background image

 

 

 

background image

 

Michaela Dornberg 

 

Mój osobisty Romeo 

 

Lena ze słonecznego wzgórza 

 

Tom 4 

 

 

 

 

background image

 

Na początku  Lena  miała  wrażenie,  że  po  wyznaniu 

prawdy Nicola jest jakaś inna, jakby się jej wstydziła. Ale 
już po kilku dniach wszystko wróciło do normy. 

Daniel  miał  teraz  więcej  pracy  w destylarni.  Dlatego 

Lena  poprosiła  Aleksa,  żeby  poszukał  kogoś  na  zastęp-
stwo  do  pomocy  w czworakach,  przy  czym  Aleks  nadal 
miał  nadzorować  prace.  Podobało  mu  się,  że  jest  odpo-
wiedzialny  za  remont  w czworakach.  Był  rozważny 
i umiał  właściwie  ocenić  sytuację.  Sam  miewał  świetne 
pomysły. 

Tego  ranka  Lena  siedziała  przy  swoim  biurku.  Jej 

pierwsza  duża  kampania  reklamowa  zaczęła  przynosić 
efekty.  Włączył  się  faks.  Wstała  zaciekawiona.  Czyżby 
znowu jakieś zlecenie? 

Nie mogła się doczekać, kiedy faks wszystko wydru-

kuje. Wyjęła papier i zaniemówiła. 

Jeszcze za czasów, gdy hurtownia należała do jej oj-

ca, starali się o kontrakt z firmą Contimex, jednak bezsku-
tecznie. 

Lena spróbowała jeszcze raz, bo słyszała, że zmieniło 

się  kierownictwo  firmy.  Na  targach  poznała  jednego 
z nowych  dyrektorów  zarządzających.  Kiedyś  pomogła 
mu wyjść z kłopotów, gdy pracował gdzie indziej. Bez jej 
pomocy pewnie nie dałby rady. 

background image

Jakiś  czas  temu  rozmawiali  ze  sobą  przez  telefon. 

Podczas  miłej  rozmowy  obiecał,  że  będzie  pamiętał  o jej 
propozycji. Lena nie przywiązywała jednak większej wagi 
do jego słów. „To nic nieznaczący frazes”, myślała wtedy. 

Jednak  mężczyzna  dotrzymał  słowa.  Lena  miała 

w ręku  faks  z pokaźnym  zamówieniem  na  produkty  Bro-
dersena  i Horlitza.  Poszczególne  pozycje  zamówienia  nie 
zawierały jakichś zawrotnych liczb, ale biorąc pod uwagę 
fakt, że Contimex jest koncernem ze stu dwudziestoma fi-
liami,  to  po  zsumowaniu  wychodziło  całkiem  spore  za-
mówienie.  Ojciec  zawsze  powtarzał,  że  najważniejsze  to 
zaistnieć w jakiejś firmie. Jeśli współpraca będzie przyno-
siła  obopólne  korzyści,  to  i zamówień  będzie  coraz  wię-
cej. 

Lena miała wrażenie, że w tym konkretnym przypad-

ku nie tylko jakoś tam zaistniała, lecz zajęła całkiem do-
brą pozycję. 

Sięgnęła po telefon, żeby zadzwonić do pana Lipper-

ta. Miała szczęście. Od razu się połączyła. 

– Panie Lippert, właśnie przyszedł faks od pana – wy-

rzuciła  jednym  tchem.  –  Dziękuję  z całego  serca.  Nawet 
pan sobie nie wyobraża, ile to dla mnie znaczy. 

Mężczyzna słuchał jej z zadowoleniem. 
–  To  dopiero  początek,  pani  Fahrenbach.  Aktualnie 

nie dysponuję większym budżetem na alkohole, które pani 
proponuje.  Myślę,  że  jesienią  może  się  pani  spodziewać 

background image

większych  zamówień,  w szczególności  na  produkty  Bro-
dersena.  Jesienią  ludzie  chętnie  sięgają  po  kieliszeczek 
czegoś  rozgrzewającego.  Pani  Fahrenbach,  proszę 
o informację,  jeśli  będzie  coś  nowego  w ofercie.  Jeżeli 
mam pani jakoś pomóc, to muszę wiedzieć, co ma pani na 
półce. 

– Dziękuję, panie Lippert. 
Zamienili  jeszcze  kilka  słów,  a potem  Lena  odłożyła 

słuchawkę. Z kartką w ręku pobiegła prosto do Daniela. 

– Danielu, nie uwierzysz, co trzymam – zawołała, po-

trząsając kartką. 

Daniel  wolnym  ruchem  odwrócił  się  od  komputera 

i ze stoickim spokojem powiedział: 

– Trudno nie zauważyć. 
Cały Daniel. 
Lena  z triumfalnym  uśmiechem  położyła  kartkę  na 

stole. 

Daniel  zaczął  czytać.  Z każdym  słowem  rosło  jego 

zdziwienie. Wprost nie mógł uwierzyć. 

–  Leno,  to  cudowna  wiadomość.  Natychmiast  trzeba 

uzupełnić  zapasy.  Nie  mamy  w magazynie  takiej  ilości 
produktów Brodersena i Horlitza, a jeśli... 

Nie dokończył, bo przerwała mu Nicola. 
– Tu jesteście – powiedziała jednym tchem. – Próbo-

wałam się do was dodzwonić, ale cały czas było zajęte. 

background image

– Tak, tak. Omawiałam duże zamówienie. Nie uwie-

rzysz. 

Nicola  zwykle  interesowała  się  zamówieniami 

i wszystkim, co dotyczyło fabryki likierów, ale tym razem 
nie  okazała  nawet  najmniejszego  zainteresowania,  tylko 
od razu zaczęła mówić. 

–  Leno,  przyszli  jacyś  dwaj  panowie.  Chcą  z tobą 

rozmawiać. 

– Dwaj panowie? 
Rzadko ktoś obcy przyjeżdżał do posiadłości. 
– Jak na mój gust, są albo z urzędu skarbowego, albo 

z jakiegoś innego urzędu, albo z policji. 

Lena roześmiała się. 
– W takim razie nie mam się czego bać. Podatki płacę 

regularnie. Z urzędami nie mam żadnych kłopotów. Może 
za  szybko  jechałam,  choć  tego  sobie  nie  przypominam. 
Ale jeśli nawet tak było, to policja na pewno nikogo by do 
mnie nie przysłała. Gdzie oni są? 

–  Czekają  przed  twoim  domem.  Nie  bój  się,  psy  nie 

spuszczają ich z oka. Poza tym Aleks jest z nimi. 

Lena  ponownie  się  roześmiała.  To  właśnie  była  cała 

Nicola! 

– Danielu, sprawdź nasze zapasy. Potem pomyślimy, 

o ile powiększyć magazyn. 

Razem z Nicolą wyszła z destylarni. Już z daleka wi-

background image

działa  mężczyzn  siedzących  na  ławce  przed  jej  domem 
pilnowanych przez Hektora i Lady. 

Kiedy zbliżyły się do mężczyzn, Nicola zawołała psy, 

a Lena  zajęła  się  gośćmi.  Nicola  miała  rację  –  w ich  wy-
glądzie było coś z urzędników. 

Ale czy to naprawdę urzędnicy? 
W kryminałach zawsze przychodzą dwie osoby, żeby 

przekazać jakąś straszną wiadomość. 

Lenę ogarnął strach. 
Czy  coś  złego  przytrafiło  się  Grit?  A może  jej  bra-

ciom? 

Zdrowy  rozsądek  i chwila  zastanowienia  wystarczy-

łyby, żeby doszła do przekonania, że gdyby wydarzył się 
jakiś  wypadek,  policjanci  na  pewno  nie  pofatygowaliby 
się do niej osobiście. 

W tej chwili Lena nie myślała trzeźwo. 
–  Czy  coś  się  stało?  –  zapytała  przerażona.  –  Coś 

z moim rodzeństwem? 

Mężczyźni nie odpowiedzieli na jej pytanie. 
– Lena Fahrenbach? – zapytał starszy. 
Lena pokiwała głową. 
– Tak, to ja. Czy mogę wiedzieć... 
Nie  dał  jej  dokończyć.  Wyciągnął  legitymację  służ-

bową, machnął nią Lenie przed nosem, ale tak szybko, że 

background image

nie zdążyła niczego przeczytać. Zresztą i tak mało ją to in-
teresowało. 

– Nadkomisarz Oberländer – przedstawił się. 
– A to komisarz Patzelt. 
Miała wrażenie, że to jakiś zły sen. 
– Czy panowie przyszli mnie aresztować? – zażarto-

wała Lena. 

Zachowanie  policjantów  przypominało  jej  sceny 

z filmów  kryminalnych.  Nawet  ich  ubiór  był  podobny. 
Pogniecione spodnie i niedopasowane marynarki. 

–  Pani  Fahrenbach,  nie  jesteśmy  w nastroju  do  żar-

tów, więc niech pani przestanie. 

– Przepraszam – bąknęła Lena. 
– Zna pani Arianę Zumbrink? 
– Tak, znam. 
Czyżby  policjanci  chcieli  ją  wypytywać  o Arianę? 

Znowu szpiegowała dla swojego narzeczonego i ktoś zło-
żył wreszcie doniesienie? 

–  Proszę  powiedzieć, kiedy ostatni  raz widziała  pani 

Arianę Zumbrink. 

Lena wzruszyła ramionami. 
– Kilka tygodni temu. 
– Może pani dokładniej określić datę? – poprosił nad-

komisarz. 

background image

W jego głosie słychać było zniecierpliwienie. 
– Dlaczego pan pyta? 
–  My  tu  jesteśmy  od  zadawania  pytań  –  powiedział 

drugi policjant, który do tej pory nie zabierał głosu. 

–  Musiałabym  najpierw  sprawdzić  w dokumentach, 

a te są u mojego doradcy podatkowego. 

– W takim razie proszę zdobyć te dokumenty. 
Lena miała dość tego wypytywania. 
–  Zanim  odpowiem  na  kolejne  pytania,  chciałabym 

się  dowiedzieć,  dlaczego  wypytują  mnie  panowie 
o Arianę.  Co  ona  zrobiła?  Szpiegowała  też  innych?  Jeśli 
przyszli  mnie  panowie  namówić,  żebym  złożyła  na  nią 
doniesienie, to niepotrzebnie się panowie fatygowali. Dla 
mnie ta sprawa jest zakończona. 

–  O jaką  sprawę  chodzi?  –  zainteresował  się  nadko-

misarz. 

–  Odpowiem,  jeśli  się  dowiem,  czemu  zawdzięczam 

wizytę policji. 

–  Szanowna pani,  na  pani  miejscu  bym  się  pohamo-

wał  –  odezwał  się  komisarz  Patzelt.  –  Prowadzimy  do-
chodzenie w sprawie o morderstwo. 

Lena  szeroko  otworzyła  oczy  i wpatrywała  się 

w mężczyzn. 

–  Chce  pan  powiedzieć,  że  Ariana...  została  zamor-

dowana? 

background image

– Tak. 
– Ale  dlaczego przychodzą panowie  do  mnie?  Co  ja 

mam z tym wspólnego? 

–  Kiedy  znaleziono  panią  Arianę  Zumbrink,  w dłoni 

miała zaciśnięty skrawek papieru z pani nazwiskiem. 

Czyżby chcieli ją oskarżyć o morderstwo? 
– To nie musi nic znaczyć – oznajmiła Lena. 
– Nie musi, ale może. Proszę powiedzieć, gdzie pani 

była  we  wtorek  między  dziewiątą  a jedenastą  przedpołu-
dniem? 

Wtorek? Lena próbowała zebrać myśli. 
– Tu, w posiadłości. 
– Ktoś może to potwierdzić? 
– Tak... nie – powiedziała. 
Lena przypomniała sobie, że Daniel pojechał po ode-

brać przesyłkę na poczcie, a Nicola i Aleks byli na zaku-
pach. 

– No więc tak czy nie? 
– Byłam tu sama, z psami, ale ich nie wezwą panowie 

na świadków. 

Musiała  zażartować.  Za  wszelką  cenę  chciała  rozła-

dować  atmosferę  i pozbyć  się  napięcia.  To  straszne,  że 
Ariana  została  zamordowana.  Nie  zasłużyła  na  taki  los. 
Ale dlaczego policja ją łączy z tym morderstwem?! To ja-

background image

kaś farsa. 

–  Pani  Fahrenbach,  chyba  nie  rozumie  pani  powagi 

sytuacji. Nie przyjechaliśmy tu dla zabawy, ale po to, że-
by prowadzić dochodzenie. 

– Przeciwko mnie? 
–  Pani  Fahrenbach,  prowadzimy  dochodzenie.  Po-

trzebne nam są dokładne zeznania. 

– Przecież policja nie może mi postawić zarzutu mor-

derstwa  tylko  dlatego,  że  ta  biedaczka  ściskała  w ręce 
kartkę z moim nazwiskiem! 

– Nie chodzi tylko o kartkę. Narzeczony zamordowa-

nej, pan Ingo Gerstendorf, zeznał, że pani Zumbrink wy-
najmowała  tu  pokój  i została  wyrzucona  bez  wypowie-
dzenia.  Ponadto  groziła  jej  pani.  Pani  Zumbrink  żyła 
w strachu. Czuła się zagrożona z pani strony. 

Lena roześmiała się, ale tym razem był to histeryczny 

śmiech. 

–  I  panowie  uwierzyli  w tę  bajeczkę?  To  dlatego  je-

stem podejrzana o morderstwo? Powiem panom, jak było 
naprawdę. 

– Chętnie wysłuchamy, ale proszę mówić tylko praw-

dę. 

„Co  za  bezczelność”,  pomyślała  Lena,  ale powstrzy-

mała się od komentarza. 

– Ten dość podejrzany pan Gerstendorf bez przerwy 

background image

mi  się  naprzykrza.  Nie  da  mi  spokoju,  dopóki  nie  sprze-
dam mu gruntów. Jeszcze za życia mojego ojca próbował 
go namówić na sprzedaż. Teraz ponowił propozycję kup-
na. Kiedy kategorycznie odmówiłam, nasłał na mnie swo-
ją narzeczoną, panią Zumbrink. Przyłapałam ją na grzeba-
niu  w moich  prywatnych  rzeczach.  Owszem,  wyrzuciłam 
ją po tym incydencie. Teraz Gerstendorf mści się i próbuje 
mnie  szkalować.  Sprawdzili  już  panowie  Gerstendorfa? 
Może  on  jest  sprawcą.  Może  wściekł  się  na  narzeczoną, 
bo nawaliła. 

–  Pani  Fahrenbach,  nie  potrzebujemy  pani  rad,  jak 

mamy  prowadzić  dochodzenie.  Może  ponownie  spotkała 
się  pani  z ofiarą.  Spotkanie  rozgniewało  panią  i zabiła  ją 
pani w afekcie. 

–  Niby  gdzie  i czym  miałabym  ją  zabić?  Może  ją 

otrułam, co? Kobiety zwykle trują swoich wrogów, męż-
czyźni używają raczej siły. 

Gdy  policjanci  to  usłyszeli,  spojrzeli  na  siebie  poro-

zumiewawczo. 

–  Pani  Fahrenbach,  nie  powiedzieliśmy,  w jaki  spo-

sób zginęła pani Zumbrink. Nawet nie wymieniliśmy sło-
wa trucizna. Skąd pani wie, że ofiara została otruta? 

Pod Leną ugięły się kolana. 
W co ona. się wplątała? 
– Ja nic nie wiem. Tak tylko powiedziałam. To jedy-

nie przypuszczenie. 

background image

– Słuszne przypuszczenie. 
–  Może  pani  Zumbrink  –  zaczął  komisarz  Patzelt  – 

znalazła  u pani  coś,  co  nie  miało  ujrzeć  światła  dzienne-
go... 

– Chwileczkę, czy pan wie, kim jestem? – przerwała 

mu Lena. 

Była wściekła. 
– O tak! Bogatą spadkobierczynią. Ale to żadne alibi. 

Przykro mi. 

–  Nie  zamordowałam  Ariany.  Nigdy  więcej  nie  spo-

tkałam tej kobiety. Nie byłam z nią skłócona i nie byłam 
na nią zła. To ona miała wyrzuty sumienia i dlatego mnie 
przeprosiła. 

– Myślałem, że więcej jej pani nie spotkała. 
– To prawda. Ariana napisała do mnie. 
– Ach tak, a gdzie jest list? 
–  Przypuszczalnie  w koszu  na  śmieci.  Z jakiego  po-

wodu miałabym go zatrzymać? 

– No cóż, teraz by się przydał. 
Mężczyźni  zadali  jej  jeszcze  kilka  pytań,  potem  po-

żegnali się zdaniem, które znała z filmów. 

– Proszę nie wyjeżdżać z Fahrenbach i być do naszej 

dyspozycji. 

Tyle że to nie był film! Wszystko działo się napraw-

background image

dę. Lena była podejrzana o morderstwo. , Patrzyła, jak po-
licjanci  wsiadają  do  samochodu  i odjeżdżają.  Gdyby  nie 
Nicola, stałaby tak dalej. 

– Kim byli ci mężczyźni i czego chcieli? – dopytywa-

ła Nicola. 

Chciała  się  upewnić,  czy  potwierdziły  się  jej  podej-

rzenia, że są urzędnikami. 

–  To  policjanci.  Zamordowano  Arianę,  a ja  jestem 

podejrzana. 

– Co ty za bzdury wygadujesz? Postradałaś zmysły? 
– Nie. Oni chyba wierzą, że zamordowałam Arianę. 
Lena  zdała  relację  Nicoli  i powiedziała,  że  Ariana 

miała przy sobie karteczkę z nazwiskiem Leny i że to Ingo 
Gerstendorf naprowadził policjantów na jej trop. 

– To straszne – powiedziała Nicola. – Nie martw się, 

przecież nie zamordowałaś tej kobiety. Policjanci jeszcze 
tego nie wiedzą, ale przekonają się w trakcie dochodzenia 
i trafią  na  prawdziwego  sprawcę.  Taka  młoda  kobieta 
i została  zamordowana!  Kiedy  była  u nas  w posiadłości, 
nikt z nas nie podejrzewał, że ma przed sobą tak mało ży-
cia. 

– Przerażające. 
– Leno, chciałam cię właśnie wołać na jedzenie. 
– Nie, dziękuję. Nie bądź na mnie zła. Nic bym teraz 

nie  przełknęła.  Może  później.  Chciałabym  zostać  sama. 

background image

Muszę przetrawić te oskarżenia i śmierć Ariany. 

–  Nie  bierz  sobie  tego  do  serca  i nie  denerwuj  się. 

Wszystko się wyjaśni. Ty morderczynią? Co za bzdura! 

Nicola  poszła  do  siebie.  Przez  łąkę,  a potem  przez 

dziedziniec biegła Lady. Suczka podbiegła do Leny. Stała 
przed nią i patrzyła wyczekującym wzrokiem. 

– Nie teraz – powiedziała Lena i poszła do domu. 
W  bibliotece  usiadła  w fotelu.  Zadzwonić  do  Friede-

ra?  Jej  brat  prowadzi  lub  zamierza  prowadzić  interesy 
z Gerstendorfem.  Może  nakłoni  go  do  wycofania  fałszy-
wych oskarżeń. 

Szybko porzuciła ten pomysł. Frieder też nie był wo-

bec  niej  w porządku.  Sam  nalegał,  żeby  oddała  mu  do 
dyspozycji  lub  sprzedała  działki  nad  jeziorem.  Wyraźnie 
dał jej do zrozumienia, że odezwie się dopiero wtedy, gdy 
spełni tę prośbę. Trzymał się tego. Nie zadzwonił, a kiedy 
ona  próbowała  się  z nim  skontaktować,  sekretarka  ją 
spławiła. 

W co ona się wpakowała? 
Ze strachu cała się trzęsła. Gdyby myślała rozsądnie, 

wiedziałaby, że jeśli policja miałaby dowody świadczące 
przeciwko  niej,  to  policjanci  zabraliby  ją  ze  sobą 
i wsadzili do aresztu. 

Wprawdzie jej nie aresztowali, ale ciążyło na niej po-

dejrzenie  zamordowania  człowieka. Tak, jest  podejrzana. 
Przecież ma zakaz opuszczania Fahrenbach. 

background image

To znaczy, że nie może teraz pojechać do Francji, do 

Jörga. 

Musi  go  powiadomić,  że  chwilowo  jej  przyjazd  jest 

niemożliwy. 

Pomyślała  o Arianie.  Dla  tej  kobiety  liczył  się  tylko 

wygląd.  Nic  nie  jadła,  żeby  nie  przytyć,  używała  tylko 
najlepszych kremów, żeby nie mieć zmarszczek. Wszyst-
ko na darmo. 

Kto to zrobił? 
Kobiety  takie  jak  Ariana  nie  mają  przecież  wrogów, 

a jedynie wielbicieli. 

Rozbolała  ją  głowa.  Czuła  się  potwornie  samotna. 

W takich  momentach  boleśnie  odczuwała  brak  Thomasa. 
Gdyby  był  przy  niej,  na  pewno  by  ją  pocieszył.  Nie  po-
zwoliłby, żeby policjanci traktowali ją jak morderczynię. 

Spojrzała na zegarek. U Thomasa była teraz piąta ra-

no.  Pewnie  jeszcze  śpi.  Nie  ma  sensu  pisać  do  niego  e–
maila.  To  jej  nie  pocieszy.  Chciała  usłyszeć  jego  głos. 
Niestety to nie było niemożliwe. 

Znowu musi sobie radzić sama. 
Wszystko ją bolało. Serce i dusza. Z tej niemocy za-

częła głośno płakać. 

Ogarniał  coraz większy strach. 
Co będzie, jeśli policja nie znajdzie innego podejrza-

nego i dochodzenie skupi się na niej? 

background image

Jest niewinna, ale nie umie tego dowieść. 

 

 

background image

 

Lena  dziwnie  się  czuła  po  spotkaniu  z policjantami. 

Wszystko  widziała  jak  przez  mgłę.  A przecież  miała  po-
wód  do  radości!  Pan  Lippert  z koncernu  Contimex  po-
większył  swoje  zamówienie.  Zdecydował,  że  wciągnie 
produkty  Brodersena  i Horlitza  do  kampanii  reklamowej. 
Gdyby  nie  fakt,  że  posądzano  ją  o morderstwo,  z radości 
skakałaby do góry. 

Zadzwoniono  z policji.  Nawet  nie  wiedziała,  który 

mężczyzna  z nią  rozmawia.  Wezwano    na  posterunek 
w celu podpisania protokołu. 

Znowu wpadła w panikę. Bała się, że policjanci zasy-

pią  ja  kolejnymi  pytaniami,  na  które  nie  będzie  umiała 
odpowiedzieć. 

Kiedy zadzwonił Thomas, nie wspomniała mu 0 tym 

wydarzeniu.  Zapewniał  ją  o swojej  miłości  1  tęsknocie. 
Mówił,  jak  bardzo  się  cieszy,  że  już  niedługo  będzie  ją 
mógł  wziąć  w ramiona.  O swoich  kłopotach  nie  wspo-
mniała mu ani słowem. Nie przeszłoby jej to przez gardło. 
No bo co mu miała powiedzieć? Że zamordowano kobie-
tę, a ona jest podejrzana? Tak, była podejrzaną w sprawie. 

Ostatnio  Lena  źle  sypiała.  Tej  nocy  też.  Przekręcała 

się  z boku  na  bok,  a gdy  w końcu  zasnęła,  obudziła  się 
zlana potem. Wstała, żeby sobie zaparzyć ziołową herbat-
kę na uspokojenie. 

background image

To  nie  pomogło.  Była  potwornie  zmęczona,  ale  nie 

mogła  zasnąć.  Czuła  się  tak,  jakby  zupełnie  opadła  z sił. 
Wydawało jej się, że ciało nie jest zdolne do najmniejsze-
go ruchu. 

Dręczyły ją ponure myśli. Bała się. 
Wstała.  Nie  ma  sensu  jeszcze  bardziej  się  nakręcać. 

Może zrobi coś sensownego. 

Poszła do swojego biura. Urządziła je w dawnym po-

koju ojca. 

Najpierw 

chciała 

uporządkować 

wyciągi 

z prywatnego  konta.  Na  biurku  leżała  ich  cała  sterta.  Nie 
lubiła  tego  robić.  Zawsze  się  cieszyła,  gdy  ktoś  lub  coś 
odciągało ją od tej nudnego zajęcia. 

Westchnęła  i usiadła  przy  biurku.  Zaczęła  pracować. 

Z kupki brała kopertę po kopercie. Właśnie wzięła kolejną 
i zamarła. 

Trzymała w dłoni bladoróżową kopertę. 
List do Ariany? 
Teraz sobie przypomniała. 
Nie  wyrzuciła  listu  do  śmieci,  bo  kosz  zostawiła  na 

dole. Odłożyła go na biurko i zupełnie o nim zapomniała. 
Był  schowany  między  innymi  kopertami  i dlatego go  nie 
zauważyła. 

Co za szczęście, że wtedy go nie wyrzuciła! 
Lena odłożyła inne koperty na bok i zajęła się listem. 

background image

Słabo pamiętała jego treść. Może słowa Ariany wystarczą, 
żeby przekonać policję, że nie było między nimi konfliktu 
i nie mogła w gniewie zabić tej kobiety. 

Kiedy  wyjmowała  list  z koperty,  nie  mogła  zapano-

wać nad drżeniem ręki. 

Próbowała się uspokoić. Nareszcie się udało. 
Wzięła głęboki oddech. Miała nadzieję, że Ariana tak 

napisała swój list, że oczyści ją z zarzutów. 

Uważnie czytała linijkę po linijce... 
 

Droga Leno, 

przepraszam za moje zachowanie i za to, że tak podłe 

Panią  podeszłam.  Bez  pytania  wpuściła  mnie  Pani  pod 
swój  dach,  zaufała  mi,  udostępniła  każde  pomieszczenie, 
a ja  nadużyłam  Pani  zaufania.  Nawet  sobie  Pani  nie  wy-
obraża, jak bardzo się tego wstydzę. 

Nic nie usprawiedliwia mojego postępowania. Szpie-

gowałam.  Wstyd  mi.  Postąpiłam  podle.  Zrobiłam  to 
z miłości  do  Ingo.  Zażądał  tego  ode  mnie  w dowód  miło-
ści. Zagroził, że ode mnie odejdzie. Ingo za wszelką cenę 
chce  od  Pani  odkupić  działki  nad  jeziorem.  Jeśli  mu  się 
uda, to pewna grupa inwestycyjna zapłaci mu miliony eu-
ro  prowizji.  To  żaden  powód  i wcale  nie  musi  Pani  tego 
zrozumieć. Jest Pani dobrym i szczerym człowiekiem. Nie 
chciałabym,  żeby  miała  Pani  o mnie  złe  zdanie. 
W posiadłości Fahrenbach było  tak  cudownie!  Zrozumia-

background image

łam  to,  gdy  wróciłam  do  dawnego  życia,  pełnego  stresu 
i pośpiechu. 

 

Ariana 

 

Sama nie wiedziała, ile razy przeczytała ten list. Pięć? 

Dziesięć?  Jak  tak  dalej  pójdzie,  to  nauczy  się  go  na  pa-
mięć. Będzie go deklamować jak wiersz, linijka po linijce, 
słowo po słowie. 

Zaczęła  płakać.  Łzy  płynęły  jej  po  policzkach 

i kapały  na  bladoróżowy  list,  dowód  na  jej  niewinność. 
Z listu jasno wynika, że nie miała najmniejszego powodu 
zabić Ariany. 

Zaczęła się modlić i dziękować Bogu za list, za to, że 

go  nie  wyrzuciła,  a jedynie  odłożyła  na  bok  i po  prostu 
o tym zapomniała. To cud. 

Najchętniej wsiadłaby w samochód i pojechała na po-

licję, żeby tym dwóm podejrzliwym policjantom pokazać 
list. 

Ale  jest  trzecia  w nocy. 

Musi  uzbroić  się 

w cierpliwość. Wróciła do łóżka. Nie była już taka spięta. 
Po chwili zasnęła. Spała głęboko i spokojnie. 
 

 

background image

 

Kiedy Lena, wymachując różową kopertą, wpadła do 

domu Nicoli, cała trójka odetchnęła z ulgą. 

Nicola,  Aleks  i Daniel  wiedzieli  o morderstwie  Aria-

ny i kłopotach Leny. 

– Mam go! – wołała Lena już od progu. – Znalazłam 

list od Ariany. Teraz mogę udowodnić, że jestem niewin-
na. 

Każde  z nich  chciało  przeczytać  list  i dla  każdego 

z nich było jasne, że Lena nie mogła mieć lepszego alibi. 

Lena  była  taka  podekscytowana,  że  wypiła  jedynie 

kawę i ugryzła tost. 

– Pojechać z tobą? – zaproponowała Nicola. 
–  Nie,  dziękuję.  Nie  trzeba.  Nie  czuję  się  już  podej-

rzana.  Ten  list  oczyszcza  mnie  z zarzutów.  Wierzcie  mi, 
teraz każda chwila na policji będzie dla mnie prawdziwą 
przyjemnością.  W drodze  powrotnej  odwiedzę  Sylvię 
i zarezerwuję stolik na dzisiejszy wieczór. Zapraszam was 
na  kolację.  Trzeba  to  uczcić.  Dzisiaj  na  obiad  zjemy  coś 
lekkiego. Za to wieczorem się objemy. 

– I opijemy – zaśmiał się Daniel. – Trzeba to opić. 
Na  posterunku  zaprowadzono  Lenę  do  biura,  gdzie 

pracowali poznani niedawno policjanci. 

Biuro  było  urządzone  surowo.  Stały  jedynie  stare 

background image

biurka i wysłużone krzesła. Na biurkach piętrzyły się sto-
sy dokumentów. Na ścianach wisiały plakaty z surferami. 
Albo  poprzednik  zostawił  te  plakaty,  albo  jeden 
z mężczyzn był zapalonym surferem. Lena żadnego z nich 
nie podejrzewała o takie zamiłowania. 

Policjanci  siedzieli  naprzeciwko  siebie.  Jeden  z nich 

wnikliwie  studiował  akta,  drugi  –  nadkomisarz  Oberlän-
der – podniósł wzrok i spojrzał na Lenę. 

– Przyjechała pani podpisać protokół? 
– Obawiam się, że będzie pan musiał sporządzić no-

wy protokół – powiedziała Lena. 

Radość  w jej  głosie  zafrapowała  inspektora  Patzelta. 

Przestał  przeglądać  dokumenty  i spojrzał  na  nią 
z zaciekawieniem. 

– Co ma pani na myśli? 
Z torby wyjęła list. 
– Znalazłam go. 
– CO? 
–  List  od  Ariany.  Jednak  go  nie  wyrzuciłam,  tylko 

wcisnęłam pomiędzy inne papiery. Proszę, oto on. 

Podała nadkomisarzowi list. Przeczytał go i podał ko-

ledze. 

–  Bardzo  dobrze,  pani  Fahrenbach.  Możemy  zatrzy-

mać ten list? 

Lena wahała się. 

background image

– Tak, proszę sobie zrobić kopię. Jeśli potrzebny jest 

panom oryginał, to ja wezmę kopię z potwierdzeniem, że 
oryginał przekazałam policji. 

Spojrzał na nią lekko poirytowany. 
–  Chyba  pani  przesadza.  List  znajdzie  się  w aktach 

sprawy. 

–  Z akt  też  może  coś  zginąć.  A wtedy  zniknie  doku-

ment, który świadczy o mojej niewinności. 

–  Pani  Fahrenbach,  wystarczy.  Nie  jest  pani  podej-

rzaną w sprawie. 

– Ale właśnie tak mnie panowie potraktowali. 
–  Prowadziliśmy  śledztwo,  a to  coś  zupełnie  innego. 

Musieliśmy  panią  przesłuchać,  bo  po  pierwsze  pan  Ger-
stendorf wskazał panią jako podejrzaną, po drugie w ręce 
ofiary znaleźliśmy kartkę z pani nazwiskiem. Sprawa zo-
stała już wyjaśniona. 

Lena wpatrywała się w nadkomisarza. 
–  Wyjaśniona?  Mój  list  nie  jest  już  potrzebny?  Za 

mną nieprzespana noc... 

– Proszę, niech pani usiądzie zaproponował nadkomi-

sarz. 

–  Zupełnie  niepotrzebne  pani  się  martwiła.  Reaguje 

pani zbyt emocjonalnie. 

Powiedzieć mu, przez kogo? Przypomnieć mu, jak po 

chamsku ją potraktował? 

background image

– Bez obaw może mi pani zostawić list. Są w nim in-

formacje,  które  mogą  nam  się  jeszcze  przydać.  Niemniej 
zostało już udowodnione, że to pan Gerstendorf otruł swo-
ją narzeczoną. 

Lena nie mogła uwierzyć. Ten elegancik Gerstendorf 

jest mordercą? 

