam  to  zrobić,  skoro  Gudrid  boi  się  wyjawić  prawdę  swojemu 

małżonkowi? 

Chętnie spotykałaby się częściej z dobrotliwą Gudrid, przybraną matką małego 

Eirika. O tylu rzeczach pragnęłaby się dowiedzieć, tyle pytań chciałaby jej zadać. 
Wciąż tak mało wie o chłopcu, a intryguje ją, jak dokładnie wyglądał, czy wyszedł 
mu pierwszy ząbek. Miała nadzieję, że Torstein Svarte niebawem pozna prawdę i 
będą miały wówczas okazję spotykać się raz po raz pod nieobecność Turego. 

Gdy  się  zbliżyli  do  Nonneseter,  z  kościoła  klasztornego  doleciał  delikatny 

dźwięk  dzwonów,  wzywający  na  mszę.  Przypomniało  jej  się,  jak  klęczała  na 
lodowatej  podłodze  kościoła.  Dygocząc  z  zimna  i  szczękając  zębami,  śpiewała 
Psalmy Dawidowe. 

Jak tylko nadarzy się okazja, odwiedzę siostrę Sigrid i opowiem jej o małym 

Eiriku,  postanowiła.  Wiedziała,  że  łagodna  zakonnica  będzie  wzburzona,  ale 
prawda  musi  wyjść  na  jaw,  zwłaszcza,  że  siostra  Sigrid  wciąż  miała  wyrzuty 
sumienia z powodu doniesienia do biskupa na panią Thorę. Może utwierdzi się w 
przekonaniu,  że  postąpili  właściwie,  jeśli  dowie  się  o  jeszcze  jednym  podłym 
występku matki przełożonej. 

TLR

background image

Przekraczając  potok  klasztorny,  przypomniała  sobie  ten  dzień,  gdy  wraz  z 

zakonnicami  jechała  konno  przez  most  na  pogrzeb  swojej  matki.  Katarina 
rozmawiała wyłącznie o strojnych butach, wystawionych na sprzedaż w kramach 
szewców w Miklagard i dopytywała Inge- bjorg, czy płacze wyłącznie z powodu 
śmierci  mamy,  czy  może  z  żalu,  że  ta  w  jej  imieniu  złożyła  śluby  klasztorne. 
Strasznie się wtedy zdenerwowała. Zastanawiała się, czy Katarina nadal przebywa 
w  klasztorze.  Z  czasem  ich  przyjaźń  osłabła,  bo  Katarina  bardzo  ją  zawiodła. 
Może mimo wszystko przekażę jej pozdrowienia? — zastanawiała się Ingebjorg, 
przypominając  sobie,  że  Katarina  żałowała  potem  swojego  postępowania.  Ale 
przede wszystkim pozdrowię siostry: Sunnivę, Potentię, no i Solveig. 

Miklagard, dzielnica szewców, tak jak ostatnio, świeciła pustkami. Ingebjorg 

trzymała  w  kieszeni  trochę  smakołyków,  na  wypadek  gdyby  spotkała  małego 
Sigurda, ale nigdzie go nie było widać. 

Orszak  skierował  się  pod  wiadukt,  łączący  Katedrę  Świętego  Hallvarda  z 

biskupstwem.  Zastanawiała  się,  czy  pojadą  ulicą  Zachodnią  w  dół  do  Placu 
Świętego Klemensa, a stamtąd na ukos przez Kozi Most, czy pani Bothild pożegna 
się z nią tu przy rynku. Zorientowała się jednak, że kierują się ku ulicy Zachodniej. 

Cieszyła się, a zarazem obawiała spotkania z Giselą i Bergtorem. Wprawdzie w 

obecności Bergtora zawsze czuła się dobrze i bezpiecznie, ale co do Giseli, nigdy 
nie można było mieć pewności. 

Orszak pani Bothild zatrzymał się w miejscu, gdzie ulica Zachodnia przecinała 

Plac Świętego Klemensa. 

W ciasnej uliczce panował tłok, ludzie najpewniej wracali właśnie z kościoła. 

Chwycił mróz i smród z rynsztoków nie był tak dokuczliwy, ale na brukowanych 
drewnem ulicach było ślisko dla koni. 

—  Nie  mamy  czasu  się  zatrzymywać,  Ingebjorg  —  zawołała  do  niej  pani 

Bothild.  —  Chciałabym  dotrzeć  na  miejsce  przed  zmrokiem.  Życzę  ci 
błogosławionych świąt, moje dziecko. Pozdrów swoich opiekunów! 

—  Z  Bogiem,  pani  Bothild  —  zawołała  Ingebjorg.  —  Pozdrów,  pani,  pana 

Orma i powiedz synowi, że nie mogę się doczekać, kiedy się spotkamy. 

Pani Bothild uśmiechnęła się. 
— Może się okazać, że nastąpi to szybciej niż przypuszczasz. Zamierzam go 

namówić, by wrócił ze mną do Akersborg. 

Ingebjorg pomachała jej radośnie, odprowadzając spojrzeniem orszak, póki nie 

zniknął jej z oczu za Kozim Mostem. Następnie skierowała się w dół i wjechała na 
dziedziniec Belgen. 

