background image

Rozdział XII

Sariel posadził rozpłakaną dziewczynę na brzegu sofy, usiadł obok niej. Wciąż obejmował ją 

w   talii,   chciał   dać   jej   namiastkę   poczucia   bezpieczeństwa.   Carol   przytulała   się   do   niego,   nie 
potrafiła przestać płakać. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, iż Sariel ma podobny zapach skóry do 
Davida.   Kiedyś   niesamowicie   kochała   właściciela   tego   zapachu.   Zmusiła   się   do   uspokojenia 
swojego oddechu, otarła ostatnie łzy. Podniosła wzrok w stronę twarzy mężczyzny. Widziała w nich 
ból pomieszany z zatroskaniem. Zauważyła, iż miał on piękne orzechowe oczy, pełne smutku, 
mądrości  oraz skrywające tajemnice. Uśmiechnął się do niej łagodnie. Carol przełknęła ślinę.

− 

Kim oni byli Sarielu? - zapytała zachrypniętym głosem.

− 

Złem – odparł.

− 

Czy David...? - nie dokończyła. Nie była w stanie wypowiedzieć całego pytania, głos się jej łamał 

na wspomnienie tego zdarzenia oraz snu.

− 

Nie – powiedział cicho.

− 

Mhm – mruknęła. - Czy ty ich zabiłeś?

− 

Tak – opowiedział poważnie. - Musiałem.

− 

Dlaczego? - dopytywała się.

− 

Oni... mam cię chronić – dodał. 

Widziała w jego oczach złość, smutek i cierpienie. Wiele emocji przeszło przez jego oblicze, 

pozostawiając   na   końcu   pustkę.   Dotknęła   swoją  niewielką   dłonią   jego   policzka,   nie   przestając 
spoglądania w jego oczy. Poczuła jego rękę na swojej, jak przyciska ją do swojej twarzy.

− 

Przepraszam – szepnęła.

Dopiero teraz zrozumiała, iż był on wściekły na siebie, nie na nią. Miał za zadanie pilnowania jej, a 
ona zawiodła ponownie.  Wszystkie elementy układanki powoli zaczęły się układać. Sariel chciał, 
abym nie miała koszmarów, oddał mi medalion. Faktycznie, kiedy go mam na sobie, nie mam już 
tych potwornych snów. Te spojrzenie czerwonych oczu nie działało na mnie obezwładniająco, jak  
we   śnie   z   Davidem.   To   strach   mnie   paraliżował,   ta   aura   mroku   emanująca   od   tego   czegoś  
– 
myślała. -  Tylko dlaczego ich zabili? Kim oni byli? Jakim złem? Nie ludźmi? Co tak właściwie 
chcieli?
- biła się z myślami. Spojrzała w stronę Sariela. Dotknął delikatnie swoimi ciepłymi ustami 
jej nadgarstka. Pocałunek był uwodzicielski, wręcz intymny oraz elektryzujący. Uwolnił jej dłoń ze 
swoich silnych rąk. Wstał. Spojrzała w tym samym kierunku, co on. W wejściu stał Damian. Patrzył 
na swojego przyrodniego brata gniewnym wzrokiem. Carol nie widziała, dlaczego Damian tak się 
zachowuje. Powoli wstała z sofy, ale ponownie się zachwiała. Sariel podtrzymał ją.

− 

Wszystko w porządku? - zapytał się ciepłym głosem. Pokiwała mu tylko twierdząco głową.

− 

Tak – spojrzała na niego – nic mi nie jest. Chyba po prostu muszę coś zjeść.

Wyminęła   obu   mężczyzn   kierując   się   w   stronę   jadalni,   nie   obejrzała   się   za   siebie,   czy 

również do niej dołączą. W dużym pomieszczeniu na pięknym dębowym stole czekał już na nią 
gorący posiłek oraz wymarzona gorąca kawa.

background image

Mimo przeżyć dzisiejszego ranka, nie zrezygnowała ze swoich planów. Po tym zdarzeniu 

była jeszcze bardziej przekonana, że musi odkryć ich tajemnicę. Chciała wiedzieć z kim ma do 
czynienia, dlaczego ktoś jej pragnie. Zbliżała się północ, w domu panowała zupełna cisza. Zarzuciła 
na swoją koszulkę i szorty długi, czerwony szlafrok. Włosy ułożyła w niedbały kok wsuwając 
szpilę, by go podtrzymać. Na swoje małe stopy nałożyła kapcie balerinki, tłumiły jej kroki. Uchyliła 
drzwi   w   swoim   pokoju,   wyjrzała   na   korytarz,   nikogo   nie   dostrzegła.   Wyszła   z   sypialni   nie 
zamykając za sobą drzwi, zostawiła lekko uchylone. Zeszłą na palcach po schodach do holu. Była 
zadowolona,   iż   założyła   coś   na   stopy,   marmurowe   schody   pewnie   były   zimne,   a   nie   chciała 
zmarznąć. Wszędzie panowała ciemność, jedynie księżyc oświetlał korytarz, którym szła. Drzwi do 
gabinetu Damiana były zamknięte. Przystanęła przy nich, gdyż przez szczelina w drzwiach rzucała 
nikłe   światło   na   podłogę.   Przytknęła   ucho   do   nich,   nic   nie   słyszała.   Wzięła   głęboki   wdech, 
nacisnęła powoli klamkę. 

