background image

 
 
 

WIDZENIE KAROLA XI 

I INNE OPOWIADANIA 

 

ZŁOTA PODKOWA 14 

 

 

 

 

 
 

WYDAWNICTWO „ŚLASK” KATOWICE 1958

 

background image

 

PROSPER MÉRIMÉE 

 

WIDZENIE KAROLA XI 

 

Jest zwyczaj drwić sobie z widzeń i z nadprzyrodzonych zjawisk; niektóre wszelako są 

tak poważnie stwierdzone, że gdyby im odmówić wiary, trzeba by dla konsekwencji odrzucić 
ryczałtem wszystkie świadectwa historyczne. 

Protokół spisany formalnie, opatrzony podpisami czterech wiarogodnych świadków, oto 

poręka prawdziwości faktu, który opowiem. Dodam, iż przepowiednia zawarta w tym proto-
kole była znana i powtarzana o wiele wcześniej, nim wypadki zaszłe za naszych dni mogły ją 
potwierdzić. 

Karol  XI,  ojciec  słynnego  Karola  XII,  był  to  jeden  z  najbardziej  despotycznych,  ale 

najrozumniejszych  monarchów,  jakich  miała  Szwecja.  Ograniczył  potworne  przywileje  szla-
chty,  zniósł  potęgę  Senatu  i  ustanowił  prawa  własną  powagą;  słowem  zmienił  ustrój  kraju, 
który przed nim był możnowładczy, i zmusił Stany, aby mu powierzyły pełną władzę. Był to 
zresztą człowiek światły, dzielny, bardzo przywiązany do wiary luterskiej, nieugiętego chara-
kteru, zimny, trzeźwy, zupełnie pozbawiony wyobraźni. 

Stracił właśnie żonę,  Ulrykę Eleonorę. Mimo że  jego surowość dla królowej przyspie-

szyła, jak mówią, jej koniec, cenił ją i zdawał się bardziej wzruszony jej śmiercią, niżby się 
można  było  spodziewać  po  tak  oschłym  sercu.  Od  tego  wypadku  stał  się  jeszcze  bardziej 
ponury i milczący niż wprzódy i oddawał się pracy z gorliwością, która dowodziła nieodpartej 
potrzeby usunięcia dręczących myśli. 

O schyłku jesiennego dnia król siedział w szlafroku i pantoflach naprzeciwko wielkiego 

ognia,  zapalonego  w  jego  gabinecie  w  pałacu  w  Sztokholmie.  Miał  koło  siebie  szambelana, 
hrabiego Brahe, którego  zaszczycał swą łaską, oraz lekarza Baumgartena, który, powiedzmy 
nawiasem,  lubił  odgrywać  sceptyka  i  chciał,  aby  wątpić  we  wszystko  wyjąwszy  medycynę. 
Tego wieczora król sprowadził go, aby się poradzić w przedmiocie jakiegoś niedomagania. 

Wieczór  przeciągał  się,  a  król,  wbrew  zwyczajowi,  nie  kwapił  się  życzyć  im  dobrej 

nocy  oraz  dać  znak,  że  czas,  by  go  opuścili.  Ze  spuszczoną  głową  i  oczyma  wlepionymi  w 
żarzącą  głownię  trwał  w  głębokim  milczeniu,  znudzony  towarzystwem,  ale  lękając  się,  nie 
wiadomo  czemu,  zostać  sam.  Hrabia  Brahe  wiedział  dobrze,  że  obecność  jego  nie  jest  zbyt 
miła  królowi,  i  już  kilka  razy  wyrażał  obawy,  że  Jego  Królewska  Mość  potrzebuje  może 
spoczynku;  gest  króla  zatrzymywał  go  w  miejscu.  Z  kolei  lekarz  napomknął  o  szkodliwości 
długiego czuwania dla zdrowia; ale Karol mruknął przez zęby; 

— Zostańcie; nie mam jeszcze ochoty spać. 
Wówczas  próbowano  kolejno  rozmaitych  przedmiotów  rozmowy,  które  wyczerpywały 

się  przy  drugim  lub  trzecim  zdaniu.  Nie  ulegało  wątpliwości,  że  Jego  Królewska  Mość  ma 
swój zły dzień, a w podobnych okolicznościach położenie dworaka jest bardzo trudne. Hrabia 
Brahe podejrzewając, że przyczyną królewskiego smutku jest żal po stracie małżonki, spoglą-
dał  jakiś  czas  na  portret  królowej  wiszący  w  gabinecie,  po  czym  wykrzyknął  z  głośnym 
westchnieniem: 

— Jaki ten portret podobny! To jej wyraz, tak majestatyczny i słodki zarazem. 
—  Ba  —  odparł  szorstko  król,  któremu  zdawało  się,  że  słyszy  wyrzut,  ilekroć  ktoś 

wspomniał  przy  nim  imię  królowej.  —  Ten  portret  jest  zbyt  pochlebny.  Królowa  była  brzy-
dka. 

Następnie,  zmierżony  tajemnie  własną  szorstkością,  wstał  i  zaczął  chodzić  po  pokoju, 

aby  ukryć  wzruszenie,  za  które  się  rumienił.  Zatrzymał  się  przed  oknem  wychodzącym  na 
dziedziniec. Noc była ciemna, księżyc wchodził zaledwie w pierwszą kwadrę. 

Pałac, w którym dziś rezydują królowie szwedzcy, nie był jeszcze skończony; Karol XI, 

background image

który rozpoczął jego budowę, mieszkał wówczas w dawnym pałacu, położonym na szczycie 
Ritterholm  nad  jeziorem  Moelerskim.  Jest  to  wielki  budynek  w  kształcie  podkowy.  Gabinet 
króla  był  na  końcu  jednego  skrzydła,  prawie  naprzeciw  zaś  znajdowała  się  wielka  sala,  w 
której zbierały się Stany, gdy miały wysłuchać jakiegoś orędzia Tronu. 

Okna  tej  sali  były  w  tej  chwili  oświecone  żywym  blaskiem.  Wydało  się  to  królowi 

dziwne. Przypuszczał zrazu, że to lokaj jakiś ze świecznikiem. Ale co mógłby robić o tej go-
dzinie w sali, której od dawna nie otwierano?. Przy tym światło było zbyt jarzące, aby miało 
pochodzić od jednego świecznika. Można było przypuszczać, że to pożar; ale nie było widać 
dymu, szyby nie były spękane, nie było słychać żadnego hałasu; wszystko zwiastowało raczej 
iluminację. 

Karol  patrzał  w  te  okna jakiś  czas  w  milczeniu. Już  hrabia  Brahe  miał  ująć  za  taśmę  i 

zadzwonić na pazia, aby zbadał przyczynę tej osobliwej jasności, ale król powstrzymał go. 

— Pójdę sam — rzekł. 
Mówiąc  to  widocznie  zbladł,  a  fizjonomia  jego  wyrażała  jak  gdyby  jakiś  święty  lęk. 

Mimo to wyszedł pewnym krokiem; szambelan i lekarz szli za nim, każdy z zapaloną świecą. 

Odźwierny, który piastował klucze, już był w łóżku. Baumgarten poszedł go obudzić i 

rozkazał mu w imieniu króla otworzyć natychmiast drzwi do sali tronowej. Sługa zdumiał się 
tym  niezwykłym  rozkazem;  ubrał  się  spiesznie  i  dogonił  króla  niosąc  pęk  kluczy.  Najpierw 
otworzył drzwi do galerii, która służyła niejako za przedpokój sali tronowej. Król wszedł; ale 
jakie było jego zdumienie, kiedy ujrzał ściany całkowicie obite kirem! 

— Kto kazał tak obić tę salę? — spytał gniewnie. 
—  Najjaśniejszy  Panie,  nikt,  o  ile  wiem  —  odparł  zmieszany  odźwierny.  —  Kiedy 

sprzątałem tu ostatni raz, sala była wyłożona dębem, jak zawsze... To pewna, że to obicie nie 
pochodzi z lamusa Waszej Królewskiej Mości. 

Król, idąc spiesznie, przebiegł już dwie trzecie krużganka. Hrabia i odźwierny  szli tuż 

za nim. Lekarz Baumgarten został nieco w tyle, wahając się między obawą zostania samemu 
a lękiem przed następstwami przygody, która zapowiadała się w sposób dość szczególny. 

— Niech Wasza Królewska Mość nie idzie dalej! — wykrzyknął odźwierny. — Na mą 

duszę, w tym są jakieś czary! O tej porze... od śmierci królowej, Waszej Dostojnej małżonki... 
powiadają, że się przechadza w tym krużganku... Niech Bóg nas strzeże. 

— Wstrzymaj się, panie! — wołał i hrabia. — Czy nie słyszysz hałasu, jaki dochodzi z 

sali tronowej? Kto wie, na jakie niebezpieczeństwo Wasza Królewska Mość się naraża. 

—  Panie  —  powiadał  Baumgarten,  któremu  podmuch  wiatru  zgasił  świecę  —  pozwól 

bodaj, abym poszedł po jaki dziesiątek gwardzistów... 

—  Wchodźmy  —  rzekł król  stanowczym  głosem,  zatrzymując  się  przed  drzwiami  sali 

tronowej. — A ty rzekł do odźwiernego — otwieraj prędko te drzwi. 

Pchnął  je  nogą,  a  hałas  ten,  powtórzony  przez  echo  sklepień,  rozległ  się  w  krużganku 

jak wystrzał armatni. 

Odźwierny drżał tak, że kołatał kluczem o zamek nie mogąc doń trafić. 
— Stary żołnierz i drży — rzekł Karol wzruszając ramionami. — Dalej, hrabio, otwórz 

nam te drzwi. 

— Panie — odparł hrabia cofając się o krok — niech Wasza Królewska Mość każe mi 

iść wprost na paszczę duńskiej albo niemieckiej armaty, usłucham bez wahania; ale ty, panie, 
chcesz, abym wyzywał piekło. 

Król wyrwał klucze z rąk odźwiernego. 
—  A  więc  —  rzekł  wzgardliwym  tonem  —  ja  sam  je  otworzę.  —  I  zanim  ktokolwiek 

mógł mu przeszkodzić, otwarł ciężkie dębowe drzwi i wszedł do wielkiej sali wymawiając te 
słowa:  „W  imię  Boże”.  Jego  towarzysze,  pchani  ciekawością  silniejszą  niż  strach  i  może 
wstydząc się opuścić swego króla, weszli z nim. 

Sala  tronowa  jarzyła  się  niezliczoną  mnogością  świec.  Czarny  kir  zajął  miejsce 

background image

dawnego dywanu, za- haftowanego ludzkimi postaciami. Wzdłuż ścian widniały ustawione po 
porządku, jak zawsze, chorągwie niemieckie, duńskie lub moskiewskie, trofea żołnierzy Gu-
stawa Adolfa. W środku można było rozpoznać sztandary szwedzkie, okryte żałobną krepą. 

Olbrzymie  zgromadzenie  zalegało  ławki.  Cztery  Stany  królestwa  *  zasiadały  wedle 

swej rangi. Wszyscy byli ubrani czarno, a ta mnogość ludzkich twarzy, odcinających się jasno 
na ciemnym tle, olśniewała oczy tak, iż z czterech świadków tej niezwykłej sceny żaden nie 
mógł  rozpoznać  w  tej  ciżbie  jakiejś  znajomej  twarzy.  Tak  aktor  w  obliczu  mnogiej  publi-
czności widzi jedynie mętną masę, w której oczy jego nie mogą rozróżnić ani jednej osoby. 

Na  wyniosłym  tronie,  z  którego  król  zwykł  był  przemawiać  do  zgromadzenia,  ujrzeli 

krwawego trupa. przybranego  w oznaki monarsze. Po jego prawicy dziecko, stojąc z koroną 
na głowie, trzymało berło w ręce; po lewej stary człowiek lub raczej upiór — wspierał się na 
tronie.  Przybrany  był  w  uroczysty  płaszcz,  jaki  nosili  dawni  wielkorządcy  Szwecji,  zanim 
Waza uczynił z niej królestwo. Naprzeciwko tronu wiele osób o poważnej i surowej postawie, 
odzianych  w  długie  czarne  suknie  i  wyglądających  na  sędziów,  siedziało  przy  stole,  na 
którym leżały wielkie księgi i kilka pergaminów. Pomiędzy tronem a ławkami znajdował się 
pieniek przybrany czarną krepą; tuż obok leżał topór. 

Nikt  w  tym  nadludzkim  zgromadzeniu  jakby  nie  zauważył  obecności  Karola  i  trzech 

towarzyszących mu osób. Skoro weszli, usłyszeli zrazu mętny szmer, w którym ucho niezdo-
lne  było  rozróżnić  poszczególne  dźwięki;  następnie  najstarszy  z  czarno  odzianych  sędziów. 
który  zdawał  się  pełnić  funkcję  przewodniczącego,  wstał  i  uderzył  trzy  razy  ręką  w  otwartą 
księgę.  Natychmiast  uczyniła  się  głęboka  cisza.  Kilku  młodych  ludzi  o  szlachetnej  postaci, 
bogato ubranych, z rękami związanymi na grzbiecie, weszło do sali drzwiami na wprost tych, 
które  właśnie  otworzył  Karol  XI.  Szli  z  podniesioną  głową  i  pewnym  spojrzeniem.  Za  nimi 
tęgi człowiek, ubrany w kaftan z brunatnej skóry, trzymał koniec sznura pętającego im ręce. 
Ten, który szedł pierwszy i wyglądał na najznaczniejszego z jeńców, zatrzymał się w środku 
sali, przed pieńkiem, na który spojrzał z dumną wzgardą W tej samej chwili trupa jak gdyby 
przebiegł  konwulsyjny  dreszcz,  a  świeża  i  czerwona  krew  spłynęła  z  jego  rany.  Młody 
człowiek  ukląkł,  poddał  głowę,  topór  błysnął  w  powietrzu  i  spadł  natychmiast  z  hałasem. 
Strumień krwi trysnął na podwyższenie i zmieszał się z krwią trupa; a głowa, podskoczywszy 
kilka  razy  po  zaczerwienionej  posadzce,  potoczyła  się  aż  do  stóp  Karola,  które  ubroczyła 
krwią. 