TLR

background image

W uchylonych drzwiach budynku mieszkalnego zauważyła Bergtora. Poczuła 

ciepło w sercu, jak zawsze na jego widok, i pokiwała z ożywieniem. 

Szybkim  krokiem  wyszedł  jej  na  spotkanie  i  pomógł  zsiąść  z  końskiego 

grzbietu. 

—  Jak  dobrze  cię  widzieć,  Ingebjorg.  Mam  nadzieję,  że  tym  razem  nie 

przywozisz tylu wstrząsających wieści, co ostatnio. 

Ingebjorg uśmiechnęła się i pokręciła głową. 
— Tym razem będę opowiadać wyłącznie o malowaniu miniatur. Bywam w 

klasztorze  cystersów  na  Hovedoen  niemal  codziennie,  a  brat  Eilif  nie  może  się 
mnie na— chwalić i zapewnia, że z czasem mu dorównam. 

— Ani trochę w to nie wątpię — odparł, przyglądając się jej z czułością. — 

Pewnie wiesz, ze warsztat starego ilu— minatora nadal stoi pusty? 

Ingebjorg zaśmiała się. 
— Brat Eilif wspominał mi o tym. Uważa nawet, że powinnam go przejąć. Nie 

bierze  w  ogóle  pod  uwagę  tego,  że  jestem  żoną  arystokraty.  Odnoszę  nawet 
wrażenie, że traktuje to jak nieszczęście — dodała ze śmiechem. Czuła się radosna 
i lekko jej było na sercu. 

— Nie, Ture nigdy by nie pozwolił, byś prowadziła warsztat. 

Pokręciła głową, tak że spod chusty wysunął jej się lok i zakołysał na czole. 
— Jestem zadowolona, że póki co nie zabrania mi przepisywać ksiąg i pobierać 

lekcji  malowania.  Moim  wybawieniem  okazał  się  Sigurd  Haftorsson,  który  był 
bardzo zainteresowany tym, czym się zajmuję. 

— Sigurd Haftorsson? — powtórzył Bergtor i zastygł. — Spotkałaś go? 
—  Przelotem,  ale  Turemu  bardzo  zależy,  by  pozostać  z  nim  w  dobrych 

stosunkach.  Stąd  jego  przychylność  dla  pogłębiania  moich  umiejętności  na 
Hovedaen. 

Bergtor nie odezwał się, ale poznała po jego minie, że nie spodobało mu się to, 

co usłyszał. 

— Czy to coś złego? — dopytywała się, ale on odwrócił się i rzekł: 
—  Chodź,  Ingebjorg.  Oczekiwaliśmy  ciebie.  Posłaniec  powiadomił  nas  o 

twoim przyjeździe. Jedzenie na stole. 

— A jak się czuje Gisela? — zapytała Ingebjorg, gdy stajenny wziął od niej 

wodze i zabrał konia do stajni. 

— Spodziewa się, że czas rozwiązania jest już bliski, więc upewniłem się, czy 

akuszerki są powiadomione. 

TLR

background image

— Na pewno wszystko będzie dobrze — uspokoiła go Ingebjorg, wyczuwając 

jego niepokój. 

—  Powiadają,  że  poród  jest  równie  niebezpieczny,  jak  przebywanie  w 

zadżumionym mieście — odparł z powagą. 

— To dotyczy przede wszystkim biedaków. Gisela zaś jest zdrowa i niczego jej 

nie brakuje. Poza tym sam mówisz, że przy porodzie towarzyszyć jej będzie kilka 
akuszerek. 

Bergtor zamilkł. 
Kiedy  otworzyły  się  drzwi,  uderzyło  w  nich  przyjemne  ciepło.  Dobrze  było 

wejść do rozgrzanego wnętrza po długiej przejażdżce na mrozie. 

Gisela siedziała w fotelu przy ogniu, opierając ręce na rzeźbionych w smocze 

głowy oparciach. Chyba chciała się podnieść, ale zrezygnowała. 

— No i jak, Ingebjorg? Jak tam miłosne rozkosze? 
Ingebjorg zarumieniła się i z gniewem pomyślała, że tylko Gisela mogła zadać 

takie pytanie. 

— Dobrze — odparła z niechęcią w głosie. — Ture, jak wiesz, pojechał do 

Varberg. Ponieważ to dość daleko, pozostanie tam przez jakiś czas. 

— I nie chciał zabrać ze sobą swej świeżo poślubionej żony? 
Ingebjorg nie odpowiedziała. 
Otworzyły się drzwi, a Bergtor wyjaśnił pośpiesznie: 
— Mamy we dworze gości. To krewni Giseli, którzy przybyli do nas na święta 

i pozostaną do czasu, aż dziecko przyjdzie na świat. 

Ingebjorg  przywitała  się  dwornie  ze  starym  ojcem  Giseli  i  skinęła  głową  na 

powitanie trzem kobietom i dwóm mężczyznom, których pamiętała z zaręczyn, po 
czym wszyscy usiedli do stołu. Ingebjorg była głodna i częstowała się obficie. 