W gabinecie panował półmrok, jedynie palił się ogień w dużym kominku, rzucając słabe 

światło.  Nikogo  nie  było  w  pomieszczaniu.  Carol  podeszła  do wielkiego,  ciemnego  dębowego 
biurka Damiana. Zapaliła na nim lampkę, która rozświetliła pokój. Panował tutaj lekki bałagan, na 
blacie leżały stare książki, laptop cicho pracował. Obeszła biurko i usiadła na wielkim skórzanym 
fotelu. Ledwo sięgała stopami do podłogi. Obróciła się w stronę otwartego komputera, wcisnęła 
pierwszy lepszy klawisz. Zobaczyła czarny ekran, a na nim kilka mało istotnych ikon. Najechała 
myszką na menu start, by sprawdzić co ostatnie było otwierane. Zobaczyła dziwny plik mający tytuł 
„JULIA”. Kliknęła na niego, ale wyskoczyło podanie hasła. Nie znała go, więc spróbowała wpisać 
kilka nazw. Nic. Zamknęła program, który się uruchomił. Ponownie zajrzała w to samo miejsce, 
otwierany był jeszcze folder „THIRST”. Podobnie jak poprzedni, nie była w stanie go uruchomić, a 
żadne przez nią wymyślone hasło nie pasowało. Zamknęła program, włączyła wygaszacz ekranu. 
Następnie   zaczęła   otwierać   każdą   po   kolei   szufladę   w   poszukiwaniu   jakiejkolwiek   informacji. 
Niczego nie znalazła, oprócz zamkniętej na klucz ostatniej szuflady. Małego kluczyka nigdzie nie 
dostrzegła.   Zrezygnowała   wstała   z   wygodnego   fotela,   obeszła   biurko   przesuwając   dłonią   po 
gładkim blacie. Spojrzała w stronę kominka. Stały tam dwa fotele, a między nimi niewielki szklany 
stolik. Zauważyła, iż na nim coś leży. Podeszła ostrożnie do niego, przyjrzała się leżącym rzeczom. 
Stały dwa opróżnione kryształowe kielichy. Podniosła jeden do swojego nosa, powąchała. Dziwne... 
to nie pachnie winem.-  
szepnęła zamyślona, odstawiając go na miejsce. Obok drugiego pustego 
kieliszka  leżało niewielkie,  kwadratowe pudełeczko,  widniał  na nim dziwny symbol. Znak  był 
czerwonym księżycem w kształcie sierpa. Podniosła lekkie pudełko. Otworzyła je, a w środku 
znajdowały się małe białe tabletki, również z tym samym znakiem, co na wieczku. Wyjęła jedną 
tabletkę i spojrzała na nią pod światło. Wyglądała jak zwykła przeciwbólowa pigułka. Włożyła ją 
do kieszeni szlafroka, chciała później sprawdzić, co to za lek. Odłożyła resztę pigułek na miejsce. 
Kątem oka dostrzegła również czarną talię kart. Wzięła je w dłoń, poczuła dziwną od nich bijącą 
energię. Zmarszczyła czoło. Podobnie, jak tabletkę schowała do drugiej kieszeni szlafroka. Przyda 
mi się  
- mruknęła zadowolona ze zdobyczy. Zagasiła lampkę stojącą na lśniącym blacie biurka, 
skierowała się w stronę drzwi. Usłyszała, iż pod budynek podjeżdża samochód. Szybko zamknęła 
drzwi do gabinetu. 

Skierowała się w stronę schodów prowadzących na piętro. Serce biło jej ze strachu, o mało 

ktoś jej nie nakrył w gabinecie. Robiła pierwszy krok na stopnie, kiedy poczuła chłodne powietrze 

background image

opatulające jej ciało od strony wejściowych drzwi. Powoli obróciła się w ich kierunku. Na progu 
stał Damian w towarzystwie obu braci. Jego wyraz twarzy nic jej nie mówił, był równie pusty jak 
szklanka po wodzie. Uśmiechnęła się nieśmiało w jego stronę. Czuła nie tylko jego wzrok na sobie, 
ale także pozostałych mężczyzn. Spojrzała w ich stronę. Gabriel delikatnie do niej się uśmiechał, 
oczy   mu   nienaturalnie   błyszczały.   Natomiast   Sariel   miał   posępną   minę,   jego   oczy   również 
nienaturalnie błyszczały, ale widać w nich było coś jeszcze, czego Carol nie potrafiła określić. 
Skierowała swoje oczy na mężczyznę na przedzie. Jego postawa się zmieniła, podchodził w jej 
stronę. Carol zeszła ze stopni, by stanąć naprzeciwko niego. Nie mogę pozwolić, by się domyślił, że  
przeszukiwałam   gabinet
  –   upomniała   siebie   w   myślach   –  Bądź   naturalna.  Uśmiechnęła   się 
łagodnie do niego. Nie odwzajemnił go. Widziała, w jego oczach nienaturalne lśnienie, były jak 
wzburzone morze. Przełknęła szybko ślinę.

− 

Nie   wiedziałam,   że   wychodziliście   –  powiedziała   najswobodniej,   jak   potrafiła.   Nie   usłyszała 

żadnej odpowiedzi, więc kontynuowała. - Jakieś ważne spotkanie?

− 

Co tutaj robisz? - zapytał oschle Damian.

− 

E..- zacięła się, po chwili odparła. - Byłam w kuchni, coś przekąsić – skłamała bez mrugnięcia 

oka. Nie spodziewała się, że pójdzie jej tak łatwo.

− 

Mhm – mruknął, dodając - Odprowadzę cię do pokoju w takim razie.

Damian   położył   rękę   na   jej   prawym   biodrze,   obejmując   ją   w   talii.   Poczuła   od   niego 

przyjemny piżmowo - leśny zapach zmieszany ze słodką nutą róży. Pod wpływem tego zapachu, jej 
ciało się rozluźniło. Położyła prawą dłoń na jego piersi, lekko go odpychając. Nie chciała, aby 
poczuł, że ma coś w kieszeni. Odsunął się zaledwie kilka centymetrów, nie zabierając dłoni z jej 
talii.
- Poradzę sobie – powiedziała lekko zachrypniętym głosem. 