– Ale dlaczego? Bo nie nakłoniła mnie do sprzedaży 

gruntów? Bo nie  znalazła kompromitujących  mnie  doku-
mentów? 

Nadkomisarz pokręcił głową. 
– Nie, to nie ma nic wspólnego z panią. Gerstendorf 

chciał  się  na  pani  zemścić  i próbował  wrobić 
w morderstwo. Zamordował narzeczoną, bo była w ciąży. 
Było mu to bardzo nie na rękę. 

– Nie rozumiem. 
– Gerstendorf poznał w Bad Helmbach bardzo bogatą 

kobietę, która w nim się zakochała. Wiele sobie obiecywał 
po tej znajomości. Ariana Zumbrink zaczęła mu przeszka-
dzać.  W innych  okolicznościach  pewnie  by  ją  spławił, 
może  nawet  z jakimś  zadośćuczynieniem.  Ale  jak  już 
mówiłem,  była  w ciąży.  Nie  chciała  urodzić  nieślubnego 
dziecka i naciskała na ślub. Gerstendorf nie chciał ani ślu-
bu,  ani  dziecka.  Nie  chciał  zerwać  znajomości  z bogatą 
kobietą.  Ariana  dużo  o nim  wiedziała.  Bał  się,  że  będzie 
go  szantażować.  Postanowił  pozbyć  się  problemu  raz  na 
zawsze.  Udawał,  że  się  chce  pogodzić.  Namówił  ją  na 

background image

piknik  na  górze  Hegisberg.  Tam  wsypał  jej  do  szklanki 
truciznę. Wypiła i padła martwa. Wtedy wcisnął jej do rę-
ki kartkę z pani nazwiskiem. Kiedy się upewnił, że nie ży-
je,  zrzucił  ją  z tarasu  widokowego.  Jej  śmierć  miała  wy-
glądać  na  wypadek.  Dopiero  sekcja  zwłok  wykazała,  że 
została otruta. 

Lena wciąż nie mogła uwierzyć. 
Dlaczego  niektórzy  mężczyźni  zachowują  się  jak 

tchórze, gdy kobieta zajdzie w ciążę? Nicolę też zostawił 
jej rzekomy narzeczony. Mało tego, zmuszał ją do usunię-
cia ciąży. Na szczęście mu nie uległa. Ariana przypłaciła 
ciążę własnym życiem. 

–  Skoro  ten  list  nie  jest  już  dowodem  w sprawie,  to 

może go pan zatrzymać bez pokwitowania – powiedziała. 
– Jeśli pan pozwoli, pójdę już. Muszę zebrać myśli. Kiedy 
indziej przyjadę podpisać protokół. 

– To nie będzie konieczne, pani Fahrenbach. Sami do 

pani  przyjedziemy.  Okolica  jest  taka  cudowna,  że  aż  się 
człowiekowi chce stąd wyrwać. 

Karta się odwróciła i nagle obydwaj policjanci zrobili 

się wyjątkowo mili. 

Może  to  jednak  zasługa  listu,  który  im  pokazała. 

A może  wcześniej  też  zachowywali  się  całkiem  normal-
nie,  tylko  ze  strachu  i z niepewności  nie  była  w stanie 
właściwie ich ocenić. 

Nic  dziwnego.  Niecodziennie  jest  się  przesłuchiwa-

background image

nym  w sprawie  o morderstwo.  Oby  nigdy  więcej  nie  po-
wtórzyło się coś podobnego. Ten jeden raz wystarczył jej 
za wszystkie inne. 

Pożegnała się z policjantami. Dopiero na dworze ode-

tchnęła  z ulgą.  Arianę  zamordował  własny  narzeczony, 
mężczyzna, którego nikt by nie podejrzewał, że jest zdol-
ny  do  morderstwa.  To  kolejny  przykład,  do  czego  może 
doprowadzić żądza pieniędzy i władzy. 

Lena cieszyła się, że żyje w innym świecie, w którym 

liczą się zupełnie inne wartości. 

Wsiadła do samochodu i ruszyła. Pojechała prosto do 

przyjaciółki, która o całej sprawie nie miała bladego poję-
cia. 
 

 

background image

 

Sylvia siedziała przy stoliku z tabliczką „rezerwacja” 

i adresowała zaproszenia na ślub. 

– Już nie mogę. Boli mnie ręka – jęknęła na powita-

nie. 

Na twarzy miała wypieki. Widać było, że adresowa-

nie zaproszeń sprawia jej radość. 

Sylvia odsunęła zaproszenia na bok. 
–  Już  myślałam,  że  pojechałaś  do  Francji  bez  poże-

gnania. 

– Nigdzie nie byłam. Jak to się mówi, miałam zakaz 

opuszczania kraju. 

– Jak to? 
Lena  opowiedziała  przyjaciółce  o sprawie  Ariany, 

dochodzeniu i ciążącym na niej podejrzeniu. 

– Czytałam coś w gazetach. Nigdy by mi nie przyszło 

do głowy, że możesz mieć z tym coś wspólnego. Znaleźli 
już mordercę? 

– Tak. Zamordował ją jej osobisty narzeczony... 
Lena opowiedziała, czego się dowiedziała na policji. 
– Poznałam kiedyś tego Gerstendorfa. Już dość daw-

no temu. Chyba jeszcze żył twój ojciec. Krążył tu jak sęp 
nad  łupem.  Chciał  wycyganić  jakieś  działki.  Myślał,  że 

background image

czegoś się dowie ode mnie. Bo jak wiadomo, gospoda jest 
najlepszą giełdą nowinek. Nic mu nie powiedziałam. Nie 
zrobił  na  mnie  dobrego  wrażenia.  Był  jakiś  taki  nieprzy-
stępny,  a jednocześnie  przebiegły.  Nie  lubię  takich  męż-
czyzn.  Gdy  widzę  kogoś  takiego,  dziękuję  Bogu,  że  mój 
Martin jest inny. On muchy by nie skrzywdził. 

–  Aż  trudno  uwierzyć,  że  mężczyzna  zabija  kobietę 

z powodu  niechcianej  ciąży.  Jeśli  nawet  nie  chce  tego 
dziecka,  to  jeszcze  nie  powód,  żeby  kogoś  zabijać. 
W końcu kiedyś ją kochał. 

Sylvia miała co do tego wątpliwości. 
– Nie sądzę, żeby takie typy w ogóle wiedziały, czym 

jest miłość. Ktoś taki nie jest zdolny do wyższych uczuć. 
Dla tych ludzi liczy się jedynie wygląd zewnętrzny. Ska-
czą z kwiatka na kwiatek. Rzucają, jak tylko poznają ład-
niejszą lub bogatszą kobietę. To okropne, że w takich ka-
tegoriach ocenia się ludzi lub jest się przez innych ocenia-
nym.  Bardziej  przemawia  do  mnie  tradycyjne  podejście 
do związku. Najważniejsze jest serce człowieka, jego cha-
rakter  i wyobrażenie  o życiu.  Dopiero  wtedy,  gdy  będę 
pewna, że chcę być z kimś przez całe życie, mogę powie-
dzieć, że kocham. Martin kocha mnie, a ja jego. Kocham 
go  całym  sercem  i już  nie  mogę  się  doczekać,  kiedy  zo-
stanę jego żoną. 

– Kochanie, powtórz to, proszę. Mów tak przez cały 

czas. Mogę tego słuchać aż do śmierci. 

background image

Kobiety  nie  spostrzegły,  kiedy  zjawił  się  obok  nich 

Martin. 

– Co tu robisz? Dlaczego nie jesteś w gabinecie? Nie 

ma już we wsi psów i kotów, które potrzebują twojej po-
mocy? 

Martin nachylił się nad Sylvią i dał jej całusa. 
– Spokojnie, psy i koty nie zając, nie uciekną. Czeka-

ją  na  mnie.  Przyniosłem  ci  listę  gości,  których  musimy 
jeszcze  zaprosić.  Domyśliłem  się,  czym  się  teraz  zajmu-
jesz, więc chciałem ci ją szybko przekazać. 

Dopiero teraz przywitał się z Leną. 
–  Cześć!  Dawno  cię  nie  widziałem.  Już  wróciłaś 

z Francji? 

Sylvia zaczęła chichotać. 
–  Miała  zakaz  wyjeżdżania  z Fahrenbach  –  powie-

działa Sylvia. 

Dziewczyna opowiedziała narzeczonemu, co ostatnio 

przeżyła Lena. 

– Nie do wiary. I to wszystko działo się w naszej spo-

kojnej okolicy. 

– Przyjezdni wprowadzają tu niepokój – powiedziała 

Sylvia.  –  Teraz  już  rozumiecie,  dlaczego  trzeba  zrobić 
wszystko,  żeby
  nasze  Fahrenbach  pozostało  takie,  jakie 
jest. 
 

 

background image

 

Lena  otrząsnęła  się  już  po  przeżyciach  ostatnich  dni. 

Czuła  się  dużo  lepiej  i postanowiła  skontaktować 
z bratem. 

Nie spławił jej! To prawdziwy cud. 
Przy powitaniu był dość oszczędny w słowach. 
– Co, poszłaś po rozum do głowy i zdecydowałaś się 

sprzedać grunty? 

Jego arogancja rozwścieczyła Lenę. 
– Nie dlatego dzwonię. 
–  Moja  droga,  w takim  razie  nie  mamy  o czym  mó-

wić.  Powiedziałem  ci  przecież,  że  dopiero  wtedy,  gdy 
zmienisz swoje zdanie, możesz się ze mną skontaktować. 

Lena nie mogła tego wytrzymać. 
–  Posłuchaj  mnie,  nie  przerywaj  i nie  odkładaj  słu-

chawki.  Co  ty  sobie  wyobrażasz?  Za  kogo  się  uważasz? 
Dostałeś  swoją  część  spadku.  Fakt,  rujnujesz  wszystko, 
ale  to  twoja  własność.  Możesz  sobie  z nią  robić,  co 
chcesz.  Jakim  prawem  żądasz  ode  mnie  gruntów  nad  je-
ziorem?!  Nie  dostaniesz  ich.  Fahrenbachowie  jeszcze  ni-
gdy niczego nie sprzedali, od pięciu pokoleń, a ja nie za-
mierzam być pierwsza. Zapomnij o działkach. 

– Czyżbym słyszał głos ojca? – zadrwił Frieder. 

background image

– Tak, jestem córką mojego ojca, powiem więcej, je-

stem z tego dumna. Ty też powinieneś być dumny, że je-
steś  jego  synem.  Ojciec  starał  się  nam  wpoić  wartości, 
które  ty  tak  bezmyślnie  depczesz.  Nie  dzwonię,  żeby  się 
z tobą kłócić. Chcę ci jedynie powiedzieć, że twój przyja-
ciel Ingo Gerstendorf jest mordercą. 

Frieder roześmiał się. 
– Ach, co ty? Najpierw był dla ciebie poszukiwaczem 

złota,  a teraz  awansowałaś  go  na  mordercę.  Moja  droga, 
powinnaś  staranniej  dobierać  słowa.  Najwidoczniej 
uwsteczniłaś się na prowincji. 

– Twój przyjaciel Gerstendorf otruł swoją narzeczoną 

Arianę  Zumbrink.  Nagle  stała  się  dla  niego  przeszkodą. 
Poznał inna kobietę i odkrył, że jest kopalnią złota. Ariana 
była w ciąży i nalegała na ślub, więc ją usunął. 

Lena  wyczuła,  że  Frieder  jednak  przejął  się  tą  wia-

domością. 

– Pomyślałam jedynie, że lepiej będzie, jeśli dowiesz 

się  tego  ode  mnie,  zanim  inni  ci  doniosą  lub  zaczniesz 
snuć plany na dalszą współpracę z tym panem. Skończyło 
się,  na  zawsze  –  zrobiła  krótką  przerwę.  –  Życzę  ci 
z całego  serca,  żebyś  wreszcie  oprzytomniał.  Sam  wi-
dzisz, do czego prowadzi chciwość. 

– Sprawa z Ingo nie ma nic wspólnego z moją ofertą, 

jaką  ci  złożyłem,  i nadal  ją  podtrzymuję.  Sprzedaj  mi 
działki  nad  jeziorem.  Przecież  zostaną  w rodzinie.  Ja  też 

background image

nazywam się Fahrenbach. 

Lena była wstrząśnięta. Po tym wszystkim, czego się 

dowiedział  o swoim  nowym  przyjacielu,  jej  brat  nie  był 
w stanie myśleć o niczym innym niż działki. 

Chciała  go  zapytać  o jego  nową  przyjaciółkę  i czy 

Mona już o tym wie, a jeśli tak, to jaka była jej reakcja. 

Jej  brat  nie  miał  zamiaru  rozmawiać  o prywatnych 

sprawach. 

–  Skończmy  już  rozmowę.  Pomyśl  lepiej  przez  mo-

ment o swoim przyjacielu, zamiast o gruntach, których ni-
gdy  nie  dostaniesz.  Nie  zamierzam  ci  niczego  sprzedać 
ani podarować. Rozejrzałbyś się lepiej za adwokatem dla 
Gerstendorfa  lub  odwiedził  go  w areszcie.  A może 
w twoich kręgach inaczej rozumie się przyjaźń? 

Nic nie odpowiedział, tylko rzucił słuchawką. 
„Cały Frieder”, pomyślała Lena. 
Zawsze tak reaguje, gdy nie dostaje tego, czego chce. 
Zasmuciła  ją  rozmowa  z Friederem.  Ale  skoro  jest 

przy telefonie, zadzwoni jeszcze do Grit. 

Wybrała numer siostry. Grit od razu podniosła. W jej 

głosie słychać było zdenerwowanie. 

–  Leno,  to  nie  jest  najlepszy  moment  na  rozmowę. 

Nawet sobie nie wyobrażasz, co ja tu muszę przechodzić. 

– Przepraszam, nie chcę przeszkadzać. Dzwonię, żeby 

zapytać,  co  u was.  Myślałam,  że  zadzwonisz do  mnie  po 

background image

powrocie dzieci. Mam nadzieję, że pobyt w posiadłości im 
służył. 

–  Tak,  tak.  Dzieci  są  zachwycone  i znowu  chcą  do 

ciebie  jechać.  Kiedy  tylko  będą  miały  wolne  w szkole, 
pomyślę  o tym.  Sama  możesz  po  nie  przyjechać.  Pobyt 
w mieście dobrze ci zrobi. Każdy człowiek potrzebuje ja-
kiejś odmiany. Ty też. 

–  Grit,  w Fahrenbach  czuję  się  najlepiej.  Dzieci  są 

u mnie  zawsze  mile  widziane.  Pomyśl  o tym,  kiedy  bę-
dziesz chciała się ich pozbyć. 

– Co chcesz przez to powiedzieć? 
Właściwie nic. Lena nie miała niczego złego na my-

śli. Ale odkąd Grit została bogatą dziedziczką, nie radziła 
sobie z dziećmi. Ciągle tylko jęczała i narzekała. 

Lena nie mogła już tego słuchać. A przecież Grit nie 

miała w domu żadnych obowiązków. Domem zajmowały 
się  panie  do  pomocy,  a dziećmi  opiekunka.  Jedyne,  co 
Grit musiała robić zupełnie sama, to zajmować się sobą. 

–  Kiedy  Holger  nie  będzie  mógł  się  zająć  dziećmi, 

a ty  będziesz  chciała  mieć  czas  dla  swojego  młodego 
amanta. 

Grit z trudem łapała powietrze. 
– To bezczelność ze strony Holgera, że ci o tym po-

wiedział. 

– To bezczelność z twojej strony, co robisz swojemu 

background image

mężowi – odgryzła się Lena. 

–  To  moja  sprawa.  Nie  życzę  sobie,  żebyś  wtrącała 

się w moje sprawy. 

–  Nie  wtrącam  się.  Apeluję  jedynie  do  twojego  su-

mienia. Jak się jest żoną i matką, to trzeba czuć się odpo-
wiedzialnym za rodzinę, a ty chcesz żyć jak singielka. 

Grit wybuchła histerycznym śmiechem. 
– I kto to mówi? Przecież ty nigdy nie miałaś żadnego 

amanta!  Nie  masz  pojęcia  o życiu.  Gdybym  nie  poznała 
Roberto,  to  zgniłabym  u boku  Holgera.  Jest  potwornym 
nudziarzem. Ten człowiek w ogóle się nie rozwija. 

– Za to ty się rozwinęłaś i to aż za bardzo! Obudź się, 

zanim będzie za późno. Kobieto, masz w domu cudowne-
go męża. 

– Weź go sobie. Dobralibyście się jak w korcu maku. 

Nudziarz i nudziara. 

– Grit... 
– Grit... Grit... – przedrzeźniała ją siostra. – Nie mam 

zamiaru  słuchać  twoich  kazań.  Za  bardzo  przypominają 
mi ojca. Jeśli nie masz już nic więcej do powiedzenia, to 
możemy skończyć rozmowę. Roberto na mnie czeka. 

Grit  zachowywała  się  jak  Frieder.  Lena  nie  wytrzy-

mała i wybuchła. 

–  Wiesz...  Mogłabyś  zamieszkać  z Friederem.  Stwo-

rzylibyście dom bezwzględnych egoistów. 

background image

– Masz coś jeszcze do powiedzenia? 
– Owszem, miałabym. Chętnie normalnie bym z tobą 

porozmawiała.  Jesteś  moją  siostrą,  a rodzina  jest  wszyst-
kim, co mamy. Niektórzy ludzie byliby szczęśliwi, gdyby 
mieli  rodzinę.  Nasza  niestety  się  rozpada.  Jeśli  dalej  tak 
pójdzie,  to  pewnego  dnia  miniemy  się  na  ulicy  jak  obcy 
ludzie. 

Słychać było, że Grit ziewnęła. 
–  Przykro  mi,  twoja  gadka  przypomina  mi  kazanie 

w kościele. Nie mam ochoty tego słuchać. Teraz napraw-
dę nie mam już czasu. Pogadamy, jak obydwie się uspo-
koimy  albo  kiedy  przyjedziesz  po  dzieci.  Uwielbiają  do 
ciebie jeździć i świetnie się tam czują. Dziwne, ale dajesz 
sobie  z nimi  radę  –  roześmiała  się.  –  Chyba  mają  jakieś 
geny po dziadku. Po mnie nie odziedziczyły żadnych. Te-
raz już muszę iść. Na razie. 

Nawet  nie  zaczekała  na  odpowiedź  Leny.  Po  prostu 

odłożyła słuchawkę. 

Jak to było u Wilhelma Buscha? Taka była druga pso-

ta... 

Zadzwonić jeszcze do brata do Francji i przeżyć trze-

cią psotę? 

Obydwie rozmowy telefoniczne bardzo ją przygnębi-

ły. Była sfrustrowana i smutna. 

Jeśli  zadzwoni  jeszcze  do  Francji  i Jörg  zrobi  kilka 

głupich uwag albo jej szwagierka Doris zacznie coś bełko-

background image

tać do słuchawki, nie wytrzyma. 

Mimo  to  sięgnęła  po  telefon.  Musiała  skontaktować 

się z Jörgiem i ustalić z nim termin wizyty we Francji. 

Teraz już mogła podróżować. Nie była już podejrzana 

o morderstwo. 

Jörga nie zastała, ale połączono ją z Doris. 
Doris  ucieszyła  się,  a Lena  była  zadowolona,  że  jej 

szwagierka jest trzeźwa. 

– Chciałam ustalić z Jörgiem, kiedy mam przyjechać. 

Teraz  mam  czas.  Potem  będę  miała  gościa  i ślub  przyja-
ciółki. 

– Jörg właśnie wyszedł. Bardzo się cieszy, że przyje-

dziesz. Ja zresztą też. Nareszcie odwiedzi nas ktoś, z kim 
będę  mogła  rozmawiać  po  niemiecku  i nie  będę  musiała 
dyskutować o winnicach. Mam nadzieję, że zostaniesz na 
dłużej i że nie będzie to jednorazowa wizyta. Wiesz, kiedy 
ty przyjeżdżasz, to wiem, że robisz to zupełnie bezintere-
sownie.  Frieder  i Grit  odwiedzają  nas  tylko  wtedy,  gdy 
dostaną  coś  w zamian.  Nasi  przyjaciele  podobnie.  Kiedy 
zorganizowaliśmy festiwal, to wszyscy chcieli przyjechać, 
każdy się zapowiadał. Przygotowaliśmy dodatkowo ponad 
sto łóżek. Ale teraz, kiedy nic się nie dzieje, nikt nie chce 
odwiedzać.  Wszyscy  się  wykręcają,  że  bez  dodatkowego 
programu jest u nas nudno. Zresztą i tak prawie nie widu-
jemy  naszych  gości.  Albo  jadą  do  Bordeaux,  albo  gdzie 
indziej, a nas traktują jedynie jako noclegownię. Inaczej to 

background image

sobie wyobrażałam. 

Lena  była  zdziwiona  rozmownością  szwagierki.  Od-

kąd Doris zamieszkała we Francji, jeszcze nigdy nie wy-
powiedziała tylu zdań w jednej rozmowie. Naprawdę musi 
się czuć samotna i zawiedziona. Może właśnie dlatego pi-
ła.  Teraz  jest  na  szczęście  trzeźwa.  To  znaczy,  że  umie 
funkcjonować bez alkoholu. 

– Doris, pogadamy, jak przyjadę. Obiecuję. Jak wróci 

Jörg, to niech do mnie zadzwoni, ale dopiero po dwudzie-
stej  drugiej,  bo  przed  nie  będzie  mnie  w domu.  Idziemy 
dzisiaj na kolację do gospody  „Pod  Lipą”.  Chyba jej na-
wet nie znasz. 

– Nie znam. Byłam w posiadłości tylko kilka godzin. 

Przejazdem.  Nic  nie  pamiętam,  może  jedynie  to,  że  było 
tam tak... tak jak na wsi. A jak tobie się mieszka? 

–  Doskonale.  Jestem  tu  szczęśliwa.  Bardziej  szczę-

śliwym  już  nie  można  być.  Zadomowiłam  się.  Z całego 
serca życzę ci tego samego. 

– To się nigdy nie stanie – powiedziała Doris smutno. 

–  Tu  zawsze  będę  obca.  Zazdroszczę  ci.  Zresztą  zawsze 
podejmowałaś właściwe decyzje, a jak już coś postanowi-
łaś,  realizowałaś  swój  zamiar.  Jesteś  inna  niż  twoje  ro-
dzeństwo. Chciałabym, żeby Jörg miał coś z twojego cha-
rakteru.  Jörg  ciągłe  zmienia  zdanie  i stale  zaczyna  coś 
nowego.  Ja  też  nie  mam  silnego  charakteru  i nie  jestem 
dla niego podporą. Zresztą on dla mnie też nie... Czasem 

background image

myślę,  że  byłoby  lepiej,  gdybyśmy  w ogóle  nie  dostali 
zamku i winnic. W Niemczech byliśmy szczęśliwsi. 

– Zawsze chcieliście mieć zamek i winnice. 
– Wiem, ale co innego marzyć o czymś, a co innego, 

gdy  marzenie  się  spełni.  Niestety,  rzeczywistość  rzadko 
bywa tak piękna jak marzenia. 

Lena  jeszcze  nigdy  tak  szczerze  nie  rozmawiała 

z Doris. Była zaskoczona. 

– Chyba już dosyć żalenia się – powiedziała Doris. – 

Jeśli  przyjedziesz  i będziesz chciała  mnie  słuchać,  może-
my kontynuować naszą rozmowę. Ogromnie się cieszę, że 
przyjeżdżasz.  Przekażę  Jörgowi,  że  dzwoniłaś.  Bardzo 
dziękuję za telefon i na razie. 

Lena oszołomiona odłożyła słuchawkę. 
Po dwóch frustrujących rozmowach z siostrą i bratem 

rozmowa z Doris była po prostu czystą przyjemnością. 

Oby Doris została w formie i nie zaczęła znowu pić! 

Życzyła  jej  tego  z całego  serca.  Porozmawia  też 
z Jörgiem, żeby inaczej traktował swoją żonę. 

Chyba  jeszcze  nie  wszystko  stracone  w jej  rodzinie, 

choć normalni pozostali jedynie ci, którzy do niej weszli. 

Z  trzeźwą  Doris  dużo  łatwiej  się  dogadać  niż 

z egocentrycznym Friederem i postrzeloną Grit. 

Holger  też  jest  miłym  człowiekiem.  No  cóż,  to  też 

nabytek  w rodzinie,  poza  tym  nosi  się  z zamiarem  odej-

background image

ścia od Grit. 

A Mona? 
Chyba  na  dobre  zaszyła  się  na  jakiejś  farmie  urody. 

Ciągle 

jej 

było 

mało 

kuracji 

odmładzających 

i upiększających operacji. 

Lena  spacerowała  po  domu  z blokiem  i ołówkiem. 

Przed  przyjazdem  Thomasa  chciała  jeszcze  zrobić  prze-
meblowanie. 

Nicola  szyła  już  nowe  zasłony  do  biblioteki.  Co  za 

szczęście,  że  ta  kobieta  potrafi  wszystko!  Gdyby  jeszcze 
musiała  płacić  Nicoli  za  uszycie  zasłon,  pewnie  zrezy-
gnowałaby  z zasłon  z drogiego  haftowanego  jedwabiu. 
Sama Nicola doradziła jej ten materiał. Decyzja zapadła. 

Zasłony  będą  się  pięknie  prezentować.  Ciężki  dziki 

jedwab  w kolorze  kremowym  z wyhaftowanymi  zielony-
mi,  jasnobrązowymi  i kremowymi  kwiatuszkami.  Do-
kładnie te kolory królowały w bibliotece. 

Nicola obiecała, że z resztek materiału uszyje jeszcze 

kilka poduszeczek. 

Lena chciała wstawić do biblioteki jasnobrązową so-

fę,  która  do  tej  pory  stała  w jednym  z nieużywanych  po-
mieszczeń, a starą skrzynię wymienić na komodę. 

W  innych  pokojach  też  zamierzała  zrobić  przeme-

blowanie, ale nie zdąży ze wszystkim do przyjazdu Tho-
masa.  Nie  chciała  jednak  siedzieć  bezczynnie,  tylko  do-
brze wykorzystać czas do przyjazdu ukochanego. 

background image

Do  tej  pory  ważne  były  inne  sprawy.  Przebudowa 

czworaków,  wykorzystanie  destylarni,  dystrybucja  pro-
duktów  Brodersena  i Horlitza.  Walka  z bankami 
o pieniądze. Sprzedaż mieszkania. Przeniesienie grobu oj-
ca. Zakup ubrań na ślub... Historia Daniela i Nicoli. Bar-
dzo się przejęła ich losem. Ciągle coś się działo. 

Teraz wszystko było na dobrej drodze. 
Do  pełni  szczęścia  brakowało  tylko  Thomasa.  Nie-

długo przyjedzie. Razem pójdą na ślub Sylvii i Martina. 

Kiedy usiądzie przy nim w kaplicy, będzie marzyć, że 

następnym ślubem w tym miejscu będzie jej własny. 

Jeśli  się  czegoś  bardzo  pragnie,  to  musi  się  ziścić. 

Ona będzie tego tak bardzo chcieć, że nie będzie wyjścia. 
Jej marzenie musi się spełnić. 

Siedziała i marzyła o Thomasie, swojej wielkiej miło-

ści, jedynej miłości życia. Na jej ustach zagościł uśmiech. 

Nie pora teraz na marzenia! Trzeba spisać, co zmienić 

do jego przyjazdu. 

 

 

 

background image

 

Lena pakowała właśnie walizki na wyjazd do Francji, 

kiedy zadzwonił telefon. 

Spodziewała  się  telefonu  od  każdego,  ale  nie  od 

Thomasa. 

Już  po  pierwszych  słowach  powitania  wiedziała,  że 

ten telefon nie wróży niczego dobrego. Jego głos był pe-
łen rozgoryczenia, więc jej też zrobiło się smutno. 

– Coś się stało? – zapytała. 
Zwlekał z odpowiedzią. 
–  Stało  nie  jest  odpowiednim  słowem  –  oznajmił 

w końcu. 

– Więc co się dzieje? 
– Leni, strasznie mi przykro, ale... 
Nie dała mu dokończyć. 
– Nie przyjedziesz! – wypaliła. 
– Przyjadę... 
– No więc o co chodzi? 
– Mój wyjazd się opóźnia. Zatrzymują mnie nieprze-

widziane wypadki. 

Lena  czuła,  jak  narasta  w niej  rozczarowanie.  Tak 

bardzo się cieszyła na jego przyjazd. Jak dziecko odliczała 
dni. I co teraz? 

background image

– Leni... – W jego głosie był strach, jakby bał się, że 

odłoży słuchawkę. 

– Jestem. 
– Leno, strasznie mi przykro. Nie mogłem tego prze-

widzieć. 

– No cóż, każdy robi, co może. 
– Proszę, nie mów tak. Nie robię tego celowo. Uwierz 

mi, próbowałem wszystkiego. Niestety, nie udało się. 

– Kiedy przyjedziesz? 
Zrobił  krótką  przerwę,  jakby  miał  problem 

z odpowiedzią. 

– Tom, kiedy przyjedziesz? 
–  Nie  dam  rady  dotrzeć  na  ślub.  Przy  dobrych  wia-

trach  przyjadę  dwa  dni  później.  Bardziej  realny  jest  jed-
nak mój przyjazd dwa tygodnie później. 

– To dlaczego mówisz dwa dni? 
– Bo jest mała szansa, że może się uda, ale naprawdę 

malutka. 

–  Zapomnijmy  o tym.  Lepiej  powiedz,  że  przyje-

dziesz  dwa  tygodnie  później.  Nie  chcę  kolejny  raz  prze-
żywać rozczarowania... Sylvii i Martinowi będzie przykro. 
Cieszyli  się,  że  przyjedziesz  na  ich  ślub.  O sobie  już  nie 
wspomnę. 

– Lenko, nie utrudniaj mi. Tak bardzo chciałbym być 

razem z wami. 

background image

Do oczu napłynęły jej łzy. Jej piękne marzenie prysło 

jak  bańka  mydlana.  Jej  marzenie,  że  następnym  ślubem 
w kaplicy  będzie  jej  własny.  Już  na  samą  myśl  o tym,  że 
w tak uroczystym dniu będzie sama, ból ściskał jej gardło. 

Nie słuchała kolejnych słów Thomasa. Nie rozumiała 

ich  sensu.  Dlaczego jej  sprawy  sercowe  muszą  być  takie 
skomplikowane?  Dlaczego  jej  ukochany  musi  mieszkać 
na  innym  kontynencie?  Nawet  nie  wie,  czy  Thomas  za-
mierza  na  stałe  wrócić  do  Niemiec.  Jeśli  zostanie 
w Ameryce, to przy tylu obowiązkach będzie mógł do niej 
przyjeżdżać na jeden, dwa tygodnie, góra trzy. Jest prze-
cież taki zapracowany! 

Tak bardzo zazdrości Sylvii! Martina ma przy sobie. 

Nawet podczas pracy są prawie razem. Jego gabinet wete-
rynaryjny jest naprzeciwko gospody. Już bliżej nie da się 
ze sobą być. Westchnęła. 

– Leni, co jest? – zaniepokoił się Thomas. 
– Nic, tylko jestem smutna. 
– Rozumiem, kochanie. Ja też jestem smutny. Wkrót-

ce to się skończy, a potem już nic nas nie rozdzieli. 

Słowa,  tylko  słowa.  Chce  ją  pocieszyć.  Będzie  tak 

przyjeżdżał  i wyjeżdżał.  To  nie  jest  rozstanie?  Wyjedzie 
i znowu  zanurzy  się  w swoim  amerykańskim  życiu, 
o którym  Lena  nic  nie  wie.  Nie  wie,  czym  się  zajmuje, 
gdzie i jak mieszka, jak wygląda jego życie. Czy ma przy-
jaciół?  Nie  wie  nic,  zupełnie  nic.  W tle  usłyszała  jakieś 

background image

odgłosy. Czyżby drugi telefon? 

Tom przeprosił ją i odebrał drugi telefon. Nie myliła 

się.  Mówił  coś  po  angielsku.  W jego  głosie  słychać  był 
zdenerwowanie. 

–  Przepraszam,  kochanie,  muszę  już  kończyć.  Za-

dzwonię,  jak  tylko  będę  mógł.  Myślami  zawsze  jestem 
przy  tobie.  Pamiętaj,  że  cię  kocham,  na  zawsze  i na 
wieczność. 

– Ja też cię kocham – wyszeptała. 
– Nie smuć się. Wszystko będzie dobrze. Musisz mi 

tylko zaufać... Kocham cię, kocham cię. 

Po tych słowach odłożył słuchawkę. 
Kolejne  pożegnanie,  które  ją  zasmuca.  Na  dodatek 

rozczarowanie. Nie będzie go na ślubie Sylvii. 

Musi  powiedzieć  Nicoli,  żeby  nie  spieszyła  się 

z zasłonami. Nie ma już powodu do pośpiechu. 

Lena odrzuciła blok z notatkami i zajęła się pakowa-

niem. 