Podczas posiłku zauważyła, że Bergtor jej się uważnie przygląda. Zastanawiała 

się,  czy  potrafił  coś  wyczytać  z  jej  twarzy,  czy  może  patrzy  na  nią  z  innego 
powodu. Nie tak dawno wyznał, że żałuje swego tchórzostwa i wiele by dał, aby 
cofnąć  czas.  Nie  uciekłby  przed  samym  ślubem  lecz  został  z  nią  i  był  dobrym 
ojcem dla dziecka. Bergtor bardzo pragnął dziecka, tymczasem obie bliskie mu 
kobiety zdradziły go i zaszły w ciążę z innym mężczyzną. 

Przecież nie da się wykluczyć, że to nie Bergtor jest ojcem dziecka, którego 

oczekuje Gisela, strofowała się w myślach. Ale równie dobrze może to być Orm 
Oysteins—  son  albo  Hallstein.  Obserwowała  ukradkiem  Giselę,  która 
poczerwieniała z wysiłku. Wreszcie udało jej się wstać z fotela i siąść na ławie, 

TLR

background image

pokazując obfitą pierś i brzuch niespotykanych rozmiarów. Zastanawiała się, co 
ona sama o tym wszystkim myśli. Czy wie na pewno, kto jest ojcem dziecka? 

Po  skończonym  posiłku  Ingebjorg  udała  się  z  Bergtorem  do  stajni  obejrzeć 

konie.  W  Akersborg  rzadko  bywała  w  stajniach  i  bardzo  jej  brakowało 
charakterystycznego zapachu, ciepła i nastroju. 

Bergtor często sam czyścił konie. Domyślała się, że podobnie jak ona, tęskni za 

pracą w gospodarstwie. Nasze miejsce jest na wsi, pomyślała i westchnęła. Jeśli 
ktoś dorastał pośród natury i przywykł sam doglądać zwierząt, to na zawsze nosi w 
sercu taką tęsknotę. 

Idąc za nim, poczuła wyrzuty sumienia. Ture szalałby z zazdrości, gdyby ją 

teraz  zobaczył.  Nie  mógł  znieść,  gdy  rozmawiała  z  innymi  mężczyznami.  Ale 
Ture  jest  teraz  daleko  stąd,  na  południu  Szwecji,  i  wróci  najwcześniej  za  dwa 
tygodnie. 

—  No,  to  teraz  opowiadaj,  Ingebjorg  —  zachęcił  ją  Bergtor.  —  Jak  ci  się 

mieszka  w  Akersborg?  Czym  się  zajmujesz,  gdy  nie  poświęcasz  czasu  na 
malowanie  i  przepisywanie  ksiąg,  z  kim  spędzasz  czas,  kiedy  nie  ma  twojego 
męża. 

— Najwięcej czasu spędzam z żoną ochmistrza, panią Bothild. Traktuje mnie 

po matczynemu i jest mi bliskim przyjacielem. Teraz na przykład uczę ją tkania. 

—  A  więc  polubiłaś  panią  Bothild?  —  dopytywał  się  Bergtor,  powoli 

przesuwając zgrzebłem po końskim grzbiecie. 

— Tak, to dobra kobieta, przyjazna i troskliwa. Boję się nawet myśleć, jakby 

mi się mieszkało w Akersborg, gdyby nie ona. 

Westchnął ciężko i stwierdził: 
—  Czyli,  że  słusznie  się  obawiałem.  Zdaje  się,  że  odkąd  się  widzieliśmy 

ostatnio, przeżyłaś nie tylko dobre chwile. 

—  Skąd  takie  przypuszczenia?  —  zapytała  Ingebjorg,  uchwyciwszy  jego 

spojrzenie. 

Wzruszył ramionami. 
— Nie możesz mi powiedzieć wprost? Poznaję po twojej minie, że coś wiesz. 
— Nic nie wiem, Ingebjorg, prócz tego, że poślubiłaś szwedzkiego arystokratę, 

i to mi wystarczy. Chciałbym się łudzić, że się mylę. 

— Chodzi ci o to, że oni przywykli do innego życia niż my? 
— Tak. 
— Nie zamartwiaj się, Bergtor, jest mi dobrze. Lepiej niż innym. Zapomniałam 

ci powiedzieć, że byłam niedawno w mieście. 

TLR

background image

— I nie dałaś mi znać? — odparł żartobliwie z lekkim wyrzutem. 
Ingebjorg uśmiechnęła się. 
— Razem  z panią Bothild przybyłyśmy  na uroczystości świętej  Łucji, które 

odbywały się w Gildeskalgard. 

— Gdybym wiedział, pojechałbym tam także. 
—  Rozglądałam  się  za  tobą,  ale  potem  uznałam,  że  zapewne  udałeś  się  na 

nabożeństwo do kościoła. 

— Ture był z tobą? 
— Nie, był... razem z Ormem Oysteinssonem — dodała pośpiesznie. — Ale 

poznałam kilka panien z Sarpsborga — dorzuciła, licząc po cichu na to, że dowie 
się  czegoś  o  pannie  Adalis.  —  Zatrzymały  się  u  jakichś  krewnych  przy  Placu 
Świętego Klemensa i zamierzają pozostać w Oslo na Boże Narodzenie. Jedna z 
nich tak jakoś dziwnie się nazywała — panna Adalis Adami. 