Lekki dotyk jego oddechu na jej skórze w zmorzyły dreszcze biegnące po ciele. Reakcja jej 

ciała zupełnie ją zaskoczyła. Prozaiczne doznanie pobudzało jej zmysły, odprężało napięte przed 
chwilą mięśnie. Jego zapach, dotyk, spojrzenie, czuła jak ją w tej chwili uwodził. Nie spodziewała 
się,   iż   mimo   rozum   mówił   „nie”,   to   jej   organizm   odpowiadał   „tak”.   Pragnienie   jego   dotyku 
wzmogło u niej ucisk między udami. Spojrzała mu w oczy, widziała w nich rozbawienie, na ustach 
widniał cień uśmiechu. Przesunęła wzrok na pełne, gładkie wargi mężczyzny, miała ochotę go 
pocałować.  Co się do cholery ze mną dzieje – intensywnie myślała. Zrobiła krok wstecz, aby się 
uspokoić.   Potrząsnęła   głową,   wypuszczając   z   niesfornego   koku   kilka   błyszczących   pasemek. 
Ponownie spojrzała w stronę mężczyzny. Damian patrzył na nią rozbawiony jej reakcją. Podszedł, 
objął ją w talii. Szepnął:

− 

Nie odmawiaj mi – odgarnął ręką kosmyki włosów z jej twarzy. Wiedziała, że zaczyna być na 

straconej pozycji. Nie miała wyboru, musiała pozwolić się odprowadzić do sypialni. 

Idąc po schodach na górę, odwróciła głowę w stronę drzwi wejściowych. Gabriel trzymał 

rękę na ramieniu brata, jakby chciał go przed czymś powstrzymać. Sariel nie spoglądał na niego, 
patrzył na nią. W jego oczach odmalowywał się ból przemieszany z wściekłością. Zaciskał zęby, 
odwrócił   od   niej   wzrok.   Carol   spuściła   oczy,   nie   potrafiła   wytrzymać   jego   spojrzenia 
przepełnionego cierpieniem. Odnosiła wrażenie, iż za mało była silna, by odmówić Damianowi. 
Jednak z drugiej strony, on był taki nieustępliwy – pomyślała.

Damian   wolną   ręką   pchną   uchylone   drzwi   przepuszczając   dziewczynę   jako   pierwszą. 

background image

Zamknął   jej   za   nimi.   Carol   stanęła   blisko   swojego   łoża,   przypatrywała   się   przystojnemu 
mężczyźnie. Dostrzegła, iż uważnie się jej przygląda. Najpierw spojrzał na stopy, potem skierował 
swoje oczy w górę, ku biodrom i piersiom, na koniec spojrzał w jej oczy. Widziała w nich ponownie 
rozbawienie, może trochę zaskoczenie. Carol wciąż miała na sobie pluszowy czerwony szlafrok, 
lekko rozchylony u góry i odsłaniający jej szczupłe nogi. Szybko ręka zakryła odsłonięte części 
ciała, zalewając się przy tym rumieńcem ze wstydu. Poczuła się trochę skrępowana i nieswojo w 
towarzystwie Damiana. Zdawała sobie sprawę, iż on po części pożera ją wzrokiem, a właściwie jej 
ciało. Podszedł.

− 

Gdybym   cię   nie   znał   pomyślałbym,   że   specjalnie   mnie   kusisz   swoim   słodkim   wyglądem   – 

powiedział aksamitnym głosem.

− 

Nie rozumiem, o co ci chodzi.- odparła zażenowana.

− 

Hm... - zamyślił się okręcając sobie wokół palca niesforny kosmyk jej włosów. - Uroczo ci w tym 

szlafroczku, ale...- rozwiązał pasek i rozchylił ubranie - Tak o wiele piękniej wyglądasz – dodał.

Damian dłońmi zsuwał powoli z ramion Caroline ubranie, dotykając delikatnie jej skóry. 

Jego dotyk był niczym wiatr wzniecający pożar. Czuła, jak skóra jej płonie pod wpływem jego 
pieszczoty. Przyspieszył jej oddech, nogi zaczęły lekko drżeć z rosnącego pragnienia. Czuła, jak 
powoli   jej   sutki   twardnieją   pod   cienkim   materiałem   koszulki.   Widziała,   że   Damian   to   także 
zauważył, uniósł wargi w uśmiechu zadowolenia. Carol poczuła jedną dłoń oplatającą ją w talii, 
drugą  na swoim podbródku. Mężczyzna  podniósł jej  głowę w  stronę swojej  twarzy,  by mogła 
spojrzeć. Dziewczyna dostrzegła niesamowicie głęboki odcień niebieskich oczu, niemal grantu. 
Lśniły pożądaniem oraz pragnieniem. 

− 

Jesteś piękna...- wyszeptał kierując swoje wilgotne wargi w kierunku jej ust.

Poczuła jego ciepły oddech, a po chwili dotyk języka na swoich wargach. Rozchyliła je 

trochę,   aby  umożliwić   mu   pogłębienie   pocałunku.   Ledwie   mogła   zaczerpnąć   tchu.   Całował   ją 
głęboko, porywczo i namiętnie. Objęła go rękami w pasie, przytuliła się do niego. Jęknęła mu w 
usta. Czuła jego dłonie, które całkowicie sunęły z niej szlafrok. Wędrował nimi ku jej biodrom, 
przyciągnął ją mocniej do siebie. Jego podniecenie było niemal wyczuwalne, jak jej. Czuła jego 
twardość na swoim podbrzuszu. Podniósł ją, by mogła opleść się nogami wokół jego bioder. Nie 
przestawał jej całować, brakowało jej od tego tchu. Próbowała zaczerpnąć powietrza w chwilach, 
gdy całował ją po linii szczęki, kierując się ku jej szyi. Lekkie kąsanie delikatnej skóry, rozbudzał 
coraz bardziej. Damian oparł ją plecami o drzwi wejściowe do pokoju. Była nieuruchomiana przez 
jego dłonie trzymające ją za biodra. Odchyliła głowę do tyłu, jęknęła ponowie, głośniej. Po chwili 
Damian przestał ją całować, położył jedynie głowę na jej nagim ramieniu. Wciąż stali przytuleni, 
opierali się o drzwi. Carol była zaskoczona, iż tak nagle przestał, chciała coś powiedzieć. Ugryzła 
się w język, milczała. Jej oddech nie zwolnił, nadal była pobudzona, podniecona i pragnęła by 
znowu zaczął ją pieścić. Poczuła, że podniósł głowę, patrzył jej w oczy. Miał w nich jakby smutek.