Z przemeblowaniem też nie musi się spieszyć. Zajmie 

się tym po powrocie z Francji. Skoro Thomas nie przyjeż-
dża, może zostać dłużej u Jörga. 

Jeśli  ma  zostać  dłużej,  to  musi  spakować  więcej 

ubrań.  Nie  miała  ochoty  decydować,  co  spakować,  a co 
nie. Odsunęła torbę i wrzuciła do komody ubrania leżące 
na łóżku. 

background image

Nie miała ochoty na pakowanie. Tak naprawdę na nic 

nie miała ochoty. 

Może pójść na spacer? 
Nie była do końca zdecydowana. Stanęła w drzwiach 

domu.  Zobaczyła  spadającą  gwiazdę.  Zwykle  szybko 
wymyślała jakieś życzenie. Tym razem nie. Po co? Jej ży-
czenia i tak się nie spełniają. 
 

 

background image

 

Po  krótkim  spacerze  wzdłuż  rzeki  Lena  poszła  do 

domu Nicoli. Nicola, Aleks i Daniel siedzieli przy dużym, 
lśniącym stole i grali w kości. 

– Lena, myślałam, że się pakujesz – zawołała Nicola. 
–  Zaczęłam,  ale  zadzwonił  Thomas.  Po  rozmowie 

z nim nie miałam ochoty na pakowanie. 

– Zwykle jesteś szczęśliwa po jego telefonach. Teraz 

na taką nie wyglądasz – powiedziała Nicola. 

– Coś się stało? 
Lena wzruszyła ramionami. 
– Nie chcesz o tym mówić? 
Lena przysunęła sobie krzesło, złapała szklankę Nico-

li i wzięła łyk piwa. 

Daniel podniósł się. 
– Zaczekaj, przyniosę piwo. 
–  Właściwie  nic  się  nie  stało.  Powiedział  tylko,  że 

przyjedzie  później,  niż  planował.  Dopiero  po  ślubie  Sy-
lvii.  Tak  bardzo  się  cieszyłam,  że  razem  pójdziemy  na 
ślub. A w końcu będę całkiem sama. 

–  Chwila,  chwila,  dziewczyno  –  wtrącił  się  Aleks.  – 

Chyba się przesłyszałem. Sama? Nie będziesz sama. A my 
to co? Nie liczymy się czy jak? 

background image

Lena miała wyrzuty sumienia. 
–  Przepraszam,  nie  to  chciałam  powiedzieć.  Ale  jest 

chyba  jakaś  różnica,  czy  ten  wyjątkowy  dzień  spędzasz 
z przyjaciółmi,  czy  z ukochanym.  Kupiłam  sobie  takie 
ładne  ubrania.  Chciałam  się  podobać  Thomasowi,  a ona 
nawet mnie w nich nie zobaczy. 

–  Teraz  nie,  ale  na  pewno  będą  jeszcze  inne  okazje. 

Ubrania nie mają przecież terminu przydatności do spoży-
cia. 

Lena  się  roześmiała.  Może  rzeczywiście  zachowuje 

się jak dziecko. Jest przecież dorosłą kobietą, która sama 
kieruje  swoim  życiem.  Nie  wypada  jej  biadolić,  bo  Tho-
mas nie przyjedzie w umówionym terminie. 

Przecież  wie,  jak  to  jest  w biznesie.  Czasem  trudno 

coś  przewidzieć.  Terminy  mogą  się  przesunąć,  a wtedy 
życie prywatne schodzi na drugi plan. 

Nie wątpi w jego miłość. Wierzy mu. 
Jest  po  prostu  zakochaną  kobietą,  która  w chwilach 

wzburzenia nie potrafi racjonalnie myśleć. 

Daniel  postawił  przed  nią  dobrze  schłodzone  piwo. 

Napiła się, a potem odstawiła kufel. 

– Mogę z wami zagrać? – zapytała. 
–  Pod  warunkiem,  że  nie  wygrasz  –  zażartował  Da-

niel. 

– Spróbuję – obiecała Lena. 

background image

Gra odciągnie ją od smutnych myśli. 
Lena  świetnie  się  dogadywała  z Nicolą,  Aleksem 

i Danielem. We czwórkę spędzili miły wieczór. Lena lubi-
ła grać w kości. Nauczyła się tej gry w posiadłości i tylko 
tu w nią grała. 
 

 

background image

 

Było  już  grubo  po  północy,  gdy  wróciła  do  domu. 

Weszła i od razu usłyszała, że dzwoni telefon. „To pewnie 
Nicola”, pomyślała. Może zostawiła coś u niej w domu. 

Odebrała. 
–  Co  u was  zostawiłam?  –  zapytała,  nie  upewniając 

się, kto dzwoni. – Głowy chyba nie, bo jeszcze mam ją na 
karku. 

– Halo, halo – usłyszała. – Lena? 
Dzwonił  Thomas.  Spodziewała  się  wszystkiego,  ale 

nie tego, że zadzwoni jeszcze raz. 

–  Tak,  to  ja.  Myślałam,  że  dzwoni  Nicola,  żeby  mi 

powiedzieć, że coś u niej zostawiłam. 

– A ja dzwonię i dzwonię. Już mnie palec boli od wy-

bierania  numeru.  Martwiłem  się.  Chciałem  koniecznie 
jeszcze  raz  z tobą  porozmawiać.  Uwierz  mi,  najdroższa, 
że zrobiłem wszystko, żeby... 

Przerwała mu. 
– Wierzę ci. Byłam jedynie smutna i zawiedziona, bo 

tak się cieszyłam na twój przyjazd, a teraz okazało się, że 
muszę czekać jeszcze dłużej. Kupiłam na ślub takie ładne 
ubrania. Tak bardzo chciałam ci się podobać. No i nie zo-
baczysz mnie w nich. 

–  Leni,  podobasz  mi  się  i bez  tych  ubrań.  Podobasz 

background image

mi się, bo jesteś taka, jaka jesteś, bo cię kocham. Będzie 
jeszcze niejedna okazja, żebyś zaprezentowała mi się no-
wych ubraniach. Coś mi przyszło do głowy. 

– Co? – zaciekawiła się. 
– To będzie niespodzianka. Myślę, że ci się spodoba. 
–  Jesteś  okropny.  Zaczynasz  coś  mówić  i nie  koń-

czysz. 

–  Gdybym  ci  powiedział,  to  nie  byłoby  żadnej  nie-

spodzianki. 

Lena  była  szczęśliwa,  że  Thomas  zadzwonił  jeszcze 

raz. Pierwszy smutek miała już za sobą. Teraz lepiej sobie 
radziła  z nowymi  wiadomościami.  Nie  jak  mała  dziew-
czynka, lecz jak dorosła kobieta. Thomas też to zauważył. 
Ulżyło mu. 

– Tak się cieszę, że już się nie złościsz. Obiecuję ci, 

że wszystko będzie dobrze. Wynagrodzę ci wszystkie roz-
czarowania i długie dni oczekiwania. Straciliśmy dziesięć 
lat, ale co to jest w porównaniu z całym życiem. Kilka ty-
godni  w jedną  czy  drugą  stronę,  jakie  to  ma  znaczenie. 
Kto  wie,  może  nastanie  taki  dzień,  w którym  zechcesz 
wysłać mnie na Księżyc. 

–  Ciebie?  Nigdy  –  zarzekała  się.  –  Ciebie  ciągle  mi 

mało. W tej kwestii nic się nie zmieni. A jeśli już się wy-
bierasz na Księżyc, to lecę z tobą. Uczepię się mocno, że-
by cię nie zgubić po drodze... 
 

 

background image

 

Samolot do Paryża świecił pustkami. Pasażerowie za-

pełnili jego pokład jedynie w połowie. To ucieszyło Lenę, 
ponieważ  mogła  wygodnie  rozłożyć  się  ze  swoimi  pod-
ręcznymi  pakunkami  w trzyosobowym  rzędzie,  swobod-
nie pogrążając się w myślach. 

Ostatni  raz  leciała  do  Francji,  kiedy  jeszcze  żył  oj-

ciec.  Wówczas  wybrali  się  razem  w podróż  do  Chateau 
Dorleac,  gdzie  znajdował  się  ich  rodzinny  zamek  o tej 
samej  nazwie.  Przy  tym  zamku  wybudowano  niegdyś 
słynne  winnice.  One  były  głównym  źródłem  ich  docho-
dów. Wiele się zmieniło od tamtego czasu. Jej tata nie żył, 
a Chateau należało do jej brata Jörga. 

Lena zamknęła oczy. 
Cieszyła się, że znów zobaczy Jörga i jego żonę Do-

ris. A czy cieszyła się, że ujrzy Chateau? 

Dziwne,  że  w ogóle  zaprzątała  sobie  tym  głowę. 

Większość ludzi skakałaby z radości, gdyby jechali do ta-
kiej posiadłości. 

W jej przypadku wyjazdy do Francji nie wywoływały 

euforii. Ekscytację i szczęście odczuwała, kiedy pakowali 
walizki do Fahrenbach. 

Zamek Chateau Dorleac? 
Tata  kupił  go  za  namową  matki.  Przemawiała  przez 

background image

nią próżność. Zgrywała się na arystokratyczną panią zam-
ku. 

Szybko  się  jednak  znudziła.  Zorientowała  się  bo-

wiem, że w winnicach, określanych także mianem Chate-
au lub Domaine, trzeba ciężko pracować, a funkcja repre-
zentacyjna nie zwalniała jej z tego obowiązku. 

Spełnienie  jej  wygórowanych  zachcianek  i kaprysów 

w niczym nie  pomogło.  Odeszła od  nich  i jej ojca do bo-
gatszego  mężczyzny. A tacie zostały winnice  we Francji, 
których sam pewnie nigdy by nie kupił. 

Ojciec  odrestaurował  ich  wnętrza,  wyremontował  je 

i kultywował  uprawę  winorośli  oraz  produkcję  dobrej  ja-
kości win. Przekształcił Chateau Dorleac w prężne przed-
siębiorstwo.  Podobnie  uczynił  z hurtownią  win  Fahren-
bach.  Ale  czy  pokochał  swoje  dzieła?  Nie,  Lena  była 
pewna, że nie. Nie był też dumny z tego, że stworzył je od 
podstaw, wyczarowując z ruin architektoniczny majstersz-
tyk. 

Chateau 

był 

elementarną 

częścią 

firmy 

i najzwyczajniej w świecie wypadało zadbać o jego wize-
runek. 

Pamiętała pierwszą podróż do Francji... 
Głos stewardesy przerwał jej rozmyślania. 
– Przepraszam, madame, życzy pani kawę czy herba-

tę? 

Lena otworzyła oczy i przetarła czoło. 
–  Poproszę  kawę  –  powiedziała,  sięgając  po  gorący 

background image

napój i małą paczuszkę z ciastkiem. 

Zamieszała  kawę  i otworzyła  opakowanie  z małym, 

kleistym,  bardzo  słodkim  ciasteczkiem.  Po  pierwszym 
gryzie odłożyła je na bok. 

Nie, nie będzie jeść byle czego. 
Napiła  się  tylko  zawiesistej  kawy.  I ona  nie  była  re-

welacyjna.  Cóż,  w samolotach  nie  można  liczyć  na  kuli-
narne uniesienia. 

Upiła jeszcze jeden łyk kawy, po czym ją odstawiła. 

Poprosiła stewardesę o wodę mineralną. 

Oparła się o zagłówek i zamknęła oczy. 
Uciekła  myślami  do  pierwszej  podróży  do  Chateau. 

Miała wówczas około sześciu, siedmiu lat i przeżyła roz-
czarowanie, kiedy tam dojechali. Wyobrażała sobie zamek 
z bajki  z licznymi  wieżami,  a zastała  sztampowy  dom, 
wprawdzie imponujących rozmiarów, ale to nie był zamek 
dla małej księżniczki. 

Lena westchnęła. 
W Chateau spędzali ferie, dopóki jej matce nie odwi-

działo się przebywanie w ich twierdzy. Jej tata najczęściej 
sam załatwiał interesy. Ona czasem dotrzymywała mu to-
warzystwa. Frieder i Grit rzadko tam jeździli. 

Jörg, o tak, jej brat Jörg interesował się tym przedsię-

biorstwem.  Przez  wiele  lat  pracował  w nim  dla  ojca 
i ostatecznie odziedziczył te dobra. 

background image

–  Przynieść  pani  jeszcze  jedną  wodę?  –  rozbrzmiał 

w jej uszach głos stewardesy. 

– Tak, poproszę. 
Lena  nalała  sobie  wody  do  szklaneczki.  Wolałaby 

niegazowaną, ale zapomniała powiedzieć o tym stewarde-
sie. 

Co dalej z Chateau? 
Doris, jej szwagierka, podupadła na zdrowiu. Zaczęła 

popijać.  Niewykluczone,  że  już  wcześniej  zaglądała  do 
kieliszka i nikomu nie rzuciło się to w oczy. 

A Jörg? 
Po objęciu  prezesury  zamiast  wdrażać  się  stopniowo 

w strukturę  firmy  i zapoznać  z jej  technologią  oraz  pra-
cownikami,  z rozmachem  zorganizował  festiwal  muzycz-
ny, przy czym jej nie zaprosił. Zdegustował ją swoim bra-
kiem kurtuazji, tym bardziej że reszta rodziny była obecna 
na zorganizowanej przez niego imprezie. 

Dlaczego  po  śmierci  taty  zgrzytało  między  nią  a jej 

rodzeństwem? 

Najstarszy  brat  Frieder  o mały  włos  nie  obrócił 

w niwecz  wysiłku  ojca  włożonego  w stworzenie  przyno-
szącej pokaźne dochody hurtowni win. Był na skraju ban-
kructwa. Nie odzywał się do niej, ponieważ nie odstąpiła 
mu działki nad jeziorem. 

Siostra  Grit  przeistoczyła  się  w powierzchowną  da-

background image

mulkę,  napompowaną  botoksem,  zaniedbującą  swoje 
dzieci.  Po  zaściankowej  kurze  domowej  nie  było  śladu. 
Zadzierała nosa i w dodatku zdradzała męża. 

Dobrze, że chociaż Jörg chciał z nią rozmawiać. Lena 

była bardzo ciekawa, co takiego miał jej do powiedzenia. 

Zatraciła się we wspomnieniach. 
Jakże  wielkie  było  jej  zdumienie,  kiedy  stewardesa 

poprosiła  pasażerów  o zapięcie  pasów  przed  lądowaniem 
w Paryżu. 

I  tak  pierwsza  część  jej  wyprawy  właśnie  dobiegła 

końca. 

Szkoda,  że  nie  było  bezpośredniego  połączenia 

z Bordeaux. 

Międzylądowanie  w Paryżu  trudno  zaliczyć  do  naj-

wygodniejszych.  Wysiadało  się  na  lotnisku  Charles  de 
Gaulle, a więc we wschodnim rewirze miasta, i trzeba by-
ło  przejechać  z Roissy  do  Orły,  a więc  na  południowy 
wschód, żeby móc dalej polecieć do Bordeaux. 

Gdyby chociaż po drodze dało  się zobaczyć coś cie-

kawego. Ale nie. Przejeżdżało się przez duże, zatłoczone 
ulice. 

Lena  nienawidziła  takich  warunków.  Dlatego  obrzy-

dły  jej  wycieczki  do  Dorleac.  Nawet  krótki  wypad 
w tamte 

rejony  był  dla  niej  zbyt  uciążliwy. 

A ośmiogodzinna  podróż  samochodem  w weekend  nie 
wchodziła w rachubę. 

background image

Wyciągnęła  swoje  rzeczy,  łyknęła  resztkę  wody, po-

dała  przechodzącej  obok  stewardesie  pustą  butelkę 
i szklankę, a następnie podniosła tackę przymocowaną do 
siedzenia. 

Kto ją odbierze? Jörg czy Doris? 
Modliła  się  w duchu,  żeby  nie  siedzieć  obok  nikogo 

w drugim samolocie. 

Wylądowali.  Pasażerowie  odpięli  pasy  bezpieczeń-

stwa  i przepychali  się  do  przodu.  Lena  siedziała  jeszcze 
przez chwilę. 

Kiedy pozostała garstka osób, którym się donikąd nie 

śpieszyło, podniosła  się  i też  ruszyła  do wyjścia.  Stewar-
desy  stały  przy  drzwiach  i z wymuszonym  uśmieszkiem 
żegnały podróżnych wyuczonym tekstem. 

– Do widzenia! Dziękujemy, że wybrali państwo na-

sze linie. Udanego pobytu w Paryżu. 
 

 

background image

10 

 

Na  trasach  krajowych  we  Francji  łatały  mniejsze  sa-

moloty. 

Ten do Bordeaux był wypełniony turystami. Ku swo-

jemu niezadowoleniu Lena nie mogła zająć całego rządku. 

W  ostatnim  momencie  dosiadł  się  do  niej  jakiś  pan 

w średnim wieku. 

A ponieważ ona wolała miejsce przy przejściu, wstała 

i zwolniła mu fotel. 

– Pardon, madame. 
– Dziękuję, madame. 
Francuz. 
Ledwie  usiadł  w wygodnej  pozycji,  a już  wdał  się 

z nią w ożywioną dyskusję. 

Trajkotał  o korkach  na  obwodnicy,  przez  które  omal 

nie  spóźnił  się  na  samolot.  Wszyscy  w okolicy  podobno 
się uskarżali. Uśmiechnął się do niej. 

–  Pardon,  naprzykrzam  się  pani  z takimi  banałami. 

Zapewne jest pani w drodze na wspaniały urlop. 

– Nie. Na spotkanie rodzinne. Nie mogę się doczekać. 
– W Bordeaux? 
Był  na  tyle  miły,  że  Lena  nie  miała  oporów,  żeby 

udzielać mu odpowiedzi. 

background image

– Nie w samym Bordeaux. Zabawię kilka dni w jego 

okolicach. Tam, gdzie są słynne winnice. 

– Och, czy pani rodzina wypoczywa tam na urlopie? 
Był trochę wścibski. Lena nie lubiła, gdy ludzie, któ-

rych prawie nie znała, od razu chcieli znać jej życiorys. 

Zwlekała z odpowiedzią. 
–  Proszę  mi  wybaczyć,  madame.  Nie  chciałem  być 

niedyskretny. Zadawałem tyle pytań, żeby... coś sobie wy-
tłumaczyć... 

– Słucham? 
Zaśmiał się, zamaszyście gestykulując. 
– Droga madame, pani mówi po francusku bez akcen-

tu. Hm, Francuzką pani nie jest... Pomyślałem, że jeśli się 
dowiem,  czy  pani  rodzina  mieszka  przy  winnicach,  czy 
tylko  wyjechała  tam  na  wczasy,  odgadnę  pani  narodo-
wość. 

Lena zachichotała. 
– Ależ pan się nagłówkowa!. Wystarczyło zadać jed-

no,  konkretne  pytanie.  Jestem  Niemką.  Wybieram  się  do 
Chateau Dorleac. 

– Nie wierzę własnym uszom. Znam tę nieruchomość 

i jej  właściciela,  wielmożnego  pana  Hermanna  Fahrenba-
cha.  Zdolny  biznesmen.  –  Zerknął  na  zdziwioną  Lenę 
i kontynuował.  –  Jestem  agentem  rozprowadzającym 
i reklamującym  wszelkie  spirytualia  oraz  wina.  Często 

background image

bywam w okolicach Bordeaux, skąd wywodzą się najszla-
chetniejsze szczepy. Orientuję się również, gdzie znajdują 
się inne równie duże regiony winiarskie: Drodogne, Lot–
et–Garonne,  Landes  et  Pyrénées–Atlantiques...  –  odbiegł 
od tematu. – Ach, tak, tak, pan Fahrenbach. Przebywa te-
raz w Chateau? Chętnie bym go odwiedził. Bardzo dawno 
się nie widzieliśmy. 

– Mój tata nie żyje. 
–  Przykro  mi,  madame.  Nie pojmuję...  Pan...  to  zna-

czy, pani tata był zawsze taki żywiołowy. 

Lena przełknęła ślinę. 
Zauważyła, że z coraz większym trudem wypowiada-

ła się o swoim zmarłym ojcu. 

– Dla nas też jego odejście było czymś niezrozumia-

łym. 

Lena  zadumała  się.  Czy  on  lubił  tego  energicznego, 

ciekawskiego,  acz  sympatycznego  Francuza?  Mężczyzna 
pozytywnie wyrażał się o jej tacie. 

Po chwili znów wywiązała się między nimi rozmowa. 
–  Mówiła  coś  pani  o spotkaniu  rodzinnym...  Kto  za-

rządza teraz Chateau? 

– Mój brat Jörg. Właśnie jego chcę odwiedzić. 
Skinął głową. 
–  A pani,  hm,  pani  kieruje  hurtownią  win  Fahren-

bach? 

background image

–  Nie,  ona  należy  do  mojego  najstarszego  brata.  Ja 

mieszkam  w Fahrenbach  na  Słonecznym  Wzgórzu,  prze-
pięknej  posiadłości  o bogatej  tradycji  przekazywanej  od 
lat z pokolenia na pokolenie. 

– Prowadzi pani gospodarstwo rolne? 
–  Nie.  Większość  pól  i łąk  wydzierżawiłam  najem-

com.  Inaczej  zarabiam  na  chleb.  Buduję  apartamenty  dla 
wczasowiczów  i dystrybuuję trunki, których  mój  brat nie 
chce już rozprowadzać i sprzedawać w swojej hurtowni. 

Lena dziwiła się sama sobie, że wobec obcego męż-

czyzny była taka wylewna. 

– A jakie produkty są waszą domeną? 
Lena wszystko my objaśniła. 
–  Hm,  interesujące.  Mogłaby  pani  dystrybuować  te 

produkty także we Francji? 

– Na całym świecie... – odparła osłupiona. 
– Świetnie. Proszę mi przesłać ich próbkę. 
Wyjął z kieszeni wizytówkę. 
– Przepraszam. Nie przedstawiłem się. Nazywam się 

André Humbelt. 

–  Lena  Fahrenbach.  O co  chodzi  z tym  wysłaniem 

próbki, panie Humbelt? 

Uśmiechnął się do niej. 
–  Muszę  przetestować  pani  produkt,  żeby  się  upew-

background image

nić, czy pasuje do mojego asortymentu – wyjaśnił. – Jeśli 
tak,  włączę  ją  do  mojego,  że  się  tak  wyrażę,  repertuaru, 
a pani  zagwarantuje  mi  wyłączne  prawo  do  sprzedaży  na 
terenie Francji. 

Lena  znieruchomiała.  Nie  dowierzała,  że  podczas 

trywialnej rozmowy być może uda jej się nawiązać intrat-
ną współpracę. Fenomen. Przecież tylko przez przypadek 
ten starszy mężczyzna usiadł koło niej. 

Niektórzy mówią, że nic nie dzieje się przez przypa-

dek. Bóg tak chciał. 

–  Dlaczego...  dlaczego  pan  chciałby  ze  mną  współ-

pracować, panie Humbelt? 

– Ponieważ jest pani bardzo sympatyczną młodą da-

mą, a poza tym darzyłem ogromnym szacunkiem pani oj-
ca.  Przypomina  mi  go  pani,  no  a każde  z nas  chce  jakoś 
funkcjonować na rynku. Pani pewnie jest dobrym partne-
rem handlowym. 

Lena nie miała żadnej wizytówki. 
Wyjęła  z torby  kalendarz,  wyrwała  kartkę  i zapisała 

mu adres oraz numer telefonu. 

– Przepraszam, nie byłam przygotowana na spotkanie 

biznesowe. 

Złożył równiutko kartkę i włożył ją do kieszeni. 
– Moje biuro jest zazwyczaj zawalone pracą, dlatego 

prosiłbym,  żeby  zleciła  pani  wysłanie  tych  próbek  oraz 

background image

cennika bezpośrednio do mnie. 

O  ewentualną  prowizję  będziemy  się  targować  póź-

niej. Mam nadzieję, że zostaniemy  partnerami, pani Fah-
renbach. 

Lena była oszołomiona. Nie spodziewała się, że nagle 

otworzą się przed nią takie możliwości. 

Po chwili zastanowienia stwierdziła, że wszelkie kon-

trakty zawarła dzięki nieposzlakowanej opinii ojca. 

Składała  ręce  do  Boga  w podziękowaniu  za  pomyśl-

ność. Była święcie przekonana, że tata nad nią czuwał. 

Skoro  miał  taką  możliwość,  dlaczego  nie  powstrzy-

mał  Friedera  przed  zrujnowaniem  jego  spadku  albo  nie 
wtrącił się do Grit, która przez romans zaniedbywała swo-
ją rodzinę? A jak było u Jörga, dowie się za parę godzin. 
Jednak miała złe przeczucia. 

Podziękowała  André  Humbeltowi  za  zaufanie,  które 

w niej  pokładał,  a potem  plotkowali  o życiu.  Nie  poroz-
mawiali  zbyt  długo,  ponieważ  lot  z Paryża  do  Bordeaux 
trwał około godziny. 

Stewardesy poprosiły pasażerów o zapięcie pasów, bo 

za chwilę samolot miał wylądować. 

Lena  pożegnała  się  z panem  Humbeltem.  Śpieszyło 

mu się. Był umówiony ze wspólnikiem. 

A czy ktoś czekał na nią? 
 

background image

 

 

background image

11 

 

Lekko  podenerwowana  Lena  energicznie  weszła  do 

poczekalni. 

Nie było widać ani Jörga, ani Doris. 
Coś ich zatrzymało? 
Nie  wiedziała,  co  robić.  Zadzwonić  do  brata  na  ko-

mórkę, bo chciała się dowiedzieć, czy jeszcze ma czekać. 

W sumie dopiero przyleciała. Niektórzy pasażerowie 

odbierali swój bagaż. 

Usiadła na ławce naprzeciwko drzwi wejściowych. 
Ludzie  krążyli  we  wszystkie  strony,  ale  nadal  nie 

mogła dostrzec ani brata, ani szwagierki. 

Aż  podskoczyła,  kiedy  za  plecami  usłyszała  czyjś 

głos. 

– Och, tu panią złapałem, Leno. A już się martwiłem, 

że panią przeoczę. 

Lena  odwróciła  się.  Ujrzała  Marcela  Clermonda  – 

prawą rękę ojca. Jaką funkcję pełnił Marcel u Jörga? Był 
wysokim, szczupłym i małomównym mężczyzną. Lena go 
lubiła, więc przywitała się z nim po przyjacielsku. 

– Fajnie, że to pan mnie odbiera z lotniska – zawoła-

ła. – Jörga coś zatrzymało? 

– Tak, nieoczekiwanie musiał wyjechać. 

background image

– A Doris? 
Zmarkotniał. Nie powinna była zadawać mu tego py-

tania. Jak miał jej na nie odpowiedzieć? 

– Ona... ona..., hm, źle się czuła. 
Z  jego  zakłopotania  Lena  wywnioskowała,  że  wie-

dział coś więcej. 

– Jest pijana, prawda? – zapytała bez ogródek. 
Przytaknął. :? 
Lena westchnęła. 
Zdaje  się,  że  Doris  częściej  była  wstawiona  niż 

trzeźwa. 

– Biedna Doris. 
Marcel chwycił jej torby. 
– Nie umie się zaaklimatyzować we Francji. 
–  Przecież  bardzo  chciała  tu  mieszkać,  razem 

z Jörgiem. 

–  Może  wyśniła  sobie  sielankę,  a prawdziwe  życie 

wygląda zupełnie inaczej. Leno, mnie to nie obchodzi, ale 
pani szwagierka jest bardzo... Hm, nie mówię tego w złym 
znaczeniu... Ona jest tak niemiecka, że ma nawet problem 
z przełykaniem francuskich potraw. 

–  Z francuskimi  winami  jakoś  nie  ma  problemów  – 

odparła ironicznie Lena. – Pogadam z Jörgiem. Trzeba jej 
pomóc. 

background image

Marcel  nic  nie  odpowiedział.  Doszli  do  parkingu. 

Upchnął jej torby w bagażniku i odjechali. 

Lena spojrzała na niego z niepewnością. Wewnętrzny 

głos jej podpowiadał, że coś przed nią ukrywał. 

– Marcel, jest jakiś problem z Jörgiem? 
Patrzył  przed  siebie.  Nie  zareagował.  Jakby  nie  zro-

zumiał lub nie dosłyszał pytania. 

Tym  swoim  milczeniem  jeszcze  bardziej  ją  zaniepo-

koił. 

–  Marcel,  jeśli  coś  jest  nie  tak  z Jörgiem,  proszę  mi 

powiedzieć.  Może  pan  liczyć  na  moją  lojalność.  Będę 
trzymała język za zębami, jeśli trzeba. 

Widać było po nim, że walczył ze sobą. 
– Przeholował z festiwalem? – dociekała. – Przesadził 

z pieniędzmi, a impreza nie przyniosła żadnych zysków? 

– Pani brat tak powiedział? 
–  Nie.  Nie  musiał.  Człowiek  o zdrowych  zmysłach 

sam  potrafi  wyliczyć  bilans  zysków  i strat.  Jörg  nie  ma 
bladego pojęcia o organizowaniu podobnych imprez. 

–  Właściwie  dlaczego  pani  nie  było?  Brakowało  mi 

pani. 

– Ach, Marcel – mruknęła ponurym tonem. – Chyba 

panu  jedynemu.  Nie  zaproszono  mnie.  Od  śmierci  taty 
moje rodzeństwo rzuca mi kłody pod nogi. Jakby całkiem 
stracili dla mnie serce. Chyba za bardzo przypominam im 

background image

tatę. On też nie zgadzał się z wieloma ich posunięciami. 

Marcel wyprzedził wolno jadący samochód. 
– Pani coraz bardziej upodabnia się do swojego ojca. 

Charakteryzuje  was  rzadko  spotykany  zmysł  do  intere-
sów.  Szkoda,  że  nie  zapisał  Chateau  pani...  –  przerwał, 
jakby powiedział za dużo. 

– Aż tak źle? Proszę, Marcel, powiedz mi, co się sta-

ło? Może zdołam jeszcze coś uratować. 

Potrząsnął głową. 
–  Nie  da  rady.  Za  późno.  Pani  brat  zaangażował  się 

całym  sobą  w planowanie  festiwalu,  a kwestie  czysto  za-
wodowe odsunął na drugi plan. Przez jego lekkomyślność 
straciliśmy  najważniejszy  kontrakt  w historii  tej  firmy. 
Boucherté France wystosowało wnioski do wszystkich fi-
lii.  Złożyli  korzystną  propozycję.  Zrobili  konkretną  re-
klamę, a my za późno dostarczyliśmy towar. Nie przyjęli 
go. Boucherté skreślił nas z listy dostawców. 

Lena złapała się za głowę. Nie sądziła, że dojdzie do 

takiej  katastrofy.  Jej  tata  latami  zabiegał  o współpracę 
z Boucherté. A Jörg schrzanił wszystko w jednej chwili. 

– Straszne! To straszne! – wymamrotała. 
Marcel przytaknął. 
– Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, Niczego 

nie  zmienimy.  Stało  się.  Pani  tata  nie..,  –  Mój  tata  na 
pewno nie pozwoliłby sobie na taką kompromitację. 

background image

– Zgadza się. 
Lenie zamilkła. 
– Niech ta rozmowa zostanie między nami – poprosił 

Marcel. 

Przejechali główną ulicę. 
Lena  zachwycała  się  swoim  ulubionym  odcinkiem 

drogi, po której obu stronach rosły drzewa orzechowe sto-
jące w równym rzędzie. 

Zamek  Chateau  leżał  pośrodku  winnic  i winorośli, 

które  wtapiały  się  przejrzyście  w tło,  formując  pagórko-
waty,  falisty  krajobraz,  przydając  mu  rajskiego  uroku. 
Wiodło  od  niego  rozwidlenie  dróg  zaczynające  się  od 
winnych  pól,  a kończące  na  wjeździe  wytyczonym  wia-
nuszkiem  rosłych  cyprysów.  Całość  posiadłości  otaczał 
bogato  ozdobiony  mur  z zabytkową  bramą.  Porastały  go 
mchy,  bluszcze  oraz  dzikie  róże,  których  odurzający  aro 
mat rozchodził się w powietrzu. 

Widok tego baśniowego, namalowanego przez naturę 

pejzażu niejednego przeniósł w odległą krainę marzeń. 

Przez park z tyłu muru do leżącego tuż przed Chateau 

wielkiego,  kwadratowego  placu,  na  środku  którego  usta-
wiono fontannę, prowadziła pokryta żwirem droga. 

Dokładnie  tam  znajdował  się  zamek  Chåteau.  Był 

piękny,  rozłożysty  z ogromną  częścią  główną  i dwoma 
bocznymi skrzydłami. 

background image

Wybudowano 

go 

z kamieni 

porozrzucanych 

w okolicy.  W miarę  upływu  czasu  w wyniku  zwietrzenia 
zmieniły one swoją barwę na szarobeżową. 