Bergtorowi wypadło z ręki zgrzebło, wbił w nią zdziwiony wzrok i spytał: 
— Spotkałaś pannę Adalis? 
— Tak. Znasz ją? 
Pokręcił powoli głową i odparł: 
— Nie, ale o niej słyszałem. 
Ingebjorg nie była w stanie powstrzymać ciekawości. 
— A co słyszałeś? 
Wytrzymał jej spojrzenie i odpowiedział: 
— Słyszałem, że ma poślubić młodego arystokratę ze Szwecji. 
Ścisnęło  ją  w  gardle,  poczuła,  jak  krew  odpływa  jej  z  twarzy  i  musiała 

przytrzymać się słupa, by nie upaść, liczyła na to, że wyciągnie od Bergtora jakieś 
luźne wiadomości o urodziwej pannie, nie spodziewała się jednak usłyszeć tego! 

— Co ci jest, Ingebjorg? 
— Nic. Nagle zrobiło mi się słabo — zaśmiała się. — Chyba zmęczyła mnie 

konna jazda. 

Podszedł i chwyciwszy ją pod ramię, rzekł: 
— Wydaje mi się, że coś przede mną ukrywasz. Krążą plotki, że ów arystokrata 

nazywa się Ture Gustavsson. Czy to możliwe? 

Zagryzła wargi i spuściła wzrok. 
Jęknął. 
— Diabelski rozpustnik! Nie minął nawet miesiąc od ślubu! — warknął przez 

zaciśnięte  zęby.  —  Takiego  drania  powinno  się  wychłostać,  albo  wypalić  mu 
piętno rozgrzanym do czerwoności żelastwem, jak złodziejom. 

TLR

background image

Pokręciła głową, jakby się wzbraniała. 
Objął ją ramieniem i poprowadził do drzwi. 
— Chodź, przejdziemy się na spacer do królewskiego dworu. Opowiesz mi o 

wszystkim  po  drodze.  Na  ulicach  przed  świętami  jest  tak  ładnie!  Kręci  się  też 
więcej strażników niż zwykle, jest więc bezpiecznie. 

Zachmurzyło  się  i  zaczął  sypać  śnieg.  Rozdzwoniły  się  kościelne  dzwony. 

Ingebjorg wolałaby pójść na mszę. Może Najświętsza Panienka wlałaby spokój do 
jej serca i umocniła w cierpieniu. 

— Nie chcę Bergtorze, żebyś nastawiał się wrogo do Turego. Sam mówiłeś, że 

arystokraci się od nas różnią, a on żyje tak, jak przywykł w tych kręgach. 

—  Jakoś  nie  mogę  uwierzyć, że  wszyscy  arystokraci  posuwają  się  do  takiej 

podłości, by łudzić młodą, niewinną pannę małżeństwem, po to, by ją zaciągnąć 
do łóżka. 

Słowa zabolały. 
—  Nic  mi  nie  pomożesz,  jeśli  się  będziesz  tak  denerwował.  Nie  nakłonisz 

Turego, by się zmienił, tak samo jak i mnie się to nie uda. 

—  Wybacz,  Ingebjorg  —  westchnął  znowu.  —  Wiem,  co  czujesz,  właśnie 

dlatego jestem taki zły. 

— Chodzi o Giselę? 
— Tak, cierpię, ilekroć o tym myślę. 
— Ponieważ ją kochasz? 
— Nie. Wstydzę się raczej, że nie ma dla mnie żadnego szacunku i zdradza 

mnie bez poczucia winy czy żalu. Ona uważa, że ma prawo tak postępować, skoro 
natura obdarzyła ją ognistym temperamentem. Gdy zapłonie w niej namiętność, 
wszystko jej jedno, w czyich ramionach ją ugasi. Mogę to być ja albo kto inny, 
wszystko zależy od tego, kto się znajdzie w pobliżu. 

— W takim razie spotkał nas podobny los — zauważyła cicho. — Tyle, że ty 

mógłbyś wyrzucić ją za drzwi i miałbyś prawo po swojej stronie, podczas gdy ja 
muszę się godzić na tę nieprawość. 

— Powiedziałem ci już, spodziewamy się dziecka, a ono potrzebuje nas obojga 

— rzucił twardo. 

Przed  długą  chwilę  szli  w  milczeniu,  ale  cisza  zaczęła  ciążyć  Ingebjorg, 

zerknęła więc na Bergtora i rzekła: 

— Wiesz, że potrafię grać na flecie? 
Wyprostował się i uśmiechnął zaskoczony. 
— Nie. 

TLR

background image

—  Kiedyś  ojciec  po  powrocie  z  dalekiego  kraju  przywiózł  mi  dwa  flety. 

Nauczył  mnie  na  nich  grać.  Po  zaginięciu  ojca  nie  byłam  w  stanie  nawet  ich 
dotknąć. Ojciec nauczył mnie pewnej melodii z tekstem w obcym języku. Poznał 
ją w dzieciństwie od starego niewolnika. Zaśpiewałam tę pieśń pani Bothild i ona 
uznała, że słowa brzmią po galijsku, a więc w języku, którym posługują się w Ir-
landii.  Opowiedziała  mi  historię  pewnej  irlandzkiej  księżniczki,  porwanej  z 
królewskiego zamku i zawiezionej na targ niewolników, gdzie ją kupił islandzki 
hovding. 