− 

Jutro wracasz do siebie – szepnął zachrypniętym głosem. Patrzyła na niego. Zaskoczył ją tymi 

słowami.

− 

Ale... - nie zdążyła dokończyć, gdyż rozluźnił swoje ramiona i postawił ją na puszysty dywan. 

Nie odsunął się od niej, nadal obejmował jej drobne ciało. - Jak to? Nie rozumiem.

− 

Będzie lepiej, jak wrócisz do siebie i swojego życia. - powiedział.

− 

Dlaczego?- zapytała.

background image

− 

Tak będzie bezpieczniej dla ciebie – odpowiedział. 

Odsunął się od niej. Skierował się w stronę wielkiego okna, spoglądał przez nie. Carol stała 

samotnie   pośrodku   pokoju,   patrząc   na   niego.   Próbowała   zrozumieć,   dlaczego   zmienił   decyzję, 
skoro co innego mówił zaledwie pięć dni temu.

− 

Przecież mówiłeś, że muszę tu zostać. - zamilkła.

− 

Zmieniłem zdanie Caroline – odparł już chłodniejszym tonem. - Nic ci nie grozić, Gabriel będzie 

w pobliżu.

− 

Damian... - nie dokończyła.

− 

Tak będzie lepiej dla wszystkich Caroline. - uciął. Skierował się w jej stronę, dotknął chłodną 

dłonią policzka. Musnął swoimi ustami jej nabrzmiałe od wcześniejszego pocałunku wargi. - O nic 
się nie martw. Porozmawiamy przy śniadaniu.

Carol   została   sama   w   swoim   pokoju.   Wciąż   stała   na   środku   pokoju   zszokowana   jego 

słowami.  Mam  jutro wyjechać.  Dlaczego? -  powtórzyła  głośniej. Podniosła z  podłogi szlafrok, 
owinęła się nim.

Caroline Blank wstała tego dnia bardzo wcześnie, chciała spakować swojego rzeczy za nim 

wyjedzie. Do dużej torby zapakowała swoje ubrania, zastawiła tylko te, które miała zamiar założyć. 
Z   łazienki   zabrała   kosmetyczkę   ze   swoimi   kosmetykami,   zapakowała   ją.   Na   koniec   włożyła 
czerwony   szlafrok,   kompletnie   zapominając   o   rzeczach   znajdujących   się   w   jego   kieszeniach. 
Przeszła do łazienki wziąć szybki prysznic oraz założyć świeże ubrania. Wciągnęła te same jeansy, 
które miała na sobie poprzedniego dnia. Na biustonosz założyła białą koszulę z głębokim dekoltem. 
Włosy związała w elegancki ogon, oczy podkreśliła odrobiną złotych cieni i pogrubiającym tuszem 
do rzęs. Spryskała się delikatną mgiełką ulubionych perfum. Na ramiona zarzuciła cienki dłuższy 
sweterek, związała go paskiem. Kurtkę zostawiła na swojej torbie. Zostało jej tylko do zapakowania 
sprzęt. Gdy wkładała laptopa do torby, usłyszała ciche pukanie do drzwi.

− 

Proszę – powiedziała. Do sypialni weszła gospodyni. Spojrzała na dziewczynę, uśmiechnęła się 

na jej elegancki widok.

− 

Śniadanie za chwilkę będzie podane pani Blank – poinformowała wychodząc z pokoju. Carol 

westchnęła, zdecydowała dokończyć pakowanie, a potem zejść na dół do jadalni. 

♠♠♠

Minął tydzień odkąd Carol wróciła do swojego normalnego życia. Damian ani żaden z 

pozostałych braci nie odezwał się do niej. Kiedy wychodziła z domu do pracy, nie dostrzegła by 
ktoś ją śledził czy obserwował. Czuła się jakby to wszystko nigdy się nie wydarzyło. Oczywiście po 
powrocie do domu skontaktowała się z przyjaciółkami, każda z nich poprosiła ją o dłuższy urlop. 
Zgodziła się, nie widziała powodów, by tego nie robić. Babcia dziewczyny również przedłużyła 
swój wyjazd, co ją bardzo ucieszyło. Dawno nie słyszała tak wesołego i pełnego szczęścia głosu 
swojej opiekunki. Mimo rozmów  z bliskim nie wspomniała o żadnym z zdarzeń, które jej  się 
przytrafiło. Nie chciała nikogo martwić.

Wychodząc   do   pracy   zabrała   ze   sobą   rzeczy   na   basen.   Miała   zamiar   dziś   odrobinę 

zrelaksować się, poza tym miała czas odkąd przystopowały ze zleceniami na czas urlopów. W 

background image

późniejszych planach miała zamiar wybrać się na zakupy. Lodówka świeciła pustkami, a wolała 
zrobić   odrobinę   zapasu.   Wchodząc   do   budynku   miejskiej   pływalni   odniosła   wrażenie,   iż   jest 
obserwowana. Rozejrzała się wokół siebie, lecz nikogo nie dostrzegła. Szybko przebrała się w swój 
ulubiony strój sportowy, poszła na halę. Stanęła w wejściu, oczy jej się rozszerzyły ze zdziwienia. 
Cholera! A on co tutaj robi?- pomyślała. Naprzeciw niej stał Rover Streigh, odziany tylko w modne 
kąpielówki, opinające jego zgrabne pośladki, brzuch prezentował idealny koloryferek, a po skórze 
ściekała woda. Wyglądał równie pięknie, jak bracia Black, co Carol trochę zaskoczyło. Podszedł do 
niej uśmiechając się tajemniczo.

− 

Hm... - mruknął spoglądając na nią od stóp po głowę – witaj Caroline.

− 

E... cześć Rover. - opowiedziała nieco speszona od jego spojrzenia. - Co tutaj robisz?

− 

Chyba wiadomo, po co się tutaj przychodzi – odparł. - Widzę, że jesteś tutaj sama.