Aż do tej chwili zdumienie odejmowało mu mowę; ale na ten straszny widok „język mu 

się  rozwiązał”;  postąpił  krok  ku  podwyższeniu  i,  zwracając  się  do  postaci  przybranej  w 
płaszcz wielkorządcy, wyrzekł śmiało znane zaklęcie: 

— Jeśliś jest od Boga, mów; jeśliś od Złego, zostaw nas w spokoju. 
Widmo odparło zwolna i uroczystym tonem; 
—  Karolu  Królu,  ta  krew  popłynie  nie  za  twego  panowania...  (tu  głos  stał  się  mniej 

wyraźny), ale w pięć panowań później. Biada, biada, biada krwi Wazów! 

Wówczas  kształty  licznych  osób  tego  zdumiewającego  zgromadzenia  zaczęły  blednąć 

stając się niby ubarwione cienie, a w końcu znikły zupełnie; fantastyczne świeczniki zgasły, 
świece  zaś  Karola  i  jego  towarzyszy  oświecały  jedynie  stare  dywany,  lekko  kołysane  wia-
trem. Przez jakiś czas jeszcze słychać było dość melodyjny szmer, który  jeden ze świadków 
porównywał  do  szmeru  liści  na  wietrze,  a  inny  do  dźwięku,  jaki  wydaje  struna  harfy,  gdy 
pęknie  w  chwili  strojenia  instrumentu.  Wszyscy  zgodzili  się  co  do  czasu  trwania  zjawiska, 
który oznaczono w przybliżeniu na dziesięć minut. 

Czarne  draperie,  ścięta  głowa,  strumienie  krwi  barwiące  podłogę,  wszystko  to  znikło 

wraz  z  widmami;  jedynie  pantofel  Karola  zachował  czerwoną  plamę,  która  sama  jedna 
wystarczyłaby, aby mu przypomnieć sceny tej nocy, gdyby nie wyryły się aż nazbyt dobrze w  
 

* Szlachta, kler, mieszczaństwo i chłopi (przyp. tłum.)

 

background image

jego pamięci. 

Wróciwszy do swego gabinetu król podyktował sprawozdanie z tego, co widział, dał je 

podpisać towarzyszom i podpisał sam. Mimo ostrożności, jakie rozwinięto, aby utaić ten do-
kument przed publicznością, dowiedziano się o nim rychło, nawet za życia Karola XI; istnieje 
jeszcze i aż do dziś nikt nie odważył się podać w wątpliwość jego autentyczność. Koniec aktu 
godny jest uwagi: 

„I jeśli to, co tu podałem — mówi król — nie jest wierną prawdą, wyrzekam się nadziei 

lepszego  żywota,  na  który  zasłużyłem  może  przez  dobre  uczynki,  a  zwłaszcza  przez  gorli-
wość, z jaką pracowałem dla dobra mego ludu i dla obrony religii moich przodków.” 

A teraz, jeśli kto wspomni śmierć Gustawa III i sąd nad Ankarstroemem, jego mordercą, 

znajdzie  z  pewnością  związek  między  owym  wypadkiem  a  szczegółami  tego  osobliwego 
proroctwa. 

Młody człowiek ścięty w obecności Stanów oznaczałby Ankarstroema. 
Trup w koronie — to byłby Gustaw II. 
Dziecko, jego syn i następca — Gustaw Adolf IV. 
Starzec  wreszcie  —  to  byłby  książę  Sudermanii,  wuj  Gustawa  IV,  który  był  regentem 

królestwa, a potem królem po złożeniu z tronu bratanka. 
 

Z francuskiego przełożył Tadeusz Boy-Żeleński  

 
 
 

EMILE SOUVESTRE * 

 

RZEŹBIARZ Z CZARNEGO LASU 

 

Każdego, kto przemierza Księstwo Badeńskie, musi uderzyć charakter okolicy — łago-

dny, a jednocześnie dziki. Nie ma chyba innej okolicy, gdzieby te sprzeczności były szczęśli-
wiej  skojarzone.  Wszystko  ma  swój  wyraz  i  swoją  harmonię;  rzec  by  można  —  olbrzymi 
park, w którym Bóg-architekt zgromadził całe piękno, jakie miał do stworzenia. 

Szczególniej na skraju Czarnego Lasu krajobraz nabiera wyrazu. Tam doliny rozciąga-

jące  się  aż  do  Renu  nagle  się  zwężają  i  tworzą  szczeliny  skalne,  dające  zaledwie  przejście 
konikom  fabrykantów  wiśniaku.  Doliny  te,  widziane  ze  wzgórza,  wyglądają  jak  ogromne 
trójkąty, których podstawa dotyka rzeki, a wierzchołki łączy z górą wąska ścieżka. 

Trawy  tych  dolin,  zwilżane  cieplicami,  dorównują  zbożom.  Zawsze  zielone  i  falujące, 

ubarwione  są  taką  ilością  kwiecia,  jakiej  botanik  nie  byłby  w  stanie  w  ciągu  dnia  zebrać. 
Rzekłbyś  —  dywan  z  aksamitu  i  jedwabiu  rzucony  u  stóp  lasu.  Pokrywa  on  doliny,  wokół 
których kręci się tworząc tysiące zielonych spiral. Zatrzymuje się pod najwyższymi szczyta-
mi, ukazującymi gdzieniegdzie przyprószone śniegiem łysiny. 

Między dwoma takimi wzgórzami, w głębi wąskiego jaru, gdzie znajdują ujście doliny, 

mieszkał przed wieloma laty młodzieniec nazwiskiem Herman Cloffer. Do dnia dzisiejszego 
starzy powtarzają  często jego dzieje swoim synom. Opowiemy je tutaj nie według sagi mie-
szkańców gór, lecz według relacji burmistrza uzdrowiska Badenwiller, który nam ją podał ze 
wszystkimi  szczegółami  i  nauką  stąd  wynikającą.  Kochał  on  bowiem  Hermana  od  dzieciń-
stwa i wysłuchał jego zwierzeń na łożu śmierci. 

Herman  był  synem  nauczyciela.  Otrzymał  od  ojca  pewne  wiadomości.  Znał  trochę 

łaciny, grał na skrzypcach i mówił dosyć biegle po francusku. Toteż nazywano go w okolicy: 
mistrz Cloffer. 

 

* Emile Souvestre (1806—1854) — powieściopisarz i dramaturg francuski. W powieściach był Souvestre 

rzecznikiem klas wydziedziczonych. (Przyp. tłum.). 

background image

Od  dzieciństwa  ciosał  kozikiem  świerczynę,  jak  to  zresztą  czynią  prawie  wszyscy 

mieszkańcy gór. Zasmakował w tej pracy i potrafił nawet rzeźbić delikatne zabawki. Podróż 
do  Bazylei  dała  mu  możność  obejrzenia  różnych  rzeźb  gotyckich,  co  było  dla  niego  jakby 
objawieniem. Zrozumiał on wówczas, czym jest sztuka i co cierpliwością można osiągnąć. To 
zdecydowało o jego powołaniu. Zaniechał rzeźbienia zabawek, któremu dotąd się poświęcał, i 
zaczął  ciosać  w  drzewie  wszystko  to,  co  przykuwało  jego  wzrok.  Studiował  najdrobniejsze 
szczegóły  kończąc  dzieło,  aby  zaczynać  od  nowa,  i  to  tak  długo,  aż  nie  dopiął  swego.  Nie 
pozostawiał  nic  niedokończonego,  pracując  z  całym  umiłowaniem  dzieła  i  wyłącznie  dla 
niego. 

Ta sumienna praca zaczęła niebawem dawać wyniki. Jego prace, początkowo niedosko-

nałe i chaotyczne, stały się z czasem bardziej wierne, wyraźne i śmiałe. Trudności wykonania 
ustąpiły, powstały natomiast nowe — Herman potrafił nadać formę, lecz jego rzeźbom brako-
wało ruchu; wiedza została nabyta, pozostało jedynie tchnąć życie w dzieło. 

Wtedy rozpoczęła się dla młodzieńca walka między twórczym natchnieniem a opierają-

cą się martwą naturą. Jakże ta walka jest radosna, gdy ją uwieńczy powodzenie! 

Rzec  by  można,  że  drzewo  było  posłuszne  wszystkim  fantazjom  Hermana;  wydawało 

się, że sama jego myśl formuje i tworzy z niego rzeźbę. Zajęty wyłącznie swoją pracą i chcąc 
ją  uczynić  jak  najbardziej  zbliżoną  do  wyśnionego  ideału,  zatopił  się  w  niej  bez  reszty. 
Ożywiał ją żądzą twórczą; wyczuwało się natężenie myśli w drżeniu jego ręki. Wszystko, co 
tworzył,  nie  było  wynikiem  obliczenia  lub  systemu,  lecz  wrażenia;  rozumiał  on  sztukę  jako 
odzwierciedlenie reakcji duszy ludzkiej na dzieła wielkiego twórcy. 

Jego  prace,  których  początkowo  nie  odróżniano  od  prymitywnych  rzeźb  pasterzy  le-

śnych, zaczęły zwracać uwagę. Zainteresowano się nimi najpierw w Baden, potem w Berlinie, 
Wiedniu, Monachium. Handlarz, który zakupił pierwsze rzeźby za pół darmo, przynaglał mło-
dzieńca do sprzedania mu dalszych, obiecując lepszą cenę. 

Po  śmierci  ojca  Herman  był  jedyną  podporą  matki,  toteż  cieszył  się,  że  dzięki  swej 

pracy zapewni jej spokojną starość. Rzeczywiście niespodziewany dobrobyt zawitał do chaty. 
Odtąd  można  było  dokupić  nieco  mebli  do  wiejskiego  gospodarstwa,  odświeżyć  niedzielne 
ubrania  i  —  gdy  schodzili  się  wieczorami  sąsiedzi  —  poczęstować  ich  czasem  ciastem  oraz 
butelką reńskiego wina. Wówczas Herman brał skrzypce i akompaniował matce, która wdzię-
cznym jeszcze głosem śpiewała stare szwabskie piosenki i ballady Schillera, nauczone przez 
męża. 

W  ten  sposób  Cloffer  dzielił  dnie  na  pracę  i  spokojne  rozrywki,  pozostawiając  matce 

troskę o gospodarstwo. Uwolnił się od kłopotów materialnych, a jego życie stało się ustawi-
czną,  płodną  medytacją.  Nic  go  nic  odrywało  od  pracy  poza  przyjemnościami  sąsiedztwa  i 
tkliwością rodziny. Mógł się całkowicie oddawać tajemnym rozkoszom tworzenia i długo ga-
wędzić poufale ze swoim natchnieniem; jemu też poświęcał większość swego czasu i, pochło-
nięty sztuką, nie ocierał się o rzeczywistość codziennego życia. 

Pewnego letniego wieczoru siedział przed chatą paląc fajkę z morskiej pianki i uderza-

jąc w struny trzymanych na kolanach skrzypiec.  Nagle zza zakrętu wyłonił się jeździec. Był 
to obcy człowiek w wieku około czterdziestu lat, elegancją i wyglądem zdradzający kogoś z 
wielkiego  świata.  Zatrzymał  się  o  kilka  kroków  od  chaty  Cloffera  i  rozglądał  się  dookoła 
przykładając do oczu lorgnon. Wreszcie spostrzegł młodzieńca. 

— Oto, czego mi było potrzeba! — krzyknął po francusku. 
Następnie, zbliżając się ku niemu, wyjąkał ledwo zrozumiałą niemczyzną: 
— Czy mógłby mi pan wskazać, gdzie mieszka rzeźbiarz Herman? 
— To ja jestem — rzekł Cloffer powstając. 
— To pan! — krzyknął nieznajomy. — Wspaniale! 
Zsiadł z konia i rzucił wodze służącemu w liberii, który tymczasem nadjechał. 
—  Szukałem  pana,  mistrzu  —  podjął  swobodnym  tonem.  —  Jestem  Francuzem,  co 

background image

zapewne  pan  już  spostrzegł,  słysząc  moją  niemczyznę...  Poza  tym  jestem  kolekcjonerem. 
Widziałem pańskie rzeźby i chciałbym parę zakupić. 

Herman poprosił go do chaty. 
—  Więc  tutaj  pan  pracuje?  —  spytał  Francuz  oglądając  ze  zdziwieniem  zadymioną 

chatę. 

—  Przy  tym  oknie  —  odpowiedział  Cloffer.  To  mówiąc  wskazał  nieznajomemu  długi 

stół.  na  którym  leżało  parę  wykończonych  rzeźb.  Pod  stołem  widać  było  pociosane  pnie 
świerkowe; jego nieliczne narzędzia wisiały na ścianie. 