Duża ilość wysokich wąskich okien tchnęła w tę oka-

załą budowlę trochę świetlistości i lekkości. Ich łukowaty 
kształt oraz obwiedzione granitem, sięgające aż do podło-
gi  framugi  optycznie  powiększały  pomieszczenia  zapro-
jektowane z przepychem. Nawet na stylowych parapetach 
wyryto ornamenty. 

Dwuskrzydłowe 

drzwi 

wejściowe 

wykonano 

z ciemnobrązowego  dębu.  Aby  się  do  nich  dostać,  trzeba 
było  pokonać  czterostopniowe  kamienne  schody,  na  któ-
rych wiek pozostawił swoje ślady, co dodało im niezrów-
nanego czaru. Z prawej i lewej strony schodów w starych 
ślicznych  glinianych  donicach  stały  dwa  finezyjnie  przy-
cięte bukszpany. 

Lena na nowo odkrywała powab tego miejsca. 
Z lewego skrzydła, gdzie usytuowano pomieszczenia 

gospodarcze, dochodziły jakieś odgłosy, prawdopodobnie 
z kuchni. Lena przypomniała sobie, że od rana nic nie ja-
dła. 

W prawym skrzydle mieszkał gospodarz. 
Jej tata korzystał z tych pokoi. Lena domyślała się, że 

obecnie pomieszkiwali tam Jörg i Doris. 

W środkowej nawie znajdowały się biblioteka, jadal-

nia, pokój śniadaniowy, a także pomieszczenia mieszkalne 

background image

z szerokim tarasem. 

Dwa  łukowate  schodki  z ciemnobrązowego  dębu 

wznosiły  się  do  piętra,  gdzie  zaaranżowano  pokoje  go-
ścinne. 

Chateau  Dorleac  był  jednym  z typ  o wy  cli  domów 

o charakterystycznym  zamkowym  wyglądzie.  Takie  naj-
częściej  stawiali  właściciele  winnic.  Wzorowali  się  na 
kasztelach  szlachty  ziemiańskiej.  Ich  nieodłącznym  ele-
mentem  był  oczywiście  oryginalny  francuski  ogród. 
W Chateau  można  go  było  podziwiać  bezpośrednio 
z tarasu.  Wystarczył  jeden  krok,  żeby  obcować  z jego 
pięknem. 

O  kształt  ogrodu  zadbali  architekci  krajobrazu. 

Z pieczołowitością  zagospodarowali  każdy  skrawek  zie-
mi. 

Było  widać  niekonwencjonalne  nasadzenia  kwiatów 

posegregowanych  na  poszczególne  rabaty.  Oddzielały  je 
od  siebie  starannie  przycięte  żywopłoty.  Gdzieniegdzie 
poustawiano kamienne figury. 

Właściwy ogród był położony trochę wyżej. 
Był szeroki, porośnięty bujną, kolorową roślinnością. 

Miał  wszystkie  charakterystyczne  cechy  ogrodu  francu-
skiego.  Ozdabiał  go  prastary  drzewostan,  geometryczna 
kombinacja kunsztownie wypielęgnowanych bukszpanów, 
cyprysów, cisów i buków. 

Nie można się było na niego napatrzeć. 

background image

Dla Leny taki rodzaj ogrodów był zbyt nienaturalny, 

sztuczny i przesadnie wychuchany. 

Bardziej przypadł jej do gustu położony w innej czę-

ści  parku  ogród  różany  z niezliczoną  ilością  gatunków 
róż. Niektóre z nich nie były hodowane w żadnym innym 
zakątku globu. 

Między ogrodami usytuowano staw, który zdobiły li-

lie wodne, a zamieszkiwały łabędzie, dzikie kaczki i żaby. 

Wokół  niego  poustawiano  ławeczki. Aż kusiło,  żeby 

na  nich  usiąść,  odpocząć  i zatracić  się  w czarodziejskim 
świecie fantazji. 

Chateau Dorleac miał w sobie magię. 
Ojciec  Leny  wydał  majątek  na  odrestaurowanie 

i wyremontowanie  tej  kolosalnej  posesji.  Bardzo  zależało 
mu na tym, aby przywrócić jej pierwotny wygląd. I udało 
mu się. 

Zdjęcia Chateau drukowano w ekskluzywnych maga-

zynach lifestyleowych. 

Czy  Jörg  i Doris  potrafili  docenić,  jaki  skarb  odzie-

dziczyli?  Jörg  pewnie  tak,  a Doris  niekoniecznie.  Marcel 
napomknął o tym, że była tu nieszczęśliwa. Dlaczego tak 
trudno zadowolić ludzi? 

Lena westchnęła. 
Postawiła swój bagaż obok schodów i wyszła z domu. 
Może  Jörg  był  w firmie.  Zakład  mieścił  się 

background image

w odległości  około  dwustu  metrów  od  Chateau.  Lena 
skierowała się w jego stronę, kiedy nagle z alei cyprysów 
wyłonił się pędzący samochód. Pod ciężkimi kołami jeepa 
trzaskał żwir. 

Lena zatrzymała się. 
W jeepie rozpoznała swojego brata Jörga. Zahamował 

z piskiem  opon  tuż  przy  niej.  Wyskoczył  pospiesznie 
z samochodu. 

–  Lena,  ale  miło  cię  widzieć!  Serdecznie  witam  sio-

strzyczkę. Dziękuję, że przyjechałaś. 

Wpadł  jej  w ramiona  i przycisnął  do  siebie.  Lenie 

schlebiał fakt, że ucieszył się na jej widok. 

–  Przykro  mi,  że  nie  mogłem  cię  odebrać  z lotniska. 

No, ale Doris z pewnością godnie mnie zastąpiła. Wy, ko-
biety,  zawsze  macie  sobie  coś  do  powiedzenia.  –  Rozej-
rzał się. – Gdzie ona jest? Dopiero przyjechałyście? 

–  Nie  widziałam  się  jeszcze  z Doris.  Marcel  mnie 

przywiózł. 

– Marcel? Jak to? 
– Doris źle się czuła. 
Jej brat sposępniał. 
Naturalnie  od  razu  się  domyślił,  dlaczego  Doris  nie 

odebrała jego siostry. 

Lena nie chciała ciągnąć tego tematu. 
– Wszystko OK. Marcel umilił mi czas. 

background image

Jörg wziął głęboki oddech. Objął Lenę. 
– Fajnie, że tu jesteś. Świetnie wyglądasz. 
–  Wiejskie  powietrze  z Fahrenbach  pozytywnie  na 

mnie wpływa. 

– Pogadamy o tym potem. Teraz chodźmy do domu. 

Przygotowałem  ci  pokój,  w którym  kiedyś  mieszkałaś. 
Ten z widokiem na winorośle. 

– Super. Dziękuję. 
– No co ty. Nie dziękuj. Przecież to także twój dom. 

Jesteś tu zawsze mile widziana. Nieładnie postąpiłem, nie 
zapraszając  cię  na  festiwal.  Byłem  głupi.  Frieder  i Grit 
mnie  przekabacili,  bo  według  nich  ty,  uwaga,  cytuję 
„Zrzędzisz gorzej niż stara kwoka” Ale... 

Było, minęło, nie ma o czym mówić – przerwała mu. 
Jörg  nawet  wtedy,  gdy  popełniał  rażące  błędy,  za-

chowywał  w sobie  odrobinę  człowieczeństwa.  Wzruszył 
ją propozycją, żeby traktowała Chateau jak swój dom. 

–  Zaprowadzę  cię  do  twojego  pokoju  –  powiedział 

Jörg,  wnosząc  jej  walizki.  –  Powiem  Marie,  żeby  ci  coś 
upichciła. Napijesz się kawy? 

– Chętnie. 
– Marie stęskniła się za tobą. Na twoją cześć ugoto-

wała  specjalne  danie,  siostrzyczko. Zaserwuje je wieczo-
rem. 

Weszli na górę. 

background image

Jörg otworzył drzwi do jej pokoju. Naprzeciwko  wi-

dać  było  podłużną  kamienną  balustradę.  Można  było  do 
niej  podejść  i obserwować  cały  dom,  a szczególnie 
ogromny korytarz na dole. 

Ku  przerażeniu  ojca  Lena  jako  dziecko  lubiła  się 

przez  nią  wychylać.  On  zawsze  się  bał,  że  ona  spadnie, 
a mała Lena w ten sposób czuła się odważniejsza. Tata na 
szczęście szybko zakazał jej tego wariactwa. Zagroził, że 
będzie musiała spać na niższym piętrze. 

Jörg odstawił bagaże. 
– Czekam na ciebie na dole. Razem napijemy się ka-

wy. Spotkamy się na tarasie? 

– Jasne. Piękna pogoda, prawda? Nałykamy się świe-

żego powietrza. 

Jörg wyszedł. 
Lena rozpakowała torby. Na szafce nocnej postawiła 

fotografię Thomasa. Ach, jakże cudownie by było, gdyby 
tu  z nią przyleciał.  Chateau  znał jedynie  z jej  opowiadań. 
Spodobałoby mu się w tej Arkadii. 

Wzięła zdjęcie do ręki i je ucałowała. 
Brakowało jej Thomasa. 
Nie  było  go  tutaj  i prawdopodobnie  nie  będzie  z nią 

tańczył na weselu Sylvii. 

Otworzyła szeroko okna. Przyglądała się gęsto poro-

śniętej, pobudzającej do aktywności zieleni winorośli roz-

background image

ciągających się aż po górskie szczyty. 

Prześliczna panorama, chociaż nie taka śliczna jak jej 

ukochane Słoneczne Wzgórze, posiadłość Fahrenbachów. 

Odwróciła się i poczłapała do łazienki. Nic się w niej 

nie zmieniło. Ściany nadal błyszczały urodziwymi starymi 
kafelkami  –  kremowymi  prostokącikami  z wyblakłym 
kwiecistym wzorkiem. 

Właśnie  z powodu  tych  kafelków  Lena  koniecznie 

chciała spać w tym pokoju. Ponadto miała słabość do sta-
rej zdobionej wanny stojącej na pozłacanych lwich łapach. 

Z  radosnym  uśmiechem  zbiegała  po  schodach  do 

Jörga. Miała nadzieję, że za chwilę dołączy do nich Doris. 

 

 

 

background image

12 

 
przeciwieństwie do Friedera Jörg nie pozwalniał per-

sonelu  zatrudnionego  przez  ich ojca.  Lena przywitała  się 
z nimi serdecznie. Bez problemu z nimi się porozumiewa-
ła, bo biegle posługiwała się językiem francuskim. 

Marie  gotowała  wyśmienicie.  Przyrządzała  smaczne, 

ale bardzo treściwe potrawy okraszone dużą ilością wina. 
Co się dziwić, skoro mieszkała tak blisko winnic? 

Na przystawkę podano moules bordelaises, czyli śli-

maki  å la  Bordeaux.  Lena  w dzieciństwie  z rozkoszą  się 
nimi  zajadała.  Najlepsze  w nich  były  zagęszczone  sosy, 
którymi  polewało  się  odpowiednio  'doprawione  muszle. 
Istna bomba kaloryczna. Ale kto by się tym przejmował. 

Na danie główne zaserwowano coq au vin, czyli kurę 

w winie z pieczonymi ziemniakami i ratatouille. Deser był 
absolutnym mistrzostwem świata, mimo że Lena nie lubi-
ła  słodkości.  No,  ale  tarcie  brzoskwiniowej  Marie  nie 
można było się oprzeć. 

Cienkie  ciasto  przełożone  połówkami  brzoskwiń  po-

smarowanych  gęstą  warstwą  puddingu  waniliowego  oraz 
bitej śmietany. A na samym czubku marmolada malinowa 
i pistacje... Hm, niebo w gębie. W Chateau obowiązywała 
jedna zasada – jeść i nie myśleć o tym, ile się przytyje. 

A do tego wysokogatunkowe wino chateau. 

background image

Szkoda,  że  Doris  nie  było  z nimi  podczas  tego  bo-

skiego posiłku. 

Przy  jedzeniu  Lena  rozmawiała  z Jörgiem  o filmach, 

książkach i ogólnej sytuacji politycznej we Francji. 

Wyczuwała jednak, że Jörg poruszyłby z chęcią inny 

temat,  ale  nie  odważył  się  go  rozpoczynać  pierwszego 
wieczoru. 

Pożywne  dania  oraz  ciężkie  wino  sprawiły,  że  Lena 

poczuła się senna. Pożegnała się z bratem. 

Pół godziny później leżała już w łóżku. Przez otwarte 

okno dobiegało cykanie cykad. Patrzyła na rozgwieżdżone 
niebo. Rozmyślała o Thomasie. Tęskniła za nim. Marzyła, 
żeby przy niej teraz się położył. 

Wspominała  ojca.  Czy  był  szczęśliwy  w Chateau? 

Czy  skupiał  się  tylko  na  obowiązkach?  Nigdy  ze  sobą 
o tym nie rozmawiali. 

Jörg  przyjął  ją  bardzo  serdecznie.  Ucięli  sobie  miłą 

pogawędkę. 

Wprawdzie nie zaprosił jej na swój festiwal, ale przy-

najmniej  zachowywał  się  w stosunku  do  niej  normalnie. 
Bo Grit i Frieder... 

Ach, nie będzie się przez nich zadręczać. 
Walczyła  z sennością.  Ostatkiem  sił  próbowała  wpa-

trywać  się  w gwiazdy,  marzyć...  Nadaremnie.  Zapadła 
w głęboki sen. 

background image

 

 

background image

13 

 

Rano Lenę zbudził dźwięczny śpiew ptaków. Zerknę-

ła na zegarek. Było przed piątą. Zwykle nie wstawała o tej 
porze,  tyle  że  zazwyczaj  nie  kładła  się  tak  wcześnie  do 
łóżka. 

Przeciągnęła  się.  Była  zadowolona,  bo  wreszcie  się 

wyspała. Leżała jeszcze parę minut pod kołdrą, wsłuchu-
jąc  się  w odgłosy  natury.  Niesamowite.  Na  Słonecznym 
Wzgórzu  każdego  dnia  budziła  się  wraz  z ćwierkaniem 
ptaków.  Ale  w Chateau  ich  świergot  brzmiał  inaczej. 
Czyżby śpiewały po francusku? Fascynowało ją to. 

Zaśmiała się. Cudownie jest przecierać oczy w takich 

okolicznościach 

przyrody. 

Ludzie 

żyjący 

w wielkomiejskich dżunglach są poszkodowani. Nie mają 
pojęcia, co tracą. Zachciało się jej kawy. 

Poranna toaleta zajęła jej kilka minut. Wzięła szybki 

prysznic i uczesała się w koński ogon. Tutaj mogła zrezy-
gnować z makijażu. 

Wskoczyła w dżinsy, włożyła podkoszulek i wygodne 

sandały. Zeszła na dół. 

Zaparzyła  sobie  aromatyczną  kawę  z mlekiem.  Bez 

problemów  odnalazła  niezbędne  produkty,  bo  Jörg  nie 
przemeblował kuchni. 

Napiła się i wyszła na taras. 

background image

Usiadła  na  drewnianym  krzesełku.  Podziwiała  ogród 

w całej  jego  krasie.  Krzewy  wonnych  róż  wydzielały 
słodki, oszałamiający zapach. 

Jak  w raju.  Chociaż  te  nieziemskie  widoki  były  ni-

czym  w porównaniu  z pejzażem  roztaczającym  się  na 
Słonecznym Wzgórzu. 

Pobyt  w Chateau  był  dla  niej  urlopem.  Wczasami 

w znanym  miejscu.  A mianem  prawdziwego  domu  okre-
ślała  posiadłość  w Fahrenbach.  Tam  odnalazła  swoje 
miejsce. 

Chateau  i okolice  zarówno  na  turystach,  jak  i na 

mieszkańcach  robiły  nieziemskie  wrażenie.  Zgadza  się. 
Ale za nic w świecie nie zamieniłaby ich na swoje włości, 
z którymi  związała  się  emocjonalnie.  Z pewnością 
ogromną rolę odgrywał fakt, że ojciec kupił Chateau, pod-
czas gdy Fahrenbach już od pięciu pokoleń znajdowało się 
w posiadaniu ich rodu. Słonecznego Wzgórza będzie bro-
nić własną piersią, jeśli będzie taka potrzeba. 

Odstawiła pustą filiżankę. Poszła na spacer po parku, 

ale nie po tej wypielęgnowanej części. Podążyła za wonią 
róż  kwitnących  w specjalnie  wydzielonym  ogrodzie.  Za-
trzymała się  przy nich. Przyglądała się ich płatkom. Wą-
chała je, mrużąc przy tym oczy. 

Pewnie Pierre, stary ogrodnik, mający swoich współ-

pracowników  pod  ścisłą  kontrolą,  dopieszczał  je  swoimi 
wprawionymi dłońmi. Nikomu nie pozwalał ich dotykać. 

background image

Z uśmiechem na ustach doszła do stawu. Lilie wodne 

puszczały  pąki.  Żaby  przywitały  dzień  melodyjnym  re-
chotem. 

Przysiadła na ulubionej ławeczce. Kiedyś siedziała tu 

godzinami,  czekając,  aż  jakaś  żabka  do  niej  podskoczy. 
Chciała  ją  pocałować,  żeby  się  przemieniła  w księcia 
z bajki.  Jednak  żadna  żabka  nie  opuściła  stawu.  Później 
Lena  kłóciła  się  z rodzicami,  bo  przez  te  fanaberie  spóź-
niała  się  na  jedzenie.  Zresztą  nie  musiała  całować  żab. 
Książę, pod postacią Thomasa Sibeliusa, sam się zjawił. 

Gdyby  jej  matka  nie  mąciła  i nie  knuła  parszywych 

intryg,  od  dawna  byliby  małżeństwem  i uniknęliby  dzie-
sięcioletniego  rozstania.  Prawdopodobnie  mieliby  już 
dzieci, a ich córeczka siedziałaby na tej ławeczce, marząc 
o księciu. 

Lena  westchnęła.  Posmutniała.  Ona  odpoczywała 

w tym  przepięknym  miejscu,  a Thomas  był  gdzieś 
w Ameryce.  U niej  świtał  dzień,  a u niego  zapadła  noc. 
Pewnie spał. Czy on czasem o niej śni? 

Wróciła do domu. Zmarnowała sporo czasu. 
Marie krzątała się po kuchni. Swoim temperamentem 

przypominała Nicolę. 

Dobrze, że Jörg nie zwolnił stałego personelu. Mądre 

posunięcie. Lepszego by nie znalazł. 

Marie nakryła do stołu. Podała Lenie świeżo upieczo-

ne  croissanty  z domowej  roboty  marmoladą  malinową 

background image

i kolejną filiżankę kawy. 

Lena  dosiadła  się  do  Marie.  Opowiedziała  jej 

o Słonecznym Wzgórzu. 

Kiedy zaśmiewały się do rozpuku, do kuchni właśnie 

weszła Doris. 

Lena odłożyła croissanta. 
Doris wyglądała strasznie. Przytyła i miała nabrzmia-

łą twarz. 

O rany! Co się z nią stało?! 
Lena  miała  nadzieję,  że  nikt  nie  zauważył  jej  miny. 

Wstała i przywitała się z Doris. 

–  Przepraszam,  że  nie  odebrałam  cię  z lotniska  – 

usprawiedliwiała  się  Doris.  –  Nie  czułam  się  za  dobrze. 
Fajnie, że u nas jesteś. Naprawdę się cieszę. 

– Madame, kawę i croissanta? – zapytała Marie. 
Mówiła wolno i wyraźnie, żeby Doris ją zrozumiała. 
Doris machnęła ręką. 
– Nie, dziękuję. Zaparzę sobie rumianek – stwierdzi-

ła, odsuwając Marie na bok. 

Marie rzuciła Lenie wymowne spojrzenie. Wiedziała, 

że nałogu jej gospodyni nie da się ukryć. 

Lena  ugryzła  swojego  croissanta,  mimo  że  straciła 

apetyt.  Marie  wymamrotała  coś  pod  nosem  i opuściła 
kuchnię. 

background image

– Nie chciałam wam przerywać – powiedziała Doris, 

podchodząc  do  stołu.  –  No,  ale  może  i lepiej,  że  tak  się 
stało. Nie pogadałabym sobie z wami. Marie nie mówi po 
niemiecku, a ja po francusku. Ot, mogłybyśmy co najwy-
żej  pomrugać  rzęsami.  –  Wzruszyła  ramionami.  Wyma-
chiwała torebką herbaty. 

– Doris, mieszkasz teraz we Francji i nie oczekuj, że 

będziesz się komunikować z ludźmi po niemiecku albo że 
oni  nauczą  się  twojego  języka.  Powinno  być  odwrotnie. 
Język francuski nie jest taki trudny. Szybko go sobie przy-
swoisz, tym bardziej że żyjesz wśród Francuzów. 

Doris zatkała uszy. 
–  Nic  nie  słyszę.  Pleciesz  jak  Jörg.  Nie  uczyłam  się 

w szkole  francuskiego  i nie  miałam  rodziców,  którzy  fi-
nansowaliby  mi  wyjazdy  zagraniczne  albo  kursy  języko-
we. 

Wyciągnęła torebkę herbaty z filiżanki i wyrzuciła ją 

do kosza. 

Zapach rumianku rozszedł się po całym pomieszcze-

niu. Mieszał się z wyczuwalnym od Doris odorem alkoho-
lowym. Po kryjomu dolała do herbaty sporo alkoholu. 

Co Lena powinna zrobić? Zareagować? Zapytać, dla-

czego to robi? 

Skompromitowałaby Doris. Dopiero przyjechała. Nie 

mogła  od  razu  wyskakiwać  z moralizatorskimi  poucze-
niami. 

background image

Doris  usiadła.  Siorbała  swoją  lurę,  kiedy  do  kuchni 

wszedł Jörg. 

–  Nowe  miejsce  narad?  –  zapytał  żartobliwie.  – 

Cześć,  siostrzyczko.  Wyspałaś  się?  Przyśniło  ci  się  coś? 
Pamiętaj,  że  pierwszy  sen  w nowym  miejscu  jest  bardzo 
ważny. 

– Cześć, Jörg. Spałam jak suseł. O niczym nie śniłam 

albo wyleciało mi z głowy. Tak czy owak, dobrze mi. 

Jörg obszedł stół. Pochylił się nad żoną i pocałował ją 

w policzek. 

– Dzień dobry, Doris. 
Zastygł w bezruchu. Zachmurzył się. Zacisnął wargi. 

Zdecydowanym ruchem wziął jej kubek i wylał zawartość 
do zlewu. 

Rzucił  jej  smutne  spojrzenie  i wyszedł  z kuchni  bez 

słowa. 

Lena modliła się w duchu, żeby ziemia się rozstąpiła 

i wessała  ją  do  środka.  Nie  wiedziała,  jak  ma  się  zacho-
wać. 

Doris siedziała na swoim miejscu ze spuszczoną gło-

wą. 

Lena  wstrzymała  oddech.  To  była  niezręczna  sytua-

cja. 

Rozumiała frustrację swojego brata, który się oburzył, 

że  jego  żona  już  od  rana  potrzebowała  bardziej  alkoholu 

background image

niż śniadania. 

On  wylał  jej  alkohol.  Inny mąż  dostałby szału. Obie 

reakcje były złe. Doris była chora i trzeba było jej pomóc. 
Milczeniem albo krzykiem niczego nie załatwią. Nie tędy 
droga. 

Jej nie wypadało mieszać się w ich sprawy. Doris zo-

stała  przyłapana  na  gorącym  uczynku.  Pewnie  czuła  się 
upokorzona. 

– Ja... – wyjąkała. – Ja... 
Wstała, spojrzała na Lenę i wyszła. 
Lena jej nie zatrzymała. 
Dzień  rozpoczął  się  olśniewająco,  ale  teraz  stracił 

swój urok. 

Tutaj rozgrywała się tragedia. Nikt wcześniej  się nie 

zorientował, co było grane? Czy nikt nie chciał zawracać 
sobie tym głowy? 

Lena nie zjadła do końca. Ściskało ją w gardle. Wypi-

ła kawę i wstawiła naczynia do zmywarki. 

Na szczęście do kuchni znów wszedł Jörg. 
– Miałabyś ochotę na spacer? – zapytał. 

 

 

background image

14 

 

Ruszyli  ścieżką  do  stawu.  Lena  nie  wspomniała,  że 

była tam rano. Skoro chciał z nią porozmawiać, nie mógł 
wybrać bardzie) odpowiedniego miejsca. 

Zaczął mówić, zanim doszli do stawu. 
– Doris nie może się tu odnaleźć. Nie jestem pewien, 

czy  ona  w ogóle  chciała  się  tutaj  przeprowadzać.  Może 
chciała jedynie pomóc mi zrealizować moje marzenie? 

–  Przecież  często  bywaliście  we  Francji.  Pracowałeś 

u ojca w winiarni. Mieszkaliście w Chateau. 

– Zgadza się, ale nie na stałe. Co jakiś czas wracali-

śmy  do  domu.  Doris  przyjeżdżała  tu  rzadziej  niż  ja.  No 
i zazwyczaj ktoś ją odwiedzał. Teraz żyjemy tu sami. 

Doszli do stawu. 
–  Och,  twoja  ulubiona  ławeczka  –  powiedział.  Lena 

ucieszyła  się,  że  o tym  pamiętał.  –  Zawsze  tu  przesiady-
wałaś i czekałaś, aż jakaś żaba przemieni się w księcia. 

– Pamiętasz? 
–  No  pewnie.  Denerwowałeś  tym  całą  rodzinę.  Spę-

dzałaś  przy  stawie  większą  część  wakacji.  Jeśli  ktoś  cię 
szukał, wiedział, gdzie cię znajdzie. 

–  Jesteś  szczęśliwy  w Chateau?  –  spytała.  –  Wie-

dziesz takie życie, o jakim marzyłeś? 

background image

Zwlekał z odpowiedzią. 
– Chateau Dorleac jest jak z bajki. To przywilej móc 

tu mieszkać, ale. 

Przerwał. 
Zniecierpliwiona Lena odezwała się znowu. 
– Jörg, chciałeś coś powiedzieć. Dokończ zdanie. Co 

jest? 

– Nienawidzę pracy w winnicach. 
Popatrzyła na brata z poirytowaniem. 
–  Ależ  Jörg.  Przecież  zdawałeś  sobie  sprawę,  na  co 

się  piszesz.  Wydawało  mi  się,  że  zasmakowałeś  pracy 
u taty. 

– Otóż to, zasmakowałem. A teraz sam jestem odpo-

wiedzialny  za  ten  interes.  Nie  chcę  go.  Przerasta  mnie 
ilość obowiązków. 

– Dlatego ten festiwal? 
–  Ach,  nie.  Wygłupiłem  się.  Zdumiałem  do  reszty. 

Porwałem  się  na  coś,  o czym  nie  mam  bladego  pojęcia. 
Na  szczęście  się  udał.  Festiwal  zorganizowałem  na  po-
ziomie, tyle że kosztował majątek, ponieważ artyści zażą-
dali dość wysokich  gaż, a publiczność składała się głów-
nie z przyjaciół i znajomych. Mało było gości, którzy pła-
cili za bilety wstępu. 

Lena doceniła to, że przyznał się do błędu. Frieder te-

go by nie zrobił. 

background image

–  Lena,  potrzebuję  twojej  pomocy  –  kontynuował.  – 

Jesteś  ekspertką  od reklamy.  Może  byś  mnie  wspomogła 
przy organizacji eventów  i wydarzeń  kulturalnych?  Byłaś 
świetna w swoim fachu. A ponieważ Frieder wyrzucił cię 
z firmy, w jakimś sensie jesteś bezrobotna. 

– Hm, nie pracuję w zawodzie, ale posiadłość pochła-

nia mnie całkowicie. 

–  Lena,  nie  możesz  się  zaszyć  w posiadłości 

i odrestaurowywać  starych  szop,  żeby  je  wynajmować 
wczasowiczom.  Stać  cię  na  więcej.  Frieder  i Grit  napo-
mknęli,  że  ci  odbiło,  zaharowujesz  się,  a nic  z tego  nie 
masz. Tutaj miałabyś szansę powrócić do zawodu. Dobrze 
ci zapłacę. 

– Jörg, dziękuję za miłe słowa i zaufanie. Doskonale 

wiesz,  że  praca  z artystami  to  odrębna  gałąź  reklamy. 
Mnie  ona  nie  interesuje.  Niezależnie  od  opinii  naszego 
zacnego  rodzeństwa  mnie  satysfakcjonuje  „harówka” 
w posiadłości.  Realizuję  się  tam  i jestem  szczęśliwa. 
Rozwijam się. Początkowo" sama się dziwiłam, dlaczego 
tata  mnie  przepisał  posiadłość.  Teraz  zrozumiałam  jego 
intencje. 

Otrzymanie czegoś, co znajduje się w posiadaniu da-

nego  rodu  od  pięciu  pokoleń,  jest  misją  życiową.  Ojciec 
kupił i odnowił Chateau Dorleac. Teraz twoja kolej, żebyś 
nim  zarządzał.  Od  zawsze  cię  tu  ciągnęło.  Pamiętasz? 
Skakałeś z radości, kiedy go odziedziczyłeś. 

background image

–  Racja,  Chateau,  a nie  winnice.  Ta  robota  najzwy-

czajniej w świecie mnie wkurza, Lenko. Popełniłem fatal-
ny  błąd.  Przez  moją  fuszerkę  spartaczyłem  gigantyczny 
kontrakt. Straciłem mojego największego klienta. Postąpi-
łem karygodnie. Produkujemy wysokiej jakości wina, ale 
konkurencja  nie  śpi.  Trzeba  ciągle  czymś  zaskakiwać 
i być gotowym. A je nie chcę się tak męczyć. 

–  Wiesz,  Jörg,  nie  ma  ludzi  nieomylnych.  Zastana-

wiam  się  właśnie,  co  mógłbyś  zrobić.  Zupełnie  sponta-
nicznie przyszło mi do głowy, że mógłbyś przekazać kie-
rownictwo  winnicami  Marcelowi.  On  jest  poczciwym 
człowiekiem i ma ambicje. Chåteau otwiera przed tobą ty-
siące możliwości. Na przykład mógłbyś wynajmować po-
koje  i prowadzić  małą,  przytulną,  ekskluzywną  restaura-
cyjkę. Masz wszystko, czego potrzeba. A jeśli lubisz sztu-
kę,  zacznij  od  małych  rzeczy,  takich  jak  wieczory 
z piosenką...  O,  z balladami  Francoisa  Villona.  Niby  nic 
spektakularnego,  ale  Francuzi  przepadają  za  takimi  im-
prezami. Wystarczy stworzyć im odpowiedni klimat. Jeśli 
chcesz,  pojadę  za  ciebie  do  Bordeaux  i rozeznam  się 
w sytuacji  w biurach  informacji  turystycznej,  urzędach 
i instytucjach. 

Winnice 

często 

oferują 

wieczory 

z piosenką, koncerty jazzowe. Musisz być od nich lepszy, 
wymyślić  coś  szczególnego,  żeby  ludzie  chcieli  przyjść 
właśnie do ciebie. Chateau jest niebywale piękną posesją. 
Piękniejszą  niż  te  okoliczne,  które  rzekomo  produkują 
lepsze wina. Wykorzystaj tę przewagę. Oczywiście będzie 
ci  potrzebne  solidne  wsparcie  i pieniądze  na  rozkręcenie 

background image

biznesu. 

Zapadła cisza. 
–  Przemyślę  twoje  pomysły,  Leno.  Z chęcią  skorzy-

stam  z twojej  oferty  zastąpienia  mnie  w Bordeaux.  Roz-
mówię się też z Marcelem. 

– Super, Jörg. Twoim jedynym problemem jest teraz 

żona... 

Znów nic nie odpowiedział. 
– Nie lubisz o tym mówić? 
– Nie, skądże znowu, tylko, że w alkoholizm wpadła 

nie  we  Francji.  Znacznie  wcześniej  zaczęła  popijać.  Tak 
naprawdę  Doris  jest  bardzo  nieśmiałą  i niepewną  siebie 
kobietą,  co  próbuje  nadrobić  piciem  alkoholu.  Czuje  się 
małowartościowa,  bo  nie  studiowała  i nie  ma  dzieci.  Ma 
instynkt  macierzyński,  ale  wyklucza  adopcję  dziecka. 
Szuka  pracy,  ale  gdy  dostaje  jakąś  ofertę,  wynajduje  ty-
siące  wymówek,  żeby  ją  odrzucić.  Pragnęła  wyjazdu  do 
Francji, a teraz nie chce tu żyć, ponieważ tęskni za Niem-
cami. Nie wiem, co robić... 

– Ty nic nie poradzisz. Doris niezbędna jest profesjo-

nalna pomoc. 

– Nie przyjmie jej. 
– Pogadać z nią? 
–  Nie,  inicjatywa  nie  powinna  wyjść  od  ciebie. 

W przeciwnym razie Doris zamknie się w sobie. Jeśli ona 

background image

zechce wyrzucić z siebie... – przerwał. 