− 

No tak. - zamilkła by chwilę pomyśleć. Miała wrażenie, iż ich spotkanie nie jest przypadkiem, a 

on na pewno jest niebezpiecznym człowiekiem. Intuicja nigdy ją nie okłamywała. - Damian nie 
mógł ze mną się wybrać – skłamała.

− 

Hm...- uśmiechnął się tajemniczo mrużąc oczy.- Uważaj na siebie. Nie jest tym, za kogo go 

uważasz.

− 

Co masz na myśli Rover? - zapytała. Nie była pewna, o co mu chodzi. Widziała tylko jego 

uśmiech.

− 

Biedna Julia... - odparł po czym skierował się w stronę wyjścia zostawiając ją samą przy wejściu 

do wody. Chciała się zapytać, co miał na myśli mówiąc o Julii, nie miała okazji. Był szybszy niż 
mogła się spodziewać. Chciała go dogonić, ale się rozmyśliła. Nie miała odwagi wejść do męskiej 
szatni.

Carol   pływała   nieprzerwanie   całą   godzinę,   mając   nadzieję,   iż   niespodziewana   wymiana 

zdań   ze   Streigh'em   szybko   jej   wyparuje   z   głowy.   Wręcz   przeciwnie,   wciąż   myślała   nad   jego 
słowami,   a   właściwie   ostrzeżeniem   przed   Damianem.   Nie   bardzo   rozumiała,   co   ma   na   myśli. 
Cholera  – przeklęła cicho. Pływanie nie rozluźniło jej mięśni, ani nie dodało energii. Czuła się 
wypruta nie tyle fizycznie, a psychicznie. Nie rozumiała, co się wokół niej dzieje. Po wyjściu z 
budynku pływalni, wrzuciła sportową torbę  na tylne  siedzenie. Za  nim wsiadła do samochodu 
zarzuciła   na   siebie   czarną   bluzę   z   kapturem,   założyła   go.   Delikatnie   wiał   wiatr,   a   ona   miała 
wilgotne włosy, nie chciała zachorować. 

Zaparkowała samochód przed hipermarketem, wzięła koszyk. Chodząc po hali i wybierając 

produkty spożywcze, nadal rozmyślała nad słowami Rovera. Za nic nie mogła się ich pozbyć z 
głowy.   Najbardziej   zastanawiało   ją,   dlaczego   powiedział  biedna   Julia.  Pamiętała,   jak   to   imię 
wspomniała kiedyś przy kolacji Rose. Nie wiele się wtedy dowiedziała, bo Damian uciszył jednym 
spojrzeniem siostrę. Więcej ten temat nie był poruszony. Jeszcze jedna myśl chodziła jej po głowie, 
Damian   wspomniał,   iż   rodzina   Streigh'ów   jej   nie   akceptuje.   Jednak   po   zachowaniu   Rovera, 
powiedziałaby co innego. Idąc zamyślona wąską alejką między pułkami, uderzyła koszykiem w 
osobę będącą przed nią. 

− 

Auuu...Cholera! Uważaj z tym wózkiem!- mruknęła złowrogo osoba przed nią.

− 

Ja... prze....–  ledwo wymamrotała, kiedy do niej się odwrócił. Carol oniemiała. Stał przed nią nie 

kto inny, jak detektyw Brown. Zaskoczony podniósł brwi. - Detektyw Brown?

− 

Pani Blank – odparł jedynie. - Nic się nie stało – dodał pogodnie uśmiechając.

background image

Dostrzegła, iż policjant wyglądał inaczej niż widziała ostatnim razem. Ubrany był w ciemne jeansy, 
sportowa granatowa bluza z kapturem. Zdecydowanie jego wygląd wyróżniał się od służbowego. 
Gdyby na niego przypadkiem nie wpadła, nie rozpoznałaby go. Odwzajemniła przyjazny uśmiech. 

− 

Przepraszam – powiedziała. - Nie rozpoznałam pana – dodała zmieszana sytuacją.

− 

Cóż...- odparł wciąż się do niej uśmiechając.- Przeprosiny przyjęte. - Potarł dłonią kilkudniowy 

zarost. - Pani również nie rozpoznałem w takim stroju i kapturze.

− 

Hm...- mruknęła. - Właściwie to wracam z basenu. A przy okazji zahaczyłam o sklep. Trzeba 

uzupełnić zapasy i takie tam...- odparła rozluźniając się.

− 

To nie jestem osamotniony w zakupach. - powiedział.

Detektyw   Brown   towarzyszył   w   robieniu   zakupów.   Rozmawiali   na   różne   tematy,   nie 

zahaczając o sprawy niedawnych tajemniczych morderstw. Carol pakując swoje zakupy do kosza, 
zaczekała   na   mężczyznę.   Zgodziła   się,   by   ją   odprowadził   do   samochodu,   wciąż   rozbawiając 
przeróżnymi historiami. 

− 

Może przestaniemy mówić sobie na pan-pani. Michael.- podał jej dłoń.

− 

Caroline, a właściwie dla przyjaciół Carol – odwzajemniła uścisk ręki. Po przejściu na ty, jego 

uśmiech stał się szerszy, a oczy błyszczały z zadowolenia. Nie uszło to uwadze dziewczyny. Ona 
również poczuła się znacznie komfortowo rozmawiając w mniej oficjalny sposób.

− 

Może w ramach przeprosin dasz się zaprosić na kolację? - zapytał.

− 

Hm... to raczej ja powinnam zaprosić cię na kolację w ramach wjechania w ciebie tym czymś – 

powiedziała żartobliwie wskazując na wózek pełen zakupów. 

− 

To? Drobnostka. Raczej ja powinienem przepraszać za opryskliwość. - przybliżył się do niej, aby 

pomóc w załadowaniu pakunków do bagażnika. - Ponawiam zaproszenie Carol.

− 

Nie   wiem...   -   powiedziała   z   wahaniem.   -   Raczej   nie   powinnam   umawiać   się   z   policjantem 

prowadzącym   śledztwo   w   sprawie   mojej   przyjaciółki   –   dodała   pospiesznie   tłumacząc   swoje 
wątpliwości.