— Jak to, nie ma pan innej pracowni? 
— Niestety, proszę pana. 
Kolekcjoner podniósł lorgnon do oczu. 
— To cudowne — szepnął — tworzyć takie arcydzieła w podobnej budzie. Ale, mistrzu 

Hermanie... zdaje mi się, że tak pana tutaj nazywają... Panu wszystkiego brak; nie ma pan ani 
podniety, ani porady... 

— Staram się oddać to, co widzę, tak jak czuję — odpowiedział Cloffer po prostu. — 

Oto kozy, rzeźbione z natury, byk i dziecko. 

—  Zachwycające  —  przerwał  mu  nieznajomy,  który  wziął  dwie  rzeźby  podane  mu 

przez Hermana. — Co za lekkość, wytworność! Co za wyraz!... Kupuję! Jaka cena? 

Herman wymienił ją. 
—  Zgoda  —  rzekł  Francuz  zdziwiony  niską  ceną.  —  Czy  pan  wie,  drogi  mistrzu,  że 

poruszyłem  niebo  i  ziemię,  aby  pana  znaleźć?  Kupcy  sprzedający  pańskie  rzeźby  nie  znają 
pana  nazwiska  lub  też  je  ukrywają.  Nie  mogłem  odnaleźć  Żyda,  który  od  pana  kupuje  z 
pierwszej  ręki.  Musiałem  zwrócić  się  o  pomoc  do  naszego  ambasadora  w  Wiedniu,  który 
zażądał  z  kolei  od  policji  dokładnych  szczegółów.  Słowem  dowiedziałem  się  pańskiego 
nazwiska i przejeżdżając przez Badenwiller zapragnąłem pana zobaczyć! 

Herman się skłonił. 
— Nie przypuszcza pan, jaką się pan cieszy sławą w Niemczech — ciągnął nieznajomy. 

—  Wyrywają  sobie  pańskie  rzeźby.  Widziałem  niejedną  w  gabinecie  Metternicha.  Zapewne 
nie zamierza pan tutaj zostać? 

— Wybaczy pan — odpowiedział Herman — nie myślę opuszczać lasu. 
—  Jak  to!  Chce  pan  więc  zaprzepaścić  swoją  przyszłość?  Niech  pan  nie  zapomina,  że 

życie pana tutaj będzie wieczną wegetacją. 

— Żyję szczęśliwie. 
— Szczęśliwie! — powtórzył nieznajomy przyglądając się źle uszytemu odzieniu Clof-

fera. — To dowodzi, że jest pan filozofem, drogi mistrzu! Tutaj nie ma pan nawet pracowni. 
Rzeźbić o trzy kroki od pieca, gdzie gotuje się kapusta i wędzona słonina! Tylko wy, Niemcy, 
nadajecie się do takiego życia! 

— Cóż zyskałbym na zmianie? — zapytał Herman. 
— No, jakże! W pierwszym rzędzie sława! Dotąd znane są pańskie dzieła, lecz niezna-

ne  jeszcze  nazwisko.  Musi  pan  zająć  właściwe  miejsce,  drogi  mistrzu,  a  przede  wszystkim 
musi pan zdobyć majątek. 

— Zdobyć majątek — powtórzył Cloffer zdziwiony. — A to w jaki sposób? 
—  Ależ  na  Boga,  pańskimi  klockami!  —  krzyknął  Francuz.  —  Pan  chyba  nie  wie,  że 

nasi artyści żyją obecnie jak panicze. Trzeba korzystać, mistrzu, z postępu obecnego wieku i 
przyjechać do Paryża. Zapoznam pana z gronem dziennikarzy, którzy zrobią z pana Michała 
Anioła   w miniaturze. Przed upływem dwóch lat będzie pan miał lokaja i zaprząg. 

— Czy to możliwe? 
— Zaręczam! Skoro los nas zetknął, chciałbym, żeby pan z tego skorzystał. Światło nie 

może pozostać w ukryciu! Wierzaj mi i przyjedź do Paryża! 

— Nic mogę nawet o tym marzyć — szepnął rzeźbiarz kiwając głową. 

background image

— Dlaczego? 
— Mam tutaj moje przyzwyczajenia, przyjaciół, a przede wszystkim matkę... 
— Będzie pan miał czym zastąpić to w Paryżu. 
— Nie! Nie! 
— Proszę się zastanowić — odpowiedział Francuz, który chcąc przekonać Cloffera sam 

siebie przekonywał. — Niech pan zrozumie, że tutaj będzie pan żył jak chłop. Przypomina mi 
pan księcia żyjącego w  nieświadomości, że gdzie indziej korona na niego czeka. Tę właśnie 
koronę  chcę  panu  ofiarować.  Żąda  się  od  pana  jedynie  wyzbycia  się  starego  ubrania,  starej 
strzechy  i  obiecuje  się  panu  powodzenie  i  bogactwo.  Mimo  że  pan  jest  Niemcem,  przypu-
szczam,  że  lubi  pan  teatr  i  szampana.  Będzie  pan  to  wszystko  miał  zamiast  dzisiejszego 
cienkiego wina. Niech się pan zdecyduje. Zabiorę pana moją kolasą. 

Herman chciał odpowiedzieć, lecz nagle drgnął i urwał. Oczy jego spotkały się z ocza-

mi  matki. Weszła  przed chwilą  i  przysłuchiwała  się  rozmowie.  Nie  rozumiała  po  francusku, 
lecz widząc niecodzienne podniecenie Hermana  odgadła okiem matki, że dzieje się coś nad-
zwyczajnego. 

— Co mówi nieznajomy? — zapytała po niemiecku. 
— Opowiada mi o swoim kraju, matko — odpowiedział Cloffer. 
— A może on ci radzi, żebyś tam pojechał? 
Herman przytaknął. 
— Pamiętaj — rzekła staruszka — że tutaj żyją ludzie, którzy cię kochają. 
— Nie zapomnę o tym — odpowiedział Herman. 
— A więc? — zapytał Francuz, który na próżno starał się ich zrozumieć. 
— Nie chcę opuszczać matki — odpowiedział z powagą Cloffer. 
Nieznajomy chciał nalegać, lecz Cloffer odpowiedział gwałtownie i stanowczo: 
— Moje postanowienie jest niezłomne. Tej decyzji nic zmienić nie może. 
Francuz wzruszył ramionami. 
—  Jak  pan  chce,  mistrzu,  ale  pan  poświęca  swoje  powodzenie...  —  Po  czym  jeszcze 

dodał: — Opuściłem w Badenwiller panie, zbyt zdrożone, aby mi tu mogły towarzyszyć. Za-
kupią wszystkie pańskie rzeźby. Czy nie chciałby pan przywieźć ich osobiście? Zdążylibyśmy 
jeszcze na obiad. 

Po pewnym wahaniu Cloffer zgodził się. 
Gdy wrócił do domu, było już późno. Nieznajomi zatrzymali go w hotelu na obiedzie. 

Na pytania matki odpowiadał krótko, tonem pełnym zniecierpliwienia. 

Nazajutrz  pracował  jak  zwykle,  był  jednak  smutny  i  milczący.  Łatwo  można  było 

zauważyć, że brakuje mu tej szczerości, która cechowała każdą jego rozmowę. Zamknięty w 
sobie jak ranny ptak. nie rozweselał  chaty swoją  żywotnością i śpiewem.  Matka myślała, że 
smutek ten minie, i nie zaniedbała niczego aby go rozproszyć. 

W  młodym  rzeźbiarzu  zaszła  jednak  wielka  zmiana.  Dotąd  widywał  tylko  sąsiadów  i 

przyjaciół,  żył  też  ich  życiem  pozbawionym  ambicji.  Poza  pracą  jedynym  jego  pragnieniem 
były najprostsze rozrywki, gdyż innych nie znał. Spotkanie z nieznajomym i jego słowa zmie-
niły Hermana całkowicie. 

Najpierw  słuchał  tych  opowiadań  jak  ongiś  bajek  czarujących  jego  dziecinną  wyobra-

źnię, lecz panie, które spotkał w hotelu, potwierdziły w całej rozciągłości słowa nieznajome-
go.  Jedna  z  nich  była  nawet  tego  żywym  przykładem.  Biedna  ongiś,  jak  teraz  Herman, 
zawdzięczała swemu głosowi otaczający ją dostatek. Ten dostatek olśnił młodego rzeźbiarza! 

Na samą myśl, że i on może to osiągnąć, doznał zawrotu głowy. Na próżno głos rozsą-

dku  podszeptywał  mu.  by  się  strzegł  tych  zwodniczych  pokus.  Wszystkie  uśpione  dotąd  złe 
instynkty  obudziły  się  w  nim,  śpiewając  chóralnie  jak  czarownice  w  Makbecie:  „Będziesz 
bogaty! Będziesz sławny!” Herman był bliski poddania się oszałamiającym obietnicom. 

To,  co  go  przedtem  bawiło,  stało  mu  się  obojętne.  Obraz  Paryża  odgradzał  go  od 

background image

obecnego życia jak ponury cień, który zabiera radość korzystania ze słońca. Odtąd nie mógł 
się  skupić  przy  pracy;  rozpoczynał  tysiące  szkiców,  których  nie  kończył,  odczuwając  wszę-
dzie i we wszystkim niesmak. 

Te troski odbiły się na jego zdrowiu. Stała gorączka trawiła go. Dotąd matka milczała, 

gdy zauważyła jednak, że wpada w apatię gorszą od rozpaczy, przestała się wahać. 

—  Niech  Pan  Bóg  przebaczy  cudzoziemcom  ich  postępek  —  rzekła  do  Hermana.  — 

Przyszli tutaj jak wąż do raju namawiając cię do skosztowania owocu z drzewa wiedzy... Źle 
się stało, synu, ale teraz dłużej zostać tu nie możesz. Jedź, skoro my nie możemy ci dać szczę-
ścia. 

Cloffer  chciał  się  temu  sprzeciwić  wysuwając  różne  trudności.  Staruszka  postanowiła 

jednak ponieść ofiarę. Przekonywała go z tą pomysłowością daną tylko matkom i z właściwą 
kobietom zdolnością do  wyrzeczenia się, której  my, mężczyźni nie posiadamy. Przygotowa-
nia  do  podróży  ukończono  w  kilka  dni.  Matka  wyprała  bieliznę  Hermana,  odświeżyła  jego 
ubrania  i  dokładała  wszelkich  starań,  aby  wyjechawszy  jak  najdłużej  nie  odczuł  jej  braku. 
Dała mu większą część oszczędności prosząc go, aby niczego sobie nie odmawiał. 

— To, co sobie zostawiam, jest również twoją własnością, jak zresztą wszystko inne — 

dodała. — Bądź szczęśliwy, jeżeli to możliwe; niczego innego więcej nie pragnę. 

Herman  przyjmował  te  starania  z  wdzięcznością,  ale  jednocześnie  z  radością,  którą 

matka  boleśnie  odczuła.  Z  chwilą  gdy  zapadła  decyzja  wyjazdu  do  Paryża,  powróciło  mu 
zdrowie. Mówił głośniej, śpiewał bez przerwy i pracował z zapałem. Nie chciał przyjechać do 
stolicy  z  pustymi  rękami  i  włożył  całe  swoje  siły  w  pracę  nad  rzeźbą  przedstawiającą  grupę 
dzieci; ta rzeźba miała być dowodem jego umiejętności. 

Wreszcie  nadszedł  dzień  rozłąki.  Rozstanie  było  rozdzierające.  Herman  dwukrotnie 

odłożył kij podróżny mówiąc, że nie odejdzie. Matka jednak przemogła  własny ból, aby mu 
dodać odwagi. 

Nowa  okolica  i  wędrówka  rozproszyły  smutek  młodzieńca.  W  miarę  oddalania  się  od 

stron  ojczystych,  gorycz  ustępowała  ciekawości.  Idąc  pieszo  z  sękatym  kijem  w  ręku  i  z 
workiem ze skóry na ramieniu, przyspieszał kroku pytając się co wieczór, jak jeszcze daleko 
do  Paryża.  Choć  końca  wędrówki  nie  było  widać,  nie  odczuwał  ani  zmęczenia,  ani  nudy. 
Niecierpliwość dodawała mu skrzydeł, szedł więc nie zatrzymując się i snując marzenia. Gdy 
go mijał elegancki pojazd z rączym koniem, mówił sobie: 

— Niedługo i ja będę tak podróżował. 
Gdy spostrzegł dom ukryty w gaiku akacjowym, szeptał: 
— Jeszcze trochę i będę posiadał też taki domek. 
Szedł  dalej  radośnie  i  widział  siebie  w  przyszłości  właścicielem  tego  wszystkiego,  co 

cieszyło jego wzrok i wzbudzało jego pożądanie. 

Wreszcie po dwudziestu dniach podróży zobaczył przed sobą niewyraźny masyw zasła-

niający horyzont, nad którym unosiła się chmura dymu. Paryż! 

Przy  rozstaniu  w  Badenwiller  nieznajomy  pozostawił  Hermanowi  swój  adres,  prosząc 

go,  aby skorzystał z niego,  gdyby  kiedykolwiek  odwiedził Paryż. Natychmiast po przybyciu 
pospieszył Herman do mieszkania pana de Riol na ulicy Saint-Lazare. 