Bergtor przysłuchiwał się zdumiony. 
Zawahała  się  trochę,  bo  nagle  straciła  chęć,  by  mu  opowiadać  o  tym,  że  tę 

melodię usłyszała ostatnio w okolicy twierdzy. Rzekła więc: 

— Któregoś dnia znalazłam w skrzyni flety i zaczęłam sobie grać. Wyobrażam 

sobie,  że  to  młoda,  nieszczęśliwa  księżniczka  z  Irlandii  ułożyła  tę  pieśń,  która 
opowiada o tęsknocie za krajem ojczystym i bliskimi sercu ludźmi. 

Bergtor uścisnął jej dłoń i dodał: 
— A równocześnie wplatasz tony własnej tęsknoty za Sjemundgard. 
— Nie myślałam o tym — zaśmiała się lekko. 
Przez chwilę znów szli w milczeniu, gdy Bergtor nieoczekiwanie zagadnął: 
—  Wspomniałaś  o  Sigurdzie  Haftorssonie,  Ingebjorg.  Co  właściwie  o  nim 

wiesz? 

— Tylko tyle, że to najbogatszy człowiek w kraju. Brat Eilif powiedział mi, że 

brał on udział w spisku przeciwko królowi Magnusowi przed paru laty i nawet 
zajął twierdzę Akersborg. 

— Zgadza się — rzekł z niechęcią i ciągnął zdumiony: — Nic ci to nie mówi? 
—  Sądzisz,  że  skoro  już  wcześniej  sprzeciwił  się  królowi,  to  może  znów 

przystąpić do spisku? 

— Oczywiście. 
— Ale król się z nim pogodził i Sigurd Haftorsson nie został ukarany. Król 

Magnus przyznał nawet rację buntownikom, których oburzało, że nigdy nie bywał 
w Norwegii i pozostawił kraj samemu sobie. Właśnie to postanowił zmienić. 

Bergtor nic nie odpowiedział. 
— Rozumiem, Bergtorze, że nie jesteś do końca przekonany. Bardzo możliwe, 

że zarówno on, jak i Ture oraz Orm Oysteinsson podburzają magnatów do buntu, 
ale  nie  sądzę,  by  spiskowców  było  wielu.  W  każdym  razie  nie  dość  wielu,  by 
wywołać zamieszki. 

— W Norwegii może i niewielu. 

TLR

background image

Ingebjorg  zamilkła.  Przypomniało  jej  się  bowiem,  że  pani  Bothild 

przypuszczała, iż jej mąż oraz Ture spotkali się z buntownikami ze Szwecji. 

— -Bądź ostrożna, Ingebjorg. Nigdy nie zdradzaj się z tym, co wiesz. Udawaj, 

że nie masz pojęcia o tym, co dzieje się w kraju. 

— Już mi kiedyś to mówiłeś. 
-1 powtarzam raz jeszcze: Nigdy dość ostrożności. Zdawało mi się, że jesteś 

bezpieczna, póki Ture... — zamilkł. 

— Póki Ture był we mnie zakochany? To chciałeś powiedzieć? 
Nie odpowiedział. 
Poczuła zimny dreszcz. 
— Masz rację, Bergtorze. Mam wszelkie powody, by się pilnować. 

Następnego dnia służba w Belgen uwijała się jak w ukropie przy świątecznych 

przygotowaniach. Goście zaś wybierali się na rynek. Bergtor miał do załatwienia 
jakąś  sprawę  i  musiał  jechać  do  swego  składu  na  nabrzeżu.  Ponieważ  Gisela 
chodziła naburmuszona, Ingebjorg uznała, że lepiej będzie zejść jej z oczu na jakiś 
czas. 

—  Pamiętacie  Isabelle,  moją  przyjaciółkę  z  Nonnese—  ter?  —  zagadnęła 

Giselę i Bergtora przy śniadaniu. 

—  Tę  urodziwą  pannę,  która  pobierała  nauki  tkactwa  u  krewnej  na  ulicy 

Wschodniej? — upewniała się Gisela. 

—  Właśnie.  Bardzo  chciałabym  odwiedzić  gospodynię  Karine,  żeby  się 

dowiedzieć co u niej. 

— Czyżby Isabelle już nie mieszkała u swej krewnej? 
Ingebjorg umknęła spojrzeniem. Nikomu, nawet 
Bergtorowi nie opowiedziała o nieszczęściu, jakie się przytrafiło przyjaciółce. 
— Nie, wyjechała... Nawet nie wiem dokładnie dokąd. 
— Zdaje się, że zamierzała nauczyć się tkać gobeliny na sprzedaż? 
Ingebjorg zwlekała z odpowiedzią. Miała wrażenie, że Gisela przejrzała ją na 

wskroś  i  domyśliła  się,  że  kłamie.  Ale  to  był  jedyny  sposób,  by  pozwolono 
Ingebjorg odwiedzić Karine. 