− 

Ustalmy, iż zapraszam cię na kolację w ramach przeprosin za swoje zachowanie. A sprawa, którą 

prowadzę w żaden sposób cię nie dotyczy.  - tłumaczył. - Nie widzę konfliktu interesów Carol.

− 

Ale... - nie była pewna czy przyjąć propozycję. Nie tylko ze względu na Emmę, ale nie wiedziała 

czy nadal gra narzeczoną Damiana. Kiedy się wyprowadziła nic na ten temat nie wspomniał.

− 

Carol – uśmiechnął się przekonywająco. - Nie daj się prosić. - nie była w stanie mu odmówić po 

tak intensywnemu spojrzeniu. 

− 

Ok - uśmiechnęła się.

Niebo   pokrywał   nadchodzący  od   wschodu   zmrok.   Obładowana   zakupami   wchodziła   do 

ciemnego korytarza, kierowała się w stronę widny. Zamyślona nad spotkaniem z Michaelem, nie 
zwróciła uwagi, iż ktoś za nią szedł. Wcisnęła przycisk widny, czekała. Z zamyślenia wyrwało ją 
ciche mruknięcie. Obejrzała się przez ramię, zamarła. 

− 

Co tu robisz? - zapytała. Ledwo mogła wydusić słowa. 

Zaskoczył ją widok nieziemsko przystojnego szatyna. Na jego usta wypłyną zmysłowy uśmiech, co 
by nie jedną kobietę powaliło na kolana. Spoglądał na Carol swoimi błyszczącymi niebieskimi 
oczami. Wyją z jej rąk ciężkie torby, przepuścił pierwszą do windy. Dziewczyna wciąż nie mogła 
się opanować, zaskoczenie nie mijało. Jadąc na swoje piętro, kątem oka dostrzegła, iż Damian 

background image

bacznie się jej przyglądał.

− 

Przyszedłem porozmawiać Caroline, dawno się nie widzieliśmy – odparł w końcu.

− 

Faktycznie, tydzień to bardzo dawno...- powiedziała z sarkazmem. - Myślałam, że miałam wrócić 

do swojego poprzedniego życia.

− 

Caroline...- powiedział aksamitnym głosem. - Może porozmawiamy u ciebie, nie w windzie.

− 

Mhm – przytaknęła.

Carol otworzyła drzwi do swojego mieszkania, przepuściła Damiana pierwszego, zamykając za 
sobą  wejście.  Mężczyzna  położył  jej  pakunki  na stół.  Zdjął  czarny,  długi  płaszcz,  powiesił  na 
oparciu krzesła. Skierował się do salonu, rozsiadł się na sofie. Obserwował dziewczynę, kiedy 
zdjęła bluzę, została w spodniach od dresu i czarnej obcisłym podkoszulku z niewielkim dekoltem. 
Włosy poprawiła, założyła wygodne pluszowe balerinki. 

− 

Widzę, że nie muszę mówić byś się rozgościł – dodała ze złośliwym uśmieszkiem.

Zdenerwowała się na niego, czuł się w  jej  domu za bardzo swobodnie. Nie była  z tego faktu 
zadowolona. Gościa zostawiła samego, skierowała się do miejsc, w którym stał ekspres do kawy, 
wcisnęła guzik.

− 

Napijesz się kawy? – zawołała. Nie usłyszała odpowiedzi, za to poczuła jego dłonie na swoich 

biodrach. Zesztywniała.

− 

Nie – powiedział jej do ucha. Jedną ręką odgarnął jej włosy z karku, musnął wargami. Carol 

czuła, jak od pocałunku po jej ciele rozchodzą się przyjemne dreszcze. Cofnęła się.

− 

Czego chcesz? - powiedziała. Była zła na siebie, za swoją reakcje na jego dotyk. Nie chciała, by 

ją w ten sposób dotykał, to było dla niej za intymne.

− 

Porozmawiać   Caroline   -odpowiedział   patrząc   jej   w   oczy.   Czuła,   jak   powoli   na   jej   policzki 

wypływa rumieniec.

− 

Twoje zachowanie świadczy o czym innym Damianie – rzekła stanowczo. Spuściła wzrok na jego 

tors. Nie była pewna czy się nie utonie w jego spojrzeniu, było hipnotyzujące.

− 

Porozmawiajmy... - wziął ją za rękę poprowadził w kierunku sofy. Usiadła, Damian obok niej.

− 

Słucham. - powiedziała. Nie patrzyła mu w oczy. Swój wzrok skierowała na dłonie leżące na 

kolanach. - O czym chcesz ze mną rozmawiać?

− 

Zapytam wprost.- po kilku sekundach dodał – Czy coś się wydarzyło przez ten czas?

− 

E..- milczała – Raczej nie.

− 

Raczej ? - podniósł pytająco brew.

− 

Nie. Nic się szczególnego nie wydarzyło. -rzekła w końcu.

− 

Na pewno Caroline? - dopytywał się, nie spuszczając wzroku z jej twarzy. - Zdaje się, iż coś się 

wydarzyło. Nawet dziś.

− 

O co ci chodzi? - zapytała zaskoczona. Intensywnie się zastanawiała czy chodzi o spotkanie z 

detektywem czy też ze Streigh'em. Wstała z sofy, poszła w kierunku stołu. Oparł się biodrami o 
blat, spojrzała na Damiana. - Nie rozumiem o co ci chodzi Damianie.

− 

O czym rozmawiałaś ze Streigh'em? - zapytał. Stała milcząc. Zadane pytanie całkowicie zbiło ją z 

tropu. Dostrzegała w  jego spojrzeniu nie pokój, może odrobina gniewu. 

− 

Przywitaliśmy się.- powiedziała. Nie chciała mu mówić o ostrzeżeniach, a tym bardziej o Julii. 

− 

O   czym   jeszcze?   -   naciskał.   Kierował   się   powoli   w   jej   stronę.   W   jego   oczach   było   coś   z 

drapieżcy, dopiero teraz to dostrzegła. - Caroline.

background image

− 

Pytał się czy jestem sama – odpowiedziała wymijająco głośno przełykając ślinę. Damian swoim 

zachowaniem trochę ją przerażał.