Na widok Cloffera nieznajomy krzyknął zdziwiony: 
—  Pan  tutaj,  mistrzu!  Czy  na  pańską  dolinę  runęła  góra?  Czy  drwale  spalili  pańską 

chatę? Czy też może jest pan zbiegiem politycznym? 

— Moja chata stoi nadal na swoim miejscu, a książę nie ma wierniejszego poddanego 

ode mnie — odpowiedział z uśmiechem Herman. 

— Przybył więc pan dobrowolnie? 
— Tak jest, dobrowolnie! 
— Kto dokonał tego cudu? 
— Pańskie słowa. 

background image

Paryżanin  spoglądał  ze  zdziwieniem  na  młodego  Niemca,  który  opowiedział  mu  o 

wszystkim, co się zdarzyło. 

— Wobec tego — zaczął dalej de Riol — przybył pan do Paryża, aby się dorobić? 
— Przybyłem, aby mnie poznano! 
— To właśnie chciałem powiedzieć. Pomożemy panu. 
— Liczę na pańskie rady i poparcie. 
—  I  nie  myli  się  pan,  ale  przede  wszystkim  chcę  pana  zapoznać  z  naszymi  sławnymi 

artystami. Jutro będę ich gościł u siebie; niech pan przyjdzie na obiad i przyniesie parę rzeźb. 

— Dobrze. 
— Do jutra więc, ale proszę przyjść później, gdyż my zasiadamy do obiadu, gdy wy w 

Niemczech spożywacie kolację. 

— Do jutra więc o siódmej godzinie. 
— Dobrze. 
Rozstali się podając sobie ręce. 
Herman  spędził  część  dnia  w  poszukiwaniu  mieszkania.  Zwiedził  następnie  ogrody 

publiczne, podziwiając rzeźby i zatrzymując się w zachwycie przed pomnikami. 

Nazajutrz zjawił się o umówionej godzinie u pana de Riol. Zastał go w otoczeniu kilku-

nastu młodych ludzi, którym został przedstawiony. 

Przyniósł rzeźbę grupy dzieci — rzeźba ta wzbudziła ogólny zachwyt. Jeden z malarzy 

widział  w  niej  równocześnie  Benvenuta  *  i  du  Goujona,**  pewien  rzeźbiarz  porównywał 
Hermana  z  Domeniquinem.***  obecny  zaś  na  przyjęciu  dziennikarz  uścisnął  mu  rękę  zape-
wniając, że nazajutrz wspomni o nim w gazecie nazywając go Canovą Czarnego Lasu. 

Zasiedli do stołu, a rozmowa toczyła się wyłącznie o malarstwie i rzeźbie. Herman był 

szczególnie zdziwiony tym, co słyszał. Wszyscy skarżyli się na upadek sztuki i zły gust publi-
czności, która zmuszała ich do kroczenia po niewłaściwej drodze. Jeżeli poprzednicy byli tak 
sławni,  a  oni  tak  maluczcy,  to  powodem  tego  była  według  nich  epoka,  z  którą  się  liczyć 
trzeba. Obecnie geniusz jest niezrozumiały i talentu rozwinąć nie można! Wszyscy powtarzali 
to chórem, ze smutkiem w głosie, wypróżniając wysokie kieliszki szampana: 

— Sztuka zamiera, sztuka już umarła! 
Jedni oskarżali cywilizację, inni rząd konstytucyjny i prasę. 
— Jedynie siebie samych oszczędzają — powiedział półgłosem dziennikarz pochylając 

się  ku  Hermanowi.  —  Nie  zastanawiają  się  nad  tym,  że  gust  publiczności  kształtuje  się  na 
podstawie tego, co mu się daje, i jeżeli jest on spaczony, sobie samym muszą przypisać winę. 
Oni  powinni  kształcić  i  prowadzić  społeczeństwo.  Czy  pan  myśli,  że  ci  krasomówcy  są 
gorliwymi  miłośnikami  sztuki?  Żaden  z  nich  nie  chciałby  być  Correggiem,****  gdyby  miał 
pracować i umierać tak jak ten wiejski malarz. Nie żyją dla sztuki ani ze sztuką — to właśnie 
ją  zabija!  My  wszyscy  mamy  więcej  próżności  i  ambicji  aniżeli  entuzjazmu  i  nie  szukamy 
piękna, lecz tylko korzyści. 

Po obiedzie wrócono do salonu, gdzie ponownie oglądano i chwalono rzeźbę Hermana, 

wszyscy  jednak  wyrażali  żal.  że  młody  rzeźbiarz  nie  wybrał  innego  tematu.  Dzieci  nie  były 
już w modzie. Istniały dwie czy trzy udane rzeźby przedstawiające dzieci, które wyczerpywa-
ły jednak cały temat. Obecnie największymi względami cieszyła się tematyka średniowiecza i 
radzono Hermanowi, aby wyrzeźbił kilka scen zapożyczonych ze starych ballad swego kraju. 

— Dziwi to pana zapewne? — podjął dziennikarz z uśmiechem. 
— Rzeczywiście — powiedział  Cloffer — myślałem  dotąd, że  doskonałość  stanowi o  

 

      * Benvenuto Cellini (1500—1571) — sławny wioski rzeźbiarz i złotnik. (Przyp. tłum.) 
    ** Jean Goujon (1510—1568) — rzeźbiarz i architekt francuski. (Przyp. tłum.) 
  *** Domenico Zampieri (1584—1641), zwany il Domeniquino — znany malarz włoski (Przyp. tłum.) 
**** Antonio Allegri (1494—1534), zwany Correggio od miasta, w którym się urodził — włoski malarz, 

założyciel szkoły lombardzkiej. (Przyp. tłum.)  

background image

wartości dzieła. 

—  To  są  zapatrywania  Czarnego  Lasu,  kochany  mistrzu,  my  tutaj  jesteśmy  bardziej 

postępowi.  Nie  wartość  artystyczna,  lecz  handlowa  czyni  dzieło  wartościowym.  Dziesięć  lat 
temu jeden z artystów zdobył rozgłos namalowawszy obraz przedstawiający mały kapelusz na 
skale  w  kształcie  serca.  Obraz  był  śmieszny,  ale  odpowiadał  ówczesnym  zainteresowaniom. 
Niczego więcej nie żądamy. 

— Zatem nie należy już studiować sztuki, lecz kaprysy publiczności? 
—  Dobrze  pan  to  ujął.  mistrzu.  Malarze,  rzeźbiarze  i  literaci  są  tylko  handlarzami 

nowości. Jeżeli moda się przyjmie,  robią wówczas fortunę, w przeciwnym wypadku szukają 
czegoś nowego. 

— Ach! Ja to sobie inaczej wyobrażałem — szepnął Herman. 
Wrócił do hotelu zniechęcony. 
Tymczasem  pan  de  Riol  dotrzymał  obietnicy.  Wprowadził  młodego  Niemca  do  towa-

rzystwa,  zaznajomił  go  z  kolekcjonerami  i  handlarzami,  od  których  Herman  otrzymał  liczne 
zamówienia. Nigdy nie był tak bogaty. Bogactwo to przypłacił jednak wolnością. Wskazano 
mu tematykę narzucając program. Był to dla niego rodzaj bolesnej i nieznanej dotąd tortury. 
Dotychczas kierował się wyłącznie odruchami fantazji, oddając dłutem wrażenia chwili. Two-
rzył tak jak myślał, jak widział i nie szukał w pracy niczego innego, jak tylko radości wierne-
go oddania wewnętrznych przeżyć. Podobny wolnemu ptakowi, przyzwyczaił się do swobo-
dnego  latania  po  niebie,  aż  tu  naraz  zostawiono  mu  określony  i  wąski  krąg.  Skończyły  się 
fantazje, oddanie się sztuce — i w końcu znikła radość. Natchnienie ustąpiło miejsca narzuco-
nemu programowi i po raz pierwszy spostrzegł, że praca może dawać niesmak. 

Pewnego poranka,  gdy  Cloffer był zajęty wykańczaniem zamówionej statuetki, wszedł 

dziennikarz, którego miesiąc temu poznał u de Riola. 

Karol Duvert przyniósł gazetę z obiecanym artykułem. 
— Nie wiem, czy pan będzie z niego zadowolony, ale artykuł zrobił sensację. 
—  Ciekaw  jestem,  co  pan  mógł  napisać  o  mnie,  biednym  przykrawaczu  świerków  — 

odpowiedział Herman otwierając gazetę. 

— Mam nadzieję, że pana dobrze „ustawiłem“ — zauważył Duvert. 
— Nie wyobrażam sobie, jakim sposobem. 
— Niech pan czyta. 
Cloffer zbliżył się do okna i zaczął przeglądać artykuł. Było to studium pełne fantazji. 

Pod  pretekstem  analizy  talentu  nieznanego  artysty  przedstawiono  jego  życie  jako  powieść 
pełną  nadzwyczajnych  przygód,  równie  nieznanych  Hermanowi,  jak  i  publiczności.  Karol 
Duvert zauważył zdziwienie młodego Niemca. 

— Byłem tego pewien!  — wykrzyknął ze śmiechem. — Oto biografia,  mistrzu, której 

pan się nie spodziewał. Zrobiłem z pana bohatera w rodzaju Hoffmanna. * 

— Rzeczywiście — powiedział urażony Herman — ale nie widzę powodu... 
— Powód, wielki człowieku, to ludzka głupota, która lubi tylko bajki. Życie artysty nie 

odbiegające od życia zwykłego śmiertelnika nie  wzbudzi ciekawości. Trzeba umieć opowie-
dzieć  swoje  dzieje.  Gdybym  zaczynał  karierę,  widzi  pan,  podałbym  się  raczej  za  jakiegoś 
Kaspra Hausera ** albo dzikusa z Orinoco aniżeli za syna mojego ojca. Niech pan sobie przy-
pomni  sławę  Paganiniego.  ***  Z  tego  tłumu,  który  go  otaczał,  jedna  trzecia  zaledwie  przy-
chodziła,  żeby  go  usłyszeć,  reszta  widziała  w  nim  człowieka,  którego  dziwaczne  awantury 
były tematem felietonów i którego geniusz, jak mówiono, pochodził od szatana. 
 

    *  Ernst  Teodor  Amadeusz  Hoffmann  —  niemiecki  poeta,  muzyk  i  malarz,  znany  z  fantastycznych 

opowieści. Miał bardzo bujne życie. (Przyp. tłum.) 

  **  Kaspar  Hauser  —  zagadkowy  znajda,  rzekomo  książęcego  pochodzenia,  zamordowany  w  r.  1833. 

Jego losy stały się tematem wielu książek. (Przyp. tłum.) 

*** Piccolo Paganini (1782—1840) — genialny skrzypek włoski. (Przyp. tłum.) 

background image

—  A  więc  kłamstwo  jest  pierwszym  warunkiem  sławy  —  odpowiedział  Herman  ze 

zdziwieniem. 

—  Nie  sławy,  lecz  rozgłosu,  mistrzu!  Sława  nie  potrzebuje  tego  całego  hałasu,  gdyż, 

jako  poszukiwaczka,  wyciąga  wielkiego  człowieka  z  jego  ciemnego  kąta,  a  nawet  z  grobu. 
Gdyby ona przeszła któregoś dnia przez Czarny Las, może jutro, może za sto lat, zapisałaby 
pańskie nazwisko na swych wielkich tablicach. Tutaj natomiast chodzi jedynie o powodzenie 
i majątek. My tworzymy sztukę tak, jak się robi interesy, a pierwszym warunkiem powodze-
nia  jest  posiadanie  szyldu  ściągającego  klientów.  Niebawem  odczuje  pan  skutki  mojego 
artykułu. 

W tym momencie wszedł portier hotelowy meldując, że pan Lorieux chciałby się zoba-

czyć z młodym rzeźbiarzem. 

—  Lorieux!  —  wykrzyknął  Duvert.  —  A  co,  nie  mówiłem?  Przeczytał  pewnie  mój 

artykuł i przyszedł z zamówieniem. 

— Tak pan sądzi? 
—  Jestem  tego  pewien.  Trzymaj  się  pan  dobrze,  mistrzu.  Im  drożej  zapłaci,  tym 

bardziej uwierzy w pański talent. 

Wprowadzono  kupca.  Istotnie  przyszedł  z  zamówieniami  na  rzeźby.  Dziwił  go  jednak 

widok  mebli  i  skromnego  pokoju,  w  którym  pracował  młody  rzeźbiarz.  Obejrzał  niechętnie 
figurki, które Herman mu pokazał. Duvert to spostrzegł. 

— Zły jestem, mistrzu, że pokazuje pan to wszystko w tym pokoju — rzekł do Herma-

na.  —  Światło  jest  nieodpowiednie,  co  uniemożliwia  ocenę  delikatności  rzeźby.  Gdyby  pan 
zechciał przejść do pracowni... 

— Aha, to mistrz ma pracownię? — zapytał kupiec. 
—  Przygotowują  mu  ją,  dlatego  też  zastał  go  pan  obozującego  w  tej  psiej  budzie.  W 

niedługim czasie posiadać będzie najpiękniejszą pracownię rzeźbiarską w Paryżu. Prawdziwa 
galeria włoska z widokiem na ogród. Trzy tysiące franków czynszu. Nasi artyści żyją obecnie 
na stopie wielkopańskiej. 