— Owszem, taki miała zamiar, ale... znudziło jej się to. 
Odwiedziła mnie kiedyś w Akersborg i powiedziała, że wyjeżdża. Od tamtej 

pory jej nie widziałam. 

— W takim razie wydaje mi się, że powinnaś pójść do tej gospodyni Karine i 

się dowiedzieć — odparł spokojnie Bergtor. Poślę z tobą któregoś ze służących. 

TLR

background image

— Nie trzeba — odparła Ingebjorg ze strachem w głosie, bo wolała by się nie 

wydało,  jakie  naprawdę  interesy  prowadzi  pani  Karine.  —  To  znaczy...  Chyba 
mogę w biały dzień przejść się sama taki kawałek? 

— Też tak uważam — stwierdziła stanowczo Gisela. — Służba ma teraz dość 

roboty. Nie będą mi tu trwonić czasu. 

Bergtor wstał od stołu i z miną nie znoszącą sprzeciwu oświadczył: 
— Pójdzie z tobą jeden ze stajennych. 
Gisela zasznurowała usta obrażona, ale się nie odezwała. 

Wkrótce Ingebjorg ruszyła przez Plac Świętego Klemensa, a po piętach deptał 

jej chłopak stajenny. Na ulicach panował tłok i wszyscy się gdzieś śpieszyli, by 
pozałatwiać  wszelkie  niezbędne  sprawy.  W  czasie  świąt  bowiem  wykonuje  się 
jedynie  konieczne  zajęcia,  za  to  nie  może  zabraknąć  jedzenia  i  popitków.  Z 
zakupami trzeba zdążyć, zanim dźwięki kościelnych dzwonów oznajmią nadejście 
świąt. Wtedy w domach i oborach musi już panować nienaganny porządek, a na 
wszystkich  drzwiach  powinien  widnieć  wymalowany  znak  krzyża,  który  ma 
ochronić  mieszkańców  domostw  przed  siłami  mroku.  Trzeba  narąbać  drewna  i 
wnieść pod dach, a podłogi wyłożyć słomą. 

Ingebjorg wspomniała z tęsknotą życie w Saemund— gard. Święta już nigdy 

nie będą takie jak wtedy, pomyślała, czując smutek w sercu. W Boże Narodzenie 
szło  się  do  kościółka  w  Dal.  Pośród  sypiącego  śniegu  rozlegały  się  delikatne 
dźwięki  dzwonu.  Święta  to  matka  i  ojciec  odświętnie  ubrani,  w  uroczystych 
nastrojach, a także ciotka Gudrun, stary Jon i Gissur, stajenny Ravn i pozostała 
służba,  wszyscy,  którzy  zamieszkiwali  we  dworze,  zanim  wybuchła  epidemia 
dżumy. Święta to trzaskający ogień w palenisku w starej izbie, zapalone świece w 
każdym kącie i ojciec, który wznosi toast ze wszystkimi za nowy, spokojny rok. 

Gdy  zbliżyła  się  do  Koziego  Mostu  i  skręciła  w  dół  na  ulicę  Wschodnią, 

Ingebjorg zatrzymała się i, odwróciwszy do chłopaka, rzekła: 

Dziękuję za odprowadzenie, dalej już nie musisz iść za mną, jestem już prawie 

na miejscu. 

Pokazała  budynek.  Chłopak  zerknął  zrazu  z  zaciekawieniem  w  dół  na 

Flugubiten, po czym wzruszył obojętnie ramionami i, co Ingebjorg przyjęła z ulgą, 
udał się w drogę powrotną. 

Poczekała,  póki  nie  zniknął  jej  z  oczu  za  placem,  po  czym  pośpiesznym 

krokiem dotarła do wyszynku gospodyni Karine. 

TLR

background image

Ostatnio  wiele  rozmyślała  o  Isabelle.  Przyjaciółka  na  pewno  nie  miała  jak 

wysłać  jej  wiadomości.  Nie  miały  wspólnych  znajomych.  Jedyna  nadzieja,  że 
gospodyni Karine coś o niej wie. 

Muszę  zachować  ostrożność,  pomyślała.  Wątpliwe  bowiem,  by  Isabelle 

odważyła  się  powiedzieć  swej  krewnej,  co  jej  naprawdę  dolega.  Pewnie 
wspomniała jedynie, że zapadła na jakąś trudno uleczalną chorobę i dlatego musi 
przenieść się do klasztoru. 

Na pewno nikt nie zna prawdy. Ojciec Isabelle całkowicie zerwał kontakty z 

córką, gdy ją zastał w niedwuznacznej sytuacji z kowalem Ragnvaldem. 

Ingebjorg  zwolniła  nieco,  gdy  już  znalazła  się  blisko  celu.  Bała  się,  że  w 

gospodzie natknie się na pijaków. Ostatnio, by dostać się do tkalni, musiała przejść 
przez cuchnącą piwem izbę, wypełnioną półnagimi ladacznicami i rozpustnikami. 
Ale  wtedy  jeszcze  nie  była  żoną  arystokraty  i  nie  nosiła  strojów  z  jedwabiu  i 
aksamitu. Teraz jej pojawienie się w takim miejscu wywołałoby nie lada sensację. 