Stado  dzikich  kaczek  przeleciało  nad  ich  głowami. 

Wszystkie wylądowały na wodzie. 

– Kochasz ją jeszcze? 
Jörg zastanowił się chwilę. 
– Sam nie wiem. Chyba tak. 
Lena wpatrywała się w kaczki, po czym zwróciła się 

do brata. 

–  Jörg,  z całego  serca  ci  życzę,  żebyście  oboje  się 

z tego  wykaraskali.  Jeśli  mogę  ci  w jakikolwiek  sposób 
pomóc,  to  jestem  do  twojej  dyspozycji.  Miło  odczuć,  że 
przynajmniej  jedna  osoba  z mojego  rodzeństwa  ma  do 
mnie  normalny  stosunek.  Grit  nie  widzi  nic  poza  czub-
kiem  własnego  nosa.  Jeżeli  się  nie  opamięta,  Holger  od 
niej odejdzie. Frieder postawił mi warunek, że odezwie się 
do  mnie  dopiero  wtedy,  gdy  sceduję  na  niego  jedną 
z działek  przy  jeziorze.  Ty  strzeliłeś  dwie  poważne  gafy, 
ale na szczęście pozostałeś normalny. Często będę to pod-
kreślać. 

–  Też  nie  byłem  zbyt  miły  dla  ciebie.  Jeszcze  raz 

przepraszam.  Chociaż  jesteś  najmłodsza,  masz  najwięcej 
siły  z nasz  wszystkich.  Jesteś  jak  tata:  niezawodna,  kon-
kretna,  wiesz,  czego  chcesz,  i pielęgnujesz  tradycję.  Nikt 
z nas nie potrafiłby uczynić ze Słonecznego Wzgórza raju 
na  ziemi.  Szczerze  mówiąc,  ja  również  bym  je  sprzedał, 
nie zważając na tradycję. 

background image

Potrząsnęła głową. 
– Nie wierzę, Jörg. Przyjedź do mnie w odwiedziny. 

Wtedy  mnie  zrozumiesz.  Nabierzesz  szacunku  do  czegoś, 
co zostało stworzone przed wieloma laty. 

– A miłość, Leno? Znalazłaś swojego księcia? 
Jörg  jako  jedyny  interesował  się  jej  życiem  prywat-

nym. 

–  O tak.  Odzyskałam  mojego  dawnego  księcia  – 

oznajmiła i opowiedziała mu o Thomasie. 
 

 

background image

15 

 

Zgodnie  z obietnicą  Lena  pojechała  do  Bordeaux,  do 

Saint–Emilion,  żeby  zasięgnąć  informacji  o tamtejszych 
wioskach i winiarniach. 

Chciała  zabrać  ze  sobą  swoją  szwagierkę,  ale  Doris 

nie miała na to ochoty. 

Przynajmniej  Doris  nie  piła  w ciągu  tych  kilku  na-

stępnych dni albo z tym się kryła. 

Popołudniami  i wieczorami  przesiadywali  wspólnie 

w zamku  Chateau.  Lena  dzieliła  się  z nimi  wrażeniami 
z wycieczek 

po 

okolicy. 

Jörg 

słuchał 

jej 

z zainteresowaniem, Doris zaś ze znudzeniem. 

Lena martwiła się, co z nimi będzie. 
Cały dzień przed powrotem do Niemiec Lena znowu 

spędziła w Bordeaux. Po załatwieniu zaplanowanych for-
malności chciała się jeszcze napić kawy. 

W małej przydrożnej kafejce wszystkie miejsca były 

zajęte.  Już  zamierzała  skręcić  w inną  uliczkę,  ale 
w ostatniej chwili kątem oka dojrzała wolny stolik. Szyb-
ko  przebiegła  między  rzędem  krzesełek  i prawie  równo-
cześnie stanęła przy nim z jakąś obcą kobietą. 

Ona złapała oparcie jednego krzesła, a kobieta chwy-

ciła drugie i niemal równocześnie wybuchły śmiechem. 

Młoda  Francuzka  prezentowała  się  niezwykle  ele-

background image

gancko. Była średniego wzrostu, szczupła, miała ciemno-
brązowe krótko obcięte włosy i duże brązowe oczy. 

Przedstawiła  się  jako  Catherine  Regnier.  Obie  panie 

odnosiły się do siebie bardzo sympatycznie. Rozmawiały 
ze sobą jak serdeczne przyjaciółki Kiedy Catherine napo-
mknęła o swoim zawodzie, Lena nie mogła ukryć zasko-
czenia.  Otóż  była  odnoszącą  sukcesy  organizatorką  im-
prez  okolicznościowych,  której  przejadło  się  życie 
w Paryżu. Szukała tu pracy. 

–  Dotychczas nie  miałam  szczęścia  –  powiedziała. – 

Ale będę szukała dalej. Na pewno dopnę swego. Chciała-
bym się osiedlić w Bordeaux albo jego okolicach. To naj-
piękniejszy  zakątek  Francji.  W moim  zawodzie  jest  tu 
jeszcze wiele do zrobienia. Przede mną mnóstwo perspek-
tyw. Nie porzucę mojego marzenia. Wiem, że coś znajdę. 

– Może właśnie pani znalazła, Catherine – zachicho-

tała Lena. – Może pani jest tą, która pomoże mojemu bra-
tu spełnić jego marzenia. 

Zwięźle  opowiedziała  Catherine  o Jörgu  i jego  nie-

powodzeniu. 

– On potrzebuje dokładnie takiej osoby jak pani. 
Catherine była podekscytowana. 
– Kiedy poznam pani brata? Kiedy będę mogła z nim 

porozmawiać? 

– Choćby zaraz. W takich momentach mówi się u nas 

„Kuj żelazo, póki gorące”. Przyjechała pani samochodem? 

background image

Catherine potrząsnęła głową. 
– Nie. Przyleciałam z Paryża samolotem. 
–  Nie  szkodzi.  Zabiorę  panią  i albo  odwiozę  panią 

z powrotem ja, albo ktoś z Chateau. 

– Więc nie zwlekajmy ani chwili dłużej – stwierdziła 

Catherine zdecydowanym tonem i dopiła kawę. 

Lenie nie pozostało nic innego, jak zrobić to samo. 
Niesamowity zbieg okoliczności. 

 

 

background image

16 

 

Podczas jazdy Catherine zreferowała swój życiorys. 
– Wie pani, sukces sam z siebie nic nie daje, jeśli nie 

mamy  satysfakcji  z jakości  naszego  życia.  Co  mi  z tych 
zarobionych  pieniędzy,  skoro  nie  mam  czasu  ich  wydać, 
bo albo jestem zapracowana, albo zmęczona i nie chce mi 
się  chodzić  po  sklepach.  Dwa  tygodnie  temu  mój  dobry 
kolega zmarł na zawał serca. Jego śmierć dała mi wiele do 
myślenia.  Pierwszy  raz  przeanalizowałam  swoje  życie 
i zadałam  sobie  pytanie,  czego  ja  rzeczywiście  chcę. 
Chciałabym  utrzymywać  się  z mojego  zawodu,  wyjść  za 
mąż  i urodzić  dzieci.  Nie  chcę  więcej  brać  udziału 
w wyścigu szczurów, gnać nie wiadomo dokąd. Chcę ko-
rzystać  z życia,  cieszyć  się  z drobnostek.  Czy  wymagam 
za dużo? 

– Nie, Catherine. To zdrowe podejście do życia, bo... 
Dojechały  do  wjazdu  z cyprysami.  Z naprzeciwka 

nadjechał Jörg. 

Lena nacisnęła klakson. 
Jej  brat  zahamował,  wyskoczył  z samochodu 

i podszedł do nich. 

– Jörg, mam wspaniałe wieści. 
Obie  panie  wysiadły  z samochodu.  Catherine  przy-

glądała się uważnie wysokiemu mężczyźnie. 

background image

–  Catherine,  poznaj  mojego  brata.  Jörg,  to  jest  Ca-

therine Regnier, organizatorka imprez z Paryża. 

Jörg  Fahrenbach  spojrzał  na  swoją  siostrę,  potem  na 

Catherine. 

– Nie rozumiem... – odezwał się zdumiony. 
Lena zaśmiała się i wyjaśniła, gdzie i jak poznała Ca-

therine. 

– Catherine poszukuje pracy. Powinniście ze sobą po-

rozmawiać. 

–  Przepraszam,  że  wparowałam  tu  tak  bez  zapowie-

dzi... 

Jörg nie pozwolił jej dokończyć zdania. 
– Proszę nie przepraszać. Dobrze, że pani przyjecha-

ła.  Proszę  wsiąść  do  mojego  samochodu.  Od  razu  wyja-
śnię pani kilka spraw. 

Nie  trzeba  było  jej  tego  powtarzać.  Uśmiechnęła  się 

do Leny i wskoczyła do auta. 

Catherine nadawała się do tej pracy. Była kompetent-

na, przedsiębiorcza, sympatyczna i miała aparycję. 

Lena wykazała się świetną intuicją. 
Pozostał  im  jeszcze  jeden  problem.  Doris.  Lena  nie 

wiedziała,  jak  go  rozwiązać.  Doris  bowiem  nie  chciała 
rozmawiać o swoim uzależnieniu  alkoholowym. Na razie 
w miarę skutecznie próbowała się kontrolować. 

Lena  zaparkowała  samochód.  Z oddali  przyglądała 

background image

się, jak Jörg i Catherine prowadzili ze sobą ożywioną dys-
kusję. Zdaje się, że świetnie się rozumieli. Pomachała do 
nich i weszła do domu. 

– Z kim Jörg tak dyskutuje? – zapytała Doris. 
–  Z Catherine  Regnier,  organizatorką  imprez.  Być 

może Jörg zatrudni ją w firmie. 

Doris westchnęła. 
–  Widzę,  że  nie  dotarło  do  niego,  że  popełniliśmy 

największy błąd, wprowadzając się tutaj. Powinien sprze-
dać ten zamek w diabły i wracać ze mną do Niemiec. 

– Nie sądzę, żeby się zdecydował na przeprowadzkę – 

odparła Lena. – Spróbuj się zaaklimatyzować we Francji! 
Zmień nastawienie. Po co walczysz ze sobą? Chateau jest 
piękne. Wielu ludzi zazdrości wam tego skarbu. 

– Więc dlaczego ty nie zamieszkasz w tym raju? 
– Bo ja już znalazłam swój raj. Jest nim moja posia-

dłość w Fahrenbach, Słoneczne Wzgórze. Uwierz mi, Do-
ris, i mnie na początku było ciężko, a teraz nie wyobrażam 
sobie innego życia. Uwierz w to, że będzie dobrze. Wykaż 
minimum woli. Będzie ci łatwiej. 

Doris wzruszyła ramionami. 
– Mnie nie chodzi tylko o wstręt do Francji. Jörg i ja 

nie  dogadujemy  się  od  dłuższego  czasu.  Rozmijamy  się. 
Nie żyjemy ze sobą, lecz obok siebie. 

Lena przełknęła ślinę. 

background image

– Musicie przeprowadzić ze sobą poważną rozmowę, 

dojść do porozumienia. 

– Jakiego porozumienia? Nie wiem nawet, czy ja chcę 

odbudowywać  z nim  czułe  relacje.  Ja  ogólnie  nie  wiem, 
czego chcę. 

Biedna Doris! 
– Mogę ci jakoś pomóc? , Doris potrząsnęła głową. 
– Chcesz przerwy, odpoczynku? Pojedź do  mnie, do 

Fahrenbach. Tam wypoczniesz, zbierzesz myśli. 

– Nienawidzę wsi. 
Doris  odrzucała  wszelkie  propozycje  Leny.  Zaparła 

się. 

– Chcesz poznać Catherine? Ona jest bardzo miła. Je-

śli  dostanie  lub  przyjmie  tę  pracę,  w domu  pojawi  się 
młoda kobieta. Wreszcie będziesz miała towarzystwo. ; •• 

– Mówi po niemiecku? 
– Hm, nie mam pojęcia. Nie pytałam jej o to. Raczej 

nie. 

–  To  niby  w jakim  języku  miałabym  się  z nią  poro-

zumiewać? Lena, nie miej mi za złe, ale pójdę do siebie. 
Głowa mnie boli. Zobaczymy się później. Dzięki za twój 
trud i wsparcie. Łatwiej się mówi, jeśli samemu się nie ma 
problemów. 

Wyszła.  Lena  ze  smutkiem  odprowadziła  ją  wzro-

kiem. Jeżeli Doris nie zmieni swojego nastawienia... Nie! 

background image

Wolała  nie  rozwijać  tej  myśli.  Przecież  lubiła  swoją 
szwagierkę. Chętnie by ją jakoś wsparła, ale Doris odrzu-
cała wszelką pomoc:, Nie będzie się jej narzucać. 

Na zewnątrz rozbrzmiał dźwięczny śmiech Catherine. 

Chyba znalazła z Jörgiem wspólny język, co Lenę z jednej 
strony cieszyło, a z drugiej zaniepokoiło. 

Catherine była inteligentną i ładną kobietą. Może sta-

nowić zagrożenie dla Doris. 

Nieuniknione, że Jörg będzie porównywał obie panie. 

W tym  momencie  Catherine  wyrastała  na  murowaną  fa-
worytkę tego wyimaginowanego współzawodnictwa. 

Jörg był młodym, przystojnym mężczyzną. Przed ni-

mi było całe życie. Nie zamierzał marnować się przy ko-
biecie, która nie pozwala sobie pomóc. 

Lena w trakcie swojego pobytu w Chateau wielokrot-

nie  była  świadkiem,  jak  Jörg  troszczył  się  o swoją  żonę, 
lecz ta go ciągle odrzucała. Sama też starała się wyciągnąć 
ją z psychicznego dołka. Nadaremnie. Nic więcej nie mo-
gła zrobić. 

Po  cichu  cieszyła  się,  że  następnego  dnia  wraca  do 

Niemiec. Podobało się jej w Chateau, ale tęskniła za Sło-
necznym 

Wzgórzem, 

swoją 

posiadłością, 

ciszą 

i spokojem. 

Nie  miała  wpływu  na  to,  co  dalej  wydarzy  się 

w Chateau. W każdym razie była zadowolona, że wyjaśni-
li  z Jörgiem  wszystkie  nieporozumienia.  Przynajmniej 

background image

z nim utrzymywała normalny kontakt, a nie taki jak z Grit 
czy Friederem. 
 

 

background image

17 

 

Niebo  pokryło  się  chmurami.  Panował  nieznośny 

upał.  Było  duszno,  kiedy  Jörg  i Doris  odwozili  Lenę  na 
lotnisko. 

Podczas jazdy wyłącznie mówił Jörg. Był oczarowa-

ny pomysłami Catherine. Cieszył się na współpracę z nią. 
Nie mógł się doczekać, kiedy przeprowadzi się do Chate-
au. 

Doris ze złości przewracała oczami. Kiedy Jörg' szu-

kał miejsca parkingowego, zwróciła się do Leny. 

–  Fajnie,  że  u nas  byłaś.  Naprawdę. Przepraszam,  że 

się  nie  popisałam  jako  gospodyni.  Uwierz  mi,  nie  mam 
nic  do  ciebie. Po prostu  mam  problemy.  Nie  radzę sobie 
z nimi  i zachowuję  się  karygodnie  wobec  innych  ludzi. 
Mam nadzieję, że naprawię swój błąd przy okazji twoich 
kolejnych odwiedzin, – Ach, Doris, i tak większość czasu 
byłam  w rozjazdach.  Załatwiałam  sprawy  dla  Jörga.  I ja 
przepraszam, że nie zajęłam się tobą. 

– Nie przejmuj się. Przecież mogłam ci towarzyszyć. 

Wszystko mnie tu denerwuje. Dobrze, że Jörg trafił na tę 
Catherine.  Oboje  nadają  na  tych  samych  fałach.  Dzięki 
temu nie muszę wysłuchiwać bzdur na tematy, które mnie 
nie interesują. 

–  Radziłabym  ci  chociaż  troszeczkę  się  zaintereso-

wać... – Zobaczyła posępną minę szwagierki i dodała po-

background image

spiesznie. – Przepraszam. Nie powinnam się wtrącać. 

Odetchnęła z ulgą, kiedy Jörg do nich dołączył. Wziął 

jej bagaż i zaprowadził do stanowiska odprawy. 

Doris usiadła na ławce. 
– Lena, wielkie dzięki, że przyleciałaś. Pokazałaś mi 

inną drogę życia. Naprowadziłaś na właściwą ścieżkę. Po-
za  tym  cieszę  się,  że  skontaktowałaś  mnie  z Catherine. 
Ona  nadąża  za  moim  tokiem  myślenia.  Jest  realistką 
i potrafi wybić mi z głowy to, co jest niemożliwe do zrea-
lizowania. 

– Cieszę się, Jörg. Ja tobie również dziękuję za twoją 

serdeczność  podczas  mojego  pobytu.  Fajnie,  że  umiemy 
rozmawiać  ze  sobą  jak  prawdziwe  rodzeństwo,  a nie  jak 
obcy  z obcym.  Wiadomo,  że  rodzina  jest  najważniejsza 
i jest wszystkim, co  mamy. Ty jesteś moim bratem,  moją 
rodziną.  Grit  i Frieder  chyba  wykreślili  mnie  ze  swojego 
życia. 

Jörg ją przytulił. 
–  Uwierz  mi,  Leno,  oni  zmądrzeją,  wcześniej  czy 

później, ale jednak. Zobacz, ja też przez długi czas byłem 
egoistą. 

Nadeszła kolej Leny. Odprawa nie trwała długo, po-

nieważ nie miała większego bagażu, a jedynie mały, pod-
ręczny. 

Razem  z Jörgiem  podeszli  do  Doris,  która  wyglądała 

jak  siedem  nieszczęść  i właśnie  ocierała  spocone  czoło. 

background image

To  były  typowe  symptomy  odwyku.  Cierpiała  niemiło-
siernie. 

Lena  poradziła  bratu,  żeby  zapisał  Doris  do  klubu 

anonimowych alkoholików albo na specjalną terapię. 

– Jeśli chcecie, możecie już jechać – oznajmiła Lena. 

– Zaraz wywołają mój lot. 

Lena uściskała  brata  i szwagierkę.  Zamienili  ze  sobą 

jeszcze parę zdań. Ulżyło jej, kiedy machając ręką na po-
żegnanie, przechodziła przez bramkę kontrolną. 

Nic dziwnego, że Thomas nie chciał, aby go odwożo-

no na lotnisko. Nienawidził pożegnań. Lena właśnie zro-
zumiała dlaczego. 

Zadręczała  się  myślami  o Doris.  Co  się  z nią  stało? 

Czy  uda  jej  się  wyjść  z nałogu?  Czy  Jörg  będzie  przy 
niej?  Czy  ich  związek  ma  jeszcze  jakiekolwiek  szanse? 
Jörg chce zostać we Francji, a Doris wracać do Niemiec. 
Czy  poradzą  sobie  z kryzysem  ich  związku?  Oby!  Niech 
chociaż jedno małżeństwo w jej rodzinie przetrwa. 

Frieder miał kochankę. Dla niej porzucił żonę i syna. 
Grit  zdradzała  swojego  męża.  Rozwód  był  kwestią 

czasu.  Holger  na  pewno  złoży  wniosek  rozwodowy 
w sądzie.  Kiedyś  niewiele  brakowało  i mieszkaliby  na 
dwóch krańcach świata, bo Holger ze względów zawodo-
wych chciał się przenieść na dwa lata do Kanady. 

Po  co  Grit  młodszy  kochanek?  To  tylko  dodatkowe 

koszty.  Obdarowywała  go  prezencikami.  Utrzymywała. 

background image

Czyżby nie docierało do niej, że chłopak szaleje za nią nie 
z miłości? 

Lena  pragnęła,  aby  i jej  związek  z Thomasem  się 

ustabilizował  czy  raczej  znormalizował.  Marzyła  o tym, 
żeby mogli wieść wspólne życie. 

Ona kochała Thomasa, a Thomas ją. 
Ocknęła się, kiedy przez megafon poproszono pasaże-

rów o wsiadanie do samolotu. 

Na  szczęście  nikt  się  do  niej  nie  dosiadł.  Znów  cały 

rządek był do jej dyspozycji. Chciała pobyć sama ze swo-
imi myślami. 

Odtwarzała sobie w głowie  pobyt w Chateau. Mocno 

trzymała kciuki za Jörga, żeby znalazł optymalne rozwią-
zanie dla siebie, żony i swojej pracy. 

Szkoda by było zaprzepaścić taką idylliczną posesję, 

zniweczyć  trud  przodków. Catherine,  kompetentna,  rezo-
lutna  Francuzka,  weźmie  go  w ryzy.  Wyprowadzi  jego 
firmę na prostą. Wzniesie ich na wyżyny. Oby tak było! 
 

 

background image

18 

 

W  Niemczech  z lotniska  odebrali  ją  rozradowani  Ni-

cola  i Aleks.  Rzucili  się  jej  na  szyję  i wyściskali. 
W posiadłości równie gorące powitanie zgotowali jej Da-
niel oraz psy, Hektor i Lady. 

„Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej”, pomyślała 

Lena.  Zrobiło  się  jej  cieplej  na  sercu,  kiedy  zobaczyła 
Słoneczne  Wzgórze  oraz  przyjaciół.  Szczęściara  z niej. 
Los  jej  sprzyjał.  Zamieszkała  we  właściwym  miejscu, 
w otoczeniu odpowiednich ludzi. Nic więcej do szczęścia 
nie potrzeba. 

Opowiedziała  przyjaciołom  o przeżyciach  z Francji. 

Daniel  wysłał  próbki  do  pana  Humbleta.  Prace 
w czworakach było zaawansowane. Za dwa tygodnie będą 
mogli przyjąć pierwszych gości. Zapowiadało się obiecu-
jąco. Lena cieszyła się, że jej życie stopniowo wkraczało 
na właściwe tory i może skończą się jej kłopoty finanso-
we. 

W  promiennym  nastroju  pozostała  także  następnego 

ranka,  ponieważ  zadzwonił  do  niej  Thomas.  .  ,  Usiadła 
przy swoim biurku. Przetarła oczy. Nie sądziła, że w ciągu 
kilku dni nazbiera się tyle poczty. 

Niektóre  z listów  od  razu  odrzuciła,  przede  wszyst-

kim ulotki reklamowe. Potem otworzyła rachunki za ogło-
szenia i materiały budowlane. Nieco posmutniała przy ich 

background image

czytaniu.  List  z gminy  Steinfeld  odsunęła  na  bok.  Chyba 
nic ważnego! Przecież zapłaciła wszelkie podatki gminne. 
Prawdopodobnie znowu kogoś dymisjonowali albo awan-
sowali bądź też powołali na stanowisko urzędnicze. Moż-
liwe, że wystosowali do niej prośbę o datki dla biednych. 
Gmina  informowała  swoich  mieszkańców  o każdej  po-
dejmowanej akcji. 

Lena  sięgnęła  po  następny  list.  Chodziło  o pytanie 

ofertowe  lub  małe  zamówienie  na  produkty  Brodersena 
i Horlitza.  Uśmiechnęła  się  pod  nosem.  Nareszcie  pozy-
tywne wieści. 

Ponadto  w dalszym  ciągu  było  zapotrzebowanie  na 

Fahrenbachówkę.  Ach,  gdyby  ojciec  zostawił  komuś  re-
cepturę!  Zbiłaby  na  tym  fortunę.  Ale  masz  babo  placek. 
Ludzie chcą od niej  czegoś, czego ona nie może im dać. 
Złościła się na siebie, że jej nie znalazła. 

Oferty i zamówienia zaniosła do biura Daniela. Na jej 

biurku leżał już tylko list z gminy. Nie spieszyła się z jego 
otwarciem. Postanowiła najpierw zadzwonić do Jörga, że-
by mu jeszcze raz podziękować za gościnę. 

– Oj, Lena, nie wygłupiaj się. Ja powinienem paść ci 

do stóp za to, co dla mnie zrobiłaś. Catherine jest dla mnie 
darem  niebios.  Właśnie  rozwiązuje  umowę  o pracę 
w Paryżu  i załatwia resztę formalności,  żeby  mogła  przy-
jechać do Chateau. Nawet nie wiesz, jak bardzo się cieszę, 
że będę z nią współpracował. 

background image

–  Domyślam  się.  Stworzycie  niezawodny  duet.  A co 

u Doris? 

– Pakuje swoje manatki. 
– Co? 
–  Pakuje  się.  Nie  przesłyszałaś  się.  Doris  wyprowa-

dza się do Niemiec. 

– Tak po prostu? Tak nagle? 
–  Nosiła  się  z tym  zamiarem  od  dawna,  ale  chciała 

zaczekać do twoich odwiedzin. 

– Dokąd ona...? 
–  Najpierw  do  swojej  przyjaciółki  –  przerwał  jej.  – 

Potem obie chcą wyjechać nad morze. 

– Znasz tę przyjaciółkę? 
–  Tak.  Chodziły  razem  do  szkoły.  Całkiem  miła 

osóbka. 

– Może ona pozytywnie wpłynie na Doris. 
–  Fajnie  by  było.  Życzę  Doris,  żeby  odzyskała  rów-

nowagę psychiczną. 

Rozmawiali  jeszcze  przez  parę  minut,  aż  w końcu 

Lena się rozłączyła. 

Zmiany zachodzą w szybkim tempie! 
Zerknęła na list z gminy. Nie miała ochoty go otwie-

rać, ale była zbyt obowiązkowa. Poza tym jakoś tak głu-
pio odkładać jeden list. 

background image

W  kopercie  znajdowała  się  informacja  o kosztach 

uzbrojenia działek. 

Lena przestudiowała pobieżnie tekst. 
Chodziło  o działki  położone  we  wsi.  Wypunktowali 

każdą  odrębnie,  przypisując różne kwoty  do  różnych nu-
merów parcel. Lenę zmroziła suma końcowa. 

76 392,77 euro. 
Uszczypnęła  się,  przetarła  oczy  i spojrzała  na  kartkę 

jeszcze raz. Myślała, że coś źle odczytała, ale nie. * 

Czarno na białym było napisane, że gmina za uzbro-

jenie działek żąda od niej uiszczenia opłaty w wysokości 
siedemdziesięciu  sześciu  tysięcy  trzystu  dziewięćdziesię-
ciu dwóch euro i siedemdziesięciu siedmiu centów. 

Serce  waliło  jej  jak  młotem.  Nie  mogła  utrzymać 

kartki w drżących rękach. 

Liczyła się ze wszystkim, ale nie z tym. 
Co ona teraz zrobi? 
Przecież nie ma tylu pieniędzy. 
Jeszcze  tego  brakowało.  Akurat  wtedy,  gdy  zaczęła 

wierzyć, że pokona problemy finansowe. 

Złożyła  kartkę  na  pół  i schowała  ją  w kieszeni.  Mu-

siała  pojechać  do  Sylvii.  Ona  też  miała  działki  we  wsi. 
Ciekawe, czy dostała takie pismo. 

Próbowała uspokoić oddech. Chciała pozbierać myśli, 

ale była zbyt rozdrażniona. 

background image

Zażądali od niej gigantycznej sumy. 
Nie miała szans na zdobycie takiej kwoty. Poprzedni 

bank, z którym współpracował jej ojciec, udzielił pożycz-
ki Friederowi od ręki, a jej dano jasno do zrozumienia, że 
nie  zaopiniują  pozytywnie  jej  wniosku  o kredyt.  Nowy 
bank już wcześniej przyznał jej niewielką sumę. Tego ty-
pu  instytucje  muszą  mieć  gwarancję,  że  klienci  mają 
zdolność  kredytową  i będą  mieli  z czego  spłacać  zacią-
gnięte długi. A u niej było z tym kiepsko. Posiadała war-
tościowe  działki,  ale  nie  chciała  ich  sprzedać,  ponieważ 
nikt z Fahrenbachów w historii ich rodu nigdy nie odstąpił 
nikomu  ani kawałka rodowej ziemi. Wszystkie pieniądze 
włożyła  w przebudowę  byłych  czworaków.  Kiedyś  się  ta 
inwestycja zwróci, ale nie teraz. 

Dojechała do gospody. Oparła rower o drzewo. 
Sylvia podbiegła do przyjaciółki. Objęła ją na przywi-

tanie. 

– Miło, że wpadłaś. Kiedy wróciłaś z Francji? f Lena 

zdała jej pełną relację z pobytu w Chateau, a potem zaczę-
ła mówić o jej ślubie, który miał się odbyć za trzy dni. 

Na piątek zaplanowali ślub cywilny w urzędzie stanu 

cywilnego, a na sobotę ślub kościelny w małej romańskiej 
kapliczce w Fahrenbach. 

–  Hm,  stresuję  się  troszeczkę  –  pisnęła  ze  szczęścia 

Sylvia.  –  Jejku,  wreszcie  oficjalnie  będę  żoną  Martina. 
Czy to nie paradoks? Od dawna żyjemy ze sobą jak mał-

background image

żeństwo,  a przez  ten  durny  papierek  zupełnie  siebie  nie 
poznaję.  Jestem  tak  zabiegana  i zestresowana,  że  nawet 
nie mam czasu na jedzenie! 

Rozgadała się o zaproszonych gościach i podróży po-

ślubnej do ukochanej Portugalii. 

Lena pierwszy raz widziała Sylvię w tak euforycznym 

nastroju, dlatego nie chciała teraz wyciągać listu. Nie mo-
gła  psuć  tak  radosnej  atmosfery.  Po  co  zasmucać  rozra-
dowaną przyjaciółkę. 

Plotkowały  dalej  o błahostkach,  aż  ktoś  zawołał  Sy-

lvię do kuchni, co było Lenie na rękę. 

W  obecności  Sylvii  jakoś  się  opanowała,  ale  kiedy 

sama jechała przez rynek, dopadło ją wielkie przygnębie-
nie. 

Co robić? 
Podświadomie skręciła w stronę cmentarza. Poszła na 

grób ojca. 

Mechanicznie  skubała  zwiędłe  liście,  podlała  kwiaty 

i usiadła na kamiennej ławce. 

–  Tatusiu,  ratuj!  Co  ja  mam  robić?  –  biadoliła 

z załzawionymi  oczami.  –  Proszę,  pomóż  mi!  Nie  mam 
tylu pieniędzy. 

Z kasztanowca rozległo się głośne gruchanie gołębia. 

Lena nie zwróciła uwagi na te odgłosy. Patrzyła na nagro-
bek ojca i modliła się do niego. 

background image

Usłyszała  czyjeś  kroki.  Wstrzymała  oddech.  Jakaś 

kobiecina ze wsi stanęła tuż przy niej. 

– Grób pani ojca wygląda pięknie, Leno – zagadnęła. 

– Taki zadbany i tyle kwiatów na nim... 

Lena wstała. 
– Dziękuję. Ja muszę... Miłego dnia... 
Uciekła  stamtąd,  bo  nie  chciała  mówić  o kwiatkach 

na grobie, kiedy miała inne zmartwienia. 

Biegła szybko przed siebie, aż żwir chrzęścił pod jej 

stopami. 

Wzięła  rower,  który  postawiła  pod  murem  cmentar-

nym,  i wskoczyła  na  niego  w pośpiechu.  Zaciekle  kręciła 
pedałami, jakby ktoś ją gonił. 

Co powinna zrobić? 
Nie  miała  pojęcia,  jak  wybrnąć  z tej  podbramkowej 

sytuacji.  Uznała,  że  powinna  porozmawiać  o tym  zajściu 
z Nicolą,  Aleksem  i Danielem.  Ale  może  dopiero  po  ślu-
bie Sylvii? Do tego czasu zignoruje list. 

Z wypiekami na twarzy podjechała pod dom. Hektor 

i Lady  obszczekały  ją  radośnie,  ale  Lena  nie  zawracała 
uwagi na psy. 

Kiedy zatrzasnęła za sobą drzwi, nagle zadzwonił te-

lefon. 

Thomas? 
Zerknęła na zegarek. U niego nastał poranek, czyli to 

background image

nie była ta pora, o której zwykle do niej dzwonił. 

Podniosła słuchawkę. 
A jednak Thomas. 

 Zaledwie po kilku słowach zapytał: 
– Co się dzieje, Leni? 
Zaśmiała się sztucznie. 
– A co miałoby się dziać? Nic. 
Nie dał się tak łatwo zbyć. 
– Lena, kochanie, intuicja mi podpowiada, że coś cię 

gnębi. 

Przełknęła ślinę. 
Gorączkowo  zastanawiała  się,  co  mu  powiedzieć 

i czy  wyjawić  prawdę.  Zawsze  rozmawiali  wyłącznie 
o ich miłości. Pomijali codzienną prozę. 

– Lena, proszę cię, bądź ze mną szczera. Mów, co się 

dzieje! 

On  nie  odpuści.  Dlaczego  miałaby  mu  nie  powie-

dzieć? W końcu życie to nie tylko sielanka. 

– Ach, nie jestem dziś w humorze, ponieważ rano do-

stałam z gminy list z informacją o kosztach za uzbrojenie 
działek. 