— A my jesteśmy ich bankierami — zauważył kupiec z głośnym śmiechem. 
—  Niech  pan  raczej  powie,  że  ich  chwilowymi  wierzycielami  czy  też  pełnomocnika-

mi... Ich dzieła przechodzące przez wasze ręce wzbogacają was. Ale przepraszam... Mistrzu, 
wie pan przecież, że czekają na pana, proszę więc szybko załatwić sprawę z panem Lorieux. 

Wszystko  to  było  powiedziane  tak  swobodnym  i  pewnym  siebie  tonem,  że  Cloffer 

zaniemówił.  Kupiec  natomiast,  usłyszawszy  te  słowa,  zmienił  zupełnie  sposób  bycia  i  czym 
prędzej złożył Hermanowi zamówienia, które zostały przyjęte, po czym wyszedł z oznakami 
wielkiej uprzejmości. 

Ledwie kupiec opuścił pokój, Duvert opadł na krzesło zanosząc się od śmiechu. 
— Na Boga! Co oznaczają te żarty i co mu pan nagadał? — zapytał Cloffer. 
—  To  nie  są  żarty  —  odpowiedział  dziennikarz  —  bo  skoro  pan  nie  posiada  jeszcze 

pracowni, o której mówiłem, musi ją pan mieć! 

— Jakto? 
—  Czy  nie  zauważył  pan,  jakie  wrażenie  zrobił  pokój  i  jego  umeblowanie  na  tym 

uczciwym kupcu? Widząc pana skromne mieszkanie zdecydowany był cofnąć zamówienie. 

— Ale pal diabli mieszkanie, skoro widział rzeźby! 
—  Mój  Boże,  mistrzu,  jest  pan  zanadto  Niemcem.  Czy  nie  rozumie  pan?  Aby  ocenić 

dzieło,  trzeba  mieć  więcej  wiedzy  i  gustu  od  tego  człowieka.  Pana  Lorieux  nie  obchodzi 
talent, on chce jedynie wziętego rzeźbiarza, aby móc dobrze sprzedać jego prace, a bogactwo 
artysty jest najlepszym dowodem jego powodzenia. Zapomina pan stale, że pan nie jest już w 
Czarnym  Lesie,  gdzie  pan  mógł  tworzyć  wedle  własnej  fantazji.  Jest  pan  teraz  w  Paryżu  i 
musi pan pracować według gustu innych. 

— Niestety! Ma pan rację — powiedział z westchnieniem Cloffer. 

background image

—  Należy  z  tego  wyciągnąć  naukę  —  podjął  Duvert.  —  Nie  może  pan  nadal  żyć  w 

osamotnieniu.  Trzeba,  aby  widziano  pana  w  wielkim  świecie.  Jeden  wieczór  spędzony  w 
pewnych salonach zrobi więcej dla pańskiego rozgłosu aniżeli kilka arcydzieł. 

—  Zatem  nie  wystarczy  utrata  swobodnej  twórczości,  muszę  również  zrezygnować  z 

dotychczasowego życia? — zapytał Herman. 

—  Trzeba  dopiąć  swego  —  podjął  Duvert  —  chwila  jest  dogodna.  Odtąd  powinna 

panem kierować jedna myśl i jeden cel: muszą o panu mówić! 

Cloffer  starał  się  postępować  według  rad  Duverta  i  niebawem  przekonał  się  o  ich 

słuszności.  W  ciągu  paru  miesięcy  jego  sława  wzrosła  nadspodziewanie,  a  ceny  jego  rzeźb 
odpowiednio się podniosły. 

Artykuł Duverta przyjęto za notatkę biograficzną, powtarzano wszędzie nazwisko mło-

dego  Niemca  opowiadając  o  jego  przygodach  miłosnych.  W  teatrze  pokazywano  go  sobie  z 
daleka i podawano szczegóły dotyczące jego wypowiedzi i przyzwyczajeń. 

Herman  poddał  się  tej  wygodnej  fali  mody,  która  niosła  go  bez  jego  współudziału. 

Wszystkie  instynkty  pychy,  dotąd  uśpione,  budziły  się  powoli.  Mówiono  tak  głośno  o  jego 
geniuszu,  że  wreszcie  uwierzył  w  niego  i  przyjmował  ogólne  uwielbienie  jako  należny  mu 
hołd. 

Niestety,  jego  powodzenie  rozpaliło  —  jak  to  zwykle  bywa  —  gwałtowne  uczucia 

zazdrości. Jak dotąd, znał tylko uroki powodzenia; niebawem miał doznać goryczy. 

Wroga mu gazeta rozpoczęła atak krytykując jego dzieła. Rzeźbom paryskim brakowało 

tej naiwności, która czyniła jego poprzednie prace tak wartościowymi. Skrępowany w tworze-
niu,  skazany  na  szybkie  zarobkowanie  i  stale  odrywany  przez  obowiązki  życia  wielkomiej-
skiego,  pracował  w  pośpiechu  i  bez  zamiłowania.  Wypominano  mu  to  z  obłudnym  żalem. 
Wskazywano na wszystkie błędy jego pośpiesznie robionych rzeźb, piętnując je jako wytwór 
chciwości. 

Te  oskarżenia  zraniły  serce  Hermana.  Jego  przeciwnicy  dowiedzieli  się  o  tym  i  wzna-

wiali  je  co  miesiąc,  co  tydzień,  co  dzień.  W  pewnych  gazetach  znajdował  młody  rzeźbiarz 
złośliwe żarty, szkalujące jego nazwisko. Przypisywano mu śmieszne wypowiedzi i postępo-
wanie; wystawiano jego osobę na pośmiewisko publiczności. 

Herman, wyprowadzony tym prześladowaniem z równowagi, chciał się zemścić. Duvert 

sprzeciwił  się  temu  wywodząc,  że  to  jest  drugie  oblicze  powodzenia.  Dlaczego  przeciwnicy 
nie  mieliby  użyć  tych  samych  sposobów  do  ośmieszenia  Hermana,  których  przyjaciele  jego 
użyli do zjednania mu rozgłosu? Był to nieunikniony skutek sławy. 

Zwyczaje rzucające artystę i jego dzieła na pastwę krytyce były Hermanowi zbyt obce, 

aby mógł przyjąć takie słowa pociechy. Wyczuwał zresztą w złośliwych żartach, którymi go 
prześladowano, oskarżenia przesadne, lecz słuszne. Zazdrość uczyniła jego wrogów przenikli-
wymi, uderzali więc dokładnie w schorzałe miejsce jego serca. 

Cloffer  bronił  się  przez  pewien  czas  bezskutecznie  przed  atakami  tych  złośliwych 

komarów, które go zewsząd kąsały. Daremnie starał się nie myśleć o prześladowaniu, którego 
był  celem.  Dusza  jego,  przyzwyczajona  do  spokoju,  była  zbyt  głęboko  zraniona.  Popadł  w 
głęboki  smutek  i  zachorował  tak  ciężko,  że  groziła  mu  śmierć.  Trzeba  było  całej  wiedzy  le-
karskiej i kilku miesięcy rekonwalescencji, aby wyzdrowiał. De Riol namówił go do podróży 
do Włoch, która przywróciła mu dawne zdrowie. 

Powrócił więc pełen sił, a długa przymusowa bezczynność wzbudziła w nim gwałtowną 

chęć do pracy. Skoro jednak zjawił się u kupców, ci udawali, że go nie poznają. W między-
czasie bowiem przyjechał z Florencji pewien ceramik, który potrafił skierować na siebie całą 
uwagę. 

Herman zwierzył się panu Duvert z tej zmiany. Dziennikarz wzruszył ramionami. 
— Cóż pan chce, mistrzu, powodzenie porównać można do fortuny. Trzeba je chwytać 

w lot. Sześć miesięcy nieobecności wystarczy, aby zapomniano o człowieku. Źle pan zrobił, 

background image

że pan wyjechał. 

— Zdrowie tego wymagało. 
—  Wzięty  artysta  nie  ma  prawa  chorować.  Życie  obecne  jest  walką  o  miejsce  i  kto-

kolwiek opuszcza szeregi choćby na godzinę, zastaje miejsce zajęte. 

— Czy mogę je odzyskać? 
Duvert potrząsnął przecząco głową. 
—  Pańska  osoba  i  nazwisko  są  znane.  Pańskie  dzieła  przestały  być  atrakcyjne.  Odtąd 

nie może pan liczyć na to zainteresowanie, które w świecie daje powodzenie. Mówi się już o 
panu jak o umarłym. 

— Ależ to okropne! — krzyknął Herman. — Wystarczył rok, aby mi odebrano... 
—  ...to,  co  jeden  rok  panu  dał  —  dokończył  Duvert.  —  Nie  ma  się  czemu  dziwić, 

powodzenie odeszło, tak jak przyszło. 

— Co mam więc z sobą począć? 
—  Niech  pan  szuka,  drogi  mistrzu!  Może  pan  zostać  poetą,  malarzem  lub  aktorem. 

Będzie to przeobrażenie i możliwe, że zainteresowanie publiczności wróci. 

Herman wyszedł bez odpowiedzi. Nie chciał uwierzyć  w usłyszane słowa. Niestety, w 

niedługim czasie przekonał się o ich słuszności. 

Przyzwyczajony do zawrotnej sławy, musiał ponownie przejść przez wszystkie upoko-

rzenia początkującego. Narażał się na odmowy, od których się odzwyczaił, i wreszcie musiał 
się pogodzić z bólem i wstydem zapomnienia. 

Te  przejścia  przekraczały  jego  siły.  Walczył  przez  pewien  czas,  aż  wreszcie  pewnego 

dnia,  doznawszy  boleśniejszej  niż  zwykle  odmowy,  pobiegł  do  pracowni  i  kazał  zawołać 
kupca;  wszystko  mu  sprzedał,  spłacił  długi  i  sięgając  po  sękaty  kij,  zawieszony  jak  trofeum 
nad drzwiami, szepnął: 

— Dość tego upokorzenia, wracajmy do lasu! 
Wyszedł  z  Paryża  przez  tę  samą  rogatkę,  którą  przekroczył  przed  czterema  laty. 

Rozwiały się niestety wszystkie jego ówczesne nadzieje. Przyszedł szczęśliwy, młody i silny. 
Wracał zrozpaczony, postarzały i śmiertelnie zraniony. 

Ciężka była to droga dla Hermana. Rozpieszczony życiem paryskim, odzwyczaił się od 

długich spacerów w słońcu. Nie posiadał już tej radosnej energii, która chętnie się wyładowu-
je  na  świeżym  powietrzu,  i  niejednokrotnie  musiał  się  zatrzymywać,  aby  odpocząć.  Skorzy-
stał z takiego odpoczynku, aby zawiadomić matkę o swoim powrocie. 

Można sobie wyobrazić radość matki po otrzymaniu tego listu, który dostarczono jej na 

kilka godzin przed przyjściem Hermana! Lecz radość jej znikła na widok zmian, jakie zaszły 
w wyglądzie syna. Poznała łatwo po bladości twarzy i smutnym, roztargnionym spojrzeniu, że 
wszystkie jego marzenia zawiodły i że powrót jego spowodowany jest raczej rozpaczą aniżeli 
miłością. Nie zadała mu jednak żadnego pytania. Rzucił się w ramiona matki i krzyknął: 

— Oto jestem, matko, i nie opuszczę cię już nigdy! 
Ten okrzyk jej wystarczył. Odtąd starała się, aby jej syn mógł odzyskać pogodę ducha. 

Urządziła mu w chacie osobny pokój zgromadziwszy tam wszystkie przedmioty, które lubił. 
Zapraszała  starych  przyjaciół,  a  młode  dziewczęta  z  sąsiedztwa  spędzały  wieczory  przy  jej 
kominku.  W  ten  sposób  każdy  dzień  stawał  się  w  jej  domu  świętem,  lecz  Herman  tego  nie 
spostrzegł.  Cóż  to  wszystko  znaczyło  wobec  tego  życia,  które  poznał.  Ciągle  słyszał  zgiełk 
eleganckiego  świata,  w  którym  ongiś  rozbrzmiewało  jego  nazwisko.  Porównywał  obecny 
marazm, w którym się ponownie znalazł, z blaskiem, jaki go do niedawna otaczał. Dusza jego 
straciła prostotę i spokój. Rozczarowany zwodniczymi przyjemnościami wielkiego świata, nie 
mógł już powrócić do zwykłych radości życia rodzinnego. 

Matka spostrzegła wreszcie, że wszelkie jej wysiłki były bezskuteczne. Herman stawał 

się z każdym dniem coraz smutniejszy i bardziej cierpiący. W niedługim czasie choroba tak 
się posunęła, że nie mógł opuszczać pokoju. Biedna, przerażona matka pobiegła po lekarza. 

background image

Lekarz  zbadał  młodego  rzeźbiarza,  zalecił  mu  odpoczynek  i  odszedł.  Matka  Hermana 

pobiegła za nim. 

— Nic mi pan nie mówi — szepnęła patrząc na doktora z trwogą. 
Lekarz był zakłopotany. 
— Zaklinam pana, proszę mi powiedzieć prawdę — ciągnęła zrozpaczona matka. 
— Prawdę? — wyjąkał doktór. 
— Ja jej żądam! 
— A więc idę po pastora! 
Staruszka krzyknęła i opadła na kolana. 
Pastor  przyszedł  następnego  dnia  pod  pozorem  zamówienia  pewnych  rzeźb.  Herman 

jednak uśmiechnął się smutnie. Czując pogorszenie zrozumiał, co sprowadziło duchownego. 
Otworzył  mu  duszę  i  zwierzył  mu  się  z  tego.  co  tu  opowiedzieliśmy.  Gdy  skończył,  pastor 
chciał go pocieszyć, ale Herman mu przerwał: 

— Rana jest zaleczona — rzekł z przejęciem. — U progu śmierci zrozumiałem prawdę. 