Musi być przecież jakieś inne wejście, pomyślała i wytężyła słuch. Usłyszała 

szum rzeki Alna, uderzenia młota kowalskiego w kuźni i stukot końskich kopyt w 
dole ulicy. Rozległy się też nawoływania dzieci i porykiwanie krów w oborze. Za 
to w gospodzie panowała cisza. Może o tak wczesnej porze nikt się jeszcze nie 
zdążył upić, pomyślała i jej wzrok padł na niskie drzwi w niewielkim budynku, 
przylegającym do gospody. Pomodliła się w duchu, by zastać tam Karine. 

Trzęsącą się dłonią zapukała do drzwi. Otworzyły się natychmiast i w progu 

stanęła krewna Isabelle. 

— Przepraszam, jeśli przeszkadzam — zaczęła Ingebjorg. 
Stara  kobieta,  o  wydatnych  ustach  i  dużym  nosie,  spojrzała  na  nią  zrazu  z 

przestrachem, ale gdy ją rozpoznała, na jej twarzy odmalowała się ulga. 

Zapewne wciąż drży, by jej nie zdemaskowano, pomyślała Ingebjorg. 
— Przyjaciółka Isabelle z Nonneseter? A więc już słyszałaś, pani? 
Ingebjorg zmarszczyła czoło, nic nie rozumiejąc. 
Gospodyni  Karine  wahała  się  chwilę,  ale  skinąwszy  ręką,  zaprosiła  ją  do 

pogrążonej w półmroku tkalni. W środku było pusto, tkaczki zapewne pojechały 
na święta do swych domów. 

— Nic nie wiesz, pani? — zwróciła się do niej karczmarka. 
— O czym? 
— Isabelle nie żyje. 
Ingebjorg zamarła i, wpatrując się nieruchomo w kobietę, powtórzyła szeptem: 
— Isabelle nie żyje? 

TLR

background image

—  To  najlepsze,  co  ją  mogło  spotkać  —  rzuciła  ponuro  Karine.  —  Wiesz 

przecież, co czekałoby ją w przeciwnym razie? 

Ingebjorg nie była w stanie wydobyć z siebie słowa. 
— Pan okazał jej miłosierdzie, bo była z gruntu dobrą dziewczyną, i uchronił ją 

przed  okropnymi  mękami  i  lękami.  Znam  tę  chorobę,  więc  wiem,  co  mówię. 
Proszę iść do kościoła i pomodlić się za jej duszę, a jeśli może pani ofiarować na 
mszę za nią, proszę to uczynić. Nie jestem pewna, czy ktoś zapłacił mnichom w 
klasztorze Vasrne, a bez odpustu jej dusza na zawsze pozostanie w czyśćcu. 

— Zapłacę — wyszeptała Ingebjorg porażona. — Kiedy to się stało i jak się 

pani o tym dowiedziała, gospodyni Karine? 

Karine  wytarła  brudnym  rękawem  stół  i  poprosiła  Ingebjorg,  by  usiadła. 

Postawiła dwa kufle i napełniwszy je piwem, uniosła swój i rzekła chrapliwym 
głosem: 

— Za pamięć o pannie Isabelle. Niech będą dzięki Chrystusowi i pannie Maryi! 

Módlmy się do Pana, by ją uchronił przed wiecznym potępieniem. 

Ingebjorg uniosła kufel i wypiła toast za Isabelle, a po policzkach popłynęły jej 

łzy. 

Przypomniała sobie ten ostatni raz, gdy się widziały, w pracowni w Akersborg. 

Przerażona i blada, przemówiła wtedy do niej nieswoim głosem: 

—  Stało  się  coś  strasznego,  Ingebjorg...  gospody  ni  Karine  pogłaskała  ją 

nieoczekiwanie  po  ramieniu  i  rzekła:

 

—  Dobrze,  że  choć  ktoś  zapłakał  po  tej 

małej. Tylu odwróciło się do niej plecami. Mój krewny z okazałego dworu nad 
Mjosą nie przybył nawet na pogrzeb swojej córki. 

Ingebjorg krwawiło serce. Nikt bliski nie odprowadził Isabelle w jej ostatnią 

drogę. Pewnie nawet kowal Ragnvald nie przyszedł. Może nie miał odwagi wyjść 
z lazaretu i uczestniczyć w pogrzebie ze strachu, by wyszły na jaw jego grzechy. 

— To się stało bardzo szybko — ciągnęła pani Karine. — A mogło się ciągnąć 

wiele lat. Składam ręce do Boga i mu za to dziękuję. Jeden z mnichów przyszedł 
powiadomić  o  jej  śmierci,  ale  niewiele  się  od  niego  dowiedziałam,  bo  czuł  się 
bardzo niepewnie, przekraczając progi grzesznego przybytku. 

Ingebjorg pociągnęła nosem i otarła oczy. 
— A co z kowalem Ragnvaldem? — zapytała. 
Karine pokręciła głową. 
— Mnich nic mi nie mówił, a ja nie chciałam pytać. Zakonnicy nie rozumieją 

takich spraw. Znają tylko jedną miłość do Dziewicy Maryi, do jej Syna i do Boga. 

Ingebjorg pokiwała głową. 