– No i? Przecież to standardowa procedura, kiedy ja-

kiś  obszar  zostaje przekształcony w teren  pod  zabudowę. 
Nikt nie uzbroi ci działek za darmo. 

background image

– Wiem! – krzyknęła ostrzej, niż chciała.  – Ale jeśli 

nie  jest  się  przygotowanym  na  takie  opłaty  i nie  ma  się 
pieniędzy, można stracić głowę. 

– Ile zażyczyła sobie gmina? 
– Jesteś pewien, że chcesz wiedzieć? Przytrzymaj się 

czegoś, bo padniesz. Prawie siedemdziesiąt siedem tysię-
cy  euro.  Czyli  dokładnie  tyle,  ile  trzymam  zwykle 
w szufladzie – oznajmiła ironicznie. 

– Przepraszam, Tom, przecież to nie twoja wina. Wy-

kończą mnie. Nie gadajmy o tym. Jak się miewasz? Szko-
da,  że  nie  możesz  przylecieć  na  ślub  Sylvii.  Przeżyliby-
śmy  szczęśliwe  chwile...  –  westchnęła.  –  W piątek 
i sobotę zabaluję bez  ciebie, ale będą  o tobie  intensywnie 
myślała. Ach, Tom, bardzo za tobą tęsknię. 

–  Mnie  też  ciebie  brakuje,  Lenko.  Śnię  o dniu, 

w którym będę mógł cię przytulić, moja kochana. 

Głos Thomasa trochę uspokoił Lenę. 
Wprawdzie ten telefon nie rozwiązał jej próbie^ mu, 

ale czułe słowa Thomasa pokrzepiły. 
 

 

background image

19 

 

Lena przyrzekła sobie, że do wesela Sylvii nie będzie 

się  torturowała  myślami  o problemach  finansowych.  Ale 
to było silniejsze od niej. 

Kiedy siedziała sama, przeliczała rachunki jak opęta-

na. Mogła wypisywać, co chciała, ale i tak nie wykombi-
nuje niezbędnej kwoty. Cudów nie ma. Pieniądze nie spa-
dają z nieba. 

Nie godziła się na sprzedaż działek, choć być może to 

było  jedyne  wyjście.  Wściekała  się.  Od  pięciu  pokoleń 
Fahrenbachowie  nie  uszczknęli  z tych  ziem  ani  grudki 
gliny.  I ona  miała  zerwać  z tradycją?  Wyskoczyć  przed 
szereg? Włos jeżył się jej na głowie. 

Friedera  nie  poprosi  o wsparcie.  Wykluczone!  Na-

tychmiast  domagałby  się  w ramach  rewanżu  działki  przy 
jeziorze,  żeby  wybudować  na  jej  terenie  świątynię  SPA. 
Uroił  sobie  jakieś  masaże,  sauny.  Ach,  Jörg  z kolei  miał 
gigantyczne straty... 

Grit.  Może  mogłaby  zapytać  swoją  siostrę 

o pożyczkę. 

Ach,  nie!  Musi  być  jakieś  inne  rozwiązanie!  Tylko 

jakie? 

Pozbierała  energicznie  dokumenty  i wepchnęła  je  do 

szuflady. 

background image

Nicoli,  Aleksowi  i Danielowi  nie  pisnęła  ani  słów-

kiem o swoich problemach. Ale oni nie byli ślepi. Zauwa-
żyli, że coś ją dręczy. 

Lena  nie  zamierzała  ich  niepokoić.  Poza  tym  nie 

chciała,  żeby  znowu  spontanicznie  zaoferowali  jej  swoje 
oszczędności. 

Wytłumaczyła,  że  smutno  jej,  ponieważ  Thomas  nie 

przyleci na ślub Sylvii. Nie będzie go z nią na ważnej uro-
czystości.  Wszyscy  będą  tańczyć  ze  swoimi  partnerami, 
a ona będzie siedziała sama jak kołek. 

Sprytnie  sobie  to  wykombinowała. W rzeczywistości 

pogodziła się z tym, że idzie na wesele bez Thomasa. Tyle 
że łatwiej by jej było stawić czoło zmartwieniom, gdyby 
Thomas  był  przy  niej.  I wcale  nie  dlatego,  że  mogłaby 
z nim o nich pogadać, lecz dlatego, że jego obecność ode-
rwałaby ją od smutków. 

Thomas... Thomas... Thomas... 
Jaka przyszłość ich czeka? 
On  w Ameryce,  ona  na  Słonecznym  Wzgórzu.  Tak 

się nie da długo żyć. Powinni się nad tym poważnie zasta-
nowić. 

Wiedzieli  jedynie,  że  się  kochają  i należą  do  siebie. 

Tak, ale jak i gdzie? 

Lena szykując się na ślub cywilny Sylvii, rozmyślała 

o Thomasie.  Dla  niego  chciała  się  zrobić  na  bóstwo.  Dla 
niego kupiła tę garsonkę, a on jej w niej nie zobaczy. 

background image

Czy by mu się spodobała? 
Przejrzała  się  w lusterku.  Nigdy  przedtem  nie  miała 

garsonki ze spódniczką do kolan, no i nie w takim odcie-
niu.  Cóż,  kobieta  zmienną  jest.  Jako  świadkowa  musiała 
ładnie wyglądać. Rozprostowała włosy i założyła leciutkie 
sandały.  Z biżuterii  standardowo  wybrała  zegarek 
i srebrną bransoletkę od Tiffany’ego. 

Pomalowała usta pomadką, poperfumowała się i była 

gotowa. 

Wyrobiła  się  przed  czasem.  Zamierzała  pojechać 

wcześniej  do  Steinfeld,  żeby  oddać  dokumenty  doradcy 
podatkowemu. 

Ponadto Nicola i Aleks chcieli się rozejrzeć za dodat-

kami do ich mieszkania. 

Kiedy  wyszła  z domu,  Daniel  siedział  na  ławce, 

a Nicola z Aleksem szli przez podwórko. Nicola miała na 
sobie szykowną ciemnoniebieską jedwabną sukienkę. 

Wszyscy  troje  byli  dumni,  że  Sylvia  ich  zaprosiła. 

W zasadzie  ten  dzień  był  zarezerwowany  dla  rodziny 
i świadków weselnych. Sylvia widocznie zaliczała tę trój-
kę do rodziny. 

–  Rany,  wyglądasz  odlotowo!  –  krzyknął  Daniel  na 

widok  Leny.  –  Wypisz,  wymaluj  elegancka  dama 
z miasta. 

– Dzięki, Daniel – zachichotała Lena. – Widzisz, mój 

drogi,  dziewczyna  ze  wsi  też  umie  się  odszykować.  Bez 

background image

żartów.  Kiedy  miałabym  paradować  w takim  ubraniu? 
W biurze? Na spacerze z psami? W czasie oliwienia drzwi 
i bejcowania szafki? 

–  Masz  rację.  Zresztą  gdybyś  ubierała  się  tak  na  co 

dzień, na pewno by nam się opatrzyło... 

Przerwał. 
–  Oho,  patrzcie,  taksówka  –  powiedział,  pokazując 

palcem na nadjeżdżający samochód.  – Ktoś chyba zabłą-
dził. Spodziewasz się kogoś? 

Lena potrząsnęła głową. 
Nicola 

i Aleks 

dołączyli 

do 

nich. 

Razem 

z zaciekawieniem  obserwowali  taksówkę.  Kto  to  przyje-
chał do ich posiadłości? Przecież to była prywatna droga 
do posesji. Obcy raczej w nią nie skręcali. 

Taksówka zatrzymała się na podwórku. Po kilku mi-

nutach  wysiadł  z niej  kierowca.  Otworzył  bagażnik 
i wyjął torbę podróżną oraz futerał z ubraniami. Wreszcie 
wysiadł z niej pasażer. Lena omal nie zemdlała. 

Cała zesztywniała, jakby zobaczyła ducha. 
Mężczyzną,  który  nonszalancko  przejął  bagaż,  był 

Thomas. 

Nie wierzyła własnym oczom. 
Także Nicola, Aleks  i Daniel stali jak sparaliżowani. 

Żadne  z nich  nie  ruszyło  się  z miejsca.  Niespodziewany 
gość całkowicie ich zaskoczył. 

background image

Thomas  wlókł  torby  po  ziemi  i zaśmiewał  się  zu-

chwale. Rozłożył swoje szerokie ramiona. 

Lena  raptownie  się  ocknęła.  Podbiegła  do  niego. 

Rzuciła  mu  się  na  szyję.  Mocno  w niego  się  wtuliła. 
Wsłuchiwała  się  w bicie  jego  serca.  Ogarnęło  ją  błogie 
poczucie bezpieczeństwa. 

Pochylił się nad nią i pocałował ją czule. 
Świata poza sobą nie widzieli. Byli tylko oni i ich mi-

łość. 

Jejku,  Thomas  przyleciał  z Ameryki!  Był  przy  niej! 

Nie mogła w to uwierzyć. 

– Tom... Nie rozumiem... Ty... Ja... 
Jąkała się. Nie była w stanie sklecić ani jednego zda-

nia.  Niesamowite.  Thomas  trzymał  ją  w swoich  ramio-
nach. 

–  Kotku,  jestem  tu,  bo  wiedziałem,  że  to  dla  ciebie 

ważne, żebyśmy poszli na ślub Sylvii razem. 

Domyślił się, chociaż mu nigdy o tym nie napomknę-

ła? 

Otarła łzy. 
–  A co  tam.  Niech  zabrzmi  dziecinnie.  Thomas,  nie 

tyle ważne, co wspaniałe. 

Uśmiechnęła  się  do  niego.  Zanim  zdążył  ją  pocało-

wać, przydreptała do nich Nicola. 

– Nie chcę wam przeszkadzać w amorach, ale powin-

background image

niśmy  się  zbierać  do  Steinfeld,  bo  w przeciwnym  razie 
ślub  odbędzie  się  bez  nas.  Lena,  mam  ci  przypomnieć, 
w jakiej roli występujesz? 

Thomas  przywitał  się  z Nicolą,  a później  z Aleksem 

i Danielem. 

–  Dajcie  mi  kwadransik.  Odświeżę  się  i przebiorę. 

Czy nie mamy tyle czasu? 

Lena spojrzała na zegarek. 
–  Leć.  Mamy  jeszcze  chwilkę.  Nicola,  oddalibyście 

za  mnie  te  dokumenty  do  doradcy  podatkowego?  Pojadę 
z Tomem  moim  samochodem.  Spotkamy  się  w urzędzie 
stanu cywilnego. 

–  Nie  ma  sprawy  –  odparła  Nicola.  –  Nie  nawalcie! 

Dzisiaj jest dzień Sylvii. 

Lena promieniała ze szczęścia. 
– Wezmę prysznic na dole – rzekł Thomas. 
Lena pokiwała głową. 
Nadal  nie  mogła  nic  powiedzieć.  Ziścił  się  jej  naj-

większy sen. 

Thomas tu był! Thomas tu był! 
Thomas  wyszedł  spod  prysznica  z ręcznikiem  luźno 

przepasanym przez biodra. 

–  Starczy  nam  czasu  na  jeszcze  jednego  całuska?  – 

zapytał. 

background image

– Zawsze – mruknęła uwodzicielsko, rzucając  się na 

niego. 

 

 

 

background image

20 

 

Dopiero  wtedy,  gdy  wsiedli  do  samochodu,  Lena 

uwierzyła, że Thomas rzeczywiście przyleciał z Ameryki, 
że będzie przy niej na ślubie cywilnym i kościelnym. Ma-
ło tego, będą razem tańczyć i śpiewać. To cudowne! 

– Oj, Tom, mojego szczęścia nie da się zmierzyć żad-

ną  miarką.  Super,  że  tu  jesteś.  Nie  spodziewałam  się.  – 
Popatrzyła na niego. – Załatwiłeś wcześniej swoje intere-
sy? 

– Nie. W tej kwestii nic się nie zmieniło. W niedzielę 

lecę z powrotem. W poniedziałek mam ważne spotkanie. 

– Naprawdę przyleciałeś specjalnie na ślub? 
–  Nie  –  zaprzeczył.  –  Przyleciałem  dla  ciebie,  Leni. 

Wyczułem w twoim głosie, że potrzebujesz mojej blisko-
ści, no i jestem. 

Popatrzył na nią poważnie. 
– Dla ciebie zrobiłbym wszystko, Leni. Cieszę się, że 

jestem teraz z tobą. Nawet nie wiesz, jak mi ciebie braku-
je, moja perełeczko, moja ty kochana istotko... Mówiłem 
ci, jak bardzo cię kocham? I jak zjawiskowo wyglądasz? 

–  Tak,  mój  najukochańszy.  Ale  powtarzaj  mi  to  na 

okrągło. 

Dojechali do Steinfeld. Thomas zaparkował przed ra-

tuszem. 

background image

Pomógł  jej  wysiąść  z samochodu.  Trzymając  się  za 

ręce,  szli do  wejścia. Wtedy czar  nagle prysł. W bocznej 
nawie  ratusza  mieściło  się  bowiem  biuro  urzędu  gminy 
i przypomniała  sobie  o decyzji  ustalającej  podstawę  opo-
datkowania.  Znowu  rozmyślała  o pieniądzach,  które  mu-
siała wpłacić, a których nie miała. 

– Lenko, co się dzieje? Cała drżysz. 
Próbowała się opanować. Na próżno. 
– Ach, pomyślałam o czymś smutnym. 
Zanim  Thomas  zadał  kolejne  pytanie,  dobiegła  do 

nich Sylvia. 

– Uf, Thomas, jak tylko dowiedziałam się od Nicoli, 

że przyleciałeś, obleciał mnie strach, że z tej radości prze-
gapicie  mój  ślub  –  dyszała.  –  Fajnie,  że  się  spiąłeś 
i zaszczyciłeś nas swoją obecnością. – Puściła Lenie ocz-
ko.  –  No,  kochana,  gdybym  nie  wychodziła  dzisiaj  za 
mąż, nie byłoby go tutaj. 

Lena objęła serdecznie przyjaciółkę. 
– Hm, trudno rozpoznać, która z nas jest szczęśliwsza 

– szepnęła jej na ucho. – Ty czy ja? 

– Ja – odparła stanowczo Sylvia. – W końcu to ja je-

stem panną młodą. 

– Zgoda. A gdzie jest pan młody? 
Sylvia zachichotała. 
–  Znowu  w toalecie.  Nerwy  go  zżerają  i podrażniły 

background image

jego pęcherz moczowy. Mój Martin jest typowym nerwu-
skiem. 

Martin  dołączył  do  nich.  W garniturze  najwyraźniej 

czuł się nieswojo. Do pracy nie musiał ubierać się formal-
nie,  a w czasie  wolnym  tym  bardziej  tego  nie  robił.  Ale 
pasował  do  niego  ten  strój.  Według  Leny  tworzyli 
z Sylvią piękną parę. 

Śluby  oraz  wesela  wywoływały  u ludzi  specyficzny 

rodzaj pozytywnego napięcia. Czyniły ludzi sentymental-
nymi. Wyłuskiwały z nich czułość. 

Lena i Thomas trzymali się nieustannie za ręce. Nico-

la  i Aleks  wzruszyli  się  ich  widokiem.  Cieszyli  się,  że 
Thomas przyleciał bez zapowiedzi. Zrobił im, ale przede 
wszystkim Lenie, ogromną i cudowną niespodziankę. 

Goście  tłumnie  gromadzili  się  w sali.  Dojechali  Da-

niel  i rodzice  państwa  młodych.  A na  końcu  dotarł  na 
reszcie świadek Martina, jego kolega ze studiów. 

Sala, w której udzielano ślubów, była wyremontowa-

na. Wycyklinowany stary parkiet, ściany pomalowane na 
zielono, parę obrazów. 

Sylvia ze stresu nabrała rumieńców, co zdziwiło  Le-

nę, ponieważ zazwyczaj niczym się zbytnio nie przejmo-
wała. Nie sądziła, że jej przyjaciółka jest zdolna do takich 
emocji. No, ale to był szczególny dzień. 

Lena  zastanawiała  się,  jak  ona  by  się  zachowywała, 

gdyby siedziała teraz z Thomasem naprzeciwko urzędnika 

background image

stanu cywilnego. 

Zagalopowała się w swoich rozmyślaniach... 
Cały czas uważnie przyglądała się Thomasowi. Led-

wo się powstrzymywała, żeby się w niego nie wpatrywać. 
Hm,  Thomas  był  tutaj!  Nadal  nie  dowierzała.  Ten  przy-
stojny  mężczyzna  kochał  ją  tak  bardzo,  że  przyleciał  dla 
niej z Ameryki na dwie noce. 

Thomas  uśmiechał  się  do  niej.  Najchętniej  wstałaby 

z krzesła  i padłaby  mu  w ramiona.  Nie  powinna  się  teraz 
rozpraszać.  Dlatego  unikała  kontaktu  wzrokowego  z nim 
i koncentrowała  się  na  słowach  wypowiadanych  przez 
urzędnika stanu cywilnego. Był nim starszy, trochę zma-
nierowany pan, który znał się na swoim fachu i prowadził 
uroczystość  z zaangażowaniem,  ekscytacją  i należytym 
szacunkiem dla państwa młodych. 

Gdy Sylvia i Martin wymieniali się obrączkami, pro-

mienie  słoneczne  odbiły  się  w ich  złocie  i oświeciły  ich 
blaskiem. 

Lena  odczytała  to  jako  dobry  znak  i życzyła  Sylvii 

oraz Martinowi długiego, szczęśliwego wspólnego życia. 

Przy składaniu życzeń Thomas ustawił się przy Lenie. 

Objął ją, a ona marzyła, aby nigdy jej już nie puścił. 

Wszyscy  przeszli  do  piwnicy  ratusza,  gdzie  przygo-

towano dla nich poczęstunek. 

– Zajmij mi miejsce koło ciebie – szepnął Thomas. – 

Zaraz przyjdę. 

background image

– Gdzie... 
Wyszedł w pośpiechu. Nie zdążyła zadać mu tego py-

tania. 

– Gdzie poszedł Thomas? – spytała Nicola. 
Lena wzruszyła ramionami. 
– Nie wiem. Zaraz przyjdzie. Może zapomniał czegoś 

z samochodu? 

Nieważne. Przyjdzie i tyle. Najchętniej wtulałaby się 

w niego przez całą sobotę i niedzielę do popołudnia. 

Chwyciła Nicolę pod rękę. 
– Ach, Nicola, jestem taka szczęśliwa. Nie mieści mi 

się w głowie, że Thomas naprawdę tu jest. 

Sylvia  zajęła  stolik  w małej  niszy.  Przenikające  do 

środka słońce tworzyło ciepły zakątek. 

Zanim  goście  usiedli  przy  suto  zastawionych  stoli-

kach, zaserwowano im szampana, którego wszyscy pili na 
stojąco, wznosząc toast za młodą parę. 

–  Gdzie  jest  Thomas?  –  dopytywała  Sylvia.  –  Znów 

się ulotnił? 

Lena zaśmiała się. 
–  Mam  nadzieję,  że nie. Zaraz  przyjdzie. Może...  po 

długim locie boli go głowa i poszedł po jakieś tabletki. 

–  Możliwe.  Pewnie  za  chwilę  będzie  z powrotem. 

Ach, Leno, jestem bardzo szczęśliwa. Cieszę się, że Tho-

background image

masowi udało się dolecieć na mój ślub. Szanuję go za to. 

Sylvia wciąż była zestresowana. W kapliczce pewnie 

będzie jeszcze gorzej. 

– Chodź, napijemy się za twoje szczęście. Wzniesie-

my toast. Oby trwało wiecznie! 

– Nic nie trwa wiecznie – odpowiedziała Sylvia. 
–  Chociaż  nie  mam  żadnych  wątpliwości,  że  przede 

mną i Martinem świetlana przyszłość, pełna miłości. Ach, 
Leno, ale to wariactwo. Zawsze kochałam Martina, ale te-
raz, kiedy już oficjalnie jestem jego żoną, moje uczucie do 
niego stało się jeszcze silniejsze. 

Stuknęły się kieliszkami. Ni z tego, ni z owego obok 

nich zjawił się Thomas. 

–  Stop!  Mogę  się  przyłączyć?  –  Wziął  od  przecho-

dzącego  obok  nich  kelnera  szampana,  objął  Lenę 
i uśmiechnął  się  do  Sylvii.  –  Z całego  serca  wszystkiego 
najlepszego dla ciebie i Martina. 

Wznieśli toast. 
Podszedł do nich Martin. Przytulił Sylvię i pocałował 

ją w czoło. 

– Brakuje mi pani, pani Gruber. Wstyd tak zaniedby-

wać świeżo poślubionego małżonka. 

– Serduszko moje najdroższe, nigdy bym cię nie za-

niedbywała.  Chodź,  napij  się  z naszymi  przyjaciółmi. 
Thomas  zasłużył  na  pochwałę.  Specjalnie  na  naszą  uro-

background image

czystość przyleciał aż z Ameryki. 

Lena  zachichotała.  Ona  lepiej  wiedziała,  z czyjego 

powodu Thomas przyleciał. 

Poproszono  ich  do  stołu.  Pora  zjeść  obiad.  Potrawy 

podawane  w piwnicy  ratuszowej  słynęły  ze  swojej  wy-
tworności. Były pierwsza klasa. 

Najpierw  była  zupa  ziemniaczana,  potem  steki  ja-

gnięce  w przyprawie  ziołowej  i z sosem  prowansalskim, 
delikatna fasolka i zapiekanka ziemniaczana. Na deser za-
serwowano  sorbet  z czarnych  porzeczek  z sezonowymi 
owocami.  Dodatkowo  można  było  zamówić  kawę  oraz 
domowej roboty pieczywo i praliny. 

– Pani fachowiec, jaka jest pani opinia na temat dzi-

siejszej karty dań? – spytała Lena, głaszcząc się po brzu-
chu. 

Bała się, że z przejedzenia pęknie jej garsonka. 
Nicola zdawała się być zadowolona. 
–  Wyśmienite  dania  –  przyznała.  –  Wprost  idealne. 

Lepszych bym nie przyrządziła. 

Wreszcie  mogła  skosztować  potraw  upichconych 

przez kogoś innego. 

Na Słonecznym Wzgórzu ona rządziła w kuchni, przy 

czym słowo „rządziła” nie do końca jest adekwatne. Otóż 
nikt nie odmówił jej mistrzostwa w dziedzinie kulinariów, 
ale nie mogła całkowicie rozwinąć swoich skrzydeł. Upo-

background image

dobania  Aleksa  i Daniela  ograniczały  ją  w kuchni.  Na 
przykład  panowie  nie  tknęliby  steków  jagnięcych  ani 
w przyprawie  ziołowej,  ani  z sosem  prowansalskim.  Za-
piekanką  ziemniaczaną  także  nie  dałoby  się  ich  uszczę-
śliwić. 

Thomas pochylił się nad Leną i pocałował ją w usta. 
– Kotuś, wprawdzie bawię  się  super,  ale  ile  musimy 

tu jeszcze wytrzymać? – szepnął jej na ucho. 

Rzuciła mu pytające spojrzenie. 
–  Siedzę  obok  najgorętszej kobiety  świata, którą  po-

żądam  całym  sobą.  Spłonę  żarem  miłości,  jeśli  stąd  nie 
uciekniemy. Mamy sporo do narobienia, kochanie, a czasu 
coraz mniej. 

– Musisz być cierpliwy – powiedziała mu na ucho. – 

Pewnie  niedługo  się  skończy.  Też  już  chciałabym  pobyć 
z tobą sam na sam. 

Faktycznie, dalsza część uroczystości nie trwała dłu-

go. Goście rozchodzili się do domów. 

Świadek  Martina  musiał  wrócić  do  gabinetu  wetery-

naryjnego. Daniel także chciał dokończyć rozpoczętą pra-
cę.  Nicola  i Aleks  pojechali  z rodzicami  i teściami  Sylvii 
do  gospody  „Pod  Lipą”.  Byli  zgraną  paczką,  a niestety 
rzadko mieli okazję spotkać się w szerszym gronie, dlate-
go  skorzystali  z okazji  w tym  uroczystym  dniu.  Sylvia 
i Martin  spędzili  resztę  dnia  sami.  Zatem  Lena  i Thomas 
bez  skrupułów  mogli  wrócić  do  domu,  żeby  delektować 

background image

się bliskością i rozmową... 
 

 

background image

21 

 

Lena 

przebudziła  się  w nocy  i z rozkosznym 

uśmieszkiem wpatrywała w pogrążonego we śnie Thoma-
sa. Leżała wtulona w ramiona swojego ukochanego. Spał 
głęboko. Co się dziwić, skoro miał za sobą długą, wyczer-
pującą podróż i położył się dopiero w nocy. 

Podziwiała jego kondycję. Ona nie wytrzymałaby ta-

kiego wysiłku. 

Wsłuchiwała  się  w bicie  jego  serca.  Czuła  się  przy 

nim  bezpiecznie.  Dopiero  teraz  uświadomiła  sobie,  jak 
bardzo za nim tęskniła i jak bardzo go kochała... 

Delikatnie  przekręciła  się  na  bok,  zapaliła  lampkę 

nocną  i znów  zwróciła  się  ku  niemu.  Nie  mogła  się  na 
niego napatrzeć. 

Marzyła, żeby został z nią na zawsze i nie wyjeżdżał. 

Pobożne  życzenie.  Zdawała  sobie  bowiem  sprawę,  że 
mieli dla siebie jeszcze jedną noc i prawie dwa dni. Potem 
on  poleci  do  Ameryki.  Kiedy  znowu  ją  odwiedzi?  To 
wielka niewiadoma. 

Miała  do  niego  tysiące  pytań,  jednak  nie  chciała  ze-

psuć  czaru  ich  namiętnej  bliskości.  Po  co  burzyć  magię 
miłości rzeczami przyziemnymi? 

Jednocześnie  nurtowały  ją  niewyjaśnione  zdarzenia 

z przeszłości. Kiedy wyjedzie, będzie się na siebie złościć, 

background image

że go jednak nie zapytała. 

Dlaczego 

z trudem 

przychodzi 

jej 

dzielić 

z Thomasem codzienność? Czy wynikało to z tego, że od-
kąd na nowo się ze sobą związali, mieli zbyt mało czasu 
dla  siebie?  Cóż  znaczy  te  parę  dni?  One  miną 
w okamgnieniu. 

Czy da się w tak krótkim czasie omówić trapiące nas 

problemy,  porozmawiać  o pracy,  rachunkach,  zatargach 
z rzemieślnikami, kłopotach rodzinnych...? 

Nie! 
Tyle że pomijanie tych tematów też niczemu nie słu-

ży. A może podświadomie po prostu bała się, że dowie się 
czegoś, czego lepiej nie usłyszeć? 

Jej  myśli  powoli  zmierzały  w niebezpiecznym  kie-

runku.  Uderzyła  pięścią  w poduszkę.  Zezłościła  się  na 
siebie, bo niepotrzebnie mąciła sobie w głowie. Nie takiej 
atmosfery  chciała.  Próbowała  się  opanować.  Złapała  trzy 
głębsze  oddechy.  Jej  ukochany  leżał  obok  niej  i na  tym 
powinna się skoncentrować. 

Thomas otworzył nagle oczy. 
– Już musimy wstawać? – wymamrotał zaspany. 
– Nie, kochanie. Jest środek nocy. 
Westchnął z ulgą. 
– Och, to dobrze... Przytul się do mnie. Chodź, przy-

suń się. 

background image

Wyciągnął do niej ręce. 
Lena  zgasiła  światło  i wczołgała  się  do  niego  pod 

kołdrę. 

– Hm, cudownie – mruknął i zasnął. 
Przycisnął  ją  swoim  ramieniem.  Lenie  nie  było  za 

wygodnie w tej zakleszczonej pozycji. Ale nie ruszyła się 
z miejsca. Poluzowała jego uścisk i przekręciła się na bok. 
I ona zasnęła z uśmiechem. 
 

 

background image

22 

 

Pogoda  w dniu  ślubu  Sylvii  dopisała.  Na  niebie  nie 

było ani jednej chmurki. Było słonecznie, ciepło i wiał le-
ciutki, orzeźwiający wiaterek. 

Lena i Thomas wybrali się na poranny spacer. Masze-

rowali  dumnie  ścieżkami,  trzymając  się  za  ręce.  Niczym 
młodzi  zakochani  przystawali  na  krótkie,  pełne  zmysło-
wości uściski i pocałunki. Obok nich biegli Hektor i Lady, 
wymachując  ogonami  we  wszystkie  strony.  Oba  psy  ob-
skakiwały Thomasa. 

–  Mali  zdrajcy  –  zaśmiała  się  Lena.  –  Na  próżno 

przekupuję ich tysiącami psich przysmaków. Zjawiłeś się 
ty, i od razu poszłam w odstawkę. To niesprawiedliwe! 

– Cóż, kotku, oni po prostu rozpoznali pana domu. 
Lena wybuchła śmiechem. 
–  Kochany,  nie  zapędziłeś  się  czasem?  Pan  domu, 

który w nim prawie wcale nie bywa? 

Zacisnął mocniej dłoń. 
– Są sprawy, które niebawem się zmienią. Twoje psy 

potrafią przewidywać przyszłość. 

– Tom, nie rozumiem, co... 
Nie  dokończyła  zdania.  Nicola  wybiegła  do  nich  na 

drogę. 

background image

– Ach, tu jesteście. Jazda na śniadanie! Specjalnie dla 

was upiekłam świeże bułeczki. 

„Co  on  chciał  powiedzieć?”,  zastanawiała  się  Lena. 

Pan domu... Psy przewidują... 

Nicola  przerwała  im  w nieodpowiednim  momencie. 

Hm,  tylko  czy  Thomas  udzieliłby  jej  satysfakcjonującej 
odpowiedzi? 

Zamarła  w bezruchu,  kiedy  stanęła  przy  stole 

w kuchni.  Nicola  przyrządziła  naprawdę  wystawne  śnia-
danie. Czym chata bogata! 

– Nicola, zwariowałaś? Kto tyle zje? Zapomniałaś, że 

jesteśmy dziś zaproszeni na wesele? 

–  Nie.  A ty  zapomniałaś,  że  wesele  rozpocznie  się 

dopiero  w południe?  Potem  napijemy  się  kawy  i uraczę 
was  pysznym  ciastem.  Coś  pożywniejszego  będzie  wie-
czorem. 

–  Jejku,  Nicola,  wielkie  dzięki.  Jesteś  złotą  kobietą. 

Nie ma nic pożywniejszego od porządnego niemieckiego 
śniadania  z dodatkiem  słodkości.  Już  sam  twój  chleb 
i twoje  bułki  są  istnym  objawieniem,  że  nie  wspomnę 
o kiełbasie,  o której  w Ameryce  można  tylko  pomarzyć. 
Nie pamiętam, kiedy ostatni raz jadłem pasztetową. Tam, 
gdzie mieszkam, nie ma takiej – mówił Thomas. – Super, 
Nicola. Dziękuję ci bardzo. 

Nicola pękała z dumy. 
– Czego ci nalać, Thomas, kawy czy herbaty? 

background image

– Poproszę kawę – powiedział, po czym sięgnął bułkę 

i przekroił ją na pół. 

– Ja też poproszę kawę, Nicola – odezwała się Lena. 
–  Przecież  wiem  –  wymamrotała  żartobliwie  Nicola. 

–  Napiłaś  się  kiedykolwiek  przy  śniadaniu  czegoś  poza 
kawą? 

– Nie – zachichotała Lena. – Po prostu chciałam dać 

znać, że i ja tu jestem. 

–  Goście  mają  pierwszeństwo.  Chyba  nie  powinnaś 

uskarżać się na brak poświęcanej ci uwagi? Czy się mylę? 
 

 

background image

23 

 

Lena  obiecała  Sylvii,  że  przyjedzie  do  niej  przed 

wszystkimi  gośćmi,  żeby  pomóc  jej  przy  ubieraniu,  no 
i żeby ją odstresować, ukoić jej nerwy. Poza tym zamówi-
ła fryzjerkę, która miała uczesać również Lenę i Nicolę. 

Daniel zawiózł Thomasa i panie do gospody. Podczas 

gdy Thomas zajmował się spiętym Martinem, Lena uspo-
kajała Sylvię. Zastanawiała się, czy też będzie taka pode-
nerwowana w dniu swojego ślubu. Prawdopodobnie tak! 

Na szczęście jeszcze nie musiała zawracać sobie tym 

głowy. Thomas wielokrotnie podkreślał, że ją kocha, jed-
nak nie poszedł krok dalej. Na razie jej się nie oświadczył. 

Drżący głos Sylvii wytrącił ją z zamyślenia. 
–  Co  ja  zrobię,  jeśli  nie  wcisnę  się  w moją  suknię 

ślubną? 

– Dlaczego miałabyś się nie wcisnąć? 
–  Bo  z tych  nerwów  objadałam  się  jak  szalona. 