− 

Tylko o to? - był zaledwie kroków przed nią.

− 

Nie. - mruknęła. - Poradził bym uważała na ciebie, bo nie jesteś tym za kogo cię mam.

− 

A za kogo mnie uważasz - zapytał gładząc dłoń na jej policzek. Spojrzała mu w oczy, widziała w 

nich nadal drapieżcę, a w sobie ofiarę.

− 

Eks klienta.- powiedziała.

− 

Tylko? - mruknął, zbliżając swoje usta niebezpiecznie blisko jej twarzy.

− 

Uratowałeś mnie wtedy w parku. - dodała. Czuła się nieswojo w takiej pozycji. Z jednej strony 

pragnęła   jego   pocałunków,   a   z   drugiej   wiedziała,   iż   to   nic   dobrego   nie   przyniesie.   Myśli 
podpowiadały   jej:  on   jest   niebezpiecznym   mężczyzną,   oraz   kimś   jeszcze...  -   Jestem   ci   za   to 
wdzięczna.

− 

Hm... wdzięczność możesz mi okazać, chyba domyślasz się jak...- nie dokończył. Pocałował ją z 

dużą mocą. Cała drżała od tego pocałunku, kolana robiły się jak z waty. Miała wrażenie, że zaraz 
upadnie. Zaczerpnęła powietrza pchnęła go od siebie.

− 

Jak śmiesz! - krzyknęła. Chciała go uderzyć, ale on jej to udaremnił. Uśmiechał się, w oczach 

widniało rozbawienie. - Nie dotykaj mnie!

− 

Jak mogę nie dotykać swojej narzeczonej? - zapytał. Nie puścił jej ręki, mimo jej szamotania.

− 

Damian, do cholery o czym ty mówisz? - zapytała wzburzona. - Miałam wrócić do swojego 

dawnego życia.

− 

Mówię,   iż   nadal   jesteś   moją   narzeczoną.   Puki   nią   jesteś,   możesz   czuć   się   bezpiecznie   – 

odpowiedział.

− 

Ale..- nie dokończyła, nie wiedziała co powiedzieć.

− 

Nie   ma   „ale”   Caroline.   Jesteś   zbyt   cenna,   abym   pozwolił   ci   zaprzepaścić   wszystko.   -   dodał 

nachylając się. Carol za sobą miała krawędź blatu stołu. Oparła się rękami o niego, nie chciała się 
na nim kłaść. Chyba, że Damian dalej będzie do niej przybliżać. - Co jeszcze Streigh mówił?

− 

Nic – skłamała. Modliła się w duchy, by jej uwierzył.  Nie wspomnę o Julii, to nie odpowiedni  

moment, chociaż z drugiej strony mógłby się okazać atutem .Przestałby się do mnie kleić. Boże! - 
pomyślała.- Jak tak dalej pójdzie, działanie hipnotyzującego wzroku wyjdzie na jego korzyść.

− 

Dobrze – uśmiechnął się znowu do niej. 

Carol czuła jego oddech na swojej twarzy, był gorący i uwodzicielski. Usta się zbliżały do jej ust, 
oblizała dolną wargę.  Cholera!  - przeklęła w myślach. -  Nie mogę mu na to pozwolić!  Jednak w 
ostatnim momencie przekręciła głowę w bok. Pocałował ją w policzek. Odepchnęła go z całej siły, 
zrobił krok w tył. Spojrzał zaskoczony. Uniósł lewą brew w niemym zapytaniu.

− 

Dość!   -   odparła   łapiąc   oddech.   -   Jeśli   mam   grać   twoją   cholerną   narzeczoną   ustalmy  pewne 

zasady.   -   Nie   odpowiedział,   więc   kontynuowała.-   Po   pierwsze   gram   narzeczoną,   wtedy   gdy 
zajdzie taka potrzeba. - skinął na znak akceptacji. - Jeśli nie jestem ci potrzebna, mam prawo mieć 
swoje życie. A na koniec nie chce byś mnie dotykał i całował, gdy jesteśmy we dwoje.

− 

Hm... z pierwszym warunkiem mogę się zgodzić. Drugi ujdzie, jeżeli będziesz uważać z kim 

rozmawiasz. Nie zapomnij, jesteś smakowitym kąskiem dla niektórych. - dodał poważnie.

− 

A trzeci? - zapytała krzyżując ramiona, w geście obronnym.

− 

Caroline... - podszedł. Pogłaskał ją po szyi, kierując dłoń w stronę podbródka. Uniósł jej głowę do 

background image

góry, spoglądał jej prosto w oczy. - Wiem, że lubisz kiedy cię dotykam i całuję. - zaprzeczyła 
ruchem głowy. - Nie okłamiesz mnie, ja to wiem kochanie. - trąciła jego dłoń ręką. Złapał ją za 
nią, podniósł do swoich ust. Złożył pocałunek na nadgarstku, nie przestając na nią patrzeć.

− 

Damian   przestań   –   powiedziała   gwałtownie,   odpychając   go.   Miała   dość   jego   niezachwianej 

pewności siebie. - Nie jestem twoją własnością, ani prawdziwą narzeczoną.

− 

Hm...   możemy   to   zmienić   –   powiedział.   Patrzyła   mu   prosto   w   oczy   nie   wierząc   w   to,   co 

powiedział.   Dostrzegła   jak  ich   kolor   się   zmienia,   przybierają   barwę   wzburzonego   morza,   nie 
naturalnie błyszczą. Pod intensywnym spojrzeniem zaczęło ogarniać ją pożądanie. Pragnęła jego 
pieszczot, pocałunków. W myślach wałczyła – Nie! Nie chcę, to jego spojrzenie. Umiejętność tak, 
jak wtedy. 
Zamknęła oczy, oddech miała przyspieszony, serce mocno biło. Spojrzała, jego twarz 
wyrażała rozbawienie.

− 

Ty draniu... - rzekła. - Akceptujesz moje warunki, albo …

− 

Albo? - zapytał rozbawiony.