Wszystko, co się stało, było słuszne. Chciałem zamienić nadziemskie piękno sztuki na wygo-
dy,  bogactwa  i  próżność  rozgłosu.  Poświęciłem  moje  uczucia  i  moje  spokojne  szczęście  dla 
ambitnych zachcianek. Wcześniej czy później musiałem ponieść karę za moje błędy. Oby one 
były  nauką  dla  innych!  Jeśliby  ktoś,  uwiedziony  zwodnymi  pokusami,  chciał  opuścić  nasze 
doliny  dla  życia  wielkomiejskiego,  proszę  mu  opowiedzieć  moje  życie.  Proszę  mu  powie-
dzieć,  jak  drogo  się  płaci  za  powodzenie,  które  nie  czyni  człowieka  ani  szczęśliwym,  ani 
lepszym. Proszę nakłaniać go, aby kształcił serce i umysł nie dla korzyści, ale dla sztuki, gdyż 
radość na tej ziemi należy do prostych ludzi. 
 

Z francuskiego przełożył Piotr Michałowski  

 
 
 

VILLIERS DE L’ISLE-ADAM 

 

PRZYGODA TSE-I-LA 

 

Na północ od Tonkinu, daleko w głąb lądu, prowincja Kuang-Si, bogata w złote pola ry-

żowe, rozpościera aż do centralnych księstw Państwa Środka swe miasta o zadartych dachach, 
z panującymi jeszcze tu i ówdzie obyczajami na poły tatarskimi. 

W  tej  dzielnicy  imperium  pogodna  doktryna  Lao-Tse  nie  zgasiła  jeszcze  żywych  wie-

rzeń  w  Pussahy,  rodzaj  ludowych  bóstw  opiekuńczych  Chin.  Dzięki  fanatyzmowi  miejsco-
wych  bonzów  zabobony  chińskie,  nawet  w  wyższych  sferach,  fermentują  tutaj  silniej  niż  w 
prowincjach  mniej  oddalonych  od  Pei-Tsinu  (Pekinu);  różnią  się  one  od  wierzeń  mandżur-
skich tym, że dopuszczają interwencję bezpośrednią „bogów” w sprawach kraju. 

Przedostatnim  wicekrólem  tej  olbrzymiej  podległej  cesarzowi  krainy  był  gubernator 

Tsze-Tang, który zostawił po sobie pamięć bystrego, skąpego i okrutnego despoty. Oto jakie-
mu  przemyślnemu  sekretowi  zawdzięczał  ów  władca,  iż  uniknąwszy  po  tysiąckroć  zemsty, 
dokonał  dni  swych  w  spokoju,  otoczony  nienawiścią  swego  ludu,  z  którego  wrzącym  gnie-
wem, łaknącym jego krwi, igrał do samego końca bez troski ni trwogi. 

Pewnego razu — może na jakieś dziesięć lat przed swoją śmiercią — w letnie południe, 

tak  upalne,  iż  od  żaru  mora  stawów  stawała  się  szkliwem,  liście  pękały  na  drzewach,  pył 
drożny mżył metalicznym blaskiem, a deszcz płomieni lał się na miriady  obszernych, wyso-
kich kiosków o trzech piętrach, które łącząc się kapryśnie w zygzaki ulic. tworzą stolicę Nan-
Tszang, podobnie jak każde wielkie miasto Państwa Niebieskiego — w takie południe Tsze-
Tang,  siedząc  w  najchłodniejszej  sali  swego  pałacu  na  czarnym  siedzisku,  inkrustowanym 

background image

kwiatami z masy perłowej na pnączach z jasnego złota, wsparł się na łokciu, z podbródkiem 
w dłoni, z berłem na kolanach. 

Za  jego  tronem  wznosił  się  kolosalny  posąg  tajemniczego  bóstwa  Fo.  Na  stopniach 

czuwała straż w łuskowych zbrojach z czarnej skóry, z dzidą, łukiem lub długim toporem w 
garści. Po prawicy stał ulubiony kat wachlując władcę. 

Oczy Tsze-Tanga błądziły po tłumie mandarynów, książąt krwi i dygnitarzy dworskich. 

Wszystkie czoła były nie do odgadnienia. Król czując, że jest nienawidzony, otoczony wycze-
kującymi  okazji  mordercami,  pełen  niejasnych  podejrzeń  przyglądał  się  każdej  grupie,  w 
której  rozmawiano  półgłosem.  Nie  wiedząc,  kogo  zgładzić,  dziwiąc  się  co  chwila,  że  sam 
jeszcze żyje, dumał, milczący i złowrogi. 

Jedna z kotar rozsunęła się przepuszczając oficera, wiodącego za warkocz młodego nie-

znajomego o dużych jasnych oczach i pięknym obliczu. Młodzieniec miał na sobie jedwabną 
suknię ognistej barwy, z pasem przetykanym srebrem. Padł plackiem przed Tsze-Tangiem. 

Na  pytające  spojrzenie  króla  —  Synu  Nieba  —  odpowiedział  oficer  —  ten  młody 

człowiek oświadczył, że jest jeno niskiego urodzenia obywatelem miasta i zwie się Tse-I-La. 
Jednakowoż  gardząc  powolną  śmiercią  gotów  jest  dowieść,  że  wysłany  został  w  misji  do 
ciebie przez nieśmiertelnych Pussahów. 

— Mów — rzekł Tsze-Tang. 
Tse-I-La powstał. 
—  Panie  —  zaczął  spokojnym  głosem  —  wiem,  co  mnie  czeka,  jeśli  nie  dotrzymam 

słowa. Tej nocy, w śnie straszliwym, Pussahy okazały mi łaskę nawiedzenia i uczyniły mi dar 
z tajemnicy olśniewającej rozum ludzki. Jeśli raczysz jej wysłuchać, poznasz, że zaprawdę nie 
jest ona ludzkiego pochodzenia, gdyż samo usłyszenie jej zbudzi w twej istocie nowe pojmo-
wanie rzeczy. Jej posiadanie udzieli ci natychmiast tajemniczego daru czytania — z zamknię-
tymi oczyma, w przestrzeni, jaka dzieli źrenice od powiek — nakreślonych krwią imion tych 
wszystkich,  którzy  mogliby  spiskowa
ć  przeciw  twej  władzy  lub  twemu  życiu,  w  tym  właśnie 
momencie,  gdy  w  umy
śle  ich  poczynałby  się  taki  zamiar.  Będziesz  przeto  odtąd  na  zawsze 
zabezpieczony przed wszelką zgubną niespodzianką i doczekasz starości w spokoju, w pełni 
twej władzy. Ja, Tse-I-La, klnę się tutaj na Fo, którego wizerunek rzuca na nas swój cień, iż 
magiczna własność tej tajemnicy jest istotnie taka, jaką ci głoszę. 

Na  tę  zdumiewającą  przemowę  zadrżało  całe  zgromadzenie  i  cisza  zapanowała  w  nim 

grobowa. Bezładna trwoga mąciła zwykłą niewzruszoność tych twarzy. Wszystkie spojrzenia 
skupiły  się  na  młodym  nieznajomym,  który  stał  nieustraszony,  stwierdzając  tym,  iż  jest 
posiadaczem i wysłańcem boskich czarów. Wielu, usiłując daremnie uśmiechać się, lecz nie 
śmiąc spojrzeć jeden na drugiego, bladło mimo woli pod wpływem pewności siebie Tse-I-La. 
Tsze-Tang obserwował  dokoła siebie to kompromitujące zmieszanie. Wreszcie jeden z ksią-
żąt, zapewne, by ukryć swój niepokój, zawołał: 

— Co nam ze słów szaleńca, pijanego oparami opium. 
Wtedy mandaryni uspokoiwszy się zauważyli: 
— Pussahy dają natchnienie jeno sędziwym bonzom pustyni. 
A jeden z ministrów ozwał się: 
—  Naszą  to  jest  rzeczą  zbadać  uprzednio  i  zdecydować,  czy  tajemnica,  którą  temu 

młodzieńcowi rzekomo powierzono, warta jest, by ją przedłożyć wysokiej mądrości króla. 

Rozdrażnieni zaś dworzanie dorzucili: 
—  A  on  sam...  być  może,  jest  on  właśnie  jednym  z  tych,  których  sztylet,  by  ugodzić 

Pana naszego, czyha tylko na moment, gdy wzrok roztargniony... 

— Uwięzić go! 
Tsze-Tang  wyciągnął  nad  głową  Tse-I-La  swe  berło  z  jaspisu,  na  którym  błyszczały 

święte wyrazy. 

— Mów dalej — rzekł niewzruszony. 

background image

Tse-I-La zaczął mówić znów, trzepocząc dokoła policzków trzymanym końcami palców 

wachlarzykiem ze zrzynków hebanu: 

—  Gdyby  jakakolwiek  tortura  mogła  skłonić  Tse-I-La  do  zdradzenia  jego  wielkiej 

tajemnicy  przez  wyjawienie  jej  komukolwiek,  prócz  samego  króla,  świadczę  się  Pussahami, 
którzy nas słuchają, niewidzialni, że nie wybraliby mnie oni przenigdy na swego tłumacza. O, 
książęta, nie, nie paliłem opium, nie mam oblicza szaleńca, nie mam przy sobie żadnej broni. 
A tylko... ot, co dodam: jeśli wystawiam się na ewentualność powolnej śmierci, to dlatego, że 
taki  sekret  wart  również  —  gdy  okaże  się  prawdziwy  —  godnej  jego  nagrody.  Ty  sam,  o 
królu, osądzisz wtedy w swej sprawiedliwości, czy godzien jest ceny, jakiej za niego od ciebie 
żądam. Jeśli naraz, na sam dźwięk słów, które go objawią, uczujesz w sobie, pod zamknięty-
mi  powiekami,  dar  jego  żywej  cechy  i  cud,  jaki  sprawił,  iż  bogowie  uczynili  mnie  wysoko 
urodzonym przez objawienie mi w błyskawicznym tchnieniu swych tajemnic — dasz mi Li-
Tien-Se, twą córę promienną, książęcą oznakę mandaryna i pięćdziesiąt tysięcy liangów złota. 
—  Przy  wymawianiu  słów:  „liangów  złota”  leciuchny  rumieniec  oblał  policzki  Tse-I-La, 
pokrył go jednak szybko ruchami wachlarza. 

Żądanie tak hojnej nagrody wywołało złośliwy uśmiech dworaków i zapaliło gniewem 

podejrzliwe  serce  króla,  budząc  w  nim  jego  dumę  i  skąpstwo.  Okrutny  uśmiech  wypełzł  na 
jego wargi; patrzał na młodzieńca, który bez trwogi dodał: 

— Oczekuję od ciebie. Panie, przysięgi królewskiej na Fo, bóstwo tajemnicze, mszczą-

ce się na krzywoprzysięzcach, iż zgadzasz się, zależnie od tego, czy sekret mój uznasz za rze-
czywistość, czy za chimerę, dać mi tę nagrodę lub zadać mi śmierć, jaką ci się żywnie podo-
ba. 

Tsze-Tang powstał z karła: 
— Zaprzysiężone — rzekł — idź za mną. 
W  parę  chwil  potem  —  pod  sklepieniami  oświetlonymi  lampą,  zawieszoną  nad  jego 

śliczną głową — Tse-I-La, przywiązany cienkimi sznurami do słupa, patrzał w milczeniu na 
króla Tsze-Tanga, którego wyniosła postać widniała w cieniu o trzy kroki przed nim. Król stał 
oparty plecami o żelazne drzwi lochu, prawą rękę oparł o łeb metalowego smoka, wyłaniają-
cego  się  z  muru,  o  jednym  oku,  jakby  wpatrującym  się  w  Tse-I-La.  Zielona  suknia  Tsze-
Tanga rzucała jasne smugi, naszyjnik z drogich kamieni migotał tysiącem ogni, jedynie głowa 
jego, przewyższająca czarny dysk lampy, tonęła w mroku. 

W głębinie ziemi nikt nie mógł ich słyszeć. 
— Słucham — rzekł Tsze-Tang. 
— Królu — rzecze Tse-I-La — jestem uczniem czarującego poety, Li-Tai-Pe. Bogowie 

dali  mi  geniusz,  jak  tobie  dali  władzę;  dodali  mi  jeszcze  ubóstwo,  by  pogłębić  moje  myśli. 
Toteż  dziękowałem  im  co  dnia  za  tyle  łaski  i  żyłem  spokojnie,  bez  pragnień  —  gdy  oto 
pewnego  wieczoru,  na  najwyższym  tarasie  twego  pałacu,  nad  ogrodami  w  srebrzystej  toni 
miesiąca ujrzałem córkę twoją, Li-Tien-Se; wietrzyk nocny słał pod jej stopy zapachy różno-
barwnych  kwiatów  wielkich  drzew.  Od  owej  nocy  pędzel  mój  przestał  kreślić  znaki  pisma  i 
czuję  w  sobie,  że  i  ona  również  marzy  o  światłości,  jaką  mnie  przeszyła...  Wyczerpany 
tęsknotą,  przenosząc  najokrutniejszą  śmierć  nad  mękę  istnienia  z  dala  od  niej,  zapragnąłem 
bohaterskim  rzutem  boskiej  prawie  przebiegłości  wznieść  się,  ja,  przechodzień,  aż  do  niej, 
twej córy, o królu! 