A wiesz  przecież,  że  jak  mam  stresującą  sytuację,  opy-
cham się, a jak jestem szczęśliwa, prawie nic nie jem. 

–  Bez  obaw.  Nie  przytyłaś  –  powiedziała  Lena.  – 

Przecież  jesteś  szczęśliwa.  Wyluzuj!  Dostałaś  plam  na 
twarzy. 

– O matko, jak ja będę wyglądała? – panikowała Sy-

lvia. 

background image

–  Jak  zwykle  wspaniale.  Nie  przesadzaj.  Makijażem 

zakamuflujemy twoje rumieńce. Proponuję, żeby najpierw 
do czesania poszła Nicola, potem ja, a na końcu ty, żeby-
śmy  miały  pewność,  że  ze  zdenerwowania  nie  zepsujesz 
fryzury. 

–  Spodobam  się  Martinowi?  :t  –  Zawsze  mu  się  po-

dobasz. 

–  Ale  w tej  sukni.  Może  powinnyśmy  były  wybrać 

inną? 

–  Ta  suknia  jest  śliczna.  Uszyta  idealnie  dla  ciebie. 

Martin padnie z wrażenia. 

Nicola się przebrała. 
Ładnie  się  prezentowała  w swoim  dwuczęściowym 

kostiumie  w kolorze  bakłażana.  Dobrała  do  niego  odpo-
wiednie buty i torebkę. Ponadto założyła naszyjnik z pereł 
i złotą  bransoletkę,  którą  dostała  kiedyś  w prezencie  uro-
dzinowym od taty Leny. 

Po  uczesaniu  była  nie  do  poznania.  Widać,  że  sama 

też  była  zachwycona.  v Lena  włożyła  swoją  szyfonową 
sukienkę. Fryzjerka zaproponowała, że zrobi jej kok. Kie-
dy  zobaczyła  rezultat,  była  wniebowzięta.  Nie  mogła  się 
doczekać reakcji Thomasa. 

Sylvia odetchnęła z ulgą. Nie sprawdziły się jej oba-

wy, że nie zmieści się w suknię ślubną. 

Suknia z dzikiego jedwabiu z marszczoną spódniczką, 

obcisłą  górą,  przyciętymi  rękawami  oraz  wiązaniem  gor-

background image

setowym z tyłu odmładzały ją o parę lat. Sylvia wyglądała 
zjawiskowo. 

Thomas  zaniósł  na górę bukiet  ślubny.  Martin  zgod-

nie  z tutejszym  obyczajem  mógł  zobaczyć  pannę  młodą 
dopiero w kapliczce. 

Thomas z otwartymi ustami patrzył na wszystkie trzy 

panie. 

– Wyglądacie oszałamiająco, moje drogie. 
Jego  wzrok  powędrował  ku  Lenie,  a ona  się  zaczer-

wieniła. 

–  Goście  ruszyli  już  do  kapliczki.  Wyjeżdżamy  za 

dziesięć minut. 

Ustalili,  że  Martin  pójdzie  z gośćmi,  a Thomas  doje-

dzie z panną młodą samochodem. Pod kapliczką odbierze 
ją ojciec i zaprowadzi do ołtarza. 

Do gospody, w której odbędzie się wesele, pójdą pie-

szo.  

–  Ja  idę  z pozostałymi  na  piechotkę  –  powiedziała 

Nicola.  –  Przyda  mi  się  trochę  ruchu.  Poza  tym  chcę  zo-
baczyć minę Aleksa i Daniela. Nie znają mnie od tej ele-
ganckiej strony. Aha, nie zapomnijcie o kwiatach. 

Sylvia przechadzała się po pokoju. Wszystkie trzy za-

chichotały,  kiedy  zaczęły  bić  dzwony  w kapliczce.  Znak, 
że pora ruszać. 

Poza  zaproszonymi  gośćmi  w kapliczce  zebrali  się 

background image

także inni mieszkańcy Fahrenbach i okolic. Nie mogli so-
bie odmówić uczestnictwa w ślubie dwójki młodych ludzi, 
którzy  od  dziecka  wychowywali  się  na  tych  terenach. 
Zresztą  śluby  i pogrzeby  stanowiły  swego  rodzaju  sensa-
cję dla mieszkańców wioski. Niektórzy z nich przyszli tu 
z nudów, inni z ciekawości. 

Kapliczkę 

przyozdobiono 

białymi 

różami 

i bluszczem. Dwa wielkie kosze kwiatów stały po prawej 
i lewej  stronie  ołtarza.  Do  wszystkich  ławeczek  przycze-
piono małe bukieciki różyczek. To był piękny wystrój. 

W powietrzu unosił się zapach róż. Lena lubiła tę ka-

pliczkę. Wybudowali ją jej przodkowie. 

Lena  i Thomas  usiedli  w pierwszym  rzędzie,  a zaraz 

za nimi Nicola, Aleks i Daniel. 

Martin  stał  rozdygotany  przy  ołtarzu.  Był  blady  jak 

ściana. Krople potu spływały mu po twarzy. 

Gdy ojciec Sylvii prowadził ją po czerwonym dywa-

nie,  Martin  zaczął  się  chwiać.  Lena  chciała  poprosić 
Thomasa,  żeby  podbiegł  i go  przytrzymał,  ale  ocknął  się 
i przyglądał się z radością kroczącej ku niemu Sylvii. 

Lena nie mogła się powstrzymać od łez. Thomas ob-

jął  ją  i dopiero  wtedy  się  rozluźniła.  Znów  poczuła  się 
bezpiecznie. 

Pogłaskała po głowie zalaną łzami Nicolę. Domyśliła 

się, że jej płacz nie był wynikiem tej emocjonalnej chwili. 
Przypomniała sobie o córce. Nieubłagany los zmusił ją do 

background image

oddania swojego dziecka do adopcji. I to od razu po poro-
dzie. Przez wiele lat utrzymywała ten fakt w tajemnicy, aż 
któregoś razu natknęły się na młodą kobietę, która do złu-
dzenia ją przypominała. Od tego momentu Nicola częściej 
popadała w melancholię i była zamknięta w sobie. 

Lena  chwyciła  jej  lewą  dłoń.  Przyrzekła  sobie,  że 

uczyni  wszystko,  żeby  odnaleźć  córkę  Nicoli.  Nieważne, 
że jej tacie się nie powiodło. Obecnie łatwiej jest natrafić 
na czyjś ślad. Internet daje pod tym względem nieograni-
czone możliwości. 

Proboszcz parafii Steinfeld również był wzruszony tą 

ceremonią. To właśnie on chrzcił Sylvię i Martina. 

Lena nie posiadała się z radości, że mogła mieć przy 

sobie Thomasa. Zapewne sama by tu nie wysiedziała tak 
długo. 

Kiedy  zabrzmiały  pierwsze  takty  „Ave  Maria”, 

w kapliczce  rozeszło  się  echo  delikatnego  westchnienia. 
Wtedy  Lena  postanowiła,  że  jeśli  wyjdzie  za  mąż,  to  ni-
gdzie indziej, tylko właśnie w tej kapliczce. 

Powędrowała  wzrokiem  w bok.  Thomas  uśmiechnął 

się do niej. W jego oczach widać było miłość. Zaparło jej 
dech w piersiach. 

Czuła  przyspieszone  bicie  serca,  bliskość  i ciepło 

Thomasa,  i chciałaby,  żeby  ta  chwila  trwała  wiecznie. 
Wyobraziła  sobie,  że  otaczał  ich  kokon  namiętności. 
W środku była ona i Thomas. Nikt więcej. Żadnych zmar-

background image

twień,  problemów  i obaw,  że  będą  musieli  się  pożegnać 
na jakiś czas... 

Ceremonia odbywała się jakby poza nią. Ona odpły-

nęła  do  krainy  marzeń.  Ocknęła  się  dopiero  wtedy,  gdy 
para młodych opuszczała kapliczkę. 

Nicola otarła łzy. Wzięła pod rękę Aleksa i dołączyła 

do świeżo poślubionych oraz ich rodziców. Daniel podą-
żył  za  nimi.  Na  zewnątrz  Sylvię  i Martina  obstąpił  tłum 
gości.  Każdy  chciał  złożyć  im  życzenia.  Ktoś  postawił 
przed  nimi  ogromny  kosz  wiklinowy,  a Sylvia  i Martin 
musieli go otworzyć. Dwanaście białych gołębi poszybo-
wało do nieba. Scena jak z hollywoodzkiego filmu. Jakby 
tego było mało, w górę poleciały jeszcze balonikowe ser-
duszka. 

Sylvia  była  podekscytowana.  A więc  miała  w sobie 

trochę spontaniczności. Nie była tylko formalistką, za jaką 
uchodziła. 

Lena i Thomas stanęli z boku. Przytulili się do siebie 

i wpatrywali w niebo. Spoglądali w zadumie na odlatujące 
gołębie, a potem na unoszące się wysoko balony. 

– Ach, kochanie, czy to nie cudowne, że bawimy się 

na tym ślubie razem? Z tobą moje szczęście jest podwój-
ne, co ja plotę, potrójne... – powiedziała Lena. 

Thomas pochylił się nad nią i zasypał ją gradem po-

całunków. 

Powoli  sznur  gości,  z Sylvią  i Martinem  na  czele, 

background image

przemieszczał się w stronę wsi. 

Lena i Thomas szli z tyłu. 
– Leni, ciebie kocham najmocniej na świecie – szep-

nął jej na ucho. 

Lena zerknęła ukradkiem na swój nadgarstek, na któ-

rym  widniała  litera  T.  On  na  swoim  miał  L.  Nosili  ten 
znak miłości od dzieciństwa. 

Mimo  dziesięcioletniego  rozstania,  bolesnej  przerwy 

w ich związku, ich miłość przetrwała. 

– Sylvia i Martin są piękną parą. Wcześniej jakoś te-

go nie zauważyłam. Może w dniu ślubu człowiek nabiera 
szczególnego  blasku,  emanuje  pozytywną  energią 
i szczęściem. 

– Aby być szczęśliwym, nie potrzeba żadnych rytua-

łów. Miłość, szczęście i podobne uczucia są w sercu albo 
ich  nie  ma.  Pierścionkiem  lub  papierkiem  szczęścia  nie 
kupisz. 

Lena zdziwiła się jego dość ostrą reakcją. Przecież nic 

złego nie zrobiła. Powiedziała jedynie, że Sylvia i Martin 
są piękną parą. 

Nie chciała roztrząsać tego tematu. 
– W podróż poślubną wyjeżdżają do Portugalii. Oboje 

lubią ten kraj. 

– W Portugalii jest super. 
Lena spojrzała na niego ze zdumieniem. 

background image

– Byłeś tam? Nie wiedziałam. 
Przyśpieszył kroku. 
–  Wielu  rzeczy  nie  wiesz  –  odpowiedział.  –  I niech 

tak pozostanie. Nikt nie musi wiedzieć o drugim człowie-
ku wszystkiego. Świat byłby wtedy nudny! 

– Ja tak nie uważam. 
– Bo ty oczekujesz spowiedzi z całego życia. 
Zatrzymała się. Wyrwała mu swoją dłoń. Czar prysł. 
–  Dlaczego  jesteś  dla  mnie  opryskliwy?  Czy  ja  cię 

napastuję? Narzucam ci się zbytnio? Żądam od ciebie wy-
znań? Nie! To chyba normalne, że chciałabym się dowie-
dzieć czegoś o człowieku, którego kocham. 

–  No  i co  ci  przyjdzie  z tego,  że  opowiem  historię 

mojego  życia  z ostatnich  dziesięciu  lat?  Zmieni  to  coś 
między  nami?  Staniesz  się  innym  człowiekiem  po  mojej 
spowiedzi? Nie! 

– Thomas, co jest grane? Przecież nic takiego nie po-

wiedziałam. 

– Ale czuję, że czegoś ode mnie oczekujesz. 
– Skąd ci to przyszło do głowy? 
– Przepraszam, Leni, wyskoczyłem z tą tyradą jak Fi-

lip  z konopi...  Zmieńmy  temat...  Marzę  o dniu,  kiedy  bę-
dziemy razem już na zawsze. Lenko, kocham cię. 

Pocałował  ją  w usta.  Zmiękła.  Tę  niewytłumaczalną 

sprzeczkę puściła w niepamięć. 

background image

 

 

 

background image

24 

 

Weszli  do  gospody  jako  ostatni.  Nicola  zajęła  im 

miejsca.  Pomachała  do  nich.  Przy  stole  siedzieli  Markus 
i dwoje ludzi z wioski. W sali było gwarno. 

Thomas i Markus wdali się w ożywioną dyskusję. Ni-

cola rozmawiała przez stół z ludźmi z wioski oraz Danie-
lem i Aleksem. 

Lena  cieszyła  się,  że  na  chwilę  może  się  wyciszyć. 

Musiała przemyśleć zaistniałą sytuację. 

Dlaczego  Thomas  agresywnie  zareagował  na  jej  sło-

wa?  A teraz  zaśmiewał  się  w najlepsze,  jak  gdyby  nigdy 
nic. 

Chodziło mu o słowo ślub? 
Bał się, że ona czekała, aż się jej oświadczy? Sponta-

nicznie, bez zbędnej wylewności? 

Wstała i ostentacyjnie odsunęła swoje krzesło. 
– Jeśli idziesz po ciasto, przynieś mi kawałek – zawo-

łał Thomas. – Wiesz, jakie lubię najbardziej. 

– Nie idę po żadne ciasto – odparła z zaciśniętymi zę-

bami i poszła. 

A dokąd właściwie? Na dwór? 
Być  może  wówczas  Thomas  wybiegnie  za  nią 

i zapyta, dlaczego opuściła salę. Nie, nie miała ochoty na 

background image

czcze gadki. 

Niespodziewanie podeszła do niej Sylvia i odciągnęła 

ją na stronę. 

– Lena, jeszcze raz wielkie dzięki! 
– Za co? 
–  Przede  wszystkim  za  sukienki,  które  mi  wyszuka-

łaś. Martin jest nimi zachwycony, szczególnie tą kościel-
ną. Widziałaś, jaki był wzruszony, kiedy mój tata prowa-
dził mnie do ołtarza? 

–  Tak,  zauważyłam.  Ale  że  tobie  rzuciły  się  w oczy 

takie szczegóły... Nie byłaś podenerwowana? 

– Jasne, że byłam, ale chciałam zobaczyć minę Mar-

tina. Ach, Lena, bardzo go kocham. Nie pojmuję, jak mo-
głam sądzić, że mnie i Martina nigdy nie połączy spokoj-
na,  sielankowa  miłość.  Pewnie  dlatego,  że  zawsze  przed 
oczami miałam was, ciebie i Thomasa, idealną parę. 

–  Miłość  nie  potrzebuje  i nie  wymaga  spektakular-

nych akcji. 

–  Jednak  obrzucenie  twojego  domu  różami 

z helikoptera było czymś ekscytującym. Ludzie do dzisiaj 
o tym  mówią.  Hm,  trochę  ci  zazdrościłam.  Ach,  a dzisiaj 
ja zostałam cudownie zaskoczona. 

I  nieważne,  że  gołębie  oraz  balony  nie  były  pomy-

słem Martina. Kocham mojego męża. Leno, spójrz na tych 
rozradowanych  ludzi.  Właśnie  tak  wyobrażałam  sobie 

background image

swoje  wesele.  Niedługo  z moim  Martinem  zatańczę  wal-
ca. Bardzo ciężko ćwiczyliśmy przed tym występem. Hm, 
ale najbardziej lubimy tańczyć tango. 

– Później je zatańczycie, nadprogramowo. 
– Nie martw się. Wcześniej odpowiednio pouczyłam 

naszych grajków. 

– Jakiego walca zatańczycie? 
–  Najpierw  wybrałam  „Róże  Południa”  Straussa,  ale 

tempo  i kombinacja  kroków  nie  bardzo  nam  pasowały, 
więc  zdecydowaliśmy  się  na  fragment  z „Wiener  Blut” 
z jego operetki. Mam tremę. 

–  Musisz  się  wyluzować.  Twój  perfekcjonizm  cię 

wykończy. Ludzie nie będą zwracali uwagi na kroki. Będą 
patrzeć na śliczną parę młodą pląsającą w rytm walca. 

– Obyś miała rację. 
– Jakieś problemy? – zapytał ktoś znienacka. : 
Niespostrzeżenie dołączył do nich Martin. 
– Twoja żona się martwi, że podczas walca wypadnie 

z rytmu – zaśmiała się Lena. 

– Dopóki nasze serca biją w tym samym rytmie, znio-

sę  każde  potknięcie  w tańcu.  Leno,  widziałaś  kiedykol-
wiek piękniejszą pannę młodą? 

Lena nie znała męża swojej przyjaciółki od tej strony. 

Martin  był  raczej powściągliwy  i rzadko  mówił o swoich 
uczuciach. 

background image

–  Twoja  żona jest  przepiękna  –  przyznała.  –  Zresztą 

oboje prezentujecie się bosko. Szczerze. Bardzo atrakcyj-
na  z was  para.  Macie  szczęście  wypisane  na  twarzach. 
Z całego serca życzę wam wszystkiego najlepszego. 

–  Mam  wrażenie,  że  jesteśmy  dopiero  na  początku 

naszego szczęśliwego życia. 

Lena pokiwała głową. 
–  Zgadzam  się  z tobą w zupełności. A teraz  wybacz-

cie, muszę... – Wskazała łazienkę. 

Sylvia zachichotała. 
– OK, nie zatrzymujemy cię dłużej. Spotkamy się na 

parkiecie. Mamy przed sobą całą noc. Nasz samolot odla-
tuje dopiero jutro rano. 

Lena  naprawdę  cieszyła  się  z Sylvią  i Martinem,  ale 

nagłe ogarnął ją smutek albo była lekko zazdrosna... 

Przejrzała się w lusterku. Pobladła. Nałożyłaby trochę 

pudru  i umalowałaby  usta,  ale  zostawiła  torebkę  na  krze-
śle. 

Czy była niewdzięczna? 
Thomas  przebył  dla  niej  tysiące  kilometrów,  zadał 

sobie  wiele  trudu,  żeby  tu  dotrzeć  i pobyć  z nią  chociaż 
parę dni. Ciągle dawał jej dowody miłości. 

Czego  więcej  chciała?  Rzeczywiście  spowiedzi 

z całego życia? 

Nie! Nie tego! Pragnęła pewności i zdawało się jej, że 

background image

ją  zyska,  jeśli  się  wszystkiego  o nim  dowie.  Już  raz  go 
straciła. Ponad dziesięć lat miała złamane serce. Bolało ją 
tak  bardzo,  że  nie  chciała  wracać  do  Fahrenbach.  Tu 
wszystko przypominało jej 0 nim. Drugi raz nie wytrzyma 
takiej gehenny. 

Pogrążona w myślach wyszła z toalety. Omal nie zde-

rzyła się z Thomasem. 

– Gdzie byłaś? Wszędzie cię szukałem. 
– Ucięłam sobie krótką pogawędkę z Sylvią 1 Marti-

nem. Stresują się, bo niedługo mają zatańczyć walca. 

– My też musimy go zatańczyć? – zapytał lekko spa-

nikowany. 

Lena roześmiała się. 
– Niekoniecznie. No, chyba że masz ochotę. 
– Nie, darujmy sobie tę część programu. Nie przepa-

dam za tłumem, nawet na weselu. Zobacz, jak się niektó-
rzy  pchają  do  ciasta.  Jakby  przymierali  głodem.  A ty 
chcesz ciasto? 

– Nie. 
–  Chodźmy  na  chwilę  na  dwór.  Chciałbym  pobyć 

z tobą sam na sam. 

Zaciągnął  ją  do  ogródka  piwnego.  Usiedli  na  ławce 

niedaleko bujnych krzewów róż. Siedzieli na niej kiedyś. 
Ona  grillowała  wówczas  z przyjaciółmi,  a on  przyjechał 
do Fahrenbach pierwszy raz po ich rozstaniu. 

background image

Delikatnie muskał ją palcami po twarzy. 
– Kochana, nie myśl za dużo. Nie teraz. Posłuchajmy 

głosu uczuć. Zatraćmy się w sobie. Niech uniesie nas żar 
uczuć. 

Przyciągnął ją do siebie i pocałował. Lena odpłynęła. 

Płonęła  z rozkoszy.  Pobudził  jej  zmysły.  Jak  on  to  robił, 
że przy nim o wszystkim zapominała o bożym świecie? 

Byli  tak  zajęci  sobą,  że  nawet  nie  zauważyli,  iż 

w ogródku poza nimi znajdował się ktoś jeszcze. 

Nagle z euforycznego uniesienia wyrwało ich wołanie 

Sylvii. 

–  Och,  szybko,  szybko.  Sfotografujemy  nasze  dwa 

gruchające gołąbki – śmiała się. 

Przed nimi stali Sylvia, Martin i fotograf. 
–  Zrobiliśmy  mnóstwo  zdjęć,  a wy  nawet  nie  spo-

strzegliście,  że  tu  jesteśmy.  Bomba  by  przy  was  wybu-
chła, a wy siedzielibyście niewzruszeni. Zanim reszta go-
ści wypełznie na zdjęcie grupowe, chcielibyśmy mieć jed-
ną  fotkę  tylko  z wami.  No  i wam  oddzielnie  też  parę 
pstrykniemy. 

Świetny  pomysł.  Niestety  nie  mieli  aktualnych 

wspólnych  zdjęć.  Taka  pamiątka  może  okazać  się  przy-
datna, tym bardziej że Thomas znów wylatuje do Amery-
ki. 

– Panie Boli, najpierw ja z Leną! – krzyknęła Sylvia, 

background image

ustawiając siebie i przyjaciółkę przed obiektywem. 

Potem  Lena  pozowała  z Thomasem.  Mieli  niezły 

ubaw podczas tej minisesji fotograficznej. 

–  I jeszcze  wspólne  zdjęcie  naszej  czwórki  –  prosiła 

Sylvia.  –  Najlepiej  przy  studni.  Chodźmy  tam.  My  usią-
dziemy na studni, a mężczyźni staną obok nas. 

– Popatrzycie na nas z oddaniem i wyjdzie perfekcyj-

ne zdjęcie – powiedział Thomas. 

Sylvia roześmiała się. 
– Chciałbyś, co? Macho za dychę. Nie sądzisz chyba, 

że... 

Przerwała  zdanie,  ponieważ  głośno  kracząca  wrona 

przeleciała jej nad głową. O mały włos w nią nie uderzyła. 
Zahaczyła pazurami o jej wsuwkę do włosów. Sylvia za-
częła wrzeszczeć wniebogłosy. Martin przepędził ptaka. 

Sylvia  trzęsła  się  z przerażenia.  Nie  mogła  się  uspo-

koić. 

– Co to było? 
Martin ją objął. 
– Dlaczego ten ptak mnie zaatakował? 
– Nie wiem. 
– Kto  ma wiedzieć, jak  nie ty?  Przecież jesteś  wete-

rynarzem. 

–  Chodź  do  mnie,  skarbie.  Nic  się  nie  stało.  Zapo-

background image

mnijmy o tym. Coś zdenerwowało tego ptaka. Może uznał 
twoją wsuwkę za potencjalną zdobycz? 

Lenę  zamurowało.  Zdębiała.  Przeszył  ją  zimny 

dreszcz.  Nie  wypowiedziała  tego  głośno,  ale  dla  niej  to 
był  znak,  że  nadchodzi  niebezpieczeństwo.  Nie  wierzyła 
w dziwne  zbiegi  okoliczności  i przypadki.  Zdarzenie 
zwiastowało nieszczęście. 

Wzdrygnęła się, kiedy Thomas chwycił jej dłoń. 
– Kotku, nie dopisuj do tej sytuacji wyimaginowanej 

filozofii. Nie sil się, proszę, na żadne wydumane interpre-
tacje. 

–  Mogę  zrobić  państwu  wreszcie  zdjęcie,  zanim  za-

wołamy pozostałych gości? – spytał fotograf. 

Przybrali wcześniej ustaloną pozę i starali się wykrze-

sać z siebie w miarę naturalny uśmiech. 

– Z moją fryzurą wszystko w porządku? – dopytywa-

ła z dziecięcą naiwnością Sylvia. 

Lena zaczesała jej jeden kosmyk do tyłu. 
– Teraz jest perfekcyjnie – powiedziała. 
Panowie stanęli obok nich. 
–  Uśmiech,  moi  drodzy  państwo!  Uśmiechamy  się 

szybciutko!  Proszę  pomyśleć  o czymś  bardzo  przyjem-
nym... 

Lena ucieszyła się, kiedy młoda para i fotograf odda-

lili się, żeby poprosić resztę gości do zdjęcia grupowego. 

background image

Thomas  usiadł  obok  niej  na  studni.  Przytulił  ją  do 

swojej  piersi.  Odetchnęła  z ulgą.  Uwielbiała  jego  dotyk. 
Zrobiło  się  jej  cieplej  na  sercu.  Jednak  nie  wyzbyła  się 
zupełnie  przeraźliwego,  proroczego  przeczucia.  Modliła 
się w duchu, żeby się nie spełniło. 
 

 

background image

25 

 

Są w życiu sytuacje, które człowiek przeżywa tak in-

tensywnie,  że  już  po  fakcie  zastanawia  się,  czy  to,  co 
przeżył, w ogóle się zdarzyło. 

Właśnie tak czuła się teraz Lena Fahrenbach. Chociaż 

była dopiero szósta rano i miała za sobą nieprzespaną noc, 
siedziała już przy biurku i sortowała korespondencję. Re-
klamy  od  razu  wędrowały  do  kosza,  wyciągi  z konta 
i inne rachunki układała na stercie. 

Znowu  jej  wzrok  padł  na  decyzję  gminy,  która  za 

uzbrojenie terenu żądała  od niej  prawie dwudziestu  sied-
miu tysięcy euro. 

To była fura pieniędzy. Lena nie miała pojęcia, skąd 

je wziąć. 

W ostatnich dniach prawie udało jej się o tym nie my-

śleć. 

Niespodziewanie  z Ameryki  przyjechał  Thomas. 

Wprawdzie  nie  spędzili  ze  sobą  dużo  czasu.  Byli  razem 
dokładnie od piątku rano do niedzielnego popołudnia. Te-
raz wydaje jej się, że to była chwilka. Ale za to jaka! Peł-
na miłości, czułości i ciepła. Zupełnie jak sen. 

A jakie było wesele Sylvii i Martina! 
Wspaniała  uroczystość.  Pełna  emocji,  ale  jednocze-

śnie młodzieńczo beztroska i radosna. 

background image

Poza jednym zdarzeniem. Czarny ptak zwiastuje nie-

szczęście. Sylvia bała się, że to zapowiedź czegoś złego. 

Lena  westchnęła  głęboko  i odłożyła  na  bok  decyzję 

gminy. 

Może ta zła wróżba wcale nie dotyczyła Sylvii, tylko 

jej?  Jeśli  nie  zgromadzi  pieniędzy  na  opłaty  dla  gminy, 
to... 

Lena nie chciała o tym myśleć. 
Zadzwoni do Markusa. Może kupi od niej drzewo do 

tartaku. 

Może  też  spróbować  zachęcić  swoich  klientów  pro-

mocją na alkohole Brodersena i Horlitza. Jest w tym jed-
nak  pewien  problem.  Duże  firmy  korzystają  z reguły 
z długiego  terminu  płatności.  Płacą  rachunki  dopiero  po 
sześćdziesięciu  lub  dziewięćdziesięciu  dniach.  Mimo  du-
żej  sprzedaży  miałaby  sporo  niespłaconych  należności. 
Apartamenty  w czworakach  były  prawie  gotowe.  Ale 
trzeba jeszcze znaleźć gości. 

Nie ma rady. Musi spróbować wziąć kredyt. Może jej 

nowy bank nie będzie robił problemów. 

Dokładnie o dziewiątej zadzwoni do pana Axendörfe-

ra i umówi się z nim na spotkanie. 

Naszykowała  dokumenty,  które  chce  mu  pokazać 

i z których 

wynikało,  jakie  inwestycje  poczyniła 

z własnych środków. Banki przychylnym okiem patrzą na 
takie  dokumenty.  Lena  była  tak  zajęta  pracą,  że  nie  spo-

background image

strzegła, jak szybko mija czas. 

–  Tu  się  schowałaś.  –  Głos  Daniela  wyrwał  ją 

z zamyślenia.  –  Myśleliśmy,  że  poszłaś  na  spacer.  Tylko 
dziwiliśmy się, że nie zabrałaś psów. 

–  Nie  mogłam  spać.  Zajęłam  się  papierami.  Znala-

złam jeszcze kilka mniejszych zamówień. Położyłam ci na 
biurku. 

–  Zaraz  się  tym  zajmę.  Muszę  zrobić  kolejne  zamó-

wienie u Horlitza.  Chyba  zamówię  dwa razy  tyle Mango. 
Teraz najlepiej się sprzedaje. 

Daniel  doskonale  znał  się  na  swoim  fachu.  Dzięki 

temu Lena miała mniej pracy. Jakie to szczęście, że swo-
jego zawodu uczył się w wytwórni alkoholu. 

Kiedy rozkręcą dystrybucję, skończą się jej problemy 

finansowe. Jest posiadaczką posiadłości, a prawie nie ma 
pieniędzy. To jakiś absurd! 

– Idę na śniadanie – postanowiła. 
Na dole zastała tylko Daniela. 
– Nicola i Aleks pojechali do miasta na zakupy. Sama 

wiesz, poniedziałek... Szkoda, że nie zjadłaś z nami. Cały 
czas  rozmawialiśmy  o weselu.  Było  wspaniale.  Sylvia 
i Martin wyglądali na szczęśliwych. To było pierwsze we-
sele, na którym byłem od czasu mojego niedoszłego. 

– Pewnie myślałeś o Laurze... Bolesne wspomnienie, 

prawda? 

background image

Daniel pokiwał głową. 
– Myślałem o Laurze, to oczywiste. Czy chcesz, czy 

nie chcesz i tak o tym myślisz. Ale wspomnienia nie bola-
ły jak wcześniej. Minęło tyle lat. Jak to mówią, czas leczy 
rany. Coś w tym jest – zamyślił się przez moment. – Moja 
Laura  byłaby  piękną  panną  młodą  –  westchnął.  –  To  nie 
powinno  się  wydarzyć...  Cóż,  nasz  los  jest  zapisany 
w gwiazdach. Trzeba brać życie, jakim jest. 

Uśmiechnął się do Leny i zmienił temat. 
–  Mam  nadzieję,  że  wkrótce  będziemy  tam  żyć  na 

drugim weselu – powiedział. 

Spojrzała na niego zaskoczona. 
– Na czyim? 
–  Jak  to?  Na  twoim  –  odpowiedział,  jakby  to  była 

najbardziej oczywista rzecz na świecie. 

– Skąd taki pomysł? 
– Leno, proszę. Przecież jesteście dla siebie stworze-

ni. Każdy to widzi. 

– Thomas jeszcze mi się nie oświadczył. 
Daniel roześmiał się. 
– Naprawdę musisz usłyszeć te trzy słowa: wyjdziesz 

za mnie? W waszym przypadku nie jest to chyba koniecz-
ne. Thomas przyjeżdża na weekend aż z Ameryki, daje ci 
tysiące dowodów miłości, wyczarowuje dla ciebie deszcz 
czerwonych róż. Dziewczyno, czego ty jeszcze chcesz? 

background image

No właśnie, czego? 
Po prostu  chce  pewności.  Będzie  ją  miała,  gdy  Tho-

mas oficjalnie poprosi ją o rękę. Nie, nie wątpi w jego mi-
łość, ale chce mieć pewność. 

– Chciałabym, żeby mi się oświadczył. 
–  Myślisz,  że  po  oświadczynach  bardziej  będzie  cię 

kochał? 

Daniel  mówił  zupełnie  jak  Thomas.  Tylko  tego  jej 

brakowało! Wstała. 

– Idę napić się kawy. Potem chyba pojadę do Helm-

bach. 

Zgarnęła dokumenty z biurka i dołożyła jeszcze decy-

zję gminy. 

– Na razie! Zobaczymy się później. 
– Jesteś na mnie zła? Przepraszam, nie chcę się wtrą-

cać w twoje sprawy. Nie powinno mnie to obchodzić. 

– Nie jestem zła – uspokoiła go. – Zresztą masz rację. 

Tylko  widzisz,  kobiety  są  sentymentalne  i chcą  oficjal-
nych oświadczyn. Mam pytanie dotyczące zupełnie innej 
kwestii.  Jak  sądzisz,  czy  w punkcie  informacji  turystycz-
nej w Helmbach mogę złożyć ofertę wynajmu apartamen-
tów na Słonecznym Wzgórzu? 

–  No  jasne!  Weź  wszystkie  dokumenty.  Zanim  oni 

wprowadzą  wszystkie  dane,  zdążymy  się  uporać 
z ostatnimi pracami. 

background image

Lena pokiwała głową. 
Potem  wyjęła  z szafy  segregator  z informacjami 

o apartamentach, opisami i zdjęciami. 