− 

Tego pożałujesz. Dowiem się kim jesteś i cię zniszczę – zagroziła. 

− 

Nie bądź śmieszna Caroline – odpowiedział już poważniejszym tonem. - Nic mi nie zrobisz, za to 

ja mogę tobie zrobić wiele rzeczy. Poczynając od rozkoszy, której pragniesz kończąc na zabiciu 
cie.- Zesztywniała. Przestraszyła się groźby.

− 

Wynoś się!!! - krzyknęła. Wskazała ręką stronę drzwi. - Nie chcę cię widzieć. Nie chce twojej 

ochrony. Poradzę sobie bez ciebie i twoich durny warunków. Wynoś się z mojego życia!!!

− 

Hm... ciekawa reakcja. W porządku będzie tak, jak chcesz. Przyjmuję twoje warunki. Ale wiedz 

jedno, sama będziesz błagać bym cię dotykał... - odparł spokojny tonem. Jego wyraz twarzy był 
pusty. Nie mogła wyczytać z niej żadnych emocji. Przeszedł obok, unikając dotknięcia. - Do 
zobaczenia wkrótce. Uważaj na siebie.

Carol została sama w pustym mieszkaniu. Usiadła na krześle, podkuliła kolana do brody, 

objęła   ramionami.   Poczuła   napływające   łzy,   które   znalazły  ujście   spływając   jej   po   policzkach. 
Płakała puki nie skończyły się łzy. Boże, kim oni są i co się właściwie dzieje. W co ja takiego się 
wpakowałam, za jakie grzechy 
– szeptała łamiącym się głosem. Uspokoiła się.

Przed położeniem się spać, rozpakowała zakupy, zaparzyła kawę o smaku czekoladowym, 

nowy wynalazek polecany przez Michaela. Z kubkiem gorącego płynu, poszła do łazienki wziąć 
długą kąpiel. Parująca woda lała się do wanny, lustro zaczynało być zaparowane. Weszła do niej, 
oparła plecy o ciepłą ściankę, piana przywarła do jej gładkiego ciała. Zamknęła oczy, oddychała 
spokojnie. Pod przymkniętymi powiekami, wizualizowała zdarzenia minionego dnia.  Rover miał 
rację, Damian jest cholernie niebezpieczny, tak samo jak on. Ludzie z klanów nie są zwykłymi  
ludźmi,   coś   z   nimi   jest   zdecydowanie   nie   tak.   Piękni,   błyszczące   i   intensywne   kolory   oczu,  
hipnotyzujące spojrzenie, szybkość i siła. Zwykły człowiek nie potrafi takich rzeczy
. - myślała. - Kim 
oni do cholery są, jak nie ludźmi to czym? Do tego dziwne zachowanie Damiana, niby co on chciał  
uzyskać? Zgoda, może ma władzę i może mnie ochroni, ale dlaczego musi przez to dobierać się do  
moich majtek.- 
westchnęła.

− 

Cholerny dupek! - powiedziała z mocą. Zamknęła oczy, oparła głowę o brzeg wanny, zaczynała 

odpływać. Czując senność wstała, owinęła się ręcznikiem, położyła się do łóżka.

Szła w stronę zielonej polany, wąską zalesioną ścieżką. Na jej końcu widziała, siedzącą 

sylwetkę   mężczyzny.   Miał   na   sobie   białą   rozpiętą   koszulę,   jasne   jeansy,   stopy   gołe.   Wiatr 

background image

rozwiewał mu włosy w kolorze jesiennych kasztanów. Profil mężczyzny wydawał się być znajomy, 
dostrzegła na jego szyi tatuaż. Świecące słońce sprawiało jakby błyszczał, blada skóra odbijała 
promienie, tworząc wokół niego pryzmat rozszczepionego światła, tysiąca tęczy roztaczającego się 
wokół, jak aura. Wstrzymała oddech, widok był niesamowity, za piękny by był prawdziwy. Zbliżała 
się   do   niego   wolnym   krokiem,   nie   spuszczając   wzroku.   Uśmiechał   się   do   niej.   Kiedy  stanęła 
naprzeciwko mężczyzny, uniósł dłoń, głaskał ją po policzku. Kciukiem dotykał jej ust, przygryzła 
je. Jego delikatna pieszczota sprawiała, iż czuła rozchodzące się po jej ciele ciepło, które budzi ją 
do życia. Patrzyła wprost jego lśniących bursztynowych oczu. Szepnęła – Sariel. Potem pocałował 
ją, na początku powoli, delektując się każdym muśnięciem języka, a następnie zachłannie. Nie 
mogła złapać oddechu. Podniosła powieki, patrzyła w oczy koloru wzburzonego morza.  To nie 
Sariel 
– pomyślała. - To... - Jęknęła z przerażenia. Chciała się odsunąć, ale on ją mocno obejmował. 
Wyrywała się, nic to nie dało. Nagle z zachodu naciągnęły ciemne chmury, przeszył ją zimny wiatr, 
drżała. Stała na środku polany sama, nie było z nią  nikogo, prócz wrażenia, że jest obserwowana. 
Skierowała się w stronę ścieżki, którą tu przybyła. Biegła ile sil w nogach, chciała uciec. Oddychał 
głośno,   piekące   łzy  płynęły  jej   po   policzkach.  Wszędzie   panowała   ciemność   i   to   przerażające 
zimno. Zatrzymała się, by złapać oddech. Ktoś złapał ją za rękę, obróciła się w stronę mężczyzny w 
kapturze z świecący czerwonymi oczami. Nie!!!!!- krzyknęła.

Carol  siedziała  na  brzegu  łóżka  z  opuszczonymi  stopami,  rękoma  podtrzymywała  się  o 

materac, oddychała głęboko. Próbowała załapać oddech. Sen... inny niż poprzednio. Dlaczego? Kim  
oni byli? Boże...- 
szeptała próbując opanować swój oddech i drżenie ciała. Te pocałunki były takie... 
prawdziwe – 
dodała.

By animk4


Document Outline