Tsze-Tang zapewne pod wpływem niecierpliwości, nacisnął wielkim palcem oko smo-

ka.  Przed  oczyma  Tse-I-La  cicho  rozwarły  się  dwuskrzydłe  drzwi,  pozwalając  mu  widzieć 
wnętrze sąsiedniego lochu. 

Trzech ludzi w skórzanym odzieniu stało obok ogniska, w którym rozżarzały się żelaza 

do tortur. Ze stropu zwisał mocny sznur jedwabny, rozchodzący się w cienkie plecionki, pod 
nim błyszczała mała stalowa klatka, okrągła, z otworem kolistym. 

To, co widział Tse-I-La, było narzędziem okropnej śmierci. Strasznie poranioną rozpa-

background image

lonym  żelazem  ofiarę  wieszano  w  powietrzu  na  tym  sznurze  za  kiść  ręki,  a  wielki  palec 
drugiej ręki związywano z tyłu z wielkim palcem przeciwnej nogi. Wtedy przymocowywano 
jej  ową  klatkę  dokoła  głowy  i,  przytwierdziwszy  ją  postronkami  do  barków,  zamykano, 
wpuściwszy do niej uprzednio dwa wielkie wygłodzone szczury. Oprawca wprawiał skazańca 
w ruch wahadłowy i oddalał się zostawiając go w ciemnościach; zjawiał się dopiero na trzeci 
dzień. 

Na ten widok, którego okropność przerażała zazwyczaj nawet na wszystko przygotowa-

nych, Tse-I-La rzekł zimno: 

— Zapominasz, że nikt prócz ciebie nie powinien mnie słyszeć. 
Drzwi się zawarły. 
— Twój sekret? — zagrzmiał Tsze-Tang. 
—  Mój  sekret,  tyranie  —  to  to,  że  moja  śmierć  pociągnęłaby  za  sobą  twoją,  dziś 

jeszcze!  —  rzekł  Tse-I-La  z  błyskiem  geniuszu  w  oczach.  —  Moja  śmierć7  Toć  jej  właśnie 
spodziewają  się,  czyż  nie  rozumiesz  tego?  Tam  na  górze  ci,  którzy  ze  drżeniem  oczekują 
twego powrotu... Czyż ona nie byłaby wyznaniem nicości moich obietnic? Co za radość dla 
nich śmiać się po cichu, w głębi swych serc morderczych, z twej zawiedzionej łatwowierno-
ści! Jakżeby moja śmierć nie miała być sygnałem twej zguby?... Pewni bezkarności, wściekli, 
żeś ich nabawił trwogi, jakżeby wobec ciebie, osłabionego w ich oczach poronioną nadzieją, 
mieli wahać się dłużej w swej nienawiści? Wołaj swych oprawców! Będę pomszczony! Lecz 
widzę  teraz:  już  ty  sam  czujesz  dobrze,  że  jeśli  dasz  mi  zginąć,  twoje  własne  życie  będzie 
kwestią godzin, i że dzieci twe, poduszone według zwyczaju, pójdą za tobą... i że Li-Tien-Se, 
córka twoja, kwiat upojenia, stanie się pastwą twych zabójców. 

Ach!  gdybyś  ty  był  mądrym  władcą!...  Przypuśćmy,  że  za  chwilę,  z  czołem  jakby 

obciążonym  przepowiedzianą  tajemniczą  władzą  widzenia,  otoczony  strażą,  z  ręką  na  mym 
ramieniu,  powrócisz  do  swej  sali  tronowej  i  tam,  oblókłszy  mnie  własnoręcznie  w  suknie 
książęce, każesz przywieść słodką Li-Tien-Se, twoją córkę, a moją duszę, i zaręczywszy nas 
rozkażesz  swym  skarbnikom  wyliczyć  mi  oficjalnie  pięćdziesiąt  tysięcy  liangów  w  złocie: 
przysięgam ci, że na ten widok wszyscy ci dworacy, którzy teraz w mroku trzymają w pogo-
towiu sztylety przeciw tobie, padną przed tobą plackiem, drżąc i błędnie tocząc przerażonymi 
oczyma,  i  że  na  przyszłość  żaden  nie  ośmieli  się  dopuścić  do  głowy  myśli  tobie  wrogiej. 
Zastanów  się  przeto!  Słyniesz  jako  człowiek  rozumny  i  zimny,  jako  przenikliwy  mąż  stanu, 
więc niemożliwe byłoby, aby czcza chimera mogła naraz przeobrazić frasobliwy wyraz twego 
oblicza w spokój kamienny, zwycięski, niewzruszony!... Jakże to, znają cię jako okrutnika — 
a  ty  zostawiasz  mnie  przy  życiu?  Wiedzą,  żeś  szalbierz  —  a  ty  dochowujesz  mi  swej  przy-
sięgi? Znana jest twa chciwość — a ty obdarzasz mnie tak szczodrze złotem? Wiadoma jest 
próżność twa jako ojca — a ty dajesz mi swą córkę za jedno słowo, mnie, nieznanemu prze-
chodniowi? Jakaż  wątpliwość  ostoi  się  wobec  takich  faktów?...  Na  czym  chcesz,  żeby  pole-
gała tajemnica tchnięta przez stare bóstwa naszego Nieba, jeśli nie na powszechnym przeko-
naniu,  że  ją  posiadasz?...  Chodziło  tylko  o  to,  żeby  ją  stworzyć!  Ja  to  uczyniłem!  Reszta 
zależy  od  ciebie.  Dotrzymałem  słowa...  Bądź  spokojny,  określiłem  ilość  liangów  złota  i  go-
dność, którą gardzę, jedynie po to, by wspaniałością zapłaty wydartej twej słynnej niesumien-
ności dać twemu otoczeniu ocenić straszliwy walor mej zmyślonej tajemnicy. 

Królu  Tsze-Tang,  ja,  Tse-I-La,  który  przywiązany  z  twego  rozkazu  do  tego  słupa 

wielbię w obliczu okropnej śmierci chwałę mego mistrza, dostojnego Li-Tai-Pe o świetlanych 
myślach  —  oświadczam  ci,  co  zaprawdę  nakazuje  ci  mądrość.  Wracajmy  ze  wzniesionym 
czołem,  powiadam  ci,  z  promiennym  czołem!  Okaż  łaskę  serca  nawiedzonego  przez  Niebo. 
Gorze  ci  być  nadal  obcym  miłosierdziu!  Niech  z  twego  rozkazu  zajaśnieją  iluminacje 
świąteczne, na radość ludowi, na cześć Fo (który natchnął mnie tym boskim podstępem). Ja 
zniknę jutro. Pójdę żyć z wybranką serca mego w jakiej prowincji szczęsnej i dalekiej dzięki 
zbawczym  liangom  złota.  Mniemam,  iż  diamentowego  guza  mandarynów,  który  za  chwilę 

background image

otrzymam  z  twej  szczodrobliwości,  z  tylu  oznakami  rzekomej  dumy,  nigdy  nosić  nie  będę; 
inne  żywię  ambicje:  wierzę  jedynie  w  myśli  harmonijne  i  głębokie,  które  przeżyją  królów  i 
królestwa.  Co  mnie,  królowi  w  ich  państwie  nieśmiertelnym,  po  waszej  książęcej  godności? 
Przekonałeś  się  chyba,  iż  bogowie  obdarzyli  mnie  sercem  hartownym  i  rozumem  równym 
rozumowi  twego  otoczenia?  Przeto  mogę  pewniej  niż  który  z  twych  dostojników  rozjarzyć 
radość w oczach młodej kobiety. Zapytaj Li-Tien-Se, moje ukochanie! Jestem pewny, iż spoj-
rzawszy w moje oczy powie ci to samo. Ty zaś pod osłoną opiekuńczego przesądu będziesz 
panował  spokojnie,  a  jeśli  otworzysz  swe  oczy  na  światło  sprawiedliwości,  będziesz  mógł 
zmienić  trwogę  na  miłość  dokoła  twego  umocnionego  tronu.  W  tym  tkwi  tajemnica  królów 
godnych istnienia! Innej nie mam ci do wyjawienia... Zważ, wybierz i ogłoś wyrok! Ja skoń-
czyłem! 

Tse-I-La zamilkł. 
Tsze-Tang,  nieruchomy,  zdawał  się  rozmyślać  czas  pewien.  Jego  wielki  milczący  cień 

wydłużał się na drzwiach żelaznych. Niebawem podszedł do młodzieńca i kładąc mu ręce na 
ramionach wpatrzył się w niego uparcie, w głąb jego oczu, jakby osaczony tysiącem nieokre-
ślonych uczuć. 

Wreszcie  dobył  szabli  i  rozciął  więzy  Tse-I-La,  po  czym  zarzucając  mu  na  szyję  swój 

naszyjnik królewski: — Pójdź — rzekł. 

Wyszedł  po  schodach  z  ciemnicy  i  oparł  rękę  na  drzwiach  wiodących  do  światła  i 

wolności. 

Tse-I-La, którego triumf miłości i niespodziewanej fortuny olśniewały nieco, przyglądał 

się nowemu darowi króla.  

—  Co,  jeszcze  i  te  klejnoty?  —  zdumiał  się.  —  Któż  to  cię  oczerniał?  To  więcej  niż 

przyrzeczone bogactwo!... Co król chce zapłacić tym naszyjnikiem? 

— Twe obelgi — z pogardą odparł Tsze-Tang rozwierając drzwi na słońce. 

 

Z francuskiego przełożył Wacław Rogowicz  

 
 
 

VILLIERS DE L’ISLE-ADAM 

 

DUKE OF PORTLAND 

 

Przed paru laty, po swym powrocie ze Wschodu, Ryszard książę Portlandu, młody lord, 

niegdyś głośny na całą Anglię ze swych uczt nocnych, zwycięskich folblutów, mistrzostwa w 
walce  na  pięści,  polowań  na  lisy,  zamków,  bajecznej  fortuny,  awanturniczych  podróży  i 
przygód miłosnych — raptownie zniknął. 

Jeden  jedyny  raz,  pewnego  wieczoru,  widziano  jego  odwieczną  pozłocistą  karocę,  jak 

pędziła z zapuszczonymi firankami, potrójnym galopem, otoczona hajdukami z pochodniami 
przez Hyde Park. A potem — zamknięcie się, równie nagłe jak dziwne; książę usunął się do 
swego rodzinnego zamku, stał się samotnym mieszkańcem tego potężnego warownego zam-
czyska,  zbudowanego  przed  wiekami  pośród  ponurych  ogrodów  i  zadrzewionych  polan,  na 
cyplu Portlandu. 

Tam  za  całe  sąsiedztwo  miał  czerwony  ogień,  oświetlający  o  każdej  porze,  poprzez 

mgłę, ciężkie statki, kołyszące się na pełnym morzu i krzyżujące na widnokręgu smugi swych 
dymów. 

Rodzaj  ścieżki  wiodącej  spadzisto  ku  morzu,  kręta  droga,  wykuta  w  skalnej  opoce, 

obramowana na całej długości dzikimi chojarami, rozwiera na dole swą ciężką złoconą kratę 
na piasek plaży wynurzającej się z wody w godzinach odpływu. 

background image

Za  panowania  Henryka  VI  wyłoniło  z  siebie  legendy  to  obronne  zamczysko,  pełne 

bogactw feudalnych, widnych przy świetle przepuszczanym przez witraże. 

Na  murach  łączących  siedem  baszt  czuwają  do  dziś  dnia  jeszcze  w  każdym  załamie 

blanków — tu grupa łuczników, ówdzie jakiś rycerz kamienny, wykuci czasu wojen krzyżo-
wych w postawach walczących. * 

Nocą  te  posągi,  których  oblicza,  teraz  zatarte  przez  nawalne  deszcze  i  niepogody 

kilkuset zim. mają wyraz po wielekroć zmieniony retuszem piorunów — przedstawiają widok 
niesamowity,  wywołujący  z  łatwością  wizje  nasycone  zabobonem.  I  kiedy  fale  spiętrzone 
przez nawałnicę w wielokształtne masy walą w ciemnościach o przylądek Portlandu, wyobra-
źnia zbłąkanego przechodnia, spieszącego wybrzeżem — wspomagana zwłaszcza przez blade 
płomienie  miesiąca,  lane  na  te  cienie  granitowe  —  może  śnić  w  obliczu  tego  kasztelu  o  ja-
kimś odwiecznym ataku hordy złych duchów, odpieranych przez bohaterską załogę zbrojnych 
widm-obrońców. 

Co  znaczyło  to  odosobnienie  się  angielskiego  magnata  bez  troski?  Uległ  jakiemuś  na-

padowi spleenu? On — to serce z natury tak żywe i wesołe! Niepodobieństwo!... Jakiś wpływ 
tajemniczy,  przywieziony  z  podróży  na  Wschód?  Być  może...  Zaniepokojono  się  na  dworze 
tym zniknięciem. Przybył z Westminsteru wysłaniec królowej do niewidzialnego lorda. 