– A ja wrócę, może zajmiemy się naszą stroną inter-

netową? 

– Dobry pomysł – powiedział. – Już coś przygotowa-

łem. Gdy uporam się z pracą, przygotuję więcej informa-
cji na stronę. 

–  Jesteś  prawdziwym  skarbem  –  stwierdziła,  poma-

chała mu ręką i wyszła z biura. 

Najpierw  śniadanie,  potem  Markus,  bank,  punkt  in-

formacji  turystycznej...  W takiej  kolejności  będzie  zała-
twiać sprawy. 

Jeśli  dostanie  w banku  zgodę  na  kredyt,  to  pojedzie 

jeszcze  do  Steinfeld  i wyjaśni  sprawę  w gminie.  Może 
wstąpi też do tamtejszej punktu informacji turystycznej. 

Miała przed sobą pracowite przedpołudnie. Było jesz-

cze wcześnie, więc powinna zdążyć wszystko załatwić. 
 

 

background image

26 

 

W  banku  umówiła  się  na  jedenastą.  Jeśli  u Markusa 

nie zejdzie jej długo, to przed wizytą w banku pójdzie do 
punktu informacji turystycznej. 

Markus siedział w biurze. Widok Leny go zaskoczył. 
– Spodziewałem się wszystkiego, ale nie tak szybkie-

go spotkania z tobą. 

Wstał i pocałował ją na powitanie w lewy i prawy po-

liczek. 

– Napijesz się kawy albo herbaty? 
–  Nie,  dziękuję.  Przed  chwilą  piłam.  Jestem  właśnie 

po śniadaniu. 

–  Przyjechałaś  pogadać  o weselu?  To  była  dopiero 

zabawa! Widać było, że Sylvia i Martin są bardzo szczę-
śliwi. Muszę przyznać, że wcześniej jakoś nie rzuciło mi 
się w oczy, że są w sobie aż tak zakochani. 

–  Ja  też  nie  zauważyłam.  Nie  przyjechałam  rozma-

wiać o weselu. Masz rację, było wspaniałe. 

Niestety,  już  po  wszystkim,  a Thomas  już  wrócił  do 

Ameryki. 

Markus roześmiał się. 
– A ty czujesz się samotna i chcesz, żeby ktoś cię po-

cieszył.  Dlatego  pomyślałaś,  że  wpadniesz  do  starego 

background image

kumpla. 

Lena pokręciła głową. 
–  Nie.  Jadę  właśnie  do  Bad  Helmbach.  Muszę  tam 

coś załatwić. Pomyślałam, że po drodze mogłabym ciebie 
zapytać, czy nie potrzebujesz paru drzew z mojego lasu. 

–  Jasne,  że  potrzebuję,  ale  nie  w tej  chwili.  Spółka 

budowlana, która kupiła posiadłość Hubera, przyznała mi 
wyłączne  prawo  użytkowania  drzewostanu  Hubera,  więc 
mamy  co  robić.  Myślę,  że  przez  najbliższe  trzy,  cztery 
miesiące nie będę musiał kupować drzew. Chyba nie spie-
szy ci się ze sprzedażą, prawda? 

Lena  o mało  nie  wybuchła  histerycznym  śmiechem. 

Powiedzieć mu, jak bardzo jej się spieszy, jak bardzo po-
trzebuje pieniędzy? 

– Nie, ale miej to na uwadze – odpowiedziała. – Mam 

ci się przypomnieć? 

– Nie, sam się do ciebie odezwę. Przypominam ci, że 

mamy zalegle wyjście na kolację. Może się w końcu wy-
bierzemy? 

Tego jej jeszcze brakowało. 
– Chętnie – skłamała z uprzejmości. – Ale nie w tym 

tygodniu. Najpierw muszę spalić kalorie po weselu Sylvii. 

– Nie przesadzaj. Jesteś jak zwykle szczupła i smukła. 

Nie  pamiętam,  żebyś  kiedykolwiek  wyglądała  inaczej. 
Umówmy się od razu na przyszły tydzień. 

background image

– Umówimy się, ale telefonicznie. Kończymy akurat 

prace  w czworakach.  Jak  skończymy,  będę  miała  więcej 
czasu. Wtedy gdzieś razem wyjdziemy. Obiecuję. 

Spojrzał na nią promiennym wzrokiem. 
– Już się cieszę. 
– Ja też. Lecę. 
Pożegnała się z nim. Kiedy szła przez dziedziniec do 

samochodu, czuła na sobie jego wzrok. 

Markus doskonale wiedział, że Lena kocha Thomasa. 

Nigdy  nie  posunie  się  za  daleko.  Ale  gdyby  była  wolna, 
na pewno starałby się o jej względy. 

Nie zabawiła u Markusa zbyt długo, więc zdąży pójść 

do punktu informacji turystycznej. 

Jakaś  miła  urzędniczka  zrobiła  kopię  dokumentów, 

które  przyniosła  Lena.  Kobieta  była  niesamowicie  za-
chwycona  jej  ofertą.  Zapewniła  Lenę,  że  szybko  znajdą 
się goście, którzy wynajmą u niej apartamenty. 

– U nas wszystkie kwatery pękają w szwach. Musimy 

odsyłać gości z kwitkiem. Fahrenbach nie jest daleko, po-
za tym jest pięknie położone. Pani apartamenty robią nie-
samowite  wrażenie.  Sama  chętnie  przyjadę  i obejrzę 
wszystko z bliska. Wprawdzie znam Fahrenbach i jezioro, 
ale nie znam pani posiadłości. 

–  Posiadłość  leży  na  wzgórzu  i góruje  nad  Fahren-

bach.  Do  posiadłości prowadzi  prywatna  droga.  Poza  do-

background image

mownikami  i znajomymi  prawie  nikt  do  nas  nie  przyjeż-
dża. 

–  Wspaniale.  Spokój  gwarantowany.  Skoro  posia-

dłość leży na wzgórzu, to musi być tam piękny widok. 

– To prawda. Z posiadłości widać rzekę i jezioro oraz 

okoliczne gospodarstwa wiejskie.  Na  szczęście nie widać 
posiadłości Hubera. 

– To ta sprzedana – powiedziała kobieta. – Mają tam 

powstać nowe budynki. 

–  Tak  –  stwierdziła  Lena.  –  Trzydzieści  domów 

mieszkalnych, supermarket i włoska restauracja. 

Przypomniało jej się zdenerwowanie Sylvii, kiedy jej 

o tym opowiadała. 

– Ucierpi na tym spokój miasteczka. 
–  Szkoda,  że  pan  Huber  nie  powiedział  we  wsi,  że 

chce sprzedać posiadłość. Nie doszłoby do tego. Na pew-
no we wsi znaleźliby się chętni. Ale co się stało, to się nie 
odstanie.  Teraz  trzeba  mieć  się  na  baczności  i nie  dopu-
ścić do podobnych sytuacji. 

–  To  raczej  nieuniknione.  W następnej  kolejności 

szykuje się zagospodarowanie terenów nad jeziorem. Te-
raz  to  już  działki  budowlane.  Inwestorzy  będą  się  bić 
o taki kąsek. 

–  Na  szczęście  mogę  temu  zapobiec  –  powiedziała 

Lena. 

background image

– Pani? – zdziwiła się kobieta. 
Spojrzała  na  Lenę  z politowaniem,  jakby  chciała  jej 

powiedzieć: „Drogie dziecko, jak chcesz temu zapobiec?” 

– Tak, ja. Jezioro należy do mnie i nigdy nie dopusz-

czę,  żeby  zostało  tak  zabudowane  jak  jezioro 
w Helmbach. 

Kobieta zaniemówiła. Spojrzała na Lenę badawczym 

wzrokiem.  Kogo  widziała?  Młodą,  ładną  kobietę,  ubraną 
w czarne  lniane  spodnie  i białą  lnianą  koszulę.  Nic  nad-
zwyczajnego. Poza srebrną bransoletką z przyczepionymi 
do  niej  serduszkami,  kwadracikami  i owalnymi  elemen-
tami,  zresztą  bardzo  ładną  i pewnie  drogą,  nie  widziała 
żadnej biżuterii. 

– W takim razie ma pani... kopalnię złota. 
Lena roześmiała się. 
– Jeśli nic nie sprzedam, a nie zamierzam tego robić, 

to skarb pozostanie w ukryciu. Proszę mi powiedzieć, ale 
szczerze, nie lepiej biegać wokół nienaruszonego jeziora, 
niż  wychodzić  na  taras,  że  zobaczyć  kawałek  wody? 
W Bad Helmbach tak właśnie jest, prawda? 

Kobieta  pokiwała  głową. Ale  wyraz jej  twarzy  zdra-

dzał, że zupełnie nie rozumie Leny. Kobieta ma złoto i nie 
chce go zamienić na pieniądze. Nie do wiary! 

Lena spojrzała na zegarek. Już czas iść na spotkanie 

z panem Axendörferem. 

background image

–  Chyba już wszystko omówiłyśmy.  Proszę  do  mnie 

zadzwonić, gdy się pani zdecyduje do mnie przyjechać. 

– Od razu możemy się umówić – zaproponowała ko-

bieta.  –  Jeśli  nie  ma  pani  nic  przeciwko,  przyjadę  już ju-
tro. O dziesiątej? 

– Świetnie. Cieszę się. 
Zanim  się  pożegnała,  opisała  kobiecie,  jak  dojechać 

na Słoneczne Wzgórze. 

Lena  była  zadowolona,  że  udało  jej  się  załatwić  ko-

lejną sprawę. 

Przed nią jeszcze wizyta w banku. Jeśli pan Axendör-

fer zgodzi się na kredyt, będzie mogła uregulować opłaty 
w gminie.  Poczułaby  się  dużo  lepiej.  Siedemdziesiąt  sie-
dem tysięcy euro. Tyle pieniędzy. Lena czuła, jak na samą 
myśl cierpnie jej skóra. 

 

 

 

background image

27 

 

Punktualnie  o jedenastej  przyszła  do  banku.  Od  razu 

zaprowadzono ją do pana Axendörfera. Siedział zapraco-
wany  przy  biurku.  Z pozornie  przyjaznym  uśmiechem  na 
twarzy wyciągnął do niej rękę. 

– Dzień dobry, pani Fahrenbach. Miło panią widzieć. 
Lena  powstrzymała  się  od  uśmiechu.  Jakże  podobni 

są bankierzy! Panowie w szarych garniturach rozpływają-
cy się w uprzejmości, dopóki nie wyjawi się powodu wi-
zyty. 

– Proszę, niech pani usiądzie. Czym mogę służyć? 
Jakiś  wewnętrzny  głos  nakazywał  jej  nie  od  razu 

mówić o wszystkim. 

Zwlekała z odpowiedzią. Pan Axendörfer źle odczytał 

jej wahanie. 

– Jeśli chodzi o to, że przekroczyła pani limit na kon-

cie  o niecały  tysiąc  euro,  to  proszę  się  tym  nie  martwić. 
Oczywiście lepiej tego nie robić, ale tym razem przymknę 
oko. Mam nadzieję, że szybko  wpłynie spłata zadłużenia 
na  koncie  –  powiedział,  uważnie  się  jej  przyglądając.  – 
Pani Fahrenbach, chyba ma pani środki na szybką spłatę? 

Lena  zmuszała  się  do  zachowania  spokoju.  Najchęt-

niej rozpłakałaby się teraz. Przyszła tutaj prosić o zupełnie 
inną kwotę pieniędzy, a pan Axendörfer denerwuje się ty-

background image

siącem euro. „Nie ma co liczyć na pomoc banku”, pomy-
ślała. 

Odchrząknęła. 
– Tak, tak. Spłata wkrótce wpłynie. Czekam na wpła-

ty od moich partnerów handlowych. 

Zastanawiała  się,  czy  pokazać  mu  dokumentację 

przebudowy  i rozbudowy  czworaków.  Zrezygnowała. 
I tak  niczego  nie  wskóra.  Chciała  stąd  jak  najszybciej 
wyjść. 

–  Świetnie.  Doceniam,  że  przyszła  pani  osobiście 

w sprawie przekroczenia konta. Prawie nikt nie zadaje so-
bie trudu, aby wyjaśnić zaistniałą sytuację. 

– Dla mnie to jest oczywiste. Dziękuję za pańską wy-

rozumiałość. 

Wstała.  Musiała  przytrzymać  się  brzegu  biurka,  tak 

drżały jej kolana. Wzięła głęboki oddech. Na jej czole po-
jawiły się kropelki potu. 

– Pani Fahrenbach, źle się pani czuje? – zmartwił się 

pan Axendörfer. – Może trochę wody? 

Pokręciła głową. 
– Nie, dziękuję. Świeże powietrze dobrze mi zrobi... 

Drobne kłopoty z krążeniem. 

Pożegnała się i prawie wybiegła z banku. 
Jej wizyta nie trwała nawet piętnastu minut. 
Chwiejnym  krokiem  podeszła  do  pobliskiej  ławki 

background image

i usiadła. 

Nie miała cienia wątpliwości, że nie dostałaby kredy-

tu,  skoro  dla  pana  Axendörfera  zwykłe  przekroczenie  li-
mitu  na  koncie  jest  już  problemem,  a przecież  niedługo 
spłaci zadłużenie. 

Markus kupi od niej drzewa dopiero za kilka miesię-

cy. Z banku nic nie dostanie. 

Co robić? 
Czuła się opuszczona, samotna, zagubiona... 
Ma jeszcze niecałe trzy tygodnie na uiszczenie opłaty 

w gminie.  Decyzja  gminy  spędzała  jej  sen  z powiek. 
Wprawdzie ma jeszcze czas, ale jest realistką i wie, że nie 
uda jej się do tego czasu zgromadzić takich pieniędzy. 

Może  jednak  sprzedać  jakąś  działkę?  Nie  nad  jezio-

rem, we wsi. 

Nie!  Wszystko  w niej  krzyczało:  Nie!  Nie  wolno  jej 

tego robić. 

Obok Leny usiadła kobieta i od razu zaczęła się skar-

żyć na warunki w hotelu. 

Lena nie mogła tego słuchać. 
– Niech pani złoży skargę w punkcie informacji tury-

stycznej. Może znajdą jakieś rozwiązanie. Ja niestety mu-
szę już iść. Proszę mi wybaczyć. 

Nagle  rozbolała  ją  głowa.  Poszła  do  pierwszej  ka-

wiarni,  od  których  aż  roiło  się  w miasteczku,  i zamówiła 

background image

espresso. Po  chwili ruszyła w stronę samochodu. Chciała 
jak najszybciej wrócić do domu. 

Kiedy dojechała do wsi, nie pojechała jednak od razu 

do domu, lecz nad jezioro. Chciała być sama. Musiała się 
wyciszyć.  Mimo  że  bardzo  lubiła  Nicolę,  Aleksa 
i Daniela, nie chciała ich teraz spotkać i – nie daj Boże – 
jeszcze odpowiadać na ich pytania. 

Lena  była  pewna,  że  znowu  zaproponują  jej  pienią-

dze. Nie chciała do tego dopuścić. 

Nie chciała im mówić o postanowieniu gminy. 
Zaparkowała  przy  ogrodzeniu.  Otworzyła  bramę 

i pobiegła  prosto  na  ławkę  na  końcu  pomostu.  Kiedy  tu 
siadała,  przejeżdżała  palcami  po  konturach  wyrytego 
w ławce  serca,  a potem  przytrzymywała  palce  na  wyry-
tych  w środku  serca  dwóch  literach:  L i T.  Lena 
i Thomas... 

Kiedy  wyrzynali  serce  i litery  na  oparciu  ławki,  byli 

tacy  beztroscy,  pełni  ufności  i bezgranicznie  zakochani. 
Wciąż byli sobą zauroczeni, chociaż na dziesięć lat stracili 
się z oczu. Ale czy nadal są beztroscy i ufni? Nie, nie, nie. 

Lena czuła się nieszczęśliwa i bezsilna... 
Teraz  widziała  wszystko  w ciemnych  barwach.  Wy-

dawało jej się, że co dobre, omija ją szerokim łukiem. 

Tęskniła  z Thomasem.  Chciała,  żeby  był  przy  niej. 

Ne pewno znalazłby jakieś rozwiązanie. Jego bliskość do-
dałby  jej  sił.  Ale  on  podróżuje  służbowo  po  Ameryce 

background image

i w najbliższych dniach nawet do niej nie zadzwoni. 

Tak zazdrości Sylvii! Spędza teraz w Portugalii swój 

miesiąc  miodowy.  Jest  ze  swoim  świeżo  poślubionym 
mężem w kraju, który kocha. 

Lena jest sama i nie wie, co robić. Miała wrażenie, że 

wszystko się wali. Nie widziała sukcesów, które odniosła, 
a jedynie problemy, których nie potrafi rozwiązać. 

Do  pomostu  podpłynęły  kaczki.  Miały  nadzieję,  że 

dostaną coś do jedzenia. 

– Sio! – krzyknęła. 
Była w złym humorze. Zwykłe bzyczenie muchy mo-

głoby ją teraz doprowadzić do szewskiej pasji. 

Kaczki odwróciły się i odpłynęły. 
Lena  podciągnęła  nogi,  objęła  je  rękami,  a na  kola-

nach oparła brodę. 

Co robić? Co ojciec zrobiłby w takiej sytuacji? 
Głupie pytanie. Ojciec miałby pieniądze na uiszczenie 

opłaty. 

– Tato, tato – szlochała. – Pomóż mi,–proszę. 
Jeszcze nigdy nie czuła się taka samotna i opuszczona 

jak teraz. 

Odziedziczyła  piękną,  bogatą  w tradycje  posiadłość. 

Odziedziczyła  rozległe  tereny,  które  zostały  teraz  prze-
kształcone w działki budowlane. Jest właścicielką cudow-
nego  jeziora.  Ma  supernowoczesną  fabrykę  likieru.  Ale 

background image

ojciec nie zostawił jej receptury Fahrenbachówki. Nie zo-
stawił jej też żadnych wskazówek, jak ma sobie dać radę. 
Jej  posiadłość  jest  od  pięciu  pokoleń  własnością  Fahren-
bachów.  Żaden  Fahrenbach  nigdy  nie  sprzedał  kawałka 
gruntu.  Faktem  jest,  że  rodzina  zawsze  miała  pieniądze 
i nie  było  takiej  potrzeby.  Spuścizna  po  ojcu  została  po-
dzielona. Jej najstarszy brat odziedziczył hurtownię alko-
holi  i niewiele  brakuje,  żeby  doprowadził  do  ruiny  ro-
dzinną  firmę.  Jörg  może  jakoś  sobie  poradzi.  Jej  siostra 
Grit  związała  się  młodym  kochankiem  i wydaje  razem 
z nim  miliony,  a z każdą  kolejną  porcją  botoksu  coraz 
bardziej upodabnia się do plastikowej lalki. 

Ojciec  musiał  mieć  jakiś  plan,  dzieląc  swój  majątek 

w ten  sposób.  Jej  rodzeństwo  było  naprawdę  zadowolone 
po odczytaniu testamentu. 

Lena też była szczęśliwa, że odziedziczyła Słoneczne 

Wzgórze. Od samego początku robiła też wszystko, żeby 
utrzymać  posiadłość.  Odrzuciła  kuszące  propozycje 
sprzedaży  gruntów.  Ciężko  pracowała  na  utrzymanie  po-
siadłości. 

A  teraz  taki  cios!  Nie  ma  skąd  wziąć  pieniędzy  na 

opłacenie kosztów w gminie. 

Ojciec na pewno wiedział, że znaczna część terenów 

zostanie  przekształcona  w działki  budowlane  i że  wiąże 
się to z niemałymi kosztami. Dlaczego rzucił ją na głębo-
ką  wodę?  Może  myślał,  że  Lena  sprzeda  posiadłość  lub 
jakąś jej cześć? 

background image

Spadła na nią lawina pytań. Jedno trudniejsze od dru-

giego i na żadne nie ma odpowiedzi. 

– No i co teraz, tato? – skarżyła się. – Co twoim zda-

niem powinnam teraz zrobić? 

Myślała  o ojcu.  Próbowała  wyobrazić  sobie  jego  re-

akcję. 

Lena pogrążyła się w myślach. Zupełnie oderwała się 

od rzeczywistości. Podskoczyła, kiedy zaszeleściła trzcina 
obok pomostu, jakby wiatr się w niej zaplątał. 

Był  spokojny,  bezwietrzny  dzień.  Tafla  jeziora  stała 

niemalże nieruchomo. 

Nie mógł to być wiatr. 
To jakiś znak? 
Wystraszyła się. 
Zerwała  się  na  równe  nogi  i biegła  co  sił  w nogach. 

Jak  najdalej  stąd!  W tym  miejscu  zwykle  odpoczywała. 
Nie tym razem. 

Spojrzała  na  zegarek.  Było  południe.  Była  tu  dłużej, 

niż przypuszczała. 

Nicola na pewno czeka na nią z obiadem. Sama przed 

sobą  przyznała  się,  że  mimo  trosk  i zmartwień  jest  na-
prawdę głodna. To na pewno przez stres. 

Biegła po pomoście. Jeszcze raz spojrzała na jezioro. 

Było piękne i spokojne. I ma takie zostać. To istny raj! 

Wsiadła do samochodu. 

background image

Oparła  się  chwilowej  pokusie,  żeby  odwiedzić  grób 

ojca.  Przecież  nad  jeziorem  o nim  myślała.  Ba!  Nawet 
z nim rozmawiała. 
 

 

background image

28 

 

Kiedy  dotarła  do  posiadłości,  była  już  spokojniejsza. 

Nawet  gdyby  wciąż  targały  nią  emocje,  nikt  by  tego  nie 
zauważył.  Wesele  Sylvii  i Markusa  wciąż  było  tematem 
numer jeden. 

Lena  chętnie  włączyła  się  do  rozmowy.  Odwróci  to 

jej uwagę od ponurych myśli. 

Wesele było naprawdę udane. Ponadto mogła jeszcze 

raz  mówić  o Thomasie  i jego  krótkim  pobycie 
w posiadłości. 

Po obiedzie poszła do domu. Od razu złapała za tele-

fon. 

Chciała zadzwonić do Grit i zapytać, czy pożyczy jej 

pieniądze. Tylko siostrę mogła prosić o pożyczkę. Frieder 
żądałby w zamian działki nad jeziorem, a Jörg musiał nad-
robić straty po festiwalu. 

Wzięła  głęboki  oddech  i wybrała  numer  swojej  sio-

stry. 

Od razu się połączyła. Odebrał jej szwagier. Lena by-

ła  trochę  zdziwiona,  ale  już  po  chwili  sytuacja  się  wyja-
śniła. 

– Telepatia – powiedział. – Siedziałem już przy tele-

fonie. Właśnie chciałem do ciebie dzwonić. Chciałem się 
pożegnać, jutro wylatuję. 

background image

Holger już wcześniej ją uprzedził, że zamierza na dwa 

lata  wyjechać  do  Kanady.  Chce  nabrać  dystansu 
i zastanowić  się  nad  swoim  małżeństwem.  O wszystkim 
wiedziała, ale teraz, gdy nadszedł czas pożegnania, czuła 
się dziwnie. 

–  Jak  się  z tym  czujesz?  –  zapytała  Holgera.  – 

W końcu opuszczasz dzieci i... żonę. 

– Będzie mi brakowało dzieci – przyznał. – Jakoś im 

to  wytłumaczyłem  i podoba  im  się,  że  odwiedzą  mnie 
w wakacje.  Będę  do  nich  codziennie  dzwonił.  Są  jakieś 
tanie  połączenia  i wyobraź  sobie,  że  minuta  połączenia 
jest tańsza niż u nas minuta rozmowy miejscowej. 

Nie wspomniał o żonie. 
– A Grit? 
– Leno, ona się cieszy, że daję jej wolną rękę. Może 

sobie  używać  życia  z tym  całym  Roberto  czy  raczej  Ro-
bertino, jak go nazywa. 

W jego głosie słychać było smutek. 
Lena była zła na siebie, że w ogóle zapytała o Grit. 
Chciała go jakoś pocieszyć. 
–  Może  rozstanie  dobrze  wam  zrobi.  Po  twoim  wy-

jeździe przekona się, co straciła. 

– Chciałabym, żeby tak było, ale prawdę mówiąc, nie 

wierzę  w to.  Za  dużo  rzeczy  się  wydarzyło.  Za  bardzo 
zniszczyła  nasz  związek.  Gdyby  nie  dzieci,  już  dawno 

background image

skończyłbym tę farsę. Grit nie jest już kobietą, z którą się 
ożeniłem. 

– Gdzie teraz jest? 
–  Całe  dnie  i noce  spędza  teraz  ze  swoim  kochan-

kiem. Kiedy wyjadę, nie będzie mogła spędzać z nim zbyt 
dużo czasu. Dzieci nie mogą być ciągle z opiekunką. 

Lenie  zrobiło  się  niedobrze.  Jej  siostra  już  całkiem 

postradała  zmysły?  Jest  podła.  Nie  wolno  jej  tak  trakto-
wać Holgera. 

Lena nie wiedziała, co powiedzieć. 
– Nie mówmy już o Grit. Powiedz lepiej, co u ciebie? 

Miałem  nadzieję,  że  jeszcze  przed  wyjazdem  odwiedzę 
cię z dziećmi. Nie dałem rady. W Fahrenbach jest tak cu-
downie.  Zupełnie  inny  świat.  Tam  naprawdę  można  za-
znać spokoju. Czasem żałuję, że to nie Grit odziedziczyła 
posiadłość. Może nasze losy potoczyłyby się zupełnie ina-
czej. 

– Niczego by to nie zmieniło. Grit sprzedałaby posia-

dłość,  tak  jak  sprzedała  willę.  Ta  ziemia  nie  ma  dla  niej 
żadnego znaczenia. Zresztą powiedz sam. Czułbyś się do-
brze, mieszkając na wsi? Urlop na wsi to nie to samo, co 
życie tutaj. To wyzwanie, a poza tym diametralna zmiana 
w sposobie życia. 

Na  początku  było  mi  trudno.  Teraz  nie  chciałabym 

inaczej  żyć.  Jestem  naprawdę  szczęśliwa  i bardzo  zado-
wolona... 

background image

Lena  nie  chciała  się  przed  nim  przyznać,  że  teraz 

wcale nie jest tak kolorowo, że ma poważne problemy fi-
nansowe. 

Holger ma przecież swoje zmartwienia. Jutro leci do 

Kanady.  W Vancouver  zacznie  nowy  rozdział  w swoim 
życiu. 

Rozmawiali  jeszcze  przez  chwilę.  Kiedy  skończyli, 

Lena oparła się w fotelu. 

Nie mogła zrozumieć siostry. Przecież Holger jest ta-

kim  miłym  człowiekiem.  Kiedyś  tak  bardzo  się  kochali. 
Już  zapomniała?  Ten  młody  Włoch,  któremu  kupiła  nie 
tylko mieszkanie, lecz również samochód, nigdy nie da jej 
tego, co ofiarował jej Holger. 

Lena  nie  miała  pewności,  czy  ten  Robertino  kocha 

Grit, czy raczej życie w luksusie, które ona może mu za-
pewnić. 

Nie  warto  się  tym  zajmować.  Ma  teraz  własne  pro-

blemy, a Grit i tak jej nie posłucha. 

Nie  będzie  rozmawiać  z Grit  od  razu  po  wyjeździe 

Holgera. Odczeka kilka dni. 

Kiedy  zadzwonił  telefon,  pomyślała,  że  Holger  za-

pomniał jej czegoś powiedzieć. Ale tym razem dzwonił jej 
brat Jörg. 

–  Chciałem  ci  jeszcze  raz  podziękować,  że  poleciłaś 

mi Catherine – powiedział na powitanie. 

background image

– Jörg, już mi dziękowałeś – przypomniała mu Lena. 
– Pewnie jeszcze niejeden raz będę ci dziękował. Ona 

jest genialna. 

Jörg  łatwo  wpadał  w zachwyt,  co  czasem  było  dla 

niego zgubne. Działał bez zastanowienia, nie przewidując 
skutków  własnych  decyzji.  Ta  skłonność  do  zachwytu 
i pochopnego działania drogo go kosztowała, jak chociaż-
by ostatnio festiwal. 

Lenę  niepokoił  jego  zachwyt  Catherine  Regnier,  mi-

mo że była miła. Catherine nie zrujnuje go wprawdzie fi-
nansowo,  ale  czy  jej  brat  nie  zagalopował  się  w swoich 
emocjach? 

Lena  postanowiła  nie  skomentować  jego  ostatniego 

zdania. Zamiast tego zapytała o szwagierkę. 

–  Masz  wieści  od  Doris?  Podoba  jej  się 

u przyjaciółki

Jörg  wolałby  mówić  o Catherine.  Zdawkowo  odpo-

wiedział na pytanie siostry. 

– Są nad morzem. Wydaje mi się, że u niej wszystko 

dobrze. 

– Nie dzwonicie do siebie? 
– Nie. 
–  Jörg,  to  twoja  żona  i jak  wiesz,  ma  problem 

z alkoholem... Powinieneś jej pomóc. 

–  Jest  dorosła.  Nie  słuchała  mnie,  gdy  mieszkała 

background image

w domu, to nie będzie mnie też słuchać na odległość. 

–  Niedobrze,  że  sama  pojechała  do  przyjaciółki.  Po-

winniście pojechać razem. 

–  Przecież  pracuję.  Zresztą  okolice  zamku  i sam  za-

mek w zupełności mi wystarczą. Czuję się tu jak na urlo-
pie. Nie, Leno, ja się na to nie piszę. Chciała wyjechać, to 
wyjechała. Zaplanowała ten wyjazd, nie ustalając niczego 
ze mną. Chyba wie, co robi. 

Lena miała wrażenie, że wyjazd Doris jest Jörgowi na 

rękę. Nie ma jej przy nim, więc nie musi brać za nią od-
powiedzialności. 

Powiedzieć mu czy nie? 
Nie. I tak nic to nie da. Jörg jest zafascynowany swo-

imi  nowymi  pomysłami  i samą  Catherine.  Mieli  ze  sobą 
jedynie współpracować. Nie posuną się za daleko? 

Lena  była  zła  na  siebie.  Przecież  sama  miała  dużo 

problemów. 

Nie  panuje  nad  swoim  życiem  uczuciowym.  Po  co 

jeszcze  ciągle  martwi  się  o swoje  rodzeństwo,  szwagra 
i szwagierkę? Każdy jest  odpowiedzialny za siebie,  a ona 
nie  jest  matką  Teresą.  Kiedy  wreszcie  to  zrozumie?  Ona 
martwi się o wszystkich, ale nikt nie interesuje się nią. 

Dla 

Jörga 

temat 

Doris 

był 

zakończony. 

W kolorowych barwach malował plany, jakie snuli razem 
z Catherine. 

background image

Na szczęście brzmiały sensownie. Zdaje się, że ta ko-

bieta rzeczywiście zna się na rzeczy. Lena był spokojniej-
sza.  Kiedy  Jörg  jej  powiedział,  że  zatrudnił  Marcela  na 
stanowisku  dyrektora  zarządzającego,  odetchnęła  z ulgą. 
Marcel jest rozsądnym, zaradnym człowiekiem, który pra-
cował jeszcze dla jej ojca. Lena była przekonana, że jest 
właściwym  człowiekiem  na  odpowiednim  miejscu  i że 
zanim  podejmie  jakiekolwiek  decyzje  związane 
z winnicami,  będzie  chciał  nadrobić  straty  spowodowane 
nieuwagą i lekkomyślnością Jörga. 

Zamienili ze sobą jeszcze kilka słów. Kiedy Lena od-

łożyła  słuchawkę,  uświadomiła  sobie,  że  jej  brat  mówił 
tylko  o sobie.  O nią  nawet  nie  zapytał.  Nie  zainteresował 
się jej samopoczuciem. 

Pomyślała  o Friederze.  Zastanawiała  się,  co  u niego. 

Chętnie  by  do  niego  zadzwoniła,  ale  jej  brat  nie  życzył 
sobie telefonów od niej. 

Dopóki  nie  odstąpi  mu  działki  nad jeziorem,  nie  bę-

dzie  z nią  rozmawiać.  Lena  nic  mu  nie  odda.  Frieder  do-
stał sporą część spadku, a ona też nie rości sobie praw do 
udziałów w hurtowni alkoholi. Zresztą, jak z nią postąpił? 
Jak  tylko  wszedł  w posiadanie  hurtowni,  zwolnił  ją 
z pracy. 

Tak bardzo chciałaby, żeby Frieder wreszcie się opa-

miętał. 

Naprawdę  odszedł  od  żony  i związał  się  z kobietą, 

background image

której imienia już nie pamięta? Oby nie. Wprawdzie Mo-
na jest trudna w kontaktach i płytka, jednak jest matką je-
go syna, Linusa. 

Niełatwo jest dogadać się z rodziną. 
Lena  nie  chciała  już  dłużej  rozmyślać  o rodzinie. 

Wstała, zmieniła buty, wyszła i zawołała do siebie psy.