TLR

background image

— Cieszę się, że tu przyszłam, gospodyni Karine. Będę się modlić za Isabelle i 

dam  na  mszę  za  zbawienie  jej  duszy.  Poproszę  także  siostrę  Sigrid,  matkę 
przełożoną w Nonneseter, by odprawiono w klasztorze mszę za spokój jej duszy. 

Karine otarła łzę, która zakręciła się w kąciku oka. 
— Dziękuję, panienko. Chyba sam Pan cię tu dziś do mnie przysłał. 
Ingebjorg już wstawała, gdy nagłe usłyszała głośny krzyk. 
— Co to było? — spytała, wstrzymując oddech. 
Gospodyni  zmarszczyła  czoło  i  bez  słowa  zerknęła  w  stronę  drzwi, 

prowadzących do gospody. 

Przez wszystkie te lata przywykła do tego i owego ze strony swej klienteli. 
— Pomocy! Wykrwawi się na śmierć! — doleciał głos kobiety. 
Tym razem Karine poderwała się natychmiast z krzesła. Ingebjorg wzdrygnęła 

się, ale wahała się tylko ułamek sekundy. Uznała, że jeśli stało się nieszczęście, to 
musi tam wejść, bo być może jako jedyna będzie umiała opatrzyć ranę. 

Uderzył ją w nozdrza odór piwa, potu i gryzącego dymu. Jacyś goście stłoczyli 

się przed drzwiami do małego pomieszczenia, sąsiadującego z izbą, przy jednym 
ze stołów, obok przewróconego kufla, siedział, a właściwie leżał na blacie pijak, 
dwaj inni, kiwając głowami, patrzyli tępo na tych, którzy pobiegli zobaczyć, co się 
stało. 

Przez  tłum  przecisnął  się  potężny  mężczyzna.  Wyszedł  z  małego 

pomieszczenia rozebrany do połowy, trzymając w ręku ubrania. Gdy skierował się 
do  wyjścia  z  gospody,  odwrócił  lekko  głowę  i  spojrzał  przelotem  w  stronę  go-
spodyni Karine i Ingebjorg, po czym zniknął. 

Przeżyła wstrząs. Znała tego mężczyznę! Był to jeden ze strażników, którzy 

wozili ją do klasztoru na Hovedoen. 

—  Sprowadźcie  straże!  —  zawołał  ktoś,  a  gdy  Ingebjorg  wraz  z  Karine 

przeciskały się do izdebki, usłyszała stukanie butów o podłogę i trzaskanie drzwi. 

Półnagie ladacznice i cuchnący piwem podchmieleni mężczyźni odsunęli się 

na bok i wpuścili je do środka. Ingebjorg czuła na sobie zaciekawione spojrzenia. 
Nie co dzień kobiety z wyższych sfer pokazywały się w gospodzie. 

Na podłodze, tuż przy drzwiach, leżała naga kobieta, krwawiąc obficie z rany 

w piersi. Daremnie usiłowała unieść głowę. Ingebjorg uchwyciła jej drętwy wzrok 
i zarządziła, zdumiona własnym spokojem: 

— Trzeba zatamować krwotok, dajcie kawałek czystego płótna! 
Gospodyni Karine chwyciła z łóżka prześcieradło i oddarła kawałek. Ingebjorg 

wzięła  z  odrazą  cuchnącą  szmatę,  ale  nie  było  czasu,  by  domagać  się  czegoś 

TLR

background image

innego. Szybko zaczęła opatrywać ranną, ale krew natychmiast przesiąkła przez 
opatrunek.  Chwyciła  więc  następną  szmatę,  desperacko  próbując  zatamować 
krwotok, gdy nagle usłyszała przeraźliwy jęk jakiejś kobiety: 

— Ona nie żyje. Asta nie żyje! 

Ingebjorg oderwała wzrok od rany i popatrzyła na twarz poszkodowanej i jej 

zamglone spojrzenie, a kiedy dotknęła szyi, nie wyczuła pulsu. 

Odwróciła  się  do  gospodyni  Karine  i  dostrzegła,  że  w  pooranej  twarzy 

karczmarki odmalował się strach. 

—  Chyba  powinnaś  stąd  wyjść,  panno  Ingebjorg  —  rzuciła  chrapliwie.  — 

Uciekaj, zanim się tu zjawią stróże prawa! 

Ingebjorg wyprostowała się, kompletnie oszołomiona, niezdolna samodzielnie 

myśleć. 

Dopiero gdy przecisnęła się przez ciżbę podchmielonych gapiów, uświadomiła 

sobie,  że  może  zostać  zatrzymana  jako  świadek  zabójstwa.  Usiłowała  sobie 
przypomnieć, czy strażnik ją rozpoznał, ale nie była w stanie stwierdzić tego na 
pewno. 

Już miała wyjść, gdy w progu drogę zagrodziło jej dwóch wysokich mężczyzn. 

Byli ubrani na czarno, a przy boku mieli miecze. Straż... 

—  Nikt  stąd  nie  wyjdzie  —  huknął  jeden  z  nich  i  zdecydowanym  ruchem 

pchnął ją z powrotem do środka.

 

TLR


Document Outline