Tego  wieczoru  królowa  Wiktoria,  wsparta  na  ręku  obok  kandelabru,  dała  o  niezwykle 

późnej porze posłuchanie. Przy niej na taborecie z kości słoniowej siedziała młoda lektorka. 
Miss Helena H. 

Dziewczę, otworzywszy pismo książęce, przebiegło krótką treść listu błękitnymi oczy-

ma, świetlistymi od uśmiechów niebios. Naraz bez słowa, z zamkniętymi powiekami, wręczy-
ło go Jej Królewskiej Mości. 

Królowa tedy przeczytała sama, w milczeniu. 
Przy  pierwszych  słowach  na  twarzy  jej,  zazwyczaj  zimnej,  odbiło  się  wielkie,  smutne 

zdumienie.  Nawet  drgnęła,  po  czym  nic  nie  mówiąc  zbliżyła  papier  do  zapalonych  świec. 
Opuszczając  na  posadzkę  pożerany  przez  ogień  list:  —  Panowie  —  rzekła  do  tych  panów, 
którzy znajdowali się w pobliżu — nie zobaczycie więcej naszego drogiego księcia Portlandu. 
Nie  może  nadal  zasiadać  w  parlamencie.  Zwalniamy  go  od  tego  przywilejem  wywołanym 
koniecznością. Niech jego tajemnica będzie ściśle dochowana! Nie troszczcie się nadal o jego 
osobę i niechaj nikt z jego gości nie stara się nigdy zwracać doń słowem. 

Po  czym,  odprawiając  gestem  starego  kuriera  zamkowego  —  Powtórzysz  księciu 

Portlandu,  coś  widział  i  słyszał  przed  chwilą  —  dodała  rzuciwszy  okiem  na  czarne  popioły 
listu.  Z  tymi  tajemniczymi  słowy  Jej  Królewska  Mość  powstała,  by  oddalić  się  do  swych 
apartamentów. Wszelako na widok swej lektorki, nieruchomej i jakby uśpionej, z policzkiem 
opartym na młodym białym ramieniu, leżącym na purpurowej morze stołu, królowa, jeszcze 
pod wrażeniem wiadomości, zwróciła się do niej łagodnie: 

— Idziesz za nami, Heleno? 
A że młoda dziewczyna trwała wciąż w tej pozycji, zakrzątnięto się koło niej. Nie zdra-

dzając żadną bladością swego wzruszenia — jakże zblednąć lilii? — zemdlała. 

W rok po słowach wypowiedzianych przez Jej Królewską Mość, w burzliwą noc jesien-

ną, okręty przepływające o parę mil od przylądka Portlandu ujrzały zamek iluminowany. 

Och! to nie była pierwsza z zabaw nocnych, wydawanych co sezon przez nieobecnego 

lorda.  I  mówiono  o  tych  festynach  szeroko,  gdyż  ich  ponura  ekscentryczność  graniczyła  z 
fantastycznością, wobec tego, że książę nie brał w nich udziału. 

Przyjęcia  te odbywały  się nie w apartamentach zamkowych. Nikt tam nie miał wstępu;  

 

*  Zamek  Northumberland  odpowiada  daleko  lepiej  temu  opisowi  niż  zamek  Portland.  Czyż  trzeba 

dodawać, że choć osnowa i większość szczegółów tej historii są autentyczne, autor musiał zmodyfikować nieco 
nawet  samu osobę księcia Portlandu  —  skoro opisuje tę historię tak, jakby powinna była się rozegrać. (Przyp. 
aut.) 

background image

wydawało  się,  że  lord  Ryszard  zamieszkujący  samotnie  wieżycę  zamku  zapomniał  o  nich. 
Zaraz  po  powrocie  kazał  pokryć  olbrzymimi  zwierciadłami  weneckimi  ściany  i  sklepienia 
obszernych  podziemi  tej  siedziby.  Podłoga  wyłożona  była  teraz  marmurem  i  olśniewającą 
mozaiką. Materie, tkane w jednej sztuce, rozdzielone frędzlami, grodziły amfiladę czarodziej-
skich sal,  gdzie pod  rzucającymi skry złotymi słupami, pełnymi świateł, jawiło się ich urzą-
dzenie:  wschodnie  meble,  haftowane  w  drogocenne  arabeski,  wśród  roślinności  podzwrotni-
kowej, fontann wonnych w porfirowych misach i pięknych posągów. 

Tam,  na  przyjacielskie  zaproszenie  pana  na  zamku  Portland,  ubolewającego,  iż  wciąż 

jest nieobecny, zbierał się świetny tłum, cała elita arystokratycznej młodzieży Anglii, najgło-
śniejsi artyści i najponętniejsze płoche piękności gentry. Lorda Ryszarda reprezentował jeden 
z  dawnych  przyjaciół.  I  rozpoczynała  się  wtedy  noc  po  książęcemu  swobodna.  Jeden  tylko 
fotel młodego lorda, na honorowym miejscu biesiady, widniał pusty, i książęca tarcza herbo-
wa,  wieńcząca  oparcie,  była  zawsze  osłonięta  długą  żałobną  krepą.  Spojrzenia,  podniecone 
niebawem trunkiem lub rozkoszą, odwracały się chętnie ku wdzięczniejszym obecnościom. 

A o północy głuchły pod ziemią w Portlandzie, w rozkosznych salach, wśród odurzają-

cych  zapachów  kwiatów  egzotycznych,  wybuchy  śmiechu,  pocałunki,  brzęk  kryształów, 
bachiczne śpiewy i muzyka.  

Lecz gdyby ktoś z gości powstał był o tej porze od stołu i dla orzeźwienia się morskim 

powietrzem wyszedł z zamku, byłby ujrzał, być może, w mroku na wybrzeżu, poprzez szturm 
potępieńczych  wichrów,  bijących  z  otwartego  morza,  widok  zdolny  zmącić  jego  dobry 
humor, przynajmniej na resztę nocy. 

Istotnie, często o tej właśnie porze w zakrętach alei schodzącej ku oceanowi dżentelmen 

owinięty  w  płaszcz,  z  twarzą  okrytą  maską  z  czarnej  materii,  przylegającą  do  okrągłego 
kaptura,  zasłaniającego  całą  głowę,  kroczył,  z  ognikiem  cygara  w  ręce  obciągniętej  w  długą 
rękawiczkę,  ku  plaży.  Jakby  w  jakiejś  fantasmagorii  w  staroświeckim  guście,  dwóch  siwo-
włosych  służących  poprzedzało  go,  dwóch  innych  szło  za  nim  o  kilka  kroków,  wznosząc 
dymiące czerwone pochodnie. 

Przed  nimi  szło  dziecko,  również  w  żałobnej  liberii,  i  paź  ten  uderzał  raz  na  minutę 

krótko w dzwonek, ostrzegając z daleka, by ustępowano z drogi temu przechodniowi. Wygląd 
tego małego orszaku pozostawiał wrażenie tak mrożące, jak kondukt skazańca. 

Przed tym człowiekiem rozwierały się sztachety nad brzegiem morza; eskorta pozosta-

wiała go samego i wtedy podchodził do samych fal. Tam. jakby zatracony w rozpacznej zadu-
mie, upajając się pustką bezkresu, trwał w milczeniu, podobny do kamiennych widm na mu-
rach  zamkowych,  pod  wichrem,  deszczem  i  błyskawicami,  w  obliczu  ryczącego  oceanu.  Po 
godzinie  tej  kontemplacji  posępna  postać,  wciąż  oświetlana  pochodniami  i  poprzedzana 
biciem we dzwon, kierowała się ku wieżycy kasztelu ścieżka wykutą w skale, którą schodziła 
nad morze. I nieraz, chwiejąc się w powrotnej drodze, czepiała się twardych głazów opoki. 

Rankiem  dnia  poprzedzającego  ten  festyn  jesienny  młoda  lektorka  królowej,  wciąż  w 

grubej  żałobie  od  chwili  pierwszej  wieści,  modliła  się  w  kaplicy  prywatnej  Jej  Królewskiej 
Mości, gdy doręczono jej kartkę napisaną przez jednego z sekretarzy księcia. 

Zawierała tylko te dwa słowa, odczytane ze drżeniem: „Dziś wieczorem”. 
Dlatego to około północy jedna z szalup królewskich zawinęła do Portlandu. Młodzień-

cza postać kobieca w ciemnym płaszczu wyszła z niej na ląd, sama jedna. Postać ta, rozejrza-
wszy się po tonącym w mroku wybrzeżu, pospieszyła biegnąc ku blaskom pochodni w stronę, 
skąd wiatr przynosił głos dzwonka. 

Na piasku, wsparty o głaz, od czasu do czasu wstrząsany drgawkami agonii, człowiek z 

tajemniczą maską leżał rozciągnięty w swym płaszczu. 

—  O  nieszczęsny!  —  wybuchnęło  łkaniem,  kryjąc  twarz,  młode  dziewczę,  znalazłszy 

się z obnażoną głową obok niego. 

— Żegnaj, żegnaj — odpowiedział. 

background image

W oddali słychać było pieśni i śmiechy dobywające się z podziemi feudalnej siedziby, 

której iluminacja w odbiciu kołysała się na falach. 

— Jesteś wolna... — dodał opuszczając głowę na kamień. 
—  Jesteś  wyswobodzony!  —  odparła  biała  przybyła  wznosząc  ku  niebu  usianemu 

gwiazdami mały krzyż złoty przed oczyma tego, który już nie mógł mówić. 

Po długiej ciszy, gdy ona trwała w tej postawie przed nim, nieruchoma, z zamkniętymi 

oczyma: — Do zobaczenia, Heleno — szepnął z głębokim westchnieniem. 

Kiedy po godzinie oczekiwania słudzy podeszli, zobaczyli młodą dziewczynę na klęcz-

kach na piasku, modlącą się obok ich pana. 

— Książę Portlandu zakończył życie — rzekła. 
I wspierając  się  na  ramieniu  jednego  z  tych  starców,  powróciła  do  szalupy,  która  ją 

przywiozła. 

W trzy dni potem można było czytać w Dzienniku Dworskim wiadomość następującą: 
„Miss Helena H., narzeczona księcia Portlandu, przyjąwszy wyznanie katolickie, wstą-

piła w dniu wczorajszym do klasztoru karmelitanek w L.” 

Cóż to więc była za tajemnica, która kwitnącego zdrowiem lorda do grobu wtrąciła? 
Pewnego dnia, w czasie swych dalekich podróży po Wschodzie, oddaliwszy się od swej 

karawany  w  okolicach  Antiochii,  młody  książę  w  rozmowie  z  miejscowymi  przewodnikami 
usłyszał o żebraku omijanym z przerażeniem i żyjącym samotnie wśród ruin. 

Przyszło  mu  do  głowy  odwiedzić  tego  człowieka,  gdyż  nikt  nie  wymknie  się  swemu 

przeznaczeniu. Owóż ten Łazarz grobowy był tu na ziemi ostatnim depozytariuszem wielkie-
go starożytnego trądu, suchego trądu, na który nie ma środka, choroby nieuleczalnej, z której 
jeno Bóg mógł ongi uzdrowić legendarnego Hioba. 

Portland  sam  jeden,  mimo  błagania  oszalałych  ze  strachu  przewodników,  odważył  się 

stawić czoło zarazie w pieczarze, gdzie dogorywał ten parias ludzkości. 

Już  na  miejscu,  przez  junakierię  wysokiego  rodu  szlachcica,  nieustraszony  do  szaleń-

stwa,  dając  garść  złota  temu  konającemu  nędzarzowi,  blady  wielki  pan  zechciał  koniecznie 
uścisnąć mu dłoń. 

W jednej chwili jakaś mgła przesłoniła mu oczy. 
Wieczorem,  czując  się  zgubionym,  opuścił  miasto  i  kraj  i  przy  pierwszych  objawach 

choroby  wsiadł  na  statek,  aby  powrócić  do  swego  zamku  i  tam  usiłować  wyleczyć  się  lub 
umrzeć. 

Lecz wobec gwałtownych spustoszeń w organizmie, jakie ujawniły się w czasie podró-

ży  morskiej,  książę  ujrzał  jasno,  że  nie  może  żywić  innej  nadziei  okrom  nadziei  rychłego 
zgonu. 

Stało  się!  Żegnaj,  młodości,  świetności  starego  nazwiska,  miłująca  narzeczono,  poto-

mności rodu! Zegnajcie,  siły,  rozkosze, nieobliczalna fortuno, urodo, przyszłości! Wszystkie 
nadzieje zapadły w przepaść we wklęsłości dłoni straszliwej. Lord został dziedzicem żebraka. 
Sekunda brawury — jeden gest, zbyt szlachetny  — i cała ta promienna egzystencja stała się 
łupem rozpaczliwej śmierci. 

Tak zginął książę Ryszard Portland, ostatni trędowaty na ziemi. 

 

Z francuskiego przełożył Wacław Rogowicz  

 

 
 
 
 
 
 

background image

 

SPIS TREŚCI 

 
 

Widzenie Karola XI   (Prosper Mérimée) 

 

 

 

 

02 

Rzeźbiarz z Czarnego Lasu   (Emile Souvestre) 

 

 

 

05 

Przygoda Tse-I-La   (Villiers de l'Lsle-Adam) 

 

 

 

15 

Duke of Portland   (Villiers de l'Lsle-Adam)  

 

 

 

19